Za późno, by uratować Europę: Co Putin, Ławrow, Orieszkin i Karaganow powiedzieli w Wałdaju

© SCF

Za późno, by uratować Europę: co Putin, Ławrow, Orieszkin i Karaganow powiedzieli mi na szczycie w Wałdaju w 2026 r.

Autorstwa Lorenza Marii Paciniego

Jeśli drzwi, które Moskwa uważa za otwarte, są w istocie zamknięte, to są one zamknięte po tej stronie – i to nie Rzym zamknął je z własnej woli.

Szczyt Wałdajski z dala od głównego miejsca wydarzenia

To, co opiszę w tym artykule, jest mniej techniczne i bardziej osobiste niż zwykle. Dotyczy on spostrzeżeń, jakie zdobyłem podczas kilku dni wypełnionych dialogami, dyskusjami i, jak się wydaje, „skandalicznym” pytaniem, które wywołało ogromne poruszenie w europejskich mediach – ponieważ zapytałem prezydenta Federacji Rosyjskiej, Władimira Władimirowicza Putina, co stanie się z Europą.

Pełne nagranie przemówienia Władimira Putina na Forum Wałdajskim można znaleźć tutaj .

Moje oświadczenia i odpowiedzi Putina można znaleźć tutaj .

W tym roku Forum Wałdaj nie odbyło się w Soczi. W zaproszeniach wysłanych latem nadal wymieniano to miasto nad Morzem Czarnym jako miejsce organizacji, ale pod koniec sierpnia organizatorzy ogłosili przeniesienie do obwodu moskiewskiego. Według „Financial Times”, Federalna Służba Bezpieczeństwa wnioskowała o zmianę, obawiając się zagrożenia ze strony ukraińskich dronów po serii letnich ataków na nadmorskie rafinerie. Ten szczegół logistyczny ma swoją wagę. Wojna – o której zawsze mówi się w Wałdaju językiem systemu międzynarodowego – wpływa teraz również na praktyczną organizację forum.

23. doroczne spotkanie odbyło się w dniach 28 września – 1 października pod tytułem, który brzmi niemal jak osobiste pytanie do Europejczyka: „Odpowiedzialność za przyszłość: granice możliwości czy nieograniczone możliwości?”. Sesja otwarcia obejmowała prezentację rocznego raportu klubu zatytułowanego „ Zachowaj spokój: państwo i odpowiedzialność za przyszłość ”, który autorzy – nawiązując do Kubricka – przedstawiają jako przewodnik po zaprzestaniu rozmyślania i nauce akceptowania chaosu. Następnie odbyło się dziewięć sesji tematycznych, sesja specjalna, a ostatniego dnia sesja plenarna z prezesem.

Przybyłem jako Włoch i Europejczyk, w pełni świadomy, że te dwie tożsamości mają w tych salach różny ciężar. W ciągu tygodnia rozmawiałem w szczególności z czterema wysoko postawionymi rozmówcami: Siergiejem Karaganowem, Maksimem Orieszkinem, Siergiejem Ławrowem oraz – podczas sesji plenarnej – Władimirem Putinem. Pierwsze trzy rozmowy odbyły się na marginesie sesji i relacjonuję je z moich notatek – zasadniczo, nie dosłownie. Czwarta wymiana zdań była publiczna i udokumentowana transkrypcją, z której cytuję bezpośrednio.

Rozpatrywane osobno, cztery dialogi przekazują treści znane każdemu śledzącemu rosyjską debatę. Oglądane jednak po kolei, malują jaśniejszy obraz: wspólną ocenę Europy i cztery różne sposoby wyciągania z niej wniosków. A przede wszystkim przyszłość, która wcale nie rysuje się w różowych barwach.

Karaganow: Europa jako źródło zła

Siergiej Karaganow jest jednym z założycieli Klubu Wałdajskiego, honorowym przewodniczącym Rady Polityki Zagranicznej i Obronnej oraz przez lata najbardziej radykalnym głosem rosyjskiego realizmu. Z nim rozmowa natychmiast rozpoczęła się od najbardziej kontrowersyjnego punktu. Powiedział, że Europa jest źródłem wszelkiego zła. Gdyby została zniszczona, nikt by jej nie opłakiwał. [?? Chodzi zapewne o Unię E.?? md]

Taktyczny konflikt nuklearny na jej terytorium nie angażowałby żadnych innych aktorów. Europejczycy mieli wystarczająco dużo czasu, aby znaleźć rozwiązanie własnych problemów; teraz, gdy postanowili przygotować się do wojny z Rosją, było za późno, aby dać im kolejną szansę.

Muszę być szczery: nigdy nie byłem fanem Karaganowa; często uważałem jego poglądy za zbyt radykalne i staromodne. Ale zaczynając od kawy po obiedzie – i kontynuując przez tydzień dyskusji – odkryłem, że myślimy bardzo podobnie i że jego poglądy bynajmniej nie są trywialne. Każdy, kto przeczytał jego ostatnie wypowiedzi, rozpozna ten sposób myślenia. W czerwcu 2023 roku Karaganow publicznie argumentował, że Rosja powinna obniżyć próg użycia broni jądrowej, aby przywrócić wiarygodność swojego odstraszania i zachęcić Zachód do wycofania się z konfliktu na Ukrainie. Część tego podejścia znalazła następnie swoje odzwierciedlenie w oficjalnych dokumentach : Zasady polityki państwowej Federacji Rosyjskiej w zakresie odstraszania jądrowego, zaktualizowane w listopadzie 2024 roku, traktują atak państwa nieposiadającego broni jądrowej przeprowadzony z udziałem lub wsparciem mocarstwa jądrowego jako atak wspólny.

Jego słowa zawierają jednak trzy odrębne stwierdzenia i warto je rozważyć oddzielnie. Pierwsze to osąd historyczny i cywilizacyjny: Europa jako źródło wielkich katastrof nowoczesności, od wojen światowych po kolonializm. Jest to teza, którą Karaganow od dawna podtrzymuje i którą można podważyć, ale która mieści się w sferze interpretacji. Drugie – że nikt nie będzie opłakiwał Europy – to przewidywanie dotyczące reakcji innych; z tego, co obserwowałem w tamtych czasach, znalazło ono oddźwięk u znacznej części uczestników z Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej. Trzecie to strategiczna hipoteza leżąca u podstaw wszystkiego innego: eskalacja nuklearna w Europie pozostałaby ograniczona do Europy.

Kwestia ta jest przedmiotem debaty w literaturze poświęconej odstraszaniu od siedemdziesięciu lat i – na szczęście – brakuje dowodów empirycznych. Czynnik komplikuje tę hipotezę w samej Europie. Francja i Wielka Brytania posiadają arsenały narodowe, a w marcu 2025 roku Paryż oficjalnie rozpoczął debatę na temat europejskiego wymiaru swojego odstraszania. Konflikt nuklearny o charakterze czysto europejskim zakłada, że ​​dwa europejskie mocarstwa nuklearne będą biernie przyglądać się sytuacji. To najsłabsze założenie w całym rozumowaniu, niezależnie od tego, jak ocenia się pozostałe dwa.

Należy również zauważyć, że Karaganow nie przemawia w imieniu rządu. Na Forum Wałdajskim reprezentuje on skrzydło rosyjskiej debaty, które popycha Kreml w kierunku bardziej zdecydowanych stanowisk, a jednym z jego zadań jest właśnie poszerzanie granic tego, co wolno mówić. W tym świetle jego „za późno” jest raczej oznaką trendu niż doktryny.

Oreszkin: Rynek, którego już nie ma

Ton Maksima Orieszkina całkowicie się zmienił. Jako wiceszef Administracji Prezydenta, były minister rozwoju gospodarczego, a później doradca ekonomiczny prezydenta, Orieszkin argumentował w kategoriach przepływów pieniężnych i bilansów. Jego ocena była bezkompromisowa: Europa jest skończona. Nie ma już realnej konkurencji na rynku energii, ponieważ Chiny i Indie zajmują obecnie czołowe miejsca wśród rosyjskich odbiorców. Nie ma też powodu, by inwestować w europejski bailout, skoro Europejczycy jak dotąd nie wykazali zainteresowania znalezieniem pokojowego i rozsądnego rozwiązania. Pytanie, które zadałem mu podczas spotkania z uczestnikami Wałdaju, brzmiało: „Skoro gazociąg Nord Stream 2 nie jest już dostępny – ponieważ został sabotowany – czy zamierza pan znaleźć nowy system przesyłu energii, zakładając, że Europa dojdzie do pojednania, a sytuacja dyplomatyczna się poprawi?”. Jego bezkompromisowa – i być może brutalna – odpowiedź jest niczym sztylet prawdy wbity w sumienie każdego Europejczyka.

„Koniec” należy rozumieć w sensie technicznym. Orieszkin nie mówił wprost o cywilizacji europejskiej, lecz o Europie jako partnerze handlowym: rynku, który nie odgrywa już centralnej roli dla Rosji i dlatego nie uzasadnia żadnych ustępstw politycznych w celu jego odzyskania. Po 2022 roku rosyjska ropa naftowa znalazła swoich głównych nabywców w Chinach i Indiach, a Bruksela, poprzez porozumienie między Radą a Parlamentem Europejskim z grudnia 2025 roku, zobowiązała się do stopniowego wycofywania importu rosyjskiego gazu – w tym gazu rurociągowego i LNG – do 2027 roku.

Współzależność energetyczna, która łączyła Europę i Rosję przez pół wieku – nawet w najgorszych okresach zimnej wojny – była demontowana przez obie strony. Argument Orieszkina zwięźle ujmuje najprostszą konsekwencję: ten, kto nie jest już głównym nabywcą, traci również jakikolwiek wpływ. Takie są prawa rynku i ani w Londynie, ani w Berlinie, ani w Brukseli nie ma już polityków ani grup władzy, które mogłyby dyktować Rosji, „co ma robić”.

W Moskwie również dobrze znana jest ta negatywna strona. Rynek zdominowany przez dwóch dużych nabywców pozwala im żądać rabatów, a zastąpienie Europy Azją wiąże się z kosztami w postaci cen i dostępu do technologii. Jednak zgodnie z przedstawioną mi logiką, pytanie nie brzmi już, czy Europa leży w interesie Rosji. Chodzi o to, ile kosztowałoby ponowne uczynienie jej korzystną, a domyślna odpowiedź brzmi, że Europejczycy muszą ponieść ten koszt.

Ławrow: Drzwi do „tego” rozkazu są zamknięte.

Siergiej Ławrow przeniósł dyskusję z kwestii ekonomicznych na dyplomację, ale konkluzja pozostała ta sama. Europa, jak powiedział, miała wiele okazji do wznowienia dialogu z Rosją, ale zamiast tego zdecydowała się na eskalację bezpośredniej konfrontacji. Teraz było już za późno, by się wycofać: wszystkie granice zostały przekroczone, a przy obecnym porządku europejskim nie było już drogi powrotu do poprzednich relacji.

Chciałbym, abyśmy zatrzymali się na chwilę i zastanowili nad wagą tych słów. Każdy, kto zna Ławrowa, wie, że jest politykiem, który waży każde słowo z wielką przenikliwością, nawet w bardziej swobodnych okolicznościach, takich jak szczyt w Wałdaju. „Granice zostały przekroczone”. Wymienianie tych granic byłoby bezcelowe, ponieważ są tak oczywiste dla całego świata, że ​​byłoby to po prostu stratą czasu. Ale spojrzenie w oczach Ławrowa, kiedy mówił o Europie – tego nigdy nie zapomnę. Spotykałem się z nim wiele razy, ale tym razem było w nim coś innego.

Minister może wskazać na szereg wydarzeń, do których regularnie odwołuje się rosyjska dyplomacja: porozumienia mińskie, projekt traktatów o gwarancjach bezpieczeństwa przedstawiony Stanom Zjednoczonym i NATO 17 grudnia 2021 r. oraz negocjacje w Stambule wiosną 2022 r. Rosyjska interpretacja każdego z tych wydarzeń jest kontrowersyjna i kwestionowana w Europie. Mnie interesuje tu inny aspekt – ograniczenie, które po ponownym przeczytaniu po sesji plenarnej okazało się kluczowe dla całego tygodnia. Powrót jest niemożliwy w obecnych europejskich warunkach . Nie z Europą w jej obecnym kształcie – czyli UE i NATO. Odrzucenie dotyczy klasy rządzącej i architektury instytucjonalnej, a nie krajów, które są jej częścią.

Zastanawiam się, jak bardzo rosyjska cierpliwość została nadużyta, zanim padły takie słowa. Klasyczna literatura rosyjska oferuje nam godne podziwu przykłady zdolności rosyjskich polityków do grania na zwłokę, ignorowania problemów i wykazywania się cierpliwością. I nie da się zaprzeczyć, że taka była konsekwentna postawa rosyjskiej klasy rządzącej w ostatnich latach konfliktu. Stwierdzenie, że granica została przekroczona – co Putin później powtórzy na sesji plenarnej szczytu – oznacza, że ​​nie można już marnować zasobów na cierpliwe czekanie; oznacza, że ​​niedźwiedź został wybudzony z hibernacji w niewłaściwym momencie; oznacza, że ​​konsekwencje tych działań będą epokowe.

Ławrow dodał coś jeszcze: „Jesteśmy gotowi uderzyć w Europę w sposób wzorowy, a nie tak, jak zrobiliśmy to na Ukrainie”. Zapamiętajcie te słowa, drodzy europejscy przyjaciele. Przeczytajcie je jeszcze raz i zastanówcie się nad ich znaczeniem. Nic więcej nie trzeba dodawać.

Włoski profesor zadaje pytanie Putinowi

Dochodzimy teraz do jednego z najniebezpieczniejszych momentów w mojej karierze. Sesja plenarna odbyła się, zgodnie z tradycją, w obecności prezydenta Rosji, a przewodniczył jej Fiodor Łukjanow. Zabrałem głos i zadałem dwuczęściowe pytanie:

„Pochodzę z Włoch, kraju, który obecnie nie utrzymuje dobrych stosunków z Rosją. Jako Europejczyk, chciałbym zapytać: Jakie warunki Rosja postawi dla rozwoju nowego systemu bezpieczeństwa dla krajów europejskich? A jeśli wyobrazimy sobie Europę po upadku Unii Europejskiej, czy będzie ona częścią szerokiego partnerstwa euroazjatyckiego, czy też Stany Zjednoczone i Rosja będą zawsze konkurować o te terytoria?”

Putin zaczął od drugiej części i kolejność nie jest przypadkowa:

„Włochy leżą w Europie, a mówię o partnerstwie euroazjatyckim: oczywiste jest zatem, że będziemy również uważać Włochy za partnera euroazjatyckiego – i już to robimy”.

Zaraz potem wyjaśnił, że los Unii Europejskiej i dalsze członkostwo Włoch „nie jest naszą sprawą”. Moskwa nie zamierza nawet o tym dyskutować, ponieważ każde oświadczenie w tej sprawie zostałoby zinterpretowane jako próba podziału UE, „podczas gdy my nie chcemy niczego dzielić. Chcemy tylko budować i współpracować”.

Odnośnie warunków nowego systemu bezpieczeństwa, odpowiedź była jednoznaczna: „Nie mamy żadnych warunków wstępnych”. Jego zdaniem przeszkoda leży gdzie indziej. Niektórzy europejscy politycy uważają za niedopuszczalne, aby jeden kraj angażował się w dialog z Rosją, a Putin określił to żądanie jako dyktat jeszcze ostrzejszy niż ten z czasów sowieckich. Porównanie zostało starannie dobrane: ZSRR był zjednoczonym i silnie scentralizowanym państwem, którego republiki stanowiły część jednolitej struktury państwowej; Unia Europejska teoretycznie nie jest taka, ale w praktyce zachowuje się tak, jakby nią była. „Nikt nam nie zabrania; jesteśmy gotowi”.

W tym momencie Łukjanow wygłosił prowokacyjną uwagę, typową dla doświadczonego moderatora: Skoro Bruksela tego zabrania, czy nie lepiej byłoby przyczynić się trochę do rozpadu UE, aby ułatwić sobie kontakty z poszczególnymi krajami? Odpowiedź padła bez wahania: „Ale to nie jest konieczne – same się rozpadną”.

Następnie Putin zwrócił się bezpośrednio do mnie. „Nasz włoski kolega wie o tym lepiej niż my” – powiedział i zaczął wymieniać liczby: dług publiczny Włoch wynosi 140%, deficyt około 3%, a w innych krajach europejskich blisko 5%. Liczby były zaokrąglone, ale niewiele odbiegały od prawdy. Według Istat i Eurostatu dług publiczny Włoch na koniec 2024 roku wynosił 135,3% PKB, a zadłużenie netto 3,4%. W tym fragmencie nie chodziło jednak o miejsca po przecinku. Wszystkie problemy zaczynają się w gospodarce: poziom życia spada, bezrobocie rośnie, a obywatele największych gospodarek europejskich odczuwają skutki na własnej skórze – a to, jak powiedział, „podważa również fundamenty Unii Europejskiej. Ale to nie nasza sprawa; nie ingerujemy”.

Podsumowując, potwierdził ofertę w sposób zrównoważony: dialog z Unią jako całością, jeśli Unia tego zapragnie, lub z poszczególnymi krajami, bez warunków wstępnych. „Ale nie może być też żadnych warunków wstępnych ze strony europejskiej”.

Próba uchwycenia wagi tych słów, politycznej równowagi, którą one ujawniają, i siły męża stanu, który troszczy się nie tylko o dobrobyt swojego kraju, ale także o dobrobyt całego innego kontynentu, jest prawdziwą lekcją tego, czym naprawdę jest polityka.

Posłuchaj całego przemówienia Putina, a zrozumiesz, jak w niecałe pięć minut można uchwycić upadek całej Europy w każdym aspekcie, a jednocześnie z nutą melancholii potwierdzić, że Rosja zrobiła wszystko, co w jej mocy, by zaoferować pomoc. Ale decyzje samych Europejczyków należą do nich, niezależnie od tego, pod jaką flagą się udadzą. Rosja szanuje i zawsze będzie szanować fundamentalne zasady swojej polityki zagranicznej i tradycji politycznej. Nie ma cudownego mesjanizmu, nie ma improwizowanego zbawiciela.

Europa – a raczej Europejczycy tej Europy – co zamierzają zrobić?

Przeczytałem ponownie moje notatki z podróży

Kiedy ponownie czytam swoje notatki po powrocie, pierwszą rzeczą, która mnie uderza, jest zgodność opinii. Strateg, ekonomista, minister spraw zagranicznych i prezydent, każdy z nich wyraził tę samą ocenę własnymi słowami: Dzisiejsza Europa wyczerpała już swój kredyt zaufania wobec Moskwy. Drugą rzeczą, która mnie uderza, jest to, że każdy z nich wyciąga z tej diagnozy inny wniosek.

Dla Karaganowa konkluzja jest nieunikniona i nabiera niemal eschatologicznego wydźwięku: Europa miała swoją szansę, a to, co następuje, nie jest już kwestią dyplomacji. Dla Orieszkina jest to kwestia trzeźwej, twardej kalkulacji: Europa nie jest warta inwestycji, które byłyby potrzebne, aby ją odzyskać. Dla Ławrowa jest to ograniczony dyplomatyczny odwrót, koncentrujący się bardziej na strukturze politycznej niż na ludziach. Wreszcie, dla Putina drzwi pozostają otwarte – choć wobec poszczególnych państw, a nie wobec Brukseli – w połączeniu z oczekiwaniem, że recesja gospodarcza dokona reszty.

Pozorna sprzeczność między stanowiskiem „za późno” pierwszych trzech państw a stanowiskiem „bez warunków wstępnych” czwartego państwa została właśnie rozwiązana w charakterystyce Ławrowa. Rezultatem jest spójna linia, którą nazwałbym „bilateralizacją”: Moskwa nie będzie negocjować z Unią jako podmiotem politycznym, dopóki jej obecne kierownictwo pozostaje u władzy; oferuje poszczególnym państwom członkowskim kanały bez warunków wstępnych i pozwala, by wewnętrzne trudności Europy uczyniły te kanały atrakcyjnymi. Wzmianka o Włoszech jako euroazjatyckim partnerze „już dziś” musi być rozumiana w tym kontekście: nie jest to gest kurtuazyjny, lecz wskazanie, którego rozmówcę preferuje Moskwa.

Z pewnością nie mogę twierdzić, że czwórka prominentnych rozmówców doszła do porozumienia – to oczywiste – ale uznałem ten konsensus za prawdziwie „proroczy”. Wałdaj zawsze był miejscem, gdzie szeroki zakres rosyjskiej debaty był prezentowany zagranicznej publiczności. Mogę powiedzieć, że te perspektywy są ze sobą zgodne i wzajemnie się wzmacniają: nieprzejednane stanowisko Karaganowa sprawia, że ​​oferta Putina wydaje się umiarkowana; wypowiedzi Orieszkina uwiarygodniają tezę, że Moskwa nie musi iść na żadne ustępstwa; a formuła Ławrowa stanowi równowagę między determinacją a otwartością.

Kryzys zadłużenia państwowego w latach 2010–2012 doprowadził do powstania Europejskiego Mechanizmu Stabilności i Unii Bankowej; pandemia doprowadziła do powstania Next Generation EU i pierwszego wspólnego zaciągania pożyczek na dużą skalę. W Unii kryzysy doprowadziły do ​​co najmniej tyle samo centralizacji, co fragmentacji. Stwierdzenie „rozpadną się same” jest zatem hazardem, a nie pewnością – nawet jeśli ryzyko to niewiele kosztuje tych, którzy je podejmują: jeśli UE się utrzyma, Moskwa przynajmniej zaoferowała dialog; jeśli się rozpadnie, ma już do dyspozycji kanały dwustronne.

Wskaźniki, które będziemy obserwować w ciągu najbliższych dwunastu do osiemnastu miesięcy, są dość jednoznaczne. Pierwszy dotyczy dwustronnych wizyt przywódców UE w Moskwie, oprócz wcześniejszych wizyt Viktora Orbána w lipcu 2024 roku i Roberta Fico w maju 2025 roku. Drugi to pytanie o to, czy w sprawie półrocznych przedłużeń sankcji, gdzie jedno weto wystarczy, aby wywołać konflikt, przeważy jednomyślność. Trzeci dotyczy krajowych odstępstw od harmonogramu wycofywania rosyjskiego gazu. Czwarty – i dla nas najważniejszy – to ewentualne otwarcie zorganizowanego kanału przez jedną z głównych stolic, w tym Rzym.

Co z tego wynoszę? Jako Włoch, zdanie, które wynoszę, nie dotyczy rozpadu, lecz drugiego: „Uważamy już Włochy za partnera euroazjatyckiego”. Zawiera ono zarówno ofertę, jak i oświadczenie skierowane do nas. Jeśli drzwi, które Moskwa uważa za otwarte, są w rzeczywistości zamknięte, to są zamknięte po tej stronie – i to nie Rzym zamknął je z własnej woli.

Jak długo kraj z długiem przekraczającym 135% PKB może pozwolić sobie na pozostawianie innym decydowania, kto z kim może rozmawiać? Nikt w Moskwie mnie o to nie pytał. To pytanie zabrałem ze sobą do domu. I każdy Włoch z czystym sumieniem, każdy Europejczyk z sercem zna odpowiedź.

Źródło: Za późno, by uratować Europę: co Putin, Ławrow, Orieszkin i Karaganow powiedzieli mi na szczycie w Wałdaju w 2026 r.

Ukraińskie zboże nie dla UE?

Ukraińskie zboże nie dla UE?

Łukasz Jastrzębski

„Ukraina nie zgodzi się na członkostwo w Unii Europejskiej, jeśli obowiązywałyby ją limity sprzedaży produktów rolnych” – powiedział ukraiński minister rolnictwa Taras Wysocki. W oświadczeniu dla portalu POLITICO minister podkreślił, że Kijów widzi „fundamentalną różnicę między okresem przejściowym a stałym ograniczeniem”. O ile ten pierwszy model jest dla Ukrainy akceptowalny, o tyle stałe limity handlowe według niego byłyby sprzeczne z samą logiką i ideą pełnego członkostwa.

Bruksela swoimi oświadczeniami próbuje uśpić obawy rolników z Francji, Włoch i Polski dla, których masowy import towarów z bardzo wydajnego ukraińskiego sektora rolniczego oznaczałby dorżnięcie i tak wykastrowanego przez Brukselę rodzimego rolnictwa. Rolnicy znając los hutników i górników nie powinni dać się nabrać na te czcze obietnice. Bruksela musi również uspokoić Kijów. Właśnie dlatego zaraz usłyszmy deklaracje ze strony Brukseli, że Komisja Europejska dołoży wszelakich starań by pomagać państwu Wołodymyra Zełenskiego w działaniach na rzecz powrotu ukraińskiego rolnictwa na rynki zbytu w Afryce i na Bliskim Wschodzie.

Rolnicy w Europie próbują walczyć o przyszłość swoją i swoich dzieci. Prounijne i cyniczne rządy w Unii Europejskiej dbają przede wszystkim o swój własny prywatny i koteryjny interes. Odrealnieni brukselscy biurokraci i politykierzy walczą nie tylko o swoje przywileje, ale również stoją na straży obyczajowych i gospodarczych szaleństw. Chcą za wszelką cenę, zachować jedność kolosa na glinianych nogach. Wojująca z Rosją Ukraina z swoimi oligarchami walczy o przetrwanie, pieniądze i wpływy. Do tego dochodzą interesy Stanów Zjednoczonych, Federacji Rosyjskiej, Chin, Kościoła katolickiego, lobbystów i korporacji bankierskich i zbrojeniowych. Pajęczna jawnych i tajnych sitw. Zapewne tym razem znów uda się UE i Ukrainie uzyskać jakiś rodzaj zgniłego kompromisu – odsuwającego problemy na później – ale całość układu mocno trzeszczy.

Nie dzieje się nic niespodziewanego. Nikt poważny tak na serio nie chciał Ukrainy w Unii Europejskiej. Wszyscy zdają sobie sprawę, że to jak wpuszczenie lisa do kurnika – konkurencyjność wynikająca z braku unijnego kagańca jest dla wysoce niebezpieczna dla państw unijnych. Opowieści o konieczności przynależenia Ukrainy do zachodnich struktur politycznych i wojskowych były tylko i wyłącznie sloganem reklamowym. Nikt z poważnych graczy nie ma interesu w tym był Ukraina była pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej, nie mówiąc już o NATO. Zasady i tradycje tego kraju są zupełnie dalekie od tych wyznawanych w Starej Europie.

USA, Wielka Brytania, Francja, Niemcy deklarują konieczność europeizacji i atlantyzacji Ukrainy. Ale moim zdaniem chodziło właśnie tylko i wyłącznie o deklaracje. Bo te deklaracje hartują ducha Ukraińców. Waszyngton chciał przy pomocy Ukrainy osłabić Rosję, ale nie chce jej upadku – ponieważ doskonale wie, kto jest jego głównym rywalem.

To różni Stany Zjednoczone, od Wielkiej Brytanii. Londyn, Paryż i Berlin potrzebują Kijowa w swoim aktualnym układzie, by wzmocnić swoją pozycję w Europie i usprawiedliwić gigantyczne zadłużenie państw poszczególnych państw. Władze i oligarchowie na Ukrainie zwęszyli na wojnie z Rosją możliwość pomnożenia kwot na swoich kontach dzięki specyficznie pojmowanej tam uczciwości.

Inna jest sytuacja Polski. U nas znaczna część polityków głównego nurtu rzeczywiście wierzy w to, że Ukraina przynależy do Świata Zachodniego. I nie ma tu znaczenia fakt, że prawie wszystko temu przeczy. To dziwna i niebezpieczna mieszanka romantycznych ramot, chciejstwa, bezrozumnego zaufania dla zachodnich struktur i prymitywnego poczucia wyższości, które w rzeczywistości ma podłoże rusofobiczne. Ten stan rzeczy ma różnorakie przyczyny – ale główną jest to, że znaczna część sceny politycznej i medialnej składa się z brojlerów wyhodowanych przez różnorakich Sorosów.

Stawiam tezy, że w fazie końcowej Waszyngton umyje ręce – a symbolem tego będzie spotkanie Trump-Putin w Rosji. Stara Europa będzie odkładać terminy europeizacji Ukrainy „na święty nigdy”. Federacja Rosyjska pozostanie na swoim stanowisku względem Ukrainy. Oligarchowie na Ukrainie dogadani z zachodnimi biznesmenami, rozpoczną interesy z rosyjskimi oligarchami. Nowe władze na Ukrainie, będą nabierać coraz większego dystansu i w końcu machną rękę na Brukselę. I tylko Warszawa wraz z kilkoma bardziej lub mniej prowincjonalnymi stolicami w Europie dalej będzie bredzić o post-turańskiej Ukrainie jako części naszej kultury i cywilizacji.

Łukasz Jastrzębski

Pożegnanie z Międzymorzem

Pożegnanie z Międzymorzem

Jan Engelgard

W prowadzonym przez  prof. Andrzeja Nowaka (już jako redaktora emeritusa) periodyku „Arcana”, który od samego początku propagował różne prometejskie i mesjanistyczne koncepcje polskiej polityki wschodniej, czytam:

„Obalenie  prorosyjskiego  prezydenta Ukrainy, Wiktora Janunkowycza, otworzyło przed Warszawą wielką okazję do zbliżenia z Kijowem. W chwili obecnej jest oczywiste, że te nadzieje się nie spełniły. Piszemy to z żalem, albowiem idea Intermarium była i jest nam bliska, czego daliśmy niejednokrotnie wyraz, także na tych łamach. Osią Intermarium, które obejmuje całą przestrzeń post-Jagiellońską, czyli Kraje Bałtyckie, Białoruś, Ukrainę i Polskę, siłą rzeczy muszą być te dwa ostatnie państwa. Bez ścisłej współpracy Warszawy i Kijowa o żadnym Intermarium mowy być nie może”.

I dalej: „Naszym zdaniem, przyjmując to stanowisko [gloryfikacji OUN-UPA] rząd w Kijowie nie tylko grzebie możliwości ścisłej współpracy z Warszawą, ale wyłącza się poza nawias narodów cywilizowanych, w zachodnim tego słowa znaczeniu”. Sam prof. Andrzej Nowak w tym samym numerze „Aracanów” ubolewa, że nie mamy sensownego traktatu  Ukrainą, a jej elity są zapatrzone w Brukselę i Berlin.

A więc – odwrót od „wielkiej” koncepcji budowy potężnego antyrosyjskiego bloku zwanego Międzymorzem, którego osią miał być sojusz polsko-ukraiński? To miało dać Polsce pozycję niemal mocarstwa regionalnego. Dzisiaj politycy i publicyści lansujący tę utopię – albo milczą, albo tak jak tutaj wylewają swoje żale. Myśl narodowa od zawsze przestrzegała przed ukraińskimi mirażami. Owszem, byli też tacy w obozie narodowym, którzy temu mirażowi ulegali, ale zawsze stanowili mniejszość i traktowani byli jako odstępcy od linii zasadniczej. To zdumiewające, że mimo tylu nauczek i lekcji – ta chora idea wciąż się tli i rozpala umysły a zwłaszcza emocje tak wielu ludzi, wydawać by się mogło poważnych.

Dzisiaj problem polega nie na tym, jak z Ukrainą iść na Moskwę i zbudować wielki blok Międzymorza pod naszym przewodem, ale jak zneutralizować wielkie zagrożenia dla Polski z racji istnienia zbyt silnej i szowinistycznej Ukrainy. Im szybciej to epigoni idei Międzymorza zrozumieją, tym lepiej. W naszej tradycji politycznej były koncepcje i projekty, które skutecznie, całymi latami, były usuwane z polskiej świadomości. Teraz widać jak nigdy przedtem, że są one wciąż aktualne i bardziej przydatne niż miraże rusosfobicznych obsesjonatów. Wystarczy tylko po nie sięgnąć.

Jan Engelgard

ZMIANY KLIMATU, EFEKT CIEPLARNIANY; CZY UDZIAŁ CZŁOWIEKA JEST ISTOTNY? I CZY JEST UDOKUMENTOWANY?

Arkadiusz Wysokiński, Mirosław Dakowski

[Ta praca została opublikowana ponad 20 lat temu, w 2005 roku. Nikt nie obalił argumantów, ale „mainstream” ciągle ignoruje. Widać, że „światem” rządzą Zbrodniarze]

1. „Polityka ekologiczna” a dane geofizyczne

Około 10 tysięcy lat temu skończyła się ostatnia duża epoka lodowa. W sprzyjających (co nie znaczy „łagodnych”!) warunkach klimatycznych rozwinęła się cywilizacja. Wraz z rozwojem techniki człowiek zaczął w coraz większym stopniu oddziaływać na klimat Ziemi, dodając czynniki antropogenne do istniejących naturalnych sił wpływających na klimat. Czy wiemy już wystarczająco dobrze jak zmieniał się klimat naszej Planety w poprzednich epokach i erach? Czy na podstawie tych danych i pomiarów wykonywanych obecnie jesteśmy w stanie przewidzieć, jakie zmiany w klimacie będą następowały w najbliższej i dalszej przyszłości? Wydaje się, że ciągle mamy za mało precyzyjnych danych. Jak ważna jest tu dokładność pomiarów i prognoz zobaczymy, gdy popatrzymy na dwie liczby: Energia docierająca ze Słońca w okolice orbity Ziemi ma wartość około 1390 W/m2. Sumaryczna zmiana jaka wywołała ostatnią dużą epokę lodową miała wartość około 2 W/m2. Zmiana przyczyn zaledwie o około 2 promile spowodowała więc wielkie zmiany w warunkach panujących na Ziemi. Jednocześnie ciągle jeszcze niewiele wiemy na temat bardzo złożonych mechanizmów i współzależności tysięcy parametrów wpływających na zmiany klimatu. Modele wykorzystywane do prognozowania zmian klimatycznych są zbyt proste i opierają się na danych pomiarowych uzyskanych w większości tylko dla wybranych rejonów, a nie dla całego globu. (Np. badania prowadzi się tam gdzie można uzyskać pieniądze na stacje pomiarowe). Nie chodzi tu raczej o „niedostateczną moc obliczeniową” największych i najnowocześniejszych komputerów, chodzi w znacznej części o to, że rozwiązania złożonych zależności matematycznych są niestabilne, oscylujące przy minimalnych zmianach danych wejściowych. Doświadczenie wykazuje, że klimat Planety jest – w skali setek milionów lat – samoregulujący się. A najważniejsze jest dla nas przecież pytanie o samoregulację klimatu. Czy ma przewagę stabilnych, ujemnych sprzężeń również w skali setek lub dziesiątków lat?
Poznanie wszystkich przyczyn i mechanizmów rządzących klimatem jest wyzwaniem, które stoi przed ludzkością. Istotne jest, aby zrobić to w sposób tani i jednocześnie skuteczny.
Bardzo popularnym tematem, pojawiającym się niemal codziennie w mediach, jest problem zmian klimatu Ziemi pod wpływem działalności człowieka, potocznie zwanym „efektem cieplarnianym”. Nie wszyscy publicyści i dziennikarze zauważają jednak, że na podstawie tych samych (lub podobnych) danych pomiarowych, różni uczeni autorzy wyciągają diametralnie różne wnioski. Można więc przeczytać prognozy gwałtownego ocieplania się ziemskiego klimatu, jak również opracowania dowodzące, że w najbliższej przyszłości czeka nas kolejna „epoka lodowa”. W takim wypadku nasuwa się pytanie: która ze stron ma rację? A może wszyscy dostrzegają i opisują tylko „część prawdy”, opierając się na zbyt małej liczbie danych podstawowych, które dotyczą wydzielonych obszarów naszego globu, ale nie odzwierciedlają całości zmian i ich przyczyn. W grę wchodzą decyzje dotyczące kierunku wydawania co najmniej setek miliardów dolarów rocznie, warto więc przyjrzeć się krytycznie geofizycznym założeniom tej polityki finansowej.

 2. „Magiczne przyczyny” EFEKTU CIEPLARNIANEGO !

Powszechnie (również w dyskusjach naukowców) mówi się, że podstawową przyczyną wzrostu temperatury na Ziemi jest przyrost ilości dwutlenku węgla w atmosferze powstający podczas spalania paliw kopalnych (węgla kamiennego i brunatnego, ropy naftowej i jej produktów, gazu ziemnego). Jest to zgodne z poniższą definicja:
efekt cieplarniany2 – geofiz, wzrost średniej temperatury przyziemnej warstwy powietrza wskutek coraz większej koncentracji CO2 w atmosferze; CO2 przepuszcza krótkofalowe promieniowanie słoneczne utrudniając równocześnie ucieczkę z Ziemi promieniowania długofalowego.
Jest to definicja bardzo krótka i lakoniczna. Popatrzmy więc na inną:
CIEPLARNIANY EFEKT3, efekt szklarniowy, podwyższenie temperatury powierzchni Ziemi spowodowane istnieniem atmosfery ziemskiej (średnia temp. ok. 14-15°C, w nieobecności atmosfery byłaby mniejsza o ok. 30°C); atmosfera ziemska przepuszcza w kierunku Ziemi znaczną część promieniowania słonecznego (promieniowanie krótkofalowe); promieniowanie to jest pochłaniane przez powierzchnię Ziemi (niewielka jego część zostaje odbita) i zamieniane na ciepło, a ogrzana powierzchnia Ziemi emituje promieniowanie długofalowe, w dużym stopniu pochłaniane przez atmosferę (gł. przez cząsteczki pary wodnej i dwutlenku węgla oraz kropelki wody w chmurach); energia przekazana atmosferze jest przez nią wypromieniowywana gł. z powrotem w kierunku powierzchni Ziemi (tzw. promieniowanie zwrotne – podstawowa przyczyna występowania e. c.), a częściowo w przestrzeń kosmiczną; działalność gospodarcza człowieka powoduje stopniowe zwiększanie się stężenia substancji absorbujących długofalowe promieniowanie ziemskie (gł. dwutlenku węgla, metanu, tlenków azotu), co może spowodować pogłębienie się e. c., wzrost temperatury i zmianę klimatu na kuli ziemskiej.

GaztśredGłówne procesy usuwania z atmosfery
N2400 mln latfotochemiczne
He20 mln latucieczka w kosmos
O2600 latbiochemiczne
CF2Cl260 latfotochemiczne
CO210 latbiochemiczne
N2O5-50 latfotochemiczne
NO, NO2kilka tygodnifotochemiczne
NH31 dzieńbiochemiczne
H2Sdo 1 dniafotochemiczne

Tabela 1 Średni czas pozostawania w atmosferze.1

Tak więc to nie tylko dwutlenek węgla ma wpływ na wzrost temperatury, ale również metan, tlenki azotu i „głównie … cząsteczki pary wodnej i … kropelki wody w chmurach”
Czy – i jak – znajduje to odbicie w modelach na których oparto politykę gospodarczą państw?

3. Para wodna – podstawowy gaz cieplarniany

Najważniejszym gazem cieplarnianym jest para wodna, na którą przypada 96 do 99% efektu ocieplania się atmosfery. Ostatnie badania wskazują, że cały zawarty w atmosferze CO2 odpowiedzialny jest za 1 do 5% efektu cieplarnianego. Pozostałe gazy cieplarniane mają jeszcze mniejszy udział. Pomiary izotopowe wskazują, że jedynie 5% z CO2 znajdującego się obecnie w atmosferze ziemskiej pochodzi ze spalania paliw kopalnych. Zatem przemysłowy CO2 zwiększa naturalny efekt cieplarniany zaledwie o 0,05 do 0,25%. J. Daly8 przytacza wyniki badań zwykle ignorowane w „publicystyce ekologicznej” i publicystyce szerokiego nurtu.
Satelitarne pomiary temperatury dolnych warstw atmosfery prowadzone od 1979 r., pokrywające 95% powierzchni Ziemi, ukazują stałą tendencję obniżania się temperatury (w latach 1979-97 o -0,04°C). Pomiary naziemne, niezgodne z satelitarnymi, są mniej pewne, gdyż wpływa na nie efekt „wysp ciepła” wokół rozrastających się miast, gdzie zwykle umieszczone są stacje meteorologiczne. Pomiary satelitarne i glacjologiczne wskazują przyrost lodu na Grenlandii i Antarktydzie z taką szybkością, że około 2030 r. jego akumulacja spowoduje obniżenie się poziomu oceanu światowego o około 30 cm.15

Istnieją jeszcze inne związki przyczyniające się do wzrostu efektu cieplarnianego, pomijane w bardziej popularnych lub tendencyjnych publikacjach.

Rodzaj gazuGWP
CO21
CH430-50
CFC-1311 000

Tabela 2 wielkość wpływu wywieranego przez różne gazów na efekt szklarniowy
(GWP – Global Warming Potential – Potencjał Ocieplenia Globalnego) w odniesieniu do GWP dwutlenku węgla.

W „PROTOKÓLE Z KIOTO DO RAMOWEJ KONWENCJI NARODÓW ZJEDNOCZONYCH W SPRAWIE ZMIAN KLIMATU” w załączniku A zostały wymienione gazy cieplarniane. Oto one:

  1. Dwutlenek węgla (CO2)
  2. Metan (CH4)
  3. Podtlenek azotu (N2O)
  4. Fluorowęglowodory (HFCs)
  5. Perfluorokarbony (PFCs)
  6. Sześciofluorek siarki (SF6)

Jest ich tu tylko sześć. Sygnatariusze jakby zapomnieli o istnieniu pary wodnej. Nie uwzględniają również w sposób ilościowy wkładu kropelek wody (chmury na różnych wysokościach) do albedo (bezpośredniego odbijania promieniowania słonecznego w kosmos). A jest to czynnik, jak widzieliśmy, znaczący.

4. Diagnozy J. Hansena

źródłem istotnych danych klimatologicznych i poważnych analiz jest grupa badaczy skupiona wokół J. Hansen’a w Goddard Institute for Space Studies (NASA), p. np.5 Dr James E. Hansen tak opisuje podstawowe przyczyny zmian klimatu :
„Klimat Ziemi zmienia się z roku na rok i ze stulecia na stulecie, naprawdę jako zmiany aury z dnia na dzień. Są to zmiany chaotyczne, mają miejsce bez wyraźnej przyczyny, ale są ograniczonej wielkości. Klimat również odpowiada na pobudzanie przez różne czynniki. Jeżeli Słońce świeci jaśniej, w sposób naturalny, Ziemia staje się cieplejsza. Jeśli wielki wulkan wyrzuca drobiny materii do stratosfery, wtedy mała część promieniowania słonecznego jest dodatkowo odbijana w przestrzeń kosmiczną i Ziemia ochładza się. To samo dotyczy czynników powstających w wyniku działalności człowieka. Mierzymy te czynniki w watach na metr kwadratowy (W/m2). Dla przykładu, wszystkie gazy cieplarniane wyprodukowane przez człowieka obecnie powodują wpływ około 2 W/m2. To jest tak jakby postawić dwie miniaturowe lampki choinkowe nad każdym metrem kwadratowym powierzchni Ziemi. Jest to równoważne zwiększeniu jasności Słońca o około 0,2 procent.
Rozumiemy dość dobrze jak delikatny jest to wpływ na ziemski klimat. Najpewniejsze dane pochodzą z historii Ziemi. Możemy porównać bieżący ciepły okres, który trwa już kilka tysięcy lat, do poprzedniej epoki lodowej, około 20 000 lat temu. Skład atmosfery podczas epoki lodowej znamy z analizy ilościowej baniek powietrza, które zostały uwięzione gdy warstwy lodu na Grenlandii i w Antarktyce rosły z padającego śniegu.


Wykres 1 Czynniki wpływające na zmiany klimatu w czasie epoki lodowej ok. 20 000 lat wstecz

Zmiany te, razem przedstawione na wykresie 1, wywoływały zmniejszenie energii dochodzącej do Ziemi o około 6,5 W/m2 (z błędem 1,5 W/m2). Ta sumaryczna zmiana utrzymywała planetę o 5°C zimniejszą niż dziś. To empiryczne wyliczenie informuje, że czułość klimatu jest około 3/4°C na zmianę o jeden wat wymuszenia. Modele klimatu zakładające taką samą czułość (W/oC) na wymuszenie, dostarczają zadowalającej zgodności pomiędzy modelami komputerowymi używanymi do przepowiadania jak klimat może zmieniać się w przyszłości, a światem realnym.
Jest jeszcze inny ważny czynnik wymagający zrozumienia i analizy ilościowej: opóźnienia procesów. Zmiany klimatu nie zachodzą w sposób bezpośrednio porównywalny, równocześnie do zaistniałych przyczyn. Potrzeba na przykład długiego czasu i złożonych procesów (prądy, konwekcja), żeby podgrzać ocean. Zwykle trwa kilka dekad lub więcej, aż dojdzie do pewnego zrównoważenia zmian klimatu z ich przyczynami. W czasie około 100 lat zaistniałe zmiany w klimacie odpowiadają jedynie w 60 do 90 procentach wywołującym je przyczynom. Ten długi czas reagowania klimatu komplikuje problem dla obserwatorów i uczonych. Oznacza to, że możemy wnieść do ciągu zmian klimatu to czego efekty będą się pojawiać podczas życia naszych dzieci i wnuków. Dlatego musimy odpowiednio wcześniej być czujni w poznawaniu i zrozumieniu zmian klimatu, ponieważ większość rozpoczętych działań musi ulegać modyfikacjom.”
Tyle cytat z Hansena, którego potraktujemy jako Autorytet Krytyczny.

5. Wymuszenia atmosferyczne – ilościowo


Wykres 2 Czynniki zmieniające klimat obecnie.10

Na wykresie 2 przedstawione są czynniki wpływające obecnie na zmiany klimatu. Są tu przyczyny naturalne (wpływ erupcji wulkanów i wahań emisji Słońca), które się wzajemnie prawie równoważą. Są tu również przyczyny zależne od działalności człowieka. Wśród nich jest wpływ gazów cieplarnianych (podgrzewanie atmosfery) i aerozoli w troposferze (ochładzanie). Aerozole można poglądowo przedstawić jako cząstki jasne („białe„), odbijają więc one pełne widmo (nie-selektywnie) promieniowania słonecznego zwiększając albedo. Wyjątkiem wśród aerozoli jest udział tzw. czarnego węgla (sadza) mającego dodatni wpływ na wzrost temperatury. Na wykresie 2 widać również bardzo istotny wpływ metanu na klimat, chociaż ilość tego gazu w atmosferze jest znikoma, jedynie setki ppb.
      Bardzo dużo i często poruszany jest w prasie, również fachowej temat potrzeby „walki” z emisją dwutlenku węgla jako głównym czynnikiem destabilizującym klimat. Podpisane zostały nawet porozumienia międzynarodowe (Szczyt w Rio 1992, Protokół z Kioto 1997) dotyczące ograniczania emisji tego gazu. Dużo mniej uwagi zwracają natomiast politycy i ich doradcy na inne czynniki zmieniające klimat. Zwróćmy uwagę, że jednoczesny wpływ metanu i „czarnego węgla” na klimat jest porównywalny, tak co do wielkości jak i zwrotu, do „wymuszenia” jakie daje atmosferyczny dwutlenek węgla. W dostępnej obecnie technologii nie jest możliwe radykalne a tanie zmniejszenie poziomu CO2 w atmosferze. Możemy jedynie ograniczać jego emisję poprzez zwiększanie efektywności energetycznej. Niestety znane liczne strategie poszanowania energii pozwalają jedynie na zmniejszenie dynamiki wzrostu stężenia tego gazu.
Przeciwnie jest w przypadku metanu. Uzyskanie zmniejszenia emisji metanu może przynieść dodatkowe korzyści – i dochody. Wydzielanie metanu towarzyszy różnym procesom biologicznym np. rozkładowi odpadów organicznych na wysypiskach śmieci. Jak wiemy z licznych przykładów, zastosowanie instalacji zbierających biogaz daje źródło taniej energii (prawie darmowej po zamortyzowaniu się urządzeń). Zastosowanie na szeroką skalę bioreaktorów przerabiających odpadową biomasę różnego pochodzenia, może wpłynąć pozytywnie z jednej strony na klimat, ale z drugiej również na gospodarkę regionu lub państwa. Innym znacznym źródłem metanu związanym z gospodarką ludzką jest uprawa ryżu. Wymiana odmian ryżu i warunków ich uprawy pozwoliłoby na kilkakrotną redukcję tych emisji. Znaczący ułamek „antropogennych” emisji metanu pochodzi z hodowli bydła. Jedna krowa przy standardowym żywieniu emituje blisko 1 m3 biogazu na dobę. Opracowane są zmiany diety bydła zmniejszające emisje o 30-70%. Możliwe jest również (w zimie) używanie, w kotłach grzewczych, powietrza z wentylowania obór. Tak zwane „metanowe” kopalnie węgla na przełomie lat 80/90 zeszłego wieku jedynie w Polsce emitowały do atmosfery 2-3 mld m3 metanu rocznie. Również ten metan można użyć, choćby jako dodatek dla kotłów energetycznych. O skali zjawiska świadczy fakt, że całe roczne zużycie gazu w Polsce wynosiło wtedy ok. 11 mld m3. Trzy ostatnie sprawy bardzo trudno jest przeprowadzić przy dominującym na świecie systemie BAU (Business As Usual), bo zysk – ogromny – byłby globalny, ale wkład finansowy – lokalny.
Podobnie w efektywny i technologicznie opanowany sposób można zmniejszyć emisję do atmosfery tzw. czarnego węgla. Wystarczy zastosowanie odpowiednich filtrów pyłów na kominach. Jest to proste chociaż nie tak tanie jak w przypadku „walki” z metanem. W ten sposób możemy znacznie ograniczyć czynniki wpływające na ocieplanie się klimatu, ponosząc przy tym nieduże nakłady finansowe, lub wręcz, jak w przypadku odzyskiwania metanu – zarabiając.

6. Dane klimatyczne z przeszłości

Zobaczmy, jak przedstawia się obecne stężenie dwutlenku węgla w atmosferze na tle danych z ostatnich 160 tys. lat.


Wykres 3Zmiany temperatury, CO2, CH4″zapisane” w lodzie w okolicach stacji Vostok, Antarktyda.1

Czerwona (położona najwyżej na wykresie) linia obrazuje zmiany zawartości dwutlenku węgla (w ppm – cząsteczek na milion. Uwaga: Czas biegnie od prawej do lewej.). Stopniowy wzrost stężenia CO2 rozpoczął się około 20 tysięcy lat temu (od poziomu ok. 200 ppm) i trwa do dziś. Tylko wzrost w ostatnich kilkuset latach może być w znacznym stopniu spowodowany przez działalność człowieka. (Na tym wykresie byłaby to prawie pionowa kreseczka przy punkcie „zero”.) Wykres zmian temperatury (w °C) zmienia się podobnie jak stężenie CO2, lecz nie trudno zauważyć przedziały czasu, w których tak nie jest (por. 70, 100 lub 120 kyr). Podobnie zachowuje się wykres zmian stężenia CH4 (w ppb – cząsteczek na miliard). Zarówno obserwowana obecnie ilość dwutlenku węgla jak i metanu w atmosferze jest porównywalna do wartości maksymalnych dla tych gazów w ostatnich 160 tysiącach lat. Pozatem podkreślmy, że zawartość dwutlenku węgla w atmosferze była wiele razy w historii Ziemi dużo większa niż obecnie. Sytuacja taka miała miejsce m. inn. w okresie ponad 300 mln lat temu, przed erą karbonu.
Obecne poziomy nie są więc nienaturalnie wysokie, takie, z którymi ekosystem nie byłby w stanie poradzić sobie w sposób naturalny.


Wykres 4 Dane za ostatnie 500 000 lat wskazują na następowanie po sobie większych epok lodowych i okresów ociepleń. Przedstawiają pięć cykli zlodowaceń, które występowały co ok. 100 tys. lat.17

Okresy ciepłe i zimne powtarzają się w procesie zmian klimatu Ziemi ze sporą regularnością. Obecnie jesteśmy w stadium zmian klimatu charakteryzującym się znacznym i trwającym już dość długo (przeszło 15 tys. lat) ocieplaniem. Ziemia weszła w okres gorący około 10 000 lat temu. Przez ekstrapolację prawidłowości zobrazowanych na wykresie 4 możemy wnioskować, iż jesteśmy dopiero na początku okresu ciepłego, który będzie trwał jeszcze (zapewne z wahaniami) około 40 000 lat. Nie dysponujemy jednak na razie bardziej precyzyjnymi danymi, aby stwierdzić jak długo jeszcze będzie trwał proces ocieplania się klimatu wywołany przyczynami naturalnymi i w jakim stopniu został on zakłócony i będzie modyfikowany przez wpływ działalności człowieka. Zwykłe przedłużenie (ekstrapolacja) na kolejne lata, dekady i stulecia obecnych trendów w zmianach klimatu może okazać się dalekie od rzeczywistych zmian jakie nastąpią. Spowodowane jest to zbyt małą ilością danych pomiarowych jaką dysponujemy i ich zbyt małą dokładnością. Co najważniejsze – jeszcze brak wiarygodnego nodelu zmian klimatu. Jaką możemy mieć pewność, że obecnie obserwowane zmiany odzwierciedlają tendencje długookresowe, a nie są jedynie drobnymi (w skali np. istnienia życia na Ziemi) fluktuacjami.12 Przykładowo pewne zmiany klimatu jakie obserwujemy w ostatnim 10-leciu mogą mieć związek z dużym wybuchem wulkanu Pinatubo na Filipinach, który miał miejsce w roku 1991. Takich przyczyn przypadkowych wahań można wskazać wiele.

7. Czy i jak wpływać na zmiany klimatu?

Należy z mocą podkreślić, że do skutecznego regulowania przez człowieka zmian jakim podlega klimat Ziemi potrzebne są dokładne i rzetelne dane pomiarowe dotyczące całego globu, a ściślej – poszczególnych jego części składowych. Nie wolno nam wpływać na zmiany klimatu, nim z pewnością nie poznamy samych procesów tych zmian. Można by się zgodzić z poglądem, że powinniśmy jednak wypracować mechanizmy przeciwdziałania zarówno nadmiernemu ocieplaniu się klimatu, jak również przeciwdziałające zbytniemu jego ochładzaniu. Dla obecnej cywilizacji obie te ewentualności mogą okazać się groźne. ?atwym i skutecznym regulatorem może okazać się jeden z gazów cieplarnianych – metan. Szerzej dyskutujemy to w rozdz. 11. Ewentualne działania należy prowadzić bardzo ostrożnie, gdyż błędne akcje mogą doprowadzić do większego niż obecnie rozregulowania klimatu naszej planety.

8. Scenariusze

Przewidywane scenariusze zmian klimatu dla najbliższych 50 – 100 lat różnią się znacznie w zależności od autorów, czasu powstawania prognozy, źródeł finansowania laboratorium. Wykres 5 przedstawia cztery z nich. Pierwszy oznaczony „A” odpowiada rozwojowi gospodarczemu przebiegającemu pod dyktando „wielkiego biznesu” – „business as usual”. Drugi, „B”, zakłada powolny wzrost gospodarczy. Trzeci, „C”, zakłada zerowy wzrost gospodarczy. Czwarty jest scenariuszem „alternatywnym ” zaproponowanym przez J. Hansen w roku 2000.5


Wykres 5 Scenariusze zmian klimatu do roku 2050.1

9. Przykład obecnej niepewności danych: Poziom oceanów.


Według zwolenników istnienia antropogennego „efektu cieplarnianego” skutkiem zmian klimatu ma być m. in. wzrost poziomu wody w oceanach, co spowoduje zatopienie niżej położonych części lądów. Mogłoby to zatopić wiele niskich wysp Pacyfiku lub znaczną część Bangladeszu. Zobaczmy, jak ta hipoteza wygląda w świetle faktów.


Rysunek 6 Różnice poziomu oceanów w roku 1998.8


Wykres 7 Zmiany poziomu oceanów (skorygowane) rejestrowane przez satelitę
TOPEX/POSEIDON w roku 1993
8

Według NOAA przy utrzymaniu się obecnej (z ostatnich dwóch dekad) tendencji wzrostu poziomu oceanów po 100 latach możemy spodziewać się wzrostu poziomu wody o ok. 22cm +/- 1cm. W ciągu ostatnich 20 tys. lat poziom oceanów podniósł się jednak o blisko 90 metrów10, co daje średnią (przyczyny wyłącznie naturalne) 45 cm na 100 lat. Jest to dwukrotnie więcej niż obserwowany obecnie wzrost przypisany przez (powiedzmy szczerze) propagandystów do „antropogennego efektu cieplarnianego”.
Zwraca również uwagę fakt, że mierzone w pewnych punktach globu wzrosty poziomu morza bywają dużo większe. Globalnie jednak wzrost jest niewielki. Dane globalne można uzyskać jedynie dzięki pomiarom satelitarnym. Pomiary takie są prowadzone tylko dla kilku ostatnich lat i nie mogą obrazować trendów długookresowych. Liniowa ekstrapolacja takich wyników może prowadzić do mylnych wniosków.

10. Obserwowane zmiany temperatury na Antarktydzie.

Przeciętna temperatura powietrza nad powierzchnią ziemi wzrasta o około 0.06 °C na dekadę w dwudziestym wieku, i o około 0.19 °C na dekadę w latach od 1979 do 199811. Modele klimatu generalnie zakładają zwiększanie temperatury w regionach polarnych. Było to również doświadczalnie obserwowane w regionie półwyspów antarktycznych w drugiej połowie dwudziestego wieku. Jednocześnie poprzednie raporty sugerują wcześniejsze delikatne ocieplenie kontynentu.11 Tymczasem analiza przestrzenna danych meteorologicznych dla Antarktydy pokazuje ochłodzenie netto Antarktydy pomiędzy latami 1966 i 2000, szczególnie podczas lata i jesieni. Dla przykładu: Dolina McMurdo ochładza się o 0.7 °C na dekadę pomiędzy latami 1986 i 2000. Chłodniejsze lato jest szczególnie istotne dla ekosystemu Antarktydy. To zjawisko przesuwa bowiem punkt równowagi pomiędzy lodem i wodą: większa część opadów śniegu nie topnieje, lecz przetwarza się w lądolód. Kontynent Antarktydy ochładza się, szczególnie ochładza się wnętrze tego kontynentu. Ten fakt wymusza nowe poszukiwania modeli zmian klimatu i ekosystemu.11

11. Możliwość wpływu hydratów na klimat

Rysunek 8 Porównanie źródeł ziemskiego węgla organicznego (Kvenvolden)12

W latach 90-tych ubiegłego stulecia okazało się, że największe zasoby węgla pierwiastkowego blisko powierzchni Ziemi (potencjalnie, po spaleniu w postaci dwutlenku węgla) występują nie w postaci węgla kamiennego i brunatnego, ropy naftowej i gazu, lecz w postaci hydratów węglowodorów (głównie metanu). Udokumentowane pokłady hydratów metanu zalegają w postaci złóż o ogromnej miąższości (do setek metrów) na terenach wiecznej zmarzliny (płn. Syberia, płn. Kanada) oraz w głębi mórz i oceanów (zach. wybrzeża Stanów Zjednoczonych, litoral brzegów Japonii, Morze Czarne, Morze Kaspijskie, …) [zob. np. 13 i 14]. Kluczową sprawą dla ilości metanu w atmosferze, a więc dla wymuszeń efektu cieplarnianego staje się więc zachowanie hydratów. Są one niestabilne w pewnych warunkach temperatur i ciśnienia. Jest to tym istotniejsze, że metan jest gazem 30-50 razy silniej wpływającym na efekt cieplarniany niż dwutlenek węgla.
Z hydratami metanu wiąże się niebezpieczeństwo zaistnienia silnego dodatniego sprzężenia zwrotnego wpływającego na ocieplanie się klimatu. Wzrost temperatury atmosfery oraz mórz i oceanów ponad pewien poziom (próg) może spowodować nagłą, lawinową dehydratyzację czyli uwalnianie metanu ze złóż hydratów. Udokumentowano, że takie zjawiska miały już miejsce w geologicznej historii Ziemi.

Przed ok. 8000 laty obsunęły się, zapewne na skutek podwyższenia temperatury i zmian położenia nurtu atlantyckiego prądu Golfstrom, duże obszary wybrzeży obecnej zachodniej Norwegii na wysokości miejscowości Trondheim. Wielkie masy skalne – około 5600 km3 – „spłynęły”, na odległość 800 km od górnej krawędzi stoku kontynentalnego, do Morza Norweskiego na warstwie rozpływającego się lodu zbudowanego z hydratów metanu. Oceny tej katastrofy wskazują na równoczesne uwolnienie do atmosfery wielu miliardów metrów sześciennych metanu jak również wywołanie olbrzymich niszczących fal morskich podobnych do tsunami.14
Bardzo interesującym akwenem ze względu na występowanie hydratów gazów w dość płytkiej wodzie jest Morze Barentsa leżące poza kołem polarnym. Z powodu mroźnego klimatu związki klatkowe są tam trwałe także na stosunkowo niewielkich głębokościach. Właśnie przez to mogą one stanowić zagrożenie już przy niewielkim wzroście temperatury. O realności zagrożenia świadczą miejsca z wyglądającymi jak leje po bombach ogromnymi kraterami, które występują na objętych badaniami obszarach pomiędzy Przylądkiem Północnym a Spitsbergenem. Kratery znajdują się na głębokości 300-350 m i leżą w bezpośrednim sąsiedztwie hydratów gazowych, zalegających poniżej poziomu dna oceanu. Jedno z takich kraterowych pól rozciąga się na powierzchni ponad 35 km2. Leje mają szerokość 30-700 m i głębokość 30 m, a ich kształt sugeruje występowanie erupcji gazu. Nie jest pewne czy występowały one mniej więcej równocześnie. Prawdopodobnie wydarzyły się pod koniec ostatniej epoki lodowcowej, około 15 tys. lat temu, kiedy szelf pod Morzem Barentsa nie musiał już utrzymywać ciężaru ogromnych mas lodu.
Istnieje niebezpieczeństwo, że już wzrost o 1oC temperatury przydennych warstw wody w morzach i oceanach wystarczyłby aby wyprowadzić hydraty gazów ze stanu stabilności.
Podobne zjawiska obsuwania się wybrzeży na skutek topnienia warstw hydratów udokumentowano u zachodnich wybrzeży USA.
Dysocjacją dużych ilości hydratów można tłumaczyć duże globalne ocieplenie w późnym Paleocenie (ok. 55 mln lat temu). Doszło wtedy do katastrofalnego wzrostu temperatury oceanu o około 5-7oC.12 Również zakończenie epok lodowych można powiązać z wpływem dysocjacji pewnych (dużych) ilości hydratów.12
Podobne, choć na trochę mniejszą skalę gwałtowne zjawiska klimatyczne zdarzały się w czasach dużo nam bliższych. Cytuję poglądy kilku naukowców za agencją Reuter’a : „Badania rdzenia lodowego z Antarktydy wykazują, że 19 tys. lat temu temperatura na południowym biegunie mogła wzrosnąć o 4 st. C. – Tak znaczący skok w tamtym okresie to zjawisko wstrząsające – ocenia dr David Etheridge z australijskiego Commonwealth Scientific and Industrial Research Organisation (CSIRO). Budzi to szczególne zainteresowanie, gdyż w tym samym mniej więcej czasie, kiedy wzrosła temperatura, raptownie i znacznie podniósł się poziom morza, co potwierdzają badania australijskiego narodowego uniwersytetu.
Prof. Pat Quilty z Uniwersytetu Tasmania, były szef grupy badawczej z Australian Antarctic Division (AAD) – organizacji powołanej przez rząd, przestrzega: nowe odkrycie potwierdza teorię o „dniu sądu ostatecznego”, kiedy antarktyczna pokrywa lodowa ruszy z posad. Niezależnie od tego, czy globalne zmiany klimatu są procesem naturalnym czy też spowodowanym działalnością człowieka, będą one w skutkach dramatyczne – powiedział.
Dr David Etheridge tłumaczy, że ocieplenie klimatu tysiące lat temu związane było ze zmianą nachylenia orbity Ziemi i to zjawisko spowodowało uwolnienie gazów cieplarnianych, zwłaszcza dwutlenku węgla z oceanów.”16
Jednocześnie należy podkreślić, że jest to tylko hipoteza i tak naprawdę „Pomimo że udało się odkryć wiele sekretów białego kontynentu, nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, co spowodowało tak raptowne zmiany klimatu i podniesienie się poziomu morza 19 tys. lat temu.”16
Potrzebne są dalsze badania, m. inn. dla sprawdzenia hipotezy o lawinowym uwalnianiu metanu z hydratów.
Mechanizm powstania epok lodowych związany jest ze wzrostem dodatniego sprzężenia zwrotnego między (chwilowym) ochłodzeniem klimatu, spowodowanym nim wzrostem powierzchni pokrytej śniegiem i lodem, wzrostem albedo, a więc większym wypromieniowaniem energii odbitego światła słonecznego – i dalszym ochładzaniem. Wynikają z tego wzrost grubości i masy lodowców.
Istnieją uzasadnione przypuszczenia, że miały już miejsce katastrofy spowodowane tym faktem. Obniżenie poziomów oceanów (o kilkadziesiąt metrów!) obniża też ciśnienie w podmorskich (uprzednio) złożach hydratów, co powoduje lawinową ich destabilizację i przejście metanu do atmosfery. Zwiększona zawartość metanu w atmosferze prowadzi do dalszego wzrostu temperatury atmosfery, co intensyfikuje proces dehydratyzacji. Ponieważ ilość hydratów jest ogromna, to taki proces może bardzo mocno podnieść temperaturę Planety. Takie zjawisko przybiera postać kataklizmu i poprzez nagły wzrost temperatur może doprowadzić do odwrócenia tendencji, czyli do zakończenia epoki lodowej. Wspomniany uprzednio wzrost temperatur oceanu o 5-7oC [Hyndman oraz Dickens 17] może być spowodowany taką katastrofą.
A w naszych czasach występowanie na Ziemi ogromnych złóż hydratów może zostać wykorzystane do zaspokojenia rosnących potrzeb energetycznych ludzkości. Dla ludzkości istotnym staje się bowiem, aby korzystanie z energii zgromadzonych w postaci hydratów metanu możliwie szybko rozpocząć. Przemawia za tym kilka faktów:
Po pierwsze jest to bardzo duże i praktycznie nietknięte źródło energii. Dehydratyzacja i spalanie metanu jest procesem, w którym oprócz energii powstaje jedynie woda i dwutlenek węgla.
Z drugiej strony metan z pokładów hydratów może zostać uwolniony do atmosfery w sposób niekontrolowany (na skutek wzrostu temperatury i/lub spadku ciśnienia w złożu), co (jak wykazaliśmy wyżej) mogłoby spowodować znaczne wzmocnienie efektu cieplarnianego. Pozwalając na dehydratyzację wywołaną przyczynami naturalnymi tracimy nie tylko złoża doskonałego nośnika energii, ale narażamy się na dalszą destabilizację klimatu. Spalenie metanu ze złóż, które inaczej w łatwy a niekontrolowany sposób mogłyby ulec uwolnieniu, zmniejsza potencjał gazów cieplarnianych, które mogłyby dostać się do atmosfery.
Zastąpienie paliw kopalnych takich jak ropa naftowa i węgiel przez hydraty ma jeszcze jeden plus. Pamiętajmy, że ropa i węgiel są również cennymi surowcami dla innych przemysłów (np. chemicznego), a nie tylko nośnikami energii.

12. Skala wpływu dwutlenku węgla na klimat

Cząsteczki gazowe występujące w atmosferze, takie jak H2O, CO2, CH4, N2O, O3 i CFC są zdolne do pochłaniania charakterystycznych (dla każdej cząsteczki różnych) części widma promieniowania słonecznego, w szczególności podczerwonego. Ilość zaabsorbowanego promieniowania podczerwonego zmienia się wraz z rodzajem związku i jest proporcjonalna do liczby cząsteczek danego związku w atmosferze.
Ilość promieniowania słonecznego docierającego do atmosfery ziemskiej jest zrównoważona ilością promieniowania opuszczającego atmosferę. Wraz ze wzrostem ilości cząsteczek absorbujących promieniowanie podczerwone w atmosferze zwiększeniu ulega temperatura, aż do momentu ustalenia się nowego stanu równowagi między ilością promieniowania emitowanego i pochłoniętego. W przypadku, gdy para wodna oraz dwutlenek węgla byłyby nieobecne w atmosferze, temperatura przy powierzchni Ziemi wynosiłaby około 254K (-l9oC) i znane nam życie nie mogłoby istnieć.
Stwierdzono, że w ostatnich dziesięcioleciach ilość występujących w atmosferze substancji gazowych, takich jak CO2, CH4, N2O, O3 i CFC systematycznie wzrasta. Zawartość pary wodnej zmienia się jednak w tak szerokich granicach (0-5%), że nie jest możliwe ilościowe określenie występujących w tym przypadku zmian. Należy przypomnieć i podkreślić, że para wodna jest ilościowo bardziej odpowiedzialna za absorpcję promieniowania podczerwonego niż jakikolwiek inny składnik atmosfery. Zwykle jednakże (z niewiedzy!) przyjmuje się, że wpływ pary wodnej jest w przybliżeniu stały i zmiany jej zawartości określone są przez inne czynniki. Dwutlenek węgla i para wodna absorbują promieniowanie podczerwone przy długości fali mniejszej niż 8 000 nm i większej niż 12 000 nm. Promieniowanie o długościach fal nie mieszczących się w powyższych granicach nie ulega zaabsorbowaniu. Ostatnio wprowadzone związki chlorofluorowęglowe (CFC) i wodorochlorofluorowęglowe (HCFC) absorbują promieniowanie podczerwone w przedziale 8 000-12 000 nm. Zakres ten odpowiada długościom fal, przy których intensywną absorpcję wykazują również ozon, metan i tlenek azotu (N2O). Szacuje się, że podwojenie stężenia dwutlenku węgla występującego w atmosferze spowoduje wzrost intensywności absorpcji promieniowania podczerwonego (wymuszenie) o jedynie 4 W/m2 powierzchni Ziemi. To dodatkowe ciepło będzie powodowało, że do atmosfery przeniknie więcej pary wodnej, która jest zdolna zaabsorbować dalsze 2 W/m2. Wzrost ten jest względnie mały w porównaniu z całkowitą ilością (wynoszącą 240 W/m2) absorbowanego promieniowania podczerwonego. Około 100 W/m2 z całkowitej ilości przypisuje się pochłanianiu przez parę wodną, a 50 W/m2 przez dwutlenek węgla. Podwojenie zawartości dwutlenku węgla powodować będzie tak mały skutek, ponieważ duża już istniejąca ilość cząsteczek absorbujących w zakresie widma 8 000-12 000 nm sprawia, że większość promieniowania ulega pochłonięciu przez obecną już w atmosferze parę wodną i dwutlenek węgla.18
O niepewności danych i modeli świadczy fakt, że inni autorzy szacują, że gdyby wszystkie znane nam rezerwy paliw kopalnych (bez hydratów) zostały spalone, wówczas maksymalne stężenie dwutlenku węgla w atmosferze może osiągnąć wartość 2000 ppm w ciągu 200 do 300 lat, powodując wzrost temperatury globalnej o ok. 6 K.18

Wiele publikacji wskazuje na brak zależności krzywej zmian temperatury powietrza od zmian antropogennej (szczególnie przemysłowej) emisji CO2. Natomiast zmiany temperatury w latach 1860-1990 są idealnie zgodne ze zmianami aktywności Słońca.15 Wzrost zawartości CO2 w powietrzu, obserwowany od roku 1958, związany jest, wg. tych autorów, z podwyższeniem temperatury wód oceanu (w cieplejszej wodzie zmniejsza się rozpuszczalność CO2 i jest on „wydychany” z oceanu). Byłby to jednak proces dodatniego sprzężenia zwrotnego. Ten wzrost stężenia dwutlenku węgla jest korzystny dla świata roślin. Ocenia się, że do 2050 roku „nawożenie” przy pomocy wzrostu atmosferycznego CO2 spowoduje przyrost masy drzewnej na świecie o około 25%. Nawożenie to jest zapewne, przyczyną zauważonego ostatnio szybkiego przyrostu lasów rosyjskich i północno-amerykańskich. Usiłowanie obniżenia przemysłowej emisji CO2 i innych gazów cieplarnianych nie wpłynie na klimat, ale może doprowadzić do światowej katastrofy ekonomicznej.1513. Podsumowanie

Niektóre czynniki niepewności w danych i modelach paleo-klimatu (w skali setek, tysięcy i milionów lat)
– zmiany osi ziemskiej
– niestabilności mocy Słońca
– nieznajomość parametrów absorpcji metanu i dwutlenku węgla w oceanie
– wpływ różnych gazów i aerozoli cieplarnianych
– wpływ wody w atmosferze na albedo
– trudności przy ilościowym ujęciu konwekcji w atmosferze i oceanie
– opóźnienia w ustalaniu się równowagi

Niektóre czynniki niepewności w modelach antropogennego efektu cieplarnianego (w skali dziesięcioleci)
– woda oraz para wodna (pomijane w obliczeniach modelowych!)
– aerozole („białe ” i „czarne”)
– bardzo nieprecyzyjne uwzględnianie w modelach klimatu kapryśnych procesów konwekcji energii
– pomiary zmian poziomu oceanów częściej u wybrzeży, niż na środku oceanu, zbyt krótki czas pomiarów (od lat 80-tych zeszłego wieku)
– pomiary temperatur wokół „wysp ciepła” (miasta) lub w warunkach sporej ignorancji („trzeci świat”)
– efekt nieliniowości (nasycenia) absorpcji promieniowania cieplnego przy wzroście stężenia CO2
– związek przyczynowo-skutkowy między temperaturą powierzchni oceanu a ilością CO2 w atmosferze (nieduża wiarygodność istniejących uproszczonych modeli).

Przyroda i Ziemia zmieniają się w czasie. Z coraz lepiej poznawanej historii życia wynika, iż Ziemia przeżywa okresy raz sprzyjające rozwojowi jednych form życia, raz innych. Ważne jest jednak to, że biosfera ciągle trwa. Człowiek swą działalnością walnie przyczynił się do przyspieszenia pewnych procesów, w większości negatywnych dla środowiska oraz dla stabilności klimatu. Na szczęście ludzkość nie jest jeszcze tak silna, żeby mieć pierwszoplanowy ani wyłączny wpływ na wszystko to co dzieje się na Ziemi. Mam głębokie przekonanie, że Ziemia przetrwa bez większego uszczerbku różnorakie akty prawne, które mają ją „chronić”, np. akcje eliminowania freonów z produkcji, walki z nadmierną emisją dwutlenku węgla, przeciwdziałania globalnemu ociepleniu (lub ochłodzeniu). Może nie przetrwać wraz z wieloma innymi gatunkami twórca tych „wspaniałych” akcji i pomysłów – człowiek. Przy obecnym stanie wiedzy i techniki to mieszkańcy muszą się przystosować do warunków panujących na Planecie, a nie przystosowywać Ją do swoich potrzeb, a raczej do często infantylnych, a nierzadko i zbrodniczych pomysłów klas rządzących.
Z tych analiz wynika, że zdolności Ziemi do samo-regulacji sięgają znacznie większych amplitud wahań parametrów, niż może wywołać homo sapiens sapiens. Oby.LITERATURA:

1 Into The Arctic.
2 „LEKSYKON naukowo-techniczny z suplementem”, Wydawnictwa Naukowo-Techniczne, Warszawa 1989.
3 „MAŁA ENCYKLOPEDIA POWSZECHNA PWN”, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1997.
4 Witold Mizerski, „Tablice chemiczne”, Wydawnictwo Adamantan, Warszawa 1997.
5 James E. Hansen, A Brighter Future; NASA Goddard Institute for Space Studies, New York, NY (to appear in Climate Change, anticipated publication date of Summer 2001)
8 John Daly, www.john-daly.com, 2002 i AVISO website http://www.jason.oceanobs.com/html/portail/actu/actu-welcome-uk.php3
10 Statement of Dr. James E. Hansem Head NASA Goddard Institute for Space Studies before the Committee on Commerce, Science and Transportation United States Senate May 1, 2001
11 Peter T. Doran, John C. Priscu, W. Berry Lyons, John E. Walsh, Andrew G. Fountain, Diane M. McKnight, Daryl L. Moorhead, Ross A. Virginia, Diana H. Wall, Gary D. Clow, Christian H. Fritsen, Christopher P. McKay & Andrew N. Parsons, Nature AOP, Published online: 13 January 2002; DOI: 10.1038/nature710, Nature 415, 517 – 520 (2002),
12 Hyndman, and S.R. Dallimore, Canadian Society of Exploration Geophysicists, Natural Gas Hydrate Studies in Canada, R.D. The Recorder, 26, 11-20, 2001,
13 Mirosław Dakowski „Rurociągi” nr 4, 2001,
14 Erwin Suess, GerhardBohrmann, Jens Greinert, Erwin Lausch, „Płonący lód”, „Świat Nauki” nr 2, luty 2000.
15 Zbigniew Jaworowski, „Czy obniżenie nadmiernej emisji gazów cieplarnianych do atmosfery zlikwiduje problem ocieplania się klimatu na Ziemi?”, Centralne Laboratorium Ochrony Radiologicznej, Warszawa
16 Krystyna Forowicz, Klimatyczne archiwum Ziemi, Rzeczpospolita nr 15, 18.01.2001,
17 Daniel P. Schrag, Of ice and elephants, NATURE|VOL 404 |2 MARCH 2000 |www.nature.com
18 Peter O’Neill, Chemia środowiska, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa-Wrocław 1998.

Na użytek tej publikacji definiujemy „wymuszenie” (ang. forcing) jako zmianę ilości energii słonecznej dochodzącej do powierzchni Ziemi, a wywołanej czynnikami klimatyczno-biologicznymi w jednostkach W/m2. Arkadiusz Wysokiński, Mirosław Dakowski
Zakład Energii Odnawialnych
Akademia Podlaska w Siedlcach (ok. 2005r.)

[przypominam, bo kłamcy klimatyści te i podobne DANE ignorują. A kotły ze smołą dla nich już diabły grzeją. MD

Powtarzamy z uporem: Uwalniany przez człowieka CO2 nie powoduje efektu cieplarnianego.

Uwalniany przez człowieka CO2 nie powoduje efektu cieplarnianego. Poznaj publikację, która rozprawia się z ETS

7 października 2026 pch24/uwalniany-przez-czlowieka-co2-nie-powoduje-efektu-cieplarnianego-poznaj-publikacje-ktora-rozprawia-sie-z-ets

co2-3139225_1280.jpg
pixabay.com

Profesor Steven Chu, noblista w dziedzinie fizyki, w liście do swoich współpracowników napisał: „W świecie nauki ludzie są oceniani na podstawie treści swoich idei. Postępy pojawiają się dzięki nowym spostrzeżeniom, ale ostatecznym arbitrem każdego punktu widzenia są eksperymenty poszukujące bezstronnej prawdy, a nie informacje wyselekcjonowane, by poprzeć konkretny punkt widzenia. Siła naszej pracy wynika z tego fundamentu”1 .

Z kolei polski filozof, logik i etyk, prof. Tadeusz Kotarbiński, stwierdził, że: „Nauka polega na podważaniu wszystkiego, co można podważyć, bo tylko dzięki temu można wykryć to, czego podważyć się nie da”.

Stoimy zatem na stanowisku, że opieranie się na tzw. konsensusie naukowym w kwestii roli emitowanego obecnie przez człowieka dwutlenku węgla nie jest ani wyznacznikiem prawdy, ani naukowym podejściem (w istocie to anty-nauka). I nie ma tu znaczenia, ile osób (naukowców) taki konsensus popiera, bo jak słusznie zauważył Paul Claudel, „Prawda nie ma nic wspólnego z liczbą ludzi, którzy są o niej przekonani”.

Mimo to w opinii publicznej funkcjonuje narracja o szkodliwym wpływie CO2 na klimat, oparta na tzw. konsensusie dziesiątków tysięcy prac modelowych i symulacjach, która powoduje, że wiele osób obawia się kwestionować tę szeroko rozpowszechnioną hipotezę.

Tymczasem materiał przedstawiony w niniejszej pracy zawiera wyniki eksperymentów, które dowodzą, że dalszy wzrost stężenia CO2 w atmosferze, przy jego obecnym poziomie, nie może powodować wzrostu temperatury Ziemi. Oznacza to, że dodatkowe ilości dwutlenku węgla nie powodują już efektu cieplarnianego.

Obecne stężenie CO2 w atmosferze jest niskie (biorąc pod uwagę historię Ziemi) i wynosi około 420 ppm (części na milion), a już od wartości zaledwie około 150 ppm gaz ten nie powoduje efektu cieplarnianego, co bezpośrednio dowodzą dane empiryczne przedstawione w pracy [1] omawianej w niniejszym opracowaniu. Z danych tych wynika również, że usuwanie dwutlenku węgla z atmosfery nie ma najmniejszego sensu, ponieważ efekt cieplarniany do wartości około 150 ppm będzie prawie taki sam.

Jednak zbyt niskie poziomy CO2 szkodzą wzrostowi roślin. Na przykład, gdyby zawartość CO2 została obniżona do około 150 ppm, to wzrost roślin spowolniłby o 30–40%.

W wielu szklarniach powietrze jest wzbogacane do 1600 ppm CO2 w celu stymulowania wzrostu roślin. Ze względu na obecnie coraz szybszy wzrost roślin, stymulowany zwiększoną wydajnością fotosyntetyczną w wyniku wyższych poziomów CO2 w połączeniu z cieplejszymi warunkami otoczenia, powierzchnia roślin liściastych i iglastych na kontynentalnej powierzchni Ziemi zwiększa się rocznie o mniej więcej powierzchnię Niemiec2.

Przed rewolucją przemysłową (ok. 1750 r.) stężenie CO2 wynosiło około 280 ppm, natomiast najniższą wartość w historii Ziemi – około 180 ppm – gaz ten osiągał podczas okresów zlodowaceń. Z kolei najwyższe stężenia CO2 wynosiły od aż 1000 do 4000 ppm i wiązały się z występowaniem bujnej roślinności.

Przedstawione wyniki pełnej analizy ilościowej, opartej na danych pomiarowych z przeprowadzonych eksperymentów, wskazują, że już przy stężeniu CO2 znacznie niższym od obecnego mamy do czynienia z tzw. nasyceniem pochłaniania promieniowania odpowiedzialnego za chłodzenie naszej planety. Innymi słowy, promieniowanie (a zatem energia w postaci ciepła) schładzające Ziemię na skutek odprowadzania tej energii z atmosfery w przestrzeń kosmiczną nie może już być bardziej zatrzymywane przez dodatkowy CO2 generowany na przykład przez człowieka, czyli efekt cieplarniany nie może wzrastać.

A zatem dodatkowy dwutlenek węgla nie może bardziej ograniczać procesu chłodzenia (powodować wzrostu temperatury atmosfery i Ziemi), a tym samym nie odgrywa już roli gazu cieplarnianego.

Ponadto należy odnotować, że wykresy opracowane przez norweskich profesorów na podstawie danych z licznych stacji pomiarowych rozmieszczonych na całym świecie, analizowanych w krótkich odstępach miesięcznych, pokazują, że najpierw wzrasta temperatura, a dopiero po kilku miesiącach rośnie stężenie dwutlenku węgla w atmosferze.

Podobnie wyniki tzw. eksperymentu księżycowego wskazują, że promieniowanie podczerwone emitowane przez Księżyc, którego widmo jest zbliżone do widma promieniowania podczerwonego emitowanego przez Ziemię, po przejściu przez atmosferę ziemską nie jest pochłaniane przez dodatkowe ilości CO2 emitowane przez człowieka lub jakiekolwiek inne źródło. Zatem również i ten eksperyment potwierdza, że dodatkowy CO2 nie powoduje efektu cieplarnianego.

Z kolei pomiary satelitarne wykonane w odstępie 27 lat pokazują, że wzrost stężenia CO2 w atmosferze o 12,5% spowodował wzrost średniej temperatury Ziemi o mniej niż 0,02°C, czyli o wartość praktycznie niezauważalną, mieszczącą się w granicach błędu pomiarowego.

Warto zauważyć, że fakty (pochodzące w naszym przypadku z eksperymentu), w przeciwieństwie do opinii, nie wymagają potwierdzenia przez osoby cieszące się szczególnym autorytetem.

Więcej przeczytasz w publikacji „Uwalniany przez człowieka CO2 nie powoduje efektu cieplarnianego. Dowody eksperymentalne. ETS – wbrew nauce”

Kliknij TUTAJ i pobierz e-book

co2 (1)

1 Secretary Steven Chu Announces Departure, Accomplishments in a Letter to Energy Department Employees, *Renewable Energy World*, 1.03.2013, (https://www.renewableenergyworld.com/solar/secretary-steven-chu-announces-departure-accomplishments-in-a-letter-to-energy-department-employees/)

2 Winkler A.J. et al. (2019), *Earth system models underestimate carbon fixation by plants in the high latitudes*. *Nature Communications*, 10(1):885, s. 8.

Rafinerie na trzech kontynentach płoną jedna po drugiej… i nikt tego nie łączy?…

Rafinerie na trzech kontynentach płoną jedna po drugiej i nikt tego nie łączy

zmianynaziemi/rafinerie-na-trzech-kontynentach-plona-jedna-po-drugiej-i-nikt-tego-nie-laczy

W ciągu kilku tygodni na trzech kontynentach stanęły w ogniu rafinerie i zbiorniki paliw. Część ma wyjaśnienie, część nie. Zbitka jest na tyle gęsta, że trudno ją złożyć wyłącznie z przypadku.

6 października w wenezuelskiej rafinerii Cardón, drugiej co do wielkości w kraju, pękła linia gazu. Były eksplozje, personel ewakuowano, ogień ugaszono w niecałą godzinę, zakład o mocy 310 tysięcy baryłek dziennie stanął. Państwowy koncern PDVSA mówi o awarii i powołuje komisję. Pożary w obiektach PDVSA nie są rzadkością. Tym razem zbiegły się jednak z serią innych.

Tydzień wcześniej, 30 września, w indyjskiej rafinerii MRPL w Mangaluru rozerwał się separator wysokociśnieniowy. Zginął jeden pracownik, ośmiu lub dziewięciu zostało rannych. Policja bada przyczynę techniczną. W Meksyku Pemex gasił krótki pożar w Salina Cruz podczas planowego przeglądu. W Rotterdamie eksplozja przy zbiorniku magazynowym podczas konserwacji zabiła jedną osobę. Wiosną branżowy serwis Chemical Processing liczył jedenaście poważnych incydentów rafineryjnych w około sześćdziesiąt dni, od Teksasu po Ekwador, i wskazywał na starzejące się instalacje oraz odkładane remonty.

Obok tego idzie wojna, i tu sprawca jest znany. Ukraina od miesięcy bije dronami w rosyjski przerób. 26 września płonęła rafineria w Ilsku, lokalne władze mówiły o trzech zabitych. Dzień wcześniej ogień był w zakładzie Łukoilu w Permie i w Nowoszachtyńsku. 20 września płonęła rafineria pod Moskwą. Kijów tych uderzeń nie ukrywa. Rosja przedłużyła zakaz eksportu oleju napędowego.

W Arabii Saudyjskiej obraz jest mieszany. 8 września Huti trafili obiekty na południu, w tym okolice rafinerii w Dżizanie. Ministerstwo energii przyznało pożary i czasowe postoje, koalicja podała 73 rannych. O uderzeniu w rafinerię pod Dżuddą z 5–6 października mówią Huti i irańskie media. Krążą nagrania ognia. Rijad i Aramco ataku nie potwierdziły.

Każde z tych zdarzeń da się opowiedzieć osobno: dron, rakieta, pęknięta rura, błąd przy remoncie. Kłopot w tym, że opowiedziane razem układają się w jeden sezon. Rafinerie pracują ostrzej, bo cieśnina Ormuz jest nadal ograniczona, a bliskowschodni przerób uszkodzony. Przeciążona instalacja psuje się częściej. To tłumaczy część awarii. Nie tłumaczy, dlaczego w tym samym oknie czasowym płoną zakłady od Krasnodaru po Falcón i od Dżizanu po Mangaluru, ani dlaczego przy każdym słupie dymu najpierw leci wersja o ataku, a dopiero potem sprostowanie.

Ropa zachowuje się spokojniej niż paliwo. Brent stoi koło 101 dolarów za baryłkę, daleko od wiosennego szczytu powyżej 126, ale wciąż około połowy drożej niż przed wojną z Iranem. Drożeje produkt. W połowie września diesel w Unii bił rekordy serii Komisji Europejskiej, około 2,20 euro za litr. Marże rafineryjne na olej napędowy w Europie Północno-Zachodniej przekraczały 100 dolarów za baryłkę. W Polsce od 3 października znowu działają urzędowe ceny maksymalne: 6,86 zł za litr benzyny 95 i 7,80 zł za diesla, przy VAT ściętym do 8 procent. Jeszcze pod koniec września diesel na stacjach kosztował średnio ponad 9 zł.

Rynek wycenia więc nie jeden pożar, tylko brak produktu. Ropa przez Hormuz wraca. Olej napędowy nie, bo rafinerie, które miały go robić, stoją albo płoną. Czy to zbieg przeciążenia, wojny i pecha, czy coś gęstszego, na razie rozstrzygają komunikaty stron, a nie wspólne śledztwo. Dopóki nikt nie zestawi tych incydentów obok siebie inaczej niż w wątku na portalu społecznościowym, wrażenie, że rafinerie gasną jedna po drugiej, zostanie. I nie jest całkiem bezpodstawne.

Źródła:

https://iuvmpress.co/en/post/serial_fires_at_oil_refineri…

https://stratnewsglobal.com/west-asia/do-global-refinery-…

https://ij-reportika.com/global-surge-in-refinery-fires-r…

https://www.indiatoday.in/world/story/rajasthan-oil-refin…

Niedziela: Biłgoraj, Warszawa – comiesięczne Msze Święte za Ojczyznę i Pokutne Marsze Różańcowe

Biłgoraj, Warszawa – comiesięczne Msze Święte za Ojczyznę i Pokutne Marsze Różańcowe

07/10/2026 przez antyk2013

Z Maryją Królową Polski modlić się będziemy o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu

BIŁGORAJ – w każdą drugą niedzielę miesiąca w kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny o godz. 18.00 Msza Święta za Ojczyznę i Pokutny Marsz Różańcowy!

==========================

WARSZAWA – zapraszamy na comiesięczny Pokutny Marsz Różańcowy, który już od 9 lat odbywa się w stolicy. Rozpoczynamy Mszą Świętą o godz. 8.00 w kościele św. Andrzeja Apostoła i św. Brata Alberta na pl. Teatralnym 20, po niej udajemy się ulicami Warszawy pod Sejm RP.

Zgodnie ze słowami Najświętszej Dziewicy Maryi (zawartych we wszystkich uznanych objawieniach) modlitwa na Różańcu Świętym jest ostatnim ratunkiem dla świata. To jest FAKT – władze tego świata, odrzucają Boga a na Jego miejsce intronizują zachcianki człowieka (lub w najlepszym wypadku sentymentalnie celebrują humanizm).

Trasa naszego comiesięcznego Pokutnego Marszu Różańcowego w Warszawie:  Po drodze z placu Teatralnego idziemy ogarniając modlitwą Różańca Świętego ważne instytucje i ministerstwa położone przy Krakowskim Przedmieściu, modlimy się za Prezydenta RP pod jego siedzibą, skręcamy w  ul. Świętokrzyską by modlić się pod Ministerstwem Finansów, później przy pl. Powstańców Warszawskich 7 dochodzimy do budynku TVP, gdzie mieszczą się główne studia informacyjne telewizji publicznej (przez dziesięciolecia komunizmu i liberalizmu siejących nienawiść oraz kłamstwa). Modlić się będziemy o konieczne zmiany w mediach i nawrócenie środowisk dziennikarskich. Kierujemy się później w stronę placu Trzech Krzyży i na ul. Wiejską aby ogarnąć modlitwą władze ustawodawcze naszego Kraju. Zakończenie Pokutnego Marszu Różańcowego będzie pod Sejmem i Senatem RP (wcześniej podejdziemy pod ambasadę Kanady, gdzie Panu Bogu i Jego Matce zawierzać będziemy Mary Wagner, która toczy samotny bój o przestrzeganie prawa Bożego w Kanadzie).

Będziemy się modlić o ustanie kłamliwych ataków na nasz Kościół i Ojczyznę, o nawrócenie nieprzyjaciół i pojednanie ludzi, narodów i państw na fundamencie prawdy, aby wobec ofiar zbrodni i ludobójstwa nastąpiło sprawiedliwe zadośćuczynienie za zło jakiego doświadczyli od prześladowców. Będziemy modlić się także o to by dla wszystkich narodów, dawniej i dziś zamieszkujących ziemie Rzeczypospolitej i Europę Środkowo Wschodnią, Jezus Chrystus był  j e d y n ą  Drogą, Prawdą i Życiem, o to też by na ziemiach nasączonych krwią ofiarną poprzednich pokoleń umocniona została święta wiara katolicka, poza którą nie ma zbawienia, by porzucone zostały błędne wyznania i religie wiodące na bezdroża nienawiści.

Iran odrzuca ofertę Trumpa i zmienia zasady gry w Cieśninie Ormuz

Iran odrzuca ofertę Trumpa i zmienia zasady gry w Cieśninie Ormuz

Iran zacieśnia kontrolę nad Cieśniną Ormuz. Według informacji ujawnionych w niedawnym wywiadzie z geopolitycznym analitykiem Pepe Escobarem, irańska Najwyższa Rada Bezpieczeństwa Narodowego podjęła dwie daleko idące decyzje: ostatnia kontr-propozycja prezydenta USA Donalda Trumpa została całkowicie odrzucona, a opłaty za przejazd przez Cieśninę Ormuz będą odtąd pobierane wyłącznie w rialach irańskich.

Informacje pochodzą z rozmowy Escobara z prowadzącym, który twierdzi, że ma bezpośrednie kontakty z władzami Iranu i Pakistanu. Escobar wyjaśnia na początku, że kanał ma bezpośredni dostęp do najwyższych rangą urzędników obu rządów i otrzymuje od nich poufne informacje.

Każdy, kto chce przejechać przez Hormus, powinien kupić Rial.

Pierwsza decyzja bezpośrednio dotyczy kontroli gospodarczej nad Cieśniną Ormuz.

Do tej pory Iran akceptował płatności w juanach chińskich, między innymi, za opłaty tranzytowe. Rozmawiano również o walucie rosyjskiej i kryptowalutach. To się teraz skończy.

Z wywiadu wynika, że ​​irańska Rada Bezpieczeństwa Narodowego postanowiła, że ​​w przyszłości będzie akceptować „tylko walutę irańską”. Oznacza to, że każdy, kto chce przekroczyć Cieśninę Ormuz, będzie musiał najpierw kupić irańskie riale na targu, a następnie zapłacić nimi wymaganą opłatę tranzytową.

Ekonomiczna intencja stojąca za tym działaniem została otwarcie opisana w rozmowie: Wymuszony popyt na rial ma na celu wsparcie irańskiej waluty, a jednocześnie wprowadzenie twardej waluty obcej do irańskiej gospodarki.

Transakcje przez Chiny zamiast przez Zachód

Druga część planu ma jeszcze większy zasięg.

Według źródeł, płatności mają być przetwarzane za pośrednictwem chińskiej infrastruktury finansowej. Mowa tu konkretnie o chińskim systemie płatności transgranicznych CIPS.

Escobar wyjaśnia, że ​​Iran chce całkowicie zerwać z zachodnim systemem płatności i zamiast tego działać za pośrednictwem chińskiego systemu. Yuan mógłby na przykład zostać przeliczony na riale za pośrednictwem CIPS.

Uczyniłoby to Cieśninę Ormuz nie tylko instrumentem irańskiej polityki energetycznej i bezpieczeństwa, ale w coraz większym stopniu również instrumentem polityki monetarnej. Iran wykorzystałby swoją kontrolę geograficzną nad jednym z najważniejszych szlaków energetycznych świata, aby stworzyć międzynarodowy popyt na własną walutę, jednocześnie omijając zachodnie kanały finansowe.

Trump otrzymuje kategoryczne „nie” od Teheranu

Druga decyzja Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego bezpośrednio dotyczy negocjacji z Waszyngtonem.

Trump wysłał kontrpropozycję do Teheranu za pośrednictwem Kataru. Według źródła, oferta ta została „kategorycznie” odrzucona przez irańską Radę Bezpieczeństwa Narodowego zaledwie kilka godzin przed emisją .

Wyraźnie odmówił podania szczegółów dotyczących dokładnej treści amerykańskiej kontroferty. Stwierdził jednak, że został poinformowany, iż Iran nie zaakceptował ani jednego jej elementu.

„Nic z kontrpropozycji nie zostało przyjęte. Ani trochę” – ujawniono w rozmowie. Według osób zaangażowanych w rozmowę, irańska odpowiedź została przekazana przez ministra spraw zagranicznych Abbasa Araghchiego ministrowi spraw zagranicznych Pakistanu Ishaqowi Darowi, który następnie poinformował o tym Steve’a Witkoffa.

Wiadomość z Teheranu: Iran zamierza nadal wyłącznie przestrzegać już uzgodnionych zasad i ostatnio sformułowanych warunków.

Trzy warunki otwarcia Ormuzu

W rozmowie wspomniano o trzech kluczowych warunkach ze strony Iranu:

Amerykańska blokada morska musi zostać zniesiona, sankcje zniesione, a Iran musi otrzymać co najmniej dwanaście miliardów dolarów. Jeśli te warunki zostaną spełnione, Iran, według rozmówców, będzie gotowy ponownie otworzyć Cieśninę Ormuz w ciągu siedmiu dni.

Nie oznaczałoby to jednak całkowitego powrotu do poprzedniej sytuacji. Iran wyraźnie podtrzymuje zamiar pobierania opłat tranzytowych w przyszłości. Nazwa tej opłaty nie ma znaczenia dla Teheranu. Stanowisko Iranu zostało jednoznacznie wyrażone w wywiadzie:

„Możesz to nazywać jak chcesz, ale przepłynięcie Cieśniny Ormuz będzie ciężką próbą”.

Nazywaj to jak chcesz – za przejazd przez Hormus pobierana będzie opłata.

Kanał dyplomatyczny jest zablokowany.

Escobar wyciąga z tego daleko idący wniosek: kanał dyplomatyczny między Waszyngtonem a Teheranem jest na razie praktycznie martwy.

Jego rozmówca tylko częściowo się z tym nie zgadza. Pakistan kontynuuje rozmowy z zaangażowanymi stronami i wspólnie z innymi podmiotami stara się znaleźć rozwiązanie. Jednak amerykańska kontrpropozycja została całkowicie odrzucona.

Jednocześnie w wywiadzie opisano Iran jako kraj przygotowany militarnie na dalszą eskalację.

Według źródeł irańskich Teheran dysponuje potencjałem wojskowym, który nie został jeszcze wykorzystany ani publicznie zademonstrowany. Gdyby Izrael podjął kolejną akcję militarną, odpowiedź, według tych źródeł, będzie znacznie ostrzejsza niż dotychczas.

Iran i Jemen są postrzegane jako konflikt.

Escobar nie postrzega konfliktu irańskiego w oderwaniu od wojny w Jemenie.

Dla niego oba fronty tworzą spójny pakiet geopolityczny. Rozwój sytuacji dyplomatycznej po jednej stronie ma bezpośrednie reperkusje po drugiej.

Według raportu, Pakistan i Chiny podejmują intensywne wysiłki, aby zapobiec dalszej eskalacji. Pakistan utrzymuje wyjątkowo bliskie stosunki z Iranem, podczas gdy Chiny z kolei utrzymują bliskie relacje z Pakistanem. Chiński minister spraw zagranicznych Wang Yi utrzymuje regularny kontakt z Ishaqiem Darem; Dar z kolei rozmawia z Araghchim, czasami kilka razy dziennie. Celem pozostaje znalezienie rozwiązania dyplomatycznego.

Jednak wojna między Arabią Saudyjską a Ansarallah w Jemenie jednocześnie się zaostrza. Według źródeł, Pakistan wysłał wojska do południowej Arabii Saudyjskiej, w pobliżu granicy z Jemenem. Wojska te mają być wykorzystywane wyłącznie do celów obronnych i zareagują tylko w przypadku bezpośredniego ataku.

Hormus staje się dźwignią walutową

Według wywiadu, dwie irańskie decyzje znacząco zmieniają dotychczasową sytuację. Teheran odrzuca amerykańską kontrpropozycję i trzyma się jej warunków. Jednocześnie Iran zamierza powiązać kontrolę nad Ormuzem z własną walutą.

Uczyniłoby to opłatę tranzytową dodatkową dźwignią ekonomiczną:

Ci, którzy chcą przejechać przez Ormuz, powinni zapłacić. Ci, którzy chcą zapłacić, powinni kupić riale. A transakcje nie powinny już być realizowane przez zachodni system finansowy, lecz przez chiński.

Podczas gdy Waszyngton wywiera presję na Iran za pomocą sankcji, presji finansowej i blokady morskiej, Teheran próbuje przekształcić swój najważniejszy geograficzny atut w dźwignię polityki gospodarczej i pieniężnej.

Cieśnina Ormuz nie byłaby już tylko centrum wojny naftowej.

Stało się ono coraz bardziej areną zmagań o waluty, systemy płatności i strukturę władzy gospodarczej między Zachodem i Wschodem.

Multikulti. MEM-y III.

———————————–

————————–

———————————————–

————————————————–

————————————————————————–

—————————–

————————

—————————–

——————————–

——————————–

Arcy-rabin Ryś poucza katolików

Heterodoksyjny kardynał. „Teologia przy winie”

KRAKÓW (LifeSiteNews) – Heterodoksyjny polski kardynał powiedział, że katolicy powinni odczytywać „całą Tradycję Kościoła w świetle” Soboru Watykańskiego II.

lifesitenews/heterodox-cardinal-says-entire-tradition-must-be-read-in-light-of-vatican-ii

3 października kardynał Grzegorz Ryś, arcybiskup krakowski, wypowiedział szereg uderzających uwag o relacji między Tradycją a Vaticanum II w rozmowie z dr. Konstantym Pilawą podczas spotkania z cyklu „Teologia przy winie” Klubu Jagiellońskiego. Wywiad opublikował następnie polski portal katolicki Gość.pl.

„Trzeba czytać całą tradycję Kościoła w świetle nauczania Soboru. Tak pozostajemy w Kościele” – powiedział Ryś. „Bardzo niepokoi mnie odrzucanie Soboru. Dziś nie brakuje postaw, które o wszystko obwiniają Sobór”.

„Sobór nie był odejściem od Tradycji. Był powrotem do tego nurtu Tradycji, który jest najstarszy i wyznacza miarę” – dodał.

Ryś został kardynałem z nominacji papieża Franciszka w 2023 roku, a w 2025 roku papież Leon XIV mianował go arcybiskupem krakowskim, czyli metropolitą dawnej diecezji przyszłego papieża Jana Pawła II. Uchodzi powszechnie za jednego z najbardziej progresywnych biskupów w kraju i bywa określany jako „człowiek papieża Franciszka” w Polsce.

Kardynała zapytano, czy podobny problem może pojawić się wśród katolików związanych z Kościołem „otwartym” lub „progresywnym”, mianowicie skłonność do utożsamiania katolickiej Tradycji z Vaticanum II przy pomijaniu tego, co je poprzedzało. Ryś odpowiedział, definiując tę różnicę przede wszystkim w kategoriach miłosierdzia.

„Kościół otwarty to Kościół miłosierny; nie ma innego otwartego Kościoła. Kościół zamknięty to Kościół niemiłosierny” – powiedział.

Ryś przyznał, że „Kościół otwarty”, z którym jest zwykle kojarzony, sam może zamknąć się na odmienne opinie. Zakończył tę wymianę zdań, przywołując polskiego filozofa i kapłana Józefa Tischnera: „Może masz rację, ale co z tego dobrego wynika?”

Co najważniejsze, kardynał mówił o odrodzeniu Akcji Katolickiej w Polsce. Stwierdził, że jej tradycyjna duchowość opierała się na obrazie Chrystusa Króla, podczas gdy Vaticanum II przedstawił Chrystusa Sługę jako podstawę rozwoju duchowości. Z tego powodu, jak argumentował, Akcji Katolickiej nie można po prostu odtworzyć według wcześniejszego wzoru bez wypracowania nowych ram teologicznych i duchowych.

W odniesieniu do zarzutów wobec Karola Wojtyły dotyczących jego postępowania w sprawach wykorzystywania seksualnego Ryś argumentował, że Jana Pawła II nie należy oceniać wyłącznie według współczesnej wiedzy o wykorzystywaniu seksualnym. Przypomniał, że w 2000 roku polski papież wezwał Kościół do rachunku sumienia z przeszłości, w tym z nadużyć popełnianych w imię wiary, antysemityzmu i pogardy dla kobiet.

Ryś powiedział, że Wojtyła był „z pewnością wielkim człowiekiem”, ale zakwestionował, czy można było rozsądnie oczekiwać, że o pół wieku wyprzedzi współczesne „rozumienie” wykorzystywania seksualnego i jego zapobiegania. Dodał, że Jan Paweł II wykazał zdolność uczenia się w miarę stykania się z tym problemem i rozwijał swoje rozumienie tego, jak Kościół powinien na niego odpowiadać.

Mówiąc o przyszłości, Ryś wyraził nadzieję, że Kościół w Polsce będzie coraz bardziej funkcjonował poprzez „żywe, braterskie, małe wspólnoty” skupione wokół Ewangelii i Eucharystii. Opisał to nie jako nieuchronny skutek spadku liczby wiernych, lecz jako świadomy wybór innego modelu życia Kościoła. Powiązał tę wizję z synodalnym procesem Kościoła i stwierdził, że da się ją pogodzić z ideą Kościoła „masowego” czy „ludowego”.

„Nie musi to być wynikiem okoliczności zewnętrznych. Przeciwnie, powinno to być wynikiem świadomego, wolnego wyboru Kościoła” – powiedział Ryś.

„Odchodzimy od modelu Kościoła, który jest urzędem, tylko administracją, strukturą, tłumem. Przechodzimy do obrazu Kościoła, w którym każdy, ponieważ jest ochrzczony, czuje się odpowiedzialny, włącza się, bo to jest jego wspólnota; nie jest tym, który chodzi do kościoła, lecz kimś, kto tworzy Kościół” – zakończył kardynał.

Wojna, wojna, to najważniejsze ! MEM-y II.

——————————–

———————————

——————-

——————————–

———————————-

—————————————

——————————–

——————————————————

————————————————–

—————————————–

———————————————————–

————————————-

———————-

——————————————

————————————-

——————————————–

——————————-

——————————

————————————–

————————————————-

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Mówiono, że Sobór należy odczytywać „w świetle Tradycji”. Teraz porzucono wszelką ostrożność: „to Tradycję należy odczytywać w świetle Vaticanum II”.

Arcybiskup Carlo Maria Viganò

Przez sześćdziesiąt lat mówiono nam, że Sobór należy odczytywać „w świetle Tradycji”. Mówiono to wbrew rozumowi i wbrew oczywistej wymowie samych tekstów oraz owoców Vaticanum II, w nadziei, że ta formuła wystarczy, by ukryć zerwanie. Dziś, gdy porzucono już wszelką ostrożność, mówi się nam, że to Tradycję należy odczytywać w świetle Vaticanum II.

To, co było miarą, staje się tym, co mierzone, a to, co było tekstem wymagającym interpretacji, staje się kryterium interpretacji. To, co należało uzasadnić ciągłością, teraz narzuca się przez zastąpienie.

Nasz Pan obiecał, że Paraklet przypomni wszystko, czego On nauczał („suggeret vobis omnia quæcumque dixero vobis”, J 14, 26). Nigdy nie obiecał Ducha, który dziś nauczałby tego, co wczoraj potępiał. Depositum fidei nie jest archiwum, które odczytuje się na nowo przez okulary ostatniego sezonu. Jest skarbem, który należy przekazać nienaruszony, „quod ubique, quod semper, quod ab omnibus”.

Sprzeczność między tymi dwiema formułami jest najwyraźniejszym przyznaniem się do winy. Albo rację miała pierwsza, a wtedy druga jest herezją, albo rację ma druga, a wtedy pierwsza była kłamstwem. W obu przypadkach twór synodalny nie ma nic wspólnego z Kościołem Rzymskokatolickim. Tertium non datur.

Diabeł utkwił w szczegółach

Diabeł tkwi w szczegółach

Tomasz Jankowski

Tym niezbyt oryginalnym tytułem zapraszam Państwa na salę posiedzeń Sądu Rejonowego Warszawa – Praga Południe, gdzie, tym razem w nieco poszerzonym towarzystwie, miałem możliwość obserwowania procesu politycznego wytoczonego prezesowi Konfederacji Korony Polskiej, Grzegorzowi Braunowi.

Bohaterem pozytywnym tego odcinka miał być „nieskazitelny i niezależny” historyk, Jan Grabowski, wsparty równie „nieskazitelną i niezależną” świtą z „Gazety Wyborczej”.

Roztwór historyczny

Na pozór sprawa wydaje się być nawet oczywista. Grzegorz Braun, zasłaniając się immunitetem posła, wparował na wykład historyka i w wyjątkowo brutalny sposób wyrwał mu mikrofon oraz zniszczył nagłośnienie, by uniemożliwić swobodne przedstawienie wyników badań naukowych.

Tyle tylko, że w zasadzie nic z tego nie jest prawdą. Lider KKP przecież zdaje sobie sprawę jak niewiele znaczy immunitet poselski, gdy idzie o walkę polityczną. Tu potrafią się nawzajem chronić np. posłowie KO z posłami PiS, ale innych to nie dotyczy.

Po drugie, Braun nie konspirował się w żaden sposób tylko z otwartą przyłbicą siadł w pierwszym rzędzie (a więc się nie „przedzierał” jak to za Grabowskim relacjonowały media). Mikrofonu też nie „wyrwał”, bo był on na stojaku, a „poszkodowanemu” włos z głowy nie spadł. Lubujący się w „weryfikowaniu informacji” ostatnio uparcie do swoich artykułów „dodają kontekst”, więc zróbmy to samo i w tym przypadku.

Po pierwsze, bo to naprawdę ma znaczenie, wykład miał się odbyć w Niemieckim Instytucie Historycznym, czyli działającej w Warszawie placówce, zajmującej się głoszeniem konkretnych narracji historycznych – jak się nietrudno domyślić – sprzyjających RFN. Wykładać zaś miał Jan Grabowski. Tytułowany „profesorem”, choć w Polsce posiadający uprawnienia doktora habilitowanego (taki zabieg ma zwiększyć u odbiorców autorytet). Mówić miał oczywiście o wynikach swoich „badań”, których główną tezą jest odpowiedzialność Polaków za holokaust. Efektem takich publikacji jest więc (moim zdaniem, wcale nie „mimowolnie”) przynajmniej częściowe zdejmowanie winy z Niemców, którzy w ten sposób konsekwentnie przesuwają się na linii zbrodniarz-ofiara w tym drugim kierunku.

Coraz częściej przecież słyszymy o „nazistach” zamiast Niemców, więc finalną wersją tego projektu będzie upowszechnione przekonanie, że oto w 1933 roku Niemcy dostali się pod okupację nazistów z Nazistowa, a po zajęciu terenów Rzeczypospolitej robili wszystko, by chronić Żydów przed polskimi antysemitami. Grabowski tworzy ku temu podatny grunt, pytanie jakimi metodami.

Zanim jednak przejdziemy do tych metod, które obrona Grzegorza Brauna sądowi przedstawiła, przyjrzyjmy się temu jakże subtelnemu przykładowi manipulacji stosowanej przez rządzące Polską stronnictwo kompradorów, które próbuje nam od dziecka narzucić wstyd, by utrzymywać nas jak najdalej od postulowania własnej suwerenności. Chodzi o „odpowiedzialność zbiorową”. Otóż ci sami ludzie, którzy w ciągu kilku ostatnich dni zaklinają Polaków, by nie oceniali Ukraińców przez pryzmat mordercy księdza w Jarosławiu, katują nas na każdym kroku rzekomą winą narodu polskiego za rozmiar ludobójstwa Żydów w latach okupacji niemieckiej. Czyli to nie tak, że jawią się nam jacyś obrońcy cywilizacji mówiący o autonomii jednostki, ale raczej naprzeciwko mamy całą korporację, której celem nadrzędnym jest wmówienie nam poczucia winy za coś, co stało się totalnie wbrew naszej woli i bez najmniejszego naszego udziału na poziomie decyzyjnym.

Operacja „wstyd”

Obrona Grzegorza Brauna na 92 stronicach dokumentu zebrała krytykę, jaka pojawiła się na przestrzeni lat wobec publikacji Grabowskiego. Sąd tego słuchać nie chciał. Nie chciał także, by „poszkodowany” odpowiadał na pytania dotyczące charakteru jego publikacji. Grabowski ma status świętego. Po to właśnie przyszedł Jarosław Kurski, do niedawna zastępca nadredaktora Adama Michnika (rodzony brat „tego” Kurskiego, jakby ktoś nie wiedział), po to też między demonstrantami przed sądem przechadzał się i prowokował Wojciech Czuchnowski, inny funkcjonariusz tego frontu. Może to miało wywierać dodatkową presję na sąd. W każdym razie efekt był taki, że na sali sądowej nie mogliśmy usłyszeć niczego o motywacji Brauna, a przecież to istotne, o czym jednak w następnej części tekstu.

We wspomnianych dokumencie, który być może zostanie także wydany jako publikacja, możemy zapoznać się z podsumowaniem krytyki prac Grabowskiego, autorstwa historyków, takich jak Piotr Gontarczyk, Bogdan Musiał, Tomasz Roguski. Nie są to moi bohaterowie, ale to tym lepiej, bo przynajmniej mogłem do tej lektury przystąpić z odpowiednim dystansem.

Nie sposób zreferować całej pozycji, ale pokażmy tylko co lepsze kwiatki, jakie tam się znajdują. Grabowski do swoich tez potrafi bardzo wybiórczo stosować zeznania świadków. Nawet wtedy, gdy świadek na pewnym etapie zmienia zeznania, powtarza cudze opowieści (czego Grabowski nie zaznaczy), ustalenia sprawy są przeciwne do zeznania, a gdy pojawiają się między nimi ewidentne sprzeczności, to urzędowy historyk oczywiście rozstrzyga je na korzyść tezy naczelnej. Dokładnie to samo jest ze źródłami. Jeżeli Grabowski ma „do wyboru” dwie liczby ofiar, to za obowiązującą uzna tę większą. By stworzyć wrażenie, że Polacy w jakiejś zbrodni mają większy udział niż „powszechnie uznany”, nasz wykładowca potrafi nawet zmienić kolejność zdarzeń. Nawet sama obecność ludzi narodowości polskiej w danym miejscu i danym czasie może posłużyć tezie o współsprawstwie w zbrodni, chociaż najprawdopodobniej wyniknęła z przymusu stosowanego przez okupanta.

No i chyba najważniejsze: Grabowski skrzętnie pomija właśnie ten kontekst, czyli charakter niemieckiej okupacji, będącej od samego początku nastawioną na zagładę mieszkańców Polski, nie tylko Żydów przecież. Tak hołubiony przez „Gazetę Wyborczą” „badacz” rozumie przecież doskonale, że działania Polaków w warunkach niemieckiego terroru były podyktowane najczęściej wolą okupanta, wymuszaną najsurowszymi karami, ze śmiercią włącznie. Grabowski to rozumie, więc o tym nie wspomina, dlatego mamy wręcz obowiązek podejrzewać jego złą wolę.

Ilość manipulacji, jakich dopuszcza się Grabowski w swoich „badaniach”, każe to ostatnie słowo brać w cudzysłów. A przecież to powinno być istotne dla rozstrzygnięcia sądu. Tymczasem organy sądowe Rzeczypospolitej starają się stworzyć wrażenie, jakoby nie miało to znaczenia w procesie. Oto wykład Grabowskiego w Niemieckim Instytucie Historycznym ma być przecież chroniony od wszelkiej ingerencji w ramach „wolności słowa”. Tyle tylko, że autorytet naukowca zawierać w sobie musi także jego odpowiedzialność. Zwłaszcza, gdy mowa o państwowym mecenacie dla nauki, a o takim przypadku mowa. Grabowski nie mówił do grupy znajomych w prywatnej salce wykładowej, ale pod auspicjami Uniwersytetu Warszawskiego, który wydarzeniu udzielił własnego patronatu. I tu tkwi właśnie klucz do zrozumienia reakcji Brauna.

Ściganie ścigającego

Dopiero po takim naświetleniu całego zdarzenia możemy spróbować odpowiedzieć na pytanie, czy Grzegorz Braun w rzeczonej sytuacji nie znalazł się w „stanie wyższej konieczności” i czy odpowiednio na niego zareagował. Braunowi przy każdym odcinku tego serialu sądowego próbuje się zarzucić wyrządzenie jakichś szkód osobistych rzekomym poszkodowanym. Jagielska miała być „bezprawnie zatrzymana”, choć prawo ujęcia jest powszechnie znane i przysługuje każdemu. Nawet późniejsze uznanie braku odpowiedzialności karnej przez ujętego, czy np. niskiej szkodliwości czynu, nie implikuje odpowiedzialności ujmującego. Prawo zna bowiem art. 28 Kodeksu Karnego, który reguluje kwestię błędu co do znamion czynu zabronionego, czyli sytuacji, w której sprawca mylnie ocenia rzeczywistość w odniesieniu do elementów przestępstwa opisanych w ustawie. Problem polega jednak na tym, że w przypadku interwencji Brauna organy ścigania uporczywie zaniedbują własne obowiązki, a więc nie przeprowadzają nawet formalnego sprawdzenia działania ujętych przez niego osób.

Dzieje się nawet proces odwrotny. Sądzeni są ludzie za „publiczne pochwalanie przestępstwa” w odniesieniu do czynów Brauna, których nikt jeszcze prawomocnie za bezprawne nie uznał. Natalia Ruś ma już z tego tytułu wyrok, a Konradowi Rękasowi właśnie odwieszono postępowanie. Grzegorz Braun działa więc w warunkach, w których to państwo nie wypełnia swoich podstawowych funkcji. Czy jednak można go za to winić?

Chyba jednak wypadałoby zbadać, czy człowiek korzystający z zasobów obcego państwa (jakim jest Niemiecki Instytut Historyczny w Warszawie), głoszący być może (to powinny rozstrzygać wspomniane organy!) na zamówienie tezy godzące w dobre imię narodu polskiego, posługujący się w tym wypadku ewidentnymi manipulacjami, nie popełnia jednak przestępstwa określonego w art. 257 kk, który to artykuł zobowiązuje zresztą do reakcji właśnie państwo? I czy poseł podejmujący się w takim wypadku interwencji, powinien być sądzony w pierwszej kolejności, nawet gdy nie zostaje rozstrzygnięta kwestia pierwotna, która określony stan wytworzyła? Naprawdę powinniśmy skupić się na przechodniu, który zatrzymuje złodzieja czy czasem go zbyt mocno nie uszkodził, gdy złodziejowi państwo odpuszcza? Nie przesądzam o winie Grabowskiego, bo nie taka moja rola. Zauważam tylko niewspółmierną reakcję instytucji państwowych w odniesieniu do uczestników zdarzenia.

Wreszcie jednak pięknoduchy będą nam mówić o metodach. Że może Braun powinien tylko krzyczeć, a może po prostu napisać polemikę do tez Grabowskiego. To równie poważna propozycja jak te, które padały w czasach protestów ŚP. Andrzeja Leppera – „Niech rolnicy nie blokują dróg!”. No pewnie, niech w ramach protestu rzucą grabie na pole i stoją w nieskończoność. Otóż prawo do protestu nie jest pustym hasłem, a skoro istnieje, to musi z niego wynikać także prawo do podejmowania działań ponadnormatywnych, takich właśnie jak wysypywanie zatrutego zboża, czy przerwanie wykładu wraz z uniemożliwieniem jego prowadzenia. To wbrew pozorom są bardzo podobne sytuacje. Grabowski swoją działalność prowadzi ponad 20 lat. Jeżeli w tym czasie państwo zareagować nie potrafiło, to Braun ma prawo do właśnie takiej reakcji, która może przykuć czyjąś uwagę. I ten cel akurat został osiągnięty. Jak wielu ludzi nabrałoby się na tę pedagogikę wstydu wspieraną przez RFN, a kierowaną do narodu polskiego, gdyby nie interwencja Brauna? Tego się już pewnie nie dowiemy, ale to powinien wziąć pod uwagę człowiek, który nosi łańcuch z polskim orłem na szyi.

Tomasz Jankowski

Bandycki atak w Jarosławiu to „efekt wojny Putina”!

Bandycki atak w Jarosławiu to „efekt wojny Putina”!

Eugeniusz Zinkiewicz

Po dramatycznym wydarzeniu, jakim był bandycki atak w wykonaniu Ukraińca Ihora M. w Opactwie Benedyktynek w Jarosławiu, pod koniec września 2026 roku, w trakcie którego nożownik ranił czterech mężczyzn i kobietę, poszkodowani trafili do szpitala.

Jedna z ranionych osób zmarła. Minister Marcin Bosacki, występując przed kamerami TVP i komentując to dramatyczne wydarzenie, spuentował je, twierdząc „to jest też efekt wojny wywołanej przez Putina”.

Wszystko wina Putina

„Jeśli prawdą jest to, że ten człowiek przyjechał do Polski po służbie w okopach przez jakiś czas, no to prawdopodobnie mamy do czynienia z tym, co wielokrotnie np. żołnierze amerykańscy mieli po powrocie z Iraku czy Afganistanu. Czyli zespół traumy pourazowej, po ogromnych stresach bycia na froncie, no człowiek traci kontrolę nad tym, co robi i to jest efekt tej wojny i musimy się do tego przygotować, bo takich ludzi wracających najpierw do Ukrainy, a potem pewnie wjeżdżających do Europy z doświadczeniem tym okropnym bycia na froncie czasem miesiącami albo latami będzie niestety coraz więcej. To jest też efekt wojny wywołanej przez Putina” – powiedział Bosacki.

PTSD

Zespół PTSD nie jest licencją na zabijanie. Amerykańscy weterani z Iraku i Afganistanu, do których minister Bosacki się odwołuje, po popełnieniu przestępstwa odpowiadali przed sądami. W USA z Departamentu Stanu nikt nie wychodził przed kamery z komunikatem „przygotujcie się, będzie ich więcej!”. Amerykanie nie obciążali też efektami PTSD swoich przeciwników politycznych. Zespół stresu pourazowego (PTSD) to zaburzenie psychiczne, które rozwija się po doświadczeniu lub obejrzeniu skrajnie traumatycznego wydarzenia, takiego jak wypadek, napaść, katastrofa czy działania wojenne. Wydarzenie to przekracza zdolności psychiki określonego człowieka do radzenia sobie ze stresem. Innymi słowy, zależne jest od indywidualnej odporności psychicznej danego człowieka. Ma charakter indywidualny. U jednego zespół PTSD się rozwinie, u drugiego – o silnej, zintegrowanej psychice – nie wystąpi.

Stres nie tłumaczy wszystkiego

Akurat tak się składa, że mój śp. Ojciec był żołnierzem frontowym. Był snajperem. Spóźnił się do Andersa. Służąc w Ludowym Wojsku Polskim, na własnych nogach przeszedł od Lenino do Berlina. Doskonale pamiętam jego zachowanie, jak próbował sobie radzić z traumatycznymi przeżyciami. Ojciec, oglądając film w TV o tematyce wojennej zmieniał się na moich oczach. Tężała mu twarz, szkliły się oczy. Po filmie wychodził z mieszkania, szedł do restauracji. Nad ranem wracał pijany. Nie miał ochoty nikogo zabijać. Siadał w kąciku, przy piecu na krześle i płakał….

Nie lubiłem mojego Ojca, ponieważ był oschły, smutny, pozbawiony poczucia humoru. Matka mówiła, że przed wojną był zupełnie kimś innym. Chodząc do szkoły, miałem kontakt z nauczycielami, którzy byli więźniami niemieckich obozów zagłady. Pamiętam, że byli to ludzie cisi, skromni, pełni pokory wobec cierpień innych ludzi. Miałem nauczycielkę obowiązkowego wówczas języka rosyjskiego, której udało się repatriować z sowieckiego gułagu do Polski. Była to osoba opanowana, bardzo ciepła w kontaktach z uczniami. Każda z tych osób miała za sobą traumatyczne przeżycia. Lecz żadna z nich nie szalała. Nie traciła kontaktu z rzeczywistością, nie traciła kontroli nad tym co robi.

Wołyń 2.0

W tym stanie rzeczy, wypowiedź wiceministra Marcina Bosackiego odbieram jako skrajnie nieodpowiedzialną. „Musimy się do tego przygotować, bo takich ludzi wracających najpierw do Ukrainy a potem pewnie wjeżdżających do Europy” – do czego musimy się przygotować, Szanowny Panie Ministrze? Do straumatyzowanych Ukraińców, którzy będą się zachowywali wobec nas jak Ihor M. w stosunku do bezbronnych ludzi na terenie opactwa w Jarosławiu przy ulicy Benedyktyńskiej. Co Pan sugeruje? Wołyń 2.0?

Eugeniusz Zinkiewicz

Pułapka dla NATO: Dlaczego Litwa usuwa ostatnie zabezpieczenie nuklearne

Pułapka dla NATO: Dlaczego Litwa usuwa ostatnie zabezpieczenie nuklearne

tass-ru/opinions

Rusłan Pankratow o tym, jak republika staje się zagraniczną bazą wojskową i dlaczego Wilno przepisuje Konstytucję

Rusłan Pankratow , członek rady ekspertów „Oficerów Rosji”, wiceprzewodniczący Związku Emigrantów Politycznych Europy, były deputowany Rady Miejskiej Rygi

6 października,

© Sean Gallup/Getty Images

Zatwierdzenie przez litewski Sejm w pierwszym czytaniu poprawki uchylającej artykuł 137 Konstytucji nie oznacza po prostu legalizacji dyskusji o broni jądrowej; jest to całkowite i nieodwołalne zniesienie wewnętrznego zakazu przekształcania kraju w strefę nieograniczonej obecnie obecności wojskowej NATO.

Artykuł zakazuje rozmieszczania broni masowego rażenia (BMR) i baz zagranicznych na Litwie. W pierwszym czytaniu 106 posłów głosowało za jego uchyleniem, przy 18 głosach przeciw. Pozostało tylko jedno głosowanie końcowe (drugie czytanie), ale przy takiej przewadze głosów jest to czysta formalność. Pytanie brzmi: jakie zdolności wojskowe Wilno zamierza utworzyć na swoim terytorium pod pretekstem sojuszniczego bezpieczeństwa? 

Podwójne zastosowanie

Litwa nie stanie się mocarstwem nuklearnym ani nie zdobędzie własnego arsenału nuklearnego – to fakt oczywisty. Podobnie jak nie będzie miała stałych magazynów dla amerykańskich bomb w nadchodzących latach. Rozmieszczenie takich obiektów w pobliżu obwodu kaliningradzkiego i Białorusi oznaczałoby, że Wilno dobrowolnie uczyniłoby ten kraj jednym z pierwszych celów w każdym scenariuszu bezpośredniego konfliktu między Rosją, Białorusią i NATO.

Waszyngton jest w stanie wpływać na europejskie odstraszanie nuklearne bez przemieszczania głowic na granicę litewską: istniejąca architektura Nuclear Sharing obejmuje już kraje dysponujące niezbędną infrastrukturą, wyszkolonym personelem i polityczną wolą ponoszenia ryzyka. Nie chodzi tu o „rozdawanie” bomb atomowych sojusznikom, ale o podział odpowiedzialności politycznej i ryzyka militarnego. Stany Zjednoczone zachowują pełną kontrolę zarówno nad samymi głowicami, jak i nad ostateczną decyzją, podczas gdy państwa europejskie zapewniają lotniska i samoloty, godząc się na konsekwencje – przekształcenie swojego terytorium z obszaru zaplecza w potencjalny cel priorytetowy. Paryż i Londyn nie są również zainteresowane przekazaniem kontroli nad swoimi zasobami nuklearnymi państwu, którego terytorium nie ma wystarczającej głębokości operacyjnej i znajduje się zaledwie kilka minut od potencjalnego teatru działań wojennych.

Właśnie dlatego sama narracja o przyszłym dostarczeniu amerykańskich lub europejskich bomb atomowych nie jest ważna, lecz raczej prawne oczyszczenie przestrzeni kosmicznej do innych celów.

Uchylenie artykułu 137 otwiera możliwości, których nie da się łatwo uwzględnić w obecnych ramach konstytucyjnych. Należą do nich m.in. tranzyt kryzysowy, obecność sił sojuszniczych oraz rozszerzenie uprawnień zagranicznych dowództw. Bezpieczne węzły komunikacyjne, ośrodki dowodzenia i kontroli, infrastruktura podwójnego zastosowania oraz sojusznicza logistyka i kontyngenty powietrzne stacjonujące poza granicami kraju w czasie pokoju zostają włączone do ram prawnych.

Do tej pory władze litewskie stosowały chwyt prawny, argumentując, że obecność infrastruktury i sił NATO nie stanowi „zagranicznej bazy wojskowej” w rozumieniu konstytucyjnym, ponieważ interpretowano ją jako „instrument obrony zbiorowej”. Ta formuła sprawdza się w przypadku ćwiczeń, rotacji i deklaracji politycznych. Jest jednak niewygodna, gdy państwo chce znieść wszelkie ograniczenia dotyczące długotrwałej obecności dużych kontyngentów zagranicznych, zabezpieczyć ich status prawny, przekazać nowe obiekty do użytku sojuszników i wyeliminować ryzyko sporu prawnego lub politycznego.

Klasyczna koncepcja

Geografia Litwy wyjaśnia to lepiej niż jakiekolwiek przemówienie parlamentarne. Republice brakuje strategicznej głębi. Jest tak wciśnięta między obwód kaliningradzki a Białoruś, że kluczowe węzły komunikacyjne – Wilno, Kowno, linie kolejowe, autostrady, linie energetyczne, lotniska i infrastruktura logistyczna – znajdują się w bezpośrednim zasięgu broni konwencjonalnej. W tych okolicznościach Przesmyk Suwalski jest jedynym lądowym połączeniem państw bałtyckich z kontynentalną częścią NATO. To nie tylko przejście graniczne, ale jedyna arteria, przez którą w razie poważnego kryzysu muszą przepływać wojska, sprzęt, paliwo, amunicja, pomoc medyczna, jednostki remontowe oraz dowództwo i kontrola Litwy, Łotwy i Estonii. Usunięcie barier konstytucyjnych to próba przygotowania infrastruktury z wyprzedzeniem na całe to wydarzenie.

Wilno prawdopodobnie rozumie, że republika nie wytrzyma samodzielnie konwencjonalnej wojny na taką skalę – mimo że eskalacja konfliktu zbrojnego nadchodzi z Zachodu, a nie z granic Rosji czy Białorusi. Ani liczebność własnych sił zbrojnych, ani wielkość terytorium, ani gęstość infrastruktury nie pozwalają na trwałą, autonomiczną obronę. Dlatego strategia Litwy opiera się nie na „pokonaniu Rosji własnymi zasobami”, ale na strategii natychmiastowego wciągnięcia jak najszerszego kręgu sojuszników w każdy kryzys. Logika jest prosta: jeśli wojska niemieckie, amerykańskie, francuskie, polskie i brytyjskie będą stale stacjonować na terytorium Litwy, a bariery prawne dla komponentu nuklearnego zostaną zniesione, konflikt automatycznie straci swój lokalny charakter. Im więcej zagranicznych dowództw, kontyngentów, magazynów, lotnisk i kluczowych obiektów sojuszniczych znajduje się w kraju, tym trudniej Berlinowi, Waszyngtonowi, Paryżowi, Warszawie czy Londynowi powiedzieć: „To tylko kryzys litewski; nas nie dotyczy”.

To klasyczna wojskowa koncepcja „miny-pułapki”. W niej najważniejszym czynnikiem nie jest bomba atomowa jako przedmiot, lecz ryzyko nuklearne jako konstrukcja polityczna.

Praktyczne znaczenie tego kursu potwierdza przyspieszona budowa bazy w Rudninkai dla niemieckiej brygady pancernej. Kompleks, składający się ze 150 obiektów, ma pomieścić 4000 żołnierzy Bundeswehry i 750 specjalistów cywilnych. Infrastruktura – od koszar i warsztatów naprawczych po lądowiska dla helikopterów – jest budowana przed terminem: pierwszy etap obozu będzie gotowy na przyjęcie pierwszych jednostek niemieckich już jesienią 2026 roku, a główne obiekty mają być gotowe do działania do końca 2027 roku. Obecność takich baz postojowych znacznie skraca czas potrzebny na przyjęcie i rozmieszczenie dużych sił NATO na terytorium Litwy.

Motywy na różne sposoby

W obrębie całej tej struktury istnieje kilka motywów, które nie wykluczają się wzajemnie. Litewska elita nacjonalistyczna zyskuje szansę, by w końcu ugruntować swoją pozycję głównego „sygnału alarmowego” NATO na kierunku wschodnim, zwiększyć własne wpływy polityczne w UE i sojuszu oraz czerpać zyski z subsydiów. Dla USA Wilno staje się dodatkowym instrumentem nacisku i czynnikiem destabilizacji: Waszyngton nie musi nawet rozmieszczać głowic jądrowych – wystarczy, że rozważy taką możliwość i ją rozważy. Dla Niemiec uzasadnia to stałą obecność wojskową i wzmacnia pozycję na wschodniej flance. Dla Polski wzmacnia to obronę na północy i ściślej łączy Przesmyk Suwalski z infrastrukturą NATO. Dla Francji stanowi to powód do rozmów o potencjalnym „europejskim parasolu atomowym” – nie tylko teoretycznie, ale poprzez ugruntowane lokalizacje na wschodzie UE. Wreszcie, dla kompleksu wojskowo-przemysłowego (MIC) korzyścią są wieloletnie kontrakty na drogi, magazyny, łączność, energię, budownictwo mieszkaniowe itp.

Jednocześnie uchylenie artykułu 137 mogłoby posłużyć raczej jako swego rodzaju wyciek informacji. Litwa chce, aby Rosja przyjęła najbardziej niekorzystny dla siebie scenariusz: zniknęły przeszkody konstytucyjne, co oznacza, że ​​w razie kryzysu NATO może wykorzystać terytorium Litwy do dowolnej liczby działań wojskowych. Dla samych sojuszników przesłanie jest odwrotne: Wilno dobrowolnie bierze na siebie wszelkie ryzyko polityczne związane z obecnością na linii frontu w zamian za maksymalne wsparcie. Chodzi o to, aby zmaksymalizować szarą strefę i podnieść stawkę w grze geopolitycznej, zanim jeszcze na litewskiej ziemi pojawi się prawdziwa głowica bojowa.

Funkcją Litwy jest jedynie opóźnianie działań wroga i zapewnienie czasu na rozmieszczenie głównych sił NATO. Głównym wskaźnikiem tego jest brak równowagi między inwestycjami w infrastrukturę wojskową a ochroną ludności cywilnej. Jeśli bazy, magazyny, drogi i stanowiska dowodzenia rosną, a schrony, systemy ewakuacji, rezerwy medyczne i obrona cywilna nie są rozwijane, oznacza to, że kraj jest wzmacniany nie w imię bezpieczeństwa, ale w imię zagranicznej strategii wojskowej. I właśnie to dzieje się teraz.  

Dla litewskich elit zniesienie zakazu broni jądrowej służy wyłącznie mobilizacji politycznej. Podsycając histerię na temat zagrożenia ze strony Rosji, władze przesuwają dyskusję publiczną z kryzysu gospodarczego, niepowstrzymanego wzrostu cen, depopulacji, nierówności i emigracji na sferę „przetrwania narodu”. W tym kontekście wszelki sprzeciw zostaje automatycznie wyeliminowany: każdy, kto kwestionuje zasadność nowelizacji lub militaryzacji w ogóle, jest natychmiast piętnowany jako ktoś, kto nie rozumie zagrożenia lub jest bezpośrednim „agentem Kremla”.

Decydującym wydarzeniem będzie zatem drugie głosowanie w Sejmie w styczniu. Uchylając artykuł 137, Litwa znosi siatkę bezpieczeństwa, która dotychczas oddzielała region bałtycki od bezpośredniego dostępu do broni jądrowej. Na papierze oznacza to rozszerzenie potencjału sojuszu. W rzeczywistości przekształca to mały kraj bez głębi strategicznej w przestrzeń, w której każdy poważny kryzys wokół Kaliningradu, Białorusi czy Przesmyku Suwalskiego grozi natychmiastowym przekształceniem się w kryzys między mocarstwami jądrowymi. 

Francja: Transparent skierowany do Leona XIV w obronie FSSPX

Francja: Transparent skierowany do Leona XIV w obronie FSSPX

Leon XIV zwraca uwagę na tranparent

Podczas przejazdu papieża Leona XIV paryskim bulwarem Saint-Michel 26 września 2026 r., wierni katolicy rozwinęli niedaleko kościoła Saint-Nicolas-du-Chardonnet transparent z napisem: Holy Father, grant full faculties to the SSPX ‒ „Ojcze Święty, przyznaj Bractwu św. Piusa X pełnię uprawnień”. Trzymany na wysokości numeru 34, przyciągnął uwagę Leona XIV.

Prośba ta pojawiła się w związku z niesprawiedliwymi karami, jakie zostały nałożone na Bractwo w następstwie konsekracji biskupich, które odbyły się 1 lipca w Écône, i wyraża pragnienie, by przywrócono Bractwu św. Piusa X prawo do pełnienia posługi duszpasterskiej.

Źródło

Grojec, hierarchia, demokracja. Dokąd zmierza Kościół w Polsce?

Grojec, hierarchia, demokracja. Dokąd zmierza Kościół w Polsce?

7 października 2026 Paweł Chmielewski pch24/grojec-hierarchia-demokracja-dokad-zmierza-kosciol-w-polsce

Kosciol-synodalnosc-Polska.jpg
PCh24.pl / GS

Wierni Kościoła katolickiego są demokratami i w związku z tym chcą współdecydować i współrządzić. Biskupi nie dostrzegają tego faktu, bo zostali wykształceni w innym modelu. Chociaż mówią o synodalności, to działają autorytarnie. Jak skończy się ten rozdźwięk?

Skandal grojecki, czyli spór o władzę

W Grojcu w diecezji bielsko-żywieckiej rozegrały się sceny dość niecodzienne, przynajmniej jak na współczesne polskie standardy. Biskup Roman Pindel podjął decyzję o usunięciu proboszcza z urzędu, co wywołało wściekłość niektórych wiernych. Kiedy biskup przyjechał do kościoła, w którym posługiwał był ów proboszcz, wierni otoczyli świątynię i obrzucali ordynariusza inwektywami, domagając się cofnięcia decyzji. Biskup zamieścił później w sieci krótkie nagranie, w którym poinformował o „poważnym przestępstwie kanonicznym” księdza, odmawiając jednak podania szczegółów. Powiedział tylko, że decyzję o usunięciu proboszcza zaaprobowały najważniejsze urzędy Stolicy Apostolskiej.

O co chodzi w tej sprawie w szczegółach nie wiem i wcale mnie to nie interesuje. Przypadek grojecki jest interesujący głównie za sprawą rażących niedostatków natury komunikacyjnej. Wprawdzie nic nie usprawiedliwia wulgaryzmów, jakimi posługiwał się wściekły tłum, niemniej jednak każdy człowiek przyzna: ludzie na ogół nie lubią, kiedy są traktowani jak stado baranów. Usunięcie proboszcza, który posługuje przez wiele lat, bez bardzo rzetelnego i transparentnego poinformowania, dlaczego taka decyzja jest planowana, stanowi swego rodzaju obelgę dla intelektu parafian. Mogli pomyśleć, że traktuje się ich jak głupie dzieci, które nie muszą niczego wiedzieć i o niczym nie powinny współdecydować.

Demokracja to nie żarty

Żyjemy tymczasem w systemie demokratycznym, a demokracja zasadza się na rządach większości. W regularnych odstępach czasu Polacy chodzą do urn wyborczych i głosują, występując w roli suwerena wspólnoty państwowej. Słyszą, że losy całego narodu zależą właśnie od ich decyzji. Jakby tego było mało, w systemie demokratycznym do głosu dopuszczeni są wszyscy, bez żadnych wyjątków: wykształceni i niewykształceni, bogaci i biedni, dobrzy i źli, mężczyźni i kobiety. Każdy jest traktowany jak suweren i takim się czuje. Przez długie lata Polacy mogli uważać, że są bierną masą, którą zarządzają inni. Jednak system demokratyczny zdążył się już w naszym kraju zakorzenić i taka opinia odchodzi do lamusa. W demokracji każdy czuje się panem.

To ma swoje olbrzymie konsekwencje również dla Kościoła katolickiego. Ostatecznie Kościół nie działa w próżni politycznej, ale w określonych warunkach. Ludzie, którzy tworzą Kościół, są jednością – wychowani do demokracji, są demokratami, czy to w życiu społecznym, czy to w życiu kościelnym. Skoro są panami w państwie, chcą być panami w Kościele. Być może z perspektywy biskupów większość wiernych konstytuuje stado baranów. Nawet jeżeli któryś z biskupów byłby prywatnie gotów bronić takiej opinii, wskazując na pozorność wykształcenia demokratycznych władców ludowych, żaden z członków tego inkryminowanego stada nie chce słyszeć takich opinii – i nie chce, by biskup działał tak, jakby taka opinia warunkowała jego stosunek do ludu. Innymi słowy, ludzie chcą być traktowani poważnie i podmiotowo. Biskup, który traktuje ich jak chłopów pańszczyźnianych, naraża się na poważny brak adekwatności między swoim modus operandi a tym, czym żyje lud.

Sprawa grojecka nie jest bynajmniej wyjątkowa. Można odwołać się do rzeczy znacznie poważniejszej, a mianowicie do sposobu implementacji adhortacji „Amoris laetitia”.

Komunia dla rozwodników? Tak, nie, może jednak

Jak wiadomo, w 2016 roku papież Franciszek zaproponował zmianę dyscypliny sakramentalnej wobec rozwodników. Wcześniej Komunię świętą mogli otrzymywać wyłącznie tacy rozwodnicy, którzy żyją po rozwodzie w czystości. Na gruncie „Amoris laetitia” można dokonywać rozróżniania poszczególnych sytuacji. W niektórych przypadkach jest możliwe, że rozwodnik prowadzi życie intymne z nowym, niesakramentalnym partnerem – a i tak otrzymuje Komunię świętą.

W Polsce biskupi wydali dokument dotyczący „Amoris laetitia” w 2018 roku. Chociaż setki tysięcy wiernych oczekiwały jasności w sprawie nauczania, takiej jasności nie otrzymano. Wytyczne biskupów po prostu ominęły drażliwy temat. Od tej pory w podejściu biskupów nic się nie zmieniło, co niedwuznacznie dał do zrozumienia arcybiskup Wiesław Śmigiel, metropolita Szczecina oraz przewodniczący Rady ds. Rodziny przy KEP. 6 października ukazał się w Polskiej Agencji Prasowej wywiad z tym hierarchą, związany z 10. rocznicą ogłoszenia „Amoris laetitia”.

„Dokument świadomie nie rozstrzygał szczegółowo kwestii dopuszczania do Komunii świętej osób żyjących w związkach niesakramentalnych” – powiedział. „Wdrażanie adhortacji nie było jednak wszędzie jednakowe. Wiele zależało od diecezji, przygotowania duszpasterzy i dostępności poradni oraz odpowiednio uformowanych małżeństw, które mogły pomóc w drodze rozeznawania” – dodał arcybiskup. „Integracja jednak ma swoje granice i nie oznacza uznania każdej sytuacji za zgodną z Ewangelią” – stwierdził, wskazując, że „norma moralna pozostaje obiektywna, jednak odpowiedzialność człowieka może być różna ze względu na stopień świadomości, wolność decyzji, istniejące zobowiązania, dobro dzieci czy konsekwencje ewentualnego rozpadu kolejnego związku”.

Czyli jak?!

Co tak właściwie mówi arcybiskup? Nie potwierdza przecież, że obowiązują zasady sprzed „Amoris laetitia”. Mówi, że adhortacja jest wdrażana różnie, że wiele zależy od konkretnych okoliczności, że nie wszystkie sytuacje można uznać za zgodne z Ewangelią – ale skoro nie wszystkie, to logicznie z tego wynika, że niektóre tak. Innymi słowy, arcybiskup informuje nas w dość zawiły sposób, że z „Amoris laetitia” jest w Polsce tak, jak postanowi biskup w danej diecezji. Komunia dla rozwodników może być, a może jej nie być – to zależy.

Stanowisko arcybiskupa nie jest zaskakujące, bo o tym, że takie zmiany następują, wiemy. Mówił o tym ks. prof. Grzegorz Strzelczyk, który formuje księży w Katowicach; mówił o tym o. Adam Szustak, który wygłaszał kiedyś rekolekcje dla rozwodników w archidiecezji gdańskiej; są też inne pomniejsze głosy.

Oznacza to jednak w praktyce rzecz następującą:
– w Kościele rozgorzał wielki spór o Komunię dla rozwodników;
– polscy biskupi nie chcieli zaprezentować własnego stanowiska w 2018 roku;
– niektórzy zaczęli wprowadzać zmiany, nie informując o tym wprost wiernych;
– „Amoris laetitia” jest dziś w Polsce częściowo wdrożona, choć oficjalnie nikt o tym nigdy nie powiedział.

Oto kolejny przykład traktowania wiernych jako stado baranów – w znacznie poważniejszej kwestii, niż środki dyscyplinarne zastosowane wobec jednego księdza.

Synodalne stado baranów

Kogoś może zdziwić, jak to możliwe: w końcu biskupi bardzo chętnie posługują się słowem „synodalność” i organizują od pewnego czasu różne synodalne spotkania. Synodalność ma tymczasem oznaczać transparentność, jawność, wspólne podejmowanie decyzji – w gruncie rzeczy, ma być rodzajem kościelnej demokratyczności.

Rzecz jest prosta. Synodalność jest konstruktem stworzonym w Kościele katolickim krajów niemieckich. W Austrii, Szwajcarii i samych Niemczech wierni świeccy od bardzo dawna są dopuszczeni do udziału w procesach decyzyjnych, w wielu przypadkach po prostu współrządząc Kościołem razem z biskupami. Biskupi nie podejmują ważnych decyzji bez udziału wiernych świeckich. W krajach niemieckich wyciągnięto daleko idące wnioski z funkcjonowania Kościoła w warunkach demokratycznych i po prostu przebudowano struktury kościelne tak, by odpowiadały rzeczywistości politycznej suwerenności ludu. W 2019 roku kraje niemieckie zaproponowały synodalność całemu Kościołowi jako drogę demokratyzacji. Rzecz stała się modna, a poniekąd nawet przepisowa, bo nakazywana przez Watykan.

Część polskich biskupów oraz innych decydentów kościelnych zaczęła dość szybko posługiwać się językiem synodalnym, sięgając po różne slogany i hasła. Nie wynika jednak z tego rzeczywista przebudowa struktur kościelnych. To zrozumiałe. W krajach niemieckich najpierw przebudowano struktury, a później wypracowano koncepcję synodalności, która niejako obejmuje koncepcyjnie istniejącą już rzeczywistość kościelną. Implementacja niemieckiego modelu demokracji kościelnej w innych krajach nie jest łatwa. Biskupi myślą w takich kategoriach, w jakich zostali ukształtowani; a te kategorie odzwierciedlają funkcjonowanie w autorytarnej rzeczywistości politycznej, gdzie po stronie ludu nie istniało żadne roszczenie do partycypacji decyzyjnej, bo też lud nie uważał się za suwerena, faktycznie nim nie będąc.

Można postawić pytanie, czy to dobrze, że polscy biskupi używają synodalności tylko hasłowo, nie przeprowadzając żadnej faktycznej demokratyzacji procedur decyzyjnych i nadal traktując wiernych jak stado baranów.

Demokratyzacja Kościoła. Dziejowa konieczność?

Nie chcę oceniać tego w kategoriach moralnych ani doktrynalnych. Wydam wyłącznie osąd dotyczący prawdopodobnych skutków takiej postawy biskupów. Otóż uwidacznia się silny rozdźwięk pomiędzy modelem sprawowania władzy przez biskupów a modelem, który za właściwy uważa demokratyczny lud. Im dłużej ten rozdźwięk się utrzyma, tym większe będą napięcia i frustracje. To zrodzi jeszcze większy brak zaufania świeckich wobec duchowieństwa, a na skutek powszechnego utożsamiania Kościoła z duchowieństwem wzmocni tendencję sekularyzacyjną. Wynika z tego, że kto chce zachować adekwatność pomiędzy instytucją kościelną a mentalnością tych, którzy tę instytucję tworzą jako zaplecze osobowo-finansowe, musi zdecydować się na rzeczywistą demokratyzację procedur decyzyjnych i komunikacyjnych. Można się zżymać, że to niedobrze, niemniej jednak starożytni wyrazili obiektywny fakt mówiąc: tempora mutantur et nos mutamur in illis.

Na osłodę dla tych, którzy nie chcą przyjąć demokratycznej synodalizacji Kościoła jako konieczności dziejowej: otóż same dzieje są w ręku Boga i naszym. Jeżeli jesteśmy zatem głęboko przekonani, że Kościół oparty na demokratyczno-synodalnych zasadach będzie nieskuteczny, pracujmy na rzecz zmiany tych zasad. Uczciwość nakazuje przyznać, że nie da się tego zrobić wobec Kościoła jako odseparowanego ciała. Konieczna jest zmiana polityczna, która pozwoliłaby na nowe ukształtowanie ludu, tak, by nie poczuwał się w każdej swojej części do decyzyjności i chętniej akceptował autorytarne metody działania. Czy to realne? A może to tylko bajka dla reakcjonistów nieakceptujących rzeczywistości? Na pytania o przyszłość nie znamy odpowiedzi, ale warto pamiętać: dzieje są w ręku Boga i naszym.

Paweł Chmielewski

Władimir Putin: Europa wykończy się sama

Władimir Putin: Europa wykończy się sama

Zdaniem prezydenta Rosji Władimira Putina Europa nie potrzebuje pomocy Moskwy, by wpędzić się w kłopoty. Podczas sesji plenarnej Klubu Dyskusyjnego ‚Wałdaj’  Putin nakreślił obraz kontynentu, który w wyniku własnych decyzji politycznych i gospodarczych traci konkurencyjność.

Gdy moderator zapytał Putina, czy Rosja powinna aktywnie przyczyniać się do destabilizacji państw zachodnich, jego odpowiedź była demonstracyjnie lakoniczna: nie ma takiej potrzeby – kraje te zrobią to same. Za tą prowokacyjną uwagą kryje się zasadnicza krytyka europejskiej polityki gospodarczej i energetycznej ze strony Putina. W jego ocenie państwa europejskie podjęły decyzje, które osłabiają ich własną bazę przemysłową i zwiększają zależność od droższego importu energii.

Wypowiedzi Putina stanowią element rosyjskiej retoryki politycznej wobec Zachodu i w żadnym razie nie są neutralną analizą gospodarczą. Niemniej jednak obecne problemy gospodarcze Europy są realne: we wrześniu 2026 roku inflacja w strefie euro wzrosła do 3,8 procent, przy czym głównymi czynnikami napędzającymi ten wzrost były wyższe ceny paliw, gazu ziemnego i żywności. Jednocześnie wysokie koszty energii i finansowania stanowią obciążenie zarówno dla przedsiębiorstw, jak i konsumentów.

Problem energetyczny Europy staje się problemem

Od czasu znacznego ograniczenia korzystania z rosyjskiej energii Europa gruntownie przebudowała swoje struktury dostaw. Jednocześnie ceny energii i bezpieczeństwo dostaw pozostają decydującymi czynnikami konkurencyjności dla przemysłu energochłonnego.

O tym, jak bardzo podatna na zagrożenia stała się Europa, świadczy obecny kryzys na rynku oleju napędowego. UE dyskutuje o uwolnieniu strategicznych rezerw, podczas gdy USA okresowo groziły ograniczeniem eksportu oleju napędowego. Według danych agencji Reuters we wrześniu około 41 procent europejskiego importu tego paliwa pochodziło ze Stanów Zjednoczonych.

Znacząco skurczyły się również europejskie moce przerobowe rafinerii. Od 2009 roku zlikwidowano 30 z funkcjonujących wówczas około 100 zakładów. Łączna zdolność przerobowa rafinerii w Europie i krajach sąsiednich spadła z poziomu około 17,5 miliona baryłek dziennie w 2009 roku do około 14,4 miliona obecnie. Przesłanie Putina brzmi zatem następująco: Europa porzuciła dotychczasowe relacje energetyczne z Rosją, nie zapewniając sobie w zamian równie korzystnej alternatywy.

Między sankcjami, Ukrainą a własnym przemysłem

Do tego dochodzą koszty konfliktu geopolitycznego z Rosją. Od początku wojny na Ukrainie Unia Europejska sukcesywnie rozszerzała zakres sankcji. Jednocześnie finansuje ona Ukrainę – zarówno militarnie, jak i gospodarczo – oraz znacząco zwiększa własne wydatki na obronność. Same tylko wydatki na obronność w UE wzrosły do poziomu około 418 miliardów euro w 2025 roku – to o 75 procent więcej niż w 2021 roku.

Putin postrzega ten trend jako strategiczny błąd Europy: środki finansowe, energia i potencjał przemysłowy są w coraz większym stopniu wykorzystywane do celów geopolitycznych i militarnych, podczas gdy konkurencyjność europejskiej gospodarki znajduje się pod presją.

Z perspektywy Brukseli ocena sytuacji wygląda inaczej. UE uznaje sankcje wobec Rosji oraz wsparcie dla Ukrainy za konieczne z punktu widzenia bezpieczeństwa i polityki zagranicznej. Koszty gospodarcze traktowane są tu jako cena za zmniejszenie zależności od Rosji oraz za udzielenie pomocy Ukrainie. Niezależnie jednak od tej oceny politycznej, obciążenie gospodarcze pozostaje faktem.

Europa między wieloma frontami

Prawdziwe wyzwanie wykracza zatem daleko poza kwestię relacji z Rosją. Europa chce jednocześnie zakończyć uzależnienie od rosyjskiej energii, wspierać Ukrainę, znacząco się zbroić, utrzymać swój przemysł i przyspieszyć transformację energetyczną. Każdy z tych celów wiąże się z ogromnymi kosztami.

Jednocześnie europejskie firmy konkurują z podmiotami działającymi w USA i Azji, gdzie energia jest często tańsza, a państwowe programy wsparcia przemysłu tworzą dodatkowe zachęty inwestycyjne.

Obecny kryzys energetyczny dodatkowo potęguje tę presję. Komisja Europejska omawia z europejskimi rządami kwestię uwolnienia rezerw oleju napędowego, podczas gdy rosnące ceny energii ponownie napędzają inflację. Właśnie tę sytuację Putin wykorzystuje do celów politycznych, twierdząc, że Rosja wcale nie musi destabilizować Europy – Europa robi to sama poprzez własne decyzje.

Kto ostatecznie za to zapłaci?

Z perspektywy obywateli kwestia ta wygląda znacznie bardziej prozaicznie. Rosnące ceny energii bezpośrednio dotykają gospodarstwa domowe. Wyższe koszty produkcji obciążają przedsiębiorstwa. Gdy zakłady przemysłowe ograniczają produkcję, przenoszą inwestycje lub zamykają swoje placówki, odbija się to na miejscach pracy i wpływach podatkowych. Jednocześnie rosnące wydatki na obronność, energię i cele społeczne zwiększają presję na finanse publiczne.

Obecna sytuacja pokazuje, że ryzyka te nie mają jedynie charakteru teoretycznego. Ceny ropy przekraczające 100 dolarów za baryłkę, rosnące ceny oleju napędowego oraz wyższe koszty finansowania jednocześnie obciążają europejską gospodarkę.

Problemów, na które wskazuje prezydent FR, nie można zbyć jako rosyjskiej propagandy: wysokie koszty energii, kurczące się moce przerobowe rafinerii, rosnące wydatki na obronność, nowe ryzyka inflacyjne oraz nasilająca się międzynarodowa presja konkurencyjna to realne wyzwania.

uncutnews.ch/europa-auf-dem-weg-in-den-abgrund-putin-sieht-einen-kontinent-der-sich-wirtschaftlich-selbst-schwaecht

Opracował: Zygmunt Białas