Wróciłem z Forum Ekonomicznego w Karpaczu, czyli z „polskiego Davos”, w którym brało podobno udział aż 5.000 uczestników. Byłem na tej imprezie pierwszy raz i korzystając z okazji chciałbym się z moimi Czytelnikami podzielić pewnymi obserwacjami i odczuciami, które wyniosłem z udziału w panelach dyskusyjnych i rozmów kuluarowych. Będzie to moje wrażenie osobiste i subiektywne. Paneli dyskusyjnych było pewnie ze 150 czy 200 i siłą rzeczy wziąłem udział tylko w kilkunastu. Będzie to relacja subiektywna i musi taką być, gdyż jedna osoba nie może przysłuchiwać się wielu dyskusjom dziejącym się w kilku czy kilkunastu salach równocześnie.
Jeden element przewijał się na obradach bezustannie, a mianowicie problem miejsca Polski w świecie. Generalnie polscy dyskutanci prezentowali stanowisko skrajnie kosmopolityczne. Permanentnie opowiadali o interesach „świata”, o interesie Unii Europejskiej, o interesie Niemiec, o interesie Ukrainy, o zmianach klimatycznych, o demokracji i prawach człowieka, o „wartościach”, etc. Pojęcia takie jak Polska czy interes polski były w wystąpieniach polskich dyskutantów praktycznie nieobecne. Tak się przypadkowo złożyło, że w dwóch panelach, którym się przysłuchiwałem, uczestniczył wiceminister spraw zagranicznych Andrzej Szejna. W jego wypowiedziach nie doszukałem się śladu zainteresowania Polską. Mieliśmy za to całą tę dobrze znaną nam narrację o „świecie”, Europie, Ukrainie, etc. W pewnym momencie Pan Minister złożył quasi-religijną deklarację wiary w zwycięstwo Kamali Harris w wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych, wprost posługując się słowami Martina Luthera Kinga: „I have a dream!”. Na poparcie swoich tez raz za razem przytaczał cytaty z – jako to mawiano za komuny – „klasyków”. Tym razem klasyk (klasyczka?) była jedna, a mianowicie Frau Ursula von der Leyen. Niestety, nie była to w Karpaczu postać wyjątkowa. Jeden z polskich ekonomistów wprost ogłosił, że najważniejszym problemem Polski jest wzrost PKB w… Niemczech.
Czy ten ostentacyjny kosmopolityzm wielu polskich dyskutantów wzbudzał sprzeciwy? Tak. Przeciwko temu poglądowi protestował jeden z biorących udział w debatach Węgrów, protestował były Prezydent Czech Vaclav Klaus. Ba! Zaprotestował nawet jeden z Niemców, gdy usłyszał, że trzeba skasować w poszczególnych państwach członkowskich UE własne instytuty badawcze i stworzyć jeden euro-instytut badawczy. Niemcy oczywiście są za integracją europejską, ale tylko wtedy, gdy odpowiada to ich interesom. Tymczasem niemieckie fundacje i media wyhodowały w Polsce tak skrajnych Europejczyków, że nawet Niemcy uznali ten stan ducha za ekstremizm!
Niestety, wszelkie głosy na temat istnienia narodowych interesów polskich, wypowiadane przez zagranicznych gości, spotykały się z gorącymi protestami posiadaczy polskich paszportów. Trudno powiedzieć czy było to bardziej przykre, czy bardziej żenujące. Ci ludzie Wielkiej Polski nie zbudują!
Drugą kwestią istotną były relacje Polski z Chinami i Indiami. W kuluarach szybko zauważono nadreprezentację gości z Indii w stosunku do gości z Chin. Zresztą na jednym z paneli wprost zapytała o to chińska dziennikarka. Dało się wyraźnie odczuć brak zainteresowania polskich elit do współpracy z Chinami, także ekonomicznej, przy jednoczesnej niezwykle dużej chęci do współpracy z Indiami. Uzasadniano to koniecznością dezintegracji grupy BRICS poprzez jednoczesny konflikt z Pekinem (i Moskwą) i intensyfikację współpracy z Delhi. Jeden z dyskutantów z Węgier zauważył, że Chiny inwestują na Węgrzech, gdy Indie mają współpracować z Polską.
Jest to oczywista wskazówka, że polskie elity dostały takie wytyczne z Waszyngtonu i Londynu, aby rozbijać BRICS i pacyfikować chińską inicjatywę Nowego Jedwabnego Szlaku. I Polska, jako państwo neokolonialne, realizuje w tej mierze polecenia Anglosasów. Wbrew swoim oczywistym interesom własnym.
Samosterowne Węgry Orbana wybrały Chiny i najprawdopodobniej będą ciągnęły wielkie zyski stając się hubem na linii Pekin-Europa. W zamian my będziemy mieli tysiące hinduskich imigrantów, których masowo zaczął do Polski wpuszczać już Mateusz Morawiecki, służących za tanią siłę roboczą głównie dla międzynarodowych korporacji działających w Polsce. Widać było, że biorące w dyskusjach osoby z polskimi paszportami bardzo obawiały się skuteczności rzucenia wyzwania do walki o hegemonię „wolnemu światu” ze strony tandemu Chin i Rosji. Jeden z uczestników wprost powiedział w jednym z paneli, że wojnę ukraińsko-rosyjską należy traktować jako konflikt pomiędzy „wartościami Putina” a „wartościami Kamali Harris i Ursuli von der Leyen”. Po czym, w stanie mistycznego uniesienia, zakrzyknął, że „Ukraina musi wygrać!”.
I na koniec ciekawostka. Patrzę, w panelu na temat Zielonego Ładu ma uczestniczyć Jakub Wiech, wraz z dwoma znanymi „denialistami klimatycznymi”, a przy okazji doktorami ekonomii. Biegnę na panel. W sali gęstwi się tłum czekający na ciężki nokaut, zachwycony, że ideolog klimatyzmu wreszcie będzie musiał zmierzyć się w walce z zawodnikami wagi ciężkiej. Niestety, Wiech nie pojawił się, a prowadzący panel ogłosił, że dyskutant nie dotarł. Sala zaprotestowała, że przecież dyskutant jest w Karpaczu! Także zaprotestowałem, gdyż poprzedniego dnia osobiście go spotkałem i zamieniliśmy kilka słów, a w dniu samej debaty rano jadł śniadanie stolik ode mnie! Co więcej, na swoim profilu na „X” zamieścił dwie sweetfocie z Forum! Sala uznała tę absencję za rejteradę, a ja postanowiłem udokumentować całe zdarzenie fotką z pustym krzesłem i tabliczką „Jakub Wiech”. To historyczne zdjęcie zamieszczam jako ilustrację tego tekstu.
Tematy, jakimi na co dzień zajmują się dziennikarze, w zaistniałej sytuacji musiały odejść na plan dalszy. Ważne jest co dzieje się tam, na południowym zachodzie.
Niczym w meczu o wszystko, uwaga rodaków kieruje się na miasta i wsie, na które napiera wielka woda. Uda się i wały nie pękną? Czy się nie uda? Będziemy mieć szczęście i klęska nas ominie?
A jeśli nie, to co? Tam, gdzie tego szczęścia brakło, ogłuszeni tragedią ludzie mogą liczyć tylko straty. Wyliczanka skrajnie dramatyczna. Temu woda zniosła dom, innemu tak zrujnowała, że nie ma co ratować. Kilka rodzin utraciło bliskich.
Co dalej? Tego nikt na razie nie wie. Na razie nie skończyła się walka z najgroźniejszym żywiołem jaki istnieje. Z nim nie da się ot, tak wygrać. Nie da się go zaaresztować, zagadać, pogonić zarządzeniem.
Jednak niekoniecznie musieliśmy być aż tak bezradni. Warunkiem ocalenia była wcześniejsza troska o rzetelne przygotowanie do ewentualnego kataklizmu. Czy Polska przygotowana była? Pytanie to wymaga wielowątkowych odpowiedzi specjalistów.
Nie jestem hydrologiem, posługuję się jak większość prostym rozumowaniem. Wskazuje ono na konieczność szczegółowości. Rozwijając: chodzi o każdy element, jaki może zdecydować o naszym być albo nie być w przypadku wielkiej wody. Nawet o drobiazgi, wydawałoby się bzdety, duperelki. Ot, chociażby to, o czym, od kiedy pamiętam trudniąc się dziennikarstwem, napomykali znawcy tematu, czasem robiąc to głośno i ostrzegawczo niczym Kasandra bolejąca nad zbliżającym się upadkiem Troi.
Polska jest idiotycznie, paskudnie zabetonowana. Byle chałupka ma przy wjeździe betonową wylewkę, nie mówiąc o zabetonowanych miastach, osiedlach, placach. Ulewny deszcz przez beton nie przecieknie. Wylewa się więc wszystkimi dostępnymi poboczami, zapełniając nawet najmarniejsze potoczki albo rowy, skąd obficie spływa do rzek.
Rozum nakazuje ten „betonowy raj” ostatecznie unicestwić. Jest to możliwe i nieskomplikowane. W miejsce przydomowego chodnika i podjazdu z betonu można dać np. płytki ażurowe z otworami. Takie leżą przed naszym domem, więc nigdy nie mamy tu kałuż i błota. Że nie jedzie się po tym, np. rowerem, gładko jak po betonie? Dolegliwość niewielka. Za to ochrona przed zalaniem oczywista. Pora już, by usuwanie betonu stało się OBOWIĄZKOWE. Ktoś warknie, że naruszy to „święte prawo własności”. A co ze świętym prawem do bezpieczeństwa?
Sumując relacje z zalanych terenów widać jak na dłoni, że najważniejszą i najczęściej poruszaną kwestią jest niedostateczna ilość zbiorników retencyjnych oraz różnej wielkości tam i zapór. Dosadnie mówiono o tym już w czasie poprzedniej powodzi, która zrujnowała dziesiątki ludzkich siedlisk, zalewając dramatycznie szczególnie te duże: Opole i Wrocław. Wówczas coraz głośniej zaczęła wykuwać się idea zabezpieczania przed wielką wodą właśnie takimi budowlami, co powinny ułatwiać odpowiednie przepisy oraz państwowe dotacje.
Kolejne rządy różnie na to reagowały. Najmocniej potrzeby te podkreślał (można to sobie sprawdzić w Internecie) rząd Morawieckiego. Niestety, natknął się na mur. Różni „mądrale” powiedzieli NIE! W tej, wcale nie małej grupie, byli oczywiście tzw. ekolodzy, którzy już zwyczajowo pokrzykiwali, żonglując frazesami, jak straszliwie takie konstrukcje wodne wpłyną na naturę.
Do tej zawsze rozwrzeszczanej grupy dołączyli, zachęceni propagandą, mieszkańcy kilku miejscowości Dolnego Śląska. Pamiętam te ich protesty i hasła sprzeciwu. Ostatnie odbyły się ledwie 4 lata temu. Powód poza ekologiczny rzucał się w oczy. Jako że proponowali to wówczas rządzący, trzeba było „bohatersko” wrzasnąć „NIE!”
W tym porywie obrony (kogo? czego?) dzielnie uczestniczyli nie tylko ekolodzy i mieszkańcy, ale też agitatorzy totalnej opozycji i powiązani z nią samorządowcy: Typowe działania w stylu „na złość mamie odmrożę sobie uszy”. Miast, gdzie odbywały się protesty, litościwie nie wymienię.
To co się dzieje, to WIELKA NAUCZKA. Czy ludzie wyciągną z niej wnioski? Skorzystają z udzielonej lekcji? Czy życiem naszego kraju ciągle ma sterować bój o władzę w wykonaniu różnych nad-ambitnych dżentelmenów? Czy ich okrągłe gadanie jak to walczą o Polskę i usilnie pracują na jej rzecz, odbuduje zrujnowane domy? Zapełni stajnie i obory zwierzętami w miejsce tych potopionych? Przywróci poczucie bezpieczeństwa ludziom, którzy nadaremnie lub długimi godzinami oczekiwali pomocy, dla rozrywki oglądając jak pan premier, znany tytan pracy, wcina szczawiową?
Każdy z nas ma obowiązek udziału w tym, co dotyka jego Ojczyzny. Moim obowiązkiem, jako dziennikarza jest obserwacja zdarzeń. Nawet jeśli te moje słowa niewiele zmienią.
Świadectwo Tomasza Adamka: Ojciec Pio, różaniec i bokserska rękawica
Modlę się codziennie – także przez wstawiennictwo Ojca Pio – nie tylko przed walką w myśl zasady, że „jak trwoga to do Boga”. Nie wypowiadam jednak intencji, bo wiadomo, że wystarczy, jak o czymś pomyślę, a Pan Bóg już wie, czego mi potrzeba – mówi Tomasz Adamek, jeden z największych pięściarzy w historii polskiego boksu.
2024-09-21 Rozmawia Joanna Świątkiewicz /”Głos Ojca Pio”
W 2005 roku wystąpił Pan w programie Kuby Wojewódzkiego. Przyniósł Pan wtedy do studia obrazek Ojca Pio, który właśnie Pan wyszywał. Co Pana skłoniło do tego, żeby u znanego telewizyjnego obrazoburcy pochwalić się przywiązaniem do wiary?
Chciałem pokazać Kubie, że jestem prawdziwym katolikiem. Sam nigdy nie chwaliłem się swoją wiarą, zawsze pytanie o nią wychodziło od dziennikarzy, bo wiedzieli, że Tomasz Adamek jest wierzący. Tak ja i moja żona zostaliśmy wychowani. Ponieważ nie wszyscy w to wierzyli, więc przyniosłem do studia wyszywany przeze mnie obrazek religijny, który do dzisiaj się zachował.
Postępując tak, nie miałem żadnych obaw, bo wiara zawsze się obroni. Nie mówię: tak, tak, modlę się, a robię swoje. Gdyby tak było, Kuba na pewno wyciągnąłby brudy z mojej przeszłości. Wtedy bym się ośmieszył. Idę przez życie zawsze z Bogiem, więc nikt na mnie nic nie ma.
Skąd u boksera, znanego z potężnych ciosów, wzięło się zamiłowanie do wyszywania? Przecież to typowo babskie hobby?
Mój tata zginął, gdy byłem dwulatkiem. Nie miałem męskiego wzorca. Podpatrywałem więc mamę, która haftowała kapcie. Wyszywanie wyniosłem z domu. Jestem nauczony porządku. Potrafię gotować. Byłem wychowywany z kobietami (mam cztery siostry), stąd też żadne kobiece zajęcie nie jest mi obce.
O haftowaniu pomyślałem na obozie sportowym, podczas którego przygotowywałem się do walki. W dzień chodziłem na treningi, ale wieczorami nie było co robić. Poszedłem więc do pasmanterii i kupiłem płócienną kanwę z wizerunkiem Ojca Pio. Ekspedientka dobrała nici i zacząłem wyszywać. Krzyżykami. To nic trudnego. Jest to jednak zajęcie czasochłonne, po jednym dniu efektów właściwie nie było widać. Wyszycie całości zabrało mi ponad dwa miesiące.
Potem, ponieważ mieliśmy świeżo wybudowany dom, wyszyłem jeszcze kilka innych obrazków, między innymi motyw czterech pór roku. Teraz zarzuciłem to hobby, ponieważ urodziła się wnuczka i nią się zajmuję.
Nie uważa Pan tego za obciach? Niejeden mężczyzna nie przyznałby się nikomu do tego, a już na pewno nie w mediach.
Naśmiewali się z tego, ale nie przy mnie. Jestem bokserem, więc czuli respekt.
Najbardziej jednak drwili z mojej wiary. Atakowały mnie głównie media. Przyznawałem się do Pana Boga, różańca. Mówiłem, że chodzę na pielgrzymki. Gdy w 2005 roku zdobyłem pierwszy pas mistrzowski, ukryci w krzakach paparazzi z TVN-u nagrywali mnie, jak szedłem na pielgrzymkę ze Ślemienia do Częstochowy. Nagrali i odjechali. Uwierzyli, że Tomasz Adamek naprawdę modli się nie na pokaz.
Dlaczego wybrał Pan do wyszywania właśnie obrazek z Ojcem Pio? Był ku temu szczególny powód?
Czytałem książki o nim i jego cudach. Zaciekawiło mnie jego ziemskie życie, cierpienie ran Jezusa, które nosił na swoim ciele. Był to wielki człowiek i wielki święty. Modlę się też przez jego wstawiennictwo.
Nie myślał Pan, żeby pojechać do Włoch, aby tam, w miejscu, gdzie żył i umarł, spotkać się z nim?
Nie byłem jeszcze u Ojca Pio, ale mam takie pragnienie. Obiecałem sobie, że na pielgrzymkę do Włoch zabiorę ze sobą żonę i razem zwiedzimy Watykan i San Giovanni Rotondo.
To może gdzie indziej spotkał Pan Ojca Pio?
Spotkałem się z nim w śnie. Byłem w kościele w Gilowicach. Podszedłem do ołtarza, uklęknąłem przed Najświętszym Sakramentem, spojrzałem w prawo, a on podniósł głowę, potem skłonił ją w dół. Dostrzegłem, że jest smutny.
Niedługo później stoczyłem przegraną walkę. Przypomniałem sobie wtedy ten sen. Ojciec Pio wiedział, że jej nie wygram.
Szkoda, że ludzie małej wiary nie wierzą w obcowanie świętych. Przecież oni są obok nas. Jest niebo, jest piekło. Dziękuję Bogu, że mam wiarę i przekazałem ją dzieciom.
Ojciec Pio modlił się na różańcu wszędzie: w celi, na korytarzach, w zakrystii, wchodząc i schodząc po schodach, w dzień i w nocy. Pytany, ile różańców odmawia w ciągu dnia i nocy, odpowiadał: „Czasem czterdzieści, a czasem pięćdziesiąt”…
…jak zmówił pięćdziesiąt, był zadowolony, jeśli mniej – bardzo zły.[tu „różaniec -to jedna tajemnica, 50 „Zdrowaś Maryjo”. md]
A ile różańców odmawia bokser?
Od lat odmawiam przeważnie dwa różańce. Czasami uda mi się zmówić trzy, a czasami cztery części.
Kiedy po raz pierwszy sięgnął Pan po różaniec?
Jako mały chłopak widziałem mamę trzymającą różaniec w ręku… Tak naprawdę sięgnąłem po niego, gdy się ożeniłem. Moja teściowa jest bardzo rozmodloną kobietą. Ma figurkę Matki Boskiej Fatimskiej, którą przed śmiercią przekazała jej teściowa. Wtedy ona złożyła obietnicę, że będzie odprawiać pierwsze soboty miesiąca, co robi do dzisiaj. Jej przykład podziałał na mnie.
Najpierw odmawiałem codziennie jeden różaniec. Spotkałem jednak o. Józefa, który odmawiał cztery części. Od niego dowiedziałem się, że jeśli będę chciał, Matka Boża da mi też taką łaskę.
Gdzie najczęściej odmawia Pan tę modlitwę?
W domu, samochodzie, kościele. Dzisiaj jest wystawienie Najświętszego Sakramentu, więc pójdę i przed nim odmówię różaniec.
Co daje Panu odmawianie różańca?
Czerpię z niego siłę. Ludzie myślą, że jako sportowiec jestem silny, nie do pokonania. Takie zwykłe gadanie. Tymczasem ja wiem, że człowiek sam z siebie jest słaby i bez wstawiennictwa Matki Bożej nie idzie poradzić sobie w życiu, zwłaszcza dzisiaj, kiedy widzimy, w jaką stronę zmierza świat. Zawsze proszę, żeby Matka Najświętsza okryła płaszczem swojej opieki mnie i moją rodzinę.
Czy Bóg jest Panu potrzebny na ringu? Modli się Pan o wygraną walkę?
Modlę się codziennie, nie tylko przed walką w myśl zasady, że „jak trwoga to do Boga”. Nie wypowiadam intencji, bo wiadomo, że zanim ją powiem, Pan Bóg już wie, czego mi potrzeba.
Co Pan czuje, kiedy przegrywa mimo prośby o wsparcie od Boga?
Trzeba się poddać woli Bożej. Nie modlę się po to, żeby dostać od Boga wszystko, czego chcę. Gdyby modlitwa tak działała, nasze życie byłoby za łatwe. On wie, co dla człowieka lepsze. Przecież daje też krzyże, krzyżyki… I one jeszcze bardziej przybliżają człowieka do Niego. Trzeba to zrozumieć. Większość ludzi odrzuca cierpienie i widzimy, co się dzieje na świecie…
Czasami modlę się o coś, a Bóg to widzi inaczej. Nie ustaję jednak w modlitwie, mimo że niekiedy są niepowodzenia.
Skoro tak dużo modli się Pan na różańcu, Maryja musi zajmować szczególne miejsce w Pana sercu?
Jeśli idzie się z Maryją przez życie, nigdy nie zostanie się samemu. Ona zawsze jest z nami.
Czy Matka Boża dostrzega Pana oddanie? Jak Pan tego doświadcza?
Był 2005 rok. Miałem złamany nos i chciałem zrezygnować z walki. Poznałem jednak wspomnianego wcześniej o. Józefa – to nie był przypadek – z którym po kilku dniach znajomości odmówiłem akt oddania się Matce Bożej. Po tej modlitwie powiedział: „Z Maryją zawsze będziesz zwyciężał”.
Po trzech tygodniach poszedłem do ringu ze złamanym nosem i zdobyłem mistrzostwo świata. Zrozumiałem wtedy, że otrzymałem tę łaskę przez Maryję. I jednocześnie pomyślałem sobie: „Możecie się śmiać, że Adamek to katol”.
Matka Boża, a szczególnie dedykowana jej modlitwa różańcowa chroni od Złego. Czy są demony, które Pana prześladują?
Ojciec Pio mówił, że gdybyśmy zobaczyli wszystkie popełnione przez siebie grzechy, płakalibyśmy do końca życia. Nie musimy grzeszyć czynem czy słowem, często robimy to w myślach, a one bywają różne. Ich przezwyciężenie wiąże się z ogromnym zmaganiem. Dam przykład ewangeliczny: ludzie myślą, że Pan Jezus najbardziej cierpiał podczas biczowania, kiedy ranione było jego ciało, tymczasem On najwięcej cierpiał w Ogrójcu, podczas duchowej walki z całym piekłem.
Jeśli jesteśmy złączeni z Jezusem w łasce uświęcającej, Zły nie ma do nas dostępu. Dlatego raz w miesiącu jestem u spowiedzi. Kiedy pokusa była silna, bywałem dwa razy. Gdy dołączymy do tego uczestnictwo w mszy świętej, wtedy wszystko odchodzi i człowiek jest wolny.
Często zamiast udać się na wymarzone wakacje, chodzi Pan na pielgrzymki do miejsc kultu maryjnego. I to jeszcze z rodziną. Skąd takie preferencje? Dokąd najczęściej Pan pielgrzymuje?
W Stanach Zjednoczonych, gdzie mieszkam, pielgrzymuję do amerykańskiej Częstochowy. Wychodzimy z New Jersey i przez trzy i pół dnia w sierpniu maszerujemy sto dwadzieścia kilometrów. Niejeden raz niosłem figurę Matki Bożej.
Byłem na tej pielgrzymce z żoną także w tamtym roku. Wcześniej towarzyszyły nam córki, ale urodziła się wnuczka i zostały w domu, aby się nią opiekować. Tak zostałem wychowany i tak wychowałem swoje dzieci, bo kiedyś będziemy z tego rozliczani. One są dzisiaj dorosłe i odpowiadają za siebie, nie muszę pilnować, żeby poszły do kościoła.
Dlatego boli mnie, kiedy niektórzy mówią, że Adamek to się na pokaz modli.
W jednym z wywiadów powiedział Pan, że walczy o niebo. Jak Pan sądzi, jakie będzie niebo Tomasza Adamka?
Każdy dąży do świętości. W życiu ważne są trzy rzeczy: różaniec, spowiedź i Eucharystia. Jeśli będziemy spełniać je w życiu i bliźniemu nie robić krzywdy, zostaniemy zbawieni. Swoim dzieciom od zawsze powtarzam: „Postępujcie tak, żebyśmy mogli razem być w niebie. Jeśli pójdziecie inną drogą, będziemy się szukali, ale się nie spotkamy”.
Tomasz Adamek – polski pięściarz, były zawodowy mistrz świata w wadze junior ciężkiej oraz w wadze półciężkiej, medalista mistrzostw Europy amatorów, międzynarodowy mistrz Polski. Pokonał trzech zawodników o tytuł mistrza świata wagi junior ciężkiej i dwóch o tytuł mistrza świata wagi półciężkiej. Jest pierwszym Polakiem, który zdobył Muhammad Ali Giant Athlete Award, nagrodę imienia Muhammada Alego za wybitne osiągnięcia sportowe i postawę poza ringiem, a także The Ring championship belt – pas mistrzowski magazynu „The Ring”.
[zbiornik retencyjny = zaporowy, idiotko zakłamana... W dawnych czasach mówiło się o takich ideolo-kretynkach, że im w głowie króliki … urządzają erotyczne tańce. Teraz są to złote algi.. md]
[kolego, bez nerwów.. na Białorusi tak bezczelnie jednak nie jest. MD]
[to taki dwuznaczny tekścik, ale z braku lepszego… MD]
W ostatnich dniach Wody Polskie znalazły się w ogniu krytyki w związku z nieprzygotowaniem zbiorników retencyjnych na Nysie Kłodzkiej na nadchodzącą falę powodziową. Mimo ostrzeżeń o dużych opadach, zbiorniki nie zostały opróżnione, co w efekcie doprowadziło do trudnej sytuacji na terenach zalewowych. W odpowiedzi na zarzuty, Wody Polskie wydały kilka komunikatów, w których wyjaśniają swoje decyzje, tłumacząc się m.in. zmianami prognoz oraz koniecznością przeciwdziałania zakwitowi tzw. złotej algi.
Jednym z głównych argumentów Wód Polskich było powołanie się na prognozy meteorologiczne, które na początku września nie wskazywały na tak ekstremalne warunki pogodowe. Według komunikatu instytucji, prognozy na dzień 13 września pokazywały jedynie niski stan wód, co miało mieścić się w granicach koryt rzecznych. Dopiero w dniach 12-16 września sytuacja zmieniła się drastycznie – opady przekroczyły 300 mm w Kotlinie Kłodzkiej, co znacznie przewyższało wcześniejsze szacunki, w których mowa była o wodach powodziowych o prawdopodobieństwie wystąpienia raz na 200 lat . Wody Polskie tłumaczyły, że decyzje były podejmowane na podstawie dostępnych danych, które ulegały dynamicznym zmianom.
Drugim istotnym aspektem, na który zwrócono uwagę, była konieczność zapobiegania rozwojowi złotej algi. Prymnesium parvum, czyli złota alga, to gatunek glonów, który w warunkach sprzyjających – takich jak zasolenie wody i wysokie temperatury – może powodować toksyczne zakwity. Glon ten wytwarza substancje trujące dla organizmów wodnych, co prowadzi do masowego śnięcia ryb, jak to miało miejsce w Odrze w 2022 roku . Wody Polskie powołują się na zalecenia Międzyresortowego Zespołu ds. Odry, który zalecał odpowiednie zarządzanie zbiornikami wodnymi w celu zapobiegania zakwitowi algi, co wymagało ograniczenia przepływów i retencji wody.
Decyzja o utrzymaniu odpowiednich poziomów wody w zbiornikach była więc związana z dbałością o środowisko wodne i zapobieżeniem kolejnym ekologicznym katastrofom. Jak tłumaczy instytucja, wypuszczenie większych ilości wody mogłoby przyczynić się do wzrostu poziomu zasolenia, co byłoby idealnymi warunkami dla złotej algi. To jednak stawia pytanie: czy środki zapobiegawcze wobec zagrożeń ekologicznych mogą usprawiedliwiać potencjalne ryzyko powodziowe?
Jakby tego było mało, Wody Polskie poinformowały również o dwóch poważnych awariach zbiorników w trakcie trwania ekstremalnych opadów deszczu. Problemy te miały miejsce na zbiornikach Stronie Śląskie oraz Topola, co dodatkowo komplikowało zarządzanie kaskadą Nysy Kłodzkiej. Awaria zbiornika Topola na szczęście nie spowodowała zagrożenia dla miejscowości poniżej, gdyż całą falę powodziową przejęły zbiorniki Otmuchów i Nysa.
Cała sytuacja z pewnością wywołuje debatę nad skutecznością zarządzania wodami retencyjnymi w Polsce. Na przykładzie Nysy Kłodzkiej widać, jak złożony jest proces podejmowania decyzji, które dotyczą zarówno bezpieczeństwa mieszkańców, jak i ochrony środowiska. Z jednej strony, nieprzewidywalność warunków pogodowych zaskoczyła nawet specjalistów, z drugiej – rozwój złotej algi w wodach zbiorników również stanowi realne zagrożenie. W przyszłości być może potrzebne będą bardziej zaawansowane technologie prognozowania i zarządzania zasobami wodnymi, które uwzględnią zarówno aspekty ekologiczne, jak i zagrożenia dla ludności.
Szanowni Państwo! Co wspólnego ma koalicja 13 grudnia ze starą piosenką: „Wio koni ku, a jak się postarasz, na kolację…”? Po pierwsze, żądza rządzenia, to jej konik. Po drugie, o kolację martwić się nie musi, bo zawsze znajdą się tacy, którzy ją postawią. Nie konik jest tu najważniejszy, a bat w postaci skrótu WiO, który należy tłumaczyć następująco: WŁADZA i ODPOWIEDZIALNOŚĆ, przy czym władza odnosi się oczywiście do koalicji zawartej symbolicznie 13 grudnia, a odpowiedzialność do przeciwników politycznych szeroko rozumianych.
Tuskomatoły do PiS-u zaliczają wszystkich przeciwników i ich obarczają za skutki własnej nieudolności. „Dzielny” Szymuś przestał już szlochać nad konstytucją i zajął się ściganiem dziennikarzy, którzy nie wykazali się pracą na rzecz zbiorników retencyjnych i to przez nich mamy teraz powódź. Wio koniku, ale żebyś nie wiem jak się starał, to i tak nie dogonisz w krętactwach Słońca Peru, bezkarnego chwilowo łgarza niedoścignionego.
Now Rep. Nancy Pelosi claims Horrid Harris won the Democrat nomination in an “open primary.” Which of course, is just more lying and a rather absurd untruth.
Could Orwell ever have believed that doublespeak could be so bold? Or that anyone would actually fall for such propaganda? But one can hear her lies and listen to the audience clapping enthusiastically in response!
This is probably why none of the major MSM outlets except Fox, choose to cover the story. They know this kind of outright lyin isn’t going to work for the persuadable middle and they are all in -in helping Horrid Harris win.
Pelosi is working the “D” base in the video above to get them excited about a candidate with all the appeal of a glass of water. This is all about turn-out on November 5th and before.
“This glass of water with a “D” would win in those districts.”
-Rep. Nancy Pelosi
Pelosi is speaking to the true believers in that clip above, those who lives revolve around TDS. The third of this country who are so brain-washed, they no longer think for themselves.
“We Had An Open Primary And Kamala Harris Won It, It’s Just Nobody Got In Because She Had A Running Start”
-Rep. Nancy Pelosi
You honestly can’t make this stuff up.
As censorship becomes normalized, parady becomes outlawed…at least in California.
Jak pamiętamy, za pierwszej komuny Polskę regularnie nawiedzały dwie klęski i cztery kataklizmy.
Pierwsza klęska, to była klęska nieurodzaju, ale równie groźna była klęska druga – klęska urodzaju. Chodziło o to, że zarówno nieurodzaj, jak i urodzaj drastycznie zaburzał gospodarkę planową. Tu centralny planifikator dajmy na to zaplanował sobie, że podczas jesiennych wykopków zbierze się tyle a tyle kartofli, a tu się okazało, że owszem, zebrało się – ale tylko połowę zaplanowanej ilości.
Jeszcze gorsza była klęska urodzaju – kiedy okazywało się, że podczas jesiennych wykopków wykopano półtora raza więcej kartofli, niż przewidział centralny planifikator. To było jeszcze gorsze, to ponadplanowe kartofle trzeba było przewieźć – a niby gdzie, skoro magazyny były obliczone na całkiem inne ilości? W tej sytuacji dyrektorzy departamentów w ministerstwach dostawali zawałów, partia mobilizowała masy, by dawały odpór i w ogóle – robił się prawdziwy sądny dzień.
A cóż dopiero, kiedy na te cykliczne klęski nałożyły się cztery regularne kataklizmy w postaci wiosny, lata, jesieni i zimy? Na to już nie było rady, więc partia tylko pilnowała, żeby za każdym razem znaleźć jakiegoś winowajcę, no bo wiadomo było, że partia jest niewinna z zasady.
Wspominam o tym, bo wydaje się, że mimo transformacji ustrojowej, ta sytuacja się powtarza. Mam oczywiście na myśli słynny Cyklon Genueński, zwany w skrócie „Cyklonem G”, który doprowadził do obfitych, długotrwałych opadów w centralnej części Europy, a jeśli chodzi o nasz nieszczęśliwy kraj – to w Kotlinie Kłodzkiej, na Śląsku Opolskim i Śląsku Dolnym. Akurat gdy rozpoczęły się te opady, pojechałem do Wiednia na Targi Książki i nawet nie wyściubiliśmy nosa na miasto, bo przez trzy dni padał ulewny deszcz, niczym w pobożnej piosence biesiadnej:
„Przez dni czterdzieści padał deszcz, Pan ziemię wodą raził. Przez dni czterdzieści Noe pił, spod beczki nie wyłaził. I przyszedł Cham i zaśmiał się, że Noe tak urżnięty. Za to go wyklął Pan i Cham do dziś wyklęty.”
Jak pamiętamy, Noe co prawda się urżnął, ale dopiero, gdy Arka została zwodowana I potem można było tylko czekać. Przedtem, wraz z synami uwijał się przy budowie Arki, dzięki czemu nie tyko uratował siebie i swoją rodzinę, ale również zwierzęta – każdego po parze. Krótko mówiąc – nie lekceważył doniesień o nadchodzącym potopie. Tymczasem premier Donald Tusk zachował się trochę inaczej. Jego rząd programowo nie uznaje wielu rzeczy, na przykład – Trybunału Konstytucyjnego – i innych instytucji państwowych. Według fałszywych pogłosek nie chciał uznać też „Cyklonu G”, jako, że uznaje tylko całkiem inny Cyklon. Tymczasem zwiastuny nadchodzącego Cyklonu pojawiły się już zawczasu, ale wiadomo, gdy nie ma pewności, czy rząd taki Cyklon uznaje, czy nie, to lepiej się nie wychylać. Jak tam było, tak tam było; w każdym razie sztaby kryzysowe zaczęły odprawować posiedzenia, kiedy kryzys był już ante portas. Nawiasem mówiąc, przedwojenny premier-generał Felicjan Sławoj Składkowski, zapytał kiedyś pewnego starostę, jak zamierza rozwiązać jakiś problem, na co starosta odpowiedział, że właśnie zwołał posiedzenie. Zirytowany premier pouczył go tedy, że problemy rozwiązywać trzeba głową, a nie d…ą!
Więc kiedy sztaby kryzysowe radziły, jakby tu zaradzić katastrofie, woda, nic sobie nie robiąc z urzędowych ustaleń i procedur, przerywała jedną po drugiej tamy i wlewała się do miast, z których trzeba było ewakuować mieszkańców. Podobno przybyły na miejsce premier Tusk z całym vaginetem, własną piersią próbował zagrozić wodzie dostęp do wnętrza kraju, ale w bałwanach premier Tusk nie wzbudza żadnego respektu, podobnie jak występujący w dwóch osobach minister obrony narodowej: Kosiniak i Kamysz. W rezultacie bezczelna woda wdziera się coraz głębiej i głębiej, powodując rozmaite szkody, które rząd będzie naprawiał w ramach stanu wyjątkowego – bo właśnie zamierza wprowadzić stan wyjątkowy. Najsampierw przyzna po 10 tysięcy złotych poszkodowanym obywatelom, potem obiecuje 100 tys. złotych na zrekompensowanie różnych szkód, a wreszcie – po 200 tys. złotych na odbudowę domów.[No i zalecił przecież tańszy zakup kas fiskalnych.. md]
W tej sytuacji wypada czekać, aż wody potopu ustąpią i gdyby mieszkańcy zalanych terenów nie doświadczyli tragedii, to można by powiedzieć, że ten cały „Cyklon G”, to felix culpa, czyli szczęśliwa wina. Kiedy wydawało się, że Donald Tusk już kompletnie zafiksował się na znienawidzonym Jarosławie Kaczyńskim i „rozliczeniach”, dla których gotów byłby na wszelkie łajdactwa, z łamaniem konstytucji na czele – nagle okazało się, że poza Jarosławem Kaczyńskim i jego kolaborantami z PiS, istnieje jeszcze państwo ze swoimi realnymi problemami, którym trzeba stawić czoła. Dotychczasowe rezultaty aktywizmu rządowego pokazują, że sytuacja przerasta i to znacznie, możliwości rządu i samego pana premiera. Cóż tu mówić w tonie przechwałki o „Wale Tuska”, zwanym inaczej „Linią Imaginota”, skoro istniejące wały i zapory nie wytrzymały naporu wody? Cóż dopiero, gdyby do akcji włączył się zimny, ruski czekista Putin, popychając wezbrane rzeki do przodu?
W tej sytuacji tylko patrzeć, jak rząd, po ochłonięciu z pierwszego wrażenia, zacznie poszukiwać winowajców zaistniałej klęski żywiołowej. Wychodząc naprzeciw społecznemu zamówieniu na teorie spiskowe, od razu zgłaszam trzy możliwości, kierując się starą, rzymską zasadą, że omne trinum perfectum, czyli, że wszystko co potrójne, jest doskonałe. Otóż przy typowaniu winowajców na pierwszy plan wysuwa się oczywiście zimny ruski czekista Putin. Po tym, jak Donald Tusk tyle razy mu się odgrażał, nie mówiąc już o panu marszałku Hołowni, mógł sobie pomyśleć: jak wy mi tak – to ja wam tak – i zobaczymy, jak będziecie się bujać. Skoro dla Naszego Najważniejszego Sojusznika sprokurowanie Cyklonu Genueńskiego nie przedstawia żadnych trudności, to dlaczego miałoby ono być niewykonalne dla zimnego ruskiego czekisty? Druga możliwość jest taka, że Cyklon Genueński jest reakcją Nieba na rozporządzenie feministry Nowackiej z vaginetu Donalda Tuska w sprawie ograniczenia nauki religii w rządowych szkołach. Pani Nowacka oczywiście będzie rezonować, że jako ateistka w żadne Niebo nie wierzy – ale przecież Cyklon G jakąś przyczynę musi mieć – więc niby dlaczego akurat nie taką? Czy nie powinna odzyskać przynajmniej odrobiny poczucia rzeczywistości, żeby swoim butnym rezonerstwem nie narażała obywateli na straty materialne, a premier Tuska – na ryzyko dalszej utraty popularności? I wreszcie możliwość trzecia – że jeszcze pod koniec lat 50-tych komuna zainaugurowała szeroko zakrojony program melioracji wodnych. W rezultacie wszystkie, czy prawie wszystkie, naturalne i sztuczne zbiorniki retencyjne zostały skasowane, a woda deszczowa z pól spływa bezpośrednio do strumieni i rzek, a następnie – do morza.
Na tę możliwość wskazuje wypowiedź ministry klimatu, pani Pauliny Hening-Kloski, jakoby wszystko było w jak najlepszym porządku, bo wprawdzie na południu jest powódź – ale za to, na północy kraju – susza – więc wszystko – jak mawiają gitowcy „gra i koliduje”.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Nie wiemy jakie asy mają jeszcze w rękawie – wiemy, że grają znaczonymi kartami. Nadchodzący nieunikniony kryzys będą chcieli jak najlepiej wykorzystać.
Wiedeń 22.09.2024 r.
Właściwie cały mój blog dotyczy tej wielkiej gry, która odbywa się współcześnie na naszych oczach. Dlaczego akurat taki tytuł wybrałem do dzisiejszego artykułu? Obejrzałem właśnie wywiad na YouTube Artura Kalbarczyka z europosłem Grzegorzem Braunem i tam właśnie padło to określenie.
W moim przekonaniu te imperia nie odpowiadają naszemu dotychczasowemu rozumieniu geopolitycznemu. To nie Chiny, Rosja czy USA. Naturalnie, że te państwa istnieją i biorą udział w tej grze, jednak dzisiaj mamy walkę z dwoma innymi imperiami, dla których granice państwowe nie odgrywają roli.
Imperium sprawcze, czyli ONI, według moich szacunków jest to grupa nieprzekraczająca na całym świecie 5 tysięcy osób. Nie wliczam tu współpracujących z nimi marionetek w rozumieniu rząd, czy urzędnicy ważniejszych urzędów w stylu Komisja Europejska, gdyż są to najczęściej skorumpowane miernoty wykonujące rozkazy szarych eminencji. Nie otwierają oni swoich chorych umysłów, ale jedynie kieszenie na srebrniki jako nagrodę za zdradę.
Drugie imperium, z którym walczy to pierwsze to MY – pozostali ludzie zamieszkujący tę planetę. ONI mają pieniądze – NAM wolno płacić na nich podatki.
Najwyraźniej ten „sprawiedliwy” podział nie był IM na rękę, skoro podjęli próbę przechwycenia władzy na świecie i stworzenia jednego globalnego rządu stojącego na szczycie piramidy i decydującego o tym, co wolno, a czego nie wolno osobom na niższych szczeblach tej hierarchii. Ten rząd już od dawna istnieje i czeka na przejęcie władzy nad światem.
ONI przedstawili swoje cele w 10 punktach dekalogu. Te cele można znaleźć także w książce Klausa Schwaba „COVID-19: The Great Reset” oraz w programie ONZ Agenda 2030.
„Twoje posłuszeństwo nie zna granic i z każdym dniem staje się coraz bardziej niewybaczalne”. Tomasz Mann (1940 r.)
Finansowa – CBDC cyfrowy pieniądz pozwalający kontrolować wszelkie płatności.
Te widoczne dzisiaj na każdym kroku pola walki były przygotowywane przez dziesiątki lat. Z pewnością imperium MY nie dorównuje IM w zakresie organizacji i planowania.
Prawda nie zmienia się tylko dlatego, że nie chcesz jej słyszeć!
Kim są ci ONI? Większość z nich, nie bez powodu ukrywa się w cieniu kilku nadgorliwców, takich jak George Soros, Bill Gates czy Larry Fink. Liczą się z możliwością porażki. Wtedy ci nadgorliwi pójdą na pierwszy ogień gniewnego tłumu, by zaspokoić wzburzone emocje. To imperium jest zwaśnione ich ambicjami oraz odmiennymi sposobami walki, które mimo skrupulatnego planowania wymagają ciągłych poprawek.
Nie wiemy jakie asy mają jeszcze w rękawie – wiemy, że grają znaczonymi kartami.
Nadchodzący nieunikniony kryzys będą chcieli jak najlepiej wykorzystać. Pewnie po wygranej Trumpa w wyborach amerykańskich zainicjują krach gospodarczy, właśnie po to, by ludzie kojarzyli ten kryzys z Trumpem. Sytuacja gospodarcza jest w tak dużym stopniu labilna, że wystarczy niewielki ruch, by wywołać panikę na giełdzie. Potem to już nikt nie będzie w stanie kontrolować wydarzeń.
Taki przykład z naszego podwórka obszaru decyzyjnego szefa państwa.
Te ważniejsze decyzje przyjmuje premier od NICH bez sprzeciwu.
Nam nie pozostało nic innego, jak przygotować się na ten wielki kryzys. Macie już zapas wody nadającej się do picia?
Niemal wszystkie pisma gnostyckie, takie jak tzw. Ewangelia Judasza, opierają się na swego rodzaju odwróceniu porządku dobra i zła stąd też różne sekty gnostyckie programowo głosiły na przykład pochwałę łamania prawa moralnego. Chodziło o to, żeby przez zbawić się przez grzech. Zdaniem gnostyków prawo moralne to prawo, które wiąże człowieka w sumieniu i jest dziełem złego Demiurga, złego Boga. Dlatego też zbawienie można uzyskać albo łamiąc to prawo, albo nie uznając go. Ci, którzy go nie uznawali, musieli to zamanifestować. Ci zaś, którzy chcieli je złamać i wyjść ze „szponów złego Demiurga”, musieli odwrócić wszystkie znaki i przez to ze złego Apostoła zrobić „ostatniego sprawiedliwego”, który poprzez swoją zdradę przyczynił się do naszego zbawienia – mówi w rozmowie z portalem PCh24.pl Paweł Lisicki, redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”, ekspert programu „Ja, Katolik. EXTRA” na antenie PCh24 TV.
Szanowny Panie Redaktorze, pozwolę sobie zacząć naszą rozmowę od sarkazmu, co podkreślam, żeby nie było co do tego wątpliwości. Skąd w Panu aż tyle nienawiści? Pytam, bo zapewne taki wniosek nasunął się modernistom, progresistom i innym „nowoczesnym” i „liberalnym” katolikom po przeczytaniu Pana eseju pt. „Judasz i wyrok potępienia”. Niejednokrotnie słyszałem od współczesnych teologów i kapłanów, że Kościół nikogo nie potępił, ani nigdy kategorycznie nie orzekł, że ktoś po śmierci trafił do piekła. W związku z tym jak może Pan Redaktor łączyć Judasza z potępieniem i sugerować, że taki zapadł na niego wyrok?
Kościół został założony przez Chrystusa i ma być wierny Chrystusowi. W tej konkretnej sprawie, nawet jeśli któryś z oficjalnych głosów reprezentujących Kościół ogłosiłby, że Judasz nie został potępiony, to przypominam, iż Judasza potępił sam Pan Jezus. Rozumiem więc, że ci teologowie, którzy twierdzą, że takiego głosu nie było mają tylko jedno wyjście: mogą oni uważać i głosić, że opisane w Nowym Testamencie słowa Pana Jezusa dotyczące Judasza – że wstąpił w niego zły duch; że jest tym, który wydał Chrystusa na śmierć; że jest synem zatracenia; że „byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził” (Mt 26, 24) – przez stulecia były źle interpretowane i źle odczytywane, a oni sami lepiej wiedzą, co Pan Jezus miał na myśli. To by jednak prowadziło nas do swego rodzaju przewrotu, do osobliwej autonomizacji Kościoła. Okazałoby się, że porzuciwszy naukę swojego Mistrza i Założyciela, Kościół sam zacząłby ustanawiać swoją własną naukę przeciwną temu, co mu zostało przekazane.
Można oczywiście twierdzić, że wszystkie te słowa i twierdzenia Pana Jezusa, są nieprawdziwe, że pochodzą z późniejszych źródeł. To jest postawa charakterystyczna dla teologii liberalnej, protestanckiej. Jeśli przyjmiemy ją za własną, wówczas w ogóle stracimy podstawę, jaką dla autorytetu Kościoła musi zawsze być Pismo Święte. No bo jeśli jasne, wyraźne, jednoznaczne i niebudzące żadnych wątpliwości wypowiedzi Chrystusa Pana w różnych Ewangeliach o Judaszu zostaną odrzucone, podważone, uznane za nieważne, niebyłe i nieistotne, to taki sam manewr można zastosować do każdej innej wypowiedzi, każdego innego słowa Syna Bożego. Nic się nie ostoi.
To by nas prowadziło do wniosku, że w ogóle nie ma Objawienia Bożego, nie ma Słowa Bożego, a cała Tradycja apostolska, która od wieków stanowi nienaruszalny depozyt dla Kościoła jest nieważna i nieistotna.
Ale przecież sam generał jezuitów nazywany „czarnym papieżem” ojciec Arturo Sosa w 2018 roku komentując słowa prefekta Kongregacji Nauki Wiary kardynała Gerharda Müllera o nierozerwalności małżeństwa, stwierdził, że w czasach Pana Jezusa nie było dyktafonu pozwalającego nagrać Jego słowa… Skoro takie słowa padają z ust ważnej postaci w Kościele…
Chrześcijanie od zawsze przyjmowali naukę Chrystusa, nie w oparciu o to, że ktoś im puścił nagranie z dyktafonu, czy nie, tylko w oparciu o zeznania, wyznania świadków bezpośrednich; tych, których Chrystus sam wybrał. Tych, którzy swoją prawdomówność potwierdzali gotowością śmierci. To mocniejsze niż jakikolwiek dyktafon.
Kiedy dokonała się zdrada Judasza, a Apostołowie zebrali się w Jerozolimie, aby uzupełnić kolegium Dwunastu ostatecznie wybrano Macieja. Stało się to w drodze losowania spośród dwóch kandydatów. Kto mógł zostać wybrany? Najważniejszym kryterium było to, że kandydat musiał towarzyszyć Panu Jezusowi od początku, czyli od chrztu Jana, aż do Jego śmierci i zmartwychwstania. Musiał być on w związku z tym obecny przy Chrystusie przez cały okres publicznego nauczania i w chwilach największych wyzwań. By wejść do Dwunastu musiał wszystko widzieć i słyszeć.
Słowo „martyr” pierwotnie oznaczało świadka w sądzie, świadka sądowego, człowieka powołanego w czasie procesu po to, żeby poświadczył jakiś fakt, czyli to, co mógł dostrzec swoimi albo wzrokiem, albo co mógł usłyszeć swoimi uszami. Więcej. Miał to być człowiek, co do którego istniało przekonanie, że jest rzetelny, że jest wiarygodny, nie oszukuje, nie ulega emocjom, nie kreuje rzeczywistości. Takimi świadkami byli właśnie Apostołowie, którzy byli świadkami, do których możemy mieć pełne zaufanie. Byli to ludzie posiadający prawdziwą wiedzę na temat życia i śmierci Jezusa Chrystusa. Z Nim jedli i pili, patrzyli na Jego cuda i słuchali Jego nauk. Byli przez Niego posłani. Zawsze fizycznie byli obecni tam, gdzie dokonywały się wielkie rzeczy Boże.
Trzeba również pamiętać, że ludzie w starożytności dysponowali nieporównywalnie lepszymi od nas technikami mnemotechnicznymi. Dzisiaj ten cały ogrom informacji, z jakim mamy do czynienia jest najczęściej zapisywany już nawet nie na papierze, tylko gdzieś w wirtualnej chmurze, na dyskach komputerów, w telefonach etc. W starożytności takich możliwości nie było. W związku z tym trzeba było ćwiczyć własną pamięć, co Żydzi na przykład robili od najmłodszych lat. Mamy przekazy mówiące o tym, że w bardzo wczesnym okresie, czasem od czwartego, czasem od piątego roku życia ćwiczono chłopców właśnie do tego, żeby zapamiętywali ogromne partie materiału, aby mogły potem z pamięci przywoływać różne fakty.
Krótko mówiąc: pamięć uczniów Chrystusa, pamięć Dwunastu, pamięć Apostołów, sprawiała, że możemy mieć bardzo daleko idące zaufanie co do autentyczności przekazu Nowego Testamentu. W ich oczach Jezus był Prorokiem, potomkiem Dawida, boskim Synem Człowieka. Od początku zatem chwili zachować w pamięci wszystkie Jego czyny i słowa. Można sądzić, że jeszcze gdy żył notowali Jego nauki i zapisywali opowieści o Jego czynach. Potem wielokrotnie powtarzali w pamięci przekazy. Apostołowie nie potrzebowali dyktafonów, ponieważ taką rolę pełniła ich pamięć. Co więcej: nie była to pamięć martwa, to znaczy taka, że oni tylko przekazywali suche, nagie fakty. Apostołowie przekazywali bowiem fakty z interpretacją, z kontekstem etc.
Jeśli więc Ewangelie przekazują nam wiedzę na temat tego, co działo się z Judaszem i w jaki sposób był traktowany przez Chrystusa jego czyn, to możemy mieć pewność, że naprawdę było.
Dlaczego w związku z tym fakty zawarte w Ewangeliach są tak często poddawane reinterpretacjom albo „odczytywane na nowo”? Dlaczego do Ewangelii jest tak mocno krytyczne podejście, a jako prawdę objawioną, której nie należy badać, tylko przyjąć jako pewnik podchodzi się do tzw. Ewangelii gnostyckich, m.in. Ewangelii Judasza, czyli gnostyckiego apokryfu odnalezionego kilkadziesiąt lat temu?
Sama kwestia wszystkich możliwych przeinaczeń Ewangelii, to temat na kilka osobnych, bardzo długich rozmów. Nie ulega jednak dla mnie żadnej wątpliwości, że kluczowym jest tutaj przypadek Judasza i zmiana podejścia do zdrajcy Chrystusa.
Żyjemy w epoce, w której ogół ludzi jest przekonanych o tym, że zostaną zbawieni. Dzieje się tak, ponieważ i do Kościoła wkradła się w bardzo niepokojący sposób swego rodzaju ideologia powszechnego zbawienia czy też może raczej teologia powszechnego zbawienia. Jest ona inna stroną szerzącego się od wieków kultu człowieka. Chwałę Boga zastępuje kult człowieka, jego rzekomej nieskończonej godności. Człowiek staje się quasi Bogiem. A zatem musi być zbawiony.
Pierwowzorem tej teologii jest stary błąd Orygenesa, który został potępiony zresztą przez Sobór w Konstantynopolu w 553 roku. Według Orygenesa wszyscy ludzie zostaną zbawieni. Co tam zresztą ludzie… Jego zdaniem również wszystkie złe duchy, demony zostaną zbawione, co stoi w jaskrawej sprzeczności z licznymi wypowiedziami Chrystusa Pana.
Niestety od okresu Oświecenia ten „radykalny optymizm zbawczy”, czyli przekonanie, że wszyscy ludzie zostaną zbawieni, przeniknął do Kościoła i dzisiaj zbiera coraz większe żniwo. Zaczęło się m.in. od tez głoszonych przez Karla Rahnera, według którego wszyscy ludzie są chrześcijanami, nawet jeśli o tym nie wiedzą. Nieważne w co i jak wierzą świadomie, nieświadomie są „anonimowymi chrześcijanami”. Nawet ateiści przeżywają własną egzystencję i tym samym „anonimowo” wierzą. W tym ujęciu wiara nie ma żadnej treści.
Podobne tezy głosił Henri de Lubac. Jego zdaniem również niewierzący zostaną zbawieni dzięki temu, że wierzący w ich imieniu przyjmują chrzest, o którym tamci nie wiedzą etc.
Takich różnych teorii mających uzasadnić, że Chrystus jednoczy się z każdym człowiekiem na wieki i każdego zbawi jest całe multum. Wszystkie one mają wywyższyć naturalnego człowieka. Są one ukrytą forma bałwochwalstwa człowieka. Zamiast stać się przebóstwiony dzięki łasce, okazuje się on naturalnym bogiem z urodzenia.
Żeby ta fałszywa teologia zdobyła uznanie trzeba pozbyć się potępienia Judasza. Judasz stanowi swego rodzaju przypadek graniczny. Gdyby się udało „ocalić” Judasza wszystko byłoby łatwiejsze. Gdyby udało się oficjalnie ogłosić, że stanowcze, jednoznaczne słowa Chrystusa potępiające Judasza i jego zdradę Syna Człowieczego to jakieś „ojcowskie upomnienie”, „wezwanie Judasza do rozeznania sytuacji”, „wyraz miłosierdzia” i w związku z tym czyny Judasza absolutnie nie pociągają za sobą żadnej kary, to wówczas otwiera się droga dla wszystkich. Oznaczałoby to bowiem, że nie ma już takiego czynu, takiego zła, takiej niegodziwości, za którą człowiek jest potępiony. A jeśli tak, jeśli Judasz nie jest potępiony, to tym bardziej nie można potępić już kogoś, kto dopuścił się „mniejszych zbrodni”.
Właśnie dlatego Judasz jest kluczem. Obalenie jego potępienia, tak wyraźnego w Nowym Testamencie, jest sposobem by przyjąć ideologię powszechnego zbawienia, uniwersalnego zbawienia wszystkich ludzi. Właśnie dlatego tak wielu teologów próbuje odwracać kota ogonem i nadawać nowy sens postawie Judasza oraz całkowicie pomijać bądź albo zmieniać przekaz zawarty w Ewangeliach.
Stąd również tak wielkim uznaniem cieszą się różnego rodzaju pseudo-ewangelie, bo tak należy nazywać te dokumenty. Gdybyśmy bowiem chcieli mówić o Ewangelii, to musielibyśmy mówić o zapisie przekazu świadków, tak jak to jest w przypadku czterech Ewangelii kanonicznych, o opisie historycznym, o ludziach, którzy byli na miejscu, widzieli, słyszeli, którzy byli wiarygodnymi świadkami.
W przypadku tzw. Ewangelii Judasza ogromna popularność tego gnostyckiego apokryfu bierze się stąd, że odwraca on cały porządek rzeczy. Okazuje się, że Judasz jest „tym dobrym” i nie można go potępiać. Że w zasadzie był postacią tragiczną a to dlatego, że to on najbardziej i najmocniej zaufał Chrystusowi, a Chrystus zaufał jemu powierzając mu misję „zdrady Syna Bożego”.
Niemal wszystkie pisma gnostyckie, takie jak tzw. Ewangelia Judasza, opierają się na swego rodzaju odwróceniu porządku dobra i zła stąd też różne sekty gnostyckie programowo głosiły na przykład pochwałę łamania prawa moralnego. Chodziło o to, żeby przez zbawić się przez grzech. Zdaniem gnostyków prawo moralne to prawo, które wiąże człowieka w sumieniu i jest dziełem złego Demiurga, złego Boga. Dlatego też zbawienie można uzyskać albo łamiąc to prawo, albo nie uznając go. Ci, którzy go nie uznawali, musieli to zamanifestować. Ci zaś, którzy chcieli je złamać i wyjść ze „szponów złego Demiurga”, musieli odwrócić wszystkie znaki i przez to ze złego Apostoła zrobić „ostatniego sprawiedliwego”, który poprzez swoją zdradę przyczynił się do naszego zbawienia.
Nieważne, jakie jest Prawo Boże, jakie jest prawo moralne i czy ktoś go przestrzega czy złamie, bo i tak będzie zbawiony. Mało tego teologia powszechnego zbawienia stanowi wręcz zachętę do łamania Prawa Bożego, bo zawsze zostaniemy uratowani przez Boże Miłosierdzie. Nie ma więc dobra i zła; jest tylko zbawienie, nie ma potępienia. Czegokolwiek człowiek nie zrobi to i tak po śmierci trafi do nieba. W tej koncepcji jedynym prawem jest bezprawie. Człowiek pozbywa się sumienia i nie odczuwa potrzeby pokuty i zadośćuczynienia za swoje grzechy. Dlaczego miałoby tak być, skoro nie stoi ponad nim żaden sędzia? Pojęcie Bożej sprawiedliwości, zostaje wymazane. Zostaje nam tylko jakieś pseudo-miłosierdzie. Bóg nie może człowieka potępić, bo przyznałby, że jest okrutny. Nowa teologia bierze Boga w jasyr, szantażuje Go. Albo zbawi wszystkich, albo jest okrutnikiem.
Mówię pseudo-miłosierdzie, ponieważ samo miłosierdzie jest bardzo ważnym aspektem działania Bożego, ale tylko wtedy, jeśli jednocześnie myślimy o Bogu jako o Bogu Sprawiedliwym. Miłosierdzie bez sprawiedliwości jest pojęciem całkowicie pustym, a ono niestety w taki sposób jest często przedstawiane. Co więcej: takie podejście czy takie uznanie, że wszyscy zostaniemy zbawieni, jest wypisz, wymaluj dokładnie tym, co przez wieki teologia katolicka określała jako jeden z najcięższych grzechów. To był ten grzech pychy, grzech przesadnego zaufania w miłosierdzie Boże.
Jak to się stało, że wielu współczesnych teologów głosi tezy, które przez Kościół były wielokrotnie i jednoznacznie potępiane; tezy, które przeczą zdrowemu rozsądkowi; które zaprzeczają Nowemu Testamentowi, to oczywiście temat na osobną rozmową. Wracając jednak do głównego wątku, czyli do Judasza. Niezbawiony Judasz jest niewygodny dla progresistów, ponieważ stanowi on zaprzeczenie teorii powszechnego zbawienia.
To jest tak jak z kwantyfikatorem. Jeśli istnieje chociaż jeden przypadek negujący powszechną prawdę, to prawda już nie jest powszechna. W tym wypadku oznacza to, że nie wszyscy zostaną zbawieni, a jak nie wszyscy, to ktoś zacznie się zastanawiać: „A może ja też nie zostanę zbawiony?”. I to jest oczywiście coś, z czym ci teologowie, publicyści etc. nie są się w stanie pogodzić.
Doszliśmy więc do sytuacji absurdalnej, że tezy i ideologie anty-chrześcijańska są często uznawane i głoszone jako rzecz należąca do depozytu wiary. Właśnie dlatego jest lansowane hasło, że to Judasz był pierwszym męczennikiem za wiarę, że to on był najgorliwszym uczniem Chrystusa o to on w pełni wykonał wolę Zbawiciela. To dlatego również Judasz jest przeciwstawiany świętemu Piotrowi, który trzy razy zaparł się w Pana Jezusa, a mimo to dzierży klucze Królestwa Niebieskiego? To dlatego Judasz jest przeciwstawiany Dobremu Łotrowi, któremu Pan Jezus obiecał na Krzyżu, że jeszcze tego dnia będziesz z Nim u Ojca w niebie?
Tak. Jest to efekt przeniknięcia do Kościoła nauk gnostyckich, czyli odwrócenia wszystkich wartości, czy też przewartościowania wszystkich wartości. To jest koncepcja zła, które – że tak powiem – nie jest złem. Zło jest tutaj nieuchronnym momentem rozwoju dziejów, czymś wręcz koniecznym dla rozwoju. Bez zła nie byłoby dobra, a dobro rośnie przechodząc przez zło.
Judasz tu idealnie pasuje, bo jest koniecznym elementem tego rzekomo wykonywanego przez Boga planu. Wszystko to oczywiście ma się nijak do przedstawień ewangelicznych. Cała ta koncepcja, cała ta konstrukcja jest wyłącznie konstrukcją pseudofilozoficzną, wynikającą z ludzkiego chciejstwa i z potrzeby pewności bycia zbawionym.
To jest po prostu psychologizowanie i budowanie teologii i filozofii w oparciu o naszą potrzebę zabezpieczenia się. Widzi mi się zastępuje obiektywne Słowo. Oznacza to zerwanie z tym, co historyczne; z tym, co przekazane; z tym, co objawione; z tym, co jasne i z tym, co wyraźne.
Oczywiście każdy z nas może sobie tworzyć dowolną teorię. Ktoś może uznać, że wszyscy jesteśmy krasnoludkami. Ktoś inny może ogłosić, że w ramach rozwoju dziejowego za chwilę przemienimy się w maszyny parowe albo w komputery. Każdy więc może wygłaszać dowolną tezę. Język ludzki ma bowiem tę zdolność, że za jego pomocą tworzymy zdania. Jedne są sensowne, inne nie. Jedne odpowiadają rzeczywistości, a inne nie etc. Natomiast jeśli mówimy o Judaszu poważnie, odwołując się do Nowego Testamentu, to żadna z hipotez mówiących o jego zbawieniu nie ma podstaw.
Przepraszam, ale ludzie, o których rozmawiamy, którzy tworzą tę nową teologię, którzy posiłkują się gnozą etc. mają już gotową odpowiedź na Pana wątpliwości: Apostołowie po prostu nie lubili Judasza, dlatego wybrali go na kozła ofiarnego i to na niego zrzucili całą winę. To tak samo jak z teoriami o Żydach – ich też Apostołowie mieli nie lubić i dlatego to oni zostali obarczeni winą za śmierć Chrystusa, a nie Rzymianie…
Cóż mogę powiedzieć? Wielu wrogów Kościoła od wieków twierdziło, że Ewangelie w takiej postaci jak do nas dotarły tak naprawdę zawierają przekaz zafałszowany przez Apostołów.
Takie podejście jest obecne np. w islamie. Wyznawcy Allaha też uważają, że Ewangelie nie są prawdziwymi Ewangeliami, że jest to zafałszowany przekaz Apostołów, że rzeczywistość i prawda były zupełnie inne, że tak naprawdę w „prawdziwych” Ewangeliach nie było mowy o Panu Jezusie jako o Synu Bożym, o tym, że On zasiada po prawicy Boga Ojca etc.
Podobne brednie możemy usłyszeć np. od Świadków Jehowy. Oni również uważają, że duża część Ewangelii została zafałszowana, by przypisać Jezusowi boskość.
W odpowiedzi na tego typu niemądre tezy jest jeden argument, którym posłużył się w debacie z Manichejczykami Święty Augustyn. Manichejczycy podnosili dokładnie te same argumenty o prawdziwości Ewangelii, jakie wyżej wymieniłem. Twierdzili, że zostały one zafałszowane, że w pierwotnej wersji wyglądały one całkiem inaczej. W odpowiedzi Święty Augustyn postawił im bardzo proste pytanie, które – mimo że minęło od tamtego momentu 1700 lat – nie straciło nic ze swojej siły. Pytanie to brzmiało: „Czy pokażecie mi niezafałszowane Ewangelie?”. Manichejczycy wzruszali wówczas bezradnie rękami, ale dalej mówili, iż wiedzą, że takie istnieją. Chociaż nie mają i nigdy nie mieli ich w ręku i tak twierdzili, że muszą one istnieć. To klasyczny przykład, kiedy to emocja i wola dyktuje rozumowi jaka jest prawda.
Dokładnie to samo pytanie możemy zadać wszystkim pseudo-teologom, którzy opierają swoje konstrukcje na rzekomych zafałszowaniach, twierdząc, że mają dostęp do autentycznych Ewangelii. Niech je pokażą! Niech pokażą nam tę „autentyczną” Ewangelię, niezafałszowaną przez apostołów! Oczywiście nic takiego nie istnieje. Jest to wymysł, jest to zjawa, jest to kompletne chciejstwo i nic więcej.
Niestety ta sama mentalność, która była charakterystyczna dla Manichejczyków, potem dla muzułmanów, potem dla różnych innych sekt, jak Świadkowie Jehowy, charakteryzuje teologów liberalnych czy publicystów liberalnych. Przycinają oni sobie Ewangelię do swoich własnych potrzeb, a to, co im nie odpowiada, co sprzeczne jest z ich uczuciami, emocjami, pragnieniami, odrzucają, twierdząc, że to „nieautentyczne”. Potem tworzą z tej wycinanki dziwną konstrukcję i ogłaszają, że to jest właśnie ta prawdziwa i jedyna Ewangelia, w której to Judasz jest wielkim bohaterem. Nie są w stanie pogodzić się z potępieniem Judasza i co za tym idzie z istnieniem Piekła i co za tym idzie usuwają mówiące o tym fragmenty Pisma.
A co do Żydów i Apostołów, którzy rzekomo chcieli obciążyć ich odpowiedzialnością. Ta teza jest pod każdym względem niedorzeczna, chociażby z tego powodu, że wszyscy Apostołowie byli w sensie etnicznym Żydami. Zresztą do lat czterdziestych I wieku praktycznie wszyscy wyznawcy chrześcijaństwa byli Żydami etnicznymi. Zaczęło się to zmieniać dopiero od momentu, kiedy św. Piotr ochrzcił Korneliusza.
Napisałem na ten temat obszerną książkę „Krew na naszych rękach” i tam szczegółowo przedstawiłem, dlaczego ta koncepcja jest niedorzeczna. Przepraszam… Byłaby ona niedorzeczna i niewarta uwagi, gdyby nie funkcjonowała jako miarodajna opinia niektórych kół w Kościele. Jest to jednak temat, którym na kolejną, już chyba trzecią dłuższą dyskusję na przyszłość.
W Pańskiej książce „Epoka Antychrysta” papież przyjmuję imię Judasz… Czy to wszystko, o czym Pan tutaj powiedział, czy to całe posiłkowanie się gnostyckimi apokryfami, Ewangeliami Judasza, usprawiedliwianiem Judasza, robieniem z niego męczennika, etc. nie jest przejaw tego, że żyjemy w epoce Antychrysta czy też tego, że epoka ta zbliża się wielkimi krokami?
W jakimś sensie stąd właśnie wziął się mój pomysł, żeby obsadzić w roli eschatologicznego Antychrysta Judasza.
Mam wrażenie, że żyjemy w epoce, w której te wszystkie opinie tak zwanych teologów oraz hierarchów kościelnych mają jeden cel – ogłoszenie powszechności teologii uniwersalnego zbawienia. Kult człowieka ma wyprzeć kult Boga. Żeby ta wizja była spójna nikt nie może zostać potępiony.
Jest to teologia skrajnie niebezpieczna i skrajnie bezbożna, i dlatego – jak już wspominałem – dąży się do tego, by ogłosić Judasza świętym, zadeklarować, że jest on w Niebie, wśród zbawionych. Każdy, kto wyznaje teologię powszechnego zbawienia, musi prędzej czy później zmierzyć z granicznym przypadkiem Judasza. Jak można mówić o powszechności, uniwersalności zbawienia, o tym, że Chrystus zjednoczył się na zawsze z każdym człowiekiem, niezależnie od tego, czy ten o tym wie czy nie, jeśli zostawia się Judasza poza granicami szczęścia wiecznego, w piekle?
Dlatego w powieści przedstawiłem ostatniego papieża, który przybrał imię Judasza i wyniósł Judasza na ołtarze. Moim zdaniem to konieczna konsekwencja tej nowej teologii. Rozwija się ona w czasie. Z roku na rok obserwujemy jej postępy. U kresu pojawia się postać Judasza, zbawiciela, świętego, Judasza ofiary apostołów. To konieczny rezultat teologii powszechnego zbawienia.
Można to powiedzieć tak: wiara w uniwersalne i powszechne zbawienie wszystkich jest nową zdradą Judaszową. Współcześni teologowie, którzy przyjmują tę koncepcję zachowują się jak Judasz, który pocałunkiem wydał Syna Człowieczego.
Zgodnie z nową teologią nie rozróżnia się dobra i zła, nie ma podziału na wiernych i niewiernych Ewangelii, Prawo Boże nie istnieje, a nadprzyrodzona godność dziecka Bożego, którą zdobywa się przez chrzest, to zabobon. Liczy się tylko to, że Judasz się powiesił i cierpiał. Wynosi się na piedestał jego rozpacz i sam fakt upadku Judasza staje się jego usprawiedliwieniem. Cierpiał przecież i popadł w rozpacz nieskończony bóg, bo tym jest każdy człowiek, a więc należy mu się wybawienie. Skoro Judasz sam sobie wymierzył sprawiedliwość, nie licząc na Miłosierdzie Boże, bez skruchy i bez błagania o pokutę, to powinien być on wzorem do naśladowania. Nieskończona godność człowieka nie może zostać naruszona. Rozpacz i samobójstwo Judasza stają się nie tylko usprawiedliwione, ale wręcz pochwalone, wywyższone, uświęcone. Czym jest wydanie Syna Człowieczego na śmierć w porównaniu z rozpaczą zdrajcy? To perwersyjne rozumienie szerzy się w Kościele niczym rak.
Wraz z nadejściem tegorocznej powodzi do wielu Polaków zaczęło docierać, że od czasu tragedii z 1997 roku, rządzący III RP nawalili na całego. Przez 27 lat nie zabezpieczono należycie terenów zalewowych. Frustracja narasta, kiedy uświadamiamy sobie, że zaniechanie nie wynikło z braku środków czy technologicznych możliwości lecz ignorancji, a nawet celowego działania. Wskazują na to dobitnie dwa szokujące przykłady.
Po pierwsze, w 2019 roku był już gotowy konkretny plan budowy w Kotlinie Kłodzkiej zbiorników retencyjnych, niezbędnych do ratowania dobytku ludzkiego i wielu miejscowości przed zalaniem. Pierwszy wariant zakładał 16 takich obiektów, co wiązałoby się z koniecznością przesiedlenia 2,5 tysiąca mieszkańców. Przyjęto wariant drugi czyli 9 nowych zbiorników przy wysiedleniu 1200 osób.
Budowa została jednak wstrzymana, gdyż ekoterroryści wsparci przez niektórych polityków (w tym z PO) zorganizowali protesty. Ówczesny rząd (PiS) kierujący się bardziej pijarem niż dobrem Polaków, uległ tym naciskom podkręcanym przez media. Pod dyktando „zielonych” i innych popaprańców (np. lokalnych egoistów, którzy nie chcieli dać się przesiedlić), nie postawiono zbiorników mających ratować Polaków przed kataklizmem – zarówno w czasie powodzi jak i suszy.
Po drugie, niektórzy odpowiedzialni za funkcjonowanie istniejących już zbiorników retencyjnych dopuścili się sabotażu. Bo jak inaczej nazwać działanie – a raczej jego brak – polegające na tym, iż nie wypuszczono zawczasu wody ze zbiorników, kiedy było już wiadomym, że nadciąga z Czech wielka fala powodziowa?
Zwrócił na to uwagę Radek Pogoda na swoim kanale na YouTube w audycji pt. „Kto utopił Polskę? Szokujące dokumenty służb powodziowych”. Moim zdaniem to najważniejsza publikacja nt. tegorocznej powodzi, gdyż jak w soczewce ukazuje w jakim bagnie znajduje się państwo polskie oraz jak beznadziejnie jest zarządzane.
Analityk pokazał tabelkę z zestawieniem, z której jasno wynika, że do powodziowej katastrofy przyczyniła się także ludzka ręka, a nie tylko warunki atmosferyczne. Otóż w większości zbiorników zarządzanych przez Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie nie wyposzczono zawczasu wody, przez co nie były one gotowe na przyjęcie nadchodzącej fali.
Jednocześnie zbiorniki zarządzane przez Tauron Polska Energia SA wypuściły odpowiednią ilość wody, aby przygotować w nich miejsce. Działanie tych drugich potwierdza, że było już wiadomym jakie są prognozy.
Dokument przedstawiony przez Radka Pogodę pochodzi z 13 września 2024 roku. Tego samego dnia premier Donald Tusk ogłosił podczas konferencji prasowej: „Prognozy nie są przesadnie alarmujące”. To zdanie stało się wręcz symbolem ignorancji rządzących.
FALA GORYCZY
Fora internetowe zalały żale i pretensje. Polacy pomstują, że rządzący nie zadbali o nasze bezpieczeństwo. Wielu wskazuje na to, że pieniądze z budżetu roztrwaniano często na ideologiczne bzdety. Dla przykładu, polskie miasta nakupowały elektrycznych rowerów i hulajnóg, bo globaliści od zrównoważonego rozwoju uznali, że mamy zrezygnować z samochodów na benzynę.
Inni wytykają, że w przestrzeni publicznej postawiono skandalicznie drogie ławki miejskie np. z egzotycznego drewna albo ociekające kiczem w kształcie konturów Polski. Powód tych milionowych „inwestycji”? Ktoś miał taką zachciankę, aby wzbogacić się na przetargach przy tego typu instalacjach.
Najwięcej kontrowersji budzi fakt, że rządzący III RP wydali z naszych podatków miliardy na dozbrojenie Ukrainy. Ponadto wysłali im nasze uzbrojenie, przez co sami zostaliśmy rozbrojeni. A wszystko dlatego, że zamiast apelować do sąsiadów o podjęcie rozmów pokojowych, polskojęzyczni politycy wybrali rolę wojennych podżegaczy.
Jednocześnie zmuszono Polaków do przyjęcia przesiedleńców i imigrantów z obcych państw. Niektórzy przybysze dostali w Polsce tak wiele przywilejów, że zwykli Polacy czują się rozgoryczeni, bo sami takich korzyści nigdy nie doświadczyli. W mediach głównego ścieku tego nie pokazują, ale w internecie pojawiły się już przecieki, że niektórzy z tych przesiedleńców szabrują teraz na zalanych terenach.
Z kolei na innym forum przypomniano, że z państwowej kasy dołożono miliony na budowę żydowskiego muzeum „Polin” i jego utrzymanie. Od siebie jeszcze dodam, że Polski Instytut Sztuki Filmowej wydał sporo hajsu na wyprodukowanie filmu „Ida”, w celu promowania na świecie zakłamanej wersji historii, jakoby Polacy zabijali żydów by zagarnąć ich dobytek. Wymienione przykłady wskazują, że nie jesteśmy u siebie gospodarzami.
Trzeba także odnotować, że coś jednak pożytecznego zrobiono. Zbudowano suchy zbiornik retencyjny Racibórz Dolny w województwie śląskim. Teraz wyznawcy Kaczyńskiego (PiS) przekrzykują się ze zwolennikami Tuska (PO) komu Polacy mają zawdzięczać ten obiekt. Sęk w tym, że budowano go przez prawie dwie dekady, co przy technologii XXI wieku jest wręcz skandaliczne. Ta niebywała opieszałość wynikała z waśni partyjniaków i utrudniającej wszystko biurokracji.
OSTATNI DZWONEK?
Czy ktoś beknął za to, że w Kotlinie Kłodzkiej nie postawiono nowych zbiorników mających ratować ludzkie życie i miasta? Ależ skąd. Winowajców nikt nie powstrzymał, ani nie pociągnął do odpowiedzialności. Funkcjonariusze ABW nie ochronili Polaków przed zagrożeniem czyli ekoterrorystami (finansowanymi przez międzynarodowe organizacje) i polskojęzycznymi politykami (trzymanymi na smyczy przez zagranicznych właścicieli).
Bezpieka woli zajmować się neutralizowaniem wyimaginowanego zagrożenia. Dla przykładu, w 2022 roku nakazali operatorom internetu, aby zablokowali przed czytelnikami dostęp do bloga niżej podpisanej. Stwierdzili, że moje artykuły (o skromnym zasięgu) stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa polskiego.
Takiego zagrożenia bezpieczniacy nie dostrzegli w „aktywistach” blokujących powstanie obiektów mających ratować miasta, wsie, dobytek i ludzkie życie. Polskie życie.
Skala absurdów do jakich dochodzi w Polsce jest nie do opisania. Ile jeszcze kataklizmów musi na nas spaść, abyśmy zebrali się w sobie i przepędzili rządzące Polską szajki? Co musi się jeszcze wydarzyć, aby Polacy powiedzieli dość!? Trzeba natychmiast zacząć działać – np. wytaczając zbiorowe procesy – bo więcej rządów III RP już nie udźwigniemy.
Najwyższy czas, aby Polacy uwierzyli w swoją moc sprawczą. Jesteśmy wspaniałym i silnym narodem, co paradoksalnie odsłoniła wielka woda. Wystarczy spojrzeć na solidarność i pomocniczość w wykonaniu zwykłych ludzi. W całym kraju nastała potężna mobilizacja na zbiórki darów dla poszkodowanych przez kataklizm.
Najwięcej podziwu mam dla osób, które postanowiły własnymi rękami umacniać wały przeciwpowodziowe, aby uratować miejscowości przed zalaniem. Przykładem są akcje w takich miastach jak Nysa, Oława, Lewin Brzeski, Brzeg Dolny oraz w okolicznych wioskach. Solidarność ludzi jest poruszająca. Jedni zebrali się do pracy przy napełnianiu worków piaskiem, inni przygotowali dla nich posiłki.
Pod jedną z relacji z Brzegu Dolnego przeczytałam taki komentarz internauty: „Myślę, że gdyby Polacy mieli się sami zorganizować jako Państwo to bez władzy okupacyjnej lepiej by ta Nasza Polska funkcjonowała…”
Zanim opiszę nasz najnowszy sejmowy sukces, wspomnę zakończone Igrzyska Olimpijskie w Paryżu – w tym roku pełne ideologicznych prowokacji. Już ceremonia otwarcia przesiąknięta była bluźnierczymi odniesieniami. W kolejnych dniach wielkie emocje wywołali zawodnicy z Tajwanu i Algierii, którzy całkowicie zdominowali olimpijskie zmagania w boksie kobiet pomimo tego, że na krótko przed rozpoczęciem Igrzysk… obaj zostali zdyskwalifikowani przez Międzynarodową Federację Boksu, która uznała, że nie są kobietami. Nie miało to znaczenia dla Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Trzeba uczciwie przyznać, że w tych przypadkach nie mieliśmy co prawda do czynienia – jak to bywało już w innych dyscyplinach sportowych – z zawodnikami, którzy ponosząc porażki w męskim boksie, z dnia na dzień stwierdzili, że identyfikują się jako kobiety. Wedle dostępnej wiedzy obaj bokserzy mają męskie geny (XY) i męski poziom testosteronu, cierpiąc jednocześnie na zaburzenia w rozwoju płci, które nie pozwoliły na pełne rozwinięcie się męskich cech. Wciąż jednak dysponują ogromną przewagą fizyczną nad kobietami. Cała sprawa słusznie wywołała dyskusję i zwróciła uwagę na destrukcyjne dla kobiecego sportu dopuszczanie mężczyzn do rywalizacji z paniami.Widać w tej sprawie pewne tendencje zmian. Niedawno amerykański Sąd Najwyższy unieważnił forsowaną przez prezydenta USA Joe Bidena i Kamalę Harris ustawę, która miała zezwolić na starty mężczyzn w kobiecych zawodach sportowych. Pod koniec lipca jeden z najważniejszych sądów w Wielkiej Brytanii uznał, że przepisy wprowadzające zakaz tranzycji nieletnich są zgodne z prawem. W efekcie, nowy (lewicowy!) brytyjski rząd przedłużył właśnie na kolejne trzy miesiące zakaz sprzedawania „blokerów dojrzewania” osobom małoletnim w Anglii, Walii i Szkocji. Akurat w tej sprawie warto, by polskie władze wzięły przykład z Brytyjczyków czy Amerykanów.Tragedię dzieci i rodziców poddawanych tranzycji rozumiemy doskonale. Do prawników Ordo Iuris regularnie zgłaszają się zrozpaczeni rodzice nastolatków, którzy chcąc „zmienić płeć” przyjmują szkodliwe hormony, niszcząc swój organizm. Wprowadzenie zakazu „tranzycji” w Polsce to sprawa pilna, a jakakolwiek zwłoka będzie oznaczać dramat tysięcy młodych ludzi, zmanipulowanych przez genderystów.
Dziś mogę z wielką satysfakcją ogłosić Panu nasz sukces na drodze do wprowadzenia takiego zakazu w Polsce. Pod koniec lipca Sejmowa Komisja Petycji jednogłośnie (!) poparła złożony przez Ordo Iuris projekt ustawy zakazującej tranzycyjnego okaleczania dzieci i młodzieży. Ustawa została skierowana do dalszych prac we właściwych komisjach sejmowych. Nasz sukces wzbudził prawdziwą wściekłość lewicowych mediów. Radykałowie organizują się teraz, aby zablokować nasz projekt w Komisji Zdrowia i Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka. Dlatego potrzebujemy niezwykłej mobilizacji wszystkich Darczyńców i Przyjaciół Ordo Iuris. Bez wsparcia ludzi takich jak Pan nie będziemy mogli doprowadzić do przyjęcia zakazu tranzycji nieletnich w Polsce. Szerokich echem w mediach odbił się też nasz poradnik dla nauczycieli „Gdy Kasia twierdzi, że jest Tomkiem”, w którym wspieramy nauczycieli przymuszanych do stosowania wobec uczniów z zaburzeniami tożsamości płciowej wymyślonych przez nich imion i zaimków, nie odpowiadających ich płci. Podajemy konkretne argumenty, na jakie może się powołać nauczyciel oraz wskazujemy, za pomocą jakich środków prawnych może się bronić przed naciskami i karami ze strony dyrekcji szkoły. Poradnik jest skierowany nie tylko do nauczycieli, ale również rodziców i uczniów – w szczególności starszych dzieci w szkołach średnich, których prawa też są naruszane poprzez zmuszanie ich do używania fałszywych imion lub zaprzeczania oczywistej prawdzie o płci innych uczniów. Treści poradnika są też przedmiotem spotkań i szkoleń. W tym tygodniu eksperci Instytutu Ordo Iuris – mec. Marek Puzio wraz z dyrektorem Centrum Życia i Rodziny Marcinem Perłowskim i Agnieszką Marianowicz-Szczygieł – odbywali takie spotkanie w Gnieźnie, a kolejne spotkania są planowane. Z kolei w moim niedawnym, zamieszczonym na naszej stronie artykule „Genderowy domek z kart. 5 mitów na temat zmiany płci” pisałem o tym, że zaburzenia tożsamości płciowej mają w większości przypadków charakter przejściowy i bez tranzycji same ustępują.
Podanie dziecku blokerów hormonów go nie leczy, ale zaburza jego rozwój. Natomiast tranzycja chirurgiczna trwale okalecza dzieci. Brak jest przekonujących danych świadczących o tym, że poddanie się tranzycji zmniejsza ryzyko samobójstwa. Co więcej, istnieją badania, stwierdzające znacznie wyższy odsetek samobójstw wśród osób po tranzycji niż u reszty społeczeństwa.Choć wielu Polaków nie zdaje sobie z tego sprawy, problem narzucania naszym dzieciom toksycznej ideologii jest już dawno obecny w Polsce. Proszę sobie wyobrazić, że niedawno otrzymaliśmy zgłoszenie z jednej ze szkół w województwie zachodniopomorskim, której władze – ze strachu przed utratą środków z UE – wpisały do szkolnego statutu, że obok uczniów i uczennic do szkoły uczęszczają także „osoby uczniowskie”. Podjęliśmy już interwencję w tej sprawie. Jeśli skutecznie nie zatrzymamy radykalnych ideologów, aktywistów i polityków, to niedługo w Polsce nauczyciele mogą być wsadzani do więzień za to, że nazywają swoich uczniów zgodnie z ich płcią. Taki los spotkał już przecież irlandzkiego nauczyciela Enocha Burke’a. Spędził on w więzieniu łącznie ponad 400 dni za to, że nie chciał ulec genderowej nowomowie.Polska jest w trakcie genderowej rewolucji. Tylko od nas zależy, na ile pozwolimy radykałom. Musimy twardo i zdecydowanie sprzeciwiać się krzywdzeniu dzieci – podawaniu im hormonów i okaleczaniu skalpelem. Czas powstrzymać strumień pieniędzy płynący do tranzycyjnego biznesu. Nasze publikacje, analizy, poradniki i projekt ustawy zmierzają wprost do tego celu.Ale nie damy rady bez wsparcia naszych Przyjaciół i Darczyńców, bo skuteczne podjęcie tego dzieła to ogromne koszty i wiele czasu pracy ekspertów. Wiem, że w sprawie bezpieczeństwa dzieci i rodzin mogę liczyć także na Pana.Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w poniższy przyciskCzy tranzycja rozwiązuje problem zaburzeń tożsamości płciowej?Przygotowany przez ekspertów Ordo Iuris i przyjęty właśnie przez sejmową Komisję petycji projekt ustawy o zakazie tranzycji nieletnich zakłada, że za podawanie małoletnim oraz dorosłym z zaburzeniami psychicznymi hormonów płci przeciwnej w celu upodobnienia ich do tej płci lub poddawanie ich okaleczającym operacjom usunięcia zdrowych organów płciowych groziłaby kara 3 lat pozbawienia wolności. Budzi to sprzeciw radykałów, którzy wbrew faktom usiłują przekonać Polaków, że jedyną skuteczną formą pomocy dzieciom z zaburzeniami tożsamości płciowej ma być afirmacja tych zaburzeń i przeprowadzanie tranzycji.Dlatego do naszego projektu załączyliśmy liczące 37 stron uzasadnienie, w którym obalamy genderowe kłamstwa i mity na temat tranzycji. Ujawniamy w nim prawdę na temat badań naukowych, uznawanych przez zwolenników tranzycji za dowód na skuteczność „terapii” afirmujących zaburzenia płci. Ich podstawą jest zasadniczo jedno, nierzetelne badanie, które przeprowadzono na zaledwie 55 osobach. Podmiotem finansującym te badania był… koncern farmaceutyczny produkujący środek stosowany w ramach tranzycji.Prezentujemy rzetelne badania, które dowodzą, że w 93% przypadków nieletnich doświadczających dysforii płciowej zaburzenia ustępują samoistnie, jeśli dzieci nie są poddawane terapii afirmatywnej i okaleczającym zabiegom. Przywołujemy między innymi prowadzone przez 30 lat badania szwedzkiego Karolinska Institute potwierdzające, że przeprowadzenie tranzycji zwiększa ryzyko podjęcia próby samobójczej o 19 razy w stosunku do całej populacji.Podkreślamy istnienie korelacji pomiędzy wzrostem liczby publikacji prasowych i medialnych propagujących genderową definicję płci jako płynnego konstruktu społecznego i wzrostem liczby nieletnich dotkniętych zaburzeniami tożsamości płciowej. W niektórych krajach Zachodu wzrost liczby zgłoszeń do specjalistycznych klinik zaburzeń tożsamości płci, gdzie wśród pacjentów dominują dzieci i młodzież, przekracza w skali kilku lat ponad 1 000% (liczba takich przypadków na przestrzeni mniej więcej 10 lat wzrosła w Szwecji o 19 600%, w Australii o 12 550%, a we Włoszech o 7 100%).
Pierwszy krok w stronę zakazu tranzycji w Polsce wykonany
Gdy w ubiegłym roku składaliśmy do sejmowej Komisji Petycji nasz projekt, wielu nie wierzyło w realną możliwość jego przyjęcia przez obecny parlament. Okazało się jednak, że przedstawienie merytorycznych argumentów w uzasadnieniu naszego projektu skłoniło wszystkich posłów należących do Komisji Petycji do skierowania go do dalszych prac we właściwych sejmowych komisjach – Komisji Zdrowia i Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka.Podczas debaty nad projektem wiceprzewodnicząca Komisji Petycji – Urszula Augustyn z Koalicji Obywatelskiej – wprost przyznała, że projekt „jest dopracowany, argumentacja jest bardzo rozbudowana, świetnie przygotowana, tutaj chapeau bas, naprawdę tych argumentów jest bardzo, bardzo wiele”. Stosunkowo pozytywna dla projektu ustawy o zakazie tranzycji nieletnich była także opinia Biura Ekspertyz i Oceny Skutków Regulacji Kancelarii Sejmu. Choć nie wyraża ona pełnej akceptacji projektu, to jednak uznaje, że „problem przedstawiony w petycji jest istotny społecznie” i że „brakuje regulacji, które w sposób kompleksowy regulowałaby omawiane zjawisko”.Nasz sukces wywołał wściekłość radykalnych mediów i aktywistów, którzy teraz szykują się, aby podczas posiedzeń sejmowych komisji zmusić ich członków do odrzucenia projektu ratującego zdrowie i życie dzieci. Nie możemy do tego dopuścić. Wierzę, że ze wsparciem ludzi takich jak Pan przekonamy parlamentarzystów do poparcia tej ważnej ustawy. Nie pozwolimy wejść do szkół tranzycyjnemu szaleństwu! Fałszywa narracja lobby tranzycyjnego dotarła do polskich szkół. Są już miasta, gdzie nauczyciele są zmuszani do zwracania się do uczniów zgodnie z ich zaburzoną, deklarowaną tożsamością płciową. Odpowiadając na prośby nauczycieli, opublikowaliśmy poświęcony temu problemowi poradnik prawny. Wskazujemy w nim, że nauczyciel, który dla dobra dziecka odmawia zwracania się do niego za pomocą imienia i zaimków niezgodnych z jego płcią, może powołać się między innymi na przepisy ustawy – Prawo o aktach stanu cywilnego , zgodnie z którymi to z aktu urodzenia wynika, jaką płeć, imię i nazwisko ma dana osoba. Przypominamy, że wbrew bezpodstawnym zarzutom aktywistów LGBT, odmowy afirmacji zaburzeń płci ucznia nie można uznać ani za naruszenie prawa do prywatności, ani za przejaw dyskryminacji.Zwracanie się do wszystkich uczniów zgodnie z danymi poświadczonymi urzędowo jest wyrazem ich równego traktowania oraz troski o ich zdrowie. Afirmacja zaburzeń tożsamości płciowej dziecka może bowiem nie tylko przyczynić się do utrwalenia problemów tego dziecka, ale także wpłynąć na negatywnie na rozwój psychofizyczny jego kolegów i koleżanek z klasy. Inni uczniowie mogą bowiem zacząć zadawać sobie pytania o to, czy jeśli Jaś nie jest chłopcem tylko dziewczynką, to czy, aby na pewno ja jestem chłopcem/dziewczynką?W poradniku wykazujemy, że w myśl polskiego prawa dyrektor szkoły może wydawać nauczycielom tylko polecenia, które dotyczą pracy oraz jedynie takie, które nie są sprzeczne z prawem. Musi także szanować godność i inne dobra osobiste zatrudnionych w szkole nauczycieli.Dlatego nauczyciele nie mogą być negatywnie oceniani za swoją pracę, karani dyscyplinarnie i zwalniani z pracy za zwracanie się do ucznia za pomocą zaimków zgodnych z jego płcią. W przypadku wystąpienia podobnych szykan prawnicy Ordo Iuris, są zawsze gotowi do zapewnienia nauczycielom bezpłatnej pomocy prawnej. Zapewniamy pomoc prawną ofiarom tranzycyjnego biznesu Dramatyczne skutki ulegania fałszywej narracji lobby tranzycyjnego widać najlepiej na przykładzie konkretnych osób, które dokonały tranzycji. Prawnicy Ordo Iuris reprezentują dziś w sądzie między innymi 40-letnią Panią Magdalenę, której historia pokazuje prawdziwe oblicze lobby tranzycyjnego. Kobieta padła ofiarą gwałtu, który był dla niej tak olbrzymią traumą, że zaczęła kwestionować swoją tożsamość płciową. Wpisując w wyszukiwarkę internetową hasła typu: „nie chcę być traktowana jak dziewczyna”, trafiła na internetowe forum dla transseksualistów, na którym namówiono ją do poddania się tranzycji. Pani Magdalena była pozbawiona jakiegokolwiek realnego wsparcia i rzetelnej pomocy medycznej i psychologicznej, a na internetowym forum spotkała ludzi, którzy okazali jej, jak jej się wówczas wydawało, zrozumienie i wsparcie. W efekcie – pod ich wpływem – zaczęła przyjmować męskie hormony, poddała się okaleczającym operacjom (usunięto jej piersi i macicę) oraz przeszła prawną tranzycję. Jednak jej życie nie zmieniło się na lepsze. Kobieta popadła w depresję, cierpiała na straszliwe wahania nastrojów i przez kilka miesięcy po operacji nie mogła się normalnie poruszać wskutek silnego bólu. Dopiero po wielu latach odważyła się przyznać, że popełniła koszmarny błąd. Dziś kobieta chce wrócić do swojej prawdziwej płci w dokumentach, w czym pomagają jej nasi prawnicy. Choć postępowanie o „ustalenie płci” trwa już prawie 1,5 roku, we wrześniu miała się odbyć dopiero pierwsza rozprawa, która…. została przełożona na 3 października.Opieką prawną otaczamy także rodziców młodych ludzi, którzy ulegają propagandzie LGBT i chcą się poddać tranzycji. Wspieramy między innymi ojca młodej dziewczyny, która do tego stopnia została zmanipulowana przez aktywistów LGBT, że chce poddać się tranzycji wbrew przeciwskazaniom medycznym wynikającym z choroby nowotworowej. Dwukrotnie w imieniu jej ojca składaliśmy do placówek medycznych, w których miała się poddać amputacji piersi, pisma informujące o grożących im konsekwencjach prawnych, doprowadzając do odwołania operacji. Zrozpaczony ojciec złożył zawiadomienie do prokuratury, domagając się ukarania lekarzy, którzy narażają zdrowie i życie jego córki, podając jej testosteron oraz kierując na okaleczające operacje. Niedawno zgłosiła się do nas matka 22-letniego mężczyzny, który zaczął uważać się za kobietę. Jej syn jest od wielu lat uzależniony od gier komputerowych. W innej sprawie reprezentujemy rodziców trzydziestoletniego mężczyzny, który złożył przeciwko swoim rodzicom pozew o ustalenie płci, choć do 26. roku życia nie przejawiał żadnych zaburzeń tożsamości płciowej. Opieką prawną otaczamy także matkę dwudziestokilkuletniej córki. W jej imieniu złożyliśmy apelację od wyroku sądu pierwszej instancji, który stwierdził, że jej córka jest synem. Sąd całkowicie zlekceważył przy tym fakt, że dziewczyna ma depresję, z której się nie leczy, a receptę na hormony otrzymała na pierwszej wizycie – bez rzetelnej diagnozy. Wspólnie obronimy młodych Polaków przed ideologią gender Zachód zaczyna rozumieć jak wielkim błędem było uleganie ideologii, w imię której przez lata bezpowrotnie okaleczano setki dzieci. Polska wciąż ma szansę uniknąć tego koszmarnego błędu. Od ocalenia dzieci dzieli nas jednak wielki wysiłek i setki godzin pracy naszych ekspertów. Podjęcie tego wyzwania jest możliwe tylko i wyłącznie dzięki wsparciu Darczyńców i Przyjaciół Ordo Iuris. Sukces jest w zasięgu ręki. Nasza ustawa jest w Sejmie. Musimy dopilnować prac nad nią w Komisji Zdrowia oraz w Komisji Sprawiedliwości i Praw człowieka. Z pewnością lewicowi aktywiści zrobią wszystko, aby projekt został odrzucony. A posłowie mogą im ulec, wybierając polityczny spokój kosztem cierpienia tysięcy dzieci. Dlatego kontynuujemy monitorowanie prac parlamentu, żeby docierać do członków komisji z argumentami i analizami. Koszt tej działalności to teraz 6 000 zł miesięcznie. Dodatkowo przygotowanie pojedynczej analizy, która może przeważyć szale na rzecz cywilizacji życia, to w zależności od tematu oraz zakresu omawianych zmian koszt od kilku do nawet kilkunastu tysięcy złotych. Jak pokazuje nasze wieloletnie doświadczenie – za pomocą naszych analiz jesteśmy w stanie, ku niezadowoleniu lewicy, wpływać na otaczającą nas rzeczywistość. Z kolei prowadzenie każdej sprawy, w której reprezentujemy rodziców młodych ludzi, którzy identyfikują się z płcią przeciwną albo dorosłych, którzy poddali się w przeszłości okaleczającym zabiegom, zrozumieli swój błąd i chcą obecnie powrócić do swojej płci biologicznej w dokumentach to wydatek nie mniejszy niż 12 000 zł. Każda z takich spraw to osobna opowieść o tragedii osoby zwiedzionej przez lobby LGBT. Nie możemy ich pozostawić z cierpieniem bez profesjonalnej pomocy prawnej. Dlatego bardzo proszę Pana o wsparcie Instytutu kwotą 80 zł, 130 zł, 200 zł lub dowolną inną, dzięki czemu będziemy mogli skutecznie stawiać tamę genderowej rewolucji w Polsce. Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w powyższy przycisk Z wyrazami szacunku P.S. Aktywiści LGBT wbrew nauce usiłują przekonać nasze dzieci, że płeć nie jest faktem biologicznym, ale płynnym konstruktem, który można w dowolnej chwili zmieniać. Każde zmanipulowane w ten sposób dziecko może wejść na drogę do bezpowrotnego okaleczenia, które uniemożliwi mu założenie rodziny. Nie możemy do tego dopuścić. Wierzę, że z pomocą ludzi takich jak Pan doprowadzimy do przyjęcia w Polsce ustawy zakazującej tranzycyjnego okaleczania dzieci. Działalność Instytutu Ordo Iuris możliwa jest szczególnie dzięki hojności Darczyńców, którzy rozumieją, że nasze zaangażowanie wymaga regularnego wsparcia.Ustaw stałe zlecenie i dołącz do naszej misji. Dołączam do Kręgu Przyjaciół Ordo Iuris
Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris ul. Zielna 39, 00-108 Warszawa+48 793 569 815 www.ordoiuris.pl
Podstawowym zajęciem pracowników spółdzielni robót wysokościowych „ Okienko” było knucie. Przede wszystkim knucie przeciwko systemowi komunistycznemu, który w naszym kraju był raczej systemem realnego socjalizmu niż komunizmem sensu stricte.
Knucie sprowadzało się najczęściej do akcji małego sabotażu – jeżeli można to tak nazwać nie uwłaczając harcerzom opisywanym w powieści „Kamienie na szaniec”. Przede wszystkim do dobrego tonu należało nie płacenie za bilety. W pociągach, w tramwajach, a nawet w kinach. Chłopcy prześcigali się w opowieściach jak to nabierali znienawidzonych kontrolerów potocznie nazywanych kanarami. Przy ich gigantycznych zarobkach kupienie biletu na pewno nie było problemem. Ganianie się z kontrolerem po wagonach było jednak świetną zabawą i powodowało skok adrenaliny..
Jakby mało im było emocji związanych z pracą na linie. Ich stosunek do wykonywanych prac też można było czasem nazwać sabotażem. Słynna w ich środowisku była opowieść o tym jak kolega zamiast umieścić metalową obejmę na walącym się kominie fabrycznym tę obejmę precyzyjnie namalował. Wiedział, że naczelny inżynier, który miał odebrać jego pracę, cierpi na lęk przestrzeni i za chińskiego boga nie wejdzie na komin. Byłoby to bardzo zabawne gdyby nie pewien drobny szczegół. Nie wiadomo – do dziś dnia zresztą – kiedy komin się zawali i kogo zabije.
Mały sabotaż czyli czerpanie drobnych korzyści i wielkiej satysfakcji z sabotowania obowiązujących przepisów był w tych czasach podstawowym przejawem tak zwanej „mentalności porozbiorowej” zakorzenionej w polskim społeczeństwie i podstawowym modus operandi buntowników przeciwko systemowi. Małym sabotażem było w ich oczach również kradzenie papieru toaletowego w publicznych szaletach, dopisywanie kilometrówek do sprawozdań z delegacji czy załatwianie za pomocą łapówki szpitala.
Czy możliwe jest wyleczenie się z tego? I czy należy się z tego leczyć kiedy państwo ponownie stało się opresyjne?
C D N
Zbieżność nazwisk i sytuacji jest przypadkowa. W kolejnych odcinkach mojej opowieści poznają państwo losy innych osób pracujących w spółdzielni „Okienko”
O najnowszym filmie Gietrzwałd 1877. Wojna światów rozmawiamy z jego reżyserem, Grzegorzem Braunem, posłem do Parlamentu Europejskiego i prezesem Konfederacji Korony Polskiej.
Rozmawiamy w wyjątkowym okresie, w okresie pokazów odbywających się w całym kraju Pańskiego najnowszego filmu „Gietrzwałd 1877. Wojna światów”. To film, który zapoczątkowały pańskie refleksje historyczne zamieszczone w książce Gietrzwałd 1877.
– Książeczce.
Skromnie mówi Pan – książeczce.
– To jest sprzed sześciu już lat, plon wstępnej kwerendy. Status tego tekstu to gawęda historyczno-literacka, chociaż z bibliografią, bo tutaj już jest. Chciałem wyliczyć czytelnikowi jakąś literaturę przedmiotu, żeby nikt nie myślał, że ja to z palca sobie wysysam. Sześć lat temu podjęliśmy decyzję wspólnie z Włodzimierzem Skalikiem, dziś posłem. Wtedy obydwaj byliśmy cywilami, a tymczasem nabawiliśmy się różnych innych zobowiązań, ale podjęliśmy decyzję o realizacji filmu. Ten film udało się wreszcie skończyć i polecam go Państwa uwadze.
Skoro Pan redaktor o tym wspomina, to spieszę tutaj z reklamą. Strona internetowa gietrzwald1877.pl, zakładka pokazy. Te pokazy nie są biletowane, są nieodpłatne, organizowane już w kilkudziesięciu miastach w kraju. Także jakieś zagraniczne są wstępnie poumawiane, ale Państwo zajrzyjcie na tę stronę, żeby zarezerwować miejsce, na którymś z tych pokazów, jeśli miejsca są jeszcze dostępne, bo wprawdzie nie biletujemy, ale chcemy panować nad sytuacją tak, żeby właśnie tych miejsc starczyło.
Umawialiśmy się, że będzie mnie Pan redaktor powstrzymywał, żebym za dużo tutaj nie zdradzał, nie uchylał rąbka tajemnicy, ale to nie będzie spoiler jakiś poważny, że to jest film o wojnie niedoszłej, o niedoszłym powstaniu w Polsce, które miało być zapalnikiem detonującym eksplozję. Miało to kolejne powstanie w Polsce uruchamiać sekwencję zdarzeń, reakcję domina, która prowadziłaby do eskalacji wojennej. Polecam wszystkim Polakom ciekawym własnej historii, no a któryż polski patriota, a któryż polski państwowiec nie jest ciekawy historii. Większości z nas zdaje się, że jesteśmy w tej historii dobrze oblatani. Tak i mnie się zdawało, zanim sześć lat temu nie zabrałem się za ten rok 1877.
Skąd to zainteresowanie?
– Konkretna rozmowa. Owszem, wcześniej już jakieś były przymiarki, intuicje, ale rozmowa z księdzem profesorem Krzysztofem Bielawnym, który jest specjalistą, można powiedzieć głównym gietrzwałdologiem w polskiej historiografii. Z wykształcenia jako duchowny jest biegłym teologiem, ale jest też historykiem, autorem książek i opracowań historycznych, które – uwaga – dotyczą fenomenu Gietrzwałdu i jego reperkusji socjologicznych, demograficznych. Rozmowa z księdzem profesorem naprowadziła mnie na wątki, o których wcześniej wiedziałem, jak właśnie o tej sprawie rządu narodowego w Wiedniu, angielskich pieniędzy, które już zostały zapłacone. Ja o tym wiedziałem, ale nie kojarzyłem tego i nie synchronizowałem w mojej głowie wszystkiego pod tą jedną datą.
To wojna, a właściwie eskalacja wojenna, bo w roku 1877 wojna się już toczy, ale toczy się za górami, za lasami, w Bułgarii. Moskale wojują z Turkami i w polskiej świadomości historycznej tej wojny nie ma. Wraca z tej wojny Stach Wokulski w pierwszym rozdziale Lalki i tyle o tym wiemy. A to postać fikcyjna, zaś wojna jest daleko. Zaryzykuję tezę, że mało kto, jeśli w ogóle ktokolwiek, wiązał losy tej wojny ze sprawą polską. Mało kto, jeśli ktokolwiek, dopatrywał się w tej wojnie zdarzeń potencjalnie przełomowych dla sprawy polskiej w drugiej połowie XIX wieku. Ten rok 1877 to generalnie taka biała plama, czarna dziura. Tam się nic nie dzieje. Dla historyków to jest nudne. Jakiś tam rozwój przemysłu, zagłębie łódzkie. O tym się opowiada, ale nic innego się nie dzieje, bo dla Polaków dzieje się tylko wtedy, kiedy jest powstanie, kiedy jest wojna.
Więc moja teza jest taka, że ta wojna bardzo szybko mogła sięgnąć także i ziem Królestwa Polskiego, ziem wszystkich trzech zaborów. W moim filmie opowiadam także o różnych rzeczach, których się dowiedziałem w trakcie pracy. Kontynuowałem kwerendę, dorywczo, rzecz jasna, w miarę możliwości ograniczonych przez obowiązki poselskie. Włodzimierz Skalik przeprowadził tymczasem imponującą operację. Doprowadził do skonstruowania budżetu tego filmu. Budżet filmu był niebagatelny, bo jeździliśmy na zdjęcia do różnych obcych krajów, także i na drugą stronę globusa, gdzie są pewne wątki tej historii. Była Gwatemala, Ameryka Środkowa. Jeździliśmy do Rosji, Bułgarii, Turcji i na zachód – do Berlina, Paryża.
Niektóre zdjęcia skomplikował nam reżim pandemiczny, lockdowny, blokady, utrudnienia w komunikacji, więc się przeciągnęły. Ale dzięki temu, że się przeciągnęły, ja zdążyłem się więcej dowiedzieć i więcej znaleźć pewnych klocków, puzzli tej układanki, a Włodzimierz Skalik, producent tego filmu, dokonał rzeczy, którą się chlubimy. Jesteśmy dumni z tego bardzo, że ten film powstał z funduszy zgromadzonych w trybie zbiórki publicznej, czyli z wdowiego grosza. Nie ufundowało go żadne ministerstwo, żaden komitet kinematografii i z tego jesteśmy bardzo dumni, że zapłacił ten, kto chciał. Żaden sponsor strategiczny. Bardzo żałujemy. Owszem, nasi rodacy przyczynili się do tego i my niektórym z nich jesteśmy w stanie podziękować imiennie, a tutaj tak w ogólności pięknie się kłaniam i dziękuję za umożliwienie tej pracy tysiącom rodaków, którzy zechcieli do tego budżetu się dołożyć. To jest dla mnie taki punkt honoru i mój wspólnie z Włodzimierzem Skalikiem. Nie skasowaliśmy Was pod przymusem, prawda? Nikt, kto nie chciał, nie musiał, a teraz zobaczyć każdy może i zapraszam na stronę gietrzwald1877.pl zakładka pokazy.
Ja już miałem wyjątkową okazję uczestniczyć w pokazie dla mediów i nie będę dzielił się swoimi wrażeniami w jakiś drobiazgowy sposób. Zapraszam na portal myślpolska.info. Tam jest skrótowa, ale jednak recenzja.
– Tak, nie przekraczając tej granicy, ale ja jestem bardzo dumny, że Szanowna Redakcja dostrzega w moim filmie zainteresowanie geopolityką, geostrategią, która myślę, że jest niedoceniana przez historyków polskich, historyków polskiej wojskowości, polskiej irredenty i działań powstańczych. My tego nie widzimy powszechnie, a myślę, że przez spojrzenie na rok 1877, czyli właśnie ten geopolityczny kontekst objawień gietrzwałdzkich zaczynamy widzieć Polskę w kontekście losu narodu polskiego, w kontekście wielkiej gry mocarstw. Mam nadzieję, że i Panu się udzieliło wrażenie aktualności tych spraw.
Nawet aż za mocno momentami. Przyznam szczerze, że przerażająca jest ta aktualność. Czy moglibyśmy przybliżyć nieco tajemniczą dla wielu postać Munro-Butlera-Johnstone’a, brytyjskiego emisariusza?
– No właśnie, to taki jest diabeł z pudełka, który wyskakuje, kiedy bierzemy pod lupę rok 1877. To jest postać, która wychodzi z cienia historii. To jest człowiek, który na pewno jest lojalnym poddanym brytyjskim i właśnie dlatego prowadzi po prostu działania operacyjne. Prowadzi działania operacyjne, które zmierzają do zorganizowania dywersji na tyłach, która jest Brytyjczykom, Londynowi, także innym stolicom, nie tylko na rękę, ale jest pilnie potrzebna właśnie w roku 1877, ponieważ marsz Moskali, forsowanie Dunaju i przejście przez przełęcze bałkańskie zapala przede wszystkim w Londynie, a także i w innych stolicach wszystkie lampki, ponieważ z ich punktu widzenia to jest marsz na cieśniny tureckie, na Konstantynopol, co jak wykazuje kwerenda historyczna, było myślą bynajmniej nie obcą sztabowcom i przywódcom rosyjskim tamtej doby.
Przypominam, że to jest epoka Aleksandra II, ostatnie lata jego życia. To też jest bardzo ciekawe, że wielu bohaterów tej historii dożywa końca swoich dni. Aleksander II straci życie notabene w zamachu. Wilhelm I, cesarz Niemiec – to już jego ostatnie lata i ostatnia wojna, którą być może chciałby stoczyć. Jedynie królowa Wiktoria dożyje XX. Stulecia.
Wielka gra to na pewno czytelnikom „Myśli Polskiej” termin nieobcy, ale przypomnijmy, że to jest termin nie publicystyczny, lecz fachowy z historiografii rosyjskiej i brytyjskiej, czy szerzej anglosaskiej. Moskale, Amerykanie, Brytyjczycy mają świadomość tego, że to jest główna siatka napięć i to jest główny kontekst wydarzeń, które zachodzą na scenie globalnej od XVIII wieku.
Wielka gra dotyczy Indii, Dalekiego Wschodu. Toczy się też o Chiny w pewnym momencie.
Dzisiaj Chiny się wyemancypowały, ale wielka gra trwa. To jest gra o drogę do Oceanu Indyjskiego. Czy to pierwsi Kozacy jako pierwsi napoją konie w wodach oceanu? Czy też pierwsi Brytyjczycy przez Afganistan wejdą do Azji Środkowej i tam się umocują na tyle, żeby przeciąć Jedwabny Szlak?
Wyjście amii rosyjskiej na Bałkany to jest kolejne ich podejście do cieśnin tureckich. Pamiętajmy, że poprzednia taka próba, która mogła się zakończyć wejściem do Konstantynopola już miała miejsce, ale uwarunkowania polityczne zatrzymały tę wojnę w przededniu naszej rewolucji, naszej prowokacji listopadowej.
Było to w roku 1829 i dlatego dowódca znany Polakom, którzy się tamtą epoką interesują, generał Dybicz miał tytuł Zabałkańskiego. To w związku z tym, że odznaczył się na tamtej wojnie. Rosjanie podchodzą, od czasów Katarzyny pod cieśniny tureckie. To im się nie udaje, ale jest to właśnie mapa wielkiej gry.
Szanowni Państwo, proszę, żebyście sprawdzili, sięgając po książeczkę i oglądając film, że nie jest to jakaś moja słabość na umyśle, że ja patrzę na te sprawy i widzę w ich centrum Gietrzwałd. Widzę w centrum to małe nawet nie miasteczko, lecz wieś, wtedy wioseczkę, nikomu nie znaną. Na Warmii, ostatnim, jedynym kawałku Prus Wschodnich, którego rewolucja protestancka nie ogarnęła w XVI wieku i tam w Dietrichswalde, dziś w Gietrzwałdzie, latem 1877 roku zachodzą tajemnicze, niemożliwe do wytłumaczenia w kategoriach fizykalnych zdarzenia, co też jest ściśle, szeroko i głęboko udokumentowane.
To jest fenomen objawień Najświętszej Marii Panny w Gietrzwałdzie, że one są udokumentowane. Komisje – biskupia, teologiczna, lekarska z zaangażowaniem medyka- protestanta, o co zadbał sam biskup, po to, by właśnie mucha nie siadała, żeby nikt zbyt łatwo nie sądził, że to są jakieś katolickie, jak mówili, katolickie szwindle. Pomijając ten tajemniczy fenomen, o którym ja w moim filmie i w książeczce stosunkowo najmniej opowiadam, bo to ma swoją literaturę przedmiotu i można po nią sięgnąć, no wywiązuje się z tego pewien fenomen socjologiczny. Analogia, która mi się nasuwa: to jest taka pierwsza polska solidarność, czyli pospolite-niepospolite ruszenie Polaków z ziem wszystkich zaborów. Polacy się wtedy, w Gietrzwałdzie w roku 1877 po raz pierwszy zobaczyli w takiej liczbie, w takiej masie.
Przybywali ze wszystkich zaborów.
– Z wszystkich, a nawet i z drugiej strony – z emigracji. Zobaczyli się, policzyli się i jest doprawdy fenomenalne, że te zdarzenia, ten kaliber w liczbach, jest tak powszechnie ignorowany przez polską historiografię. Polska historiografia nie dostrzega Gietrzwałdu jako punktu zwrotnego w polskich dziejach. Ja się w pełni zgadzam z diagnozą, którą postawił właśnie ksiądz profesor Krzysztof Bielawny, nadając tytuł w swojej książce, która tych spraw dotyczy. Jej tytuł brzmi Niepodległość wyszła z Gietrzwałdu. Nie ma naprawdę mowy o odzyskaniu niepodległości bez tego wydarzenia. Ale niech to Państwa nie zniechęci, nie zirytuje, niech to Państwa raczej zaciekawi. Ja się założę z każdym z Czytelników, że nawet ci w historii oblatani, oczytani znajdą w moim filmie informacje, fakty, na które wcześniej nie natrafili. I to już samo powinno być zachętą.
Możemy sobie pomyśleć, że objawienia i geopolityka to dwie różne sfery. Był taki podział wprowadzony przez Bolesława Piaseckiego, który mówił on o myśleniu spiritualistycznym i materialistycznym. Mamy tutaj do czynienia z czymś jeszcze innym: z sakralnym, ale jednocześnie realistycznym spojrzeniem na procesy, które wówczas się działy w Europie. Z tego filmu wynika też pewne przesłanie oparte według mnie na realizmie politycznym. Wracam znów do powstań. Ten film jest ostrzeżeniem przed powstańczą mentalnością polską.
– Tak. Ten film po prostu dokumentuje sprawę kolejnego niedoszłego powstania jako obcej prowokacji. A skoro w roku 1877 widzimy to tak wyraźnie, bo wiemy nawet, kto komu i jakie pieniądze już zapłacił, zlecając podpalenie ziem polskich na użytek dywersji na tyłach w wielkiej grze imperiów, to nie lekceważmy tego i przyjrzyjmy się bliżej także tym insurekcjom, które skutecznie zostały rozpętane. Zobaczmy poprzedników Munro-Butlera- Johnstone’a. Wprawdzie mijają pokolenia, zmieniają się realia, także pola bitwy, ale nie zmieniają się mechanizmy, nie kierunki geostrategiczne i sieć napięć, w której się sytuujemy.
Film Gietrzwałd 1877. Wojna światów jest prawdziwym filmem wojennym. Jest tam mowa o mistyce, ale także i o technice i taktyce nowoczesnego pola walki. I jest wątek dość rewelacyjny: amerykańskie dostawy broni na teatr bałkański w roku 1870.
Analogia tego, co się dzieje współcześnie. Co dostarczali już wtedy Amerykanie?
– W moim pokoleniu było takie kultowe, bo rzadko otwierane okienko na jakiś inny świat – westerny. Wszyscy pamiętamy na przykład film z Jamesem Stewartem „Winchester’73”. To właśnie takie karabiny w liczbie, jeśli dobrze pamiętam, 50 tysięcy obstalowali Turcy i z tego obstalunku producent amerykański wywiązał się w większości. Wydaje się, że ponad 30 tysięcy tych Winchesterów trafiło na ten teatr wojenny i to zaważyło na losach wojny. Sprzedaż takich jeszcze nie automatycznych, ale szybko powtarzalnych, czy gwarantujących szybkie przeładowanie karabinów, istotnie zwiększyła możliwości Turków zablokowania Rosjan na Bałkanach. Może ktoś to uzna za przeszacowane, ale ja uważam, że tych ponad 30 tys. karabinów Winchester to tak jakby dzisiaj tuzin F-16 sprzedać walczącej stronie. Pojawiły się tam też takie prototypowe karabiny, w uproszczeniu – maszynowe, ale fachowcy poprawią, że to się tak naprawdę nazywa kartaczownica systemu Gatling. Pamiętany też z westernów karabin na korbkę.
Świat roku 1877 fascynujący jest w swojej nowoczesności. Mamy tam już i telegraf, jeszcze nie bez drutu, ale gwarantujący szybki przepływ informacji, notabene także już i po kablu transatlantyckim. Mamy, o czym w filmie akurat nie wspominam, ale to jest istotne dla pejzażu tamtych czasów, zwiad z wykorzystaniem broni powietrznej, balony. Na Morzu Czarnym testowane są w tamtym roku torpedy. Co jeszcze? Masowy druk, a więc wojna propagandowa, już wtedy rozkręcana na całego. Świat bardzo nowoczesny. W roku 1877, chyba już pod jesień, a więc po tym, jak cała ta sytuacja została rozładowana, została położona linia telefoniczna z Berlina do Warcina, do majątku Bismarcka, w którym on kawał roku zawsze spędzał. To jest świat bardzo współczesny.
Zmieniają się pewne realia, ale im bliżej Państwo temu się przyjrzycie, tym bardziej, mam nadzieję, udzieli się wam właśnie to wrażenie aktualności, współczesności tych spraw. Ja, kiedy już po pięćdziesiątce zacząłem się zapoznawać z tą intrygą i kiedy ta biała plama zaczęła się w mojej świadomości historycznej wypełniać jakimiś faktami doszedłem do wniosku, że ta układanka, choć do końca nieułożona, zaczyna już jakoś wyglądać. Zebrało się tego tyle, że właśnie nadszedł moment, że trzeba się tym było podzielić. Dzisiaj nie mogę się nadziwić temu, że wcześniej nie widziałem tego słonia w menażerii. Zachęcam do kontynuowania kwerendy historycznej, prasowej, chociażby na poziomie białego wywiadu.
To, co jest dostępne w literaturze, to czasem rozsiane przyczynki, takie jak te Winchestery. Nie ma ich w książkach o historii pisanych przez utytułowanych dziejopisów, ale są gdzieś w literaturze specjalistycznej, dotyczącej typu broni i uzbrojenia. Jest wiele innych szczegółów. Nie ma ich w głównym nurcie, w kanonie, nie ma ich w syntezach dotyczących dziejów politycznych tamtej doby, ale znajdują się rozsiane gdzieś głównie w literaturze anglosaskiej i rosyjskiej. Realność konfliktu światowego na miarę tamtych czasów, konfliktu globalnego, I wojny światowej 40 lat wcześniej, dla Anglosasów i Moskali była oczywista.
Zastanawiam się, czy to nie jest na tyle aktualne, że możemy chyba mówić o pierwszym zobrazowaniu tego, co później prekursorzy geopolityki określali mianem starcia Imperium Lądu z Imperium Morza. A co mogłoby być takim Gietrzwałdem roku 2024?
– Nie wymyślajmy prochu, odróbmy tę lekcję, która jest i w trakcie odrabiania może coś nam się nasunie, może nam się otworzy jeszcze jakaś ścieżka myślenia, postępowania.
Szanowni Państwo, zobaczmy się w Gietrzwałdzie najdalej w roku 2027. Dlaczego? To będzie 150. rocznica, jedyna taka za naszego życia. W rocznicę okrągłą na stulecie objawień, w roku 1977., biskup warmiński Drzazga ogłosił specjalny dekret dotyczący tych objawień. Jako jedyne mają one taki status kanonicznie potwierdzony. Jedyne na ziemiach polskich. Dlaczego te, a nie inne? Właśnie dlatego, że dokumentacja jest zachowana. Mieliśmy do niej dostęp dzięki uprzejmości gospodarzy kurii warmińskiej w archiwum tamtejszym. To też jest notabene nieopublikowane do tej pory in extenso. Są pewne omówienia, są pewne cytaty, ale dokumentacja – to wszystko czeka na historyków, czeka na badaczy.
Spotkajmy się najdalej w 2027 roku w Gietrzwałdzie, ponieważ – jeżeli możemy uniknąć pułapki geostrategicznej, w którą jesteśmy po raz kolejny wpychani – to nie ma innej drogi, jak tylko przemyśleć to, na co mamy wpływ. Nie mamy wpływu na wielką grę imperiów. Nie mamy egzekutywy, możliwości zarządzania, nie mamy gorącej linii ani na Kreml, ani do Białego Domu, ani do Pekinu.
Ale możemy samych siebie przemyśleć, ogarnąć Możemy przyjrzeć się temu, czy przypadkiem nie za łatwo występujemy, czasem nawet z entuzjazmem, w charakterze pionka w tej wielkiej grze, jak jakieś karty, blotki do łatwego zrzucenia w rozgrywce prawdziwych imperialistów. Troszkę za łatwo to szło w poprzednich stuleciach, więc przeróbmy lekcję Gietrzwałdu.
Zobaczmy to na własne oczy, jak byliśmy widziani z tamtej perspektywy. Jak patrzy na Polskę Londyn, dziś Waszyngton; jak patrzy na Polskę Berlin, Moskwa, wtedy Petersburg, jak nas widzą? Widzą nas jak teatr wojny. W naszym żywotnym interesie jest to, żeby ta wojna tutaj, na tym teatrze nie rozgorzała. W związku z tym, jeśli udało się uniknąć odegrania roli podpałki wojny i rewolucji, wtedy – w roku 1877, może uda się dzisiaj. Mówię o rewolucji, bo to są przecież też te czasy, w których już parę lat wcześniej taką diagnozę postawili Marx z Engelsem. Mówili mianowicie: „na Polaków zawsze możemy liczyć”. Jako na rozsadników owej rewolucji. Jako podpałkę. Oni świetnie wiedzieli, że żeby rewolucja zwyciężyła, najpierw potrzebna jest wojna światowa. Polacy są wymarzeni, pierwsi do popełnienia harakiri, pierwsi do skakania do pustego basenu na główkę za płonną obietnicę, że zanim dolecimy na dół, to ktoś doleje wody.
To się niestety chyba nie zmienia, chociaż na pierwszy ogień poszli Ukraińcy, którzy pełnią dziś rolę ówczesnych Polaków.
– Mówiłem o tym publicznie, więc mam to w papierach, a może w akcie oskarżenia. Mówiłem dziesięć lat temu: Polacy będą daniem głównym. Ukraina jest na pierwsze danie. W najczarniejszych snach nie wyśniłem tego i nie przyszłoby mi to do głowy, że w tak szybkim tempie zaczną Ukraińcy. Odgrywają oni rolę mięsa armatniego. Setki tysięcy ludzi poszło do ziemi. Ich elita została zaproszona do grona konsumentów – już nie konsumowanych, lecz konsumentów. Elita, reżim aktualny kijowski, została niewątpliwie właśnie przez swoich promotorów, swoich kuratorów prowadzących wielką grę imperiów zaproszona co najmniej do podstolika. Kogo będą przy tym podstoliku jedli? To chyba wynika jasno z tonu i tenoru wypowiedzi liderów upadłego państwa ukraińskiego, że jak nisko by nie upadli, jak wielkiej katastrofy by nie sprowadzili na swoich obywateli, to im nie przeszkadza patrzeć z góry i traktować per noga Warszawę i warszawskich mężyków stanu, którzy z kolei ciągle jeszcze chyba nie są w stanie zrozumieć, że polityka zagraniczna ograniczona do klientelizmu i polityka, której głównym i jedynym momentami celem jest aspirowanie do roli najbardziej lojalnego agenta amerykańskiego na kontynencie europejskim – nawet ta polityka nie zostanie nagrodzona okruchami z pańskiego stołu, ponieważ jakiekolwiek okruchy tu by nie spadły, to i tak skrzętnie zostaną zamiecione na ukraińską stronę.
I tu lekcja Gietrzwałdu naprawdę jest na czasie. Kiedy sześć lat temu ruszaliśmy z tematem, Włodzimierz Skalik i ja nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak, jak bardzo nam się ten temat zaktualizuje. Gdybyśmy ten film skończyli jak Pan Bóg przykazał – szybko, w ciągu roku-dwóch, to być może nie potrącałby on tak mocno nerwu współczesności właśnie, tych napięć geostrategicznych, które dzisiaj nam się dają we znaki.
Rozmawiał Mateusz Piskorski
Całość rozmowy dostępna na kanale YT Wbrew Cenzurze.
Według wybitnego lekarza Marka Bishofsky’ego miliony pacjentów hospitalizowanych z powodu COVID-19 zostało celowo zamordowanych na polecenie rządu poprzez podłączenie ich do respiratorów, przy jednoczesnym odmówieniu podawania ratujących życie leków, takich jak iwermektyna, hydroksychlorochina i witamina D.
Bishofsky to światowej sławy terapeuta oddechowy , który zajmuje się leczeniem i kontrolowaniem schorzeń płuc.
Jak podaje Defender : W niedawnym odcinku programu „ Good Morning CHD ” Bishofsky powiedział, że był świadkiem decyzji personelu szpitalnego o przedwczesnej intubacji wielu pacjentów z COVID-19.
Powiedział:
„Wiele, wiele tysięcy pacjentów zmarło z powodu pośpiechu w kwestii wczesnej intubacji i braku możliwości wczesnego leczenia lekami takimi jak iwermektyna i hydroksychlorochina , a nawet witaminą D — nie podawano tym pacjentom nawet witaminy D. Chcieli ich po prostu zaintubować i podawać im remdesivir ”.
Według Bishofsky’ego, pacjentów intubowano „nawet wtedy, gdy potrzebowali zaledwie trzech litrów tlenu”. Dodał, że w swojej 25-letniej praktyce nigdy wcześniej czegoś takiego nie widział.
„To tak mało tlenu, że gdyby pacjentowi odłączono go od respiratora, wszystko byłoby w porządku” – powiedział. „Ale był pośpiech, żeby intubować tych pacjentów”.
„Intubacja powinna być ostatecznością”
Bishofsky próbował przekonać lekarzy, że „to nie jest właściwa rzecz do zrobienia”. Wyjaśnił:
„Kiedy zaczynałem karierę w 1999 r., pojechałem na… ogromne sympozjum, na którym mówiono o ryzyku intubacji – ryzyku związanym z korzystaniem z respiratora – i już wtedy wiadomo było, że intubacja powinna być ostatecznością.
„W tym czasie zgłaszali 25% wzrost śmiertelności pacjentów, którzy byli intubowani i podłączani do respiratora. A teraz wiemy, że podczas COVID-19 zmarło ponad 80–85% osób podłączonych do respiratorów”.
Respiratory to „jedne z najważniejszych narzędzi ratujących życie, jakie mamy” – powiedział Bishofsky, ale są też „niezwykle niebezpieczne”, ponieważ zazwyczaj wywołują bakteryjne zapalenie płuc .
Lekarze powiedzieli Bishofsky’emu, że to po prostu protokół szpitala . „Tak naprawdę nie mieli wyjaśnienia. … Powtarzali główne punkty rozmów w mediach”.
Bishofsky, który ostatecznie zrezygnował ze stanowiska, gdy ogłoszono obowiązek szczepień przeciwko COVID-19, powiedział, że na początku próbował przekonać lekarzy, aby podawali mu hydroksychlorochinę.
W pierwszym tygodniu pandemii lekarze w szpitalu Bishofsky’ego stosowali hydroksychlorochinę. „Mieliśmy niezwykle dobre wyniki” – powiedział. Ale potem w The Lancet ukazało się „absolutnie fałszywe” badanie na temat hydroksychlorochiny. „Lekarze by to zacytowali”.
Pod koniec swojej kadencji w szpitalu Bishofsky powiedział dyrektorowi medycznemu: „Wiesz, cała ta wczesna intubacja była kompletnie okropna”. Dyrektor medyczny przyznał, że była okropna, ale powiedział: „Robiliśmy, co mogliśmy”.
Zdaniem Bishofsky’ego wielu członków personelu medycznego znajdowało się pod zewnętrzną „kontrolą umysłu” i nie było w pełni świadomych szkód, jakie wyrządzało.
„Myślę, że wielu pracowników służby zdrowia ma złą sławę” – powiedział. „Większość, jeśli nie wszystkie, pielęgniarki, z którymi pracowałem, chciały pomóc i myślę, że robiły, co mogły”.
„Ale znowu, pod kontrolą umysłu — większość z nich poddała się zastrzykowi — nie posłuchali”.
„Trzymałem za ręce zbyt wielu pacjentów, gdy brali ostatni oddech”
„Ci pacjenci chcieli zobaczyć rodzinę bardziej niż cokolwiek innego” – powiedział. „Być może byli tam dwa lub trzy tygodnie. Boją się. Są chorzy. Chcą po prostu zobaczyć kogoś, kogo kochają”.
Przez pewien czas szpital pozwalał pacjentom z COVID-19 na odwiedziny członka rodziny tylko wtedy, gdy pacjent wyraził zgodę na objęcie go „opieką domową”.
„Kiedy już zostaniesz objęty opieką paliatywną” – powiedział – „środki ratujące życie są powoli wycofywane, a pacjent umiera w ciągu kilku minut lub godzin – a ci pacjenci poddawali się temu… wielu z tych pacjentów, których znam, przeżyłoby, ale tak bardzo chcieli zobaczyć członka rodziny, że byli gotowi poddać się eutanazji”.
W innych przypadkach pacjenci z COVID-19 umierali w samotności, bez obecności rodziny przy łóżku. „Trzymałem za ręce zbyt wielu pacjentów, gdy oddawali ostatni oddech, ponieważ rodzinie nie pozwolono być przy nich” – powiedział Bishofsky
mail:
Ordynator:
To prawda, najpierw „ na maskę” dawali przepływ 18-20 litrów tlenu na minute, po 3 dniach pacjent miał spalone gardło, oskrzela i płuca i darł się wniebogłosy, wyrywał kroplówki, klął, bił się z personel i wtedy „rozpoznawano„ covidowe zapalenie płuc” i zakładano respirator gdzie szło jeszcze więcej tlenu na minute i zgon była po 2-3 dobach
Po „Zielonym Ładzie” Bruksela chce „Niebieskiego Ładu”. Grzegorz Braun alarmuje: kolejny kij, bicz, kaganiec, który chcą nam założyć
(fot. PAP/Radek Pietruszka)
– Błękitny Ład to jest polityka kontroli zużycia wody, służąca kontroli naszego życia. Chodzi o kolejny kij, bicz, smycz, kaganiec, który można nam założyć. No bo jeżeli urzędnik ma wiedzieć, kto tam i jak długo się pluska w wodzie, to znaczy, że w perspektywie urzędnik będzie się zgadzał lub nie zgadzał na to, żebyśmy brali, dajmy na to, trzecią kąpiel w miesiącu– mówił w piątek podczas specjalnej konferencji prasowej w Sejmie europoseł Grzegorz Braun.
Podczas Konferencji Marta Czech z Konfederacji Korony Polskiej wyjaśniła szczegóły nowego zamordystycznego pomysłu Unii Europejskiej. Chodzi o Europejski Niebieski Ład, tzw. Blue Deal. – Najogólniej rzecz ujmując jest to swego rodzaju odpowiednik tak zwanego Europejskiego Zielonego Ładu. Niebieski został zatwierdzony, a w zasadzie jego założenia zostały zatwierdzone przez Komisję Europejską 26 października ubiegłego roku. Dla przypomnienia dodam, że zatwierdzenie założeń Europejskiego Zielonego Ładu to jest 2019 rok. I czym one się od siebie różnią? Otóż w Zielonym Ładzie chodzi o kontrolę emisji dwutlenku węgla poprzez ustalanie odgórnych jego limitów wydzielania, a także mierzenie tak zwanego śladu węglowego. W Europejskim Niebieskim Ładzie chodzi o kontrolę zużycia wody i mierzenie tak zwanego, uwaga, śladu wodnego– tłumaczyła.
Czech przytoczyła hasła jakie towarzyszą nowej inicjatywie UE. Są to m. in.: „walka z ubóstwem wodnym”, „zrównoważony rozwój infrastruktury wodnej”, „oszczędzanie wody w kontekście kryzysu klimatycznego, suszy, globalnego ocieplenia” itd.
–A jakie wytyczne zawiera Europejski Niebieski Ład? To są m.in. „monitorowanie dostępu do wody”, „wprowadzanie etykiety zużycia wody na rynki”, „audyty wodne” i „powierzenie odpowiedzialności za kwestię wody specjalnemu komisarzowi unijnemu” – dodała.
Według przedstawicielki stronnictwa Grzegorza Brauna Europejski Niebieski Ład będzie dotyczył nas wszystkich, „bo każdy z nas korzysta z wody, ale przede wszystkim dotknie to przedsiębiorców, przemysł i rolnictwo”. – Jakie będą konsekwencje wprowadzenia w życie tych nieszczęsnych założeń? To oczywiście wyższe ceny wody; reglamentacja wody; większa, bardziej rozbudowana biurokracja, która będzie się wiązała m.in. z raportowaniem na razie dla przedsiębiorców o tzw. śladzie wodnym, o którym już wspomniałam. I tutaj rozróżniamy według tego, co nam podaje Unia Europejska w swoich założeniach, trzy rodzaje śladu wodnego, zielony, niebieski i szary– zaznaczyła, po czym podkreśliła, że „zielony ślad wodny” jest to informacja wysyłana do urzędu, ile wody pochodzącej z opadów zużywamy.
„Niebieski ślad wodny” to informacja wysłana urzędnikom o tym, ile wody podziemnej i wody powierzchniowej zużywamy. Z kolei „szary ślad wodny” to informacja wysyłana do urzędu, ile wody odprowadzamy do ścieków w wyniku naszej działalności, produkcji etc.
Następnie głos zabrał europoseł Grzegorz Braun. – Kiedy euro-kołchoz sięga po władzę nad naszym życiem w kolejnych obszarach, ci wszyscy, którzy łudzili się, że ten handel emisjami wprawdzie niszczący nasz przemysł, nie dotknie naszego domowego życia, nie wkroczy w nasze domowe pielesze. I oto, Szanowni Państwo, już nie tylko wielcy fabrykanci, ale także prywatni posiadacze domowego kominka mają legitymować się i rozliczać wielkiemu bratu z tego, ile tam drewek do ognia dołożyli – rozpoczął polityk.
– Przez analogię ten błękitny ład, to jest rzeczywiście polityka kontroli zużycia wody, służąca kontroli naszego życia. Chodzi o kolejny kij, bicz, smycz, kaganiec, który można nam założyć. No bo jeżeli urzędnik ma wiedzieć, kto tam i jak długo się pluska w wodzie, to znaczy, że w perspektywie urzędnik będzie się zgadzał lub nie zgadzał na to, żebyśmy brali, dajmy na to, trzecią kąpiel w miesiącu – mówił dalej Braun.
Europoseł zażartował, że cały program Blue Deal najlepiej proroczo streścił Jan Brzechwa w wierszyku o żabie, która przyszła do doktora i usłyszała zalecenie, że ma być sucha i unikać jakiejkolwiek wody. – No i wiadomo, że puenta tego wierszyka jest taka, że po troszku została z niej kubka proszku. My nie chcemy się w proch obracać inaczej niż w trybie przewidzianym przez Boga Stwórcę. Nie chcemy, żeby w proch, w pył starte zostały nasze dokonania, nasze tradycje, nasze osiągnięcia także w wymiarze materialnym. I dlatego do diabła, tam skąd przyszli, odsyłamy wszystkich autorów zielonego, niebieskiego dealu – podsumował europoseł Konfederacji.