Widok katolickich mężczyzn w Polsce odmawiających różaniec na kolanach stał się potężnym symbolem, inspirującym podobne ruchy w całej Europie.
Archiwum autora: Mirosław Dakowski
“Europa”: Przygotowanie się na apokalipsę własnego chowu
Europa: Przygotowanie się na apokalipsę własnego chowu
W ostatnich tygodniach Komisja Europejska i rządy kilku państw członkowskich rozpętały falę komunikatów przypominających najciemniejsze fazy pandemii – lub wybuch zbliżającej się wojny.
Źródło: europeanconservative/europe-preparing-for-an-apocalypse-of-its-own-making
DR IGNACY NOWOPOLSKI MAR 27 |
We Francji opracowywane są podręczniki przetrwania, Bruksela przedstawia strategie „odporności obywatelskiej”, a zalecenia dotyczące zaopatrywania się w wodę, lekarstwa i żywność mnożą się wszędzie. Wspólny przekaz: Ludzie powinni przygotować się na najgorsze – na ataki zbrojne, katastrofy klimatyczne, awarie infrastruktury cyfrowej lub zagrożenia hybrydowe.
Na pierwszy rzut oka może się to wydawać przydatne w celu ochrony obywateli. Ale za rosnącym alarmem kryje się polityczny, wojskowy i finansowy projekt o ogromnych rozmiarach: budowa nowego europejskiego kompleksu obronnego. Plan zakłada mobilizację prawie 1 biliona euro , głównie ze środków publicznych – bez jasnej mapy drogowej i bez prawdziwej demokratycznej debaty na temat konsekwencji.
Strach jako paliwo dla centralizacji
W swojej nowej Strategii Gotowości Unii Komisja Europejska ostrzega przed pogarszającą się sytuacją bezpieczeństwa. Dokument opublikowany 26 marca proponuje 30 środków mających na celu przygotowanie ludności na wszystkie kryzysy – od cyberataków i klęsk żywiołowych po akty sabotażu krytycznej infrastruktury i ciągłe zagrożenie ze strony Rosji.
Jednak bliższa analiza ujawnia wyraźną prawidłowość: strach staje się głównym narzędziem politycznym służącym do legitymizacji gigantycznych wydatków i koncentracji większej władzy w Brukseli. Ton dokumentu strategicznego jest niemal apokaliptyczny:
„Musimy przygotować się na incydenty i kryzysy na dużą skalę, obejmujące wiele sektorów – w tym na możliwy atak zbrojny na jedno lub więcej państw członkowskich”.
Tego typu oświadczenia zakładają scenariusz, w którym Europa zostaje zaatakowana, infrastruktura ulega załamaniu, a społeczeństwo rozpada się bez cywilnego wsparcia dla armii. Dyplomacja, obrona narodowa czy zasada pomocniczości? Wydaje się, że nie odgrywają już żadnej roli w tej koncepcji. Zamiast tego, pod pretekstem bezpieczeństwa, UE przekształca się w scentralizowany, zarządzany odgórnie system.
Kondycjonowanie zamiast przygotowania
Zalecenie, aby zaopatrzyć się w latarki, konserwy, leki i wodę pitną na 72 godziny, wydaje się na pierwszy rzut oka rozsądne. Jeśli jednak jest to osadzone w strategii, która jednocześnie promuje masowe zbrojenia i narrację o „nieuniknionej wojnie”, pojawia się pytanie: czy chodzi tu naprawdę o przygotowanie – czy o uwarunkowania psychologiczne?
Podręcznik przetrwania ma zostać rozprowadzony we Francji latem tego roku . Działania te obejmują wszystko, od zamykania okien na wypadek ataku nuklearnego po dobrowolny udział w obronie cywilnej. Choć oficjalna wersja unika określenia „wojna”, atmosfera – zwłaszcza w przemówieniach prezydenta Macrona – wyraźnie wskazuje na ton przedwojenny.
Szwecja, która jest uważana za wzór do naśladowania, również rozprowadza podobne przewodniki już po raz piąty od czasów II wojny światowej. Jednak dziś – po przystąpieniu do NATO i w obliczu coraz bardziej agresywnego dyskursu – kampanie te nabrały o wiele groźniejszego wydźwięku.
Ukryte koszty: zadłużenie, zmiana władzy, de-demokratyzacja
Niepokojące jest to, że ta strategiczna zmiana odbywa się bez jakiejkolwiek prawdziwej debaty publicznej – bez zaangażowania obywateli i przy ogromnym braku przejrzystości co do skutków finansowych, społecznych i politycznych. UE planuje przeznaczyć na swój plan zbrojeniowy do 800 miliardów euro, z czego 150 miliardów euro będzie pochodzić ze wspólnego długu. Przyszłość całych pokoleń jest więc obciążona hipoteką w oparciu o koncepcję bezpieczeństwa, której nikt jasno nie zdefiniował.
Jednocześnie kurs wojskowy służy pogłębieniu integracji europejskiej – kosztem suwerenności narodowej. Często przywoływany „duch solidarności” staje się retorycznym pretekstem do koncentracji kompetencji wojskowych, przemysłowych i strategicznych w Brukseli – chociaż w rzeczywistości powinny one leżeć w gestii państw członkowskich.
Społeczeństwo w stanie wyjątkowym
W dokumencie strategicznym wyraźnie zaapelowano o włączenie kwestii bezpieczeństwa i gotowości do istniejących i przyszłych przepisów, polityk i strategii UE . W tym celu określono 30 priorytetowych działań, podzielonych na siedem obszarów – takich jak współpraca władz cywilnych z wojskiem, lepsza koordynacja z sektorem prywatnym i wspieranie odporności społecznej.
W załączniku Komisja wymienia około 60 indywidualnych środków na najbliższe dwa lata. W bieżącym roku priorytetem są następujące kwestie:
- Zwalczanie “dezinformacji”
- Ocena odporności sektora finansowego na kryzysy
- Integracja szkoleń z zakresu odporności w szkołach i placówkach edukacyjnych
Dyskusja na temat „odporności obywatelskiej” staje się koniem trojańskim: ma ona na celu promowanie ścisłej integracji społeczeństwa obywatelskiego z wojskiem, regularnych ćwiczeń i przyzwyczajenia do stałego stanu wyjątkowego .
Co to za społeczeństwo, w którym dzieci dorastają nie z podręcznikami historii, lecz z instrukcjami, jak przetrwać ataki biologiczne lub przerwy w dostępie do Internetu?
Prawdziwy czynnik niepewności: sama polityka
Paradoks katastroficznej retoryki Brukseli jest oczywisty: prezentuje się ona jedynie jako reakcja na niebezpieczny świat – i ukrywa fakt, że wiele dzisiejszych niepewności zostało częściowo spowodowanych lub źle zarządzanych przez samą UE .
Przykłady?
- Niekontrolowana ekspansja NATO na wschód
- Chaotyczna polityka migracyjna
- Ideologicznie motywowana zależność energetyczna
- Destabilizacja równowagi globalnej poprzez sankcje i blokady
Wszystko to nie sprawiło, że świat stał się bezpieczniejszy – wręcz przeciwnie, stał się bardziej niestabilny. Ale zamiast samokrytycznej analizy Bruksela domaga się teraz: więcej kontroli, więcej długu, mniej autonomii narodowej .
Wnioski: Między ostrożnością a straszeniem
Nikt nie wątpi, że w niestabilnym świecie konieczne jest przygotowanie się na sytuacje kryzysowe. Ale to, czy przygotowujemy społeczeństwa, czy systematycznie je straszymy, ma znaczenie.
Granica między mądrą ostrożnością a kontrolowaną paniką jest cienka. Wygląda na to, że Europa przekracza tę granicę coraz łatwiej.
W tych warunkach planowane przezbrojenie UE nie jest klasycznym projektem obronnym . Jest to restrukturyzacja ideologiczna , marsz w kierunku scentralizowanego bloku wojskowego, finansowanego za pomocą zbiorowego długu – i legitymizowanego strachem.
I to właśnie powinno nas martwić bardziej niż jakakolwiek lista kontrolna w podręczniku przetrwania.
Źródło: europeanconservative/europe-preparing-for-an-apocalypse-of-its-own-making
Przebudzenie wiary we Francji? Fala młodych ludzi w Środę Popielcową
polskakatolicka/przebudzenie-wiary-we-francji-fala-mlodych-w-srode-popielcowa
Przebudzenie wiary we Francji? Fala młodych ludzi w Środę Popielcową

Atilio Faoro | 27/03/2025
5 marca 2025 – dzień, który wstrząsnął Francją. Tego dnia wydarzyło się coś niezwykłego: kościoły w całym kraju wypełniły się młodymi ludźmi, którzy tłumnie przybyli, aby dać sobie posypać głowę popiołem. W czasach, gdy sądzono, że wiara katolicka jest wymierająca, to pokolenie powstało i jest spragnione sacrum i prawdy.
Uciekając od moralnej pustki i ideologii woke, ci młodzi ludzie odrzucają nijaki i skompromitowany chrystianizm. Nie przyciągnęła ich nowoczesna duszpasterska narracja, lecz głód absolutu i wezwanie płynące z mediów społecznościowych. To właśnie tam katoliccy influencerzy rozpalili na nowo płomień autentycznej wiary.
To wyraźne ostrzeżenie dla Kościoła: młodzi nie chcą półśrodków! Domagają się sacrum, boskiego majestatu, radykalizmu ewangelicznego. Czy ta Msza Środy Popielcowej jest początkiem katolickiego odrodzenia?
Przyszłość pokaże, ale wiatr nadziei już wieje.
Tchnienie nadziei w zagubionym świecie
W całej Francji parafie przeżywały prawdziwe oblężenie. Wypełnione po brzegi kościoły, w których panowała uroczysta cisza, gdy tysiące młodych ludzi pochylało głowy, słuchając surowych słów: „Pamiętaj, że jesteś prochem i w proch się obrócisz”. W niektórych miastach z powodu braku miejsca setki wiernych pozostawały na zewnątrz, świadcząc o tym niespodziewanym przebudzeniu. Kto mógłby przewidzieć taki zwrot w kraju, który uznawano za obojętny wobec Boga?
Opinia publiczna, często zamknięta w progresywnych schematach myślowych, twierdziła, że młodzież pochłania praktyczny ateizm i skupia się jedynie na rozrywce oraz dobrobycie materialnym. Tymczasem rzeczywistość pokazała coś innego – młodzi ludzie zaczynają poszukiwać głębszego sensu, są spragnieni duchowości, prawdy oraz porządku i piękna sacrum.
Odrzucenie współczesnego nihilizmu
Przed czym uciekają ci młodzi ludzie, którzy tak licznie gromadzą się w Kościele? Przed moralną pustką, dyktaturą relatywizmu, ideologią woke, która deprawuje serca i mąci umysły. W obliczu rozpadu zasad moralnych, kryzysu rodziny i upadku niegdyś chrześcijańskiego społeczeństwa, dostrzegają, że jedynie Święty Kościół – filar i fundament Prawdy – może zaoferować im trwałe oparcie.
Co istotne, to przebudzenie nie wywodzi się ze struktur kościelnych o progresywnym charakterze. Tam, gdzie mgliste przesłania o „otwartym i inkluzywnym Kościele” nie są w stanie przyciągnąć dusz, to sami młodzi ludzie, swoją żarliwą tęsknotą za absolutem, na nowo rozpalają płomień wiary. Nie przychodzą dla letniej liturgii, ale dla wspaniałości sacrum.
Nieoczekiwany wpływ mediów społecznościowych
Paradoksalnie, to nie modernistyczne duszpasterstwo, lecz media społecznościowe stały się katalizatorem tego duchowego odrodzenia. Na platformach takich jak TikTok, Instagram czy Telegram katoliccy influencerzy ukazywali wielkość Wielkiego Postu, głębokie znaczenie pokuty i konieczność klęknięcia przed Bogiem. Młodzież usłyszała to wezwanie – i odpowiedziała.
To cenna lekcja dla zbyt często ostrożnej hierarchii kościelnej, która boi się głosić prawdę w całej jej pełni. To nie przez spłycanie przesłania przyciągamy ludzi, ale przez odważne utwierdzanie niezmiennej doktryny Kościoła.
Ostrzeżenie dla Kościoła we Francji
To spektakularne zjawisko powinno stać się ostrzeżeniem dla francuskiej hierarchii kościelnej. Młodzi ludzie nie przyszli na msze przekształcone w światowe widowiska, lecz na liturgię pełną godności, wierną tradycji i szanującą boski majestat.
Jeśli episkopat nadal będzie podążać drogą kompromisów, tłumić gorliwych kapłanów i lekceważyć formy liturgiczne uświęcone wiekami, skaże się na upadek. Oto bowiem wyrasta pokolenie, które nie chce rozwodnionego chrześcijaństwa, lecz wiary autentycznej, bezkompromisowej i walecznej.
Początek duchowej rekonkwisty?
Tłumy młodych ludzi podczas Mszy Środy Popielcowej nie powinny stanowić jednorazowego fenomenu.
Jest to wezwanie do odbudowy, apel, by katolicka Francja znów powstała, a Chrześcijaństwo odzyskało swój dawny blask.
Młodzi dokonali wyboru. Odwracają się od świata bez Boga i zwracają się ku krzyżowi. Czy Kościół stanie na wysokości zadania i podejmie to przebudzenie, czy też Bóg powoła nowych pasterzy, jakich Francja potrzebuje?
Czy Wielki Post 2025 stanie się fundamentem katolickiego odrodzenia we Francji?
Przyszłość pokaże, ale nadzieja jest uzasadniona.
Źródło: tfp-france.org
Piątek: Bielsko-Biała – Msza święta za Ojczyznę, Droga Krzyżowa, Różaniec święty
28.03.25 Bielsko-Biała – Msza święta za Ojczyznę, Droga Krzyżowa, Różaniec święty
27/03/2025przez antyk2013
Zapraszamy na adorację Najświętszego Sakramentu i nowennę „Polska na Skale” za Ojczyznę.
Godzina 15-ta w kościele parafialnym Matki Bożej Królowej Świata (Lasek Cygański) w Bielsku Białej.
O godz. 17.15 droga krzyżowa, o godz. 18-tej Msza Święta za Ojczyznę
Męczennicy Japonii. Mistrzowie Wiary. Nasienie Kościoła.

Męczennicy Japonii. Mistrzowie Wiary. Nasienie Kościoła
by Ben Broussard March 26, 2024 tfp/the-martyrs-of-japan-champions-of-the-faith/
Był marzec 1585 r. Po trzech wyczerpujących latach spędzonych w podróżach przez pół świata, Julian i jego przyjaciele, wszyscy Japończycy, którzy nawrócili się na wiarę katolicką, – patrzyli na Rzym. Byli prawdopodobnie pierwszymi Japończykami, którzy wpatrywali się w Wieczne Miasto, które wydawało się czymś ze snu. Gdy przybyli, zebrał się wielki tłum, aby powitać ich wieczorem. Julian i jego koledzy Japończycy byli eskortowani przez kawalerię Papieskiej Armii. Trąbki huczały, a pochodnie płonęły przed nimi we wspaniałym kościele jezuitów w Gesie; uroczysty Te Deum rozbrzmiewał w dziękczynieniu za ich przybycie.
Julian niecierpliwie oczekiwał spotkania z Ojcem Świętym, tak bardzo, że nie mógł zasnąć. Rano on i jego otoczenie spotkali się z ambasadorami katolickich mocarstw Europy. Gwardia papieska prowadziła wielką procesję ulicami. Gdy zbliżyli się do Castel Sant’Angelo, armaty strzelały w salucie. Wchodząc do Pałacu Watykańskiego Julian i jego koledzy Japończycy pokłonili się przed tronem Ojca Świętego.
Papież Grzegorz XIII wstał, w papieskiej tiarze i wspaniałych szatach pontyfikalnych. Ze łzami w oczach starzejący się papież podniósł Juliana z podłogi i objął go. Zrobił to samo dla innych w otoczeniu, były to pierwsze japońskie dzieci Ojca Świętego, które otrzymały ten zaszczyt.
Julian w końcu uroczyście wręczył listy katolickich książąt, których reprezentował. Przez tłumacza oświadczył: „Wasza Świątobliwość, przychodzimy w naszych imieniu i imieniu naszych książąt, aby uznać was za Wikariusza Syna Bożego na ziemi i oddać wam hołd chrześcijan Japonii”.
Poszukiwanie św. Piotra w trosce o błogosławieństwo
Julian Nacaura, Mancio Isto, Martin Fara i Michael Cingina opuścili swoje domy w Japonii wiosną 1582 roku. Chociaż ich misja trwała trzy lata podróży, oto byli, stojąc przed wikariuszem Chrystusa. Po wizycie w St. Bazylikce Piotra, Ojciec Święty, długo z nimi rozmawiał na temat potrzeb Kościoła w Japonii.
Papież Grzegorz był zadowolony z tego, że usłyszał doniesienia tych poważnych młodych mężczyzn i gorliwych katolików. Z ponad 300 000 w szeregach ochrzczonych, rosnących seminariów i wielu wpływów, Kościół w Japonii był największym w Azji. Papież Grzegorz słuchał uważnie, gdy omawiały swoje nadzieje na nawrócenie Japonii.
Od pewnego czasu przebywając w Rzymie, Japończycy odwiedzili wiele miejsc pielgrzymek, w tym katakumby i grobowce świętych męczenników. Czterech młodych Japończyków uklękło przed sanktuariami swoich prekursorów w wierze. Nie wiedzieli, że Julian Nacaura pewnego dnia dołączy do szeregów męczenników.
Trzy tygodnie później zmarł papież Grzegorz XIII. Jego następcą był papież Sykstus V. Nowy papież natychmiast nakazał audiencję z japońskim otoczeniem. Wydał apostolskie błogosławieństwo i dał im miejsca honorowe w budzącej podziw uroczystości koronacji papieskiej.
Kilka dni później papież Sykstus uczynił czterech młodych mężczyzn pierwszymi japońskimi rycerzami papieskimi. Klękali przed Ojcem Świętym i przysięgali bronić Wiary swoim życiem. Po asyście podczas uroczystej Mszy św. i otrzymaniu Najświętszą Hostię z rąk papieża Sykstusa, czterech młodych mężczyzn odeszło, aby zawieźć Błogosławieństwo Apostolskie do katolików ich kraju.
Podróż z Japonii do Rzymu trwała trzy lata i dwa miesiące. Podróż powrotna potrwa jeszcze dłużej. Po opuszczeniu Nagasaki w 1582 roku, nie widzieli Japonii aż do 1590 roku. Ich powrót był początkiem brutalnych prześladowań.
Brutalne prześladowania i męczeństwo
Św. Franciszek Xawier przybył do Japonii w 1549 roku. Misja jezuitów w kraju wkrótce rozkwitła. Każde królestwo na wyspach miało duże grupy chrześcijan. Kłopoty zaczęły się w 1580 roku, gdy katolicy rośli w siłę. Holenderscy kupcy zaczęli szerzyć kłamstwa, twierdząc, że katoliccy jezuici byli środkiem do poddawania Japonii europejskim rządom.
Japoński książę, Taicosama, który doszedł do władzy, pokonując innych książąt w bitwie, zaczął naciskać na katolickich szlachciców, aby porzucili swoją wiarę. W 1587 roku wydał edykt wygnania na zagranicznych jezuitów, franciszkanów i dominikanów, zmuszając większość do wygnania. Dwadzieścia sześć z ich rezydencji i ponad 140 kościołów zostało zniszczonych.
W 1590 roku po kraju rozeszła się wiadomość o przybyciu czterech młodych szlachciców z ich wyprawy do Watykanu. Doradcy bliscy Taiksamy go okłamali, mówiąc, że pojechali do Europy, aby przekazać suwerenność Japonii cudzoziemcom Zachodu.
Na rozkaz Taiksamy żołnierze wkrótce aresztowali wszystkich duchownych w królestwach Osaki i Miyako (współczesny Kioto). Taicosama wydał rozkaz zakazujący religii chrześcijańskiej. Nakazał, aby sześciu europejskich franciszkańskich misjonarzy, trzech japońskich jezuitów i piętnastu japońskich świeckich, w tym trzech młodych chłopców, zostało straconych przez ukrzyżowanie w Nagasaki. Zostali przetransportowani ponad 500 mil i narażeni na zniewagi ludzi, którzy przyszli oglądać ich mękę. Widzowie byli zdumieni widząc na ich twarzach spokój, bo wiedzieli, że przeleją swoją krew dla Jezusa Chrystusa.
Trzech najmłodszych więźniów, Thomas w wieku 14 lat, Anthony, w wieku 13 lat i Ludwik w wieku 11 lat, związani w tym samym wózku, zaczęli śpiewać Pater Noster i Ave Maria, gdy przechodzili przez miasto. Tłumy były pełne podziwu.
Dwaj młodzi japońscy katolicy, Peter Sekugiro i Francis Fahalente, podążali za potępionymi , wiezionymi na męczeństwo przez całą drogę. Strażnicy na próżno próbowali ich zmusić do odejścia. W ten sposób Piotr i Franciszek zostali również potępieni, co daje łącznie 26.
5 lutego 1597 roku zaprowadzono ich na wzgórze z widokiem na Nagasaki, gdzie przygotowywano dla nich krzyże. Wszyscy zaczęli płakać łzami radości. Każdy uścisnął swój krzyż i pocałował go. Byli przywiązani do krzyży gruboziarnistymi sznurami i podniesiono ich. Ojciec Piotr Baptysta intonował kantyk Benedictus, do którego przyłączyli się pozostali. Jeden po drugim zostali przebity dwoma lancami, które, wepchnięte w ich boki, krzyżowały się nawzajem na piersi i wyszły przez ramiona. Naoczni świadkowie mówili, że niebiańskie światło otaczało ich ciała. Wierni katolicy wkrótce zbliżyli się i zebrali krew męczenników.
Krew męczenników: Nasienie Kościoła
Szybko rozeszła się wieść o tym pierwszym męczeństwie. Tysiące Japończyków wkrótce zebrało się po uaki, polecenie w wierze, zbudowane przez heroiczny przykład męczenników. Cuda, które działały poprzez modlitwy męczenników, stały się liczne.
Japońscy katolicy zaczęli wzywać nowych męczenników, aby mieć łaskaę cierpienia i umierania za Jezusa Chrystusa. Nasz Pan wysłuchał ich wspaniałą prośbę w krótkim czasie. Na cześć Matki Bożej wspólnoty zostały ukształtowane ze szczególnym zamiarem modlitwy o męstwo niezbędne do śmierci za Chrystusa.
Śmierć Taikosamy w 1598 roku nie przyniosła ulgi katolikom z Japonii. Daifusama wkrótce go zastąpił, pierwszego władcę Szochopatu Tokugawa. Ta dynastia rządziła Japonią przez cały wiek, mnożąc ataki na wiernych katolickich.
Wprowadzono silną presję, aby katolicy wyrzekli się wiary. Urzędnicy zbierali wiernych i zmuszali ich do nadepnięcia na krucyfiksy lub przedmioty święte jako znak ich odrzucenia wiary. Słabi wśród nich ustąpili, ale duża liczba pobożnych odmówiła, skazując się na śmierć.
Kiedy duchowni zostali wydaleni, ubogi niewidomy o imieniu Damian zaczął nauczać katechizmu i chrzcić, zachęcając swoich współbraci chrześcijan. Miejscowy książę ofiarował mu wielkie dary, jeśli zrezygnuje z wiary i groził mu śmiercią, jeśli odmówi. Szybko odpowiedział: „Dajesz mi wybór życia i śmierci. To śmierć, którą wybieram, i wolę ją od wszystkich dóbr, które mi obiecujesz. Został zaprowadzony do miejsca egzekucji, a jego kat powiedział mu, że nadal może być zbawiony, jeśli zaprze się swojej wiary. Damian odpowiedział: „Jestem chrześcijaninem. Wykonuj swoją pracę”. Następnie został ścięty.
Arystokracja Japonii umęczona
W pobliżu Arimy osiem rodzin szlacheckich zostało skazanych na śmierć za odmowę wyrzeczenia się swojej wiary. Wkrótce ukazało się im dwadzieścia tysięcy chrześcijan, którzy przybyli towarzyszyć im przy śmierci. Utworzyli kolumny śpiewające Litanię do Najświętszej Dziewicy, gdy zbliżali się do miejsca egzekucji.
Najmłodszy, James, został zapytany, czy chciałby być niesiony, gdy zmęczy się chodzeniem. Odpowiedział: „Naśladujemy naszego Wodza, który wzniósł Kalwarię Krzyż pieszo. Teraz musimy pracować; wieczność da nam długi odpoczynek”. Kiedy inni płakali, widząc go potępionego, karcił ich: „Dlaczego płaczesz? Nie zazdrościsz mi szczęścia? Idź wesoło, jak widzisz, jak to robię”.
Zbliżając się do miejsca egzekucji, skazani pocałowali słupy, do których będą przywiązani i spaleni. Leo Caniemon śmiało mówił do tłumów chrześcijan: „Moi bracia, religia chrześcijańska jest jedyną wiarą, w której możemy być zbawieni. Wytrwajcie w wierze. Niech nasze udręki nie przerażają cię. Cierpienia są lekkie i krótkie. Nagroda jest wielka i wieczna. Bądźcie świadkami, że umieramy za wiarę w Jezusa Chrystusa”.
Ogień pod nimi został zapalony, a wszyscy chrześcijańscy obserwatorzy padli na kolana. Szczątki męczenników zostały zabrane do Nagasaki i pochowane obok kościoła.
W następnym roku każdy samuraj, który odmówił odstąpienia od chrześcijaństwa, został pozbawiony tytułu i wygnany. Słynny samuraj o imieniu Justo Takayama został skazany na na wygnaniu za odmowę porzucenia wiary. On i 300 japońskich katolików wsiedli na okręty i wyruszyli z Nagasaki, aby nigdy nie wrócić.
W ciągu dekady 1620 pojawiły się nowe prześladowania i członkostwo wprowadzono egzekucję większej liczby katolików. W 1622 roku dwudziesta pięciu zakonników zostało spalonych po tym, jak dowiedziało się o ścięciu trzydziestu japońskich wiernych.
Imperium gorsze od śmierci: Tortury
Nowy edykt pochodził od cesarza: Chrześcijanie nie powinni już być zabijani, ale torturowani, dopóki nie wyrzekną się wiary. Na górze Ungen w pobliżu Nagasaki setki chrześcijan torturowano płomieniami, biczowaniem, wrzącą wodą, która lała się na ich głowy i wszelkiego rodzaju okrucieństwa. Wielu z tortur zmarło z powodu odniesionych ran. Ojciec Anthony Iscida, japoński ksiądz jezuita, spędził trzy lata w więzieniu, po czym został zabrany na górę Ungen. Wszystkie jego kończyny zostały zwichnięte, a wody siarkowe wylewano na niego przez trzydzieści dni. W końcu został spalony żywcem.
W 1633 roku Julian Nacaura został przewieziony przez Nagasaki. Chociaż był daleko od Rzymu jego wcześniejszych podróży w czasie i na odległość, był bliżej Wiecznego Miasta w sercu. Był teraz księdzem jezuickim i ostatnim w kraju. Przypomniał tym, których odszedł, że był jednym z pierwszych Japończyków wysłanych do Rzymu i cieszył się, że oddał swoje życie za Chrystusa. Julian został powieszony w dół głową i zmarł po trzech dniach agonii.
Shimabara: Ostatnia pozycja katolików
Przez lata katolicy z powodu heroicznej cierpliwości cierpieli prześladowania. Jednak katolicy z południa wkrótce chwycili za broń przeciwko swojemu okrutnemu władcy. Na początku 1643 roku ponad 35 000 katolików powstało i zajęło ufortyfikowane miasto Shimabara, które przetrzymywało przez kilka miesięcy.
Szogunat Tokugawa wysłał siły inwazyjne, aby stłumić ten bunt. 125 000 żołnierzy otoczyło Shimabarę i było to długie oblężenie. Shiro Amakusa, samuraj, który stracił pozycję, doprowadził katolicką armię do zadawania wrogowi poważnych strat. Słynne jest, jak krzyczał podczas potyczki: „Wolelibyśmy umrzeć jedną szybką śmiercią niż tysiącem powolnych”.
Katolicy wytrwali przez jakiś czas. Jednak protestanccy Holendrzy wylądowali tam ze swoimi ciężkimi armatami i przełamali mury. Mężczyźni, kobiety i dzieci zostali zmasakrowani. Pozostałych 4000 katolików wziętych do niewoli zostało przetransportowanych do skały Papenburga z widokiem na port w Nagasaki. Ostatnimi ocalałymi z Shimabary zostali wzrzuceni na śmierć z wysokiego klifu.
Odkryto podziemny „Skarb” – 200 lat później
Szogunat Tokugawa w pełni wdrożył politykę izolacji, która trwała 200 lat. Tylko Holendrzy mogli utrzymać misję handlową w kraju; wszyscy inni Europejczycy zostali zakazani. Każdy jezuita, który w tym czasie próbował wejść do Japonii niezauważony, został aresztowany i stracony.
Katolicyzm w Japonii zszedł do podziemia na dwa stulecia. W 1867 roku polityka Japonii oficjalnie się zmieniła, a religijność „Rzymu” została wpuszczona z powrotem do kraju. Księża z Towarzystwa Misji Zagranicznej w Paryżu jako pierwsi przybyli i wznieśli kościół w Nagasaki. Ku ich wielkiemu zaskoczeniu, wielu Japończyków podeszło, pytając, czy są w celibacie i czczą Najświętszą Dziewicę.
Po zbadaniu, europejscy księża byli zszokowani, gdy znaleźli duże wspólnoty wierzących, liczących tysiące katolików. Przez wieki zachowywali sakrament chrztu. Każdy katolik, kogo przesłuchiwali, znał katechizm i modlitwy po japońsku i w łacinie.
Misjonarze szybko wysłali do Europy wiadomość o niewiarygodnym zachowaniu wiary w Japonii. Katolicy pozbawieni kapłanów przez 200 lat wiernie przylgnęli do wiary i przekazywali nauczanie Kościoła w nienaruszonym stanie. Papież Pius IX, po wysłuchaniu raportu, uznał to za cud.
Przyszłe działania w zakresie łaski
Od pierwszych chrztów św. Franciszka Ksawerego w 1549 r. wrogowie Kościoła pracowali nad ugaszeniem Wiary w Japonii. Jednak pomimo brutalnych prześladowań, wiara żyje dalej.
Katolicy w Japonii stanowią obecnie mniej niż 2% populacji. Przez wieki narzuconej jednolitości kulturowej większość współczesnych Japończyków wykazuje niewielką otwartość na nawrócenie.
Boże drogi nie są jednak naszymi drogami. Poprzez heroiczne ofiary tysięcy męczenników, wielu znanych tylko Bogu, chwalebny okres w przyszłości z pewnością nadejdzie do Japonii. Kontrastując do ich wieków izolacji, cywilizacja chrześcijańska pewnego dnia zakorzeni się w Japonii, wysyłając misjonarzy do szerzenia Ewangelii.
Japończycy męczennicy na zawsze modlą się za nami do Boga i są gotowi wstawiać się za nami w tych mrocznych czasach. Nieustannie błagajmy ich, aby męstwo było wierne aż do końca.
Łuna nad Nagasaki
Łuna nad Nagasaki
Andrzej Solak
http://www.pch24.pl/luna-nad-nagasaki,37428,i.html#ixzz5NknAHERI
Atomowy nalot na Nagasaki przeprowadzony 9 sierpnia 1945 roku był największą w XX wieku tragedią japońskiego Kościoła. Latem 1945 roku dogasała Wielka Wojna Wschodnioazjatycka, która na przestrzeni minionych 14 lat spustoszyła ogromne obszary Azji i Oceanii. Ten okrutny konflikt, który dodatkowo od 1941 roku stał się częścią jeszcze większej, globalnej zawieruchy, zadał bolesne rany również wspólnotom chrześcijan w wielu krajach.
Wzgórze Męczenników
Od roku 1549, kiedy św. Franciszek Ksawery postawił stopę na Wyspach Japońskich, wiara w Chrystusa bujnie rozkwitała w ojczyźnie samurajów.
Rychło wszakże nastał okres prześladowań, trwający od końca XVI aż do połowy XIX stulecia. W tym czasie zginęło tysiące męczenników, często wśród wyrafinowanych mąk. Mimo to chrześcijaństwo mocno zakorzeniło się w Kraju Kwitnącej Wiśni.
Jeszcze w czasach Franciszka Ksawerego na centrum lokalnego Kościoła wyrosło Nagasaki, miasto portowe w zachodniej części wyspy Kiusiu. Wyjątkowe znaczenie Nagasaki nie wynikało tylko z liczby zamieszkujących go katolików. W czasach prześladowań okolice miasta stały się terenem kaźni dla wyznawców Chrystusa. To tutaj ponieśli męczeńską śmierć liczni święci i błogosławieni, jak: Melchior od św. Augustyna, Marcin od św. Mikołaja, Magdalena z Nagasaki, Jordan od św. Szczepana, Wawrzyniec Ruiz wraz z 16 Towarzyszami, i wielu innych. Na tutejszym wzgórzu Nishizaka, zwanym Wzgórzem Męczenników, miejscu zbiorowych ukrzyżowań, powstało sanktuarium do którego podążali pielgrzymi z całego kraju. To tu, w dolinie Urakami, która stała się dzielnicą miasta, pod koniec XIX wieku wyrosła wspaniała katedra.
To tutaj wreszcie w 1930 roku przybył z dalekiej Polski o. Maksymilian Maria Kolbe w towarzystwie czterech współbraci franciszkanów, by u stóp góry Hikosan wznieść klasztor Mugenzai no Sono – Ogród Niepokalanej.
Czas wojny
Echa dawnych represji antychrześcijańskich ponownie odżyły przed II wojną światową.
Na szczęście władze nie sięgnęły po terror, jednak na wspólnotę katolicką spadały rozmaite szykany. Kiedy grzmiały wojenne werble a naród zwierał szeregi wokół rządzących militarystów hołdujących szintoizmowi (oficjalnie uznanemu za religię państwową), na chrześcijaństwo spoglądano podejrzliwie jako na „religię białych cudzoziemców”. W takiej atmosferze łatwo było oskarżać katolików o „uleganie obcym wpływom”, o „bunt przeciw japońskiemu duchowi” czy „brak patriotyzmu”. Po wybuchu wojny z państwami Zachodu (1941) internowano wszystkich cudzoziemskich misjonarzy. Wyjątek poczyniono jedynie dla obywateli niemieckich, choć dopiero po złożeniu przez nich przysięgi na wierność III Rzeszy.
Niewielka społeczność japońskich katolików mimo wszystko uniknęła krwawych prześladowań. O wiele gorszy los spotkał wspólnoty chrześcijańskie (tak katolickie, jak i protestanckie) na obszarach okupowanych przez armię cesarza. W japońskich obozach koncentracyjnych na obszarze Holenderskich Indii Wschodnich (dziś Indonezja) zginęło 281 księży, zakonników i sióstr zakonnych, na Filipinach uśmiercono kolejnych 257, na wyspach Oceanii i Nowej Gwinei – 196. Wraz z nimi zginęła rzesza katolików świeckich. Umierali nierzadko jak bohaterowie, nieugięcie trwając w Wierze i prosząc Boga o wybaczenie oprawcom (zob. Manila jak Warszawa, http://www.pch24.pl/manila-jak-warszawa,21275,i.html).
Białe światło
6 sierpnia 1945 roku atomowy grzyb nad Hiroszimą obwieścił światu rozpoczęcie nowej epoki.
Trzy dni później, nad ranem, z wyspy Tinian wystartował amerykański ciężki bombowiec – czterosilnikowa Superforteca B-29. W przepastnych czeluściach komory bombowej niósł on pękaty ładunek, przez załogę nazwany pieszczotliwie „Grubasem” (Fat Man).
Kilka godzin później, o 11:02 czasu lokalnego atomowa eksplozja zrujnowała Nagasaki. Relacje świadków wspominają „dziwny szum”, po którym zajaśniało oślepiające białe światło.
W mieście przebywało wówczas około 260.000 osób. Istnieją rozbieżne oszacowania liczby ofiar. Wedle oficjalnych statystyk japońskich zginęło 73.884 ludzi. Dalsze tysiące ofiar zmarło w następnych miesiącach i latach z ran oraz na schorzenia wywołane promieniowaniem, głównie białaczkę i choroby układu kostnego. [Te „dalsze” to były dziesiątki tysięcy. Nawet rząd Japonii to ciągle ukrywa. Mirosław Dakowski]
Bomba wybuchła bezpośrednio nad dzielnicą Urakami – głównym skupiskiem katolików. Mieszkało ich tutaj 12.000, z których 8500 poniosło śmierć. Była to największa tragedia w XX-wiecznej historii japońskiego Kościoła. Ogółem podczas II wojny światowej jego maleńka wspólnota utraciła 13.000 wyznawców, w tym 17 duchownych, uwzględniając zarówno poborowych wcielonych do wojska i poległych na froncie, jak i cywilne ofiary amerykańskich bombardowań.
Znaki zapytania
Zbombardowanie Urakami wywołało w świecie zrozumiałe zdziwienie. Oto walcząc z reżimem japońskich militarystów Amerykanie unicestwili skupisko ludzi przez ów reżim szykanowanych.
Wybór Urakami jako celu ataku wydawał się podejrzany również i z tego powodu, że umiejscowienie tej dzielnicy znacznie ograniczyło szkody zadane reszcie miasta. Zrzucony na Nagasaki plutonowy „Grubas” eksplodował z siłą równą 22 kilotonom trotylu, w porównaniu do ledwie 16-kilotonowego uranowego „Chudzielca” (vel „Chłopczyka”) użytego przeciw Hiroszimie. Mimo to ofiar w Nagasaki było prawie dwukrotnie mniej. Stało się tak, ponieważ wzgórza otaczające Urakami znacznie osłabiły zasięg rażenia bomby. Z wojskowego punktu widzenia był to atak całkowicie nieopłacalny – chyba… chyba że prawdziwym, ukrytym celem nalotu było unicestwienie jednego z najważniejszych ośrodków katolicyzmu na Dalekim Wschodzie.
Jeżeli wierzyć oficjalnym tłumaczeniom strony amerykańskiej, to uderzenie w Urakami było efektem całej serii nieszczęśliwych zbiegów okoliczności. Ponoć pierwotnie planowano zaatakować miasto Kokura, ale amerykańskie samoloty wysłane jako eskorta dla Superfortecy B-29 niosącej „Grubasa” nie spotkały jej w umówionym miejscu. Osamotniony bombowiec doleciał nad Kokurę, jednak odstraszyły go gęsta mgła, ogień artylerii przeciwlotniczej oraz pojawienie się japońskich myśliwców. Lotnicy postanowili więc zrzucić śmiercionośny ładunek na cel zastępczy, na który wcześniej ich zwierzchnicy wyznaczyli Nagasaki.
Ponoć bombę zwolniono mierząc w port i śródmieście, wszelako jakimś sposobem ładunek spadł kilka kilometrów dalej, akurat na dzielnicę zamieszkałą przez katolików…
Z popiołów
Eksplozje atomowe złamały wolę oporu Japończyków. Kilka dni później, 15 sierpnia 1945 roku, cesarz Hirohito ogłosił gotowość kapitulacji.
Ogółem podczas II wojny światowej maleńki Kościół japoński utracił 13.000 wyznawców, w tym 17 duchownych, uwzględniając zarówno poborowych wcielonych do wojska i poległych na froncie, jak i cywilne ofiary amerykańskich bombardowań. Spory o zasadność bombardowań miast japońskich, w tym przeprowadzenia obu ataków atomowych, trwają do dziś.
Oryginalne wyjaśnienie dramatu Nagasaki przedstawił dr Takashi Nagai, ocalały z zagłady. Zwrócił uwagę na fakt, że kiedy płonęła tamtejsza katedra pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny, cesarz podjął decyzję o zakończeniu wojny. Swoją wolę władca przedstawił światu w Święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. W ujęciu doktora Nagaiego katolicy z Urakami stali się „całopalną ofiarą, barankiem bez skazy złożonym na ołtarzu, na przebłaganie za grzechy wszystkich narodów popełnione podczas II wojny światowej”.
Społeczność Nagasaki poniosła ogromne straty, jednak japoński Kościół przetrwał atomową apokalipsę, tak jak wcześniej przetrzymał stulecia prześladowań. Gdy po straszliwym dniu 9 sierpnia 1945 roku nad udręczonym miastem zapadła noc, rozświetlana płomieniami pożarów, w dolinie Urakami rozległ się śpiew. To ocaleli chrześcijanie podjęli wspólnie religijny hymn. Ich pieśń płynęła nad płonącym miastem, nad tysiącami zabitych, nad rannymi o zwęglonych ciałach. Koiła ból i zaświadczała o obecności wspólnoty, która nie uległa i która znów odradzała się z popiołów.
=========================
NIEZWYKŁA HISTORIA OŚMIU JEZUITÓW OCALAŁYCH z Hiroszimy
Wpisał: Mirosław Dakowski Z Archiwum.. | |
19.12.2008. | |
NIEZWYKŁA HISTORIA OŚMIU JEZUITÓW OCALAŁYCH z Hiroszimy [DWA opisy tego zdarzenia, czy cudu. Pierwszy z „Przymierza z Maryją”, nr. 41, drugi z książki „Jezuici”. Nawet tych, którzy nie chcą czytać „o cudach” proszę o przeczytanie II części MD] ———————————- Przeżyli wybuch bomby atomowej, która zniszczyła wszystko dookoła. W jaki sposób można wytłumaczyć to niezwykłe wydarzenie? Jest 6 sierpnia 1945 r. Amerykański bombowiec B-29 krąży po błękitnym niebie nad japońskim miastem Hiroszima. Niczego niespodziewający się mieszkańcy ledwie spoglądają z ziemi na samolot, nieświadomi tego, że ma on śmiercionośny ładunek, z którego siły rażenia tak naprawdę nikt jeszcze nie zdawał sobie sprawy. Ładunek, którego moc miała być właśnie na nich wypróbowana. Zrzucona bomba w mgnieniu oka zmiotła miasto z powierzchni ziemi. Domy rozpadły się, a ludzie zwyczajnie wyparowali. Ogromna kula ognia wzniosła się ku niebu, a potworna fala rozgrzanego gazu rozniosła zgliszcza w promieniu kilkunastu kilometrów. Pośród mieszkańców Hiroszimy był jezuita ojciec Hubert Schiffer. Rankiem 6 sierpnia 1945 r. po odprawionej Mszy św. właśnie zabierał się do śniadania. Kiedy zanurzył łyżeczkę w świeżej połówce grejpfruta, coś nagle błysnęło. Początkowo duchowny pomyślał, że pewnie eksplodował tankowiec w porcie. W końcu Hiroszima była głównym portem, w którym japońskie łodzie podwodne uzupełniały paliwo. Potem, jak powiedział ojciec Schiffer: – Nagle potężna eksplozja wstrząsnęła powietrzem. Niewidzialna siła uniosła mnie w górę, wstrząsała mną, rzucała, wirowała niczym liściem podczas jesiennej zawieruchy. Gdy ojciec znalazł się na ziemi i otworzył oczy, zdał sobie sprawę, że wokół jego domu nie ma nic. Wszystko zostało zniszczone. Tymczasem on miał zaledwie niewielkie zadrapania z tyłu szyi. Nieliczna wspólnota, licząca ośmiu jezuitów, do której należał ojciec Schiffer, mieszkała w domu blisko kościoła parafialnego, oddalonego jedynie o osiem budynków od centrum wybuchu. W tym czasie, kiedy Hiroszima była pustoszona przez bombę atomową, wszyscy jezuici zdołali uciec nietknięci, podczas gdy każda inna osoba znajdująca się w odległości do półtora kilometra od centrum wybuchu natychmiast umierała. Dom, w którym mieszkali katoliccy duchowni, stał na swoim miejscu, podczas gdy wszystkie inne budynki rozpadły się niczym domki z kart. W czasie, kiedy to się zdarzyło, ojciec Schiffer miał 30 lat. Ten jezuita nie tylko przeżył, ale cieszył się również dobrym zdrowiem przez następne 33 lata. W jaki sposób kapłan i pozostali misjonarze mogli przeżyć wybuch atomowy, który spowodował śmierć wszystkich innych w promieniu dziesięciu kilometrów od epicentrum wybuchu, a katoliccy duchowni byli oddaleni od niego zaledwie o jeden kilometr? Jest to absolutnie niewytłumaczalne z naukowego punktu widzenia. Interesującym faktem może się okazać to, że ta grupa była szczególnie oddana przesłaniu fatimskiemu. Jezuici “żyli” nim. Codziennie odmawiali różaniec i czynili pokutę. Co ciekawe, historia powtórzyła się kilka dni później w Nagasaki, drugim japońskim mieście dotkniętym wybuchem bomby atomowej. Zarówno w Hiroszimie, jak i Nagasaki jedynymi, którzy ocaleli, byli duchowni katoliccy. Jeszcze więcej budynków zostało zniszczonych. Jednak w obu przypadkach ocalały prawie nietknięte domy misjonarzy. Wszyscy inni znajdujący się w odległości trzy razy większej od miejsca wybuchu, aniżeli ci duchowni, zginęli natychmiast. Według praw fizyki jezuici – nawet jeśli udało im się jakimś cudem przeżyć – powinni byli zginąć w ciągu kilku minut w następstwie promieniowania. Tymczasem tak się nie stało… Po kapitulacji Japończyków amerykańscy lekarze powiedzieli ojcu Schifferowi, że jego ciało wkrótce zacznie się rozkładać w następstwie promieniowania. Ku wielkiemu zdziwieniu medyków ciało ojca Huberta nie tylko nie zaczęło się psuć, ale przez 33 lata nie wykazywało najmniejszych oznak napromieniowania ani żadnych innych skutków ubocznych spowodowanych wybuchem bomby jądrowej. Naukowcy przebadali grupę jezuitów 200 razy w ciągu następnych 30 lat i nie stwierdzili u nich nigdy żadnych skutków ubocznych. Czy mógł to być szczęśliwy traf? Czy konstruktorzy bomby mogli ją tak zbudować, aby nie zabijała amerykańskich obywateli? Nie ma takiej możliwości, by bomba atomowa skonstruowana z uranu 235 pozostawiła nietknięty niewielki obszar, podczas gdy wszystko dookoła znikało z powierzchni ziemi. Jezuici doskonale zdawali sobie sprawę z tego, kto był “sprawcą” tego cudu. Mówili: – Jesteśmy przekonani, że przeżyliśmy, ponieważ żyliśmy przesłaniem fatimskim. Żyliśmy i codziennie głośno odmawialiśmy różaniec w naszym domu. Ojciec Schiffer był przekonany, że ocalał dzięki opiece Matki Bożej, która uchroniła go od wszystkich negatywnych konsekwencji wybuchu bomby atomowej. Świeccy naukowcy nie dają wiary tym tłumaczeniom. Są przekonani, że musi istnieć jakieś inne “prawdziwe” wyjaśnienie tej zagadki. Tymczasem minęło ponad 60 lat od zdarzenia [w 2025 już 80 lat… md] i do tej pory nie są w stanie wytłumaczyć tego zjawiska. Z naukowego punktu widzenia to, co się przytrafiło tym jezuitom w Hiroszimie, wciąż przekracza wszelkie prawa fizyki. Trzeba przyznać, że musiała tam być obecna inna siła, której moc była w stanie przemienić energię i materię tak, by były one znośne dla ludzi. A to już przekracza nasze wyobrażenie. Dr Stephen Rinehart z Departamentu Obrony USA, ceniony na całym świecie ekspert w dziedzinie wybuchów jądrowych, tak to skomentował: Błyskawiczna kalkulacja pokazuje, że w odległości jednego kilometra od wybuchu dominuje temperatura od dwóch i pół do trzech tysięcy stopni Celsjusza, a fala ciepła uderza z prędkością dźwięku napierając z ciśnieniem większym niż 600 psi (1 psi to około 69 hektopaskali – przyp. red.). Jeśli jezuici znajdujący się w obrębie jednego kilometra od epicentrum wybuchu byli poza plazmą bomby atomowej, ich siedziba powinna być ponad wszelką wątpliwość zniszczona. Konstrukcje żelbetowe, jak i z cegły – z których zwykle zbudowane są centra handlowe – ulegają zniszczeniu w wyniku nacisku 3 psi. Takie ciśnienie powoduje uszkodzenie słuchu i wypadanie okien. Przy 10 psi uszkodzeniu ulegają płuca oraz serce. Z kolei ciśnienie rzędu 20 psi rozsadza kończyny. Głowa eksploduje przy ciśnieniu 40 psi i takiego naporu ciśnienia nikt nie jest w stanie przeżyć, gdyż czaszka zostaje zwyczajnie rozsadzona. Wszystkie bawełniane ubrania zapalają się w temperaturze około 200 stopni Celsjusza, a płuca wyparowują w ciągu minuty od wciągnięcia tak gorącego powietrza. W takich warunkach nie jest możliwe, aby ktokolwiek przeżył. Nikt nie powinien zostać przy życiu w odległości jednego kilometra. Ani w odległości dziesięć razy większej – dziesięć do piętnastu kilometrów od epicentrum wybuchu. Widziałem, jak rozpadały się ceglane ściany szkoły podstawowej. Sądzę, że zaledwie kilka osób, które nie uległy całkowitemu spaleniu, przeżyło. Ale umarły one w ciągu następnych piętnastu lat z powodu raka. Rekonesans zdjęć panoramicznego widoku z epicentrum wybuchu, gdzie znajdował się kiedyś szpital Shima Hospital, w pobliżu domu jezuitów, ujawnił, że pozostały dwa budynki nietknięte. Sądzę nawet, że w budynkach widoczne były okna. Jednym z nich był kościół oddalony kilkaset metrów od pierwszego budynku, którego ściany wciąż stały, jedynie zniknął dach. Departament Obrony nigdy oficjalnie nie skomentował tego wydarzenia i przypuszczam, że to było sklasyfikowane, ale nigdy nie poruszane w literaturze przedmiotu. Sądzę, że jest możliwe, iż jezuici zostali poproszeni o to, aby nigdy nie wypowiadali się na ten temat. Dla Boga, który stworzył materię i energię, to kwestia woli. Działanie praw, które rządzą tymi zjawiskami, zostało zwyczajnie zawieszone. To, co się stało w Hiroszimie i Nagasaki, przytrafiło się także w dawnych czasach wiernym sługom Boga: Szadrakowi. Meszakowi i Abed-Nedze, o czym mówi księga Daniela (3. 19-24): Na to wpadł Nabuchodonozor w gniew, a wyraz jego twarzy zmienił się w stosunku do Szadraka, Meszaka i Abed-Nega. Wydał rozkaz, by rozpalono piec siedem razy bardziej, niż było trzeba. Mężom zaś najsilniejszym spośród swego wojska polecił związać Szadraka, Meszaka i Abed-Nega i wrzucić ich do rozpalonego pieca. Związano więc tych mężów w ich płaszczach, obuwiu, tiarach i ubraniach i wrzucono do rozpalonego pieca. Ponieważ rozkaz króla był stanowczy, a piec nadmiernie rozpalony, płomień ognia zabił tych mężów, którzy wrzucili Szadraka, Meszaka i Abed-Nega. Trzej zaś mężowie, Szadrak, Meszak, Abed-Nega, wpadli związani do środka rozpalonego pieca. I chodzili wśród płomieni wychwalając Boga i błogosławiąc Pana. Oprac. AS ============================================== [A oto, jak tę sprawę opisał o. Malachi Martin, jezuita, we wspaniałej książce „Jezuici” (Exter, Gdańsk 1994, str. 353 i nast. MD] ….Czterdzieści trzy sekundy później, na wysokości 5.760 metrów powyżej poziomu ziemi Little Boy eksplodował kulą ognia o blasku jaśniejszym niż tysiąc słońc. Od tej chwili Hiroshima przybrała dla Pedro Arrupe nowe oblicze. Stała się krwawym przykładem tego, co może zrujnować bezbożne społeczeństwo; stała się żywym obrazem – akwafortą nakreśloną bólem i cierpieniem – tego, co może osiągnąć zachodnie zepsucie; stała się patetycznym komentarzem do niemożności zrozumienia przez Zachód tak całkowicie odmiennej myśli japońskiej. “Tego sierpniowego poranka, piętnaście i pół minuty po godzinie ósmej, wszystkie okna w rezydencji Arrupe w Nagatsuka pękły pod wpływem fali uderzeniowej, a niebo wypełniło się blaskiem, który później opisał jako “przygniatający i niosący zgubę”. Do czasu gdy, w trzydzieści minut po eksplozji, odważył się wraz z pozostałymi jezuitami wychylić z domu, burza ognia niesiona przez wiejący z prędkością ponad sześćdziesięciu kilometrów na godzinę wiatr otoczyła Hiroshimę. W chwili, gdy wysyłał pierwszą ekipę ratunkową na przedmieścia Hiroshimy – była to pierwsza ekipa medyczna w mieście, choć skromnie wyposażona – zaczął padać błotnisty, lepki, radioaktywny deszcz, przemieniając ciepło powietrza w przepełniający grozą chłód. Tego wieczoru dotarł do domu zakonnego w Nagatsuka jeden z ocalałych po eksplozji – student teologii wysłany przez innego jezuitę, ojca Wilhelma Kleinsorge, któremu w jakiś sposób udało się przeżyć. Od niego Arrupe uzyskał pierwszą relację z wydarzeń. W kolejnych tygodniach, w czasie gdy z innymi członkami zakonu przemierzali zgliszcza niczym anioły miłosierdzia, miał okazję ujrzeć to wszystko na własne oczy. Tom Ferebee starał się wycelować swą bombę tak, by spadła na Aioi, most w kształcie litery T łączący brzegi rzek Honkawa i Motoyasu. Lecz Little Boy wybrał na miejsce swej nuklearnej śmierci nie ten właśnie most, lecz podwórze szpitala Shimii, 140 metrów na południe od wejścia do świątyni Gokoku i tuż obok dziedzińca koszar wojskowych Churgoku. Niemal 80.000 osób zginęło na miejscu w centrum wybuchu. Kolejne 120.000 umierało. Spośród 90.000 budynków, 62.000 zostało zrównanych z ziemią. Sześćdziesięciu ze stu pięćdziesięciu lekarzy w Hiroshimie zginęło, większość pozostałych była ranna i umierająca. Z 1.780 pielęgniarek 1.654 zginęło lub odniosło śmiertelne obrażenia. Urządzenia szpitalne i zasoby Hiroshimy zostały zniszczone. A rząd japoński przez pierwsze dwie doby powstrzymywał się od wszelkiej reakcji. Arrupe widział okaleczone ciała i zniszczone budynki. Podczas wielu tygodni ciężkiej pracy, w rozmowach z hibakusha– „dotkniętymi przez eksplozję” ocalałymi -słyszał z ich ust opisy, w które trudno było uwierzyć, a w ich ciałach widział ślady pozostawione przez genshi bakudan – ,,niezwykłą małą bombę”, jak przerażona ludność Japonii określała Little Boy’a . Może wydawać się to zaskakującym, lecz pierwszą reakcją Arrupe na otaczające go przerażające obrazy – widok skóry odchodzącej płatami, niczym wosk, z ramion, nóg, czy z tułowia, przypominającej nieregularne łaty i strzępy gnijącej materii; głowy bez twarzy; poparzenia; szczególny bliznowiec występujący pod skórą; tysiące trupów; smród zgnilizny – nie był wybuch nienawiści do wojny. Tak jak wielokrotnie wspominał, odczuwał oczywiście przerażenie na widok ludzkiego cierpienia. Lecz nie mniejsze przerażenie przepełniało go wówczas, gdy jako jeden z niewielu przedstawicieli kultury Zachodu był, następnego ranka po zrzuceniu Little Boy, świadkiem śmiertelnego pobicia amerykańskiego pilota. Amerykanin, ocalały z katastrofy B-29 nazwanego LonesomeLady, został przez jednego z widzów opisany jako “najprzystojniejszy młodzieniec, jakiego kiedykolwiek widziałem”, “o blond włosach, zielonych oczach, białej, gładkiej niczym wosk skórze, silnie umięśniony i wyglądający potężnie niczym lew“. Japończycy przywiązali chłopca do pala na moście Aioi i przypięli doń kartkę ze słowami: “Uderz tego amerykańskiego żołnierza zanim przejdziesz”. W swym upokorzeniu, cierpieniu i klęsce, przechodzący mieszkańcy Hiroshimy spałowali i wreszcie ukamienowali umierającego chłopca. W nozdrzach Arrupe znacznie potężniejszy niż straszny smród rozkładających się ciał umarłych i umierających był “elektryczny zapach” jonizacji wydzielający się po wybuchu bomby. Nowa potęga, która z taką łatwością, w ciągu kilku zaledwie sekund, zamieniła wyasfaltowane ulice w bezkształtną masę, upiekła ziemniaki wciąż jeszcze rosnące w ziemi, wypaliła dynie wciąż wiszące na gałęziach, przemieniła piękne miasto w pełne gruzów cmentarzysko, była dla Arrupe znacznie istotniejszą zapowiedzią nieszczęścia, niż gnijące ciała czy ukamienowanie. Dwadzieścia pięć lat później, gdy poszukiwał przymiotnika najpełniej oddającego potęgę Chrystusa, użył określenia “super-atomowy“. Wraz z pojawieniem się Little Boy’a rozpoczęła się według słów Arrupe “nowa epoka wyłaniająca się z tworzenia nowego technologicznego humanizmu” emanującego z bezbożnych kręgów i centrów władzy Zachodu. Dostrzegł także “pojawienie się nowego rodzaju ludzi“. Do końca swego życia Pedro Arrupe nie utracił poczucia zdumienia z powodu tych nowych narodzin. “Hiroshima” – jak zwykł mówić – “nie odnosi się do momentu w czasie. Jest związana z wiecznością”. W katastrofie tej zauważył coś jeszcze. Przekonał się, jak wiele warci byli Japończycy. Widział ich wytrzymałość, nieposkromioną odwagę, widział jak odporna jest ich kultura. Bomby mogły niszczyć ich miasta, to prawda. Jednak zachodnia myśl, która stworzyła te bomby nie była w stanie zniszczyć ich umysłów. Ta właściwość Japończyków, rodzaj duchowego nastawienia, była dla Arrupe czymś specyficznym. Właśnie ta “nieprzepuszczalność, niemożność dotarcia” – irredenta w klasycznym tego słowa znaczeniu – wywarła naft takie wrażenie. Ze swej strony, Japończycy nigdy nie zapomnieli Arrupe niezmordowanych wysiłków w niesieniu pomocy, z jaką przyszedł dotkniętej uderzeniem Hiroshimie. Na zawsze pozostało w ich pamięci, że to właśnie jego ekipa jako pierwsza, w kilka zaledwie godzin po wybuchu Little Boy’a, przyszła na ratunek miastu. Zadziwiającym zrządzeniem losu pomoc niesiona miastu, do którego został wysłany, by znaleźć zapomnienie, spowodowała że po raz pierwszy znalazł się w świetle jupiterów. Japończycy wystosowali publiczne podziękowania Arrupe i zakonowi. Nie ulega wątpliwości, że to właśnie ich wysiłki w niesieniu pomocy dotkniętemu kataklizmem miastu zaowocowały powojennym sukcesem jezuitów w Japonii. W czasie dwudziestu lat spędzonych w Japonii po 1945 roku jako wice-prowincjałowi wszystkich jezuitów w tym kraju – Arrupe traktowany był jako pewnego rodzaju znakomitość […] |
Uderzenie w Nagasaki było wymierzone także w Kościół Katolicki
Uderzenie w Nagasaki było wymierzone także w Kościół Katolicki
Autor publikacji, Victor Gaetan jest starszym międzynarodowym korespondentem National Catholic Register i współpracownikiem magazynu Foreign Affairs.
INFO: https://www.19fortyfive.com/2021/08/nagasaki-was-a-strike-against-japan-and-the-catholic-church/

Data: 26 marzo 2025 Author: Uczta Baltazara
babylonianempire/uderzenie-w-nagasaki-bylo-wymierzone-w-kosciol

Im bliżej przyglądamy się decyzji o użyciu drugiego ładunku atomowego przeciwko Japonii 9 sierpnia, 76 lat temu, tym bardziej moralnie bezwstydna wydaje się owa taktyka. Wystarczy wyjść poza amerykańską chmurę wyjaśniającą – “zbombardowaliśmy instalacje wojskowe, aby wymusić bezwarunkową kapitulację imperium” – determinującą społeczne postrzeganie – aby zobaczyć, że rząd USA wyraźnie celował w ludność cywilną, co stanowiło naruszenie prawa międzynarodowego i kodeksów postępowania wojskowego.
Dyplomaci i archiwiści z Watykanu są przekonani, że atak na Nagasaki był wymierzony w Japonię i w Kościół Katolicki. Przedstawiają oni rzadko omawiane uzasadnienie, wobec ogólnego zdziwienia niewyjaśnionymi aspektami tragedii.
Ground Zero: katolickie centrum duchowe
Drugi atak atomowy był niemal bezpośrednim uderzeniem w największą katedrę w Azji, na słynnym katolickim osiedlu Urakami, dzielnicy mieszkalnej Nagasaki – znacznie na północ od centrum handlowego miasta i stoczni Mitsubishi. https://apjjf.org/2015/13/32/Tomoe-Otsuki/4356 https://en.wikipedia.org/wiki/Immaculate_Conception_Cathedral,_Nagasaki
Związki Nagasaki z Kościołem Katolickim sięgają daleko wstecz: Pewien włodarz podarował ziemię jezuickim misjonarzom przybyłym z Portugalii w roku 1580. Nowa religia rozprzestrzeniła się tak szybko, że została zdelegalizowana jako zagrożenie dla lokalnych władców. Dwudziestu sześciu męczenników zostało ukrzyżowanych na wzgórzach miasta w roku 1597. Jedyny port nieprzerwanie otwarty na handel zagraniczny, był twierdzą tajnej wiary podczas długiego tłumienia chrześcijaństwa (1614-1873). https://www.bbc.com/news/world-asia-50414472
„Fat Man”, plutonowa bomba implozyjna zdetonowana nad Urakami https://en.wikipedia.org/wiki/Fat_Man, zabiła około 40 000 ludzi natychmiast i kolejne 30-40 000 do końca roku. Zdziesiątkowała 71 procent społeczności katolickiej, wielu potomków „ukrytych chrześcijan” (Kakure Kirishitans), którzy ukrywali wiarę za praktykami shinto i buddyjskimi.
Było rzeczą niemożliwą, by wojskowi planiści nie znali historii tego regionu i jego katolickiego znaczenia. Obszar ten był tak bardzo znany jako centrum duchowe, że w roku 1930, charyzmatyczny polski franciszkanin, św. Maksymilian Kolbe, otworzył tam klasztor (jedenaście lat później został zamordowany w niemieckim obozie koncentracyjnym). https://www.patheos.com/blogs/lostinaoneacrewood/2019/08/14/3651/
Stany Zjednoczone nakazały przeprowadzenie bombardowania wzrokowego, a nie poleganie na radarach. Późnym rankiem 9 sierpnia, bombardujący Kermit Beahan https://en.wikipedia.org/wiki/Kermit_Beahan wspominał, że zobaczył otwierające się chmury i że „cel był tam, ładny jak obrazek”. https://ahf.nuclearmuseum.org/ahf/history/hiroshima-and-nagasaki-missions-planes-crews/
Jak wyglądała mapa celów misji? – Nie wiemy… zaginęła w Archiwach Narodowych. https://www.archives.gov/research/recover/20-century
Ukryta Ręka dodaje „Nagasaki”
Prezydent Harry Truman dowiedział się o programie broni atomowej, gdy objął urząd https://nsarchive.gwu.edu/documents/atomic-bomb-end-world-war-ii/006b.pdf. Do tamtego czasu, operacyjny rozmach testowania obu „gadżetów”, tj. bomby uranowej i plutonowego urządzenia implozyjnego, nasycił proces decyzyjny.[tj. nie planowano oficjalnie celów md]
Powołany przez wojsko „komitet ds. doboru celów”, składający się z oficerów i naukowców nuklearnych, wybrał najmniej humanitarną opcję: zdetonowanie bomb w celu maksymalnego zniszczenia całych miast o średnicy co najmniej trzech mil. https://nsarchive.gwu.edu/documents/atomic-bomb-end-world-war-ii/011.pdf
Choć doświadczeni wojskowi, tacy jak generał armii Dwight David Eisenhower oraz generał Omar Bradley, sprzeciwiali się ich użyciu. Eisenhower wyjaśniał później: „Japonia była już pokonana i… zrzucenie bomby było całkowicie niepotrzebne”. https://www.latimes.com/archives/la-xpm-1996-08-04-op-31196-story.html
Odtajnione dokumenty przedstawiają ówczesnego amerykańskiego sekretarza ds. wojny Henry L. Stimsona https://en.wikipedia.org/wiki/Henry_L._Stimson jako człowieka wewnetrznie dwoistego: potępiał śmierć cywilów w wyniku bombardowań zapalających, mówiąc Trumanowi 6 czerwca, że nie chce, by USA „zyskały reputację prześcigających Hitlera w okrucieństwach” https://nsarchive.gwu.edu/documents/atomic-bomb-end-world-war-ii/021.pdf Podczas pobytu w Poczdamie udał się bezpośrednio do prezydenta z prośbą o ochronę starożytnego japońskiego miasta Kioto ze względu na jego wartość kulturową (poparł natomiast zrzucenie bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki). Stimson odnotował w swoim dzienniku, że prezydent zgodził się. https://www.bbc.com/news/world-asia-33755182
Nagasaki nie pojawiło się na listach ataków opracowanych w maju i czerwcu. Jego górzysty, nieregularny teren nie spełniał preferencji komisji ds. celów. Zamiast tego miasto zostało poddane pięciu rundom brutalnych ataków zapalających. Główne cele bomb atomowych uniknęły bombardowania z użyciem bomb zapalających,z a sprawą czego zniszczenie zostało w pełni przypisane katastrofalnej eksplozji. Również alianckie obozy jenieckie w Nagasaki sprzeciwiały się zniszczeniu miasta. https://www.smh.com.au/opinion/hiroshima-and-nagasaki-living-under-the-shadow-of-the-bomb-20150804-girmoj.html
Nagasaki jako potencjalny cel pojawia się dopiero w ostatniej chwili w projekcie rozkazu uderzenia datowanym na 24 lipca – jako odręczny dopisek, zbiegający się w czasie ze spotkaniem Stimsona i Trumana w sprawie celów z 24 lipca.
Napisany na maszynie, ściśle tajny dokument zleca, by USA „dostarczyły swoją pierwszą specjalną bombę” do „Hiroszimy, Kokury i Niigaty w wymienionych priorytetach”. Ktoś długopisem skreślił „i” oraz „w wymienionym priorytecie”, wstawiając strzałką „i Nagasaki” po „Niigata”. Poprawiony rozkaz uderzenia z dodanym Nagasaki został oficjalnie rozpowszechniony następnego dnia https://nsarchive.gwu.edu/documents/atomic-bomb-end-world-war-ii/060e.pdf. Według historyka Alexa Wellersteina, który jako pierwszy zwrócił uwagę na dokument, ręka, która dodała Nagasaki, pozostaje niezidentyfikowana. https://www.newyorker.com/tech/annals-of-technology/nagasaki-the-last-bomb
Seria niefortunnych zdarzeń
Utrwalone amerykańskie relacje dotyczące drugiej misji bombowej wskazują na serię niefortunnych zdarzeń: B-29 przewożący Big Boya miał problemy z pompą paliwową https://www.nationalww2museum.org/war/articles/bombing-nagasaki-august-9-1945 https://www.19fortyfive.com/2021/06/b-29-bomber-the-very-first-nuclear-bomber-that-ended-world-war-ii/. Tracił czas podczas lotu, czekając na samolot z kamerą, który nigdy się nie pojawił. Trzykrotnie próbował namierzyć Kokurę, ale nie potrafił wycelować. Następny cel, Nagasaki, był zasłonięty przez chmury.
Japońscy komentatorzy snują różne teorie, ale niewielu uważa, że USA zniszczyły Urakami przez pomyłkę. Niektórzy uważają, że historyczne miejsce zostało zniszczone, ponieważ katedra była używana do przechowywania ryżu i innych zapasów żywności dla armii cesarskiej https://apjjf.org/2015/13/32/Tomoe-Otsuki/4356. Wśród niekatolickich mieszkańców Nagasaki, którzy przeżyli, natychmiast pojawił się odruch szukania kozła ofiarnego, który obwiniał bluźnierczy kult obcego boga za doprowadzenie ich miasta do ruiny. https://utoronto.scholaris.ca/server/api/core/bitstreams/b7084681-9036-4a89-a7a3-83c42002bcdf/content
Kilka niedawno opublikowanych prac analizuje, w jaki sposób katoliccy hibakusha (ocaleni z wybuchu bomby atomowej) z Urakami posłużyli się teologią męczeństwa i przebaczenia, aby nadać sens niepojętemu. Gwyn McClelland w książce Dangerous Memory in Nagasaki: Prayers, Protests, and Catholic Survivor Narratives https://www.japanesestudies.org.uk/ejcjs/vol20/iss2/brown.html oraz Chad Diehl w Resurrecting Nagasaki https://www.cornellpress.cornell.edu/book/9781501714962/resurrecting-nagasaki/#bookTabs=1 wskazują na kluczową rolę, jaką odegrał dr Takashi Nagai, katolicki świecki przywódca, hibakusha i autor książki The Bells of Nagasaki.
W mowie pochwalnej na cześć zmarłych przed ruinami katedry, Nagai nazwał bombardowanie aktem opatrzności: ofiara niewinnej krwi zadośćuczyniła za grzechy świata pogrążonego w wojnie https://academiccommons.columbia.edu/doi/10.7916/D8TH8V1G. To ujęcie uspokoiło chrześcijańskie ofiary, ale miało też wpływ wyciszający – wzmacniając samozaparcie, które praktykowali przez 250 lat. Dowództwo USA pomogło uczynić „świętego z Urakami” autorem bestsellerów: Nagai był jedynym hibakusha, któremu pozwolono publikować na arenie międzynarodowej.
Przez dziesięciolecia siły okupacyjne przywłaszczały sobie wyjaśnienia Nagai, podobnie jak japoński cesarz Hirohito, który osobiście odwiedził Nagai, ponieważ rozgrzeszało to obie strony z odpowiedzialności.
Co sądzi Rzym
Watykan nigdy publicznie nie dyskutował na temat uprzedzeń, jakich upatruje w gotowości USA do dźgnięcia katolickiego serca Japonii 9 sierpnia 1945 r., ale prywatnie archiwiści i eksperci w Rzymie przypominają mi o intensywnej kłótni dyplomatycznej między Waszyngtonem a Rzymem w sprawie Japonii, która zepsuła stosunki przez całą wojnę.
Trzy miesiące po ataku na Pearl Harbor https://www.19fortyfive.com/2021/07/china-may-have-learned-the-real-lessons-of-pearl-harbor/ papież Pius XII nawiązał stosunki dyplomatyczne z władzą cesarską w Tokio https://www.americamagazine.org/content/dispatches/japan-and-holy-see. Kiedy Kościół poinformował o tym alianckich urzędników, ci zawyli. Podsekretarz stanu Sumner Welles https://en.wikipedia.org/wiki/Sumner_Welles nazwał decyzję papieża „godną ubolewania” https://history.state.gov/historicaldocuments/frus1942v03/d665. Prezydent Franklin Roosevelt uznał ją za „niewiarygodną”. Odpowiedź Piusa dla Waszyngtonu, według amerykańskiego wysłannika mieszkającego w Watykanie, była oczywista: stosunki dyplomatyczne nie oznaczają akceptacji wszystkich działań zagranicznego rozmówcy. https://muse.jhu.edu/article/183794
Dyplomacja międzypaństwowa jest podstawowym sposobem, w jaki Kościół Katolicki chroni swoich wiernych i rozwija swoją misję. Kiedy wysłannicy cesarza zwrócili się w roku 1942 do Rzymu z propozycją, o którą Rzym zabiegał od dawna, Kościół, pragmatycznie, zgodził się. W swojej opinii Kościół nie miał innego wyjścia, jak tylko zaangażować się, ponieważ postępująca armia cesarstwa sprawiała, że coraz więcej katolików znajdowało się pod japońską kontrolą https://content.time.com/time/subscriber/article/0,33009,802290,00.html. Ochrona duchowych interesów około 20 milionów katolików na terytorium okupowanym przez Japończyków stanowiła fundamentalną odpowiedzialność.

FOTO: Kopia „Fat Man’a” podobna do tej zrzuconej na Nagasaki. Zdjęcie: Creative Commons.
Radzenie sobie „z diabłem we własnej osobie”
Papież Pius XI powiedział kiedyś: „Kiedy pojawia się kwestia ratowania dusz lub zapobiegania większym szkodom dla dusz, mamy dość odwagi, by osobiście rozprawić się z diabłem”. Pogląd Stolicy Apostolskiej na dyplomację jako forum posługi dla zepsutego świata jest często niedoceniany zarówno przez świeckich, jak i religijnych komentatorów, którzy zakładają, że Kościół nie powinien iść na kompromis, angażując się we współpracę z podmiotami nieetycznymi. Jednak w opinii Piusa XI – podobnie jak w przypadku papieży przed i po nim – jedynym sposobem na wywarcie wpływu na wrogi reżim jest działanie bezpośrednie.
Kiedy katedra w Urakami ucierpiała w wyniku bezpośredniego uderzenia nuklearnego, a najbardziej wytrwała, wielowiekowa społeczność katolicka w Japonii została zniszczona, Watykan uznał to za amerykańską zemstę za chęć uczłowieczenia amerykańskiego wroga.
Autor publikacji, Victor Gaetan jest starszym międzynarodowym korespondentem National Catholic Register i współpracownikiem magazynu Foreign Affairs.
INFO: https://www.19fortyfive.com/2021/08/nagasaki-was-a-strike-against-japan-and-the-catholic-church/
Prawdopodobnie Hitler uciekł do Argentyny…
Ucieczka Hitlera do Argentyny w tajnych aktach dotyczących Kennedy’ego: Czy Führer był chroniony przez waszyngtoński “deep state”?
Hitler uciekł prawdopodobnie do Argentyny…

26 marzo 2025 Uczta Baltazara babylonianempire/hitler-uciekl-prawdopodobnie-do-argentyny

Pod koniec II wojny światowej wszystko w Niemczech było całkowicie zniszczone.
Zwycięscy alianci owej katastrofalnej wojny, przed którą ostrzegali tacy ludzie jak Joe Kennedy i legendarny lotnik Charles Lindbergh, popełniali zbrodnie wojenne w biały dzień.
Na przykład, w Dreźnie w roku 1945 doszło do jednej z najbardziej niesławnych eksterminacji minionego stulecia, kiedy to Anglo-Amerykanie zrównali z ziemią całe miasto pełne niewinnych cywilów, będących ofiarami konfliktu, a nie jego sprawcami. https://www.unz.com/article/how-many-germans-died-under-raf-bombs-at-dresden-in-1945/
Jednak Waszyngtonu i Londynu to nie obchodziło. Koniecznym było wysłanie sygnałów do ludzi zaangażowanych w konflikt na temat tego, co miało wydarzyć się po wojnie.
Rodzące się imperium amerykańskie nie było skłonne do układania się z kimkolwiek.
Masakry ludności cywilnej były sygnałem, który miał uświadomić wszystkim, jaka jest prawdziwa istota potęgi Anglosfery.
Była to kwintesencja terroru, rozlewu krwi i najbardziej zbrodniczej przemocy wobec ludności cywilnej, co można było zaobserwować kilka miesięcy po zbombardowaniu Drezna, w Hiroszimie i Nagasaki, miastach nuklearnego holokaustu, który wymordował japońskich katolików, ale jest to „szczegół”, o którym różni liberalni historycy zawsze zapominają napisać w swoich relacjach. https://www.19fortyfive.com/2021/08/nagasaki-was-a-strike-against-japan-and-the-catholic-church/
To właśnie na tych gruzach oficjalna historiografia stworzyła opis śmierci Adolfa Hitlera.
Führer ujrzał swoje marzenie o zbudowaniu Trzeciej Rzeszy i związanej z nią “przestrzeni życiowej” zniweczone.
Prawda o końcu Hitlera
W dniu 30 kwietnia 1945 r. miał odebrać sobie życie wraz ze swoją historyczną konkubiną, Evą Braun, w dość dramatyczny i teatralny sposób.
Oboje, aby uniknąć schwytania przez zwycięzców, otruli się cyjankiem, a ich ciała zostały następnie strawione w płomieniach, aby zapobiec zredukowaniu ich do obiektów kpin i upokorzenia, jak to miało miejsce zaledwie dzień wcześniej w przypadku Benito Mussoliniego i jego kochanki Claretty Petacci, zabitych przez krwiożerczych partyzantów na rozkaz, najprawdopodobniej, ówczesnego premiera Wielkiej Brytanii, wysokiego rangą masona Winstona Churchilla, który chciał pozbyć się dowodów korespondencji między nim a byłym premierem Włoch.
Mówi się, że Hitler wybrał taką właśnie śmierć, aby nie spotkać się z podobnym losem, a wśród źródeł potwierdzających ową wersję był Otto Günsche, oficer SS, który miał być kluczowym świadkiem potwierdzającym oficjalną wersję, że kanclerz Niemiec popełnił samobójstwo.
Wydawało się, że Sowieci wybrali dwie drogi. Jedną z nich była ta, która uznawała wersję Günschego.

FOTO: Otto Günsche
Druga z nich głosiła, że Führer wcale nie skazał się na śmierć, lecz z powodzeniem uciekł do Ameryki Łacińskiej dzięki zdecydowanemu wsparciu tych, którzy powinni byli postawić go przed sądem, a mianowicie Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.
Hipoteza ta została postawiona w roku 2014 przez badacza Jerome’a Corsi, który w swojej książce „W poszukiwaniu Hitlera” napisał, że Adolf Hitler nie zginął śmiercią samobójczą w swoim bunkrze w Berlinie, lecz zmarł śmiercią naturalną wiele lat później w Argentynie. https://coolinterestingnews.com/shocking-evidence-hitler-escaped-germany/
Corsi już wtedy przedstawił wystarczająco mocne dowody.
Archeolog Nicholas Bellatoni zbadał fragmenty DNA pochodzące z czaszki Hitlera przechowywanej w Państwowym Archiwum Federacji Rosyjskiej i doszedł do wniosku, że nie należały one ani do kanclerza Niemiec, ani do jego konkubiny, Evy Braun, ale do 40-letniej kobiety, która nie miała z nimi nic wspólnego.
Najwyraźniej, Związek Radziecki przechowywał w swoich archiwach historycznych materiał dowodowy, uważany przez różnych historyków za „koronny”, który w rzeczywistości był fałszywką.
Badania Corsiego nie zatrzymały się na tych, już do tej pory, naukowo solidnych dowodach.
Zbadał inne odtajnione dokumenty pochodzące z Departamentu Stanu USA i doszedł do wniosku, że tacy ludzie jak generał Dwight Eisenhower, który później, tj. w roku 1953 został prezydentem, wiedzieli o tym, że Hitler nie zginął śmiercią samobójczą, ale przeżył katastrofę, w którą wciągnął Niemcy.
Corsi jednoznacznie stwierdził, że osobą która pozwoliła Führerowi na ucieczkę do Ameryki Południowej był Allen Dulles, szef CIA za administracji wspomnianego wcześniej Eisenhowera i przez krótki okres za prezydentury Kennedy’ego, z którym tajny agent miał notoryczne i bardzo gorzkie starcia.
Wojna między JFK a aparatem wywiadowczym z Langley osiągnęła taki punkt, że amerykański prezydent był zdeterminowany, aby rozwiązać agencję, która stała się symbolem tzw. amerykańskiego “głębokiego państwa”, niezliczonych zamachów stanu na całym świecie, zabójstw politycznych i handlu narkotykami prowadzonego przez innego pracownika CIA – George’a H. Busha, który podczas swej pracy w służbach USA koordynował ogromny handel narkotykami z Azji do Stanów Zjednoczonych. https://impiousdigest.com/operation-eagle-ii-the-top-secret-cia-drug-running-empire-and-george-h-w-bush/
Dulles pod koniec II wojny światowej działał w OSS https://en.wikipedia.org/wiki/Office_of_Strategic_Services, które, jak wspomniano było prekursorem CIA i które już wtedy zaczęło zarządzać całą serią ważnych i wrażliwych operacji.
Wśród nich była niesławna operacja Paperclip, wymyślona przez samego Dullesa, w ramach której cały aparat kierowniczy nazistowskich Niemiec został przeniesiony do Stanów Zjednoczonych. https://www.sott.net/article/370632-Operation-Paperclip-Nazi-science-goes-West https://en.wikipedia.org/wiki/Operation_Paperclip
Waszyngton był najwyraźniej tak bardzo przeciwny nazizmowi, że chciał zabrać ze sobą wszystkie umysły naukowe, które zapewniły fortunę Trzeciej Rzeszy Hitlera.
Należał do nich na przykład naukowiec Werner von Braun, który zaprojektował słynne rakiety V1 i V2, będące wówczas absolutną awangardą w dziedzinie rakiet.
Dulles, ze swojego biura w Berlinie, gorąco sugerował rozpoczęcie tego rodzaju operacji, która zyskała również poparcie tych kręgów watykańskich, które obracały się wokół nieprzejrzystej postaci ówczesnego monsignora Montiniego – masona i sekretarza stanu za pontyfikatu Piusa XII – który poparł ową operację ratowania nazistów, nie mając oczywiście akceptacji papieża, który już we wczesnych latach swojego pontyfikatu wyrażał swą wielką niechęć do nazizmu. https://www.thelibertybeacon.com/operation-paperclip-case-file-the-cia-and-the-nazis/
Dowody i dokumenty Corsiego można było uznać za w pełni wiarygodne już w minionych latach, ale w tych dniach, powraca dokument odtajniony jakiś czas temu, tj. podczas pierwszej publikacji dokumentów związanych z JFK, która rozpoczęła się w roku 2017 na polecenie Trumpa i jest kontynuowana obecnie, ponownie na polecenie amerykańskiego prezydenta.
W dokumentach dotycząceych JFK: Hitler uciekł do Ameryki Południowej
Jeśli w Moskwie w czasach Stalina dobrze wiedziano, że Adolf Hitler nie umarł, to równie dobrze zdawano sobie z tego sprawę w Waszyngtonie.
Tym, który o tym napisał w dokumencie CIA sporządzonym 3 października 1955 roku był szef placówki amerykańskiej agencji wywiadowczej, David Brixnor, który opowiada o tym, jak informator amerykańskiego wywiadu dowiedział się, że Führer nazizmu żyje i ma się dobrze w Ameryce Południowej.

FOTO: Odtajniony dokument CIA, o którym mowa.
Brixnor pisze we wspomnianym dokumencie, że z informatorem o kryptonimie CIMELODY-3 skontaktował się jego bardzo zaufany człowiek podlegający jego dowództwu w Europie, co sugeruje, że CIMELODY-3 był prawdopodobnie wysokiej rangi amerykańskim żołnierzem oddelegowanym na stary kontynent podczas II wojny światowej.
Informator CIA dowiedział się od swojego kontaktu, że były członek niemieckiego SS o nazwisku Philip Citroen był w kontakcie z Adolfem Hitlerem.
Citroen był wówczas pracownikiem Royal Dutch Shipping Company, na zlecenie której podróżował z Maracaibo w Wenezueli do Kolumbii, do miejscowości Tunga.
To właśnie tam były członek SS miał spotkać człowieka, który twierdził, że jest Adolfem Hitlerem.
Führer przedstawiał się jako Adolf Schrittemayor, a Citroen pokazuje zdjęcie zrobione z nim na potwierdzenie swojego sensacyjnego odkrycia.

FOTO: Philip Citroen z mężczyzną zidentyfikowanym jako Adolf Hitler.
Również według Citroena wypowiadającego się w tej sprawie w kolejnych miesiącach, Hitler miał udać się do Argentyny w styczniu 1955 roku, do której mial przybyć co najmniej dziesięć lat wcześniej.
Ujawnił to kolejny odtajniony dokument, choć niektóre nazwiska są zasłonięte, który tym razem został przygotowany przez inną amerykańską agencję, tj. FBI, co potwierdza, że rząd amerykański był bardzo dobrze poinformowany o prawdziwym losie Hitlera. https://vault.fbi.gov/adolf-hitler/Adolf%20Hitler%20Part%2001/view
Dokument został sporządzony przez biuro FBI w Los Angeles, które 21 września 1945 r., pięć miesięcy po rzekomym samobójstwie w Berlinie, stwierdziło, że Adolf Hitler przybył do Argentyny na pokładzie łodzi podwodnej przy wsparciu sześciu ważnych lokalnych urzędników państwowych, którzy następnie zabrali go do tajnej kryjówki w Andach, do której Hitler miał rzekomo wrócić z Kolumbii, jak donosił Citroen w innym raporcie zredagowanym 10 lat później przez CIA.
W Waszyngtonie najwyraźniej dobrze wiedzieli, że najbardziej poszukiwany nazista na świecie nie odebrał sobie życia, ale było jasne, że Hitler nie mógłby się uratować bez pomocy potężnych amerykańskich kręgów służb, które chciały, aby były kanclerz Niemiec nie został schwytany.
Jest to karta historii, która nie jest opisywana przez typowych liberalnych historyków, ponieważ gdyby tak było, mogłoby grozić uświadomienie opinii publicznej, że nazizm wcale nie był zjawiskiem spontanicznym, lecz pielęgnowanym przez te same kręgi, które do dziś go potępiają i używają jako straszaka, aby zapewnić supremację państwa żydowskiego.
Tajemnica nagłego awansu Adolfa Hitlera
Prawdziwym pytaniem, na które należy odpowiedzieć szybciej niż na jakiekolwiek inne, jest to, kim naprawdę był Adolf Hitler i jaka była geneza tej postaci, która prawdopodobnie silniej niż jakakolwiek inna zmieniła historię XX wieku.
Bez Adolfa Hitlera nie byłoby II wojny światowej i bez niego nie byłoby też państwa Izrael, co pokojowo przyznaje wielu izraelskich historyków.
Haavara, czyli umowy dotyczące transferu niemieckich Żydów do Palestyny wraz z maszynami, które nazistowskie Niemcy wniosły jako posag dla syjonistycznych osadników, były po prostu decydujące dla przyszłych narodzin państwa Izrael.
Według szacunków żydowskiego historyka Edwina Blacka, dzięki owemu traktatowi, Hitler, poprzez różne i liczne przelewy bankowe, umożliwił napływ co najmniej 70 milionów dolarów na ziemie palestyńskie. https://ac.news/was-adolf-hitler-the-real-founding-father-of-israel/
Było to jedno z pierwszych działań podjętych przez Hitlera po objęciu stanowiska kanclerza w styczniu 1933 roku.
Zaledwie kilka miesięcy później, w maju, naziści spotkali się z przedstawicielami niemieckiego ruchu syjonistycznego i bez trudu osiągnęli kluczowe porozumienie umożliwiające narodziny państwa żydowskiego.
Kilka lat wcześniej, w roku 1923, przewodniczący Światowej Organizacji Syjonistycznej, Chaim Weizmann, próbował przekonać również Mussoliniego, że poparcie dla syjonistycznego planu budowy państwa żydowskiego w Palestynie byłoby czymś dobrym i sprawiedliwym, ale duce stanowczo odrzucił ten pomysł https://archive.org/details/lenni-brenner-zionism-in-the-age-of-the-dictators. Mussolini zawsze przejawiał pewien sceptycyzm wobec tego typu „wizji”, ponieważ już wtedy domyślał się, że Izrael definitywnie oddzieliłby Żydów od kraju, w którym żyli oni od stuleci, a ich lojalność zdecydowanie skierowałaby się ku państwu żydowskiemu, a nie Włochom.
W tej kwestii można również dostrzec różnice, które oddzielają faszyzm od nazizmu, który z syjonizmem zawsze miał bardzo bliskie relacje i ideologiczne powinowactwo przemilczane przez różnych dziennikarzy i historyków, ponieważ jest to wyraźnie kłopotliwe dla oficjalnej wulgaty, która próbuje przedstawić nazizm jako wroga syjonizmu i odwrotnie.
Mroczne pochodzenie Hitlera
Jednak kluczem do prawdziwego zrozumienia, skąd wzięła się jego sympatia dla sprawy syjonistycznej, wydaje się być przeszłość Hitlera, co jest sprzecznością pozornie niezrozumiałą, jeśli nie wie się, skąd wyłoniła się ta postać.
Dla przykładu, najbardziej interesujące i tajemnicze są lata jego pobytu w Wiedniu.
Hitler udał się do Wiednia w roku 1908, rok po śmierci swojej matki.
Jak powszechnie wiadomo, w Wiedniu młody człowiek rozpoczął karierę jako malarz akwarelista, choć trudno sobie wyobrazić, że sama ta pasja miała wystarczyć, by związać koniec z końcem.
Również w tym okresie próbował zapisać się na Akademię Sztuk Pięknych w Wiedniu i na studia architektoniczne, ale został odrzucony przez obie te uczelnie. W międzyczasie młody Adolf spędza swoje dni w najbardziej niewyobrażalnym miejscu dla człowieka określanego przez różnych historyków jako największy „antysemita” ubiegłego wieku, a mianowicie w żydowskim pensjonacie.
Wiedeński okres Hitlera został opisany przez jego żydowskiego przyjaciela z tamtych czasów, Reinholda Hanischa, kolejnego aspiranta-malarza, który o swoich relacjach z Hitlerem wypowiedział się w opublikowanej po jego śmierci w 1939 roku książce zatytułowanej „Byłem przyjacielem Hitlera”. https://amitabasu.com/2021/05/02/hitlers-buddy-reinhold-hanisch-memoir-new-republic/
FOTO: Reinhold Hanisch, żydowski przyjaciel Hitlera.
Hanisch opowiada, że młody Hitler nie żywił żadnej nienawiści czy pogardy do Żydów, wręcz przeciwnie, aspirant-malarz uwielbiał spędzać z nimi czas i to z nimi zawsze zawierał swoje interesy.
Człowiek, który napisał Mein Kampf i był rzekomo przeciwny żydowskiej finansjerze, żywił, według Hanischa, podziw dla rodziny Rothschildów, która przyniosła tyle wojny i nieszczęścia całej Europie.
Hitler w młodości bynajmniej nie wydawał się być zaciekłym wrogiem judaizmu, ale relacja Hanischa staje się jeszcze bardziej interesująca, gdy ujawnia, że malarz z Linzu prosił go, by towarzyszył mu podczas wizyt u swych żydowskich dziadków, którzy mieszkali w Wiedniu.
A więc, czyżby nazistowski Führer faktycznie był Żydem, jak niedawno twierdził rosyjski minister spraw zagranicznych Ławrow? https://silview.media/2022/05/04/lavrov-has-just-nuked-the-iron-dome-hitler-possibly-a-jew-jews-not-above-suspicion/
Jeśli przeczytać raport OSS opublikowany przez dziennikarza i historyka Waltera Lange w jego książce „The Secret Wartime Report”, wszystko zdaje się na to wskazywać. https://archive.org/details/mindofadolfhitle00lang https://en.wikipedia.org/wiki/Office_of_Strategic_Services
Wygląda na to, że to władze austriackie w czasach kanclerza Dolfussa w 1934 roku jako pierwsze przeprowadziły dochodzenie w sprawie pochodzenia Adolfa Hitlera. Dolfuss i jego zespół śledczy odkryli, że babka Hitlera, niejaka Maria Schicklgruber, miała potajemny romans z baronem Rothschildem, w którego pałacu pracowała jako służąca https://archive.org/details/mindofadolfhitle00lang.
Maria zaszła w ciążę w roku 1837, a Rothschildowie wysłali ją do rodzinnego Strones, gdzie pozostała przez większość ciąży. Po powrocie ze Strones urodził się Alois, ale jego matka nie zadeklarowała władzom, kto jest ojcem dziecka.
Wydaje się jednak, że rodzina Rothschildów doskonale o tym wiedziała. Płacili alimenty Marii od 1837 do 1851 roku, a później była służąca barona Rothschilda poślubiła Johanna George’a Hiedlera, tyle że nazwisko z powodu błędu administracyjnego zostało przepisane jako „Hitler”, więc mały Alois urodzony z potajemnego związku dostał nazwisko męża matki, które później zostało przekazane Adolfowi Hitlerowi.

FOTO: Alois Hitler, syn będący prawdopodobnie owocem potajemnego związku jego matki z baronem Rothschildem.
Führer najwyraźniej został poinformowany o odkryciach dokonanych przez Dolfussa i w roku 1934 zlecił jego zabójstwo.
Nie lepszy los spotkał starego przyjaciela Adolfa, tj. Hanischa, który został aresztowany na wyraźny rozkaz kanclerza 2 grudnia 1936 r. i zmarł w więzieniu 4 lutego 1937 r. w okolicznościach, które nigdy nie zostały wyjaśnione.
Hitler zadbał o to, by po śmierci przyjaciela z czasów jego pobytu w Wiedniu, zniszczyć dom ojca Hanischa, prawdopodobnie próbując zatrzeć wszelkie dowody na to, że pochodzenie Führera wcale nie było „aryjskie”, jak chciał, by ludzie wierzyli, ale zupełnie inne, czyli takie, które naziści rzekomo nienawidzili, a mianowicie żydowskie.
Finansowe wsparcie Wall Street dla nazizmu
Jeśli prawdziwą historią Adolfa Hitlera jest ta zawarta we wspomnianych dokumentach, to można lepiej zrozumieć, dlaczego nazizm był silnie wspierany przez aszkenazyjski establishment finansowy i różne anglo-amerykańskie firmy.
Amerykański ekonomista i wykładowca Anthony C. Sutton w swojej pracy „Wall Street and the Rise of Hitler” dokumentuje, że finansowy wzrost partii narodowo-socjalistycznej był możliwy jedynie dzięki ogromnym pożyczkom udzielonym słynnemu IG Farben w latach dwudziestych oraz DAPAG, tj. firmom, które z kolei płaciły nazistom ogromne sumy pieniędzy. https://archive.org/details/WallStreetAndTheRiseOfHitler_334
Napływ funduszy w kierunku Hitlera dopiero się zaczynał.
Niemiecki badacz Gerhard Muller w swojej pracy „Za kulisami wydarzeń na świecie” donosi, że to żydowska rodzina Warburgów, która była jednym z założycieli amerykańskiej FED i finansowała już wcześniej rewolucję bolszewicką z roku 1917, przekazała ogromne sumy pieniędzy partii nazistowskiej.
Pierwszym, który ujawnił, w jaki sposób Hitler pobierał pieniądze od żydowskich finansistów, był autor pracy „Potajemni finansiści Hitlera” podpisanej pseudonimem Sidney Warburg, za którym kryła się tożsamość Jamesa Warburga, syna cieszącego się złą sławą Paula. https://archive.org/details/hitlers-secret-backers-warburg
Książka została wydrukowana przez znane holenderskie wydawnictwo Van Holkema & Warendorf i trafiła na półki holenderskich księgarń w roku 1933, ale szereg tajemniczych „rąk” zaczęło przyczyniać się do znikania wszystkich kopii zawierającej palącą treść.
Książka ujawniała, że w latach 1929-1933, Hitler odbył co najmniej pięć spotkań z przedstawicielem rodziny Warburgów, która pożyczyła mu astronomiczną sumę 25 milionów dolarów. https://archive.org/details/hitlers-secret-backers-warburg
O tym, że kapitał ten powinien trafić do nazistów w Niemczech, zadecydowała rodzina Rockefellerów, JP Morgan i inni gentlemani z amerykańskiego Banku Rezerw Federalnych.
Wśród finansistów Hitlera znajdował się także holenderski Bank von Heydta, a fakt ten potwierdzają również oficjalne niemieckie dokumenty rządowe ujawnione w roku 1982. Książka Sidneya Warburga została napisana 50 lat wcześniej, co pokazuje, że tylko bardzo uprzywilejowane źródło mogło mieć dostęp do takich informacji.
Jednak również w późniejszych latach wielkie moce międzynarodowej finansjery nie odmówiły wsparcia nazizmowi.
Wspomniane wcześniej rodziny Rockefellerów i Warburgów zadbały o to, by utrzymać otwarte linie kredytowe dla giganta chemicznego IG Farben, wspomnianego powyżej, także w trakcie II wojny światowej.
Szacuje się, że co najmniej 30 milionów dolarów pochodziło z umowy między Rockefeller Standard Oil i IG Farben, która była firmą wykorzystującą pracę niewolników deportowanych do Auschwitz. https://en.topwar.ru/155681-kak-amerikanskie-korporacii-podderzhivali-gitlera.html
To właśnie z pracy takich niewolników rodzina Rockefellerów czerpała swoje zyski, ale osławieni nowojorscy finansiści mieli również interes w tym, by nazistowskie Niemcy otrzymywały ropę naftową, której potrzebowały zwłaszcza po rozpoczęciu II wojny światowej.
W każdej chwili władcy tychże międzynarodowych korporacji mogli pozbawić Hitlera zasobów, których potrzebował do kontynuowania wojny, ale zamiast tego dawali mu je, co było wyraźnym znakiem, że chcieli, aby nazizm zaprowadził Niemcy tam, gdzie owi finansiści chcieli, aby fuhrer je zaprowadził, a mianowicie do ich moralnej i gospodarczej ruiny.
Gdy kanclerz III Rzeszy zakończył swoją „pracę” (co Corsi ujawnił już przed laty), jego ucieczkę za granicę zagwarantowało OSS Allena Dullesa, które wymyśliło przykrywkową historię samobójstwa Hitlera i Evy Braun, która później, także w obliczu dowodów naukowych, okazała się nieprawdziwa.
Nazizm wykorzystywany jako straszak przez liberalną elitę i aszkenazyjski świat finansów w celu ustanowienia dyktatury skorumpowanej oligarchii plutokratów jest zjawiskiem zrodzonym przez tą właśnie elitę.
Dokumenty w tym względzie są bardzo klarowne. Mamy nadzieję, że pewnego dnia historia ta będzie wreszcie czytana i omawiana w książkach historycznych.
Tym co najbardziej przeraża władzę globalistyczną oraz międzynarodową masonerię jest prawda.
Żądamy osądzenia i ukarania medyków, ordynatorów,lekarzy, latami wykonujących mordercze procedury w czasach covidozy, pLandemii. [popr.]
Oczywiście przede wszystkim należy osądzić i ukarać planistów tej potwornej pLandemii.
I będzie to możliwe – po zmianie rządów na pro-ludzkie. Nie tylko w Polsce. Odejść od satanizmu można, da się.
Mirosław Dakowski
=============================
#kowidowehistorie #kowidowemorderstwa Post z fb, autor Damian Sapiński
“Tak było.
Mieliśmy prawo do wykonania jednego telefonu dziennie, żeby dowiedzieć się jaki jest stan. Za każdym razem słyszeliśmy, że czekają aż sytuacja sama się rozwiąże.
Mój teść, któremu stwierdzono udar, a w wyniku dodatniego testu zabrano go na oddział covidowy ( nie był ważny udar tylko rzekomy wirus) leżał w szpitalu dwa tygodnie. Wmawiano nam, że tata ma jedną setną procenta szans na przeżycie, a jeśli jakimś cudem przeżyje to będzie “warzywem”.
W tym czasie odłączyli tatę od podawania płynów i jedzenia przez sondę. Zdecydowaliśmy więc z mężem, że będziemy stać całymi dniami przed drzwiami oddziału. Ordynator oddziału nie chciał z nami w ogóle rozmawiać a pozostali lekarze mieli odgórny zakaz udzielania nam informacji.
Tata według opinii ordynatora umierał, a nam nie pozwalano się z nim pożegnać. Błagaliśmy ze łzami w oczach na nic. Prosiliśmy także tamtejszego księdza żeby choć na chwilę pokazał nam tatę przez kamerkę telefonu, jednak się nie zgodził.
I teraz słuchajcie…
W momencie kiedy powiedzieliśmy ordynatorowi, że wszystkie rozmowy w sprawie taty są nagrywane nastąpił zwrot akcji. Teść następnego dnia się wybudził, rozmawiał, a dwa dni później poszedł nawet sam do łazienki.
Podając tacie wodę do picia i piżamę udało nam się przemycić mu telefon (był zabroniony na oddziale, bo niby wszystko co tam pacjent miał szło do utylizacji).
Codziennie pytaliśmy czy miał jakieś badania albo czy ktokolwiek z nim rozmawiał o jego stanie. Powiedział że tam żaden z lekarzy do nich nie zagląda. Przez półtora tygodnia na jego sali zmarło chyba 7 albo 8 osób.
Wyszedł ze szpitala o własnych siłach, spędził miesiąc na oddziale rehabilitacyjnym w Kaliszu i przez 5 miesięcy funkcjonował jak zdrowy człowiek.
Tata zmarł pół roku później, kiedy jego stan się drastycznie pogorszył. Miał glejaka wielopostaciowego IV stopnia – stąd objawy podobne do udaru ( afazja, niedowład ). Jego historia złamała nam serce, ale otworzyła oczy.”
#kowidowehistorie #kowidowemorderstwa
=======================
Żądamy ukarania medyków, ordynatorów,lekarzy, latami wykonujących mordercze procedury w czasach covidozy, pLandemii.
Oczywiście przede wszystkim należy osądzić i ukarać planistów tej potwornej pLandemii.
I będzie to możliwe – po zmianie rządów na pro-ludzkie. Nie tylko w Polsce. Odejść od satanizmu można, da się.
Mirosław Dakowski
Umieszczam powyższy tekst, odważną relację, bo jest typowym dla sytuacji, która najostrzej wystąpiła w okresie tej brutalnej cowidozy [w latach 2020 22 chyba]. Występowała,na mniejszą pewnie skalę i wcześniej ale wtedy, w latach cowidozy widzieliśmy to już wszyscy.
Tylko niestety większość zamykała na to oczy, tak ze strachu, jak część nas – z poczucia własnej winy.
Najczęściej oczywiście takie przypadki – nie waham się użyć tego określenia: morderstwa – dotykają ludzi starych. Nic dziwnego bo przecież my, ludzie staezy, najczęściej chorujemy.
Ja miałem dwa przypadki zbliżone, oba w Szpitalu Kolejowym w Międzylesiu, bo on jest najbliżej i dlatego do niego pogotowie czy krewni ciężko chorego staruszka zawożą. Przypominam o tych przypadkach, bo o pierwszym już kiedyś pisałem a oba one są udokumentowane, mam nadzieję że dokumenty w Szpitalu Kolejowym nie zostały wyrzucone. Dodaję to na wypadek, gdyby ktoś z ordynatorów czy lekarzy chcieli bronić poprawności swoich dokonań medycznych przed sądem. Przypadek opisany dotyczył sytuacji, w której wieczorem pogotowie zawiozło mnie z diagnozą że to jest zawał – a przeleżałem się kilkanaście godzin na tak zwanej izbie przyjęć bez jakiejkolwiek interwencji lekarza czy próby jakichkolwiek badań Nie mówiąc już o leczeniu.
Drugi przypadek mój miał miejsce 27 września 2024, gdy w niedzielę zawieziono mnie w ciężkim stanie do szpitala, a lekarz który przyszedł po godzinie, nie zainteresował się jakie są objawy, usłyszał tylko parę dwa trzy zdania typu „boli mnie brzuch” i z odległości pięciu metrów przepisał bez jakichkolwiek – powtarzam – badań ani dalszych wypytywań mnie czy krewnych – przepisał jakieś antybiotyk mówiąc no to przejdzie i kazał się wynosić ze szpitala.
Z ubocznymi skutkami przepisania tego antybiotyku borykamy się, walczę już pół roku. Co jakiś czas powtarzają się potworne bóle, można je nazwać torturami. A kolejni lekarze unikają jakiejkolwiek poszukiwań przyczyny tych bólów, tylko przepisują coraz mocniejsze środki anty bólowe.
Opisane przez ludzi z Kalisza przypadek nie est przypadkiem rzadkim. Jest to przypadek typowy dla tych około 240 000 nadmiarowych zgonów, na które zostaliśmy my, Polacy skazani w latach Terroru Kowidowego. Rzadkie jest tylko to, że ludzie, ofiary tego typu zbrodni medycznych dokumentują.
Dlatego też umieszczam tę sprawę na Portalu, nie tyle może prosząc ale żądając, by winni podobnych zbrodni ordynatorzy, lekarze prowadzący czy jacyś inni medycy zostali osądzeni, żeby przypadki podobne zostały przebadane a winni morderstw ukarani.
Oczywiście przede wszystkim powinni być ukarani ci podszywający się pod medyków członkowie władz, którzy takie zbrodnicze procedury leczenia pLandemii, a to już wiemy na pewno że nie była to pandemia – wymyślili, nakazali i dopilnowali, by tak tego typu – powtarzam jeszcze raz – zbrodnicze działania nie były przez służby medyczne więcej wykonywane.
Skazany bez dowodów. Skandaliczne kulisy odebrania uprawnień doktorowi Martyce [- Wbrew dowodom !]
Skazany bez dowodów. Skandaliczne kulisy
odebrania uprawnień doktorowi Martyce
pch/skazany-bez-dowodow-skandaliczne-kulisy-odebrania-uprawnien-dr-martyce

(Doktor Zbigniew Martyka. Fot. Rymanowski Live )
W rozmowie z Bogdanem Rymanowskim znany z determinacji w leczeniu pacjentów podczas reżimu sanitarnego doktor Zbigniew Martyka ujawnił bulwersujące szczegóły odebrania mu przez Okręgowy Sąd Lekarski w grudniu 2021 roku prawa do wykonywania zawodu.
– Jestem po prostu zdumiony, że tak mógł przebiegać proces sądowy, dlatego że ja przez osiem lat byłem przewodniczącym Okręgowego Sądu Lekarskiego w Tarnowie. Pracowaliśmy uczciwie z moimi kolegami, z całym zespołem. Nigdy nie wydaliśmy jakiegoś wyroku niesprawiedliwego, nieuczciwego. Nie wyobrażam sobie, żebyśmy mogli nie wziąć pod uwagę dowodów przedstawionych przez osobę, która była obwiniona – powiedział lekarz w programie Rymanowski Live na kanale You Tube.
Wyrok bez oparcia się na jakichkolwiek dowodach wydał wobec doktora Martyki Sąd Lekarski w Krakowie. Orzeczenie ze względu na swą nieprawomocność miało charakter głównie stygmatyzujący i odstraszający. Znany specjalista chorób zakaźnych z Nowego Sącza mógł dalej pracować. 1,5 roku temu przeszedł na emeryturę i obecnie przyjmuje pacjentów w ograniczonym wymiarze czasowym, w prywatnej przychodni. Wcześniej był ordynatorem oddziału zakaźnego szpitala w Dąbrowie Tarnowskiej
Uchylone dowody i biegły… pediatra
Werdykt sądu Okręgowej Izby Lekarskiej w Krakowie zapadł po procesie utajnionym z niewyjaśnionych względów. Nie zaszły przesłanki umożliwiające zamknięcie sprawy przed opinią publiczną – ewentualność naruszenia tajemnicy lekarskiej, ważnej sprawy państwowej, czyichś dóbr osobistych albo podejrzenie niepokojów społecznych.
– Myślę w tej chwili, że jedyną sytuacją, w której mogło być naruszone czyjeś dobro, to było dobro sądu lekarskiego, który chciał mnie skazać bez dowodów. I żeby to nie wyszło na jaw – powiedział doktor Martyka.
Sprawa prowadzona była w sposób kuriozalny. W składzie sądu nie zasiadał ani jeden lekarz chorób zakaźnych. Powołany został zatem biegły – doktor Paweł Grzesiowski, dzisiaj Generalny Inspektor Sanitarny, który zabiera się właśnie za uszczelnianie systemu obowiązkowych szczepień dzieci.
Rzecz w tym, że „biegły” jest… pediatrą a przed sądem występował w charakterze immunologa.
– Kiedy doszło do rozprawy, podnieśliśmy temat właśnie pana Grzesiowskiego, że on nie jest immunologiem. On przyjął to zlecenie jako immunolog, chociaż immunologiem nie był. Był tylko pediatrą – relacjonował gość Bogdana Rymanowskiego.
– Jako immunolog wypowiedział się negatywnie o informacjach, które ja przedstawiałem na swojej stronie. A były to informacje, co do których podawałem odnośniki do aktualnych prac naukowych czy oficjalnych wypowiedzi różnych instytucji. Więc to nie były moje słowa, tylko to były cytaty w pism naukowych lub oficjalnych informacji rządowych nawet ze stron różnych państw – wskazał.
Doktor Grzesiowski zakwestionował treści, które udostępniał w internecie obwiniony. Jednak prawnicy reprezentujący obronę skutecznie zakwestionowali jego opinię, którą w końcu sąd w całości odrzucił.
– To była dobra decyzja sądu, tylko że w związku z tym nie było dowodu mojej winy. Dowód się miał opierać na opinii biegłego – zauważył dr Martyka. Żaden inny biegły nie został już w pierwszej instancji powołany.
Podczas rozprawy oskarżony wraz ze swymi pełnomocnikami zgłosił szereg wniosków dowodowych, opierając się na badaniach naukowych i podając źródła. Prezentowali również dane dotyczące sytuacji epidemicznej w różnych krajach świata – oprócz Polski także w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Nowej Zelandii, Australii, Wielkiej Brytanii… – To były mocne dowody mówiące o tym, że ja się nie myliłem, że podawałem prawdziwe informacje. I sąd wszystkie te dowody odrzucił. Powiedział, że nie przyjmuje tych dowodów – opowiadał lekarz.
Chodziło o badania legitymujące się najwyższym stopniem wiarygodności, w tym metaanalizy
i badania RCT, czyli randomizowane kontrolowane badania kliniczne – tak zwany złoty standard eksperymentów klinicznych. Sąd w ogóle nie podjął się ich analizy, czemu trudno się dziwić, biorąc pod uwagę „zagadkowe” kryteria doboru biegłych.
Wyrok „prewencyjny”
– Więc sąd odrzucił wnioski dowodowe, nie przyjął opinii biegłego i podjął decyzję o skazaniu mnie na odebranie prawa wykonania zawodu na okres dwunastu miesięcy, czyli jednego roku. Kuriozalne jest to, że sąd w uzasadnieniu wyroku podał bardzo ciekawą informację, którą pozwoliłbym sobie zacytować. Mianowicie, „w ocenie sądu kara wymierzona w takiej postaci obwinionemu daje przekonanie, że podobne incydenty nie powtórzą się w przyszłości” – powiedział dr Martyka.
„W ocenie sądu wymierzona kara ma również istotne znaczenie w zakresie prewencyjnego oddziaływania na środowisko lekarskie” – brzmiała dalsza część uzasadnienia.
– Czyli zastraszenie lekarza. Oni to podają w uzasadnieniu – podkreślił nieprawomocnie skazany.
– Zostałem osądzony bez dowodu winy, bez przedstawienia udowodnienia mi tej winy. (…) Panie redaktorze, ja sam, tak jak wspomniałem, byłem osiem lat przewodniczącym Okręgowego Sądu Lekarskiego. Nie jestem prawnikiem, ale mamy prawników, którzy nam pomagają przygotować się do rozprawy. Ja nie sądzę, żeby oni nie wiedzieli, że łamią prawo. (…) Moi prawnicy argumentowali i zgłaszali wnioski dowodowe, które sąd odrzucał i uciszał moich prawników – opowiadał.
Zarzutami przedstawionymi doktorowi Martyce na podstawie doniesienia o „podawaniu poglądów niezgodnych z aktualną wiedza medyczną” było podważanie zasadności stosowania masek ochronnych, kwestionowanie poziomu śmiertelności związanej z zachorowaniem na Covid-19, testowania oraz „stosowania administracyjno-prawnych środków prewencyjnych”.
– Dzisiaj jest to już udowodnione – ponieważ są tak liczne dowody naukowe – iż to wszystko, co mówiłem, było prawdą. Trudno, żebym się z tego wycofywał. Tym bardziej, że ja wiele rzeczy przewidywałem. Na przykład, na samym początku wypowiadając się przeciwko sugestiom Rady Medycznej przy premierze, że to, co oni proponują, spowoduje niesamowity „dług zdrowotny” – podkreśla z obecnej perspektywy doktor Martyka.
Ze złamaniem… na oddział zakaźny
– Ludzie nie byli leczeni, nie byli przyjmowani do szpitala, nawet z chorobami nowotworowymi czy chorobami serca, co jest dziwne, ponieważ choroby serca u nas są na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o śmiertelność. I w takim kraju tych ludzi odsyłano z kwitkiem. Pamiętam, na oddziale zakaźnym – to było dla mnie przerażające – że przychodzili ludzie z różnymi chorobami i mnie nie wolno było ich przyjąć do szpitala, ponieważ szpital był zarezerwowany dla osób, które miały dodatni wynik testu covidowego. Nawet te osoby mogły nie mieć objawów infekcyjnych. Dzisiaj już wiemy, że te testy były w bardzo dużym stopniu niewiarygodne – przypomina lekarz chorób zakaźnych.
Gość „Rymanowski Live” przywołał przypadek skierowania na oddział zakaźny osoby ze złamaniem ręki. Miała dodatni wynik „testu”, lecz nie wykazywała żadnych objawów chorobowych. Musiała jednak przejść okres izolacji. Dyrekcja szpitala, powołując się na dyspozycje wojewódzkiego wydziału zdrowia, domagała się od lekarza wpisania w kartę choroby Covid, choć diagnoza brzmiała: złamanie kończyny.
– Ja się nie zgodziłem. Odpisałem, że lekarzowi za wpisywanie fałszywych rozpoznań grozi odpowiednia kara. Więc ja mówię, że się absolutnie nie zgodzę na to. Wpisywałem prawdziwe rozpoznania i otrzymałem odpowiedź, że nie dostaniemy za to pieniędzy – relacjonował.
Opisywany proceder stosowany przez władze szpitali, oprócz krociowych zysków dla placówek, doprowadził do nadwyżki fałszywych diagnoz.
– Za to były dodatkowe pieniądze. I to było logiczne. Jeżeli rozpoznawano Covid u osoby, która np. zmarła na zawał, nie miała objawów infekcyjnych czy miała udar i nie miała żadnych objawów infekcyjnych, to już – tak mówiąc humorystycznie – ktoś się powiesił, napisali mu Covid bo był dodatni wymaz. To był totalny nonsens. To było niesamowite naciąganie rozpoznań po to, żeby wykazać, że ta choroba jest bardziej groźna niż ona jest w rzeczywistości – opisywał lekarz.
– A druga sprawa, chyba chodziło o przestraszenie ludzi. Wiadomo, że wystraszonym społeczeństwem się łatwiej rządzi – zauważył gość Bogdana Rymanowskiego.
Sądowych „atrakcji” ciąg dalszy
Obecnie trwa proces apelacyjny w sprawie lekarza z Nowego Sącza. Na pierwszej rozprawie przed Naczelnym Sądem Lekarskim pani doktor pełniąca rolę oskarżyciela – rzecznik odpowiedzialności zawodowej, stwierdziła, że nie potrzeba dowodów w sprawie doktora Martyki, ponieważ… jego wypowiedzi same w sobie są dowodem. Pani rzecznik z rozbrajającą szczerością przyznała podczas rozprawy, że nie zapoznała się z przedstawionym przez oskarżonego materiałem dowodowym, lecz wciąż twierdzi z przekonaniem, że doktor Martyka jest winny.
Ponadto sąd NRL rozszerzył zarzuty wobec oskarżonego (!) względem procesu pierwszej instancji. Powołał też na biegłego członka covidowej Rady Medycznej przy premierze – w całości pozostającej w konflikcie interesów ze względu na pobieranie wynagrodzeń od koncernów farmaceutycznych.
Źródło: You Tube / Rymanowski Live RoM
Ceny jaj idą mocno w górę
Ceny jaj idą mocno w górę – Wielkanoc może być droższa
26.03.2025 Kamil Śliwiński ceny-jaj-ida-mocno-w-gore
Ceny jaj w Polsce nieustannie rosną, a dane z ostatnich miesięcy nie pozostawiają złudzeń – ten podstawowy produkt staje się coraz droższy. Jak wynika z raportu „Indeks Cen w Sklepach Detalicznych”, w lutym ceny jaj wzrosły rok do roku o 13,2 proc., w styczniu o 11,3 proc., a wstępne szacunki za marzec wskazują na wzrost o 13,6 proc. Średnia cena detaliczna jajka w marcu przekroczyła już złotówkę, podczas gdy w lutym wynosiła 0,99 zł, a w styczniu 0,96 zł. Eksperci przewidują, że w kwietniu, czyli w okresie wielkanocnym, za jaja zapłacimy o 10-15 proc. więcej niż rok wcześniej.
Przyczyny drożyzny
Wzrost cen jaj to efekt splotu wielu czynników. Dariusz Goszczyński, prezes zarządu Krajowej Rady Drobiarstwa – Izby Gospodarczej, wskazuje na dwa główne powody:
Wzrost cen jaj ma związek z występowaniem ognisk grypy ptaków oraz ze zwiększonym zapotrzebowaniem na ten produkt w okresie przedświątecznym. Dotyczy on rynku całej Unii Europejskiej i powinien mieć charakter przejściowy. Z tego też względu nie powinien mieć istotnego wpływu w dłuższym okresie na ceny innych produktów spożywczych
Jednak nie wszyscy podzielają ten optymizm. Piotr Biela z Grupy BLIX podkreśla, że epidemia ptasiej grypy doprowadziła do likwidacji dużej części hodowli w Polsce, a dodatkowo liczba kur niosek spadła o 12,4 proc., co było efektem błędnych prognoz rynkowych. Producenci spodziewali się większego importu jaj oraz nowych regulacji dotyczących chowu klatkowego, co nie do końca się sprawdziło. Do tego dochodzą rosnące koszty produkcji.
Przede wszystkim wskazać należy wysokie koszty produkcji wynikające z podwyżek cen pasz, niedoboru pracowników i wzrostu kosztów zatrudnienia oraz rosnących opłat za energię. A infrastruktura wykorzystywana w procesie produkcji wymaga przecież znacznych nakładów energetycznych. Kolejny czynnik to inflacja – tłumaczy dr Robert Orpych z Uniwersytetu WSB Merito.
Eksport i import – ratunek czy zagrożenie?
Polska produkuje o 30 proc. więcej jaj, niż wynosi krajowe zapotrzebowanie, a 40 proc. trafia na eksport.
Polska ma znaczącą nadwyżkę produkcyjną w stosunku do konsumpcji wewnętrznej. Oznacza to, że eksportowane jaja teoretycznie mogą zasilić rynek wewnętrzny. Jednak może to nie wystarczyć do zahamowania trendu wzrostowego
– zauważa Katarzyna Gawrońska, Dyrektor Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz. Sieci handlowe sprowadzają jaja z chowu alternatywnego, głównie z Holandii i Rumunii, co podnosi ceny dla konsumentów.
Pojawiają się też spekulacje o możliwym eksporcie do USA, gdzie władze poszukują dostawców jaj. Dr Orpych ostrzega:
Przy małej elastyczności podaży w krótkim okresie, eksport ograniczyłby dostępność jaj na rynku krajowym. Dla zwykłego Kowalskiego, podobnie jak dla przetwórców żywności, mogłoby to oznaczać dalszy wzrost cen
Z kolei Piotr Biela studzi emocje, wskazując na trudności logistyczne i zapowiadane cła na europejskie produkty, co sprawia, że eksport do USA jest mało prawdopodobny.
Wielkanoc pod presją cenową
Okres przedświąteczny tradycyjnie zwiększa popyt na jaja, co potęguje presję na ceny.
Przed świętami można oczekiwać dalszego wzrostu cen jaj, a nie ich wyhamowania. Na pewno będziemy mieć do czynienia z presją kosztową
– przewiduje dr Orpych. Analiza promocji sieci handlowych, przeprowadzona przez Grupę BLIX, ujawnia dużą niepewność – jaja są promowane, ale bez podawania konkretnych cen, tylko z informacją o rabatach, np. 30 proc. czy 40 proc.
Z uwagi na małą elastyczność podaży, nie sposób w krótkim czasie zwiększyć produkcję jaj. Można tu mówić także o efekcie świątecznym, kiedy to sprzedawcy niejednokrotnie wykorzystują ten okres do maksymalizacji marż – dodaje ekspert z WSB Merito.
Co dalej z rynkiem jaj?
Przyszłość cen jaj w Polsce zależy od wielu zmiennych, w tym od sytuacji epizootycznej.
Przyszłość rynku jaj w Polsce będzie w dużej mierze zależała od sytuacji epizootycznej zarówno w kraju, jak i za granicą w szczególności w krajach o dużej produkcji jaj. Jednak trzeba zauważyć, że ewentualne braki dotyczą głównie jaj pochodzących z chowu „na wolnym wybiegu”. Może być to efekt decyzji wielu sieci handlowych, które pod wpływem ideologicznych haseł organizacji pseudoekologicznych, zdecydowały się wycofać ze sprzedaży jaja z chowu klatkowego, gdzie poziom bioasekuracji jest wyższy, a hodowla nie jest tak narażona na występowanie grypy ptaków – podkreśla Dariusz Goszczyński.
Eksperci zgadzają się, że po Wielkanocy może dojść do korekty cen, ale powrót do poziomów sprzed podwyżek jest mało realny. Dla konsumentów oznacza to, że jajka – symbol świąt – w tym roku będą droższym przysmakiem.
Znienawidzona “nienawiść”. Wielka uznaniowość i grupy donosicieli
Znienawidzona nienawiść. Wielka uznaniowość i grupy donosicieli
27.03.2025 Leszek Szymowski nczas/znienawidzona-nienawisc-wielka-uznaniowosc-i-grupy-donosicieli

Sejm przegłosował nowelizację kodeksu karnego w zakresie penalizowania tzw. „mowy nienawiści”. Jeśli Senat zaakceptuje zmiany, konserwatywnych publicystów czekają wyjątkowo ciężkie czasy.
Do 3 lat więzienia – taka maksymalna kara grozić ma osobie uznanej przez sąd za winnego przestępstwa „mowy nienawiści”. Tak wynika z nowelizacji przepisów Kodeksu Karnego, które w piątek 7go marca przegłosował Sejm i które trafiły do Senatu. Znowelizowane przepisy – efekt pracy wiceministra sprawiedliwości Krzysztofa Śmiszka (zawodowego sodomity), który w resorcie sprawiedliwości odpowiada za zmiany kodeksu karnego, teoretycznie mają dawać ochronę grupom społecznym prześladowanym za „orientację seksualną”. Te prace są wynikiem umowy koalicyjnej. Zawierając sojusz powyborczy z Platformą Obywatelską, skrajna Lewica wymusiła walkę z „mową nienawiści” jako jeden z warunków poparcia rządu i wejścia do politycznego sojuszu. Cenę za ten sojusz zapłacą wszyscy ci, którzy myślą i mówią odmiennie od kanonów jedynie słusznych.
Wielkie zmiany
Zmiany prawne mają objąć trzy dotychczas istniejące przepisy kodeksu karnego. Pierwszy to art. 119. Czytamy w nim: „Kto stosuje przemoc lub groźbę bezprawną wobec grupy osób lub poszczególnej osoby z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, politycznej, wyznaniowej lub z powodu jej bezwyznaniowości, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”.
Potem – najważniejszy – artykuł 256: „Kto publicznie propaguje nazistowski, komunistyczny, faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.
Ten sam artykuł przewiduje kary również za głoszenie ideologii totalitarnych lub posiadanie symboliki tych ustrojów.
W końcu artykuł 257: „Kto publicznie znieważa grupę ludności albo poszczególną osobę z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości lub z takich powodów narusza nietykalność cielesną innej osoby, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.
Teraz wszystkie te artykuły mają zostać rozszerzone o sformułowanie „orientacji seksualnej”. A zatem znieważenie kogoś ze względu na jego orientacje seksualną lub nawoływanie do nienawiści ze względu na orientację seksualną stanie się czynem penalizowanym i zagrożonym karą odsiadki.
Wielka uznaniowość
O ile propagowanie ustroju faszystowskiego albo posiadanie symboliki totalitarnej to pojęcia względnie precyzyjne, o tyle „znieważenie innej osoby ze względu na jej orientację seksualną” albo nawoływanie do nienawiści przeciwko niej to już sformułowania, pod którymi może kryć się wszystko i nic. Ich zastosowanie będzie zależeć od poglądów sędziów, a w tym środowisku nie brak osób o przekonaniach lewicowych. Pewne światło na to rzucił sam Śmiszek, w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim w Radio Zet.
Pytany o te nieprecyzyjne pojęcia, Śmiszek mówił, że o tym, co jest mową nienawiści, będą decydowały „niezależne, niezawisłe sądy, które orzekają na podstawie prawa i na podstawie doświadczenia życiowego każdego z sędziów (…) To będzie przestępstwo ścigane z oskarżenia publicznego i to oskarżyciel publiczny będzie decydował o wniesieniu aktu oskarżenia, a niezależny sąd będzie decydował o tym, czy do przestępstwa doszło, czy też nie”.
Będzie decydował „na podstawie doświadczenia życiowego”, to znaczy na podstawie własnego widzimisię. I tu zaczyna się problem.
Grupy donosicieli
Według proponowanych zmian prawnych, procesy o „mowę nienawiści” mają się toczyć z oskarżenia publicznego, a więc akt oskarżenia wniesiony zostanie przez prokuratora, sprawie zostanie nadana sygnatura i będzie się ona toczyć według reguł kpk. Czy coś będzie odróżniać procedurę ścigania „mowy nienawiści” od innych, publicznie ściganych przestępstw? Tak. To, że oskarżycieli inspirować będą działania środowisk lewackich. W Polsce bardzo agresywnie działają takie organizacje jak Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych, Stowarzyszenie „Tolerado” albo Stowarzyszenie „Nigdy więcej”.
Finansowane z publicznych pieniędzy, organizacje te zajmują się programowym donoszeniem na polskich patriotów, szczególnie za wypowiedzi, które nie podobają się przedstawicielom LGBT. Będą więc one wyszukiwać rozmaite niepoprawne wypowiedzi i wysyłać je do prokuratur razem z wnioskiem o ściganie. W teorii chodzi więc o to, aby ścigać tych, którzy podżegają do nienawiści lub przestępstw na szkodę osób o orientacji innej niż heteroseksualna.
Bez prawdy
Jak jednak będzie to wyglądać w praktyce? Przedsmak tego mogliśmy zobaczyć w minionym tygodniu w Gdańsku. Sąd Okręgowy w tym mieście wydał prawomocny wyrok skazujący Mariusza Dzierżawskiego z Fundacji Pro – Prawo do życia na rok ograniczenia wolności i grzywnę w wysokości 15 tysięcy złotych. Sąd – działający z inspiracji stowarzyszenia „Tolerado” (wniosło prywatny akt oskarżenia) – ukarał Dzierżawskiego za zniesławienie polegające na prowadzeniu kampanii informującej Polaków o tym, że najwięcej przypadków pedofilii ma miejsce właśnie w środowiskach homoseksualnych.
Dzierżawski przywoływał konkretne przypadki (m.in. aresztowania znanych działaczy LGBT pod zarzutem pedofilii) oraz wyniki poważnych badań naukowych. Okazało się to niewystarczające. Ciekawym aspektem tej sprawy jest pisemne uzasadnienie wyroku.
Sąd bowiem powtarzał w nim (niemal na zasadzie „kopiuj – wklej”) tezy prywatnego aktu oskarżenia autorstwa stowarzyszenia „Tolerado” np. taką tezę „działalność oskarżonego naraziła oskarżycieli prywatnych na utratę dobrego imienia, utrudniając im wykonywanie zadań edukacyjnych m.in. w szkołach”.
Bieg wydarzeń był następujący: Dzierżawski zorganizował kampanię informującą Polaków, jednak jego tezy nie spodobały się działaczom ze Stowarzyszenia „Tolerado”. Uznali to więc za pomówienie i skierowali do sądu akt oskarżenia, podnosząc, że przeszkadza im to w działalności edukacyjnej. Sąd uznał, że pomówienie o pedofilię rzeczywiście przeszkadza w działalności edukacyjnej. Oddalił więc wszystkie wnioski dowodowe Dzierżawskiego zmierzające do wykazania prawdziwości tych twierdzeń i wymierzył mu karę.
Pisemne uzasadnienie wyroku jest zupełnie gołosłowne, bo sprowadza się do powtarzania tez toleradowców. Skandalem jest to, że w ogóle taki wyrok w Polsce zapadł – że człowiek trafił na ławę oskarżonych za to, że prowadził kampanię społeczną opartą o merytoryczną wiedzę, fakty i badania naukowe.
Wszystko jest pomówieniem
Przykład sprawy Mariusza Dzierżawskiego pokazuje, że w praktyce sądy nie będą sądzić za faktyczne podżeganie do przemocy tylko za opinie niepodobającą się środowiskom LGBT lub za przywoływanie niekorzystnych dla nich badań naukowych. Tym samym więc pomówieniem nie będzie faktyczne pomówienie, czyli insynuowanie komuś negatywnego postępowania, tylko to, co środowiska LGBT uznają za pomówienie. A więc wszystko to, co im się nie podoba nawet niekorzystne dla nich badania naukowe. Ponieważ środowiska LGBT wykazują się wyjątkową wrażliwością na tym punkcie, spodziewać się należy ich wyjątkowej aktywności, czyli kierowania do prokuratur tysięcy kretyńskich donosów.
Paraliż sądowy
Jaki rezultat będzie miała aktywność legislacyjna zawodowego gorszyciela – Śmiszka?
Po pierwsze sparaliżuje prokuratury i sądy. Te instytucje, wystarczająco już obciążone pracą i procesami (często bezsensownymi), będą miały tysiące kolejnych spraw rocznie do rozpoznawania.
Po drugie zlikwiduje szacunek dla sądów. Ciężko doprawdy szanować sądy, które wydają tak skandaliczne wyroki, jak ten w sprawie Mariusza Dzierżawskiego.
Trzecim skutkiem będzie faktyczny wzrost nastrojów antyLGBT i wzrost nienawiści normalnych Polaków przeciwko nim. Póki bowiem osoby nieheteroseksualne żyją razem i w czterech ścianach uprawiają “miłość”, nikomu to nie wadzi. Jeśli jednak zmuszają nas do przyjmowania ich filozofii i ograniczają systemowo nasze prawo do głoszenia poglądów, to wywołuje to silny sprzeciw, który może przerodzić się w agresję i faktyczną nienawiść.
Tym samym więc Krzysztof Śmiszek jeszcze wzmoże, a nie osłabi nienawiść do osób LGBT.
Vaginessy i kiejkuty
Vaginessy i kiejkuty
Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!” • 27 marca 2025 vaginessy/i/kiejkuty
Czyżby zapadła decyzja o przejściu do ostatecznego zneutralizowania Konfederacji? Według mojej ulubionej teorii spiskowej, Konfederacja była wypadkiem przy pracy. Zarówno stare kiejkuty, jak i – przede wszystkim – niemiecka BND – miały pilnować, żeby nasza młoda demokracja nie wyszła poza ramy demokracji kierowanej. Jak wiadomo, demokracja kierowana tym się różni od demokracji spontanicznej, że w demokracji spontanicznej suwerenowie głosują jak chcą i na kogo chcą, podczas gdy w – I tak dalej – demokracji kierowanej, mają to surowo zakazane. Wolno im wprawdzie głosować – ale nie na tych, na których by chcieli, tylko na tych, na których powinni. A na których powinni? To jest właśnie jedna z największych tajemnic demokracji kierowanej, chociaż pewnych wskazówek może nam dostarczyć zarówno aktywność medialna warszawskiego Judenratu, jak i przedstawicieli stada autorytetów moralnych.
W stadzie autorytetów moralnych obowiązuje ścisła hierarchia; jednym autorytetom wolno formułować własne opinie – oczywiście pod warunkiem zgodności ze stanowiskiem Judenratu – podczas gdy innym – tylko powtarzać opinie autorytetów wyższych w hierarchii. W ten sposób stado reaguje stadnie i w rękach Judenratu, a także – współpracujących z nim starych kiejkutów – jest sprawnym narzędziem kształtowania opinii publicznej: „a my wszyscy…” – i tak dalej.
Wracając do Konfederacji, to była ona wypadkiem przy pracy. Wprawdzie i wcześniej pojawiały się podobne inicjatywy polityczne, ale to były ugrupowania jednorazowego użytku, powoływane przez stare kiejkuty gwoli wywołania wrażenia, że scena polityczna podlega procesom naturalnym – ale tak naprawdę chodziło o umocnienie duopolu, ustanowionego przez generał Kiszczaka w Magdalence, gdzie w gronie osób zaufanych naradzał się nad wykonaniem ustaleń Daniela Frieda z Departamentu Stanu i Władimira Kriuczkowa z KGB.
Taką formacją jednorazowego użytku był Ruch Palikota, czy Kukiz 15, a przede wszystkim – majstersztyk starych kiejkutów, wykonany w roku 2015 w celu przekonania Amerykanów, by starych kiejkutów wciągnęli na listę „naszych sukinsynów”. W 2014 roku, w związku z powrotem Ameryki do aktywnej polityki w naszym kącie Europy, trzeba było dokonać podmianki na pozycji lidera tubylczej sceny politycznej to znaczy – ekspozyturę Stronnictwa Pruskiego zamienić na ekspozyturę Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego.
W tej sytuacji również stare kiejkuty uznały, że trzeba doszlusować do nowego kuratora. Amerykanie podobno początkowo się wahali, czy wciągać starych kiejkutów na listą wspomnianych sukinsynów, czy też spuścić ich z wodą. Ale czy to wskutek perswazji ubeków z Izraela, których zaproszono 18 czerwca 2015 roku do Warszawy na Międzynarodową Konferencję Naukową „Most”, czy z przezorności, zaproponowali starym kiejkutom, żeby pokazały, co potrafią. Ony się zakręciły i bodajże w tydzień zorganizowały partię polityczną „Nowoczesna” z panem Ryszardem Petru na fasadzie. I zanim jeszcze pan Ryszard zdążył otworzyć usta, by nam powiedzieć, jak zamierza przychylać nam nieba, już naród obdarzył to 11 procentami zaufania.
Objaśniam ten fenomen tak, że konfidenci WSI dostali rozkaz: w prawo zwrot! Do pana Ryszarda odmaszerować! – i jest partia i 11 procent zaufania.
Z Konfederacją było inaczej. Stare kiejkuty zaspały, podobnie jak w berlińskiej centrali BND i na tubylczej scenie pojawiło się coś, co nie miało prawa się pojawić. Stare kiejkuty miały potężny ból głowy, bo nie wiedziały, co z tym fantem zrobić, podobnie, jak Murzyni, co to na pustyni złapali grubasa. Też nie wiedzieli, co mu zrobić, więc w końcu ucięli… – no, mniejsza z tym.
Kiedy jednak Konfederacja zaczęła wykazywać cechy trwałości, zapadła decyzja o jej neutralizacji, to znaczy – stopniowym upodobnieniu do innych partii jednorazowego użytku, które nie stanowią żadnego zagrożenia dla duopolu. Zaczęło się od czystek, których ofiarą padł Janusz Korwin-Mikke i Grzegorz Braun z kolegami – ale to był dopiero początek neutralizacji. Kiedy pan Sławomir Mentzen zaczął jeździć po powiatach gwoli kaptowania zwolenników, warszawski Judenrat wysłał za nim swoich zaufanych, żeby donosili o każdym jego kroku. Wreszcie przyszła kolej na Państwową Komisję Wyborczą. W dniach ostatnich PKW podjęła jednogłośną (!) decyzję o odrzuceniu sprawozdania finansowego Konfederacji za wybory do PE w roku 2024. Nooo, skoro zostały poruszone Moce Piekielne, to musiały odezwać się pudła rezonansowe. Toteż odezwało się pierwsze pudło w postaci pulchnej vaginessy z vaginetu obywatela Tuska Donalda, nazwiskiem Lubnauer Katarzyny. Ogłosiła ona, że pan Sławomir Mentzen jest kandydatem „groźnym”, podczas gdy „my” – to znaczy – chyba stare kiejkuty, bo któż by inny? – na „poważne czasy” potrzebujemy kandydata „poważnego”. A któż to taki? A któż by, jeśli nie pan Trzaskowski Rafał, co to i korzenie ma prawidłowe i nawet podwójne, bo obok jerozolimskich – również bezpieczniackie. Jakiż inny kandydat daje starym kiejkutom lepszą rękojmię, że wszystko będzie gites tenteges? Żaden – co do tego wątpliwości być nie może.
Jeszcze tylko w maju powinien dać głos pan generał Marek Dukaczewski, że jak wygra obywatel Trzaskowski Rafał, to on z tej radości otworzy sobie butelkę szampana.
Tymczasem nasz nieszczęśliwy kraj żyje tematem zastępczym w postaci zagadkowej śmierci pani Barbary Skrzypek. Pani Skrzypek chyba słusznie uchodziła za osobę, przed którą Naczelnik Państwa nie miał żadnych tajemnic, więc w ramach tak zwanych „rozliczeń”, prokuratura Ewa Wrzosek wezwała ją przed swoje oblicze, by poddać ją przesłuchaniu w tak zwanym krzyżowym ogniu pytań – bo oprócz prokuratury Ewy Wrzosek panią Skrzypek obrabiali jeszcze dwaj mecenasowie. I stało się, że dnia trzeciego pani Skrzypek wzięła i umarła. Prokuratura Ewa Wrzosek zaporowo zagroziła, że przy pomocy niezawisłych sądów zrobi marmoladę z każdego, kto będzie z tego incydentu wyciągał jakieś wnioski, więc nie będę się spierał.
Zwróciłbym natomiast uwagę, że Nieboszczka, zanim została zaufaną osobą Naczelnika Państwa, musiała być ciekawą postacią w ruchu robotniczym. Przez całe lata 80-te pracowała w Urzędzie Rady Ministrów i to w Kancelarii Tajnej w gabinecie kolejnych premierów i szefa URM, generała Michała Janiszewskiego. Kiedy w 1989 roku gen., Janiszewski przeszedł na stanowisko szefa Kancelarii Prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego, wziął ze sobą również panią Barbarę Skrzypek. Czy to nie dlatego właśnie prokuratura Ewa Wrzosek w podskokach udostępniła jej zeznania panu red. Wojciechowi Czuchnowskiemu z Warszawskiego Judenratu, żeby stare kiejkuty nie denerwowały się, co tam pani Barbara prokuraturze Ewie Wrzosek powiedziała?
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
Akt woli wg. katolickich zasad.

Zamanifestujemy wolę życia wg. katolickich zasad

Łomża: Niedziela. Marsz różańcowy.

Niedziela. Siedlce – Msza święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę
30.03.25 Siedlce – Msza święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę
25/03/2025 antyk2013

Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica. Zapraszamy 30 marca, niedziela, na 101 Pokutny Marsz Różańcowy ulicami Siedlec w intencji naszej kochanej Ojczyzny – Polski. Zaczynamy o godzinie 14.00, pod Pomnikiem Św. Jana Pawła II. Msza Święta w intencji Ojczyzny zostanie odprawiona w katedrze siedleckiej o godzinie 16.00. Uwielbiając Boga w Trójcy Świętej Jedynego, modlimy się razem z Maryją Królową Polski, o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu. Szczegóły na plakacie.
Z Panem Bogiem,
Andrzej Woroszyło
Nielegalne centrum aborcyjne Abotak. Protest Sobota, 29 marca, 16-ta, ul.Wiejska 9.
Tuż obok Sejmu, w centrum Warszawy, powstało nielegalne centrum aborcyjne Abotak, założone przez Aborcyjny Dream Team. Działaczki tego feministycznego środowiska otwarcie przyznają, że pomagają tam kobietom „przerywać ciążę” – czyli zabijać nienarodzone dzieci.Z pełną premedytacją łamią prawo. A mimo to policja milczy. Prokuratura nie reaguje. Musimy działać. Musimy być tam – razem. Dlatego organizujemy protest, w trakcie którego stanowczo zażądamy: ✅ Natychmiastowego zamknięcia nielegalnego centrum aborcyjnego ✅ Ukarania osób odpowiedzialnych za jego działalność Bądź tam z nami: Sobota, 29 marca 2025 r. Godzina: 16:00 ul. Wiejska 9 – tuż przy Kancelarii Prezydenta ![]() |
W pandemii zmarło 200 tys. osób więcej. Kto ma krew na rękach?
W pandemii zmarło 200 tys. osób więcej. Kto ma krew na rękach?
[Przypominam. Nie było, nie ma odpowiedzi władz ta te zarzuty lekarza. Takich oskarżeń było wiele. A winni muszą być formalnie wskazani i ukarani. Inaczej – zbrodnia się powtórzy. Mirosław Dakowski.]
================
Nadumieralność w czasie pandemii to 200 tys. osób. Przez odcięcie dostępu do zarezerwowanych miejsc w szpitalach aż 1,6 miliona chorych kardiologicznie nie zostało przyjętych na oddziały szpitalne! Czy osoby za to odpowiedzialne staną przed sądem? – pyta prof. dr hab. med. Grzegorz Raczak, kierownik Kliniki Kardiologii i Elektroterapii Serca, II Katedry Kardiologii Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego
- Dorota Abramowicz 20.05.2022 w-pandemii-zmarlo-200-tys-osob-wiecej-kto-ma-krew-na-rekach

Autor: Karol Makurat | Zawsze Pomorze
Przed rokiem przewidywał Pan: “Mogę to ogłosić jako czarne proroctwo, ale dramatyczne skutki pandemii – prawdziwą rzeźnię – odczujemy dopiero za dwa lata. “. Czy dzisiaj, gdy ogłoszono koniec epidemii,optymistyczniej patrzy Pan w przyszłość?
Pytałem też, kto ma na rękach krew ludzi pozbawionych w czasie epidemii opieki specjalistycznej. I do tej pory nie dostałem na to pytanie odpowiedzi. Kompletnie nic nie zostało w tym zakresie wyjaśnione. W rozmowie z początku tego roku przypomniałem, że nadumieralność w okresie pandemii wynosiła 200 tysięcy osób. Co to oznacza? Chodzi o stosunek liczby zgonów w danym roku do średniej liczby zgonów z analogicznego okresu we wcześniejszych latach. W minionym roku – w przeliczeniu na milion mieszkańców – zajęliśmy drugie miejsce wśród krajów OECD drugie miejsce pod względem, zaraz za Meksykiem.
Polacy częściej zapadali na COVID-19, niż mieszkańcy innych krajów?
Akurat nie. Moim zdaniem za tak dramatyczną sytuację odpowiadało blokowanie chorym, głównie kardiologicznie, dostępu do opieki specjalistycznej decyzjami administracyjnymi. Nie chcę dochodzić, czy robił to wojewoda, minister, zastępcy ministra. Aż tak biegły w obserwacji procesów decyzyjnych już nie jestem. Jedno jest pewne – liczba hospitalizacji spadła w 2020 roku o 30 procent, z 7 do 5 milionów. I to przy ataku wirusa, który miał na lewo i prawo mordować ludzi.
I, nie da się ukryć, mordował.
Zawsze mówiłem, że z covidem trzeba walczyć. Byle nie kosztem pacjentów kardiologicznych. Udało mi się dotrzeć do danych na temat stanu łóżek szpitalnych w Polsce na dzień 31 grudnia 2020 roku. Tamtego dnia mieliśmy 34 741 tzw. łóżek covidowych. Pacjenci zakażeni SARS-CoV-2 zajmowali 16 763 łóżka, a 17 968 łóżka stały wolne. Pozwoliłem sobie na dokonanie krótkich obliczeń. Średni czas hospitalizacji pacjenta kardiologicznego wynosi 4,1 doby. Oznacza to, że jedno łóżko kardiologiczne “obsługuje” 89 pacjentów w ciągu roku. Jeśli teraz pomnożymy liczbę wolnych łóżek covidowych czekających na pacjenta przez 89, otrzymamy wynik 1,6 mln.
Zastanawia mnie jednak kompletny brak dyskusji nad faktem, że umarło 200 tysięcy osób! Powinny być powołane jakieś sztaby ekspertów, którzy przeanalizują to, co stało się przez ostatnie dwa lata. Policzą koszty, wyciągną wnioski, przedstawią je społeczeństwu. W Polsce panuje kompletna cisza, wszyscy udają, że było pięknie.
prof. dr hab. med. Grzegorz Raczak / GUMed
Czyli?
Czyli możemy przypuszczać, że przez odcięcie dostępu do zarezerwowanych miejsc w szpitalach aż 1,6 miliona chorych kardiologicznie nie zostało przyjętych na oddziały szpitalne! Na usunięcie kamieni żółciowych można poczekać nawet rok, ale wśród masy planowych chorych kardiologicznie co kilka tygodni taki pacjent umiera. Bycie “planowym” w kolejce do zabiegu nie oznacza, że chory może czekać. Zablokowanie ponad półtora miliona przyjęć przekłada się na setki tysięcy pogrzebów. Mam otwarte pytanie do wszystkich – kto ponosi odpowiedzialność, nie tylko polityczną, ale i karną za zamknięcie pacjentom niecowidowym dostępu do diagnostyki i lecznictwa medycznego? Zadaję to pytanie jako lekarz, który ma do czynienia z pacjentami. W sytuacji, gdy umiera 200 tysięcy ludzi, ich śmierć dotyka nawet milion osób, członków najbliższej rodziny. Dlatego w imieniu miliona tych, którzy stracili kogoś bliskiego, pozwalam sobie spytać o tych, którzy powinni odpowiadać karnie za swoje decyzje.
Jest Pan przekonany, że skutki urzędniczych decyzji podejmowanych w czasie pandemii powinny podlegać ocenie sądu?
Zdecydowanie tak. Każda decyzja z ostatnich dwóch lat bezwzględnie wymaga rozliczenia.

(fot. Karol Makurat | Zawsze Pomorze)
Czy może wskazać Pan urzędnika, który powinien stanąć przed sądem?
Nigdy w życiu. Jako lekarz, a nie prokurator, nigdy nie odważę się wskazać konkretnej osoby. Niech zbada to ktoś kompetentny. Zastanawia mnie jednak kompletny brak dyskusji nad faktem, że umarło 200 tysięcy osób! Powinny być powołane jakieś sztaby ekspertów, którzy przeanalizują to, co stało się przez ostatnie dwa lata. Policzą koszty, wyciągną wnioski, przedstawią je społeczeństwu. W Polsce panuje kompletna cisza, wszyscy udają, że było pięknie.
Zauważyła pani może jeszcze jedno – przyszła wojna Rosji z Ukrainą i momentalnie zakończyła się epidemia. Do Polski przybyły trzy miliony uchodźców, niekoniecznie zaszczepionych, i nic się nie zawaliło. Nawet więcej, temat covidu został gdzieś odsunięty, zapomniany. Zarówno przez obóz rządzący, jak i opozycję. To były złe czasy, które minęły – słyszymy. A te setki tysięcy które zginęły nie są warte tego, by o nich mówić? Konieczna jest publiczna dyskusja. Szum powinien być wszędzie! Milczenie, jakie w tej sprawie zapadło, zwyczajnie niepokoi.
Zapewne usłyszymy, że epidemia była “siłą wyższą”, decyzje podejmowano pod presją czasu i w sytuacji, gdy tak naprawdę niewiele wiedzieliśmy o nieznanym wirusie.
I to ma kwitować śmierć dwustu tysięcy osób i dramat ich rodzin? Do mnie to nie przemawia.
Dziś za to słyszymy o pilotażu sieci kardiologicznej, którego celem jest nadrobienie długu zdrowotnego, do którego doprowadziła epidemia. Ostatnio pilotaż został już poszerzony o kolejne województwa, w tym Pomorze. Jesteśmy w stanie odrobić ten dług?
Po pierwsze chciałbym spytać, czy ci, którzy już umarli, zostaną w jakiś specjalny sposób ożywieni? Minister ich wskrzesi, będą żyć w pełni zdrowia? Czytałem wypowiedź ministra zdrowia, który zapewniał, że Krajowa Sieci Kardiologiczna jest elementem odbudowy zdrowia Polaków. Niech pani powie to lekarzowi. Kiedy przychodzi do mnie chory człowiek, to wiem, że będzie on jeszcze przychodził pięć, dziesięć – a jak będzie miał szczęście trzydzieści lat, zanim umrze. Ale tak, by przyszedł do mnie chory pacjent i wyszedł zdrowy – to już jest duża rzadkość. Chorobę można powstrzymywać, stosować różne metody, by miała łagodniejszy przebieg. Jednak plan uzdrowienia Polaków uważam za lekko demagogiczne twierdzenie. Podejrzewam, że takie słowa padły z ust ministra zdrowia dlatego, że nie jest on lekarzem.
Obawiam się, że pandemia musi wrócić. Za dużo szczepionek wyprodukowano, by kiedyś nie stały się potrzebne.
prof. dr hab. med. Grzegorz Raczak / GUMed
Może chodzi tu o szerszą profilaktykę i lepszą diagnostykę, pozwalającą na szybsze wykrycie choroby?
Żeby nie ograniczać się wyłącznie do krytyki, muszę powiedzieć, że ogólna idea Krajowej Sieci Kardiologicznej jest bardzo piękna. Główną przyczyną zgonów w naszym społeczeństwie pozostają choroby kardiologiczne – 43 proc. ludzi ginie z tego powodu. Jeśli mamy tak duży odsetek osób umierających z powodu chorób serca, aż się prosi, by ogarnąć to systemem. W maju ub. roku zostało wydane rozporządzenie ministra zdrowia w sprawie programu pilotażowego Krajowej Sieci Kardiologicznej, na tej podstawie we wrześniu 2021 prezes NFZ wydał swoje rozporządzenie. To są dwa oficjalne dokumenty. Czytamy w nich o budowie systemu, diagnostyce od poziomu POZ, przez Ambulatoryjną Opiekę Specjalistyczną, sieć szpitali wszystkich szczebli. Ogólnie brzmi to bardzo dobrze i cieszę się, że coś takiego ma powstać. Tylko nie mam pełnego zaufania, czy rzeczywiście powstanie.
Skąd ten brak zaufania?
Ze zwykłej, ludzkiej słabości. I z doświadczenia. My, lekarze, czujemy się jak kierowcy jadący autostradą, na której władza poustawiała tyczki. Cały czas jedziemy slalomem.
Czy pilotaż oznacza zmiany w kierowanej przez Pana klinice?
Jeszcze nie wiem. Zasięgam języka w tej sprawie i ludzie albo nie wiedzą, albo udają, że nie wiedzą. Nawet koledzy z Warszawy. Na razie mam przed sobą dwa rozporządzenia. Zaproponowany jest system, który ma objąć bardzo ważną grupę chorych kardiologicznie, by ci nie umierali. Idea jest piękna, ale szczegóły nie są znane. A jak powszechnie wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach.
Może jednak trzeba mieć nadzieję, wprowadzany obecnie system uchroni tysiące Polaków przed śmiercią bądź zaniedbaniem choroby?
Trzeba wierzyć. Musiałbym być heretykiem kardiologicznym, gdybym miał być przeciwny zintegrowanej walce z naszym głównym zabójcą, czyli chorobami serca. Tylko że rozmawiamy na wysokim poziomie ogólności.
Chyba, że wróci pandemia i znów zaczną się problemy.
Obawiam się, że pandemia musi wrócić. Za dużo szczepionek wyprodukowano, by kiedyś nie stały się potrzebne.
Data dodania: 20.05.2022