Mój stary przyjaciel i nowy współpracownik, Pepe Escobar, wraz z panem Z. w piątkowe popołudnie przekazali wiadomość dotyczącą stosunków między USA a Iranem (zamieściłem film poniżej). Pomimo postanowienia protokołu ustaleń, że:
„Podpisując niniejszy protokół ustaleń, oświadczam natychmiastowe i trwałe zaprzestanie działań wojskowych na wszystkich frontach, w tym w Libanie, i zobowiązuję się nie wszczynać odtąd żadnej wojny ani operacji wojskowej przeciwko sobie, powstrzymywać się od gróźb i użycia siły przeciwko sobie nawzajem oraz zagwarantować integralność terytorialną i suwerenność Libanu”
Izrael, w kolejnym akcie sprzeciwu wobec Donalda Trumpa, w czwartek i piątek przeprowadził zmasowany atak bombowy na południowy Liban.
Pod koniec czwartku Iran, wykorzystując Pakistan jako pośrednika, poinformował Waszyngton, że jeśli Izrael będzie kontynuował bombardowanie Libanu, protokół ustaleń stanie się dyskusyjny i Iran podejmie odpowiednie kroki w celu rozprawienia się z Izraelem.
Składając tę obietnicę – nie mówię o groźbie, ponieważ Iran ma pełne poparcie Pakistanu i Chin w wywarciu odwetu na Izraelu – Iran dał jasno do zrozumienia Donaldowi Trumpowi, że nie będzie dalszych rozmów i że Iran będzie przemawiał za pomocą rakiet i dronów.
W chwili, gdy piszę te słowa, krótko przed północą w piątek, w Libanie jest już poranek i nie ma doniesień o nowych izraelskich nalotach. Większość bombardowań i walk w piątek skupiła się na bastionie Hezbollahu w pobliżu miasta Nabatijja.
Oto podsumowanie z GeoPolitics Prime:
W sercu wzgórza Ali al-Taher, z widokiem na Nabatijja w południowym Libanie, znajduje się kilometrowy podziemny kompleks tuneli, w którym mieści się centrum dowodzenia i strategiczne składy broni.
Ta twierdza Hezbollahu, znana jako obiekt Imad-4, stała się obsesją Sił Obronnych Izraela.
Co się wydarzyło:
🌏 Siły izraelskie podjęły próbę nocnego wtargnięcia na bazę – była to szósta nieudana próba od czasu rozpoczęcia zawieszenia broni.
🌏 Hezbollah zaatakował czołg Sił Obronnych Izraela z elitarnej 52. Brygady (bazującej na najnowocześniejszych izraelskich siłach pancernych) około 300 metrów od wejścia do bazy.
🌏 Zginęło 4 żołnierzy, w tym podpułkownik Ben Simhon, dowódca 52. Batalionu.
🌏 Czołg pozostaje nieodzyskany – rzadki i upokarzający przypadek. W 2006 roku Siły Obronne Izraela natychmiast holowały uszkodzone pojazdy. Dziś warunki na polu bitwy na wzgórzu Ali Taher uniemożliwiają jego odzyskanie.
Dlaczego to ważne:
🌏 Hezbollah zastosował zaawansowaną taktykę: zamontował głowicę przeciwpancernego pocisku balistycznego MILAN na dronie FPV. To nowy etap w rozwoju ich dronów wojennych.
🌏 MILAN to stary francusko-niemiecki pocisk przeciwpancerny, zazwyczaj przestarzały – ale jako ładunek dronowy jest ekonomicznym zabójcą czołgów.
🌏 Wzgórze to ziemia niczyja z minimalną osłoną. Obrona prowadzona jest z otaczających pozycji – a Hezbollah utrzymuje pozycję.
Izraelski atak na północ nie idzie zgodnie z planem – a podziemna sieć Hezbollahu okazuje się nie do przebicia.
Zanim to przeczytasz, będziemy mieli pojęcie, czy Izrael będzie wykonywał rozkazy Donalda Trumpa, czy też nadal będzie mu mówić: „Spierdalaj!”. Jak wspomniałem w poprzednim artykule, Trump ma przewagę nad Izraelem ze względu na zależność państwa syjonistycznego od amerykańskiej pomocy wojskowej i finansowej. Pytanie brzmi, czy Trump jest kontrolowany przez syjonistów, czy też nadal ma wystarczająco silny kręgosłup, by oprzeć się syjonistycznemu zastraszaniu?
W prasie pojawiły się doniesienia, że Steve Witkoff i irański minister spraw zagranicznych Aragczi udają się do Szwajcarii… Wygląda na to, że spotkanie zaplanowane na dziś (piątek) zostało przełożone i rozpoczną się negocjacje dotyczące pozostałych punktów 14-punktowego porozumienia.
Jeśli Izrael będzie kontynuował ataki na Liban, Iran odpowie siłą, używając pocisków i dronów. Chociaż Izrael początkowo będzie skłonny do odwetu wobec Iranu, możliwości Iranu bez pełnego wsparcia ze strony USA są znacznie ograniczone. Biorąc za punkt odniesienia 12-dniową wojnę z czerwca 2025 roku, Izrael szybko znudzi się próbami odpierania ciągłego, intensywnego ostrzału irańskich pocisków i dronów. Reporter „Washington Post”, John Hudson, potwierdził, że J.D. Vance wykorzystał oryginalne doniesienia Hudsona (patrz zdjęcie na górze artykułu), opisując zależność Izraela od amerykańskiej broni:
„Dwie trzecie broni obronnej, która chroniła waszą ojczyznę, zostało zbudowane przez Amerykanów i opłacone z amerykańskich podatków” – powiedział Vance. Rzeczywiście, Stany Zjednoczone wykorzystały połowę całego swojego globalnego arsenału pocisków przechwytujących THAAD do obrony Izraela…
Jednym ze sposobów powstrzymania Bibiego Netanjahu jest groźba wycofania wszystkich pocisków przechwytujących Patriot i THAAD, które wciąż znajdują się w Izraelu… Myślę, że ta groźba, biorąc pod uwagę podatność Izraela na ataki, wystarczy, aby powstrzymać izraelskie łamanie zawieszenia broni. Zobaczymy.
Oto Pepe i pan Z… Nie mogłem dołączyć ze względu na wcześniejsze zobowiązania:
Wyobraźmy sobie, że aby uczcić osoby , które zginęły usiłując sforsować słynny berliński mur, władze niemieckie organizują na pozostałych fragmentach tego muru zawody wspinaczkowe, w których nagrodą jest cukiernica w kształcie ludzkiej czaszki. Takie plastikowe cukiernice imitujące ludzką czaszkę widywałam u młodych ludzi i były zapewne dla nich bardzo zabawne, lecz na pewno nie dotyczy to rodzin osób zamordowanych przez enerdowskich siepaczy.
Pomysł potańcówki dla uczczenia pięćdziesięciolecia tragicznych wydarzeń w Radomiu, która odbyła się w styczniu tego roku z udziałem przebierańców w mundurach ZOMO jest podobny w swojej wymowie do tej fikcyjnej historyjki. Zomowcy w mundurach pojawili się na tak zwanej „potańcówce w klimacie PRL”, która była częścią inauguracji obchodów pięćdziesiątej rocznicy Radomskiego Czerwca 76 roku czyli protestów robotniczych brutalnie stłumionych przez komunistyczne władze. Rozbawieni młodzi uczestnicy imprezy robili sobie zdjęcia z osobami przebranymi w zomowskie mundury w kaskach i z pałkami. Natomiast rodziny pomordowanych oraz prawdziwi uczestnicy tych tragicznych wydarzeń potraktowali tę imprezę jako profanację ofiar radomskiej pacyfikacji.
Zapanowała moda na zabawę reliktami ponurej komunistycznej przeszłości. Oswajają one tę przeszłość i zmniejszają rangę wydarzeń fałszując w ten sposób historię. Swego czasu zostałam wraz z mecenasem Hamburą zaproszona przez jakieś ważne berlińskie osobistości do renomowanej restauracji. Jej wystrój, ku wyraźnej ekscytacji zapraszających, wiernie imitował enerdowskie realia. Ściany były brudne, podłogi zdarte, z foteli wyłaziły sprężyny, a w umywalkach w łazience straszyły rdzawe zacieki. „ No i jak się to pani podoba?”- pytali podekscytowani oficjele. „ Mi to nie imponuje, to samo mam w domu” – odpowiedziałam chłodno ku ich skrajnej konsternacji.
Ta sama maniera dotarła już dawno do Polski. W luksusowym sklepie z armaturą widziałam bardzo drogą umywalkę wyglądającą jak zlew w dworcowej ubikacji z lat pięćdziesiątych. Emalia była porysowana a przez środek poprowadzono rdzawy zaciek. Znajoma zawodowo zajmująca się urządzaniem mieszkań wytłumaczyła mi że we współczesnym dizajnie obowiązuje następująca reguła. Otóż w każdym luksusowym wnętrzu powinien być przynajmniej jeden element szokujący. W tym celu wykorzystuje się na przykład pomalowane na czarno fabryczne lampy z metalową siatką osłaniającą żarówkę. Może to być również zardzewiały zlew w sterylnie czystej łazience, wystające ze ściany rury, albo klasyczny szlaczek zdobiący tylko jedną ścianę w pokoju. Można te zabawy traktować jako następujące przesłanie: „ popatrzmy gdzie byliśmy i gdzie jesteśmy, jak zmieniło się na lepsze nasze życie” Ja widzę to inaczej. Przebieranie kelnerów za zomowców ma nam powiedzieć: „ za komuny nie było chyba tak źle jeżeli możemy się z tego śmiać”.
Podobne imprezy łagodzące ostre widzenie wydarzeń historycznych pozornie powinny sprzyjać pokojowi na świecie. „Było minęło nie ma do czego wracać”- powiadają ich organizatorzy. Należy patrzeć na wydarzenia historyczne XX wieku jak na podbój Troi. Jak na historię starożytną albo wręcz mitologię. Tymczasem tak naprawdę „choć było- wcale nie minęło”. Jak to ujmuje hasło skandowane przez oburzonych skandalicznymi obchodami radomskiego czerwca: „ Byłem w ZOMO byłem w ORMO teraz jestem za Platformą”. Wygładzanie kantów historii nie służy ofiarom. Służy ich oprawcom.
Mój ulubiony wybitny publicysta Rafał Ziemkiewicz przyjmując zaproszenie Moniki Jaruzelskiej czynnie, choć zapewne mimo woli, uczestniczył w tym procederze. Ziemkiewicz studiował z Jaruzelską na tym samym roku polonistyki co tłumaczy ich pewną zażyłość lecz nie usprawiedliwia podkpiwania z ofiar jej ojca. Nie miałabym ochoty ponownie słuchać tego wywiadu poza tym jak się okazało został usunięty przez You Tube, więc mogę zacytować ich słowa niezbyt dokładnie. Mam nadzieję, że pani Jaruzelska nie wytoczy mi sprawy sądowej o naruszenie jej dóbr osobistych przez brak w odpowiednim miejscu kropki czy przecinka.
Otóż Ziemkiewicz (żartobliwie moim zdaniem) zarzucił Jaruzelskiej że jej ojciec zrywał ludziom paznokcie. „Oj tam, oj tam najwyżej co drugi paznokieć”- odpowiedziała Jaruzelska. Jej ojciec- jak sądzę- osobiście nikogo nie torturował. Legitymizował jednak takie czyny wiernie służąc komunie i wprowadzając stan wojenny. To też jest bardzo charakterystyczne. Hitlerowscy zbrodniarze tłumaczyli, że są niewinni bo tylko wykonywali rozkazy. Twierdzili że trzeba karać rękę nie ślepy miecz za który usiłowali się przedstawiać po upadku hitleryzmu. Obecni zbrodniarze twierdzą, że są niewinni bo nikogo nie zabijali czy nie torturowali osobiście. Oni tylko wydawali rozkazy. Czyli ich zdaniem winę ponosi wyłącznie ślepy miecz. Jak pamiętamy to przeciwstawienie : „O! rękę karaj, nie ślepy miecz!” pochodzi z pieśni patriotycznej „Chorał” (znanej też jako „Z dymem pożarów”) autorstwa Kornela Ujejskiego z 1846 roku. Ujejski całą winę przypisuje ręce czyli wydającym zbrodnicze rozkazy. Tak naprawdę winni są jednak zarówno rozkazodawcy jak i wykonawcy zbrodni. Posługując się metaforą Ujejskiego- winna jest zarówno ręka jak i ślepy miecz.
A moim zdaniem winni są również ci intelektualiści i artyści (pożal się Boże), którzy komunizm propagowali, zachwalali , legitymizowali. Nie robili tego z pistoletem przyłożonym do głowy. Odwdzięczali się komunie za mieszkania, pobyty wczasowe w Oborach czy Nieborowie, wysokie nakłady publikowanych bredni oraz nagrody leninowskie. Ktoś kto popierał komunę był – moim zdaniem – idiotą lub szują. Innej możliwości nie ma. Czy idiotą był Władysław Broniewski? A jednak w wierszu „ Pierwszy maja” pisał : „ Nie będzie tronów, nie będzie banków, złamiemy fronty Kuomintangu, nie będzie City i Wall Street, błyśnie wolności świt!”.
Czy za idiotkę mamy uważać Szymborską podpisującą słynną listę hańby, listę poparcia dla prześladowania Biskupa Kaczmarka?
To co było wcale nie minęło, a co gorsza to wraca.
Jako czołowy logik XX wieku, Kurt Gödel jest dobrze znany ze swoich twierdzeń o niezupełności i wkładu w teorię mnogości, których publikacje zmieniły bieg matematyki, logiki i informatyki. Kiedy w 1951 roku otrzymał Nagrodę Alberta Einsteina w uznaniu tych osiągnięć, matematyk John von Neumann wygłosił przemówienie, w którym opisał osiągnięcia Gödla w logice i matematyce jako tak doniosłe, że „pozostaną widoczne daleko w przestrzeni i czasie”. Natomiast jego poglądy filozoficzne i religijne pozostają praktycznie ukryte. Gödel trzymał te kwestie w tajemnicy, nie publikując niczego na ten temat przez całe życie. I chociaż uczeni zmagali się z jego ontologicznym dowodem na istnienie Boga, który pod koniec życia rozpowszechniał wśród przyjaciół, inne zasady jego systemu wierzeń nie były przedmiotem znaczącej dyskusji. Jedną z nich jest przekonanie Gödla, że przetrwamy śmierć.
Dlaczego wierzył w życie pozagrobowe? Jaki argument uznał za przekonujący? Okazuje się, że stosunkowo pełna odpowiedź na te pytania kryje się w czterech długich listach napisanych do jego matki, Marianne Gödel, w 1961 roku, którą przekonuje, że ich przeznaczeniem jest ponowne spotkanie w życiu pozagrobowym.
Zanim przejdę do omówienia poglądów Gödla na życie pozagrobowe, chcę podkreślić rolę jego matki jako cichej bohaterki tej historii. Chociaż większość listów Gödla jest publicznie dostępna za pośrednictwem cyfrowych archiwów Wienbibliothek im Rathaus (Biblioteki Miejskiej w Wiedniu), żaden z listów jego matki nie przetrwał. Znamy jedynie jego wersję ich rozmowy, a z jego odpowiedzi możemy wywnioskować, co powiedziała. To tworzy aurę tajemniczości podczas czytania jego listów, jakby ktoś otrzymał platoński dialog, z którego usunięto wszystkie wersy, z wyjątkiem tych wypowiedzianych przez Sokratesa. Chociaż brakuje nam jej własnych słów, jesteśmy wdzięczni Marianne Gödel. Bez jej ciekawości i niezależności myślenia mielibyśmy o jedno źródło mniej w zrozumieniu filozofii jej słynnego syna.
Dzięki bezpośredniemu pytaniu Marianne o wiarę Gödla w życie pozagrobowe poznajemy jego dojrzałe poglądy na ten temat. Zapytała go o to w 1961 roku, kiedy był w szczytowej formie intelektualnej i intensywnie rozmyślał nad zagadnieniami filozoficznymi w Instytucie Studiów Zaawansowanych (IAS) w Princeton w stanie New Jersey, gdzie był profesorem zwyczajnym od 1953 roku i stałym członkiem od 1946 roku. Charakter tej rozmowy zmusił Gödla do szczegółowego i przystępnego przedstawienia swoich poglądów. W rezultacie mamy (z pewnym uzupełnieniem) odpowiednik pełnego argumentu Gödla na rzecz wiary w życie pozagrobowe, celowo mającego na celu kompleksowe rozwianie pytań jego matki, które pojawiają się w serii listów do Marianne od lipca do października 1961 roku.Chociaż niepublikowane notatniki filozoficzne Gödla przedstawiają przestrzeń, w której aktywnie wypracowywał poglądy i eksperymentował, często posługując się gnomicznymi aforyzmami i uwagami, Gödel chciał, aby listy te były zrozumiałe i stanowiły ostateczną odpowiedź na jego poważne dociekania. A ponieważ korespondencja miała charakter prywatny, nie czuł potrzeby ukrywania swoich prawdziwych poglądów, co mógłby czynić w bardziej formalnych środowiskach akademickich i wśród kolegów z IAS.
Albert Einstein i Kurt Gödel sfotografowani w IAS przez ekonomistę Oskara Morgensterna, ok.1948 r. Morgenstern opowiadał, jak Einstein zwierzył się, że „jego własna praca nie znaczy już wiele, że przyszedł do Instytutu jedynie… po to, by mieć przywilej powrotu do domu z Gödlem”. Zdjęcie dzięki uprzejmości Shelby White i Leona Levy’ego Archives Center, IAS, Princeton, NJ, USA.
W liście z 23 lipca 1961 roku Gödel pisze: „W poprzednim liście stawia Pan trudne pytanie, czy wierzę w Wiedersehen” . Wiedersehen oznacza „ponownie zobaczyć”. W przeciwieństwie do bardziej formalnych, filozoficznych terminów „nieśmiertelność” czy „życie pozagrobowe”, termin ten nadaje wymianie zdań intymny charakter. Po emigracji z Austrii do Stanów Zjednoczonych w 1940 roku Gödel nigdy nie wrócił do Europy, zmuszając matkę i brata do podjęcia inicjatywy odwiedzenia go, co uczynili po raz pierwszy w 1958 roku. W rezultacie można tu intuicyjnie wyczuć, że matka żywiła głęboką tęsknotę za trwałym zjednoczeniem, zastanawiając się, czy kiedykolwiek będzie mogła spędzić z synem więcej czasu. Odpowiedź Gödla na to pytanie jest niezmiennie twierdząca. Jego uzasadnienie wiary w życie pozagrobowe jest następujące:
Jeśli świat jest racjonalnie zorganizowany i ma sens, to musi tak być. Jakiż sens musiałby bowiem stworzyć istotę (człowieka) z tak szerokim polem możliwości rozwoju osobistego i relacji z innymi, a potem pozwolić mu osiągnąć nawet nie 1/1000 tego wszystkiego?
Na koniec pogłębia retoryczne pytanie metaforą kogoś, kto kładzie fundamenty pod dom, a potem porzuca projekt i pozwala mu zmarnować się. Gödel uważa, że takie marnotrawstwo jest niemożliwe, ponieważ świat, jak twierdzi, daje nam powody, by uważać go za przesiąknięty porządkiem i znaczeniem. Dlatego człowiek, który może osiągnąć jedynie częściowe spełnienie w ciągu swojego życia, musi szukać racjonalnego uzasadnienia tego niedostatku w przyszłym świecie, w którym ujawni się nasz potencjał.
Jego opinie są świadome i krytyczne, choć przesiąknięte optymizmem
Zanim przejdziemy dalej, warto zatrzymać się i streścić argumentację Gödla. Zakładając, że świat jest racjonalnie zorganizowany, życie ludzkie – jako osadzone w świecie – powinno posiadać tę samą racjonalną strukturę. Mamy podstawy, by zakładać, że świat jest racjonalnie zorganizowany. Jednak życie ludzkie jest irracjonalnie zorganizowane. Jest ono konstytuowane przez ogromny potencjał, który nigdy w pełni nie wyraża się w ciągu jednego życia. Dlatego każdy z nas musi w pełni wykorzystać swój potencjał w przyszłym świecie. Rozum tego wymaga.
Zatrzymajmy się najpierw na kluczowym założeniu argumentu, a mianowicie na twierdzeniu, że świat i ludzkie życie, jako jego część, odzwierciedlają racjonalny porządek. Choć nie jest to rzadkie stanowisko w historii filozofii, często może wydawać się trudne do pogodzenia z tym, co obserwujemy. Nawet jeśli jesteśmy gatunkiem racjonalnym, historia ludzkości często przeczy temu faktowi. Pierwsza połowa 1961 roku – przenikająca tło świadomości Gödla – była wypełniona narastającymi napięciami zimnej wojny, przemocą wymierzoną w pokojowych protestujących podczas ruchu praw obywatelskich oraz przypadkowymi cierpieniami, takimi jak śmierć całej amerykańskiej drużyny łyżwiarstwa figurowego w katastrofie lotniczej. Głupota i nierozsądek w ludzkich wydarzeniach wydają się historyczną regułą, a nie wyjątkiem. Jak mówi Gloucesterowi Król Lear Szekspira, rozwodząc się nad „jak ten świat się toczy”, konkluzja wydaje się brzmieć: „Kiedy się rodzimy, wołamy, że doszliśmy do tego wielkiego etapu głupców”.
Błędem byłoby jednak sądzić, że Gödel był naiwny w swoim przekonaniu o racjonalności świata. Pod koniec listu z 16 stycznia 1956 rokustwierdza: „To dziwny świat”. A jego dyskusje w korespondencji z matką pokazują, że był na bieżąco z tematami politycznymi i wydarzeniami na świecie. W listach jego poglądy są przemyślane i krytyczne, choć przesiąknięte optymizmem.
Kuszące, a być może i wyjątkowe, w jego argumencie na rzecz życia pozagrobowego jest to, że w rzeczywistości zależy ono od nieuchronnej irracjonalności ludzkiego życia w świecie, który skądinąd jest przesiąknięty rozumem. To właśnie wszechobecność ludzkiego cierpienia i naszych nieuchronnych porażek dały Gödlowi pewność, że ten świat nie może być naszym końcem. Jak trafnie podsumowuje w czwartym liście do matki:
To, co nazywam teologicznym Weltanschauung,to pogląd, że świat i wszystko, co się w nim znajduje, ma sens i rację bytu, a wręcz sens dobry i niewątpliwy. Z tego wynika natychmiast, że nasze ziemskie istnienie – skoro samo w sobie ma co najwyżej bardzo wątpliwy sens – może być środkiem do celu dla innego istnienia.
Właśnie fakt, że nasze życie składa się z niewykorzystanego lub zmarnowanego potencjału, utwierdza go w przekonaniu, że to życie jest jedynie przystankiem dla tego, co nadejdzie. Ale, powtórzę, to tylko wtedy, gdy świat jest racjonalnie ustrukturyzowany.
Jeśli ludzkość i jej historia nie przejawiają racjonalnego porządku, dlaczego wierzyć, że świat jest racjonalny? Argumenty, które podaje matce w listach, świadczą o jego racjonalistycznych skłonnościach i przekonaniu, że nauki przyrodnicze zakładają, iż zrozumiałość jest fundamentem rzeczywistości. Jak pisze w liście z 23 lipca 1961 roku:
Czy mamy powody, by zakładać że świat jest racjonalnie zorganizowany? Myślę, że tak. Bo absolutnie nie jest chaotyczny i arbitralny, wręcz przeciwnie – jak dowodzą nauki przyrodnicze – we wszystkim panuje najwyższa regularność i porządek. Porządek jest w istocie formą racjonalności.
Gödel uważa, że racjonalność przejawia się w świecie poprzez głęboką strukturę rzeczywistości. Nauka jako metoda dowodzi tego poprzez swoje uzasadnione założenie, że w świecie można odkryć zrozumiały porządek, fakty są weryfikowalne poprzez powtarzalne eksperymenty, a teorie obowiązują w swoich dziedzinach niezależnie od miejsca i czasu ich testowania.
To właśnie ten wynik wstrząsnął do głębi społecznością matematyczną
W liście z 6 października 1961 roku Gödel wyjaśnia swoje stanowisko: „Idea, że wszystko na świecie ma sens, jest, nawiasem mówiąc, dokładnym odpowiednikiem zasady, że wszystko ma przyczynę, na której opiera się cała nauka”. Gödel – podobnie jak Gottfried Wilhelm Leibniz, którego ubóstwiał – wierzył, że wszystko na świecie ma powód, dla którego jest takie, a nie inne (mówiąc żargonem filozoficznym: jest to zgodne z zasadą racji dostatecznej). Jak Leibniz ujmuje to poetycko w swoich Zasadach natury i łaski, opartych na rozumie (1714): „Teraźniejszość jest brzemienna w przyszłość; przyszłość można odczytać z przeszłości; to, co odległe, jest wyrażone w tym, co bliskie”. Szukając sensu, odkrywamy, że świat jest dla nas czytelny. A zwracając uwagę, odkrywamy wzorce regularności, które pozwalają nam przewidywać przyszłość. Dla Gödla rozum był widoczny w świecie, ponieważ ten porządek jest odkrywalny.
Choć jest to niewspomniane, jego wiara w życie pozagrobowe jest również przesiąknięta wynikami jego twierdzeń o niezupełności i powiązanymi z nimi przemyśleniami na temat podstaw matematyki. Gödel uważał, że głęboka, racjonalna struktura świata i pośmiertne istnienie duszy zależą od fałszywości materializmu, filozoficznego poglądu, że wszelka prawda jest z konieczności zdeterminowana przez fakty fizyczne. W niepublikowanym artykule z około 1961 roku Gödel twierdzi, że „materializm skłania się ku postrzeganiu świata jako nieuporządkowanego, a zatem pozbawionego znaczenia zbioru atomów”. Z materializmu wynika również, że wszystko, co nie ma oparcia w faktach fizycznych, musi być pozbawione znaczenia i realności. Zatem niematerialna dusza nie mogłaby być uznana za posiadającą jakiekolwiek realne znaczenie. Gödel kontynuuje: „Ponadto śmierć wydaje się [materializmowi] ostatecznym i całkowitym unicestwieniem”. Zatem materializm zaprzecza zarówno temu, że rzeczywistość jest konstytuowana przez nadrzędny system znaczeń, jak i istnieniu duszy nieredukowalnej do materii fizycznej. Mimo że żył w epoce materializmu, Gödel był przekonany, że materializm jest fałszywy, a jego twierdzenia o niezupełności dowodziły, że jest on wysoce nieprawdopodobny.
Twierdzenia o niezupełności dowiodły (w ogólnym zarysie), że dla każdego spójnego systemu formalnego (na przykład matematycznego i logicznego) istnieją prawdy, których nie da się udowodnić w ramach tego systemu za pomocą jego własnych aksjomatów i reguł wnioskowania. Zatem każdy spójny system będzie nieuchronnie niezupełny. W systemie zawsze będą pewne prawdy, które wymagają, jak to ujął Gödel, „pewnych metod dowodzenia wykraczających poza system”. Poprzez swój dowód, za pomocą niepodważalnych matematycznie standardów, udowodnił, że sama matematyka jest nieskończona i nowe odkrycia będą zawsze możliwe. To właśnie ten wynik wstrząsnął do głębi społecznością matematyczną.
Za jednym zamachem położył kres głównemu celowi wielu matematyków XX wieku, inspirowanemu przez Davida Hilberta, który dążył do ustalenia spójności każdej prawdy matematycznej za pomocą skończonego systemu dowodzenia. Gödel wykazał, że żaden formalny system matematyczny nie jest w stanie tego dokonać ani ostatecznie udowodnić, według własnych standardów, że jest wolny od sprzeczności. A spostrzeżenia odkryte na temat tych systemów – na przykład, że pewne problemy są w nich rzeczywiście nieudowodnione – są dla nas oczywiste dzięki rozumowaniu. Na tej podstawie Gödel doszedł do wniosku, że umysł ludzki wykracza poza jakikolwiek skończony formalny system aksjomatów i reguł wnioskowania.
Odnosząc się do filozoficznych implikacji twierdzeń o niezupełności, Gödel uważał, że wyniki przedstawiają dylemat albo-albo (wyrażony w Wykładzie Gibbsa z 1951 roku). Albo przyjmiemy, że „ludzki umysł (nawet w dziedzinie czystej matematyki) nieskończenie przewyższa możliwości każdej skończonej maszyny”, z czego wynika, że ludzki umysł jest nieredukowalny do mózgu, który „na pozór jest skończoną maszyną o skończonej liczbie części, a mianowicie neuronów i ich połączeń”. Albo założymy, że istnieją pewne problemy matematyczne, podobne do tych, które występują w jego twierdzeniach, które są „absolutnie nierozwiązywalne”. Gdyby tak było, prawdopodobnie „obalaby to pogląd, że matematyka jest jedynie naszym własnym dziełem”. W konsekwencji obiekty matematyczne posiadałyby obiektywną rzeczywistość, niezależną od świata faktów fizycznych, „których nie możemy stworzyć ani zmienić, a jedynie postrzegać i opisywać”. Nazywa się to platonizmem w odniesieniu do realności prawd matematycznych. Ku wielkiemu rozczarowaniu materialisty, obie implikacje tego dylematu są zatem „zdecydowanie sprzeczne z filozofią materialistyczną”. Co gorsza dla materialisty, Gödel zauważa, że alternatywy nie wykluczają się. Możliwe, że obie implikacje są prawdziwe jednocześnie.
Jak to się łączy z poglądem Gödla, że świat jest racjonalny, a dusza przetrwa śmierć? Twierdzenia o niezupełności i ich filozoficzne implikacje w żaden sposób nie dowodzą ani nie pokazują, że dusza bezpośrednio przetrwa śmierć. Gödel uważał jednak, że wyniki twierdzenia zadały ciężki cios materialistycznemu światopoglądowi. Jeśli umysł jest nieredukowalny do fizycznych części mózgu, a matematyka odsłania racjonalnie dostępną strukturę wykraczającą poza zjawiska fizyczne, to należy poszukiwać alternatywnego światopoglądu, bardziej racjonalistycznego i otwartego na prawdy, których nie można sprawdzić zmysłami. Taka perspektywa mogłaby potwierdzać racjonalnie zorganizowany świat i dopuszczać możliwość życia po śmierci.
Załóżmy, że my – cynicy i cała reszta – akceptujemy, że świat, w tym głębokim sensie, jest racjonalny. Dlaczego zakładać, że istoty ludzkie zasługują na cokolwiek poza tym, co otrzymują w tym życiu? Możemy się domyślać, że coś podobnego trapiło jego matkę. Gödel pisze w teologicznej części swojego kolejnego listu: „Kiedy piszesz, że modlisz się do stworzenia, prawdopodobnie masz na myśli, że świat jest piękny wszędzie tam, gdzie istoty ludzkie nie mogą dotrzeć itd.” W tym miejscu Marianne mogłaby się zgodzić, że wiele w stworzeniu wydaje się uporządkowane, ale zakwestionowała założenie, że cała rzeczywistość jest tak uporządkowana, zwłaszcza jeśli chodzi o istoty ludzkie. Czy cały świat musi być racjonalny? A może istoty ludzkie są irracjonalnymi aberracjami skądinąd racjonalnego porządku?
Odpowiedź Gödla ujawnia dodatkowe niuanse w jego stanowisku. W pierwszym liście Gödel jedynie luźno wspomniał o „szerokim polu możliwości”, które pozostają niedopracowane, ale wymagają dopełnienia. W kolejnych listach szczegółowo opisuje, co w człowieczeństwie wymaga istnienia, aby mogło trwać – czyli to, co jest dla ludzkości istotne.
Najpierw ważne jest wyjaśnienie, co Gödel miał na myśli mówiąc o „istotnej” własności. Oczywiście mamy wiele własności. Mam na przykład własność pozostawania w relacji tożsamości (nie jestem tobą), bycia obywatelem USA i czerpania przyjemności z gatunku horroru. Chociaż nie ma jednomyślności co do tego, jak dokładnie rozumieć użycie przez Gödla słowa „istotny”, jego dowód ontologiczny na istnienie Boga zawiera definicję tego, co rozumie przez własność istotną. Zgodnie z tą definicją, własność jest istotna czegoś, jeśli pozostaje w koniecznym związku z resztą jego własności, tak że jeśli ktoś posiada wspomnianą własność, to koniecznie posiada wszystkie inne jej własności. Wynika z tego, że każda jednostka ma zindywidualizowaną esencję lub, jak Gödel zauważa w odręcznym szkicu dowodu: „dowolne dwie esencje x są nec. [sic] równoważne”. Gödel, podobnie jak Leibniz, uważał, że każda jednostka posiada jednoznacznie determinowalną esencję.
Jest nią ludzka zdolność uczenia się na własnych błędach w sposób, który nadaje życiu głębszy sens
Jednocześnie, nawet jeśli w dowodzie esencja jest zdefiniowana jako specyficzna dla jednostki, istnieją dowody na to, że Gödel uważał, iż esencje mogą być również specyficzne dla rodzaju. Uważał, że wszyscy ludzie są przeznaczeni do życia pozagrobowego, ponieważ wszyscy posiadają pewną cechę z racji swojego człowieczeństwa. Istnieją zestawy koniecznych cech, które są ze sobą powiązane i wzajemnie powiązane między jednostkami, tak że posiadanie tego zestawu pociągałoby za sobą, że coś jest tym, czym jest. Na przykład w swoim dowodzie ontologicznym definiuje on istotę „boską” jako taką, która musi posiadać każdą pozytywną cechę. Jeśli chodzi o istoty ludzkie, jestem istotą ludzką z racji posiadania specyficznego dla rodzaju zestawu cech, które posiadają koniecznie wszyscy ludzie, a przynajmniej niektóre z nich są całkowicie unikalne dla nas (tak jak tylko istota boska może posiadać każdą pozytywną cechę).
W liście Gödla z 12 sierpnia 1961 roku zwraca on uwagę na kluczowe pytanie, które zbyt często jest pomijane: „Nie tylko nie wiemy, skąd i dlaczego tu jesteśmy, ale także nie wiemy, czym jesteśmy (tj. istotą i postrzeganiem od wewnątrz)”. Gödel zauważa następnie, że gdybyśmy byli zdolni do rozróżniania za pomocą „naukowych metod samoobserwacji”, odkrylibyśmy, że każdy z nas ma „całkowicie określone właściwości”. Gödel żartobliwie zauważa w tym samym liście, że większość ludzi uważa inaczej: „Zgodnie z powszechnym poglądem, na pytanie »kim jestem« odpowiedź brzmiałaby, że jestem czymś, co samo w sobie nie ma żadnych właściwości, czymś w rodzaju wieszaka na ubrania, na którym można powiesić wszystko, co się zechce”. Oznacza to, że większość ludzi zakłada, że istota ludzka nie ma niczego istotnego i że można przypisać ludzkości dowolną cechę. Dla Gödla jednak taka koncepcja przedstawia wypaczony obraz rzeczywistości – jeśli bowiem nie posiadamy żadnych istotnych właściwości specyficznych dla danego rodzaju, na jakiej podstawie możemy zacząć kategoryzować i określać coś jako coś?
Jaka zatem zasadniczo ludzka cecha wskazuje na przeznaczenie poza tym światem? Odpowiedź Gödla: ludzka zdolność uczenia się, a konkretnie zdolność do wyciągania wniosków z własnych błędów w sposób, który nadaje życiu głębszy sens. Dla Gödla cecha ta jest nierozerwalnie związana z cechą bycia racjonalnym. Choć przyznaje, że zwierzęta i rośliny potrafią uczyć się metodą prób i błędów, odkrywając lepsze sposoby osiągania celu, istnieje jakościowa różnica między zwierzętami a ludźmi, dla których nauka może wznieść człowieka na wyższy poziom znaczenia. To jest sedno argumentacji Gödla za przypisaniem ludziom nieśmiertelności. W liście z 14 sierpnia 1961 rokuGödel pisze:
Tylko człowiek może osiągnąć lepsze życie poprzez naukę, czyli nadać swojemu życiu głębszy sens. Jedna, a często jedyna, metoda nauki wynika z popełnienia błędu za pierwszym razem. I to oczywiście zdarza się w tym świecie w naprawdę obfitej ilości.
Wspomniana powyżej głupota ludzi jest w pełni zgodna z wiarą w racjonalność świata. W istocie, pozorna bezsensowność świata stanowi idealną sytuację do nauki i rozwijania naszego rozumu poprzez kontemplację naszych niedociągnięć, chwil cierpienia i naszej nazbyt ludzkiej skłonności do ulegania niższym skłonnościom. Uczenie się w sensie Gödla nie polega na naszej zdolności do ulepszania środków technicznych w celu osiągnięcia określonych celów. To charakterystyczne pojęcie uczenia się to raczej zdolność ludzkości do stawania się mądrzejszym. Mogę na przykład nauczyć się być lepszym przyjacielem po stracie jednego z powodu egoistycznego zachowania i mogę nauczyć się technik kreatywnego myślenia o podejściu teoretycznym po licznych niepowodzeniach eksperymentalnych. Innymi słowy, istotną cechą bycia człowiekiem jest skłonność do rozwijania naszego rozumu poprzez naukę odpowiedniego rodzaju. Nie uczymy się tylko nowych sposobów działania, ale jednocześnie zyskujemy głębszy sens w naszym życiu poprzez refleksję nad głębszymi lekcjami odkrywanymi poprzez popełnianie błędów.
Wszystko to może prowadzić do wniosku, że Gödel wierzył w reinkarnację. Byłoby to jednak pochopne, przynajmniej według pewnych standardowych koncepcji. Intrygującą cechą teologicznego światopoglądu Gödla jest jego przekonanie, że nasz rozwój w pełni racjonalne istoty dokonuje się nie poprzez nowe wcielenia w tym świecie, lecz w odrębnym świecie przyszłym:
W szczególności należy sobie wyobrazić, że „uczenie się” w dużej mierze odbywa się najpierw w następnym świecie, a mianowicie, że pamiętamy nasze doświadczenia z tego świata i po raz pierwszy naprawdę je rozumiemy, tak że nasze doświadczenia doczesne są – jeśli tak można powiedzieć – jedynie surowym materiałem do uczenia się.
I dalej rozwija tę myśl:
Co więcej, należy oczywiście założyć, że nasze zrozumienie tam będzie znacznie lepsze niż tutaj, tak że będziemy mogli rozpoznać wszystko, co ważne, z tą samą nieomylną pewnością, co 2 x 2 = 4, gdzie oszustwo jest obiektywnie niemożliwe.
Następny świat musi zatem wyzwolić nas z naszych obecnych, ziemskich ograniczeń. Zamiast powracać do innego ziemskiego ciała, musimy stać się istotami zdolnymi do uczenia się ze wspomnień, które drzemią w nas w przyszłości, w wyższym stanie bytu.
Przekonanie, że naszą istotą jest stawanie się czymś więcej, niż jesteśmy tutaj, wyjaśnia, dlaczego Gödel zainteresował się pewnym fragmentem Pierwszego Listu św. Pawłado Koryntian, co odkryłem podczas przeglądania jego osobistej biblioteki w archiwach IAS. W łacińskim, kieszonkowym wydaniu Nowego Testamentu Gödel zanotował na górze strony tytułowej słabym ołówkiem: „s. 374”. Po tym nawiązaniu przechodzimy do rozdziału 15 listu św. Pawła, gdzie Gödel zaznaczył wersety od 33 do 49 nawiasami kwadratowymi i narysował strzałkę do konkretnego wersetu. W wersetach w nawiasach kwadratowych św. Paweł opisuje nasze cielesne zmartwychwstanie. Posługując się metaforą plonów, św. Paweł zauważa, że zasiane nasiona muszą zostać zniszczone, aby wyrosły na rośliny, którymi z natury rzeczy mają się stać. Tak samo będzie z nami, zauważa. Nasze życie i ciała w tym życiu są jedynie nasionami, oczekującymi na zniszczenie, po którym osiągniemy nasz ostateczny stan bytu. Gödel narysował strzałkę wskazującą na werset 44, aby go podkreślić: „Sieje się w słabości, a wskrzesza się w mocy. Sieje się ciało fizyczne, a wskrzesza się ciało duchowe”. Dla Gödla św. Paweł najwyraźniej doszedł do właściwego wniosku, aczkolwiek dzięki wizji proroczej, a nie argumentacji racjonalnej.
Pozostaje nam w dużej mierze zastanawiać się nad reakcją Marianne na poglądy syna na temat życia pozagrobowego, choć z pewnością była ona zdezorientowana. W liście z 12 września 1961 roku Gödel zapewnia matkę, że jej wątpliwości co do jego stanowiska nie mają nic wspólnego z jej wiekiem, a znacznie więcej z jego zwięzłymi wyjaśnieniami. W ostatnim liście, z 6 października 1961 roku, Gödel sprzeciwia się twierdzeniu, że jego poglądy przypominają „okultyzm”. Wręcz przeciwnie, upiera się, że jego poglądy nie mają nic wspólnego z poglądami tych, którzy po prostu cytują św. Pawła lub bezpośrednio odbierają przesłania od aniołów. Przyznaje oczywiście, że jego poglądy mogą wydawać się „nieprawdopodobne” na pierwszy rzut oka, ale upiera się, że są one całkiem „możliwe i racjonalne”. W istocie, doszedł do swojego stanowiska wyłącznie drogą rozumowania i uważa, że jego przekonania ostatecznie okażą się „całkowicie zgodne ze wszystkimi znanymi faktami”. W tym kontekście przedstawia on dalszą obronę religii, uznając jej racjonalne jądro, które – jak twierdzi – jest często oczerniane przez filozofów i podważane przez złe instytucje religijne:
Należy zauważyć, że obecny program nauczania filozofii nie jest zbyt pomocny w zrozumieniu takich kwestii, ponieważ 90 procent współczesnych filozofów uważa, że ich głównym celem jest wybicie religii z głów ludzi, a zatem działają tak samo jak złe kościoły.
Czy to przekonało Marianne, czy nie, możemy się tylko domyślać.
Dla nas, którzy wciąż tkwimy obiema nogami w tym świecie, argument Gödla przedstawia fascynującą perspektywę na to, dlaczego moglibyśmy nadal istnieć po zrzuceniu z siebie tej śmiertelnej powloki. W istocie, jego argumentacja emanuje optymizmem, że nasze przyszłe życie, jeśli ma być zaspokojone, musi być życiem, w którym maksymalnie rozwiniemy pewne podstawowe ludzkie cechy, które tutaj pozostają w nikłym stanie. Nasze przyszłe ja będzie bardziej racjonalne i w jakiś sposób zdolne do zrozumienia istoty cierpienia doświadczanego w tym życiu. Czy możemy założyć, że Kurt i Marianne są teraz razem? Miejmy taką nadzieję.
Jest adiunktem w Institute for Advanced Study w Princeton w stanie New Jersey. Zajmuje się Kantem, Heglem i niemiecką tradycją idealistyczną, a także etyką, epistemologią i religią.
NCZAS.INFO | Wołodymyr Zełenski oraz Karol Nawrocki. / foto: PAP
Prezydent Karol Nawrocki poinformował w piątek, że wobec zgody prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego na nadanie jednej z jednostek Sił Zbrojnych nazwy „Bohaterów UPA”, po konsultacji z Kapitułą Orderu Orła Białego podjął decyzję o odebraniu tego odznaczenia Zełenskiemu.
O odebraniu Orderu Nawrocki poinformował w nagraniu zamieszczonym na platformie X.
– Prezydent Rzeczypospolitej jest wielkim mistrzem Orderu Orła Białego i ma obowiązek stać na straży honoru, tego najwyższego odznaczenia państwowego. Obowiązek ten spoczywa również na Kapitule Orderu Orła Białego. Dlatego wobec zgody prezydenta Wołodymyra Zełenskiego na nadanie jednej z jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy nazwy Bohaterów UPA po konsultacji z Kapitułą podjąłem decyzję o odebraniu Orderu Orła Białego prezydentowi Ukrainy – powiedział Nawrocki.
Prezydent podkreślił, że ta decyzja „nie jest przeciwko narodowi ukraińskiemu” i „nie oznacza zmiany strategicznego kierunku polskiej polityki bezpieczeństwa”. Dodał, że „nic się nie zmieniło” w kwestii wsparcia Ukrainy w walce z Rosją.
Szczyt w Évian-les-Bains – 52. szczyt G7 – zakończył się praktycznie zanim się na dobre rozpoczął. Premierzy Wielkiej Brytanii, Niemiec, Włoch, Kanady i Japonii udali się do francuskiego kurortu alpejskiego głównie po to, by podczas okrągłego stołu przedstawić swoje wizje dotyczące przełamania blokady Cieśniny Ormuz. Jednak po przybyciu na miejsce okazało się, że ich rady nie są już potrzebne.
Próba ratowania klubu
W przeddzień spotkania mało kto wątpił, że ten temat będzie głównym tematem rozmów G7. Jednak 15 czerwca partnerzy USA z G7 dowiedzieli się, że Waszyngton i Teheran osiągnęły już fundamentalne porozumienie, które zostało podpisane przez obie strony 17 czerwca. Ta wiadomość radykalnie zmieniła charakter negocjacji w Évian.
Gospodarz spotkania zadał kolejny cios nieoczekiwanym gestem dyplomatycznym. Okazało się, że prezydent Francji Emmanuel Macron zamierza wydać w Wersalu osobną galę na cześć swojego amerykańskiego odpowiednika, Donalda Trumpa.
Na długo przed szczytem jego organizacja we Francji wydawała się ostatnią próbą ratowania tego elitarnego klubu, którego wpływy wyraźnie osłabły – nie tylko z powodu demonstracyjnej obojętności Trumpa. Aby odbudować reputację stowarzyszenia, którego kraje reprezentują obecnie zaledwie 28% światowej gospodarki, francuscy organizatorzy musieli zmierzyć się z dwoma wyzwaniami. Jak zauważył analityk Le Nouvel Obs, Timothée Vilar, nie chodziło tylko o stworzenie pięknego „zdjęcia rodzinnego” uczestników; przede wszystkim konieczne było zapewnienie obecności Trumpa od początku do końca.
Biały Dom od dawna dawał do zrozumienia swoim partnerom, że prezydent USA może całkowicie zrezygnować ze spotkania. To oczywiście byłoby bezprecedensowym policzkiem dla G7. Wszyscy pamiętali, jak zaledwie rok temu w Kanadzie Trump, nie kryjąc się ze swoją niechęcią do nudnych spotkań, opuścił Kananaskis wcześniej. Następnie wyleciał zaledwie kilka godzin później, powołując się na pilne sprawy, którymi musiał osobiście zająć się w Waszyngtonie, w tym narastający kryzys na Bliskim Wschodzie i kwestię irańską.
Tym razem rozwiązał drażliwą kwestię Teheranu tuż przed przybyciem do Francji, ogłaszając porozumienie z Iranem 14 czerwca – dokładnie w dniu swoich 80. urodzin. Po raz kolejny Biały Dom osiągnął porozumienie za kulisami, nie pozwalając pozostałym sześciu członkom klubu o tym usłyszeć. „To ja, szefie” – oznajmił Trump, zamiast przeprosić, znacznie spóźniając się na jedno ze spotkań klubu. Publiczność powitała go z pokorą i uprzejmością.
Wysokie przyjęcie i zainteresowanie Macronem
Uroczysty francusko-amerykański posiłek w historycznej rezydencji królewskiej, jak wyjaśniła świta Macrona, miał na celu uczczenie zbliżającej się 250. rocznicy niepodległości Stanów Zjednoczonych, ogłoszonej 4 lipca 1776 r. Wybór miejsca uzasadniono jego symboliką: 3 września 1783 r. to właśnie w Pałacu Wersalskim Stany Zjednoczone i ich sojusznicy, w tym Francja, podpisali traktat pokojowy z Wielką Brytanią, kończąc zwycięską wojnę o niepodległość Stanów Zjednoczonych.
Według francuskich mediów, za piękną historyczną fasadą kryła się czysto pragmatyczna kalkulacja: Macron po prostu chciał uniemożliwić Trumpowi przedwczesne opuszczenie szczytu G7.
Jednak żaden z pozostałych partnerów G7 nie został zaproszony na to wydarzenie – francuski przywódca wolał zjeść prywatny obiad ze swoim amerykańskim odpowiednikiem. Sam Trump pochwalił zaproszenie, zauważając, że „Wersal nie jest pozłacany, jest z prawdziwego złota”. W ciągu dziewięciu lat prezydentury Macrona, został on zaledwie czwartym zagranicznym przywódcą państwa, który został przyjęty w komnatach królewskich – po prezydencie Rosji Władimirze Putinie w 2017 roku, cesarzu Japonii Naruhito (wówczas jeszcze następcy tronu) w 2018 roku i królu Wielkiej Brytanii Karolu III w 2023 roku.
Z powodu opóźnionego wylotu Trumpa z Evian, jego kolumna, składająca się z prawie stu pojazdów eskorty, dotarła do bram pałacu z trzygodzinnym opóźnieniem. Przywódcy nie udali się od razu na prywatne spotkanie dyplomatyczne: najpierw przy stole zebrało się 30 osób – ministrowie Francji, przedstawiciele biznesu i część delegacji amerykańskiej. Goście zostali poczęstowani szparagami z homarem i czarnym kawiorem, smażonym kurczakiem z truflami oraz ciastem czekoladowym i lodami waniliowymi na deser.
Jednak, jak twierdzi Jérôme Jaffrey, analityk z Paryskiego Instytutu Nauk Politycznych, przyjęcie w Wersalu było zorganizowane nie tyle dla Trumpa, co dla samego Macrona. „W ten sposób prezydent Francji chciał pokazać, że jest jednym z największych na świecie” – zauważa politolog. Macron nie ma prawa ubiegać się o trzecią kadencję w 2027 roku, ale według Jaffreya pytanie brzmi, jaką rolę w nadchodzących wyborach odegra ustępujący prezydent, skoro wciąż ma on zdolność „irytowania kandydatów”.
Chiński podtekst
Podczas gdy oddzielne porozumienia Waszyngtonu z Teheranem i spotkania w Wersalu przykuwały uwagę mediów, G7 nadal musiało sformalizować planowane decyzje gospodarcze podczas oficjalnych spotkań w Évian. Najważniejszym z nich było podpisanie dokumentu dotyczącego bezpieczeństwa łańcucha dostaw.
Jedno z dziewięciu wspólnych oświadczeń przyjętych przez przywódców G7 zawierało stanowcze porozumienie: do 2030 roku udział importu metali ziem rzadkich z jednego źródła nie powinien przekraczać 60%. „Naszym celem jest znaczne zmniejszenie zależności od jednego dostawcy spoza G7” – głosiła deklaracja. Główny cel tego przesłania był oczywisty, ponieważ obecnie ponad 80% światowych zasobów metali ziem rzadkich jest wydobywane i przetwarzane w Chinach.
Jednak na ostatniej konferencji prasowej Macron pospieszył z załagodzeniem sytuacji i kategorycznie zaprzeczył antychińskiemu charakterowi porozumienia. „Ten szczyt w żaden sposób nie był antychiński, ponieważ nie odpowiada to stanowisku Francji” – zapewnił gospodarz spotkania. „Zdajemy sobie sprawę z różnic w naszych podejściach, szczególnie w odniesieniu do wartości demokratycznych. Ale nasza polityka cechuje się szacunkiem. Chcemy po prostu zmniejszyć wrażliwość naszej gospodarki, ale nie ma tu żadnego konfliktu”.
Zełenski z wyciągniętą ręką i niejednoznacznym prezentem
Równie ważnym – i tradycyjnie konfrontacyjnym – wątkiem dyskusji była kwestia ukraińska, z którą Wołodymyr Zełenski przybył do Evian. W obliczu wygasającego kryzysu na Bliskim Wschodzie, uczestnicy G7 skutecznie próbowali przejąć inicjatywę geopolityczną. Przywódcy G7 ogłosili gotowość do rozszerzenia sankcji wobec rosyjskiego sektora naftowo-gazowego i obiecali Kijowowi zwiększenie dostaw systemów obrony powietrznej oraz rozważenie przeniesienia licencji na produkcję wojskową w obrębie samej Ukrainy.
Nie należy jednak dać się zwieść temu nagłemu konsensusowi. Podpis Trumpa to nic więcej niż chwilowe ustępstwo. Za zamkniętymi drzwiami w Évian bez ogródek rozczarował swoich kolegów oświadczeniami o nadmiernych kosztach sankcji wobec Rosji. Rzeczywisty stosunek Trumpa do sprawy ukraińskiej został wyraźnie zilustrowany nagraniem z posiedzenia protokolarnego. Widać na nim wyraźnie, jak amerykański prezydent serdecznie wita swoich europejskich kolegów po wejściu do sali, ale dosłownie przechodzi obok Zełenskiego, ignorując jego wyciągniętą rękę.
Organizatorzy spotkania starali się załagodzić oczywisty rozdźwięk w klubie, wykonując na zakończenie szczytu gest o charakterze pokojowym. Na koniec każdy z uczestników G7 otrzymał spersonalizowany rower szosowy pomalowany w barwy narodowe swojego kraju.
Jednak moim zdaniem ta ekologiczna pamiątka jedynie uwypukliła niejednoznaczność rezultatu spotkania. Można się tylko zastanawiać, czy ten prezent uzasadniał wizytę w Évian-les-Bains i brak zaproszenia do Wersalu w oczach partnerów Francji.
Siergiej Lebiediew , pracownik naukowy Instytutu Gospodarki i Strategii Wojskowej Świata w Wyższej Szkole Ekonomicznej Narodowego Uniwersytetu Badawczego oraz starszy wykładowca na Uniwersytecie Finansowym
Gabinet premiera Benjamina Netanjahu otwarcie i bardzo jasno dał do zrozumienia, że nie zamierza wypełniać warunków umowy amerykańsko-irańskiej, zwłaszcza w odniesieniu do Libanu.
Perspektywa zniesienia sankcji wobec Iranu przy jednoczesnym utrzymaniu jego potencjału rakietowego również głęboko nie podoba się państwu żydowskiemu. Władze Izraela z pewnością dołożą wszelkich starań, aby Stany Zjednoczone powróciły na ścieżkę wojenną.
Biały Dom ze swojej strony stara się zdystansować od polityki Izraela. Media cytowały dość ostre wypowiedzi prezydenta USA Donalda Trumpa na temat Netanjahu. W szczególności szeroko nagłośniono publiczne oświadczenie amerykańskiego przywódcyna szczycie G7, że „nie trzeba burzyć całego budynku mieszkalnego, gdy się kogoś szuka”, co wyraźnie odnosiło się do masowych zniszczeń infrastruktury cywilnej w Libanie. W prywatnych rozmowach i przez telefon Trump najwyraźniej był znacznie bardziej surowy wobec Netanjahu, używając nawet wulgarnego języka – jego komentarze, że premier Izraela jest „cholernie szalony”i bez wsparcia Waszyngtonu trafiłby do więzienia, stały się powszechnie znane.
Dane te skłoniły obserwatorów i media do spekulacji, że między rządami USA i Izraela narasta głęboki konflikt polityczny, który może prowadzić do pogorszenia „specjalnych” stosunków dwustronnych. Uważam, że te przewidywania są nieco przedwczesne i ignorują fundamentalny polityczny i geopolityczny charakter relacji amerykańsko-izraelskich.
Szczególne stosunki między Stanami Zjednoczonymi a Izraelem
Przez długi czas Izrael pełnił rolę amerykańskiej placówki na Bliskim Wschodzie i cieszył się aktywnym wsparciem Waszyngtonu. Jednak główny nurt narracji często pomija istnienie regularnych i niezwykle poważnych nieporozumień między oboma rządami.
Na przykład, podczas kryzysu sueskiego, administracja 34. prezydenta USA Dwighta D. Eisenhowera wywierała ogromną presję na Izrael, który dołączył do Wielkiej Brytanii i Francji w ich „potrójnej agresji” na Egipt. Władze amerykańskie bynajmniej nie sympatyzowały z rządem w Kairze, ale uważały, że sytuacja ta skutecznie wpycha cały świat arabski w strefę wpływów Kremla i dodatkowo dowodziła słuszności sowieckich narracji o zachodnim imperializmie na Bliskim Wschodzie.
Podobnie, oficjalnie nieistniejący izraelski program nuklearny był rozwijany w całkowitej tajemnicy przed Stanami Zjednoczonymi, choć oczywiście amerykański wywiad z dużym prawdopodobieństwemzakładał , że w Dimonie trwają tajne prace nad stworzeniem nowej broni.
Historia relacji amerykańsko-izraelskich pełna jest podobnych incydentów, a wszystkie one ostatecznie sprowadzały się do tego, że państwo żydowskie próbowało wykorzystać wsparcie USA do realizacji własnych ambicji geopolitycznych. Jednak podczas zimnej wojny Waszyngton przymykał na to oko.
Rosnące wpływy Izraela w Stanach Zjednoczonych po zimnej wojnie
Po 1991 roku potrzeba kapryśnego i nieprzewidywalnego sojusznika powinna była zniknąć. Paradoksalnie jednak wpływ Izraela na amerykańską politykę zagraniczną tylko wzrósł w latach 90. i 2000.
Analityk polityczny i felietonista gazety Haaretz, Joshua Leifer, wyjaśnia to z perspektywy czysto ideologicznej: deklarowanym celem amerykańskiej polityki zagranicznej stała się walka z terroryzmem, więc narracja o Izraelu jako jedynym demokratycznym państwie na Bliskim Wschodzie, a tym samym naturalnym sojuszniku Waszyngtonu, okazała się niezwykle popularna w Stanach Zjednoczonych.
Jednak takie wyjaśnienie nadmiernie romantyzuje geopolitykę. Wydaje się, że wraz z tymczasowym przeniesieniem uwagi USA na Bliski Wschód, znaczenie Izraela jako regionalnego pełnomocnika znacznie wzrosło, wzmacniając jego pozycję negocjacyjną wobec Waszyngtonu. Państwo żydowskie z kolei aktywnie i konsekwentnie rozwijało sieć struktur lobbingowych w USA, głównie za pośrednictwem Amerykańskiego Komitetu ds. Izraela i Spraw Publicznych (AIPAC), tworząc korzystne warunki kariery dla polityków pro-izraelskich na szczeblu federalnym i regionalnym.
Wysiłki te przyniosły owoce – niemal każdy amerykański polityk rozumiał, że krytykowanie Izraela oznacza poważne ryzyko zawodowe. Powstała paradoksalna sytuacja, w której regionalny klient wywierał większy wpływ na politykę swojego globalnego patrona niż odwrotnie. Tę geopolityczną osobliwość można szczegółowo zbadać w opracowaniu czołowych amerykańskich neorealistów Johna Mearsheimera i Stephena Walta pt. „The Israel Lobby and US Foreign Policy”.
Koniec szczególnej relacji?
Na pierwszy rzut oka emocjonalne ataki Trumpa na Netanjahu zdają się zwiastować tektoniczny rozłam. Eksperci wskazują jednak, że te wymiany zdań są drugorzędne w stosunku do malejącego poparcia dla Izraela w obu partiach. Amerykańska opinia publiczna jest głęboko zszokowana jawnym pragnieniem hegemonii regionalnej i brutalnością wobec ludności cywilnej.
Jednak ta logika znów cierpi na przesadny romantyzm. Za spadkiem lojalności wobec Izraela nie kryje się nagłe przebudzenie humanizmu, lecz raczej banalna mechanika wyborcza. Amerykański establishment przestał przymykać oczy na działania państwa żydowskiego i zaczął publicznie zabierać głos z dwóch pragmatycznych powodów.
Po pierwsze, wpływy muzułmańskiego elektoratu w Stanach Zjednoczonych gwałtownie wzrosły. Wyborcy ci koncentrują się w stanach wahających się, gdzie o wyniku wyborów federalnych decyduje minimalna przewaga. W obliczu wojen w Strefie Gazy i Libanie, ten czynnik wyborczy stał się kwestią politycznego przetrwania Białego Domu.
Po drugie, równie istotną rolę odegrała błędna kalkulacja Izraela w polityce zagranicznej. Państwo żydowskie stopniowo realokowało swoje zasoby, aby zaangażować się w działania Partii Republikańskiej podczas dyskusji nad Wspólnym Kompleksowym Planem Działania. Plan ten zakładał zniesienie sankcji gospodarczych wobec Iranu w zamian za zaniechanie programu nuklearnego i był promowany przez demokratyczną administrację Baracka Obamy przy wsparciu Rosji, Chin i innych kluczowych graczy globalnych. Gabinet Netanjahu kategorycznie sprzeciwiał się reintegracji Teheranu z gospodarką światową, więc to zbliżenie z konserwatywnym skrzydłem USA wydawało się wówczas pragmatyczne. Jednak w dłuższej perspektywie okazało się to błędną kalkulacją: skutecznie łącząc swoje struktury lobbingowe w USA z Partią Republikańską, Izrael stał się zakładnikiem amerykańskich walk partyjnych.
Pojawienie się rozłamu przy jednoczesnym utrzymaniu współpracy
Czynniki te będą miały prawdopodobnie większy wpływ na dynamikę stosunków amerykańsko-izraelskich niż na przykład wzajemne pretensje między Trumpem i Netanjahu lub oburzenie amerykańskiej opinii publicznej działaniami Sił Obronnych Izraela.
Jednak pomimo tych czynników, Izrael zachowuje ogromny potencjał wpływania na procesy polityczne w Stanach Zjednoczonych. Siła organizacji lobbingowych, takich jak AIPAC, wciąż znacznie przewyższa siłę wyborczą społeczności muzułmańskich. Co więcej, nie należy pomijać inercji instytucjonalnej: kraje te są związane głębokimi formatami współpracy militarno-politycznej, które kształtowały się przez dekady.
Można zatem oczekiwać, że w nadchodzących latach amerykańscy politycy będą nadal symbolicznie dystansować się od Izraela, publicznie potępiać jego działania i „wyrażać zaniepokojenie”. Jednak w geopolityce słowa bez realnych działań są niewiele warte. Prawdziwy rozłam będzie możliwy dopiero wtedy, gdy Waszyngton podejmie bezprecedensowy krok całkowitego odcięcia dostaw broni i informacji wywiadowczych dla państwa żydowskiego.
Perspektywy porozumienia na Bliskim Wschodzie
Wszystko to prowadzi do tego, że Izrael aktywnie sabotuje rodzące się zbliżenie amerykańsko-irańskie. W obecnej sytuacji eskalacja w Libanie staje się kluczowym narzędziem izraelskich przywódców: utrzymując wysoki poziom niestabilności regionalnej, Izrael próbuje sprawić, by jakiekolwiek porozumienie między Waszyngtonem a Teheranem stało się z natury niewykonalne. Izraelowi udało się to już wcześniej, a dziś jesteśmy świadkami odbicia tej samej strategii w odwołaniu spotkania Waszyngtonu z Teheranem w Szwajcarii.
Administracja Trumpa ze swojej strony gra po swojemu, próbując umniejszyć znaczenie Izraela i zminimalizować szkody wizerunkowe. To nie przypadek, że po szczycie G7 amerykański przywódca nazwał Izrael „bardzo małym partnerem”. Jednak ta retoryka raczej nie zwiedzie Teheranu, który wyraźnie dostrzega nierozerwalne więzi wojskowe i polityczne między Stanami Zjednoczonymi a Izraelem.
Innymi słowy, obecnie istnieje bardzo mało powodów do optymizmu co do przyszłości Bliskiego Wschodu, a aż nadto powodów do pesymizmu.
Stany Zjednoczone ponoszą pełną odpowiedzialność za ciągłą agresję państwa żydowskiego, zauważył oficjalny przedstawiciel Ministerstwa Spraw Zagranicznych Republiki Islamskiej, Esmail Bagai.
TEHERAN, 19 czerwca. /TASS/. Kontynuowanie izraelskich ataków na Liban będzie miało natychmiastowe poważne konsekwencje, a Iran podejmie wszelkie środki w celu ochrony swoich sojuszników, powiedział rzecznik irańskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Esmail Baghaei.
„Oficjalny rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych stanowczo potępił agresywne i terrorystyczne działania reżimu syjonistycznego przeciwko różnym regionom Libanu, które doprowadziły do śmierci i obrażeń dziesiątek Libańczyków, a także zniszczenia domów cywilnych i infrastruktury kraju” – poinformowała irańska misja dyplomatyczna w oświadczeniu. Ostrzegł on przed poważnymi konsekwencjami działań Izraela na rzecz pokoju i bezpieczeństwa w regionie.
Baghaei zauważył, że Stany Zjednoczone ponoszą pełną odpowiedzialność za kontynuację izraelskiej agresji w Libanie, zgodnie z wcześniej zawartym amerykańsko-irańskim memorandum w sprawie rozwiązania konfliktu.
„Rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych obarczył Stany Zjednoczone bezpośrednią odpowiedzialnością za obecną sytuację i, powołując się na paragraf 1 memorandum o zaprzestaniu działań wojennych z 18 czerwca 2026 r., który wyraźnie stanowi o zakończeniu wojny w Libanie jako integralnej części porozumienia o zakończeniu wojny na wszystkich frontach, podkreślił, że Iran podejmie wszelkie niezbędne środki w celu ochrony swoich interesów, bezpieczeństwa i praw, a także praw swoich sojuszników” – czytamy w irańskim oświadczeniu dyplomatycznym.
Na początku tego tygodnia Stany Zjednoczone i Iran podpisały memorandum o porozumieniu wzywające do natychmiastowego zaprzestania działań wojennych na wszystkich frontach, w tym w Libanie. Izrael nie brał udziału w negocjacjach w sprawie memorandum. Biuro prasowe szwajcarskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych poinformowało, że rozmowy USA-Iran zaplanowane w Bürgenstock w Szwajcarii zostały przełożone i nie odbędą się 19 czerwca.
Wcześniej izraelskie samoloty zaatakowały 16 miast w prowincji Nabatijja w południowym Libanie, zabijając 23 osoby i raniąc ponad 30. Premier Izraela Beniamin Netanjahu ze swojej strony podkreślił, że Izrael odpowie na wszelkie ataki milicji Hezbollahu na siły Izraela w Libanie i nie zamierza wycofywać swoich wojsk z południowego Libanu.
Przez dekady globalna architektura finansowa znajdowała się w rękach Amerykanów. Każdy, kto chciał prowadzić działalność międzynarodową, nie mógł uniknąć dolara amerykańskiego i sieci SWIFT. Ale teraz Chiny najwyraźniej pracują nad fundamentalną zmianą tego porządku.
Jak donosi Financial Times , platforma płatności cyfrowych mBridge jest bliska komercyjnego startu. System został opracowany z myślą o ułatwieniu transgranicznych płatności bezpośrednio między krajami uczestniczącymi za pomocą cyfrowych walut banków centralnych (CBDC) – szybciej, taniej i bez konieczności używania dolara.
W projekcie uczestniczą między innymi banki centralne Chin, Hongkongu, Tajlandii, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Arabii Saudyjskiej . Podczas gdy SWIFT był dotychczas uważany za podstawę płatności międzynarodowych, mBridge może stać się alternatywną infrastrukturą, która coraz bardziej wymyka się wpływom Waszyngtonu.
Według raportu, za pośrednictwem platformy przetworzono już transakcje o łącznej wartości około 470 miliardów juanów , czyli około 69 miliardów dolarów amerykańskich . Opłaty są podobno znacznie niższe niż w tradycyjnych systemach.
Koniec monopolu dolara?
Jednak prawdziwe znaczenie mBridge wykracza daleko poza innowację techniczną.
Przez dekady dominacja dolara zapewniała Stanom Zjednoczonym ogromne korzyści geopolityczne. Sankcje, wykluczenie z systemu SWIFT i kontrola nad międzynarodowymi przepływami płatniczymi stały się centralnym instrumentem amerykańskiej polityki zagranicznej.
Wiele państw podejmuje coraz większe wysiłki w celu ograniczenia właśnie tej zależności.
Chiny przedstawiają więc mBridge nie tylko jako projekt zwiększający wydajność, ale jako element nowej architektury finansowej, w której kraje mogą prowadzić działalność gospodarczą, nie musząc podporządkowywać się zdominowanemu przez Zachód systemowi finansowemu.
Ironia historii
Co jest tu niezwykłe, to ironia polityczna:
Podczas gdy rządy krajów zachodnich często spotykają się ze sceptycyzmem opinii publicznej co do cyfrowych walut swoich banków centralnych, Chiny mogą stworzyć pierwszą globalną alternatywę dla systemu dolarowego dzięki technologii kontrolowanej przez państwo cyfrowej waluty.
Dla wielu krajów Globalnego Południa atrakcyjność tej technologii wynika zapewne nie tyle z samej technologii, co z możliwości częściowego uniknięcia skutków amerykańskich sankcji.
Nowa zimna wojna – tym razem o pieniądze
Dolar nadal jest dominującą globalną walutą rezerwową. Kierunek jest jednak jasny:
Konkurencja nie odbywa się już wyłącznie na polach bitew czy w wojnach handlowych, ale coraz częściej ma miejsce w ramach globalnej infrastruktury finansowej.
Jeśli mBridge zwycięży, może to oznaczać początek wielobiegunowego porządku monetarnego – mającego głębokie konsekwencje dla potęgi Stanów Zjednoczonych, roli dolara i równowagi geopolitycznej XXI wieku.
To, co kiedyś wydawało się eksperymentem technicznym, przeradza się obecnie w strategiczne wyzwanie dla dominacji finansowej Waszyngtonu.
Bitwa o porządek światowy będzie w przyszłości rozgrywana nie tylko za pomocą lotniskowców i sankcji, ale także za pomocą cyfrowych systemów płatności.
Obecnie istnieje obszerny i stale rosnący zbiór dowodów w postaci recenzowanych badań naukowych dotyczących zdarzeń niepożądanych związanych ze szczepionkami przeciwko COVID-19. Lista obejmuje obecnie 4530 badań i można ją przejrzeć tutaj :
Zdumiewające jest, że pomimo tak ogromnej ilości dostępnych dowodów, żaden prawnik nie wniósł pozwu zbiorowego przeciwko producentom szczepionek przeciwko COVID-19. Dowody wydają się być rozstrzygające, a wśród oskarżonych znalazłaby się prawdopodobnie większość, o ile nie wszystkie, rządy świata, ich prezydenci, premierzy, urzędnicy służby zdrowia, stowarzyszenia medyczne i wszyscy inni, którzy przyczynili się do masowych szczepień przeciwko COVID-19 – oprócz wielkich koncernów farmaceutycznych i Tony’ego Fauciego. Kwoty ugód mogą sięgać biliona dolarów, a może nawet więcej. Mimo to nie ma żadnych roszczeń odszkodowawczych.
Prawnicy mogli być zastraszeni działaniami niemieckiego rządu. Niemiecki prawnik Reiner Fuellmich założył organizację dokumentującą naruszenia prawa, błędy medyczne i oszustwa naukowe związane ze skandalem COVID-19. Gdy miał złożyć pozew zbiorowy, został aresztowany za granicą przez niemiecki rząd, uwięziony w Niemczech na podstawie zarzutów, które wielu uważa za fałszywe, i cofnięto mu licencję na wykonywanie zawodu prawnika.
Kiedy rządy działają bezprawnie, nie można już wymierzać sprawiedliwości. Zwycięża tylko przymus. Rząd niemiecki – podobnie jak inne rządy byłego świata zachodniego – prowadzi nas z powrotem do średniowiecza. [W średniowieczu katolickim prawo było egzekwowane. md]
Wygląda na to, że Big Pharma jest zbyt potężna, by można jej było poważnie zagrozić. Być może dlatego sekretarz zdrowia USA Robert F. Kennedy Jr. musiał zaakceptować decyzję CDC o przekazaniu firmie Pfizer 1,24 miliarda dolarów na szczepionki przeciw COVID-19, które będą podawane dzieciom i dorosłym.
CDC, federalna agencja podlegająca Sekretarzowi Zdrowia i Opieki Społecznej Kennedy’emu, zatwierdziła dalsze finansowanie i zatwierdzenie szczepionek przeciw COVID-19 dla dzieci, pomimo tego, co autor uważa za wyraźne dowody na znaczne ryzyko. To pokazuje, czyje ręce naprawdę nami kierują, skoro nawet Robert Kennedy nie jest w stanie ochronić nas przed Big Pharma.
Najwyraźniej Big Pharma ma większy wpływ na CDC niż minister zdrowia Robert Kennedy. To powinno nam powiedzieć wszystko, co musimy wiedzieć o liberalnym micie o władzy ludu. W rzeczywistości rządzą grupy interesu, z których najpotężniejszą jest lobby izraelskie.
W czasie zimnej wojny antykomuniści pisali książki o „zniewolonych narodach”. Dziś zniewolone narody to kraje, które nie są już narodami, lecz wieżami Babel, tworzącymi świat zachodni. Rządzą nimi potężne interesy gospodarcze oraz Izrael, który wykorzystuje miliardy dolarów przekazywane przez Waszyngton do wywierania wpływu na rządy.
Amerykanie są pierwszym narodem w historii, który płaci daninę Izraelowi z własnej kieszeni – bez wcześniejszej porażki militarnej z Izraelem – dzięki czemu Izrael może wykorzystywać amerykańskie pieniądze, aby wpływać nie tylko na rząd USA, ale także na rządy innych krajów.
Ten słodki 13-miesięczny chłopczyk, którego widzi Pan na poniższym zdjęciu – już nie żyje. Został zgwałcony na śmierć przez dwóch gejów, którzy go adoptowali – tak, tych ze zdjęcia. Sąd właśnie potwierdził, że są winni zabójstwa.
***
Wbrew poprawności politycznej nagłaśniamy takie sytuacje – dla dobra dzieci. Czy możesz wesprzeć naszą pracę?
Preston urodził się w 16 czerwca 2022 roku w Manchesterze i pięć dni po narodzinach trafił pod opiekę zastępczą na mocy pilnego nakazu wydanego przez angielski sąd. Przez pierwsze dziewięć miesięcy życia mieszkał u rodziców zastępczych. Para gejów – Jamie Varley i John McGowan-Fazakerley – została zatwierdzona jako kandydaci do adopcji w styczniu 2023 roku, a Preston zamieszkał z nimi w miejscowości Blackpool w kwietniu, gdy miał dziewięć miesięcy.
Od tego czasu niemowlę wielokrotnie trafiało do lekarza ze śladami przemocy: krwawieniem z nosa i napadami drgawek, później z wysypką i siniakami, ze złamanym lewym łokciem. Pracownicy socjalni, którzy w trakcie procesu adopcyjnego odwiedzali gejów i chłopca w domu, poszli jednak po linii poprawności politycznej, chwalili nowoczesną „rodzinę” i nie stwierdzili zagrożenia dla dziecka.
27 lipca 2023 r. Varley po raz ostatni zawiózł Prestona do szpitala w Blackpool. Twierdził, że zostawił dziecko w wannie na kilka minut, a po powrocie znalazł je pod wodą. Lekarze stwierdzili jednak, że chłopiec był suchy i nie było dowodów, by połknął wodę. Preston mimo reanimacji wkrótce zmarł.
Dziewięćdziesiąt minut przed przewiezieniem chłopca do szpitala Varley nagrał film, na którym dziecko było w skrajnym cierpieniu i ledwo oddychało.
Część dowodów w trakcie procesu była tak drastyczna, że jeden z przysięgłych nie był w stanie kontynuować udziału w sprawie – proces przerwano i rozpoczęto ponownie z nową ławą przysięgłych.
***
Pomóż ratować dzieci przed homo-adopcjami. Wesprzyj działania finansowo.
W minionym tygodniu Jamie Varley został skazany na dożywocie bez możliwości ubiegania się o zwolnienie warunkowe. Drugi homoseksualista – McGowan-Fazakerley – dostał 25 lat więzienia. Sąd uznał, że Preston był ofiarą przemocy fizycznej, seksualnej i emocjonalnej. Sama sekcja zwłok wykazała u dziecka 40 obrażeń zewnętrznych i wewnętrznych, a przyczyną zgonu było zaduszenie dziecka podczas gwałtu.
Szanowny Panie,
Czy wie Pan, jakie skutki wywołał ten skandal w Wielkiej Brytanii? Hrabstwo Lancashire, w którym mieszkał i zginął Preston, będzie teraz robić audyt procedur adopcyjnych. Sprawdzone ma być też działanie policji, opieki społecznej i systemu ochrony zdrowia. Nikt jednak nie zwraca uwagi na podstawowy problem: homoadopcje jako takie. Geje ani lesbijki nie powinni mieć oddawanych pod opiekę żadnych dzieci. Dziećmi mogą opiekować się wyłącznie osoby pozostające w normie seksualnej, inaczej dziecko narażone jest na wykorzystanie. W przypadku homoseksualistów dochodzą także inne współistniejące zagrożenia, jak choćby skłonność do przemocy – w tym przemocy skrajnej i skierowanej wobec dzieci.
Poprawność polityczna i wszechobecna cenzura i/lub autocenzura powodują, że kraje Zachodu są w ślepej uliczce.
W Polsce też obserwujemy presję na adopcje dzieci przez homoseksualistów. A zaczyna się to wszystko od legalizacji związków jednopłciowych. Środowisko LGBT w Polsce walczy w tej chwili o transkrypcje swoich pseudo-małżeństw – związków cywilnych zawartych w innych państwach UE.
Już teraz zapowiadają, że następnie wyciągną rękę po dzieci.
Fundacja Życie i Rodzina podejmuje liczne działania, aby tak się nie stało. Wiemy jednak doskonale, że decyzje, które zapadną na górze, będą wprost zależeć od tego, jaka będzie świadomość społeczna w sprawie LGBT. I wiemy, jak o tę świadomość zadbać.
Przygotowaliśmy projekt grafiki, którą chcemy w najbliższych godzinach przesłać do drukarni i wyprodukować co najmniej 10 szt. wielkoformatowych banerów. A potem pokazać je na ulicach w całej Polsce – w trakcie parad LGBT, pikiet edukacyjno-informacyjnych i innych akcji ulicznych.
Dlatego zwracam się do Pana z prośbą o pomoc w sfinansowaniu druku tych banerów. Jedna sztuka kosztuje 400 złotych – więc muszę zebrać 4000 złotych, aby zlecić taki druk.
Ponieważ chcę jak najszybciej wyposażyć oddziały terenowe Fundacji w banery, szukam:
– 40 osób, które mogą wpłacić po 100 złotych
– lub 20 osób, które wpłacą po 200 złotych.
Czy może Pan być jedną z tych osób?
Bardzo o to proszę.
Dane do wpłat:
Fundacja Życie i Rodzina
Numer konta:
47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
Kod SWIFT dla przelewów transgranicznych: BIGBPLPW
Każdy baner to źródło informacji i możliwość otwarcia oczu tysiącom Polaków. Wielu z nich nie dowie się o tragedii maleńkiego Prestona z mediów, do których ma na co dzień dostęp. Dlatego te banery muszą jak najszybciej trafić na ulice.
Sam proces druku to 2-4 dni roboczych.
Czy może Pan wpłacić 100 lub 200 złotych, abym mógł zlecić ten druk w najbliższych godzinach?
PS – Jeśli ludzie w Polsce nie dowiedzą się, czym kończą się homo-adopcje, politykom przyjaznym LGBT będzie łatwiej do tych adopcji doprowadzić. Walczymy, aby ochronić polskie dzieci.
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
WASZYNGTON, 18 czerwca. /TASS/. Wiceprezydent USA J.D. Vance ostro skrytykował przywództwo Izraela, wzywając państwo żydowskie do pamiętania, że Stany Zjednoczone pozostają jego „jedynym, potężnym sojusznikiem” na świecie.
„Powiem to, bo naprawdę mnie to martwi: widzimy ludzi z gabinetu Bibiego (premiera Izraela Benjamina Netanjahu – TASS), którzy publicznie krytykują umowę [między Waszyngtonem a Teheranem] i w pewnym sensie dopuszczają się bardzo osobistych ataków na prezydenta Stanów Zjednoczonych [Donalda Trumpa]” – powiedział Vance na konferencji prasowej w Białym Domu.
„MWysyłam im podwójny sygnał. Po pierwsze, Donald Trump jest obecnie jedynym przywódcą państwa na świecie, który darzy państwo Izrael jakąkolwiek sympatią. Jest także przywódcą globalnego supermocarstwa. Gdybym był w izraelskim gabinecie, prawdopodobnie nie krytykowałbym jedynego potężnego sojusznika, jakiego mam gdziekolwiek na świecie” – podkreślił wiceszef amerykańskiej administracji.
„Po drugie, sygnał dla niektórych członków [izraelskiego] gabinetu, którzy krytykują prezydenta USA – a Bibi, trzeba mu przyznać, nie poszedł tą drogą – brzmi następująco: w ciągu ostatnich trzech miesięcy dwie trzecie broni obronnej, która chroniła waszą ojczyznę, zostało zbudowanych przez Amerykanów i opłaconych przez amerykańskich podatników” – zauważył Vance.
Według niego „problemem Izraela nie jest Donald Trump”. „A każdy w Izraelu, kto uważa, że jego największym problemem jest prezydent USA, powinien się obudzić i zdać sobie sprawę z realiów sytuacji w swoim kraju” – podkreślił wiceprezydent.
Potwierdził, że zna artykuł w Axios, w którym twierdzono, że Netanjahu „wścieka się” z powodu umowy USA-Iran. „Widziałem artykuł w Axios, w którym Netanjahu pisał, że jest wściekły. Moje rozmowy z nim tego nie odzwierciedlają. Może mówić coś, czego nie mówi mi, czegoś, czego nie mówi komuś innemu” – powiedział Vance.
Dodał, że Trump oczekuje, iż „wszyscy przyjaciele” Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie, w tym „Izraelczycy i Arabowie”, będą współpracować na rzecz osiągnięcia ostatecznego porozumienia pokojowego między Waszyngtonem a Teheranem.
Żyjemy w świecie, który zdaje się oszalał. Jakby między ludźmi a rzeczywistością wzniesiono gigantyczne, krzywe lustro, które odwraca wartości, przeinacza oczywistości i nagradza najbardziej drapieżne zachowania. W tej ogromnej komedii absurdu garstka drapieżników dokonała historycznego wyczynu, przekonując miliardy ludzi, że niewola to stan normalny, że niepewność jest nieunikniona, a posłuszeństwo cnotą.
Od pokoleń ci samozwańczy mistrzowie prosperują dzięki mechanizmowi równie prostemu, co skutecznemu, opartemu na strachu. Strachu, który jest pielęgnowany, udoskonalany i przekazywany z pokolenia na pokolenie niczym dziedzictwo. Strachu, który stał się niewidzialną infrastrukturą, na której opiera się cały porządek społeczny.
Wokół nich krąży dwór strażników narracji, świeckich kapłanów, zarządców symboli i twórców iluzji. Nienaganne mundury, uroczyste ceremonie, pieczołowicie pielęgnowane tradycje – wszystko to sprzysięga się, by stworzyć wrażenie, że ci, którzy mieszkają w pałacach, są naturalnie skazani na podziw. Spektakl jest tak starożytny, że w końcu wydaje się naturalny. Jednak za złoconą fasadą często pozostaje jedynie podstawowa zasada, której celem jest gromadzenie władzy przez tych, którzy już ją posiadają.
Iluzja żeruje na krwi i zamęcie historii. Zabójstwa, ataki, nieudane rewolucje, zamachy stanu i wojny służą jako paliwo dla gigantycznej machiny narracyjnej. Każdy kryzys staje się okazją do wzmocnienia przekonania, że to właśnie elity są niezbędne dla stabilności świata, który w rzeczywistości pomagają destabilizować.
W tym wypaczonym obrazie rzeczywistości ideolodzy, eksperci, propagandyści i strażnicy ortodoksji odgrywają rolę współczesnych magów. Ich funkcją jest nie tyle wyjaśnianie ich sfabrykowanej rzeczywistości, co spowijanie jej mgłą na tyle gęstą, by uniemożliwić komukolwiek dostrzeżenie jej prawdziwych mechanizmów. Dzielą, kategoryzują, nastawiają przeciwko sobie i przekierowują gniew z chirurgiczną precyzją.
Ich najwspanialszym osiągnięciem jest przekształcenie drapieżnika w filantropa, a grabieży w cywilizacyjny obowiązek. Historia pełna jest przykładów, w których ci, którzy zgromadzili kolosalne fortuny poprzez wyzysk, chciwość lub głęboko nierówne systemy, byli następnie celebrowani jako dobroczyńcy ludzkości. Przedsiębiorstwa kolonialne, które ogołociły całe kontynenty z zasobów, były przedstawiane jako agenci postępu. XIX-wieczni przemysłowcy, budujący swoje imperia na wyczerpującej pracy robotników i dzieci, są dziś czczeni za swoje fundacje charytatywne i biblioteki. Imperia finansowe, które powodują niszczycielskie kryzysy gospodarcze, są ratowane z funduszy publicznych w imię stabilności, podczas gdy obywatele, którzy płacą rachunek, są wzywani do odpowiedzialnego działania.
Kiedy Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska splądrowała zasoby rozległych terytoriów Azji, prezentowała się jako motor napędowy handlu i cywilizacji. Kiedy Cecil Rhodes rozszerzył swoje wpływy w Afryce, budując imperium kolonialne, został uznany za wizjonera. Kiedy niektórzy magnaci rewolucji przemysłowej, jak baronowie- rozbójnicy Nowego Porządku Świata, zgromadzili ogromne fortuny w często brutalnych warunkach socjalnych, przeszli do historii jako oświeceni mecenasi. W ostatnich latach liderzy głównych instytucji finansowych odpowiedzialnych za kryzys z 2008 roku nigdy nie ponieśli konsekwencji porównywalnych z tymi, jakie poniosły miliony ludzi, którzy stracili pracę lub domy w wyniku ich decyzji.
Zasada wydaje się niezmienna: drobny złodziej jest wytykany palcami, a wielki drapieżnik otrzymuje medal. Ten, kto kradnie zawartość kasy w sklepie, jest przestępcą; ten, kto przywłaszcza sobie przemysł, kraj lub całe pokolenie, staje się kapitanem przemysłu, strategiem lub mężem stanu. Im większa skala grabieży, tym bardziej jest ona skrywana pod płaszczykiem legalności. Zorganizowana grabież dokonywana przez tę kastę szkodników po prostu zmienia swój strój; wczoraj była uzbrojona w miecz, dziś jest po prostu ubrana w szyty na miarę garnitur, otoczona prawnikami, specjalistami od PR i oficjalnymi ceremoniami. Zatem ich arcydzieło polega na przekształceniu drapieżnika w dobroczyńcę, a grabieży w szanowaną instytucję.
Kto ukradnie kilka banknotów, staje się przestępcą. Kto przywłaszcza sobie zasoby kontynentu, staje się mężem stanu. Kto opróżnia skarbiec narodu, otrzymuje zaszczyty, tytuły, a czasem nawet miejsce w podręcznikach historii. Im większe przywłaszczenie, tym bardziej wydaje się ono uzasadnione. W tym tkwi cud tej moralnej inwersji!
Podczas gdy uwaga skupia się na starannie wyznaczonych wrogach, prawdziwe ośrodki władzy pozostają w cieniu. Masy kłócą się, obrażają i ścierają z powodu kolejnych, często ulotnych przyczyn. Wyczerpują się w nieustannych wojnach kulturowych, podczas gdy bogactwo wciąż rośnie.
Jeśli chcemy wyjść poza mit „głębokiego państwa”, nie musimy powoływać się na tajną organizację czającą się w cieniu. W krytycznej analizie współczesnej władzy, to, co niektórzy nazywają tym terminem, to nie tyle niewidzialny spisek, co zbiór doskonale rozpoznawalnych sieci wpływów, na które składają się ogromne odziedziczone fortuny, strategiczne grupy przemysłowe, międzynarodowe koncerny energetyczne, instytucje finansowe, firmy konsultingowe, giganty technologiczne i podmioty zdolne do wywierania nieproporcjonalnego wpływu na decyzje publiczne. Ich prawdziwa siła tkwi nie w absolutnej tajemnicy, lecz w ich powszechnej widoczności. Zasiadają w zarządach, finansują think tanki, uczestniczą w ważnych forach ekonomicznych, spotykają się z liderami politycznymi i kształtują część agendy publicznej bez konieczności ukrywania się.
Duzi producenci broni, międzynarodowe koncerny naftowe i imperia finansowe niekoniecznie tworzą jednorodny blok realizujący jeden cel; łączy je jednak wspólny interes w zachowaniu porządku gospodarczego, którego są głównymi beneficjentami. Do tego dochodzą nowe ośrodki władzy, które wyłoniły się z rewolucji cyfrowej. Firmy takie jak Google, Meta, Amazon, Apple i Microsoft posiadają obecnie wpływ na informację, komunikację, konsumpcję, a nawet debatę publiczną, jakiego żadna prywatna firma nie mogłaby sobie wyobrazić jeszcze kilka dekad temu. Ich liderzy są dobrze znani, udzielają wywiadów, są celebrowani w mediach i zapraszani na najbardziej prestiżowe konferencje międzynarodowe. Paradoks tkwi w tym, że najbardziej strukturalna siła w naszym społeczeństwie nie zawsze jest ukryta; wręcz przeciwnie, często jest eksponowana w pełnym świetle dziennym, ale zawsze prezentowana pod uspokajającym płaszczykiem innowacji, sukcesu przedsiębiorczości lub postępu technologicznego.
Z tej perspektywy, zasadnicze pytanie nie brzmi, czy niewidzialna ręka potajemnie kieruje światem, ale raczej, jak pewne nadzwyczajne skupiska bogactwa, własności, danych, siły lobbingowej i dostępu do decydentów mogą kształtować zbiorowe priorytety. Współczesna władza niekoniecznie nosi maskę, co często widać na okładkach magazynów biznesowych, na podium międzynarodowych szczytów i w rankingach najbogatszych ludzi świata. To właśnie ta normalizacja wpływów czasami utrudnia jej kwestionowanie.
Zatem, choć kwestia wyczerpywania się zasobów i „granic wzrostu” nie jest nowa, często służyła jako krzywe zwierciadło, odzwierciedlając zarówno uzasadnione obawy, jak i znacznie bardziej nieprzejrzyste strategie wywierania wpływu. Zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych idea rychłego wyczerpania się ropy naftowej powracała wielokrotnie w XX wieku, by być regularnie podważana lub obalana przez postęp w technikach wydobywczych i odkrycia nowych złóż. Ta narracja o niedoborze nigdy jednak nie była neutralna, ponieważ podsycała zbawienną krytykę obsesji na punkcie produktywizmu, a jednocześnie dostarczała wygodnego języka niektórym podmiotom gospodarczym do legitymizacji własnych interesów.
W latach 70. XX wieku, w okresie szoków naftowych, kilka dużych firm z sektora podejrzewano o skoordynowane działania mające na celu ograniczenie podaży i sztuczne zawyżanie cen, w kontekście już napiętym decyzjami OPEC i niestabilnością geopolityczną. Jednocześnie działalność Klubu Rzymskiego i jego przełomowy raport „Granice wzrostu” przyczyniły się do spopularyzowania idei rychłego fizycznego ograniczenia możliwości rozwojowych ludzkości. Nie kwestionując znaczenia długoterminowych ostrzeżeń środowiskowych, scenariusze te były niekiedy wykorzystywane w dyskursie politycznym i gospodarczym w sposób znacznie odbiegający od ich pierwotnego zamysłu.
Jednocześnie przemysł zbrojeniowy w niedoborze zasobów i napięciach, jakie on generuje, odnalazł powtarzający się argument uzasadniający konflikty i logikę militarnego bezpieczeństwa dostaw. Konkurencja o surowce – ropę naftową, gaz, minerały strategiczne – staje się wówczas narracją strukturalną, która może służyć zarówno potępieniu nadużyć modelu ekstraktywistycznego, jak i legitymizacji strategii władzy, interwencji lub kontroli terytorialnej. W ten sposób ta sama idea – idea granic – nieustannie oscyluje między szczerym ostrzeżeniem ekologicznym a narzędziem politycznego uzasadnienia, w zależności od tego, kto ją stosuje.
Mechanizm jest zawsze ten sam: stworzyć postać odpychającą, skupić na niej całą zbiorową uwagę, a następnie pozwolić widzom wyładować w niej swój gniew. W ten sposób reflektor oświetla wybraną postać, podczas gdy ci, którzy ją stworzyli, pozostają ukryci za kurtyną.
Gniew staje się wówczas surowcem. Oburzenie przekształca się w towar. Konflikt staje się odrębnym przemysłem. Bo w tym systemie kryzysy nie są już tylko katastrofami do rozwiązania, ale raczej szansami do wykorzystania, dźwigniami władzy, źródłami zysku lub legitymizacji politycznej.
Kanały informacyjne nadające przez całą dobę od dawna wiedzą, że społeczeństwo zaniepokojone utrzymuje łączność dłużej niż społeczeństwo spokojne. Każda kontrowersja jest analizowana przez wiele dni, każdy drobny incydent zostaje podniesiony do rangi tragedii narodowej, każdy spór napędza nieprzerwany cykl debat, reakcji i kontrreakcji. Strach przyciąga uwagę, a uwaga generuje dochód. W gospodarce informacyjnej lęk stał się towarem.
W mediach społecznościowych logika jest jeszcze bardziej brutalna. Algorytmy „Facebooka”, „X”, „TikToka” i „YouTube’a” często faworyzują treści wywołujące silne reakcje emocjonalne, takie jak gniew, strach, oburzenie i uraza. Im bardziej kontrowersyjny jest dany materiał, tym szerzej się rozchodzi. Im szerzej się rozchodzi, tym większe generuje zaangażowanie. W ten sposób ciągła konfrontacja staje się paliwem napędzającym model ekonomiczny. A ludzie toczą wojnę poziomą zamiast pionowej, skierowaną ku górze i tym, którzy naprawdę na niej korzystają!
Od dziesięcioleci historia polityczna oferuje to samo widowisko. Po każdym poważnym kryzysie – czy to po atakach z 11 września 2001 roku, kryzysie finansowym z 2008 roku, sfingowanej pandemii COVID-19, trwającej interwencji Rosji i przekierowaniu funduszy do rajów podatkowych przez Ukrainę, czy innych okresach niestabilności – systematycznie wprowadzane są nowe mechanizmy kontroli, nadzoru lub środki nadzwyczajne w imię bezpieczeństwa zbiorowego. Ale systemy te istnieją jedynie po to, by chronić skorumpowanych i zniewolonych, świadomych obywateli. Niektóre są uzasadnione i konieczne, podczas gdy inne utrzymują się długo po ustąpieniu pierwotnego zagrożenia. W ten sposób każdy wstrząs wzmacnia rolę instytucji odpowiedzialnych za zarządzanie jego skutkami i zamyka społeczeństwa w tyrańskim systemie masowego nadzoru.
Przemysł zbrojeniowy prosperuje wyłącznie dzięki napięciom geopolitycznym, które sam generuje. Firmy zajmujące się cyberbezpieczeństwem prosperują dzięki strachowi przed cyberatakami, które same generują. Konsultanci i inni eksperci prosperują dzięki kryzysom, które obiecują przewidzieć. Platformy cyfrowe prosperują dzięki konfliktom, które wzmacniają. Aktorzy polityczni prosperują dzięki podziałom, które publicznie potępiają, jednocześnie potajemnie je podsycając.
W tym nieustannym klimacie napięcia obywatele żyją w stanie niemal nieustannego pogotowia, tracąc tym samym racjonalność. Coraz trudniej im odróżnić autentyczną pilność od spektaklu pilności. Każdy tydzień przynosi nowego wroga, nowe obowiązkowe oburzenie, nowy skandal przedstawiany jako egzystencjalny. Zbiorowa uwaga jest rozproszona, głęboka refleksja staje się rzadkością, a strukturalne przyczyny problemów znikają w natłoku natychmiastowych reakcji.
Rezultat jest paradoksalny: im więcej społeczeństwa informacyjne posiadają, tym większe ryzyko, że zostaną przytłoczone przez jego szum. Im bardziej są połączone, tym bardziej mogą się rozdrobnić. A im bardziej żyją w ciągłym strachu, tym chętniej delegują swoją wolność, osąd lub odpowiedzialność tym, którzy obiecują je uspokoić. W ten sposób kryzys przestaje być wyjątkiem, a staje się sposobem rządzenia, rynkiem uwagi i modelem ekonomicznym.
Z biegiem czasu ta logika wywołuje dziwny zbiorowy niepokój. Ofiary podziwiają swoich ciemiężców. Wyzyskiwani marzą o tym, by być podobnymi do tych, którzy ich wyzyskują. Symbole władzy stają się obiektami powszechnej fascynacji. Korony, trony, dynastie i hierarchie przetrwały nie dlatego, że zostały narzucone wyłącznie siłą, ale dlatego, że zajmują zbiorową wyobraźnię.
Sam język ostatecznie zwraca się przeciwko tym, którzy go używają. Słowa tracą znaczenie. Wojna staje się operacją pokojową. Inwigilacja staje się ochroną. Cenzura staje się odpowiedzialnością. Wojna staje się moralnością. Agresja staje się atakiem wyprzedzającym. Przywilej staje się zasługą. A każda inwersja dodaje kolejną warstwę do mgły.
Podczas gdy oczy są zniewalane pompą, ceremoniami, starannie wyreżyserowanymi skandalami, partyjnymi kłótniami i nieprzerwanym strumieniem rozrywki, istotne realia rozgrywają się poza ekranem. Za nieustannym brzękiem ekranów dokonuje się głębsza transformacja, wraz ze stopniową erozją autonomii intelektualnej, krytycznego rozeznania i zdolności jednostek do samodzielnej interpretacji otaczającego świata. To panowanie infantylizacji.
Nigdy wcześniej w historii społeczeństwa nie miały dostępu do tak wielu informacji. Nigdy wcześniej nie były narażone na tak silny zalew sprzecznych, emocjonalnych i natychmiastowych treści. A jednak każdego dnia miliony ludzi poświęcają więcej czasu na śledzenie zwrotów akcji w życiu celebrytów, kontrowersji związanych z wirusami czy starć między influencerami niż na zrozumienie mechanizmów ekonomicznych, politycznych czy technologicznych, które naprawdę kształtują ich życie.
Kiedy królewski ślub czy mecz piłkarski przyciągają setki milionów widzów ledwo przekraczających granicę ubóstwa, kiedy najdrobniejsze gesty medialnych osobistości stają się wydarzeniami o zasięgu globalnym, kiedy całe tygodnie antenowe poświęcone są jałowym kontrowersjom chwili, wszystkie fundamentalne kwestie znikają ze zbiorowej świadomości. A restrukturyzacja przemysłu, koncentracja władzy gospodarczej, dług publiczny, transformacja pracy i wykorzystywanie danych osobowych wciąż postępują w względnej tajemnicy.
Podczas gdy uwaga opinii publicznej skupia się na najnowszym skandalu wirusowym, kilkadziesiąt konglomeratów wywiera coraz większy wpływ na globalną infrastrukturę informacyjną, handlową, komunikacyjną i cyfrową. Firmy takie jak Google, Meta, Amazon, Apple i Microsoft zajmują obecnie centralne miejsce w przepływie informacji, wymianie gospodarczej, a nawet interakcjach społecznych miliardów ludzi.
Wywłaszczenie niekoniecznie przybiera już brutalną formę cenzury czy bezpośredniego przymusu. Często następuje poprzez stopniowe delegowanie. Delegujemy naszą pamięć wyszukiwarkom, naszą orientację GPS-owi, uwagę algorytmom rekomendacji, naszą towarzyskość platformom cyfrowym, a nasze wybory kulturowe automatycznym systemom sugestii. Każde delegowanie wydaje się nieszkodliwe. Jednak razem zmieniają one relację jednostki z własnym osądem.
Co jeszcze bardziej niepokojące, sam język staje się polem bitwy. Słowa nabierają strategicznego znaczenia, zmieniają znaczenie w zależności od kontekstu lub stają się narzędziami mobilizacji emocjonalnej. Wyrażenia takie jak „reforma”, „modernizacja”, „bezpieczeństwo”, „wolność”, „postęp” czy „odpowiedzialność” są czasami używane do opisywania radykalnie odmiennych rzeczywistości, w zależności od interesów tych, którzy ich używają. Debata nie koncentruje się już wyłącznie na faktach, ale na samych słowach.
Współcześni obywatele ryzykują zatem utratę tego, co jest w istocie ich głównym środkiem oporu: zdolnością do jasnego nazywania tego, co obserwują. Kiedy brakuje im słów, by opisać sytuację, kiedy nie potrafią już odróżnić informacji od spektaklu, analizy od reakcji emocjonalnej, rzeczywistości od jej medialnej inscenizacji, stają się bardziej zależni od tych, którzy twierdzą, że interpretują za nich świat.
Prawdziwe pytanie zatem nie brzmi po prostu, kto sprawuje władzę ekonomiczną lub polityczną. Chodzi o to, kto definiuje kategorie, przez które ta władza jest postrzegana. Ten, kto narzuca narracje, ramy interpretacyjne i język debaty, często wywiera trwalszy wpływ niż ten, kto jedynie dysponuje siłą lub pieniędzmi.
Tak więc, podczas gdy ekrany świecą, ceremonie następują jedna po drugiej, skandale powtarzają się w szalonym tempie, a rozrywka zajmuje każdą dostępną przestrzeń uwagi, bogactwo cenniejsze od jakiegokolwiek innego może być zagrożone, a jest nim suwerenność samego ludzkiego ducha!
Największym zwycięstwem manipulatorów nie jest bowiem kontrolowanie bogactwa ani instytucji. To kontrolowanie umysłów i przekonywanie ludzi, że nie są w stanie sami sobą rządzić. To wmawianie im, że nieufność jest naturalna, rywalizacja nieunikniona, a ludzie są z gruntu źli. Jednak cała ta konstrukcja opiera się na fundamentalnej słabości, ponieważ zależy od wsparcia tych, którzy są jej poddani.
W dniu, w którym ludzie przestaną karmić maszynę swoim strachem, nienawiścią i nieustannym oburzeniem, część jej mocy wyparuje. W dniu, w którym na nowo odkryją znaczenie słów, smak rzeczywistości i pewność siebie, zaklęcia stracą swoją moc.
Prawdziwy przełom nie zaczyna się od spektakularnej rewolucji. Zaczyna się, gdy odmawiamy udziału w tej szaradzie. Gdy przestajemy mylić prestiż z cnotą, bogactwo z zasługami, a autorytet z mądrością. Bo systemy oparte na strachu przetrwają tylko tak długo, jak długo ktoś nadal będzie akceptował strach.
Autorstwo: Phil Broq Wyszukał, opracował i udostępnił: Jarek Ruszkiewicz Źródło zagraniczne: Jevousauraisprevenu.blogspot.com Źródło polskie: WolneMedia.net
Minister obrony Izraela Israel Katz powiedział: „Zrównaliśmy z ziemią cały pierwszy rząd wiosek w południowym Libanie; wszystkie domy zostały zniszczone. Mieszkańcy nigdy ich już nie zobaczą”. https://t.me/Middle_East_Spectator/33741
Izraelski minister bezpieczeństwa narodowego, Ben-Gvir, powiedział: „Za każdą łzę przelaną przez izraelską matkę, tysiąc libańskich matek musi płakać! Cały Liban musi spłonąć!”https://t.me/ClashReport/86039
Izraelskie samoloty bojowe po raz czwarty bombardują południowo-libańską wioskę Arab Salim, uderzając w pobliskie budynki mieszkalne.
Minister finansów Izraela zażądał otwarcia „bram piekła” nad Libanem po tym, jak Hezbollah zabił czterech izraelskich żołnierzy. https://t.me/thecradlemedia/62279
Gdyby ten nagłówek pochodził od dziennikarza z USA, Niemiec, Francji lub Wielkiej Brytanii, oskarżenia o antysemityzm prawdopodobnie szybko by się pojawiły. Kariery mogłyby zostać zakończone, artykuły wycofane, a debaty natychmiast stłumione.
Słowa te nie pochodzą jednak od aktywisty, palestyńskiego polityka ani raportu międzynarodowej organizacji pozarządowej.
Autorem jest Ehud Olmert – były premier Izraela.
W niezwykłym artykule dla izraelskiej gazety Haaretz Olmert podnosi oskarżenia rzadko spotykane w najwyższych kręgach politycznych Izraela. Oskarża rząd Izraela o prowadzenie „zorganizowanej, systematycznej i finansowanej przez państwo kampanii czystek etnicznych i zbrodni przeciwko ludzkości” na Zachodnim Brzegu.
Jeszcze bardziej niezwykłe jest to, że Olmert wyraźnie wyklucza Gazę z tych oskarżeń. Podczas gdy debata międzynarodowa od miesięcy zdominowana jest przez wydarzenia w Strefie Gazy, były premier koncentruje swoją uwagę na Zachodnim Brzegu.
Według Olmerta, palestyńskie wioski są tam regularnie celem ataków. Mówi o pogromach, podpaleniach, napaściach, kradzieżach ziemi i zorganizowanych kradzieżach. Zdecydowanie odrzuca tezę, że to jedynie dzieło garstki radykalnych osadników.
Według jego relacji nie są to odosobnione ekscesy, lecz proces możliwy dzięki decyzjom politycznym i chroniony przez struktury państwowe.
Jego oskarżenie wobec przywódców politycznych kraju jest szczególnie poważne. Olmert wymienia premiera Benjamina Netanjahu, ministra obrony Israela Katza oraz ministrów Itamara Ben-Gvira i Bezalela Smotricza jako polityczne siły napędowe stojące za rozwojem sytuacji, której ostatecznym celem jest całkowita kontrola nad Zachodnim Brzegiem bez zamieszkującej tam ludności palestyńskiej.
Były premier nie ukrywa swojego doboru słów. Mówi wprost o „czystkach etnicznych”.
Choć Olmert opisuje działania izraelskiego wojska w Strefie Gazy jako częściowo brutalne, a w niektórych przypadkach wręcz przestępcze, stawia tu pewną granicę. Twierdzi, że nie widział żadnych dowodów na to, że rząd Izraela prowadził politykę ludobójstwa.
Jednak na Zachodnim Brzegu doszedł do innych wniosków.
Uważa, że rząd ponosi bezpośrednią odpowiedzialność za wydalanie Palestyńczyków i poważne naruszenia praw człowieka.
Jego oskarżenia pod adresem izraelskich instytucji są szczególnie bulweersujące. Według Olmerta policja nie zapobiega atakom, lecz czasami współpracuje ze sprawcami. Funkcjonariusze sił bezpieczeństwa regularnie przymykają oko, a nawet aktywnie interweniują – często przeciwko palestyńskim ofiarom, a nie napastnikom.
Krytykuje również krajowy wywiad Szin Bet i część armii. Obie organizacje dysponują środkami do walki z żydowskim ekstremizmem, ale nie potrafią ich konsekwentnie wykorzystywać.
Olmert ostrzega, że społeczność międzynarodowa może w końcu sama podjąć działania. Jeśli władze Izraela nie podejmą działań przeciwko osobom odpowiedzialnym, inicjatywę mogą przejąć Stany Zjednoczone, państwa europejskie lub Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze.
Jednak prawdziwe znaczenie jego artykułu leży gdzie indziej.
Były premier Izraela publicznie oświadczył, że największe zagrożenie dla przyszłości Izraela nie pochodzi z zewnątrz, lecz z wewnątrz.
Wzywa współobywateli, aby zaprzestali samouwielbienia i przymykania oczu na sprawy innych oraz aby stawili czoła wydarzeniom we własnym kraju.
Niezależnie od tego, czy podzielamy ocenę Olmerta, czy nie, jego tekst stanowi moment przełomowy. W tym przypadku bowiem najostrzejsza krytyka polityki rządu Izraela pochodzi nie od jego przeciwników, lecz od człowieka, który sam kiedyś stał na jego czele.
Solidarność wojenna z Ukrainą nie wystarczyła, aby narastające napięcia po obu stronach nie powróciły w formie paroksyzmów – otwartych, gwałtownych wybuchów emocji – gniewu, pretensji i żalu – przez pryzmat których definiuje się interes narodowy.
W wyniku skumulowania resentymentów historycznych, schizofrenicznej i fałszywej przyjaźni, wreszcie oburzenia i frustracji społecznej, spowodowanej szkodliwymi aktami strony ukraińskiej, w Polsce trwa debata polityczna i medialna, po której należałoby oczekiwać rewizji dotychczasowych założeń polityki wobec Ukrainy oraz zastopowania szkodliwych dla państwa i społeczeństwa procesów ukrainizacji.
Zawirowania polityczne i medialne wokół przejawów banderyzacji Ukrainy przywracają sens dyskutowania o nacjonalizmie i towarzyszących mu aberracjach w postaci ksenofobii i populizmu. Obnażają też potężne zaniedbania strony polskiej, która kierując się rzekomo wspólnymi interesami strategicznymi, opartymi na wrogości wobec Rosji, przegapiła ten historyczny moment, kiedy u południowo-wschodnich granic Rzeczypospolitej ukształtowało się państwo zainfekowane złowieszczą ideologią.
Ignorowanie banderyzmu
Od wielu lat polskie pseudo-elity przymykały oczy na instytucjonalizację nacjonalizmu banderowskiego. Ignorowano tę podstawową prawdę, że zbrodniczej ideologii nie można interpretować wybiórczo. Jeśli na potrzeby wojny obronnej wskazywano na jej antyrosyjski charakter, to przecież nie sposób było zapomnieć, że jej ostrze było skierowane także przeciwko Polakom. Państwo ukraińskie nigdy nie odcięło się od zbrodniczego dziedzictwa formacji OUN-UPA, co po polskiej stronie powinno być przedmiotem nieustannych kategorycznych żądań. Tymczasem akceptacja ordynarnego „nacjonalfaszyzmu” stała się podstawą „zgniłego” kompromisu, którego istotą jest pohańbienie pamięci o wymordowanych na Ukrainie rodakach oraz tchórzostwo i uległość w rozwiązywaniu problemów bieżących.
Nacjonalizm jako ideologia integracyjna i identyfikacyjna wspólnot narodowych jest w stanie zawładnąć wyobraźnią i wywierać silny wpływ na życie milionów ludzi. Nawet w społecznościach plemiennych, choćby w państwach afrykańskich, nacjonalizm przejawia się jako silny czynnik konsolidacji grupowej. Wyraża się to na przykład podczas wydarzeń sportowych (meczów piłki nożnej), kiedy kibice pochodzący z różnych plemion identyfikują się ze swoją narodowo-państwową reprezentacją (na przykład w Kamerunie, Senegalu czy Wybrzeżu Kości Słoniowej). Odniesienie do wspólnoty narodowej nie jest w takich przypadkach determinowane ani przez pochodzenie etniczne, ani kulturę. Naród stanowi wspólnotę obywateli, czyli demos i jest definiowany przede wszystkim przez państwo.
Są też narody charakteryzujące się przez pryzmat etnosu, czyli wspólnego pochodzenia etnicznego, języka i kultury. Należą do nich na przykład Kurdowie czy Katalończycy, którzy nie mają własnego państwa, ale mają silne poczucie tożsamości narodowej. Są to narody bezpaństwowe lub dążące do uzyskania niepodległości. Przez taką fazę przechodziły w XIX i XX wieku narody środkowo- i wschodnioeuropejskie, w których nacjonalizm akcentował czystość etniczną, traktując naród jako zbiorowość homogeniczną. Dla jej ustanowienia i obrony usprawiedliwione było użycie przemocy wobec obcych, w tym zbrodni i terroru.
Współczesna Ukraina, negując swoją historię w ramach Związku Radzieckiego, nawiązuje niestety do fazy nacjonalizmu etnicznego, uznając go za ideologię politycznego legitymizmu. Jego istotą jest apologia narodowych bohaterów, winnych okrutnych zbrodni oraz zrzucanie odpowiedzialności za wyrządzone zło na innych.
Od kilku wieków najważniejszą instytucją opartą na ekspresji nacjonalistycznej jest państwo narodowe. Jego podstawą jest wspólnota obywatelska – demos. Ten model został praktycznie przyjęty na całym globie. To czynnik polityczny, a nie kulturowo-etniczny determinuje tożsamość narodową. W tym sensie nacjonalizmy są ideologiami stricte politycznymi, stanowiącymi spoiwo organizacji politycznej społeczeństwa. Państwa jednolite pod względem etnicznym czy kulturowym stanowią wyjątek. W rzeczywistości istnieje głęboka rozbieżność między liczbą państw a liczbą narodów. Nieliczne państwa, jak Arabia Saudyjska, Iran, Brunei czy Afganistan odwołują się natomiast do legitymizacji religijnej, stawiając ją ponad demosem. Śmiało można je nazwać dyktaturami religijnymi.
Istota nacjonalizmu
W literaturze przedmiotu dominuje przekonanie, że nacjonalizm jest zjawiskiem przeniesionym z Zachodu i w rzeczywistości niezwykle złożonym. Może bowiem orientować się na utworzenie państwa opartego na tożsamości etnicznej lub lojalności wobec takiego państwa już istniejącego. Może skupiać się na tym, co łączy ludzi na danym terytorium, albo na dyskryminacji i wykluczaniu obcych. Może też przybierać zarówno pokojową, jak i agresywną formę. Choć wybitni znawcy problematyki – Benedict Anderson i Ernest Gellner – przypisywali językowi i kulturze kluczową rolę w budowaniu tożsamości narodowej, to jednak w rzeczywistości powstanie państwa narodowego w wyniku rewolucji atlantyckich XVII i XVIII wieku (Anglia, USA, Francja) było konsekwencją konfliktu o legitymizację władzy. Różnice etniczne, kulturowe i językowe nie odgrywały istotnej roli.
Z czasem rozwijano instytucje umacniające państwo narodowe od wewnątrz, ale nie przy pomocy ideologii nacjonalizmu, lecz demokratyzacji struktur, rozwijania procesu wyborczego, poboru do wojska, centralizacji biurokracji państwowej, indywidualnego prawa własności, równości prawnej obywateli i świeckiej edukacji.
Gdy państwo narodowe stało się normą na Zachodzie, jego model przyjęły ruchy nacjonalistyczne w innych częściach świata. Pod koniec I wojny światowej zaczęło inspirować antyimperialnych aktywistów w koloniach do domagania się niepodległości. Apogeum zwycięstw ruchów narodowowyzwoleńczych miało miejsce po II wojnie światowej. Warto przy tym zwrócić uwagę, że upowszechnianie nacjonalizmu jako dążeń do posiadania państwa narodowego nie było bynajmniej konsekwencją liniowego procesu modernizacji. Nowoczesność gospodarek, rozbudowa infrastruktury czy wysoki stopień alfabetyzacji niekoniecznie decydowały o uniwersalizacji państwa narodowego. Jego skomplikowana historia jest ciągle odkrywana na nowo, zważywszy na dotychczasowe obciążenia eurocentryzmem (por. Eric Storm, „Nationalism. A World History”, Princeton 2024).
Wyjątkiem, a nawet anachronizmem było łączenie państwa narodowego z imperium. Jest paradoksem, że większość zachodnioeuropejskich nowoczesnych państw narodowych długo tkwiła w formie imperiów kolonialnych. Także dzisiejsze największe potęgi, jak Stany Zjednoczone, Chiny czy Rosja mienią się nominalnie państwami narodowymi, ale nie stronią przecież od praktyk imperialnych. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że z perspektywy mniejszości etnicznych i ludów rdzennych większość istniejących państw narodowych nadal stanowi wielonarodowe imperia, w których mieszkańcy, posługujący się swoim językiem, innym od języka większości, są w praktyce traktowani jak obywatele drugiej kategorii.
Powstanie państw narodowych było wynikiem kilkuwiekowej transformacji, a towarzyszące temu nacjonalizmy intensywnie oddziaływały na ludzką świadomość. Perspektywa narodowa w epoce romantyzmu silnie zdeterminowała procesy poznawcze. Naród został wtedy zreifikowany jako podmiot mający swoją historię, tożsamość i kanony. Skutkowało to upowszechnieniem poglądów o wyjątkowości danego narodu, jego odrębnej drodze rozwojowej i wyróżnianiu się na tle innych. Do dzisiaj wpadamy w pułapki nadmiernego skupiania się na pojedynczych wydarzeniach i ich zmitologizowanych interpretacjach, zamiast na próbach zrozumienia genetycznego, strukturalnego i funkcjonalnego wpływu nacjonalizmu na pojmowanie tożsamości wspólnoty obywatelskiej (demosu).
Współcześnie polityki tożsamościowe państw narodowych, ustawiając się w opozycji do procesów globalizacji, ponadnarodowej integracji czy nasilania imigracji, coraz częściej sięgają do nacjonalizmów, skażonych innymi -izmami, zwłaszcza populizmem i ekskluzywizmem. Towarzyszy temu nasilona „nacjonalizacja” przestrzeni publicznej. Znajduje ona wyraz w instytucjonalizacji pamięci narodowej, pomnikomanii, toponimice (nazewnictwie miejsc). Trwa propagowanie standardowych reprezentacji tożsamości narodowej, znajdujących odbicie w wyrobach rękodzieła, folklorze, kulinariach i profesjonalnym brandingu produktów pochodzących z konkretnego kraju. W ten sposób powszechne skojarzenia między tożsamościami narodowymi, środowiskiem fizycznym i różnymi aspektami życia codziennego uległy swoistej banalizacji (Michael Billig, „Banalny nacjonalizm”, Kraków 2008) i stały się dla ludzi na całym świecie czymś naturalnym.
Od dawna zauważano, że taka marka jak „naród” dobrze się sprzedaje, gdyż ludzie spoglądają na system międzynarodowy przez pryzmat partykularyzmów. Produkty spożywcze czy atrakcje turystyczne są kojarzone z ich krajem pochodzenia, a komercyjne i społecznościowe media nie tylko przedstawiają glob podzielony na odrębne państwa narodowe, jako coś oczywistego, ale także otwarcie podsycają nastroje nacjonalistyczne (dumę, wyjątkowość, misyjność, przekonania o wyższości, posłannictwo dziejowe, arogancję wobec słabszych, dystanse cywilizacyjne i kulturowe).
Oblicze nacjonalizmu ukraińskiego
Gorzej jest, gdy nacjonalizm nawiązuje do swojej najbardziej radykalnej postaci nacjonalizmu integralnego, w której naród w znaczeniu wspólnoty krwi stanowi najwyższą i absolutną wartość. Twórcą tej koncepcji był Charles Maurras i ruch Action française na przełomie XIX i XX wieku. Zakładała ona połączenie idei narodowej z monarchizmem i militaryzmem. W latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku myśl ta inspirowała ruchy autorytarne i faszyzujące w całej Europie. Wywarła silny wpływ na ukształtowanie się ideologii Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). Twórcami podstaw teoretycznych ukraińskiego nacjonalizmu byli m.in. Mykoła Michnowski (manifest „10 Przykazań” Ukraińskiej Partii Ludowej, 1903; Dmytro Doncow, „Nacjonalizm”, 1926; Stepan Łenkawski, „Dekalog ukraińskiego nacjonalisty”, 1929; Mykoła Sciborski, „Nacjokratija”, 1935).
Nacjonalizm ukraiński we współczesnym wydaniu ma więc do czego nawiązywać i nie pojawił się bynajmniej jak „grzyby po deszczu”. Sprzyjała mu polityka tożsamościowa prezydentów Ukrainy – od Wiktora Juszczenki, przez Petra Poroszenko, po Wołodymyra Zełenskiego. „Cieplarniana” atmosfera dla idei narodowej postawiła na głowie projekt państwa narodowego, opartego na konstrukcji demosu. Zamiast przyjąć za punkt wyjścia złożoność etniczną, językową, religijną i kulturową Ukrainy, aby stworzyć jakąś formę państwa złożonego (sfederalizowanego, lub przynajmniej zdecentralizowanego, opartego choćby na brytyjskim modelu dewolucji), postawiono na państwo jednolite narodowo, odwołujące się do etnosu. Choć zdaniem znawcy problematyki Rogersa Brubakera, obecnie język stracił część swojego potencjału mobilizacyjnego na rzecz religii, to jednak ataki na rosyjskojęzycznych Ukraińców, a także na Ukraińską Cerkiew Prawosławną Patriarchatu Moskiewskiego dowodzą od wielu lat, że reżim polityczny wybiera etnocentryczną, a nie obywatelską legitymizację swoich rządów.
Przyjmując ideologię nacjonalizmu banderowskiego, którego matecznikiem jest zachodnia Ukraina, czyli Hałyczyna, władze w Kijowie stworzyły bezwarunkowe kryterium samookreślenia się w kategoriach patriotycznych: kto nie pasuje do właściwego szablonu „członka wspólnoty narodowej”, zasługuje na miano zdrajcy i wykluczenie. Nie należy się zatem dziwić, że taki szantaż i groźba wykluczenia (łącznie z fizyczną eliminacją) zdecydował o konsolidacji Ukraińców w konfrontacji z Rosją.
W obliczu agresji rosyjskiej najłatwiej było sięgnąć do historycznych zasobów wrogości i nienawiści, uosabianych przez nacjonalistów, od faszystowskiego OUN, po przesiąkniętą OUN-owskimi ideami Ukraińską Powstańczą Armię (UPA). Do powszechnego dyskursu i imaginarium (ostatnio modne słowo) powróciły więc demony zła. Nacjonalizmu o brunatnym rodowodzie nie poddano przewartościowaniom ani pod kątem użyteczności praktycznej dla nowoczesnego państwa ukraińskiego, aspirującego do europejskich struktur integracyjnych, ani ze względu na wieloznaczność, gdyż był on skierowany nie tylko przeciwko Moskalom i Sowietom, ale także Lachom, Żydom, Czechom i Madziarom (wszystkim obcym).
Brak zrozumienia dla wrażliwości innych narodów, a także pycha i arogancja, iż w świetle walki o tożsamość z Rosją, przedstawianą jako najbardziej agresywne i imperialistyczne państwo we współczesnym świecie, wszystkie chwyty są dozwolone, okazały się zgubne dla strategii narodowej kijowskich władz. Niezdolność do odróżnienia bohaterstwa od ludobójstwa, dokonanego przez oddziały UPA, dyskwalifikuje rządzących Ukrainą w oczach opinii międzynarodowej. Osłabia ją wizerunkowo i poważnie komplikuje dalszą solidarność wojenną ze strony Polski. Ukraińcy liczą jednak na wyrozumiałość władz Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii, które wydają się być mniej wrażliwe na renesans zbrodniczych ideologii, gdyż same nigdy nie rozliczyły się uczciwie z niechlubnych idei i praktyk swoich państw i imperiów kolonialnych.
Osobliwością współczesnej Ukrainy jest przyjęcie istniejących granic zewnętrznych za nienaruszalne i trwałe. Jest to jeden z paradoksów ukraińskiego negacjonizmu wobec epoki radzieckiej, kiedy Ukraińska Socjalistyczna Republika Radziecka istniała w ramach ZSRR w granicach skrojonych przez Lenina i Stalina. Przyjmując dziedziczenie terytorium i kształtu granic według zasady „uti possidetis iuris”, Ukraina odcięła się od wytyczenia nowych granic, zgodnie z kryteriami etnicznymi lub językowymi.
Skąd zatem biorą się na Ukrainie tendencje rewizjonistyczne i obłędna fala fantastycznych narracji o historycznym rodowodzie i dziejach „imperium ukraińskiego”? (Wojnar) Kto z polskich polityków, gorliwie popierających Ukrainę, zagwarantuje zatem, że kolejne rządy na Ukrainie, zahartowane w bojach wojennych i posiadające w swojej dyspozycji jedną z najsilniejszych armii w Europie, nie pokuszą się o przywracanie „status quo ante”, czyli powrót do mitycznej Wielkiej Ukrainy z czasów dziewiętnastowiecznych marzeń i rojeń pierwszych nacjonalistycznych marzycieli?
Warto zdawać sobie sprawę z tego, że ukraiński nacjonalizm, odwołujący się do źródeł banderowskich, nie jest w stanie wymazać złożoności współczesnej Ukrainy, jej mniejszości narodowych, językowych i religijnych, populacji imigrantów oraz „mieszanych potomków”, choćby społeczności rosyjskiej, żydowskiej, polskiej czy węgierskiej. Polska dyplomacja powinna właśnie wskazywać na tę złożoność, broniąc jednocześnie polskiej mniejszości narodowej, o której w ostatnich latach całkowicie zapomniano.
Ułuda dialogu
Nacjonalizm jest z pewnością spontanicznym wyrazem poczucia przynależności ludzi do konkretnej wspólnoty. Ale jego ekspresja publiczna spoczywa zawsze w ręku przywódców politycznych, organizacji i instytucji publicznych. To od ich profesjonalizmu i dojrzałości mentalnej zależy sposób artykułowania interesu narodowego oraz definiowania relacji z innymi państwami. Jak dotąd, ukraińscy przywódcy nie wykazali się szczególnym wyczuciem wiedzy historycznej, ani wrażliwości. Po żadnej ze stron nie podjęto dialogu, który pozwoliłby na zdiagnozowanie aktualnego stanu relacji, bez obciążeń historycznych, które należy pozostawić sporom historyków. Zabrakło woli zbudowania racjonalnej, wolnej od emocji i paroksyzmów, opartej na wzajemnym szacunku perspektywy współpracy. Obserwując polityków obu stron, można ulec wrażeniu, że raczej improwizują niż realizują świadomą i obliczoną na wzajemne korzyści strategię. Po polskiej stronie demonstrują akty uniżenia i poddaństwa, zamiast determinacji wolicjonalnej i psychologicznej na rzecz obrony prawdy historycznej.
Stawiając na utrzymanie ukraińsko-polskiego partnerstwa, a nawet sojuszu strategicznego, warto zachować ostrożność i świadomość niebezpieczeństw związanych z nacjonalizmem metodologicznym, terminologicznym i normatywnym, dzięki którym politycy, historycy oraz komentatorzy ukraińscy będą nadal chcieli ogrywać polskich partnerów w dowodzeniu swoich racji oraz obronie wizji zwycięskiej i triumfującej Ukrainy.
W stosunkach polsko-ukraińskich istnieje duża asymetria w instrumentalizacji nacjonalizmu dla uzasadniania racji każdej ze stron. Dla Ukrainy nacjonalizm jest środkiem mobilizującym w obronie państwa i jego tożsamości w toczącej się wojnie. Strona polska koncentruje się natomiast na sferze symbolicznej, roszczeniach historycznych i postulatach „rozliczeń”, które abstrahują od militarnej zależności bezpieczeństwa od ukraińskiego oporu. Wszystko na to wskazuje, że kryzysy wywołane ukraińskimi gestami upamiętnienia „bohaterów”, sporami gospodarczymi czy wypowiedziami polityków pozostaną trwałym elementem relacji polsko-ukraińskich, nawet przy kontynuacji strategicznej współpracy przeciwko Rosji.
Jedynie od mądrości i roztropności polityków będzie zależeć, czy w stosunkach wzajemnych nastanie długotrwała zima, czy też pojawi się otrzeźwiająca tendencja do zbudowania jakiegoś „modus vivendi”, rozwiązania tymczasowego, zanim dojrzeją warunki do zbudowania relacji, opartych na uczciwej i krytycznej ocenie tragicznej przeszłości.
U zarania dziejów człowiek, musiał się ruszać, żeby zdobyć pożywienie i znaleźć bezpieczne miejsce do przetrwania. Było to konieczne minimum do egzystencji. Później, kiedy te potrzeby zostały zaspokojone, wymyślił gimnastykę i sport, żeby mieć powód do „zatrudniania” mięśni. Taniec stał się kolejnym pretekstem do ruchu, nie tyle z konieczność, co dla przyjemności. Siedemdziesiąt lat temu Amerykanie tańczyli rock and rola (link poniżej), a my im zazdrościliśmy. W 1956 roku następowała w Polsce obiecująca „odwilż”, ale towarzysze radzieccy upierali się i narzucali nam swoje nieznośne czastuszki. Wiek dwudziesty stał się końcowym etapem możliwości optimum w wielu zakresach życia człowieka współczesnego. Wiek dwudziesty pierwszy zapoczątkował erę maksimum. Przyszły czasy, kiedy można wszystko, tylko nikt na nic nie ma już ochoty. Po co się męczyć? Nawet zamiast iść na spacer można mieć urządzenie poruszające mięśnie. Pojechać można wszędzie, ale po co? Żeby pstryknąć sobie fotkę? To też da się zrobić nie ruszając się z fotela. Nuda chaosu może i wyczerpuje, ale tak niezauważalnie. A czy maksymalnie? Osądźcie sami.
Cóż, to nie trwało długo. Jeśli obstawiasz w Polymarket, że Iran i USA nie spotkają się w Szwajcarii w piątek, odbierz wygraną i wyślij mi cynk.
Izrael zignorował prośbę Donalda Trumpa o wstrzymanie działań wojskowych w Libanie i zamiast tego zdecydował się na eskalację ataków na południe od rzeki Litani. Na obrzeżach Nabatijja w Libanie toczą się zacięte walki między Hezbollahem a siłami izraelskimi.
Piłka jest teraz po stronie Donalda Trumpa… Czy zażąda, aby Izrael zaprzestał działań lub poniósł konsekwencje, czy też ulegnie Bibiemu?
Trump ma siłę, by zmusić Netanjahu do uległości, wstrzymując lub opóźniając dostawy kluczowej pomocy wojskowej i wycofując amerykańskie systemy obrony powietrznej, a mianowicie Patriot i THAAD.
Według doniesień dziennika Middle East Spectator Iran rozważy wycofanie się z Porozumienia, jeśli Izrael natychmiast nie wprowadzi zawieszenia broni w Libanie i nie zaprzestanie działań na wszystkich frontach.
Najwyższa Rada Bezpieczeństwa Narodowego Iranu wydała w czwartek wieczorem oświadczenie w sprawie porozumienia:
„Pod ścisłym nadzorem procesu negocjacji, jeśli po stronie amerykańskiej dojdzie do jakiegokolwiek naruszenia lub złamania umowy, zostaną podjęte środki zaradcze zgodnie z wcześniej uzgodnionym planem”.
Deklaracja podkreśla „całkowitą nieufność wobec zdradzieckiego i łamiącego traktaty wroga” oraz gotowość do odpowiedzi.
Półoficjalna irańska agencja informacyjna Fars podała:
Spotkanie delegacji irańskiej ze Stanami Zjednoczonymi w Genewie zostanie przełożone do czasu osiągnięcia zawieszenia broni w Libanie. Do tego czasu Iran nie będzie jednostronnie wypełniał swoich zobowiązań wynikających z Porozumienia – chyba że Stany Zjednoczone zrobią to samo.
Iran nie będzie działał emocjonalnie ani irracjonalnie. Przewodniczący irańskiego parlamentu Ghalibaf i minister spraw zagranicznych Aragczi z pewnością skonsultują się ze swoimi pakistańskimi, chińskimi i rosyjskimi odpowiednikami przed podjęciem działań militarnych przeciwko Izraelowi. Sytuacja pozostaje krucha i niestabilna.
Najwyższy Przywódca Iranu, Seyyed Modżtaba Chamenei, wydał w czwartek następującą wiadomość:
„O żarliwy i lojalny narodzie irański! Jak się dowiedzieliście, podpisano Memorandum o Porozumieniu między prezydentami Iranu i Stanów Zjednoczonych”.
Aby dojść do tego etapu, odpowiedzialni urzędnicy, kierując się troską i dobrymi intencjami, poczynili wiele wysiłków, a to właśnie ten amerykański prezydent, w akcie desperacji, sięgnął po różne środki, aby osiągnąć ten cel.
Zasadniczo się z tym nie zgadzałem. Jednakże, ze względu na zobowiązanie podjęte przez Czcigodnego Prezydenta, jako Przewodniczącego Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego, w imieniu własnym i pozostałych członków, do obrony praw narodu irańskiego i Frontu Oporu, a także ze względu na to, że wyraźnie przyjął na siebie odpowiedzialność za te działania, wyraziłem swoją aprobatę.
Wyraźnie stwierdzili również, że nie zaakceptują żądań strony amerykańskiej, jeśli te będą wygórowane.
Od tej chwili my – to znaczy Wy, dumny naród i ten pokorny sługa – będziemy oczekiwać na spełnienie się wyżej wymienionych warunków.
Jest jednak oczywiste, że bezpośrednie negocjacje, które odbędą się w przyszłości, nie oznaczają akceptacji punktu widzenia wroga. Mamy nadzieję, że dobre modlitwy naszego Mistrza – oby Bóg przyspieszył jego szlachetny powrót – przyniosą liczne zwycięstwa i triumfy czcigodnemu narodowi Iranu.
Jak wynika z powyższej wiadomości, prezydent Peseschkian znajdzie się w tarapatach – nie dosłownie – jeśli Stany Zjednoczone nie dotrzymają obietnicy powstrzymania Izraela i zapewnienia prawdziwego zawieszenia broni. Zobaczymy, co przyniesie jutro. Osobiście uważam, że Iran pomoże Hezbollahowi wyprzeć Siły Obronne Izraela z południowego Libanu.
Jestem porażona – odbywa się jakaś totalna masakra cywili w Libanie, na razie tylko w krótkich telegramach wzmianki
=================
Grok:
Tak, Izrael prowadzi dziś operacje wojskowe w Libanie.
Według najnowszych doniesień (rano, z 19 czerwca 2026):
Izraelskie siły powietrzne i drony przeprowadziły ataki na południe Libanu (m.in. okolice Nabatieh, Kfar Tebnit i inne miejscowości).
Libańskie ministerstwo zdrowia podaje, że w ostatnich atakach zginęło 15–18 osób, a dziesiątki zostało rannych. Hezbollah melduje o starciach z izraelskimi żołnierzami, zniszczeniu czołgów i ostrzale rakietowym.
Izrael potwierdza śmierć czterech swoich żołnierzy w walkach z Hezbollahem.
Dzień dobry Panie Mirosławie. Do wstrząsającego odkrycia doszło kilka dni temu w Lutoryżu pod Rzeszowem.
57-letnia lekarka zakopała na swojej działce zwłoki kilkudziesięciu dzieci. Służby pracowały na miejscu kilka dni. Dotychczas odkryto 34 ciała.
Kobieta, która pracowała w kilku szpitalach w Rzeszowie, a ostatnio miała być zatrudniona również w Zamościu, została zatrzymana, a prokuratura analizuje możliwe wersje wydarzeń.
Nie wiemy co dokładnie działo się w Lutoryżu, ale prawdopodobne są dwie, być może powiązane ze sobą sytuacje:
1) Dokonywano masowych, nielegalnych aborcji. W szpitalach na Podkarpaciu oficjalnie prawie nie przeprowadza się aborcji. Możliwe, że próbowano zatuszować dokonujące się zbiorowe dzieciobójstwo.
2) Prowadzono eksperymenty medyczne na dzieciach. Zatrzymana lekarka specjalizowała się m.in. w badaniach tkanek i narządów. Nasza Fundacja od lat informuje opinię publiczną w Polsce, że abortowane dzieci to jeden z głównych „surowców” branży medycznej i farmaceutycznej, a organy wycinane żywym jeszcze dzieciom urodzonym w wyniku aborcji służą do badań nad lekami, szczepionkami i kosmetykami (warto przeczytać nasz raport na ten temat).
Zwraca uwagę również fakt, że aktywistki aborcyjne, które namawiają Polki do aborcji, w swoich poradnikach doradzają, aby po zamordowaniu dziecka pozbyć się jego ciała, a jednym z najlepszych sposobów na ukrycie zwłok ma być zakopanie ich w ogrodzie. Lekarka z Lutoryża „wpadła” ponieważ sprzedała działkę, a nowy właściciel odkrył ciała dzieci w trakcie prac budowlanych.
Takie są właśnie konsekwencje aborcyjnej propagandy, ideologii i mentalności, zgodnie z którą dziecko w łonie matki nie jest człowiekiem tylko „pasożytem”, którego należy pozbyć się z organizmu jak „odpadu medycznego”.
To również konsekwencje braku karalności za dzieciobójstwo prenatalne oraz pomocnictwo w tym procederze i rezultat odrzucenia w latach 2011-2023 wszystkich obywatelskich projektów „Stop aborcji”, pod którymi nasza Fundacja zebrała kilka milionów podpisów poparcia Polaków. Projekty te zakładały nie tylko zakaz aborcji, ale również wprowadzenie w Polsce skutecznych mechanizmów karalności za zabicie poczętego dziecka.
Dlatego walczymy dalej, aby powstrzymać aborcję i ratować dzieci. Ta walka rozgrywa się obecnie przede wszystkim na płaszczyźnie świadomości i sumień Polaków. Chcemy sprawić, aby aborcja stała się dla naszego społeczeństwa czymś nie do pomyślenia. Na nadchodzący tydzień zaplanowaliśmy uliczne akcje informacyjne oraz publiczne różańce w intencji odnowy moralnej Polski i powstrzymania aborcji w 20 miastach i miejscowościach. Chcemy być m.in. w: Dynowie, Koszalinie, Lublinie, Puławach, Wieliczce, Zabrzu, Dęblinie, Ełku, Szamotułach, Włocławku, Słomnikach, Łomży, Bielsko-Białej, Łańcucie, Zgierzu, Strykowie, Poznaniu, Gorzowie Wielkopolskim, Białymstoku, Kielcach.
Jeżeli chce Pan, żebyśmy tam dotarli, proszę nam pomóc.
Nasi wolontariusze są w gotowości do działania – wyjazdu w teren, rozstawienia akcji na ulicach, rozmawiania z przechodniami, rozdawania ulotek i broszur, pokazywania bannerów, emitowania nagrań informacyjnych z megafonów. To jest nasza część.
Pan może umożliwić wolontariuszom organizację tych akcji. Paliwo, transport, druk materiałów, bannery, megafony, namioty, kamery oraz ochrona prawna przed pozwami, procesami i przesłuchaniami – to wszystko przy kilkudziesięciu akcjach tygodniowo sumuje się w realny budżet, który musi zostać zapewniony zanim wolontariusze wyjdą na ulice.
Każde miejsce, w którym stoimy, to kolejne wyraźne, głośne, publiczne świadectwo – że sprawa aborcji nie znika, nie milknie, nie odpuszcza.
Niedawno informowaliśmy o księdzu, który podszedł do naszych wolontariuszy w trakcie akcji ulicznej i powiedział, że z konfesjonału wie, ile dzieci przed aborcją uratowały nasze akcje w tym konkretnym miejscu. Nie wiemy, kto w ciągu nadchodzącego tygodnia zmieni zdanie o aborcji pod wpływem naszych akcji. Wiemy jednak, że jeśli nas nie będzie, na pewno nie zmieni go nikt.
Dlatego liczę na Pana pomoc i zaangażowanie w organizację planowanych akcji. WPŁACAM Konto Fundacji do darowizn:79 1050 1025 1000 0022 9191 4667 Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków Z wyrazami szacunku,
Mariusz Dzierżawski Fundacja Pro – Prawo do życia KRS: 0000233080 NIP: 1231051050 REGON: 010083573 ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków