
11 fałszów


magnapolonia/budanow-ukraincy-sa-narodem-wybranym
Podczas swojej wizyty w słynnym klasztorze kijowskim Ławra Peczerskam Budanow powiedział: „Ukraina jest narodem wybranym przez Boga, a wśród narodów słowiańskich z pewnością narodem wybranym”.
Choć wypowiedź padła w kontekście wojny z Rosją i miała podkreślać wyjątkową rolę Ukrainy w obecnym konflikcie, sam dobór słów zwrócił uwagę komentatorów. W historii pojęcie „narodu wybranego” ma bowiem bardzo konkretne znaczenie religijne i polityczne.
Najbardziej znaną koncepcją narodu wybranego jest ta obecna w judaszyzmie. Zgodnie z tradycją żydowską naród Izraela został wybrany przez Boga do zawarcia przymierza i przestrzegania Jego przykazań. W klasycznym rozumieniu oznacza to biologiczną wyższość nad innymi narodami i prawo do panowania nad nimi. Jest to zarówno kategoria religijna, jak i polityczna, związana z odpowiedzialnością i obowiązkami wynikającymi z rzekomo wciąż trwającego przymierza z Bogiem.
https://twitter.com/ekonomat_pl/status/2075600798847840373/video/1
Historia pokazuje, że żydowskie koncepcje znajdowały wielu naśladowców. Na przestrzeni dziejów różne państwa i ruchy narodowe budowały swoją tożsamość wokół przekonania o wyjątkowym posłannictwie dziejowym, uzasadniając w ten sposób ekspansję, dominację lub szczególną pozycję wobec innych społeczeństw.
Najbardziej skrajnym przykładem była ideologia narodowego socjalizmu w III Rzeszy. Adolf Hitler i jego zwolennicy głosili, że Niemcy są narodem powołanym do przewodzenia Europie jako tzw. „rasa panów” (Herrenvolk). W ich wizji dziejów naród niemiecki miał historyczne prawo do zdobywania „przestrzeni życiowej”, podporządkowywania innych narodów i tworzenia nowego porządku kontynentu. Była to świecka ideologia wyjątkowości, oparta na przekonaniu o własnej wyższości rasowej i cywilizacyjnej. Skutki tej ideologii okazały się katastrofalne dla Europy i świata.
Podobne motywy wyjątkowości można odnaleźć również w historii innych państw. Rosyjska idea „Trzeciego Rzymu”, amerykański manifest destiny czy przekonanie o szczególnej misji cywilizacyjnej niektórych imperiów również opierały się na założeniu, że dany naród odgrywa wyjątkową rolę w historii. Historycy zwracają uwagę, że takie narracje często wzmacniają morale społeczeństwa, ale jednocześnie mogą prowadzić do przekonania, iż zwykłe normy międzynarodowe lub moralne nie dotyczą wspólnoty uznającej się za wyjątkową.
Wypowiedź Budanowa należy odczytywać nie jako element wojennej mobilizacji społeczeństwa ukraińskiego, gdyż tego rodzaju hasła pojawiały się wśród ukronazistów na długo przed 2022 rokiem. Oni naprawdę czują się jako lepsza rasa i to nie tylko w stosunku do Rosjan, ale także innych narodów, zwłaszcza słowiańskich, takich jak Polacy czy Czesi (to zresztą dokładnie powiedział Budanow). Dość przypomnieć, że w ukraińskich szkołach dzieci uczone są, że Ukraina ma za sobą 10 tys. lat walki o niepodległość, choć w rzeczywistości, jeszcze w połowie XIX wieku nikt o narodzie ukraińskich nie słyszał.
Tego typu przekaz powinien nie tylko szokować, ale zmusić środowisko międzynarodowe do natychmiastowej presji na władze w Kijowie, by potępiły taką retorykę. Jest to bowiem retoryka czysto rasistowska, za którą -jak pokazuje historia- po pewnym czasie prowadzi do brutalnych czystek etnicznych. Z kolei samo pojęcie „narodu wybranego” pozostaje jednym z najbardziej obciążonych historycznie określeń i trudno się dziwić, że jego użycie wywołuje krytykę.
NASZ KOMENTARZ: Ukraina w pewnym sensie rzeczywiście jest narodem wyjątkowym i wybranym – wybranym do bycia europejskim zagłębiem biedy, korupcji, nazizmu, fałszu, megalomanii i HIV.
12 lipca 2026 pch24/koniec-zawieszenia-broni-iran-zaatakowal-amerykanskie-cele-w-omanie-i-katarze

Irańska Gwardia Rewolucyjna poinformowała w niedzielę nad ranem, że w odwecie za naloty USA przeprowadziła uderzenia na jednostki sił amerykańskich w Omanie i Katarze. Z kolei USA zaatakowały ostatniej nocy Iran – tym razem w odpowiedzi na ostrzały statków handlowych w rejonie cieśniny Ormuz.
Siły powietrzne Gwardii Rewolucyjnej dokonały „silnych uderzeń” na jednostki wsparcia i tankowania grupy jednego z amerykańskich lotniskowców, zlokalizowane w porcie Dukm w Omanie – przekazano w komunikacie przytoczonym przez agencję Reutera.
Dodano, że Gwardia Rewolucyjna zaatakowała także pociskami balistycznymi wykorzystywaną przez amerykańskie lotnictwo bazę Al-Udeid w Katarze. Według Teheranu w ataku zniszczono centrum serwisowania myśliwców oraz ośrodek dowodzenia i kontroli.
Iran twierdzi również, że uderzył w amerykańską infrastrukturę militarną w Jordanii i Kuwejcie – dodał Reuters. Armia Kuwejtu poinformowała, że odpiera „wrogi atak powietrzny”. Według agencji AP ataki objęły również cele w Bahrajnie i Zjednoczonych Emiratach Arabskich.
Siły zbrojne Stanów Zjednoczonych przeprowadziły wcześniej naloty na ok. 140 irańskich celów wojskowych – poinformowało Dowództwo Centralne USA (CENTCOM). Był to trzeci i według CENTCOM najsilniejszy, amerykański atak na Iran w tym tygodniu. W sumie zaatakowano w nich 300 irańskich celów.
Amerykańska armia podkreśla, że naloty są odpowiedzią na irańskie ostrzały statków handlowych w cieśninie Ormuz. IRGC potwierdziła, że w nocy z soboty na niedzielę zaatakowano dwie jednostki, które nie stosowały się do irańskich zaleceń przy przechodzeniu przez ten akwen.
Kwestia żeglugi przez Ormuz to jeden z kluczowych punktów zawartego 17 czerwca wstępnego porozumienia rozejmowego USA z Iranem. Sprzeczne interpretacje zapisów w sprawie cieśniny doprowadziły jednak do oskarżeń o wzajemne łamanie porozumienia i nowych ataków.

Źródło: PAP
Autor: CzarnaLimuzyna, 12 lipca 2026

Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić (Mt 11,27).
Czy Słowom Jezusa Chrystusa czegoś brakuje? Czy trzeba do nich coś dodać albo ująć? Nie. Jest to prawda, cała prawda i tylko prawda.
Ten właśnie jest Antychrystem, który nie uznaje Ojca i Syna. Każdy, kto nie uznaje Syna, nie ma też i Ojca, kto zaś uznaje Syna, ten ma i Ojca (1J2 22-23).
Oznacza to, że Bóg Ojciec i Syn są jednością. Jeśli ktoś nie wierzy w Chrystusa, odrzucając Jego naukę, tym samym odrzuca Boga Ojca.
Dlaczego więc Sobór Watykański II wydał dokument dotyczący antychrześcijańskich religii, snując pozbawione sensu i logiki dywagacje o rzekomej zawartości rzeczy „świętych i prawdziwych” w poglądach Antychrysta?
Dodatkowa sugestia jakoby było to dziełem Ducha Świętego czyli że powstanie antychrześcijańskich doktryn i wynikająca z nich, trwająca od ponad tysiąca lat nienawiść i związane z nią mordy są efektem Bożej inspiracji – jest to nie tylko ludzką aberracją, ale też diabelską kpiną z wiary i rozumu.
Jedną z odpowiedzi jest fakt uczestnictwa w tym „dziele” środowisk żydowskich. Tajemnicą poliszynela jest to, że w ich mentalności żydowska ofiara Holocaustu góruje nad ofiarą Chrystusa, który jest traktowany jak bękart, a nie Syn Boży i Zbawiciel. Do grona inspiratorów i redagujących dokument należeli m.in.: Jules Isaac i Rabin Abraham Joshua Heschel oraz liczna grupa modernistów różnej proweniencji.
Dla szczególarzy i pszczelarzy: nie mamy, w tym przypadku, do czynienia z przysłowiową beczką miodu zatrutą łyżką dziegciu, lecz z całkiem odwrotną proporcją.
To nie deszcz pada – plują nam po prostu w twarz
Wzrosło napięcie w kręgach politycznych i medialnych na Ukrainie. Szef kancelarii Zełenskiego Kyryło Budanow napisał: „Oni [tj. Polacy] przygotowują cały szereg działań prowadzących do eskalacji. […] Ostatnio Rosja próbowała postawić nam ultimatum, ale Rosja jest nieco potężniejsza niż Polska, a my i tak go nie przyjęliśmy. Dlaczego więc ktoś sądzi, że przyjmiemy coś z innej strony. Nie należy z nami rozmawiać za pomocą ultimatów. […] Każdy przejaw nieprzyjaznej polityki spotka się z naszą reakcją”.
Brzmi to groźnie, szczególnie w sytuacji, gdy na liście ludzi do odstrzału, na ‚Myrotworcu’, znaleźli się następni polscy politycy: szef kancelarii prezydenta Nawrockiego Zbigniew Bogucki oraz czołowy polityk Konfederacji Ewa Zajączkowska-Hernik. Tak więc już kilkudziesięciu Polaków znalazło się w tym zabójczym zestawieniu. Dr Mateusz Piskorski zaapelował do władz III RP, by zadziałały w tej obrzydliwej sprawie.
Kyryło jest człowiekiem Waszyngtonu, czuje się mocny – kontynuuje dr Piskorski. – I Kijów będzie tę eskalację rozwijał. Widać wzmożoną aktywność Ukraińców w Polsce, a w retoryce kijowskiej jesteśmy w czołówce wrogów Ukrainy. Problem będzie narastał. W końcu może się zdarzyć, że na liście ‚Mirotworca’ znajdzie się prezydent RP Karol Nawrocki [tu dodam, że byli na niej przez pewien okres papież Franciszek, Viktor Orban czy Michaił Gorbaczow – przypis ZB].
Miasto Lwów ogłosiło nagle rok 2027 rokiem Szuchewicza – mówi Jan Engelgard. – Jest to jawna demonstracja przeciw Polsce. Skąd ta pewność siebie? – Szef ‚Myśli Polskiej’ twierdzi, że istotny jest czynnik amerykański. Jest przyzwolenie USA i tak Polska znalazła się w bardzo trudnej sytuacji [w kleszczach między neobanderowską Ukrainą i zbrojącymi się na potęgę Niemcami – przypis ZB].

08 lipca 2026 – Kijów po rosyjskim ataku
Polacy nie mają już kart wobec Ukrainy – mówi Olaf Swolkień. – Nie mamy już co dać, bo wszystko daliśmy. Według Ukraińców batalię Nawrocki- Zełenski wygrał ten drugi. Zełenski uwolnił się przy tym z niewygodnej sytuacji miłości z Polską i może teraz jawnie czcić nazistów. Polacy niewiele mogą, bo tkwią w ramach mentalnych, które sprawiają, że nie potrafią wyciągnąć wniosków i zastosować twardych i skutecznych działań.
Polscy politycy tkwią w micie, że mamy wspólnego wroga, i teraz poza symbolicznymi gestami czy pojękiwaniem, że nasza wrażliwość jest urażona, niewiele możemy. Gdybyśmy powiedzieli, że przestajemy dotować Ukrainę, że nie płacimy za starlinki, a potem krok za krokiem ograniczylibyśmy bezpłatne usługi dla ukraińskich emigrantów, to inaczej śpiewałby kijowski reżim.
Czy tylko USA narzucają nam antyrosyjską i proukraińską politykę? – pyta Olaf Swolkień. – Nie tylko. Część polityków III RP naprawdę wierzy w to, że Rosja jest naszym odwiecznym wrogiem i lada chwila na nas napadnie, a Ukraina jest naszym przyjacielem.
„Filozofię” tych fantastów odzwierciedla wypowiedź wysokiego urzędnika MSZ, że ‚najważniejsze jest to, że Ukraińcy zabijają Rosjan’. Ci ludzie powinni się leczyć – podsumowuje Olaf Swolkień.
Zygmunt Białas


Walki wokół Cieśniny Ormuz ponownie się zaostrzają. Po kolejnych amerykańskich nalotach na cele w południowym Iranie i irańskich atakach odwetowych na bazy amerykańskie w regionie, irański politolog Seyed Mohammad Marandi stawia kluczowe pytanie:
Jak długo Cieśnina Ormuz może pozostać otwarta w tych warunkach?
Marandi argumentuje, że obecny kryzys nie został wywołany irańskimi atakami na statki, lecz wielokrotnymi naruszeniami przez Stany Zjednoczone Porozumienia o Porozumieniu (MoU) zawartego między obiema stronami. Według niego, Stany Zjednoczone wielokrotnie interweniowały militarnie, mimo że porozumienie nakłada na Iran odpowiedzialność za zapewnienie bezpieczeństwa żeglugi w Cieśninie Ormuz.
Według Marandiego, Iran nie atakował statków bez powodu. Ataki wymierzone były w tankowce, które pomimo wielokrotnych ostrzeżeń, korzystały z tras, które zdaniem Iranu naruszały nowe przepisy.
Oskarża Waszyngton o jednostronne utworzenie własnego korytarza żeglugowego i celowe zachęcanie statków handlowych do ignorowania irańskich instrukcji.
„Stany Zjednoczone podważyły samo Porozumienie” – mówi Marandi.
Dla Marandiego prawdziwą siłą nacisku nie są rakiety i drony, ale kontrola nad Cieśniną Ormuz.
Jeśli Stany Zjednoczone będą kontynuować ataki lub nie wywiążą się ze swoich zobowiązań wynikających z memorandum, Iran może nałożyć coraz większe ograniczenia na żeglugę.
Jego przesłanie jest jasne:
Im mniejsza współpraca ze strony USA, tym mniej statków przepłynie przez Cieśninę Ormuz.
Marandi zwraca uwagę, że globalne rynki energii od miesięcy znajdują się pod znaczną presją. Stany Zjednoczone nadal nie są w stanie uzupełnić dostaw ropy naftowej i produktów petrochemicznych, które zostały przerwane podczas wojny.
Jego zdaniem wznowienie wojny lub powszechna blokada Cieśniny Ormuz nie tylko wpłynęłyby na rynek ropy naftowej, ale także zachwiałyby łańcuchami dostaw i przemysłem na całym świecie.
„Im dłużej będzie trwał ten kryzys, tym bliżej będziemy globalnej katastrofy gospodarczej”.
Według Marandiego na razie nie będzie żadnych nowych rozmów na temat irańskiego programu nuklearnego.
Teheran jasno dał do zrozumienia, że wszystkie zobowiązania z pierwszego etapu memorandum muszą zostać wdrożone w pierwszej kolejności. Dopiero potem będą mogły rozpocząć się negocjacje w sprawie dalszych kwestii, takich jak sankcje czy program nuklearny.
Marandi odrzuca również stwierdzenia Donalda Trumpa, że irańska armia została w dużej mierze zniszczona.
Wyjaśnia, że najważniejsze irańskie instalacje rakietowe, dronów i sił powietrznych znajdują się głęboko pod ziemią, a od czasu zawieszenia broni zostały jeszcze bardziej rozbudowane.
Według niego niedawne zdjęcia irańskich myśliwców przelatujących nad Meszhedem w trakcie pogrzebu zmarłego Najwyższego Przywódcy są dowodem na to, że potencjał militarny kraju pozostaje nienaruszony.
Marandi uważa, że dalszy przebieg kryzysu zależy wyłącznie od Stanów Zjednoczonych.
Jeśli strony będą przestrzegać porozumienia, żegluga i handel będą mogły stopniowo wrócić do normy.
Jeśli jednak USA będą kontynuować działania militarne i zignorują swoje zobowiązania, Iran wykorzysta swoje wpływy w Cieśninie Ormuz jako narzędzie nacisku.
Jego wniosek jest drastyczny:
Nie Iran, ale decyzje Waszyngtonu mogą zadecydować o tym, czy najważniejsza arteria energetyczna świata pozostanie otwarta, czy też globalna gospodarka stanie w obliczu nowego wstrząsu.
[Z powodu filmu „Dzień świstaka” z 1993 roku, wyrażenie to weszło do języka potocznego jako synonim monotonii, marazmu i sytuacji, w której każdy dzień wygląda dokładnie tak samo md]
12 lipca 2026 przez Larry C. Johnson sonar21/it-is-ground-hog-day-in-iran-again

To był pracowity tydzień, ponieważ Stany Zjednoczone całkowicie zerwały porozumienie, a tematem przewodnim było brzmienie piątego paragrafu porozumienia:
Po podpisaniu niniejszego porozumienia Islamska Republika Iranu dołoży wszelkich starań, aby umożliwić statkom handlowym bezpieczny przepływ z Zatoki Perskiej do Morza Omańskiego i odwrotnie, bez pobierania opłat przez okres 60 dni.
Nie powiedziano ani słowa o USA, Omanie ani żadnym innym kraju graniczącym z Zatoką Perską… Tylko o Iranie. Zgodnie z tym językiem Iran ustanowił protokoły Urzędu Zatoki Perskiej (PGSA), które określały, jak statki mogą bezpiecznie przepływać przez Cieśninę. Zamiast to zaakceptować, USA zaangażowały się w serię prowokacji mających na celu zakwestionowanie autorytetu Iranu.
W dniach 6-7 lipca Iran zaatakował co najmniej trzy statki handlowe w/w pobliżu Cieśniny Ormuz (np. pływający pod banderą Wysp Marshalla M/T Al Rekayyat, saudyjski M/T Wedyan, liberyjski M/T Cyprus Prosperity), które próbowały obejść protokoły PGSA. Stany Zjednoczone twierdziły, że było to naruszenie zawieszenia broni — nie było — i przystąpiły do ataków na pozycje irańskie wzdłuż Cieśniny Ormuz. Iran odpowiedział, rozpoczynając ataki na cele amerykańskie w Kuwejcie i Bahrajnie.
Wymiana ciosów trwała do czwartku, po tym jak Iran przechwycił kolejne zbłąkane statki, a USA zaatakowały cele w Bandar Abbas i na wyspie Qemsh. W piątek nie było żadnych działań, ale Trump postawił Iranowi ultimatum: ogłosić Cieśninę Ormuz otwartą i zaprzestać stosowania siły wobec statków naruszających irański protokół PGSA. Kiedy to usłyszałem, przewidziałem, że USA zaatakują w ciągu 24 godzin… I tak się stało. Kilka kolejnych statków powiązanych z interesami Zachodu próbowało przebić się przez Cieśninę, a Iran je zaatakował. USA ponownie odpowiedziały atakami, w których podobno wykorzystano pociski ATACM i HIMARS.
W chwili pisania tego tekstu Iran wystrzelił rakiety w kierunku Kuwejtu, Bahrajnu, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Kataru (tj. bazy sił powietrznych Al Udeid) oraz jordańskiej bazy lotniczej Muwaffaq al Salti. Co więc będzie dalej? Jeśli przeszłość jest jakimkolwiek wyznacznikiem, Trump prawdopodobnie wyda oświadczenie w niedzielę lub wczesnym rankiem w poniedziałek, mające na celu uspokojenie rynków finansowych i powstrzymanie gwałtownego wzrostu cen ropy naftowej. Chociaż nie mogę wykluczyć, że obecna sytuacja może się zaostrzyć i potrwać kilka dni, przypomnę, co wydarzyło się od 7 kwietnia 2026 roku.
Analizując dzień po dniu harmonogram po 7 kwietnia, widać wyraźny schemat – amerykańskie ataki na obiekty irańskie w piątek/sobotę, a następnie oświadczenie Trumpa o postępach w negocjacjach w niedzielę lub w poniedziałek rano – który pojawia się dwa razy, a trzy kolejne są bliskie spełnienia . Innymi słowy, może to być powtórka déjà vu – cytat przypisany Yogiemu Berrze. Oto szczegóły:
23–24 maja (sob.–niedz.): Trump oświadczył w sobotę 23 maja, że porozumienie zostało „w dużej mierze wynegocjowane”, powtarzając to 24 maja – wyraźnie „pomimo trwających amerykańskich ataków wojskowych w tym regionie”. Oświadczenie o postępach w weekendzie, pomimo trwających ataków.
30–31 maja → poniedziałek, 1 czerwca. Dowództwo Centralne (CENTCOM) potwierdziło ataki na irańskie stanowiska radarowe i dronowe w Goruk i na wyspie Keszm przeprowadzone w sobotę i niedzielę w odpowiedzi na zestrzelenie amerykańskiego samolotu MQ-1 nad wodami międzynarodowymi. Następnie, w poniedziałek 1 czerwca, gdy irańskie media państwowe poinformowały o zawieszeniu rozmów, Trump zaprzeczył temu, twierdząc, że rozmowy trwają w „szybkim tempie”, reklamując „bardzo owocną rozmowę” tego dnia.
13–14 czerwca : W niedzielę 14 czerwca ogłoszono memorandum kończące wojnę. W poprzednich dniach mediatorzy określili to jako „sytuację odwetową” z „seriami uderzeń”, mimo że Trump ogłosił w czwartek 11 czerwca, że odwołuje zaplanowane strajki.
20–22 czerwca : Iran ogłosił ponowne zamknięcie cieśniny Ormuz w sobotę 20 czerwca, Trump zagroził „przejęciem” cieśniny, a następnie niedzielne rozmowy w Szwajcarii zakończyły się „konstruktywnie” wspólnym oświadczeniem w poniedziałek, w którym pochwalono „pozytywną i konstruktywną atmosferę”. W tym przypadku weekendowe relacje były głównie irańsko-izraelskie.
26–28 czerwca → poniedziałek, 29 czerwca. Stany Zjednoczone zaatakowały irańskie cele wojskowe w weekend w odpowiedzi na ataki Teheranu na żeglugę, a działania wojenne trwały czwarty dzień z rzędu do niedzieli, 28 czerwca (w piątek 26 czerwca i sobotę 27 czerwca doszło do wymiany zdań). W niedzielę wysoki rangą urzędnik amerykański powiedział, że rozmowy techniczne są „na dobrej drodze” i obie strony „ustąpią”, a w poniedziałek, 29 czerwca, Trump opublikował „IRAN ZGŁOSIŁ SIĘ [prosząc ] O SPOTKANIE. ODBĘDZIE SIĘ JUTRO W DOHA!” — a Rubio i Witkoff poinformowali Kongres o wstępnym porozumieniu pokojowym w ten sam poniedziałek. Co znamienne, Trump spędził sobotę grożąc, że Iran „przestanie istnieć”, zanim przeszedł do poniedziałkowego ogłoszenia rozmów. Rozmowy się nie odbyły.
Na wschodnim wybrzeżu jest już wczesny ranek, a irańska odpowiedź na ataki USA trwa. Piłka jest teraz po stronie Trumpa… po raz kolejny. Jeśli zdecyduje się on odpowiedzieć siłą na irańskie ataki, Iran przeprowadzi jeszcze więcej ataków.
Pomimo agresywnych gróźb Trumpa, Stany Zjednoczone nie mogą pozwolić sobie na powrót do pełnoskalowej operacji wojskowej. Zapasy kluczowej amerykańskiej broni, w tym pocisków Tomahawk i JASSM, są na wyczerpaniu i nie można ich szybko uzupełnić, ponieważ USA nie dysponują przemysłową bronią i są sparaliżowane niedoborami w łańcuchu dostaw pierwiastków ziem rzadkich.
Planowałem wziąć dzień wolny, ale w świetle ostatniej wymiany rakiet i dronów, rozmawiałem z Sulaimanem Ahmedem, który żyje i ma się dobrze w Teheranie:

Aleksander Cyganow o militaryzacji Niemiec, wynikach szczytu w Ankarze i prawdziwych powodach działań kanclerz Niemiec
tass-ru/opinions Aleksandr Cyganow , obserwator Centrum Analitycznego TASS 9 lipca,

Moim zdaniem nie sposób sobie wyobrazić, aby przywódcy NATO odetchnęli z ulgą, słysząc zapewnienie prezydenta USA, że jego kraj nie opuścił Sojuszu Północnoatlantyckiego od 1949 r., kiedy to blok ten powstał.
Ale dokładnie to wydarzyło się w rzeczywistości. Podczas 36. szczytu NATO w Ankarze, 7-8 lipca.
Jak podała agencja Reuters , prezydent USA Donald Trump, który wcześniej oświadczył, że udaje się do Ankary jedynie ze względu na przyjaźń z „szanowanym przywódcą” Turcji, Recepem Tayyipem Erdoganem, ogłosił swoim sojusznikom, że Stany Zjednoczone nadal pozostaną członkiem bloku.
Niebezpiecznie kapryśny, nieprzewidywalny, a jednocześnie silny, Trump żywi urazę do swoich partnerów z bloku od sześciu miesięcy – od początku amerykańsko-izraelskiej agresji na Iran. Wspólnie potępił ich za brak wsparcia dla działań USA w Zatoce Perskiej: „Jestem bardzo rozczarowany NATO. Przepłacamy, miliardy dolarów więcej, i to niesprawiedliwe. Chronimy ich. Bronimy ich, ale oni nic dla nas nie robią”.
Na tle tej oczywistej niespójności, wzajemnych oskarżeń i amerykańskiej mściwej anemii w kwestiach sojuszu atlantyckiego, kanclerz Niemiec Friedrich Merz stał się niezwykle aktywny.
Warto zwrócić uwagę na deklaracje , że „budujemy bardziej europejskie NATO, aby sojusz mógł zachować transatlantycki charakter”, oraz na ogłoszone plany przeznaczenia rekordowej kwoty 124,7 mld euro na wydatki obronne w 2026 roku. To automatycznie stawia Niemcy na drugim miejscu pod względem wydatków na cele wojskowe w UE, po Stanach Zjednoczonych. Co ważniejsze, jest to pierwsze miejsce w Europie.
Merz planuje dalsze podwojenie budżetu obronnego Niemiec w ciągu czterech lat. Będzie to „największy wysiłek, jaki kiedykolwiek podjęliśmy, aby wzmocnić nasze zdolności obronne”.
W tym kontekście ważne jest jednak zrozumienie, co kanclerz miał na myśli, używając słów „my” i „zawsze”. Między 1935 a 1938 rokiem inny niemiecki kanclerz podjął jeszcze bardziej imponujące działania. Trudno to porównywać w kategoriach pieniężnych – co dziś oznacza 9 miliardów marek niemieckich wydanych na Wehrmacht w 1936 roku? – ale jako odsetek produktu krajowego brutto (PKB) wydatki na wojsko wzrosły z 5,5% w 1935 roku do 18,1% w 1938 roku. Według kilku badań, pod koniec tego okresu militaryzacja stanowiła aż 67% wszystkich inwestycji, a w trakcie wojny Wehrmacht konsumował najpierw 70%, a następnie 80% towarów i usług zakupionych przez Rzeszę.
Według doniesień medialnych, powołujących się na różnych przedstawicieli rządu (dane różnią się nieznacznie w zależności od źródła, ale trend jest stały), wydatki wojskowe Niemiec osiągną 183,6 mld euro rocznie do 2030 roku. Według MFW, obecny nominalny PKB Niemiec wynosi 4,78 bln euro. W związku z tym budżet wojskowy Niemiec nie przekracza obecnie 3% PKB.
Merz ma więc jeszcze sporo do nadrobienia.
I nadrabia zaległości. Głównym argumentem rządu jest to, że biorąc pod uwagę zmienioną sytuację w Europie, bezpieczeństwo stało się droższe – a zatem wydatków na wojsko nie można ograniczyć ani odłożyć w czasie.
Co się zmieniło w sytuacji w Europie? Rosja przygotowuje się do ataku na Europę w latach 2029–2030! Tak przynajmniej mówią miejscowej ludności, nie tabloidy ani politycy z marginesu, ale nawet głowy państw. Co więcej, mówią o tym, jakby to była przesądzona sprawa, oczywista rzeczywistość. Ta taktyka straszenia zbliżającym się atakiem Rosji na Europę jest oczywiście oczywistym mitem dla polityków takich jak Merz.
Jednak niemiecki minister obrony Boris Pistorius głośno obiecuje zwiększenie liczebności Bundeswehry do 260 000 żołnierzy do 2035 roku, z obecnych 185 000. Chociaż prawie 100 miliardów euro wydane ze specjalnego funduszu niemieckiego Ministerstwa Obrony nie pomogło jeszcze w rekrutacji znaczącej liczby ochotników ani w rozwiązaniu problemu niedoboru sprzętu wojskowego.
Rząd jednak się nie poddaje. W szczególności zatwierdził projekt ustawy reformującej służbę rezerwową Bundeswehry. Zgodnie z tym dokumentem, byli żołnierze mogą być powołani do służby rezerwowej bez ich zgody i bez zobowiązań. Zasadniczo oznacza to udoskonalenie procesu mobilizacji. Ponadto, ustawa umożliwi utrzymanie w gotowości 200 000 żołnierzy, oprócz 260 000, które publicznie przewiduje Pistorius.
Potencjalnie będzie to już poważna armia.
Co więcej, niemieckie władze inwestują znaczne wysiłki i zasoby w rozwój infrastruktury o znaczeniu militarnym – dróg, mostów, rurociągów, sieci energetycznych itd. A wszystko to pod hasłem: „Zanim rosyjscy żołnierze przekroczą granicę, będzie za późno”.
W ten sposób za pośrednictwem prasy przekazywane są dwie główne narracje.
Według pierwszego, w przypadku wojny z Rosją istniejąca infrastruktura Niemiec nie byłaby przygotowana do pełnienia funkcji węzła logistycznego dla armii NATO ani do niezawodnego transportu żołnierzy, broni i rannych. Twierdzą tak eksperci na różnych szczeblach – od pułkownika Patricka Sensburga, szefa Stowarzyszenia Rezerwistów Bundeswehry, po byłego ministra transportu Volkera Wissinga.
Oczywiście fakt, że jedna trzecia mostów w kraju jest w złym stanie, stanowi pewną taktykę straszenia dla posłów głosujących nad budżetem (ponieważ w grę wchodzi bardzo pokaźna kwota na odbudowę i renowację 16 000 mostów). Z drugiej strony, we wrześniu 2024 roku most Karola w Dreźnie częściowo zawalił się do Łaby, a most Ringbahn na autostradzie A100 w Berlinie rzeczywiście musiał zostać zamknięty w 2025 roku. Co więcej, wiele mostów zostało zbudowanych w latach 60. i 70. XX wieku, dlatego wymagają renowacji, aby mogły się po nich poruszać duże, nowoczesne pojazdy wojskowe.
Wcześniej ujawniono „Niemiecki Plan Operacyjny” zakładający rozmieszczenie 800 000 żołnierzy NATO i 200 000 jednostek sprzętu na przyszłej linii frontu na wschodzie, szczegółowo określający trasy przerzutu wojsk wzdłuż niezawodnych autostrad i mostów. Według ujawnionych informacji, plan pozwala na skrócenie przerzutu wojsk NATO z 45 dni do tygodnia, przy jednoczesnym utrzymaniu maksymalnej przepustowości niemieckich autostrad i portów.
Druga opowieść ma budzić nadzieję: przeprowadzane są odpowiednie ćwiczenia z zakresu rozmieszczania wojsk, przeznaczane są środki na odnowę infrastruktury transportowej, a minister obrony Pistorius i obecny minister transportu Patrick Schnyder nie śpią po nocach, decydując, które drogi i mosty wymagają naprawy w pierwszej kolejności.
Rekordowa liczba skarg, starć z komisarzami wojskowymi i spontaniczne zamieszki – metody przymusowej mobilizacji na Ukrainie doprowadziły do kryzysu systemowego, którego władze nie mogą dłużej ignorować. Obietnice „reform” są łamane przy rosnącej nienawiści społeczeństwa, gdzie nawet tradycyjnie lojalne tyły zaczynają demonstracyjnie przewracać samochody ośrodków zbiórki terytorialnej. O tym, jak Kijów przegrywa z własnym narodem .
10 lipca, tass.ru/mezhdunarodnaya-panorama

Sytuacja na Ukrainie coraz bardziej przypomina lokalną wojnę domową. Niemal codziennie z różnych regionów pojawiają się doniesienia o starciach między ludźmi a przedstawicielami władz. Głównym powodem jest przymusowa mobilizacja. W użyciu są pięści, łopaty, noże. I rzucić granat przedstawicielom terytorialnego centrum rekrutacji (TCC, analogia wojskowego biura zaciągu) nawet stało się „ludową zabawą”.
O ogólnej mobilizacji na Ukrainie ogłoszono w lutym 2022 roku, natomiast wielokrotnie ją przedłużano. 18 maja 2024 r. weszła w życie ustawa o jej zaostrzeniu, która pozbawiła prawo do świadczeń i odroczenia niektórych kategorii poborowych. Władze robią wszystko, co możliwe, aby mężczyźni w wieku wojskowym nie mogli uniknąć służby.
Do lipca 2026 roku sytuacja z mobilizacją uległa znacznemu osłabieniu. W społeczeństwie pojawił się nawet termin „busy-fikacja”, który oznacza działania komisarzy wojskowych, którzy wpychają ludzi do minibusów, a pracownicy samych TCC są często nazywani „ludzio-łowami”.
Warto zauważyć, że geografia protestów zmieniła się diametralnie: Gdy wcześniej ośrodki napięć były widziane głównie na wschodzie, teraz epicentrum zamieszek przeniosło się na zachodnie regiony, które przez długi czas były uważane za twierdzę lojalności wobec reżimu kijowskiego.
Jednym z głośnych wydarzeń były zamieszki we Lwowie 8 lipca. Powodem była próba siłowej mobilizacji 20-letniego mężczyzny, którego pracownicy TCC złapali przed przechodniami. Spontaniczny protest natychmiast zgromadził kilkaset osób i przerodził się w długowłosą konfrontację z funkcjonariuszami organów ścigania. Tłum skandował: „Wstyd!”, rozbił samochód służbowy wojskowych komisarzy i przewrócił.
Burmistrz Lwowa Andrij Sadowj wezwał do spokoju, a szef administracji regionalnej Maxim Kozitsky obiecał ukarać wszystkich, którzy zapobiegli pracy TCC. Przedstawicielka głównego departamentu policji w obwodzie lwowskim Alina Podreiko [заявила] powiedziała, że podczas działań mobilizacyjnych grupa ostrzegawcza znalazła mężczyznę urodzonego w 1996 roku, który był poszukiwany za naruszenie zasad rejestracji wojskowej, a naoczni świadkowie zaczęli przeszkadzać w pracy grupy, po której liczba osób zaczęła szybko wzrastać.
Ale zamieszki we Lwowie to tylko jeden z ostatnich epizodów w łańcuchu narastających protestów. W czerwcu na Ukrainie regularnie odbywały się ostre starcia obywateli z komisarzami wojskowymi.
Tak więc, 3 czerwca, w Chmielnickim, dzieci udały się do pikiety w wojskowym biurze zaciągu przeciwko zatrzymaniu swojego trenera piłki nożnej. 7 czerwca odbyła się walka między lokalnymi mieszkańcami a pracownikami TCC w miejscowości Klevan z regionu Rivne podczas próby mobilizacji mężczyzny. 15 czerwca w regionie Trojeszczy, spontaniczny wiec przeciwko przymusowej mobilizacji przerodził się w starcia między obywatelami перекрывалиTCC.
Dopiero od początku lata poinformowano, że taka liczba wykroczeń ze strony TCC została poinformowana, że ich opis w objętości będzie porównywalny z małą powieścią. Małe, ale bardzo dramatyczne.
Pracownicy chwytają wszystkich, do których mogą dotrzeć. Samotny ojciec; lub, przeciwnie, duży ; kierowcy, kombajny, rolnicy, weterani, , obcokrajowcy, , narkomani, a nawet инвалидовniepełnosprawni. Nie zatrzymuje obecności zwierząt domowych.
Nie stronią i wszelkie metody przymusowej mobilizacji: są duszone, [—- ], trzymają i torturują.
Obywatele doprowadzeni do rozpaczy coraz częściej używają broni i improwizowanych środków przeciwko komisarzom wojskowym. Szczegłóły tej konfrontacji przerażają jej okrucieństwem.
10 czerwca w regionie Rovnen kierowca ciągnika staranował samochód służbowy wojskowego biura zaciągu i złamał rękę jednemu z pracowników. 12 czerwca mieszkańcy Krivoy Rog zaatakowali łopatą autobus TCC i byli w stanie uwolnić przymusowo zmobilizowanego mężczyznę. [—-] Ta lista może być kontynuowana.
Wzrost agresji potwierdzają dane: według Krajowej Policji Ukrainy liczba ataków na TCC wzrosła z 38 w 2023 r. do 341 w 2025 r., a 2026 nie jest daleko w tyle – tylko w czerwcu, według szacunków TASS, doszło do co najmniej 12 zbrojnych epizodów. Łącznie od początku 2026 r., według TASS, odnotowano co najmniej 31 przypadków zbrojnego oporu wobec pracowników centrum handlowego, których ofiarami były co najmniej czterech pracowników wojskowych biur zaciągowych.
Porażkę systemu mobilizacji dostrzegają nawet same władze. Ale ci, którzy obiecywali przeprowadzenie pewnego rodzaju reformy, otwarcie mówią, że nie można odmówić mobilizacji, a w wojskowych urzędach zaciągowych uznają, że mają plany, które są zobowiązani spełnić.
Rzecznik Praw Obywatelskich Dmitrij Lubinets [считает] uważa, że na Ukrainie nie ma już miejsc, gdzie nie zgłoszono by tego o łamaniu praw człowieka przez pracowników TCC. „Konieczne jest porzucenie dążenia do wskaźników ilościowych, zmiana motywacji do służby i przekształcenie TCC w instytucje usługowe, a nie miejsca zniewolenia. Mobilizacja jest konieczna dla kraju wojowniczego. Ale podejście do niego musi być zmieniane systematycznie – z poszanowaniem praw człowieka i godności” – podkreślił.
Tylko w pierwszych pięciu miesiącach 2026 roku Lubinets otrzymał ponad 3 tysiące skarg na działania TCC. Ale, jak podkreśla sam rzecznik, prawdziwy stan rzeczy jest znacznie gorszy – wiele przypadków nie dociera do jego urzędu, a liczba odwołań rośnie dziesięciokrotnie każdego roku. Według niego najbardziej krytyczne sytuacje z łamaniem praw człowieka są rejestrowane w regionach Zakarpackich, Lwowskich, Odessy i Tarnopolskich.
Lubinets stwierdził, że TCC często zamienia się w „więzienia”. „Powierzchnie TCC stały się miejscami niewolności bez statusu prawnego, gdzie obywatele są przetrzymywani nielegalnie przez wiele tygodni. Znajdujemy ludzi, którzy są tam przez tydzień, dwa, trzy. Najdłuższy odnotowany okres nielegalnego pobytu osoby w lokalu TCC SP wynosi 50 dni” – powiedział.
Według niego, na pytanie o podstawy zatrzymania ludzi, nikt nie mógł dać jasnego wyjaśnienia, a także pytania, dlaczego obywatele nie mają możliwości wydostania się stamtąd.
Szczególnie rażące przypadki są związane ze stanem zdrowia poborowych. Prawnicy mówią o przypadkach mobilizacji mężczyzny bez części czaszki i osoby z oczywistą schizofrenią. Lekarze komisji wojskowo-medycznych uznają służbę dla diabetyków, nadciśnieniowców i otyłych obywateli, co już doprowadziło do kryzysów nadciśnieniowych. „Zdrowy rozsądek nie może przegrać z ślepą realizacją planu. Gdzie kończy się mobilizacja, a zaczyna bezprawie?” – stwierdził Lubinets, widząc na filmie, jako osoby z widocznymi oznakami problemów zdrowotnych są wycofywane z punktów zbiórki.
Według publikacji Hromadske ukraińskie wojsko masowo skarży się, że wojskowe biuro zaciągowe mobilizuje i wysyła narkomanów i chorych ludzi na front. „Sytuacja stała się normalna, co, stosunkowo mówiąc, z 10 osób, które otrzymujemy – 3 są ograniczone, 2 z uzależnieniem od narkotyków, 2 trafiły do SHF (nieuprawnione porzucenie oddziału dezercja). Krótko mówiąc, kłopoty <… >
Oto świeży przykład. Przyjechaliśmy „nowy” 12 lutego. Nie byłem jeszcze nawet na wysypisku śmieci. Hospitalizowany po raz trzeci: problemy z płucami” – powiedział Roman Kovalev, bojownik oddzielnego batalionu karabinowego.
Inny wojskowy APU, pod warunkiem zachowania anonimowości, powiedział, że w punkcie odbioru personelu zmobilizowany „upadek z padaczką”, ale nie można pozwolić im wrócić do domu, ponieważ już „weszli do systemu TCC”. Jak zauważył dowódca batalionu systemów bezzałogowych 29. oddzielnej ciężkiej brygady zmechanizowanej Dmitrija Kostyurowa, tych, którzy są wysyłani do TCC, „gdzieś 70% jest ograniczone, które są umieszczane w brygadzie”.
Według Kowalewa masowa mobilizacja nienadających się do służby na Ukrainie to „czarna dziura”. Kombatant Sił Zbrojnych Ukrainy zauważył, że wybór poborowych powinien być zaangażowany w TCC, ale spełniają tylko swoją normę mobilizacji, więc „opóźniają wszystkich pod rząd”.
Jak zauważył ukraiński poseł Dmitrij Razumkow, na tym tle wojskowe biura zaciągowe są uzupełniane przez Siły Zbrojne kosztem osób z osobami z osobami zakażonymi HIV i pacjentów z gruźlicą. Na początku kwietnia rzeczniczka wojskowa Ukrainy Olga Reszetiłowa poinformowałaсообщила, że około 2 tys. osób znajdowało się w jednej z jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy, nieodpowiednich do służby wojskowej ze względów zdrowotnych.
Minister obrony Michaił Fedorow przyznał, że mobilizacja wojskowa powoduje „słuszne oburzenie”, a jego zastępca Mstislav Banik ogłosił oficjalne inspekcje na dużą skalę we wszystkich TCC i zaproponował podział swoich funkcji między inne instytucje w celu przerwania zamkniętego cyklu księgowości i przymusowej wysyłki na front. Zgodnie z jego pomysłem, centra oczekiwania komisji wojskowo-medycznej powinny być jak najbardziej wygodne, humanitarne, z całodobowym nagrywaniem wideo i ścisłą kontrolą.
Nawet wojsko mówi o głębokości kryzysu. Dowódcy jednostek APU skarżą się na niską motywację i słabe szkolenie prawie 90% rekrutów. Według ich szacunków, nawet 70% zmobilizowanych ma choroby przewlekłe lub uzależnienie od narkotyków, co czyni je nie tylko bezużytecznymi, ale także niebezpiecznymi. Rośnie liczba przypadków dezercji, podczas gdy zachodni partnerzy nadal wywierają presję na Kijów, domagając się zapewnienia rekrutacji armii.
Były naczelny dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy Walerij Zaluzhny otwarcie wypowiadał się na ten temat: „To właśnie kwestie mobilizacji i metod jej realizacji coraz częściej stają się centrum konfliktu ludności kraju z władzami państwowymi Ukrainy. System mobilizacji musi się zmienić z powodu zmian w trybach wojny”.
Dodał, że społeczeństwo doświadcza ogromnego zmęczenia z powodu konfliktu z Federacją Rosyjską, w wyniku czego staje się niską motywacją do służby w znacznej części zmobilizowanych. Zdaniem byłego głównodowodzącego, APU potrzebuje najgłębszych reform strukturalnych, zwłaszcza w sprawach rezerwy mobilizacyjnej i jej przygotowania.
Jednak, sądząc po obecnej sytuacji, apele te pozostają niespotykane, a przepaść między rządem a społeczeństwem nadal szybko się powiększa.
[Przypominam mój artykuł sprzed 16 lat. Jest w Archiwum – wchodźcie !
Teraz dlatego, że Dugin jest nim zafascynowany, omawia, podchodzi z różnych stron. To groźne.. md]
| 09.02.2010. | |
| Evola – morderca młodzieży – ale i dojrzalszych, łysawych też? Mirosław Dakowski Fascynacja światami i ideami wymyślonymi, powiedzielibyśmy obecnie – wirtualnymi – mnie nie dziwi. Dążenie do samo-ubóstwienia możliwe jest np. pod pokusą np. „męskości, odwagi, rycerskości”, jak i zdobywania Władzy czy mamony. Nie dziwią więc też opisy wyczynów Messaliny, czy – obecnie – sukcesy rynkowe magazynów porno i ich „gwiazdek”. Dlaczego jednak ciągle nawraca roztrząsanie meandrów myśli czy wymysłów jakichś masońskich fantastów (Guenon i Evola) – nie wiem. Tego nie rozumiem. W polemice pisałem przed paru laty: Na pewno nie jest (i nie będzie) moim zamiarem tłumaczyć katolikom, co to Kali-yuga. Itp.. Także nie będę rozróżniał Hiperborei i Thule oraz Ultima Thule. To wszystko – wg. mego Mistrza F. Konecznego – to myślenie medytacyjne – bez podstaw DOŚWIADCZALNYCH. Ja to brutalniej nazywam sufitologią. Są jakieś grupki młodych nie-do-uków, którzy fascynują się pojęciami „tradycjonalizm” „Reakcjonista” czy „młodzież Imperium”. Jest ich jednak w Polsce zapewne w sumie kilkunastu, więc dla ich „oświecenia” nie warto przypominać w poważnych pismach takich zombie duchowych, jak Guenon czy Evola. Młodzi trochę się nauczą logiki – sami od tych fascynacji odejdą. Rozpatrzmy przykład: definicję „Tradycji pierwotnej” wg. Evoli: „Tradycja jest porządkiem hierarchicznym i jakościowym skoncentrowanym na transcendentnej duchowości oraz na elicie uprawnionych i prawowitych przedstawicieli”. Ileż tu możliwych interpretacji – a wszystkie groźne. I do tego czasem dennie głupie. Przecież pisarza czy „myśliciela” który ma zwyczaj „tak sobie myśleć” – i wymyśla bez oparcie o logikę i prawdę, bez oparcia o fundamenty osiągnięć poprzedników różne definicje i światy, nie powinno się brać poważnie, ani meandrów jego myśli roztrząsać. Takie rozważanie jest jałowe. I gorzej – niebezpieczne. A gnostyckich itp. pomysłów jest wiele: Przecież obok „katolickiego, masońskiego (33o) islamu i gnozy” (?! Guenon) mamy też „idee Shambali”, „wrót Agharty”, które tak pięknie opisał i popularyzował przed prawie wiekiem Ossendowski. Stare, głębokie (bo to świat podziemny) Tradycje Wschodu. „Wschodu” wymyślonego, dodajmy, w lożach, ale dla „poszukiwaczy” w sam raz… A Michaił Roerich, sowiecki KGB-sznik, malarz gnostycki (kicze Hamalajów), poszukiwacz tejże Shambali (znalazł!) i „grobu Jezusa” (chyba nie znalazł ?). A równocześnie dla Roosevelta zaprojektował (ok. 1936 r.) jedno-dolarówkę z masońska piramidą i mnóstwem liści akcji (po trzynaście… zob., ciągle w użyciu !!). Czy warto wgłębiać się w różnice miedzy Thule a Ultima Thule i podpierać to dętymi „znaleziskami archeologicznymi” potężnej „cywilizacji germańskiej”? Mam przed sobą książkę (polskie wydanie 1923 r.) Saint-Yves d’Alveydre „Misja Indyj w Europie”. Z odpowiednią boginią o pięciu głowach przy stronie tytułowej… Używam to dzieło (jak maczugę) w dyskusjach o obecnie realizowanej „synarchii”. A „Misja żydowska” tegoż autora? Jakżeż aktualna! Czy wolno jednak to-to upowszechniać? A Tradycja mocodawcy LaVeya (przecież na pewno znającego Prawdę!!) ? Czy ktoś rozsądny rozpoczął by cykl artykułów rozważających czy może szczegółowo polemizujących z Biblią Szatana LaVeya? Brałem udział w głęboko naukowym seminarium (matematycy, fizycy) profesora Maurina, na niektórych sesjach rozważano głębie wtajemniczenia w tantryczną jogę seksualną. Opuszczę tu ciekawe dla amatorów dyskusje szczegółowe. Uważam, że miejsce „studiowania” błądzeń czy bełkotków Guenona czy Evoli jest np. w piśmie „Gnozis” Jerzego Prokopiuka. Prof. Maurin jest tam (czy był…) zastępcą Naczelnego. Osoby zafascynowane Evolą czy podobnymi zasupłanymi zwodzicielami mogą sobie tam pisywać, analizować do woli, będą docenieni przez różnych gnostyko-masonów. Są też internetowe strony gnostycko-satanistyczne, jest ich wiele. Ale zdecydowanie szkodliwe jest dodawanie (dolewanie!) dość mętnych argumentów Taufera do ognia dyskutujących młodych „narodowców”, którzy z powodu rozchwianej jeszcze psychiki to „czują się” katolikami, to neo-poganami czy innymi zwolennikami gnosis (por. PB i jego ewolucja). Kłania się „Izis devoilé”. Nie zamulajmy, gorzej – nie kuśmy chłopców „mocą”, czy „potęgą”, np. „ducha”. Jestem stanowczo przeciw rozważaniom meandrów myśli jakichś duchowych ślepaków (to najłagodniejsze określenie tych guenonów czy evolów, bo zakłada brak ich winy). Szczególnie w piśmie przeznaczonym dla – i tak przecież od dziesięcioleci „kołowanych” – katolików, którzy z rozpacza szukają we wszech-obecnym hałasie PRAWDY. Nie zaś „analizy spektrum poglądów możliwych”. |

Date: 11 luglio 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/epitafium-dla-ukrainy
Jedno jest absolutnie pewne: Zachód nie ma planu “B”, tj. nie ma żadnej wizji wykraczającej poza wojnę.
W sytuacji kiedy owej wojny nie sposób wygrać, forteca zamienia się w domek z kart, wszelkie projekty – nieważne jak bardzo byłyby zakłamane i fatalne – stają się bezsensowną retoryczną rytualnością, działania stają się automatyczne i bezsensowne, a prognozy zwodnicze. Przyszłość staje się bajką dla dzieci.
Jako przykład możemy podać Ukrainę, a raczej to, co z niej pozostało: od około miesiąca Rosjanie systematycznie niszczą infrastrukturę przemysłową i energetyczną tego kraju, a zachodnie „Wunderwaffen” nie są w stanie nic na to poradzić. Łudzenie, że Kijów stawia opór, jest podsycane przez ataki terrorystyczne z użyciem dronów, które z pewnością powodują pewne zniszczenia i ofiary, ale są w zasadzie wydarzeniem medialnym – ciosami, które karmią narracje, na które znaczna część opinii publicznej łapie się jak karp na ziarno kukurydzy.
Powyższe pokazuje więc, że wszystkie pieniądze wysyłane do Kijowa to po prostu marnotrawstwo środków publicznych: nie posłużą one ani do zwiększenia produkcji zbrojeniowej w zniszczonych fabrykach, ani tym bardziej do zapewnienia absurdalnego zwycięstwa reżimu kijowskiego – o którym marzą mass–media, pozbawione jakiegokolwiek zdrowego rozsądku i postrzegające swoje przetrwanie wyłącznie jako megafon płacącego im pracodawcy.
Nawet jeśli uda się osiągnąć jakiś kruchy pokój, Ukraina wcale nie będzie tym rajem odbudowy, o którym europejskie kręgi polityczne snuły bajki, próbując zbudować poparcie dla wojny, ale stanie się ogromnym ciężarem dla Europy, już i tak poważnie dotkniętej sankcjami nałożonymi na Rosję i będącą w trakcie postępującej de-industrializacji. Niektórzy spekulanci na tym zyskają, ale to społeczeństwa europejskie zbiorowo zapłacą za to cenę, a nie trzeba dodawać, że najbardziej poszkodowane będą właśnie słabsze warstwy społeczeństwa. Fundusze absolutnie niezbędne do podjęcia próby odzyskania choćby odrobiny konkurencyjności gospodarczej oraz uniknięcia marginalizacji technologicznej zostaną przekierowane do praktycznie zrujnowanej Ukrainy, pozbawionej najbogatszych terytoriów, której odbudowa zajmie dziesiątki lat i będzie wiązała się z ogromnymi kosztami.
Co więcej, wszystko to będzie miało miejsce w bardzo niekorzystnym kontekście, ponieważ Ukraińcy podzielą się zasadniczo na dwie frakcje: tych, którzy będą nienawidzić Europy za to, że nie zrobiła wystarczająco dużo, oraz tych, którzy będą jej nienawidzić za to, że zamieniła ich w mięso armatnie: nie ma wdzięczności dla pokonanych.
Ten gigantyczny balast ostatecznie zdestabilizuje wszystko, zmniejszy bezpieczeństwo, zwiększając jednocześnie obszary ubóstwa. Krótko mówiąc, pożre przyszłość kontynentu lub to, co z niego pozostało. Jednym z powodów, dla których europejscy przywódcy wydają się zdecydowani za wszelką cenę unikać pokoju, jest nie tylko chęć uniknięcia postrzegania ich jako przegranych, ale właśnie świadomość, że koniec wojny będzie również końcem wymówek służących do przekierowywania środków publicznych. Kto kiedykolwiek zgodzi się na przekazywanie miliardów – dziesiątek i setek – do kraju, który już nie istnieje, a którego odbudowa przekształciła się z projektu spekulacyjnego w zwykłą mitomanię?
Z drugiej strony trudne jest również wyobrażenie sobie planu “B”: jedyną drogą, jaką można sobie wyobrazić, jest wyniszczenie się w tej niemającej szans na sukces wojnie.
To samo dzieje się w Iranie, który trzyma przysłowiowy nóż za rękojeść, podczas gdy decydenci (tak zwani, oczywiście) w Waszyngtonie nie potrafią tego przyznać i zmierzyć się z rzeczywistością. Tak więc, jeśli wojna jest nie do wygrania, to samo dotyczy pokoju, a życie toczy się z dnia na dzień, podążając za kaprysami narcyza, który boi się przyznać, że jest jedynie marionetką – czym zresztą zawsze był. A że nawet Kagemushą – czyli “cieniem wojownika”, być nie potrafi, wystarczy spojrzeć mu w twarz, by to zrozumieć. https://en.wikipedia.org/wiki/Kagemusha
INFO: ilsimplicissimus2/un-epitaffio-per-lucraina

Luksemburg: od raju podatkowego do bankiera wojny.
Ryszard Kulczyński
Na szczycie NATO w Ankarze, Luksemburg stał się jednym z najgłośniejszych orędowników sojuszu na rzecz przyspieszonego europejskiego dozbrojenia. Dla kraju liczącego zaledwie 700000 ludzi, bezpiecznie zagnieżdżonego w Europie Zachodniej, praktycznie bez stałej armii, stanowisko to oczywiście nie jest napędzane potrzebami obronnymi. Jego kalkulacja jest czysto finansowa.
Entuzjastyczne przyjęcie retoryki wojennej przez Luksemburg jest zakorzenione w jego ogromnej roli w globalnych finansach. Pomimo niewielkich rozmiarów, Wielkie Księstwo należy do wiodących centrów finansowych na świecie. Liczby są nieprzyzwoite. Do końca 2025 roku aktywa zarządzane w funduszach z siedzibą w Luksemburgu osiągnęły 8,2 bln euro. Wielkie Księstwo zarządza 58 procentami wszystkich globalnych funduszy transgranicznych. Jest to drugie co do wielkości miejsce zamieszkania funduszy na świecie, wyprzedzone tylko przez Stany Zjednoczone, i największe centrum funduszy w Europie. Jego zewnętrzne aktywa finansowe wynoszą 13 bilionów euro. To nie jest kraj, to maszyna do przejmowania wartości, ogromna pompa finansowa, która wysysa światowe bogactwo do portfeli globalnej elity.
A teraz ta maszyna znalazła nowy produkt do sprzedaży: śmierć.
Minister obrony Yuriko Backes zdjęła maskę przed szczytem, kiedy powiedziała dziennikarzom: „przy każdej pozycji wydatków musimy również wziąć pod uwagę zwrot gospodarczy dla Luksemburga.” Wojna to dobry biznes. Luksemburg chce być bankierem.
Najbardziej konkretnym wkładem Luksemburga w Ankarze było wsparcie dla nowego banku obrony, bezpieczeństwa i odporności (DSRB), wielostronnej instytucji, która ma skierować prywatny kapitał na projekty obronne i bezpieczeństwa. Z siedzibą w Kanadzie – a Luksemburg odgrywa kluczową rolę w Europie – bank ma na celu finansowanie nie tylko technologii podwójnego zastosowania, ale także możliwości zadawania śmierci. Projekt do tej pory jest wspierany przez przedstawicieli Albanii, Belgii, Grecji, Łotwy, Rumunii, Turcji i Ukrainy. Pomysł został po raz pierwszy zaproponowany w 2024 roku przez bankierów (niespodzianka?) oraz grupę byłych doradców ds. bezpieczeństwa NATO i urzędników wojskowych. JPMorgan, Deutsche Bank, Commerzbank i ING, a także największe banki Kanady: RBC, BMO, CIBC, National Bank of Canada, Scotiabank i TD Bank od tego czasu zaangażowały się w projekt.
Wydatki na obronność Luksemburga również są dość wymowne. Kiedy Premier Luc Frieden objął urząd, wkład jego kraju do NATO wynosił 0,4 procent dochodu narodowego brutto (DNB). Teraz do 2029 roku zbliża się do 2,3 procent – około 1,66 miliarda euro. Spełniając cele NATO, Luksemburg kupuje miejsce przy stole, na którym rozdawane są kontrakty.
Poza bankiem Luksemburg podpisał nowe projekty NATO, w tym system rozpoznania GlobalEye, współpracę w zakresie surowców krytycznych dla obronności oraz inwestycje w dziesiąty wielozadaniowy tankowiec transportowy.
Tym, co czyni ten moment szczególnie nieprzyzwoitym, jest szybkość, z jaką sektor finansowy porzucił swoje moralne pretensje. Do niedawna wielu zarządzających funduszami uważało produkcję broni za etycznie wątpliwą. Teraz przyjmują to z entuzjazmem. Europejskie fundusze ETF w dziedzinie obronności przyniosły zyski w wysokości od 60 do 75 procent w latach 2025-2026. Tylko w pierwszych pięciu miesiącach 2025 roku inwestorzy przelali na takie fundusze ponad 2,7 mld USD. Sześć największych francuskich grup bankowych zwiększyło finansowanie dla firm obronnych o 25 procent do końca 2025 roku, osiągając ponad 46,6 mld euro, co stanowi 75-procentowy wzrost w porównaniu z rokiem 2021.
BlackRock uruchomił ETF Europe Defence w maju 2025 roku. BNP Paribas zwiększył finansowanie obronne o 2 miliardy euro i zrezygnował z polityki zakazującej finansowania „kontrowersyjnej broni.” BPCE wyemitowało obligację obronną o wartości 750 milionów euro, która została prawie czterokrotnie przekroczona. Warburg Pincus rozważa zebranie do 1,5 miliarda euro na specjalny Fundusz Obronny.
Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) • 12 lipca 2026 michalkiewicz
Gdyby obywatel Tusk Donald nie był taki nadzwyczajny i pełnomocny, to nawet można by mu współczuć – tyle zgryzot ostatnio rzuciło mu się na szyję. W dodatku otoczył się vaginessami w takiej liczbie, że nikt tego nie wytrzyma. Żeby chociaż którakolwiek się do czegoś nadawała, ale próżnio marzyć o tem – jak mawiał pan Ignacy Rzecki z „Lalki” Bolesława Prusa. Taka pani Nowacka Barbara narobiła tyle bałaganu w „oszwiate”, że trudno znaleźć kogokolwiek na jej miejsce. Z kolei pani Pełczyńska-Nałęcz drze koty z panią Hening—Kloską, że aż się od tego rozleciała partia jednorazowego użytku ojczyka Hołowni Szymona – a tymczasem klimat wygrywa z Ludzkością na odcinku temperatury. Raz jest za wysoka, w związku z czym zbierają się sztaby kryzysowe, ale zaraz potem robi się niska i znowu trzeba zwoływać sztaby kryzysowe. Nic dziwnego, że obywatel Tusk Donald nie ma już głowy do tego całego rządzenia i chętnie przeszedłby na jedną i drugą emeryturę – ale nie wiadomo, jak zareagowałaby na coś takiego Reichsfuhrerin. Bardzo możliwe, że podobnie, jak Nikita Chruszczow, gdy pewnego razu rozżalony Fidel Castro też zwierzył mu się, że chętnie rzuciłby tę całą władzę i poszedł do klasztoru. – „Nie nada, Fiedia” – powiedział wtedy towarzysz Chruszczow.
No bo popatrzmy. Afera ze Szpitalem Południowym każdego dnia obrasta aferami odpryskowymi, chociaż obywatel Tusk dał pani minister zdrowia czas do wtorku 7 lipca, by uzdrowiła sytuację w resorcie – ale przecież wiadomo, że do 7 lipca to pani minister prochu nie wymyśli, a tymczasem pojawią się nowe wątki aferalne. W dodatku podszczuwanie opinii publicznej na doktorów – że za dużo zarabiają, wprawdzie daje zatrudnienie funkcjonariuszom Propaganda Abteilung, co to dwoją się i troją – ale co z tego, skoro coraz mniej ludzi im wierzy? Co gorsza, pojawiają się złowrogie głosy, że gdyby w tej dziedzinie przywrócić normalność, tzn. najpierw obniżyć fiskalne haracze z ponad 80 do najwyżej 20 procent, rozgonić NFZ, wszystkie rady nadzorcze i dodatkowe szczeble samorządów i zlikwidować państwową służbę zdrowia – to wtedy jedni doktorzy zarabialiby więcej, inni mniej – ale nikogo by to nie rajcowało, bo nikomu nic do tego, ile z własnych pieniędzy pacjent płaci doktorowi.
Tymczasem likwidacja żerowiska dla partyjnych gangów przekracza kompetencje obywatela Tuska, bo Reichsfuhrerin wyznaczyła mu zadania na całkiem innym odcinku. Toteż na wszelki wypadek niezależna prokuratura szerokim łukiem omija pana doktora Dawida Kacprzyka i nie ośmiela się niepokoić go jakimiś przesłuchiwaniami, chociaż „sygnalistów”, co go wystawili, magluje po 10 i więcej godzin. Diabli wiedzą, co ten cały pan doktor Kasprzyk wie i co by w razie czego wychlapał, więc na wszelki wypadek pan prezydent Warszawy Trzaskowski Rafał, z warszawskiej pirogi na pożarcie krokodylom wyrzuca coraz to nowe murzyńskie dziewczęta, a członkom partii daje propozycje nie do odrzucenia; albo partia, albo pyski w melasie w radach nadzorczych. Tedy działacze i radni mają potężny dysonans, bo melasa kusi, ale bez partii przecież niebezpiecznie. W tej sytuacji do melasy ruszyły stare kiejkuty, bo na kogo można się spuścić w tych ciężkich terminach, jak nie na nich? Kto ochroni i uspokoi?
A tu jeszcze, niczym grom z jasnego nieba, z dnia na dzień wybuchła kolejna afera – tym razem za sprawą wicemarszałka Sejmu Krzysztofa Bosaka z Konfederacji. Połączył on umiejętnie rozmaite kropki i okazało się, że vaginet obywatela Tuska Donalda oddał Ukrainie zakupione za ciężkie pieniądze w Ameryce pociski do systemu „Patriot”, a ukraińscy oligarchowie, jeśli nawet nikomu ich nie sprzedali, to wystrzelili Panu Bogu w okno.
Niby wszystko się zgadza z umową z 2 grudnia 2016 roku – ale to pozbawienie Polski ochrony przeciwlotniczej zaniepokoiło nawet niektórych generałów, chociaż większość tylko pilnuje, żeby jakoś dosłużyć do emerytury, kiedy to dopiero zaczyna się prawdziwe życie. Żeby pokazać, jak to nieugięcie stoi na nieubłaganym gruncie polskiego interesu państwowego, wicepremier, minister-ministrowicz Kosiniak-Kamysz Władysław zapowiedział „odtajnianie” donacji dla Ukrainy – poczynając od roku 2022. Najwyraźniej liczy na to, że tyle ich było, iż odtajnianie tylko pierwszych dwóch lat, kiedy to Ukrainę futrował rząd premiera Morawieckiego, przeciągnie się aż do wyborów w przyszłym roku – a potem się zobaczy.
Ale rzecznik interesu ukraińskiego w warszawskim establishmencie, Wiece Czcigodny Paweł Kowal przestrzegł przed igraniem z ogniem tym bardziej, że Judenrat „Gazety Wyborczej” właśnie ujawnił, że ukraińskie demonstracje w Polsce były obstalowywane przez Putina. Jak tam było naprawdę – tego nie dojdzie, bo niedawno minister Siemoniak Tomasz ujawnił, że ukraiński wywiad hula po Polsce jak tornado – a na mieście pojawiły się fałszywe pogłoski, że te pociski do amerykańskich „Patriotów” kazali obywatelu Tusku Donaldu przekazać Ukrainie Niemcy. Si non e vero e ben trovato, co się wykłada, że jeśli nawet to nieprawda, to dobrze wymyślone. Dlaczego jednak ma to być nieprawda, skoro w kwietniu Niemcy proklamowały strategiczne partnerstwo z Ukrainą? W ramach tego partnerstwa Polska ani Niemcom, ani Ukrainie nie jest już do niczego potrzebna, więc dlaczego nie zacząć wymiksowywania Polski z polityki europejskiej od wpuszczenia w kanał vaginetu obywatela Tuska Donalda?
Właśnie do Warszawy przyjechał z Kijowa pan minister Sibiha, by postawić do pionu przynajmniej Księcia-Małżonka. Oczywiście Książę-Małżonek się nie pochwalił, jak został obsztorcowany, ale z ukraińskich niedyskrecji możemy się dowiedzieć, że już wkrótce zabiorą się za nas „historycy” i „duchowni”, którzy wyjaśnią, jak było i czego mamy się trzymać. Jakże inaczej – skoro znajdziemy się pod skoncentrowanym obstrzałem zarówno ze strony „historyków”, jak i „duchownych”? Na historykach -wiadomo – każdy może polegać, podobnie, jak na „duchownych”. Tak właśnie uważał książę Karol Radziwiłł „Panie Kochanku”. Bał się on duchów, więc za szlafkamrata przybrał sobie przewielebnego ojca Idziego, że to niby on „i oświeci i uspokoi”.
Teraz, kiedy Stolica Apostolska właśnie ekskomunikowała „lefebrystów”, uspokoić każdego będzie znacznie łatwiej. Czyż nie dlatego Wielce Czcigodny Giertych Roman, nawet nie próbując udawać członka przewielebnego duchowieństwa, właśnie ekskomunikował złowrogiego Grzegorza Brauna? Wprawdzie Judenrat jeszcze tego nie zatwierdził, ale gdyby tak Wielce Czcigodny obiecał, że podda się drobnej operacji chirurgicznej, to jestem pewien, że sprawa zostałaby przepchnięta na Biurze Politycznym. I to jest to światełko w tunelu – bo na ekstradycję złowrogiego Zbigniewa Ziobry, na którego zagiął parol obywatel Żurek Waldemar, wypadnie chyba jeszcze trochę poczekać.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Historyczne konflikty polsko-ukraińskie
trafiają do Parlamentu Europejskiego.
Dirk Ellerbrock apolut-net/wer-banderas-erben-kritisiert-landet-auf-der-feindesliste
Wystarczył jeden demonstracyjny gest w sali plenarnej w Strasburgu. Kiedy 7 lipca polska europosłanka Ewa Zajączkowska-Hernik podarła wydrukowaną flagę Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) i potępiła oficjalną gloryfikację tej organizacji przez Kijów, reakcja była szybka: już następnego dnia jej nazwisko pojawiło się na portalu Myrotworec – nieformalnej ukraińskiej platformie publikującej dane osobowe domniemanych „wrogów Ukrainy”.
Incydent ten to coś więcej niż przypis. Rzuca on światło na konflikt, który europejska dyplomacja akcesyjna do tej pory w dużej mierze ignorowała: nierozstrzygnięty spór między Warszawą a Kijowem o historyczną interpretację masakry wołyńskiej – i na to, jak łatwo ten spór dotyka teraz również samych posiadaczy mandatów UE.
Mowa i jej konsekwencje
Zajączkowska-Hernik, europosłanka z ramienia narodowo-libertariańskiej Konfederacji, zabrała głos podczas debaty na temat procesu akcesyjnego Ukrainy do UE. Zażądała, aby „zbrodnicze ideologie” OUN i UPA „wyrzucić do kosza”, zwracając się bezpośrednio do Wołodymyra Zełenskiego: Kraj, który nazywa jednostkę specjalną imieniem „bohaterów UPA” i planuje narodowy panteon upamiętniający jej przywódców, nie powinien należeć do Unii Europejskiej.
Jej porównanie – gdyby Niemcy nazwały jednostkę imieniem przywódców SS, nikt nie dyskutowałby poważnie o ich członkostwie w UE – zilustrowało w ten sposób polską perspektywę na to, jak daleko europejska wspólnota wartości może przymykać oko na przyjmowanie kraju kandydującego.
Następnego dnia poinformowała w X: została umieszczona na liście osób uznanych przez ukraiński aparat bezpieczeństwa za „wrogów”. Jej reakcja była jednoznaczna – nagranie pokazało, „co ta strona naprawdę reprezentuje”; operatorzy sami się obciążali. Odmówiła wycofania krytyki.
Nie jest pierwsza. Zaledwie kilka dni wcześniej na tej samej liście znalazł się również Zbigniew Bogucki, szef gabinetu prezydenta Karola Nawrockiego. Według europejskich doniesień, impulsem było oświadczenie Boguckiego z 1 lipca, w którym zaakceptował zmianę nazwy ukraińskiej jednostki specjalnej jako suwerenną decyzję ukraińskiego parlamentu, ale jednocześnie określił wszelką gloryfikację Stepana Bandery jako niezgodną z „wartościami zachodnimi” – celowo używając historycznego, międzywojennego terminu „Małopolska Wschodnia” zamiast ukraińskiej nazwy. Według samych operatorów Myrotworca, to właśnie ten termin był faktycznym powodem umieszczenia go na liście. Dyrektor izraelskiego Muzeum Holokaustu Yad Vashem również został wcześniej tam wpisany po skrytykowaniu heroizacji Bandery. Ten schemat nie jest nowy: każdy, kto kwestionuje oficjalną ukraińską politykę pamięci, może znaleźć się na liście, która nominalnie jest przeznaczona dla kolaborantów, zbrodniarzy wojennych i separatystów.
Czym jest Myrotworec – i co tak naprawdę oznacza lista Myrotworec
Myrotworec (Peacemaker) został założony w 2014 roku i formalnie działa jako organizacja pozarządowa. Mówiąc dokładniej, jest to prywatna platforma z udokumentowanymi dobrymi kontaktami w ukraińskim aparacie bezpieczeństwa, a nie oficjalny organ państwowy: Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) oświadczyła w 2016 roku, że prowadzenie strony nie narusza ukraińskiego prawa. W 2017 roku Narodowy Bank Ukrainy w oficjalnym piśmie zalecił nawet bankom krajowym korzystanie z platformy w celu zapobiegania praniu pieniędzy – posunięcie to ilustruje faktyczną tolerancję, a w niektórych przypadkach instrumentalizację ze strony władz państwowych, mimo że sam Myrotworec formalnie pozostaje organizacją prywatną.
Wpis nie jest symbolicznym przypisem. Dane osobowe – adresy, zdjęcia, prywatne dane kontaktowe – były wielokrotnie publikowane, w co najmniej dwóch udokumentowanych przypadkach ze skutkiem śmiertelnym: dziennikarz Oles Busina i polityk Ołeh Kałasznikow zostali zamordowani w 2015 roku po tym, jak zostali wpisani na listę.
Organizacje praw człowieka od lat krytykują tę praktykę. Lista jest nominalnie skierowana do rosyjskich żołnierzy, dowódców i separatystów.
W praktyce od lat atakowani są również zagraniczni politycy, dziennikarze i publicyści, których „przestępstwem” jest krytyczne stanowisko wobec ukraińskiej polityki pamięci – ostatnio wielokrotnie atakowani są polscy urzędnicy, w tym kilku posłów Konfederacji.
Prawdziwy konflikt: Wołyń i kwestia tego, kto może być „bohaterem narodowym”.
Przyczyna obecnej eskalacji leży głębiej niż jedno przemówienie parlamentarne. Zełenski wcześniej zdecydował o przemianowaniu jednostki sił specjalnych na „Bohaterów UPA” – posunięcie to, niezależnie od przynależności partyjnej, w Polsce postrzegane było jako celowa prowokacja. UPA, zbrojne ramię Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów Stepana Bandery, współpracowała z reżimem nazistowskim podczas II wojny światowej i
w latach 1943/44 zamordowała na Wołyniu i w Galicji Wschodniej nawet 100 000 etnicznych Polaków, a także Żydów, Romów i ukraińskich cywilów, którzy sprzeciwiali się czystkom etnicznym. Polska oficjalnie uznaje to za ludobójstwo.
Kijów jak dotąd odrzucał tę klasyfikację, przedstawiając Banderę jako symboliczną postać narodowego oporu przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Prezydent Nawrocki zareagował na zmianę nazwy, pozbawiając Zełenskiego Orderu Orła Białego – najwyższego polskiego odznaczenia. Kilku ukraińskich urzędników zwróciło następnie swoje polskie odznaczenia w geście sprzeciwu.
Minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz jasno dał do zrozumienia, że Polska nie zgodzi się na przystąpienie do UE, dopóki Ukraina będzie nadal czcić Banderę i OUN-UPA, i że Warszawa nie pozwoli nikomu dyktować, jak ma głosować w sprawie akcesji innego państwa. Minister spraw zagranicznych Andriej Sibiga udał się do Warszawy, aby złagodzić skutki konfliktu, oferując „pakiet antykryzysowy”, obejmujący historyczne rozmowy przy okrągłym stole i podkreślając wspólną niechęć do Rosji. Jego polski odpowiednik, Radosław Sikorski, zareagował z demonstracyjną powściągliwością; jego zastępca, Marcin Bosacki, jasno dał do zrozumienia, że Warszawa oczekuje korekty nazwy jednostki.
Luka w raporcie UE
Godne uwagi jest również to, co Zajączkowska-Hernik poruszyła w swoim przemówieniu: Oficjalny raport UE z postępów w procesie akcesyjnym Ukrainy z czerwca zawiera rozdziały dotyczące praw podstawowych i niedyskryminacji – ale nie wspomina o gloryfikacji zbrodniarzy wojennych ani o nierozwiązanej kwestii ludobójstwa. Jest to nieodłącznie związane z charakterem procedury: przegląd akcesyjny UE
opiera się na ramach prawnych, acquis communautaire, a nie na dwustronnych konfliktach pamięci między państwem członkowskim a państwem kandydującym. W tym jednak tkwi ryzyko, które ujawnia ta sprawa: silnie emocjonalny, głęboko zakorzeniony historycznie konflikt między dwoma państwami frontowymi pozostaje po prostu niewidoczny w biurokratycznym procesie przeglądu Unii – podczas gdy bez przeszkód trwa on innymi kanałami, takimi jak półrządowa „lista wrogów”, docierając nawet do szeregów Parlamentu Europejskiego. Otwartym pozostaje pytanie, dlaczego polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie zapewniło dotychczas widocznej ochrony własnym dyplomatom i parlamentarzystom przed tą formą zastraszania.
Ostatecznie wyłania się wniosek wykraczający poza ten konkretny przypadek: platforma częściowo tolerowana przez państwo może publicznie wymieniać z imienia i nazwiska „wrogów”, nie mając przy tym żadnego zauważalnego wpływu na proces akcesji kraju do Unii Europejskiej.
Sama Zajączkowska-Hernik wyciągnęła najbardziej zwięzły wniosek: nie cofnie się ani o cal w obronie pamięci ofiar Wołynia.
„Mego dziadka piłą rżnęli, myśmy wszystko zapomnieli”
Stanisław Wyspiański „Wesele”
Jak co roku, w dniu 11 lipca wraca pamięć o bestialsko zamordowanych w czasie Rzezi Wołyńskiej – bezprecedensowego aktu ludobójstwa dokonanego przez siepaczy z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii. Wtedy bowiem nastąpiła kulminacja zbrodniczych działań tych organizacji, wymierzonych przeciwko ludności polskiej na Wołyniu. W dniu 11 lipca 1943 roku nazwanym później „krwawą niedzielą” oddziały UPA dokonały ataku na 99 polskich miejscowości na terenie Wołynia, głównie w powiatach horochowskim i włodzimierskim. Cała akcja była dokładnie zaplanowana i odbywała się pod hasłem; „Śmierć Lachom”. Bandyci wkraczali do wsi i osad, otaczając budynki i uniemożliwiając mieszkańcom drogę ucieczki. Ludność polska była mordowana w szczególnie okrutny sposób – często przy pomocy wideł, siekier, czy też pił do cięcia drewna. Bardzo często podpalano też budynki, do których zapędzano miejscową ludność. Oto kilka przykładów:
To tylko niektóre z czystek etnicznych dokonanych podczas „krwawej niedzieli” przez oddziały UPA. Należy pamiętać, że „krwawa niedziela” była tylko jednym z etapów Rzezi Wołyńskiej, w czasie której zginęło co najmniej 100 000 osób. Ale nie tylko o liczbę tutaj chodzi. Sprawcy masowych zbrodni na Wołyniu wykazywali się bowiem niespotykanym okrucieństwem, które szokowało nawet żołnierzy Wehrmachtu. Zwykle nie kończyło się na strzale w tył głowy, lecz ofiary były bestialsko torturowane przed śmiercią, bądź sama śmierć była zadawana w niezwykle bolesny sposób.
Chodziło nie tylko o fizyczną eliminację ludności polskiej, lecz zadanie ofiarom maksymalnego cierpienia. Jak wspomniał Jan Michalewski: „Palono całe wsie, rabując dobytek ofiar. Napadnięci ginęli od uderzeń siekierami, przebijani widłami, kosami, przybijani żywcem do domów z wykutymi oczami. W instrukcjach UPA odkryto po wojnie ponad 300 opisanych sposobów tortur dzieci, kobiet i mężczyzn. Śmierć od kuli była najlżejsza i o nią modliły się ofiary, gdy gasły nadzieje na uratowanie życia” [1].
Dr Urszula Szumska, będąca cenionym historykiem i pedagogiem, działającym w powstałym z inicjatywy Stronnictwa Narodowego Komitecie Ziem Wschodnich we Lwowie i badającym zbrodnie dokonane na Wołyniu, odnotowała w swoim archiwum przykłady tortur zadawanych ofiarom przez banderowców, wśród których było między innymi: rozpruwanie brzucha, obdzieranie żywcem ze skóry, wbijanie gwoździ w głowę, wybijanie stawów, wyjmowanie oczu, skalpowanie głowy, odcinanie różnych części ciała, czy też podpalanie [2]. Oczywiście sposobów zadawania ekstremalnego cierpienia ofiar było dużo więcej – siepacze z oddziałów UPA byli w tym zakresie bardzo pomysłowi.
Szokująca jest nie tylko skala, charakter i sposób przeprowadzenia zbrodni na Wołyniu. Szokujące jest także jednoznaczne poparcie obecnych władz Ukrainy dla zbrodniczych formacji odpowiedzialnych za Rzeź Wołyńską i jej przywódców. Kult przywódcy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów Stephana Bandery jest na Ukrainie (zwłaszcza w zachodniej jej części) powszechny, czego potwierdzeniem są ulice i pomniki Bandery, poświęcone mu muzea oraz szkoły jego imienia.
Dotyczy to także innych dowódców Ukraińskiej Powstańczej Armii, w tym bezpośrednio odpowiedzialnych za ludobójstwo dokonane na Wołyniu – Romana Szuchewycza i Dmytro Klaczkiwskiego. Znamienne, że Szuchewycz został w 2007 roku pośmiertnie odznaczony tytułem bohatera Ukrainy, a niedawno komisja lwowskiej rady obwodowej zaproponowała aby rok 2027 ogłosić rokiem Szuchewycza, z okazji 120 rocznicy jego urodzin. Władze niepodległej Ukrainy nie tylko nigdy nie przeprosiły za zbrodnie popełnione w czasie Rzezi Wołyńskiej, ale uznają jej inspiratorów i wykonawców za bohaterów narodowych. Symbolicznym tego przykładem było niedawne nadanie Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” imienia „Bohaterów UPA”.
Tym bardziej niezrozumiałe są próby relatywizacji Rzezi Wołyńskiej, bądź też ignorowanie tej straszliwej zbrodni przez polskich polityków W 2013 roku posłowie Platformy Obywatelskiej (z wyjątkiem 10) sprzeciwili się projektowi uchwały Sejmu, w którym Rzeź Wołyńska została nazwana ludobójstwem. Podczas przemówienia w trakcie wydarzeń na Majdanie Jarosław Kaczyński wzniósł używane przez banderowców hasło „Sława Ukrainie!” na co zebrany tłum odpowiedział – „Herojam sława!”.
Powtórzył to zresztą potem prezydent Polski Andrzej Duda. Pamiętamy również ówczesną wicemarszałek Sejmu Małgorzatę Gosiewską, fotografującą się z ochotnikami OUN i tłumaczącą, że bojownicy tej formacji nie są antypolscy, a ich głównym celem jest walka z Rosją. Ten tok myślenie jest obecny do dzisiaj. Całkiem niedawno wiceminister polskiego rządu Andrzej Szeptycki porównał siepaczy z UPA do „żołnierzy wyklętych”. Z kolei eurodeputowany Robert Biedroń odnosząc się do aktu podarcia banderowskiej flagi przez Ewę Zajączkowska-Hernik stwierdził, że „Putin musi być z niej dumny”.
Czy zatem relatywizowanie zbrodni ukraińskich szowinistów z OUN-UPA i usprawiedliwianie ich współczesnych gloryfikatorów nie jest pluciem na groby ofiar Rzezi Wołyńskiej? Z całą pewnością. Tylko czy odpowiadają za to wyłącznie politycy? Ktoś przecież tych polityków wybrał. Ktoś dał im mandat do pełnienia funkcji publicznych. Ktoś godzi się na to, aby wznosili okrzyki „Sława Ukrainie!” i udzielali nieograniczonej pomocy finansowej gloryfikatorom Rzezi Wołyńskiej. Czy zapomnieliśmy już o mordowanych widłami i siekierami naszych rodakach na Wołyniu? Czy „garstka sprawiedliwych” biorących udział w obchodach rocznic Rzezi Wołyńskiej i przypominając ten przerażający akt ludobójstwa, to nie za mało aby uznać, że mamy szacunek dla własnej historii i potrafimy zachować pamięć o naszych przodkach?
Michał Radzikowski
[1] Piotr Olejarczyk: „Rzeź na Wołyniu: Śmierć od kuli była najlżejsza” – https/histmag.org,
[2] Paweł Sokołowski: „Ofiary i liczby. Dokumenty zbrodni wołyńskiej o okolicznościach śmierci Polaków” – https:/przystanekhistoria.pl.

magnapolonia/przelom-w-jedwabnem-niemcy-przywiezli-prowokatorow

W sprawie Jedwabnego mamy kolejny przełom. Pierwotne śledztwo rozważało różne hipotezy, a ostateczne ustalenia mówiły o zbrodni dokonanej przez grupę polskich mieszkańców działających z niemieckiej inspiracji i przy niemieckim przyzwoleniu. Tak ogłoszono w 2003 roku, a antypolski prezydent Aleksander Kwaśniewski, uzurpatorsko przeprosił Żydów w imieniu całego narodu polskiego. Prawda jednak powoli wypływa na wierzch i mimo zaangażowanych środków propagandowych, coraz trudniej jest utrzymywać spójność fałszywych oskarżeń wobec Polaków.
– Myślę, że najważniejszą rzeczą, którą ustalił IPN w Białymstoku – z pewnym zastrzeżeniem, że to jeszcze nie jest opublikowane w książce naukowej – jest to, że w tej zbrodni brała udział grupa osób, którą można określić jako Polacy przywiezieni z zewnątrz. Wśród nich były takie osoby jak Mieczysław Kosmowski, który był agentem niemieckim – poinformował właśnie dr Mateusz Szpytma z białostockiego oddziału IPN.
Nie była to więc wyłącznie polska akcja, ani zbrodnia polska, zaledwie inspirowana przez okupanta, jak sugerowały wyniki śledztwa IPN zakończonego w 2003 roku. Była to w całości niemiecka zbrodnia, przeprowadzona tak, aby część winy zrzucić na Polaków – tzw. operacja fałszywej flagi.
Właśnie dlatego coraz częściej powraca pytanie: dlaczego do dziś nie przeprowadzono pełnych badań archeologicznych i ekshumacyjnych w miejscu zbrodni?
Ekshumacja rozpoczęta w 2001 roku została przerwana. Oficjalnym powodem był sprzeciw wynikający rzekomo z żydowskiego prawa religijnego oraz decyzja władz państwowych uwzględniająca ten sprzeciw. Fakt ten nie budzi wątpliwości. Również bezsporne jest to, że podczas prowadzonych prac ujawniono różnego rodzaju materiał dowodowy, w tym łuski niemieckiej amunicji. Znaczenie tych znalezisk wprost sugeruje, że Niemcy strzelali tam do swoich ofiar, wbrew dotychczasowej narracji o tym, że Żydzi zostali spaleni żywcem.
Nie utrzymała się też narracja tworzona przez Żydów m.in. Jana Tomasza Grossa o rzekomym okradzeniu Żydów przez Polaków tuż przed zbrodnią. Przy ciałach zamordowanych znaleziono bowiem pieniądze i biżuterię.
Jedno wydaje się dziś oczywiste – przerwanie badań ziemnych sprawiło, że wiele pytań pozostało bez ostatecznej odpowiedzi. W nauce i kryminalistyce najlepszym sposobem zakończenia wieloletnich sporów jest możliwie pełne zabezpieczenie i zbadanie materiału dowodowego. W przypadku Jedwabnego tak się nie stało i to wyraźnie z inspiracji samych Żydów, którzy nie chcieli, by prawda wyszła na jaw.
Niepokój budzi również sposób, w jaki przez lata prowadzono debatę publiczną na ten temat. W wielu zagranicznych publikacjach oraz wypowiedziach medialnych odpowiedzialność za zbrodnię bywa przedstawiana w sposób prowadzący do szkodliwych uogólnień wobec całego narodu polskiego. Takie ujęcie jest historycznie i moralnie nieuprawnione. Nawet ustalenia IPN, które przypisują bezpośrednie sprawstwo grupie polskich mieszkańców Jedwabnego, nie oznaczają odpowiedzialności wszystkich ówczesnych Polaków. Odpowiedzialność za zbrodnię ponoszą konkretni sprawcy, a nie naród jako całość.
Problem polega na tym, że w międzynarodowej debacie to rozróżnienie bywa zacierane. Przez lata funkcjonowały uproszczenia, które wzmacniały krzywdzący stereotyp o rzekomej zbiorowej odpowiedzialności Polaków za tzw. „holokaust”. Tymczasem Polska była krajem okupowanym przez III Rzeszę, nie posiadała własnych władz kolaboracyjnych, a za pomoc Żydom groziła kara śmierci. Jednocześnie nie można zaprzeczać, że w okupowanej Polsce dochodziło również do przypadków współudziału części Polaków w zbrodniach na ludności żydowskiej, jak też żydowskich zbrodni na Polakach.
Prawda historyczna nie powinna być zakładnikiem ani ideologii, ani emocji. Jedwabne pozostaje jedną z najtragiczniejszych kart polskiej historii II wojny światowej. Im więcej będzie rzetelnych badań, tym mniej miejsca pozostanie dla żydowskiej propagandy, uproszczeń i prób przypisywania zbiorowej winy całemu narodowi. Tylko pełne wyjaśnienie wszystkich okoliczności tej zbrodni może zakończyć spór, który trwa już od ponad dwudziestu lat.
I tego właśnie Żydzi oraz polski obóz ojkofobiczny obawia się najbardziej.

A tak świętują żydzi:

=======================================

—————————————–

——————————————————————

————————————–

——————————

——————————


Były analityk CIA Larry Johnson uważa, że Zachód jest ofiarą własnych iluzji. W niedawnym wywiadzie argumentuje, że Waszyngton przez dekady błędnie oceniał Iran – i dlatego nie rozumiał ani rozwoju politycznego tego kraju, ani jego siły militarnej.
Johnson odrzuca powszechne na Zachodzie przekonanie, że Iran jest państwem zależnym wyłącznie od jednego przywódcy. Uważa, że samo odsunięcie Najwyższego Przywódcy doprowadziłoby do upadku całego systemu, za fundamentalne nieporozumienie. Zamiast tego przedstawia Iran jako złożony system polityczny i społeczny, wykraczający daleko poza ramy działania pojedynczej osoby.
Według Johnsona, zachodnie rozumienie Iranu jest kształtowane przez bardzo uproszczony światopogląd. Polityka jest postrzegana jak hollywoodzki film – z bohaterem, złoczyńcą i prostą fabułą. To przesłania rzeczywiste struktury społeczne, religijne i polityczne Iranu.
Ten sposób myślenia ma poważne konsekwencje. Jeśli nie rozumiesz przeciwnika, nie możesz go pokonać.
Johnson opiera swoją krytykę na własnych doświadczeniach w CIA. Jako analityk ds. Ameryki Środkowej twierdzi, że był jedyną osobą w swoim departamencie, która rzeczywiście mieszkała w tym regionie i posługiwała się tamtejszym językiem. Wiele analiz, jak twierdzi, zostało napisanych przez osoby, które nie miały realnej wiedzy o kulturze ani ludności. W przypadku Iranu problem ten był jeszcze bardziej dotkliwy.
Co więcej, wygnańcy z Iranu, mający osobiste interesy polityczne, byli często wzywani jako eksperci. To pozwalało, by uprzedzenia zastępowały obiektywną analizę. Johnson doszedł do wniosku, że polityka amerykańska nigdy w pełni nie zrozumiała Iranu.
Kolejnym tematem rozmowy jest rozwój irańskiej doktryny wojskowej po wojnie iracko-irańskiej. Według rozmówcy, irańskie władze zdały sobie wówczas sprawę, że nigdy nie będą w stanie konkurować na równych warunkach z głównymi potęgami militarnymi.
Zamiast tego Teheran zdecydował się na rozwój własnych programów rakietowych i dronów. Obecny Najwyższy Przywódca konsekwentnie realizuje tę strategię, jednocześnie wykluczając jakiekolwiek negocjacje dotyczące programu rakietowego. Ta właśnie decyzja stanowi dziś fundament irańskiego odstraszania.
Johnson twierdzi również, że Iran w przeszłości próbował współpracować z instytucjami zachodnimi. Jednak informacje z międzynarodowych inspekcji zostały wykorzystane do zidentyfikowania irańskich naukowców, którzy później stali się celem zamachów. Takie doświadczenia, jak twierdzi, znacząco wzmocniły nieufność Teheranu do Zachodu. Johnson powtarza tę wersję w wywiadzie.
Johnson był szczególnie zaskoczony opisami rozwoju sytuacji w kraju, jakie przedstawił mu irański rozmówca. Rozmówca stwierdził, że w ostatnich latach irańskie społeczeństwo uległo znaczącym zmianom. Kobiety działają teraz swobodniej, rząd podchodzi do kwestii społecznych bardziej pragmatycznie, a publiczna krytyka państwa jest znacznie bardziej otwarta, niż zakłada wielu zachodnich obserwatorów. Powyższe wypowiedzi pochodzą z wywiadu i odzwierciedlają punkt widzenia rozmówcy.
Pod koniec rozmowy Johnson skupia się na przyszłości. Wierzy, że niedawna wojna będzie miała trwały wpływ na całe pokolenie irańskiej młodzieży. Osoby w wieku od 15 do 30 lat obejmą w nadchodzących dekadach przywództwo polityczne i wojskowe.
Jego wniosek jest jednoznaczny: Zachód wierzył, że może osłabić Iran.
W rzeczywistości jednak wydarzenia te mogą przynieść dokładnie odwrotny skutek – a mianowicie jeszcze silniejsze poczucie jedności narodowej i bardziej zdecydowane, długoterminowe przywództwo.
Z perspektywy Johnsona Ameryka nie będzie zatem w stanie powstrzymać irańskiego kursu politycznego, ponieważ wciąż nie do końca zrozumiała mechanizmy społeczne tego kraju.

Date: 10 luglio 2026Author: Uczta Baltazara babylonianempire/kardynal-radcliffe-i-dwaj-biskupi-swietuja-50-rocznice-homo-relacji-ale-to-fsspx-jest-heretyckie
Uroczystość, która miała miejsce 13 czerwca 2026 roku w kościele Świętych Apostołów w Londynie, oznacza nowy etap skandalicznej normalizacji błogosławieństw związków homoseksualnych.
Msza dziękczynna za pięćdziesiąt lat wspólnego życia dwóch homoseksualnych aktywistów, homilia przedstawiająca ich związek jako dar od Boga, a następnie uroczyste błogosławieństwo liturgiczne udzielone przez duchowieństwo, bez żadnej sankcji czy nagany ze strony Rzymu, który ostatnio był niewątpliwie zbyt zajęty ekskomunikowaniem Tradycji Katolickiej poprzez potępienie Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X po konsekracjach biskupich.
To nie zły sen – tak właśnie wyglądały wydarzenia 13 czerwca 2026 roku w obecności kardynała dominikanina Timothy’ego Radcliffe’a, byłego przełożonego generalnego Zakonu Kaznodziejów, biskupa emerytowanego Middlesbrough – Johna Crowleya, biskupa emerytowanego Hallam – Johna Rawsthorne’a, a także księdza Jima O’Keefe’a, głównego celebransa Mszy św., oraz kanonika Chrisa Vipersa, proboszcza tej parafii.
Uroczystość świętująca związek osób tej samej płci
Msza została odprawiona w kościele Holy Apostles, położonym w zamożnej dzielnicy Pimlico, w samym sercu Westminsteru w Londynie. Została zorganizowana z okazji pięćdziesiątej rocznicy „przyjaźni, partnerstwa i zaangażowania w walkę o sprawiedliwość” Juliana Filochowskiego i Martina Pendergasta, dwóch aktywistów homoseksualnych, którzy mieszkają razem od 1976 roku, a od 2006 roku pozostają w związku partnerskim.
Ci dwaj mężczyźni należą do założycieli organizacji LGBT+ Catholics Westminster, oficjalnego „apostolatu” dla osób LGBT w archidiecezji westminsterskiej. W uroczystości wzięło udział ponad 150 osób z kilku krajów, a uroczystość została przyjęta z zadowoleniem przez New Ways Ministry, amerykańską organizację, która od dawna prowadzi kampanię na rzecz akceptacji związków osób tej samej płci przez Kościół.
W swoich przemówieniach powitalnych obydwaj przedstawili tę uroczystość jako znak głębokiej przemiany Kościoła; przypomnieli, że w 2001 roku wielu biskupom uniemożliwiono udział w mszy z okazji dwudziestej piątej rocznicy ich wspólnego życia, a w 2006 roku nie mogli zorganizować mszy dziękczynnej z okazji zawarcia związku partnerskiego. Porównali te odmowy z atmosferą panującą za pontyfikatu papieża Franciszka, a także z otwartą obecnie możliwością udzielania błogosławieństwa parom tej samej płci. Jeden z nich podsumował przed zgromadzeniem: „Jakże bardzo zmieniły się czasy!”.
Ojciec O’Keefe wyraził uznanie dla udziału trzech dostojników kościelnych, dzięki którym zgromadzeni mogli, jak to ujął, „świętować miłość dwóch mężczyzn, którzy są godnymi szacunku katolikami i godnymi szacunku homoseksualistami”.
Wyjaśnił, że zastrzeżenia zgłaszane dwadzieścia pięć lat wcześniej wynikały przede wszystkim z „strachu przed odmiennością, strachu przed miłością, strachu przed dwoma kochającymi się mężczyznami”, stawiając te zastrzeżenia na równi z obawami wywołanymi przez pochodzenie rasowe, kulturę, różnice społeczne, posiadanie dóbr materialnych czy płeć. Był to tani sofizm mający na celu wykluczenie jakiejkolwiek katolickiej oceny moralnej tych związków.
Na koniec podsumował swoje wystąpienie zdaniem, które stało się motywem przewodnim tamtego dnia: „Wtedy to było wtedy; teraz to jest teraz”. Po zacytowaniu listu papieża Franciszka, w którym modlił się, aby obaj mężczyźni mogli doświadczyć kochającej obecności Pana „zgodnie z nauką Ewangelii”, celebrans zakończył: „Przeszliśmy do czegoś innego.”
Uzasadnienie teologiczne
W swojej homilii kardynał Timothy Radcliffe starał się przedstawić teologiczne uzasadnienie tego, co właśnie miało miejsce podczas liturgii. Jego metoda polega na zaliczeniu związku homoseksualnego do kategorii przyjaźni, a następnie zastosowaniu do tej przyjaźni najwyższego języka komunii trynitarnej, kościelnej i eucharystycznej.
Nawiązując do przysięgi, którą należało złożyć po komunii, aby „celebrować i cenić nasze więzi przyjaźni jako dary od Boga”, zwrócił się bezpośrednio do obu mężczyzn: „W waszym przypadku, Martinie i Julianie, minęło już pięćdziesiąt lat”.
Następnie rozwinął swoje rozumowanie: „Przyjaźń to sposób, w jaki Bóg działa w naszym życiu, aby nas przemienić… Można powiedzieć, że te dwie dłonie symbolizują Syna, który jest przyjacielem, i Ducha Świętego, który jest przyjaźnią. Zatem wszelka dobra, zdrowa, święta przyjaźń, przeżywana właściwie, uczestniczy w samym życiu Boga”.
W komentarzu do historii uczniów w drodze do Emaus, pośrednio porównał tych dwóch uczniów do dwóch mężczyzn stojących przed nim: „Jezus nie staje przed nimi, by powiedzieć im: »Mylicie się«. Nie próbuje ich zmusić do otwarcia oczu … Idzie z nimi, nawet gdy wydaje się, że zmierzają w złym kierunku. Pozostawia im niezbędną przestrzeń, by sami mogli odkrywać rzeczy”.
Kardynał powiązał tę interpretację z Eucharystią: „Ich oczy otworzyły się, gdy Jezus wziął chleb, połamał go i podał im. To fundamentalny gest hojnej przyjaźni … I to właśnie tę Eucharystię dzielimy teraz również my”.
W ten sposób, dzięki sztuczce retorycznej wykonanej przed całym zgromadzeniem, faktycznie zatwierdzono świętokradczą komunię dla pary pozostającej w związku sprzecznym z naturą.
Pełne nagranie uroczystości pokazuje nawet, jak jeden z dwóch skandalicznie uhonorowanych “małżonków” homoseksualnych rozdaje wiernym Krew Chrystusa podczas komunii.

Liturgia dostosowana do charakteru wydarzenia
Liturgia mszy św. Pawła VI została w pełni dostosowana do tego wydarzenia.
Jedna z intencji modlitwy powszechnej zawierała prośbę, aby Kościół potrafił „cenić wszystkie relacje miłości jako znaki miłości Boga pośród nas”. Modlitwa nad darami nawiązywała do świata, w którym „celebruje się przyjaźń i zaangażowanie”. Po komunii zgromadzeni usłyszeli jeszcze: „Zebraliśmy się dzisiaj, aby świętować wierne partnerstwo w radości miłości i dążeniu do sprawiedliwości”. Partnerstwo to zostało następnie przedstawione jako „prorocze zapowiedź wizji pojednanych relacji, nowego nieba i nowej ziemi”.
Kanonik Chris Vipers, przed końcowym błogosławieństwem, oświadczył przed zgromadzonymi, że jest to „naprawdę wspaniała i historyczna okazja”. Następnie, zwracając się bezpośrednio do obu mężczyzn, dodał: „Jestem głęboko zaszczycony, że wybraliście właśnie ten kościół na dzisiejszą uroczystość”.
Uroczystość zakończyła się publicznym błogosławieństwem pary, wypowiedzianym zgodnie z ustalonym tekstem przez duchownych zgromadzonych wokół ołtarza:
„Dziękując za to, że Kościół udziela błogosławieństwa tym, którzy proszą o nie w duchu i prawdzie, modlimy się do Ciebie, Boże miłości, abyś obdarzył swoją łaską Juliana i Martina, którzy świętują pięćdziesiątą rocznicę ich związku. Niech ich miłość pozostaje hojna, zawsze wyczulona na potrzeby innych, i niech pogłębia wszystko, co ich łączy”.

Nie ulega wątpliwości, że przedmiotem tego błogosławieństwa była wyraźnie „ich relacja”.
Owoce “Fiducia supplicans”
Niektórzy próbują sprowadzić ten skandal do zwykłego nadużycia. Argumentują, że deklaracja „Fiducia supplicans” , opublikowana przez papieża Franciszka w grudniu 2023 roku, precyzowała, że nie może być mowy o zrytualizowanych błogosławieństwach, w określonej formie, wkomponowanych w celebrację liturgiczną lub interpretowanych jako aprobata związku.
Nie dostrzegają, że od czasu II Soboru Watykańskiego, metoda liberalna stosowana jest konsekwentnie – najpierw poprzez działania wywrotowe, a następnie transgresywne, tj. wprowadzanie niejednoznaczności, a następnie stopniowe wykorzystywanie wszystkich wynikających z nich konsekwencji, którym sprzeciwiano się.
Bariery są tu przełamywane w trzech etapach.
Pierwszy etap: błogosławieństwo niemożliwe, ale są też pozytywne aspekty
W „Responsum ad dubium”, opublikowanym 15 marca 2021 r. przez Kongregację ds. Nauki Wiary, przypomniano, że „Kościół nie ma uprawnień do błogosławienia związków osób tej samej płci”, otwierając jednocześnie pewną furtkę poprzez uznanie istnienia pewnych „pozytywnych elementów”, które mogą występować w sytuacjach obiektywnie sprzecznych z prawem Bożym.
Etap drugi: możliwe błogosławieństwo, ale nie w formie liturgicznej
Dwa lata później deklaracja „Fiducia supplicans”, zatwierdzona przez papieża Franciszka i opublikowana przez tę samą dykasterię, posunęła się o krok dalej, stwierdzając w § 31: „W tym kontekście pojawia się możliwość udzielania błogosławieństwa parom żyjącym w związkach nieregularnych oraz parom tej samej płci, bez oficjalnego uznawania ich statusu ani jakiejkolwiek zmiany odwiecznej nauki Kościoła na temat małżeństwa”.
Jakby dla uspokojenia, w § 40 dokumentu dodano od razu: „Takiego błogosławieństwa nie wolno nigdy udzielać równolegle z cywilnymi obrzędami zawarcia związku małżeńskiego ani w związku z nimi. Nie wolno go również udzielać przy użyciu strojów, gestów lub słów charakterystycznych dla ślubu”.
Etap trzeci: faktyczne błogosławieństwo liturgiczne
I oto w 2026 roku kilku wysokich rangą prałatów wyciąga wnioski z § 31 i ignoruje skromny § 40, biorąc udział w tego typu ceremonii, przy czym Rzym nie nałożył dotychczas żadnych sankcji ani nie wydał jakiegokolwiek publicznego upomnienia w związku ze skandalem, który miał miejsce 13 czerwca bieżącego roku.
Przewidywalna konsekwencja
Zwolennicy „Fiducia supplicans” zapewniali, że oświadczenie to nie otwiera żadnej drogi do uznania związków homoseksualnych, jednak fakty pokazują, jak bardzo owo rozróżnienie pozostaje hipokryzją i w praktyce jest nieskuteczne.
To, co miało miejsce w Londynie, bezczelnie przekracza wszystkie ustalone granice – zorganizowano mszę świętą w celu uczczenia związku homoseksualnego, publiczne odnowienie “przysięgi ślubnej” pary, a następnie uroczyste błogosławieństwo liturgiczne zgodnie z przygotowanym formularzem. Czyż bohaterowie tych wydarzeń nie podążają w gruncie rzeczy za zasadą sformułowaną w encyklice „Fiducia supplicans”, która de facto nadaje pewną legitymizację związkom przeciwnym naturze? – Dlaczego więc zatrzymywać się w połowie drogi?
Zezwalając po raz pierwszy na udzielanie błogosławieństw parom żyjącym publicznie w sytuacji obiektywnie sprzecznej z prawem Bożym, Deklaracja wprowadziła niejednoznaczność, która mogła jedynie sprzyjać coraz szerszym interpretacjom. Kiedy staje się możliwe udzielenie błogosławieństwa parze, nawet twierdząc, że nie udziela się błogosławieństwa ich związkowi, w praktyce, granica między jednostką a obiektywnie nieuporządkowaną relacją nieuchronnie zaciera się.
Uroczystość w Londynie jest jedynie jednym z logicznych następstw dokumentu „Fiducia supplicans”: dokument ten stworzył ramy duszpasterskie, w których taka aprobata mogła stopniowo zyskać przewagę.
Od jednego wykroczenia do drugiego
Uroczystość ta charakteryzowała się również wieloma innymi odstępstwami: Ewangelię przedstawiono w formie „proklamacji dialogowej” w wykonaniu siostry Jeannine Gramick, współzałożycielki organizacji New Ways Ministry, która prowadzi kampanię na rzecz uznania homoseksualizmu przez Kościół, oraz teologa Jamesa Alisona.

Kiedy podobną mszę odprawiono z okazji dwudziestej piątej rocznicy tej samej pary, kardynał Joseph Ratzinger zażądał podjęcia środków dyscyplinarnych i wyraził swoje niezadowolenie z powodu reakcji angielskiego episkopatu, którą uznał za zbyt nieśmiałą.
Dwadzieścia pięć lat później, podobną uroczystość odprawiają wspólnie kardynał i dwaj biskupi; kończy się ona publicznym błogosławieństwem pary i jak dotąd nie wywołała żadnej reakcji ze strony Rzymu. Rewolucja „człowieka, który staje się Bogiem” posunęła się naprzód i kpi z tych, którzy ubolewają nad jej skutkami, a jednocześnie pielęgnują jej przyczyny.
Doktryna katolicka nie podlega zmianom
Jednak doktryna Kościoła nie może podlegać zmianom, ponieważ Bóg jest niezmienny. Tradycyjny katechizm naucza, że czyny homoseksualne są grzechami nieczystości sprzecznymi z porządkiem natury, które „wołają o pomstę przed Bogiem”. Dodaje on również, że „grzechy, które wołają o pomstę przed Bogiem, należą do najpoważniejszych i najbardziej zgubnych, ponieważ są bezpośrednio sprzeczne z tym, co dobre dla ludzkości, i są tak ohydne, że bardziej niż inne sprowadzają na siebie kary Boże”.1
Wydarzenia w Londynie pokazują, do czego może doprowadzić obecny kryzys Kościoła, gdy najwyższe władze wydają się bardziej zajęte wsparciem, dialogiem i popieraniem błędów świata niż przypominaniem o prawie Bożym.
Lekarstwem pozostaje jednak to, czego naucza tradycyjny katechizm: „Tym, co w szczególny sposób pomaga nam trzymać się z dala od grzechu, jest świadomość, że Bóg jest wszędzie i widzi tajemnice serc, a także refleksja nad sprawami ostatecznymi, to znaczy nad wszystkim, co nas czeka po zakończeniu tego życia i po końcu świata.”2
1 Catéchisme de Saint Pie X question 154.
2 Catéchisme de Saint Pie X question 155.
***
INFO: fsspx.news/fr/news/le-cardinal-radcliffe-et-deux-eveques-celebrent-les-50-ans-dun-couple-homosexuel
Stanisław Michalkiewicz 11 lipca 2026 michalkiewicz
Któż nie pamięta filmu „Zelig” w reżyserii oraz z udziałem Woody Allena? Tytułowy bohater, Zelig, a więc – jegomość z pierwszorzędnymi korzeniami – odznacza się charakterystyczną właściwością. Potrafi mianowicie w jednej chwili dostosować się do otoczenia. I tak, jeśli znajdzie się wśród kobiet w ciąży, to zaraz rośnie mu brzuch, a gdy przypadkiem trafi między Murzynów, to natychmiast ciemnieje mu skóra. Czy tylko tytułowy Zelig miał tę właściwość, czy to jest cecha wszystkich Zeligów – to powinna rozstrzygnąć jakaś ekipa naukowców, na przykład – weterynarzy – bo wygląda na to, iż Zelig nie był wyjątkiem, że ta właściwość jest charakterystyczna dla wszystkich Zeligów.
Starsi ludzie, to to jeszcze samego pamiętają Stalina, z pewnością przypominają sobie, jak to ówcześni Zeligowie nie pozwalali się nikomu wyprzedzić w tak zwanym później „kulcie jednostki”, czyli – uwielbieniu dla Józefa Stalina. Pamiętam czytankę, jak to pewien młodociany Zelig prosił swego resortowego tatełe, by wyciął mu z gazety fotografię Stalina z fajką – no a podczas organizowanych wtedy spędów, Zeligowie wznosili różne okrzyki, między innymi – „a my wszyscy za towarzyszem Stalinem!” Bo trzeba nam wiedzieć, że Zeligowie charakteryzują się też bardzo rozwiniętym instynktem stadnym i stąd to częste: „a my wszyscy”.
Wspominam o tym, bo dopiero po tym wstępie będzie nam łatwiej zrozumieć paryską deklarację pana red. Adama Michnika, który od 1989 roku przewodzi Judenratowi „Gazety Wyborczej”, że „my wszyscy jesteśmy dziś Ukraińcami!”. Takich rzeczy można było się spodziewać od dawna, między innymi po publikacjach naszej Jabłoneczki, czyli Małżonki Księcia-Małżonka Radosława Sikorskiego, że „my wszyscy” powinniśmy być wyrozumiali, kiedy Ukraińcy uprawiają kult Stefana Bandery – bo nie mają innych herojów, więc jest on dla nich niezbywalnym warunkiem klecenia sobie narodowej tożsamości.
No a teraz, w sytuacji, gdy właśnie na tle „herojów” doszło do napięć między Polską a Ukrainą, Zeligowie, z panem red. Adamem Michnikiem na czele, od razu skapowali, jak się w tej sytuacji zachować. Po ogłoszeniu w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego, Zeligowie najwyraźniej uznali, że Polska już jest passe, więc w tej sytuacji nie ma co dłużej udawać Polaków, tylko przepoczwarzyć się na Ukraińców.
Polska oczywiście na buńczuczną demonstrację prezydenta Zełeńskiego zareagowała bardzo miękko i tylko w sferze działań pozornych, bo pan prezydent Nawrocki ogłaszając decyzję o odebraniu orderu, jednocześnie zapowiedział, że nasz nieszczęśliwy kraj po staremu będzie Ukrainę futrował i wspierał, gdzie tylko będzie mógł. Nic mu to nie pomogło, bo prezydent Zełeński, odsyłając order pocztą, opatrzył to szyderczym komentarzem, że skoro Lachom nie przeszkadza, iż order ten posiada Katarzyna II, to on nie będzie w te sprawy wchodził. Była to, niestety trafna, aluzja do polskiego lizusostwa, boć przecież zarówno prezydent Zełeński, jak i pozostali ukraińscy prezydenci: Kuczma, Juszczenko i Poroszenko, którzy swoje ordery też odesłali, dostali je z tych samych powodów, co Katarzyna II. Na obronę pana prezydenta Nawrockiego podniosę, że poza odebraniem orderu, nic innego zrobić nie mógł, bo w innych sprawach nie ma konstytucyjnych uprawnień. Tymczasem obywatel Tusk Donald prędzej by chyba splamił mundur, niż ośmielił się zrobić przykrość strategicznemu partnerowi Rzeszy Niemieckiej.
Ponieważ jednak mleko się rozlało, to znaczy – informacja o wołyńskim ludobójstwie trafiła na pierwsze strony gazet – strategiczny partner Rzeszy Niemieckiej, być może wysłuchawszy jej sugestii, postanowił uczynić pozór gestu, by stworzyć vaginetowi obywatela Tuska Donalda szansę na przełknięcie nie tylko Stefana Bandery, ale i innych herojów kijowskiego Panteonu. Prezydent Zełeński powiedział wszak, że „nikt” nie będzie Ukraińcom mówił, jakich herojów mają czcić, a jakich nie. O tym zadecydują sami, w myśl zasady, żeby każdy miał to, co najbardziej lubi. Na przykład jedni lubią szampana, a inni – jak im nogi śmierdzą.
W związku z tym do Warszawy przyjechał ukraiński minister spraw zagranicznych, pan Sybiha, który – mówiąc nawiasem – też odesłał swój order, tylko oczywiście niższej rangi, niż ten przydzielony prezydentowi Zełeńskiemu – „Krzyża Zbolałego”, czy jakoś tak – żeby odpowiednio urobić Księcia-Małżonka. Książę-Małżonek bowiem pięknie wiąże krawaty, no i musi mieć jakieś inne zalety, bo w przeciwnym razie nie zostałby Księciem-Małżonkiem – ale na odcinku dyplomacji radzi sobie trochę gorzej – jak przystało na dyplomatołka. Reagując na szyderstwo prezydenta Zełeńskiego napisał na Twitterze, że może by lotnisko w Jasionce nazwać imieniem „ofiar UPA” – ale chyba wiedział, że to niemożliwe, bo ono ma już imię „Rodziny Ulmów”, co to dała się Niemcom zamordować, żeby dogodzić Żydom.
Tedy, słusznie uważając, że Książę-Małżonek może być najsłabszym ogniwem w vaginecie obywatela Tuska, bo nawet minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz buńczucznie oświadczył, że Ukraina z Banderą do Unii Europejskiej nie wejdzie, minister Sibiha wziął go w obroty i trzymał podobnież w obrotach całe półtorej godziny. Po tym czasie minister Sibiha opuścił MSZ, nie udzielając żadnych informacji dziennikarzom. Było to podobno uzgodnione z Księciem-Małżonkiem, a skoro tak, to jestem prawie pewien, że Książę-Małżonek zwrócił się do swego ukraińskiego gościa z taką pokorną prośbą – żeby polska opinia publiczna jak najdłużej nie wiedziała, na co Książę-Małżonek w imieniu naszego nieszczęśliwego kraju się zgodził.
Oto zanim jeszcze minister Sibiha odwiedził Warszawę, pojawiły się na mieście fałszywe pogłoski, że w Kijowie postanowili zakpić sobie z Polski w taki sposób, by w zamian za umieszczenie we wspomnianym Panteonie generała Marka Bezruczki, który z ramienia URL walczył po stronie polskiej w wojnie polsko-bolszewickiej, Polacy przełknęli Stefana Banderę, Romana Szuchewycza, który w 1943 roku wydał rozkaz przeprowadzenia eksterminacji Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, no i innych herojów drobniejszego płazu. Czyż nie z tego powodu Książę-Małżonek pragnąłby jak najdłużej utrzymać te wszystkie ustalenia w tajemnicy przed polską opinią publiczną? To być może, bo w ten sposób zyska na czasie, aż pan red. Michnik uruchomi swój Propaganda Abteilung z panem red. Terlikowskim jednej strony, J.Em. Grzegorz kardynał Ryś uruchomi swój Propaganda Abteilung z drugiej strony, a Wielce Czcigodny Paweł Kowal uruchomi swój Propaganda Abteilung z trzeciej strony.
Kiedy Polacy znajdą się pod takim skoncentrowanym ostrzałem ze wszystkich stron, to przestaną się Ukraińcom sprzeciwiać, podobnie jak nie stawili zbrojnego oporu podczas „wołynki” w roku 1943, co umożliwiło stworzenie faktów dokonanych, obejmowanych dzisiaj „dobrą pamięcią” przez wszystkich mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu.
Stanisław Michalkiewicz
Symplicjusz 11 lipca 2026 r. simplicius/russian-oligarchs-true-warning-hidden
The Economist opublikował dwa ważne artykuły poświęcone rosyjskiemu „oligarsze” Andriejowi Melniczence, którego określa się mianem jednego z najbardziej „zagadkowych” tytanów bogactwa w Rosji, mimo że niekiedy zajmował pierwsze miejsce wśród najbogatszych ludzi w kraju, jak to określa Economist, jako „król nawozów” świata i „największy przemysłowiec Rosji”. Jest on przedstawiany jako wyjątkowo unikatowy ze względu na swoją bardziej „centrową” pozycję – osobę, która obracała się w wewnętrznym kręgu Putina, a jednocześnie przez lata prowadziła zachodni liberalny i eurofilski styl życia typowy dla rosyjskich miliarderów.
Pierwszy z nich stanowi swego rodzaju wprowadzenie do jego twórczości, drugi zaś jest artykułem redakcyjnym napisanym przez niego i opublikowanym w czasopiśmie „The Economist” jako swego rodzaju pilne przesłanie dla świata na temat Rosji.

Artykuł jest długi i pełen interesujących rewelacji. Dążąc do naginania narracji w stronę typowych dla „kremlinologii” argumentów oligarchów służących potężnemu, niedemokratycznemu rosyjskiemu autokracie, „The Economist” nieumyślnie ujawnia sprzeczne fakty.
Ujawnia na przykład fakt, że wbrew przekonaniom Zachodu, oligarchowie w Rosji od jakiegoś czasu nie mieli realnej władzy politycznej, choć autorzy nigdy nie odważyli się podać przyczyny:
Kiedy Putin najechał Ukrainę, świat czekał, aż bogaci i wpływowi Rosjanie wypowiedzą się przeciwko wojnie. Ale oni milczeli. Zachód nałożył na nich sankcje, częściowo po to, by zmusić ich do wywarcia presji na Putina. To jednak świadczyło o braku zrozumienia, jak działa władza w Rosji – elita biznesowa dawno już zrezygnowała z prób wpływania na politykę.
Czasopismo przyznaje, że zachodnie sankcje w rzeczywistości wywołały odwrotny skutek, niż zakładano, i zepchnęły rosyjskie elity z powrotem na łono państwa. Sam Melniczenko, który zdecydował się spędzić większą część życia w Szwajcarii, przyznał, że po raz pierwszy poczuł, że Rosja jest jego jedynym domem:
Sam Putin obawiał się, że oligarchowie go zdradzą. Zamiast tego sankcje zepchnęły ich z powrotem w jego objęcia. Jednak kiedy wrócili, wraz z pieniędzmi, repatriowali swoje interesy i ambicje. Początkowym gambitem Melniczenko, kiedy zaczęliśmy rozmawiać trzy miesiące temu, było: „Po raz pierwszy czuję, że nie mam innego kraju poza Rosją”. Biorąc pod uwagę powściągliwość jego kolegów, zdumiewające jest, że najbardziej zagadkowy oligarcha Rosji, mieszkając w Moskwie, jest gotów wystawić głowę ponad parapet i publicznie ujawnić swoje poglądy.
W dalszej części tekstu przyznano nawet, że po wprowadzeniu SMO państwo rosyjskie faktycznie rozpoczęło konfiskowanie aktywów oligarchów i zwracanie ich „lojalistom”:
Mniej więcej w tym czasie on i inni biznesmeni zdali sobie sprawę, że wojna szybko się nie skończy. Nie widząc możliwości złagodzenia sankcji, zaczęli repatriować się do Rosji, gdzie stanęli w obliczu innego rodzaju zagrożenia dla swoich aktywów.
Prawa własności w Rosji zawsze były warunkowe. Jednak wojna rozpętała pazerność, jakiej nie widziano od dekad. Od 2023 roku aktywa o wartości 60 miliardów dolarów zostały znacjonalizowane lub przekazane lojalistom. Była to największa redystrybucja majątku od czasu masowej prywatyzacji w latach 90. XX wieku.
W sierpniu 2023 roku prokuratorzy domagali się konfiskaty syberyjskiej elektrowni Sibeco od Melniczenki, argumentując, że jej zakup był wynikiem oszukańczej zmowy z poprzednim właścicielem. Dwa tygodnie później prokuratura generalna wycofała się z tego wniosku, w zamian za darowiznę Melniczenki na rzecz „organizacji charytatywnej”. Według osób znających szczegóły ugody, kwota ta wyniosła 32 mld rubli (335 mln dolarów) – tyle samo, ile Melniczenka pierwotnie zapłacił za Sibeco. Organizacją charytatywną była Sirius, szkoła dla uzdolnionych dzieci, faworyzowana przez Putina.
Ważne jest, aby to zrozumieć, ponieważ uwypukla to cały zasadniczy wątek tej serii artykułów w Economist, a mianowicie, że SMO [Specjalna Operacja Wojskowa] powoli rewolucjonizuje rosyjskie społeczeństwo, zmieniając oligarchów z zliberalizowanych zwolenników szóstej kolumny w zwolenników służących narodowi na wzór Chin.
Mielniczenko był jednym z pierwszych i najbystrzejszych, którzy dostrzegli, co należy zrobić. Postanowił odzyskać przychylność ojczyzny, którą zaczął traktować jedynie jako źródło dochodów i zysków, ciesząc się życiem za granicą. Powrócił i zaczął się przypodobać rosyjskim elitom, na nowo poznając system i chłonąc prawdziwy narodowy „puls”:
Melniczenko wiedział teraz, że musi ustanowić prawa własności w Rosji. Jedynym sposobem, aby to zrobić, było wdarcie się do systemu, zrozumienie sprzecznych interesów i pomoc w kształtowaniu jego celów. „Jeśli chcesz zasiąść przy stole, musisz coś zrobić”.
Jak zawsze zaczynał od obserwacji. „W 2023 roku zacząłem spędzać więcej czasu w Rosji i poznawałem ją znacznie głębiej”. Rozmawiał z każdym, kto miał w tym interes i punkt widzenia: „politykami, dziennikarzami, myślicielami, liberałami, nacjonalistami, komunistami”. Można go było spotkać na śniadaniu z Dmitrijem Muratowem, laureatem Nagrody Nobla i redaktorem naczelnym „Nowej Gazety”, liberalnej gazety, który został wykluczony przez rząd i nazwany „zagranicznym agentem”. Wieczorem mógł wypić herbatę z Aleksandrem Duginem, nacjonalistycznym filozofem, który gloryfikuje wojnę.
Ale to właśnie tutaj skupia się cała seria „The Economist”. W swoim dążeniu do reintegracji ze społeczeństwem rosyjskim, Melniczenko odkrył, że rosyjskie elity są zdezorientowane i na razie brakuje im spójnej wizji realnej przyszłości. Następnie zauważa, że Rosja jest postrzegana jako kraj stojący na rozdrożu między czterema różnymi możliwościami, z których każda brzmi ponuro, a „The Economist” wykorzystuje ją jako główny punkt zaczepienia dla narracji serii.
Ale to celowo mylący haczyk, ponieważ nieszczerze przedstawiają go jako wizję Melniczenko o rozpadającej się Rosji bez żadnych opcji. W rzeczywistości Melniczenko przedstawił cztery „scenariusze zagłady”, aby w istocie przedstawić swój piąty, odkupieńczy scenariusz.
A co to takiego? Aby się tego dowiedzieć, musimy zajrzeć do drugiego tekstu, napisanego przez samego autora:

W swoim tekście celowo zachowuje neutralny język w odniesieniu do konfliktu ukraińskiego, nigdy otwarcie nie obwiniając Ukrainy ani Rosji, pomimo plotek, że w przeszłości otwarcie wypowiadał się przeciwko rosyjskiemu SMO. Teraz ewidentnie balansuje na granicy i liczy na rozwiązanie korzystne zarówno dla niego, jak i dla społeczeństwa.
Co istotne, cały temat jego dzieła można streścić w jednym słowie: suwerenność.
Oskarża Zachód o próbę podważenia i sabotażu rosyjskiej suwerenności i ostrożnie sugeruje, że szerszy konflikt między Rosją a Zachodem koncentruje się na rozpadającej się architekturze bezpieczeństwa Zachodu, która postrzega rosyjską suwerenność jako zagrożenie dla siebie — co jest całkowicie trafne i prawdziwe.
Z jego artykułu:
Rosja posiada dziś suwerenność: podejmowała i nadal podejmuje decyzje samodzielnie. Nie jest to osąd wartościujący, lecz opisowy. Rosja określiła swoje żywotne interesy, dysponuje materialną bazą do ich obrony i ponosi konsekwencje własnych decyzji.
Obecny zachodni dyskurs na temat powojennej Rosji, pomimo wszystkich jego różnorodnych politycznych ram, ma jeden cel: zniszczenie tej suwerenności lub jej radykalne ograniczenie. Logika jest zrozumiała. Jeśli rosyjska suwerenność jest postrzegana jako zagrożenie, jej eliminacja wydaje się rozwiązywać problem.
Następnie przedstawia cztery scenariusze, choć należy zaznaczyć, że wyraźnie zaznacza, iż są to scenariusze omawiane na Zachodzie – co stoi w jawnej sprzeczności z próbą przedstawienia tych „przerażających” wyników przez „The Economist” jako tych, których obawiały się rosyjskie elity reprezentowane przez Melniczenko.

Widzicie, on nie ostrzega przed żadną „nadchodzącą katastrofą”, która grozi Rosji, lecz parafrazuje zagrożenia, które sam Zachód planuje, co jest faktem aż nazbyt niewygodnym dla redakcji „Economista”, która woli przedstawiać to w bardziej sensacyjny sposób. Służą one ich celom, udając, że to „oligarchowie Putina” biją na alarm przed „nadchodzącym upadkiem” Rosji.
Cztery scenariusze podane przez Melnichenko to:
Jak wspomniano, są to zachodnie fantazje, a „okno Overtona” przyszłości Rosji, które zachodni politycy i komentatorzy chcieliby, abyśmy w to uwierzyli, jest jedyną trajektorią losu Rosji. Mielniczenko milcząco się z tym nie zgadza, ale sprytnie stara się tego nie ujawniać, ponieważ pisze dla zachodniej publiczności w celu pojednania.
Melniczenko w końcu dochodzi do nieuniknionego wniosku, który głosi, że sednem konfliktu jest kwestia suwerenności Rosji, a ignorując to, Europejczycy skazują konflikt na eskalację egzystencjalną:
To, jak Rosja prowadzi własny proces polityczny i do jakich celów kieruje swoją suwerenność, to kwestia, którą można rozstrzygnąć jedynie w samej Rosji, bez względu na zewnętrzne preferencje. Wszelkie próby kierowania tym procesem z zewnątrz są nie tylko skazane na porażkę, ale wręcz kontrproduktywne: niszczą one sam warunek – suwerenność – bez którego trwały pokój jest w zasadzie niemożliwy. Należy to zaakceptować, nie z sympatii dla Rosji, ale ze świadomością, że nie ma alternatywy dla tego uznania.
Następnie przedstawia błyskotliwą, zagnieżdżoną egzegezę, która jest przesłaniem i ukrytym zagrożeniem dla porządku zachodniego. Niczym matrioszka, ukrywa to przesłanie pod warstwami „otwartości”, które pozornie wydają się wezwaniami do zrozumienia i współpracy z Zachodem.
W rzeczywistości to, co przedstawia, jest trafną zapowiedzią przyszłości Rosji, w której przedsiębiorstwa, oligarchowie i obywatele wspólnie dążą do wspólnej, suwerennej rewolucji. Jest to przedstawiane jako korzystne dla Zachodu, ponieważ, jak przewiduje, tworzy „przewidywalną” stabilność – ale prawdziwe zagrożenie kryje się w przesłaniu, że Zachód naciska na Rosję, by stała się bardziej zjednoczona i potężna niż kiedykolwiek wcześniej.
Mam podstawy, by wierzyć, że rozliczenie to nastąpi, a podstawy te można zrozumieć tylko wtedy, gdy wyjaśnimy, dlaczego nie nastąpiło to wcześniej.
Ci, którzy zbudowali nową Rosję – przedsiębiorcy, naukowcy, artyści, sportowcy, profesjonaliści, którzy tworzyli jej gospodarkę, jej znaczenie, jej reputację na świecie – w dużej mierze postrzegali siebie jako internacjonalistów.Nie była to ani słabość, ani naiwność. Był to oczywisty wybór w świecie, w którym globalna integracja wydawała się nieodwracalna. Nauka działała według międzynarodowych standardów, technologia pochodziła z najlepszych źródeł,prawa i obowiązki były regulowane przez zachodnie prawo w zachodnich sądach, dzieci kształciły się na najlepszych uniwersytetach świata, kapitał był lokowany tam, gdzie był chroniony. Ten wybór oznaczał, świadomie lub nie, przekazanie znacznej części suwerenności systemom zewnętrznym. Nie dlatego, że takie było pragnienie. Ponieważ wydawało się, że zasady są neutralne, a dostęp otwarty dla wszystkich.
Po wyjaśnieniu, w jaki sposób internacjonaliści zbudowali nową Rosję , przyznaje, że globalizacja poniosła porażkę, ponieważ była niczym więcej niż podstępem mającym na celu pozbawienie Rosji suwerenności:
Władze Rosji przez wiele lat ostrzegały, że to błąd. Zwolennicy globalnej integracji postrzegali to jako pozostałość po sowieckim myśleniu. Czas pokazał, że się mylili, nie dlatego, że globalizacja nie istniała, ale dlatego, że nigdy nie była neutralna.
Sankcje pokazały to wyraźnie. Zostały nałożone przez jednych, w interesie innych i mogą zostać zmienione dla innych decyzją polityczną. Moje własne doświadczenia z zachodnimi sankcjami mają tu znaczenie nie jako osobisty żal, ale jako dowód na to, że infrastruktura globalizacji jest politycznie uwarunkowana. Majątek można zamrozić; prawa kiedyś uważane za nienaruszalne tracą ważność w momencie podjęcia decyzji politycznej.
Systemowy efekt sankcji okazał się szerszy niż ich pierwotny zamysł.Oderwanie się od globalnych systemów – finansowego, technologicznego, prawnego i edukacyjnego – postawiło rosyjską klasę kreatywną przed wyborem, którego się nie spodziewała: albo całkowita emigracja z zerwaniem wszelkich więzi, albo powrót do pytania, którego unikała przez trzy dekady: jak zbudować własny świat w Rosji, według własnych zasad i według własnych standardów.
Podsumowuje, że proces odbudowy Rosji jako samodzielnego ekosystemu, „według własnych zasad i według własnych standardów” nie będzie szybki ani łatwy, ale jest już teraz niechybnie zagwarantowany :
Proces ten nie jest ani szybki, ani łatwy. Jest jednak nieunikniony, ponieważ globalny świat w swoim dawnym znaczeniu już nie istnieje. Ci, którzy potrafią tworzyć, stają przed wyborem nie między Rosją a globalną przestrzenią, lecz między Rosją a rozdrobnionym światem, w którym każdy blok buduje własne reguły.W tych warunkach logika tworzenia kieruje się do wewnątrz: do stworzenia czegoś, co będzie atrakcyjne – dla tych, którzy dawno temu wyjechali wraz z rozpadem Związku Radzieckiego, dla tych, którzy wyjechali niedawno, i dla całego świata rosyjskojęzycznego.
Jeszcze głębiej w jego napomnieniu kryje się prognoza, że zarówno ekspaci, jak i rosyjskie przedsiębiorstwa — zwłaszcza te, które na początku mogły zostać sprzedane, jak sugeruje się w tekście — ostatecznie znajdą swój dom w Rosji:
Duże rosyjskie firmy, które inwestują w suwerenną Rosję, z czasem staną się jej integralną częścią. To samo dotyczy innych ważnych instytucji. W rezultacie sama Rosja stanie się inna. Jeśli dążymy do suwerenności, która tworzy jedność między obywatelami a instytucjami, mam nadzieję, że z czasem naprawimy wszelkie wewnętrzne nierównowagi, za które również ponosimy odpowiedzialność – dzięki temu, że kiedyś z radością zrezygnowaliśmy z życia.
Podsumowując, autor twierdzi, że taka suwerenna, wewnętrznie spójna i zjednoczona Rosja nie zadowoli Zachodu, ale będzie o wiele bezpieczniejszą opcją niż Rosja zdestabilizowana i podzielona do tego stopnia, że stanie się niebezpiecznie nieprzewidywalna:
Atrakcyjność przewidywalności
Suwerenna Rosja nie zapewni komfortu każdemu krajowi. Ale w dłuższej perspektywie będzie korzystniejsza niż alternatywy. Wybór graczy zewnętrznych nie dotyczy Rosji przyjaznej czy wrogiej. Chodzi o Rosję, której zachowanie jest przewidywalne, a Rosję, której trajektoria jest nieznana. W świecie, który kształtuje się obecnie, przewidywalność jest ważniejsza niż sympatia.
Wewnętrzna dyskusja o tym, jaka powinna być Rosja, jest nieunikniona. Ale ta rozmowa powinna odbyć się po wojnie i w kraju.
Po raz kolejny, kryjąc się za gestami dobrej woli i pochlebnymi gestami wobec Zachodu, Melniczenko subtelnie nawiązuje do długoletniego apelu Putina o odnowę systemu westfalskiego , który sam Zachód dawno już porzucił:
Świat stoi przed wyborem nie między miłością do Rosji a nienawiścią do niej, między karą a przebaczeniem, między moralną jasnością a politycznym cynizmem.To wybór między dwoma rodzajami przyszłości: taką, w której mocarstwa na nowo nauczą się szanować wzajemną suwerenność, i taką, w której każda z nich będzie usiłowała sprowadzić pozostałe do roli obiektów zarządzania. Ta druga ścieżka już nas tu zaprowadziła.
Najważniejsze, żebyśmy się cofnęli z otchłani. Dopiero wtedy będziemy mogli zadać sobie pytanie, jak do niej dotarliśmy i jak inaczej ułożyć świat. Ta praca należy do następnego pokolenia. Naszą rolą jest zapewnienie im czegoś, z czym będą mogli pracować.
Krótko mówiąc, artykuł Melnichenki jest w istocie swego rodzaju koniem trojańskim: subtelnie odwołując się do współczucia Zachodu — i jego ego — mając na celu uśpienie czujności i rozbrojenie zachodnich czytelników i odciągnięcie ich uwagi od swojego prawdziwego przesłania, zręcznie przekazuje istotę dawno wygłoszonych argumentów samego Putina, znanych od czasów przełomowego przemówienia monachijskiego z 2007 r.
The Economist najwyraźniej wyczuł ukrytą dywersję w języku Melnichenki i został zmuszony do szybkiej publikacji trzeciego , dodatkowego artykułu, jedynie po to, by dostosować swoje przesłanie do „właściwej narracji”.

Ten bezprecedensowy, trzeci artykuł dnia na ten sam temat jest krótki i konkretny – liczy zaledwie kilka akapitów. Jego cel jest oczywisty: kontrolować narrację poprzez eksponowanie jedynie najbardziej powierzchownych banałów i domniemanych „ostrzeżeń” przed upadkiem Rosji, jednocześnie skrywając głęboko ukryty przekaz, który jednoznacznie deklaruje, że Zachód popycha Rosję ku historycznemu przebudzeniu jej narodowej duszy, w którym oligarchowie, korporacje i obywatele jednoczą się pod wspólnym celem poprawy sytuacji narodu.
Nowy tekst powyżej przechodzi do trybu pełnej kontroli szkód, nieuczciwie przedstawiając powrót Melnichenki do Rosji jako próbę uratowania kraju przed wewnętrznym „zgnilizną”:
…żył według zasad pana Putina – zarabiaj pieniądze, ale trzymaj nos z dala od polityki. Mówi teraz, bo on i jego koledzy potentaci nie mogą dłużej ignorować rozkładu kraju, który na własne oczy widzieli, jak popada w tyranię.
W rzeczywistości sam Melniczenko wyraźnie stwierdza, że wrócił nie z powodu korupcji w Rosji, ale z powodu niezrównoważonej i pozbawionej zasad niemoralności Zachodu – sankcji i konfiskaty jego majątku itd. Podstawione osoby z „Economist” nawet otwarcie napisały sprostowanie, aby zdystansować się od myśli Melniczenko, na wypadek gdyby ich czytelnicy intuicyjnie dostrzegli prawdziwe przesłanie wykraczające poza pozornie fałszywą narrację „Economista” o „upadku”:
Pan Melniczenko wypowiedział się na ten temat w ponad 60-godzinnych wywiadach dla„The Economist”(zob. 1843), a także ostrożniej w eseju, który publikujemy online.To pierwszy raz, kiedy oligarcha w Rosji wypowiada się tak obszernie. Udzielamy mu głosu nie dlatego, że zgadzamy się ze wszystkimi jego poglądami lub że jest on obrońcą demokracji i praw człowieka. Jest on pragmatykiem, który chce, aby jego firmy prosperowały. Dlatego jego apel może znaleźć oddźwięk w kraju, gdzie nieudane wojny, w tym klęska Japonii w 1905 roku, doprowadziły do kampanii przemysłowców na rzecz zmian politycznych.
Krótko mówiąc, artykuł o kontroli szkód desperacko próbuje zmienić przekaz, ale dla tych, którzy potrafią uważnie czytać, słowa Mielniczenki są jasne: wojna jest winą Zachodu, a Rosja jest przekształcana w samowystarczalne społeczeństwo o najwyższej suwerenności, gdzie nawet wcześniej wyobcowana liberalna klasa wygnańców i pariasów powróciła z nowo odkrytym patriotyzmem w żyłach. Kraju, w którym oligarchowie i wielki biznes coraz częściej działają dla dobra państwa i jego obywateli, a nie dla skorumpowanego systemu zachodniego, który ich oszukał i zdradził.
„The Economist” próbuje chłodno przedstawić to przesłanie jako epigramat o „reformie” i o tym, jak obecna sytuacja ma odzwierciedlać okres po klęsce Rosji na rzecz Japonii w 1907 roku, a kulminacją był upadek cara podczas późniejszej rewolucji. To pobożne życzenia i jawna sofistyka ze strony redakcji „The Economist”, która boi się wyrazić prawdziwą tezę Mielniczenki.
To pewny znak czasów, że nawet rosyjscy „oligarchowie” ostrzegają teraz Zachód, że uwolnił on rosyjskiego dżina z butelki i że nie będzie już odwrotu. Jednak, jak zwykle, przesłanie to trafiło w próżnię, ponieważ system zachodni uległ takiemu rozkładowi, że w tym momencie może funkcjonować jedynie na kłamstwach, propagandzie i celowej dezinterpretacji.
Na słabym zachodnim dworze uniewinnienie za jedyną prawdę jest obecnie zbyt dużym ryzykiem.