Rafał Trzaskowski jest zdecydowanym zwolennikiem „prawa” do mordowania dzieci nienarodzonych. Kandydat na prezydenta zapowiedział, że będzie naciskał na rządzących, aby rozszerzyli prawo do dzieciobójstwa. Jeśli zasiądzie na prezydenckim fotelu, dla ochrony życia nad Wisłą nadejść mogą trudne czasy.
Zapowiedź „wywierania presji” na gabinecie Donalda Tuska padła z ust polityka KO w czasie rozmowy na antenie Telewizji Publicznej. – Nie odpuszczę kwestii dotyczącej liberalizacji prawa aborcyjnego – deklarował lewicowy kandydat na prezydenta.
Jak dodawał Trzaskowski, zamierza naciskać na władze, by „wywiązały się ze swoich obietnic”. Jego zdaniem obóz rządzący porzucił starania o rozszerzenie prawa do dzieciobójstwa. Kandydat na prezydenta ma nadzieję, że jego ewentualne zwycięstwo wyborcze oznaczałoby powrót aborcyjnych propozycji.
– Bardzo wiele z moich koleżanek i kolegów z innych partii, które współtworzą koalicję rządową, mówią, po co ja mam się narażać, zmieniać zdanie, skoro i tak prezydent Duda to zawetuje. Jeżeli nie będzie tego alibi, ja jestem przekonany, że łatwiej będzie wywrzeć presję na moich koleżankach i kolegach, żeby niektóre tych ważnych dla nas ustaw, przeszły przez Sejm z większością – tłumaczył.
Czy duchowni mogą czuć się bezpiecznie w Polsce? Dość wspomnieć, że tylko na przełomie lat 2024-2025 doszło w naszym kraju do zamordowania dwóch księży i zniszczenia wielu świętych symboli katolickiej wiary. Również na świecie rośnie prześladowanie chrześcijan, szczególnie konwertytów z islamu, żyjących w krajach rządzonych przez radykalnych islamistów.
W Europie odnotowuje się coraz więcej profanacji i ataków na osoby duchowne. Niestety, Polska nie jest wolna od tej plagi. Szczególny wzrost agresji wobec wiary katolickiej miał miejsce pod koniec zeszłego oraz na początku obecnego roku.
W listopadzie 27-letni mężczyzna wtargnął na plebanię parafii pod wezwaniem św. Brata Alberta w Szczytnie i zabił 72-letniego kapłana, który zmarł wkrótce po przewiezieniu go do szpitala. Trzeba tu zwrócić uwagę na fakt, iż ksiądz Lech Lachowicz tuż przed tym jak wszedł na plebanię, gdzie czekała go śmierć, odprawił swoją ostatnią Mszę świętą. Bóg przygotował go do odejścia z tego świata.
Młody zabójca nie trafił do więzienia, ale do szpitala psychiatrycznego, gdyż biegli uznali, że podczas popełnienia zbrodni był niepoczytalny. Znając fakty dotyczące tej okrutnej zbrodni, można mieć co do tego wątpliwości. Szymon K. dobrze przygotował się do napadu na proboszcza swojej parafii. Miał przy sobie toporek, którym z niesłychaną zawziętością zadawał kapłanowi liczne rany. Mordował w rękawiczkach, tak aby nie zostawić odcisków palców. Znaleziono również przy nim niewielki kanister z benzyną, którą miał wykorzystać do podpalenia plebanii. Wszystko więc z góry, na zimno zaplanował… Niepoczytalność?
Gdy czytałem opis wyglądu zabójcy kapłana w Szczytnie, przypomniały mi się sceny z filmów obrazujących ludzi opętanych przez złego ducha. Tak jak ów sprawca w chwili zabójstwa, byli oni bardzo zaniedbani. Mieli skudlone, długie włosy i brody, które dawno nie widziały nożyczek. A przede wszystkim, tak jak w tym wypadku, świętość wzbudzała w nich wściekłość.
Nie dalej jak 13 lutego 2025 roku w Kłobucku doszło do kolejnego zabójstwa kapłana katolickiego – księdza Grzegorza Dymka. Duchownego brutalnie zadusił 52-letni były policjant, dyscyplinarnie wyrzucony z pracy już w roku 2001 za to, że kilkukrotnie pełnił służbę pod wpływem znacznej ilości promili.
Według dotychczasowych ustaleń śledczych, napastnik napadł na kapłana przed plebanijnym garażem. Najpierw go ogłuszył i związał, a potem zawlókł do piwnicy i udusił. Czy nie przypomina to zabójstwa błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki, przed śmiercią związanego i bestialsko maltretowanego? Również morderca z Kłobucka musiał dokładnie zaplanować swoją zbrodnię, gdyż już tydzień przed jej popełnieniem ukradł samochód, którym planował zbiec za granicę. Na szczęście jego plan ucieczki się nie powiódł. Zbrodniarz został ujęty i osadzony w areszcie, gdzie czeka na wyniki śledztwa.
Obaj zamordowani księża byli długoletnimi proboszczami na swoich parafiach. Cieszyli się wielkim szacunkiem swoich parafian. Byli też gorącymi czcicielami Matki Bożej. To ważne, gdyż można zauważyć, że wyżej wspomniane zabójstwa i profanacje dokonane w ostatnim czasie, uderzają tak w Chrystusa jak i w Jego Matkę – Maryję.
Otóż tak, w naszym kraju, doszło też do czarnej serii profanacji. Dwie ostatnie, dokonane w lutym, wymierzone zostały właśnie w Matkę Najświętszą. Najpierw dziwny osobnik zniszczył figurę Matki Bożej Fatimskiej w Nowych Kupiskach, a 14 lutego w Starym Fordonie grupa młodzieży rozbiła podobną, ceramiczną figurę Maryi, kopiąc ją butami.
Z opublikowanego właśnie przez organizację Open Doors Światowego Indeksu Prześladowań jasno wynika, że ataki na wyznawców Chrystusa na całym świecie rosną. Obecnie ponad 380 milionów chrześcijan w 78 krajach doświadcza intensywnych prześladowań i dyskryminacji z powodu swojej wiary.
Sprawcami największych represji są islamscy ekstremiści oraz rządzące w kilku krajach reżimy komunistyczne. Pierwsze miejsce na Światowym Indeksie Prześladowań zajmuje Korea Północna. Chrześcijanin jest tam uważany przez władze za wroga publicznego numer jeden. Już tylko za posiadanie Pisma Świętego grozi śmierć. Drugie miejsce na tej liście hańby zajmuje Somalia, kraj gdzie dominują radykalni muzułmanie, nie tolerujący Kościoła ani schizmatyckich czy heretyckich wspólnot odwołujących się do chrześcijaństwa. Na porządku dziennym jest tam szpiegowanie potencjalnych wiernych. Za konwersję na chrześcijaństwo feruje się często wyroki śmierci.
Podobna sytuacja jest w Jemenie, gdzie większość odwołujących się do Chrystusa to konwertyci z islamu. Za publiczne wyznawanie prześladowanej wiary czekają represje i surowe kary. Zaraz za Jemenem jest Libia, gdzie obecnie żyje zaledwie około 4 procent chrześcijan, choć przed muzułmańską inwazją na ten kraj w VII wieku Kościół tam dominował. Wielu nawróconych zmuszonych jest ukrywać fakt swojej duchowej przemiany nawet przed najbliższymi. Za wiarę w Chrystusa jako Boga i Zbawiciela muzułmańscy członkowie rodziny mogą nawet wypędzić z domu i zerwać wszelkie relacje.
Na piątym miejscu jest Sudan, gdzie toczy się wojna domowa. Chaos, która ona niesie ze sobą, bojówki islamskich ekstremistów wykorzystują w celu mordowania chrześcijan. Sytuacja naszych braci i sióstr w wierze jest w tym kraju tragiczna. Ich kościoły są rekwirowane. Na chrześcijan modlących się wspólnie podczas Mszy świętej i nabożeństw organizowane są krwawe zamachy. Podobnie jest w krajach, które Open Doors umieścił na kolejnych pozycjach swojego indeksu grozy – Sudanie, Erytrei, Nigerii, Pakistanie, Iranie i Afganistanie. Wszędzie tam rządzą muzułmańscy ekstremiści.
Ta rosnąca fala przemocy wobec chrześcijan w krajach muzułmańskich jest proporcjonalna do szybko rosnącej tam liczby wyznawców Chrystusa. Sytuacja w państwach, gdzie prześladowania chrześcijan są największe, przypomina krwawe represje pierwszych wieków w Cesarstwie Rzymskim. Największym podobieństwem jest niezmienna prawda, iż tam gdzie ucisk jest największy, Kościół rozwija się z niebywałą szybkością.
Pamiętajmy, że prześladowanym braciom możemy pomóc – przede wszystkim modlitwą i postem. A także pomocą materialną poprzez wpłaty środków na konta i przekazywanie odzieży, żywności do magazynów zaufanych i sprawdzonych organizacji pomocowych, najlepiej katolickich.
Prawo powinno kształtować takie obyczaje i styl życia, które będą służyć zakładaniu trwałych małżeństw, a nie ułatwiać rozpad rodzin i pomagać w zacieraniu śladów po poprzednich związkach.
W okresie międzywojennym instytucję małżeństwa regulowały na obszarze Polski ustawy państw zaborczych. Komisja kodyfikacyjna przygotowała dwa projekty prawa małżeńskiego osobowego, ale wobec sprzeciwu Kościoła katolickiego i środowisk katolickich nie poddano ich pod obrady Sejmu, głównie z powodu próby wprowadzenia prawa do rozwodu. Dla obywateli II RP, poza ziemiami byłego zaboru niemieckiego, sposobem na formalne rozstanie była konwersja.
Józef Piłsudski zmienił wyznanie na ewangelicko-augsburskie, aby poślubić rozwódkę Marię Juszkiewiczową. Generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski najpierw ożenił się ze Stefanią Calvas, a po rozwodzie z nią – z Bronisławą Berenson, która rozwiodła się ze swym mężem Leonem Berensonem. Oboje w tym celu zmienili wyznanie na ewangelicko-reformowane. Józef Beck także przeszedł na kalwinizm, aby móc zawrzeć ponowne małżeństwo – z rozwódką Jadwigą Salkowską…
Około ośmiu dekad później, w roku 2005, w katolickiej Hiszpanii za rządów premiera Zapatero wprowadzono tak zwane ekspresowe rozwody. W przypadku braku dzieci umożliwiono przeprowadzenie procedury rozwodowej przed urzędnikiem sądowym lub notariuszem i to z powodu samego braku woli kontynuacji związku. Dzisiaj podobne rozwiązanie – rozwód u notariusza albo w urzędzie stanu cywilnego – proponuje ministerstwo sprawiedliwości III RP.
Czym jest małżeństwo?
W ciągu kilku pokoleń w świecie zachodnim doszło do ogromnej przemiany w ludzkich umysłach, owocującej zmianą małżeństwa z sakramentu zawieranego przed Bogiem na kontrakt cywilny zawierany przed urzędnikiem. Dla wielu małżeństwo przestało być aktem religijnym, a stało się umową cywilnoprawną. Choć jego zawarcie jest uroczyste i sformalizowane, to – jak każda umowa – może być czasowe i ulec rozwiązaniu. Małżeństwo upodobniło się do innych umów. Można je porównać do umowy spółki cywilnej. Niektórzy mają jedną spółkę na całe życie, inni wiele spółek co kilka czy kilkanaście lat. A są i tacy, którzy mają kilka spółek naraz. Można je zawiązywać i rozwiązywać, a później pozostaje tylko sprawnie rozliczyć się ze wspólnikiem.
A czym jest sakrament małżeństwa?
Według Kanonu 1056 Kodeksu Prawa Kanonicznego istotnymi przymiotami małżeństwa są jedność i nierozerwalność, które w małżeństwie chrześcijańskim nabierają szczególnej mocy z racji sakramentu.
Według Kanonu 1141 małżeństwo zawarte i dopełnione (ratum et consummatum) nie może być rozwiązane żadną ludzką władzą i z żadnej przyczyny oprócz śmierci.
Według Kanonu 1134 z ważnego małżeństwa powstaje między małżonkami węzeł, z natury swej wieczysty i wyłączny; w małżeństwie chrześcijańskim małżonkowie zostają ponadto przez specjalny sakrament wzmocnieni i jakby konsekrowani do obowiązków swego stanu i godności.
Dla katolika małżeństwo jest nierozerwalne, a więź pomiędzy małżonkami – wieczysta. Żadna władza ludzka nie może tego rozwiązać. Sakrament, którego fundamentem są słowa Jezusa Chrystusa, i kontrakt oparty na ustawie to zgoła odmienne instytucje, podobne tylko z nazwy. Albo to co związane na ziemi zostaje związane w Niebie, albo podpisujemy kontrakt w urzędzie stanu cywilnego, jakbyśmy zaciągali kredyt hipoteczny.
Dlaczego nierozerwalne?
Przemiany kulturowe i prawne wprowadzane dziś na świecie obniżają rangę małżeństwa. Dziś małżeństwo jest jak umowa leasingu bez opcji wykupu. Gdy samochód ma już duży przebieg, bierzemy w leasing nowszy model. Podobnie w małżeństwie – jeśli pojawią się problemy, pójdziemy do urzędu stanu cywilnego albo do notariusza i otrzymamy rozwód w tempie ekspresowym. Zmiana nazwiska pozwoli zatrzeć ślad poprzedniego związku. Jeśli ojciec dzieci nie będzie płacił alimentów, to mamy państwowy pakiet pomocowy. Nowy małżonek też się dołoży. Małżeństwo może trwać jak pożyczka-chwilówka, a może jak kredyt hipoteczny na trzydzieści lat. Kiedy pojawiła się fala szybkich kredytów, pojawiła się też fala niewypłacalności i rozrosły się firmy windykacyjne. Dziś wielu zadłużonych ogłasza upadłość konsumencką i życie można rozpocząć na nowo. Czy tak samo ma być z zakładaniem rodzin?
A jeśli małżonek okaże się sadystą, alkoholikiem, narkomanem; jeśli trafi do zakładu karnego na dwadzieścia lat albo zacznie regularnie cudzołożyć, to po co marnować sobie życie z taką osobą albo żyć w samotności? Dlaczego Jezus nie powiedział, że w takich przypadkach można się rozwieść?
Rozwód będący skutkiem na przykład sadyzmu, nałogu czy zdrady jest owocem grzechu. Jeśli Jezus miałby się godzić na rozwód w takich przypadkach, to by oznaczało, że grzech panuje nad sakramentem. Małżeństwa, w których grzech zbiera swe żniwo, można by rozwiązywać, a dla tych, w których nikt nie grzeszy, byłby zakaz…? Wtedy to grzech decydowałby o trwaniu albo ustaniu małżeństwa. Ale Bóg nie będzie błogosławił konsekwencji grzechu.
Dla niewinnego małżonka jest to grecka tragedia, ale na tym właśnie polega siła zła, że uderza ono w ludzi niewinnych i dobrych czynami grzeszników.
Zakaz rozwodów?
Jeżeli nie chcemy w Polsce fali rozwodów na poziomie Belgii czy Hiszpanii, prawo powinno kształtować takie obyczaje i styl życia, które będą służyć zakładaniu trwałych małżeństw, a nie ułatwiać rozpad rodzin. Małżeństwo nie powinno być tylko jednym z wielu kontraktów, jakie człowiek podpisuje w swoim życiu. Jego zawarcie i rozwiązanie nie powinny być łatwe i szybkie jak pożyczka przez internet.
Na obecnym etapie absolutny zakaz rozwodów byłby szokiem dla społeczeństwa polskiego, którego spora część albo nie należy do Kościoła katolickiego, albo dogmaty religijne jej nie obchodzą. Na początek można by zatem wprowadzić zakaz rozwodów tych małżonków, którzy posiadają wspólne dzieci do ukończenia przez nie określonego wieku. Taka sytuacja, uniemożliwiająca legalne zakończenie związku, skłaniać będzie do skupienia się na założonej rodzinie, a nie szukaniu „nowych możliwości”.
Może wówczas część osób zamierzających zawrzeć związek małżeński dokładniej przemyśli, czy wybierają na współmałżonka odpowiednią osobę. Jeśli zaś dojdzie do faktycznego rozpadu małżeństwa i pojawią się problemy związane z brakiem możliwości rozwodu, takie osoby będą przestrogą, z kim i jak nie buduje się relacji. Młodzież powinna uczyć się na błędach starszych, którzy nie potrafili dobrze wybrać.
Jeśli jakaś para będzie się bała, że nie utrzyma małżeństwa cywilnego nawet przez parę lat, dobrze się zastanowi, po co chce wziąć ślub. Dla katolików można wprowadzić małżeństwa sakramentalne – nierozwiązywalne aż po grób (chyba, że władze kościelne stwierdzą nieważność małżeństwa zgodnie z prawem kanonicznym).
Narzeczeni nie powinni być w zbyt młodym wieku. Ciąża jako główna przyczyna ślubu również nie jest wskazana. Oboje też powinni być w pełni zmotywowani do dochowania wierności współmałżonkowi. Narzeczeni powinni traktować małżeństwo jak świętość – jak sakrament, a nie jak kontrakt – a do tego konieczne jest głębokie przeżywanie religii.
Coraz więcej miast w Niemczech rezygnuje ze stref niskiej emisji (ZFE), a trend ten zdaje się zyskiwać na sile. W ciągu ostatnich kilku miesięcy, ponad dziesięć niemieckich metropolii ponownie otworzyło swoje centra na swobodny ruch samochodowy, bez żadnych ograniczeń dotyczących wieku pojazdów, typu napędu czy poziomu emisji spalin.
W niemieckich miastach takich jak Hanower, Mannheim, Mühlheim, Heidenheim an der Brenz, Heilbronn, Herrenberg, Leonberg, Reutlingen, Tubingue, Neu-Ulm oraz Ulm, strefy niskiej emisji zostały zniesione. Oznacza to, że każdy pojazd – niezależnie od jego napędu czy emisji CO2 – może wjeżdżać i parkować w tych aglomeracjach, bez konieczności posiadania specjalnej winiety.
I nie są to nie pierwsze miasta, które podejmują tę decyzję, ponieważ już w 2023 roku osiem ośrodków, w tym Karlsruhe, zniosło podobne ograniczenia. W wyniku tego, z 56 stref niskiej emisji, jakie istniały w Niemczech dwa lata temu, zostało ich już tylko 37.
Zmiana ta jest wynikiem znaczącej poprawy jakości powietrza w miastach. Wiele z tych aglomeracji odnotowało spadek poziomu dwutlenku azotu oraz cząsteczek stałych, które obecnie są poniżej dopuszczalnych norm unijnych. Na przykład w Tubingue poziom cząsteczek stałych spadł o połowę w porównaniu do 1995 roku, a poziom dwutlenku azotu zmniejszył się o 50%. To efekt programów modernizacji źródeł ciepła.
Polskie Strefy Czystego Transportu – czy zmiana kursu jest możliwa?
W przeciwieństwie do Niemiec, w Polsce wciąż trwają prace nad wprowadzaniem tzw. Stref Czystego Transportu (SCT) w większych miastach. Wprowadzenie tych stref jest częścią planu poprawy jakości powietrza, który ma na celu ograniczenie wjazdu do centrów miast samochodów generujących wysokie emisje spalin. W praktyce oznacza to, że starsze pojazdy, które nie spełniają norm emisji, mogą zostać wykluczone z ruchu w określonych obszarach miast.
Niekiedy, jak w przypadku Krakowa, starsze samochody mają mieć zakaz poruszania się na całym obszarze miasta, co budzi zrozumiałe obawy i protesty zarówno mieszkańców jak i władz gmin ościennych. Samochody nie są bowiem ani głównym ani jedynym źródłem zanieczyszczeń powietrza. Widać to szczególnie w okresie zimowym gdy działają źródła ciepła – zwykle wtedy wskaźniki są przekroczone.
Witold Gadowski po kompromitacji Wołodymyra Zełenskiego w Białym Domu ostro ocenił jego postać i zachowanie. Zełenski jego zdaniem de facto pomaga Putinowi w niszczeniu Ukrainy. Również Łukasz Warzecha uważa, że Zełenski popełnił błąd i „przelicytował”.
Zelenski – pinokio wystrugany przez Kołomojskiego – gra de facto dla Putina. Jego zachowanie dyskwalifikuje go jako przywódcę walczącego narodu. Ego nadmuchane do monstrualnych rozmiarów. Marionetka globalistów pcha naród do tragedii, a Putin się cieszy, bo przez idiotyczne zachowanie Zełenskiego pozycja negocjacyjna Rosji rośnie. Lepszego pomagiera Putin nie mógł znaleźć. Aktorowi przewróciło się w głowie a zapłacą śmiercią Ukraińcy – tak Gadowski podsumował hucpiarski występ Zełenskiego podczas rozmów z Donaldem Trumpem.
Równie krytycznie ocenia postawę Zełenskiego Łukasz Warzecha: Wszystko wskazuje na to, że pan Zełenski przelicytował. Chciał zagrać z Trumpem przy kamerach w swoją zwykłą gierkę moralnego szantażu „Walczymy za was i dlatego macie nam dać”, ale natknął się na twardszego gracza, który brutalnie usadził go na miejscu. Wielki błąd ze strony Zełenskiego, chyba że uwierzył, że Francja i Niemcy zastąpią mu USA.
Sytuację skomentował także kandydata na prezydenta Polski Grzegorz Braun.
Podczas jednego ze spotkań wyborczych Grzegorz Braun został zapytany przez redaktora z kanału Młodzi Pytają o sytuację, która miała miejsce w piątek w Białym Domu. Doszło tam do ostrego sporu pomiędzy prezydentem Ukrainy w prezydentem i wiceprezydentem USA, po którym Wołodymyr Zełenski został wyrzucony z Białego Domu, a zapowiadana umowa na eksploatację ukraińskich surowców mineralnych nie została podpisana.
Grzegorz Braun odpowiedział:
„Szanowny panie redaktorze, no widać, że wszystkim dookoła się zwoje mózgowe poprzepalały, chorągiewki nie wiedzą w którą stronę się odwrócić na wietrze, a ja przynajmniej się nie dziwię. Ja nie jestem zaskoczony, nie jestem zszokowany ponieważ ja ostrzegałem i mówiłem, że ta wizja jakiegoś wielkiego zwycięstwa Ukrainy nad Moskwą, jeżeli tylko weźmiemy wszystkich Ukraińców na 800 +, jeśli ostatni nasz czołg wyślemy na Ukrainę, to ta wizja się nie spełni. No więc właśnie się nie spełniła” – mówił Braun.
„Pan Zełenski został sprowadzony na ziemię z kosmosu [bezczelności md] przez panów prezydentów Trumpa i Vancea no i pytanie: jaki ciąg dalszy? Widzę, że polityka podżegaczy wojennych nie słabnie, umacnia się, wzmaga w Brukseli i w Warszawie, słyszę to w telewizji, no i trzeba się ratować.
Po to staję do tej kampanii prezydenckiej, żeby to wyraźnie deklarować: nie poślę Polaków na wojnę ukraińską i nie zgodzę się na to, żeby Polacy mieli dłużej na utrzymaniu drugi naród” – zadeklarował Grzegorz Braun.
„Kto stracił najwięcej czołgów na wojnie ukraińskiej? Rosjanie? Ukraińcy? Nie, Polacy. A te czołgi, które tam jeszcze są na chodzie, nasze, to jeżdżą prawdopodobnie pod banderowskimi proporczykami. Czas naprawdę stanąć na własnych nogach i czas przestać okładać Polaków kosztami nie naszych wojen” – powiedział prawicowy kandydat na prezydenta Polski.
My to jednak fajny naród jesteśmy. Albo kompletnie beztroscy, albo raczej tak już doświadczeni, że zlewamy wszelkie sygnały wydarzeń ważnych w przeświadczeniu, że jesteśmy tu tylko widzami, gdyż i tak się bez nas odbędzie co ma się odbyć. Pierwsze podejście – beztroska – zakłada jednak pewną nieświadomość otaczającej nas rzeczywistości, co czyni z nas naród – akurat tu położony przez boga geografii – odtwarzający co dwa pokolenia powtórkę z historii. Siedzimy więc po raz kolejny w klasie, nie zdawszy egzaminu z błogą nieświadomością tego gdzie i dlaczego żyjemy. Ale może to i lepiej? Może to taki odruch nieuświadomienia, który każe nam przeżywać jak się da nasze życie bez zamartwiania się o rzeczy, na które nie mamy wpływu? Czyżbyśmy byli słowiańską buddą? Taką co to – nie mogąc zmienić świata, może tylko zmienić swój do niego stosunek? No właśnie, ale czy my zmieniamy swój stosunek do tego świata, skoro cały czas powtarzamy te same lekcje bez wyciągania wniosków?
Drugie podejście – zlewanie – zakłada jednak pewną świadomość stanu rzeczy i reakcję nań w postaci rezygnacji. To inna, bardziej uświadomiona niż w przypadku beztroski, forma determinizmu. Wiemy co się dzieje, ale przyjmujemy jak leci. Gdybyż to tak było! Byłaby to wersja słowiańskiej buddy reaktywnej. Ale nie – ci co wiedzą jak nam idzie uciekają jednak w ułudę. Ułudę podstawianej rzeczywistości jaką jest całkowicie odrealniony paradygmat wojny polsko-polskiej. Napisałem już o niej kilometry liter, nawet całą książkę. I nic. Ciągle trwa, nawet się zaostrza, raz karleje, raz mutuje, rozlewa się, infekuje całe nowe pokolenia. I nic, trwa dalej, zaś Polacy tańczą w jej rytm jak w końcówce Wesela, w malignie. Nawet nie ma Jaśka ze złotym rogiem, bo nikt już na niego nie czeka.
Momentum
Jesteśmy obecnie świadkami chyba najważniejszych przemian po zakończeniu II wojny światowej, a Polacy wciąż wysadzają sobie nawzajem pociągi w nieistniejącej wojnie. Dzielą nasz świat na naszych oczach a my nawet nie wyciągamy wniosków z tego dlaczego się tak dzieje. Ja wiem – taka rzetelna konstatacja wskazywałaby od razu nieubłagalnym palcem na polityczną elitę całej III RP jako winnych tego stanu. Dlatego nikomu z nich nie śpieszy się do publicznej diagnozy sytuacji. Tę zastępuje teraz nawalanka, czyli zamiast choćby i opisać nasze położenie zajmujemy się nawet już nie nawalanką „kto zawinił”, ale wyścigiem do swych defoultowych patronów – PiS poleciał do Amerykańczyków, zaś Tusk do Brukseli. A to oznacza, że Polacy nic tu nie zrozumieli.
PiS z Dudą liczą, jak cała polityka w III RP, że zdyskontuje niewątpliwe straty w pozycji międzynarodowej Polski przeciwko wrogowi wewnętrznemu. Powtórzmy – nie poprawi naszej pozycji międzynarodowej, tylko użyje jej osłabienia przeciwko Tuskom. Czyli wygra może PiS, przegra może Tusk, ale nie zyska na pewno Polska. Ale takie są rachunki polskiej polityki od 1989 roku i dlatego jesteśmy tacy słabi, pod każdą flagą politycznej ekipy. Ale te odłożone rachunki przyszło nam płacić akurat przy ekipie Tuska, a to tylko przypadek. Płacilibyśmy je tak samo, czy by rządził PiS, czy inna partia. W końcu jesteśmy „jedną wielką rodziną” i ta płaci rachunki i zobowiązania każdego z jej członków. Okazało się, że tak to działa w przypadku głównego grzechu polityki polskiej – systemowego i permanentnego zaniedbania.
A więc PiS i odchodzący Duda. Ja wiem, że można zaklinać rzeczywistość aż do końca, a szczególnie w przypadku Dudy nie można przecież przy końcówce swej błyskotliwej kariery 10 lat bycia pierwszym człowiekiem III RP zakwestionować całego „dorobku” swej postawy. Będzie więc Duda obstawał przy amerykańskich gwarancjach bezpieczeństwa, bo mu tak szef Pentagonu obiecał i dalej promował Ukrainę w NATO, nawet gdyby ta się już pogodziła z tym, że za naszego życia do NATO nie wejdzie.
PiS liczy chyba tylko na kolejną akcję „kelnerów u Sowy”, że Trump skróci męki Tuska z Polską i odda władzę lojalnemu sojusznikowi Stanów, jakim zawsze był Kaczyński. Ale to te same Stany, które przecież ponoć władowały 1,5 miliarda dolarów w to, by Kaczor przegrał. Ale to były inne, bidenowskie, Stany. Tak? Ale to oznacza, że polska władza na amerykańskim koniu jeździ. A teraz to ma jeszcze bardziej fundamentalne znaczenie, kiedy ten koń odjeżdża do siebie, bez żadnego europejskiego jeźdźca. Z czym wtedy zostaniemy? Z PiS-em, ale już bez ważnego patrona, bo ten się zawinął? Ba tam – zawinął. Teraz ten koń sam wróci z batem, nikt tam na nim jeździł nie będzie. Raczej odwrotnie – zostaniemy zaprzęgnięci.
Patroni Tuska
Tusk z kolei też wraca do swego patrona, czyli Niemiec. Ta zewnątrz-sterowność to jednak nasze przekleństwo, ale sami na to zasłużyliśmy, wybierając w demokracji jakieś zagraniczne podróbki, wierząc, że napis „made in Poland” jest prawdziwy. Niestety – jak się dobrze przyjrzeć, to raczej zobaczymy tam napis „made for Poland”. A więc Tusk postawił na Niemcy w przebraniu Unii Europejskiej. Sama Europa, pod światłym przywództwem Unii pod światłym przywództwem Niemiec jest w potężnym kryzysie. Woziła się na gapę pod amerykańskim parasolem bezpieczeństwa, choć za ten parasol w sumie płaciła dolaryzacją wymiany gospodarczej, ale sama zaniedbała swą suwerenność, zamieniła realną hard-power na ułudę siły w wersji soft. I została przyłapana na wykroku.
Teraz Unia zastanawia się czy się podporządkować wymaganiom Stanów, które kompletnie Europę zmarginalizowały. Zaczyna się więc gorączkowe liczenie. Nawet nie pieniędzy, ale istniejących tu i teraz zdolności. Wojska za mało, bo – uwaga, uwaga! – największą armię ma Polska, co – znając stan tej armii – daje nam świadectwo jak słabo stoi tu Stary Kontynent. Tusk będzie – znowu – grał wysoko na użytek wewnętrzny, tym razem dla taktycznego wsparcia swojego kandydata na prezydenta Polski. A więc będzie deklarował zachowania zgodne z badaną codziennie opinią publiczną, zaś swoje zrobi – to co postanowi Europa. A ta… będzie się naradzać tygodniami. Skąd wziąć kasę, kto zarobi, kto wyśle i kiedy jakie wojo? I tu ujawnią się w całości egoizmy państwowe, wypychanie słabych, acz ochotnych, do przodu i wszystkie te chwyty, które znamy na pamięć.
Warianty Europy
A czasu jest mało. Po pierwsze – Europa jak będzie się chciała postawić Trumpowi, to musi się zdecydować na szybkie, konkretne i bolesne dla siebie działania. A tu ani szybkości nie widać, ani konkretów, ani gotowości do poświęceń. Nie widać też przede wszystkim jedności, co Trump rozgrywa już dzieląc Europę na części. I zaraz się ustawi kolejka suplikantów do amerykańskiej łaski, że może z tą Europą to proszę bardzo, ale z nami to umówmy się na boku, że może z jakimś rabacikiem, czy co?
Obawiam się, że Tusk, jak to klient niemieckiego patrona, da się ustawić w pozycji wykorzystanego. Na użytek wewnętrzny będzie się sadził na niezależność, ale tak naprawdę da Unii to, czego ona potrzebuje. A Europa nie ma jednego – żołnierza do wysłania w bój, jak by co. A Polska, jak słyszymy – ma. Dlatego istnieje scenariusz, że Europa będzie uzasadniała swoje wymagania usiąścia przy stole rokowań swoim wkładem, czyli… naszym wkładem w zapewnienie bezpieczeństwa nowego układu, a właściwie – jednostronnych gwarancji, jak słyszymy poza systemem NATO, bezpieczeństwa Ukrainie. Trump takich gwarancji dać nie chce. Europa – jak widać po parotysięcznych deklaracjach kontyngentu Anglii czy Francji – dać nie może, nawet jak by chciała. A nie chce.
Może więc być tak, że Tusk się zgodzi na naszą obecność w jakimś dealu, który obecnie, przy nieznanych parametrach, ale zgodzie a priori Polski, może nas wpakować w niezłą kabałę. No bo jak, powiedzmy, że się Rosja zgodzi na jakieś tam wojo w jakiejś tam strefie demarkacyjnej, to tu się otwierają całe morza możliwości. A jak Ruscy pukną w naszych? Ktoś, coś? Niemcy się ruszą i zaatakują Moskwę? A jak naszych porwą, tak ze dwudziestu z takiej strefy? I to jakieś ludziki, przebrane w mundury z każdego sklepu wędkarskiego? A jak naszych porwą przebrani w mundury ukraińskiego batalionu Azow?
A ile tego ma tam być na tej Ukrainie? My się tu spieramy – wysłać/nie wysłać, jak nawet nie wiemy czy i do czego. Po co? Ja wiem po co – by był temat do dzielenia na wybory. Za to, czy idziemy gdzieś czy nie – zostanie nam zakomunikowane. Przez PiS powie nam to Trump, przez Tuska powiedzą nam to Niemcy, przebrani za Brukselę. Czy mają to być wojska obserwacyjne, wtedy wystarczy parę tysi z lornetkami? Czy wojska rozjemcze (a Rosja się w ogóle Trumpowi na to zgodzi?) w ilości (jak chce Zełenski) +200.000 luda w pełnym uzbrojeniu? A widział kto w Europie taką armię? Dlatego gadamy na pusto – ruski niedźwiedź na arabskiej pustyni gada z amerykańskim orłem, a my tu wiedziemy spory jakbyśmy coś mogli, a nawet – chcieli.
Warianty dla Polski
Popatrzmy więc na warianty, które się tu rodzą.
Pierwszy jest taki, żeby olać Aamerykańców, wesprzeć Ukrainę, która ma milionową armię, jeszcze, na nogach i zapasów, jak utrzymują – na rok. Tylko to wymaga by się Stanom postawiła Europa, pod jakimś przywództwem, a te Unia jest w stanie wycisnąć z siebie tylko w zakresie regulacji na poziomie zielono-ładowym. W dodatku w Europie jest jasny podział – jedni są od nadstawiania karku, inni od dowodzenia tymi karkami i ten paradygmat może się zmienić tylko w przypadku zmiany elity, bo w jej przemianę nikt już chyba nie wierzy. Czyli Ukraina dalej walczy, metale ziem rzadkich może do podziału z Europą, Polska na froncie (da Bóg, że tylko gwarancji), ale też i reindustrializacja Europy, tyle, że w ostrym niedoczasie.
Inna wersja to miazga z Europy w wykonaniu USA. Oni tam nie gadają z Putinem o Ukrainie, moim zdaniem to tylko pretekst do pogadania o nowych strefach wpływów. I to w kontekście takim, że Trump może mieć nadzieję, że duże zyski Rosji z rąk amerykańskich mogą wzniecić nieufność do Kremla ze strony… Pekinu. Bo na tych rozmowach Ukraina to tylko wymówka, by siąść do stołu i jeszcze raz potasować światowe karty. Tam się gada o Arktyce i Antarktydzie, energetyce, strefach wpływów. I Europa może się stać tutaj graną kartą. Nie wiadomo dlaczego niby i na jakiej zasadzie USA miałby ją podarować Putinowi, ale im słabsza jest Europa i im bardziej uzależniona, teraz też energetycznie, od Waszyngtonu, tym bardziej mogą Amerykańczykom przychodzić takie pomysły do głowy. Bo Ameryce chodzi o Chiny i rozbicie ich dealu z Rosją jest warte nawet Europy. Poradziecką się odda Putinowi, a resztę spacyfikuje. Chyba, że Europa się ogarnie, ale się chyba nie ogarnie, gdy się patrzy na ostatnie europejskie umizgi do Trumpa, jak chociażby w przypadku Macrona.
Trzecia wersja to Polska jako… Izrael.
Taki niezatapialny lotniskowiec amerykańskich interesów w Europie, otoczony morzem nieprzychylności. Państwo na specjalnych zasadach z maniem/niemaniem broni nuklearnej, lokalny rozbójnik w imieniu tego co trzyma nad nim „kryszę”, czyli USA. Państwo na poły zmilitaryzowane, dofinansowane w tym względzie przez USA. Pilnujące porządku w kolejnym zapalnym miejscu amerykańskich interesów. Dla wielu – marzenie. Ale tu chodzi raczej o marzenie o utrzymaniu wszystkiego tak jak było, tylko jeszcze bardziej. USA będą przy nas stały, w Europie będą nas się bali, będziemy mieli inne traktowanie i osiłka, do którego w razie czego będzie można zawsze zadzwonić.
I wersja – tu – ostatnia. Bierzemy się tu w Polsce za siebie. Budujemy poważne wojo, suwerenne w swych decyzjach i samodzielne w polu. Coś jak Turcja, która też jest w NATO, a widzi projekcję swych interesów nawet w… Somalii. NATO po tym Trumpowym numerze już może oprawić w historyczne ramki jakieś tam artykuły piąte. Trzeba więc nowych, równoległych, nie zastępczych, sojuszy zainteresowanych, gdzie kwestia podejmowania decyzji wojskowych będzie uwzględniała bliższe nam interesy geopolityczne, a zwłaszcza odstraszający poziom gotowości wojsk. To się da zrobić, tyle, że czasu coraz mniej. Tu – ku naszemu zaskoczeniu – musielibyśmy się oprzeć także na… Ukrainie. Takiej co sama może się jeszcze bić, ale też podzielić się swoimi niewątpliwymi osiągnięciami i doświadczeniami w prowadzeniu wojny. To o ich technologie i doświadczenie można oprzeć budowę i przygotowanie systemów militarnych w nowym rozdaniu.
Elity do wymiany
Tylko nad tym wszystkim wisi kwestia elit. I europejskich, i polskich. Mentalnie niezdolnych do wyjścia z bańki, w której się urodziły, żyły i której broniły, nawet przed własnym suwerenem. Jak tak dalej będzie szło, to bez ruchu, bańki te zostaną rozbite i całe mleko – elit i dołów – rozleje się po Europie. Obawiam się, że tak będzie. Bo stare jeszcze będą trwały, pozorując zmiany, bo na radykalne ruchy albo ich nie stać, albo są na nie mentalnie nie gotowe. Ale są na tyle silne, że będą broniły i obronią swe pozycje przed radykalnymi zmianami, które mogą pochodzić tylko od innych, nowych elit. Te zaś zostały prawie skutecznie wytrzebione, zaś ich uformowanie się i przejęcie władzy przez nowe elity po wielu przygodach może spowodować, że nie zdążymy. I w Polsce, i w Europie.
I tak, w czasach kluczowych dla Polski, będziemy się ekscytować czy jeden kandydat jest sutenerem czy nie i czy ten drugi na prawdę zrobi tyle pompek. W kampanii, w której o najważniejszych sprawach się nie mówi, bo mówiący za państwowe dotacje mają wszyscy w tym temacie za uszami. Gdzie podstawową dyskusję o polskiej racji stanu sprowadza się albo do PR-owskich narad z panami pułkownikami albo do deklaracji, że wszystko będzie dobrze, czyli po staremu. Naród przysypia na przyzbie w drodze na wieczne wesele, a jak się obudzi, to coś tam pohukuje: „co tam Panie w polityce?”. Tak – Chińczyki trzymają się mocno. A my?
After countless prayers, nearly a billion dollars, and hard toil which many people willingly gave blood, sweat, and tears, Notre Dame is finally nearing its completion—in many ways looking more splendorous than it has for centuries.
However, after its miraculous restoration, this iconic Cathedral faces yet another impending disaster.
French President Emmanuel Macron wants to install new modern stained-glass windows in six of the cathedral’s side chapels.
Tell President Emmanuel Macron to Leave Notre Dame Alone
None of the windows that will be replaced were damaged by the fire.
President Macron wants to leave a legacy. And to do so, he has chosen to replace several windows in Notre Dame Cathedral with modern ones.
Such windows would be dreadful, and fracture the historic beauty that the cathedral contains.
Imagine walking down the side aisle, and while admiring the incredible splendor and architecture, you turn the corner and see a monstrosity—ugly modern art.
There are sketches of the design for the windows that the president wants to replace, and they completely lack the qualities that reflect God: goodness, truth and beauty.
From what one can tell, based on the sketches, they don’t tell a story and they don’t follow the qualities of beauty that Saint Thomas Aquinas made explicit.
Demand that President Macron Keep the Traditional Windows
Notre Dame is a cathedral that is dedicated to the Blessed Virgin. Medieval man made it to reflect several of her inestimable qualities and virtues: purity, strength, proportionality, beauty, wisdom, goodness and more.
So President Macron’s decision to modernize several of the cathedral’s windows is more than just changing century-old history, it is mixing the ugly with the beautiful. It is an offense to Our Lady.
Please take a stand against this wreckovation by telling President Emmanuel Macron to keep the old windows, and not replace them with ugly modern art.
Sign your petition now!
To: Emmanuel Macron, President of France,
Your desire to replace several of the windows in Notre Dame Cathedral, and replace them with modern ones is truly upsetting and a shame to the Catholic history of France.
The modern windows clash with the unity and beauty that this historic cathedral represents.
I demand that you cancel this project immediately, and publicly apologize for suggesting such a disorder.
Maybe those Nazis were not so bad; what else could explain the love affair the liberal West is having with the Nazis in the Ukraine? Just because Zelinsky had some Jewish background[is 100% Jew md], that does not make it impossible for him to be one. After all, they said the same about Hitler, though there was much debate about that by historians over the last seven decades.
The Jerusalem Post in 2022 published, “Members of over 35 extremist groups have been identified in Ukraine; many were Nazis. 20,000 foreign fighters went to serve in Ukraine at the beginning of the conflict.
There is no denying the fact that Ukraine has a Nazi problem and has Nazi army units. There is no denying that before Russia invaded three years ago, the Ukrainian government went after Russian-speaking people in the Dumbass region and went as far as attempting to ban the Russian language from their schools—something Nazi politicians would do. The Russians in Crimea smelled this fast and voted unanimously to cede back to Russia. Russia knows all about the Nazi horror, having lost 27 million to them in World War Two.
The liberals in Europe are further to the right than any of the right-wing parties because of their love affair with Ukraine. The AFT in Germany and the right-wing party in France are the true liberals for this reason. Ukraine is not a democracy, and even Trump admitted that, and we know how Nazis hate democracy though they were voted in like all the governments in Europe. The Nazis loved war, as do all the governments in Europe today, with only a few exceptions.
Trump and Vance Berate Zelensky During Testy White House Meeting
Doug Mills/The New York Times
President Trump and Vice President JD Vance castigated Ukraine’s President Volodymyr Zelensky in a remarkably fractious meeting that featured raised voices and threats. “You’re gambling with World War III,” Trump told Zelensky. The Ukrainian leader left the White House shortly after Trump shouted at him, showing open disdain.
The White House said the Ukraine delegation was told to leave. It was the best news of the day.
An armed guard who works for the Ukrainian president, Volodymyr Zelensky was spotted with a Nazi insignia; a symbol that dates back to Nazi Germany during World War II.
The Germans hate the Nazis so much it seems they have become like them. They will not allow the AFT (20% of the people) to have a say in government. Hate for democracy, which we even see in America, is very Nazi-like. I guess more Nazis are walking around the West than anyone would believe. We just don’t call them Nazis.
The elimination of Jews during the Holocaust in Ukraine started within a few days of the beginning of the Nazi occupation. The Ukrainian Auxiliary Police, which formed in mid-August 1941, assisted by Einsatzgruppen C and Police battalions, rounded up Jews and undesirables for the Babi Yar massacre, as well as other later massacres in cities and towns of modern-day Ukraine, such as Kolky, Stepan, Lviv, Lutsk, and Zhytomyr.
Prezydent Wołodymyr Zełenski nie chce dostrzec „praktycznej rzeczywistości” wojny z Rosją, a Amerykanie mają dość „płacenia rachunku” za Ukrainę – oceniła w piątek rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt po kłótni Zełenskiego z Donaldem Trumpem w Białym Domu.
–On nie chce dostrzec praktycznej rzeczywistości tej wojny. Ona trwa od lat, jego rodacy giną, a ludzie, którzy fundowali te wysiłki, Amerykanie, mają dość płacenia tych rachunków – powiedziała Leavitt, cytowana przez stację BBC.
– Karty nie są po jego stronie, lecz po stronie prezydenta Trumpa – zaznaczyła. Dodała, że Trump chce zakończyć wojnę. – Nie wydaje się, by Zełenski też tego chciał – dodała, oskarżając prezydenta Ukrainy o brak szacunku wobec Amerykanów.
Leavitt oświadczyła, że zerwanie negocjacji z Ukrainą nie oznacza wzmożenia rozmów z Rosją. – Prezydent zawsze jasno mówił, że obie strony muszą mówić po równo, by sprowadzić obie strony do stołu, by wynegocjować porozumienie – powiedziała, cytowana przez portal Washington Examiner.
Zełenski spotkał się w piątek z Trumpem w Białym Domu. Rozmowa w Gabinecie Owalnym na temat perspektyw zakończenia wojny na Ukrainie początkowo przebiegała w stosunkowo dobrej atmosferze, ale zakończyła się bezprecedensową kłótnią, w czasie której Trump i wiceprezydent JD Vance podniesionym głosem rugali Zełenskiego za jego brak wdzięczności i szacunku dla USA.
Po sprzeczce Trump zerwał rozmowy, a Ukraińcy zostali wyproszeni – przekazało źródło stacji CNN. Planowana wspólna konferencja prasowa Trumpa i Zełenskiego została odwołana, a obie strony nie podpisały zgodnie z zapowiedziami umowy o minerałach.
„Zełenski przegrał konfrontację z Trumpem”. Prof. Panfil dla PCh24: prezydent Ukrainy uwierzył we własną propagandę, a Trump sprowadził go na ziemię.
—————-
Zełenski miał do wyboru dwie strategie negocjacyjne z Donaldem Trumpem.
Pierwsza strategia to pokora, druga to bezczelność.
– Wołodymyr Zełenski miał do wyboru dwie strategie negocjacyjne z Donaldem Trumpem. Pierwsza strategia to pokora, druga to bezczelność – mówi w rozmowie z PCh24.pl prof. Tomasz Panfil komentując piątkową awanturę w Białym Domu między Donaldem Trumpem, a Wołodymyrem Zełenskim.
Historyk wyjaśnił, że strategia pokory miała polegać na tym, żeby powiedzieć prezydentowi USA: „bardzo potrzebujemy waszej broni i w związku z tym bardzo przepraszam, że w październiku popierałem twoją konkurentkę Kamalę Harris. To był błąd, który zrozumiałem, i który chcę naprawić”.
– Druga strategia, to bezczelność i arogancja, czyli nie przyznać się do winy, nie uderzyć się w pierś, tylko perfidnie krzyczeć, że Ukraina walczy za wolność USA.
Nie wiem, czy była jeszcze jakaś inna strategia. Widzimy, że podczas spotkania w Białym Domu Zelenski, zgodnie ze swoim zwyczajem, wybrał strategię na bezczela, czyli „macie nam dać, bo my walczymy za was” – wyjaśnił.
W ocenie rozmówcy PCh24 Zełenski przegrał. – Ktoś może tutaj powiedzieć: „Ale to przecież Trumpowi bardziej zależało na umowie o minerałach za półtora biliona dolarów”. Fakt – podpisanie umowy zostało odwołane, ale negocjacje nie zostały zerwane – podkreślił.
– Trump nie jest kimś takim jak na przykład były wicepremier polskiego rządu, niejaki Jacek Sasin.
Tenże Sasin ogłosił przed rozpoczęciem negocjacji, że Polska będzie popierać Ukrainę bezwarunkowo. W tym momencie, po takiej deklaracji nie ma żadnych negocjacji, bo strona polska skapitulowała zanim się zaczęły.
Trump nie jest tak cienki w negocjacjach jak niejaki Sasin. Dlatego postawił warunki i pokazał Zełenskiemu, gdzie jest jego miejsce w światowym porządku.
Zełenski do tej pory tego nie rozumiał, a co gorsza wszyscy go upewniali, że jest wielki, wspaniały, cudowny i jak to wspaniale, że cieszy się stuprocentowym poparciem narodu ukraińskiego, który stoi za nim murem. Zełenski w to uwierzył. Uwierzył, że jest mężem opatrznościowym nie tylko Ukrainy, nie tylko Europy, ale również światowego porządku. No więc właśnie 28 lutego 2025 roku Donald Trump mu powiedział, że jest zupełnie inaczej – podsumował prof. Tomasz Panfil.
Donald Trump i Wołodymyr Zełenski pod Białym Domem. / Foto: PAP/EPA
Wołodymyr Zełenski przelicytował, chce tylko walczyć – powiedział prezydent USA Donald Trump po spotkaniu z prezydentem Ukrainy. Jak dodał, Zełenski powinien przyjść do niego i powiedzieć, że chce pokoju, a nie utyskiwać na Władimira Putina.
„On musi powiedzieć, że chce pokoju, a nie 'Putin to, Putin tamto’, same negatywne rzeczy” – powiedział Trump tuż przed odlotem na Florydę.
Trump dodał, że Zełenski „chce wrócić w tej chwili”, lecz nie może na to pozwolić.
Powiedział, że jego spotkanie poszło źle dla Zełenskiego i że „przelicytował”.
„Nie możesz ośmielać kogoś, kto nie ma kart (…) On nie ma kart do gry!” – mówił.
Trump stwierdził, że Zełenski „nie jest człowiekiem, który chce pokoju” – powiedział. „To jest człowiek, który chce nas naciągnąć i dalej walczyć” – dodał prezydent USA. Zaznaczył przy tym, że pokoju chce Władimir Putin.
Pytany o to, czy chce, by Zełenski ustąpił z urzędu, Trump stwierdził, że „chce kogoś, kto zawrze pokój”, i tym kimś może być Zełenski.
Zaznaczył też, że chce natychmiastowego zawieszenia broni i wyraził frustrację, że tego samego nie chciał ukraiński prezydent.
„Ja chcę zawieszenia broni teraz. A on mówi 'o, ja nie chcę zawieszenia broni’. Cóż, nagle on jest ważniakiem, bo ma po swojej stronie USA” – kontynuował prezydent Trump. „Albo możemy to zakończyć, albo pozwolić mu walczyć. A jeśli będzie walczył, to nie będzie to przyjemne, ponieważ bez nas nie wygra” – dodał.
Donald Trump oraz prof. Adam Wielomski i flaga Unii Europejskiej. / foto: domena publiczna/screen (kolaż)
Wszyscy znaliśmy zapowiedzi Donalda Trumpa, że ma zamiar natychmiast zakończyć toczącą się wojnę ukraińsko-rosyjską, ale chyba nikt nie spodziewał się, że pierwsze spotkanie Rosjan i Amerykanów w Rijadzie doprowadzi do tak szybkiego zbliżenia stanowisk. Było to możliwe tylko dlatego, że do negocjacji siedli sami wielcy i nie zaproszono ani państw europejskich, ani fantomowej Ukrainy, funkcjonującej wyłącznie dzięki amerykańskiemu wsparciu. Dla Unii Europejskiej, dla Komisji Europejskiej i osobiście dla Ursuli von der Leyen była to prawdziwa potwarz.
Donald Trump całkowicie olał Europę, nie traktując jej jako partnera i strony godnej do negocjowania o zakończeniu wojny. Oczywiście wiedział, że Europejczycy narobią wielkiego rwetesu, lecz zdaje się pomyślał sobie „A co mi zrobicie?”. Przecież gdy Stany Zjednoczone podpiszą z Rosją traktat pokojowy, to z przedpokoju zawołany zostanie Wołodymyr Zełenski, dostanie długopis i Trump mu powie „Tutaj masz podpisać. Nie musisz czytać”. Ursula von der Leyen, Emmanuel Macron, Anglicy, Niemcy i Polacy zawyją, powrzeszczą i będę musieli traktat uznać. Bo co innego zrobią?
Wszyscy wiedzą, że militarnie UE jest dramatycznie słaba i sama nie wesprze Kijowa dostatecznie mocno, aby mógł prowadzić wojnę. Pieniądze Europa ma, odgraża się, że jest gotowa wyasygnować na tę wojnę 700 miliardów euros, lecz przecież nikt nie traktuje tych zapowiedzi poważnie. W końcu kanclerz Olaf Scholz już powiedział, że ewentualne wydatki wojenne nie mogą uszczuplić dotychczasowych wydatków budżetowych Niemiec. W tej sytuacji trafne jest stwierdzenie jednego z niemieckich komentatorów, że przy toczących się rozmowach pokojowych przy dużym stole, politycy unijni „siedzą przy stoliku dla dzieci”.
Zwołany przez Emmanuela Macrona szybki szczyt unijny w Paryżu jeszcze bardziej obnażył słabość UE. Prawdę mówiąc, spodziewałem się, że przywódcy zgromadzą się i wydadzą ogólnikowe oświadczenie, że „tak być nie może i coś trzeba z tym zrobić”, ale nawet nie udało im się wydać oświadczenia. Giorgia Meloni przyjechała spóźniona, gdy Scholz już zbierał się do wyjścia.
Wielka Unia Europejska nie zdołała zgromadzić nawet 25 tysięcy żołnierzy, gdyż Hiszpanii konflikt na Ukrainie nie interesuje, Polska graniczy z Rosją i się obawia (zresztą słusznie), a Włochy nie będą działać przeciwko Trumpowi. W tej sytuacji premier Wielkiej Brytanii oświadczył, że Londyn właściwie nie ma wojsk lądowych, a Macron, że Francuzi sami nie pojadą. Kompromitacja, słabość i żenada. Ale że tak to się skończy wiedziałem ja, wiedział Trump i wiedział Putin.
Jeden Zełenski nie zrozumiał, odmówił oddania Amerykanom połowy ukraińskich metali ziem rzadkich i dwa dni później dowiedział się od Trumpa, że sam odpowiada za wybuch wojny i jest „dyktatorem” nielegalnie sprawującym władzę. Jak dobrze pójdzie, to dojdzie do całkowitego odwrócenia sojuszy, największego w świecie od 1756 roku, i powstanie alians amerykańsko-rosyjski przeciwko unijno-ukraińskiemu.
Kompromitacja Unii Europejskiej i jej biurokratycznej klasy politycznej jest kompletna. Tym gorsza, że Trump całkiem świadomie pozwolił, aby ten Muppet’s Show w Paryżu odbył się, aby przywódcy unijni pokazali całemu światu swoją słabość, brak woli, brak pomysłu, gadulstwo, napuszenie, etc. Po wyborze na prezydenta Trumpa UE była ostatnim centrum globalizmu i wizji świata Anne Applebaum i jej małżonka. Na naszych oczach ten świat wali się jak domek z kart. Był bowiem kosmpolityczno-liberalną utopią. The world of Anne Applebaum is over!
Gdy Unia Europejska ponosi kolejne porażki, to odpowiedź elit unijnych jest zawsze taka sama: Skoro nasza Unia Europejska zawodzi, to trzeba przyśpieszyć integrację na wszystkich poziomach. Jak bowiem wiadomo, zdaniem europejskiego establishmentu na wszystkie niedomagania unijne lekarstwem zawsze jest tylko idea „więcej Unii”. Stąd też politycy niemieccy i francuscy – ci sami, którzy od jakiegoś czasu domagają się tzw. federalizacji Europy – już nawołują do przyśpieszenia. Trzeba natychmiast skasować zasadę jednomyślności i prawo veta narodowego, powołać wspólną polityką zagraniczną i bezpieczeństwa, stworzyć armię europejską, wzmocnić Komisję Europejską i ogłosić Frau von der Leyen Imperatorin Europy. Przecież gdyby była wspólna europejska polityka zagraniczna i obronna, to nie byłoby klęski występu Muppet’s Show w Paryżu, gdyż Komisja Europejska sama podjęłaby decyzję o wysłaniu wojsk! Gdyby była armia europejska, to nie byłoby problemu ze zmobilizowaniem 25 tysięcy ludzi!
Będziemy słyszeć raz po raz takie głosy i nawoływania, lecz rzeczywistość jest odmienna. Klęska zjazdu w Paryżu wynikała ze skrajnej odmienności interesów „grubej szóstki”, którą Macron do Paryża zaprosił: Francja chce wysłać wojska, gdyż macroniści muszą mieć sukces i projekcję siły przed zbliżającymi się wyborami prezydenckimi; Wielka Brytania usiłuje uwikłać Rosję w wojnę i czym dłużej, tym lepiej; Hiszpanie ledwo wiedzą, gdzie leży Ukraina i nic ich ona nie obchodzi; Niemcy boją się wojny, gdyż leżą zbyt blisko Rosji; Polska boi się, gdyż z Rosją graniczy; Włochy widzą w intrydze Macrona wyłącznie akt wrogości wobec Trumpa. Słowem, interesów tej szóstki krajów nic, ale to absolutnie nic nie łączy. Każdy z nich ma swoje interesy, a „interes paneuropejski”, „interes unijny” to kompletna fikcja. Gdy więc teraz Paryż i Berlin będą krzyczeć „więcej Unii”, to Hiszpanie i Włosi zareagują apatycznie. Orban z Fico przyjdą i powiedzą, że szczyt w Paryżu pokazał, że nie istnieje wspólny interes unijny i każde z państw członkowskich musi samodzielnie zadbać o swoje bezpieczeństwo. W tym czasie Donald Tusk nic nie powie, bo jeszcze nie ma nowego kanclerza Niemiec i nie wie, jakie jest polskie zdanie.
A jaki jest z tego wniosek dla Polski? Ano taki, że w polityce światowej powstaje „koncert mocarstw” – USA, Rosji i Chin. I wszystkie gwarancje bezpieczeństwa poza tymi mocarstwami są nic nie warte. Szczególnie unijne.
Transformację ustrojową naiwni solidarnościowcy uważali za swoje zwycięstwo nie rozumiejąc, że zostali sprzedani przez tych, którzy dogadali się z komuną tak, aby żadnemu komunistycznemu zbrodniarzowi włos nie spadł z głowy i żeby komunistyczni aparatczycy, nawróceni błyskawicznie na liberalizm, pozostali w swoich zrabowanych prawowitym właścicielom mieszkaniach i apartamentach oraz utworzyli klasę uprzywilejowaną finansowo poprzez różne mechanizmy „akumulacji pierwotnej” takie jak między innymi FOZZ.
W tym okresie naiwni solidarnościowcy odbywali liczne nieformalne spotkania i seminaria podczas których próbowali uporządkować różne znane im terminy, definicje i pojęcia ekonomiczne i społeczne oraz snuli plany na świetlaną przyszłość. Jednym z takich regularnych spotkań było seminarium prowadzone przez publicystę Piotra Skórzyńskiego. W czasach gdy w tym seminarium uczestniczyłam przewinęło się przez nie bardzo wiele znanych dziś osób. Bywał Stanisław Michalkiewicz, Piotr Semka i wielu innych. Odrobinę zdrowego rozsądku prezentował wyłącznie Stanisław Michalkiewicz. Reszta była pełna optymizmu i przeświadczona, że wszystkie kluczowe decyzje należą i będą należały w przyszłości do nich. W kwestii edukacji nieodmiennie propagowano koncepcję tak zwanego „bonu oświatowego”. Zgodnie z tą koncepcją każde dziecko otrzymuje na swoją edukację taką samą kwotę, którą rodzice mogą wykorzystać w dowolnie wybranej placówce oświatowej. Uważano, że uruchomi to niewidzialną rękę rynku. Szkoły dobre będą się rozwijać mając stale rosnącą liczbę klientów. Szkoły kiepskie upadną i właśnie o to nam chodzi.
Po wielu latach, które upłynęły od tych czasów warto zastanowić się dlaczego koncepcja bonu oświatowego nigdy nie została zrealizowana a nawet nie było chyba żadnych prób jej wdrożenia. Kiedy podczas jednego ze spotkań zwróciłam uwagę słuchaczy na fakt, że w szkołach pojawiło się zjawisko tak zwanej fali, charakterystyczne dotąd tylko dla wojska, słuchacze zareagowali oburzeniem. Moja wypowiedź nie była gołosłowna, obserwowałam to zjawisko na co dzień pracując w szkole lecz uczestnicy seminarium w swej świętej naiwności byli całkowicie impregnowani na wymowę faktów. Zostałam potraktowana jako wróg przemian rysujących przed nimi wizję świetlanej przyszłości. W wolnej Polsce nie ma miejsca na takie zjawiska argumentowano, to tylko kwestia zaniedbań wychowawczych i organizacyjnych więc za każdym razem wina jest wyłącznie po stronie szkoły. Pogrzebałam całkowicie swoją opinię w oczach uczestników seminarium poddając w wątpliwość tę wymarzoną wolność Polski.
Wyraźnie nie docierało do nich prawdziwe znacznie kontraktu Okrągłego Stołu. W swoim niepoprawnym optymizmie twierdzili, że zmiana ustroju, zmiana stosunków społecznych i ekonomicznych automatycznie likwiduje wszelkie nieprawidłowości, które niesłusznie przypisywali wyłącznie działaniu systemu komunistycznego a nie widzieli ich źródeł w prawach rządzących społeczeństwem i naturą ludzką. Nic nie pomogło, że powoływałam się na wydane w Polsce książki „ W co grają ludzie” Erica Berne’a oraz „Kozioł Ofiarny” Rene Girarda stawiające przede wszystkim tezę, że istnieją ludzie, którzy jak pisał Berne „czują się lepiej gdy inni czują się gorzej” czyli czerpią satysfakcję z upokarzania bliźnich, a poza tym, że grupa społeczna organizuje się najczęściej i najłatwiej przeciwko komuś, przeciwko temu tytułowemu „kozłowi ofiarnemu”.
Zjawisko prześladowania wybranej ofiary, które konsoliduje grupę pojawia się spontanicznie już w przedszkolu, jest zjawiskiem niezależnym od kraju ustroju czy szerokości geograficznej. Dzieci odmawiają zabawy z dzieckiem będącym ofiarą twierdząc, że ono śmierdzi, ma wszy, kradnie zabawki albo podając inną, całkowicie fałszywą przyczynę wykluczania ofiary, będącą próbą racjonalizacji własnego zachowania. Walka z tą okrutną zabawą jest bardzo trudna – dziecko zmuszane przez opiekunki w przedszkolu do ustawiania się w parze z ofiarą odmawia na przykład podania jej ręki, inne dzieci robią złośliwe uwagi, więc próba siłowego przełamania tego co współcześnie nazywa się mobbingiem zaostrza tylko jego objawy. Mogłoby się wydawać, że wokół tego zjawiska panuje – również obecnie- specyficzna zmowa milczenia.
Podobnie jak moi adwersarze na seminarium Skórzyńskiego, większość pedagogów przypisuje to zjawisko grupom marginesu – podkulturze więziennej, grupom przestępczym czy chuligańskim, nie chcąc przyznać, że jest ono powszechne i niejako ponadczasowe. Rozwój Internetu oraz mediów społecznościowych zaostrzył problemy związane z mobbingiem grupowym. Kompromitujący czy wyśmiewający filmik umieszczony w Internecie przenosi grono odbiorców takiego spektaklu poza klasę czy szkołę. Zmiana szkoły nie jest więc już ratunkiem dla ofiary mobbingu, bo kompromitujący ją film podąża za nią.
Drastycznie wzrastająca liczba samobójstw wśród dzieci i młodzieży związana jest, moim zdaniem, przede wszystkim z łatwością ich prześladowania przez grupę a nie – jak się twierdzi – z jakąś epidemią chorób psychicznych, której usiłuje się przeciwdziałać tworząc nowe dziecięce oddziały psychiatryczne w szpitalach Dodatkowym aspektem tego problemu jest tak zwana medykalizacja dzieci. Zwykły łobuziak dostaje diagnozę ADHD i prochy. Rodzice są zadowoleni bo jest spokojniejszy, szkoła dostaje na niego miesięcznie sporą dotację finansową, przysługuje mu dodatkowy czas na egzaminach. Źle wychowany dzieciak, który w kontaktach międzyludzkich nagminnie przekracza dopuszczalne bariery otrzymuje diagnozę zespołu Aspergera i oczywiście leki. Być może odtąd będzie brał leki do końca życia.
Na szczęście pojawiło się światełko w tunelu. W Polsce ukazało się kolejne już wydanie książki Karla Dambacha pod tytułem: „ Mobbing w szkole. Jak zapobiegać przemocy grupowej”. Nie jest to jakaś wyczerpująca czy wybitna praca. Najważniejsze jest jednak, że autor potwierdza istnienie i znaczenie tego zjawiska i próbuje zaproponować sposoby walki z nim, inne niż leczenie psychiatryczne.
Wołodymyr Zełenski przyleciał wczoraj do Waszyngtonu, by podpisać umowę o eksploatacji ukraińskich metali ziem rzadkich z USA, która wydawała się już dogadana.
Zamiast tego wdał się w awanturę przy dziennikarzach, zachowywał się arogancko i starł się z Donaldem Trumpem oraz J.D. Vance’em. Amerykanie nie pozwolili mu wejść sobie na głowę – spotkanie zakończyło się dyplomatycznym skandalem.
Wołodymyr Zełenski zaliczył poważną wpadkę dyplomatyczną podczas wizyty u Donalda Trumpa i jego zastępcy J.D. Vance’a w Białym Domu. Już na wstępie zwrócił uwagę nieodpowiednim strojem – zamiast garnituru wybrał swój zwyczajowy wojskowy dres. Amerykański prezydent nie omieszkał zareagować drwiną. Na powitanie przed Białym Domem Trump wskazał na ubiór ukraińskiego gościa i rzucił w stronę fotoreporterów: „Cały się dziś wystroił” . Był to kąśliwy komentarz pod adresem Zełenskiego, który najwyraźniej zbagatelizował protokół i rangę spotkania, pojawiając się w Gabinecie Owalnym w stylizacji bardziej pasującej na poligon niż do siedziby światowego mocarstwa. Już ten początek zarysował atmosferę – zamiast przyjaznej kurtuazji pojawiło się napięcie i zniesmaczenie gospodarzy wobec lekceważącej postawy przybysza.
Dalszy przebieg rozmów jedynie pogorszył sytuację. Zełenski od początku przyjął konfrontacyjny ton wobec amerykańskich przywódców. Zamiast dyplomatycznej uprzejmości, zaczął publicznie forsować swoje żądania i krytykować brak wystarczających gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy. W obecności mediów wprost powątpiewał w dobrą wolę Ameryki i sens proponowanej dyplomacji, co było odbierane jako podważanie działań gospodarzy.
Wiceprezydent Vance zwrócił mu uwagę, że to “niezręczne i nie na miejscu” przenosić swoje pretensje na forum publiczne podczas rozmów w Gabinecie Owalnym. Kiedy Vance zasugerował, że „ścieżką do pokoju może być podjęcie dyplomacji”, Zełenski zareagował impertynencko: „Więc co to za rodzaj dyplomacji, o jakim mówisz, JD?”. Taki przytyk do amerykańskiego wiceprezydenta – po imieniu, z nutą sarkazmu – zabrzmiał jak wyzwanie rzucone gospodarzom na ich własnym terenie.
Trump i Vance nie zamierzali tolerować takiej postawy. W odpowiedzi przeszli do ostrej reprymendy, dając do zrozumienia, że cierpliwość się wyczerpała. Vance wprost zarzucił Zełenskiemu brak elementarnej wdzięczności za ogromne wsparcie, jakie Stany Zjednoczone dotąd udzieliły Ukrainie. „Czy podziękował pan choć raz?” – padło pytanie pod adresem ukraińskiego prezydenta, po czym wiceprezydent przypomniał, że „powinieneś podziękować prezydentowi, że próbuje zakończyć ten konflikt”.
Wytknął też Zełenskiemu, iż zamiast okazywać sojusznikom szacunek, „prowadzicie pobór i wysyłacie ludzi na front”, sugerując, że Ukraina jest pod ścianą i nie powinna stawiać warunków. Donald Trump również nie przebierał w słowach. Podniesionym głosem przestrzegł ukraińskiego lidera, że „nie jest w pozycji, aby cokolwiek dyktować” i „igra z życiem milionów ludzi, igra z III wojną światową” .
Amerykański prezydent wyraźnie dał do zrozumienia, że dalsze wymuszanie ustępstw na USA jest niedopuszczalne. W pewnym momencie Trump wręcz położył rękę na ramieniu Zełenskiego, patrząc mu prosto w oczy – gestem tym podkreślił, kto tu rozdaje karty. „Nie mów nam, co mamy robić ani czuć” – upomniał stanowczo ukraińskiego przywódcę. Tak ostre publiczne skarcenie głowy innego państwa to rzecz niemal bezprecedensowa w murach Białego Domu, lecz Trump i Vance jasno pokazali, że nie pozwolą, by Zełenski wszedł im na głowę.
Konfrontacja zakończyła się dla Zełenskiego politycznym blamażem. Zamiast oczekiwanego wsparcia czy choćby uprzejmego uścisku dłoni przed kamerami, ukraiński prezydent musiał przełknąć gorzką pigułkę. Trump, rozeźlony arogancją gościa, nagle zerwał ustalone plany – nie doszło do podpisania przygotowanej umowy o eksploatacji ukraińskich metali ziem rzadkich, choć miała ona zapewnić Ukrainie środki na odbudowę, a USA pewne korzyści gospodarcze.
Odwołano również wspólną konferencję prasową przywódców. Co więcej, po kilkudziesięciu minutach ostrego sporu Zełenski został poproszony o opuszczenie Gabinetu Owalnego, zanim spotkanie dobiegło formalnego końca. Według relacji mediów, prezydent Ukrainy opuścił Biały Dom wcześniej niż planowano, nie czekając nawet na pożegnanie ze strony Trumpa. Wymowne jest to, że amerykański prezydent tuż po zajściu oznajmił publicznie, iż Zełenski „okazał brak szacunku wobec Stanów Zjednoczonych w ich ukochanym Gabinecie Owalnym” i nie otrzyma nic więcej, dopóki nie zmieni nastawienia. Innymi słowy: Drzwi Białego Domu zostały czasowo zatrzaśnięte przed przywódcą Ukrainy. Tak twardej lekcji dobrych manier Zełenski z pewnością się nie spodziewał.
Amerykanie pokazali tym samym stanowczość, jakiej Zełenski nie doświadczył od innych sojuszników – choćby od Polski. W poprzednich sytuacjach, gdy ukraiński prezydent pozwalał sobie na ostrzejsze uwagi czy nieco roszczeniowy ton wobec partnerów, Warszawa zazwyczaj reagowała powściągliwie lub wcale. Polacy – kierowani „solidarnością z walczącą Ukrainą” – często przymykali oko na impertynencję Zełenskiego, rzekomo by nie szkodzić wzajemnym relacjom. Przykładem może być ignorowanie bezczelności w gestach czy słowach Zełenskiego pod adresem Polski, byle utrzymać jedność wobec rosyjskiej agresji.
Sam Trump podczas omawianego spotkania podkreślił, jak wiele Polska zrobiła dla NATO i Ukrainy, chwaląc polski rząd za zaangażowanie. Zełenski tymczasem skupił się wyłącznie na straszeniu, że jeśli Rosja nie zostanie powstrzymana na Ukrainie, uderzy potem w kraje bałtyckie i Polskę – ani słowem nie odnosząc się do polskiej pomocy, o której wspomniał Trump. Tego rodzaju pominięcie mogło być odebrane jako niewdzięczność, ale Polacy dotąd starali się nie brać tego do siebie. Jednak w Waszyngtonie podobna taktyka zawiodła – Trump i Vance nie mieli zamiaru być tak pobłażliwi jak wcześniej Polacy. Amerykańscy liderzy wyraźnie zaznaczyli granice, których Zełenski nie mógł przekroczyć bezkarnie.
Niektórzy komentatorzy dopatrują się w zachowaniu Zełenskiego wpływu czynników zewnętrznych – a konkretnie Berlina. Niemcy od dłuższego czasu patrzą krzywym okiem na nową administrację USA. Wiceprezydent J.D. Vance podczas lutowej konferencji bezpieczeństwa w Monachium wprost skrytykował europejskich sojuszników za opieszałość, czym wywołał polityczną burzę. Niemiecki rząd ostro potępił słowa Vance’a jako „nieakceptowalne” i zarzucił mu ingerowanie w wewnętrzną politykę Niemiec.
Doszło nawet do dyplomatycznego zgrzytu, gdy wyszło na jaw, że amerykański wiceprezydent spotkał się z liderką skrajnie prawicowej AfD, co Berlin odebrał jako wyzwanie rzucone kanclerzowi Scholzowi. Od tego momentu stosunki między USA a Niemcami przypominają stan cichej wojny politycznej – obie strony szukają sposobów nacisku i rewanżu. Na tym tle pojawiły się spekulacje, że Berlin mógł zachęcić Zełenskiego do przyjęcia twardszej, bardziej zaczepnej postawy wobec Trumpa.
Dla Niemiec skomplikowanie rozmów amerykańsko-ukraińskich to wygodny scenariusz: Trumpowi trudniej będzie szybko zakończyć wojnę na warunkach USA, a sam Zełenski – podpuszczony obietnicami wsparcia z Europy – staje się narzędziem w rozgrywce Berlina z Waszyngtonem. Oczywiście brak na to twardych dowodów, niemniej zbieżność interesów Berlina i konfrontacyjnej postawy Zełenskiego w Białym Domu jest uderzająca. Niemcy, skonfliktowane z nową administracją amerykańską, z pewnością nie płaczą z powodu dyplomatycznego despektu, jakiego doznał Trump w oczach świata podczas tej awantury. Można wręcz odnieść wrażenie, że ukraiński prezydent stał się mimowolnie pionkiem w większej rozgrywce między Berlinem a Waszyngtonem – rozgrywce, której stawka wykracza poza losy samej Ukrainy.
W efekcie tej niefortunnej wizyty Zełenski wyszedł na osłabionego politycznie i odizolowanego. Zamiast wzmocnienia sojuszu z nową ekipą w Białym Domu, zasiało to ziarno nieufności. Amerykanie pokazali mu drzwi, a prezydent Ukrainy wrócił do Kijowa bez niczego – ani nowych gwarancji bezpieczeństwa, ani obiecanej umowy gospodarczej. Wizerunkowo również poniósł straty: w oczach opinii publicznej pojawił się jako roszczeniowy petent, który przesadził i został sprowadzony do pionu. [Chyba do poziomu? przecież padł..md]
Ton publicystyczny wielu mediów w USA po tym incydencie nie pozostawia złudzeń: Zełenski przekroczył granicę, a Trump z Vance’em skutecznie wybili mu z głowy pomysł dyktowania warunków największemu mocarstwu świata. To bolesna lekcja dyplomacji dla ukraińskiego przywódcy. Jeżeli sądził, że może traktować wszystkich sojuszników jednakowo pobłażliwie – jak dotąd bywało z europejskimi partnerami – to srodze się pomylił. Amerykańscy przywódcy tym razem nie pozwolili wejść sobie na głowę, jasno artykułując, że wsparcie USA ma swoje granice i cenę: szacunek i realizm ze strony Kijowa.
Być może dopiero tak mocne otrzeźwienie sprawi, że Wołodymyr Zełenski zrozumie, iż w relacjach z Waszyngtonem nie jest niezatapialnym bohaterem, lecz jednym z wielu interesantów zależnych od dobrej woli gospodarza.
Jeszcze nie widziałam, aby jakiegokolwiek polityka tak publicznie zczesano. Ale mają rację. Zelenski od trzech lat bierze kasę od różnych krajów Europy, także Polski i USA i w zamian nie ma wdzięczności, ani próby rekompensaty tylko kolejne i kolejne roszczenia. pic.twitter.com/GOtpMkOBBz
Trump zapowiada 25% cła na towary z UE – rośnie napięcie w relacjach transatlantyckich
Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump w dniu 26 lutego 2025 roku ogłosił plany nałożenia 25-procentowych ceł na wszystkie towary importowane z Unii Europejskiej. Zapowiedź ta, przedstawiona podczas spotkania gabinetowego, obejmuje szeroki zakres produktów, w tym samochody i inne wyroby przemysłowe.
W swojej wypowiedzi Trump argumentował, że Unia Europejska „traktuje USA niesprawiedliwie”, wskazując na deficyt handlowy wynoszący około 300 miliardów dolarów. Prezydent zarzucił również UE, że nie przyjmuje amerykańskich samochodów ani produktów rolnych, podczas gdy Stany Zjednoczone importują od Unii znaczne ilości towarów.
Zapowiedź ta wpisuje się w szerszy kontekst polityki handlowej administracji Trumpa, która wcześniej nałożyła już cła na towary z Kanady, Meksyku i Chin. W lutym 2025 roku USA podniosły również cła na import stali do 25% z wcześniejszych 10%, co spotkało się z krytyką ze strony UE.
Komisja Europejska, odpowiedzialna za politykę handlową Unii, natychmiast zareagowała na oświadczenie amerykańskiego prezydenta. W oficjalnym komunikacie podkreślono, że UE będzie reagować „stanowczo i natychmiast” na wszelkie nieuzasadnione bariery handlowe. Przedstawiciel Komisji, cytowany przez The Guardian, oświadczył: „UE będzie reagować stanowczo i natychmiast na nieuzasadnione bariery w wolnym i uczciwym handlu, w tym gdy taryfy są używane do kwestionowania legalnych i niedyskryminujących polityk. UE zawsze będzie chronić europejskie firmy, pracowników i konsumentów przed nieuzasadnionymi środkami taryfowymi.”
Choć szczegółowe plany odpowiedzi Unii Europejskiej nie zostały jeszcze ujawnione, analitycy wskazują na kilka możliwych scenariuszy działań. W przeszłości, w reakcji na amerykańskie cła na stal i aluminium nałożone w 2018 roku, UE odpowiedziała odwetowymi taryfami na amerykańskie produkty o wartości 2,8 miliarda euro, w tym na motocykle, bourbon i dżinsy. Według doniesień Reutersa, Unia może rozważyć podobne środki, ale priorytetem wydają się być negocjacje mające na celu uniknięcie eskalacji konfliktu handlowego.
Innym potencjalnym krokiem jest złożenie skargi do Światowej Organizacji Handlu (WTO), choć eksperci z Bruegel Institute zwracają uwagę, że jest to strategia długoterminowa, która może nie przynieść natychmiastowych rezultatów.
Wpływ zapowiedzianych ceł na gospodarki europejskie może być znaczący, szczególnie dla branży motoryzacyjnej. Według szacunków Oxford Economics, eksport samochodów z Niemiec i Włoch do USA może spaść odpowiednio o 7,1% i 6,6%, co odzwierciedla zależność tych gospodarek od amerykańskiego rynku. UE, jako największy partner handlowy Stanów Zjednoczonych z obrotem towarów i usług na poziomie 1,5 biliona euro w 2023 roku, stoi w obliczu potencjalnego wzrostu kosztów dla firm i konsumentów, co może prowadzić do wzrostu inflacji.
Niemiecki odchodzący kanclerz Olaf Scholz wyraził determinację Unii do podjęcia działań odwetowych, oświadczając, że UE jest gotowa do reakcji „w ciągu godziny”. Podobne stanowisko przyjęły inne państwa członkowskie, podkreślając jedność bloku w obliczu amerykańskich gróźb.
Warto zauważyć, że wcześniejsze groźby Trumpa dotyczące ceł na europejskie samochody z 2019 roku nie zostały ostatecznie wprowadzone w życie, co sugeruje unijnym elitom, że możliwe są ustępstwa i kompromisy w toku dalszych negocjacji. Sytuacja pozostaje jednak napięta, a rynki finansowe już zareagowały niepokojem na możliwość globalnej wojny handlowej.
Eksperci ekonomiczni podkreślają, że eskalacja napięć handlowych między USA a UE mogłaby mieć negatywne konsekwencje dla europejskiej gospodarki, która wciąż zmaga się z następstwami pandemii COVID-19 i szalonego planu Zielonego Ładu. Oznacza to też, że bardzo szybko może dojść do kwestionowania NATO, co dodatkowo zmieni i tak trudną sytuację geopolityczną Europy.
– Żądam natychmiastowego zwołania nadzwyczajnej sesji parlamentu, na której parlament musi wszcząć procedurę impeachmentu wobec Zełenskiego – pisze po awanturze w Białym Domu Ołeksandr Dubinski – były deputowany partii Wołodymyra Zełenskiego Sługa Narodu, obecnie pozostający z nim w ostrym sporze.
– Wydarzenia ostatnich godzin – publiczne upokorzenie Zełenskiego w Białym Domu, oświadczenie Trumpa o porażce dyplomatycznej Zełenskiego i utrata przez Ukrainę bezwarunkowego poparcia USA – stały się ostatecznym aktem upadku reżimu.
(…)
Żądam natychmiastowego zwołania nadzwyczajnej sesji parlamentu, na której parlament musi wszcząć procedurę impeachmentu wobec Zełenskiego za:
– porażka polityki zagranicznej, która doprowadziła do międzynarodowej izolacji Ukrainy i utraty wsparcia sojuszników. – przegrana wojna, która jest wynikiem niekompetentnego przywództwa i katastrofalnych decyzji. – łamanie praw obywatelskich i uzurpacja władzy, przejawiająca się w tłumieniu opozycji, prześladowaniu dysydentów i rządach autorytarnych.
Apeluję do wszystkich członków ukraińskiego parlamentu: przestańcie tracić czas, przestańcie czekać! Zełenski jest bankrutem. Zełenski nie jest Ukrainą! Czas postawić go przed sądem. Jeśli nie może zaoferować prawdziwego wyjścia z kryzysu, to my musimy podjąć brzemienne w skutki decyzje.
Zełenski myślał, że może rządzić Ukrainą siłą. Teraz przegrał.
Ukraina musi podjąć decyzję – czy będzie kontynuować swój upadek w przepaść, czy podejmie walkę o prawdziwą niepodległość? – pisze Dubinski.
Ołeksandr Dubinski
Ołeksandr Dubinski to ukraiński polityk, dziennikarz i bloger, od 2019 roku członek Rady Najwyższej. Jest także prezenterem „Pieniądze” Program telewizyjny na kanale 1+1 . Dubinski był początkowo członkiem partii Sługa Narodu prezydenta Wołodymyra Zełenskiego i został wybrany wiceprzewodniczącym Komitetu Finansów, Polityki Podatkowej i Celnej.
W styczniu 2021 r. wszczęto dochodzenie w sprawie Dubinskiego w sprawie unikania płacenia podatków i nielegalnego nabywania majątku. Następnie został wyrzucony ze swojej partii.
Trump i Zełenski nie podpisali umowy
Planowana wczoraj na godz. 19 konferencja prasowa Donalda Trumpa i Wołodymyra Zełenskiego się nie odbyła. To właśnie wtedy miało dojść do podpisania umowy w sprawie wydobycia metali ziem rzadkich. Chwilę później amerykańskie media poinformowały, że prezydent Ukrainy przedwcześnie opuścił Biały Dom.
Wcześniej, podczas spotkania w Gabinecie Owalnym, pomiędzy prezydentami doszło do ostrej kłótni. – Nie mów nam, co mamy czuć. Próbujemy rozwiązać problem. Nie mów nam, co mamy czuć. Nie jesteś w pozycji, aby dyktować. To właśnie robisz – mówił Donald Trump do Wołodymyra Zełenskiego.
Ekspert komentuje
Dr Adam Eberhardt stwierdził, że prezydent Wołodymyr Zełenski przyleciał do Waszyngtonu, aby „osiągnąć konkretne cele polityczne, a mianowicie wyciszyć napięcia w relacjach ukraińsko-amerykańskich i oswoić ze sobą amerykańską administrację”. Jego zdaniem z punktu widzenia interesów ukraińskich efekt wizyty Zełenskiego jest „potencjalnie koszmarny”.
W momencie, kiedy rozpoczyna się proces pokojowy, wynik wizyty utwierdza administrację Donalda Trumpa w przeświadczeniu, że to rzekomo przywódca Rosji Władimir Putin chce porozumienia i pokoju, a targany emocjami Zełenski nie jest do tego zdolny
To groźny dla przyszłości Ukrainy brak profesjonalizmu (…) Dzisiejsze wydarzenia w Białym Domu nie wykluczają podpisania umowy. Natomiast Zełenski stracił okazję na to, aby znormalizować relacje z administracją Trumpa. Wręcz przeciwnie, doszło do ich zaognienia, co zupełnie nie leży w interesie Ukrainy – dodał Eberhardt.
Jak powszechnie wiadomo, dyplomacja, to znaczy – język dyplomatyczny nie służy wyrażaniu żadnych myśli, tylko – ich ukrywaniu. Na przykład, jeśli komunikat po spotkaniu jakichś mężów stanu głosi, że rozmowy toczyły się w atmosferze wzajemnego zrozumienia, to w przełożeniu na język ludzki oznacza, że w żadnej sprawie rozmówcy nie doszli do porozumienia – i tak dalej.
Jeśli chodzi o naszych mężów stanu, to oni niczego ukrywać nie muszą, bo – jak wielokrotnie wspominałem – uprawianie prawdziwej polityki mają od naszych sojuszników surowo zabronione. Jeśli tedy zabierają głos – jak na przykład obywatel Tusk Donald po pierwszym paryskim szczytowaniu z prezydentem Macronem – to nie tylko nie ukrywają żadnych myśli – bo żeby cokolwiek ukrywać, to najpierw musi być coś do ukrywania – a o tym, w przypadku naszych mężów stanu nie ma mowy. Mimo to i z ich wielosłowia to i owo można wydedukować. Jeśli na przykład obywatel Tusk Donald przechwala się, że „cała Europa” z zapartym tchem go słuchała, to już lepiej rozumiemy, dlaczego obydwa paryskie szczytowania nie doprowadziły do żadnego rezultatu. No naturalnie, jakże by inaczej!
Niekiedy jednak wśród mężów stanu dochodzi do nieporozumień angażujących ich emocjonalnie, a wtedy porzucają oni język dyplomatyczny, zaczynają mówić ludzkim głosem, co oczywiście sprzyja ujawnianiu rozmaitych niedyskrecji. Oto na przykład prezydent Donald Trump „rozserdywsia” na ukraińskiego „dyktatora” Zełeńskiego, bo ten próbował się z nim kiwać w sprawie przekazania Ameryce ukraińskich złóż metali ziem rzadkich – ale dzięki temu dowiedzieliśmy się, ile właściwie wyniosła wartość amerykańskiej pomocy dla Ukrainy.
Prezydent Trump, być może wliczając w to pomoc w finansowaniu ukraińskich zbrojeń i szkolenia ukraińskiego wojska przez Amerykanów, poczynając od roku 2014, twierdzi, że chodzi o pół biliona dolarów [pięćset miliardów.. md]. Ciekawe, czy wliczył w to również te 5 miliardów dolarów, które prezydent Obama przekazał na zorganizowanie na Ukrainie „majdanu” – od którego przecież zaczęła się ta cała wojna. W ten sposób bowiem prezydent Obama wysadził w powietrze porządek lizboński z 2010 roku – no i teraz właśnie Ameryka do spółki z Rosją będzie musiała po tym wszystkim posprzątać i jakiś nowy porządek polityczny dla Europy wykoncypować. Europa bowiem, na skutek dwóch wojen domowych w XX wieku, utraciła wiele ze swojego wcześniejszego znaczenia politycznego i w rezultacie już od roku 1919 w kształtowaniu porządku politycznego w Europie uczestniczą Stany Zjednoczone, które w 1945 roku w Jałcie wprost narzuciły jej porządek polityczny do spółki z Rosją, to znaczy – z Sowietami.
Toteż nic dziwnego, że i teraz prowadzą rozmowy z Rosją, a nie np. z Reichsfuhrerin Urszulą „Wodęleje”, nie mówiąc już o naszych mężykach stanu. Jakie karty z tego rozdania dostanie Polska – obawiam się, że jakieś blotki, zwłaszcza, jeśli nasi mężykowie stanu będą nadal uprawiali bezmyślny kult Wołodymira Zełeńskiego i będą nawzajem straszyć się Putinem.
Warto jednak zwrócić uwagę na okoliczność, że swego rodzaju kult prezydenta Zełeńskiego .uprawiają również mężykowie stanu innych krajów europejskich, a prezydent Zełeński w stosunku również do nich, prezentuje postawę mocarstwową, jakby to on kreował europejską politykę. Zachodziłem w głowę, dlaczego tak jest („zachodzim w um z Podgornym Kolą”) – ale poza podejrzeniami o utratę poczucia rzeczywistości ze strony ukraińskiego prezydenta, nic mi nie przychodziło do głowy, aż do momentu, kiedy otrzymałem list od mojego Honorable Correspondanta, który zwrócił moją uwagę na pewien wstydliwy zakątek tej wojny.
Muszę wprawdzie powiedzieć, że i ja jakby krążyłem wokół tego zakątka, przywołując słynne zawołanie militarystów: „korzystajcie z wojny, bo pokój będzie straszny!” – ale dopiero ten list otworzył mi oczy na istotę sprawy. Żeby ani niczego nie zniekształcić, ani niczego nie uronić, po prostu przytoczę opinię mego Honorable Correspondanta, bez żadnych retuszy, ani eufemizmów.
„Otóż aby polityk ukradł z kasy państwowej jakieś pieniądze, to potrzebuje jakiejś transakcji, do której może wkleić czyjąś prowizję, a ten obdarowany się nią potem podzieli. Prowizja musi mieć transakcję, umowę, fakturę i to ją różni od łapówki pod stołem lub na konto w Szwajcarii, czy na Karaibach. Trzeba się natyrać, znaleźć jakąś transakcję między Polską (własnym krajem), a zagranicą, namówić zarząd spółki (najlepiej państwowej) aby to zrobił, wyszukać pośrednika (taki K…), dotrwać do momentu odbioru towaru i płatności. Słowem – sporo pracy i nawet dla przeciętnego chama w Sejmie jest to zawiłe i ryzykowne.
A tu nagle wojna i wysyła się zrabowane podatnikowi pieniądze bez żadnej kontroli i umiaru do np. Zełeńskiego. Tam forsa jest dzielona, ale wtedy obdarowany ma mniej do gadania; „słuchaj, mogę ci wysłać XX miliardów – ale dla nas jest zwrot 50 % – bierzesz, czy pękasz?”
Z bronią podobnie; wojna wysadziła w powietrze system kontroli nad obrotem bronią i nasz kolega Ż. (zbieżność rasowa) może sprzedawać komu chce i gdzie chce, ale musi podzielić się zyskiem, na co jest wiele dowodów. Słowem – interes kwitnie i to nie na zwyczajowych trzech %, tylko na pewno na 30 – bo towar jest za darmo i poza upierdliwą kontrolą. Dowodem jest próba łapówki dla Fico.
Przychodzi wreszcie moment zmiany orientacji politycznej. Trump wie, że rodzina Bidenów się utuczyła, Ż. też i Demokraci też. (…) Ale zaczyna się inna rozgrywka w UE. Layenowa, to stara łapówkara, ma procesy o wszystko, łącznie z okresem, gdy była ministrem obrony, potem szczepionki.
Pognała w te pędy do Kijowa i pozowała nawet w Buczy. Macron podobnie, pomniejsi podobnie, jak była premier Finlandii. (Ciekawe ile nasi dostali, bo są najgłupsi?). Okazuje się, że Z. zaczyna teraz ich szantażować i wymaga dalszego prowadzenia wojny, bo jakby co, to powie kogo opłacał. Sprawa jest tak pilna, że Macronowi odbiło i organizuje spotkanie za spotkaniem. Grają, jak w orkiestrze. Strach może być powodem, ale może też niechęć do utraty ładnego koryta z dotacji UE, choć panika wskazuje na to pierwsze. To bije po oczach i jeszcze nigdy nie byli tak zestresowani. Ponadto w ogóle nie są zainteresowani żadnymi rozliczeniami i nawet Duda załkał, że nie żąda się rozliczeń od sąsiada, któremu akurat pali się dom. Ż. trzyma ich wyraźnie za uszy, czy jaja i na razie ma się dobrze.”
Tyle mój Honorable Correspondant. Czy w związku z tym już lepiej rozumiemy, dlaczego w Polsce, ponad podziałami, szerzy się kult prezydenta Zełeńskiego, który z szybkością płomienia ogarnia też Europę?
[dlaczego tu jedno-dolarówki?? powinny być co najmniej setki !! Lub dodrukować banknot po 1000 dolarów md]
===================
Senator Ted Cruz z Teksasu ujawnił listę beneficjentów specjalnego programu grantowego, z którego środki były dystrybuowane przez Narodową Fundację Nauki. Organizacja w czasach prezydentury Joe Bidena przekazywała środki na działalność lewicowych grup promujących LGBT, ideologię gender i woke.
Narodowa Fundacja Nauki (NSF) w czasie rządów Joe Bidena wydała ponad 2,05 miliarda dolarów na promowanie różnorodności, równości i integracji (DEI) oraz „neomarksistowskiej propagandy wojny klasowej” – podaje portal LifeSiteNews.com powołujący się na ustalenia senatora Teda Cruza z Teksasu. Polityk Partii Republikańskiej ujawnił zestawienie wydatków NSF, które w ramach grantów były przeznaczone na promocję lewicowej agendy.
Senator Ted Cruz ujawnił bazę danych wydatków Narodowej Fundacji Nauki za pośrednictwem Senackiej Komisji Handlu. Upubliczniona baza zawiera listę projektów promujących lewicową ideologię, działając pod przykrywką przyznawanych grantów badawczych.
Pieniądze z rządowej fundacji trafiały m.in. do Pratt Institute na „programowanie społeczności, które zwiększa znajomość klimatu i promuje sprawiedliwość klimatyczną”. Na ten cel przeznaczono ok. 2 mln dolarów. Z kolei aż 3,2 mln dolarów wydano na film dokumentalny poświęcony „wyzwaniom i niewykorzystanym potencjale związanym z udziałem Afroamerykanów w naukach ścisłych”.
[Widział kto kiedy Murzyna odkrywającego coś w fizyce?? To Chiniarze mają ogromne IQ, predysponujące do odkryć. md]
Aż 4,5 mln dolarów przeznaczono dla Louisiana State University, które miało przygotować na swojej uczelni „Centrum Równości i Rozwoju Wydziału”. Z kolei 50 tys. dolarów trafiło do naukowców z Boise State University, którzy mieli przeznaczyć je na badanie „białego ekstremizmu supremacjonistycznego”. To oczywiście tylko niewielka część wydatków NSF wspierających lewicową agendę.
„W ciągu ostatnich kilku tygodni administracja Trumpa uderzyła młotem w bzdury radykalnej lewicy” – powiedział Ted Cruz. „Inicjatywy DEI zatruły wysiłki badawcze, podważyły zaufanie do społeczności naukowej i podsyciły podziały wśród Amerykanów. Jestem dumny, że mogę opublikować bazę danych naszego dochodzenia, która ujawnia, w jaki sposób administracja Bidena uzbroiła agencje federalne w celu forsowania skrajnie lewicowej ideologii” – wskazał amerykański senator pochodzący z Teksasu.
Warto odnotować, że w zeszłym miesiącu na mocy decyzji prezydenta Donalda Trumpa, Narodowa Fundacja Nauki wstrzymała wszystkie przelewy grantów, które były przewidziane dla lewicowych organizacji.
– Donald Trump powiedział Wołodymyrowi Zełenskiemu to, co jest najzwyczajniejszą prawdą, której ten nie chce przyjąć do wiadomości. Jest to zresztą kolejny przykład wskazujący na to, że Zełenski i jego otoczenie kompletnie nie jest zdolne do podjęcia żadnych realnych rozmów pokojowych, że są zafiksowani na toczeniu dalszej wojny, że nie liczą się ze stratami, które ta wojna przynosi im i całej reszcie świata – mówi w rozmowie z PCh24 Paweł Lisicki komentując piątkową awanturę między Donaldem Trumpem a Wołodymyrem Zełenskim.
W ocenie redaktora naczelnego tygodnika „Do Rzeczy” efektem piątkowych wydarzeń oraz tego, wszystkiego, co dzieje się na Ukrainie i na świecie w ostatnich tygodniach może być „wymiana Zełenskiego na innego przywódcę[ależ skądże!! Na inną marionetkę, bardziej i szybciej reagującą na rozkazy – i może z trochę innych kierunków… md] , który będzie zdolny podejmować racjonalne i normalne decyzje”, a nie zachowywał się tak jak Zełenski, który „uwierzył w to, że jest w tej chwili niemal katonem dla całego świata i reprezentantem Zachodu wobec wszystkich innych”.
Zdaniem autora „Epoki Antychrysta” wbrew pojawiającym się głosom Trump nie przegrał debaty z Zełenskim [??? a chto takie bzdury wypisuje? md] , bo żeby tak było, to prezydent Ukrainy musiałby być w pozycji, czy w sytuacji takiej, jak to ujął Donald Trump, żeby „mieć karty”. – A jakie karty ma w tej chwili Zełenski?
Zełenski ma takie karty, że ma swoich żołnierzy, których dalej może jeszcze posyłać na śmierć; ma jakąś grupę fanatyków, która jest gotowa za niego umierać i ma niezbornych przywódców europejskich, którzy najchętniej by, że tak powiem, posłużyli się Ameryką, żeby swoje cele ideologiczne osiągnąć – wyjaśnia.
– To tyle, co ma Zełenski, który znalazł się w pozycji nie do pozazdroszczenia, ale znalazł się w tej pozycji w dużym stopniu z własnej winy. On po prostu uwierzył w to, że jest obrońcą całego Zachodu, a jest po prostu wydmuszką stworzoną na użytek globalistów – podsumowuje Paweł Lisicki
====================
Cyrk UE:
Szefowie instytucji unijnych do Zełenskiego: „Nigdy nie będziesz sam, drogi prezydencie!”, „Bądź nieustraszony!”