Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” (prawy.pl) • 19 września 2026michalkiewicz
Przed wprowadzeniem w grudniu roku 1981 stanu wojennego, w naszym nieszczęśliwym kraju przeprowadzonych zostało wiele prób generalnych, których celem było wysondowanie, jak też na stan wojenny zareaguje społeczeństwo. Według biografa generała Jaruzelskiego, płk Lecha Kowalskiego, przygotowano tedy plany alternatywne na wypadek gdyby zbrojnego oporu nie było i na wypadek, gdyby się pojawił. W tym drugim wariancie przewidziana była blokada całych miast z użyciem artylerii i lotnictwa. Jak pamiętamy, żadnego zbrojnego oporu nie było, bo tylko grupka młodych ludzi zastrzeliła sierżanta Karosa, kiedy próbowała go rozbroić. Warto jednak o tym planie „B” na wypadek zbrojnego oporu przypomnieć, bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że nasza niezwyciężona armia bez wahania by go zrealizowała i nikomu nie drgnęłaby ręka.
Ale – jak wspomniałem – przeprowadzono wiele prób generalnych, poczynając od wysłania w teren wojskowych grup operacyjnych, które kazały malować trawę, a to na zielono, a to na rudo – w zależności od pory roku – ale tak naprawdę przygotowywały się do przejęcia kierowania krajem w warunkach „surowych praw stanu wojennego”. Partia bowiem – jak pamiętamy – zaczęła się rozłazić, tworząc jakieś „struktury poziome”, więc Służba Bezpieczeństwa, podobnie jak soldateska, plunęły na nią i przejmowały władzę w swoje ręce. Świadectwem utwardzenia „strony rządowej”, która przedtem bywała bardziej elastyczna, był protest na skrzyżowaniu Marszałkowskiej z Alejami Jerozolimskimi w Warszawie. Mimo, że skrzyżowanie było blokowane, „strona rządowa” ani drgnęła, pokazując w ten sposób, że warunki się zmieniły. W tej sytuacji „unik zrobił byk” – jak śpiewał Wojciech Młynarski o szkole torreadorów w słynnej prowincji Guadalajara – to znaczy – cofnęła się „strona związkowa”, która już na tym niczego nie ugrała.
Ale ostateczna próba generalna odbyła się na Żoliborzu, w Wyższej Szkole Pożarnictwa, w której protest z udziałem podchorążych został zlikwidowany w początkach grudnia 1981 roku w rezultacie desantu.
Przypomniało mi się to wszystko teraz, gdy vaginet obywatela Tuska Donalda, a konkretnie – obywatel Żurek Waldemar, który w tym vaginecie ma fuchę ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego – „podjął decyzję” o zmianie rektora Akademii Wymiaru Sprawiedliwości, kształcącej kadry Służby Więziennej. Wprawdzie według statutu tej Akademii zmianami na stanowisku rektora zajmuje się senat uczelniany, ale obywatel Żurek Waldemar, jak wiadomo, nie czuje się związany żadnymi statutami, ani nawet – tubylczą konstytucją – nad która przedkłada polecenia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, w którym zasiadają specjalnie dobrani w korcu maku „nasi” sędziowie – no i oczywiście – kategoryczne sugestie starych kiejkutów, które – podobnie jak za pierwszej komuny, kiedy to przekładały rozkazy z ruskiego na polski – teraz przekładają z niemieckiego na polski.
Skoro tedy scenariusz napisany przez stare kiejkuty według wskazówek BND nakazywał przeprowadzenie próby generalnej w Akademii Wymiaru Sprawiedliwości – to nie było rady; obywatel Żurek Waldemar musiał „wydać decyzję”, a następnie – przeprowadzić podmiankę na stanowisku rektora tej uczelni. Ale – jak to bywa w takich razach – dramat łączy się z komedią – toteż obywatel Żurek Waldemar z zagadkowych przyczyn upodobał sobie kandydaturę pana Sławomira Cudaka. Jeśli krążące na mieście fałszywe pogłoski na temat tej postaci w ruchu robotniczym zawierają ziarenko prawdy, to te przyczyny nie muszą być aż tak bardzo zagadkowe.
Otóż według krążących po mieście fałszywych pogłosek, pan Cudak jest z wykształcenia piekarzem – a w każdym razie był nim w czasach, gdy należał do PZPR – ale potem jego kariera wystrzeliła pod lazury. Został pułkownikiem i zaczął intensywnie wzbogacać tubylczą naukę rozmaitymi rozprawami – a to doktorskimi, a to habilitacyjnymi – więc nic dziwnego, że gmerając w korcu maku, obywatel Żurek Waldemar musiał natrafić na niego. Nawiasem mówiąc, do wspomnianej Akademii próbował wejść sam Naczelnik Państwa – ale policjanci, podobno pościągani na tę okoliczność z rozmaitych prowincji, nawet na niego nie spojrzeli i oczywiście – nie wpuścili. Ilu wśród tych policjantów jest pochodzenia cudzoziemskiego – na przykład – ukraińskiego – tego ma się rozumieć nie wiemy, ale to chyba nieważne.
Takie dociekania bowiem wynikają z przekonania, że Polak nie może się łajdaczyć. To nieprawda, jak najbardziej może i chętnie z takich możliwości korzysta tym bardziej, że niekiedy mogą one przynieść nieoczekiwane profity. Oto w swoim czasie, gdy jeszcze Ostatniemu Pokoleniu Niemcy nie cofnęli subwencji i nie zakazali prowadzenia działalności, urządziło ono w Warszawie protest przeciwko dewastowaniu „planety” zbrodniczym dwutlenkiem węgla. W proteście tym wziął również działacz wielkiego kalibru, mianowicie pan Piotr Niemczyk, były zastępcza szefa Zarządu Wywiadu UOP, pułkownik, podobnie jak Bartłomiej Sienkiewicz. Na tym etapie jednak policja nie była jeszcze odpowiednio uświadomiona i pan Niemczyk został spisany, a nawet przedstawiony do ukarania. I nawet został przez nienawistny sąd ukarany pracami społecznymi – ale oczywiście – odmówił ich wykonywania, toteż nienawistny sąd mechanicznie skazał go na dwa tygodnie aresztu.
I w tym momencie zaczęło się. Nie tylko zostały poruszone Moce w postaci „legendarnych” opozycjonistów, ale również – madame Sylwia Grergorczyk-Abram, a nawet – Sąd Najwyższy. Pani Sylwia założyła „kasację” i w rezultacie nienawistny sąd w podskokach kazał pana Niemczyka z aresztu wypuścić. Wyobrażam sobie, jak musiały rozdzwonić się telefony. Na przykład – do obywatela Żurka Waldemara: Wy Żurek, wyście chyba zapomnieli, skąd wam wyrastają nogi. Jaki macie stopień? Kapral podchorąży? No widzicie. To jak wy ośmielacie się wtrącać do aresztu pułkownika, co?! Natychmiast każcie go wypuścić, bo inaczej my wam przypomnimy, skąd wyrastają wam nogi. Toteż z tej okazji pan minister Kierwiński sformułował doktrynę, według której „czas świętych krów” się skończył. Skoro tako rzecze pan minister, to nie wypada zaprzeczać – ale co nam szkodzi zapytać, jakie zwierzę w tej sytuacji dostąpiło świętości? Nawet nie śmiem się domyślać.
No dobrze – ale czego dotyczy próba generalna w Akademii Wymiaru Sprawiedliwości? A czegoż by, jak nie zrobienie porządku w Trybunale Konstytucyjnym. Po jego obsadzeniu „naszymi” sędziami w rodzaju pana Berka, będzie można nie tylko uporządkować tubylczą scenę polityczną, pozostawiając na niej tylko te zwierzęta, które decyzją starych kiejkutów dostąpiły świętości, no i oczywiście – wysadzić w powietrze pana prezydenta Nawrockiego, by na jego miejscu umieścić obywatela Czarzastego Włodzimierza, który już tam powinność swej służby zrozumie.
Stanisław Michalkiewicz: Wiadomości dobre i jeszcze lepsze
Nareszcie jakieś dobre wiadomości – bo dotychczas można byłoby sobie pomyśleć, że nie tylko nasz nieszczęśliwy kraj, ale w ogóle – cały świat zmierza ku katastrofie. To zresztą nie jest wykluczone, bo przypominam sobie, jak w 1971 roku w wydawanym przez Świadków Jehowy piśmie „Strażnica” przeczytałem artykuł wstępny zaczynający się tak: „Świat nasz zmierza ku katastrofie – jak powiedział pewien Murzyn z Atlanty”.
Skoro świat już wtedy zmierzał ku katastrofie – co spenetrował wspomniany Murzyn z Atlanty – to cóż dopiero teraz, kiedy na alarm biją eksperci, co to za pieniądze gotowi są potwierdzić niezbitymi dowodami hipotezę, jak nie o globalnym ociepleniu, to o globalnym oziębieniu – w zależności od tego, kto za co i ile zapłaci?
Tedy zwłaszcza w takiej sytuacji, każda dobra wiadomość jest na wagę złota.
I chociaż trapią nas rosnące lawinowo ceny paliw na stacjach benzynowych, a obywatel Tusk Donald próbuje wykorzystać bliskowschodni kryzys naftowy, by szantażem zmusić pana prezydenta Nawrockiego do podpisania kolejnego legislacyjnego knota o nadzwyczajnych zyskach firm paliwowych – że w razie odmowy oskarży go o działanie na szkodę mniej wartościowego narodu polskiego i w ten sposób stworzy pozory moralnego uzasadnienia dla operacji podmianki na stanowisku prezydenta.
Najpierw chodzi o zmianę z Karola Nawrockiego na obywatela Czarzastego Włodzimierza, no a potem – niechby nawet na Rafała Trzaskowskiego, który – jak pamiętamy – przez całe dwie godziny myślał, że jest prezydentem. Wymowni Francuzi powiadają, że kto raz był królem, ten zawsze zachowa majestat – i w przypadku Rafała Trzaskowskiego to się sprawdza, bo nie przykleja się do niego żadna afera – czego by tam nie nabroił.
Wyobrażam sobie, jakby taki powrót ucieszył nie tylko stado autorytetów moralnych, co to uważa pana prezydenta Karola Nawrockiego nie tylko za parweniusza, ale – w myśl wytycznych Judenratu – za „uzurpatora”. Uszami duszy już słyszę ten pochwalny bek – ale to wszystko jeszcze w sferze projektów – i to nie jest ta dobra wiadomość.
„Dobra wiadomość” jest taka, że Książę-Małżonek rozgromił Rosję. Wzorem Juliusza Cezara, co to zrobił „veni – vidi – vici” – co się wykłada, że przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem – Książę-Małżonek przybył z niezapowiedzianą wizytą na Ukrainę i nie czekając nawet na wynik negocjacji prezydenta Zełeńskiego z zimnym ruskim czekistą Putinem, wziął i rozgromił Rosję, w podobny sposób, jak to zrobił generał Nogi podczas wojny japońskiej. Według relacji popularnych w warszawskich sferach kupieckich, było tak: generał Nogi siedział i jadł kwaśne mleko z kartoflami.
Przybiega adiutant i melduje: Wasze Priewoschoditielstwo, cesarska flota rosyjska już się zbliża – a on nic, tylko je kwaśne mleko z kartoflami. Po chwili przybiegają inni adiutanci z meldunkiem – Wasze Prewoschoditielstwo, już widać cesarską flotę rosyjską! A generał Nogi nic, tylko je kwaśne mleko z kartoflami. Wreszcie przybiegają pozostali adiutanci z krzykiem – Wasze Wysokopriewoschoditielstwo, cesarska rosyjska flota już tu jest! Wtedy generał Nogi wstał, otarł usta serwetką, wyszedł na pokład i zatopił cesarską flotę rosyjską.
Książę-Małżonek nie musiał nawet wychodzić na pokład, tylko zrobił taką groźną minę, że na ten widok zimny ruski czekista Putin struchlał i natychmiast porzucił plany ataku na któreś z mocarstw bałtyckich. Podobno postanowił poprzestać na małym i tylko doskonalić się w prowokacjach, dzięki którym obywatel minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz ma nadzieję wytresować mniej wartościowy naród tubylczy w odruchach Pawłowa.
W tym celu, jak tylko ruskie drony atakują Ukrainę, pan minister Kierwiński, za pośrednictwem systemu syren, zaczyna wyć tak przeraźliwie, że w środku nocy podrywa na równe nogi mieszkańców województw: podkarpackiego i lubelskiego – żeby niezwłocznie udali się w „bezpieczne miejsce”. Ponieważ jednak nikt nie wie, czy na terenie tych województw jest jakieś bezpieczne miejsce, ani – gdzie się ono znajduje – obywatele już skapowali, że nie chodzi o żaden ratunek, tylko – żeby się oswoili z myślą, że wojna na Ukrainie, to „nasza” wojna – i bez szemrania płacili tamtejszym oligarchom haracz.
Waśnie w dniach ostatnich zakończyło się w Karpaczu „forum ekonomiczne”, podczas którego prezes Głównego Urzędu Statystycznego podał informację, że w latach 2022-2025 Polska, wspierając Ukrainę, poniosła straty sięgające prawie 500 miliardów złotych. Ale to jeszcze nic w porównaniu z tym, co planuje Wielce Czcigodny Pawło Kowal, przewodniczący sejmowej komisji spraw zagranicznych. Otóż Wielce Czcigodny nawołuje, by tę forsę odzyskać – ale nie od Ukrainy, Boże uchowaj! – tylko od Rosji.
W takiej sytuacji finansowe straty Polski mogłyby wzrosnąć nawet dziesięciokrotnie, a poza tym nie obeszłoby się bez ofiar w ludziach. Najwyraźniej jednak i Wielce Czcigodny Pawło Kowal i Książę-Małżonek uważają, że skoro już doczekaliśmy szczęśliwie „naszej” wojny, to ofiary muszą być. Jest w tym logika, bo jeśli już zaczęlibyśmy składać ofiary z ludzi, to czy na kimkolwiek zrobiłyby jeszcze wrażenie doniesienia o deficycie budżetowym, czy długu publicznym, o katastrofie w sektorze ochrony zdrowia, czy o szybujących pod niebiosa cenach paliw, w których większą część stanowią przecież różne podatki?
Pod gruzami można ukryć wszystko i dlatego właśnie obywatel Tusk Donald aż przebiera nogami z niecierpliwości, nie mogąc doczekać się wojny.
Właśnie pochwalił się, że dostał od CIA „raport”. Nie wiadomo, czego on dotyczy, bo obywatel Tusk nie pokazał go nawet swemu zastępcy, ministru-ministrowiczu Władysławu Kosiniaku-Kamyszu. Pojawiły się tedy na mieście fałszywe pogłoski, jakoby nie był to żaden „raport”, tylko lista osobistości przeznaczonych do likwidacji w przypadku ruskiej agresji – na przykład na mocarstwa bałtyckie. Jestem przekonany, że w tych fałszywych pogłoskach nie ma ani słowa prawdy.
Po pierwsze dlatego, że obywatel Tusk Donald nie podlega CIA, tylko – niemieckiej BND, więc CIA może mu – jak to mówią – „skoczyć”.
Po drugie – minister-ministrowicz Kosiniak-Kamysz, podobnie jak całe PSL, ma stuprocentową zdolność koalicyjną, a w patriotycznych porywach nawet większą, więc nie to jest przyczyną ukrywania przed nim treści amerykańskiego dokumentu.
Wreszcie – po trzecie, a właściwie przede wszystkim – przecież Książę-Małżonek właśnie rozgromił Rosję, wskutek czego Putinu zmiękła rura i w rezultacie zamierza on poprzestać na doskonaleniu się w prowokacjach. Skoro tak, to któż i nam zabroni doskonalić się w prowokacjach?
Nikt nam nie zabroni, chyba, żeby zrobili to Nasi Sojusznicy, zarówno ten Największy, jak i ci Pomniejsi – bo Naszych Sojuszników, to my się słuchamy, dzięki czemu z każdej sytuacji wychodzimy obronnie. Czegóż chcieć więcej?
Z powodu wzrostu płacy minimalnej od Nowego Roku wzrośnie bezpośrednio związane z tym kary. Chodzi o brak przymusowego ubezpieczenia OC oraz spóźnienie się z deklaracją PCC-3.
„W górę pójdą m.in. opłaty za brak obowiązkowego ubezpieczenia OC oraz sankcje za spóźnienie z deklaracją PCC-3” – czytamy na autokult.pl.
Wysokość kary za brak przymusowego OC dla posiadacza samochodu jest powiązana z wysokością płacy minimalnej. Maksymalna kara w przypadku samochodów osobowych wynosić będzie dwukrotność minimalnego wynagrodzenia, czyli 9,9 tys. zł.
Taka kara zostanie nałożona na właściciela pojazdu, jeśli spóźni się z opłaceniem OC o 14 lub więcej dni.
To wyraźny wzrost. W tym roku maksymalna kara wynosi 9612 zł. W 2021 roku zaś wynosiła 5,6 tys. zł.
Za przerwę do trzech dni kara wyniesie 1980 zł. W przypadku 4-14 dni – 4950 zł.
„Wyższa płaca minimalna przełoży się również na wysokość kar za niezłożenie w terminie deklaracji PCC-3. Dotyczy to m.in. osób kupujących używany samochód, które są zobowiązane do zapłaty podatku od czynności cywilnoprawnych” – wskazuje redakcja.
Deklarację PCC-3 państwo nakazuje złożyć w ciągu 14 dni od zawarcia umowy. Stawka haraczu przy zakupie samochodu wynosi 2 proc. jego wartości.
Kara za spóźnienie może być jednak potwornie wyższa. Od przyszłego roku będzie wynosiła od 495 zł do nawet 99 tys. zł i jest powiązana z płacą minimalną. Jej dolna granica to 10 proc. płacy minimalnej, a najwyższa to jej dwudziestokrotność.
Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia” 17 września 2026 michalkiewicz
Jak pamiętamy, władze izraelskie, a wraz z nimi wszyscy żydofile, w 2023 roku lamentowali, że rakietowy atak Hamasu na Izrael przeprowadzony 7 października był całkowicie „zaskakujący” i dlatego pociągnął za sobą tyle ofiar, a także – tylu zakładników.
Od samego początku wydawało mi się to bardzo wątpliwe i to z kilku powodów. Po pierwsze – wywiad izraelski, czyli Mosad, uchodzi za jeden z najlepszych, a może nawet najlepszy na świecie. Jest to między innymi skutkiem tego, że Żydowie żyją w diasporze, w związku z tym Mosad w każdym kraju, a jeśli nie w „każdym” to w takim, gdzie ta diaspora żydowska się znajduje, może mieć swoją agenturę. Po drugie – że co jak co, ale Strefa Gazy, z której Hamas wyprowadził swój „zaskakujący” atak, z całą pewnością jest naszpikowana izraelskimi agentami, niczym wielkanocna baba rodzynkami. Jeśli zatem – po trzecie – do przeprowadzenia tego „zaskakującego” ataku użyte były tysiące rakiet domowej roboty, to jest rzeczą niemożliwą, żeby argusowemu oku Mosadu umknęła taka masowa produkcja. W takiej sytuacji – po czwarte – jeśli Izrael stworzył wrażenie, jakby mu umknęła, to możliwe to było tylko dlatego, że ktoś nałożył Mosadowi czarne okulary, a uszy zalepił woskiem , niczym Odyseusz swoim marynarzom, kiedy chciał posłuchać śpiewu Syren.
Jedynym człowiekiem, który coś takiego mógł zrobić, by Beniamin Netanjahu, nad którym wtedy wisiała groźba wtrącenia do turmy – czego domagali się liczni demonstranci. Kierując się tedy – po piąte – starożytną, pełną mądrości rzymską sentencją: „is fecit, cui prodest” – co się wykłada, że ten zrobił, kto skorzystał, nieubłagany palec wskazuje nie tylko na premiera Beniamina Netanjahu, który dzięki temu nie tylko uniknął turmy, ale wkrótce stanął na czele „rządu jedności narodowej” bezcennego Izraela i nawet prezydent Józio Biden, który wcześniej kręcił nad nim nosem, po „zaskakującym” ataku Hamasu nie tylko przestał nosem kręcić, ale pogalopował do Izraela, by swojej umiłowanej duszeńce okazać „pełną solidarność”. Czegóż chcieć więcej? W takiej sytuacji – po szóste – wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że tak naprawdę to nie żaden Hamas, tylko bezcenny Izrael, za pośrednictwem swojej agentury w Strefie Gazy doprowadził do tego uderzenia po to, by je następnie wykorzystać jako pretekst do aneksji tego terytorium.
No i właśnie w dniach ostatnich dziennik „Haaretz” doniósł, że premier Beniamin Netanjahu „wiedział” z góry o tym „zaskakującym” ataku Hamasu. Czy tylko „wiedział”, czy dlatego „wiedział” – bo go przygotował i zainicjował? Oczywiście sam zainteresowany temu zaprzecza, chociaż nie bardzo energicznie, a poza tym na taką możliwość wskazuje szczere niewątpliwie wyznanie Beniamina Netanjahu, że „czuje się związany” ideą „wielkiego Izraela”. Idea ta ma stary rodowód, z głębokiej starożytności, kiedy to jeszcze bogowie, a nawet sam Stwórca Wszechświata, układali się z różnymi ciekawymi ludźmi i zawierali z nimi przymierza. Opis takiego bliskiego spotkania III stopnia został zapisany w zbiorze żydowskich sag, zwanym Biblią. Czytam tam m.in. jak to Stwórca Wszechświata upodobał sobie w pewnym mezopotamskim koczowniku i ułożył się z nim, że jeśli ów koczownik będzie Go słuchał i wychwalał, to On, w nagrodę, uczyni go „ojcem wielkiego narodu”, któremu odda w arendę obszar „od wielkiej rzeki egipskiej do rzeki wielkiej, rzeki Eufrat”. Na tej podstawie Żydowie uważają się za faworytów Stwórcy Wszechświata i w ogóle – prawdziwych ludzi wśród istot człekopodobnych, wyciągają stąd wniosek, że ta wyjątkowa pozycja we Wszechświecie powinna kiedyś przełożyć się na panowanie, jeśli już nie nad Wszechświatem, to przynajmniej – nad Ziemią. Wstępem do tego – przynajmniej według premiera Beniamina Netanjahu – miałaby być realizacja idei „Wielkiego Izraela” – zgodnie z obietnicą nakreśloną przez Stwórcę Wszechświata.
Trzeba przyznać, że idea ta jest już całkiem zaawansowana. Dzięki wykorzystaniu siły amerykańskich twardzieli, którzy przed Żydami skaczą z gałęzi na gałąź, kraje leżące na tym obszarze został już w znacznym stopniu politycznie obezwładnione, więc następnym etapem powinna być aneksja. Jest atoli szkopuł w postaci złowrogiego Iranu, który realizowanie idei Wielkiego Izraela uważa za zagrożenie nie tylko dla siebie, ale i dla całego regionu. Toteż Beniamin Netanjahu nie byłby sobą, gdyby nie wpadł na pomysł wykorzystania w tym celu największego amerykańskiego twardziela w osobie prezydenta Donalda Trumpa.
Jak pamiętamy, wkręcił amerykańskiego prezydenta, chyba nawet „bez jego wiedzy i zgody” w tę wojnę, z której następnie zręcznie się wycofał, pozostawiając jej kontynuowanie Stanom Zjednoczonym. Prezydent Trump chyba już się zorientował, w jaką kabałę został wpakowany, ale sęk w tym, że nie bardzo wie, jak się z niej wymiksować. Ogranicza się więc do ogłaszania triumfalnych komunikatów, że złowrogi Iran już jest passe – ale cóż z tego, kiedy onże Iran nie tylko się odgrywa, obrzucając amerykańskie bazy w rejonie Bliskiego Wschodu swoimi ponaddźwiękowymi dzidami, ale w dodatku się odgraża, że zrobi coś jeszcze gorszego.
Wprawdzie Stany Zjednoczone mogłyby zniszczyć złowrogi Iran na tej samej zasadzie, co Feliks Dzierżyński, który każdego mógł aresztować – ale nie wiedzą, co na takie dictum powiedziałaby reszta świata. Wprawdzie w obronie demokracji można użyć nawet broni atomowej, ale w tym cały jest ambaras, że tą bronią dysponują nie tylko demokracji, ale również – wrogowie demokracji. Jak wrogowie demokracji i pokoju zareagowaliby na unicestwienie złowrogiego Iranu – tego nikt, łącznie z prezydentem Trumpem nie wie, więc rozsądek w tej sytuacji nakazuje zachowanie umiaru w niszczeniu. W rezultacie złowrogi Iran wykorzystuje swój atut w postaci blokady cieśniny Ormuz, w następstwie czego cena baryłki ropy naftowej znowu przekroczyła 100 dolarów, a z pewnością nie jest to ostatnie słowo.
W ten oto sposób, za sprawą sprytnego i co tu ukrywać – obrotnego premiera rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniamina Netanjahu, cały świat został zmuszony do płacenia haraczu z tytułu „związania się” izraelskiego premiera z ideą „Wielkiego Izraela”. Czyż to nie początek żydowskiej władzy nad światem? A co będzie później? Strach pomyśleć.
Czy uzbrojony rosyjski dron znaleziony wczorajszej nocy na plaży koło Jarosławca to przekroczenie naszej czerwonej linii? Dlaczego oddajemy Ukrainie kosztowne rakiety Patriot? Kto wymusił na polskim rządzie taką decyzję a może jest to suwerenna i odpowiedzialna decyzja wicepremiera Kosiniaka Kamysza ? Co oznacza ostra retoryka Radosława Sikorskiego i groźba Patruszewa o zniszczeniu Warszawy w trzy dni? To tylko eskalacja, a może język adekwatny do dzisiejszych realiów?
Jak bardzo uderzy w polskie kieszenie wstrzymanie dostaw saudyjskiej ropy dla Orlenu po ostatnich atakach Huti? Wreszcie – w jakim stanie realnie znajduje się dziś polska armia: budujemy rzeczywistą siłę, czy tylko armię z papieru i obietnic?
Zapraszam na rozmowę z Jackiem Hogą, ekspertem od wojskowości i prezesem Fundacji Ad Arma.
– Ugrupowanie Huti przejęło cieśninę Bab el-Mandab. Nie mogą tam teraz płynąć statki Arabii Saudyjskiej transportujące ropę. Na Ukrainie tuż przy polskiej granicy spadły rosyjskie(?) drony. Nie chodzi więc o to, czy paliwo będzie po 10 złotych – nie będzie go po prostu – mówi Piotr Szlachtowicz w 32-minutowym podcaście, w którym jego rozmówcą jest dr Leszek Sykulski:
Iran zdecydowanie wygrywa wojnę rozpętaną przez USA i Izrael – stwierdza dr L. Sykulski. – Napastnicy nie osiągnęli żadnych ze swych celów wyznaczonych w czerwcu ub.r. oraz w drugiej odsłonie 28 lutego. Jednym z tych nieosiągniętych celów było zniszczenie szyickiej osi oporu, tj. Iranu, Hezbollahu, Huti oraz milicji irackiej. Nie udało się.
W ostatnich dniach Hutis bardzo szybko zdobyli kontrolę nad cieśniną Bab el-Mandab oraz zniszczyli ropociąg Wschód-Zachód. Arabia Saudyjska straciła ostatni kanał eksportu ropy. No i pytanie „Kiedy benzyna po 10 złotych?” – Skutki już widzimy i nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie miało się coś zmienić.
Donald Trump jest w opałach – na początku listopada odbędą się w USA wybory połówkowe do Kongresu. Republikanie, zaplecze Trumpa, stracą zapewne większość. Trump nie wyjdzie chyba suchą nogą z sytuacji, którą sam stworzył.
Iran otrzymuje dane wywiadowcze od Chin, a Hutis mają wsparcie 200 specjalistów irańskich Strażników Rewolucji.
W sobotę i niedzielę obradowały państwa BRICS. Wzrasta rola globalnego Południa, wśród których wyłaniają się trzy największe mocarstwa: Chiny, Rosja i Indie. Tak więc Rosja nie była, nie jest i nie będzie izolowana na arenie światowej. Jest jednym z mocarstw, które układają nową architekturę porządku międzynarodowego.
W Polsce po staremu. Grzegorz Braun rozwalił pomnik UPA. Było trochę krzyku wokół tej sprawy, ale był ten krzyk jakby przytłumiony. Był to pomnik wystawiony bez administracyjnej zgody. Skąd w ogóle pomniki ludobójców w Polsce? – Dr Sykulski mówi o ogromnych wpływach ukraińskiego lobby. Wywiad, służby i lobby ukraińskie w naszym kraju sprawiają służbom kontrwywiadu liczne problemy, ale polityka rządzących III RP idzie w innym kierunku, w stronę zaostrzenia kar wobec Polaków, którzy krytyczni są wobec proukraińskiej polityki rządu. Zaostrzenie kar ma dotyczyć także tych, którzy zaprzeczają temu, że jest to napastnicza wojna Rosji.
Nastąpiło odwrócenie pojęć, pojawia się określenie ‚żołnierze UPA’, a przecież nie byli to żołnierze, lecz bandyci i ludobójcy. Widać, że politycy III RO są trzymani na ukraińskiej smyczy. Mówi dr Sykulski: „Nie mam wątpliwości, że nie ma w wykazach korzyści majątkowych wielu polityków, oficerów i samorządowców ‚prezentów’ uzyskanych od kijowskiego reżimu”.
No i drony przy polskiej granicy – następuje podbijanie bębenka wojennego pod amerykańskie dyktando. Władze III RP zdają się nie zauważać, że US-armia zaczyna się ulatniać z Europy. Poczucie, że ta armia nas obroni jest bardzo złudne. Jeśli powstałaby stała baza amerykańska, nie będzie ona straszakiem, lecz wabikiem, na co wskazują tegoroczne wydarzenia w Zatoce Perskiej.
I jeszcze parę słów o Rosji i jej zamierzeniach na Ukrainie. Mówił o tym ostatnio szef rosyjskiego MSZ Siergiej Ławrow: Ukraina (już okrojona lub podzielona) ma stać się dla Federacji strefą buforową, tzn. mieć mocno zredukowane siły zbrojne i nie być członkiem NATO. Wchodzi w rachubę podział Ukrainy na trzy części: wschodnie ziemie (cztery obwody oraz Krym) byłyby częścią Federacji Rosyjskiej. Środkowa Ukraina ze stolicą w Kijowie, z dostępem lub bez dostępu do morza, byłaby państwem niezaangażowanym, a zachodnia, neobanderowska radziłaby sobie sama.
Ogromne problemy mamy jak w banku. Będziemy zapewne sąsiadować z państwem, w którym szerzą się w największym stopniu neobanderowskie i szowinistyczne idee połączone z eksportem broni i terroryzmem. Polska i Unia Europejska znajdują się na równi pochyłej.
Mówi dr L. Sykulski: „Titanic uderzył już w górę lodową, teraz nabiera wody”.
Wypowiedzi Radosław Sikorskiego w Kijowie, w których przekonywał, że w razie konfliktu zbrojnego – Rosja zostanie pokonana w sześć tygodni – odbiły się szerokim echem w Moskwie. Wypowiedział się na ten temat, na [portalu aif.ru, doradca prezydenta Władimira Putina Nikołaj Patruszew:
„Polski minister spraw zagranicznych Radsław Sikorski, przemawiając w Kijowie, powiedział, że jeśli Rosja zaatakuje Polskę, Warszawa pokona Moskwę, ponieważ ma ona przytłaczającą przewagę militarną. Co to jest, pusta brawura czy te słowa należy traktować poważnie?
————————————————————————————–
Na to pytanie aif.ru zwrócił się do asystenta prezydenta Rosji Nikołaja Patruszewa.
Witalij Cepljajew, aif.ru: Nikołaj Platonowiczu, spotkał się pan kiedyś z Sikorskim. Jak traktować jego słowa?
Nikołaj Patruszew: Tak, spotkałem się z Sikorskim wiele lat temu. Zaskoczył mnie swoją ignorancją w dziedzinie historii i Rosji. Z radością stwierdził, że nigdy nie był w Petersburgu, nie miał pojęcia o soborze św. Izaaka i innych ikonicznych miejscach miasta.
Dziś Sikorski i inni przedstawiciele polskiej elity twierdzą, że restytuują polską wielkość. W rzeczywistości reanimują niezdrowe ambicje, ogłaszając plany ożywienia „Polski od morza do morza”, stworzenia „kordonu sanitarnego” przeciwko Rosji oraz ochrony Europy przed mitycznym „rosyjskim zagrożeniem”. Zafascynowany militaryzmem, Sikorski nie chce słyszeć słów prezydenta Rosji, że Rosja nikomu nie zagraża, a nasz kraj nie ma powodu, by prowadzić operacje wojskowe przeciwko Europie.
Wygląda na to, że polscy przywódcy zapomnieli lekcje historii. Zapomnieli, jak oddziały Minina i Pożarskiego na początku XVII wieku wyrzuciły ich przodków z naszego kraju. Zapomnieli, ile pieniędzy Imperium Rosyjskie inwestowało w Królestwo Polskie, które, nawiasem mówiąc, było znacznie bogatsze i wolne niż inne części imperium. Warszawa depcze także pamięć o roli Związku Radzieckiego w wyzwoleniu Polski spod okupacji nazistowskiej, w przywróceniu suwerenności i władzy oraz w powojennym dobrobycie.
Innymi słowy, w swoim rusofobicznym szaleństwie Sikorski, podobnie jak jego długoletni poprzednicy, raz po raz pokazuje niechęć do zapewnienia pokojowego istnienia Polski, dobrobytu jej mieszkańców, a zamiast tego depcze na tym samym historycznym bagnie.
Jeśli chodzi o ocenę siły Warszawy, szef polskiej dyplomacji wyraźnie dyletancko ocenia siłę militarną naszego kraju, nie chcąc zrozumieć, że podczas specjalnej operacji wojskowej rosyjskie siły zbrojne wcale nie wykorzystują pełnego potencjału. Mówiąc o przewadze militarnej Polski nad Rosją, Sikorski najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że w przypadku przystąpienia Polski do działań wojennych z Rosją nasz kraj wykorzysta cały arsenał sił i środków, które ma do dyspozycji, a państwowość Polska przestanie istnieć w ciągu 2-3 dni”.
Patrząc na ogłupianie społeczeństwa przez masowe media i władze, można z całą pewnością stwierdzić, że Polska i Polacy potrzebują wroga, wszystko jedno, realnego bądź urojonego.
Wmawia się ludziom, że ta potrzeba ma charakter egzystencjalny. Decyduje rzekomo o naszej dzisiejszej tożsamości, służy uzasadnieniom wszelkich racji, nawet najbardziej absurdalnych, wreszcie sprzyja konsolidacji społecznej wokół narodowej flagi i odwracaniu uwagi od rzeczywistych problemów.
W dzisiejszej Polsce kategoria wroga zewnętrznego determinuje nie tylko geopolityczną konceptualizację położenia państwa pośród innych uczestników stosunków międzynarodowych, ale ma decydujący wpływ na wybór strategii konfliktowej z Rosją, atlantyckie afiliacje sojusznicze oraz politykę intensywnych zbrojeń. Wróg zewnętrzny ma konkretne oblicze agresywnego imperium na Wschodzie, a jego charakterystyka nieodłącznie wiąże się z wojną i wrogimi działaniami na szkodę Polski.
Wojna bowiem – jak wskazywał Carl Schmitt – jest ostateczną formą urzeczywistniania wrogości. Przy czym wojna niekoniecznie musi mieć wymiar militarny. Od wielu lat trwają bowiem wojny psychologiczne, kognitywne, informacyjne, propagandowe, ideologiczne, gospodarcze, celne itd. Nie pozwalają one na udzielenie konkretnej odpowiedzi, co jest przedmiotem antagonizmów i takiej sprzeczności interesów, że nie da się ich usunąć przy pomocy środków pokojowych.
Powszechnie uznaje się, że wróg poprzez swoje działania zadaje przede wszystkim szkody drugiej stronie lub stronom w sferze integralności terytorialnej, bezpieczeństwa i tożsamości. To pozwala określać go agresorem, interwentem, napastnikiem, najeźdźcą czy okupantem. W Polsce trudno jest zastosować wobec współczesnej Rosji którekolwiek z tych określeń, jeśli uczciwie skoncentrujemy się nie na skojarzeniach z dawnej przeszłości i nie na sprzecznych jej interesach z państwami trzecimi. Większość znaczeń wroga w odniesieniu do Rosji jest nasycona afektywnie i emocjonalnie, głównie ze względu na zapośredniczenie przez rządy w Warszawie szkód i cierpień doznawanych przez Ukraińców oraz przedstawianie wizerunku Rosji jako państwa agresywnego i wrogiego wobec całego Zachodu. Ogromną rolę w takim postrzeganiu odgrywają negatywne, zaprawione rusofobią nastawienia, stygmatyzowanie i etykietowanie Rosji jako „wcielenia zła”.
Demoniczny obraz wroga
Mamy do czynienia ze wzmożoną demonizacją wrogiej strony, w odróżnieniu od heroizacji postaw własnych. Zauważono, że zjawisko to ma związek z mistyką percepcji quasi-religijnej. Edward Karolczuk, jeden z autorów „Myśli Polskiej, w swoich szkicach filozoficzno-historycznych o wrogu celnie zauważył, że pojmowanie wroga w polityce często przypomina definicję oraz rolę i znaczenie „diabła w religiach” („O wrogu”, Warszawa 2010, s. 158). Jego wizerunki mają charakter zredukowany do cech wyłącznie negatywnych, a uproszczenia poznawcze i atrybucje ocierają się o wulgaryzm i prymitywizm. Rosja nie może posiadać żadnych pozytywnych, ani nawet neutralnych cech. Jej oceny zastępują opis, opinie stają się faktami, konfabulacje rzetelnymi danymi. Negatywna stereotypizacja stanowi podstawę potępiania Rosji, ale i skupiania uwagi na jej uosobieniu w postaci przywódcy. Postponowanie Putina i przypisywanie mu cech „negatywnego demiurga” przybrało charakter karykaturalny. Zarzuty o perfidię w realizacji imperialnych aspiracji prowadzą do utrwalania się psychopatologicznych obsesji, chorobliwej podejrzliwości, ale i aberracyjnych fascynacji, o czym świadczy skala zainteresowania mocą sprawczą rosyjskiego dyktatora.
Specyfika polskiego podejścia do Rosji jako wroga polega na postrzeganiu jej aktów niszczycielskich wobec Ukrainy, jakby były one jednocześnie skierowane przeciw Polsce. Jest to poszerzone pojmowanie negatywnych skutków antagonizmu ukraińsko-rosyjskiego, co w praktyce oznacza pośrednie zaangażowanie w wojnę przeciw Rosji. Wyraża się ono w pomocy zbrojeniowej, materiałowej i finansowej Ukrainie jako ofierze agresji, na skalę niespotykaną w historii. Niebagatelną rolę odgrywa wsparcie logistyczne, przenikanie na stronę wroga i udział najemników w bezpośrednich starciach na froncie.
Tymczasem brakuje diagnozy rzeczywistych przyczyn takiego zaangażowania. Rosja ani w sferze deklaratywnej, ani realizacyjnej nie występuje przeciw interesom Polski. Nie zagarnęła żadnej części terytorium, ani nie przejęła majątku narodowego, tak jak uczyniły to podczas grabieżczej prywatyzacji firmy zachodnie. Nie znajdziemy żadnych form podporządkowania w sferze politycznej czy gospodarczej, które przypominałyby czasy zależności satelickiej od ZSRR. Nie ma też sporów o charakterze kulturowym, językowym czy religijnym. Tymczasem można wymienić nieskończenie wiele przejawów uzależnień Polski od kapitału zachodniego, ograniczeń ze strony rządów i organizacji sojuszniczych bądź integracyjnych.
Wygląda jednak na to, że to nie uwarunkowania obiektywne mają w tych sprawach znaczenie. Liczy się przede wszystkim subiektywna i wyobrażeniowa wersja wrogości. Z tego powodu wróg jest „nierzeczywisty”, gdyż sytuacja antagonistyczna nie ma oparcia w rzeczywistym konflikcie interesów (Jacek Ziółkowski, „Wrogość w stosunkach politycznych”, Warszawa 2013, s. 64). To nie fakty, lecz prymitywne wizerunki wroga, przypisywanie mu podstępnych zamiarów, perfidnego knucia i zdradzieckich intencji, decydują o ofensywności dyfamacyjnej i zastraszaniu społeczeństwa.
Antyrosyjskie tyrady polityków wypełniają ich codzienny przekaz informacyjny, poprawiają samopoczucie i są źródłem osobliwego komfortu psychicznego z powodu demonstrowania napuszonej odwagi i wątpliwej skuteczności w tropieniu rosyjskich spisków czy podejrzanych akcji sabotażowych. Widać wyraźnie, że bez codziennego kreowania wroga politycy tracą grunt pod nogami.
Arbitralne uznanie czy też wyznaczenie Rosji jako wroga pozwala na formułowanie doktryny państwowej (w dziedzinie polityki zagranicznej i bezpieczeństwa) w duchu wrogości. Oznacza to, że bez głębszych analiz czy uzasadnień, tym bardziej bez społecznych konsultacji czy debat, na podstawie dziedziczonych uprzedzeń, stereotypów i nastawień, a także insynuacji, instrukcji i podpowiedzi płynących z zewnątrz, polskie ośrodki decyzyjne przyjmują wrogość wobec Rosji za imperatyw swojego działania. Nietrudno zgadnąć, że taka postawa rodzi pewną reakcję drugiej strony, w rezultacie czego wrogość przybiera charakter relacyjny, dwukierunkowy, interaktywny. Wyhamowanie takich procesów czy też przerwanie narastania wrogości stają się niemożliwe z powodów ideologicznych, psychologicznych i wolicjonalnych.
Z tej drogi nie ma odwrotu?
Nie oznacza to, że eskalacja wrogości zawsze musi skończyć się katastrofalnym starciem. Wydaje się, że mimo wzajemnej niechęci strona rosyjska nie definiuje konfliktu z Polską w kategoriach antagonistycznych tak, jak czynią to polscy politycy. Asymetria dotyczy wzajemnych nastawień. Polskie władze są nastawione na konfrontację (ulegając presji kręgów natowsko-anglosaskich), a ich polityka zbrojeniowa – mimo oficjalnych deklaracji – ma charakter ofensywny, podczas gdy Rosjanie – mimo przypisywanych im prowokacji, stawiają na powściągliwość i nie-konfrontacyjność.
Konflikt między stronami przybrał jednak już tak intensywny charakter, że nie ma w nim miejsca na jakiekolwiek porozumienie, czy choćby próbę stonowania napięć. Trwa eskalacja działań szkodliwych, którym towarzyszy dehumanizacja strony rosyjskiej. Rosji odmawia się wszelkich racji, ba, podważa się nawet jej prawo do egzystencji, gdyż jest ona nosicielem „antywartości” świata zachodniego. Negatywna etykietyzacja prowadzi do formowania z udziałem zachodnich sojuszników strategii „ostatecznego” zniszczenia Rosji. To oznacza, że arbitralnie i z premedytacją wyklucza się ją z konstelacji państw nawzajem się respektujących. Co jednak trwoży najbardziej, to sięganie do ideologizacji, w której starcie z Rosją przedstawia się w charakterze posłannictwa misyjnego czy konieczności dziejowej. Z tym łączy się gotowość do poświęceń i ofiar. Rządzący nie ukrywają swojej determinacji w przysporzeniu wrogowi takich strat, aby szkody stały się nieodwracalne.
W przypadku polskich polityków wrogość wobec Rosji przejawia się w deklaracjach o gotowości do konfliktu. Wygląda to tak, jakby Polska niecierpliwie czekała na jakikolwiek pretekst, żeby przystąpić do wojny i uderzyć we wroga. Nie wspomina się o żadnych awaryjnych zabezpieczeniach, w tym wykorzystaniu środków dyplomatycznych w celu uniknięcia największego nieszczęścia, jakim jest otwarta wojna. Przedstawianie społeczeństwu relacji z Rosją jako bezalternatywnych, czyli wyłącznie prowadzących do wojny, oznacza przyjęcie manichejskiego podziału między dobrem i złem, który nie pozostawia miejsca na jakiekolwiek rozmowy, choćby z udziałem stron trzecich. A przecież wiele nieporozumień można wyjaśnić drogą pokojową, a nie tylko przy użyciu siły.
Każdego wroga otacza się aurą obcości. Służą temu rozmaite zabiegi propagandowe i edukacyjne, nie mówiąc o prowadzonej na szeroką skalę dezinformacji. Poza wąskimi kręgami ludzi, którzy śledzą wydarzenia związane z Rosją i jej polityką, społeczeństwo w swojej masie bazuje na przekazie mediów wewnętrznych, szerzących nienawiść, nieufność, pogardę, antypatię, awersję, odrazę, wstręt, napastliwość, zaczepność. To właśnie w sferze emocji negatywnych pozycjonuje się Rosję jako źródło irracjonalnego strachu, ale i obiekt pobudzający do radykalnych działań, od solidarnego wsparcia Ukrainy w wojnie z Rosją, przez kampanię dyfamacyjną, po zbrojenia i scenariusze wojenne.
Głupota i infantylizm
Zaciekła wrogość rządzących wobec Rosji przesłania wyobraźnię polityczną na temat następstw otwartego konfliktu. Polscy politycy nie antycypują stanów, jakie nastąpią po rozpoczęciu jakichkolwiek działań wojennych. Społeczeństwo nie wie, jak działa obrona cywilna, jak ma wyglądać ewakuacja z zagrożonych miejsc, jakie są kryzysowe źródła aprowizacji i zaopatrzenia, jak wygląda ochrona infrastruktury krytycznej. Dalej, jakie są zabezpieczenia dostępu do wody, energii, kolei czy komunikacji publicznej. Ufność, że „jakoś to będzie” jest najgorszym świadectwem politycznego infantylizmu. Brak gotowości na najgorsze wyzwania oznacza nic innego, jak skazanie mas ludzkich na poniewierkę, której nie zapobiegną zbrojenia warte miliardy złotych. Przede wszystkim trudno będzie pojąć, dlaczego i w imię czego kolejny raz w historii rządzący podejmują ryzyko, którego tragiczne koszty spadną na niewinnych obywateli.
Zamiast strategów, zdolnych sformułować racjonalne cele w konfrontacji z Rosją, mamy do czynienia z prowokatorami i podżegaczami wojennymi, którzy chcą uczynić z Polski przedłużenie obcego frontu. Rusofobia nie jest strategią, a jedynie ideologicznym taranem, przy pomocy którego mobilizuje się społeczeństwo do ewentualnego poparcia bezpośredniego zaangażowania w cudzą wojnę. Państwo polskie nie ma żadnego interesu, aby wojować z innymi państwami, tym bardziej z państwem dysponującym bronią jądrową. Doświadczenia historyczne nakazują tak decydentom, jak i opinii społecznej zachowanie roztropności i powściągliwości. Arbitralne wyznaczenie Rosji na wroga i przypisanie jej niemal metafizycznego, śmiertelnego zagrożenia powoduje przygotowywanie się na najgorsze. Na szczęście po stronie rosyjskiej nie ma tak silnych emocji negatywnych wobec Polski, co daje nadzieję na racjonalizację konfliktu. Polska dla Rosji nie jest podmiotem „dość ważnym”, aby darzyć go symetryczną wrogością.
Polska wpisuje się jednak w schemat wrogości wielostronnej, którą sojusz północnoatlantycki deklaruje wobec Rosji, a ta nie pozostaje pod tym względem dłużna. Wykształciła się między nimi relacja wzajemnej wrogości. Dla polskich polityków jest to element wzmacniający ich stanowisko, które w ramach NATO uległo instytucjonalizacji (w doktrynie, scenariuszach wojennych, polityce zbrojeń, interoperacyjności sojuszników). Warszawscy macherzy polityczni nie są w stanie odczytać, że uwikłanie Polski w wielostronną wrogość służy odwracaniu uwagi od rzeczywistych wrogów, traktujących nasze państwo instrumentalnie.
Sytuacja antagonistyczna między Polską a Rosją nie jest warunkowana rzeczywiście sprzecznymi interesami. Te przy dobrej woli stron można śmiało sprowadzić do rywalizacji i współzawodnictwa, na wielu płaszczyznach nawet do współzależności i wzajemnych korzyści. O wiele ważniejszą rolę w antagonizowaniu stron odgrywają czynniki ideologiczne i psychologiczne, poddanie się z jednej strony zaprojektowanej przez Amerykanów roli antyrosyjskiego bastionu Zachodu, a z drugiej niepowodzeń i frustracji z powodu niesymetrycznego stosunku sił i braku kompensacji za historyczne upokorzenia i krzywdy.
Rusofobia i polityka wewnętrzna
Wszystkie niemal siły polityczne posługują się straszakiem rosyjskiego wroga w walce wewnętrznej. Wrogość wobec Rosji stała się instrumentem zarządzania życiem publicznym. Paradoksalnie, to, co było elementem podtrzymywania społeczeństwa w stanie mobilizacji w okresie „realnego socjalizmu”, jest obecnie wykorzystywane na większą skalę w demokratycznym systemie politycznym. Intensywność wrogości wobec Rosji przekracza znacznie jej stopień z okresu „zimnej wojny” wobec zachodnich „imperialistów i militarystów”. Poza tym przenika wszystkie sfery życia społecznego, co powoduje, że negatywne emocje rzutują na sferę percepcyjną, aksjologiczną i poznawczą.
Szczególny problem polskiej kultury politycznej wiąże się z podsycaniem resentymentu, który nakłada się na odczucia współczesne. To zjawisko rodzi kumulację wrogości i rozkładanie jej na długi czas. Oznacza międzypokoleniowy przekaz na temat wroga i trudności z pozbyciem się takich obciążeń. Tym bardziej, że siła wrogiej Rosji, mimo buńczucznych retorycznych „wypraw na Moskwę”, ma skuteczną moc odstraszającą. Kolejne rządy składają więc deklaracje swojej determinacji i woli walki, ale na działania zaczepne nie mogą sobie pozwolić. Nie ma przecież żadnych gwarancji, że rozpoczęta wojna przeciw Rosji przez Polskę spotkałaby się ze zbiorową pomocą sojuszników z NATO i byłaby wojną zwycięską.
W świetle tych obserwacji należy się spodziewać przejścia różnych manifestacji wrogości w stan permanentny, co będzie oznaczać jej swoistą rytualizację. Wyrosną kolejne pokolenia, uznające wrogie usposobienie wobec Rosji za akt szczególnego patriotyzmu. Antyrosyjskie gesty są już częścią oficjalnych postaw i zachowań politycznych, podczas gdy realne działania są poddawane rozmaitym ograniczeniom. Manifestacje wrogości mogą stać się wręcz objawem braku możliwości zrealizowania gróźb. Mogą wszak przybrać formę ciągłego jątrzenia i drażnienia Rosji, służących rozeznaniu, jak daleko można się posunąć we wrogiej aktywności i dokąd sięga tolerowanie takich aktów przez nią samą, opinię publiczną czy inne państwa.
Konfrontacja bez końca
Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt omawianego zjawiska. Otóż rządzący w Polsce nie wyobrażają sobie ani nie przewidują zmiany wrogiej kwalifikacji Rosji w przewidywalnej perspektywie. Ma na to wpływ mechanizm samospełniającego się proroctwa. Jeśli polska strona przypisuje Rosji najgorsze cechy, jakie tylko są możliwe w katalogu obelg i zarzutów, to uruchamia się mechanizm samo-podtrzymywania wrogości, jej swoista inercyjność. Samospełniająca się przepowiednia tworzy błędne koło reakcji i kontrreakcji. To, co na początku było tylko konstruktem wyobraźni, z czasem staje się rzeczywistością w wyniku eskalacji, prowadzącej do otwartego konfliktu.
Syndrom ofiary i prześladowań, ciągle żywy w oficjalnie podtrzymywanej martyrologicznej wersji historii, sprzyja żywotności „logiki prześladowczej”, ta natomiast czyni z Rosji osobliwego „kozła ofiarnego”, winnego wszystkich niepowodzeń i kompleksów narodowych. Sprowadzanie Rosji do takich ról oznacza powrót do „plemiennych atawizmów”, kiedy przyczyny wszelkich nieszczęść można było przerzucić na obcych, pogan, innowierców, heretyków czy na czarownice. Dzisiaj przyczyną rozmaitych kryzysów, stresów, frustracji i niepowodzeń jest Rosja. Takiej interpretacji sprzyjają media głównego nurtu, które sztukę przekazu informacji sprowadzają do manipulacji i uproszczeń, a także do podjudzania i szczucia przeciwko demonicznemu wrogowi.
W obliczu narastających zjawisk kryzysowych wrogość wobec Rosji sprzyja umacnianiu prawowitości władz. Rządzący zabiegają o poparcie społeczne dla swoich działań, przypisując sobie wyłączność na właściwe diagnozowanie źródeł zagrożeń i podejmowanie skutecznej ochrony. Póki utrzymuje się przyzwolenie społeczne dla ich diagnoz i preferowanych rozwiązań w sferze gospodarczej czy obronnej, póty rola Rosji jako wroga korzystnie wpływa na legitymizację władz.
Gdy jednak ulegają zmianie nastroje społeczne i zaczyna występować syndrom zmęczenia ciągłym straszeniem Rosją i Putinem, wówczas należy się spodziewać delegitymizacji dotychczasowego układu sił. Przyszłoroczne wybory parlamentarne będą oczywistym sprawdzianem zachodzących w społeczeństwie przewartościowań.
No nie, tego już za wiele! Zamiast pryncypialnie napiętnować ponad podziałami skandaliczny rezultat referendum na Islandii, w następstwie którego Islandczykowie nie tylko nie chcieli słyszeć o żadnym Anschlussie do „Europy”, ale nawet opowiedzieli się przeciwko jakimkolwiek negocjacjom na ten temat, nasi Umiłowani Przywódcy przyjęli to do wiadomości jako rzecz zwyczajną.
„Gdzie tu Wylizuch?! Felczak gdzie tu?!” – alarmuje poeta. Przecież w naszym bantustanie, podobnie jak w większości innych bantustanów Europy coś takiego uchodzi za potworną myślozbrodnię Niebu obrzydłą, z powodu której taki dajmy na to Grzegorz Braun co i rusz ciągany jest jak nie przed surowe oblicze prokuratury, to niezawisłych sądów – a tymczasem na Islandii wszyscy, nie wyłączając tamtejszego rządu, ukorzyli się przed „demokracją”.
Ale przecież wiadomo, że demokracja, a zwłaszcza – demokracja prawdziwa – nie polega na tym, by arytmetyczna większość decydowała według swego widzimisię, tylko na tym, by większość podejmowała decyzje jedynie słuszne, a w ostateczności – przynajmniej słuszne.
A jakie decyzje są jedynie słuszne, a przynajmniej – słuszne? Takie rzeczy każde postępowe dziecko wysysa z mlekiem każdej postępowej matki – że jedynie słuszne, a przynajmniej słuszne są decyzje, za którymi opowiada się Judenrat i stare kiejkuty – te dwa najtwardsze jądra naszej młodej demokracji. Na tym opiera się „Prawo i Prorocy”, zarówno ci najwięksi, jak na przykład pan red. Michnik Adam, jak i prorocy mniejsi w rodzaju pana red. Jacka Żakowskiego czy pana red. Terlikowskiego Tomasza, którzy nie ustają w tłumaczeniu mniej wartościowemu narodowi tubylczemu, czego ma chcieć i jak ma myśleć, żeby było dobrze, a przynajmniej – poprawnie. Czyż nie dlatego właśnie pan dr Andrzej Olechowski podczas zebrania w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina, pretensjonalnie zatytułowanego „Forum Dialogu”, tłumaczył, że jak tylko zostaniemy przyłączeni do Unii Europejskiej, to będziemy mogli „współdecydować o naszych sprawach”?
Przecież „współdecydowanie” dajmy na to o sprawach polskich do spółki z Maltą czy Cyprem jest lepsze od decydowania samodzielnego, to chyba jasne?
Tymczasem głównym argumentem zatwardziałych przeciwników negocjowania warunków Anschlussu Islandii do Brukseli był całkowicie odmienny, oczywiście absurdalny dla każdego osobnika przyzwoitego pogląd, że o własnych sprawach czy sprawach własnego kraju lepiej jest decydować samodzielnie. Poza „faszystami” w rodzaju Grzegorza Brauna, który jest „pies potępiony” zarówno przez Volksdeutsche Partei, jak również Naczelnika państwa Jarosława Kaczyńskiego, nie mówiąc już o przedstawicielu Naszego Najważniejszego Sojusznika JE ambasadorze USA w Warszawie, panu Tomaszu Róży, jak i przez wszystkich mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu, nikt tak nie myśli, nawet nie tyle dlatego, że jest to zabronione jako „mowa nienawiści”, tylko – że jest to głęboko niesłuszne z powodu jaskrawej i nieusuwalnej sprzeczności ze stanowiskiem Judenratu i starych kiejkutów. Raczej wszyscy biorą wzór z Pana Karola ze słynnego a dedykowanego Stefanowi Niesiołowskiemu wiersza pod tytułem „Pan Karol i Kostuś”: „Pan Karol, jak myśli, to myśli szeroko i mnóstwo ogarnia perspektyw”.
Inna sprawa że z tym samodzielnym decydowaniem o własnych sprawach to nawet mądrzy, roztropni i przyzwoici, co to – i tak dalej – mają same zgryzoty. Weźmy takie finanse. Żyją jeszcze ludzie pamiętający, jak w roku 2003, kiedy to w naszym nieszczęśliwym kraju odbywało się referendum w sprawie Anschlussu, zarówno Volksdeutsche Partei, jak i Naczelnik Państwa stręczyli Polakom Anschluss pod pretekstem, że Unia sypnie złotem i znowu będzie jak za Gierka, kiedy to Polska była 10 potęgą gospodarczą na świecie – oczywiście dopóty, dopóki wszystko się nie skawaliło. Teraz o nasze finanse troszczy się Reichsführerin Urszula Wodęleje i w zależności od humoru albo zwalnia tubylczemu rządowi jakieś „transze”, albo nie zwalnia.
Mimo to jednak w finansach naszego bantustanu zieje coraz większa dziura, której niepodobna zasypać. Właśnie obywatel Domański Andrzej, który w vaginecie obywatela Tuska Donalda ma fuchę ministra finansów, przedstawił projekt budżetu na przyszły rok. Czytamy w nim, że deficyt budżetowy ma sięgnąć prawie 300 mld złotych, a i to pod warunkiem że spełnią się „założenia”. Bo jak się nie spełnią, to może być jeszcze większy. Jak duży? Tego ma się rozumieć nikt nie wie, więc nic dziwnego, że w tej sytuacji, w środowisku tak zwanych „elit politycznych”, czyli absolwentów Kolegium Tumanum albo innych Wyższych Szkół Gotowania Na Gazie co to pokończyli fakultety z „zarządzania” albo „politologii”, narasta pragnienie uwolnienia się od zmory samodzielnego decydowania w jakichkolwiek sprawach.
Podobny nastrój panował w wieku XVIII, kiedy to szerokie kręgi były już tak znudzone szarpaniną związaną z podtrzymywaniem w istnieniu naszego nieszczęśliwego kraju, co wymagało użerania się jak nie z Kozakami, to z Turkami, jak nie z Turkami, to z Prusakami, jak nie z Prusakami, to z Moskalami, jak nie z Moskalami, to z Rakusami – że „koncepcja” – jak powiedziałby Kukuniek – żeby wszystkim zajęła się Katarzyna, jawiła się jako znakomite wyjście z sytuacji. Jak chce, to niech się martwi – a tymczasem my będziemy mogli spokojnie sobie wypić i zakąsić. No i w końcu tak się stało – ale okazało się, że to rozwiązanie wcale nie daje spodziewanego szczęścia.
Przeciwnie – nasz mniej wartościowy naród tubylczy nabawił się wskutek tego rozmaitych kompleksów, a przede wszystkim jednego – w postaci utraty pewności siebie. Obawiam się, że to jest podstawowa przyczyna, dla której wolimy „współdecydować o naszych sprawach”, niechby nawet z byle kim – byle tylko uniknąć brzemienia odpowiedzialności za decydowanie samodzielne. Oczywiście o tym nie trzeba mówić ani głośno, ani nawet wcale, a skoro tak, to trzeba głosić rozmaite karkołomne uzasadnienia ponownego powierzenia decyzji w ręce Katarzyny, czy jak tam akurat nazywa się aktualny Reichsführer.
W ten oto sposób spełnia się na nas spostrzeżenie Franciszka ks. de La Rochefoucauld, że tylko dlatego Pan Bóg nie zesłał na ziemię drugiego potopu, bo przekonał się o bezskuteczności pierwszego. Obawiam się tedy, że wiadomość o islandzkim referendum nie będzie w stanie wyrwać nas z letargu – bo niby po co, skoro jesteśmy niezmiennie zadowoleni z własnego rozumu?
Imigrant ze wschodu, Gruzin zaatakował Polaka w Kutnie. Po kilku dniach Polak zmarł. „Gruzini w Kutnie sprawiają problemy od lat” – skomentował na X Adam Gwiazda.
=============================================
Do ataku doszło w piątek 4 września w centrum Kutna po godz. 22.
– Mogę potwierdzić, że wczoraj po godzinie 22 w Kutnie nietrzeźwy obywatel Gruzji spowodował ciężki uszczerbek na zdrowiu obywatelowi Polski. Sprawca został zatrzymany – poinformowała asp. Daria Olczyk, oficer prasowy Komendy Powiatowej Policji w Kutnie w rozmowie z „Panoramą Kutna”.
– Według świadków sprawca oddalił się z miejsca zdarzenia [co za język.. uciekłmd] . Policjanci natychmiast przystąpili do ustalania jego tożsamości. Dzięki dobremu rozpoznaniu, rozpytaniu świadków oraz szybkim działaniom funkcjonariuszy ustalono dane mężczyzny. Okazał się nim 29-letni obywatel Gruzji. Jeszcze tego samego dnia policjanci zatrzymali go w miejscu zamieszkania – dodała.
Gruzin ma 29 lat. Jego ofiarą padł 41-letni Polak. W ciężkim stanie został przetransportowany do szpitala w Łodzi.
Sąd przychylił się do wniosku prokuratury o trzymiesięczny areszt. – Podejrzany odmówił składania wyjaśnień – przekazał rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Łodzi Paweł Jasiak.
Polaka nie udało się uratować. Mężczyzna zmarł.
Dotychczas sprawę prowadzono pod kątem art. 156 Kodeksu karnego, czyli spowodowania poważnego uszczerbku na zdrowiu. Grozi za to do 20 lat pozbawienia wolności. W wyniku śmierci klasyfikacja prawna czynu najpewniej zostanie zmieniona na art. 156 § 3 Kodeksu karnego. Wówczas minimalna kara to pięć lat pozbawienia wolności, a najwyższa to dożywocie.
Na X Adam Gwiazda informował zarówno o samej bójce i zatrzymaniu Gruzina jak również o śmierci Polaka. Przy pierwszej informacji zwrócił uwagę, że „kilka dni wcześniej w tym samym mieście 53-letni pijany Gruzin bez prawa jazdy spowodował kolizję”.
„Gruzini w Kutnie sprawiają problemy od lat” – podkreślił w najnowszym wpisie Gwiazda.
W Ognicy w gminie Widuchowa, około 50 kilometrów na południe od Szczecina, zaobserwowano zrzut ciemnej cieczy do Odry z betonowego wylotu znajdującego się po niemieckiej stronie rzeki, gdzie granica polsko-niemiecka przebiega środkiem nurtu. Według relacji miejscowych wędkarzy wypływająca substancja tworzy smugę, która ciągnie się wzdłuż brzegu na odcinku kilkuset metrów, a przy większych zrzutach jej smród ma być wyczuwalny również po polskiej stronie.
=========================================
Niemcy wlewają ścieki do Odry. W Ognicy znajduje się betonowy wylot po niemieckiej stronie rzeki, z którego bez żadnych filtrów wypływa ciemna, niemal czarna ciecz, tworząca smugę o szerokości około pięciu metrów, ciągnącą się wzdłuż brzegu przez prawie kilometr. Miejscowi Polacy twierdzą, że przy większych zrzutach nieprzyjemny zapach dociera również na polskie nabrzeże, znajdujące się ponad 350 metrów od wylotu, a jego intensywność jest na tyle duża, że powoduje szczypanie w oczach. Rura ma prowadzić z papierni LEIPA w Schwedt, a więc dużego niemieckiego zakładu przemysłowego.
Sprawą 11 sierpnia zainteresował się Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska, którego pracownicy pojawili się na miejscu, jednak napotkali zasadniczą przeszkodę: nie mogli pobrać próbki bezpośrednio z betonowego wylotu, ponieważ znajduje się on na terytorium Niemiec. To właśnie ten szczegół jest w całej sprawie najbardziej bulwersujący, ponieważ nawet jeżeli uznamy, że sama czarna barwa cieczy nie świadczy jeszcze o jej szkodliwości, to bez pobrania próbki w miejscu zrzutu trudno o jednoznaczne ustalenie, co właściwie trafia do Odry.
20 sierpnia Główny Inspektorat Ochrony Środowiska zwrócił się więc do właściwego urzędu środowiskowego Brandenburgii z pytaniami dotyczącymi kontroli niemieckiego zakładu od 2023 roku, wyników badań odprowadzanych ścieków oraz norm określonych w pozwoleniu na ich zrzut. Standardowo polska strona nie otrzymała żadnej odpowiedzi, a dziennikarzom nie odpowiedziała również sama papiernia. Polakom będą się tłumaczyć? Też coś. Przecież nadal są „rasą panów”!
Co ciekawe, głos w tej sprawie nieoczekiwanie zabrał dyrektor niemieckiego parku narodowego Dirk Treichel, który wprawdzie nie jest specjalistą w tym zakresie, ale przekonywał, że kolor ścieków może zależeć od tego, co w danym momencie produkuje papiernia, oraz że pod względem chemicznym na pewno „nie są one groźne”. W tym miejscu pojawia się jednak pytanie, na jakiej podstawie ten człowiek może zapewniać o nieszkodliwości substancji, skoro chwilę później przyznał, że jego urząd nie prowadzi badań tego zrzutu i nie sprawuje nad nim jakiegokolwiek nadzoru.
Co więcej, według wójta Widuchowej Pawła Wróbla problem był zgłaszany już w 2020 roku przez miejscowych wędkarzy, a gmina zwróciła się wówczas do Wód Polskich i otrzymała odpowiedź, że sprawa dotyczy niemieckiej strony i „obowiązują tam inne regulacje”. Warto przy tym przypomnieć, że w tamtym okresie Wodami Polskimi kierowali ludzie związani z Prawem i Sprawiedliwością, dlatego trudno dziś całą odpowiedzialność za wieloletni brak skutecznego rozwiązania problemu zrzucać wyłącznie na obecne władze. To wspólna odpowiedzialność kliki POPiS, która nie potrafi postawić się Niemcom.
Jest jednak jeszcze jedna kwestia, która szczególnie rzuca się w tej sprawie w oczy, a mianowicie całkowite milczenie środowisk ekologicznych, które po słynnym śnięciu ryb na Odrze w 2022 roku bardzo chętnie alarmowały o każdym potencjalnym zagrożeniu dla rzeki i domagały się zdecydowanych działań polskiego państwa. Gdzie są dziś ci wszyscy zieloni aktywiści? Gdzie są organizacje, które tak stanowczo domagały się ochrony Odry? Czy troska o środowisko kończy się na granicy państwa, a przemysłowy zrzut staje się mniej interesujący tylko dlatego, że znajduje się po niemieckiej stronie? Na to wygląda.
Jeżeli ścieki są całkowicie bezpieczne i zgodne z normami, niech niemieckie instytucje pokażą wyniki badań i zamkną sprawę. Jeżeli natomiast normy są przekraczane, należy oczekiwać zdecydowanej reakcji. W obu przypadkach Polska ma prawo domagać się odpowiedzi, a skoro oficjalne pisma pozostają bez odpowiedzi, sprawą powinno zająć się Ministerstwo Spraw Zagranicznych.
NASZ KOMENTARZ: Jak zwykle okazuje się, że przestrzeganie unijnych wytycznych ekologicznych jest tylko dla mniejszych i gorszych krajów, a nie Niemców. Ta sprawa po raz kolejny pokazuje też, że organizacje pseudoekologiczne mają charakter czysto polityczny. Ich działalność polega na atakowaniu na niemieckie zamówienie wybranych polskich inwestycji gospodarczych, w celu spowolnienia naszego rozwoju. Gdy środowisko trują bowiem Niemcy, wówczas żadnych działań z ich strony nie ma.
Dlatego też, organizacje te powinny zostać zdelegalizowane lub po prostu oficjalnie wpisane na listę niemieckich lobbystów.