NIE LIKWIDUJMY ELEKTROWNI WĘGLOWYCH I KOPALŃ – WYŚLIJ APEL – owiec do sługi wilków

[to zakończenie wpisał md -bo naprawdę trzeba wystrzelać wilki]

NADCIĄGA KATASTROFA!

NIE LIKWIDUJMY ELEKTROWNI WĘGLOWYCH I KOPALŃ – WYŚLIJ APEL

Szanowna Pani Anno!

Nie możemy na to pozwolić. Po prostu, nie możemy!

W tej kampanii wyborczej padło wiele słów, ale nie odsłoniła ona najważniejszego: potężnego kryzysu energetycznego, który zbliża się: do Pani, do mnie, do zakładów pracy, do szkół, do szpitali itd. Kryzysu, wobec którego obecny rząd wydaje się być zupełnie ślepy lub bezradny!

Zamiast w trybie pilnym remontować istniejące i budować nowe elektrownie węglowe, resort przemysłu przyjmuje kuriozalny projekt ustawy…

Nowa wersja projektu ustawy o funkcjonowaniu górnictwa przewiduje likwidację sześciu kopalń w ciągu najbliższych 10 lat. Koszt wygaszania wydobycia oszacowano na 9,125 mld zł, z czego 8,3 mld zł pokryje budżet państwa.

Dodajmy do tego rozbiórkę – choć nie pracowała ani jednego dnia! – najnowocześniejszej w Polsce elektrowni Ostrołęka C, co pochłonęło łącznie 1,3 mld zł.

Jak Pani widzi, ogromne miliardy idą na niszczenie kopalń (bo trudno nazwać „zamknięciem” to, co uczyniono z kopalniami Krupiński i Makoszowy) i rozbiórkę kolejnych elektrowni, podczas gdy mija ostatni okres zgody Komisji Europejskiej na funkcjonowanie 40 bloków elektrowni węglowych, bez których polski system elektroenergetyczny padnie!

No właśnie, co Pani zrobi, gdy zabraknie prądu?!

Zatrzymajmy to szaleństwo! Wysyłam protest w obronie polskiej energetyki 

Pod powyższym linkiem odnajdzie Pani naszą petycję do Donalda Tuska i posłów koalicji, jak również dodatkowe informacje o fatalnych decyzjach w sprawie polskich kopalń i elektrowni. Bardzo Panią proszę o włączenie się w naszą akcję – tak jak to zrobiło już wiele tysięcy Polaków – i wysłanie tego apelu do premiera.

Być może zapyta Pani: czy w kraju takim jak Polska naprawdę może dojść do wielkiej awarii systemu dostarczania prądu?

Cóż, przed miesiącem w Hiszpanii doszło właśnie do takiego blackoutu. I prędko się z tego nie podnieśli! Oto zdjęcie satelitarne części Europy z tamtej nocy:

Ktoś napisał, że Hiszpania wyglądała tutaj jak komunistyczna Korea Północna.

To straszne: przez kilkanaście godzin miliony osób były pozbawione dostępu do prądu, transport publiczny został sparaliżowany, a dostęp do usług telekomunikacyjnych – zakłócony.

Jak do tego doszło? Mówiąc w dużym uproszczeniu – choć dużo więcej na ten temat napisali już nasi eksperci – brak inercji i tym samym możliwości szybkiego zareagowania na skoki zapotrzebowania energii spowodował posypanie się całego systemu elektroenergetycznego Hiszpanii niczym domku z kart.

Zbyt duży jest tam udział OZE w miksie energetycznym, na co nakładają się coraz częstsze awarie i remonty. Tak tworzy się rozchwianie systemu, którego w pewnym momencie nie można już uratować. I być może już Pani dostrzega, co w tym jest najgorsze…

NAJGORSZE JEST TO, ŻE POLSKA IDZIE TĄ SAMĄ DROGĄ!!!

Wyślij pilny apel do premiera i posłów: nie popełniajmy błędów Hiszpanii

Nie mając prądu z elektrowni atomowych jako państwo podcinamy jedyną gałąź, na której siedzimy – stabilne źródła energii, pozwalające na utrzymanie przez system tej niezbędnej inercji, tj. węgiel i gaz.

Proszę Panią o rzut oka na tę grafikę – to bilans polskiego miksu energetycznego w roku 2023:

No właśnie, niecałe 7% z fotowoltaiki i 14% z wiatru? Tak mało energii, pomimo tego, że w samych panelach słonecznych dostępnych wówczas w całej Polsce mieliśmy średnio 15 GW zainstalowanej mocy?! Proszę mi wierzyć, to potężna moc, która jednak, kiedy daje najwięcej do systemu, jest najmniej potrzebna (a więc trzeba ją odłączać, by zachować równowagę popytu i podaży energii), a kiedy jest na nią zapotrzebowanie (szczególnie pod wieczór) – wówczas daje bardzo mało.

Tak wygląda obecnie ta droga donikąd, którą wciska nam się pod hasłami walki ze zmianami klimatu…

Dlatego warto naciskać na polityków i pytać: gdzie inwestycje w remonty kopalń? Gdzie koncesje i otwarcia nowych złóż, których nie brakuje? Dlaczego wstrzymano modernizację najstarszych elektrowni węglowych oraz budowę nowych, czekając aż organy UE zakażą nam użytkowania istniejących?

A przecież demontaż polskich elektrowni węglowych już się zaczął. W Elektrowni Pątnów w grudniu 2024 roku wyłączono ostatni z sześciu najstarszych bloków opalanych węglem brunatnym. Teraz pracuje tam już tylko jeden blok węglowy – Pątnów II. Ta instalacja została oddana do użytku 16 lat temu…

Tak wyglądają decyzje polityczne, podejmowane przy zupełnie bierności obywateli, za to pod presją ideologów klimatyzmu, którzy żyją w urojeniach transformacji od paliw kopalnych do prądu płynącego z OZE.

To najwyższy czas i zarazem jeden z ostatnich sygnałów ostrzegawczych – już w 2028 roku wygasa bowiem niemożliwa do odnowienia zgoda unijnych decydentów na korzystanie ze wspomnianych 40 bloków elektrowni węglowych o mocy 200 MW każdy. Pokażmy zatem rządowi, że nie zgadzamy się na dryfowanie ku katastrofie w imię realizacji założeń utopijnego Zielonego Ładu:

NIE dla likwidacji elektrowni węglowych i zniszczenia kopalń! Wysyłam protest

Bardzo Panią proszę o ten jeden podpis i tym samym włączenie się w nasz ogólnopolski protest. Walczymy przecież o swój własny interes – by nie zabrakło prądu nam i naszym bliskim.

Jako polscy patrioci mamy prawo domagać się tego od rządu, którego premier zajmuje się plotkami i pomówieniami, zamiast pracować nad ratowaniem systemu energetycznego Polski. Proszę Panią – zróbmy to wspólnie, aby mocny oddolny głos społeczeństwa trafił do Donalda Tuska i jego posłów.

Sławomir Skiba - zdjęcie

Sławomir Skiba
Fundacja Wolność i Własność

PS. Mobilizujemy do masowego sprzeciwu tysiące Polaków, którzy nie chcą biernie czekać na nadchodzącą katastrofę. Dlatego zwracam się również do Pani, prosząc o pilny podpis pod petycją do Donalda Tuska i parlamentarnej większości, by odstąpili od planu likwidacji górnictwa i ocalili elektrownie węglowe, bez których po prostu zabraknie nam prądu. 

Petycję może Pani podpisać i wysłać tutaj.

Dziękuję i pozdrawiam serdecznie!

65 rocznica Wydarzeń Zielonogórskich. Opór przeciwko antyklerykalnej furii komunistów.

Opór przeciwko antyklerykalnej władzy komunistów.

65 rocznica Wydarzeń Zielonogórskich

https://pch24.pl/opor-przeciwko-antyklerykalnej-wladzy-komunistow-65-rocznica-wydarzen-zielonogorskich

(GS/PCh24.pl)

W Zielonej Górze 30 odbyły się uroczystości związane 65. rocznicą Wydarzeń Zielonogórskich. Przed 65 laty 5 tysięcy mieszkańców sprzeciwiło się władzom komunistycznym stając w obronie Domu Katolickiego i swojego proboszcza ks. Kazimierza Michalskiego. Uroczystości rozpoczęły się od Mszy św. odprawionej przez bp. seniora Pawła Sochy w zielonogórskiej konkatedrze.

30 dzień maja 1960 roku to nie tylko ważna data dla historii Zielonej Góry, ale też regionu i Polski. – Wtedy w naszym mieście, w Zielonej Górze, państwo komunistyczne postanowiło pozbawić Polaków godności i wyrażania swoich największych wartości, ale zielonogórzanie nie bojąc się władzy komunistycznej pokazali wierność Kościołowi i wierność prawdziwej miłości do Ojczyzny, nieugiętej wiary i nadziei na wolność – mówił na początku Mszy św. ks. Rafał Tur, administrator parafii pw. św. Jadwigi Śląskiej. – Dzisiaj składamy hołd oraz chcemy wyrazić wielki szacunek ks. Kazimierzowi Michalskiemu i zielonogórzanom, którzy wtedy odważyli się wyjść na ulice miasta i walczyć o największe wartości, tak ważne dla Polaków, a zapłacili za to ogromną cenę – dodał.

Mszy św. przewodniczył bp senior Paweł Socha. Podkreślił, że obrona Domu Katolickiego miała wpływ na zachowanie polskiej tożsamości na ziemiach zachodnich. – Mieszkańcy miasta bardzo dużo wycierpieli nie tylko podczas walki 30 maja, ale ponosząc konsekwencje aresztowania i więzienia, nieraz długoletniego – zauważył biskup. – Nie tylko zielonogórzanie byli prześladowani, ale także karano diecezję. Wtedy zlikwidowano seminarium w Gorzowie, a kleryków zabrano do wojska – dodał.

======================================

Wydarzenia zielonogórskie to antykomunistyczny zryw w obronie Domu Katolickiego w 1960 roku, do którego doszło 30 maja 1960 roku. W obronie domu stanęli mieszkańcy, a w mieście wybuchły walki uliczne. Na ulice Zielonej Góry wyszło pięć tysięcy mieszkańców. – Wydarzenia Zielonogórskiego, to pomiędzy 56, a 70, jedno z największych wydarzeń i jeden z największych protestów społecznych. Można go porównać i zestawić z wydarzeniami w Kraśniku, w Nowej Hucie też w obronie wiary – zauważa dr hab. Rafał Reczek, dyrektor IPN oddział w Poznaniu.

W zielonogórski Domu Katolicki działały m.in. stołówki dla biednych, przedszkole, magazyn Caritas, świetlice dla młodzieży, a nawet ćwiczyła orkiestra symfoniczna i odbywały się spektakle teatralne. Tutaj także swoją siedzibę miały liczne organizacje katolickie.

Gdy milicja stłumiła uliczne wystąpienia, rozpoczęły się aresztowania, represje, procesy i wieloletnie wyroki więzienia.

——————————–

Po Mszy św. złożono kwiaty na grobie ks. Kazimierza Michalskiego przy konkatedrze, a dalsze uroczystości odbyły się pod scenę letnią przed budynkiem Filharmonii Zielonogórskiej (dawny Dom Katolicki). Tam uczniowie V Liceum Ogólnokształcącego zaprezentowali program słowno-muzyczny. Nie zabrakło okolicznościowych przemówień i złożenia kwiatów przed monumentem poświęconym obrońcom Domu Katolickiego.

—————————————-

Ks. Kazimierz Michalski był więźniem obozu koncentracyjnego Dachau. 1953 r. władze komunistyczne na 3 lata zmusiły go do opuszczenia parafii. Po powrocie odegrał ważną rolę w czasie Wydarzeń Zielonogórskich w 1960 roku. Sprzeciwił się wówczas eksmisji Domu Katolickiego, którą chciały przeprowadzić komunistyczne władze.

Ksiądz Michalski po Wydarzeniach został po raz drugi wydalony z Zielonej Góry, tym razem na stałe. Zmarł w 1975 roku w Poznaniu.

W 2010 roku jego ciało sprowadzono do Zielonej Góry. Grób kapłana znajduje się przy zielonogórskiej konkatedrze.

KAI/oprac. FA

Procesy o czary w Polsce – liczby, statystyki i sto lat czarnej propagandy

Procesy o czary w Polsce – liczby, statystyki i sto lat czarnej propagandy

Jacek Laskowski pch24.pl/procesy-o-czary-w-polsce-liczby-statystyki-i-sto-lat-czarnego-pr

(Pch24.pl)

Polowania na czarownice to jeden z tych zmyślonych „faktów” historycznych, którymi stale oczernia się Kościół. Świadomość tego, że Kościół w Polsce nie spalił żadnej czarownicy, jest bliska zeru.

Wiele mówi to o skali antyklerykalizmu badaczy tematu, bo oni sami wiedzą o tym od stu lat. A jednak wciąż piszą tak, że Kościół okazuje się winien nieswoich stosów.  

Sam po raz pierwszy usłyszałem o tym fakcie w specyficzny sposób 25 lat temu w szkole. O ile pamiętam, nauczycielka o antyklerykalnych poglądach napomknęła, że w Polsce egzekucji czarownic było mniej niż w Europie, bo na szczęście procesy o czary prowadziły sądy świeckie, a nie kościelne. W świetle aktualnych danych było dokładnie odwrotnie. Egzekucji czarownic było najmniej w tych krajach katolickich, gdzie sprawy o czary pozostały w sądach kościelnych. Polska prawdopodobnie wypada gorzej od średniej, bo sprawy te na skutek antyklerykalizmu szlachty przeszły w połowie XVI w. z sądów kościelnych do sądów świeckich.

Akta kościelne od dawna badane

Teoretycznie polscy historycy wiedzą o tym od bardzo dawna. Archiwa średniowiecznych sądów kościelnych zaczęły być bowiem publikowane już w końcu XIX w. przez Bolesława Ulanowskiego, choć tylko fragmentarycznie. Ulanowski zastrzegł, że opublikował w całości akta spraw najdonioślejszych dla historii Polski. Wśród takich wymienił procesy związane z życiem państwowym i procesy o herezję. Spraw o czary indywidualnie nie wskazał.[1] Z uwagi na to polskie badania kościelnych procesów o czary do dziś bazują na niezweryfikowanym założeniu, że B.Ulanowski mimo to nie pominął w swoich publikacjach żadnych procesów o czary.

Po raz pierwszy akta te przebadał już w 1928 r. prawnik i historyk Karol Koranyi w 27-stronnicowej broszurce „Czary i gusła przed sądami kościelnemi w Polsce w XV i w pierwszej połowie XVI wieku”. Na wstępie zauważył, że niewielka liczba znanych średniowiecznych procesów o czary w Polsce może wynikać ze znikomości źródeł. Najstarsze opublikowane zapiski z kościelnych ksiąg konsystorskich pochodzą dopiero z 1404 r.[2] O procesach z okresu wcześniejszego, czyli pierwszych 450 lat Polski nie ma więc danych. Tyle, że już z XV w. opublikowano kilkanaście tysięcy zapisków sądowych i jak zauważył Koranyi, dalej nie ma w nich prawie żadnych wzmianek o procesach o czary. Stan ten dotyczy akt do końca XVI w., kiedy procesy o czary w Polsce przejęły już sądy świeckie.[3]

Koranyi przytoczył w swojej pracy kilkadziesiąt wzmianek sądowych związanych z czarami w średniowiecznej Polsce. Ustalił, że pierwszy przypadek spalenia czarownicy na stosie pochodzi dopiero ze świeckiego procesu z 1511 r.[4] Malutka objętość jego broszury mogłaby sugerować, że jest to tylko praca przyczynkarska, opisująca wyrywkowe sprawy. Tak jednak nie jest. Po prostu liczba odnalezionych kościelnych procesów o czary była tak mikroskopijna.

Kościelne procesy, których nie było

Systematycznego ich omówienia podjęła się w 2007 r. Joanna Adamczyk w pracy „Czary i magia w praktyce sądów kościelnych na ziemiach polskich w późnym średniowieczu (XV-połowa XVI wieku)[5] Podała dokładną liczbę 60 odnalezionych w źródłach kościelnych spraw, w których przewija się temat czarów.[6] Zwracam uwagę, że podobnie jak u K.Koranyi nie jest to liczba procesów o czary, a procesów, w których w jakikolwiek sposób pojawia się temat czarów. Liczba ta zawiera 20 procesów o unieważnienie małżeństwa, w których jako przyczynę podano albo próbę otrucia albo impotencję męża (przypisywaną czarom lub miksturom),[7] zaś 9 spraw to procesy o zniesławienie epitetem czarownika.[8] 8 spraw w zasadzie w ogóle nie wiązało się z czarami, a znajdowało się w zestawieniu z tak nieistotnych przyczyn, jak opowiadanie przez świadka, że jego żona wykryła złodzieja dzięki czarom albo że świadek słyszał coś o czarach na uboczu procesu.[9]

Wykres 1. Czary w sądach kościelnych w Polsce w XV-XVI wieku wg. zestawienia Joanny Adamczyk

Czary jako rzeczywisty przedmiot procesu Joanna Adamczyk zakwalifikowała w zaledwie 23 sprawach.[10] 5 z nich to faktycznie: dwa trucicielstwa, profanacja hostii, trzymanie heretyckiej księgi i czarna msza. Z pozostałych 18 przypadków w 5 nie ma w aktach informacji, na czym czary polegały (nie ma więc pewności, że o nie chodziło). [11]

Wykres 2. Ścisły przedmiot spraw uznanych przez Joannę Adamczyk za kościelne procesy o czary w Polsce w XV-SVI w.

Odrębne zestawienie procesów kościelnych do połowy XVI w. sporządziła Małgorzata Pilaszek w tabelarycznym aneksie do książki „Procesy o czary w Polsce w wiekach XV-XVIII”. Ustaliła ich liczbę na 76.[12] W przeciwieństwie do J.Adamczyk nie omawiała ich szczegółowo. Przedmiot spraw określiła tylko hasłowo. 21 sklasyfikowała jako procesy o zniesławienie, 17 jako trucicielstwo, 9 różnych przypadków herezji, bluźnierstw, satanizmu, 3 faktycznie nie miały związku z czarami, 6 określiła jako „impotencja”. Po ich odliczeniu zostaje 20 spraw jednoznacznie zaliczonych do kategorii czarów, wróżb i alchemii (z tego jedna jest policzona podwójnie).

J.Adamczyk i M.Pilaszek znacznie różnią się w kategoryzacji przypadków. (Hasłowe przedmioty spraw u M.Pilaszek nie odpowiadają prawnym typom procesu). Ich większa liczba u M.Pilaszek nie wynika z dodatkowego materiału, a raczej z uwzględnienia przypadków, których J.Adamczyk nie uznała za zawierające element czarów. Analizując te zestawienia można stwierdzić, że znane źródłowo kościelne procesy o czary w Polsce do połowy XVI w. zamykają się liczbą kilkunastu, z tego tylko 13 pewnych.

Rzeczywistość odwrotna od wyobrażeń

Akta żadnego procesu nie zachowały się w całości. Ze znanych fragmentów literalnie żaden nie odpowiada współczesnym zjadliwie antyklerykalnym wyobrażeniom o średniowiecznych procesach o czary. W żadnym nie ma wzmianek o torturach, narzucania przez sędziów zeznań, opowieści o sabatach czarownic, sławnych dowodów z pławienia czarownic. To są elementy pojawiające się w 100 lat późniejszych procesach świeckich, przypisywane Kościołowi.

Nigdzie nie ma rzekomej atmosfery strachu, spirali wzajemnych donosów, histerii nakręcanej przez księży, ani masowych aresztowań. Zachowały się za to pojedyncze wzmianki, wskazujące na zupełne ignorowanie przez sędziów uzyskanych w toku procesu informacji o czarach nieobjętych postępowaniem.

Motyw diabła pojawia się incydentalnie tylko w tych sprawach, które faktycznie dotyczą herezji, a nie czarów. Czary odnotowane w szczątkowych aktach są głównie prostymi zabobonami i wróżbami, jakie bez liku można spotkać również we współczesnych zateizowanych społeczeństwach.

Nie ma też strasznej inkwizycji. Jedynym znanym procesem z elementem czarów, który współprowadził inkwizytor (razem ze sławnym biskupem Zbigniewem Oleśnickim) był proces husyty Henryka z Brzegu z 1429 r. Nie był to proces o czary, tylko o recydywę herezji, w którym dodatkowo pojawiło się podejrzenie stosowania magicznych lub diabelskich praktyk do szukania skarbów.[13]

Wykres 3. Czary w sądach kościelnych w Polsce w XV – XVI wieku wg zestawienia Małgorzaty Pilaszek

Nie było stosów, nie było kar

Joanna Adamczyk zestawiła kary wymierzone przez sądy kościelne.[14] Zachowały się informacje o wyrokach tylko w 15 sprawach (z tego 3 faktycznie nie były procesami o czary) w stosunku do łącznie 19 osób. Z tego 5 uniewinniono, a pozostałym wymierzono łącznie 18 kar. 11 polegało na odwołaniu błędów (czyli obiecaniu porzucenia czarów), a 3 na pokucie. Zachował się opis takiej pokuty z 1492 r. Kobieta musiała w czasie jednej mszy uroczyście odwołać swoje błędy i w czasie procesji stać przed drzwiami kościoła z zapaloną świecą, a na koniec złożyć ją na ołtarzu i przez rok pościć o chlebie i wodzie w wigilie świąt maryjnych.[15]

Podobne „kary” można wymierzyć na zwykłej spowiedzi, co byłoby tańsze biorąc pod uwagę, że na przykład proces bakałarza oskarżonego w 1491 r. o alchemię miał trwać 15 lat, żeby zakończyć się zakazaniem mu jej praktykowania.[16]

W 4 sprawach J.Adamczyk odnotowała kary w rzeczywistym sensie tego słowa, a dokładnie kary więzienia. Z tego dwie zostały darowane i zamienione na odwołanie błędów. Autorka nie wskazała pozostałych dwóch, w których kary miano wykonać. Ze znajdującej się w przypisie listy spraw oraz wcześniejszych ich opisów można stwierdzić, że chodziło o proces księdza z 1497 r., który wydał hostię do bliżej nieokreślonych praktyk magicznych w celu poszukiwania skarbów[17] oraz o wspomniany wcześniej proces z 1429 r. Henryka z Brzegu. Nie były to więc kary wymierzone za czary, tylko za świętokradztwo oraz herezję husycką.[18]

W dwóch przypadkach odnotowano groźbę spalenia czarownicy na stosie. W obu od groźby odstąpiono i wypuszczono winowajczynie za poręczeniem chłopów.[19] (Wyobraźmy więc sobie tę satyryczną śmieszność kościelnych procesów o czary: „Czarownico, za swoje grzechy pójdziecie na stos… . Prze sądu, ale ja Adaś kmieć porynczam, że baba ju gusłów odprawiać ni byndzie… . A skoro tak, to weźcie ją sobie do domu”).

Podsumowując, w znanych źródłach nie tylko nie zachował się żaden przypadek spalenia czarownicy przez średniowieczne sądy kościelne, ale nawet żaden przypadek ukarania kogokolwiek za czary. Obraz działania sądów Kościoła w Polsce to obraz zupełnego lekceważenia i obojętności wobec wiary w magię, wróżby, talizmany, która zapewne była powszechna, tak jak obecnie, a która jest przecież śmiertelnym grzechem przeciw pierwszemu przykazaniu.

Gdyby, jak badacze średniowiecznych akt kościelnych, zaliczać otrucia, zniesławienia, czy oszustwa wróżbiarskie do procesów o czary, to by się okazało, że corocznie sądy w jaśnie oświeconej współczesnej Polsce przeprowadzają więcej procesów czarownic, niż znanych jest z akt kościelnych całego średniowiecza.

Wykres 4. Kary orzeczone za czary przez sądy kościelne w Polsce w XV-XVI wieku wg zestawienia Joanny Adamczyk

Opisać fakty tak, by odwrócić wrażenie

Porównajmy te fakty z nienawistnymi antykościelnymi wyobrażeniami, którymi karmią się przez całe pokolenia miliony Polaków, o fanatycznych średniowiecznych księżach masowo mordujących na stosie bezbronne kobiety i węszących wszędzie wspólniczki diabła.

Można by odnieść wrażenie, że Joanna Adamczyk w 2007 r. dokonała sensacyjnych ustaleń, przewartościowujących dotychczasowe poglądy. Tymczasem spośród 23 spraw uznanych przez nią za kościelne procesy o czary, 20 zostało już sto lat temu opisanych w broszurce K.Koranyi. Jakim więc cudem wciąż nikt tych danych nie kojarzy?

To wielka zasługa badaczy polskich procesów o czary – przez sto lat opisywać je tak, by przylepić je do Kościoła, wiedząc, że nie miał on z nimi nic wspólnego.

Charakterystyczna jest pod tym względem książka Bohdana Baranowskiego z 1952 r. „Procesy czarownic w Polsce w XVII i XVIII wieku”, do dziś uznawana za najważniejszą syntezę polskich procesów o czary. Pochodzi z niej upowszechniona do dziś a wątpliwa kalkulacja 10 tys. ofiar wyroków i podana po uważaniu liczba 5-10 tys. ofiar samosądów.[20] Średniowieczne procesy kościelne wspomina ona tylko w pierwszym rozdziale (skądinąd opartym głównie na K.Koranyi). Już jednak w połowie rozdziału przechodzi do procesów świeckich, tak że osoba nieznająca istoty sprawy odnosi wrażenie, że przedmiotem pracy jest tylko nowy XVI-XVIII-wieczny typ świeckiego procesu o czary.

Już na początku książki Baranowski podaje za K.Koranyi (i to aż trzykrotnie!), że pierwsza egzekucja czarownicy miała miejsce w 1511 r.[21] Tyle, że podaje to tak, że odnosi się wrażenie, że chodzi o pierwszą świecką egzekucję, a nie pierwszą w ogóle. O czasach wcześniejszych procesów kościelnych pisze ogólnikowo, że jeszcze sprawy te były u nas nieliczne, a kary niezbyt surowe w porównaniu ze stosami na zachodzie. Odbiorca może pomyśleć, że „nieliczne” to może setki albo tysiące ofiar, skoro już w pierwszych zdaniach książki Baranowski twierdzi, że w Europie życie straciło od miliona do kilku milionów ofiar a procesy o czary rozpowszechniły się na skutek polityki papieży, rozwoju inkwizycji, walki z wrogami Kościoła i średniowiecznej obsesji diabła.

Ponieważ praca dalej zajmuje się wiekiem XVII i XVIII, czytając ją w młodości odniosłem wrażenie, że średniowieczne kościelne procesy o czary w Polsce pozostają bliżej niezbadane, a liczby nieokreślone. Osoba nieznająca tematu z zapomnianej broszurki K.Koranyi nie zauważy, że B.Baranowski nie opisywał kościelnych procesów o czary, bo nie miał o czym pisać.

Omawiając natomiast procesy świeckie regularnie łączył je z interesami klasowymi kleru i szlachty, „katolicką reakcją” tak, iż odnosi się wrażenie, że te świeckie procesy, z którymi Kościół nie miał nic wspólnego i którym się sprzeciwiał, były w zasadzie wykonywane pod jego patronatem i w jego interesie a nawet pod jego kontrolą.

W zasadzie tezy o religijnej nietolerancji i walce klasowej jako przyczynie procesów czarownic powtórzył Janusz Tazbir w eseju z 1978 r. Tupetem błysnął Władysław Korcz. W komunistycznym PRL-u wydając monografię na temat procesów na Śląsku, wyjaśnił, że z historii usuwa się wiele niewygodnych dla Kościoła faktów, takich jak procesy czarownic. W rzeczywistości z lubością się je Kościołowi przypisuje, żeby go oczernić.

Upadek PRL w zasadzie nie zmienił antyklerykalnego sposobu opisywania zjawiska. Przykładem jest monografia procesów z Kleczewa autorstwa Jerzego Stępnia. We wstępie historycznym podaje wyraźnie informację, że polskie egzekucje czarownic zaczynają się od 1511 r. a inkwizycja w Polsce przestała działać w XVI w. Zarazem zaś cały ten wstęp jest wielkim oskarżeniem wobec „jednej z najmroczniejszych kart” chrześcijańskiego świata i Kościoła walczącego przy pomocy straszliwej inkwizycji z herezją (mieszaną z czarami). Okazuje się, że za pochodzące z renesansu procesy odpowiada średniowiecze.[22]

Wydane w 2004 r. „Staropolskie polowania na czarownice” Alicji Zdziechiewicz są głównie beletrystyką powtarzającą antyklerykalne schematy o odwiecznej kościelnej obsesji na punkcie diabła, kobiet, ludowych zielarek i reliktów pogaństwa.

Liczby przyćmiewane przez oceny

Nowa, najlepsza obecnie, synteza polskich procesów o czary z 2008 r. autorstwa M.Pilaszek, ma szczególny walor, że w oparciu o kwerendę źródłową podważa powtarzaną za B.Baranowskim od 1952 r. liczbę 10 tys. ofiar stosów. (Autorka odnalazła źródłowo tylko 558 egzekucji). Ponadto w niewielkim rozdziale i aneksach podaje jednoznacznie rzeczywistą mikroskopijną skalę procesów kościelnych. Jednakże i w niej liczby są przyćmiewane przez obszerne rozdziały ocen zjawiska, powielanych w dużej mierze za autorami zagranicznymi podającymi niespójne uzasadnienia, ale mające wspólny mianownik. Ostatecznie winny jest Kościół i chrześcijaństwo. Ludzie rzadko spamiętują dane z książek. Za to lepiej utrwalają sobie ogólne wrażenia.

Sama M.Pilaszek pisze, że nie ma prostej zależności między okresami nieurodzajów, wojen i zmian klimatu a apogeum świeckich procesów o czary w Polsce w latach 1675-1725. Za to stawia tezę, że najbardziej przyczyniła się do nich kontrreformacja i pogłębienie katechizacji wśród ludu a przez to zwiększenie jego czujności wobec diabła.[23] Przeczy temu odrębny rozdział, w którym analizuje źródłowo stosunek Kościoła czasu kontrreformacji do świeckich procesów. Przywołuje jednolicie negatywne stanowiska biskupów i synodów wobec tych procesów, jako prowadzonych przez świeckich dyletantów, kierujących się własnymi fantazjami a nie doktryną katolicką i niesłusznie skazujących oskarżonych.[24] (Już w 1988 r. stanowiska te zestawił ks. Henryk Karbownik). Księżom hierarchia zabraniała udziału w tych procesach,[25] a katechizacja kontrreformacyjna dążyła do wyplenienia wiary w czary i ich skuteczność, jako sprzecznej z nauką Kościoła[26] (Nauka ta była dokładnie taka sama co dziś i zawsze).

Antyklerykalna publicystyka ma się dobrze

Oklepane antychrześcijańskie kalki wciąż uzupełniają wstępy historyczne nowych publikacji. Tak jest np. w rysie historycznym w monografii Adama Górskiego z 2013 r. o procesach w Kolsku (Powiela ona nawet księżycową liczbę 9 mln ofiar stosów).[27] Znacznie rzetelniej streściła stan wiedzy naukowej Magdalena Kowalska-Cichy w wydanej w 2019 r. monografii procesów w Lublinie. Nieco oględniejsze (mimo lewicowości autorów) w ocenie Kościoła w stosunku do dawnych publikacji są dwie anglojęzyczne monografie polskich procesów autorstwa Michaela Ostlinga z 2011 r. i Wandy Wyporskiej z 2013 r.

Może zatem precyzyjniejsze dane zmienią wcześniejsze oceny? Chyba nieprędko, sądząc po wywiadach takich jak Jacka Wijaczki dla Gazety Wyborczej z maja 2024 r., jednego z najbardziej znanych aktualnych badaczy procesów czarownic. Jest on m.in. autorem książki o stosunku Kościoła do tych procesów, a także monografii o procesach w Prusach Książęcych (bardzo rzeczowej i uporządkowanej, unikającej psychoanalitycznej beletrystyki na temat zjawiska).

Poświęcił cały wywiad ponownemu przylepianiu do Kościoła odpowiedzialności za płonące stosy, chociaż sam dla Prus nie znalazł ani jednej egzekucji przed sądem kościelnym z czasów, gdy istniało tam zakonne Państwo Krzyżackie.[28] Powielił stare stereotypy o rzekomych powiązaniach między głoszoną przez Kościół teologią, chrześcijańską wiarą w diabła, ściganiem heretyków a procesami czarownic.

Nieopatrznie jednak w wywiadzie padło pytanie o jeden konkret, czy księża brali udział w tych procesach. I tu się niechcący okazało, że Jacek Wijaczka nie znalazł w źródłach żadnego takiego przypadku w Polsce, by ksiądz oskarżył kobietę o czary, powodując jej proces przed sądem świeckim.

Ale i tak wynalazł związek Kościoła z tymi procesami. Mianowicie taki, że do niesławnych dowodów z pławienia czarownic świeccy podobno używali święconej wody. A wiadomo, że święconą wodę święcą księża. Kończąc ten atak na Kościół, chytrze stwierdził, że opór przed zaakceptowaniem dowiedzionych faktów historycznych bierze się stąd, że dla wielu osób w Polsce pisanie o procesach o czary to atak na religię i Kościół.

Kiedy fakty uśmiercą temat?

Być może takim wywiadom nie należy się dziwić. W końcu tak naprawdę ogólnoświatowe zainteresowanie procesami czarownic ma jedno paliwo, zajadłą wrogość do Kościoła. Antyklerykalni ideolodzy oświecenia wykreowali opowieść o straszliwej karcie historii, za którą odpowiedzialne miały być średniowieczna ciemnota, religijny fanatyzm, nienawiść kleru do kobiet i światopoglądowych odmienności. Zauważmy, że diagnozy te powstały już 200-250 lat temu – całe pokolenia przed jakimkolwiek naukowym zbadaniem tematu, bez analizy źródeł i ustalenia statystyk.

Po dwóch stuleciach źródła zaczęły zadawać kłam poszczególnym „faktom” – stosów nie było w średniowieczu, tylko w hołubionym renesansie, nie palił ich Kościół, a liczby ofiar okazały się zmyślone. A mimo to wszystkie te „diagnozy”, będące rodzajem antychrześcijańskiej psychiatrii historycznej, pozostają całkowicie w mocy zarówno w ocenach historyków, w popkulturze jak i wyobraźni zwykłych ludzi. Można odnieść wrażenie, że coraz precyzyjniejsze dane w zasadzie nie mają znaczenia dla oceny zjawiska.

Rzeczywistą funkcją tych „diagnoz” nie jest bowiem naukowa prawda, tylko karmienie najbardziej zajadle antychrześcijańskich ideologii. Dla ateistów stosy czarownic funkcjonują jako dowód na słuszność oświeceniowego wyzwolenia państwa z okowów religijnej bigoterii, dla feministek tworzą mit kobiecego męczeństwa pod hasłem „jesteśmy wnuczkami czarownic, których nie zdołaliście spalić”, a dla neopogan i wyznawców alternatywnych duchowości oferują bajkę o prześladowanej przez wstrętnych chrześcijan pradawnej mistycznej tradycji.

Gdy ustalenia historyków obalą fałsze o mrocznych „czasach stosów” i nie będzie już można eksploatować sprawy do pałowania Kościoła, powszechne zainteresowanie tematem skończy się na zawsze w jeden dzień. Badacze staną się pierwszą i największą ofiarą swojego naukowego sukcesu, któremu poświęcili całe życie.

Przed uśmierceniem tematu pozostaje jednak ustalenie prawdziwych przyczyn pojawienia się stosów czarownic. Może dla odmiany od wymyślanych przez 250 lat bez żadnych dowodów antychrześcijańskich psychoanaliz, rozważyć odmienną teorię. Na przykład taką, że ściganie czarownic w świeckich sądach było skutkiem pojawienia się w renesansie nieznanego średniowieczu zjawiska świeckich literatów – ćwierć i półinteligentów, którzy liznąwszy wiedzy na skutek upowszechnienia druku, zaczęli pasjonować się wiedzą tajemną i sprawami metafizycznymi w oderwaniu od wiary i doktryny oraz kontroli Kościoła. I te swoje świeckie wyobrażenia zaczęli przenosić na działalność publiczną, w tym do sądów karnych, prowadzących procesy o czary.

W tym oryginalnym ujęciu warto by rozważyć, czy ideolodzy oświecenia nie przylepili na 250 lat do Kościoła odpowiedzialności za stosy, za które w rzeczywistości odpowiadają ich właśni duchowi ojcowie, a zarazem duchowi pradziadkowie współczesnych z-ateizowanych lewicowych wykształciuchów, znajdujących substytut duchowości w pasjonowaniu się literaturą fantasy, horrorami i zjawiskami paranormalnymi.

Ta moja teoria (nie gorsza od tych antyklerykalnych) mignęła nawet w głowie Bohdana Baranowskiego w jego książce z 1952 r.[29] Oczywiście w żadnym wypadku jej nie rozwijał. Może któryś ze współczesnych badaczy by się tego podjął?

Jacek Laskowski

Kandydat wtórnych analfabetów „Żonkil” czy toporny Nawrocki?

Kandydat wtórnych analfabetów „Żonkil” czy toporny Nawrocki?

Autor: CzarnaLimuzyna , 30 maja 2025

Nie znoszę dorabiania ideologii do aktualnej sytuacji. Według mnie sprawa jest prosta.

Aby stworzyć szansę, stworzyć, bo jej na razie nie ma, zaledwie lub szansę na opóźnienie lub powstrzymanie procesu niszczenia Polski można zagłosować  przeciw Trzaskowskiemu. Pomimo słusznego obrzydzenia do PiS jedyną opcją jaka pozostała ludziom świadomym jest wybór wystawionego przez „umiarkowaną targowicę”, Karola Nawrockiego. „Targowica radykalna” wystawiła sponsorowanego i faworyzowanego przez „Bestię” –  Trzaskowskiego.

Różnica jest ogromna

O ile różnica programowa pomiędzy PiS a KO jest minimalna, co usiłują ukryć obydwie opcje ogłupiając swoje elektoraty, to potencjał tkwiący w Nawrockim do wykonania manewru przepłynięcia pomiędzy Scyllą a Charybdą pozwala zakwalifikować tę możliwość do kategorii zdarzeń realnych.

Uważam tak dlatego, że Nawrocki w przeciwieństwie do Trzaskowskiego nie wyrzekł się ani Boga ani Polski oraz zadeklarował sprzeciw wobec planów ustanowienia prawa dającego szersze możliwości mordowania ludzi przed ich narodzeniem, a także, co już pokazała praktyka, w trakcie narodzin oraz po narodzinach.

Karol Nawrocki zadeklarował również sprzeciw wobec ustanowienia cenzury oraz implementowania do polskiego prawa ustawy dającej narzędzia lewicy do prześladowania ludzi normalnych za mówienie prawdy. Nie za „mowę nienawiści” jak twierdzi neokomuna, lecz właśnie za mówienie prawdy.

Mechanizm lewicowych zaprzeczeń opisałem w „Sojuszu Nienawiści”.

Kwestii sprowadzania do Polski wędrujących bandytów oraz „zrównoważonego rozboju” nazywanego zielonym nie będę opisywać.

Na koniec polecę felieton Bartosza Kopczyńskiego z którego zacytuję mały fragment

Wybór .upiarza będzie tym złym na pewno, natomiast wybór boksera jest niewiadomą – albo będzie zły, albo dobry, i na tą chwilę nie ma żadnej determinacji, a jeśli ktoś mówi, że na pewno wie, jak będzie, opowiada głupoty. Możemy więc zarówno doczekać się bramkarza Polski, broniącego swojego klubu przed niepożądanymi gośćmi, lub alfonsa, osłaniającego polityczną prostytucję. Co więc wybrać? Nic gorszego od .upiarza nie może nas spotkać, a czasy Dudusia Gryzipiórka już się nie powtórzą, bo jakiś wybór będzie musiał zostać dokonany. Lepiej więc już teraz dokonać go samemu, by nie pozwolić, aby ktoś zdecydował poza nami. Na dziś optymalnym wyborem jest nie dopuścić .upiarza, wybrać boksera i pilnować, aby nie okazał się zwykłym eskortem.

Polecam cały felieton! A jeśli Nawrocki?

Z obowiązku zerknąłem na kilka krótkich filmów z Martą Nawrocką. Normalna Polka, żona i matka, normalna kobieta, nie lewaczka.

Polecam również rozmowy m.in. z Grzegorzem Braunem, pastorem Pawłowskim, ks. Markiem Bąkiem

https://banbye.com/embed/v_xmHXyfoNO5VY

Czy Merz sabotuje niemieckie bezpieczeństwo energetyczne?

Czy Merz sabotuje niemieckie bezpieczeństwo energetyczne?

[Jest to, zdaje się, punkt widzenie zbliżony do AfD. Ale argumenty ważne i sensowne.MD]

Autor: Rainer Rupp https://apolut.net/sabotiert-merz-die-deutsche-energiesicherheit-von-rainer-rupp/

Pośród stagnacji gospodarczej i turbulencji, a także nadmiernie wysokich cen energii, kanclerz Friedrich Merz naciskał w Brukseli, aby Komisja Europejska nałożyła sankcje na wciąż nienaruszony gazociąg Nord Stream 1. W ten sposób Merz zamierza zapobiec temu, aby Nord Stream 1 (zwany dalej NS-1) mógł wkrótce ponownie dostarczać gaz do Niemiec.

Nie trzeba studiować fizyki jądrowej, aby zrozumieć, że ten krok nowego kanclerza Merza jest wyraźnie skierowany przeciwko interesom gospodarczym naszego kraju, przeciwko naszemu bezpieczeństwu energetycznemu i przeciwko pewnym miejscom pracy tutaj, w Niemczech. Według londyńskiego Financial Times, który jako pierwszy ujawnił ten skandal opinii publicznej 23 maja [i], działanie nowego kanclerza wynika z perfidnej kalkulacji politycznej, ale także osobistej.

Pod nagłówkiem Merz popiera zakaz Nord Stream, aby zapobiec ponownemu uruchomieniu połączenia gazowego przez USA i Rosję znana londyńska gazeta finansowa opisuje, jak Merz aktywnie lobbuje w Komisji Europejskiej w Brukseli na rzecz sankcji UE wobec zarejestrowanej w Szwajcarii spółki Nord Stream Pipeline AG, aby jako kanclerz był poddawany mniejszej presji politycznej w Niemczech, aby ponownie otworzyć rurociąg i kupić rosyjski gaz.

Politycznie manewr ten ma na celu trwałe odcięcie Niemiec od rosyjskiego gazu rurociągowego, co mogłoby sprawić, że niemiecki przemysł, ceny energii i nasza suwerenność polityczna, a raczej nasze uzależnienie od drogiego amerykańskiego gazu łupkowego, zostałoby zabetonowane w dłuższej perspektywie. Merz stanął więc po stronie państw UE w Brukseli, które chcą raz na zawsze uniemożliwić Niemcom poleganie na rosyjskim gazie w przyszłości – niezależnie od rządu i większości parlamentarnych – mimo że jest to jedno z najważniejszych źródeł energii dla przyszłości Niemiec.

Ponieważ Niemcy – podobnie jak wszystkie inne państwa członkowskie UE – przekazały swoją suwerenność nad polityką i prawodawstwem handlu zagranicznego niedemokratycznie wybranym urzędnikom Komisji Europejskiej, na której czele stoi obecnie obarczona skandalem pani von der Leyen, która niedawno otrzymała Nagrodę Karola Wielkiego. Dlatego też ani rząd federalny, ani Bundestag nie mogą decydować o kwestiach handlowych, w tym o taryfach i sankcjach. Są teraz jedynie widzami.

Obecnie AfD jest jedyną partią w Niemczech, która chce zakończyć ten opłakany stan rzeczy i odwrócić przekazanie suwerenności nad handlem zagranicznym UE. Decyzje w kwestiach brzemiennych w skutki, takich jak sankcje wobec Rosji, muszą wrócić do niemieckiego parlamentu, skąd nigdy nie powinny być przenoszone na zewnątrz.

W tym kontekście coraz częściej pojawia się pytanie, jak długo Niemcy są skłonni akceptować obecną sytuację, w której demokratycznie nieuprawnieni biurokraci w Brukseli decydują o bezpieczeństwie energetycznym Niemiec, a zatem o kwestiach kluczowych dla przyszłości całego narodu. Jednak liderzy polityczni wszystkich niemieckich partii, z wyjątkiem AfD, są obecnie ściśle związani z eurokratami. Te partie, oderwane od woli narodów europejskich i ich parlamentów narodowych, realizują własny program, który nie ma już nic wspólnego z pierwotną obietnicą pokoju i dobrobytu złożoną przez UE.

Elity polityczne mówią swoim ludziom, że są bezinteresownie oddane powszechnie szanowanej i nietykalnej Wspólnocie Europejskiej i żądają, abyśmy wszyscy zrobili to samo. W końcu UE reprezentuje wszystko, co dobre i piękne na świecie, mężczyzn, którzy mogą mieć dzieci i mężczyzn, którzy zdobywają wszystkie nagrody w kobiecym sporcie, oraz dewizę, że ignorancja jest siłą.

Przede wszystkim jednak elity UE – zgodnie z ich własnymi przyznaniami – dążą do stania się wiodącą potęgą na równi z USA i Chinami.

Oczywiście, dla tych szlachetnych celów trzeba ponieść ofiary, choć oczywiście nie same w sobie. Jak zwykle, „zwykli ludzie” są oszukiwani, zwłaszcza niższe, ciężko pracujące klasy, które są najmniej zdolne do obrony, a wyrzeczenia są im narzucane.

Dlatego nic nie pozostało z chełpliwej obietnicy pokoju i dobrobytu dla wszystkich Europejczyków w UE. Dzisiaj, jak każdy może łatwo zobaczyć, UE opowiada się za wojną za granicą i zwiększonym wyzyskiem i ubóstwem w kraju, przy czym tania energia z Rosji odgrywa kluczową rolę.

Rurociąg NS-1 w 51% należy do Gazpromu, a reszta do innych europejskich korporacji, przy czym największe udziały mają niemieckie firmy Wintershall Dea AG i PEG Infrastruktur AG. Rurociąg jest nienaruszony i teoretycznie gaz mógłby zostać dostarczony do Niemiec i innych krajów europejskich ponownie jutro. Sprytni inwestorzy z USA widzą w tym lukratywną okazję, tworząc konsorcjum z Rosjanami w celu zakupu NS-1 z większościowym udziałem USA. NS-1 stałby się wówczas prawnie amerykańskim rurociągiem. Następnie konsorcjum zakupiłoby rosyjski gaz, który następnie prawnie stałby się gazem amerykańskim. Amerykański gaz byłby następnie pompowany przez amerykański rurociąg NS-1 do miejsca docelowego w Niemczech.

Amerykańska firma prowadzi obecnie negocjacje w tej sprawie w Moskwie. Uzasadnienie jest takie, że ani rząd niemiecki, ani UE nie odważyłyby się nałożyć sankcji na amerykańską firmę, która transportuje amerykański gaz do Niemiec przez amerykański rurociąg NS-1. Istnieją dwa powody: po pierwsze, należałoby się spodziewać masowych reakcji politycznych i kontrsankcji ze strony Waszyngtonu Trumpa, a po drugie, Merz musiałby stawić czoła jeszcze większemu oporowi wobec kontynuacji antyrosyjskich sankcji ze strony jego własnej CDU i partnerów koalicyjnych SPD.

Niedawny sondaż Forsa wykazał, że na przykład 49% mieszkańców Meklemburgii-Pomorza Przedniego popiera wznowienie dostaw rosyjskiego gazu.

W marcu tego roku Michael Kretschmer, premier CDU wschodnioniemieckiego landu Saksonii, powiedział, że utrzymywanie środków karnych wobec Moskwy jest całkowicie przestarzałe i sprzeczne z tym, co Amerykanie obecnie robią, aby znormalizować swoje stosunki z Rosją.

AfD wzywa do ponownego uruchomienia rurociągów, ponieważ Niemcy, jako największa gospodarka w strefie euro, zmagają się z wysokimi cenami energii i stagnacją.

Według Financial Times, pogląd AfD podziela kilku liderów biznesu i polityków z CDU Merza.

Dietmar Woidke, premier SPD wschodnioniemieckiego landu Brandenburgii, niedawno również wezwał do normalizacji stosunków handlowych Niemiec z Rosją po zawarciu porozumienia pokojowego na Ukrainie.

Thomas Bareiß, poseł CDU i członek nowej Komisji Budżetowej Bundestagu, pozytywnie odnotował w poście na LinkedIn, jak bardzo zorientowani na biznes są „nasi amerykańscy przyjaciele” w swoich stosunkach z Rosją pod rządami Trumpa.

Ale właśnie temu chce zapobiec Friedrich Merz. Nie chce, aby rurociągi zostały ponownie uruchomione. W efekcie, dzięki swojej polityce zaprzeczania, chce utrzymać wysokie ceny energii w Niemczech w przewidywalnej przyszłości i nie zrobić nic, aby przywrócić konkurencyjność przemysłu dzięki tańszemu gazowi. Zniszczenie Rosji wydaje się kanclerzowi Merz ważniejsze niż ratowanie Niemiec.

Aby położyć kres rosnącej krytyce jego antyrosyjskiej polityki i skierować ją w innym kierunku, Merz próbuje użyć sztuczki, aby wykorzystać Komisję Europejską jako „piorunochron”. Jeśli uda mu się nakłonić Komisję Europejską do nałożenia sankcji na NS-1, pomimo znacznego oporu w kilku innych krajach UE, zanim powstanie nowe rosyjsko-amerykańskie konsorcjum NS-1, będzie mógł z czystym sumieniem „umyć swoje polityczne ręce od wszelkiej odpowiedzialności” i wskazać na dyrektywy UE, które skazują rząd niemiecki i Bundestag na bezczynność.

Według Financial Times Merz obawia się, że możliwe ponowne uruchomienie rurociągu NS-1 przez konsorcjum kierowane przez USA mogłoby doprowadzić do upadku jego rządu pod wpływem ogromnej presji wewnętrznej, jaką by to wywołało. W całym kraju, na wszystkich szczeblach społeczeństwa, ale także w swoich własnych szeregach, Merz musiałby liczyć się ze staniem się politycznie nieistotnym.

Tak więc obecna polityka Merza nie polega tylko na zrujnowaniu Rosji, ale także na skonsolidowaniu jego kariery poprzez nakłonienie UE do wykonania za niego brudnej roboty. Nic dziwnego, że krytycy oskarżają Merza o poświęcenie przyszłości gospodarczej Niemiec na ołtarzu swojej antyrosyjskiej obsesji i nadużywanie swojego urzędu do realizacji celów motywowanych ideologicznie zamiast dążenia do pragmatycznych rozwiązań w celu ustabilizowania gospodarki i powstrzymania zamykania lub przenoszenia ważnych gałęzi przemysłu i miejsc pracy.

Ostatecznie Merz wydaje się bardziej oddany swojej ideologii niż swojemu krajowi. Nieustannie stawia krucjatę przeciwko Rosji — retorycznie zamaskowany akt zachodniej polityki moralnej — ponad interesy narodu niemieckiego. Merz najwyraźniej akceptuje fakt, że nie tylko dobrobyt, ale także pokój społeczny w Europie cierpi w wyniku tych działań.

W czasach, gdy racjonalność ekonomiczna i pragmatyzm polityki zagranicznej są pilnie potrzebne, kanclerz Merz wykazuje niepokojący stopień sztywności ideologicznej. Jego polityka nie pozostawia wątpliwości: kanclerz stawia na pierwszym miejscu osobiste priorytety polityczne.

Jego problemy i jego ideologiczny program dotyczący dobrobytu jego kraju – kurs, który będzie kosztował Niemcy drogo pod każdym względem.

Rainer Rupp

Tłumaczył Paweł Jakubas, proszę o jedno Zdrowaś Maryjo za moją pracę.

Artykuł ukazał się 30 maja 2025 roku na stronie : https://apolut.net/sabotiert-merz-die-deutsche-energiesicherheit-von-rainer-rupp

Źródła i notatki

https://www.ft.com/content/3fcbf8b2-9796-4695-987c-9ba875abe5d4?ref=apolut.net

Sukces władz!!! Zbrojne ramię Tuska – w ośmiu – dopadło Batmana w Gdańsku!!! „ByleNieTrzask”

Batman nie miał tyle szczęścia, co Zorro i Spiderman

30.05.2025 tysol/gdanski-batman-walczy

W piątek, tuż przed wiecem Rafała Trzaskowskiego w Gdańsku, pojawił się Batman, a obok niego zawisł transparent #ByleNieTrzaskowski.

Batman nie miał tyle szczęścia, co Zorro i Spiderman Gdański Batman nie miał tyle szczęścia, co Zorro i Spiderman

Batman nie miał tyle szczęścia, co Zorro i Spiderman / fot. X

  • Ośmiu policjantów weszło do mieszkania w centrum Gdańska i wylegitymowało mężczyznę w stroju Batmana.
  • Powodem był ogromny baner z hasłem „Byle Nie Trzaskowski”, wywieszony tuż przed wiecem Rafała Trzaskowskiego.
  • Interwencja wywołała lawinę komentarzy w sieci.

Policja zatrzymała Batmana w Gdańsku

W piątkowe popołudnie, tuż przed rozpoczęciem ciszy wyborczej, z okna kamienicy przy głównej arterii Gdańska wywieszono kilkumetrowy baner z napisem „Byle Nie Trzaskowski”. Obok transparentu stanął mężczyzna przebrany za Batmana.

Do sieci trafiło wideo, na którym widać, jak ośmiu funkcjonariuszy wchodzi do mieszkania i obezwładnia bohatera. Materiał opublikował dziennikarz Michał Jelonek.

Ośmiu funkcjonariuszy Policji weszło do pokoju hotelowego, w którym przebywał Batman. Wcześniej wywiesił transparent #ByleNieTrzaskowski. Standardy białoruskie – napisał.

Fala komentarzy w sieci

Historyk i publicysta prof. Sławomir Cenckiewicz skomentował wydarzenie krótko: „Tuskoland jest tragikomiczny”.

Dziennikarz Paweł Rybicki napisał: „To nie jest żart: policjanci wjechali w kilkunastu typa do Batmana, który dziś wywiesił w Gdańsku obok wiecu Rafała transparent #ByleNieTrzaskowski”.

Superbohaterowie z #ByleNieTrzaskowski

To kolejny symboliczny protest „superbohaterów” przeciwko kandydatowi Koalicji Obywatelskiej. Wcześniej tajemniczy „Zorro” w Tarnowie oraz dwóch „Spidermanów” w Gliwicach rozwiesili identyczne bannery. Policja zapowiadała wówczas, że poszukuje sprawców, jednak do tej pory nie ujawniono, by ktokolwiek usłyszał zarzuty.

Tylko dla ludzi o mocnych nerwach. [nie-]Wszystkie kłamstwa Trzaskowskiego [VIDEO]

Wszystkie kłamstwa Trzaskowskiego [VIDEO]

30.05.2025

Rafał Trzaskowski. Foto: PAP
Rafał Trzaskowski. Foto: PAP

Twórca internetowy Bartosz Pałucki nagrał krótki materiał filmowy pokazujący jak zakłamany jest Rafał Trzaskowski

Materiał poraża, a to i tak nie wszystkie oszustwa Trzaskowskiego.

Każdy, kto choć trochę śledzi politykę, wie, że Rafał Trzaskowski potrafi mówić jednego dnia tak, a drugiego dnia już zupełnie inaczej. Jednak zebranie do kupy nagrań wypowiedzi Trzaskowskiego robi wrażenie.

Trzaskowski jest zakłamany praktycznie w każdym ważnym dla Polski i Polaków temacie. Przed kampanią wyborczą zapewne mówił bardziej szczerze, to co myśli, a teraz, praktycznie w każdej dziedzinie, mówi coś zupełnie innego, bo tak mu wychodzi z sondaży.

Zielony ład, imigranci i kryzys na polskiej granicy, CPK, Nord Stream II, przyjęcie tzw. uchodźców, 500 plus, KPO, Ukraina czy kwota wolna od podatku to tylko niektóre tematy, w których Trzaskowski delikatnie mówiąc ściemnia.

Dzisiaj pan Rafał kreuje się na wielkiego patriotę i obrońcę polskich interesów, a jeszcze kilka miesięcy temu jego agenda była całkowicie antypolska, prowadzona w interesie globalistów, Brukseli czy Niemiec. Może i jest leniem, lalusiem, samcem omega i pionkiem stawianym całe życie w różnych miejscach przez swoich zwierzchników (bo zna języki), ale w zakłamaniu jest równie dobry, co jego mistrz Donald Tusk.

Możemy być niemal pewni, że w przypadku jego wygranej w niedzielnych wyborach, w Polsce stanie się to samo, co w Rumunii. Już następnego dnia ruszy brukselska nawała imigrantów i cenzury, a cała polityka rządu i prezydenta skupi się na dociskaniu śruby krnąbrnym Polakom, którzy nie chcą zielonego ładu, szprycowania dzieci i przybyszów z nożami na ulicach.

Poniżej materiał pana Bartosza Pałuckiego – tylko dla ludzi o mocnych nerwach.

https://twitter.com/Palucki_B/status/1928470423739539752

Friday Funnies: Leaving Las Vegas. DISRUPTING AT WARP SPEED!

Friday Funnies: Leaving Las Vegas

DISRUPTING AT WARP SPEED!

ROBERT W MALONE MD, MS MAY 30
 
READ IN APP
 








Congressmen To Wear Barcodes So Lobbyists Can Self-Checkout

To make purchasing congresspeople easier for lobbyists, congresspeople will now have barcodes printed on their foreheads to be conveniently scanned at newly installed self-checkout machines.




WASHINGTON, D.C. — In an attempt to clear up lingering confusion over the role of the nation’s chief executive and avoid ongoing injunctions to block executive actions, the White House asked a federal judge if there’s anything the president is actually allowed to do. After being repeatedly stymied on nearly every attempted action, the Trump administration sought clarification to find out what, exactly, the president of the United States is allowed to do, if anything.

„So, like, can the president do anything? Or no?” asked lead White House counsel David Warrington in a brief submitted to a federal judge. „We were totally under the impression that the president is, like, really important and has a lot of power, but if that’s not the case, it would be helpful to know. Are there actually things the president can do, or is the presidency more like just a powerless ceremonial title, like the King of England or the Governor of North Dakota?”

When asked for comment, White House Press Secretary Karoline Leavitt echoed the curiosity about the president’s role in the government. „It would be great to find out,” she said. „I thought the president was in charge of the executive branch and could make decisions, but maybe not. We’ve learned he’s obviously not as powerful as a federal judge or something like that. Getting some clarity on whether or not he can actually do anything could make the next four years easier.”

At publishing time, a federal judge issued a ruling declaring it illegal for the White House to even ask what the president was allowed to do.



















[crap = gówno]









Malone News is a reader-supported publication. To receive new posts and support our work, consider becoming a free or paid subscriber. We are deeply grateful to the decentralized network of paid subscribers that enables us to continue doing what we do to support freedom.

Upgrade to paid


Thanks for reading Malone News! This post is public, so feel free to share or crosspost! Any help is appreciated.

Share


After three days at the pretty awesome Bitcoin Vegas conference, we are on our way home!

I gave a talk on the main stage at Bitcoin Vegas yesterday – driving home the message of my essays this week: people everywhere are waking up to the dangers of the mRNA COVID products. That MAHA’s progress in waking up America is working at…(dare I write it), WARP SPEED. And that disruption that enables innovation is a great thing.


This will be on the front page of the book on Marriage that Jill and I are writing.

Salon oburzonych. Trzaskowski przeciw ludowi

Salon oburzonych. Trzaskowski przeciw ludowi

Wzywają do „zastopowania trendu prawicowego pospólstwa i szaleństwa”

Ludwik Pęzioł https://pch24.pl/salon-oburzonych-trzaskowski-przeciw-ludowi/

(Oprac. PCh24.pl)

Wyniki pierwszej tury wyborów prezydenckich wywołały w krajowych „elitkach” prawdziwą erupcję pogardy wobec zwykłych Polaków. Reakcje pełne poczucia wyższości dobitnie pokazują, skąd bierze się ich gotowość do przekazywania kontroli nad państwem międzynarodowym gremiom.

Mantrą „wykształconego inteligenta z wielkich ośrodków” pozostaje utyskiwanie na populizm, który rzekomo trawi polską politykę. Jedną z podstawowych cech populizmu — w jego najczęściej przytaczanej definicji — jest przeciwstawianie ludu złowrogim elitom, co uznawane bywa za tanią, demagogiczną i dzielącą naród retorykę. Cóż jednak począć, gdy to same „elity” okazują otwartą wrogość wobec społeczeństwa, sugerując (a nierzadko wprost deklarując), że lud trzeba „wziąć za mordę”? Czy w takim przypadku tzw. populistyczni podżegacze nie zostają przypadkiem pozbawieni pracy — bo „elity” samodzielnie odgrywają ich rolę? A może nigdy nie było żadnego podżegania — jedynie wierne opisywanie rzeczywistości, oparte na wieloletnich obserwacjach?

„Kołtuneria” idzie do urn

Wydawałoby się, że przedstawiciel elit powinien umieć poskromić emocje i – kierując się instynktem samozachowawczym – powstrzymać się od obrażania ponad dziesięciu milionów obywateli, którzy w pierwszej turze zagłosowali na kandydatów prawicy. Choćby po to, by w drugiej turze pozyskać choćby ułamek ich głosów – co przy obecnym układzie sił może zaważyć na wyniku wyborów. Okazuje się jednak, że niechęć „elitek” do tej części społeczeństwa jest tak silna, że chęć jej zamanifestowania góruje nad zmysłem politycznym, którym same się chełpią.

Doskonałym przykładem tej postawy jest prof. Radosław Markowski, który w licznych studiach telewizyjnych obsadza sympatyków prawicy w roli pasożytów, żerujących na dobrobycie wytwarzanym przez elektorat lewicowo-liberalny. Co więcej, popełnia przy tym szkolny błąd, jednocześnie zarzucając tej grupie brak kompetencji politycznych – co dodaje całej sytuacji tragikomicznego wydźwięku. I nie jest w tym odosobniony – wielu jego towarzyszy po prostu nie potrafi się powstrzymać. To silniejsze od nich.

Uderzające jest to, że „elitki”, tak chętnie potępiające ideologie rasistowskie, same nie stronią od klasizmu – a przecież ten, jak pokazuje historia różnych zakątków świata, potrafił przynieść równie wiele, jeśli nie więcej ofiar. Pogardliwe określenia wobec uboższych czy gorzej (formalnie) wykształconych warstw społeczeństwa stanowią integralny element retoryki lewicowo-liberalnej inteligencji, środowisk artystycznych i dziennikarskiego mainstreamu. Kompozytor Zbigniew Preisner wzywał do „zastopowania trendu prawicowego pospólstwa i szaleństwa”. Krystyna Janda ubolewała, że wybory pokazały, iż „polskie społeczeństwo to naród, w którym króluje chamstwo i cwaniactwo”. Znana z medialnych kontrowersji aktywistka Justyna Klimasara sięgnęła po klasykę – przywołując „ciemnotę” polskiego ludu. Tymczasem niekoronowany król polskiego klasizmu, prof. Wojciech Sadurski, sugerował niskie IQ każdemu, kto nie popiera Rafała Trzaskowskiego, a widzów Krzysztofa Stanowskiego, który nie opowiedział się za „właściwym kandydatem”, nazwał po prostu „kibolstwem”.

Przebił go jednak prof. Jan Hartman, który określił wyborców prawicy mianem „debili, faszystów, nieuków i bigotek”; a złoty medal klasizmu w kategorii żeńskiej, należałoby chyba przyznać  prof. Magdalenie Środzie, która wyraziła pogardę wobec faktu, że jeden z kandydatów dorabiał w czasie studiów jako ochroniarz — uznając to najwyraźniej za coś godnego potępienia — i umieściła tego typu osoby do szufladki „cwaniaków”. Oberwało się zresztą nie tylko jednostkom, lecz całemu społeczeństwu: zdaniem Środy Polacy „nie cenią wolności, brzydzą się równością i tolerancją” i najwyraźniej „potrzebują ciężkiego buta na karku”. Nie zawiedli też zawodowi tropiciele antysemityzmu: psycholog Michał Bilewicz publicznie pytał – w kontekście wyborów – „po której stronie drzwi w Jedwabnem staniesz?”, a portal Onet starał się rozpaczliwie skojarzyć Karola Nawrockiego z faszyzmem i hitleryzmem (inne media i NGO-sy robiły to samo z Braunem i Mentzenem). Osobnym przypadkiem pozostaje pogrążony w mentalnym rozdwojeniu pisarz Jakub Żulczyk – z jednej strony potępiający elitaryzm, z drugiej bez oporów stygmatyzujący Nawrockiego jako „ulicznego chama” na podstawie trzeciorzędnych przesłanek.

To wszystko stanowi reprezentatywną próbkę, którą możemy dziś bez trudu przeanalizować dzięki popularności mediów społecznościowych. Ich zaletą jest to, że czas między powstaniem myśli a jej ogłoszeniem światu jest krótki – co oznacza, że wiele wypowiedzi, zwłaszcza tych emocjonalnych , oddaje autentyczne nastroje i poglądy przedstawicieli „wyższych sfer”. Dla nas stanowi to dodatkową wskazówkę: jeśli kimś się pogardza i żywi wobec niego niechęć, trudno oczekiwać, by działano na rzecz jego upodmiotowienia. Przeciwnie – naturalnym celem staje się jego marginalizacja. Problem w tym, że ta „kołtuneria” i „pospólstwo”, które elity chciałyby usunąć z debaty publicznej, to większość polskiego społeczeństwa. Cóż więc z tą demokracją, o której elity tak często mówią? No trudno, trzeba pozostawić fasadę wyborów powszechnych, a w istocie przekształcić system w stronę oligarchii liberalnej.

Lęk salonu

Każdy z głównych kandydatów prawicowych (z braku miejsca pomińmy tych, którzy uzyskali słabsze wyniki, choć podobne mechanizmy dotyczą również ich) symbolizuje coś, co budzi odrazę u tzw. „inteligenta”: Braun – obskurantyzm i antysemityzm, Mentzen – wspomniane już cwaniactwo, a Nawrocki – nienajszlachetniejsze pochodzenie i związki z „ulicą”. Ta trójgłowa figura budzi paniczny lęk „proeuropejskiej inteligencji”, która od lat dostrzega ją w polskim ludzie.

To, jak owe „elitki” wyobrażają sobie przeciętnego Polaka oraz swój własny obóz, jest oczywiście rażąco sprzeczne z rzeczywistością. Cwaniactwo, układy z mafią czy pseudonaukowe „płaskoziemstwo” (choćby w postaci ślepego przyjmowania każdej modnej bzdury z Zachodu) są równie dobrze, albo i lepiej udokumentowane po ich stronie. Trwałe obrzydzenie zwykłymi Polakami daje się jednak wyjaśnić z perspektywy socjologicznej – zwłaszcza jako mechanizm podkreślania własnej pozycji w hierarchii społecznej. Można więc sądzić, że choć tego typu postawy szkodzą politycznie, to służą indywidualnym interesom – ostentacyjna pogarda wobec „plebsu” przynosi prestiż wśród własnej klasy. A ponieważ egoizm jest integralnym składnikiem liberalnego światopoglądu, nie dziwi, że profesorowie, celebryci i inni przedstawiciele establishmentu myślą przede wszystkim o sobie, a dopiero w drugiej kolejności – o losie całego obozu.

Ponieważ jesteśmy już na etapie drugiej tury wyborów, analizę wizerunku Brauna i Mentzena w oczach Salonu zostawmy na osobny artykuł. Skupmy się natomiast na nienawiści, jaka spadła na Karola Nawrockiego. To przypadek szczególny – obnażający wszystkie najgorsze uprzedzenia warstwy uważającej się za krajowych „aristoi”. Wystarczy porównać ten atak z tym, jaki spotkał Andrzeja Dudę pięć i dziesięć lat temu – był on zdecydowanie łagodniejszy, bo Duda pochodził z krakowskiej inteligencji, co nieco amortyzowało agresję. Nawrocki jest natomiast ucieleśnieniem największego koszmaru Salonu: człowiekiem wychowanym przez ulicę, świadectwem niepowodzenia transformacji, zaprzeczeniem propagandy geremkowszczyzny i michnikowszczyzny, które przez dekady wmawiały, że wszystko poszło dobrze.

Jego historia pokazuje, że „elitki” gotowe są stosować stygmatyzację i stereotypy – których rzekomo nie znoszą – wobec warstw uboższych. Działa tu mentalność kastowa: „pospólstwo”, które – przez sam fakt życia w niepewnych warunkach i w otoczeniu, którego się nie wybiera – zostaje zrównane z półświatkiem. Wyobraźmy sobie, że te same kryteria stosowano by wobec środowisk LGBT – osoba, która by się na to odważyła, zostałaby natychmiast wyklęta przez demoliberalny mainstream. Tymczasem wobec kandydatów z ludu – wszystko uchodzi na sucho. Nawrocki staje się więc figurą tego, czego establishment najbardziej się obawia: brutalnego, nieokrzesanego motłochu, który – co gorsza – może wygrać liczebnością i zburzyć monopol liberałów. Łatwość, z jaką „elita” dehumanizuje i pomawia ludzi jego pokroju, pokazuje, jak głęboko zakorzenione są jej uprzedzenia. Bo dla niej lud to siedlisko złodziejstwa, chuliganerii, moralnej degeneracji. I dlatego nie ma większego wroga niż człowiek wywodzący się z ludu, który zyskuje realną władzę. Im bardziej taki ktoś jest atakowany, tym większy strach zdradza atakujący.

Wyborczy sukces prawicy wpisuje się w szerszy trend narastającego znużenia (anty)kulturą woke, szaleństwami migracyjnymi i ekoterrorystycznymi ideologiami. To wszystko przeraża lewicowych i liberalnych rewolucjonistów, którzy dobrze wiedzą, że jeśli nie zatrzymają tej fali, backlash dotrze także do Polski. Sytuację komplikuje dodatkowo fakt, że w ostatnich dniach Stany Zjednoczone – przewidując możliwą zmianę władzy – zaczęły wyraźnie sygnalizować niezadowolenie z łamania praw opozycji przez rząd Tuska. „Elity” rządzące zdają sobie sprawę, że porażka Trzaskowskiego w drugiej turze, zwłaszcza po chwilowym zakopaniu topora wojennego przez różne nurty prawicy – od dryfujących ku centrum po radykalne – może zapoczątkować formowanie się prawicowej koalicji, będącej dla nich śmiertelnym zagrożeniem.

Ludwik Pęzioł

Bunt w lokalnym PSL. Ludowcy nie chcą poprzeć Trzaskowskiego

Bunt w lokalnym PSL. Ludowcy nie chcą poprzeć Trzaskowskiego

30.05.2025 bunt-w-lokalnym-psl-ludowcy-nie-chca-poprzec-trzaskowskiego

Władysław Kosiniak-Kamysz i Rafał Trzaskowski w Niecieczy
Władysław Kosiniak-Kamysz i Rafał Trzaskowski w Niecieczy. / Foto: PAP

Bunt w szeregach PSL. O ile władze Polskiego Stronnictwa Ludowego oficjalnie poparły Rafała Trzaskowskiego, o tyle już lokalni działacze ludowców nie chce oddać głosu na kandydata Koalicji Obywatelskiej.

Z doniesień Onetu wynika, że część polityków PSL-u nie zamierza popierać Rafała Trzaskowskiego w II turze wyborów prezydenckich, która odbędzie się w niedzielę 1 czerwca. Oficjalne poparcie dla prezydenta Warszawy wyraził natomiast szef ludowców Władysław Kosiniak-Kamysz.

Na nic się to jednak zdało w szeregach ludowców, którzy podkreślają, że Trzaskowski nie jest gwarantem realizacji postulatów PSL. Wypominają mu także walkę z krzyżem, czy poparcie dla środowisk LGBTRTV.

Nie będę się opierała na rekomendacji kierownictwa partii, bo mam swój rozum. Namawiam wszystkich, by głosowali zgodnie ze swoim sumieniem, rozumem i sercem. Rozmawiałam też z innymi działaczami PSL, na Lubelszczyźnie nie wszyscy pójdą za głosem lidera. Wiadomo chyba, na kogo oddam swój głos – oświadczyła w rozmowie z Onetem radna miasta Puławy Anna Szczepańska-Świszcz. Z kolei już na początku kampanii Marek Sawicki oświadczył, że nie zagłosuje na Trzaskowskiego w II turze.

Wśród ludowców pojawiają się także argumenty związane z górnictwem. Starosta łęczyński Daniel Słowik oświadczył, że może oficjalnie poprzeć Trzaskowskiego tylko pod jednym warunkiem – że „ON i lokalna PO «krwią» się podpiszą, że zagwarantują Bogdance rozwój, nowy szyb i fedrowanie do przynajmniej 2050 roku”. „Jak tego nie będzie – to będzie przysłowiowa polityczna gilotyna” – dodał. Analogiczny postulat wystosował do PiS-u i Karola Nawrockiego.

Jak widać, ludowców nie przekonał ich własny lider, który podczas spotkań z wyborcami twierdził, że Trzaskowski jest miłośnikiem polskiej wsi, szanuje tradycję oraz wiarę chrześcijańską…

– Witos to jest dobro narodowe nas wszystkich. My nikogo z patriotyzmu nie wykluczamy. My włączamy pod biało-czerwoną wszystkich. Dzisiaj prawnuk Wincentego Witosa był razem z nami. Więc wszyscy ci, którzy się martwią, jak Witos patrzy na nas, to myślę z wielką przyjaźnią i radością, że jesteśmy wspólnie razem, z dobrymi intencjami, kochamy polską wieś, ziemię, rolnictwo, nasze tradycje, kochamy wszystko to, z czego wyrastamy. I ta miłość to nie tylko słowa, to są też czyny – twierdził podczas spotkania w Niecieczy.

Wybory prezydenckie – znaczenie dla życia oraz normalnej rodziny

RatujŻycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Piszę dziś do Pana jako do Przyjaciela Życia i Rodziny. Piszę na chwilę przed ciszą wyborczą, w sytuacji, gdy wielu z nas doświadcza poważnej rozterki co do niedzielnego głosowania.

Z pewnością wie Pan, co mam na myśli… Kandydaci, którzy jednoznacznie deklarowali obronę życia dzieci przed aborcją i lobby LGBT, odpadli w I turze wyborów. Pozostało dwóch. Jeden jawnie proaborcyjny i zainteresowany przekazaniem licznych przywilejów dla lobby zboczeńców. Drugi – czasem mówiący pięknie o wartościach, by znów za chwilę poddawać w wątpliwość konieczność pełnej ochrony życia dzieci, zmieniający deklaracje w zależności od etapu kampanii. W ostatnich dniach Karol Nawrocki złożył jednak konkretne deklaracje:

  • Moim celem będzie wsparcie dla polskiej rodziny i zabezpieczenie jej przed niebezpiecznymi ideologiami i przymusami narzucanymi przez grupy ideologiczne. Przed takimi zjawiskami szczególnie powinny być chronione dzieci.
  • Jako Prezydent będę chronił życie od poczęcia do naturalnej śmierci.
  • Stoję na niezachwianym stanowisku, że wolność decydowania o swoich poglądach i przekonaniach, w tym wolność słowa czy prawo rodziców do wychowywania dzieci, zgodnie z własnymi przekonaniami to sprawy fundamentalne.

/odpowiedzi z dn. 25.05.2025 na pytania KKP i sztabu G. Brauna/

Przyglądam się temu, co obecnie rządzący przepychając tzw. ustawę o mowie nienawiści chcą zrobić z polską wolnością słowa i jestem tym oburzony. I nie podpisałbym nigdy czegoś takiego.

/odpowiedź w dn. 22.05.2025 w programie „Mentzen Grilluje”/

Mamy więc deklaracje, które należy zapamiętać i z nich rozliczyć przyszłego Prezydenta Polski. Politycy, gdy dostaną się na swoją funkcję, lubią zapominać o składanych obietnicach, jednak mając w ręku powyższe deklaracje będziemy mogli wszyscy – Pan i ja – przypominać o konieczności ich realizacji, szczególnie, że w pierwszej kadencji prezydent zazwyczaj stara się wykazać przed wyborcami, by mieć szansę na drugą kadencję.

Co na pewno stanie się, jeśli wygra Rafał Trzaskowski?

Po pierwsze – natychmiast speckomisja sejmowa ruszy naprzód i dokończy prace nad czterema ustawami w pełni legalizującymi aborcję. Oni czekają tylko na zmianę prezydenta i nie ukrywają, że Trzaskowski podpisze im wszystko, co uchwalą.

Po drugie – ustawa o mowie nienawiści wraz z szaleńczymi wytycznymi Adama Bodnara wejdzie w życie. Nie będzie już żadnej możliwości obrony dzieci w szkołach przed obowiązkową demoralizacją. Także Pan będzie mógł pójść do więzienia za post na Facebooku lub wpis na grupie na komunikatorze. To, co przeżywam teraz ja – od 8 lat ścigana przez 16 gejów na drodze cywilnej w sądzie za słowo „zboczenie” – dotknie także Pana, ale mocniej – poprzez Prokuraturę, w procesie karnym, w kilka lub kilkanaście miesięcy. Lobby LGBT wymusi poprawność i wsadzi do więzienia wszystkich, którzy będą chcieli zachować zdrowy rozsądek.

Po trzecie – natychmiast zostanie uchwalona ustawa o zmianie płci – zapowiedziała to Minister Równości Katarzyna Kotula jeszcze w styczniu tego roku i tłumaczyła, że czekają tylko na swojego prezydenta.

Po czwarte – aborterzy ośmielą się jeszcze bardziej. Zbrodnie, które dziś popełnia się w Oleśnicy, będą dziać się w każdym szpitalu z oddziałem położniczym. Pseudo-przychodnie aborcyjne jak Abotak w Warszawie na Wiejskiej będą w każdym większym mieście.

Po piąte – nasza Ojczyzna nie przeżyje żadnego wielkiego katharsis i nie odbije się od dna, jak zdaje się niektórym publicystom. Zlewaczały parlament do spółki z życzliwym sobie prezydentem dociśnie Polakom śrubę i zniszczy zasoby energii, dobrych ludzi, wytresuje bezmyślne masy. Nie będzie gorzej, by potem było lepiej. Będzie gorzej, a potem jeszcze trudniej będzie wstać z kolan. Mesjanizm zawsze prowadził Polskę wprost w przepaść.

Świadoma, że nie jesteśmy w sytuacji idealnej, ale równocześnie wiedząc, że najprawdopodobniej właśnie nadszedł moment, by ratować życie polskich dzieci przed największą możliwą katastrofą, proszę, aby poszedł Pan na wybory i oddał głos przeciw Rafałowi Trzaskowskiemu. A Karolowi Nawrockiemu zapamiętał przedwyborcze obietnice, a jeśli wygra, nie ulegał euforii, patrzył prezydentowi na ręce i rozliczał go z obietnic.

Wynik wyborów będzie się ważył do ostatniej chwili. Pański głos jest kluczowy.

Obrońcy życia powinni iść na głosowanie i oddać w tych wyborach ważny głos.

Nie ulegajmy pokusie zdystansowania się od sytuacji w Polsce i pozostania w domu, bo „lepszy kandydat już odpadł”. Nie można sobie na to pozwolić.

Z wyrazami szacunku i pozdrowieniami,

Kaja Godek
Kaja Godek
Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

PS – Nie bądźmy naiwni, ale też nie uciekajmy w wygodnictwo. Pójście na te wybory i zagłosowanie przeciw Rafałowi Trzaskowskiemu jest obowiązkiem każdego prolifera.

Zorro, czyli lis, Karwe-lis

Zorro, czyli lis, Karwe-lis

Jerzy Karwelis https://dziennikzarazy.pl/30-05-zorro-czyli-lis-karwe-lis/

Zorro

30 maja. wpis nr 1358

Zapraszam do wsparcia mego bloga

Wersja audio

Promocja mojej książki. Zapraszam do lektury!

kod promocyjny: elity10

=============================

Absurdalna cisza wyborcza się zbliża, a więc post ten publikuję w piątek, by nie było że się nie pilnuję, choć mam nadzieję, że tekst pochodzi do wyborów i nie spełni przesłanek agitacji wyborczej. W sumie nie będę pisał o konkretnych kandydatach, tylko o tym jaki obraz Polski ujawnił nam się w tej kampanii. Bo to – podobno – czas przesilenia, a w takich momentach, kolejnych „najważniejszych wyborach w III RP”, spadają maski, bo działa się na rympał i liczy się wynik, nawet kosztem utraty resztek pielęgnowanego wizerunku. Można więc zaglądnąć pod maseczkę III RP, by zobaczyć jej prawdziwe rysy. I to będziemy tu robili, na przykładzie przypadków z kampanii.

Kasa misiu, kasa

Tak to jest w społeczeństwie postpolityki, że gdy suweren o pamięci złotej rybki zostanie poddany jakieś presji informacyjnej, zaraz o tym zapomina. Wypiera, czyli o tym nie myśli, albo internalizuje, gdy pod wpływem umiejętnie sączonej propagandy zaczyna przyjmować wcześniejsze kontrowersje jako rzecz normalną, zaś w rezultacie samodzielnie przez siebie zinterpretowaną. Takim faktem, ciążącym od zarania na kampanii, jeszcze przed wyborem Nawrockiego na obywatelskiego kandydata PiS-u, było odcięcie ugrupowania Kaczyńskiego od dotacji dla partii politycznych, w kluczowym, przedkampanijnym momencie. Co prawda minister zaczął wypłacać subwencję w ratach, ale dopiero w maju, czyli na końcówce kampanii, za co osobiście kiedyś zapłaci, i to karnie, gdyż nawet sama PKW, z ostrym personalnym przegięciem na stronę uśmiechniętej koalicji, oświadczyła jasno, że PiS-owi się te pieniądze należą, zaś p. minister będzie już od tej pory w każdych wyborach nie tyle walczył o swoich politycznych pupili, co o wolność.

Casus PKW pokazuje kolejną słabość III RP w użyciu. Nie jest ona przytykiem systemowym, choć to system wyłania długofalowo takie skutki. Jest nimi myślenie każdej z politycznych grup, że jeśli rządzą, to już na zawsze. Są tu dwie perspektywy – obie słabe dla kraju. Pierwsza jest taka, że chłopaki robią ustrojowe rzeczy betonujące ich ekspansje i „wyjście” na instytucje, ale ten cały że tak powiem dorobek wpada w ręce nowych dziedziców władzy. I tak samo, jak i z innymi instytucjami, było w przypadku PKW. PiS tam namieszał, ale tą nową ścieżką okupacji instytucji przeszli się nowi zwycięzcy i obsiedli PKW, jednak na tyle, by zakwestionować zeznanie PiS, które miało odebrać mu dotację, ale już nie na tyle, by po przegranej w wyższej instancji nie poddać się, choć tu pan minister – na własną odpowiedzialność karną – nie wywiązywał się długo ze swoich obowiązków.

Druga perspektywa grzebania w państwie ma mniejszy wymiar, ale przez masowość skali równie szkodzi krajowi. Jej charakter ma wymiar indywidualny, lub grup interesów, które obsiadają instytucje by się nachapać i to szybko, bo w perspektywie czteroletniej (no, góra – ośmioletniej) kadencji i zniknąć. To za nimi dzisiaj jeżdżą Bodnarowcy i wsadzają. Ale w ten sposób wydeptane synekurki stają się gotową siecią do przejęcia, wystarczy tylko, by obsadzić tę mapkę swoimi i system działa dokładnie tak samo, tylko kasa płynie w odwrotną stronę. A jest powiedziane, że nie wolno przeganiać much żrących ci otwartą ranę, bo te się najedzą i dadzą spokój, zaś przeganianie ich sprowadzi tylko nowe, które też się będą chciały pożywić, tyle że od nowa. I wybory są takim przeganianiem much, stąd wysysana moc Polski, w trybie ciągłym i powtarzalnym. Po prostu mamy cały ciąg nalotów nowych, wygłodniałych much, które lądują na otwartej ranie III RP.           

Ale wróćmy do kampanii. Zapoczątkowany na wejściu ruch miał pozbawiać PiS środków na wstępie, bez względu jakiego kozaka wystawią, a więc był to taki ruch jak z filmu Gladiator, gdzie przed walką na publicznej trybunie podstępny rywal zadaje skryty cios pod miziurkę, tak by lud widział „uczciwą” walkę, choć przeciwnik jest śmiertelnie osłabiony. Jako się rzekło – od sprawy minęło już sporo czasu, cios z subwencją był jednak zadany publicznie, choć wyparty i nikt już nie pamięta o tej podstawowej nierównowadze w wydawałoby się uczciwej walce. Nie trzymam tu, broń Boże, strony PiS-u, boć uważam całą sprawę finansowania partii, za wysoce szkodliwy polski system. On jest po to, by utrwalać dwójpolówkę polską, gdyż bogatemu zostanie tylko dodane, zaś biednemu – zabrane. Czyli to wzmacnia istniejącą strukturę: za pieniądze podatników dwie partie (z przydatkami) bawią się w niby śmiertelną walkę, zaś cała reszta, z powodu właśnie przewagi systemowo-finansowej, ma nie wyjść poza formułę planktonu.

Mało tego – planktonowi jeszcze rzuca się pod nogi systemowe kłody na wejściu, jak choćby proces zbierania podpisów, który w przypadku dużych przechodzi systemowo po członkach partii, zaś planktonowi muszą zbierać ręcznie, co jest utrudniane przez… system, bo jednocześnie wymaga na liście poparcia podania PESEL-u, zaś w tym samym czasie ostrzega w kampanii, żeby PESEL-u nie dawać byle komu, bo to niebezpieczne. W ostateczności podrzuci do przysyłanych podpisów paru umarlaków, przetrzepie listy maluczkich sprawdzając ich podpisy pod światło, czy nie ma skrótu nazwy miasta i czy nie brakuje drugiego nazwiska, zaś dużym sprawdzi próbki losowe z setek kartonów wypełnionych po ścieżce – uważam że przepisywanych z wyborów na wybory – list partyjnych. Start więc był nie tylko systemowo przeciwko PiS-owi w postaci cofnięcia dotacji, ale jest systemowo utrwalony, bez względu na rządzących, na ochronę dwójpolówki z dodatkiem pomijalnych przystawek do dwudaniowego menu.

Ład medialny

Kampania pokazała media w świetle dnia. Tu, na froncie ideologicznym, nie ma zmiłuj. Tak jak pomiędzy kampaniami mamy makaron nawijany powoli na uszy, to w okresach wzmożenia można zobaczyć media takie jakimi są. Jest to jak z odpływem – nie tylko można wtedy zobaczyć kto pływał bez majtek, ale też można odkryć jakież to kopytka zagrzebane są w mule i kto ma jaki pistolecik w cholewce. Na górze, gdy nie ma odpływu wyborczego widzimy dostojnego łabędzia i tylko jak się wszystko osuszy z kitu widać wyraźnie jakie to czarne łapy bełtają mętną wodę. I tak było teraz.

Zacznijmy jednak od samej struktury. Widać tu wyraźnie dwie rzeczy: rolę mediów publicznych, które, bez względu na rządzącą ekipę, nie mogą się powstrzymać od robienia swojej władzy dobrze (czym wyrządzają jej serie śmiertelnych niedźwiedzich przysług) oraz rzecz drugą – różnicę pomiędzy pluralizmem mediów, a duopolem. Zacznijmy od tej pierwszej, czyli mediów publicznych.

Jako mądrzy mówią – nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu, i to się powtarza. „Fur Deutschland” lansowane do wyrzygu przez Kurskiego utopiło PiS, bezwarunkowe i bezwstydne wsparcie publicznych dla Trzaskowskiego w sumie mu też zaszkodziło. I debaty w Końskich, i obsada ich przez mediaworkerów z ewidentnym, nawet merkantylnym, nie ideologicznym, konfliktem interesów, to już jazda po zauważalnej bandzie. A to wszystko przecież proste jest – wybory prezydenckie to gra o przeciągnięcie wahających się, bo twardy elektorat nie wystarczy. Linia TVP, wzięta żywcem z ideolo Jaruzela ze stanu wojennego, a więc „walki i porozumienia” dała tu efekty pokraczne. No, bo powiedzmy, że wahający się zobaczył ciągłe ataki na nieuśmiechniętych w mediach maintreamowych i się dał zwieść Trzaskowskiemu, który nagle zaczął mówić wręcz… Braunem, o Mentzenie już nie wspominając. Potem poszedł do takiego TVN czy TVP i zobaczył, że ten system politycznych wartości, o który zechciał się rozszerzać Trzask jest największym ściekiem, wrażym delikatnym umysłom otwartym na ukrofilskość, filosemityzm, federacjonizm unii czy globalizm. Toż to żywa sprzeczność, a to zniechęca umysły dążące do koherentnych odpowiedzi, a taka jest potrzeba wahających się.

Ale to problem całej kampanii Trzaska, który raz to, zaraz po pierwszej turze, obiecuje likwidację średniowiecznego prawa aborcyjnego (jakby takie istniało w średniowieczu), zaś siadając po tym z Mentzenem do egzaminu zakończonego słynnym wyjściem na piwo – gada sobie swobodnie z autorem skandalicznej dla jego środowiska „piątki Mentzena”. No, jest tu jakaś duża sprzeczność i miotanie się. Ta sprzeczność jest niegroźna dla twardego elektoratu, gdyż jest uzasadniona potrzebą ściemniania elektoratu wahającego się. Twardzi wybaczają takie fikołki w celach taktycznych i wybaczą każde zaprzaństwo swego faworyta, który przecież „tak nie myśli”, tylko „tak mówi”, by się frajerzy nabrali. Tak, bo twardzi uważają wahających się za frajerów do nabrania i ich im nie szkoda. Są dla nich durniami, którzy są na tyle głupi, że wciąż jeszcze nie wybrali, bo się wahają, a tu nie ma co się wahać – wszystko jest jasne od dawna.

Ale wróćmy do obietnicy wyjaśnienia subtelnych różnic pomiędzy pluralizmem a duopolem w mediach. Bo to kochani nie jest wszystko jedno, choć – szczególnie w ustach pogonionego ostatnio PiS-u – argument ich gnojenia był pokazywany jako grzech przeciwko pluralizmowi, a tu chodziło o powrót do duopolu bardziej. Duopol medialny jest naturalnym odtworzeniem dwu-plemienności sceny politycznej. Nie może być inaczej. Każdy ma mieć przecież swoją bańkę, o której pisałem ostatnio. A to, zamiast wyjaśniać nam złożoność świata, redukuje go do dwóch ramion imadła, w które system wkłada nasze głowy. Jest więc to wizja co prawda coraz mniej koherentnych (vide ideologiczne miotanie się Trzaska) prawd, ale są to prawdy dwie, uproszczone do zero-jedynkowego wyboru. To upraszcza wizję świata każdego z plemion, ale nie jest żadną atrakcyjną propozycją dla wahających się, a to o nich jest cała gra.

A propos – mamy trzy grupy wahających się: takich co się zastanawiają na kogo pójść zagłosować, drugich – czy w ogóle pójść na wybory – i trzecich, o których się teraz toczą boje, to grupa tych, którzy wahają się na kogo przerzucić swoje głosy ze swego ulubieńca na wybór w drugiej turze. Łatwo zobaczyć, że wszystkie te aktywne grupy, łącznie z niedoszacowaną grupą tych, co dołączą dopiero w drugiej turze, to elektorat interwencyjno-ratunkowy, czyli wyboru mniejszego zła. To reakcja by nie rządził jeszcze gorszy. I to do nich walą medialne armaty dwójpolówki. Skoro wybór ma być mniej gorszego, to nie walczy się na programy, czyli dobroć „naszego”, tylko o to jak bardzo zły jest ten gorszy. Stąd taka, delikatnie mówiąc, brudna kampania, haków, zarzutów, wyciągania brudów. Stąd też zerowe poziomy merytoryki nie tylko w propagandzie (tu cudownie odwołujemy się do emocji histeryzowanych tłumów), ale i w debacie. Tylko Stanowski ze swymi godzinnymi formatami dał ludowi posłuchać kto to naprawdę kandyduje.

A więc duopol medialny wciąga nas tylko w prymitywną wojnę dwóch plemion, co jest Antypodami pluralizmu. Powiecie – media społecznościowe to alternatywa do duopolu. Ale spójrzcie jak się je konsumuje: przecież to trzy na krzyż propozycje upakowane algorytmami (niechby płatnymi, ale bardziej niestety ideologicznymi), które serwują Wam bańki mainstreamu, na równi z trzema programami telewizji publicznej za komuny. Tylko super spece są w stanie sterylnie dobierać docierające do nich informacje. Większość to selekcja platform, to co dostajemy. Mamy po prostu, jak w restauracji, menu dnia dla klienta, zaś sami pchamy się w łapy „przewodników po sieci”, bo nie mamy czasu, narzędzi i ochoty przedzierać się codziennie przez opisany przeze mnie, a generowany przez pozorny pluralizm mediów – szum informacyjny.

Kolejny aspekt pozoracji tego łże-pluralizmu to reklamy. Dostajemy nie to co się nam podoba, tylko to, za co ktoś zapłacił. To jak z markami konsumpcyjnymi. Trzeba wielkiej staranności, by wygrzebać jakiegoś niszowego dostawcę i producenta, chętniej idziemy do medialnych żabek na każdym rogu, by tam się dowiedzieć co i jak. A o promocjach dowiadujemy się z mediów. I tak samo jest w kampanijnej polityce. Dla mnie najbardziej ponure jest to, że to za pieniądze samego podatnika, pochodzące z dotacji, robi się mu wodę z mózgu, płaci więc on sam za własne ogłupianie i by uniknąć tej smutnej konstatacji… przyjmuje te argumenty w końcu za swoje, ba – nawet przez siebie wymyślone. Czyli, jak u medialnego Marksa – kasa kształtuje świadomość.

Rozdrobnienie

Kampania ukazała nam systemowo ugruntowane rozdrobnienie prawicy. Jest tego sporo. Antysystemowcy dostali teraz niezły wynik, ale ich rozdrobnienie – systemowe, powtórzmy – nie tworzy z nich żadnej realnej siły. Jedni, jak Konfederacja, podejrzewani są o chęć dosiąścia się do stolika, nie by go przewrócić, ale by przy nim się jednak usadowić. Drudzy, jak Braun, dają brutalnie realistyczne diagnozy, ale ich postulaty byłyby do zrealizowania tylko wtedy, gdyby jakimś cudem POPiS ugruntowany systemowo zniknął. Nie ma żadnej drogi walki z systemem, tylko wszyscy won. No dobra, może i racja, tylko jak? Jak, skoro w tym procesie trzeba się będzie, choćby w okresie przejściowym, mierzyć na wyznaczonej przez system arenie, a on nie jest taki głupi, by nie widzieć zagrożenia z tej strony.

Reszta to rzeczywiście plankton. A skąd on się bierze w Polsce? Ano z wpojonego społeczeństwu strachu przed tzw. „utraconym głosem”. To też gra popisowa – oba plemiona w tym argumencie widzą gwarancje korzystnej dla siebie dwójpolówki. No bo popatrzmy – powiedzmy pojawia się w kampanii prezydenckiej jakiś rozsądny kandydat, który mówi o grzechach III RP i pokazuje jak je zniweluje systemowo, ma program i tzw. format prezydencki. Czy lud na niego zagłosuje? Gdzież tam – nawet najbardziej rozsądni dziennikarze powiedzą: nawet fajny ci on, ale nie na dzisiejsze czasy. Co on tam ma za pakę (chociaż właśnie ją zbiera w tej kampanii), ciekawy, ale bez szans. A potem ci sami dziennikarze (o plemiennych nie ma co mówić) wylewają krokodyle łzy nad słabością dwuplemiennej sceny politycznej i płonną nadzieją, że „wciąż nie pojawia się ten trzeci”. No tak – a jak się pojawi, to włącza się u nich ta sama maszynka paraumysłowa, że przecież tu nie chodzi o pierdoły, tylko o ratowanie Polski z rąk konkurenta-podleca.

Presja na obawę przed zmarnowanym głosem jest tak duża, że działa nawet w rzadkich momentach, kiedy nie ma ona swego pragmatycznego uzasadnienia. A takim momentem jest właśnie głosowanie w pierwszej turze. Twardzi i tak wiadomo jak zagłosują, można dać sygnał systemowi, a tu zostają, również medialnie, włączane odruchy psa Pawłowa. Zmarnuję swój głos na kogoś, kto nie przejdzie. Ależ w pierwszej turze, przy dwójpolówce – wiadomo że nie przejdzie, ale możesz wysłać sygnał przeciwko dwójpolówce i to w określonym kierunku, który właśnie może być kapitałem początkowym nowego ruchu, na który czeka, jak się okazało w czasie badań z lutego tego roku, 58,2% Polaków. A tak było w dużej mierze teraz. To te wyniki, wcale nie odzwierciedlające sceny polskich poglądów, oba plemiona uznały za legitymizację nie tylko swoich plemion, ale systemowej dwójpolówki, jako zagospodarowującej całość pomysłów na Polskę. A tam są tylko pomysły jak zdobyć władzę, ale wcale nie ma pomysłów co począć z Polską.

Do tego potrzebne jest systemowi systemowy właśnie poziom rozdrobnienia, bo na tym korzystają nasze oba plemiona. PiS będzie walczył z każdym po prawej stronie, no, może z wyjątkiem Mentzena, którego ocenia jako przyszłego koalicjanta, bo po nauczce z ostatnich wyborów uznał, że bez koalicjanta nie da rady. Ale, jak znam PiS tam są genetyczne wręcz ciągoty do włączenia się mechanizmów zjadania przystawek i proces ten zacznie się natychmiast kiedy strony się policzą. Po prostu wodzowska partia nie znosi kompromisów. Na rozdrobnieniu prawicy i antysystemowców zależy również drugiej stronie. Oni u siebie mają przebierających nogami koalicjantów i dopuszczają ich swobodnie do kontrolowanego udziału w koalicji w zależności od montowania większości w parlamencie. A więc walczą nie u siebie, ale na osłabienie PiS-u. Tuskowym zależy by tam u Kaczora pałętał się jakiś plankton, który robi dwie rzeczy – daje materiał do straszenia swoich ekstremistami oraz – mając świadomość priorytetu prymatu na prawicy Kaczyńskiego – tworzy obszar do podgrzewania konfliktów na prawicy. Rozdrobnienie trwa i trwa mać. Jest na rękę każdej ze stron, co wyrażało się wręcz poprzez wsparcie planktonu w zaistnieniu jej pomocy w zbiórce podpisów (PiS), jak i w nagłaśnianiu przez lewicowy mainstream wyskoków ekstremistów z prawej, pozapisowskiej strony.

Skręcana kampania

Co do wpływu państwa na kampanię to, gdyby takie numery jak dziś Tusk wyczyniał PiS, to mielibyśmy ryk w Brukseli i OBWE na karku. Grzmiałoby wszędzie o białoruski standardach, ale jesteśmy w oparach demokracji walczącej, która zwalnia z oceny środków do osiągnięcia szlachetnego celu. Żeby nie było, żem naiwny – ja widzę coraz to jak partie używają państwa i środków publicznych do grania na rzecz w ich zespołów wyborczych. Taka jest cena za brak kontroli nad władzami, której ostatnia forma demokracji faszystowskiej w służbie globalizmu – nie zapewnia. Społeczeństwo podzielone na plemiona nie będzie przecież się ekscytowało, a właściwie nie będzie ekscytowane przez rządzących informacjami o systemowym czerpaniu z zasobów państwa, by nasi wygrali. A nawet gdyby wiedziało i się tym ekscytowało (co wcale nie jest jednoznaczne), to i tak na zasadzie „nie mamy płaszcza i co nam pan zrobisz?” nie miałoby co z tym zrobić, bo wszelkie mechanizmy społecznej kontroli nie funkcjonują. 

No dobrze, ale jesteśmy dziś na etapie analizy odsłon rzeczywistych kulis działania takiego mechanizmu i muszę powiedzieć, że Tuskowy obraz skali i natężenia wprzęgnięcia państwa we wpływ na wybory przekroczył dziś skalę nawet wyobraźni. Popatrzmy co się pokazało. Przede wszystkim cały mechanizm nielegalnego wpływu na wybory poprzez finansowanie przekazu spoza obowiązkowej ścieżki materiałów komitetów wyborczych. Mieliśmy tu dwa objawy, ciekawe. Po pierwsze tzw. kampanie pro-frekwencyjne. Nawet nie chcę tu przypominać, że mają one charakter, dowiedziony systemowo i statystycznie, wsparcia strony lewicowo-liberalnej. To dodatkowi wyborcy dali w 2023 roku władzę koalicji uśmiechniętej. Starzy wymierają i żeby wygrać z PiS-em, który i tak pójdzie w rzednących szeregach, trzeba tylko wytrącić młodych z lenistwa, a ci już będą wiedzieli gdzie pójść i co zrobić. Teraz jednak to przestało wystarczać: pojawiła się fundacja finansowana m.in. ze środków pozagrobowej USAID, która już pojechała po bandzie. Opiszę, bo stosowny filmik zniknął po aferze z Sieci, przykład w jaki sposób kampania profrekwencyjna może wspierać konkretnego kandydata, bez wymieniania jego nazwiska.

Mamy oto na przykład taką sytuację. Trzaskowski jest przeciwny obniżaniu podatków (w zależności oczywiście do kogo mówi), zaś taki Mentzen to i owszem. I idzie reklama „profrekwencyjna”. Młodzi polscy żołnierze walczą w okopach współczesnej wojny. Jeden krzyczy, że nie ma już amunicji. Drugi krzyczy, że nie ma dostaw, bo rząd obniżył podatki w związku z tym, nie ma kasy na naboje. Ten pierwszy odkrzykuje, że on na taki rząd nie głosował, na co ten drugi mówi – no właśnie. I strzela z palców w stronę wroga, symulując ustami (pju-pju) dźwięk wystrzałów.

Przekaz niby profrekwencyjny, ale wiadomo, przez kogo nie ma naboi.

Drugi sposób, to reklamy wprost, zza granicy. I tu był ciekawy numer, bo chłopaki złapały się we własne wnyki. Gra była na wariant rumuński, żeby sobie zostawić na półce możliwość zakwestionowania niekorzystnego wyniku wyborów, używając przetrenowanego w Rumunii argumentu zewnętrznego (ruskiego, znaczy się) wpływu na kampanię. NASK, instytucja publiczna fatalnie zamieszana w ten proceder, komunikuje, że zanotował reklamy zlecane spoza kraju, zasugerował, że od Putina, które miały oddziaływać na trzech kandydatów. Jak się zrobiła afera to wyszło wszystko na odwrót: tak, były reklamy zza granicy, ale właściwie nie reklamy tylko posty podbijane finansowo, robiono to z Wiednia za pomocą fundacji prowadzonej za pieniądze globalistów przez byłego szefa konkurencyjnej wobec Orbana wtedy bezpieki, zaś polski wątek prowadził do polskiej fundacji z ewidentnymi koneksjami z Trzaskowskim i Platformą.

Tak, w reklamy dotyczyły trzech kandydatów, tyle że – czego nie powiedziano – atakowały Mentzena i Nawrockiego, wspierały zaś Trzaskowskiego. To tak jakby NASK powiedział o kimś, kto został pobity przez siedmiu zbirów, że uczestniczył w bójce z udziałem ośmiu osób. Najbardziej niepokoi umoczenie w tym wszystkim NASK-u, który na komisji sejmowej nie mógł wytłumaczyć się z zasadności swych wcześniejszych oświadczeń, ale i brak reakcji zarówno mediów na tę aferę (Boże, żeby to PiS wywinął, to by było po Nawrockim), ale i  kompletne milczenie służb oraz prokuratury. A trzeba dodać, że taki właśnie NASK jest odpowiedzialny za ochronę sieci przed dezinformacją, będąc jednocześnie jej źródłem, będzie też NASK wkrótce – jeśli wygra Trzask i podpisze blokowaną przez Dudę i oglądaną przez Trybunał Konstytucyjny ustawę –  odpowiedzialny za tropienie i wskazywanie prokuraturze do skazań za tzw. „mowę nienawiści”, co się wykłada, że będzie takim urzędem państwowej cenzury. Wiedzmy więc w jakie ręce idzie wolność słowa w Polsce.

I tu wchodzi Tusk…

Końcowy akcent pokazujący kompletny blat polityczno-medialno-służbowy to afera, która miała na finiszu kampanii ostatecznie wyłożyć Nawrockiego, czyli sprawa sutenerstwa kandydata. Wystarczy popatrzeć na kolejność zdarzeń. Tusk z tydzień temu wypuszcza szczura, że idą jakieś kompromaty na Nawrockiego i wyjdą w świat za parę dni. Za parę dni wychodzi obrzydlistwo w Onecie, że są anonimowi świadkowie, że Nawrocki doprowadzał (chyba nie do orgazmu?) prostytutki w hotelu, gdzie był ochroniarzem. A więc zbieg jest taki, że premier zapowiada przyszły materiał prasowy, co oznacza, że wie nad czym pracuje Onet, co jest kompromitacją i medium, i premiera. Niewyjaśnione jest tylko kto zaczął? Czy Onet usłużnie poinformował premiera (coś jak właściciel Rzeczpospolitej, Hajdarowicz pod śmietnikiem, kiedy powiedział Tuskom, że idzie materiał o trotylu w samolocie smoleńskim), albo Tusk takie cudo zamówił w Onecie. Tertium non datur.

Nie dość, że Tusk postawił Onet w trudnej sytuacji, to jeszcze polazł do Polsatu z własnymi kwitami (skąd, nie zapytano), że nie ma tam, że anonimowy świadek coś powiedział, ale jest gościu z krwi i kości, który to potwierdzi. Okazało się, że jest to gangus, patologiczny kłamca i potwarca z gdańskiego półświatka (ach te gdańskie komeraże!), ostatni ktoś, na kogo się można powołać. Zapytany dlaczego takie wielkie przewiny nie wyszły w trakcie wielokrotnego sprawdzania Nawrockiego, również przez służby za rządów Tuska, ten odpowiedział, że widocznie służby to przegapiły.

Czym uderzył w… służby. Nie tylko podważając ich kompetencje, ale nie tłumacząc, że dotarły do tych rewelacji przypadkiem akurat na parę dni przed końcem kampanii. Odezwali się także Onetowi twórcy tego paszkwila, mówiąc, że premier bredzi, bo z zeznań jego informatora, że Nawrocki pracował wtedy dla sutenera (pan Bu, jak wyraził się o nim pan premier), który miał wtedy lat 16 i że byliby autorzy idiotami, gdyby opierali swoje rewelacje na premierowym źródle informacji. Posypało się więc wszystko, ale zasłony opadły.

Wiele mówiono o tym, że Tusk się włączy do kampanii. Chłopcom ze sztabu widocznie brakowało wigoru, mimo sugestii napędzania się jego członków substancjami. Mnie to dziwiło. Przecież cała strategia dwóch obozów kampanijnych opierała się na wzajemnych staraniach przyklejenia (to PiS) Trzaskowskiego do rządów Tuska, który wyraźnie i dramatycznie tracił w sondażach, tak jak chłopcy od Trzaska lansowali kandydata na podmiot samodzielny, który wszystko sam załatwiał, zaś porażki rządu – jeśli takie w ogóle były – szły na konto… PiS-u, który nie dość, że zbankrutował kraj, to jeszcze pozostawił po sobie zakamuflowaną, acz rozproszoną sieć pisuarowych sabotażystów. A więc PiS wyciągał Tuska, zaś Trzaski go chowały.

A tu nagle – że się włączy. Skoro wiadomo, że nie będzie twarzował, bo to szkodzi Trzaskom, to jak się włączy? Ano – kompromatami prokurowanymi przez służby. No, bo kto się dowiedział że jakiś gangus ma jakieś rewelacje na temat Nawrockiego? Przecież nie dziennikarze Onetu, bo to zakwestionowali, nawet co do wiarygodności źródła. Tusk z nim pogadał? No, nie… Pewnie poszedł tam jakiś bezpieczniak, pokazał haki na gnojka i ten zaśpiewał wszystko jak było napisane przed spotkaniem. A takie numery, zwłaszcza w gdańskim grajdołku, gdzie służby z gangami świadczą sobie różne usługi wzajemne to przecież codzienność naszej rzeczywistości.

Takie rzeczy, jak publikowanie aktów notarialnych, wyciągów z przelewów bankowych Nawrockiego to już rympał po całości. Do takich dokumentów nie może mieć dostępu nikt spoza stron uczestniczących. A nie jest nią ani kandydat, ani ministrowie, ani premier. Wyciąg z banku z zewnątrz mogą uzyskać tylko służby. Pytanie czy zdobyły to legalnie czy nielegalnie? W obu przypadkach odpowiedź byłaby arcyciekawa. W przypadku legalu – trzeba by prześledzić kto o to wystąpił i na zasadzie jakiej przesłanki. W przypadku nielegalu – skąd urzędnicy weszli w posiadanie takich materiałów? Ale to pytanie nie na te wybory i nie na te media.

Widać więc jazdę po bandzie, bez żenady. A brak odpowiedzi tzw. opinii publicznej będzie tylko rozzuchwalał kolesi.

Na Rumuna

Ważne jest też nie systemowe, ale przycznowo-skutkowe ulokowanie spojrzenia na polską kampanię. Jest nim przypadek Rumunii, która jest o jedną fazę przed nami. Można więc stamtąd czerpać pouczające przykłady, skutkujące wnioskami na przyszłość w naszym przypadku. Że tam unieważnili wybory na podstawie cienkich i tajnych doniesień o onucowych wpływach na proces wyborczy – mieliśmy podobną próbę w Polsce (vide afera z NASK). To że nasze służby pytały się rumuńskich nie o to, jak wyglądał onucowy atak (którego nota bene oczywiście w Rumunii nie było), ale jak „załatwili” wykluczenie niepoprawnego kandydata, to też pikuś, bo numer sutenerski, robiony wyraźnie w obliczu paniki wyników pierwszej tury, wybuchł w brudnych łapach. Ale jest o wiele ważniejszy wniosek.

Otóż chodzi o strategię mainstreamu rumuńskiego, okazało się, że zwycięskiej, a raczej o to co mówili przed wyborami, a co zrobili po wygranych wyborach. Otóż Rumuni załatwili sprawę fachowo i wielowarstwowo. Po pierwsze napuścili rumuńskich Węgrów przeciwko antysystemowemu kandydatowi, podbijając jego nacjonalizm, jako wrogi mniejszościom. U nas ten numer nie przejdzie, nawet jak Trzaskowski obieca Ślązakom ich język – chleba wyborczego z tego nie będzie. Ciekawym krokiem, też zwycięskim, okazała się w Rumunii mobilizacja elektoratu zagranicznego. U nas wybory będą na żyletkę i obserwować można gwałtowny wzrost rejestracji Polonii w tej turze. To może być ta słomka, która złamie kark któremuś z naszych wielbłądów. Jak zagłosuje Polonia? Ta jest, głównie w USA, antylewicowa. Europejska – protrzaskowa. A może tam też będzie wzmożenie frekwencyjne, które jak w Polsce 2023 zmieniło całkowicie rachuby na stronę lewactwa?

Najważniejsze są jednak dwa wątki. W Rumunii do końca, wszyscy kandydaci zarzekali się, że żadnych uchodźców nie przyjmą. Wyśmiewano takie sugestie, tak jak u nas, kompletnie na gębę. Na gębę, gdyż czyniono to w tym samym czasie kiedy niemieckie radiowozy podwoziły na granicę ludzkie niechciane „odpady” własnej polityki migracyjnej. Bagatelizowano też w Rumunii wszelkie napomknienia o wiszącej nad nimi cenzurze. W tydzień, tak, w tydzień, po wygranych wyborach otwarto granice i osłonowo wprowadzono cenzurę „mowy nienawiści”, tak, by fakt tego wyborczego zaprzaństwa nie mógłby być ani nagłaśniany, ani komentowany.

U nas było to samo – jak pójść szlakiem tego zarzekania się i wrócić do nierzadkich form wysypywania się czy to naszych polityków, czy prasy zachodniej, to widać, że wszyscy przeczekują tylko do zwycięskiego końca tych wyborów, zaś cały harmonogram do tej pory ukrywanych i wypieranych rozwiązań czeka już w szufladzie. Pisałem już o tym: najpierw – jak w Rumunii pójdzie u nas dyszel migranci i cenzura, potem – już hurtem: katastry, związki partnerskie, prawo aborcyjne, zadłużanie kraju, wojska Polskie na Ukrainie i… wszystko to co do tej pory negował Trzaskowski. Taka to nauka, a jej prawdziwość będziemy w stanie sprawdzić jedynie w przypadku fatalnego zwycięstwa Trzaskowskiego. I wtedy z pokorą, acz i radością, przyjmę każdy dowód, że z tą prognozą repliki rumuńskiego scenariusza to się pomyliłem.

I na koniec – jedyny pozytywny bohater

Po wyborach będziemy zalani wspominkowymi analizami na temat przebiegu kampanii prezydenckiej. Wszak znowu mieliśmy do czynienia z „najważniejszymi wyborami w III RP”, co dowodzi, że trafił się nam ustrój gibającej się wajchy, który co wybory walczy o swój zero-jedynkowy stan. I to ten stan niestabilności zdaje się być… jedyną pewną rzeczą w Najjaśniejszej.

Ale będziemy mieli wysyp analiz jak doszło do ostatecznego wyniku, gdzie wielu komentatorów będzie przekonywało, iż wiedzieli od początku jak się skończy, choć wynik zdawał się być niepewny do końca. Pojawią się więc opisy fenomenu wysypu debat, ostatecznego upadku telewizji publicznej, machinacji w stosunku do procesu wyborczego w wykonaniu instytucji państwowych, „włączenia się” Tuska za pomocą materiałów służb do kampanii wyborczej, czy feralnego piwa mentzenowskiego. Co z tego zostanie – zobaczymy.

Ale raczej zostaną właśnie jakieś takie podkolorowane szczególiki, bon moty, czy zabawne przygody. Debata kampanijna ostatecznie ukazała mierność poziomu politycznej klasy w jej dialogu z suwerenem. Ale i suweren nie był tu zbyt wymagający, zadowalając się przyczynkarskimi tematami, emocjami, w końcu bagiennym poziomem zarzutów, nie mówiąc o programach. Poziom jest więc wyrównany i konia z rzędem temu kto wskaże kto zaczął – politycy zaniżając poziom, czy mało wymagający lud?

Dla mnie znakiem czasu wyrażonym w kampanii będzie… Zorro. Pojawił się on na dachu w czasie tarnowskiego wiecu kandydata Trzaskowskiego, rozwinął wraży transparent i… znikł. Stał się już nie memem, ale mitem, gdyż ruszyły za nim zagony państwa polskiego, co nadało Zorro natychmiast ludowej solidarności, zaś w przypadku państwa – był to kolejny dowód na jego upadek. Ale popatrzmy na ten mit – czyż nie jest to jednak tęsknota rodaków, że do tej nudnej nawalanki polskiej wiochy przyjedzie ktoś z zewnątrz, beztwarzy bohater, co to wystrychnie skostniały układ na dudka, zamiesza i zniknie. I że się będzie na niego czekało, aż się zjawi znikąd, naprawiając krzywdy i karcąc ciemiężycieli?

Właśnie, może ten Zorro to taka tęsknota za wywróceniem wszystkiego i początkiem nowego? Wszak ostatnie badania wykazały, że większość Polaków ma nadzieje na nową partię. I pytanie – co się stanie z tą nadzieją po wyborach, które w dużej mierze ugruntowały fatalizm dwój-plemienności?

Czy Zorro do nas kiedyś przyjdzie i zostanie na stałe? Czy tylko od czasu do czasu skoczy na konia z dachu kolejnej kampanii i odjedzie, zaś na stałe zostaniemy z tą dwójpolówką, pilnowaną przez sierżanta Garcię?

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Zdania są podzielone

Zdania są podzielone

Izabela BRODACKA

Przypomnę znaną anegdotę. Niedyskretny przyjaciel pyta młodego żonkosia czy jego świeżo poślubiona małżonka jest dobra w łóżku. „W tej kwestii zdania są podzielone”– odpowiada nowożeniec –„jedni mówią, że tak a drudzy, że wręcz przeciwnie”.

Odwołuję się do starych dowcipów, tak zwanych „ sucharów”, żeby uświadomić czytelnikom, że nie w każdej kwestii zdania mogą pozostać podzielone i można przy tym znaleźć consensus. W Polsce, tak jak w całej Europie ideałem uprawiania polityki oraz zarządzania przedsiębiorstwem jest koncyliacja, króluje wiara w arystotelesowski złoty środek. Według obiegowych poglądów zarówno w życiu jak i w polityce nie należy być skrajnym.

Pomiędzy prawicą i lewicą według tych poglądów zawsze istnieje jakieś centrum, które jest w stanie zadowolić obydwie strony, pogodzić skrajne stanowiska. Bardziej światli wspierają się w dywagacjach na ten temat teoriami, które sformułował John Nash znany przede wszystkim ze swojego wkładu w teorię gier, w szczególności ze sformułowania pojęcia równowagi. Nie wdając się w rozważania matematyczne – równowaga Nasha to sytuacja, w której żaden gracz nie ma motywacji do zmiany strategii, zakładając, że strategie pozostałych graczy pozostają stałe.

Na poglądach Nasha opierali się zwolennicy JOW (Jednomandatowych Okręgów Wyborczych) dowodząc, że przy tej ordynacji wybrani kandydaci, będą zmuszeni do dogadania się czyli niezależnie od własnych poglądów będą praktycznie reprezentowali współczesny ideał polityczny jakim jest centrum.

Tymczasem istnieje wiele spraw, w których uśrednienie poglądów, znalezienie złotego środka jest po prostu niemożliwe. Czy wyobrażamy sobie, że mielibyśmy zaakceptować zabijanie w łonie matki, przed samym porodem, zdolnych do życia dzieci pod warunkiem, że zabójczą substancją nie będzie chlorek potasu a jakaś inna trucizna, albo pod warunkiem, że o śmierci dziecka będzie decydować komisja czteroosobowa zamiast trzyosobowej?

Czy możemy sobie wyobrazić, że godzimy się na wprowadzenie w przedszkolach lekcji masturbacji pod warunkiem, że zajęcia nie będą koedukacyjne, albo że będą je prowadzić dyplomowani seksuolodzy? Czy możemy sobie wyobrazić, że godzimy się na wspólną europejską armię pod niemieckim dowództwem pod warunkiem, że Polacy będą mogli w tej armii pełnić funkcję kaprali a nawet sierżantów? Czy zaakceptowalibyśmy fakt zamiany Polski w niemiecki land pod warunkiem, że mielibyśmy prawo zachować nasz sztandar i godło?

Walkę polityczną w Polsce przedstawia się często jako niczym nie uzasadnioną idiosynkrazję dwóch grup społecznych, zwolenników PiS oraz PO. Próbując racjonalizować te antagonizmy niektórzy tłumaczą podziały walką między trzecim pokoleniem UB z trzecim pokoleniem AK, a niektórzy widzą w nim wyłącznie brutalną walkę o wpływy, przywileje i stanowiska.

W każdej z tych interpretacji jest trochę racji ale trzeba sobie uświadomić, że nasz spór jest sporem cywilizacyjnym, że jest to przede wszystkim walka o imponderabilia, o sprawy w których nie da się znaleźć złotego środka.

Można co najwyżej pójść razem na piwo jak Trzaskowski z Mentzenem i osobami ze swojego sztabu oraz szefem MSZ Radosławem Sikorskim. „Za Polskę która łączy, nie dzieli” – napisał Sikorski na platformie X pod załączonym wideo z tego spotkania. Brzmi to bardzo szlachetnie w ustach człowieka który miał zamiar dobijać watahę. „Dorżnąć watahę”-tę wielce dyplomatyczną sentencję obecny minister spraw zagranicznych RP, Radosław Sikorski, wykrzyczał w 2007r. pod adresem  członków zaplecza politycznego legalnie urzędującego gabinetu Jarosława Kaczyńskiego. Trzy lata później  premier Donald Tusk, zwracając się z trybuny sejmowej do opozycji oznajmił: „Wyginiecie, jak dinozaury”. Trudno uwierzyć, że może ich połączyć ze zwolennikami PiS coś istotniejszego niż wspólne piwo. Albo czysto polityczny interes. Niestety polityczne interesy mają to do siebie, że zobowiązania trzeba potem spłacać i to z nawiązką.

Zwolennicy dogadywania się za wszelką cenę, zwolennicy kompromisu w sprawach zasadniczych nie odrobili podstawowej lekcji jaką jest lektura pracy „O wielości cywilizacji” Feliksa Konecznego opublikowanej po raz pierwszy w 1935 roku. Koneczny twierdzi, że „nie można być cywilizowanym na dwa różne sposoby”. Cywilizacja, rozumiana jako określony system wartości, norm społecznych i kultury, nie może efektywnie współistnieć z inną cywilizacją, a próba połączenia różnych systemów cywilizacyjnych prowadzi zamiast wzbogacenia do konfliktów i utraty spójności.

Nie jest możliwe powstanie synkretycznej religii. Nawet Leszek Kołakowski, którego trudno byłoby uważać za katolickiego ortodoksa twierdził, że jeżeli wszystkie religie uważa się za równowartościowe oznacza to, że żadna nie ma wartości, stają się pustym obyczajem, zwykłym folklorem. Nie znaczy to ,że należy zwalczać inne religie i ich przedstawicieli, można i należy je tolerować.

Podobnie nie da się stworzyć synkretycznej historii choćby z tej prostej przyczyny, że to co dla jednej strony jest zwycięstwem dla drugiej jest klęską. Pomysł uśrednionego opisu wydarzeń historycznych jest równie idiotyczny jak pomysł kończenia każdego meczu tenisowego remisem żeby zawodnikom nie było przykro przegrywać. Podważa poza tym samą ideę zmagań sportowych.

A w poważniejszych sprawach. Nie da się na przykład opisać rzezi wołyńskiej w sposób, który zadowoliłby jednocześnie Polaków i Ukraińców. Nie ma sensu próbować ich ugłaskać poszukując symetrii, czy złotego środka. Możemy tylko po prostu im po chrześcijańsku wybaczyć.

Natomiast w sprawach cywilizacyjnych, nazwijmy to wprost- moralnych, ustępstwo jest niemożliwe. Nie możemy pospolitego morderstwa traktować jako podstawowe prawo człowieka. Nie możemy sprzedać niepodległej ojczyzny za jakikolwiek dotacje czy dopłaty. Nie możemy również akceptować pseudonaukowych bredni, takich jak „zielony ład”, które stają się podstawą współczesnego totalitaryzmu równie groźnego albo nawet groźniejszego od dwóch wielkich totalitaryzmów dwudziestowiecznych.

Oni ci wyprali mózg, prawaku ! MEM-y przedwyborcze II

Platformerka w Domu Pomocy Społecznej. Czy wszystkich nas to czeka?


„Do Rzeczy”, „okazuje się jednak, że posłanka kłamała, gdyż tak naprawdę odwiedziła hospicjum”.

Tylko – czy tym miłym „uśmiechniętym” starczy DPS-ów dla nas wszystkich?

Może część upchną w namiotach czy na stadionach. Bo kartofli na początek starczy. A potem – procedura „terapia daremna” załatwi resztę.

==============

====================

Brednie zielonych są już apokaliptyczne: New campaign in mainstream media claim that forests are harmful to the climate

New campaign in mainstream media claim that forests are harmful to the climate

By Sofie Walker | May 17, 2025 https://indepnews.org/en/msm-claim-that-forests-are-harmful-to-our-climate/

New campaign in mainstream media claim that forests are harmful to the climate- 2

Share the word

The absolute madness of the CO₂ hysteria, which serves solely to redistribute public wealth, is reaching new heights. It appears that new directives have been issued by globalist circles-now, our forests are being labeled as climate villains, supposedly emitting more CO₂ than they absorb. This notion is not only profoundly misguided and wrong but also reminiscent of Bill Gates’s plans to clear-cut and bury forests so they no longer produce CO₂. It paints a dark dystopian picture of total destruction, with mainstream media complicit in spreading this narrative.

During prime time on May 12, 2025, Austria’s ORF presented its contribution to the international campaign against the world’s forests on “Zeit im Bild 1.” According to the report, globalist billionaires, including Bill Gates, have declared that forests are harmful to the climate and contribute to CO₂ emissions, generating more CO₂ than they bind. As a result, Bill Gates is reportedly working on projects to clear entire forests and bury the wood underground, preventing it from returning CO₂ to the atmosphere. (See: Bill Gates’s new “world-saving” plan-he wants to clear-cut and bury forests.) The ORF’s report stated verbatim:

“Austrian forests, as we know them, have so far only had a positive effect on the world-calming, providing shade, naturally renewable, and binding CO₂-but that is now changing. The climate vacuum cleaner, which filters harmful greenhouse gases from the air, is no longer functioning as before due to global warming. Now, CO₂ is even being emitted. Twenty years ago, Austria’s trees were removing almost 15 million tons of greenhouse gases, having a positive effect. In 2018, for the first time, more CO₂ escaped from our forests than could be absorbed, and in 2023, this effect was particularly dramatic. More than 5 million tons of greenhouse gases were released on balance, about a quarter of what is produced annually by traffic.”

The ORF report attributes this to heat, less water, and the bark beetle plague. However, it fails to mention that the bark beetle problem is largely due to misguided forestry practices-greed led to the planting of non-native, fast-growing conifer monocultures. Healthy mixed forests do not have bark beetle problems. The fact that this is a broader campaign is evidenced by a 2024 report archived on YouTube from Germany’s ZDF, which made the same claim about German forests: that they produce more CO₂ than they absorb. (See link: ZDF: German Forests as CO₂ Emitters?)

All of this madness is based on false assumptions, ignorance, and deliberate lies. CO₂ is the foundation of life on our planet. Without CO₂, there would be no plant life, and thus no animal life. Earth has experienced many eras with much higher CO₂ concentrations than today. In the past 100–200 years, atmospheric CO₂ has been a mere 400 ppm. Climate activists claim, based on measurements from a station on an active volcano in Hawaii, that CO₂ levels are rising dramatically.

Analysis Part 1: The Historical Share of CO₂ in Earth’s Atmosphere

Until the first life appeared on Earth, atmospheric CO₂ is estimated to have been 100,000 ppm or more, primarily due to volcanic activity and the absence of photosynthesis. Volcanism continues today, but climate models rarely acknowledge that Earth itself emits vast amounts of CO₂, mostly from underwater volcanoes. (See also: 19,000 “new” volcanoes, but the climate lobby ignores the massive CO₂ released by eruptions.)

The absence of photosynthesis in early Earth history shows that only with the emergence of plant life did CO₂ begin to be transformed, disproving any current theory that forests could contribute to more CO₂. On the contrary, all biomass binds CO₂ and converts it into plant matter.

During the eras when the first simple life forms appeared (4.0–2.5 billion years ago), CO₂ levels are estimated at 50,000–10,000 ppm. During this period, photosynthesis developed, turning light and CO₂ into oxygen. This led to the “Great Oxidation Event,” enriching the atmosphere with oxygen.

The planet turned green. From 2.5 to 0.54 billion years ago, oxygen levels rose while CO₂ dropped to about 10,000–1,000 ppm. Ice ages occurred during this time, allegedly due to chemical CO₂ breakdown, which contradicts today’s claims, as rock weathering reduced CO₂ and triggered ice ages.

About 540 million years ago, life flourished. During the Cambrian explosion, CO₂ levels were between 4,000 and 1,000 ppm. In the Permian to Triassic periods (300–200 million years ago), levels were around 3,000 ppm, and during the Cretaceous, between 1,000 and 2,000 ppm. To support climate alarmism, it is claimed that in the last 2.6 million years (the Quaternary), CO₂ levels were only 180–300 ppm, allowing for panic about today’s 400 ppm. The 300 ppm figure is said to have occurred during warm periods.

However, these measurements are based on highly questionable analyses. The claim to know atmospheric CO₂ concentrations over the last 2.6 million years is based on air bubbles in ice cores. Yet, over time, all substances diffuse through container walls, even if seemingly airtight. The longer the period, the more diffusion occurs. In the case of ice cores, it is claimed that in 2,600,000 years, no diffusion has occurred, making the trapped air a supposedly perfect record of past atmospheres.

Alternative analyses, such as fossil leaf stomata and boron isotope studies in marine sediments, have yielded higher CO₂ concentrations than ice cores. These methods suggest values between 260 and 330 ppm, with uncertainties of +/- 30 to 50 ppm, meaning a lower bound of 210 and an upper bound of 380, which is close to today’s levels.

Analysis Part 2: How Photosynthesis Works

The more CO₂ is available in the atmosphere, the more biomass grows. This is well documented by satellite data. (See also: Another study shows increased CO₂ makes plants transpire more and greens the world.) In reality, no satellites are needed-just common sense and perhaps a green thumb. Every gardener with a greenhouse knows how much yield increases when plants are given extra CO₂.

Our world has adapted to atmospheric conditions over billions of years, and plant life has learned to use all available CO₂ efficiently. Photosynthesis is the biochemical process by which plants, algae, and certain bacteria convert light energy into chemical energy, using CO₂ from the air and water from the soil to produce glucose and oxygen.

CO₂ is not just converted into oxygen; it is directly used for plant growth as the carbon source for building sugars and other organic molecules. The carbon fixed during photosynthesis forms the basis for all plant structures, from leaves to roots.

Analysis Part 3: CO₂ Is Not Responsible for Global Warming, and Certainly Not for a Progressive Effect

Alternative newsoutlets have published numerous articles on this topic, consulting with academic experts. The result has been many texts that do not align with the mainstream media narrative, which, as with COVID-19, never reports dissenting opinions. Instead, a “well-established scientific consensus” is claimed. This assertion itself contradicts scientific practice. Even if all scientists agree and one can prove the facts are otherwise, that individual is correct and the others are wrong. Science is not a democratic process, but a constant search for truth.

For example:

Surprise-It’s the Sun, Not CO₂, That Heats the Earth

Study: More CO₂ and Higher Temperatures Would Benefit Agriculture

Climate Change Decoupled from CO₂? New Study Questions Climate Activist Assumptions

A Geological Truth: We Live in an Extremely CO₂-Poor Era

“Global Greening”: Another Study Shows CO₂’s Positive Effect

Decades of Deception About CO₂ Exposed

More Studies Show: More CO₂ Does Not Lead to Higher Temperatures, links below:

Hydrological Sciences Journal 

Climate change during 1985–1999: Cloud interactions determined from satellite measurements

1979: Questions Concerning the Possible Influence of Anthropogenic CO2 on Atmospheric Temperature

1981: The Role of Ocean-Atmosphere Interactions in the CO2 Climate Problem

Professor Murry L. Salby: Of the Physics Atmosphere and Climate

Conclusion: Adventurous “Model Calculations”

The claims made by public broadcasters in Germany and Austria are adventurous. They are not based on scientific measurements but on assumptions, some of which are entirely erroneous. For example, there has been no significant drought in recent years. And even if there had been, over the past hundred thousand years there have always been periods of heat and cold, rain and drought. The planet’s biomass has survived and adapted.

In Germany, as of 2022, 32.3 percent of the land is covered by forests. The claims and models suggest that of about 100 billion trees with a trunk diameter over 20 cm, four-fifths are “sick.” You should judge for yourself during regular walks in nature whether this claim holds up. It is true, as mentioned at the beginning, that the historical mistake of conifer monocultures is not sustainable. Today, 21.8 percent of German forests are pine and 20.9 percent spruce. So, the claim that “four-fifths of trees are sick” is questionable.

It will be interesting to see whether, in the future, left-wing activists will chain themselves to trees to save them from being cut down, or whether they will demand deforestation themselves, since they heard it on TV and must conform to that opinion without independent thought.

Satellites have measured a significant increase in biomass, especially in Europe and China, over the past twenty years. In the future, another satellite will monitor biomass and document changes. On April 29, 2025, the European Space Agency (ESA) launched the “Biomass” satellite, which will create the first global, high-resolution 3D maps of forest biomass. Here, too, caution is needed when hearing “since records began,” as these only start in 2025.

Finally, a quote from the ORF “Zeit im Bild” report:

“Our domestic forests can now absorb less climate-damaging greenhouse gases and are increasingly becoming CO₂ emitters, or CO₂ sources. This is shown by figures from the Environment Agency and research by the newspaper Der Standard. Dr. Peter Weiss, forest expert at the Environment Agency: ‘Climate research expects an increase in extreme events, and that will not be good for the forest. So, we must continue to expect that there will be years when the forest is a net source.’ It is important to adapt our forests to climate change, for example by planting more robust tree species that can withstand heat and drought.”

It is astonishing how certain the usual left-leaning media are that forests and thus the country’s biomass produce more CO₂ than they absorb. The fact that these reports are coming from various countries is suspicious and points to a coordinated campaign. The next logical step would be to follow Bill Gates’s recommendation and clear-cut forests, burying the trunks deep underground. Every child intuitively knows this is madness, but public broadcasters see it differently. Serving big capital must be more appealing to these “journalists” than doing their own research and seeking the truth.

 Rajfur po stronie pojednania z aborterami

Fundacja Pro-Prawo do życia
Szanowny Panie Mirosławie! 
Rzecznik Archidiecezji Wrocławskiej Maciej Rajfur stwierdził, że modlitwy różańcowe i akcje informacyjne na temat aborcji, które nasi wolontariusze organizują pod szpitalem w Oleśnicy, „są szkodliwe” i „cierpią od nich ludzie” (!).

Zamiast działać na rzecz powstrzymania mordowania dzieci, które cierpią zabijane poprzez aborcję, należy zdaniem Rzecznika… pojednać się z aborterami. Rzecznik Rajfur twierdzi też, że temat aborcji to „delikatna sprawa”. Można zadać mu pytanie – czy „delikatny” jest zastrzyk w serce z chlorku potasu?

Szokujące tezy w przestrzeni publicznej wygłosił także były rektor KUL ks. prof. Andrzej Szostek. Zasugerował on, że w wyborach nie należy odrzucać polityków, którzy popierają zabijanie dzieci. W ocenie ks. Szostka są „inne kwestie”, ważniejsze niż aborcja, wedle których wyborcy powinni oceniać kandydatów na prezydenta. Tego typu wypowiedzi pokazują, do czego w praktyce prowadzi postawa „kompromisu” i „dialogu” ze złem, z którym żadnego porozumienia być nie może.Do czego prowadzi kompromis? [foto]Kilka dni temu na antenie Radia Głos wyemitowana została rozmowa z Rzecznikiem Archidiecezji Wrocławskiej Maciejem Rajfurem. Rajfur stwierdził, że:

„chce powiedzieć i zaapelować bardzo mocno o to, abyśmy jako chrześcijanie nie szli drogą zwyciężania zła złem. My musimy odpowiadać na zło dobrem. Nie wydaje nam się dobrym pomysłem, mówię tu jako Rzecznik Archidiecezji, żeby organizować różnego rodzaju pikiety i manifesty pod szpitalem.”

Rzecznik sugeruje więc, że nasze publiczne modlitwy w intencji nawrócenia Gizeli Jagielskiej połączone z głoszeniem prawdy o aborcji to „zło” i niedobry pomysł. Dlaczego? Jak argumentuje:

„myślę, że to nie jest dobry sposób, ponieważ cierpią ludzie postronni i cierpią kobiety, które są przed porodem i nie chciałbym, żeby ktoś znalazł się w sytuacji, żadna kobieta i żaden mężczyzna, kiedy stoją przed wizją porodu, a ktoś obok w pokoju, tak jak europoseł Braun, rozpętuje aferę lub ktoś pod oknami z megafonu mówi o zabójstwie dzieci. To jest bardzo trudna i delikatna sprawa i chcemy ją rozwiązać za pomocą pojednania (…) i chcemy to pojednanie krzewić. Chcemy mówić, że nawet wokół aborcji dyskusja jest trudna, ale jednak rozmawiajmy, przekonujmy się, dyskutujmy, nie krzyczmy, nie organizujmy różnego rodzaju pikiet, które są szkodliwe dla osób postronnych, dla ludzi, którzy są w tych szpitalach.” 

Z powodu modlitwy różańcowej i mówienia prawdy o aborcji rzekomo „cierpią ludzie”. A co z prawdziwym cierpieniem dzieci mordowanych w wyniku aborcji – zastrzykiem w serce z chlorku potasu lub rozrywane na strzępy przez maszyny ssące…? Rajfur skrytykował również Grzegorza Brauna, który wszedł do szpitala i usiłował powstrzymać Gizelę Jagielską przed zabijaniem kolejnych dzieci. Zdaniem Rajfura, było to niepotrzebne „rozpętanie afery”. Zamiast tego, Rajfur proponuje nawiązanie dialogu i „pojednanie” z aborcjonistami. Wokół czego to pojednanie miałoby nastąpić? Jedyna możliwość to wokół prawdy. Właśnie dlatego nasi wolontariusze modlą się pod szpitalem i pokazują prawdę – aby doprowadzić do nawrócenia Gizeli Jagielskiej i innych aborterów. Modlitwa i prawda przeszkadzają. Co miałoby być zatem spoiwem rzekomego pojednania? „Kompromis” w sprawie mordowania dzieci? 

Na temat aborcji głos zabrał także niedawno były rektor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego ks. prof. Andrzej Szostek. Zapytany o wybory prezydenckie powiedział:

„Trzeba spojrzeć na tych kandydatów z takiego bardziej uniwersalnego punktu widzenia, nawet jeśli niektórych rzeczy w ich poglądach nie akceptujemy (…) Rzeczywiście, sprawa aborcji jest ważna, trzeba o niej myśleć i pamiętać. Ale to niewątpliwie nie jest jedyna rzecz, którą trzeba brać pod uwagę przy ocenianiu, który z kandydatów jest lepszym na urząd prezydenta. Są inne kwestie polityczne, gospodarcze, sprawy o znaczeniu krajowym lub międzynarodowym. Nie można tak ułatwiać sobie tych wyborów.” 

Tę wypowiedź należy odczytywać przez pryzmat wcześniejszych, skandalicznych wypowiedzi i działań byłego rektora KUL, który w 2021 roku podpisał się pod listem sprzeciwu wobec zakazu zabijania dzieci w łonach matek z powodu podejrzenia u nich choroby. Z kolei w 2022 roku ks. Szostek stwierdził, że w kwestii zabijania chorych dzieci nienarodzonych należy zostawić „przestrzeń wolności”. 

Powyższe wypowiedzi to doskonałe przykłady, do czego w praktyce prowadzi mentalność „dialogu” i „kompromisu”.

Wypowiedzi wielu zwolenników „kompromisu” i „dialogu” z aborcją wskazują na to, że należy zostawić aborcjonistów w spokoju, nie wchodzić im w drogę, nie podejmować z nimi jakiejkolwiek konfrontacji i po prostu pozwolić im dalej zabijać dzieci. Przesłanie zwolenników „dialogu”, „pojednania” i „kompromisu” z aborcją jest następujące: nie będziemy angażować się w walkę o życie, nie będziemy próbowali powstrzymać morderców dzieci, nie będziemy forsować zakazu aborcji, nie będziemy publicznie głosić prawdy. Niech aborcjoniści swobodnie zabijają kolejne dzieci i krzywdzą kolejne kobiety – my co najwyżej zaoferujemy pomoc charytatywną tym, których ewentualnie nie uda im się zamordować i skrzywdzić, oraz opublikujemy kolejne „wyrazy ubolewania”, gdy zabite zostanie następne dziecko w 9-tym miesiącu ciąży (bo zabijanie młodszych dzieci już nie porusza). 

Powyższa „taktyka” nie sprawia, że aborterzy przestają zabijać. Sprawia za to, że mordercy dzieci czują się coraz bardziej zuchwali i nie tylko mordują kolejne dzieci, ale też publicznie chwalą się w internecie makabrycznymi szczegółami tego procederu. Gizela Jagielska z Oleśnicy opowiadała nie tylko o zastrzykach z chlorku potasu, ale też publikowała video na którym widać, jak maszyna ssąca rozrywa na strzępy maleńkie ciało dziecka. Politycy radykalnej lewicy mówią otwarcie, że dzieci w łonach matek to „pasożyty” przeznaczone do usunięcia, co jest kalką języka niemieckich nazistów, dla których narody takie jak Polacy i Żydzi były „robakami” i „podludźmi” przeznaczonymi do masowej eksterminacji. 

Ze zwolennikami i praktykami ludobójstwa nie może być żadnego „kompromisu” ani też żadnego „pojednania” rozumianego inaczej niż sytuacja, kiedy staną w prawdzie, nawrócą się i przestaną zabijać. Dlatego nasza Fundacja organizuje publiczne modlitwy i akcje informacyjne na temat aborcji. Nasi wolontariusze regularnie stają pod wejściem do Szpitala w Oleśnicy, innych szpitali w całej Polsce oraz w miejscach publicznych takich jak ruchliwe deptaki, skwery, rynki itp.
 Jedną z takich akcji przeprowadziliśmy niedawno w Bielsku-Białej. Jak relacjonuje nasz wolontariusz Wojciech:
„Po Różańcu, niedługo po włączeniu nagrania z głośnika, zaczęli – niemalże tłumnie – podchodzić do nas siedzący do tej pory na obrzeżach placu ludzie, którym nie podobało się nagranie, bo było za dużo mówienia o „zabijaniu dzieci” i niektórzy żądali, żeby to ściszyć i wyłączyć, posuwając się aż do gróźb uszkodzenia naszego sprzętu.”
Tak właśnie wygląda konfrontacja z prawdą o aborcji – wywołuje poruszenie uśpionego sumienia.
Agresja i przemoc świadczą o tym, że czyjeś sumienie zmaga się właśnie z usłyszaną lub zobaczona prawdą. Prawdą, którą dzisiaj w przestrzeni publicznej usiłuje się zagłuszyć i ocenzurować. Prawdą, z którą wiele zastraszonych środowisk chciałoby zamknąć się w domach lub salkach parafialnych i mówić ją szeptem tylko do już przekonanych, aby nie narobić sobie „problemów”.

Prawda i modlitwa muszą wybrzmiewać publicznie i dotrzeć do milionów kolejnych Polaków. Proszę Pana, aby nam Pan w tym pomógł. Do organizacji kolejnych niezależnych akcji w całym kraju niezbędne jest zaangażowanie wolontariuszy oraz stała i regularna pomoc Darczyńców.
W najbliższym czasie potrzebujemy ok. 18 000 zł.
Proszę, aby przekazał Pan 50 zł, 100 zł, 200 zł, lub dowolną inną kwotę, jaka jest dla Pana w obecnej sytuacji możliwa, i umożliwił w ten sposób kolejne publiczne akcje, różańce, pikiety, wystawy i billboardy, za pomocą dotrzemy do Polaków z prawdą o mordowaniu dzieci w łonach matek i przebudzimy sumienia naszego społeczeństwa. 
Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW

Z wyrazami szacunkuMariusz Dzierżawski
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
stronazycia.pl