Jak prawosławne chrześcijaństwo postrzega zwierzęta? CZĘŚĆ 4

CZĘŚĆ 4

Królestwo całego stworzenia

Czy w Królestwie Bożym jest miejsce dla zwierząt?

Stworzenie i wieczność

Czy w niebie będą zwierzęta?

Opracował Andrzej Juliusz Sarwa


=======================================================

Kościół prawosławny

Jedność całego stworzenia w Bogu


Kościół prawosławny podkreśla, że całe stworzenie – zarówno ludzie, jak i zwierzęta – jest odbiciem Bożej chwały i pierwotnie funkcjonowało w doskonałej harmonii. Już w Księdze Rodzaju (1–2) świat zostaje nazwany „dobrym”, a zwierzęta zajmują w nim określone miejsce, współtworząc z ludźmi pełny porządek zamysłu Stwórcy. Ta wizja jedności i pokoju, zakorzeniona w świętych tekstach i wczesnej tradycji, pozostaje fundamentem prawosławnej teologii stworzenia.

Święty Maksym Wyznawca (ok. 580–662) był jednym z najwybitniejszych teologów bizantyńskich i mistyków wczesnego prawosławia. W jego antropologii i kosmologii centralne miejsce zajmuje koncepcja deifikacji (theosis) – zjednoczenia całego stworzenia z Bogiem. Maksym postrzegał człowieka jako pośrednika między Bogiem a stworzeniem, kogoś, kto ma „zjednoczyć w sobie” to, co rozdzielone – duchowe i materialne.

Zgodnie z jego nauką, człowiek ma rolę liturgiczną i kapłańską wobec świata. Oznacza to nie tylko odpowiedzialność za stworzenie, ale przede wszystkim jego duchowe przekształcanie – uświęcanie świata i ofiarowywanie go Bogu jako aktu dziękczynienia. Człowiek, jako istota rozumna i wolna, zdolna do miłości i kontemplacji, ma być tym, który prowadzi cały kosmos ku Bogu, przez swoje życie, modlitwę i działanie.

Maksym twierdził, że upadek człowieka zaburzył tę pierwotną jedność, ale przez Chrystusa możliwe jest jej przywrócenie. W tym sensie nie tylko ludzie, ale całe stworzenie uczestniczy w historii zbawienia i zostaje objęte ostatecznym planem Bożym.

Podsumowując – św. Maksym nauczał, że człowiek ma głębokie powołanie kapłańskie wobec stworzenia, a jego zadaniem jest nie tylko zarządzanie światem, lecz jego przemienienie i oddanie Bogu w duchu miłości, wdzięczności i kontemplacji.

W tym kontekście prowadzenie wszystkich istot do ich pierwotnego, boskiego źródła oznacza:

Uznawanie i docenianie piękna i wartości stworzenia jako odbicia Bożej chwały.

Życie w harmonii z naturą, nie niszcząc jej, ale pielęgnując ją.

Ofiarowywanie Bogu owoców stworzenia poprzez swoją pracę i modlitwę.

Bycie łącznikiem między światem materialnym a duchowym.

Poprzez swoje własne zjednoczenie z Bogiem, pociąganie za sobą całe stworzenie do tej jedności.

To powołanie zostało naruszone przez upadek, ale poprzez Chrystusa i działanie Ducha Świętego, człowiek jest powołany do odnowienia tej kapłańskiej roli.

Dlatego w tradycji prawosławnej często podkreśla się odpowiedzialność człowieka za los stworzenia i wzywa do życia w sposób, który odzwierciedla tę kapłańską godność.

Ludzie nie tylko sprawują opiekę nad stworzeniem, lecz także ponoszą odpowiedzialność za to, by wszystko, co zostało stworzone, mogło powrócić do Boga w pełnej jedności.

W tradycji prawosławnej upadek ludzkości, opisany w Księdze Rodzaju (rozdział 3), jest momentem, w którym nie tylko człowiek, ale i całe stworzenie zostało dotknięte grzechem. Upadek ludzki zakłócił pierwotną harmonię, która istniała między ludźmi a zwierzętami oraz między wszystkimi elementami kosmosu. W wyniku tego zdarzenia, świat został uwikłany w cierpienie, a harmonia między stworzeniem a Bogiem została zaburzona.

Jednak w przeciwieństwie do teologii zachodniej, która często postrzega zwierzęta jako duchowo oddzielone od Bożego planu zbawienia, prawosławna myśl teologiczna podkreśla, że odkupienie stworzenia obejmuje także zwierzęta. Zgodnie z tą tradycją, cały kosmos ma uczestniczyć w ostatecznym odnowieniu przez Boga. Oznacza to, że zwierzęta, stanowiące integralną część stworzonego porządku, nie są wykluczone z Bożego planu odkupienia. Przeciwnie, mają w nim swoje miejsce, uczestnicząc w boskim przekształceniu wszechrzeczy.

Jak prawosławne chrześcijaństwo postrzega zwierzęta?

Wschodni Kościół Prawosławny charakteryzuje się wyjątkowym, głęboko mistycznym i integralnym rozumieniem stworzenia, które kładzie silny nacisk na duchowe więzi łączące wszystkie istoty. W tej tradycji stworzenie postrzegane jest jako przeniknięte boską obecnością, a każda jego część – zarówno ludzie, jak i zwierzęta – uczestniczy w duchowej harmonii. Takie podejście znacząco różni się od zachodniej tradycji katolickiej. Teologia katolicka tradycyjnie rozróżnia bowiem duszę rozumną i nieśmiertelną, przypisaną wyłącznie człowiekowi, oraz duszę śmiertelną (zwaną też zmysłową lub wegetatywną), którą posiadają zwierzęta i która ustaje wraz ze śmiercią ciała. W przeciwieństwie do tego, teologia prawosławna nie wprowadza takiego rozróżnienia. Całe stworzenie, w tym zwierzęta, traktowane jest jako integralna część świętego porządku Bożego, odzwierciedlającego Jego obecność i boskie piękno.

Ale także, niektórzy z teologów prawosławnych postrzegają zwierzęta i w taki sposób, jak to czyni Archimandryta Rafael (Karelin):

Chrześcijaństwo naucza, że uczucia religijne są główną i istotną cechą duszy jako obrazu i podobieństwa Boga. To jest główna różnica między człowiekiem a zwierzęciem. Świat emocjonalny zwierzęcia jest nie mniej dynamiczny niż świat emocjonalny człowieka. Zwierzęta w swej pierwotnej formie posiadają to, co można nazwać rozumem, czyli zdolność do znajdywania związku między przyczynami i odległymi skutkami oraz dokonywania wyborów w zmieniających się sytuacjach. Zwierzęta mają instynkty bardziej subtelne niż ludzie, ale nigdy nie odkryto u nich uczuć religijnych. Oto zasadnicza różnica między człowiekiem a tymi, którzy przywykli być nazywani jego „młodszymi braćmi”. (Архимандрит Рафаил (Карелин), Церковь и мир на пороге Апокалипсиса)

Olga Gumanowa w rozmowie z hieromnichem Nikanorem (Lepieszewem) usłyszała taką opinie na temat zwierząt w odnowionym świecie:

Na ikonie Narodzenia Chrystusa widzimy wołu i osiołka pochylających się nad Dzieciątkiem Bożym leżącym w żłobie. Niektóre sceny szopek bożonarodzeniowych przypominają Arkę Noego: są na nich owce z pasterzami i karawana wielbłądów. Hieromnich Nikanor (Lepeszew), wykładowca w Chabarowskim Seminarium Duchownym, opowiedział portalowi Pravda.Ru o tym, jak Kościół traktuje naszych mniejszych braci.

– Ojcze Nikanorze, czy według nauki prawosławnej zwierzęta mają duszę?

— W Księdze Rodzaju zwierzęta, ryby i ptaki nazywane są „duszami żywymi”. Swoją obecnością różnią się one na przykład od roślin, ciał niebieskich itp. Ale z Pisma Świętego wiemy też, że „dusza zwierząt jest we krwi” i umiera razem z ciałem. To jest jej główna różnica w stosunku do nieśmiertelnych dusz ludzkich, które żyją dalej po śmierci ciała. W ten sposób wśród mieszkańców świata widzialnego kształtuje się pewna hierarchia duchowa, oparta na obecności bądź nieobecności duszy, a także jej nieśmiertelności bądź śmiertelności. A ze wszystkich stworzeń Bożych tylko człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo swego Stwórcy.

— Istnieje pogląd, że wszystkie zwierzęta, które zostały pokochane przez którąkolwiek z osób, które tam dotarły, pójdą do Królestwa Niebieskiego. Co na ten temat mówili święci ojcowie?

— W chwili Drugiego Przyjścia Chrystusa, jak mówi Apostoł Paweł, „jako ostatni wróg zostanie pokonana śmierć”. Oznacza to, że uwolni ona wszystko i wszystkich, co wchłonęła w czasie swego panowania w świecie materialnym. Nic, co stworzył Pan, nie popadnie w całkowite zapomnienie; Stworzenie Boże zostanie przywrócone w całej swojej pełni. Prorok Izajasz mówi, że w odnowionym wszechświecie będzie także miejsce dla zwierząt: „Wtedy wilk zamieszka z barankiem, a lampart z koźlęciem będzie leżał; cielę, młody lew i wół będą razem”. A czcigodny Nektarij z Optiny, który bardzo lubił koty, powiedział, że ze wszystkich zwierząt to właśnie one pierwsze wejdą do nieba.

Teologowie mają jednak różne opinie na temat tego, czy wszystkie martwe wcześniej zwierzęta zostaną wskrzeszone wraz z nadejściem wiecznego Królestwa Chrystusa. Niektórzy uważają, że tak. Inni uważają, że jeśli chodzi o zwierzęta, to dla Stwórcy nie liczą się poszczególne zwierzęta, nie przedstawiciele jednego czy drugiego gatunku, ale wyłącznie sam gatunek.

Osobiście jestem wielkim miłośnikiem naszych mniejszych braci i dlatego myślę, że w oczach Boga każde Jego stworzenie jest wyjątkowe i wartościowe. A sposób, w jaki święci traktowali swoich niemych przyjaciół, utwierdza mnie w tym przekonaniu. Wspomnijmy Gerasima z Jordanii z jego lwem, św. Serafina z Sarowa z niedźwiedziem, św. Brendana Żeglarza z wielorybem i wielu innych ascetów. Nie mogę jednak upierać się przy swoim punkcie widzenia, ponieważ wszystko to jest sferą prywatnych osądów teologicznych, a takie czy inne poglądy na tę kwestię w żaden sposób nie wpływają na nasze zbawienie. Tak więc prawdę poznamy dopiero po Sądzie Ostatecznym. (Ольга Гуманова, Попадут ли животные в рай?).

Wielu świętych i mistyków prawosławnych, którzy żyli w bliskim kontakcie z naturą, jest znanych z głębokich duchowych relacji ze zwierzętami. Ich doświadczenia ukazują, że zwierzęta, podobnie jak ludzie, są częścią Bożego stworzenia i w jakiś sposób uczestniczą w duchowym życiu świata. Prawosławni mistycy często opisują swoje spotkania ze zwierzętami jako duchowe, a nie jedynie fizyczne, co wskazuje na ich szczególne miejsce w kosmicznym porządku.

Dodatkowo, koncepcja „kosmicznej liturgii” w teologii prawosławnej sugeruje, że całe stworzenie, w tym zwierzęta, bierze udział w oddawaniu czci Bogu. Kosmiczna liturgia oznacza, że wszystkie istoty, poprzez swoje istnienie, wypełniają boski plan, oddając chwałę Stwórcy. To zrozumienie stworzenia nie kończy się na wymiarze ziemskim, ale ma głęboki wymiar duchowy, który obejmuje także zwierzęta jako cząstkę większej harmonii.

Choć Kościół prawosławny nie naucza wyraźnie, że zwierzęta mają nieśmiertelne dusze, jego mistyczne podejście pozostawia pewną otwartość na spekulacje. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy zwierzęta będą częścią odnowionego stworzenia w życiu pozagrobowym, jednak prawosławna teologia, ze swoim podkreśleniem duchowej jedności stworzenia, sprawia, że ich rola w boskim planie może być znacznie głębsza, niż tradycyjnie się zakłada. W tej perspektywie zwierzęta mogą być postrzegane jako istoty, które mają swoją rolę w duchowym cyklu stworzenia, być może nawet uczestnicząc w jego ostatecznym odnowieniu.

Spojrzenie na duszę


W teologii prawosławnej, nawiązującej do myśli wielu Ojców Kościoła, obecna jest koncepcja trójdzielnej struktury duszy, która służyła do zrozumienia hierarchicznego porządku stworzenia, obejmującego ludzi, zwierzęta i rośliny. To ujęcie ukazuje złożoność życia, przypisując różnym jego formom odmienne zdolności i funkcje: duszę wegetatywną dla wzrostu i odżywiania, duszę zmysłową dla percepcji i instynktów, oraz unikalną dla człowieka duszę rozumną, będącą nośnikiem obrazu Bożego. Choć nie jest to dogmat w ścisłym tego słowa znaczeniu, koncepcja ta podkreśla duchową głębię świata, w którym każde stworzenie, na swoim poziomie istnienia, posiada swój sens i cel w Bożym planie. Koncepcja trójdzielnej duszy nie jest dogmatem Kościoła prawosławnego w takim samym sensie jak dogmaty trynitarne czy chrystologiczne. Była to raczej powszechnie przyjmowana filozoficzna i teologiczna rama w pewnym okresie historii Kościoła.

Święty Maksym Wyznawca w swojej teologii rozwija klasyczną myśl patrystyczną dotyczącą struktury człowieka i jego miejsca w stworzeniu. Wyróżnia on trzy poziomy ‘życia’ lub ‘funkcji’ duszy, które współistnieją w człowieku: życie wegetatywne (τὸ φυσικόν), odpowiedzialne za odżywianie, wzrost i rozmnażanie, wspólne wszystkim istotom żywym, w tym roślinom i zwierzętom; życie zmysłowe (τὸ αἰσθητικόν), obejmujące zdolność do odczuwania, ruchu i emocji, dzielone przez ludzi i zwierzęta; oraz życie rozumne i duchowe (τὸ λογικόν), właściwe jedynie człowiekowi, charakteryzujące się rozumem, wolą i zdolnością do poznania Boga oraz zjednoczenia się z Nim.

Zgodnie z tym ujęciem, człowiek stanowi unikalne połączenie wszystkich poziomów stworzenia. Posiada ciało, podobne w swoich funkcjach do roślin i zwierząt, zmysły, które łączą go ze światem zwierzęcym, ale przede wszystkim ducha, który jest skierowany ku Bogu. Dzięki tej złożonej naturze człowiek jest postrzegany jako mikrokosmos – zawiera w sobie niejako cały stworzony świat i poprzez swoje duchowe życie ma potencjał, by ten świat zjednoczyć z Bogiem.

Tradycja hezychastyczna, rozwijająca się szczególnie w środowisku mnichów góry Athos w XIII i XIV wieku, rzeczywiście skupiała się na wewnętrznej modlitwie, pokucie i oczyszczeniu serca jako drodze do jedności z Bogiem. Święty Grzegorz Palamas, jej najwybitniejszy teologiczny rzecznik, bronił tej praktyki i jej duchowych owoców, argumentując, że przez łaskę człowiek może realnie uczestniczyć w Bożych energiach (a nie istocie Boga), co stanowi podstawę przebóstwienia (theosis).

W tej wizji świat materialny nie jest odrzucony ani przeklęty, ale stworzony przez Boga jako „bardzo dobry” (por. Rdz 1,31). Człowiek, który przez modlitwę i ascezę zjednoczył się z Bogiem, promieniuje świętością także na otaczający świat – jego obecność staje się uzdrawiająca nie tylko dla ludzi, ale także dla przyrody, która pod wpływem grzechu została skażona. W hezychazmie pojawia się zatem wątek kosmiczny: święty człowiek jest kapłanem stworzenia, który przez swoje życie i modlitwę przywraca stworzeniu jego pierwotną harmonię.

Niektórzy święci i starcy z tej tradycji byli znani z głębokiego współczucia i relacji ze zwierzętami, co odzwierciedlało duchową jedność z całym stworzeniem.

Z tego też powodu zwierzęta często rozpoznają świętych i reagują na nich w sposób niezwykły. W świętym człowieku nie widzą już drapieżnika czy zagrożenia, ale przyjaciela, który emanuje pokojem i przywraca im ich naturalny stan harmonii. Świętość w tym kontekście nie ogranicza się jedynie do osobistego udoskonalenia moralnego, ale ma charakter kosmiczny, polegając na przemianie całej rzeczywistości wokół świętego w kierunku Boskiej harmonii i jedności.

Tak więc, jak możemy zauważyć, na najwyższym poziomie znajduje się dusza rozumna, przysługująca jedynie człowiekowi. To ona czyni go istotą stworzoną na obraz i podobieństwo Boga, obdarzoną wolną wolą, zdolnością do miłości, rozumienia dobra i zła oraz do duchowego wzrastania. Dzięki niej człowiek może dążyć do – zjednoczenia z Bogiem – co stanowi ostateczny cel życia duchowego. Ludzka dusza jako jedyna jest nieśmiertelna w ścisłym teologicznym sensie, a człowiek, jako istota świadoma i moralnie odpowiedzialna, odpowiada przed Bogiem za swoje czyny.

Drugi poziom zajmuje dusza wrażliwa, wspólna dla ludzi i zwierząt. Choć zwierzęta nie posiadają rozumu w znaczeniu właściwym człowiekowi, mają zdolność do odczuwania, przeżywania emocji i reagowania na otoczenie. W ich życiu obecne są instynkty, świadomość, cierpienie i radość. Ich istnienie nie sprowadza się więc wyłącznie do funkcji biologicznych – nosi w sobie pewną głębię i wewnętrzne życie, choć nie ma ono charakteru duchowej relacji z Bogiem w ludzkim sensie. Brak im moralnej odpowiedzialności, ale ich egzystencja pozostaje zanurzona w Bożym porządku i dlatego zasługuje na szacunek oraz troskę.

Najniższy poziom reprezentuje dusza wegetatywna, właściwa roślinom. Choć pozbawione są zmysłów i świadomości, również posiadają życie: wzrastają, rozmnażają się, reagują na środowisko. W prawosławnej wizji stworzenia także ten rodzaj życia odzwierciedla obecność Bożego tchnienia – wszak nic, co istnieje, nie jest oderwane od Boga.

Łącząc przedstawione perspektywy w spójną całość, można stwierdzić, że teologia prawosławna, czerpiąc z myśli Ojców Kościoła takich jak święty Maksym Wyznawca, a także z tradycji hezychastycznej, oferuje dynamiczne spojrzenie na miejsce człowieka, zwierząt i roślin w Bożym stworzeniu.

W przeciwieństwie do bardziej statycznego, scholastycznego podejścia zachodniego, które kładzie nacisk na jasne rozróżnienie dusz, teologia prawosławna akcentuje wewnętrzne zróżnicowanie bytów i ich dynamiczne powiązanie ze Stwórcą. Kluczową rolę odgrywa tu pojęcie nous (νοῦς), często tłumaczone jako duchowy intelekt, które w człowieku stanowi najwyższą zdolność duszy, umożliwiającą świadomą relację z Bogiem, modlitwę i przebóstwienie.

Zwierzęta posiadają duszę (psychḗ) o charakterze wrażliwym i instynktownym, która choć śmiertelna i nieposiadająca nous w ludzkim rozumieniu, jest realna i znacząca w Bożym porządku. Ich życie, choć związane z naturalnymi popędami, nie jest wykluczone z duchowego znaczenia, a tradycja hezychastyczna wskazuje, że święci, poprzez swoje życie w łasce, mogą przywracać pierwotną harmonię stworzenia, co sprawia, że zwierzęta rozpoznają w nich nie wroga, lecz przyjaciela.

Rośliny natomiast posiadają duszę wegetatywną, odpowiedzialną za podstawowe funkcje życiowe. Choć pozbawione zmysłów i świadomości, również one odzwierciedlają Boże tchnienie w stworzeniu.

Prawosławna tradycja ukazuje zatem stworzenie jako uporządkowaną całość, w której wszystko ma swoje miejsce, a człowiek pełni wyjątkową rolę. Dzięki rozumowi (nous) i zdolności do duchowego wzrostu (theosis), człowiek jest powołany do tego, by przywracać jedność i harmonię światu roślin i zwierząt. Nie chodzi tu tylko o zarządzanie światem przyrody, ale o głęboką odpowiedzialność duchową – udział w uzdrawianiu stworzenia zgodnie z zamysłem Boga.

W tym kontekście wielu prawosławnych teologów, zwłaszcza tych o bardziej mistycznym nastawieniu, zastanawia się nad losem zwierząt po śmierci. Choć dusza zwierzęcia (psyche) różni się od duchowej świadomości człowieka, niektórzy teologowie nie wykluczają, że ich istnienie może w jakiś sposób trwać dalej – choć nie tak samo jak w przypadku ludzi. Zamiast kategorycznych odpowiedzi, proponują raczej postawę nadziei i otwartości na tajemnicę. W ich ujęciu możliwe jest, że także zwierzęta znajdą swoje miejsce w przyszłym, odnowionym świecie, który według chrześcijańskiej nadziei zostanie kiedyś całkowicie przemieniony.

To podejście jest spójne z szerszą wizją odkupienia w prawosławiu. Skoro całe stworzenie, jak naucza apostoł Paweł, zostało dotknięte skutkami grzechu, to również uczestniczy w nadziei na odkupienie i wyzwolenie z zepsucia. Choć Kościół prawosławny nie ustanowił dogmatu dotyczącego wieczności dusz zwierząt, jego duchowość nie wyklucza ich z eschatologicznej perspektywy. Przeciwnie, istnieje głębokie przekonanie, że Boża miłość obejmuje wszystko, co stworzone, i wszystko to może zostać przemienione w ostatecznym czasie.

Życie zwierząt, choć nie mają one osobowej relacji z Bogiem w takim sensie jak ludzie, posiada swoją wartość w Bożym planie stworzenia. Ich obecność, cierpienie, piękno i rola w harmonii natury wskazują na ich uczestnictwo w misterium życia. Z tej perspektywy prawosławie zachęca do pokornej kontemplacji tajemnic Bożych, ufając Jego miłości, która przekracza granice ludzkiego rozumu. Ostateczne miejsce zwierząt w nowym stworzeniu pozostaje tajemnicą, ale ich udział w przemienieniu, podobnie jak całej przyrody, nie jest wykluczony z eschatologicznej nadziei.

Wschodni Ojcowie Kościoła a nieśmiertelność zwierząt


Ortodoksyjne chrześcijaństwo nie formułuje jednoznacznej, dogmatycznej odpowiedzi na pytanie, czy zwierzęta zmartwychwstaną i znajdą swoje miejsce w życiu wiecznym. Nie oznacza to jednak braku refleksji na ten temat. Wręcz przeciwnie – bogata, mistyczna i głęboko teocentryczna teologia prawosławna pozostawia przestrzeń dla nadziei, że zwierzęta mogą być częścią odnowionego stworzenia.

W tradycji prawosławnej pojawiają się liczne przesłanki, które wskazują na możliwość uczestnictwa zwierząt w przyszłym świecie. Skoro były one obecne w pierwotnym Raju, a wizje proroka Izajasza (11:6–9) malują obraz eschatologicznego pokoju, w którym wilk zamieszkuje z barankiem, a dziecko bezpiecznie bawi się przy legowisku węża, to nic nie stoi na przeszkodzie, by sądzić, że także w odnowionym świecie nie zabraknie miejsca dla naszych zwierzęcych mniejszych braci.

List św. Pawła do Rzymian (8:21) przynosi kolejną istotną myśl – że „całe stworzenie” jęczy i wzdycha, oczekując wyzwolenia od zepsucia. To bardzo silna teologiczna podstawa dla przekonania, że odkupienie nie dotyczy wyłącznie ludzi, lecz całego kosmosu. Zwierzęta, będące częścią tego stworzenia, nie są więc wyłączone z planu zbawczego – przeciwnie, ich cierpienie również zostanie przemienione i odkupione.

Święty Grzegorz z Nyssy (335 – ok. 394–395)

Jeden z najwybitniejszych teologów wczesnego chrześcijaństwa – rozwijał wizję zbawienia, która obejmuje nie tylko ludzi, ale całe stworzenie. Jego teologia opierała się na przekonaniu, że Boży plan odkupienia ma charakter kosmiczny i że wszystko, co zostało dotknięte skutkami grzechu i śmierci, zostanie przemienione w Chrystusie. Grzegorz nie formułował wprost tezy o zbawieniu zwierząt w takim samym sensie jak ludzi, ale jego myśl pozostawia wyraźną przestrzeń dla nadziei, że zwierzęta również będą uczestniczyć w przyszłej odnowie.

W swoich pismach Grzegorz podkreślał, że ostatecznym celem Bożego działania jest przywrócenie pierwotnej harmonii i pełni, którą świat utracił w wyniku grzechu. W jego wizji nie tylko człowiek, ale cały kosmos – zwierzęta, rośliny i cała natura – ma zostać objęty procesem odkupienia i przemienienia. Odnowione stworzenie nie będzie już miejscem cierpienia, śmierci ani rozkładu, lecz stanie się pełnią życia zanurzoną w Bożej obecności.

Grzegorz swoją eschatologiczną wizję opierał na Piśmie Świętym, zwłaszcza na słowach apostoła Pawła z Listu do Rzymian: „Stworzenie zostanie wyzwolone z niewoli skażenia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych” (Rz 8,21). Dla niego te słowa nie były jedynie metaforycznym opisem, ale głęboką prawdą duchową – wyrazem nadziei, że cały świat, który „jęczy i wzdycha” oczekując odkupienia, rzeczywiście zostanie przemieniony.

Choć św. Grzegorz nie precyzował, w jaki sposób zwierzęta będą istnieć po tej przemianie, jasno wynika z jego myśli, że nie są one wyłączone z Bożego planu odnowy. Zwierzęta, jako część stworzonego porządku, są nosicielami Bożego zamysłu i uczestnikami Jego miłości. Skoro wszystko zostało powołane do istnienia przez Bożą wolę i miłość, to również wszystko może mieć udział w ostatecznym zjednoczeniu z Bogiem.

Takie ujęcie stawia zwierzęta w centrum eschatologicznej nadziei. Ich istnienie nie jest przypadkowe ani jedynie biologiczne; przeciwnie, ma również wymiar duchowy, choć różny od ludzkiego. W wizji Grzegorza stworzenie jako całość odzyska swoją pierwotną harmonię i zostanie przemienione – nie przez unicestwienie, ale przez uświęcenie.

Tym samym Grzegorz z Nyssy oferuje perspektywę niezwykle otwartą na tajemnicę Bożego działania. Jego teologia pozostawia miejsce dla nadziei, że w przyszłym świecie odnowiona rzeczywistość będzie obejmować nie tylko ludzi, ale całą przyrodę, która – choć pozbawiona rozumu w ludzkim sensie – od samego początku uczestniczy w Bożym dziele stworzenia i jest przez Niego umiłowana.

Święty Bazyli Wielki (ok. 330 – 379)

Ten wybitny Ojciec Kościoła pozostawił głęboko inspirującą refleksję na temat stworzenia i miejsca, jakie w nim zajmują zwierzęta. W jego teologii nie ma miejsca na pogardliwe spojrzenie na świat przyrody. Wręcz przeciwnie – w swoich pismach, zwłaszcza w Hexaemeronie, serii homilii poświęconych sześciu dniom stworzenia, podkreśla, że każde stworzenie – bez względu na rozmiar, funkcję czy formę – zostało ukształtowane z mądrością i zamiarem przez Boga.

Bazyli głosił wprost, by nie uważać niczego w stworzeniu za bezwartościowe, ponieważ wszystkie rzeczy zostały powołane do istnienia mądrze i w jakimś celu. Te słowa są nie tylko wyrazem szacunku wobec natury, ale teologiczną deklaracją, że nic, co wyszło z ręki Boga, nie jest przypadkowe, zbędne ani pozbawione znaczenia. W tym podejściu zwierzęta nie są tylko tłem dla ludzkiego życia, ale pełnoprawnymi uczestnikami boskiego planu.

Jego pisma sugerują, że zwierzęta mają wewnętrzną wartość duchową – nie dlatego, że posiadają rozum na miarę człowieka, ale dlatego, że zostały stworzone przez Boga i są przez Niego utrzymywane w istnieniu. Taka wizja prowadzi do wezwania do dobroci i odpowiedzialności ze strony człowieka, który powinien traktować zwierzęta z szacunkiem, miłością i troską – nie jako istoty podrzędne, lecz jako braci i siostry w wielkiej wspólnocie stworzenia. W ten sposób Bazyli przypomina, że duchowość chrześcijańska nie kończy się na modlitwie i ascezie, ale sięga również relacji człowieka z całym światem stworzonym.

Święty Jan Damasceński (ok. 675 – ok. 749)

Ten jeden z najważniejszych Ojców Kościoła Wschodniego pisał z głębokim przekonaniem o ostatecznej przemianie całego stworzenia w Chrystusie. Jego wizja zbawienia nie ograniczała się jedynie do ludzkiej duszy, lecz obejmowała cały kosmos – wszystko to, co zostało powołane do istnienia przez Boże Słowo. Uważał, że uwielbienie nie będzie dotyczyło wyłącznie ludzi, lecz cała rzeczywistość zostanie przemieniona, rozświetlona i uświęcona przez obecność Boga.

W jego ujęciu zbawienie to nie tylko powrót człowieka do Boga, ale pełna metamorfoza świata, który zostaje przekształcony w sposób, jaki przekracza nasze ziemskie wyobrażenia. Taka kosmiczna perspektywa otwiera drogę do rozumienia, że również zwierzęta – jako część Bożego stworzenia – mogą uczestniczyć w tym przyszłym uwielbieniu. Nawet jeśli ich obecność w życiu wiecznym nie jest opisana w sposób szczegółowy i dosłowny, myśl Jana Damasceńskiego sugeruje, że zwierzęta nie zostaną wykluczone z tej ostatecznej harmonii. Ich istnienie może trwać w nowej, przemienionej formie – jako wyraz Bożego piękna, pokoju i pełni stworzenia, które powraca do swego źródła.

Prawosławna duchowość nie koncentruje się wyłącznie na indywidualnym zbawieniu dusz, lecz widzi ostateczny cel w przemianie całego stworzenia. Ten kosmiczny wymiar eschatologii zakłada nie tyle ucieczkę od świata, co jego pełne przekształcenie w światło, pokój i harmonię. W tej wizji niebo nie jest zamkniętym ogrodem dla wybranych, lecz odnowioną rzeczywistością, w której wszystko, co zostało stworzone przez Boga – a więc również zwierzęta – odnajduje swoje miejsce, cel i ostateczne spełnienie.

Święci a świętość zwierząt w tradycji prawosławnej


Tradycja prawosławna od wieków ukazuje głęboką więź między świętymi a światem przyrody, szczególnie zaś zwierzętami. Opowieści o ascetach i mnichach, których życie przepełnione było modlitwą, kontemplacją i czystością serca, obfitują w sceny, w których harmonia między człowiekiem a stworzeniem zostaje cudownie przywrócona. Nie są to jedynie barwne legendy czy pobożne opowieści dla prostaczków, lecz duchowe świadectwa głęboko zakorzenione w teologii i kosmologii prawosławia. Ukazują one świat jako przestrzeń, w której obecność Boga przenika wszystko – od najpotężniejszych zjawisk przyrody po najmniejsze stworzenia.

Zwierzęta, choć nie posiadają rozumnej duszy w sensie właściwym człowiekowi, w tych przekazach jawią się jako istoty niezwykle wrażliwe na Boską obecność. W relacjach z osobami głęboko zjednoczonymi z Bogiem zdają się przekraczać swoje naturalne instynkty, okazując ufność, spokój, a nawet opiekuńczość. Stają się niejako współuczestnikami świętości, odpowiadając na nią w sposób prosty, lecz przejmujący. Ich postawa jest często interpretowana jako echo pierwotnej harmonii raju – stanu sprzed upadku, w którym wszelkie stworzenia żyły ze sobą w zgodzie, wolne od lęku, przemocy i obcości.

W duchowości prawosławnej wielu świętych i ascetów rozwijało głęboką komunię z naturą, a mistyczne relacje ze zwierzętami stanowiły część ich życia modlitewnego i kontemplacyjnego. Historie te ukazują, że świętość nie ogranicza się do abstrakcyjnej duchowości oderwanej od świata materialnego. Przeciwnie – objawia się ona właśnie w codziennym współistnieniu ze stworzeniem, w trosce o nie, w czułości i szacunku dla wszelkiego życia. Czystość serca świętych nie tylko przyciąga Bożą łaskę, ale staje się także źródłem uzdrowienia i odnowy dla otaczającego ich świata.

Wrażliwość zwierząt na duchową obecność świętych interpretowana jest w prawosławiu jako znak przywracania utraconej jedności, tej samej, która została zburzona przez grzech pierworodny. Dzięki świętości, możliwe staje się odtworzenie relacji sprzed upadku – relacji opartej na pokoju, wzajemnym zaufaniu i przenikaniu się światów duchowego i cielesnego. Opowieści o świętych i ich relacjach ze zwierzętami ukazują się jako duchowe świadectwa, stanowiąc teologiczną ilustrację prawosławnego przekonania o jedności całego stworzenia, w którym wszystko – od człowieka po zwierzęta i rośliny – przeniknięte jest Bożym tchnieniem.

To, co zostało dotknięte przez upadek, może na nowo stać się pełne łaski. Takie duchowe zrozumienie świata daje nadzieję, że nie tylko człowiek, ale całe stworzenie może zostać przemienione w Chrystusie i na powrót włączone w boski porządek. Zwierzęta w tej wizji nie są już tylko tłem ludzkiej historii – są jej cichymi towarzyszami, istotami, które w tajemniczy sposób uczestniczą w drodze człowieka ku Bogu.

Świadectwem tej głębokiej więzi między człowiekiem a światem stworzenia są liczne opowieści o świętych, w których zwierzęta odgrywają rolę znaków Bożej obecności i pośredników łaski. Przyjrzyjmy się niektórym z nich:

Święty Eustachy (II wiek) był rzymskim generałem, człowiekiem światowym, przywykłym do władzy, wojny i porządku pogańskiego imperium. Jednak jego życie zmieniło się w sposób całkowicie nieoczekiwany – za sprawą spotkania z jeleniem. Pewnego dnia, podczas polowania, ujrzał przed sobą niezwykłe zwierzę: jelenia, między którego rozłożystym porożem zajaśniał wizerunek ukrzyżowanego Chrystusa. Wstrząśnięty tym mistycznym objawieniem, Eustachy zrozumiał, że to nie było zwykłe zwierzę, lecz znak. To wydarzenie odmieniło go całkowicie i doprowadziło do nawrócenia na chrześcijaństwo.

Ta legenda, obecna zarówno w tradycji prawosławnej, jak i katolickiej, ma głębokie znaczenie duchowe. Nie jest jedynie barwną opowieścią, lecz symbolem prawdy przenikającej cały stworzony świat. Przypomina, że Bóg, jako Stwórca wszechrzeczy, nie ogranicza się do przemawiania jedynie przez ludzi czy święte pisma – może objawić się także poprzez zwierzęta i naturę. W historii Eustachego jeleń staje się nie tylko narzędziem objawienia, lecz posłańcem, nośnikiem światła, który prowadzi człowieka ku wewnętrznej przemianie.

To wydarzenie znajduje swoje echo w Biblii, zwłaszcza w opowieści o oślicy Balaama, która dzięki mocy Bożej przemówiła ludzkim głosem:

Wstał więc Balaam rano, osiodłał swoją oślicę i pojechał z książętami Moabu. Jego wyjazd rozpalił gniew Pana i anioł Pana stanął na drodze przeciw niemu, by go zatrzymać. On zaś w towarzystwie dwóch sług jechał na swojej oślicy. Gdy oślica zobaczyła anioła Pana stojącego z wyciągniętym mieczem na drodze, zboczyła z drogi i poszła w pole. Balaam uderzył ją, chcąc zawrócić na właściwą drogę. Wtedy stanął anioł Pana na ciasnej drodze między winnicami, a mur był z jednej i z drugiej strony. Gdy oślica zobaczyła anioła Pana, przyparła do muru i przytarła nogę Balaama do tego muru, a on ponownie zaczął bić oślicę. Anioł posunął się dalej i stanął w miejscu tak ciasnym, że nie było można go wyminąć ani z prawej, ani też z lewej strony. Gdy oślica ujrzała znowu anioła Pana, położyła się pod Balaamem. Rozgniewał się więc Balaam bardzo i zaczął okładać oślicę kijem. Wówczas otworzył Pan usta oślicy, i rzekła do Balaama: «Cóż ci uczyniłam, żeś mnie zbił już trzy razy?» Balaam odpowiedział oślicy: «Dlatego żeś sobie drwiła ze mnie. Gdybym tak miał miecz w ręku, już bym cię zabił!» Oślica jednak rzekła do Balaama: «Czyż nie jestem twoją oślicą, na której jeździsz, odkąd jesteś, aż po dzień dzisiejszy? Czyż miałam zwyczaj czynić ci coś podobnego?» Odpowiedział: «Nie!» Wtedy otworzył Pan oczy Balaama i zobaczył on anioła Pana, stojącego na drodze z obnażonym mieczem w ręku. Ukląkł więc i oddał pokłon twarzą do ziemi. Anioł zaś Pana rzekł do niego: «Czemu aż trzy razy zbiłeś swoją oślicę? Ja jestem tym, który przyszedł, aby ci bronić przejazdu, albowiem droga twoja jest dla ciebie zgubna. Oślica ujrzała mnie i trzy razy usunęła się z drogi. Gdyby się nie usunęła, byłbym cię dawno zabił, a ją przy życiu zostawił». (Lb 22:21–33)

Takie historie, choć niezwykłe, wskazują na fundamentalny aspekt prawosławnej duchowości – przekonanie, że całe stworzenie jest przepojone obecnością Boga i może być narzędziem Jego woli.

Historia świętego Eustachego uczy zatem, że Bóg objawia się nie tylko poprzez to, co oczywiste i racjonalne, lecz także przez to, co ciche, pokorne i uważane za zwykłe – przez zwierzęta, naturę, ciszę. To przypomnienie, że każde stworzenie może być nośnikiem tajemnicy, a zwierzęta, choć nie posługują się naszym językiem, wciąż mogą przemawiać w sposób duchowy i głęboki, prowadząc człowieka ku spotkaniu z Tajemnicą.

Święty Tryfon (III wiek) zapisał się w pamięci chrześcijan nie tylko jako męczennik oddany Bogu, lecz także jako święty, który z wyjątkową troską pochylał się nad losem zwierząt. Choć jego życie zakończyło się tragicznie z powodu prześladowań za wiarę, liczne opowieści przekazywane przez wieki ukazują go jako człowieka dostrzegającego Bożą obecność we wszystkich żywych istotach i okazującego miłość oraz współczucie zarówno ludziom, jak i zwierzętom.

Jedna z najbardziej niezwykłych historii związanych z tym świętym opowiada o opętanej gęsi. Według legendy ptak ów nagle zaczął zachowywać się agresywnie i niepokojąco – atakował ludzi, był niespokojny i sprawiał wrażenie pozbawionego rozumu. Nikt nie potrafił wyjaśnić tej nagłej zmiany, dopóki nie wezwano świętego Tryfona. Gdy przybył i zobaczył, co się dzieje, nie zwątpił. Z głęboką wiarą pomodlił się, a wkrótce potem gęś uspokoiła się – demoniczny duch, który ją dręczył, opuścił ją, przywracając ptakowi spokój i łagodność.

Choć ta historia może wydawać się niecodzienna, niesie ze sobą ważne przesłanie teologiczne, wpisujące się w szerszą prawosławną wizję świata. Zgodnie z nauką Kościoła, całe stworzenie – nie tylko człowiek – uczestniczy w duchowej walce między dobrem a złem. Zwierzęta, mimo braku rozumnej duszy w ludzkim rozumieniu, mogą być w pewien sposób dotknięte obecnością duchową – zarówno łaską Bożą, jak i wpływem sił ciemności. Modlitwa świętego, która przywróciła pokój nie tylko ludziom, lecz także ptakowi, jest symbolem harmonii, jaką Bóg pragnie przywrócić w całym ożywionym stworzeniu.

Opowieść o świętym Tryfonie i gęsi ukazuje, że świętość nie zna granic, a Boża miłość obejmuje całe stworzenie. Jest to również przypomnienie, że troska o świat zwierząt – zarówno w wymiarze fizycznym, jak i duchowym – stanowi część chrześcijańskiego powołania do współuczestnictwa w odnowie świata, w którym każde stworzenie odnajdzie swoje miejsce w pokoju i świetle Bożej obecności.

Święty Mamas z Cezarei (ok. 260–275) męczennik i przyjaciel dzikich stworzeń urodził się w Cezarei (Azja Mniejsza) w rodzinie chrześcijan Teodota i Rufiny. Oboje zginęli w więzieniu za wiarę – ojciec zmarł przed jego narodzinami, matka zaraz po porodzie. Osierocony chłopiec trafił pod opiekę chrześcijańskiej wdowy Ammii, która wychowała go w wierze i miłości do Chrystusa.

Już jako dziecko Mamas wyróżniał się mądrością i odwagą. Naśladował Chrystusa nie tylko słowem, ale i czynem – dzięki jego wpływowi wielu młodych nawracało się na chrześcijaństwo. W wieku piętnastu lat został aresztowany za wiarę i poddany torturom. Po cudownym ocaleniu zamieszkał samotnie na górze w pobliżu Cezarei, gdzie prowadził życie modlitwy, postu i kontemplacji.

W swojej pustelni Mamas zyskał niezwykłą więź z naturą. Dzikie zwierzęta – lwy, kozice, jelenie – gromadziły się wokół niego, słuchając Ewangelii. Żywił się ich mlekiem i dzielił się nim z ubogimi, przygotowując ser, który rozdawał potrzebującym. Żył jak pasterz w harmonii ze stworzeniem, będąc symbolem pokoju między człowiekiem a naturą.

Pewnego dnia, gdy żołnierze przyszli go pojmać, święty przyjął ich z gościnnością, częstują mlekiem i potwierdzając swoją tożsamość. Wiedząc, że czeka go męczeństwo, sam udał się do miasta – towarzyszył mu lew. Rzucony dzikim zwierzętom na arenie, nie został przez nie skrzywdzony. Ostatecznie zginął przebity trójzębem przez pogańskiego kapłana.

Jego postać, wspominana m.in. przez św. Bazylego Wielkiego, stała się symbolem cichości, odwagi i świętości zakorzenionej nie tylko w miłości do Boga, ale i do całego stworzenia. Do dziś św. Mamas uważany jest za opiekuna dzieci, pasterzy i zwierząt.

Święta Maria Egipcjanka (ok. 344–421). Życie tej świętej to jedna z najbardziej poruszających opowieści o pokucie, nawróceniu i duchowym heroizmie w historii chrześcijaństwa. Urodzona w Egipcie około 344 roku, jako młoda kobieta prowadziła życie pełne grzechu, oddając się rozwiązłości w Aleksandrii przez siedemnaście lat. Przełom nastąpił, gdy udała się do Jerozolimy, by – jak początkowo sądziła – kontynuować swój styl życia wśród pielgrzymów.

Jednak cudowne wydarzenie przed Bazyliką Grobu Świętego zmieniło wszystko. Niewidzialna siła nie pozwoliła jej wejść do świątyni. Zrozumiała wówczas, że jej grzechy oddzielają ją od Boga. Błagając Matkę Bożą o przebaczenie, przyrzekła porzucić dawne życie i udała się na pustynię za Jordanem. Tam przez czterdzieści siedem lat żyła w całkowitej samotności, pokucie i modlitwie, nie widząc żadnego człowieka.

Na rok przed jej śmiercią spotkał ją mnich Zosimus, który udzielił jej Komunii Świętej. Kiedy rok później powrócił, zastał Marię martwą, leżącą na ziemi. Obok jej ciała dostrzegł napis w piasku z prośbą o pochowanie. Nie mając siły ani narzędzi, starzec zrozpaczony wołał do Boga o pomoc. Wtedy – jak mówi tradycja – z pustyni wyłonił się lew.

Zachowanie tego potężnego zwierzęcia zdumiewa: zamiast być groźnym, lew zbliżył się łagodnie, jakby świadomy świętości miejsca i osoby. Posłuszny gestowi mnicha, zaczął kopać łapami grób dla Marii. Dopiero gdy ciało zostało pochowane ze czcią, lew spokojnie odszedł w głąb pustyni.

To niezwykłe spotkanie człowieka, świętości i zwierzęcia do dziś porusza wyobraźnię wiernych. Lew – symbol dzikości – w obecności Marii Egipcjanki stał się narzędziem Bożej opatrzności. Jej duchowa moc, zdobyta przez lata pokuty, promieniowała tak silnie, że nawet dzikie stworzenie odpowiedziało na nią posłuszeństwem i pokojem.

Św. Maria Egipcjanka jest dziś patronką pokutników i ludzi zmagających się z nałogami. Jej życie uczy, że nawet największy grzesznik może stać się świętym, a świętość – prawdziwa, głęboka i ukryta – może przyciągać nie tylko ludzi, ale i zwierzęta.

Święty Marek Asceta (ok. 390 – po 450 r.), znany również jako Marek Postnik, był wybitnym pisarzem duchowym Kościoła wschodniego i jednym z mnichów żyjących na egipskiej pustyni. Urodził się w Atenach pod koniec IV wieku. Około czterdziestego roku życia przyjął tonsurę zakonną z rąk św. Jana Chryzostoma. Następne sześćdziesiąt lat spędził na pustyni Nitryjskiej w Dolnym Egipcie, prowadząc surowe życie ascetyczne, pełne modlitwy i postu.

Znany był nie tylko ze swojej głębokiej wiedzy – znał całe Pismo Święte na pamięć – ale i z ogromnego współczucia wobec stworzenia Bożego. Szczególnie wzruszający był jego stosunek do zwierząt. Pewnego dnia, widząc ślepe szczenię hieny, zapłakał nad jego losem i modlitwą wyprosił u Boga cud – zwierzę odzyskało wzrok. W geście wdzięczności matka hiena przyniosła mu owczą skórę, ale święty polecił jej, by więcej nie zabijała owiec należących do ubogich.

W tradycji chrześcijańskiej uznaje się, że Marek otrzymywał Komunię Świętą z rąk aniołów. Jego duchowe pisma, dotyczące m.in. pokuty, trzeźwości i prawa duchowego, zaliczane są do klasyki patrystyki. Jako asceta i cudotwórca, Marek przez całe życie łączył kontemplację Boga z głęboką troską o świat stworzony.

Święty Gerasym z Jordanu (V wiek), jest kolejnym przykładem świętego ukazującego miejsce zwierząt w duchowym porządku tradycji prawosławnej. Jego historia o lwie, któremu usunął cierń z łapy, stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych świadectw mistycznej więzi świętych ze światem przyrody. Legenda głosi, że Gerasym, mnich z Pustyni Judzkiej, spotkał rannego lwa, cierpiącego z powodu tkwiącego głęboko w łapie ciernia. Święty, kierując się współczuciem, wyjął cierń i opatrzył zwierzęciu ranę. Od tego momentu lew stał się jego wiernym towarzyszem, nie odstępując go na krok.

Więź między Gerasymem a lwem nie była zwykłą relacją człowieka ze zwierzęciem – była znakiem duchowej harmonii, przywróconej dzięki świętości. Kiedy Gerasym odszedł z tego świata, według tradycji lew opłakiwał jego śmierć, odmawiając pożywienia aż do własnej śmierci. Ta niezwykła lojalność i żałoba lwa rodzą głębokie pytania o możliwość duchowej więzi pomiędzy człowiekiem a światem zwierząt. W opowieści tej ukryte jest prawosławne przekonanie, że zwierzęta – choć nie posiadają rozumnej duszy jak ludzie – są zdolne do odczuwania, tworzenia więzi i uczestnictwa, na swój sposób, w tajemnicy Bożej miłości.

Święty Izaak Syryjczyk (VII wiek) nauczał, że prawdziwie uduchowiona osoba odczuwa współczucie wobec każdej żywej istoty – od ludzi, przez ptaki i zwierzęta czworonożne, aż po najmniejsze owady, a nawet upadłe duchy. Jego miłosierdzie obejmowało cały świat stworzenia, ukazując, że świętość nie ogranicza się wyłącznie do relacji z Bogiem i innymi ludźmi, lecz rozciąga się na wszystko, co istnieje.

W swoich pismach święty Izaak podkreślał, że serce człowieka napełnione miłością płonie współczuciem do całego stworzenia, dostrzegając w każdym bycie ślad Bożej obecności. Ta wizja duchowości ukazuje, że prawdziwe zjednoczenie z Bogiem przejawia się w głębokim współodczuwaniu i trosce o każde stworzenie, nie czyniąc z człowieka surowego pana natury, lecz jej współuczestnika i opiekuna.

Słowa świętego Izaaka kwestionują przekonanie, że zwierzęta nie mają duchowej wartości. Przeciwnie, w jego nauczaniu zwierzęta jawią się jako istoty godne miłości, szacunku i miłosierdzia, co jeszcze bardziej podkreśla teologiczne przekonanie o ich integralnym miejscu w Bożym planie stworzenia. W ten sposób święty Izaak wpisuje się w szeroką tradycję prawosławną, która głosi, że cały kosmos jest przeniknięty Bożym tchnieniem i powołany do udziału w odnowionej harmonii.

Święty Modest z Jerozolimy (VII wiek) zajmuje w tradycji prawosławnej szczególne miejsce jako patron zwierząt. Jako patriarcha Jerozolimy, Modest modlił się za chore i cierpiące zwierzęta, wierząc głęboko, że troska o nie jest integralną częścią chrześcijańskiego obowiązku miłości wobec całego stworzenia. Jego modlitwy za zwierzęta przetrwały do dziś i są wciąż odmawiane przez prawosławnych wiernych, szczególnie w intencjach dotyczących opieki nad stworzeniem.

Duchowość świętego Modesta wyróżniała się głębokim współczuciem wobec wszystkich istot żywych. W przeciwieństwie do zachodniej tradycji, która przez wieki często traktowała zwierzęta głównie w sposób instrumentalny lub przedmiotowy, prawosławne podejście, jakie reprezentował Modest, ukazuje je jako pełnoprawną część Bożego stworzenia, godną miłości, szacunku i troski. Jego życie i modlitwy przypominają, że świat natury nie jest oddzielony od duchowej rzeczywistości, lecz przeniknięty obecnością Boga, a każde stworzenie ma swoje miejsce w wielkim planie zbawienia.

Święty Sergiusz z Radoneża (XIV wiek) jest kolejnym przykładem świętego, którego życie świadczy o głębokiej harmonii z całym stworzeniem. W głębi rozległych lasów Radoneża, w czasach, gdy okolica roiła się od dzikich drapieżników, jego samotna cela stała się prawdziwą enklawą pokoju. Żywot Sergiusza wspomina, że wygłodniałe watahy wilków często przemierzały pobliskie gęstwiny, a niedźwiedzie zapuszczały się w okolice jego pustelni. Jednakże moc żarliwej modlitwy pustelnika chroniła go przed wszelkim niebezpieczeństwem – dzikie zwierzęta nie tylko go nie atakowały, lecz wydawały się rozpoznawać w nim obecność łaski.

Szczególną więź święty nawiązał z jednym z niedźwiedzi. Pewnego dnia, widząc przed swoją celą wychudzonego z głodu zwierza, litując się nad jego losem, położył na pniu kawałek chleba. Od tego czasu niedźwiedź zaczął regularnie odwiedzać pustelnię świętego, a Sergiusz dzielił się z nim swoim skromnym pożywieniem, często ofiarowując mu nawet ostatni jego kęs.

Ta cicha przyjaźń między ascetą a dzikim zwierzęciem staje się wymownym obrazem duchowej mocy świętości, która przywraca utraconą jedność stworzenia. W obecności człowieka zjednoczonego z Bogiem nawet dzikie bestie tracą swoją naturalną dzikość, odnajdując spokój i pokój. Historia świętego Sergiusza przypomina, że prawdziwa świętość nie tylko przemienia serce człowieka, ale także jego otoczenie – natura, rozpoznając świętość, odpowiada na nią pokojem i zaufaniem.

Święty Paweł Obnorski (13171429), uczeń świętego Sergiusza z Radoneża, kontynuował tradycję głębokiej harmonii z przyrodą, która cechowała jego duchowego mistrza. Żyjąc na przełomie XIV i XV wieku, Paweł wybrał życie w surowej pustelni pośród nieprzebranych lasów, wśród dzikiej przyrody, gdzie jego świętość zajaśniała w niezwykły sposób.

Żywoty opisują, że w jego obecności zwierzęta zatracały swoją wrodzoną dzikość. Liczne ptaki zlatywały się do jego celi, siadając mu na głowie i ramionach, by jeść z jego rąk okruszki chleba. Drapieżne zwierzęta, które w naturalnych warunkach budziłyby strach, w pobliżu świętego stawały się łagodne i potulne. Świadkowie wspominają widok, który musiał napawać zdumieniem: wokół starca krążyły duże ptaki, mniejsze siadały na nim bez lęku, a niedźwiedź cierpliwie czekał na resztki posiłku, nie wzbudzając strachu ani w lisach, ani w zającach, które swobodnie biegały wokół niego.

Takie sceny nie były dla dawnych chrześcijan zwykłą ciekawostką – odczytywano je jako znak przywrócenia pierwotnego pokoju stworzenia. Święty Paweł, poprzez swoją czystość serca i żarliwą modlitwę, na powrót wprowadzał w świat Boży ład, ukazując, że człowiek zjednoczony z Bogiem potrafi żyć w pokoju nie tylko z innymi ludźmi, ale także z całą przyrodą. Jego życie świadczy o tym, że świętość obejmuje nie tylko relację z Bogiem i ludźmi, lecz również z całym stworzeniem – z ptakami, dzikimi zwierzętami, całą przyrodą, która na nowo odnajduje w obecności świętego swój utracony pokój.

Święta księżna Fiewronia z Muromia (ok. 1175–1228) jest w prawosławnej tradycji czczona nie tylko jako wzór małżeńskiej wierności i mądrości, ale także jako osoba obdarzona niezwykłą wrażliwością na piękno i potrzeby stworzenia. Znana ze swojej łagodności i głębokiej duchowości, otaczała troską nie tylko ludzi, lecz także świat natury, który w jej obecności odnajdywał spokój i bezpieczeństwo.

Szczególnie wymownym symbolem tej więzi stała się jej relacja z najbardziej płochliwymi mieszkańcami lasów – zającami. Te stworzenia, znane ze swojej ostrożności i instynktownej skłonności do ucieczki, w obecności świętej Fiewronii traciły lęk. Zamiast szukać schronienia, odnajdywały przy niej spokój, jakby wyczuwając świętość emanującą z jej osoby.

W tradycji prawosławnej to niezwykłe zjawisko jest traktowane jako głęboki znak – przypomnienie, że prawdziwa świętość przywraca harmonię nie tylko między ludźmi, ale i między człowiekiem a całym światem stworzonym. Święta Fiewronia, poprzez swoją łagodność i miłosierdzie, ukazywała, że pokój i miłość mogą obejmować wszystkie istoty, a nawet najbardziej nieufne stworzenia odnajdują ukojenie w obecności człowieka zjednoczonego z Bogiem.

Jej postać do dziś pozostaje symbolem tej szczególnej więzi człowieka z naturą – więzi opartej nie na dominacji czy lęku, ale na współczuciu, szacunku i wzajemnym zaufaniu, które są odblaskiem Bożej miłości do całego stworzenia.

Święty Herman z Alaski (1757–1837) jest jedną z najjaśniejszych postaci wśród prawosławnych misjonarzy, a jego życie stanowi przykład głębokiej harmonii między człowiekiem a światem natury. Przez wiele lat prowadził pustelnicze życie na jednej z wysp u wybrzeży Alaski, gdzie łączył kontemplację z niestrudzoną troską o tubylczą ludność, głosząc jej Ewangelię nie tylko słowem, ale i przykładem.

Jedną z najbardziej poruszających cech jego życia była niezwykła więź, jaką nawiązał z dzikimi zwierzętami zamieszkującymi te surowe tereny. Jego uczeń, mnich Ignacy, wspominał, że ojciec Herman karmił suszonymi rybami liczne ptaki, które zakładały gniazda w pobliżu jego skromnej celi. Szczególnie uderzające było to, że gronostaje – znane ze swojej płochliwości i skrytości, zwłaszcza w okresie kiedy miały młode – mieszkały pod jego domostwem i bez lęku przyjmowały pokarm bezpośrednio z jego rąk.

Nie tylko małe zwierzęta odnajdywały przy nim spokój. Święty Herman dzielił się pożywieniem również z niedźwiedziami, które w jego obecności traciły swoją dzikość i podchodziły bez strachu. Pustelnia Hermana, choć położona w sercu dzikiej natury, stała się oazą pokoju, w której zwierzęta i człowiek współistnieli w zadziwiającej harmonii.

Szczególnie znamienny jest fakt, że po śmierci ojca Hermana ptaki i inne zwierzęta opuściły to miejsce. Dla wiernych i jego uczniów był to wymowny znak: natura, rozpoznając świętość i dobroć tego człowieka, znajdowała przy nim schronienie; a wraz z jego odejściem zgasło światło, które przyciągało całą tę zwierzęcą wspólnotę.

Życie świętego Hermana z Alaski jest świadectwem, że prawdziwa świętość nie oddziela człowieka od natury, lecz jednoczy go z nią w głębokiej wspólnocie, opartej na pokoju, miłości i wzajemnym szacunku – odbiciu pierwotnej harmonii raju.

Święty Serafin z Sarowa (1759–1833) należy do grona najbardziej znanych i czczonych świętych w prawosławnej Rosji, a jego życie stanowi jedno z najpiękniejszych świadectw duchowej jedności człowieka z całym stworzeniem. Przez wiele lat prowadził pustelnicze życie w rozległych lasach Sarowa, gdzie w samotności, modlitwie i ascezie rozwijał głęboką więź nie tylko z Bogiem, ale również z dzikimi zwierzętami zamieszkującymi te odludne tereny.

Dla świętego Serafina natura była nieodłączną częścią Bożego porządku, a zwierzęta – jego braćmi i siostrami, współuczestnikami życia, w którym wszelkie stworzenie odzwierciedla ślady swego Stwórcy. Traktował je z braterską miłością, widząc w nich istoty obdarzone życiem przez tę samą Boską rękę, która stworzyła człowieka.

Wśród zwierząt odwiedzających jego pustelnię były niedźwiedzie, jelenie, wilki i liczne ptaki. Szczególne miejsce w tych opowieściach zajmuje historia wielkiego niedźwiedzia, który regularnie przychodził do Serafina, przyciągnięty łagodnością i świętością starca. Święty nie tylko nie obawiał się tego potężnego zwierzęcia, ale dzielił się z nim swoim skromnym pożywieniem – czerstwym chlebem, który raz w tygodniu otrzymywał z klasztoru.

Goście odwiedzający jego pustelnię byli świadkami owych niezwykłych spotkań: widzieli, jak dzikie zwierzęta podchodziły do świętego bez cienia lęku, jakby rozpoznawały w nim obecność Bożej łaski i pokoju. W tych obrazach spełniała się prorocza wizja proroka Izajasza, który zapowiadał, że w odnowionym stworzeniu „wilk zamieszka wraz z barankiem” (Iz 11,6) – wizja harmonii, jaka panowała w rajskim ogrodzie przed upadkiem.

Serafin z Sarowa, karmiąc dzikie zwierzęta, ukazywał, że świętość przywraca zerwaną więź między człowiekiem a naturą, czyniąc możliwym istnienie pokoju tam, gdzie wcześniej panował strach i wrogość. Swoim życiem przypominał, że prawdziwa bliskość z Bogiem owocuje bliskością ze wszystkim, co żyje – że w sercu oddanym Bogu znajduje się miejsce także dla najmniejszych i najbardziej niepozornych stworzeń.

Przyjaźń świętego Serafina z niedźwiedziem pozostaje do dziś jednym z najpiękniejszych symboli duchowej odnowy całego stworzenia, w którym człowiek, zwierzęta i natura żyją we wzajemnym szacunku, pokoju i miłości, zjednoczeni przez niewidzialną nić Bożej obecności.

Święty Paisjusz Hagioryta (1924–1994), mnich z Góry Athos, znany był nie tylko ze swojej głębokiej mądrości duchowej i daru pocieszania, ale także z niezwykłej miłości i czułości wobec zwierząt. Uważał je za czyste, niewinne stworzenia Boże i często powtarzał, że całe stworzenie jest jednym wielkim hymnem na chwałę Stwórcy.

W swojej celi ascety na Górze Athos żył w otoczeniu dzikich zwierząt, które traktował jak braci i siostry. Przyjaźnił się z szakalami, zającami, łasicami, żółwiami, jaszczurkami, wężami i ptakami. Zwierzęta nie bały się go – przeciwnie, przychodziły do niego, jakby rozpoznając w nim serce pełne pokoju.

Z czułością wspominał, jak nosił wodę dla myszy i ptaków mieszkających w jego chacie, nie odganiał ich, lecz dzielił się z nimi wszystkim, co miał. Dla św. Paisjusza każde stworzenie, nawet najmniejsze, miało wartość, ponieważ niosło w sobie odblask Bożej dobroci. Zwierzęta były dla niego nauczycielami pokory i prostoty – darzonymi szacunkiem współuczestnikami życia duchowego.

Miłość Paisjusza do świata przyrody była nie tylko uczuciem, ale także duchową postawą – głębokim, kontemplacyjnym rozpoznaniem Bożej obecności we wszystkim, co żyje. Jego życie pokazuje, że prawdziwa świętość nie oddziela się od stworzenia, ale przywraca pierwotną harmonię między człowiekiem a światem.

Te historie, pełne mistycznych więzi ze zwierzętami, stanowią mocne świadectwo prawosławnego przekonania, że święci, dzięki swojej duchowej czystości, przywracają pierwotną harmonię. Dzięki nim zwierzęta jawią się nie tylko jako element Bożego stworzenia, lecz także jako istoty, z którymi ludzie mogą nawiązać głęboką duchową więź, odwołującą się do rajskiego porządku.

Zwierzęta w perspektywie theosis i odnowienia


W teologii prawosławnej centralnym pojęciem jest theosis, czyli proces upodobniania się do Boga, zjednoczenia z Nim poprzez łaskę. Jest to duchowa przemiana, która dotyczy nie tylko indywidualnego człowieka, ale obejmuje całą rzeczywistość stworzoną. Z perspektywy prawosławnej zbawienie nie jest jedynie aktem indywidualnym, ale ma charakter kosmiczny – obejmuje cały wszechświat, który również został dotknięty skutkami grzechu i oczekuje ostatecznego odkupienia. To rozumienie zbawienia uwydatnia głęboki związek między człowiekiem a całym stworzeniem, w którym każdy element przyrody, w tym zwierzęta, odgrywa ważną rolę w Bożym planie odnowy.

W Liście do Rzymian Święty Paweł pisze: „Stworzenie bowiem oczekuje z niecierpliwością objawienia się dzieci Bożych… aby samo stworzenie zostało wyzwolone z niewoli rozkładu i doprowadzone do wolności i chwały dzieci Bożych”. To zdanie jest fundamentalne dla prawosławnej duchowości, która wierzy, że całe stworzenie – nie tylko człowiek, ale także przyroda, zwierzęta i cała materia – bierze udział w Bożym planie odnowy. Jest to przekonanie, które nie jest jedynie metaforą, lecz prawdziwą nadzieją na to, że wszystko, co istnieje, może zostać przemienione przez Boską energię i ostatecznie zjednoczone z Bogiem.

Podobną wizję przedstawia Księga Objawienia, która mówi o obietnicy „nowego nieba i nowej ziemi”. W tej ostatecznej rzeczywistości, przemienionej przez Bożą obecność, nie będzie już cierpienia, śmierci ani rozkładu. Teologowie prawosławni podkreślają, że Biblia nie wyklucza z tej odnowy żadnego elementu stworzenia – w tym także zwierząt. Przeciwnie, skoro cała natura została stworzona jako „bardzo dobra” i wraz z człowiekiem została poddana przemijaniu, to także cała natura ma uczestniczyć w obietnicy przywrócenia harmonii. Z tej perspektywy zwierzęta, podobnie jak cała przyroda, mają swoje miejsce w Bożym planie odnowy i ostatecznego zbawienia.

Duchowość prawosławna mocno akcentuje jedność całego kosmosu oraz głęboki związek człowieka z naturą. Święci Ojcowie Kościoła, jak choćby św. Izaak Syryjczyk, mówili o miłości do każdego stworzenia – nawet do najmniejszego robaczka – jako o znaku prawdziwego zjednoczenia z Bogiem. Taka miłość jest nie tylko odzwierciedleniem boskiego współczucia, ale także potwierdzeniem, że wszystko, co żyje, ma swoje miejsce w Bożym sercu. W tym sensie, prawosławna teologia dostrzega w stworzeniu nie tylko materialny świat, ale także jego duchowy wymiar, w którym każde stworzenie, w tym zwierzęta, jest częścią Boskiego planu.

Z tej perspektywy, nie wydaje się nieprawdopodobne, że zwierzęta, podobnie jak cała reszta stworzenia, będą obecne w przemienionym świecie, który będzie częścią Bożej chwały. Może będą istniały w innej, oczyszczonej i duchowo przemienionej formie, ale nadal będą częścią tej samej rzeczywistości, która została stworzona przez Boga, umiłowana i przeznaczona do udziału w Jego chwale. Theosis, czyli droga człowieka ku Bogu, jest więc nie tylko zapowiedzią przemiany ludzkości, ale także całego stworzenia w świetle Bożej miłości. Ponieważ teologia prawosławna kładzie duży nacisk na odnowę wszystkich rzeczy, możliwe jest, że zwierzęta, podobnie jak cała przyroda, będą istnieć w odnowionym świecie, choć może w formie, której jeszcze nie rozumiemy.

W ten sposób prawosławna wizja zbawienia nie ogranicza się tylko do ludzi, ale obejmuje cały świat, w tym zwierzęta, które w ostatecznym odkupieniu mogą również uczestniczyć w pełni Bożego planu odnowy i harmonii.

Prawosławne chrześcijaństwo i przyszłość stworzenia


Kościół prawosławny nigdy nie wypowiadał się jednoznacznie na temat tego, czy zwierzęta trafiają do nieba po śmierci. W oficjalnym nauczaniu Kościoła nie ma precyzyjnego dogmatu, który rozstrzygałby tę kwestię raz na zawsze. Jednak prawosławna duchowość i teologia, głęboko zakorzenione w mistyce i kontemplacji tajemnicy stworzenia, pozostawiają w tej sprawie przestrzeń dla nadziei. Z perspektywy prawosławnej, zbawienie i ostateczne odnowienie nie dotyczą tylko ludzi, ale całego stworzenia, które jest częścią Bożego planu odnowy.

Prawosławna eschatologia, czyli nauka o rzeczach ostatecznych człowieka i świata, ma wymiar kosmiczny. Obejmuje nie tylko zbawienie dusz ludzkich, ale także całą rzeczywistość stworzoną, która oczekuje przemiany i pełnego objawienia się Królestwa Bożego. Według tej tradycji, ostateczne odnowienie świata obejmuje wszystkie jego elementy – materię, przyrodę, czas, a więc także istoty żywe, w tym zwierzęta. Mistycy prawosławni często podkreślali, że Boże miłosierdzie i miłość nie mają granic, a cała rzeczywistość jest przeniknięta Jego obecnością, co sugeruje, że Boża troska obejmuje nie tylko ludzi, ale i całe stworzenie.

Ósmy dzień tygodnia” – wieczny szabat

uleczenie Wszechświata

Po zmartwychwstaniu umarłych, Sądzie Ostatecznym i końcu świata nastąpi czas odnowienia, przebudowania, przeobrażenia, uleczenia Wszechświata, a potem dla całego stworzenia nastanie dzień odpoczynku i ukojenia – błogosławiony i wieczny szabat. Nastanie radość zmartwychwstania, radość wiecznego życia, radość niekończącego się zmierzchem dnia Królestwa. Rozpocznie się nowa Pascha biorąca początek w końcu czasów, ale sama niemająca końca: „Albowiem oto Ja stwarzam nowe niebiosa i nową ziemię; nie będzie się wspominać dawniejszych dziejów ani na myśl one nie przyjdą”. (Iz 65, 17–18).

Figurą ósmego dnia jest Przemienienie Pańskie na Górze Tabor, gdy ukazał się on swoim uczniom w świetlistej postaci, w towarzystwie Mojżesza i Eliasza. Kościół Wschodni w swej liturgii przypomina wiernym o tym fakcie, zwiastującym takie samo przeobrażenie dla każdego z błogosławionych: „Przemieniłeś się na górze, Chrystusie Boże, ukazawszy uczniom Twym chwałę Twą, o ile zdołali ją ujrzeć. Zaświeć i nam grzesznym Twoje światło zawsze istniejące, przez modlitwy Matki Boskiej, Dawco światłości chwała Ci!” (Troparion na Przemienienie Pańskie – Nauka o nabożeństwach, Warszawa 1938, s. 71)

Św. Symeon Nowy Teolog uważa, że „ósmy dzień” jest obrazem przyszłego wieku, który nie będzie miał końca. Znany nam czas doczesności rozpoczął się w jakiejś chwili i w jakiejś chwili się skończy. Cały akt stwórczy zamknął się w siedmiu dniach, ósmy zaś dzień, nie został jednak zaliczony do poprzedzających go siedmiu dlatego, by znajdując się „poza czasem”, wskazywał na to, iż nie ma ni początku, ni końca. Ale chociaż obecnie jeszcze obiektywnie owego ósmego dnia nie ma dla nas, to przecież istniał on przedwiecznie, istnieje i nastanie przy końcu czasów, aby przywrócić poprzedni stan nigdy niekończącej się teraźniejszości. Wskazuje on też na przeznaczenie inteligentnych i wolnych stworzeń Bożych, aniołów i ludzi, którzy, choć mieli początek, nie mają końca.

Wskazują na to słowa Pisma Świętego: „Twoje [Boże] lata trwają poprzez wszystkie pokolenia. Ty niegdyś założyłeś ziemię i niebo jest dziełem rąk Twoich. Przeminą one, Ty zaś pozostaniesz. I całe one jak szata się zestarzeją: Ty zmieniasz je jak odzienie i ulegają zmianie, Ty zaś jesteś zawsze ten sam i lata Twoje nie mają końca”. (Ps 102 (101), 25–28). „Niebiosa zwijają się jak zwój księgi, wszystkie ich zastępy opadają, jak opada listwie z winnego krzewu i jak opadają liście z drzewa figowego”. (Iz 34, 4).

Dlatego: „Podnieście oczy ku niebu i na dół popatrzcie ku ziemi! Zaiste, niebo jak dym się rozwieje i ziemia zwiotczeje jak szata, a jej mieszkańcy wyginą jak komary. Lecz moje zbawienie będzie wieczne, a sprawiedliwość moja zmierzchu nie zazna”. (Iz 51, 6) i „Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą”. „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni”. (Mt 24, 35; 5, 18).

Po zniszczeniu obecnego, doczesnego świata, które poprzedzą straszliwe kataklizmy, nastąpi jego odrodzenie i odnowienie: „Przy odrodzeniu, (…) Syn Człowieczy zasiądzie na swym tronie chwały…”. (Mt 19, 28).

To samo miał na myśli św. Apostoł Paweł mówiąc o uwolnieniu stworzenia – czyli całej przyrody ożywionej i nieożywionej – przez Boga od „niewoli zniszczenia”: „Stworzenie bowiem zostało poddane marności (…) w nadziei, że również i ono zostanie wyzwolone z niewoli zepsucia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych”. (Rz 8, 20-23)

O tym samym nauczał również św. Apostoł Piotr: „Oczekujemy jednak, według obietnicy, nowego nieba i nowej ziemi, w których będzie mieszkała sprawiedliwość”. (2 P 10, 13), oraz św. Apostoł i Ewangelista Jan, opowiadając swą wizję, jakiej doznał, przebywając na zesłaniu na wyspie Patmos: „I ujrzałem niebo nowe i ziemię nową, bo pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminęły”. (Ap 21, 1).

Wiara w koniec świata i późniejsze jego odnowienie i uleczenie jest jednym z fundamentów nauki Kościoła Prawosławnego. Dlaczego jednak świat ma zostać odnowiony, dlaczego ma zostać odnowione całe stworzenie? Otóż – jak wyjaśnia św. Cyryl Jerozolimski – stary świat, jako ten który za sprawą Diabła uległ zepsuciu i został skalany, każdym rodzajem grzechu, nie może się ostać i musi spłonąć w kosmicznym pożarze, aby mógł pojawić się nowy, lepszy.

Ponieważ dziejów obecnie istniejącego świata nie można oddzielić od historii człowieka, któremu on służy, więc podobnie jak człowiek musi zostać odnowiony, aby nadal mógł mu służyć.

Skoro ludzkość nie jest przeznaczona na zatracenie, dlaczego wobec tego świat miałby zostać zniszczony i więcej się nie odrodzić? Odrodzi się on, ale już jako nieskalany brudem zła i grzechu. Dlatego podobnie jak człowiek zostanie odnowiony i przebóstwiony po zmartwychwstaniu, tego samego dostąpi świat i stworzenie. I doskonały człowiek nigdy już nie okaleczy świata.

Św. Bazyli Wielki powiada, że odnowienie, przemienienie świata jest konieczne, aby mógł się on „dopasować się” do nowego stanu człowieka, do jego „innej formy życia”, które będzie wymagało – co logiczne – także innych warunków.

Zdają się wskazywać na to słowa Pisma Świętego: „Jeszcze raz wstrząsnę nie tylko ziemią, ale i niebem. Te zaś słowa jeszcze raz wskazują, że nastąpi zniszczenie tego, co zniszczalne, a więc tego, co zostało stworzone, aby pozostało to, co niewzruszone”. (Hbr. 12, 26). „Bo tak mówi Pan Zastępów: Jeszcze raz, [a jest to] jedna chwila, a Ja poruszę niebiosa i ziemię, morze i ląd”. (Ag. 2, 6).

Czy jednak należy rozważać to, jako całkowite unicestwienie obecnego świata i stworzenie przez Boga na jego miejsce jakiegoś innego, nowego? Św. Augustyn biskup Hippony, uważa, że choć jest to oczywiście możliwe, to nastąpi raczej odnowienie świata obecnie istniejącego, który jednak wpierw, w kosmicznym pożarze, przez ów niebieski ogień zostanie oczyszczony z wszelkiego zła, jakiego był świadkiem i uczestnikiem w czasie trwania historii człowieka. Tego samego zdania jest także św. Symeon Nowy Teolog.

W odnowionym Wszechświecie nie będzie już więcej miejsca dla kogokolwiek i czegokolwiek skażonego. Będzie on mieszkaniem świętych czystych istot – ludzi i mieszkańców niebios. Cnota i świętość trwale zamieszkają w nowym świecie.

Natomiast wszyscy grzesznicy nie znajdą tam miejsca dla siebie, bo piekło, siedziba ich przebywania i męki, zostanie usunięta gdzieś na zewnątrz Wszechświata. Gdzieś w ciemności zewnętrzne (cokolwiek by to miało oznaczać, jedno oznacza na pewno, że będzie to na zewnątrz Królestwa Bożego). Lecz gdzie to będzie, tego nie wiemy, tego bowiem Bóg nie zechciał nam objawić. O tym jednak, że będzie to, gdzieś poza odnowionym Wszechświatem, mówi Pismo Święte: „Na zewnątrz są psy, guślarze, rozpustnicy, zabójcy, bałwochwalcy i każdy, kto kocha kłamstwo i nim żyje”. (Ap 22, 15 BT). „Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwiąźli, ani mężczyźni współżyjący ze sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego”. (1 Kor 6, 9-10 BT).

Św. Izaak Syryjczyk uważa, że w nowym Wszechświecie żadne z zamieszkujących go stworzeń nie będzie pamiętać świata obecnego. Pierwsze stworzenie zostanie całkowicie zapomniane, a umysł ludzki nie zechce już nigdy powrócić do wspomnień czasów przesiąkniętych złem, będzie on bowiem przywiązany do dobra, szczęścia, miłości, radości i słodyczy nowego istnienia w Królestwie Bożym, w Raju Nowej Jerozolimy.

W jednym z końcowych wersetów Apokalipsy św. Jana pojawia się pozornie niepokojące stwierdzenie: „Na zewnątrz są psy, guślarze, rozpustnicy, zabójcy, bałwochwalcy i każdy, kto kłamstwo kocha i nim żyje” (Ap 22,15). W kontekście Nowego Jeruzalem, opisywanego jako ostateczne spełnienie Bożego planu zbawienia, wers ten odnosi się do tych, którzy nie mają wstępu do tej rzeczywistości – do świata pełnego światła, pokoju i jedności z Bogiem. Wśród nich wymienia się „psy”, co współczesnemu czytelnikowi może wydać się zaskakujące, zwłaszcza w kontekście refleksji nad miejscem zwierząt w życiu wiecznym. Warto jednak zrozumieć, że w tym fragmencie nie chodzi o zwierzęta w sensie dosłownym. Słowo „psy” ma tu znaczenie symboliczne, głęboko zakorzenione w kulturze starożytnego Bliskiego Wschodu i świata biblijnego.

W tradycji żydowskiej i wczesnochrześcijańskiej psy były kojarzone nie z wiernymi towarzyszami człowieka, jak bywa dziś, lecz z nieczystością, agresją, życiem na marginesie ludzkiej wspólnoty. Były zwierzętami dzikimi, żywiącymi się padliną, bytującymi na wysypiskach śmieci i poza społeczeństwem. W tym kontekście określenie „pies” było często używane jako metafora moralnej nieczystości, przewrotności, a nawet duchowego buntu wobec Boga. W niektórych fragmentach Pisma Świętego odnosiło się ono do osób szerzących fałszywe nauki lub żyjących w grzechu. Przykładem może być List do Filipian, w którym św. Paweł przestrzega: „Strzeżcie się psów, strzeżcie się złych pracowników” (Flp 3,2), mając na myśli ludzi, którzy wypaczają Ewangelię.

W Apokalipsie św. Jana „psy” stają się zatem symbolem tych, którzy świadomie wybrali życie w kłamstwie, przemocy, bałwochwalstwie i moralnym chaosie. Autor księgi, posługując się twardym i wyrazistym językiem prorockim, nie potępia zwierząt jako takich, lecz odwołuje się do ówczesnych skojarzeń kulturowych, by ukazać radykalne oddzielenie zła od dobra w ostatecznym porządku zbawienia. Nie ma tu zatem miejsca na dosłowną interpretację, wedle której zwierzęta – a zwłaszcza psy – byłyby wykluczone z nieba.

Wręcz przeciwnie, wiele innych fragmentów biblijnych i teologicznych tradycji chrześcijańskich, zwłaszcza w ich mistycznych nurtach, ukazuje stworzenie jako mające udział w Bożym planie odkupienia. Psy w Apokalipsie nie są więc argumentem przeciw obecności zwierząt w niebie, lecz silną metaforą duchowej postawy sprzeciwiającej się miłości i prawdzie. W refleksji nad zwierzętami w eschatologii należy zatem odróżnić język symboliczny od dosłownego i pamiętać, że Biblia posługuje się obrazami, które dla starożytnych miały zupełnie inne znaczenia niż dla współczesnych odbiorców.

Nadzieja na to, że i zwierzęta znajdą się w niebie znajduje teologiczne uzasadnienie w doktrynie kosmicznego przemienienia, zakorzenionej głęboko w prawosławnej myśli. Mówi ona, że całe stworzenie – nie tylko ludzie, ale wszystko, co wyszło z rąk Boga – zostanie przemienione i odnowione w Chrystusie. Ta odnowa nie polega na zniszczeniu i stworzeniu czegoś całkowicie nowego, lecz na przekształceniu wszystkiego w świat wolny od grzechu, śmierci i zepsucia. Również zwierzęta, które dzieliły z człowiekiem los po upadku – cierpiały, umierały, podlegały rozkładowi – mogą wedle tej wizji zostać objęte łaską przemienienia. Ich udział w przyszłym świecie może być formą ich zbawienia, nie tyle przez zasługę, co przez miłosierdzie Boga, który wszystko czyni nowym.

W tym ujęciu, obecność zwierząt w nowym stworzeniu nie jest już tylko kwestią emocjonalnych pragnień czy ludzkiej tęsknoty, ale staje się realną możliwością zakorzenioną w głębokiej refleksji teologicznej i duchowym doświadczeniu Kościoła.

Prawosławne teksty teologiczne na temat zwierząt

Filokalia, klasyczny zbiór pism prawosławnych ojców duchowych i mistyków, otwiera przed czytelnikiem wizję duchowej rzeczywistości, w której cały kosmos – nie tylko człowiek – ma udział w Bożym życiu. W tej tradycji świat przyrody nie jest traktowany jako duchowo neutralne tło dla ludzkiego zbawienia. Wręcz przeciwnie – natura, a więc również zwierzęta, rośliny i cała materia stworzona, uczestniczy w tajemnicy istnienia, niosąc w sobie ślad obecności Logosu, Boskiego Słowa, przez które wszystko zostało stworzone.

W duchowości Filokalii nie istnieje sztywne przeciwstawienie świata materialnego i duchowego. Wszystko, co stworzone, ma swoje miejsce w Bożym planie i jest powołane do przemiany. Człowiek, stworzony na obraz Boga i obdarzony zdolnością do theosis – przebóstwienia – nie osiąga świętości w izolacji od reszty stworzenia, lecz w głębokiej jedności z nim. Gdy człowiek oczyszcza swoje serce, modli się i powraca do Boga, przywraca również harmonię i porządek w relacjach ze światem. W tej odnowionej jedności zwierzęta, podobnie jak cała przyroda, odnajdują swój pierwotny spokój, sens i miejsce w kosmicznym porządku.

Prawosławna mistyka dostrzega, że grzech pierworodny miał konsekwencje nie tylko dla człowieka, ale i dla całego stworzenia. Została zakłócona pierwotna jedność między człowiekiem a światem, który go otaczał – nastąpiło pęknięcie w relacjach, które wcześniej były pełne pokoju i wzajemnej współpracy. Jednak nadzieja, jaka przebija z duchowości Filokalii, jest równie głęboka jak świadomość tego pęknięcia. Powrót człowieka do Boga, jego nawrócenie i duchowa przemiana, są drogą do odnowienia nie tylko siebie, ale i całego stworzenia. Człowiek, stając się ‘kapłanem kosmosu’, jak to ujmowali niektórzy ojcowie, ofiarowuje świat Bogu, a przez to umożliwia jego duchowe odrodzenie.

Prawosławna teologia, wierna swojej apofatycznej – czyli otwartej na tajemnicę – naturze, nie wypowiada się jednoznacznie na temat losu zwierząt po śmierci. Jednak pozostawia miejsce dla nadziei, że również one mogą mieć udział w eschatologicznym przemienieniu świata. W tej perspektywie zwierzęta nie są wyłącznie biernymi elementami stworzenia, lecz cichymi towarzyszami człowieka na jego drodze do Boga – istotami, które również mogą zostać objęte Bożym współczuciem, miłosierdziem i odnową.

Prawosławne modlitwy za zwierzęta

W tradycji prawosławnej istnieje żywa i bogata duchowo praktyka modlitwy za zwierzęta, która – choć nienagłośniona – sięga głęboko w historię Kościoła Wschodniego. W przeciwieństwie do zachodniego chrześcijaństwa, gdzie modlitwy za zwierzęta były przez wieki raczej marginalne i sporadyczne, w prawosławiu odnajdujemy świadectwa świętych, mnichów i wspólnot, które traktowały zwierzęta jako istotną część stworzenia zasługującą na modlitewną troskę.

Jedną z najbardziej znanych postaci związanych z duchową opieką nad zwierzętami jest święty Modestos, patriarcha Jerozolimy żyjący w VII wieku. W prawosławnej tradycji czczony jest jako patron zwierząt. Jego imię i modlitwy w intencji uzdrowienia chorych zwierząt są do dziś obecne w praktyce duchowej niektórych wspólnot monastycznych. Modestos uczył, że troska o stworzenia nie jest jedynie obowiązkiem rolnika czy pasterza, ale również chrześcijanina, który pragnie naśladować Bożą miłość obejmującą całe stworzenie. W swojej modlitwie błagał Boga o zdrowie i ochronę zwierząt, podkreślając ich wartość w Bożym planie i codziennym życiu ludzi.

Modlitwa za zwierzęta, według tej tradycji, wyraża przekonanie, że także one zasługują na Bożą opiekę i współczucie. Nie są jedynie elementem przyrody czy zasobem do wykorzystania, lecz stworzeniami obdarzonymi przez Boga miejscem i celem. W modlitwach tych pobrzmiewa głębokie przeświadczenie, że całość stworzenia jest święta, a ludzkie życie duchowe powinno obejmować także odpowiedzialność za dobrostan istot nieludzkich.

W wielu Kościołach prawosławnych dzień 16 grudnia, czyli wspomnienie św. Modestosa, obchodzony jest jako szczególny moment modlitwy za zwierzęta. W niektórych wspólnotach praktykuje się wówczas specjalne nabożeństwa błogosławieństwa zwierząt. Praktyka ta, choć różni się w zależności od regionu i tradycji lokalnej, przypomina, że zwierzęta są przedmiotem troski nie tylko ze względów praktycznych, ale także duchowych.

W niektórych klasztorach modlitwa za zwierzęta nie ogranicza się do jednego dnia w roku. Mnisi i mniszki regularnie modlą się za stworzenia żyjące w ich otoczeniu – za zwierzęta domowe, gospodarskie, a nawet dzikie. Takie praktyki wynikają z przekonania, że współczucie, pokora i miłość do wszelkiego życia to nie tylko cnoty moralne, ale droga do duchowego zjednoczenia z Bogiem, który jest Stwórcą i Podtrzymującym wszystko, co żyje.

W związku z przypadającym 16 grudnia wspomnieniem św. Modesta Jerozolimskiego, patrona zwierząt, w niektórych parafiach prawosławnych odprawiane są specjalne nabożeństwa błogosławienia zwierząt. Przykładem może być parafia greckoprawosławna św. Eliasza Proroka w Santa Cruz w Stanach Zjednoczonych, gdzie corocznie, w okolicach tego dnia, organizowana jest uroczysta modlitwa w intencji zwierząt. Podczas jednego z takich nabożeństw, 12 listopada 2012 roku, ojciec Dennis Vierling pobłogosławił kilkanaście psów, kota i żółwia, modląc się o ich zdrowie i ochronę. Właściciele zwierząt byli wzruszeni indywidualnym podejściem duchownego do każdego z ich pupili, a sam kapłan podkreślał, że zwierzęta domowe są źródłem radości i towarzystwa, a modlitwa za nie wyraża wdzięczność za ich obecność w życiu człowieka. Błogosławieństwo zwierząt, choć nie stanowi powszechnej praktyki we wszystkich Kościołach prawosławnych, jest głęboko zakorzenione w niektórych lokalnych tradycjach i może przybierać różne formy w zależności od regionu. W prawosławnych tradycjach greckiej i rosyjskiej istnieje również zwyczaj błogosławienia zwierząt gospodarskich, takich jak konie czy krowy, które towarzyszą człowiekowi w codziennym życiu i pracy. Modlitwy te obejmują nie tylko prośbę o ich fizyczne dobro, ale także wyrażają troskę o duchowe znaczenie ich istnienia. Zgodnie z nauczaniem Kościoła prawosławnego całe stworzenie jest święte, a relacja człowieka ze światem przyrody powinna być oparta na szacunku, trosce i odpowiedzialności. W tym ujęciu każde stworzenie – od roślin po zwierzęta – współuczestniczy w Bożym dziele stworzenia i wciąż pozostaje objęte Bożą miłością oraz opieką.


Ciąg dalszy nastąpi

ksiegarnia-armoryka.pl/stworzenie-i-wiecznosc-czy-w-niebie-beda-zwierzeta-andrzej-sarwa

Trump oddaje hołd Świątyni Nieba

Trump oddaje hołd Świątyni Nieba

Pepe Escobar uncutnews-ch/trump-erweist-dem-himmelstempel-seine-ehre

Pepe Escobar

Gdybyśmy byli wystarczająco hojni, moglibyśmy dojść do wniosku, że Xi i Trump uzgodnili trzyletnie ramy stabilności.

SZANGHAJ – Nagłówek na pierwszej stronie dziennika China Daily w czwartek był niczym grom z jasnego nieba: „Czerwony dywan dla Trumpa w Pekinie”.

Cóż, tak – wraz z podekscytowanymi dziećmi machającymi kwiatami i wizytą w Świątyni Nieba, zbudowanej w 1420 roku jako symbol połączenia nieba z ludzkością.

Młodość spotyka się z tradycją. Pokolenie, które będzie przewodzić w pełni zmodernizowanym Chinom, styka się z ich bogatą historią. Oszołomiony i zdezorientowany prezydent USA z trudem pojmował, że właśnie otrzymał mistrzowską lekcję cywilizacji.

Xi Jinping był znany z miażdżącej krytyki: „Powinniśmy być partnerami, a nie rywalami”. Zwolennicy wyjątkowości byli zszokowani. I to po niekończącej się litanii wojen handlowych, sankcji technologicznych, nieustającej histerii wokół Tajwanu, okrążenia militarnego, konfrontacji geoekonomicznej i antychińskiej retoryki.

Uspokój się. Zachowaj spokój.

Ach, zawiłości i meandry najważniejszej dwustronnej relacji na świecie. Chociaż obie gospodarki są ze sobą ściśle powiązane, dwustronny handel towarami osiągnął w 2025 roku zaledwie 4,01 biliona juanów (590 miliardów dolarów). W skali globalnej nie robi to wrażenia: stanowi zaledwie 8,8% całkowitego handlu zagranicznego Chin.

Podczas bankietu państwowego Xi, dzięki swym doskonałym umiejętnościom retorycznym, dokonał wyczynu zjednoczenia MAGA i odrodzenia narodu chińskiego:

„Chińczycy i Amerykanie to dwa wielkie narody. Wielkie odrodzenie narodu chińskiego i cel, jakim jest ponowne uczynienie Ameryki wielką, mogą iść ręka w rękę”.

Barbarzyńcy znów byli zdezorientowani.

Następnie Xi krótko wyjaśnił, na czym stoimy. Zajęło to tylko jedno zdanie:

„Transformacja, jakiej nie widziano od stulecia, przyspiesza na całym świecie, a sytuacja międzynarodowa jest płynna i burzliwa”.

Porównajmy to z momentem, gdy po raz pierwszy publicznie mówił o tej „transformacji” – tuż po spotkaniu z Putinem na Kremlu wiosną 2023 roku.

Xi natychmiast zapytał: „Czy Chiny i Stany Zjednoczone mogą przezwyciężyć pułapkę Tukidydesa i stworzyć nowy paradygmat relacji między mocarstwami?”

Choć pułapka Tukidydesa jest kolejnym słabym tworem amerykańskiego świata think tanków – najlepszymi analitykami Tukidydesa są Grecy i Włosi, a nie klika Waszyngtonu – metafora Xi rzeczywiście podkreśla, że ​​to Chiny są teraz liderem nowego, powstającego porządku.

A Chinom udało się to osiągnąć bez oddania ani jednego strzału.

Ta „konstruktywna stabilność strategiczna”

Następnie Xi przedstawił swoją nową wizję stosunków amerykańsko-chińskich – przynajmniej na najbliższe trzy lata – podając dość zaskakujące hasło: „konstruktywna stabilność strategiczna” (podkreślenie moje).

Ale to niesie ze sobą trzy poważne problemy.

Imperium Chaosu nie jest konstruktywne: jest destrukcyjne.

Nie jest to strategia: w najlepszym razie jest to mniej więcej taktyka, a taktyka ciągle się zmienia.

Nie chodzi tu o stabilność: chodzi o tworzenie i wykorzystywanie chaosu – wraz z kłamstwami, grabieżą i, jak widzimy w Wenezueli, a szczególnie w Iranie, piractwem.

Xi nie może rozsądnie oczekiwać „współpracy” ze strony imperium jako „kamienia węgielnego” relacji – nie mówiąc już o „zdrowej stabilności z zachowaniem rozsądnych granic konkurencji”.

Gdybyśmy byli wystarczająco hojni, moglibyśmy dojść do wniosku, że Xi i Trump uzgodnili trzyletnie ramy stabilności, które należy rozumieć jako strukturalny reset – najpierw współpraca, a następnie kontrolowana konkurencja i przewidywalny pokój jako końcowy rezultat.

Nie zapominajmy jednak, że mamy do czynienia z Ameryką „nieumowną” – według nieśmiertelnej definicji Wielkiego Mistrza Ławrowa.

No i oczywiście jest kwestia Tajwanu. Xi w szczytowej formie: „Niepodległość Tajwanu” i pokój po drugiej stronie Cieśniny Tajwańskiej są nie do pogodzenia jak ogień i woda”. Amerykanie muszą zachować „wyjątkową ostrożność” w „rozwiązywaniu kwestii Tajwanu”.

Xi określił to jako „najważniejszą kwestię w relacjach między Chinami a USA”. Dla Pekinu to ostateczna czerwona linia. Zespół Trumpa może nadal nie rozumieć, o co tak naprawdę toczy się gra. Tajwan jest zmienną, która może wyzerować całe optymistyczne, trzyletnie równanie „pokojowe”.

A tak przy okazji: twierdzenie amerykańskich mediów głównego nurtu, że Xi Jinping wymienił amerykańską nieingerencję na Tajwanie na chińską „pomoc” dla USA w Iranie, jest absurdalne. Chiny i Iran mają stale ewoluujące partnerstwo strategiczne.

Podczas gdy wszystko to działo się w Pekinie, miałem przyjemność spędzić długi geopolityczny lunch w Szanghaju z niezwykłym Li Bo, dyrektorem generalnym Guancha, najważniejszego niezależnego medium w Chinach, które ma co najmniej 120 milionów obserwujących dziennie.

Li Bo stwierdził między innymi, że Tajwan nie jest problemem dla Pekinu: to wewnętrzna sprawa, którą należy rozwiązać pokojowo. Prawdziwym problemem, jak powiedział, jest zbrojenie Japonii – zwłaszcza teraz, pod rządami otwarcie militarystycznego rządu Sanae Takaichi.

A teraz do prawdziwych VIP-ów show Trump-Xi.

Po całej tej gadaninie o „imperium zła”, histerii rozdzielania, paranoi odstraszania od ryzyka, tsunami sankcji, tsunami ceł i retoryce wojennej, mamy teraz oligarchiczną klikę o łącznej kapitalizacji rynkowej przekraczającej 10 bilionów dolarów, która leci do Pekinu, by dosłownie osobiście błagać Xi Jinpinga o… interesy.

Trump był wniebowzięty: „Chciałem numer jeden z każdego imperium! Jensen Huang, Tim Cook, Elon Musk i inni tytani… najlepsi na świecie są tutaj, tuż przed wami”.

Potem padło kluczowe zdanie: „Jesteście tu dzisiaj, aby okazać szacunek sobie i Chinom. Przychodzicie spragnieni biznesu, inwestycji i innowacji. Z naszej strony będzie stuprocentowa wzajemność”.

„Niezbędny” naród oddaje hołd prawdziwemu geo-ekonomicznemu imperium XXI wieku. Historia będzie miała z tego pole do popisu.

Klucze do nowej Świątyni Nieba

Tesla, Apple, Boeing, GE Aerospace – wszystkie te firmy mogą rozpaczliwie potrzebować chińskich pierwiastków ziem rzadkich: Chiny kontrolują prawie 99% światowych mocy przetwórczych pierwiastków ziem rzadkich. Jednak zapotrzebowanie Chin na te amerykańskie giganty maleje strukturalnie.

Łączna zależność przychodów dwunastu największych firm, których prezesi wzięli udział w tej podróży, od rynku chińskiego wynosi ponad 300 miliardów dolarów rocznie.

Musk musi kontynuować produkcję Tesli – Gigafactory, jego najważniejszy ośrodek eksportowy, znajduje się poza Szanghajem – bez 100% ceł. Jensen Huang potrzebuje licencji eksportowych na chipy, aby Nvidia mogła sprzedawać na tym ogromnym rynku sztucznej inteligencji (choć Chiny tak naprawdę już nie potrzebują Nvidii). Tim Cook potrzebuje stabilności łańcucha dostaw Apple w Chinach, wartego 70 miliardów dolarów.

Prawdziwym problemem jest Larry Fink z BlackRock, który z chciwością oczekuje „otwarcia” chińskich rynków finansowych, aby generować dodatkowe zyski dla Wall Street (Li Bo powiedział mi, że Chińczycy w najlepszym razie pozwoliliby im na małe biuro na wyspie Hajnan…). Fink jest również de facto nowym liderem kliki w Davos i bezpośrednio odpowiedzialny za finansowanie centrów danych nadzorujących sztuczną inteligencję w całych Stanach Zjednoczonych.

W oświadczeniu Białego Domu podkreślono „zwiększenie dostępu amerykańskich firm do rynku chińskiego i wzrost chińskich inwestycji w amerykańskim przemyśle”, „większą liczbę chińskich zakupów amerykańskich produktów rolnych” oraz „zainteresowanie Xi zakupem większej ilości amerykańskiej ropy”.

Chińskie Ministerstwo Handlu nie wspomniało jednak ani słowem o żadnych „rozmowach handlowych”.

Teoretycznie więc mieliśmy tę partię prezesów-miliarderów, którzy chcieli „otworzyć” Chiny na amerykański biznes i handel. Społeczność biznesowa w Szanghaju była całkowicie niezadowolona. W końcu Chiny aktywnie budują swoją niezależność – wszystko to zapisane w celach nowego Planu Pięcioletniego – podczas gdy Stany Zjednoczone, za pośrednictwem tych prezesów-miliarderów, w zasadzie demonstrowały formalizację własnej zależności.

Podczas gdy w Pekinie szalał cały ten hałas i gniew, ministrowie spraw zagranicznych Rosji, Chin (nie Wang Yi, który pozostał w Pekinie u boku Xi), Indii i, co najważniejsze, Iranu, wraz z innymi przedstawicielami, przybyli do New Delhi na bardzo ważny szczyt BRICS, którego głównym tematem była, jak to określiła Moskwa, reforma systemu „globalnego zarządzania”, w której dominującą rolę odgrywa Globalne Południe.

BRICS może być w stanie śpiączki. Ale jeśli ktokolwiek jest w stanie go ożywić, to Wielki Mistrz Ławrow i Rosja – ramię w ramię z Chinami i rosnącą potęgą globalną, Iranem. Po raz kolejny to nowy Trójkąt Primakowa, RIC (Rosja-Indie-Chiny), znajdzie prawdziwe klucze do otwarcia nowej Świątyni Nieba.

Źródło: Trump oddaje hołd Świątyni Nieba

Trump w panice – Iran i Chiny rozmontowują strategię Waszyngtonu z czasów II wojny światowej

Pepe Escobar: Trump w panice – Iran i Chiny rozmontowują strategię Waszyngtonu z czasów II wojny światowej

W tym wywiadzie Pepe Escobar z Szanghaju analizuje konsekwencje szczytu Trump-Xi w Pekinie, rolę Iranu w Cieśninie Ormuz, koordynację rosyjsko-chińską oraz rosnącą utratę kontroli przez Waszyngton. Jego główna teza: Stany Zjednoczone próbują wywierać presję na Iran, Chiny i Rosję jednocześnie – ale ta sama strategia zbliża te trzy mocarstwa i przyspiesza transformację w kierunku wielobiegunowego porządku świata.

Pekin jako scena geopolitycznego upokorzenia

Escobar zaczyna od niemal kpiącej obserwacji z Szanghaju. Dla niego miasto to nie tylko azjatycka metropolia, ale symbol przyszłości: zaawansowana technologia, miejska dynamika, potęga gospodarcza i kulturowa pewność siebie. Z tej perspektywy geopolityczny teatr Waszyngtonu wydaje mu się coraz bardziej przestarzały, wyczerpany i prowincjonalny.

W interpretacji Escobara wizyta Trumpa w Pekinie jawi się nie jako triumf amerykańskiej dyplomacji, lecz jako starannie zaaranżowana lekcja chińskiej projekcji siły. Trump przybył do Chin w towarzystwie prezesów i geopolitycznych żądań, ale Xi Jinping w istocie dał mu mistrzowską lekcję cywilizacji: uprzejmości, rytualizacji, precyzji – i strategicznego chłodu.

Dla Escobara symboliczne tło jest szczególnie ważne: Świątynia Nieba, tło historyczne, dopracowana inscenizacja i sposób, w jaki Chiny przyjęły Trumpa. Nie jako zwycięzcę. Nie jako władcę świata. Ale jako gościa starszego, pewnego siebie ośrodka władzy.

Dwa ostrzeżenia dla Trumpa: najpierw Putin, potem Xi

Główna teza Escobara jest taka, że ​​Trump otrzymał dwa wyraźne sygnały zatrzymania w ciągu kilku dni – najpierw od Władimira Putina, a następnie od Xi Jinpinga.

Pierwszy strzał ostrzegawczy padł podobno po wizycie irańskiego ministra spraw zagranicznych Abbasa Araghchiego w Petersburgu. Araghchichi szczegółowo wyjaśnił stanowisko Iranu Ławrowowi i Putinowi. Następnie Putin rozmawiał bezpośrednio z Trumpem telefonicznie i w istocie zaproponował mediację w celu rozwiązania kryzysu irańskiego – ale jednocześnie jasno dał do zrozumienia, że ​​kolejna eskalacja konfliktu, wznowienie bombardowań, a nawet ataki na infrastrukturę cywilną nie pozostaną bezkarne.

Dla Escobara był to pierwszy rozkaz „zaprzestania i zaniechania”: zaprzestania dalszego pogarszania sytuacji.

Drugi komunikat nadszedł z Pekinu. Xi Jinping nie uciekł się do jawnych gróźb, lecz do języka chińskiej dyplomacji: pośredniego, lecz jednoznacznego. Chiny nie wezmą udziału w próbach Waszyngtonu, by wywrzeć presję na Iran. Chiny nie zaakceptują też wykorzystywania kryzysu irańskiego jako preludium do późniejszej eskalacji konfliktu z Chinami.

Cieśnina Ormuz: otwarta dla Chin, problem dla Waszyngtonu

Centralnym punktem dyskusji jest Cieśnina Ormuz. Podczas gdy Waszyngton stara się przedstawiać kryzys jako globalny problem bezpieczeństwa, Escobar postrzega sytuację bardziej pragmatycznie: dla Chin Cieśnina Ormuz nie jest zablokowana. Chińskie tankowce mogą nadal przepływać przez nią na mocy porozumień państwowych z Iranem.

Oznacza to, że Waszyngton traci kluczową dźwignię. Chociaż Stany Zjednoczone nadal mogą wywierać presję na zachodnie firmy żeglugowe, ubezpieczycieli i państwa Zatoki Perskiej, nie kontrolują już automatycznie przepływu energii do Azji.

To jest sedno nowej rzeczywistości: Stany Zjednoczone mogą wywołać kryzys, ale nie mogą już zagwarantować, że wszyscy kluczowi gracze będą grać według ich zasad.

Iran jako strategiczny węzeł

Iran jawi się nie jako odosobniony cel amerykańskiej polityki siły, lecz jako centralny ośrodek rodzącego się porządku wielobiegunowego.

Logika dyskusji opierała się na założeniu, że wojna z Iranem nigdy nie była tylko wojną z Iranem. Była to również wojna z Chinami, wpływami Rosji, Korytarzem Północ-Południe, Inicjatywą Pasa i Szlaku oraz strategiczną autonomią Globalnego Południa.

Dlatego Rosja i Chiny reagują tak zdecydowanie. Wiedzą: jeśli Iran upadnie, presja na całą architekturę wielobiegunową wzrośnie. Jeśli Iran utrzyma swoją pozycję, Waszyngton straci istotną część swojej siły zastraszania.

Tajwan: Czerwona linia za czerwoną linią

Xi Jinping wielokrotnie dawał Trumpowi jasno do zrozumienia, że ​​Tajwan pozostaje ostateczną czerwoną linią dla Chin. Escobar bezpośrednio łączy Tajwan z Iranem: To, co Waszyngton próbuje dziś zrobić w Zatoce Perskiej, może być kontynuowane jutro poprzez Malakkę, Morze Południowochińskie i Tajwan.

To sprawia, że ​​Tajwan jest strategicznym odbiciem kryzysu irańskiego. Oba przypadki koncentrują się na wąskich gardłach, szlakach morskich, przepływach energii, odstraszaniu militarnym i pytaniu, czy Stany Zjednoczone będą nadal w stanie dyktować warunki konfliktów na obrzeżach Eurazji.

Xi zasadniczo powiedział Trumpowi: Nie próbuj stosować wobec Tajwanu tej samej logiki eskalacji, którą zastosowałeś wobec Iranu.

Putin w Pekinie: Nie przypadek, ale sygnał

Escobar uważa, że ​​kolejna wizyta Putina w Pekinie była szczególnie ważna. Uważa, że ​​spotkanie Putina z Xi zaledwie kilka dni po spotkaniu Trumpa nie było zbiegiem okoliczności, lecz raczej częścią precyzyjnej koordynacji między Moskwą a Pekinem.

Xi zda Putinowi relację z pierwszej ręki o tym, co zostało omówione z Trumpem. To stworzy ściśle skoordynowaną linię rosyjsko-chińską wobec Waszyngtonu. Wraz z Iranem tworzy się strategiczny trójkąt, który nie tylko reaguje, ale aktywnie kształtuje własną rzeczywistość.

Dla Escobara to kluczowe: Rosja, Chiny i Iran nie czekają już, aż Waszyngton wykona swoją pracę. Budują własny porządek.

Stany Zjednoczone nie rozumieją języka Chin

Jednym z najistotniejszych wątków rozmowy jest intelektualna i kulturowa niezdolność amerykańskich elit do zrozumienia Chin. Escobar oskarża amerykańską delegację o zachowanie się jak prowincjonalni politycy w Pekinie – niezdolność do rozszyfrowania rytuałów, języka, historii i symboliki chińskiej dyplomacji.

Koncepcja „konstruktywnej stabilności strategicznej”, którą Xi sformułował jako zasadę przewodnią na nadchodzące lata, jest szczególnie istotna. Dla Chin oznacza ona: najpierw współpraca, potem kontrolowana konkurencja, a pokój jako cel.

Dla Escobara właśnie o to chodzi: amerykańskie imperium nic nie może zrobić z tą koncepcją. Nie jest konstruktywna, lecz destrukcyjna. Nie strategiczna, lecz taktyczna. Nie stabilizująca, lecz nastawiona na chaos, presję i piractwo.

Xi zaoferował zatem USA swego rodzaju strukturalny restart. Escobar wątpi jednak, czy Waszyngton w ogóle rozumie, co zostało zaoferowane.

BRICS w kryzysie – ale Rosja i Chiny pozostają siłą napędową

Kolejnym tematem jest BRICS. Escobar opisuje niedawne spotkanie ministrów spraw zagranicznych w New Delhi jako wielki bałagan. Napięcia między Iranem a Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi pokazały, jak głębokie stały się sprzeczności w BRICS.

Dla niego BRICS jest „w śpiączce”, ale nie jest to jeszcze definitywny koniec. Gdyby ktokolwiek mógł ożywić ten projekt, byłyby to Rosja i Chiny – być może razem z Iranem i Brazylią.

Problem: BRICS obejmuje państwa o zupełnie odmiennych celach strategicznych. Indie, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Arabia Saudyjska, Iran, Chiny i Rosja nie mają wspólnych interesów. Rola Zjednoczonych Emiratów Arabskich jako bliskiego partnera Izraela i Stanów Zjednoczonych, w szczególności, sprawia, że ​​sytuacja staje się napięta.

Escobar sugeruje, że BRICS może potrzebować wewnętrznej hierarchii w dłuższej perspektywie. Poprzednia idea całkowitej równości byłaby trudna do utrzymania w nowych warunkach.

Pakistan jako nowy kluczowy gracz

Ocena Pakistanu dokonana przez Escobara jest interesująca. Uważa on, że Pakistan znacząco wzmocnił swoją pozycję dzięki roli pośrednika między Iranem a innymi podmiotami. Jednocześnie Pakistan otwiera dla Iranu korytarze lądowe, a nawet port w Gwadarze. To w praktyce czyni Gwadar użytecznym również dla Iranu – strategiczny ruch o ogromnym znaczeniu.

To zmienia mapę. Iran staje się mniej zależny od wrażliwych szlaków morskich. Pakistan wzmacnia swoją rolę mediatora i węzła komunikacyjnego. Chiny czerpią korzyści z chińsko-pakistańskiego korytarza gospodarczego. Rosja dostrzega nowe połączenia z Azją Południową.

Pakistan mógłby stać się naturalnym kandydatem do odegrania silniejszej roli w BRICS – ku wielkiemu niezadowoleniu Indii i prozachodnich sił w bloku.

Strategia USA wydaje się coraz bardziej chaotyczna.

W rozmowie sytuacja w Waszyngtonie jest opisywana jako coraz bardziej chaotyczna. Czasem grożą nowe ataki na Iran, czasem następuje zwrot akcji. Czasem mówi się o dyplomacji, czasem o bombardowaniach. Dla Escobara nie jest to przejaw siły, a raczej paniki.

Stany Zjednoczone dążyły do ​​widocznego zwycięstwa, ponieważ ich poprzednie strategie zawiodły. Iran nie upadł. Chiny nie dały się zastraszyć. Rosja nie została odizolowana. Nawet część zachodniego establishmentu zaczynała zdawać sobie sprawę, że dalsza eskalacja konfliktu z Iranem może mieć katastrofalne skutki.

Escobar wskazuje na głosy neokonserwatystów, które nagle brzmią bardziej ostrożnie. Ostrzega jednak: Siły te nie porzuciły swoich celów. Po prostu szukają nowej formuły permanentnej wojny.

Prawdziwa bitwa: suwerenność kontra imperium

Ostatecznie analiza Escobara sprowadza się do dwóch koncepcji: suwerenności i niepodległości. To właśnie te koncepcje Putin podkreślał Araghchi. Dla Escobara stanowią one prawdziwą definicję funkcjonującego Globalnego Południa.

Dla niego Iran jest przykładem tego, jak państwo może zachować zdolność do działania pomimo ogromnych sankcji, presji militarnej i ciągłych zagrożeń. Chiny są tego ważniejszym przykładem: gospodarczo, technologicznie i dyplomatycznie są teraz tak silne, że Waszyngton nie może już zmusić ich do działania według własnego uznania.

Rosja z kolei łączy siłę militarną, politykę energetyczną i dyplomację.

Według Escobara te trzy mocarstwa nie tworzą razem formalnego bloku w dawnym znaczeniu tego słowa, lecz raczej sieć strategicznej suwerenności.

Korporacyjna potęga Waszyngtonu kontra państwowa strategia Chin

Kluczowy kontrast w rozmowie dotyczy roli dużych korporacji. Podczas gdy amerykańscy giganci, tacy jak BlackRock, ExxonMobil, Chevron i Nvidia, nadal generują ogromne zyski, Escobar uważa, że ​​nie jest to dowód na ich strategiczną siłę. Pokazuje to jedynie, że amerykański system służy przede wszystkim Wall Street.

Chiny z kolei myślą długoterminowo, uwzględniając plany rozwoju przemysłowego, technologicznego i społecznego. Choć duże chińskie firmy działają globalnie, nadal koncentrują się na rynku krajowym i narodowych celach rozwojowych.

Dla Escobara to jest kluczowa różnica: USA maksymalizują zyski. Chiny budują moce produkcyjne.

Nowa rzeczywistość: USA mogą zakłócać porządek, ale nie mogą już dyktować warunków.

Wspólny wątek przewijający się przez całą rozmowę jest wyraźny: Waszyngton nadal jest niebezpieczny, ale nie jest już wszechmocny.

Stany Zjednoczone mogą wszczynać wojny, nakładać sankcje, militaryzować szlaki morskie, wpływać na ceny ropy naftowej i wywierać presję na państwa. Nie są jednak w stanie w pełni kontrolować reakcji innych mocarstw.

Iran znajduje alternatywne drogi. Chiny zawierają własne porozumienia. Rosja pośredniczy i koordynuje działania. Pakistan zyskuje na znaczeniu. Pomimo kryzysu, BRICS pozostaje areną reorganizacji. A państwa Zatoki Perskiej zaczynają lawirować między Waszyngtonem, Pekinem, Moskwą i Teheranem.

Oto świat, który opisuje Escobar: nieuporządkowany, niepokojowy, niestabilny – ale już niepodlegający amerykańskiej kontroli.

Wniosek: Strategia Trumpa z czasów II wojny światowej zawodzi.

Tytuł filmu jest prowokacyjny, ale przesłanie Escobara jest jasne: próba wywarcia przez Trumpa jednoczesnej presji na Iran i Chiny nie doprowadziła do podporządkowania, lecz raczej do bliższej współpracy między stronami.

Chiny odmówiły bycia narzędziem przeciwko Iranowi. Rosja pozycjonowała się jako mediator i siła ostrzegawcza. Iran wykorzystał Cieśninę Ormuz jako strategiczną dźwignię. Pakistan otworzył nowe kanały komunikacji. Waszyngton stoi teraz przed problemem, że jakakolwiek dalsza eskalacja wpłynie nie tylko na Iran, ale na całą euroazjatycką strukturę władzy.

Stany Zjednoczone chciały rozszerzyć swoją strategię wojny światowej. Jednak z perspektywy Escobara Iran i Chiny nie tylko ją zablokowały – pokazały, że porządek świata już się zmienił.

Co amerykańskie media mówią o podróży Trumpa do Chin

Co amerykańskie media mówią o podróży Trumpa do Chin

Larry C. Johnson

Pomyślałem, że warto byłoby zwrócić uwagę na doniesienia i analizy „The New York Times”, „The Washington Post” i „Politico” dotyczące podróży prezydenta Donalda Trumpa do Chin. Przeczytałem je, żebyście Wy nie musieli. Wszystkie trzy publikacje doszły zasadniczo do tego samego wniosku, różniąc się głównie tonem i akcentami: Chiny osiągnęły swoje główne cele – uznanie na równych prawach, strategiczną niejednoznaczność w kwestii Tajwanu, brak strukturalnych ustępstw gospodarczych i przyjazną atmosferę szczytu – podczas gdy Stany Zjednoczone padły ofiarą propagandy, złożyły nieweryfikowalne chińskie obietnice dotyczące Iranu i broni jądrowej i odeszły bez konkretnych przełomów, na które liczył Biały Dom. Jak podsumował jeden z analityków cytowanych w kilku mediach: „Szczyt prawdopodobnie nie zmieni charakteru i kierunku relacji amerykańsko-chińskich w perspektywie długoterminowej. Chodzi o zarządzanie stabilnością, a nie o rozwiązywanie otwartych kwestii”.

The New York Times

Analiza „Timesa” opierała się na jednej, mocnej tezie: Xi wydawał się doskonale przygotowany i opanowany, natomiast Trump działał z pozycji słabości.

„The Times” napisał, że „wystąpienie Xi Jinpinga było wysoce wyreżyserowane i nie pozostawiło wątpliwości, że pomimo wszystkich problemów Chin – deflacji, spadku liczby ludności, pęknięcia bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości – nadszedł moment, w którym Chiny staną się równoprawnym supermocarstwem”. Gazeta zauważyła, że ​​Trump przy każdej okazji zachowywał się defensywnie.

„The Times” opublikował także najbardziej sensacyjny materiał wywiadowczy z tej wizyty: doniesiono w nim, że chińskie firmy negocjowały tajne umowy sprzedaży broni Iranowi i przemycały ją przez kraje trzecie, w tym kraje afrykańskie, aby ukryć pochodzenie broni. Raport ten ukazał się dokładnie w dniu, w którym Trumpa powitano salwą złożoną z 21 strzałów w Wielkiej Hali Ludowej.

„The Times” ostro ocenił wynik szczytu. W swojej analizie stwierdził, że Xi Jinping „ustąpił w bardzo niewielkim stopniu” Trumpowi, a rozmowy „nie przyniosły żadnych wyraźnych przełomów w głównych sporach w polityce zagranicznej i gospodarce między oboma krajami, ani nie doprowadziły do ​​wielkich umów biznesowych, na które Biały Dom liczy po międzynarodowych szczytach”.

Gazeta zwróciła również uwagę na niezwykły i odkrywczy moment po szczycie, kiedy Trump poczuł się zmuszony bronić Xi w sprawie Truth Social – po tym, jak chiński przywódca zasugerował, że Stany Zjednoczone są krajem w stanie schyłku, ostrzegając przed pułapką Tukidydesa. Trump napisał następnie, że „prezydent Xi Jinping, być może bardzo elegancko nazywając Stany Zjednoczone krajem w stanie schyłku, nawiązywał do ogromnych szkód, jakie ponieśliśmy w ciągu czterech lat rządów Śpiącego Joe Bidena” – w rzeczywistości potwierdzając obraz upadku Ameryki przedstawiony przez Xi.

The Washington Post

Analiza „Washington Post” była prawdopodobnie najbardziej znacząca ze wszystkich trzech, ponieważ opublikowała dwa oddzielne, obszerne artykuły, które razem przedstawiały druzgocącą historię — jeden o samym szczycie, a drugi o kontekście wywiadowczym, który go otaczał.

Odnośnie szczytu: nagłówek „The Post” był precyzyjny i druzgocący: „Szczyt w Pekinie realizuje chiński cel – równość z USA”. Gazeta argumentowała, że ​​wizerunek równoprawnych supermocarstw podczas wizyty Trumpa odzwierciedlał dokładnie dynamikę, do której Chiny od dawna dążyły, a którą Stany Zjednoczone od dawna próbowały odrzucić. Sam Trump zdradził zasady gry, używając terminu „G2” do opisania stosunków dwustronnych – koncepcji, którą Chiny realizują od dziesięcioleci, a którą Stany Zjednoczone konsekwentnie odrzucają, ponieważ implikuje ona wspólne przywództwo w sprawach światowych na równych prawach, z wyłączeniem amerykańskich sojuszników.

„The Post” zauważył, że Xi zapowiedział „nową erę stabilności w stosunkach chińsko-amerykańskich”, a Trump określił podróż jako „niesamowitą” — ale zauważył, że szczyt był „świetnie zorganizowany”, ale „nie spełnił oczekiwań pod względem konkretnych porozumień”.

Bomba wywiadowcza: W osobnym raporcie „Washington Post” opublikowano poufną ocenę amerykańskiego wywiadu, w której stwierdzono, że Chiny wykorzystują wojnę z Iranem do maksymalizacji swojej przewagi nad Stanami Zjednoczonymi w dziedzinie militarnej, gospodarczej, dyplomatycznej i innych – raport opublikowano tuż przed przybyciem kolumny Trumpa do Wielkiej Hali Ludowej. Pentagon nazwał te twierdzenia „fundamentalnie fałszywymi”.

„The Post” zwrócił również uwagę na kwestię, którą analitycy uznali za najważniejszą, długoterminową, a która niemal nie wzbudziła zainteresowania: Trump zdawał się sugerować, że może wycofać się z wartej 14 miliardów dolarów umowy zbrojeniowej z Tajwanem. Stwierdził, że „jeszcze jej nie zatwierdził” i nie jest zainteresowany „podróżowaniem 9500 mil, by prowadzić wojnę”, podczas gdy ostrzeżenie Xi dotyczące Tajwanu zdominowało chińską relację z rozmowy. Tajwańskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych podziękowało później Stanom Zjednoczonym za zapewnienie Rubia, że ​​nic się nie zmieniło – ale strategiczna niejednoznaczność stworzona przez samego Trumpa była już chińskim zwycięstwem.

Polityko

Znalezienie relacji Politico było trudniejsze niż znalezienie pojedynczego, spójnego artykułu analitycznego, ale jego raporty i streszczenia strategii koncentrowały się na trzech tematach, które razem tworzyły obraz strategicznie dezorientującego szczytu dla Stanów Zjednoczonych.

Po pierwsze, jeśli chodzi o Iran: Politico donosiło, że Trump przybył do Pekinu z nadzieją, że przekona Xi, by użył swoich wpływów i zmusił Teheran do ponownego otwarcia Cieśniny Ormuz. Trump twierdził, że Xi obiecał nie dostarczać Iranowi sprzętu wojskowego i zaoferował pomoc w rozwiązaniu konfliktu – jednak oficjalne chińskie oświadczenie nie wspomniało o tym, a chińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych unikało odpowiedzi na pytania w tej sprawie, pozostawiając rzekome obietnice niepotwierdzone.

Po drugie, w odniesieniu do handlu: doniesienia Politico uwypukliły znany już schemat kilku szczytów Trump-Xi – Chiny dostarczają symboliczne rezultaty (samoloty Boeing, soja), które trafiają na pierwsze strony gazet w kraju, ale nie czynią żadnych strukturalnych ustępstw w kwestii swojego modelu gospodarczego, kradzieży własności intelektualnej, subsydiów rządowych ani transferu technologii – a to właśnie kwestie stanowią prawdziwy problem Ameryki. Trump twierdził, że Chiny zgodziły się na zakup 200 samolotów Boeing, ale nie przedstawił ani podpisanych umów, ani weryfikowalnych szczegółów. Przedstawiciel USA ds. handlu Greer stwierdził, że Stany Zjednoczone spodziewają się miliardów dolarów w zakupach produktów rolnych – ale ponownie nie ogłoszono żadnych formalnych zobowiązań.

Po trzecie, jeśli chodzi o równowagę strategiczną: analitycy Politico zwrócili uwagę, że to właśnie kwestie, które w ogóle nie zostały poruszone, najwyraźniej pokazały, kto wygrał. Nic nie wskazywało na to, że Trump wywierał poważną presję na Pekin w sprawie cybernetycznego szpiegostwa, kradzieży własności intelektualnej, subsydiów rządowych, niedowartościowanego renminbi czy prekursorów fentanylu. Od dawna sporne kwestie Chin – prawa człowieka, Hongkong, Ujgurowie, Tybet, wsparcie wojskowe dla Rosji czy wsparcie dla Korei Północnej – zostały całkowicie zignorowane.

Prezydent Xi rozwiał nadzieje Donalda Trumpa, że ​​Chiny odegrają rolę w nakłonieniu Iranu do zakończenia wojny na korzyść Trumpa. Xi powiedział, że nie. Podejrzewam, że Xi nie poinformował Trumpa o pracy, jaką Chiny i Rosja wykonują wspólnie – z pomocą Pakistanu – nad budową nowej architektury bezpieczeństwa w regionie, pod przewodnictwem Turcji, Arabii Saudyjskiej i Iranu. Powiedziano mi, że celem jest stworzenie odpowiednika NATO dla państw Azji Zachodniej.

Nadchodzący tydzień dostarczy wskazówek, czy Rosja i Chiny poczynią znaczące postępy w realizacji tego celu — zwłaszcza jeśli Arabia Saudyjska i Katar nie zezwolą Stanom Zjednoczonym na prowadzenie operacji wojskowych przeciwko Iranowi ze swojego terytorium.

Źródło: Co amerykańskie media mówią o podróży Trumpa do Chin

Drepcemy wokół „Aneksu”

Drepcemy wokół „Aneksu”

Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl”   16 maja 2026 michalkiewicz

Wprawdzie Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński dawał do zrozumienia, że ten cały Aneks” do „Raportu o Rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych”, nie zawiera żadnych rewelacji, tylko jakąś kiepską „publicystykę” – ale pan generał Marek Dukaczewski, którego resortowa „Stokrotka”, czyli pani red. Monika Olejnik woła do TVN za każdym razem, gdy w naszym nieszczęśliwym kraju, albo nawet za granicą coś się dzieje, a pan generał mówi nie tylko – jak jest – ale i – jak będzie – przestrzegł, że ujawnienie „Aneksu” stanowi czyn „antypaństwowy”.

Tymczasem na mieście pojawiły się fałszywe pogłoski, jakoby „Aneks” miał „uderzać” w byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego. Coś może być na rzeczy, bo pamiętamy, że pan generał Marek Dukaczewski z Bronisławem Komorowskim musiał wiązać jakieś nadzieje, skoro podczas wyborów prezydenckich, w których Bronisław Komorowski kandydował, pan generał ogłosił, że jak ten kandydat wygra, to on z radości otworzy sobie szampana. Trudno o wyraźniejszą wskazówkę dla konfidentów WSI, na kogo mają głosować – a ponieważ podejrzewam, że WSI nawerbowały sobie taką masę konfidentów, że stanowią oni siłę polityczną nawet większą, niż Volksdeutsche Partei i Prawo i Sprawiedliwość razem wzięte – więc nic dziwnego, że Bronisław Komorowski te wybory wygrał w cuglach.

Ale może w tych fałszywych pogłoskach nie ma ani słowa prawdy? Dopóki „Aneks” nie zostanie opublikowany, żadnej pewności mieć nie możemy, więc musimy czekać, aż przeczyta go posągowa Małgorzata Kidawa-Błońska, do której pan prezydent Nawrocki wysłał ten blisko 1000-stronicowy dokument, by po przeczytaniu przedstawiła mu swoją opinię.

Po co panu prezydentowi opinia posągowej Małgorzaty Kidawy-Błońskiej – trudno zgadnąć – skoro pamiętamy, jak podczas kampanii prezydenckiej kandydującej na to stanowisko posągowej pani Małgorzacie scenicznym szeptem musiał suflować prawidłowe odpowiedzi Wielce Czcigodny poseł Pupka? Wprawdzie pan prezydent Nawrocki chciałby przeprowadzić referendum w sprawie tak zwanego „Zielonego Wału”, który Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje kazała podpisać premierowi Mateuszowi Morawieckiemu, ale wątpliwe jest, czy Senat wyrazi na to zgodę – a jest ona konieczna, bo konstytucja stanowi, że pan prezydent wprawdzie może zarządzić referendum – ale za zgodą Senatu.

Tymczasem o „znaku pokoju”, jaki przekazali sobie pan prezydent oraz obywatel Tusk Donald podczas nabożeństwa żałobnego z okazji pogrzebu Wielce Czcigodnego Łukasza Litewki, już wszyscy zapomnieli tym bardziej, że najwidoczniej uruchomiony w ramach „Planu B” obywatela Żurka Waldemara Europejski Trybunał Praw Człowieków w Strasburgu kazał „władzom” naszego bantustanu przydzielić czwórce obywateli, wybranych przez Sejm na kandydatów na sędziów Trybunału Konstytucyjnego, „gabinety”, sprawy do „orzekania”, no i oczywiście – forsę – bo kogóż wynagradzać w tych zepsutych czasach, jak nie ichmościów, co to pragną „służyć Polsce”? Tymczasem rzeczniczka TK powiedziała, że nic z tego nie będzie, bo wspomniany Trybunał nie ma prawa dyktować naszemu bantustanowi zasad organizacji wymiaru sprawiedliwości.

Na takie dictum wyszczekany wicepremier Krzysztof Gawkowski zagroził „wyłamaniem drzwi” do Trybunału Konstytucyjnego – żeby sprawiedliwości ludowej stało się zadość. Ta deklaracja wzbudza we mnie dwojakie podejrzenia: po pierwsze, że „plan B” obywatela Żurka sprowadzać się mógł do tego, by po cichu przekupić strasburskich przebierańców, by dostarczyli tubylczym siepaczom pozorów legalności, gdy będą „wyłamywać drzwi”. To się mogło zdarzyć tym bardziej, że przypadki comparare benevolentiam niezawisłych sądów mają starożytny rodowód.

Akurat dostałem w prezencie od pana Leszka Wysockiego, tłumacza literatury starożytnej, „Satyrikon” autorstwa Petroniusza Arbitra – tego samego, którego Henryk Sienkiewicz opisuje w „Quo vadis?”. Pan Wysocki przetłumaczył „Satyrikon” w sposób oryginalny, bo używając polskiego języka potocznego, a w niektórych, uzasadnionych momentach – nawet knajackiego – co nadaje dziełu Petroniusza Arbitra osobliwego kolorytu. Więc z jednej strony – „Plan B” – a z drugiej – determinacja, która może wskazywać na powiązania owej czwórki kandydatów na sędziów TK z Wojskowymi Służbami Informacyjnymi, albo z Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Widać, że walka klasowa może się u nas wkrótce zaostrzyć, co by się zgadzało ze spiżową tezą Józefa Stalina, że jest to nieuchronne przy postępach socjalizmu. Właśnie Judenrat „Gazety Wyborczej” zastanawia się nad politycznymi korzyściami zlania się Volksdeutsche Partei z Lewicą. Gdyby do tego doszło, socjalizm w naszym bantustanie otrzymałby niezwykle silny impuls rozwojowy, więc i walka klasowa musiałaby się zaostrzyć – a w tej sytuacji drzwi byłyby wyłamywane nie tylko w Trybunale Konstytucyjnym, ale i w niezawisłych sądach drobniejszego płazu – bo z praworządnością ludową żartów nie ma.

Pamiętam o tym jeszcze od czasów młodości, kiedy to w 7 kołobrzeskim pułku zmechanizowanym składałem przysięgę wojskową. Jej rota kończyła się słowami: „a gdybym nie bacząc na tę uroczystą przysięgę, obowiązek wierności wobec ojczyzny złamał, niechaj mnie dosięgnie surowa ręka sprawiedliwości ludowej”. Z tą wiernością była niełatwa sprawa, bo dochować jej było wtedy można tylko „w sojuszu z Armią Radziecką i innymi sojuszniczymi armiami”. Ciekawe, jak jest teraz, kiedy nastąpiło odwrócenie sojuszy, a Polska stała się „sługą narodu ukraińskiego” – o czym w swoim czasie poinformował nas pan Łukasz Jasina? Mam nadzieję, że stare kiejkuty jakoś tę sprawę załatwiły tak, by składanie uroczystej przysięgi nie narażało żołnierzy naszej niezwyciężonej armii na jakieś poznawcze dysonanse, zwłaszcza przy założeniu, że traktują oni te wszystkie zaklęcia serio. Założenie przeciwne byłoby oczywiście niegrzeczne, chociaż nie od rzeczy będzie przypomnieć uwagę J. Em. Józefa kardynała Glempa z początków stanu wojennego, że „nieważne, co się podpisuje”. Wtedy chodziło o tzw. „lojalki” – ale widocznie wielu słuchaczy tych słów musiało to zrozumieć rozszerzająco – jako że potem pojawiła się słynna formuła: ”bez swojej wiedzy i zgody”.

Jak to wszystko będzie funkcjonowało w Generalnej Guberni – komu wtedy nasza niezwyciężona armia będzie przysięgała – o ile jeszcze zachowa odrębność, a nie zostanie zintegrowana z Bundeswehrą w postaci oddziałów tzw. „askarisów”? Tego oczywiście jeszcze nie wiemy, więc musimy odwołać się do odkrycia uczonych radzieckich odnośnie poznania przyszłości – że mianowicie wystarczy trochę poczekać. Toteż poczekamy, aż posągowa Małgorzata Kidawa-Błońska przeczyta ze zrozumieniem „Aneks”, a potem przekaże swoją opinię panu prezydentowi Nawrockiemu. Wtedy zobaczymy, czy są tam rewelacje, czy też – jak sugeruje zblazowany Naczelnik Państwa – tylko kiepska „publicystyka”.

Stanisław Michalkiewicz

Kolejna “Pachamama” w Watykanie: O sojuszu między Stolicą Apostolską a marksistami i poganami

Kolejna “Pachamama” w Watykanie: O sojuszu między Stolicą Apostolską i marksistami

Date: 16 Maggio 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/kolejna-pachamama-w-watykanie-o-sojuszu-miedzy-stolica-apostolska-i-marksistami

FOTO: 23 października 2025, audiencja w Watykanie: Przedstawicielka brazylijskiego marksistowskiego ruchu MST wręcza papieżowi Leonowi XIV flagę z wizerunkiem afro-brazylijskiego bóstwa Ossanha.

10 niepokojących spostrzeżeń wynikających z exposé Instytutu Lepanto na temat sojuszu między Watykanem a marksistami

Kryzys w Kościele nie ogranicza się już tylko do niejasności doktrynalnych czy nadużyć liturgicznych. Zachodzi głębsza przemiana ideologiczna.

Raport opublikowany 12 maja 2026 przez Instytut Lepanto lepantoin.org/wp/about-2

de.wikipedia.org/wiki/Lepanto_Institute, dotyczący sponsorowanego przez Watykan Światowego Spotkania Ruchów Ludowych, stanowi jedną z najbardziej druzgocących krytyk, jakie zostały w ostatnich latach skierowane pod adresem posoborowego Kościoła synodalnego. hlepantoin.org/WMPM-2025-Report-FINAL.pdf

Raport zatytułowany „Wspólna droga z rewolucjonistami: Spotkanie papieża Leona z marksistowskimi ruchami ludowymi w 2025 roku” dokumentuje coraz bliższe relacje Watykanu z organizacjami, które otwarcie popierają socjalizm, komunizm, aktywizm proaborcyjny i ideologię LGBT. epantoin.org/pope-leo-to-october-meeting-of-marxist-revolutionaries-i-am-here-i-am-with-you

Ta szczegółowa analiza przedstawia ponury obraz instytucjonalnego i duchowego upadku Watykanu. Oto dziesięć najbardziej niepokojących faktów:

1. Leon XIV publicznie oświadczył: „Jestem z wami” – adresując te słowa do grup, których ideologie są potępiane przez nauczanie katolickie i Pismo Święte

Prawdopodobnie najbardziej skandalicznym momentem opisanym w raporcie jest przemowa papieża Leona skierowana do zgromadzonych ruchów aktywistycznych. Zwracając się bezpośrednio do grup określanych w całym raporcie jako marksistowskie i rewolucyjne, papież oświadczył: „Jestem tutaj. Jestem z wami!”

Nie była to dyplomatyczna grzeczność wobec świeckich przywódców, ale wyraźne poparcie skierowane do organizacji, które otwarcie promują rewolucję socjalistyczną i lewicową agitację.

2. Watykan kontynuuje promowanie socjalistycznego hasła „ziemia, mieszkanie i praca”

Wyrażenie „ziemia, mieszkanie i praca”  pojawia się wielokrotnie podczas Światowego Spotkania Ruchów Ludowych i stało się w praktyce jego hasłem ideologicznym. Prevost określił je jako „święte prawa”.

Obserwatorzy z pewnością zauważyli, że właśnie to hasło regularnie pojawiało się w przemówieniach Prevosta w takiej czy innej formie.

Problem nie dotyczy troski o ubogich – która zawsze była częścią nauczania katolickiego – ale faktem pozostaje, że hasło to ma swoje źródło w ruchach zakorzenionych w marksistowskiej ideologii walki klasowej, a nie w katolickiej doktrynie społecznej.

3. Impreza watykańska odbyła się w jawnie marksistowskim “centrum społecznym”

Spotkanie w roku 2025 (od 21 do 24 października) zorganizowano w tzw. Spin Time Labs w Rzymie press.vatican.va/content/dam/salastampa/it/bollettino/documentazione-linkata , opisywanym w raporcie jako otwarcie marksistowskie i „trans-feministyczne” centrum społeczne, które znajduje się w budynku nielegalnie przejętym przez aktywistów. zero.eu/it/news/viaggio-al-centro-dello-spin-time-labs

https://spintime.net/

Według Instytutu Lepanto, w obiekcie tym odbywały się imprezy polityczne o charakterze komunistycznym, akcje na rzecz aborcji, festiwale queerowe oraz wulgarne spektakle obejmujące nagość publiczną.

Pomimo to Leon osobiście pochwalił to miejsce, stwierdzając, że uczestnicy przemaszerowali „z centrum społecznego – Spin Time – do Watykanu”.

Nie sposób zignorować symboliki sytuacji.

4. Watykan pozytywnie przyjął rewolucyjny ruch MST z Brazylii

Jedną z najważniejszych obecnych na spotkaniu organizacji był brazylijski Movimento dos Trabalhadores Sem Terra (MST)rewolucyjny ruch rolniczy o wyraźnie socjalistycznych ideałach. wikipedia.org/wiki/Landless_Worker/Movement

W raporcie cytowane są słowa wypowiedziane przez leaderkę MST, Ayalę Ferreirę: „Nie wstydzimy się opowiadać się za socjalizmem”. events.globallandscapesforum.org/speaker/ayala-ferreira/

Organizacja ta celebrowała Karola Marksa, propagowała retorykę rewolucyjną i otwarcie atakowała kapitalizm jako system opresyjny, który należy zastąpić.

5. Ta sama organizacja agresywnie promuje aborcję

Raport pokazuje, że MST nie jest jedynie organizacją socjalistyczną, ale jest głęboko zaangażowana w działalność na rzecz aborcji. W jednym z cytowanych przez Lepanto oświadczeń stwierdza się: „Dekryminalizacja aborcji to coś więcej niż tylko kwestia feministyczna”.

Inne hasło promowane przez MST brzmi: „Zalegalizować aborcję, prawo do naszych ciał!”

Jest nie do pomyślenia, aby taka szatańska organizacja otrzymała legitymizację Watykanu za czasów pontyfikatów przedsoborowych.

6. Ideologia LGBT jest głęboko zakorzeniona we wszystkich wspomnianych ruchach

Raport dokumentuje również zaangażowanie MST w działania na rzecz osób transpłciowych i społeczności LGBT. Organizacja ta świętowała „Dzień Widoczności Osób Transpłciowych”  i ogłosiła, że: „Jeśli istnieje seksizm i fobia wobec osób LGBT, nie ma mowy o reformie rolnej”.

Inne grupy uczestniczące w Światowym Spotkaniu również miały promować działania na rzecz homoseksualistów oraz idee „wyzwolenia queerowego”, które są rażąco niezgodne z moralnością katolicką.

7. Watykan wygodnie pominął rewolucyjną przeszłość Luca Casariniego jako marksisty

W raporcie poświęcono sporo uwagi włoskiemu aktywiście Luca Casariniemu, założycielowi organizacji „Mediterranea Saving Humans”  i jednej z czołowych postaci tego ruchu. wikipedia.org/wiki/Luca_Casarini

Casarini miał uczestniczyć w działalności radykalnych autonomistów, wypowiedział „wojnę” szczytowi G8 w Genui i publicznie stwierdził, że „Karol Marks miał rację”.

Pomimo tej przeszłości cieszył się wyjątkowym dostępem do Watykanu, a nawet otrzymał osobiste słowa zachęty od heretyka Bergoglio.

8. Leonowi podarowano pogański wizerunek

Szczególnie niepokojący incydent miał miejsce, gdy przedstawiciele MST wręczyli Leonowi XIV gobelin przedstawiający Ossanhę, afro-brazylijskie bóstwo pogańskie kojarzone z magią i roślinami rytualnymi.

…………..

Podczas audiencji przedstawicielka MST, Ayala Ferreira, podarowała papieżowi flagę z wizerunkiem bóstwa Ossanha, zwanego również Ossain, kojarzonego z medycyną naturalną w religiach afro-brazylijskich. estadao.com.br/politica/papa-leao-xiv-recebe-mst-no-vaticano-e-diz-que-terra-teto-e-trabalho-sao-direitos-sagrados-nprp

………….

Dla wiernych zaniepokojonych synkretyzmem i podważaniem Pierwszego Przykazania, incydent ten przypomniał skandal związany z Pachamamą z czasów pontyfikatu Franciszka – kolejny moment, w którym symbolika pogańska była mile widziana w środowisku katolickim.

9. Lokalne struktury kościelne są włączane do tych ruchów

W raporcie przytoczono materiały prasowe Watykanu, z których wynika, że delegacjom aktywistów towarzyszyli przedstawiciele diecezji oraz komisji ds. sprawiedliwości i pokoju.

Jest to prawdopodobnie największe zagrożenie ze wszystkich, ponieważ sugeruje, że wspomniane ruchy rewolucyjne nie są już więcej zewnętrznymi grupami nacisku, lecz są bezpośrednio wplatane w życie instytucjonalne Kościoła za pomocą terminów takich jak „synodalność” i „towarzyszenie”.

10. Raport ostrzega, że marksizm rozprzestrzenia się wewnątrz społeczności katolickich

Końcowy wniosek raportu jest druzgocący. Chociaż Instytut Lepanto starannie unika oskarżenia, że sam Leon jest komunistą, twierdzi on, iż Światowe Spotkanie Ruchów Ludowych pełni rolę narzędzia ideologicznej infiltracji.

Ostrzeżenie raportu jest surowe i zwięźle podsumowuje tragiczną sytuację w Kościele synodalnym: „Światowe Spotkanie Ruchów Ludowych… zostało zaprojektowane specjalnie w celu szerzenia ideologii marksistowskich w lokalnych wspólnotach katolickich”.

Podsumowując, raport, o którym mowa potwierdza to, o czym wielu świadomych katolików wie już od dawna: kryzys w Kościele nie ogranicza się już jedynie do niejasności doktrynalnych czy nadużyć liturgicznych. Odbywa się obecnie głębsza przemiana ideologiczna – w ramach której rewolucyjne ruchy polityczne są coraz częściej traktowane jako sojusznicy, podczas gdy tradycyjni katolicy są marginalizowani jako przeszkoda dla nowego „synodalnego” Kościoła.

Jest to tym bardziej tragiczne, gdy weźmie się pod uwagę, że Kościół Katolicki przez ponad sto lat potępiał socjalizm i komunizm jako zasadniczo niezgodne z chrześcijaństwem. Papieże wielokrotnie ostrzegali, że marksizm zniszczy religię, życie rodzinne, własność prywatną i porządek społeczny. Miliony katolików doświadczyły prześladowań i męczeństwa pod rządami reżimów komunistycznych w ciągu całego XX wieku.

A jednak dzisiaj, zgodnie z dowodami zebranymi przez Instytut Lepanto, organizacje otwarcie propagujące te same ideologie są przyjmowane z otwartymi ramionami w Watykanie, a fałszywy kościół, podszywający się pod Kościół Katolicki, aktywnie propaguje owe demoniczne błędy.

Właśnie kiedy wydawało nam się, że Kościół “synodalny” osiągnął maksymalny dystans dzielący go od zbawienia, udowadnia nam, że się mylimy.

INFO: integritymagazine/disturbing-takeaways-from-the-lepanto-institutes-expose-on-the-vatican-marxist-alliance

Kościół święty a synagoga szatana. Masoneria w nauczaniu i doświadczeniu katolickim

Kościół święty a synagoga szatana. Masoneria w nauczaniu i doświadczeniu katolickim

17 maja 2026 pch24/kosciol-swiety-a-synagoga-szatana-masoneria-w-nauczaniu-i-doswiadczeniu-katolickim

Synagogasz.jpg
ROSA MYSTICA

„Synagoga szatana” to określenie pochodzące z Księgi Apokalipsy (Ap 2,9 oraz 3,9). Odnosi się ono do Żydów ze Smyrny i Filadelfii, którzy w I wieku po Chrystusie zwalczali wczesnochrześcijańskie wspólnoty, sami określając się mianem ludu Bożego. Św. Jan oskarża ich o to, że „podają się za Żydów, a nimi nie są”. Poprzez odrzucenie jedynego i prawdziwego Mesjasza, prześladowanie Jego wyznawców oraz kolaborację z Rzymem, sprzeniewierzyli się prawdziwemu powołaniu Izraela. Wedle tej interpretacji, stali się narzędziem w rękach diabła.

W kontekście tajnych stowarzyszeń wyrażenia „synagoga szatana” użył bł. Pius IX w encyklice Etsi multa luctuosa z 21 listopada 1873 roku. Wikariusz Chrystusa napiętnował w ten sposób masonerię, którą obwiniał o trzy kampanie skierowane wówczas przeciw Kościołowi: Kulturkampf w Cesarstwie Niemieckim, zlikwidowanie Uniwersytetu Gregoriańskiego przez władze po zjednoczeniu Włoch oraz ruch antyklerykalny w Szwajcarii.

Tekst niniejszy jest skromną próbą prezentacji tradycyjnego nauczania Kościoła na temat „monstrualnej doktryny” i „zaraźliwej plagi”. Jeśli przy okazji uchyli on rąbka jej mrocznej tajemnicy, to mam nadzieję, że nie dla sensacji – ale ku przestrodze dusz.

Wstęp do książki

Kiedy w poważnej rozmowie na temat wpływu różnych sił na społeczeństwo, kulturę, gospodarkę czy moralność z ust jednego z dyskutantów pada określenie „masoneria”, na twarzach pozostałych zwykle pojawia się pobłażliwy uśmieszek. Jeśli zaś ów rozmówca doda przedrostek „żydo-”, spotka się z otwartym zażenowaniem otoczenia, a jego dalszych wywodów, bez względu na wysuwane argumenty, nikt już nie traktuje poważnie.

Jest to jednak nowość. Jeszcze kilka dekad temu słowo „masoneria” traktowano z powagą, a jeżeli rodziło jakieś emocje, to raczej niepokój. W przeszłości spośród naszych rodaków tak podchodził do tej kwestii choćby św. Maksymilian Maria Kolbe, zakładając do walki z nią Rycerstwo Niepokalanej. Nie inaczej sprawa się miała z Józefem Pelczarem, świętym biskupem i badaczem wolnomularstwa. Co zatem zaszło, że powszechny stosunek do owego zjawiska uległ tak radykalnej zmianie?

Pierwsza Wielka Loża została formalnie założona w 1717 roku w Londynie, a sześć lat później opublikowano słynne Konstytucje Wolnomularzy. Zjawisko szybko rozprzestrzeniło się po świecie zachodnim, przyciągając antyklerykalnych intelektualistów, przywódców politycznych i możnych. Ideałami promowanymi przez masonerię były – między innymi – „wolność, równość i braterstwo” i to one znalazły się na sztandarach rewolucji „antyfrancuskiej” z 1789 roku. Choć hasła te mają chrześcijańskie konotacje, zostały poddane reinterpretacji na modłę antykatolicką. Wolnomularze wykorzystywali symboliczny język, tajne przysięgi oraz nauki jawiące się jako uniwersalne i ponadreligijne. Ponadto tworzyli system moralny oparty nie na Bożym objawieniu, ale na ludzkim rozumie i nieskrępowanej wolności.

Jeżeli chodzi o związki Żydów z masonerią, to rzecz jest złożona. Teorię o żydowskim spisku w celu stworzenia masonerii (choć jest przedmiotem licznych spekulacji) trudno wykazać źródłowo. Początkowo Żydzi nie byli przyjmowani do lóż, co zmieniło się dopiero (albo już – w zależności od perspektywy) po kilkunastu latach. Choć i tak nie wszędzie. Niemniej ich liczba w lożach szybko wzrastała, a pseudohumanistyczną działalność wolnomyślicieli wykorzystywali oni w celach emancypacyjnych. Notabene, prawa przedstawicieli rzeczonego narodu w świecie chrześcijańskim były wówczas ograniczone.

Z czasem pojawiły się loże ściśle żydowskie lub takie, do których nie-Żydzi mieli dostęp, ale zwierzchnictwo należało do synów Izraela. Podczas gdy wielu z nich przystępowało do dużych, ogólnodostępnych lóż, powstawały również inne, nieformalne loże żydowskie (np. L’aurore naissante we Frankfurcie), omijające restrykcyjne zasady admisji.

Do lóż żydowskich (albo zdominowanych przez Żydów) należą dzisiaj między innymi: Barkai (Izrael), Bezalel (Izrael), Fidelity No. 120 (San Francisco), 7th Manhattan District (Nowy Jork), James W. Husted-Fiat Lux (Nowy Jork), Lodge of Judah (Australia) czy Srbija (Belgrad).

Nie można też nie wspomnieć o potężnej para-masońskiej organizacji B’nai B’rith (Synowie Przymierza) z siedzibą w Waszyngtonie. Chociaż oficjalnie nie jest organizacją wolnomularską, to została założona w 1843 roku przez żydowskich imigrantów (z których czterech było masonami) znajdujących się pod silnym wpływem struktury i ideałów masońskich. Charakter B’nai B’rith przechodził przeobrażenia, ale zdaniem wielu komentatorów jej działalność, symbolika i wymiar inicjacyjny wypełniają znamiona wolnomularstwa.

Loże istnieją niemal na całym świecie i gromadzą przedstawicieli wszystkich nacji. Sam fakt przynależności Żydów do nich nie jest zatem sednem sprawy. Stygmatyzujące określenie „żydomasoneria” wynika raczej z nadreprezentacji synów Izraela w lożach oraz ich dominacji. Innym punktem styku masonerii i żydostwa (zapewne równie istotnym) jest obszar duchowy.

Kabała, bo o niej mowa, to gnostycki system mistycyzmu żydowskiego, prawdopodobnie powstały w okresie Drugiej Świątyni. Obrzędy i symbole masonów często nawiązują do tej tradycji. Motyw odbudowy świątyni Salomona, gwiazda Dawida, Drzewo Życia, święte filary, symbolika liczbowa czy nazwy stopni wtajemniczenia to tylko niektóre z wielu przykładów. Chociaż badacze debatują nad bezpośrednim wpływem kabały na wczesną masonerię, to ogólne inspiracje kabalistyczne są bezsporne.

Trzeba jednak podkreślić, że stawianie znaku równości między wolnomularstwem a kabałą byłoby błędem. Masoneria jest niejednolitą organizacją o różnych wpływach, a elementy kabalistyczne bywają wykorzystywane przez jej członków symbolicznie, a nie zgodnie z tajemną żydowską doktryną.

Wikariusze Chrystusa wielokrotnie potępiali wolnomularstwo. Pierwsze oficjalne potępienie wyszło spod pióra papieża Klemensa XII w 1738 roku, za nim poszły kolejne, łącznie kilkadziesiąt. Kościół sprzeciwiał się w nich, inter alia, gnostyckim fundamentom, sekretnej działalności, indyferentyzmowi religijnemu oraz naturalizmowi masonerii. Wolnomularze mieli dążyć do usunięcia chrześcijaństwa z życia publicznego, osłabienia wpływów Kościoła i zastąpienia objawionej człowiekowi moralności etyką świecką. Z tego tytułu katolikom zabroniono przystępowania do lóż masońskich pod sankcją klątwy, najcięższej z kościelnych kar.

Osąd papieży znalazł wyraz w Kodeksie prawa kanonicznego z 1917 roku. Kanon 2335 stanowił, że katolicy wstępujący do sekty masońskiej lub podobnych stowarzyszeń w sporze z Kościołem lub legalnymi władzami cywilnymi zaciągali ipso facto (automatycznie) ekskomunikę, której zniesienie zastrzeżone było dla Stolicy Apostolskiej. Niemniej jednak, w erze Vaticanum Secundum sygnały wysyłane ze Stolicy Apostolskiej stały się cokolwiek… dwuznaczne.

Potępienie powtórzono w deklaracji Kongregacji Nauki Wiary z 26 listopada 1983 roku, sporządzonej przez kard. Ratzingera i zatwierdzonej przez Jana Pawła II. Deklaracja została publikowana w przededniu wejścia w życie nowego Kodeksu prawa kanonicznego. Potwierdziła ona, że katolicy zapisani do lóż masońskich są w stanie grzechu ciężkiego, ale o ekskomunice nie wspomniała. Ponadto opublikowany w tym samym roku Kodeks przeformułował dotychczasowe przepisy: „Kto zapisuje się do stowarzyszenia działającego w jakikolwiek sposób przeciw Kościołowi, powinien być ukarany sprawiedliwą karą; kto zaś popiera tego rodzaju stowarzyszenie lub nim kieruje, powinien być ukarany interdyktem” (kan. 1374).

Ostra definicja została zastąpiona luźniejszym sformułowaniem, a sankcję ekskomuniki wyparła niedookreślona „kara sprawiedliwa”, ewentualnie niezwykle rzadki interdykt. Czy korekta podyktowana była „medycyną miłości” – nowym otwarciem zaproponowanym przez Jana XXIII? Czy może chęcią objęcia „sprawiedliwą karą” większej liczby wrogich Kościołowi grup? Niewykluczone, że jedno i drugie. Być może też hierarchowie uznali, że historyczne potępienia nie mają już racji bytu ze względu na ewolucję myśli wolnomularskiej (i/lub katolickiej). Tak czy inaczej, „sekta masońska” oraz „ekskomunika” znikły z Kodeksu, a wolnomularze mają status jawnogrzeszników (podobnie jak np. konkubenci).

Bliżej naszych czasów zakaz przynależności do loży powtórzono w 2023 roku. Dykasteria Nauki Wiary zamieściła odpowiedź na zapytanie filipińskiego biskupa, którą, za aprobatą Franciszka, podpisał jej prefekt Victor Manuel Fernandéz. W piśmie czytamy, że „aktywne członkostwo w masonerii przez wiernych jest zabronione, ze względu na brak zgodności między doktryną katolicką a masonerią”. Widać w tym punkcie zachowanie względnej ciągłości.

Dużo bardziej zaskakująca (i niepokojąca) niż teoria wydaje się praktyka, a mianowicie działania ludzi Kościoła, którzy chcą budować pomosty między katolicyzmem a masonerią. Świetną ilustracją tegoż jest wydarzenie z 2024 roku z udziałem Franceska Antonia Soddu, ówczesnego biskupa diecezji Terni-Narni-Amelia we Włoszech. Hierarcha wziął udział w ceremonii otwarcia nowej siedziby domu masońskiego Wielkiego Wschodu Włoch, w której uczestniczył również wielki mistrz Stefano Bisi. Biskup Soddu mówił o dialogu i nadziei na przełamywanie stereotypów we wzajemnej współpracy. Niestety, nie został poddany sankcjom kościelnym, a obecnie piastuje urząd arcybiskupa metropolity (liczniejszej) diecezji Sassari.

To jednak nie biskup Soddu (jego przykład jest pierwszym z brzegu), ale sami Wikariusze Chrystusa od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku wytworzyli ów klimat braterstwa i dialogu.

Na synodzie rzymskim w 1960 roku Jan XXIII potwierdził, co prawda, dotychczasową doktrynę, ale w rozmowie z Edwardem Herriottem, lewicowym radykałem i masonem, oświadczył, że dzieliły ich tylko poglądy, a to w istocie niewiele… Czy aby na pewno? Na usta ciśnie się przecież pytanie, co mogłoby ich różnić bardziej – szczególnie że wolnomularstwo nie dokonało żadnej wolty ideologicznej w okolicach Vaticanum Secundum i nic nie pozwala sądzić, że zrobiło to później.

Za pontyfikatu Pawła VI Sobór przyjął stanowisko ekumeniczne i liberalne, forsowane przez masonów od 250 lat. Wolnomularze mogli się cieszyć z dwóch kluczowych dla ich doktryny dokumentów: dekretu o wolności religijnej Dignitatis humanae oraz deklaracji Nostra aetate o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich. Zdaniem krytyków Soboru oba dokumenty stanowią zerwanie z niezmienną nauką, a w najlepszym razie otwierają przestrzeń do niekatolickich interpretacji. Tradycyjna doktryna głosiła, że prawdziwa jest wyłącznie święta wiara katolicka, a fałszywym wierzeniom nie przysługują żadne prawa – z wyjątkiem tolerancji, w znaczeniu pierwotnym i w określonych okolicznościach. Zadekretowana wówczas wolność religijna – wraz ze skutkami, jakie za sobą niosła – znacząco przyczyniła się do późniejszej laicyzacji państw i narodów.

Ponadto w mowie zamykającej Sobór papież oświadczył: „Religia Boga, który stał się człowiekiem, spotkała się z religią – bo tak można ją nazwać – człowieka, który czyni siebie Bogiem. Cóż z tego wynikło? Starcie, walka, potępienie? To mogło się zdarzyć, ale się nie zdarzyło”. Ten fragment bywa interpretowany jako próba mariażu myśli katolickiej z masońską.

Śladem poprzedników podążał Jan Paweł II. Do członków B’nai B’rith przemawiał następującymi słowami: „Drodzy przyjaciele (…). Patrząc w przeszłość na lata poprzedzające Sobór Watykański II i jego deklarację »Nostra aetate« i usiłując pojąć wykonaną od owego czasu pracę, ma się nieodparte wrażenie, iż Pan uczynił dla nas wielkie rzeczy (Łk 1, 49). Jesteśmy zatem zaproszeni do złączenia się w szczerym akcie dziękczynienia Bogu. Początkowy fragment Psalmu 133 doskonale się do tego nadaje. »Oto, jak dobrze i jak miło, gdy bracia mieszkają razem«”.

Obdarzając Ojca świętego kredytem zaufania, moglibyśmy przyjąć, że adresował przemowę bardziej „do Żydów” niż „do masonów”. Moglibyśmy też przyjąć, że nie wiedział, z kim miał do czynienia. Niemniej jednak filozofia dialogu niemal z każdym i niemal na każdy temat przenikała jego umysł i serce. Dobrym tego przykładem były antropocentryczne i skupione na przyziemności przemówienia wygłaszane na forach kryptomasońskich organizacji pokroju UNESCO czy ONZ. Oto fragment jednego z nich:

„Wszyscy razem stanowicie olbrzymią siłę inteligencji i świadomości. (…) Zdecydujcie się dać dowód najszlachetniejszej solidarności z ludzkością, solidarności opartej na godności ludzkiej osoby. Budujcie pokój, zaczynając od fundamentów poszanowania wszystkich praw człowieka, praw związanych z materialnym i ekonomicznym wymiarem, jak również wymiarem duchowym i wewnętrznym jego ziemskiej egzystencji. Oby ta roztropność mogła wam dać natchnienie”.

Przy innej okazji papież Polak przyjął na publicznej audiencji wolnomularzy z Trilatèrale. W jej trakcie pominął postać Zbawiciela (co nie należało do rzadkości), zachęcając tylko, by „zrobili wszystko, aby służyć ludzkiej osobie”. Przemówienie zakończył błogosławieństwem, pod którym mógłby się podpisać przedstawiciel każdej wiary: „I niechaj Bóg, Stwórca ludzkiej osoby i Pan życia, uczyni skutecznym wasz wkład dla ludzkości oraz obdarzy wasze serca pokojem”.

Innym osobliwym wydarzeniem z czasów tego pontyfikatu było spotkanie w Tuluzie w 1987 roku na temat kontaktów między Kościołem a masonerią. „Wszystkie loże zostały zaproszone. (…) Przybył sam Wielki Mistrz Wielkiej Hiszpańskiej Loży Symbolicznej (La Grande Loge Symbolique d’Espagne). Wśród 200 uczestników odnotowano obecność 20 duchownych (arcybiskup Tuluzy wydelegował swojego wikariusza generalnego) i lekką przewagę wolnomularzy, głównie uniwersyteckich pracowników naukowych”.

Powyższe przykłady nie są pojedynczymi, tendencyjnie dobranymi zdarzeniami. Stanowią raczej części składowe długofalowego trendu ostatnich dekad. Potwierdzili to swoimi postawami również późniejsi papieże. Owe próby łączenia ognia z wodą (abstrahując od intencji poszczególnych hierarchów) musiały pogłębić nieporządek doktrynalny w rzeczonej materii.

Podsumowując, masoneria jest zjawiskiem złożonym i niejednorodnym, podzielonym na setki obediencji. Jest też trudna do uchwycenia intelektualnie, gdyż jej faktyczne cele – co potwierdzają nawróceni masoni – ujawniają się dopiero na wyższych stopniach wtajemniczenia. Podkreślam to, bo nie postawiłem sobie za cel syntezy fenomenu wolnomularstwa. Tekst niniejszy jest raczej skromną próbą prezentacji tradycyjnego nauczania Kościoła na temat „monstrualnej doktryny” i „zaraźliwej plagi”. Jeśli przy okazji uchyli on rąbka jej mrocznej tajemnicy, to mam nadzieję, że nie dla sensacji – ale ku przestrodze dusz.

Nawet jeśli publikacja dostarcza odpowiedzi na niektóre pytania, to wiele innych pozostawia w próżni (co niekoniecznie musi być jej wadą). Czytelników zainteresowanych systematycznym badaniem meandrów wolnomularstwa odsyłamy do, skądinąd, obfitej literatury przedmiotu.

Sancte Michael Archangele, defende nos in proelio!

Synagoga sztana - okładka (002)

Redakcja i opracowanie: Konrad Czerski

Wydawca: ROSA MYSTICA

Według francuskich mediów Ukraińcy walczą u boku terrorystów w Afryce w interesie Francji

Thomas Röper anti-spiegel.ru/laut-franzoesischen-medien-kaempfen-in-afrika-ukrainer-zusammen-mit-terroristen-fuer-frankreichs-interessen

Brak „rosyjskiej propagandy”

Według francuskich mediów Ukraińcy walczą u boku terrorystów w Afryce w interesie Francji

RTL donosi, że ukraińscy żołnierze w Mali walczą u boku islamistycznych terrorystów przeciwko lokalnemu rządowi w interesie Francji. Niemieckie media ignorują ten fakt, ponieważ pokazuje to, że „rosyjska propaganda” po raz kolejny mówi prawdę.

Anti-Spiegel 16 maj 2026

==========================

Niemieckie media milczą na temat doniesień RTL, że Francja wspiera islamistycznych terrorystów w Afryce i wysyła ukraińskich żołnierzy u boku tych terrorystów do walki z rządem Mali, bo to w ogóle nie pasuje do ich narracji. W końcu zostało to uznane za „rosyjską propagandę” – a poza tym niemieckie media nigdy nie przyznałyby, że kraje europejskie współpracują z grupami terrorystycznymi, aby osiągnąć swoje cele polityczne w Afryce i na Bliskim Wschodzie.

O co chodzi

RTL donosi, że Francja, pomimo wycofania swoich sił zbrojnych z Mali, zapewnia wsparcie lądowe ukraińskim żołnierzom walczącym razem z tuareskimi rebeliantami.

Możecie pamiętać, że przed zamachami stanu w 2020 i 2021 roku niemieckie siły zbrojne rzekomo walczyły ramię w ramię z francuskim wojskiem przeciwko terrorystom w Mali. Wśród tych terrorystów znajdują się tuarescy rebelianci, których, według RTL, Francja obecnie wspiera, wysyłając również ukraińskich żołnierzy.

Celowo piszę, że niemieckie siły zbrojne, wspólnie z armią francuską, „rzekomo” walczyły z terrorystami, ponieważ często donosiłem, że ta walka nigdy tak naprawdę nie została stoczona. Rzekoma pomoc w walce z terrorystami dała Francji pretekst do stacjonowania swoich wojsk w Mali i innych krajach Afryki Zachodniej – innymi słowy, do faktycznego okupowania i kontrolowania tych krajów, będących byłymi koloniami francuskimi.

Dzięki temu Francja zapewniła sobie nie tylko wpływy geopolityczne, ale przede wszystkim dostęp do zasobów naturalnych regionu, takich jak uran, który francuskie firmy mogły wydobywać bardzo tanio i którego Francja rozpaczliwie potrzebowała. Francja nie była zatem zainteresowana pokonaniem terrorystów, ponieważ wtedy pretekst do stacjonowania swoich wojsk w tych krajach zniknąłby.

Innymi słowy, rzekoma walka z terrorystami w Mali, do której również wysłano niemieckich żołnierzy, była jedynie pokazowa.

I po raz kolejny „rosyjska propaganda” miała rację

Teraz okazuje się, że to wszystko wcale nie była „rosyjska propaganda”, lecz prawda, ponieważ nagle we Francji otwarcie donosi się, że Paryż nie walczy z Tuaregami,, których niedawno nazwano „terrorystami” i rzekomo zwalczano,  lecz ich wspiera. Kiedyś byli narzędziem Francji, usprawiedliwiającym francuską okupację Mali i innych krajów Afryki Zachodniej, a teraz są narzędziem Francji w walce z nowymi rządami tych krajów, które wypędziły Francję.

RTL, powołując się na francuskie źródło w służbach bezpieczeństwa, donosi, że Francja jest szczególnie zależna od wielu francuskojęzycznych ukraińskich żołnierzy, którzy służyli w Legii Cudzoziemskiej, oraz od jednostek ukraińskiego wywiadu wojskowego GUR, które działają w Mali we współpracy z rebeliantami z Tuaregów, którzy dzięki sojuszowi z dżihadystami zdobyli kilka miast dwa tygodnie temu.

Próba zamachu stanu dwa tygodnie temu

Dwa tygodnie temu próba zamachu stanu w Mali trafiła na pierwsze strony gazet. Islamiści i rebelianci tuarescy – których w europejskich mediach określa się obecnie mianem „rebeliantów”, a nie „terrorystów” – próbowali zdobyć stolicę i obalić rząd. Zamach stanu został brutalnie stłumiony dzięki pomocy rosyjskiego Afrika Korps, z którym byłe kolonie francuskie współpracują od momentu wycofania się Francji.

Po zamachu stanu donosiłem, że został on przeprowadzony w interesie i z pomocą Francji, o czym oczywiście nie wspominały niemieckie media.

Teraz RTL mówi o tym całkiem otwarcie, ponieważ artykuł RTL ujawnia, że ​​rebelianci Tuaregów próbują osłabić „juntę” w Mali, podczas gdy Francja i Ukraina „chcą obalić rosyjskich popleczników junty, byłą milicję Wagnera (przemianowaną na Afrika Korps), która zrobiła wszystko, by wypędzić Francję z Afryki”. Według RTL Tuaregów i Francję łączy wspólny interes.

Francja pozwala Ukraińcom wykonywać brudną robotę

Ale to nie wszystko, ponieważ RTL otwarcie informuje również, że Francja wykorzystuje Ukraińców, aby uniknąć brudzenia sobie rąk poprzez bezpośredni kontakt z terrorystami. RTL twierdzi, że Francja początkowo odrzuciła propozycję Ukrainy dotyczącą udzielenia wsparcia wojskowego Paryżowi w regionie Sahelu.

Co więcej, niemieckie media nigdy nie donosiły o tym, że Ukraina zaoferowała Francji wsparcie w Afryce w formie współpracy z islamistycznymi terrorystami. Aby się o tym przekonać, trzeba przeczytać anty-Spiegla.

Według RTL Francja wycofała się z tego odrzucenia i zaakceptowała ukraińską propozycję, która dopuszcza „szereg strategii”, które „przyniosą korzyści dżihadystom”, obecnie sprzymierzonym z separatystami tuareskimi, którzy z kolei są wspierani przez siły ukraińskie.

RTL donosi ponadto, że ograniczając pomoc operacyjną do żołnierzy ukraińskich, Francja unika bezpośredniej współpracy z dżihadystami, którzy z kolei są powiązani z Al-Kaidą. Zapytane przez RTL Ministerstwo Obrony wyraziło się niejasno, wskazując, że Francja nie udzieli komentarza, gdyby ukraińscy żołnierze opuścili Legię Cudzoziemską, aby służyć Ukrainie w sposób, który uzna za korzystny.

Mówiąc wprost: Francja wykorzystuje Ukraińców do brudnej roboty w Afryce i, rękami Ukraińców, wspiera islamistów Al-Kaidy w Afryce. Muszę powtórzyć, że ten raport pochodzi z francuskiego wydania RTL, a nie z rzekomo złowrogiej „rosyjskiej propagandy”.

Czy niemieckie media o tym napiszą? [a „polskie”? md]

” Wojny o energię” a prawdziwa energetyka cywilizacji ludzi na Ziemi

” Wojny o energię” a prawdziwa energetyka cywilizacji ludzi na Ziemi

Mirosław Dakowski, 15 maj 2026

Ostatnio u siebie publikuję sporo analiz oraz ukrywanych wiadomości o agresji zbrodniarzy Netanjahu i jego „koalicji Epsteina” [USA] na Iran. Widzę, że to potrzebne, bo dzienna liczba otwarcia artykułów wzrosła do 50 – 60 000.

Jak zawsze przychodzące informacje są tendencyjne. Panujące w meRdiach szambo starannie filtruję, by być możliwie blisko prawdy. Są to jednak zawsze informacje cząstkowe.

Uderzył mnie artykuł Richarda Medhursta USA: Zbrojny rabunek światowych zasobów energetycznych wykazujący, jak na tych brutalnym światowym bałaganie zyskuje… USA.

Zauważyłem u niego, jak główne potęgi krótkowzrocznie czy głupio walczą – o ochłapy, o przynoszące zyski sprawy trzeciorzędne. Wygląda że rządzący nie widzą, nie chcą widzieć faktów podstawowych, decydujących o losach cywilizacji na planecie – na trochę dłuższym dystansie czasowym.

W tym momencie walka i dyskusja dotyczy ekonomicznej roli LNG i przewadze nad na przykład ropą w rozliczeniach międzynarodowych.

Widać że pisze to ekspert o bardzo wąskiej specjalizacji. A przecież politycy mają rozumki jeszcze bardziej ograniczona. I pokraczne.

==========================

Już trzy czy cztery dekady temu upowszechnialiśmy wiedzę, że Słońce dostarcza Ziemi 10 do 12 tysięcy razy więcej energii, niż ludzkość obecnie zużywa. Gdyby ta wiedza dotarła gdzie trzeba, to powinno to zastopować „wojny o energię” i skierować wysiłek na korzystanie z darów Pana Boga.

Tak się jednak nie dzieje.

W UE Zieloni komuniści każą przyczepiać nakrętki do plastikowych butelek, ale blokują energetykę węglową oraz zniekształcają okrutnie energetykę odnawialną, bo budują centralistyczne ” farmy fotowoltaiczne”. Powodują więc, durnie, black-outy, katastrofy i drożyzna energetyczną.

Zostawmy ich.

W książce „O energetyce dla użytkowników i sceptyków” już dwie dekady temu ukazałem, że można zaspokoić potrzeby energetyczne kontynentów budując na pustyniach każdego kontynentu, a używając do tego celu niewielkiego procentu pustyń – elektrownie fotowoltaiczne. One mogą, będą produkować elektryczność i/lub wodór dla wszystkich potrzeb energetycznych ludzi.

Pamiętam zabawny dla mnie wtedy wniosek speca od rurociągów dalekiego zasięgu Witolda Michałowskiego, że z Sahary taniej będzie transportować energię na przykład do Hamburga poprzez rurociągi wodorowe niż przez linie wysokiego napięcia. Po prostu mniejsze straty, mniejsze koszty.

Oczywiście przewidywaliśmy wtedy tak wielkie jak i małe magazyny wodoru; te mniejsze na przykład w kawernach po wydobyciu soli, po prostym uszczelnieniu.

Też oczywiście, że to centralistyczne administrowanie siecią elektryczną prowadzi do katastrof black-out, oraz kretyńskich, przez algorytmy prowadzonych wahań cen energii – aż do absurdalnych „cen ujemnych”, czyli wytwórca płaci a nie zarabia [!].

Zostawmy jednak rządzących się, zadufanych kretynów.

Moi koledzy, w fizyce plazmy (fuzja lub reakcja termojądrowa) od 6 czy 7 dziesięcioleci usiłują [ za dziesiątki miliardów !] zbudować „Słońce na Ziemi”. Nie widzą, nie wiedzą, że prawdziwe Słońce od około 5 miliardów lat z daleka [8 minut świetlnych], stabilnie, bezpiecznie działa…

I ślicznie wygląda.

Pomyślmy:

Gdyby Adam okazał się bardziej ostrożny czy bardziej podejrzliwy – i dyskretnie zobaczył, z kim się jego żona spotyka…. Wystarczyło wtedy wężowi dać mocno pałą po łbie, a potem żonie porządnie szerokim pasem po pupie – ale tak by nie zakrwawić. Jakby go potem z miłością po rękach całowała…

A my moglibyśmy się na słoneczku opalać, zamiast „wojować o energie”, czy przepłacać rachunki „” za energię” czy śmieci, co przecież futruje Ryżego i Ursulę co Wodęleje. Tfu, jednak na sam koniec musiałem takie cuchnące zdanie popełnić… Bo właśnie zobaczyłem te rachunki.

Spór o Tajwan i hipokryzja Zachodu

Thomas Röper  anti-spiegel.ru/der-streit-um-taiwan-und-die-verlogene-politik-des-westens

Spór o Tajwan i hipokrytyczna polityka Zachodu

Na Zachodzie przedstawia się to tak, jakby Zachód musiał bronić Tajwanu przed złymi Chinami, które rzekomo są gotowe do aneksji Tajwanu siłą, jeśli zajdzie taka potrzeba. Jednak żadne państwo zachodnie nie uznało Tajwanu, a cały Zachód oficjalnie popiera politykę Jednych Chin, która definiuje Tajwan jako część Chin.

Anti-Spiegel 16 maj 2026

W obliczu ponownego zdominowania nagłówków gazet po szczycie USA-Chiny, po odmowie prezydenta Trumpa zajęcia się kwestią Tajwanu w Chinach i późniejszym unieważnieniu przez niego wcześniej uzgodnionych umów zbrojeniowych o wartości 14 miliardów dolarów, warto przypomnieć tło sporu.

Zachodnie media i politycy propagują narrację, że Tajwan, rzekomo zachodnia demokracja zasługująca na ochronę, musi być chroniony przed złowrogimi Chinami, które rzekomo dążą do jego aneksji. Z tego powodu Stany Zjednoczone intensywnie zbroiły Tajwan w ciągu ostatnich kilku dekad, NATO pracuje nad rozszerzeniem swoich operacji na Pacyfik, a nawet niemieckie siły zbrojne wysyłają w ten region okręty wojenne, aby zademonstrować swój sprzeciw wobec Chin.

Problem polega na tym, że działania Zachodu wobec Tajwanu w żaden sposób nie są zgodne z międzynarodowymi zobowiązaniami prawnymi, które Zachód oficjalnie uznaje. Oficjalnie Zachód popiera politykę jednych Chin, która głosi, że istnieje tylko jedno państwo chińskie – Chińska Republika Ludowa, do której należą Hongkong i Tajwan. Żadne państwo zachodnie nie uznało Tajwanu na mocy dyplomacji, co po raz kolejny dobitnie pokazuje absurdalność polityki Zachodu.

Dlatego chciałbym skorzystać z okazji i przypomnieć tło konfliktu.

Tło

W XIX wieku Chiny były słabe i częściowo pod rządami zachodnich mocarstw kolonialnych. Nawet Niemcy miały w Chinach niewielką kolonię. Wielka Brytania toczyła w XIX wieku dwie wojny, których celem było otwarcie chińskiego rynku na opium, produkowane przez Brytyjską Kompanię Wschodnio-indyjską w ramach jej monopolu produkcyjnego w Bengalu.

Były to wojny wywoływane i podżegane przez kupców – dziś nazwalibyśmy ich korporacjami – w celu maksymalizacji zysków ze sprzedaży narkotyków. Już wtedy chwytliwym hasłem, którym brytyjska opinia publiczna zyskiwała poparcie dla wojen, było hasło, że należy chronić „wolność handlu”, wolność, której złowrogie Chiny sprzeciwiały się, zakazując importu narkotyków.

W Chinach ten okres i upokorzenia, jakich kraj doznał, są pamiętane do dziś. Niezliczeni Chińczycy padli ofiarą uzależnienia od opium, które stało się powszechną epidemią po tym, jak Londyn wymusił otwarcie chińskiego rynku na ten narkotyk.

W rezultacie w Chinach narastał opór przeciwko słabej dynastii cesarskiej. Siły napędowe tego ruchu pochodziły jednak z zagranicy, a także od wykształconych na Zachodzie intelektualistów z terytoriów kolonialnych, takich jak Hongkong, Kanton i Szanghaj, którzy skierowali ruch w pożądanym kierunku. W następstwie tzw. rewolucji Xinhai i późniejszej wymuszonej abdykacji sześcioletniego następcy tronu, Puyi, Imperium Chińskie upadło w 1911 roku, a 1 stycznia 1912 roku proklamowano Republikę Chińską, której tymczasowa konstytucja ustanowiła Chiny jako republikę wzorowaną na Stanach Zjednoczonych.

Jednak Republika Chińska wkrótce istniała tylko z nazwy, ponieważ po śmierci jej prezydenta, wysokiego rangą oficera wojskowego, w 1916 roku Chiny rozpadły się na terytoria kontrolowane przez regionalnych watażków. Wybuchła chińska wojna domowa, a w latach 30. XX wieku nastąpiła inwazja japońska. Wojna domowa ostatecznie zakończyła się dopiero w 1949 roku, gdy Czang Kaj-szek został zmuszony do wycofania się na wyspę Tajwan. Chociaż jego państwo było surową dyktaturą i obejmowało jedynie niewielką wyspę, Tajwan nadal nazywał się „Republiką Chińską” i był uznawany na arenie międzynarodowej za jedyne państwo chińskie. Chińska Republika Ludowa, proklamowana przez Mao Zedonga na kontynencie, była wówczas w dużej mierze odizolowana.

Chiny, Tajwan i ONZ

Ponieważ Chiny zostały uznane za zwycięskie mocarstwo w II wojnie światowej, gdy powstawała ONZ, Republika Chińska (niewielka wyspa Tajwan) otrzymała chińskie miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, podczas gdy znacznie większa Chińska Republika Ludowa nie była nawet członkiem ONZ.

Zmieniło się to dopiero w 1971 roku, kiedy Stany Zjednoczone, pod wodzą prezydenta Nixona, rozpoczęły zbliżenie z Chinami, licząc na pozyskanie ich jako przeciwnika Związku Radzieckiego w zimnej wojnie. W lipcu 1971 roku doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Nixona, Henry Kissinger, odwiedził Pekin, przygotowując tym samym wizytę państwową Nixona w 1972 roku. Mao Zedong zażądał międzynarodowego uznania Chin, a w październiku 1971 roku Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło rezolucję nr 2758, której kluczowy fragment brzmi:

„Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych […] postanawia przywrócić wszystkie prawa Chińskiej Republice Ludowej i uznać przedstawicieli jej rządu za jedynych prawowitych przedstawicieli Chin w Organizacji Narodów Zjednoczonych, a tym samym usunąć przedstawicieli Czang Kaj-szeka z miejsca, które niesłusznie zajmują w Organizacji Narodów Zjednoczonych i wszystkich jej organizacjach”.

W ten sposób Chińska Republika Ludowa stała się również członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ, a Tajwan został wykluczony z ONZ.

Polityka Jednych Chin

Chińska Republika Ludowa realizuje politykę Jednych Chin, zgodnie z którą istnieją tylko jedne Chiny, a mianowicie Chińska Republika Ludowa, obejmująca również Hongkong i Tajwan. Chiny wymagają zatem, aby wszystkie państwa pragnące nawiązać stosunki dyplomatyczne z Chińską Republiką Ludową uznały tę przesłankę, tak jak uczyniła to ONZ w rezolucji Zgromadzenia Ogólnego nr 2758. Oznacza to, że każde państwo – w tym wszystkie państwa zachodnie – musi oficjalnie uznać tę politykę.

Nawiasem mówiąc, z tego właśnie powodu tajwańscy politycy nie składają wizyt państwowych na wysokim szczeblu w UE. Ponieważ na Tajwanie nie ma ambasad ani konsulatów europejskich, nie mogą oni nawet otrzymać wiz wjazdowych. Muszą się o nie ubiegać w konsulacie w Chinach.

Ale Stany Zjednoczone oczywiście nie chcą rezygnować ze swojego „lotniskowca” Tajwanu, dlatego w 1979 roku uchwaliły ustawę o stosunkach z Tajwanem, wyrażając poparcie dla „dalszego demokratycznego rozwoju Tajwanu”. Zawarta w niej deklaracja USA, która w razie potrzeby wyposażyłaby Tajwan w broń obronną, od tamtej pory trwale nadwyrężyła stosunki między Chinami a Stanami Zjednoczonymi. Stany Zjednoczone stworzyły w ten sposób potencjalny punkt zapalny, który mogą wykorzystać i w razie potrzeby eskalować konflikt przeciwko Chinom.

Widzieliśmy precedens na Ukrainie, gdzie pomimo protestów Rosji Stany Zjednoczone naciskały na członkostwo Ukrainy w NATO, dopóki Rosja nie widziała innego wyjścia, jak tylko uniemożliwić to militarnie. Podobnie Stany Zjednoczone mogłyby w każdej chwili przekroczyć wszystkie chińskie „czerwone linie” w odniesieniu do Tajwanu i tym samym sprowokować chińską interwencję wojskową, która mogłaby doprowadzić do poważnej wojny.

Według zachodnich mediów i polityków, w takim przypadku winne byłyby oczywiście Chiny, które prowadzą „nieuzasadnioną, agresywną wojnę przeciwko Tajwanowi”.

Stany Zjednoczone igrają z ogniem.

Stany Zjednoczone w ostatnich latach igrały tam z ogniem. Podczas gdy kraje europejskie, ze względu na oficjalnie uznaną politykę jednych Chin, nie wysyłają na Tajwan delegacji wysokiego szczebla ani nie przyjmują tajwańskich przedstawicieli w UE, wysocy rangą politycy amerykańscy praktycznie ustawiali się w kolejce, aby odwiedzić Tajwan za rządów Bidena. Na przykład prowokacyjna wizyta Nancy Pelosi na Tajwanie w 2022 roku pozostaje niezapomniana.

Tajwan jest coraz bardziej zbrojony przez Stany Zjednoczone, co Chiny naturalnie postrzegają jako prowokację. Stany Zjednoczone raczej nie zaryzykowałyby wojny z Chinami o Tajwan, a ustawa o stosunkach z Tajwanem nie przewiduje interwencji wojskowej USA. Jednak, podobnie jak w przypadku Ukrainy i Rosji, Stany Zjednoczone mogłyby naciskać na rząd Tajwanu, by ten prowokował Chiny, składając Tajwanowi wszelkiego rodzaju obietnice.

Fakt, że Stany Zjednoczone jednocześnie depczą politykę jednych Chin, do której, jak twierdzą, są zobowiązane we wszystkich oficjalnych deklaracjach, po raz kolejny dowodzi hipokryzji amerykańskiej polityki.

A UE nie jest w tym o wiele lepsza, o czym świadczy antychińska polityka Brukseli, przyjęta pod presją USA i uzasadniana w wielu oświadczeniach przez wysokich rangą urzędników UE powoływaniem się na chińską politykę wobec Tajwanu.

Ten przykład po raz kolejny ilustruje hipokryzję polityki Zachodu pod przewodnictwem USA, który swoją polityką wobec Tajwanu narusza prawo międzynarodowe, ignorując w istocie rezolucję ONZ nr 2758.

Zachód powinien podjąć decyzję: albo oficjalnie zdystansować się od polityki jednych Chin i uznać Tajwan, co również stanowiłoby jawne naruszenie prawa międzynarodowego i na co Chiny prawdopodobnie zareagowałyby bardzo ostro, albo ostatecznie poprzeć politykę jednych Chin i – podobnie jak w przypadku Hongkongu – poprzeć pokojowe zjednoczenie Chin i Tajwanu w ramach zasady „jeden kraj, dwa systemy”.

Wtedy jednak USA straciłyby swój „lotniskowiec”, Tajwan, czego oczywiście nie chcą. USA prowadzą politykę globalną, w której mogą wykorzystywać swoje wpływy do wywoływania kryzysów w dowolnym regionie świata, kiedy tylko zajdzie taka potrzeba w walce z geopolitycznymi lub gospodarczymi rywalami. Tajwan nie jest tu wyjątkiem.

Nie chodzi o „oszczerstwo krwi” [mord rytualny], chodzi o kontrolę narracji

Caitlin Johnstone caitlinjohnstone/its-not-about-blood-libel-its-about-narrative-control

Izrael zapowiada teraz pozew przeciwko The New York Times, ponieważ syjoniści od kilku dni nie przestają panikować po doniesieniach gazety na temat systematycznych gwałtów na palestyńskich więźniach w izraelskich więzieniach.

Apologeci Izraela nie krzyczą z powodu raportu „New York Timesa”, bo uważają, że Izrael został okłamany. Krzyczą, bo założyli, że zadaniem „Timesa” jest administrowanie propagandą na rzecz Izraela. Nie chodzi o „oszczerstwo rytualne”, ale o kontrolę narracji.

Wiemy, że to prawda, ponieważ raport Nicholasa Kristofa nie zawiera żadnych nowych informacji; każdy istotny punkt artykułu został już wcześniej poruszony przez inne, mniej wpływowe media i organizacje praw człowieka. Nie widzieliśmy takiego oburzenia, biorąc pod uwagę lawinę doniesień o seksualnych torturach palestyńskich więźniów, które pojawiały się na przestrzeni lat. Dostrzegliśmy je dopiero wtedy, gdy doniosła o tym bardziej wpływowa agencja informacyjna.

To pokazuje, że ich prawdziwy sprzeciw nie dotyczy samej treści artykułu, lecz informacji, które wpłynęły na większą liczbę osób niż wcześniejsze doniesienia. Nie chodzi o fakty, ale o liczby. Chodzi o to, aby jak najwięcej ludzi Zachodu pozytywnie myślało o państwie Izrael.

Każdy, kto dziś narzeka na dziennikarską rzetelność i niedbałość w relacjonowaniu, po prostu przyznaje się do bycia propagandzistą. Przyznaje, że jego zadaniem jest manipulowanie sposobem myślenia opinii publicznej o Izraelu i że uważa, że ​​powinno to być również zadaniem wszystkich głównych mediów.

A co najzabawniejsze w tym histerycznym załamaniu, to fakt, że „New York Times” w rzeczywistości był skrajnie stronniczy na korzyść Izraela. Jego stronnicze doniesienia , nierówny dobór słów i bierne nagłówki zostały dobrze udokumentowane. Jedyne, co się zmieniło, to to, że nadużycia Izraela stały się tak oczywiste i niezaprzeczalne, że jego redaktorzy nie mogli już dłużej usprawiedliwiać podkręcania dobrze udokumentowanego artykułu na ich temat. 

Izraelscy propagandyści przyzwyczaili się, że „New York Times” promuje ich ukochane państwo apartheidu, więc uważają to nie tylko za propagandę, ale także za zdradę.

W następstwie raportu New York Timesa media masowo zaczęły publikować artykuły o domniemanych nadużyciach seksualnych ze strony Hamasu, co jest co najmniej bardzo ciekawym zbiegiem okoliczności.

Izrael ogłosił, że pięciokrotnie zwiększa budżet na propagandę , a teraz jesteśmy świadkami aktywnej manipulacji cyklem informacyjnym w celu promowania izraelskich interesów informacyjnych. Oczekuje się od nas, że będziemy po prostu klaskać i udawać, że widzimy prawdziwe wiadomości o prawdziwych rzeczach.

Jedną z najdziwniejszych rzeczy w oburzeniu wywołanym raportem „New York Timesa” jest obsesja na punkcie wzmianki o psach wykorzystywanych do gwałcenia palestyńskich więźniów – dobrze udokumentowanego twierdzenia , o którym już wcześniej dyskutowaliśmy . Hasbaryści są oburzeni i wściekli w mediach społecznościowych, nazywając to jak zwykle „oszczerstwem rytualnym”, ale jednocześnie twierdzą, że dosłownie niemożliwe jest, aby wyszkolony pies kogoś zgwałcił.

„Nieprawdopodobne oskarżenie o gwałt na psach skierowany przeciwko Izraelowi staje się coraz powszechniejsze” – głosi nagłówek w „The Times of Israel” , w którym emerytowany porucznik policji stwierdza, że ​​„jest wysoce nieprawdopodobne, aby ktokolwiek był w stanie wytresować psa, aby skutecznie dopuścił się napaści seksualnej”.

„Nie ma dowodów naukowych ani behawioralnych na to, że psy można wytresować do napaści seksualnej. Eksperci i behawioryści wskazują na szereg barier biologicznych i poznawczych, które to uniemożliwiają” – pisze na Twitterze hasbaristka Eve Barlow.

Zbrodniarz wojenny David Frum pisze , że „misja o 'żydowskich psach gwałcących’ została obalona nie dlatego, że jest to obelga wobec Żydów, ale dlatego, że American Kennel Club potwierdza, że ​​w przypadku psów jest to niemożliwe”. Twierdzenie to zostało później obalone w oświadczeniu samego American Kennel Club, który stwierdził, że nie potwierdził niczego takiego.

„Psy nie mogą zgwałcić człowieka anatomicznie. Jako lekarz, pomyślałem, że po prostu to podkreślę. Dlaczego antysemici są takimi idiotami?” – czytamy w popularnym tweecie dr Sheili Nazarian.

To jest po prostu obiektywnie i bezdyskusyjnie fałszywe. W przeszłości istniały liczne przykłady tyrańskich reżimów wykorzystujących psy do gwałtów na więźniach, w tym w nazistowskich Niemczech i Chile pod rządami Pinocheta. Wiadomo, że seryjny morderca David Parker Ray gwałcił swoje ofiary, wykorzystując do tego psy. To dobrze udokumentowane nadużycie, które może mieć miejsce i ma miejsce, i jest tak izraelskie, że próbują propagować tak łatwe do obalenia kłamstwo o czymś tak przerażającym.

Wymyślali kłamstwa o okrucieństwach, aby móc usprawiedliwić ich popełnianie.

Wymyślali kłamstwa o gwałcie, aby móc go usprawiedliwić.

Wymyślali kłamstwa o martwych dzieciach, aby usprawiedliwić ich zabijanie.

Przedstawiali się jako ofiary, aby usprawiedliwić krzywdzenie innych.

W innych wiadomościach, zmilitaryzowane roboty są już w pełni sprawne i rozmieszczone na polu bitwy — wkrótce będą dostępne podczas protestu w Twojej okolicy.

Dziennik „Jerusalem Post” informuje , że izraelskie wojsko używa robotów podczas inwazji na Liban, pisząc: „Brygada Golani Sił Obronnych Izraela ogłosiła we wtorek, że niedawno dotarła aż do rzeki Litani, około 10 kilometrów od północnej granicy Izraela, i wykorzystała roboty w niektórych częściach operacji”.

Będziemy tego widzieć coraz więcej, ponieważ zautomatyzowane systemy uzbrojenia staną się coraz powszechniejsze. To kolejna rzecz, która może nam się śnić po nocach. 

Dobranoc, dobranoc.

Amnestia czy amnezja?

Amnestia czy amnezja?

Autor artykułu Marek Wójcik 16. maja 2026

W przeciwieństwie do niektórych innych krajów Szwajcaria nie przeprowadziła jeszcze żadnego poważnego rozliczenia z pandemią COVID-19. Ostatnio pokazała to debata wokół byłego trenera szwajcarskiej reprezentacji hokejowej, który w 2021 roku uzyskał sfałszowane zaświadczenie o szczepieniu przeciwko COVID-19, aby móc pojechać na Igrzyska Olimpijskie 2022 do Chin bez szczepienia.

Cytat z opublikowanego kilka dni temu artykułu na swprs.org: Szwajcaria w dobie koronawirusa: amnestia czy amnezja? Źródło.

Czy złodziej zorganizuje, mając taką możliwość, skuteczną akcję wyjaśniającą, kto jest sprawcą jego kradzieży? Równie dobrze można oczekiwać od sędziego prowadzącego sprawę dotyczącą zbrodni, której sam dokonał, że wyda sprawiedliwy wyrok.

Kilka krajów uznało to i w związku z tym wprowadziło amnestię dla „przestępstw związanych z COVID-19”, zwalniając, lub zwracając grzywny związane z lockdownami, nakazami noszenia maseczek i wymogami szczepień. Do krajów tych należą Hiszpania, Słowacja, Słowenia, Turcja, a także niektóre stany i miasta Australii i Ameryki (np. Nowy Jork).

Amnestia – (gr. ἀμνηστία amnēstía „zapomnienie”) – jednorazowe darowanie lub złagodzenie prawomocnie orzeczonych kar, lub środków karnych za popełnione przestępstwa, lub wykroczenia określonego rodzaju poprzez wydanie aktu prawnego. Źródło.

Darowano resztę kar, znów się można było śmiać – śpiewał w Autobiografii zespół Perfect. Dobrze pamiętam czasy jedynej słusznej „prawdy” płynącej z telewizora. Pewnie dlatego, w przeciwieństwie do urodzonych w relatywnie wolnym świecie, tak cenię tę wolność. Parafrazując Kochanowskiego, wolność jest jak zdrowie, które się ceni dopiero wtedy, gdy się straci.

Ukarano uczciwych ludzi, którzy odważnie okazywali swój opór wobec zbrodni zorganizowanej przez państwo i ponadpaństwowe kliki kryminalne. Jako rekompensatę w kilku krajach darowano i to nie wszystkim kary za ich uczciwe postępowanie. Nadal przebywają w więzieniu lekarze, którzy zgodnie z prawem wystawiali zaświadczenia zwalniające pacjentów z problemami płucnymi od noszenia chorobotwórczych masek.

Już po raz trzeci Reiner Füllmich spędził swoje urodziny w więzieniu.

Najbardziej znanym przykładem kowidowych restrykcji sądownictwa niemieckiego, jest historia znanego amerykańsko-niemieckiego prawnika doktora Reinera Füllmicha.

W poruszającym wywiadzie Inka Füllmich po raz pierwszy szczegółowo opowiada o dramatycznych wydarzeniach w Meksyku: o tym, jak jej mąż, Reiner Füllmich, został zwabiony w pułapkę pod fałszywym pretekstem, uprowadzony przez niemieckie władze i od tego czasu przebywa w więzieniu w Niemczech. Ona sama również została zatrzymana – spędziła ponad 24 godziny w zimnej celi w Tijuana. Od porwania minęły trzy lata. Reiner Füllmich nadal przebywa w więzieniu, mimo że pierwotne zarzuty w dużej mierze się rozpadły. Wywiad w języku angielskim.

Znany niemiecki lekarz, działacz przeciwko oszustwu kowidowemu, doktor Bodo Schiffman musiał opuścić Niemcy i przebywa na banicji w Tanzanii.

Moje zdjęcie z doktorem Bodo Schiffmannem (po prawej) na demonstracji w Wiedniu we wrześniu 2020 roku.

Rozliczenie sprawców plandemii musi jeszcze poczekać. Nie dlatego, żebym popierał tę zwłokę, ale dlatego, że muszą wcześniej zacząć znowu działać mechanizmy prawne, które zostały w bezprecedensowy sposób praktycznie na całym świecie zdeptane.

Jaskrawym tego przykładem, było zatrzymanie w Hyde Parku we wrześniu 2020 roku przez angielską policję niemieckiego lekarza Heiko Schöninga. Od tego czasu Hyde Park, będący dotychczas symbolem wolności wypowiedzi, stał się symbolem cenzury.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Koniec hegemonii USA nie jest ogłaszany – jest inscenizowany

Koniec hegemonii USA nie jest ogłaszany – jest inscenizowany

Zbigniew Jacniacki wolnemedia/koniec-hegemonii-usa-nie-jest-oglaszany-jest-inscenizowany

Można analizować wizytę Donalda Trumpa w Chinach jako znaczące wydarzenie dyplomatyczne transmitowane przez światowe media. Ale można też uważać, że była starannie wyreżyserowanym spektaklem politycznym, którego prawdziwym celem nie było ujawnienie rzeczywistych ustaleń między mocarstwami, lecz stworzenie narracji możliwej do zaakceptowania przez społeczeństwa. Kamery miały pokazać historię. Rzeczywista historia powstawała jednak poza obiektywem.

Współczesna geopolityka rzadko, jeżeli w ogóle, rozgrywa się publicznie. Najważniejsze decyzje nie zapadają podczas konferencji prasowych, uroczystych bankietów czy spacerów po pałacowych ogrodach. Są efektem wieloletnich analiz i negocjacji prowadzonych przez wąskie, zawodowe elity państwowe, wojskowe, finansowe i wywiadowcze. Media otrzymują końcowy spektakl — symboliczną inscenizację decyzji podjętych wcześniej. Społeczeństwa mają odnieść wrażenie uczestnictwa w wielkiej polityce.

W rzeczywistości uczestniczą głównie w procesie psychologicznego oswajania zmian. Trump doskonale rozumie logikę medialnej epoki. Wie również, że amerykańska świadomość polityczna przez dziesięciolecia była budowana wokół przekonania o naturalnej i trwałej hegemonii Stanów Zjednoczonych. Tymczasem świat wszedł w okres głębokiej transformacji. Waszyngton nie posiada już siły pozwalającej samodzielnie organizować globalny porządek tak jak po zakończeniu zimnej wojny. Nie można jednak powiedzieć tego wprost społeczeństwu wychowanemu w poczuciu imperialnej wyjątkowości. Dlatego potrzebna jest nowa opowieść. Nie o utracie dominacji,

lecz o odpowiedzialnym dopuszczeniu Chin do współzarządzania światem — w imię stabilności, pokoju i uniknięcia globalnego chaosu. W tym sensie wizyta Trumpa w Pekinie przypominała bardziej rytuał przekazania części odpowiedzialności za światowy porządek niż klasyczne spotkanie dwóch rywalizujących państw. Imperia bardzo rzadko ogłaszają własny schyłek. Znacznie częściej tworzą ceremonie przejścia, które mają nadać zmianie pozór ciągłości i kontroli. Społeczeństwa nie mogą odnieść wrażenia chaosu — muszą uwierzyć, że nowy układ został świadomie wybrany przez odpowiedzialnych przywódców.

To właśnie dlatego polityka wielkich mocarstw tak często przypomina teatr. Jednocześnie jest faktem, ze społeczeństwa epoki medialnej coraz rzadziej oczekują rzeczywistego uczestnictwa w procesach władzy. Znacznie bardziej potrzebują emocjonalnych obrazów podtrzymujących poczucie sensu, ciągłości i stabilności świata. Dlatego współczesna geopolityka oprócz decyzji politycznych, musi produkować również widzialne rytuały mające uspokajać zbiorową świadomość. Uściski dłoni, spacery po ogrodach, ceremonialne rozmowy i starannie wyreżyserowane kadry stają się częścią procesu zarządzania społeczną percepcją rzeczywistości. W epoce globalnych mediów imperia nie komunikują już wyłącznie siły — dbają także o psychologiczne poczucie porządku.

Nie oznacza to jednak końca rywalizacji. Stabilność między mocarstwami może trwać bardzo długo, jeśli główne elity uznają ją za korzystną. Część XIX wieku opierała się na podobnej równowadze. Również okres zimnej wojny, mimo lokalnych konfliktów, był w istocie próbą zarządzania napięciem między wielkimi centrami siły.

Dzisiejszy układ amerykańsko-chiński może więc przetrwać dziesięciolecia. Ale może również rozpaść się stosunkowo szybko.

Wystarczy pojawienie się bardziej agresywnych elit, nowych ambicji ideologicznych albo głębokiego kryzysu gospodarczego, by dotychczasowy kompromis został uznany za oznakę słabości. Historia wielokrotnie pokazywała, że kolejne pokolenia przywódców często niszczą ostrożny dorobek poprzedników, próbując odzyskać „utraconą wielkość”.

Dla Polski całe to widowisko może mieć również bardzo praktyczne znaczenie. Przez lata każda próba otwartego szukania współpracy gospodarczej z Chinami groziła oskarżeniami o „zdradę Zachodu” albo działanie przeciw interesom Stanów Zjednoczonych. Tymczasem jeśli sam amerykański hegemon zaczyna publicznie budować narrację partnerstwa i stabilizacji z Pekinem, wówczas także państwa zależne od amerykańskiego parasola politycznego otrzymują ograniczoną przestrzeń do bardziej pragmatycznej polityki. Mówiąc brutalnie: skoro Chiny stają się partnerem naszego politycznego seniora, to również wasale dostają częściowo uchyloną furtkę do „jedwabnego szlaku”.

Nie oznacza to pełnej samodzielności ani strategicznej niezależności. Oznacza jednak możliwość prowadzenia bardziej elastycznej gry gospodarczej bez natychmiastowego ryzyka politycznej stygmatyzacji. Dla państw średnich i peryferyjnych takie przesunięcia w globalnej narracji często mają większe znaczenie niż oficjalne traktaty.

Symboliczny charakter całej wizyty doskonale oddała scena związana ze zwiedzaniem ogrodów przy siedzibie Komunistycznej Partii Chin. Trump najwyraźniej oczekiwał potwierdzenia, że został potraktowany wyjątkowo — jako partner szczególny, wyróżniony wobec innych światowych liderów. Xi Jinping odpowiedział jednak z chłodnym, niemal konfucjańskim spokojem, że rzadko zwiedzają je głowy innych państw, ale dodał, że Władimir Putin zwiedzał te ogrody wielokrotnie.

Była to odpowiedź krótka, elegancka i bardzo chińska. Bez otwartego upokorzenia, ale również bez pozostawienia złudzeń. W kilku słowach Xi pokazał różnicę między cywilizacją myślącą w rytmie wielowiekowej ciągłości państwa a politykiem funkcjonującym w logice medialnego spektaklu i krótkiego cyklu wyborczego.

Dla Zachodu polityka coraz częściej staje się obrazem. Dla Chin pozostaje długim procesem historycznym. Właśnie dlatego obrazy z Pekinu należy analizować ostrożnie. Media widzą czerwone dywany, uściski dłoni i ceremonialne spacery. Prawdziwa geopolityka ukrywa się jednak w subtelnych gestach, pół-zdaniach i symbolach, które dla masowego odbiorcy pozostają niemal niewidoczne. W świecie schyłku hegemonii najważniejsze decyzje rzadko są ogłaszane. Najpierw są negocjowane w ciszy gabinetów, a dopiero później inscenizowane przed kamerami jako nowa opowieść o świecie.

Autorstwo: Zbigniew Jacniacki
Źródło: WolneMedia.net

Jedenaste przykazanie

Jedenaste przykazanie

Izabela BRODACKA

Jedenaste przykazanie mogłoby moim zdaniem brzmieć: „nie obgaduj bliźniego swego”. Ósme przykazanie „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu” mi nie wystarcza. Bez ważnej przyczyny nie należy również rozpowszechniać niekorzystnych, choć nawet prawdziwych, informacji na cudzy temat. Czy właściwe jest na przykład ujawnianie preferencji seksualnych osób nie afiszujących się swoimi upodobaniami i nie indoktrynujących innych w tej dziedzinie? Czy wolno ujawniać jakie ktoś przyjmuje leki albo jakie choroby go trapią? Oczywiście, takie informacje dotyczące osób publicznych mogą mieć wpływ na funkcjonowanie społeczności lecz na ogół są używane nie po to żeby stanąć w prawdzie lecz są traktowane jako broń w politycznej walce albo jako źródło satysfakcji czerpanej z upokorzenia kogoś.

Wiadomo, że nic tak nie zbliża ludzi jak znalezienie wspólnego wroga czy wspólnej ofiary. Nie ma to związku z pochodzeniem czy wychowaniem. Już w młodszych grupach przedszkolnych dzieci spontanicznie znajdują sobie ofiarę- dziecko rude, albo zbyt grube, albo źle ubrane żeby wykluczyć je z zabawy i z tego wykluczenia czerpać satysfakcję. Coś, co pojawia się nieuchronnie, niezależnie od epoki, kultury i szerokości geograficznej mamy prawo nazywać archetypem. To archetyp kozła ofiarnego. Prześladowanie wybranej ofiary cementuje grupę a czasami nawet ją stwarza. Ten sam archetypiczny mechanizm pojawia się w szkole w jednostce wojskowej i w więzieniu. Naiwnością jest twierdzenie, że „ fala” w komunistycznym wojsku to zjawisko prowokowane przez kadrę ( trepów) aby łatwiej kształtować pożądaną przez tych trepów żołnierską postawę. Fala jest zjawiskiem ponadczasowym i ponadustrojowym.

Rozwój środków komunikacji pogłębia ten problem. Dziecko prześladowane w jednej szkole nie znajdzie azylu w innej, odnajdą je internetowi łowcy głów i oberwie dodatkowo za ucieczkę. Jego hańba, jego naznaczenie, nie ogranicza się do niewielkiej grupy. Dzięki mediom społecznościowym staje się publiczną tajemnicą. Dziecko nie może zwrócić się ze swoim problemem do wychowawców bo automatycznie staje się „sześdziesioną” czyli kapusiem zasługującym na jeszcze cięższe prześladowania. Stąd między innymi ogromny i trudny do wyjaśnienia wzrost liczby samobójstw dziecięcych, jaki obecnie rejestrujemy.

Pozostaje pytanie dlaczego prześladowanie kogoś może być źródłem satysfakcji. Znany amerykański psycholog Eric Berne twierdzi, że ludzkość dzieli się dychotomicznie na tych, którzy czyją się gorzej gdy ktoś inny czuje się gorzej i na tych, którzy czują się wówczas lepiej. Ci, którzy czują się lepiej praktykują gry opisane przez Berne’a w książce „ W co grają ludzie”. Czerpanie satysfakcji z czyjegoś upokorzenia Berne traktuje jako formę neurozy. Przyczyną tej neurozy może być zbyt mała liczba „ głasków”, które dany osobnik otrzymał w dzieciństwie. Bo jak twierdzi analiza transakcyjna, trzon teorii Berne’a, dojrzałe relacje międzyludzkie sprowadzają się do wymiany głasków. To co często uważa się za zakłamanie i hipokryzję jest po prostu niepisaną transakcją. Jesteśmy dla siebie nawzajem mili, mówimy sobie komplementy, gdyż podtrzymujemy w ten sposób wzajemnie swoje dobre samopoczucie. Natomiast osoba, która uważa się za prawdomówną to najczęściej złośliwy weredyk, który każdemu wytknie jego słabości czerpiąc z tego neurotyczną satysfakcję, a „stanąć w prawdzie” najczęściej oznacza niepotrzebne osądzanie i rozliczanie bliźnich.

Do psychologii pojęcie archetypu wprowadził Carl Gustav Jung w oparciu o termin Jacoba Burckhardta : das Urbild – „obraz pierwotny”. Jung dowodził istnienia archetypów w oparciu o fakt występowania u ludzi i w dziełach, typowych i powtarzających się motywów. Chciałabym uściślić definicję Junga. Z archetypem mamy do czynienia gdy pewien wzorzec kulturowy powtarza się nieuchronnie, niezależnie od innych okoliczności. Jest to nieuchronność podobna do nieuchronności kształtu kryształu. Jeżeli w roztworze soli kuchennej zawiesimy nitkę z węzełkiem pojawi się kryształ o ściśle określonym kształcie i żadne starania ani inne okoliczności tego kształtu nie są w stanie zmienić. W innym chemicznie roztworze pojawi się kryształ o innym kształcie wynikającym z praw krystalografii. Nie pomoże zmiana naczynia w którym przechowujemy roztwór czy wywiezienie go do innego kraju.

Archetypem jest na przykład pojęcie „Trójcy Świętej”. Pojawia się ono w wielu religiach i kulturach niezależnie od współrzędnych geograficznych i czasowych. W Egipcie występuje triada Amon, Mut, Chonsu. W hinduizmie Brahma, Wiszu, Śiwa. W Babilonie Anu, Enlil, Ea. Jak mówią Rosjanie- „Бог любит Троицу”. Archetyp kozła ofiarnego to uniwersalny mechanizm kulturowy i psychologiczny, polegający na niesłusznym obarczeniu jednostki lub grupy winą za problemy społeczności w celu rozładowania napięcia i zjednoczenia grupy. Zainteresowanym polecam pozycję „Kozioł ofiarny” której autorem jest René Girard. Skąd jednak trzyletnie dzieci wiedzą, że wykluczając wybrane dziecko z grupy tworzą tę grupę albo ją cementują? Działają spontanicznie, a nagrodą (wypłatą) jest pierwotna satysfakcja z wykluczenia kogoś, stygmatyzowania go, upokarzania.

Zadawałam sobie pytanie czy warto wspominać tych wszystkich członków i zastępców członka, którzy kształtowali naszą rzeczywistość przez długie lata komunistycznego zniewolenia. Czy warto wypominać poetom wiersze które napisali, prawnikom wyroki które wydawali, funkcjonariuszom bezpieki zbrodnie które popełnili.

Rozliczanie jest konieczne gdy jest w interesie czy w obronie wspólnoty wyższego rzędu, rodziny, społeczeństwa, kraju i narodu. Wtedy nie ma miejsca na wymianę głasków i również na nadstawianie drugiego policzka. Ale właśnie wtedy trzeba stanąć w prawdzie. Rozlicznie innych powinno posługiwać się prawdą i tylko prawdą.

Porządkując piwnicę znalazłam zbiór kopii tekstów drukowanych w latach pięćdziesiątych, nazwanych przez mego kolegę z podziemia „staliniana”. Postanowiłam z tego znaleziska skorzystać.

Czy katolicyzm dopuszcza zwierzęta w niebie? CZĘŚĆ 3

CZĘŚĆ 3

Królestwo całego stworzenia

Czy w Królestwie Bożym jest miejsce dla zwierząt?

Stworzenie i wieczność

Czy w niebie będą zwierzęta?

Opracował Andrzej Juliusz Sarwa

Kościoły chrześcijańskie

i ich stanowisko w sprawie zwierząt

w życiu pozagrobowym


Kościół katolicki


Czy katolicyzm dopuszcza zwierzęta w niebie?


Teologowie katoliccy przez wieki snuli rozważania na temat tego, czy zwierzęta posiadają dusze, jakie dusze i czy mogą mieć udział w życiu wiecznym.

A wreszcie rzekł Bóg: «Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!» Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. (Rodz. 1: 26–27).

Teologia katolicka, choć tradycyjnie skupiona na godności i przeznaczeniu człowieka, nie pozostawała obojętna wobec kwestii zwierząt w Bożym planie. Już od czasów Ojców Kościoła zachodniego dostrzegano w świecie przyrody ślad obecności Stwórcy. Zwierzęta postrzegano przede wszystkim jako element Bożego ładu: narzędzia pouczające o cnotach, znaki Bożej troski o stworzenie oraz środki służące dobru człowieka, zarówno fizycznemu, jak i duchowemu. W pismach wielu teologów i świętych oraz w dokumentach papieskich pojawiały się jednak sugestie o możliwym uczestnictwie zwierząt w życiu pozagrobowym, choć zagadnienie ich duszy bywało przedmiotem sporów. Zachodni autorzy, rzadko formułując bezpośrednią wizję udziału zwierząt w eschatologii, traktowali je jako obrazowe nośniki duchowych prawd i moralnych nauk, jednocześnie wyrażając wrażliwość na ich piękno i mądrość zawartą w Bożym stworzeniu.

Święty Augustyn z Hippony (354–430)

Święty Augustyn, wybitny myśliciel Zachodu, przedstawia w swoich pismach przyrodę jako harmonijnie zaprojektowany przez Boga porządek, w którym każde stworzenie ma swoje miejsce: od minerałów i roślin, poprzez zwierzęta obdarzone życiem i zmysłami, aż po istoty rozumne i nieśmiertelne, czyli ludzi, aniołów i samego Stwórcę. W dziele „De Genesi ad litteram” zauważa, że w przyrodzie objawia się dwojaka działalność Opatrzności – naturalna, która daje wzrost drzewom i ziołom, oraz dobrowolna, realizowana przez dzieła aniołów i ludzi – a wszystkie ciała niebieskie i ziemskie porządkują się według Bożych praw, we właściwym rytmie dnia i nocy. W „Państwie Bożym” formułuje hierarchię: zwierzęta, choć stoją niżej niż ludzie i są pozbawione rozumu, przewyższają rośliny dzięki obdarzeniu ich życiem i zdolnością odczuwania. Ich cierpienie, jak słusznie podkreśla, nie jest karą za własne winy, lecz skutkiem upadku człowieka – „jęczeniem stworzenia” oczekującego odkupienia. Zarazem jednak zwierzęta ukazują niezwykłe piękno, będące świadectwem potęgi i mądrości Stwórcy. Choć ich rola jest przede wszystkim użytkowa – dostarczają pokarmu, pracują, pełnią funkcje dydaktyczne – to wierne wypełnianie własnej natury staje się dla człowieka lekcją pokory: jeśli one służą Bożemu zamysłowi, tym bardziej on, obdarzony rozumem, powinien uznać w przyrodzie głos Opatrzności. W ten sposób Augustyn, mimo że nie przewiduje zbawienia zwierząt w tym samym sensie co ludzi, ukazuje całe stworzenie jako integralną część kosmicznej liturgii, w której nawet najskromniejsze istoty manifestują chwałę Boga i oczekują w jedności z ludźmi ostatecznego odnowienia świata.

Święty Ambroży z Mediolanu (ok. 339–397)

Święty Ambroży z Mediolanu w swoim „Hexaëmeronie” (Komentarzu do sześciu dni stworzenia) rozwijał głęboką teologiczną refleksję nad całym stworzeniem, włączając w nią również zwierzęta. Uważał, że poznanie własnej natury człowieka wymaga zrozumienia natury wszystkich żywych istot: roślin, czworonożnych i pełzających zwierząt, ptaków i wszystkich „natur każdego rodzaju”, które pojawiają się w Księdze Rodzaju. Ich instynkty, zachowania i miejsce w „porządku Pisma” świadczą o Bożej mądrości i trosce, a ich życie stanowi pouczające lekcje cnót – wierności, pokory, czujności i prostoty. Zwierzęta w tej wizji nie są jedynie podporządkowanymi człowiekowi narzędziami; Ambroży traktuje je jak „księgę stworzenia”, z której każdy może uczyć się drogi do Boga. W ten sposób łączy wrażliwość wschodnich Ojców z intelektualną precyzją zachodniej teologii, pokazując, że całe stworzenie, w tym i zwierzęta, zostało powołane, by chwalić Stwórcę i prowadzić człowieka ku głębszemu uznaniu Bożej Opatrzności.

Święty Hieronim ze Strydonu (ok. 347–420)

W zachodniej tradycji patrystycznej święty Hieronim ze Strydonu zajmuje szczególne miejsce jako autor licznych komentarzy biblijnych i listów, w których z duchową głębią i wnikliwością odnosił się do świata przyrody, w tym zwierząt. Choć nie prowadził systematycznej refleksji teologicznej nad ich naturą czy eschatologicznym losem – jak czynili to niektórzy Ojcowie Kościoła Wschodniego – jego pisma obfitują w alegoryczne i moralne odniesienia do stworzeń, traktowanych jako żywe symbole rzeczywistości duchowej.

Zwierzęta w jego dziełach służą przede wszystkim jako obrazy pomocnicze w wyjaśnianiu prawd wiary i moralności. Lew, orzeł, wielka ryba, pszczoła, mrówka czy osioł – te stworzenia pojawiają się nie po to, by analizować ich istotę, ale by unaocznić duchowe zmagania, cnoty, grzechy, a także logikę Bożej opatrzności. Na przykład w swoich komentarzach do Pisma Świętego Hieronim zauważa, że „zwierzęta są posłuszne głosowi Pana, podczas gdy ludzie często są nieposłuszni”, co czyni z nich wzór naturalnej harmonii z wolą Bożą. Wskazuje również na pracowitość mrówek, przezorność pszczół i troskę ptaków o swoje młode jako przykłady godne naśladowania przez człowieka.

W Żywocie świętego Pawła z Tebaidy – dziele przypisywanym Hieronimowi – pojawia się scena, w której lew pomaga pochować ciało zmarłego pustelnika. Ten symboliczny epizod odczytywany był później jako wyraz głębokiej prawdy duchowej: że nawet dzikie stworzenia, gdy napotkają autentyczną świętość, mogą stać się uczestnikami Bożych dzieł.

Choć świat przyrody nie zajmuje u Hieronima pozycji centralnej, to jednak stale obecny jest jako tło i narzędzie duchowego pouczenia. Jego pisma ukazują stworzenia nie tylko jako istoty służące człowiekowi, ale także jako odblask Bożej mądrości i porządku – ciche, pokorne świadectwo większej, niewidzialnej rzeczywistości.

Hieronim interpretował przyrodę przede wszystkim w sposób alegoryczny. Zwierzęta stawały się dla niego znakami – obrazami pomagającymi wyrazić tajemnice duszy ludzkiej, duchowe zmagania oraz drogę wzrostu wewnętrznego. Każde stworzenie, nawet najmniejsze, mogło – w jego ujęciu – pouczać człowieka o Bożej opatrzności, cnotach niezbędnych w życiu duchowym czy wewnętrznej walce o świętość.

W jednym z krótkich, ale sugestywnych fragmentów Hieronim podkreślał, że zwierzęta są posłuszne głosowi Boga, podczas gdy ludzie często okazują się nieposłuszni. Uważał to za wyraz prostoty i naturalnego posłuszeństwa stworzeń wobec Bożej woli – kontrastujący z ludzką skłonnością do buntu.

Podziwiał również prostotę życia zwierząt. Wskazywał, jak dzikie bestie potrafią przetrwać w trudnych warunkach, jak ptaki gnieżdżą się w skałach, a zwierzęta leśne znajdują schronienie w norach – i wszystkie są zadowolone z tego, co mają. W jego oczach była to godna naśladowania postawa ascetyczna, oparta na ubóstwie i ufności w Bożą opiekę.

Zachęcał także do tego, by uczyć dzieci obserwacji natury: jak mrówki zbierają pożywienie, pszczoły budują barcie, a ptaki uczą swe pisklęta latać. W takich obrazach widział źródło nauki o pracowitości, przezorności i trosce o innych.

W całym swoim dorobku literackim Hieronim chętnie posługiwał się symbolicznymi przedstawieniami zwierząt. Lew, wielka ryba, orzeł – te i inne stworzenia służyły mu jako środki wyrazu duchowych treści: siły, wierności, duchowego wzlotu. Zwierzęta nie były dla niego jedynie elementem świata materialnego, lecz także niemymi świadkami większej, duchowej rzeczywistości.

Choć Hieronim nie spekulował o eschatologicznym losie zwierząt, w jego pismach wyraźnie wybrzmiewa przekonanie o ich miejscu w Bożym planie stworzenia. Zwierzęta nie były dla niego tylko pomocą dla człowieka; ich życie i zachowanie stanowiły przypomnienie o prostocie, pokorze i harmonii z naturą – wartościach, których człowiek, zagubiony w świecie własnych ambicji i nieuporządkowanych pragnień, powinien się od nich uczyć.

Podobne podejście odnajdujemy również u innych zachodnich Ojców Kościoła. Zwierzęta były obecne w homiliach i komentarzach jako obrazy moralne, świadectwa Bożej mądrości i przypomnienia o naturalnym porządku świata. Jednak w odróżnieniu od tradycji wschodniej, autorzy zachodni rzadziej rozważali możliwość dalszego istnienia zwierząt po śmierci, koncentrując się przede wszystkim na godności i nieśmiertelności duszy ludzkiej.

Podsumowując, nauczanie świętego Hieronima ukazuje świat zwierząt jako nieustanną lekcję pokory i prostoty. Zwierzęta, choć nie obdarzone nieśmiertelną duszą, niosą w sobie echo Bożej mądrości i dobroci. Ich obecność w świecie przypomina o harmonii stworzenia i o tym, że każdy element natury – nawet najmniejszy – istnieje z woli Boga i dla Jego chwały.


Święty Grzegorz Wielki (ok. 540–604)

W zachodniej tradycji patrystycznej święty Grzegorz Wielki, papież i doktor Kościoła, zajmuje szczególne miejsce dzięki pogłębionej refleksji nad duchowym znaczeniem stworzenia. W swoim monumentalnym dziele Moralia in Iob – komentarzu do Księgi Hioba – wielokrotnie odnosił się do świata przyrody, zwłaszcza zwierząt, dostrzegając w nim nie tylko świadectwo Bożej potęgi, ale również źródło głębokich pouczeń duchowych.

W interpretacji Grzegorza zwierzęta nie były traktowane jako istoty posiadające osobowość w sensie teologicznym ani zdolność do świadomej relacji z Bogiem. Nie podejmowano także spekulacji na temat ich losu po śmierci. Mimo to każde stworzenie, powołane do istnienia przez Boga, mogło zostać odczytane jako przypowieść – obraz odsłaniający rzeczywistości niebiańskie. W jego ujęciu nawet najbardziej zwyczajne zwierzę mogło stać się nośnikiem duchowego znaczenia, o ile zostało „rozważone mądrze”.

Dla Grzegorza natura nie była rzeczywistością odseparowaną od duchowości, lecz symbolicznym językiem, którym Stwórca przemawia do człowieka. Całość stworzenia – zarówno widzialna, jak i niewidzialna – służyła objawieniu prawdy o Bogu oraz o Jego planie zbawienia.

W Moralia in Iob pojawia się również refleksja nad Behemotem i Lewiatanem – potężnymi istotami wspomnianymi w Księdze Hioba. Grzegorz interpretował je jako uosobienie sił świata stworzonego, które choć budzą lęk, pozostają całkowicie poddane Bożemu panowaniu. Symbolizowały one moce natury, z pozoru nieokiełznane, lecz w istocie podporządkowane woli i mądrości Boga.

W wizji Grzegorza świat przyrody – zwłaszcza świat zwierząt – jawił się jako otwarta księga. Każda jej karta, właściwie odczytana, mogła ukazać prawdy duchowe dotyczące Boga, człowieka i stworzenia. Celem nie była kontemplacja natury samej w sobie, ale odkrywanie w niej obecności Boga i Jego działania.

Choć Grzegorz, podobnie jak inni zachodni Ojcowie, nie rozwijał rozbudowanej teologii zwierząt ani nie przypisywał im nieśmiertelnych dusz, jego podejście nacechowane było pokorą i duchową czujnością. Każde stworzenie – od najmniejszego ptaka po mitycznego Lewiatana – mogło stać się znakiem prowadzącym człowieka ku większym, niewidzialnym rzeczywistościom.

W ten sposób świat zwierząt został włączony w wielką opowieść o Bogu i Jego działaniu w stworzeniu. W ujęciu świętego Grzegorza przyroda, rozumiana symbolicznie i duchowo, miała prowadzić nie ku podziwowi dla niej samej, lecz ku kontemplacji Tego, który ją stworzył.

Święty Cyprian z Kartaginy (200–258)

W zachodniej tradycji patrystycznej święty Cyprian z Kartaginy jawi się jako ten, który z wrażliwością i duchową głębią przyglądał się światu natury, dostrzegając w nim źródło subtelnych, lecz istotnych nauk duchowych. W swoich pismach wskazywał na instynkty zwierząt i porządek wzrostu roślin jako na znaki przypominające człowiekowi o jego powołaniu. Zgodne z naturą zachowanie stworzeń odczytywane było jako ciche, lecz wymowne napomnienie: by także człowiek postępował zgodnie z prawem wpisanym w jego istotę – prawem prowadzącym ku życiu wiecznemu.

Dla Cypriana przyroda była symbolicznym odzwierciedleniem duchowych dążeń człowieka. Biskup Kartaginy w obrazach zwierząt odnajdywał wzorce chrześcijańskich cnót. Jego obserwacje natury stawały się sugestywnymi przypowieściami, uczącymi pokory, cierpliwości i wytrwałości, kluczowych w duchowym wzrastaniu.

Natura, według Cypriana, nie była jedynie tłem dla życia człowieka, lecz księgą objawienia – miejscem, w którym odczytywać można prawdy o kondycji ludzkiej i o Bogu. Cierpliwość i pokora, obecne w świecie stworzonym, ukazywały się jako cnoty wymagające naśladowania i kultywowania. Kontemplacja przyrody miała więc charakter nie tyle estetyczny, co moralny i duchowy – prowadziła do głębszego zrozumienia własnego życia i powołania do świętości.

W spojrzeniu świętego Cypriana świat przyrody uczył nie słowem, lecz przykładem. Stworzenia ukazywały wierność swojej naturze, podczas gdy człowiek – obdarzony wolnością – miał tendencję do błądzenia. Dlatego to właśnie stworzenia mogły stać się dla człowieka milczącymi nauczycielami, wskazującymi drogę ku większemu porządkowi i harmonii – tej, którą wyznacza prawo Boże wpisane w całe stworzenie.

Święty Hilary z Poitiers (ok. 315–367)

W pismach świętego Hilarego z Poitiers, biskupa i doktora Kościoła, odnaleźć można głęboką refleksję nad miejscem stworzenia w teologii chwały Bożej. Rozważając wzmiankę o palmach i cedrach Pańskich:

Sprawiedliwy zakwitnie jak palma,
rozrośnie się jak cedr na Libanie.
Zasadzeni w domu Pańskim
rozkwitną na dziedzińcach naszego Boga.
Wydadzą owoc nawet i w starości,
pełni soków i zawsze żywotni,
aby świadczyć, że Pan jest sprawiedliwy,
moja Skała, nie ma w Nim nieprawości.

(Ps. 92 (91): 13–16).

Hilary nie ograniczał się do alegorycznej interpretacji, w której rośliny symbolizują sprawiedliwych. W jego ujęciu każde stworzenie – zarówno rośliny, jak i zwierzęta – uczestniczy w oddawaniu chwały Bogu, wpisując się w kosmiczną liturgię. W obserwacji porządku natury i instynktownych zachowań zwierząt dostrzegał nie tylko mądrość stworzenia, lecz także odzwierciedlenie Bożego ładu: jeśli najmniejsze istoty znają swój bieg i miejsce, to człowiek, wyposażony w rozum, tym bardziej ma rozpoznać i uznać swego Stwórcę. Odwołując się do słów św. Pawła, podkreślał on, że „wszystko zostało stworzone i pojednane przez Chrystusa i w Chrystusie”, co świadczy o jedności mocy Ojca i Syna. Zwierzęta, wierne swemu przeznaczeniu i kierujące się wrodzonym instynktem, ukazują harmonijny porządek ustanowiony przez Boga – ład, który człowiek winien przyjąć z pokorą i wdzięcznością.

Odnosi się do tego komentując między innymi słowa tego psalmu:

Z Twoich komnat nawadniasz góry,

aby owocem Twych dzieł nasycić ziemię.

Każesz rosnąć trawie dla bydła

i roślinom, by człowiekowi służyły,

aby z roli dobywał chleb

i wino, co rozwesela serce ludzkie,

by rozpogadzać twarze oliwą,

by serce ludzkie chleb krzepił.

Drzewa Pana mają wody do syta,

cedry Libanu, które zasadził.

Tam ptactwo zakłada gniazda,

na cyprysach są domy bocianów.

Wysokie góry dla kozic,

a skały są kryjówką dla borsuków.

Tyś stworzył księżyc, aby czas wskazywał;

słońce poznało swój zachód.

Mrok sprowadzasz i noc nastaje,

w niej krąży wszelki zwierz leśny.

Lwiątka ryczą za łupem,

domagają się żeru od Boga.

Gdy słońce wzejdzie, wracają

i kładą się w swych legowiskach.

Człowiek wychodzi do swojej pracy,

do trudu swojego aż do wieczora.

Jak liczne są dzieła Twoje, Panie!

Ty wszystko mądrze uczyniłeś:

ziemia jest pełna Twych stworzeń.

Oto morze wielkie, długie i szerokie,

a w nim jest bez liku żyjątek

i zwierząt wielkich i małych.

Tamtędy wędrują okręty,

i Lewiatan, którego stworzyłeś na to,

aby w nim igrał.

Wszystko to czeka na Ciebie,

byś dał im pokarm w swym czasie.

Gdy im udzielasz, zbierają;

gdy rękę swą otwierasz, sycą się dobrami.

Gdy skryjesz swe oblicze, wpadają w niepokój;

gdy im oddech odbierasz, marnieją

i powracają do swojego prochu.

Stwarzasz je, gdy ślesz swego Ducha

i odnawiasz oblicze ziemi. (Ps 104, 13-30)

Dla Hilarego przyroda nie była jedynie przedmiotem estetycznej kontemplacji, lecz żywym znakiem duchowej rzeczywistości, wezwaniem do poznania Boga i życia zgodnego z Jego wolą.

Święty Izydor z Sewilli (ok. 560–636)

Święty Izydor z Sewilli, w swoim monumentalnym dziele Etymologiae, a zwłaszcza w Księdze XII poświęconej zwierzętom, ukazuje głębokie przekonanie o wewnętrznym porządku stworzenia, odzwierciedlającym mądrość Boga. Choć jego dzieło ma charakter przede wszystkim encyklopedyczny, gromadzący wiedzę starożytną i wczesnochrześcijańską, to w licznych opisach zwierząt pobrzmiewa również myśl symboliczna, zgodna z tradycją alegorycznego odczytywania rzeczywistości.

Dla Izydora każde stworzenie – zarówno rośliny, jak i zwierzęta – ma swoje miejsce i cel w Bożym planie. Nadając imiona istotom żywym, Adam – jak zauważa Izydor – nie kierował się przypadkiem, lecz określał je zgodnie z ich naturą i przeznaczeniem, w języku pierwotnym, który tradycja identyfikuje z hebrajskim. Analizy etymologiczne, jak ta dotycząca słowa animantia, wskazują na związek życia i ducha, co otwiera możliwość głębszej refleksji nad sensem istnienia stworzeń.

Izydor nie rozwinął jednak ani rozbudowanej teologii stworzenia, ani duchowego bestiariusza. Jego opisy opierają się na wiedzy naturalnej, etymologii oraz obserwacjach, które nierzadko przejęte są ze źródeł pogańskich. Niemniej, przypisywane niektórym zwierzętom cechy – jak odwaga lwa czy przebiegłość lisa – mogły być interpretowane moralnie, jako znaki i symbole pouczające człowieka.

W takim ujęciu przyroda nie tyle objawia Bożą wolę w sensie mistycznym, ile raczej ukazuje porządek i celowość stworzenia jako wyraz Boskiej mądrości. Dla Izydora świat stworzony jest uporządkowanym systemem, który człowiek może poznawać zarówno intelektem, jak i w świetle wiary. W tym sensie Etymologiae stają się nie tylko zbiorem wiedzy, lecz także świadectwem przekonania, że w stworzeniu można dostrzec odblask harmonii, jaką zamierzył Bóg.

Jego podejście do zwierząt jest skąpe, fragmentaryczne i podporządkowane encyklopedycznej strukturze Etymologiae. Dopiero późniejsi autorzy, korzystając z tych materiałów, rozwinęli pełniejsze, symboliczne i teologiczne ujęcia roślin i zwierząt jako elementów kosmicznej liturgii czy eschatologicznego odnowienia stworzenia.

Święty Tomasz z Akwinu (1224–1274)

Tomasz z Akwinu był jednym z najwybitniejszych filozofów i teologów katolickich, który w swojej pracy połączył filozofię Arystotelesa z nauką Kościoła. W swojej systematyce duszy, Akwinata wyróżniał trzy podstawowe rodzaje dusz, odpowiadające różnym formom życia: duszę wegetatywną, duszę wrażliwą i duszę rozumną.

Dusza wegetatywna, jak zauważył Akwinata, jest charakterystyczna dla roślin. Ta forma duszy odpowiada za podstawowe funkcje życiowe, takie jak wzrost, rozmnażanie i odżywianie. Rośliny, zgodnie z jego rozumowaniem, nie mają zdolności do odczuwania ani podejmowania świadomych decyzji, ponieważ ich dusza nie obejmuje zdolności do percepcji ani ruchu.

Z kolei dusza wrażliwa, jak zauważył Akwinata, jest obecna u zwierząt. To ona pozwala im poruszać się, reagować na bodźce zewnętrzne oraz odczuwać emocje, takie jak strach czy przyjemność. Zwierzęta są więc zdolne do odczuwania, ale ich dusza nie sięga wyżej, nie posiada bowiem zdolności do rozumowania czy podejmowania świadomych decyzji w sposób, w jaki robią to ludzie.

Najwyższą formą duszy w systematyce Akwinaty jest dusza rozumna, która jest przypisana człowiekowi. Dusza ta nie tylko pozwala na podstawowe czynności życiowe, jak wzrost czy rozmnażanie, ale również wyposażona jest w intelekt i wolną wolę. To właśnie ta zdolność do rozumowania i wybierania stanowi o wyjątkowości człowieka w stworzeniu. Dusza rozumna, zdaniem Akwinaty, jest również nieśmiertelna, co oznacza, że po śmierci ciała może trwać i doświadczyć zbawienia w niebie, w bezpośredniej obecności Boga.

Zgodnie z poglądami św. Tomasza z Akwinu, jedynie dusze rozumne – zdolne do intelektualnego poznania i duchowego rozwoju – są nieśmiertelne. Ponieważ zwierzęta nie dysponują racjonalnym umysłem, ich dusze zanikają wraz z ciałem po śmierci. Przez wiele wieków ta koncepcja stała się dominującym stanowiskiem katolickiej teologii: choć zwierzęta są częścią Bożego stworzenia, nie uczestniczą w życiu pozagrobowym tak jak ludzie. Współczesne rozważania teologiczne jednak coraz częściej otwierają przestrzeń dla ponownego przemyślenia tego zagadnienia.

Akwinata przyznawał jednakowoż, iż ostateczne przeznaczenie stworzenia nie zależy jedynie od ludzkiej racjonalności. I to jest bardzo ważne. Akwinata, będąc teologiem, zawsze podkreślał prymat Bożej woli i mocy. Uznawał, że Bóg jako Stwórca ma suwerenną władzę nad całym stworzeniem i Jego plany mogą wykraczać poza ludzkie rozumienie.

Podkreślał, że Bóg ma pełną wolność, by w swojej mądrości i miłości postanowić, czy zwierzęta będą częścią ostatecznego odnowienia, czy też nie. Chociaż ów teolog nie spekulował szeroko na temat zbawienia zwierząt, jego teocentryczne podejście otwierało teoretyczną możliwość, że Bóg w swojej nieskończonej dobroci może włączyć je w jakiś sposób w eschatologiczne odnowienie.

Należy zaakcentować, iż Akwinata dostrzegał, że zwierzęta są integralną częścią boskiego porządku, dlatego w swojej teologii stworzenia podkreślał harmonię i celowość całego wszechświata, w którym każde stworzenie, w tym zwierzęta, pełni określoną rolę i przyczynia się do chwały Bożej.

Chociaż sam nie twierdził jednoznacznie, że zwierzęta będą miały udział w życiu pozagrobowym, sugerował, że Bóg może w swojej łasce zdecydować się na włączenie ich do ostatecznego odnowienia stworzenia. To jest kluczowa interpretacja jego stanowiska. Akwinata nie wykluczał możliwości takiego działania ze strony Boga, choć nie czynił tego pewnikiem teologicznym. Jego argumentacja opierała się głównie na naturze duszy i jej zdolnościach, ale pozostawiał otwartą furtkę dla Bożej suwerenności.

Jego stanowisko wskazuje zatem na pewną elastyczność w rozumieniu roli zwierząt w planie Bożym. Chociaż jego filozoficzne argumenty prowadziły do wniosku o śmiertelności dusz zwierząt, jego teologiczna perspektywa uwzględniała Bożą wolę jako ostateczny czynnik.

Mimo że dominujące stanowisko w katolickiej teologii przez wieki uznawało, iż zwierzęta nie mają duszy nieśmiertelnej, teologiczne spekulacje na temat ich miejsca w ostatecznym odnowieniu stworzenia były otwarte i zarezerwowane dla Bożej decyzji. Choć doktryna o nieśmiertelności duszy odnosiła się głównie do człowieka, kwestia losu zwierząt w eschatologii nie była dogmatycznie zamknięta i pozostawiała przestrzeń dla teologicznych rozważań opartych na Bożej wszechmocy i miłosierdziu.

A zatem, jak z powyższego wynika można zauważyć złożoność poglądów św. Tomasza z Akwinu. Z jednej strony, jego filozofia duszy prowadziła go do wniosku o śmiertelności dusz zwierząt. Z drugiej strony, jego teocentryczna perspektywa i uznanie Bożej suwerenności otwierały teoretyczną możliwość, że Bóg w swoim planie zbawienia może uwzględnić również zwierzęta, choć nie było to centralnym elementem jego nauczania. Reasumując: Akwinata nie wykluczał tej możliwości, pozostawiając ostateczną decyzję w rękach Boga.

Święty Franciszek z Asyżu (1181/82–1226)


Święty Franciszek z Asyżu, w przeciwieństwie do bardziej filozoficznego podejścia Tomasza z Akwinu, przyjął znacznie bardziej duchowe i współczujące spojrzenie na zwierzęta, widząc w nich naszych braci i siostry w Bożym stworzeniu, a także nie tylko część boskiego porządku, lecz stworzenia równie cenne w oczach Stwórcy. Franciszek traktował zwierzęta z ogromnym szacunkiem, widząc w nich istoty, które również mają swoje miejsce w Bożym planie. Był przekonany, że wszystko stworzenie, w tym zwierzęta, posiada swoje wyjątkowe miejsce w sercu Boga.

Jego podejście do zwierząt było głęboko duchowe i pełne empatii. Święty Franciszek nazywał zwierzęta swoimi braćmi i siostrami, uznając je za równych sobie w Bożym planie stworzenia. Dla niego każdy element natury, w tym zwierzęta, miał swój duchowy sens i wartość. Jednym z najbardziej znanych przykładów jego miłości do stworzeń jest historia, która mówi o tym, jak Franciszek głosił kazanie ptakom. Podobno zwrócił się do zgromadzonych ptaków, mówiąc im o Bożej miłości i o tym, jak ważne jest, by dziękowały Bogu za dar życia. Historia ta ilustruje jego głębokie przekonanie, że zwierzęta mogą doświadczać Bożej miłości w taki sam sposób, jak ludzie, i są częścią Jego boskiego planu zbawienia.

Święty Franciszek z Asyżu postrzegał zwierzęta nie tylko jako element stworzenia, lecz jako pełnoprawnych współuczestników Bożego świata. Jego słynna „Pieśń stworzeń” (Cantico di Frate Sole) wychwala Boga za wszelkie elementy stworzenia – Słońce, Księżyc, Wiatr, Wodę, Ziemię, a także za „braci mniejszych”, czyli zwierzęta.

Chociaż święty Franciszek z Asyżu nie pisał wprost o życiu pozagrobowym zwierząt, jego nauki i sposób życia jednoznacznie wskazują, że postrzegał je jako integralną część Bożego królestwa. Franciszek wierzył, że wszystkie stworzenia, zarówno te ludzkie, jak i zwierzęce, mają swoje miejsce w Bożym planie i są obdarzone Bożą miłością. Jego szacunek i miłość do zwierząt, którym przypisywał szczególną wartość i godność, miały znaczący wpływ na późniejsze katolickie refleksje na temat miejsca zwierząt w życiu wiecznym.

Święci i zwierzęta w tradycji katolickiej

duchowa więź stworzenia z człowiekiem

Tradycja katolicka od wieków ukazuje głęboką więź między świętymi a światem stworzenia, w szczególności zwierzętami. Opowieści o świętych, mnichach, pustelnikach czy mistykach – takich jak św. Franciszek z Asyżu, św. Antoni Pustelnik czy św. Marcin de Porres – przepełnione są obrazami harmonii między człowiekiem a przyrodą. Zwierzęta pojawiające się u ich boku nie są jedynie elementem legendarnym, ale stanowią wyraz duchowej prawdy o jedności stworzenia, która – choć naruszona przez grzech – może zostać uzdrowiona dzięki świętości.

W relacjach ze świętymi zwierzęta często zdają się przekraczać swoje naturalne instynkty, okazując spokój, posłuszeństwo, a nawet czułość. W katolickiej interpretacji ich zachowanie jest nie tylko echem utraconej rajskiej harmonii, ale również znakiem przywracania porządku stworzenia w Chrystusie. Choć w teologii katolickiej zwierzęta nie posiadają nieśmiertelnej, rozumnej duszy tak jak człowiek, to ich obecność w życiu świętych traktowana jest jako przejaw działania łaski, jako milczące świadectwo Bożej obecności w całym stworzeniu.

To podejście jest bliskie duchowości prawosławnej, o której będzie na dalszych stronach tej książki, w której święci – szczególnie mnisi i starcy – również ukazywani są jako ci, którzy dzięki oczyszczeniu serca żyją w pokoju z całym stworzeniem. W prawosławiu jednak akcent kładzie się bardziej na przebóstwienie (theosis) człowieka i jego udział w Boskiej energii, która promieniuje także na świat materialny. Dlatego w hagiografii wschodniej często podkreśla się, że dzikie zwierzęta słuchają świętych nie tylko z powodu ich łagodności, ale dlatego, że rozpoznają w nich obecność przemieniającej energii Bożej.

W katolicyzmie z kolei relacja ta bywa częściej interpretowana w kontekście odkupienia i odnowy stworzenia dokonującej się przez Chrystusa. Świętość nie jest więc jedynie osobistym przebóstwieniem, lecz współuczestnictwem w dziele zbawienia świata. Mistyczna relacja świętych ze zwierzętami nabiera tu także wymiaru moralnego: troska o stworzenie, szacunek wobec życia i odpowiedzialność za świat są traktowane jako konkretne formy realizowania miłości bliźniego i życia w łasce.

W katolickim rozumieniu zwierzęta mogą być znakami symbolicznymi Bożych prawd, ale nie pośredniczą w łasce w sposób sakramentalny, tak jak chrzest, Eucharystia czy inne sakramenty – ich obecność przy świętych może być rozumiana jako znak Bożej opatrzności, harmonii, a czasem ostrzeżenia lub duchowego przesłania. W prawosławiu częściej mówi się o „duchowej wrażliwości” stworzenia, które instynktownie odpowiada na Bożą obecność – w katolicyzmie natomiast większy nacisk kładzie się na działanie Bożej łaski, która przez człowieka ogarnia także świat materialny.

Mimo tych różnic, oba podejścia łączy przekonanie, że stworzenie – choć zranione – nie zostało odrzucone, lecz może zostać przemienione i przywrócone do pierwotnej harmonii. Święci są w tym sensie nie tylko świadkami łaski, ale i jej pośrednikami wobec świata, który czeka na „objawienie się synów Bożych” (por. Rz 8,19).

Zwierzęta jako świadkowie świętości

Świadectwem tej duchowej więzi są liczne opowieści z życia katolickich świętych:

Święty Jan Ewangelista (ok. 6 – ok. 100 r. n.e.) – ukochany uczeń Jezusa, autor Ewangelii i Apokalipsy, ostatnie lata swego życia spędził w Efezie, gdzie tłumy przybywały, by słuchać jego pełnych mądrości słów. Choć wiek i obowiązki powstrzymywały niektórych przed podróżą, św. Jan nie zapominał o nich – przemierzał kraj, by osobiście głosić Ewangelię.

Podczas jednej z takich podróży, wracając do Efezu, natknął się na zranioną kuropatwę. Mały ptak z trudem poruszał się, ciągnąc za sobą uszkodzone skrzydełko i cicho kwiląc. Zamiast zobaczyć w niej zdobycz, jak uczyniłoby wielu, Jan wzruszony jej cierpieniem, ostrożnie podniósł ptaszynę, zaniósł do domu, opatrzył ranę i zatroszczył się o nią jak o najmniejszego brata.

Kuropatwa szybko odzyskała siły i odtąd wiernie towarzyszyła świętemu – siadała mu na ramieniu, radośnie latała wokół, gdy wracał do domu, i jadła z jego ręki. Święty Jan z czułością ją pieścił, a jej obecność była dla niego źródłem radości. Kiedy ptaszyna wreszcie zakończyła życie, starzec zapłakał po niej jak po przyjacielu, dając świadectwo głębokiego szacunku i miłości do stworzenia.

Święty Antoni Wielki (ok. 251–356) – pustelnik, cudotwórca i przyjaciel stworzeń. W jednej z legend o świętym Antonim, ojcu pustelników, opowiada się o niezwykłym cudzie, który ukazuje jego współczucie nie tylko wobec ludzi, lecz także zwierząt.

Pewnego razu potężny król Hiszpanii pogrążył się w rozpaczy – jego żona została opętana przez złe duchy, a żaden lekarz ani zaklinacz nie zdołał jej pomóc. W końcu wezwał świętego Antoniego, którego sława cudotwórcy rozchodziła się daleko poza granice pustyni, gdzie żył w odosobnieniu.

Antoni przybył na królewski dwór i po żarliwej modlitwie uwolnił królową od dręczących ją mocy. Dwór ogarnęła fala wdzięczności, lecz święty, nie szukając chwały, cicho opuścił pałac.

Na zamkowym dziedzińcu spotkał niespodziewanego posłańca – maciorę, która żałośnie kwicząc, ciągnęła go za habit. Z początku chciał ją zignorować, lecz kiedy zobaczył jej ślepe, pokraczne prosię, zrozumiał, że nawet stworzenie pozbawione mowy potrafi błagać o pomoc. Ulitował się, dotknął delikatnie zwierzątka – i stał się cud: prosię odzyskało wzrok i zdrowie.

Od tej pory nie odstępowało Antoniego ani na krok. Choć wielokrotnie próbowano je odgonić, pozostało przy świętym przez wiele lat jako jego wierny towarzysz. Dlatego na wielu ikonach i rzeźbach święty Antoni przedstawiany jest z małym prosiątkiem u boku – symbolem współczucia, jakie okazywał każdemu stworzeniu, bez względu na to, czy było królem, czy niemym zwierzęciem.

Chociaż św. Antoni Wielki żył w Egipcie i jest związany z początkami monastycyzmu na Wschodzie, jego kult rozprzestrzenił się na cały Kościół katolicki, w tym do Hiszpanii. Nie ma dowodów na to, by osobiście przebywał w Hiszpanii, ale jego wpływ jest tam widoczny w tradycjach ludowych i religijnych.

Święty Patryk (ok. 385–461), urodzony pod koniec IV wieku, znany jest przede wszystkim jako apostoł Irlandii, jego duchowa wrażliwość obejmowała również świat przyrody. Pochodzący z Galii (dzisiejsza Francja), młody Patryk trzykrotnie został porwany przez piratów i jako niewolnik pasł owce w Irlandii. To doświadczenie nie tylko ukształtowało jego wewnętrzne życie modlitwy, ale również pozwoliło mu poznać język i obyczaje mieszkańców wyspy. Po odzyskaniu wolności wstąpił do stanu duchownego, a później – z polecenia papieża – powrócił na Zieloną Wyspę jako misjonarz.

W jednej z opowieści o świętym Patryku uwydatnia się jego głęboka empatia wobec zwierząt. Gdy wraz z uczniami dotarł na wzgórze ofiarowane mu przez uzdrowionego króla, napotkał łanię z młodymi. Uczniowie chcieli je schwytać, sądząc, że to dar od Boga. Patryk jednak ich powstrzymał, mówiąc: „Te łagodne stworzenia witają nas w nowym domu – jak możecie myśleć o ich skrzywdzeniu?”

Z czułością wziął jedno z koźląt na ramiona i zaniósł je na szczyt wzgórza, niczym dobry pasterz. Łania, okazując niezwykłą ufność, podążyła za nim i odtąd pozostała przy nim – stała się jego niemym, wiernym towarzyszem. Ta scena nie tylko ukazuje jego łagodność, ale jest symbolem duchowego pokoju, który promieniował z jego osoby i przywracał harmonię między człowiekiem a stworzeniem.

Znany jest także epizod o wypędzeniu wszystkich węży z Irlandii – w tradycji odczytywany symbolicznie jako zwycięstwo dobra nad złem, światła nad ciemnością. Patryk kochał świat stworzony, ale stanowczo przeciwstawiał się temu, co budziło zagrożenie duchowe.

W ikonografii przedstawia się go często z pastorałem oplatanym przez węża oraz w towarzystwie łani – obraz ten przypomina, że świętość nie oznacza ucieczki od świata, lecz jego przemianę i uświęcenie przez miłość, łagodność i wiarę.

Święty Sulpicjusz Sewerus (IV w.) był pustelnikiem, który żył w IV wieku w Galii, w zachodniej części dzisiejszej Francji, w okolicach Wandei. Jego życie było pełne modlitwy, kontemplacji i prostoty, a jego pustelnia była mała i skromna, ledwie wystarczająca, by pomieścić go samego. Święty Sulpicjusz był przykładem ogromnej dobroci i współczucia, które objawiał zarówno w stosunku do ludzi, jak i zwierząt.

Jednym z najbardziej znanych wydarzeń z jego życia jest spotkanie z wilkiem. Pewnego wieczoru, kiedy Sulpicjusz spożywał swoją skromną wieczerzę, do jego chatki wszedł wilk. Zamiast się go przestraszyć, pustelnik podzielił się z nim posiłkiem, traktując go jak równego sobie towarzysza. Od tego dnia wilk codziennie przychodził, by zjeść razem z nim, a po posiłku lizał mu rękę w geście wdzięczności.

Pewnego dnia, gdy Sulpicjusz gościł przyjaciela, wilk, nie znajdując swojego gospodarza, ukradł chleb z chatki. Sulpicjusz, zauważając brak jednego bochenka, modlił się za wilka, zmartwiony jego zniknięciem. Po siedmiu dniach wilk wrócił, pełen skruchy, a Sulpicjusz przyjął go z miłością i ponownie podzielił się z nim posiłkiem, dając mu naukę o dobroci i skrusze.

Ta historia ukazuje, jak wielka moc ma dobroć – dzięki niej, nawet dzikie zwierzęta mogą znaleźć swoją drogę do moralności. Święty Sulpicjusz Sewerus żył w harmonii z naturą i dbał o jej stworzenia, traktując je z szacunkiem i współczuciem.

Święta Brygida z Kildare (ok. 451–525) – patronka Irlandii i orędowniczka zwierząt, jedna z największych świętych tego kraju – była córką pieśniarza i niewolnicy. Ochrzczona przez ucznia św. Patryka, od wczesnej młodości odznaczała się pokorą i głęboką miłością do Boga. Dzięki swej dobroci i cnotom odzyskała wolność, lecz odrzuciła światowe życie i udała się na pustkowie, aby w odosobnieniu służyć Panu.

Zamieszkała w dziupli starego dębu, gdzie prowadziła życie pustelnicze. Zwierzęta leśne, wyczuwając jej łagodność, zbliżały się bez lęku. Brygida dzieliła z nimi skromny posiłek, leczyła chore stworzenia i otaczała je opieką. Jej obecność przywracała harmonię – nawet dzikie zwierzęta znajdowały przy niej spokój.

Najbardziej znana jest opowieść o lisie: pewien wieśniak, który przypadkowo zabił oswojonego pupila króla, został skazany na śmierć. Mógł ocalić życie tylko wtedy, gdyby przyniósł równie łagodnego lisa. Jego żona zwróciła się o pomoc do św. Brygidy. Na jej wezwanie z lasu wyszedł lis, który, jak udomowione zwierzę, podążył za świętą aż do zamku. Poruszony jego zachowaniem król darował życie wieśniakowi i sam doznał duchowej przemiany. Lis, wypełniwszy swą misję, wrócił do ostępów leśnych.

W innym cudzie na klasztornym podwórzu pojawił się ścigany dzik. Zwierzęta w panice uciekały, myśliwi byli tuż za nim – Brygida wybiegła, uczyniła znak krzyża i przemówiła do dzika. Natychmiast się uspokoił, a myśliwi, świadomi cudu, porzucili pogoń. Dzik pozostał przy klasztorze jako łagodny towarzysz wspólnoty.

Jako przełożona klasztoru Brygida troszczyła się nie tylko o siostry i ubogich, lecz także o bezbronnych i bezradnych mieszkańców lasu, traktując je z miłością i czułością jako Boże stworzenia. W irlandzkiej tradycji czczona jest nie tylko jako patronka kraju, lecz także jako ta, która wprowadzała pokój i łagodność tam, gdzie się pojawiała – zarówno wśród ludzi, jak i w świecie przyrody.

Święty Benedykt (ok. 480–543) pochodził z bogatej rzymskiej rodziny i miał przed sobą świetlaną przyszłość. Zamiast jednak cieszyć się dostatnim życiem w mieście, wybrał samotność i modlitwę – osiadł na pustkowiu Subiaco, gdzie prowadził surowe życie pustelnika.

W jego odosobnieniu towarzyszył mu kruk – ptak, którego Benedykt przygarnął jako pisklę. Wychował go z troską i czułością. Choć w dawnych legendach kruki karmią świętych, tu role się odwróciły – to święty karmił ptaka. Kruk stał się jego wiernym przyjacielem i pozostał u jego boku na dobre i złe.

Z czasem do Benedykta zaczęli przybywać młodzi ludzie, zafascynowani jego mądrością i świętością. Założył dla nich klasztor, w którym zamieszkał razem z braćmi i… krukiem – ulubieńcem całej wspólnoty.

Pewnego dnia do klasztoru przyszedł zazdrosny człowiek, który próbował otruć Benedykta, przynosząc mu zatruty chleb. Święty, natchniony przez Boga, przejrzał podstęp. Podał chleb swojemu krukowi i rzekł: – „Weź ten chleb i zanieś tam, gdzie nikt go nie znajdzie.”

Posłuszny ptak uniósł niebezpieczny dar i ukrył go w bezpiecznym miejscu. Ocalił w ten sposób życie swego opiekuna.

Benedykt założył jeszcze słynny klasztor na Monte Cassino, który dał początek zakonowi benedyktynów. Zmarł w 543 roku, otoczony szacunkiem i miłością braci zakonnych. A kruk, który był z nim przez wszystkie lata samotności i wspólnoty, na zawsze pozostał symbolem jego mądrości, pokory i więzi ze stworzeniem.

Święty Kewin z Glendalough (VI wiek), irlandzki mnich i pustelnik, pozostaje jedną z najbardziej fascynujących postaci w duchowej tradycji chrześcijańskiej. Jego życie, pełne ascezy, modlitwy i kontemplacji, ukazuje, jak głęboka świętość może przywrócić pierwotną harmonię pomiędzy człowiekiem a światem natury.

Pewnego razu, podczas Wielkiego Postu, w trakcie modlitewnej kontemplacji ze złożonymi dłońmi, Kewin doświadczył niezwykłego wydarzenia: kos uwił w jego dłoniach gniazdo i złożył tam jajko. Święty, pełen cierpliwości i szacunku dla życia, pozostał nieruchomy, pozwalając ptakowi wysiedzieć jajko aż do momentu wyklucia się pisklęcia. Dopiero wtedy, gdy młode przyszło na świat, Kewin powrócił do klasztoru, by świętować radość Zmartwychwstania. Legenda głosi, że w tym czasie sam kos troszczył się o niego, przynosząc mu leśne jagody i orzechy.

Nie była to jedyna opowieść świadcząca o nadzwyczajnej relacji owego świętego z naturą. Zimą Kewin zanurzał się po szyję w lodowatej wodzie jeziora, oddając się modlitwie. Towarzyszyła mu wtedy wydra, która przynosiła świeże ryby, a pewnego razu wyłowiła z wody brewiarz, który święty nieopatrznie upuścił. W czasach głodu ta sama wydra dostarczała łososie mnichom z Glendalough, jednak gdy któryś z braci zaproponował, by ją zbić i wykorzystać jej futro na rękawiczki, zwierzę opuściło ich na zawsze.

Inna legenda opowiada o krowie, która zabłąkała się do pustelni Kewina. Zwierzę, wykazując niezwykłą łagodność, lizało jego stopy i szaty. Kiedy wróciło do swego właściciela, poganina imieniem Dima, dało tak obfitą ilość mleka, że wydało się to cudowne. Zaintrygowany Dima postanowił śledzić krowę i w ten sposób odkrył pustelnię świętego. Uznając cud za znak Boży, przyjął chrzest, a wkrótce potem powstała w Glendalough chrześcijańska wspólnota.

Z kolei król O’Toole z Glendalough, posiadający oswojoną gęś, prosił Kewina o jej uzdrowienie. Święty zgodził się pod warunkiem, że otrzyma ziemię tak rozległą, jak daleko poleci ta gęś. Po cudownym uleczeniu ptak przeleciał nad całą doliną, wyznaczając teren przyszłego klasztoru.

Jeszcze inna historia wspomina o łani, która codziennie dostarczała mleko dla dziecka oddanego pod opiekę mnichów. Po śmierci łani, zabitej przez wilka, święty nakazał drapieżnikowi, aby odtąd to on przynosił mleko, do czasu aż dziecko nie będzie go już potrzebować.

Podczas jednego z polowań dzik, uciekający przed psami, znalazł schronienie u stóp modlącego się świętego. Psy, zamiast zaatakować, położyły się spokojnie obok niego. Kiedy myśliwi ujrzeli nad świętym stado ptaków, uznali to za boski znak i odstąpili od zabicia zwierzęcia.

Opowieści o świętym Kewinie ukazują niezwykłą harmonię pomiędzy człowiekiem a stworzeniem. Świat zwierząt zdawał się rozpoznawać jego świętość i instynktownie szukał u niego schronienia. Szczególnie historia kosa budującego gniazdo w dłoniach świętego, stała się symbolem cierpliwości, pokory i głębokiej duchowości, a także znak harmonii człowieka z całym Bożym stworzeniem.

Duchowe znaczenie tych opowieści jest ogromne. Święty Kewin ukazuje, że prawdziwa świętość polega nie tylko na modlitwie i samotnej kontemplacji, lecz także na tworzeniu przestrzeni, w której możliwa jest pełna jedność człowieka z naturą. Zwierzęta, ufające świętemu, współistniały z nim w pokoju, a ich obecność przypominała o kosmicznej harmonii zamierzonej przez Boga. Modlitwa i świętość Kewina nie tylko kształtowały jego osobistą relację z Bogiem, ale miały moc przemiany całego otaczającego go świata w przestrzeń pokoju, wzajemnego zaufania i miłości.

Święty Malo, znany także jako Maklowiusz (ok. 520–621), urodził się w Brytanii w bogobojnej rodzinie. Już jako chłopiec wykazywał głęboką wrażliwość i pragnienie służby Bogu. Uczył się w szkole klasztornej, a gdy dorósł, został kapłanem i wyruszył z misją do Bretanii.

Już w czasie podróży wydarzył się cud – z powodu sztormu statek przybił do niewielkiej wyspy, gdzie święty odprawił wielkanocną mszę. Gdy wypowiedział słowa „Baranku Boży”, ziemia pod nimi zadrżała. Okazało się, że modlitwa odprawiona była nie na wyspie, lecz… na grzbiecie wieloryba! Zwierzę spokojnie zanurzyło się w morzu dopiero po zakończeniu mszy.

Święty Malo całe życie wędrował po lasach i odludziach, głosząc Ewangelię. Zawsze łagodny i cierpliwy, szczególną miłością otaczał zwierzęta. Karmił je, przemawiał do nich z czułością, a one odwzajemniały się mu zaufaniem.

Pewnego dnia spotkał wieśniaka, który rozpaczał po śmierci maciory z ośmioma prosiętami. Malo dotknął zwierzęcia swoją laską – i oto cud: maciora ożyła. Innym razem, gdy wilk pożarł osła klasztornego, święty skarcił go i polecił, by sam ciągnął wóz. Wilk posłusznie to uczynił i przez lata służył zakonnikom.

Dobroć Malo obejmowała nawet najmniejsze stworzenia. Gdy pewnego dnia zdjął habit podczas pracy w ogrodzie, ptaszek uwił gniazdo w jego kapturze. Święty przez wiele dni nie sięgał po ubranie, by nie przeszkadzać. Dopiero gdy pisklęta się wykluły i odleciały, odzyskał swój habit.

U schyłku życia został biskupem Aleth, gdzie kochali go zarówno ludzie, jak i zwierzęta. Zmarł w opinii świętości, a jego wspomnienie do dziś żyje w sercach mieszkańców Bretanii i wszystkich, którzy kochają przyrodę.

Święty Awentyn (VI w.) – przyjaciel dzikich zwierząt, zwany apostołem Gaskonii, żył w VI wieku i prowadził życie ciche, pełne modlitwy, prostoty i dobroci. Szczególnie umiłował samotność w pobliskim lesie, gdzie codziennie udawał się na modlitwę. To właśnie tam, pośród drzew i śpiewu ptaków, rozmawiał z Bogiem i wstawiał się za cierpiącymi ludźmi.

Pewnego dnia, podczas modlitwy, usłyszał ciężki oddech i szelest gałęzi. Z mroku lasu wyłonił się ranny niedźwiedź. Nie okazując strachu, święty patrzył spokojnie, jak zwierzę podchodzi coraz bliżej. Niedźwiedź uniósł łapę, w której tkwił głęboko cierń, i jęknął żałośnie. Awentyn, poruszony jego bólem, delikatnie wyjął kolec. Niedźwiedź zamruczał z ulgą, otarł się wdzięcznie o pustelnika i spokojnie oddalił się w las.

Ta niezwykła scena ukazuje nie tylko świętość Awentyna, ale i jego głęboki szacunek wobec wszystkich stworzeń. Zwierzęta wyczuwały jego łagodność i ufały mu bez lęku – nawet dziki, leśny niedźwiedź przyszedł do niego jak do przyjaciela.

Do dziś w kościele pod wezwaniem św. Awentyna znajduje się drewniana rzeźba przedstawiająca ten moment – święty wyciąga cierń z łapy zwierzęcia, które klęczy u jego stóp.

Święty Cainnech z Aghaboe (ok. 515–600), irlandzki opat, znany też jako św. Kenneth, był jednym z najbardziej czczonych mnichów wczesnośredniowiecznej Irlandii. Uczeń św. Finiana, przyjaciel św. Kolumbana, założyciel klasztorów i gorliwy kaznodzieja, szczególnie umiłował samotność i modlitwę w górskiej pustelni. Co roku, na czas Wielkiego Postu, udawał się do swojej leśnej pieczary, by w ciszy oddać się postowi i kontemplacji.

Z wiekiem, osłabiony, zabierał ze sobą młodszego współbrata – Damiana. Pewnej zimowej nocy, obudził ich śpiew ptaka. Okazało się, że był to drozd – samiec pocieszający swą partnerkę wysiadującą jaja. Święty Cainnech, poruszony tym przejawem troski i piękna stworzenia, postanowił otoczyć ptaki opieką. Gdy brat Damian odkrył gniazdo ukryte w bluszczu, opat zabronił je niepokoić, a codziennie przynosili ptakom resztki chleba.

Gdy pewnego dnia nadeszła gwałtowna burza, Cainnech bardzo zaniepokoił się o los drozdów. Wyszedł z pieczary i ujrzał niezwykły widok – anioła, który osłaniał skrzydłami ptasie gniazdo. Po burzy odnaleźli w nim matkę i trzy zdrowe pisklęta. Z wdzięcznością modlili się do Boga za ten znak Jego opieki nad najmniejszymi stworzeniami.

Do końca Wielkiego Postu zostawiali drozdom okruchy chleba, a w Wielką Sobotę święty Cainnech pobłogosławił gniazdo. Od tamtej pory ludzie nazywali drozda „ptaszkiem świętego Cainnecha” – symbolem Bożej troski i dobroci świętego opata wobec wszelkiego stworzenia.

Święty Cuthbert z Lindisfarne (VII wiek) to jedna z najbardziej poruszających postaci ukazujących duchową więź człowieka z przyrodą. Angielski biskup, znany ze swojej surowej ascezy i głębokiego oddania Bogu, często udawał się na samotne modlitwy nad morzem. Tradycja głosi, że spędzał tam nocą długie godziny, stojąc po pas w lodowatej wodzie, w modlitewnym skupieniu. Kiedy kończył modlitwę i wracał na brzeg, działo się coś niezwykłego – z wody wynurzały się dwie wydry, które delikatnie osuszały jego przemarznięte stopy swoim miękkim futrem, a następnie ogrzewały je oddechem.

Mnisi, świadkowie tego zdumiewającego zjawiska, nie postrzegali go jedynie jako osobliwości natury. Widzieli w nim wyraźny znak Bożej łaski i potwierdzenie świętości Cuthberta. Zachowanie wydr, które nie było jedynie instynktowne, odczytali jako świadectwo pierwotnej harmonii stworzenia – tej samej, którą utraciliśmy po upadku, lecz która w obecności świętości człowieka na nowo się ujawniała.

Opowieść o świętym Cuthbercie niesie duchowe przesłanie aktualne także dziś. Przypomina, że świat przyrody nie jest bezduszną masą, lecz częścią Bożego stworzenia, tęskniącą za odnowieniem i pokojem. Ukazuje, że świętość człowieka ma moc przywracania harmonii w otoczeniu, tak jak w czasach Edenu, gdy zwierzęta i ludzie żyli w zgodzie i wzajemnym szacunku. Choć zwierzęta nie wyrażają wiary słowami, potrafią rozpoznać świętość i odpowiedzieć na nią ufnością, bliskością, a nawet troską. Ta historia daje nadzieję, że wszelkie stworzenie, zgodnie z Bożą obietnicą, ma udział w Jego planie zbawienia.

Święta Melangell z Walii, znana też jako Monacella (VII wiek) zasłynęła jako orędowniczka zajęcy i drobnych zwierząt. Pochodząc z walijskiej rodziny królewskiej, porzuciła życie na dworze, by udać się na pustkowie i poświęcić modlitwie oraz samotności, całkowicie oddając się Bogu. Jej życie stało się świadectwem głębokiej miłości do stworzenia i szacunku dla wszelkich istot żywych.

Pewnego dnia, gdy myśliwy ścigał zające i zapędził jednego z nich do lasu, przestraszone zwierzę znalazło schronienie pod płaszczem Melangell. Widząc to niezwykłe zdarzenie i dostrzegając świętość młodej kobiety, myśliwy zrezygnował z zabicia zwierzęcia. W geście szacunku i uznania ofiarował Melangell ziemię, aby mogła stworzyć miejsce, w którym dzikie stworzenia mogłyby żyć w pokoju i bezpieczeństwie, z dala od przemocy.

Dziś Melangell czczona jest jako patronka zajęcy i wszystkich małych zwierząt. Jej historia niesie głębokie duchowe przesłanie: ukazuje, że świętość człowieka potrafi przywrócić harmonię między ludźmi a światem przyrody. Opowieść o Melangell podkreśla chrześcijański obowiązek troski o każde stworzenie, jako część Bożego dzieła. Zwierzęta, rozpoznając w niej obecność łaski, szukały u niej schronienia, co czyni z Melangell symbol szczególnej więzi między człowiekiem a światem natury. Jej życie uczy, że opieka nad słabszymi, także nad zwierzętami, jest integralnym elementem życia w zgodzie z Bożym zamysłem.

Święta Werburga (ok. 650 – ok. 700), księżniczka i ksieni, była władczynią hrabstwa Hampton w Anglii. Choć urodziła się w królewskim rodzie, prowadziła życie głęboko pobożne, pełne pokory i miłosierdzia – także wobec zwierząt.

Pewnego dnia doniesiono jej, że dzikie gęsi pustoszą pola uprawne. Zamiast nakazać ich zabicie, święta poleciła słudze… przyprowadzić je do zamku. Ten z niedowierzaniem, ale posłusznie udał się na pole i ku jego zdumieniu, ptaki posłusznie ruszyły za nim, jakby rozumiały wolę Werburgi. Noc spędziły zamknięte w zagrodzie.

Następnego ranka rozległo się potężne gęganie – ptaki domagały się wolności. Święta kazała je wypuścić i pobłogosławiła: „Niech was Bóg błogosławi, ptaki wędrowne!” Całe stado wzbiło się w niebo… ale zaraz zawróciło, krążąc niespokojnie nad zamkiem. Werburga, poruszona ich zachowaniem, domyśliła się prawdy – jedna z gęsi została skradziona. Po jej odzyskaniu, pogłaskała ją i odesłała do reszty stada ze słowami: „Leć, ptaku, w świat ze swymi braćmi i siostrami!”

Od tej pory dzikie gęsi już nigdy nie nawiedziły jej włości. Święta Werburga zapisała się w pamięci jako nie tylko opiekunka ludzi, ale i wrażliwa, pełna łagodności przyjaciółka wszystkich stworzeń Bożych.

Błogosławiona Genowefa z Brabantu (VIII w.) – opiekunka ludzi i zwierząt, córka szlachetnych i pobożnych rodziców, od najmłodszych lat odznaczała się łagodnością, pobożnością i miłosierdziem. Choć żyła w czasach, gdy kobiety rzadko bywały uczone, dzięki błaganiom i bystremu umysłowi nauczyła się czytać i pisać. Wyszła za mąż za rycerza Zygfryda, który zasłynął w boju z Maurami. Po ślubie osiedliła się w jego zamku, gdzie szybko zdobyła serca poddanych dobrocią i troską o chorych.

Kiedy Zygfryd ruszył ponownie na wojnę, Genowefa została sama pod opieką burgrabiego Golla. Ten, odrzucony w swych niegodziwych zamiarach, pomówił ją o zdradę. Zygfryd, zaślepiony gniewem, rozkazał uwięzić żonę. W lochu Genowefa urodziła syna i tylko dzięki pomocy córki strażnika, Berty, udało jej się przeżyć.

Skazana na śmierć, została wypędzona z dzieckiem do lasu. Tam, w dzikiej puszczy, znalazła schronienie w jaskini. Właśnie wtedy rozwinął się jej niezwykły, niemal święty związek ze światem zwierząt: łania, zesłana przez Bożą opatrzność, zaczęła ją karmić mlekiem i ogrzewać zimą. Zwierzęta nie tylko jej nie zagrażały – stały się jej towarzyszami i opiekunami. Jej syn wychowany w tym leśnym azylu, nauczył się nie czynić krzywdy żadnemu stworzeniu. Z zachwytem obserwował ptaki, motyle, a znalezione gniazda otaczał troską.

Przez sześć lat Genowefa żyła w ubóstwie i odosobnieniu, ale w harmonii z naturą i zwierzętami, które – jak łania – stawały się jej rodziną. Kiedy jej siły opadły, syn – pełen dziecięcej wiary – modlił się o zdrowie matki, i Genowefa, wbrew wszelkim nadziejom, wróciła do sił.

Zygfryd, dręczony wyrzutami sumienia i przekonany w końcu o jej niewinności, udał się na polowanie, gdzie natrafił na trop łani – tej samej, która przez lata karmiła jego żonę i syna. Trop zaprowadził go do jaskini, gdzie wreszcie odnalazł Genowefę i ich dziecko. Wzruszenie było ogromne. Matka, dziecko i ojciec zostali złączeni na nowo, a łania – cicha bohaterka tej historii – pozostała symbolem opieki, wierności i pokoju między człowiekiem a stworzeniem.

Genowefa została uznana za błogosławioną nie tylko za cierpliwość i przebaczenie, ale również za swoją głęboką, niemal mistyczną więź z naturą i miłość do wszelkiego Bożego stworzenia.

Święty Godryk z Finchale (ok. 1065 – 1170), angielski pustelnik i mistyk, zamieszkał w głębi lasów północnej Anglii, gdzie wiodąc życie modlitwy i ubóstwa, okazywał niezwykłą miłość do wszystkich stworzeń Bożych.

Pewnego dnia podczas wielkiego polowania okoliczni możni wraz z psami ścigali jelenia. Zwierzę, wyczerpane i przerażone, wpadło do chaty świętego, jakby instynktownie szukając ratunku. Godryk nie zawahał się – otoczył je opieką, ukrył w pustelni i wyszedł naprzeciw zbliżającym się myśliwym. Gdy pytali o trop, odpowiedział krótko: „Bóg to wie.” Jego świętość i powaga sprawiły, że zrezygnowali z dalszego pościgu.

Jeleń został u niego na noc, a potem wracał jeszcze wielokrotnie. Inne zwierzęta – sarny, daniele, ptaki – również znajdowały u Godryka schronienie, szczególnie w czasie polowań czy mrozów. Zimą jego pustelnia stawała się azylem: otwarte drzwi zapraszały ptaki, które przysiadały na jego rękach, karmione i ogrzewane.

Św. Godryk był nie tylko pustelnikiem, lecz także serdecznym przyjacielem zwierząt – cichym obrońcą tych, którzy nie mieli głosu. Jego życie świadczyło, że miłość do Boga wyraża się także w miłości do Jego stworzenia.

Święty Izydor Oracz (ok. 1070–1130) – patron rolników i przyjaciel stworzeń, patron Madrytu i rolników, żył na przełomie XI i XII wieku w Hiszpanii. Był prostym wieśniakiem – ubogim, lecz bogatym w łaskę Bożą. Pracował jako oracz w majątku ziemskim, a jego życie cechowała pokora, pobożność i niezwykła troska o stworzenia Boże.

Zawsze z szacunkiem traktował swoje woły – nigdy ich nie bił, nie poganiał krzykiem. Zwierzęta słuchały go jak przyjaciela, a on odpowiadał im spokojem i troską. Gdy w zimie woził zboże do młyna, zatrzymywał się na drodze i rzucał ptakom garści ziaren ze słowami: „Macie, ptaszyny – Pan Bóg daje zboże wszystkim stworzeniom.”

Choć dzielił się hojnie, jego worek nigdy się nie wyczerpywał – we młynie otrzymywał zawsze tyle mąki, ile inni.

Podczas siewu w jesieni Izydor rzucał ptakom ziarna ze słowami: „W imię Boże rzucam to ziarno na rolę. Niech ptaszki nie głodują, a Bóg błogosławi mojemu siewowi.” W ten sposób łączył codzienną pracę z wiarą i współczuciem dla najmniejszych istot.

Choć był oddanym pracownikiem, każdego ranka przerywał orkę, by udać się na mszę. Niektórzy donosili na niego, zarzucając lenistwo. Gdy pan majątku postanowił go sprawdzić, ujrzał cud – Izydor rzeczywiście modlił się w kościele, a na polu pracował anioł z parą białych wołów. Wzruszony pan poznał prawdę i odtąd traktował Izydora z wielkim szacunkiem.

Jego przykład poruszył serca wielu – współpracownicy uczyli się od niego łagodności i wdzięczności, a całe gospodarstwo zyskało opinię miejsca sprawiedliwości i pokoju. Święty Izydor zmarł ok. 1130 roku, pozostawiając po sobie legendę człowieka, który kochał Boga, ludzi i każde stworzenie.

Święty Norbert z Xanten (ok. 1080–1134), założyciel zakonu norbertanów, słynął z niezwykłej sprawiedliwości i dobroci – nie tylko wobec ludzi, ale także wobec zwierząt.

Pewnego dnia zakonnicy wracający z lasu przynieśli do klasztoru martwego kozła, odebranego wilkowi. Zwierzę, czując się pokrzywdzone, poszło za nimi aż pod klasztorną bramę i spokojnie tam usiadło, czekając. Gdy św. Norbert dowiedział się, co zaszło, nie wahał się ani chwili: „Oddajcie wilkowi to, co mu odebraliście – nie macie prawa do tej zdobyczy.” Zakłopotani bracia naprawili swój błąd, a wilk spokojnie odszedł i więcej się nie pojawił.

Innym razem ten sam wilk niespodziewanie pomógł jednemu z braci pilnować klasztornego bydła. Przez cały dzień jak wierny pies strzegł stada, a wieczorem zapukał do klasztornych drzwi łapą, domagając się zapłaty. Gdy bracia chcieli go odpędzić, św. Norbert rzekł: „Kto puka, ma powód. Jeśli pomógł w pracy, należy mu się wdzięczność.” Kazał natychmiast nakarmić zwierzę, uznając jego trud.

W postawie św. Norberta objawiła się głęboka mądrość i współczucie – uznawał prawa nawet dzikiego stworzenia, a każdemu, kto służył z dobrego serca, okazywał szacunek.

Święty Franciszek z Asyżu (1181/82–1226) – ‘brat wszystkich stworzeń’ był jednym z największych mistyków średniowiecza i wielkim miłośnikiem przyrody. Wszystkie stworzenia Boże nazywał swoimi braćmi i siostrami, widząc w nich odbicie dobroci Stwórcy. Zwierzęta nie tylko go słuchały – zdawały się go rozumieć i kochać.

Podczas jednego z kazań, które głosił, świergot jaskółek zagłuszył jego słowa. Zamiast się irytować, Franciszek zwrócił się do ptaków łagodnie: „Siostrzyczki jaskółki, proszę, uciszcie się na chwilę, bym mógł dokończyć kazania.” I ptaki umilkły natychmiast.

W innej sytuacji, widząc tłum ptaków na drzewach, zatrzymał się i przemówił:

„Bracia moi ptaszkowie, chwalcie Boga, który dał wam skrzydła, lekkie pióra i wolność nieba!”

Ptaki nie uciekły, lecz zgromadziły się wokół niego i zdawały się słuchać z uwagą, po czym otrzymały jego błogosławieństwo.

Podczas wędrówki spotkał młodzieńca niosącego synogarlice na sprzedaż. Franciszek, poruszony losem ptaków, poprosił o nie, a następnie zapewnił im schronienie w klasztorze. Ptaki szybko oswoiły się ze świętym – siadały mu na ramionach i latały wokół niego.

Najbardziej znana jest jednak opowieść o wilku z Gubbio, który terroryzował mieszkańców okolicy. Franciszek, wbrew ostrzeżeniom, poszedł do lasu i przemówił do zwierzęcia z odwagą i łagodnością: „Bracie wilku, w imię Chrystusa zakazuję ci krzywdzić ludzi i ich dobytek.”

Wilk położył się u jego stóp i zawarł „pokój” z mieszkańcami, którzy zobowiązali się go karmić. Od tej pory żył z nimi w zgodzie, a cud ten poruszył całe miasto.

Franciszek głosił nawet kazania rybom. Gdy ludzie nie chcieli słuchać jego słów, zwrócił się do stworzeń wodnych: „Skoro ludzie nie chcą słuchać, będę głosił Słowo Boże wam, siostry ryby”. Wtedy ryby podpłynęły do brzegu, wynurzyły głowy z wody i trwały w ciszy, jakby słuchały kazania. Po błogosławieństwie świętego odpłynęły spokojnie i był to to jeszcze jeden cudowny znak jedności stworzenia z Bogiem.

Franciszek często przebywał samotnie na górze Alwerno, gdzie oddawał się postom i modlitwie. Towarzyszył mu sokół, który codziennie budził go do modlitwy. To właśnie tam, w głębi duchowego uniesienia, otrzymał stygmaty – rany Chrystusa – które nosił do śmierci.

Zmarł w 1226 roku, mając zaledwie 45 lat. Gdy odchodził, niezliczone ptaki krążyły nad klasztorem, jakby żegnały swego brata, opiekuna i przyjaciela.

Błogosławiona Salomea (ok. 1211–1268) – polska księżniczka z rodu Piastów, szwagierka św. Kingi, żona węgierskiego księcia Kolomana Halickiego, a po jego śmierci – klaryska i założycielka życia zakonnego w Polsce. Niezwykłe połączenie królewskiej godności i głębokiej pokory uczyniło ją jedną z najbardziej charyzmatycznych postaci XIII wieku.

Po śmierci męża Salomea wstąpiła do zakonu klarysek, początkowo w Zawichoście, a następnie – po przeniesieniu wspólnoty – w podkrakowskiej Skałce. Tam oddała się surowemu życiu kontemplacyjnemu, pełnemu umartwień, modlitwy i ciszy. Otoczona naturą, żyła w głębokim zjednoczeniu nie tylko z Bogiem, ale i ze światem stworzonym.

W przekazach hagiograficznych zachowały się opowieści o tym, że dzikie zwierzęta z pobliskich lasów przychodziły do ogrodu klasztornego, gdy Salomea tam przebywała. Nie czyniły żadnych szkód – nie niszczyły roślin, nie płoszyły ptaków, nie wzbudzały lęku. Ich obecność w pobliżu błogosławionej była odczytywana przez współczesnych jako znak świętości i wewnętrznej harmonii, którą roztaczała wokół siebie.

Salomea uważana była za osobę głęboko wrażliwą na piękno stworzenia. W ciszy klasztoru potrafiła kontemplować Boga obecnego w każdym żywym istnieniu, a jej łagodność i czystość serca zbliżały ją do pierwotnej, rajskiej relacji człowieka ze światem natury.

Święta Kinga (1234–1292), węgierska królewna z dynastii Arpadów i żona Bolesława V Wstydliwego, już we wczesnej młodości wyróżniała się duchową wrażliwością i współczuciem dla stworzenia. Część swojego życia spędziła w Sandomierzu, gdzie – jeszcze przed zawarciem małżeństwa – przebywała pod opieką przyszłej teściowej Grzymisławy oraz wychowawcy Mikuły. Miasto to było wówczas istotnym ośrodkiem politycznym i duchowym Małopolski, a pobyt Kingi w tym miejscu odegrał ważną rolę w jej duchowej formacji i przygotowaniu do roli księżnej.

W 1241 roku, w obliczu najazdu tatarskiego, Kinga wraz z rodziną musiała opuścić Sandomierz. Po okresie uchodźstwa powróciła do Małopolski, lecz zrujnowane wojną zamki w Sandomierzu i Krakowie zmusiły ją do zamieszkania w Nowym Korczynie.

Choć wczesne źródła milczą o jej bezpośrednim kontakcie ze zwierzętami w tym czasie, życie Kingi jako klaryski w klasztorze w Starym Sączu – który sama ufundowała – ujawnia głębokie przywiązanie do stworzenia Bożego. Prowadziła proste, kontemplacyjne życie w otoczeniu przyrody, darząc miłością, współczuciem, a także opieką zwierzęta. Hagiografowie wspominają jej opiekuńczość wobec zwierząt gospodarskich oraz codzienne, ciche gesty życzliwości wobec wszelkich stworzeń. Współsiostry zauważały, że traktowała każde życie jako objaw Bożej obecności i opieki.

Chociaż najbardziej znana jest z legendy o pierścieniu wrzuconym do kopalni soli, prawdziwa duchowość św. Kingi przejawiała się również w jej harmonijnym, pełnym szacunku stosunku do natury – w tym do zwierząt, które obejmowała swoją modlitwą, czułością i troską.

Święty Roch (ok. 1295–1327) urodził się w Montpellier we Francji. Pochodził z bogatej i wpływowej rodziny – jego ojciec był gubernatorem miasta. Po śmierci rodziców młody Roch, inspirowany przykładem św. Franciszka z Asyżu, rozdał cały majątek ubogim i wstąpił do zakonu franciszkanów, jako tercjarz.

Gdy we Włoszech wybuchła epidemia dżumy, udał się tam jako pielgrzym, by służyć chorym. Modlitwą i czułą opieką przynosił ulgę i uzdrowienie – gdziekolwiek się pojawiał, zaraza ustępowała. Ludzie, widząc jego pokorę i cuda, jakie działy się za jego sprawą, otaczali go szacunkiem, traktując jak posłańca Bożego.

Jednak i on sam w końcu padł ofiarą choroby. Osłabiony, poraniony i opuszczony, został wypędzony z miasta przez tych samych ludzi, którym wcześniej pomagał. Skrył się w leśnej chacie, zdany wyłącznie na łaskę Boga. Tam dokonał się jeden z najbardziej wzruszających epizodów jego życia.

Z pomocą przyszedł mu pies. Zwierzę należało do bogatego pana imieniem Gotard. Codziennie pies wykradał z pańskiego stołu chleb i biegł do lasu, by zanieść go choremu Rochowi. Nie tylko przynosił pożywienie ale także, liżąc jego ręce, okazywał czułość i pocieszenie. Ten gest psiej wierności i dobroci był jak żywy znak Bożej opatrzności.

Gdy Gotard odkrył, dokąd biega jego ulubieniec, poszedł jego śladem i znalazł świętego w chacie, słabego, ale otoczonego miłością czworonożnego opiekuna. Wzruszony głęboko tym widokiem, otoczył Rocha opieką i zabrał go do swojego domu. Tam święty odzyskał zdrowie.

Wdzięczny Gotard nie tylko zawstydził tych, którzy wcześniej odrzucili Rocha, ale sam – poruszony jego świętością i prostotą – wstąpił do franciszkanów. Od tamtej pory św. Roch był wzywany jako patron w czasie zarazy, a wierni zaczęli przedstawiać go z psem u boku – wiernym towarzyszem, który zrozumiał cierpienie lepiej niż ludzie.

Święty Roch zmarł ok. 1327 roku. W ikonografii niemal zawsze towarzyszy mu pies z bochenkiem chleba w pysku – symbol miłosierdzia, jakie może objawić się przez najpokorniejsze stworzenia.

Święty Jan z Dukli (ok. 1414–1484) – franciszkanin, kaznodzieja, pustelnik, patron Polski i Lwowa. Jego życie, głęboko zakorzenione w duchowości franciszkańskiej, było przepełnione pokorą, umiłowaniem ciszy, modlitwy i bliskości natury.

W młodości Jan porzucił wygodne życie i udał się w głąb lasów w okolicach Krosna, gdzie zamieszkał jako pustelnik. Tam, w leśnej samotni, doświadczył niezwykłej harmonii z przyrodą. Tradycja głosi, że dzikie zwierzęta – wilki, jelenie, zające – nie tylko nie unikały jego obecności, ale wręcz jej szukały. Zwierzęta, które zwykle stroniły od człowieka, przychodziły do jego pustelni, jakby wyczuwając świętość i łagodność płynącą z jego serca.

Święty Jan karmił ptaki z ręki, a jego pustelnia stała się miejscem pokoju i ciszy, której nie zakłócała nawet dzika przyroda. Współcześni i potomni widzieli w tej szczególnej więzi z naturą znak głębokiej jedności człowieka ze stworzeniem, zgodnej z franciszkańskim ideałem braterstwa wszystkich istot.

Choć z czasem Jan powrócił do życia wspólnotowego i oddał się posłudze kaznodziejskiej, jego duch pozostał przesiąknięty prostotą pustelnika i szacunkiem dla świata przyrody.

Błogosławiony Władysław z Gielniowa (ok. 1440–1505) – bernardyn, wybitny kaznodzieja, poeta religijny, gorliwy czciciel Męki Pańskiej i jeden z najbardziej znanych mistyków XV–wiecznej Polski.

Choć jego hagiografie nie koncentrują się bezpośrednio na relacji ze zwierzętami, to przekazy i legendy związane z jego życiem wskazują na głęboki szacunek dla stworzenia i łagodność, która promieniowała także na świat przyrody. W tradycji bernardyńskiej, do której należał, ceniono pokorę wobec wszelkich istot żywych i uważano, że harmonia z naturą jest wyrazem wewnętrznego pokoju i bliskości z Bogiem.

Ludowe opowieści przypisują mu dar łagodzenia dzikich zwierząt. W jednym z podań miał spokojnie przejść przez las pełen dzikich bestii, które nie uczyniły mu krzywdy. Obecność błogosławionego działała uspokajająco – zwierzęta, nawet te drapieżne, jakby rozpoznawały w nim człowieka Bożego.

Władysław z Gielniowa prowadził życie surowe i pełne modlitwy, często przebywając samotnie w lesie lub ogrodach klasztornych, co sprzyjało kontemplacji i obcowaniu z naturą. W jego kazaniach i pieśniach, pełnych metafor biblijnych i obserwacji przyrody, przebija się duchowe postrzeganie świata jako odbicia Bożego piękna.

Święty Szymon z Lipnicy (ok. 1438–1482) – bernardyn, kaznodzieja, gorliwy sługa ubogich i chorych, który zmarł niosąc pomoc ofiarom zarazy w Krakowie.

Wychowany w duchu franciszkańskiej prostoty i miłości do całego stworzenia, św. Szymon żył w głębokim zjednoczeniu z Bogiem i światem przyrody. Choć większość zapisów z jego życia koncentruje się na jego posłudze kaznodziejskiej i heroicznej pomocy podczas epidemii, przekazy hagiograficzne oraz tradycja klasztorna wspominają o jego wrażliwości na cierpienie nie tylko ludzi, ale i zwierząt.

Legenda głosi, że ptaki gromadziły się wokół jego celi, przyciągane spokojem i duchowym światłem, które z niego emanowało. Święty miał umieć „rozpoznać smutek stworzeń” – szczególnie ptaków, które według relacji siadały na parapecie jego okna lub spoczywały przy nim w chwilach modlitwy. Jego współczucie obejmowało każde stworzenie, co zgodne było z duchem św. Franciszka z Asyżu, patrona zakonu, do którego należał.

Zmarł w 1482 roku, zaraziwszy się podczas opieki nad chorymi. Jego życie było świadectwem miłosierdzia i pokory – nie tylko wobec ludzi, ale również wobec stworzenia.

Błogosławiony Józef Anchieta (1534–1597) urodził się w 1534 roku na Wyspach Kanaryjskich. W wieku siedemnastu lat wstąpił do jezuitów, a niedługo później wyruszył na misję do dzikiej, nieznanej jeszcze Europie Brazylii. Tam przez ponad czterdzieści lat z oddaniem głosił Ewangelię tubylcom, pocieszał zniewolonych, i nieustannie żył w bliskiej więzi z przyrodą.

Anchieta miał niezwykły dar – zwierzęta lgnęły do niego jak do przyjaciela. Kiedy odmawiał modlitwy, ptaki siadały na jego ramionach i śpiewały nad głową, jakby modliły się z nim. Gdy podczas morskiej podróży na pokład statku opadła chmara papug, pasażerowie chcieli je łapać, lecz Józef powstrzymał ich, nakarmił ptaki i wziął je pod opiekę. Od tej chwili papugi nie odstępowały go ani na krok.

W Brazylii znana jest także historia małpy niszczącej trzcinę cukrową. Żadne sidła nie potrafiły jej schwytać, aż do chwili, gdy Józef przemówił do niej jak do rozumnej istoty. Upomniał ją łagodnie, zakazując kradzieży i zapraszając po jedzenie, jeśli będzie głodna. Zwierzę – jakby rozumiało słowa – zamilkło, odeszło i nigdy już nie szkodziło. Z czasem stało się ulubieńcem pracowników.

Anchieta rozumiał świat natury głębiej niż inni. Pewnej nocy, obozując w dżungli, zostawił przed namiotem pęk bananów. Rano wokół obozowiska odkryto ślady dzikich zwierząt, które przyszły, zjadły owoce i odeszły spokojnie. Józef wierzył, że nawet dzikie stworzenia mogą odpowiedzieć na gest miłości.

Zmarł w 1597 roku. Jego życie było świadectwem niezwykłej harmonii między człowiekiem a stworzeniem – harmonii płynącej z łagodności, wiary i głębokiego szacunku dla każdego życia.

Błogosławiony Marcin de Porres (1579–1639) – opiekun najmniejszych, także tych z ogonem urodził się w 1579 roku w Limie, stolicy Peru. Był synem hiszpańskiego szlachcica i czarnoskórej kobiety. Od dzieciństwa odznaczał się wielką pokorą, łagodnością i wrażliwością na cierpienie – zarówno ludzi, jak i zwierząt. Został bratem zakonnym w klasztorze dominikanów i poświęcił swoje życie pomocy ubogim, chorym oraz dzieciom porzuconym przez rodziców. Dzięki jego staraniom w Limie powstał przytułek dla sierot.

Jednak miłość Marcina obejmowała wszystkie stworzenia Boże, nawet te, które większość ludzi odtrącała. W klasztorze, gdzie mieszkał, pojawiła się plaga szczurów niszczących sprzęty i szaty liturgiczne. Zakrystian chciał je wytruć, lecz Marcin – nie chcąc, by stała się im krzywda – poprosił o pozwolenie na inne rozwiązanie.

Postawił koszyk na podłodze i z wielką cierpliwością, łagodnym głosem zaczął przywoływać szczury, zapraszając je do środka. Gdy kosz się zapełnił, wyniósł go do ogrodu klasztornego i tam zwierzętom wyjaśnił: mają nowe miejsce do życia i obiecał, że codziennie przyniesie im pożywienie, jeśli tylko przestaną wracać do klasztoru. I tak się stało – odtąd gryzonie nie zakłócały już życia wspólnoty, a brat Marcin wiernie je dokarmiał do końca swoich dni.

Ten prosty gest miłości wobec stworzeń, które zwykle wzbudzają odrazę, stał się symbolem jego świętości. Dlatego w Ameryce Południowej Marcin de Porres jest znany jako patron szczurów – tych najmniejszych, odrzuconych, ale przez Boga nie zapomnianych.

Zmarł w 1639 roku, a jego kult szybko rozprzestrzenił się wśród ludu, który widział w nim świętego bliskiego każdemu stworzeniu.

Te historie nie są jedynie opowieściami o cudach – są ilustracją katolickiej wizji świętości jako rzeczywistości, która przemienia nie tylko człowieka, ale i wszystko, co go otacza. W oczach świętych, każde stworzenie ma swoje miejsce w Bożym planie i uczestniczy, choćby milcząco, w wielkiej liturgii stworzenia.

Święty Jan Bosko (1815–1888), włoski kapłan i wychowawca młodzieży, całe swoje życie poświęcił trosce o opuszczone i ubogie dzieci, zwłaszcza w robotniczym Turynie XIX wieku. Kierując się wiarą i wielką miłością do młodych ludzi, założył Zgromadzenie Salezjańskie, którego misją stało się wspieranie rozwoju duchowego, intelektualnego i zawodowego młodzieży. Był niezwykle wrażliwy na potrzeby drugiego człowieka, ale również otwarty na świat przyrody. Jego życie pełne było wydarzeń mistycznych i głębokiego zjednoczenia z Bogiem, co znajdowało wyraz również w jego niezwykłej relacji z naturą — a szczególnie z tajemniczym, szarym psem, który wielokrotnie pojawiał się w chwilach niebezpieczeństwa, stając się dla niego nie tylko opiekunem, ale i znakiem Bożej Opatrzności.

A oto co sam napisał na temat owego zwierzęcia:

Szary pies był tematem wielu rozmów i domysłów. Niektórzy z was musieli go widzieć, a może nawet go pogłaskać. Teraz, pomijając dziwne opowieści, które krążą na jego temat, przedstawię wam to, co jest czystą prawdą.

Częste zaczepki i obelgi, których byłem ofiarą, sprawiły, że unikałem samotnych powrotów z Turynu. W tamtych czasach ostatnim budynkiem przed Oratorium był szpital psychiatryczny; dalej rozciągały się zarośla bukszpanu i akacji.

Pewnego ciemnego, dość późnego wieczoru wracałem sam do domu, nie bez obaw, gdy nagle obok mnie pojawił się duży pies. Na pierwszy rzut oka mnie przestraszył, lecz nie przejawiał wrogości — przeciwnie, łasił się, jakby był moim wiernym towarzyszem. Szybko zyskaliśmy wzajemne zaufanie, a on odprowadził mnie aż do Oratorium. To, co wydarzyło się tamtego wieczoru, powtarzało się później wielokrotnie. Mogę więc śmiało powiedzieć, że szary pies oddał mi wiele ważnych przysług. Opowiem o niektórych z nich.

Pod koniec listopada 1854 roku, w mglisty i deszczowy wieczór, wracałem z miasta. Aby uniknąć samotnej, długiej trasy, zszedłem na drogę prowadzącą z Consolata do Cottolengo. W pewnym momencie zauważyłem dwóch mężczyzn idących w niewielkiej odległości przede mną. Ich kroki przyspieszały lub zwalniały zależnie od mojego tempa. Kiedy próbowałem przejść na drugą stronę ulicy, aby ich minąć, zręcznie stawali mi na drodze. Chciałem zawrócić, lecz było już za późno — nagle, wykonując dwa skoki do tyłu, rzucili mi na twarz płaszcz i próbowali mnie obezwładnić. Jeden z nich wciskał mi w usta chustkę, próbując mnie uciszyć. Nie mogłem krzyczeć.

Wtedy pojawił się szary pies. Z rykiem przypominającym niedźwiedzia rzucił się na jednego z napastników, pazurami sięgając jego twarzy, drugiego zaatakował z otwartą paszczą. Napastnicy musieli się wycofać.

— Co to za pies?! — wołali, drżąc z przerażenia.

— Zawołam go — odpowiedziałem — ale zostawcie przechodniów w spokoju!

— Zawołaj go natychmiast! — krzyknęli.

Szary pies wciąż warczał jak rozwścieczony wilk. Napastnicy uciekli, a pies odprowadził mnie aż do Ośrodka Cottolengo. Tam, odzyskawszy spokój po całym zajściu i posiliwszy się napojem, który ofiarność tego miejsca potrafiła znaleźć w odpowiedniej chwili, wróciłem do domu w bezpiecznym towarzystwie.

Za każdym razem, gdy wieczorem nie towarzyszył mi żaden człowiek, widziałem, jak szary pies wyłania się zza budynków i podąża za mną. Wielu młodych z Oratorium go widywało. Pewnego razu stał się nawet bohaterem niewielkiego zamieszania. Gdy wszedł na dziedziniec, ktoś chciał go przepędzić, inny rzucał kamieniami.

— Nie róbcie tego — powiedział Giuseppe Buzzetti — to pies księdza Bosko!

Od tej chwili wszyscy zaczęli go głaskać i… towarzyszyć mi. Tego dnia byłem w refektarzu na kolacji z kilkoma klerykami, księżmi i moją matką. Gdy pies niespodziewanie wszedł do sali, wszyscy zamarli.

— Nie bójcie się — powiedziałem — to mój Szary. Pozwólcie mu podejść.

I rzeczywiście, zataczając szeroki łuk wokół stołu, podszedł do mnie radosny. Pogłaskałem go i podałem mu zupę, chleb — wszystko odrzucił. Nie chciał nawet powąchać tych dań.

— Więc czego chcesz? — zapytałem. Pies tylko machał ogonem i poruszał uszami. — Jedz, pij albo po prostu bądź wesoły — dodałem.

Opierając głowę o mój obrus, jakby chciał coś powiedzieć i życzyć mi dobrej nocy, dał znak pożegnania. Z radością i zdziwieniem został wyprowadzony przez młodzież za drzwi. Pamiętam, że tego wieczoru wróciłem do domu późno — znajomy podwiózł mnie swoim powozem.

Ostatni raz widziałem Szarego w 1866 roku, kiedy szedłem z Murialdo do Moncucco, do mojego przyjaciela, Luigiego Moglii. Proboszcz z Buttigliera odprowadził mnie kawałek, a zapadła już noc. Pomyślałem wtedy: Och, gdybym tylko miał przy sobie mojego Szarego! Jak bardzo by mi się przydał…

W tej samej chwili, gdy wszedłem na łąkę, by nacieszyć się ostatnim światłem dnia, pies nagle wybiegł mi naprzeciw, pełen radości. Towarzyszył mi przez pozostałe trzy kilometry.

Kiedy dotarliśmy do domu przyjaciela, poproszono mnie, byśmy weszli tylnym wejściem — obawiano się, że Szary może natknąć się na dwa duże psy domowe.

— Rozszarpałyby się nawzajem — powiedział Moglia.

Długo rozmawialiśmy z całą rodziną, potem zasiedliśmy do kolacji. Mój towarzysz odpoczywał spokojnie w kącie. Po posiłku przyjaciel powiedział:

— Trzeba dać kolację także Szaremu.

Wziął trochę jedzenia, ale… psa już nigdzie nie było. Przeszukano cały dom i ogród — drzwi i okna były zamknięte, a domowe psy nie wydały żadnego dźwięku. Przeszukano również piętro — wszystko na próżno. Szary pies zniknął bez śladu.

To ostatnia wiadomość, jaką miałem o Szarym Piesku, o którym tyle mówiono i którego tak wielu próbowało zrozumieć. Nigdy nie poznałem jego właściciela. Wiem tylko jedno: to zwierzę było dla mnie prawdziwą opatrznością — pojawiał się zawsze wtedy, gdy najbardziej go potrzebowałem. (San Giovanni Bosco, Memorie dell’Oratorio di s. Francesco di Sales, Roma [1946], s. 251-254).

Księdza Bosko często pytano o jego związek z niezwykłym psem. On sam mówił: „Gdybym stwierdził, że był to anioł, dałbym powód do śmiechu, ale nie można powiedzieć, że był to pies pospolity”. Niektórzy nazywali tego psa „Szarym” i opowiadali o jego pojawieniu się w różnych miejscach i czasach. Widziano go w 1893 roku, kiedy dwie siostry salezjanki wracały z Asyżu do Cannary. Pojawił się również w 1930 roku w Barranquilli w Kolumbii, podczas budowy siedziby Córek Maryi Wspomożycielki. Był także obecny między 1898 a 1900 rokiem w Nawarrze, na pograniczu Hiszpanii i Francji, gdy siostry zbierały kasztany.

I mnie, autorowi niniejszego opracowania wydaje się, że także spotkałem Szarego w dniu śmierci mojej Mamy.

Ciąg dalszy nastąpi

ksiegarnia-armoryka.pl/stworzenie-i-wiecznosc-czy-w-niebie-beda-zwierzeta-andrzej-sarwa

Nieudana misja Trumpa w Chinach

Nieudana misja Trumpa w Chinach

Larry C. Johnson

Pekiński cyrk dobiegł końca, a rozmowy Donalda Trumpa z Xi Jinpingiem nie przyniosły nic poza przyjemnymi sesjami zdjęciowymi i dyplomacją performatywną, nie przynosząc żadnych konkretnych rezultatów.

Po dwudniowym spotkaniu Trumpa z Xi Jinpingiem nie wydano wspólnego komunikatu. Zamiast tego pozostały nam jedynie oświadczenia obu administracji. Analiza tych dwóch oświadczeń ujawnia ich znaczne różnice, które są równie oczywiste, jak ich wzajemne nakładanie się. Porównanie deklarowanych przez obie strony rozmów ujawnia, co tak naprawdę wydarzyło się na szczycie.

Różnice między tymi dwoma relacjami są wyraźne i strategicznie przemyślane. Oto dokładna lista tego, na co położył nacisk Biały Dom, a co chińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych całkowicie pominęło lub wspomniało jedynie w bardzo niejasnych słowach:

  1. Wojna z Iranem i broń nuklearna – pominięte przez Chiny

To jest luka o największych konsekwencjach. Oświadczenie Białego Domu wyraźnie stwierdza:

Obie strony zgodziły się, że Cieśnina Ormuz musi pozostać otwarta, aby zapewnić swobodny przepływ energii. Prezydent Xi wyraźnie zaznaczył również, że Chiny sprzeciwiają się militaryzacji cieśniny i wszelkim próbom pobierania opłat za jej użytkowanie, i wyraził zainteresowanie zakupem większej ilości amerykańskiej ropy, aby zmniejszyć przyszłe uzależnienie Chin od cieśniny. Oba kraje zgodziły się, że Iran nigdy nie może posiadać broni jądrowej. PBS

Jednakże chińskie sprawozdanie stwierdzało jedynie, że „obie strony rozmawiały o konflikcie na Bliskim Wschodzie”, bez dalszych szczegółów – nie wspominając o Cieśninie Ormuz, o opłatach za przejazd, o irańskim programie nuklearnym i nie potwierdzając żadnego wspólnego stanowiska w tych kwestiach. YouTube

Ta luka jest ogromna. Biały Dom twierdzi, że Chiny zgodziły się, że Iran nigdy nie powinien posiadać broni jądrowej i sprzeciwiały się irańskiemu systemowi opłat drogowych. Biały Dom przedstawia to jako znaczące chińskie ustępstwa, których Pekin najwyraźniej nie chciał publicznie uznać. Jednak według wiarygodnego źródła mającego dostęp do rozmów, Xi Jinping stanowczo odrzucił żądanie Trumpa, aby Chiny wywarły presję na Iran i pomogły w otwarciu Cieśniny Ormuz.

  1. Fentanyl — pominięty przez Chiny

W oświadczeniu Białego Domu wyraźnie wspomniano, że obie strony omawiały „ograniczenie napływu prekursorów fentanylu do Stanów Zjednoczonych” – co było od dawna żądaniem Waszyngtonu, aby Chiny ograniczyły eksport prekursorów chemicznych używanych do produkcji fentanylu. Chińskie oświadczenie w ogóle nie wspominało o fentanylu, co jest zgodne z długoletnim stanowiskiem Pekinu, że zrobił już wystarczająco dużo i nie uważa tej kwestii za problem dwustronny. Komo News

  1. Zakupy produktów rolnych – pominięte przez Chiny

Biały Dom oświadczył, że obaj prezydenci rozmawiali o „zwiększeniu zakupów amerykańskich produktów rolnych przez Chiny”. Chińskie sprawozdanie mówiło jednak jedynie ogólnie o wzajemnych korzyściach płynących z handlu, nie formułując żadnych konkretnych zobowiązań dotyczących zakupów rolnych. YouTube

  1. Dostęp do rynku dla firm amerykańskich – przedstawiony zupełnie inaczej

Biały Dom opisał spotkanie jako rozmowy o „zwiększeniu dostępu amerykańskich firm do rynku w Chinach i zwiększeniu chińskich inwestycji w amerykański przemysł”. Chińskie stanowisko przedstawiało zupełnie inną wersję – Chiny miały „jeszcze bardziej otworzyć swoje drzwi”, ale na własnych warunkach, a nie w odpowiedzi na amerykańskie żądania dostępu do rynku.

  1. Delegacja ekonomiczna — różne traktowanie

Biały Dom oświadczył, że „w części spotkania uczestniczyli dyrektorzy wielu największych amerykańskich firm”, przedstawiając to jako istotne zaangażowanie gospodarcze. Chińskie źródło odnotowało jednak, że Trump „poprosił każdego z towarzyszących mu liderów biznesowych o przedstawienie się prezydentowi Xi” – sugerując tym samym uprzejmą rundę przedstawień, a nie poważne rozmowy gospodarcze. YouTube

  1. Tajwan — problem odbicia lustrzanego

Najbardziej rzucająca się w oczy asymetria biegnie w przeciwnym kierunku w kwestii Tajwanu. Oświadczenie Białego Domu w ogóle nie wspomniało o Tajwanie, podczas gdy Chiny zbudowały całą swoją narrację wokół ostrzeżenia Xi dotyczącego Tajwanu. Trump odmówił odpowiedzi na pytanie reportera, czy on i Xi w ogóle rozmawiali o Tajwanie. Rubio powiedział w wywiadzie dla NBC News, że Stany Zjednoczone „nie zwrócą się do Chin o pomoc w Iranie” – oświadczenie to implicite przeczy wizerunkowi Białego Domu dotyczącemu współpracy Chin w tej sprawie. (The National Desk, Breitbart)

Wniosek

Obie strony wydały oświadczenia, w których podsumowano omawiane przez Trumpa i Xi tematy, ale ich wzajemne pokrywanie się jest ograniczone. Największe różnice dotyczą Iranu – gdzie Stany Zjednoczone deklarują konkretne chińskie zobowiązania, których Chiny odmawiają potwierdzenia – oraz Tajwanu, gdzie Chiny wydały wyraźne ostrzeżenia, o których Stany Zjednoczone nawet nie wspomniały. NPR

Ten schemat to klasyczna dyplomacja: każda ze stron publikowała wersję wydarzeń, która służyła jej wewnętrznym potrzebom politycznym i wzmacniała jej pozycję negocjacyjną. Chiny chciały pokazać światu, że Xi Jinping wydał surowe ostrzeżenia dotyczące Tajwanu. Waszyngton chciał pokazać światu, że Chiny zgodziły się, że Iran nigdy nie powinien posiadać broni jądrowej i że Chiny odrzuciły irański system opłat drogowych. To, czy te rzekome ustępstwa są prawdziwe, czy tylko deklarowane, sprawia, że ​​różnice między narracjami są tak wymowne.

Ramy strategiczne

Xi rozpoczął od dalekosiężnej oceny filozoficznej: „Transformacja, jakiej nie widziano od stulecia, przyspiesza na całym świecie, a sytuacja międzynarodowa jest płynna i burzliwa”. Następnie zadał Trumpowi trzy pytania: Czy Chiny i Stany Zjednoczone zdołają pokonać pułapkę Tukidydesa i ustanowić nowy paradygmat relacji między mocarstwami? Czy możemy wspólnie stawić czoła globalnym wyzwaniom i zapewnić światu większą stabilność? Czy możemy wspólnie budować świetlaną przyszłość dla naszych stosunków dwustronnych? (Wikipedia)

Xi Jinping oświadczył, że obaj przywódcy „uzgodnili nową wizję budowania konstruktywnych, strategicznie stabilnych relacji między Chinami a Stanami Zjednoczonymi”, definiując ją precyzyjnie w następujący sposób: „Konstruktywna stabilność strategiczna oznacza pozytywną stabilność, której głównym filarem jest współpraca, zdrową stabilność z konkurencją w rozsądnych granicach, trwałą stabilność z możliwymi do opanowania różnicami oraz trwałą stabilność z przewidywalnym pokojem”. Ramy te „zapewnią strategiczne wytyczne dla relacji chińsko-amerykańskich na najbliższe trzy lata i dłużej”. Podkreślił: „Budowanie konstruktywnych, strategicznie stabilnych relacji między Chinami a Stanami Zjednoczonymi to nie slogan. Oznacza to podejmowanie działań w tym samym kierunku”. (Wikipedia)

Handel i gospodarka

Xi oświadczył: „Relacje gospodarcze i handlowe Chin i Stanów Zjednoczonych są korzystne dla obu stron i przynoszą korzyści obu stronom. W przypadku różnic i tarć konsultacje na równych warunkach są jedynym właściwym wyborem”. Stwierdził, że zespoły ds. gospodarki i handlu osiągnęły „ogólnie zrównoważone i pozytywne rezultaty” w rozmowach przygotowawczych przeprowadzonych poprzedniego dnia i zadeklarował: „Chiny będą nadal otwierać swoje drzwi. Amerykańskie firmy są głęboko zintegrowane z chińską polityką reform i otwarcia”. Wikipedia

Kanały komunikacji wojskowej i dyplomatycznej

Xi wezwał obie strony do „lepszego wykorzystania kanałów komunikacji w sferze politycznej, dyplomatycznej i wojskowej” oraz do „rozszerzenia wymiany i współpracy w takich obszarach jak gospodarka i handel, zdrowie, rolnictwo, turystyka, stosunki międzyludzkie i egzekwowanie prawa”. Wikipedia

Tajwan — najsilniejszy język deklaracji

Xi Jinping stwierdził jednoznacznie: „Kwestia Tajwanu jest najważniejszą kwestią w stosunkach między Chinami a Stanami Zjednoczonymi. Jeśli zostanie ona właściwie potraktowana, stosunki dwustronne jako całość pozostaną stabilne. W przeciwnym razie oba kraje będą doświadczać starć, a nawet konfliktów, co narazi całe stosunki na poważne niebezpieczeństwo. „Niepodległość Tajwanu” i pokój po drugiej stronie Cieśniny Tajwańskiej są tak nie do pogodzenia jak ogień i woda. Utrzymanie pokoju i stabilności w Cieśninie Tajwańskiej jest najważniejszym wspólnym mianownikiem Chin i Stanów Zjednoczonych. Strona amerykańska musi zachować szczególną ostrożność w podejściu do kwestii Tajwanu”. (Wikipedia)

Kwestie międzynarodowe

W oświadczeniu stwierdzono, że obaj prezydenci „wymienili poglądy na ważne kwestie międzynarodowe i regionalne, takie jak sytuacja na Bliskim Wschodzie, kryzys na Ukrainie i sytuacja na Półwyspie Koreańskim”, nie podając jednak dalszych szczegółów na te tematy w oficjalnym chińskim wydaniu. Wikipedia

APEC i G20

Obaj prezydenci zgodzili się wspierać się nawzajem w pomyślnej organizacji tegorocznego szczytu gospodarczego APEC i szczytu G20. Wikipedia

Ostateczna ocena Wang Yi — 15 maja

Minister spraw zagranicznych Wang Yi powiedział mediom państwowym: „To było ważne spotkanie, podczas którego obaj przywódcy przeprowadzili dogłębne rozmowy i osiągnęli znaczące rezultaty”, nazywając je „historycznym spotkaniem”. Szczególnie podkreślił postęp w kwestiach handlowych i gospodarczych. Chińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych potwierdziło również, że prezydent Xi Jinping odwiedzi Stany Zjednoczone jesienią tego roku na zaproszenie prezydenta Donalda Trumpa.

Jeśli chodzi o Iran, Chiny i Rosja pracują za kulisami – wykorzystując Pakistan jako pośrednika – nad nową architekturą bezpieczeństwa dla Zatoki Perskiej. Obecnie starają się przekonać Arabię ​​Saudyjską i Katar do faktycznego zerwania więzi wojskowych ze Stanami Zjednoczonymi i przystąpienia do strategicznego porozumienia, które byłoby gwarantowane przez Rosję i Chiny. Jeśli Arabia Saudyjska i Katar nadal będą zabraniać Stanom Zjednoczonym wykorzystywania swoich baz i przestrzeni powietrznej do nowych ataków na Iran, Stany Zjednoczone mogą zostać zmuszone do odwołania planowanych ataków.

Źródło: Nieudana misja Trumpa w Chinach

Tusk negocjował tajne porozumienie z Niemcami. Chodzi o kwestie obronności

Tusk negocjował tajne

porozumienie z Niemcami.

Chodzi o kwestie obronności

15 maja 2026 pch24.pl/pilne-tusk-negocjowal-tajne-porozumienie-z-niemcami-kwestie-obronnosci

tusk1.jpg
fot: Andreas Gora / ddp images / Forum

Strona polska prowadziła przez wiele miesięcy tajne negocjacje ze stroną niemiecką w sprawie umowy o bezpieczeństwie – informuje „Rzeczpospolita”. Temat ujawnił niechcący ambasador RFN w Polsce, Miguel Berger podczas konferencji Impact’26 w Poznaniu. 

Nic o tym nie wiedziałam. To musiało być negocjowane w bardzo wąskim gronie – ocenia cytowana przez portal Katarzyna Pisarska przewodnicząca Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego.

Jak podaje „Rz” powołując się na swoje źródła, umowa negocjowana była od wielu miesięcy. Jednak jej istnienie ujawnił dopiero w czwartek ambasador Niemiec w Warszawie Miguel Berger. Stało się to w trakcie konferencji Impact 26 w Poznaniu. Zdaniem jednego z rozmówców portalu, wiadomość „wymsknęła się” niemieckiemu dyplomacie.

Berger później potwierdził doniesienia oraz przekazał, że porozumienie ma zostać zawarte 17 czerwca w trakcie obchodów w Berlinie 35. rocznicy zawarcia polsko-niemieckiego traktatu o sąsiedztwie. Tę informację powtórzył później także wiceszef MON Paweł Zalewski.

Niemcy zapowiadają stworzenie do 2035 r. najpotężniejszej armii na kontynencie liczącej 280 tys. żołnierzy. Kanclerz Friedrich Merz uruchomił plan, według którego do końca dekady na ten cel ma pójść kwota 780 mld euro. Niemcy chcą wydawać 3,5 proc. PKB na obronę. Obecność niemieckich wojsk w Polsce pozostaje jednak śladowa. Inaczej jest np. na Litwie, gdzie stacjonować ma stała brygada Bundeswehry w sile 5 tys. żołnierzy.

Rząd Merza przywrócił powszechny pobór, choć obecnie armia stawia na dobrowolność. Wprawdzie wezwani do służby będą wszyscy, ale kto nie chce, nie musi jej pełnić. Władze zadbały też o poprawę położenia rekrutów, którzy mają otrzymywać wynagrodzenie do 2300 euro netto. Okazuje się jednak, że Niemcy mierzą się z potężnymi brakami kadrowymi. Mimo licznych zachęt, brakuje chętnych do służby w armii. Szef niemieckiego MON Boris Pistorius już wprowadził ograniczenie dla mężczyzn w wieku poborowym, nakładające obowiązek informowania Bundeswehry w przypadku planów wyjazdu z kraju na dłużej niż trzy miesiące. 

Źródło: rp.pl / własne PCh24.pl
PR

43211.jpg

Bundeswehra będzie większa. Przełomowa decyzja Berlina

Niemcy powiększą swoją armię – po raz pierwszy od 25 lat. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza Bundeswehra była coraz mniej liczna. Jednak w odpowiedzi na zagrożenie ze strony Rosji i kryzys uchodźczy niemiecki rząd zamierza poprawić swój potencjał obronny. Jak podały we wtorek niemiecka media, minister obrony narodowej Ursula von der Leyen zapowiedziała, że w ciągu siedmiu lat Bundeswe…Czytaj dalej

Niemiecki pakt wojenny z Ukrainą przeciwko Rosji

Niemiecki pakt wojenny z Ukrainą przeciwko Rosji

Rząd niemiecki jest głęboko przekonany, że może i musi pokonać Rosję. Deklarowanym celem jest zdecydowane zwycięstwo.

Minister obrony Boris Pistorius (SPD) po raz kolejny pojawił się w Kijowie 11 maja 2026 roku. Tym razem nacisk położono na podpisanie wspólnych kontraktów zbrojeniowych z Ukrainą na produkcję dronów zdolnych do ataków w zasięgu do 1500 kilometrów. „Niemcy opierają się na wspólnych przedsięwzięciach niemieckich i ukraińskich firm w zakresie produkcji dronów” – oświadczył minister obrony podczas wizyty w Kijowie. – Dotyczy to „w szczególności wspólnego rozwoju i produkcji dronów o zróżnicowanym zasięgu, od poniżej 100 do 1500 kilometrów”.

Krok po kroku wdrażana jest w życie dwustronna umowa z Ukrainą o strategicznym partnerstwie. Pistorius pozwolił się nawet zabrać na linię frontu. W retoryce z czasów II wojny światowej przeanalizował sytuację: „Rosja przechodzi okres słabości”. Rząd niemiecki ledwo kryje swoje uczestnictwo w prowadzeniu wojny na Ukrainie. Pod pretekstem pomocy Ukrainie w obronie własnej Berlin buduje kompleks militarno-przemysłowy, w którym niemieckie firmy zbrojeniowe konsekwentnie posiadają większościowy udział. Staje się coraz bardziej oczywiste, że stanowi to fundamentalną zmianę w niemieckiej polityce.

Ciągłość niemieckiej polityki wschodniej – od Brześcia Litewskiego do dziś

Niemcy w pełni przyjmują rolę wiodącej siły w walce z Rosją, wiążąc to z powrotem na geopolityczne linie frontu dawnego Cesarstwa Niemieckiego. Traktat brzeski z marca 1918 roku między państwami centralnymi, na czele z Niemcami, a Rosją Radziecką jest dziś w dużej mierze zapomniany w historii. Niemiecki historyk Fritz Fischer, analizując niemiecki imperializm, zwrócił uwagę na ciągłość niemieckiej polityki wschodniej (Ostpolitik) między traktatem brzeskim a atakiem III Rzeszy na Związek Radziecki. Brześć Litewski stworzył szereg państw buforowych kontrolowanych przez Niemcy, które stanowiły przyszłą trampolinę do wojny agresywnej przeciwko Rosji Radzieckiej.

Przyjazd Lwa Trockiego na czele sowieckiej delegacji pokojowej – dworzec kolejowy w Brześciu Litewskim. 08.01.1918. Źródło: Wikimedia Commons

Przyjazd Lwa Trockiego na czele radzieckiej delegacji pokojowej – dworzec kolejowy w Brześciu Litewskim. 08.01.1918.

W 2026 roku Berlin wydaje się reaktywować geopolityczne zasady Brześcia Litewskiego. Po wycofaniu się Stanów Zjednoczonych Ukraina jest finansowana niemal wyłącznie przez UE, a lwią część zapewniają Niemcy. Kijów staje się zatem coraz bardziej przedłużeniem Berlina, zarówno pod względem militarnym, jak i finansowym. Nawet decyzja o zakończeniu wojny nie wydaje się już zapadać na Ukrainie, lecz w Berlinie i Brukseli. Rząd niemiecki i przedstawicielka UE Kaja Kallas  szorstko odrzucili propozycję prezydenta Rosji Władimira Putina, aby powołać byłego kanclerza Niemiec Gerharda Schrödera lub polityka o podobnym profilu na mediatora.

Zniesienie niemieckich ograniczeń zbrojeniowych

Dalsze przedłużanie wojny wydaje się być celem rządu niemieckiego. Nawiasem mówiąc, spełnia to również marzenie Berlina o uwolnieniu się od ostatnich ograniczeń militarnych wynikających z upadku reżimu nazistowskiego. W odpowiedzi na ataki rakietowe V2 III Rzeszy na Londyn i Rotterdam, Republice Federalnej Niemiec zakazano opracowywania własnych pocisków rakietowych do czasu przezbrojenia w 1955 roku. Także potem niemieckie pociski manewrujące praktycznie nie powstały aż do końca zimnej wojny. Szwedzko-niemiecki pocisk manewrujący Taurus  został wprowadzony do Bundeswehry dopiero w 2005 roku. Głównym problemem Taurusa  jest to, że jego silniki zawierają komponenty amerykańskie, co oznacza, że Stany Zjednoczone roszczą sobie prawo do współdecydowania w przypadku eksportu na Ukrainę.

Rząd niemiecki gorączkowo pracuje nad zniesieniem tych ograniczeń. W związku z tym w zakresie produkcji Taurusa Neo  dąży do współpracy z japońskimi producentami. Podobnie w odniesieniu do dronów próbuje wykluczyć amerykańskich producentów, aby zapewnić sobie kontrolę nad rozmieszczeniem i eksportem tej broni dalekiego zasięgu.

Szukający oszczędności rząd Stanów Zjednoczonych zaostrzył podział obowiązków w NATO  i przekazał wojnę zastępczą na Ukrainie Unii Europejskiej pod niemieckim przywództwem. Rząd niemiecki w ten sposób uzurpuje sobie prawo do wojny na Ukrainie i stoi w obliczu dwóch głównych problemów: po pierwsze, podważa swoją bazę społeczną, likwidując państwo opiekuńcze, niezbędne do przygotowań do wojny. Po drugie, zachowuje się jak linoskoczek bez siatki, kwestionując rosyjską potęgę jądrową i nowe możliwości rakietowe – mając nadzieję ostatecznie zapewnić sobie miejsce pod amerykańskim parasolem nuklearnym.

Pokój poprzez dialog staje się zatem coraz mniej prawdopodobny. Każdy, kto – jak polityk SPD Rolf Mützenich – choćby zasugeruje rozpoczęcie rozmów rozbrojeniowych z Rosją po decyzji prezydenta USA Trumpa o tymczasowym wycofaniu amerykańskich rakiet z Niemiec, jest obecnie uważany za zdrajcę. Wśród niemieckich polityków szerzy się atmosfera podżegania do wojny, która nie toleruje już nawet sprzeciwu.

Napisała: Sevim Dagdelen

Opracował: Zygmunt Białas

Przełożony generalny Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X uczy Prevosta religii katolickiej…

Przełożony generalny Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X uczy Prevosta religii katolickiej…

Date: 15 Maggio 2026Author: Uczta Baltazara 0 Commenti

Podczas gdy kardynał Tucho Fernández grozi Bractwu, że wyświęcanie nowych biskupów bez zgody papieża pociąga za sobą ekskomunikę latae sententiae, ks. Pagliarani https://en.wikipedia.org/wiki/Davide_Pagliarani uczy Prevosta religii katolickiej… 🙂

Wyznanie wiary katolickiej skierowane do Jego Świątobliwości Papieża Leona XIV autorstwa ks. Davide Pagliarani’ego, przełożonego generalnego Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X

Ojcze Święty,

Od ponad pięćdziesięciu lat Bractwo św. Piusa X stara się przedstawić Stolicy Apostolskiej stanowisko własnego sumienia w obliczu błędów, które niszczą wiarę i moralność katolicką. Niestety, żadna z podjętych dyskusji nie przyniosła rezultatu, i na żadne z wyrażonych wątpliwości nie udzielono konkretnej odpowiedzi.

Od ponad pięćdziesięciu lat jedynym rozwiązaniem, które Stolica Apostolska wydaje się realnie brać pod uwagę, są sankcje kanoniczne. Ku naszemu wielkiemu ubolewaniu wydaje nam się, że prawo kanoniczne jest zatem wykorzystywane nie po to, by umacniać w wierze, ale by od niej oddalać.

W poniższym tekście, Bractwo św. Piusa X pragnie w obecnych okolicznościach wyrazić Jego Świątobliwości i Kościołowi powszechnemu swoje synowskie i szczere przywiązanie do wiary katolickiej, nie ukrywając niczego ani przed Jego Świątobliwością, ani przed Kościołem powszechnym.

Bractwo powierza to skromne Wyznanie Wiary w ręce Jego Świątobliwości. Wydaje nam się, że odpowiada ono minimalnym wymaganiom niezbędnym do pozostawania w komunii z Kościołem, do wyznawania, że jesteśmy katolikami, a zatem Jego dziećmi.

Nie mamy innego pragnienia, jak tylko żyć w wierze rzymskokatolickiej i być w niej umocnieni.

……………………..

A zatem, pozostając mocno zakorzenieni w prawdziwej wierze katolickiej, starajcie się zawsze być godnymi sługami ofiary Bożej i Kościoła Bożego, który jest Ciałem Chrystusa”.

Bo jak mówi Apostoł: «Wszystko, co nie pochodzi z wiary, jest grzechem 1», schizmatyckie i poza jednością Kościoła 2.”

………………………

WYZNANIE WIARY KATOLICKIEJ

W imię naszego Pana Jezusa Chrystusa, Boskiej Mądrości, Słowa Wcielonego, który zapragnął jednej religii, który na zawsze unieważnił Stare Przymierze, który założył jeden Kościół, który zatriumfował nad szatanem, który zwyciężył świat, który będzie z nami aż do końca czasów, który powróci, aby sądzić żywych i umarłych.

On, doskonały Obraz Ojca, Syn Boży, który stał się człowiekiem, został ustanowiony jedynym Odkupicielem i Zbawicielem świata poprzez Wcielenie oraz poprzez dobrowolną ofiarę krzyża. Nasz Pan zaspokaja boską sprawiedliwość, przelewając swoją Najświętszą Krew, i w swojej Krwi ustanawia Nowe i Wieczne Przymierze, znosząc Stare. Jest On zatem jedynym Pośrednikiem między Bogiem a ludźmi i jedyną drogą, by dotrzeć do Ojca. Tylko ten, kto Go zna, zna Ojca.

Z mocy boskiego postanowienia Najświętsza Maryja Panna została bezpośrednio i głęboko włączona w całe dzieło Odkupienia; dlatego też zaprzeczanie temu udziałowi – w rozumieniu przekazanym przez Tradycję – oznacza wypaczenie samego pojęcia Odkupienia, takiego, jakim zaplanowała je Boska Opatrzność.

Istnieje tylko jedna wiara i tylko jeden Kościół, dzięki którym możemy osiągnąć zbawienie. Poza Kościołem Rzymskokatolickim i bez wyznawania wiary, której on zawsze nauczał, nie ma zbawienia ani odpuszczenia grzechów.

W związku z tym każdy człowiek do zbawienia swojej duszy potrzebuje być członkiem Kościoła Katolickiego, a jedyną drogą do włączenia się w niego jest chrzest. Wymóg ten dotyczy całej ludzkości bez wyjątku, a zatem obejmuje bez różnicy chrześcijan, żydów, muzułmanów, pogan i ateistów.

Misja powierzona apostołom, aby głosili Ewangelię wszystkim ludziom i nawracali ich na wiarę katolicką, obowiązuje aż do końca czasów i stanowi odpowiedź na najpilniejszą i najistotniejszą potrzebę, jaka istnieje na świecie. „Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; kto nie uwierzy, będzie potępiony 3”. Dlatego rezygnacja z wypełnienia tej misji stanowi najpoważniejszą zbrodnię przeciwko ludzkości.

Kościół Rzymski jest jedynym, który posiada jednocześnie cztery cechy charakteryzujące Kościół założony przez Jezusa Chrystusa: jedność, świętość, powszechność i apostolskość.

Jego jedność wynika zasadniczo z wyznawania przez wszystkich jego członków jedynej prawdziwej wiary, wiernie strzeżonej, nauczanej i przekazywanej przez hierarchię katolicką na przestrzeni wieków.

Zaprzeczenie choćby jednej prawdzie wiary niszczy samą wiarę i sprawia, że jakakolwiek wspólnota z Kościołem Katolickim staje się całkowicie niemożliwa.

Jedyną możliwą drogą do przywrócenia jedności chrześcijan różnych wyznań jest pilne i pełne miłości wezwanie skierowane do niekatolików, aby wyznawali jedyną prawdziwą wiarę w łonie jedynego prawdziwego Kościoła.

W żadnym wypadku Kościół Katolicki nie może być traktowany na równi z fałszywym kultem lub fałszywym kościołem.

Papież Rzymski, Namiestnik Chrystusa, jest jedyną osobą sprawującą najwyższą władzę nad całym Kościołem. Tylko On bezpośrednio przyznaje innym członkom hierarchii katolickiej jurysdykcję nad duszami.

„Duch Święty nie został obiecany następcom Piotra po to, aby poprzez swoje natchnienie objawiał nową doktrynę, ale po to, aby skrupulatnie strzec i wiernie głosić, z Jego pomocą, objawienie przekazane przez Apostołów, to znaczy depozyt wiary 4.”

Jednej wierze odpowiada jeden kult, będący najwyższym, autentycznym i doskonałym wyrazeniem samej wiary.

Msza Święta jest kontynuacją ofiary krzyżowej w czasie, złożonej za wielu i odnawianej na ołtarzu. Chociaż ofiarowana jest w sposób bezkrwawy, Święta Ofiara Mszy Świętej ma zasadniczo charakter pokutny i przebłagalny. Żadna inna forma kultu nie stanowi doskonałego uwielbienia. Żadna inna forma kultu, która nie jest z nią powiązana, nie jest miła Bogu. Żadne inne środki nie są wystarczające do uświęcenia dusz.

Dlatego też w żadnym wypadku Święta Ofiara Mszy nie może być sprowadzona do czystej pamiątki, do duchowej wieczerzy, do świętego zgromadzenia celebrowanego przez lud, do celebracji tajemnicy paschalnej bez ofiary, bez zaspokojenia boskiej sprawiedliwości, bez odpokutowania za grzechy, bez przebłagania, bez Krzyża.

Wsparcie udzielane duszom poprzez sakramenty Kościoła Katolickiego jest wystarczające w każdej sytuacji i w każdym okresie historycznym, aby umożliwić wiernym życie w stanie łaski.

Prawo moralne zawarte w Dekalogu i udoskonalone w Kazaniu na Górze jest jedynym realnym sposobem na osiągnięcie zbawienia dusz. Każdy inny kodeks moralny, na przykład oparty na poszanowaniu stworzenia lub prawach człowieka, jest całkowicie niewystarczający, by uświęcić i zbawić duszę. W żadnym wypadku nie może on zastąpić jedynego prawdziwego prawa moralnego.

Na wzór św. Jana Chrzciciela prawdziwa miłość zobowiązuje nas do upominania grzeszników i do tego, by nigdy nie rezygnować z podejmowania niezbędnych środków w celu ocalenia ich dusz.

Kto spożywa Ciało Pana naszego i pije Jego Krew, będąc w stanie grzechu, ten spożywa i pije własne potępienie, a żadna władza nie może zmienić tego prawa zawartego w naukach św. Pawła i w Tradycji.

Grzech nieczysty i przeciw naturze jest tak poważny, że zawsze i w każdych okolicznościach woła o pomstę przed obliczem Boga i jest całkowicie nie do pogodzenia z jakąkolwiek formą prawdziwej i chrześcijańskiej miłości. Dlatego też taki „sposób życia” w żadnym wypadku nie może być uznany za dar Boży. Para, która praktykuje taki grzech, powinna otrzymać pomoc w uwolnieniu się od niego i w żadnym wypadku nie może być błogosławiona – formalnie ani nieformalnie – przez szafarzy Kościoła.

Podporządkowanie instytucji oraz narodów jako takich władzy naszego Pana Jezusa Chrystusa jest bezpośrednią konsekwencją Wcielenia i Odkupienia. Zatem świecki charakter instytucji i narodów stanowi domyślne zaprzeczenie boskości i powszechnego królestwa naszego Pana.

Chrześcijaństwo nie jest zwykłym zjawiskiem historycznym, lecz jedynym prawdziwym porządkiem, jaki Bóg zaplanował dla ludzi.

To nie Kościół powinien dostosowywać się do świata, ale świat powinien być przemieniany przez Kościół.

W tej wierze i według tych zasad prosimy o pouczenie i utwierdzenie przez Tego, który posiada charyzmat, by to uczynić. Z pomocą Pana naszego wolimy raczej śmierć, niż z nich zrezygnować. W tej niezmiennej wierze pragniemy żyć i umrzeć, oczekując, aż ustąpi ona miejsca bezpośredniemu kontemplowaniu niezmiennej Wiecznej Prawdy.

Menzingen, 14 maja 2026 roku, w święto Wniebowstąpienia Pańskiego.

Davide Pagliarani

INFO: fsspx.org/it/dichiarazione-di-fede-cattolica-rivolta-papa-leone-xiv

WARTO PRZYPOMNIEĆ: /babylonianempire.wordpress.com/?s=Tucho

Trzaskowski otworzył wrota piekła

RatujŻycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Ostrzegaliśmy od tygodni – i właśnie stało się to faktem. Prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski wpisał zagraniczny akt małżeństwa dwóch gejów do polskich rejestrów Urzędu Stanu Cywilnego. Jest to bezprecedensowy krok, który, jeśli pozostałby bez odpowiedzi, otworzy drogę do całkowitej zmiany istoty małżeństwa w polskim prawie.

Trzaskowski nie czekał na nową ustawę ani nawet na rozporządzenie – jednego z gejów wpisał w rubrykę „kobieta”. Tak wypełniony dokument wręczył parze homoseksualistów – z wielką pompą i w świetle kamer.

To kpina z normalnych małżeństw, kpina z Konstytucji i zdrowego rozsądku.

Wspieram

Polska Konstytucja jest jednoznaczna: małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny (art. 18). Decyzja Trzaskowskiego jest radykalnie sprzeczna z tym zapisem. Rafał Trzaskowski świadomie wypowiedział wojnę normalnej rodzinie.

Chciałabym także zwrócić Pańską uwagę na fakt, że rząd przygotowuje właśnie nowy wzór aktu małżeństwa. W obu rubrykach ma być nagłówek „mężczyzna/kobieta” – tak, aby można było zmieścić w nich zarówno dwie kobiety, jak i dwóch mężczyzn.

Ale – i to jest dzwonek alarmowy dla wszystkich – we wzorze jest miejsce na „dzieci zrodzone z tego małżeństwa” – tu w przypadku normalnych małżeństw złożonych z mężczyzny i kobiety wpisuje się dane dzieci, które poczną się i zrodzą z małżeństwa, ale także i tych, które zostaną adoptowane. Wydawanie takiego aktu małżeństwa parom gejów lub lesbijek jest preludium do legalizacji homoadopcji i surogacji, czyli wynajmowania kobiet, które zapłodni się in vitro i które urodzą gejom dziecko na mocy umowy podobnej do umowy handlowej. Polscy geje już organizowali się, aby jechać na targi dzieci do Berlina – o czym alarmowaliśmy w jednym z poprzednich listów.

Nikt tego nie zatrzymuje. Rząd Donalda Tuska stawia kolejne kroki na drodze do krzywdy dzieci.

FUNDACJA ODPOWIADA NA WSZYSTKICH FRONTACH

Fundacja Życie i Rodzina nie pozostaje bezczynna. Natychmiast uruchomiliśmy mechanizmy obrony i działamy na każdym możliwym polu:

  • Zawiadomienie do Prokuratury. Złożyłam do Prokuratury Okręgowej w Warszawie zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa ściganego z urzędu. Chodzi o przekroczenie uprawnień przez organ administracji publicznej, a także o poświadczenie nieprawdy – poprzez wpisanie mężczyzny w rubrykę „kobieta” oraz wpisanie do rejestru małżeństw związku, który nie spełnia definicji małżeństwa. Zawiadomienie jest obszerne, gdyż zespół prawny Fundacji szczegółowo wykazał w nim, z których paragrafów należy ścigać sprawców transkrypcji oraz jakie kroki podjąć w toku postępowania. Wnieśliśmy m.in. o przesłuchanie samego Rafała Trzaskowskiego, aby ustalić jego faktyczną rolę w sprawie popełnionego czynu.
  • Front w Trybunale Konstytucyjnym. Fundacja Życie i Rodzina przystępuje jako tzw. przyjaciel sądu – amicus curiae – do poselskiego wniosku w Trybunale Konstytucyjnym, który kwestionuje zgodność takich transkrypcji z Konstytucją RP. W wielowątkowym stanowisku popieramy i rozszerzamy argumentację, którą w swoim wniosku podnieśli posłowie. Praktyka pokazuje, że gdy w postępowaniu biorą udział organizacje społeczne o celach zbieżnych z treścią rozpatrywanej sprawy, sędziowie łatwiej przychylają się do rozstrzygnięcia zgodnego z Konstytucją RP.
  • Zbiórka podpisów pod petycją do Trybunału Konstytucyjnego. W linku https://twojepetycje.pl/petycja/nie-dla-rejestracji-homoslubow-w-polsce zebraliśmy już przeszło 8 tysięcy podpisów z apelem, aby sędziowie TK jak najszybciej zajęli się sprawą nielegalnych transkrypcji. W obliczu nacisków, aby rejestrować kolejne homozwiązki, czas jest kluczowy.

Wspieram

STOP „TOLERANCJI” DLA LGBT W SZKOŁACH

To nie jest nasz pierwszy bój. Stoimy na pierwszej linii także w sprawie edukacji (pseudo)zdrowotnej – największej jak dotąd próby ideologicznego przejęcia polskiej szkoły przez MEN i jego szefową Barbarę Nowacką. Przedmiot, na który dobrowolnie chodzi mniej niż 30% uczniów, ma stać się od września obowiązkowy dla każdego dziecka od czwartej klasy aż po szkołę średnią. Na każdym poziomie nauczania EZ w programie zawarto nachalne pogadanki o tolerancji wobec „różnorodnych” związków, w tym homoseksualnych. Czyli to, co dzieje się w sferze prawno-administracyjnej, wchodzi też do szkół w postaci prania mózgu dzieciom i młodzieży.

Wspieram

W ubiegłym roku mobilizacja Dobrych Ludzi, masowe protesty i tysiące podpisów przyniosły efekt – MEN musiało odpuścić nieco ze swoimi planami. Teraz Nowacka wraca z tym samym projektem, stosując technikę zdartej płyty – „powtarzaj to samo, aż im się znudzi i ulegną”. Ale my nie odpuścimy ani kroku. Trwają intensywne zbiórki pod petycją, aby władza zobaczyła sprzeciw wobec przymuszania dzieci do ideologicznych lekcji.

BRONIMY NORMALNOŚCI DO KOŃCA

Działania rządu w sprawie transkrypcji i edukacji to nie przypadek. To elementy spójnego planu dekonstrukcji rodziny, realizowanego z zimną krwią. Każdy precedens, który nie spotka się z reakcją, stanie się fundamentem kolejnego zamachu na podstawowe wartości.

Stanęliśmy na pierwszej linii w sprawie edukacji, jesteśmy i będziemy na pierwszej linii także tu, gdzie lobby LGBT chce sobie wynegocjować fałszywe dokumenty z polskich USC. Walczymy pokazując prawdę, bo prawda jest naszą najsilniejszą bronią.

Nie damy się zastraszyć i nie ustąpimy. Ale potrzebujemy wsparcia – teraz bardziej niż kiedykolwiek, bo działania rządu i lewackich samorządów zaskoczyły wszystkich.

Jak można pomóc?

Dziękuję Panu za każdy rodzaj pomocy, jakiego zechce Pan udzielić w tym czasie. Nie mamy w tej chwili prawdziwie polskiego rządu. Zatem jedyna nadzieja w działaniach społecznych, bo tylko oddolnym masowym poruszeniem możemy postawić tamę sześciokolorowemu szaleństwu.

Z wyrazami szacunku,

Kaja Godek
Kaja Godek Kaja Godek
Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

PS – Właśnie wymusili transkrypcję dokumentów w USC. Teraz będą żądali, aby traktować ich jak normalne małżeństwa. Idą po adopcję dzieci. Zatrzymajmy ich. Koniecznie.

WSPIERAM

NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM:

https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

RatujŻycie.pl