Niemieckie media: Koniec UE nie jest już tematem tabu

Niemieckie media: Koniec UE nie jest już tematem tabu

12 stycznia 2026 Paweł Kubala prawy/Niemieckie-media-Koniec-UE-nie-jest-juz-tematem-tabu

Zdjęcie ilustracyjne

Nie zdziwiłabym się, gdyby za dziesięć lat Unii Europejskiej już nie było. Nie z powodu wielkiego wybuchu, ale z powodu stopniowej utraty znaczenia. Traktaty pozostałyby, budynki również. Zniknęłaby tylko idea polityczna, która za nimi stoi – ocenia Sabine Rennefanz na łamach tygodnika „Der Spiegel”.

Wedle publicystki, w UE brakuje przywództwa zdolnego realizować długoterminową strategię. W jej ocenie, politycy skupiają się głównie na cyklach wyborczych. 

Unia Europejska sprawia wrażenie zmęczonej. Nie rozpada się, nie jest niezdolna do działania, ale wewnętrznie osłabła. Nadal funkcjonuje, technicznie i umownie. Jednak nie jest już tak przekonująca. Europa istnieje, ale nie ma już takiej siły – wskazuje.

Rennefanz pisze o kapitulacji kanclerza Niemiec.

Sam kanclerz Friedrich Merz zdaje się nie do końca wierzyć w tę Europę. Niedawno zasugerował Donaldowi Trumpowi, że Stany Zjednoczone mogłyby przynajmniej wybrać Niemcy jako partnera, gdyby nie były zainteresowane Europą. Nie zostało to odebrane jako manewr taktyczny. Raczej jako rezygnacja – zauważa.

W jej artykule nie mogło oczywiście zabraknąć również tradycji lewicowo-liberalnych mediów, czyli straszenia „skrajną prawicą”. W tym kontekście wymienia obecne lub niedawne rządy na Węgrzech, w Czechach, Słowacji, we Włoszech czy w Polsce. Wskazuje też na duże szanse, żeby podobne środowiska doszły do władzy we Francji czy Niemczech. W jej opinii Unia Europejska jest głęboko podzielona w wielu obszarach.

Źródło: dw.com

„Zachód”, którego już nie ma. Raport z dzielnic, do których policja boi się wjeżdżać

Zachód, którego już nie ma.

Raport z dzielnic, do których

policja boi się wjeżdżać

10.01.2026 htnczaszachod-ktorego-juz-nie-ma-raport-z-dzielnic-do-ktorych-policja-boi-sie-wjezdzac/

Zamieszki we Francji. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: screen
NCZAS.INFO | Zamieszki we Francji. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: screen

Jeszcze dwie dekady temu Paryż, Bruksela czy Sztokholm były dla Polaków synonimem cywilizacyjnego awansu, bezpieczeństwa i porządku. Dziś ten obraz to tylko wyblakła pocztówka. W sercu Europy wyrosły enklawy, w których prawo państwowe jest martwe, a służby mundurowe wjeżdżają tylko w pełnym rynsztunku bojowym. To nie jest scenariusz filmu dystopijnego. To rzeczywistość „stref wrażliwych”, którą zachodnie elity przez lata próbowały pudrować poprawnością polityczną.

Pamiętamy lata 90. i nasze kompleksy wobec Zachodu. Patrzyliśmy na niemieckie autostrady i szwedzkie osiedla z zazdrością. Dziś, gdy polski turysta ląduje w Paryżu czy Malmo, często doznaje szoku poznawczego. Zamiast „europejskiego snu” widzi brud, chaos i dzielnice, które mentalnie i kulturowo bliższe są Bliskiemu Wschodowi niż chrześcijańskiej Europie.

Szwecja: Granaty zamiast argumentów

Najbardziej jaskrawym przykładem upadku modelu państwa opiekuńczego jest Szwecja. Kraj, który przez lata był poligonem doświadczalnym lewicowej inżynierii społecznej, dziś płaci najwyższą cenę za swoją naiwność.

Termin „no-go zones” jest przez szwedzkich polityków oficjalnie wypierany, zastępuje się go eufemizmem „obszary wykluczone”. Niezależnie od nowomowy, fakty są brutalne. Dzielnice takie jak Rinkeby w Sztokholmie czy Rosengard w Malmo to państwa w państwie. Lokalne gangi narkotykowe nie tylko kontrolują handel, ale po prostu – i nie jest to żadna przenośnia – tam rządzą.

Statystyki są bezlitosne i stanowią chłodny prysznic dla entuzjastów „otwartych granic”. Szwecja stała się europejską stolicą strzelanin i zamachów bombowych z użyciem materiałów wybuchowych i granatów ręcznych. Policja, sparaliżowana politycznymi wytycznymi, by „nie eskalować” i „nie stygmatyzować”, w wielu przypadkach po prostu abdykowała.

Francja i Belgia: Terytoria utracone

Jeśli Szwecja jest przykładem gwałtownego załamania bezpieczeństwa, to Francja jest studium powolnego gnicia. W departamencie Seine-Saint-Denis (słynne „93” pod Paryżem) czy brukselskim Molenbeek, asymilacja nie istnieje. Powstały społeczeństwa równoległe, rządzące się własnym kodeksem honorowym, często opartym na prawie klanowym lub szariacie, a nie na kodeksie cywilnym Republiki Francuskiej czy Królestwa Belgii.

Dla przedsiębiorcy czy zwykłego podatnika oznacza to jedno: płacisz na utrzymanie infrastruktury i socjalu w miejscach, do których nie masz wstępu. Strażacy czy ratownicy medyczni wzywani do tych stref często odmawiają przyjazdu bez asysty policji, bo karetki są obrzucane kamieniami. To jest moment, w którym państwo przestaje spełniać swoją podstawową funkcję – zapewnienie bezpieczeństwa obywatelom.

Kosztowna utopia

Z perspektywy wolnorynkowej i gospodarczej, istnienie takich stref to gigantyczne obciążenie. To „czarne dziury”, które pochłaniają miliardy euro w postaci zasiłków socjalnych, programów aktywizacyjnych (które nie działają) i kosztów naprawy niszczonego mienia publicznego.

Podatnik jest podwójnie poszkodowany. Po pierwsze, jego podatki finansują utrzymanie ludzi, którzy otwarcie kontestują kulturę i prawo kraju gospodarza. Po drugie, spada wartość jego nieruchomości i poczucie bezpieczeństwa, co zmusza go do ucieczki na strzeżone osiedla lub prowincję.

Polska jako oaza? Jeszcze tak.

Na tym tle Polska jawi się jako oaza spokoju. Możemy spacerować po Warszawie, Krakowie czy Gdańsku o dowolnej porze nocy bez obawy, że wejdziemy w „złą dzielnicę”. Jednak ta sytuacja nie jest dana raz na zawsze. Presja unijna w ramach paktu migracyjnego oraz naturalne procesy rynkowe (poszukiwanie taniej siły roboczej przez korporacje) pchają nas w te same koleiny, w których ugrzązł Zachód.

Wnioski z raportu o zachodnich strefach „no-go” muszą być dla nas przestrogą, a nie tylko powodem do satysfakcji. Zachód popełnił błąd, myląc gościnność z naiwnością, a tolerancję z przyzwoleniem na bezprawie. [Synek, przecież to nie błąd, lecz celowość. md]

Bezpieczeństwo to nie jest prawicowy fanatyzm. To fundament, bez którego nie ma ani wolnego rynku, ani wolności osobistej, ani narodu.

Dzielenie skóry na żywym niedźwiedziu

Stanisław Michalkiewicz magnapolonia/dzielenie-skory-na-zywym-niedzwiedziu/

   W święto Trzech Króli odbył się w Paryżu “szczyt” “koalicji chętnych” z udziałem prezydenta Ukrainy oraz reprezentantów Stanów Zjednoczonych. Celem tego spotkania miało być przedstawienie gwarancji, jakich “koalicja chętnych” zamierza udzielić Ukrainie, żeby prezydent Zełeński nie martwił się, że pokój będzie aż taki straszny. Warto zwrócić uwagę, że dotychczasowe rozmowy toczą się w gronie sojuszników Ukrainy – a mimo to sprawiają wrażenie trudnych. W przeciwny razie jakże można by rozumieć komunikaty, że nastąpiło “zbliżenie stanowisk” i temu podobne?

Gdyby ukraiński prezydent negocjował z prezydentem Federacji Rosyjskiej, to takie komunikaty byłyby bardziej zrozumiałe, jako że język dyplomatyczny służy nie tyle do wyrażania myśli, co do ich ukrywania. Na przykład jeśli komunikat głosi, że rozmowy przebiegały w atmosferze wzajemnego zrozumienia, to w przełożeniu na język ludzki oznacza, że strony w żadnej sprawie nie doszły do porozumienia – i tak dalej.  Więc wyniki narady “koalicji chętnych” z ukraińskim prezydentem też wyglądają “obiecująco” i “coraz bardziej konkretnie”.

Jeśli chodzi o te “konkrety”, to Wielka Brytania”, która ma podpisane z Ukrainą “stuletnie partnerstwo” oraz Francja, wyraziły gotowość wysłania swoich wojsk, które po zakończeniu wojny nadzorowałyby zawieszenie broni.

   Co z tego wynika? Ano to, że prezydent Żełeński najwyraźniej musiał przyjąć do wiadomości, że “zawieszenie broni”, a raczej – “zamrożenie konfliktu” – będzie się wiązało z utratą przez Ukrainę co najmniej 20, a może nawet 25 procent terytorium państwowego. Podczas spotkania z prezydentem Trumpem  na Florydzie  prezydent Zełeński wprawdzie już przyjmował do wiadomości konieczność pogodzenia się ze stratami terytorialnymi – ale podkreślał, że konieczne jest przeprowadzenie na Ukrainie w tej sprawie referendum.

Nietrudno się domyślić, jakie byłyby wyniki takiego referendum, organizowanego siłą rzeczy pod nadzorem SBU – więc niepodobna potraktować tego warunku inaczej, jak próby odwleczenia tego, co nieuchronne.

Rzecz bowiem w tym, że prezydentowi Zełeńskiemu też  pali się ziemia pod nogami, zwłaszcza po skandalu korupcyjnym, który objął jego najbliższych kolaborantów; Timura Mindycza, co to przytulił sobie co najmniej 100 mln dolarów i uciekł do Izraela oraz Andrzeja Jermaka, co do którego nie wiadomo nie tylko – ile sobie przytulił, ale również – a może przede wszystkim – czy zrobił to za wiedzą, czy jeszcze gorzej – z udziałem prezydenta Zełeńskiego, czy też “bez jego wiedzy i zgody” – żeby użyć również w tej sprawie formuły, która wykazuje swoją użyteczność nie tylko przy lustrowaniu autorytetów moralnych.

Na skomplikowaną sytuację na szczytach ukraińskiej władzy wskazuje również wyrzucanie przez prezydenta Zełeńskiego za burtę ukraińskiej rządowej pirogi na pożarcie krokodylom, kolejnych murzyńskich chłopców i zastępowanie ich innymi, widać bardziej strawnymi zarówno dla prezydenta Zełeńskiego, jak i tamtejszych oligarchów. Nie możemy bowiem tracić z oczu tego, jakim państwem jest Ukraina – że to oligarchia oligarchów.

Różni się ona od Federacji Rosyjskiej tym, że wprawdzie i w Rosji są oligarchowie, ale tam, to prezydent decyduje, kto może być oligarchą, podczas gdy na Ukrainie to oligarchowie decydują, kto może być prezydentem. Znakomitym przykładem tego mechanizmu jest sam prezydent Zełeński, będący wynalazkiem żydowskiego oligarchy Igora Kołomojskiego, który nie tylko go wylansował, ale sfinansował mu kampanię wyborczą.

   Wracając do paryskiego szczytu, to ma on wszystkie znamiona dzielenia skóry na niedźwiedziu – bo jak wspomniałem – “trudne” negocjacje toczą się w gronie sojuszników Ukrainy, bez udziału Rosji, która w sprawie sposobu zakończenia konfliktu, czy przynajmniej – warunków jego “zamrożenia” – też chyba  będzie miała coś do powiedzenia.

Na przykład – skoro jednym z warunków, od którego Rosja nie zamierza odstąpić – jest zablokowanie uczestnictwa Ukrainy w NATO, to trudno sobie wyobrazić, by Rosja zgodziła się na nadzorowanie rozejmu na Ukrainie przez wojska państw NATO, które w ten sposób siłą rzeczy przybliżyłoby się do granic Federacji Rosyjskiej tak, jakby Ukraina została do NATO przyjęta. W tej sytuacji paryskie “gwarancje” ze strony “koalicji chętnych” trzeba uznać za próbę zablokowania zakończenia wojny na Ukrainie – niezależnie od tego, jakie są prawdziwe zamiary prezydenta Donalda Trumpa w tej kwestii.

   Ostatnia akcja amerykańska w Wenezueli, wprawdzie wywołała krytyczne komentarze w Rosji i Chinach – ale niezależnie od tego przywódcy obydwu tych państw mogą w ukryciu zacierać ręce z radości.  Amerykańska operacja w Wenezueli pokazuje, że prezydent Trump potraktował doktrynę Monroe dosłownie, a to z kolei sprawia, że system polityczny stworzony po II wojnie światowej odchodzi w przeszłość.

Z kolei na naszych oczach rysuje się nowy system polityczny, przewidziany przez Jerzego Orwella w profetycznej książce “Rok 1984”, gdzie czytamy o permanentnej wojnie między trzema potęgami: Eurazją, Oceanią i Wschódazją. Na tym tle szczególnie groteskowa wydaje się obecna sytuacja Organizacji Narodów Zjednoczonych. Staje się ona scenę kabaretową – bo jakże inaczej potraktować deklarację amerykańskiego ambasadora  w ONZ, że USA nie prowadzą z Wenezuelą żadnej “wojny”, ani jej nie “okupują”, a schwytanie Mikołaja Maduro to był akt “egzekwowania prawa”?

W tej sytuacji Ameryce trudniej będzie moralizować Rosję z powodu wojny na Ukrainie, bo Rosja przecież od samego początku utrzymuje, że nie prowadzi żadnej “wojny” tylko “specjalną operację wojskową”. Najwyraźniej  nadchodzą czasy, gdy to, co było anegdotą, staje się polityczną rzeczywistością. Mam oczywiście na myśli anegdotyczną odpowiedź Radia Erewań na pytanie zaniepokojonego słuchacza, czy będzie wojna. Żadnej wojny oczywiście nie będzie – odpowiedziało Radio Erewań – za to rozgorzeje taka walka o pokój, że nie zostanie nawet kamień na kamieniu.

Toteż nawet zapowiedź prezydenta Trumpa, że teraz USA będą “rządziły” Wenezuelą i za pośrednictwem potężnych amerykańskich koncernów położą rękę na tamtejszych zasobach, która wcześniej z pewnością zostałaby nazwana “okupacją”, dzisiaj nazywa się przygotowaniem do “sprawiedliwej transformacji”. Nie wiadomo jeszcze do końca, czy twarzą tej “sprawiedliwej transformacji” będzie “twardogłowa tygrysica”, Delcy Rodriguez, czy laureatka Pokojowej Nagrody Nobla Maria Machado.

Gdyby bowiem ją amerykańscy komandosi osadzili na stolcu prezydenta Wenezueli, byłby to nieomylny znak, że demokracja tam zwyciężyła. W takiej jednak sytuacji trudno byłoby uprawiać moralizanctwo nawet wobec Aleksandra Łukaszenki, więc nic dziwnego, że prezydent Putin może mieć powody do zadowolenia. Zadowolony jest również obywatel Tusk Donald, któremu powiedziano, że Polska będzie “państwem wiodącym”, to znaczy – będzie za darmo futrowała Ukrainę, jak dotychczas. I to jest ten najważniejszy konkret.

Francuzi o wotum nieufności: Chcą zmusić Komisję Europejską do rezygnacji.

Francuzi chcą obalić von der Leyen za umowę UE-Mercosur

10.01.2026 tysol/francuzi-chca-obalic-von-der-leyen-za-umowe-ue-mercosur

Francuski polityk, przewodniczący Zjednoczenia Narodowego Jordan Bardella ogłosił, że spróbuje wymusić upadek Komisji Europejskiej, której przewodniczy Ursula von der Leyen, w drodze wotum nieufności, w odpowiedzi na postęp umowy o wolnym handlu między Unią Europejską a blokiem Mercosur.

Wotum nieufności

Lider Grupy Narodowej i przewodniczący grupy Patriots for Europe w Parlamencie Europejskim potwierdził, że złoży jednocześnie dwa wnioski o wotum nieufności: jeden we francuskim Zgromadzeniu Narodowym przeciwko rządowi paryskiemu i drugi w Parlamencie Europejskim przeciwko Komisji von der Leyen.

„Grupa Narodowa przedstawi wniosek o wotum nieufności w Zgromadzeniu Narodowym i kolejny w Parlamencie Europejskim przeciwko Komisji Ursuli von der Leyen” – ogłosił Bardella w przesłaniu opublikowanym w portalu społecznościowym X.

Oświadczenie następuje kilka godzin po tym, jak prezydent Francji Emmanuel Macron potwierdził, że Francja będzie głosować przeciwko porozumieniu. Dla Bardelli stanowisko to pojawia się zbyt późno i odpowiada jedynie strategii komunikacyjnej.

„To manewr równie hipokrytyczny, co spóźniony” – oświadczył, oskarżając rząd o wieloletnie zdradzanie francuskich rolników.

Rolnicy protestują

Ofensywa polityczna zbiega się ze zwiększoną presją na ulicach. W Paryżu związki rolnicze i partie opozycyjne oskarżają władzę wykonawczą o poświęcenie francuskiej wsi w imię interesów geopolitycznych. W czwartek dziesiątki traktorów ponownie zajęły stolicę na znak protestu.

Francja uważa, że umowa otworzyłaby rynek europejski na duże ilości mięsa, drobiu i cukru z krajów Ameryki Południowej o bardziej luźnych standardach środowiskowych i zdrowotnych, co udusiłoby rolników i tak już uduszonych rosnącą presją regulacyjną kosztów i spadającymi marżami.

Przyjęcie wniosku

Jeśli wniosek zostanie przyjęty, zmusi całą Komisję Europejską do rezygnacji en bloc, co zwiększy presję polityczną na Brukselę w kluczowym momencie dla handlu i strategicznej przyszłości Unii.

Stany Zjednoczone wypowiadają wojnę UE

Stany Zjednoczone wypowiadają wojnę Europie

Michael Hollister

Analiza nowej strategii bezpieczeństwa narodowego

[On jakby łączył pojęcia UE oraz „Europa”… md]

Punkt widzenia Michaela Hollistera.

apolut.net/die-usa-erklaren-europa-den-krieg-von-michael-hollister

1. Przełom, którego nikt nie chce zobaczyć

To przełom o historycznych rozmiarach – i nikt o nim nie mówi. Podczas gdy niemieccy politycy fantazjują o „gotowości wojennej” i „zdolności do zwycięstwa”, Stany Zjednoczone już dawno stworzyły nową rzeczywistość strategiczną: Europa nie jest już partnerem Waszyngtonu, ale zagrożeniem. W nowej strategii bezpieczeństwa narodowego USA (NSS), analizowanej przez byłego inspektora ONZ, Scotta Rittera, Europa nie tylko została zepchnięta na margines – została też uznana za ideologicznego przeciwnika, zagrożenie dla amerykańskich interesów i wartości.

Ktokolwiek nadal mówi o przyjaźni transatlantyckiej, nie przeczytał notatki Rittera– albo nie chce jej zrozumieć. Ponieważ to, co tu formułujemy, to zimny, strategiczny rozrachunek: Stany Zjednoczone się odwracają. Nie gwałtownie, nie militarnie. Ale systematycznie, z maksymalnym skutkiem. Po pierwsze, pozbawienie energii. Następnie dewaluacja gospodarcza. I wreszcie izolacja polityczna.

Pozostaje kontynent, który przecenia się, uważa się za niezastąpionego – a mimo to nie jest już nawet postrzegany jako wiarygodny sojusznik.

To pęknięcie, które nie nadejdzie.

Ono już jest.

2. Strategiczne podwójne uderzenie: Najpierw osłabić, potem pozwolić upaść

To, co Waszyngton robi Europie, to nie kaprys. To strategiczne podwójne uderzenie – i trafia w sedno.

Pierwsze uderzenie: oddzielenie energii i gospodarki.

Wraz z sabotażem Nord Stream – którego autorstwa żaden poważny analityk już nie wątpi [no, ja jestem poważny, ale wątpię.. md] – niemiecki kręgosłup przemysłowy został złamany. Utrata taniej rosyjskiej energii nie tylko spowodowała gwałtowny wzrost kosztów produkcji, ale także wyparła inwestycje, zakłady produkcyjne i całe łańcuchy bogactwa z kraju. Nie Rosja, nie Chiny – to Stany Zjednoczone rozbroiły gospodarczo Europę. Celowo.

Drugie uderzenie: polityczna dewaluacja i utylizacja.

Ledwo Europa uzależniła się energetycznie od amerykańskiego LNG, nadszedł kolejny cios – tym razem na poziomie dyplomatycznym. Nowa Strategia Bezpieczeństwa Narodowego jasno stwierdza: Europa nie jest już niezastąpionym partnerem. Stwierdza dosłownie, że

nie jest wcale oczywiste, czy niektóre kraje europejskie będą dysponować gospodarkami i siłami zbrojnymi wystarczająco silnymi, by pozostać wiarygodnymi sojusznikami”.

Z perspektywy USA Europa nie jest już atutem strategicznym, lecz zagrożeniem dla bezpieczeństwa, problemem ideologicznym, obciążeniem dla sojuszy.

Porządek jest kluczowy: najpierw odłączyć zasilanie, a potem zignorować.

To, co brzmi jak brutalna kalkulacja, jest właśnie tym. Stany Zjednoczone zabezpieczają swoją dominację w systemie globalnym, neutralizując potencjalnych przeciwników na wczesnym etapie. Niemcy, niegdyś geostrategicznie predestynowane do mediacji, niezależności i siły gospodarczej, stały się pożytecznym idiotą, spalonym atutem. A wraz z nimi reszta Europy.

3. Europa jako wróg ideologiczny

To oznacza zerwanie z dekadami retoryki: nowa Strategia Bezpieczeństwa Narodowego USA identyfikuje nie Rosję, ale Europę jako problem ideologiczny. A dokładniej: elity UE, instytucje transnarodowe, globalistyczny aparat władzy – z perspektywy Waszyngtonu wszystkie one reprezentują obecnie system wartości niezgodny z amerykańskim rozumieniem wolności.

Europa stała się źródłem ideologii niezgodnych z amerykańskim rozumieniem wolności”. (Cytat z NSS, według Scotta Rittera) (3)

Konkretnie oznacza to, że Stany Zjednoczone nie postrzegają już siebie jako części sojuszu wartości wspólnych z Brukselą, Berlinem czy Paryżem. Zamiast tego ubolewają nad cenzurą opozycji politycznej, utratą tożsamości narodowych, spadkiem wskaźnika urodzeń, wysiedleniami w wyniku migracji i klasą polityczną, która traktuje demokrację jedynie jako fasadę.

Ritter wyraźnie nazywa to wojną ideologiczną. Nie przeciwko Europie jako kontynentowi, ale przeciwko tym, którzy kierują ją w stronę autorytarnej technokracji. Przeciwko tym, którzy ograniczają wolność słowa, wprowadzają cyfrowy nadzór i piętnują ruchy patriotyczne jako zagrożenie. Dla Waszyngtonu nie jest to już element porządku liberalnego, lecz element problemu, który niszczy sam Zachód.

Europa jest „fundamentalnie niezgodna z amerykańskimi interesami i wartościami” – stwierdza NSS.

Podczas gdy niemieckie media wciąż marzą o sojuszu transatlantyckim, Stany Zjednoczone już dawno zmieniły kurs: koncentrują się na umowach dwustronnych, suwerenności narodowej i odpowiedzialności indywidualnej – i sprzeciwiają się tym, którzy chcą ustanowić w Europie ujednoliconą administrację bez demokratycznych fundamentów.

Nowa linia jest jasna:

Mniej UE – więcej Europy.

Ale takiej, która znów wie, kim jest.

4. Wojna na Ukrainie jako linia podziału

Wojna na Ukrainie – przez długi czas była to symboliczna więź, która miała spajać Zachód: „Demokracja kontra autokracja”, „Wolność kontra dyktatura”, „Europa kontra Rosja”. Ale to właśnie tutaj nowa doktryna USA wyznacza czerwoną linię – przeciwko Europie.

Podczas gdy Berlin, Bruksela i Warszawa nadal dążą do eskalacji, Waszyngton już dawno uznał wojnę za strategiczny ślepy zaułek. NSS otwarcie deklaruje, że celem jest teraz jak najszybsze zakończenie wojny, aby ustabilizować gospodarki europejskie, zminimalizować ryzyko eskalacji i znaleźć nową strategiczną równowagę z Rosją.

Krótko mówiąc: dyplomacja zamiast nieustannej wojny.

Europa postrzega to inaczej – i to właśnie jest przyczyną rozłamu.

Administracja Trumpa znajduje się w konflikcie z europejskimi urzędnikami, którzy mają nierealistyczne oczekiwania co do wojny prowadzonej przez niestabilne rządy mniejszościowe”.

(według podsumowania Rittera)

Innymi słowy, USA oskarżają Europę o niepotrzebne przedłużanie wojny, blokowanie rozwiązania politycznego i tym samym rujnowanie kontynentu zarówno gospodarczo, jak i społecznie.

Według NSS rządy są niestabilne, antydemokratyczne i niezdolne do zmiany kursu – cytuję:

„podważanie procesów demokratycznych”.

A potem pada zdanie, które Ritter rzuca do pokoju niczym geopolityczny granat ręczny:

„Rosja nie jest wrogiem. Jest nią Europa”. (4)

To stwierdzenie oznacza koniec jedności transatlantyckiej. Bo jeśli Rosja nie jest już wrogiem numer jeden – jaki sens ma NATO, sankcje, dostawy broni?

Odpowiedź: Już go nie ma.

USA to zrozumiały.

Europa nie.

5. Nowa oś USA: umowy dwustronne zamiast sojuszy zachodnich

Era wielkich sojuszy dobiegła końca – przynajmniej z perspektywy USA. Nowa Strategia Bezpieczeństwa Narodowego wyraźnie odcina się od koncepcji globalnych sojuszy opartych na starym modelu: multilateralizm, eksport norm i współzależność instytucjonalna zostają zastąpione dwustronnymi partnerstwami dla wygody. Lojalność nie ma już znaczenia, liczy się raczej efektywność i strategiczna wartość dodana.

W Strategii Bezpieczeństwa Narodowego nazywa się to „elastycznym realizmem”.

Polityka USA będzie realistyczna w odniesieniu do tego, co jest możliwe i pożądane w stosunkach z innymi państwami”. (Cytat z dokumentu, według Rittera)

Ideologiczna nadbudowa poprzednich dekad – demokracja, prawa człowieka, zachodnia wspólnota wartości – zostaje pogrzebana. USA otwarcie deklarują, że chcą również współpracować z państwami, których systemy i społeczeństwa znacząco różnią się od ich własnych. Kluczowe pytanie brzmi: Kto służy amerykańskim interesom? Kto przynosi korzyści? Kto nie przeszkadza?

Europa nie wywiązuje się z tej logiki. Jest:

odporna ideologicznie,

osłabiona gospodarczo,

zależna militarnie i coraz bardziej geopolitycznie dysfunkcyjna.

Zamiast tego otwierają się nowe możliwości strategiczne:

Brazylia. Indie. Arabia Saudyjska. Izrael. Polska. Japonia.

Tam widać wzrost, wolę militarną, ambicje geopolityczne – i brak moralizatorstwa.

Stany Zjednoczone budują obecnie nową oś pragmatycznych relacji sił, w której Europa jest co najwyżej obserwatorem. NATO? Nie zostanie rozwiązane – ale też nie jest już traktowane poważnie. UE? Nie jest już centralnym punktem kontaktowym. Niemcy? Zależne od energii, kurczące się gospodarczo, pogrążone w kryzysie politycznym.

Waszyngton jasno daje do zrozumienia:

Pomagamy tam, gdzie to się opłaca. Odejdziemy, gdy przestanie nam to być potrzebne”.

Europa może patrzeć.

Albo się obudzić.

6. Niemcy czołgają się – i nie zdają sobie z tego sprawy

Podczas gdy USA porzucają Europę, niemieccy politycy czołgają się za nią na kolanach. Kanclerz Friedrich Merz (CDU), następca Olafa Scholza po przedterminowych wyborach federalnych w lutym 2025 roku, ogłosił 9 grudnia 2025 roku podczas wizyty inauguracyjnej w Nadrenii-Palatynacie:

Potrzebujecie partnerów na świecie, a jednym z nich może być Europa. A jeśli nic nie możecie zrobić z Europą, to przynajmniej niech Niemcy będą waszym partnerem”.

To już nie jest męstwo polityczne. To uległość.

Merz nie rozumie, że Stany Zjednoczone właśnie to zrobiły: skreśliły Europę jako całość – a wraz z nią Niemcy. „Gorący kartofel” został porzucony, a Berlin stara się go złapać.

Marie-Agnes Strack-Zimmermann (FDP) skomentowała na X : (12)

Kolejne katastrofalnie nierozsądne oświadczenie kanclerza Merza w czasach, gdy zjednoczona Europa jest ważniejsza niż kiedykolwiek. Merz chciał przewodzić Europie, a teraz wycofuje się, gdy sytuacja się komplikuje. To nieodpowiedzialne. Trump śmieje się w twarz”.

Nowa doktryna USA jest jasna: umowy dwustronne zawierane są tylko z tymi, którzy oferują strategiczną wartość dodaną. Niemcy, osłabione energetycznie, kurczące się gospodarczo i bezsilne militarnie, nie spełniają tego wymogu.

Stany Zjednoczone skreśliły Niemcy jako strategiczny towar.

Merz po prostu jeszcze tego nie zrozumiał.

7. Wniosek: Europa stoi samotnie

Europa zaryzykowała i przegrała.

Najpierw ślepo podążała transatlantyckim kursem przeciwko Rosji – i pozwoliła sobie na gospodarcze oderwanie się od USA. Następnie próbowała przyjąć rolę moralnego guru świata – podczas gdy jej własna demokracja była stopniowo wydrążona. Teraz Waszyngton zdaje sobie sprawę:

Ta Europa nie jest już partnerem strategicznym.

Nowa doktryna bezpieczeństwa USA mówi o tym otwarcie:

Europa jest słaba.

Europa zboczyła ideologicznie.

Europa blokuje rozwiązania pokojowe.

Europa zagraża amerykańskim interesom.

Rozłam jest obecny. Tylko Europejczycy nie zdają sobie z tego sprawy.

W Berlinie wciąż marzą o byciu „wiodącą potęgą”, podczas gdy rzeczywistość jest taka, że ​​Europa jest militarnie rozbrojona, gospodarczo wydrążona i politycznie kontrolowana przez innych – niezdolna do samoobrony, niezdolna do samokrytyki.

Pozostał kontynent bez wsparcia:

USA się odwracają.

Rosja została ogłoszona wrogiem.

Chiny trzymają się z daleka.

A w Europie panuje niestabilność polityczna, fragmentacja społeczna i recesja gospodarcza.

Ci, którzy nie rozumieją, że era transatlantycka dobiega końca, obudzą się w geopolitycznej ziemi niczyjej.

Co robić?

Europa musi być szczera wobec siebie. Koniec z iluzjami transatlantyckimi. Koniec z wasalską lojalnością. Zamiast tego:

1. Przywrócić autonomię energetyczną – z Rosją lub bez niej, ale bez zależności od USA.

2. Budować suwerenność militarną – nie dla NATO, ale dla własnych interesów.

3. Odzyskać polityczne samostanowienie – demokracje narodowe zamiast technokracji UE.

USA odcięły Europę od zasilania. Teraz Europa musi nauczyć się prowadzić bez kółek pomocniczych.

Albo stanie się pionkiem geopolitycznym między Waszyngtonem, Moskwą i Pekinem.

Wniosek

Czas powiedzieć sobie szczerze:

Rosja nie odcięła Europy od zasilania.

Chiny nie skolonizowały Europy.

Stany Zjednoczone wykorzystały Europę jako narzędzie – a teraz ją porzuciły.

Każdy, kto nie chce tego widzieć, powinien przeczytać ten artykuł od początku.

Źródła i przypisy

Michael Hollister służył sześć lat w niemieckich siłach zbrojnych (SFOR, KFOR) i przygląda się kulisom strategii wojskowych. Po 14 latach pracy w dziedzinie bezpieczeństwa IT analizuje militaryzację Europy, politykę interwencjonizmu Zachodu i geopolityczne zmiany sił, korzystając ze źródeł pierwotnych. W swojej pracy koncentruje się na Azji, a w szczególności na Azji Południowo-Wschodniej, gdzie bada zależności strategiczne, strefy wpływów i architekturę bezpieczeństwa. Hollister łączy operacyjną wiedzę insiderów z bezkompromisową krytyką systemową – wykraczającą poza ramy dziennikarstwa opiniotwórczego. Jego prace są publikowane dwujęzycznie na stronie www.michael-hollister.com, na platformie Substack pod adresem https://michaelhollister.substack.com oraz w krytycznych mediach w krajach niemiecko- i anglojęzycznych.

Tłumaczył Paweł Jakubas, proszę o jedno Zdrowaś Maryjo za moją pracę.

Artykuł ukazał się 8 stycznia 2026 roku na stronie: https://apolut.net/die-usa-erklaren-europa-den-krieg-von-michael-hollister

„Europa nie może sobie pozwolić na silną zależność od USA w zakresie ropy i gazu”

Thomas Röper anti-spiegel.ru/europa-kann-sich-eine-starke-abhaengigkeit-von-den-usa-bei-oel-und-gas-nicht-leisten/

Teraz nawet w Der Spiegel

Europa nie może sobie pozwolić na silną zależność od USA w zakresie ropy i gazu”

Wbrew oskarżeniom Zachodu, Rosja nigdy nie wykorzystywała ropy i gazu jako narzędzia politycznego, podczas gdy USA nie wahają się tego robić. Teraz nawet Der Spiegel donosi, że UE „nie może sobie pozwolić na silną zależność od USA w zakresie ropy i gazu”.

Anti-Spiegel  6 styczeń 2026

Chociaż zachodni politycy i media konsekwentnie twierdzą, że Rosja wykorzystuje ropę i gaz jako narzędzie polityczne, a UE używa tego jako usprawiedliwienia dla odejścia od taniej rosyjskiej ropy i gazu, nikt nie potrafi przytoczyć ani jednego przypadku w ciągu około 50 lat, w którym Rosja dostarczała ropę i gaz do Europy. Dla Rosji to biznes, a nie polityka, i pomimo wszystkich kryzysów politycznych ostatnich 50 lat, nigdy nie było problemów z rosyjskimi dostawami ropy i gazu do Europy.

Jedyne problemy, które pojawiły się w przeszłości z dostawami z Rosji, wynikały z faktu, że niektóre kraje-odbiorcy zalegały z płatnościami przez ponad sześć miesięcy, a Rosja mimo to sumiennie dostarczała gaz przez sześć miesięcy, zanim wstrzymała dostawy. Szczegóły tych minionych kryzysów gazowych można znaleźć tutaj.

Ponieważ Stany Zjednoczone znane są z forsowania swojego programu politycznego za pomocą sankcji, gróźb i embarg, krytycy odejścia Europy od rosyjskiej ropy i gazu na rzecz dostaw ze Stanów Zjednoczonych konsekwentnie ostrzegają, że UE zamienia postrzegane zagrożenie zależności od rosyjskiej ropy i gazu na bardzo realne, w tym ryzyko, że Stany Zjednoczone wykorzystają ropę i gaz jako dźwignię polityczną.

„Europa nie może sobie pozwolić na silną zależność od ropy i gazu ze Stanów Zjednoczonych”.

Do tej pory uważano to za „rosyjską propagandę”, ponieważ europejscy politycy i dziennikarze, o których mowa, zawsze wychwalali bliską „przyjaźń” między USA a Europą. I oczywiście „przyjaciel” USA nigdy nie zrobiłby czegoś takiego Europejczykom!

Dlatego byłem bardzo zaskoczony, gdy znalazłem artykuł w „Der Spiegel” zatytułowany „Interwencja USA w Wenezueli – «Europa nie może sobie pozwolić na silną zależność od USA w zakresie ropy naftowej i gazu»”, w którym ekspert ds. energetyki w wywiadzie dla „Der Spiegel” ostrzega bez ogródek przed zależnością UE od USA w zakresie dostaw ropy naftowej i gazu.

W wywiadzie ekspert odpowiedział na pytanie, że Europa „nie może sobie pozwolić na silną zależność od USA w zakresie ropy naftowej i gazu”, na co „Der Spiegel” dopytywał, czy oznacza to, że USA „nie są już wiarygodnym dostawcą w perspektywie długoterminowej”. Odpowiedź eksperta była jednoznaczna:

„Nie ma obaw dotyczących dostaw amerykańskiego gazu ani ropy do 2030 roku. Stany Zjednoczone chcą sprzedawać Europejczykom jak najwięcej gazu. Jest to jednak dźwignia polityczna, którą administracja Trumpa wykorzysta do wywierania presji politycznej. Im bardziej Europa jest zależna od Stanów Zjednoczonych, tym bardziej może to być wykorzystywane do celów polityki zagranicznej. Niedawnym przykładem jest obecne prawo dotyczące łańcucha dostaw, które zostało osłabione pod presją ze strony USA”.

Przeczytanie tego w „Der Spiegel”, który do tej pory był największym przeciwnikiem rosyjskiej ropy i gazu, a orędownikiem amerykańskiej, było prawdziwym zaskoczeniem. Oczywiście nie oznacza to, że redakcja „Spiegla” zmienia zdanie, ale nigdy wcześniej nie widziałem tak jasnego oświadczenia na ten temat w „Spieglu”. 

Prawdziwe zagrożenie leży gdzie indziej.

Oczywiście, to, co opublikowano w „Der Spiegel”, to tylko połowa historii, ponieważ cała prawda jest taka, że ​​Europa jest już całkowicie zależna od USA w polityce energetycznej, i to nie tylko dlatego, że USA stały się największym dostawcą gazu do UE. Problem sięga znacznie głębiej, ponieważ USA uniemożliwiły UE jakiekolwiek zmiany w tej kwestii, dlatego Trump może sobie pozwolić na coraz bardziej agresywne traktowanie Europejczyków, bez możliwości ich interwencji.

Tak zwana „zależność od Rosji” tak naprawdę nie istniała, jak widzieliśmy od 2022 roku, ponieważ UE w ciągu niecałego roku znalazła alternatywę dla rosyjskiego gazu: amerykański skroplony gaz ziemny (LNG), który USA próbowały sprzedać Europie od ponad dekady, ale którego Europa nie chciała, ponieważ jest znacznie droższy niż rosyjski. UE była jednak w stanie zbudować infrastrukturę LNG od podstaw w ciągu roku i tym samym niemal całkowicie zastąpić tani rosyjski gaz rurociągowy.

Tak, LNG jest znacznie droższy. Tak, wyższe ceny niemal całkowicie zniszczyły konkurencyjność europejskiego przemysłu. Tak, doprowadziło to do znacznej inflacji. Ale: nikt nie musiał zamarzł i nikomu nie zgaszono światła.

Problem polega na tym, że UE nie ma możliwości po prostu powrotu do rosyjskiego gazu, gdyby Stany Zjednoczone pewnego dnia wywarły tak dużą presję w jakiejś nieakceptowalnej dla UE kwestii, że zagroziłyby odcięciem dostaw gazu. Powodem tego jest fakt, że Stany Zjednoczone de facto przejęły kontrolę nad niemal wszystkimi rurociągami, które mogłyby dostarczać rosyjski gaz do Europy – a bez rurociągów nie ma dostaw.

Stany Zjednoczone wysadziły Nord Stream – nie będę tu wnikał w legendę o ukraińskich nurkach – a inwestor blisko związany z Trumpem chce kupić pozostałą część gazociągu Nord Stream, aby – gdyby UE lub Niemcy chciały reaktywować Nord Stream – Stany Zjednoczone kontrolowały go. W ten sposób Stany Zjednoczone mogłyby decydować o uruchomieniu gazociągu, a jeśli tak, to również o kosztach przesyłu gazu.

Stany Zjednoczone faktycznie przejęły kontrolę nad Nord Stream. Stany Zjednoczone kontrolują teraz również ukraiński rurociąg, ale sprawa ta spotkała się z niewielkim zainteresowaniem mediów w Niemczech. Umowa surowcowa Trumpa z Ukrainą przewiduje, że Stany Zjednoczone przejmują kontrolę nad praktycznie całą ukraińską infrastrukturą, zwłaszcza energetyczną. Dotyczy to również rurociągu, co oznacza, że ​​to Stany Zjednoczone decydują, czy go reaktywować i zezwolić na dopływ rosyjskiego gazu do Europy, a jeśli tak, to po jakiej cenie.

Trzeci rurociąg, który istniał wcześniej, biegł z Rosji przez Białoruś i Polskę do Niemiec. Polska zamknęła go pod koniec 2021 roku, a biorąc pod uwagę jawnie antyrosyjskie (a nie do końca proniemieckie) stanowisko Polski, jest mało prawdopodobne, aby ten rurociąg kiedykolwiek został ponownie uruchomiony.. 

Zostaje tylko TurkStream, ale ten rurociąg jest już w pełni wykorzystany, a Stany Zjednoczone niejednokrotnie jasno dawały do ​​zrozumienia, że ​​również zamierzają go zamknąć.

Chociaż UE była w stanie w ciągu roku utworzyć tymczasowe terminale LNG, aby stopniowo wycofywać gaz z rosyjskich rurociągów, odwrotna sytuacja nie jest możliwa. Ponieważ istniejących rurociągów nie można ponownie uruchomić bez zgody USA, budowa nowych zajęłaby prawie dekadę.

Kilka lat temu Stany Zjednoczone postawiły sobie za cel kontrolowanie europejskiego rynku energii i już go osiągnęły.

UE stała się w ten sposób całkowicie zależna od USA i Stany Zjednoczone nie zawahają się wykorzystać tej sytuacji, jeśli tylko dostrzegą okazję. UE skutecznie wyeliminowała wszelkie teoretycznie możliwe wyjścia z sytuacji.

Wszystkie marzenia o odnawialnych źródłach energii są teraz bezużyteczne; dla UE szansa przepadła.

Jak zjeść cudze ciasteczko i nie zagrabić go…

Jak zjeść cudze ciasteczko i nie zagrabić go…

Andrzej Szczęśniak hmyslpolska/jak-zjesc-cudze-ciasteczko-i-nie-zagrabic-go/

Bruksela dokonywała karkołomnych wyczynów, by skonfiskować rosyjskie pieniądze, finansować nimi wojnę z Rosją, i stwarzać pozory, że ich nie zabrała. Próby zakończyły się klęską, Komisja przegrała z powodu oporu jednego polityka.

Kiedyś przewrotnie pytaliśmy „jak zjeść ciasteczko i mieć ciasteczko?”, by wskazać na niemożliwość pogodzenia takich sytuacji. Przy unijnej „grabieży stulecia” (myslpolska./szczesniak-najwieksza-grabiez-w-historii/) można się zapytać, „jak zjeść cudze ciasteczko i udawać, że się go nie ukradło”? Wszak nie można skonfiskować rosyjskich pieniędzy tak wprost… jakoś tak… nie comme il fault. W końcu jesteśmy państwem prawa… Przecież tak wielcy posiadacze nadwyżek eksportowych, jak Chiny czy kraje arabskie, już nie mówiąc o prywatnym kapitale, mogliby uznać Europę i jej walutę za niezbyt bezpieczną przystań dla swoich pieniędzy. I co wtedy? Przecież już teraz gwałtownie zwiększyli zakupy złota. Dlatego tak wprost…. no nie...

A że zza oceanu ciągle napierają, by zagrabić państwowe aktywa Rosji i sfinansować nimi obronę Ukrainy (oczywiście kupując amerykańskie uzbrojenie), więc Komisja Europejska pracowała nad sztuczką prawną, by jednocześnie i zabrać to ciasteczko, użyć go jako gwarancji pod kredyt, i stwarzać jednocześnie wrażenie, że się go nie ukradło… Ale 18 grudnia przegrała.

Dlaczego? Brukseli nie udało się złamać oporu polityka (Szczęśniak: Kto nas wkręcił w grabież wszech czasów?), który stanął w poprzek jej planów. To premier Bart de Wever, flamandzki nacjonalista, z partii opowiadającej się za pokojową secesją Flandrii, który twardo grał w obronie interesów Belgii. Mówił wprost, że taka manipulacja rosyjskimi aktywami jest równoznaczna z ich konfiskatą. Był za to obiektem presji, szantażu i gróźb, był naciskany przez najważniejszych polityków Unii, atakowany na wiele sposobów, także oskarżany przez media że jest „ruskim agentem”.  Odpowiadał: „odebrać Belgii pieniądze Putina i zostawić jej ryzyka? Nie ma mowy, zapomnijcie!” Wytrzymał te „tortury”, jak je określał Viktor Orbán, nazywający go publicznie „bohaterem”.

De Wever nie robił tego oczywiście z sympatii dla Rosji czy jakichś pacyfistycznych nastawień, nie kierowały nim też żadne „obawy o utratę wiarygodności” czy „globalną pewność prawną”. To zaklęcia dla ubogich duchem, a flamandzki polityk wiedział, że „polityka to nie gra dla mięczaków, tu się gra twardo, a jak na szali są duże interesy, to może być ostro”. Realnie Belgia i europejskie instytucje finansowe obawiały się bowiem reperkusji, gdyż ofiarą pomysłów Unii byłaby właśnie Belgia. To małe, przedziwne i sztucznie stworzone już prawie dwa wieki temu państwo, którego połowa obywateli mówi po francusku, druga zaś – po flamandzku. Choć to bardzo bogaty kraj, jednak ponad 180 miliardów euro rosyjskich aktywów to jedna czwarta jego gospodarki.

Zagrożenie nie pochodziłoby tylko ze strony Rosji, która do retorsji dobrze się przygotowała, ale też państw, w których zachodnie korporacje inwestują swoje pieniądze. Jeśli uznałyby one słuszność roszczeń rosyjskich (a Afryka Południowa uznała sądownie roszczenia Rosji wobec Google’a i aresztowała jego aktywa), to może to źle się skończyć dla europejskich koncernów. A te, straciwszy pieniądze w Rosji przyjdą do Belgii po rekompensatę. Belgia utonęłaby w morzu roszczeń i to, co nazywa się eufemistycznie „zaufaniem rynków finansowych” wobec Belgii i jej znoszącej złote jajka instytucji, znalazło by się w rynsztoku. Pierwsze ostrzeżenia już zabrzmiały: amerykańska agencja ratingowa Fitch uprzedziła Euroclear, że może obniżyć jego rating. Z powodu „ryzyk prawnych„, jak to się określa w ezopowym języku świata finansów. Europejski Bank Centralny też alarmował, żeby nie łamać prawa międzynarodowego, to zawsze bowiem wraca bumerangiem. Jak Kosowo wróciło w postaci Krymu.

Bart de Wever żądał wiążących, nieograniczonych gwarancji na piśmie, że jak ruskie przyjdą po swoje pieniądze (a jak już Bismarck mówił, zawsze przychodzą…), to wtedy Unia, a nie mała Belgia, będzie płacić za te szaleństwa. Oczywiście nikt nie chciał podpisać takich zobowiązań.

Więc sztuczka z ciastkiem się nie udała, ale wojnę na Ukrainie trzeba było podtrzymać. Dlatego perspektywy finansowe dla Brukseli są coraz ciemniejsze. O tym już wkrótce…

Andrzej Szczęśniak

Europa nie pójdzie na wojnę – część druga. Zamrożone aktywa, puste arsenały i ciche przyznanie się do porażki.

02.01.2025. – Europa nie pójdzie na wojnę – część druga

Zamrożone aktywa, puste arsenały i ciche przyznanie się do porażki

Giorgia Meloni

Fantazja 210 miliardów euro

Ta przemysłowa rzeczywistość wyjaśnia, dlaczego saga zamrożonych aktywów była tak ważna – i dlaczego się nie powiodła. Przywódcy Europy nie dążyli do przejęcia rosyjskich aktywów państwowych z powodu prawnej pomysłowości czy moralnych zapędów. Zrobili to, ponieważ potrzebowali czasu. Czasu, by nie przyznać, że wojna nie da się utrzymać w zachodnich warunkach przemysłowych. Czasu, by zastąpić produkcję finansowaniem.

Kiedy próba konfiskaty około 210 miliardów euro rosyjskich aktywów zakończyła 20 grudnia się niepowodzeniem – zablokowana przez ryzyko prawne, reperkusje rynkowe i opór Belgii, a także Włoch, Malty, Słowacji i Węgier przeciwko całkowitemu przejęciu – Europa zdecydowała się na rozwodnione rozwiązanie: „pożyczkę” w wysokości 90 miliardów euro dla Ukrainy na lata 2026–2027, obsługiwaną 3 miliardami euro odsetek rocznie, co dodatkowo zabezpieczyło zamiary Europy. To nie była strategia. To były pozorne ruchy, które pogłębiły podziały w i tak już osłabionej Unii.

Całkowita konfiskata podważyłaby wiarygodność Europy jako depozytariusza aktywów finansowych. Trwałe unieruchomienie pozwala uniknąć eksplozji, ale powoduje powolny krwotok. Aktywa pozostają zamrożone na czas nieokreślony, co stanowi permanentny akt wojny gospodarczej, sygnalizujący światu, że rezerwy przechowywane w Europie są warunkowe i nie warte ryzyka. Europa wybrała erozję reputacji. Ta decyzja ujawnia strach, a nie siłę.

Ukraina jako wojna bilansowa

Głębsza prawda jest taka, że Ukraina nie jest już przede wszystkim problemem pola bitwy. Jest problemem wypłacalności. Waszyngton to rozumie. Stany Zjednoczone potrafią poradzić sobie z kompromitacją. Nie mogą jednak znosić zobowiązań o nieokreślonym czasie trwania. Szuka się wyjścia – po cichu, nierówno i z retorycznym kamuflażem.

Europa nie może przyznać, że go potrzebuje. Europa przedstawiła wojnę jako egzystencjalną, cywilizacyjną i moralną. Ogłosiła kompromis ustępstwem, a negocjacje kapitulacją. Tym samym wyeliminowała własne opcje wyjścia z konfliktu.

Teraz koszty uderzają tam, gdzie żadna narracja nie jest w stanie ich odwrócić: w budżety europejskie, rachunki za energię w Europie, europejski przemysł i europejską spójność polityczną. Pożyczka w wysokości 90 miliardów euro nie jest solidarnością. Jest ucieleśnieniem upadku – stopniowego wycofywania zobowiązań, podczas gdy baza produkcyjna, która powinna je uzasadniać, nadal ulega erozji.

Giorgia Meloni o tym wie. Dlatego jej ton nie był buntowniczy, lecz pełen zmęczenia.

Przywódcy Europy na froncie

Cenzura jako zarządzanie paniką

W miarę jak granice fizyczne się zaostrzają, kontrola narracyjna się zacieśnia. Agresywne egzekwowanie unijnej ustawy o usługach cyfrowych nie dotyczy bezpieczeństwa. Chodzi o powstrzymywanie w jej najbardziej orwellowskiej formie – budowanie bariery informacyjnej wokół elitarnego konsensusu, który nie jest już w stanie wytrzymać otwartej kontroli. Kiedy obywatele zaczynają – najpierw cicho, potem już nie tak cicho – uparcie pytać: Po co to wszystko?, iluzja legitymizacji szybko pryska.

Dlatego presja regulacyjna wykracza teraz poza granice Europy, wywołując transatlantyckie tarcia o jurysdykcję i wolność słowa. Systemy pewne siebie nie boją się dialogu. Te kruche – tak. Cenzura nie jest tu ideologią. To ubezpieczenie.

De-industrializacja: Niewypowiedziana zdrada

Europa nie tylko nałożyła sankcje na Rosję. Nałożyła sankcje na swój własny model przemysłowy. Do 2025 roku europejski przemysł będzie nadal ponosił koszty energii znacznie przewyższające koszty konkurentów w Stanach Zjednoczonych czy Rosji. Niemcy, siła napędowa, doświadczają ciągłego spadku energochłonnego przemysłu. Produkcja chemikaliów, stali, nawozów i szkła została zamknięta lub przeniesiona. Małe i średnie przedsiębiorstwa we Włoszech i Europie Środkowej upadają po cichu, nie trafiając na pierwsze strony gazet.

Dlatego Europa nie może zwiększyć produkcji amunicji tak, jak powinna. Dlatego zbrojenia pozostają obietnicą, a nie rzeczywistością. Tania energia nie była luksusem. Była fundamentem. Jej usunięcie poprzez autosabotaż (m.in. Nord Stream) podważa tę strukturę.

Chiny, obserwując to wszystko, trzymają drugą połowę koszmaru Europy. Posiadają najgłębszą bazę przemysłową na Ziemi, nie przechodząc jednocześnie w tryb wojenny. Rosja nie potrzebuje Chin, a jedynie ich strategicznej głębi jako rezerwy. Europa nie ma ani jednego, ani drugiego.

Czego Meloni naprawdę się boi

Nie ciężkiej pracy. Nie napiętych grafików. Obawia się roku takiego jak 2026, w którym europejskie elity stracą kontrolę nad trzema rzeczami naraz: 1) kontrolę nad pieniędzmi – jeśli finansowanie Ukrainy stanie się kwestią bilansu UE, zastępując fantazję, że ‚Rosja zapłaci’; // 2) nad narracją – jeśli cenzura się nasili, ale nie będzie w stanie stłumić pytania rozbrzmiewającego echem po całym kontynencie: Po co to wszystko?; //3) nad dyscypliną sojuszniczą – jeśli Waszyngton będzie manewrował, a Europa poniesie koszty, ryzyko i upokorzenie.

To jest panika. Nie natychmiastowa porażka w wojnie, ale powolna erozja legitymizacji, gdy rzeczywistość przesiąka przez rachunki za energię, zamknięte fabryki, puste arsenały i zadłużone kontrakty terminowe.

Ludzkość na krawędzi

To nie tylko kryzys europejski. To kryzys cywilizacyjny. System, który nie może produkować, nie może uzupełniać zapasów, nie może mówić prawdy i nie może się wycofać bez utraty wiarygodności, osiągnął swoje granice. Kiedy przywódcy zaczynają przygotowywać swoje instytucje na chudsze lata, nie przewidują nieprzyjemności. Przyznają się do strukturalnego rozkładu.

Uwaga Meloni była ważna, ponieważ przełamała farsę. Imperia głośno obwieszczają swój triumf. Upadające systemy obniżają oczekiwania po cichu – lub – jak w przypadku Meloni – niezwykle otwarcie. Przywódcy Europy obniżają teraz oczekiwania, ponieważ wiedzą, co leży w magazynach, czego fabryki jeszcze nie są w stanie dostarczyć, jak wyglądają krzywe zadłużenia – i co opinia publiczna już zaczyna rozumieć.

Dla większości Europejczyków to rozliczenie nie nadejdzie jako abstrakcyjna debata o strategii czy łańcuchach dostaw. Nadejdzie jako znacznie prostsze uświadomienie: to nigdy nie była wojna, na którą się zgodzili. Nie toczono jej w obronie ich domów, bogactwa ani przyszłości. Była napędzana imperialną chciwością – i opłacona ich standardem życia, przemysłem i przyszłością ich dzieci.

Wmawiano im, że to kwestia egzystencjalna. Mówiono im, że nie ma alternatywy. Mówiono im, że poświęcenie jest cnotą. Ale Europejczycy nie chcą niekończącej się mobilizacji ani permanentnej polityki oszczędności. Chcą pokoju. Chcą stabilności. Chcą cichej godności dobrobytu – niedrogiej energii, funkcjonującego przemysłu i przyszłości, która nie będzie obciążona konfliktami, na które nigdy się nie zgodzili.

A kiedy ta prawda dotrze do ludzi, kiedy strach opadnie, a czar pryśnie, pytanie, które zadadzą Europejczycy, nie będzie techniczne, ideologiczne ani retoryczne. Będzie ludzkie. Dlaczego byliśmy zmuszeni poświęcić wszystko dla wojny, na którą nigdy się nie zgodziliśmy, wojny, o której mówiono nam, że nie ma pokoju, o który warto zabiegać? I to właśnie spędza Meloni sen z powiek.

https://uncutnews.ch/europas-panikoekonomie-eingefrorene-vermoegenswerte-leere-arsenale-und-das-stille-eingestaendnis-der-niederlage/embed/#?secret=dGAb7K84Lp#?secret=IryuZHHJdX

Europa pójdzie na wojnę?! – część pierwsza

Europa pójdzie na wojnę?! – część pierwsza

Faktyczne przygotowanie: zamrożone aktywa, puste arsenały i ciche przyznanie się do porażki

Napisał: Gerry Nolan

Giorgia Meloni

ZB:  Uważna lektura poniższego tekstu pozwoli nam wyciągnąć przynajmniej jeden optymistyczny wniosek: Europa nie pójdzie na wojnę. Brakuje bazy przemysłowej, a tej nie da się wytworzyć w ciągu kilku lat – pisze autor Gerry Nolan. Są jeszcze inne czynniki, które powstrzymują europejskie marionetki od wszczęcia śmiertelnej awantury. A teraz tekst – długi, więc przedstawiam go w dwóch częściach:

GN:  Kiedy premier każe swoim urzędnikom odpocząć, bo przyszły rok będzie znacznie gorszy, nie jest to czarny humor. Nie jest to przejaw wyczerpania. To moment, w którym maska opada – następują słowa, które liderzy wypowiadają tylko wtedy, gdy wewnętrzne prognozy przestają być spójne z narracją publiczną.

Giorgia Meloni nie zwracała się do wyborców. Zwracała się do samego państwa – biurokratycznego trzonu odpowiedzialnego za wdrażanie decyzji, których konsekwencji nie da się już ukryć. Jej słowa nie dotyczyły drobnego wzrostu obciążenia pracą. Dotyczyły ograniczeń. Limitów. Europy, która przeszła od zarządzania kryzysowego do kontrolowanego upadku, wiedząc, że 2026 rok to moment, w którym skumulowane koszty w końcu sięgną zenitu.

To, co Meloni nieumyślnie ujawniła, rozumieją już europejscy rządzący: zachodni projekt na Ukrainie zderzył się z materialną rzeczywistością. Nie rosyjską propagandą. Nie dezinformacją. Nie populizmem. Ale brakiem stali, amunicji, energii, pracy i czasu. A gdy tylko materialna rzeczywistość zwycięża, legitymizacja zaczyna słabnąć. Europa może pozować, prężyć muskuły, ale nie może produkować sprzętu na wojnę.

Cztery lata po rozpoczęciu intensywnych i morderczych wojennych działań na wyniszczenie Stany Zjednoczone i Europa stają w obliczu prawdy, o której zapomniały przez dekady: takiego konfliktu nie prowadzi się teatralnymi przemówieniami, sankcjami ani załamaniem dyplomacji. Prowadzi się go granatami, pociskami, wyszkolonymi załogami, cyklami napraw i tempem produkcji przewyższającym straty – miesiąc po miesiącu, bez przerwy.

Po 2025 roku ta przepaść nie będzie już teoretyczna

Europa może stroić marsowe miny. Rosja produkuje obecnie amunicję artyleryjską na skalę, która – jak przyznają sami zachodni politycy – przewyższa łączną produkcję NATO. Rosyjski przemysł przestawił się na niemal ciągłą produkcję wojenną (nawet bez pełnej mobilizacji), z scentralizowanymi zamówieniami, usprawnionymi łańcuchami dostaw i przerobem sterowanym przez państwo. Szacunki wskazują, że roczna produkcja rosyjskiej artylerii wynosi kilka milionów pocisków – produkcja, która jest już w toku, a nie tylko obiecana.

Koalicja chętnych – jastrzębie i sępy

Europa z kolei spędza rok 2025 świętując cele, których nigdy nie będzie w stanie materialnie osiągnąć. Flagowe zobowiązanie Unii Europejskiej nadal wynosi dwa miliony pocisków rocznie – cel zależny od nowych zakładów, nowych kontraktów i nowej siły roboczej, który, jeśli w ogóle, nie zostanie w pełni zrealizowany w kluczowym okresie tej wojny. Nawet gdyby ten ambitny cel został osiągnięty, nie dorównałby on rosyjskiej produkcji. Stany Zjednoczone, po nadzwyczajnej rozbudowie, prognozują produkcję około miliona pocisków rocznie – pod warunkiem, i to jest kluczowe ‚jeśli’, że pełne zwiększenie produkcji zakończy się sukcesem.

Nawet na papierze zachodnia produkcja ma trudności z nadążaniem za już dostarczaną rosyjską produkcją. Zachód to papierowy tygrys. Jest ogromna rozbieżność w tempie. Rosja produkuje teraz na dużą skalę. Europa marzy o tym, by móc produkować na dużą skalę w przyszłości. A czas to jedyna zmienna, której nie da się usankcjonować.

Stany Zjednoczone nie mogą też po prostu zrekompensować wyczerpanych mocy produkcyjnych Europy. Waszyngton boryka się z własnymi wąskimi gardłami przemysłowymi. Produkcja pocisków przechwytujących Patriot wynosi zaledwie kilkaset sztuk rocznie, podczas gdy popyt obejmuje obecnie jednocześnie Ukrainę, Izrael, Tajwan i uzupełnianie zapasów w USA – rozbieżność, którą, jak przyznają nawet wysocy rangą urzędnicy Pentagonu, nie da się łatwo, jeśli w ogóle, rozwiązać.

Amerykański przemysł stoczniowy opowiada tę samą historię: programy budowy okrętów podwodnych i nawodnych są opóźnione o lata, hamowane przez niedobory siły roboczej, starzejące się stocznie i przekroczenia kosztów, które uniemożliwiają jakąkolwiek znaczącą ekspansję w latach 30. XXI wieku. Założenie, że Ameryka może zapewnić Europie bezpieczeństwo przemysłowe, nie jest już prawdziwe. To nie tylko problem europejski, ale i zachodni.

Gotowość wojenna bez fabryk

Europejscy przywódcy mówią o ‚gotowości wojennej’,  jakby to była postawa polityczna. W rzeczywistości tę gotowość wypracowuje przemysł, więc Europa nie jest w stanie sprostać swym wyzwaniom.

Nowe linie produkcyjne artylerii potrzebują lat, aby osiągnąć stabilną wydajność. Produkcja pocisków przeciwlotniczych odbywa się w długich cyklach, mierzonych partiami, a nie szczytami. Nawet podstawowe materiały, takie jak materiały wybuchowe, wciąż są deficytowe; zakłady zamknięte dekady temu są dopiero teraz ponownie otwierane, a niektóre z nich nie osiągną pełnej wydajności przed 2030 rokiem. Sama ta data jest przyznaniem się do porażki.

Rosja z kolei działa już z prędkością godną wojny. Jej sektor obronny dostarcza rocznie tysiące pojazdów opancerzonych, setki samolotów i śmigłowców oraz ogromne ilości dronów.

Problem Europy nie jest koncepcyjny, lecz instytucjonalny. Powszechnie chwalona zmiana paradygmatu w Niemczech brutalnie to obnażyła. Przeznaczono dziesiątki miliardów, ale wąskie gardła w zamówieniach, rozdrobnione kontrakty i ograniczona baza dostawców sprawiły, że dostawy były opóźnione o lata.

Francja, często przedstawiana jako najpotężniejszy producent broni w Europie, może wytwarzać bardziej zaawansowane systemy – ale tylko w butikowych ilościach, liczonych w dziesiątkach, podczas gdy wojna na wyniszczenie wymaga tysięcy. Nawet inicjatywy UE mające na celu przyspieszenie produkcji amunicji zwiększyły moce produkcyjne na papierze, podczas gdy linie frontu zużywały pociski w ciągu kilku tygodni. To nie są porażki ideologiczne. To błędy administracyjne i przemysłowe – i pogłębiają się pod presją.

Różnica jest strukturalna. Przemysł zachodni został zoptymalizowany pod kątem efektywności akcjonariuszy i marż w czasie pokoju. Przemysł rosyjski został zreorganizowany, aby sprostać presji. NATO ogłasza pakiety. Rosja liczy dostawy.

https://uncutnews.ch/europas-panikoekonomie-eingefrorene-vermoegenswerte-leere-arsenale-und-das-stille-eingestaendnis-der-niederlage/embed/#?secret=rGGsr6QIcp#?secret=oJ5dRcy2fO

Napisał: Gerry Nolan

Opracował: Zygmunt Białas

Zamieszki i pożary w Holandii. Spłonął 150-letni zabytkowy kościół. Jak „prasa” kłamie, a PCh daje ciała

Zamieszki i pożary w Holandii. Spłonął 150-letni zabytkowy kościół.

pch24.pl/zamieszki-i-pozary-w-holandii-splonal-150-letni-zabytkowy-kosciol

(fot. Twitter.com)

Noc Sylwestrowa minęła w Holandii pod znakiem licznych zamieszek i starć z policją. W wielu miejscach kraju wybuchły pożary. Jeden z nich doszczętnie strawił zabytkowy 150-letni kościół pw. Najświętszego Serca Jezusowego (Voldenkerk) w Amsterdamie.

Tegoroczna noc sylwestrowa w Holandii okazała się wyjątkowo dramatyczna. W różnych częściach kraju doszło do śmiertelnych wypadków związanych z użyciem fajerwerków, m.in. w Nijmegen i Aalsmeer. Policja bada, czy używany materiał pirotechniczny był legalny.

Jednym z najpoważniejszych zdarzeń był ogromny pożar zabytkowego kościoła w Amsterdamie – Vondelkerk, który od lat 70 XX wieku przestał pełnić funkcję świątyni katolickiej i stał się miejscem wielu koncertów oraz spotkań. Ogień szybko objął wieżę budynku, a gęsty deszcz iskier zmusił służby do ewakuacji kilkudziesięciu pobliskich domów. Straż pożarna walczyła z żywiołem przez wiele godzin, wykorzystując wodę z pobliskiego parku. Zabytku nie udało się uratować. Na miejscu pojawiła się burmistrz Femke Halsema, która powiedziała: „To jest naprawdę straszne (…) to ogromna tragedia.”

Służby nie potwierdzają teorii o celowym podpaleniu. 

W całym kraju odnotowano liczne pożary budynków mieszkalnych, garaży i obiektów publicznych, w tym hal sportowych i domów jednorodzinnych. W kilku przypadkach eksplodowały składowane fajerwerki, co dodatkowo utrudniało akcje ratunkowe.

Szczególne zaniepokojenie wzbudziła skala przemocy wobec służb. Policjanci, strażacy i ratownicy medyczni byli obrzucani fajerwerkami, kamieniami, a w Bredzie w dzielnicy Tuinzigt użyto koktajli Mołotowa. Związek zawodowy policji określił sylwestrową noc jako jedną z najbardziej brutalnych w ostatnich latach.

Tegoroczny Sylwester był jednocześnie ostatnim, w którym fajerwerki na prywatny użytek były jeszcze legalne w skali kraju. Władze zapowiadają, że przejęta zmiana prawa ma ograniczyć liczbę ofiar, zniszczeń i przemocy, które od lat towarzyszą świętowaniu Nowego Roku w Holandii. [czemu PCh nie komentuje tej bzdury?? md]

Niektórzy łączą sylwestrowe incydenty z obecnością coraz większej populacji imigrantów spoza Europy. [Jak można puścić taki bzdet w PCh!! Wstyd!! MD]

Holandia w ostatnich latach mierzy się z poważnym kryzysem migracyjnym.

[Gówno „się mierzy” !! Dupy daje!! MD]

Tylko w 2022 r. do kraju przybyło ponad 400 tys. cudzoziemców, głównie pochodzenia azjatyckiego i afrykańskiego. Liczba przybyszów nie spada poniżej kilkuset tysięcy rocznie (w 2023 do kraju przybyło 339 tys. cudzoziemców). Do najliczniejszych grup należą Turcy, Kurdowie, Marokańczycy i obywatele Surinamu.

W niektórych miastach powstają tzw. getta, czyli dzielnice zdominowane przez migrantów, które odznaczają się wyższym współczynnikiem przestępczości. Rząd wprowadza środki mające na celu ograniczenie imigracji, zapowiedziano m.in. możliwość zawieszenia prawa do azylu. [To rządy impotentów md]

PAPpap logo / oprac. PR

Plan upadku Europy

Plan upadku Europy

29.12.2025 r. Autor artykułu Marek Wójcik plan-upadku-europy/

Ten samo-destruktywny kurs, jaki narzuca Europie niewybierana demokratycznie Komisja Europejska, nie jest wcale wynikiem głupoty zarządzających tą komisją. Jest wynikiem służalczości tych figurantów spełniających wiernie wszelkie rozkazy globalistów. Europa igra z ogniem, wiedząc, że gorąca wojna zniszczyłaby kontynent w ciągu kilku tygodni. Jak na ironię, to właśnie Donald Trump na razie powstrzymał eskalację konfliktu, wznawiając rozmowy z Rosją i Chinami.

Wiedza tajemna – rok 2021.

Na szczęście dla wszystkich mieszkańców naszej planety Donald Trump wznowił rozmowy z Rosją i Chinami i rozpoczął budowanie czegoś, co wydaje się początkiem długotrwałych relacji między krajami, które już teraz nazywane są „wielką trójką” – Chinami, Stanami Zjednoczonymi i Rosją. Oczywiście, jeśli Trump rzeczywiście zrealizuje swoją całkowicie absurdalną groźbę wypowiedzenia wojny Wenezueli w najbliższych tygodniach, zniweczy wszelkie dotychczasowe postępy, jakie osiągnął na arenie międzynarodowej. Będziemy musieli poczekać i zobaczyć, czy jest to tylko kolejny z jego wielkich blefów.

Powyższy cytat pochodzi z opublikowanego w piątek na platformie Pressenza artykułu: WYNIKI WOJNY Z TERRORYZMEM i zbliżający się UPADEK EUROPY. Źródło.

Czy wiecie, skąd się wzięła nazwa: Koalicja chętnych? Pojawiła się w filmie z roku 2005 V jak Vendetta. Film rozgrywa się w 2020 roku i pokazuje świat spustoszony przez wirus uwolniony w celu przejęcia władzy nad społeczeństwem. W tym czasie w USA trwa wojna domowa. Film powstał na podstawie komiksu Alana Moore’a.

Zobaczcie urywek tego filmu, gdzie pokazano tę flagę:

Koalicja chętnych
do władzy.
Źródło:
Telegram 27.03.2025 r. 19:06.

Nasuwa się klasyczne, filozoficzne pytanie: co było wcześniej, jajko czy kura? Jeśli kura, to z czego się wykluła, a jeśli jajko, to kto je zniósł? Jeżeli reżyser filmu wpadł 20 lat wcześniej pomysł powstania faszystowskiej koalicji chętnych do przeciągania wojny w nieskończoność, to powinien oskarżyć kilku szefów europejskich państw o kradzież koncepcji.

Na tym nie kończą się wizjonerskie talenty twórców filmu – reżysera Jameso McTeiguego, co było jego debiutem reżyserskim; scenariusz napisały Lana i Lilly Wachowscy (jako siostry Wachowskie).

Ten film sprzed 20 lat opisuje także wywołaną przez rząd i korporacje farmaceutyczne pandemię wspieraną medialnymi kłamstwami. Akcja została umiejscowiona w roku 2020.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Zamykanie europejskiej “pułapki na tuńczyki”

Zamykanie europejskiej “pułapki na tuńczyki”

Date: 25 dicembre 2025 Author: Uczta Baltazara

Kilka dni temu, Rada Unii Europejskiej, będąca organem wykonawczym, nałożyła sankcje na pułkownika Jacquesa Bauda https://fr.wikipedia.org/wiki/Jacques_Baud i 11 innych osób (fizycznych i prawnych). Sankcje obejmują zamrożenie aktywów, zakaz dla wszystkich obywateli i firm UE udostępniania im funduszy, zezwalania im na działalność finansową lub przyznawanie im zasobów gospodarczych, a także zakaz podróżowania. Zasadniczo jest to równoznaczne z ogłoszeniem śmierci cywilnej objętego sankcjami obywatela, który nie może już więcej legalnie uzyskać dostępu do żadnej formy dochodu, ani przeszłego, ani nowego, i nie może także podróżować.

Należy tutaj podkreślić dwie kwestie.

Po pierwsze, ta drakońska kara jest nakładana za coś, co jest tylko i wyłącznie „myślozbrodnią”, ponieważ nie są obecne żadne zarzuty karne ani cywilne.

Po drugie, kara nie jest nakładana przez organ sądowy, ale przez organ wykonawczy, a więc bez przechodzenia przez procedurę ustalania odpowiedzialności.

Nawiasem mówiąc – ku uciesze tych, którzy zachwycają się takimi rzeczami – ta forma interwencji stanowi bezpośrednie i oczywiste naruszenie art. 11 i 12 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, które stanowią odpowiednio:

Artykuł 11.1. „Każdego oskarżonego o popełnienie czynu zagrożonego karą uważa się za niewinnego do czasu udowodnienia mu winy – zgodnie z ustawą – w procesie publicznym, w którym zapewniono mu wszelkie środki niezbędne do obrony”.

 Artykuł 12. “Nikt nie może być narażony na arbitralną ingerencję w swe życie prywatne, rodzinne, domowe, korespondencję ani na naruszenie jego czci lub dobrego imienia. Każdy ma prawo do ochrony prawnej przed tego rodzaju ingerencją lub szkodą.”

Każdy, kto sądzi, że ten przejaw dyktatorskiej samowoli jest zwykłym przypadkiem, byłby w ogromnym błędzie.

Rząd UE od dawna jest “królestwem” całkowitej samowoli.

Przypomnijmy sprawę zajęcia zamrożonych rosyjskich aktywów. To rażące naruszenie prawa międzynarodowego nie nastąpiło (na razie) wyłącznie z powodu przypadkowego zbiegu okoliczności, a mianowicie obecności w USA prezydenta, który ma inne plany dotyczące wspomnianych funduszy, oraz obecności w Belgii – kraju najbardziej zaangażowanym finansowo – premiera o minimalnej dozie zdrowego rozsądku.

Nawiasem mówiąc, za tę ostrożną postawę, premier Bart De Wever – mimo ogromnego poparcia społecznego – został zaatakowany w belgijskiej prasie oskarżeniami o proputinizm. Konsekwencje tego rodzaju makroskopowego naruszenia prawa gospodarczego byłyby potencjalnie niszczycielskie (dla UE), tym bardziej, że ostatnim atutem UE na arenie międzynarodowej jest fakt, że jest ona supermocarstwem finansowym ze stabilną walutą.

Von der Leyen to prezydent, która została wybrana na drugą kadencję po przepaleniu dziesiątek miliardów europejskich funduszy w ramach prywatnej, tajnej umowy SMS-owej z Pfizerem. Tym samym, jej arbitralne działania zostały w całości “pobłogosławione” przez UE.

UE jest organem, który poprowadził europejski przemysł na rzeź, by podążać pro tempore za zielonymi lobbystami (którzy oczywiście nie mają nic wspólnego z ekologią), tylko po to, by następnie zdać sobie sprawę z tego, co od ręki stwierdziły dziesiątki ekspertów, a mianowicie, że założenia dokonania totalnej elektryfikacji były absurdalne i nierealistyczne (a także bezużyteczne dla celów, dla których zostały oficjalnie wysunięte, przy braku porozumień z resztą uprzemysłowionego świata).

UE jest tym wielonarodowym podmiotem, który tworzy obecnie agencję wywiadowczą pod bezpośrednim zwierzchnictwem tego, kto przewodniczy pro tempore  Komisji Europejskiej (obecnie von der Leyen), tak jakby był szefem rządu krajowego wybranym w demokratycznych wyborach.

babylonianempire/ue-utworzy-nowa-jednostke-wywiadowcza-pod-kierownictwem-ursuli-von-der-leyen

UE stworzyła Digital Services Actmechanizm cenzury, który może sankcjonować w absolutnie arbitralny sposób (tj. bez przechodzenia przez organy sądowe) każdą treść uznaną za „dezinformację”, tj. każdą platformę hostującą treści, które nie są kompatybilne z opinią europejskiej władzy wykonawczej, a mają znaczący wpływ.

UE systematycznie twierdzi, że wybory, których wyniki są niekorzystne dla jej programu, są nielegalne i powinny zostać powtórzone; że zwycięzcy wyborów mający programy antyunijne powinni zostać aresztowani; że partie eurosceptyczne powinny zostać zdelegalizowane, nawet jeśli mają większość preferencji.

Podczas gdy lekcje wychowania obywatelskiego w naszych szkołach zostają przejęte przez obwoźnych akwizytorów zachwalających “cuda” Zjednoczonej Europy; podczas gdy o karierach akademickich decyduje się poprzez wypłatę europejskich grantów przyznawanych projektom, które niczemu nie zagrażają, albo są podporządkowane agendzie eurokratycznej; podczas gdy zmierzamy wymuszonymi posunięciami w kierunku portfela cyfrowego – za sprawą czego sankcje nakładane obecnie na Jacques’a Bauda mogą stać się o wiele bardziej rozległe, szybsze i powszechniejsze – podczas gdy wszystko to dzieje się – społeczeństwo europejskie nadal w dużej mierze śpi.

Libertariańscy liberałowie chcą więcej wolności wyłącznie dla posiadaczy kapitału.

Postępacy nucą „Bell* ciao”  (aluzja do szlagieru włoskiego lewactwa, którego tytuł, autor tekstu ironicznie zmodyfikował na genderową modłę)  https://it.wikipedia.org/wiki/Bella_ciao) i ścigają wyimaginowanych faszystów.

Grupy dysydenckiezbyt skupione na zazdrościach i złośliwościach wobec siebie, by przejmować się czymkolwiek innym.

Suwerenna prawica nadal sprzedaje swój kraj po kawałku w zamian za fotele i photo opportunity.

Zdurniali starzy pro-europejczycy wciąż majaczą o „europejskim śnie”, ponieważ mogą zatankować za granicą bez okazywania dokumentów.

Przemysłowcy, coraz bardziej uzależnieni od euro-prebend, milczą przed obliczem UE, która po raz pierwszy w historii Europy kultywuje katastrofalne wręcz stosunki z resztą świata: weszła na wojenną ścieżkę z Rosją, zniszczyła stosunki z Chinami w związku z „jedwabnym szlakiem”, została wyrzucona z Afryki, jest pogardzana przez USA.

Jedynymi, którzy dobrze prosperują, są tzw. „yes-men” –  luksusowi konformiści, wysoko postawione trybiki, służalcy akademiccy, trybiki sądownictwa.

Bardzo niewielu zdaje się rozumieć ciężar tej historycznej transformacji, podczas której, w instytucjach pułapki na tuńczyki zwanej Unią Europejską, karłowaci mentalnie mężczyźni i karłowate mentalnie kobiety – podporządkowani oligarchiom finansowym, podejmują ostatnie kroki w kierunku całkowitego i nieodwołalnego zniewolenia Europejczyków: zniewolenia kulturowego, ekonomicznego, materialnego i behawioralnego.

Jest to zniewolenie inne niż w autokracjach, ponieważ jest ono dzikie, nieprzejrzyste, acefaliczne, pozbawione nawet tego niewielkiego luksusu jakim jest poznanie oblicza tego, kto cię uciska.

U steru nie znajduje się pojedynczy człowiek na balkonie (aluzja do Mussoliniego), ale samonapędzający się aparat; aparat stworzony przez system finansowych lobbiesaparat pozbawiony projektu innego niż władza dla samej władzy, czerpanie zysku jako cel sam w sobie, przez co Europa i jej obywatele są jedynie surowcem, siłą roboczą, terenem do podboju.

Andrea Zhok – autor tekstu zamieszczonego powyżej jest profesorem nadzwyczajnym filozofii moralnej na Uniwersytecie Mediolańskim.

***

Pułapka na tuńczyki, tzw. tonnara to zestaw specjalnie skonstruowanych sieci, które są używane do połowu tuńczyka błękitnopłetwego. (…) Metody połowowe tuńczyków stosowane do dziś to: tonnara di corsa, czyli zestaw sieci rozmieszczonych w komorach, umieszczonych w strefie przepływu tuńczyków, oraz tonnara volante, czyli „latająca” tonnara, polegająca na „latającym” rozmieszczeniu sieci po wykryciu ławic tuńczyków za pomocą echosondy i radaru. https://it.wikipedia.org/wiki/Tonnara

Sycylia: Połów tuńczyków przy pomocy “tonnary”, czyli zamykania łowiska (od wielu lat już nie praktykowany):

INFO: https://t.me/andreazhok/701

Samozniszczenie Europy

Samozniszczenie Europy

Date: 26 dicembre 2025 Author: Uczta Baltazara

Dzisiejsza Europa nie ma poważnego sektora internetowego, światowych liderów technologicznych ani silnika innowacji zdolnego konkurować ze Stanami Zjednoczonymi lub Azją.

Jej gospodarka znajduje się w stagnacji, baza przemysłowa ulega erozji, bezrobocie pozostaje na wysokim poziomie strukturalnym, a zależność energetyczna stała się trwałą słabością.

Nie jest to pech, lecz wynik świadomych wyborów.

Paraliżujące regulacje, represyjne podatki, ideologiczne polityki klimatyczne i wrogość wobec wolnego rynku zdusiły wzrost gospodarczy i spowodowały odpływ kapitału.

Europa poucza świat o wartościach, jednocześnie importując energię, zlecając na zewnątrz innowacje i regulując się do nieistotności.

Aby odbudować cokolwiek – infrastrukturę, przemysł, konkurencyjność – Europa musiałaby zliberalizować przepisy, obniżyć podatki, porzucić absolutyzm klimatyczny i przyjąć prawdziwą ekonomię rynkową.

Są to reformy, których Europa nie chce przeprowadzić, nawet pomimo tego, że jej upadek przyspiesza.

Tragedia nie polega na tym, że Europa nie może konkurować, ale na tym, że decyduje się tego nie robić. https://x.com/MarioNawfal/status/2004303640614654170

***

Nowe projekty przyszłych banknotów UE są już gotowe i pięknie wpisują się w wyznaczony temat „Kultura europejska”.

https://x.com/BitsagaRob/status/1945180493126803704

Nie dawajmy się oszwabiać zielonej brukselce. 

Małgorzata Todd <mtodd@mtodd.pl>

Szanowni Państwo! 

Oto pięćdziesiąty i zarazem ostatni w tym roku SOBOTNIK, wraz z DUCHEM CZASU.

Nowy Rok  50/2025(754)

Drodzy Czytelnicy, przyjmijcie życzenia wszelkiej pomyślności w nadchodzącym nowym 2026 roku.

     Pamiętajmy jednak, że najlepsze nawet życzenia nie wystarczą, póki dajemy się wodzić za nos przechwalającemu się Szwabowi tym, że nikt go w Unii nie oszwabi. Racja, nie o niego chodzi, tylko o jego pośrednictwo w oszwabianiu na potęgę nas – Polaków.

     Brukselka cwana i nieudolna zarazem, dostarcza nam niechcianych nachodźców, rujnuje naszą produkcję rolną, przemysł i praktycznie niszczy wszystko, czego się dotknie.

Czas wreszcie powiedzieć: DOŚĆ! Im prędzej opuścimy ten kołchoz, tym więcej uratujemy. Nie dawajmy się oszwabiać zielonej brukselce. 

     Niech ta idea towarzyszy nam od początku nowego 2026 roku.

Małgorzata Todd

Siła PolExitu

Siła PolExitu

Blisko ¼ Polaków popiera już PolExit, zaś w najbardziej aktywnej zawodowo i potencjalnie politycznie grupie wiekowej 30-49 ten odsetek rośnie do blisko 38% ankietowanych. Tylko patrzeć, jak coraz bardziej trzeźwe spojrzenie naszych rodaków na Unię Europejską sprowokuje podobne lamenty tzw. elit jak niedostateczna miłość okazywana przez Polaków Ukrainie czy wzrost poparcia dla ruchu Grzegorza Brauna. 

Cóż, widać nieodmiennie nie dorastamy do naszych światłych przywódców i pewnie dlatego chcą nas sobie wymienić na imigrantów, nie tylko zresztą tych znad Dniepru.

Mit Zachodu

Tymczasem, by zrozumieć stosunek Polaków do Unii Europejskiej, należy cofnąć się do wczesnych lat 1990-tych, gdy cała transformacja ustrojowa dokonywała się pod hasłem „powrotu do Europy”. Potężny aparat propagandowy umiejętnie wykorzystywał polskie kompleksy, przekonanie, że Zachód zdradził Polskę w Jałcie, godząc się na dominację sowiecką oraz że Polsce należy się jakaś rekompensata za nieuczestniczenie w planie Marshalla (o którym nigdy w Polsce nie myślano jako o programie uzależnienia gospodarczego Europy Zachodniej od USA). Polacy lat 1990-tych naprawdę myśleli, że coś im się od Zachodu należy i że spłatą tego długu jest przede wszystkim otwarcie granic.

Po 2004 roku i wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej ponad 3,5 miliona Polaków wyjechało na stałe do pracy na Zachodzie, co skutecznie na wiele lat rozładowało problem bezrobocia. Politycy mogli dzięki temu udawać, że polska gospodarka się rozwija, a pieniądze przysyłane przez imigrantów pozwalały pokrywać dziury w domowych budżetach. Powracający z emigracji przywozili pieniądze, które naiwnie starali się zainwestować, licząc, że coś się jednak w Polsce zmieniło.

Jednak minęło ponad 20 lat. Choć przy każdej polskiej drodze stoją dziś tablice „sfinansowana ze środków Unii Europejskiej”, to jednak w nawierzchniach już pojawiają się pierwsze ubytki. Na utrzymanie aquaparków, zbudowanych z pieniędzy, które Polacy najpierw wysłali do Brukseli, a potem dostali je stamtąd z powrotem pomniejszone o koszta unijnej biurokracji – po prostu nie wystarcza środków. Polska unijność dostaje zadyszki pod kątem inwestycji, a jej koszty stają się coraz bardziej oczywiste, na czele przede wszystkim z tymi związanymi z rynkiem energii, transformacją w stronę wyłącznie źródeł odnawialnych i radykalnej redukcji konsumpcji. 

Koniec kompleksów

20 lat temu Polacy zachłysnęli się Europą na gruncie wieloletnich kompleksów. Obecne pokolenie im lepiej Europę zna, tym mniej kompleksów okazuje, doskonale rozumiejąc jak negatywne skutki mają zarówno unijna polityka imigracyjna, jak i klimatyczna. Pozornie piękna i wytęskniona UE pokazuje swoje prawdziwe oblicze, okazując się być starą dziwką, z której opadł puder i coraz więcej Polaków to widzi. Fakt, że większość elit politycznych III RP ignoruje tę zmianę oznacza tylko, że trzęsienie ziemi na polskiej scenie politycznej jest bliżej niż się wydaje.

Tym bardziej, że atrakcyjność UE spada na wielu polach. Emigracja zarobkowa w Niemczech czy Holandii wciąż może wydawać się atrakcyjna, jednak Polacy osiadli na Zachodzie coraz częściej analizują swoją sytuację, na jednej szali kładąc lepsze zarobki i warunki mieszkaniowe – a na drugiej kwestie bezpieczeństwa, otoczenia, w którym dorastają ich dzieci, a także ideologicznej opresyjności państwa wyrażanej poprzez szkolnictwo. Ci polscy imigranci, którzy decydują się wracać, poza względami rodzinnymi i sentymentalnymi w wielu przypadkach powołują się właśnie na swoje obawy ekonomiczne: „Europa się kończy!” – słyszy się często, bo też wyhamowanie dynamiki rozwoju i wzrost kosztów życia są już powszechnie odczuwalne nawet w przypadku czołowych gospodarek UE.

Niemal równie częstym założeniem migracji powrotnej jest jednak chęć życia wśród swoich, a dokładniej nie życia wokół obcych, coraz bardziej obcych cywilizacyjnie i kulturowo. Tę grupę powracających uderza coraz szybsze upodabnianie się polskiego otoczenia do tego, od którego uciekli z Zachodu. Wracający nie są więc bynajmniej ambasadorami europejskości w jej obecnym kształcie, a przeciwnie – wielu powraca, mając ugruntowane poglądy jakich błędów zachodniej UE Polska żadną miarą nie powinna powtarzać. Oczywiście, wiele w powracających Polakach naiwności i nadmiernej wiary, że „w Polsce się poprawiło” tylko dlatego, że chodniki są nieco równiejsze niż kiedy wyjeżdżali i ponoć nawet panie w skarbówce się uśmiechają. Nie, w III RP nie jest aż tak bardzo lepiej, jak im się wydaje, ale też wracają w dużej mierze ludzie oczyszczeni z kompleksów towarzyszących „wejściu Polski do Europy” 21 lat temu. Ludziom, którzy z bliska przyjrzeli się współczesnej europejskości i znają również jej czarne strony, dużo łatwiej przychodzi wstanie z kolan.

Ukraina wchodzi – Polska wychodzi

Nie chodzi jednak tylko o doświadczenie z Zachodu. Co najmniej równie istotne dla budowania polskiej siły na rzecz PolExitu jest bowiem kwestia ukraińska. Jeszcze przed formalnym przyjęciem Ukrainy do UE to właśnie do Kijowa płyną fundusze pochodzące z dotychczasowych krajów członkowskich, w tym z Polski. Cokolwiek z Ukrainy zostanie po wojnie – ma zostać wcielone do Unii, co oznacza jeszcze większe nakłady i wydatki na programy dostosowawcze i infrastrukturalne. To Ukraina stanie się głównym odbiorcą środków ponoszonych na Wspólną Politykę Rolną.

Słowem nawet ci, którzy wierzą, że UE coś nam daje, będą musieli dostrzec, że to my staliśmy się dawcą, wysyłając do Kijowa jeszcze więcej pieniędzy niż obecnie, tylko robiąc to w większym stopniu przez Brukselę, jako karny członek Unii Europejskiej. Właśnie zegar odmierzający czas do ukraińskiej akcesji jest najważniejszym argumentem za PolExitem. Polska musi opuścić Unię zanim resztka Ukrainy to niej przystąpi. To jest takie proste.

EFTA, czyli Polska jak Norwegia i Szwajcaria?

A co dalej? Jeśli udałoby się przełożyć narastający polski krytycyzm wobec UE na decyzję polityczną, konieczne stałoby się zastosowanie mechanizmu redukcji dysonansu poznawczego. Wystarczyłoby wszak na początek, gdyby III RP znalazła się poza strefą ścisłej centralizacji Unii, organizowaną przez Niemcy i Francję. Już to wywołałoby histerię elit, wyrażaną sloganami sprzeciwów wobec „Europy drugiej prędkości” i „członkostwa drugiej kategorii”. Tymczasem wymknięcie się pułapce eurokratycznego superpaństwa niemiecko-francuskiego byłoby dobrym początkiem, po którym dalsze trwanie w UE miałoby tym mniej sensu, gdy np. mogłoby zostać zastąpione luźniejszą acz też zinstytucjonalizowaną kooperacją np. w ramach Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu, EFTA. 

Lekcja BREXITu

Poluzowanie związków z UE musiałoby więc być na tyle zdecydowane, by uniknąć problemów, których doświadczyło Zjednoczone Królestwo. Wbrew bowiem temu, co triumfalnie ogłaszają pro-eurokratyczne media, to nie BREXIT okazał się pomyłką, ale fakt, że rozwód z Unią był pozorny, gospodarka brytyjska nadal jest krępowana tymi samymi regulacjami, co euro-sojusz, zaś jedyną praktyczną konsekwencją w zakresie polityki migracyjnej stało się zastąpienie polskich hydraulików afrykańskimi księgowymi przyjeżdżającymi na zmywak. –EXIT, by zadziałać – musi być pełny i prawdziwy, taką lekcję daje nam UK i o tyle mądrzejsze może i powinno być nasze wyjście z Unii. Wyjście, do którego przekonuje się coraz więcej Polaków i które może stać jednym z głównych haseł prawdziwej politycznej debaty, obok postulatów de-ukrainizacji Polski i trzymania się jak najdalej od wojny Zachód-Rosja. Politycy myślący po polsku muszą przestać bać się PolExitu, jako czegoś niewyobrażalnego, poza polską percepcją polityczną i dlatego niemożliwego. 

Przeciwnie. PolExit to dziś postulat polskiego realizmu i wymóg polskiego interesu narodowego.

Konrad Rękas

Aniemowilem.pl

„Oni walczą za nas” – apel Josepha Goebbelsa o wsparcie walczącego Izraela

„Oni walczą za nas”

– apel Josepha Goebbelsa

o wsparcie walczącego Izraela

Autor: CzarnaLimuzyna, 23 grudnia 2025

AIX

„Zaskakującym głosem zza światów” nazwały światowe media wystąpienie Josepha Goebbelsa na konferencji poświęconej realizacji niemieckiego projektu Mitteleuropa 1915-2025.

Przemówienie Goebbelsa można porównać do czegoś w rodzaju resetu. Po wyrażeniu ubolewania z powodu zagłady europejskich Żydów, nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. – Oni walczą za nas – powiedział były minister propagandy III Rzeszy, wywołując liczne kontrowersje. Wszyscy oczekiwali, że jako były nazista, Goebbels udzieli wsparcia dawnemu sojusznikowi – walczącej Ukrainie. Tym razem nadzieje okazały się płonne. Poza złośliwą uwagą rzuconą mimochodem w kuluarach „Oni kradną za nas” wsparcie Goebbelsa skupiło się tym razem na walczących o Wielki Izrael, Chazarach, zaskakując niemałą część zgromadzonych.

„ Mówmy prawdę” – zaapelował na koniec Joseph Goebbels. – Nie bądźmy obojętni,  w innym przypadku nowy Archipelag Gułag spadnie nam z nieba. Nasz projekt Mitteleuropy jest zagrożony przez putinowską Rosję.

Pojawienie się reinkarnacji jednego z ważnych zwolenników integracji europejskiej nie pierwszy raz zaskoczyło opinię publiczną. Nieobecny na konferencji Donald Tusk poprosił o dopisanie go na listę sygnatariuszy.

Ojcowie Unii Europejskiej, czyli Goebbels: „Nadchodząca Europa”

Ojcowie Unii Europejskiej, czyli Joseph Goebbels: „Nadchodząca Europa”

Opublikowano 29 października 2010 by tj\

O tym, że również hitlerowcy marzyli o zjednoczonej Europie rzadko się dziś wspomina. Zbyt rzadko. Pewne światło na temat przyczyn tak zagadkowego milczenia w tak istotnej przecież kwestii może rzucić sięgnięcie po źródła – co czynić warto zawsze i w każdej sprawie. Nic bowiem nie uczy tak, jak historia, i nic nie działa tak otrzeźwiająco, jak, na przykład, przekonanie się na własne oczy, że język i argumentacja używane przez nazistów zbytnio nie odbiegają od tego, co serwują nam dzisiejsi, za przeproszeniem, „euroentuzjaści”.

Od wojowniczych euroentuzjastów noszących opaski ze swastykami dzisiejsi demoliberalni stręczyciele Unii Europejskiej różnią się bowiem jedynie co do środków, ale nie co do celów, które pozostały niezmienne. Narodowi socjaliści zresztą sami przejęli umiłowanie integracji od swoich poprzedników, dla odmiany odzianych w gustowne szyszaki. Profesor Maciej Giertych przybliża historię niemieckich pomysłów na wspólną Europę w broszurze pt. „Quo vadis Europa?„, z którą warto się zapoznać, aby przekonać się o ciągłości i nieubłaganej konsekwencji niemieckiej polityki w tym względzie aż do czasów współczesnych, pomimo, wydawałoby się, druzgocących klęsk, jakie przytrafiły się po drodze.

By ukazać to uderzające podobieństwo pozwoliłem sobie przełożyć, podkreślając co ciekawsze fragmenty, niezwykle interesujące przemówienie tow. Józefa Goebbelsa do czeskich intelektualistów i twórców kultury, wygłoszone 11 września 1940 roku. Zawarte w nim powtórzenia i kolokwializmy świadczą o tym, że autor szczególnie się do niego nie przygotowywał. Zapewne był świadom swojej siły przekonywania, i że w tym konkretnym wypadku nie leży ona w słowach.

Po 70 latach, bez wielkiego wysiłku możemy wyobrazić sobie, na przykład, kanclerzynę Merkel przemawiającą w podobnym tonie do naszych propagandzistów. Podobnej, odwołującej się do technicznego postępu, argumentacji, wymieszanej z zapewnieniami o poszanowaniu narodowej czci i kuszeniem gospodarczą atrakcyjnością, nie musimy sobie nawet wyobrażać – słyszymy ją na codzień.

Za: Joseph Goebbels, „Die Zeit ohne Beispiel. Reden und Aufsätze aus den Jahren 1939/40/41”. Zentralverlag der NSDAP, Franz Eher Nachfolger, München 1941. (wersja elektroniczna)

Dr Józef Goebbels – Nadchodząca Europa. Przemówienie do czeskich twórców kultury i dziennikarzy
11 września 1940

Cieszę się, że mogę omówić przed Państwem szereg zagadnień, które wedle mojej oceny muszą raz zostać poruszone z całą otwartością dla wyjaśnienia stosunku Rzeszy do Protektoratu. Uważam to za konieczne, mimo trwających nadal działań wojennych. Istnieje bowiem obawa, że po zakończeniu wojny te zagadnienia nie będą mogły być omówione tak konkretnie, jak obecnie.

Jako intelektualiści zapewne jesteście świadomi, że na naszych oczach rozgrywa się największy dramat, jaki znała historia Europy. Jestem mocno przekonany – jakże mogłoby być inaczej! – że ten dramat rozstrzygnie się na naszą korzyść. W chwili, w której potęga Anglii padnie na ziemię, będzie nam dana możliwość zorganizować na nowo Europę, według zasad odpowiadających społecznym, gospodarczym i technicznym możliwościom XX stulecia. Nasza Niemiecka Rzesza przeszła podobny proces przed około stu laty. Była wówczas tak podzielona na wiele większych i mniejszych części, jak dziś Europa. Rozdrobnienie to było znośne tak długo, jak długo rozwój techniki, przede wszystkim środków transportu, uniemożliwiał przemieszczanie się z jednego małego kraju do drugiego w krótkim czasie. Wynalezienie maszyny parowej uniemożliwiło utrzymanie dotychczasowego stanu. Tak, jak wówczas potrzeba było około dwudziestu czterech godzin, aby przemieścić się z jednego małego kraju do drugiego, dziś, po wybudowaniu kolei, wystarczą już tylko, powiedzmy, trzy czy cztery godziny. Podobnie, przed wynalezieniem maszyny parowej należało podróżować około dwudziestu czterech godzin, aby natknąć się na kolejną komorę celną. Następnie wystarczyło najpierw pięć, potem trzy, potem dwie, w końcu pół godziny; stan taki stał się bezsensownym nawet dla fanatyków federalizmu. Również wówczas występowały w Rzeszy siły usiłujące przezwyciężyć ten stan na drodze negocjacji. Siły te zostały obalone poprzez historyczny rozwój, i to sposobem, jaki można stwierdzić częściej. Historia bowiem rządzi się twardszymi prawami, niż te, którym usiłuje się hołdować przy stole rokowań. Być może znacie słowa Bismarcka z tamtych lat, że niemiecka jedność nie zostanie osiągnięta dzięki mowom i uchwałom, ale musi być wreszcie wykuta krwią i żelazem. Słowa te wywołały wówczas wiele kontrowersji, później jednak zyskały historyczne potwierdzenie.

Rzeczywiście, jedność Rzeszy wykuto na polach bitew. Przezwyciężono w ten sposób cały szereg osobliwości, uprzedzeń, ograniczeń i parafialno-politycznych wyobrażeń pojedynczych krajów. Musiały one zostać przezwyciężone, inaczej Rzesza nie byłaby w stanie osiągnąć jedności potrzebnej, by przystąpić do konkurencji z mocarstwami Europy. To, że w ogóle zdołaliśmy dokonać państwowo-politycznego zjednoczenia zawdzięczamy przezwyciężeniu tych barier. Oczywiście wówczas Bawarczyk, Sas, Wirtemberczyk, Badeńczyk czy Schaumburgo-Lippczyk czuł się może nieco wykorzystany, aż w końcu pod wpływem dynamiki tego nowego państwa uprzedzenia stopniowo zeszlifowały się, a spojrzenia ludzi zwróciły ku wielkim celom właśnie postawionym przed Rzeszą.

Oczywiście, Bawarczyk nie przestał być Bawarczykiem, Sas Sasem, a Prusak Prusakiem. Jednakże poprzez te ograniczenia pochodzenia dostrzegli wspólnotę, a z biegiem dziesięcioleci zrozumieli, że dzięki urzeczywistnieniu tej wspólnoty mógł zostać rozwiązany cały szereg problemów natury gospodarczej, finansowej, zewnątrzpolitycznej i militarnej.

Wielkość Rzeszy to skutek tego procesu – procesu, który nam wydaje się niemal oczywistym, podczas gdy współcześni nie zawsze mogli i chcieli go zrozumieć. Byli tak zatrzaśnięci w swoim czasie i uprzedzeniach, że nie mieli siły spojrzeć w przyszłość, aby wyobrazić sobie państwo, które w końcu nadejdzie i które przewidywali i przygotowywali tylko ówcześni wizjonerzy.

Dziś kolej nie jest już nowoczesnym środkiem transportu, została w międzyczasie zastąpiona przez samolot. Przestrzeń, którą pokonywaliśmy koleją w dwanaście godzin, pokonujemy dziś samolotem w godzinę lub półtorej. Technika zbliżyła do siebie nie tylko ludy, ale i narody bardziej niż wcześniej można było sobie wyobrazić. Podczas gdy dawniej potrzebne były dwadzieścia cztery godziny, aby poprzez berlińską prasę przemówić do Pragi, dziś nie potrzebuję do tego nawet sekundy. Przystępując do tego mikrofonu, można być słyszanym w tej samej chwili w Pradze, na Słowacji, w Warszawie, w Brukseli i Hadze. Podczas gdy wcześniej potrzebowałem dwunastu godzin aby dojechać koleją do Pragi, dziś dolecę tam samolotem w godzinę. Oznacza to, że po kolejnym stuleciu technika przysunęła narody jeszcze bliżej do siebie. Z pewnością nie jest przypadkiem, że te techniczne środki powstały właśnie teraz. Nastąpił przecież przyrost ludności w Europie, a mnogość ludzi postawiła europejskie społeczeństwo przed zupełnie nowymi problemami – problemami polityki żywnościowej, gospodarczej, finansowej oraz natury militarnej. Dzięki tym zdobyczom techniki oczywiście również kontynenty znalazły się bliżej siebie. Wśród europejskich narodów coraz bardziej rośnie świadomość, że wiele spraw, jakie musieliśmy między sobą załatwić było tylko sprzeczkami w rodzinie w porównaniu z problemami, jakie muszą dziś rozwiązać kontynenty.

Jestem o tym mocno przekonany: właśnie tak, jak my dziś z pobłażliwym uśmiechem spoglądamy na prowincjonalne spory niemieckich ludów z czterdziestych i pięćdziesiątych lat poprzedniego stulecia, za pięćdziesiąt lat następne pokolenia będą z pewną uciechą patrzeć na spory aktualnie rozgrywające się w europejskiej polityce. W „dramatycznych konfliktach międzynarodowych” kilku małych, europejskich państw, będą widzieć już tylko sprzeczki w rodzinie. Jestem przekonany, że za pięćdziesiąt lat nie będzie się już myśleć tylko kategoriami krajów – wiele z dzisiejszych problemów będzie wówczas zupełnie wyblakłych i niewiele z nich pozostanie, będzie się również myśleć kategoriami kontynentów, i zupełnie inne, zapewne dużo większe problemy będą wypełniać i poruszać myśl europejską.

W żadnym wypadku nie możecie myśleć, że my, kiedy przeprowadzamy pewien proces porządkowania w Europie, robimy to po to, aby odciąć życie pojedynczym narodom. Moim zdaniem pojęcie wolności narodu musi być dostosowane do warunków, przed którymi dziś stoimy, i problemów, po prostu, celowości. Tak, jak w rodzinie jej pojedynczy członek nie może mieć możliwości trwale zakłócać jej wewnętrzny pokój, tak pojedynczy naród nie może mieć możliwości trwale przeciwstawiać się ogólnemu procesowi porządkowania.

Nigdy nie mieliśmy zamiaru przeprowadzać tego procesu porządkowania, czy też reorganizacji Europy, przemocą. Jeśli jako ludzie myślący wielkoniemiecko nie mamy żadnego interesu w naruszaniu gospodarczego, kulturowego czy społecznego charakteru bawarskiego czy saskiego ludu, to tym bardziej nie leży w naszym interesie naruszanie charakteru gospodarczego, kulturowego czy społecznego, ludu, powiedzmy, czeskiego. Jednakże musi zostać stworzona między oboma narodami jasna podstawa porozumienia. Musimy się spotkać albo jako przyjaciele, albo jako wrogowie. I wierzę, że znacie nas już na tyle z naszej przeszłości, aby wiedzieć, że Niemcy mogą być strasznymi wrogami, ale też bardzo dobrymi przyjaciółmi. Możemy wyciągnąć rękę do przyjaciela i naprawdę lojalnie z nim współpracować, możemy jednak też zwalczać wroga aż do zniszczenia.

Narody, które dołączyły lub jeszcze dołączą do tego procesu porządkowania stoją teraz przed pytaniem, czy będą współpracować w procesie włączania z chętnym sercem, że tak powiem: z lojalności, czy też chcą się mu wewnętrznie sprzeciwiać. W kwestii faktów nie zmienią niczego. Możecie być przekonani, że państwa Osi, gdy Anglia zostanie powalona na ziemię, nie zmienią faktycznego stanu nowej organizacji Europy według wielkich politycznych, gospodarczych i społecznych wizji. Jeśli Anglia nie może nic tu zmienić, nie poradzi tu i czeski naród. Jeśli nauczyliście się czegoś z historii ostatniego czasu, wiecie że w dzisiejszym, mocarstwowym porządku nic zmienione być nie może i nie będzie.

Dlatego też, moi panowie – a mówię teraz całkiem realnopolitycznie, bez żadnego odwołania do sentymentów – czy ten stan aprobujecie czy nie, to obojętne, czy go witacie serdecznie czy nie, to nieistotne, w samym stanie nie możecie zmienić nic. Tylko jestem zdania, że kiedy nie można zmienić sytuacji i na pewno trzeba przyjąć jej istniejące wady, było by głupio nie zadbać o jej zalety. Skoro i tak staliście się częścią Rzeszy, nie widzę powodów dla których czeski naród miałby przyjmować postawę wewnętrznej opozycji, a nie raczej skorzystać z plusów Rzeszy.

Z pewnością musicie zrobić cały szereg politycznych ustępstw. Wiem, że to nie może być dla was przyjemne, nikt nie może tego zrozumieć lepiej ode mnie. Wiem, że musicie zrzec się pewnych rzeczy, które w przeszłości ukochaliście i ceniliście, i wiem, że do tak nowego stanu nie da się dostosować z dnia na dzień, że tak powiem, przez noc. Istnieją pewne tarcia, które na miejscu wydają się twardsze i ostrzejsze niż z perspektywy Rzeszy. Ale znowu: jeśli wliczone są pewne wady, z którymi musicie się liczyć, jestem zdania że powinniście także skorzystać z zalet. Chcę to wyjaśnić na przykładzie: w 1933 roku stanęliśmy przed problemem rozwiązania kwestii żydowskiej. O tym, że byliśmy przeciwnikami żydów mówiło się już przed 1933 na całym świecie. Wady antysemityzmu w światowej propagandzie odczuwaliśmy tak czy inaczej, więc mogliśmy spokojnie zapewnić sobie zalety i powyrzucać żydów. Kiedy jako przeciwnicy żydów byliśmy na świecie zwalczani i oczerniani tak czy inaczej – dlaczego mieliśmy znosić tylko wady, a nie również zalety, mianowicie wykluczenie żydów z teatru, filmu, życia publicznego i administracji? Kiedy byliśmy dalej atakowani jako przeciwni żydom, mogliśmy przynajmniej z czystym sumieniem powiedzieć: opłaca się, mamy przecież coś z tego.

Wy, moi panowie, rzuciliście okiem na Rzeszę, a ja przywiązywałem wielką wagę do tego, byście odbyli tę podróż zanim się z wami spotkam. Zobaczyliście Rzeszę podczas wojny i na tej podstawie moglibyście sobie wyobrazić, co będzie ona znaczyła podczas pokoju, gdy nasza wielka, narodowo silna Rzesza obok Włoch obejmie praktyczne przewodnictwo nad Europą. Nie można się od tego wykręcić. Nie ma co do tego dwóch zdań. Oznacza to więc dla was, że jesteście już teraz ogniwem wielkiej Rzeszy, która gotuje się, by tylko dać Europie nowy porządek. Ona chce zburzyć bariery, które jeszcze dzielą europejskie narody i zniwelować im drogę do siebie nawzajem. Chce zakończyć stan, który na dłuższą metę w oczywisty sposób nie może zadowolić ludzkości. Przeprowadzamy więc reformatorskie dzieło, co do którego jestem przekonany, że kiedyś zostanie zapisane wielkimi literami w historii Europy. Czy możecie sobie wyobrazić, co Rzesza będzie znaczyć po wojnie?

Wiecie, że gorliwie staramy się obok politycznego wzrostu Rzeszy dokonać także kulturowego i gospodarczego. Wiecie, że chcemy by naród sam uczestniczył w tych działaniach i ich efektach. Podam przykład: podczas gdy dotychczas niemiecki film dostarczaliśmy naszym 86 milionom Niemców, w przyszłości stoi przed nami niepomiernie rozległy obszar docelowy do dyspozycji. To od was zależy, czy weźmiecie w tym udział, czy też przyjmiecie postawę cichej bierności w stosunku do Rzeszy. Zaufajcie nam, że w drugim wypadku będziemy mieli wystarczająco środków i możliwości by, na przykład, pognębić czeski film. Wcale jednak tego nie chcemy. Przeciwnie, chcemy dopuścić go do udziału na naszym wielkim obszarze zbytu. Jeszcze mniej chcemy tłumić wasze życie kulturalne. Przeciwnie, chcemy umożliwić wam bogatszą wymianę. Naturalnie, można to osiągnąć wyłącznie na gruncie lojalności. Musicie zatem wewnętrznie przychylić się do dzisiejszego stanu, nie zostawiając sobie furtek myśląc przy tym: „Wyślizgam się z tego, jak coś pójdzie nie tak”.

Weźcie przykład z historii ruchu narodowosocjalistycznego jako porównanie: wielu członków naszej partii nosi szczególną odznakę ze złotym wieńcem wokół; w ten sposób świadczą: „Stałem przy narodowym socjalizmie, kiedy jeszcze nic nie można było na tym zyskać. Walczyłem dla tego ruchu, kiedy jeszcze nie był u władzy”. W pełni związali się z ruchem już wtedy, kiedy jego zwycięstwo wcale nie było oczywiste. Przyznawać się do oczywistej sprawy nie jest żadną sztuką. Jeśli więc chcecie pokazać swoją lojalność dopiero po wywalczeniu ostatecznego zwycięstwa – panowie, wówczas tylu będzie nas zapewniać o swojej lojalności, że nie będzie nas to już szczególnie interesować.

Jestem zdania, że musicie się zmierzyć z tym problemem. Ja również to zrobiłem. Na przykład w ostatnim czasie przeczytałem cały szereg czeskich książek, obejrzałem cały szereg czeskich filmów, przyjąłem cały szereg raportów dotyczących czeskiej pracy kulturalnej, i ubolewam, że w dużej mierze nie mogę zapoznać niemieckiego narodu z tymi owocami waszego życia kulturalnego. Jednak najpierw musi nastąpić oczyszczenie. Życzyłbym sobie pokazać szereg czeskich filmów niemieckiemu narodowi. Chcecie się zadowolić czeskim narodem jako docelowym obszarem odbioru waszych filmów, czy chcecie raczej widzieć je rozpowszechnianymi w całej Rzeszy? Czy nie napełnia was dumą to, że kiedy przyjeżdżacie do Hamburga, możecie sobie powiedzieć: „To również mój port!”? A kiedy widzicie niemiecką flotę: „Oto flota, która chroni również nasze życie!”, a kiedy śledzicie bohaterskie czyny naszego Wehrmachtu: „Oto siły zbrojne, które chronią również nasz naród, które również nas otoczyły żelaznymi klamrami swojej ochrony!” Uważałbym to za korzystniejsze i bardziej zadowalające niż mówienie: „Tak, rzeczywiście, musimy iść razem!” kryjąc rezerwę w głębi serca.

Dlatego musicie się zdecydować, i musi także czeski naród. Nie mówcie, że czeski naród chce tak, czy inaczej. Myślę, że na polu przewodzenia narodowi mogę sobie rościć pewne doświadczenia. Naród myśli tak, jak uczy go myśleć jego warstwa inteligencji, ma zawsze takie poglądy, jak jego intelektualne przywództwo. Czy wasze intelektualne przywództwo nie powinno teraz z całą powagą przystąpić do czeskiego narodu i wyjaśnić mu, że powinien się zdecydować? Czy nie powinno mu powiedzieć, że ten czeski naród dokonał może jednak najlepszego wyboru? – Widzieliście Rotterdam, dopiero teraz możecie w pełni osądzić wartość historycznej decyzji waszego prezydenta.

Nikt nie może powiedzieć: „Ale można było tego uniknąć!”. My nie działamy według własnego widzimisię. Nasze działanie nie może być innym niż jest, jesteśmy tylko służącymi historycznego losu. Jesteśmy tylko wykonawcami, realizatorami historycznego nakazu. Nie można mówić: „Gdyby nie narodowi socjaliści, byłby spokój w Europie”. Nie, byliby inni, którzy musieliby działać na naszym miejscu. Gdy czas dojrzał, musiał się wypełnić, tak jak jabłko spada z drzewa, gdy dojrzeje. Nie możemy bronić się przed losem; przytłoczyłby nas.

Innymi słowy: stoicie przed wyborem, by waszemu narodowi wyjaśnić obecny stan faktyczny, z szerszym punktem widzenia niż dotychczasowy przedstawić mu historyczne zadania, przed którymi stoi Europa. Myślę, że jeśli przypomnicie sobie tylko przebieg ostatniego roku wojny, dojdziecie w końcu do wniosku: „Może rzeczywiście my, Czesi, wybraliśmy najlepiej. Tak, jak było wcześniej, nie mogło już być dalej. To byłoby możliwe tylko, gdyby Niemcy były stale wdeptywane w ziemię, co jest jednak nie do pomyślenia.

Macie dziś możliwość przyjąć wszystkie dobrodziejstwa, jakie ma do zaoferowania wielka Rzesza Niemiecka. Macie naszą gwarantowaną ochronę. Nikt was nie atakuje. Mielibyście też możliwość rozpowszechnić w całych Niemczech wasze narodowe osiągnięcia. Mielibyście możliwość wprowadzić waszą muzykę do Rzeszy. Wasze filmy, waszą literaturę, waszą prasę, wasze radio. Wiecie, że niemiecki naród zawsze był otwarty i przystępny. Nie możemy i nie chcemy tego zmieniać. Nie jesteśmy dyktatorami, lecz wykonawcami woli naszego narodu.

Jak powiedziałem, oferujemy wam możliwość współpracy. Zaprosiłem was tu, aby stworzyć podstawę, na której moglibyśmy się porozumieć. Nie wymagamy od was robienia rzeczy przeciwnych honorowi waszego narodu, nie wymagamy od was robienia czegoś, co by was zdeklasowało jako parweniuszy, czy lizusów, czy innych.

W dłuższej perspektywie taki stosunek to żadna przyjemność. Wierzę jednak, że nie wymagamy zbyt wiele w tych dramatycznych godzinach europejskiego konfliktu, który doprowadzi do zupełnie nowych form ludzkiego współżycia, kiedy chcemy się co do tych spraw porozumieć, mieć jasną i prostą sytuację, czy będziemy się teraz ze sobą obchodzić jak wrogowie, czy przyjaciele.

Chcemy wiedzieć, jak widzi nas inteligencja narodu, czy spotykamy się jako wrogowie, czy przyjaciele. Że wiemy, jak zachować się jako wrogowie mogliście zauważyć w ciągu ostatniego roku. Że możemy się zachowywać jak przyjaciele, będziecie mogli zobaczyć, kiedy rozwinie się pozytywna i aktywna lojalność między oboma narodami, niemieckim i czeskim. Wyklarowanie tego uznałem za swoje dzisiejsze zadanie. Wierzę, że na tej podstawie moglibyśmy się porozumieć, i że się porozumiemy. Jestem mocno przekonany, że kiedy położycie ten fundament lojalności, wyświadczycie nam tym samym oczywiście przysługę, która jednak skądinąd będzie wielkim historycznym dziełem na rzecz czeskiego narodu. Nie można kierować się tym, co dziś ludzie powiedzą. Przeciętny człowiek może nie patrzeć daleko. Jest jednak zadaniem inteligencji wznieść się ponad wąski horyzont, mieć ogląd w szerszym kręgu, w wyobraźni przedstawić sobie stan, który kiedyś nastąpi, i przeciwko któremu nie świadczy fakt, że jeszcze go nie ma. Zawsze zadaniem inteligencji narodu jest być pionierami stanu nadchodzącego, a nie ślepymi czcicielami stanu obecnego.

Wzywam was do przemówienia w tym duchu do czeskiego narodu. Gdybyśmy my to zrobili, czeski naród nie uwierzyłby nam, bo nas nie zna, bo nie wie, jacy my, narodowi socjaliści jesteśmy, bo być może podejrzewałby nas o narodowy egoizm, podczas gdy my mamy tylko zamiar stworzenia jasnych stosunków między dwoma narodami, które przecież tak czy inaczej muszą się porozumieć. Wy żyjecie tam, my żyjemy tu. Tylko jakaś gigantyczna katastrofa naturalna, która zniszczyłaby nasz naród, mogłaby przynieść jednostronne rozwiązanie. Ponieważ tego nie można oczekiwać, musimy się jakoś porozumieć. To, czy się lubimy, czy nie, nie wchodzi do dyskusji. To nieistotne. Istotnym jest, że dajemy milionom w Europie wspólną życiową podstawę, a także wspólny życiowy ideał. Na razie ten ideał został naruszony przez Anglię. Anglia chciała trzymać Europę w niepokoju, gdyż widziała w tym najlepsze zabezpieczenie swojej wyspiarskiej egzystencji. To ognisko niepokoju jest właśnie niszczone przez gigantyczne uderzenia naszych sił zbrojnych. Później będziemy mieć możliwość dać Europie pokój, którego pragnie. Jesteście do tego serdecznie zaproszeni.

Plan A, czyli okradanie Rosji, kończy się porażką – więc „elity” UE uciekają się do planu B: okradają własnych obywateli.

Strategic Culture;

Plan A, czyli okradanie Rosji, kończy się porażką

– więc elity euro uciekają się do planu B:

okradają własnych obywateli.

Unia Europejska została przejęta przez wojowniczych i złodziejskich neo-bolszewików, którzy zrobią wszystko, aby zaspokoić swoje bandycki fantazje.

DR IGNACY NOWOPOLSKI DEC 22

Plan A zakładał splądrowanie rosyjskiego majątku państwowego i przekazanie go skorumpowanemu ukraińskiemu reżimowi neonazistowskiemu, aby kontynuować wojnę zastępczą z Rosją. Ursula von der Leyen i klika rusofobicznych euro-elit forsowały ten napad od miesięcy. Pomimo zwodniczej retoryki prawnej o „pożyczce reparacyjnej”, plan był nie do zaakceptowania dla kilku państw UE, które uznały go za bezwzględną kradzież na masową skalę.

Nawet Europejski Bank Centralny i MFW ostrzegały przed tym planem, gdyż podważyłby on wiarygodność i długoterminową stabilność finansową Unii Europejskiej.

W tym tygodniu przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen i inni niewybieralni eurokraci, tacy jak przewodniczący Rady Europejskiej Antonio Costa, bezskutecznie próbowali przekonać wszystkie 27 państw członkowskich do zaakceptowania ich planu grabieży rosyjskich aktywów o wartości 200 miliardów euro. Te rosyjskie aktywa są nielegalnie przechowywane w europejskich bankach od wybuchu wspieranej przez NATO wojny zastępczej na Ukrainie w 2022 roku. Fanatyczną obsesję von der Leyen popierają kanclerz Niemiec Friedrich Merz, premier Polski Donald Tusk i inni globalistyczni tzw. przywódcy.

Po wielogodzinnych negocjacjach na szczycie Rady Europejskiej w czwartek, unijni grabieżcy aktywów ponieśli porażkę. Belgia, Czechy, Węgry, Włochy, Malta i Słowacja odmówiły udziału w kradzieży. Belgia, która przechowuje większość zamrożonych rosyjskich aktywów, obawiała się, że Rosja pociągnie ją do odpowiedzialności za kradzież. Moskwa wszczęła już międzynarodowe postępowanie arbitrażowe, domagając się odszkodowania za zamrożone aktywa. Rosja mogłaby potencjalnie przejąć równoważne europejskie aktywa znajdujące się w Rosji w odwecie, jeśli jej własne aktywa nie zostaną zwrócone.

Fantazyjny plan grabieży przewidywał udzielenie Ukrainie pożyczek w wysokości do 135 miliardów euro, wykorzystując jako zabezpieczenie nabyte przez Rosję aktywa. Pożyczki miały zostać spłacone po wojnie w ramach rosyjskich „reparacji”. Nie ma mowy o tym, by Moskwa zapłaciła reparacje za konflikt, który uważa nie za jego początek, lecz za wojnę zastępczą zainicjowaną przez NATO. Wręcz przeciwnie, sama Rosja będzie domagać się reparacji – zwłaszcza za utratę dochodów z odsetek od jej zagranicznych aktywów przechowywanych w europejskich bankach oraz za śmierć i zniszczenia wyrządzone jej narodowi.

Plan B.

Ponieważ ich plan grabieży Rosji się nie powiódł, elity euro opracowały Plan B. Zobowiązuje on Unię Europejską do zaciągnięcia „wspólnego długu” na rynkach międzynarodowych, aby pożyczyć Ukrainie 90 miliardów euro (105 miliardów dolarów). To kolejny, absolutnie szalony plan przestępczej nieodpowiedzialności niekontrolowanych elit euro. Wszech-obecnie skorumpowany reżim kijowski pod wodzą niewybranego szarlatana żydowskiego kokainisty Wołodymyra Zełenskiego roztrwonił już setki miliardów euro i dolarów w trwającej cztery lata, nie do wygrania wojnie. Ukraina jest bankrutem. Ten dodatkowy zastrzyk 90 miliardów euro zostanie przechwycony przez kijowską mafię i pomoże reżimowi przedłużyć tę beznadziejną wojnę zastępczą, która doprowadzi do dziesiątek tysięcy ofiar śmiertelnych.

W Planie B zamrożone fundusze Rosji pozostają nietknięte, mimo że nadal są nielegalnie wstrzymywane. Zamiast tego ciężar długu, który umożliwia udzielenie pożyczki reżimowi w Kijowie, zostaje przerzucony na obywateli Europy – obciążenie dla przyszłych pokoleń.

Trzy kraje – Węgry, Słowacja i Czechy – mądrze odmówiły udziału w nowej „pożyczce reparacyjnej”. Wyjaśniają, że ich obywatele nie powinni płacić za pieniądze zmarnowane przez ukraińską korupcję i przedłużanie przegranej, krwawej wojny.

Tak czy inaczej, bezczelność grabieży finansowej dokonywanej przez europejskie elity zapiera dech w piersiach. Jawny rabunek w celu sfinansowania wojny z Rosją, posiadającą broń jądrową, idzie w parze z finansowaniem korupcji przez neonazistowski reżim, którego przywódcy zgromadzili miliardy w zagranicznych nieruchomościach, zerwaniem jakiejkolwiek odpowiedzialności demokratycznej i prawnej wobec obywateli europejskich oraz tłumieniem wolności słowa i informacji w całej UE. UE straciła wszelkie pozory demokracji i przekształciła się w autokratyczny reżim rządzony przez elity.

Niesamowite, że obywatelom Unii Europejskiej odmawia się dostępu do artykułów takich jak ten i innych publikacji Fundacji Kultury Strategicznej, a także do artykułów o fałszywych doniesieniach o porwaniach dzieci w Rosji i innych materiałów informacyjnych rosyjskich mediów – z powodu zakazów internetowych nałożonych przez biurokrację UE. Alfred de Zayas i inni zauważyli, że ten regres w prawie publicznym do informacji oznacza śmierć demokracji w UE.

Jednak kradzież funduszy publicznych na finansowanie wojny i korupcji jest chyba najwyraźniejszym sygnałem, że elity UE wymknęły się spod kontroli. Von der Leyen była już uwikłana w skandale korupcyjne, gdy autokratycznie i bez ponoszenia odpowiedzialności nabyła od wielkich koncernów farmaceutycznych szczepionki przeciwko COVID-19 o wartości miliardów euro. Podobne tajne układy z funduszami publicznymi prowadziła, będąc ministrem obrony Niemiec.

Jest ona jedynie symbolem całej wyższej ligi elit i polityków UE, którzy wdrażają środki nie podlegając żadnej odpowiedzialności prawnej ani demokratycznej.

Rzeczywiście, mamy do czynienia z „re-bolszewizacją Europy”. Euro-elity są w zmowie z neonazistami w Kijowie (na czele z żydowskim oszustem). Te „elity”, takie jak von der Leyen i niemiecki Merz, mają nazistowskich przodków. Ich podobnie myślący odpowiednicy w innych państwach europejskich byli gorliwymi kolaborantami III Rzeszy. Dziś w państwach bałtyckich odsłaniane są pomniki gloryfikujące kolaborantów z SS i masowych morderców. Europejscy przywódcy NATO, tacy jak były premier Holandii Mark Rutte, wzywają cywilów, by byli gotowi umrzeć w wojnie z Rosją.

Podstawową polityką III Rzeszy było wykorzystywanie grabieży finansowej podbitych państw europejskich poprzez systematyczne i „legalne” rabowanie banków centralnych.

Donald Tusk (niemiecki agent globalista), którego polscy podwładni zostali wymordowani przez ukraińskich nazistów w czasie II wojny światowej, jest teraz bardziej zainteresowany wspieraniem neonazistów na Ukrainie niż poszukiwaniem sprawiedliwości historycznej.

Tusk uzasadniał w tym tygodniu kradzież europejskich funduszy publicznych słowami: „Jeśli dziś nie zrobi się tego pieniędzmi, jutro zrobi się to krwią”.

Tacy ludzie już raz zniszczyli Europę. Teraz robią to ponownie.

Polska Tuska wykluczona z rozmów o Ukrainie – Europa szuka dialogu z Rosją bez Warszawy

Polska została wykluczona z rozmów o Ukrainie

– Europa szuka dialogu z Rosją

bez Warszawy

22/12/2025 – zmianynaziemi/polska-zostala-wykluczona-z-rozmow-o-ukrainie-europa-szuka-dialogu-z-rosja-bez-warszawy

W czasie gdy europejscy liderzy coraz aktywniej angażują się w poszukiwanie dróg dialogu z Rosją, Polska pozostaje na marginesie kluczowych rozmów dotyczących zakończenia wojny na Ukrainie. Ostatnie doniesienia medialne wskazują, że Warszawa została wykluczona z istotnego szczytu w Londynie, gdzie europejscy przywódcy omawiali amerykańskie wysiłki zmierzające do zakończenia rosyjskiej agresji.

Według informacji przekazanych przez ukraińskie media, Polska nie otrzymała zaproszenia na londyńskie spotkanie, mimo że jego tematyka bezpośrednio dotyczy bezpieczeństwa państw wschodniej flanki NATO. Ta sytuacja wywołała konsternację w Warszawie, zwłaszcza że Polska od początku konfliktu należy do najaktywniejszych sojuszników Ukrainy.

Nie jest to pierwszy przypadek pominięcia Polski w rozmowach na temat przyszłości regionu. Wcześniej podobna sytuacja miała miejsce podczas spotkania w Berlinie, gdzie rozmawiali przedstawiciele USA, Niemiec i Francji. Warszawa oficjalnie określiła to wykluczenie jako „błąd”. Rzecznik polskiego rządu stwierdził wówczas, że „żadne rozmowy o bezpieczeństwie Europy Wschodniej nie powinny odbywać się bez udziału Polski i Ukrainy”.

Równocześnie obserwujemy wyraźną zmianę tonu wśród zachodnioeuropejskich liderów. Prezydent Francji Emmanuel Macron otwarcie wezwał do wznowienia dialogu z Władimirem Putinem. Jego zdaniem, jeśli amerykańskie negocjacje nie przyniosą rezultatów, Europa powinna być gotowa do bezpośrednich rozmów z rosyjskim przywódcą. „Będzie przydatne znów rozmawiać z Władimirem Putinem” – miał stwierdzić Macron, krytykując jednocześnie wykluczenie Europy z głównego procesu negocjacyjnego.

Niemcy, choć oficjalnie zachowują dystans wobec bezpośrednich kontaktów z Moskwą, utrzymują nieformalne kanały komunikacji. Media donoszą o spotkaniach byłych wysokich rangą polityków niemieckich z przedstawicielami Kremla w Abu Zabi i Baku. Te półoficjalne rozmowy mogą świadczyć o niemieckich próbach przygotowania gruntu pod ewentualne wznowienie formalnego dialogu.

Jeszcze dalej w kontaktach z Rosją posunęły się Węgry i Słowacja. Premier Viktor Orbán wielokrotnie spotykał się z Putinem w ostatnim czasie, omawiając kwestie energetyczne i możliwości pokojowego rozwiązania konfliktu. Węgry oferowały nawet Budapeszt jako miejsce potencjalnego spotkania Trumpa z Putinem. Premier Słowacji Robert Fico również utrzymuje bliskie relacje z Moskwą, konsekwentnie krytykując sankcje i blokując niektóre inicjatywy UE wspierające Ukrainę.

Na tym tle polska strategia całkowitego zerwania kontaktów z Rosją staje się coraz bardziej odosobniona. Rząd w Warszawie konsekwentnie podkreśla, że dialog z Moskwą będzie możliwy dopiero po całkowitym wycofaniu rosyjskich wojsk z terytorium Ukrainy i rozliczeniu zbrodni wojennych. Ta bezkompromisowa postawa, choć wydaje się być zgodna z zasadami prawa międzynarodowego, prowadzi do paradoksalnej sytuacji – kraj najbardziej zaangażowany w pomoc Ukrainie traci wpływ na kształt potencjalnego porozumienia pokojowego.

Eksperci ds. bezpieczeństwa zwracają uwagę, że wykluczenie Polski z kluczowych formatów negocjacyjnych może mieć poważne konsekwencje dla bezpieczeństwa regionu. „Żadne trwałe rozwiązanie konfliktu rosyjsko-ukraińskiego nie będzie możliwe bez uwzględnienia interesów państw graniczących bezpośrednio z obszarem konfliktu” – podkreślają analitycy.

Tymczasem Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, która niedawno otworzyła spotkanie w Polsce, stanowczo potępiła rosyjską agresję na Ukrainę. To kolejny dowód na to, że mimo rosnącej gotowości do dialogu z Moskwą, Europa wciąż oficjalnie potępia działania Rosji.

W najbliższych miesiącach kluczowe będzie, czy Polsce uda się przełamać swoją izolację i włączyć się w proces negocjacyjny, czy też rozmowy o przyszłości Europy Wschodniej będą toczyć się bez udziału Warszawy. Jedno jest pewne – wykluczenie Polski z tych rozmów rodzi pytania o spójność europejskiej polityki wobec Rosji i skuteczność dotychczasowych działań wspólnoty międzynarodowej.

Źródła:

https://english.nv.ua/nation/poland-excluded-from-key-london-talks-on-ending-russia-s-war-in-ukra…

https://www.msn.com/en-us/news/world/poland-left-out-of-ukraine-russia-peace-discussions-media/ar…

https://www.youtube.com/watch

https://www.reuters.com/world/europe/excluding-poland-ukraine-talks-berlin-was-mistake-says-warsa…

https://www.pbs.org/newshour/world/europe-security-meeting-opens-with-condemnation-of-russias-war…