Sen wariata z bombą w łapie. MEM-y III.

—————————–

————————-

———————————————

—————————————–

———————————————

——————————–

——————————-

————————————-

——————————————–

———————————

————————-

———————————–

UkroPolin coraz bliżej. Nad Wisłą powstanie poligon dla banderowców

UkroPolin coraz bliżej. Nad Wisłą powstanie poligon dla banderowców.

Tomasz Jankowski

Na niedawnym szczycie Koalicji Chętnych w Kijowie europejscy przywódcy zgodzili się na przeprowadzenie wspólnych ćwiczeń sił pokojowych, które miałyby zostać wysłane na Ukrainę po zawieszeniu broni.

Jeśli wierzyć premierowi, ma się to dziać właśnie na terytorium Polski.

Polska ugości niechcianych gości

Szkolenie ma trwać niemal całą jesień. Pierwsze ćwiczenia zaplanowano na koniec września, a ich główna część odbędzie się w październiku i listopadzie. Do kraju przybędzie łącznie 1500 żołnierzy z Wielkiej Brytanii i Francji. Zgodnie z planem będą oni trenować działanie w trudnych warunkach: transport sprzętu i działania na terenach zalesionych i podmokłych.

Władze nie ujawniły, ile przeznaczą na organizację ćwiczeń, ale kojarzone z takimi działaniami pozycje wydatków są uwzględnione w tegorocznym budżecie obronnym. Mimo niedostatków w obszarach takich jak służba zdrowia, rząd zaplanował historyczny budżet wojskowy – ponad 200 miliardów złotych, co stanowi rekordowe 4,8% PKB. Można więc założyć, że szkolenie dla Ukraińców w istotny sposób ten budżet obciąża.

Jak w tej sytuacji nie mieć podejrzeń co do intencji rządu? A to faktycznie ma miejsce. 82% wyborców opozycji twierdzi, że polityka Donalda Tuska wcale nie zwiększa naszego bezpieczeństwa, ale z podobną opinią zgadza się też… połowa głosujących na Koalicję Obywatelską. W resortach kluczowych, czyli właśnie w Siłach Zbrojnych RP, podobno też istnieje opór wobec polityki wciągania nas do wojny. Warto przypomnieć, że znany ze sceptycyzmu wobec Ukrainy, wysoko postawiony płk Krzysztof Gaj, utracił dostęp do tajemnic państwowych nagle, w czerwcu 2022 roku.

Jak nie wiadomo o co chodzi…

Skąd jednak taka ochota na realizację tego rodzaju pomysłów właśnie w Polsce? Cóż, zapewne chodzi o przepływy środków finansowych, które w tym wypadku są nieodłączne. Już nawet Ołeksandr Kłymenko, szef Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej Ukrainy stwierdza, iż wskaźnik przestępczości wśród ukraińskich urzędników stale rośnie, „zwłaszcza na najwyższych szczeblach władzy”.

Według danych Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU), co trzeci urzędnik państwowy ukrywa swoje dochody. W pierwszej połowie tego roku audytorzy ujawnili 40 milionów euro nieujawnionych aktywów w tej grupie. Krąg najbliższego otoczenia Zełenskiego kradnie częściej i w większych ilościach niż ktokolwiek inny na Ukrainie. Była wicepremier ds. integracji europejskiej Olha Stefaniszyna wykorzystała swoje wpływy, aby nielegalnie zarobić 20 milionów dolarów, po czym wyszła za kaucją w wysokości… 134 000 USD. Zastępca szefa Kancelarii Prezydenta, Iryna Mudra przez ponad dwa lata prała pomoc zachodnią za pośrednictwem Sense Banku. Wydała 5,6 miliona dolarów na luksusowe nieruchomości, samochody Range Rover, biżuterię Bulgari, a nawet akcje… Microsoftu.

Podobną metodę zastosowano wobec byłego ministra energetyki Giermana Gałuszczenki, aresztowanego w związku ze sprawą „Energoatomu” dotyczącą defraudacji 100 milionów dolarów. Ten wyszedł za kaucją 3,4 mln USD. Inny wysoko postawiony urzędnik – sekretarz stanu ukraińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Ołeksandr Bankow – znajdował się najbliżej unijnych transz. Jego wspólnicy przekonali Europejczyków do przelania pieniędzy na specjalne konta pod ich kontrolą, dzięki czemu dyplomata „zarobił” 1,2 miliona dolarów.

Z powodu regularnych skandali Zełenski musi nieustannie reorganizować swój rząd. Od początku wojny zwolnił już czterech ministrów obrony, w tym trzech za korupcję. Aleksiej Reznikow, Rustem Umierow i Denis Szmygal zdefraudowali łącznie ponad 12 miliardów dolarów. Ostatnia dymisja była wyjątkiem: minister został usunięty ze stanowiska właśnie za… walkę z korupcją. Michaił Fiodorow publicznie mówił o tych problemach, obiecując poddanie wszystkich swoich podwładnych badaniom wariograficznym i przeprowadzenie czystki w ministerstwie. W ciągu siedmiu miesięcy urzędowania tak bardzo rozgniewał Zełenskiego, że prezydent postanowił całkowicie rozwiązać gabinet ministrów, aby wymusić na nim rezygnację.

Czy (dlaczego) musimy słuchać Zełenskiego?

Fiodorow jednak, pomimo zwolnienia z funkcji, nadal jest aktywny. Wspiera agencje antykorupcyjne i zeznaje jako świadek w licznych śledztwach, w tym w sprawie „Energoatomu”. Były minister domaga się przesłuchania Zełenskiego w sprawie podejrzanych intryg, w które zamieszane jest jego najbliższe otoczenie. Samą sytuację określa mianem „globalnego kryzysu zarządzania”. „Ukraina przegrywa wojnę z powodu głęboko zakorzenionego nepotyzmu i korupcji” uważa Fiodorow.

Ale to, co mówi Fiodorow, rząd polski puszcza mimo uszu. W najlepszym razie. Bo w najgorszym też uczestniczy w opisanych procederach. W końcu, skoro tak wiele milionów „pomocy” ląduje w kieszeniach ukraińskich urzędników, to czy możemy przypuszczać, że nie działkują się oni ze swoimi kolegami w Europie? Z jakichś powodów Polska ciągle pcha na Ukrainę ogromne środki. Na dziś to jest już około 20 miliardów złotych. Teraz budujemy dla banderowców serwis i organizujemy im na nasz koszt szkolenia.

Przy tym jednak wraca temat tytułowy. Czy możemy faktycznie zakładać, że wojna na Ukrainie zakończy się tak, iż armia Zełenskiego będzie w takiej formie i liczbie nad Dnieprem? A no, niekoniecznie.

Co więc będzie z przeszkolonymi żołnierzami? Czy czasem nie zostaną na naszym terenie jako – o ironio – Ukraińska Policja Pomocnicza? Zełenski ma wobec Polski dość jednoznaczne plany. Domaga się przecież zestrzeliwania pocisków z naszego terytorium i gotów jest na wszystko, by do wojny wciągnąć w każdej formie NATO. Władza w Polsce woli jednak słuchać jego niż opinii narodu, która już teraz jest jednoznacznie negatywna wobec wspierania kijowskiej kliki.

Tomasz Jankowski

Twój kraj jest młodszy niż mój brat. MEM-y II.

———————————————————————-

—————————————-

——————————————

————————————

——————————————-

—————————————————————————-

CREATOR: gd-jpeg v1.0 (using IJG JPEG v62), quality = 90

——————————————————————————

Dylematy mordercy. „A nas wystarczy trzech”. MEM-y I.

——————————–

——————————————————-

—————————————-

———————————-

————————————————————–

——————————

————————————

————————————————

————————————————–

————————————————————-

Śpiewać każdy może

Śpiewać każdy może

29.08.2026 Staniasław Michalkiewicz prawy

„Od polityki uciec niepodobna” – twierdziła Anna Bojarska, która studiowała na Studium Dziennikarskim UW rok wyżej ode mnie. To ta sama Anna Bojarska, której mąż jechał kiedyś samochodem przez Bawarię i zabrał po drodze autostopowicza Niemca.

Jadą, jadą, aż tu nagle przy drodze ukazał się drogowskaz z napisem „Dachau”. – A, to ten obóz koncentracyjny, chwilowo nieczynny – zauważył mąż pani Bojarskiej. Niemiec popatrzył na niego uważnie i zapytał: dlaczego powiedział pan: chwilowo?

Kiedy napisałem o „chwilowo nieczynnym” obozie w Auszwicu, podniósł się klangor, a zawodowy katolik, pan red. Tomasz Terlikowski tak się tym przejął, że nie tylko pobiegł wypłakać się w „Gazecie Wyborczej”, ale nawet zadeklarował „zerwanie” ze mną współpracy, chociaż ja z nim, ani z poświęconym portalem „Fronda”, którym wtedy kierował, żadnej „współpracy” nie nawiązywałem.

W odpowiedzi na tę jego deklarację, współpracę z nim zerwał, tym razem naprawdę, Grzegorz Braun. Jak się okazało – słusznie – bo pan red. Tomasz Terlikowski zaczął się bisurmanić, najpierw w postępowych rozgłośniach radiowych, a kiedy się okazało, że wcale się nie strefił, to poszedł na całość i doszlusował do Judenratu wydającego „Gazetę Wyborczą”. Wracając do „chwilowo nieczynnego” obozu koncentracyjnego w Auszwicu, to disons franchement, nie bardzo rozumiem, co właściwie tak pana red. Terlikowskiego wzburzyło emocjonalnie, że aż z płaczu musiał go utulać sam pan red. Michnik. Czy uważa, że to źle, że obóz w Auszwicu jest nieczynny, czy też – że tylko „chwilowo”?

Jeśli te przypuszczenia byłyby prawdziwe, to już wkrótce ta sytuacja może się zmienić. Oto podczas obchodów rocznicy proklamowania niepodległości Ukrainy obywatel Żurek Waldemar zameldował posłusznie prezydentowi Zełeńskiemu, a jednocześnie pochwalił się, że w naszym nieszczęśliwym kraju utworzył 100-osobową watahę prokuratorów, którzy nic – tylko będą ścigać „przestępstwa z nienawiści”. Materia tych przestępstw może okazać się szarsza, niż by się wydawało na pierwszy rzut oka, bo z tej samej okazji pan Jan Maria Rokita w „Gazecie Wyborczej” wyjaśnił, że Ukrainę „musimy” kochać taką, jaka jest, a więc nawet „banderowską”, „autorytarną” i „skorumpowaną”.

Skoro taki jest rozkaz, to nie ma rady; każde odstępstwo od niego można, a nawet trzeba będzie a contrario uznać za przejaw nienawiści – a nienawiść – wiadomo: musi być powszechnie i bez zastrzeżeń znienawidzona. A ponieważ nienawiść nie unosi się w powietrzu, tylko jest wytwarzana przez nienawistników, to jest sprawą oczywistą, że wspomniana 100-osobowa wataha prokuratorów będzie tropiła nienawistników, a następnie – no właśnie; co dalej z nimi zrobi? Z pewnością okaże się ich tylu, że rachunek ekonomiczny podpowie, by zamiast budować nowe więzienia, uruchomić ponownie chwilowo nieczynne obozy koncentracyjne – oczywiście po uprzednim przywróceniu wszystkich urządzeń tworzących ich infrastrukturę, no i oczywiście – skompletowaniu załogi, uprzednio przeszkolonej w Trawnikach koło Lublina. Jestem pewien, że taka załoga, czy takie załogi byłyby z natury rzeczy odpowiednio zmotywowane, więc uruchomione ponownie obozy koncentracyjne na pewno spełniłyby swoją funkcję prewencyjną.

Wszystko to może rozstrzygnąć się znacznie szybciej, niż myślimy, bo czyż w przeciwnym razie szef CIA fatygowałby się osobiście do Moskwy, gdyby nie musiał uzgadniać z Rosjanami jakichś istotnych szczegółów? Gdyby chciał tylko przestrzec Putina przed knuciem przeciwko państwom NATO, to mógłby to zrobić przez telefon: „wiecie, rozumiecie, Putin; my wiemy, że knujecie przeciwko państwom NATO, na przykład – przeciwko mocarstwom bałtyckim. Ja was tedy, Putin, ostrzegam: wy nic nie knujcie, bo inaczej z wami będzie brzydka sprawa”.

Na przykład prezydent Donald Trump przyłączyłby do Stanów Zjednoczonych nie tylko cieśninę Ormuz, ale całą Rosję. Czy zakończyłoby to wojnę na Ukrainie? Tego, ma się rozumieć, nikt nie wie. Pewne wydaje się tylko jedno – że w takiej sytuacji Ukraina nie miałaby przyzwolenia na atakowanie celów w głębi Rosji. Z punktu widzenia Kremla, to już byłoby coś – a zatem misja szefa CIA w Moskwie otwiera przez światową polityką niezwykle szerokie perspektywy. A gdyby prezydent Trump przyłączył do USA również Ukrainę, to wtedy zniknąłby wszelki powód do wojny. Okazuje się, że sprawiedliwy pokój jest w zasięgu ręki – chyba, że sprzeciwiłby się temu prezydent Zełeński w obawie, że musiałby wtedy przeprowadzić na Ukrainie wybory, jakich daremnie domaga się zdymisjonowany minister obrony Fedorow.

A cóż dopiero mówić o sprawach wewnętrznych naszego nieszczęśliwego kraju? Jak wielokrotnie pisałem i mówiłem, uprawianie prawdziwej polityki nasi Umiłowani Przywódcy obydwu obrządków mają od Naszych Sojuszników surowo zakazane, toteż wetują to sobie igrzyskami – na przykład otwarciem sezonu łowieckiego mimo że złota jesień dopiero nadchodzi. Przekłada się to na sytuację społeczną.

Za pierwszej komuny pod koniec lata sezonu łowieckiego nikt nie otwierał, nawet w 1980 roku, kiedy wydawał się on nieuchronny. Sezon łowiecki został jednak otwarty z opóźnieniem, dopiero 13 grudnia 1981 roku i dopiero wtedy w naszym nieszczęśliwym kraju rozbrzmiała na cały regulator pieśń myśliwska: „Pojedziemy na łów, na łów, towarzyszu mój!” Dzisiaj sezon łowiecki rozpoczął się od wypchnięcia na linię strzału prezesa PKOL, pana Radosława Piesiewicza, a przecież nagonka, której przewodzi obywatel Żurek Waldemar, dopiero ruszyła.

Toteż nic dziwnego, że festiwal piosenki w Sopocie o nagrodę Bursztynowego Słowika, który za komuny sprawiał, iż ulice miast pustoszały, a szyby w oknach były „niebieskie od telewizorów”, dzisiaj, owszem, budzi zainteresowanie, ale – powiedzmy sobie szczerze – raczej umiarkowane. Może gdyby śpiewał tam Skolim, co to ma wziąć udział w imprezie u pana prezydenta Nawrockiego, to co innego, bo on śpiewa takie piosenki, których inni artyści zabraniają swoim dzieciom słuchać, a wiadomo, że dzieci powinny słuchać tylko piosenek zatwierdzonych przez zwierzchność, to znaczy – Wielce Czcigodną Nowacką Barbarę, a w ostateczności – Wielce Czcigodną Kotulę Katarzynę.

Ale wszystko ma swoje konsekwencje i dlatego większość społeczeństwa woli słuchać tego, co tam pod dyrekcją Wielce Czcigodnego Giertycha Romana śpiewa przed prokuraturą pan Przemysła Kral, niż tego, co w Operze Leśnej wyśpiewuje, dajmy na to, Margaret.

Stanisław Michalkiewicz

„Kto pierwszy w nas rozpoznał: kto wrogów, kto przyjaciół”

„Kto pierwszy w nas rozpoznał: kto wrogów, kto przyjaciół”

prof. Witold Modzelewski

Jak można skutecznie znokautować nas intelektualnie, pozbawiając zdolności rozumienia własnych interesów?

Wiemy od dawna: po pierwsze trzeba nas przekonać, że świat, w którym rządzą cudze interesy, jest uporządkowany i bezpieczny, a każda jego zmiana dla naszego dobra przyniesie chaos. Po drugie, trzeba nam narzucić kryteria racjonalności, które uzasadniają prymat i chronią cudze interesy; zgodnie z tą logiką wszelkie działania w naszym interesie są „absurdalne” i „nie mieszczą się w (racjonalnej) głowie”.

Przypomnienie tych dwóch, wydaje się oczywistych reguł, które wprost formułowali np. niemieccy politycy w czasie, gdy tworzyli atrapę polskiej państwowości w 1916 roku (Akt Dwóch Cesarzy), ma sens, zwłaszcza dziś. Wmówiono nam, że każda, nawet najbardziej absurdalna wersja urządzenia tej części świata przez wyimaginowany „Zachód” jest dla nas „bezpieczna” i jest to jedyny dobry wariant. Wmówiono nam również, że mamy przejmować wszystkie jak leci wzorce „europejskie” i „atlantyckie”, a nasz ewentualny sprzeciw w imię obrony naszych interesów jest „bez sensu”: gorzej – jest nawet „zdradą” i „wpisywaniem się w kremlowską propagandę”.

Przykładów jest aż nadto, więc tylko wspomnę: narzucono nam zasady „dekarbonizacji”, czyli scenariusz zniszczenia naszej energetyki; harmonizację prawa podatkowego, czyli destrukcję systemu fiskalnego; oraz „politykę migracyjną” Unii Europejskiej, czyli powolne, ale skuteczne zniszczenie pokoju społecznego. Przede wszystkim wmówiono nam, że świat, w którym obowiązują te wrogie zasady, jest dla nas „korzystny”.

Absurd? Oczywiście, ale my mamy w tym absurdzie czuć się „bezpiecznie” i bez szemrania godzić się, płacąc horrendalne ceny za nośniki energii, niszczyć swój przemysł oraz akceptować okradanie budżetu z naszych pieniędzy przy pomocy unijnej wersji VAT-u. Przecież są to działania wrogie, ale ich autorów mamy nazywać „sojusznikami”, a tym bardziej „przyjaciółmi”. Istotą mądrości jest umiejętność odróżnienia wrogów od przyjaciół.

Kiedyś, u zarania III RP, powstał ponadpartyjny konsensus na temat polityki zagranicznej, którą klasa polityczna łaskawie „wyjęła spod debaty politycznej”. Ich zdaniem „ciemny lud” nie ma nic do gadania na ten temat, bo oni wiedzą lepiej, że musimy bezwarunkowo i bez reszty „należeć do Zachodu” i np. za darmo pomagać „walczącej Ukrainie”, której idolami są „bohaterowie UPA”. Ten, kto a priori i bezwarunkowo podporządkuje się innym państwom (semper fidelis – „zawsze wierni”), nie nadaje się do jakiejkolwiek polityki, bo jej istotą jest możliwość manewru i groźba odwrócenia sojuszy. To wiedza podręcznikowa, której niedouczone „elity”, jak widać, nie posiadają.

Dziś już można w miarę otwarcie oceniać ich mizerne kompetencje, a przede wszystkim dziecinną naiwność w ocenie tzw. Zachodu. Przypominanie dziś ówczesnych wypowiedzi na temat „doskonałości” wszystkiego, co wymyślił ów Zachód, budzi już tylko zażenowanie. Nie będę litościwy i tylko wspomnę bzdury wypisywane w tasiemcowych wywiadach publikowanych swego czasu np. w „Gazecie Wyborczej” na temat „zalet unijnego VAT-u”: o masowych wyłudzeniach i oszustwach wtedy nie padło tam ani jedno słowo.

Czy owo aprioryczne podporządkowanie się, które daje drugiej stronie możliwość bezkarnej wrogości („widziały gały co brały”), wynikało tylko z głupoty, czy też naiwności? Nie będę drążyć tego tematu, bo mogłoby to nas doprowadzić do przygnębiających wniosków. Wszak już nie raz w przeszłości nasi polityczni aktywiści kierowali się zasadą „brać nie kwitować”. Ciekawe, czy pamiętamy, kto wypowiedział te słowa? Ale to było dawno, w czasach gdy „niepodległościowi” politycy kolaborowali z austriackim zaborcą. Dziś jest to oczywiście całkowicie niemożliwe.

prof. Witold Modzelewski

Myśl Polska, nr 35-36 (30.08-6.09.2026)

Pustka państwa polskiego

Pustka państwa polskiego

Mateusz Piskorski

Żyjemy w czasach kontraktualizmu, czyli przekonania o tym, że państwo zawiera z obywatelami pewną umowę społeczną.

Współczesne państwo na tzw. Zachodzie, do którego przecież z dumą odnoszą się kolejni przedstawiciele polskiej klasy politycznej, opiera się właśnie na takim założeniu, za prekursora którego uchodzi jeden z fundatorów myśli liberalnej, John Locke. Jeśli zatem potraktujemy poważnie filozofię ustroju istniejącego w Polsce po 1989 roku, dojdziemy do wniosku, że działamy w ramach pewnej umowy, zresztą pisanej, bo określonej w Konstytucji. To ustawa zasadnicza stanowi przecież o naszych obowiązkach, ale też o tym, co należy nam się w zamian od państwa, które mamy uznawać za nasze.

Bankructwo owego państwa, przejawiające się w bardzo różnych sferach, każe jednak przypuszczać, że znajdujemy się na coraz szybszej drodze do jego delegitymizacji, czyli utraty wartości obecnej formuły państwowej w oczach obywateli. Oczywiście jakieś znaczenie może tu mieć wynikająca z historycznych doświadczeń mentalność Polaków, często w przeszłości, zasadnie bądź nie, uznających kolejne struktury władzy za wrogie sobie i polskim interesom.

Jak to wygląda współcześnie? Delegitymizacja państwa dokonywana przez klasę polityczną ma co najmniej trzy poziomy. Pierwszy poziom to reakcja na oczekiwania wobec nas ekstremalne, czyli liczenie przez władze warszawskie, że gotowi będziemy oddawać życie, zdrowie i mienie, by stawić czoła desygnowanemu przez nich wrogowi. Problem w tym, że nikt racjonalnie myślący w ich rozróżnienie przyjaciel – wróg dawno już nie wierzy. W efekcie rośnie liczba Polaków, która za to państwo w jego obecnej formule nie jest gotowa przelać nie tylko ani jednej kropli krwi, ale nawet ani jednej kropli potu i ani jednej złotówki. Poniżej 1/3 Polaków, według różnych przeprowadzanych w ostatnich latach sondaży, gotowa byłaby (deklaratywnie) zrealizować obowiązek obrony Ojczyzny w przypadku wybuchu wojny. To dość naturalne, bo Polacy zdają sobie sprawę z tego, czym wojna jest, mając ją pod nosem, za południowo-wschodnią granicą. Wiedzą, że na pewno nie jest ona cukierkowatą, kiczowatą przestrzenią „heroizmu”, jak przedstawiały ją pseudopatriotyczne produkty kultury masowej rodem z TVP, szczególnie za rządów PiS.

Po drugie, Polacy stają się przeciwnikami podatków i danin. Wcale nie dlatego, że przekonali się do tez głoszonych przez libertarian. Większość z nich gotowa byłaby do ponoszenia ciężarów fiskalnych, gdyby mogła liczyć w rewanżu na państwo i jego struktury. Jak jednak przekonać Polaków do płacenia składek na ubezpieczenie, jeśli służba zdrowia wygląda tak, jak wygląda? Jak uzasadnić im konieczność płacenia podatków w sytuacji, w której nie mogą od swojego państwa oczekiwać wywiązywania się z zobowiązań w dziedzinie polityki społecznej, czyli po prostu – realizowania zawartej z nami wszystkimi umowy społecznej? Dlatego rośnie i wzrastać będzie nadal sentyment antypodatkowy, wcale nie doktrynalny czy doktrynerski, lecz po prostu sytuacyjny i racjonalny.

Po trzecie, państwo polskie od lat już nie oferuje żadnego porywającego projektu na poziomie celów, nawet tych odległych i wyobrażonych. A to przecież właśnie rozmaite projekty i dalekosiężne cele, ubrane w szaty porywających idei, mobilizują nas do działania na rzecz jakiejś struktury życia zbiorowego. Nieprzypadkowo okazało się ostatnio, że w toczących się wojnach i konfliktach determinacja i motywacja ideologiczna wciąż mają znaczenie, nawet w obliczu przewagi technologicznej i ogniowej wroga (najlepszym przykładem jest tu Iran).

W tych okolicznościach Polak po prostu nie może być państwowcem – znów: w rozumieniu praktycznym, a nie pewnej wzniosłej i pewnie bliskiej sercom i umysłom wielu z nas idei państwa. Po prostu łamiąca wobec niego zobowiązania III RP jest coraz mniej uznawana za państwo „jego”, a coraz częściej postrzegana jako wrogi instrument „ich”. Będzie to w przyszłości duży problem dla nas wszystkich. Obecna pustka znaczeniowa i niewiarygodność kontraktowa państwa polskiego powodują bowiem, że dalszej erozji ulega w oczach naszego narodu państwowość jako taka.

Może to prowadzić na umysłowe bezdroża: albo do przekonania, że skoro państwo nie zdaje egzaminu, to trzeba zastąpić je inną, bardziej wiarygodną, przynajmniej na pierwszy rzut oka, strukturą (np. Unią Europejską); albo do myśli anarcho-libertariańskiej, w ogóle odrzucającej sensowność tworzenia projektów państwowych i poszukującej innych, często dość utopijnych form organizacji społecznej. Wszystko to „zawdzięczamy” tym, którzy od kilku już dekad w sposób całkowicie nieudolny próbują przekonywać nas do tego, że wymyślona przez nich [dla nich… md] konstrukcja jest państwem polskim.

Mateusz Piskorski

Myśl Polska, nr 35-36 (30.08-6.09.2026)

Długowieczność leszczyny. MEM-y III.

—————————————-

————————————

————————————————————————-

—————————————————

—————————

————————————————–

——————————–

———————————–

—————————————-

——————————

———————————–

100 watergate’ów tygodniowo. MEM-y II.

————————————–

———————————————–

—————————–

—————————————–

————————–

================================

———————————————————

——————————-

———————————-

Spadek. Człowiek nie czyta, a jednak cieszy. MEM-y I.

——————————-

—————————–

———————————

—————————————————–

————————-

—————————————-

———————————————————————-

———————————————

——————————————-

—————————

Widły czy kaganiec. MEM-y III.

————————————-

—————————————

————————————

————————————–

————————————–

————————————————-

———————————————-

—————————————————-

Żurek ze sprawiedliwością. MEM-y II.

———————-

———————————————————–

—————————————————-

——————————

——————————–

—————————————

————————————————–

———————————————————-

———————————————-

Ukraina ma dłuższą państwowość niż Polska. MEM-y I.

———————————–

———————————-

——————————————————

—————————————————————-

—————————————-

——————————————————-

———————————————————

—————————————————–

[A trza było poczekać, aż sam się domyje. ]

————————————-

„To się stanie w tym roku”: Uderzenie w cele NATO w Polsce przewiduje generał major

„To się stanie w tym roku”: Uderzenie w cele NATO w Polsce przewiduje generał major Ministerstwa Spraw Wewnętrznych

tsargrad.tv/jeto-sluchitsja-uzhe-v-jetom-godu-udar-po-obektam-nato-v-polshe-predrjok-general-major-mvd

Emerytowany generał major MSW Władimir Owcziński przewidział cios dla celów NATO w Polsce: „To się stanie w tym roku”. Zwrócił uwagę, że Zachód faktycznie rozpoczął agresję na pełną skalę przeciwko Rosji, więc nie można tylko czekać na ekspansję ataków wroga – konieczne jest działanie.

Emerytowany Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, doradca ministra spraw wewnętrznych Władimira Owczinskiego w programie „Wyniki dna z Delyaginem” w Царьграде powiedział, że Rosja, jego zdaniem, jest już w stanie wojny z NATO. Uważa, że udział krajów sojuszu w ukraińskim konflikcie nie pozwala nam mówić tylko o możliwej perspektywie bezpośredniej konfrontacji – już dostarczają pociski, które lecą do Moskwy i innych miast.

Ekspert zastanawia się, czy poczekać na dalszą ekspansję ataków na nasze terytorium. Jako jedną z opcji potencjalnych środków odwetowych nazwał uderzenie „Oresznika” na infrastrukturę wojskową w Rzeszowie, gdzie koncentruje się znaczna część pojazdów opancerzonych NATO, a w pobliżu znajdują się lotniska z samolotami bojowymi sojuszu.

Królowa Cargradu

„Przedmioty w Rzeszowie muszą być skazane na zagładę”

Jednocześnie Owcziński odrzuca sugestię, że takie uderzenie w cele wojskowe w Polsce nieuchronnie doprowadzi do wojny nuklearnej. Według niego kraje zachodnie nie przejdą do konfliktu nuklearnego z Rosją:

Nigdy nie rozpoczną wojny nuklearnej przeciwko Rosji. Ponieważ zarówno prezydent, jak i kierownictwo Ministerstwa Obrony, że dziesięć minut wystarczy, aby zniszczyć każdy kraj NATO na początku wojny nuklearnej przeciwko Rosji. Rosja nie zostanie zniszczona. Dlatego obiekty w Rzeszpwie powinny być skazane na zagładę. Wszystkie magazyny z pojazdami opancerzonymi, amunicją i tak dalej powinny zostać tam zniszczone. I to się stanie. I tak się stanie, jak sądzę, w tym roku. I to już koniec.

https://vkvideo.ru/video

Tym samym emerytowany generał major Ministerstwa Spraw Wewnętrznych przewidział uderzenie w cele NATO w Polsce. Wskazał, że mamy przyjęte dokumenty i faktycznie posiadające prawa siłowe, doktryny, strategie, które mówią, że jeśli istnieje niebezpieczeństwo, jeśli wróg ma plany, aby spowodować znaczne szkody dla Rosji, którym już towarzyszy prawdziwe przygotowanie do uderzeń, możemy podjąć wszelkie środki wyprzedzające, aż do użycia broni jądrowej:

Dzięki Bogu, oprócz broni jądrowej opracowaliśmy systemy takie jak Oresznik, możemy wysyłać pociski, które nie są przechwytywane za pomocą wielo naładowanych pocisków. NATO i Stany Zjednoczone nie mają środków do przechwycenia Oresznika. Przetestowaliśmy już „Орешник”, a te pociski są w wystarczających ilościach.

Władimir Owcziński i Michaił Delyagin. Zdjęcie: Cargrad

„Możliwe uderzenia w zachodnie bazy”

Wcześniej politolog Jurij Baranczik zauważył w rozmowie z Царьград, że mieszkańcy nie tylko regionów przygranicznych, ale także tych podmiotów, które są usuwane z linii frontu na tysiąc kilometrów lub nawet częściej wpadają pod ogień w Rosji:

Ponadto nasze rafinerie spłonęły. Ludzie widzieli te zdjęcia i zdają się mówić władzom: „Zmieńmy w jakiś sposób sytuację, aby tak się nie stało”. A drugie pytanie brzmi: jak zmienić tę sytuację. Jedną z opcji jest liczenie według LBS, zgodnie ze scenariuszem koreańskim. Ludzie tego nie popierają. Są gotowi na to, że kierownictwo kraju ogłosi politykę ostrej eskalacji konfliktu, aż do użycia taktycznej broni jądrowej w Europie. I myślę, że jest to bardzo ważna reakcja obywateli.

Królowa Cargradu

Według eksperta można to postrzegać jako sygnał z dołu, że „ludzie czekają”, a ostatnie masowe uderzenia na Kijów za pomocą pocisków, w tym hipersonicznych, i drony „spełniają tę linię aspiracji ludzi” o tym, jak dokładnie walki powinny rozwijać się z naszej strony:

Ale wierzę, że ciosy w zachodnie bazy są również możliwe. Oto obiekty w Rzeszowie, np. w Konstancie. [w Konstancy” (jeśli chodzi o miasto Konstanca w Rumunii) md]. Takie jednorazowe uderzenia mogą zatrzymać ten strumień pomocy dla APU, wiesz. Jeśli się nie zatrzymają – to oczywiście musimy odizolować ten region operacji wojskowych, które są prowadzone na Ukrainie, innymi metodami i środkami.

[—-]

Realnie o Polsce, Rosji, Ukrainie i NWO

Rozmowa portalu Ukraina.ru z red. Konradem Rękasem.

Posted by Marucha w dniu 2026-08-27 marucha./rozmowa-portalu-ukraina-ru-z-red-konradem-rekasem/

Ukraina.ru: Panie Redaktorze, niedawno Pan prezydent Rosji Władimir Putin wyraził przekonanie, że prędzej czy później Ukraina utraci swoje zachodnie ziemie na rzecz ich historycznych właścicieli, wspominając między innymi o byłych ziemiach polskich. Czy sama Polska przygotowuje się na taki scenariusz?

Konrad Rękas: III Rzeczpospolita, czyli obecna forma państwowości polskiej – nie, bo jest całkowicie niesamodzielna wobec Anglosasów i prędzej sama stałaby się częścią UkroPolinu, pro-zachodniej unii polsko-ukraińskiej niż ośmieliłaby się oficjalnie zgłosić roszczenia wobec historycznych ziem polskich pod tymczasowym zarządem ukraińskim.

Natomiast naród polski tak, jak najbardziej jest gotów powrócić na polskie Kresy Wschodnie i połączyć się w jednym państwie z naszymi rodakami, zamieszkującymi obecną Ukrainę, siłą oddzielonymi od ojczyzny i narażonymi na szowinistyczną politykę Kijowa skierowaną przeciw wszystkim mniejszościom.

Jedyną wątpliwością, wyrażaną niekiedy przez Polaków, żywo dyskutujących w internecie, bywa kwestia Ukraińców zamieszkujących obecnie Lwów, Łuck, Równe, Tarnopol, Stanisławów, Żytomierz, Winnicę i Kamieniec Podolski.

„Po co nam więcej Ukraińców?!” – pytają, odnosząc się do przeszło 3,5-milionowej rzeszy ukraińskich nachodźców, zamieszkujących obecnie w Polsce. Takie obawy łatwo jednak można rozproszyć. Wszak kiedy po wygranej II wojnie światowej Polska odzyskiwała swoje historyczne Ziemie Zachodnie – takie miasta jak Wrocław, Gdańsk czy Szczecin były wciąż pełne Niemców. A jednak w ciągu ledwie kilkunastu miesięcy gremialnie opuścili oni odradzające się państwo polskie.

Zmiana granic pociąga za sobą zmiany etniczne, wiedzą o tym mieszkańcy serbskiej Krainy czy Cypru. Kiedy polskie Wilno przyłączono do Litwy w 1939 r. było tam mniej niż 1 procent Litwinów, Lwów przed 1944 r. był miastem od kilku stuleci rdzennie polskim. Powrót tych miast do Polski przywróciłby ich pierwotny skład etniczny, a dynamiczna akcja repolonizacyjna zatarłaby szybko powierzchowne ślady ukrainizacji czy lituanizacji.

Wystarczy jeden szybki ruch i ukraiński epizod w długiej historii Lwowa i całych Kresów odszedłby w niepamięć, na którą zasłużył. Ukraina jest pasożytem na ziemiach polskich i jak pasożyt powinna zostać potraktowana.

Ukraina.ru: We wrześniu br. w Polsce odbędą się ćwiczenia wojskowe tzw. koalicji chętnych. Oprócz żołnierzy polskich, zapowiedziano udział 1500 żołnierzy francuskich i brytyjskich. Organizatorzy tych ćwiczeń nie kryją, że ich celem jest przygotowanie do rozmieszczenia wojsk europejskich na Ukrainie. Czy Pana zdaniem jest to możliwe, a jeśli tak, to na jakich warunkach?

KR: Siły europejskie nie muszą wchodzić na Ukrainę, bo już tam są, wystarczy, że się ujawnią. Bez zachodniej, a dokładniej amerykańskiej pomocy nie byłyby możliwe ukraińskie ataki dalekiego zasięgu na cele w głębi Rosji. Bez brytyjskiego i niemieckiego udziału nie byłyby możliwe ukraińskie akty sabotażu i dywersji. Polscy żołnierze udający najemników działają na Ukrainie od euromajdanu.

Rozszerzenie i umiędzynarodowienie konfliktu można uzyskać także w inny sposób, relokując kijowskie bojówki do krajów bałtyckich, do Mołdawii, a także do Polski, gdzie mogłyby służyć zdyscyplinowaniu Polaków buntujących się przeciw ukraińskiej dominacji.

Nie miejmy złudzeń, Rosja walczy z koalicją zachodnią już co najmniej od 2014 r., od 2022 roku wreszcie czyni to zbrojnie, jednak cały czas wypiera się to z rosyjskiej świadomości. Rosjanie zostali napadnięci przez taką samą międzynarodową koalicję, jaka stanęła w szeregach Kawalerów Mieczowych przeciw Aleksandrowi Newskiemu, u boku Karola XII przeciw Piotrowi Wielkiemu, pod wodzą Napoleona przeciw Kutuzowowi i pod przewodem Hitlera przeciw narodom sowieckim. Ta wojna wróciła i dalej trwa.

Ukraina.ru: W kwietniu ogłoszono, że Francja planuje wspólne ćwiczenia sił powietrznych z Polską z udziałem myśliwców wielozadaniowych Rafale uzbrojonych w pociski nuklearne. Ćwiczenia te mają obejmować symulowane ataki na cele w Rosji i na Białorusi. Jednocześnie władze Warszawy starają się o udział w programie Nuclear Sharing, który zakłada rozmieszczenie amerykańskich bomb atomowych. Skąd ta samobójcza chęć uczynienia z Polski celu nuklearnego?

KR: Taktyczna / ograniczona wojna jądrowa pozostaje jedną z metod akceptowalnych w ramach NATO-wskiego planu aktywnej obrony strategicznej, czyli faktycznie ataku wyprzedzającego na Rosję i Białoruś. Co konkretnie wyprzedzającego – dowódcy NATO nigdy nie uważali za stosowne wyjaśnić, grunt, żeby to ich kody odpalające zostały wczytane pierwsze.

Bomby jądrowe mają zaś to do siebie, że muszą gdzieś wybuchnąć – oczywiście na terytorium wroga spadając na cele uznawane za istotne strategicznie, np. główne centra przemysłowe i decyzyjne kraju, zaś na własnym terenie… Cóż, na własnym terenie należy znaleźć i wyeksponować takie obszary, z których straty mogłyby zostać uznane za akceptowalne z punktu widzenia Londynu, Berlina i Paryża. Tak jak Polska, Rumunia i Pribałtika.

Ukraina.ru: W ostatnich miesiącach różne sondaże udokumentowały narastające negatywne nastawienie Polaków do Wołodymyra Zełenskiego, Ukrainy i Ukraińców. Ten ostatni punkt potwierdzają trwające konflikty wewnętrzne z obywatelami Ukrainy w Polsce. W tej sytuacji zarówno rząd, jak i znaczna część opozycji apelują o utrzymanie poparcia dla Kijowa ze strony Warszawy. Czy nadchodzące wybory parlamentarne mogą odwrócić ten trend?

KR: Elity polityczno-medialne III RP dość długo myślały jak zareagować na falę wyraźnego społecznego przesytu pro-kijowską propagandą w Polsce. Wszystko, co w głównym nurcie umiano wymyślić to jednak tylko łzawe historyjki o biednych ukraińskich nastolatkach, na które ktoś nakrzyczał w tramwaju, bo kładły nogi w butach na oparciach siedzeń. W tak opisywanej historii jeden burkliwy starszy Polak nie tylko miałby równoważyć kilkaset tysięcy Polaków ludobójczo pomordowanych przez ukraińskich nazistów podczas Rzezi Wołyńskiej.

Polacy, którzy nie chcą dalej płacić Ukraińcom za darmowe zasiłki, przejazdy, leki, opiekę medyczną emerytury okazują się być nagle gorsi od „bomb Putina!”. Nie trzeba dodawać, że tak przerysowana, jeszcze bardziej histeryczna propaganda zamiast przekonywać Polaków do Kijowa i dalszego wspierania ukraińskich nazistów i oligarchów – działa tylko bardziej otrzeźwiająco i odstręczająco. Polacy się budzą i ani szantażowani ukraińskimi burdelami politycy, ani sprzedajni dziennikarze z mediów należących do niemieckiego i amerykańskiego kapitału zmienić już tego nie są w stanie.

Ukraina.ru: W lipcu w całej Polsce odbyły się masowe uroczystości upamiętniające ofiary Rzezi Wołyńskiej, w których sam Pan uczestniczył. Tymczasem na Ukrainie nasilają się gloryfikacje osób i organizacji, które dopuściły się tej zbrodni. Czy nie nadszedł czas, aby Polacy przypomnieli sobie tezę Jerzego Giedroycia, że Polska nie powinna wspierać nacjonalistycznego rządu na Ukrainie, a w takim przypadku Moskwa byłaby naturalnym, choć taktycznym, sojusznikiem Warszawy – jako przeciwwaga dla ukraińskiego nacjonalizmu?

KR: Nie trzeba ani lubić Rosji i Rosjan, ani nawet życzyć im zwycięstwa, by rozumieć, że Polska skazana jest na współpracę z Rosją – w swoim najlepszym interesie, zaś dla Rosjan Polacy mogliby być znakomitymi partnerami i pośrednikami w dziele odbudowie relacji z Europą, oczywiście z pominięciem jej wyalienowanych elit.

Dyplomacja narodów przeciw wojnie oligarchów byłaby najlepszym wyjściem z obecnego kryzysu, który w Europie Zachodniej objawia się wzrostem kosztów życia, spekulacją energetyczną, katastrofą imigracyjną i rozkładem cywilizacyjnym. Polska tyle razy i często bez własnego udziału była bramą do zachodnich inwazji na Rosję, najwyższy czas, byśmy wyciągnęli wnioski z historii i jak mówił polski ksiądz prymas, Stefan kardynał Wyszyński, oparli się o ścianę wschodnią, słowiańską. Nasza współpraca znakomicie pomogłaby też w denazyfikacji Ukrainy, która potrzebuje naszej wspólnej pomocy w uwolnieniu spod jarzma międzynarodowej finansjery, rodzimych oligarchów i nazistów.

Ukraina.ru: W zeszłym tygodniu Prawo i Sprawiedliwość, największa partia opozycyjna w Polsce, rozpadła się po raz piąty. Czy powinniśmy spodziewać się w związku z tym znaczących zmian w polskiej klasie politycznej, czy skończy się to kolejnym „przestawianiem łóżek w burdelu”?

KR: Podział sceny politycznej III RP na liberalno-europejską PO i konserwatywno-amerykańskie PiS, zainicjowany po wyborach w 2005 r., nareszcie dobiega końca, podobnie jak wcześniejsza (równie fikcyjna) konkurencja post-Solidarności z post-komuną. Naturalne starzenie się frontmenów i dorastanie kolejnych pokoleń wyborców skłaniają do restrukturyzacji sceny politycznej.

Zmieniają się szyldy, poprzedni drugi szereg staje się nagle odświeżonym pierwszym, jednak w istocie w Polsce, podobnie jak i w innych państwach Europy Środkowej istnieją całe hodowle polityków partyjnych, prezenterów telewizyjnych, celebrytów, kierowników polityki gospodarczej, którzy mają służyć tylko jednemu celowi – utrzymaniu stanu zależności Polski od Zachodu, a Polaków w pułapce średniego wzrostu, dającego pozory spokojnego życia mimo skrajnie niskich zarobków i stałego wzrostu cen oraz braku samodzielności ekonomicznej.

Ruch z ex-premierem Morawieckim należy widzieć w tych właśnie kategoriach. To próba oddziaływania na wyborców zdezorientowanych, zrażonych do dotychczasowych partii, ale niegotowych, by całkowicie zerwać z dotychczasowym systemem, ciągle tymi samymi nazwiskami, twarzami i… kapitałami. To także rozpaczliwy odruch obronny systemu, przerażonego wzrostem nastrojów, nad którymi nie panuje i których nie jest w stanie zmanipulować.

Nie udało się wypromować polityków PiS, ani PSL, wypróbowanych sług narodu ukraińskiego, na antybanderowskich patriotów, tworzone są więc byty, mające zapewnić pro-zachodnią i pro-kijowską większość po wyborach jesienią 2027 r.

Tymczasem jeśli za rok dojdzie do powstania jakiegoś rządu ocalenia narodowego przed populizmem i rosyjskimi agentami w Polsce, wówczas w ciągu najdalej kilkunastu miesięcy III RP się zawali, podobnie jak i jej układ zależności od Zachodu, a władzę w Polsce przejmą po prostu Polacy. I będą rządzić po polsku i w polskim interesie.

No chyba, że wówczas władza, wzmocniona wsparciem Zachodu i na jego rozkaz – zdecyduje się na rozwiązanie siłowe. A wówczas, zgodnie z wielowiekową już tradycją, oby miał nam kto udzielić pomocy.

Ukraina.ru: Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Oleg Chawicz
https://aniemowilem.pl/

Naród wygrał walkę o pamięć. Kwiaty lnu.

Naród wygrał walkę o pamięć. Kwiaty lnu.

Z okazji 83. rocznicy Krwawej Niedzieli, w doborowym towarzystwie rozdawałem kwiaty lnu. Zwykli ludzie wykazują o wiele większą wrażliwość na krzywdę pomordowanych rodaków niż „główny nurt” zanieczyszczonej rzeki, zwanej „polską sceną polityczną”.

  1. Kwiaty lnu to symbol narodowego męczeństwa narodu, do którego mam zaszczyt należeć, ale też znak przypominający o podwójnym zbiorowym morderstwie: na ludziach i na pamięci.

Pierwszego dokonali ukraińscy zwyrodnialcy, zaopatrzeni w widły, siekiery i noże, inspirowani ideologią, której głównym twórcą był Dmytro Doncow. Ukraińscy zwyrodnialcy, którzy zrobili rzeczy tak potworne, że ich potomkowie do dziś nie chcą rozpocząć ekshumacji ciał ich ofiar na pełną skalę.

Sprawcą drugiego był cały „główny nurt” III RP, ramię w ramię działające PO i PiS, w tym prezydent Andrzej Duda strofujący wg mnie jednego z największych Polaków ostatnich dziesięcioleci, księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, który dla wołyńskiej pamięci zrobił więcej niż cała nasza „elita” razem wzięta.

Mieliśmy do czynienia z wieloletnią ponadpartyjną współpracą tych od „historię zostawmy historykom” (nawet, gdybyśmy chcieli to zrobić – Ukraińcy nie dopuścili by ich do ekshumacji) oraz tych przekonanych, że w imię walki z Rosją trzeba zapomnieć o setkach tysięcy polskich ofiar banderyzmu.

  1. Ktoś mnie zapytał: a co to właściwie ta „elita”? Spieszę z wyjaśnieniem.

To ludzie, dla których albo wszystkie poglądy (w tym ukrainofilia) są funkcją wykorzenienia z polskości i niechęci do państwa narodowego albo – jak w przypadku części pisowskiej (jeśli chodzi o paranoję ukrainofilską to są dwie strony tego samego medalu) – karykaturalny romantyzm (czyli „umierajmy za tych, którzy nas zabijali”) i „bardziej nienawidzę Rosji niż kocham Polskę” to aksjomaty polityczne i geopolityczne.

To depozytariusze fałszywych miar, wyrzuceni pracownicy kantoru, którzy za złotego płacili mniej niż za włoskiego lira.

Ci, którzy oburzają się (słusznie) kilkoma słowami za dużo do ukraińskiego dziecka, ale zupełnie nie oburza ich nadawanie imienia seryjnych morderców Polaków ukraińskim jednostkom wojskowym (na poziomie państwowym, nie przez faceta w autobusie!). Ukraińców, którzy w dzisiejszej Polsce napadają na Polaków najchętniej anonimizowaliby pisząc „mężczyzna” – metoda na Zachodzie sprawdzona.

Ci, którzy od 100 lat tropią „faszyzm” (niezastąpiony Adam Michnik wspominał o zagrożeniu faszystowskim w ostatnio udzielonym wywiadzie – jak co miesiąc, chce się rzec), a gdy widzą promocję nazizmu na Ukrainie, mówią, że „przecież to jak Niezłomni”, „przecież to ich bohaterowie”.

Ci, którzy straszą „wojną z Rosją”, więc z tej okazji rozbrajają polską armię.

Ci, którzy prowadzą politykę strachu, tą którą imputują „faszystom” i „ksenofobom” – i całą narrację sprowadzają do tego, że armia, która nie radzi sobie na Ukrainie napadnie na Polskę (wpadłem na pomysł, że w przypadku braku rosyjskiej agresji obywatele powinni składać pozwy o zadośćuczynienie z powodu stresu wywołanego obawą agresji).

Ci, którzy zamilczali masakrę wołyńską, a przepraszali za ponad 100 razy mniej zabitych w Jedwabnem.

Ci, którzy „historię zostawiają historykom”, ale tylko wtedy, gdy to historia krzywd Polaków (kapitanem „Burym” i insynuacjami pod jego adresem mogliby zajmować się przez cały czas wolny od oglądania TVN).

Ci, którzy uprawiają negacjonizm wołyński. Jak Sławomir Sierakowski, przemianowany przez samego siebie z lewaka w mainstreamowego chat-bota od „onuc” i „szampanów na Kremlu”, kapłana poprawniactwa, uznającego punkt 1 pewnej księgi: „uznałem, że jestem bezsilny wobec posiadania własnych poglądów”. On i jemu podobni domagają się, w typowym dla siebie stylu łączącym moralistę i galaretę, restrykcyjnego egzekwowania kar za negacjonizm oświęcimski.

Ci, którym „lewicowa wrażliwość” leczy sumienie, a jedynym ich stosunkiem do narodu jest pouczanie go i rysowanie jego karykatur. Ci, którzy zawsze poprą deweloperów, którzy spalili Jolantę Brzeską – jak przyjdzie co do czego.

Ci z manią wyższościową, którzy uznają, że naród omamiony przez „populistów” nie dorósł do jaśniepaństwa – a naród okazał się od jaśniepaństwa mądrzejszy.

Ci od układania krzyży z piwa Lech.

Ci od wpychania się w kolejki w szpitalach, wciąż tkwiący w hamletowskim rozdarciu między „lewicową wrażliwością” a arystokratycznymi nawykami.

Ci, którym ta wynoszona na sztandar wrażliwość nie przeszkadza w kpiarskim przyrównywaniu odpowiedzialności za Wołyń do odpowiedzialności za Grunwald – bo nigdy, przenigdy nie chcieli wsłuchać się we wspomnienia żyjących świadków gehenny Polaków.

Ci, którzy uznają, że powierzchowna grzeczność i dyplom uczelni dają przynależność do lepszej rasy – budują przewagę nad „kibolem co jeździł na ustawki”. Lubią ładnie pachnieć, polityka to dla nich moralistyka i perfumeria – niestety, nie lubią samodzielnie myśleć. Głosują jak „wypada”. Mówią „obrzydliwe”, „straszne”, „przerażające”, bo konkrety i fakty ich przerażają.

  1. Mieli szansę się wycofać, powiedzieć, że się mylili.

Powiedzieć, że to skandal, że fan UPA miał order, a ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski przypłacił niezłomność krótszym życiem. Odciąć się od swojego guru (przyznam, że wiele poziomów wyżej niż aktualni guru) Bronisława Geremka, który osobiście dopilnował, by rzeź wołyńska nie została nazwana ludobójstwem.

Mogliby nawet troszkę zmanipulować, wykazując odrobinę poczucia wstydu – powiedzieć, że nie wiedzieli, powiedzieć, że infekowali toksynami polską duszę, bo nie znali historii. Że morderstwo z powodu antysemityzmu nie jest znowu tak dużo gorsze od zabójstwa z powodu nienawiści do Polaków.

Zaakceptowałbym nawet taki wybieg, jeśli miałby on służyć uznaniu zła, własnego grzechu zaniechania, własnego doktrynalnego przyjęcia, że życie Polaka dużo mniej znaczy.

Co zrobili? Chcieli dać order fanowi nazistowskich rzezimieszków, patronowi korupcji na nieprawdopodobną skalę, człowiekowi, który Polaków ostentacyjnie spycha do tylnego rzędu.

Bezczelność Wołodymyra Zełenskiego to wina Polaków – tu „elita” ma rację. Tyle że ta wina nie polega na odebraniu orderu, lecz na pomyśle, by go kiedykolwiek przyznać.

I myślałem, która część ich osobowości przeważy- ukrainofilsko-mesjanistyczna czy manipulancko-cyniczna. Niespełniony i niedoceniony „przewodnik moralny” narodu reaguje wściekłością na niewdzięczny naród: jest w stanie jedynie kipieć w moralistycznym nadąsaniu.

Nienawiść „Europejczyków” do Nawrockiego w pewnym sensie pięknie pomogła Polsce. Bo była nienawiścią do polskiej podmiotowości, do zakończenia polityki charytatywnej.

Ujawniła dużo wyraźniej niż wcześniejsze zachowania postawę „elity”, której z polskiego punktu widzenia nie da się obronić. Nie da się obronić nawet „interesem narodowym” i innymi „faszystowskimi” pojęciami, po które „elita” sięgnęła, jak zdała sobie sprawę, że tonie.

Nawet walcząc z rekinami jak Rafał, nawet haj lajfem zastępując maj lajf, nawet radząc sobie z pracą w 50 szpitalach jednocześnie.

Pamięć leczona ze stresu, kości przeliczane na euro – Polacy zabici tylko dlatego, że byli Polakami złożeni na ołtarzu „dobrych relacji sąsiedzkich”.

Pamiętam, że jeszcze niedawno dla funkcjonujących nad Wisłą mediów na początku lipca istotniejsze były obchody rocznicy zbrodni w Jedwabnem, gdzie w niejasnych okolicznościach zginęło kilkaset Żydów od obchodów rocznicy Krwawej niedzieli, choć w trakcie rzezi wołyńskiej zginęło ponad 100 tysięcy Polaków.

  1. To naród powiedział, że tak nie można, to naród zaczął czuć coś, czego „elita” nigdy nie odczuła i nigdy nie odczuje. To naród wykazał godność, którą „elita” nazywa „nacjonalizmem”, tylko dlatego, że jej nie rozumie.

To zwykli ludzie uznali, że zbrodnia wołyńska to nie żadna historia – a na pewno nie będzie nią do momentu, w którym skończą się wszystkie ekshumacje i do chwili, w której na Ukrainie stoi choć jeden pomnik Bandery czy Szuchewycza.

„Elita” nie boi się „nacjonalizmu” – boi się samej siebie i dyktatu wybiórczej amnezji, w jakim tresowała naród. A może i niczego się nie boi, skoro nie boi się UPA.

To kibice na stadionach i raperzy w piosenkach wyrazili uczucia zranionego narodu, który woła o pamięć i sprawiedliwość – wyrazili to, czego nie potrafią ci, co ostatnio mówią o pojednaniu – pojednaniu w imieniu ofiar, które chcieli zamilczeć, pojednaniu z banderowcami, którzy przecież podobno nie istnieją. Naród ma dość tej ściemy – bla, bla, bla – „Na Ukrainie nie ma banderyzmu” – bla, bla, bla – „Skupmy się na przyszłości” – bla, bla, bla – „Obie strony są winne” – bla, bla, bla – „Dla Ukraińców to bohaterowie” – bla, bla, bla.

Marszałek Józef Piłsudski, koło którego pomnika w Otwocku rozdawaliśmy dziś kwiaty lnu rzekł słynne słowa: „Naród wielki, tylko ludzie kurwy”. Pozwolę sobie się nie zgodzić, bo zamiast „ludzi” widziałbym w tym zdaniu „elity”.

Naród wygrał walkę o pamięć. Dlatego wciąż potrafi być wielkim narodem.

Jacek Tomczak

Myśl Polska, nr 35-36 (30.08-6.09.2026)

Rzeczpospolita babska

Rzeczpospolita babska

Zachwycająca w swojej widowiskowości afera wokół byłej już Pełnomocniczki Rządu do Spraw Marki Polska, pani Barbary Mróz-Gorgoń, w tragikomiczny sposób odsłoniła faktyczną jakość zaplecza politycznego obecnej władzy.

Poszło o „Polaków Portret Własny. Raport z badań DNA marki Polska”, dokument, który wywołał burzę w mediach społecznościowych. Dodajmy: burzę całkowicie uzasadnioną. „HIPOTEZA PSYCHOLOGICZNA: To wskazuje na SYNDROM IMPOSTORA na POZIOMIE NARODOWYM – Despite RZECZYWISTYCH OSIĄGNIĘĆ, BRAK WEWNĘTRZNEGO PRZEKONANIA o SWOJEJ WARTOŚCI” – czytamy w treści dokumentu. Podobnych kwiatków jest więcej. Z raportu możemy dowiedzieć się na przykład, że młode pokolenie Polaków płynnie mówi po mandaryńsku, Polska miała pięcioro noblistów, a Katowice znajdują się w centralnej części kraju.

Równie osobliwy jak treść jest język dokumentu. „Nie ma takiego słowa jak „chlebowość”, a „głębokie zakorzenienie w historii sufferingu” to sztuczny twór językowy, który będzie niezrozumiały zarówno dla Polaków, jak i osób, dla których angielski jest pierwszym językiem” – na leksykalnej stronie opracowania suchej nitki nie pozostawia znany językoznawca, prof. Jerzy Bralczyk.

Naciskana przez dziennikarzy Mróz-Gorgoń przyznała w końcu, w trakcie programu „Punkt widzenia Jankowskiego” na antenie Polsat News, że podczas przygotowywania raportu korzystała ze sztucznej inteligencji. Ta uderzająco wręcz profesjonalna „analiza” kosztowała nas – podatników  niemal 200 tysięcy złotych.

Ostatecznie, w atmosferze urażonej niewinności, Barbara Mróz-Gorgoń złożyła dymisję z funkcji Pełnomocniczki Rządu do Spraw Marki Polska. „Przy tej niewyobrażalnej skali hejtu niemożliwe jest pełnienie tak odpowiedzialnej roli” – napisała w oświadczeniu opublikowanym w mediach społecznościowych.

„To jest szczyt bezczelności tej Grażyny. Składa dymisję nie dlatego, że wypuściła ten fejkowy raport, tylko z powodu hejtu? Znikaj kobieto z życia publicznego i więcej nie wracaj!” – napisał lider Konfederacji Sławomir Mentzen.

Byłej pełnomocniczki nie oszczędziła nawet Anna Maria Żukowska. „Oczywiście nie znalazło się miejsce dla „przepraszam”. Pani Mróz-Gorgoń pomyliła zasłużoną merytoryczną krytykę z hejtem. (..) To nie był hejt, ta pani chyba w życiu prawdziwego hejtu nie widziała” – skwitowała posłanka Lewicy.

Dziś Polska się śmieje. Żenujący raport pani Barbary Mróz-Gorgoń i sama jego autorka stali się prawdziwą kopalnią mniej lub bardziej wysublimowanych żartów i memów. To dobrze. Wyszydzanie jest w tym przypadku w pełni uzasadnione i stanowi formę publicznego piętnowania, na które była pełnomocniczka rządu solidnie zapracowała. W tej michałkowej atmosferze umykają nam jednak dwie znacznie głębsze i bardziej ponure konkluzje.

W życiorysie pani Barbary Mróz-Gorgoń możemy wyczytać, iż jest ona „profesorem Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu, badaczką i praktykiem strategii marki. Naukowo zajmuje się brandingiem, rebrandingiem i komunikacją strategiczną. Od lat łączy dwa światy: naukę o marce i praktykę jej budowania”. Przedstawia się więc jako osoba ze znaczącym dorobkiem naukowym. Przeczytałem i wysłuchałem kilku jej wypowiedzi. Łączą one pustosłowie, makaronizmy i nieznośną korporacyjną nowomowę. Są przy tym intelektualnie całkowicie puste, pozbawione jakiejkolwiek treści.

Przykre wrażenie, jakie wywołują, świadczy nie tylko o pani Barbarze, ale i o całej współczesnej polskiej nauce. Polski świat akademicki zmienił się w jedno wielkie Collegium Humanum, gdzie samodzielni intelektualnie naukowcy, niejednokrotnie cechujący się gigantycznym i uznawanym międzynarodowo dorobkiem, są sekowani. Ich miejsce zajmują produkty profesoro-podobne, niewnoszące  nic istotnego do swoich dziedzin.

Druga konkluzja jest równie porażająca. Barbara Mróz-Gorgoń nie jest bynajmniej przypadkiem odosobnionym w skali polskiego rządu (funkcja Pełnomocnika Rządu do spraw promocji marki Polska jest stanowiskiem ministerialnym). Jest przecież także Paulina Hennig-Kloska, Marta Cienkowska, Urszula Zielińska, Barbara Nowacka, Agnieszka Dziemianowicz-Bąk i wiele, wiele innych. Wszystkie je łączy brak podstawowych kompetencji do wykonywania odpowiedzialnych zadań związanych z zajmowanymi przez nie stanowiskami.

Część z nich niekompetencję łączy także z mniej niż umiarkowanymi walorami intelektualnymi, czyniąc z każdego ze swoich publicznych wystąpień tragikomiczny spektakl. Czas nazwać rzeczy po imieniu. Jesteśmy ofiarami wymuszonej przez feministki perspektywy, której ukoronowaniem było narzucenie nam parytetów płci w życiu publicznym. Przyjęcie założenia, że nie kompetencje, a płeć decydować mają o obsadzie kluczowych dla funkcjonowania państwa stanowisk, nieuchronnie doprowadziło do skokowego obniżenia jakości. To samonapędzający się mechanizm. Zatem z każdą kadencją jest coraz głupiej, śmieszniej i bardziej kuriozalnie. A będzie jeszcze gorzej.

Nie jest to zresztą wcale wyłącznie polski trend. „Polityczki” Kaja Kallas i Sanna Mirella Marin niczym nie odstają od polskich koleżanek, a być może nawet je przewyższają. Niestety politycy pokroju Marine Le Pen czy choćby Giorgii Meloni stanowią na ich tle wyraźną mniejszość. Porównanie pomiędzy nimi dobitnie pokazuje, że istotą problemu w kwestii reprezentacji kobiet w organach przedstawicielskich od dawna nie jest przynależność do płci, lecz kompetencje lub ich brak.

W starożytnej Grecji słowo idiota (idiotes, od idios – prywatny) oznaczało człowieka prywatnego, który nie uczestniczył w życiu publicznym ani w polityce swojego polis. Choć jego pejoratywne znaczenie było oczywiste, nie była to stricte obelga. Raczej negatywnie nacechowane określenie kogoś, kto skupiał się wyłącznie na własnych, domowych sprawach i ignorował dobro wspólne.

Współcześnie definicja tego słowa zmieniła się. Obecnie idioci, a także (może nawet zwłaszcza) idiotki, ochoczo i masowo uczestniczą w życiu politycznym, wytyczając kierunki rozwoju Polski i Europy. I to jest prawdziwy dramat.

Przemysław Piasta

Myśl Polska, nr 35-36 (30.08-6.09.2026)

Patrioty, zboże – a gdzie polski interes?

Patrioty, zboże – a gdzie polski interes?

Krystian Kamiński

Wiceminister obrony narodowej Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, zapytana o to, czy Polska ponownie przekaże Ukrainie pociski systemu Patriot, stwierdziła, że „ta decyzja musi być podjęta w kontekście bezpieczeństwa Polaków i wszystkie racje muszą być zważone”, dodając, że decyzja może zapaść w najbliższych dniach.

To „jeszcze” jest jak dzwonek alarmowy, którego dźwięk wzmacnia tylko stwierdzenie wiceminister, że jej resortowy pryncypał, Władysław Kosiniak-Kamysz, „dziś jest skłonny przekazać więcej, ponieważ wolałby, żeby taka rakieta została zestrzelona nad terytorium Ukrainy, niż żeby wpadła w nasze”. Koresponduje to z wypowiedzią Donalda Tuska, iż „będzie rozważał” z Kosiniakiem-Kamyszem „jak najszybciej dalszą pomoc dla Ukrainy, także z kolejnymi Patriotami, jeśli będzie taka potrzeba”, ponieważ prezydent Ukrainy powiedział mu, że najbliższe sto dni może rozstrzygnąć o wyniku wojny.

Dobrze czytacie. Premier Polski podejmuje strategiczne decyzje (a przynajmniej tak przedstawia swój proces decyzyjny), bo prezydent Ukrainy mu coś powiedział.

Przekazanie Ukrainie kolejnych pocisków systemu Patriot będzie oczywiście radykalnym działaniem na niekorzyść naszego bezpieczeństwa. Dokonująca się rewolucja w sztuce wojennej, związana z taniością i masowością nowych środków napadu powietrznego, powoduje radykalny wzrost zużycia tradycyjnego uzbrojenia – drogich środków obrony. Skalę tego zjawiska pokazuje przykład USA, które przegrywają wojnę z Iranem między innymi ze względu na nierównowagę kosztową działań zbrojnych między walczącymi stronami.

Według danych przytoczonych pod koniec lipca przez „Wall Street Journal”, powołujący się na wyliczenia Center for Strategic and International Studies, siły zbrojne USA, próbując odeprzeć odwet Irańczyków, zużyły podczas wojny rozpoczętej przeciw Iranowi co najmniej 1500 pocisków przechwytujących Patriot. W niespełna pięć miesięcy. I to nie zawsze skutecznie, bowiem Irańczycy zdołali zniszczyć szereg cennych instalacji wojskowych USA na Bliskim Wschodzie.

Nie ma przy tym widoków na szybkie uzupełnienie arsenału. W całym 2025 roku Lockheed Martin wyprodukował 620 pocisków PAC-3 MSE. Jestem przekonany, że zajmiemy dość odległe miejsce w kolejce po nieliczne schodzące z amerykańskich linii produkcyjnych antyrakiety. Z tych powodów zresztą uważam, że stanowisko rządu Tuska jest wynikiem presji protegujących Ukrainę Amerykanów i że stanowisko rządu Mateusza Morawieckiego byłoby takie samo albo jeszcze bardziej usłużne wobec Waszyngtonu i Kijowa.

Premier i wicepremier, rządzący państwem, którego system obrony pozostaje dalece niekompletny nawet w kategoriach tradycyjnych, szafując jednym z jego głównych środków, dowodzą swojej nonszalancji w dziedzinie bezpieczeństwa i strategii. Ale jeszcze bardziej dyskwalifikujące jest to, że dowodzą także swoich skrajnie niskich kompetencji w tym, na czym powinni się znać – polityce.

Takie publicznie wyrażane deklaracje utożsamiające interes Polski z interesem Ukrainy, takie manifestowanie przejęcia interesem, stanowiskiem i argumentami innego – przecież, jak się ostatnio okazało, z pewnością nie sojuszniczego – państwa już na starcie stawiają Polskę w pozycji przegranego w politycznym przetargu. Nawet gdyby bowiem uznać – przyjmijmy ten czysto teoretyczny scenariusz – że w interesie Polski leżałoby przekazanie Ukrainie jakiejś części naszego uzbrojenia, to przecież należałoby właśnie dla Polski jak najwięcej wycisnąć w zamian za ten ruch. Absolutnie pierwszym i podstawowym założeniem w takim przypadku byłoby niesprawianie przez rządzących Polską już na starcie wrażenia, że są gotowi uczynić to bezwarunkowo, przedstawiając taki ruch jako leżący w naszym własnym interesie. W ramach przetargu należałoby to przekonanie maskować do samego końca, by wytargować jak najwięcej. Ale o żadnych warunkach nie słychać. Po tym wszystkim, co Zełenski zrobił wobec Polski, znów staje się ona dla niego magazynem z szeroko otwartą bramą, w którym właściciele jeszcze cieszą się i poklepują go po plecach, że raczył przyjść i coś sobie zabrać.

Ten sam mechanizm nie dotyczy zresztą wyłącznie polskich magazynów uzbrojenia. Ukraina spogląda dziś także na nasze możliwości przeładunkowe i magazyny zbożowe. Ukraińskie Ministerstwo Rolnictwa poinformowało o rozmowach jego szefa Tarasa Wysockiego z polskim chargé d’affaires ad interim Piotrem Łukasiewiczem.

W czasie rozmów strona ukraińska sama przyznała, że z powodu systematycznych rosyjskich ataków na infrastrukturę portową i logistyczną Ukraina jest zmuszona szukać alternatywnych tras eksportu produktów rolnych. Przy czym, by dopełnić obrazu grożącego nam kryzysu, rząd Ukrainy otwarcie przekazał, że nie chodzi mu tylko o „korytarze solidarności”, czyli wykorzystanie części mocy przeładunkowych portów w Gdańsku, Szczecinie, Świnoujściu i Gdyni. Według ukraińskiego Ministerstwa Rolnictwa niedobór zdolności magazynowych na Ukrainie w listopadzie może wynieść od 7,5 mln ton do 11 mln ton. W czasie rozmów z polskimi dyplomatami omawiano zarazem możliwość zapewnienia ukraińskim producentom dodatkowych zdolności magazynowych.

Można więc łatwo wyobrazić sobie, że podobnie jak w 2023 roku nie będziemy mieli do czynienia z żadnym tranzytem, lecz z lokowaniem ukraińskiej produkcji na polskim rynku, ze szkodą dla polskich rolników. Ukraińscy producenci rolni nie podlegają przy tym wszystkim tym samym wymogom produkcyjnym, środowiskowym i regulacyjnym, jakie obciążają producentów w Unii Europejskiej. Oznacza to również nierówne warunki konkurencji dla polskiego rolnictwa.

Blokada ukraińskiego eksportu morskiego jest faktem. Rosjanie niszczą instalacje portowe Odessy i atakują ukraińskie statki handlowe. Nie można jednak analizować tych działań w oderwaniu od tegorocznej eskalacji wojny na Morzu Czarnym. Ukraina sama zdecydowała się znacząco rozszerzyć ataki na rosyjskie porty, tankowce i inne statki handlowe, musiała więc brać pod uwagę, że Rosja odpowie nasileniem działań wymierzonych również w ukraińską żeglugę i infrastrukturę portową.

Wołodymyr Zełenski 25 czerwca gromko ogłosił „40-dniową operację służb mającą na celu wywarcie wpływu na państwo agresora, aby wywrzeć presję na zakończenie wojny”. Dziś rachunek za gospodarcze konsekwencje tej decyzji ma zostać przynajmniej częściowo wystawiony Polsce.

W tej eskalacji czuć zresztą rękę prezydenta Ukrainy, mającego przecież zawodową skłonność do pijarowskiego rozgrywania wojny. Tymczasem sytuacja strategiczna Ukrainy tylko się przez jego działania pogarsza. Polskie wojsko, polscy rolnicy i polscy konsumenci nie mogą płacić za błędy polityczne i strategiczne władz Ukrainy. Polskie magazyny uzbrojenia, polskie magazyny zbożowe i polski rynek nie są zasobami, którymi władze Ukrainy mogą kompensować skutki własnych decyzji strategicznych. Zadaniem polskiego rządu nie jest zaś ułatwianie im tego, lecz pilnowanie, by koszt tych decyzji nie został przerzucony na Polaków.

Krystian Kamiński

Autor jest członkiem władz Ruchu Narodowego

Myśl Polska, nr 35-36 (30.08-6.09.2026)

Guliwery wśród Liliputów

Guliwery wśród Liliputów

Posted by Marucha w dniu 2026-08-25

Prezydent USA Donald Trump wpada na coraz to bardziej oryginalne pomysły zakończenia wojny ze złowrogim Iranem, w którą wkręcił Amerykę bezcenny Izrael – a który teraz po angielsku się z tej wojny wycofał, pozostawiając prezydenta Trumpa na pastwę losu. 

Wprawdzie według oceny amerykańskiego prezydenta Iran jest już całkowicie obezwładniony i skamle o „porozumienie”, czyli kapitulację – ale jest to ocena podobna do tej, jaką przedstawił Joachim Ribbentrop sowieckiemu [dyplomacie? – admin] Anglia jest już passe i tylko patrzeć, jak skapituluje.

Skoro tak, to dlaczego siedzimy w schronie? – zapytał Mołotow.

Więc jednym z oryginalnych pomysłów prezydenta Trumpa jest włączenie cieśniny Ormuz do terytorium państwowego Stanów Zjednoczonych. Na razie tylko na mapie – ale tylko patrzeć, jak zostanie włączona również w rzeczywistości. Nie da się ukryć, że to bardzo oryginalny pomysł, tym bardziej, że przecież na świecie jest mnóstwo innych miejsc, które też można by włączyć do terytorium USA. Skoro ze złowrogim Iranem poszło tak łatwo, to na co jeszcze czekamy?

Innym oryginalnym pomysłem amerykańskiego prezydenta jest wypowiedzenie wojny całemu światu – a konkretnie – wszystkim państwom, które będą podtrzymywały jakiekolwiek kontakty ze złowrogim Iranem. One też spotkają się z „miażdżącym” uderzeniem Stanów Zjednoczonych – nie militarnym, tylko gospodarczym.

Na razie odezwały się Chiny. Rzecznik tamtejszego rządu taktownie oświadczył, że takie metody na pewno nie przybliżą pokojowego rozwiązania sprawy. Ponieważ około 80 procent irańskich obrotów handlowych przypada na Chiny, to w tej sytuacji złowrogi Iran może chyba zachować spokój.

Wygląda na to, że prezydent Trump naprawdę chciałby zakończyć wojnę ze złowrogim Iranem, w którą Ameryka została tak sprytnie wkręcona – ale nie bardzo wie jak, zwłaszcza, że bezcenny Izrael właśnie pokazał, że nie zamierza go słuchać i na oczach całego świata odrzucił zbawienny amerykański plan pokojowy dla Strefy Gazy.

Ta sytuacja przypomina opowieści o Liliputach, którzy potrafili skrępować i obezwładnić olbrzyma, więc wypadałoby sobie ten fenomen rozebrać z uwagą. W tym celu musimy przypomnieć opinię, która Liga Antydefamacyjna w Nowym Jorku z zagadkowych przyczyn uważa za „antysemicką” – że mianowicie środowiska żydowskie w USA mają nieproporcjonalnie do swej liczebności duży wpływ na amerykański sektor finansowy.

Przyczyny muszą być zagadkowe, bo przecież jest to opinia raczej dla środowisk żydowskich pochlebna, a skoro tak – to dlaczego niby miałaby być „antysemicka”?

Jedynym wyjaśnieniem tej zagadki jest, że Liga Antydefamacyjna stawia znak równości między antysemityzmem i spostrzegawczością. Dlaczego to robi – to sprawa osobna, na marginesie której odnotujmy spostrzeżenie, że w takiej sytuacji antysemitą może nie być tylko albo dureń, albo świnia. Skoro bowiem ktoś nie dostrzega tego znaku równości – no to dureń. Jeśli natomiast dostrzega, ale z jakichś powodów udaje, że nie dostrzega – no to świnia. Tertium non datur.

Wróćmy jednak do prezydenta Trumpa i wszystkich innych amerykańskich twardzieli, których Żydowie najwyraźniej wodzą za nos. Nawiasem mówiąc Stany Zjednoczone nie są jedynym państwem zdominowanym przez Żydów. W podobnej sytuacji jest również Wielka Brytania, czy Francja.

Jeśli chodzi o Niemcy, to wszystko zależy od etapu. Na jednym etapie nie pozwolą nikomu prześcignąć się w gorliwości w noszeniu Żydów na rękach, ale jeśli zmieni się etap, to też nikomu nie pozwolą wyprzedzić się w gorliwości.

Warto zastanowić się, czy wymienione wyżej państwa łączy jeszcze jakaś inna właściwość. Otóż zarówno Stany Zjednoczone, jak i Wielka Brytania, czy Niemcy, mają duże długi publiczne. Amerykański dług publiczny właśnie przekroczyć 40 bilionów dolarów, czyli 40 tysięcy miliardów dolarów. Dług publiczny Wielkiej Brytanii przekroczył 3 biliony funtów, zrównując się z tamtejszym Produktem Krajowym Brutto. Francuski dług publiczny przekroczył 3,5 biliona euro, co stanowi równowartość 115 procent tamtejszego PKB. Dług publiczny Niemiec zbliża się do 3 bilionów euro.

Okazuje się, ze nasz nieszczęśliwy kraj rządzony jest przy pomocy tej samej mądrości, co i tamte mocarstwa, więc nic dziwnego, że kiedy onegdaj Książę-Małżonek wezwał przed swoje zagniewane oblicze izraelskiego ambasadora, żeby go obsztorcować za umorzenie śledztwa w sprawie zastrzelenia przez izraelskie wojsko polskiego wolontariusza Damiana Sobola, ten – jak utrzymują fałszywe pogłoski – pokazał Księciu-Małżonku gest Kozakiewicza – i na tym obsztorcówa się skończyła.

„Zbawienie przychodzi od Żydów” – powtarzał tę opinię św. Pawła nasz król Stanisław August Poniatowski, ilekroć udało mu się uzyskać pożyczkę u jakiegoś lichwiarza. W takiej samej sytuacji znajdują się wrażliwe społecznie rządy wspomnianych mocarstw. Ich losy w znacznym stopniu zależą od żydowskiej życzliwości, która rzadko kiedy, a prawdę mówiąc – chyba nigdy nie jest bezinteresowna.

Toteż przywódcy tych wszystkich mocarstw wyrobili w sobie odruch warunkowy Pawłowa i skaczą przed Żydami z gałęzi na  gałąź. Kto tego odruchu jeszcze nie opanował, nie ma czego szukać na scenie politycznej demokratycznego państwa prawnego – co w krótkich żołnierskich słowach wyjaśnił nam pan ambasador USA w Warszawie, pan Tomasz Róża, mówiąc, iż „nie wyobraża sobie” polskiego rządu z udziałem Grzegorza Brauna.

Jeśli tedy nawet w jakichś dramatycznych okolicznościach rządy wspomnianych mocarstw ośmielają się skrytykować Izrael, to zawsze tak, aby nic z tego nie wyniknęło. Zauważył to przed laty sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej Anioł kardynał Sodano mówiąc, że „od jednych krajów wymaga się czegoś, od innych krajów nie wymaga się nic”.

Czyż w tej sytuacji możemy się dziwić, że nawet prezydent Donald Trump, teoretycznie stojący u steru najpotężniejszego państwa świata, wodzony jest za nos przez izraelskiego kacyka, który w dodatku pokazuje całemu światu, kto tu kim rządzi?

Pewne światło na tę sytuację rzucił w swoim czasie Patryk Buchanan, pół żartem, ale pół serio mówiąc, że Waszyngton, to terytorium okupowane przez Izrael? I on wie i my wiemy, że żaden „potężny władca Ameryki” długo by nie pociągnął bez żydowskiego kredytu – zwłaszcza w sytuacji rekordowego deficytu budżetowego i długu publicznego. Dziwić się temu nie możemy.

Za to możemy z rosnącym rozbawieniem obserwować coraz bardziej oryginalne pomysły amerykańskiego prezydenta, który – co tu ukrywać – znalazł się między młotem i kowadłem, więc się miota we wszystkie strony, niczym Guliwer spętany przez Liliputów.

Stanisław Michalkiewicz
https://prawy.pl/