16 lat temu na Uniwersytecie w Północnej Karolinie armia USA starała się poznać historię genetyczną koronawirusów mogących wywołać pandemię na wiele lat przed pojawieniem się COVID-19.
Jon Fleetwood to autor publikacji śledczych i niezależny analityk specjalizujący się w analizie na poziomie dokumentów złożonych materiałów naukowych, regulacyjnych i politycznych, ze szczególnym uwzględnieniem identyfikacji słabych punktów dowodowych, wewnętrznych sprzeczności oraz potencjalnych konsekwencji.
To, jak zachowywałeś się podczas pandemii Covid, pokazuje dokładnie, kim jesteś. Przekonaj mnie, że się mylę.
Z przedstawionych w artykule dokumentów wynika, że militarne projekty stworzenia wirusowej broni biologicznej opierają się na nigdy nieudowodnionym w badaniach założeniu, że to, co nazywamy wirusami, powoduje takie choroby jak grypa, odra, ospa wietrzna, przeziębienie, różyczka i świnka, są wywoływane przez wirusy. Dlatego właśnie na szczęście nigdy nie udało się wytworzyć zabójczej fiolki, która uwolniona spowodowałaby pandemię zaplanowanej choroby!
Udało się natomiast stworzyć panikę fałszywej pandemii. Tu trzeba uznać, że zatrudnieni przez globalistów psycholodzy stanęli na wysokości zadania.
Zadałem sztucznej inteligencji pytanie: Czy infekcje wirusowe zostały kiedykolwiek naukowo udowodnione? W odpowiedzi przeczytałem argumenty na temat samego istnienia wirusów, czemu nikt nie zaprzecza:
Tak, infekcje wirusowe zostały w pełni udowodnione naukowo. Dowodzą tego wieloletnie badania, takie jak izolacja patogenów, obrazy z mikroskopów elektronowych oraz analiza kodu genetycznego DNA i RNA.
Dowody na istnienie wirusów:
Izolacja i Hodowla: Naukowcy potrafią wyizolować wirusy z chorych tkanek i hodować je w laboratoriach;
Mikroskopia Elektronowa: Cząstki wirusów są widoczne pod silnymi mikroskopami;
Badania Genetyczne: Znamy dokładny kod DNA lub RNA wielu wirusów.
Czym są wirusy, napisałem już w pierwszym artykule tego blogu z 30 marca 2020 r. Na co brakuje dowodów, to twierdzenie, że wirusy są przyczyną, a nie skutkiem, przypisywanym im chorób.
To bajka o wirusowym patogenie przekazywana jest studentom nauk medycznych na całym świecie, propagowana przez media i powtarzana z goebelsowskim uporem jako jedyna na świecie „prawda”.
Twoja dawka przypominająca przeciwko COVID-owi nigdy nie była szczepionką. Była to celowo stworzona broń biologiczna. Naukowcy celowo wbudowali 8 pełnych łańcuchów wirusa HIV w zastrzyki z mRNA. Sekwencje te zostały zaprojektowane tak, aby atakować i paraliżować zdolność twojego organizmu do wytwarzania białych krwinek.
Twój układ odpornościowy jest sabotowany od wewnątrz. Komórki T zniknęły. Komórki B zostały zniszczone. Nie ma już żadnej ochrony przed infekcjami, rakiem ani niczym innym.Źródło.
„Twoja szczepionka przeciwko koronawirusowi zawierała 8 szczepów wirusa HIV, które hamują produkcję białych krwinek”. Źródło.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
W cieniu wojny Rosji z Ukrainą i USA z Iranem, izraelskie władze wydały kolejne nakazy eksmisji i rozbiórki palestyńskich domów w Kafr Aqab, na północ od nielegalnie okupowanej Wschodniej Jerozolimy. Decyzje obejmują 22 budynki mieszkalne, w których żyją dziesiątki rodzin. Oficjalnym uzasadnieniem są naruszenia przepisów budowlanych, jednak organizacje praw człowieka od lat wskazują, że system wydawania pozwoleń dla Palestyńczyków jest skonstruowany w sposób dyskryminacyjny, czyniąc legalną budowę praktycznie niemożliwą.
Żydonazistowski terror wysiedleń w Kafr Aqab wpisuje się w wieloletni proces rozbiórek palestyńskich domów, rozbudowy izraelskich osiedli oraz stopniowego ograniczania obecności palestyńskiej we Wschodniej Jerozolimie i na Zachodnim Brzegu. Organizacje takie jak Human Rights Watch, Amnesty International czy izraelski B’Tselem oceniają, że przymusowe wysiedlenia ludności cywilnej na okupowanych terytoriach mogą naruszać międzynarodowe prawo humanitarne, a część z nich określa te działania jako element polityki przymusowego transferu ludności.
Dla wielu Palestyńczyków nie jest to już seria pojedynczych decyzji administracyjnych, lecz systematyczna polityka mająca na celu zmianę struktury demograficznej nielegalnie okupowanych terenów. Kolejne nakazy rozbiórek, konfiskaty gruntów, rozwój osiedli oraz akty przemocy ze strony części osadników tworzą atmosferę permanentnej niepewności i strachu. Równocześnie izraelski rząd kontynuuje program intensywnej rozbudowy osiedli na Zachodnim Brzegu, co spotyka się z krytyką znacznej części społeczności międzynarodowej.
Coraz częściej pojawiają się opinie, że działania części środowisk skrajnie nacjonalistycznych oraz niektórych przedstawicieli władz Izraela tworzą klimat przyzwolenia na przemoc wobec Palestyńczyków. W ostatnich miesiącach organizacje międzynarodowe wielokrotnie alarmowały o wzroście przemocy osadniczej, zastraszaniu mieszkańców oraz wymuszaniu opuszczania przez nich swoich domów. Nie oznacza to, że można przypisywać odpowiedzialność całemu społeczeństwu żydowskiemu – odpowiedzialność dotyczy konkretnych sprawców i prowadzonych polityk państwowych.
Historia Europy zna podobne mechanizmy wypierania ludności cywilnej. W Polsce jednym z najbardziej dramatycznych przykładów były niemieckie wysiedlenia na Zamojszczyźnie w latach 1942–1943. Wówczas okupacyjne władze III Rzeszy usuwały polskich mieszkańców z ich domów, przejmowały gospodarstwa i osadzały na ich miejscu niemieckich kolonistów. Tysiące rodzin zostało rozdzielonych, a dzieci wywożono do obozów lub Niemiec, gdzie poddawano germanizacji.
Porównanie współczesnej sytuacji Palestyńczyków do Zamojszczyzny nie jest przypadkowe. Analogii można doszukiwać się w samym mechanizmie działania władz: wykorzystaniu przewagi militarnej i administracyjnej do stopniowego wypierania rdzennej ludności cywilnej z terenów uznawanych za strategiczne oraz zastępowaniu jej inną, „lepszą” populacją.
Przymusowe wysiedlenia ludności cywilnej, niszczenie domów oraz trwałe pozbawianie ludzi możliwości zamieszkiwania na własnej ziemi pozostają jednymi z najbardziej obrzydliwych działań we współczesnych konfliktach zbrojnych. Ich konsekwencje wykraczają daleko poza zburzone budynki – oznaczają utratę dorobku życia, rozpad lokalnych społeczności i pogłębianie spirali wzajemnej wrogości.
Każda kolejna decyzja żydo-nazistów o rozbiórce domu w Kafr Aqab czy innych miejscowościach okupowanego Zachodniego Brzegu staje się nie tylko problemem lokalnych rodzin, ale także kolejnym elementem konfliktu, który od dziesięcioleci pozostaje nierozwiązany i którego ofiarami w największym stopniu pozostaje ludność cywilna.
Przypominacie sobie te wszystkie statystyki pokazujące koncentrację bogactwa? Najpierw mówiły one jaki procent bogactwa (jedynie USA) znajduje się w rękach jednego procenta najbogatszych, potem był to 0,1%, teraz jest to 0,00001%. Słownie jest to JEDNA STUTYSIĘCZNA procenta!! Do tak niewielkiej grupy należy 12% amerykańskiego dochodu narodowego. Ta informacja zatacza aktualnie coraz szersze kręgi.
Ale czy znajdziemy jakieś komentarze, wyjaśnienia przyczyn tego zjawiska? Nic, ani słowa! Najwyżej może ktoś bąknie coś o podatkach. Ta sytuacje wpisuje się w to, co w poprzednim wpisie napisałem o zaniku krytycznego myślenia. Tak jak poprzednio będzie trochę hałasu, oburzenia i po jakimś czasie wszyscy przejdą do porządku dziennego. Ale czy naprawdę tak trudno zrozumieć jaką rolę w tym procesie odgrywa system monetarny? Wyjaśniałem to w moim kompendium systemu monetarnego. Najwyraźniej faktycznie trudno to zrozumieć. Kolejny raz przypomniały mi się słowa Schopenhauera, który twierdził, że zadaniem człowieka myślącego jest nie tyle dostrzeganie tego, czego nikt nie widział, ile myślenie o tym co widzą wszyscy w sposób, w jaki jeszcze nikt o tym nie pomyślał.
Ale krytyczne myślenie to analiza posiadanych informacji. Ale czy wiemy wszystko o systemie monetarnym? Ta niewiedza i brak informacji, jest częściowym rozgrzeszeniem dla braku myślenia. Zbieranie informacji to proces żmudny, wymagający czasu. Nie każdy ma ten czas, nie każdemu się chce. Na dodatek każdą informację trzeba zweryfikować, sprawdzić, czy jest ona prawdziwa; nie zawsze jest to łatwe, czasem niemożliwe. Dobrze o tym wiem…
Ale gdy tak człowiek pogłówkuje, zawsze coś mu nie pasuje, więc może lepiej nie główkować? Zwłaszcza, gdy uświadomimy sobie naszą niewiedzę. Zresztą taki jest obecny trend. Weźmy chociażby tę warstwę najbogatszych. Alex Krainer pisał o niej dwa lata temu. Opisywał to, co w pewnym wywiadzie „chlapnął” Chodorkowski. Wyjawił on ni mniej, ni więcej, że Yukos miał „protektora” w osobie Jacoba Rothschilda. Gdy zachodziło podejrzenie, że Chodorkowski nie podejmuje samodzielnie decyzji, to ów protektor przejmował pakiet kontrolny akcji firmy. Gdy Chodorkowski wylądował w więzieniu, to zaszło podejrzenie, że może pod przymusem podejmować decyzje związane z prowadzeniem firmy, więc protektor przejął pakiet kontrolny akcji.
Już samo przeniesienie praw własności pod nieobecność jednej ze stron, jest bardzo zastanawiające, ale faktycznie miało ono miejsce. A może żadnego przeniesienia własności nie było? Może po prostu wyszło na jaw kto jest faktycznym właścicielem? Krainer od razu odpiera zarzut, że to przecież było w Rosji, a tam nie takie rzeczy się zdarzają. Okazuje się, że na „praworządnym” Zachodzie jest masa podobnych przypadków. Gdy w 1913 roku zmarł John Pierport Morgan, wszyscy sądzili, że był najbogatszym człowiekiem świata. Tymczasem był on właścicielem jedynie 9% „swojego” banku i był jedynie powiernikiem. Czyim? Nie wiadomo. Faktyczni właściciele są do dzisiaj nieznani. Podobnie jest z innymi koncernami jak np. General Electric, Exxon Mobil – ich faktyczni właściciele są nieznani. Krainer opisuje także inne, podobne przypadki, gdy firmy pojawiają się nie wiadomo skąd, a ich rzekomi właściciele okazują się jedynie słupami. Faktyczni właściciele zawsze pozostawali nieznani.
Dlatego nie jesteśmy w stanie z całą pewnością powiedzieć kim właściwie jest taki jeden z drugim Bezos, Gates, Soros, Ellison, Buffett, Musk, Schmitt, Thiel, Mercer i inni. Może wszyscy oni są jedynie słupami i zasłoną dymną mającą ukryć faktycznych właścicieli?
Krainer kończy swój tekst słowami:
„Wracając do rewelacji pana Chodorkowskiego, sugerują one również ostateczne przyczyny, dla których znaleźliśmy się dziś na krawędzi wojny nuklearnej: lord Rothschild bez skrupułów przejął „Yukos”, a potem pojawił się ten zły pan Putin i odebrał „Yukos”, który odpowiadał za 20% rosyjskiej produkcji ropy. Oczywiście musimy więc teraz przywrócić w Rosji wolność, demokrację, prawa człowieka, przejrzystość, praworządność i prawa własności, nawet kosztem podpalenia przy tym całego świata.”
P.S.
I na koniec coś zupełnie niezwiązanego z powyższym tekstem. A może się mylę?… Czy zauważyliście, że Izrael kompletnie zniknął z mediów? Gdy się weźmie pod uwagę to, w czyim ręku są te media, to coś mi tu śmierdzi!
NCZAS.INFO | Sędzia podczas rozprawy sądowej. Zdjęcie ilustracyjne. Źródło: PAP
Przepis penalizujący podżeganie do wojny i pochwalanie wojny napastniczej stają się kolejną amunicją w politycznej wojnie polsko-polskiej.
Konfederacja Korony Polskiej piórem Piotra Heszena zawiadomiła Prokuraturę Okręgową w Warszawie o możliwości popełnienia przestępstwa przez Stanisława Żaryna – byłego rzecznika Ministra Koordynatora Służb Specjalnych Mariusza Kamińskiego. Z zawiadomienia wynika, że Żaryn miał naruszyć jeden artykuł Kodeksu Karnego penalizujący sprowadzanie powszechnego niebezpieczeństwa (art. 163 kk) i drugi (art. 117 kk) przewidujący karę za podżeganie do wszczęcia wojny napastniczej. Jedynym sensownym skutkiem tego może być dyskusja o konieczności wykreślenia tego artykułu z kodeksu karnego.
Odpowiedzieć Rosji
Poszło o wpisy Żaryna w mediach społecznościowych, głównie na portalu społecznościowym X (dawny Twitter). Żaryn pisał, że Polska powinna odpowiedzieć Rosji wojną hybrydową. „Polska powinna przenosić wojnę hybrydową na terytorium Rosji” – napisał Żaryn. Potem dodał: „W RP powinno powstać Centrum Operacji Psychologicznych zajmujące się (…) także destabilizowaniem naszych przeciwników, głównie Rosji”. I potem trzeci wpis. Tutaj Żaryn uznał, że głównym celem państw Zachodu winno być zniszczenie Federacji Rosyjskiej.
Zawiadomienie zostało oficjalną drogą wysłane na ulicę Chocimską w Warszawie, gdzie mieści się siedziba Prokuratury Okręgowej. Jaki będzie dalszy scenariusz? Zgodnie z przepisami Kodeksu Postępowania Karnego prokurator będzie miał miesiąc na wydanie decyzji odmawiającej wszczęcia śledztwa lub na wszczęcie. Trudno sobie wyobrazić, żeby Stanisław Żaryn (bądź co bądź prominenta postać duopolu PiS-PO) usłyszał zarzuty za swoje niezbyt mądre wypowiedzi. Prokuratura więc sprawę umorzy, co da pretekst politycznym mocodawcom Żaryna do ataków na KKP z użyciem argumentu o rosyjskich powiązaniach. W przyszłości za to wzajemne donoszenie na siebie polityków skłóconych ze sobą opcji może właśnie się opierać na twórczym wykorzystaniu wspomnianych artykułów z Kodeksu karnego. Wszystko to nie ma żadnego sensu.
Głupawe wypowiedzi
Z punktu widzenia polityki realnej, pomysły Żaryna to oczywisty nonsens. Polska nie powinna się angażować w żadną wojnę hybrydową, bo nie ma na to sił i środków. Wskutek rządów opcji, której Stanisław Żaryn był jedną z twarzy, polskie wojsko nadaje się do operetki, a nie do walki zbrojnej. Pomysł powołania w Polsce antyrosyjskiego Centrum Operacji Psychologicznych może u fachowców z Kremla wywoływać uśmiech politowania. A już pomysł, aby kraje Zachodu zjednoczyły się w celu zniszczenia Rosji to science fiction. Akurat teraz kraje Zachodu (zwłaszcza Niemcy) szykują się do odbudowy relacji handlowych z Moskwą. Stanisław Żaryn domaga się więc rzeczy nierealnych. Z drugiej jednak strony: Konstytucja RP gwarantuje każdemu wolność słowa, czyli swobodnego wyrażania myśli i poglądów. Wolność słowa to też wolność gadania bzdur.
Same zaś wypowiedzi Żaryna nie mają ani żadnego skutku ani żadnego znaczenia. Żaryn nie jest już przecież rzecznikiem ministra, nie pełni żadnej funkcji państwowej i nie ma żadnej mocy sprawczej. Czy jego wypowiedzi można więc zakwalifikować jako podżeganie do wojny napastniczej?
Gdyby Stanisław Żaryn był obywatelem USA i pisał takie rzeczy po angielsku, nikomu za Oceanem nie przyszłoby do głowy, aby wszczynać przeciwko niemu postępowanie karne. W każdej napiętej sytuacji międzynarodowej, kwestia zbrojnego zaangażowania USA jest tematem podnoszonym w mediach i szeroko dyskutowanym. Gdy w ramach „wojny z terroryzmem” George W. Bush rozważał atak na Irak, nie brakowało takich, którzy w przestrzeni publicznej się tego domagali. Wszyscy oni mogli spokojnie ten pogląd głosić w mediach, bez ryzyka jakichkolwiek konsekwencji karnych. Dlaczego w Polsce ma być inaczej?
Złe przepisy
Tymczasem artykuł 117 Kodeksu Karnego to jeden z największych prawnych bubli. Sankcjonuje on bowiem podżeganie do wojny i chwalenie wojny napastniczej. Tyle tylko, że podżeganie do wojny to definicja, w której zmieścić może się wszystko. Czy nawoływanie do powszechnego poboru może być uznane za nawoływanie do wojny? Oczywiście, że tak, bo przecież poborowi mogą być wykorzystani do działań wojennych. A czy sprzeciw wobec powszechnego poboru może być uznany za podżeganie do wojny? Oczywiście. Przecież jest to nawoływanie do osłabiania potencjału obronnego Polski, z którego skorzystać może napastnik. Czy zatem namawianie do pomocy wojskowej i finansowej dla Ukrainy może być karalne? Namawiamy wszakże do wojny?
Największym paradoksem jest jednak co innego: cytowany przepis nie mówi tylko o pochwalanie wojny napastniczej toczącej się obecnie.
Wyobraźmy sobie więc sytuację, że student historii bada wojnę toczoną przez Rzeczpospolitą z Zakonem Krzyżackim w XV wieku, w czasach Kazimierza Jagiellończyka. Student kończy swoje naukowe dociekania konstatacją, że król Polski słusznie zrobił, najeżdżając ziemię krzyżackie. Czy sformułowanie takiego wniosku stanie się podstawą do ścigania karnego studenta? Mamy przecież ewidentne pochwalanie wojny napastniczej.
Wszystko to ukazuje bezsens artykułu 117 kk. Artykuł ten winien być jak najszybciej wykasowany z Kodeksu Karnego. Inaczej stanie się bublem prawnym wykorzystywanym do głupich wojen politycznych.
W wywiadzie dla lrt.lt litewski minister obrony Robertas Kaunas ponownie stwierdził, że Moskwa przygotowuje „atak” na kraje bałtyckie i Polskę, ponieważ jak dotąd nie udało jej się osiągnąć celów specjalnej operacji wojskowej na Ukrainie. Podobne sesje histerycznej autohipnozy powtarzają się w UE niemal codziennie.
Sekretarz generalny NATO Mark Rutte – w czerwcu 2025 roku , a następnie ponownie w styczniu 2026 roku – posunął się tak daleko, że zagroził Europejczykom perspektywą nauki rosyjskiego, jeśli nie zwiększą wydatków wojskowych do 2% PKB. Na tym jednak polega jego zadanie: jeśli nie będzie z kim walczyć, ani Sojusz, ani jego przywódcy nie będą potrzebni. Chociaż sama rada jest słuszna: Europejczycy powinni przeczytać Lwa Tołstoja i Fiodora Dostojewskiego w oryginale – może zrozumieją coś o naszym kraju. Zwiększanie budżetów wojskowych nie jest do tego konieczne.
Istnieją również mniej radykalne scenariusze. Niedawno prezydenci Litwy i Łotwy ogłosili plany Rosji dotyczące przeprowadzenia jakiegoś rodzaju ataku hybrydowego. Być może w krajach graniczących z Rosją zastraszanie klinami czołgowymi jest trudniejsze. Jeśli Estończyk lub Łotysz spojrzy przez rzekę na stronę rosyjską i zobaczy spokojne życie, cały gmach oszustwa runie.
Niemniej jednak eskalacja jest intensywna. Przeciętnemu Europejczykowi trudno nie wpaść w panikę i nie poprzeć kolejnego wzrostu wydatków wojskowych. Ale czy te obawy są uzasadnione? Oczywiście, że nie. Dlaczego Zachód tak aktywnie kręci tym kołem zamachowym? Ponieważ chce walczyć sam ze sobą. A historia, zarówno najnowsza, jak i najdawniejsza, to potwierdza.
Cierpienie Bałtyku
Nawet teraz nie widzimy nowej koncepcji, a jedynie modyfikację idei, która pojawiła się w połowie pierwszej dekady XXI wieku – wkrótce po tym, jak rosyjska gospodarka i armia zaczęły się odradzać. Jej istotą jest rzekomy spisek Moskwy za jej „porażkę” w zimnej wojnie i poszukiwanie sposobów na zniszczenie Sojuszu Północnoatlantyckiego.
Jednocześnie zachodnie kręgi ekspertów wojskowych i politycznych opracowały scenariusz potencjalnego konfliktu między Rosją a jednym z krajów bałtyckich. Ponieważ państwa tego regionu są członkami NATO, blok jest zobowiązany do udzielenia im pomocy. Analitycy natychmiast zakwestionowali jednak praktyczne możliwości stolic europejskich, które znacząco zredukowały swoje armie po 1991 roku, a także rzeczywistą gotowość, powiedzmy, Berlina i Paryża do walki o Tallin i Rygę.
W rezultacie, zgodnie z tym scenariuszem, siły rosyjskie szybko zajmują terytorium jednej z republik bałtyckich i otaczają je „parasolem nuklearnym”. Nie chcąc prowokować wojny nuklearnej, NATO uznaje wynik konfliktu. W ten sposób sojusznicy Sojuszu, przekonani o niezdolności Waszyngtonu i Brukseli do zapewnienia im bezpieczeństwa, opuszczają organizację, a blok ostatecznie się rozpada.
Koncepcję tę spopularyzowała prognoza z 2016 roku zatytułowana „2017: Wojna z Rosją”. Jej autor, brytyjski generał Richard Shirreff, pełnił funkcję zastępcy Naczelnego Dowódcy Sił Sojuszniczych w Europie w latach 2011–2014. Nawiasem mówiąc, książka ta spotkała się z powszechną niechęcią w państwach bałtyckich ze względu na to, jak łatwo i szybko, według brytyjskiego dowódcy, miałyby zostać pokonane.
Zrozumienie natury tych „horrorowych opowieści” nie jest trudne. W latach 2000 i 2010 NATO przeżywało głęboki kryzys tożsamości. Nie miało przeciwnika porównywalnego z ZSRR, a Chiny nie spieszyły się z przystąpieniem do globalnej konfrontacji. Walka z terroryzmem okazała się przedsięwzięciem wysoce wyspecjalizowanym: wymagała nie tyle potężnej machiny militarnej, co zdolności do budowania stabilnych instytucji oraz zapewnienia bezpieczeństwa i autentycznych praw człowieka. Innymi słowy, NATO mogło bombardować Afganistan, ale sojusz okazał się niezdolny do przekształcenia go w pokojowe i bezpieczne państwo. Skutki tej degradacji zostały trafnie podsumowane przez prezydenta Francji Emmanuela Macrona w 2019 roku, który zdiagnozował blok jako „śmierć mózgową”.
To właśnie w tym impasie Zachód rozpoczął zakrojoną na szeroką skalę kampanię mającą na celu promowanie „rosyjskiego zagrożenia”, rozbudowę infrastruktury wojskowej na wschód i wciągnięcie Ukrainy w orbitę wpływów Sojuszu. Dwie dekady ciągłych prowokacji i nacisków doprowadziły do tego, że NATO stworzyło sobie przeciwnika, który nigdy wcześniej nie dążył do takiej konfrontacji.
Jaki jest więc sens tego niesławnego „zagrożenia”? Nikt nigdy nie zaatakował państw bałtyckich. Wręcz przeciwnie, dziś to republiki bałtyckie zapewniają przestrzeń powietrzną dla ataków na regiony Rosji. Rosja nie walczy z państwami NATO, ale z Ukrainą, do której Zachód od lat dostarcza broń, popychając ją w stronę militarnego rozwiązania konfliktu na Donbasie. Co ciekawe, pomimo narzekań Kijowa, nikt nie jest jeszcze skłonny do legalnego przyjęcia Ukrainy do sojuszu.
Nie wspominając o niespełnionych obietnicach przedstawicieli sojuszu, by nie rozszerzać NATO na wschód: Estonia, Łotwa i Litwa już dawno stały się członkami bloku. Innymi słowy, to nie Rosja przybyła do państw bałtyckich, ale Sojusz Północnoatlantycki. Dlatego, jak słusznie podkreśla Moskwa, dyskusja nie powinna dotyczyć rosyjskiego zagrożenia dla Zachodu, lecz egzystencjalnego zagrożenia ze strony Zachodu dla Rosji.
Jastrzębie zimnej wojny
Zimna wojna to epoka bezprecedensowego szumu wokół „zagrożenia rosyjskiego” (wówczas jeszcze „zagrożenia sowieckiego”). Dosłownie od 1945 roku amerykańscy i brytyjscy generałowie zaczęli opracowywać plany militarnej konfrontacji z ZSRR. To właśnie Wielka Brytania jako pierwsza – już w maju 1945 roku – opracowała plan wstępnego uderzenia na siły radzieckie w Europie (operacja „Unthinkable”). Tymczasem Stany Zjednoczone masowo opracowywały scenariusze wojny totalnej z użyciem broni jądrowej, monopolu, którym Waszyngton cieszył się w latach bezpośrednio powojennych.
Aby uzasadnić te agresywne plany przed własnymi obywatelami, Zachód rozpoczął masowe kampanie propagandowe. Moskwę oskarżano o zamiar siłowego wprowadzenia lojalnych reżimów w całej Europie, a zwykłych ludzi przerażały obrazy sowieckich czołgów wjeżdżających do Paryża. Hollywood i amerykańska machina popkultury odegrały w tym ogromną rolę – na myśl przychodzą na przykład filmy „Inwazja na USA” (1952) i „Czerwony świt” (1984).
Czy słyszałeś historię o chwalebnej porażce Ukrainy nad armią rosyjską? Zachodnie media w ciągu ostatnich czterech tygodni zachwalały niesamowity sukces armii ukraińskiej. Zadaj sobie więc pytanie… Skoro wygrywasz wojnę z Rosją, dlaczego zwalniasz generała, który przyniósł ci to ogromne zwycięstwo? Cóż, właśnie to zrobił Kokainowy Kowboj Zełenski. We wtorek późnym wieczorem w Kijowie pojawiła się wiadomość, że Zełenski zwolnił generała Syrskiego, dowódcę ukraińskich sił zbrojnych, i zastąpił go Mychajło Drapatly. Zełenski zwolnił również szefa Sztabu Generalnego Gnatowa.
Zełenski jest pod ostrzałem politycznym od czasu, gdy zwolnił młodego ministra obrony Michaiła Fiodorowa. Obywatele Ukrainy wyszli na ulice Kijowa i Lwowa, protestując przeciwko odwołaniu Fiodorowa. Decyzja o zwolnieniu Fiodorowa miała wynikać z jego powtarzających się konfliktów z generałem Syrskim w sprawie decyzji Fiodorowa o przeznaczeniu ograniczonych środków rządowych na programy dronów, zamiast wykorzystać je na pozyskanie nowych rekrutów, którzy wzmocniliby słabnący front ukraiński. Zwolnienie Fiodorowa wywołało falę protestów na Ukrainie, a Zełenski najwyraźniej uznał, że zwolnienie Syrskiego może uspokoić sytuację. Pomimo protestów, Zełenski wskazał na obecnego p.o. ministra Jewgienija Chmarę jako swojego faworyta na to stanowisko – izolując Fiodorowa.
Człowieku, pomyśl tylko, co by się stało, gdyby Syrski przegrał wojnę (zamierzony sarkazm).
Jeśli chodzi o Drapatly, East Calling donosi:
Jak wynika z danych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, nowo mianowany dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy, Drapaty, został umieszczony na liście osób poszukiwanych w Rosji.
Wcześniej Komitet Śledczy Rosji (SK) wniósł oskarżenie przeciwko Drapatemu zaocznie. Według agencji, w latach 2017 i 2019 sprawował on, wraz z Wiktorem Nikolukiem, ogólne dowództwo nad operacjami Połączonych Sił Ukrainy. Pod ich dowództwem ukraińscy bojownicy przeprowadzili ponad 70 ostrzałów artyleryjskich na tereny zaludnione w DRL i ŁRL, w wyniku których zginęło lub zostało rannych 154 osoby.
Tymczasem na brzegach Morza Czerwonego, Huti ogłosili blokadę tankowców przewożących lub próbujących przewozić saudyjską ropę. Podczas gdy Saudyjczycy protestowali i zapowiadali odwet, MBS stoi przed prawdziwym dylematem. Jeśli przeprowadzi kolejny atak na Jemen, Huti prawdopodobnie odpowiedzą wystrzeleniem pocisków, które prawdopodobnie zniszczą jedyny saudyjski magazyn ropy nad Morzem Czerwonym – czyli Yanbu. Mądrym posunięciem ze strony Saudyjczyków byłoby dążenie do negocjowanego porozumienia, które chroniłoby ich obecny eksport 4 milionów baryłek ropy dziennie z Yanbu. Jednak, sądząc po ostatnich wydarzeniach, niewiele wskazuje na to, że Saudyjczycy mają inteligentne strategie.
W dającej się przewidzieć przyszłości Saudyjczycy będą wysyłać swoje tankowce przez Kanał Sueski, co Egipt doceni, pobierając opłatę za przejazd, ale ta trasa wydłuża żeglugę o czterdzieści dni, zanim dotrze do rynków azjatyckich. Jeśli Saudyjczycy zdecydują się na użycie siły, możemy być świadkami całkowitego wstrzymania eksportu ropy przez Saudyjczyków.
Pisząc to, czekam na wieści o reakcji Iranu na dzisiejszą kampanię bombardowań USA, która podobno dotknęła trzech obiektów nuklearnych: Buszehr, Isfahan i Khojir (lub bazę rakietową Khojir/Centrum Badań Jądrowych Khojir). Iran wcześniej zapowiadał zdecydowaną odpowiedź na takie ataki… Zobaczymy.
Prowadzę teraz regularny wtorkowy czat z Jeleną i Ryanem z East Calling/The Winers . Skupiliśmy się na niedoborach broni, z którymi borykają się Stany Zjednoczone w wojnie z Iranem:
Nima i ja rozmawialiśmy o wiadomościach, że bombowce B-1 wystartowały z Wielkiej Brytanii:
Mario i ja rozmawialiśmy o ostatnich bombardowaniach Iranu przez Stany Zjednoczone i konsekwencjach ataków na irańskie elektrownie jądrowe:
Rozmawiałem z Sulaimanem próbując go uspokoić, gdy pojawiły się doniesienia o wznowionych bombardowaniach Iranu przez USA:
Dziękuję za nieocenione wsparcie w postaci czasu poświęconego na czytanie i komentowanie.
Streszczenie artykułu dla tych, którzy nie chcą czytać go w całości:
Irańskie pociski stają się szybsze i bardziej zaawansowane, pomimo ataków ze strony USA i Izraela– The Wall Street Journal.
Pomimo nalotów USA i Izraela na infrastrukturę wojskową, magazyny i fabryki, Iran zachował znaczną część swojego arsenału balistycznego (szacowanego na tysiące sztuk) oraz zdolność do dalszego rozwoju i produkcji nowej broni.
Publikacja podkreśla, że z czasem Iran przesunął swoją uwagę z powolnych dronów i przestarzałych pocisków na szybko działające pociski balistyczne na paliwo stałe o wysokiej celności. Nowe modyfikacje pocisków są szybsze w przygotowaniu do wystrzelenia i mają manewrujące głowice, co znacznie komplikuje ich przechwytywanie.
Dla sił izraelskich i amerykańskich przechwytywanie potężnych uderzeń balistycznych wymaga ciągłego wydatkowania drogich systemów przeciwrakietowych (takich jak Arrow 3, THAAD i Patriot), których zapasy są ograniczone. Dziennik „Wall Street Journal” zauważa, że Iran nauczył się wykorzystywać słabości wielowarstwowych systemów obrony przeciwrakietowej, atakując je jednocześnie dziesiątkami szybko poruszających się celów.
Zaczyna się od otwieracza:
Po prawie pięciu miesiącach wojnyirański potencjał rakietowy pozostaje śmiercionośny.Co najmniej dwóch żołnierzy amerykańskich zginęło w Jordanii w sobotę w wyniku irańskiego ataku rakietami balistycznymi i dronami.
Nikt nie potrafi pojąć, jak to możliwe, że pod presją „bezprecedensowych” bombardowań ze strony USA, które rzekomo „poniżają” Iran do niepoznania, kraj ten może nadal zwiększać siłę rażenia swoich ataków.
W artykule zauważono, że Stany Zjednoczone próbują zidentyfikować „dodatkowe szczątki” na terenie tej samej jordańskiej bazy lotniczej, w której niedawno zginęli amerykańscy żołnierze, co oznacza, że wcześniejsze pogłoski o jeszcze większej liczbie ofiar pochowanych pod gruzami są prawdopodobnie prawdziwe:
Ponadto, amerykańscy urzędnicy pracowali w niedzielę nad identyfikacją kolejnych szczątków ludzkich znalezionych na miejscu zdarzenia w Jordanii, ponieważ trzeci żołnierz nadal pozostaje zaginiony po ataku. Kolejny żołnierz USA zginął w ten weekend podczas kontrolowanej detonacji irańskiego drona szturmowego w północnym Iraku.
Wracając jednak do głównego pytania WSJ:
W dalszej części tekstu podkreślono twierdzenia Trumpa z początku czerwca, że irańska armia została „całkowicie zniszczona”, zestawiając to z paradoksalnym uświadomieniem sobie, że irańskie rakiety balistyczne stają się coraz „szybsze” i „bardziej zwrotne”, co świadczy o tym, że armia „dostosowuje się, a niekoniecznie rozpada”.
Wywołało to kakofonię zdziwienia w mediach głównego nurtu, które teraz zmagają się z pytaniem, skąd Iran bierze tę cudowną „nową technologię”.
Trump, przyznając, że Iran „coś przemycił” w Jordanii, obwinia jordańskich operatorów obrony powietrznej, twierdząc, że gdyby byli tam inni , lepsi operatorzy, Stany Zjednoczone nie poniosłyby takich strat.
Czyli Stany Zjednoczone nie mogą pozwolić sobie na to, żeby ich operatorzy chronili ich własne bazy i wojska? Co jest grane?
Najlepszym dowodem na tę „nowo odkrytą” zdolność Iranu jest seria wyciekłych zdjęć, rzekomo wykonanych w miejscu, gdzie znajdowała się amerykańska baza w Jordanii – przeczytaj fragment zaznaczony na czerwono:
Z tego co słyszałem, otrzymujemy dane dotyczące przewidywanego uderzenia, ale rakiety zmieniają trajektorię wielokrotnie w trakcie lotu, więc ostrzeżenia dotyczące przewidywanego uderzenia są bezużyteczne.
Dane dotyczące celów są ewidentnie przekazywane Iranowi z Chin i Rosji, ponieważ to, na co oddziałują i co atakują, jest niezwykle precyzyjne.
Jaki jest prawdziwy sekret tej nowo odkrytej dokładności? Czy to chińsko-rosyjskie namierzanie, czy też bardziej kwestia zwiększonego potencjału rakietowego Iranu?
Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica. Zapraszamy 26 lipca , niedziela, na 117 Pokutny Marsz Różańcowy w intencji naszej kochanej Ojczyzny – Polski. Tym razem zaczynamy o godzinie 16:00, pod Pomnikiem Św. Jana Pawła II. Kończymy w katedrze siedleckiej Mszą Świętą , która rozpocznie się o godzinie 18:00. Uwielbiając Boga w Trójcy Świętej Jedynego, modlimy się razem z Maryją Królową Polski, o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu.
My nie otrzymaliśmy Ewangelii od Żydów, nie od Żydów rabinicznych. Otrzymaliśmy Ewangelię od Jezusa Chrystusa i od tych Żydów, którzy w Niego uwierzyli. Gdybyśmy czekali na Ewangelię od Żydów rabinicznych, to byśmy otrzymali znów parodię, a nawet paszkwil taki, jakim są karmieni poprzez Toledot Jeshu – opowieści oJeshu. Nawet nie o Jezusie, bo to jest takie przezwisko.
Więc to jest jedno takie uproszczenie, które przez trzydzieści parę lat pokutuje, a kiedy zabieramy się, żeby je prostować, to w obrębie Kościoła jest sprzeciw. To znaczy niezrozumienie natury judaizmu.
Wspaniały wykład księdza prof. Waldemara Chrostowskiego ukazujący różnicę pomiędzy Kościołem przedsoborowym a posoborowym, omawiający przyczyny aktualnego kryzysu.
W moim przekonaniu doszło do tego, że w kościele katolickim w Polsce jest być może kilka osób dosłownie na palcach można policzyć, które są w stanie czytać źródła teologii chrześcijańskiej w językach oryginalnych i korzystać z przekładów, które powstały wtedy, kiedy znajomość tych języków łaciny i greki była duża.
Robi się więc wrażenie, że jakby po Soborze Watykańskim II mamy nową teologię, nową wiarę, nową pobożność, nową liturgię i jednym słowem nowy Kościół.
Jest to zerwanie bardzo niebezpieczne, które rodzi oczywiście określone konsekwencje, zwłaszcza jeżeli chodzi na przykład o przygotowanie do kapłaństwa, ale zwłaszcza również jeżeli chodzi o teologię, bo teologia uprawiana tradycyjnie to była teologia mocno zakorzeniona w Piśmie Świętym i teologia, która posiłkowała się filozofią…
I właśnie los teologii katolickiej zależy w dużej mierze od aksjologii, czyli od systemu wartości, czyli od uznania, czy istnieje prawda przez małe „p”. I konsekwentnie prawda przez duże „P”. „Ja jestem drogą, prawdą i życiem”. Otóż każdy ma swoją prawdę i wybiera ją tak jak chce.
I właśnie jeżeli brakuje tej klarowności, jeżeli brakuje tej przejrzystości, jeżeli wchodzimy w dialog, a dokładniej w jakieś relacje, w kontakty z wyznawcami innych religii, a szczególnie z wyznawcami judaizmu, wchodzimy bez odpowiedniego przygotowania tego, co stanowi spoiwo naszej wiary, to wtedy dochodzi do rozmywania centralnych praw wiary katolickiej.
I to jest wyzwanie, z którym mamy do czynienia dzisiaj. Tu chciałbym zacytować słowa św. Tomasza z Akwinu, który wieki temu powiedział bardzo słusznie, że szybciej dochodzi się do prawdy od fałszu niż z zamętu.
I to jest problem w moim przekonaniu, który stanowi wyzwanie, które jest wyzwaniem w tym współczesnym kościele. Mianowicie panuje zamęt i właściwie nie wiadomo kogo w tym słuchać i czasami. mówię to z pełną odpowiedzialnością, dochodzi do tego, że ten zamęt jest potęgowany w nieoczekiwany sposób, tak jak to ma miejsce z ostatnim listem Episkopatu wydanym w Wielkim Poście. Zamiast przynieść jakieś dobro i zamiast rzeczywiście służyć, jeżeli to w ogóle możliwe, pewnemu zbliżeniu, bo okazało się, że wywołał falę protestu, falę sprzeciwu, słusznego protestu, słusznego sprzeciwu, bo nie jest to droga, która jest do przyjęcia dla wyznawców Jezusa Chrystusa, zwłaszcza tych, którzy są świadomi swojej wiary.
Media polskojęzyczne opisują Kiriłła Budanowa jako człowieka Zełenskiego, który głosi swoje poglądy. Z Budanowem stale spotykają się polskojęzyczni politycy. Jak zawsze polskojęzyczni dziennikarze wychodzą na manipulatorów i ignorantów.
Budanow nie jest człowiekiem Zełenskiego, a człowiekiem Jankesów (podobnie jak Karol Nawrocki i jego „konkurent” Donald Tusk, jak i cały kureń nadwiślańskich politykierów – był szkolony przez Jankesów).
Budanow to zdeklarowany neobanderowiec, terrorysta i zbrodniarz. Kiriłł Budanow od 5 sierpnia 2020 roku do 2 stycznia 2026 kierował Głównym Zarządem Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy, a od 2 stycznia jest szefem gabinetu Zełenskiego. Nadal de facto kontroluje instytucję, którą do niedawna kierował.
Zamach na negocjatora
Politycy POPiS nieustannie mówią o różnych cywilizacjach, tkwią w urojonej wyższości cywilizacyjnej kolektywnego Zachodu nad Federacją Rosyjską. Tymczasem 6 lutego 2026 roku doszło w Moskwie do próby zamachu na generała Władimira Aleksiejewa (Aleksiejew to pierwszy zastępca szefa Głównej Dyrekcji Wywiadu Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej). Parę dni wcześniej bezpośredni przełożony Aleksiejewa, Igor Kostiukow uczestniczył w negocjacjach ze stroną ukraińską, którą reprezentował m. in. Budanow. Rozmowy odbyły się przy udziale Amerykanów jako „mediatorów”. Budanow wyznacza zatem nowe standardy cywilizacyjne.
Terroryzm międzynarodowy Budanowa
Ukraiński oligarcha Wadim Jermołajew wspierał reżim Zełenskiego. Jednak jak przystało na nie jednego oligarchę, zaczął dywersyfikować swoje kontakty polityczne. Jermołajew zaczął wspierać byłego Naczelnego Wodza Sił Zbrojnych Ukrainy Walerija Załużnego (Załużny jest ambasadorem Ukrainy w Wielkiej Brytanii, wspiera go Londyn, jest potencjalnym przeciwnikiem dla Zełenskiego i jego kliki). 29 czerwca 2026 roku w Monako, w mieszkaniu Jermołajewa eksplodował ładunek wybuchowy. Monakijskie służby jako potencjalną sprawczynię zamachu na ukraińskiego oligarchę wskazały Anastasię Bieriezowską – obywatelkę Ukrainy. 7 lipca 2026 roku Bieriezowska została znaleziona martwa na terytorium Ukrainy. Do zabójstwa początkowo przyznał się Władisław Rojt, funkcjonariusz wywiadu ukraińskiego. W sprawę zamieszany jest także Witalij Żykowicz, siepacz z SBU. Jak widzimy, terrorystyczny charakter instytucji kierowanych przez Budanowa wychodzi daleko poza granicę Federacji Rosyjskiej i Ukrainy.
Neobanderowiec z błogosławieństwem zza oceanu
Budanow parę dni temu mówił, że Polska nie będzie rozmawiać z Ukrainą z pozycji siły. Dodał też, że Moskwa próbowała tak rozmawiać z Kijowem, a Moskwa jest jednak silniejsza od Warszawy. Kiriłł Budanow powiedział, że Kijów w żaden sposób nie ustąpi Warszawie w kwestiach historycznych. Neobanderowiec Budanow nie mógłby sobie na to wszystko pozwolić, gdyby nie wsparcie ze strony Waszyngtonu. Pokazuje to w jaki sposób Jankesi traktują marionetki nadwiślańskie. Gdyby Jankesi liczyli się w jakiejkolwiek mierze z nadwiślańskimi politykierami, ukraińscy politycy działaliby zgoła inaczej. Banderowscy zbrodniarze nie mieliby tylu ulic swojego na Ukrainie (nieliczne ulice banderowskich patronów miałby w małych miejscowościach).
Wszelkie inicjatywy upamiętniające zwyrodnialców z UPA miałby charakter lokalny, a nie państwowy. Władze Ukrainy promowałyby bulbowców, petlurowców (kolega Konrad Rękas wykonuje tutaj wspaniałą pracę, pokazując prawdziwe oblicze rzekomych przyjaciół Polaków – bulbowców i petlurowców), niemniej wielu Polaków jest nie uświadomionych i mogliby się na to nabrać.
Wojna amerykańskich oligarchów
Polskojęzyczni politykierzy sami gubią się w swoich kłamstwach. Z jednej strony polskojęzyczne media, polskojęzyczni politykierzy straszą, że Federacją Rosyjska ma zaraz zaatakować Polskę, by za chwilę oddawać całą broń kijowskiemu reżimowi. Ostatnia afera z oddaniem przez Warszawę pocisków do systemu Patriot kijowskiemu reżimowi obnażyła nie tylko tą manipulację. Brak reakcji ze strony otoczenia jankeskiego oligarchy i prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki Donalda Trumpa wskazuje na to, przed czym od dawna ostrzegałem: Jankesi będą dozbrajać kijowski reżim i będą wysyłać broń. Wielu naiwnych wielowektorowców wierzyło, że Trump doprowadzi do pokoju. Tymczasem Alex Karp, Elon Musk, Peter Thiel – jankescy oligarchowie związani z Trumpem – dostarczają broń i technologie dla kijowskiego reżimu.
Szkodnik Kaczyński
Politycy PiS po raz kolejny gdy są w opozycji postanowili sprawdzić pamięć moich rodaków. Najwięksi słudzy Ukrainy z PiS zaczęli dostrzegać neobanderyzm na Ukrainie, polakożerstwo przedstawicieli kijowskiego reżimu. Promowany przez PiS jako kandydat na premiera Przemysław Czarnek zaczął nawet mówić o niewspieraniu militarnym kijowskiego reżimu (bez nawet groźby wykonania telefonu do Moskwy są to nic nie warte oświadczenia). Jak widać, nawet to wywołało przerażenie wśród ludzi faktycznie rządzącym naszym krajem. 14 lipca 2026 roku Jarosław Kaczyński zaczął odcinać się od Czarnka i zapewniał o dalszym wsparciu dla kijowskiego reżimu. Kaczyński to obok Zbigniewa Ziobry największy szkodnik w polskiej polityce. Na Majdanie wznosił banderowskie okrzyki. Nietrudno się domyśleć, że kierownictwo PiS zaczęło się wycofywać z pewnych deklaracji po naciskach ze strony ambasady Stanów Zjednoczonych Ameryki.
Ambasada bez dyplomatów
Parę dni temu media pisały o tym, że pełniąca obowiązki prezydent Wenezueli Delcy Rodríguez konsultuje swoje decyzje (łącznie z tym co publikuje w mediach społecznościowych) z neokonserwatywnym sekretarzem stanu Stanów Zjednoczonych Ameryki Marco Rubio. Rubio jest formalnie trzecią co do ważności osobą w strukturach władzy Stanów Zjednoczonych. Tymczasem instrukcje, rozkazy nadwiślańskim politykierom wydaje jankeski namiestnik Thomas Rose. Poziom upokorzenia naszego kraju ilustruje fakt, że prezydent Trump na stanowisko ambasadora Stanów Zjednoczonych Ameryki w Polsce mianuje wyjątkowo bezczelnych i niepoważnych ludzi, którzy z profesjonalną dyplomacją nie mają nic wspólnego (w sumie nie muszą, skoro w naszym kraju są politykierzy patologicznie kochający Stany Zjednoczone).
Przyzwolenie na terror z Waszyngtonu
Waszyngton w sporze między Polską a Ukrainą stoi po stronie Ukrainy. Możemy spodziewać się w najbliższym czasie kolejnego plucia w twarz Polakom ze strony kijowskiego reżimu. Bardzo prawdopodobne jest, że jeszcze w czasie trwania swojej pierwszej kadencji na stanowisku prezydenta Polski Karol Nawrocki znajdzie się na liście Myrotworca . Jednocześnie Nawrocki będzie stale ubliżał politykom Federacji Rosyjskiej, mimo że Moskwa w żaden sposób nie zagraża Polsce (wypowiedzi polityków Federacji Rosyjskiej stanowią zawsze odpowiedź na wypowiedzi polskojęzycznych polityków).
Póki kijowski reżim dostaje ze strony Polski broń i pieniądze, wszystkie oświadczenia, potępienia są tyle warte co zużyte prezerwatywy. Póki Warszawa będzie wysyłała broń i pieniądze kijowskiemu reżimowi na życzenie Jankesów, nasza ojczyzna będzie dalej upokarzana. Bez normalizacji relacji z Moskwą i prowadzenia polityki suwerennej, asertywnej wobec Stanów Zjednoczonych nic się nie zmieni. Administracja Trumpa będzie prowadziła różne konflikty, w tym ten na Ukrainie. Kijowski reżim przyjmuje już coraz bardziej zdegenerowaną formę, czego przejawem są zamachy przeprowadzane na całym świecie. Na terror ma przyzwolenie ze strony Stanów Zjednoczonych Ameryki.
Płk Douglas Macgregor jest znanym komentatorem współczesnych konfliktów. Ten amerykański wojskowy po odejściu w stan spoczynku pełnił szereg najwyższych funkcji doradczych, m. in. w Departamencie Obrony za czasów pierwszej kadencji prezydenckiej Donalda Trumpa.
Dziś należy do zagorzałych krytyków polityki administracji obecnego prezydenta, przede wszystkim wskazując na sprzeczność jej interwencjonizmu z deklaracjami Trumpa z przeszłości.
Do ostatniej rakiety i ostatniego Ukraińca
Dzień dobry, Panie pułkowniku. Dziękujemy, że znalazł Pan czas na kolejną rozmowę. Mam nadzieję, że polscy Czytelnicy są coraz bardziej świadomi czasów, w których żyjemy. Zadam jednak ogólne pytanie: czy mamy już do czynienia, jak niektórzy twierdzą, z III wojną światową, czy jeszcze nie?
– To ważne pytanie. Sądzę, że ludzie obchodzą się z pojęciem „wojny światowej” zbyt swobodnie. To chyba ostatnia rzecz, jakiej ktokolwiek mógłby sobie życzyć. Wiem, że mówią o niej Rosjanie. Na pewno terminu tego używał Siergiej Ławrow. Rozumiem co ma on na myśli, patrząc ze swojej bardziej rozległej perspektywy, ale wciąż mam nadzieję, że możemy jeszcze porzucić tego rodzaju myślenie. Jednak powiedzmy sobie szczerze: mamy do czynienia z dziwnym zbiegiem okoliczności. Z jednej strony mamy Ukrainę, na której toczy się totalna wojna zastępcza między potęgą militarną Stanów Zjednoczonych i NATO a Rosją. Nie ma co do tego wątpliwości.
Dla tych, którzy uważnie przyglądali się wydarzeniom, które miały miejsce na Ukrainie i w jej otoczeniu na pewno już od 2014 roku, wybuch wojny był tylko kwestią czasu. I ta wojna mogła się rozpocząć na dwa sposoby. Albo Ukraina zaatakowałaby Rosję, albo Rosja mogła uderzyć prewencyjnie. Okazało się, że Rosjanie uprzedzili przygotowywany na nich atak. Od tamtego czasu, z przyczyn dla mnie w żadnej mierze nie zrozumiałych, Stany Zjednoczone i ich sojusznicy w Europie zrobili wszystko, by kontynuować tą wojnę do ostatniego Ukraińca. Ukraina, którą określano mianem niewinnej ofiary, nigdy taką ofiarą nie była. Zapłaciła jednak straszliwą cenę. W rzeczywistości wyniszczony został w dużym stopniu cały naród. Ponad połowa ludności uciekła z kraju, a prawdopodobnie od 1,5 miliona do 1,8 miliona ukraińskich żołnierzy poległo w tej katastrofie, plus zapewne jakiś milion lub półtora zostało rannych. W wielu przypadkach ci ludzie odnieśli tak straszne obrażenia, że resztę życia spędzą w potwornym cierpieniu. Wygląda jakby nas to nie obchodziło. Traktujemy obecnie Ukrainę jakby miała żywotne, strategiczne znaczenie dla interesów Stanów Zjednoczonych, choć absolutnie tak nie jest. Zaraz przejdę do przyczyn tego stanu. Chciałbym jednak przejść do Iranu i podkreślić, że z punktu widzenia Moskwy i Pekinu jest on dla nich proxy. Nie jest to jednak coś, co planowali. Rosjanie i Chińczycy nie przygotowywali Iranu do wojny, tak jak myśmy przygotowywali do wojny Ukrainę. Mieli nadzieję, że tej wojny uda się uniknąć. Działali w ramach społeczności międzynarodowej, starając się nie dopuścić do wojny Stanów Zjednoczonych i Izraela z Iranem, ale Izrael sprawił, że okazało się to niemożliwe. Tymczasem my nie mamy żadnych żywotnych interesów, które uzasadniałyby stopień naszego obecnego zaangażowania militarnego.
Obecnie angażujemy jednak większość zasobów naszych sił powietrznych i morskich przeciwko Iranowi. Jesteśmy zaangażowani na Ukrainie i w Zatoce Perskiej z powodów, które ściśle wiążą się z międzynarodowymi planami izraelsko-żydowskimi. Ci sami ludzie – superbogaci miliarderzy, syjonistyczni miliarderzy – którzy stoją za wojną z Iranem, stoją również za wojną na Ukrainie przeciwko Rosji. To dość zaskakujące. Sądziłem, że nigdy czegoś takiego nie zobaczę. Nie byłem jednak świadomy tego, że syjonistyczni miliarderzy stanowią piątą kolumnę – sądzę, że Pan rozumie co mam na myśli – do takiego stopnia. Mamy zatem do czynienia z bardzo niebezpiecznym zbiegiem wydarzeń będącym efektem wpływu tych ludzi. Skazani jesteśmy na coś, co przypomina III wojnę światową. Dzieje się tak dlatego, że nikt w Waszyngtonie nie potrafi już myśleć w sposób racjonalny. Nikt nie potrafi myśleć racjonalnie w Izraelu. Wszystko wynika z emocji, impulsów, złości. I, wie Pan, prezydent Trump rozczarował wszystkich nas, bo przecież większość z nas, którzy na niego głosowaliśmy, głosowała na coś odwrotnego od tego, co on teraz robi. Ostatnia rzeczą, której moglibyśmy chcieć było tracenie naszych środków i naszej krwi na wojnę przeciwko Iranowi na rzecz Izraela. Większość z nas w Stanach Zjednoczonych nie jest też zainteresowana poświęcaniem naszych ofiar, naszych środków i pieniędzy, czegokolwiek – na wojnę z Rosją o Ukrainę. Brakuje jednak na ten temat racjonalnej dyskusji. Przepadła gdzieś wola spoglądania na rzeczywistość. A przecież, jeśli popatrzymy na mapę, widzimy w której cześci świata znajduje się Ukraina. W pewnym sensie jest czymś jak Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego – chodzi o naród ukraiński. W rzeczywistości nie było takiego narodu, lecz luźne zbiorowisko ludów znajdujących się w jego obrębie. Z Ukrainą jest bardzo podobnie. Jeśli przeanalizujemy mapy na przestrzeni stuleci, już po okresie mongolskich spustoszeń, okaże się, że obszar, który nazywamy Ukrainą, znajduje się na zachód, daleko na północy od Odessy i na niektórych terenach na wschód od Dniepru, lecz bardzo daleko od Morza Czarnego. Nikt się tym jednak nie przejmuje i nie spogląda wstecz, bo Amerykanie stoją na stanowisku, że historia nie ma znaczenia.
Większość Amerykanów nie zna nawet swojej własnej historii, a co dopiero dziejów innych krajów, ich kultury, języka, narodowości i tak dalej. Z taką sytuacją mamy właśnie do czynienia. To samo dotyczy wiedzy na temat tego, gdzie znajdowała się i funkcjonowała Polska w postaci tego, co nazywamy Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Patrzą na takie rzeczy ze zdziwieniem i pytają cię z jakiej jesteś planety. Podobnie jest, gdy próbuje się wytłumaczyć, że Stalin nakierował Polskę i Niemcy na przyszły konflikt, oddając prawie jedną trzecią terytorium Niemiec pod polską okupację. Wszystko to robiono z fałszywych pobudek.
Możemy jednak powiedzieć na pewno dwie rzeczy. Po pierwsze, nie ma już Stalina u władzy. Wbrew powszechnemu przekonaniu, Putin to nie Stalin. Rosją nie rządzi Komunistyczna Partia Związku Radzieckiego. Mamy dziś więcej komunistów w Stanach Zjednoczonych niż w Rosji. Niektórzy z tych ludzi, którzy pchają nas do wojny, mają w zasadzie sposób myślenia, postawę i dążenia bliskie bolszewikom. To część problemu, przed którym stoimy. Świat zachodni jest w stanie zamieszania. Panuje w nim chaos. Wojujemy dziś w miejscach, w których nigdy nas nie było i które nie są nam do niczego potrzebne. Pytanie: jak długo to potrwa? Słyszę to pytanie codziennie. Codziennie ktoś mnie pyta: – Doug, jak długo jeszcze będziemy tam prowadzić wojnę? Jak długo to potrwa? Zawsze odpowiadam tak samo: – dopóki nie zabraknie nam pieniędzy, rakiet, lub jednego i drugiego.
Wojna z masową imigracją
A co w tej sytuacji z Europą? Generał Erich Vad z niemieckiej Bundeswehr twierdzi, że Europa nie jest zdolna do powstrzymania wojny na Ukrainie, a jednocześnie nie jest też gotowa na prowadzenie wojny przeciwko Rosji. Jak ocenia Pan militarny potencjał obecnej Europy?
– Cóż, mamy w Europie jeszcze trzecią wojnę, przed którą Europejczyków póki co powstrzymują ich rządy. Chodzi o wojnę przeciwko tym ludziom wewnątrz ich krajów, których oni u siebie nie chcą. To najważniejsza z wojen. Niemcy, Francuzi, Brytyjczycy, w pewnym stopniu Hiszpanie, choć są nieco bardziej świadomi; trochę mniej Włosi, Austriacy, narody skandynawskie – wszyscy walczą z tą zarazą. Chodzi o masy ludzi, którzy przyjechali do tych krajów nie z powodów powszechnie wymienianych. Nie przyjechali tam w poszukiwaniu lepszego życia, ani z uznania dla atrakcyjnego kraju, czy przyciągającej kultury. Przyjechali tam, by tą kulturę wymazać i zastąpić kulturą ludzi podobnych do siebie. To jest ten krytycznie istotny konflikt, który trzeba zauważyć i stoczyć w Europie. Myślę, że coraz więcej Europejczyków zdaje sobie z tego sprawę, ale obecnie nie mają na tyle sił, by obalić czy wymienić aktualne rządy. Uważam jednak, że to się stanie. Sądzę, że zbliżamy się do tego momentu. Zbliżamy się do czegoś, co określiłbym okresem w dziejach Europy podobnym do czasów rewolucji 1848 roku, gdy ludzie zdali sobie sprawę kto jest ich prawdziwym wrogiem.
Zachód nie ma pojęcia o Wschodzie
Nie Rosja?
– Jeśli chodzi o Rosję… Wojsko Polskie jest najprawdopodobniej obecnie najlepszą, najbardziej zdyscyplinowaną, najlepiej dowodzoną i najlepiej wyposażoną armią w Europie.[?? pijany?? md] Sądzę, że Polacy mogą być z tego bardzo dumni. Powinni jednak cholernie uważać, by nie została ona użyta przeciwko Rosjanom, bo byłaby to strata czasu, pieniędzy i zasobów. Rosja nie jest wrogiem. Dla Polaków może się to wydać trudne do wyobrażenia. Od dawna twierdzą bowiem, że Rosja jest odwiecznym wrogiem. Cóż, nie jest. To nie jest Rosja sprzed 100 lat, sprzed 50 czy 60 lat. Czas już spojrzeć na Rosję inaczej, z innej perspektywy. Sądzę, że jeśli Polacy by się na to zdobyli, mogliby wyciągnąć sporą część Europy z tej wojny. Dobra wiadomość polega na tym, że jeśli spojrzymy na Polskę, Słowację, Węgry, czyli kraje, które w całości lub częściowo (jak Polska) stanowiły część Cesarstwa Austro-Węgierskiego, to zobaczymy, że panuje tam generalnie większy realizm i zrozumienie rzeczy, o których tu mówimy. Rosja nie jest wrogiem. Nie ma powodu, by tak ją traktować.
Sądzę, że podobnie myśli również większość ludzi w Rumunii. Myślę, że podobnie uważa większość Niemców, ale niestety nie mają oni możliwości zmiany swojego rządu. Z Austrią jest nieco trudniej, bo – wie Pan – Austria jest zakładniczką swojej historii. Austriacy kochają Polskę i Polaków, są propolscy. Próbują być też proukraińscy, ale nie rozumieją, że nie mają już obecnie do czynienia z Ukrainą sprzed 80, 100, 150 czy nawet 200 lat [przecież wtedy Ukrainy nie było !!! md] . To dziś całkiem inny obszar.
Muszą też zmienić swój stosunek do Rosjan. Może to jeszcze pewnie zająć jakiś czas, ale Polska może tu odegrać istotną rolę. Największe zagrożenie w Europie Wschodniej czyha na wybrzeżu bałtyckim – sądzę, że zdaje Pan sobie z tego sprawę – pod postacią Litwy, Łotwy i Estonii. One zawsze stanowiły problem. Naprawdę tak było zawsze. Zna Pan historię tych ziem i wie Pan, że były one pod panowaniem zakonów teutońskich, a następnie Niemców i Szwedów. Żyją tam protestanci i rzymscy katolicy, czyli ludzie odlegli od wschodniej, prawosławnej kultury i modelu życia. Zatrzymali się w czasie. Wciąż mówią o swoich rodzicach, dziadkach i pradziadkach, których wywieziono na Syberię podczas okupacji radzieckiej. Rozumiem ich. Są jednak niebezpieczni, z uwagi na swój brak gotowości do spojrzenia na Rosję w inny sposób, nieumiejętność koegzystencji ze swoim sąsiadem, co może doprowadzić do wybuchu prawdziwej wojny. Ludzie w Europie Zachodniej wydają się tego nie rozumieć. Trzeba pamiętać, że w Europie Zachodniej mamy do czynienia z pewnym przykrym zjawiskiem, jeszcze od czasów konferencji wersalskiej z 1919 roku. Wiedza na temat narodów zamieszkujących Europę Środkowo-Wschodnią i Europę Wschodnią jest tam równie niewielka jak wiedza na nasz temat. My zresztą podobnie – wiemy o narodach Europy Środkowo-Wschodniej i Europy Wschodniej równie niewiele, co Europejczycy zachodni.
To coś strasznego. Byłem w 2015 roku w Paryżu. Pojechałem tam, kręcąc film dokumentalny. Dwie kobiety, z którymi współpracowałem, pochodziły z Austrii. Obie opowiadały mi, że były zszokowane tym, że mieszkając przez dwa czy trzy lata we Francji ciągłe słyszały od Francuzów, że uznają oni wszystko, co leży na wschód od Renu, za esencję barbarzyństwa, czarną dziurę, gdzie mieszkają w mrocznych lasach jacyś dziwni ludzie. Stwierdziłem, że chyba żartują. Odpowiedziały mi, że absolutnie nie. Że często zadawano im pytanie skąd pochodzą. Gdy odpowiadały, słyszały zdziwienie, że pochodzą z ziem na wschód od Renu. Jakbyśmy byli w czasach Imperium Rzymskiego.
Czas skończyć z takim absurdalnym myśleniem, jednak nie wiem jak to zrobić. Europejczycy powinni zacząć się postrzegać nawzajem, takimi jakimi w rzeczywistości są, a nie takimi, jakimi myślą o sobie nawzajem, że są. Uważałem, że zrobiliśmy w tej sprawie pewne postępy od czasów II wojny światowej. Jednak im bardziej się temu przyglądam, tym bardziej zaczynam zdawać sobie sprawę, że te postępy były dość niewielkie. Europa nie jest w stanie walczyć z Rosją. Nie mają w Europie Zachodniej żadnych armii. Wojsko Polskie mogłoby obecnie z dowolnego punktu swobodnie dojść do Paryża i nikt by go nie zatrzymał.
Niemcy i Europa na skraju samobójstwa
A jak wygląda to od strony technologicznej? Mam na myśli przemysł zbrojeniowy, kompleks militarno-przemysłowy Europy. Jak go Pan ocenia?
– Cóż, Niemcy znajdują się na drodze do samobójstwa. Gdy rozmawiam z niektórymi, stwierdzają, że to świetnie – nienawidzimy Niemców. Powtarzam im, że to wcale nie jest nic dobrego, to nie jest dobre dla Europy. Niemcy jednak z tej drogi wciąż nie zbaczają. Idą w kierunku dezindustrializacji. Spada ich potencjał technologiczny i naukowy. Sprowadzają się niemal do tego poziomu, który proponował dla nich sekretarz skarbu za czasów prezydentury Franklina Delano Roosevelta, Henry Morgenthau, który chciał, by Niemcy stały się swego rodzaju rezerwatem przyrody, ograniczonym do rolnictwa.
Wiem, że nie tego chce większość Niemców. Uważam, że Merz jest prawdopodobnie najgorszym kanclerzem od czasów Hitlera. Szczerze mówiąc, być może jest nawet gorszy od Hitlera. Trudno sobie to wyobrazić, ale tak właśnie jest. Jeśli spojrzymy na Francję, mamy tam ich odmianę Merza. Powinniśmy zdawać sobie sprawę, że Starmer i jego następca, Macron i jego prawdopodobny następca, właśnie Merz – to wszystko przedstawiciele klasy globalistycznej. Jeśli chcemy zrozumieć kim chcą, musimy poczytać trochę tekstów Izraelczyka Harariego. Zna go Pan?
Tak, oczywiście.
– Jeśli go przeczytamy, zrozumiemy czym jest globalizm. Jest on rodzajem rozmiękczonego bolszewizmu, skrajnie destrukcyjnym. Jest antyzachodni, antychrześcijański. Występuje przeciwko wszystkiemu. Jest nihilistyczny.
Europa czeka na rewolucję
Antyludzki.
– Tak. To nihilizm, to ateizm. To taka zwulgaryzowana wersja marksizmu. To on jest wrogiem, a nie Rosja. Bardzo trudno jest wytłumaczyć to Europejczykom i zwrócić na niego ich uwagę. Na przykład weźmy Finlandię. Spędziłem trochę czasu w Skandynawii. Finowie to wspaniali ludzie. Nagle jednak zdecydowali się dołączyć do schodzącego ze sceny NATO. NATO jest sojuszem umierającym. To żart, coś żałosnego. A Finowie do niego dołączają, sądząc, że ich obroni. Jaki pomysł rzucili niektórzy kretyni w Waszyngtonie? Żeby ulokować w Finlandii bazy z bronią atomową. To jakby postawić tablicę z komunikatem dla Moskwy: jeśli chcecie odpalić jakieś bomby atomowe, to zaatakujcie właśnie to miejsce. Rosjanie nie są zainteresowani wszczynaniem wojen z kimkolwiek. Nie chcą użyć broni jądrowej. Ale w takich warunkach koniec może być bliski. Nie mam na myśli końca nas wszystkich. Mam na myśli kres globalizmu. Widać go już na horyzoncie. Ludzie się budzą. Muszą jednak pozbyć się swoich obecnych rządów. Dlatego uważam, że niezbędne będzie coś na kształt rewolucji 1848 roku w Europie. Powstanie i podjęcie działań koniecznych dla ocalenia krajów Europy. Wróg nie jest gdzieś za morzem. Jest tutaj, wewnątrz.
Rozmawiał Mateusz Piskorski
Całość wywiadu ukaże się na kanale Wbrew Cenzurze.
O godzinie 15-tej w Lasku Cygańskim w kościele parafialnym Najświętszej Maryi Panny Królowej Świata rozpocznie się w intencji Ojczyzny modlitwa różańcowa przed Najświętszym Sakramentem. O godzinie 18.00 złożona będzie Najświętsza Ofiara za Ojczyznę
Niekiedy zdjęcie jest warte więcej niż tysiąc słów, nawet jeśli potrzeba tysiąca słów, by oddać prawdziwy sens zdjęcia lub filmu. Odłóżmy jednak na chwilę teorię informacji na bok i obejrzyjmy ten bardzo krótki filmik, na którym widać irańskie rakiety uderzające w amerykańskie bazy w Jordanii, podczas gdy żaden z amerykańskich systemów przeciwlotniczych nie wydaje się wkraczać do akcji. Jak mówi znany analityk spraw wojskowych, później Hollywood zadba o poprawienie sytuacji i dodanie do tego jakiejś odpowiedniej mitologii. Ale tak właśnie wygląda rzeczywistość i wszyscy na Bliskim Wschodzie zdają sobie z tego sprawę (VIDEO w oryginale artykułu – link tutaj):
Wiemy, że irańskie rakiety uderzyły z dużą siłą i precyzją w amerykańskie bazy, nie ograniczając się do przypadkowego niszczenia obiektów, ale celując w kluczowe elementy, takie jak centra dowodzenia oraz pasy startowe z myśliwcami i tankowcami powietrznymi. Wszystko to można wyjaśnić wykorzystaniem systemu satelitarnego, którego jednak Iran jeszcze nie posiada. Jak więc jest to możliwe?
– Podczas 12-dniowej wojny w czerwcu 2025 roku irańskie pociski i drony miały trudności z przebiciem się przez zaawansowaną elektronikę wojskową Izraela i Stanów Zjednoczonych. Zakłócenia i fałszowanie sygnału GPS wielokrotnie zakłócały działanie ich systemów naprowadzania, ograniczając ich skuteczność podczas wymiany ognia.
Jednak na początku 2026 roku, kiedy Iran został zaatakowany przez Usrael, od razu stało się jasne, że sytuacja uległa radykalnej zmianie: irańskie ataki precyzyjne zaczęły przebijać się przez obronę powietrzną, trafiając w cele strategiczne w Zatoce Perskiej z zaskakującą dokładnością.
Analitycy wywiadu wskazali kluczowy czynnik tej rewolucji: Iran zrezygnował z systemu GPS na rzecz chińskiego systemu nawigacji satelitarnej Beidou, którego podstawową strukturę przedstawia zdjęcie otwierające artykułwikipedia.org/wiki/BeiDou.
Również w tym przypadku powstanie chińskiego systemu satelitarnego było wynikiem arogancji amerykańskiej: w 1993 roku chiński kontenerowiec płynący do Iranu został zmuszony do zatrzymania się na zewnątrz portów Bliskiego Wschodu pod zarzutem przewożenia sprzętu wojskowego. Zarzut ten został później wycofany, ale w międzyczasie Pekin zdał sobie sprawę, że wszystko to było możliwe za sprawą dezaktywacji systemu GPS na statku. Chiny uznały więc, że nie mogą już ufać systemowi kontrolowanemu przez obce państwo i rozpoczęły prace nad własnym systemem nawigacji satelitarnej, który dziś stanowi sieć o zasięgu globalnym i jest, nawiasem mówiąc, znacznie dokładniejszy od GPS (błąd pomiaru poniżej pięciu metrów), a ponadto odporny na zakłócenia.
Właśnie system Beidou, który docelowo będzie liczył 80 satelitów na orbicie niegeostacjonarnej, stanowi kluczowy punkt konfliktu, a Stany Zjednoczone po raz kolejny dały się zaskoczyć.
„Badanie wody” lub „nadzór nad mikrobami” w celu wykrycia ameb, azotanów lub innych groźnych substancji chemicznych może działać w ten sam sposób, w jaki działały testy PCR, czyli stworzyć „problem” wymagający rozwiązania.
Przygotuj grunt w mediach, wykorzystując propagandę, aby oswoić ludzi z myślą, że sytuacja się zmienia i woda może już nie być tak bezpieczna. Następnie, gdy będziesz gotowy, wyślij Agencję Ochrony Środowiska (EPA) lub Departament Środowiska, Żywności i Leków (DEFRA) na losowe badania terenowe.
Sfingowanie „bankructwa wodnego”, część 2: Zmiany klimatyczne
Jeszcze w tym roku ONZ będzie gospodarzem ważnego szczytu poświęconego światowym zasobom wody. Globalna Konferencja Wodna 2026 ma na celu rozwiązanie problemu, który ONZ nazywa „bankructwem wodnym”, oraz realizację 6. Celu Zrównoważonego Rozwoju w ramach Agendy 2030.
Powiedzmy sobie jasno – nie mówimy o zaludnionych, suchych regionach, które przerastają swoje zasoby wodonośne, ani o starzejącej się infrastrukturze, która pozostaje w tyle za rozrostem miast. Wszystkie te problemy są aktualne i wymagają rozwiązania – ale nie o to chodzi w Globalnej Konferencji Wodnej. Jest to raczej punkt centralny globalnego „przemyślenia” [re-thinking] kwestii zaopatrzenia w wodę, mającego na celu dotarcie do nas wszystkich, nawet w regionach z regularnymi opadami deszczu i obfitością słodkiej wody.
Sprzedawana narracja jest taka, że światowe zasoby wody są zagrożone w jakiś nowy i krytyczny sposób i konieczne są drastyczne – potencjalnie globalne – działania.
Innymi słowy, kolejny „kryzys”. Kolejna dialektyka heglowska. I wiemy, co to oznacza.
W pierwszej części tej serii omówiłem, w jaki sposób prasa i „eksperci” ostatnio przeinaczają, wyolbrzymiają i upraszczają kwestię zużycia wody w centrach danych, a także rolę, jaką ta bezczelna propaganda odgrywa w promowaniu rozwijającej się narracji o „bankructwie wodnym”.
Ale ta narracja to coś więcej niż tylko sztuczna inteligencja czy centra danych. „Zagrożenie” dla naszych globalnych zasobów wody jest już wielowarstwowe.
Jedną z tych warstw jest nieuchronnie zmiana klimatu.
Nie mam zamiaru ponownie rozpatrywać tutaj tak zwanego antropogenicznego globalnego ocieplenia (AGW). Są całe hektary stron na ten temat. Dość powiedzieć, że AGW to kwestia priorytetowa w przejmowaniu władzy nad światem przez globalistów. To wytwór skorumpowanej nauki i nieustającej propagandy, służący do usprawiedliwiania wszelkich despotycznych nadużyć, jakie może wymyślić rząd.
To, że zmiana klimatu doprowadzi do rzekomego „kryzysu wodnego”, nie jest nowym tematem; mówi się o tym od lat, a nawet dekad, i jest to nierozerwalnie związane z niezliczoną ilością przewidywanych katastrof, od kwaśnych deszczów, przez dziurę ozonową, po zanikające czapy lodowe.
Oczywiście medialne doniesienia o suszach są powszechne – niektóre absolutnie prawdziwe, inne wybiórczo wyolbrzymione lub zmanipulowane, by powoływać się na globalne ocieplenie – ale znamienne jest, że powtarzającym się motywem w najnowszych doniesieniach o panice związanej z brakiem wody NIE jest to, że zmiana klimatu sama przez się zmniejszy ilość wody, ale raczej to, że sprawi, że nasza obecna woda stanie się bardziej niebezpieczna do picia.
Niebezpieczne wody
Na ile udało mi się ustalić, narracja ta zaczęła się pojawiać pod koniec 2019r. i na początku 2020r. w artykułach takich jak ten:
Czy zmiana klimatu spowoduje zwiększenie obecności patogenów w wodzie pitnej?
W ciągu następnych kilku lat porzucili znak zapytania i stali się nieco bardziej asertywni:
Zmiany klimatyczne mogą pogorszyć jakość wody pitnej
Ostatnio ciągle pojawiają się nowe opowieści i artykuły na ten temat.
Naukowcy nadal dokumentują liczne skutki zmian klimatycznych dla wód słodkich, estuariów i środowiska morskiego, a przewiduje się, że skutki te ulegną w przyszłości pogłębieniu.
Wiosną ubiegłego roku Yale School of Environment opublikowała następujący artykuł:
Jak zmiana klimatu zagraża bezpieczeństwu wody pitnej
Ostrzega on przed powodziami i pożarami związanymi ze zmianą klimatu, które mogą zanieczyścić wodę pitną.
Klimatolodzy twierdzą, że wiele lodowców nie przetrwa tego stulecia, jeśli nie zostaną podjęte działania mające na celu spowolnienie tempa topnienia spowodowanego zmianami klimatu. Oznacza to, że mieszkańcy terenów położonych niżej od lodowców będą musieli stawić czoła fali powodzi, a także zagrożeniom ze strony reaktywowanych mikrobów w ocieplającej się kriosferze lub zamarzniętych częściach Ziemi.
W pokrywach lodowych, lodowcach i wiecznej zmarzlinie zamrożone są bakterie, grzyby i wirusy. Choć większość z nich jest martwa, niektóre pozostają w stanie uśpienia, a inne są aktywne. Wraz ze wzrostem globalnych temperatur do rekordowo wysokich, mikroorganizmy te staną się bardziej aktywne w wielu ekosystemach. Nawet jeśli topnienie uda się spowolnić poprzez ograniczenie emisji gazów cieplarnianych, konieczne jest oszacowanie i przygotowanie się na potencjalne zagrożenia ze strony patogenów.
mikroskopijne organizmy zyskują coraz większą popularność na całym świecie. Jest to spowodowane zmianami klimatu, pogarszającą się jakością systemów wodnych oraz ograniczonymi możliwościami monitorowania i wykrywania.
Zaledwie kilka dni temu Phys.org zrecenzował nowy artykuł zatytułowany:
Zmiany klimatyczne zmieniają ryzyko chorób przenoszonych drogą wodną, ponieważ patogeny reagują inaczej
Można by argumentować, że te stwierdzenia są do pewnego stopnia prawdziwe. Z pewnością poziom azotanów w wodzie pitnej budzi obawy od kilku dekad, od czasu rozwoju intensywnego rolnictwa. Ale od kiedy kontrolowane media w ogóle się tym przejmowały? I dlaczego – teraz – nagle zdają sobie sprawę, że to ma znaczenie?
Samo to, jak relacjonują, wskazuje kierunek narracji. Odkrywają swoje obawy dotyczące azotanów – ponieważ teraz jest to wygodne.
Wspólnym mianownikiem jest to, że – czy to za sprawą mikrobów, czy zanieczyszczeń – woda, która wcześniej była bezpieczna, może stać się w jakiś sposób niebezpieczna. To najbardziej nadużywane, emocjonalne i upolitycznione ze słów.
Rola „Bezpieczeństwa”
„Bezpieczny” to potężne słowo w despotycznym przemyśle kontroli. Jego definicja ciągle się zmienia, napierając na nas lub znikając za horyzontem.
Co jest „bezpieczne”?
„Bezpieczny” we współczesnym rozumieniu mediów to słowo definiowane odgórnie, przez organy regulacyjne i międzynarodowe gremia, co zapewnia im pełną kontrolę nad narracją. Piękne i atrakcyjne dla propagandystów jest jednocześnie uważane za absolutnie niezbędne przez większość ludzi, ale z drugiej strony całkowicie subiektywne, a zatem bardzo przydatne w manipulowaniu „rzeczywistością”.
To prawda, że dotyczy to niemal wszystkiego – chorób, zanieczyszczeń, czerwonego mięsa lub… wody pitnej.
Każdy chce być bezpieczny. I wiele osób zniesie niemal wszystko, jeśli alternatywą będzie narażenie ich bezpieczeństwa.
„Pandemia” pokazała nam, że naukowe badania przesiewowe i testy mogą służyć do kontrolowania tempa i kierunku narracji. Wykorzystano fałszywe testy, przeprowadzane zgodnie z oficjalnymi protokołami, nie tylko po to, by stworzyć pandemię, ale także po to, by kontrolować przypływ i odpływ „zachorowań” i „zgonów” oraz poziom „bezpieczeństwa”, jakiego doświadczali ludzie.
Im więcej „testowali”, tym większe zagrożenie ujawniali. Im więcej niebezpieczeństwa ujawniali, tym większy strach społeczny pozwalał im na uchwalanie przepisów chroniących przed tym „zagrożeniem”.
Myślę, że ten sam model jest stopniowo wdrażany w przypadku „kryzysu wodnego”. Myślę, że to nie przypadek, że kilka artykułów, do których linkuję powyżej, deklaruje potrzebę „wzmocnionego nadzoru” (testowania) nad zaopatrzeniem w wodę.
„Badanie wody” lub „nadzór nad mikrobami” w celu wykrycia ameb, azotanów lub innych groźnych substancji chemicznych może działać w ten sam sposób, w jaki działały testy PCR, czyli stworzyć „problem” wymagający rozwiązania.
Przygotuj grunt w mediach, wykorzystując propagandę, aby oswoić ludzi z myślą, że sytuacja się zmienia i woda może już nie być tak bezpieczna. Następnie, gdy będziesz gotowy, wyślij Agencję Ochrony Środowiska (EPA) lub Departament Środowiska, Żywności i Leków (DEFRA) na losowe badania terenowe.
I bez większego wysiłku jesteśmy tylko kilka „testów” lub prostą korektą „zalecanych poziomów” od nagłego posiadania „niebezpiecznej” wody pitnej, co wymaga usunięcia z obiegu określonych zbiorników (dowolnej liczby) – dopóki woda nie zostanie uzdatniona lub „nie zostanie osiągnięty bezpieczny poziom X” (co będzie możliwe w dowolnym momencie, który wybiorą od teraz do końca świata).
W ten sposób prawdziwy niedobór wody może zostać wywołany z niczego, wyższe rachunki będą tłumaczone jako nieuniknione, a racjonowanie wody jako część dobrej, starej nowej normalności.
*
Mamy więc dwa elementy układanki.
Z jednej strony media promują uproszczone i zniekształcone informacje na temat zużycia wody w sektorze technologicznym. Ta dezinformacja ma na celu wzbudzenie strachu przed potencjalnymi niedoborami.
Z drugiej strony, alarmiści klimatyczni ostrzegają nas, że ta niewielka ilość wody, którą mamy, staje się dla nas coraz bardziej niebezpieczna do picia. To z kolei może zostać wykorzystane do wywoływania lokalnych „kryzysów” na żądanie, na wzór modelu „covidowego”.
Mamy już podwaliny poważnego globalnego „problemu”, ale jaki jest cel końcowy?
Aby się tego dowiedzieć, musimy przyjrzeć się potencjalnym „rozwiązaniom”, które zostaną zaproponowane.
Ta mroczna i szybko rozwijająca się rzeczywistość to plan, który będzie wykorzystywał celowo wpajany strach przed niedoborami wody do tworzenia fałszywych niedoborów wody i w ramach którego będą następnie poddawane kontroli, przekształceniom i monetyzacji globalne zasoby wody w imię „bezpieczeństwa wodnego”.
Sfingowanie „bankructwa wodnego”, część 1: Centra danych
Jesteśmy obecnie świadkami narodzin nowej operacji psychologicznej, której celem jest nasz najcenniejszy zasób naturalny – woda. W nadchodzącej serii artykułów omówimy szczegółowo każdy aspekt tej rodzącej się agendy.
Wybraną etykietą dla tego nowego ćwiczenia polegającego na kontrolowaniu strachu jest „bankructwo wodne”. Nazwa ta pochodzi z raportu ONZ opublikowanego na początku tego roku.
Widzicie, krążące od dziesięcioleci pogłoski o „kryzysie wodnym” nie były wystarczająco przerażające, więc tak jak globalne ocieplenie stało się „zmianą klimatu”, a potem „globalnym nagrzewaniem”, a teraz „globalnym wrzeniem” – tak ten „kryzys” odrodził się jako coś nieodparcie alarmującego.
Język sam w sobie jest pierwszym wskaźnikiem tego, co tu naprawdę mamy.
Ogólna narracja o „bankructwie wodnym” jest następująca:
1. Na planecie brakuje czystej i bezpiecznej wody pitnej
2. Problem ten powodują zmiany klimatyczne i rozwój sztucznej inteligencji.
…i – oczywiście –
3. Naprawdę musimy coś z tym zrobić.
Ta mroczna i szybko rozwijająca się rzeczywistość to plan, który będzie wykorzystywał celowo wpajany strach przed niedoborami wody do tworzenia fałszywych niedoborów wody i w ramach którego będą następnie poddawane kontroli, przekształceniom i monetyzacji globalne zasoby wody w imię „bezpieczeństwa wodnego”.
To kolejna wielka operacja psychologiczna rozwijająca się na naszych oczach, a w tej serii omówimy każdy jej aspekt:
– propaganda „zmian klimatycznych”,
– proponowane „rozwiązania” legislacyjne
– rola technologii nadzoru i
– nieuniknione korzyści finansowe dla sektora prywatnego.
Dzisiaj, w pierwszej części serii, przyjrzymy się bliżej temu, co wydaje się być trzonem tej nowej narracji – centrom danych.
Niedawno byliśmy świadkami pojawienia się fali medialnych doniesień o centrach danych. Twierdzenia dotyczące ich zużycia energii i wody nagle zalewają rynek informacyjny.
Jest to dziwny rozwój sytuacji, ponieważ centra danych zdają się stanowić istotę państwa policyjnego, które tego typu placówki regularnie promują.
Historie te są różne, od umiarkowanie krytycznych, jak w tym artykule z „Timesa”:
Wzrost liczby centrów danych może jeszcze bardziej podnieść rachunki za wodę
Dla tych nieco zaniepokojonych, na przykład ten z BBC:
Szkockie centra danych obsługujące sztuczną inteligencję zużywają już tyle wody, że można nią napełnić 27 milionów butelek rocznie
Sztuczna inteligencja przyspiesza utratę naszego najuboższego zasobu naturalnego: wody
…mnożą się w szybkim tempie.
Tak, to dziwne, że media establishmentu atakują reputację centrów danych tegoż establishmentu.
A robi się jeszcze dziwniej, gdy przyjrzymy się temu bliżej – bo praktycznie wszystkie publikowane przez nich przerażające historie są albo mocno przesadzone, wyrwane z kontekstu, albo po prostu są NIEPRAWDĄ.
Jaki jest więc w tym przypadku współczynnik rzeczywistości?
Sztuczna inteligencja podwoi zużycie energii i wody w centrach danych do 2030r.
Problem polega na tym, że nie daje to żadnego kontekstu, co to „podwojenie” oznacza w kategoriach porównawczych.
W artykule przytoczono fakt, że centra danych zużywają „4,5 biliona litrów rocznie” – i rzeczywiście brzmi to jak mnóstwo, ale gdy przywrócimy brakujący kontekst, okaże się, że całkowita ilość wody zużywanej rocznie przez ludzi wynosi około 4 biliardów litrów, czyli prawie 1000 razy więcej.
Oznacza to, że obecnie centra danych odpowiadają za zaledwie około 0,1% światowego zużycia wody.
Tak więc to przerażające „podwojenie do 2030r.”, o którym wspomina ONZ, oznacza, że do 2030r. centra danych będą odpowiadać zaledwie za 0,2% światowego zużycia wody – zakładając, że całe zużycie wody w gospodarstwach domowych, rolnictwie i przemyśle pozostanie dokładnie takie samo w tym czasie (co oczywiście nie nastąpi).
Niezależnie od tego, co myślimy o centrach danych jako o narzędziach Wielkiego Brata, prawdą jest, że rolnictwo, produkcja i wytwarzanie energii zużywają o wiele więcej wody niż one same, jeśli chodzi o wpływ na środowisko.
Prasa stara się też zacierać różnice między „bezpośrednim zużyciem wody” i „pośrednim zużyciem wody”.
Krótkie wyjaśnienie:
Bezpośrednie zużycie wody oznacza wodę wykorzystywaną do picia, gotowania, sprzątania i kąpieli.
Pośrednie zużycie wody to woda wykorzystywana do uprawy żywności, którą spożywasz, lub do produkcji ubrań.
To wyraźne rozróżnienie, którego główne media nie biorą pod uwagę, mówiąc o „śladzie wodnym” centrów danych.
Rutynowo uwzględniają one pośrednie zużycie, takie jak „woda używana do produkcji energii” (np. do chłodzenia elektrowni jądrowych lub elektrociepłowni itd.) lub do produkcji układów scalonych i innych części jako część bezpośredniego zużycia w centrach danych.
Większość operatorów centrów danych koncentruje się na wodzie wykorzystywanej bezpośrednio do chłodzenia, ale największym źródłem zużycia wody jest w rzeczywistości wytwarzanie energii elektrycznej. Pochodzi ona z podgrzewania wody w celu wytworzenia pary, która napędza turbinę i generuje energię elektryczną. Paliwa kopalne i energia jądrowa właśnie w ten sposób zużywają wodę, ale nawet energetyka wodna wiąże się z utratą wody ze zbiorników.
Obwinianie centrów danych za utratę wody ze zbiorników hydroelektrowni, ponieważ zużywają część wyprodukowanej energii elektrycznej? Czy to ma sens? I czy ta norma obowiązuje w każdej branży?
Te i inne przekłamania zostały bardzo dobrze omówione w niniejszym wpisie Andy’ego Masleya. Polecam go każdemu zainteresowanemu rozwikłaniem tej dziwnej historii.
Na przykład, powszechnie uważa się, że centra danych zatruwają wody gruntowe – ale to znowu przekłamanie, ponieważ chociaż mogą one koncentrować zanieczyszczenia już obecne w wodzie poprzez parowanie lub dodawać środki czyszczące i zapobiegające osadzaniu się kamienia, jest to powszechne zjawisko w praktycznie wszystkich procesach przemysłowych i systemach chłodzenia. Nie ma nic wyjątkowego w sposobie, w jaki centra danych to robią.
Prawdą jest również, że wiele centrów danych AI w ogóle nie zużywa wody. Od 10% do 25% działających centrów danych korzysta z systemów chłodzenia powietrzem wykorzystujących gazy chłodnicze (liczba ta była znacznie wyższa jeszcze w 2024 roku, ale wiele z nich przeszło na inne systemy, ponieważ chłodzenie cieczą zużywa znacznie mniej energii elektrycznej). Wiele centrów chłodzonych wodą korzysta z zamkniętego systemu obiegu, który wielokrotnie ponownie wykorzystuje wodę i uzdatnia ją na miejscu.
I nie – nie zamierzam tu bronić wielkich firm technologicznych ani zgłaszać się na ochotnika do wypicia kufla płynu chłodzącego. Po prostu donoszę, że przeciętne centrum danych nie radzi sobie ani lepiej ani gorzej z zaopatrzeniem w wodę niż większość sektorów przemysłowych, a wręcz przeciwnie – zużywa znacznie mniej wody niż większość z nich.
Naprawdę ważne pytanie brzmi: dlaczego media manipulowały statystykami i definicjami, aby tworzyć nagłówki budzące strach w związku z czymś tak zakorzenionym w systemie kontroli rządowej?
I to nie tylko media. Ta dziwna konstrukcja narracyjna wykracza poza prasę czy doniesienia rządowe, wkraczając w polityczny teatr na żywo.
Czy ta woda tak samo pochodzi z Georgii, jak probówka Colina Powella, która nie zawierała wąglika? Nie ma to znaczenia i ona tego nie wie, po prostu została jej przekazana, zanim wyszła na scenę. Dla zainteresowanych: szczegóły sprawy wskazują, że w lokalnej studni mógł nagromadzić się osad w wyniku prac wykopaliskowych/budowlanych. Nie ma to dosłownie nic wspólnego z zużyciem wody przez centrum danych – ponieważ to urządzenie jeszcze nie działało.
Doświadczona działaczka Erin Brockovich również przyłączyła się do krucjaty, uruchamiając rejestr centrów danych dla całego kraju.
Nowy raport ONZ stanowi „ostrzeżenie” (raporty zawsze „ostrzegają”) przed boomem sztucznej inteligencji i zasobami – zwłaszcza ziemią i wodą – które są przez nią zużywane.
Nawet papież Leon XIV – tak, sam Jego Świątobliwość – ostrzega wiernych przed centrami danych opartymi na sztucznej inteligencji i „ogromnymi ilościami energii i wody”, które zużywają.
Być może te ostatnie głośne wypowiedzi zaczynają dawać pewne wskazówki, dlaczego główny nurt demonizuje jedno ze swoich głównych narzędzi.
Centra danych AI niszczą wodę – trzeba coś z tym zrobić.
A w razie gdyby ktoś miał wątpliwości, czy to właśnie w tym kierunku zmierza opowieść o „przerażającym centrum danych”, Chatham House jest na miejscu, aby wyjaśnić wszystko:
Wykorzystanie wody przez sztuczną inteligencję wymaga od rządów ponownego przemyślenia podejścia do wody
…co więc dokładnie oznacza „przemyślenie naszego podejścia do wody”?
Gdy Zełenski wyciął Polakom numer z „Bohaterami UPA”, mówili o wszystkim tylko nie o tym, że za akcją nie stali czciciele UPA, lecz otoczenie żydowskiego żula z Krzywego Rogu. Tu przypomnijmy, że Majdan został wywołany przez światowe żydostwo, które nie zwracało uwagi na to, że w przewrocie biorą udział neonazistowskie oddziały szturmowe, którymi przewodził syn Romana Szuchewycza, mordercy Żydów, i że wyśpiewywali: „Smert’ moskowsko-żidiwskij mafii”.
Gdy do rangi bohaterów wynieśli rezunów z UPA, którzy wyrzynali Żydów i byli najokrutniejszymi strażnikami w niemieckich obozach zagłady, milczeli Żydzi i milczał Izrael. Z bojcami neonazistowskich sotni spotkali się kongresmeni, mimo iż ci noszą niemieckie mundury i hełmy oraz witają się ‘Sieg Heil’, a powołał je autor manifestu głoszącego: „Przesłaniem Ukrainy jest przewodzić Białym Ludziom na całym świecie w ostatecznej krucjacie przeciw podludziom, na czele których stoją Semici”.
Gdy z okazji rocznicy śmierci Romana Szuchewycza ulicami Lwowa przeszedł marsz, lobby żydowskie milczało. A był to marsz ku czci składającej się z ukraińskich ochotników dywizji SS Galizien, która podlegała Waffen SS i mordowała Żydów. Milczał też konsul RP we Lwowie, a dywizja ta spaliła żywcem tysiąc kobiet i dzieci w Hucie Pieniackiej. Gdy parlament ukraiński uczcił minutą ciszy odpowiedzialnego za wymordowanie 50 tysięcy Żydów Symona Petlurę, naczelny rabin Ukrainy oświadczył: „Mianowanie na premiera ukraińskiego Żyda jest dowodem na to, że antysemityzmu na Ukrainie nie ma”, a Ukraiński Kongres Żydów wydał oświadczenie: „Na Ukrainie nie ma antysemityzmu”.
Gdy premierem został Wołodymyr Grojsman, podkreślali: „Przeszedł do historii. Jest pierwszym żydowskim premierem Ukrainy dotychczas mocno tkwiącej w psyche Żydów, jako kraj antysemitów i pogromów”. Gdy w mediach amerykańskich ukazały się zdjęcia ukraińskich żołnierzy z nazistowskimi naszywkami na mundurach, szef Ligi Antydefamacyjnej ripostował: „Mimo iż niektórzy Ukraińcy używają symboli nazistowskich i mimo ich podziwu dla Bandery, nie obawiam się, że kraj przejmą antysemici. W wyborach zwyciężył Zełenski, jako pierwszy w tym kraju żydowski prezydent”.
Z pomocą pospieszyła matka Wołodymyra Grojsmana – wymyśliła termin „Żydobanderowcy”. A miała na myśli nacjonalistów żydowskich, którzy wybaczyli nacjonalistami ukraińskimi unicestwienie swoich ziomków, którym nie przeszkadzają czciciele Bandery, byle tylko nie rzucali hasła „Ukraina dla Ukraińców” i zamiast nienawidzić Żydów nienawidzili Rosjan i Polaków. No i żydowskim niedobitkom na Ukrainie nie pozwalają powiedzieć o banderowcach złego słowa, bo wiedzą, że są znakomitym materiałem na potrzeby dywersji wobec Rosji.
Jest jeszcze inny powód popierania tych, których do niedawna winili za nazistowskie okropieństwa. Gdy chodzi o geszeft (czyli bezlitosny rabunek tego, co jeszcze na Ukrainie do zrabowania pozostało), nie mają żadnych skrupułów i gotowi są na najbardziej plugawe postępki, w tym kolaborację ze swoimi katami. Chodzi także o strach przed bojcami z nacbatów, którzy w razie klęski na froncie będą chcieli skrócić ich o głowę.
Podsumujmy zatem: Ukrainąnie rządzą banderowcy, ale żydobanderowcy. Ukraiński nacjonalizm to ideologia na czas wojny i globalistyczny zamysł. I nie ważne, komu stawiają pomniki. Ważne, że Ukraina ma żydowskiego prezydenta.
Polakom napluł w twarz nie tylko Zełenski. On wie, że może z Polakami robić, co mu się żywnie podoba, bo ma w Polsce potężne żydobanderowskie lobby i wpływową V kolumnę, która korzysta z każdej okazji, by Polsce zaszkodzić i która w pluciu na Polaków prześciga nawet jego samego. Wie też, że w Polsce ma prożydowski i proukraiński rząd i równocześnie prożydowską i proukraińską opozycję.
Gdy na antenie żydowskiego radia dla Polaków łgał Andrzej Szeptycki: „UPA to była formacja, która walczyła o niepodległość Ukrainy. To byli tacy trochę ukraińscy żołnierze niezłomni”, i gdy ostro zareagowała Dorota Gawryluk z Polsat News, w obronie Szeptyckiego stanął dr Kazimierz Wóycicki – przekonywał, że „Polacy na Wołyniu też nabijali Ukraińców na widły” i że „podczas II wojny światowej Polacy wymordowali 300 tysięcy Żydów”. Wóycicki to autor tendencyjnych publikacji na tematy polsko-niemiecko-żydowskie, utrzymywany przez niemieckie fundacje, nagrody i krzyże zasługi. Działa w sponsorowanym przez Fundację Adenauera Centrum Studiów Międzynarodowych, założonym przez Eugeniusza Smolara, brata prezesa Fundacji Batorego założonej przez George’a Sorosa. Smolarowie podchodzą z żydokomunistycznej rodziny: Ojciec Hersz był hersztem żydowskiej sekcji PPR i zarzucał Gomułce opór wobec repatriacji Żydów z ZSRR i upieranie się przy monolityczności etnicznej Polski.
Na stronie Fundacji ukazało się „Wspólne oświadczenie polskich i ukraińskich organizacji, działaczy i działaczek społecznych”. Samo oświadczenie jest monotonne i nudne. Niezwykle natomiast ciekawa jest lista sygnatariuszy. Oprócz kilkudziesięciu organizacji żydowskich, mamy na niej Związek Ukraińców w Polsce i kilkanaście innych organizacji ukraińskich. Nawiasem mówiąc, z czymś podobnym mieliśmy do czynienia, gdy żądali wycofania ze sprzedaży książki Wojciecha Sumlińskiego – do protestu 100 organizacji żydowskich dołączyło kilkanaście organizacji ukraińskich.
Zapowiadając w TVP Info odcinek programu „Niebezpieczne związki”, Dorota Wysocka-Schnepf zestawiła ukraińskie ludobójstwa na Polakach z nacjonalizmem polskim: „Dziś krewcy nacjonaliści po obu stronach granic znów rwą się do zwarcia. Też nacjonalizm – polski – wzniecał czystki na naszych sąsiadach”. Już sam dobór gości programu był dowodem na jego antypolski wydźwięk: Jarosław Kurski (były naczelny „Gazety Wyborczej”), Jacek Czaputowicz (były szef MSZ) i Michał Bilewicz (kierownik Centrum Badań nad Uprzedzeniami). Wszystkich połączyło wsparcie dla prezydenta Ukrainy w sporze z prezydentem Polski.
Michał Bilewicz z troską pochylił się nad traumą bandytów z UPA: „Na pewno ta cała debata jest w bardzo dużym stopniu ukształtowana przez takie polskie przekonanie o tym, że jesteśmy narodem ofiar, dostrzegającym wyłącznie swoje własne cierpienia. Nie zostaje jakby tej przestrzeni na uznanie tego, że inne narody mogły doświadczyć podobnych zbrodni”. Stanął też po stronie Szeptyckiego: „Wiecie co? Chcę żyć w Polsce ministra Szeptyckiego, a nie Doroty Gawryluk”. Stanął też po stronie „ministry” kultury, bo przekazała 50 mln zł na projekt „Żydowskie Dziedzictwo Kulturowe”.
Wśród gości Schnepficy wyróżniał się Jarosław Kurski. To autor „listu” do Zełenskiego, kwintesencji tego, co nazywamy zaprzaństwem. „Bracie, piszę do ciebie jako obywatel i jako Polak. Robię to w rozpaczy, w poczuciu, że reprezentujący mój kraj politycy cynicznie nakręcają spiralę nienawiści między naszymi narodami. Relacje z naszymi bratnimi narodami stały się zakładnikiem skrajnych nacjonalistów, małych figur szafujących wielkimi słowami, jak: „Polska”, „honor” czy „godność”.Musisz wiedzieć, że urzędujący w Polsce prezydent reprezentuje środowiska narodowe i ultraprawicowe. A te budują swoją polityczną agendę na ksenofobii, na pogardzie wobec obcych, na sianiu nienawiści. Wobec imigrantów, wobec Niemców, wobec Ukraińców (…) Polakom i Ukraińcom potrzebny jest sojusz wojskowy, do którego powinni także dołączyć Niemcy.Sława Ukrajini! Herojom sława!”.
Jacek Czaputowicz całą winę zwalił na Polskę. „Były też inne aspekty działania tej formacji i w związku z tym po prostu Ukraina uznała, że może to zrealizować, bo Polska prowadzi politykę i tak już nieprzyjazną. (…) prezydent sam jeszcze przez rok nie był w Kijowie. Ciągle nakręca te nastroje antyukraińskie, ciągle coś wygraża, ciągle mówi, że nie zgodzi się na członkostwo Ukrainy w UE. Ukraina powiedziała: dość, nie życzymy sobie tego typu działań. Więc podjęła taką decyzję. Okazało się, że z jej perspektywy słuszna, bo nas po prostu ośmieszyła”. Gdy został ministrem, portal TVN24 pisał: „O takich jak on zwykło się mówić, że ma w życiorysie piękną, opozycyjną kartę z czasów komunizmu”. Tymczasem na studiach (zaocznych) był pod opieką Jana Lityńskiego z KOR. Działał w Ruchu Wolność i Pokój, w którym roiło się od działaczy „lewicy laickiej”. Do swych dyplomatycznych sukcesów zaliczył „wyciągnięcie z głębokiego kryzysu stosunków z Ukrainą” – poddając się naciskom Kijowa zablokował pokaz filmu „Wołyń”. Przerażały towarzyszące temu słowa: „Starałem się unikać prymatu interesu narodowego”. Polazł też do mediów Michnika tylko po to, żeby powiedzieć: „Polska prowadzi wobec Ukrainy politykę hien i szakali”.
W ukraińskojęzycznym kanale Slava TV głos zabrał Michał Broniatowski: „Każdy polski polityk, który podważa prawo Ukrainy do tworzenia patriotycznych mitów, które pomagają żołnierzom, to wtrącanie się w wewnętrzne sprawy Ukrainy”. To sługa wielu panów. Dziś dyrektor TVP World. W 1985 r. pracownik agencji Reuters i dyrektor jej przedstawicielstwa w Moskwie. Był też wiceprezesem rosyjskiej agencji informacyjnej Interfax i członkiem Rady Nadzorczej Onet oraz TVN. Dyrygował polską edycją amerykańskiego miesięcznika „Forbes” oraz tygodnikiem „Newsweek” (wchodzącym w skład koncernu medialnego Axel Springer). To modelowy przedstawiciel rodu o bogatych żydokomunistycznych tradycjach. Jego ojciec, funk Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy przywędrował do Polski w taborach dywizji NKWD, został dyrektorem Centralnej Szkoły Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi, a następnie szefem Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Warszawie. I jeszcze jedno – to on zatrudnił Natalię Panczenko, która zasłynęła z pogróżek, że „na terytorium Polski zaczną się walki, podpalenia sklepów, domów”.
Prawdziwą żydobanderowską gwiazdą w Polsce jest Paweł Kowal. Jako eurodeputowany, głosował przeciw rezolucji potępiającej nadanie Banderze tytułu „Bohatera Ukrainy” i rezolucji uznającej zbrodnie UPA za akt ludobójstwa. Gdy sprzeciwił się podobnej uchwale Sejmu, uzasadnił to: „Ukraińcy muszą dojrzeć do samooceny tak, jak Polacy dojrzeli do samooceny w Jedwabnem”. Karierę rozpoczął w Kancelarii Lecha Kaczyńskiego. Później przerzucono go do MSZ, które już za Geremka dostało się w łapy dzieci i wnuków działaczy Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy oraz potomków ukraińskich rezunów. Gdy okazało się, że WSI nadała mu pseudonim „Pallad”, wycofał się dyskretnie z MSZ i z PiS, a najbardziej przerażało, że w nowym Sejmie został przewodniczącym Komisji Spraw Zagranicznych, i oświadczył: „Dla mnie nie ma, jeśli chodzi o kwestie wojskowe, różnicy pomiędzy interesem Polski i Ukrainy” oraz zaproponował: „Powinna powstać ustawa, która zmusi Polaków do tego, żeby pojechali na front na Ukrainę”. Kowal jest spokrewniony z Heleną Łuczywo, wieloletnią zastępczynią Adama Michnika, wnuczką płk. Ferdynanda Chabera (funkcjonariusza Centralnego Biura Kontroli Prasy MBP i kierownika Wydziału Propagandy KC PPR), której córka Łucja Koch jest szefową Działu Edukacji w Muzeum Polin.
Ciotka Kowala w roku 2002, 2004 i 2005 notowana była na liście najbogatszych Polaków. A jaki to ma związek z Żydobanderowcami? Otóż, gdy z Dzikich Pól do Tel Awiwu tranzytem przez Warszawę zbiegł (ze 100 milionami dolarów) Timur Mindycz, pojawiło się podejrzenie, że nasi Żydobanderowcy, w tym Kowal musieli w tym mieć jakiś udział, bo zajmuje się „pomocą” dla Ukrainy, która jest niczym innym, jak pomocą dla żydowskich oligarchów, dzielących się ukradzionymi pieniędzmi z Izraelem. Ale nie tylko – także z darczyńcami z Polski. Hipotezę taką wzmacnia to, że gdy Timur ukradł 100 milionów, Radek Sikorski natychmiast przelał z konta MSZ do Kijowa też 100 milionów. I tu pytanie: Czy Kowal nie dlatego został pełnomocnikiem do spraw odbudowy Ukrainy, bo chce – śladem cioci – doszlusować do elity finansowej kraju?
Przepytywany na okoliczność sytuacji na Bliskim Wschodzie, Konstanty Gebert (od kilku lat obywatel Izraela) obiektywizm udawał niezdarnie. Gdy dziennikarz skonstatował, że „obecnie wielu ludzi na świecie podziela pogląd, że będący krajem postkolonialnym Izrael nie ma prawa bytu w obecnej formie”, odparł: „Większość państw ma dokładnie taką samą genezę. Na przykład Polska w drodze militarnej agresji przyswoiła sobie 1/3 swojego obecnego terytorium, wypędzając 3 miliony Niemców i 500 tysięcy Ukraińców”.
„Ukraińcy mają prawo do swojej tożsamości, mają prawo do swoich grzechów, tak jak i my mamy do tego prawo” – to słowa Adama Michnika z wygłoszonej w Paryżu prelekcji o tytule „Dziś wszyscy jesteśmy Ukraińcami”. Żydobanderowcem nie jest tylko Michnik, ale cała „Gazeta Wyborcza”, która od lat zapewnia banderowcom osłonę medialną, która przeszła do porządku dziennego nad ideologią OUN, a równocześnie tropi wszelkie przejawy nacjonalizmu w Polsce. Powód jest prozaiczny – polityczne zadanie przyłączenia się do Majdanu, postawione przez Sorosa, wymagało „marginalizacji konfliktów historycznych” i partnera po stronie ukraińskiej. Zostali nimi żydobanderowcy.
Żydobanderowcem nie wydaje się być Radek Sikorski, mimo że wrzeszczał w Sejmie: „Nie upokarzajmy Ukraińców. Słowa o ludobójstwie mogą utrudnić zabiegi Ukrainy o przyjęcie do UE, co ma epokowe znaczenie, także dla Polski”. Podejrzenia wzbudzają jednak rodzinne koneksje Radka: Jeden stryj był funkcjonariusz naszpikowanego sowieckimi oficerami i założonego przez Sowietów do walki z antykomunistycznym podziemiem Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Drugi był politrukiem w tymże „wojsku polskim”. A to, w połączeniu z kałmuckimi rysami twarzy Radka, upoważnia do pytania: Skąd jego przodkowie przyszwędali się do Polski?
Zasadność pytania wzmacnia wypowiedź, w której zrównał gloryfikację Bandery na Ukrainie z czczeniem Czyngis-chana w Mongolii – Skoro Mongołowie mają swojego wielkiego wodza, to powinniśmy pozwolić Ukraińcom na kult ich wielkiego wodza i na włączenie Bandery do ukraińskiego panteonu narodowego. I mamy wszystko w jednym: Chazara, Kałmuka i hajdamaków Czyngis-chan. I czas też najwyższy powiedzieć: Dość – Polska nie może mieć ministra, który przebacza ludobójcom tylko dlatego, że w Mongolii są pomniki Czyngis-chana.
To dobrze, że zabierają głos. Bo bez tego trudniej byłoby nam zrozumieć, jak wielkie jest zagrożenie i jak mało dzieli nas od katastrofy. I dlatego pytajmy: Jak to jest, że pojawiają się wszędzie tam, gdzie pojawia się interes Ukrainy i naruszany jest interes Polski? Jak to jest, że ostentacyjnie i bezczelnie, zawsze i wszędzie reprezentują punkt widzenia wrogów Polski? I wreszcie: Czy to przypadek, że wszyscy są Żydami?
Człowiek jest jednak kompletnym kretynem. Zna przecież perfidię ruskich a jednak nie domyślił się, jak ten spisek daleko sięga. Dzisiaj mnie olśniło, dzięki niezawodnej zawsze w takich sytuacjach „Gazecie”. A jeszcze bardziej dzięki jej przenikliwym czytelnikom, którzy oznajmili „od razu wiedziałem, że to ruska robota”. A co nią było?
Okazuje się bowiem, że to rosyjski wywiad płacił Ukraińcom za propagowanie banderyzmu i wychwalanie UPA na terenie Polski. Z tekstu dowiaduje się, że osiemnastoletni Ukrainiec został oskarżony o pracę dla ruskiego wywiadu. Na jego zlecenie miał malować na murach hasła gloryfikujące Ukraińską Powstańczą Armię i Stepana Banderę. Pomagał mu młodszy kolega.
Przyznaje się – myślałem przez lata, że na całej Ukrainie z szczególnym wzmożeniem zaś na jej zachodniej części, kwitnie banderyzm. I nie wpadłem na to, ze to robota Rosjan. Wraży wrogowie wolnego świata nocami po cichutku nazwali ulice mianem Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii. Dżdżystymi rankami, gdy uczciwi Ukraińcy siedzą w domach chytrusy przemianowali nazwy placów i skwerów na Jewhena Konowalca. Okrutniki jedne bez cienia skrupułów postawili potajemnie na całej Ukrainie rozliczne pomniki Stepana Bandery. Niepostrzeżenie wybudowali Muzeum Romana Szuchewycza we Lwowie. Cichaczem nadali w 26 miastach honorowe obywatelstwo Banderze. Urządzali marsze ku czci 14 Dywizja Grenadierów Waffen SS i uznali tych z UPA za ukraiński ruch wyzwoleńczy. Nieświadomych staruszków oblekali w mundury banderowskie i pomawiali im, że służyli w UPA. Po czym porozwozili pod pomniki i cyknęli tysiące zdjęć. I jeszcze sobie pogwizdują „Tam na łące czerwona kalina”.
Kremlowscy z całą pewnością również podszyli się pod Bogu ducha winnych Ukraińców i stworzyli organizację Myrotworeć, która tworzy jakieś „listy wrogów Ukrainy”. I zapisały te kawiorojady na tą listę różnych Polaków od prezydenckiego Boguckiego, przez Sokołowską po Korwina-Mikke. I my bezmyślne ameby łyknęliśmy taką propagandę. Matko! A przecież wiadomo, że to Rosjanie. Bo przecież Ukraińcy, by nam przykrości nie zrobili.
Ale szczytem szczytów ruskiej perfidii było sprowadzenie ciupasem do kraju trupa kolaboranta III Rzeszy Andrija Melnyka i pochowanie go z honorami na Cmentarzu Wojskowym w Kijowie. Przebrali się za greckokatolickich duchownych i odprawili msze żałobną w katedrze Patriarchalnego Soboru Zmartwychwstania Pańskiego. Był tam co prawda widziany Władimir Zełenski, Wiktor Juszczenko, i Kyryło Budanow, ale zapewne to na pewno byli przebierańcy. Pod maskami krył się być może sam Władimir Putin, Dmitrij Miedwiediew i Siergiej Ławrow. A jak nie to jakieś Nocne Wilki lub handlarze lat 90-tych z bazaru Różyckiego. One tak robią.
Pozostaje sprawa nadania jednej z jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy imienia „Bohaterów UPA” przez Wołodymyra Zełeńskiego. Ja myślę, że one zmyliły tego wielce szlachetnego i uczciwego człowieka. Zełeński był zapewne przekonany, że idzie o inne UPA na przykład Unię Papuaskich Astrofizyków. Ci uczeni papuascy nigdzie wcześniej nie byli honorowani. I on z dobroci swojego serduszka chciał docenić. I masz babo placek a Orła Białego kazali odesłać.
Perfidia tych ruskich jest ogromna. W przeszłości przechodzili operacje plastyczne upodabniające ich do polityków z Polski, by się wydzierać Sława Ukrajini i fotografować się na tle czerwono-czarnej-flagi. Bo przecież żaden polski polityk by tego nie zrobił. A my głupki wsiowe nie zauważyliśmy tej prowokacji mającej udowodnić, ze niby istnieje jakiś banderyzm. Ale co my małe żuczki. Taki premier Leszek Miller, też się dał nabrać na ten neobanderyzm na Ukrainie. I to mnie jedynie w tym wszystkim pociesza.
Dla ludobójczych ideologii, do których jest zaliczana ideologia nazizmu ukraińskiego, nazywanego powszechnie banderyzmem, nie ma miejsca nie tylko w cywilizacji chrześcijańskiej – zarówno łacińskiej, jak i bizantyjskiej – ale również we współczesnej Europie.
Choć oderwała się ona od swych chrześcijańskich korzeni, jednak w żadnym z traktatów jednoczących olbrzymią większość jej narodów w Unię Europejską nie ma przyzwolenia na jakąkolwiek formę czystek etnicznych jako sposobu osiągania niepodległości czy państwowości. Na poziomie międzynarodowym jest więc możliwe – przy woli politycznej eurokratów i ich amerykańskich mentorów – powstrzymanie banderowskiej Ukrainy. Mogą to być takie zmieniające kształt ukraińskiej polityki decyzje, które nie wymagają długotrwałych działań. Podobnie w relacjach dwustronnych polsko-ukraińskich poprzez decyzje i akty ustawodawcze Polska ze „sługi Ukrainy” może przeistoczyć się w suwerenny podmiot polityczny, stawiający Kijowowi jako pierwszy warunek jakiejkolwiek współpracy – debanderyzację.
Profesor Stanisław Bieleń w artykule Mispercepcja w stosunkach polsko-ukraińskich („Myśl Polska” Nr 27-28, 2026) nad wyraz jasno i zwięźle przedstawił kierunki działań politycznych umożliwiających nam wyjście z roli „sługi”. Ich istotą jest pozbawiony wszelkich prometeizmów i psychologicznych obciążeń realizm polityczny. Jego celem zaś są interesy polskiego państwa i polskiego społeczeństwa.
Zatrucie cywilizacyjne
Przeprowadzenie debanderyzacji polskiej polityki i kształtujących ją elit na poziomie cywilizacyjnym będzie bardziej skomplikowane. Obejmuje ona bowiem sferę wartości wyższych – religijnych, moralnych, kulturowych – kształtujących naszą postawę osobową i narodową. To kategorie dobra, prawdy i piękna – zarówno estetycznego, jak i metafizycznego – które w koncepcji Feliksa Konecznego współtworzą wraz z kategoriami zdrowia i dobrobytu niczym niezastępowalny quincunx – paradygmat cywilizacji chrześcijańskiej.
Zaistniała po 1991 roku w ramach proukraińskiego nastawienia banderyzacja Polski zdegradowała te fundamentalne dla naszego kształtu cywilizacyjnego kategorie, nadając im w relacjach z Ukrainą wymiar polityczny. Zostały wręcz podporządkowane celom antyrosyjskiej polityki Kijowa, określanej przez USA oraz NATO i UE. Wojna z Rosją i jej nieustająca eskalacja poprzez ciągłe dozbrajanie i finansowanie Ukrainy stała się „dobrem” antycywilizacyjnym Polski. Prawda o odrodzeniu nazizmu ukraińskiego jako istotnego elementu ideowego tej wojny była systematycznie rugowana z oficjalnego przekazu informacyjnego. Natomiast w obszarze kultury powstało wiele utworów literackich, muzycznych, filmowych, z dziedziny sztuk plastycznych – sławiących walczącą z Rosją Ukrainę, przemilczających jej coraz groźniejsze neobanderowskie oblicze.
One właśnie, na równi z propagandą głównego nurtu i proukraińska cenzurą sprawiły, że w świadomości Polaków ukształtowały się fałszywe ideały dobra wspólnego, przebaczenia i miłosierdzia. Zafałszowanie tych wysokich kategorii moralno-egzystencjalnych dokonało się także poprzez upolitycznienie problematyki ukraińskiej w nauce i edukacji. W tych dziedzinach również eliminowane są systematycznie wszelkie krytyczne jej oceny; nade wszystko te, które dotyczą odrodzenia banderyzmu. W wyniku tej negatywnej transformacji cywilizacyjnej decydenci ukształtowali w świadomości Polaków przekonanie, że ofiarami wojny są jedynie wszyscy bez wyjątku Ukraińcy. Ich katami są Rosjanie, nawet wtedy, gdy są niewinnymi cywilami ginącymi w wyniku dronowych ataków ukraińskich, dokonywanych na rosyjskie cele w odległości setek kilometrów od linii frontu.
Nawet wtedy, gdy giną – jak Daria Dugina – w wyniku zamachów terrorystycznych, organizowanych przez Ukrainę w Rosji. W przekonaniu większości Polaków, o czym świadczą nie tylko ich wypowiedzi na portalach społecznościowych, ale również akcje pomocy dla ofiar wojny – na wszelkie rodzaje wsparcia, a nade wszystko przejawy empatii zasługują jedynie Ukraińcy. Dla rosyjskich cywilnych ofiar jest jedynie cyniczna obojętność lub wręcz pogarda. W tej postawie zatrucia cywilizacyjnego Polska trwa od pierwszej fazy wojny, którą po euromajdanie wytoczyła kijowska władza prorosyjskim, separatystycznie nastawionym ukraińskim regionom Doniecka i Ługańska.
To była już w pełni neobanderowska władza, utrwalająca nie tylko kult „bohaterów” OUN-UPA, ale również wykorzystująca do walki z prorosyjską ludnością m. in. neonazistowskie formacje militarne z osławionym Azowem na czele. Ta formacja, znana z terrorystycznych i ludobójczych akcji przeciwko zbuntowanym regionom, powstała w 2014 roku jako batalion ochotniczy, rekrutujący się ze skrajnie probanderowskich osobników. W tym samym roku została przekształcona w pułk, a rok później w brygadę. Obecnie funkcjonuje nie tylko jako brygada szturmowa w ramach Gwardii Narodowej Ukrainy, ale także jako sieć organizacji społecznych i politycznych wspierających jej walkę z Rosją. Ten spektakularny rozwój neonazistowskiej formacji, odwołującej się do symboliki Waffen SS, świadczy o dynamice powrotu Ukrainy do dehumanizującej ideologii Stepana Bandery, Romana Szuchewycza i ich wspólników.
Strona rosyjska dysponuje dokumentacją wielu aktów ludobójstwa Azowa, dokonanych na ludziach Donbasu i Ługańska przed 2022 rokiem. W polskim przekazie głównego nurtu przemilczano jednak wszystkie zbrodnie azowców, co więcej, dokonano heroizacji ich sprawców w czasie walk o wyzwolenie ludności Mariupola z przemocy kijowskiej władzy – na wzór tej, która obejmuje coraz potężniejszy kult OUN-UPA. Dla ich ofiar nie było i nie ma ze strony polskiej żadnych wyrazów empatii, ani napomknień o jakimkolwiek moralnym wsparciu. Po prostu w świadomości polskiego społeczeństwa oni nie istnieją, bo nie są walczącymi z Rosją Ukraińcami.
Propaganda kłamstw, cenzura, nowomowa
W przestrzeni propagandy trwa wojna kognitywna środowisk sprawujących w Polsce władzę o świadomość Polaków. Sama propaganda jest formą różnych typów perswazji tych środowisk – od łagodnych do przemocowych – skierowanych do nas i sterujących naszymi postawami. Nie tylko politycznymi, ale również psychologicznymi i moralnymi. Od euromajdanu głównym jej segmentem jest propaganda prowojenna, w której środki przekazu głównego nurtu dokonują nieustannie fundamentalnej manipulacji prawdą odnośnie do Ukrainy i Rosji. Narzuciły polskiemu społeczeństwu fałszywy przekaz o zagrożeniu ze strony Rosji, przed którą rzekomo broni nas Ukraina. To typowa dysymulacja – odrealnienie stanu faktycznego i ukazywanie go jako realnie istniejący. Jean Baudrillard nazwał takie wytwory w przekazie informacyjnym symulakrami. Powstaje on w wyniku manipulacji prawdą w przestrzeni komunikacyjnej.
Sama zaś manipulacja jawi się tutaj jako instrument władzy nad tą przestrzenią. Jest dokonywana poprzez język, obrazy, znaki, symbole, dźwięki, muzykę. Ich wpływ na odbiór symulakrów jest ogromny. Środowiska władzy kształtują dzięki niej poparcie społeczeństwa dla swojej polityki. Manipulacja prawdą stała się w III RP fundamentem proukraińskiej i jednocześnie antyrosyjskiej – rusofobicznej – propagandy, rozumianej jako oddziaływanie bezalternatywnej perswazji na świadomość społeczeństwa. Dzięki niej władza uzyskała poparcie dla wojny USA i UE z Rosją, toczonej na Ukrainie. Skutki tej manipulacji to nie tylko erozja prawdy i autentyzmu, oraz utopijna perspektywa wiecznej eskalacji tej wojny, ale również destrukcja zaufania jako głównej kategorii kapitału społecznego w przestrzeni komunikowania.
Z taką właśnie destrukcją mamy obecnie do czynienia w Polsce. Wystarczył jeden gest w kierunku prawdy, jaki uczynił prezydent Polski Karol Nawrocki, odbierając banderowskiemu prezydentowi Ukrainy Order Orła Białego za nadanie imienia „Bohaterów UPA” Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy. Pełna nazwa tej ukraińskiej jednostki wojskowej wskazuje na wyjątkowe jej znaczenie w ukraińskiej armii. Nadanie jej imienia ludobójczych bohaterów zawiera intencję ideową, na którą nie może się zgodzić polskie społeczeństwo i żadna polska władza. Oznacza to, iż jednostka ta w sposób jawny ma nie tylko kontynuować ideową tradycję UPA, ale również realizować jej politykę unicestwiana mniejszości narodowych.
To nie jest jakaś postprawda czy narracja oparta na polskich stereotypach, ostrzegających przed zdradzieckimi Ukraińcami. To ponury fakt i kolejne świadectwo banderyzacji Ukrainy, obejmującej także dziesiątki pomników ku czci ukraińskich ludobójców, ich nazwy ulic, instytucji państwowych i samorządowych, różnego rodzaju organizacji. Kult bohaterów OUN-UPA wniknął głęboko nie tylko do ukraińskiej polityki, ale także do ukraińskiej nauki, kultury, edukacji.
Gdy w 2022 roku Władimir Putin ogłosił, iż jednym z celów SWO na Ukrainie jest jej denazyfikacja oraz obrona rosyjskojęzycznej ludności przez represjami i aktami ludobójstwa ze strony kijowskich władz, nikt z polskiego etablishmentu politycznego i opiniotwórczego nie przyznał mu i nie przyznaje nadal racji. Rusofobia okazała się silniejsza i pierwotna w stosunku do ukrainofilii przemieszanej z banderofilią. Propaganda kłamstw oraz towarzysząca jej proukraińska cenzura uwięziły Polaków w klatce rusofobii, w której wentylem bezpieczeństwa może się dla nas stać odrzucenie neobanderyzmu nie tylko na Ukrainie, ale nade wszystko w Polsce.
Wyjście z cywilizacyjnej zapaści
Powinniśmy zacząć od pytania, dlaczego po rozpadzie Związku Radzieckiego na Ukrainie doszło do odrodzenia ludobójczej ideologii, której wyznawcy w barbarzyński sposób pozbawili życia setki tysięcy polskich cywilów w czasie II wojny światowej – głównie kobiet, dzieci i starców. Nie tylko na Wołyniu, ale również w Małopolsce Wschodniej. Świadomie możemy używać w tym wypadku nazwy Małopolska Wschodnia – co czynią zajmujący się tą problematyką niezależni i zarazem niezłomni badacze: Lucyna Kulińska, Czesław Partacz, Włodzimierz Osadczy, Bogusław Paź. Mamy do tego zarówno moralne, jak i historyczne prawo, ponieważ w czasie ludobójstwa ludności polskiej tereny, na których go dokonywano należały do II RP i Małopolska Wschodnia, nazywana wymiennie Galicją Wschodnią nie była wówczas żadną zachodnią Ukrainą.
Trzeba też przywołać w tym miejscu casus Królewca. Choć należy do Federacji Rosyjskiej, gdzie występuje jako Kaliningrad, w polskiej debacie nikt go tak obecnie nie nazywa. Dlatego kuriozalna jest reakcja ukraińskich polityków na słowa szefa kancelarii prezydenta RP Zbigniewa Boguckiego o ludobójstwie ukraińskim w Małopolsce Wschodniej. Sprowadza się ona do konstatacji, iż użycie tej nazwy stanowi zakwestionowanie integralności Ukrainy. Taka przewrotna reakcja Kijowa, podobnie jak towarzyszące jej kłótnie polskich polityków na ten temat, to cyniczna próba odwrócenia naszej uwagi od istoty problemu. Sprowadza się on do dwóch pytań: 1. jak do tego doszło, że mija już osiemdziesiąty pierwszy rok od zakończenia II wojny światowej i trzydziesty pierwszy od rozpadu ZSRR, a my wciąż czekamy na pełne dane o ofiarach ukraińskiego ludobójstwa, ich ekshumację i godny pochówek; 2. kto odpowiada – oprócz samej Ukrainy – za odrodzenie banderyzmu w jej przestrzeni narodowej i państwowej? W odpowiedzi na te pytania musimy wskazać – zgodnie z prawdą – na bardzo dużą część odpowiedzialności polskich polityków oraz oderwanych od społeczeństwa elit i środowisk opiniotwórczych. To te kręgi godziły się na dyktat Kijowa w sprawie polskich ofiar, wynikający z banderyzacji ukraińskiej polityki i związanych z nią najważniejszych form życia społecznego. Była oficjalna i nieoficjalna cicha zgoda Polski na zaistnienie obecnej sytuacji. Przymykanie oczu, tolerowanie rosnącego na Ukrainie zła społecznego i moralnego, jakie niesie sama ludobójcza ideologia i kult uosabiających ją ludzi.
Straszenie tych środowisk trybunałami czy sądami nic nie da. Konieczna jest wymiana elit, która będzie możliwa po najbliższych wyborach parlamentarnych. Tylko zupełnie nowa władza umożliwi wymianę elit. Tylko nowy parlament może wprowadzić penalizację neobanderyzmu, zakazać cenzury, odpolitycznić naukę i edukację, stworzyć warunki dla rozwoju polskiej kultury, wolnej od ukrainofilskich uzależnień.
Szwajcarski pułkownik (w stanie spoczynku) od siedmiu miesięcy żyje z paczek od sąsiadów. Jego przewinienie: wizyta w księgarni, w której często pisał inny autor.
przez Nico Stino
Istnieją listy sankcji zawierające nazwiska miliarderów, watażków i ministrów rządu. Istnieje również lista UE, która od połowy grudnia 2025 roku zawiera nazwisko Jacques’a Bauda – emerytowanego pułkownika szwajcarskiego sztabu generalnego, który pisze w Brukseli projekt książki i posiada konto w UBS. Uzasadnienie brukselskiej biurokracji: rzekomo „ułatwiał rozpowszechnianie rosyjskiej propagandy”. UE nie przedstawia żadnych dowodów na poparcie tego twierdzenia. Całe dossier składa się z dziewięciu artykułów, a żaden z nich nie cytuje ani jednego oświadczenia samego Bauda.
Biurokracja jako kara
To, co miało być gestem politycznym, przerodziło się w proces administracyjny, ujawniający jego wrodzoną złośliwość. Między 15 grudnia a 17 marca Baud nie miał dostępu do swojego belgijskiego konta – półtora miesiąca, zanim Ministerstwo Finansów przyznało wyjątek humanitarny, i kolejne półtora miesiąca, zanim bank go wdrożył. Ledwo konto odzyskało dostęp, szwajcarski UBS, bez żadnego mandatu UE, jednostronnie zamroził jego fundusze. Pod koniec czerwca wyjątek ponownie wygasł. Drugi wniosek znajduje się w Ministerstwie od początku maja – podobno gotowy do podpisu, ale nikt go nie podpisał. Sam Baud ujął to tak: „Jesteśmy dokładnie jak Związek Radziecki w latach 60.”
Sankcji niczego nie brakuje w precyzji – poza celem. Oficjalnie ma ona na celu wywarcie presji na Władimira Putina. Szwajcarski analityk wojskowy, praktycznie nieznany poza kręgami specjalistów przed nałożeniem sankcji, jako narzędzie nacisku na Kreml: Ta koncepcja ledwo wytrzymuje krytykę.
Straty uboczne jako model biznesowy
Bardziej interesujący niż sama decyzja UE jest jej wpływ na osoby trzecie. Belgijski bank ING, szwajcarski bank UBS, firma ubezpieczeniowa Lavaloise, operator kart SwissGuard – żadna z tych firm nie była zobowiązana do rozwiązania umowy. Szwajcaria nie przyjęła sankcji i oficjalnie powiadomiła o tym UE, podając dwa powody: po pierwsze, naruszenie wolności słowa, a po drugie, że Baud nigdy nie został objęty procesem. Niemniej jednak UBS rozwiązał pięćdziesięcioletnią umowę z klientem bez podania przyczyny, powołując się na „prawo do rozwiązania umowy w dowolnym momencie”.
To jest prawdziwa lekcja płynąca z tej sprawy: listy sankcji są skuteczne nie tylko tam, gdzie są stosowane, ale wszędzie tam, gdzie instytucje się ich boją. Baud nazywa to „zarządzaniem terrorem”. Mówiąc dokładniej, w kategoriach ekonomicznych można by mówić o eksternalizacji kosztów politycznych – banki unikają ryzyka, poświęcając własnych klientów na długo przed tym, zanim sąd zostanie zapytany, czy to ryzyko jest realne.
Dokument bez treści
Jeśli chodzi o dowody, sprawa momentami przypomina farsę z okładką. W jednym artykule wspomniano o Baudzie, ponieważ odwiedził tę samą księgarnię, co znany prawicowy ekstremista – nie w tym samym czasie, oczywiście. W innym wspomniano o nim mimochodem, ponieważ znał kogoś, kogo artykuł faktycznie atakuje. Skojarzenie zastępuje dowody, znajomość zastępuje działanie. Sam Baud porównuje to do pokazowego procesu w Pradze z 1950 roku i filmu „Spowiedź” – skazano go nie za to, co się zrobiło, ale za tych, których się znało.
A jednak, w zwrocie akcji, którego nawet Bruksela nie mogła przewidzieć, sankcja wzmocniła wpływy Bauda, zamiast je osłabić. Jego filmy docierają teraz do większej liczby widzów niż wcześniej. Amerykański prezenter Andrew Napolitano nazwał go „najsłynniejszą osobą objętą sankcjami na świecie”, porównując go do Juliana Assange’a. Mechanizm jest prosty i nieobcy UE: osoby objęte sankcjami są uważane za ważne. Sam Baud ujmuje to bardziej lakonicznie: „Cała logika systemu jest nieco dziecinna”.
Klasyfikacja
Sprawa Baud jest niezwykła, ponieważ pokazuje, jak niewiele kontroli potrzeba, aby kogoś unieruchomić ekonomicznie – i jak wiele solidarności potrzeba, aby utrzymać go przy życiu. Przez siedem miesięcy sąsiedzi przynosili mu jedzenie. To nie przypis, ale fundamentalne odkrycie: w systemie prawnym, który szczyci się gwarancjami proceduralnymi, to ostatecznie pomoc sąsiedzka decyduje, czy ukarana osoba ma co jeść.
O firmie Swissvox
Swissvox to niezależna szwajcarska platforma medialna finansowana wyłącznie przez czytelników – wolna od powiązań politycznych, reklam i dotacji rządowych. Subskrypcja Swissvox automatycznie obejmuje Techvox, siostrzaną publikację w języku angielskim, która zajmuje się nowymi technologiami, sztuczną inteligencją, robotyką i wieloma innymi zagadnieniami, ze szczególnym uwzględnieniem Szwajcarii i Azji. Treści można tłumaczyć z niemieckiego na angielski jednym kliknięciem. Osoby chcące wspierać niezależne dziennikarstwo mogą to zrobić w ramach modelu członkostwa.
=============================
mail:
płk. Jacques Baud od 2022 robił ogromną pracę na rzecz prawdy i robi to dziś.