Dzień Judaizmu u dominikanów – sekta 'judaizantes”.

Dzień Judaizmu u dominikanów. „Kościół katolicki musi stale rozpoznawać, pogłębiać swoje związki z judaizmem”

16.01.2025 https://nczas.info/2025/01/16/dzien-judaizmu-u-dominikanow-kosciol-katolicki-musi-stale-rozpoznawac-poglebiac-swoje-zwiazki-z-judaizmem/

Wnętrze kościoła oraz menora chanukowa z gaśnicą
Wnętrze kościoła oraz menora chanukowa z gaśnicą. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: Pixabay (kolaż)

Dzień Judaizmu w kościele dominikanów w piątek, 17 stycznia, rozpocznie w Szczecinie tydzień modlitw o jedność chrześcijan. [Gdzie tu sens, gdzie logika?? MD] Nabożeństwa ekumeniczne zaplanowane są w m.in. w cerkwi, świątyniach luterańskiej i polskokatolickiej oraz klasztorze karmelitanek.

Dzień Judaizmu w Szczecinie organizują dominikanie, zapraszając do wspólnej modlitwy przedstawicieli różnych wyznań, członków gminy żydowskiej i Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów. Uroczyste nabożeństwo w kościele św. Dominika (17 stycznia, godz. 19) rozpocznie cykl wydarzeń pod hasłem „Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan”.

Kościół katolicki musi stale rozpoznawać, pogłębiać swoje związki z judaizmem – podkreślił w rozmowie z PAP o. Tomasz Dostatni, organizator Dnia Judaizmu i tygodnia modlitw w Szczecinie.

– Centralne, ogólnopolskie obchody Dnia Judaizmu w tym roku odbywają się we Wrocławiu (14-16 stycznia). A szczecińscy dominikanie, jak zawsze włączają się w to święto. Od kilkunastu ma ono charakter ekumeniczny – wyjaśnił.

Ratować gospodarkę migracją? Napływ cudzoziemców się nie opłaca.

15 stycznia 2025 https://pch24.pl/ratowac-gospodarke-migracja-eksperci-naplyw-cudzoziemcow-sie-nie-oplaca/

Ratować gospodarkę migracją? Eksperci: napływ cudzoziemców się nie opłaca

W debacie politycznej napływ migrantów bywa przedstawiany jako konieczny element utrzymania wzrostu gospodarczego. Wydany niedawno raport podważa zasadność takiej argumentacji. Według analityków Centrum Myśli Gospodarczej masowa migracja oznacza wiele strat.

„Coraz bardziej palący problem imigracji jest zwykle traktowany jako konflikt pomiędzy korzyściami gospodarczymi a zagrożeniami nieekonomicznymi. W swoim najnowszym raporcie Migracja pod lupą. Jakie są koszty otwartych granic? nasi eksperci pokazują, że nie do końca tak jest”, czytamy w publikacji Centrum Myśli Gospodarczej.

Jak wskazują autorzy dokumentu, silny napływ migrantów  przyczynia się do spadku wynagrodzeń – szczególnie pośród pracowników prostych zawodów. Cudzoziemcy pełnią rolę taniej siły roboczej i zmuszają obywateli do zgadzania się na niższe wypłaty pod groźbą zastąpienia tańszym pracownikiem.

Wśród zagrożeń autorzy raportu wymienili też zjawisko „zabierania miejsc pracy” przez obcokrajowców i wzrostu bezrobocia. Takie konsekwencje ma nasilona migracja w połączeniu z wyposażonymi w duże kompetencje instytucjami ochrony zatrudnionych.

Zdaniem ekspertów zbyt wysoka podaż pracy, do jakiej przyczyniają się otwarte granice, „hamuje absorpcję technologii w przedsiębiorstwach”, a tym samym „utrzymuje specjalizację kraju w nisko zaawansowanej produkcji”.

Nie należy również lekceważyć zagrożenia dla bezpieczeństwa publicznego i zaufania społecznego, do jakich przyczynia się nasilona migracja i „wielokulturowość”, wskazują eksperci Centrum Myśli Gospodarczej. Jak wyjaśniają analitycy, „zróżnicowanie etniczne” zdecydowanie sprzyja również przestępczości. Te czynniki przekładają się negatywnie na „długookresowy rozwój”.  

Z tych powodów kolejne kraje zachodnie coraz poważniej myślą o ograniczeniu liczby migrantów. Pojawiają się też postulaty deportacji przyjezdnych, zauważają eksperci Centrum Myśli Gospodarczej. Czy te doświadczone od dekad przez napływ obcokrajowców państwa byłby zmuszone do opracowywania takich posunięć, gdyby migracja oznaczała zabezpieczenie dobrobytu?

Źródło: cmg.org.pl FA

Dni protestantów, żydów i islamu? Nie! Każdy dzień należy tylko do Chrystusa

Dni protestantów, żydów i islamu? Nie! Każdy dzień należy tylko do Chrystusa

Chrystus żąda jedności, ale jedności w prawdzie, a nie w różnorodności.

Paweł Chmielewski https://pch24.pl/dni-protestantow-zydow-i-islamu-nie-kazdy-dzien-nalezy-tylko-do-chrystusa/

Tydzień Ekumenizmu i Dialogizmu to przejaw głębokiego zaczadzenia Kościoła politycznym liberalizmem. W Kościele nie ma dni należących do protestantów, żydów czy islamistów. Każdy dzień należy wyłącznie do Chrystusa – tego, poza którego Imieniem nie ma zbawienia.

Zgodnie z ekumenicznym paradygmatem dialogizmu Kościół katolicki w wielu krajach świata zaangażuje się w styczniu w intensywną współpracę z „braćmi odłączonymi”. Spotkaniom z luteranami, kalwinami, metodystami, baptystami, starokatolikami, mariawitami i prawosławnymi wprost nie będzie końca.

W Polsce Tydzień Ekumeniczny ma dodatkowo wyjątkowy początek i zakończenie. Poprzedza go „Dzień Judaizmu w Kościele”, a zamyka takiż „Dzień Islamu”.

Biorąc pod uwagę aktualny stan społeczeństw Europy można byłoby sądzić, że taki właśnie układ obchodów to złośliwy polski komentarz do islamizacji: wszystko zaczęli Żydzi, potem przyszli chrześcijanie, a cały ten kram zamkną dżihadyści. Inicjatorom dialogicznego cyklu nie o to raczej chodziło; Dzień Islamu na przykład obchodzony jest nad Wisłą od 2001 roku – zaczęło się jeszcze przed globalną wojną z terroryzmem; zanim w Polsce zrozumiano, że Półksiężyc to bynajmniej nie tylko przyjazna mniejszość tatarska. Zostawię jednak na boku judaizm i islam; ostatecznie sednem styczniowych obchodów jest uskutecznianie „jedności” z protestantami.

Obchody Tygodnia Ekumenicznego będą odbywać się w całej Polsce. Proszę zobaczyć, jak będzie wyglądać to w dwóch kluczowych dla ekumenizmu miastach, Warszawie i Łodzi. W Warszawie wszystko rozpocznie się w zborze kalwińskim w sobotę 18 stycznia. W niedzielę 19 stycznia inicjatywę przejmą mariawici. Dopiero w poniedziałek przyjdzie czas na Kościół katolicki, ale – jak zaznaczono w komunikacie prasowym diecezji warszawsko-praskiej, która patronuje nabożeństwom ekumenicznym w tym dniu – ambona będzie otwarta również dla niekatolickich duchownych.

We wtorek ekumenizm przenosi się do cerkwi prawosławnej. W środę ponownie pojawia się katolicki kościół, jakkolwiek z głównym udziałem ekumeniczno-charyzmatycznej wspólnoty Chemin Neuf. W czwartek odbędzie się „nabożeństwo centralne” – w zborze luterańskim, dla upamiętnienia rocznicy podpisania umowy o wzajemnym uznawaniu chrztu. W piątek ekumenizm zagości u metodystów. Na tym powinno się zakończyć, bo tydzień – to w końcu tydzień; ale ze względu na mnogość grup protestanckich w Warszawie siedem dni nie wystarcza; dlatego w sobotę 25 stycznia odbędzie się jeszcze nabożeństwo u tzw. polskokatolików. Wreszcie w niedzielę 26 stycznia i czwartek 30 będą dodatkowe nabożeństwa w kościołach katolickich.

Tydzień Ekumeniczny jeszcze dłużej potrwa w w Łodzi. Tam rzecz zaczyna się już 13 stycznia, a kończy dopiero 5 lutego. [To u Rysia… md] Pierwszym aktem będzie ekumeniczny akt charyzmatyczny, czyli Wieczór Uwielbienia. Potem wkroczą do działania, kolejno: katolicy, luteranie, kalwini, polskokatolicy, mariawici, metodyści, prawosławni, baptyści, znowu luteranie, znowu mariawici, znowu kalwini, znowu katolicy, znowu luteranie, znowu katolicy… a na koniec wszystko charyzmatyczną klamrą zamknie wspólnota Chemin Neuf.

Nieco mniej bogaty program mają obchody w innych miejscach Polski: Poznaniu, Ełku, Szczecinie, Częstochowie i Krakowie. Choć bywają „smaczki”. Na przykład w archidiecezji częstochowskiej wszystko zacznie się od panelu ekumenicznego pod tytułem… „Jedność w różnorodności wyznań”. Prawda, że pięknie, a pięknie – bo tak bardzo liberalnie?

Tu właśnie leży clou problemu. Tu, to znaczy: w liberalizmie. Wszystkie te ekumeniczno-dialogiczne projekty nie mają żadnego innego sensu poza gruntowaniem systemu liberalnego relatywizmu religijnego. „Jedność w różnorodności” – oto hasło, którym zabija się prawdę. 16 stycznia wyznawcy Boga Wcielonego mają podawać sobie ręce z żydami, którzy hołubią Talmud – księgę obrzucającą Chrystusa najgorszymi obelgami.

Od 18 do 25 stycznia mamy zapraszać do kościołów i bywać w zborach tych, którzy kategorycznie odrzucają władzę papieską, a Najświętszy Sakrament uważają za jakiś „papistowski” zabobon i coraz powszechniej akceptują największe błędy współczesności (jak aborcjonizm czy genderyzm). Wreszcie 26 jesteśmy wzywani przez pasterzy Kościoła, by z przyjaźnią spojrzeć na mahometan – tych samych, którzy (o ile są gorliwi) każdego dnia recytują sury Koranu wzywające do zabijania (sic!) chrześcijan i odmawiające Zbawicielowi Synostwa Bożego.

Dlaczego Kościół się w to bawi? Bądźmy szczerzy: bynajmniej nie dlatego, że domaga się takich działań sama Ewangelia albo niezmienna nauka Kościoła. Chrystus żąda jedności, ale jedności w prawdzie, a nie w różnorodności. Dialogicznego relatywizmu oczekuje od nas nie Zbawiciel, ale polityczni awangardziści dyktatury liberalizmu. Ci sami, stoją w jednej oświeceniowej tradycji z mordercami i bezbożnikami z czasów rewolucji francuskiej. To francuskie ludobójstwo dokonane pod hasłami równości, wolności i braterstwa zapoczątkowało w Europie rządy relatywizmu: wszyscy mają służyć sekularnemu Lewiatanowi i niech ta służba będzie najwyższym prawem. To, co mogłoby dzielić niewolników Lewiatana w dziele krzewienia rewolucji i „oświecenia”, czyli „przesądy religijne”, musi zejść na drugi plan. Oto właściwy sens „jedności w różnorodności”. Jej kamieniem węgielnym jest niewiara, fundamentem królobójstwo, spoiwem antyklerykalna ideologia wolterianizmu, murami pogarda dla świętości życia, zwieńczeniem bezbożny sekularyzm.

Papież Leon XIII w 1896 roku w encyklice „Satis cognitum” wezwał cały Kościół do modlitwy o jedność chrześcijan. Rozumiał przez to tylko jedno: nawrócenie schizmatyków i heretyków, którzy powinni z miłości do Chrystusa wyrzec się błędów i przyjąć jedną, świętą, powszechną i apostolską wiarę Kościoła.  Pod naciskiem politycznej dyktatury liberalizmu wyrzeczono się jednak wezwania tego papieża; gorzej jeszcze – cynicznie wykrzywiono je w dyskusjach towarzyszących przyjęciu deklaracji „Dignitatis humanae” II Soboru Watykańskiego, którą – jak doskonale opisał to amerykański prawnik David Wemhoff – inspirowały działania amerykańskiego wywiadu. CIA chciała przekonać Kościół do zaakceptowania liberalnych podwalin relatywistycznego systemu politycznego USA – i zrobiła to z sukcesem.

Musimy modlić się za luteranów, kalwinów i baptystów; musimy zabiegać o prawosławnych, starokatolików i mariawitów; jesteśmy wezwani do kontaktów z żydami i muzułmanami – ale nie po to, by umacniać ich w błędach, lecz po to, by dawać im świadectwo katolickiej prawdy i wzywać do przyjęcia jedynej prawdziwej religii nauczanej przez Kościół katolicki. To nie jest jakaś „ideologia katolickiego suprematyzmu” ani „religijna ksenofobia”; to zwykła i elementarna wierność wobec tego, co wszystkim nam nakazał Jezus Chrystus: abyśmy byli jedno, w Nim, Zbawicielu, który zbudował swój Kościół na Piotrze, biskupie Rzymu, jedynym na tej ziemi Jego autentycznym przedstawicielu i opoce. Nie wolno nam brać udziału w fałszywym festiwalu, jakim stał się Tydzień Ekumeniczny ani tym więcej w dialogicznym horrendum w postaci Dni Judaizmu i Islamu w Kościele.

Żaden dzień nie należy w Kościele do tych, którzy odrzucają boskość Chrystusa albo ustanowione przez Niego sakramenty. Każdy dzień należy tylko do Niego samego, Chrystusa, Tego, który jest Drogą, Prawdą i Życiem i poza Imieniem którego – nie ma zbawienia.

Paweł Chmielewski

Ministerstwo Prawdy UE czyli kto zostanie agentem „dezinformacji”

Ministerstwo Prawdy UE czyli kto zostanie agentem „dezinformacji”

Autor: AlterCabrio , 15 stycznia 2025

To nie jest tylko walka z cenzurą — to walka o duszę naszej cywilizacji. Czy zaakceptujemy przyszłość, w której niewybierani biurokraci będą decydować, co możemy myśleć, mówić i w co wierzyć? Czy też będziemy stać twardo przeciwko tej pełzającej tyranii i domagać się powrotu do wolności i przejrzystości?

−∗−

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

−∗−

Ministerstwo Prawdy UE: Przejęcie władzy przez globalistów pod przykrywką walki z „dezinformacją”

W przerażającym ruchu, który wygląda jakby wprost zaczerpnięty z powieści Orwella Rok 1984, Unia Europejska formalizuje swoją rolę strażnika informacji, tworząc „Centrum wymiany informacji i analiz” [Information Sharing and Analysis Center] w ramach Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych [European External Action Service – EEAS]. Deklarowany cel? Zwalczanie tak zwanych kampanii „dezinformacyjnych” prowadzonych przez zagranicznych aktorów, takich jak Rosja czy Chiny. Ale bez wątpienia nie chodzi tu o ochronę prawdy czy demokracji. To bezczelna próba globalistycznej elity UE, aby kontrolować sprzeciw wobec narracji, uciszać sprzeciw i przekształcić opinię publiczną tak, aby dostosować ją do ich własnej agendy.

Zasłona legitymizacji dla autorytarnej cenzury

Szef polityki zagranicznej UE, Josep Borrell, ukrył inicjatywę w szlachetnej retoryce, oświadczając, że dezinformacja podważa demokrację, zniekształcając opinię publiczną. Według Borrella demokracja nie może funkcjonować, jeśli obywatele nie mają dostępu do „dokładnych” informacji — zdefiniowanych, oczywiście, przez te same instytucje, które mają największe korzyści z tego aparatu cenzury.

Pod pretekstem ochrony demokracji UE pozycjonuje się jako arbiter prawdy. Ta scentralizowana platforma ma na celu monitorowanie, analizowanie i przeciwdziałanie „zmanipulowanym” informacjom w czasie rzeczywistym, koordynując działania z organizacjami pozarządowymi, państwami członkowskimi i agencjami cyber-bezpieczeństwa. W rzeczywistości infrastruktura ta ryzykuje, że stanie się bronią do tłumienia niezależnego dziennikarstwa, głosów sprzeciwu i wszelkich narracji kwestionujących stanowiska polityczne UE.

Oskarżenia o dezinformację jako broń

Przemówienie Borrella maluje jaskrawy obraz świata pogrążonego w chaosie, w którym rosyjscy i chińscy aktorzy prowadzą wojnę informacyjną, aby zdestabilizować państwa demokratyczne. To również może być prawdą. Jednak retoryka „zagrożenia egzystencjalnego” służy podwójnemu celowi: uzasadnia szeroko zakrojone interwencje w krajobraz medialny, jednocześnie odwracając uwagę od własnych niepowodzeń UE. Od rosnącej inflacji i kryzysów energetycznych po niezadowolenie społeczeństwa z polityki wobec Ukrainy. Zrzucanie winy na „zagraniczne manipulacje” wygodnie odsuwa odpowiedzialność od Brukseli.

Co więcej, UE już zablokowała rosyjskie media państwowe, takie jak RT i Sputnik, pod pretekstem walki z propagandą. Działania te, dalekie od promowania przejrzystości, stanowią niebezpieczny precedens: cenzurę podszywającą się pod ochronę.

Nowa fala cyfrowego totalitaryzmu

Fakt przyznania przez Borrella, że ​​kampanie dezinformacyjne istniały jeszcze przed wojną na Ukrainie, jest szczególnie wymowny. Polityk łączy te wysiłki z wcześniejszymi narracjami, takimi jak sceptycyzm podczas pandemii covid-19. Ujmując „walkę o narrację” jako trwającą bitwę, UE uzasadnia stale rozszerzający się nadzór i regulację platform internetowych oraz wywieranie presji na firmy takie jak Twitter, aby dostosowały się do jej celów. Ta centralizacja kontroli nad przestrzeniami cyfrowymi grozi erozją wolności słowa i dostępu do różnych punktów widzenia.

Prawdziwe cele: ty i ja

Podczas gdy UE twierdzi, że zwalcza „zagranicznych aktorów”, jej skupianie się na „toksyczności” informacji otwiera drzwi do kontrolowania wewnętrznego sprzeciwu. Język zwalczania „stronniczych wyborów” i zapewniania „jakości informacji” jest cienko zawoalowanym uzasadnieniem dla inżynierii narracji. Jeśli informacje sprzeczne ze światopoglądem UE są uznawane za „toksyczne”, to ile czasu minie, zanim celem cenzury staną się zwykli obywatele? Ile czasu minie, zanim krytycy polityki UE zostaną nazwani agentami „dezinformacji”?

Globalne implikacje

To nie jest tylko problem UE. Stworzenie globalnej sieci wymiany informacji oznacza, że ​​ideologiczne działania policyjne UE będą miały wpływ daleko poza jej granice. Poprzez współpracę z partnerami z Afryki, Ameryki Łacińskiej i Azji, UE eksportuje swój model cenzury do krajów o kruchych demokracjach, podważając zasady, których rzekomo broni.

Wezwanie do oporu

Utworzenie tak zwanego Ministerstwa Prawdy oznacza przerażającą eskalację wojny UE z wolnością słowa. Ujawnia globalistyczną agendę taką, jaka jest naprawdę: skoordynowanym wysiłkiem na rzecz centralizacji władzy, tłumienia sprzeciwu i kontrolowania narracji za wszelką cenę.

Musimy odrzucić ten atak na nasze podstawowe wolności. Możliwość kwestionowania, krytykowania i eksplorowania alternatywnych punktów widzenia jest podstawą każdej funkcjonującej demokracji. Jeśli pozwolimy UE dyktować, co stanowi „prawdę”, oddamy jej klucze do naszych umysłów, naszych wyborów i naszej przyszłości.

To nie jest tylko walka z cenzurą — to walka o duszę naszej cywilizacji. Czy zaakceptujemy przyszłość, w której niewybierani biurokraci będą decydować, co możemy myśleć, mówić i w co wierzyć? Czy też będziemy stać twardo przeciwko tej pełzającej tyranii i domagać się powrotu do wolności i przejrzystości?

______________

The EU’s Ministry of Truth: A Globalist Power Grab Disguised as a Fight Against ‘Disinformation’, RAIR Foundation, January 10, 2025

−∗−

O autorze: AlterCabrio

If you don’t know what freedom is, better figure it out now!

——————

2 komentarze

AlterCabrio 15 stycznia 2025
_______

  1. Nie ma absolutnej wolności słowa, zwłaszcza związanej z przekazem informacji – uważa prof. Andrzej Zoll. Zdaniem byłego szefa Trybunału Konstytucyjnego “wolność jest zawsze ograniczona, chociażby wolnością innej osoby czy dobrem wspólnym”. Gość Polskiego Radia 24 mówił o tym w kontekście projektu dot. blokowania treści w internecie.Prof. Zoll o blokowaniu treści w sieci. “Nie ma bezwzględnej wolności”, 14.01.2025
  2. ——-Minister cyfryzacji wskazywał w poniedziałkowym “Graffiti”, że jest “odpowiedzialny za bezpieczeństwo ludzi w internecie, legalność treści, za to, żeby nie działy się sytuacje patologiczne, kiedy ktoś czyta o sobie albo bliskiej osobie, że umarła”. – Tekst jest powielany dziesiątki razy i nikt nie reaguje – powiedział Krzysztof Gawkowski. Prowadzący Marcin Fijołek zapytał polityka Nowej Lewicy o propozycję jego resortu, by to prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej wydawał nakazy blokowania treści w sieci. Zdaniem polityków Prawa i Sprawiedliwości to zapowiedź cenzury w internecie. – My chcemy wprowadzić procedurę administracyjną. Dlaczego UKE? Jest niezależny. Prezes jest wybierany na sześć lat (…). Po drugie jest procedura odwołania do sądu – odparł.Wicepremier założył się z dziennikarzem, 13 sty 2025 [17min]
  3. ——-Na szczęście mamy niezłomnych i odważnych obrońców (wolności słowa).
  4. Na pytanie o to, czy jeśli w internecie są rozpowszechniane treści, które mogą zagrażać zdrowiu publicznemu, np. w kwestii szczepień odpowiedział, że “działania rządu Mateusza Morawieckiego polegały właśnie na tym, że udostępniano bardzo szeroki wachlarz informacji sprawdzonych, zweryfikowanych przez lekarzy, ekspertów”. – Blokowanie takich kont, o ile nie jest w sposób bezsprzecznie udowodniony, że stoi za nimi jakaś agentura, jest moim zdaniem wylaniem dziecka z kąpielą, a jeżeli są działania nacelowane w polskie państwo, to ABW i inne służby mają do tego instrumenty przewidziane w ustawach i absolutnie nie ma potrzeby, aby inspektor sanitarny ze Słubic dokonywał takich działań – tłumaczył.
  5. Cieszyński uważa, że “ministerstwo cyfryzacji chciałoby, żeby policjant, funkcjonariusz ABW, inspektor sanitarny, a nawet funkcjonariusz kontroli skarbowej mogli cenzurować internet”. – I działoby się to w sposób, który nie dawałby realnej szansy na ocenę, czy to jest prawda, bo tych skarg mogłoby być tyle, że UKE działałby zachowawczo i wychodziłby z założenia, że jeżeli urzędnik się pomyli, to sąd to naprawi – stwierdził.Cieszyński o projekcie resortu cyfryzacji: to byłaby realna cenzura internetu, 14.01.2025

O królu Karolu III, Putinie i Netanjahu w Auschwitz

Karol III przyjedzie do Polski z okazji wyzwolenia Auschwitz

Wysłane przez Alina@Warszawa w 15-01-2025

Od kilku dni możemy usłyszeć, że 
Król Karol III przyjedzie do Polski. Pierwsza wizyta w Auschwitz-Birkenau(link is external) 
Chodzi oczywiście o króla Wielkiej Brytanii, który postanowił przyjechać nie tyle do Polski co do muzeum w niemieckim hitlerowskim obozie zagłady Auschwitz-Birkenau. 


Moja reakcja na tę wiadomość to szok! Bo z jakiej racji ten filut ma brać udział w uroczystościach? Jaki związek ma Wielka Brytania z wyzwolenie Auschwitz?! 

Trzeba przypomnieć fakty, a zrobię to skrótowo i niejako od końca, czyli „wyzwolenia” Auschwitz:

  1. obozu nikt nie musiał wyzwalać, bo Niemcy zabrali zdolnych do marszu więźniów i pogonili ich na zachód na 2 tygodnie przed wejściem do Oświęcimia Armii RADZIECKIEJ!  
  2. w obozie zostali sami umierający, półtrupy, niespalone i niezakopane zwłoki 
  3. nikt obozu nie pilnował, szabrownicy kradli co chcieli, w tym i tych umierających, ludzie z miasta pomagali komu mogli 
  4. zdjęcia uśmiechniętych kobiet z wyzwolenia obozu to zdjęcia Rosjanek … 
  5. wojskom rosyjskim towarzyszyły wojska ukraińskie i polskie (może nie w chwili wyzwolenia Auschwitz, ale były w składzie Armii Radzieckiej), która jak wielka armia mongolska szła na zachód (gwałty, kradzieże i inne ich „dokonania” to tylko skutek uboczny). Było to ponad 2 miliony żołnierzy, którzy przeszli przez terytorium Polski 
  6. wśród żołnierzy, którzy dotarli do OPUSZCZONEGO obozu Auschwitz NIE BYŁO ŻADNYCH WOJSK ALIANCKICH, NIE BYŁO ANGLIKÓW, FRANCUZÓW, ANI INNYCH ZACHODNICH NACJI! 
  7. kiedy ptm. Pilecki i inni donosili „aliantom” o obozach zagłady w Polsce, ci nie reagowali – czy ktoś wie o reakcji aliantów na wieści o obozach?!
  8. obozy założyli „cywilizowani” Niemcy i robili w nich co chcieli, bo Polacy nie zdołali obronić swojej ojczyzny, bo koalicjanci Francja I Wielka Brytania nie zrobiły NIC, by pomóc Polakom! Od 1939 do 1945 cała władza, administracja, policja i wojsko, to były formacje NIEMIECKIE, na niemieckim prawie. Polacy byli niewolnikami we własnym kraju, który został podzielony na niemieckie prowincje 
  9. cała ta historia, wszystkie te niemieckie zbrodnie NIE WYDARZYŁYBY SIĘ, gdyby Wielka Brytania i Francja dotrzymały umów z Polską! 
  10. nie byłoby obchodów 80 rocznicy „wyzwolenia” Auschwitz, nie byłoby Auschwitz-Birkenau gdyby Wlk. Brytania była poważnym, uczciwym  państwem!

Jeśli jakiś przywódca powinien przybyć na te obchody, to powinien być – o ironio – Włodzimierz Putin! Bo król Karol III nie ma z tym miejscem żadnego honorowego związku!
Do niedawna wybierał się do Polski premier Izraela B. Netanjahu (o którego niearesztowanie tak martwił się prezydent Duda). Gdyby przybył Putin i Netanjahu mielibyśmy zlot współczesnych zbrodniarzy-ludobójców w miejscu największego ludobójstwa w Polsce … To przekracza moje zdolności akceptacji. 

Wizyta Karola III to historyczne oszustwo. Oto co niby powiedział: (…) Dzień, w którym wojska alianckie wkroczyły do ​​największego obozu prowadzonego przez nazistowskie Niemcy – 27 stycznia 1945 roku – jest również dniem, w którym na całym świecie oddaje się hołd tym, którzy zginęli w Holokauście. Jako książę Walii, król Karol został patronem Holocaust Memorial Day Trust w 2017 roku. (…)

Chociaż Karol III niby ma trochę racji, bo weszli w alians ze Związkiem Radzieckim, więc radzieckie wojska, to wojska alianckie…
Nie mówi jednak, że z tym samym SU, który był w aliansie z III Rzeszą Hitlera we wrześniu 1939, kiedy jeden uderzył 1.09. na Polskę z zachodu i południa, a drugi ze wschodu 17.09.1939. 

Przebojem w GB jest „We are the champions”… Tak jesteście! W oszustwie, arogancji, niedotrzymywaniu umów. Szkoda, że na terenie Wlk. Brytanii nie ma żadnego KL Auschwitz-Birkenau! Bardzo ważną rzeczą jest przypomnienie, że przedstawiciele POLSKI nigdy nie zostali zaproszeni do Londynu na uroczystości 8.05 – dnia zwycięstwa! Przecież cała polska armia gen. Andersa walczyła w interesie obecnego Karola III na wielu frontach! Tylu Polaków, pilotów walczyło w armii brytyjskiej i razem z Czechami obronili Londyn. O ich losie mógłby się Karol III poduczyć, ot chociażby na przykładzie historii misia Wojtka(link is external)

Polski luksusowy transatlantyk MS Piłsudsk(link is external)i został zmilitaryzowany w GB kiedy wracał z Nowego Jorku we wrześniu 1939.

Król Karol III nie wygłupiałby się z wizytą w KL Auschwitz w dniu wyzwolenia – powinien to zrobić w innym terminie, bo jako król GB nie ma z tym miejscem żadnego honorowego związku. Wręcz przeciwnie. Przypomina całemu światu, że to także wina jego przodków i państwa, na czele którego stoi, że dopuścili do tak wielkiej zbrodni. 

Piszę ten tekst w dwóch wersjach językowych, żeby król Karol III poznał prawdziwą swoją historię. Poza tym jego obecność jest nie wskazana z tego względu, że odbierze należną uwagę i pamięć ofiarom, bo media pokazywać będą głownie Karola III…
=============================================================================================

For several days now we have been hearing that King Charles III will come to Poland. First visit to Auschwitz-Birkenau Of course,

I am talking about the King of Great Britain, who decided not to come to Poland but to the museum in the German Nazi extermination camp Auschwitz-Birkenau.
My reaction to this news is shock! Because why should this scumbag take part in the ceremonies? What connection does Great Britain have with the liberation of Auschwitz?! It is necessary to recall the facts, and I will do it briefly and somewhat backwards, i.e. „the liberation” of Auschwitz:

  1. no one had to liberate the camp, because the Germans took the prisoners who were able to march and drove them west 2 weeks before the SOVIET Army entered Auschwitz!
  2. only the dying, half-corpses, unburned and unburied corpses remained in the camp
  3. no one guarded the camp, looters stole whatever they wanted, including the dying, people from the city helped whomever they could
  4. the photos of smiling women from the liberation of the camp are photos of Russian women …
  5. the Russian troops were accompanied by Ukrainian and Polish troops (maybe not at the time of the liberation of Auschwitz, but they were part of the Soviet Army), which, like a large Mongolian army, marched west (rapes, thefts and their other „accomplishments” were just a side effect). There were over 2 million soldiers who passed through Polish territory
  6. among the soldiers who reached THERE WERE NO ALLIED TROOPS IN THE ABANDONED Auschwitz camp, THERE WERE NO ENGLISH, FRENCH OR OTHER WESTERN NATIONS!
  7. when Mr. Pilecki and others reported to the „Allies” about the extermination camps in Poland, they did not react – does anyone know about the Allies’ reaction to the news about the camps?!
  8. the camps were established by „civilized” Germans and they did whatever they wanted in them, because the Poles failed to defend their homeland, because the coalition partners France AND Great Britain did NOTHING to help the Poles! From 1939 to 1945 all the authorities, administration, police and army were GERMAN formations, under German law. Poles were slaves in their own country, which was divided into German provinces
  9. all this history, all these German crimes WOULD NOT HAVE HAPPENED if Britain and France had kept their agreements with Poland!
  10. there would be no commemoration of the 80th anniversary of the „liberation” of Auschwitz, there would be no Auschwitz-Birkenau if Britain were a serious, honest country!

If any leader should come to these commemorations, it should be – ironically – Vladimir Putin! Because King Carol III has no honorary connection with this place!
Until recently, Israeli Prime Minister B. Netanyahu (whose arrest was so important to President Duda) was going to Poland. If Putin and Netanyahu had come, we would have had a meeting of modern genocidal criminals at the site of the greatest genocide in Poland … This is beyond my capacity to accept.

Carol III’s visit is a historical fraud. Here’s what he supposedly said:
(…) The day that Allied forces entered the largest camp run by Nazi Germany – 27 January 1945 – is also the day on which tributes are paid around the world to those who died in the Holocaust. As Prince of Wales, King Charles became patron of the Holocaust Memorial Day Trust in 2017. (…)
Although Charles III is supposedly somewhat right, because they entered into an alliance with the Soviet Union, so Soviet troops are Allied troops… However, he does not say that it was with the same SU that was in an alliance with Hitler’s Third Reich in September 1939, when one attacked Poland from the west and south on 1 September, and the other from the east on 17 September 1939.

The hit song in GB is „We are the champions”… Yes, you are! In deceit, arrogance, failure to keep agreements. It is a pity that there is no Auschwitz-Birkenau KL in Great Britain! It is very important to remind that the representatives of POLAND was never invited to London for the celebrations on 8.05 – the day of victory! After all, the entire Polish army of General Anders fought in the interests of the current Charles III on many fronts! So many Poles, pilots fought in the British army and together with the Czechs defended London. Charles III could learn from their fate, just from the example of the story of Wojtek the bear(link is external).

The Polish luxury ocean liner MS Piłsudski was militarized in Great Britain(link is external) when it returned from New York in September 1939.

King Charles III would not fool around with a visit to KL Auschwitz on the day of liberation – he should have done it at a different time, because as the king of Great Britain he has no honorary connection with this place. Quite the opposite. He reminds the whole world that it is also the fault of his ancestors and the state he leads that allowed such a great crime to be committed.

I am writing this text in two languages ​​so that King Charles III will learn his true story. Besides, his presence is not advisable because it will take away the attention and memory of the victims, because the media will mainly show Charles III…
………………………….

dodatek:

[—-] MEMy III.

[Uś, ale ten Watykan musiał wkleić… md]

Mail:

Skarbówka w Grodzisku Mazowieckim przeniósł się niedawno z ulicy Żydowskiej do nowej siedziby na  ul. Daleką.

Ale  za to w Krakowie Centrum Krwiodawstwa jest na ul. Rzeźniczej… 

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Wielka orkiestra szlachetności zastępczej

Autor: AlterCabrio , 15 stycznia 2025 Wielka orkiestra szlachetności zastępczej

Jak co roku, już 33 – ci raz Polacy około połowy stycznia dostępują wiekopomnej okazji uczestniczenia w niezwykłej imprezie charytatywnej, i nie tylko. Każdy może choć przez chwilę poczuć się człowiekiem szlachetnym i dobrym, wznieść się ponad swoją przytłaczającą codzienność, dołączyć do społeczności podobnie szlachetnych ludzi, dążących do świętości za cenę datku do puszki, w przypadkach kwalifikowanych – wykupienia fantu, co w tej grupie jest chyba równoznaczne z samoubóstwieniem.

−∗−

Obraz tytułowy: Hieronymus Bosch, tryptyk „Ogród rozkoszy ziemskich”, zwany też „Tysiącletnim królestwem”, fragment części prawej – Piekło, ok. 1500 r., ob. Muzemum Prado w Madrycie. LINK

Wielka orkiestra szlachetności zastępczej

Jak co roku, już 33 – ci raz Polacy około połowy stycznia dostępują wiekopomnej okazji uczestniczenia w niezwykłej imprezie charytatywnej, i nie tylko. Każdy może choć przez chwilę poczuć się człowiekiem szlachetnym i dobrym, wznieść się ponad swoją przytłaczającą codzienność, dołączyć do społeczności podobnie szlachetnych ludzi, dążących do świętości za cenę datku do puszki, w przypadkach kwalifikowanych – wykupienia fantu, co w tej grupie jest chyba równoznaczne z samoubóstwieniem.

Być może nie bez znaczenia jest kolejny numer igrzysk – trzydziesty trzeci, jakby stopnień wtajemniczenia w loży. Ciekawie też byłoby odgadnąć, o jakie święta tu chodzi, jakie bóstwo tu się czcią obdarza. Charytatywny cel całej imprezy może być wskazówką – deklarowanym celem wolnomularzy zawsze była filantropia. Jako szlachetna, bezinteresowna działalność dla dobra innych przyciąga uwagę i sympatię, jednocześnie umożliwiając działania zgoła inne – politykę. Mamy więc jakby dwa cele społeczne takiego właśnie grania: filantropijny cel fundowania zazwyczaj dzieciom różnych rzeczy, czasem potrzebnych, czasem nie, ale zawsze drogich i domagających się prowizji. Drugi cel jest polityczny – popieranie określonych ugrupowań politycznych i ich programu, oraz krytyka wszystkiego, co jest z nimi niezgodne. Tak się u nas składa, że tą niezgodność można przypisać wszystkiemu, co dawno temu ufundowało, a przez wieki podtrzymywało polski naród i jego państwo. Te same cechy posiada także łaciński normotyp cywilizacyjny.

Czytaj też:

Po co nam własne państwo

Jak odzyskać niepodległość

Uczestnicy całego przedsięwzięcia ze strony społecznej, czyli sponsorzy i zwolennicy podwójnego grania, gromko orędując za największą ponoć imprezą filantropijną w tej części świata radują się z powodu takiego nadliczbowego dofinansowania służby zdrowia. Nie dostrzegają jednak kilku składników tego procesu. Środki nie zawsze odpowiadają rzeczywistym potrzebom obdarowanych, często są też na wyrost, przekraczając możliwości placówek. Publiczna służba zdrowia to system, będący podsystemem większego nadsystemu, którym jest państwo. Nadsystem powinien dbać o sprawne funkcjonowanie wszystkich podsystemów, również służby zdrowia. Finansowanie pobierane jest w wielkiej obfitości od społeczeństwa w postaci obowiązkowych składek zdrowotnych. Pomimo tego wciąż brakuje środków, więc system musi wciąż być dotowany z budżetu państwa i samorządów. Przed II Wojną Światową z oszczędności, wygenerowanych dzięki rozsądnemu gospodarowaniu ubezpieczeniami udało się sfinansować transatlantyk Batory, w III RP trzeba wciąż dotować, i wciąż pokrywać braki filantropią. Zachwyt nad ofiarnością społeczeństwa przykrywa problem główny – dlaczego jest, jak jest, i dlaczego od dziesięcioleci niczego nie można zmienić; kto psuje i jak można to naprawić. Tym się nikt nie przejmuje, bo i po co, orkiestra funduje. Splendor akcji dobroczynnej pozwala nam choć na chwilę zapomnieć o patologii ustrojowej.

Wiele można by się tu rozpisywać o zaletach i wadach tego przedsięwzięcia, i zapewne w nadchodzących czasach wiele ich będzie się nam ukazywać, nawet mimo wprowadzenia zakazu mowy nienawiści. Nie o tym jednak chcę pisać, jest od tego wielu bardziej kompetentnych autorów. Chciałbym za to ukazać pewien aspekt wielkiej orkiestry, bardzo istotny, acz niedostrzegany. Określę go jako szlachetność zastępczą, ona bowiem najlepiej wyjaśnia tak wielkie zaangażowanie i tak silne przylgnięcie do całej imprezy, jej kierownictwa i idei, a raczej ideologii – wielkiego odstępstwa od tego, co własne na rzecz tego, co cudze.

Impreza istnieje na rynku od roku 1992. Czas ten był szczególny – dla Polski i Polaków, dla całej Europy, wcześniej znajdującej się pod władzą Związku Radzieckiego, dla całego świata, który wówczas jeszcze nie rozumiał epokowych zmian, jakie w nim zachodzą, a raczej jakie są przeprowadzane. By to rok publikacji słynnej książki Francisa Fukuyamy pod znamiennym tytułem „Koniec historii”. Zgodnie z jej główną tezą, wraz z rozpadem ZSRR, upadkiem komunizmu (pozornym upadkiem, czego jeszcze wówczas większość ludzi nie wiedziała), i zwycięstwem demokracji liberalnej skończą się wielkie spory przeszłości, typowe dla państw i gospodarek narodowych. Rywalizacja odejdzie do lamusa, a przyszłość to globalna współpraca ekonomiczna, swoboda wszelkich przepływów, zastąpienie narodów przez coś, co mocą pieniądza George Soros wprowadza do państw narodowych pod hasłem społeczeństwa otwartego. Jako pierwszy pojęcia tego użył Henri Bergson, a dwa pokolenia później zreformował Karl Popper (zadziwiająca jest ta koincydencja pochodzenia wielu wybitnych myślicieli, których Zachód uważa za swoich). Polska i Europa Środkowo – Wschodnia „wyrwała” się wtedy spod sowieckiego reżimu, aby wejść do bogatego i dobroczynnego zachodniego kapitalizmu, jak wówczas wydawało się niemal wszystkim na Wschodzie. Ponieważ w Polsce, odciętej od głównych nurtów przemian i gospodarki rynkowej brak było naturalnych elit, które wiedziałyby, co należy robić w takich sytuacjach, naród chcąc nie chcąc przyjął za swoją tą elitę, którą mu podstawiono, a którą wytypowano na nieoficjalnych bibach w Magdalence. Wraz z tą elitą Polacy jako wybawienie z polskich problemów przyjęli Plan Balcerowicza – Sachsa (znowuż ta koincydencja), i szereg innych planów na przebudowę gospodarki, państwa i społeczeństwa, których nie był świadom. Upraszczając, rzec można, że każda zachodnia dewiza miała służyć generalnej przemianie Polski i Polaków. Nie byliśmy w tym osamotnieni – była to część dawno zaplanowanej zmiany Europy i świata.

Nasza polska przemiana polegała na tym, że częściowo nas zmuszono, a częściowo zechcieliśmy tego sami, aby na główkę rzucić się do basenu z demokracją liberalną, neoliberalizmem, społeczeństwem otwartym, postmodernizmem, dyktatem wielkich korporacji. Nie zdołaliśmy tylko zawczasu sprawdzić, czy w basenie znajduje się woda, ale skoro skakaliśmy do tego, co jest na szczęśliwym i bogatym Zachodzie, mogliśmy spodziewać się, że nie będzie całkiem źle. Okazało się, że otchłań, w którą skaczemy nie odpowiadała temu, co wówczas mieli jeszcze ludzie na Zachodzie, lecz została skonstruowana specjalnie dla nas. Wody więc nie było, ale basen rychło został zapełniony – krwią ofiar, przymusowo zrzucanych ze stromego klifu na ostre skały. Nikt tych ludzi zapytał, czy tego chcą, o swoim losie mieli przekonać się dopiero na dole, ale tak, aby nawet ci, którzy przeżyli, nie zorientowali się, że zostali zagnani w pułapkę.

Zdewastowano nam gospodarkę, przemysł, infrastrukturę, finanse, edukację, przejęto media, na trzy ponad dekady poukładano politykę. Cały nasz świat energomaterialny oraz informacyjny został zdefiniowany przez obce siły, dążące do zniesienia narodów i państw narodowych. Społeczeństwo zostało zdewastowane, nie tylko poprzez odebranie ludziom możliwości utrzymania siebie i rodzin, ale też za pomocą galopującej demoralizacji. Nastała ona natychmiast, wraz z uwolnieniem energii gospodarczej ludzi do działań w nowych układach, i wraz z zalewem antykulturowego szlamu, płynącego z każdej możliwej strony. Symbolem ówczesnej kultury masowej stały się książeczki Harlequin, pornografia, kasety video, czasopismo „Nie”, seriale „Dynastia” i „Moda na sukces”. Wyrazem głębszych dążeń natomiast – środowisko intelektualne Gazety Wyborczej i drukowane masowo przez wydawnictwo Jacka Santorskiego ezoteryczne podręczniki jak się samopoznać i odnieść sukces dzięki wykorzystaniu energii – wszechświata i własnej.

Wszystkie te zabiegi około sukcesu niewiele dawały skutku bez kapitału startowego, którego pozbawiono naród, pozostawiając jedynie przy wybranych jednostkach dawnego i nowego układu. Wmówiono nam, że nie jest potrzebny kapitał ani możliwości materialne, każdy może być tym, kim chce i osiągnąć światowy sukces, na wyciągnięcie ręki możliwa jest kariera od pucybuta do milionera, trzeba tylko bardzo pragnąć i bardzo się starać. Niektórzy nawet tak próbowali, kończąc zwykle po pewnym czasie jako bankruci, mimo początkowego sukcesu. Okazało się, że przejść do powodzenia mogą zasadniczo ci, którzy przyswoili sobie hasło, głoszące, że „pierwszy milion trzeba ukraść”, a do celu trzeba podążać „po trupach”, cel bowiem zawsze uświęca środki, a życie jest trudne, skomplikowane i pełne zasadzek. Moralność, jaka w ludziach trwała jeszcze mimo komunistycznej degrengolady załatwiono hasłami: „nie kradnij – rząd nie lubi konkurencji”, „nic nie jest czarno – białe, wszystko jest szare”, „każdy ma swoją prawdę”, „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Wszyscy poznali te aforyzmy, przekazywane drogą marketingu szeptanego, nie wiedząc nawet, skąd się wywodzą. Podsumowaniem szokowej zmiany mentalnej Polaków stało się główne hasło Jurka Owsiaka – „róbta, co chceta” – brzmiące jak przeróbka masońskiego „czyń wedle woli swojej”.

Naród zaczął więc robić, co każdy chciał, tracąc spoistość i rozbijając się na atomy. Umysły ludzi i ich relacje ogarnęły trujące miazmaty swoistego amalgamatu ideologii – neomarksizmu, neoliberalizmu, wszelkiego lewactwa, globalizmu, i spajającego to wszystko talmudyzmu. Czasami ludzkie atomy sczepiały się w jakimś sprzężeniu, by zwykle rozpaść się po pewnym czasie z trzaskiem, lecz częściej zderzały się, odbijając się od siebie jak bile, i od przeszkód, niczym kulki we flipperze. Ludzkie atomy nie miały nawet czasu pomyśleć nad swoim otoczeniem, zajęte gorączkową krzątaniną, by przeżyć kolejny dzień i miesiąc, by dorobić się jak najszybciej, by udowodnić dostawcom ukradzionych kapitałów, że Polak też potrafi. Ci śmiali się do rozpuku z biegających i zderzających się ludzików, podlewając cały bałagan gęstym sosem pedagogiki wstydu. Polskie ludziki uwierzyły, że wszystko zło, które ich spotyka, ba, nawet całe zło świata tkwi w nich samych i z nich wypływa, wynikając z wielowiekowych specyficznie polskich tradycji złości, zawiści, zacofania, ciemnoty, nieuczciwości, nieudolności. Ileż to było artykułów w gazetach i czasopismach, ileż książek beletrystycznych, publicystycznych i pseudonaukowych, ileż wykładów na uczelniach, filmów i seriali, wypowiedzi politykierów, pseudoautorytetów i patocelebrytów. To, co spotykało ludzi było wypadkową kilku głównych procesów: globalnych trendów antykulturowych, w tym – rewolucji seksualnej; warunków ekonomicznych, prawnych i politycznych, stworzonych celowo; działań w obszarze infosfery, zawierających antypedagogikę, złe wzorce zachowań, pornografię, ogłupianie i pedagogikę wstydu; braku dobrych wskazań i dobrych wzorców zachowań.

Stosunki międzyludzkie, począwszy od słynnej „wojny na górze” stały się brutalne, bezwzględne, interesowne i nikczemne. Odgórne upodlenie stopiło się z oddolnym samoupodleniem w ogólną wszechpodłość. Polskojęzyczne media i podstawione elity z pozmienianymi nazwiskami przekonywały nas usilnie, że stan wszystkiego do góry nogami jest właściwy, koszta społeczne transformacji są nieuniknione a jedyne problemy tkwią w nas, pod postacią kulturowych, chrześcijańsko – łacińskich skrupułów, które wciąż blokują nam postęp i dołączenie do szczęśliwej, wesołej, odnoszącej sukcesy społeczności globalnej. Polacy byli więc jednocześnie namawiani do zła, zmuszani do zła, oszukiwani co do zła, pozbawieni dobra. Faktyczna wina rozkłada się na trzy grupy podmiotów: rzeczywistych, cudzoziemskich sprawców, pasożytnicze, kolaboranckie pseudoelity, oszukany, upodlony i samoupadlający się naród.

Takie było tło społeczne zjawiska wielkiej orkiestry. Tam wszystko było inne, niż w społeczeństwie – dobre, szlachetne, bezinteresowne. Tak przedstawiała to propaganda, tak przyjęli Polacy, unurzani we wszech-podłości, cierpiący trudności materialne, poczucie porażki i wstydu, wyrzuty sumienia. I naraz dostali przebłysk szlachetności, jedyną szparę w szarej opończy moralnej bylejakości, ściśle zasłaniającej ich świat. Oto nagle z lepszego świata spłynęła do nich obietnica nowego odkupienia wszelkich win i frustracji – filantropia, finansująca chore dzieci, w otoczeniu szlachetnych, bezinteresownych, postępowych, wyluzowanych ludzi, jakże odmiennych od codziennych, szarych, goniących za lepszym dzisiaj dusigroszów. Nagle każdy Polak – łapserdak mógł choć raz w roku poczuć się dobry, szlachetny i hojny jak panisko, utwierdzany w tym postępowym katharsis przez wszech-mądrych celebrytów pasożytniczej elity, którą uważał za ekspertów moralności i arbitrów elegancji. Skoro usunięto z otoczenia jakąkolwiek szlachetność, zdewastowany psychicznie Polak kurczowo chwycił się szlachetności zastępczej. A wraz z samą orkiestrą i jej melodią Polak – łapserdak przyjął wszystko, co z nią było wprost lub pośrednio połączone. Zjawisko to zostało odkryte i opisane już w I połowie XX wieku przez behawiorystów, i dostosowane przez B.F. Skinnera do technologii zarządzania społeczeństwem. Bodziec, powodujący reakcję utrwala nie tylko reakcję na sam bodziec główny, ale też na wszystkie bodźce towarzyszące. Po utrwaleniu reakcji, gdy usunie się bodziec główny, bodźce towarzyszące nadal będą wywoływać te same reakcje, co bodziec główny. To właśnie tłumaczy tak głębokie przylgnięcie do orkiestry, mediów ją promujących, ugrupowań politycznych, promowanych przez te media. Tłumione wyrzuty sumienia, wywołane wszech-podłością, połączone z socjotechniczną, behawioralną tresurą społeczną uczyniły z nas tych, którymi dziś jesteśmy.

Czytaj o przebudzeniu:

Naród zaczyna walczyć

Gdy zbudzi się naród, cz-2, twierdza kulturowa

Główni i pomocniczy sprawcy tego naszego stanu popełniają jednak ten sam, fundamentalny błąd – myślą, że człowiek jest tabula rasa i można go ukształtować w dowolny sposób, i będzie to trwałe. Tymczasem w kwestiach istotowych natura ludzka jest niezmienna i zachowuje się jak korek – utrzymuje pamięć pierwotnej, naturalnej formy. Ściskany przez lata, po ustaniu ucisku pomału powraca do swej pierwotnej postaci. Tak też jest z nami, i w końcu spod zeszmaconego, zestrachanego Polaka – łapserdaka, stopniowo, powoli na razie, lecz coraz szybciej wydobywa się dumny i gniewny Polak – Lechita.

______________

Wielka orkiestra szlachetności zastępczej, Bartosz Kopczyński, 15 stycznia 2025

Jak kłamie Le Figaro. Demografia Francji.

Najniższy poziom od 1945 roku. To efekt „konstytucjonalizacji aborcji”?

15.01.2025 https://nczas.info/2025/01/15/najnizszy-poziom-od-1945-roku-to-efekt-konstytucjonalizacji-aborcji/

[le Figaro oczywiście ignoruje fakt, że to muzułmanie, Arabowie mają dzieci. Francuzi rdzenni – wolą jedzenie, podróże i [—]. Czemu NCz zostawia to bez komentarza? Pewnie mało płaci swym pisarkom, więc jakość – widzimy. MD]

Różowe buciki. Buty. Dziecko. Niemowlę. Noworodek. Dziewczynka.
Dziecięce buciki. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: Pixabay

===================

Polityka proaborcyjna i antyrodzinna robi swoje. Liczba urodzeń we Francji spadła w 2024 r., osiągając najniższy poziom od 1945 r. Instytut statystyki INSEE opublikowało 14 stycznia swój raport demograficzny na rok 2024.

Licząc rok do roku, liczba urodzeń gwałtownie spadła i to o 2,2% w stosunku do i tak fatalnego w tej materii roku 2023. Liczba urodzeń we Francji, która była kiedyś europejskim czempionem demografii, na przestrzeni ostatnich lat stale spada. Trudno tego nie wiązać z działaniami polityków, „homomałżeństwami”, promowaniem aborcji, itp.

INSEE podaje, że w kraju liczącym obecnie 68,6 milionów mieszkańców, wzrost populacji wyniósł w 2024 roku 0,25%. W ubiegłym roku we Francji urodziło się zaledwie 663 000 dzieci i jest to o 2,2% mniej niż w 2023 r. i aż o 21,5% mniej w porównaniu do np. roku 2010 r.

Jeśli liczba urodzeń zależy przede wszystkim od liczby kobiet w wieku rozrodczym, to jest ona również powiązana z ich płodnością. Wskaźnik ten w 2024 r. wyniesie 1,62 dziecka na kobietę i nie był tak niski od… 1919 r., czyli czasu po Wielkiej Wojnie, kiedy to brakowało mężczyzn.

INSEE podaje, że wskaźnik rozrodczości spada od 2010 r., a wówczas wynosił 2,02 dziecka na kobietę we Francji metropolitalnej, co dawało jeszcze odnawianie populacji. [Ależ kłamstwo !! Odnawianie – to od 2.20 MD]

Nie lepiej jest i w innych krajach. Dane z 2022 r., ostatnim roku, dla którego dostępne są dane porównawcze w Europie, mówią, że współczynnik dzietności w Unii Europejskiej wyniósł 1,46 dziecka na kobietę. Krajem, w którym wskaźnik ten był najwyższy była i tak… Francja (1,78).

W tym samym czasie we Francji wzrósł wskaźnik śmiertelności. W 2024 r. zmarło w tym kraju 646 000 mieszkańców. Oznacza to wzrost o 1,1% w porównaniu z rokiem 2023. Starzenie się społeczeństwa staje się faktem. Od 2011 r. liczba zgonów ma tendencję wzrostową ze względu na starzenie się pokolenia wyżu demograficznego, urodzonego między 1946 a 1974 r.

Różnica między liczbą urodzeń a liczbą zgonów w roku 2024 wyniesie 17 tys. na plus, ale będzie to najniższy poziom wzrostu od zakończenia II wojny światowej. Warto tu dodać, że co roku we Francji w wyniku aborcji ginie od 80 do 100 tys. dzieci nienarodzonych.

Źródło: Le Figaro

======================

mail:

Podczas nabożeństwa na koniec roku w kościele Św. Stanisława Kostki na Żoliborzu
ksiądz podawał statystykę parafialną, m. in.
w ciągu ostatniego roku pięć chrztów i trzysta pogrzebów.

Los pasożyta. „Oni udawali władzę, a my – opozycję”.

Dodatek dramatyzmu. Akurat jest dobry moment, aby to wyjaśnić

15.01.2025 Stanisław Michalkiewicz https://nczas.info/2025/01/15/dodatek-dramatyzmu-akurat-jest-dobry-moment-aby-to-wyjasnic/

Od lat powtarzam, że kto słucha Kukuńka, ten sam sobie szkodzi. To prawda, ale – jakby swoim zwyczajem powiedział Kukuniek – „jednocześnie” nieprawda. Wszystko bowiem zależy od tego, jak się Kukuńka słucha. Jeśli ktoś słucha Kukuńka w przekonaniu, że mówi on prawdę – ten oczywiście sam sobie szkodzi.

Kukuniek bowiem nigdy nie mówi prawdy, a swoje łgarstwa ukrywa za słowem „jednocześnie”, przy pomocy którego zaprzecza temu, co sam przed chwilą powiedział. Ale w tym, zdawałoby się, domkniętym systemie, jest luka. Rzecz w tym, że ludzie prości – a jest to określenie uprzejme – bywają szczerzy. Nie dlatego, by szczerość była ich charakterystyczną cechą. Jest akurat odwrotnie; ludzie prości – a jest to, powtarzam, określenie uprzejme – nie bywają szczerzy nie tylko na wszelki wypadek, ale przede wszystkim dlatego, że szczerość wydaje im się rodzajem głupoty. Dlatego kłamią, chachmęcą, ściemniają – żeby tylko nie zaprezentować się w charakterze durniów. Ale mimo tej wzmożonej czujności czasami zdarzy im się chwila szczerości.

I taki właśnie moment przytrafił się Kukuńkowi, kiedy z rozpędu wypsnęła mu się opinia, że „oni udawali władzę, a my – opozycję”. „Oni” – czyli stare kiejkuty, partyjniakowie i inni członkowie komunistycznej nomenklatury. Owszem, mieli oni pewną władzę, ale sami nie byli jej źródłem. Źródłem ich władzy byli Sowieciarze, którym „oni” się zaprzedawali z ciałem i duszą w zamian za możliwość pasożytowania na historycznym narodzie polskim. Bo pozycja materialna, społeczna i polityczna „onych” wynika właśnie z tego pasożytnictwa.

Los pasożyta

Pasożyta nie interesuje samopoczucie swojego żywiciela. Pasożyt nie zdaje sobie nawet sprawy, że jego egzystencja może przyprawić jego żywiciela o śmierć. A nawet gdyby jakimś sposobem zdał sobie z tego sprawę, to przecież swojej natury nie odmieni. Najwyżej zaprzeda się komuś innemu, kto mu obieca możliwość dalszego pasożytowania na swoim żywicielu. Tym właśnie tłumaczę skwapliwość charakteryzującą starych kiejkutów, partyjniaków i innych nomenklaturowców, którzy w okresie transformacji ustrojowej, jak na komendę, z „ludzi sowieckich” przepoczwarzyli się w europejsów. Ponieważ Sowieci uzgodnili z Amerykanami, że żadnych „rozliczeń” Sowieciarzy w Europie Środkowej nie będzie – wyjątek stanowił Mikołaj Ceaușescu, bo od każdej reguły musi być jakiś wyjątek – żadnemu Sowieciarzowi nie spadł włos z głowy. Przeciwnie – zaczęli przygotowywać się do zajęcia uprzywilejowanej pozycji w nowych warunkach ustrojowych, poprzez rozkradanie majątku państwowego, czyli eksploatowanie swego żywiciela aż do wycieńczenia.

Przepoczwarzenie się w europejsów nie polegało bynajmniej na jakiejś zmianie dotychczasowego systemu wartości. Sowieciarze bowiem żadnego systemu wartości nie mieli i nie mają – poza wysługiwaniem się kolejnym posiadaczom władzy, którzy obiecają im możliwość dalszego pasożytowania na swoim żywicielu. Ten „system” – jeśli można go tak nazwać – jest prosty jak budowa cepa – ale jego skuteczność zależy od jednego warunku. Otóż Sowieciarze muszą swojego żywiciela obezwładnić; to znaczy – odjąć mu zdolność rozpoznania rzeczywistości poprzez podsunięcie mu rzeczywistości podstawionej. I dopiero w tym kontekście możemy zrozumieć, co tak naprawdę powiedział wtedy Kukuniek, oznajmiając, że o ile „oni” udawali władzę, to „my” udawaliśmy opozycję.

„My” – czyli starannie wyselekcjonowana z opozycyjnej masy grupa osób zaufanych (zaufany po łacinie to „konfident”), którą Sowieciarze mianowali reprezentacją historycznego narodu polskiego i z którą podzielili się – ale nie „władzą”, tylko właśnie rolami – bo ta wyszperana w korcu maku reprezentacja odgrywać miała rolę opozycji, żeby w ten sposób zapobiec wytworzeniu się prawdziwej opozycji w stosunku do Sowieciarzy.Tak właśnie uzgodnił w Magdalence ze swoimi gośćmi generał Czesław Kiszczak, któremu Daniel Fried i Władimir Kriuczkow, co to ustalili ramy i przebieg transformacji ustrojowej w naszym bantustanie, przekazali swoje ustalenia do wykonania. I na tym właśnie od ponad 30 lat polega życie polityczne w naszym bantustanie, z tym że o ile Sowieciarze dla niepoznaki co pewien czas zmieniają szyld swojej odkrywce, o tyle opozycja, po krótkim epizodzie z Kukuńkiem na stanowisku „prezydenta”, występuje przez cały czas pod tym samym szyldem, mianowicie pod szyldem Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego, który zresztą też od czasu do czasu kreuje formacje pod różnymi nazwami.

Gorliwe europejsy

Jak to w swoim czasie, powołując się na Stevena Spielberga, pisał pan Tomasz Jastrun – żeby masy nie znudziły się tym w końcu przecież monotonnym widowiskiem, trzeba wprowadzać do scenariusza coraz większą dawkę „dramatyzmu”. Toteż po okresie pewnego zastoju, jaki nastąpił po nieudanej próbie ujawnienia agentury w strukturach państwa, zastoju, który chyba był konieczny jako „siła wyższa” – by Amerykanie przyłączyli do NATO państwa Europy Środkowej, a potem by Niemcy przeprowadziły Anschluss tych państw do Unii Europejskiej – zaraz, w ramach „dodawania dramatyzmu”, rozgorzała burza w szklance wody w postaci walki politycznej, która w miarę upływu czasu zaostrza się niczym walka klasowa w miarę rozwoju socjalizmu. O co w tej przybierającej na sile wojnie chodzi – trudno zgadnąć – bo w sprawach naprawdę ważnych dla państwa i historycznego narodu-żywiciela między antagonistami nie ma żadnych różnic.

Tak było w czasie referendum akcesyjnego w 2003 roku, kiedy to nie tylko Donald Tusk ręka w rękę z Jarosławem Kaczyńskim stręczyli historycznemu narodowi-żywicielowi Anschluss do Unii Europejskiej, mamiąc naiwniaków wizją „Europy ojczyzn”, podczas kiedy już od 10 lat obowiązywał traktat z Maastricht, który zmienił formułę funkcjonowania Wspólnot Europejskich z konfederacji – czyli związku państw – na federację, czyli państwo związkowe: rodzaj IV Rzeszy. Tak było w 2008 roku, kiedy to 1 kwietnia głosowana była w Sejmie ustawa upoważniająca prezydenta do ratyfikacji traktatu lizbońskiego, który amputował Polsce ogromny kawał suwerenności – jak duży – nikt tego dotychczas nie wie, bo ani Donald Tusk, który ten traktat 13 grudnia 2007 roku podpisał, ani posłowie – chyba nawet wszyscy – którzy 1 kwietnia 2008 roku głosowali za upoważnieniem prezydenta do jego ratyfikacji, ani wreszcie prezydent, który 10 października 2009 roku go ratyfikował – go nie czytali.

W rezultacie do tej pory nie wiemy na pewno, czy Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu ma prawo grzebać w tubylczym systemie sądowniczym, czy nie. Pan sędzia Igor Tuleya z porządnej, ubeckiej rodziny, który do niedawna, obok Wielce Czcigodnego Romana Giertycha, znajdował się na czele białego orszaku męczenników praworządności, a obecnie szalenie się rozpolitykował, twierdzi, że jak najbardziej, że nie tylko może, ale nawet powinien zatwierdzać legalność każdego przebierańca w tubylczych trybunałach, podczas gdy „nielegalna” Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego pani Małgorzata Manowska twierdzi, że absolutnie takiego prawa nie ma, że jest to z jego strony uzurpacja. Jak jest naprawdę – nikt tego na pewno nie wie, chyba żeby ten cały traktat przeczytał. Ale po co go czytać, kiedy tylko patrzeć, jak zostanie znowelizowany w taki sposób, że członkowskie bantustany, to znaczy – „małe państwa” – jak mówił w 1943 roku Adolf Hitler – zostaną w UE pozbawione nawet pozorów suwerenności?

Kolejnym przykładem jest ustawa z czerwca 2021 roku, o ratyfikacji ustawy o zasobach własnych UE, przeforsowana przez Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego nawet wbrew części swojego klubu, przy pomocy klubu Lewicy, a więc – duchowego potomstwa Sowieciarzy. Na podstawie tej ustawy Komisja Europejska zyskała prawo zaciągania zobowiązań finansowych w imieniu całej Unii i nakładania bezpośrednich, „unijnych” podatków. O zagadkowej nominacji, najpierw w 2015 roku na wicepremiera, a potem w 2017 roku na premiera rządu pana Mateusza Morawieckiego, który w podskokach spełniał wszystkie żądania zarówno w zakresie epidemii, jak i „dekarbonizacji” czy „zielonych wałów”, szkoda nawet mówić – chociaż zarówno te zagadkowe nominacje, jak i skwapliwe posłuszeństwo pana Mateusza aż się prosi o wyjaśnienie, podobnie jak motywy, które Naczelnika Państwa zmusiły do tych wszystkich posunięć.

W przypadku Donalda Tuska, jako przywódcy Volksdeutsche Partei, czyli lidera obozu zdrady i zaprzaństwa, niczego wyjaśniać już nie trzeba, ale czy nieposzlakowany lider opozycji, Naczelnik Państwa, komuś podlega, a jeśli podlega – to konkretnie komu – to by się przydało wyjaśnić.

Akurat jest dobry moment, jako że w naszym bantustanie zbliżają się wybory prezydenckie. Tym razem „dodatek dramatyzmu” jest tak duży, że zaczynają się w tym bałaganie gubić nawet aktorzy obsadzeni w tym przedstawieniu, nie mówiąc już o statystach – ale w tym szaleństwie jest metoda. Jakże inaczej suwerenowie uwierzyliby, że salus Reipublicae zależy od tego, by wygrał „właściwy” kandydat, to znaczy – jeden z dwójki dobranej specjalnie w tym celu w korcu maku? Ale skoro dodatek dramatyzmu jest tak silny, że wprawia w zakłopotanie nawet wytrawnych krętaczy, to jest szansa, że uwierzą i że mistyfikacja, sprokurowana w Magdalence na użytek mniej wartościowego, tubylczego narodu-żywiciela, nadal zadziała, no a potem – niech się dzieje co chce, zwłaszcza gdy Adolf Hit… – to znaczy – pardon – nie żaden „Adolf Hitler”, tylko oczywiście Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen wyda dekret o utworzeniu Generalnego Gubernatorstwa, a zaraz potem – ustawę o zwalczaniu tchórzliwych zamachów na niemieckie dzieło odbudowy w Generalnym Gubernatorstwie, żeby wszystko było, jak się należy.

Grzegorz Braun o starcie w wyborach. „Działacze Konfederacji nie umawiali się na formację liberalną, centrową, z odchyleniami ku lewicy”

Grzegorz Braun o starcie w wyborach. „Działacze Konfederacji nie umawiali się na formację liberalną, centrową, z odchyleniami ku lewicy”

https://pch24.pl/grzegorz-braun-o-starcie-w-wyborach-dzialacze-konfederacji-nie-umawiali-sie-na-formacje-liberalna-centrowa-z-odchyleniami-ku-lewicy

(Europoseł Grzegorz Braun. Fot. Aleksiej Witwicki / Forum)

Jeżeli rzeczywiście kampania prezydencka 2025 roku w Polsce odbędzie się z moim udziałem, to nie lękam się plebiscytu, którym będzie przesądzenie, czy moja rola, moja działalność publiczna, jest oceniana na tyle życzliwie, żeby rodacy wystawili mi promesę na dalszą działalność. Tego będzie dotyczył ten plebiscyt. To się rozstrzygnie w tych wyborach, jeżeli one się odbędą i jeżeli ja do nich przystąpię jako państwa kandydat na prezydenta Polski – powiedział w obszernym wywiadzie Grzegorz Braun. Europoseł przybliżył okoliczności – szczególnie te dotyczące kondycji Konfederacji – skłaniające go do podjęcia wyborczej rywalizacji o najwyższy urząd w państwie.

Nie chcąc znaleźć się w bagnie i nie chcąc jednocześnie zawieść, nie chcąc zdradzić wyborców, sympatyków, działaczy, którzy na co innego liczyli i na co innego się umawiali – nie umawiali się na formację liberalną, centrową, z może nie tyle coraz częstszymi odchyleniami ku lewicy, ile coraz częstszymi przemilczeniami tego, co tak istotne dla prawicy; nie chcąc tej publiczności pozostawić w próżni politycznej, trzeba będzie podejmować decyzje – mówił Grzegorz Braun w wywiadzie dla kanału eMisjaTV.

Polityk zastrzegł, że jego powyższe uwagi dotyczące odejścia środowiska politycznego od deklarowanych idei i celów, nie dotyczy jedynie Konfederacji, lecz także Prawa i Sprawiedliwości, określanego przezeń konsekwentnie jako „łże-prawica”. Jej liderzy tęsknili bowiem od zarania za centrum sceny politycznej, nie chcąc przy tym dopuścić do odrodzenia się autentycznej prawicy. Stąd przybranie w pewnym momencie kostiumu patriotyczno-narodowego, dzięki trafnemu odczytaniu nastrojów i oczekiwań społecznych.

Z kolei, w ocenie Grzegorza Brauna, „Konfederacja, która miała być głosem i politycznym narzędziem antysystemu i prawicy pryncypialnej, ideowej, poszła na bardzo wiele kompromisów”. Nie były to zresztą ustępstwa wymuszone, lecz „wydumane” przez część dzisiejszych liderów tej formacji.

Konfederacja odeszła od zmysłu politycznego”

Rozmówca Piotra Korczarowskiego wskazał, że zarysowany scenariusz wyborczy z datami dwóch tur 18 maja oraz 1 czerwca wcale nie musi dojść do skutku. – Nie wykluczam (…) jakichś działań pozaprawnych, bezprawnych, których przecież nie brakowało w poprzednich sezonach. A to pod pretekstem pandemii, a to wojny, bezprawie, więc niekonstytucyjna cenzura, gwałcenie wolności, praw podstawowych obywateli polskich – to było normą. Więc nie zdziwię się, gdyby ta norma utrwaliła się także w tych wyborach. Bezprawnie zostały przesunięte poprzednie. Jak zauważał pan profesor [Mirosław] Piotrowski, Andrzej Duda został bezprawnie prezydentem Rzeczpospolitej Polskiej. Został wyłoniony w toku procedury, która nie spełniała konstytucyjnych i ustawowych kryteriów – ocenił polityk.

Konfederacja Korony Polskiej oraz liczne środowiska i organizacje mnie osobiście życzliwe, a orientujące się politycznie w ostatnim czasie na kurs Konfederacji Korony Polskiej – jesteśmy przygotowani na każdy wariant. Jesteśmy gotowi do tego, żeby stawić czoła wyzwaniom i sprostać tej sytuacji, jakkolwiek by się ona nie rozwinęła i wewnątrz Konfederacji, i na polskiej, i na międzynarodowej scenie politycznej – zadeklarował.

Według diagnozy Grzegorza Brauna, Konfederacja [jako koalicja] „odeszła od zmysłów, a konkretnie od zmysłu politycznego, który był trafny, który prowadził w dobrą stronę”. – Moi szanowni koledzy pożeglowali, odpłynęli do centrum i – uwaga – dobrze się tam czują. Oni się w tym centrum odnaleźli i ja poza wszystkim innym nie chciałbym nikomu stawać na drodze do szczęścia, jakkolwiek kto opacznie może swoje szczęście pojmować – podkreślił.

Cała ta prawica, która nie chce konserwować zastanego układu, która nie chce negocjować swojego kącika rezerwatu dla „polskich Indian” gdzieś tam w Eurokołchozie i gdzieś tam w tej Republice Okrągłego Stołu, która jest na poły dziś landem eurokołchozowym, na poły Republiką Banderowską, Ukropolem, Ukropolinem, stanem amerykańskim; nie chcemy, by była Republiką Sowiecką, Eurosowiecką, nie chcemy negocjować zakresu naszej suwerenności, wolności, niepodległości, nie chcemy wystawiać na ryzyko bezpieczeństwa narodowego i indywidualnego we wszystkich wymiarach. We wszystkich wymiarach – i w tym wymiarze geopolitycznym, militarnym i w wymiarze właśnie gospodarczym, żywnościowym, energetycznym, a wreszcie w wymiarze tożsamościowym. Tego wszystkiego nie jesteśmy skłonni negocjować z kimkolwiek poza narodem polskim, ale właśnie narodem polskim z tymi, którzy jeszcze chcą, by naród polski istniał; z tymi, którzy chcą być narodem polskim, a nie ludnością tubylczą landu euro-kołchozowego – wyliczał Grzegorz Braun.

W jego przekonaniu wymienione środowiska nie mają obecnie swojego reprezentanta pośród kandydatów do „dużego pałacu”.

„Nie lękam się plebiscytu”

Lider KKP podkreślił swoją, permanentnie okazywaną gotowość do rozmów w ramach Rady Liderów Konfederacji. Wskazał, że nigdy, wbrew obietnicom, nie został poddany rewaloryzacji parytet udziału reprezentantów poszczególnych ugrupowań w ramach tej koalicji – adekwatnie do aktualnego poparcia wyborców. Konfederacja nie zwołała zapowiadanego na jesień 2024 kongresu. Pominęła też prawybory – procedurę, która dobrze sprawdziła się w poprzedniej kampanii prezydenckiej.

Wydarzyły się natomiast różne rzeczy, nie mające umocowania w regulaminowych, proceduralnych zasadach konfederackiego życia i współżycia. No więc, jeżeli coś nie przechodzi przez Radę Liderów, nie przechodzi przez kongres, nie jest poddane kryterium prawyborczemu, no to co to jest? To jest albo samowola, albo, co może jeszcze gorzej, zakulisowa kombinacja, w której jedni wysuwają roszczenie, a drudzy ulegają szantażowi wewnętrznemu – stwierdził  lider Konfederacji Korony Polskiej.

Mamy już rok 2025 i powtarzam, niektórym się zdaje, że lojalność, grzeczność, skłonność do pokojowego, koncyliacyjnego rozwiązywania problemów, że to wszystko słabość. Że to wszystko nic innego, tylko niezdolność do działania. No więc kto tak myślał, ten się myli – podkreślił.

Ja nie boję się poddawać się kryterium i nie boję się być zmierzonym i zważonym. Nie lękam się osądu szerokiej publiczności ze szczególnym uwzględnieniem publiczności patriotycznej moich rodaków, „prawaków”, choć jak słyszę – nie tylko rodacy-prawacy mnie nie potępiają, a wręcz cenią sobie rozmaite, powiedzmy, akcje w moim wykonaniu. „Zjednoczony front gaśnicowy” jest na pewno znacznie szerszy niż tylko nasze, z całym szacunkiem, prawackie bańki – diagnozował.

I jeżeli rzeczywiście kampania prezydencka 2025 roku w Polsce odbędzie się z moim udziałem, to nie lękam się plebiscytu, którym będzie przesądzenie czy moja rola, moja działalność publiczna, czy jest oceniana na tyle życzliwie, żeby rodacy wystawili mi promesę na dalszą działalność. Tego będzie dotyczył ten plebiscyt. To się rozstrzygnie w tych wyborach, jeżeli one się odbędą i jeżeli ja do nich przystąpię jako państwa kandydat na prezydenta Polski – zadeklarował Grzegorz Braun.

Na koniec polityk najpierw twierdząco odpowiedział na pytanie o własną zdolność do ewentualnego przewodzenia KKP jako zupełnie samodzielnego bytu politycznego, a następnie szeroko to uzasadnił.

W odróżnieniu od innych ja nie chcę być sam i niepodzielnie „królem dżungli”. Ja nie chcę, szanowni Państwo, „robić Polski” po to, żeby była tylko po mojemu, dla mnie i na moją modłę. Bo Polska jest projektem, chwała Bogu, szerszym, większym – jest państwem politycznego narodu wolnych Polaków, chwała Bogu już ponad tysiąc lat. W tym roku świętujemy tysięczną rocznicę pierwszych koronacji, których by nie było, gdyby nie wcześniejsze wysiłki i praca poprzednich pokoleń. I szanowni Państwo, ja zbyt dobrze znam tę piękną historię, żeby popadać w jakieś szkodliwe urojenie, że przyszłość i szczęście Polski w tym leży, żeby akurat moja partia, moje politbiuro miały w ręku wszystkie sznurki i wszystkie komórki do wynajęcia, do obsadzenia – argumentował.

Polska jest zbyt duża, zbyt piękna w czasie i przestrzeni, żeby miała być redukowana do formatu osobowości jednego tylko gracza politycznego. Więc nie mając takich urojeń i nie planując uzurpacji, tak jestem w pełni przygotowany wraz z moimi towarzyszami z Konfederacji Korony Polskiej do skutecznego wejścia do akcji i przeprowadzenia wszystkich formalności niezbędnych do tego, żeby ta kampania na polskiej scenie politycznej nie mogła się wydarzyć bez naszego istotnego udziału. Na to jesteśmy gotowi, ale zapraszam do szerokiej współpracy – zachęcał Grzegorz Braun.

Źródło: eMisjaTV RoM

Grzegorz Braun: „Przywrócić Konfederacji ustawienia fabryczne”

Autor: Redakcja , 14 stycznia 2025 Grzegorz Braun: „Przywrócić Konfederacji ustawienia fabryczne”

… nie chcąc znaleźć się w bagnie i nie chcąc jednocześnie zawieść, nie chcąc zdradzić wyborców, sympatyków, działaczy, którzy na co innego liczyli i na co innego się umawiali…

Nie umawiali się na formację liberalną, centrową, z może nie tyle coraz częstszymi odchyleniami ku lewicy, ile coraz częstszymi przemilczeniami tego, co tak istotne dla prawicy. Nie chcąc tej publiczności pozostawić w próżni politycznej, trzeba będzie podejmować decyzje.

Konfederacja, która miała być głosem i politycznym narzędziem anty-systemu i prawicy pryncypialnej, ideowej poszła na bardzo wiele kompromisów. Moim zdaniem zresztą bynajmniej niewymuszonych przez okoliczności, bynajmniej niewymuszonych to były raczej kompromisy wydumane przez niektórych liderów naszej formacji. No właśnie naszej czy już nie naszej, jako jeden ze współzałożycieli konfederacji, tamtej konfederacji roku 2019-2020.

Co do Konfederacji, to jest być może ostatni moment, w którym można jeszcze uratować ją przed nią samą.

Konfederację trzeba uratować także i przed nią samą, ponieważ Konfederacja odeszła od zmysłów, od konkretnie zmysłu politycznego, który był trafny, który w dobrą stronę prowadził. I kiedyś my konstytuowali Konfederację.

Teraz zaś moi szanowni koledzy pożeglowali, odpłynęli do centrum i uwaga, dobrze się tam czują. Oni się w tym centrum odnaleźli…

Wyjaśnienia Grzegorz Brauna

…nie mogę zlekceważyć mojego obowiązku działania na prawicy. Tej prawicy, która jest jednoznaczna w swoim przywiązaniu do wolności, suwerenności, bezprzymiotnikowych wartości, jest przywiązana i do bezpieczeństwa życia ludzkiego i bezpieczeństwa narodowego, ostrości konturu granic, jest przywiązana do jednoznacznego pojmowania sprawy bezpieczeństwa życia ludzkiego, zdrowia, pomyślności, której być nie może bez dobrego gospodarowania, prosperowania, a więc mówiąc krótko, cała ta prawica, która nie chce konserwować zastanego układu, która nie chce negocjować swojego kącika rezerwatu dla polskich Indian gdzieś tam w Eurokołchozie i gdzieś tam w tej Republice Okrągłego Stołu, która jest na poły dziś Landem Eurokołchozowym, na poły Republiką Banderowską, Ukropolem, Ukropolinem, Stanem Amerykańskim, nie chcemy by była Republiką Sowiecką, Eurosowiecką, nie chcemy negocjować zakresu naszej suwerenności, wolności,) niepodległości, nie chcemy wystawiać na ryzyko bezpieczeństwa narodowego i indywidualnego we wszystkich wymiarach, we wszystkich wymiarach i w tym wymiarze geopolitycznym, militarnym i w wymiarze właśnie gospodarczym, żywnościowym, energetycznym, a wreszcie w wymiarze tożsamościowym.

Tego wszystkiego nie jesteśmy skłonni negocjować z kimkolwiek poza narodem polskim, poza narodem polskim, no ale właśnie narodem polskim z tymi, którzy jeszcze chcą, by naród polski istniał, z tymi, którzy chcą być narodem polskim, a nie ludnością tubylczą Landu Eurokołchozowego.

No i tych wszystkich nie możemy zostawić bez kandydata, prawda?

Nie możemy zostawić bez kandydata w wyborach prezydenckich, bo szanowni państwo nie ma próżni w przyrodzie i jeśli nie wystąpi realny kandydat, to ta próżnia chwilowa zostanie natychmiast zagospodarowana przez trolli, awatary, przez rozmaite kreacje realizujące model operacji trust i tego ryzyka ja osobiście nie jestem skłonny podejmować, dlatego jestem dziś gotów na każdą okoliczność. A jakie będą te okoliczności? No to jutro nam, jutro nam pokaże, pokaże nam Kancelaria Sejmu zwołując ewentualną kolejną konferencję prasową, czy własną marszałka, czy też może z przedstawicielami Państwowej Komisji Wyborczej. Zobaczymy jak tam wystąpią przedstawiciele tych najwyższych organów władzy Rzeczpospolitej.

Próba przeniesienia akcentu z płci biologicznej (ang. sex) na płeć „kulturową” i „społeczną” (ang. gender)

Zawsze Wierni nr 1/2025 (236)

ks. Piotr Dzierżak FSSPX https://piusx.org.pl/zawsze_wierni/artykul/3298

Od Redakcji

Drodzy Czytelnicy, właściwe dla współczesnych czasów pomieszanie pojęć nie omija żadnej kluczowej dla człowieka kwestii. A przecież sprawa płci i tego, jak determinuje ona istnienie i działanie człowieka, jest jedną z nich. Do tego stopnia, że od jej poprawnego ujęcia, a co za tym idzie – rozumienia swoich zalet (no i wad) oraz zadań, które Bóg przed nami postawił, zależy w znacznej części umiejętność dobrego przeżycia ziemskiej egzystencji, mającej być przecież wstępem do szczęśliwości wiecznej w niebie.

Z drugiej strony współczesny świat1 stara się ze wszystkich sił i na każdym już niemal kroku wmówić nam, że biologicznie rozumiana płeć jest czymś nieistotnym. W tym celu stosowane są, jak się można łatwo przekonać, dwie taktyki.

Próba przeniesienia akcentu z płci biologicznej (ang. sex) na płeć kulturową i społeczną (ang. gender)

Przy czym ta ostatnia jest już całkowicie ludzkim wytworem, choć do pewnego stopnia ciągle uwarunkowanym biologicznie, genetycznie – jednak do jej istoty należy dowolność form, w ramach których ma być ukształtowana. Przy tym jest ona konstruktem, który podlega, i ma podlegać, nieustannym przemianom w duchu rewolucji Marksa (czytaj: filozofii Hegla). Stąd też liczby tak pojmowanych „płci” oraz ich „istoty” ciągle się zmieniają, a przy tym granice pomiędzy nimi są niezbyt ściśle określone, a do tego fluktuujące.

Oczywiście propagandyści pracujący na omawianym odcinku wojny ideowej, dla uzasadnienia swoich roszczeń, mogą odwołać się do niezaprzeczalnego faktu istnienia w ludzkiej populacji przypadków chorobowych i zaburzonych – chodzi o ludzi, których przynależność płciowa jest rzeczą dość skomplikowaną. Jednak, jak istnienie odejścia od normy (spowodowanego dowolnym defektem) nie stanowi w istocie argumentu przeciw istnieniu normy, tak również i w tym przypadku istnienie wzmiankowanych osób nie neguje tego, że w naturze mamy do czynienia z dwiema płciami: męską i żeńską.

Z drugiej strony piszę powyżej jedynie o przeniesieniu akcentu, gdyż faktycznie istnieje też naturalna podstawa do tego, by wyróżnić w człowieku płeć kulturową – zawsze pozostającą jednak w charakterze rozumnej i zgodnej z prawem Bożym odpowiedzi (czy raczej „dopowiedzi”) na pochodzące od Stwórcy różnice między płciami. Ta odpowiedź ma tylko uwydatnić to, co obecne jest w planie Bożym zarówno na poziomie prawa naturalnego, jak i w Objawieniu.

Omawiana taktyka, choć stosowana względnie od niedawna, zdążyła już poczynić ogromne szkody w duszach wielu milionów i ciałach wielu tysięcy ludzi na świecie, głównie młodych, dorastających w krajach technicznie rozwiniętych (bo tylko tam współczesny świat, dzięki sile oddziaływania swojej agendy, może posunąć się do zanegowania czegoś tak oczywistego i namacalnego, jak płeć biologiczna).

Dążenie do zacieranie różnic między płciami biologicznymi

Z jednej strony ma to miejsce w sferze różnic istniejących „w rzeczy”, tzn. gdy chodzi o wywarcie takiego wpływu na proces rozwoju i wychowania młodych ludzi płci obojga, by zniwelować zachodzące pomiędzy nimi różnice cielesne, psychiczne, umysłowe i duchowe. Z drugiej strony chodzi o wywarcie wrażenia, że znaczących różnic między płciami po prostu nie ma i nigdy nie było. Oba te scenariusze rozgrywa się na wiele sposobów i to zarówno na poziomie biologicznym2, jak i na poziomie psychicznym, umysłowym oraz duchowym. Chodzi tu zwłaszcza o:

  • koedukację stosowaną powszechnie, w każdym wieku i na każdym poziomie nauczania;
  • doprowadzenie do praktycznego zaniknięcia różnic między ubiorem męskim i żeńskim;
  • wyśmiewanie tradycyjnego podziału ról, zniechęcanie niewiast do przyjmowania roli żony i matki przy jednoczesnym zachęcaniu do rozwiązłości i egoizmu, a w konsekwencji do aborcji;
  • walkę z męskością i jej przywilejami (np. z patriarchatem);
  • niszczenie mężczyzn i niewiast popieraniem wszelkich form niemoralności (nieczystości), co również bardzo utrudnia wejście w rolę męża i żony, nie mówiąc już o promowaniu homoseksualizmu i jemu podobnych zboczeń;
  • stwarzanie instytucjonalnych podstaw do zastępowania mężczyzn niewiastami w zawodach, które wymagają cech typowo męskich – wyraźnie ma to miejsce w wojsku, policji, a także w różnego rodzaju instytucjach politycznych poprzez wprowadzanie tzw. parytetów. Ponadto chodzi o propagowanie kształcenia niewiast na kierunkach typowo męskich;
  • wreszcie próbę podważenia pochodzącej z Objawienia zasady dopuszczającej wyświęcanie na kapłanów katolickich tylko i wyłącznie mężczyzn.

Jednym słowem chodzi tu o coś, co bardzo przewrotnie nazywane jest feminizmem. Piszę „przewrotnie”, gdyż faktycznie, patrząc z perspektywy niewiast, sprowadza się on do maskulinizmu (prowadzi do upodobnienia niewiast do mężczyzn na tyle, na ile jest to możliwe), natomiast patrząc z perspektywy mężczyzn, sprowadza się on do próby maksymalnego osłabienia i zniewolenia osób płci męskiej.

Nasuwa się tu zasadnicze pytanie, prowokujące niemal spontaniczną odpowiedź: czy nie jest feminizm3 niczym innym jak tylko rewolucją marksistowską przeniesioną z kontekstu materialnego posiadania w sferę płci? Czy nie te same są metody, którymi się on posługuje, a także i skutki stosowania jego zasad w praktyce? Pomyślmy o maksymie mówiącej, że rewolucja zjada swoje dzieci: czy tymi pożeranymi dziećmi rewolucji nie są w pierwszej kolejności feministki, które z piedestału awangardy rewolucji płciowej ściągane są przez rozmaite persony o płci chwilowo lub permanentnie nieustalonej? Pomyślmy o „pożytecznych idiotach”: to przecież współczesny rzekomo „nietoksyczny” mężczyzna – „feministek” o mózgu przeżartym mentalnym zarazkiem, nierozumiejący, że każda normalna niewiasta ma go za głupca lub słabeusza.

Również i cel feminizmu jest ten sam co marksizmu: wyrównanie wszelkich różnic, w tym ostatnim ekonomicznych, w tym pierwszym – między płciami. A przecież chyba nikt się nie łudzi, że raz rozpętana rewolucja w sposób planowy zatrzyma się na jakimś etapie pośrednim. Nie, ona ma ambicje dobrnąć do końca. A co się stanie wówczas, kiedy wszystkie owe różnice zostaną zatarte? Wtedy ludzkość przestanie istnieć. I tak naprawdę od samego początku o to właśnie chodziło. W tym „postępie” dla samego „postępu”, czy raczej niszczeniu dla samego niszczenia – ostatecznym celem jest pokrzyżowanie Bożych planów wobec człowieka, w czym bardzo wyraźnie daje się odczuć diabelski swąd.

Przypisy

  1. Używam tego słowa w sensie analogicznym do tego występującego w Ewangelii wg św. Jana – zatem jako okupującą i w znacznym stopniu kontrolującą nasz świat społeczność anty-Bożych (i w konsekwencji antyludzkich) rewolucjonistów o wyraźnie gnostyckiej mentalności.
  2. Przyczyną jest obecność ogromnych ilości żeńskich hormonów płciowych (estrogenów) w biosferze, będąca efektem ubocznym masowego stosowania tabletek antykoncepcyjnych, a także powszechne w przemyśle spożywczym stosowanie tworzyw sztucznych (plastików), których cząsteczki mają budowę analogiczną do żeńskich hormonów płciowych. Skutkiem obu jest u mężczyzn zmniejszenie płodności w dziedzinie ciała i zaburzenia charakteru w dziedzinie duszy.
  3. Tak samo, rzecz jasna, genderyzm, będący tylko jego logiczną i konieczną – oczywiście w sensie logiki rewolucji – konsekwencją.

Niszczenie rodziny

Zawsze Wierni nr 1/2025 (236)

José María Petit Sullá https://piusx.org.pl/zawsze_wierni/artykul/3307

Niszczenie rodziny

Związek pomiędzy rzeczywistościami naturalnymi a ich nadprzyrodzonym pochodzeniem oraz przeznaczeniem jest obecnie jednym z najbardziej aktualnych i ważnych tematów. W szczególności nie sposób jest zrozumieć marksistowski atak ideologiczny na rodzinę, jeśli nie rozważy się wpierw związku rodziny z ojcostwem Bożym. W swych Thesen über Feuerbach Marks pisze, iż „po odkryciu, że ziemska rodzina jest tajemnicą świętej rodziny, musi ona sama być poddana krytyce w teorii i ulec rewolucyjnemu przekształceniu w praktyce”1 (tj. zostać zniszczoną). Sprawa rodziny jest tu jedynie przykładem, gdyż istotą marksizmu jest niszczenie, zaprzeczanie lub wzniecanie rewolucji przeciwko każdej ludzkiej rzeczywistości posiadającej podobieństwo do jakiejś rzeczywistości nadprzyrodzonej.

Choć rodzina zagrożona jest również wskutek zaburzania relacji między rodzicami a dziećmi, głównym przedmiotem ataku jest ustrój małżeństwa. Ponieważ małżeństwo stanowi zalążek rodziny, atak na nie wpływa nie tylko na relacje między małżonkami, ale też obliczony jest na zaburzenie relacji rodzice–dziecko. Jest to zgodne z definicją małżeństwa jako nierozerwalnego związku między mężczyzną i niewiastą, a ukierunkowanego na zrodzenie i wychowanie potomstwa. W dobrze znanej pracy Engelsa Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa o rodzinie wspomina się jedynie jako o konsekwencji pewnej koncepcji małżeństwa. Wedle Engelsa, aby rodzina w znanej nam postaci przestała istnieć, wystarczy zmodyfikować koncepcję małżeństwa.

Marksistowski atak polega właśnie na traktowaniu człowieka jako zwierzęcia seksualnego, mającego skłonność do gromadzenia bogactwa. Ponadto ideologia ta usiłuje budować na „prymitywizmie”, w którym monogamia zanikłaby w sposób spontaniczny, a także postuluje „wyzwolenie” niewiast poprzez skierowanie ich do pracy w wielkich współczesnych fabrykach.

Ogólnie rzecz biorąc, można zaobserwować obecnie ścisły związek między rewolucją marksistowską a ruchami feministycznymi, odrzucającymi tradycyjną funkcję rodziny. Ruchy te nie mogłyby działać w naszym społeczeństwie bez poparcia partii politycznych kierujących się ideologią marksistowską.

Temat nasz wymaga więc rozważenia znaczenia nierozerwalnego małżeństwa jako podstawy i zalążka rodziny.

Argumenty za nierozerwalnością małżeństwa przytoczyliśmy już w innych wykładach z tego cyklu. Chciałbym dodać do tego jedynie pewne fundamentalne spostrzeżenie natury socjologicznej: zawierające umowę strony nie zaakceptowałyby wyrażania jakichkolwiek zastrzeżeń podczas ceremonii religijnej, a nawet czysto cywilnej. Coś takiego czyniłoby całą ceremonię zaślubin całkowicie bezsensowną. Co więcej, żadne prawodawstwo nie zawiera w sobie obostrzeń godzących w jedność małżeńską, które mogłyby w przyszłości stanowić potencjalne argumenty do dokonania rozwodu. Powodem tego jest fakt, iż podanie tych rzekomych przesłanek do rozwiązania małżeństwa wynaturzałoby sam akt zaślubin. Wówczas, zamiast prawa do rozwodu, mielibyśmy do czynienia z nielegalnymi związkami, gdyż taka ceremonia nie tworzyłaby małżeństwa w ścisłym sensie tego słowa. Pomiędzy małżeństwem a rozwodem istnieje radykalna sprzeczność. Gdyby w umowie małżeńskiej zawarte zostały potencjalne przyczyny rozwodu, tak jak to powinno mieć miejsce w pełni logicznym akcie prawnym, wymieniając wyraźnie warunki, na jakich zawierane jest małżeństwo, zostałoby ono de facto wynaturzone, stałoby się nie tylko teoretycznie, ale również praktycznie niemożliwe. Żadna ze stron nie przystałaby na to, aby druga strona w momencie zawierania umowy mówiła, na co prawo daje jej możliwość później się powołać. W przypadku rozwodu prawo jest jednym, a rzeczywistość drugim.

Ukierunkowanie związku małżeńskiego na zrodzenie dzieci, czyniące nas uczestnikami stwórczego aktu Boga, wymaga nierozerwalności małżeństwa. Jest rzeczą oczywistą i bezsporną, że nierozerwalny związek małżeński stanowi jedyny fundament rodziny. Ponadto nierozerwalny związek między małżonkami stanowi fundament troski rodziców o ich dzieci. Rezygnacja z nierozerwalnego małżeństwa oznaczałaby zakwestionowanie odpowiedzialności rodziców za potomstwo. Pomiędzy naturalnym zrodzeniem oraz nadprzyrodzonym wychowaniem istnieje nierozerwalna więź. Relacja rodzic–dziecko gwarantowana jest w teorii oraz w praktyce przez trwały związek małżeński.

Małżeństwo nie może być definiowane jako dowolna umowa zawierana przez jego strony, w takim bowiem razie nie wiedzielibyśmy, czym ono w istocie jest, gdyż jego natura zależałaby od woli stron umowy w każdym konkretnym przypadku. Mogłoby to być małżeństwo ekonomiczne, społeczne, kulturowe czy też po prostu hedonistyczne. Wszystkie korzystne lub niekorzystne aspekty, które łączą się w małżeństwie, wpływają na nie jako czynniki uboczne i nie stanowią części jego zasadniczej definicji. Jądrem jego jest wzajemne, całkowite oddanie się sobie bez zastrzeżeń, ze względu na potomstwo. I tak jak prokreacja nie jest owocem sztuki czy techniki, lecz natury, tak też wychowanie nie jest owocem predyspozycji, lecz rodzicielstwa. Po prostu będąc rodzicem, posiada się prawo do wychowania, a rodzicielstwo to jest skutkiem wierności.

Jak już powiedzieliśmy, marksizm zaprzecza, iż monogamia jest czymś naturalnym, zmuszony jest jednak uznać, że jedynym możliwym małżeństwem przyszłości jest małżeństwo monogamiczne. Wedle Engelsa tym, co powinno zniknąć z małżeństwa, jest „nierozerwalność” i „przewaga mężczyzny”. Jednak bez nierozerwalności i prymatu mężczyzny monogamia jest jedynie pustosłowiem.

Bez nierozerwalności uznawana jest praktyczna poligamia; a odrzucając prymat mężczyzny, podkopuje się celowo zasadę stabilności małżeństwa – w żadnej społeczności nie może być bowiem dwóch zasad jedności.

Jest to coś tak oczywistego, że sam Engels stwierdza, iż „wyzwolenie” niewiast doprowadzi do zaniku rodziny. Stanie się tak, jeśli niewiasty zaangażują się w pracę w przemyśle, zaprzestając wykonywania prac domowych:

(…) pierwszym warunkiem wyzwolenia kobiety jest wprowadzenie na powrót rodzaju kobiecego do produkcji społecznej, [co] wymaga z kolei pozbawienia pojedynczej rodziny cech gospodarczej jednostki społecznej2.

Prywatne gospodarstwo domowe przekształca się w przemysł społeczny. Opieka nad dziećmi i ich wychowanie stanie się sprawą publiczną: społeczeństwo będzie się opiekować wszystkimi dziećmi jednakowo – zarówno ślubnymi, jak i nieślubnymi3.

O ile prymat mężczyzny, wyrażony przez św. Pawła w sposób całkowicie jednoznaczny, stanowi niejako przyczynę formalną rodziny, „pozostająca w domu kobieta” jest jej przyczyną materialną. Dlatego właśnie marksizm upiera się, że niewiasty powinny podejmować pracę w fabrykach zamiast zajmować się domem i opieką nad dziećmi, którą to rolę przejąć ma państwo. Marksizm stara się przedstawić małżeństwo chrześcijańskie, nierozerwalne małżeństwo, jako „pierwszy konflikt klasowy”, gdzie „[mąż] jest burżua, a żona reprezentuje proletariat”4. Zwróćmy uwagę, że krytyka ta nie dotyczy historycznego rozumienia prymatu mężczyzny, ale raczej samego nierozerwalnego małżeństwa, a nawet monogamii.

Prymitywny materializm, będący źródłem marksistowskiego poglądu na małżeństwo, widoczny jest bardzo dobrze w cytowanym już dziele Engelsa:

Jeśli moralne jest tylko małżeństwo oparte na miłości, to jest nim tylko takie, w którym miłość trwa. Czas trwania indywidualnej miłości płciowej jest różny u różnych jednostek, szczególnie u mężczyzn, i w razie zupełnego wygaśnięcia miłości lub wyparcia jej przez nową namiętną miłość rozwód jest dobrodziejstwem zarówno dla obu stron, jak i dla społeczeństwa. Zaoszczędzi się tylko ludziom zbytecznego babrania się w brudach procesu rozwodowego5.

Zauważmy, że Engels utożsamia miłość z miłością płciową, a nawet wskazuje – co nie spodobałoby się współczesnym feministkom – że czas trwania miłości płciowej jest różny; poza tym zaś uznaje, że wygasa ona wskutek wyparcia jej przez nową namiętność. W tekście tym nie ma wielu uników czy też hipokryzji: małżeństwo oparte zasadniczo na miłości zmysłowej nie jest ani nie może być trwałe. Wedle Engelsa nierozerwalność ma źródło w pragnieniu ojca, aby przekazać swój majątek tym, co do których ma on pewność, że są jego dziećmi. W ten sposób monogamia okazuje się triumfem pragnienia przekazania bogactwa nad pożądaniem płciowym. Małżeństwo monogamiczne jest owocem triumfu kapitalizmu. Bez możliwości gromadzenia bogactw nie istniałoby ani nierozerwalne małżeństwo, ani monogamia.

Nie potrzeba wielkiego doświadczenia ani wybitnej wiedzy na temat małżeństwa, aby uświadomić sobie, iż teorii tej nie da się w żaden sposób obronić. Jednak idea marksistowska popularna jest dziś podobnie jak w roku 1884, kiedy to opublikowana została po raz pierwszy cytowana przez nas książka. Rodzina opar­ta jest na wyzysku, którego motywem jest chęć gromadzenia i przekazywania bogactwa. Konsekwentnie jedynym możliwym wyzwoleniem niewiast jest zmiana sposobu, w jaki odnoszą się one do swego otoczenia, czy też – mówiąc precyzyjniej – położenie kresu obecnemu podziałowi pracy. Zauważmy, że osobą, która w zasadniczy sposób zmienia swą formę aktywności, jest niewiasta. Zanik rodziny dokonuje właśnie w konsekwencji – posługując się słowami samego Engelsa – podejmowania przez kobiety pracy w „wielkim przemyśle naszych czasów”6.

Zastanawiając się nad teorią marksistowską, uświadamiamy sobie, że rodzina jest rzeczywistością naturalną, opartą na naturalnej relacji – oraz że najszybszym sposobem na jej zniszczenie jest zastąpienie idei ekonomii domowej ideą produkcji społecznej. Ekonomia, zarządzanie majątkiem wspólnoty domowej, zastępowana jest produkcją, wytwarzaniem produktów do wymiany handlowej. Jednak podstawowym zadaniem małżeństwa jest praca w gospodarstwie domowym. Dlatego właśnie Engels mówi, że

wyzwolenie kobiety i jej zrównanie z mężczyzną jest i pozostaje niemożliwe tak długo, jak długo kobieta będzie wyłączona z produkcyjnej pracy społecznej i będzie się ograniczała do prywatnej pracy domowej7.

Zwróćmy uwagę, że jeśli przymiotnik „domowy” stanowi przeciwieństwo „społecznego”, wówczas „prywatny” powinien być antonimem „produkcyjnego”. W oczywisty sposób tak jednak nie jest. Tym, co w istocie stanowi przeciwieństwo produkcji, jest kontemplacja. A w sferze działania, jako że dotyczy ono pracy w obu przypadkach, przeciwieństwem produkcji jest planowanie, dystrybucja, zarządzanie – tj. właśnie ekonomia. Marksizm jest zasadniczo wrogi wobec takiej ekonomii.

Małżeństwo, którego celem jest zrodzenie i wychowanie potomstwa, [tworzy wraz z tym potomstwem] wspólnotę ekonomiczną8, ale nie produkcyjną. Kilku spośród jej członków może zajmować się jakąś pracą produkcyjną, jednak istnieć może tylko jedna ekonomia, jedno zarządzanie tym majątkiem. Zarządzanie to zapewnia rodzinie jedność materialną i stanowi uzupełnienie duchowej formacji potomstwa.

Harmonia pomiędzy różnymi temperamentami mężczyzny i niewiasty podczas pracy znajduje swe naturalne spełnienie w małżeństwie oraz rodzinie. Ale marksizm zamiast uznać, że rodzina jest rzeczywistością naturalną opartą na różnych naturalnych temperamentach odmiennych płci, argumentuje, iż niewiasty powinny odzyskać swą „prawdziwą tożsamość”, podejmując pracę produkcyjną w przedsiębiorstwach publicznych. Atak na rodzinę, zniszczenie tej podstawowej komórki społecznej, konieczny jest dla stworzenia nowego rodzaju niewiasty. Warunki życia naszego produkcyjnego społeczeństwa ułatwiają i umożliwiają urzeczywistnienie idei marksistowskiej. Prawdziwa rodzina – jedyna możliwa – jest dla marksizmu, przez samą swą obecność, kamieniem obrazy. Tak więc zniszczenie jej pozostaje stałym elementem jego planu, a zwłaszcza obecnej eurokomunistycznej strategii polegającej na zdobyciu władzy politycznej dzięki transformacji społeczeństwa.

Powinniśmy dogłębnie przemyśleć ideę wyrażoną przez Marksa w jego czwartej Tezie o Feuerbachu. Porządek naturalny nie jest niezależny od porządku nadprzyrodzonego, ale w nim uczestniczy. Wzniosłość przychodzenia na świat w rodzinie nowej istoty ludzkiej nie może być porównana z niczym, poza samym aktem stwórczym Boga. Tak więc ostateczne odrzucenie wszelkiej rzeczywistości nadprzyrodzonej wymaga odrzucenia jakiegokolwiek uczestnictwa w nadprzyrodzoności, uczestnictwa takiego jak: prymat mężczyzny w małżeństwie, nierozerwalność tego związku oraz poświęcenie się niewiasty opiece nad dziećmi oraz domem. Jednak wszystkie te rzeczywistości, które marksizm pragnie zniszczyć, nie należą do określonego rodzaju rodziny, ale do rodziny jako takiej, jedynej możliwej i jedynej istniejącej. Z tego samego powodu wartości, na których oparta jest rodzina, nie należą do pewnej epoki czy też czasu dominacji pewnej ideologii czy warunków ekonomicznych. Są one oparte na misji, którą wypełnić musi rodzina. Niezbędność małżeństwa i rodziny wynika ze wzniosłości aktu prokreacji i wychowania potomstwa.

Współczesne społeczeństwo konsumpcyjne może stworzyć warunki sprzyjające praktycznemu zniszczeniu rodziny na wiele różnych sposobów. Jednak to marksizm, ze swą fundamentalną ideą transformacji rzeczywistości, wie, jak wykorzystać te okoliczności, aby doprowadzić do rozpadu rodziny – poprzez przedstawianie nierozerwalności jako burżuazyjnego przesądu, nie do pogodzenia z wyzwoleniem niewiast. Marksizm też czerpać będzie korzyść z wszelkiego rodzaju zwodniczej literatury postulującej położenie kresu dominacji męża nad żoną. I wreszcie to marksizm – wykorzystując deprecjonowanie prac domowych – włączy niewiasty w działalność rewolucyjną.

Określanie mianem napięcia tego, co w istocie jest harmonią, oraz przedstawianie jako równego tego, co wcześniej określono jako sprzeczne, jest typowe dla dialektyki marksistowskiej. Zastosowanie tego narzędzia zwodzenia do rodziny daje następujący rezultat: rodzina, oparta na monogamicznym małżeństwie, jawi sią jako wyzysk żony przez męża. Równocześnie podział ról – ograniczanie niewiast do prac domowych, które nie wytwarzają żadnego bogactwa – utwierdza dominującą pozycję mężczyzny. Tym, co pragnie osiągnąć marksizm – poprzez negowanie nierozerwalności małżeństwa i podkreślanie konieczności angażowania niewiast w pracę wytwórczą – jest po prostu zniszczenie tej koncepcji rodziny. Engels nie tylko nie kryje, że celem tego jest zniszczenie rodziny, ale nawet wyraźnie to stwierdza. Nie chodzi mu o stworzenie nowego modelu rodziny, ale o jej zanik – ponieważ państwo bierze na siebie utrzymanie i wychowanie dzieci. Rodzina traci więc rację istnienia i tolerowana jest jedynie ze względu na fakt, że ludzi nie da się wyprodukować. Poza tą funkcją rodzina nie posiada już jednak żadnego innego obowiązku.

Podsumowując: należy pamiętać, że za pozornie postępowymi hasłami kryją się doktryny szerzone od wielu lat, wyznaczające rodzinie zadania i cele radykalnie sprzeczne z jej tradycyjną koncepcją. Zwykliśmy mówić, że rodzina jest rzeczywistością tradycyjną; nie oznacza to jednak, że fundament jej struktury jest jedynie rezultatem ludzkiego doświadczenia, który może się zmienić wraz z ewolucją ludzkości. Fundament rodziny jest transcendentny i nie ma innego zwierciadła, w którym mógłby się przejrzeć, niż stwórcza i troskliwa Boskość. I wzmocniony może zostać dzięki rozważaniu naturalnej oraz nadprzyrodzonej rzeczywistości Świętej Rodziny z Nazaretu, a zwłaszcza roli Maryi, żony i matki, wzoru wierności, kontemplacji oraz codziennego wypełniania obowiązków domowych.

Za „The Angelus”, październik 2011, tłumaczył Tomasz Maszczyk9.

Przypisy

  1. Tekst polski za: tinyurl.com/Marks-tezy [dostęp: 12.11.2024].
  2. Tekst polski za: F. Engels, Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa, Spółdzielnia Wydawniczo-Handlowa „Książka i Wiedza”, Warszawa 1969.
  3. Tamże.
  4. Tamże.
  5. Tamże.
  6. Tamże.
  7. Tamże.
  8. W oryginale tego artykułu wystąpił lapsus powodujący lekką niezrozumiałość tego akapitu. Napisano bowiem w tym miejscu: „jest wspólnotą ekonomiczną” – przyp. red.
  9. tinyurl.com/Petit-Sulla [dostęp: 12.11.2024].