

Poziom tego „World Architecture Festival…
=================================







Poziom tego „World Architecture Festival…
=================================





https://anti-spiegel.ru/2025/welche-sicherheitsgarantien-will-trump-der-ukraine-geben
Jakie gwarancje bezpieczeństwa Trump chce dać Ukrainie?
Po szczycie z prezydentem Rosji Putinem prezydent USA Trump ogłosił, że Stany Zjednoczone są gotowe udzielić Ukrainie gwarancji bezpieczeństwa w przypadku pokoju. Wielu w Europie odetchnęło z ulgą, ale co oznaczają te gwarancje bezpieczeństwa?
Autor: Anti-Spiegel 16 sierpnia 2025,
Szczyt prezydentów Trumpa i Putina sprawia, że porozumienie w sprawie konfliktu na Ukrainie wydaje się możliwe, ale Europa i Ukraina nie są z tego zadowolone, ponieważ pojawiające się okoliczności przeczą praktycznie wszystkiemu, czego Kijów, Bruksela, Berlin, Paryż itd. domagają się od ponad trzech lat.
W sobotę rano Trump poinformował Europejczyków i Zełenskiego o swojej rozmowie z Putinem w półtoragodzinnej rozmowie telefonicznej. Trump sprzeciwił się przystąpieniu Ukrainy do NATO, co nie jest niczym nowym, ale przyjął również inne rosyjskie stanowiska.
Historia zawieszenia broni
Kiedy Trump objął urząd, wezwał do natychmiastowego zawieszenia broni. Europejczycy nadal sprzeciwiali się wówczas jakiemukolwiek zawieszeniu broni, ale nie chcieli denerwować Trumpa, więc się na nie zgodzili. Zażądali jednak bezwarunkowego zawieszenia broni, które posłużyłoby jedynie uzupełnieniu osłabionych sił ukraińskich, wzmocnieniu ukraińskiej obrony i dalszemu uzbrojeniu Ukrainy.
Ponieważ takie jednostronne zawieszenie broni, faworyzujące Ukrainę i niekorzystne dla Rosji, było dla Rosji ewidentnie nie do przyjęcia, stanowiło to wyraźną próbę sabotowania przez Europejczyków wysiłków negocjacyjnych Trumpa bez otwartego sprzeciwiania się mu.
Europejski strach przed sprzeciwianiem się Trumpowi
Podobnie było w zeszły weekend, gdy Trump mówił o konieczności ustępstw terytorialnych ze strony Ukrainy. Europejczycy, zawsze stanowczo temu przeciwni, teraz natychmiast się zgodzili, deklarując, że punktem wyjścia musi być linia kontaktowa, ale że Europejczycy nigdy politycznie ani prawnie nie uznają rosyjskich zdobyczy terytorialnych. Również w tym przypadku de facto sprzeciwili się Trumpowi, nie czyniąc tego otwarcie.
Teraz Trump oświadczył, że Ukraina powinna całkowicie oddać Donbas Rosji; byłaby to szybsza droga do pokoju. I znowu nikt w Europie nie odważy się otwarcie temu zaprzeczyć.
Gwarancje bezpieczeństwa jako ostatnia kropla
Zamiast tego, Europa najwyraźniej trzyma się teraz obietnicy Trumpa, że Stany Zjednoczone wezmą udział w gwarancjach bezpieczeństwa dla Ukrainy po zakończeniu walk. Der Spiegel relacjonował rozmowę telefoniczną Trumpa z Europejczykami i napisał:
„Niemniej jednak, jak podkreślało kilku zaangażowanych dyplomatów, w raporcie Trumpa ze szczytu pojawiły się również drobne promyki nadziei. Na przykład prezydent USA po raz pierwszy stosunkowo jasno wyraził się o tym, że Ukraina potrzebuje solidnych gwarancji bezpieczeństwa po zawarciu porozumienia pokojowego i że Stany Zjednoczone wezmą udział w tych gwarancjach. Jak dokładnie Trump to sobie wyobraża, pozostało otwarte podczas rozmowy, ale w nieco niejasnym zdaniu podobno padło sformułowanie „boots on the ground”. Fakt, że Trump rozważa udział USA w solidnych gwarancjach bezpieczeństwa, jest dobrą wiadomością dla Europejczyków, a tym bardziej dla Ukraińców”.
Nawiasem mówiąc, Rosja nie ma problemu z gwarancjami bezpieczeństwa dla Ukrainy i była gotowa zgodzić się na nie we wszystkich negocjacjach. Kluczowym pytaniem dla Rosji jest forma tych gwarancji, ponieważ dla Rosji przystąpienie Ukrainy do NATO i stacjonowanie wojsk zachodnich w tym kraju stanowią czerwoną linię, która doprowadziła do eskalacji w lutym 2022 roku. Nic się w tej kwestii nie zmieniło.
Pytanie brzmi zatem, jakiego rodzaju gwarancje bezpieczeństwa ma na myśli Trump. Było to również tematem osobnego artykułu w Spiegel, w którym dowiadujemy się:
„Włoska premier Giorgia Meloni stwierdza, że nawet sama rozmowa Trumpa z Putinem dotyczyła gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy. »Najciekawsze wydarzenia w Anchorage miały miejsce właśnie w tym obszarze« – pisze Meloni. Trump zwrócił uwagę na wcześniejszą włoską propozycję gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy, »inspirowaną artykułem 5 traktatu NATO«”.
Teraz, gdy przystąpienie Ukrainy do NATO nie wchodzi w grę, a Trump zgodził się również na ustępstwa terytorialne, gwarancje bezpieczeństwa wydają się być ostatnią kroplą, której kurczowo trzymają się Europejczycy. Der Spiegel pisze w kolejnym akapicie:
„Punktem wyjścia jest definicja «klauzuli bezpieczeństwa zbiorowego», która pozwoliłaby Ukrainie korzystać ze wsparcia wszystkich partnerów, w tym Stanów Zjednoczonych, które byłyby gotowe do interwencji w przypadku ponownego ataku”. Artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego zobowiązuje członków sojuszu do udzielenia wzajemnej pomocy w przypadku ataku”.
Legenda Artykułu 5
Kiedy czytam coś takiego, zawsze zastanawiam się, czy politycy i dziennikarze, którzy twierdzą, że Artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego zobowiązuje państwa członkowskie do jakichkolwiek działań, w ogóle przeczytali Artykuł 5. Zobowiązuje ich on do niepodejmowania żadnych działań.
Zgodnie z Traktatem Północnoatlantyckim wszystkie państwa członkowskie muszą najpierw jednomyślnie stwierdzić istnienie tzw. „przypadku sojuszu”; dopiero wtedy ma zastosowanie Artykuł 5. Artykuł ten de facto zobowiązuje państwa NATO do bezczynności, ponieważ stanowi, że w takim przypadku każda ze stron Traktatu Północnoatlantyckiego „podejmie takie środki, w tym użycie siły zbrojnej, jakie uzna za konieczne”.
Innymi słowy: każdy, kto nie uważa za konieczne pomaganie, po prostu tego nie robi. Wyjaśniłem to szczegółowo jakiś czas temu; można o tym przeczytać tutaj:
Oczywiście, NATO byłoby politycznie martwe, gdyby ogłosiło „przypadek sojuszu”, a wówczas nie wszystkie państwa NATO poszłyby na wojnę, ale taki scenariusz wciąż nie jest wykluczony. Stany Zjednoczone nalegały na tę formułę, ponieważ powołując NATO, nie chciały być wciągane w wojnę ze Związkiem Radzieckim wbrew swojej woli. I tak, nawet dzisiaj, każdy kraj NATO może w nagłych wypadkach odmówić udziału w wojnie, której nie chce.
A ile krajów NATO byłoby gotowych wypowiedzieć wojnę Rosji w imieniu Ukrainy? Odpowiedź jest powszechnie znana: żaden kraj NATO nie byłby skłonny tego zrobić, czy też którykolwiek kraj NATO udzielił Ukrainie pomocy?
„Gwarancje bezpieczeństwa” tego nie zmienią, zwłaszcza jeśli, jak to ujmuje Der Spiegel, są one „inspirowane artykułem 5 Traktatu Północnoatlantyckiego”.
„Gwarancje bezpieczeństwa” już istnieją.
Nawiasem mówiąc, Ukraina ma już wiele gwarancji bezpieczeństwa. Kiedy w 2023 roku stało się jasne, że przystąpienie Ukrainy do NATO nie nastąpi, wiele krajów zachodnich zaczęło zawierać z Ukrainą umowy o „gwarancjach bezpieczeństwa”, aby odwrócić uwagę i uspokoić nastroje w Kijowie. Takie określenie pojawiło się w mediach, a Niemcy również zawarły w lutym 2024 roku „Umowę o współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa i długoterminowym wsparciu między Republiką Federalną Niemiec a Ukrainą”. Przeanalizowałem wówczas tę umowę; szczegóły można znaleźć tutaj.
W umowie sformułowanie dotyczące „gwarancji bezpieczeństwa” na wypadek ponownego „zbrojnego ataku Rosji” jest jeszcze bardziej niejasne niż w artykule 5 Traktatu NATO:
„W przypadku przyszłego zbrojnego ataku Rosji na Ukrainę, uczestnicy, na wniosek któregokolwiek z nich, konsultują się w ciągu 24 godzin w celu podjęcia decyzji o dalszych krokach”.
Jak mogłyby wyglądać te dalsze kroki, również tam napisano, ale Niemcy nie zobowiązały się do niczego, jedynie „potwierdzając”, że „zapewnią Ukrainie szybką i długoterminową pomoc w zakresie bezpieczeństwa, nowoczesny sprzęt wojskowy w razie potrzeby we wszystkich dziedzinach, a także wsparcie gospodarcze, w odpowiednich ramach, będą dążyć do porozumienia w ramach UE w sprawie obciążenia Rosji kosztami gospodarczymi i innymi oraz będą konsultować się z Ukrainą w sprawie jej potrzeb w zakresie korzystania z (…) prawa do samoobrony”.
W umowie Niemcy zobowiązują się zatem jedynie do konsultacji z Ukrainą. Niemcy dobrowolnie i bez żadnych zobowiązań przekażą broń i pieniądze oraz nałożą sankcje na Rosję.
Na początku 2024 roku wiele krajów zachodnich udzieliło Ukrainie takich „gwarancji bezpieczeństwa” na ewentualny okres powojenny, które nie zobowiązują tych krajów do niczego. Ciekawe więc, jak będą wyglądać te „solidne” gwarancje bezpieczeństwa, o których teraz mówią Europejczycy i USA.
„Koalicja niechętnych”
Powyższe cytaty z artykułów Spiegla zawierały również stwierdzenie, że w rozmowie telefonicznej Trumpa z Europejczykami „sformułowanie »boots on the ground« zostało użyte w nieco niejasnym zdaniu”. Być może tak jest, ale nie mogę sobie wyobrazić, żeby Stany Zjednoczone chciały wysłać własne wojska na Ukrainę.
Do tej pory tylko kilka państw, które utworzyły tzw. „Koalicję chętnych”, chce to zrobić. Albo nie chce. Obecnie doniesienia w tej sprawie są rozbieżne.
Pierwotnym planem „Koalicji chętnych” było wysłanie dziesiątek tysięcy europejskich żołnierzy na Ukrainę natychmiast po zawieszeniu broni z amerykańskimi gwarancjami bezpieczeństwa. Najpierw jednak europejscy politycy musieli przekonać swoich dowódców wojskowych, że nie mogą wysłać tak wielu żołnierzy, a następnie Stany Zjednoczone jasno dały do zrozumienia, że nie udzielą żadnych gwarancji bezpieczeństwa dla tej awantury i że starcie europejskich żołnierzy z armią rosyjską na Ukrainie nie będzie przypadkiem NATO.
W rezultacie koalicja stawała się coraz bardziej niechętna i przed spotkaniem Trumpa z Putinem niektóre brytyjskie media donosiły, że Londyn nie chce już wysyłać żołnierzy na Ukrainę, podczas gdy inne donosiły, że w przypadku zawieszenia broni Londyn wyśle żołnierzy już następnego dnia, aby wzmocnić ukraińskie siły zbrojne. Jeden z ukraińskich ekspertów skomentował to, mówiąc, że „koalicja chętnych” stała się „koalicją niechętnych”.
W każdym razie koalicja ta postanowiła omówić sytuację po spotkaniu Putina z Trumpem w niedzielę. Kanclerz Merz po raz kolejny próbował przedstawić ten dość otwarty opór wobec życzeń prezydenta Trumpa w pozytywnym świetle, stwierdzając, że Niemcy chcą zapewnić koordynację UE w kwestii Ukrainy we współpracy z USA. Agencja DPA, cytując źródło w niemieckim rządzie, powiedziała:
„I chcemy nadal utrzymywać tę równowagę z USA: z jednej strony chcemy chronić nasze podstawowe interesy bezpieczeństwa, a z drugiej strony chcemy to robić we współpracy z USA, aby utrzymać je w grze”.
Ale najwyraźniej mieszkańcy Berlina mają coraz mniej złudzeń, jak powiedział Merz w wywiadzie dla ZDF:
„Negocjacje już się rozpoczęły. Będą kontynuowane w poniedziałek. I oczywiście Europejczycy odegrają swoją rolę. Ale nie możemy się przeceniać”.
Potem padło tradycyjne stwierdzenie o znaczeniu jedności europejskiej, ale Merz dodał, że Stany Zjednoczone odegrają na razie decydującą rolę w konflikcie na Ukrainie. Brzmi to trochę tak, jakby Merz zaczynał akceptować nieuniknione.
Jestem jednak pewien, że Europejczycy się jeszcze nie poddali. Będą nadal robić wszystko, aby zapobiec porozumieniu, bo jak wytłumaczą swoim obywatelom, którzy ponieśli tak wielkie ofiary w wojnie z Rosją, że to wszystko niestety poszło na marne?







W Tatrach…
==========================


Thomas Röper źródło https://anti-spiegel.ru/2025/der-erfolg-von-dem-keiner-so-genau-weiss-worin-er-besteht 16 sierpnia 2025,
Szczyt Putin – Trump
Sukces, odnośnie którego nikt dokładnie nie wie, na czym polega
Spotkanie prezydentów Putina i Trumpa na Alasce zostało przez obie strony ocenione jako sukces. Nie ujawniono jednak, co dokładnie uzgodniono. Są jednak pierwsze sygnały – i to one są koszmarem Europejczyków.
Szczyt prezydentów Putina i Trumpa na Alasce był z niecierpliwością oczekiwany na całym świecie, a przynajmniej w Europie i Kijowie ludzie prawdopodobnie wstrzymywali oddech, ponieważ doniesienia wskazywały, że szefowie państw i rządów UE oraz Ukrainy śledzili wieści z Alaski do późnych godzin nocnych. Przyjazne powitanie i fakt, że Putin wsiadł do samochodu Trumpa na lotnisku, musiały wywołać krople potu w Europie.
Po tym, jak prezydenci Trump i Putin najpierw usiedli razem w małym kręgu, w gronie jedynie swoich najważniejszych doradców, a następnie spotkali się w większym gronie, prezydenci zorganizowali wspólną konferencję prasową, zapowiedzianą przed spotkaniem. I, bądźmy szczerzy, była ona zupełnie bez znaczenia. W swoim ośmiominutowym przemówieniu Putin podkreślił podobieństwa między Rosją a USA z przeszłości. Trump przemawiał przez cztery minuty i również podkreślał wspólne stanowisko. Obaj chwalili się nawzajem i mówili o dobrych i produktywnych dyskusjach, mówiąc, że osiągnęli porozumienie w niektórych kwestiach, ale w innych jeszcze nie.
Nie powiedzieli, o czym rozmawiali i co uzgodnili. W zasadzie brzmiało to trochę jak „zgodziliśmy się kontynuować negocjacje”.
I bądźmy szczerzy: kto spodziewał się czegoś więcej po tym pierwszym spotkaniu? Przed spotkaniem żadna ze stron nie wyraziła nadziei na przełom i osiągnięcie ostatecznego porozumienia na Alasce. Przed spotkaniem Trump powiedział, że chcą się poznać i jeśli wszystko pójdzie dobrze, wkrótce odbędzie się kolejne spotkanie. Rosjanie również stwierdzili, że na Alasce jest wiele kwestii do rozstrzygnięcia i nie wyrazili nadziei na osiągnięcie tam porozumienia.
Dlatego spotkanie należy uznać za sukces, nawet jeśli opinia publiczna nie wie jeszcze dokładnie, co zostało osiągnięte. Fakt, że obie strony pochwaliły rozmowy i wzajemną gotowość do osiągnięcia porozumienia, to maksimum, czego można realistycznie oczekiwać od spotkania.
Znaki
Są jednak oznaki tego, co było przedmiotem rozmów i co mogło zostać osiągnięte. Fakt, że ministrowie finansów obu krajów uczestniczyli w spotkaniu, wskazuje, że w programie znalazły się również kwestie współpracy gospodarczej między USA a Rosją, a prawdopodobnie także złagodzenia sankcji. Potwierdza to również fakt, że obaj prezydenci w swoich oświadczeniach wyraźnie odnieśli się do perspektyw gospodarczych między USA a Rosją.
Potwierdza to również to, co strona rosyjska powtarza od miesięcy: spotkania przedstawicieli Rosji i USA dotyczą przede wszystkim wzajemnych relacji, ponieważ najpierw trzeba odbudować zaufanie, zanim uda się osiągnąć porozumienie w kwestiach drażliwych. Zniszczone zaufanie można odbudować jedynie poprzez zawarcie porozumień i pokazanie przez obie strony, że będą ich przestrzegać w praktyce. Nie było to bynajmniej normą w ostatnich dekadach.
Oczywiście, poruszano również kwestię Ukrainy. Nie wiadomo jednak, o czym tam rozmawiano. Jednak wstępne reakcje Europy i Ukrainy z pewnością pozwalają na wyciągnięcie wniosków.
Kijów i Europejczycy wciąż żyją w świecie marzeń, że Rosję można pokonać sankcjami i dostawami broni, mimo że ostatnie trzy i pół roku pokazało, że to nie działa. Ale w starym świecie ludzie zdają się żyć w równoległym wszechświecie, ignorując wszelkie realia. Dlatego Europa nadal polega na receptach, które nie sprawdziły się od trzech i pół roku.
Złe wieści dla „Europejczyków„
Z tego powodu Europejczycy byli wręcz spanikowani, gdy ogłoszono spotkanie Putina z Trumpem. Komisja Europejska już przed spotkaniem zdecydowała, że UE pod żadnym pozorem nie złagodzi sankcji wobec Rosji, ale pracuje już nad kolejnym pakietem sankcji przeciwko Rosji. UE podtrzymuje zatem swoją konfrontacyjną postawę wobec Rosji i zamierza ją jeszcze bardziej zaostrzyć. Jednak negocjacje z Rosją są nadal wykluczane w Europie, pozornie bez zrozumienia tego faktu, i dlatego UE obiera kurs konfrontacyjny z rządem USA.
Po spotkaniu z Putinem Trump powiedział w wywiadzie dla Fox News, że spotkanie z Putinem przebiegło pomyślnie i że w związku z tym nie rozważa nowych sankcji wobec Rosji. Dla Europejczyków, którzy domagają się od Trumpa nałożenia surowych sankcji na rosyjski sektor naftowo-gazowy, mógł to być pierwszy cios.
W tym samym wywiadzie Trump powiedział również, że kraje europejskie muszą teraz dołożyć swoją cegiełkę do osiągnięcia porozumienia na Ukrainie. Stwierdził, że jego zdaniem porozumienie jest możliwe i że zakończenie konfliktu zależy teraz od Zełenskiego. To dokładne przeciwieństwo tego, co twierdzą Europejczycy, ponieważ zawsze powtarzają, że to Putin musi zakończyć wojnę. Trump zdaje się postrzegać to inaczej.
W sobotę rano doniesiono, że Trump poinformował szefów państw i rządów europejskich, przewodniczącego Komisji Europejskiej, sekretarza generalnego NATO i przywódcę Ukrainy Zełenskiego podczas półtoragodzinnej rozmowy telefonicznej o wynikach spotkania z Putinem. Według Axios, rozmowa nie była łatwa. Zełenski oświadczył następnie, że w poniedziałek uda się do Waszyngtonu, aby omówić wyniki z Trumpem.
Trump chce porozumienia pokojowego, a nie zawieszenia broni
Kolejnym ciosem dla Europejczyków będzie prawdopodobnie wpis Trumpa na TruthSocial:
„Wspaniały i bardzo udany dzień na Alasce! Spotkanie z prezydentem Rosji Władimirem Putinem było bardzo udane, podobnie jak nocna rozmowa telefoniczna z prezydentem Ukrainy Zełenskim i różnymi europejskimi przywódcami, w tym z szanowanym sekretarzem generalnym NATO. Wszyscy zgodzili się, że najlepszym sposobem na zakończenie straszliwej wojny między Rosją a Ukrainą jest porozumienie pokojowe, które zakończyłoby wojnę, a nie zwykłe porozumienie o zawieszeniu broni, które często zawodzi. Prezydent Zełenski będzie w Gabinecie Owalnym w Waszyngtonie w poniedziałek po południu. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, umówimy się na spotkanie z prezydentem Putinem. Potencjalnie można by uratować miliony istnień ludzkich. Dziękuję za uwagę!”
Właśnie tego domaga się Rosja. Od początku eskalacji Rosja twierdziła, że do rozwiązania konfliktu na Ukrainie potrzebne jest kompleksowe rozwiązanie pokojowe, a Rosja zawsze sprzeciwiała się samomu zawieszeniu broni, które albo zostałoby naruszone, albo trwale zamroziło konflikt, zamiast go definitywnie rozwiązać.
Europejczycy natomiast wielokrotnie wzywali ostatnio do bezwarunkowego zawieszenia broni, ale odrzucali negocjacje z Rosją. Celem Europejczyków jest kontynuacja wojny z Rosją, a w przeciwnym razie – zamrożenie konfliktu w celu trwałego utrwalenia problemu, a nie jego rozwiązania.
Fakt, że Trump de facto podąża teraz linią Rosji, prawdopodobnie będzie kolejnym szokiem dla Europejczyków.
Oświadczenie europejskie
Po rozmowie telefonicznej z Trumpem prezydenci Finlandii i Francji, kanclerz Merz, premierzy Włoch, Polski i Wielkiej Brytanii, a także przewodniczący Komisji Europejskiej i przewodniczący Rady Europejskiej przeprowadzili rozmowy z Zełenskim, a następnie wydali wspólne oświadczenie, które ledwie ukrywało różnice zdań z Trumpem. Choć sumiennie rozpoczęli od napisania, że z zadowoleniem przyjmują „wysiłki prezydenta Trumpa zmierzające do położenia kresu zabójstwom na Ukrainie, zakończenia rosyjskiej wojny agresywnej i osiągnięcia sprawiedliwego i trwałego pokoju”, później stało się jasne, jak bardzo różnią się stanowiska w Europie i USA.
Należy jednak poczynić pewne zastrzeżenie: fakt, że pojawiło się jedynie oświadczenie kierownictwa UE wraz z pięcioma szefami państw i rządów UE, a nie oświadczenie całej UE, świadczy o wyraźnym oporze w UE wobec kursu obranego przez Brukselę, Berlin, Warszawę, Paryż i Londyn. Przynajmniej Węgry i Słowacja prawdopodobnie odmówiły podpisania wspólnego oświadczenia UE o takiej treści. Można spekulować, które kraje UE mają również odmienne zdanie za kulisami w Brukseli.
W całym oświadczeniu nie ma ani słowa o możliwych negocjacjach z Rosją, a jedynie powtarzane są groźby sankcji i nacisków na Rosję. Zamiast wspomnieć o negocjacjach z Rosją, Europejczycy piszą w swoim oświadczeniu, że są również „gotowi do współpracy z prezydentem Trumpem i prezydentem Zełenskim w celu zorganizowania trójstronnego szczytu przy wsparciu Europy”.
Innymi słowy, Europejczycy ponownie domagają się swojego miejsca przy stole negocjacyjnym, ponieważ wciąż go tam nie ma. Zełenski ma w poniedziałek polecieć samotnie do Waszyngtonu, gdzie Trump najwyraźniej chce go przekonać do udziału w trójstronnym spotkaniu z Trumpem i Putinem, ale Europejczycy nie zostali zaproszeni.
Europejczycy piszą również, że Rosja „nie ma prawa weta wobec drogi Ukrainy do UE i NATO”. Jest to również wyraźna sprzeczność ze stanowiskiem administracji USA, która całkowicie wykluczyła przystąpienie Ukrainy do NATO. Temat przystąpienia Ukrainy do NATO jest martwy, ale Europejczycy najwyraźniej nadal tego nie zauważyli. A może chcą przyjąć Ukrainę do NATO bez zgody USA? To właśnie wspomniany równoległy świat, w którym najwyraźniej żyją Europejczycy.
O zdenerwowaniu Europejczyków świadczył również fakt, że w sobotę rano, zaledwie kilka godzin po szczycie na Alasce, w Brukseli pospiesznie zwołano spotkanie ambasadorów państw UE. Spotkanie było objęte ścisłą tajemnicą, a telefony, personel i doradcy ambasadorów nie zostali wpuszczeni, aby zapobiec przedostaniu się informacji do prasy.
Czy dojdzie do spotkania Putina, Trumpa i Zełenskiego?
Najbliższym celem prezydenta Trumpa wydaje się być szczyt trójstronny z udziałem Putina i Zełenskiego. Nie trzeba dodawać, że nie chce on obecności Europejczyków. Zamierza przekonać Zełenskiego do tego spotkania w poniedziałek w Waszyngtonie. Trump już oświadczył, że zarówno Putin, jak i Zełenski chcą, aby Trump wziął w nim udział.
Może tak być, ponieważ samo spotkanie Putina z Zełenskim raczej nie przyniesie większych efektów. Putin prawdopodobnie liczy na to, że Trump utrzyma Zełenskiego w ryzach. Dla Putina istotne może być to, że Trump na takim spotkaniu dostrzeże, że to Zełenski blokuje jakiekolwiek porozumienie, stawiając nierealistyczne, maksymalne żądania (granice z 1991 roku, w tym Krym, przystąpienie Ukrainy do NATO itd.). Zełenski jak dotąd obrzucał Putina jedynie obelgami, dlatego spotkanie Putina z Zełenskim bez mediatora należy uznać za bezcelowe.
W swoim wpisie na TruthSocial Trump napisał już, że „jeśli wszystko pójdzie dobrze”, po rozmowie z Zełenskim w poniedziałek w Waszyngtonie zostanie zorganizowane spotkanie z prezydentem Putinem.
Jeśli tak się stanie, może to być dzień prawdy dla Zełenskiego. A dla Europejczyków, którzy nie zostaną zaproszeni, może to być koszmar, bo wszyscy wiedzą, jak bardzo impulsywny jest Zełenski.
Dodatek: Krótko po publikacji tego artykułu „New York Times” poinformował, że Trump zamierza jednak zaprosić czołowych europejskich polityków na spotkanie w Białym Domu.
| Robert W Malone MD, MS Aug 16 · Malone News. TARCZYCA |
| Please read this important essay and then take action to protest this latest affront to logic and natural medicine from the FDA. FAERS data show natural thyroid is very safe. Fortunately, Dr. Marty Makary @DrMakaryFDA recently tweeted that „FDA is committed to pursuing the first-ever approval of desiccated thyroid extract, pending results of the ongoing clinical trials. In the mean time, we will ensure access for all Americans.’ Please help Marty overcome his own bureaucracy and support women’s health! And consider subscribing to my fellow MAHA advocate Sayer Ji’s substack! |
| SAYER JI AUG 16 |

Read, comment and PLEASE SHARE the X post dedicated to this article and call to action: https://x.com/sayerjigmi/status/1956722425493643308
In what represents an unprecedented overreach of regulatory authority that prioritizes pharmaceutical profits over patient welfare, the FDA has declared war on 1.5 million Americans who depend on natural thyroid medications for their very survival. As Dr. Robert Malone warned in his urgent alert: „You might think that the FDA wanted older women to be disabled with brittle bones, cognitive decline, metabolic disease, obesity, and poor health.”[1]
This is the systematic dismantling of a treatment that has worked successfully for 130 years—since 1891 when Dr. George Redmayne Murray first used desiccated thyroid extract to save a woman dying from myxedema, an extreme form of hypothyroidism.[2] The FDA’s August 6, 2025 enforcement letters threatening to ban all natural desiccated thyroid (DTE) products—including Armour Thyroid, NP Thyroid, and Nature-Throid—represent medical tyranny designed to funnel billions into synthetic drug manufacturers while condemning millions to unnecessary suffering.
But here’s what makes this particularly egregious: natural thyroid is essentially ancestral food—organ meat that humans have consumed for millennia. The FDA is attempting to ban what is fundamentally a concentrated form of dietary thyroid gland, the same substance our ancestors prized as sacred medicine and nutrient-dense food.

Natural desiccated thyroid extract from a porcine source is the most physiologically complete thyroid replacement available. Unlike synthetic levothyroxine’s single-molecule approach, DTE provides:
As Dr. Malone emphasizes, „T3 is the active thyroid hormone responsible for controlling metabolism, heart and digestive functions, muscle and brain activity, growth, and temperature regulation. Its actions are more potent than its precursor T4, and balanced T3 levels are essential for good health.”[3]

The FDA wants you to believe synthetic levothyroxine is „identical” to natural thyroid hormone. This is scientifically false. As GreenMedInfo’s research has revealed for over a decade, synthetic T4 is produced through a mind-numbingly complex chemical process involving „nitrating L-tyrosine,” „tetrazotized and iodized” compounds, and treatment with „aqueous HI in acetic acid.”[4] This Frankenstein molecule is then contaminated with up to 6% dextro-thyroxine, a mirror-image stereoisomer that is cardiotoxic and acts as an endocrine disruptor.[5]
One patent describes the dizzyingly complex process of levothyroxine synthesis as follows:
„The process for preparation of Levothyroxine sodium comprises the steps, wherein compound obtained from steps a-g is prepared by conventional methods, a. nitrating L-tyrosine to give 3,5- dinitro-L-tyrosine, b. acetylating 3,5- dinitro-L-tyrosine to give 3,5- dinitro-N-acetyl L-tyrosine, c. esterifying the compound obtained from step (b) to give 3,5- diπitro-N-acetyl L-tyrosine ethyl ester, d. reacting the compound obtained from step (c) with p-TsCI in presence of pyridine to give corresponding tosylate salt, which is further reacting with 4-methoxy phenol to give 3,5- DinKro-4-p-methoxy phenoxy-N-acetyl-L-phenyl alanine ethyl ester, e. the compound obtained from step (d) is hydrogenated to give 3,5-diamino-4-p-methoxy phenoxy-N-acetyl-L-phenyl alanine ethyl ester, f. the compound obtained from step (e) is tetrazotized and iodized to give 3,5-Diiodo-4-p- methoxy phenoxy-N-acetyl-L-phenyl alanine ethyl ester, g. the compound obtained from step (f) is O-demethylated, N-deacetylated, and deesterified using aqueous HI in acetic acid to give 3,5-Diiodo-4-p-hydroxy phenoxy-L-pheπyl alanine followed by preparing hydrochloride salt of same and isolating, drying it h. lodinating 3,5-Diiodo-4-p-hydroxy pheπoxy-L-phenyl alanine HCI salt using methyl amine.”
The critical epistemological issue is this: absence of evidence is not evidence of absence. Just because current assays cannot detect functional differences between synthetic and natural T4 doesn’t mean such differences don’t exist. Biological systems are nonlinear and exquisitely sensitive to subtle variations that cascade into significant physiological effects.

The image above exposes the breathtaking gulf between natural and synthetic thyroid hormone. Natural desiccated thyroid contains T4, T3, T2, T1, and calcitonin bound to the massive thyroglobulin protein—a 660,000 dalton molecular complex representing millions of years of evolutionary optimization. Each hormone exists in specific conformational states, held in precise spatial relationships, creating an information-rich matrix the body recognizes holistically.
In contrast, synthetic hormone consists of isolated T4 molecules floating in pharmaceutical void, stripped of biological context, devoid of the intricate molecular choreography that defines natural thyroid function.
To understand the true magnitude of this difference, we must invoke Levinthal’s Paradox. For thyroglobulin to fold from a linear chain into its precise three-dimensional structure requires navigation through near-infinite conformational possibilities—a journey that would take longer than the universe’s age if done randomly. Yet it folds perfectly in milliseconds.

What Levinthal’s Paradox teaches us is that biological specificity contains inconceivable amounts of information—but not information as mere data. This is information as that which in-forms—that which puts form into biological matter, guiding the transformation of potential into actuality.
When thyroglobulin folds into its native state, it demonstrates information as a formative force. Each T4 molecule bound to thyroglobulin is literally in-formed by this protein matrix. The scaffold puts form into:
This formative information—accumulated over millions of years of evolution—cannot be replicated in a reaction flask.

Consider a dimension rarely discussed: every biological molecule exists within a hydration shell—a structured water envelope. Research into water’s fourth phase reveals it as an exquisite carrier of information and memory, capable of structuring itself in ways that drive molecular actions and cellular communication. The water surrounding naturally-produced hormones has been structured by living processes, carrying biophysical information that influences hormone behavior.

Remarkably, even when natural thyroid is desiccated, this information is not entirely lost. The freeze-drying process preserves molecular architecture, and upon rehydration in the body, water restructures itself according to the biological template, partially restoring the information field. It’s like a compressed file expanding back to its original form—not perfectly, but with far more fidelity than starting from scratch.
The synthetic hormone’s hydration shell, formed in industrial conditions, lacks this biological structuring entirely. The qualitative difference between natural and synthetic forms is ontologically vast—an insurmountable chasm that the false equivalence model cannot bridge.

When patients report life-changing improvements on natural thyroid—like Vicera co-founder Chrissy, who shared with me her experience of restored energy, mental clarity, weight loss, and emotional balance using the natural thyroid product she developed with her husband Heath —the medical establishment waves these away as 'subjective’ or 'merely anecdotal.’ But the molecular science reveals why dismissing these patient experiences is anti-scientific:
1. Conformational Intelligence: Each hormone bound to thyroglobulin exists in a specific three-dimensional state that carries information. The protein presents hormones to the body in evolutionarily optimized conformations that synthetic hormones cannot replicate.
2. Synergistic Delivery: The thyroglobulin complex ensures coordinated release of ALL thyroid hormones, creating cascading physiological effects patients experience as comprehensive well-being.
3. Information Beyond Chemistry: The 660,000 dalton thyroglobulin molecule represents biological information—protein folding patterns, binding sites, enzymatic cleavage points—all influencing how the body receives and processes hormones.
4. Evolutionary Recognition: Human physiology evolved with thyroglobulin-bound hormones. Our cellular machinery is optimized for this natural presentation. Synthetic T4 is a 70-year-old pharmaceutical approximation of a system refined over evolutionary time.
When patients report feeling profoundly different on natural versus synthetic thyroid, they’re experiencing the difference between medicine that carries biological information and medicine that doesn’t.
| GREENMEDINFO VIDEO LIBRARY |
| She Lost 150 lbs. He Left the NFL. Now They’re Building a Healing Movement |
| SAYER JI·JUL 23 |
![]() |
| 📝 Interview Summary |
| Read full story |
The landmark 2013 Hoang study in the Journal of Clinical Endocrinology & Metabolism revealed a truth the pharmaceutical industry desperately wants suppressed.[6] In this randomized, double-blind, crossover study with 70 patients: natural thyroid was preferred by nearly 3x as many patients as synthetic levothyroxine—48.6% preferred DTE versus only 18.6% for levothyroxine.
Those choosing natural thyroid reported dramatic improvements in their lived experience. Their scores showed statistically significant improvements (p < 0.001) in energy, mood, mental clarity, and quality of life.
Perhaps most tellingly, patients on DTE lost an average of 3-4 pounds without trying—actual metabolic activation from receiving the full hormone spectrum.
The 2021 Shakir study reinforced these findings. Among the most symptomatic patients—those failed most dramatically by synthetic monotherapy—switching to DTE produced significant improvements in mood, memory, and well-being.[7]

The dirty secret of synthetic thyroid treatment: up to 15% of patients cannot efficiently convert T4 to T3 due to genetic polymorphisms affecting deiodinase enzymes.[8] For these millions, synthetic levothyroxine is metabolic poison. Their bodies flood with inactive storage hormone while being starved of active T3.
When they report persistent symptoms despite „normal” TSH levels, they’re told it’s psychological. Meanwhile, their bodies deteriorate with:
Dr. Malone’s warning about postmenopausal women exposes a particularly cruel dimension. Research demonstrates that declining estrogen levels directly impair the body’s ability to convert T4 to active T3.[9] The FDA’s mandate forcing these women onto T4-only treatment is tantamount to prescribing metabolic dysfunction.
The calcitonin component becomes critical during this life stage. Studies reveal 50% of thyroidectomized patients develop osteopenia specifically from calcitonin deficiency.[10] Postmenopausal women already facing dramatic bone loss from estrogen decline are essentially guaranteed osteoporosis without access to DTE’s calcitonin.
Clinical evidence shows postmenopausal women on natural thyroid experience:
Given that thyroid disease incidence is 5-20 times higher in women (much of which is preventable and even reversible through root-cause resolution medical approaches applied early enough)*, with highest rates in postmenopausal and elderly women, the FDA’s actions appear designed to maximally harm the population most dependent on comprehensive thyroid support.
*Consult the extensive Greenmedinfo.com Hypothyroidism database for more primary literature and translational articles on this health area.

From Dr. Murray’s first use in 1891 through seven decades as standard treatment, DTE has 130 years of real-world safety data.[11] During this time, it transformed myxedema from death sentence to manageable condition.
The FDA’s own adverse event database tells the story they want buried. Between 1968-2025, only 500 adverse events were reported for DTE—approximately nine per year across millions of doses.[12] Compare this to synthetic levothyroxine:
Most damning: the X account OpenVAERS’s analysis of FDA’s FAERS database shows synthetic medications have proportionally higher rates of injury and death, even accounting for larger user population.[14] Their conclusion: „There is no world in which taking natural hormone is more dangerous than the synthetics.”

The agency’s selective enforcement reveals the truth. Smaller manufacturers face recalls for minor potency variations, while AbbVie’s Armour Thyroid—made by the same company producing Synthroid—continues unimpeded. Safety isn’t the concern—market control is.
The global levothyroxine market generates $4 billion annually, projected to reach $5.88 billion by 2033.[15] The DTE market, serving only 1.5 million patients, represents a dangerous precedent that natural solutions can outperform patented drugs.
Synthetic levothyroxine costs 50-100 times less to produce than natural thyroid extract. When you can charge the same price for a product costing pennies versus dollars to make, eliminating competition becomes a business imperative.

AbbVie’s unique position reveals the conspiracy. This pharmaceutical giant, spending $4.53 million on lobbying, manufactures both Synthroid and Armour Thyroid.[16] While smaller competitors face extinction, AbbVie remains untouched. Consider:
Research documents that 73% of FDA advisory meetings include members with drug manufacturer ties.[17] The endgame is clear: force 1.5 million DTE patients onto synthetics, eliminate competition, establish precedent for banning natural alternatives.
Multiple Change.org petitions have gathered tens of thousands of signatures. Board-certified endocrinologists who personally take DTE lead opposition campaigns. The Alliance for Natural Health and numerous medical professionals condemn the FDA’s action to “Protect Natural Thyroid!”, and have created a call to action you can participate in right here now.
The post-Chevron legal landscape offers hope. The Supreme Court’s elimination of automatic deference to agency interpretations means the FDA must prove clear Congressional authorization, scientific basis, and rational enforcement after 130 years—all impossible.
The Thyroid Disease CARE Act of 2024 (H.R.10297) specifically addresses „barriers that individuals diagnosed with thyroid disease face in accessing treatments.”[18]
This is about medical freedom—the right to access ancestral foods and traditional medicines that have sustained human health for millennia.
1. Contact the FDA Immediately:





[Dindu nuffin: He/I didn’t do nothing – tekst którym posługują sie zwykle Murzyni podczas aresztowania albo libtardy broniące czarnych morderców w mediach.]
===============================================




| DR IGNACY NOWOPOLSKI AUG 16 |
Od przerażających dzieł „sztuki” celebrujących nadużycia po listy pisane przez gwiazdy, porównujące Epsteina do Draculi, niedawno opublikowane zdjęcia zrobione w rezydencji Epsteina na Manhattanie ujawniają głębię zepsucia okultystycznej elity.

Od przerażających dzieł „sztuki” celebrujących nadużycia po listy pisane przez gwiazdy, porównujące Epsteina do Draculi, niedawno opublikowane zdjęcia zrobione w rezydencji Epsteina na Manhattanie ujawniają głębię zepsucia okultystycznej elity.
Niedawny artykuł w „New York Timesie” zawierał zdjęcia rezydencji Jeffreya Epsteina na Manhattanie, które nigdy nie zostały ujawnione opinii publicznej, a także listy napisane przez niektórych jego przyjaciół. Powołując się na „anonimowe źródła”, autorzy artykułu uzyskali dostęp do „nieujawnionych zdjęć i dokumentów” pokazujących, jak Epstein żył w późniejszych latach.
Ponieważ w artykule wspomniano o niektórych zdjęciach i dokumentach, ale ich nie pokazano, wydaje się, że publikacja starannie dobrała informacje, którymi chce się podzielić z opinią publiczną. Jak to często bywa w przypadku mediów masowego przekazu na temat Epsteina, publikowane informacje są filtrowane, aby zapewnić, że najbardziej szokujące i obciążające elementy – te, które mogłyby skłonić opinię publiczną do zwrócenia się przeciwko okultystycznej elicie – pozostaną zatajone.
Zdjęcia zawarte w artykule są jednak niezwykle wymowne, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę „kulturę” elity okultystycznej. Co więcej, wyjaśniają one, dlaczego Epstein został „samobójczo” nastawiony: był niezwykle bezczelny w swoim stylu życia i otwarcie celebrował swoją pedofilską orientację poprzez „sztukę” i wystawne przyjęcia. Jak zobaczymy, cała rezydencja została zaprojektowana tak, aby służyć systematycznemu wykorzystywaniu niewolnic seksualnych przez elitarnych pedofilów.
Jak wyjaśniono w poprzednich artykułach, elity nie tylko znęcają się nad dziećmi; zbudowały wokół tego cały system, wraz z „sztuką” celebrującą to zjawisko. Epstein był tym wszystkim szczególnie entuzjastycznie zaabsorbowany, do tego stopnia, że stało się to obciążeniem. A teraz nie żyje. Oto spojrzenie na te nigdy wcześniej niepublikowane informacje.

Wszystko w tej rzeźbie jest przerażające i niepokojące, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że młode dziewczyny były gwałcone i wykorzystywane w tej właśnie rezydencji. Białe suknie noszone przez panny młode mają symbolizować ich czystość i dziewictwo. Ta konkretna panna młoda najwyraźniej próbuje uciec przed czymś okropnym… na przykład przed starym pedofilem, który próbuje ją wykorzystać. Lubią kpić ze swoich ofiar.
Jak widać w moim artykule o Pizzagate (który z biegiem lat staje się coraz bardziej aktualny ), okultystyczna elita uwielbia „sztukę”, która przedstawia ludzkie cierpienie.

Krótko mówiąc, rzeźba panny młodej Epsteina wisząca w holu wejściowym natychmiast potwierdziła cel, dla którego zaprojektowano jego rezydencję. Co więcej, artykuł w „New York Timesie” donosił, że „dziesiątki oprawionych protez oczu stały wzdłuż holu wejściowego” prowadzącego do panny młodej. O dziwo, nie ma żadnych zdjęć tych oczu. Czy były zbyt niepokojące, by je pokazywać? Jedno jest pewne: jeśli czytasz tę stronę, wiesz, że gałki oczne to ulubiony symbol elity okultystycznej.
Ale to nie wszystko.

Oto historia Woody’ego Allena. W 1992 roku aktorka Mia Farrow (która była w związku z Allenem przez ponad dekadę) oskarżyła go o molestowanie jej adoptowanej córki, Dylan Farrow. Miała wtedy 7 lat. Mniej więcej w tym samym czasie Farrow odkryła również, że Allen uprawiał seks z jej drugą adoptowaną córką, Soon-Yi Previn. Do dziś Allen pozostaje w związku z kobietą, która była jego pasierbicą.
Mimo to, Allen uczestniczył w wystawnych kolacjach Epsteina z Soon-Yi. W swym liście opisuje te kolacje i panującą wokół nich atmosferę, a co ważniejsze, porównuje Epsteina do Drakuli. Kilkakrotnie. Napisał, że posiłki serwowały „młode kobiety, przypominające Zamek Drakuli, gdzie Lugosi ma trzy młode wampirzyce, które tam usługują”. Allen napisał również:
„Dodajmy do tego fakt, że Jeffrey mieszka sam w ogromnym domu, a można sobie wyobrazić, jak śpi w wilgotnej ziemi”.
Allen kończy swój list, nazywając rezydencję Epsteina „Zamkiem Draculi”, jakby dla podkreślenia znaczenia porównania. Woody Allen to płodny pisarz, który nie rzuca słów na wiatr – wszystko jest bardzo wykalkulowane.
Jak zapewne wiecie, Drakula pił krew młodych kobiet, aby się pożywić i odmłodzić. Postać ta była wzorowana na postaciach z prawdziwego świata, takich jak Elżbieta Batory, która piła krew młodych kobiet , aby zachować młodość.
Konsumpcja młodej krwi zawsze była obsesją elit okultystycznych, a ostatnie teorie dotyczące pozyskiwania adrenochromu wskazują na tę samą praktykę.
Czy porównując Epsteina do Draculi, Woody Allen nie do końca subtelnie nawiązywał do faktu, że jego handel młodymi kobietami również zawierał element krwiożerczy? Czy to dlatego akta Epsteina są tak starannie strzeżone i redagowane przez decydentów?
Jak stwierdził Allen w liście, na przyjęciach Epsteina pojawiali się „politycy, naukowcy, nauczyciele, magicy, komicy, intelektualiści i dziennikarze”. Innymi słowy, ludzie, którzy lubią nam mówić, co mamy robić. Gdyby masy odkryły, o co im naprawdę chodzi, cały ich system by się zawalił.
Ponadto, mówiąc o „magikach”, Allen prawdopodobnie nie miał na myśli magików scenicznych, ale okultystów pokroju Mariny Abramović, którzy obracają się w elitarnych kręgach (jest ona również zafascynowana ludzką krwią ).
Nie musimy wierzyć słowom Allena na temat wysoko postawionych gości Epsteina; jego rezydencja była pełna dowodów na jego elitarne powiązania.
Podczas gdy osoby decydowane twierdzą, że „nie ma żadnej listy klientów Epsteina”, miliarder z dumą pokazał liczne zdjęcia siebie w towarzystwie najbogatszych i najpotężniejszych ludzi na świecie.



Lawrence Summers (wpływowy ekonomista, który pełnił funkcję w administracjach Clintona i Obamy), miliarder Richard Branson i wielki przyjaciel Epsteina, Bill Clinton, który wsiadł do Lolita Express ponad 25 razy.

W biurze, według zdjęć przejrzanych przez „The Times”, pan Epstein zaprezentował zielone pierwsze wydanie „Lolity”, powieści z 1955 roku, w której intelektualista rozwija obsesję seksualną na punkcie 12-letniej dziewczynki i wielokrotnie ją gwałci. Na drewnianym kredensie stały kolejne oprawione zdjęcia, w tym jedno przedstawiające pana Epsteina z następcą tronu Arabii Saudyjskiej, Mohammedem bin Salmanem.
„New York Times” wspomina również, że Epstein zachował mapę Izraela narysowaną na tablicy, podpisaną przez Ehuda Baraka, byłego premiera Izraela. Epstein posiadał również list napisany przez Baraka, w którym z przerażeniem nazwał go „KOLEKCJONEREM LUDZI”. Dodał:
„Dla wielu z nich jesteś jak zamknięta księga, ale tak naprawdę wiesz wszystko o każdym.”
Te słowa, pochodzące od byłego premiera Izraela, są dość wymowne. Wielu uważa, że Epstein był agentem Mossadu, a jego siatka pedofilska służyła do kontroli i szantażu. Choć to wciąż kwestia dyskusyjna, zdjęcia z jego rezydencji dowodzą bez wątpienia, że Epstein miał w posiadaniu tysiące godzin kompromitujących dowodów.

Na innych zdjęciach widać dokładnie, gdzie nakręcono ten szokujący materiał.

Kilka zdjęć przedstawia coś, co można opisać jedynie jako „pokoje gwałtu”. Zwróć uwagę na tę małą czarną rzecz w prawym górnym rogu, poniższego zdjęcia..



Krótko mówiąc, Epstein często organizował przyjęcia z udziałem elit, w scenariuszach przypominających film „Oczy szeroko zamknięte”. Niektórzy z tych gości w końcu angażowali się w rozmowy z „młodymi i pięknymi” asystentkami Epsteina, które podobno krążyły po domu. Relacje te były nagrywane i przechowywane na płytach CD i dyskach twardych, a dowody te stawały się doskonałym materiałem do szantażu.
Nie potrzebowaliśmy zdjęć i dokumentów zawartych w tym artykule, żeby uświadomić sobie, że Jeffrey Epstein był łajdakiem. Jednak te elementy stanowią kolejny dowód na fakt, którego wielu wciąż nie dostrzega: był częścią ściśle powiązanej kliki, w skład której wchodzili jedni z najbardziej wpływowych ludzi na świecie, uczestniczący w niepokojącym systemie nadużyć rytualnych. Rezydencja Epsteina była celebracją tego systemu.
Każda osoba, która przyszła na jego przyjęcia, była witana serią spojrzeń i powieszoną panną młodą, podczas gdy dziewczyny będące ofiarami handlu ludźmi krążyły wokół, dopóki nie zabrano ich do pokoju gwałtu.
Podczas gdy w filmie „Czujny Obywatel” zawsze powtarzano, że elita okultystyczna to dosłownie wampiry, Woody Allen porównał Epsteina do Draculi. Premier Izraela (który był jednocześnie szefem Mossadu) opisał Epsteina jako „kolekcjonera ludzi”, który „wiedział wszystko” o swoich gościach.
W całej rezydencji przechowywano i klasyfikowano terabajty obciążających danych – prawdopodobnie zawierających informacje o rozwiązłych czynach, w które zamieszani byli „elitarni” pedofilowie i nieletni – gotowych do wykorzystania jako materiał do szantażu.
Czy potrzeba więcej powodów, dla których „popełniono na nim samobójstwo” i dlaczego zarekwirowano wszystkie te materiały?
Przy czym istnieją poszlaki, że Epstein wcale nie “został popełniony samobójstwem”, ale jako wybitny agent Mossadu, żyje sobie spokojnie w Izraelu i dalej szantażuje globalistyczne “elitarne” łajno dla dobra “wielkiego izraela”.
| DR IGNACY NOWOPOLSKI AUG 16 |

Jeśli oglądałeś amerykańskie kanały „informacyjne” [napisałem to słowo kursywą, aby podkreślić sarkazm], przygotowania do konferencji prasowej były jak oczekiwanie dziewicy na pierwsze doświadczenie seksualne. Człowieku, co za rozczarowanie, po godzinach gorączkowego oczekiwania, kiedy Putin i Trump w końcu przemówili. Postanowiłem obejrzeć Fox News i nie zawiodłem się na pianie, wściekłości i kłamstwach wypowiadanych przez całą gamę tępaków, w tym generała Jacka Keane’a i Treya Gowdy’ego. Zanim Trump i Putin pojawili się przed zgromadzoną prasą, komentatorzy wielokrotnie oczerniali Putina, nazywając go potworem, zabójcą, złym autorytarnym przywódcą i dzieciobójcą. A ich obelgi powtarzało wielu tak zwanych dziennikarzy i prezenterów . To było żałosne.
Wszyscy, którzy wypowiadali się w Fox News , powtarzali propagandę, że Putin jest w rozpaczliwej sytuacji, że rosyjska gospodarka jest bliska załamania i że rosyjskie wojsko nie jest w stanie pokonać dzielnych Ukraińców. Moja żona myślała, że dostałem udaru, bo krzyczałem na telewizor w odpowiedzi na tę głupotę.
Kiedy Putin podszedł do mikrofonu i zaczął mówić, świat neokonserwatystów załamał się. Zamiast skruszonego Putina błagającego Trumpa o ulgę, prezydent Rosji przemawiał spokojnie, początkowo skupiając się na historycznym znaczeniu Alaski jako mostu powietrznego, który zaopatrywał Rosję w niezbędne zaopatrzenie podczas II wojny światowej. W trakcie swojego wystąpienia Putin chwalił Trumpa za rzetelność w negocjacjach i za nawiązanie dialogu, który niesie obietnicę normalizacji stosunków. Putin nie wycofał się z żadnego ze stanowisk, które wcześniej przedstawił w odniesieniu do rosyjskich żądań zakończenia wojny na Ukrainie. Powtórzył, że sednem sprawy są pierwotne przyczyny , czyli rozszerzenie NATO na wschód.
Trump wbił srebrny gwóźdź w serce wampirów neokonserwatystów , którzy ślinili się na samą myśl o tym, że Trump zmusił Putina do zaakceptowania zawieszenia broni, ponieważ Putin, przynajmniej w ich urojonym świecie, desperacko pragnął porozumienia. Nic z tego. Trump pochwalił Putina i powiedział, że ich rozmowy były produktywne, choć niektóre kwestie pozostają nierozwiązane.
Oto próbka rozczarowanych reakcji propagandystów w mediach drukowanych:
15 sierpnia 2025, 19:12 czasu wschodniego (ET)
Raport z bazy wspólnej Elmendorf-Richardson
Po trzech godzinach rozmów prezydent Trump i prezydent Rosji Władimir Putin poinformowali dziennikarzy, że poczynili postępy w nieokreślonych kwestiach, nie podali jednak żadnych szczegółów, nie odpowiadali na żadne pytania i, co najważniejsze, nie ogłosili żadnego zawieszenia broni.
15 sierpnia 2025, 19:11 czasu wschodniego (ET)
Podróż z prezydentem Trumpem. Obaj panowie powoływali się na porozumienie, ale nie podali szczegółów. Trump zignorował krzykliwe pytania o to, co się właśnie wydarzyło i na czym polegało porozumienie. Ci z nas, którzy z nim podróżowali, zostali po prostu przewiezieni do Air Force One. To była długa droga. Trump wykonał wszystkie możliwe kroki, by zabłysnąć na czerwonym dywanie, i wraca do domu z pustymi rękami.
15 sierpnia 2025, 19:10 czasu wschodniego (ET)
Reporter Białego Domu, Putin, odniósł ze spotkania kilka sukcesów. Dostał wizytę w Stanach Zjednoczonych – i to na bazie wojskowej – oraz wizualizacje ciepłego powitania od Trumpa, a także kolejne opóźnienie sankcji wobec Rosji.
15 sierpnia 2025, 19:07 czasu wschodniego (ET)
Reporter Białego DomuChociaż nie jest jasne, czy i jakie porozumienia zostały zawarte, Putin pokazuje, że wciąż nie wycofuje się ze swojego stanowiska, że niezależnie od tego, co mówi Trump, dąży on do własnych celów w tej wojnie. Stwierdził, że chociaż Trump, który podkreślał korzyści ekonomiczne płynące z powstrzymania inwazji Rosji, jest zainteresowany dobrobytem Ameryki, Trump rozumie również, że „Rosja ma własne interesy narodowe. Obejmują one między innymi zajęcie terytoriów Ukrainy”.
15 sierpnia 2025, 19:03 czasu wschodniego (ET)
Mówiąc o potrzebie wyeliminowania „pierwotnych przyczyn” wojny na Ukrainie, Putin posługuje się swoim typowym skrótem myślowym, wymieniając listę żądań, które zostały kategorycznie odrzucone przez Ukrainę i Europę. Sugeruje to, że podtrzymuje swoje twarde stanowisko.
15 sierpnia 2025, 20:09 czasu wschodniego
Relacja z Kijowa na Ukrainie. Czekamy teraz na wieści od Zełenskiego i innych europejskich przywódców, do których Trump zapowiedział, że zadzwoni, aby poinformować ich o swoim spotkaniu z Putinem. Jednak niejednoznaczny charakter spotkania sugeruje niektórym mieszkańcom Ukrainy, że porozumienie pokojowe jest nadal wysoce nieprawdopodobne. „Wygląda na to, że Putin zyskał sobie więcej czasu” – napisał w mediach społecznościowych ukraiński deputowany Ołeksij Honczarenko. „Nie uzgodniono zawieszenia broni ani żadnej deeskalacji”.
Po prostu zabawne jest obserwowanie, jak prasa się wierci i kręci. Smutną prawdą jest, że zachodni establishment jest tak zarażony intensywną nienawiścią do Putina i Rosji, że nie jest w stanie słuchać, co Putin mówi. Kelly Anne Conway, na przykład, skompromitowała się, ośmieszając prezydenta Putina za wspominanie o znaczeniu prawosławia jako elementu rosyjskiej kultury.
Następne spotkanie, o ile w ogóle dojdzie do skutku, odbędzie się w Moskwie… prawdopodobnie pod koniec września lub na początku października. Przewiduję, że weekendowy cykl informacyjny będzie wypełniony okrzykami oburzenia większości europejskich przywódców oraz Zełenskiego i jego ekipy. To nic innego jak frustracja napędzana impotencją.
———————————
Leć nasz orle w górnym pędzie,
sławie, Polsce, światu służ.
Kto przeżyje wolnym będzie,
kto umiera wolnym już.
Hej, kto Polak, na bagnety…
========================================
Sławomir N. Goworzycki, „Tamtego lata. Zatajona historia Polaków” str. 393 i nn.
[książka jest dostępna na Allegro; jakieś ponure fatum uniemożliwia potrzebny, kolejny duży nakład. Bolesne. 2024.
Proszę moich czytelników, by dołączyli do modłów o skruszenie hamulców uniemożliwiających od lat pojawienie się tej Książki na rynku. md]
=========================================
Gdy po kościołach w niezajętej przez wroga części kraju lecz i w tych miejscach, w których bolszewicy nie ośmielali się zakazywać nabożeństw, zbierano się tłumnie, zanosząc w niebo błagalną litanię, tu przemożnym odgłosem był szmer tysięcy stóp po niezoranym rżysku, szelest żołnierskich butów o wiechcie polnego ziela na niespasanej od wielu dni łące oraz łomot coraz bliższych wybuchów. Artyleria sowiecka też się odezwała. Nacierający w pierwszych szeregach już widzieli z łagodnie opadających ku dolinie pól, jak masy wojsk na przyczółku mostowym w Borkowie rozwijają się szybko w bojową linię. Ci zaś, którym wypadło atakować nieco ku północy, na kierunku nadrzecznej, ocienionej wysoką zielenią wsi Wola, ku zarośniętej dolince potoku Naruszewka i dalej na Zawady – Popielżyn, nie od razu ujrzeć mogli swego przeciwnika. Na całej jednak linii zanosiło się na ciężki i gwałtowny bój spotkaniowy, bowiem oba wojska jednocześnie ruszały do natarcia i żadne nie zamierzało stąd ustępować.
Żołnierze nasi nawoływali się dość podobnie jak ich przodkowie w dawnych bitwach: „Hej, Radomiaki, równo!…”, „Piotrków… Łowicz, naprzód!…, „Kujawy! Do ataku !…”, „Kaliskie, Lubelskie, Tarnów, Rzeszówl”… i na sto jeszcze sposobów. Uczniowie, gdy z jednego miejsca przybyła ich większa gromada, zwłaszcza ci z Warszawy i większych miast, gdzie zakładów oświatowych jest wiele, wykrzykiwali zwyczajowe nazwy swych szkół: „Zamoyski!” „Staszic! ”, „Jagiellonka !”, „Konopczyński!” „Handlówka!”, „Górski!”..
I szły te „wesołe gimnazjony”. Chłopcy padali rażeni nieprzyjacielskimi pociskami… jeden, drugi, następny, jakże wielu… Jakże wielu z tych, którzy dorósłszy i wykształciwszy się odpowiednio, mogliby naszą Ojczyznę ubogacić i wznieść na wyżyny w tylu dziedzinach życia ludzkich zbiorowości… Tak zaś już oni nie powstaną z tego sławnego pola, by żyć nadal na padole ziemskim; już nie ucieszą swym wesołym głosem rodziców, rodzeństwa, bliskich i domowych. Ich młode, czyste dusze idą stąd na Sąd Wielki, przed oblicze dobrego Boga, który wie wszystko.
Lecz przecież padali pod ciosami i ci starsi, ci z pewnym już dorobkiem, ci z pokolenia, jakie właśnie sięgało po kierownictwo sprawami narodu ojcowie rodzin, którzy także, dawnym rycerskim obyczajem, stawili się na zew Ojczyzny, jak niegdyś owi konfederaci czy kresowi wolentarze.
Jednakże teraz, na tamtych błoniach, nie czas budowy się dopełnia, nie czas pokojowego wznoszenia gmachów, a właśnie czas walki i śmierci. O wolność, o przetrwanie biją się zaś wszyscy od księcia krwi do niepiśmiennego parobka, na obszarach od dalekich gór aż po północne pojezierza.
Był wśród nich niejeden, co swój dom opuszczał w rozterce, bo niedostatek, bo jedyny żywiciel rodziny, bo choroba najbliższych. Był taki, któremu słabnąca żona sama powiedziała z łoża choroby: „Idź”.. i poszedł. Był taki, któremu „idź” powiedziała małżonka będąca przy nadziei, otoczona nadto gromadką dziatek. Był i taki, co na odchodnem żegnał się z umierającym sędziwym rodzicem. Byli i inni… i rozmaite okoliczności rodzinne czy domowe. Lecz oni z własnej woli poszli na służbę dla Ojczyzny, a zarazem zostali na nią wysłani przez swoich… bo tak było trzeba.
Już grają sowieckie cekaemy, zaraz odpowiedzą im nasze. Jeszcze czterysta, jeszcze trzysta, dwieście kroków dla pierwszych szeregów nie marszu już, lecz morderczego biegu pośród gejzerów ziemi wzbudzanych wybuchami nieprzyjacielskich pocisków.
„Padnij!”, „Szybki ogień!”, „Powstań!”, „Naprzód biegiem!”
W nasze tyraliery uderzające na prawym skrzydle rażą nieubłaganie wrogowie ukryci za mostowym nasypem. Niedługo przecież, bowiem atakujący wzdłuż szosy biorą im niebawem tyły. Nasyp nie stanowi już zasłony, nasi za chwilę nań wbiegną, by spychać nieprzyjaciół w dół, na nadrzeczne błonie.
Wtedy to, pod błękitnym, lecz rozjaśnionym już przedpołudniowym upałem sierpniowym niebem, pod wysoko skłębionymi białymi chmurami, gdzieś tam z szeregu zabrzmiał dźwięczny młodzieńczy głos:
Oto dziś dzień krwi i chwały, oby dniem wskrzeszenia był…
I już kilka dalszych, tu i tam, podchwytuje:
W gwiazdę Polski orzeł biały patrząc lot swój w niebo wzbił…
Tam, w pułkach ochotniczych, ale i winnych, pieśń tę znał chyba każdy:
A nadzieja podniecany woła do nas z górnych stron…
Fala zgodnych głosów wionęła po błoniu. Krok nacierającej piechoty wyrównuje się, przecież bez rozkazu dowódców.
Zza Wkry huczy swoje moskiewska kapela, a tu przestrzeń już cała grzmi setkami gardeł jak jeden grom:
Powstań Polsko, skrusz kajdany, dziś twój tryumf albo zgon…
Armaty, karabiny, odłamki szrapneli biją już gęsto. Padają ranni i zabici. „Jezu Chryste!…” słychać wezwania konających „Sanitariusz!” wołają z szeregu.
Hej, kto Polak, na bagnety, żyj swoboda, Polsko żyj!
Napierające szeregi nie śpiewają już, lecz krzyczą. Wreszcie wszystkie te odgłosy, cała ta wrzawa przechodzi w jedno wielkie „hurrraaa !!!
Obie fale wojsk biegną już ku sobie w bitewnym zapamiętaniu. Zwarcie! Huk, trzask, zwielokrotnione uderzenia, ciosy, rozdzierający wrzask…
Tak po prawdzie, nie wiadomo skąd pieśń ta spłynęła na owo pole chwały i cierpienia. Gdy po bitwie, w okresie owego pamiętnego pościgu za bolszewikami przez pół tej części Europy, na dłuższych już postojach, kiedy to był czas ogarnąć myślą minione co dopiero wydarzenia, poczęto rozpamiętywać koleje boju nad Wkrą, nie było pomiędzy żołnierzami zgody co do tego, kto rozpoczął śpiew. Wielu z tych, co by dopomogli rozwikłać ową zagadkę, już nie żyło.
Czy był to więc pewien, nie pierwszej bynajmniej młodości przysadzisty nieco jegomość o powierzchowności majstra cechowego, z kompanii pierwszego rzutu, jeszcze na początku bitwy zmasakrowanej ogniem bolszewickiej artylerii? Zginął, lecz pieśń ze wzmożoną siłą popłynęła ku dalszym szeregom.
Czy może w młodzieńczym porywie zaintonował Warszawiankę któryś z tych nadrabiających miną „skauciaków”, z tych, jacy przeżyli cało, niedawne w czasie rzeczywistym, lecz jakże już odległe w wyobraźni, bitwy odwrotowe pod Łomżą, Ostrołęką czy Surażem? „Skauciaki” nacierały również w kierunku mostu kolejowego w Zawadach. Gdzie oni teraz?
A byli tam przecież i owi „adwokaci”, w średnim wieku ochotnicy ze stołecznych wyższych sfer. Może to oni dali, jak już nieraz bywało, dobry przykład całemu wojsku? Może to oni zagrzali je pieśnią w tej rozstrzygającej bitwie?
Czy jednak śpiewać nie zaczęły owe łepki z klas maturalnych i przedmaturalnych, ledwie co przysłane na front, te, co to gwizdały zrazu i hukały na dowódcę, że ich jeszcze nie puszcza do walki, że młodszą klasę już wysłano, a starszej kazano czekać?
Jeśli nie oni, to szturmowa pieśń popłynąć mogła od po raz kolejny bijących się o tę rzeczną przeprawę syberyjskich weteranów. Choć po pojawieniu się owego przypuszczenia od razu zaczęto nieelegancko żartować, że raczej nie, bo i w oddziałach tych, jako pochodzących z bardzo daleka, żadnego Warszawiaka zapewne nie uświadczysz, to i Warszawianki też pewnie nie. Już prędzej „Sybirankę”… Żartownisiów szybko zganiono, argumentując, iż pochopnie wykluczają oni spod owych dociekań całe bataliony, pułki, ba, nawet dywizje. No bo taka Dywizja Gnieźnieńska, Batalion Wileński, czy Kompania Górnośląska i rozmaite inne „regionalne„ oddziały…
Ktokolwiek by to był, przecież bojowa pieśń niosła się szeroko poprzez nasze zwycięskie szyki, od krańca do krańca. Zatem, prawem przeciwieństwa jak ktoś zauważył pierwszymi pieśniarzami musiały być, ani chybi, właśnie te warszawskie cwaniaki, te od dawnego „Gerlacha”, od „Norblina” czy może z elektrowni, które forsowały Wkrę powyżej mostu w Borkowie.
A może pieśń przyleciała od południowej strony, od Warszawy jakby, lecz właściwie od Modlina, od przybywających na bitwę pułków Podlaskiej Dywizji?
Ktoś upierał się, że to wcale nie mężczyźni ani nie chłopcy lecz dziewczyna z czołówki sanitarnej, tej właśnie, która najwcześniej przybyła na pole bitwy, poddała właściwy ton, poruszona w swym czystym panieńskim sercu doniosłością chwili oraz widokiem rozległych błoni, po których wśród huku dział i terkotu karabinów maszynowych płynęły, jedna za drugą, ciągnące się daleko tyraliery naszej piechoty.
To pewnie ona, młoda Polka, która porzuciła była bezpieczny dom rodzinny, by nieść ulgę i ofiarna posługę walczącym i cierpiącym braciom – rodakom, na skraju śródpolnego zagajnika, czy może obok jakiejś szopy na obrzeżach spalonej wioski, podniosła się znad dopiero co opatrzonego rannego, uniosła swą jasną głowę ku błękitnemu ojczystemu niebu, potoczyła wzrokiem po polu, hen szeroko… i zaśpiewała. Iskra padła na prochy.
Tak… tak chyba było. Lecz kto widział, kto pamięta tę dziewczynę? W którym służyła ona pułku?
Ktokolwiek ze spierających się nie miałby racji, przecież zagrzmiała tam i wtedy pieśń dumna, gniewna, nie znosząca sprzeciwu, wzbudzona blisko już przed wiekiem, dla zwycięstwa. Lecz wtedy nie zwycięstwo było dane naszym prapradziadom lecz straszna klęska. To owa „stara pieśń”, jak i inne ożywiająca domowe wnętrza miarowym szmerem fortepianu, gdy zmierzch rozpływa się po tajemniczych wtedy zakamarkach salonu, a ludzie wtapiają się w wygodne siedziska, by wspominać przy kominku minione dzieje.
Grzmijcie bębny, ryczcie działa, dalej dzieci w gęsty szyk…
Ledwie pod wysokim sierpniowym niebem, na tym polu szerokim, zabrzmiały owe znane takty, a już wiała pieśń od krańca do krańca. Gdy pierwsze szeregi zwarły się z wrogiem w śmiertelnym uścisku, dalsze odpowiadały im echem:
Wiedzie hufce wolność, chwała, tryumf błyska w ostrza pik…
Artyleria obu stron biła teraz niemiłosiernie ze wszystkich luf, wypełniając rozkazy przygotowania do natarcia, wydane przez obu walczących ze sobą dowódców.
W oddali, nad prącymi naprzód masami bolszewickich wojsk można było odróżnić czerwone plamy sztandarów. Potężniała wrzawa tysięcznych ludzkich głosów, wzmagała się uparta kanonada. Lecz nawet pośród bitewnego zgiełku, uparcie jak fala o brzeg morski, bił w niebo zgodny śpiew:
Leć nasz orle w górnym pędzie,
sławie, Polsce, światu służ.
Kto przeżyje wolnym będzie,
kto umiera wolnym już.
Hej, kto Polak, na bagnety…
Pieśń ta, jakże dawno temu skomponowana, chociaż w czasie innej wojny z Rosją, lecz przecież w jakże odmiennych okolicznościach, wyrażała wszakże stan obecny, wyrażała nastroje i pragnienia idących na wroga naszych żołnierzy. Dlatego właśnie zerwała się z tych pól, przez nikogo nieordynowana ani niezapowiadana owa „stara pieśń”, bojowy śpiew pradziadów.
Ach, kogóż tam nie było? Kto tam wtedy nie maszerował spiesznie, dzierżąc w garści swój wyniesiony z poprzednich bitew długi karabin z takimże bagnetem? Wskażcie dowolny spośród jakże wielu, typ polskiego chłopca, młodzieńca, mężczyzny, od czupurnego pomocnika rzeźnickiego z warszawskiego Powiśla, po kandydata na profesora w sławnym uniwersytecie na pewno był tam reprezentowany! Wielu atakowało w przemoczonych wciąż jeszcze mundurach, ponownie zbliżając się do rzeki, zza której bolszewicy zdołali ich wcześniej wyprzeć. Wtedy sztuka ta udała się wrogom, lecz teraz, o nie, teraz ani kroku w tył…
Setki par stóp mięsiły orną ziemię, pośród nieustających wybuchów szurały po mazowieckich zagonach, po łąkach, z których już ustąpiła poranna rosa.
Podążali tam, ramię w ramię, warszawscy czy krakowscy mistrzowie sportu oraz prawdziwe lebiegi, które nie wiedzieć jak przeniknęły do wojska i uchowały się w szeregu, a nie padły po drodze, niekoniecznie od bolszewickiej kuli czy szabli, lecz z własnej fizycznej słabości, potęgowanej trudami wojennymi. Byli tam oto ludzie najróżniejsi, w owych karnych, jednostajnych szeregach tyralierskich.
Ot, na przykład taki, co przed komisją zeznał, że ma wzrok jak inni i nie musi nosić okularów. Dostał więc frontowy przydział. Gdy w marszu na pierwszą bitwę sierżant spostrzegł w swej kompanii żołnierza w grubych okularach (jak się okazało, wcale niejednego), trochę się zdziwił efektami prac komisji lekarskich, po czym machnął na to ręką. Cóż poradzić jak powstanie to powstanie, zwyczajnie pospolite ruszenie. Zaś ów chłopak swoje szkła zakładał zwłaszcza do walki ogniowej, a strzelał dość celnie, lepiej nawet niż niektórzy z tych, co okularów w ogóle nosić nie musieli.
– Co ci jest? woła znowuż inny do kolegi. Jakim sposobem ty masz zgładzić bolszewika, skoro ciebie samego trzeba podtrzymywać, abyś nie upadł? – Dziękuję. Nic nie szkodzi odpowiada tamten. Czasami miewam takie jakieś duszności; może jaka astma czy co? Ale… ruch na świeżym powietrzu, od tylu już dni… Ha, ha, ha!… Zaraz mi przejdzie. Dotąd zawsze przechodziło dość szybko. To co im mówiłeś na komisji lekarskiej? Nic. Ot, krótko, że jestem zdrowy. A oni się nazbyt nie przyglądali. Spieszyli się przecież… No, sam wiesz. Jasne.
Tyraliery co pewien czas przypadały na komendę do ziemi, by za byle zasłoną skryć się przed wrogim ogniem i zarazem ostrzelać nadciągającego przeciwnika. Jednak co poniektórzy ochotnicy w bitewnym uniesieniu nie pamiętali ani o smutnych doświadczeniach z poprzednich bojów, ani o tyle razy powtarzanych przestrogach dowódców i strzelali z pozycji klęczącej albo i na stojąco. Szrapnele rozrywały się nad ich głowami.
Ty durniu! wrzeszczał więc jakiś chłopak do ledwie co ranionego kolegi. Nie trzeba było tak idiotycznie, jak jaki nadęty gówniarz wystawiać się na kule… Straciliśmy dobrego żołnierza… czyli ciebie… I to nie z winy tego wrednego bolszewika co to cię postrzelił, ale wyłącznie z twojej, z twojej winy!
Tyle gadania – stęknął tamten, ale Moskalom się nie pokłoniłem ani przed nimi nie padłem, jak wy. Wy, „królewiacy”, może przyzwyczajeni… a ja nie!
Dobra dobra… Te, „galileusz”, nie bądź taki chojrak, bo cię znowu trafią!
Parli do ataku tyleż chłopcy zdrowi, co i kulejący, tacy, którym buty z okrwawionych nóg zeszły, chłopcy ukrywający rozmaite swoje niesprawności, lżejsze zranienia, możliwe do opanowania kontuzje, a wszyscy niepomni na owo bezmierne zmęczenie owoc nadludzkich trudów, niedojadania, niekończących się przemarszów… Jeszcze przed kwadransem potykali się z wyczerpania i z niedostatku snu. Lecz wobec wroga, na kilka minut, na minutę przed skrzyżowaniem oręża stawali się kimś innym; nie wymizerowanymi chudziakami chłopaczynami, ale wręcz jakimiś olbrzymami z dawnych podań, i uderzali jak olbrzymy, bez pardonu.
Tak, tak… To już nie sprawa broni, sprawności, sił, zdrowia, zaopatrzenia, wyszkolenia ani liczby. Tarn i wtedy walczyły ze sobą nie tyle dwie armie, co czysta i bezgraniczna młodzieńcza miłość przeciwko zapiekłej, zaplanowanej i zorganizowanej nienawiści, nieuznającej niczego poza sobą samą, a pragnącej zawładnąć światem całym. Nadto… ten szczególny dzień. Bo przecież tego a nie innego dnia rozegrały się owe zdarzenia. Tam i wtedy starli się z jednej strony, chociaż nie bezgrzeszni, wszakże czciciele Najświętszej Maryi Panny, z drugiej zaś… No właśnie…
I nie wiedzieć czy to tylko wybuchy szrapneli zagrały jakby staccato, czy gdzieś tam, od tych połogich wzgórz na obrzeżach doliny, rzeczywiście zawarczały werble, ścichły jakby znów zahuczały do wtóru wojskom idącym na bolszewika z pieśnią na ustach?… Jakby ów legendarny „mały dobosz” podawał takt, bijąc wytrwale pałeczkami…
A może to się tak tylko zdawało niektórym żołnierzom? Może to po prostu walą od wzniesień kulomioty zdrożonego i wykrwawionego suwalskiego pułku, zamykające najeźdźcom najkrótszą stąd drogę do mostów modlińskich?… Zaś naprzeciw już widać wyraźnie zbliżające się postacie, już widać twarze, niezliczone twarze nadbiegających wrogów.
Biją werble! Równaj krok! Hurraaa! Naprzód ! Jezus Maria Józef !
Od strony bolszewickiej podniósł się w niebo ten znany, ogłuszający, przeciągły ryk, obliczony na sparaliżowanie siły i woli przeciwnika, od krańca do krańca „uuurrraaa!”. Nic z tego. Strachy na Lachy. Teraz to my jesteśmy szybsi i mocniejsi i tak już pozostanie.
Kolejne dnia tego ruchome, zmierzające ku sobie linie piechoty zwarły się wreszcie z ogromnym łoskotem. Cóż to się wtedy działo…
Nie nam, chudopachołkom, rozprawiać o wielkich czynach naszych pradziadów. Jesteśmy na to za mali. Oni wszak nie znali owego upodlenia, w jakim nam przyszło grzęznąć i z jakiego nie potrafimy się tak do końca wydostać… A może nie chcemy już…
Rozpędzona nie mniej od polskiej ława wojsk bolszewickich wytrzymuje pierwsze uderzenie, lecz po dłuższej chwili zaczyna się chwiać. Raz to grupa atakujących Polaków wedrze się w głąb nieprzyjacielskiego szyku, to znów bolszewickie sołdaty z największą furią natrą na rozpędzonych naszych. Lecz ci, jakby w jakimś nadludzkim szale, rozdają zabójcze ciosy i prą naprzód, ku widocznej spoza nadbrzeżnej zieleni rzece, ku mostowi. Wojownicy nasi, w pełni swego gniewu, owe „straszne dzieci”, jak się ktoś o nich później wyraził, wymierzają oto słuszną zapłatę najeźdźcom. Na ziemię padają porażeni wrogowie, padają i oni. Któryś z naszych, stwierdziwszy iż nie może poruszać nogą, leżąc walił ze swego karabinu w kierunku z jakiego nadchodził wróg, dopóki biegnący koledzy nie znaleźli się w jego polu rażenia; a i wtedy unosił ponad głowę zbrojną prawicę i krzyczał: „Naprzód, chłopaki, naprzód!”. Inny, otrzymawszy postrzał skulony z bólu także repetował swój karabin i, wsparty na łokciu, strzelał w majaczącą przed nim ciemną masę nieprzyjaciół.
Jeszcze inny, gdy już zwarły się nacierające na się wzajem rzesze ludzkie i gdy mocnym uderzeniem wytrącono mu karabin z dłoni, a on w jednym mgnieniu pojął, iż schylać się po swoją broń oznacza śmierć, z gołymi rękami rzucił się na nacierającego nań bolszewika.
Wiele by o nich mówić… Nawet i ten cherlawy pokurcz, z jakiego podśmiewano się w szkole na zajęciach z gimnastyki, istna oferma batalionowa która wszak z pogodą znosiła nie tak znowuż dokuczliwe docinki kolegów, niezgrabiasz prawdziwy, teraz jakby dostał skrzydeł. Naciera w pierwszym szeregu, wyrywa się z dziwnym jakimś charkotem do przodu, a jego broń jak owo wiejadło, jeno furkoce w skwarnym powietrzu sierpnia.
Już masa bolszewicka ustępuje na całej prawie linii. Na nic ryki idących z tyłu komisarzy i czekistów. Na nic strzelanie do uciekających już w popłochu co poniektórych własnych sołdatów Na nic najgrubsze przekleństwa, na nic serie karabinów maszynowych coraz to posyłane w plecy swoim wojskom, w sam środek grup cofających się przed naszymi chłopcami.
Na borkowskim moście dudnią końskie kopyta. To gońcy gnają do sztabu sowieckiego, aby powiadomić o niebezpieczeństwie. Nim tam dojadą, światowa rewolucja poniesie kolejne wielkie straty. Oto bowiem, na niezważające już na nic gromady bolszewików, prące w panice przez niegłęboką wodę, by tylko dostać się na wolny jeszcze od Polaków lewy brzeg Wkry, zwalają się masy ich własnych towarzyszy, bezpośrednio gnanych i bitych przez naszą młodą ochotniczą piechotę. Wielki tłum pośród nieopisanej wrzawy tratuje i wyrywa z grząskiej ziemi nadwodne krze. Tocząca się na setek i tysięcy metrów bitwa powraca w nurty spokojnej, leniwie płynącej rzeki. Setki ludzi, w zmoczonym odzieniu, napieraj ą na siebie, biją, topią. Powolny prąd poczyna unosić coraz to liczniejsze trupy, przeważnie bolszewików. Niektórzy z bojców daremnie próbują udawać martwych, spływając w ślad za ciałami swych poległych towarzyszy. Jednak wszystko jest dobre, aby tylko ujść cało z tego przerażającego pogromu.
Niesłabnąca w swym naporze ława srogiej naszej piechoty już wypycha przeciwnika na drugi brzeg. Czerwoni bojcy, tu i owdzie, próbują się jeszcze opierać zza nadbrzeżnych chaszczy brodzącym w ślad za nimi Polakom. Ci zaś, mocząc do cna mundury, a nawet i broń, jak mogą, tak łapią ten upragniony przyczółek, byle szybciej. Jedni, w ślad za uciekającymi, brną przez jakieś przyrzeczne błotka, gęsto się ostrzeliwując. Inni chwytają się wszelakich ocalałych po przejściu bolszewików gałęzi, gnąc je i łamiąc do reszty, a zarazem nieustannie opędzając się od niedających za wygraną krasnoarmiejców.
Którzy stanęli już na brzegu, podają ręce, łamane gałęzie czy kolby karabinów wydobywającym się dopiero z wody kolegom. Płuca dyszą ciężko, rany krwawią, ciąży mokre ubranie. Niewielu już z sołdatów ma na ramionach plecak czy zrolowany płaszcz. Jeszcze czerwone komandiry ryczą na cały głos ostatnie rozkazy. Jeszcze wycofane uprzednio na lewy brzeg Wkry grupy czekistów sieką z karabinów po swoich i po naszych. Lecz polska nawała już ku nim zmierza, tratując próbujących się opierać, pędząc przed sobą gromady przerażonych wrogów. Spomiędzy nadrzecznych wierzb i topoli wybiegają coraz to liczniejsze postacie z orłem i z dwubarwną kokardą na czapce.
Polska artyleria przestała bić, by nie razić swoich. Pilnie potrzebne są namiary na nowe cele, bo tych nie brak. Na owym etapie zmagań nie śpiewa nikt już, ani nie zagrzewa do walki. Wśród strzałów, jęków i krzyków wybija się człapanie setek par mokrych buciorów i utrudzony oddech setek trzewi. Stojące dalej polskie baterie szykują się do zajęcia pozycji bliżej rzeki, aby lepiej wspierać to niezwykłe natarcie. Na niezniszczony most w Borkowie wpada obserwator artyleryjski na rączym wierzchowcu, rozpytując się na prawo i lewo o dowódców piechoty. Spodziewa się, że ci właśnie pomogą mu w ustaleniu nowych celów, lecz te zmieniają się z każdym kwadransem, bowiem oddalają się ku wschodowi. A tu już gromady słaniających się na nogach bolszewików rzucają broń, unoszą w górę ręce. Trzeba je ogarnąć, uformować w kolumny, pognać czym prędzej za rzekę, na nasze tyły. „Naprzód!” krzyczą oficerowie idący z najpierwszymi oddziałami.
Aby tylko jak najdalej od Wkry, aby „urobić” jak najwięcej terenu, wyrwać go ze szponów wszechświatowej rewolucji ocalić od zniszczenia, od zniewolenia, aby zagrozić siłom bolszewickim opierającym się o nieodległy Nasielsk miasto i stację kolejową. Przed naszymi czołowymi oddziałami znowu zaczynają się rozrywać pociski. Lecz nie, tym razem to nie wróg strzela… To własna uważna artyleria zaczęła już oczyszczać przedpole dla wciąż nacierającej, niezłomnej piechoty.







[Czemu PiS-u, baranku??





















15.08.2025 https://www.tysol.pl/a145193-tadeusz-pluzanski-kibicom-maccabi-hajfa
15 sierpnia 1940 r. do Auschwitz przybył pierwszy transport ludności z Warszawy. To głównie więźniowie Pawiaka oraz Polacy schwytani podczas ulicznych łapanek. Razem około 1600 osób. W nocy z 21 na 22 września 1940 r., w drugim transporcie z Warszawy, Niemcy przywieźli do obozu Auschwitz kolejnych więźniów.

Brama KL Auschwitz
W tym drugim transporcie znalazło się 10 kierowników warszawskich szkół, którzy odważyli się świętować razem młodzieżą rocznicę Konstytucji 3 maja. Wymieńmy wszystkich z imienia i nazwiska: Stanisław Boczar, Romuald Buczowski, Stanisław Dobrowolski, Jan Jastrzębski, Kazimierz Mamczar, Stefan Nowiński, Wacław Płużański (mój dziadek), Ludwik Rajewski, Józef Wójcik, Stanisław Zawadzki.
Stanisław Zawadzki zanotował:
„We wtorek, 21 września 1940 r., zostaliśmy zgrupowani na placu [w więzieniu na Pawiaku]. Podjeżdżały ciężarowe auta, kryte plandekami. Na rampie kolejowej zostaliśmy załadowali do towarowych wagonów”.
Wagony jechały do Auschwitz.
W obozie nauczyciele postawili sobie trzy cele: walczyć z deprawacją i utrzymać ludzką godność; ból przeradzać w nadzieję, zgodnie ze stwierdzeniem Wergiliusza w „Eneidzie”, że życie jest większą powinnością, niż śmierć i wymaga nie mniejszej odwagi, niż śmierć; nie zapomnieć, że Ojczyzna jest w niewoli i nawet w szczególnych warunkach obozowych walczyć o Jej niepodległość.
Zawadzki:
„Hitlerowcy byli przekonani, że takie posunięcie sterroryzuje nauczycieli warszawskich spoza murów więziennych i obozów koncentracyjnych – tymczasem nasze wywiezienie do Oświęcimia zapoczątkowało tajne nauczanie”.
Prócz Stanisława Zawadzkiego, Auschwitz przeżył jeszcze Ludwik Rajewski. Pozostali nauczycieli zginęli (Wacław Płużański jeszcze na Pawiaku).
W tym samym transporcie w nocy z 21 na 22 września 1940 r. Niemcy wywieźli do Auschwitz rotmistrza Witolda Pileckiego i Władysława Bartoszewskiego. Jakże inaczej obaj zapamiętali ten moment. Pilecki zapisał:
„Transport wtacza się na bocznicę kolejową w Oświęcimiu. Była noc. Wagony zostają otwarte. W świetle reflektorów za pomocą bicia pałkami opróżnia się wagony. Wokół stoją Niemcy w czarnych mundurach. Krzyki Niemców, jęki bitych i szczutych psami więźniów, strzelanina – wydawało mi się, że znalazłem się w samym piekle”.
Bartoszewski (na spotkaniu w latach 90. w Centralnej Bibliotece Wojskowej w Warszawie) powiedział (cytuję z pamięci):
„Jechałem do Auschwitz, razem ze mną jechał Pilecki”.
Smaczku dodaje fakt, że spotkanie było poświęcone… Pileckiemu. W dalszej części Bartoszewski również mówił głównie o sobie. Nie spotkałem zresztą żadnej wypowiedzi Bartoszewskiego chwalącej bohaterstwo Pileckiego, choć był o niego pytany wiele razy…
Potem było tylko gorzej. Władysław Bartoszewski odmówił Witoldowi Pileckiemu Orderu Orła Białego, jako członek kapituły tego najwyższego polskiego cywilnego odznaczenia. Tłumaczył się pokrętnie: że kapituła nie zajmowała się sprawą, że decyzję podejmował samodzielnie Lech Kaczyński. Ale sprzeciw nie musiał mieć charakteru formalnego. Ważne były wypowiedzi Bartoszewskiego, że rotmistrz nie powinien mieć Orła Białego. A śp. prezydent Kaczyński mógł (musiał) sam podjąć decyzję, wiedząc, że kapituła się temu sprzeciwia. I tylko dzięki ominięciu kapituły rotmistrz Pilecki Order Orła Białego otrzymał (podobna sytuacja dotyczyła generała Augusta Emila Fieldorfa „Nila”).
Potem Bartoszewski swoją „wstrzemięźliwość” uzasadniał faktem, że nikt nie dostał Orderu Orła Białego pośmiertnie. Nieprawda, gdyż taki order pośmiertnie otrzymał m.in. generał Władysław Sikorski, premier i Naczelny Wódz, czy generał Michał Karaszewicz-Tokarzewski, dowódca Służby Zwycięstwu Polski.
Ale Bartoszewski, blokując pośmiertne odznaczenie dla Pileckiego, postąpił dla siebie logicznie. Bo mógł być tylko jeden bohater KL Auschwitz. I miał nim być Władysław Bartoszewski, który po siedmiu miesiącach został wypuszczony. Nie mógł nim być Witold Pilecki, który trafił do Auschwitz z ochotniczą misją i przez dwa lata i siedem miesięcy tworzył więźniarską konspirację zbrojną. Po wojnie był już ktoś, kto kradł życiorys Pileckiego. To wieloletni komunistyczny premier Józef Cyrankiewicz, który w PRL miał być jedynym bohaterem Auschwitz. Dziś to jednak Pileckiemu stawiamy w całej Polsce pomniki i organizujemy marsze jego imienia. Wbrew Cyrankiewiczowi i Bartoszewskiemu.
Władysław Bartoszewski był potem znany z wypowiedzi o nekrofilii (śmierć prezydenta Lecha Kaczyńskiego) czy o dyplomatołkach i bydle (PiS). A w owym czasie w Kapitule Orderu Orła Białego zasiadali również: Krzysztof Skubiszewski, Bronisław Geremek i Tadeusz Mazowiecki.

[to Sendlerowa]





yyyy………….


Tylko dla orłów
Izabela Brodacka
Wiele osób zastanawia się od lat nad bardzo poważnym problemem. Co poszło nie tak? Dlaczego nasza niepodległość okazała się tak ułomna, dlaczego straciliśmy prawie wszystkie ważne zakłady przemysłowe, dlaczego miotamy się od kilkudziesięciu lat w chocholim tańcu, dlaczego wreszcie nasza klasa polityczna z roku na rok staje się coraz gorsza?
Wiele wyjaśniła mi książka Józefa Orła pt. „Orle Gniazdo” .
Orzeł jest roztkliwiająco szczery. Bez oporów przyznaje się zarówno do swego żydowskiego pochodzenia jak i do tego, że jego rodzice byli funkcjonariuszami komunistycznych organów. Wprawdzie niskiego szczebla – lecz byli. Z podobną szczerością graniczącą z ekshibicjonizmem opisuje Orzeł swoje nawrócenie na religię katolicką, a nawet religijne wizje czy widzenia. Szczerość jest rzeczą rzadką, szczególnie wśród ludzi zajmujących się polityką, więc w zasadzie należy zaliczać ją Orłowi na plus. Z wieloma poglądami Orła formułowanymi w tych wspomnieniach zgadzam się całkowicie. To, jak mówi klasyk Wałęsa, dla Orła kolejny plus dodatni.
Zanotowałam sobie kilka przykładów. Na stronie 194 komentując reformy Balcerowicza Orzeł pisze: „ komuniści się już uwłaszczyli i wystarczy, a zwykłym ludziom od rynku wara”. Nic dodać nic ująć. Gdy Orzeł podobno zaproponował Balcerowiczowi uwłaszczenie pracowników pegeerów Balcerowicz oświadczył: „ Jak dostaną ziemię to ją sprzedadzą i przepiją”. Balcerowicz prezentuje tu klasyczną pogardę swego środowiska wobec szeregowych obywateli naszego kraju. Podobnie odnosił się według Orła do uwłaszczenia mieszkań.
Na stronie 204 Orzeł wyjaśnia przyczyny bezkarności dwóch aferzystów Bagsika I Gąsiorowskiego, którzy zasłynęli zarabianiem ogromnych sum za pomocą mechanizmu zwanego „ oscylatorem”. Przy szalejącej inflacji wozili z banku do banku wory pieniędzy uzyskując za ich przechowywanie (nawet bardzo krótkie) ogromne kwoty odsetek. W 1991 roku Bagsik ujawnił, że sumy te były przeznaczone na operację „ Most”, czyli na transportowanie rosyjskich Żydów do Izraela. Wydaje mi się, że Orzeł doskonale znał kulisy operacji „Most” w trakcie jej trwania czyli wtedy gdy my wszyscy byliśmy zaszokowani rabunkiem finansów Polski i bezkarnością rabusiów. Orzeł – wydaje mi się -należał do osób bardzo dobrze poinformowanych.
O ile pamiętam -co potwierdza pamiętnik męża- zniechęcał męża do publikowania tekstów na temat afery FOZZ w wysokonakładowej prasie. Teksty na ten temat ukazywały się początkowo w bezdebitowym pisemku „ Głos wolnego robotnika,” które miało z oczywistych przyczyn ograniczony zasięg. Pierwszy tekst w oficjalnym obiegu opublikował Piotr Jegliński w „Spotkaniach” i miał podobno z tego tytułu kłopoty. W sprawie FOZZ obowiązywała omerta i osoby starające się przerwać rabunek finansów kraju napotykały na mur niechęci i braku zainteresowania. Uzasadniano to faktem, że skup przez państwo własnych długów był według prawa międzynarodowego nielegalny więc ujawnienie mechanizmu ich skupu, w którego celu rzekomo założono FOZZ było dla wizerunku Polski niekorzystne.
Tak naprawdę FOZZ był to kranik [no, ogromny kran ! MD] z pieniędzmi dla komunistycznej nomenklatury, której nie wystarczało uwłaszczenie się na majątku narodowym. Nie należy się dziwić, że beneficjenci tego mechanizmu sprzeciwiali się jego ujawnieniu. Chciałabym być dobrze zrozumiana. Nie uważam Orła za powiązanego w jakikolwiek sposób z tą aferą. Orzeł był po prostu dobrze poinformowany w sprawach, które dla nas, plebsu, miały pozostać tajne. Takich choćby jak operacja Most.
W czasach solidarnościowych i posolidarnościowych Józef Orzeł jest właściwie wszędzie. Doradza opozycjonistom, Mazowieckiemu, Olszewskiemu, twórcom programów ekonomicznych i społecznych. Inteligentny, elokwentny i jak powiedziałam wyjątkowo dobrze poinformowany. Obecnie też jako założyciel klubu Ronina, w którym odbywają się ciekawe dyskusje i spotkania opowiedział się – jak dla mnie – po dobrej stronie mocy. I jako człowiek niezwykle inteligentny budzi właściwie moją sympatię.
A jednak Józef Orzeł jest klasycznym przykładem błędu założycielskiego III Rzeczpospolitej. Pozwoliliśmy komuchom ukraść naszą solidarnościową rewolucję. Pozwoliliśmy żeby miejsce autentycznej opozycji zajęli dysydenci systemu. Trockiści, rewizjoniści – jak ich zwał tak ich zwał. Dopuściliśmy nawróconych czy odwróconych komunistów i ich progeniturę do wypchnięcia z szeregu i z historycznej pamięci prawdziwych przeciwników komunizmu- żołnierzy wyklętych, emigrację, niedobitki ziemiaństwa. Czy intencje kontraktowych opozycjonistów były dobre czy złe nie ma w danej chwili najmniejszego znaczenia. Otrzymali zbiorowe wybaczenie ich zbrodni oraz zbrodni ich rodziców. Wybaczenie również w imieniu torturowanych i pomordowanych w komunistycznych kazamatach.
Ładnie brzmi stwierdzenie, że dzieci nie odpowiadają za zbrodnie swoich rodziców. A jeżeli dzieci korzystają z owoców tych zbrodni? Nikt nie zwrócił prawowitym właścicielom zrabowanych im mieszkań w Alei Róż czy Alei Przyjaciół. Trudno zresztą wymagać żeby ktoś dobrowolnie pozbywał się mieszkania czy majątku. Ale to stawia pod znakiem zapytania wiarygodność tego nawrócenia na liberalizm czy liberalną demokrację. Opozycja kontraktowa wypchnęła opozycję prawdziwą działając w interesie swego środowiska. Utrzymać zrabowane, zdobyć więcej uwłaszczając się na majątku narodowym, wydoić to państwo do dna – to były i będą ich cele i priorytety. A żołnierzom wyklętym odmówić nawet pamięci. Przecież do dziś dnia niektórzy ośmielają się nazywać ich bandytami.
Co z tym wszystkim wspólnego ma Józef Orzeł? Z całą pewnością nikogo nie rabował, ani się nie uwłaszczał na narodowym majątku. A jednak wspomina pracę w organach swoich rodziców jako fakt bez znaczenia. Z jego wspomnień pośrednio wynika, że wywodzi się ze środowiska którego zdaniem udział w reformowaniu kraju należał i należy do lepszych, do tych którzy zawsze umieli sobie poradzić, czyli do tych którzy za młodu byli komunistami albo byli nimi ich rodzice. Trudne zadania są tylko dla orłów.

(fot. prtscr// youtube/ VaticanNews English)
Ziemia Święta, będąca miejscem najwyższego objawienia i manifestacji Boga, jest również miejscem najwyższego ujawnienia się mocy szatana – mówił łaciński patriarcha Jerozolimy kard. Pierbattista Pizzaballa podczas Mszy św., jaką odprawił w klasztorze benedyktynów w Abu Gosz w uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.
Hierarcha odniósł się do trwających w Ziemi Świętej „miesięcy pełnych bólu” z powodu wojny. Podkreślił, że nie pozwalają one na „wygłaszanie przemówień o pokoju w sposób słodki i abstrakcyjny, a więc niewiarygodny, ani na ograniczanie się do kolejnych analiz lub skarg”. Trzeba raczej w tym dramacie, który szybko się nie zakończy, trwać jako ludzie wierzący.
Odwołując się do fragmentu Apokalipsy kard. Pizzaballa wskazał, że szatan „nigdy nie przestanie się rozpychać i wściekać na świecie, zwłaszcza przeciwko tym, którzy «strzegą przykazań Boga i mają świadectwo Jezusa»”. I choć „chcielibyśmy, żeby zło zostało pokonane jak najszybciej, żeby zniknęło z naszego życia”, to tak się nie dzieje. „Musimy wciąż na nowo uczyć się żyć z bolesną świadomością, że moc zła będzie nadal obecna w życiu świata i w naszym. Nie będziemy w stanie pokonać ogromnej mocy tego smoka naszymi siłami ludzkimi. To tajemnica, jakkolwiek ciężka i trudna, która należy do naszej ziemskiej rzeczywistości” – podkreślił łaciński patriarcha Jerozolimy.
Zaznaczył jednocześnie, że – w świetle dzisiejszej uroczystości – szatan nie może zwyciężyć. W obecnym ciężkim i trudnym doświadczeniu „Bóg nadal się nami opiekuje, ostrzegając nas przede wszystkim przed siłą zła, przed światową siłą, która na tej Ziemi i w tym czasie wydaje się naprawdę dominować”. Nie powinniśmy żywić iluzji, gdyż nawet koniec wojny nie będzie oznaczał końca wrogości i cierpienia, które spowodowała.
„Z serc wielu nadal będzie wychodzić pragnienie zemsty i gniewu. Zło, które zdaje się rządzić sercami wielu, nie zaprzestanie swej aktywności, ale zawsze będzie działać, powiedziałbym nawet kreatywnie. Przez długi czas będziemy musieli zmagać się z konsekwencjami tej wojny w życiu ludzi. Wygląda na to, że ta nasza Ziemia Święta, będąca miejscem najwyższego objawienia i manifestacji Boga, jest również miejscem najwyższego ujawnienia się mocy szatana. I być może właśnie dlatego, że jest to miejsce będące sercem historii zbawienia, stało się także miejscem, w którym «starodawny przeciwnik» stara się narzucić bardziej niż gdziekolwiek indziej” – przypuszcza hierarcha.
Zachęcił chrześcijan Ziemi Świętej, aby w kontekście śmierci i zniszczenia byli siewcami dobra, tworzącymi przestrzeń uzdrowienia i życia, tak aby szatan nie miał ostatniego słowa. Kard. Pizzaballa wyraził przekonanie, że wcześniej czy później szatan ulegnie, ale na razie trzeba znosić to, że płynie krew niewinnych, nie tylko w Ziemi Świętej. Nie jest ona jednak zapomniana, lecz zmieszana z krwią Baranka, mając udział w dziele odkupienia.
KAI





_Maccabi Hajfa – Pub Mentzen
——————————–





[powtarzamy, aby dotarło do … no, do kogo??? md]

[dla młodzieży: to Kaszpirowski]

[długo to nie trwało…. – nadzieja..]
==========================





http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5877
Stanisław Michalkiewicz „Magna Polonia” (www.magnapolonia.org) • 16 sierpnia 2025
W swoim inaugurującym prezydenturę orędziu do narodu, wygłoszonym w Sejmie 6 sierpnia, prezydent Karol Nawrocki zapowiedział utworzenie Rady do spraw Naprawy Ustroju. Odebrane to zostało, jako zapowiedź zmiany obowiązującej konstytucji – ale myślę, że „naprawa ustroju” obejmuje znacznie szerszy zakres zagadnień, niż tylko materie konstytucyjne.
Warto w związku z tym przypomnieć, że u podstaw systemu prawnego naszego nieszczęśliwego kraju, leżą dekrety i ustawy komunistyczne, jak np. dekret o reformie rolnej, czy ustawa o przejęciu na własność państwa podstawowych gałęzi gospodarki narodowej. Każda analogia jest trochę kulejąca, ale jest to trochę tak, jakby u podstaw systemu prawnego Republiki Federalnej Niemiec, leżały sobie, jak gdyby nigdy nic, hitlerowskie ustawy norymberskie.
Obawiam się, że rada przy panu prezydencie Nawrockim w ogóle tymi sprawami nie będzie się zajmowała. Uważam tak dlatego, że nie ma w Polsce wpływowej siły politycznej, która by w takim radykalnym odejściu od socjalizmu, czy komunizmu była zainteresowana. Wskazuje na to choćby fakt, że przez ponad 30 lat, jakie minęły od sławnej transformacji ustrojowej, nie została przyjęta ustawa o restytucji mienia, która była przygotowana już na wiosnę 1992 roku. Osobiście proponowałem Kukuńkowi podczas audiencji, by ten projekt ustawy wniósł jako pierwszą swoją inicjatywę ustawodawczą. Mówiłem, że ustawa ta ma charakter ustrojowy; odkręca to, co komuna nakręciła, więc nawet wypada, żeby taki prezydent, jak Kukuniek złożył ją w Sejmie jako pierwszą, własną inicjatywę. Dalej mówiłem, że jeśli ta ustawa wejdzie w życie, to odrodzi się w Polsce gruba warstwa właścicieli, która będzie stanowiła naturalne zaplecze dla ugrupowań antykomunistycznych, czy antysocjalistycznych i wreszcie – że jeśli Kukuniek będzie chciał ponownie kandydować, to będzie miał za sobą historyczny argument. Ale Kukuniek nam odmówił, a 4 czerwca 1992 roku zrozumiałem dlaczego.
Najwyraźniej oficerowie prowadzący mu na to nie pozwolili („wiecie, rozumiecie Wałęsa – bo przypomnimy wam skąd wam wyrastają nogi”), bo już od dwóch lat instalowali w Polsce model kapitalizmu kompradorskiego, w którym o dostępie do rynku i możliwości działania na rynku decyduje przynależność do sitwy, której najtwardszym jądrem jest właśnie bezpieka. Toteż żadną restytucją mienia nie była ona i nie jest do dnia dzisiejszego zainteresowana, bo po co oddawać, kiedy przecież można ponownie ukraść, a potem oddać niechby i za pół ceny Niemcom, albo Żydom – bo przecież bezpieczniacy nadają się do gospodarki, jak paralityk do baletu. Ciekawe, że i AWS tylko markowała chęć przeforsowania ustawy o restytucji mienia, bo wprowadziła do projektu przepis, który nazwałem „paragrafem aryjskim”, co do którego było jasne, że prezydent Kwaśniewski wykorzysta go jako pretekst do veta. Tedy przedstawiłem na piśmie panu prof. Bieli, by zrezygnował z „paragrafu aryjskiego”, bo ten sam cel można osiągnąć przy użyciu narzędzia nie wzbudzającego niczyich podejrzeń – żeby mianowicie zapisać w ustawie, iż pretendujący do odzyskania mienia powinien udowodnić swoje uprawnienia według prawa polskiego.
Ale tu właśnie tkwił „koci pazur”, bo pod pozorem oczywistej oczywistości, zapis nawiązywał do zapomnianego już przepisu wprowadzającego kodeks cywilny, że jeśli do w stosunku do jakiegoś spadku nie zostało wszczęte – wszystko jedno z czyjego wniosku – postępowanie o stwierdzenie nabycia spadku do 1 stycznia 1949 roku, to taki spadek, jako „utracony” przypada bezapelacyjnie Skarbowi Państwa. Zatem zapis o konieczności wykazania swoich uprawnień według prawa polskiego, eliminował wszystkich, czy prawie wszystkich Żydów, bez wzbudzania ich czujności. Wstyd się przyznać, ale zrozumiałem swoją naiwność, że sądziłem iż AWS naprawdę chce przeforsować restytucję mienia, kiedy zobaczyłem, że pan prof. Biela utrzymał paragraf aryjski w ustawie, którą prezydent Kwaśniewski oczywiście zawetował – i do dziś dnia tej ustawy nie ma, a obawiam się, że już nie będzie.
AWS-owi nie chodziło o żadną restytucję mienia, tylko o jej zamarkowanie, sprowokowanie prezydenta Kwaśniewskiego do veta, żeby potem zwalić winę na niego. Ale to nie Kwaśniewski był winien, bo on, jako TW „Alek” podlegał przecież, a może i nadal podlega bezpieczniakom, którzy – jak powiadam – żadną restytucją mienia nie są zainteresowani, bo w kapitalizmie kompradorskim znaleźli odpowiednie warunki rozwoju nie tyko dla siebie, ale i dla swego potomstwa.
Tymczasem jeśli nie odejdziemy od modelu kapitalizmu kompradorskiego, to narodowy potencjał gospodarczy będzie wykorzystany w niewielkim stopniu, ponieważ wszyscy, którzy do bezpieczniackiej sitwy nie należą, muszą być wyrzuceni poza główny nurt życia gospodarczego, z sektorem finansowym, paliwowym, energetycznym i tym podobnymi „sektorami strategicznymi” gdzieś na peryferie gospodarki, bo inaczej przywilej dla sitwy utraciłby ekonomiczny sens. W rezultacie, z powodu tej wady ustrojowej, państwo polskie skazane jest na bycie „sługą”, jak nie „ukraińskiego”, to żydowskiego, albo i niemieckiego narodu, bo nasz mniej wartościowy naród tubylczy jest przez własnych Umiłowanych Przywódców skazany na spłacanie, a właściwie nawet nie spłacanie, tylko na „obsługiwanie” rosnącego w tempie miliarda złotych na dobę długu publicznego – a więc na coraz głębszą niewolę u lichwiarskiej międzynarodówki.
Im starszy się robię, tym bardziej przekonuję się, że więcej zależy od rzeczywistego układu sił politycznych w społeczeństwie, niż od zapisów w konstytucji. Dopóki tedy ostatnie słowo w Polsce będzie należało do bezpieki, dopóty żadna konstytucja nie będzie działała prawidłowo. Pan prezydent Nawrocki powinien się w tym błyskawicznie zorientować choćby na przykładzie swego najbliższego współpracownika, pana doktora Sławomira Cenckiewicza. Pozbawiony on został przez jakąś bezpieczniacką swołocz certyfikatu dostępu do informacji niejawnych – chociaż podobno orzeczenie w tej sprawie jeszcze się nie uprawomocniło.
Jest to sytuacja bardzo podobna do pojmania przez policję w Pałacu Prezydenckim panów Kamińskiego i Wąsika, którzy myśleli, że jako goście prezydenta Dudy, będą w Pałacu Namiestnikowskim bezpieczni. Okazało się jednak, że pan prezydent Duda nie mógł pokładać zaufania nawet w członkach jego osobistej ochrony, którzy MUSIELI uczestniczyć w spisku zmontowanym przez pana Kierwińskiego.
Ciekawe, czy ci sami ochroniarze nadal pracują w Pałacu Prezydenckim i Belwederze, czy też pan prezydent Nawrocki zastąpi ich choćby wagnerowcami – bo wagnerowcy, jako żołnierze najemni, muszą dbać o swoją reputację, bo w przeciwnym razie nikt by ich nie wynajął – jak to niemiecki oficer wyjaśniał pułkownikowi Krzeczowskiemu w powieści Sienkiewicza „Ogniem i mieczem”.
Stanisław Michalkiewicz
14 sierpnia 2025 Bogdan Dobosz https://pch24.pl/masowa-migracja-drenuje-system-opieki-zdrowotnej-francuzi-staja-sie-pacjentami-drugiej-kategorii/
Francja przetestowała na swoim organizmie niemal wszystkie skutki masowej imigracji. Mniej znanym aspektem przyjmowania migrantów jest ich… leczenie. Niegdyś kpiono z Jarosława Kaczyńskiego, że ten ośmielił się nadmienić cokolwiek o chorobach przenoszonych razem z migracją.
Francja doznała tymczasem powrotu niektórych chorób, o których w tym kraju już lata temu zapomniano. Państwo w ramach solidarności świadczy usługi leczenia nielegalnym migrantom. Z czasem okazało się, że powstała tu już także „turystyka medyczna”, czyli przyjazdy chorych osób, które chociaż wiedzą, że nie mają szansy na azyl, ale chcą po prostu skorzystać z wysokiej jakości medycyny francuskiej do wyleczenia tej, czy innej przypadłości.
Lata temu powstała we Francji tzw. państwowa pomoc medyczna (AME), na którą przeznaczono początkowo niewielkie sumy w imię humanitaryzmu, by zapewnić podstawową opiekę potrzebującym przybyszom, którzy nie mieli prawa do ubezpieczenia społecznego. Z czasem koszty AME rozrastały się, a rodowici Francuzi zaczęli się skarżyć, że migranci w klinikach prywatnych i szpitalach są lepiej przyjmowani od nich samych. Nic dziwnego, bo za te usługi płaci przecież „solidny” sponsor, czyli państwo. Tymczasem nie wszyscy Francuzi mają dodatkowe ubezpieczenia i za pobyty w szpitalu wielu z nich musi dopłacać. Mało tego, obywatele Francji nie mają dostępu do jakichkolwiek publicznych mechanizmów finansowania swojego leczenia, a w przypadku braku ubezpieczenia, państwo będzie ściągało z nich całą sumę wystawionego przez szpital rachunku.
Koszty AME rosną z roku na rok, chociaż politycy od lat próbują je ograniczyć. Tymczasem Obserwatorium Imigracji i Demografii opublikowało ciekawy raport na temat państwowej pomocy medycznej, który pokazuje, że AME to studnia bez dna. Jest to system opieki zdrowotnej dla nielegalnych imigrantów niepłacących składek ubezpieczenia. W przypadku Francji, dzięki „humanitaryzmowi” lewicy, bezpłatną opiekę medyczną rozszerzono nie tylko na pilne przypadki, ale praktycznie na bardzo szeroki zakres leczenia.
Jakiekolwiek zmiany i reformy tego systemu są odrzucane i padają argumenty, że taka opieka jest np. konieczna dla zapobiegania rozprzestrzenianiu się epidemii w populacji ogólnej, padają argumenty o ogólnoludzkiej solidarności, trosce o najbiedniejszych i wykluczonych. Na straży „prawa do opieki lekarskiej” stoi też Rada Stanu, która powołuje się nawet na zasady konstytucyjne. Trzeba tu jednak zauważyć, że w innych krajach UE, migranci aż tak szerokiej opieki nie otrzymują.
Wspomniany raport wskazuje, że we Francji w ciągu niecałych dwóch dekad, liczba beneficjentów państwowej pomocy medycznej (AME), potroiła się, z około 155 000 w 2004 r. do prawie 456 000 w 2023 r. Towarzyszył temu gwałtowny wzrost wydatków z budżetu między 2012 a 2024 rokiem (o 72%). W 2025 na AME przeznaczono w budżecie państwa około miliarda trzystu dziewiętnastu milionów euro (9,3% więcej, niż w 2024). Badanie wykazało, że wielu migrantów podaje właśnie podają dostęp do opieki zdrowotnej jako jeden z motywów wyboru Francji na miejsce swojego przyjazdu (jedna czwarta). Najczęściej przyjeżdżają tu rodzić dzieci (kobiety), leczyć choroby krwi, nowotwory, niewydolność nerek… Podejrzewa się, że 43% pacjentów korzystających z AME i poddawanych dializom, czy 25% pacjentów z AME poddawanych chemioterapii onkologicznej przyjechało do Francji w ramach „turystyki zdrowotnej”. Widać tu też znaczną nadreprezentację osób z HIV-AIDS, wirusowym zapaleniem wątroby i chorobami zakaźnymi.
Za to wszystko płaci państwo, więc np. szpitale, czy prywatne kliniki często zawyżają rachunki. Zwykły ubezpieczony Francuz otrzymuje np. zwrot jedynie w 60% kosztów aparatów słuchowych lub opieki stomatologicznej, 55% kosztów transportu medycznego i 30% kosztów niektórych leków. Beneficjenci AME nie ponoszą w takich przypadkach żadnych kosztów własnych. Są zwolnieni z udziału własnego w kosztach leczenia, takich jak opłata za hospitalizację w wysokości 20 euro, 2 euro za konsultację lekarską lub 1 euro za opakowanie leków. Ubezpieczony obywatel wydaje średnio w roku na te opłaty około 274 euro. Z tytułu AME, migrant może nawet sfinansować sobie zabiegi chirurgii plastycznej, takie jak np. korekta odstających uszu.
Nic dziwnego, ze wymowa raportu wskazuje na brak sprawiedliwości między osobami opłacającymi składki a osobami, które ich nie płacą, nie mają prawa pobytu, a są leczone lepiej. To wszystko dzieje się w czasach, kiedy rząd w imię oszczędności budżetowych chce obciąć w 2026 roku wydatki na opiekę zdrowotną o 5 miliardów euro.
Pozytywnym zjawiskiem jest to, że we Francji o tym problemie można już głośno dyskutować. Padają też pomysły ograniczenia tego typu wydatków, co przy okazji mogłoby zastopować wiele przyjazdów. Jedna z proponowanych reform proponuje zastąpienie Państwowej Pomocy Medycznej (AME) jedynie Pomocą Medyczną w Nagłych Wypadkach (AMU). Państwo opłacałoby jedynie procedury medyczne w przypadku zagrożenia osoby lub dziecka nienarodzonego lub w przypadkach możliwości trwałego pogorszenia się ich stanu zdrowia. Mówi się też o wprowadzeniu opłat, nawet symbolicznych. Są też propozycje wyłączenia z AME osób objętych nakazem deportacji ze względu na zagrożenie porządku publicznego, ale też z wyłączeniem potrzeby nagłej pomocy.
Raport zaleca sprawdzanie, czy kontynuacja kosztownych lub przewlekłych terapii nie może być prowadzona w kraju pochodzenia i od tego uzależniano by leczenia we Francji. Proponuje się, by do wpisania na listę oczekujących na przeszczep, pacjent mieszkał co najmniej 2 lata w kraju. W ramach takich półśrodków, rozważa się kontrolowanie placówek medycznych, czy nie zawyżają kosztów, itd. Nawet jednak takie pół-środki mogą trafić w przypadku zmiany przepisów na sprzeciw Rady Stanu, która jest zdominowana przez polityków lewicy i dość konsekwentnie „rozbraja” wszystkie narzędzia walki z nielegalną imigracją. Okazuje się, że migracja może mieć pośredni wpływ nawet na dodatkową zapaść opieki medycznej, a w przypadku Francji tubylcy sami sobie zgotowali taki los i chciałoby się zacytować za znanym filmem frazę – „ciemność widzę, ciemność”…
Bogdan Dobosz
Bogdan Dobosz https://pch24.pl/bogdan-dobosz-czy-we-francji-istnieje-jeszcze-narod/

Czym jest naród francuski w 2025 roku? Na takie pytanie usiłowali odpowiedzieć pisarze Charles Rojzman i Christophe Boutin. W lipcu, kiedy Republika świętowała swoje narodziny, tych dwóch myślicieli ostrzegało „przed cichą erozją narodu francuskiego: konsumpcjonistyczną globalizacją, egalitaryzmem kulturowym, który wymazuje historię oraz politycznym islamizmem podważającym fundamenty wspólnych więzi narodowych”. Katastroficzna wizja Francji to także „rozmyte granice, zanik wspólnej pamięci i suwerenności”.
Obydwaj dostrzegają też elity kraju, które są odcięte od zwykłych ludzi. Ich zdaniem brakuje dziś narodowej narracji i form jej przekazu, w którym normalnie rolę podstawową odgrywa szkoła, język i tradycje. Wizja tych elit to „rozdrobniona Francja, pozbawiona wspólnego projektu”. Przemyślenia obu autorów warto przedstawić, bo duża część ich wniosków odnosi się i do innych krajów UE, w tym, niestety, i do Polski.
Gobalizacja, neokomunizm i islamizm\
Swoje przemyślenia autorzy zaprezentowali na łamach „Atlantico”. Charles Rojzman twierdzi, że naród francuski „tkwi dziś w pułapce, a do jego symbolicznego rozkładu przyczyniają się trzy główne siły”. Wymienia tu procesy globalizacji rynku, które sprowadzają ludzi do roli konsumenta, „neokomunizm kulturowy”, który dąży do wymazania tradycji i świadomości przeszłości historycznej w imię abstrakcyjnego postępu, idee egalitaryzmu, a dodatkowo islamizm polityczny, który dąży do zastąpienia przynależności narodowej przynależnością globalnej „ummy”, pozbawionej lokalnych korzeni. Jego zdaniem te tendencje „mają jedną wspólną cechę: rozpuszczają to, co wspólne, osłabiają nasze dziedzictwo, sprawiają, że jakiekolwiek przywiązanie do historycznej ciągłości staje się niemal podejrzane”.
Nakłada się na to kryzys zacierania granic kulturowych, symbolicznych i terytorialnych, które konstytuowały naród. Pisarz dodaje, że nie będzie to nagłe zniknięcie Francuzów, bo naród francuski nie umarł, chociaż nie myśli już o sobie w tych kategoriach. „Francja istnieje, ale już się nie rozpoznaje, a rozbita, podzielona na segmenty społeczne i kulturowe, nie jest już w stanie wytworzyć formy politycznej zdolnej ją zjednoczyć”.
Oderwane od rzeczywistości pseudoelity
U źródeł tej sytuacji ma być „głęboki rozdźwięk: między pozbawioną korzeni elitą, która odwróciła się od historii i świata zwykłych ludzi, a milczącą większością, która nie identyfikuje się już z oficjalną proeuropejską narracją elit”. Nie ma wspólnego projektu, pamięci czy wspólnych instytucji, a następuje powolny rozpad kolejnych więzi społecznych. Elity pogardzają patriotyzmem i „tożsamością ludową”, codzienną kulturą zwykłych ludzi, jak gesty, święta, zwyczaje, język, jarmarki, tradycyjne obyczaje. „Kiełbasa staje się podejrzana, festyn wiejski postrzegany jest jako wykluczający, aperitif uliczny to ucieczka w tożsamość (…), nie cenimy już dziedzictwa, celebrujemy zerwanie, dekonstruujemy”. Christophe Boutin dodaje, że „w obrębie tego, co nazwałby pseudoelitą, zawsze istniała silna tendencja do pogardy dla kultury ludowej”, ale teraz nabrała charakteru ideologicznego. Lewica ciągle wierzy, że stworzy „idealny system”, a ich projekt jest „jedynie słuszny”.
Boutin wyjaśnia, że „historycznie rzecz biorąc, naród zawsze był zakorzeniony w pewnej liczbie elementów”. Np. „naród ma terytorium, zakłada granice, zakłada wyraźne rozróżnienie” na swoich i obcych. Obecnie trwa odgórne wymazywaniu narodu, jakim jest „europejska konstrukcja” i samo pojęcie granic staje się ulotne. Naród tworzy też swoje prawa. Jednak „pod ciężarem orzecznictwa, na przykład Europejskiego Trybunału Praw Człowieka”, prawo krajowe staje się drugorzędne wobec konstrukcji ponadgranicznych.
Problem przywództwa i suwerenności
Boutin zwraca też uwagę na brak przywództwa, „niezbędnego dla żywotności każdego narodu”. Nie musi to być nawet głowa państwa, czego przykładem jest Joanna d’Arc, która w pewnym momencie „uosabiała zryw narodowy”. Także generał Charles de Gaulle, w momencie kiedy uosabiał zryw narodowy w 1940 roku, nie był głową państwa”. Gaullizm przekazał jednak taką rolę prezydentowi, a Boutin zauważa, że „w obecnej sytuacji nie możemy powiedzieć, że Emmanuel Macron uosabia naród, w jakiejkolwiek dziedzinie i formie”.
Element kluczowy trwania narodu to także jego suwerenność, a „bycie suwerennym oznacza możliwość swobodnego decydowania o swoich poczynaniach”. Tutaj mamy do czynienia z transferem kompetencji w ramach Unii Europejskiej, który „zniweczył tę ideę swobodnego podejmowania decyzji w wielu dziedzinach”. Boutin uważa, że teza Emmanuela Macrona, który uważa, że jednocześnie można mieć suwerenność europejską i suwerenność narodową, jest „oczywistą herezją”.
„Jesteśmy na rozdrożu”
Kolejny problem to „zacieranie dziedzictwa”. Wewnętrzny dyskurs historyczny, który panuje w ostatnich latach, „miał na celu przedstawienie francuskiej historii narodowej jako serii masakr, serii absolutnie katastrofalnych wydarzeń, za które Francuzi powinni dziś żałować, ponosić konsekwencje i przepraszać każdego dnia”. Historię narodu ma zastąpić wizja bezkonfliktowej przyszłości. Taka jest współczesna wizja integracji europejskiej, która stanowi próbę likwidacji narodów, jako źródeł wojny, waśni, przemocy. Konflikty jednak zawsze istniały i istnieją, mogą się przenosić z poziomu narodowego na wojny imperiów, bloków, waśnie społeczne, klasowe, wewnątrznarodowe. Boutin stwierdza jednoznacznie – „naród sam w sobie nie jest przyczyną wojny, a bardzo często może być podmiotem dialogu, negocjacji i rozmów”, znacznie skuteczniejszych, niż struktury ponadnarodowe..
Charles Rojzman opisując Francję mówi wprost – „jesteśmy na rozdrożu”. Destrukcyjną rolę odgrywa tu także imigracja. „W tym kryzysie musimy mieć odwagę, by powiedzieć jedno: masowa imigracja, jakiej doświadczyliśmy w ostatnich dekadach, nie jest neutralna. Wierzyliśmy, że wszyscy zintegrują się naturalnie, ale aby się integrować, musi istnieć wspólna narracja, pamięć, którą można się dzielić” – i dodaje: „Potrzebujemy granic, nie z wrogości, ale dlatego, że nie możemy wymagać od całych populacji, które przybyły z innymi odniesieniami, by przyłączyły się do narodu, który już nie opowiada swojej historii (…). Masowa imigracja sprowadza dziś ludność, która nie może lub nie chce się asymilować, ale która często jest wrogo nastawiona do narracji narodowej i historii tego kraju”. Pisarz dodaje, że Francji „brakuje odwagi do wspólnego dobra, odwagi, by bronić tego, co otrzymaliśmy w spadku: nie jako twierdzy, ale jako żywego dziedzictwa”. Wyjście z tego impasu autorzy „Atlantico” widzą w możliwości pojawienia się silnego przywództwa, mało prawdopodobnej integracji Francuzów wokół idei „wspólnego wroga” lub odbudowie i zdefiniowaniu wspólnych mitów, co jednak po latach dekonstrukcji, „wydaje się szczególnie trudne”…. Perspektyw zatem nie widać.
Bogdan Dobosz