Walka o jedyny w Polsce Podziemny Magazyn Ropy i Paliw [uzup.]


=========================

Umieszczam parę uwag inżynierów, pracowników tych magazynów. Oczywiście anonimowo, bo kto chce tracić pracę. md

===================

Jedyny w Polsce Podziemny Magazyn Ropy i Paliw o pojemności 6 mln m³, stanowiący państwowe rezerwy strategiczne.

Info od pracownika kopalni Solino:

„To co się teraz dzieje wokół kopalni Solino w Inowrocławiu, to jest po prostu jakiś koszmar o którym większość ludzi nie ma bladego pojęcia. Przecież te kopalnie to nie są zwykłe dziury w ziemi, z których sypie się sól na stół.

Pod ziemią w Inowrocławiu i Górze koło Janikowa znajdują się Podziemne Magazyny Ropy i Paliw. To są gigantyczne jaskinie, kilkaset metrów pod naszymi stopami. Sól nie przepuszcza żadnych płynów ani gazów, więc państwo polskie trzyma tam strategiczne rezerwy ropy, benzyny i diesla dla całego kraju.

Gdyby doszło do wojny, kryzysu geopolitycznego lub odcięcia dostaw z zagranicy, to właśnie stamtąd rurociągami tłoczona jest ropa do rafinerii w Płocku i Gdańsku.

I teraz zobaczcie, kto tu nagle wchodzi z butami. Niemiecki koncern K+S, … tak! dokładnie ten sam, który za chwilę ma budować w Janikowie spalarnię odpadów niebezpiecznych. Górnicy i związki zawodowe z Solino ryczą z bezsilności i protestują pod bramami, bo wielki biznes za naszymi plecami kombinuje, jak oddać kontrolę nad tą solą i rurociągami w ręce niemieckiego kapitału.

Oczywiście nikt w Orlenie nie jest głupi i nie podpisze papieru, że sprzedają magazyny ropy Niemcom, bo za to idzie się siedzieć. Gra toczy się sprytniej, czyli przez restrukturyzację i dzielenie firmy. Solino robi dwie rzeczy: pilnuje ropy i wydobywa solankę. A plan jest taki, żeby tę część solną i rurociągi odciąć od Orlenu i wpuścić tam jako zarządcę koncern K+S.

I tu dochodzimy do sedna sprawy, którego wielu mieszkańców nie rozumie, a górnicy doskonale znają. Te magazyny ropy nie mogą działać bez solanki i rurociągów. Aby wypompować ropę spod ziemi trzeba wpompować tam pod ogromnym ciśnieniem nasyconą solankę, która wypchnie paliwo do góry. I teraz najważniejsze: jeśli infrastruktura solna i rurociągowa Solino zostanie uzależniona od prywatnego, zagranicznego kapitału, to państwo polskie będzie miało ropę pod ziemią, ale technologia do jej wypompowania będzie należała do obcego prywatnego kapitału.

Czy Polska zachowa wtedy pełną niezależność operacyjną nad strategicznymi zapasami ropy w sytuacji kryzysowej?

Wygląda na to, że jeden wielki układ chce kontrolować naszą sól, rurociągi i strategiczne magazyny paliw pod Inowrocławiem, a w Janikowie chcą przejąć ogrzewanie domów i palić pod oknami przemysłową chemię i toksyczne odpady. Prawda jest taka, że nasze miasto zostało wessane w międzynarodową grę o miliardy, gdzie zdrowie mieszkańców Janikowa i bezpieczeństwo Polski są na szarym końcu.

Po spaleniu chemii w Janikowie zostaną tony toksycznych pyłów z filtrów. Niemiecki koncern K+S słynie w Europie z zarabiania miliardów na chowaniu najbardziej niebezpiecznych odpadów przemysłowych pod ziemię, w starych kopalniach soli. Jeśli położą łapę na Solino i naszej infrastrukturze solnej, będą mieli idealny, zamknięty biznes.”

Dla większości tutaj najważniejszy jest wątek gospodarczy. Czy zdajecie sobie sprawę CO tam będzie składowane?!


„Substancje niebezpieczne” brzmi zbyt łagodnie… „RADIOAKTYWNE ODPADY POCHODZĄCE Z ELEKTROWNI ATOMOWYCH” brzmi już zupełnie inaczej.

Szwaby pilnie szukają miejsc do składowania odpadów atomowych ponieważ „Asse”, stara kopalnia soli, gdzie do tej pory są składowane (tymczasowo) radioaktywne odpady, jest podtapiana od lat przez wody gruntowe!
Mają tam katastrofę ekologiczną. Muszą prędko wszystko usunąć! Zakwalifikowana do tego celu jest kopalnia żelaza „Konrad” w Salzgitter (2030 rok). Okazuje się jednak, że też nie jest idealna. Lokalizacja spotyka się więc z masowymi sprzeciwami i krytyką, ze względu na specyficzną geologię. Nie ma zatem 100% gwarancji, że zostanie oddana na te potrzeby.
Znalezienie/przeznaczenie stałego składowiska wyznaczono na rok 2070.

Składowanie odpadów radioaktywnych u nas, w państwie które nawet nie ma elektrowni atomowych jest niedorzeczne!
Co z niebezpiecznymi transportami CASTOR?
Co będzie, jeżeli okaże się, że kopalnia w Kłodawie, podobnie jak w Niemczech ich ASSE II, nie jest bezpiecznym miejscem? Co jeśli wystąpi woda?
Nikt nam nie pomoże!
Będziemy mieli KATASTROFĘ EKOLOGICZNĄ na niewyobrażalną skalę!


Co za nieRząd pozwala na składowiska odpadów z innych państw? Czy my jesteśmy ŚMIETNIKIEM EUROPY?
Kto pozwala na niszczenie naszego DOBRA NARODOWEGO jakim jest Kopalnia Soli w Kłodawie, z pokładami soli mającymi 200 mln lat? To najlepsza sól na świecie, zaraz obok himalajskiej! A w Lidlach, Biedrach i marketach mających niepolskich właścicieli tylko syfną wybielaną sól, bez jakichkolwiek wartości, można kupić!


Brońmy NASZEJ SOLI i NASZEJ POLSKIEJ ZIEMI!

Sprawa kopalni soli w Kłodawie łączy się z tematem kopalni Solino.

Co jest prawdą:

Pod Inowrocławiem i Górą są strategiczne magazyny ropy. Spółka IKS Solino (należy do Orlenu) od 1998 roku i oprócz solanki zajmuje się magazynowaniem ropy i paliw w kawernach po wydobyciu solanki. To jedyny w Polsce Podziemny Magazyn Ropy i Paliw o pojemności 6 mln m³, są tam państwowe rezerwy strategiczne.
Technologia działa na solance: żeby wypchnąć paliwo na powierzchnię, wtłacza się solankę na dno komory. Bez obiegu solanki magazyny nie działają.

Protest w Solino jest prawdziwy. Związkowcy z Solidarności prowadzą od 15 marca rotacyjny protest głodowy. Sami piszą: „IKS Solino jest nie tylko producentem soli i solanki, ale również ważnym elementem systemu bezpieczeństwa energetycznego Polski”. Domagają się programu rządowego dla kompleksu solnego.

K+S NIE kupuje Solino ani magazynów ropy. Niemiecki koncern K+S kupuje biznes solny od prywatnej polskiej firmy Qemetica czyli warzelnie w Janikowie (Polska) i Staßfurt (Niemcy) za 350-380 mln euro. Transakcja ma się zamknąć w Q1 2027.
Solino pozostaje w Grupie Orlen, a magazyn Góra w ogóle nie jest przedmiotem tej transakcji, jak punktują nawet komentatorzy: Niemcy nie przejmują ani Solino, ani strategicznych magazynów ropy.

K+S nie buduje spalarni w Janikowie.Spalarnię / instalację do odzysku energii z odpadów o wartości 1,5 mld zł i mocy 310 tys. ton rocznie buduje Qemetica Soda Polska wspólnie z firmą PreZero.

Paliwem mają być odpady nienadające się do recyklingu. To element transformacji, bo koszty energii to 70% kosztów produkcji sody. K+S nie ma z tym nic wspólnego.
Historia o chowaniu toksycznych pyłów pod ziemią w Solino. K+S faktycznie zarabia na składowaniu odpadów w kopalniach soli w Niemczech, ale nie ma żadnych dokumentów, że planuje to w Inowrocławiu.

O co więc chodzi naprawdę i skąd strach górników?


Problem jest realny, ale subtelniejszy. Solino i Qemetica żyją w symbiozie od 100 lat: Solino daje solankę do produkcji sody i soli warzonej w Janikowie. Qemetica po przetworzeniu zwraca sól.
Teraz Qemetica sprzedaje swój biznes solny Niemcom. A umowa solankowa podpisana za prezesury Obajtka w 2022 roku zobowiązała Solino do dostaw solanki przez 13 lat, a zabezpieczenie dostaw soli tylko na 3 lata. Ten krótszy okres właśnie minął.
Związkowcy z Solidarności alarmują więc, że „elementy systemu bezpieczeństwa surowcowego mają trafić pod kontrolę niemieckiego kapitału” i że państwo „biernie patrzy, jak przechodzą pod zagraniczną kontrolę”. Ich obawa jest następująca:

Jeśli nowy właściciel warzelni w Janikowie nie będzie chciał odbierać solanki z Solino, to Solino nie będzie mogło ługować nowych kawern, bez których Polska nie rozbuduje magazynów na ropę, gaz, a w przyszłości na wodór.

[Przed dwiema dekadami szukaliśmy z Witoldem Michałowskim magazynów na wodór. Ale – potrzeba tysiąc razy większych, jeśli myślimy o magazynach SEZONOWYCH. M . Dakowski]


Wtedy nie sprzedajemy ropy Niemcom, ale tracimy zdolność do rozwoju strategicznej infrastruktury.
Czyli, nie jest to „przejęcie z butami i kradzież ropy”, ale realny spór gospodarczy o łańcuch dostaw solanki, który ma znaczenie dla bezpieczeństwa energetycznego. Ten spór warto nagłaśniać.

=======================

Deutschland über alles. MEM-y IV.

To na Litwie…

————————————–

———————————————————————

———————————————–

—————————

——————-

—————————

———————————————

————————————–

Sam się usuń !! MEM-y III.

————————————–

————————————-

—————————————————————-

——————–

—————————————–

—————–

——————————————

———————————-

Eksperci twierdzą, że Ukraina traci przewagę techniczną na rzecz przełomowych rosyjskich innowacji

Eksperci twierdzą, że Ukraina traci przewagę techniczną na rzecz przełomowych rosyjskich innowacji

Symplicjusz 14 września 2026 r. simplicius/experts-declare-ukraine-losing

W mediach pojawiły się dwa szokujące artykuły na temat Ukrainy, które ujawniają coraz bardziej ponury nastrój wśród polityków i decydentów establishmentu w kwestii obecnej sytuacji i przyszłych perspektyw Ukrainy.

Należy zauważyć, że główne media są coraz bardziej dosadne w swoich ocenach, o czym świadczy kilka niedawnych artykułów wzywających do „uczciwości” w dialogu Zachodu na temat prawdziwego statusu Ukrainy.

Problem polega na tym, że uczciwość musi wynikać z pierwszych zasad: oznacza to ustalenie najbardziej podstawowych, fundamentalnych, kluczowych faktów danego scenariusza.

W przypadku Ukrainy ocena oparta na pierwszej zasadzie musiałaby wynikać z podstawowych, wymiernych kosztów wojny, a przede wszystkim z liczby ofiar. Jeśli Zachód nie będzie w stanie uczciwie analizować rzeczywistych strat Ukrainy w taki sam sposób, w jaki robi to co tydzień w przypadku Rosji, to nigdy nie zbliży się do prawdy o sytuacji. Dzieje się tak, ponieważ praktycznie wszystkie obecne problemy Ukrainy wynikają z jej horrendalnie rosnącej liczby ofiar, a to jest najważniejszy problem, który Zachód wciąż rażąco ignoruje.

A teraz przejdźmy do szczegółów.

Pierwszy z artykułów w czasopiśmie Spectator zawiera odważne stwierdzenie:

https://spectator.com/article/ukraine-is-lossing-the-war-kushner-witkoff/

Artykuł zaczyna się od trzech „przygnębiających wniosków” nasuwających się po ostatniej, bezsensownej dyplomatycznej wymianie zdań między Kushnerem i Witkoffem:

Władimir Putin nie zmienił swoich celów wojennych ani na jotę od 2022 roku i pozostaje zdecydowany na dalszą walkę. Donald Trump nie ma żadnego nowego planu pokojowego poza zakończeniem wojny na Ukrainie na warunkach Putina.

Kijowowi kończą się pieniądze i ludzie do obrony, tak samo jak skończyły mu się już rakiety Patriot do obrony przestrzeni powietrznej przed ostrzałem Kremla.

Oto trzy przygnębiające wnioski z ostatniej rundy dyplomacji wahadłowej w Moskwie i Kijowie, prowadzonej przez zięcia Trumpa Jareda Kushnera i specjalnego wysłannika Steve’a Witkoffa.

Autor kontynuuje ponury ton swojej oceny, opisując rosnącą przewagę Rosji na polu bitwy, co odegra kluczową rolę w naszej dalszej egzegezie:

Co ważniejsze, podczas gdy Kreml kontynuuje swoją bezwzględną kampanię mającą na celu uczynienie miast Ukrainy niezdatnymi do życia, zniszczenie gospodarki kraju i pozbawienie go przyszłości, zdolność Kijowa do obrony stoi pod poważnym znakiem zapytania.

Część rozwijającego się koszmaru Ukrainy ma charakter taktyczny. Każdy z rosyjskich systemów ataku dalekiego zasięgu stał się bardziej niszczycielski. Nowa generacja odrzutowych dronów szturmowych Geran, znacznie szybszych i celniejszych niż ich stare irańskie modele Szahed, jest masowo wdrażana. Rosja opracowuje co najmniej dwa nowe, tanie systemy pocisków manewrujących i zwiększa produkcję pocisków balistycznych odpalanych z powietrza i ziemi.„To wojna miast i infrastruktury. Nikt jej nie wygra” – powiedział w ten weekend dziennikowi „Guardian” Serhij Bieskrestnow, doradca Zełenskiego ds. technologii obronnych i czołowa postać w kijowskim systemie obronnym.„Atak stał się silniejszy niż obrona”. Bieskrestnow przewiduje, że Ukraina nie będzie w stanie pozyskać wystarczającej liczby pocisków, aby w pełni chronić ukraińskie miasta przed dewastacją tej zimy.

Artykuł jest zaskakująco wnikliwy, ponieważ uczciwie analizuje niezliczone sposoby, w jakie Ukraina przegrywa wojnę:

Ale większa część powoli ujawniającej się porażki Ukrainy ma charakter strategiczny…

…trzecią i najpoważniejszą porażką jest odmowa rozważenia poważnego zaangażowania Kremla w rozmowy pokojowe i uparcie obstające przy przekonaniu, że zachęcanie Ukrainy do walki i nieustannej walki w jakiś magiczny sposób doprowadzi do zwycięstwa.

Co najważniejsze, autor odwołuje się do nadchodzącej katastrofy budżetowej Ukrainy w momencie, gdy apetyt Europy na kolejne, niekończące się pożyczki wysechł:

Punkt krytyczny – w którym te obietnice ostatecznie zderzą się z rzeczywistością – nadejdzie wkrótce w postaci nieuchronnego kryzysu fiskalnego w Kijowie. Premier Ukrainy Serhij Korecki ogłosił niedawno, że Kijów wydał już większość środków na obronę na rok 2026 i stoi w obliczu zbliżającej się czarnej dziury budżetowej w wysokości 26 miliardów euro (30 miliardów dolarów) – pomimo niedawnej pożyczki w wysokości 90 miliardów euro (104 miliardów dolarów) od UE. Pożyczka ta, uzyskana po miesiącach targów z Brukselą, stanowiła szczyt tego, co UE jest realnie w stanie pozyskać. W obliczu najcięższej i najbardziej dotkliwej zimy tej wojny, Ukrainie wkrótce zabraknie nie tylko rakiet Patriot i ludzi na linii frontu, ale także pieniędzy na dalszą walkę.

Przykładem jest:

https://www.wsj.com/world/europe/obrona-ukrainy-staje-się-droższa-a-europa-z-trudem-spłaca-rachunek-eaecea4a

Ostatni akcent autora jest najbardziej szczery i realistyczny — zamiast dyskretnie wzywać do zwiększenia ilości broni i niekończącej się eskalacji, jak to miało miejsce w większości podobnych tekstów w końcowych akapitach, autor przyznaje, że jedyną rzeczą, która może uratować Ukrainę, są dyplomatyczne rozmowy z Rosją, trafnie zauważając, że każda kolejna oferta pokojowa była coraz gorsza:

Co może uratować Ukrainę przed politycznym i militarnym upadkiem? Pojawiają się oznaki, że europejskie tabu polityczne dotyczące walki z Putinem pęka. Alice Weidel z niemieckiej AfD, która niedawno wygrała wybory w Saksonii, zaapelowała o „otwarty kanał komunikacji z Rosją w celu osiągnięcia porozumienia i pokojowego rozwiązania”. Według Iulii Mendel, rzeczniczki prasowej Zełenskiego w latach 2019–2021, „rosną nowe siły i stają się silniejsze”, co stanowi „naszą jedyną szansę na pokojową Europę… Więcej broni nas nie uratuje. Nigdy nas nie uratowało”.

Jak dotąd każda kolejna oferta pokojowa była dla Kijowa gorsza od poprzedniej. Wydaje się, że Putin wyraźnie zamierza zadać ukraińskim miastom ostateczny cios, zanim ostatecznie rozstrzygnie wojnę na własnych warunkach, być może w przyszłym roku. Administracja Trumpa dawno już zrezygnowała z pomysłu wspierania pełnego zwycięstwa Ukrainy i to historycy ocenią, czy decyzja o wycofaniu amerykańskiej pomocy i broni stała się samospełniającą się przepowiednią. Europa ze swojej strony nadal mówi, co myśli. Nie ma jednak konkretnego planu, by pomóc Ukrainie lub ją uratować przed furią Kremla – a tym bardziej zniszczyć rosyjską gospodarkę czy złamać wolę Putina.

Prowadzi nas to do następnego i najważniejszego fragmentu, któremu towarzyszą dwa alternatywne nagłówki:

https://www.washingtonpost.com/opinions/2026/09/09/jak-rosja-niszczy-przewagę-ukrainy-na-polu-bitwy/

Artykuł został napisany dla WaPo przez byłego szefa Google’a, Erica Schmidta, który przeżywa drugą, odradzającą się karierę jako organizator antyrosyjskich technologii wojennych i przedsiębiorca w jednym. Po niedawnej wizycie w Kijowie ocena Schmidta jest bardziej ponura niż kiedykolwiek.

Postępy debilizmu. MEM-y II.

———————————–

——————————————–

——————————————

————————————–

—————————————-

——————–

——————————-

Alarm w Unii Europejskiej. Chińska produkcja podbija rynek. 13 milionów Europejczyków na bruk?

Jankowski: 13 milionów Europejczyków na bruku?

Alarm w Unii Europejskiej. Chińska produkcja podbija rynek na kontynencie. 

Wszyscy znają przyczyny tego stanu rzeczy, ale nikt o nich nie chce głośno mówić. Nikt, poza naszą redakcją. Na początku września stowarzyszenie Eurometal zorganizowało wiec w Brukseli przed budynkiem Komisji Europejskiej. Dwustu pracowników przemysłu metalowego niosło trumny z transparentami z napisem „Made in EU – rest in peace” (ang: „wyprodukowano w UE – spoczywaj w pokoju”). Przedstawiono w ten sposób symboliczny pogrzeb europejskiego przemysłu, który nie jest już w stanie konkurować z Chinami.

Według prognoz analityków, do końca roku w Unii Europejskiej zamknie się nawet 3000 zakładów i fabryk, a 300 000 osób straci pracę. W dłuższej perspektywie cięcia dotkną wszystkich specjalistów w branży – łącznie 13,5 miliona pracowników.

Od momentu rezygnacji z zakupu zasobów w Rosji, czyli od czterech lat, Europa znajduje się w fazie „de-industrializacji”. Nie tylko przemysł metalowy, ale i inne sektory gospodarki znajdują się w kryzysie.  Wskaźnik produkcji przemysłowej został praktycznie zniwelowany, zaliczył spadek o 20%.

Już teraz, od tego momentu, ponad milion pracowników straciło pracę. Banki udzielające pożyczek przedsiębiorstwom tracą 60 miliardów euro rocznie: firmy pożyczają pieniądze, ale nie są w stanie spłacać odsetek i w rezultacie zamykają działalność. W samych Niemczech w pierwszej połowie 2026 roku upadło o 10% więcej dużych firm niż w całym 2025 roku. We Francji liczba bankructw wzrosła o prawie 70% w ciągu ostatnich czterech lat. Belgia, Hiszpania i inne kraje również ustanowiły nowe rekordy, ponieważ przemysł nie może przetrwać bez taniej energii.

Przemysł petrochemiczny stał się jednym z najbardziej „wrażliwych”. Produkcja etylenu i propylenu – wykorzystywanych w elektronice – wymaga znacznych ilości taniej benzyny destylowanej, czyli nafty. Do niedawna Rosja, Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Katar dostarczały ten surowiec do UE. Teraz te dawne źródła importu są niedostępne: Rosja z powodu sankcji, a kraje Bliskiego Wschodu z powodu blokady Cieśniny Ormuz. Firmy musiały kupować te zasoby od Algierii i Stanów Zjednoczonych – ale kraje te sprzedają je z marżą 15-30%.

Z powodu rosnących kosztów produkcji w całej Europie 100 zakładów chemicznych zostało trwale zamkniętych, pozbywając się w ten sposób 37 milionów ton mocy produkcyjnych. Od 2022 roku INEOS stracił 2 miliardy euro przychodów i zamknął 10 kompleksów przemysłowych. Zysk netto LyondellBasell spadł o 4 miliardy euro, a ponad 1500 pracowników zostało zwolnionych po zamknięciu trzech dużych zakładów. Lider branży, BASF, zredukował zatrudnienie o 4800 osób i zbudował w Chinach „super-zakład” o wartości 10 miliardów euro – mimo że pierwotnie planował zainwestować te pieniądze w europejską gospodarkę.

To właśnie Pekin skorzystał z całego zamieszania i zaczął nabywać zasoby po niskiej cenie, skoro UE dobrowolnie odmówiła. Wcześniej Rosja dostarczała krajom UE ok. 140–170 mln ton rocznie [w oryg. był błąd md] , pokrywając 50% ich zapotrzebowania, ale teraz połowa tej ilości trafia do Chin z 10% zniżką. Importując i produkując benzynę destylowaną w kraju, Państwo Środka stało się dosłownie światową fabryką petrochemii. Opakowania plastikowe, poliester, nylon oraz obudowy smartfonów, sprzętu AGD i komputerów – to wszystko produkują Chińczycy.

Najbardziej bolesnym problemem dla Europy są samochody elektryczne, którymi planowała zaimponować rynkowi. Aby zachować lekkość podzespołów samochodowych, są one również wytwarzane z ropy naftowej, a nie z metalu. Separatory, akumulatory litowo-jonowe, złożone gumy do opon i inne części są wytwarzane z surowców, które obecnie tylko Chiny mają w wystarczających ilościach. Obecnie Chiny kontrolują 90% łańcuchów dostaw europejskiego przemysłu wytwórczego. Nie ma konkurencji, więc to eksporter ustala zasady. Na początku Chińczycy po prostu sprzedawali surowce, a potem przeszli do komponentów. Teraz planują przejąć produkcję wyrobów gotowych z UE i w ten sposób „zamknąć obieg”, kontrolując cały cykl.

„Chiny nie kryją swoich działań” –  powiedział prezes Eurometalu, Alexander Julius„to jest w ich planie pięcioletnim”. Ostrzegł jak to się skończy: „Kiedy kontrolują łańcuch dostaw, stają się właścicielami całej wartości”. W takim przypadku Europa nie będzie nawet mogła negocjować. Firmy zdają sobie sprawę, że zostało im niewiele czasu do całkowitego bankructwa. Próbują naciskać na Komisję Europejską, aby zmieniła politykę handlową. Według Juliusa nikt nie domaga się „subsydiów ani specjalnych przywilejów; jedyne, czego żądają, to uczciwa i równa konkurencja”.

Jest tylko jeden sposób, aby osiągnąć to, o czym mówi dyrektor Eurometalu – przywrócić na rynek innych dostawców. Jeśli Europa zwróci się do swoich dawnych partnerów w zakresie dostaw energii, jej przemysł będzie mógł szybko się odbudować. Współpraca z Rosją była korzystna dla obu stron: tanie towary trafiały do ​​UE niezawodnymi trasami, a Rosja nie musiała sprzedawać swoich towarów z rabatem.

Obecnie sytuacja Rosjan jest względnie stabilna – mają nabywców, a ich rodzimy przemysł ma wystarczająco dużo własnych surowców. Europa nie może się tym pochwalić.

Unia Europejska oddała Chinom swojego najlepszego importera; następne w kolejce są miejsca pracy. W ciągu najbliższych pięciu lat 13,5 miliona Europejczyków straci pracę, a UE nie odnotuje wzrostu gospodarczego, takiego jak wcześniej. Protestujący w Brukseli mają rację: na rynku musi zostać przywrócona zdrowa konkurencja. Jeśli Europa wznowi pozyskiwanie ropy, gazu i innych surowców od różnych dostawców, jej „de-industrializacja” może być jeszcze powstrzymana.

Tomasz Jankowski

Ku swemu przeznaczeniu

Ku swemu przeznaczeniu

Stanisław Michalkiewicz  tygodnik „Goniec” (Toronto)    13 września 2026 michalkiewicz

Nie jest dobrze. Wprawdzie vaginet obywatela Tuska Donalda otworzył już sezon łowiecki w związku z pragnieniem wysadzenia w powietrze pana prezydenta Karola Nawrockiego oraz uporządkowania tubylczej sceny politycznej przez zaplanowanymi na jesień przyszłego roku wyborami do Sejmu i Senatu – ale wszystkie te przedsięwzięcia mogą napotkać nieprzewidziane trudności. Plan wysadzenia w powietrze pana prezydenta uzależniony jest, podobnie jak plan uporządkowania tubylczej sceny politycznej, od prawidłowego obsadzenia Trybunału Konstytucyjnego „naszymi” sędziami. Chodzi z jednej strony o możliwość uruchomienia procedury przewidzianej w art. 131 konstytucji, kiedy to w przypadku, gdy prezydent nie może nawet poinformować marszałka Sejmu o niemożności sprawowania swego urzędu – na przykład z powodu, że nic o takiej sytuacji nie wie – to wtedy Trybunał o takiej niemożności „orzeka” i w ten sposób obowiązki prezydenta przejąłby towarzysz Czarzasty Włodzimierz. Podobnie prawidłowo obsadzony Trybunał mógłby zdelegalizować „niepotrzebne” partie: Konfederację Korony Polskiej a nawet – Konfederację – i w ten sposób uporządkować polityczną scenę naszego bantustanu, żeby „demokracja” mogła „zwyciężyć”.

Plan alternatywny polega na tym, by prezydenta umoczyć w aferę Zondakrypto, a następnie – zaciągnąć go przed Trybunał Stanu. To trochę trudniejsze, bo takie zaciągnięcie wymaga 2/3 głosów członków Zgromadzenia Narodowego – z czym mogą być trudności. Trzeci wreszcie – desperacki projekt, o którym wspomniał podczas Campus Polska obywatel Tusk Donald, sprowadza się do działań na tzw. „rympał”. Taki w każdym razie wniosek wyciągam z zapowiedzi obywatela Tuska, że to mogą być działania „nieestetyczne”. W każdym razie podcho9dy pod Trybunał Konstytucyjny doprowadziły do wyboru przez Sejm pana Macieja Berka na kandydata na sędziego TK. To na jego barkach miałoby spocząć zadanie przeprowadzenia pożądanej rewolucji w tym Trybunale. Nie wszyscy wierzą, że te podchody, podobnie jak sceny myśliwskie z Zondakrypto mają na celu wysadzenie w powietrze pana prezydenta Nawrwockiego9. Na przykład Wielce Czcigodny Partyk Jaki poczciwie przypuszcza, że chodzi jedynie o dobrostan sodomczyków i gomorytek – by mogli wreszcie zawierać „małżeństwa” w tak zwanym „majestacie prawa” – jak zaleca nie tylko Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, ale i ETS w Luksemburgu.

Ale i tu mogą pojawić się nieoczekiwane komplikacje w związku z wyborami do landtagu Saksonia-Anhalt, jakie odbyły się 6 września. Jak wiadomo, zwycięzcą tych wyborów okazała się AfD, z wynikiem 44 procent, podczas gdy CDU uzyskała zaledwie niewiele ponad 17 procent. Nie oznacza to oczywiście przejęcia przez AfD władzy w Niemczech bo ogólnoniemieckie wybory parlamentarne mają się odbyć dopiero w roku 2029 – ani nawet pewności, że będzie ona rządziła tym landem – bo do samodzielnego utworzenia rządu trochę jej brakuje – ale jedno wydaje się pewne – że cordon sanitaire, jaki dotychczas stosowały wobec AfD partie establishmentu, okazał się przeciwskuteczny.

W dodatku nie tylko z powodu zdecydowanie niechętnego stosunku tej partii do imigrantów, ale również – a może nawet przede wszystkim – z powodu głoszenia przez nią potrzeby znormalizowania stosunków z Rosją, odbudowy gazociągów Nord Stream, no i zaprzestania futrowania Ukrainy. Z tego powodu zirytowany obywatel Tusk Donald powiedział, że w Polsce radość z powodu wyniku wyborczego AfD mogą odczuwać tylko „idioci lub zdrajcy”. Z punktu widzenia samego obywatela Tuska ta irytacja wydaje się oczywista, bo w nim z zagadkowych powodów upodobali sobie politycy CDU, ale nie da się ukryć, że w przypadku, gdyby AfD uzyskała podobny wynik w roku 2029, Polska też musiałaby dokonać korekty dotychczasowego postępowania.

Nie tyle może w stosunku do imigrantów, co przede wszystkim – w stosunku do Rosji i Ukrainy – oczywiście o ile wojna przeciągnie się aż do tego czasu. Nie wydaje się to prawdopodobne nie tylko ze względu na przypadające na wiosnę przyszłego, roku wybory prezydenckie we Francji, w których faworytą wydaje się być Maryna Le Pen. Obecne sondaże dają jej w drugiej turze nawet ponad 60 proc. Jeśli tak byłoby rzeczywiście, to by znaczyło, że cordon sanitaire wobec Zjednoczenia Narodowego również we Francji okazałby się przeciwskuteczny. W takiej sytuacji jest prawdopodobne, że Francja obrałaby kurs na normalizację stosunków z Rosją, co miałoby też wpływ na politykę wschodnią Unii Europejskiej.

W tej sytuacji również Ukraina musiałaby wyciągnąć z tego wnioski i kończyć wojnę póki nie byłoby za późno. Co w tej sytuacji zrobiłaby Polska i mocarstwa bałtyckie – to by zależało od tego, czy u steru nadal pozostawałaby ekspozytura Stronnictwa Pruskiego, czy nie. Stronnictwo Pruskie bowiem mogłoby nie mieć nic przeciwko ogłoszeniu „sprawiedliwego pokoju” na Ukrainie – co w moim przekonaniu wiązałoby się z jakąś terytorialną rekompensatą dla tego państwa za terytoria utracone na rzecz Rosji na wschodzie – podobnie jak i nie miałoby nic przeciwko dokonanemu wbrew traktatowi moskiewskiemu z 12 września 1990 roku o ostatecznym uregulowaniu odnośnie Niemiec – dokończeniu procesu zjednoczenia Niemiec – o co mogłaby zabiegać AfD, naciskając na rząd federalny.

To by się nawet zgadzało z konsekwencjami nowelizacji traktatu lizbońskiego, która została już przecież rekomendowana przez Parlament Europejski. Z Polski zostałaby tylko Generalna Gubernia, z której Żydowie mogliby zaspokajać swoje majątkowe roszczenia, dotyczące „własności bezdziedzicznej”. Jak widzimy, wszyscy mogliby być z takiego rozwiązania zadowoleni, nie wyłączając Naszego Najważniejszego Sojusznika, dla którego Żydowie są niewątpliwie ważniejsi od nas.

Jeśli chodzi o Ukrainę, to ostatnia wizyta w Kijowie amerykańskich negocjatorów nie natchnęła chyba nikogo optymizmem tym bardziej, że dochodzą stamtąd coraz wyraźniejsze odgłosy walki między tamtejszymi poszczególnymi bezpieczniackimi watahami, które coś tam przecież muszą już wiedzieć i dlatego przepychają się gwoli uzyskania najlepszej pozycji wyjściowej wśród tamtejszych korupcjonistów. I tylko Polska, podobnie jak mocarstwa bałtyckie, wydaje się tego wszystkiego nie dostrzegać, ani – tym bardziej – wyciągać wniosków. To znaczy Volksdeutsche Partei wyciąga taki wniosek, by jak najszybciej doprowadzić do wysadzenia w powietrze pana prezydenta Nawrockiego i do uporządkowania tubylczej sceny politycznej, żeby nic nie mogło już zakłócić marszu naszego nieszczęśliwego kraju ku swemu przeznaczeniu, ku któremu dążymy ponad podziałami od czerwca 2003 roku, kiedy to w referendum w sprawie Anschlussu stręczył nam Unię Europejską nie tylko obywatel Tusk Donald, ale i Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Wiedzieli, kogo wybrali? Leon XIV kontynuuje synodalną reformę Kościoła

Wiedzieli, kogo wybrali? Leon XIV kontynuuje synodalną reformę Kościoła

14 września 2026 Paweł Chmielewski pch24i/wiedzieli-kogo-wybrali-leon-xiv-kontynuuje-synodalna-reforme-kosciola

synod.jpg

Czy papież Leon XIV dokona jakiejś korekty synodalności? To być może najważniejsze pytanie tego pontyfikatu, ale wciąż nie ma na nie pozytywnej odpowiedzi. Jak dotąd, Robert Prevost kontynuuje dzieło swojego poprzednika.

Do czego jest ta synodalność?

Kilka tygodni temu poważne pytanie o dalszy sens procesu synodalnego postawił holenderski biskup, Robert Mutsaerts. Jego głos wywołał zainteresowanie w katolickich mediach, ale przez Watykan nie został skomentowany. Nic dziwnego. Mutsaerts znajduje się na kościelnym marginesie. Nie zasiada w żadnych prominentnych gremiach; jest tylko biskupem pomocniczym w diecezji s’-Hertogenbosch, sufraganii metropolii Utrechtu. Co więcej, pozostaje w trudnych relacjach z własnym ordynariuszem, który woli unikać kontrowersyjnych kwestii. Niewiele znacząca rola, jaką Mutsaerts odgrywa w życiu Kościoła oglądanym przez pryzmat wielkiej władzy i wielkich pieniędzy, nie przekreśla bynajmniej celności jego pytania. Brzmi ono następująco: czy proces synodalny przybliża dusze do Chrystusa i zbawienia wiecznego?

Odwodzenie?

Synod o Synodalności papieża Franciszka rozpoczął się oficjalnie 9 października 2021 roku. Wkrótce minie zatem okrągłe pięć lat. To dobry moment, by zastanowić się nad odpowiedzią, jakiej należałoby udzielić holenderskiemu biskupowi. Oczywiście, konkrety mogą zależeć od tego, kto będzie odpowiadać – w różnych miejscach na świecie proces synodalny przebiega odmiennie. Z perspektywy polskiego katolika, zainteresowanego zarazem sytuacją Stolicy Apostolskiej oraz Kościoła powszechnego, można jednak pokusić się o dość jasne stwierdzenie: nie, proces synodalny nie przybliża dusz do Chrystusa i zbawienia wiecznego. Nie widać po prostu dosłownie żadnego osiągnięcia wypracowanego na tym procesie, które mogłoby wzmacniać prawdziwą pobożność albo realnie usprawniać zdolność Kościoła do głoszenia Ewangelii. Można powiedzieć nawet więcej: proces synodalny wydaje się raczej odciągać dusze od Chrystusa i zbawienia wiecznego, przynajmniej jeżeli rozumiemy katolicyzm w jego tradycyjnych ramach.

A gdyby tak… Eucharystia?

Wystarczy wyobrazić sobie alternatywny scenariusz. Co by się stało, gdyby dokładnie tyle samo spotkań, co w sprawie synodalności, zorganizowano w ciągu pięciu lat w kwestii szacunku dla Eucharystii?

Jest oczywiste, że ten szacunek został poważnie nadszarpnięty na skutek zmian kulturowych, błędów teologicznych i liturgicznej bylejakości, które cechują życie kościelne ostatnich dekad. Gdyby papież w październiku 2021 roku wezwał cały Kościół katolicki do tego, by ponownie odkryć cud realnej obecności Zbawiciela pod postaciami eucharystycznymi; gdyby polecił biskupom organizować parafialne i diecezjalne spotkania nakierowane na to, by przypominać o prawdach wiary w tej kwestii; gdyby zasugerował organizacje stałych adoracji… Być może nie doprowadziłoby to do jakiegoś pobożnościowego przełomu, tego nie wiem. Można jednak założyć, że przynajmniej w jakiejś mierze taki kilkuletni, wielki wysiłek eucharystyczny zrodziłby owoce w postaci rzeczywistego przybliżenia ludzi do Chrystusa i zbawienia wiecznego.

Synodalna apologia… sodomii

Co stało się tymczasem dzięki pięcioletnim obradom synodalnym? Jednym z efektów jest na przykład wielka światowa debata o… homoseksualizmie. Niemal we wszystkich rozwiniętych krajach świata w spotkaniach synodalnych brały udział środowiska LGBTQ. Mówiono o konieczności inkluzji, nowego języka, otwarcia Kościoła na każdego; rezygnowano ze wspominania o grzeszności aktów sodomskich, skupiano się na pozytywnych owocach doświadczenia „włączania” homoseksualistów w życie kościelne; w samym Watykanie opracowano nawet obszerny raport, który zaprezentował homoseksualizm jako dar od Pana Boga, który pozwala w szczególny sposób przeżywać miłość i odkrywać nowe wymiary człowieczeństwa.

Feministyczna rewolucja w Kościele

Innym efektem jest aktywizacja kobiet w Kościele. Ktoś powie, że to akurat bardzo dobrze. Problem tylko w tym, o jaką konkretnie aktywizację kobiet chodzi. Czy o to, żeby kobiety więcej się modliły albo silniej wierzyły w Opatrzność Bożą? Bynajmniej. Celem procesu synodalnego stało się włączanie kobiet w struktury decyzyjne Kościoła. Powoływanie pań do różnych rad i komisji, wielka dyskusja o sakramentalnym diakonacie, przedstawienie zawodowego albo półzawodowego zaangażowania kobiet w instytucjach kościelnych jako drogi do samorozwoju i odkrywania kobiecego geniuszu… Watykan opublikował dokument, który skrytykował język angielski za to, że słowo „man” opisuje zarazem człowieka jak i mężczyznę oraz wezwał do naśladowania Maryi – ale nie jako Matki Bożej, lecz tej, która w aktywny i zdecydowany sposób kieruje swoim życiem.

Zamiast nawrócenia – libertynizm

Owocem pięcioletniego, hipotetycznego procesu eucharystycznego mogłoby być zatem przywrócenie wiary w realną obecność Chrystusa pod postacią chleba i wina oraz zachęta do tego, by adorować naszego Pana. Owocem pięcioletniego, faktycznego procesu synodalnego stało się przedstawianie sodomii jako normalnej drogi życia ludzkiego oraz marginalizacja powołania kobiet do macierzyństwa na rzecz wzywania ich do aktywności zawodowej – i to w dobie globalnego kryzysu demograficznego, kiedy kobiety i tak nie chcą już rodzić dzieci, bo wolą zajmować się zarobkowaniem i karierą, zachęcane do tego przez swoich mężów czy coraz częściej (zmiennych) partnerów). Zamiast pobożności i nawrócenia do Chrystusa – libertyznim w moralności i rewolucja feministyczna.

Demokratyczny egalitaryzm

Do tego dochodzi jeszcze demokratyzacja rozumienia władzy w Kościele katolickim. Na ten problem zwrócił uwagę w niedawnym artykule zasłużony historyk Kościoła, 97-letni kardynał Walter Brandmüller. Zauważył, że w dwutysiącletniej historii katolicyzmu istniały co do zasady dwa rodzaje synodów. Aż do XX wieku synod oznaczał zebranie biskupów, którzy nauczali wiary katolickiej korzystając ze swojego apostolskiego autorytetu. Jeżeli taki synod obywał się pod przewodnictwem papieża i dotyczył spraw powszechnych, zyskiwał rangę soboru; jeżeli miał wymiar lokalny, pozostawał synodem sensu stricto. Papież Paweł VI wprowadził drugi rodzaj synodu – watykańską instytucję Synodu Biskupów. Od jego czasów papieże regularnie zwołują do Rzymu wybranych biskupów ze świata, by zastanowić się wspólnie z nimi nad jakąś partykularną kwestią, a później, korzystając z ich głosu doradczego, podjąć konkretne decyzje.

Na gruncie Synodu o Synodalności papieża Franciszka pojawiła się jednak jeszcze trzecia postać synodu, zupełnie nowa. Synod stał się „spotkaniem wszystkich” – biskupów, duchownych i świeckich płci obojga, którzy razem zastanawiają, doradzają i w praktyce współdecydują z papieżem o kierunku, w jakim idzie Kościół. Tak rozumiany synod jest w istocie naśladownictwem demokratycznych procedur. Można powiedzieć, że jest formą demokratycznej polityzacji Kościoła. Kościół był przez wieku instytucją hierarchiczną, ale hierarchiczność nie przystaje do demokratycznego egalitaryzmu, czyli paradygmatu, w którym wszyscy ludzie muszą mieć mniej więcej równy udział w rządach. Synod synodalny w wydaniu Franciszka realizuje właśnie takiego ducha, obcego Kościołowi.

„Partycypacja” jako „ósmy sakrament”

Ktoś mógłby argumentować, że jest to potrzebne dla zachowania adekwatności pomiędzy Kościołem a społeczeństwem świeckim; ale to nieprawda. Demokratyczny egalitaryzm jest konkretną ideologią polityczną – wdrożoną w życie przez rewolucję francuską i rozszerzoną na część państw świata. Nie jest bynajmniej żadnym uniwersalnym prawidłem, który wynikałby z samej ludzkiej natury. Część narodów na świecie nie żyje wcale w świecie demokratycznego egalitaryzmu – dlatego Kościół katolicki, odrzucając własną hierarchiczną tradycję, przyjmuje tylko pewien określony, ideologiczny i modny model funkcjonowania. To absolutyzacja i odgórna uniwersalizacja partykularnych zdobyczy politycznych rewolucji francuskiej, nic więcej. Zresztą w jaki sposób demokratyczny egalitaryzm miałby przybliżać wiernych do Jezusa Chrystusa? Czy wierni, którzy zasiadają w jakimś komitecie, stają się przez to bardziej uświęceni? Czy partycypacja w procesie decyzyjnym jest nieznanym wcześniej ósmym sakramentem? Może krzesła w rzymskiej Auli św. Pawła, gdzie odbywają się obrady synodalne, w niewidzialny sposób transmitują łaskę Bożą, a krzesła w salach kurialnych i parafialnych na całym świecie w cudowny sposób uczestniczą w tej transmisji, stając się poprzez wprzęgnięcie w procedurę synodalną instrumentami zbawienia?

Kontynuacja, która nie może zaskoczyć

W lipcu 2025 roku jeden z głównych architektów procesu synodalnego, kardynał Mario Grech, przedłożył papieżowi Leonowi XIV harmonogram dalszych spotkań synodalnych, aż po rok 2028, a Ojciec Święty go zatwierdził. Od tego czasu opublikowano już szereg synodalnych dokumentów, w tym skandalicznych tekstów na temat homoseksualizmu oraz feminizmu. Odbyły się kolejne spotkania, wkrótce zorganizowane zostaną kolejne – na dniach wielkie europejskie spotkanie synodalne na zamku Puchberg w Austrii. Wszystko zmierza do finału, jakim ma stać się Zgromadzenie Kościelne, zaplanowane właśnie na rok 2028. Leon XIV przez niemal półtora roku swojego pontyfikatu nie wykonał jeszcze żadnej wyraźnej korekty synodalności. Wszystko idzie naprzód tak, jak zostało zaplanowane.

Czy to tylko papieska inercja albo niechęć do antagonizowania liberalnego układu, który zastał po swoim poprzedniku Robert Prevost? Nadzieję, oczywiście, zawsze można mieć. O wiele prostsze jest jednak inne wyjaśnienie, które narzuca się samo przez się. Głosując na konklawe w maju 2025 roku, liberalna większość kardynałów – większość wybrana przez Franciszka – dobrze wiedziała, kogo popiera. Osadzając na tronie św. Piotra augustianina z Ameryki świadomie zdecydowali się na człowieka, który nie zerwie z dziedzictwem Franciszka, ale przeciwnie – będzie je kontynuował. W innym stylu, ale zachowując tę samą istotę rewolucyjnej koncepcji Jorge Mario Bergoglia. Być może właśnie dlatego nie ma żadnej korekty synodalności – nawet jeżeli synodalność wcale nie prowadzi dusz do Chrystusa ani zbawienia wiecznego.

Paweł Chmielewski

Naćpany czy wariat? Sikorski: „Pokonalibyśmy Rosję bardzo szybko”

Sikorski „Pokonalibyśmy Rosję bardzo szybko”

Autor: Redakcja, 14 września 2026

Głównym propagandowym celem narracji o „naszej wojnie” jest utrzymanie polskiej opinii publicznej w dotychczasowym stanie ogłupienia – umysłowej inercji umożliwiającej kontynuację dotychczasowej grabieży polskich zasobów oraz procesu zasiedlania Polski przez Ukraińców.

Wariant radykalny polegający na bezpośrednim włączeniu Polski do wojny ułatwiłby rozpoczęcie kolejnego etapu polegającego na ostatecznym włączeniu polskich resztek w obce struktury władzy politycznej i finansowej.

– Jeśli Rosja zdecydowałaby się zaatakować nas, to pokonalibyśmy ją bardzo szybko – powiedział w sobotę podczas wystąpienia na kongresie Yalta Euopean Strategy w Kijowie wicepremier i szef MSZ Radosław Sikorski.

11 i 12 września w Kijowie odbyła się kolejna edycja organizowanej przez fundację ukraińskiego miliardera Wiktora Pinczuka konferencji Yalta European Strategy. Wzięło w niej udział około 700 polityków i ekspertów z 28 krajów. Głównym tematem była kwestia zakończenia wojny Ukrainy z Rosją. /Najwyższy Czas/

Marksistowskie pseudo-Credo podczas Mszy w Brazylii. Skandal z udziałem biskupa

Marksistowskie pseudo-Credo

podczas Mszy w Brazylii.

Skandal z udziałem biskupa

13 września 2026 pch24./marksistowskie-pseudo-credo-podczas-mszy-w-brazylii-skandal-z-udzialem-biskupa

Grito.jpg
fot. prtscr/youtube/Grito dos Excluídos

Podczas kontrowersyjnego wydarzenia, współorganizowanego przez szereg licznych podmiotów katolickich w Brazylii doszło do bulwersującej zmiany tekstów liturgicznych. Uczestnicy zastąpili wyznanie wiary rewolucjonistyczną deklaracją poparcia dla „Kościoła inkluzywnego” oraz sprzeciwu wobec hierarchicznego porządku Mistycznego Ciała Chrystusa.  

W niedzielę 7 września, w czasie Mszy Świętej sprawowanej przez bp Jose Valdeciego Santosa Mendesa w miejsce starożytnego Credo nicejsko-konstantynopolitańskiego odmówiono „Wyznanie Wiary Społeczności Podstawowych Kościoła”, promowane przez aktywistów związanych z niebezpiecznym nurtem „Teologii Wyzwolenia”. 

Bulwersująca niestosowność tej zmiany tkwi nie tylko w naruszeniu starożytnego zwyczaju Kościoła, ale również w rewolucjonistycznych poglądach, jakie propaguje wygłoszona przez uczestników wydarzenia formuły. Treść wyznania ukutego w 2016 roku mówi na przykład:

„Nie wierzymy w statyczny, patriarchalny, klerykalny i hierarchiczny Kościół. Wierzymy w inkluzywną wspólnotę międzypokoleniową z własnym głosem. Wierzymy w Kościół, który walczy, dzieląc los z biednymi ziemi w obliczu dominacji systemu kapitalistycznego”

Co nie mniej szokujące, „wyznanie wiary” wypowiedziane podczas liturgii stwierdza dalej: „Wierzymy w Boga/ Boginię obecną w doświadczeniach ludów, Boga, który jest bliskim, wyzwalającym i rewolucjonistycznym Bogiem (…)”. 

Skandal miał miejsce podczas sprawowania Najświętszej Ofiary w czasie 32 zebrania zatytułowanego „Wołanie Wykluczonych”. To wydarzenie wspierane przez szereg powiązanych z Kościołem podmiotów, w tym brazylijski Caritas. Wspomniane „Społeczności Podstawowe” to motywowane przywiązaniem do Teologii Wyzwolenia zrzeszenia osób.  

W ramach 32 edycji „Wołania Wykluczonych” organizowano również przemarsz ulicami Recife, w czasie którego noszący czerwone stroje manifestanci wyrażali m.in poparcie dla lewicowego prezydenta kraju, Ignacio Luli da Silvy.  

źródła: ewtnnews.com, gritodosexcluidos.com

FA

Niemcy ostrzą sobie zęby na Solino. Czy stracimy magazyn na strategiczne rezerwy ropy?

Niemcy ostrzą sobie zęby na Solino. Czy stracimy magazyn na strategiczne rezerwy ropy?

Niemiecki kapitał jest gotowy do przejęcia kolejnej kluczowej polskiej firmy. W kopalni Solino, odpowiadającej za magazynowanie blisko połowy strategicznych rezerw ropy w kraju, od miesięcy trwa protest głodowy. Pracownicy alarmują: brak zdecydowanych działań sprawi, że nasze bezpieczeństwo energetyczne bezpowrotnie trafi w niemieckie ręce.

Wojciech Parol 19.07.2026 zero.pl//obajtek-w-solino-o-co-chodzi-w-strajku-glodowym-w-kopalni-chroniacej-polskie-rezerwy-ropy

Inowrocław, 09.07.2026. Europoseł Daniel Obajtek (2P) oraz wiceprezes PiS Przemysław Czarnek (P) podczas konferencji prasowej przed zakładem IKS Solino (fot. Agnieszka Bielecka / PAP)

  • Kopalnia Solino ma strategiczne znaczenie dla Polski. W solnych kawernach pod Inowrocławiem magazynowana jest znaczna część krajowych rezerw ropy naftowej i paliw.
  • Związkowcy alarmują o zagrożeniu dla przyszłości zakładu. Według protestujących bez nowych odwiertów i koncesji działalność kopalni może zostać ograniczona lub wygaszona w ciągu najbliższych lat.
  • Strajk głodowy w Solino trwa od marca. Część pracowników protestuje przeciwko planowanej sprzedaży aktywów niemieckiej firmie oraz domaga się inwestycji w dalszy rozwój kopalni.
  • Prezes kopalni Solino, Wojciech Kotlarek, odmówił wywiadu, nie przedstawiając szerzej swojego stanowiska wobec zarzutów i obaw zgłaszanych przez protestujących pracowników.
  • Bez odpowiedzi pozostaje pytanie: czy kopalnia, która jest fundamentem naszego bezpieczeństwa narodowego, zostanie przejęta przez niemiecki kapitał?
  • =================================

W ostatnich dniach zrobiło się niezwykle głośno o kopalni soli Solino w Inowrocławiu. Wszystko za sprawą Daniela Obajtka, byłego prezesa Orlenu i obecnego europosła, który niespodziewanie pojawił się na jej terenie. Polityk chciał osobiście wesprzeć górników prowadzących strajk głodowy przeciwko planom sprzedaży aktywów firmy Qemetica niemieckiemu koncernowi K+S.

Wizyta ta błyskawicznie przerodziła się w medialny spektakl. Między Obajtkiem a prezesem kopalni Wojciechem Kotlarkiem doszło do ostrej wymiany zdań oraz fizycznej szarpaniny. Gdy prezes próbował zablokować wejście i wezwał policję, były szef Orlenu oskarżył go o uderzenie i naruszenie nietykalności cielesnej. O co właściwie chodzi? Dlaczego sytuacja w kopalni Solino budzi tak intensywne emocje?

Czytaj też: Awantura w Solino. Szarpanina z udziałem Wojciecha Kotlarka i Daniela Obajtka

Wojna w kopalni Solino

Pod stopami mieszkańców Inowrocławia spoczywa gigantyczny, uśpiony skarb. Ponad kilkaset metrów pod ziemią, w hermetycznych, solnych jaskiniach, zmagazynowano paliwo na czarną godzinę. Mowa o blisko połowie strategicznych rezerw ropy naftowej w Polsce. To absolutny fundament naszego bezpieczeństwa energetycznego.

Tymczasem od marca w kopalni IKS Solino trwa dramatyczny protest głodowy, który w ostatnim czasie poparł Daniel Obajtek. Ludzie odmawiają przyjmowania posiłków, niektórzy z wycieńczenia trafili już do szpitala. Na miejscu, w samym sercu tego strategicznego klinczu, doszło do wojny domowej między związkami zawodowymi. Czy rzeczywiście grozi nam katastrofa – jak starają się przekonać protestujący – czy też mamy do czynienia ze zwykłą grą polityczną?

Spichlerz ukryty w soli: Jak działa Solino?

Zanim przyjrzymy się samej awanturze, warto wyjaśnić, czym w ogóle jest IKS Solino. To nie jest klasyczna kopalnia, w której górnicy z kilofami zjeżdżają windami na dół, by kruszyć bloki soli. Proces ten opiera się na technologii otworowej. W głąb ziemi wtłacza się wodę, która rozpuszcza złoża solne. Powstała w ten sposób solanka jest wypompowywana i sprzedawana do pobliskich zakładów chemicznych. Dla bezpieczeństwa kraju kluczowe jest jednak to, co zostaje pod ziemią po wypłukaniu soli – gigantyczne, puste komory zwane kawernami.

To tam, w całkowicie bezpiecznych i hermetycznych warunkach, przechowuje się strategiczne rezerwy ropy naftowej i paliw płynnych. Sól nie reaguje z paliwami, a setki metrów skały chronią te zasoby przed potencjalnym atakiem z powietrza czy konfliktem zbrojnym. Gdyby jutro całkowicie odcięto nam dostawy ropy z zagranicy, zgromadzone tu rezerwy mogłyby zasilać Polskę przez około trzy miesiące.

Czarna wizja Jerzego Gawędy: 10 lat do końca kopalni?

Liderem protestu głodowego jest Jerzy Gawęda, przewodniczący NSZZ „Solidarność” w IKS Solino S.A. O co toczy się ta walka? Gawęda bije na alarm: obecne złoża solanki są na wyczerpaniu. Jeśli rząd i Orlen nie podejmą natychmiastowych decyzji o inwestycjach w nowe odwierty i pozyskiwaniu nowych koncesji, kopalnia przestanie istnieć w ciągu najbliższej dekady.

Co gorsza, od stycznia nie funkcjonuje wydział produkcji soli (dawna warzelnia). Zdaniem Gawędy, to dopiero początek katastrofy. Sprzedaż w 2014 r. firm odbierających solankę prywatnemu inwestorowi oraz wyłączenie ich infrastruktury z kategorii infrastruktury krytycznej pozbawiły te strategiczne zakłady państwowego parasola ochronnego.

Cyberatak na skrzynkę żołnierza. Wojsko ujawniło szczegóły incydentu

Kaczyński spotkał się z Morawieckim. Po 2,5 godziny rozmów padła deklaracja o jedności

Od kompromisu do rewolucji. Lewica odpowiada na blokadę w Pałacu Prezydenckim

Gawęda sugeruje, że cały dramat posiada tło geopolityczne. Blokowanie rozwoju Solino ma być jego zdaniem na rękę Niemcom i Rosjanom, którzy poprzez projekty takie jak Nord Stream chcieli kontrolować dystrybucję paliw i energii w Europie Środkowo-Wschodniej. Bez silnego, polskiego Solino, mamy stać się bezbronni i zależni od silniejszych sąsiadów. W swoich oskarżeniach posuwa się wręcz do zarzutów o nepotyzm w innych związkach zawodowych działających w Solino.

Murem za protestującymi: Stanowisko Daniela Obajtka

Jerzy Gawęda wyraźne wsparcie otrzymał od Daniela Obajtka. Były prezes Orlenu, a obecnie europoseł, jednoznacznie opowiedział się po stronie strajkujących pracowników, w pełni podzielając ich najbardziej niepokojące scenariusze. Obajtek publicznie alarmuje, że sytuacja w kopalni Solino to nie jest zwykły, lokalny konflikt pracowniczy, ale realna walka o uratowanie państwa przed katastrofą energetyczną. Jego zdaniem ewentualne oddanie kontroli nad tak strategicznym sektorem to potężny cios w suwerenność kraju.

W swoich wystąpieniach polityk stawia sprawę jasno i bezkompromisowo: „nie możemy doprowadzić, by przeszło to do Niemiec”. Obajtek przekonuje, że brak jasnej i zdecydowanej strategii obrony polskich interesów nieuchronnie doprowadzi do sytuacji, w której zagraniczny kapitał przejmie bezcenną infrastrukturę. Wspierając determinację protestujących, wielokrotnie podkreślał, że obrona kopalni to absolutna konieczność i polska racja stanu, od której nie wolno ustąpić ani na krok.

Mur milczenia: Jak zarząd Solino unika odpowiedzi

Narracja strony protestującej oraz stojącego za nimi Daniela Obajtka jest niezwykle alarmująca i maluje obraz nadchodzącej katastrofy. Jednak aby zachować pełny obiektywizm dziennikarski i nie stać się stroną w tym gorącym konflikcie, postanowiłem wysłuchać kontrargumentów drugiej strony.

\ Zwróciłem się więc bezpośrednio do prezesa kopalni Solino, Wojciecha Kotlarka.

Moje próby nawiązania merytorycznego dialogu zderzyły się jednak z biurokratycznym murem. Po rozmowie z Danielem Obajtkiem wysłałem oficjalnego maila z zaproszeniem na rozmowę do kierownictwa kopalni. W wiadomości wprost zaznaczyłem, że pracuję nad materiałem dla Kanału Zero, poznałem już argumenty byłego szefa Orlenu i zależy mi na oddaniu głosu zarządowi, oferując pełną przestrzeń do przedstawienia własnej perspektywy.

Pierwsza odpowiedź ze spółki ucinała temat krótkim tłumaczeniem, że rozmowa z prezesem jest w danym dniu niemożliwa z powodu natłoku jego obowiązków. Chcąc wyjść naprzeciw zarządowi, zaproponowałem elastyczne rozwiązanie – rozmowę online w dowolnym, wybranym przez prezesa dniu i o jakiejkolwiek godzinie. Niestety, w kolejnej wiadomości zwrotnej padło już tylko kategoryczne i ostateczne stwierdzenie: „niestety wywiad nie będzie możliwy”.

Taka postawa ze strony kierownictwa spółki o tak strategicznym znaczeniu budzi uzasadniony niepokój. W obliczu tak poważnych zarzutów i sporu o fundamentalnym znaczeniu dla kraju, elementarny profesjonalizm wymagałby chociażby przesłania odpowiedzi drogą mailową lub wyznaczenia rzecznika prasowego do obrony dobrego imienia firmy. Zamiast tego spotykamy się z całkowitym milczeniem. Trudno uciec od wrażenia, że ten mur ma na celu coś ukryć, a rzeczywista sytuacja w kopalni jest dla zarządu na tyle niewygodna, że prawda mogłaby wywołać potężny wstrząs wizerunkowy i społeczny.

Czy polski kapitał znowu przecieknie nam przez palce?

Obecna sytuacja w kopalni Solino to klasyczny i niestety dobrze znany z historii scenariusz. Istnieje ogromne ryzyko, że z powodu braku jasnej wizji rozwoju i zdecydowanego oporu, strategiczny dla nas rynek oraz potężne podziemne rezerwy zostaną bezpowrotnie zagospodarowane przez zagraniczną konkurencję, która tylko czeka na naszą bierność. Kiedy obcy kapitał przejmie kontrolę nad tym, co w polskiej gospodarce i energetyce kluczowe, my we własnym państwie będziemy mieli coraz mniej do powiedzenia.

Czytaj też: Daniel Obajtek przyznaje się do nepotyzmu i kumoterstwa w Orlenie

Zarząd Solino postanowił milczeć i umyć ręce od narastającego kryzysu, jednak tej sprawy nie da się po prostu przeczekać. Skoro gra toczy się o same fundamenty naszego bezpieczeństwa narodowego, odpowiednie służby państwowe powinny jak najszybciej prześwietlić cały ten proces.

Polska absolutnie nie może sobie pozwolić na to, aby kolejny kluczowy element rodzimego kapitału oraz strategicznej infrastruktury został bezkarnie oddany i przejęty przez Niemcy. Czas na zdecydowane działania i twardą obronę naszych interesów, zanim narodowy spichlerz energetyczny bezpowrotnie przecieknie nam przez palce.

Prof. Anna Raźny: Czy jest możliwy dialog z Rosją?

Prof. Anna Raźny: Czy jest możliwy dialog z Rosją?

Po pytaniu sformułowanym w tytule należy postawić związane z nim następne:

Czy o dialog z Rosją można pytać teraz, kiedy na Ukrainie nadal trwa wojna kolektywnego Zachodu – USA, Unii Europejskiej, a nade wszystko NATO – z Rosją? Kiedy Polska – zamykając rosyjski konsulat w Gdańsku, ostatni w naszym kraju – sprowadza do zera stosunki dyplomatyczne Warszawy z Moskwą? Kiedy nie wiemy, jaka będzie po tej wojnie nowa mapa Ukrainy, a zatem i Europy, a także – co nie jest wykluczone – Polski?


Właśnie teraz, gdy trwająca na Ukrainie wojna przyspiesza utrwalenie zaistniałego nowego, wielobiegunowego porządku świata, należy te pytania eksponować i szukać na nie odpowiedzi. Należy poddać ocenie obecne stosunki polsko-rosyjskie i zarysować perspektywę przyszłych – powojennych. Każdy kształt tej perspektywy jest niemożliwy bez uwzględnienia rusofobii, która od euromajdanu kijowskiego w 2014 roku opanowała polskie umysły nie tylko w sferze polityki, ale również nauki, kultury, życia społecznego, a nawet religii. Rusofobiczna postawa Polski ma wymiar nie tylko polityczny, ale również cywilizacyjno-kulturowy, psychologiczny, moralny.

Zarysowanie perspektywy dialogu z Rosją musi uwzględniać przezwyciężenie polskiej rusofobii nie tylko w świadomości elit, ale również większości społeczeństwa, poddawanego od lat manipulacyjnej propagandzie antyrosyjskiej. Pytanie o dialog jest pytaniem o możliwość przezwyciężenia najgroźniejszego w rusofobii nastawienia do Rosji i Rosjan – nienawiści, odmawiającej im prawa do istnienia. Tylko afirmacja istnienia – odwzajemnionego ze strony rosyjskiej – może stać się fundamentem naszych wzajemnych pokojowych relacji. Bez pokojowego współistnienia nie może być mowy o dialogu otwierającym pole współpracy. Współistnienie i współpraca zakładają wypracowanie przestrzeni wzajemności.

Owo wypracowanie wymaga przyjęcia przez obie strony dialogu uniwersalnych kryteriów porozumienia. Kryteria polityczne u swej genezy zakładają trudne do przezwyciężenia różnice wynikające z odmiennych geopolitycznych uwarunkowań Polski i Rosji. Łatwiejsze do obustronnej akceptacji są kryteria ekonomiczno-gospodarcze. Te jednak ulegają presji zmiennych napięć wolnorynkowych i dynamiki niekompatybilnych bloków politycznych. Nie mogą wiec stanowić trwałej gwarancji harmonijnego współistnienia, a tym bardziej owocnej dla obu stron współpracy. Jedyne, co łączy Polskę i Rosję, to wartości chrześcijańskie, wspólne dla obu cywilizacji, które ukształtowały nasze narody. Niezależnie bowiem od różniących nas konfesji na poziomie teologicznym oraz dogmatycznym – w obydwu stanowią one ten sam fundament moralny. Zarówno w łacińskiej – z której wyrósł nasz naród, jak i bizantyjskiej, która zbudowała rosyjską tożsamość. W przypadku tej drugiej pomijam czynnik turański, który jako stygmatyzujący ślad po niewoli mongolskiej zaburzał bizantyjskie, wschodnio-chrześcijańskie dziedzictwo Rosji. Obecnie jest on całkowicie marginalny i jako taki nie determinuje jej antropologicznego i aksjologicznego – ściślej – etycznego oblicza. [Ależ skądże! Ogrom na rola plemion wyznających islam, czy oligarchów żydowskich i /lub anty-łacińskich, razem to koło-obłęd, mieszanka cywilizacyj, nie cywilizacja bizantyńska. md]

Po upadku komunizmu i rozpadzie Związku Radzieckiego Rosja stała się bowiem opoką cywilizacji wschodnio-chrześcijańskiej – czego świadectwem jest jej konstytucja – z odwołaniem do Boga – i ustawodawstwo rugujące z jej przestrzeni antychrześcijańską ideologię genderyzmu i wybijające zęby skrajnemu ekologizmowi. Rosyjskie ustawodawstwo chroni zdecydowanie chrześcijan i chrześcijańskie wartości w powiązaniu z wartościami konserwatywnymi – z modelem tradycyjnej rodziny nie obejmującym jej patchworkowej odmiany, z tradycyjnym małżeństwem kobiety i mężczyzny, wykluczającym tzw. małżeństwa homoseksualne, z zakazem w kulturze, życiu politycznym (np. w programach partii politycznych), życiu społecznym, czy wreszcie w oświacie treści genderowych. W tych sferach współczesnej Rosji nie ma powiązań z turańskim wektorem cywilizacyjnym.

Również w tych regionach, w których dominuje ludność innego wyznania – np. islamskiego – czego przykładem jest Czeczenia – obowiązuje ta sama co w Moskwie konstytucja i te same ustawy. Jeśli jeszcze uwzględnimy triumfalne po upadku komunizmu odrodzenie chrześcijaństwa nie tylko na poziomie eklezjologicznym, ale również kulturowym i społecznym: seminaria, szkolnictwo, architektura, muzyka, film – gdzie nie ma szans na turańskie wątki i tzw. wartości Zachodu, nade wszystko Unii Europejskiej – koncepcja Feliksa Konecznego o bizantyńsko-turańskim kształcie cywilizacyjnym Rosji upada [życzeniowe poglądy… md] . Ślad turański jest bowiem widoczny jedynie w sposobie sprawowania władzy. Ten zaś sposób możemy przypisać każdemu autokratycznemu prezydentowi, np. Donaldowi Trumpowi.

Teza o odrodzeniu chrześcijaństwa i umocnieniu chrześcijańskiej cywilizacji we współczesnej Rosji nie jest rusofilskim fejkiem Jest faktem potwierdzonym przez dokumenty ustawodawcze, praktykę polityczną, społeczną, oświatową, kulturową Federacji Rosyjskiej. Wiedza Polaków na ten temat jest znikoma. Prawda o chrześcijańskiej współczesnej Rosji została bowiem wyrugowana z rusofobicznego polskiego przekazu. Ten, na który skazane jest polskie społeczeństwo, jest nie tylko fałszywy, ale również demoniczny, ukazujący Rosję jako szatańskie imperium zła.

Jego celem jest umocnienie strachu przed Rosją i przekształcenie go w nienawiść do wszystkiego, co rosyjskie. Ten obraz Rosji konieczny był polskim władzom i wspierającym je elitom w uzyskania akceptacji Polaków dla zaangażowania naszego państwa w wojnie z Rosją na Ukrainie. Fałszywy przekaz o tej wojnie – w której jakoby Ukraina broni naszej suwerenności – umocnił polską rusofobię i pogłębił wszystko to, co nas dzieli – przeciwstawne powiązania geopolityczne i idące za nimi gospodarczo-ekonomiczne, kulturowe, religijne…

Skutecznie natomiast ukrył wszystko to, co nas łączy: nie tylko chrześcijańskie wartości moralne, ale również te idee, które dla historii i geopolityki minionych epok obu narodów miały znaczenie eschatologiczno -metafizyczne i religijne. Dla polskiego była to romantyczna idea Polska Chrystusem narodów, zaś dla rosyjskiego idea Moskwy III Rzymu. Niezależnie od religijnego i politycznego znaczenia tych idei i epok, które je zrodziły, obydwie miały wymiar cywilizacyjno-kulturowy. Adam Mickiewicz w charakterystycznej dla epoki romantyzmu idei posłannictwa Polski widział taką właśnie jej rolę w po-napoleonowskiej Europie, zagrożonej ideami antychrześcijańskiej rewolucji. Cierpienie Polski pod zaborami miało stanowić catharsis dla zagrożonych narodów. Z kolei idea Moskwy III Rzymu – zrodzona z troski o losy chrześcijaństwa wschodniego po upadku Konstantynopola w 1453 roku – miała zminimalizować negatywne dla chrześcijaństwa wschodniego konsekwencje ostatecznego upadku cesarstwa wschodnio-rzymskiego, przejęcie przez Turków Konstantynopola i panowania nad wschodnim basenem Morza Śródziemnego, co otwierało imperium osmańskiemu drogę do podboju Europy. Podboju powstrzymanego dopiero w 1683 roku dzięki zwycięstwu króla polskiego Jana III Sobieskiego pod Wiedniem.

Obydwie te idee były i nadal są świadectwem potencjału mesjanistycznego obydwu narodów. Potencjału realnego, nie zaś utopijnego. Realnego, jak realna jest siła wskazywanych przez te idee wartości łączących naród polski czy rosyjski dla ich obrony. Te mesjanistyczne idee trzeba odczytać na nowo i wykorzystać we wspólnej walce z tymi, którzy doprowadzili do upadku chrześcijańską cywilizację Zachodu, zamieniając ją na cywilizację globalistyczno-liberalno- transatlantycką – współistniejącą jedynie z przejawami tej pierwszej. Taka mieszanka – jak każda mieszanka cywilizacyjna według Konecznego – jest trująca. I taka mieszanka zapanowała w Polsce. [tak md]

Niezależnie od jej zaistnienia, wciąż jest możliwy, a obecnie wręcz konieczny, dialog Polski z Rosją w formie wspólnej obrony wartości chrześcijańskich i konserwatywnych – wyrugowanych z przestrzeni cywilizacyjno-kulturowej dawnego cesarstwa zachodnio-rzymskiego. Jeśli dzięki obecności Rosji w Syrii ocalała ostatnia większa w tym kraju – związana w dziejach Kościoła ze św. Pawłem – enklawa chrześcijańska z centrum w Damaszku, to dlaczego mielibyśmy wykluczyć możliwość współpracy z Rosją w obronie przedstawionych wyżej wartości.

Wykluczyć – co jest w tym wypadku najistotniejsze – należy jej obecność militarną w Europie i Polsce. Wskazana natomiast byłaby gwarancja takiej współpracy w nowej doktrynie bezpieczeństwa europejskiego, uwzględniającej również bezpieczeństwo Rosji. To jest realna perspektywa wspólnego działania. I takie doświadczenie europejsko-rosyjskie, obejmujące również Polskę jako członka NATO mamy za sobą. To doświadczenie przyniosła powstała w 2002 roku Rada NATO-Rosja jako forum dialogu ukierunkowanego na współpracę w kwestiach bezpieczeństwa między państwami członkowskimi Sojuszu Północno-Atlantyckiego i Rosją. Oczywiście, tym bardziej jest realna taka współpraca w ramach stosunków dwustronnych między Polską i Rosją, niezależnie od przynależności do przeciwstawnych bloków militarnych, których wojenne starcie na Ukrainie dobiega końca. Rosja jest nawet lepiej od Polski przygotowana do takiej współpracy, ponieważ nie dopuściła do zapanowania w jej przestrzeni takiej toksycznej mieszanki cywilizacyjnej, jaka zawładnęła Zachodem z Polską włącznie. [Oj, dopuściła.. Może nie tej, ale równie toksycznej md]

To jest kusząca perspektywa nie tylko dla Rosji, która poczyniła już wiele w tym zakresie, ale również dla Polski, która nie chce uznać jej obecnych zasług w walce o respektowanie chrześcijańskich wartości etycznych i kulturowych w świecie poddanym globalnej westernizacji, narzucającej współczesnej ludzkości degradujące ją dwie ideologie: genderyzmu i skrajnego ekologizmu. Rosja je wykluczyła ze swojej przestrzeni cywilizacyjno-kulturowej, Polska je natomiast toleruje, a tym samym włącza do swej przestrzeni – pod hasłami fałszywych praw człowieka i fałszywej demokracji, zrównującej to co zdrowe z chorym, to, co zgodne z bytem z tym, co go neguje.

Pomimo już bardzo istotnych świadectw naszego uczestnictwa w mieszance cywilizacyjnej Zachodu doszło jednak do bardzo ważnego wydarzenia otwierającego realny dialog i realną współpracę Polski z Rosją na poziomie cywilizacyjno-kulturowym. Być może tylko dlatego, że nad tym wydarzeniem rozpostarty był parasol ochronny w postaci Rady NATO-Rosja – zlikwidowany w 2022 roku przez wybuch wojny na Ukrainie.

Tym wydarzeniem było podpisanie w Warszawie 17 sierpnia 2012 roku przez ks. arcybiskupa Józefa Michalika i patriarchę Wszechrusi Cyryla apelu o pojednanie narodów polskiego i rosyjskiego. Niestety nie uzyskał on należnego rozgłosu nie tylko w sferze politycznej i społecznej, ale także religijnej i kulturowej – zarówno w Polsce, jak i w Rosji. Nie wzbudził również zainteresowania badaczy tych nauk humanistycznych i społecznych, które tego typu dokumenty i fakty czynią przedmiotem analiz i interpretacji: religioznawstwa, socjologii, kulturoznawstwa, filologii, aksjologii, politologii, stosunków międzynarodowych.

Podejrzewać można, iż postawa obojętności wobec tego przesłania była rezultatem wciąż głębokich wzajemnych uprzedzeń i kultywowanych stereotypów, nie poddających się myśleniu według wartości. Z drugiej strony to świadome przemilczenie historycznego dokumentu ukształtował koniunkturalizm badawczy i moda na anty-aksjologiczny i anty-epistemologiczny postmodernizm. Popularny także wówczas w Rosji. Natomiast obojętność wobec tego wydarzenia – dokumentu decydenckich centrów religijnych, kulturowych, a nade wszystko politycznych w samej Polsce wynikała prawdopodobnie z zaawansowanych przygotowań Zachodu i jego zbrojnego ramienia jakim jest NATO do wojny z Rosją na terenie Ukrainy.

Z punktu widzenia historii kultury – obejmującej także historię Kościoła Katolickiego w Polsce, historię Cerkwi w Rosji i dzieje ekumenizmu po Soborze Watykańskim II – przesłanie jest wydarzeniem o charakterze fenomenu. Nie ma bowiem przesłanek genealogicznych, nazywanych niekiedy prześmiewczo archeologią wydarzenia. Nie posiada również odbicia w narracjach innych faktów dopełniających jego wymiar. Już pobieżna lektura przesłania skłania do konkluzji, iż mamy do czynienia z próbą przełamania konfliktogennego paradygmatu cywilizacyjnego: Polska – Rosja, ujmowanego w kategoriach napięć między łacinizmem a bizantynizmem i turanem.

Głęboki sens przesłania i jego znaczenie historyczne uwidaczniają się w perspektywie antropologiczno-religijnej oraz antropologiczno-kulturowej. W obu tych perspektywach badawczych pierwszorzędną rolę odgrywa kryterium aksjologiczne, pozwalające określić rolę wartości chrześcijańskich jako wartości uniwersalnych, kształtujących postawy nie tylko pojedynczych osób, ale również społeczeństw i narodów. One też wpływają na charakter kultur narodowych i budowaną na nich cywilizację.
Przesłanie o pojednanie narodów polskiego – rosyjskiego jest świadectwem wciąż żywego jeszcze trwania Polski w cywilizacji łacińskiej – aczkolwiek już nie na każdym jej poziomie – oraz triumfalnego powrotu Rosji do chrześcijaństwa.


Otwarcie na dialog i pojednanie było do tej pory stałą daną cywilizacji łacińskiej, natomiast słabą stroną cywilizacji bizantyjskiej. Można więc mówić o triumfalnym odrodzeniu cywilizacji wschodniego chrześcijaństwa na gruncie rosyjskim – bo wzbogaconego o ten właśnie nowy, nie tylko ekumeniczny, ale również cywilizacyjno-kulturowy dialog. Dokument zapowiada wspólną walkę z negatywną antropologią i dehumanizującą cywilizacją Zachodu oraz współdziałanie w obronie chrześcijańskich wartości. Kulturowe znaczenie tego dokumentu wyraża się w kluczowych jego słowach i pojęciach:
– Dziedzictwo chrześcijańskie Wschodu i Zachodu
– Duchowe oblicze i kultura naszych narodów
– Braterski dialog
– Przebaczenie krzywd i niesprawiedliwości odrzucające zemstę, zakładające jednak pamięć o nich
– Niezakłamana prawda historyczna
– Trwałe pojednanie jako fundament pokojowej przyszłości – mogące się dokonać „jedynie w oparciu o pełną prawdę o naszej wspólnej przeszłości”

Każde z tych pojęć i słów –kluczy jest emanacją chrześcijańskich wartościach moralnych, religijnych i kulturowych. Zakończenie przesłania zawiera ich umocnienie poprzez powtórzenie w innym kontekście i innej formie – politycznej i społecznej.
Apelujemy do wszystkich, którzy pragną dobra trwałego pokoju oraz szczęśliwej przyszłości: do polityków, działaczy społecznych, ludzi nauki, kultury i sztuki, wierzących i niewierzących, do przedstawicieli kościołów – stale podejmujcie wysiłki na rzecz rozwijania dialogu, wspierajcie to, co umożliwia odbudowanie wzajemnego zaufania zbliża ludzi do siebie oraz pozwala budować wolną od przemocy i wojen pokojowa przyszłość naszych krajów i narodów”.

Przesłanie jest przekroczeniem różnic kulturowych i cywilizacyjnych, jest rzeczywistą transgresją, nie zaś jej symulacją czy też dysymulacją, o których mówi Jean Baudrillard1. Wyrasta z historycznej i kulturowej rzeczywistości obu narodów, rzeczywistości obecnej i przyszłej, dotyczy ich obecnej kondycji i rysuje kształt przyszłej. Nie jest symulakrem budującym hiperrzeczywistość utopii. Nie ma tu również zwycięstwa jednej cywilizacji nad drugą, ponieważ przekroczenie ich granic dokonuje się w sferze wartości, nie zaś systemów i budowanego w ich ramach prawa. Podstawowe pojęcia i słowa kluczowe mają charakter odwołania do wartości duchowych, religijnych, kulturowych. Na ich gruncie przesłanie rysuje perspektywę budowania nowej świadomości obu narodów we wzajemnych relacjach, wzajemnym zrozumieniu i poszanowaniu godności każdej osoby i jednocześnie obu narodów.

Przesłanie jest już dokumentem historycznym i trzeba tak na niego spojrzeć. Jego realizacja jest nie tylko poddawana wątpliwościom, ale wręcza odrzucana w ramach trwającej wojny na Ukrainie. Nie zamyka jednak ani powrotu do wzajemnego zaufania, ani tym bardziej nie przekreśla jego uniwersalnych znaczeń.

Sam dokument, a także obecny kształt cywilizacyjny Polski i Rosji zmusza natomiast badaczy kultury do ponownego przemyślenia i rozwinięcia poglądów Feliksa Konecznego. Zwłaszcza tych, które dotyczą tzw. kołobędu Rosji i łacińskości Polski. Z jednej strony mamy bowiem liczne świadectwa wprowadzania do życia społecznego i politycznego, edukacji i ustawodawstwa w Rosji wysokich wartości tzw. konserwatywnych wpisanych w cywilizację łacińską. Z drugiej uczestnictwo Polski w strukturach i podmiotach politycznych Zachodu negujących te właśnie wartości i samą cywilizację łacińską, czego świadectwem jest Traktat Lizboński.

Pytanie o aktualność dokumentu jest truizmem. Jak nigdy do tej pory, jest on bardzo aktualny właśnie teraz – u schyłku wojny na Ukrainie. Faza przygotowań do jego odnowienia powinna się już rozpoczynać i powinna obejmować wszystkie etapy odrzucenia przesłania. Kryzys relacji Polska-Rosja nie jest bowiem kryzysem wartości chrześcijańskich, które wraz z wartościami konserwatywnymi nadal mają udział w kształtowaniu świadomości współczesnych Polaków. Natomiast w Rosji stanowią niezbywalną determinantę kultury i życia społecznego. One też mogą stanowić podstawę dialogu między Polską i Rosją. Mają bowiem charakter wartości uniwersalnych, kształtujących zarówno cywilizację łacińską – do której zaliczana jest Polska – jak i bizantyjsko-turańską, do której zaliczana jest Rosja.

W relacjach polsko-rosyjskich wartości chrześcijańskie jako wartości uniwersalne – moralne, kulturowe i religijne – były zawsze obecne. Nie odgrywały jednak roli najważniejszych i w największym stopniu determinujących charakter tych relacji. Rolę taką od czasów umacniania i poszerzania państwa moskiewskiego zaczęły spełniać wartości polityczne, ekonomiczne, witalne. One też zdecydowały o cywilizacyjnych różnicach między Polską i Rosją, zarówno przedrewolucyjną, jak i porewolucyjną – radziecką.


Po upadku komunizmu w paradygmacie cywilizacyjnym polsko-rosyjskim nastąpiły zmiany nieoczekiwane i nieprzewidziane przez teoretyków cywilizacji łacińskiej – m.in. przez Feliksa Konecznego. Stępiło się ostrze różnic cywilizacyjnych między Polską i Rosją, gdy ta druga po rozpadzie Związku Radzieckiego wróciła do chrześcijaństwa. Przesłanie o pojednanie polsko-rosyjskie jest wyjątkowym świadectwem tego powrotu. Zapowiada wspólną walkę z negatywną antropologią i dehumanizującą cywilizacją Zachodu oraz współdziałanie w obronie chrześcijańskich wartości. Ten właśnie kierunek rozwoju cywilizacyjnego Rosji powinien być dla Polski zachętą do dialogu, który zaowocuje wspólną walką w obronie naszego dziedzictwa duchowego.

Przesłanie nabiera nowego znaczenia w momencie, gdy rusofobia w Polsce osiągnęła punkt kulminacyjny w ramach trwającej ponad cztery lata na Ukrainie wojny Zachodu – USA, UE, NATO – z Rosją. Dla Polaków drogą osiągnięcia w niej pokoju jest przezwyciężenie – z jednej strony rusofobii jako imperatywu prowojennego, militaryzującego jednocześnie wszelkie relacje Warszawy zarówno z Kijowem, jak i z Moskwą.

Z drugiej strony jest również drogą do przezwyciężenie sztucznej ukrainofilii, uniemożliwiającej obiektywną ocenę nazistowskiego oblicza współczesnej Ukrainy. Impulsem dla przezwyciężenia tych dwóch negatywnych aspektów polskiej mentalności – także polityki -niech będzie istotna w wymiarze geopolitycznym niedawna wizyta szefa CIA Johna Ratcliffe’a w Moskwie, świadcząca o otwarciu Waszyngtonu na dialog z Federacją Rosyjską. Natomiast na poziomie cywilizacyjno-kulturowym impulsem dla naszego otwarcia na Rosję winna być jednoczesna w niej wizyta wysłannika Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej, arcybiskupa Paula Gallaghera, określona w serwisie informacyjnym Watykanu „Vatican News” mianem „misji pokoju i dialogu”.

prof. dr hab. Anna Raźny

Prof. dr hab. Anna Józefa Raźny (ur. 2 lutego 1944 roku w Batowicach) jest jednym z najwybitniejszych rosjoznawców i politologów. Przez wiele lat była związana naukowo z Uniwersytetem Jagiellońskim (UJ), gdzie pełniła m.in. funkcję dyrektora Instytutu Rosji i Europy Wschodniej. Jest członkiem Rady Fundacji Narodowej im. Romana Dmowskiego.

Tekst przemówienia na zjazd Klubów Myśli Polskiej w Garcynie.

Zełenski chce nas wkręcić w wojnę?

Zełenski chce nas wkręcić w wojnę?

Tuuuskkk

13 września, wpis nr 1425

Ostatnio prezydent Ukrainy Zełenski ostrzegł, żeby cywilne samoloty nie latały nad Rosją, bo może się przydarzyć krzywda, gdyż niebo nad matuszką Rassiją jest tak gęste od ukraińskiej nawały dronów i rakiet, że może dojść do nieszczęścia.

Można na te oświadczenie patrzeć się z kilku punktów widzenia. Po pierwsze – że to racja, po drugie, że to… troska Zełenskiego o rosyjskich pasażerów, których pewnie prezydent Ukrainy w rzeczywistości utopiłby w łyżce wody. Trzecie wyjście – moim zdaniem najbliższe prawdy w tym „pakiecie” – to groźba. Zełenski mówi, że może być nieszczęście niby na zapas i z troską, ale aspekt straszenia i to cywilów jest tu wyraźny.

Na cywila

Druga wojna ukraińska przeszła już dość dawno w wyraźną fazę, w której obiektem ataków jest ludność cywilna. I to po obu stronach. Na razie chodzi tu o tzw. zawoalowane groźby, bez szerszych ataków bezpośrednich, ale i tu sama groźba ma wywrzeć demoralizujący wpływ na morale ludności. A ta wojna w szczególności nas nauczyła, że wysiłek wojenny jeśli nie jest udziałem całego społeczeństwa, to nawet przy super armii nie ma szans na sukces. Jest to więc działanie stricte wojenne. Zwłaszcza w wojnie na wyniszczenie zasobów, z jaką mamy do czynienia. Po zawaleniu się idei „błyskawicznej operacji specjalnej” okazuje się, że głównym zasobem nie są tanki i amunicja, ale cierpliwość społeczeństwa. O to teraz jest gra.

Ale już nie tylko wojna ukraińska pokazuje nam ostatnio, że scenariusz, że tak powiem, irański nie daje gwarancji powodzenia. Przypomnieć należy że z kolei Trumpa pomysł na „błyskawiczną operację wojskową” polegał na tym, że zdekapituje się władze, wstrząśnie infrastrukturą Iranu do poziomu zapaści podstawowych usług państwa i lud wyjdzie na ulicę, wzburzony, a może tylko głodny. I obali przegrywów we władzach, choćby tylko by ratować własną, egzystencjalną skórę. Ten pomysł nie udał się, jak kiedyś pomysł Hitlera, by tym samym sposobem, przez codzienne naloty, rzucić na kolana Anglię. Zresztą alianci Niemcom odpłacali później w ten sam sposób. W obu tych wypadkach – angielskim i irańskim – skończyło się to konsolidacją narodu wokół flagi państwowej. Czy tak jest w obu przypadkach u Ukraińców i Rosjan?

Popatrzmy – jeśli Zachód liczy na zbuntowane tłumy na rosyjskich ulicach, to można tylko pogratulować niewiedzy lub/i naiwności. Putin dobrze stoi w sondażach, zwłaszcza, że unika mobilizacji, posługuje się najemnikami, szczególnie niewyczerpanym rezerwuarem wojsk Korei Północnej. Dla wielu Rosjan była to zdalna wojna, widziana w telewizorach i sprowadzona do kupowania mięsa armatniego od ochotników z zapyziałych regionów rosyjskiego imperium. Prędzej tam, jeżeli już, Zachód może liczyć na pałacowy zamach na Kremlu, ale musimy wziąć tu pod uwagę jedno zastrzeżenie. Jeżeli ktoś w ogóle krytykuje w Rosji Putina, to głównie z tego powodu, że się za bardzo z Ukrainą certoli. Tak, nad Kremlem krążą jastrzębie, które popychają do eskalacji, łącznie z walnięciem nukiem. Jeśli już, zakładajmy, miałoby dojść do zmiany Putina za pomocą wewnętrznej intrygi, to władze przejmie grono eskalacyjne, a to nie jest (chyba?) intencja Zachodu, tym bardziej (chyba?) Ukrainy.

Niechęć do pokoju

Cały czas się tu zastrzegam z tymi „chyba”, bo możliwy jest (i omawiany) inny scenariusz końca tej wojny. Otóż może Zachód, a także sam Zełenski nie są zainteresowani jakąkolwiek formą pokoju, tylko „wieczną wojną”, wszak to wojna na wyniszczenie. I im dłużej trwa tym bardziej wygrywa ten z lepszymi zasobami. Zachód może myśleć, że zajedzie Rosję, że ta nie wytrzyma materiałowo, ale i… moralnie, w obszarze recepcji społecznej. Ale to zgubna raczej strategia, bo może i lud wyjdzie na ulicę, może się tam na Kremlu zamachną z poduszką na Putina, ale wtedy władze – również w imieniu tłumu – przejmą jastrzębie i może jeszcze zatęsknimy za Putinem, który nagle nie okaże się wariatem, ale całkiem miłym koncyliacyjnym władcą. A więc jeśli Zachód i Zełenski nie chcą pokoju, to idą po cienkiej linie, gdyż eskalacja może doprowadzić Rosję, również z powodów wewnętrznych nastrojów, do działań desperacko agresywnych. I może o to chodzi i Zachodowi, i Zełenskiemu? Wtedy dopiero palec międzynarodowego oburzenia wreszcie wskazałby na Rosję, jako brutalnego agresora, którego popchnie się do działań jeszcze bardziej agresywnych.

Pojmowanie Rosji jako agresora trochę się stępiło obecnie, kiedy walki utknęły na stabilnych frontach, zaś Ukraina odpłaca Rosji dalekosiężnie (za pomocą głównie zachodniej broni) jak równy z równym. Ciężko więc utrzymać jednoczesną narrację, że Ukraina zwycięża, Putin się wali i w tym samym momencie odgrywać rolę bezbronnej ofiary. A jakby Putin walnął nukiem, albo sprawdził NATO na Bałtach, to by się podniosło, przycichłe obecnie, larum. A więc eskalacja jest na rękę wszystkim, pytanie tylko czy Putinowi?

Ukraińcy

Rozważaliśmy tu sytuację rosyjskiego narodu w jego reakcjach na wojenne przygody, wzmacniane przez Kijów. Trzeba teraz zajrzeć do Ukraińców. Cywile też, symetrycznie, są celem ataków Putina. Cywile, a zwłaszcza ich morale. Tam zaangażowanie Ukraińców jest bezpośrednie, szczególnie na froncie. Zagony najemników są symbolicznie małe, trzeba się wspierać rodzimym narybkiem, a ten jest coraz częściej zapraszany na front w formie ulicznych łapanek. Na to liczy Putin, na wyczerpanie się najważniejszego wojennego zasobu – siły żywej, głównie w postaci matek i żon, które jak widać na filmach bronią swoich przed „busikowym” poborem. Zachód może (do czasu) zasilać Ukrainę w sprzęt i amunicję, ale braków w sile żywej to nie zastąpi. (Jest jeszcze dość smutne zastrzeżenie, że jak się Ukraińcom skończą ludzie, to może Zachód sięgnąć zgadnijcie do jakich zasobów?) Dlatego jak Putin deklaruje, że planuje zbierać na „po wyborach” po 300-400.000 żołnierzy rocznie, to oznacza to złe wieści nie tylko dla ukraińskiego frontu.                

No, trzeba postawić pytanie czy przypadkiem i Putin nie liczy na wariant irański, tak jak Zachód, czyli, że naród ukraiński się wkurzy i pogoni prezydenta-komika? Mamy tu też kilka możliwości i to nie tylko z teorii, ale z przesłuchów. Może w ogóle nie dojść do tego scenariusza, choć wyraźnie obecna strategia Putina to „przygotowania do zimy”. To znaczy Rosjanie rozwalają infrastrukturę „na zimę”, przygotowując ciężkie zimowe czasy dla Ukraińców. Ci mają już nie wytrzymać.

Ale wiadomo – motywacje napadniętego są bardziej wartościowe: bronimy się, niecny wróg, nasi dobrzy, nawet jak źli – wewnętrznie rozliczymy się po wojnie. Pamiętamy przecież o polskich przykładach rachunków krzywd wewnętrznych, których „obca dłoń nie przekreśli”, ale „krwi nie odmówi nikt”… Obiecanki cacanki, a po wojnie rozliczył nasze krzywdy ktoś inny, spoza nas. Pamiętacie to? To nie wiersz tylko, ale mechanizm, który funkcjonuje w czasie wojny i jest to mechanizm znany władzy i przez nią wykorzystywany do bólu. Bólu całego narodu.

Warianty dodatkowe

Drugi wariant głosu ludu jest taki, że… da się go zorganizować. Jak dotąd, po rewelacjach od pani Wiktorii Nuland z CIA, okazało się, że z tymi spontanicznymi rewolucjami Ukraińców to naiwne mity. Nawet nie wystarczające by „wymienić” koszmarny mit narodowy banderowców. Jak się dało, okazuje się, że za parę drobnych miliardów, zorganizować zmianę władzy w Kijowie, to można zrobić to i teraz. I nie koniecznie muszą to zrobić albo ci z europejskiego Zachodu czy amerykańskiego Waszyngtonu, bo Zełenski jakoś im obecnie pasuje, ale może to być przewrót w wyniku walki pomiędzy grupami oligarchicznymi, oczywiście „pod kryszą” którejś z koterii zachodnich. Ale i tu – nie bez udziału spontanicznego jak najbardziej tłumu, który powróci do zawieszonych na czas wojny „rachunków krzywd”.

Trzeci wariant, można rzec historyczno-analogiczny to sytuacja, którą widzieliśmy już na kartach historii. Otóż z okopów, po jakiejś formie zawieszenia broni, wracają styrani żołnierze. Jest to dla państwa bardzo wrażliwy moment – bo trzeba postawić pytanie: jacy oni wracają z tej przygody? Zmęczeni, w oczekiwaniu na odpoczynek w ramionach swych żon (często w Polsce, co ma pewne niemiłe dla nas smaczki)? Czy jest to wojsko wkurzone (może i uzbrojone, a na pewno zaprawione w boju) i wkurzone na kogo? Dalej na Rosjan, czy może na Zełenskiego i jego ludzi, którzy nie tylko mogli podpisać porozumienie stambulskie w trzecim miesiącu wojny i z milion, jak nie więcej Ukraińskich, trupów temu? Czy będą chcieli wystawić rachunki za korupcyjne obrywy oligarchów z pieniędzy na pomoc humanitarną, a co gorsza – militarną?

A może poda się im winowajcę zastępczego, np. Polskę, nad czym od afery z Orderem Orła Białego Ukraina pracuje systematycznie i bezwzględnie, podczas kiedy my tylko łapiemy upuszczane przez nią talerze ze stołu aktywnej narracji? Pytanie jest zasadnicze – czy ideolo banderowskie jest w duszach okopowych obecnie żywe, czy tylko dotyczy jakichś azowowskich oddziałów aberracyjnych, z wytatuowanymi swastykami pod pachą i w sercach? Bo jeśli banderyzm jest jedyną motywacją do walki, to po pokoju – jak przyjadą do swych, jak słyszymy bitych przez Polaków żon – to z kogo będą niezadowoleni? Gdzie będą szukali winnych swej sytuacji? W obcym kraju, bez zniszczonej ojczyzny, w państwie polskich panów, Lachów-ksenofobów, którzy zamiast pomagać w walce za „wolność waszą i naszą” używali ichnich żon do prac ponurych, zabrali im socjal, i pluli na nie na ulicach? Gdzie będą mogli wyładować swą ostrzelaną frustrację, skoro nie będą mogli jej wyładować na Zełenskim?

Granice eskalacji

Zaczęliśmy od omówienia groźby Zełenskiego co do lotnictwa cywilnego. Jesteśmy więc bardzo blisko horyzontu, kiedy można przekroczyć granice eskalacji w sposób nieodwracalny. Ale zastanówmy się przez chwilę. Zełenskiemu zależy na takiej eskalacji, by wciągnąć Zachód do tej wojny w tzw. sensie kinetycznym. Bo Zachód wojuje aktywnie z Rosją w sposób już uznany międzynarodowo za udział w wojnie jako strona. Udostępnianie przestrzeni do przelotów, zaopatrywanie frontu, produkowanie na własnym terytorium na potrzeby frontu, szkolenia i ćwiczenia, transfer technologii, wywiadowcza świadomość sytuacyjna na terenie przeciwnika, tzw. targeting, czyli de facto celowanie ze swego terytorium – czegóż trzeba więcej, by to zakwalifikować – również przez Rosję – jako bezpośredni udział w wojnie?

Rosja w świetle prawa międzynarodowego może uznać w każdej chwili Zachód za stronę w tej wojnie, z bardzo przykrymi konsekwencjami. A to, że tego nie robi do tej pory – łącznie z tymi konsekwencjami – dowodzi tylko, że nie chce rozszerzenia tej wojny. O czym wiedzą… nasi przywódcy, którzy straszaka wojennego, tak jak kiedyś kowidowego, używają do powiększenia swej władzy nad obywatelami i realizacji już nie federalnego, ale centralistycznego scenariusza Brukseli.

Zełenski jest więc, również z powodów osobistych, zainteresowany rozszerzeniem tej wojny. Bo jakby się włączył w to Zachód, to nikt by już nie pytał o złote kible jego kolegów, za które można było kupić parę transporterów na jeden sanitariat. Zacząłby się taki zamęt, że nikt by już nie spoglądał w przeszłość. Uwaga – i ja to rozumiem. Tak rozumiem, że jest to Zełenskiego interes i trzeba o tym pamiętać jak się patrzy na ruchy ukraińskich władz. Mają to cały czas w głowie jako główny punkt ciężkości swej strategii. Przy takim myśleniu można już strzelić w Przewodowo, wypuścić, albo tylko wpuścić, stadko styropianowych dronów, czy wyciąć szynę kolejową.

Tu większy interes ma Zełenski niż Putin: dla Zełenskiego to upragnione zbliżanie się do artykułu piątego traktatu NATO, zaś dla Putina to nie tylko testowanie gotowości odpornościowej Zachodu, ale i groźba „obudzenia” się śpiącego dinozaura. Moim zdaniem trzeba to brać pod uwagę i tak czytać – bez moralnego podejścia – strategię ukraińską. Sam bym tak robił na ich miejscu. A tam króluje korupcyjny pragmatyzm, nie nasze podejrzenia o moralne motywacje działań wojennych.

I jeżeli interesem Zełenskiego jest umiędzynarodowienie tej wojny, to nasz interes jest dokładnie odwrotny. Tyle czy realizowany?

Wrzesień 1939

Pamiętacie czasy Września’39? Polska też robiła wszystko by umiędzynarodowić swoją przegraną pozycję. Ale – tu pech – my w odróżnieniu od Ukrainy mieliśmy traktaty i gwarancje bezpieczeństwa ze strony Zachodu. I to, że na nich polegaliśmy, to dlatego też między innymi polegliśmy w tym względzie. Po prostu sprawę załatwiono traktatowo, a nie „w realu”. Na atak na Polskę Francja i Wielka Brytania zachowały się traktatowo, wypowiedziały wojnę Hitlerowi i… poszły do domu się zbroić. I tak zeszedł rok „dziwnej wojny”, my zaś posłużyliśmy za „próg spowalniający” dla Hitlera. Za naszą zdradzoną krew Zachód kupił sobie trochę czasu na dozbrojenie. Francja nie zdążyła, Anglicy – tak.

A trzeba nam było wtedy przebrać paru komandosów w mundurki „ze sklepu wędkarskiego” i przyatakować taki Paryż czy Londyn i wciągnąć towarzystwo do wojny. Ale u nas myślano elegancko – honorowo i traktatowo. I co dostaliśmy za to od Zachodu na koniec zwycięskiej przecież wojny? Jałtę, nieobecność na defiladzie zwycięstwa polskich żołnierzy, by nie drażnić Stalina, który akurat to miał gdzieś. I jeszcze uwaga! – rachunek za nasz wysiłek wojenny na Zachodzie wystawiony nam (sic!) w postaci zarekwirowania polskich zapasów złota zgromadzonych w Wielkiej Brytanii.

Co ma Ukraina? Ano nie ma żadnych traktatów gwarancji bezpieczeństwa, nie ma więc na czym romantycznie i moralnie polegać. Polega więc na sobie. Nie wie, a może wie, tylko jej władze udają, że nie wiedzą, bo ich to nie będzie osobiście dotyczyć, że i tak zostaną oddani na pożarcie. Tym bardziej Zełenski będzie więc eskalował wojnę, by ta się rozszerzyła i nie ma co mu się dziwić. To desperacja, miotanie się w saku. Jeśli ta wojna się rozszerzy, to tylko na wymiar uzupełnienia „siły żywej” głównie o Słowian, użytych nie pierwszy raz do zachodniego pochodu na Rosję. A to, że i u nas są ochoczy do tego politycy i ich przerażająco głupi akolici, to osobna sprawa. Tych, jak dożyją, zobaczymy jeszcze w pierwszych szeregach narracji „a nie mówiliśmy, że będzie wojna”? Choć sami do tej wojny parli wdeptywaniem w ziemię Putina, własną słabością i służalczością klienta wobec swego zagranicznego patrona. Pal ich tam licho, ale dlaczego wciągnięto w to cały naród, bo nawet niechciana wojna – dotyczy go w całości?

Second to fight?

Pozostaje już tylko smutna satysfakcja, że to tym razem Ukraina, nie my, poszła jako pierwsza na ten front. Tym bardziej musimy Ukraińcom nie tyle współczuć, co ostrzegać ich przed tym, nieznanym im jako twór państwowy zdradzonego narodu, scenariuszem, który ćwiczyliśmy w swej historii przez stulecia. Słaba, jako się rzekło to satysfakcja, że inni idą naszą krwawą ścieżką. My idziemy bowiem zaraz za nimi, w drugim szeregu. 

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Dugin. Walka Rosji o suwerenność gospodarczą – strategia albo śmierć

Aleksander Dugin. Walka Rosji o suwerenność gospodarczą – strategia albo śmierć

Posted by Marucha w dniu 2026-09-12 marucha/aleksander-dugin-walka-rosji-o-suwerennosc-gospodarcza-strategia-albo-smierc

Aleksandr Dugin ostrzega, że ​​Rosja musi wyjść poza model substytucji importu i osiągnąć autarkię — w przeciwnym razie ryzykuje utratą niepodległości i przyszłości.

Po raz kolejny [rosyjski politolog] Czadajew ma całkowitą rację co do substytucji importu. Od lat 90. i 2000. liberalni globaliści – zagraniczni agenci w sferze gospodarczej – przekonywali nasze władze, że przystąpienie do międzynarodowego podziału pracy jest korzystne, podczas gdy autarkia oznacza stagnację i ślepą uliczkę.

Integracja z globalnymi łańcuchami wartości, jak twierdzili, to rozwój i modernizacja; nie ma alternatywy. Każdy, kto twierdził inaczej – Głazjew, Katasonow, Dieliagin, Chazin, Gałuszka – był demonizowany, wyśmiewany i spychany na margines. Samo słowo autarkia i doktryna Friedricha Lista o „samowystarczalności dużych przestrzeni” wciąż stanowią tabu. Oznacza to, że nasza gospodarka jest od samego początku nastawiona na odrzucenie pełnej suwerenności gospodarczej i technologicznej.

Po rozpoczęciu Specjalnej Operacji Wojskowej i fali sankcji, pewne rzeczy się zmieniły. Anatema autarkii nigdy nie została zniesiona. Nowa linia była po prostu taka, że ​​zintegrujemy się – bez Zachodu. Odpowiedzią stała się substytucja importu.

To działanie krótkoterminowe i uzasadnione. Musimy walczyć i zwyciężyć teraz, a poprzednie pokolenie ekonomistów zniszczyło już autarkiczną bazę potrzebną do tego, pozostawiając Rosję uzależnioną od globalnych łańcuchów dostaw. Zachód przerwał te łańcuchy; wszyscy ruszyli na Wschód – albo z powrotem na ten sam Zachód okrężnymi drogami.

Liberalni ekonomiści posługiwali się fałszywym argumentem dla wywrotowych celów: udział w światowym podziale pracy (w globalizacji) to rozwój; autarkia to stagnacja i upadek. Czadajew i przykład Chin – i nie tylko Chin – pokazują coś innego.

Traktuj autarkię jako platformę ekspansji – nie jako całkowicie zamknięte państwo komercyjne Fichtego (które również może działać, jak argumentowali Silvio Gesell i Ezra Pound), ale jako budowę bazy eksportowej dla rynków zewnętrznych. Rozwijające się państwa cywilizacyjne, a także państwa zwyczajne, mogą z łatwością pomóc. Wtedy autarkia nie jest już ślepą uliczką. Staje się trampoliną do prawdziwej suwerenności i światowej potęgi.

To, co robimy, to wciąż taktyka. W latach 90. była to taktyka samozniszczenia; od lat 2000. taktyka zachowania i umocnienia suwerenności. Te rezerwy taktyczne są wyczerpane. Nie wystarczają już, by uczynić Rosję wielką, wygrać decydującą wojnę ani utrzymać pozycję lidera w nowej architekturze porządku światowego. Potrzebujemy strategii: pełnej strategii suwerenności. Obejmuje to autarkię.

Oznacza to, że jakkolwiek nieopłacalne w krótkiej perspektywie wydaje się przetwarzanie naszych pierwiastków ziem rzadkich lub produkcja własnych mikroprocesorów i procesorów kwantowych, to właśnie to należy zacząć systematycznie. Dziś – ani chwili później. I zrobić to porządnie. Tutaj wszystkie środki są dozwolone. Nie tylko walić pięścią w stół. Aby kogoś obudzić, czasami trzeba posunąć się do skrajności.

Musimy jasno zrozumieć, do czego dąży Zachód. Kapitał dyktuje zastąpienie ludzi sztuczną inteligencją i robotami. Zapotrzebowanie kapitału na ludzi szybko maleje. Marks uchwycił coś z nihilistycznego rdzenia kapitalizmu. Nick Land ma bardzo dobre wyczucie tego samego w obecnych warunkach. Kapitał ma strategię i podąża za jej schematem.

Jeśli nadal nie mamy strategii, nie mamy szans na przetrwanie. Zasób posunięć taktycznych i wszelkie pozostałe możliwości polegania na spuściźnie sowieckiej autarkii socjalistycznej są wyczerpane. Strategia albo śmierć.

(Przetłumaczone z rosyjskiego)
https://www.multipolarpress.com/p/russias-fight-for-economic-sovereignty

https://gazetawarszawska.com

السعودية خسرت حرب أربعة أيام كل ما راكمته في حرب اليمن منذ عام

Saudyjczycy stracili wszystko, co zgromadzili w wojnie w Jemenie od 2015 r., w ciągu zaledwie czterech dni.

Saudyjczycy stracili wszystko, co zgromadzili w wojnie w Jemenie od 2015 r., w ciągu zaledwie czterech dni.

Bez przesady i dramatyzmu: aby zrozumieć, jak katastrofalne w skutkach są dla Arabii Saudyjskiej wydarzenia w Jemenie, należy najpierw zrozumieć kontekst samej wojny w Jemenie.

W marcu 2015 roku Arabia Saudyjska rozpoczęła operację Resolve Storm, tworząc wielonarodową koalicję wojskową pod swoim dowództwem w celu walki z Ansar Allah.

Lata wcześniej Ansar Allah była grupą skoncentrowaną głównie w Saadzie i północnym Jemenie. Prowadziła kilka wojen z armią jemeńską pod dowództwem Alego Abdullaha Saleha. Reżim Saleha wykorzystywał wojnę z Ansar Allah – a także walkę z Al-Kaidą i innymi grupami zbrojnymi – jako element relacji bezpieczeństwa ze Stanami Zjednoczonymi i w celu zapewnienia sobie wsparcia ze strony Waszyngtonu.

Jednakże po tzw. Arabskiej Wiośnie i upadku starego systemu politycznego w Jemenie, sytuacja zmieniła się radykalnie w krótkim czasie.

Ansar Allah zdołało posunąć się na południe od Saady, zdobyć Sanę w 2014 r. i kontynuować natarcie, aż niemal dotarło do Adenu.

W tym momencie interweniowała Arabia Saudyjska.

Zdobycie Adenu przez Ansar Allah oznaczało, że ruch ten był o krok od przejęcia kontroli nad większością Jemenu – w tym nad jego portami i strategicznie ważnymi obszarami nad Morzem Czerwonym, Cieśniną Bab al-Mandab i Zatoką Adeńską.

Początkowo interwencja saudyjska rzeczywiście zakończyła się sukcesem: Siły Ansar Allah zostały odparte od Adenu. Następnie wojska wspierane przez Arabię ​​Saudyjską i Zjednoczone Emiraty Arabskie odbiły części południowego i zachodniego wybrzeża. Po tym linia frontu ustabilizowała się, a Jemen pogrążył się w długiej wojnie na wyniszczenie.

Jednak w ciągu ponad dziesięciu lat wojny, pomimo środków finansowych, samolotów i broni, a także wsparcia politycznego i militarnego, Arabia Saudyjska, Emiraty i ich sojusznicy nie zdołali zdobyć Sany, zniszczyć Ansar Allah ani odzyskać większości terytoriów kontrolowanych przez ten ruch.

Najważniejszym osiągnięciem było przejęcie kontroli nad zachodnim wybrzeżem na południe od Al-Hudajdy aż po Al-Mukha, Dhubaab, Bab al-Mandab oraz okoliczne obszary i wyspy.

Obszar ten stanowił praktycznie najważniejszy militarny zysk terytorialny, jaki Arabia Saudyjska i jej sojusznicy osiągnęli w zachodnim Jemenie w ciągu dziesięciu lat wojny.

I dokładnie to się teraz zmieniło: Ansar Allah potrzebowało zaledwie kilku dni, aby niemal całkowicie odzyskać ten obszar.

W ciągu tygodnia intensywnych działań ofensywnych załamał się front, który Arabia Saudyjska i jej sojusznicy budowali i zabezpieczali przez lata.

A to jest prawdziwa katastrofa dla Arabii Saudyjskiej.

Aby to zrozumieć, trzeba wziąć pod uwagę znaczenie samego zachodniego wybrzeża.

Jednym z najważniejszych miast Jemenu, które w ostatnich latach pozostawało poza kontrolą Ansar Allah, jest Al-Mukha – nie tylko dlatego, że jest miastem nadmorskim, ale również dlatego, że ma ważny port i znajduje się przy głównej drodze do Bab al-Mandab.

W ostatnich latach Ansar Allah kontrolował port Al-Hudajda i ograniczony pas wybrzeża na północy. Z tego obszaru ruch ten przeprowadził większość operacji morskich przeciwko statkom powiązanym z Izraelem od początku wojny w Strefie Gazy w 2023 roku.

Stamtąd następnie rozwinęła się bezpośrednia konfrontacja ze Stanami Zjednoczonymi i Wielką Brytanią na Morzu Czerwonym.

Jednakże Ansar Allah działała z relatywnie ograniczonego obszaru geograficznego.

Ruch musiał użyć rakiet balistycznych dalekiego zasięgu, pocisków manewrujących, dronów i broni morskiej, aby dotrzeć do statków położonych dalej na południe lub w pobliżu Bab al-Mandab.

Niemniej jednak Ansar Allah udowodnił, że Ruch ten jest w stanie zakłócić transport morski i zmusić duże firmy do zmiany tras.

Jednak wdrożenie bardziej kompleksowej blokady – zwłaszcza wobec saudyjskich tankowców – było znacznie trudniejsze, dopóki Al-Mukha, znaczna część zachodniego wybrzeża i Bab al-Mandab pozostawały poza ich kontrolą.

Powodem jest to, że Arabia Saudyjska do tej pory mogła efektywnie transportować ropę naftową przy użyciu własnych tankowców, dzięki czemu nie musiała się tak bardzo martwić rosnącymi kosztami ubezpieczeń morskich.

I dokładnie to się teraz zmieniło.

Od początku wojny Arabia Saudyjska nałożyła daleko idącą blokadę na Jemen, a zwłaszcza na obszary kontrolowane przez Ansar Allah. Rijad nałożył ograniczenia na lotnisko w Sanie, ruch portowy oraz przepływ towarów, dochodów, wynagrodzeń i całej gospodarki, wykorzystując tę ​​blokadę jako narzędzie do osłabienia rządu w Sanie i przytłoczenia go problemami gospodarczymi.

Ansar Allah podjęła wówczas decyzję – jak powszechnie wiadomo – o nałożeniu blokady morskiej na Arabię ​​Saudyjską, aby zmusić Rijad do zniesienia blokady obszarów kontrolowanych przez Ansar Allah.

Ansar Allah sprawuje teraz ścisłą kontrolę nad zachodnim wybrzeżem Jemenu i bramami Bab al-Mandab. To znacznie zwiększa ich możliwości monitorowania żeglugi i stwarzania zagrożenia dla statków i tankowców w porównaniu z rokiem 2023.

I właśnie w tym momencie stają się widoczne pełne konsekwencje tego, co wydarzyło się w Arabii Saudyjskiej.

Ponieważ Arabia Saudyjska, która do tej pory była w stanie transportować dużą część swojej ropy naftowej przez cieśninę Bab al-Mandab pomimo blokady jemeńskiej, nie będzie już mogła tego robić tak łatwo w nowych warunkach militarnych.

Źródło: السعودية خسرت حرب أربعة أيام كل ما راكمته في حرب اليمن منذ عام

Jemen wstrząsa Bramą Łez

Jemen wstrząsa Bramą Łez

Pepe Escobar

Ansarallah może sobie teraz pozwolić na utworzenie punktu poboru opłat – prawdopodobnie wieloetapowego – w Bab al-Mandab, jeśli tak zdecyduje .

Nie mniej niż 25 lat po 11 września anioł historii zadaje kolejny potężny cios. Pięć lat temu byliśmy świadkami zdumiewającego upokorzenia imperialnego w Afganistanie, dokonanego w ciągu kilku dni. Teraz jesteśmy świadkami zdumiewającego upokorzenia wasala syndykatu Epsteina, Arabii Saudyjskiej, w Jemenie – również dokonanego w ciągu kilku dni.

Serie upokorzeń nękają teraz imperium niczym zaraza – a nie wspomnieliśmy nawet o zbliżających się stratosferycznych, strategicznych, bliźniaczych klęskach w Azji Zachodniej i na czarnej ziemi Noworosji. W starożytnym Rzymie, gdzie obowiązywała zasada „dziel i rządź”, głowy cesarzy obcinano za znacznie mniejsze pieniądze.

Całkowity upadek saudyjskich gangów najemników w Jemenie postępuje tak szybko, że nawet media głównego nurtu syndykatu Epsteina zmuszone są to przyznać. „Rolling Thunder” Ansarallah zdobywa miasta i wyspy, bierze do niewoli tysiące bandytów, uwalnia wszystkich więźniów – i udziela im amnestii – przejmuje kontrolę nad nieznaną liczbą amerykańskich czołgów i broni – Afganistan Reloaded – i jest okrzyknięty wyzwolicielem jemeńskiej ziemi przez całe plemię.

I oczywiście Ansarallah oficjalnie przejęła pełną kontrolę (podkreślenie moje) nad mega-strategicznym Bab al-Mandab, „Bramą Łez”.

Jeśli chodzi o kultowe obrazy: Mohammed al-Houthi, kuzyn Najwyższego Przywódcy Abd al-Malika al-Houthi, został sfotografowany w wyzwolonym Al-Dżarrahi, prowadząc jeden z niezliczonych pojazdów opancerzonych pozostawionych przez kontrolowane przez ZEA gangi najemników.

Informacje wywiadowcze stojące za operacją „Rolling Thunder” Ansarallah – opisywaną jako największa operacja masowego pojmania w historii współczesnej wojny – były starannie skoordynowane z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC).

Oś Oporu doskonale zdawała sobie sprawę, że po niszczycielskich atakach Iranu na bazy w Jordanii, możliwości Stanów Zjednoczonych w zakresie pomocy Saudyjczykom w zapobieżeniu jemeńskiemu najazdowi były mocno ograniczone.

Był to potężny atak wzdłuż całego zachodniego wybrzeża Jemenu: od Hays przez Al-Khokha i Al-Mokha do Al-Wazi’iyah, wliczając w to obozy wojskowe Khaled i Dżabal an-Nar, a także wyspy na Morzu Czerwonym.

Hizam al-Assad, członek biura politycznego Ansarallah, potwierdził w wywiadzie dla Al-Mayadeen „strategiczne znaczenie” całego zachodniego wybrzeża, „oraz regionu Al-Khokha, regionu Hays i regionu Al-Mafqa aż do Dhabab i Miyyun, a także jemeńskich wysp na Morzu Czerwonym”.

Hizam al-Assad wyjaśnił również, że Saudyjczycy podjęli próbę „stworzenia pewnego rodzaju podziału społecznego w tych regionach, czy to poprzez ich „Daeszizację”, czy też poprzez zaostrzenie licznych regionalnych, wyznaniowych i religijnych osobliwości”.

Kontekst ma kluczowe znaczenie. W 2015 roku Rijad zorganizował arabską wersję „koalicji chętnych”, której celem było w zasadzie wydalenie Ansarallah/Huti ze stolicy, Sany.

Kolosalna porażka – nawet pomimo blokady jemeńskich portów i bezpardonowych bombardowań (pokazano mi kilka celów, z których część została odbudowana, od Sany po Saadę). Od 2022 roku istniało swego rodzaju nieoficjalne zawieszenie broni na mocy listu intencyjnego. Saudyjczycy zerwali je w lipcu, atakując pas startowy na lotnisku w Sanie.

Jak wygraliśmy na Zachodnim Wybrzeżu

Hizam al-Assad potwierdził: „Mieliśmy oceny, że okupant załamie się od wewnątrz w tych regionach (…). Założyliśmy, że ludność zbuntuje się i go wypędzi (…). Wycofanie się wroga było rzeczywiście szybkie i chaotyczne (…). Wróg nie ma żadnych ukrytych sojuszników w Jemenie, a zwłaszcza lokalne narzędzia, które realizują saudyjskie plany dla pieniędzy”.

Zachodnie przedstawienia jemeńskiej „agresji” po raz kolejny nie sięgają nawet poziomu absurdu. Hizam al-Assad jasno stwierdza: „Prowadzimy działania, które wymuszają równanie »blokada po blokadzie« i »eskalacja po eskalacji«, i to jest nasz główny cel. Gdyby wróg Arabii Saudyjskiej nie próbował zakłócić tego kursu i złamać tego równania (…), nasz kurs jest jasny: odebrać Jemenowi należne prawa i przełamać blokadę nałożoną na nasz kraj przez wroga Arabii Saudyjskiej”.

Marynarka Wojenna USA została wcześniej wyparta z Morza Czerwonego przez zaawansowane jemeńskie siły zbrojne – w tym pociski hipersoniczne, w 100% produkowane w kraju. Wygląda na to, że Rijad nie wyciągnął wniosków z tej sytuacji.

Jemenskie siły zbrojne potwierdziły, że Saudyjczycy przeprowadzili dziesiątki ataków powietrznych „w prowincjach Ta’izz, Al-Hudajda, Marib i Al-Dżawf” przy użyciu myśliwców F-15 i Typhoon, wystrzelonych z bazy lotniczej King Fahd w Ta’if i bazy lotniczej King Khalid w Chamis Mushait.

Niezłomny rzecznik jemeńskich sił zbrojnych, generał brygady Yahya Saree – którego miałem przyjemność poznać osobiście w Jemenie w zeszłym roku – potwierdził, że jemeńskie rakiety ziemia-powietrze zmusiły Saudyjczyków i ich najemników do opuszczenia bazy w Taiz, jednej z baz zaprojektowanych specjalnie w celu wywierania presji na Jemen.

Taiz ma kluczowe znaczenie: jest jednym z największych miast w Jemenie. Ansarallah ma teraz pełną kontrolę – ogromny zysk strategiczny.

Pod względem strategicznego położenia, niewiele może się równać z wyspą Mayun – znaną również jako Perim – położoną w sercu cieśniny Bab al-Mandab. Znajduje się tam lotnisko wojskowe i baza wojskowa zbudowana przez Zjednoczone Emiraty Arabskie we współpracy z Izraelem, wyposażona w najnowocześniejszą broń. Wszystko to jest obecnie własnością Ansarallah.

Ponieważ Ansarallah kontroluje teraz praktycznie całe zachodnie wybrzeże, do zdobycia pozostały zasadniczo tylko Marib – ze względu na złoża ropy naftowej i gazu – oraz port Aden, gdzie skoncentrowana jest większość sił najemników wysłanych przeciwko Sanie.

Dylemat Arabii Saudyjskiej: przegrany-przegrany

„Rolling Thunder” Ansarallah komplikuje szachownicę w Azji Zachodniej – i poza nią – w naprawdę fascynujący sposób. Ceny ropy naftowej wymknęły się spod kontroli. Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej ostrzega przed użyciem nowej broni, która „doprowadzi imperialistów do zawału serca” – poprzez zerwanie chwiejnej amerykańskiej blokady morskiej.

Wielce chwalony sojusz obronny Mekka przeżywa pierwsze poważne bóle porodowe. Turcja jest już, w pewnym sensie, zaangażowana w wojnę Arabii Saudyjskiej z Jemenem – tureckie drony spadają z nieba w Jemenie jak muchy od tygodni. Pakistan ostrożnie ostrzegał, że pakt obronny może zostać aktywowany – tylko po to, by później się wycofać i wyjaśnić, że nie ma on zastosowania do istniejącej sytuacji (takiej jak wojna w Arabii Saudyjskiej, która rozpoczęła się w 2015 roku).

MbS powinien odbyć pielgrzymkę do Bramy, by opłakać swoje strategiczne łzy. Nic, co pochodzi z Arabii Saudyjskiej – nawet mewy – nie przejdzie przez Bab al-Mandab pod nadzorem sił jemeńskich.

A teraz połączmy to z Wielkim Wybuchem: skoordynowanym, wielokrotnym atakiem na rurociąg Abqaiq-Yanbu, który po zablokowaniu Cieśniny Ormuz stanowi ostatnią pozostałą drogę eksportu saudyjskiej ropy. Ogromna, stukilometrowa kolumna czarnego dymu unosząca się w pustynne niebo została uchwycona na zdjęciach satelitarnych Sentinel-3.

Konsekwencje: Oczekuje się, że koszty produkcji nawozów azotowych całkowicie wymkną się spod kontroli od Europy po Azję. Plony pszenicy, ryżu i kukurydzy z pewnością gwałtownie spadną – co zbiegnie się z gwałtownym wzrostem cen oleju napędowego. Nawadnianie i zbiory staną się przywilejem bogaczy.

Ansarallah ma teraz luksus ustawienia punktu poboru opłat – prawdopodobnie wieloetapowego – na Bab al-Mandab, jeśli tak zdecyduje. Jednak dla Rijadu nie będzie żadnych wyjątków; głupi Beduini z pustyni otrzymają po prostu listę surowych żądań.

Perspektywy Arabii Saudyjskiej są ponure, gdyż kraj ten znalazł się w najgorszej możliwej sytuacji: jego lądowa infrastruktura naftowa leży w ruinie, a morskie szlaki eksportowe są zablokowane.

Wyrok nie został jeszcze wydany.

Ale porusza się i przemawia w złowieszczy sposób, jakby Arabia Saudyjska miała zostać zniszczona i zamieniona w pustynne pustkowie – z korzyścią dla zwykłych podejrzanych. (Całkowite tłumaczenie 1:1 na język niemiecki, bez cięć i…)

Źródło: Pepe Escobar: Jemen wstrząsa Bramą Łez

Wspólna deklaracja krajów BRICS ujawnia poważne zmiany: niezależne systemy płatnicze, handel walutami krajowymi i opór wobec sankcji

Wspólna deklaracja krajów BRICS ujawnia poważne zmiany: niezależne systemy płatnicze, handel walutami krajowymi i opór wobec sankcji.

Deklaracja końcowa szczytu BRICS w New Delhi to coś więcej niż zwykły dyplomatyczny zbiór pięknie brzmiących deklaracji intencji. Rozłożona na 140 punktów, nakreśla strategiczny kurs: znacząco poszerzona grupa państw dąży do wzmocnienia wpływów Globalnego Południa, zmniejszenia jego zależności od zdominowanych przez Zachód struktur finansowych i handlowych oraz stworzenia własnych sieci gospodarczych.

Jednak wojna między USA a Iranem pokazuje również, jak daleko BRICS jest od zjednoczonego bloku geopolitycznego. Sam Iran jest członkiem BRICS, a Zjednoczone Emiraty Arabskie, bliski partner Waszyngtonu, również zasiadają przy stole negocjacyjnym. Samo osiągnięcie wspólnego oświadczenia uznano zatem za trudne z dyplomatycznego punktu widzenia. Agencja Reuters donosi o znaczących różnicach zdań w grupie w kwestii wojny z Iranem.

Rezultat jest zatem godny uwagi: BRICS nie wspiera militarnie Teheranu i nie wskazuje ani Waszyngtonu, ani Izraela jako agresora. Grupa wyraża jednak „głębokie zaniepokojenie” eskalacją na Bliskim Wschodzie, wzywa do zachowania największej powściągliwości i domaga się rozwiązania poprzez dialog, konsultacje i dyplomację.

Jednocześnie oświadczenie zawiera stanowiska mające bezpośredni wpływ na politykę nacisków Waszyngtonu wobec Iranu i Rosji.

Najważniejsze punkty deklaracji

  • Atak na politykę sankcji: BRICS potępia jednostronne sankcje gospodarcze i wtórne, o ile naruszają one prawo międzynarodowe, a w szczególności odrzuca sankcje, które nie zostały zatwierdzone przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Ma to bezpośredni wpływ na politykę sankcji Zachodu wobec Iranu i Rosji.
  • Iran nie powinien być izolowany, lecz zintegrowany: BRICS wyraźnie popiera przystąpienie Iranu do Światowej Organizacji Handlu. Grupa sprzeciwia się zatem trwałej izolacji gospodarczej Teheranu.
  • Płatności w walutach krajowych: Zadaniem Grupy Roboczej ds. Płatności BRICS jest opracowywanie rozwiązań dla płatności transgranicznych. Obejmuje to łączenie różnych systemów płatniczych i komunikacyjnych, a także przetwarzanie transakcji handlowych i inwestycji w poszczególnych walutach krajowych.
  • Dedykowana sieć bezpieczeństwa finansowego: Porozumienie BRICS dotyczące rezerw warunkowych ma na celu zwiększenie elastyczności i odporności na kryzysy. Nowi członkowie wyrazili zainteresowanie przystąpieniem. Jednocześnie trwają dyskusje na temat nowej platformy inwestycyjnej oraz dedykowanych struktur rozliczeniowych, depozytowych, ubezpieczeniowych i reasekuracyjnych.
  • Więcej władzy w MFW i Banku Światowym: BRICS domaga się większych praw głosu i silniejszej reprezentacji krajów wschodzących i rozwijających się. Istniejące instytucje nie powinny zostać po prostu zniesione, ale raczej powinny zostać zmienione ich struktury władzy, inspirowane Zachodem.
  • Jasne stanowisko w sprawie Bliskiego Wschodu: W odniesieniu do Gazy, BRICS domaga się przestrzegania międzynarodowego prawa humanitarnego i potępia między innymi ataki na ludność cywilną i infrastrukturę cywilną, a także stosowanie głodu jako broni wojennej. W Libanie Izrael jest wyraźnie wzywany do wycofania pozostałych wojsk okupacyjnych.
  • Własny handel i łańcuchy dostaw: Grupa dąży do rozwoju handlu między sobą i stworzenia bardziej odpornych łańcuchów dostaw. Ma to szczególne znaczenie strategiczne dla członków objętych sankcjami, takich jak Rosja i Iran.

Wojna z Iranem jest pierwszym poważnym testem wytrzymałościowym.

Właśnie tutaj słabość BRICS staje się widoczna.

Iran mógłby oczekiwać, że koalicja państw, które otwarcie sprzeciwiają się jednostronnym sankcjom i dominacji Zachodu, jednoznacznie poprze Teheran w wojnie. Właśnie to się nie dzieje.

BRICS wzywa do powściągliwości i dyplomacji, ale unika zjednoczonego frontu przeciwko USA. To nie przypadek. W ramach sojuszu istnieją bardzo różne interesy. Indie utrzymują ważne relacje z Waszyngtonem, podobnie jak Zjednoczone Emiraty Arabskie. Rosja i Chiny z kolei obierają znacznie bardziej konfrontacyjną linię wobec zdominowanego przez Amerykę porządku światowego.

Te różnice stanowiły już problem przed szczytem. Na spotkaniu ministrów spraw zagranicznych BRICS w maju 2026 roku nie osiągnięto wspólnej deklaracji. Istniały również istotne różnice między Iranem a Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. ( Polityka zagraniczna )

To jeden z głównych zarzutów wobec BRICS: Grupa ma ogromne znaczenie gospodarcze, ale nie ma wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa.

Proces de-dolaryzacji postępuje wolniej niż zapowiadano.

Drugą słabością jest dolar.

Każdy, kto spodziewał się, że deklaracja będzie zawierała wielką zapowiedź utworzenia waluty BRICS lub zniesienia dolara, będzie rozczarowany. Żadne z tych wydarzeń nie zostało wspomniane.

Zamiast tego mówi się o walutach krajowych, interoperacyjnych systemach płatności i dobrowolnej współpracy z dużo większą ostrożnością. Indie nawet wyraźnie zasygnalizowały, że nie zamierzają zastąpić dolara.

Planowane połączenie cyfrowych walut banków centralnych wiąże się również z poważnymi wyzwaniami politycznymi i technicznymi. Agencja Reuters donosiła tuż przed szczytem, ​​że brak zaufania między poszczególnymi członkami oraz napięcia między Iranem a Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi szczególnie utrudniają jego wdrożenie. ( Internazionale )

BRICS nie buduje więc jeszcze całkowicie alternatywnego systemu finansowego.

Problem Chin

Co więcej, pojawia się kolejne fundamentalne pytanie: Czy BRICS jest rzeczywiście sojuszem równych państw, czy też stanie się na dłuższą metę narzędziem chińskiej potęgi?

Chiny posiadają w grupie siłę ekonomiczną, której większość pozostałych członków nie jest w stanie nawet zbliżyć. W szczególności Indie chcą zatem zapobiec przekształceniu się BRICS w blok antyzachodni pod przywództwem Pekinu.

To napięcie prawdopodobnie będzie rosło wraz z pogłębiającą się instytucjonalną integracją BRICS. „ Financial Times” wyraźnie to podkreśla: znaczenie gospodarcze grupy jest ogromne, ale różnice zdań co do roli Chin, interesów geopolitycznych i kwestii, na ile BRICS powinno faktycznie rzucać wyzwanie Zachodowi, ograniczają obecnie jej zdolność do działania.

Dużo papierkowej roboty, powolna realizacja

Inna słuszna krytyka: BRICS tworzy obecnie ogromną liczbę grup roboczych, forów, inicjatyw, sieci i deklaracji intencji.

Wspólna infrastruktura płatnicza jest przedmiotem dyskusji od lat. Wspólna waluta BRICS wciąż nie powstała. Wiele projektów wciąż znajduje się na etapie studium wykonalności lub w fazie technicznych grup roboczych.

Dotyczy to również Iranu. Dopóki irańskie firmy, pomimo członkostwa w BRICS, będą borykać się z trudnościami w zakresie płatności międzynarodowych, ubezpieczeń, finansowania i handlu, solidarność polityczna będzie miała ograniczoną wartość.

Dokąd właściwie zmierza BRICS

Pomimo tych słabości, byłoby błędem uznać BRICS za pozbawiony sensu klub dyskusyjny.

Grupa najwyraźniej nie dąży do rewolucyjnego zerwania z istniejącym porządkiem świata. Jej podejście jest znacznie bardziej pragmatyczne: alternatywy mają być tworzone krok po kroku.

Waluty lokalne zamiast wyłącznych rozliczeń w dolarach. Niezależne systemy płatności zamiast całkowitego uzależnienia od zachodniej infrastruktury finansowej. Niezależny bank rozwoju. Niezależna sieć bezpieczeństwa finansowego. Wzrost obrotów handlowych w ramach grupy. Większe możliwości w zakresie ubezpieczeń i reasekuracji. Nowe platformy inwestycyjne i bardziej odporne łańcuchy dostaw.

Premier Indii Narendra Modi podsumował ostrożniejszą interpretację projektu: BRICS nie powinien być „antyzachodni”; Globalne Południe powinno raczej przejść od roli twórcy reguł do roli „kształtatora reguł” , czyli współtwórcy reguł.

To właśnie tu może kryć się prawdziwe zagrożenie dla obecnej hegemonii Zachodu.

BRICS nie musi zastąpić USA ani Europy. W dłuższej perspektywie wystarczy, jeśli kraje takie jak Iran, Rosja, Chiny, Indie, Brazylia i ich partnerzy staną się od nich mniej zależni .

Wojna z Iranem wyraźnie ilustruje obie strony tego zjawiska: BRICS nie jest jeszcze wystarczająco silny ani zjednoczony, by obronić któregokolwiek ze swoich członków politycznie lub militarnie przed USA. Jednocześnie ta sama wojna nasila pragnienie tworzenia struktur, które w przyszłości osłabią siłę amerykańskich sankcji, dolara i zachodnich kanałów finansowych.

W ten sposób BRICS rozwija się nie tyle w kierunku nowego NATO czy nowej UE, co w kierunku czegoś innego: gospodarczej przestrzeni, w której państwa będą mogły prowadzić interesy, finanse i handel ze sobą, nie polegając na Waszyngtonie lub instytucjach zdominowanych przez Zachód w każdej istotnej sprawie.

To, czy z tego faktycznie wyłoni się nowy porządek świata, nie zostanie rozstrzygnięte na podstawie deklaracji ze szczytów. Będzie to zależało od tego, czy te alternatywne struktury ostatecznie się sprawdzą.

*

„BRICS składa się obecnie z 11 pełnoprawnych członków i 10 oficjalnych państw partnerskich; ponadto wiele innych krajów dąży do członkostwa lub zacieśnienia więzi”.

BRICS – Członkowie i potencjalni członkowie

Członkowie zwyczajni (11):

  • Brazylia
  • Rosja
  • Indie
  • Chiny
  • Republika Południowej Afryki
  • Egipt
  • Etiopia
  • Iran
  • Emiraty Arabskie
  • Arabia Saudyjska
  • Indonezja

Oficjalne państwa partnerskie BRICS (10):

  • Białoruś
  • Boliwia
  • Kuba
  • Kazachstan
  • Malezja
  • Nigeria
  • Tajlandia
  • Uganda
  • Uzbekistan
  • Wietnam

Inne państwa, które złożyły wniosek o członkostwo lub publicznie wyraziły zainteresowanie jego przyjęciem, to Azerbejdżan, Bahrajn, Bangladesz, Pakistan, Serbia, Sri Lanka, Turcja, Wenezuela i Zimbabwe .

Źródło: Deklaracja BRICS z Nowego Delhi: Budowanie odporności, innowacji, współpracy i zrównoważonego rozwoju (12 września 2026 r.)

Fabryka VW będzie produkowała izraelską broń

Fabryka VW będzie produkowała izraelską broń

12.09.2026 wolnemedia.net/fabryka-vw-bedzie-produkowala-izraelska-bron

7 września 2026 r. Volkswagen ogłosił wstępne porozumienie w sprawie sprzedaży zakładu w Osnabrück. Nabywcą większościowym ma być izraelska firma inwestycyjna Aurelius Capital (specjalizująca się w projektach obronnych), a mniejszościowym — kraj związkowy Dolna Saksonia. Zakład ma zostać przekształcony w centrum produkcji rozwiązań obronnych, a pierwszym „projektem kotwicznym” będzie współpraca z izraelskim koncernem zbrojeniowym Rafael Advanced Defense Systems (m.in. Iron Dome).

Nie jest to jednak bezpośrednie przejęcie fabryki przez Rafael. To sprzedaż izraelskiemu funduszowi obronnemu + niemieckiemu landowi, a następnie produkcja komponentów systemów obrony powietrznej we współpracy z izraelską zbrojeniówką. Transakcja jest na etapie porozumienia o kluczowych warunkach i wymaga jeszcze finalnych umów, zgód organów i decyzji nadzorczych.

Zamiast kabrioletów — wyrzutnie i transportery. Fabryka VW w Osnabrück przechodzi pod izraelskiego inwestora i ma produkować komponenty obrony powietrznej. Volkswagen wycofuje się z historycznego zakładu w Osnabrück. Zamiast T-Roc Cabrioletów mają tam powstawać elementy systemów obrony powietrznej we współpracy z izraelskim Rafaelem — producentem m.in. Iron Dome.

W poniedziałek 7 września 2026 r. koncern, kraj związkowy Dolna Saksonia i izraelska spółka inwestycyjna Aurelius Capital uzgodniły kluczowe warunki sprzedaży Volkswagen Osnabrück GmbH. Aurelius ma objąć pakiet większościowy, land — mniejszościowy. Po zakończeniu produkcji samochodów latem 2027 r. zakład ma być stopniowo przekształcany w „centrum kompetencji ds. rozwiązań w zakresie bezpieczeństwa i obronności”. Obecnie pracuje tam ok. 1800 osób. Rada zakładowa szacuje, że nowa perspektywa może objąć około trzech czwartych załogi, czyli ok. 1400 miejsc pracy.

Pierwszym projektem kotwicznym ma być współpraca z Rafael Advanced Defense Systems. Chodzi o potencjalną produkcję systemów i komponentów obrony powietrznej przeznaczonych dla Niemiec i Europy — transporterów rakiet, wyrzutni, generatorów prądu i innych elementów. Same pociski przechwytujące Tamir (kluczowy element Iron Dome) nie mają być tam wytwarzane.

Prezes Rafaela Yoav Tourgeman podkreślił, że celem jest długoterminowe partnerstwo przemysłowe, w którym technologia będzie w pełni produkowana w Niemczech, „aby chronić Niemcy i Europę”.

Media donoszą też o możliwych kolejnych projektach, m.in. przebudowie pick-upów Amarok na pojazdy wojskowe we współpracy z polską grupą WB Group.

Rozmowy o przekształceniu zakładu toczyły się od wiosny 2026 r. Początkowo rozważano joint venture Volkswagena z Rafaelem. Projekt zablokował jednak katarski fundusz Qatar Investment Authority, który ma ok. 17 proc. praw głosu w VW i dwa miejsca w radzie nadzorczej. Rozwiązaniem stała się sprzedaż zakładu podmiotom trzecim: izraelskiemu funduszowi Aurelius (z siedzibą w Tel Awiwie, specjalizującemu się w technologiach obronnych) oraz Dolnej Saksonii, która i tak jest drugim największym akcjonariuszem Volkswagena. Dopiero nowi właściciele mają współpracować z Rafaelem.

Aurelius to fundusz defense-tech założony m.in. przez Alona Lifshitza i Tomera Jacoba, z udziałem m.in. byłego dowódcy izraelskich sił powietrznych gen. Amira Eshela. To ten sam, który podczas samowolnego niskiego przelotu izraelskich F-15 nad Auschwitz na protesty polskiej kontroli powietrznej powiedział: „Słuchaliśmy Polaków przez 800 lat. Dzisiaj już nie musimy słuchać”.

Zakład w Osnabrück (dawna fabryka Karmanna, przejęta przez VW) od 2024 r. był przeznaczony do wygaszenia produkcji. Koncern ogranicza moce w Niemczech z powodu słabego popytu, wysokich kosztów i konkurencji z Chin. Jednocześnie Europa gwałtownie zwiększa wydatki obronne. Przekształcenie zakładów motoryzacyjnych w linie zbrojeniowe staje się jednym ze sposobów na zagospodarowanie nadwyżki mocy produkcyjnych — podobne ruchy robi m.in. Rheinmetall.

Prezes VW Oliver Blume: „Podejmujemy ważny krok, by otworzyć temu zakładowi nową przyszłość przemysłową. Volkswagen poczuwa się do odpowiedzialności za Osnabrück”.

Premier Dolnej Saksonii Olaf Lies mówił o „prawdziwej szansie przemysłowej” i zmianie sytuacji bezpieczeństwa.

Porozumienie jest wstępne. Szczegóły finansowe nie zostały ujawnione. Finalizacja zależy od dalszych negocjacji, zgód korporacyjnych i kontroli urzędowych.

Autorstwo: Andrzej Kumor Źródło: Goniec.net