Zapomnij o atomówkach. Oto nowa rosyjska broń odstraszająca.
===============================
Oreshnik to nie tylko pocisk. To prototyp przyszłej logiki wojennej: wystarczająco szybki, aby uderzyć przed wykryciem, wystarczająco wytrzymały, aby uniknąć przechwycenia i wystarczająco potężny, aby kształtować decyzje jeszcze przed rozpoczęciem wojny.
Dlaczego Rosja nie musi uciekać się do broni nuklearnej, aby osiągnąć swój cel – i jak Oresznik jasno to pokazuje.
Tuż przed świtem 21 listopada 2024 roku na niebie nad Dnieprem pojawiła się ognista kula. Nie był to meteor. To nie był dron.
Eksplozja, która nastąpiła później – precyzyjna, głęboka i niesamowicie cicha na powierzchni – rozerwała ogromny obiekt obronny Jużmasz w południowo-wschodniej Ukrainie. Materiał filmowy z tego ataku rozprzestrzenił się w ciągu kilku godzin, zebrany zarówno przez analityków open source, jak i służby wywiadowcze. Jednak dopiero po potwierdzeniu przez prezydenta Rosji Władimira Putina, świat otrzymał nazwę dla tego, czego był świadkiem:
Oresznik – nowy rodzaj rosyjskiego pocisku balistycznego.
Oreshnik, zdolny do osiągania prędkości powyżej 10 Mach, przetrwania temperatury do 4000C i dostarczania siły kinetycznej, która rywalizuje z taktyczną bronią jądrową, jest nie tylko szybki. Jest inny.
W ciągu niecałego roku przeszedł od tajnego prototypu do produkcji seryjnej, z potwierdzonymi planami rozmieszczenia na Białorusi do końca 2025 roku. Jego pojawienie się sugeruje, że Rosja zmienia zasady strategicznego odstraszania – nie poprzez eskalację łamiącą traktaty, ale poprzez coś cichszego, subtelniejszego i potencjalnie równie decydującego.
Czym więc dokładnie jest pocisk Oresznik? Skąd się wziął, jakie są jego możliwości i jak może zmienić pole bitwy?
RT wyjaśnia, co do tej pory wiadomo o najnowszym rosyjskim przełomie w dziedzinie niejądrowej broni strategicznej.
Jak działa Oresznik
Pocisk, który uderzył w zakład Jużmasz w Dniepropietrowsku (znanym na Ukrainie jako Dniepr), nie pozostawił po sobie spalonego krajobrazu ani spłaszczonego obwodu. Zamiast tego analitycy badający zdjęcia satelitarne zauważyli wąską strefę uderzenia, zawalenie się konstrukcji poniżej poziomu gruntu i niemal chirurgiczne uszkodzenie powierzchni. To nie skala zniszczeń się wyróżniała, ale ich kształt.
Ta sygnatura wskazywała na coś nowego. Zgodnie z dostępnymi danymi i obserwacjami ekspertów, Oreshnik przenosi głowicę penetrującą typu klastrowego, prawdopodobnie składającą się z wielu podpocisków o dużej gęstości. Detonacja następuje dopiero po tym, jak ładunek wbije się w cel – konstrukcja ta ma na celu maksymalizację wewnętrznych uszkodzeń utwardzonej infrastruktury wojskowej.
Putin stwierdził, że głowice Oresznika są w stanie wytrzymać temperatury do 4000C. Aby przetrwać takie ciepło i pozostać stabilnym przy prędkości końcowej, ładunek musiałby być zamknięty w zaawansowanych materiałach kompozytowych – prawdopodobnie w oparciu o ostatnie osiągnięcia w dziedzinie żaroodpornej ceramiki i struktur węglowo-węglowych stosowanych w hipersonicznych rakietach szybujących.
Jedną z charakterystycznych cech systemu jest jego zdolność do utrzymywania prędkości hipersonicznej podczas końcowej fazy lotu.
W przeciwieństwie do tradycyjnych głowic balistycznych, które zwalniają podczas opadania, Oreshnik podobno utrzymuje prędkość przekraczającą Mach 10, a być może Mach 11, nawet w gęstych warstwach atmosfery.
Umożliwia to uderzenie z ogromną energią kinetyczną, zwiększając penetrację i niszczycielską siłę bez konieczności stosowania dużego ładunku wybuchowego.
Przy takich prędkościach nawet nienuklearna głowica bojowa staje się bronią strategiczną. Skoncentrowane uderzenie o dużej prędkości wystarcza do zniszczenia bunkrów dowodzenia, stacji radarowych lub silosów rakietowych. Skuteczność tej broni nie zależy od promienia wybuchu, ale od precyzyjnego dostarczenia wysokiej energii. To sprawia, że jest ona zarówno trudniejsza do wykrycia, jak i do przechwycenia.
Pod względem doktrynalnym Oreshnik reprezentuje nową kategorię: Niejądrowy strategiczny pocisk balistyczny. Zajmuje on przestrzeń pomiędzy konwencjonalnymi systemami uderzeniowymi dalekiego zasięgu a nuklearnymi ICBM – z wystarczającym zasięgiem, prędkością i energią uderzenia, aby zmienić obliczenia pola bitwy, ale bez przekraczania progu nuklearnego.
Od topoli do leszczyny: początki systemu Oresznik
Chociaż system rakietowy Oresznik znalazł się w centrum uwagi opinii publicznej w 2024 roku, jego korzenie technologiczne sięgają dziesięcioleci wstecz. Architektura, filozofia projektowania, a nawet jego nazwa są zgodne z linią ukształtowaną przez jedną instytucję: Moskiewski Instytut Technologii Termicznej (MITT).
Założony podczas zimnej wojny w celu opracowania zaawansowanych systemów rakietowych na paliwo stałe, MITT od dawna odpowiada za niektóre z najbardziej wyrafinowanych rosyjskich mobilnych platform strategicznych. Należą do nich Temp-2S, Pionier, a później rodzina Topol – pierwsze rosyjskie mobilne międzykontynentalne pociski balistyczne.
Konwencja nazewnictwa pozostała zaskakująco spójna przez lata. Większość pocisków MITT nosi nazwy drzew: Topol (topola), Topol-M, Osina (osika), Yars (rodzaj jesionu), Kedr (cedr). Nowy system, Oreshnik (Leszczyna), wpisuje się w tę tradycję – zarówno symbolicznie, jak i organizacyjnie.
Analitycy uważają, że Oresznik może być częściowo oparty na RS-26 Rubież, mobilnym ICBM opracowanym przez MITT i testowanym w latach 2011-2015. RS-26 był zasadniczo skróconą wersją rakiety Yars ICBM, zaprojektowaną do przeprowadzania precyzyjnych uderzeń na średnich dystansach. Prace rozwojowe zostały po cichu wstrzymane w połowie 2010 roku – prawdopodobnie w odpowiedzi na ograniczenia traktatu INF, który zabraniał stosowania pocisków rakietowych o zasięgu 500 – 5 500 km.
Traktat ten już nie obowiązuje. Po formalnym wycofaniu się USA w 2019 roku Rosja mogła wznowić rozwój w dziedzinie, która była zamrożona przez dziesięciolecia. Pojawienie się Oresznika zaledwie pięć lat później sugeruje, że jego podstawowe komponenty – systemy napędowe, moduły celownicze i mobilne podwozie – były już bardzo zaawansowane.
[dla chętnych: w oryginale jest trochę czytelniejsza md]
Produkcja i wdrożenie: Od prototypu do Białorusi
To, co zaczęło się jako jednorazowe uderzenie operacyjne, przekształciło się w pełnowymiarowy program zbrojeniowy. W czerwcu 2025 roku, podczas spotkania z absolwentami najlepszych rosyjskich akademii wojskowych, Putin ogłosił, że system rakietowy Oresznik wszedł do produkcji seryjnej.
„Ta broń okazała się niezwykle skuteczna w warunkach bojowych i to w bardzo krótkim czasie” – stwierdził.
Szybkość tego przejścia – od debiutu na polu bitwy do masowej produkcji – jest godna uwagi. Sugeruje to, że zarówno system rakietowy, jak i wspierająca go infrastruktura dojrzewały po cichu w tle, prawdopodobnie w oparciu o wcześniejsze badania prowadzone w ramach programu RS-26.
Jeszcze bardziej znaczący niż sama produkcja jest plan rozmieszczenia pocisków. 2 lipca 2025 roku, podczas obchodów Dnia Niepodległości w Mińsku, białoruski prezydent Aleksander Łukaszenka publicznie potwierdził, że do końca roku pierwsze jednostki Oresznika będą stacjonować na Białorusi.
„Uzgodniliśmy to z Putinem w Wołgogradzie” – powiedział Łukaszenko. „Pierwsze pozycje Oresznika będą na Białorusi. Widzieliście, jak działa ten system. Będzie tutaj przed końcem roku”.
Posunięcie to ma zarówno logistyczne, jak i strategiczne znaczenie. Białoruś od dawna dostarcza wytrzymałe mobilne podwozia dla rosyjskich systemów rakietowych – w tym tych używanych przez Oresznika.
Ta synergia przemysłowa sprawia, że Mińsk jest naturalnym centrum rozmieszczenia, ale to coś więcej niż tylko wygoda techniczna.
Z minimalnym zasięgiem 800 km i maksymalnym podobno prawie 5500, Oresznik stacjonujący na Białorusi miałby w zasięgu praktycznie całą Europę Środkową i Zachodnią. Dla Rosji stanowi on nienuklearny wysunięty środek odstraszania. Dla NATO, wprowadza on nową klasę zagrożeń – szybkich, precyzyjnych i trudnych do przechwycenia, a jednocześnie pozostających poniżej progu odwetu nuklearnego.
W praktyce, otwiera to również drzwi do ewentualnej wspólnej rosyjsko-białoruskiej struktury dowodzenia operacjami rakietowymi poza terytorium Rosji – co jeszcze bardziej sformalizowałoby integrację wojskową między tymi dwoma państwami.
Oresznik znajduje się na przecięciu szybkości, precyzji i strategicznej dwuznaczności. Oto jak wypada w porównaniu z najpotężniejszymi systemami rakietowymi na świecie. [tabela powyżej]
Nowa doktryna bez broni jądrowej
Przez dziesięciolecia termin „broń strategiczna” był synonimem broni nuklearnej – narzędzia ostateczności, wykorzystywanego nie do użycia, ale do odstraszania. Oreshnik zmienia to równanie.
Łącząc zasięg międzykontynentalny, prędkość hipersoniczną i zdolność precyzyjnej penetracji, system ten wprowadza nowy poziom siły: Taki, który znajduje się poniżej progu nuklearnego, ale znacznie powyżej konwencjonalnej artylerii dalekiego zasięgu lub pocisków manewrujących.
W przeciwieństwie do głowic nuklearnych, ładunki Oreshnika mogą być używane bez wywoływania globalnego potępienia lub ryzyka eskalacji poza kontrolą. Jednak ich niszczycielski potencjał – zwłaszcza w stosunku do wzmocnionych celów wojskowych lub infrastruktury krytycznej – czyni z nich wiarygodne narzędzie strategicznego odstraszania.
Jest to sedno tego, co możemy nazwać „doktryną odstraszania nienuklearnego”: Zdolność do osiągania celów na polu bitwy lub celów politycznych za pomocą zaawansowanych systemów konwencjonalnych, które naśladują strategiczny wpływ broni jądrowej – bez przekraczania granicy.
W tych wyłaniających się ramach Oreshnik to nie tylko pocisk. To prototyp przyszłej logiki wojennej: wystarczająco szybki, aby uderzyć przed wykryciem, wystarczająco wytrzymały, aby uniknąć przechwycenia i wystarczająco potężny, aby kształtować decyzje jeszcze przed rozpoczęciem wojny.
Wprawdzie nie zanosi się na to, by wybory parlamentarne odbyły się wcześniej, niż w roku 2027, przede wszystkim z powodu nieśmiałości pana prezydenta Andrzeja Dudy. Jak wiadomo, jest on bardzo bliskim przyjacielem amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa, ale mimo tej zażyłości, nie potrafi przezwyciężyć onieśmielenia, które niekiedy wręcz go paraliżuje. Tak było w listopadzie 2018 roku, kiedy to odbył w Białym Domu 20-minutową rozmowę w cztery oczy – ale kiedy podczas urządzonego tego samego wieczoru w ambasadzie polskiej w Waszyngtonie przyjęcia z okazji 100-letniej rocznicy odzyskania niepodległości, zapytano pana prezydenta, czy poruszył w tej rozmowie sprawę ustawy nr 447, pan prezydent odparł, że nie – „bo strona amerykańska tego nie zaproponowała”.
Najwyraźniej i teraz prezydentowi Trumpowi nie przyszło do głowy, by zaproponować panu prezydentowi Dudzie przeprowadzenie w Polsce przesilenia rządowego, do którego niezawodnie by doszło, gdyby ktoś z Centralnej Agencji Wywiadowczej zadzwonił do wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza i powiedział jemu tak: wiecie, rozumiecie, Kosiniak, wy chyba jesteście przyjacielem Stanów Zjednoczonych, co? Na takie dictum wicepremier z pewnością odpowiedziałby po angielsku: tak toczno, Wasze Wieliczestwo! – No widzicie, Kosiniak – usłyszałby w odpowiedzi. – My tu do was z sercem na dłoni, a wy co? Pokażcie no jakiś dowód przyjaźni – ot na przykład – po co wam ten sojusz z folksdojczami? Pluńcie na nich, odwróćcie sojusze, a my pomyślimy, czy nie zrobić was premierem waszego bantustanu.
Niestety taki pomysł nie przyszedł do głowy prezydentu Donaldu Trumpu – ale być może by przyszedł, gdyby pan prezydent Andrzej Duda zręcznie mu go podsunął, nie czekając na przyzwolenie z jego strony. Jednak – jak mawiał pan Ignacy Rzecki z „Lalki” – „co tam marzyć o tem!” No to w jaki sposób pan prezydent Andrzej Duda zamierza zostać tubylczym premierem? Myśli, że kto mu to załatwi?
Mniejsza jednak o to, bo wszyscy rozumiemy, że z powodu nieśmiałości pana prezydenta Dudy o żadnym przesileniu rządowym w Polsce nie usłyszymy przynajmniej przed 6 sierpnia. Tymczasem sondażownie opublikowały sondaż, z którego wynika, że Volksdeutsche Partei została zdystansowana przez PiS, a w koalicji tworzącej vaginet obywatela Tuska Donalda wystąpiła masakra. Wprawdzie im dalej do wyborów, tym mniej trzeba przejmować się sondażami, bo sondażownie wykonują zamówienia na obstalunek – ale najwyraźniej obywatel Tusk Donald jeszcze nie ochłonął z wrażenia po wyborach prezydenckich przerżniętych przez obywatela Trzaskowskiego Rafała i na widok tego sondażu musiał się przelęknąć do tego stopnia, że zapowiedział nie tylko zamknięcie granicy z Niemcami i Litwą, ale nawet – wypowiedzenie konwencji ottawskiej o minach przeciwpiechotnych – bo zamierza zaminować granicę z Białorusią, żeby utrudnić migrantom przenikanie przez tę granicę, a poza tym – o czym nie trzeba głośno mówić – żeby zniechęcić miejscowych „aktywistów” do pełnienia roli przewodników i opiekunów. Muszę przypomnieć, że od razu to proponowałem, zamiast budować wielkim kosztem mur, przez który migranci podobno przechodzą, kiedy tylko chcą. Inna sprawa, że na zaminowaniu granicy nikt by się nie obłowił, natomiast przy budowie muru – aaa, to co innego! Teraz jednak mur stoi, forsa została rozdzielona, więc można śmiało granicę minować.
Zwraca jednak uwagę asymetria między planami uszczelnienia granicy wschodniej i uszczelnienia granicy zachodniej. O ile plan uszczelnienia granicy wschodniej nabiera charakteru radykalnego, o tyle plan uszczelnienia granicy zachodniej takim radykalizmem się nie charakteryzuje. Z deklaracji obywatela Tuska Donalda wynika bowiem, że w kwestii uszczelnienia granicy z Niemcami zamierza on stosować strategię deklarowaną przez generała Jaruzelskiego w latach 80-tych, to znaczy – „linię porozumienia i walki”. W tej strategii chodziło o to, by generał Jaruzelski porozumiał się ze swoimi konfidentami, albo z innego powodu zaufanymi przedstawicielami „lewicy laickiej”, a potem – żeby viribus unitis rozprawili się ze znienawidzoną „ekstremą”, co to próbowała sypać piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów.
Ta strategia udała się w stu procentach; widowisko telewizyjne: „Obrady Okrągłego Stołu”, zostało obsadzone prawidłowo zarówno po stronie rządowej, jak i tak zwanej „społecznej” – dzięki czemu znaczna część obywateli myślała, że to wszystko naprawdę. Tym razem chodzi o coś innego. Obywatele zaniepokojeni bezradnością vaginetu obywatela Tuska Donalda wobec niemieckiej policji, która kiedy tylko chciała wjeżdżała sobie na polskie terytorium z transportami migrantów i ich tu zostawiała, niczym starosta kaniowski Mikołaj Bazyli Potocki, co to za jednego Żyda, któremu kazał udawać kukułkę i pod tym pretekstem zastrzelił, odesłał do zaprzyjaźnionego pana brata całą furmankę Żydów – no a Straż Graniczna musiała potem rozwozić delikwentów po „centrach integracji”, kwaterować ich, karmić, poić i tak dalej. Toteż obywatele postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i utworzyli „obywatelskie patrole”.
W tej sytuacji „linia porozumienia i walki” polega na tym, że obywatel Tusk Donald będzie się „porozumiewał” z Niemcami, a walkę prowadził z obywatelskimi patrolami. Niemcy to rozumieją i tak, jak wcześniej, to znaczy – podczas kampanii prezydenckiej – dali obywatelu Tusku Donaldu dyspensę na rozmaite myślozbrodnie w rodzaju „ siłowej linii piastowskiej”, czy „repolonizacji gospodarki” – byle tylko tubylcy wybrali obywatela Trzaskowskiego Rafała – tak i teraz pozwolili mu na przywrócenie kontroli – ale pod warunkiem, że te „obywatelskie patrole” wypali ogniem i żelazem. Do czego to bowiem podobne, że w bantustanie, właśnie przygotowywanym do przerobienia na Generalną Gubernię, jakieś Schweine tworzą samowolne patrole? Przecież już Adolf Hitler powiedział, że w zjednoczonej Europie tylko Niemcy będą mogli nosić broń, a nie jacyś tubylcy. Co prawda nie do końca się to udało i już w 1944 roku broń w Europie nosił, kto tylko chciał, aż dopiero Stalinowi udało się przywrócić prawo i porządek – ale skoro już samowolki się pojawiły, to trzeba dmuchać na zimne.
Dlatego też sięgnięto po strategiczną rezerwę w osobie pana red. Tomasza Terlikowskiego, który podzielił się projektem racjonalizatorskim, by policja „skuła” tych wszystkich „panów z Ruchu Obrony Granic”, a następnie „wywiozła ich po prostu”. Pan red. Terlikowski taktownie nie pisze, gdzie policja ma tych „skutych” wywieźć – ale i bez tego domyślamy się, że do chwilowo nieczynnych obozów koncentracyjnych, których uruchomienie staje się w tej sytuacji palącą koniecznością.
Sobór Watykański II jest być może soborem ważniejszym nawet od Nicejskiego. Nie ze względu na pożytki, które przyniósł, ale szkody, jakie wyrządził. Pisze o tym włoski historyk, profesor Roberto de Mattei.
Czy istnieje związek między Soborem Nicejskim, który odbył się w 325 roku, a Soborem Watykańskim II, ostatnim z dwudziestu jeden soborów uznanych za ekumeniczne, który zakończył się 8 grudnia 1965 roku?
W liście napisanym 29 czerwca 1975 r. do ks. Marcela Lefebvre’a, który krytykował Sobór Watykański II, papież Paweł VI stwierdził, że „Sobór Watykański II jest nie mniej autorytatywny, a nawet pod pewnymi względami ważniejszy niż Sobór Nicejski” (por. „La Documentation Catholique”, 58 (1976) s. 34). Stwierdzenie to wywołało wówczas zdumienie. Sobór Nicejski przekazał nam podstawowe prawdy wiary katolickiej, wyrażone później w tak zwanym Credo Nicejsko-Konstantynopolitańskim, które jest odmawiane w każdą niedzielę podczas Mszy Świętej. Sobór Watykański II nie zdefiniował żadnych prawd ani nie potępił żadnych błędów, przedstawiając się jako sobór duszpasterski, a nie dogmatyczny.
Jak można przypisywać kontrowersyjnemu soborowi duszpasterskiemu większe znaczenie niż Kościół przypisuje swojemu pierwszemu soborowi ekumenicznemu?
A jednak, z punktu widzenia nie teologii, ale historii, stwierdzenie Pawła VI nie jest nieprawdziwe, nawet jeśli chodzi o coś innego, niż miał na myśli papież Montini. Aby spróbować to wyjaśnić, oprę się na interesującym artykule belgijskiego filozofa Marcela de Corte (1905-1994), który ukazał się w 1977 r. we francuskim czasopiśmie „Itineraires” pod tytułem Nicée et Vaticanum II (nr 215, s. 110-141).
W IV wieku naszej ery, na początku ery konstantyńskiej, modną filozofią wśród pogańskich elit był neoplatonizm Plotyna (203-270). Pomimo faktu, że rzymski uczeń Plotyna, Porfiriusz (234-305), ukazał silnie antychrześcijański charakter tego systemu religijnego, nie brakowało zwolenników spotkania wiary chrześcijańskiej z filozofią plotyńską. W szczególności aleksandryjski kapłan Ariusz próbował połączyć trynitarny system hipostaz Plotyna z chrześcijańskim dogmatem o Trójcy Świętej.
W chrześcijańskiej Trójcy Świętej istnieją trzy boskie Osoby: Ojciec, Syn i Duch Święty. Ta centralna tajemnica chrześcijaństwa została objawiona przez Boga i chociaż nie jest sprzeczna z rozumem, nie została rozumowo wytworzona.
Plotyn opracował tymczasem system filozoficzny, zgodnie z którym istnieją trzy hipostazy: Jednia (to Hen), która jest pierwszą, abstrakcyjną i nieokreśloną zasadą; Intelekt (nous), który jest poziomem bytu i myśli; oraz Dusza świata (psyche), która łączy świat rozumny ze światem zmysłowym. Te trzy hipostazy wywodzą się z siebie nawzajem poprzez konieczną emanację, nie mając tych samych stopni bytu. Nie mamy tu do czynienia z rzeczywistością nadprzyrodzoną, ale z umysłową i rozumową konstrukcją.
Ariusz, przesiąknięty neoplatonizmem, twierdził, że Osoba Syna emanowała z Osoby Ojca i umieścił Osobę Ducha Świętego na jeszcze niższym poziomie, odmawiając przypisania Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu tej samej boskiej substancji. Syn i Duch Święty nie byli współistotni Ojcu, a jedynie do Niego podobni. Sobór Nicejski potępił tę próbę „przekształcenia” dogmatu trynitarnego zgodnie z ówczesną filozofią i ogłosił, że Syn nie jest »podobny« do Boga, ale jest prawdziwie Bogiem, „współistotnym z Ojcem”. W języku greckim różnica wynosi zaledwie jotę; „współistotny” mówi się homoousios, podczas gdy „podobny” mówi się homoiousios. Symbol Nicejski używa słynnego przymiotnika homoousion, „współistotny” z Ojcem, aby przeciwstawić się Ariuszowi, który używa terminu homoiousion („podobny do Ojca”), inspirowanego bezpośrednio przez Plotyna.
Za tę tezę Atanazy był sześciokrotnie wygnany i ekskomunikowany przez papieża Liberiusza: współistotność trzech boskich Osób jest sercem Symbolu Nicejskiego i naszej chrześcijańskiej wiary.
Sobór Watykański II, w przeciwieństwie do Soborów Nicejskiego, Trydenckiego i Watykańskiego I, przedstawiał się jako sobór duszpasterski, ale nie może być soboru duszpasterskiego, który nie jest również dogmatyczny. Sobór Watykański II zrezygnował z definiowania nowych dogmatów, ale zdogmatyzował duszpasterstwo, przyjmując współczesną filozofię, zgodnie z którą prawda myśli jest weryfikowana w działaniu. Tradycyjna teologia dogmatyczna została odłożona na bok i zastąpiona „filozofią działania”, która z konieczności niesie ze sobą subiektywizm i relatywizm.
Teologia pastoralna Soboru Watykańskiego II stanowi zerwanie z teologią dogmatyczną Soboru Nicejskiego, właśnie ze względu na jej roszczenie do dostosowania się do immanentyzmu współczesnej filozofii. Aby wejść w zgodność ze światem, Kościół musi odłożyć na bok swoją doktrynę i powierzyć historii weryfikacji jej prawdy. Ale to właśnie wyniki nowej teologii pastoralnej dowiodły jej porażki. Wystarczy zapytać, ilu ludzi chodzi do kościoła w niedziele i w co wierzą, aby to zrozumieć.
Marcel De Corte uważał modernistycznego filozofa Maurice’a Blondela (1861-1949) za tego, który wprowadził immanentyzm i prymat działania do teologii pastoralnej Soboru Watykańskiego II. Jeśli, jak twierdzi Blondel, nie jest możliwe spekulatywne wykazanie istnienia Boga ani boskiego pochodzenia katolicyzmu, to ześlizgnięcie się w subiektywizm i filozofię praxis jest nieuniknione. 4 czerwca 2025 r. arcybiskup Aix i Arles, monsignore Christian Delarbre, oficjalnie otworzył proces beatyfikacyjny Maurice’a Blondela w kościele Saint Jean de Malte w Aix-en-Provence, który był kościołem parafialnym Blondela. To wyraz uznania jego teologicznego i filozoficznego dorobku w rozwoju posoborowego chrześcijaństwa.
Powróćmy do stwierdzenia Pawła VI, że „Sobór Watykański II jest nie mniej autorytatywny, a nawet pod pewnymi względami ważniejszy niż Sobór Nicejski”.
Sobór Watykański II był z pewnością ważnym i w tym sensie autorytatywnym soborem, ale jego historyczne znaczenie nie wynika z pożytków, jakie przyniósł Kościołowi, jak miało to miejsce w przypadku Soboru Nicejskiego, ale z bardzo poważnych problemów, które spowodował. Jeśli II Sobór Watykański ma odcisnąć większe piętno na historii niż Sobór Nicejski, to dlatego, że kryzys religijny naszych czasów jest poważniejszy i głębszy niż kryzys ariański.
Szkody, które przewidział abp Lefebvre, a którym zaprzeczał Paweł VI, są dziś obiektywną rzeczywistością. Teologia pastoralna Soboru Watykańskiego II uległa w ciągu sześćdziesięciu lat od jego zakończenia swoistemu samo-obaleniu, a historyk nie może tego nie zauważyć.
Czy Izrael to tylko kraj? A może kluczowy gracz w globalnej układance sił?
Zapraszamy na mocne, analityczne i otwarte spotkanie poświęcone tematowi geopolityki Żydów – w kontekście państwa Izrael, jego roli w światowej polityce, wpływów, zagrożeń i wewnętrznych napięć. Przyjrzymy się nie tylko bieżącym konfliktom zbrojnym i sojuszom, ale również historii, ideologii i strategii, które kształtują decyzje podejmowane w Jerozolimie, Tel Awiwie, Waszyngtonie i Teheranie.
Poruszymy m.in.: – jak Izrael zarządza konfliktem i narracją wokół siebie, – jakie znaczenie mają żydowskie elity w kluczowych państwach świata, – co wiemy, a czego nie mówi się głośno o polityce wewnętrznej Izraela, – jakie są scenariusze dalszego rozwoju sytuacji na Bliskim Wschodzie, – oraz jakie miejsce w tym wszystkim zajmuje Polska i Europa.
To spotkanie nie będzie poprawne politycznie. To będzie uczciwa, ostra i rzetelna rozmowa o tematach, które zbyt długo były pomijane. Dla ludzi myślących. Dla tych, którzy nie boją się prawdy.
Nareszcie ktoś! Vox otwarcie opowiada się za deportacją 8 milionów imigrantów i ich dzieci, w tym legalnych, którzy nie integrują się z hiszpańskim obyczajami.
Rocío de Meer, rzeczniczka partii, twierdzi, że proces będzie złożony, ale konieczny dla przetrwania narodu hiszpańskiego. Propozycja obejmuje audyt obywatelstwa i deportację m. in. przestępców, osób narzucających obce religie czy żyjących na koszt państwa.
PILNE: DZIEŃ SĄDU W HOLANDII – HISTORYCZNA SPRAWA SĄDOWA ROZPOCZYNA SIĘ W ŚRODĘ W LEEUWARDEN, GDY EM0477 STAWIA PFIZER, GATES, RUTTE I VON DER LEYEN PRZED SĄDEM ZA ZBRODNIE PRZECIWKO LUDZKOŚCI
PILNE: DZIEŃ SĄDU W HOLANDII – HISTORYCZNA SPRAWA SĄDOWA ROZPOCZYNA SIĘ W ŚRODĘ W LEEUWARDEN, GDY EM0477 STAWIA PFIZER, GATES, RUTTE I VON DER LEYEN PRZED SĄDEM ZA ZBRODNIE PRZECIWKO LUDZKOŚCI
============================
To pierwszy globalny sąd rozliczający się z wielowątkową machiną zmowy, w której Pfizer, współwinne rządy i niewybrane elity zorganizowały operację masowego ataku medycznego .
================================================
ZABÓJCZA PARTIA EM0477: BROŃ FARMACEUTYCZNA WYZWANA
W starożytnym mieście Leeuwarden, gdzie kamienne mury były świadkami stuleci sprawiedliwości, rozpoczyna się współczesne rozliczenie. Sercem tego historycznego procesu jest partia [szczepionek] EM0477 , wyprodukowana przez firmę Pfizer partia szczepionki, znana już na forach medycznych i w społecznościach ocalałych jako „partia zabójcza”.
To nie jest przesada, to nie jest teoria — to udokumentowany łańcuch śmierci, szkód i oszustw . Fakty już krzyczą, a w końcu sala sądowa słucha.
Szczepionka EM0477 wiązała się z ogromnie wysoką liczbą zgonów po szczepieniach, występujących w wąskim przedziale czasowym w wielu regionach.
Wewnętrzna komunikacja w firmie Pfizer już na początku wskazała, że ta partia może stwarzać problemy, jednakże dystrybucję przyspieszono , a nie wstrzymano.
Ocaleni i rodziny zmarłych byli uciszani, wyśmiewani lub poddawani psychologicznej manipulacji, a raporty z sekcji zwłok ukrywano, a akty zgonu fałszowano, podając jako przyczynę „naturalną” lub „istniejące wcześniej schorzenia”.
To, czego jesteśmy teraz świadkami, to nie tylko proces dotyczący jednego produktu farmaceutycznego. To pierwszy globalny sąd rozliczający się z wielowątkową machiną zmowy , w której Pfizer, współwinne rządy i niewybrane elity zorganizowały operację masowego ataku medycznego .
Z Maryją Królową Polski modlić się będziemy o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu
BIŁGORAJ – w każdą drugą niedzielę miesiąca w kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny o godz. 18.00 Msza Święta za Ojczyznę i Pokutny Marsz Różańcowy!
WARSZAWA – zapraszamy na comiesięczny Pokutny Marsz Różańcowy, który już od 9 lat odbywa się w stolicy. Rozpoczynamy Mszą Świętą o godz. 8.00 w kościele św. Andrzeja Apostoła i św. Brata Alberta na pl. Teatralnym 20, po niej udajemy się ulicami Warszawy pod Sejm RP.
Zgodnie ze słowami Najświętszej Dziewicy Maryi (zawartych we wszystkich uznanych objawieniach) modlitwa na Różańcu Świętym jest ostatnim ratunkiem dla świata. To jest FAKT – władze tego świata, odrzucają Boga a na Jego miejsce intronizują zachcianki człowieka (lub w najlepszym wypadku sentymentalnie celebrują humanizm).
Trasa naszego comiesięcznego Pokutnego Marszu Różańcowego w Warszawie: Po drodze z placu Teatralnego idziemy ogarniając modlitwą Różańca Świętego ważne instytucje i ministerstwa położone przy Krakowskim Przedmieściu, modlimy się za Prezydenta RP pod jego siedzibą, skręcamy w ul. Świętokrzyską by modlić się pod Ministerstwem Finansów, później przy pl. Powstańców Warszawskich 7 dochodzimy do budynku TVP, gdzie mieszczą się główne studia informacyjne telewizji publicznej (przez dziesięciolecia komunizmu i liberalizmu siejących nienawiść oraz kłamstwa). Modlić się będziemy o konieczne zmiany w mediach i nawrócenie środowisk dziennikarskich. Kierujemy się później w stronę placu Trzech Krzyży i na ul. Wiejską aby ogarnąć modlitwą władze ustawodawcze naszego Kraju. Zakończenie Pokutnego Marszu Różańcowego będzie pod Sejmem i Senatem RP (wcześniej podejdziemy pod ambasadę Kanady, gdzie Panu Bogu i Jego Matce zawierzać będziemy Mary Wagner, która toczy samotny bój o przestrzeganie prawa Bożego w Kanadzie).
Będziemy się modlić o ustanie kłamliwych ataków na nasz Kościół i Ojczyznę, o nawrócenie nieprzyjaciół i pojednanie ludzi, narodów i państw na fundamencie prawdy, aby wobec ofiar zbrodni i ludobójstwa nastąpiło sprawiedliwe zadośćuczynienie za zło jakiego doświadczyli od prześladowców. Będziemy modlić się także o to by dla wszystkich narodów, dawniej i dziś zamieszkujących ziemie Rzeczypospolitej i Europę Środkowo Wschodnią, Jezus Chrystus był j e d y n ą Drogą, Prawdą i Życiem, o to też by na ziemiach nasączonych krwią ofiarną poprzednich pokoleń umocniona została święta wiara katolicka, poza którą nie ma zbawienia, by porzucone zostały błędne wyznania i religie wiodące na bezdroża nienawiści
Zapraszamy w piątek do różańcowego szturmu modlitewnego za Kościół, naszą Ojczyznę i nasze rodziny – Msza Święta za Ojczyznę godz.17.00 parafii p.w. św. Stanisława Biskupa i Męczennika (Głównego Patrona Polski). Po Mszy Świętej adoracja Najświętszego Sakramentu i Różaniec święty za Ojczyznę.
Tylko modląc się na Różańcu Świętym i poprzez POKUTĘ możemy wybłagać tryumf Niepokalanego Serca Maryi Panny w Kościele, w Polsce, w naszych rodzinach i na całym świecie.
Kanadyjski reżim eutanazji już zabija niepełnosprawnych.
Będzie jeszcze gorzej
Nawet ONZ określiła kanadyjski program wspomaganego samobójstwa jako „eugenikę sponsorowaną przez państwo” i wezwała rząd do ograniczenia planów rozszerzenia dostępu do eutanazji.
( LifeSiteNews ) — W Kanadzie zabijamy niepełnosprawnych. Ponad 90 procent dzieci, u których zdiagnozowano zespół Downa w łonie matki, jest abortowanych; nienarodzone dzieci, u których zdiagnozowano inne niepełnosprawności, zazwyczaj spotyka ten sam los. Ale przez dziesięciolecia nasz nazistowski, zabójczy ableizm ograniczał się do tych, którzy jeszcze się nie urodzili.
Wraz z rozszerzeniem uprawnień do eutanazji na osoby cierpiące wyłącznie na niepełnosprawność lub chorobę psychiczną, które ma wejść w życie w 2027 r., ma to ulec zmianie. Grupy osób niepełnosprawnych były niemal jednomyślne w potępieniu tego planu, który został dwukrotnie opóźniony przez rząd liberalny z powodu sprzeciwu ze strony całego kanadyjskiego społeczeństwa – ale nie został całkowicie anulowany.
Nawet Komitet Narodów Zjednoczonych ds. Praw Osób Niepełnosprawnych, badając przestrzeganie przez Kanadę Konwencji ONZ o Prawach Osób Niepełnosprawnych na początku tego roku, doszedł do wniosku, że Kanada rozpoczyna „eugenikę sponsorowaną przez państwo” i wezwał rząd Kanady do porzucenia tych planów i wycofania rozszerzającego się reżimu eutanazji. Grupa zajmująca się prawami osób niepełnosprawnych Inclusion Canada, a także kilka innych, napisało do organu, aby podnieść alarm w sprawie kanadyjskiej polityki eutanazji.
Kanadyjczycy z niepełnosprawnością fizyczną od lat próbują zwrócić uwagę rządu, a historie osób, które szukają eutanazji, ponieważ nie mogą uzyskać potrzebnego im wsparcia lub opieki, okresowo dominują w nagłówkach międzynarodowych gazet. (Tę paskudną rzeczywistość najlepiej oddaje słynny komiks przedstawiający schody prowadzące do placówki opieki zdrowotnej, z jedyną rampą dla wózków inwalidzkich prowadzącą do „eutanazji”). Rząd nie wziął jeszcze pod uwagę tych historii.
Członek mojej rodziny jest pielęgniarką w Kanadzie. Wykonali kilka procedur wspomaganego umierania w domu opieki, w którym pracowali, zanim odmówili kontynuacji. W jednym przypadku rodzina mężczyzny z niepełnosprawnością umysłową zdecydowała, że chce, aby został on poddany eutanazji. Nie chciał umierać. Ale członek mojej rodziny został prawnie zmuszony do zakończenia swojego życia. Trzymali go za rękę, gdy mówił im „Jestem głodny” i „Jestem spragniony”.
Ten biedny człowiek nie rozumiał, co się z nim dzieje, faszerowany lekami, które miały zakończyć jego życie, a członek mojej rodziny opłakiwał duszę, którą niepotrzebnie tracił. Nie był śmiertelnie chory. Nie był szczególnie stary. Nie umierał. Nie chciał umierać. Ale nie miał wyboru. Ponieważ jego życie zostało uznane za zbędne przez rodzinę, a rząd dał im prawo do odebrania mu życia, niezależnie od jego potrzeb i życzeń.
A kiedy członek mojej rodziny powiedział w miejscu pracy, że nie może kontynuować wykonywania tych procedur – że jego sumienie na to nie pozwala – powiedziano mu, że jest to jego „prawny obowiązek” jako pielęgniarki. Nadal odmawiał. Ale nie każdy będzie miał kręgosłup moralny i odwagę członka mojej rodziny.
Droga do piekła jest wybrukowana dobrymi intencjami, a właśnie przed tym otwiera drzwi ustawa o eutanazji wspomaganej. Zaczyna się od „wyboru” i „godności”. Ale samobójstwo nie jest popełniane tylko „kiedy pacjent tego chce”. A kraje, w których jest już zalegalizowane, pokazały nam ponurą rzeczywistość. W Holandii 40% zgonów w wyniku eutanazji następuje bez zgody pacjenta. W Kanadzie oferowano ją paraolimpijczykom, którzy prosili jedynie o pomoc w poruszaniu się. Skoro tam się to udaje, to i u nas się to zdarza. Ludzie będą zabijani wbrew swojej woli.
Poproszony o publiczne potwierdzenie, Smith stwierdził: „ Nie, mój członek rodziny nie ujawni tego publicznie. Tak, ufam jego zeznaniom. Nie, on nie jest okropną, okropną osobą. Tak, to się naprawdę dzieje. Prawo surowe a ponura rzeczywistość to dwie zupełnie różne rzeczy. To, że prawo miało chronić przed przymusem lub procedurami bez zgody… nie oznacza, że tak jest”.
Chciałbym jej nie wierzyć, ale wierzę. Wierzę jej, ponieważ osoby świadczące usługi eutanazji zakończyły życie osób takich jak Alan Nichols, który został zabrany do szpitala przez członków rodziny po epizodzie psychiatrycznym i poddany eutanazji kilka dni później. Wierzę jej, ponieważ ujawnione dokumenty pokazują, że osoby świadczące usługi eutanazji w Ontario odnotowały 428 przypadków potencjalnych naruszeń prawa karnego, bez ani jednego zgłoszenia do organów ścigania. Wierzę jej, ponieważ kanadyjskie środowisko medyczne już akceptuje śmiertelny ableizm [Dyskryminację osób z niepełnosprawnościami], podobnie jak nasz rząd.
Kanada już zabija osoby z niepełnosprawnością lub chorobami psychicznymi; jak dotąd osoby dokonujące eutanazji muszą szukać innych powodów (pisemnym powodem podania śmiercionośnego zastrzyku Alana Nicholsa była „utrata słuchu”). Jednak wraz z rozszerzeniem kryteriów kwalifikacyjnych w 2027 roku, wrota się otworzą.
Artykuł niniejszy stanowi piątą, ostatnią część z minicyklu o wojnie, sprowokowanej przez małe państwo Chazarów i wywołanej przez wielkie Anglosasów. Na końcu rozważymy obecne i przyszłe sojusze Polski.
Artykuł niniejszy stanowi piątą, ostatnią część z minicyklu o wojnie, sprowokowanej przez małe państwo Chazarów i wywołanej przez wielkie Anglosasów. Na końcu rozważymy obecne i przyszłe sojusze Polski.
Na koncepcję zredefiniowania sojuszu z USA większość dzisiejszych znawców zakrzyknie, że to niemożliwe, musimy się poddać polityce USA, bo jak nie, to… No właśnie, bo jak nie, to co? Odpowiedzą wnet, że zaraz napadnie nas Rosja, dlatego musimy się bardzo zbroić i być najsilniejszą rubieżą na wschodniej flance. Otóż to jest wada myślenia nad Wisłą, której powinniśmy się jak najszybciej pozbyć. Nie powinniśmy być żadną flanką żadnego bloku, tylko budować swój własny blok.
Nasza pozycja geopolityczna wynika z geografii Eurazji i naturalnych szlaków handlowych. Zostały one zaburzone przez rozwój transportu morskiego i mocarstw morskich. Dzięki temu najpierw Wielka Brytania, a potem Ameryka mogły dowolnie kształtować swoje strefy wpływów, łupiąc i eksploatując cały świat wedle własnych potrzeb, jedne rządy wynosząc, inne obalając. W systemie, urządzanym przez mocarstwo morskie ziemie Polski zawsze znajdą się w strefie zgniotu. Z jednej bowiem strony mamy Europę Zachodnią, mającą dogodne wyjścia na ocean światowy, z drugiej zaś – wielki masyw eurazjatycki, dla którego najdogodniejszy dostęp do oceanu wiedzie do portów Europy, wprost przez nasze ziemie. Dla nas położenie na takim szlaku byłoby bardzo korzystne, ale dla mocarstw morskich jest to wręcz niebezpieczne, dlatego, że umożliwia komunikację eurazjatycką po liniach wewnętrznych, bez pośrednictwa szlaków morskich i poza kontrolą morskich mocarstw. Oznacza to nie tylko utratę zysków przez mocarstwo morskie, ale utratę przez nie kontroli tego, co dzieje się w Eurazji.
Zyskałyby na tym państwa, położone na wewnętrznych szlakach handlowych, szczególnie Polska. Wówczas nie bylibyśmy na obrzeżu, ale w centrum. Polska nie powinna być niczyją flanką, ale MOSTEM I STRAŻNICĄ EURAZJI. Mostem, bo łączy Wschód z Zachodem. Strażnicą, bo kontroluje most i może go zamknąć. Nie zrobi tego jednak z byle powodu, gdyż żywotny interes Polski polega na tym, aby szły przepływy, a nie żeby trwały blokady. Główna rola Strażnicy nie polega na zamykaniu mostu, ale na pilnowaniu na nim porządku i pobieraniu myta. Oznacza to więc, że w żywotnym interesie Polski leży włączenie się w chińską inicjatywę Nowego Jedwabnego Szlaku.
Pojawia się jednak szereg pytań. Po pierwsze, co na to Ameryka. Na dziś wiadomo, że nie ma o tym mowy, nasi sojusznicy trzymają nas w garści i nie pozwolą na to. Jednak sprawy świata układają się po nowemu. Globalny hegemon już nie może i nie chce być globalny, więc stara się być lokalny z zachowaniem wpływu na resztę świata. Jest duża szansa przekonania Ameryki do tego projektu, jeśli Polska będzie w stanie utrzymywać porządek na Moście Eurazji, co będzie oznaczało stabilność w naszym regionie. A stabilność naszego regionu jest jednym z gwarantów stabilności na świecie. Polska będzie w stanie utrzymywać tą stabilność, jeśli będzie miała stabilną władzę polityczną, cieszącą się stałym poparciem minimum 1/3 społeczeństwa. Stabilność władzy oznacza brak ataków z zewnątrz i rozłamów wewnątrz. Rozłamy wewnątrz Polski zwykle były i są powodowane przez zagraniczne ośrodki władzy, m.in. przez USA, Niemcy i gnostyckich Chazarów, w mniejszym obecnie stopniu przez Rosję. Stabilność sytuacji w regionie zdjęłaby z Ameryki troskę o kontrolę tej części Europy, gdyż interes Polski byłby jasno zdefiniowany, a Ameryka byłaby zainteresowana wymianą handlową, która przez Polskę i Europę Zachodnią szłaby dalej na Atlantyk.
Pozycja Polski jako Mostu i Strażnicy Eurazji może więc mieć dla Ameryki dwojakie znaczenie, w zależności, jaką pozycję światową przyjmie sama Ameryka. Dla USA jako hegemona światowego ta koncepcja jest nie do przyjęcia, gdyż utrudnia kontrolę Azji przez mocarstwo morskie. W tym wariancie USA potrzebują żelaznej kurtyny w okolicy Polski, aby odciąć Rosji i Chinom dostęp do oceanu światowego przez Europę Zachodnią. W ten bowiem sposób dzięki swej potędze morskiej, lotniczej i bazom USA mogą zachować kontrolę nad wymianą handlową Chin i Rosji z resztą świata. Na dłuższą metę jest to jednak nie do utrzymania, bo z jednej strony Ameryka ponosi zbyt wielkie koszty i wikła się w konflikty, a z drugiej państwa Azji w końcu przerwą kordon mocarstwa morskiego. Tej polityki Ameryka już niedługo nie będzie w stanie prowadzić.
Dlatego należy zaproponować Ameryce takie rozwiązanie, które pozwoli jej utrzymać kontrolę nad strefą atlantycką, przy jednoczesnym wycofaniu się z roli światowego hegemona. Taką możliwość daje przerzucenie części strumienia towarów z portów chińskich na porty europejskie, dzięki Nowemu Jedwabnemu Szlakowi, który będzie kończył się Mostem i Strażnicą Eurazji w Polsce. Sceptycy zaraz postawią trzy kwestie: czy możliwa jest samodzielna geopolityka Polski, czy nie podbije nas Rosja, i czy nie zdominują Chiny.
Samodzielna geopolityka Polski
Zachód, zdominowany przez chazarskich gnostyków nigdy nie uzna nas za podmiot i partnera, niezależnie, jak będą przymilali się polskojęzyczni politycy szkoły pinokiańskiej. Uznają nas dopiero wtedy, gdy będziemy stanowić siłę, której nie można lekceważyć. By zaś tak się nie stało, elity Zachodu robią wszystko, abyśmy tylko nie mogli się wzmocnić. Polska, aby rozmawiać z zachodnimi politykami i uzyskiwać dobre warunki dla Polaków musi być silna pod każdym względem, ale taką nie będzie tak długo, dokąd będzie podlegać decyzjom z Zachodu. Siłę właściwą do uprawiania polityki zagranicznej Polska mogłaby zbudować na drodze wewnętrznych reform, co oznaczałoby odrzucenie znacznej części europejskiej polityki gospodarczej i amerykańskiej polityki strategicznej. Proces ten jest teoretycznie możliwy, ale w praktyce każdy rząd, który wszedłby na tą drogę zostałby obalony. Użyte do tego zostałyby potężne aktywa polityczne, ekonomiczne, finansowe, jakimi Zachód podbił nas z zewnątrz, oraz agenturalne, tkwiące wewnątrz naszego kraju.
Poza tym proces takich reform własnymi siłami trwałby długie lata, a w tym czasie wyprzedziłaby nas ta część świata, która rozwija się gospodarczo. Nie mam tu na myśli Europy, ta się zwija, ale kraje BRICS i USA. Dla własnego rozwoju i bezpieczeństwa potrzebny jest nam wielki strategiczny sojusz ze Wschodem i Południem. Rosja ma tanie surowce, głębię strategiczną, wielki terytorialnie rynek zbytu i potencjał militarny, którego boi się Zachód. Białoruś leży u naszych granic i ma potencjał gospodarczy. Chiny mają produkcję, wielki ludnościowo rynek zbytu, potrzeby inwestycyjne i rosnący potencjał militarny. Iran ma tanie surowce, znaczący rynek zbytu i potencjał militarny. Turcja ma potencjał ludnościowy, gospodarczy i militarny.
To kilka najważniejszych państw, chętnych do podjęcia współpracy z Polską, uwolnioną spod tyranii Zachodu. Wszystkie te państwa prowadzą politykę niezależną od Zachodu i wychodzą na tym dobrze. Między nimi są nie tylko sojusze, ale również rywalizacja, co mądra polska polityka mogłaby wykorzystywać do naszych celów.
Chiny
Jest oczywistym, że jeśli Chińczycy dostrzegą okazję, będą dążyli do przejęcia kontroli nad terytorium, które ich interesuje, a Polska do takich należy. Nie jest to jednak wyłączna chińska przypadłość, lecz stały element myślenia geopolitycznego wszystkich graczy światowej partii szachów. Nad Wisłą nie uprawia się takiego myślenia, bo nie uprawia się geopolityki, ani nawet nie dąży się do suwerenności od zagranicy. Jest to poniekąd współczesna cecha europejska, i po części spowodowane jest tym, że osoby, pełniące funkcję polityków są w istocie podstawionymi sługami chazarskich gnostyków, Obcymi Udającymi Swoich.
Dlatego polska polityka od czasów Sanacji w ogóle nie zakłada myślenia narodowego, suwerennego, niepodległego i geopolitycznego, ale patrzy, komu tu się sprzedać. Taka polityczna prostytucja. Nie należy więc obrażać się na Chińczyków i jakiekolwiek inne państwo z USA włącznie, że chce mieć nas pod kontrolą, ale działać tak, aby tej kontroli uniknąć. Obecna podległość władzy warszawskiej wobec Zachodu stanowi wprost zaproszenie dla pozostałych graczy, aby przejęli Polskę jako tanią zdobycz, przy bierności samych Polaków. Jeśli zaś Polacy będą prowadzić konsekwentnie własną politykę zagraniczną i gospodarczą, staną się atrakcyjnym partnerem dla Chin z uwagi na położenie, a Chińczycy uszanują silną władzę w Polsce i będą woleli raczej się z nami dogadywać, niż nas uzależniać. Próba uzależnienia innego państwa jest bowiem świetnym rozwiązaniem wtedy, gdy państwo to jest słabe i się nie opiera. Gdy jednak państwo ma silną władzę, popieraną przez ludność, bardzo jest trudne do przejęcia, co pokazał przykład Iranu, gdzie nie udało się Chazarom zmienić władzy mimo potężnego ataku.
Rosja, Polska, Zachód
Nasz stosunek do Rosji dyktowany jest dwoma czynnikami: resentymentami o podłożu historycznym i chazarsko-gnostycką propagandą, uprawianą przez polskojęzyczne media, Obcych Udających Swoich i ignorantów. Resentymenty każą nam wierzyć, że Rosja niczego innego nie planuje, jak tylko zaatakować Polskę, bo taki jest jej wieczny determinizm. Rosja po prostu musi to zrobić i na pewno to zrobi. Zwolennicy tej koncepcji nie szukają potwierdzenie swoich tez we współczesnych interesach Rosji, lecz w wydarzeniach z historii ostatnich 300 lat. Dalej zwolennicy nieuchronności inwazji rosyjskiej przypominają represje rosyjskie na Polakach, szczególnie po powstaniach, podczas rewolucji, wojny bolszewickiej i II Wojny Światowej. Miary dopełnia zamach smoleński.
Rzeczywiście, wiele faktów potwierdza rosyjską penetrację i agresję na ziemie polskie. Trzeba opowiedzieć współczesnym Polakom prawdziwy obraz historii, a nie jej sfałszowaną wersję, podawaną w szkołach i mediach. Nie jest tu miejsce na to, ale kilka słów powiedzieć trzeba. Nie ulegają wątpliwości konflikty Polski z Rosją, jednak aby je ocenić rzetelnie, trzeba też dostrzec wpływy zewnętrzne zarówno w Rosji, jak i w Polsce. Wpływy te można określić jako anglosasko–pruskie i chazarsko-gnostyckie. Ujawniły się w obydwu państwach w XVI wieku i prowadziły do zaognienia wzajemnych konfliktów. Polska już wtedy została przeznaczona do likwidacji, a Rosja do awansu, rozrostu i przejęcia, tak samo, jak USA. Z jednej więc strony mieliśmy oddziaływanie na władzę w Rosji w kierunku rozbiorów i represji, z drugiej działania na siły w Polsce, prowokujące nas do bezsensownych powstań i wystawiania się na represje autorytarnej władzy typu bizantyjskiego.
Tak więc trzeba będzie rzetelnie przeanalizować historię konfliktów Rosji z Polską, aby zobaczyć, ile tam było rzeczywistego parcia Moskwy na Zachód, a ile działania obcych sił, wrogich obydwu narodom i państwom. Co do zamachu smoleńskiego, sprawa jest wciąż niejasna i celowo zagmatwana. Żadna z komisji oficjalnie powołanych do wyjaśnienia sprawy nie spełniła oczekiwań Polaków. Raport Macierewicza sugerujący odpowiedzialność Rosji, choć sensacyjny, budzi poważne wątpliwości. Pytanie, dlaczego służby rosyjskie miałyby robić taką robotę u siebie i ściągnąć uwagę, a także, dlaczego po ogłoszeniu raportu ówczesny rząd PiS-u, mający parlament, rząd i prezydenta niczego nie uczynił z tą wiedzą, poza medialną pianą. Nie wiemy więc, kto wykonał ten zamach, i na liście podejrzanych są nie tylko służby rosyjskie, ale również niemieckie, brytyjskie, amerykańskie i chazarskie.
Co do represji, ich skala i okrucieństwo porażają, szczególnie w I połowie XX wieku, gdy Rosją rządzili komuniści. To jednak też trzeba poddać bliższej analizie. Okaże się wówczas, że rewolucję bolszewicką też wywołali chazarscy gnostycy, stanowiąc większość aparatu partyjnego oraz przymusu i terroru. Przerzut Lenina zorganizował niemiecki Sztab Generalny za pieniądze właściwych bankierów, późniejsze państwo bolszewickie także było finansowane z City of London i Wall Street, które w zamian korzystały z rosyjskich surowców. Cały rosyjski eksperyment z komunizmem był eksperymentem gnostyków, tak samo, jak całe państwo amerykańskie.
Jednak przez te zaszłości historyczne większość Polaków wyklucza samą myśl o podjęciu współpracy nawet gospodarczej, a co dopiero politycznej z Rosją. Nie zdają sobie oni sprawy z faktu, że polityka rosyjska ostatnich 300 lat była częściowo sterowana z zewnątrz, tak samo, jak polityka USA. Zwykle przeszkadzają Polakom zbrodnie, dokonane przez Rosjan, lub innych ludzi, za Rosjan uznawanych. Na jakikolwiek głos, wzywający do normalizacji stosunków wschodnich natychmiast reagują krzykiem o ruskich onucach. Jakoś jednak tym onucowcom nie przeszkadzają zbrodnie, dokonywane przez Niemców na Polakach. Niby werbalnie tak, ale faktycznie Niemcy robią w Polsce, co chcą.
Szwedzi też sobie u nas poczynali okrutnie w XVII i XVIII wieku, a nikt przecież nie myśli, by zrywać ze Szwecją stosunki handlowe. Czesi i Słowacy też nieraz pałali do nas wrogością. USA, Wielka Brytania i Francja również mają wobec Polski wiele na sumieniu. No i Ukraińscy. Teoretycznie pamiętamy powstanie Chmielnickiego, Koliszczyznę i Wołyń. Jednak onucowcom pamięć o tym nie przeszkadza, aby do Polski wpuszczać miliony Ukraińców bez kontroli, niszczyć polskie rolnictwo produktami z Ukrainy, oddawać państwu ukraińskiemu polskie uzbrojenie i majątek i pomagać mu w wojnie, narażając się na odwet Rosji. Tak więc z różnymi sąsiadami mamy poważne zadry, ale tylko z Rosją nie wolno nic razem robić. Wytłumaczyć to można bardzo prosto: taki jest interes gnostycko-chazarski, więc utrzymują Polaków w emocjonalnym wzmocnieniu, co bardzo utrudnia nam racjonalne myślenie. Pomagają w tym rzesze Obcych Udających Swoich, porozmieszczanych w różnych obszarach państwa.
Doświadczenia historyczne nie są żadną determinacją na przyszłość, a dzisiejsza Rosja nie jest Związkiem Radzieckim, tylko na powrót Rosją, głęboko wewnętrznie okaleczoną, najpierw przez bolszewicki komunizm, potem przez sowiecki socjalizm, a w końcu przez smutę chaosu oligarchów z czasów Jelcyna. Rosja dochodzi do siebie, powracając do własnej polityki imperialnej. Państwo tej wielkości jest imperium, bo musi nim być. Nie ma tam miejsca na chaos demokracji typu zachodniego. Obrażanie się na Rosję za to, że jest Rosją to jakby obrażać się na wilka, że jest drapieżnikiem. To nie znaczy jednak, że musi zagarnąć wszystko, co znajduje się w jego zasięgu. Każdy system, aby był funkcjonalny musi mieć wyznaczoną granicę wzrostu.
Każdy postęp terytorialny, polegający na podboju kolejnego państwa i narodu wiąże się z ogromnymi kosztami. Sama operacja wojskowa to wielki koszt logistyczny, związany z organizacją i przemieszczeniem armii i zapewnieniem jej zaopatrzenia. Koszty i straty, związane z walką z obrońcami to następna pozycja w buchalterii. To nie byłoby jednak najtrudniejsze, na obecną chwilę nie ma w Europie takich armii, które zdołałyby zatrzymać zwycięski pochód wojsk rosyjskich, gdyby to państwo zdecydowało się na prawdziwą pełnoskalową wojnę. Podbój Europy, a przynajmniej jej środkowej części nie byłby dla Rosji nadmiernym wysiłkiem. Prawdziwy wysiłek i koszty zaczęłyby się dopiero wtedy, gdyby Rosja zechciała okupować podbitą Polskę. To już było, i zawsze stanowiło problem dla tego państwa. W końcu Stalin zdecydował, że lepiej Polski nie okupować, lecz trzymać w wasalnej zależności. Tak przeżyliśmy PRL, a po 1989 r. zmieniło się tyle, że staliśmy się wasalem Zachodu, który dąży do naszej likwidacji.
Argumenty, że Rosja upada na skutek wojny ukraińskiej i sankcji Zachodu, używane przez zwolenników Ukrainy świadczą o ignorancji. Wyraźnie widać, że władze Rosji prowadzą wojnę na wyniszczenie, nie angażując swoich głównych zasobów. Zachód wysyła tam swoje zapasy i uzbrojenie, warte miliardy, pozbywając się rezerw i obciążając gospodarki długami. Rosja przede wszystkim pozbywa się starego sprzętu i rozwija swoją bazę produkcyjną.
Armia Federacji Rosyjskiej bez trudu mogłaby zahamować dostawy materiałów na Ukrainę, przerwać linie zaopatrzenia i porazić centra dowodzenia. Nie robi tego jednak, pozwalając na przepalenie sił Zachodu oraz zasobów materialnych i ludzkich Ukrainy. To generuje duże koszty dla Rosji, są one jednak wkalkulowane w odzyskanie przez Rosję pozycji niezależnego imperium. Ukraina jest dla Rosji perłą w imperialnej koronie, więc Moskwa nie zrezygnuje z Kijowa, tym bardziej, że Ukraina, należąca do wrogów Rosji zawsze jest strategicznym zagrożeniem dla tego państwa. Nie łudźmy się więc, wojna ukraińska nie jest wojną Ukrainy o swoją wolność, lecz walką Rosji o bezpieczeństwo strategiczne, a ostatecznym celem polityki Rosji wobec Ukrainy jest całkowite podporządkowanie Kijowa Moskwie. Polska nie ma żadnej mocy, aby powstrzymać ten proces, a nawet więcej, nie ma żadnego w tym interesu.
Problem ukraiński
Ukraina jako państwo niepodległe jest obecnie czymś niemożliwym. Albo będzie podlegać Rosji, albo Zachodowi, czyli w praktyce gnostyckim Chazarom, a oni będą używać tego państwa i jego zasobów do realizacji agresywnych celów, tak samo, jak używają małego państewka chazarskiego. Jednym ze stałych celów gnostyków jest eliminacja Polski i Polaków, do tego więc będzie używane państwo, rządzone przez reżim w Kijowie. Dla Chazarów nie jest ważne życie ich poddanych, tym bardziej więc nie będzie im żal naszego. Należy więc traktować państwo ukraińskie jakie poważne zagrożenie dla Polski, tym większe, im bardziej będzie formalnie niepodległe. Ukraińcy nie mają obecnie żadnej możliwości, aby skutecznie zarządzać swoim państwem, przede wszystkim z powodu braku silnej tożsamości narodowej i tradycji ustrojowych.
Jedyne silne uczucie, jaki jest w stanie połączyć część ludności tego państwa to banderyzm, uczucie nie tyle narodowe, ile antypolskie. Dotychczasowa historia kontaktów polsko-ukraińskich po 1991 r. wyraźnie pokazuje ich jednostronność. Z jednej strony wielka polska życzliwość i inwestycje w Ukrainę i Ukraińców, z drugiej wrogość, pogarda, arogancja i niekończące się roszczenia i groźby ze strony Ukrainy. Dla Polski Ukraina, zarządzana przez chazarskich gnostyków jest zarazem kufrem bez dna i bezdenną otchłanią. Państwo ukraińskie będzie wrogiem państwa polskiego, chyba, że Polska byłaby tak silna, że zdominowałaby Ukrainę politycznie i militarnie, co w tej chwili nie jest osiągalne.
Państwo ukraińskie po zakończonej wojnie nie zostanie pozostawione samo sobie, lecz znajdzie się pod protektoratem. Protektorat może być niemiecki, amerykański lub rosyjski. Wszystkie są dla nas ryzykowne, gdyż zawsze dają protektorom możliwość użycia Ukrainy przeciwko Polsce. Najgorszy byłby dla nas protektorat niemiecki (unijny znaczy to samo), wówczas to użycie byłoby pewne. Protektorat amerykański dałby takiego użycia prawdopodobieństwo, protektorat rosyjski również, ale jednocześnie byłby w stanie zlikwidować banderyzm. Każda więc ewentualność państwa ukraińskiego jest dla Polski albo bezpośrednim, albo potencjalnym zagrożeniem. Postępowanie roztropne polega na dobrych stosunkach ze wszystkimi sąsiadami. Dobre stosunki z Ukrainą oznaczają strzeżoną granicę, koniec darmowego wspierania tego państwa, powrót większości Ukraińców do ojczyzny, wyraźne i egzekwowane żądania Polaków opłacalności wzajemnych kontaktów, ciągły szantaż ze strony Polski zamknięcia granicy dla ludzi i towarów. Ukrainę trzeba bardzo rygorystycznie dyscyplinować, a fundamentalnym warunkiem jakichkolwiek dalszych kontaktów powinno być żądanie całkowitej debanderyzacji oraz pełna ekshumacja i pochówek pomordowanych Polaków. Dopiero po tym można z nimi rozmawiać o czymkolwiek na zasadzie partnerstwa.
Nowe sojusze
Dobre stosunki z Rosją są jak najbardziej możliwe, a ryzyko ataku ze strony tego państwa jest mniejsze, niż ryzyka ukraińskie. Rosja nie planuje inwazji na Europę Zachodnią, to propaganda gnostyków. Rosji się to nie opłaca, nie ma też pokrycia w żadnych strategicznych planach. Jednocześnie atak Rosji na Polskę jest dziś prawdopodobny, ale na skutek agresywnej polityki władzy w Warszawie, działającej na zlecenie Zachodu, będącego pod kontrolą gnostyków. Władze państwa polskiego zachowują się agresywnie i prowokacyjnie wobec mocarstwa nuklearnego i największego państwa świata, którego nie da się pokonać z zewnątrz. Zachowanie to jest skrajnie nieodpowiedzialne i naraża Polskę na rosyjski atak odwetowy. Jednocześnie propaganda chazarsko-gnostycka w Polsce twierdzi, że musimy zbroić się, aby obronić się przed agresywną Rosją. W tym celu narzuca się Polsce wielkie wydatki budżetowe, obciążenie gospodarki i żadnych realnych korzyści. Innymi słowy, prowokujemy Rosję, dozbrajamy Ukrainę, wydajemy mnóstwo pieniędzy i niczego za to nie mamy. Zakontraktowaną amerykańską i koreańską broń dostaniemy być może kiedyś, a i tak nie będziemy mogli jej użyć bez pozwolenia Amerykanów. Znajdujemy się więc obecnie w fikcyjnej rzeczywistości, żyjąc urojeniami, wmówionymi i narzuconymi nam przez naszych wrogów, postępujemy samobójczo, i nawet o tym nie wiemy. Oprócz tych, którzy czytają to opracowanie.
Stosunki dobrosąsiedzkie nie oznaczają podległości. W tym znaczeniu nasze obecne relacje z Niemcami nie są dobrosąsiedzkie, oparte są bowiem na podległości z naszej strony. Dobre stosunki z sąsiadem oznaczają również asertywność. Trzeba umieć odmówić, gdy sąsiad życzy sobie na noc naszą żonę lub córkę. Przez całą III RP państwo polskie nie mogło odmówić niczego niektórym sąsiadom, a przyczyną była antypolska polityka władz w Polsce. Zawieranie jakichkolwiek sojuszy przez państwo polskie będzie możliwe dopiero wtedy, gdy w Polsce będzie stała władza suwerenna, reprezentująca naród, a nie zewnętrznych organizatorów; władza, prowadząca politykę propolską, a nie antypolską; władza dążąca do wolnej Polski, a nie do zależnego Ukropolin. To warunek wstępny.
Gdy uda się spełnić ten warunek, wówczas, bazując na wiedzy, zawartej w niniejszym opracowaniu należy zawrzeć nowe sojusze, lub odnowić stare. Zasada ogólna jakichkolwiek sojuszy jest bardzo prosta: muszą się opłacać Polsce i Polakom. Każdy sojusz musi być realistyczny, a nie idealistyczny, dający wymierne korzyści nie tylko doraźne, ale też długofalowe. Nasz obecny sojusz z Zachodem zakłada, że musimy bronić się przed napadem Rosji, i NATO i UE nam gwarantuje bezpieczeństwo w tych warunkach. Założenie to opiera się na dwóch błędach. Po pierwsze, zagrożenie rosyjskie jest wyolbrzymione, po drugie, Zachód nas nie ochroni. Trzeba jednak dołożyć nowe założenia, które nie były znane jeszcze na początku XXI wieku. Sojusz z Zachodem jest drogi, ryzykowny i przynosi nam więcej przykrości, niż korzyści. Uczestnictwo w UE to pewność bankructwa i zniewolenia, a USA wycofują swoje gwarancje bezpieczeństwa dla Europy. Jednocześnie Chiny są zainteresowane Nowym Jedwabnym Szlakiem, co daje Polsce wymierne korzyści, a Rosja okazała się państwem odpornym na destabilizację i kryzysy. Wszystkie główne państwa Zachodu, gwarantujące Polsce bezpieczeństwo w ramach NATO nie są suwerenne, ich polityka zewnętrzna jest zdalnie sterowana, a wewnętrzna to samobójstwo. Zachód ekonomicznie się zwija, a grupa BRICS się rozwija. Zarazem nadal potrzebujemy państw Zachodu, a szczególnie Ameryki, ale nie po to, aby się powiesić na ich klamce. Potrzebujemy ich, aby mieć przeciwwagę dla sojuszu ze Wschodem, a także jako potęga, zdolna poskromić przyszłe roszczenia polityczne i militarne imperium pruskiego, którym dziś są Niemcy. Dziś wydaje się to abstrakcją, ale Niemcy mogą się na powrót uzbroić, a po rozpadzie UE mogą wrócić do militarnego parcia na Wschód, którym będzie Polska. USA są więc nadal nam potrzebne jako okupant naszego wroga oraz jako możliwość wyboru strategicznych sojuszy geopolitycznych. Dopóki będziemy uzależnieni od jednej ze stron, która jest naszym monopolistą bezpieczeństwa, nie będziemy szanowani. Monopolista nie szanuje klienta, którego uzależnił od siebie, ale tego, o którego względy musi zabiegać. Gwarancją szanowania polskich interesów zarówno przez Wschód, jak i przez Zachód będzie tylko balansowanie pomiędzy i wygrywanie wzajemnych sprzeczności. W żadnym razie Polska nie może stać się całkowicie podległa jednemu z bloków.
Polska ma komfort położenia na styku dwóch światów, i może pozwolić sobie na status specjalny: być jednocześnie elementem niezbędnym dla dwóch obszarów geopolitycznych. Może wykorzystywać walory jednego obszaru i drugiego, nie będąc jednocześnie w opozycji do żadnego. W razie zachwiań równowagi światowej nasze państwo może być czynnikiem, zapewniającym homeostazę. Na tym polega rola MOSTU I STRAŻNICY EURAZJI: zapewniać łączność, współpracę, niwelować napięcia, zarabiać na przepływie. Taka pozycja pozwoli na jednoczesny wielki sojusz ze Wschodem i serdeczne porozumienie z Zachodem. Sojusz ze Wschodem jest nam potrzebny, abyśmy mogli się wyzwolić z chazarsko-gnostyckiego więzienia Zachodu. Polska ma zadłużony skarb, rozbrojoną i zdezorganizowaną armię, nieczynne zasoby naturalne, zdemolowaną gospodarkę, zniszczone szkolnictwo, zdezorientowane społeczeństwo. Potrzebujemy stabilnych partnerów handlowych, dostaw tanich surowców i technologii, i spokoju na granicach, abyśmy mogli odbudować naszą gospodarkę, myśl techniczną, finanse i obronność. Dopóki będziemy nieodwołalnie zależeć od Zachodu, nigdy nam na to nie pozwolą, za to będą nas zadłużać jeszcze bardziej i niszczyć wszelkie przejawy polskości. My potrzebujemy Wschodu, aby się odbudować, Wschód potrzebuje nas, aby mieć pokój i wyjście na zachodnią półkulę. Ameryka potrzebuje stabilnej sytuacji w Europie i na styku ze Wschodem, a Europa Zachodnia potrzebuje wsparcia w wyzwoleniu się od skorumpowanych elit politycznych. W geograficznym środku tych wszystkich potrzeb leży zaś Polska, a to, czy Polacy zdobędą się na przejęcie swojego losu z rąk okupacyjnych pseudoelit, zależy tylko od nas. Czas pokaże, czy wojny, które teraz się toczą, są początkiem III Wojny Światowej, czy początkiem walki wyzwoleńczej narodu polskiego. Najpierw od własnych ograniczeń mentalnych, potem od zdrajców i Obcych Udających Swoich, a w końcu od opresji obcych potęg, zmuszających nas do narodowego samobójstwa.
Poradnik świadomego narodu, księga 1: Historia debilizacji
Pierwszym z rozmówców jest Dymitr (Dimitrije) Ljotić (1891-1945), chrześcijański nacjonalista, serbski działacz polityczny oraz przywódca ruchu o nazwie Jugosłowiański Ruch Narodowy „Zbor”. (Jugoslovenski narodni pokret Zbor; zbor – wspólnota, sobór), adwokat z profesji. https://www.nacjonalista.pl/2020/07/31/dimitrije-ljotic-polityczny-zolnierz-serbskiego-nacjonalizmu/ Drugim jest żydowski nacjonalista (syjonista), prezentujący ciekawe podejście do zagadnienia antysemityzmu, a który pozostaje postacią anonimową.
Dialog został opublikowany w numerze 36 tygodnika „Prosto z Mostu” z 1936 r. w przekładzie na polski dokonanym przez Dragutina (Drago) Jaksicia, innego z członków ruchu „Zbor”.
Zwracam uwagę na datę ww. publikacji, która przesądza o tym, iż dialog nie jest obciążony kontekstem dramatu Żydów czasu II wojny, jak i innych zdarzeń z lat powojennych (zaleta). Natomiast wadę tekstu o tak znacznej odległości w czasie stanowi pewna archaiczność składni, ortografii oraz określeń, co zapewne jest udziałem tłumacza, a które zdecydowałem się uwspółcześnić. Jeśli jednak ktoś preferuje lekturę bez tego rodzaju ingerencji, może bez większego trudu dotrzeć do treści wywiadu w jego wersji oryginalnej.
*******
Odpowiedź Dymitra Ljoticia na zapytanie rozmówcy, czy jest antysemitą.
– Nie jestem antysemitą. Uważam, że nie jest to właściwe określenie. Natomiast w stosunku do Żydów jestem ostrożny i myślę, że taki brak zaufania jest uzasadniony, a także potrzebny. Ponadto uważam, że Żydzi stanowią pewnego rodzaju fenomen rasowo-biologiczny i religijno-socjologiczny. Obserwując ten fenomen, nie mogę pozbyć się dla nich uczucia podziwu. Oto bowiem, z wszystkich ras i narodów, wy, Żydzi, zdołaliście zachować największą spójność. Ten fenomen staje się jeszcze bardziej wyrazisty, gdyż już od bardzo dawna zostaliście rozproszeni pomiędzy narodami, pomimo to nadal jesteście postrzegani bardziej jako jedna wielka rodzina, niż osobny naród. Wasza spójność podtrzymywana jest przez małżeństwa wyłącznie pośród swoich. Mimo zakazu mieszania krwi z innymi, nie sposób u was dostrzec śladów degeneracji rasowej, a nawet jakby przeciwnie. Inne rasy, gdyby przyszło im egzystować w podobnych warunkach, wykazywały by widoczne cechy dezintegracji. A wy nie okazujecie objawów zmęczenia, choć żyjecie w rozproszeniu po świecie. Zapomnieliście swego języka, mówicie wszystkimi językami poza własnym. Ale zachowaliście, na ile to możliwe, waszą wiarę i wasze zwyczaje. Moją opinię formułuję przez porównanie z innymi narodami, które w takiej sytuacji roztopiłyby się w obcym otoczeniu, wy jednak potrafiliście zachować nienaruszony fundament narodowej odrębności.
– Wasz praojciec Jakub walczył przez cała noc z Aniołem Pańskim, lecz nie został pokonany. Został natomiast kaleką. Przykład ten przybiera na ostrości przy retrospektywnym spojrzeniu na waszą historię. Dwudziestowiekowa tułaczka, która rozgrywała się jakby jednocześnie na niebie i na ziemi, wytworzyła wasze legendy pozwalające wam przetrwać, chociaż uczyniła was kalekami.
– Dla chrześcijan, wasza historia i wasza religia są częściami składowymi ich religii. Jeśliby uznać wasze księgi za fałszerstwo, jednocześnie utracą wiarygodność i święte księgi chrześcijan. Wasze księgi osądzają was. Wiele lat przed waszym wygnaniem napisano w nich, że przyjdzie Mesjasz i że go nie przyjmiecie. I dlatego zostaniecie odtrąceni i rozwiani jak proch po świecie, że stracicie swą ziemię i swych królów. To wszystko się ziściło. Ale wy nosicie ze sobą te księgi, które was oskarżają, uważacie je za największą świętość, przechowujecie je i zazdrośnie ich strzeżecie. Gdyby te księgi chwaliły was, a nie ganiły i osądzały, to gdybyście wówczas nosili je ze sobą i uznawali za świętość, nie byłoby w tym nic dziwnego, wszak dogadzałyby waszej próżności. Ale tak, jak jest, te księgi i wy sami zaświadczacie o Chrześcijaństwie. Pomimo tego zmuszony jestem uznać, że nieufność wobec Żydów musi pozostać do czasu, aż okaże się, że jest nieuzasadniona i dłużej niepotrzebna. I osądź sam, czy nie mam po temu ważnych powodów.
– Żydzi są narodem bardzo religijnym, co więcej uważają, iż są narodem wybranym i że ten wybór nie ma znaczenia przenośnego, ale dosłowne. Jest to głównym powodem tego, że trzymają się kurczowo swojej wiary, stosując się ściśle do jej reguł. Jednocześnie najwybitniejszymi przedstawicielami materialistycznej i ateistycznej ideologii są ludzie pochodzenia żydowskiego.
– Żydzi są narodem strzegącym swojej odrębności i zamkniętym na kontakty z innymi narodami, stąd bardzo trudno zostać członkiem ich społeczności. Ale tak się składa, że najgorętszymi głosicielami internacjonalizmu okazują się reprezentanci tej wspólnoty.
– Żydzi rygorystycznie kultywują własne zasady życia rodzinnego, a jednocześnie najostrzejsze ataki propagandowe na rodzinę są autorstwa osób pochodzenia żydowskiego.
– Żydzi przywiązują nadzwyczajną wagę do pieniędzy i wartości materialnych, największe znaczenie ma dla nich kumulowanie bogactwa. Ale jednocześnie ich intelektualiści zaciekle atakują tak kapitalizm jak i samą własność prywatną.
– Żydzi mają dla swoich potrzeb odrębny wzorzec moralny, natomiast wobec innych nacji (gojim; przypis S.O.) ich nie stosują, a co więcej, znajdują religijne uzasadnienie dla takiego postępowania.
-Zatem gdy weźmie się pod uwagę wskazane przykłady świadczące o tym, iż Żydzi z w stosunku do swojej rodziny, swojej nacji i swojej religii zachowują jeden sposób postępowania, a zupełnie przeciwny wobec obcych rodzin, nacji i religii, nasuwa się wniosek, że stanowią oni czynnik destrukcyjny w społeczeństwie, w którym się znajdują i żyją.
– Żydzi w historii swojego wygnania, gdziekolwiek przebywali, napotykali na niedowierzanie, nieufność, a także nienawiść. A ze względu na identyczność podobnych odczuć pośród rozmaitości narodów, nasuwa się wniosek, że obiektywnie powód tego musi tkwić w samych Żydach. A to generuje podejrzenie, że istnieje międzynarodowy, tajnie zorganizowany spisek żydowski, skierowany na destrukcję społeczeństw, wśród których oni żyją.
Odpowiedź syjonisty, który w żadnym momencie nie przerywał wypowiedzi D. Ljoticia
– W zasadzie pańskie wywody są trafne, a nie zdając sobie z tego sprawy jest pan syjonistą. Skoro znacie żydowska historie, nie mogła wam umknąć uwagi, że Żydzi, do chwili wygnania, byli rolnikami i rzemieślnikami. A wszyscy wiedzą, czym zajmują się dzisiaj. Oprócz tego, co Żydzi zachowali na wygnaniu ze swojej tradycji, jednocześnie coś zagubili. Zmienili bowiem swoją duszę. Zmiana egzystencji wywołana wygnaniem musiała nieuchronnie spowodować głębokie zmiany w ich duszy (bardziej precyzyjnie: duchowości; przypis S.O.). Tylko naszemu narodowi zasady religijne zabraniają kultu zmarłych. Wszystkie inne narody kult ten odgrywa wielka rolę, podczas gdy Żydom zabrania się upiększania i remontowania grobów, zabrania chodzenia na cmentarz za wyjątkiem jednego dnia w roku. A nawet od tego obowiązku można pod byle pretekstem zostać zwolnionym. Modlitwy za zmarłych możemy bowiem odmawiać w każdym miejscu. Oczywiście, inaczej było wówczas, gdy Żyd mieszkał na własnej ziemi (we własnym kraju; przypisS.O.). Było tak samo jak wszędzie dokoła. Ale co można zrobić na wygnaniu z kultem zmarłych? Ten, kto gdzieś ma swój cmentarz, przywiązany jest do tego kawałka świata. Każda inna nacja, oprócz Żydów, ma taki kawałek ziemi. Bo Żyd musi być ostrożny oraz przygotowany do szybkiej zmiany miejsca pobytu. Dlatego musi być także wolny od przywiązania do cmentarza.
– Wspomniałeś, że Żyd dąży do gromadzenia bogactwa. Ale można zauważyć, że nie koncentruje się na inwestowaniu w nieruchomości. Nieruchomość niezbyt nadaje się do spekulacyjnego szybkiego obrotu kapitałem. Ponadto istnieje podobna przyczyna jak omówiona w przypadku cmentarza. Co pocznie Żyd z nieruchomością w kraju, w którym jego pobyt jest obarczony niepewnością? Dlatego woli mienie ruchome typu złoto, papiery wartościowe, weksle dłużne lub temu podobne aktywa.
– Nie podejmę się rozstrzygania kwestii, czy Żydzi w każdym przypadku byli winni wywołaniu wrogiego stosunku do nich. Na pewno była w tym po części i ich wina. Ale nawet gdyby tak było w istocie, to naród tak ciężko doświadczany przez długie wieki, musiał w stosowny sposób zacząć siebie postrzegać w kontekście innych. U podstaw tego legły głębokie pokłady strachu, goryczy i poczucia niewoli. Ponadto z konieczności zmiana zajęcia zawodowego i form kultu religijnego. A odczuwając wrogość otoczenia i swoją słabość, czyli w poczuciu stałego zagrożenie egzystencji, niejako w ramach samoobrony doszli do wniosku, że jedynym dla nich ratunkiem będzie słabość wrogiego im otoczenia. Stali się zatem dla tego otoczenia czynnikiem dążącym do jego rozkładu i destrukcji.
– Ale ten kij ma też drugi koniec, bo w ten sposób Żydzi stawali się elementem niebezpiecznym nie tylko dla otoczenia, ale i dla samych siebie. Brnięcie w opisany mechanizm powoduje, że coraz bardziej oddalają się również od zasad własnej religii i tradycji. Z tego względu syjonizm dąży do radykalnej zmiany obecnych uwarunkowań żydowskiej egzystencji, czyli ponownego związania Żydów z ziemią ich pochodzenia. Jest to warunek odbudowy psychiki żydowskiej (duchowości; S.O.), zagubionej w trakcie wieków wygnania. Syjonizm zatem stanowi ratunek nie tylko dla Żydów, ale także innych społeczeństw, które w ten sposób może wyzwolić od obcego i niechcianego przez nich elementu, który na zasadzie akcji i reakcji musi na te społeczeństwa oddziaływać. Dlatego błędem jest potępianie syjonizmu bądź traktowanie go jako kwestii wyłącznie żydowskiej. Syjonizm bowiem oferuje jedyne całościowe, praktyczne i humanitarne rozwiązanie obecnej „kwestii żydowskiej”.
Tytuł wiadomości nie był „clickbaitem”, zanęcającym Państwa do dalszej lektury mojego listu.Otóż dokładnie ten zwrot – „zgnilizna mózgu” – zwyciężył w plebiscycie na Słowo Roku 2024, organizowanym przez największe wydawnictwo uniwersyteckie na świecie, Oxford University Press. Wyrażenie to oznacza pogorszenie stanu psychicznego lub intelektualnego danej osoby, szczególnie postrzegane jako rezultat nadmiernego pochłaniania treści (zwykle treści online) uznawanych za trywialne lub niewymagające. Poprzez brak zdrowego pobudzenia neuronów, mózg po prostu „gnije”. A takimi „pustymi” treściami – jako użytkownicy smartfonów – jesteśmy bombardowani codziennie.I proszę zwrócić uwagę, że zagrożenia te nie są wymysłem niechętnych wszelkiej technice „pięknoduchów”. Ostrzegają przed nimi najpoważniejsze ośrodki naukowe. Na Uniwersytecie Harvarda udowodniono, że powiadomienia w telefonie działają na mózg jak gry hazardowe. Ta nieustanna stymulacja poskutkowała nowym, nieznanym dotąd ludzkości zaburzeniem – fonoholizmem. Kiedyś ostrzegano przede wszystkim przed alkoholem, papierosami, narkotykami – używkami, które mogą zniszczyć nie tylko zdrowie, ale nawet życie człowieka. Dziś trzeba głośno mówić o zagrożeniach wirtualnych. My podjęliśmy się tej misji. Jutro i pojutrze podczas wakacyjnych festiwali będziemy mówić o tym do tych, którzy najbardziej są na nie narażeni – do młodzieży. I potrzebujemy w tym Państwa wsparcia!Wspieram walkę o młodych!Chyba wszyscy dostrzegamy, że fonoholizm to problem coraz częściej zniewalający młodych ludzi. Jako zaburzenie behawioralne, ma swoje fizyczne i psychiczne skutki. Człowiek uzależniony od telefonu jest oderwany od świata rzeczywistego, musi nieustannie zerkać na ekran, sprawdzać powiadomienia, a nawet boi się wyjść bez niego z domu.Kontakt młodego człowieka z technologią zazwyczaj rozpoczyna się niewinnie. Dorośli dają dziecku smartfona, bo chcą, by dzieci miały kontakt z rówieśnikami, a także dostęp do edukacji internetowej czy rozrywki. Wielu rodziców traktuje czas spędzony „w telefonie” przez dziecko jako inną formę odpoczynku.Ale „scrollowanie” to złudny odpoczynek. Bezrefleksyjne karmienie się treścią cyfrową dosłownie zabija mózg młodego człowieka, który zaczyna się rozleniwiać, a poprzez to działa coraz gorzej… Dr Don Grant – amerykański psycholog i specjalista uzależnień – wskazuje, że nadużywanie smartfonów pobudza nasz układ limbiczny, czyli taki obszar w mózgu, który odpowiada za emocje, motywacje, przyjemności. Jeśli ten obszar działa zbyt intensywnie, może poskutkować rozregulowaniem wydzielania hormonów, a tym samym prowadzić do depresji lub zwyczajnie upośledzać nasze zdolności poznawcze. Media dostarczają nam nieustannie potwierdzeń powyższych ustaleń. W ubiegłym miesiącu głośno było o nastolatku z Turynu, którego organizm doświadczył szoku po odebraniu mu telefonu przez rodziców. Odczuwał ból brzucha, rozdrażnienie i zaburzenia snu – tak, jakby był na głodzie narkotykowym. Ale przykładów nie trzeba szukać za granicą – dosłownie parę dni temu na drodze w Żorach 18-latek spowodował wypadek samochodowy, ponieważ podczas jazdy zapatrzył się w telefon. Podobne sytuacje potwierdzają konieczność spotkań z młodzieżą, podczas których możemy uzmysłowić im powagę wirtualnych zagrożeń i pokazać drogi uniknięcia bądź wyjścia z cyfrowego nałogu. Ale również – zapoznać ich z innymi poważnymi kwestiami. Dlatego właśnie ruszamy z dobrymi treściami na festiwale młodzieżowe!Popieram misję Centrum Życia i Rodziny!
Już jutro w Dębowcu koło Jasła, podczas Saletyńskiego Spotkania Młodych będę dawał wskazówki, jak kształtować charakter i silną wolę w wirtualnym świecie.Z kolei w piątek w Niepokalanowie dr Artur Górecki – dyrektor Centrum Edukacyjnego Ordo Iuris – opowie uczestnikom MaxFestiwalu, o tym jak ważne jest w życiu kierowanie się rozumem, a nie bazowanie wyłącznie na emocjach.
Na festiwalach dajemy młodym konkretne narzędzia do zapanowania nad własnym życiem i uczymy ich mechanizmów ochrony przed pstrokatym wachlarzem pokus i zagrożeń, które czyhają na nich w telefonach i powodują „gnicie mózgu”. Ale będziemy im też opowiadać o naszej misji pro-life i potrzebie ochrony praw i autonomii współczesnych rodzin. Podczas wieloletniej pracy z młodzieżą przekonałem się, że szybko chwytają wartość tego zaangażowania i – odpowiednio zachęceni – sami się chcą stawać w obronie cywilizacji życia! Żałuję, że w te wakacje spotkamy zaledwie kilkuset młodych. W tym czasie wielu ich rówieśników będzie bombardowanych przez celebrytów spod znaku czerwonego pioruna, powtarzających w kółko kłamstwa o „wolności wyboru” i „płodach”. Albo, przyklejeni do ekranu swojego smartfona, będą oglądać seriale przekonujące ich do tego „jak to fajnie uprawiać seks” i „by nie tłumić swojej seksualności”. Na to wszystko potrzeba intelektualnej odtrutki. A młodzież, z którą się spotkamy potrzebuje dobrych argumentów, którymi będzie mogła odeprzeć namowy rówieśników, a czasem nawet przekonać kolegów i koleżanki do zmiany zdania lub postawy. Potrzebuje również wiedzieć, że nie są sami, ale że są członkami większego ruchu społecznego, nowej generacji pro-life. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że możemy im to wszystko dać. Ale nie uda się to bez Państwa pomocy. Chcemy bowiem wyposażyć ich również w rozmaite materiały. Zarówno dostosowane do ich wieku opracowania tematyczne, jak również gadżety, które pomogą im dawać świadectwo wśród rówieśników: koszulki, opaski, przypinki itd. Niestety wiąże się to z realnymi kosztami produkcyjnymi.Aby uzmysłowić Państwu skalę wydatków: zgodnie z informacjami od organizatorów na obu tych festiwalach będzie zapewne ok. 600 młodych. Dlatego koszt samych tylko koszulek z hasłami por-life wyniesie nas ponad 7000 zł. Dodatkowo musieliśmy wypożyczyć busa, by obok materiałów zmieścić także stoły i namiot. W sumie udział w tych dwóch wydarzeniach oznacza dla nas wydatki na poziomie 20 000 złotych. Bardzo zatem proszę Państwa o hojne wsparcie działań na rzecz młodzieży datkiem w wysokości 100 zł, 200 zł, 500 zł lub nawet większym – wspólnie możemy ochronić ją przed uzależnieniem do telefonu i internetu i budować z nimi nową generację pro-life!Wspieram działania dla młodych! Od festiwali młodzieżowych w Dębowcu i Niepokalanowie dzielą nas już nie dni, lecz godziny. Prawdopodobnie, gdy otworzą Państwo tego maila, my będziemy już w drodze. Serdecznie pozdrawiam i liczę na Państwa pomoc!WSPIERAM DZIAŁANIA CENTRUM ŻYCIA I RODZINY! Dane do przelewu:Centrum Życia i Rodziny Skrytka pocztowa 99, 00-963 Warszawa 81 Nr konta: 32 1240 4432 1111 0011 0433 7056, Bank Pekao SA Z dopiskiem: „Darowizna na działalność statutową Centrum Życia i Rodziny”SWIFT: PKOPPLPW IBAN: PL32 1240 4432 1111 0011 0433 7056 Centrum Życia i Rodziny Skrytka Pocztowa 99, 00-963 Warszawa tel. +48 22 629 11 76
Czy można sobie wyobrazić coś bardziej bluźnierczego niż symbol homoseksualnej rewolucji postawiony naprzeciw Kościoła Najświętszego Zbawiciela – duchowego serca Warszawy? A jednak właśnie taki scenariusz chce zrealizować Prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski. Planuje on ponownie postawić na Placu Zbawiciela „tęczę” – tym razem pod ideologiczną nazwą „Łuk LGBT+”. Ale to przecież nie jest tylko estetyczna instalacja. To nachalny symbol walki z katolicką moralnością. To znak rewolucji, która od lat próbuje wypchnąć Boga, krzyż i rodzinę z przestrzeni publicznej. Czy to przypadek, że ten obiekt ma stanąć właśnie w miejscu, które nosi imię Zbawiciela? Nie. To zamierzona prowokacja. To pokaz siły ideologii LGBT, która – za milczącym przyzwoleniem władz – bezczelnie depcze wszystko, co ma znaczenie katolickie i narodowe. Plac Zbawiciela to nie miejsce dla rewolucji. To miejsce dla Zbawiciela.
Dlatego musimy działać. Teraz. Wraz z moim zespołem przygotowaliśmy petycję, która trafia bezpośrednio do Prezydenta Warszawy. Wzywamy w niej do natychmiastowego zaniechania realizacji projektu „Łuk LGBT+” oraz do uszanowania świętego katolickiego charakteru Placu Zbawiciela.To nasz pokojowy, ale stanowczy sprzeciw wobec ideologicznej przemocy, której ofiarą ma paść serce Warszawy. Proszę, podpisz petycję do Prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego. Niech usłyszy nasz sprzeciw wobec profanacji i ideologizacji przestrzeni publicznej! [podpisz petycje] Dlaczego to takie ważne? Bo milczenie oznacza zgodę. A my – obrońcy tradycji katolickiej – nie możemy milczeć, gdy chrześcijańskie zasady są deptane pod pozorem „sztuki” i „tolerancji”.Plac Zbawiciela to nie tylko rondo w centrum miasta. To miejsce, gdzie znajduje się kościół, który przetrwał wojny, komunizm i ateistyczne prześladowania. A teraz ma ustąpić miejsca „Łukowi LGBT+”? Czy naprawdę pozwolimy, by tęczowa propaganda zdominowała przestrzeń, która należy do Boga i historii naszego narodu? Już raz udało się powstrzymać tęczową instalację. Dzięki masowemu sprzeciwowi – również dzięki osobom takim jak Ty – tęcza zniknęła z Placu Zbawiciela. I dziś możemy powtórzyć ten sukces. Ale potrzebujemy setek tysięcy podpisów. Kliknij tutaj, aby podpisać petycję – zanim będzie za późno! Co mówimy prezydentowi Warszawy w petycji? Że Plac Zbawiciela to miejsce modlitwy, a nie lewicowych ideologicznych manifestów.Że nie zgadzamy się na woke’ową ofensywę w przestrzeni publicznej. Że publiczne środki nie mogą być marnowane na kontrowersyjne instalacje, które ranią uczucia religijne ogromnej części społeczeństwa. I że żądamy natychmiastowego wycofania się z projektu „Łuk LGBT+”! Twój podpis to więcej niż gest. To publiczne świadectwo wiary, sprzeciwu wobec demoralizacji i miłości do Polski wiernej Bogu. Proszę, podpisz petycję teraz. Nie czekajmy, aż będzie za późno. Warszawa nie może paść ofiarą ideologicznej kolonizacji, której symbolem jest właśnie ten „tęczowy łuk”. Niech Plac Zbawiciela pozostanie miejscem dla Zbawiciela. Z wyrazami szacunku, Jędrzej Stępkowski Koordynator kampanii Polska Katolicka, nie laicka P.S. Już raz wygraliśmy z „tęczą” na Placu Zbawiciela. Uda się znów – ale tylko, jeśli dołączysz do nas. Kliknij tutaj, by podpisać petycję i zatrzymać „Łuk LGBT+”! Nie pozwól, by rewolucja zatriumfowała w miejscu, które należy do Chrystusa.
Nie dla ideologicznej prowokacji na Placu Zbawiciela!
Plac Zbawiciela to nie plac rewolucji kulturowej! To miejsce głęboko związane z polską tożsamością, wiarą i historią. Tu znajduje się Kościół Najświętszego Zbawiciela – duchowe serce Warszawy.
Już raz mieszkańcy dali wyraz sprzeciwu wobec „tęczowej instalacji”. Teraz znowu będziemy bronić tego, co święte.
Podpisz petycję do Prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego i powiedz:
Dość nachalnej ideologii w przestrzeni publicznej!
Się porobiło z tą granicą, wszyscy biegają jak kot z pieprzem, ale sprawę trzeba uporządkować, bo idą rzeczy ważkie. Temat graniczny nagle wybuchł i jedzie jak ogień po słomie i wydaje się, że jest to ostateczny gwóźdź do trumny projektu Tuska. Ten, po nieudanych wyborach na prezydenta, zdaje się misją straceńczą, gdyż im dłużej trwa, tym większy kroi się wycisk za dwa lata w wyborach parlamentarnych. Sondaże Tuskowi spadają, a więc lud chwiejny, tym bardziej podzielony Giertychowską hucpą oszustw wyborczych, i tak ma inklinacje do odwrotu: jedni do ekstremy coraz bardziej zaprzeczającej rzeczywistości, drudzy, pragmatyczni, widzą, że Tusk już chyba władzy w dłuższym horyzoncie nie dowiezie, a więc rozglądają się za jakąś szalupą ratunkową. Pierwsza grupa, zapaleńców Giertychowych, jest konkretna, ale jej narracja potwierdza tylko powody niedawnej przegranej – pogarda do zwycięzców, co nie wróży wzrostu potencjalnych popleczników. Pragmatycy jeszcze się nie objawili całkowicie, ale i oni będą mieli podobne „tuskowe” ukąszenie, a więc odniosą się krytycznie, ale nie za bardzo. Ale tą drogą przeszedł niedawno Hołownia, na co drugi raz naród zdaje się nie dać nabrać.
I tu jeszcze przyszła ta afera z granicą – wydaje się, że nie wiadomo skąd. Ale tak naprawdę ma ona swoje łatwe do znalezienia źródła, a przede wszystkie konsekwencje dla Tuska. Śmiertelne.
Co jest grane?
Zacznijmy od tego skąd to się wzięło. Ano, już od dawna się mówiło, że Niemcy chowają przykre dla Polaków niespodzianki na po-1 czerwca, tak, żeby nie zaszkodzić romansującemu z prawicową narracją lewackiemu kandydatowi – Trzaskowskiemu. Specjalnie na Polaków czekano w Unii z paroma sprawami, które teraz, ekspresowo są włączane. Niemcom przebranym za Unię chodziło tylko o timinig, bo sprawa jest przesądzona, trzymana tylko pod korcem, by wygrali w Polsce, ci, co to mają wygrać. A skoro przegrali, to wcale nie wyłącza tej wstrzymanej kolejki: Mercosur – proszę bardzo, umowa handlowa UE-Ukraina, bez udziału Polski – klepnięta, nowe (nowe?!) cele klimatyczne na pełnej petardzie, no i migracja.
Z migracją jest najciekawiej, bo Tusk pakt migracyjny klepnął w miesiąc po wygranych wyborach parlamentarnych, z tym jeszcze wcześniej trzeba było też poczekać, aż się w Polsce sprawa wyborczo wyjaśni. Unii tak bardzo się spieszyło, że pierwsza zagraniczna wizyta nowego premiera nie miała zwyczajowego charakteru celebry, ale była konkretna – po poklepaniu za wykonanie zadania, ruszył długopis w sprawie migrantów.
Niemcom na tym zależy jak na niczym innym, gdyż to na migracji stoi ich wątpliwa koalicja. Ten temat dało się jakoś obejść faszyzując AfD, ale to był jej – AfD – temat. Niemiecki mainstream przejął ten migracyjny wątek tylko na użytek wyborów, ale wyraźnie nie dowozi, bo nie po to w tej sprawie kłamał. Łgali coś tak jak Trzaskowski na ten temat – nasi wyborcy nie dali nabrać, ale Niemcy (chyba po raz ostatni) – tak. I Merz, kanclerz niemiecki, musi coś z tym zrobić, gdyż rywalizacja partyjna odbywa się teraz na ulicach niemieckich miast, gdzie za mainstream robi pozytywno-pigmentowy tłum. Przy takiej mętnej narracji i skrzeczącej rzeczywistości, oczywiście Pakt Migracyjny został klepnięty, ale wejdzie w życie 1 lipca 2026 roku. Mają więc Niemcy rok czasu, by posprzątać po swojej samobójczej polityce „willkommen”. I sprzątają.
Odpady swej idiotycznej ideologii przerzucają na sąsiadów, którzy się bronią… lepiej od Polski, a w szczególności Dania. Niemcom chodzi o to, żeby – wywołując sztuczną kwestię solidarności innych państw w obliczu efektów niemieckich chorych postępków – móc „równomiernie” rozprowadzić po Europie swoje ludzkie efekty pomyłek, zanim jeszcze wejdzie w życie Pakt Migracyjny. A właściwie uruchomić go podskórnie już teraz, gdyż napięcie polityczne wokół migrantów pęka w Berlinie w szwach. Zwłaszcza, że kombinowana koalicja „wszyscy przeciwko AfD” doprowadziła do koalicyjnego podlizywania się lewicowej Linke, która hołubi przecież nachodźców. A więc, by wilk był syty przed wejściem w życie Traktatu Migracyjnego załatwia się sprawę po cichu z ulubionymi, tuskowymi przyjaciółmi.
Po prostu uprzedza się przyszły mechanizm alokacji do nas nadmiarowych migrantów w sposób pozatraktatowy, mało formalny. Wyłapuje się takich nieazylowych (co ważne) i ciupasem odstawia, choćby i kilkaset kilometrów, do Polski, jako tych, co to domniemywa się (na rympał rzecz jasna), że z Polskich do Niemiec przyszli. Nie ma to nic wspólnego z prawdą, którą nagina się na potrzeby wytłumaczenia choćby i niemieckim lewakom, że migranci wracają do miejsca nadania, zaś na użytek Polaków ta narracja zwraca winę na piastowskich – samiście nie upilnowali, wleźli do Was, to teraz macie coście naważyli.
Konsekwencje
Niemiecki kanclerz ratuje swoją głowę i nie będzie się oglądał na działań tych efekty niekorzystne dla Tuska. Zwłaszcza, że ponoć go nie lubi. A dla Tuska, szczególnie po wyborczej wpadce z Trzaskowskim – sprawa to trudna. Jego dotychczasowy spadek popularności o średnio 7% to reakcja widowni na miotanie się zaraz po wyborach i szarżę Giertycha z fałszowaniem wyborów. No, jak do tego dojdzie jeszcze kwestia granicy, która w tych badaniach nie była jeszcze mierzona, zaś sama sprawa granicy jest rozwojowa – to może być z Donaldem źle.
A jest tu parę aspektów groźnych.
Po pierwsze pokazała się oddolna samoobrona, która ujawniła kilka rzeczy na raz. Główna sprawa to zjednoczenie się wokół sprawy wcale nie kibolskich bojówek, ale całej społeczności, zwłaszcza przygranicznej, której nie jest wszystko jedno. Jej samoobronne zderzenie z dowożącą uchodźców Strażą Graniczną to jawny dowód na niedowład państwa. W dodatku, po przesłuchach, że ma tam SG wesprzeć Żandarmeria Wojskowa okazało się dość groźnie, bo nie wiadomo jak się zachowają mundurowi w tej sprawie, która również dla nich jest ewidentnie po stronie Ruchu Obrony Granic. W końcu widok policjantów gazujących zdesperowanych obywateli może obniżyć morales nie tylko wśród cywili.
Druga sprawa to kwestia Klaudii, zakłutej w Toruniu. To już jest sprawa wręcz ikoniczna i tylko jakiejś nieudolności PiS-u, mówiąc cynicznie, można przypisać komunikacyjne odpuszczenie sprawy. Strona lewacka z samych tylko podpuch robiła awantury na cały kraj, zaludniała ulice i błyskawice, a tu tylko milczący pochód z białymi kwiatami pod siedzibę premiera. A mord był okrutny: wracająca z pracy, dorabiająca doktorantka została najpierw zaatakowana poprzez wykłucie jej oczu śrubokrętem, by nie mogła rozpoznać sprawcy. Sprawa ataku była trzymana przez prawie dwa tygodnie pod medialnym kloszem, nawet po śmierci ofiary – taki to by (i jest) ładunek szkodliwy dla władz.
Trzecia kwestia jest równie ikoniczna jak sprawa śp. Klaudii z Torunia. Oto donoszą ludzie (bo nie media), że z braku miejsc nachodźcy są lokowani po domach dziecka. Ale, ku mojemu zdziwieniu, okazało się, że są to domy dziecka… działające. To znaczy, że pod jednym dachem, na tych samych korytarzach i stołówkach spotykają się straumatyzowane i tak życiem dzieci z uchodźcami. I na efekty nie trzeba było długo czekać. Oto w jednym z takich „domów dziecka” wzmożeni muzułmanie zaczęli wprowadzać szariat. Na razie zaczęli od sekowania dzieci za ich zdaniem zbyt swobodny ubiór, ale sytuacja – jak to z szariatem – jest rozwojowa.
Ostatnia ze spraw to sama reakcja Tuska, który widać, że kombinuje jak koń pod górę. W jeden dzień oświadcza, że pogoni… cywilnych obrońców granic, nawet wtóruje mu w tym ekstremalny komentariat, który przerzucił się w jeden dzień z fałszerstw wyborczych na ganianie prawaków na granicy. Czego tu nie było – od nie zdejmowania nogi z gazu w razie zatrzymania, do analiz upadku turystki spowodowanego obawami turystów przed samowolą patroli obywatelskich. Jak już się rozpędziła jednodniowa maszynka – na drugi dzień Tusk, ciach i wprowadził postulowaną kontrolę granic od strony polskiej, która jeszcze dzień wcześniej była równie przez niego jak i jego akolitów – wyśmiewana.
Co się stało? Ja tam trochę podśmiechuję się z tych wszystkich analiz lewą ręką przez prawe ucho, jak to obroty ciał niebieskich, geopolityka i subtelności polityczne wpłynęły na tak nagłą zmianę. Donald zrobił po prostu to, co zwykle – wypuścił bąka i w tym samym dniu zrobił badania kto „twierdzi, że śmierdzi, a kto przeciwnie – że pachnie przedziwnie”. I wyszło mu, że jak tak dalej tak pociągnie, jak dalej będzie walczył z obywatelami, po to by nachodźcy mogli tu wjechać, a właściwie, by ich mieli wwozić nasi pogranicznicy robiący za Ubera, to jego dni są policzone. Po takim numerze kolejne badanie dodałoby następne spadki i okazałoby się, że PO spada poniżej Konfederacji. I byłby koniec. Tusk więc pomierzył i zjadł własną żabę, ale nie do końca.
Manewr
Najpierw myślałem, że jak zwykle zejdzie na PiS… i mało się nie pomyliłem. Nowy, niezdarny rzecznik rządu (tak długo oczekiwany i nie wiadomo po co) zapodał na konferencji, że wszystkiemu winien PiS, a więc po raz kolejny dołożył minusy w poparciu Platformy, bo albo lud nie kupuje takiej bzdury, albo jest już tym znudzony.
Wybory pokazały tak naprawdę, że granie w tego dupaka nikogo nie interesuje. Ludzie chcą lepiej żyć, pogarsza im się, i ciągłe spory, że to winien poprzednik niczego tu nie rozwiązują. A tu Szłapka jedzie po PiS-ie, jakby to on szmuglował z Niemiec pigmento-pozytywnych, z czym miałby walczyć PiS-u pupil – Bąkiewicz. No, nie trzyma się kupy.
Ale potem trafiłem na speach Jana Rokity w kanale ZERO i wszystko mi się wyjaśniło. Wyjaśniło mi się, bo Rokita się w tej wypowiedzi strasznie pomylił. Jego teza była taka: nie ma dużego ruchu z Niemiec do Polski, tylko jest przeciwnie. To Polacy mają o wiele więcej nachodźców u siebie, poprzez nieszczelność wschodniej granicy, z litewskim kanałem włącznie. A więc Merz miałby mieć rację, gdy chce kontrolować kto z Polski do niego wjeżdża. Zaś wzmożeni cywile z ROG mają sprawdzać ruch odwrotny, a więc – według Rokity – pomijalnie mały. Czyli to wszystko jest aktem politycznym wymierzonym w Tuska, którego to ma osłabić, zaś żadnych podstaw faktycznych tu nie ma. W związku z tym nie ma się co martwić, Merz ma rację, zaś Tusk jest ofiarą olania tematu przez Niemców, zbiegu okoliczności oraz knowań politycznych przeciwników.
Niestety te ciekawe wnioski wynikają z fałszywych przesłanek. Ruch wciskanych nam uchodźców znacząco wzrósł z w miesiącach maj-czerwiec czterokrotnie w stosunku do średniej z roku 2025. Czyli wcale nie istnieją statystyczne podstawy do dywagacji Rokity. I trzeba od razu zaznaczyć, że nie ma co wierzyć w te statystyki, bo niby skąd? Jest gorzej: Niemcy, skoro robią nielegalny proceder, to przecież nie liczą tego na kartce. Jak złapią u siebie jakiegoś ciemnoskórego wałęsę bez papierów, to piszą mu swój papier, wpisują datę urodzin 1 stycznia roku zawsze przed 2007, by toto było pełnoletnie, wpisują na onepagerze podane przez niego nazwisko i narodowość i piszą mu, że zeznał, że przylazł z Polski i dlatego go tam odstawiają.
I Niemcy mieliby takie coś ewidencjonować? Czynić zapiski swych przestępstw? A z naszej strony jest jeszcze gorzej. Dostajemy jakichś gości na moście, albo i nie. Do niedawna (nie wiadomo czy proceder się ten skończył) niemieckie radiowozy wwoziły takich do Polski, zostawiali na przystankach i hulaj dusza po statystyce. A nawet jak dowiozą nam na nasz posterunek, nawet jak się w tym względzie obsłużymy sami, to i tak spisujemy „zeznania” niemieckie, odstawiamy do naszych ośrodków dla uchodźców (w tym do domów dziecka), po czym wypuszczamy takowych na ulice.
I wystarczyło tylko już po oświadczeniu Tuska sprawdzić reakcję Niemców. Otóż kanclerz stwierdził, że… jest zadowolony. Przysiągł, że żaden azylant z Niemiec nie będzie do nas deportowany. Azylant, a więc taki, co się o azyl ubiega. Ale oni do nas przywożą właśnie takich co się ubiegnąć nie zdążyli, a więc element najgorszy, bo nieprzesiany. A ponieważ my zawiesiliśmy prawo do azylu, to taki bez-azylant ląduje w ośrodku i albo czeka na deportację, albo – częściej – wywalany jest na ulicę. Z papierami spisanymi z niemieckich zmyśleń, bez miejsca pobytu, pracy i (na razie) bez socjalu. Po ulicach więc wędrują tykające bomby. A więc będą nam Niemcy przysyłali, tyle, że bez-azylowców. Merz więc nie skłamał.
Drugi, ciekawy powód zadowolenia kanclerza z ruchu Tuska jest jeszcze bardziej wstrząsający. Otóż Merz powiedział, że to dobry ruch, bo – uwaga! – Polacy wesprą Niemców w przesiewaniu ruchu… Z Polski, nie DO Polski. I Tusk to formalnie potwierdził (17:00). A więc cały pogrzeb na nic. Granice zostaną zamknięte nie po to, by zluzować ROG, nie po to by wyłapywać wątpliwy eksport ludzi z Niemiec, ale po to, by dokładniej patrzeć kto wyjeżdża od nas.
Tak jak przeszliśmy z podwożenia do nas uchodźców ze strony niemieckiej na uberyzację, czyli sami wjeżdżamy do Niemca i zabieramy ładunek do siebie, tak teraz to Niemcy będą nam wciskać kogo chcą, zaś my będziemy wyłapywać towarzyszy w drodze do Berlina. Czyli u nas zostaną ci co mają zostać i to bez traktatu, dojdzie do nich w dodatku porcja przysyłanych z Niemiec.
Smuteczek
Taka to jest prawdziwa reakcja Tuska, czyli jak zwykle. Jest problem, mówimy, że go załatwimy, załatwiamy zaś całkiem odwrotnie. Ale ten numer nie może wychodzić bez końca, zwłaszcza, że i wybory, i pełzający zamach stanu z fałszowaniem wyborów, nie mówiąc już o kompletnie apolitycznej granicy to są rzeczy, których może się nie uda obejść. Nie można bez końca obchodzić wszystko sztuczkami PR-owskim. Jak żongler, który podrzuca coraz więcej przedmiotów o różnej wadze – kiedy ma ich za dużo, to wcale już nie ściąga uwagi publiki, ale może dostać w łeb największym kawałkiem. A ostatnie wybory pokazały odejście ludu od rozemocjonowanej polityki w kierunku pragmatyzmu, który – tak jak bezpieczeństwo – jest bezpartyjny.
Ideologia gender przegrywa powoli na całym świecie. Jej tragiczne skutki – szczególnie nieodwracalnie okaleczone dzieci – pozostaną z nami na wiele dekad, jednak najważniejsze kroki ku skasowaniu genderowego szaleństwa ze świata już zostały poczynione. Ostatnio do krajów, które zaczęły zakazywać transowania nieletnich, dołączyły też USA.
18 czerwca 2025 roku Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych w sprawie United States v. Skrmetti orzekł stosunkiem głosów 6 do 3, że zakaz tranzycji medycznej nieletnich w stanie Tennessee jest zgodny z konstytucją USA. Prawo to zabrania stosowania blokerów dojrzewania, terapii hormonalnej oraz operacji „zmiany płci” u osób poniżej 18. roku życia. Decyzja ta potwierdziła, że stany mają prawo ograniczać „postępowe eksperymenty”. To poważny cios, którego kilka lat temu transaktywiści pewnie się nie spodziewali!
Zakończony teraz proces dotyczył, dokładnie rzecz biorąc, konstytucyjności prawa stanu Tennessee, które zakazywało stosowania tranzycji w leczeniu dysforii płciowej u nieletnich. Dysforia to niechęć, wstręt lub nawet nienawiść wobec własnego ciała, która w przypadku domniemanego transseksualizmu kieruje się szczególnie wobec cech płciowych. Ktoś, kto odczuwa dysforię płciową, gardzi swoimi genitaliami, zarostem czy nawet głosem i stara się okaleczyć swoje ciało, tak by zaczęło ono pasować do fikcyjnej tożsamości. [Wariat!! Do Tworek!! md].
Transseksualiści „dorabiają” sobie piersi, transseksualistki – przyjmują testosteron, by brzmieć jak płeć przeciwna. Oczywiście przy innych urojeniach byłoby odwrotnie – lekarze staraliby się pozbyć iluzji, zamiast modelować podług niej ciało, dysforia płciowa jest jednak wyjątkiem. Tutaj ciało musi trafić pod nóż, by urzeczywistnić majaki.
Tak przynajmniej było jeszcze niedawno, również w prawie całych USA i wielu innych krajach. Jeżeli ktoś uznał się za transseksualistę, to popychano go w kierunku „zmiany płci”, czyli tranzycji. Nawet jeżeli tym kimś była osoba nieletnia.
Jednak w marcu 2023 roku Tennessee wprowadziło ustawę uniemożliwiającą lekarzom przeprowadzanie genderowych terapii oraz zabiegów chirurgicznych u osób poniżej 18. roku życia w celu potwierdzenia ich „tożsamości płciowej”, jednocześnie zezwalając na te same środki medyczne w innych przypadkach, takich jak leczenie przedwczesnego dojrzewania. Warto bowiem zrozumieć następującą rzecz: tranzycja nie odkrywa per se nic nowego, a jedynie wykorzystuje już istniejące i dopuszczalne zabiegi medyczne, robiąc to jednak niepoprawnie. Zabiegi, które składają się na „zmianę płci”, powstały wszak dawno temu, ale w innym celu: głównie po to, by pomóc właśnie przedwcześnie dojrzewającym dzieciom czy pacjentom z zaburzeniami hormonalnymi i po wypadkach.
Biologia dyskryminuje
Decyzja z Tennessee z 2023 roku spotkała się rzecz jasna z oporem zwolenników ideologii gender. Trzy rodziny z „transseksualnymi dziećmi” wspierane przez lewicowych aktywistów i lekarzy zaskarżyły prawo, twierdząc, że narusza ono „klauzulę równej ochrony przed dyskryminacją” z Konstytucji USA. Argumentacja rodziców, którzy chcieli transować własne dzieci, była dość absurdalna: zakaz okaleczania nieletnich miał według nich dyskryminować na podstawie płci. W prostych słowach: jeżeli jakiś chłopiec chce stać się dziewczynką, brać hormony i być operowany, to ma do tego prawo, nawet jeżeli to tylko dziecko. Wszystko inne byłoby krzywdzące – utrzymywały rodziny.
Przedstawiciele Tennessee, w tym prokurator generalny Jonathan Skrmetti, bronili natomiast ustawy zakazującej transowania nieletnich, powtarzając, że służy ona ochronie młodych obywateli przed nieodwracalnymi skutkami takich terapii.
Ostatecznie John Roberts, prezes Sądu Najwyższego, nie dał się omamić absurdalnej argumentacji o „dyskryminacji” i podtrzymał zakaz transowania dzieci. W swoim uzasadnieniu Roberts napisał, że zakaz transowania nieletnich w Tennessee opiera się na opiniach medycznych i szczególnej ochronie najmłodszych Amerykanów. Dzieci nie są w stanie wyrazić świadomej zgody na szkodliwe, zbędne zabiegi medyczne i dlatego nie wolno im „zmieniać płci”.
Trump kontra gender
Decyzja ta ma dalekosiężne skutki, ponieważ aż 27 stanów w USA wprowadziło podobne ograniczenia od 2021 roku. Tennessee, jako jeden z pierwszych, stał się symbolem oporu wobec ideologii gender. Decyzja w sprawie legislacji w tym stanie będzie teraz pewnie kopiowana na inne regiony, które zaczęły bronić zdrowia dzieci.
Do walki z ideologią gender włączyła się również nowa administracja po amerykańskich wyborach. Prezydent Donald Trump, który ponownie objął urząd w styczniu 2025 roku, wydał szereg rozporządzeń wykonawczych mających na celu ograniczenie „transpraw”. Jednym z pierwszych rozporządzeń Trumpa był zakaz finansowania tranzycji medycznych (istnieją jeszcze te „socjalne”, czyli słynne zaimki i przebieranki) dla osób poniżej 19. roku życia z funduszy federalnych. Inne rozporządzenie Trumpa nakazywało natomiast uznawanie tylko dwóch płci: męskiej i żeńskiej, kasując tym samym „niebinarność” z państwowych dokumentów.
Niektóre stany, takie jak Waszyngton czy Maryland, próbowały zablokować rozkazy Trumpa w lokalnych sądach. Na przykład sędzia federalna w Seattle Lauren King 1 marca 2025 roku przedłużyła blokadę rozporządzenia Trumpa, które miało pozbawiać funduszy instytucje oferujące tranzycję nieletnim. King nie tylko chciała, by dzieci były okaleczane, ale żeby działo się to za państwowe pieniądze.
Jej protest i podobne protesty innych sędziów spełzną jednak pewnie na niczym: ponad połowa Ameryki będzie teraz wolna od okrutnych eksperymentów na dzieciach. W miejscach takich jak Tennessee, Teksas czy Floryda tranzycja nieletnich jest i pozostanie praktycznie niemożliwa.
Świat się zmienia
Sytuacja może się jednak zmienić nawet w najbardziej lewicowych zakątkach USA, gdzie ideolodzy gender jeszcze mają wpływ na lokalne prawodawstwo. Ostatnie lata pokazują bowiem, że nawet medykom coraz trudniej jest bronić genderowych pomysłów. „Dowody naukowe”, na które powoływali się transaktywiści minionych dekach, okazują się być albo wątłe, albo wprost motywowane ideologicznie.
Legalizacja tranzycji medycznych dzieci w USA i innych krajach była wszak w dużej mierze wynikiem działań organizacji takich jak World Professional Association for Transgender Health (WPATH). W zeszłym roku natomiast wyciekły pliki z prywatnego forum aktywistów WPATH, dzięki którym świat przekonał się, że tranzycja najmłodszych okalecza ich ciała na zawsze. W szokujących, opublikowanych wiosną 2024 roku rozmowach z WPATH trans-aktywiści przyznawali wprost, że dzieci nie rozumieją tragicznych konsekwencji tranzycji i że fałszowanie naukowych danych to wśród aktywistów skrajnej lewicy częsta praktyka.
Naukowe dowody na długoterminowe korzyści tranzycji, zwłaszcza u dzieci, są zaś znikome. Badania takie jak przeprowadzone przez Yale, które twierdziły, że tranzycja zmniejsza ryzyko samobójstw, zostały już wielokrotnie skrytykowane za metodologiczne słabości, w tym brak grup kontrolnych i krótkoterminowy zakres.
Zmiany podobne do tych z USA mają też miejsce w innych krajach. Dla przykładu: w Wielkiej Brytanii raport Cass, opublikowany w 2024 roku przez znaną na cały kraj doktor pediatrii i niezależny zespół naukowców, wykazał poważne braki w dowodach na bezpieczeństwo i skuteczność tranzycji medycznych dzieci. Raport oparty na analizie ponad 100 wcześniejszych badań stwierdził, że stosowanie blokerów dojrzewania i hormonów u nieletnich wiąże się z potencjalnymi zaburzeniami w mózgu, w metabolizmie i w strukturze kośćca. W rezultacie Wielka Brytania wprowadziła ścisłe ograniczenia na tranzycję dzieci, zamykając kliniki takie jak Tavistock i zakazując blokerów dojrzewania w większości przypadków.
Szwecja, Finlandia i Norwegia również wprowadziły ograniczenia, uznając tranzycję dzieci za eksperymentalną.
Radość z tego, że wiele krajów porzuca teraz genderowe szaleństwo, jest więc czymś normalnym. Nienormalnym jest zaś fakt, że nieletni tak długo byli okaleczani w imię skrajnie lewicowej ideologii. Skutki genderowego okaleczenia są wszak szokujące.
Tranzycja medyczna zarówno u dzieci, jak i dorosłych, przynosi obiektywną szkodę. Blokery dojrzewania mogą powodować utratę gęstości kości, obniżone IQ i bezpłodność. Terapia hormonalna zwiększa ryzyko zakrzepów krwi, chorób serca i nowotworów. Operacje zmiany płci wiążą się z komplikacjami, takimi jak różne infekcje czy utrata czucia w miejscach intymnych. Długoterminowe skutki psychiczne, w tym żal po tranzycji (tzw. detranzycja), są też coraz częściej zgłaszane w mediach i w gabinetach lekarskich, zwłaszcza przez młodych ludzi, którzy czują, że zostali zbyt szybko skierowani na drogę samookaleczenia.
Polska w tyle
Niestety: Polska jest raczej krajem zapóźnionym, jeżeli chodzi o zrozumienia szkodliwości ideologii gender. To, co inne kraje już przeszły, my będziemy teraz przechodzić. Nasz obecny rząd dopiero zabiera się bowiem za promowanie abnegacji rzeczywistości biologicznej ludzkiego gatunku.
W Polsce partie lewicowe, takie jak Lewica i Zieloni, dążą do ułatwienia tranzycji, w tym tej dla nieletnich. Cel jest prosty: wprowadzić „tranzycję na żądanie”. Ominąć medycynę, oprzeć się na ideologii.
Tym bowiem jest właśnie taka „zmiana płci” on demand – to tranzycja bez opinii od lekarza, która zaczyna się od deklaracji „osoby trans”. Jeżeli ktoś mówi, że jest przeciwnej płci (albo nawet nie ma żadnej), to państwo powinno to respektować. W praktyce oznacza to, iż każdy może przyjąć dowolną tożsamość płciową, a jego/jej dokumenty będą to musiały odzwierciedlać. Na dokumentach jednak się nie kończy. Aktywiści gender domagają się, by państwo finansowało również tranzycję na żądanie wszystkim obywatelom z pieniędzy NFZ. Również dzieciom.
Prawo umożliwiające takie „zmiany płci” weszło już w życie za Odrą, gdzie od minionego listopada nawet 14-letnie dzieci mogą zacząć się transować bez zgody – lub nawet wbrew woli – własnych rodziców. Jeżeli natomiast nie skończyły jeszcze 14 roku życia, to w tranzycji pomoże im urzędnik, ograniczając prawo matki i ojca do decydowania o swoich synach i córkach.
Takie prawo jest obecnie celem polskiej lewicy, która będzie chciała wprowadzić u nas ustawę podobną do niemieckiego Selbstbestimmungsgesetz. Z pewnością prezydent Nawrocki spróbuje ją zatrzymać, ale nawet on nie może wiecznie blokować każdej ustawy rządowej. Możliwe więc, że Polska ułatwi niedługo transowanie swoich najmłodszych obywateli.
Szkoda, że nasz kraj nie podąża za światowymi trendami! Może faktycznie Polak jest mądry dopiero PO szkodzie!