Francuski pisarz Emil Zola, który był ateistą i mistrzem loży masońskiej, a także głównym reprezentantem pozytywizmu w literaturze, przeżył wielki duchowy wstrząs, gdy został cudownie uzdrowiony. Dopiero wtedy pojednał się z Bogiem i zerwał wszelkie więzy łączące go z masonerią.
Dominujące we Francji i Europie antykatolickie środki masowego przekazu wmawiały opinii publicznej, że Lourdes jest miejscem fanatyzmu religijnego i oszustwa inspirowanego przez katolicki kler. Wrogowie Kościoła katolickiego uciekali się do najbardziej nikczemnych sposobów, z fałszowaniem faktów i dokumentów włącznie, aby ośmieszyć i zdyskredytować objawienia Matki Bożej w Lourdes. Wielka liczba nawróceń i cudownych uzdrowień, które od czasu objawień nieustannie się tam dokonują, jest nadzwyczajnym sposobem przemawiania Boga do zagubionych ludzi. Do nawrócenia nie wystarczy samo zobaczenie cudu, ale konieczne jest szczere szukanie prawdy oraz uczciwość intelektualna. Ludzie złej woli, którzy „przez nieprawość nakładają prawdzie pęta” (Rz 1,18), opacznie interpretują cudowne znaki.
Emil Zola w Lourdes – świadek uzdrowień Smutnym tego przykładem jest słynny pisarz Emil Zola, który był ateistą i mistrzem loży masońskiej, a także główną postacią pozytywizmu we francuskiej literaturze. 20 sierpnia 1892 r. E. Zola przyjechał do Lourdes pociągiem wiozącym chorych z Paryża. Wśród nich były dwie kobiety w ostatnim stadium gruźlicy: Marie Lebranche i Marie Lermarchand. Przyjechały prosić o cud uzdrowienia. Zola natomiast przybył do Lourdes z zamiarem zebrania materiałów do książki, która miała zdemaskować „oszustwa katolickiego kleru”.
Stojąc przed grotą objawień w tłumie pielgrzymów, pisarz był świadkiem niesamowitego wydarzenia. Otóż na jego oczach obie umierające na gruźlicę Marie zostały w jednym momencie cudownie uzdrowione. Widząc oczywisty fakt całkowitego uzdrowienia dwóch bliskich śmierci kobiet, E. Zola zareagował w sposób szokujący. W swojej książce Lourdes zanegował nie tylko fakt cudownego uzdrowienia kobiet, ale posunął się także do absurdalnego kłamstwa, pisząc, że jedna z nich zmarła, chociaż w rzeczywistości mieszkała w Paryżu i cieszyła się wyśmienitym zdrowiem. Pisarz jednak chciał za wszelką cenę uwiarygodnić swoje kłamstwo, dlatego osobiście udał się do tej kobiety i oferując jej dużą sumę pieniędzy, nakłaniał ją, aby przeprowadziła się do Belgii. Pragnął w ten sposób pozbyć się niewygodnego świadka, który mógłby zdemaskować fałsz zawarty w jego publikacji. Chociaż wielokrotnie zostały wykazane ewidentne kłamstwa E. Zoli w jego książce o Lourdes, on jednak nigdy na te zarzuty nie odpowiedział.
Nawrócenie Emila Zoli W 1895 r. ukazał się w „Civilta Catolica” artykuł pt. Owoce kalumnii Zoli, w którym autor pisał o pewnym paradoksie. Podobnie jak szatan, który wbrew sobie w ostateczności przyczynia się do oddawania chwały Bogu w świecie, tak samo masoneria poprzez Zolę przyczyniła się do zwiększenia kultu Matki Bożej w Lourdes. Po ukazaniu się książki E. Zoli o ludzkich objawieniach zaczęli tam tłumnie przyjeżdżać korespondenci i dziennikarze; było wśród nich wielu niewierzących, cyników i kpiarzy.
Dopiero będąc w Lourdes, wszyscy oni poznawali fakty i przekonywali się o oczywistości cudów, które często działy się na ich oczach. Odjeżdżali nawróceni, świadomi ogromu tajemnicy miłości Boga.
Również Emil Zola doświadczył cudu swojego nawrócenia. Stało to się kilka lat po napisaniu przez niego oszczerczej książki o Lourdes. Otóż w 1896 r. pisarz doznał otwartego złamania nogi; pomimo intensywnego leczenia rana w jego nodze stale się powiększała i groziła mu amputacja kończyny. W Wigilię Zola miał sen, że jest w kościele i śpiewa kolędę przed obrazem Madonny z Dzieciątkiem. Kiedy się obudził, usłyszał, że jego żona śpiewała tę samą kolędę. Wtedy pisarz poprosił ją, aby poszła do kościoła, zapaliła tam świecę w jego imieniu i pomodliła się przed obrazem Matki Bożej. Po tej modlitwie noga Zoli została cudownie uzdrowiona. Był to dla niego wielki duchowy wstrząs. Pisarz natychmiast pojednał się z Bogiem w sakramencie pokuty, zaczął się codziennie modlić oraz uczestniczyć w Eucharystii. Napisał także oświadczenie, w którym stwierdził, że przez ostatnie 30 lat żył w wielkim błędzie.
Zerwał z masonerią Zola zerwał wszelkie więzy łączące go z masonerią i ostrzegał przed wielkim duchowym zagrożeniem, jakie niesie ze sobą jej nauczanie oraz walka z Kościołem katolickim. Pisarz wyraził również szczery żal i wielką skruchę za wszelkie zło, które popełnił w czasie swej działalności w loży masońskiej. Zwrócił się z prośbą do papieża Leona XIII o przebaczenie wielkiego zła, które wyrządził ludziom, wprowadzając ich na drogę grzechu przez swoje antykościelne publikacje i wystąpienia.
Nawrócenie laureata Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny – prof. Alexisa Carrela. Kilka lat po nawróceniu Emila Zoli w Lourdes miało miejsce nawrócenie laureata Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny – prof. Carrela. Przyjechał on do Lourdes jako ateista w 1903 r. razem ze swoją pacjentką Marią Ferrand, umierającą na gruźlicę otrzewnej.
W czasie błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem przed grotą Matki Bożej na jego oczach Maria Ferrand została cudownie uzdrowiona. Wydarzenie to było momentem przełomowym w życiu Carrela: zrozumiał, że Bóg jest poza wszelkim naukowym poznaniem i zrozumieniem. Pojął także, iż jedyną drogą prowadzącą do Niego jest modlitwa, sakramenty pokuty i Eucharystii oraz życie zgodne z Dekalogiem i Ewangelią.
Noblista pisał: „Przedzierając się przez mroki rozumu, dochodzi się do Niego tęsknotą i miłością. Dopiero wtedy staje się możliwe doświadczenie miłości Boga, które jest podobne do przeżyć artystów i zakochanych”. Od momentu nawrócenia najważniejszym celem życia dla A. Carrela było bezgraniczne zaufanie Bogu oraz pełnienie Jego Woli. Środowisko uniwersyteckie w Lyonie nie mogło się pogodzić z faktem, że naukowiec stał się głęboko wierzącym katolikiem. Przełożeni zagrozili mu zwolnieniem z pracy, jeżeli nie zmieni swoich poglądów.
Carrel pozostał jednak nieugięty. Wyjechał do Nowego Jorku, gdzie w Instytucie Rockefellera otworzyła się przed nim droga kariery naukowej, ukoronowana przyznaniem mu Nagrody Nobla w 1912 r. Emil Zola zobaczył w Lourdes cud uzdrowienia i nie uwierzył. Nawrócił się dopiero kilka lat później, kiedy na samym sobie doświadczył działania Bożej wszechmocy. Natomiast Alexis Carrel odczytał w cudzie uzdrowienia swojej pacjentki wezwanie samego Boga, aby w akcie pokornej wiary przyjąć dar Jego miłości. Cuda są czytelnymi znakami Bożego miłosierdzia tylko dla ludzi dobrej woli, którzy szczerze szukają prawdy.
Święta Edyta Stein, która porzuciła ateizm po lekturze biografii św. Teresy Wielkiej, napisała: „Bóg każdego prowadzi jego własną drogą; jedni dochodzą do celu prędzej i łatwiej, inni później i trudniej. Wszystko, co możemy uczynić, jest drobnostką w porównaniu z tym, co otrzymujemy. Ale to niewiele musimy sami zrobić. Przede wszystkim wytrwale modlić się o poznanie właściwej drogi; kiedy się ją dostrzeże, iść bez oporów za natchnieniem łaski. Kto tak postępuje i trwa cierpliwie, nie może powiedzieć, że jego wysiłki są daremne. Nie trzeba tylko wyznaczać Bogu terminów”.
It is most likely the most common phobia in the USA – and yet no one speaks of it.
For some who suffer from needle phobia, the fear is so intense that they avoid doctors nd dentists altogether, to the point where they will completely avoid any visit that might include a needle stick.
The issue is so prevalent that fainting from a needle stick is the cause of over half of the emergencies in dental offices (1).
Needle phobia affects at least 10% of the population, and yet has only recently been classified as an affliction. Since individuals with this condition often avoid medical treatment, it can pose a major obstacle in healthcare. The cause of needle phobia stems from a vasovagal reflex that causes a shock-like response when a needle puncture occurs.
For some, the fear is so intense that they will completely avoid any doctor’s visit that might include a needle stick.
Although many in the medical field used to believe that this was an inherited reflex, there is little evidence to support that hypothesis, which is based on the idea that humans are evolutionarily conditioned to fear puncture and cutting injuries. Countering that narrative is the fact that needle phobia often develops only after repeated exposure in children. That an ever larger percentage of the population, particularly younger people, are now needle-phobic. It is now generally accepted that needle phobia is due to an early-life traumatic event, often associated with vaccine administration.
Needle phobia can be severe, and people with this fear are often terrified of routine needle procedures. There is literature documenting that for some patients, the fear is so profound that they claim they would rather die than undergo a needle procedure. This intense fear can lead to health, social, and legal problems. The vasovagal response (fainting) associated with needle phobia has even caused deaths. But there is an even more sinister side to this that the medical profession doesn’t even acknowledge.
One meta-analysis of studies on needle phobia analyzed 119 original peer-reviewed research articles, “of which 35 contained sufficient information for meta-analysis. The majority of children exhibited needle fear, while prevalence estimates for needle fear ranged from 20-50% in adolescents and 20-30% in young adults. In general, needle fear decreased with increasing age. Both needle fear and needle phobia were more prevalent in females than males. Avoidance of influenza vaccination because of needle fear occurred in 16% of adult patients, 27% of hospital employees, 18% of workers at long-term care facilities, and 8% of healthcare workers at hospitals (2).”
Another study found that most people who experience needle phobia rate their fear as significant, with 52% of the people avoiding blood draws, and 33% avoiding vaccinations.
However, later publications do not provide any documentation that this is an inherited trait, and this thesis has largely been discounted.
I queried various AIs on the subject of how much government funding has been spent on needle phobia. The answer was shocking:
There is not a publicly available record indicating large-scale, multi-million dollar government programs exclusively for „needle phobia” research; most funding is embedded within broader health, vaccine, or mental health initiatives.
The truth is that our government has spent almost nothing to determine the cause or how to manage this condition for those living with this chronic disease. It is almost as if they don’t want to know.
Why is this important?
It is postulated that needle phobia impedes both chronic and acute patient visits to medical care providers and systems. One peer-reviewed paper had needle-phobic patients on record as saying they would rather die than get a needle stick.
How many deaths occur each year because someone didn’t want to get that lump checked out because of a fear of needles? How many people suffer a cardiac event and choose not to go to the doctor because of this fear, until it is too late? How many people have unchecked diabetes because they refuse injectable medications?
Those who work with patients are fully aware that needle phobia often develops in childhood due to the often-repeated traumatic events surrounding vaccination. The following text is from a peer-reviewed paper discussing just how debilitating this phobia is:
Needle phobia without the vasovagal response has often arisen from a situation where classical conditioning has occurred. This puts it more in the realms of a specific phobia that is not B-I-I type.
For instance, a patient who recalls being held down as a child while receiving vaccinations, or undergoing anaesthetic will have learned a paired association of ‘needles plus doctors equals pain and distress’. Therefore, being back in that situation produces distress to the extent that sufferers will simply avoid the situation.
Whether caused by vasovagal reactions or a conditioned response, in its most extreme forms, I have worked with many patients who were refusing life-saving treatment, as the anxiety of a cannula or blood test was too much.
For instance, a 24-yr-old man with Hodgkin’s lymphoma was so distressed by the idea of cannulation that he refused to undergo chemotherapy. His wife was 4 months pregnant with their first child at the time and even this was not enough incentive for him to face his anxiety (3).
It is generally acknowledged that missed cancer diagnoses, cardiac arrests, and other life-threatening situations arise because people are so fearful of needles that they avoid seeking healthcare.
As the vaccine schedule has both increased in scope and the number of injections given at a very early age has skyrocketed, it can be surmised that needle phobia is increasing in the general population in the United States, following along with the increasingly aggressive vaccination schedule. Needle phobia generally starts in very young children, and only increases with each traumatic event.
By the age of two, a child in the USA receives almost 30 shots.
A Canadian study of over one thousand children found that 63% of those born in 2000 or later now fear needles. In a 2017 study, this increase in prevalence was again quantified. Half of preschoolers who got all their boosters on the same day, with often four or five injections all at once, were severely afraid of needles years later.
This problem is growing.
In sorting through the publications, there are almost no data on how many preventable hospitalizations and even deaths are due to needle phobias each year. It is an entirely unstudied phenomenon.
What is the risk-benefit ratio of repeatedly injecting a child with vaccines throughout their childhood? A child who then suffers the “mild” consequences of injection site pain, fatigue, hot-flashes, muscle soreness, nausea, and other vaccine-induced side effects that medical personnel consider perfectly normal? When does preventative medicine cross the line from being “preventive” to abusive?
The Butterfly effect.
Could it be that whatever gains made from the most aggressive vaccine program in the world (courtesy of the USG CDC) is making people sicker, as so many needle-phobic individuals refuse most or even all medical and even dental care because of their fear of needles?
Yet, throughout the peer-reviewed literature, it is generally accepted that the number of people who reject medical care if a needle is involved continues to grow.
It is an unfortunate truth that none of this is being measured. There are no government grants to assess the risk-benefit analysis of the most aggressive vaccine campaign in the world.
A simple shot in a child’s arm at a vulnerable age or mindset, or maybe repeated shots, could cause real psychological damage. The extent of which isn’t being measured.
A Shot in Every Arm.
A child who follows the CDC vaccination schedule from birth until adulthood typically receives between 54 and 60 vaccine doses by age 18, depending on the combination of vaccines used.
So many questions remain unanswered.
What is the long-term mental health consequences of this aggressive vaccination regime?
What percentage of people with needle phobia, became that way due to vaccination at vulnerable age points?
Research has shown that children develop needle phobia during specific age brackets. What are those age brackets?
What is the percentage of people who have suffered a significant health event or even death because of needle phobia?
How many people are so shamed by their fear of needles that they can’t share this fear with their physicians, instead avoiding medical treatments altogether?
Isn’t it time that government officials faced up to the fact that we don’t have the answers that they need to make informed decisions being made in the name of public health, that may actually be causing real harm.
The Bottom Line
The fundamental idea that a true “risk/benefit” analysis of vaccination, or any other medical procedure for that matter, can be calculated is fundamentally flawed. Particularly in situations where the State intervenes to coerce, entice, and/or compel (mandate) acceptance of a medical procedure. There are too many variables, known and unknown.
At the root of modern Western “public health” is the thesis that the State has the right to mandate medical procedures to advance “the greatest good for the greatest number”, a logic that is based on socialist utilitarianism. Yet this is what three-year “Masters in Public Health” (MPH) university curricula teach. The consequence of these non-scientifically trained MPH dominating the US Public Health Service (and specifically CDC management) is that you have a cadre of trained socialists implementing mandates based on conclusions derived from imperfect and incomplete survey data compiled and analyzed by other socialists.
“A Midwestern Doctor” recently pointed out to me that at the most recent ACIP meeting, the following question was asked of a CDC official presenting data on COVID vaccine adverse events:
Question- „How are you monitoring long term side effects”
Answer- “But I think with relation to how are we thinking going forward about our safety and is it well adapted to the situation. I think we feel very confident in our safety systems in the US. We have one of the best safety systems in the world. But we are continuing to think through ways of how to improve them. And I think one thing you’re getting at is our ability to monitor long-term outcomes of vaccination. And obviously that’s very difficult. the longer you get out from vaccination, the more you can introduce confounding infections or other things that are unrelated to the vaccine and the in the ability to tease out vaccine versus other effects becomes much more challenging. But I think we would welcome input from the committee on um you know how to how to better do that.”
Which, distilled from this long-winded deflection, translates to “we are not monitoring long-term side effects because we think it is too hard to do this”.
In other words, the CDC is currently entirely unable to “calculate” risk/benefit ratio for these or any other vaccines. But this does not impede prominent “public health” officials or academics (or their dead media and captured politician allies) from cloaking themselves in “Science” and asserting that their policies and pronouncements shall not be challenged.
COVID taught us to look beyond the curtain and let us see that the “Great Oz” of “Public Health” socialists were merely pretenders.
When a “public health official” presumes to represent “The Science” and acts to manipulate the public into accepting an intervention based on imperfect data, “The Science” is being used as a pretense to justify authoritarian actions that are based on ideology and politics, not on an actual rigorous scientific assessment. And as the issue of needle phobia illustrates, in most cases the full spectrum of “Public Health” benefits, risks, and harms cannot be known and therefore risk/benefit ratio calculations (or quality adjusted life year calculations) become fictional propaganda.
By their own admission, CDC leaders are incapable of accurately and comprehensively assessing risk and benefit of any of their utilitarian interventions. There will always be unknown and in many cases unknowable variables. This applies to mask use, social distancing, lockdown policies, school closures and vaccine mandates. Therefore they are ill suited to make and attempt to enforce “public health policy”. And are completely unqualified to advocate for State-endorsed enticement, coercion and compulsion of any medical procedure or social intervention.
In a representative democracy governed by a constitution and bill of rights, policy must be made by elected officials. And in the case of medical procedures, that policy must be guided by the fundamentals of medical ethics, which do not provide the State with a special exemption for expediency. People, and specifically patients, have rights. And these rights do not allow the majority to force the minority to accept medical procedures. And they certainly do not provide an exception for a priesthood of Scientism to dictate what medical procedures they are to receive on the basis of socialist-utilitarian logic rooted in incomplete and imperfect data analyses.
Below is a clip of Mandy Cohen, former CDC Director, talking and laughing about how she made policy decisions during COVID. Her approach? She would ask friends, „Well, what are you planning to do?” And they would casually agree on some policy on the phone and then do that. The clip was recently highlighted in an “X” post by Dr. Kevin Bass, who is an actual scientist (molecular biologist and genomics expert).
This is the definition of arbitrary and capricious authority. This is Scientism, not science.
Six Principles of Medical Ethics
Beneficance. Physicians must act in the best interests of the patient. Singular. One specific patient. Not in the best interests of society. Not to advance the greatest good for the greatest number. The patient in front of them at that specific point in time.
Non-Malfeasance. In short, do no harm. This does not mean you can do some harm to some patients for the good of the many.
Autonomy. The PATIENT has the right to choose whether to accept a medical procedure or intervention. Not Society, and certainly not some “Public health official” has the right to make a determination for a patient. THE PATIENT gets to choose. The physician and the “public health official” can provide honest truthful, unbiased information to the patient about risks and benefits, but THE PATIENT gets to decide on whether to accept the procedure. That is called INFORMED CONSENT, and if you disagree with that then you have no right to be involved in any way with the medical enterprise. There is no special “vaccine exclusion” or “exemption” for this fundamental human right.
Justice. There should be no “tiered” or “special” medical care for some that is withheld from others. Treatment options should reflect the merit of the illness. No discrimination based on whether or not a patient has accepted or rejected some other medical procedure. Like withholding organ transplantation from those that refused a COVID genetic vaccine, for example.
Dignity. Both Physician (or other medical care provider) AND THE PATIENT have the right to be treated with dignity. As opposed to hostile arrogance, for example.
Truthfulness and Honesty: Patients deserve to know the whole truth about both illness and treatment to the best of the ability of the physician or medical care provider. No lies about mask or social distancing or lockdown effectiveness. No cover ups of adverse events. No lies about biodistribution, pharmacokinetics, lot variability, adulteration.
Trump podkreślił tę dominację w ekskluzywnym wywiadzie dla Daily Caller opublikowanym w poniedziałek, wielokrotnie opisując wpływy Izraela jako „najsilniejsze lobby, jakie kiedykolwiek widział”.
W zdumiewającym wyznaniu, prezydent Donald Trump ujawnił, że Izrael wcześniej miał „całkowitą kontrolę” nad Kongresem USA, co uniemożliwiało przetrwanie w amerykańskiej polityce każdemu, kto mówi „źle” o państwie żydowskim.
Trump wskazał na historyczne przykłady, w których krytyka Izraela kończyła karierę polityków, podkreślając, jak zasięg lobby rozciągał się głęboko na amerykańską politykę.
„Jeśli cofniesz się o 20 lat. To znaczy, powiem wam, że Izrael miał najsilniejsze lobby w Kongresie ze wszystkich organizacji, lub jakiejkolwiek firmy, korporacji czy państwa, jakie kiedykolwiek widziałem. Izrael był najsilniejszy. Dziś nie ma już tak silnego lobby. To niesamowite” – wyjaśnił Trump.
Czasy się zmieniły, a amerykańska polityka ma teraz różnego rodzaju krytyków Izraela, a mianowicie „AOC plus trzy” i „wszyscy ci szaleńcy” – dodał Trump. Prezydent USA odniósł się do tzw. „Drużyny”, nieformalnej postępowej lewicowej frakcji Klubu Demokratycznego w Izbie Reprezentantów, pierwotnie składającej się z Alexandrii Ocasio-Cortez, Ilhan Omar, Ayanny Pressley i Rashidy Tlaib, znanej ze swojego silnego antyizraelskiego stanowiska.
Trump zasugerował, że konflikt między Izraelem a Hamasem w Strefie Gazy, wywołany niespodziewanym atakiem na południowy Izrael przeprowadzonym przez grupę palestyńską 7 października 2023 r., jeszcze bardziej osłabił wpływy Zachodniej Jerozolimy w USA.
„Mogą wygrywać wojnę, ale nie wygrywają świata public relations, wiesz, i to im szkodzi” – powiedział.
W tym samym czasie Trump chwalił siebie za to, co zrobił dla Izraela, twierdząc, że „nikt nie zrobił więcej” dla tego kraju. Prezydent USA powiedział, że Izrael jest „niesamowity”, ponieważ w zamian cieszy się „dobrym wsparciem” z ich strony.
THE OVAL OFFICE – President Donald Trump told the Daily Caller that the Israel lobby is losing influence over Congress during an interview Friday.
Daily Caller White House Correspondent Reagan Reese sat down with Trump for an hour in the Oval Office Friday afternoon. A March Pew Research Center Poll that found support for Israel among young Republicans is slipping. The president acknowledged that he was aware of this trend, and explained to the Caller that Israel’s ironclad support in Congress is a thing of the past. (RELATED: Trump Makes NATO Call Him ‘Daddy’)
==========================================
The following is an unedited excerpt from the Caller’s conversation with the president. A full transcript will be made available Monday evening.
The Daily Caller is working to be your voice by asking the questions you care about. Support the mission by joining today.
REESE: A different war, Israel, a March Pew Poll, found that 53% of surveyed U.S. adults had an unfavorable view of Israel, that’s down – or that is up from 42% in 2022.
Among young Republicans under 50, 50% have an unfavorable view of Israel. That’s up from 35% in 2022.
There’s a growing group within the MAGA, America First coalition, Republicans, especially younger Republicans, who are skeptical of our support for Israel. Are you aware of this group? Are you worried about it?
TRUMP: Yeah I’m aware of it. So, Israel is amazing, because, you know, I have good support from Israel. I have. Look, nobody has done more for Israel than I have, including the recent attacks with Iran, wiping that thing out. We, that plane, wiped them out like nobody ever saw before. You know, we got back and CNN was trying to say ‘well, maybe it wasn’t complete,’ and it turned out totally complete, beyond complete. But when, if you go back 20 years. I mean, I will tell you, Israel had the strongest lobby in Congress of anything or body, or of any company or corporation or state that I’ve ever seen. Israel was the strongest. Today, it doesn’t have that strong a lobby. It’s amazing. [bold MD]
There was a time where you couldn’t speak bad, if you wanted to be a politician, you couldn’t speak badly. But today, you have, you know, AOC plus three, and you have all these lunatics, and they’ve really, they’ve changed it. You’re too young to know this, but if you go back 15 years, probably that’s when it started, right. Israel, you would understand this very much, Israel was the strongest lobby I’ve ever seen. They had total control over Congress, and now they don’t, you know, I’m a little surprised to see that. And people, they forgot about October 7th. You know, October 7th was a truly horrible day, because I’ve seen the pictures.
REESE: I was just over in Israel, and we went right up to the war where you could hear the bombs dropping in Gaza. And we went to the places from October 7th. Scary. Being in it. I understand —
TRUMP: It was a really bad one, right?
REESE: Yeah.
TRUMP: And you know, you have people that deny it ever happened, they’re deniers. You have people that deny the Holocaust ever happened. So, they’re gonna have to get that war over with. But it is hurting Israel. There’s no question about it.
They may be winning the war, but they’re not winning the world of public relations, you know, and it is hurting them. But Israel was the strongest lobby 15 years ago that there has ever been, and now it’s, it’s been hurt, especially in Congress.
Georgia Republican Rep. Marjorie Taylor Greene, a longtime Trump-ally, recently became the first House Republican to say Israel was committing “genocide” in Gaza. Steven Bannon, another longtime Trump booster, has spent the summer claiming that Israel is not truly an ally of the United States and has called Israeli Prime Minister Benjamin Netanyahu’s camp untrustworthy.
UE zapomniała o systemie śledzenia lotów, kiedy opublikowała historię o samolocie Rosja/Ursula Bułgaria.
Teraz będą twierdzić, że Flightradar24 to dezinformacja Kremla.
Media donoszą o zakłóceniach GPS w samolocie wiozącym Ursulę von der Leyen do Płowdiw w Bułgarii. Niektóre relacje twierdzą, że samolot znajdował się przez godzinę w trybie wstrzymania lądowania.
Oto, co możemy wywnioskować z naszych danych.
* Lot miał trwać 1 godzinę i 48 minut. Lot trwał 1 godzinę i 57 minut.
* Transponder samolotu zgłaszał dobrą jakość sygnału GPS od startu do lądowania.
EU forgot about flight tracking when they published the Russia/Ursula Bulgaria plane story. They will now claim Flightradar24 is Kremlin disinfo
Cytuj
Flightradar24 @flightradar24 1 wrz
We are seeing media reports of GPS interference affecting the plane carrying Ursula von der Leyen to Plovdiv, Bulgaria. Some reports claim that the aircraft was in a holding pattern for 1 hour. This is what we can deduce from our data. * The flight was scheduled to take 1 hou
W komentarzach na portalach społecznościowych pojawiały się argumenty, że domniemany atak był najprawdopodobniej atakiem pod fałszywą flagą, przeprowadzonym przez Ukrainę lub NATO.
Jednak w tej przepychance o ustalenie winy nieco zagubił się prosty fakt: nie było żadnych dowodów na to, że kiedykolwiek miały miejsce jakieś „zakłócenia GPS”.
Jakie wnioski możemy wyciągnąć z historii o „rosyjskiej ingerencji w GPS”
W poniedziałkowy poranek szeroko rozgłaszano informację, że prywatny odrzutowiec przewożący Urszulę von der Leyen do Płowdiw w Bułgarii był narażony na „zakłócenia GPS” i w ostatniej części podróży musiał nawigować, korzystając z papierowych map.
Winą za to szybko obarczono Rosję. Podejrzewano, że była to próba zamachu na szefową UE, albo przynajmniej zastraszenia jej. Reakcje były niemal natychmiastowe.
«Samolot Ursuli von der Leyen został dotknięty przez podejrzaną rosyjską ingerencję w GPS»
Stacja ABC News zdecydowała się na [dodano mocniejsze podkreślenie]:
«Samolot szefowej UE Ursuli von der Leyen został trafiony przez podejrzane rosyjskie zakłócenia GPS»
BBC trochę to pomieszało [dodano jeszcze mocniejsze podkreślenie]:
«Samolot szefowej UE von der Leyen trafiony przez PODEJRZANE rosyjskie urządzenie zagłuszające GPS»
Czy dostrzegasz jakiś schemat?
W innym miejscu AP twierdzi, że ma wszystkie potrzebne informacje, dodając, że są one tak pewne, że nie ma sensu ich badać:
«Bułgaria nie będzie badać podejrzeń o rosyjską ingerencję elektroniczną w samolot wysokiego rangą urzędnika europejskiego – poinformowali w poniedziałek urzędnicy, ponieważ tego rodzaju zagłuszanie sygnału GPS stało się obecnie bardzo powszechne.»
«Co może zrobić Europa, aby lepiej bronić się przed zakłóceniami sygnału GPS ze strony Rosji?»
Dobra wiadomość jest taka, że według The Independent NATO nas uratuje:
«NATO twierdzi, że pracuje nad przeciwdziałaniem zagłuszaniu sygnału GPS przez Rosję po incydencie z samolotem szefowej UE»
The Conversation zadaje ważkie pytanie, sugerując, że za tą historią kryje się coś więcej:
«Zakłócenia GPS ze strony Rosji: czy muszę się martwić podczas lotu samolotem?»
Zrozumieliście? Latanie jest straszne. Putin może cię zabić. Chyba bezpieczniej będzie po prostu zostać w domu.
W komentarzach na portalach społecznościowych pojawiały się argumenty, że domniemany atak był najprawdopodobniej atakiem pod fałszywą flagą, przeprowadzonym przez Ukrainę lub NATO.
Jednak w tej przepychance o ustalenie winy nieco zagubił się prosty fakt: nie było żadnych dowodów na to, że kiedykolwiek miały miejsce jakieś „zakłócenia GPS”.
Strona internetowa FlightRadar24 monitoruje ruch lotniczy za pomocą danych GPS i telemetrii dla lotów na całym świecie i w ciągu kilku minut odpowiedziała na to stwierdzenie następującym tweetem:
Według ich danych, opóźnienie nie wyniosło godziny (jak donosiły niektóre źródła), a jedynie dziewięć minut, co jest dość typowym standardem w przypadku podróży lotniczych. Dane pokazują również, że przez cały lot samolot utrzymywał sygnał transpondera.
Krótko mówiąc, dane nie wskazują na to, że lot był w jakikolwiek sposób niezwyczajny.
Media są wyraźnie świadome tej pozornej sprzeczności, wyjaśniając jej „szczególną specyfikę” w swojej wersji narracji. W swoim kolejnym artykule, opublikowanym dziś rano, „Financial Times” zauważa:
«Co nietypowe, transponder na pokładzie samolotu von der Leyen najprawdopodobniej był w stanie ustalić położenie samolotu i przekazywać tę informację przez cały czas trwania incydentu.
Lokalizację samolotu podawano dokładnie i na bieżąco na stronach internetowych zajmujących się śledzeniem lotów, ponieważ tak zwany system automatycznego zależnego nadzoru – rozgłaszania (ADS-B) najwyraźniej nie był naruszony.»
Co w zasadzie jest przyznaniem, że dane wskazują na to, iż „zakłócenia GPS” nigdy nie miały miejsca.
W rzeczywistości nie mamy żadnego potwierdzenia, że cokolwiek się wydarzyło. To tylko historyjka, a ludzie po obu stronach trzymali się tego założenia, zanim zostało ono ostatecznie potwierdzone.
Czego możemy się nauczyć z tej historii? Zawsze. Wszystko. Kwestionuj.
Polska wyróżnia się na tle innych krajów Unii Europejskiej pod względem zatrudnienia w sektorze publicznym. Z najnowszych danych wynika, że w instytucjach państwowych pracuje około 3,5 miliona Polaków, co stanowi znaczną część rynku pracy. Ten wysoki udział budzi wiele pytań o efektywność działania sektora publicznego i jego wpływ na gospodarkę.
Duży odsetek zatrudnionych w sektorze publicznym
Polska jest jednym z krajów, w których udział osób pracujących dla państwa jest wyjątkowo wysoki. Według raportu przygotowanego przez Fundację Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR), w sektorze publicznym zatrudnionych jest około 21,6% (wg innych danych 23.6%) wszystkich pracujących.
To oznacza, że ponad co piąta osoba w Polsce wykonuje pracę w instytucji publicznej, co czyni nasz kraj jednym z europejskich liderów w tej dziedzinie. Dla porównania, w Niemczech czy Hiszpanii ten odsetek wynosi około 15%, natomiast w Danii, która przoduje w Europie, aż 35%.
Dla porównania w Japonii dla sektora publicznego pracuje 7,7% wszystkich pracujących, a w USA 13,4%.
Kto pracuje dla państwa?
Pracownicy sektora publicznego w Polsce obejmują szeroką grupę zawodową – od administracji publicznej, przez służby mundurowe, aż po edukację i służbę zdrowia. Najwięcej osób zatrudnionych jest w administracji publicznej, wojsku, policji oraz w ZUS-ie.
Edukacja i służba zdrowia
Jednym z sektorów, który budzi szczególne wątpliwości ekspertów, jest edukacja. Mimo że liczba uczniów w Polsce od lat systematycznie spada, zatrudnienie w tym sektorze utrzymuje się na stałym poziomie. Zdaniem Aleksandra Łaszka, takie zjawisko może być nieefektywne i wymaga reform. Podobne obawy pojawiają się w kontekście służby zdrowia, gdzie pracuje około pół miliona osób. Mimo rosnącej liczby prywatnych placówek medycznych, sektor publiczny pozostaje jednym z największych pracodawców.
Przemysł również pod kontrolą państwa
Państwo odgrywa również istotną rolę w przemyśle, zatrudniając znaczącą liczbę pracowników w kluczowych sektorach. W górnictwie, które jest silnie uzależnione od polityki państwowej, pracuje ponad 120 tysięcy osób. Pomimo rosnących kosztów i spadającej rentowności, ta branża pozostaje jedną z kluczowych gałęzi gospodarki publicznej. W innych sektorach, takich jak przetwórstwo, transport czy energetyka, państwo także ma duży udział – zatrudniając odpowiednio około 90 tysięcy, 270 tysięcy i 110 tysięcy osób.
Wynagrodzenia w sektorze publicznym
Jednym z czynników, które przyciągają pracowników do sektora publicznego, są stosunkowo wysokie wynagrodzenia. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że przeciętne wynagrodzenie brutto w sektorze publicznym jest średnio o 30% wyższe niż w sektorze prywatnym, co czyni pracę dla państwa atrakcyjną dla wielu osób. Niektórzy eksperci zauważają jednak, że różnica ta może wynikać z bardziej ustabilizowanego zatrudnienia i przywilejów pracowniczych, a niekoniecznie z efektywności czy produktywności.
Jak zwiększyć efektywność?
Pomimo dużej liczby osób pracujących dla państwa, efektywność sektora publicznego w Polsce pozostawia wiele do życzenia. Z raportów Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) wynika, że w ciągu najbliższej dekady polskie PKB mogłoby wzrosnąć nawet o 17 punktów procentowych, gdyby podjęto odpowiednie reformy mające na celu zwiększenie wydajności administracji publicznej. Eksperci zwracają uwagę, że jednym z problemów jest brak elastyczności oraz niski poziom cyfryzacji, co ogranicza możliwości szybkiej modernizacji.
Zatrudnienie w sektorze publicznym w Polsce jest na jednym z najwyższych poziomów w Europie, co stawia nasz kraj w gronie liderów pod względem liczby osób pracujących dla państwa. Choć sektor publiczny oferuje stabilne zatrudnienie i relatywnie wysokie wynagrodzenia, problemem pozostaje jego efektywność. Reformy zmierzające do poprawy wydajności, zwłaszcza w edukacji i służbie zdrowia, mogłyby w znaczący sposób wpłynąć na rozwój gospodarczy kraju.
Było to w ostatni wtorek w mieście w województwie pomorskim. Jedenastoletni Jaś (imię zmienione na prośbę rodziców) wyszedł z sali lekcyjnej pod pretekstem skorzystania z toalety. W szkolnej łazience wyjął telefon i zadzwonił do rodziców.
Zaalarmował ich, że właśnie zaczęła się lekcja edukacji zdrowotnej, a dyrektor i nauczyciel zmusili go do pójścia na zajęcia, choć wcześniej rodzice złożyli oświadczenie o rezygnacji z EZ. Jaś mówił półgłosem, aby nikt go nie podsłuchał, był zdenerwowany, szukał pomocy u mamy i taty.
Ojciec chłopca natychmiast wsiadł w samochód i pojechał do szkoły z interwencją, a matka skontaktowała się z Fundacją Życie i Rodzina z pytaniem, co robić. Szkoła złamała prawo, a dziecko zostało narażone na wysłuchiwanie treści, na które rodzice nie wyrazili zgody.
Ponadto placówka naraziła dziecko na znaczny stres w sytuacji, w której nigdy nie powinno się znaleźć. Jaś płakał, a nauczyciel edukacji zdrowotnej zawstydzał go przed całą klasą.
Fundacja udzieliła już rodzinie Jasia pierwszych instrukcji i przedstawiła możliwe opcje działania, w tym interwencji prawnej, którą zaoferowaliśmy. Pozostajemy w kontakcie z rodzicami chłopca, poinstruowaliśmy także, co na przyszłość robić w podobnej sytuacji.
Dyrekcja wspomnianej szkoły ubzdurała sobie, że rezygnację z edukacji zdrowotnej można złożyć dopiero we wrześniu i to dopiero po zebraniu, na którym zostanie rodzicom przedstawiony program nauczania przedmiotu. Do tego czasu wszystkie dzieci traktuje jako zapisane na EZ i nie mogą one opuścić zajęć. A kiedy ma być zebranie? W drugiej połowie miesiąca… Jaki to sprytny plan, by jak najwięcej uczniów zostało poddane lewackiemu praniu mózgu – chociaż przez pierwsze tygodnie roku szkolnego.
To nie jedyna niebezpieczna sytuacja, do jakiej doszło w ostatnich dniach w polskich szkołach.
Otrzymuję informacje, że niektóre placówki nie przyjmują rezygnacji w formie oświadczeń rodzicielskich. Twierdzą, że ważna rezygnacja może być złożona jedynie na dokumentach, które sami podsuną. Część szkół produkuje własne formularze, ale spotkałam się także z co najmniej kilkunastoma sygnałami, że dyrektorzy czekają na formularz z Ministerstwa Edukacji Narodowej. Twierdzą, że tylko na arkuszach z MEN rezygnacja ma moc prawną. Na pytanie, kiedy ministerstwo dostarczy arkusze, padała odpowiedź: nie wiemy, pewnie przed 25 września. To próba złamania sumień rodziców i zmuszenia dzieci do uczestnictwa w demoralizujących lekcjach.
Poprosiłam zespół prawny Fundacji o dokładną analizę przepisów i dzielę się z Panem następującymi informacjami:
– Dyrektorzy nie mają prawa wymagać złożenia rezygnacji z EZ wyłącznie na formularzu, który sami stworzą. Brak jest podstawy prawnej dla takiej praktyki.
– Tym bardziej nie mają prawa nakazywać, aby czekać na formularze, które miałoby wyprodukować ministerstwo lub kuratorium oświaty.
– Nie istnieje żaden akt prawny, który by zawierał wzornik rezygnacji z edukacji zdrowotnej. Przepisy nakazują jedynie złożyć oświadczenie w formie pisemnej – rodzice za uczniów niepełnoletnich, uczniowie pełnoletni osobiście.
– Rozporządzenie MEN mówi o terminie granicznym 25 września 2025 r., jednak nie podaje początku terminu. Rezygnacje złożone przed 1 września są skuteczne. Można je ponowić po rozpoczęciu roku, ale nie jest to niezbędne.
– Szkoła nie może odmówić przyjęcia rezygnacji. Dyrektor szkoły jest organem administracji publicznej i jako taki nie może odmówić przyjęcia żadnego pisma. Ma je przyjąć, odnotować w dzienniku korespondencji i poświadczyć wpływ na kopii. Jeśli pracownik sekretariatu uporczywie odmawia przyjęcia pisma, można wysłać je listem poleconym za potwierdzeniem odbioru. Najlepiej poprosić potem o poświadczenie, że takie pismo wpłynęło pocztą.
– W razie problemów dobrze jest zgłosić sprawę do organu prowadzącego szkołę (wójt, burmistrz, prezydent miasta itp.).
Wprowadzając na siłę edukację zdrowotną Barbara Nowacka twierdzi, że chce nauczyć dzieci, jak obronić się przed niekorzystnymi zjawiskami. Wymienia m.in. tzw. grooming. Ten neologizm oznacza działania podejmowane w celu pozyskania dziecka, nawiązania z nim relacji, aby następnie wykorzystać dziecko (najczęściej seksualnie).
To, co wydarzyło się w szkole na Pomorzu, to był właśnie grooming połączony z wykorzystaniem relacji podległości uczeń – nauczyciel.
Mały Jaś obronił się przed wykorzystaniem bo miał zaufanie do rodziców i u nich szukał wsparcia. Bo to najbliższa rodzina jest dla dziecka źródłem bezpieczeństwa, a nie nauczyciel z pasją instruujący dzieci o różnorodnościach seksualnych, tolerancji dla LGBT i aborcji.
W chwili obecnej MEN stosuje grooming systemowo wobec dzieci w szkołach, a także usypia czujność rodziców, aby tym łatwiej dostać dzieci do rąk – choćby na ten jeden rok – i następnie potraktować je treściami, które często wyczerpują definicję pornografii.
Nie dajmy niszczyć polskich dzieci.
Raz jeszcze podaję link do oświadczenia o rezygnacji z edukacji zdrowotnej:
PS – W ostatnich dniach do Fundacji zgłaszają się setki zaniepokojonych rodziców. Możemy im pomagać dzięki naszym Darczyńcom – dziękuję za każde wsparcie, jakiego Pan udziela w tym gorącym czasie.
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM:
Europa stoi na krawędzi gospodarczego kryzysu, którego skutki najboleśniej odczują zwykli obywatele. Elity polityczne podejmują decyzje, które na pierwszy rzut oka wydają się irracjonalne, a które budzą pytania o prawdziwe motywacje stojące za kolejnymi pakietami klimatycznego szaleństwa, oszczędności, sankcji i cięć socjalnych.
We Francji, premier François Bayrou stoi w obliczu politycznego końca, próbując przepchnąć drastyczny pakiet oszczędnościowy o wartości 44 miliardów euro. Plan zakłada zamrożenie świadczeń socjalnych i emerytur na poziomie z 2025 roku oraz likwidację dwóch świąt narodowych, w tym symbolicznego Poniedziałku Wielkanocnego i Dnia Zwycięstwa (8 maja). Bayrou ostrzega, że „kraj jest w niebezpieczeństwie z powodu nadmiernego zadłużenia”, ale jednocześnie francuski rząd kontynuuje wysyłanie miliardów euro pomocy wojskowej do Ukrainy.
„Nasz kraj jest zagrożony, ponieważ istnieje ryzyko nadmiernego zadłużenia” – mówił Bayrou na konferencji prasowej, ostrzegając, że Francja znajduje się w „momencie prawdy” dotyczącym swojej sytuacji finansowej. Tymczasem sondaże pokazują, że większość Francuzów sprzeciwia się tym cięciom, a opozycja od skrajnej prawicy po lewicę zjednoczyła się przeciwko premierowi, zapowiadając głosowanie nad wotum nieufności 8 września.
Podobna sytuacja ma miejsce w Niemczech, gdzie kanclerz Friedrich Merz ogłosił, że niemiecka gospodarka nie jest już w stanie utrzymać obecnego poziomu świadczeń socjalnych. „System opieki społecznej w jego obecnym kształcie wyczerpał swoje możliwości” – stwierdził Merz, wskazując na rekordowe 47 miliardów euro wydane na świadczenia socjalne w 2024 roku.
Merz koncentruje się na migrantach jako głównym obciążeniu systemu, twierdząc, że stanowią oni nieproporcjonalnie dużą część beneficjentów pomocy społecznej w porównaniu do ich udziału w populacji. Jednocześnie Niemcy zmniejszają pomoc dla Ukrainy o 4 miliardy euro, wdrażając jednocześnie cięcia krajowe o wartości 11 miliardów euro.
Najbardziej dalekosiężną przyczyną obecnych problemów gospodarczych Europy jest jednak przyjęcie przez Unię Europejską programu tzw. Zielonego Ładu, który w praktyce okazuje się być kosztownym eksperymentem ideologicznym. Restrykcyjne regulacje środowiskowe i wysokie koszty energii zmuszają europejskie przedsiębiorstwa do przenoszenia produkcji poza kontynent, prowadząc do deindustrializacji Europy. Proces ten, zamiast redukować globalne emisje, jedynie przesuwa je do krajów o niższych standardach środowiskowych, jednocześnie pozbawiając Europę miejsc pracy i dochodów.
Polityka klimatyczna UE przyczynia się bezpośrednio do eksplozji cen energii, co z kolei obniża konkurencyjność europejskiego przemysłu. Ceny energii elektrycznej w UE stale rosły po 2021 roku (z wyjątkiem krótkiego spadku w drugiej połowie 2023 r.), osiągając rekordowy poziom 0,2937 euro za kWh w pierwszej połowie 2023 roku. Te ceny są wielokrotnie wyższe niż w innych częściach świata, co bezpośrednio przekłada się na utratę konkurencyjności europejskiego przemysłu.
Zielony Ład, zakładający osiągnięcie neutralności klimatycznej do 2050 roku, staje się de facto programem deindustrializacji kontynentu. Masowe zamykanie fabryk i zakładów przemysłowych nieuchronnie prowadzi do gwałtownego wzrostu bezrobocia. Miliony pracowników, szczególnie w regionach silnie uzależnionych od przemysłu ciężkiego, mogą znaleźć się bez perspektyw na godne życie. Scenariusz ten niepokojąco przypomina sytuację z okresu transformacji postkomunistycznej, kiedy to całe społeczności popadły w nędzę po zamknięciu nierentownych państwowych zakładów.
Najbardziej zastanawiające są jednak konsekwencje unijnych sankcji wobec Rosji. Pomimo wprowadzenia już 18 pakietów sankcji, ostatni przyjęty w lipcu 2025 roku, efekty tych działań wydają się odwrotne od zamierzonych. Sankcje miały osłabić gospodarkę rosyjską, tymczasem doprowadziły do paradoksalnej sytuacji, w której Europa płaci więcej za te same surowce energetyczne, tylko że poprzez pośredników.
Zamiast kupować rosyjski gaz bezpośrednio za 1 euro, Europejczycy nabywają ten sam rosyjski gaz przez pośredników z Indii i Turcji za 4 euro. Dodatkowe 3 euro zasila rosyjskie zyski i prowizje pośredników, podczas gdy europejscy obywatele płacą czterokrotnie wyższe rachunki za energię. W efekcie, mimo sankcji, przychody Rosji z eksportu paliw kopalnych nadal są ogromne – w trzecim roku wojny osiągnęły 242 miliardy euro.
Chiny (78 miliardów euro), Indie (49 miliardów euro) i Turcja (34 miliardy euro) odpowiadają za 74% całkowitych przychodów Rosji z eksportu paliw kopalnych. Wartość importu Indii i Turcji wzrosła rok do roku odpowiednio o 8% i 6%. Te kraje następnie odsprzedają przetworzone produkty naftowe do Europy, generując dodatkowe przychody podatkowe dla Rosji.
Równocześnie Europa proklamuje “niezależność energetyczną”, stając się całkowicie zależną od amerykańskiego LNG, które kosztuje cztery razy więcej niż rosyjski gaz. Europejska gospodarka płaci cenę tej polityki – ceny energii są pięciokrotnie wyższe niż w Stanach Zjednoczonych, co prowadzi do ucieczki przemysłu do Chin i USA. Europejska de-industrializacja postępuje, podczas gdy przedstawiciele Brukseli mówią o moralnej wyższości.
Analizując obecną sytuację, należy zadać fundamentalne pytanie: czy decydenci europejscy są po prostu nieudolnymi idealistami, czy też działają w czyimś interesie? Istnieją przesłanki sugerujące, że obecna polityka UE może być wynikiem jednej z dwóch możliwości.
Pierwsza hipoteza wskazuje na skrajny ideologiczny dogmatyzm, gdzie celem jest wdrożenie utopijnej wizji “zielonej gospodarki” bez względu na koszty społeczne i ekonomiczne. Według szacunków Institut Rousseau w raporcie “The Road to Net Zero”, osiągnięcie zeroemisyjności UE do 2050 r. ma kosztować 40 bln euro, co w przeliczeniu daje około 32 tys. zł rocznie na każdego pracującego Europejczyka. Te koszty są nakładane na europejskie społeczeństwa mimo rosnącego sprzeciwu obywateli.
Druga hipoteza sugeruje, że może chodzić o celowe osłabianie konkurencyjności europejskiej gospodarki na korzyść mocarstw zewnętrznych, przede wszystkim Chin. Jak wskazują niektórzy komentatorzy, “projekt podporządkowania wszystkich państw i narodów UE niedorzeczności nazywanej Zielonym Ładem, okazał się – w konsekwencji – projektem postępującego podporządkowywania ich Chinom”. Podczas gdy Europa dobrowolnie rezygnuje ze swojego potencjału przemysłowego, Chiny systematycznie zwiększają swoją dominację w globalnych łańcuchach dostaw.
Sytuacja demograficzna i migracyjna dodatkowo komplikuje obraz. System opieki społecznej przyciąga więcej beneficjentów niż płatników, tworząc matematycznie niemożliwy do utrzymania układ. W Niemczech do 2050 roku na każdego emeryta przypadać będzie zaledwie 1,3 pracownika. Jednak kwestionowanie tej arytmetyki szybko spotyka się z oskarżeniami o rasizm.
Najbardziej szokujący jest jednak kontrast między cięciami krajowymi a pomocą zagraniczną. Europa wdraża programy oszczędnościowe o wartości 100 miliardów euro rocznie, jednocześnie wysyłając 162 miliardy euro pomocy dla Ukrainy. Europejczycy ograniczają własne wydatki, aby finansować zagraniczne działania wojenne, którym większość z nich się sprzeciwia.
Sondaże ujawniają skalę problemu: 61% Europejczyków uważa, że ich kraje zmierzają w złym kierunku, a ich przedstawiciele zdają się ignorować te głosy. Tymczasem 93,3 miliona Europejczyków stoi w obliczu ubóstwa, koszty mieszkań gwałtownie wzrosły, inflacja żywności pozostaje dotkliwa, a rachunki za energię niszczą konkurencyjność przemysłową.
Projekt europejski przekształcił się w kontynentalny pakt samobójczy przebrany za moralne przywództwo. Europejscy przywódcy są tak zaangażowani w moralizatorstwo, że wolą doprowadzić do bankructwa własnych obywateli niż przyznać, że ich polityka jest matematycznie niemożliwa do utrzymania.
Historia będzie z niedowierzaniem patrzyć na to, jak europejscy liderzy przekształcili najbogatszy kontynent w przestrogę przed niebezpieczeństwami moralnej pozy kosztem praktycznego zarządzania. Osiągnęli niemożliwe: zubożenie europejskich obywateli przy jednoczesnym wzbogaceniu swoich wrogów, gratulując sobie przy tym swojej etycznej wyższości.
Cyrk trwa, namiot płonie, a europejscy podatnicy nadal kupują bilety na własne zubożenie.
W czwartek, 28 sierpnia 2025 roku, w katolickiej szkole Zwiastowania NMP w Minneapolis w Stanach Zjednoczonych rozegrała się tragedia. Podczas szkolnej Mszy Świętej, w której uczestniczyli uczniowie od zerówki po ósmą klasę, uzbrojony napastnik otworzył ogień do wnętrza kościoła. Zablokował drzwi, uniemożliwiając ucieczkę wiernym.
Według oficjalnych danych, zginęło dwoje dzieci, a osiemnaście osób zostało rannych. Policja potwierdziła, że sprawca działał sam, a po dokonaniu masakry odebrał sobie życie.
Komendant policji w Minneapolis, Brian O’Hara, określił atak jako „celowe działanie wymierzone w niewinne dzieci i wiernych”.
Kim był sprawca?
Napastnikiem okazał się 22-letni Robert Westman, który kilka lat wcześniej przeszedł proces tranzycji i posługiwał się imieniem Robin. Według akt sądowych, do 2020 roku używał jeszcze imienia Robert. Jako nastolatek otrzymał zgodę rodziców na rozpoczęcie tranzycji, jednak w pozostawionym manifeście pisał, że żałuje tej decyzji i czuje się ofiarą ideologicznej indoktrynacji.
Na kilka godzin przed zamachem Westman opublikował w internecie 11-minutowe nagranie, w którym prezentował swój arsenał broni oraz wygłaszał przesłanie pełne szyderstw i nienawiści. Kopie nagrania krążą w sieci, choć oryginał został szybko usunięty przez platformy społecznościowe.
Nienawistne symbole i manifest
Broń i magazynki, których używał sprawca, były oznaczone wulgarnymi hasłami i odniesieniami do religii chrześcijańskiej. Widniały na nich m.in. napisy:
„Gdzie jest twój Bóg?”,
„Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy” – słowa Chrystusa z Ostatniej Wieczerzy,
„Zabij Trumpa”,
satanistyczne symbole i „666”.
Na jednym z karabinów pojawiło się pytanie „Wierzysz w Boga?”, co stanowiło nawiązanie do masakry w Columbine z 1999 roku.
W manifeście Westman pisał o nienawiści do chrześcijaństwa oraz o swoim planie zakończenia życia samobójstwem po dokonaniu masakry.
Reakcje i kontrowersje
Świadkowie tragedii relacjonowali dramatyczne sceny rodziców wybiegających z dziećmi z kościoła. Wiele osób odniosło rany fizyczne i psychiczne, a całe społeczności katolickie w Minneapolis pogrążyły się w żałobie.
Burmistrz miasta, podczas wystąpienia przed kościołem, apelował o działania polityczne zamiast modlitw, co wywołało ogromne kontrowersje i oburzenie wśród wiernych.
Tymczasem media głównego nurtu w USA i Europie, relacjonując wydarzenia, w dużej mierze pomijały kwestię ideologicznych motywów sprawcy, koncentrując się na problemie dostępu do broni.
Nienawiść do chrześcijaństwa jako motyw przewodni
Choć część komentatorów twierdzi, że Westman nie miał wyraźnego motywu, analiza jego manifestu oraz symboli wskazuje na głęboką wrogość wobec chrześcijaństwa i wartości religijnych.
Wideo opublikowane przez Westmana w mediach społecznościowych daje jasny obraz. Widzimy na nim wizerunek naszego Pana Jezusa Chrystusa w koronie cierniowej, przyklejonego taśmą do celu na strzelnicy.
Szyderstwa z Eucharystii, cytaty z masakry w Columbine, satanistyczne znaki oraz wyraźne deklaracje ideologiczne pokazują spójną linię nienawiści.
Ta masakra stała się kolejnym dramatycznym dowodem na to, że kryzys tożsamości, radykalna fałszywa ideologia i problemy psychiczne mogą prowadzić do aktów przemocy wobec bezbronnych ludzi.
Tragiczne konsekwencje
Na miejscu zginęło dwoje dzieci, a kilkanaście osób walczy o życie w szpitalach. Setki uczniów i rodziców będą przez lata mierzyć się z traumą po tym wydarzeniu.
Społeczność katolicka w Minneapolis pogrążona jest w żałobie i modlitwie. Rodziny ofiar proszą o wsparcie duchowe i psychologiczne.
Masakra w katolickiej szkole w Stanach Zjednoczonych to kolejny bolesny przykład, jak nienawiść i ideologiczne zaślepienie mogą przerodzić się w tragedię. Społeczeństwo amerykańskie staje dziś przed pytaniem, jak skutecznie chronić dzieci i wspólnoty religijne przed podobnymi aktami przemocy w przyszłości.
Oto, w jaki sposób osobom pobierającym organy udaje się doprowadzić pacjentów do „śmierci mózgowej”
Najpierw lekarze zatrzymują pracę serca, następnie odcinają dopływ krwi do mózgu, aby doprowadzić do „śmierci mózgowej”, a następnie ponownie uruchamiają serce w klatce piersiowej, aby upewnić się, że jest w dobrym stanie i można je wszczepić komuś innemu.
Podczas niekończącego się poszukiwania zdolnych do życia narządów, lekarze znaleźli nowy, makabryczny sposób na ominięcie zarówno kryteriów śmierci mózgu, jak i śmierci krążeniowej: normotermiczną perfuzję regionalną, w skrócie NRP.
Ośrodki transplantacyjne w całym kraju odłączają od aparatury podtrzymującej życie osoby, które podpisały zakaz reanimacji (DNR), czekają na zatrzymanie akcji serca, a następnie natychmiast odcinają dopływ krwi do mózgu, aby celowo doprowadzić do jego śmierci. Następnie ich organy są reanimowane, ale dana osoba nie budzi się, ponieważ krążenie w jej mózgu zostało odcięte.
W ten sposób, za pomocą oszustwa, spełnia się zasadę martwego dawcy i wymogi prawne Uniform Determination of Death Act (UDDA).
Najpierw pacjent zostaje uznany za zmarłego zgodnie z kryterium śmierci krążeniowej UDDA. Następnie, ponieważ lekarze planują ponownie uruchomić serce pacjenta, celowo powodują śmierć mózgu pacjenta, aby teraz byli prawnie objęci klauzulą śmierci mózgu UDDA. Protokół procedury NRP z University of Nebraska stwierdza: “Początkowy etap podwiązania naczyń krwionośnych do głowy jest konieczny, aby zapewnić, że przepływ krwi do mózgu nie nastąpi. Gdy przepływ krwi do serca zostanie ustanowiony, serce zacznie bić”.
Chińczyk uznany za „martwego mózgowo” został wykorzystany do przeszczepu płuc od świni poddanej edycji genów i zmarł po dziewięciu dniach.
Podobne nieetyczne i niepokojące eksperymenty miały miejsce w Stanach Zjednoczonych.
Naruszając w niepokojący sposób prawa człowieka, chińscy naukowcy wykorzystali niedawno 39-letniego mężczyznę z „martwym mózgiem” jako żywiciela ksenoprzeszczepu, wszczepiając mu płuco pochodzące od świni poddanej edycji genetycznej. Naukowcy z Chin poinformowali w czasopiśmie Nature Medicine, że mężczyzna pozostawał stabilny hemodynamicznie przez cały czas trwania eksperymentu: „Przez cały okres pooperacyjny dynamiczne parametry fizjologiczne i hemodynamiczne pozostawały stabilne, wskazując na stabilność fizjologiczną i homeostazę biorcy w okresie obserwacji trwającym 216 godzin”.
Według doniesień prasowych, „martwy” mężczyzna żył przez dziewięć dni, wytwarzając przeciwciała przeciwko obcemu organowi, zanim zmarł:
“Jednak 24 godziny po przeszczepie płuco wykazywało oznaki gromadzenia się płynu i uszkodzenia, prawdopodobnie początkowo z powodu zapalenia związanego z przeszczepem. Pomimo podawania biorcy silnych leków immunosupresyjnych, przeszczepiony narząd był stopniowo atakowany przez przeciwciała, co z czasem doprowadziło do jego znacznego uszkodzenia.”
Ilość orwellowskiej dwulicowości w tym opisie jest oszałamiająca. Jak można utrzymać martwego człowieka przy życiu? W jaki sposób martwy człowiek może być na tyle stabilny, aby można go było wykorzystać jako obiekt testowy do wszczepienia organu zwierzęcego? Jak martwy człowiek może produkować przeciwciała? Jak martwy człowiek może umrzeć ponownie po dziewięciu dniach?
Odpowiedź jest oczywiście taka, że osoby z „martwym mózgiem” nie są martwe. Mają bijące serca, wchłaniają tlen i uwalniają dwutlenek węgla przez płuca, metabolizują składniki odżywcze, eliminują odpady, zwalczają infekcje i odrzucają obce narządy. Zachowują się dokładnie tak, jak przewidywalibyśmy, że zachowywałyby się osoby z uszkodzeniem mózgu i nie ma absolutnie żadnych dowodów na to, że ich dusze odeszły. Ale te neurologicznie uszkodzone osoby zostały przedefiniowane jako martwe w celu legalnego pozyskania ich cennych, zdolnych do życia narządów do przeszczepów. I właśnie dlatego, że „martwi mózgowo” ludzie wciąż żyją i są stabilni (ale zostali pozbawieni praw człowieka), lekarze od lat używają ich jako żywicieli testowych dla ksenoprzeszczepów.
W przeszłości ksenotransplantacje, czyli przeszczepianie narządów innych gatunków ludziom, kończyły się niepowodzeniem z powodu niezgodności i odrzucenia. W 2022 r. amerykański pacjent jako pierwszy otrzymał genetycznie zmodyfikowany przeszczep serca od świni. Świnia-dawca została poddana usunięciu niektórych genów świni i dodaniu ludzkich genów, aby jej serce było mniej prawdopodobne, że zostanie rozpoznane jako obce przez ludzkiego biorcę. David Bennett Sr. żył 45 dni, zanim najwyraźniej zmarł z powodu świńskiego wirusa, który przedostał się do jego nowego serca.
W sierpniu 2023 r. dwóch „martwych mózgowo” mężczyzn zostało wykorzystanych jako obiekty testowe, gdy naukowcy z University of Alabama i NYU Langone Transplant Institute chirurgicznie wszczepili genetycznie zmodyfikowane świńskie nerki do ich brzuchów. „Za świadomą zgodą rodziny zmarły otrzymywał wsparcie krążeniowo-oddechowe w warunkach krytycznej opieki przez cały czas trwania badania”. Jeden z tych bezradnych, „martwych mózgowo” mężczyzn był utrzymywany przy życiu jak szczur laboratoryjny przez ponad miesiąc, podczas gdy lekarze badali, jak długo będzie funkcjonować ksenoprzeszczepiona nerka. Pod koniec tych eksperymentów obaj mężczyźni zostali poświęceni do badań patologicznych.
Eksperymenty trwają nadal. W marcu 2024 roku chińscy naukowcy przeszczepili wątrobę świni z edytowanymi genami do „martwego mózgowo” człowieka. Naukowcy z firmy biotechnologicznej Clonorgan z siedzibą w Chengdu usunęli trzy antygeny świni ze zwierzęcia dawcy za pomocą technologii edycji genów i zastąpili je trzema ludzkimi białkami. Lider zespołu Dou Kefeng powiedział, że ponieważ funkcje wątroby są złożone, wątroby świń poddane edycji genów nie mogą obecnie całkowicie zastąpić wątroby ludzkiej. Eksperyment „zapewnia teoretyczne podstawy i dane wspierające kliniczne zastosowanie ksenotransplantacji” – dodał. Po 10 dniach eksperyment został zakończony, a pacjent został poświęcony, aby można było zbadać wątrobę.
Czy jesteśmy gotowi powiedzieć dość? A może nasze pragnienia przeważają nad moralnością, gdy rozważamy potencjalne korzyści, jakie mogą przynieść takie eksperymenty? „Śmierć mózgowa” nie jest śmiercią, lecz utylitarnym konstruktem społecznym i fikcją prawną. „Martwi” ludzie wciąż żyją i zasługują na to, by traktować ich jak osoby, a nie jak szczury laboratoryjne.