71-letni Fred Sandeski, z pochodzenia Polak, który cierpi między innymi na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc, twierdzi, że zaproponowano mu eutanazję. Okazało się bowiem, że podniesiono koszty hospicjum i jego emerytura już nie wystarcza na pokrycie kosztów utrzymania pobytu w nim.
Kanadyjscy emeryci zmuszani do eutanazji. Starszy mężczyzna z Kanady poinformował, że ośrodek opieki hospicyjnej zaproponował mu eutanazję jako “wyjście” w sytuacji braku pieniędzy na dalszy pobyt w ośrodku.
Fred Sandeski to 71-latek z Saskatchewan, który cierpi na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc (POChP) oraz wiele innych schorzeń, takich jak cukrzyca i padaczka. Wraz z żoną Teresą, która również ma problemy ze zdrowiem, twierdzą, że została im zaproponowana śmierć w ramach kanadyjskiego programu eutanazji Medical Assistance in Dying. Propozycja padła tuż po tym, jak poinformowano ich, że emerytury które otrzymują, są zbyt niskie by pokryć koszty pobytu w hospicjum.
Jak podaje “The Epoch Times”, Sandeski odrzucił propozycję MAiD, mówiąc: – Naprawdę wierzę, że Pan umieścił mnie na tym świecie z jakiegoś powodu i nie pozwoli mi odejść inaczej niż w sposób który On uzna za stosowny.
O trudnej sytuacji Sandeskiego władze prowincji Saskatchewan poinformował Keitha Jorgensona, ministra ds. seniorów w gabinecie cieni opozycyjnej Nowej Partii Demokratycznej. Tenże próbował przekonać ministra zdrowia Saskatchewan Jeremy’ego Cockrilla do udzielenia polskiej parze pomocy. W odpowiedzi Cockrill powiedział, że skontaktował się z Sandeskimi i „szuka rozwiązania, które będzie korzystne dla Freda i Teresy”.
Jak podaje serwis LifeSiteNews, w Kanadzie coraz częściej zdarzają się przypadki, w których ludziom proponuje się aborcję MAiD jako rozwiązanie problemów zdrowotnych i finansowych. Większość Kanadyjczyków obawia się, że obowiązujący w tym kraju system eutanazji uderza w osoby znajdujące się w trudnej sytuacji, wspierając niemoralne praktyki legalnych mordów. Niestety, niektóre władze prowincji, w całości opanowane przez skrajną lewicę, rozważają dalszą ekspansję legalnego wspomaganego samobójstwa.
Za rządów premiera Justina Trudeau, którego rząd zalegalizował MAiD w 2016 roku, śmiercionośny program znacznie złagodził [co za słowo !! obniżył md] kryteria kwalifikujące ludzi do “wspomaganej śmierci”. W 2021 roku program rozszerzono, nie ograniczając go już do zabijania pacjentów śmiertelnie chorych, ale także tych z chorobami przewlekłymi.
Liczba Kanadyjczyków oficjalnie zabitych śmiertelnym zastrzykiem w ramach programu MAiD wynosi już blisko 65 000 w latach 2016-2024.
Nienaturalnie stymulująca natura ekranu elektronicznego, niezależnie od treści (lecz w zależności wprost proporcjonalnej od liczby obserwowanych zmian i interakcji) sieje prawdziwe spustoszenie w rozwijającym się układzie nerwowym i zdrowiu psychicznym dziecka– mówi Bogna Białecka, psycholog, prezes Fundacji Edukacji Zdrowotnej i Psychoterapii, w rozmowie z Piotrem Relichem.
W przestrzeni publicznej coraz częściej zwraca się uwagę na problem uzależnienia nieletnich od cyfrowych technologii informacyjnych. Czy rzeczywiście mamy powody do niepokoju?
– Zdecydowanie tak. I co bardziej przerażające, nie jest to problem, który wynika wyłącznie z naszego sposobu korzystania z nowoczesnych narzędzi. Technologie cyfrowe, a zwłaszcza smartfony i media społecznościowe, są precyzyjnie projektowane w taki sposób, aby uzależniać. Proces ten nazywa się projektowaniem perswazyjnym, które polega na wykorzystaniu metod wypracowanych przez psychologię behawioralną do zmiany naszych zachowań. Szczególnie podatne na te mechanizmy są dzieci, których mózgi wciąż pozostają w fazie rozwoju.
Czy mogłaby Pani podać przykład takiego projektowania perswazyjnego?
– Proszę bardzo: trzynastoletnia Ola robi dziką awanturę, gdy rodzice próbują ograniczyć czas jej dostępu do smartfona. Dlaczego? Dziewczyna w toku cyfrowej tresury zaczęła uznawać elektroniczne narzędzie za przedłużenie jej systemu poznawczego, podobnie jak rękę, nos czy oczy.
Bardzo dokładnie zostało to opisane w książce zatytułowanej Skuszeni. Jak tworzyć produkty kształtujące nawyki konsumenckie Nira Eyala. Autor przedstawia w niej triki, które należy zastosować, aby korzystanie z aplikacji stało się trwałym nawykiem.
Jedną z podstawowych zasad można wyjaśnić na przykładzie mediów społecznościowych. Weźmy pod lupę wspomnianą już trzynastolatkę. Na początku Ola sięga po Instagram, bo pojawia się zewnętrzny bodziec – powiadomienie, informujące na przykład, że jej najlepsza przyjaciółka właśnie umieściła tam zdjęcie. Zagląda więc, trochę się rozczarowuje, bo to kolejne selfie, takie samo jak setki wcześniejszych, ale zaraz poniżej pojawia się rolka z baraszkującymi ślicznymi kotkami, więc zaczyna się przeglądanie. Pojawiające się co jakiś czas ciekawe zdjęcia i filmiki nie tylko dają porcje dopaminy, ale satysfakcję, że zobaczyło się coś naprawdę ładnego. Później idąc ulicą, Ola widzi kocią mamę niosącą w pyszczku swoje dziecko. Przychodzi jej do głowy, że można by to sfilmować. Wyciąga smartfon i nagrywa filmik na Instagram. Teraz i ona jest twórcą, a jej rolka zyskuje setki serduszek i pozytywnych komentarzy. Po jakimś czasie Ola przestaje się nawet przez moment zastanawiać i gdy tylko dzieje się coś ciekawego, natychmiast sięga po smartfon, by to uwiecznić na Instagramie. Nie potrzebuje już nawet zewnętrznego bodźca w postaci powiadomień, bo wyrobiła w sobie nawyk. Sięganie po smartfon staje się w pełni automatyczne.
Faktycznie wygląda to całkiem jak tresura…
– Brutalnie a zarazem szczerze ujął to John Hopson, psycholog pracujący przy produkcji gier cyfrowych, w artykule Behavioral Game Design. Opisując wykorzystanie zasad psychologii behawioralnej porównał on graczy do zwierząt laboratoryjnych. Udowodnił, że istnieją ogólne zasady uczenia się, które można zastosować zarówno wobec ludzi, jak i szczurów. W tym przypadku celem było nieustanne podtrzymywanie zainteresowania gracza.
Kluczowe w opisanych wyżej procesach jest przekonanie ludzi, że mogą swoje potrzeby – na przykład kontaktów społecznych, budowania poczucia wartości czy odnoszenia sukcesów – w łatwy i prosty sposób zaspokoić za pomocą danej aplikacji. Łatwiej niż offline. Po co więc inwestować czas w budowanie relacji przyjaźni z koleżanką, skoro mogę nagrać TikToka o przyjaźni i zebrać tysiące wyrazów wdzięczności za wartościowe porady? Po co wkładać wysiłek w budowę kariery i osiągnięć na przykład sportowych, skoro bez większego wysiłku mogę poczuć się podobnie, przechodząc kolejne poziomy w grze wideo?
Zasady gry są proste – twórcy aplikacji chcą, aby użytkownicy spędzali jak najwięcej czasu w środowisku cyfrowym. Dlatego oferują nam szybsze, łatwiejsze, a często nawet atrakcyjniejsze substytuty rzeczywistości. Badania pokazują jednak, że wszystko ma swoją cenę. Zbyt częsty kontakt z cyfrowym światem może prowadzić do poważnych problemów rozwojowych i emocjonalnych.
W jaki sposób smartfony na nas oddziałują? Czym objawia się w tym kontekście uzależnienie od dopaminy i adrenaliny?
– Smartfony są skonstruowane w taki sposób, by stale stymulować nasz układ nagrody w mózgu. Mechanizm ten opiera się na wydzielaniu dopaminy – hormonu odpowiedzialnego za poczucie motywacji do działania i przyjemności – gdy doświadczamy nowego, interesującego bodźca, na przykład powiadomienia o nowym lajku na Instagramie, wygranej w grze i tym podobnych.
Im częściej mózg jest stymulowany w ten sposób, tym bardziej staje się uzależniony od „dopaminowych strzałów”. Szczególnie silnie wpływa to na dzieci i młodzież, ponieważ ich układ nagrody jest wrażliwszy niż u dorosłych. Dochodzi też do nadprodukcji adrenaliny, która mobilizuje ciało do natychmiastowej reakcji na nowe bodźce, co prowadzi do nieustannego napięcia.
Jakie są skutki nadużywania technologii cyfrowych; mediów społecznościowych, gier i tym podobnych? Czym jest FOMO i Zespół Stresu Elektronicznego? Czy smartfon zmienia nasz mózg bezpowrotnie?
– Nadużywanie technologii cyfrowych może prowadzić do poważnych skutków, zarówno psychicznych, jak i fizycznych. FOMO (Fear of Missing Out) to lęk przed przegapieniem czegoś ważnego w sieci – co nakręca naszą potrzebę stałego bycia online. Wypalenie cyfrowe to stan emocjonalnego i fizycznego wyczerpania, wynikający z ciągłej presji, aby być aktywnym w świecie cyfrowym. Jego podtrzymywanie utrudnia rozwój zdolności do długotrwałej koncentracji i regulacji emocji, a także może prowadzić do uzależnień behawioralnych.
Natomiast niezwykle ważnym pojęciem jest termin stworzony przez psychiatrę dziecięcego doktor Victorię Dunckley, mianowicie: Zespół Stresu Elektronicznego. Nienaturalnie stymulująca natura ekranu elektronicznego, niezależnie od treści (lecz w zależności wprost proporcjonalnej od liczby obserwowanych zmian i interakcji) sieje prawdziwe spustoszenie w rozwijającym się układzie nerwowym i zdrowiu psychicznym dziecka.
Zespół Stresu Elektronicznego jest zaburzeniem polegającym na rozregulowaniu, czyli braku zdolności dziecka do modulowania swojego nastroju, uwagi i poziomu pobudzenia w zdrowy sposób. Interaktywne (lub/i) dynamiczne bodźce ekranowe przełączają układ nerwowy w tryb walcz lub uciekaj. Gdy następuje to często, dochodzi do rozregulowania i dezorganizacji układu hormonalnego i nerwowego – co tworzy lub wzmacnia zaburzenia typu ADHD, depresji i tym podobnych. Nawet mniej podatne dzieci doświadczają „subtelnego” uszkodzenia – rezultatem jest chroniczna drażliwość, zaburzenia koncentracji uwagi, ogólny marazm, apatia oraz stan bycia jednocześnie pobudzonym i zmęczonym.
Czy rodzice zdają sobie sprawę ze skali problemu?
– Absolutnie nie! A nawet jeżeli rodzice często są świadomi problemu, to nie zawsze zdają sobie sprawę z jego pełnej skali. Wielu z nich męczy już codzienna walka o ograniczenie czasu ekranowego swoich dzieci i czują się bezradni. Często błędnie uważają, że pozwalając dziecku korzystać z technologii, spełniają oczekiwania społeczne lub zapewniają spokój w domu. Tymczasem dzieci i młodzież – jak pokazują badania – same dostrzegają problem, przyznając, że są uzależnione. Ale jednocześnie nie chcą lub nie są w stanie nic z tym zrobić. Buntują się przeciwko każdym ograniczeniom narzucanym w tej kwestii przez rodziców.
Innymi słowy – nasze dzieci już teraz są wytresowane przez ich własne smartfony, gry, media społecznościowe i aplikacje.
A jak na to wszystko reagują organizacje zrzeszające psychologów, psychiatrów, psychoterapeutów?
– Cóż… udają, że problemu nie ma. Amerykańskie Stowarzyszenie Psychologiczne nie wydało do tej pory nawet najbardziej ogólnego oświadczenia dotyczącego udziału psychologów w projektowaniu uzależniających aplikacji i technologii. Podobnie milczy Polskie Towarzystwo Psychologiczne, mimo że w preambule kodeksu etycznego psychologa zawarta jest deklaracja: Psycholog odstępuje od podejmowania działań profesjonalnych, kiedy ich konsekwencją może być wyrządzenie szkody drugiemu człowiekowi.
Nikt nie informuje rodziców ani dzieci, że przyczyną, dla których nie mogą oderwać się od swoich smartfonów, gier, mediów społecznościowych i innych aplikacji, jest fakt, że zostały one specjalnie w ten sposób i po to zaprojektowane. Udział psychologów w tym procederze jest nieetyczny.
Jak wygląda profilaktyka w tym zakresie? Co robić, aby nasze dzieci nie zostały wessane przez „czarne lustro” swojego telefonu?
– Podstawą profilaktyki jest świadomość problemu i wprowadzenie jasnych, ściśle przestrzeganych zasad dotyczących korzystania z technologii. Kluczowe jest wyznaczanie stref i czasu wolnego od technologii, na przykład podczas posiłków, w sypialni czy podczas rodzinnych spotkań. Warto również wprowadzać ograniczenia czasowe na korzystanie z urządzeń i regularnie monitorować, w jaki sposób nasze dzieci spędzają czas w sieci. Pomocne są programy kontroli rodzicielskiej oraz stałe rozmowy na temat zdrowego korzystania z technologii.
A co mogą zrobić rodzice dzieci już uzależnionych?
– Rodzice dzieci uzależnionych powinni przede wszystkim poszukać profesjonalnej pomocy. W przypadku zaawansowanych uzależnień, niezbędny może się okazać cyfrowy detoks – czyli całkowite odcięcie od urządzeń na kilka tygodni. Warto również zadbać o alternatywy dla cyfrowego świata, takie jak rozwijanie zainteresowań i pasji w świecie offline. Kluczowa jest również konsekwencja – nawet jeśli dziecko buntuje się przeciwko ograniczeniom, długofalowe korzyści zdrowotne są nieocenione.
Zarówno na potrzeby profilaktyki, jak i pomocy odpowiadają bezpłatne miniporadniki: Dzieci w wirtualnej sieci oraz Nastolatki w wirtualnym tunelu, które można pobrać bezpłatnie ze strony Fundacji Edukacji Zdrowotnej i Psychoterapii RODZICE.CO (rodzice.co/mini-poradniki-dla-rodzicow). Jako pomocną polecę też wydaną w tym roku książkę: Bogna Białecka, Aleksandra Gil, Pomoc dziecku w cyberpułapce.
Mija dwunasty miesiąc władzy lewicowych liberałów. „Uśmiechnięta koalicja” wlecze się jeszcze na oparach paliwa „antypisu”. Społeczeństwo coraz trudniej jednak wybacza jej jałowość, szamotaninę i zarządzanie metodą prowizorycznych kompromisów. W powietrzu czuć nadchodzący przełom. Kolejni obserwatorzy wierzą, że czasy rządu w obecnej formie dobiegają końca i któryś z jego członów musi zostać skanibalizowany.
Fakt, że obecny obóz władzy mieści w sobie zarówno „chłopskiego konserwatystę” Marka Sawickiego, jak i infantylnego neopoganina Marcina Józefaciuka, to symbol targających nią wewnętrznych sprzeczności. To, co przed rokiem niektórym wyborcom mogło wydać się wyrazem solidarności w walce z „pisowską sepsą”, dziś objawia swoje konsekwencje. Nie można obrać jednego kierunku rozwoju Polski przy tak daleko idącym rozstrzale programowo-ideologicznym. Niemoc i bezruch trzeba więc skrywać pod manifestacjami siły – najlepiej wobec tych, za którymi (zdaniem władzy) społeczeństwo się nie ujmie.
Stracone złudzenia symetrystów
Roztaczana przez tzw. siły demokratyczne kampanijna obietnica narodowego pojednania została negatywnie zweryfikowana już niecały miesiąc po objęciu rządów przez Tuska. Styczniowy „Marsz wolnych Polaków” zorganizowany przez środowiska życzliwe obozowi poprzedniej władzy, pomimo fatalnych warunków pogodowych przyciągnął co najmniej sto kilkadziesiąt tysięcy uczestników sprzeciwiających się kontrowersyjnym aresztowaniom oraz bezprawnemu przejmowaniu instytucji publicznych. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nieśmiałe wyrazy życzliwości i zrozumienia nie padały również ze strony części umiarkowanych przeciwników PiS. Komentariat ideowo, a nie tylko pragmatycznie „praworządnościowy” półgębkiem narzekał, że „nie tak to miało wyglądać”. Niektórzy zwolennicy Konfederacji widzieli zaś w autokratycznych zapędach Tuska zapowiedź represji wymierzonych w ich partię oraz niezależne media.
Było to jednak tylko preludium przed protestami oddolnie zorganizowanych grup społecznych, walczących o swoje podstawowe interesy. W marcu tego roku w Warszawie protestowali rolnicy. Rząd użył nielegalnie zmajstrowanego parasola medialnego, by przedstawić manifestantów jako awanturników oraz (co szczególnie godne potępienia) popleczników Putina. Brutalna pacyfikacja ludzi walczących o możliwość zabrania głosu w debacie publicznej przypomniała autokratyczne oblicze Tuska z czasów „pałowania” Marszu Niepodległości i nasyłania służb na nieposłuszne redakcje. Zafałszowanie medialne zajść w Warszawie sięgnęło tego poziomu, że więcej kolumn i czasu antenowego poświęcano zdziesiątkowanemu protestowi strajku „kobiet”; strajku, który zmobilizował może kilkaset osób. Niesione na sztandarach przez obóz demoliberalny slogany wolności mediów, pluralizmu etc. okazały się oszustwem wyborczym, a mające zachować ich pozory spotkania Tuska z „koncesjonowanymi” rolnikami potęgowały lichość i tak już tępej propagandy.
Niedługo później okazało się, że grupy społeczne, które za rządów PiS organizowały się w oporze przeciwko ówczesnej władzy przy wsparciu KO, również publicznie wyrażały swoje niezadowolenie. Przykładem były liczne lokalne akcje (m.in. w postaci „strajków włoskich”) nauczycieli, górników, a także trwające do dziś protesty opiekunów osób niepełnosprawnych. Podobnie oszukane poczuły się pielęgniarki, które niegdyś tzw. opozycja demokratyczna częstowała hamburgerami, a także – obietnicami podwyżek i poprawy warunków pracy; te same kobiety dziś znów przychodzą pod Sejm, wznosząc jeszcze bardziej nasycone desperacją hasła. Dodajmy do tego (częściowo już realizowaną) zapowiedź masowych zwolnień przez Pocztę Polską oraz batalię prowadzoną przez zagrożonych pracowników PKP Cargo, przy wielkiej niechęci dialogu ze strony rządu.
Jak widać, „podatek od ocalonej demokracji” zapłaciły przede wszystkim te uboższe i bardziej zależne warstwy społeczne, za którymi nie ujęła się tkwiąca w liberalnej paszczy sejmowa Lewica. Co więcej – owa „lewica” okazała się dużo bardziej przeżarta liberalizmem niż współczesna prawica – Włodzimierz Czarzasty krytykujący świadczenia socjalne, Magdalena Biejat kwestionująca płace minimalne, i (jako wisienka na torcie) Andrzej Szejna wychwalający lichwiarskie „chwilówki” to najdobitniejsze świadectwa upadku idei lewicowej w polityce ekonomicznej. Z kolei wszystkie postulaty, jakie lewicy udało się „przeforsować”, były pyrrusowymi zwycięstwami okupionymi większymi ustępstwami wobec liberałów na innych polach. Coraz bardziej wyczuwa to lewicowy elektorat, zapowiadający antyliberalną „schizmę”, a w siłę rośnie nurt „libkosceptycznego” alt-leftu, którego twarzą stała się posłanka Paulina Matysiak.
Postępy rewolucji czy zdradzona rewolucja?
Wspomniany rozstrzał programowy koalicji utrudnił też Tuskowi uczynienie z Polski zapowiadanego w exposé „modelowego państwa Unii Europejskiej” pod względem kulturowym. Od pierwszych miesięcy rządów co gorliwsi zwolennicy Lewicy zapowiadali „rozkułaczanie” niechętnych reformom pro-aborcyjnym działaczy PSL-u. Szymon Hołownia lawirował zaś, szukając formuły, by jawne zabijanie dzieci nienarodzonych zastąpić ich klinicznym skrytobójstwem. Pomimo poparcia przez ugrupowanie Hołowni dekryminalizacji aborcji, projekt ten nie przeszedł w Sejmie, więc władza wpadła na inny pomysł – uczynienia ustawodawstwa antyaborcyjnego prawem martwym. Dopięto swego poprzez wytyczne Ministerstwa Zdrowia, w świetle których wystarczy „skręcona” opinia od psychiatry, by dzieciobójstwo mogło być dokonane w obliczu prawa. Nie byłoby to możliwe bez puszczenia do aborterek oka, że takim podejrzanym sprawom władze nie będą się zanadto przyglądały. Takie rozwiązanie wciąż nie satysfakcjonuje postępowców – wstydliwe mordowanie dzieci nienarodzonych po kątach i na „lewy papier” uważają oni za formę upokorzenia; wszak mordowanie najmłodszych to „prawo człowieka”, i powinno odbywać się na skinienie palcem zainteresowanej, która nie powinna się ze swojej woli nikomu tłumaczyć. Żądza krwi nie została zatem nasycona, a co najwyżej chwilowo stłumiona, i należy spodziewać się, że liberalny Baal zapragnie jej kolejnej daniny.
Wskutek oporu „reakcyjnego” PSL-u oraz prezydenta Andrzeja Dudy, Tusk ciągle nie może posunąć naprzód sprawy instytucjonalizacji dewiacyjnych praktyk seksualnych. W zamian pozwolił lewicy zabrać się za normalizację dewiacji w świadomości najmłodszych Polaków. Obejmująca tę kwestię seks-edukacja zostanie zaimplementowana w obowiązkowym przedmiocie szkolnym noszącym podstępną nazwę „edukacja zdrowotna”. Po rozporządzeniu MEN dotyczącym programu nauczania, możemy zauważyć, że filozofia wychowania do życia w rodzinie, zastąpiona zostanie wychowaniem do życia jakiegokolwiek, w którym wszystko zostaje zrównane ze wszystkim. Indoktrynacja demoliberalna na polu instytucji kulturowych będzie uzupełniona o indoktrynację polityczną na zajęciach z tzw. edukacji obywatelskiej. Front walki ze szkolną katechezą również uczynił pewne postępy – od przyszłego roku obecna będzie tylko jedna lekcja religii tygodniowo. Lewica oczywiście liczyła na więcej, ale Tusk wie, że nie należy zanadto przekraczać progu drażliwości katolickiego wyborcy i, w tego typu sprawach pośpiech nie jest wskazany.
Odpowiadając na postawione wcześniej pytanie – rewolucja kulturowa, wbrew temu, co mówią niecierpliwi radykałowie, wcale nie została zdradzona, a jedynie pragmatycznie przestawiona w tryb pełzający…. do czasu zwycięstwa Trzaskowskiego w wyborach prezydenckich oraz wchłonięcia (przynajmniej części) Trzeciej Drogi.
Wielkie ostudzanie
Tusk przybył do Polski z misją przygotowania lokalnego podglebia do planowanych przez eurokrację reform traktatowych. Ostudzanie uczuć narodowych młodych Polaków rękami Barbary Nowackiej (antynarodowa reforma edukacji), „aktualizowanie” pojęcia niepodległości przez pro-rządowe media, przekupywanie społeczeństwa pieniędzmi płynącymi z unijnego skarbca, a także stawianie fałszywych alternatywnych w rodzaju: „albo pogłębiona integracja, albo ryzyko rosyjskiej inwazji” mają urabiać i dezinformować Polaków, aby w momencie forsowania wspomnianych reform traktatowych (najpewniej za rok do dwóch lat) zanadto nie oponowali. Wiedziony poczuciem swej europejskiej misji Tusk zdaje sobie sprawę, że w tych sprawach należy działać powoli i nie wciskać zbyt mocno pedału gazu, by niepotrzebnie nie alarmować społeczeństwa. Próbują to czynić patriotyczne i chrześcijańskie podmioty trzeciosektorowe, którym rząd stara się rzucać pod nogi kolejne kłody.
Elementem studzenia uczuć narodowych jest również rezygnacja z aspiracyjnych projektów, które budzą w Polakach nadzieję na doszlusowanie poziomem rozwoju do państw Zachodu. Nie należy pobudzać dumy z własnego kraju „gigantomanią” CPK, którego sabotowaniem Tusk wraz ze sprawdzonym w boju Maciejem Laskiem zajmuje się już od wielu miesięcy. Biorąc pod uwagę oczywisty populizm Tuska, czynnikiem, który powstrzymuje go przed realizacją popularnego społecznie projektu, nie jest żaden ideowy liberalizm gospodarczy, a walka z patriotyzmem, który przez powodzenie takich przedsięwzięć mógłby wzrastać, będąc zawalidrogą do projektu centralizacji unijnej. W sferze marketingu politycznego wszystkie te posunięcia czynione są oczywiście w biało-czerwonych dekoracjach, w otoczeniu osób przywdzianych w oryginalne stroje ludowe, przy pustych patriotycznopodobnych frazesach rodem z przemówień Władysława Gomułki. W kampanii wyborczej w 2023 roku to zadziałało. Czy zadziała również teraz?
Rozliczenie i sam-orozliczenie
Maskowanie niewydolności władzy pretekstami „rozliczenia PiS” oraz gwałtem zadawanym rozlicznym kozłom ofiarnym, nie może trwać wiecznie. Zniecierpliwienie i spadające poparcie pokazują, że taka formuła rządzenia już się wyczerpała i potrzeba nowego pomysłu. Ten z kolei nie może zostać wygenerowany wskutek ideowych niespójności oraz sprzecznych interesów wewnątrz koalicji. Przed Tuskiem więc trudne zadanie, być może wymagające wykreowania stanu wyjątkowego, w którym nie będzie musiał przejmować się nawet pozorami przestrzegania obowiązującego prawa. Być może kolejny rok jego władzy będzie testem determinacji tej części społeczeństwa, która nie życzy sobie rewolucji czynionej przez autokratyczną liberalną władzę.
Ich głosy przesądziły przed rokiem o powstaniu rządu Donalda Tuska. Dziś młodzi wyborcy nie są już tak entuzjastycznie nastawieni do KO – czytamy w piątkowym wydaniu „Rzeczpospolitej”. Najbardziej popularna wśród nich jest Konfederacja.
Konfederacja jest najbardziej popularną partią wśród młodych ludzi w wieku 18–29 lat – wynika z badania dla More in Common Polska i Fundacji Ważne Sprawy, którego wyniki poznała „Rzeczpospolita”.
Jak pisze dziennik, najmłodsi wyborcy byli ważnym elementem demograficznej siły, która – również poprzez wysoką frekwencję – doprowadziła w ubiegłym roku do zwycięstwa obecnie rządzących partii.
Obecnie wśród ogółu ludzi w wieku 18–29 lat na pierwszym miejscu jest Konfederacja z wynikiem 26 proc. Na kolejnych KO (15 proc.), Polska 2050 i PiS – po 8,5 proc. Nowa Lewica może liczyć na 7,6 proc., Partia Razem na 4 proc., a PSL – na 2 proc.
Co istotne – 22 proc. młodych jest niezdecydowanych, natomiast deklarowana frekwencja jest wysoka, bo wynosi aż 78 proc., w tym 53 proc. „zdecydowanie” chce iść na wybory.
W badaniu sondażowni Opinia24 widać także „dużą demobilizację wśród młodych kobiet”. W tej grupie największe poparcie wciąż ma Koalicja Obywatelska, ale blisko 30 proc. najmłodszych wyborczyń nie wie, na kogo będzie głosować.
W XLIII rocznicę wprowadzenia stanu wojennego w Polsce, w wałbrzyskiej kolegiacie Św. Aniołów Stróżów będzie sprawowana Msza św. za Ojczyznę, poprzedzona czuwaniem Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę od godz. 15. W godzinie Miłosierdzia, jak zawsze 13.XII, odprawimy Drogę Krzyżową bł. ks. Jerzego Popiełuszki, Patrona Solidarności.
Z kolei nazajutrz, 14.XII, w sanktuarium Matki Bożej Bolesnej, Patronki Wałbrzycha, będzie sprawowana comiesięczna Msza św. o nowy cud za przyczyną o. Giulia Mancinellego SJ, potrzebny do wznowienia jego procesu beatyfikacyjnego, poprzedzona Różańcem za Ojczyznę, w który ta intencja będzie oczywiście włączona.
Zapraszam do zestrzelenia się w jednomyślność na wspólnotowej modlitwie „o pomyślność tej ziemi” i o zwycięstwo, które ma przyjść przez Maryję, Królową Polski wniebowziętą, która 493 lata temu objawiła się w Guadalupe jako „Ta, która depcze głowę węża”!
W latach 2020–2023 osoby z pochodzeniem imigranckim stanowiły 20 proc. wszystkich oskarżonych o przestępstwa w Norwegii. Kolejne 5 proc. to urodzeni w Norwegii, ale z rodzicami imigrantami.
Nowe dane pokazują, że ich nadreprezentacja w przestępczości wzrosła w porównaniu do poprzednich lat, szczególnie wśród młodych mężczyzn.
Z 527 tys. oskarżeń o przestępstwa rozpatrzonych przez norweskie sądy w latach 2020–2023, około 68 proc. dotyczyło osób bez pochodzenia imigranckiego, a siedem proc. osób niezamieszkałych w Norwegii. Wskaźnik oskarżeń wynosił średnio 130 na 1 000 mieszkańców dla osób z pochodzeniem imigranckim, w porównaniu do 80 na 1 000 dla pozostałej części populacji.
Szczególnie wysoki był wśród młodych mężczyzn w wieku 15–24 lat. W tej grupie wskaźnik dla imigrantów wyniósł 550 na 1 000, a dla ich dzieci urodzonych w Norwegii aż 630. Wskaźniki te znacząco przewyższały 280 oskarżeń na 1 000 wśród ich rówieśników bez pochodzenia imigranckiego.
Najwięcej mówi… kraj pochodzenia?
Dane wskazują na duże różnice w przestępczości w zależności od kraju pochodzenia. Młodzi mężczyźni z Iraku i Somalii odnotowali wskaźniki blisko 1 200 oskarżeń na 1 000 mieszkańców, podczas gdy osoby pochodzące z Filipin (170) lub Tajlandii (270) miały wskaźniki znacznie niższe.
Biorąc pod uwagę ogół osób pochodzących spoza Norwegii (bez podziału na grupy wiekowe), najgorsze statystyki przestępczości posiadają:
– Somalijczycy – 382,9 zarzutów na 1000 osób, – Palestyńczycy – 370,2 zarzutów na 1000 osób, – Gambijczycy – 315 zarzutów na 1000 osób, – Kenijczycy – 305,6 zarzutów na 1000 osób.
W środku stawki, ze wskazaniami pomiędzy 300 a 200 zarzutów, uplasowali się imigranci pochodzący z Iraku, Afganistanu, Sudanu, Kosowa i Algierii. Najniższe wskaźniki odnotowano w przypadku:
– Polaków – 117 zarzutów na 1000 osób, – Szwedów – 92,4 zarzutów na 1000 osób, – Duńczyków – 53,2 zarzutów na 1000 osób, – Ukraińców – 41,4 zarzutów na 1000 osób.
Imigranci mają o około 40 procent większą częstość występowania zarzutów niż cała populacja.Fot. Fotolia
Dramatyczne statystyki Oslo
Odmiennie prezentują się statystyki w Oslo. W grupie młodych mężczyzn pomiędzy 18 a 24 rokiem życia wskaźnik zarzutów wyniósł:
– 2119,8 zarzutów na 1000 osób – Somalijczycy, – 1741,1 zarzutów na 1000 osób – Irakijczycy, – 1439,7 zarzutów na 1000 osób – Etiopczycy.
Dane dla całego kraju pokazują, że osoby z pochodzeniem imigranckim były szczególnie nad-reprezentowane w sprawach związanych z przemocą i łamaniem przepisów drogowych. Stanowiły 27 proc. oskarżonych o najpoważniejsze przestępstwa, takie jak morderstwa i próby morderstw. W kategorii przestępstw seksualnych ich udział wynosił 12 proc.
gnoza [gr. gnṓsis ‘wiedza’, ‘poznanie’], swoisty rodzaj wiedzy zapewniającej samozbawienie
„Wolność gnostyka wyznaczała także jego zachowania. Moralność gnostycka została określona przez wrogość do świata, pogardę wobec wszelkich światowych więzów. Oznaczało to pogardę dla prawa, przede wszystkim dla prawa Stwórcy. Gnostyk jako „zbawiony z natury” był wolny zarówno od fatum, jak i moralnego prawa”.
Gnoza… zadaliśmy kiedyś pytanie: kto trzyma końcówki tego powroza – z jednej strony lejce Rydwanu Pychy, z drugiej zaciskająca się pętla na szyi profana i niewolnika żyjących na samym dnie swoistej hipostazy utworzonej z gnostyckich urojeń – przejściowego piekła dla maluczkich nazywanego w rzadkich przebłyskach rozumu – totalitaryzmem.
Tytuł z okładki książki Marka Chodakiewicza oraz wydruk mojego artykułu “Czy lewica ma prawo wtrącać się do polityki?” /część pierwsza z roku 2014/ Polecam część drugą!
Zbieżność światopoglądu współczesnej lewicy z poglądami sekt gnostyckich po Chrystusie zauważył swego czasu Marek Jan Chodakiewicz w książce „O Prawicy i Lewicy”, co jest również zbieżne z moją wieloletnią obserwacją efektów w postaci zjawisk “na powierzchni”.
Dziś, postanowiłem udostępnić w istotnych fragmentach bardzo dobry tekst o gnozie innego znakomitego autora. Mam nadzieję, że będzie on stanowić dobry wstęp do rozważań i refleksji. Autorem jest wybitny patrolog i znawca tekstów gnostyckich Ks. prof. Wincenty Myszor. “Główne kierunki badań ks. Wincentego Myszora dotyczyły historii chrześcijaństwa w II i III wieku, a zwłaszcza historii społecznej. W tej dziedzinie przygotował obszerny wybór źródeł – zajmował się tekstami gnostyckimi II i III wieku, badał koptyjskie teksty z Nag Hammadi. Opublikował wiele tłumaczeń gnostyckich utworów z czasów wczesnochrześcijańskich, a także tekstów chrześcijańskiej literatury polemicznej”./Biografia/
FRAGMENTY
GNOZA (gr. gnṓsis [gnosis] — poznanie, wiedza) — wiedza o Bożych tajemnicach zastrzeżona dla pewnej elity (definicja zaproponowana na kongresie w Messynie w 1966).
Gnoza jest fenomenem w historii religii, ale także w historii duchowości i polityki; jest swoistą formą religijności albo ruchem religijnym czy tendencją w ramach danej religijności. Jako wiedza dla wybranych łączy się z pojęciem tajemnicy i staje się swoistego rodzaju religijnym samopoznaniem i rozumieniem świata.
Do gnozy odwołują się wszelkie postacie wiedzy tajemnej (hermetyzm, astrologia, nowożytna ezoteryka, ruch New Age, wolnomularstwo). W szerszym znaczeniu gnostyckimi można nazwać wszelkie poglądy, które wiedzę o faktach (naukową, filozoficzną) łączą z poglądami pozanaukowymi w ujęcie „całościowe”, które ma być „prawdziwą wiedzą” (np. gnostycy z Princeton).
W odniesieniu do polityki, gnoza oznacza całościową, totalną doktrynę polityczną, totalitaryzm. W ujęciu całościowym zakłada równocześnie osiągnięcie indywidualnego zbawienia, osiągnięcie wewnętrznej wolności od uwarunkowań zewnętrznych, od świata. Wrogie nastawienie do świata, pesymizm, protest wobec zastanego porządku ( nie mylić z protestem wobec nieporządku- przypis red.) określa podstawowe tendencje gnozy, ale nie jej historyczne uwarunkowania.
Najszerzej ujęta gnoza to każde bezkrytyczne przyjęcie jakiejś prawdy do wierzenia, przekonanie, które nie potrzebuje zewnętrznych dowodów.
Pojęcie gnozy zawarte jest także w przeświadczeniu, które łączy się z „elitarnym” przeznaczeniem, dostępnym ludziom wybranym; gnoza łączy się wtedy z okultyzmem, ezoteryzmem. Gnostyckimi są poglądy związane z dualizmem o charakterze metafizycznym (manicheizm) albo o charakterze dewolucyjnym (gnostycyzm), który negatywnie ocenia istnienie świata i przebywania człowieka w ciele.
Treść gnozy
Gr. słowo „gnṓsis”, poświadczone od czasów Heraklita, oznaczało najpierw sam akt poznania, rozumienia, następnie treść poznania, przedmiot tego aktu. Od czasów Platona gnoza oznaczała nie tylko umysłowe ujęcie wg danej teorii poznania, ale jednocześnie ogląd, wizję i zjednoczenie z poznawanym przedmiotem. Poznawany jest przede wszystkim Bóg — takie ujęcie łączy gnozy z wszelkiego rodzaju teozofią. Przedmiotem gnozy może być także poznanie, którego udziela Bóg, czyli doznanie i doświadczenie, które w związku z Bogiem otrzymuje człowiek. W tym sensie gnoza zbliża się do terminologii z zakresu mistyki. Możliwość poznania tajemnic Boga oznacza wybranie człowieka, zaliczenie go do elity.
(…)
Wartość gnozy widoczna jest także w tradycji żydowskiej. W gr. tekstach ST, w księgach mądrościowych, „poznanie Boga” pozwala człowiekowi na właściwy sposób życia i działania. Pojęcie gnoza w gr. pismach ST (także w NT) odziedziczyło treść starotestamentalną.
GNOZA rozwinęła się w judaizmie talmudycznym, zwł. w mistyce „tronu Boga” („merkawa”). Tendencje późnego judaizmu, zwł. o charakterze synkretycznym, można określić jako pregnozę. Brak w niej istotnego dla gnozy przeciwstawienia świata i Boga. Taka treść starotestamentowa gnoza najwyraźniej doszła do głosu, gdy gnoza (często jako [epígnosis]) w NT oznacza „uznanie”, „przyjęcie” Boga, a także wskazuje na dostęp do tajemnic Boga (Kol 2, 2), w czym zachowuje pewien ezoteryczny aspekt, gdyż nie jest dostępna dla wszystkich.
W Listach św. Pawła znajdziemy także krytyczne użycie terminu „gnoza” (2 Kor 13, 5; 1 Kor 8, 2 b — ironiczne określenie przeciw gnostykom). W świetle Listów św. Pawła, gnozę można osiągnąć w pełni dopiero w stanie zbawionym. „Być poznanym przez Boga” (Ga 4, 9) oznacza być zbawionym. Częściowy dostęp do gnozy eschatologicznej daje poznanie Jezusa (2 Kor 4, 6), udział w Jego cierpieniu i głoszenie go przez apostołów (tamże, 2, 14). W Listach Pawłowych i Pasterskich NT można znaleźć aluzje do „fałszywej gnozy” (1 Tm 6, 20); może to oznaczać aluzję do gnozy jako tajemnej wiedzy tylko dla wybranych, albo do treści gnozy jako wiedzy heretyckiej, czyli gnostycyzmu.
Nie wiadomo, czy autor Ewangelii św. Jana „sympatyzował” z gnozą, czy też ją zwalczał. Prócz ewentualnej polemiki z gnozą, wczesne chrześcijaństwo mogło także sprzyjać tendencjom gnostyckim. Jednak zarówno w judaistycznym nurcie gnoza, jak i we wczesnochrześcijańskim brak elementów dualistycznych.
GNOZA przeciwstawia się objawieniu w znaczeniu biblijnym, także jeśli chodzi o sposób osiągania poznania. GNOZA jest raczej objawieniem wewnętrznym, natomiast objawienie biblijne ma postać historyczną, jest objawieniem zewnętrznym. Czy w polemice antygnostyckiej na kartach NT chodziło o gnozę jako przeciwną objawieniu Jezusa, czy też o gnozę w znaczeniu gnostyckim (gnostycyzm), nie wiadomo. Związki wczesnego chrześcijaństwa z gnozą w postaci wpływów, a także polemik, nie zostały do końca wyjaśnione. Na podstawie późniejszej polemiki z gnostycyzmem wiadomo, że objawienie gnostyckie ma na celu przyjęcie wiedzy o sobie.
Gnostyk doświadcza, kim jest, a wiedza ta ma dla niego znaczenie zbawcze. Gnostyk przyjmuje wiedzę o sobie, aby siebie zbawić. Objawienie biblijne prowadzi do spotkania z Bogiem i do zbawienia przychodzącego z zewnątrz, od Boga.
Ostatecznym przedmiotem „wiedzy” w gnozie jest Bóg, ale przede wszystkim odpowiedź na pytanie: „kim jesteśmy? „skąd przyszliśmy?” „gdzie jesteśmy?” „gdzie zostaliśmy rzuceni?”, „ku jakiemu celowi spieszymy?”, „od czego zostaliśmy wykupieni?”, „czym jest narodzenie?”, „czym jest odrodzenie?” (Wypisy z Theodota, 78, 2), czyli gnoza jest wiedzą człowieka o własnym losie i zbawieniu.
Pojawienie się tej wiedzy w duszy człowieka sprawia, że człowiek uczestniczy w Boskiej egzystencji i przyjmuje wiedzę o swoim pierwotnym Boskim pochodzeniu. Wiedza ta nie tylko jest instrumentem zbawienia, ale w radykalnych formach sama stanowi jakąś formę zbawienia, gdy człowiek osiąga doskonałość istnienia dzięki gnoza Wiedza i osiągnięcie tego, co jest przedmiotem wiedzy, zbliża religijność gnostycką do mistycyzmu, w którym znika różnica między podmiotem a przedmiotem wiedzy.
GNOZA obejmuje także wiedzę o świecie, o jego pochodzeniu i przeznaczeniu. Wiedza ta może być rozbudowana bardziej w kierunku mitologii lub bardziej w kierunku filozoficznym.
GNOZA rozbudowana mitologicznie (jest to, zdaniem H. Jonasa, wtórna, sztuczna mitologia) rozwinęła wątki: stwórcy świata, władców świata („archontów”), wędrówki duszy, zbawcy, oraz odpowiedni symboliczny język (np. światła i ciemności, „obcości w świecie”).
W kierunku filozoficznym gnoza rozwinęła spekulacje na temat Boskiej pełni (pleroma), bytów-hipostaz, pochodzenia zła, spekulacje na temat liczb itp.). W ujęciu chrześcijańskim (np. u Klemensa z Aleksandrii lub Orygenesa) gnoza nie jest celem samym w sobie. Celem jest Bóg, którego gnoza nie obejmie.
GNOZA ma charakter ezoteryczny, natomiast chrześcijańskie objawienie przeznaczone jest dla wszystkich ludzi. Związki między chrześcijańskim ujęciem gnoza i niechrześcijańskim, gnostyckim (gnostycyzm), nie zostały jeszcze w pełni wyjaśnione. GNOZA w ujęciu dualistycznym została przejęta przez manicheizm.
(…)
W teologii Klemensa i Orygenesa można również znaleźć ujęcie gnozy jako wiedzy faktycznie przeznaczonej dla elity, jednak nie ze względu na elitarny charakter samej gnozy, ale raczej ze względu na faktycznie ograniczone możliwości jej przyjęcia przez prostych wiernych. Tradycję chrześcijańskiej gnoza kontynuowali ojcowie kapadoccy (zwł. Grzegorz z Nyssy) — ich ujęcie gnozy zbliża się do mistyki. Nurt gnozy rozwijał się w chrześcijańskiej teologii gr. związanej z neoplatonizmem oraz w niektórych nurtach wschodniego monastycyzmu (np. w pismach Ewagriusza z Pontu).
Sam Plotyn polemizował z gnozą o charakterze dualistycznym, natomiast w sposobie jego myślenia można znaleźć podobne wątki jak w gnozie. Zaznaczyło się to zwł. w emanacyjnej strukturze bytu. Dualistyczne ujęcie opisu świata i człowieka, które Plotyn zwalczał, zakłada jednak istnienie głębszej, pierwotnej fazy monistycznej, czyli pierwotnej jedności wszystkich elementów duchowych. Wspólna jest również idea powrotu do tej pierwotnej jedności, opisana w języku religijnym jako zbawienie.
Bliższe ujęciu gnozy wydają się poglądy tych, których określano nazwą „eleuterian” (od gr. [eleuthería] — wolność), czyli te sekty, kulty i ugrupowania, których zwolennicy podkreślali znaczenie wolności, uwolnienie od więzów ze światem (te czasem łączono z więzami instytucji państwa lub Kościoła). Dualistyczny aspekt poglądów „Braci i sióstr wolnego ducha” (sekta z poł. XIII w. w Szwabii, Nadrenii, Holandii i płn. Francji) zaznaczył się w tym, że światowe panowanie przypisywali szatanowi, odrzucając porządek moralny oraz kościelny. Zwolennicy „wolnego ducha” nazwali siebie także „homines intelligentiae”, tzn. tacy, którzy osiągnęli głębsze rozumienie, albo „doskonali”, gdyż osiągali większą doskonałość od zwykłych wiernych, „adamitami”, bo przez swoje życie powracali do stanu Adama i Ewy przed grzechem (w takim kierunku związki malarstwa H. Boscha z „braćmi i siostrami wolnego ducha” interpretuje W. Fraenger).
Pierwszym tego rodzaju myślicielem gnostyckim był w średniowieczu Amalryk z Bène. W XIII w. nurt gnoza mogli podzielać begardzi i beginki odłamu kwietystyczno-panteistycznego. Do nurtu gnoza można zaliczyć pojawiające się z początkiem reformacji poglądy radykalnych anabaptystów, zw. także iluminatami lub spiritualistami.
(…)
Koncepcja gnozy pojawiła się także w żydowskiej mistyce kabały. Wyraźnie gnostycką strukturę myślenia wykazywał Izaak Luria (1534–1572), który starał się wyjaśnić związek Boga-Stwórcy i stworzonego świata: Bóg, stwarzając świat, „wycofuje się z obszaru świata”, świat jednak nie przeciwstawia się Bogu. Mistyka Lurii nie była dualistyczna, dlatego można ją nazwać gnoza w szerszym znaczeniu.
W XVI i XVII w. w Niemczech i Francji pojawił się ruch różokrzyżowców. Wprawdzie jest on raczej zbliżony do okultyzmu, to jednak w pismach różokrzyżowców pojawia się także pojęcie gnoza. (…)
Gnoza w XX w. Współcześnie gnoza przypisywana jest różnym tendencjom religijnym i ideologicznym, przy czym w użyciu tego pojęcia zaznacza się również brak ostrości. Wyraźnie widoczne są elementy gnoza w pismach R. Steinera, przedstawiciela teozofii i twórcy antropozofii. Jego związki z antyczną gnozą były drugorzędne, widoczne natomiast jest podobieństwo struktury myśli. Steiner przywiązywał wielką wagę do gnostycznego, tzn. ponadrozumowego poznania Boga i siebie.
(…)
Te i inne ruchy religijne są kontynuacją gnozy na poziomie popularnym. Na „wyższym” poziomie tradycję gnozy kontynuują tacy autorzy, jak GNOZA Wehr, K. Dietzfelbinger, pisarze zorientowani na New Age.
Nowoczesna gnoza pojawia się także w badaniach filozoficznych —u autorów, którzy przyjmują znaczenie gnozy, ale także u tych, którzy ją krytykują. Do badaczy o skłonnościach gnostycznych należy zaliczyć C. J. Junga, który nie tylko nawiązywał do antycznej gnoza (w Septem Sermones ad mortuos), ale także rozwijał gnostyckie idee w spekulacjach na temat archetypów i zbiorowej nieświadomości. O psychologii Junga można powiedzieć, że jest gnostyczna. Jeśli za GNOZA Quispelem przyjmiemy gnoza za „mityczny wyraz doświadczenia samego siebie”, to w pierwszym rzędzie dotyczy ona psychologii Junga. Jung wniósł jednocześnie wiele obserwacji w badania gnozy.
Badania historycznych postaci gnozy prowadzili uczeni z kręgu Eranosa (luźno zorganizowane stowarzyszenie…). Najwyraźniej przedstawił je Quispel w definicji gnozy jako religii światowej, której podstawowym motywem jest zbawienie jaźni człowieka, dzięki „jaźni boskiego bliźniaka”, do której człowiek ma dążyć i na którą musi się otworzyć. Prócz badań naukowych, ściślejszy krąg „wtajemniczonych” Eranosa kierował się ku światopoglądowi „odnalezienia siebie”, uwolnienia od światowego zła, ku samozbawieniu. Krytyczne spojrzenie filozofii nie znajdywało zwolenników w kręgu sympatyków Eranosa. Polityczną gnozę przedstawiał jej przeciwnik — E. Voegelin. Za realizatorów gnostycznego myślenia uznał Voegelin zwolenników „totalnego myślenia politycznego” (faszyzm, komunizm).
Związki ideologii narodowego socjalizmu z gnozą stały się przedmiotem osobnych studiów innych autorów (H. Strohm, J. Iwersen). Gnostyczne inspiracje dostrzegał w tendencji odrzucania zastanej sytuacji, w poglądzie, że zło świata wynika z organizacji świata, a nie z wolnej woli człowieka, że zło świata da się w tym życiu naprawić i że jest to możliwe dla człowieka, a więc zbawienie pozostaje w zakresie ziemskich wysiłków. Środkiem takiego zbawienia jest, wg gnoza politycznej, wiedza.
Polityczna gnoza jest, w stosunku do klasycznej postaci, formą nową. Nie nawiązuje do Boga pozaświatowego. Jednocześnie jest myślą podobną, gdyż jest realizacją samozbawienia, czyli wiedzą o sobie, o boskiej naturze człowieka.
Związki z gnozą ukazują również ruchy New Age. Najwyraźniej z gnozą łączy New Age koncepcja świadomości człowieka. Świadomość ta łączy go w sposób naturalny z Bogiem, a raczej z bóstwem. Boski, wg zwolenników New Age, jest świat, co wyłącza ten nurt z kręgu dualistycznej gnoza (gnostycyzmu). Idea samozbawienia, brak odniesienia do osobowego Boga w New Age wskazują na tzw. nową religijność.
Koncepcję gnozy we współczesnych formach nowej religijności, także w New Age, można nazwać nową formą gnoza, czyli neognozą.
Treści tego pojęcia wskazują na kontynuację gnozy, ale także na elementy odmienne i nowe.
ks. prof. Wincenty Myszor
________________________________________
Zachęcam do przeczytania całości: PDF dostępny w sieci pod tym [ adresem ]
12 grudnia 2023 roku poseł Grzegorz Braun zgasił w Sejmie świece chanukowe. Mało kto zauważył, że oprócz świec w Sejmie znajdowało się coś jeszcze. Chodzi o portret rabina Menachema Schneersona, ostatniego przywódcy Chabad Lubawicz. O Schneersonie i Chabadzie książkę pt. „Chanuka czy krzyż?” napisała dr Anna Mandrela. Opowiadała o niej na kanale PCh24 TV.
Członkowie Chabad Lubawicz „wierzą, że [Schneerson] ponownie przyjdzie na ziemię. Oczekują na jego zmartwychwstanie. Przypisują mu boskie cechy i modlą się do niego. W siedzibie Chabadu w USA jest jego fotel: codziennie odprawiane są przed nim tańce i modły, rozkładany czerwony dywan” – powiedziała.
– W sekcie Chabad Lubawicz jest córka Donalda Trumpa i jej mąż. Specjalnie się przeprowadzili, żeby być bliżej Chabadu. W czasie kampanii wyborczej Trump udał się na grób Schneersona. […] Dla wierzących Żydów, którzy nie są liberalni, to był ważny argument w głosowaniu. Podczas jednego z wieców politycznych Trumpa przemawiał rabin Chabadu – wskazała.
Dr Anna Mandrela mówiła też o specyficznych naukach Chabadu, na przykład na temat duszy.
– Nauczanie na temat duszy jest zawarte w księdze „Tanja”. Ono kojarzy mi się ze słowami pewnej pani historyk, która powiedziała, że w czasie wojny śmierć Żyda to było doświadczenie mistyczne, spotkanie z absolutem – a śmierć Polaka, no, to była po prostu śmierć – podkreśliła.
Według „Tanji” Żydzi mają wyższe dusze o charakterze duchowym, natomiast goje mają dusze nieczyste, pochodzące z innych sfer, jak zwierzęta – choć koszerne zwierzęta mają nawet dusze doskonalsze od gojów.
Według dr. Anny Mandreli obecnie w Chabadzie twierdzi się, że jeżeli ktoś urodził się gojem, ale w pewnym momencie odkrywa chasydyzm Chabadu – to staje się jakby zaginionym żydowskim dzieckiem. – Wierzą, że za każdym razem, gdy żydowskie małżeństwo ze sobą współżyje, nawet jeśli nie dochodzi do zapłodnienia, nawet jeśli fizycznie nie ma poczętego dziecka, to powstaje dusza. Te dusze czekają na odpowiedni moment, żeby przyjść na ziemię – powiedziała, dodając, że takie dusze wchodzą właśnie w owych „zaginionych”, którzy odkrywają chasydyzm. – W ceremoniach przejścia nie wpisuje się w rubryce „ojciec” i „matka”, ale „Abraham i Sara” – powiedziała, wskazując, że nawiązuje to do Bożej obietnicy, iż potomstwo Abrahama i Sary będzie liczne jak gwiazdy na niebie.
– Chabad Lubawicz celuje w ludzi wpływowych. Nie widziałam, żeby stali na ulicach miast jak świadkowie Jehowy. Działają raczej w polskim Sejmie, w Pałacu Prezydenckim. Wydaje się, że chcąc, żeby ludzie odkrywali taką duszę, chcą, aby dotyczyło to ludzi biznesu, polityków. Pewnie przyjęliby też kogoś innego, gdyby sam przyszedł, ale nie widzę tutaj jakiegoś apostolatu – podkreśliła.
Więcej – w nagraniu.
Źródło: PCh24 TV
==================
Potężny budynek o kształcie menory na Ukrainie symbolem dominacji Chabad-Lubawicz.
Tak wygląda Centrum Kulturalne Menora w Dniepropetrowsku (chyba teraz Dnipro)
Proszę mieć tę pewność. Nauka katolicka to jest najcenniejszy klejnot intelektualny dla każdego człowieka na całym globie. Nikt takiej spójnej doktryny nie przedłożył światu jak Urząd Nauczycielski Kościoła. A jak państwo wiecie z naszych wypowiedzi i refleksji, nie każda wypowiedź, np. papieża, jest zgodna z doktryną Urzędu Nauczycielskiego Kościoła. W związku z tym taka rada. Dzisiaj trzeba właściwie wszystko badać, rozważać. I zawsze prosić Ducha Bożego: bądź przy nas.
−∗−
Ks. prof. Tadeusz Guz (Putney 2024 część 3)
[to samo, może lepiej.. md]
−∗−
Pierwsza część spotkania:
O filozofii i ataku na rzeczywistość – ks. prof. Tadeusz Guz Nic, żadne procesy w Europie czy na świecie nie dzieją się przypadkowo. Wszystko jest zaprogramowane z najgłębszą precyzją. I neomarksizm tym się różni od marksizmu-leninizmu, że neomarksizm poddaje pod negację […]
Z coraz większym zdziwieniem notuję kolejne polityczne tańce wokół kwestii ocieplenia klimatu. Na naszym krajowym podwórku najbardziej chyba aktywny w tym temacie jest prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski, który kilka razy dał się poznać z publicznego wygłaszania mocno jednoznacznych i radykalnych opinii w tej kwestii. W sierpniu ubiegłego roku, na spotkaniu w Olsztynie, jednym z głównych tematów jaki poruszył był ten, że „planeta dziś płonie na naszych oczach” a oni, czyli politycy ówcześnie rządzącej partii PiS, nic z tym nie robią. „Oni nas skazują na to, że jesteśmy dzisiaj skansenem i nie robimy absolutnie nic jako państwo, niewystarczająco dużo, jeżeli chodzi o walkę z ociepleniem klimatycznym”.
Ten dramatyczny ton nie był jednorazowym przypadkiem, kiedy to każdego może ponieść jakaś fala i sprawić, że powie on coś dziwnego. U Trzaskowskiego jednak, ta sprawa była stałym punktem w jego politycznej agendzie, który często się powtarzał. Dla przykładu, w lutym tego roku, w wywiadzie dla Radia Z powiedział: „Niech pan zobaczy, co się dzieje za oknem. Planeta się pali! Za chwilę będziemy się bić o wodę. Planeta się skończy. Po prostu nie pozwolimy, by nam się spaliła”. Można by powiedzieć, cytując innego klasyka, że to oczywista oczywistość, gdyż jak się planeta pali, to i woda też szybciej paruje i zaraz jej pewnie wcale nie będzie i biec trzeba szybko do Biedronki by kupić choć kilka zgrzewek z butelkami wody, dopóki jeszcze są dostępne. Należałoby zatem oczekiwać, że po zmianie rządu działania mające na celu „ratowanie planety” ruszą ostro z kopyta i nie będzie ani ociągania się, ani żałowania środków na gaszenie planety. Bo przecież logika i doświadczenie jasno wskazuje, że jeżeli jest pożar, a szczególnie tak ważnego obiektu jak nasz planeta, to należy niezwłocznie zabierać się za gaszenie, gdyż każda minuta zwłoki będzie powodować większe straty. Tymczasem jednak ostatnio notujemy jakby zupełne osłabienie tego entuzjazmu nowego rządu by biec na ratunek planecie. Przecież wcześniej ostrzegali, że nie mamy zapasowej planety. Jak ujawniła ostatnio „ministra” [co za idiotyczny dziwoląg. Chcą byśmy przywykli. md] klimatu i środowiska, Paulina Hennig-Kloska, rząd chce by Unia Europejska odłożyła w czasie wdrożenie systemu ETS2, który ma wprowadzić pobieranie opłat za emisję CO2 ze spalania paliw kopalnych w budynkach i transporcie drogowym. Czyli tym razem ma to bezpośrednio dotknąć indywidualnych właścicieli domów i użytkowników samochodów. Pani Hennig-Kloska chce by ETS2 został odłożony na trzy lata. Nie trudno jest to skojarzyć z końcem kadencji obecnego rządu, który wypada na rok 2027. Czyli wynika z tego, że ten „pożar planety” jakby teraz przygasł i temat ten stanie się na powrót palący dopiero po nowych wyborach, szczególnie gdyby wygrała je obecna opozycja. Na dodatek, już teraz zawieszono kontynuację programu „Czyste powietrze”. Takie traktowanie tej sprawy wygląda na hipokryzję, ale politycy nie mają z tym problemu. Jednak Rafał Trzaskowski będzie miał zdecydowanie trudniej by porzucić ten temat, gdyż zbyt mocno się w niego zaangażował i teraz nie może zwyczajnie przestać zauważać tego, że mu się ta planeta pali, czym przecież poprzednio tak mocno wszystkich epatował. Nie jest to dla niego tylko kwestia narracji, ale też konkretny kłopot, gdyż to ze wsparcia warszawskiego Ratusza, w postaci wynajmu lokalu po preferencyjnych cenach, korzysta, żyjąca tematem ocieplenia, organizacja Ostatnie Pokolenie, która blokuje arterie w stolicy, poważnie utrudniając życie normalnym mieszkańcom, co nie pozostanie bez wpływu na wyborcze poparcie Trzaskowskiego. Gdyby tych blokad nie było, to pewnie Trzaskowski by sobie poradził i wymyślił opowieść, że z tym pożarem to miał na myśli planetę Wenus, gdzie faktycznie temperatura na powierzchni wynosi nawet 500 stopni Celsjusza. Znając inteligencję i wnikliwość jego wyborców nie powinno tu być problemów ze zmianą ich percepcji tego tematu.
Pozostaje jednak zasadnicze pytanie: czy z tym, mającym przynieść tak groźne następstwa, ocieplaniem planety to oni tak na poważnie, czy to tylko humbug. Bo jeśli to na poważnie, to za zdecydowane działania trzeba się zabrać niezwłocznie i nie żałować sił, środków i wszelkich ofiar, a jeżeli jest to tylko blaga, mająca na widoku jakieś polityczne zyski lub wynikająca z ideologicznego zaczadzenia, to już sprawa jest inna. Tymczasem działania polityków obecnej koalicji w tym względzie przypominają przedstawienie opery chińskiej, gdzie chór śpiewa: biegniemy, biegniemy, gdy tymczasem wszyscy stoją w miejscu. A na poważnie, nawet abstrahując od tego czy ocieplenie ma fatalne skutki, czy też nie, to trzeba brać po uwagę bardzo istotną kwestię, a mianowicie taką, że kraje UE odpowiadają obecnie tylko za około 7 proc. światowej emisji CO2 i gdyby nawet brukselskim biurokratom udało się, zupełnie zarzynając własną gospodarkę i obniżając drastycznie poziom życia obywateli, sprowadzić własną emisję CO2 do zera to i tak nie wpłynie to istotnie na emisję całego globu, która cały czas rośnie.
Na NFZ proponują wyrywanie zębów, które można leczyć…
=============================
Widać, Ze to bardzo stary MEM. Bo VAT – rzeczywiście „na trzy lata” . A mija już 13 lat !!
O podwyżce stawek VAT 22 i 7 proc. zdecydował rząd Donalda Tuska. Choć 23 proc i 8 proc. miało nam towarzyszyć zaledwie 3 lata, to rząd PO stawek nie obniżył. PiS z kolei niósł ich obniżkę na sztandarach wyborczych, ale słowa również nie dotrzymał.
Wcześniej dostałem informacje od syna zmasakrowanej Polki. Nie wiedziałem, jak nagłośnić. Bo są obawy:
W dniu 07.12.2024r. ok godz. 12 obywatel z Ukrainy napadł i skopał po głowie moją 71-letnia Mamę na przystanku autobusowym przy metrze Marymont. Został zatrzymany i odwieziony na komisariat przy Rydygiera. Mamie potrzeba była kilkugodzinna operacja. Proszę udostępnijcie ten post. Jak będzie głośno o sprawie to może uda się prokuraturze zastosować areszt. Tak wygląda Mama po spotkaniu tego sk..syna.
Na warszawskim Żoliborzu doszło do prawdziwego dramatu. 35-letni “uchodźca wojenny” z Ukrainy, bez żadnego powodu zaatakował i brutalnie pobił 71-letnią Polkę, oczekującą na przystanku. Kobieta przeszła kilkugodzinną operację. Decyzją sądu, rezun trafił na trzy miesiące do aresztu tymczasowego, gdzie będzie czekał na wyrok.
Ukrainiec pobił w Warszawie starszą kobietę. Napaść miała miejsce na ulicy Włościańskiej w Warszawie. Miejscowa policja poinformowała, że do ataku doszło kompletnie bez powodu, zupełnie jakby w turańcu obudził się głęboko skrywany, wołyński zew mordu i zniszczenia. Mężczyzna podszedł do starszej kobiety i zaczął ją z całej siły okładać. W jej obronie wystąpili dwaj przechodnie, którzy widząc atak, podbiegli i obezwładnili napastnika, a następnie powiadomili służby.
Na miejscu szybko zjawili się policjanci, którzy zatrzymali agresora. Z kolei kobieta z licznymi obrażeniami ciała trafiła do szpitala.
Ukrainiec usłyszał zarzut naruszenia czynności narządu ciała powyżej siedmiu dni. Sąd Rejonowy dla Warszawy Żoliborza na wniosek prokuratury zastosował wobec niego środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania na trzy miesiące. Teraz rezunowi grozi do pięciu lat pozbawienia wolności.
Media podkreślają informację, że przed atakiem nie doszło do żadnej wymiany zdań pomiędzy Ukraińcem a Polką. 71-latka nie zamieniła z napastnikiem nawet jednego słowa. Ponadto Ukrainiec był trzeźwy.
W mandorli jest , po uwzględnieniu promieni obciętych później na górze i dole OBRAZU, dokładnie 150 promieni. Więc “propozycja” papieża JPII , by do Różańca dodać “tajemnice światła”, nie ma poparcia Najświętszej Dziewicy.
==============================
„Jam jest Niepokalane Poczęcie, ta która depcze węża”.
Czyli notka o pierwszym w historii Objawieniu Maryjnym, uznanym przez Kościół Powszechny.
Tekst ten pod tytułem „Morenita” miał swój debiut w początkach 2009 roku w netowej inicjatywie o nazwie: POLIS Miasto Pana Cogito (POLIS MPC), która już od dawna nie istnieje. Dlatego co kilka lat prezentowałem go w jeszcze innych miejscach netu (trzech), w przekonaniu, iż warto go od czasu do czasu przypominać, gdyż w necie wszystko zostaje natychmiast zatopione przez tsunami tekstów oferujących tzw. bieżączkę. W zasadzie, poza cyzelowaniem chropowatości stylistyczno-składniowych, czyli kosmetyce, tekst ten nie wymagał w każdorazowej powtórce żadnych merytorycznych przeróbek. A mam do niego sentyment, gdyż nadal uważam, że kompozycyjnie to jeden z moich najlepszych tekstów, których napisałem dotychczas znacznie ponad trzysta. Zdecydowana większość to obszerne notki, przeciętnie o objętości 6-7 stron A-4. Chociaż zdarzały się wyraźnie dłuższe. I tych ostatnich było wcale niemało. Bywały też i krótsze, ale takich akurat znacznie mniej.
Zatem mały przerywnik w serii ciężkich tekstów „cyklu Jezusowego”.
Nowy świat
W dniu 22 kwietnia AD 1519, w kalendarzu świąt chrześcijańskich wypadał Wielki Piątek poprzedzający święta Zmartwychwstania Pańskiego. Wtedy właśnie Hernán Cortés, płynący statkiem noszącym nazwę „Santa Maria de la Concepcion” (Niepokalane Poczęcie Maryi), którego główny żagiel przyozdobiony był wizerunkiem krzyża o charakterystycznym kształcie, przybił do wybrzeża kontynentu amerykańskiego (w dzisiejszym Meksyku). Okrętowi flagowemu Corteza towarzyszyły trzy karawele i sześć brygantyn. Na okrętach przypłynęło łącznie ok. 530 młodych w większości mężczyzn, pochodzących głównie z Hiszpanii, Genui, Neapolu, Portugalii i Francji. Ponadto w składzie ekspedycji znajdowało się także dwie osoby duchowne z zakonu franciszkanów, pięćdziesięciu marynarzy, trzydziestu kuszników i dwunastu arkebuźników. A także szesnaście koni oraz spora ilość wielkich psów, jako to chartów irlandzkich (wilczarz) i molosów (mastifo napolitano). Oprócz pokaźnej liczby pancerzy, hełmów, mieczów i lanc, uczestnicy wyprawy dysponowali dziesięcioma arkebuzami, czterema falkonetami i kilkoma bombardami.
Hernán Cortés wbił krzyż w piasek wybrzeża, następnie franciszkanie odprawili liturgię Mszy świętej, a na jej zakończenie wszyscy uczestnicy wyprawy odmówili różaniec. W miejscu wbicia krzyża w piasek nadmorski zbudowane zostało miasto nazwane Vera Cruz (Prawdziwy Krzyż).
Quetzalcoatl Dzień 22 kwietnia 1519 roku to wg kalendarza azteckiego dziewiąty dzień wiatru w pierwszym Roku Trzciny. W 52-letnim cyklu tego kalendarza pierwszy Rok Trzciny poświęcony był bożkowi Quetzalcoatlowi, czyli Upierzonemu (Pierzastemu) Wężowi, który patronował nauce i rzemiosłu, a w tym dniu przypadało poświęcone mu święto. Quetzalcoatl w astrologii azteckiej był symbolizowany przez Wenus, „wieczorną gwiazdę”, znaną wszystkim ludom Ziemi i określaną przez te ludy różnymi nazwami. Być może w czasach dawniejszych kapłani przedazteckich kultów obserwowali jakąś kometę w pobliżu Wenus. Komety o trajektorii przebiegającej w okolicach Słońca ciągną za sobą widowiskowy warkocz gazów ulatniających się z ich zamrożonych frakcji, które pod wpływem ciepła słonecznego nagrzewają się i odparowują. Łatwo skojarzyć widok ogona komety z latającym wężem, co mogło stanowić powód nadania takiej nazwy. W bardzo licznym panteonie bożków azteckich Quetzalcoatl jest istotny o tyle, że postać jego stała się powodem sporego zamieszania wśród tamtejszych Indian, gdy oni ujrzeli konkwistadorów. Rodzaj kultu związanego postacią Quetzalcoatla znacząco ułatwił zadanie Cortésowi. Powód owego zamieszania został w zasadzie wyjaśniony, toteż możemy w dużym stopniu odtworzyć przyczynę dysonansu poznawczego, który pojawił się u władcy azteckiego Montezumy II, gdy ten dowiedział się o przybyciu Cortésa i jego ludzi. Geneza wspomnianego dysonansu była następująca.
Pod koniec X wieku n.e. w państwie Tolteków (pre-Azteków) urząd najwyższego kapłana w kulcie plemiennego bożka Quetzalcoatla sprawował Topiltzin, który gdy został władcą państwa (król-kapłan – „Ce Acatl”), przyjął imię Topiltzina-Quetzalcoatla. Takie dodanie imienia-wyróżnika było dosyć częstym obyczajem pośród najwyższej rangi kapłanów poszczególnych bóstw, którzy obok własnego imienia przyjmowali imię bożka, którego kult podlegał ich pieczy.
Ce Acatl Topiltzin-Quetzalcoatl miał jasną cerę, był wysokiego wzrostu, czyli wyróżniał się także z powodu swoich cech fizycznych. Ale głównym bóstwem Tolteków był Tezcatlipoca (Dymiące Zwierciadło), bożek ciemności żądający nieustannych krwawych ofiar z ludzi. Król-kapłan chciał zdetronizować wspomniane bóstwo z jego głównej pozycji w dotychczasowym panteonie, co wywołało zaciekły opór elit tolteckiej teokracji, broniących status quo. Konflikt został rozstrzygnięty w ten sposób, że król-kapłan Topiltzin-Quetzalcoatl został najpierw wygnany z Tuli, stolicy państwa Tolteków, a wkrótce potem musiał uciekać coraz to dalej na południe. Znalazł schronienie dopiero na półwyspie Jukatan pośród ludu Maya. Przekaz głosi, że przed udaniem się na wygnanie zapowiedział, iż kiedyś powróci i na powrót obejmie władzę. A w wersjach przekazywanych w ciągu kolejnych pokoleń, przepowiednia dotycząca powrotu króla-kapłana, stała się mitem odnoszonym do postaci samego bożka. Aztekowie, którzy byli szczepem ludu Tolteków, przejęli w spadku praktycznie wszystkie ich wierzenia i obyczaje, czyli również i ten mit. Znał go więc władca aztecki Montezuma II. Dla Azteków podanie dotyczące powrotu Quetzalcoatla oznaczało coś na kształt paruzji bóstwa. Miał przybyć ze wschodu i właśnie dlatego indiańskie ludy Meksyku powiązały pojawienie się Corteza z powrotem króla-kapłana-boga.
Konkwistadorzy Hernán Cortés pochodził z okolic maleńkiej miejscowości Medellin, położonej jakieś 60 km na wschód od miasta Merida w dzisiejszej hiszpańskiej prowincja Badajoz. Jednocześnie, mniej więcej, taka odległość dzieliła miejsce jego urodzenia od jednego z trzech najważniejszych hiszpańskich sanktuariów, które położone było u stóp Sierra de Guadalupe, w rejonie Estramadura. Tam w wiosce Guadalupe był kościół franciszkanów, odległy ok. 50 km na wschód od miasteczka Trujillo (obecnie znajdujący się w prowincji Caceres . Kościół ten znany był z posiadania cudownej figurki Madonny z Dzieciątkiem, wyrzeźbionej z ciemnego drewna cedrowego. Według tradycji, figurę Madonny z Dzieciątkiem (o wysokości 50 cm) wyrzeźbił w Jerozolimie Ewangelista Łukasz, biorąc za wzór rzeczywistą postać Maryi. W późniejszych wiekach rzeźba była przechowywana w Konstantynopolu (Cesarstwo Bizantyjskie), skąd pod koniec VI wieku papież Grzegorz I Wielki zabrał ją do Rzymu. Papież podarował figurkę Izydorowi, arcybiskupowi Sewilli, który przywiózł ją do Hiszpanii na początku VII wieku. Do czasów najazdu arabskiego sława wizerunku stała się znana w całym iberyjskim królestwie Wizygotów. Po upadku tego królestwa, (po przegraniu bitwy, stoczonej pod Jerez de la Frontera w lipcu AD 711 z islamskimi wojskami Maurów i Berberów, dowodzonymi przez gubernatora Tangeru kalifa Tarika ibn Zijada i śmierci poniesionej w tej bitwie przez Roderyka, ostatniego króla wizygockiego), figurkę ukryto w jaskiniach niedaleko obecnego miejsca jej wystawiania. Musiało upłynąć ponad 600 lat do wyparcia Maurów z Półwyspu Iberyjskiego, aby możliwe stało się zbudowanie na tym odludziu sanktuarium i świątyni.
Matka Boża z Guadalupe uważana była za patronkę żeglarzy i konkwistadorów. Gorliwy katolik H. Cortés odwiedzał wielokrotnie wspomniane sanktuarium (Basilica de Santa Maria de Guadalupe. Guadalupe, wspólnota autonomiczna Estramadura, prowincja Caceres, Hiszpania). Pielgrzymowali do niego także Krzysztof Kolumb, który w lipcu 1496 r. w chrzcielnicy tego sanktuarium ochrzcił pierwszych Indian przywiezionych z Nowego Świata, Francisco Pizarro, zdobywca imperium Inków, Francisco de Orellana, który pierwszy przekroczył Andy i następnie popłynął z biegiem Amazonki, Hernando de Soto – odkrywca Florydy i terenów na wschód od Missisipi aż do dzisiejszego Arkansas oraz bardzo wielu innych sławnych, odważnych i ważnych ludzi. W czasach współczesnych należy wymienić pośród nich papieża św. Jana Pawła II, który w listopadzie 1982 roku odwiedził to właśnie sanktuarium.
H. Cortés, który był tyleż genialnym, co zdeterminowanym zdobywcą, w ciągu trochę ponad dwóch lat pokonał państwo azteckie oraz walczących po jego stronie indiańskich wasali i sprzymierzeńców, po czym sprowadził pokonanych do statusu niewolników. Aztekowie zamieszkiwali w czasach konkwisty hiszpańskiej tereny obecnego miasta Mexico City i w małych fragmentach ziemie na południe od niego. Liczebność tego ludu raczej na pewno nie przekraczała miliona osób. Plemiona składające się na lud Azteków to grupa językowa nahuatl. Nazwa imperium znanego jako państwo Azteków, pochodzi od plemienia, które w XV wieku zdominowało oraz podbiło i zwasalizowało szczepy Tolteków, Totonaków, Mexów, Chichimeków, Tlaxcateków, Mixteków i Cholulów.
Podbój tego imperium spowodował śmierć dziesiątek tysięcy Indian poległych w walce z hiszpańskimi najeźdźcami. Natomiast wielokrotnie więcej ofiar przyniosły epidemie nieznanych wcześniej chorób w rodzaju gruźlicy, ospy, odry, dżumy, kokluszu, świnki i innych, które przywleczone zostały z przeciwnego brzegu oceanu przez Europejczyków. W kampanii trwającej od 22.04.1519r. do 13.08.1521r., wzięło udział łącznie ok. 1600 najemnych zabijaków, z czego większość dołączyła już w jej trakcie. Około tysiąca z nich straciło życie, zarówno w walkach z Indianami, a także z powodu ran, chorób, wypadków losowych, etc. Konkwistadorów wspomagały liczne (kilkudziesięciotysięczne) oddziały indiańskie, które wykorzystały okazję, aby wyzwolić się ze statusu wasalnego bądź niewolnego narzuconego im przemocą przez Azteków. Pierwszym sojusznikiem H. Cortésa został lud Totonaków. Oczywiście, indiańscy alianci Europejczyków nie spodziewali się, że wkrótce wpadną z deszczu pod rynnę.
Nadmierną śmiertelność Indian powodowała także eksterminacja poprzez pracę niewolniczą, a udział w tym miały powszechnie stosowane tortury, którymi wymuszano informacje o najmniejszych bodaj drobinach złota, tak od przedstawicieli arystokracji azteckiej, jak też jej przedstawicieli z innych plemion. Wymieranie całych wiosek powodowało, że pola uprawne nie były obsiewane i nie zbierano z nich kukurydzy. Nie było komu grzebać lub spalać zwłok, które walały się wszędzie, a szybko rozkładając się w gorącym klimacie, powodowały skażenie wody, powietrza i gleby. Głód stał się wśród ludności zjawiskiem codziennym. Mieszkańcy z mniej wyniszczonych i wyludnionych okolic byli zmuszani do prac na rzecz Hiszpanów (np. przy budowie miasta Meksyk na ruinach Tenochtitlan). W celu identyfikacji uciekinierów Indianom wypalano, podobnie jak bydłu, znamiona na skórze.
Tenochtitlan, stolica imperium Azteków, do niedawna jedno z największych i najludniejszych miast świata, którego populacja w czasach świetności liczyła około sto tysięcy mieszkańców, zamieniło się w opustoszałą kupę ruin. Kraj Azteków został zdobyty i podbity militarnie, ale H. Cortés miał ambicję, aby również zdobyć jego lud dla Kościoła i wiary katolickiej. Jednak ambitny cel duchowej konkwisty nie dawał się osiągnąć za pomocą ognia i miecza, dlatego sprowadzono do Meksyku kilkunastu misjonarzy z żebraczego zakonu franciszkanów.
Dwa światy Dla uzmysłowienia sobie jak bardzo nieprzystające mentalnie i światopoglądowo były wizje świata tubylców oraz europejskich zdobywców, zwłaszcza w kontekście możliwości przyjęcia przez Indian wiary najeźdźców, konieczne jest skrótowe przedstawienie tej z wymienionych wizji, która obowiązywała na terenach podległych Aztekom. Natomiast wizja chrześcijańska nie wymaga prezentacji, gdyż jest znana w stopniu wystarczającym. Na wszelki wypadek doprecyzuję, że w wystarczającym dla potrzeb niniejszej opowieści.
Nikt nie posiadł rozeznania, ile dokładnie bóstw i bożków najrozmaitszej rangi znajdowało się w panteonie azteckim. Można przyjąć, że łącznie z dokooptowanymi bóstwami plemiennymi ludów, które Aztekowie włączali (na ogół siłą) w zakres swojego dominium, było to co najmniej dwieście bóstw głównych i ponad tysiąc sześćset pomniejszych. Sama ilość tych bożków stanowi wystarczającą przyczynę tego, iż raczej nigdy już nie poznamy zdecydowanej większości tak szczegółów, jak i bogactwa treści odnoszących się doń mitycznych wierzeń. Aztekowie, dokonując podbojów, zniszczyli bezpowrotnie lokalne kulty, które uznawali za konkurencyjne oraz wszelkie ślady z nimi związane. Z kolei w trakcie konkwisty oraz po jej zakończeniu konkwistadorzy i towarzyszący im duchowni równie skrupulatnie niszczyli wszelkie ślady indiańskich wierzeń, będąc dogłębnie przekonanymi, iż stanowią one dzieło Antychrysta. Ale co może zaskakujące, znajdowali ważne powody, aby tak właśnie uważać.
Jeśli nawet niepodobna rozeznać się w szczegółach zagmatwanej mitologii azteckiej, to ogólne zarysy ich wierzeń udało się odtworzyć. Dwoma głównymi bóstwami, którym oddawano kult w azteckiej stolicy były Huitzilopochtli (koliber przybywający z południa) – bóstwo Słońca, światła i życia oraz wspomniany wcześniej Tezcatlipoca – bóstwo Księżyca, ciemności i śmierci. W astrologii azteckiej Księżyc codziennie pokonywał Słońce mordując je, w wyniku czego krew zamordowanego rozlewała się przed zachodem czerwoną łuną po niebie. Warunkiem ponownego wzejścia Słońca i jego powrotu do życia było uzupełnienie krwi, którą Huitzilopochtli musiał w tym celu wypić. Z tego względu musiano mu dostarczać dużo krwi ludzkiej. Zatem główny „motyw przewodni” cywilizacji azteckiej nastawiony był na zapewnienie właściwej ilości wspomnianego pokarmu, gdyż było to warunkiem trwania świata. Czyli poprzez ofiarę z życia ludzi ożywiano bóstwo i podtrzymywano kosmiczny rytm zdarzeń. Stanowiło to dokładne i jaskrawe przeciwieństwo wizji, którą niosło w swoim przesłaniu chrześcijaństwo.
W rozumieniu Azteków ofiary z ludzi były niezbędne dla prawidłowego funkcjonowanie ich „kosmosu”, zaś wymogi tak pojmowanej logiki jego działania powodowały konieczność codziennego składania ofiar z ludzi. Ten krwawy rytuał nazywali Aztekowie składaniem „kwiatów dla bogów”. Dla zapewnienia ciągłości dostaw „surowca” stale organizowali wyprawy wojenne, nie w celu złupienia bogactw, ale dla zdobycia jeńców z przeznaczeniem ich na ofiary. Należało chwytać i dostarczac jeńców żywych, dlatego techniki ich ujęcia polegały na ogłuszaniu pałkami lub obezwładnianiu przez schwytanie w sieci.
Przy specjalnych okazjach organizowano masowe zabójstwa. Taką okazją stało się w 1487 r. oddanie do użytku Wielkiej Piramidy w stolicy imperium azteckiego Tenochtitlanie. Na jej szczycie umieszczono dwie świątynie, każdą dla jednego z wymienionych wcześniej głównych bóstw. W czterodniowej orgii ludobójstwa zamordowano kilka tysięcy ludzi. Dla bóstw wcześniej wspomnianych składano ofiary wyłącznie z mężczyzn. Natomiast ofiary z kobiet składano dla bogini Tonantzin, której ośrodek kultu znajdował się na wzgórzu zwanym Tepeyac, położonym na peryferiach Tenochtitlanu. Imię tej bogini w języku nahuatl, ówczesnym lingua franca Mezoameryki, znaczyło „matka bogów” . Zwano ją również Cihuacoatl (Coatlicue), czyli małżonką węża. Nie zapomniano też o dzieciach, które składano na ofiarę bożkowi deszczu, nazywanemu Tlaloc, a który szczególnie upodobał sobie niemowlęta.
Ofiary przed uśmierceniem odurzano, po czym wprowadzano lub wnoszono na szczyt piramidy, gdzie kapłani obsydianowymi nożami otwierali im klatkę piersiową i wyrywali serce, które jako właściwą ofiarę, wrzucali do specjalnej kamiennej misy przy ołtarzu bożka. Następnie ciała ofiar były strącane po stromych schodkach piramidy, których kąt nachylenia oraz rozmiar był tak dobrany, że spadały na sam dół siłą bezwładu, grawitacji i momentu pędu. Po odcięciu głów, z których budowano gustowne piramidy, resztę zwłok przeznaczano na rytualny posiłek. Po okrzepnięciu Azteków w roli hegemona ludów Doliny Meksyku, czyli od drugiej połowy XV stulecia, na codzienną ofiarę dla krwiożerczych bożków przeznaczano średnio od kilkunastu do kilkudziesięciu istnień ludzkich.
W zarysowanym wyżej kontekście staje się zrozumiałe, że nie mogły przynieść żadnego skutku próby Hiszpanów, aby pobitych i upokorzonych Indian skłonić do wiary w Boga, który przed swoją śmiercią został skatowany, po czym skrwawionego przybito do krzyża, czyli że to Bóg był ofiarą, a nie kimś, komu składano ofiary. Z punktu widzenia Indian religia przyniesiona przez Hiszpanów była jaskrawo absurdalna i zwłaszcza przedstawiciele arystokracji azteckiej odnosili się do niej z nieukrywaną pogardą. Nie pomagało nawet to, że franciszkanie nauczyli się narzecza tubylców, aby łatwiej krzewić pośród nich Ewangelię. Niektórzy z zakonników zdobyli się na wyrwanie sobie siekaczy, aby poprawnie wypowiadać syczące wyrazy języka nahuatl. Wszystko to zdawało się na nic, gdyż mur pogardy, nieufności, niezrozumienia i odmowy wydawał się nie do pokonania. Ale niedługo po upadku władzy Azteków w tym murze pojawiła się rysa, w wyniku której niebawem runął.
Tepeyac Niezbyt daleko od znajdującej się w mieście Tenochtitlan Wielkiej Piramidy, mniej więcej w odległości 10 kilometrów od jej stromych schodów, w wiosce Cuauhtitlan mieszkał chłopiec wywodzący się z plemienia Chichimeków o imieniu Cuauhtlatohuac (Cuauhtlatoatzin), co w narzeczu nahuatl oznaczało: „Ten, Który Mówi Językiem Orłów” (lub „Ten, który mówi jak orzeł”). W roku oddania do użytku Wielkiej Piramidy miał 13 lat. W 1523 r., w kościele wzniesionym na jej ruinach, został ochrzczony i przyjął imię Juan Diego (Jan Jakub). Razem z nim przyjęła chrzest oraz imię Maria Lucia jego żona. Juan Diego miał wówczas 48 lat. W niedzielę 9 grudnia 1531 r. udawał się do parafii w miejscowości Tlatelolco (Obecnie nazwa stacji sieci metro w Mexico City), aby uczestniczyć w liturgii Mszy świętej. Droga wiodła starą groblą prowadzącą do wzgórza Tepeyac. (Tepeyac, obecnie nazwa parku miejskiegow Mexico City – Parque Nacional El Tepeyac).
Na tym wzgórzu, w dniach od 9 do 12 grudnia 1531 r., czterokrotnie, dzień po dniu objawiła się przed Juanem Diego Dziewica Maryja, Matka Boga, jak według jego relacji sama się przedstawiła. Matka Boża prosiła, aby przekazał kapłanom i wiernym, iż jej życzeniem jest, aby w tym miejscu na tym wzgórzu wybudować kościół. A na dowód, iż objawienie nie było skutkiem przywidzenia lub samookłamywania się Juana Diego, któremu biskup diecezji nie chciał dać wiary w treść orędzia, Maryja Panna pozostawiła znak na należącej do Indianina wierzchniej części ubrania, zwanej tilma. (tilma – rodzaj płaszcza, opończy, narzuty wykonanej z włókien agawy, ze szwem pośrodku, który jestzawiązywany na jednym ramieniu). Podczas czwartego, ostatniego objawienia, Matka Boża poleciła Juanowi Diego narwać świeżo zakwitłych róż, które na tym wzgórzu, będącym królestwem kamieni, kaktusów, cierni i ostów, nigdy przedtem nie rosły, następnie zawinąć je w tilmę i ponownie rozwinąć ją dopiero w obecności biskupa. Siedziba biskupa znajdowała się w mieście Meksyku, budowanym na miejscu wyburzanego Tenochtitlan. W tamtym czasie obowiązki biskupa pełnił ojciec Juan de Zumarraga, franciszkanin, podobnie jak H. Cortés, pochodzący z Estramadury. Gdy Juan Diego rozwinął tilmę przed biskupem i w obecności kilku innych świadków, oczom obecnych wyłonił się spod kwiatów róży wizerunek przedstawiający postać młodej kobiety o brązowo-oliwkowym obliczu, ze złożonymi do modlitwy rękami, która okryta była od głowy do stóp niebieskim (lub morskiej zieleni) płaszczem o orientalnym wzorze, na którym widoczne były gwiazdy. Wokół kobiecej postaci, stojącej na ramionach indiańskiego chłopca z orlimi skrzydłami, widoczne były otaczające ją złote promienie słoneczne.
Wydarzenie to zostało opisane przez Luysa Lasso de la Vega, kapelana w świątyni pobudowanej na wzgórzu Tepeyac, który opublikował je na podstawie sporządzonej w połowie XVI wieku relacji Indianina Antonia Valeriano. W przekazach dotyczących postaci A. Valeriano istnieje wersja, iż był on bratankiem Montezumy II, ostatniego króla – kapłana Azteków. Dotychczas nie znaleziono jednoznacznych dowodów na potwierdzenie tej wersji. Oryginał tekstu autorstwa A. Valeriano nie zachował się, tym samym nie wiadomo na ile wiernie tekst Lasso de la Vegi oddaje jego treść. Lasso de la Vega opublikował swój tekst w języku nahuatl w 1649 r. Relacja ta została zapisana w języku Indian i zaczyna się od słów „Zostanie tu powiedziane”, czyli Nican Mopohua i jest znana właśnie pod takim tytułem. (Najstarsza kopia tego dzieła znajduje się w Public Library, Rare Books and Manuscripts Department. New York, USA).
Wizerunek Wizerunek na tilmie jest dzisiaj wystawiony w barokowej bazylice w mieście Meksyk, której budowa została ukończona w 1976 r. (Insigne y Nacional Basilica de la Santissima Maria de Guadalupe – Plaza de las Americas 1, Mexico City). W nowe miejsce wizerunek został przeniesiony ze znajdującej się obok starej i grożącej zawaleniem się świątyni. Wszystkie dotychczas przeprowadzone badania wizerunku nie dały odpowiedzi, jaką techniką został naniesiony na płótno z agawy, przy czym wykluczono, iż zostało to wykonane technikami malarskimi. Nie stwierdzono, by do jego wytworzenia użyto farb organicznych lub mineralnych. Ponadto farby syntetyczne zaczęto produkować ok. 300 lat po powstaniu wizerunku. W meksykańskim klimacie płótno z agawy wytrzymuje, co najwyżej, kilkanaście lat, a potem nieuchronnie ulega samoistnej biodegradacji. W przypadku wizerunku zachowuje ono od kilkuset lat swoją strukturę bez żadnych widocznych uszkodzeń i to pomimo wielowiekowego okadzania dymem niezliczonych świec.
Ale nie mniej ważny jest inny znak, będący skutkiem objawień Maryi Panny na wzgórzu Tepeyac. Znakiem tym jest jedyne w dziejach świata nawrócenie się, poprzez przyjęcie chrztu w obrządku katolickim, przez osiem do dziewięciu milionów Indian, które nastąpiło w okresie zaledwie kilku lat po objawieniach. Tych samych Indian, którzy jeszcze kilka lat wcześniej nie marzyli o niczym innym, jak o tym, aby Hiszpanów ugotować w kakao i pożreć. A wszystko to stało się w czasie, gdy na Starym Kontynencie Reformacja oderwała osiem milionów chrześcijan od Rzymu i Matki Bożej i gdy islamscy Turcy odebrali chrześcijaństwu Bałkany.
To jest największy znak i cud związany z objawieniem Dziewicy Maryi na ziemi skrwawionej ludobójstwem, pohańbionej ludożerstwem i eksterminacją. A jego skutkiem jest nie tylko zintegrowanie się ludów zamieszkujących ziemię meksykańską, czy szerzej Ameryki Środkowej, w jeden naród (indianie, metysi , kreole i biali), ale także objęcie chrześcijaństwem całej Ameryki Południowej, aż po Ziemię Ognistą, gdyż inne ludy tego kontynentu poszły za przykładem Meksyku.
Szczątki H. Cortesa spoczywają w Mexico City w krypcie kościoła pod wezwaniem Jezusa Nazareńskiego (Iglesia de Jesús Nazareno) niedaleko ww. bazyliki w dzielnicy Cuauhtémoc. W 1566 r. szczątki zostały przeniesione z Hiszpanii, w której H. Cortes zmarł).
Znaki Co takiego przekonało Indian oglądających na tilmie wizerunek Maryi Panny, iż uwierzyli, że jest to prawdziwe oblicze Matki Bożej, zgodnie z przekazem głoszonym im w Ewangeliach? Otóż wizerunek zawiera przesłanie w kodzie czytelnym dla Indian tej ziemi i ich kultury, w której żyli na co dzień. Indianie w swojej masie byli analfabetami, natomiast świetnie, bo intuicyjnie, rozumieli język znaków i symboli. Język obrazów. Indianie byli znakomitymi obserwatorami i z największą wnikliwością obserwowali każdy szczegół, który mógł mieć związek z przybyszami z obcego im świata.
I tak, sposób w jaki Maryja ma owinięty purpurowy pas na biodrach wskazuje, iż jest brzemienna. Pas jest bowiem przesunięty powyżej lekko zaokrąglonego łona. U Indian kobiety brzemienne w taki sposób przepasywały opaską biodra. To było oczywiste i zrozumiałe dla każdego Indianina, natomiast nie było takim dla wyrafinowanych krytyków sztuki, wyedukowanych na zachodnich uniwersytetach. Pod szyją Najświętszej Panny, na wizerunku zapinki naszyjnika, znajduje się znak krzyża, identyczny jak widniejącego na żaglu flagowego statku H. Corteza. Przypomnijmy, iż statek ten nosił imię „Niepokalane Poczęcie Maryi”.
W centrum wizerunku znajduje się czterolistne drzewko. Liście jego oznaczają, że to kwiat jaśminu. W starym azteckim kalendarzu, wyrytym na kamiennym kręgu, dokładnie taki kwiat jaśminu znajduje się w jego centrum, symbolizując Słońce. Dla Indian Słońce było równoznaczne z postacią boga. Na wizerunku postać Maryi odziana jest w gwiaździsty płaszcz. Składają się one na obraz gwiazdozbiorów nieba meksykańskiego z grudnia 1531 roku. Ale obraz możliwy dla odczytania przez Indian. Bo oto brzegi kamiennego kalendarza Azteków okalały dwa węże z gwiazd, tych samych, które zidentyfikowano na wizerunku odbitym na tilmie. Widoczne na połach płaszcza Maryi gwiazdy oznaczały godność królewską postaci, która nosi taki płaszcz. Obraz przedstawia Maryję, okoloną przez promienie słoneczne, które wybiegają spoza jej wizerunku. Dla Indian oznaczało to, iż Maryja jest kimś potężniejszym, niż ich dotychczasowy Bóg-Słońce, czyli Huitzilopochtli, skoro zasłoniła go swoją postacią. Z kolei sierp księżyca pod nogami Maryi wskazywał, iż jest potężniejsza również od bożka Księżyca – Tezcatlipoca, skoro po nim depcze swoimi stopami. Zaś symbolizujący Wenus Quetzalcoatl stał się zaledwie jedną z licznych gwiazd na płaszczu Maryi. Kolejnym znakiem było to, iż postać Maryi ma złożone ręce, czyli jest to postać modląca się do kogoś jeszcze potężniejszego od niej samej. Postać indiańskiego chłopca u stóp Maryji (którego tożsamość podlega różnorodnym interpretacjom) symbolizuje – według Don Mario Rojasa Sancheza, duszpasterza w Cuauhtémoc w parafii Matki Bożej z Góry Karmel (Nuestra Señora del Carmen), najwybitniejszego znawcy wizerunku – Juana Diego, przedstawionego jako dziecka ze skrzydłami orła, szykujące się do lotu. Jego indiańskie imię, które znaczyło „Ten, który mówi jak orzeł” także było dla Indian dowodem, iż relacja Juana Diego jest prawdziwa, bo znalazła potwierdzenie w znanym im i do nich skierowanym kodzie.
Wnioski I na koniec jeszcze ważne dopełnienie. Otóż słowo „guadalupe” w języku nahuatl nie posiada żadnego sensownego znaczenia. Zatem do jakiego indiańskiego określenia Hiszpanie dopasowali wyżej wymienione słowo? Najbardziej zbliżone w wymowie jest określenie Coatlaxopeuh , wymawiane jak „kotallope”, które oznacza „Pogromczyni Węża” lub „Ta, która depcze węża” (coatl – wąż, llope – deptać po czymś). Juan Diego, opowiadając Hiszpanom o tym jak Madonna przedstawiała mu się w jego języku, wypowiadał nazwę bardzo znajomo brzmiącą w uszach wszystkich Hiszpanów, a już zwłaszcza tych z ziem Estremadury, którzy znali tamtejsze sanktuarium maryjne. I może właśnie dlatego Matka Boża przedstawiła się Juanowi Diego jako:
„Jam jest Niepokalane Poczęcie, ta która depcze węża”.
(kotallope – guadalupe)
O autorze: stan orda
==============================
M. Dakowski:
W mandorli jest , po uwzględnieniu promieni obciętych później na górze i dole OBRAZU, dokładnie 150 promieni. Więc “propozycja” papieża JPII , by do Różańca dodać “tajemnice światła”, nie ma poparcia Najświętszej Dziewicy.
Dokładne badania optyczne wizerunku pokazały, że zarys postaci odbijających się w oczach Maryi odzwierciedla sposób odbijania się przedmiotów w ludzkiej żywej źrenicy i na powierzchni rogówki ludzkiego oka. Oczy Matki Bożej z Guadalupe sprawiają wrażenie żywych…
Z perspektywy nauki: nie da się tego wyjaśnić
Aleteia: Jak to możliwe, że ikona meksykańskiej Madonny, która pojawiła się na indiańskiej opończy przetrwała w nienaruszonym stanie kilka wieków?
Prof. dr hab. Zbigniew Treppa*: Indiańska opończa (tilma), na której widnieje obraz Maryi, należąca do pierwszego wyniesionego na ołtarze Indianina, Cuauhtlatoatzina Juana Diego, została utkana ok. 500 lat temu z włókien agawy. Z powodu znikomej trwałości włókien tkanina ta nie powinna była przetrwać kilkudziesięciu lat. Tymczasem oparła się niszczącemu działaniu czasu.
Jest to tym bardziej zastanawiające, zważywszy, że tkanina tilmy nie została nasycona żadnymi środkami konserwującymi zapobiegającymi rozpadowi. Co wiadomo na podstawie badań prowadzonych przez dr. Philipa Callahana z USA.
Tkanina i widniejący na niej obraz oparły się też działaniu czynników zewnętrznych. Np. rozlanych żrących związków chemicznych użytych do konserwacji ramy, w której została umieszczona tilma. A nawet przetrwała zamach bombowy, który zniszczył znajdujący się nieopodal potężny krucyfiks z brązu, posadzkę, marmurowy ołtarz i witraże.
Czyżby zatem tilma oparła się działaniu czasu oraz różnych czynników zewnętrznych ze względu na nadprzyrodzone właściwości obrazu, który w tajemniczy sposób został zakodowany w jej strukturze?
Nauki przyrodnicze nie przyniosą odpowiedzi na to pytanie, ponieważ „zakres poznania naturalnego” – mówiąc słowami bł. ks. Sopoćki – „jest bardzo ograniczony”. Możemy jedynie mówić o fenomenie obrazu, który jest niemożliwy do wyjaśnienia z perspektywy nauk ścisłych.
Nie jest znana np. technika zabarwienia włókien. Barwy obrazu wywołują efekt zbliżony do zjawiska dyfrakcji. Nie są znane również przyczyny powstawania refleksów świetlnych, wywoływanych za pomocą oftalmoskopu w oczach wizerunku Madonny. Dających efekt taki, jak w przypadku badań żywego ludzkiego oka o odpowiednim stopniu wilgotności.
Warte podkreślenia jest to, że takiego efektu nie można wywołać w żadnym innym obrazie wykonanym przez człowieka.
Do podobnych fenomenów należy zaliczyć istnienie wzoru gwiazd na płaszczu Madonny z tilmy. Odzwierciedla on układ konstelacji gwiezdnych widzianych w punkcie czasu i miejsca cudownego ukazania się obrazu, czyli 12 grudnia 1531 roku w mieście Meksyk (Tenochtitlan).
Brak jest także możliwości wyjaśnienia obecności w oczach Madonny odbić postaci będących świadkami cudu. Analizując współcześnie te obrazy, zaskakuje, że zarejestrowane zostały zgodnie ze współczesną wiedzą z dziedziny optyki. Nie była ona jeszcze znana w czasach, kiedy obraz Maryi został ukazany oczom człowieka.
Jeśli nauki przyrodnicze nie mogą przyjść z pomocą w wyjaśnieniu wszystkich zagadkowych właściwości obrazu oraz jego podłoża, co więc można wyjaśnić? Można to wszystko, co należy do istoty cudownych właściwości obrazu. Podobnie jak w przypadku każdego cudu, który w życiu wiary ma jakiś cel do spełnienia.
Również w przypadku ikony z Guadalupe wcale nie jest najważniejszy sposób, w jaki zaistniał obraz czy też to, co o nim mówią pomiary naukowe. Lecz raczej to, co ukrywa on przed nauką.
Podobnie sprawy zdarzają się w życiu codziennym, w którym wcale najważniejsze nie jest to, co daje się zważyć czy zmierzyć, lecz to, co jest istotą jakiejś rzeczy lub zjawiska.
Nie ręką ludzką uczyniony
O obrazie Matki Bożej z Guadalupe, Całunie Turyńskim oraz Chuście z Manoppello, mówi się jako o obrazach nie ręką ludzką uczynionych. Co dokładnie oznacza ten termin?
Nie wiadomo, kiedy chrześcijanie zaczęli posługiwać się terminem acheiropoietos, czyli nie ręką ludzką uczyniony. Źródła historyczne po raz pierwszy pojęcie to odnotowały w związku z odnalezieniem Całunu Chrystusa w murach Edessy w roku 544.
Aby poznać źródłosłów tego pojęcia, należy odwołać się do źródłowych tekstów Nowego Testamentu, gdzie ono występuje. Godne odnotowania jest to, że pojęcie acheiropoietos występuje tam trzykrotnie.
Ewangelista Marek posługuje się zwrotem acheiropoieton/ἀχειροποίητον, gdy przytacza słowa jednego ze świadków z procesu Jezusa przed Sanhedrynem. „Myśmy słyszeli, jak On mówił: Ja zburzę ten przybytek uczyniony ludzką ręką i w ciągu trzech dni zbuduję inny, nie ręką ludzką uczyniony” (Mk 14,58).
Świadek ów przytacza słowa samego Jezusa mówiące o zburzeniu świątyni ludzką ręką uczynionej. I odbudowaniu jej, już jako innej, nie ludzką ręką uczynionej, w ciągu trzech dni. Świątynią tą ma być zmartwychwstały Jezus.
Obraz w obrazie
Naukowcy – korzystając ze zdobyczy techniki fotograficznej – stwierdzili, że w źrenicach oczu Maryi są odwzorowane wizerunki kilku osób związanych z objawieniami w Guadalupe. Stwierdza się również, że oczy z tego wizerunku są jakby żywe. Jak to możliwe?
Najbardziej wyraźna do zidentyfikowania jest postać Juana Diego. Odkrycia obrazu w obrazie dokonał w 1929 roku fotograf Antonio Gonzales, który tradycyjną metodą fotograficzną wykonał powiększenia twarzy Maryi.
Gonzales, analizując wykonane fotografie, w prawym oku Madonny zauważył zarys męskiej twarzy, wyglądający jakby był on efektem naturalnej sytuacji odbitej w oku, zgodnie z zasadami optyki.
Sprawa nabrała rozgłosu dopiero 26 lat później, kiedy arcybiskup miasta Meksyk Luis Marie Martinez powołał komisję do zbadania tego fenomenu. Pół roku później dwaj optycy-okuliści (Havier Torroello Buene i Rafael Torifa Lavoignet), podejmując się drobiazgowych badań optycznych, dokonują odkrycia tej samej postaci odbitej w drugim oku Maryi.
Wizerunek postaci ludzkiej widoczny w prawym oku Madonny sprawia wrażenie, jakby powstał w wyniku naturalnego zjawiska optycznego. Rzecz staje się bardziej czytelna, kiedy konfrontujemy odbicia obu oczu. Ujawnia się wówczas asymetryczny sposób usytuowania względem siebie dwóch obrazów odbijających się w oczach Maryi. Asymetryczny i jak się okazuje, również zniekształcony zarys postaci odbijających się w oczach Maryi z Guadalupe, odzwierciedla sposób odbijania się przedmiotów w źrenicy i na powierzchni rogówki ludzkiego oka.
Za pomocą światła emitowanego z oftalmoskopu wywoływany jest refleks świetlny, który przy odpowiednim ustawieniu soczewek umożliwia obserwację dna oka. Na podstawie opisu dr. Lavoigneta wiemy, jak przebiegał proces badawczy źrenic Maryi:
„Jeśli nakierujemy światło oftalmoskopu na źrenicę oka z wizerunku Maryi Panny, ukaże się ten sam refleks świetlny [jak w przypadku normalnego ludzkiego oka]. W następstwie tego odbicia światła źrenica rozświetla się rozproszonym światłem, dając efekt wklęsłego reliefu…
Ten efekt jest niemożliwy do uzyskania na płaskiej oraz nieprzezroczystej powierzchni. Po stwierdzeniu tego faktu przebadałem za pomocą oftalmoskopu różne obrazy wykonane w technice olejnej i akwarelowej oraz ich reprodukcje. Na żadnym z nich, które przedstawiały różnorodne ludzkie postacie, nie można zobaczyć najmniejszych refleksów. Podczas gdy oczy Najświętszej Panny z Guadalupe sprawiają wrażenie żywych”.
Potwierdzają to analizy podobnych przedstawień ikonograficznych. To znaczy takich, które w sposób naturalistyczny próbują odzwierciedlać obraz rzeczywistości odbity w oczach przedstawianych postaci. Nawet u najwybitniejszych mistrzów pędzla, np. u van Eycka czy Dürera nie znajdziemy obrazu, który mógłby równać się z odbiciami w oczach guadalupiańskiej ikony. Nie znajdziemy ich też u Leonarda da Vinci.
Przesłanie Matki Bożej z Guadalupe
Jakie przesłanie dla nas, żyjących w XXI wieku, płynie z fenomenu obrazu Matki Bożej z Guadalupe?
Pierwszym owocem objawień Maryi w Meksyku były masowe nawrócenia Indian na wiarę chrześcijańską. Wcześniej miały miejsce nieliczne akty konwersji, dokonywane dzięki działalności misyjnej franciszkańskich i dominikańskich zakonników.
Masowe nawrócenia Indian były możliwe dzięki pozostawionym przez Maryję czytelnym dla nich znakom, których język znany był im jeszcze z czasów, kiedy wyznawali wielobóstwo. Znaki te odczytali jednak na nowo, zgodnie z zamiarami Maryi. Na przykład czarna szarfa przewiązana na jej sukni oznacza, że spodziewa się dziecka.
Ale okazuje się, że objawienie Maryi zaadresowane było nie tylko do człowieka tamtych czasów. Świadczy o tym m.in. charakter przekazu Madonny zawarty w pozostawionym przez nią wizerunku. Jest to przekaz zapisany za pomocą dwóch systemów znaków.
Jeden z nich jest typowy dla cywilizacji zachodniej, drugi dla Indian z czasów, kiedy Maryja po raz pierwszy objawiła się w Ameryce. Wszystko na to wskazuje, że zgodnie z wolą Bożej Opatrzności obraz Maryi miał przetrwać do dnia dzisiejszego, by przekazać współczesnemu człowiekowi coś bardzo ważnego.
Cały czas zaskakuje aktualność przesłania obrazu z Guadalupe, która potwierdzana jest kolejnymi znakami. Miały one miejsce choćby 12 grudnia 2007 r., kiedy rada miasta Meksyku miała uchwalić ustawę zezwalającą na wykonywanie aborcji. Wtedy to, podczas mszy świętej w intencji ofiar aborcji, obraz Maryi z Guadalupe emanował światłem. Światłem o kształcie ludzkiego embrionu, jaki można obserwować podczas standardowych badań echograficznych.
Zebrany materiał zdjęciowy pozwala traktować to wydarzenie w kategoriach znaku o bardzo czytelnym przesłaniu. Zdjęcie to zostało opublikowane m.in. przez Francuskie Stowarzyszenie Katolickich Pielęgniarek i Lekarzy, które stwierdziło, że to obraz nienarodzonego dziecka.
Przypomnijmy, że guadalupiańska Madonna jest patronką chrześcijańskiego Meksyku, ale także patronką wszystkich działań pro-life na świecie. Życie jest bezcennym darem i to wydaje się być dla naszych czasów najważniejszym przesłaniem płynącym z obrazu Matki Bożej z Guadalupe.
* Prof. dr hab. Zbigniew Treppa – profesor sztuki, wykładowca akademicki. Autor poczytnych książek m.in. „Meksykańska symfonia. Ikona z Guadalupe”, „Fotografia z Manopello. Twarz Zmartwychwstałego”, „Całun Turyński. Fotografia Niewidzialnego” oraz wydanej w tym roku książki: „Fenomen obrazu Miłosierdzia Wcielonego”. Jest autorem wielu wystaw z zakresu fotografii kreacyjnej.
Wielka akcja pod Lidlami w całej Polsce. W najbliższy piątek i sobotę 13 i 14 grudnia przed przeszło setką sklepów odbędą się pikiety przeciwko budowie centrum dystrybucyjnego Lidla w pobliżu Sanktuarium Matki Bożej Gietrzwałdzkiej.
Protest zapowiedziano m.in. przed sklepem przy ul. Wolskiej 19/25 w Warszawie. Demonstracja rozpocznie się o godz. 13:00. Protesty organizowane przez Konfederację Korony Polskiej odbędą się jednak w całej Polsce.
Do udziału w akcji zachęcał m.in. polski poseł do Parlamentu Europejskiego Grzegorz Braun. „Szanowni Państwo, nasze działania w ramach akcji Stop Lidl weszły już na bardzo zaawansowany poziom ” – przekazał.
„ Współpracujemy z dwiema kancelariami prawnymi, które na nasze zlecenie prowadzą postępowania prawne i administracyjne w celu podważenia pozwolenia na budowę oraz unieważnienia decyzji środowiskowej, jakich udzielono Lidlowi w ramach przygotowań do inwestycji.
Zamówiliśmy kilka ekspertyz z zakresu prawa budowlanego i ochrony środowiska, które najprawdopodobniej wykażą niezgodność planów inwestycyjnych z obowiązującym prawem (zwłaszcza jeśli chodzi o zabudowę Obszaru Chronionego Doliny Pasłęki).
Ponadto formujemy zespoły wolontariuszy, którzy będą organizowali pikiety protestacyjne pod sklepami #Lidl w całej Polsce. Przygotowujemy się także do wyposażenia ich w materiały informacyjne, banery oraz setki tysięcy ulotek.
Działania te, choć prowadzone w ramach Ogólnopolskiego Komitetu Obrony Gietrzwałdu na zasadach wolontariatu, wymagają poniesienia sporych nakładów (same działania prawne pochłoną około 40 tys. zł), bez których nie jest możliwe powstrzymanie inwestycji Lidla w Gietrzwałdzie ” – dodał polityk.
Przypomnijmy, że tzw. centrum dystrybucyjne Lidla ma powstać na terenie dawnego PGR-u Łajsy w Gietrzwałdzie i obejmować ponad 40 ha.
– To będzie największa sortownia śmieci w Europie, a nie centrum dystrybucyjne – wskazywali podczas niedawnej konferencji prasowej eksperci zaproszeni przez Komitet Obrony Gietrzwałdu. Centrum ma być zlokalizowane w pobliżu tamtejszego Sanktuarium – miejsca, gdzie w 1877 roku doszło do objawień Maryjnych, jedynych na terenie Polski zatwierdzonych przez Kościół. Mieszkańcy wskazują, że jego budowa zakłóci tamtejszy krajobraz i przyćmi historyczną zabudowę świątyni. Przewodniczący Komitetu Jacek Wiącek podkreślał, że inwestycja Lidla zagraża także cenny przyrodniczo obszarom.
Zapraszamy na pikietę/protest pod sklepem Lidl’a w Warszawie, ul. Grochowska 147 w dniu 14 grudnia 2024 roku w godz. 10:00 – 15:00. Protest dotyczy planowanej inwestycji Lidl’a w Gietrzwałdzie, tzw. centrum dystrybucyjnego, w obrębie którego na ponad 40 ha mają być składowane substancje toksyczne i niebezpieczne.
Poniżej podaję link do strony WSWG z zaproszeniem na pikietę i link na niej do pobrania stosownej ulotki. Proszę o udostępnianie gdzie tylko można. => https://wswg.pl/?page_id=418
Serdecznie zapraszamy. Przedstawiciel Warszawskiego Stowarzyszenia Wspierania Gietrzwałdu: Zbigniew Dworakowski
Kontynuuję wątek polityki zagranicznej Polski. Nie odnoszę się bynajmniej do polityki obecnej – tej bowiem nie ma wcale – lecz do przyszłej polityki przyszłego wyzwolonego państwa polskiego. W celu wyznaczenia skutecznej polityki należy koniecznie posiadać wiedzę strategiczną i świadomość sytuacyjną, co łącznie składa się na wiedzę sterowniczą.
−∗−
Obraz tytułowy: Ferdynand Ruszczyc „Letni zachód” 1896 LINK
Zachód, jakiego nie znacie
Kontynuuję wątek polityki zagranicznej Polski. Nie odnoszę się bynajmniej do polityki obecnej – tej bowiem nie ma wcale – lecz do przyszłej polityki przyszłego wyzwolonego państwa polskiego. W celu wyznaczenia skutecznej polityki należy koniecznie posiadać wiedzę strategiczną i świadomość sytuacyjną, co łącznie składa się na wiedzę sterowniczą.
Przedmiotem niniejszego artykułu jest Zachód, a w szczególności to, czego możemy się po nim spodziewać. Samo słowo „Zachód” budzi w serduszkach ciepłe skojarzenia, jako TO miejsce i TEN obszar, gdzie zawsze jest TO, co trzeba, czyli stan powszechnej szczęśliwości, niezależnie od tego, jak kto sobie ten raj wyobraża. Dla młodszych uczestników Polski słowo to kojarzy się z wysokimi zarobkami, sprawną organizacją wszystkiego i przyjaznym państwem, starszym Zachód nieodmiennie kojarzy się z dolarami vel Deutsch – Markami, pornolami od Teresy Orlowsky, Playboyem, fajkami w twardych ramach, Coca – Colą, resorakami z Matchboxu, oraz wszystkimi innymi towarami wysokiej jakości w dużym wyborze, tanio dostępnymi. Dla takich właśnie dóbr przylgnęliśmy do Zachodu jak najczulsza kochanka i nie dajemy się oderwać. W naszych umysłach Europy Środkowo – Wschodniej Zachód to synonim szczęścia, bogactwa, bezpieczeństwa i spełnienia marzeń.
Czym w ogóle jest Zachód? Obszar, obejmujący Europę Zachodnią i Północną oraz podziwiane i wymarzone Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Dlaczego ten obszar jest taki bogaty? Rzadko pada to pytanie, i mało kto je zadaje. A odpowiedź jest wbrew pozorom bardzo prosta. Za bogactwo Zachodu nie odpowiadają zasoby naturalne, bo gdyby tak było, to Rosja byłaby najbogatszym państwem na świecie. Zasoby mają znaczenie, ale dla zamożności mieszkańców wzmacniające, a nie zasadnicze. Są państwa, spoczywające na surowcach, gdzie ludzie żyją w biedzie i nędzy, np. Wenezuela, Irak, Kongo. Rzecz jest w czym innym – we władzy i tym, co ludzie mają w głowach.
Władza na Zachodzie reprezentowała ludzi – najpierw lud, potem naród. Nie mogła rządzić ludźmi sama dla siebie, bo to byłoby tyranią. Musiała rządzić ludźmi dla dobra ich samych oraz dla dobra państwa. Taka była zasada – idea przewodnia, wielokrotnie nadużywana, co zawsze kończyło się tak samo – biedą i cierpieniem ludności i finalnie upadkiem takiej władzy. Jeśli ogólne działania władz były znacząco niezgodne z wzorcem, prędzej czy później powracano do wzorca. W takich warunkach mogła się rozwijać ludzka inicjatywa i przedsiębiorczość, przyrastać bogactwo i rozlewać się wśród społeczeństwa w miarę jednolicie.
Warunkiem niezbędnym takich porządków jest pluralizm w różnych znaczeniach. Pluralizm poglądów, rozwiązań, pomysłów, ośrodków władzy. Jednak ten pluralizm nie może być absolutny, bo zamienia się w anarchię. Musi być jakiś czynnik jednoczący i porządkujący, i takie mechanizmy niegdyś na Zachodzie istniały. Gdyby spytać współcześnie wykształconych ludzi, co jest tym czynnikiem, a zarazem przyczyną współpracy różnorodności i porządku, odparliby, że to prawa człowieka, demokracja i praworządność. I jest to odpowiedź błędna, myli bowiem skutek z przyczyną. Żadne prawa nie są źródłem porządku, przeciwnie, to porządek jest źródłem praw. Demokracja nie jest wartością samą w sobie, tylko techniczną normą podejmowania decyzji. Praworządność pochodzi od praw, i jest szacunkiem i podporządkowaniem się wszystkich podmiotów prawom. Te podmioty należą do trzech kategorii – stanowiące, wykonujące i podlegające prawom. Jednak praworządność jako wartość pochodna zależy od pierwotnej, czyli od praw, a te zależą od porządku. Od czego więc zależy ten porządek? Od kultury, czyli tego, co ludzie mają w głowach. Kultura to wierzenia, przekonania i normy postępowania, wpływające na motywacje ludzi do działań lub zaniechań.
Kultura Zachodu spoczywa na trzech filarach – grecka filozofia, rzymskie prawo i chrześcijańska religia. To dobrze znana triada, wypowiadana zwykle bez głębszych refleksji. Z tych filarów można natomiast wysnuć normy postępowania, które uczyniły Zachód tym, czym był do niedawna. Normy te można umieścić w dwóch obszarach – umysłów i struktur instytucji społecznych. Obszar umysłu wyznacza to, co ludzie mają w swoich własnych głowach, i jak układają sobie stosunki z innymi ludźmi i bytami. Po pierwsze, koncepcja prawdy obiektywnej, wzięta od Arystotelesa, w której prawdą jest tym, co jest rzeczywiście, a wyobrażenie umysłu musi być z nią zgodne. Po drugie, dobro obiektywne, czyli to, co jest dobrem zawsze, niezależnie od doraźnych interesów. Po trzecie, motywacje, czyli napęd do działania – poznawcze i etyczne. Motywacje poznawcze to pęd do poszukiwania prawdy obiektywnej. Motywacje etyczne to pęd do działań obiektywnie dobrych. Obszar struktur wyznacza relacje polityczne, ekonomiczne i prawne. Po pierwsze, pluralizm ośrodków władzy. Oddzielone są od siebie poszczególne władze – prawno – polityczna, religijno – etyczna, poznawczo – naukowa. Po drugie, pluralizm ośrodków opinii – państwo, sfera prywatna, instytucje wiedzy, sztuka, opinia publiczna. Po trzecie, pluralizm możliwości realizacji celów życiowych. Każdy może zająć się tym, co najlepiej umie i lubi, w różnych sferach – prywatnej, społecznej, państwowej, co oznacza mobilność społeczną, czyli możliwość zmiany swojej sytuacji mocą własnej decyzji. Obie sfery połączone były dwoma konsensusami. Pierwszy konsensus polegał na tym, że próg wejścia w relacje społeczne warunkowany był dojrzałością, czyli umiejętnością ponoszenia odpowiedzialności moralnej za swoje działania i zaniechania. Drugi konsensus to etos pracy – każdy dojrzały człowiek wie i godzi się na to, że musi wnosić swój własny wysiłek nie tylko dla własnych korzyści, ale też dla utrzymania wspólnej konstrukcji społecznej.
Piszę o tych zjawiskach w czasie przeszłym, ponieważ te ustawienia na Zachodzie wygasły lub są w trakcie wygaszania. Zachód odszedł od swoich własnych zasad, a zaczęło się to od stopniowej apostazji od chrześcijaństwa. Potem kolejno odpadał rozum, dojrzałość i etos pracy. Jesteśmy obecnie w momencie, w którym funkcjonują jeszcze pozostałości oryginalnej kultury Zachodu, natomiast młode pokolenie jest już niemal kompletnie oderwane od wszystkiego, poza własnymi emocjami, popędami, instynktami i dobrostanem.
Skutki widoczne są w każdym obszarze życia, a wszystkie obszary wzajemnie się warunkują, a to znaczy, że procesy, kształtujące jeden obszar wpływają też na pozostałe. Proces wielkiego odchodzenia Zachodu od samego siebie nie wszczął się sam. Działają tu siły naturalne, są jednak sterowane za pomocą licznych i złożonych systemów. Skoro zachodzi sterowanie, musi istnieć obiekt sterujący, i z takim niewątpliwie mamy do czynienia. W języku cybernetyki społecznej nazywa się on zewnętrznym organizatorem, Pisaliśmy o tym na portalu wiele razy.
Polityka – prawie wszystkie rządy Zachodu obsadzone są przez figurantów, niezdolnych do samodzielnych działań, zepsutych moralnie. Rządy realizują polecenia i interesy zewnętrznych organizatorów. Scena polityczna podzielona jest na dwie główne frakcje, zwalczające się, ale zgodne co do pryncypiów polityki, i są to zwykle pryncypia szkodliwe społecznie. Tak prowadzona jest polityka sprzeczna z interesem państwa i wroga wobec własnego społeczeństwa. Zaledwie kilka państw Zachodu ma polityków na tyle świadomych i niezależnych, że potrafią działać bardziej w interesie własnych państw i społeczeństw, niż zewnętrznych organizatorów. Patrząc z pozycji zewnętrznych organizatorów, taka polityka jest dla każdego społeczeństwa zabójcza. Natomiast każde społeczeństwo, które sobie na to pozwala, stosuje strategię samobójczą. Większość społeczeństw Zachodu znajduje się w tej sytuacji, z polskim włącznie. Objawy polityki zabójczo – samobójczej stwierdzić niezwykle łatwo, a są one następujące:
polityka walki o klimat.
Polityki równościowe i feministyczne.
Rozbudowany socjal.
Upadek edukacji poprzez zastosowanie Edukacji Włączającej i seksedukacji;
Duże znaczenie polityczne partii lewackich.
Ideologia gender, woke i podobne.
Dążenie do włączenia niektórych państw NATO do wojny z Rosją.
Przyjmowanie masowej imigracji wielokulturowej.
Ekonomia i finanse – zanikanie własnej drobnej i średniej przedsiębiorczości, pochłanianej i wypieranej z rynku przez wielkie monopole pozapaństwowe. Przejęcie strategicznych gałęzi gospodarki przez kapitał globalny i wyprowadzenie produkcji poza państwo. Brak suwerenności gospodarczej poprzez zależności od rozbudowanych, globalnych łańcuchów dostaw. Uzależnienie finansów publicznych od globalnego kapitału, połączone z dużym i rosnącym deficytem budżetowym. Zadłużenie społeczeństwa w globalnych instytucjach finansowych. Rosnące podatki i daniny publiczne. Przestawienie gospodarki z produkcji i przetwórstwa na usługi. Warunki prowadzenia działalności gospodarczej wybitnie szkodzą własnym przedsiębiorcom, premiując wielkie korporacje.
Prawo – chaos prawny, spowodowany nadprodukcją prawa niskiej jakości. Po zbadaniu chaosu okazuje się, że jest on uporządkowany. Ma szkodzić zwykłym obywatelom i własnym przedsiębiorcom, utrudniając życie na każdym kroku, pomaga natomiast wielkim, globalnym korporacjom. Prawo niejednoznaczne i wciąż zmieniające się. Stanowienie prawa w coraz większym stopniu przejmowane jest przez instytucje ponadnarodowe. Przy chaosie zmiennego, niejednoznacznego prawa coraz większą rolę odgrywają prawnicy i sądy, dominując naturalne relacje międzyludzkie. Wraz z rezygnacją społeczeństwa i władzy z moralności, wzrasta rola kasty prawniczo – sędziowskiej. To też leży w interesie wielkich korporacji, które stać na obsługę prawną, w odróżnieniu od prywatnych podmiotów.
Medycyna – usługi publiczne stają się coraz droższe i trudniej dostępne, w miarę, jak zwiększa się ilość ludzi dysfunkcyjnych, a maleje produktywnych. Coraz częściej ludzie muszą korzystać z usług niepublicznych służb, co podraża koszty życia. Jednocześnie wzrasta wielkość obciążeń publicznoprawnych na publiczną służbę zdrowia.
Media – znajdują się pod wpływem sił wrogich społeczeństwu lub należą do obcego kapitału, co na jedno wychodzi. Nie zajmuję się już dostarczaniem informacji, lecz dezinformacji. Wywołują sztuczne podziały społeczne i antagonizują tak powstałe grupy. Kłamią w interesie bardzo określonych grup. W czasie wolnym od kłamstw i manipulacji dostarczają społeczeństwu ogłupiającą papkę.
Obronność – społeczeństwa Zachodu są w większości pacyfistyczne, niedojrzałe psychicznie, infantylne i niezdolne do stawienia oporu. Są poza tym wewnętrzne rozbite na jednostki i podzielona na dwa lub więcej zwalczających się obozów politycznych. Armie mało liczne i niezdolne do mobilizacji, przemysł obronny niezdolny do szybkiego przejścia w tryb wojenny.
Religia – w większości odrzucono chrześcijaństwo, panuje więc poganizm. Objawia się poprzez pozorny pluralizm i dowolność wyznawanej wiary. Większość to ateiści lub agnostycy, wielu też jest czcicieli zabobonów, guseł, religii Wschodu i czarnej magii
Obyczaje – coraz bardziej pogańskie, bazujące na dążeniu do osobistego zaspokojenia za wszelka cenę i bez myślenia o konsekwencjach. Młodzi ludzie nie chcą tworzyć stałych związków i unikają potomstwa. Bierze się to głównie z lenistwa, niedojrzałości, nieodpowiedzialności, skierowaniu uwagi na karierę, trudnych warunków ekonomicznych. Istniejące związki się rozpadają, a dzieci pogrążają się w rosnących problemach psychicznych i społecznych. Brak jest bezinteresowności i uczciwości w relacjach międzyludzkich, dlatego coraz większą rolę odgrywa prawo i instytucje. Demografia upada z powodu braku dzietności. Do krajów tych przybywa wielokulturowa imigracja, głównie islamska.
Sztuka – kompletna degeneracja. Zerwane zostało powiązanie z prawdą, dobrem i pięknem na rzecz ich przeciwieństw.
Umiejętności – ludzie z każdą dekadą coraz mniej umieją i coraz są głupsi, a także coraz bardziej leniwi. Nie potrafią i nie chcą rozeznać, w jakiej sytuacji społecznej i geopolitycznej się znajdują, co sprawia, że nie podejmują środków zaradczych.
Elity społeczne – zdegenerowane do szczętu. Dały się przekupić zewnętrznym organizatorom, którzy dążą do zniszczenia ich własnych społeczeństw. Kolaborują w tym procesie. Zatraciły zdolność samooczyszczenia.
Wolność osobista – ograniczana coraz bardziej, zarówno przez rząd, wielki kapitał jak i ulicę. Rząd nakłada coraz bardziej absurdalne obostrzenia, dotyczące zaimków, mniejszości seksualnych, kobiet, równości, ochrony dzieci itd. i w ten sposób krępuje wolność słowa i coraz częściej czynu. Coraz częściej nakładane są represje z użyciem państwowego aparatu przymusu. Tak samo działają ograniczenia mediów, nakładane przez rząd i wielkie korporacje. Na ulicy staje się coraz mniej bezpiecznie z powodu zmiany dominującej pigmentacji. Wykluwa się społeczna terapia jataganami, skierowana do białonormatywnych.
Perspektywy – Zachód jest jak samolot, który wpadł w korkociąg. Dałoby się maszynę wyprowadzić ze spirali, ale nikt tego nie chce. Zarówno elity, jak i społeczeństwa Zachodu zaakceptowały politykę zabójczo – samobójczą, i póki co jakąkolwiek racjonalną propozycję naprawy odrzucają z wrogością i pogardą. Zachód nie będzie zdolny do samonaprawienia, dopóki nie przejdzie przez chrzest ognia i krwi. Dopiero takie doświadczenie pozwoli na usunięcie zdegenerowanych elit oraz na powrót do własnych ustawień pierwotnych.
Wzajemne stosunki z Polską. Polakom wydaje się, że jesteśmy członkiem Zachodu, ale takimi trochę gorszymi, musimy więc poddańczo dostosowywać się do wszystkiego, co stamtąd płynie. Polacy robią to bezrefleksyjnie, licząc na dwie rzeczy. Po pierwsze, pieniądze. Te rzeczywiście płyną, ale mają charakter kredytu i wymuszają działania, korzystne nie dla Polski, ale dla sił pozapaństwowych. Środki te mają charakter korupcji państwowej, przywiązującej dygnitarzy do ich dysponentów. Po drugie, ludzie, zajmujący stanowiska w kraju liczą na gotowe rozwiązania z Zachodu, bo sami niczego nie potrafią wypracować. Zachód dla Polaków oznacza Mekkę, natomiast Polska dla Zachodu jest Trzecim Światem, a Polacy – ludnością podbitą, skolonizowaną i łupioną. Polacy w swej naiwności nie mają również pojęcia, jak bardzo zdegenerowane są zachodnie elity, oraz jak głęboko upadły tamtejsze społeczeństwa. Wciąż spodziewają się pieniędzy, płynących stamtąd, tymczasem okres inwestowania w obszar kolonialny już się skończył, teraz zaczynają się żniwa – wielkie łupienie Polaków za pomocą rozlicznych instrumentów. Należą do nich m.in. polityki klimatyczne, pozornie chroniące środowisko, równościowe, feministyczne, imigracyjne, wszystko, co ma posmak lewactwa. Również w zakresie obronności Zachód ani myśli poświęcać zbyt wiele w imię obrony Polski. W drugą stronę działa to inaczej – Zachód bez wahania poświęci Polskę dla obrony swoich interesów. Polacy powinni lepiej uczyć się historii, wiedzieliby wówczas, że zawsze wiele obiecywano, nigdy nie dotrzymano.
Bezrefleksyjne tkwienie Polski w patologicznym związku z Zachodem naraża Polaków na działania wojenne, zubożenie, głęboki kryzys w każdej dziedzinie, upadek państwa, utratę własności, zanik narodu, depopulację, wymianę ludności. Polacy muszą zrozumieć, że nasze przywiązanie do łacińskiej kultury Zachodu nie jest podzielane przez tych ludzi, do których chcemy dołączyć, ponieważ oni do tej kultury nie należą i nie chcą należeć. Polacy próbują zasłużyć na uznanie Zachodu, tymczasem Zachód nie jest już Zachodem, tylko swoją własną wydmuszką, efektowną fasadą, kryjącą zgniliznę i upadek. Nie rozumieją też poczciwi, naiwni Polacy, jak łatwo jest dziś podbić Europę, z prostego powodu – braku obrońców. Uwaga ta dotyczy również Polski.
Wystarczy spojrzeć na polityków Zachodu, stojących na czele rządów lub partii, sprawujących władzę. Przeanalizujmy kilka nazwisk: Jarosław Kaczyński, Mateusz Morawiecki, Donald Tusk, Olaf Scholz, Angela Merkel, Emmanuel Macron, Rishi Sunak, Keir Starmer, Mark Rutte, Pedro Sanchez, Joseph Biden, Justin Trudeau. Kto z nich jest samodzielnym politykiem? Kto z nich prowadzi politykę, zgodną z interesem własnego narodu? A teraz spójrzmy na ludność obszaru, zwanego Zachodem, w jaki sposób żyje, jakimi wartościami się kieruje, jak reaguje? Zobaczymy, jak bardzo ludzie ci odeszli do kultury własnych przodków, na skutek wychowania, propagandy, kultury masowej, porad ekspertów, modernizmu Kościoła, pokusom konsumpcyjnego świata. Oryginalna kultura Zachodu to panowanie nad popędami poprzez podporządkowanie ich woli, kierowanej rozumem. Dziś ludność ta w coraz większym stopniu składa się z dzikich ludzi, wymagających sterowania w każdym aspekcie życia. Jeśli ten trend utrzymywałby się nadal bez przeszkód, za jedno – dwa pokolenia Zachód byłby totalną, dystopijną tyranią. Na szczęście dla ludności, nawet tej dzikiej to się nie uda. Zanim bowiem system się domknie, zapadnie się z powodów ekonomicznych, co pociągnie za sobą zaburzenia polityczne. Stanie się to już niedługo, a zaczątki tego rozpadu już widzimy. Polacy powinni więc zadać sobie rozsądne pytanie, czy chcą wiązać się z polityką tego obszaru.
W następnym artykule poruszę problematykę Wschodu.