Ambasada Federacji Rosyjskiej przy Zjednoczonym Królestwie Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej wydała ostateczne ostrzeżenie:
„Doniesienia, że reżim kijowski używa brytyjskich dronów do przeprowadzania ataków w głąb terytorium Rosji potwierdzają, że Londyn celowo decyduje się na eskalację kryzysu na Ukrainie, jednocześnie obłudnie wyznając chęć przeprowadzenia ataku na terytorium Rosji”.
„Robiąc to, Wielka Brytania działa jako wspólnik i współsprawca krwawych zbrodni i ataków terrorystycznych popełnionych przez ukraińskich neonazistów, starając się powstrzymać Rosję i wyrządzić jej maksymalne szkody przez pełnomocnika… Działania Londynu nieuchronnie pociągną za sobą konsekwencje, za które będzie musiał odpowiedzieć… Im głębsze zaangażowanie w konflikt i większe poparcie dla Kijowskiej machiny terrorystycznej, tym wyższa będzie cena do zapłacenia.”
Były wiceminister spraw zagranicznych Rosji Andriej Fiodorow powiedział we wtorek BBC, że „konsekwencje” mogą obejmować możliwość ataków…
Powiedział, że wielu ekspertów wojskowych doradzających Kremlowi jest przekonanych, że NATO nie zareagowałoby siłą, gdyby Rosja uderzyła w Wielką Brytanię… „Trump nie pozwoli NATO odpowiedzieć” – powiedział.
W odpowiedzi na to, że premier Burnham sprzeciwił się ostatecznemu ostrzeżeniu wydanemu przez Rosję, minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow ostrzegł dalej:
„Żal mi Wielkiej Brytanii, jeśli zamierza pozostać z Ukrainą do samego końca… Prezydent Putin ostrzegł, że mamy prawo działać w dowolnej części oceanów, jeśli ktoś naruszy nasze interesy lub naszą własność… Podobnie mamy pełne prawo uważać dumnie ogłoszone bezpośrednie zaangażowanie brytyjskich sił rakietowych w uderzenia na Rosję za udział w wojnie, ze wszystkimi konsekwencjami, które się z tym wiążą”.
Dr. hab. Barbara Mróz-Gorgoń, autorka fatalnego raportu. (fot. prtscr/ youtube/ Grzegorz Brief Kiszluk)
Sprawa pełnego błędów raportu rządowej pełnomocnik trafi do organów ścigania? Ich reakcji na pracę zatytułowaną „Polaków Portret Własny” chce prezes klubu parlamentarnego PiS. Zdaniem Mariusza Błaszczaka jego autorka wykazała się niekompetencją, jednocześnie pobierając sutą zapłatę z publicznych środków.
PiS złoży zawiadomienie do CBA i prokuratury, aby zbadano sprawę „pełnego błędów raportu wygenerowanego w AI” – „Polaków portret własny”; jego autorka Barbara Mróz-Gorgoń powinna zostać błyskawicznie zdymisjonowana – zapowiedział szef klubu PiS Mariusz Błaszczak.
„Do promocji marki Polska Tusk wysyła osobę, która wygenerowała pełen błędów raport w AI i bez skrupułów zainkasowała 200 tys. zł od (ministra Jakuba) Rutnickiego z MSiT. Barbara Mróz-Gorgoń powinna zostać błyskawicznie zdymisjonowana. Prawo i Sprawiedliwość złoży zawiadomienie do CBA i prokuratury o zbadanie tej sprawy” – czytamy we wpisie szefa klubu PiS
„Swoją drogą, kto doradzał Tuskowi wybór Mróz-Gorgoń do promocji marki Polska? Merz? Chcąc skompromitować Polskę, mógł jeszcze dorzucić Wysocką-Schnepf i Jacka Murańskiego” – dodał polityk.
Barbara Mróz-Gorgoń została pełnomocnikiem rządu do spraw promocji marki Polska pod koniec lipca br. W rozporządzeniu zapisano m.in., że pełnomocnik ma koordynować działania administracji rządowej związane z tworzeniem, wdrażaniem i rozwojem spójnej marki narodowej. Celem rozwiązań ma być m.in. skuteczniejsze budowanie i ochrona wizerunku Polski w kraju i za granicą. Raport jej „autorstwa” [nacisnęła guzik?? md] , opublikowany w sieci w sierpniu 2026 roku, pełen błędów i nieścisłości, spowodował skandal.
NCZAS.INFO | Okładka raportu „Polaków Portret Własny. Raport z badań DNA Marki Polska” / fot. X / Sebastian Meitz
Sebastian Meitz z think-tanku Instytut Sobieskiego zajął się raportem „Polaków Portret Własny. Raport z badań DNA Marki Polska”.
Wiele wskazuje na to, że to wygenerowany przez AI dokument bez poprawek, za który zapłaciliśmy poprzez Ministerstwo Sportu i Turystyki 200 tys. zł. Dowiedzieć się z niego możemy m.in., że Katowice to miasto w północnym centrum Polski, a Polacy masowo biegle posługują się językiem mandaryńskim. Samo ministerstwo zaprzecza, by raport był zamówiony, ale rodzi to kolejne pytania.
Raport przygotowały Fundacja Marka Polska Think Tank i Akademia Leona Koźmińskiego. Wpisani jako autorzy są dr hab. Barbara Mróz-Gorgoń, pełnomocnik rządu ds. promocji marki Polska i jej zespół, w którym są m.in. osoby z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu.
Meitz zwrócił uwagę na mnogość błędów merytorycznych, jak i językowych w raporcie za 200 tys. zł. W raporcie napisano np., że Katowice to miasto w „północnym centrum” Polski albo o tym, że Polska miała pięciu noblistów, choć faktycznie było ich siedmioro. Twierdzono też, że Polacy płynnie posługują się językami obcymi, a poza angielskim najczęściej spotykane są: francuski, niemiecki i mandaryński.
Także przypisy się rozjeżdżają.
„Czy Państwo też numerujecie w swoich pracach przypisy 1, 2, 3, 41, 517, 6, 7 (pusty), 8 (pusty), 9 (pusty), 105, 116, 127, 138, 149, 1510, 1611, 1712, 18 (pusty), 19 (pusty), 2013… Nie? Dziwne” – napisał Meitz, udostępniając screena z raportu.
W bibliografii z kolei pojawiają się zwroty używane w opracowaniach anglojęzycznych.
Zadeklarowana w materiale metodologia bywa różna, zależnie od fragmentu. W jednym miejscu twierdzi się, że przebadano 35 grup fokusowych, a w innym miejscu, że grup było cztery.
Podobnie z godzinami nagrań. Raz mowa o 180, a w innym o ponad 40.
Jeszcze inną kwestią jest język. Ewidentnie przeplatany jest angielskimi wtrąceniami. A momentami wygląda, jakby AI próbowało napisać coś po polsku, ale ostatecznie się rozmyśliło. Wskazano na takie frazy, jak np. zabytowany przez Meitza fragment „HIPOTEZA PSYCHOLOGICZNA: To wskazuje na SYNDROM IMPOSTORA na POZIOMIE NARODOWYM – Despite RZECZYWISTYCH OSIĄGNIĘĆ, BRAK WEWNĘTRZNEGO PRZEKONANIA o SWOJEJ WARTOŚCI”. Innym przykładem jest „pracowitość i reziliencje”, co – jak podaje wp.pl – może odnosić się do „resilience”. Albo „ponad-partyjne, bi-partisan”.
„Mamy panią profesor, w randze Sekretarza Stanu, z funkcją pełnomocnika rządu ds. promocji marki Polska. Mamy też raport, w którym jest wskazana jako kierownik merytoryczny projektu i autor raportu. Mamy również 200 000 złotych, jakie Ministerstwo Sportu i Turystyki przekazało Stowarzyszeniu Konferencje i Kongresy w Polsce na realizację zadania publicznego 'Marka Polska – podstrategia turystyczna’, dofinansowanego ze środków Ministerstwa Sportu i Turystyki na podstawie umowy nr 2025/0014/1251/UDOT/DT/BP/IS z dnia 5.06.2025 r. Ja, po lekturze tego raportu, mam też bardzo dużo pytań” – podsumował Sebastian Meitz.
Jak się okazuje, ministerstwo sportu nie przyznaje się do zamówienia raportu.
„Prezentowany na Platformie X raport nie był przedmiotem zamówienia, ani nie stanowił realizacji żadnej umowy, której stroną było Ministerstwo Sportu i Turystyki. MSiT podpisało umowę z wykonawcą (tj. Stowarzyszenie Konferencje i Kongresy) podstartegii turystycznej Marka Polska. Wykonawca został wybrany w ramach konkursu po złożeniu stosownej oferty. Głównym przedmiotem umowy było przygotowanie obszernego opracowania 'Strategia Marki Polska’, a także przeprowadzenie badań (wywiadów pogłębionych, badań focusowych, warsztatów Design Thinking), organizacja konferencji 'Przyszłość Marki Polska’, organizacja warsztatów eksperckich i paneli dyskusyjnych oraz udziału ekspertów w tworzeniu podstrategii. Wykonawca przedstawił sprawozdanie z realizacji umowy wraz z dowodami realizacji poszczególnych punktów. MSiT przyjęło rozliczenie umowy na poziomie 179 738,19 zł. Przedstawiony na Platformie X raport nie stanowił części umowy, ani nie był przedłożony w ramach sprawozdania. Do MSiT nie wpłynęła prośba o użycie logotypu, a informacja, że raport realizowany jest ze środków MSiT jest nieprawdziwa” – napisano na oficjalnym profilu na X resortu.
To jednak rodzi kolejne pytania, które zadał Meitz.
„Czy zechcą Państwo w takim razie wyjaśnić, w jakim charakterze w prezentacji raportu, o którym mowa powyżej, która odbyła się 25 listopada 2025 roku w ALK w Warszawie, uczestniczył Pan Minister @piotr_borys? Raportu, który, przypomnę, jasno wskazuje, że projekt realizowany jest w ramach zadania publicznego 'Marka Polska – podstrategia turystyczna’, dofinansowanego ze środków MSiT na podstawie konkretnej umowy. Oraz dodatkowo, czy i jakie kroki zamierzają Państwo podjąć wobec podniesionej w powyższym oświadczeniu kwestii, że zamieszczona w raporcie informacja o realizacji projektu w ramach zadania dofinansowanego ze środków publicznych jest nieprawdziwa?” – zapytał Sebastian Meitz.
Pragnę zaznaczyć, że Akademia Leona Koźmińskiego nie opracowywała raportu „Polaków Portret Własny” ani zawartej w nim analizy, nie uczestniczyła w analizie danych oraz nie odpowiadała za przygotowanie ani publikację dokumentu. W samym dokumencie Akademia Leona Koźmińskiego nie została wskazana jako autor, współautor ani podmiot uczestniczący w przygotowaniu raportu.
W związku z powyższym zwracam się z żądaniem niezwłocznego usunięcia nieprawdziwej informacji z artykułu oraz ze wszystkich publikacji, w których została ona powielona, a w razie potrzeby zamieszczenia korekty: Akademia Leona Koźmińskiego nie uczestniczyła w przygotowaniu ani publikacji raportu «Polaków Portret Własny», nie prowadziła analizy danych i nie ponosi odpowiedzialności merytorycznej za ten dokument”.
Proszę o niezwłoczną aktualizację Państwa publikacji.
Zadłużenie Stanów Zjednoczonych osiągnęło pułap, który jeszcze niedawno wydawał się katastrofalny. Amerykański resort finansów potwierdził, że dług publiczny największej gospodarki świata przebił historyczną granicę, a tempo jego narastania budzi coraz większe obawy ekonomistów.
Z opublikowanego bilansu wynika, że we wtorek łączne zobowiązania publiczne Stanów Zjednoczonych sięgnęły 40,047 bln dol. Na tę kwotę składały się skarbowe papiery wartościowe o wartości 32,266 bln dol. oraz zadłużenie wewnątrzrządowe wynoszące 7,782 bln dol.
Za podwojenie się zobowiązań odpowiadają rządy Donalda Trumpa i Joego Bidena. Kiedy Trump po raz pierwszy zasiadał w Białym Domu w 2017 r., amerykański dług sięgał 19,95 bln dol. — przypomniała agencja Reutera. Od tamtej pory zadłużenie wzrosło ponad dwukrotnie.
Pandemia i polityka fiskalna napędziły zadłużenie
Około jednej trzeciej tego przyrostu przypada na okres pandemii Covid-19. Rząd federalny zaciągał wówczas zobowiązania, aby sfinansować działania w reakcji na kryzys zdrowotny. Reszta wynika z decyzji fiskalnych obu administracji oraz z utrzymującej się od lat luki między dochodami podatkowymi a wydatkami z budżetu federalnego.
Skalę problemu skomentowała cytowana przez Reuters Maya MacGuineas, przewodnicząca organizacji Komitet na rzecz Odpowiedzialnego Budżetu Federalnego. Zwróciła uwagę, że skutki tak wysokiego zadłużenia wykraczają daleko poza dokumenty finansowe państwa.
„Dług w wysokości 40 bilionów dolarów nie istnieje jedynie w księgach rządu; jest odczuwalny w całej gospodarce i w ten czy inny sposób uderza w kieszeń obywateli (…) Im więcej pożyczamy, tym bardziej napędzamy inflację, ograniczamy inne priorytety w budżecie i narażamy się na sytuacje kryzysowe w kraju i niepokoje za granicą” — oceniła MacGuineas.
Cztery razy większy dług w niecałe 20 lat
Szefowa Komitetu zaznaczyła, że przejście z 39 do 40 bln dol. zajęło niespełna pięć miesięcy. W ciągu ostatnich dwóch dekad zobowiązania państwa powiększyły się czterokrotnie. Dla porównania barierę jednego biliona dolarów amerykański dług przekroczył po raz pierwszy w 1981 r.
Zdaniem Komitetu na tempo zaciągania nowych zobowiązań wpływ mają decyzje podejmowane zarówno przez Bidena, jak i Trumpa. Reuters przypominał przy tym, że podczas swojej drugiej kadencji Trump buduje obraz swojej administracji jako skoncentrowanej na ograniczaniu wydatków budżetowych. Także podczas kampanii wyborczej obecny prezydent zapowiadał i obiecywał mniejsze zadłużenie i wydatki publiczne.
Ulgi dla przemysłu w Polsce będą 80 razy mniejsze niż w Niemczech?
Ulgi dla przemysłu w Polsce będą 80 razy mniejsze niż w Niemczech? „Gaszenia pożaru szklanką wody”
Branże energochłonne ostrzegają, że wysokie ceny energii i opłaty sieciowe podkopują konkurencyjność polskiego przemysłu. Wskazują, że skala ulg planowanych w Polsce jest nieporównywalnie mniejsza niż w Niemczech i Francji.
– W Polsce przemysł może w najlepszym razie liczyć na ulgi, które są kilkukrotnie niższe niż w innych krajach UE – mówi Przemysław Sztuczkowski.
Niemcy przeznaczają miliardy euro na obniżenie opłat sieciowych i dopłaty do cen energii, a w Polsce efekt ulg ma wynieść 316 mln zł.
Polski przemysł energochłonny płaci za energię ok. 30 proc. więcej niż w Niemczech i niemal dwukrotnie więcej niż we Francji, a opłaty sieciowe są najwyższe w UE.
Branża postuluje obniżenie poziomu taryf sieciowych dla przemysłu, rozszerzenie kręgu uprawnionych odbiorców, obniżenie progu wejścia i odejście od kryterium napięcia.
O przyszłości europejskiej produkcji, przemysłowej transformacji oraz budowie odpornej gospodarki będziemy dyskutować na Forum Nowego Przemysłu, które 13-14 października 2026 r. odbędzie się w Międzynarodowym Centrum Kongresowym w Katowicach.
Europa już wie, że transformacja energetyczna mocno bije w konkurencyjność przemysłu. Unia deklaruje wsparcie, ale duża część krajów rzeczywiście już je oferuje. Przykładem mogą być Niemcy, które tylko na ten rok przewidziały 6,5 mld euro na obniżenie opłat sieciowych o ponad połowę oraz 3,8 mld euro na program dopłat do cen energii (CISAF).
W Polsce nadal nie mamy CISAF (wprowadzenie go to jeden z postulatów branży, który mimo rządowych obietnic wciąż nie zostaje spełniony), a łączny efekt ulg sieciowych ma wynieść zgodnie z Oceną Skutków Regulacji 316 mln zł.
– To oznacza, że Polska przeznaczy na ulgi sieciowe ponad 80 razy mniej niż Niemcy – jak mamy w takich warunkach konkurować? – pyta Przemysław Sztuczkowski, prezes Cognora.
Według przedstawicieli branży i Hutniczej Izby Przemysłowo-Handlowej polski przemysł energochłonny traci konkurencyjność z uwagi na najwyższe koszty energii. Według nich mamy koszty ponad dwa razy wyższe od unijnej średniej. Biorąc pod uwagę kraje z najniższymi stawkami, jest znacznie gorzej – w stosunku do Francji to sześciokrotnie wyższe stawki.
Najwyższe koszty energii w UE? Branża porównuje Polskę z Niemcami i Francją
– Polski odbiorca przemysłowy płaci za energię o około 30 proc. więcej niż niemiecki i niemal dwukrotnie więcej niż francuski, a same opłaty sieciowe są u nas najwyższe w całej Unii – dwukrotnie wyższe od średniej unijnej. Tymczasem taka Francja stosuje ulgi sieciowe na poziomie 74-81 proc., uzasadniając to korzyściami, które przemysł przynosi również systemowi energetycznemu. Ten system w Niemczech czy Francji jest przecież taki sam jak u nas. Tylko u nas nie dostrzega się tych dobrych stron funkcjonowania dużych zakładów dla sieci – to wymaga zmiany i tego się domagamy – podkreśla Mirosław Motyka, prezes Hutniczej Izby Przemysłowo-Handlowej.
Według danych Eurostatu za drugą połowę ubiegłego roku polski odbiorca przemysłowy ponosił łączne koszty energii o ok. 30 proc. wyższe niż niemiecki, o 50 proc. wyższe niż włoski, o 85 proc. wyższe niż hiszpański i niemal o 200 proc. wyższe niż francuski.
Mało tego, w ostatnich latach te różnice w wysokości opłat stale się zwiększają, bo podczas gdy inne rządy wprowadzają ulgi, nasz tylko podnosi stawki. Przedsiębiorcy wskazują na to, że opłata jakościowa wzrosła ponad trzykrotnie – z 9 zł/MWh (2022) do ok. 32 zł/MWh (2026), a opłata mocowa na 2026 r. wzrosła do 219,4 zł/MWh, co stanowi wzrost o 55 proc. rok do roku.
Opłaty sieciowe i ulgi w Europie: gdzie przemysł dostaje 80-90 proc. wsparcia
Mocnym elementem kosztowym są w całej Europie opłaty sieciowe. Tu także jesteśmy „w czołówce”. Koszty sieciowe dla polskiego przemysłu energochłonnego są dwukrotnie wyższe niż średnia UE i sześciokrotnie wyższe niż we Francji czy Hiszpanii. Tyle że w wielu innych krajach UE przemysł energochłonny może korzystać ze specjalnych ulg w opłatach sieciowych sięgających nawet 80-90 proc.
W Hiszpanii i Francji ulgi sięgają do 80 proc., a w Niemczech i Wielkiej Brytanii do 90 proc. Oczywiście Brytyjczycy nie są już członkami UE, ale pozostają w naszej strefie gospodarczej.
W Polsce mamy na razie tylko plany jakiegokolwiek wsparcia i to plany, według branż energochłonnych, wysoce niewystarczające.
– Projekt rozporządzenia taryfowego sprawia wrażenie próby ugaszenia pożaru szklanką wody, bo skala wsparcia jest całkowicie nieadekwatna do wyzwań, przed którymi stoi dziś przemysł energochłonny – mówi Mirosław Motyka.
Projekt rozporządzenia: „widełki” ulg i rola prezesa URE
W rządowej propozycji rozporządzenia ulgi sieciowe zapisano jako „widełki” – mogą wynieść maksymalnie do 50 proc. składnika zmiennego i do 10 proc. składnika stałego. Zdaniem przemysłu oznacza to brak gwarancji jakiejkolwiek obniżki, ponieważ realny poziom ulgi zależy od uznaniowej decyzji operatora i prezesa Urzędu Regulacji Energetyki.
– W Polsce przemysł może w najlepszym razie liczyć na ulgi, które są kilkukrotnie niższe niż w innych krajach UE. Ministerstwo Energii ustawia sobie sufit ambicji znacznie niżej niż podłoga w innych krajach – mówi Przemysław Sztuczkowski.
Przedsiębiorcy wskazują przy tym, że planowane ulgi nie dość, że są za niskie, to jeszcze źle zaadresowane.
– Wadliwe kryteria kwalifikacji sprawiają, że wiele polskich hut – w tym takie zakłady jak nasz – mimo bardzo wysokiego zużycia energii oraz udziału w kosztach, nie skorzysta z ulgi. Jesteśmy firmą energochłonną. Spełniamy wszystkie warunki, z wyjątkiem podpięcia do przewidzianego przez rządowy projekt rodzaju kabla. To aspekt niemający w przypadku energochłonności żadnego merytorycznego uzasadnienia – uważa Przemysław Sztuczkowski.
Kryterium 110 kV pod ostrzałem: kto wypadnie z systemu wsparcia
W projekcie rozporządzenia znalazł się warunek przyłączenia do sieci ≥ 110 kV, co wyklucza znaczną część polskiego przemysłu energochłonnego przyłączonego do sieci średniego napięcia (SN).
– W większości krajów UE ulgi są powiązane z energochłonnością, a nie sztucznym kryterium pozbawionym znaczenia gospodarczego, jakim jest poziom napięcia. Poziom napięcia to najczęściej skutek historycznych decyzji i lokalnych uwarunkowań sieciowych – nie jest miarą energochłonności ani znaczenia gospodarczego zakładu. W praktyce oznacza to, że firma taka jak nasza – mimo bardzo wysokiego zużycia energii, nie uzyskałaby ulg tylko z powodu formalnego kryterium technicznego – mówi Przemysław Sztuczkowski.
Według niego prowadzi do sytuacji, w której w przypadku dwóch firm o porównywalnym znaczeniu gospodarczym, jedna będzie mogła skorzystać z ulgi, a druga nie, tylko dlatego że została przyłączona do kabla o innym przekroju.
Jak branża chce liczyć energochłonność? Propozycje kryteriów i progi wejścia
Przedstawiciele branży wskazują, że zamiast kryterium napięcia należy oprzeć się na realnej energochłonności: współczynnik intensywności zużycia energii ≥ 15 proc. (art. 53 ustawy OZE) albo koszt energii ≥ 5 proc. wartości produkcji.
– Wsparcie powinny otrzymywać najbardziej potrzebujące branże i odbiorcy, a nie tylko ci, co zużywają dużo energii, ale nie jest ona kluczowa w ich procesach. Pozwoli to utrzymać sam budżet w ryzach – mówi Przemysław Sztuczkowski.
Rozporządzenie w obecnym kształcie jest, jego zdaniem, nie do zaakceptowania – nie realizuje deklarowanego celu, jakim jest poprawa konkurencyjności krajowego przemysłu.
– W trwającej dyskusji zgubiono podstawowy cel. Projekt rozporządzenia napisano z perspektywy wyzwań systemu elektroenergetycznego. Tymczasem racjonalna polityka energetyczna musi odpowiadać także na potrzeby konkurencyjności gospodarki – to przemysł generuje miejsca pracy, eksport i wpływy budżetowe – mówi Zbigniew Liptak, lider Zespołu Doradztwa Regulacyjnego EY .
Spór o taryfy i konsultacje: co zostaje z rozmów z ministerstwami
Dowodem na to mają być także próby wymuszenia przez operatorów sieci energetycznych, by przemysł dostosował swój rytm pracy do chwilowych potrzeb energetyki.
W zeszłym roku Ministerstwo Energii powołało zespół ds. taryf, którego celem miało być przygotowanie rozwiązań dla przemysłu – dotyczących kosztów sieciowych i regulacyjnych w elektroenergetyce, czyli stawki stałej i zmiennej sieciowej oraz opłaty jakościowej.
Według Przemysława Sztuczkowskiego projekt nowego rozporządzenia w sprawie taryf elektroenergetycznych, który Ministerstwo Energii przekazało do konsultacji publicznych, kompletnie nie odzwierciedla tego, o co przemysł się upominał w trakcie prac zespołu.
– Głos ten został zupełnie pominięty, za to na pierwszy plan wysunął się oczywiście interes elektroenergetyki – mówi Przemysław Sztuczkowski.
– Jest dla mnie szokujące, że w uzgodnieniach międzyresortowych nie uwzględniono uwag Ministerstwa Rozwoju i Technologii, a więc resortu odpowiedzialnego za politykę przemysłową państwa. Co więcej, podobne uwagi zgłosiło też Ministerstwo Aktywów Państwowych. Propozycje tych ministerstw nie tylko lepiej odpowiadają na potrzeby przemysłu, ale też pełniej oddają rzeczywisty wpływ odbiorców energochłonnych na pracę systemu elektroenergetycznego – dodaje Zbigniew Liptak.
Postulat: 90 proc. redukcji opłat sieciowych i „równe warunki” w UE
Przemysł postuluje redukcję opłat sieciowych o co najmniej 90 proc. (w składniku zmiennym i stałym) jako gwarantowany, domyślny poziom, co uważa za element niezbędny dla wyrównania poziomu konkurencyjnego krajowego przemysłu z konkurencją w ramach UE.
Według branży to nie walka o przywileje, ale o równe warunki konkurowania z firmami z terenu Unii Europejskiej.
– Gospodarcza część rządu to rozumie, teraz czas na finał w Ministerstwie Energii. Nasze kluczowe postulaty: obniżenie poziomu taryf sieciowych dla przemysłu, rozszerzenie kręgu uprawnionych odbiorców, obniżenie progu wejścia, odejście od kryterium napięcia podziela gospodarcza część rządu – resort rozwoju i resort aktywów państwowych. Skoro ministrowie odpowiedzialni w rządzie za gospodarkę mówią językiem przemysłu, to najlepszy dowód, że nasze postulaty są racjonalne gospodarczo, a nie roszczeniowe. Dobra wola jest po stronie rządu – trzeba ją tylko domknąć w rozporządzeniu. Wierzę, że minister energii dołączy do tego konsensusu, bo stawką są miejsca pracy w hutnictwie i całym przemyśle energochłonnym – mówi Mirosław Motyka.
W moim poprzednim wpisie „Mury mają teraz drzwi” argumentowałem, że „środki, jakich nigdy nie widziano w historii izolacji gospodarczej kraju”, obiecane przez sekretarza skarbu Scotta Bessenta, napotkają na otwartą granicę: Iran z lądowymi połączeniami z Pakistanem, wojskowymi i wywiadowczymi liniami wsparcia dla Rosji i Chin, a co najważniejsze – handel ropą naftową, który całkowicie porzucił dolara i jest prowadzony w juanach chińskich za pośrednictwem chińskiej sieci rozliczeniowej CIPS, poza zasięgiem amerykańskiej infrastruktury finansowej. Ten argument nadal jest aktualny. Ale kryje się za nim jeszcze prostszy problem, który leży w słowach samej administracji.
Trump jednocześnie wysuwa trzy deklaracje zwycięstwa. Iran, jak twierdzi, zostanie „bardzo dotkliwie pobity”. Cieśnina Ormuz, jak twierdzi, jest w istocie amerykańska – „należy do nas”, Stany Zjednoczone mają „całkowitą kontrolę”, szlak wodny jest otwarty, a miny zostały usunięte. A blokada morska, jak twierdzi, jest całkowita i skuteczna, dławiąc gospodarkę Teheranu. Gdy te trzy deklaracje zestawi się z czwartym faktem – że jego własny Departament Skarbu gorączkowo próbuje wynaleźć broń finansową, „jakiej nigdy dotąd nie widziano”, i że ponownie grozi „nowym, silnym atakiem”, jeśli cieśnina nie zostanie „wkrótce” ponownie otwarta – wzajemnie się one znoszą. Nie potrzeba bezprecedensowej kampanii sankcji, aby pokonać kraj, który już się pokonało. Nie trzeba grozić nowymi nalotami bombowymi, aby otworzyć cieśninę, którą już się posiada. Eskalacja jest przyznaniem się. Każde nowe żądanie większej presji jest przyznaniem się, że poprzednie deklaracje zwycięstwa były nieprawdziwe.
Retoryka zwycięstwa była nieustająca. „Gdy w końcu pokonamy Iran, który właśnie teraz jest w bardzo dotkliwej porażce” – powiedział Trump publiczności w akademii policyjnej w Nowym Jorku 14 sierpnia – „wkrótce ogłoszę Cieśninę Ormuz terytorium Stanów Zjednoczonych”. Kilka dni wcześniej powiedział reporterom, że Stany Zjednoczone mają „całkowitą kontrolę” nad tym szlakiem wodnym: „To nasze i w pewnym momencie mogą coś zrobić, a wtedy zostaną zmieceni z powierzchni ziemi”. 18 sierpnia opublikował zdjęcie, na którym nazwał cieśninę „Nowym Terytorium USA”. 19 sierpnia upierał się, że cieśnina jest otwarta, a miny usunięte – jednocześnie potwierdzając, że blokada morska „nadal obowiązuje”.
Ta ostatnia kombinacja przedstawia całą historię w miniaturze. Cieśnina, która jest rzeczywiście otwarta, nie potrzebuje ciągłej blokady. Blokada, która „nadal obowiązuje”, z definicji oznacza, że cieśnina jest zamknięta. Oba twierdzenia są wysuwane jednocześnie, ponieważ każde z nich służy innemu celowi retorycznemu: „Cieśnina jest otwarta” odpowiada na zarzut, że Trump zniszczył globalny handel energetyczny, a „blokada jest całkowita” odpowiada na zarzut, że Iran nie ucierpiał. Żadne z twierdzeń nie wytrzymuje krytyki.
Retoryka reaguje na przemówienia kampanijne. Ceny ropy reagują na tankowce. A tankowce nie ruszają, pomimo zapewnień CENTCOM-u.
Ruch statków przez Cieśninę Ormuz wynosi około 17 procent średniej sprzed konfliktu, według Centrum Operacji Handlu Morskiego Zjednoczonego Królestwa. Wywiad morski ocenia, że szlak wodny jest w dużej mierze zablokowany, bez całkowicie bezpiecznej drogi. Od początku wojny 28 lutego pojawiły się dziesiątki doniesień o uszkodzonych statkach w cieśninie i jej okolicach, w tym osiem ataków na jednostki w tym miesiącu, niektóre powiązane z ZEA i Arabią Saudyjską. Jeszcze 19 sierpnia trzy supertankowce powiązane z Chinami zawróciły w trakcie tranzytu. To nie jest profil ruchu otwartego, kontrolowanego przez USA szlaku morskiego. To profil spornego, w dużej mierze zamkniętego wąskiego gardła.
Akcja cenowa przedstawia tę samą historię w innym języku. Cena ropy Brent zbliżała się do 92 dolarów za baryłkę w połowie sierpnia, czyli o około jedną czwartą więcej niż przed wojną – i rosła z sesji na sesję właśnie dlatego, że rynki nie widzą ani porozumienia, ani wznowienia wydobycia. Amerykańska Agencja Informacji Energetycznej (EIA) nie spodziewa się powrotu produkcji na Bliskim Wschodzie do poziomów sprzed wojny przed początkiem 2027 roku i przewiduje dalsze przerwy w wydobyciu na poziomie około 0,6 miliona baryłek dziennie aż do przyszłego roku. Gdyby Ormuz rzeczywiście został otwarty, a Iran faktycznie pokonany, cena ropy spadłaby do poziomu sprzed wojny, wynoszącego około 70 dolarów. Zamiast tego dzieje się odwrotnie. Rynek wycenia zamknięcie cieśniny i niedokończoną wojnę, a nie wystawia przedstawienia dla krajowej publiczności.
Należy również zwrócić uwagę na wewnętrzną sprzeczność w twierdzeniu dotyczącym samej blokady. Dane dotyczące nawigacji morskiej pokazują, że pomimo blokady niektóre statki nadal przepływają przez cieśninę – co oznacza, że blokada nie jest hermetyczną uszczelką, jaką opisuje ją administracja. Cieśnina jest zatem jednocześnie „otwarta” (słowa Trumpa) i w 83 procentach zamknięta (dane), a blokada jest jednocześnie „całkowita” (wizerunek Trumpa) i przepuszczalna (dane nawigacyjne). Oficjalna narracja jest jednocześnie niespójna w obu kierunkach. To oszałamiające!
Dlaczego nie karze się zwłok
Oto logiczny rdzeń, jasno określony. Sankcje są narzędziem przymusu. Ich jedynym celem jest wyrządzenie wystarczająco dotkliwych strat ekonomicznych, aby zmienić zachowanie przeciwnika – zmusić pokonany, ale jeszcze nieuległy rząd do negocjacji. Gdyby irańska armia została rzeczywiście zniszczona, jej cieśniny rzeczywiście zajęte, a gospodarka rzeczywiście zdławiona całkowitą blokadą, nie byłoby już nic do osiągnięcia za pomocą „podwójnego uderzenia” sankcji. Reżim zostałby już pokonany tymi samymi środkami, które według Trumpa już zadziałały.
Fakt, że Bessent musi teraz uciekać się do „środków, jakich nigdy wcześniej nie widziano”, nie jest zatem oznaką siły. Wskazuje raczej, że deklaracje o sukcesach militarnych i blokada nie przyniosły rezultatu, który miały gwarantować. Sam Departament Skarbu nałożył na Iran kolejne sankcje w 2026 roku – przeciwko „nielegalnym przepływom pieniędzy”, tankowcom floty cieni, giełdom aktywów cyfrowych, chińskim rafineriom „czajniczków” i giełdom walutowym pod hasłem „Gospodarczej Furii” – a Teheran nadal sprzedaje ropę, utrzymuje cieśninę zamkniętą i walczy dalej. Obietnica czegoś bezprecedensowego to ukryte przyznanie, że wszystko, co było wcześniej, zawiodło. Gdyby obecna presja działała, nie byłoby potrzeby wymyślania nowej jej kategorii.
Tutaj nowy argument przeplata się ze starym. Jeśli zapytasz, co właściwie może oznaczać „bezprecedensowy”, eksperci ds. sankcji dochodzą do jednej odpowiedzi: jedynym pozostałym narzędziem nacisku jest atakowanie chińskich banków i kanałów płatności denominowanych w juanach, którymi handluje się irańską ropą naftową. Chiny kupują zdecydowaną większość irańskiej ropy naftowej – ponad 80 procent według większości szacunków, ponad 90 procent według innych – i płacą w renminbi, przetwarzanym w systemie CIPS poza systemem dolarowym. Właśnie dlatego są celem i właśnie dlatego tak trudno je trafić.
Sankcje wtórne oparte na dolarze nie mogą być nakładane na transakcje, które nigdy nie dotyczą dolara. Aby presja była skuteczna, Waszyngton musiałby objąć sankcjami duże chińskie instytucje finansowe – nie małych pośredników, lecz duże banki – i odciąć je od globalnego systemu finansowego. Ocena Scotiabanku, podzielana przez klientów, jest jednoznaczna: Stany Zjednoczone „nie mogą bombardować się po drodze do zwycięstwa”, a młot ekonomiczny opisany przez Bessenta oznacza likwidację całej sieci finansowej stojącej za irańskim eksportem ropy naftowej. Jednak użycie tego młota wiąże się z kosztami, których administracja może nie być gotowa ponieść. Odcięcie dużych chińskich banków od rozliczeń w dolarach oznaczałoby bezpośrednie zerwanie relacji finansowych z Pekinem – i to w czasie, gdy Trump przygotowuje się do spotkania z Xi Jinpingiem. Wycofanie z rynku przecenionej irańskiej ropy naftowej jeszcze bardziej podniosłoby i tak już wysokie ceny ropy naftowej i podniosłoby ceny benzyny, których akceptacji Trump żąda od Amerykanów. Jak ujął to magazyn „Fortune”, pozostałe opcje niosą ze sobą ryzyko załamania się samej gospodarki USA.
Poza problemem zdolności, istnieje problem z wiarygodnością. W czerwcu 2025 roku Trump publicznie oświadczył: „Chiny mogą teraz nadal kupować ropę z Iranu” – deklaracja ta była w bezpośredniej sprzeczności z memorandum prezydenckim w sprawie bezpieczeństwa narodowego jego własnej administracji, którego celem było ograniczenie eksportu irańskiej ropy „do zera”. Było to tak wyraźne, że członkowie Kongresu zwrócili się do Departamentu Skarbu i Departamentu Stanu z protestem. Administracja, która w jednym roku mówi Pekinowi, że może nadal kupować irańską ropę naftową, będzie miała trudności z przekonaniem rynków – lub Teheranu – w kolejnym roku, że Pekin zrezygnuje z dostaw. Groźba zastosowania sankcji w celu zmuszenia Chin do rezygnacji z irańskiej ropy jest podważana przez wcześniejszy sygnał administracji, że tego po prostu nie zrobi.
Węzeł pakistański: drzwi, których sankcje nie mogą zamknąć – i na których zamknięcie ich nie stać.
Lądowy szlak, który najwyraźniej ujawnia zarzut „całkowitej blokady”, przebiega przez Pakistan, i w tym miejscu sprzeczność sankcji przestaje być abstrakcyjna.
25 kwietnia 2026 roku – dwanaście dni po rozpoczęciu blokady przez Marynarkę Wojenną USA – Ministerstwo Handlu w Islamabadzie wydało rozporządzenie SRO 691(I)/2026, „Zarządzenie w sprawie tranzytu towarów przez terytorium Pakistanu”, aktywizujące umowę o transporcie drogowym z Teheranem z 2008 roku, która pozostawała niewykorzystana przez osiemnaście lat. Wyznaczono sześć korytarzy lądowych, łączących Karaczi, Port Qasim i zbudowany przez Chińczyków port Gwadar z irańskimi przejściami granicznymi Gabd i Taftan.
Umożliwiło to bezcłowy wwóz towarów z krajów trzecich – głównie z Chin – do Iranu, całkowicie poza zasięgiem blokady morskiej. Trasa Gwadar–Gabd ma długość około 89 kilometrów i zajmuje od dwóch do trzech godzin, w porównaniu z szesnastoma do osiemnastu godzinami z Karaczi. To nie tylko teoria: w samym kwietniu 2026 roku Gwadar obsłużył około 11 000 kontenerów – więcej niż port przeładował w całym 2025 roku – a ładunki testowe już dotarły na północ przez Iran, w kierunku Azji Środkowej. Blokada nie jest w stanie zatrzymać ciężarówki w Beludżystanie, a ciężarówki wciąż się poruszają. Wzrost ruchu kontenerowego w Gwadarze to równowartość ceny ropy naftowej w transporcie towarowym: tak jak cena ropy Brent wynosząca 92 dolary przeczy twierdzeniu, że „cieśnina jest otwarta”, tak kontenery przeczą twierdzeniu, że „blokada jest całkowita”.
Po pierwsze, szczere zastrzeżenie: analitycy zgadzają się w raportach, że korytarz łagodzi presję na peryferie Iranu, a nie ratuje jego gospodarkę – główny ciężar spoczywa na kanale Yuan i CIPS, a także na wsparciu Rosji i Chin. Pakistan nie ma tu na celu bycia kołem ratunkowym Iranu. Chodzi o to, by być najwyraźniejszym przykładem drzwi, których Waszyngton nie może zamknąć, nie zaprzeczając samemu sobie.
Aby „bezprecedensowa” izolacja miała realny wpływ, musi w końcu dotrzeć do sieci – portów, banków, spedytorów – które utrzymują przepływ handlu z Iranem, a które obecnie przebiegają przez terytorium Pakistanu i banki pakistańskie. Pakistan nie został ukarany za otwarcie korytarza; amerykańskie sankcje wtórne nie wchodzą w życie automatycznie, a OFAC nie podjął takiej decyzji. Ryzyko jest jednak realne i strukturalne: kontrole zgodności ładunków związanych z Iranem mogłyby wpłynąć na pakistańskie banki i zwiększyć koszty, a analitycy wskazują, że Islamabad ma jedynie „ograniczone możliwości obejścia” amerykańskich kar, a wyjątki są „prawie nieistniejące”. Kraj ten jest objęty programem MFW i w żadnym wypadku nie jest w stanie wytrzymać konfrontacji z Departamentem Skarbu USA. Jego własni komentatorzy określają korytarz jako skalkulowane ryzyko na legalnej linie.
W tym przypadku Pakistan wzmacnia sprzeczność, zamiast ją jedynie ilustrować. Ta sama administracja, która obiecuje zamknąć wszystkie kanały do Iranu, jednocześnie zabiega o względy rządu, który utrzymuje jeden z najszerszych kanałów otwarty. Trump wielokrotnie chwalił feldmarszałka Asima Munira i premiera Szehbaza Sharifa, gościł Munira w Białym Domu, sugerował amerykańskie inwestycje w pakistańskie sektory wydobywcze i kryptowalut oraz wzywał Islamabad do pośredniczenia w czerwcowym „Memorandum Islamabad” – wynegocjowanym przez Pakistan amerykańsko-irańskim zawieszeniu broni, które od tamtej pory ponownie przerodziło się w blokadę i groźby. Zapytany wprost o korytarz irański, Trump po prostu powiedział, że „wie o nim wszystko” i nie zgłosił sprzeciwu. To, co Middle East Institute nazywa „milczącą zgodą” Waszyngtonu, nie oznacza poparcia dla irańskiego mostu lądowego w celu obejścia blokady, ale zależność od kraju, który go obsługuje.
Sankcje uderzają zatem w mur, który sam Waszyngton wzniósł. Aby zachować spójność, presja musiałaby zostać wymierzona w pakistański korytarz i jego brzegi. Jednak nałożenie sankcji na mediatora – generała, o którego Trump zabiegał przez rok – zniweczyłoby dyplomację, którą administracja wciąż twierdzi, że jest na skraju sukcesu, i jeszcze bardziej popchnęłoby państwo posiadające broń jądrową i sprzymierzone z Chinami w kierunku Pekinu. Po wykluczeniu korytarza „całkowita izolacja” okazuje się jedynie retoryką. Nie ma takiej wersji tej polityki, która mogłaby zamknąć pakistańskie drzwi, nie zaprzeczając jednocześnie czemuś, co administracja twierdzi jako prawdę.
Pakistan ma również kartę, która odwraca presję na Waszyngton. Munir podobno ostrzegał Trumpa, że sparaliżowany Iran otworzy 560-milowy „korytarz terroru” przez Beludżystan – tę samą prowincję, w której znajduje się Gwadar i do której Chiny wpompowały miliardy dolarów z CPEC – zagrażając tym samym zarówno interesom USA, jak i chińskiej infrastrukturze. Innymi słowy, im bardziej USA naciskają na Iran, tym bardziej ryzykują destabilizację kruchego, ogarniętego rebelią regionu przygranicznego, kontrolowanego przez swojego preferowanego partnera i finansowanego przez rywala. Ironia jest głęboka: przez ponad dekadę Waszyngton groził sankcjami, aby powstrzymać Pakistan przed budową choćby gazociągu do Iranu; dziś Pakistan prowadzi otwarty korytarz handlowy, a Waszyngton milczy.
Dla samego Pakistanu sytuacja przypomina balansowanie na linie. Korzyści są realne – dochody z tranzytu, realne zadanie gospodarcze dla Gwadaru, rola łącznika między Chinami, Iranem i Azją Środkową oraz wpływy jako niezastąpionego pośrednika. Równie realne są wady – ryzyko sankcji wtórnych, na które Pakistan nie może sobie pozwolić, ewentualna konieczność wyboru między relacjami ze Stanami Zjednoczonymi i korytarzem irańskim a obciążeniem bezpieczeństwa związanym z transportem tego handlu przez Beludżystan, przy jednoczesnym równoważeniu Iranu z Arabią Saudyjską, państwami Zatoki Perskiej i Waszyngtonem. Korzyści zależą wyłącznie od kontynuacji amerykańskiej uległości, której właśnie „bezprecedensowe środki” Bessenta mają położyć kres. Oto dylemat w pigułce: jeśli sankcje są realne, Pakistan będzie jedną z pierwszych ofiar; jeśli Pakistan zostanie oszczędzony, sankcje nie będą tym, za co się podają.
Iran nie znajduje się w komfortowej sytuacji. Blokada jest realna i kosztowna – pochłonęła miliardy dolarów z dochodów z ropy naftowej – a irańska gospodarka rzeczywiście cierpi. Nowe sankcje finansowe nie są nieskuteczne; jeśli Waszyngton jest gotów zaakceptować reperkusje i bezpośrednio nałożyć sankcje na duże chińskie banki, rzeczywiście spowodowałoby to znaczne dodatkowe straty. Luka w juanie i CIPS to realna możliwość obejścia przepisów, ale nie pole siłowe: CIPS nadal opiera się na zachodnich systemach przesyłania wiadomości w dużej części swojego ruchu, a renminbi nadal odpowiada za jedynie niewielką część globalnych płatności. Prawdziwym stwierdzeniem jest to, że Iran, jako zdeterminowany użytkownik z chętnym chińskim partnerem handlowym, może ominąć dolara – a nie to, że dolar się załamuje. A irańska armia jest poobijana, a nie unicestwiona; twierdzenie Trumpa, że Iran został „całkowicie pokonany”, jest obalone przez Iran, który nadal jest w stanie utrzymać Ormuz na poziomie 17% normalnego ruchu, podczas gdy jego siły rakietowe są nienaruszone i rosną.
Zatem uczciwy wniosek nie jest taki, że sankcje będą nieskuteczne. Chodzi o to, że napotkają one ograniczenia strukturalne, które przeczą retoryce samego rządu – i że presja doprowadzi do tego, że Iran stanie się biedniejszy, bardziej wściekły i jeszcze bardziej zorientowany na wschód, który ucierpi, ale się nie załamie. To zupełnie inny rezultat niż ten, który obiecuje kapitulacja Bessent.
Odrzućmy wszelką teatralność, a sekwencja wydarzeń sama się sobie przeczy. Gdyby irańska armia została pokonana, nie byłoby potrzeby „uderzenia” bezprecedensowymi sankcjami. Gdyby cieśnina była rzeczywiście otwarta i znajdowała się pod amerykańską kontrolą, ropa nie kosztowałaby prawie 92 dolarów, podczas gdy ruch wynosiłby 17 procent, a supertankowce zawracałyby.
Gdyby blokada była całkowita, dochody Iranu z ropy wyniosłyby zero – zamiast tego Iran sprzedaje ją Chinom w juanach, poza zasięgiem blokady i dolara, i właśnie dlatego Bessent musi uciec się do finansowej broni, której Waszyngton nie posiada. A szlak lądowy przez Pakistan przewozi prawdziwe ładunki przez Gwadar, podczas gdy Waszyngton, który potrzebuje Islamabadu jako mediatora, patrzy w inną stronę – ten sam rząd, który przysięga zamknąć Iranowi wszystkie drzwi, zabiega o względy rządu, który utrzymuje jedne z najszerszych drzwi otwartych. Każde twierdzenie o zwycięstwie zostaje obalone przez kolejną eskalację, a eskalacja trwa. Kiedy rząd, który twierdzi, że już wygrał, stale domaga się nowych i bardziej radykalnych środków, by wygrać, samo to żądanie jest dowodem. Wojna się nie skończyła, cieśnina nie jest nasza, a sankcje są wymierzone w żelazny uścisk, z którego Iran już się wyrwał.
Tertulian powiedział, że wiara katolicka i moc żydowska są jak dwie szale u wagi. Gdy wiara katolicka unosi się ku górze, siły żydowskie opadają, podobnie dzieje się w odwrotnym przypadku. Gdy katolicyzm słabnie, szala żydowska się unosi. Dzieje się tak, ponieważ już od czasów gdy żydzi ukrzyżowali naszego Pana Jezusa Chrystusa, zawsze byli oni wrogami Kościoła katolickiego. Zawsze traktowali Kościół katolicki jako ich głównego wroga. Rzecz ma się podobnie z komunistami, dla nich też Kościół katolicki jest naczelnym wrogiem. Nowy Porządek Świata również zdaje sobie sprawę, że Kościół jest ich najgroźniejszym przeciwnikiem.
Od czasów Soboru Watykańskiego II, Kościół jest znokautowany, leży na deskach. Jest odliczany niczym pięściarz…6,7,8… Wrogom Kościoła wydaje się, że Kościół już poległ. To nieprawda. Kościół znów stanie na nogach, ponieważ Pan Bóg nie chce unicestwienia Kościoła i Pan Bóg na to nie pozwoli. Wrogowie Kościoła; żydzi, komuniści, masoni i inni nie zdają sobie z tego sprawy. Są zdeterminowani do walki z Nim na śmierć i życie i to właśnie robią.
Pan Bóg zezwala na to poprzez całą wieczność. Trzymając się bokserskiego porównania, które już zastosowaliśmy, jeśli chcemy wyszkolić dobrego pięściarza, musimy mu zapewnić bardzo dobrych partnerów treningowych, nie słabeuszy. Jeśli chcemy wyszkolić ludzi tak aby zasłużyli na Niebo, musimy zapewnić im tutaj na ziemi solidną walkę, a nie jakąś śmieszną i pozorowaną. Takim poważnym i sprawnym partnerem treningowym są właśnie żydzi.
Pan Bóg udzielił im wielu talentów; są mądrzy, zdeterminowani, stanowczy, zmotywowani i walczą z Kościołem od samego początku. Pan Bóg zezwala na to, aby w tej walce kształtować dobrych katolików. Zezwalając na wzrost potęgi żydowskiej, Pan Bóg ukazuje nam, jakich cierpień możemy się spodziewać jeśli utracimy naszą wiarę.
Zatem jedynym sposobem powstrzymania żydowskiej dominacji jest odbudowa wiary katolickiej. SWII podkopał autorytet Kościoła katolickiego i w efekcie pozwoliło to na spuszczenie ze smyczy całej żydowskiej potęgi.
„Krew Jego na nas i na dzieci nasze” Mt 27,25
Ta żydowska deklaracja jest najbardziej przerażająca w całej historii świata.
„Nasz Pan uczynił z Kaina wiecznego wędrowca i uciekiniera, ale naznaczył go znamieniem, aby ktokolwiek rozpozna to znamię, nie mógł go zabić. Dlatego żydzi, których nie wolno zabijać, a których ręce są splamione krwią Chrystusa, pozostaną wędrowcami i uciekinierami dopóki ich oblicza nie pokryją się hańbą w imię Jezusa Chrystusa Naszego Pana.” – Papież Innocenty III
„Gdyby ktoś zabił umiłowanego syna człowieczego, a następnie wyciągnął ręce splamione krwią do strapionego ojca, prosząc go o przyjęcie do swojego domu, czyż krew syna, widoczna na ręce mordercy, nie pobudziłaby ojca do słusznego gniewu? Takie są modlitwy żydów, bo kiedy wyciągają ręce w modlitwie, przypominają Bogu Ojcu o swoim grzechu przeciwko Jego Synowi. Przy każdym wyciągnięciu rąk, pokazują, że te są splamione krwią Chrystusa. Ci bowiem, którzy trwają w swym zaślepieniu, dziedziczą winę swych ojców; wołali bowiem: „Krew Jego na nas i na dzieci nasze” Mt 27,25. – Święty Bazyli Wielki
„Biedni żydzi! Przywołaliście straszliwą klątwę na własne głowy, wołając „Krew Jego na nas i dzieci nasze”, i tę klątwę, nieszczęsny narodzie, nosicie do dziś i do końca czasów będziecie nosić karę tej niewinnej krwi. O mój Jezu… Nie będę uparty jak żydzi. Będę Cię kochał na zawsze, na zawsze, na zawsze!” – Święty Alfons Maria Liguori
„Twardego karku i nie obrzezanych serc i uszu! Wy się zawżdy sprzeciwiacie Duchowi świętemu. Jako ojcowie waszy, także i wy. Którego z Proroków nie przeszladowali ojcowie waszy? I zabili tych, którzy opowiadali o przyszciu sprawiedliwego, któregoście wy teraz zdrajcami i mężobójcami byli,
którzyście wzięli zakon przez rozrządzenie Anjelskie, a nie strzegliście.” Dz 7, 51-53
„Abowiem wy, bracia, zstaliście się naszladowcami kościołów Bożych, które są w żydowskiej ziemi w Chrystusie Jezusie, iżeście i wy toż cierpieli od spółpokoleników waszych, jako i oni od żydów, którzy i Pana zabili Jezusa, i Proroki, i nas przeszladowali, i Bogu się nie podobają, i wszytkim ludziom się sprzeciwiają, broniąc nam, żebyśmy nie mówili Poganom, iżby byli zbawieni: aby zawsze wypełniali grzechy swe, abowiem na nie przyszedł gniew Boży aż do końca.” Dz 2, 14-16
14 sierpnia 2026 roku prezydent Donald Trump przemawiał do zgromadzonych funkcjonariuszy organów ścigania w Centrum Szkolenia i Wywiadu im. Davida S. Macka w Garden City na Long Island. Trump oświadczył, że po „zwycięstwie nad Iranem” ogłosi Cieśninę Ormuz terytorium Stanów Zjednoczonych.
…. Chwila moment… Cieśnina Amerykańska?
NOTUS (Wiadomości ze Stanów Zjednoczonych) odnotował słowa Trumpa:
„Gdy pokonamy Iran, ogłoszę Cieśninę Ormuz terytorium Stanów Zjednoczonych”.
Al Jazeera i USA Today obszernie relacjonowały to samo przemówienie. Powiedział, że ogłosi to „dość wkrótce”, a następnie odniósł się do blokady morskiej: „Zasadniczo, dokładnie o to chodzi. Mamy blokadę. Żaden statek nie przepłynie, jeśli tego nie chcemy”.
Wyjaśnijmy: to nie jest chwyt PR-owy. To kolejny krok w ramach IMEC.
18 marca 2026 roku opublikowałem białą księgę zatytułowaną „IMEC: Wojna Trumpa z Iranem dotyczy globalnego handlu”. Napisałem ją, aby obalić mity otaczające wojnę w Iranie i ujawnić główny plan przekształcenia globalnych szlaków handlowych, plan mający na celu zdominowanie światowego handlu. To tektoniczna zmiana w strukturze geopolitycznej świata. Co więcej, jest to główny plan globalnej technokracji, posuwający się aż do uczynienia z Gazy wizytówki państwa technokratycznego. Każdy, kto nie dostrzega tych powiązań, pozostanie w niewiedzy.
Publicznie przedstawiłem formułę 23 kwietnia:
Zakładam, że wojna z Iranem nie miała nic wspólnego z materiałem nuklearnym, a raczej z przejęciem kontroli nad Cieśniną Ormuz. Należy jednak pamiętać, że media jedynie odzwierciedlają, nigdy nie przedstawiają przyczyn; narracja, którą rozpowszechniają, nigdy nie jest oryginalna. Cieśnina Ormuz to „co”. IMEC to „dlaczego”. Program nuklearny był pretekstem.
Debata terytorialna to ten sam argument, tylko krok dalej.
Czym jest IMEC i dlaczego Hormus jest w centrum uwagi
IMEC to skrót od Korytarza Gospodarczego Indie-Bliski Wschód-Europa.
9 września 2023 roku Indie, Stany Zjednoczone, Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Francja, Niemcy, Włochy i Unia Europejska podpisały umowę na szczycie G20 w New Delhi. Mówiąc wprost, to nowy szlak handlowy. Koleje. Porty. Linie energetyczne. Kable światłowodowe. Ładunki miałyby być transportowane z Indii drogą morską do Zatoki Perskiej, następnie koleją przez Arabię Saudyjską do izraelskiego portu w Hajfie, a na końcu statkiem do Europy. Trump nazwał go później „jednym z największych szlaków handlowych w historii”.
Wschodnia część tego szlaku morskiego biegnie przez Zatokę Perską. Ma tylko jedno wejście i wyjście: Cieśninę Ormuz.
Iran leży na północnym brzegu, a Oman na południowym. W najwęższym miejscu cieśnina ma około 20–21 mil morskich szerokości. Każdy tankowiec opuszczający terminale w Zatoce Perskiej, od których zależy IMEC, musi przepłynąć przez Cieśninę Ormuz, chyba że Iran zdecyduje inaczej.
Pisałem o tym w mojej książce „Nowa ekonomia technokracji ” i powtórzę to tutaj. Najpoważniejszym wąskim gardłem w handlu światowym jest Cieśnina Ormuz, a czynnikiem zakłócającym jest Iran.
To nie jest błaha sprawa. Szlak żeglugowy w Zatoce Perskiej, który Iran może zablokować, nie może być globalnym szlakiem handlowym. Wojna, która rozpoczęła się 28 lutego 2026 roku pod nazwą „Operacja Epic Fury”, była sposobem na wyeliminowanie czynnika zakłócającego. IMEC jest „dlaczego”. Pretekstem był materiał jądrowy.
Oman jest pokazany na tej samej mapie z dwóch powodów. Po pierwsze, geograficznie: południowa strona Cieśniny Ormuz to wody omańskie. Po drugie, ze względu na trasę objazdową. W tej samej książce zwróciłem uwagę, że omańskie porty Dukm, Salala i Sohar leżą poza cieśniną na Morzu Arabskim. Porty te otrzymują coraz więcej inwestycji, ponieważ pełnią funkcję alternatywnych węzłów. Inicjatorzy projektu IMEC zaplanowali obejście Cieśniny Ormuz. Wiedzieli, że przeszkodą jest Iran.
Teraz Trump grozi zbombardowaniem Omanu, jeśli kraj nie zjednoczy się.
Co Trump powiedział w ciągu ostatnich czterech dni
13 sierpnia sekretarz obrony Pete Hegseth oświadczył, że Marynarka Wojenna może utrzymywać blokadę „w nieskończoność”.
14 sierpnia ustanowiono „Linię Garden City” na terytorium USA.
17 sierpnia Trump powiedział reporterowi Fox News, Treyowi Yingstowi: „Jeśli Oman stanie nam na drodze, zbombardujemy go i zrównamy z ziemią”. Fox News nie opublikował nagrania audio. Później tego samego dnia, w Gabinecie Owalnym, oświadczył: „Mamy pełną kontrolę nad Cieśniną”. To jego oświadczenie.
Na morzu jest inaczej. Statki nadal przez nią przepływają. Ataki trwają. 18 sierpnia brytyjskie Biuro ds. Operacji Handlowych (Maritime Trade Operations Office) poinformowało o trafieniu statku towarowego w Cieśninę.
Również 17 sierpnia rzecznik irańskiego MSZ Esmail Baghaei (nie minister spraw zagranicznych) oświadczył, że „osiągnięto porozumienie w sprawie mapy szlaków tranzytowych”. Podawany plan: wjazd w pobliżu Iranu, wyjazd w pobliżu Omanu, bez dodatkowych opłat drogowych na razie. Trump powiedział Yingst, że Stany Zjednoczone mają tajny kanał komunikacji z Korpusem Strażników Rewolucji Islamskiej. Rzecznik IRGC powiedział agencji Tasnim, że to kłamstwo.
18 sierpnia Trump opublikował na portalu Truth Social mapę zatytułowaną „Nowe terytorium USA”. Napisał, że „obecnie nie toczą się żadne rozmowy ani negocjacje, ani też nie są planowane”. Oświadczył, że blokada jest „w pełni skuteczna” i że „wszystkie miny morskie zostały usunięte lub zdetonowane”. Dowództwo Centralne USA odmówiło potwierdzenia tych informacji dotyczących min.
Powiedział to już w maju: „Oman zachowa się tak samo jak wszyscy inni, w przeciwnym razie będziemy musieli ich wysadzić w powietrze”. Senator Tim Kaine ogłosił, że złoży wniosek o rezolucję w sprawie uprawnień wojennych, aby zapobiec działaniom militarnym przeciwko Omanowi.
Porozumienie osiągnięte przez strony w czerwcu, które BBC datuje na 18 czerwca, obowiązywało przez okres sześćdziesięciu dni i wygasło 17 sierpnia. Trump powiedział BBC, że nie zamierza go przedłużać.
Ropa naftowa ilustruje, dlaczego wąskie gardło jest tak istotne. Przed wojną około jedna piąta światowego zapotrzebowania na ropę naftową i skroplony gaz ziemny (LNG) była transportowana przez Cieśninę Ormuz. Amerykańska Agencja Informacji Energetycznej (EIA) poinformowała 12 sierpnia, że prognozowany przepływ wyniesie około 21 milionów baryłek dziennie w 2025 roku i 4,9 miliona baryłek dziennie w drugim kwartale 2026 roku.
Jest to roszczenie do szlaku handlowego, a nie sprawa dla ONZ.
Niektórzy próbują wnieść sprawę do Organizacji Narodów Zjednoczonych i na mocy Konwencji o prawie morza. Stany Zjednoczone odrzuciły ten traktat. Iran go podpisał, ale nigdy nie ratyfikował. Ani Waszyngton, ani Teheran nie są jego stroną. ONZ nie ma znaczenia w tym sporze. Geografia nie. Iran na północy. Oman na południu. Cieśnina między nimi stanowi wąskie gardło IMEC.
Czy prezydent może uczynić ich Amerykanami, po prostu tak mówiąc? Bruce Fein, zastępca asystenta prokuratora generalnego za prezydentury Reagana, powiedział, że prawo amerykańskie jest jasne. Aby uzyskać terytorium, Stany Zjednoczone potrzebują traktatu ratyfikowanego przez Senat lub ustawy Kongresu. Samo przemówienie nie wystarczy. Mapa w mediach społecznościowych też nie.
To odpowiada na pytanie prawne w Stanach Zjednoczonych. Nie odpowiada jednak na pytanie, dlaczego to powiedział.
Powiedział tak, ponieważ kolejnym krokiem po blokadzie jest zgłoszenie własności. Kto kontroluje wąskie gardło, kontroluje nowy szlak handlowy. Publiczne i prywatne fundusze już finansują budowę kolei, portów, kabli i linii energetycznych. Siła militarna jest używana do eliminacji przeszkody. „Terytorium” to słowo używane, gdy chcesz, aby świat uznał to wąskie gardło za swoje.
Wiceminister spraw zagranicznych Iranu Kazem Gharibabadi oświadczył, że Cieśniny Ormuz „nie da się zdobyć za pomocą tweeta ani lotniskowca” i że „była irańska, jest irańska i pozostanie irańska”. Oczywiście, Teheran to potwierdził. Iran jest siłą destabilizującą na północnym brzegu. Oman jest partnerem na południowym brzegu, któremu teraz każe się wycofać lub zostać zbombardowanym. Biały Dom to biuro, które kreśli mapę.
Już nakreśliłem szerszy plan. IMEC to nie tylko umowa handlowa. To korytarz publiczno-prywatny, mający na celu zdominowanie globalnego handlu, z Gazą jako modelem technokratycznego państwa na krańcu Morza Śródziemnego, obok Hajfy. Ormuz to wschodni punkt zapalny tego samego systemu. Nie sądzę, żeby to były oddzielne historie. Nie są.
Obserwuj Oman. Obserwuj korytarz.
Od lat powtarzam, że technokracja nie potrzebuje rewolucji. Potrzebuje infrastruktury. Zbuduj szlak. Kontroluj wąskie gardło. Zarządzaj przepływem towarów. Zgoda nie jest wymagana.
Budowa IMEC. Wojna była operacją oczyszczającą. Blokada jest środkiem nacisku. Mówienie o terytorium to roszczenie.
Obserwujcie Oman w nadchodzących tygodniach. Długoletni amerykański partner jest zagrożony bombardowaniem podczas negocjacji trasy tranzytowej z Teheranem. Obserwujcie korytarz. Obserwujcie mapę. Obserwujcie, co robią, a nie co mówią.
Jak już wspomniałem: jeśli nie dostrzegasz powiązań, pozostaniesz w ciemności. Jeśli je dostrzegasz, nie jesteś bezradny. Amerykanie już wcześniej przejrzeli takie machinacje. Mogą to zrobić ponownie. Wręcz przeciwnie, muszą.
Bibliografia
Patrick Wood, „IMEC: Wojna Trumpa z Iranem dotyczy globalnego handlu”, Technocracy.News, 18 marca 2026 r. https://www.technocracy.news/imec-trumps-war-with-iran-is-about-global-trade/
Patrick Wood, „Czy wojna z Iranem dotyczy arsenału nuklearnego, czy kontroli nad Cieśniną Ormuz?”, Technocracy.News, 23 kwietnia 2026 r. https://www.technocracy.news/is-war-with-iran-about-nuclear-stockpile-or-controlling-the-strait-of-hormuz/
Patrick M. Wood, The New Economics of Technocracy (Coherent Publishing, 2026), Rozdział 9, „Korytarz Zatoki Perskiej – część II”. Kanał Ormuz jako wąskie gardło dla IMEC; Iran jako czynnik destrukcyjny; omańskie porty Duqm, Salala i Sohar jako trasa ominięta; Operacja „Epic Fury”, 28 lutego 2026 r.
NOTUS, „Trump: Planuję ogłosić Cieśninę Ormuz „terytorium” USA”, 14 sierpnia 2026 r. Garden City / Blakeman / Środowisko funkcjonariuszy organów ścigania; wyraźny cytat na temat terytorium. https://www.notus.org/donald-trump/strait-of-hormuz-us-territory
Al Jazeera, „Trump grozi, że uczyni Cieśninę Ormuz terytorium USA. Czy może to zrobić?”, 16 sierpnia 2026 r. „Wkrótce” i późniejsza blokada; Fein (traktat czy prawo); Gharibabadi; Ani USA, ani Iran nie są stronami UNCLOS. https://www.aljazeera.com/news/2026/8/16/trump-threatens-to-make-the-strait-of-hormuz-a-us-territory-can-he
USA Today, „Trump ogłasza, że wkrótce ogłosi Cieśninę Ormuz terytorium USA”, 14 sierpnia 2026 r. Te same, bardziej szczegółowe klauzule „miasta-ogrodu”; Hegseth „na czas nieokreślony”, 13 sierpnia. https://www.usatoday.com/story/news/politics/2026/08/14/trump-straight-of-hormuz-territory-iran-war/91310185007/
NBC News, „Trump grozi zbombardowaniem Omanu, jeśli stanie na przeszkodzie rozmowom z Iranem w sprawie Cieśniny Ormuz”, 17 sierpnia 2026 r. Linia Yingsta (bez dźwięku); deklaracja Gabinetu Owalnego o „całkowitej kontroli”; rezolucja Kaine’a dotycząca „waszegó mocarstw”. https://www.nbcnews.com/politics/trump-administration/trump-bomb-oman-iran-strait-hormuz-rcna592971
Associated Press, „Trump grozi Omanowi, który pracuje nad porozumieniem z Iranem w sprawie Cieśniny Ormuz”, 17 sierpnia 2026 r. Linia tranzytowa Baghaei; może „wysadzić ich w powietrze”. https://apnews.com/article/iran-us-israel-lebanon-gaza-hormuz-august-17-2026-53ae10812e472a4e5bb228b9f318a5fc
Wiadomości BBC: „Trump grozi zbombardowaniem sojusznika USA, Omanu, jeśli ten „stanie na drodze” do porozumienia z Iranem”. Memorandum o porozumieniu zostało podpisane 18 czerwca i wygasło 17 sierpnia; Trump powiedział BBC, że go nie odnowi; Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej zdementował te doniesienia za pośrednictwem agencji Tasnim. https://www.bbc.com/news/articles/cy5dzk0ryzdo
CNBC: „Trump odrzuca rozmowy z Iranem i sugeruje, że Cieśnina Ormuz jest terytorium USA”, 18 sierpnia 2026 r. Mapa „Nowe terytorium USA” na Truth Social; „nie planuje się rozmów”; blokada „w pełnym toku”; zarzuty dotyczące min; CENTCOM odmówił potwierdzenia; statek towarowy UKMTO trafiony. https://www.cnbc.com/2026/08/18/us-iran-war-trump-hormuz-trump-ceasefire-expires-extension-.html
NBC News, „Iran odrzuca „urojenia” po tym, jak Trump powiedział, że chce, aby Cieśnina Ormuz stała się terytorium USA”, 15 sierpnia 2026 r. https://www.nbcnews.com/world/iran/iran-rejects-delusions-trump-strait-hormuz-us-territory-rcna592666
Amerykańska Agencja Informacji Energetycznej (EIA), Krótkoterminowe prognozy energetyczne / Dane dotyczące globalnego bezpieczeństwa energetycznego, 12 sierpnia 2026 r. W 2025 r. przez Cieśninę Ormuz będzie przepływać około 21 milionów baryłek dziennie, a w drugim kwartale 2026 r. – 4,9 miliona baryłek dziennie.eia.gov/outlooks/steo/report/energysecurity
Rządowy poradnik ostrzega osoby ubiegające się o azyl, aby nie gwałcić ani nie bić kobiet.
Publikacja Ministerstwa Spraw Wewnętrznych , w której określono „zasady i oczekiwania” dotyczące życia w Wielkiej Brytanii, zostanie przekazana osobom ubiegającym się o azyl w ramach kampanii edukacyjnej.
Ostrzega: „Jeśli uprawiasz seks z kimś bez jego zgody, nazywa się to gwałtem. Gwałt jest poważnym przestępstwem w Wielkiej Brytanii”.
Siedmiostronicowa broszura, opublikowana wczoraj w następstwie serii okropnych gwałtów i ataków seksualnych, których dopuścili się azylanci, ostrzega również nowoprzybyłych, aby nie „podążali za kimś ani nie blokowali mu drogi” i nie „wykonywali niegrzecznych lub obraźliwych gestów”.
Osobom ubiegającym się o azyl zaleca się, aby nigdy „nie kierowały do nikogo uwag o charakterze seksualnym, nawet jeśli uważają to za komplement” ani „nie gwizdały i nie wydawały odgłosów całowania w stronę kogoś”.
Stanowi ona, że seks z osobą poniżej 16 roku życia jest nielegalny, dodając: „Nie ma wyjątków od tej reguły. Nawet jeśli się zgodzą, to i tak jest to nielegalne”.
Broszura zatytułowana „Zrozumienie zachowań i oczekiwań w Wielkiej Brytanii: przewodnik dla osób ubiegających się o azyl” ma zostać udostępniona w wielu językach obcych.
W dokumencie podkreślono również, że przemoc fizyczna, groźby i kontrolowanie stanowią formy przemocy domowej i poważne przestępstwo.
W dokumencie napisano: „Rozumiemy, że przyjazd do nowego kraju może być trudny, a prawa i zwyczaje mogą się tu różnić od tych w Twoim kraju ojczystym.
Ta broszura pomoże Ci zrozumieć, czego się od Ciebie oczekuje, jeśli mieszkasz w Wielkiej Brytanii.
Dodaje: „Te zasady i oczekiwania nie dotyczą tylko osób ubiegających się o azyl, dotyczą wszystkich, którzy tu mieszkają”.
W broszurze wyjaśniono dalej, że mężczyźni i kobiety w Wielkiej Brytanii mają równe prawa, a kobietom wolno „pracować i zarabiać na swoje utrzymanie”.„własne pieniądze”, studiowanie, swobodne podróżowanie i „podejmowanie własnych decyzji dotyczących własnego życia”, łącznie z decyzją o zawarciu związku małżeńskiego.
W dokumencie dodano, że mąż, ojciec lub brat nigdy nie powinien zabraniać kobiecie pracy lub nauki, kontrolować jej ubioru lub miejsc, do których chodzi, uniemożliwiać jej spotykania się z rodziną i przyjaciółmi ani podejmować za nią decyzji bez jej zgody.
W dokumencie ostrzega się również, że robienie komuś zdjęć o charakterze seksualnym bez jego zgody jest przestępstwem.
Zawiera porady i numery telefonów zaufania dla osób, które padły ofiarą nadużyć seksualnych lub innych form nadużyć.
W osobnym dokumencie zatytułowanym „Zapewnienie bezpieczeństwa dzieciom w Wielkiej Brytanii” określonoże „niemowląt i małych dzieci nigdy nie należy zostawiać samych”.
Dzieci nie powinny być „bite, klepane, potrząsane ani krzywdzone” , a „niezapewnienie dziecku wystarczającej ilości pożywienia, czystych ubrań, opieki zdrowotnej lub bezpiecznego miejsca do życia” jest równoznaczne z zaniedbaniem.
Materiał ten został również wydany w formie serii plakatów z ilustracjami w stylu komiksowym, prawdopodobnie przeznaczonych do wywieszenia w hotelach dla uchodźców i innych miejscach zakwaterowania dla migrantów.
W zeszłym roku na małych łodziach przypłynęło 41 472 osób – większość z nich ubiegała się o azyl – spośród nich 34 201 stanowili mężczyźni.
Najliczniejszą grupą narodowościową wśród migrantów przybywających przez Kanał La Manche w ubiegłym roku były:Erytrejczyków (nieco ponad 7600), Afgańczyków (4800), Irańczyków (4400), Sudańczyków (4400) i Somalijczyków (3800).
W zeszłym tygodniu na pokładzie jednej łodzi przypłynęła rekordowa liczba 230 osób .
Inne sposoby ubiegania się o azyl obejmują przybycie w sposób nielegalny, np. na pace ciężarówki, lub ubieganie się o status uchodźcy po uzyskaniu wizy.
Chris Philp, rzecznik Partii Konserwatywnej ds. wewnętrznych, powiedział: „Nielegalni i legalni imigranci pochodzą z miejsc i społeczeństw, w których stosunek do kobiet jest zupełnie niezgodny z postawą społeczeństwa zachodniego.
=============================
Ujawniono: Sześciu przybyszów, którzy dopuścili się gwałtu
Przez CAMERON CHARTERS
Abdulla Ahmadi, Ibrahim Alshafe i Karin Al-Danasurt
Abdulla Ahmadi i Ibrahim Alshafe, oboje w wieku 26 lat, a także Karin Al-Danasurt, 21 lat, zostali określeni przez sędziego mianem „całkowicie drapieżnych, bezdusznych i pogardliwych” za napaść na kobietę na plaży Brighton 4 października ubiegłego roku.
W styczniu w Sądzie Koronnym w Hove sędzia Christine Henson KC skazała Ahmadiego z Iranu i Alshafe’a z Egiptu na 21 lat więzienia za gwałt. Skazany za morderstwo 21-letni Al-Danasurt, również z Egiptu, przedostał się do Wielkiej Brytanii.w 2024 roku. Został skazany za gwałt za filmowanie ataku i skazany na 18 lat więzienia.
Wszyscy trzej mieszkali w hotelu Home Office w Horsham, West Sussex, po przepłynięciu kanału La Manche małymi łódkami.
Ahmad Mulakhil
Afghani Ahmad Mulakhil został w lipcu skazany na 15 lat więzienia za gwałt na 12-letniej dziewczynce w Nuneaton w hrabstwie Warwickshire.
23-letni Mulakhil został skazany w Sądzie Koronnym w Warwick za gwałt, porwanie, napaść seksualną i nagranie nieprzyzwoitego filmu. Policja stwierdziła, że jego przestępstwa „naruszają fundamentalne wartości spajające nasze społeczności”.
Mulakhil przybył do Wielkiej Brytanii małą łódką w marcu ubiegłego roku. Rok i cztery miesiące później zaatakował dziewczynę. Ława przysięgłych usłyszała zeznania, że Mulakhil śmiał się podczas ataku, co spowodowało u jego ofiary głęboki uraz psychiczny.
Sheraz Malik
Pakistański Sheraz Malik, lat 28, zgwałcił 18-letnią kobietę w parku w Nottinghamshire w czerwcu ubiegłego roku. Dwa miesiące temu Sąd Koronny w Birmingham skazał go na dziesięć lat więzienia za fałszywe twierdzenie, że stosunek był dobrowolny.
Sędzia Simon Ash KC stwierdził, że Malik obrał sobie za cel „szczególnie bezbronną” kobietę. Podczas ataku Malik nazwał ofiarę „dziwką” i uderzył ją w twarz, gdy próbowała mu się przeciwstawić. Słyszałem, że przybył do Wielkiej Brytanii rok przed dokonaniem gwałtu.
Mehmet Ogur
27-letni Turk Mehmet Ogur został skazany na siedem lat więzienia za gwałt na 18-letniej kobiecie w parku w Tamworth w hrabstwie Staffordshire w styczniu ubiegłego roku. Przybył do Wielkiej Brytanii zaledwie kilka tygodni wcześniej.
Podczas procesu usłyszał, jak jego ofiara krzyczała na niego i błagała, żeby przestał. W styczniu jego ofiara odczytała oświadczenie w Sądzie Koronnym w Stafford, w którym zapytała Ogura: „Dlaczego ja, dlaczego wybrałeś mnie, żeby mnie całkowicie zniszczyć, skoro okazywałam ci jedynie dobroć i empatię?”.
Sachan Gautam zCPS oświadczyło: „Jego zachowanie ewoluowało od niechcianych zalotów do brutalnego i traumatycznego gwałtu”.
W Polsce rusza pilotażowy program rehabilitacji dla zdemobilizowanych ukraińskich weteranów. W pierwszym etapie ma do nas przyjechać 30 osób, podzielonych na trzy grupy. Uczestnicy będą przez kilka tygodni korzystać z rehabilitacji fizycznej oraz programu rekonwalescencji. Projekt ma jednak wykraczać poza samą pomoc medyczną — jego organizatorzy chcą, aby weterani przebywali wśród mieszkańców i nawiązywali kontakty z lokalną społecznością.
Rusza ściąganie ukraińskich weteranów do Polski. Program ma być realizowany w Górowie Iławeckim w województwie warmińsko-mazurskim. Do dyspozycji uczestników mają zostać wykorzystane zaplecze miejscowego szpitala oraz infrastruktura uzdrowiskowa.
Projekt został zorganizowany przez polskiego socjologa i prezesa Fundacji Stocznia Jakuba Wygnańskiego oraz Związek Ukraińców w Polsce. Pierwsza grupa ma zostać wyłoniona we współpracy z partnerami z Winnicy. Organizatorzy nie zakończyli jeszcze prac nad szczegółowymi kryteriami kwalifikacji — mają one uwzględniać przede wszystkim to, czy zakres oferowanej rehabilitacji odpowiada indywidualnym potrzebom konkretnego weterana.
W praktyce oznacza to, że nie chodzi o masowy program obejmujący tysiące osób, lecz o stosunkowo niewielki projekt pilotażowy. Jeżeli okaże się skuteczny, może jednak stanowić podstawę do jego dalszego rozwijania.
Jednym z bardziej charakterystycznych elementów programu jest założenie, że rehabilitacja nie powinna kończyć się na sali zabiegowej. Ukraińscy weterani mają mieszkać w lokalnej społeczności i mieć możliwość bezpośredniego kontaktu z jej mieszkańcami. Według organizatorów ma to być element szerszego procesu powrotu do normalnego funkcjonowania po zakończeniu służby wojskowej. W praktyce oznaczać ma to osiedlanie tych weteranów w Polsce.
Wybór Górowa Iławeckiego nie jest przypadkowy. Według informacji przedstawionych przez Censor.NET ponad 10% mieszkańców miejscowości stanowią potomkowie Ukraińców przesiedlonych w ramach akcji „Wisła”. Organizatorzy uznali więc, że właśnie tam łatwiej będzie stworzyć środowisko sprzyjające „kontaktom polsko-ukraińskim”, cokolwiek ma to w tych okolicznościach znaczyć.
To interesujący aspekt projektu, ponieważ pokazuje, że organizatorzy traktują rehabilitację również jako element inżynierii społecznej – wtłaczania do Polski ukraińskich weteranów z PTSD, celem sprawdzenia, jakie będą tego efekty.
Wokół informacji o programie mogą pojawiać się pytania dotyczące jego kosztów. Z opisu projektu wynika, że zasadnicza część pieniędzy nie pochodzi z polskiego budżetu państwa. Pół miliona złotych na ten cel zgromadziła „Polska Rada Biznesu”, korzystając z „indywidualnych wpłat swoich członków”. Środki mają zostać przeznaczone m.in. na transport, zakwaterowanie, wyżywienie oraz samą rehabilitację. Rzekomo zebrano je w ciągu zaledwie jednego weekendu.
Jest to dość podejrzane, zwłaszcza, że w inicjatywę włączył się Związek Ukraińców w Polsce. Ten z kolei jest już futrowany z pieniędzy budżetowych.
To szczególnie ważne dlatego, że w polskim społeczeństwie narasta zmęczenie częścią polityki związanej z wojną oraz sporami polsko-ukraińskimi. Kolejna próba forsowania dziwnych projektów czysto osiedleńczych jest bardzo niemile widziana przez Polaków. Zwłaszcza, że tym razem chodzi stricte o osoby wracające z frontu, obeznane z używaniem broni oraz wojennym okrucieństwem. Takie osoby stanowią łakomy kąsek dla organizacji przestępczych.
Co ciekawe, pod oryginalnym materiałem Censor.NET pojawiły się komentarze Ukraińców, w których krytyka tego programu wielokrotnie przeradza się w atak na Polaków jako naród.
Z punktu widzenia humanitarnego trudno kwestionować sens pomocy ludziom, którzy zostali poszkodowani podczas wojny. Z punktu widzenia polskich interesów, osiedlanie u nas ukraińskich weteranów stanowi poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa wewnętrznego. Niestety, rząd warszawski ma ten problem w wiadomym miejscu.
Ukraińska klinika BioTexCom, działająca w obszarze wspomaganego rozrodu i macierzyństwa zastępczego, zapowiedziała organizację konferencji w Warszawie. Wydarzenie ma odbyć się 12 i 13 września 2026 roku. Z informacji zamieszczonych w formularzu rejestracyjnym wynika, że jednym z głównych tematów spotkania ma być macierzyństwo zastępcze, a także procedury in vitro.
Ukraina promuje w Polsce handel ludźmi. BioTexCom prowadzi na Ukrainie programy surogacyjne i kieruje swoją ofertę również do klientów zagranicznych, w tym polskojęzycznych. Według informacji dotyczących warszawskiego wydarzenia uczestnicy mogą uzyskać informacje m.in. na temat programów wykorzystujących własne komórki jajowe lub komórki dawczyni.
Sama klinika przedstawia się jako centrum medycyny reprodukcyjnej działające w Kijowie. W jej ofercie znajdują się m.in. zapłodnienie in vitro, dawstwo komórek jajowych oraz programy macierzyństwa zastępczego. Firma prowadzi również działalność marketingową skierowaną do klientów z innych państw.
Skala działalności BioTexCom widoczna jest w jej oficjalnym cenniku. Klinika oferuje trzy podstawowe warianty programów surogacyjnych: Standard za 39,9 tys. euro, Standard Plus za 49,9 tys. euro oraz VIP za 64,9 tys. euro.Tyle dokładnie kosztuje dziś zakup dziecka w ramach ukraińskiego handlu ludźmi.
Według informacji publikowanych przez firmę poszczególne pakiety różnią się m.in. liczbą prób oraz deklarowanym czasem oczekiwania na dopasowanie surogatki. W przypadku programu VIP ma on wynosić do około czterech miesięcy, natomiast w programie Standard nawet do roku. BioTexCom informuje również, że w cenę programu wliczone są określone procedury medyczne, prowadzenie ciąży oraz pomoc prawna.
Klinika podaje, że wynagrodzenie surogatki jest uwzględnione w cenie programu i może wynosić około 20 tys. euro. Są to jednak dane deklarowane przez samego usługodawcę.
Organizacja konferencji w Warszawie jest szczególnie interesująca z punktu widzenia polskiego prawa. Polska nie ustanowiła instytucji macierzyństwa zastępczego. Kluczowe znaczenie ma art. 61 par. 9 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, zgodnie z którym matką dziecka jest kobieta, która je urodziła.
Również Komisja Kodyfikacyjna Prawa Rodzinnego w dokumencie z 2025 roku wskazała, że polskie prawo rodzinne nie przewiduje macierzyństwa zastępczego jako sposobu ustalenia pochodzenia dziecka. Jednocześnie poszczególne przypadki dotyczące dzieci urodzonych w wyniku surogacji za granicą wymagają indywidualnej oceny, przede wszystkim z uwzględnieniem dobra dziecka. Co więcej, kodeks karny zabrania handlu ludźmi w każdej postaci.
Niestety, nie oznacza to, że samo zorganizowanie konferencji poświęconej surogacji w Polsce będzie automatycznie uznawane za przestępstwo. Od 2022 roku w Polsce Ukraińcom można bardzo dużo i każda krytyka ich poczynań związana jest z oskarżeniami o rosyjską działalność agenturalną. To właśnie dlatego surogacja wkracza do nas z Ukrainy, nie z Zachodu.
Ukraina od lat należy do państw, w których rozwinął się transgraniczny rynek usług związanych z tzw. „macierzyństwem zastępczym” (przyjemna nazwa dla starego, dobrego handlu ludźmi). BioTexCom otwarcie oferuje komercyjne programy skierowane do zagranicznych klientów.
Według informacji samej kliniki jej programy surogacyjne nadal funkcjonują pomimo trwającej wojny. Firma deklaruje również stosowanie procedur bezpieczeństwa związanych z sytuacją wojenną. BioTexCom podaje, że od początku wojny w jej programach urodziło się ponad tysiąc dzieci. Są to jednak dane pochodzące od samej firmy i nie stanowią niezależnego audytu jej działalności.
Klinika wskazuje ponadto, że część zagranicznych klientów dociera na Ukrainę przez państwa sąsiednie, w tym Polskę. Polska może więc pełnić zarówno funkcję rynku, na którym prowadzone są działania informacyjne i marketingowe, jak i kraju tranzytowego dla osób korzystających z ukraińskich usług handlu dziećmi.
Warszawska konferencja pokazuje tym samym szerszy problem transgranicznego charakteru rynku surogacji. Z jednej strony funkcjonują państwa, w których określone formy macierzyństwa zastępczego są prawnie dopuszczone i komercjalizowane, z drugiej zaś państwa, takie jak Polska, które nie wprowadziły tej instytucji do prawa rodzinnego.
Samo wydarzenie w Warszawie nie oznacza zatem zmiany polskiego prawa. Pokazuje jednak, że firmy działające w branży handlu ludźmi coraz aktywniej docierają ze swoją ofertą do polskojęzycznych odbiorców.
Ze swojej strony obiecujemy zająć się sprawą konferencji i spróbować złożyć zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa w postaci promocji handlu dziećmi.
Wołodymyr Zełenski, wykorzystując ukraiński nacjonalizm do doraźnych celów politycznych, jest jak dziecko bawiące się zapałkami w stodole pełnej suchego siana.
Przedziwna to sprawa. Ukraiński Żyd z Krzywego Rogu, gdzie do tradycji UPA podchodzono z daleko posuniętą rezerwą, dzisiaj stał się czołowym czcicielem tradycji nacjonalistycznej. Prezydent Ukrainy sprowadził do kraju szczątki ojców OUN, nadając dotychczasowemu kultowi rangę niemal państwową.
Na Ukrainie spoczęli już Andrij Melnyk i Jewhen Konowalec. Tylko czekać, aż z Monachium przyleci do ojczyzny sam Stepan Bandera, zajmując należne mu miejsce w panteonie narodowym.
Jeżeli wierzyć ekspertom, Zełenski – sam będąc potomkiem Żydów, a więc pierwszych ofiar dziarskich rezunów – chwyta się ideologii nacjonalizmu niczym tonący brzytwy. Restauracja pamięci zbrodniarzy i polakożerców to nie tylko ukłon w stronę coraz liczniejszego elektoratu, ale „ucieczka do przodu” od zarzutów korupcyjnych czy rozliczeń po wojnie, w myśl starej jak świat zasady „żołnierze stanęli na wysokości zadania, ale wszystko zepsuli ci na górze”.
Sytuacja prezydenta Ukrainy wydaje się nie do pozazdroszczenia. Jego partia Sługa Narodu może liczyć obecnie na zaledwie 17-procentowe poparcie. Zełenski już dawno stracił posągowy urok obrońcy ojczyzny na rzecz generałów Załużnego i Budianowa. Aktor-polityk gra obecnie rolę nacjonalisty, ponieważ mu się to opłaca. Nadając elitarnej jednostce komandosów imię „Bohaterów UPA” Zełenski zbiera przede wszystkim punkty w armii, obłaskawiając potencjalnych sojuszników rywali. Natomiast celowo wywołanym konfliktem z Polską przykrywa kolejne afery korupcyjne i niepopularne decyzje personalne, jak dymisję szefa MON Michajło Fedorowa, oraz konsoliduje stronników.
Odziedziczony anty-polonizm Jednak wykorzystując ukraiński nacjonalizm w tak cyniczny sposób, Zełenski igra z mrocznymi i potężnymi siłami. Jest jak dziecko bawiące się zapałkami w stodole pełnej suchego siana. I nie chodzi nawet o historyczny dług polskiej krwi wsiąkłej w wołyńską ziemię, ale cały testament polityczny ruchu, który miał swoje cele, kierunki i metody działań.
Po pierwsze, oprócz nienawiści do Sowietów i Rosji, ukraiński nacjonalizm ufundowano na odrzuceniu wszystkiego co polskie. Wołyń nie wziął się znikąd. Nie stanowił wyjątku od reguły, nie wynikał z nagłego zbiorowego opętania. Demony wypuszczone w 1943 roku, hodowane były w czarno-czerwonych sercach na długo zanim krwawe sotnie dokonały pierwszej rzezi.
Konowalec, Szuchewycz, Bandera czy Melnyk z perspektywy władz II Rzeczpospolitej byli zwykłymi terrorystami, dla których idea ukraińskiej niepodległości usprawiedliwiała sabotaż, dywersję oraz zabójstwa polityczne. To właśnie Polska, nie ZSRS, była głównym teatrem ich działań. Melnyk za udział w zamachach spędził kilka lat w polskim więzieniu, Szuchewycz trafił do Berezy Kartuskiej, a Konowalec został zmuszony do emigracji. Co więcej, za równie groźnego przeciwnika nacjonaliści uznawali współplemieńców dążących do normalizacji relacji z Polakami. Ich ofiarami padali zarówno przedstawiciele polskiego aparatu władzy, jak i Ukraińcy współpracujący z Warszawą.
Znamiennie jawi się pod tym względem zabójstwo ministra Bronisława Pierackiego z 15 czerwca 1934. Siedzący w Berlinie OUN-owcy podjęli decyzję o zamachu w momencie, gdy polski rząd zaczął dogadywać się z umiarkowanymi przedstawicielami ukraińskiej mniejszości, zagrażając radykalnej polityce nacjonalistów. Nawet jeżeli część z nich ostatecznie odrzuciła idee czystki etnicznej (tzw. melnykowcy), w żaden sposób nie zmniejszyło to ich wrogiego nastawienia wobec naszego kraju. Ta część dziedzictwa ukraińskiego nacjonalizmu pozostaje silna do dziś.
Kierunek – Berlin Organizacja Wojskowa Ukrainy (UWO), protoplasta UPA, od początku swojej działalności brała pieniądze na swoją wywrotową działalność od Niemców. Nacjonaliści szpiegowali w Polsce dla Abwehry, przywódcy sympatyzowali z oficerami niemieckiego wywiadu, a część z nich – jak Melnyk – działała jako bezpośredni agenci Berlina. Ukraińscy nacjonaliści służyli w formacjach pomocniczych Wehrmachtu, bo potem tworzyć i szkolić oddziały UPA.
Od Niemców przejęli ideologię rasy i krwi, czyli przekonanie, że nie będzie niepodległej Ukrainy bez ludobójstwa innych narodowości. Od ideologów narodowego socjalizmu zapożyczyli również kult siły i przemocy, dążenie do czystości etnicznej, terror polityczny, w końcu – tak bulwersujące nas dzisiaj – wzorce faszystowskiej organizacji i symboliki. Niestety, od Niemców nauczyli się również, jak przeprowadzać eksterminację całych grup społecznych.
Powtarzającym mantrę „historię zostawmy historykom” spieszę wyjaśnić, że powrót „banderowców” i „melnykowców” na sztandary ma nie tylko znaczenie moralne, ale jest wyrazem aktualnych zmian politycznych. Kijów ostatecznie daje do zrozumienia, że porzuca koncepcję jagiellońską, czyli marzenie i silnym sojuszu państw Europy Środkowo-Wschodniej. Kijów nie wierzy już w Warszawę (jeżeli kiedykolwiek tak było), lecz coraz chętniej spogląda na Berlin. Dzisiaj rozumieją to w Polsce nawet najwięksi zwolennicy federacjonizmu, stąd tak zaskakująca zmiana w podejściu do Ukrainy niektórych formacji politycznych.
Kanclerz Friedrich Merz, w kwietniu br. podkreślił, że więzi ukraińsko-niemieckie są dziś „silniejsze niż kiedykolwiek”, a jego rząd sfinansuje Ukrainie dostawy kilkuset pocisków do systemów obrony powietrznej Patriot. Zaledwie miesiąc później wybuchło całe zamieszanie związane z nadaniem przez Zełenskiego jednostce wojskowej imienia „Bohaterów UPA”, co doprowadziło z kolei do bezprecedensowego pogorszenia relacji z Warszawą.
Dzisiaj w tzw. koalicji chętnych nie ma już miejsca dla przedstawiciela Polski, podobnie jak nie ma miejsca dla polskich kontrahentów w kolejce do odbudowy tego państwa. To Merz, nie Tusk obiecuje Kijowowi miejsce w UE, proponując jakieś alternatywne ścieżki akcesji dla „strategicznego partnera”. Mimo początkowego sceptycyzmu, Niemcy wyrosły z czasem na największego europejskiego dostawcę pomocy dla Ukrainy, oraz stanowią największe zaplecze demograficzne tego państwa. Według oficjalnych statystyk, w Niemczech przebywa ok. 1,29–1,35 miliona Ukraińców, zaś w Polsce – niecały milion. Ze swoim potencjałem rolniczym, transportowym i zbrojeniowym Kijów wyrasta na potężnego rywala, co w przypadku zacieśniania sojuszu z Berlinem jeszcze pogorszy naszą sytuację.
Z perspektywy wschodniego sąsiada jest to polityka pozornie racjonalna i skuteczna. Na dłuższą metę może jednak okazać się katastrofalna. Ponownie z pomocą przychodzi nam historia.
Chomyszyn miał rację
Gorączka nacjonalizmu trawi organizm duchowy narodu, odbiera rozsądek i rozumną wszechstronną orientację, utwierdza upór i nie dozwala uzdrowić narodu. …Przywódcy i rzekomi patrioci narodowi tak dalece opanowali i zahipnotyzowali naród, że niejedna zdrowa myśl, rada i przestroga nie znajdują zrozumienia. Na odwrót, uważa się ją za szkodliwą dla „sprawy narodowej”. Jest to najstraszniejszy symptom nieuleczalnej choroby… – diagnozował błogosławiony biskup Grzegorz Chomyszyn.
Stanisławowski hierarcha przewidywał, że oprócz oczywistych krzywd moralnych, nacjonalizm na dłuższą metę przyniesie Ukraińcom więcej szkód niż pożytku.
I rzeczywiście, testament OUN-owców można w zasadzie określić jednym słowem – porażka. Konowalec zginął w zamachu przeprowadzonym przez sowieckiego funkcjonariusza NKWD w 1938 roku. Bandera podobnie – został zastrzelony w swoim monachijskim mieszkaniu w 1959 r. Melnyk miał więcej szczęścia i dożył 74 lat, choć podobnie jak Bandera trafił na krótko do niemieckiego obozu koncentracyjnego. Za swojego życia nie doczekali niepodległej Ukrainy, która od samego początku bardziej nawiązuje do tradycji Ukraińskiej Republiki Ludowej (1917–1921) niż marzenia o „czystej” etnicznie, wolnej od wpływów Wschodu i Zachodu potędze.
Czerwono-czarna Ukraina postawiła na Hitlera i razem nim poszła na dno, zaciągając dodatkowo krwawy dług, który do dzisiaj domaga się sprawiedliwości. Co więcej, niemiecki przywódca nie dopuszczał myśli o jakimkolwiek niepodległym państwie ukraińskim. Kiedy w 1941 roku nacjonaliści z OUN-B ogłosili we Lwowie Akt Odrodzenia Państwa Ukraińskiego, naziści natychmiast go odrzucili, a przywódców (w tym Stepana Banderę) aresztowali i osadzili w obozach koncentracyjnych.
Niemcy głęboko pogardzali Ukraińcami. Dla nich byli po prostu Słowianami, kolejnymi podludźmi, untermenschami, których rolą jest niewolniczo służyć rasie panów. Ukraina była traktowana przez Rzeszę wyłącznie jako kolonia surowcowa i żywnościowa (Reichskommissariat Ukraine), a miejscowa ludność była głodzona i masowo wywożona na przymusowe roboty w głąb Niemiec.
Nie chcę, broń Boże powiedzieć, że dzisiejsza RFN w podobny sposób traktuje obywateli Ukrainy. Należy jednak mieć świadomość, że pogarda niemieckich elit wobec krajów Europy Środkowo-Wschodniej ma bogatą tradycję. Grając do jednej bramki z Berlinem, a jednocześnie antagonizując Polskę, Ukraina może ostatecznie skończyć jak jeden wielki rynek zbytu i montownia niemieckiego przemysłu, zwłaszcza w sytuacji coraz większego uniezależniania się naszego kraju.
Co więcej, Ukraina nie wejdzie do Unii Europejskiej z Banderą na sztandarach. W Brukseli nie ma miejsca na współpracowników Hitlera, tak samo jak nie było go dla księdza Tiso czy chorwackich Ustaszy. Akcesja będzie wymagać prawdziwej „denazyfikacji” kraju, co przy konsekwentnym rozbudzaniu nacjonalistycznych nastrojów będzie coraz trudniejsze.
W końcu, każda gloryfikacja ukraińskich zbrodniarzy spotka się z gwałtowną odpowiedzią Polski. Światowa opinia publiczna zacznie poznawać, że bohaterowie Zełenskiego et concortes masowo i w bestialski sposób mordowali bezbronne dzieci, kobiety i starców. A dzisiejsze władze poprzez zamilczanie głosu ofiar, przy jednoczesnym stawianiu pomników katom, kontynuują dziedzictwo tej straszliwej zbrodni.
W ostatnich miesiącach nikt nie dał putinowskiej propagandzie lepszych narzędzi niż sam Zełenski. Kiedy wyjdzie, że mit współczesnego państwa jest fundowany na kulcie zbrodniarzy wojennych, uzależniona od czerwono-czarnej kroplówki Ukraina może zostać z problemem sama. Słabemu, wyludnionemu, pozbawionemu znaczenia i żyjącemu z zagranicznej pomocy kadłubowemu państwu pozostaną tylko złote pomniki „ojców narodu”.
Stany Zjednoczone mogą zablokować Iran na morzu. Ale nie mogą zablokować jego dostępu do geografii.
Iran jak dotąd nie zwracał uwagi na opóźnienia.
Iran przyspiesza teraz zarządzanie czasem.
Nawet strategiczna cierpliwość ma swoje granice. Teheran przez 5,5 miesiąca prowadził system „dziadek do orzechów” w Cieśninie Ormuz. Imperium piractwa nie ustąpiło. Wręcz przeciwnie, reakcja, oprócz blokady Trumpa, koncentrowała się na bezwzględnej, ostatecznej manipulacji rynkiem, aby utrzymać ceny ropy na względnie niskim poziomie – wykorzystując wszystko, od wyczerpujących się Strategicznych Rezerw Ropy Naftowej (SPR) po wykorzystywanie przez DARPA narzędzi AI do manipulowania rynkami.
Już wkrótce trzeba będzie ponieść pełną, straszliwą cenę – globalną depresję, dalsze odrzucenie zachodnich „wartości” i fałszywych systemów w krajach Globalnego Południa oraz nieunikniony podział między dwoma systemami światowymi.
Iran nie może kontynuować powolnego dławienia Cieśniny Ormuz – grozi mu bowiem utrata z czasem tych korzyści. Iran, podobnie jak wszystkie inne kraje, nieuchronnie ulegnie osłabieniu w wyniku globalnego Wielkiego Kryzysu. To zdecydowanie nie jest długoterminowe rozwiązanie dla dumnego, suwerennego, odpornego i cywilizowanego narodu, który od tysiącleci dąży do godnej samowystarczalności.
Władze w Teheranie doskonale zrozumiały, że nową – a właściwie starą – taktyką imperium jest finansowe i ekonomiczne uduszenie Persji, tak jak zrobiono to na przykład w przypadku Syrii.
Jest jeszcze gorzej. Znacznie gorzej: obecna normalizacja użycia taktycznej broni jądrowej w „dyskusjach” przy stołach imperium. Skoro ludobójstwo zostało znormalizowane – przez cały, zbiorowy, rozdrobniony Zachód – dlaczego nie bombardowanie atomowe (ale tylko przez imperium)?
Teheran doskonale zdaje sobie sprawę, że może nadciągać długa, ciemna chmura. Dlatego teraz nadszedł czas, aby przyspieszyć. Mohsen Rezaee – nowy sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego (SNSC) i osobisty przedstawiciel przywódcy Modżtaby Chameneiego – nadaje ton. Nie ma alternatywy dla podjęcia wszelkich możliwych działań, aby zmusić hegemoniczny, stary porządek do ustąpienia.
Wywieranie przymusu, ale nie w sposób zdecydowany
Blokada morska Trumpa może wywołać chaos w Iranie, ale sama w sobie nie jest w stanie zmienić istotnej części architektury łączącej Iran z Eurazją.
Blokada poważnie zaszkodziła irańskiemu handlowi ropą naftową drogą morską. Ruch w Cieśninie Ormuz uległ załamaniu. Według danych źródła, eksport irańskiej ropy naftowej spadł z około 1,8–2,0 mln baryłek dziennie przed blokadą do poniżej 300 000 baryłek dziennie.
To ogromna presja. Mimo to Iran jest daleki od izolacji geograficznej. Połączenia kolejowe przez Azję Środkową; handel przez granice lądowe z Pakistanem (co najmniej sześć kanałów); szlak kaspijski do Rosji; Międzynarodowy Korytarz Transportowy Północ-Południe (INSTC): wszystko to nadal funkcjonuje – a w przypadku INSTC jest on nawet rozbudowywany, choć infrastruktura wciąż nie jest ukończona.
Część irańskiej ropy naftowej nadal ucieka w wyniku przeładunków między statkami, szczególnie u wybrzeży Malezji. Ładunki opuszczające irańskie wody terytorialne są przeładowywane na morzu, aby ukryć ich pochodzenie przed dalszym transportem, głównie do odbiorców azjatyckich.
Podczas zawieszenia broni w czerwcu i lipcu około dwudziestu tankowców przetransportowało w ten sposób ropę naftową o wartości około 6 miliardów dolarów. Oczywiście, nie zastąpi to irańskiego systemu eksportowego sprzed wojny – ponieważ proces ten opiera się na ograniczonej flocie tajnej, działającej pod ogromną presją sankcji.
Kluczową kwestią jest jednak to, że amerykańska blokada ma swoje przecieki.
Blokada może mieć charakter przymusu, ale nie jest decydująca – niezależnie od zalewu propagandy ze strony kolesiów Trumpa i różnych oszustów.
Jeśli chodzi o bezpośrednie rozmowy między USA i Iranem, tkwią one w oceanie sprzeczności.
Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) i Departament Stanu publicznie – i wyraźnie – zaprzeczyły, jakoby jakikolwiek bezpośredni kanał komunikacji z USA był obecnie aktywny. IRGC wyśmiało amerykańskie roszczenia, nazywając je wojną psychologiczną, podczas gdy Trump publicznie promował ugruntowany, bezpośredni kanał komunikacji z IRGC.
Cóż, kanał informacyjny rzeczywiście istnieje: to kanał z maja 2026 roku, biegnący przez prezydenta Kurdystanu, Nechirvana Barzaniego, do wysoko postawionego kierownictwa Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Stał się nieaktywny. Mógł nawet nieformalnie trwać w niejasnym stanie – podczas gdy Teheran zaprzecza jego istnieniu.
„Dyplomacja” nie jest Trumpowi tak bliska jak Big Macs-om; groźby natomiast – owszem. Rozważmy teraz publiczną groźbę zbombardowania Omanu, wyrażoną w dwóch odrębnych przypadkach.
Oman jest w żadnym razie nie bez znaczenia. Maskat jest jednocześnie: jednym z najbardziej konsekwentnych mediatorów w Radzie Współpracy Zatoki Perskiej; głęboko zaangażowanym w kanał dyplomatyczny z Iranem; i współ-negocjatorem rodzącego się mechanizmu tranzytowego dla Cieśniny Ormuz.
Dwie groźby zbombardowania Omanu oznaczają zatem, że POTUS podejmuje bezpośrednie działania przeciwko temu niewielkiemu państwu, które pomaga w tworzeniu możliwej drogi ucieczki dla imperium.
Nic dziwnego, że rząd Omanu nie wydał oficjalnego oświadczenia w sprawie tych gróźb. Sułtan również nie wydał oświadczenia.
Brak komentarza ze strony Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
Milczenia Muscata nie należy źle interpretować. Milczenie nie oznacza zgody. Milczenie nie oznacza oporu. Milczenie może być częścią wyrafinowanej strategii dyplomatycznej: czymś, co pozostaje korzystne dla obu stron.
Nie ma możliwości zablokowania geografii Iranu
Port Gwadar nad Morzem Arabskim – kluczowy element chińsko-pakistańskiego korytarza gospodarczego (CPEC) – zyskał ogromne znaczenie strategiczne jako lądowa brama tranzytowa do Iranu.
Oto jak to działa: ładunek dociera do Gwadaru, jest konsolidowany, transportowany drogą lądową na odcinku około 89 km do przejścia granicznego w Gabdzie, a następnie drogą lądową do Iranu. Proces ten jest znacznie krótszy niż transport tego samego ładunku przez Karaczi – co skraca czas i koszty.
Nie ma jednak żadnych dowodów na to, że statki pływające pod banderą Iranu regularnie zawijają do Gwadaru lub że załadunek i rozładunek irańskiego ładunku morskiego jest tam przeprowadzany, co w praktyce oznaczałoby istnienie irańskiego szlaku żeglugowego.
Następnie mamy Morze Kaspijskie: kluczowy szlak strategiczny, na który nie ma dostępu Marynarka Wojenna USA.
Jak sam się przekonałem w zeszłym roku, kręcąc film dokumentalny o INSTC, Irańskie porty nad Morzem Kaspijskim, takie jak Bandar Anzali, łączą Iran przede wszystkim z Rosją, szczególnie z Astrachaniem.
Od początku blokady irańskie porty nad Morzem Kaspijskim zwiększyły tempo operacji; Bandar Anzali zbliża się do pełnej przepustowości, obsługując zboże, produkty rolne, towary przemysłowe, komponenty i, przede wszystkim, strategiczne towary handlowe między członkami BRICS – Iranem i Rosją.
Marynarka Wojenna USA nie może podejmować żadnych działań na Morzu Kaspijskim, ponieważ Konwencja o statusie prawnym Morza Kaspijskiego z 2018 r. wyklucza mocarstwa morskie niebędące państwami regionalnymi.
Wzdłuż 7200-kilometrowej INSTC, łączącej Rosję, Iran i Indie, ruch towarowy między Rosją a Iranem rozwija się bardzo dynamicznie – pomimo problemów infrastrukturalnych, takich jak brak połączenia kolejowego Raszt–Astara na terenie Iranu.
Ponadto morska trasa INSTC z Czabaharu w Sistanie-Beludżystanie do Indii nie pełni obecnie funkcji istotnego kanału pomocy w czasie wojny.
Iran rzeczywiście leży w sercu dwóch architektur łączności: połączenia kolejowego Chiny–Azja Środkowa–Iran, będącego częścią inicjatywy Pasa i Szlaku (BRI)/Nowego Jedwabnego Szlaku; oraz szlaku Iran–Rosja przez Morze Kaspijskie, będącego częścią INSTC.
Są to w istocie dwa przecinające się korytarze: jeden biegnący ze wschodu na zachód, drugi z północy na południe.
Następnie istnieje Korytarz Transkaspijski, zwany również Korytarzem Środkowym – który nie przebiega przez Iran: Chiny–Kazachstan–Morze Kaspijskie–Azerbejdżan–Gruzja–Turcja–Europa. Korytarz Środkowy rzeczywiście omija Iran.
Co to wszystko nam mówi o blokadzie Trumpa?
Krótko mówiąc: Stany Zjednoczone mogą zablokować Iran na morzu. Ale nie mogą zablokować jego dostępu do geografii.
Wreszcie Iran leży w sercu euroazjatyckiej sieci, do której należą Pakistan, państwa Azji Środkowej, Rosja, Morze Kaspijskie i Chiny.
Obecny impas w postaci „ani pokoju, ani wojny” prowadzi do wykładniczego wzrostu strategicznego znaczenia tej sieci. Sieć zapobiega temu, by przymus morski doprowadził do całkowitej izolacji fizycznej. Zapomnijmy o tym, że Stany Zjednoczone mogłyby skorzystać na strategicznej blokadzie.
Co więcej, irański zwrot w stronę działań ofensywnych mógłby w rzeczywistości wywołać inny rodzaj blokady strategicznej. Iran nadal dysponuje wielowarstwową architekturą antydostępową, obejmującą pociski przeciwokrętowe dalekiego zasięgu, morskie systemy minowania oraz okręty podwodne przeznaczone do operacji na płytkich i ograniczonych przestrzennie wodach.
A geografia dodatkowo zaostrza problem. Duże amerykańskie siły morskie operujące stosunkowo blisko niezwykle wrogiego wybrzeża będą miały bardzo krótki czas na ostrzeżenie i znacznie ograniczony obszar rozmieszczenia swoich sił.
Amerykańska blokada rzeczywiście zniszczyła największy kanał, którym Iran zarabiał twardą walutę – petrojuan. Nie zredukowała jednak – i nie może z geograficznego punktu widzenia – zredukować Iranu do roli wyspy, ponieważ Iran nadal jest połączony ze wschodem, północą i południowym wschodem za pośrednictwem sieci lądowych, kolejowych i morskich.
Z każdym dniem, w którym ta architektura nadal funkcjonuje pod presją, rośnie motywacja Iranu, Rosji, Chin, Pakistanu i państw Azji Środkowej do jej pogłębiania.
I w ten sposób pogłębić integrację Eurazji – najważniejszego wydarzenia geopolitycznego XXI wieku.
Pentagon dokonuje przeglądu swojej strategii nuklearnej – a kierunek jest godny uwagi. Rząd USA chce dać prezydentowi więcej „opcji” w przypadku potencjalnych scenariuszy eskalacji nuklearnej. U podstaw tego leżą wojny regionalne z Rosją lub Chinami oraz możliwość „ograniczonego” użycia broni jądrowej.
Oficjalnie ma to na celu wzmocnienie odstraszania. Krytycy jednak od lat ostrzegają przed czymś przeciwnym: im bardziej „użyteczna” wydaje się broń jądrowa pod względem militarnym, tym bardziej niebezpieczna może stać się granica między wojną konwencjonalną a nuklearną.
Pentagon rozpoczął przegląd amerykańskiej strategii nuklearnej. Wysoko postawieni urzędnicy sformułowali cel z zaskakującą szczerością: Waszyngton chce poszerzyć nuklearne „opcje” prezydenta .
Sekretarz stanu ds. polityki obronnej, Elbridge Colby, potwierdził na początku sierpnia podczas Sympozjum na temat odstraszania w Omaha przeprowadzenie przeglądu tzw. „wytycznych dotyczących zatrudnienia” – czyli wytycznych stanowiących ramy dla ewentualnego użycia amerykańskiej broni jądrowej.
Colby wyraźnie podkreślił, że nie podjęto jeszcze decyzji o zmianie polityki nuklearnej . Jednocześnie wielokrotnie mówił o zapewnieniu większej liczby, a raczej „bardziej racjonalnych opcji nuklearnych”. Tło jest kluczowe: Waszyngton jest coraz bardziej zaabsorbowany perspektywą wojny nuklearnej z Rosją lub Chinami o zasięgu regionalnym .
Od końca świata do „ograniczonej” opcji nuklearnej
Logika Pentagonu początkowo wydaje się wiarygodna.
Co się stanie, jeśli Rosja lub Chiny użyją taktycznej broni jądrowej małej mocy w wojnie regionalnej? Prezydent USA mógłby wówczas stanąć przed skrajnym wyborem: nie odpowiedzieć bronią jądrową – albo odpowiedzieć znacznie potężniejszą strategiczną bronią jądrową, ryzykując eskalację do pełnoskalowej wojny nuklearnej. Waszyngton najwyraźniej chce zatem wprowadzić więcej pośrednich etapów na tej drabinie eskalacji.
Colby wyjaśnił, że jego większym zmartwieniem nie jest koniecznie masowy atak nuklearny na USA, lecz regionalna wojna konwencjonalna, w której broń jądrowa zostanie użyta lokalnie, a następnie dojdzie do dalszej eskalacji.
Dowódca Dowództwa Strategicznego USA, admirał Richard Correll, wyraził swój pogląd jeszcze dobitniej.
Pentagon chce poszerzyć wachlarz dostępnych prezydentowi opcji i dać mu swobodę decydowania o praktycznie każdym możliwym scenariuszu eskalacji. Correll wyraźnie opisał zakres od potencjału niekinetycznego i konwencjonalnego, po „ograniczoną wymianę nuklearną” , a ostatecznie eskalację w górnym zakresie.
To jest sedno sprawy.
Wojna nuklearna nie jest więc postrzegana wyłącznie jako apokaliptyczny krok ostateczny, ale także jako stopniowa eskalacja militarna, którą teoretycznie należy „kontrolować”.
Mniejsze głowice nuklearne mają zapewniać większe pole manewru.
Breaking Defense donosi , że przegląd odbywa się w kontekście wieloletnich obaw Amerykanów dotyczących rosyjskiej i chińskiej taktycznej broni jądrowej. Broń ta charakteryzuje się zazwyczaj mniejszą siłą wybuchu i krótszym zasięgiem niż strategiczna broń jądrowa, a zatem jest przeznaczona do użycia przeciwko celom regionalnym lub wojskowym.
Jednak „mały” jest pojęciem względnym w kontekście broni jądrowej.
Szacuje się, że na przykład amerykański W76-2, który już został rozmieszczony, ma siłę rażenia około pięciu kiloton. To wciąż odpowiada mniej więcej jednej trzeciej siły wybuchu bomby zrzuconej na Hiroszimę. ( armscontrol.org )
Stany Zjednoczone posiadają już broń jądrową o niższej mocy. Ponadto istnieją programy takie jak rodzina pocisków B61 i planowany pocisk manewrujący SLCM-N z głowicami jądrowymi, odpalany z morza. Obecny przegląd może obecnie wykazać konieczność dalszego rozwoju zdolności taktycznych. Jednak Breaking Defense wyraźnie podkreśla, że taka decyzja jeszcze nie zapadła .
Odstraszanie czy niebezpieczniejsza iluzja?
Pentagon twierdzi dokładnie odwrotnie niż jego krytycy.
Więcej opcji nuklearnych ma zmniejszyć prawdopodobieństwo wojny nuklearnej .
Jeśli Rosja lub Chiny wiedzą, że Waszyngton może odpowiednio zareagować nawet na ograniczony atak nuklearny, powinny być odstraszane od użycia broni jądrowej. Correll argumentuje, że większa różnorodność platform i możliwości podnosi próg taktycznego użycia broni jądrowej przez przeciwnika. Dla Pentagonu odstraszanie jest zatem „przede wszystkim” celem.
Jednak ta sama teoria od lat jest przedmiotem kontrowersyjnych debat.
Krytycy ze środowiska kontroli zbrojeń ostrzegają, że dodatkowa broń jądrowa małej mocy może zatrzeć granicę między wojną konwencjonalną a nuklearną. Stowarzyszenie Kontroli Zbrojeń argumentowało już wcześniej, odnosząc się do amerykańskich strategii nuklearnych, że choć broń ta jest przedstawiana jako narzędzie kontroli eskalacji, faktycznej eskalacji po pierwszym ataku jądrowym nie da się skutecznie kontrolować.
Nikt nie wie, czy „ograniczona wojna nuklearna” pozostanie ograniczona.
Waszyngton może zdecydować o użyciu mniejszej broni jądrowej. Ale Waszyngton nie może decydować o reakcji Moskwy lub Pekinu. Taktyczna broń jądrowa pozostaje bronią jądrową.
Przeciwnik musiałby w bardzo krótkim czasie ocenić, czy był to rzeczywiście atak odosobniony, czy też początek większej operacji nuklearnej. Właśnie dlatego koncepcja kontrolowanej eskalacji nuklearnej jest tak ryzykowna.
Stowarzyszenie Kontroli Zbrojeń (Arms Control Association) powołuje się na znamienne oświadczenie byłego dowódcy STRATCOM, generała Johna Hytena. W 2018 roku zdał on relację z amerykańskich ćwiczeń eskalacji nuklearnej i drastycznie podsumował ich wynik: Skończyły się one źle – a mianowicie globalną wojną nuklearną.
Rosja i Chiny jako uzasadnienie – i początek nowego wyścigu zbrojeń
Waszyngton uzasadnia swoje rozważania potencjałem nuklearnym Rosji i Chin. To jednak rodzi klasyczny dylemat bezpieczeństwa mocarstw nuklearnych. Stany Zjednoczone rozszerzają swój potencjał, ponieważ Rosja i Chiny się zbroją.
Moskwa i Pekin z kolei mogą wykorzystać dodatkową amerykańską taktyczną broń jądrową jako uzasadnienie dla dalszej rozbudowy własnych arsenałów. Każda ze stron deklaruje, że jej zbrojenia są konieczną odpowiedzią na działania drugiej strony.
Skutkiem tego może być nowy wyścig zbrojeń nuklearnych, w którym nie będzie chodziło tylko o liczbę głowic, ale coraz częściej o ich użyteczność militarną w wojnach regionalnych .
Im więcej opcji „ograniczonego” użycia broni jądrowej otrzyma prezydent, tym bardziej wiarygodne staje się zagrożenie – ale potencjalnie również bardziej prawdopodobne staje się faktyczne jej użycie.
A gdy tylko eksploduje pierwsza broń jądrowa, kończy się kontrola jednej ze stron.
Kodeksy karne krajów Zachodu pełne są paragrafów mających nas zabezpieczyć przed powrotem ustrojów takich jak komunizm czy przede wszystkim faszyzm. Czasem określane są wspólnym mianem totalitaryzmu.
Delegalizuje się w atmosferze politycznego wzmożenia pozbawioną znaczenia partię z nazwy komunistyczną, surowo każe się za podniesienie w górę prawej ręki i organizuje głośne medialne prowokacje z okazji urodzin Hitlera. W tym samym czasie na co dzień doświadczamy jawnej bądź tajnej inwigilacji, której perfidia i zakres zaskoczyłyby zarówno George’a Orwella jak i Józefa Stalina. Rośnie lawinowo ilość prawnych regulacji dotyczących najprostszych życiowych czynności, których łamanie może skutkować drakońskimi karami finansowymi lub więzieniem. Nie wolno nam spalić w ogrodzie suchych gałęzi, zapalić węglem w piecu, drewnem w kominku, ogrzać własnego domu tak jak czyniono to od stuleci, czy nawet zalecano całkiem niedawno czyli gazem, nabrać wody ze studni, hodować pszczół i innych zwierząt, leczyć się tak jak mamy na to ochotę u leczących, których sami sobie wybierzemy.
Coraz częściej nie są to jedynie zakazy, ale także nakazy dotyczące badań, szczepień, wypełniania sprawozdań, rejestrowania, raportowania, instalowania oraz zakupu nowych liczników i urządzeń do ogrzewania, do inwigilacji, bez których coraz trudniej skontaktować się z urzędem, podróżować, a przy zakupach trzeba faktycznie płacić za brak kolejnej aplikacji, nie mówiąc o branym za dziwactwo nie posiadaniu smartfona. Kodeksy karne zakazują nie tylko jak było to w czasach PRL głoszenia niewłaściwych z punktu widzenia władzy poglądów, ale przewidują kary za słowne manifestowanie posiadanych uczuć – nazwanych, ale nie zdefiniowanych, wśród których pierwsze miejsce zajmuje nienawiść. Nie ma jeszcze kodeksowego nakazu miłości, ale wiele wskazuje, że wszystko przed nami. Trudno o lepsze wypełnienie definicji totalitaryzmu, czyli totalnej kontroli każdego aspektu życia. Jest uderzające, że nagłaśniane podziały polityczne rzadko skupiają się na tym powszechnym trendzie i choć do pewnego stopnia można zaryzykować twierdzenie, że tak zwana lewica go popiera, a prawica hamuje, to jednak również rządy prawicy po kolejnym zwycięstwie wyborczym z reguły rozczarowują i wkrótce okazuje się, że jak mówił Jarosław Kaczyński w odniesieniu do tzw. zielonego ładu: „nie możemy go odrzucać, bo to oznaczałoby ustawienie się na marginesie i innego rodzaju kłopoty”.
Oznacza to, że cywilizacja podlega przemianom, które świadomie lub nie przyjmujemy jako nieuniknione, bez względu na deklarowaną lewicowość czy prawicowość. W dużym stopniu wynikają one ze zmian technologicznych i komunikacyjnych. Jałowość wzajemnych oskarżeń o faszyzm z jednej i socjalizm bądź marksizm z drugiej strony w zestawieniu z faktycznym podobieństwem podejmowanych działań potwierdzają, że w praktyce mamy do czynienia z nową rzeczywistością polityczną, w której realna władza sprawowana jest spoza widocznej i zbudowanej na nieaktualnych założeniach sceny politycznej oraz że czynione to jest w interesie grup i elit wymykającym się tradycyjnym podziałom czy to narodowym czy klasowym. Ciekawą próbę znalezienia odpowiedzi na znane z czasów peerelowskiej propagandy pytanie: „Kto za tym stoi i komu to służy” podjęło wydawnictwo Wektory wydając w ostatnim czasie trzy książki, które są inspiracją tego artykułu.
Pierwszą i najbardziej aktualną jest praca autorstwa Magdaleny Trojanowskiej „Black Rock. Jak przejąć świat, tak by nikt się nie zorientował”. Druga to „Cyfrowy kapitalizm. Jak nowy totalitarny kapitalizm pozyskuje dane, kontroluje nasze życie i przejmuje władzę nad światem” Jathana Sadowskiego. Znakomitym uzupełnieniem obu jest klasyczna pozycja Jamesa Burnhama „Rewolucja menedżerów, czyli co się dzieje ze światem”. Powstała w 1941 r. jeszcze przed przystąpieniem USA do II WŚ, stanowi rzadki w dziejach nauk humanistycznych przykład naukowego proroctwa, które szokuje trafnością po ponad 80 latach od pierwszego wydania.
Treść książki Trojanowskiej…
jest znacznie szersza niż wskazuje tytuł. W rzeczywistości autorka dokonała pogłębionej i klarownie przedstawionej analizy struktury, mechanizmu działania i celów ideologicznych całego systemu, którego tytułowy moloch jest symbolem. O jego sile nie decyduje jedynie wartość aktywów, którymi zarządza (13,5 biliona dolarów), ale fakt, że poprzez zarządzane przez siebie algorytmy faktycznie steruje rynkami, a więc i gospodarkami dziesiątek państw, a posiadany przez BlackRock cyfrowy system do zarządzania aktywami i ryzykiem o nazwie Alladin przetwarza informacje o aktywach wartości ponad 21 bilionów dolarów. Razem z dwoma podobnymi gigantami State Street i Vanguard kontrolują zdecydowaną większość funduszy notowanych na giełdach światowych. Decydują o losach firm, o ich istnieniu bądź nie w indeksach najważniejszych giełd całego świata. Jak pisze autorka „Ręka rynku nie jest już niewidzialna – jest wyciągnięta, wskazująca i egzekwująca.”
A gdzie indziej tak charakteryzuje działanie systemu Alladin: „Alladin nie prognozuje, on projektuje rynek i jego reguły, ponieważ jego rekomendacje wpływają na decyzje tysięcy inwestorów instytucjonalnych.” Uzupełnieniem tej oceny jest informacja o tym, że: „W roku obrotowym 2024 – 2025 BlackRock uczestniczył w 16802 walnych zgromadzeniach akcjonariuszy na całym świecie, oddając głosy w łącznie 152 007 uchwałach na 58 rynkach.” Jednak działalność menedżerów BlackRocka nie ogranicza się do zarządzania aktywami na podstawie wskazań algorytmów. Jego zarządcy pełnią jednocześnie rolę doradców rządów w czasie kryzysów i decydują np. o tym, które firmy uzyskają pomoc publiczną, a które nie. To już nawet nie drzwi obrotowe polegające na rotacji stanowisk w administracji państwowej i w prywatnym biznesie, nie tradycyjny konflikt interesów, to jawne łączenie funkcji zarządzającego gospodarką i uczestnika gospodarczej gry, która nawet bez takiego połączenia jest grą do jednej bramki. Przejawem politycznych wpływów BlackRocka jest coraz bardziej agresywna presja na rządy by prywatyzować, a więc oddawać pod wpływy BlackRocka firmy zarządzające infrastrukturą odpowiedzialną za zaspokajanie najbardziej podstawowych potrzeb takich jak energia, woda, telekomunikacja.
Myliłby się jednak ktoś kto sądziłby, że ambicje L. Finka ograniczają się do coraz większej potęgi gospodarczej, osiąganych zysków i bogactwa. Naturalną koleją rzeczy jest w sytuacji realizacji tych ambicji następny krok jakim są kontrola i władza. L. Fink ma dlatego swoich protegowanych w obu amerykańskich partiach, może także wpływać na wybory w innych państwach i jak pisze M. Trojanowska: „Demokracja pozornie nie zanikła, a jednak zamiast debaty o kierunkach, ma miejsce selekcja kandydatów, którzy nie zakwestionują reguł. Konkurencja nie została zakazana, została ograniczona do poziomu mikromarketingu”. Każda władza potrzebuje także ideologii, która przekonałaby masy, że jej działanie jest uzasadnione wyższymi celami.
Zarządca BlackRocka rozumie tę konieczność i w corocznych listach kierowanych do prezesów największych korporacji „promuje tezę, że celem korporacji nie może być wyłącznie zysk, lecz szerszy „cel społeczny”, który musi przekładać się na konkretne, wymierne działania ESG.” Pod tym angielskim akronimem kryje się troska o środowisko, społeczna odpowiedzialność i ład korporacyjny, przedłużeniem tego jest stosowanie zasady DEI – różnorodność, równość i inkluzywność. Jak dodaje autorka „w takim ujęciu przedsiębiorstwo ma być już nie tylko maszyną do generowania zysku, lecz także lokalnym kapłanem sensu, wartości i wspólnoty”. Jak przekłada się to na praktykę? Rozmawiałem kiedyś z prezesem polskiego oddziału jednej ze znanych korporacji. To człowiek inteligentny, dobrze wykształcony i obyty w świecie. Pytam go, czy wierzy w to, że temperatura na ziemi zmienia się na skutek spalania węgla w elektrowniach i w pozostałe elementy ideologii klimatyzmu i dlaczego stosuje to w praktyce swojej firmy. Zaśmiał się i odpowiedział, że oczywiście wie, że to bzdury, ale jego wynagrodzenie tylko w połowie zależy od tradycyjnie rozumianych wyników przedsiębiorstwa, druga połowa od wdrażania wyżej wymienionych standardów.
„Arcykapłan” Larry Fink
Co więcej, gdyby ich nie respektował, wtedy jego korporacja nie otrzymałaby kredytu albo musiałaby za niego drożej płacić. Inny znajomy z branży jądrowej relacjonował spotkanie z wizytującą polski oddział przedstawicielką zamorskiego zarządu. Uczestnicy spodziewali się rozmowy na temat bezpieczeństwa i rozwiązań technicznych, zamiast tego otrzymali reprymendę za zbyt małą liczbę kobiet w lokalnym zarządzie i na spotkaniu. To przykład pokazujący, że osoby w rodzaju L. Finka to już nie tylko wielcy gracze na arenie gospodarczej, a nawet politycznej, ale że mają ambicję by pełnić rolę jaką kiedyś odgrywał Kościół i religia. 10 przykazań i Ewangelia zostały zastąpione opakowanymi w moralistyczną retorykę „standardami” stworzonymi w gabinetach zarządców kapitału. To sekwencja podobna do opisywanej przez E. M. Jonesa historii protestantyzmu i ideologii liberalnej. Tamta kładła nacisk na nieograniczoną wolność wzbogaconych cudzym kosztem jednostek, indywidualizm, nienaruszalność umów korzystnych dla „dających pracę” i wiarę, że bezwzględna walka na wolnym rynku przyniesie dobrobyt wszystkim. Odpowiadało to odnoszącym sukcesy właścicielom wielkich fabryk i banków jacy w tamtym systemie dominowali. Politycznym uzupełnieniem była parlamentarna demokracja, w ramach której zwyciężać miał mądrzejszy i lepiej argumentujący polityk zyskujący dzięki temu uznanie mas wyborców.
Dzisiaj kryteria są inne, w dodatku znacznie mniej czytelne i szybciej się zmieniające. L. Fink decyduje o ich aktualizacji w czasie zjazdów w Davos, gdzie pełni od kilku lat funkcję jednego z kierujących wraz ze zjeżdżającymi tam szefami rządów i dyplomacji, służb, biznesu, banków, międzynarodowych organizacji, mediów, nauki czyli nowej elity władzy. To tam ustala się aktualną narrację decydującą na bieżąco o tym co jest etyczne, odpowiedzialne, co jest koniecznością i dziejowym wyzwaniem, co zagrożeniem. Tam powstają także plany nowych kryzysów, które są zawsze argumentami za wprowadzeniem zmian jakie normalnie wywołałyby społeczny sprzeciw. Pandemia i klimatyzm to najbardziej znane przykłady, ale w repertuarze środków są też klasyczne wojny służące dyscyplinowaniu państw i poszczególnych już nie obywateli, ale jak głosi nowy język „interesariuszy”, wybiera się także tylko takie technologie które pasują do portfeli dużych inwestorów, a więc równie duże i skoncentrowane przedsięwzięcia „bankowalne”, a w efekcie uzależniające jednostki od woli korporacji i rządów.
Klasycznym tego przykładem jest tzw. transformacja energetyczna.Głosy sprzeciwu spychane są na karb emocji, lęków, niezrozumienia kontekstu i wyższej konieczności. „Jeżeli człowiek nauczy się „zarządzać stresem”, „akceptować niepewność”, „pracować z emocjami” presja na zmianę strukturalną słabnie. System nie musi się dostosowywać. Dostosowują się ludzie. I co ważne dzieje się to w języku dobra – troski, pomocy, profilaktyki. Władza nie musi już uzasadniać swoich decyzji wobec gniewu społecznego. Wystarczy, że wytworzy procedury jego rozładowywania.”
Odbiciem tego stanu rzeczy jest standardowe spychanie niezadowolenia na karb błędów w komunikacji według schematu: władza dobra, ale ludzie o tym nie wiedzą, bo popełniono błędy w komunikowaniu. Innym sposobem osłabiania oporu jest tłumaczenie politycznych błędów problemami technicznymi. Nowa globalna elita szkolona jest w zakresie kierowania emocjami ludu na specjalnych kursach liderów, którzy potem dziwnym trafem ponownie spotykają się już w rolach szefów rządów i międzynarodowych instytucji. Mają umieć „zapraszać do stołu, nie oddając władzy, słuchać nie zmieniając decyzji. Można uwzględniać traktując głos interesariuszy jako dane wyjściowe do modelu, ale nie jako mandat do zmiany.” „Lider ma wyglądać na bliskiego ludziom, mówić językiem empatii, zapraszać do dialogu, a jednocześnie pilnować aby dialog nie dotyczył fundamentów.”
Kim oni są?
Co charakterystyczne lider nie jest już kapitalistą w tradycyjnym rozumieniu, a najlepszym tego przykładem jest sam L. Fink. Kim więc jest? Odpowiedź na to pytanie daje wspomniana „Rewolucja menedżerów” już w tytule. Jest menedżerem, który zarządza i kontroluje, ale niekoniecznie właścicielem w tradycyjnym rozumieniu czy to świętego prawa własności czy własności środków produkcji. J. Burnham tworzył swoje dzieło w chwili, kiedy istniały na świecie dwa mocarstwa uważane dzisiaj za totalitarne – hitlerowskie Niemcy i stalinowski ZSRR. Oba uważał za przykład rządów menedżerskich, w których kapitaliści w tradycyjnym rozumieniu albo jak w ZSRR zostali wymordowani albo musieli podporządkować się władzy politycznej. W żadnym nie doszło do praktycznej realizacji deklarowanych pierwotnie celów. Zamiast likwidacji państwa, wolności i decyzyjności mas, w ZSRR władzę szybko przejęła elita urzędnicza i polityczna. Robotnicze kolektywy okazały się w praktyce niezdolne do skutecznego zarządzania. W ZSRR proces ten był bardziej radykalny niż w Niemczech, ale w obu doszło do swoistego połączenia państwa i fabryki w jeden wielki mechanizm skutecznie mobilizujący zasoby i ludzkie masy. Wyższości takiego modelu dowodziła też zdaniem Burnhama klęska Francji, którą uważał nie za rezultat braku woli „umierania za Gdańsk”, ale za kapitalizm.
Co ciekawsze, Burnham jako trzeci przykład do uzasadnienia swojej tezy i powszechności tej samej dziejowej tendencji wykorzystał amerykański New Deal i rządy Roosevelta. Pomimo tego, że jego zdaniem tradycyjny kapitalizm w USA był stosunkowo żywotny, to doszło wtedy do charakterystycznej dla tytułowego procesu fuzji władzy politycznej i gospodarczej. Głosy obrońców tradycyjnego wolnorynkowego ustroju już wtedy wydawały się archaiczne i nie odpowiadające rzeczywistym oczekiwaniom gnębionych przez kryzys rzesz bezrobotnych. Zmiana jaką dostrzegał wtedy w USA do złudzenia przypomina procesy jakie obserwują dzisiaj zwolennicy kapitalizmu w Unii Europejskiej i krytycy współtworzonego przez L. Finka wielkiego resetu. Burnham zauważał, że nie ma czegoś takiego jak wielka narracja rewolucji menedżerskiej jaką tworzyły tradycyjne ideologie.
Wprowadzanie nowej ideologii polega natomiast na popartej praktyką i następującej w wielu dziedzinach zmianie języka i wartościowania. „Powtórzmy” pisał: „Ideologia Nowego Ładu nie jest rozwiniętą ani systematyczną ideologią menedżerską. (…) W swojej bardziej zagmatwanej i mniej rozwiniętej postaci New Deal przyczynił się – także poza granicami Stanów Zjednoczonych – do upowszechniania nacisku na państwo kosztem jednostki, planowania zamiast prywatnej przedsiębiorczości, tworzenia miejsc pracy (nawet dorywczej) zamiast „szans”, bezpieczeństwa zamiast inicjatywy oraz „praw człowieka” zamiast „praw własności”. Gdzie indziej przewidując przyszłość pisał: „Proces wyzysku będzie jednak przebiegał w gospodarce menedżerskiej inaczej niż w feudalizmie czy kapitalizmie. Nie będzie już możliwe osiąganie zysków poprzez wykorzystywanie pieniędzy jako prywatnego kapitału. Kapitału – o ile ten termin będzie miał jeszcze zastosowanie – dostarczy państwo. Środkami produkcji będą faktycznie zarządzać menedżerowie, zajmujący kluczowe stanowiska w „nieograniczonym” państwie, które w społeczeństwie menedżerskim stanie się połączonym aparatem polityczno – gospodarczym. Uprzywilejowana pozycja w dystrybucji produktów będzie wynikała z miejsca w strukturze tego aparatu, nie z posiadania prywatnych tytułów własności – w tym sensie będzie to system bliższy logice feudalnej niż kapitalistycznej.”
Kłania się Orwell
Czyż nie przypomina to sloganów jakie płyną do nas z Davos, Brukseli i ich krajowych przekaźników o „nieposiadaniu niczego i byciu szczęśliwym”? Czyż nie taki przykład dają Chiny, czyż nie do tego prowadzą plany waluty cyfrowej banków centralnych? O przenikliwości Burnhama świadczy także wiele innych spełnionych przepowiedni, jak choćby ta o powstaniu kilku superpaństw i zaniku suwerenności małych państw, o zatarciu granicy między wojną i pokojem na rzecz opisanej przez Orwella nieustającej wymiany ciosów między Oceanią a Eurazją i spadających co pewien czas rakiet niewiadomego pochodzenia, które uprawomocniały permanentny stan wojenny?
Trzecia pozycja autorstwa J. Sadowskiego jest uzupełnieniem pierwszych dwóch, gdyż pokazuje znaczenie przyjmowanych bezrefleksyjnie jako nieuniknione składniki rozwoju tzw. inteligentnych technologii w coraz to kolejnych obszarach życia. Technologii, których nie rozumiemy, nie posiadamy, a które coraz bardziej nas uzależniają i inwigilują. Według autora celem tego procesu są jedynie kontrola i gromadzenie danych. Informatycy nie są też pozbawieni ambicji tworzenia języka i własnej ideologii, która w tym ujęciu przypomina „techniczną wersję nieuniknionego końca historii”. To według Sadowskiego „najbardziej podstępny produkt Doliny Krzemowej”. W sferze politycznej książka odwołuje się do tradycyjnej krytyki kapitalizmu. Proponuje też drogi oporu od zmian ustawowych po masowe działania jednostek rezygnujących z niepotrzebnych gadżetów, które dawno już przestały czynić nasze życie lepszym.
Czytając wszystkie trzy książki oprócz wielkiego nieobecnego, czyli tego co stało się i do czego służy dzisiaj nauka, na myśl przychodzi stale druga, ludzka strona omawianych procesów i pytanie dlaczego się na to godzimy, czy naprawdę chcemy jak zatytułował swoją książkę Neil Postman „Zabawić się na śmierć”? Wbrew pozorom odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Nasz wielki i niedoceniony wizjoner Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy) tłumaczył to zanikiem uczuć metafizycznych lub jak ujął to bardziej brutalnie zbydlęceniem. Już wtedy widział sztuczność i fałsz górnolotnych sloganów nie pasujących do tego co „szewcom” i zdegenerowanym arystokratom w duszach czy raczej w ciałach grało.
George Orwell inspirował się dziełem Burnhama pisząc Rok 1984. Aldous Huxley pisał o erze Forda. W ten ciąg obserwacji i artystycznych intuicji wpisuje się także opisany w „Homo Sovieticus” przez Aleksandra Zinowiewa homosos jako uniwersalny typ przyszłości pozbawiony poglądów i zawsze dopasowujący się do kolektywu. Jednak cytowany fragment książki M. Trojanowskiej o sposobie szkolenia i postępowania liderów nowego porządku najbardziej przypomina tekst bez mała 200 lat wcześniejszy autorstwa Alexisa de Tocqueville, który obserwując obiecującą demokrację w Ameryce pisał:
„Kiedy próbuję sobie wyobrazić ten nowy rodzaj despotyzmu zagrażający światu, widzę nieprzebrane rzesze identycznych i równych ludzi, nieustannie kręcących się w kółko w poszukiwaniu małych, pospolitych wzruszeń, którymi zaspokajają potrzeby swojego ducha (…) Ponad wszystkimi panuje na wyżynach potężna i opiekuńcza władza, która chce sama zaspokoić wszystkie potrzeby i czuwać nad losem obywateli (…) Nie łamie woli lecz ją osłabia (…) Nie tyranizuje – krępuje, ogranicza, osłabia, gasi ogłupia i zamienia w końcu każdy naród w stado onieśmielonych pracowitych zwierząt, których panem jest rząd.”
Czy zmiany, których kierunek potwierdzany jest w tak długim czasie i przez tak różnorodnych autorów są rezultatem szalonych idei powstających w bardzo mądrych głowach, chciwości i głupoty filozofujących informatyków, a może tego, że są nas miliardy zamiast milionów, że żyjemy w stalowo szklanych wieżach z dala od lasów i natury, wpatrując się w trzymane przed oczyma ekraniki, a może to kwestia chemizacji i spadku ilości testosteronu? Czy jesteśmy jak owady skazani na odtwarzanie ciągle podobnych cykli wzrostu i obumierania, nabywania mądrości i ogłupienia? Jest jeszcze Apokalipsa jako odpowiedź ostateczna. Na te pytania nie ma prostych odpowiedzi, jednak treść wszystkich trzech książek stanowi ważną próbę zrozumienia tego co dzieje się z galopującym w coraz bardziej szalony sposób światem. Książka Magdaleny Trojanowskiej zajmuje w tym szlachetnym przedsięwzięciu znaczące miejsce.
(UWAGA: Postanowiłem zebrać różne artykuły, które napisałem, w których obalam twierdzenia, że Iran, Hamas i Hezbollah są głównymi źródłami terroryzmu. Mam nadzieję, że uznasz je za przydatne i zechcesz podzielić się nimi ze znajomymi, którzy dali się zwieść panującej opinii)
===============================
Każdy rząd powołuje się na to samo. Iran, jak nam powiedziano, jest czołowym państwem sponsorującym terroryzm na świecie – twierdzenie to stało się obecnie centralnym argumentem uzasadniającym wojnę. Ma ono wagę oficjalnego określenia: Iran znajduje się na liście państw sponsorujących terroryzm prowadzonej przez Departament Stanu USA od 19 stycznia 1984 roku, co stanowi najdłużej obowiązującą pozycję, obok Kuby, Korei Północnej i Syrii. Liczby przytaczane na poparcie tego stwierdzenia są powtarzane jako ustalone fakty – ponad miliard dolarów rocznie przeznaczanych na finansowanie terroryzmu i od 140 000 do 185 000 bojowników z organizacji partnerskich Sił Al-Kuds Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC), rozproszonych w Afganistanie, Strefie Gazy, Libanie, Pakistanie, Syrii i Jemenie.
Problem polega na tym, że dane rządowe nie potwierdzają tego nagłówka. Miejscem, w którym należy zweryfikować to twierdzenie, są dane publikowane przez sam Departament Stanu – dodatek statystyczny do „Raportów krajowych na temat terroryzmu”, a wcześniej do „Wzorców globalnego terroryzmu”, serii raportów zleconych przez Kongres, które odnotowują międzynarodowe ataki terrorystyczne każdego roku od 1990 roku. Analiza tych tabel przedstawia inny obraz niż ten prezentowany w telewizji kablowej.
Kto przeprowadził ataki
Dodatek nie kategoryzuje ataków według wyznania religijnego i nie jest to konieczne. Tożsamość głównych grup sprawców mówi sama za siebie. Rok po roku, w latach 2004–2023, najbardziej aktywnymi i śmiercionośnymi grupami byli sunnici: talibowie, ISIS, Boko Haram, Al-Kaida i jej organizacje stowarzyszone, Al-Szabab i TTP. Dziewięć na dziesięć ataków wymienionych w raportach zostało przeprowadzonych przez sunnickich ekstremistów z tradycji salaficko-dżihadystycznej. Żaden z nich nie jest kontrolowany przez Teheran. Większość uważa muzułmanów szyickich – w tym z Iranu – za heretyków i odpowiednio ich atakuje. ISIS od lat otwarcie prowadzi wojnę z Iranem i jego sojusznikami.
Odrębny francuski zbiór danych, opracowany przez FONDAPOL na przestrzeni dłuższego okresu od 1979 do kwietnia 2024 roku, prowadzi do tych samych wniosków. Pięć najgroźniejszych grup islamistycznych w tym okresie odpowiada za ponad 80 procent wszystkich ofiar terroryzmu islamistycznego – i wszystkie pięć to sunnici: Talibowie, ISIS, Boko Haram, Al-Szabab i Al-Kaida.
Gdzie w tym wszystkim są grupy powiązane z Iranem? Są one praktycznie nieobecne na szczycie zestawień. Hezbollah i jego wspierane przez Iran milicje generalnie się nie pojawiają, częściowo dlatego, że ich działania są skierowane głównie przeciwko siłom zbrojnym, a nie ludności cywilnej, co stawia je poza roboczą definicją terroryzmu stosowaną w raportach. Huti to najważniejsza grupa powiązana z szyitami, jaka pojawiła się w ostatnich edycjach, i to jedynie jako niewielki ułamek całości.
Dopiero w 2023 roku trzy ugrupowania z irańskiej strefy wpływów – Huti, Hamas i Hezbollah – znalazły się w pierwszej dziesiątce. Stało się tak za sprawą ich ataków na Izrael, wymierzonych głównie w cele wojskowe. Przed 2023 rokiem ani Hamas, ani Hezbollah nie należały do ugrupowań odpowiedzialnych za największą liczbę ataków na świecie. To niezwykły fakt w przypadku dwóch organizacji powszechnie uznawanych za jedne z najliczniej działających ugrupowań terrorystycznych na świecie.
Izraelskie liczby
Przyjrzyjmy się definicji terroryzmu stosowanej przez samego Benjamina Netanjahu – przemocy wobec cywilów w celach politycznych – i odnieśmy ją do danych rządu Izraela, które pochodzą z rejestrów izraelskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych dotyczących ofiar przemocy palestyńskiej w latach 2000–2024. (Zbiór danych pochodzi sprzed ataku z 7 października 2023 r., a zatem go nie uwzględnia).
Dwie rzeczy rzucają się w oczy. Po pierwsze, liczba ataków palestyńskich od 2003 roku ma tendencję spadkową. Szczyt nastąpił w latach 2000–2005 – podczas Drugiej Intifady. W ciągu całych 24 lat zginęło 1552 Izraelczyków, a 5595 zostało rannych, przy czym przemoc skoncentrowała się w tym szczytowym okresie na początku XXI wieku: około 76% ofiar śmiertelnych i 92% rannych miało miejsce podczas Drugiej Intifady. Po drugie, Hamas nie jest machiną terrorystyczną, za jaką jest przedstawiany w powszechnej wyobraźni. Tylko około 15% ataków w ciągu 24 lat przypisuje się Hamasowi, samodzielnie lub we współpracy z inną grupą. Nic z tego nie czyni Hamasu ruchem pokojowym – bo nim nie jest – ale nie jest też organizacją nieustannie dokonującą masakr.
Ataki rakietowe są najwyraźniejszym przykładem tego, jak retoryka przeważa nad liczbami. Hamas i Hezbollah wystrzeliły tysiące rakiet w kierunku Izraela w ciągu ostatnich 25 lat. Liczba ofiar śmiertelnych tych rakiet w latach 2001–2025 waha się od 50 do 75 osób – a nie „tysięcy”, jak sugerują doniesienia. Rozbieżność między tymi dwiema liczbami jest kluczowa.
Kontrastuje to z asymetrią, której żaden uczciwy rachunek nie może zignorować. Szacuje się, że Izrael zabił 11 200–11 500 Palestyńczyków między 2000 a 6 października 2023 roku. Według Ministerstwa Zdrowia Gazy, od 7 października liczba ofiar w Strefie Gazy wzrosła do ponad 73 000 – liczby, którą izraelski oficer wojskowy w styczniu 2026 roku praktycznie potwierdził, akceptując ponad 71 000 ofiar śmiertelnych bezpośredniego ostrzału izraelskiego.
Kto właściwie finansuje sprawców
Jeśli to jest punkt odniesienia, to wskazuje on na miejsce inne niż Teheran. Grupy sunnickie, które dominują w statystykach ofiar, otrzymały wsparcie finansowe od państw Zatoki Perskiej – a co jeszcze bardziej niepokojące, od samych Stanów Zjednoczonych. Szlak pieniędzy prowadzi przez Syrię: fundusze USA i ich sojuszników dotarły do grup, które wyłoniły się z ISIS, w tym do linii an-Nusra, z której wywodzi się Hajat Tahrir asz-Szam, której przywódca Waszyngton wyznaczył kiedyś nagrodę w wysokości 10 milionów dolarów, po czym po cichu ją wycofał. Ta sama administracja, która uznaje Iran za głównego sponsora terroryzmu, wielokrotnie wspierała te same grupy, które zabiły najwięcej ludzi.
Wniosek
Klasyfikacja ta pełni funkcję polityczną, a nie analityczną. Według danych rządowych dotyczących ataków, Iran nie jest główną siłą napędową globalnego terroryzmu; sprawcy należą głównie do sunnickiego ruchu dżihadystów, wrogiego wobec Iranu i finansowanego z innych źródeł. Poważna kampania przeciwko sponsorom terroryzmu rozpoczęłaby się od państw Zatoki Perskiej, a nie od Teheranu. Zamiast tego oskarżenie, które nie znajduje poparcia w danych, jest wykorzystywane jako pretekst do niesprowokowanej wojny. Kraj, który żyje w szklanym domu, powinien dwa razy się zastanowić, zanim rzuci kamieniami.
Oczekiwane obiekcje – i odpowiedzi
„Ale Hamas i Hezbollah znalazły się w pierwszej dziesiątce w 2023 roku, więc sojusznicy Iranu rzeczywiście są poważnymi terrorystami”.
Znaleźli się na liście w ciągu jednego roku, wyłącznie dzięki wojnie z Izraelem, w której ich ogień był skierowany głównie na cele wojskowe – żołnierzy, bazy i Siły Obronne Izraela (IDF) na polu bitwy. Definicja Departamentu Stanu USA opiera się na przemocy wobec ludności cywilnej w celach politycznych. Wzrost spowodowany atakami na armię podczas aktywnej wojny nie jest dowodem na ciągły terroryzm skierowany przeciwko ludności cywilnej; jest dowodem na wojnę, w której dochodzi do strzelanin. W ciągu dwóch dekad poprzedzających to sprawozdanie żadna z grup nie znalazła się na liście najaktywniejszych sprawców na świecie. Jeden rok w pierwszej dziesiątce, spowodowany walkami z armią danego państwa, nie neguje dwudziestu lat poza tą listą.
„Opierają swoje obliczenia na danych, które nie uwzględniają 7 października 2023 r. – najtragiczniejszego dnia w całych statystykach”.
Wyłączenie jest podane otwarcie i nieukryte: zbiór danych izraelskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych obejmuje okres poprzedzający ten atak, a 7 października jest największym pojedynczym wydarzeniem po stronie izraelskiej w tym zestawieniu. Przyjmijmy to w pełni. Zmienia to ogólną liczbę o jeden dzień; nie zmienia struktury dwudziestoletniego rejestru, w którym przemoc palestyńska ma tendencję spadkową od 2003 roku, a Hamas odpowiada za około 15 procent ataków. Pojedyncze wydarzenie z wieloma ofiarami śmiertelnymi nie czyni też Iranu głównym sponsorem terroryzmu na świecie, gdy grupy, które dominują w statystykach ofiar we wszystkich innych latach – ISIS, Talibowie, Boko Haram, Al-Szabab – pozostają sunnickimi, antyszyickimi i niemającymi powiązań z Teheranem. 7 października to prawdziwy i przerażający punkt danych. Nie odzwierciedla trendu i nie odpowiada na pytanie o finansowanie.
„Dane dotyczące COVID-19 nie mierzą poparcia – klasyfikacja dotyczy poparcia udzielanego przez państwo, a nie liczby osób zabitych przez jego przedstawicieli”.
To najsłuszniejszy zarzut i warto się do niego odnieść bezpośrednio, zamiast go unikać. Zauważmy różnicę: wsparcie państwa mierzy się pieniędzmi, bronią i szkoleniem, a nie liczbą ofiar ze strony osób trzecich. Jednak określenie „główny sponsor” prawie nigdy nie jest stosowane w praktyce w tak wąskim zakresie. Służy ono scharakteryzowaniu zagrożenia – argumentowaniu, że Iran jest główną siłą napędową terroryzmu, którego Amerykanie powinni się obawiać.
W zestawieniu z rzeczywistym rozkładem przemocy terrorystycznej, ta charakterystyka upada: zagrożenie ma głównie charakter sunnicko-dżihadystyczny. Standard ten jest również stosowany wybiórczo w odniesieniu do finansowania. Państwa Zatoki Perskiej, które finansowały sieci sunnickie, a także fundusze USA i sojuszników, które docierały do grup w Syrii wywodzących się z ISIS, nigdy nie prowadzą do określenia ich mianem „głównego sponsora terroryzmu”. Klasyfikacja, która jest konsekwentnie stosowana tylko wtedy, gdy wskazuje na Iran, jest narzędziem politycznym, a nie obserwacją analityczną.
„Stwierdzenie, że cele Hezbollahu są „głównie militarne”, umniejsza rzeczywiste okrucieństwa”.
Twierdzenie to odnosi się do schematu ujawnionego w doniesieniach i nie zaprzecza faktowi, że Hezbollah kiedykolwiek zabijał cywilów – jest oczywiste, że tak było, począwszy od bombardowań w latach 80., a skończywszy na atakach za granicą.
Jednak sedno sprawy pozostaje na poziomie danych ogólnych: w całym okresie sprawozdawczym działania grupy były skierowane głównie przeciwko siłom zbrojnym i właśnie dlatego nie znajduje się ona w tabelach głównych sprawców ataków na ludność cywilną. Przyznanie się do tych wyjątków nie zmienia ogólnego obrazu.