NCZAS.INFO | Jeffrey Archer. / foto: Wikimedia, Bjørn Erik Pedersen, CC BY 3.0
W wieku 86 lat zmarł w poniedziałek brytyjski pisarz i były polityk Jeffrey Archer – poinformowało wydawnictwo HarperCollins.
Wspaniała powieść – relacja z pierwszej ręki walk o władzę – „Pierwszy między równymi”
Archer sprzedał na świecie ponad 300 milionów egzemplarzy swoich książek, a zasłynął z dynamicznych thrillerów, takich jak „Co do grosza”, czy „Kane i Abel”. Jego ostania powieść „Adam i Ewa” .
W latach 70. i 80. ub. wieku Archer był znaczącym politykiem Partii Konserwatywnej, w której sprawował funkcję wiceprzewodniczącego od września 1985 roku do października 1986 roku.
Jego kariera polityczna zakończyła się upadkiem, gdy w 2001 roku został skazany na cztery lata więzienia za krzywoprzysięstwo i utrudnianie wymiarowi sprawiedliwości wykonywania zadań.
Mirosław Dakowski 28.09.2011. [te same wyrazxy powtarzaj po kilka raqzy!! Te -sprzed 12 lat…]
1) w ostatnim dwudziestoleciu w Polsce różnice pomiędzy wariantami ordynacyj, wraz z niedawnym „Kodeksem wyborczym” są dla wyborcy mało istotne. Nie dotyczą PODSTAWY, którą w sejmie jest głosowanie na listy partyjne, nie na OSOBY.
2) Kolejne majstrowania (a było ich dużo),dotyczą spraw mało istotnych: z sufitu branych „przeliczników” d’Hondta, czy wybieranych przez amatorów „progów wyborczych” (3%, 5%, może 8%… wynikające z kalkulatorków nieuków, nie rozumiejących zasad działania danego mechanizmu) lub (ostatnio) prób pomocy niepełnosprawnym.
3) W konstytucjach (też tej z 1997 r.) sprecyzowano, iż wybory mają być proporcjonalne. Zupełnie innym pojęciem jest Ordynacjaproporcjonalna, tak nazwana przez prawników, z pogwałceniem zasad arytmetyki.
A) Dla osób mniej znających logikę (do nich należą niektórzy prawnicy – konstytucjonaliści i szefowie partyj sejmowych): różnica między pojęciem „wybory” a pojęciem „ordynacja” jest taka, jak między pojęciem „mleko” a pojęciem „krowa”.
B) „Proporcjonalność” implikuje, że stosunek ilości mandatów do ilości osób uprawnionych do głosowania powinien być w miarę stały. Z trudem spełniają to konstytucyjne wymaganie niektóre warianty ordynacyj zwanych proporcjonalnymi (d’Hondta – tylko z niektórymi współczynnikami), ale zdecydowanie spełnia te wymogi ordynacja JOW (w Polsce: jeden mandat na 62 tys. wyborców). Argument, iż „dla wprowadzenia JOW należałoby zmienić konstytucję, a to jest trudne” (czy niemożliwe) – jest więc argumentem nielogicznym, świadczy o złej woli osób i struktur go używających.
C) W obecnych ordynacjach obywatel nie ma biernego prawa wyborczego. Skargi , m.in. do Sądu Najwyższego i Sejmu, słane od co najmniej 15-tu lat, pozostawały bez odpowiedzi, lub wywołały odpowiedzi żenująco głupie. Ostatnio przekonali się o tym następni (Rycerze? ….frajerzy? – chyba tak, bo nie powinno się popełniać tych samych błędów wielokrotnie… ).
E) Istnieją w niej też przywileje, np. dla mniejszości niemieckiej, łamiące konstytucyjną zasadę proporcjonalności i równości wyborów.
4) Wszystkie sondaże profesjonalne, sondy uliczne , czy rozmowy ze znajomymi wskazują, że wyborcy (czy: Polacy) chcą głosować „na osobę”, nie zaś „na listę partyjną” (78%, 84%, 87% itp). Sam ten argument wystarcza, by walczyć o JOW.
5) Ten głos, ta wola wyborcy jest od 20-tu lat IGNOROWANY(-a) przez samozwańczo ukształtowaną „kastę polityków”. Kasta ta staje się dziedziczna. Sam ten argument wystarcza, by walczyć o JOW.
6) Rozsądek i wola większości wyborców (tu szczęśliwie idą w parze) wymagają, by do sejmu szli aktywni, uczciwi, znani nam z rozumu, nie zaś celebryci, świecący implantami zamiast swych zębów, czy „proprcjonalni przedstawiciele” socjologów, kobiet, feministek, łysych, głupków itp. Wyborca chce, by wybrany (i przecież opłacony przez niego!) poseł najlepiej walczył o interesy wyborcy, nie zaś, by miał zbliżone do niego IQ, czy wykształcenie, czy wagę. Sam ten argument wystarcza, by walczyć o JOW.
7) Ordynacja „na listy partyjne”, zwana od dziesięciolecia „partyjniacką”, gwarantuje długie targi koalicyjne, często wymusza koalicje partyj o sprzecznych programach. Zawsze pozwala partii największej na tłumaczenie, że nie spełnia ona swych przyrzeczeń, bo „koalicjant nie pozwala”. W Belgii targi koalicyjne pozbawiają zwykle kraj rządu na 150 – 400 dni po wyborach. [por. Belgia pobiła rekord świata ]. W Wielkiej Brytanii (JOW) szef zwycięskiej partii (np. 38% posumowanych głosów, lecz 60% mandatów) na drugi dzień po wyborach przedstawia Królowej swój –jako premiera – gabinet i zaczyna rządzić. Później, gdyby nie spełnił obietnic przed-wyborczych, nie może się wymawiać, że „to koalicjant zawinił”. Sam ten argument wystarcza, by walczyć o JOW.
8) Krajów, w których wybiera się parlamentarzystów w JOW, w naturalny od wieków, prosty i tani sposób, jest ponad sześćdziesiąt. Dobrze się mają. Sam ten argument wystarcza, by walczyć o JOW.
9) Wybory JOW muszą być jedno-stopniowe: Przykład Francji (ma od pewnego czasu dwustopniowe) wskazuje, że po pierwszej turze możliwe są targi i intrygi eliminujące „niepoprawnych”, czy „niepostępowych”.
10) Po wyborach w JOW (w Wielkiej Brytanii startują ludzie, nie przedstawiciele partyj) zawsze tworzą się dwie grupy, partie silne (rządząca i główna opozycyjna). Ale jest też miejsce dla ”trzeciej siły”, są też reprezentanci małych partyj i niezależni.
11)Tak wskazuje doświadczenie, a także „zasada Duverger’a” . Factors in a Two-Party and Multiparty System Maurice Duverger : “…three sociological laws: (1) a majority vote on one ballot is conducive to a two-party system; (2) proportional representation is conducive to a multiparty system; (3) a majority vote on two ballots is conducive to a multiparty system, inclined toward forming coalitions.”
12)Ordynacja JOW jest PROSTA (opisana przez 2 – 4 zdań + zasady podziału kraju na 460 okręgów), uniemożliwia więc dowolność interpretacji przez PKW oraz Sąd Najwyższy. Kampania jest tania i niezbyt zależna od dyktatu mediów. Rzutki kandydat jest w swym powiecie znany i może objechać na rowerach, z pomocą żony, synów i przyjaciół, domy wszystkich wyborców. Sam ten argument wystarcza, by walczyć o JOW.
I dla tego wszystkiego kasta partyjniaków tak się boi JOW.
List jest prawdziwy – co jasno wynika z jego początku:
„Ponieważ pierwszą ofiarą niekończących się wojen prowadzonych przez rząd USA była niezmiennie prawda, a naród amerykański zawsze ponosił największe straty w wyniku kampanii oszustwa prowadzonej przez rząd USA, pragniemy zwrócić uwagę na niektóre fakty, które są ukrywane przed amerykańską opinią publiczną. W końcu to amerykańscy podatnicy muszą ponosić koszty niesprawiedliwych wojen Ameryki i dlatego zasługują na poznanie prawdy”.
List można przeczytać w różnych miejscach, m.in. tutaj :
Problem z listem nie polega na jego prawdziwości. Problemem jest jego naiwność. List ujawnia, że rząd irański ma błędne pojęcie o swoim zastępczym przeciwniku, z którym Izrael pozwala Iranowi walczyć, podczas gdy Izrael, prawdziwe źródło konfliktu, unika szkód wyrządzonych przez konflikt.
Irański list zakłada, że to naród amerykański sprawuje władzę, ponieważ Ameryka jest demokracją. Rząd irański, uwięziony w demokratycznych iluzjach, nie rozumie, że to nie naród amerykański, ale pieniądze kontrolują rząd USA. Jeśli chodzi o politykę Ameryki wobec Bliskiego Wschodu, nie jest ona determinowana ani przez naród amerykański, ani przez wybory, lecz przez lobby izraelskie i amerykański kompleks bezpieczeństwa militarno-przemysłowego.
Lobby izraelskie z powodzeniem wykorzystywało Stany Zjednoczone przez cały XXI wiek do prowadzenia wojen w Izraelu w imię syjonistycznego planu Wielkiego Izraela. Amerykański kompleks bezpieczeństwa militarno-przemysłowego jest niezwykle zadowolony z ćwierćwiecza wojen prowadzonych w imieniu Izraela, ponieważ wojny z Irakiem, Libią, Syrią, a teraz z Iranem i Libanem przyczyniły się do jego zysków.
Absurdalne przekonanie irańskiego rządu, że rząd USA służy interesom narodu amerykańskiego, jest wręcz absurdalne – i dowodzi niezrozumienia przez Iran swojego zastępczego przeciwnika. W rzeczywistości Iran nie rozumie konfliktu, w którym uczestniczy, ponieważ walczy z zastępczym przeciwnikiem, a nie z prawdziwym wrogiem Iranu – Izraelem.
Od 2014 roku Putin w Rosji daje się nabrać na ten sam trik. Rosja marnuje swoje zasoby, a także życie żołnierzy i cywilów, walcząc z siłami zastępczymi swojego prawdziwego wroga. To głupota tej skali niszczy kraje.
Jak można wytłumaczyć tak całkowitą błędną ocenę rzeczywistości przez Irańczyków i Rosjan?
Radosław Sikorski, minister spraw zagranicznych III RP, należy do grona najbardziej zagorzałych europejskich podżegaczy wojennych nastawionych antyrosyjsko – wspierany przez swoją żonęAnne Applebaum, która publikuje teksty głównie w USA, na łamach ‚The Atlantic’.Przed wysuwanymi przez nich propozycjami politycznymi i militarnymi można jedynie ostrzegać!
W 1962 roku w USA ukazała się książka amerykańskiego analityka ds. bezpieczeństwa Hermana Kahna pt.„Thinking about the Unthinkable” („Myśleć o tym, co nie do pomyślenia”). W cieniu nadciągającego kryzysu kubańskiego i w okresie apogeum zimnej wojny pozycja ta niemal natychmiast stała się bestsellerem, gdyż zawierała rozważania autora na temat dotąd niewyobrażalny i moralnie nieakceptowalny: w jakich okolicznościach i na jakich warunkach mocarstwa atomowe mogą zostać wciągnięte w konflikt nuklearny oraz jakie błędy polityczne i strategiczne w polityce mocarstwowej mogą doprowadzić do wojny o katastrofalnych skutkach. Książkę niemal natychmiast przetłumaczono na wiele języków.
Od czasu publikacji tej książki minęło ponad sześćdziesiąt lat, a w myśleniu politycznym i strategicznym wiele się zmieniło. Mimo to pewne przemyślenia Kahna (które szczegółowo opisał jako kluczowy etap ‚drabiny eskalacji’) pozostają aktualne: jak zareagowałoby mocarstwo atomowe, gdyby przeciwnik dysponujący bronią jądrową zepchnął je do sytuacji, w której czułoby się poważnie ograniczone w podejmowaniu decyzji dotyczących własnej przyszłości? Do sytuacji, w której miałoby poczucie, że jego egzystencja jest poważnie zagrożona? Czy w takim przypadku nie sięgnęłoby po broń jądrową?
Wrzesień 2026 roku. W Kijowie odbywa się konferencja poświęcona bezpieczeństwu pod nazwą „Yalta European Strategy”, zorganizowana przez ukraińskiego miliardera Wiktora Pinczuka. Głównym mówcą był Radosław Sikorski. Podobnie jak w przeszłości, wygłosił on niezwykle wojownicze i agresywne przemówienie. Oświadczył między innymi, że „gdyby Rosja zdecydowała się nas zaatakować, pokonalibyśmy ją bardzo szybko”; chwalił się, że „mamy nad Rosją ogromną przewagę w siłach powietrznych, nawet nie licząc sił amerykańskich”; groził, że „skoro Ukraina w ciągu sześciu miesięcy wyeliminowała z użytku połowę rosyjskich rafinerii, my wyeliminowalibyśmy drugą połowę w sześć tygodni”; wzywał też do działań polegających na „bombardowaniu rosyjskich zasobów, dzięki czemu wojna sama wygaśnie”. Sikorski nie omieszkał oczywiście wtrącić drwiącej uwagi, stwierdzając, że „pierwotne ambicje Putina, by odwrócić skutki rozpadu Związku Radzieckiego i… stworzyć swego rodzaju Jałtę numer dwa… okazują się niemożliwe do zrealizowania”.
Sikorski nie jest osobą prywatną. Nie jest on zwykłym mówcą, który utrzymuje się z podróżowania na dobrze płatne konferencje, gdzie otrzymywałby tym wyższe honoraria, im bardziej skandaliczne byłyby głoszone przez niego poglądy. Sikorski jest ministrem spraw zagranicznych państwa, które jest znaczącym członkiem NATO w Europie. Powtarzające się wypowiedzi, w których Sikorski podjudza Sojusz Północnoatlantycki przeciwko Rosji, są zatem niezrozumiałe i nieodpowiedzialne w ustach człowieka, którego zadaniem i misją powinno być poszukiwanie rozwiązań dyplomatycznych i pojednawczych.
I w tym miejscu wracam do punktu wyjścia mojego dzisiejszego tekstu oraz rozważań Hermana Kahna. Czy Sikorski naprawdę wierzy, że groźby wojny z Rosją i „zaganianie tego kraju w kozi róg” nie mogą doprowadzić do fatalnej w skutkach eskalacji? Czy nie obawiamy się, że mocarstwo atomowe – upokarzane przez nieustannie eskalujące ‚pomysły’ i groźby wszystkich tych Sikorskich, Merzów, Macronów i Starmerów (których liczba na Zachodzie zatrważająco rośnie) – mogłoby zdecydować się na użycie tak niszczycielskiej broni? Kahn odpowiada na to jednoznacznie: użyłoby jej.
Stworzenie swego rodzaju „Jałty numer dwa” jest dziś niemożliwe. Choćby dlatego, że mocarstwa, które pod koniec II wojny światowej zebrały się w Jałcie, albo już nie istnieją (ZSRR), albo znacząco straciły na międzynarodowym znaczeniu (Wielka Brytania), albo z trudem radzą sobie z własnym osłabieniem (USA) w obliczu rosnącej roli innych potęg. Przede wszystkim jednak dlatego, że dynamika geopolityczna przenosi się dziś w inne rejony świata. Straszenie przez Sikorskiego powrotem do układu jałtańskiego jest zatem całkowicie oderwane od rzeczywistości.
Bombastyczne wypowiedzi ministra spraw zagranicznych i groźby wojny, która miałaby zniszczyć Rosję, mogą wprawdzie zadowalać obecne władze Ukrainy (choć z pewnością nie zwykłych Ukraińców, którzy jako pierwsi ucierpieliby na takiej eskalacji napięcia) czy odpowiadać niektórym politykom w krajach bałtyckich – a może nawet niemieckiemu kanclerzowi Merzowi, dla którego polityka kreowania zewnętrznego wroga jest ostatnią szansą na ukrycie rozpaczliwej sytuacji w rządzonym przez niego kraju; wezwanie Sikorskiego do wojny jest też na rękę Ursuli von der Leyen, jeśli sądzić po jej zdumiewających słowach wygłoszonych kilka dni temu w orędziu o stanie Unii.
Ulrich Siegmund podczas wieczoru wyborczego AfD w Magdeburgu. Viktor Orban skomentował: ‚Zapnijcie pasy – to dopiero początek’
Jednakże tym, kto wojny nie chce – co jest zrozumiałe – jest opinia publiczna w krajach europejskich. Ludzie słusznie przeczuwają, że to oni najbardziej ucierpieliby wskutek ewentualnych działań wojennych i dają wyraz swoim obawom. Najnowsze wyniki wyborów do parlamentów krajowych w trzech niemieckich landach stanowią swoisty raport nie tylko o tym, jak kończą się rządy szalejących Zielonych wspólnie z progresywistami i zwolennikami wielokulturowości, ale także o lękach i obawach zwykłych ludzi przed eskalacją wojny, która może łatwo wymknąć się spod kontroli i zakończyć katastrofą.
Współczesne europejskie elity polityczne – do których zalicza się również Sikorski – zdają się nie traktować zbyt poważnie obaw swoich obywateli. Niezdolność polityków do zrozumienia rzeczywistości aż nazbyt przypomina tragiczną historię, jakiej Europa doświadczyła w XX wieku. Wygląda na to, że po raz kolejny nie wyciągnięto z niej żadnych wniosków.
Błąd przy wysyłce alertu RCB. Pomylili województwa.. wysłali ostrzeżenie do mieszkańców Lubuskiego, a mieli tylko do Lubelskiego. No ale, że województwa brzmią podobnie, to wyszło jak wyszło
„Podczas dzisiejszej wysyłki Alertu RCB dotyczącego zagrożenia z powietrza doszło do pomyłki. Wiadomość przeznaczona dla osób przebywających na terenie województwa lubelskiego została omyłkowo skierowana do odbiorców w województwie lubuskim” — czytamy w komunikacie RCB.
——————-
—————————————-
Idiokracja. Tak się kończy głosowanie na umysłowych debili, którzy potem do koryta ściągają pociotków nie nadających się do niczego.
W porozumieniu z ks. proboszczem Rafałem Śliwińskim zgłaszam do Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę Parafię Św. Michała Archanioła w Ludwikowicach Kłodzkich.
W każdy pierwszy wtorek miesiąca sprawowana jest Msza Św. za Ojczyznę za wstawiennictwem św. Michała Archanioła o godz.17.00 oraz odmawiany jest Różaniec za Ojczyznę o godz.16.30.
Nowy „kordon sanitarny” wzniesiony przez Trumpa 2.0 wokół Rosji, trudności w utrzymaniu równowagi na linii Chiny-Indie oraz zakłócone pętle sprzężenia zwrotnego, z którymi zmaga się jego Departament Stanu, to główne ryzyka strategiczne, którymi należy się pilnie zająć, aby jak najskuteczniej zabezpieczyć przyszłość Rosji.
Putin ostrożnie doradzał Rosjanom podczas swojego przemówienia na niedawnym dorocznym spotkaniu Klubu Wałdajskiego, że „z pewnością potrzebujemy mapy drogowej na przyszłość. Nie potrzebujemy pobożnych życzeń , abstrakcyjnej i spekulatywnej konstrukcji ani nierealistycznej wizualizacji naszych pragnień, ale realistycznej oceny ryzyka, możliwości i zasadniczych celów”.
Jego pełen pasji apel stał się inspiracją do napisania niniejszego artykułu, w którym wymieniono trzy największe wyzwania strategiczne Rosji i zaproponowano pragmatyczne sposoby ich pokonania.
I.„ Kordonsanitarny” stworzony przez Trumpa 2.0 wokół Rosji stanowi dla niej największe zagrożenie.
Ograniczenie zagrożeń na południowej flance wymaga porozumienia z Azerbejdżanem w sprawie demilitaryzacji TRIPP, natomiast zagrożenia na wschodniej flance można złagodzić porozumieniem z Japonią w sprawie Wysp Kurylskich.
II. Następnym strategicznym wyzwaniem dla Rosji jest niedopuszczenie do jakichkolwiek poważnych zakłóceń w równowadze stosunków chińsko-indyjskich.
Nawet postrzegana zależność Rosji od Chin może sprawić, że Indie zwrócą się ku USA – ze strachu, że Chiny mogłyby wykorzystać tę zależność jako broń, aby zmusić Rosję do zaprzestania dostarczania broni i części zamiennych do Indii, zmuszając tym samym Indie do jednostronnych ustępstw na rzecz Chin i ich pakistańskiego sojusznika w ich sporach terytorialnych.
Tego ponurego scenariusza można uniknąć, przyznając Indiom przywileje w zakresie polityki wojskowej i handlowej.
Mogłoby to przybrać formę wspólnej produkcji najnowocześniejszej technologii wojskowej, a także preferencyjnego dostępu indyjskich produktów do rynku rosyjskiego.
Jeśli nie uda się zapobiec wyżej wymienionemu ponuremu scenariuszowi, ewentualna zmiana kierunku stosunków Indii z USA może zmusić Rosję do zwrócenia się ku Chinom, co sprawi, że jej dotychczasowa, postrzegana jedynie zależność od Chińskiej Republiki Ludowej stanie się faktem dokonanym.
III. I wreszcie, Rosja musi pilnie naprawić zerwane pętle sprzężenia zwrotnego, które utrudniają formułowanie i wdrażanie jej polityki.
Głównymi problemami, które pilnie wymagają rozwiązania, są: pobożne życzenia, wyraźna sugestia Ławrowa , że jego ludzie mogą być optymistyczni do granic naiwności, jego wyraźna krytyka, że nie podejmują proaktywnych działań w obliczu ukrytych kryzysów, zerowa tolerancja dla odmiennych opinii oraz uzasadnione podejrzenie, że prawdziwa propaganda – zwłaszcza jej „potiomkinowska” odmiana – znalazła drogę do tych pętli sprzężenia zwrotnego.
Nie można wykluczyć nieprzyjemnej ewentualności, że problem ten sprawi, iż decydenci polityczni nie zauważą pozostałych dwóch wyzwań strategicznych.
W związku z tym należy pilnie naprawić zakłócone pętle sprzężenia zwrotnego w Rosji, aby zapewnić, w miarę możliwości, opracowanie i skuteczne wdrożenie najskuteczniejszych środków politycznych mających na celu przeciwdziałanie zagrożeniom militarnym i bezpieczeństwa, jakie stwarza „kordon sanitarny”, a także niebezpieczeństwom ekonomicznym i politycznym, jakie mogłoby szybko wywołać poważne zakłócenie chińsko-indyjskiej równowagi sił w Rosji.
Są to zadania herkulesowe, ale Rosja w przeszłości mierzyła się już z jeszcze większymi wyzwaniami i przezwyciężała je, dlatego oczekuje się, że zrobi to ponownie.
Sojusz wojskowy otrzymuje nagrodę pokojową. Ze wszystkich organizacji, NATO, które zbombardowało Jugosławię w 1999 roku bez mandatu Rady Bezpieczeństwa ONZ, które podwoiło liczbę swoich członków z 16 do 32 od zakończenia zimnej wojny i które systematycznie przesuwa swoją infrastrukturę wojskową w kierunku Rosji. Pochwałę wygłasza Friedrich Merz – kanclerz Niemiec, który priorytetowo traktuje zbrojenia, odstraszanie i zwiększenie uzbrojenia dla Ukrainy. Można by się z tego śmiać, gdyby sytuacja nie była tak cholernie poważna. Dla mnie ta ceremonia wręczenia nagród to kwintesencja satyry z życia wziętej.
Pokojowa nagroda dla sojuszu wojskowego
Czasami zastanawiam się, czy satyra polityczna nie stała się tak rażąca, że wszelkie próby jej dalszego wzmacniania są zbędne. 1 października 2026 roku NATO otrzymało Międzynarodową Nagrodę Pokoju Westfalskiego w historycznym ratuszu w Münster. Sekretarz generalny NATO, Mark Rutte, odebrał nagrodę. Nagroda przyznawana jest przez Towarzystwo Ekonomiczne Westfalii i Lippe i wynosi łącznie 100 000 euro. Połowa trafiła do NATO, a druga połowa, jako nagroda dla młodzieży, do organizacji socioMovens.
Pokojowa nagroda dla NATO – to nie satyra, to rzeczywistość. A jakby tego było mało, nie kto inny, jak kanclerz Friedrich Merz wygłosił mowę pochwalną. Merz powiedział:
„Fakt, że nagrodę za pokój westfalski otrzymał sojusz wojskowy, zaskoczył niektórych. Najwyraźniej wymaga to wyjaśnienia”.
Rzeczywiście, wymaga to gruntownego wyjaśnienia. Merz przedstawił je na swój własny sposób. NATO jest „sojuszem wolności ”, chroni bezpieczeństwo i dobrobyt, a –
„Służy pokojowi”.
Ja widzę to inaczej. Dla mnie NATO już dawno ewoluowało z sojuszu obronnego w taki, który używa siły militarnej nie tylko do obrony własnego terytorium, ale także poza pierwotnym obszarem sojuszu. NATO przekształciło się z sojuszu obronnego w pakt ofensywny. Przyznanie temu sojuszowi pokojowej nagrody to farsa.
Co stało się z Pokojem Westfalskim?
Symbolika nie mogłaby być bardziej absurdalna. Pokój westfalski z 1648 roku zakończył wojnę trzydziestoletnią po latach negocjacji. Dyplomacja, kompromis i negocjacje ostatecznie doprowadziły do zaprzestania działań wojennych. A teraz, niczym ze wszystkich, sojusz wojskowy jest honorowany poprzez odwołanie się do tej właśnie tradycji.
Grupy pokojowe w Münster również uznały to za sprzeczność. Niemieckie Towarzystwo Pokoju – Zjednoczone Powstrzymujące Wojnę (DFG-VK), Inicjatywa Pokojowa w Münster, Pax Christi i inne organizacje protestowały przeciwko ceremonii wręczenia nagród. Kilkaset osób demonstrowało wokół ratusza.
W pełni rozumiem ich protest. Dla mnie pokoju nie osiąga się poprzez produkcję coraz większej ilości broni, zatwierdzanie coraz większych budżetów wojskowych, tworzenie coraz to nowych wrogów i rozmieszczanie coraz większej liczby pocisków przeciwko sobie. Pokój osiąga się przy stole negocjacyjnym.
Tak doszło do pokoju westfalskiego. Może mieszkańcy Münster powinni o tym pamiętać.
„Ani jednego cala na wschód”
Po zakończeniu zimnej wojny pojawiła się historyczna szansa: paneuropejski porządek bezpieczeństwa, obejmujący Rosję. Co się z nim stało?
9 lutego 1990 roku ówczesny sekretarz stanu USA James Baker wypowiedział do Michaiła Gorbaczowa te słynne słowa:
„ani cala na wschód”
Ani cala dalej na wschód.
Dokumenty istnieją. Archiwum Bezpieczeństwa Narodowego Uniwersytetu George’a Washingtona opublikowało obszerny zbiór odtajnionych dokumentów amerykańskich, radzieckich, niemieckich, brytyjskich i francuskich. Baker kilkakrotnie użył tego samego sformułowania w rozmowie z Gorbaczowem.
Nie doprowadziło to do zawarcia żadnego prawnie wiążącego traktatu zakazującego dalszej ekspansji NATO na Europę Wschodnią. Zakres i wiążący charakter zapewnień udzielonych wówczas pozostają przedmiotem debaty. Nie powinno to jednak prowadzić do założenia, że rozmowy te i zapewnienia bezpieczeństwa nigdy nie miały miejsca.
A dla mnie późniejsze traktowanie tych zapewnień mówi wiele o wiarygodności USA i NATO. Zaufanie między państwami nie rodzi się wyłącznie z podpisania traktatu. Każdy, kto przekazuje drugiej stronie określone oczekiwania bezpieczeństwa podczas negocjacji, a później wycofuje się do argumentu, że nie były one prawnie wiążące, może teoretycznie mieć do tego prawo. Ale to nie buduje zaufania – ono je niszczy. Dla mnie konsekwencja jest zatem dość prosta: każdy, kto polega na takich zapewnieniach, musi spodziewać się, że zostaną one później zinterpretowane inaczej – co jest zatruciem dla każdego trwałego europejskiego porządku bezpieczeństwa.
W 1990 roku NATO liczyło 16 członków. Dziś jest ich 32. Liczba ta podwoiła się. Polska, Czechy i Węgry dołączyły w 1999 roku; później dołączyły m.in. państwa bałtyckie, Rumunia, Bułgaria, Chorwacja, Albania, Czarnogóra, Macedonia Północna, a ostatnio Finlandia i Szwecja. NATO liczy obecnie 32 państwa członkowskie i od momentu powstania przeszło łącznie dziesięć rund rozszerzenia.
Każda indywidualna ekspansja może być uzasadniona suwerennym prawem zainteresowanych państw do wyboru własnych sojuszy. Polityka bezpieczeństwa to jednak nie tylko prawa na papierze. Składa się ona również z percepcji, interesów i reakcji innych mocarstw.
Każdy, kto stale przesuwa infrastrukturę wojskową bliżej granicy innego mocarstwa nuklearnego, powinien przynajmniej zastanowić się, jak to mocarstwo to postrzega.
Konflikt na Ukrainie
Najpóźniej w 2008 roku sytuacja stała się niezwykle niebezpieczna. Na szczycie NATO w Bukareszcie szefowie państw i rządów wyraźnie oświadczyli:
„Dziś uzgodniliśmy, że te kraje zostaną członkami NATO”.
Chodziło o Ukrainę i Gruzję. Nie była to rosyjska propagandowa bajka. Do dziś pozostaje ona w oficjalnej deklaracji szczytu NATO.
Nawet później sojusz podtrzymywał swój fundamentalny cel, jakim było członkostwo Ukrainy w NATO. Nie trzeba lubić Władimira Putina, żeby zrozumieć, że z rosyjskiej perspektywy potencjalne członkostwo Ukrainy w NATO może stanowić czerwoną linię.
Pomijając to, ufam Putinowi bardziej niż europejskim podżegaczom wojennym, takim jak przewodniczący Izby Reprezentantów 1 października. Moim zdaniem Friedrich Merz nie dorównuje Władimirowi Putinowi pod względem politycznym, mentalnym i etycznym.
Pomysł, że Rosja powinna po prostu zignorować integrację wojskową swojego bezpośredniego sąsiada z sojuszem zdominowanym przez USA, wydaje mi się geopolitycznie naiwny. Same Stany Zjednoczone raczej nie zaakceptowałyby czegoś podobnego u siebie.
Wyobraź sobie, że Rosja lub Chiny zawiązałyby sojusz wojskowy w Meksyku lub Kanadzie i zbudowały tam infrastrukturę wojskową. Czy Waszyngton powiedziałby: Żaden problem, suwerenna decyzja Meksyku?
Każdy kto w to wierzy, prawdopodobnie wierzy również w Świętego Mikołaja.
Jugosławia – niewygodne wspomnienie
Coś jeszcze nie pasuje do wizerunku sojuszu czysto obronnego. W 1999 roku NATO bombardowało Federalną Republikę Jugosławii przez 78 dni.
Nie stanowiło to obrony zaatakowanego członka NATO w rozumieniu Artykułu 5. Co więcej, przed rozpoczęciem nalotów nie było wyraźnego upoważnienia Rady Bezpieczeństwa ONZ do użycia siły zbrojnej. Kwestia ta była przedmiotem gorących debat w Radzie Bezpieczeństwa. Dopiero po zakończeniu bombardowań Rezolucja 1244 stworzyła podstawy dla międzynarodowej obecności sił bezpieczeństwa KFOR w Kosowie.
Humanitarne i polityczne motywy interwencji są dyskusyjne. Jedno jest jednak niezaprzeczalne: NATO prowadziło wojnę poza zakresem swojej klasycznej klauzuli o obronie zbiorowej.
Od tamtej pory trudno mi opisać NATO po prostu jako sojusz czysto defensywny. Kiedy sojusz używa siły militarnej przeciwko państwu, które nie zaatakowało żadnego członka NATO, pojawia się pytanie, co pozostało z jego pierwotnego postrzegania siebie jako sojuszu czysto defensywnego.
Dla mnie NATO się zmieniło. Nie jest już sojuszem wyłącznie obronnym. Jego historia po zimnej wojnie pokazuje, że używało siły militarnej w sposób wykraczający poza bezpośrednią obronę własnego terytorium. W tym sensie nazywam je sojuszem ofensywnym.
A ten sojusz otrzymał właśnie pokojową nagrodę.
Satyra z życia wzięta.
Słoń w pokoju: USA
Co więcej, jest coś, o czym w Niemczech mówi się zbyt rzadko otwarcie. NATO formalnie jest sojuszem równoprawnych państw. Decyzje zapadają na zasadzie konsensusu.
Pod względem militarnym i strategicznym Stany Zjednoczone posiadają w tym sojuszu siłę, której żadne inne państwo członkowskie nawet się nie dorównuje. Dla mnie NATO funkcjonuje w kluczowych kwestiach strategicznych jako przedłużone ramię militarne USA, a raczej jako militarne narzędzie władzy dla Zachodu pod przewodnictwem Waszyngtonu.
A historia amerykańskich interwencji wojskowych w ciągu ostatnich dekad powinna być przynajmniej wspomniana przy przyznawaniu pokojowej nagrody. Wietnam, Irak, Afganistan, Libia, a obecnie nielegalna wojna agresyjna przeciwko Iranowi, a także liczne inne interwencje wojskowe, stanowią część historii amerykańskiej polityki zagranicznej.
Tymczasem rachunek jest coraz częściej przerzucany na Europę. Donald Trump już w 2025 roku jasno określił, jak to będzie działać: Stany Zjednoczone dostarczyłyby Ukrainie broń – opłacaną przez europejskich partnerów z NATO.
Ciekawy model biznesowy, prawda? Amerykańskie firmy zbrojeniowe produkują, Europa płaci, broń trafia na Ukrainę – a Europa ponosi znaczną część ryzyka eskalacji tuż za progiem.
A potem przyznają sojuszowi wojskowemu nagrodę pokojową. Trzeba podziwiać bezczelność tego pomysłu.
Artykuł 5 – duża polisa ubezpieczeniowa na życie?
Artykuł 5 Traktatu NATO jest często przedstawiany jako automatyczna polisa ubezpieczeniowa na życie dla wojska. To nie jest takie proste. O ile atak zbrojny na jednego partnera sojuszu jest uznawany za atak na wszystkich, każde państwo członkowskie podejmuje środki, które uważa za konieczne – wyraźnie uwzględniając, ale niekoniecznie wymagając, użycia siły zbrojnej.
To znacząca różnica. Przesłanie polityczne brzmi: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Tekst traktatu jest bardziej zniuansowany. Jednocześnie Stany Zjednoczone od lat namawiają swoich europejskich sojuszników do znacznie większych wydatków na własną obronę. Za Donalda Trumpa to żądanie stało się jeszcze bardziej natarczywe: Europa powinna wziąć na siebie większą odpowiedzialność militarną i przeznaczać znacznie więcej środków na zbrojenia.
Innymi słowy, od Europejczyków coraz częściej oczekuje się, że poniosą ciężar pokrycia kosztów i uzbrojenia się. Prawdziwy zakres amerykańskiej solidarności w kryzysie nie będzie jednak zależał od politycznych haseł, lecz od konkretnych zobowiązań wynikających z traktatu NATO i ostatecznie od decyzji Waszyngtonu.
Może Europa powinna w końcu zacząć myśleć o swoich własnych interesach, a nie o interesach Ameryki.
Merz ostrzega – Rutte bagatelizuje
Szczególnie interesujący jest bliski termin, który moim zdaniem wiele mówi o obecnej komunikacji. 30 września, dzień przed ceremonią wręczenia nagród, Sekretarz Generalny NATO Mark Rutte oświadczył, że nie ma bezpośredniego zagrożenia dla terytorium NATO ze strony Rosji. Następnego dnia Friedrich Merz stwierdził w swoim przemówieniu pochwalnym:
„Bo jeśli nie powstrzymamy Moskwy, to prędzej czy później rosyjska machina wojenna zwróci się przeciwko nam, przeciwko samemu NATO”.
Merz zapytał także, czy Niemcy kiedykolwiek doświadczą na własnej skórze „okropności wojny” .
Znów ten strach. Znów manipulacja jedną z najsilniejszych emocji, jakie można politycznie zmobilizować. Kiedy kanclerz konfrontuje ludzi z „okropnościami wojny ”, powinien bardzo dokładnie rozważyć konsekwencje. Strach nie może stać się narzędziem politycznym, służącym do tego, by zbrojenia, stale rosnące wydatki na wojsko i dalsza eskalacja konfliktu z Rosją stały się społecznie akceptowalne.
I jest jeszcze coś, co głęboko mnie niepokoi w takich wojennych przemówieniach w mowie pogrzebowej na cześć „pokoju”: łatwo mówić o wojnie, dopóki samemu nie leży się w okopach. W prawdziwej wojnie biorą w niej udział inni. Młodzi ludzie. Synowie i córki. Być może nasze dzieci lub wnuki. Inni tracą nogi, wzrok, a nawet życie. Do innych rodzin w końcu dociera wiadomość, że ich syn lub córka nie wrócą do domu.
Każdy szef rządu, który mówi o potencjalnych „okropnościach wojny”, ponosi zatem ogromną odpowiedzialność za zrobienie wszystkiego, co w ludzkiej mocy, aby do tych okropności nigdy nie doszło. Dla mnie oznacza to nie tylko odstraszanie i siłę militarną, ale przede wszystkim dyplomację, negocjacje i deeskalację. Friedrich Merz nawet o tym nie myśli. Ci, którzy podsycają strach przed wojną, jednocześnie domagając się coraz większych zbrojeń, nie przybliżają pokoju, a jedynie przygotowują ludzi do ewentualnej wojny.
Dla mnie to przemówienie po raz kolejny pokazuje, jak daleko Friedrich Merz jest od polityki pokojowej, jakiej oczekuję od kanclerza Niemiec. Zdecydowanie odrzucam jego kurs.
Panie Merz, proszę już podać się do dymisji! Poniósł pan całkowitą porażkę zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zagranicznej!
Słowa kanclerza przemawiają językiem strachu. I ja rzeczywiście się boję. Ale w przeciwieństwie do Friedricha Merza, który zdaje się być zaniepokojony zaufaniem producentów broni i BlackRock.
Moim głównym zmartwieniem nie jest to, że jutro rosyjskie czołgi pojawią się pod Monachium czy Berlinem. Obawiam się, że zachodni politycy będą dalej eskalować napięcia, aż coś pójdzie nie tak, samolot zostanie zestrzelony, pocisk trafi w niewłaściwe miejsce, zostanie przekroczona czerwona linia – i nagle zacznie się coś, czego nikt już nie będzie w stanie kontrolować.
Wydarzenia wokół Kaliningradu pokazują, jak niebezpieczna stała się sytuacja. Obie strony rozważają scenariusze militarne i wydają coraz bardziej ponure ostrzeżenia. Mocarstwa nuklearne stoją naprzeciw siebie. W takiej sytuacji nie każdy, kto ostrzega przed eskalacją, jest „apologetą Putina”. Być może po prostu rozumieją, co może oznaczać wojna między mocarstwami nuklearnymi.
I tego się właśnie boję. Nie przede wszystkim o siebie. Przeżyłem większość życia. Boję się o młodych ludzi, o nasze dzieci, o nasze wnuki – o tych, którzy pewnego dnia mogą leżeć w okopach, bo politycy, stratedzy wojskowi i generałowie uważają dziś, że bezpieczeństwo wynika z przygotowania się na kolejny etap eskalacji.
Nie chodzi o to, kto zrobi pierwszy krok…
Rosja rozpoczęła atak militarny na Ukrainę 24 lutego 2022 roku. To fakt. Atak ten naruszył zakaz użycia siły zapisany w Karcie Narodów Zjednoczonych.
Ale historia ta nie zaczyna się 24 lutego 2022 roku.
Aby zrozumieć, dlaczego wybuchają wojny, należy spojrzeć na tło. Należą do niego: rozszerzenie NATO na wschód, Deklaracja Bukaresztańska z 2008 roku, konflikt o europejski porządek bezpieczeństwa, wydarzenia na Majdanie, wydarzenia po 2014 roku, wojna w Donbasie i fiasko porozumień dyplomatycznych.
Należy również zbadać rolę Stanów Zjednoczonych na Ukrainie przed i w trakcie protestów na Majdanie. Przez lata Waszyngton wspierał struktury polityczne i społeczeństwa obywatelskiego na Ukrainie; słynna podsłuchana rozmowa Victorii Nuland z ówczesnym ambasadorem USA Geoffreyem Pyattem pokazała również, jak intensywnie wysocy rangą amerykańscy dyplomaci byli zaangażowani w polityczną restrukturyzację Ukrainy.
„Pieprzyć UE”
Ta wątpliwa kobieta, między innymi, oświadczyła… Cóż, przynajmniej to amerykańskie stanowisko wobec UE było szczere, co widać dzisiaj. Przedstawianie Waszyngtonu jako jedynie niezaangażowanego obserwatora czysto wewnętrznych wydarzeń na Ukrainie to farsa, w którą mogliby uwierzyć tylko najbardziej intelektualnie upośledzeni widzowie Tagesschau (niemieckiego programu informacyjnego).
Nic z tego nie usprawiedliwia rosyjskiej wojny agresywnej. Wyjaśnia jednak, dlaczego wygodna narracja o demonie działającym zupełnie bez powodu na Kremlu jest nietrafiona.
Zgadzam się z myślą przypisywaną Niccolò Machiavelliemu: odpowiedzialność za wojnę ponosi nie tylko ten, kto pierwszy uderza. Odpowiedzialność ponosi również ten, kto nieustannie eskaluje sytuację, aż konflikt staje się niemal nieunikniony.
„Zachód oparty na wartościach” ponosi znaczną odpowiedzialność. Putina nie należy uniewinniać, ani rosyjskiego ataku usprawiedliwiać, ale informacje kontekstowe pomagają nam zrozumieć, jak doszło do tego punktu – i zapobiegają kolejnej eskalacji, która doprowadzi do kolejnej, być może jeszcze większej, wojny.
Pokojowa Nagroda za zbrojenia?
A teraz wracamy do Münster.
Friedrich Merz zadeklarował tam, że Niemcy będą nadal inwestować w siłę militarną. Przemysł zbrojeniowy został zrewitalizowany .
Wyobraź sobie taką scenę: w historycznym ratuszu miasta, którego nazwa, bardziej niż jakiekolwiek inne, symbolizuje zakończenie wyniszczającej wojny europejskiej poprzez negocjacje, najpotężniejszy sojusz wojskowy świata otrzymuje nagrodę pokojową. Mówca porusza kwestie siły militarnej, odstraszania, przemysłu zbrojeniowego, ciągłego wsparcia dla Ukrainy i rosyjskiej machiny wojennej.
A całość nazywa się: Pokojowa Nagroda.
Dla mnie to szczyt satyry życiowej.
Pokój nie jest wynikiem ciągłego wywierania presji militarnej na wroga i odrzucania wszelkich odniesień do jego interesów bezpieczeństwa jako propagandy. Pokój zaczyna się od ponownego postrzegania wroga jako partnera w dialogu.
Władimir Putin wielokrotnie powtarzał, że Rosja nie planuje ataku na europejskie państwa NATO. Można wierzyć Putinowi albo mu nie ufać. W końcu państwa nie prowadzą polityki zagranicznej opartej na zaufaniu. Jednak każdy, kto uważa jego stwierdzenia o rosyjskich intencjach za propagandę, powinien przynajmniej być w stanie wyjaśnić, jakie wiarygodne dowody temu przeczą. Postrzegane największe zagrożenie nie powinno automatycznie stać się naczelną zasadą działań politycznych między mocarstwami nuklearnymi.
Ci, którzy pragną pokoju, muszą rozmawiać ze swoimi wrogami. Nie ma potrzeby negocjowania pokoju z przyjaciółmi.
A każdy, kto wierzy, że pokój rodzi się z produkcji coraz większej ilości broni, inwestowania coraz większych miliardów w zbrojenia i tworzenia coraz większych zagrożeń militarnych, myli pokój z odstraszaniem. Odstraszanie może zapobiec wojnie. Ale może też utorować jej drogę – zwłaszcza jeśli obie strony w końcu przekonają się, że mogą jedynie okazać siłę, a wszelkie ustępstwa uznają za słabość.
A potem, ostatecznie, być może wystarczy jeden błąd. Pilot, który źle oceni sytuację. Dron, którego pochodzenia nie da się od razu ustalić. Pocisk, który trafi w niewłaściwe miejsce. Błędna interpretacja na ekranie radaru. I nagle ci, którzy dziś tak pewnie mówią o gotowości bojowej, przestają mówić o grach wojennych. Wtedy giną ludzie, być może nasze dzieci.
Nie chcę, żeby politycy byli wojowniczy. Chcę, żeby kochali pokój: dyplomację, negocjacje, równoważenie interesów, a przede wszystkim intelektualną zdolność do zrozumienia interesów bezpieczeństwa drugiej strony bez konieczności ich uznawania za własne.
Dla mnie to byłaby tradycja Pokoju Westfalskiego. I za to rzeczywiście przyznałbym Nagrodę Pokojową.
===========================================
Źródła i notatki
Jeszcze jedna osobista sprawa , drodzy czytelnicy,
Wiele napisano o pandemii koronawirusa – koncentrując się głównie na jej indywidualnych aspektach. Niniejsza książka jest próbą poskładania tych licznych fragmentów w spójny obraz. W 18 rozdziałach analizuje ona polityczne, społeczne, medyczne, medialne i psychologiczne aspekty pandemii: od statystyk i kampanii szczepień, przez naruszenia praw podstawowych, protokoły RKI i medialną manipulację opinią publiczną, aż po opór i wciąż niewystarczające rozliczenie się z pandemią.
Ta książka jest skierowana szczególnie do osób, które w obliczu sprzecznych relacji wciąż zadają sobie pytanie: Co właściwie wydarzyło się w tamtych czasach? Nie daje ona gotowej odpowiedzi, lecz raczej powiązania, sprzeczności i różne perspektywy jako podstawę do wyrobienia sobie własnego osądu.
Każdy, kto chce oceniać, powinien znać cały obraz.
Recenzja tej książki autorstwa Helmuta Sterza, autora bestsellerów Spiegla ( „Mafia szczepionkowa” ):
„Nr 1 na liście bestsellerów Amazon w kategorii polityki zdrowotnej od 31 sierpnia”
Teksty zawarte w tej książce zachęcają czytelników do kwestionowania znanych schematów myślenia i działania bez tworzenia nowych dogmatów. Łączą one spostrzeżenia z filozofii, duchowości, psychologii i doświadczenia życiowego w zrozumiałą i bliską refleksję na temat tego, co znaczy być człowiekiem.
Kamienie milowe tej podróży stanowią tematy takie jak autorefleksja, siła chwili obecnej, dawanie i branie, wdzięczność, pokora, miłość, tolerancja, rozwój osobisty i radzenie sobie z wyzwaniami życiowymi.
W latach 60. jako nastolatek oglądałem z wypiekami na twarzy w polskiej telewizji amerykański serial Nietykalni (The Untouchables), w którym Eliot Ness – autentyczna postać – stanął do walki z chicagowskim gangiem znanego mafioso Al Capone. Stara historia sprzed prawie 100 lat stała się znowu aktualna.
Rok 1931. Al Capone nie jest sądzony za morderstwa. Całe miasto zna nazwiska. Siedmiu mężczyzn w garażu przy North Clark Street, w Walentynki 1929 roku, ustawionych pod ścianą. Każdy, kto widział (moim zdaniem wysoko oceniany) film „Pół żartem, pół serio”, może to sobie wyobrazić. Pieniądze za ochronę, sędziowie i politycy, których można kupić. Capone przyjeżdża opancerzonym samochodem i uśmiecha się do kamer. Wszyscy wiedzą, kto rządzi miastem. Nikt nie może niczego udowodnić. Świadkowie nie pamiętają. Inni znikają. Łańcuch od rozkazu Capo di Capi do aktu zostaje zerwany, zanim trafi on do ławy przysięgłych.
Filozofia słynnego gangstera koresponduje z doktryną Pfizera.
Mamy nową odsłonę gangsterskich rewelacji. Nawet pseudonim oskarżonego jest podobny do nazwiska znanego bosa mafii Al Capone. Ksywa nowego, ciągle jeszcze podejrzanego o gangsterkę, brzmi Al(berto) Bourelone – prawdziwe nazwisko Albert Bourla.
Prokurator generalny stanu Floryda, James Uthmeier, złożył pozew przeciwko firmie Pfizer i jej dyrektorowi generalnemu Albertowi Bourla. Główne zarzuty: ▪️ Wprowadzanie w błąd: firma Pfizer zataiła informacje o ryzyku, takim jak zapalenie serca. ▪️ Niezweryfikowane oświadczenia: ochrona przed przenoszeniem wirusa nigdy nie została przetestowana, mimo że tak ją reklamowano. Gwałtowny wzrost ceny: cena za dawkę podniosła się czterokrotnie, z 30 $ do nawet 130 $. Floryda domaga się kar w wysokości milionów oraz zwrotu zysków. Firma Pfizer odrzuca zarzuty jako bezpodstawne. Źródło: Reuters (01.10.2026 r.).
Al Bourleone jest drugim, po Klausie Schwabie, który twierdzi, że kowid był testem posłuszeństwa. Test, zdany celująco przez posłusznych przekazowi telewizyjnemu ludzi. Drugi raz będzie znacznie trudniej, dlatego nie radzę kupować akcji Pfizera. Nie wystarczy zmienić nazwę choroby i pokazać w telewizji obrazek wiruska przewracającego przechodniów na ulicy. Kolejne oszustwo musiałoby być znacznie bardziej perfidne, żeby powtórzyć choćby znikomą część tamtego sukcesu.
Wirusek – wojna biologiczna padł cztery lata temu i wróciła grypa oraz zastąpiła go wojna na Ukrainie. Wojna podtrzymywana kolosalnym wysiłkiem globalistycznej Europy nie potrwa już długo. Razem z nią skończy się wojna na Bliskim Wschodzie i co zrobią wtedy obrońcy wojny? Będą musieli wymyślić coś strasznego, jeśli chcą przetrwać. Może wojnę zbuntowanej sztucznej inteligencji z jej twórcami? Kolejna bajka z arsenału opartego na fałszywym strachu. Bardziej realny jest kryzys gospodarczy tak dobrze zapoczątkowany przez zarówno globalistów, jak i trzy mocarstwa światowe.
Nie jest to kooperacja, gdyż wszyscy chcieliby kontrolować przebieg tego kryzysu. I tu jest konflikt, ponieważ jest więcej chętnych do podziału tego bochenka chleba zwanego światem. Kryzys miał się zacząć dopiero wtedy, gdy pieniądz cyfrowy będzie na 100% gotowy, a wbrew licznym oświadczeniom nie jest. Możemy nie lubić Trumpa – powodów nie brakuje – ale zawdzięczamy mu upadek ważnych dla globalistów aspektów kontroli nad światem takich jak obsesyjny strach przed zmyślonymi zaburzeniami klimatu, wielopłciowa polityka rodzinna, masową migracją, CDBC zakazane prawem w kilku stanach USA, kontrola nad dystrybucją diesla, upadek znaczenia NATO. Bagno globalistyczne ma powody, żeby nienawidzić Trumpa.
Pfizer zarobił co prawda miliardy na oszustwie kowidowym, ale nie jest już w stanie powtórzyć tego wyczynu. Powinni chyba rozwinąć dalsze badania nad Viagrą. Tutaj chętnych nie powinno zabraknąć. Niedawno otrzymałem maila z reklamą podobnego środka wspomagającego potencję i był adresowany na dawno już zawieszoną z powodu emerytury moją firmę komputerową. Nie planowałem co prawda wznawiać działalności zawodowej, nie mam takiej potrzeby, ale przy tak dużym wspomaganiu może byłyby szanse, by jakiś projekt porządnie się rozkręcił – kto wie?
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Po raz kolejny, tuż po naszym ostatnim raporcie o ataku rosyjskich dronów Geran-4 na most Południowy lub Piwdennyj w Kijowie, Rosja zaatakowała dziś Most Północny.
Początkowo podano, że użyta amunicja to rakieta Banderol, ale na podstawie nagrania można stwierdzić, że porusza się ona zbyt wolno. Prawdopodobnie jest to jakiś duży dron.
Jednak ten most nie ma tego samego typu przęseł kablowych, co most Południowy, a dron najwyraźniej celowo skierował się w samą jezdnię.
Aby dać wyobrażenie o wzmocnionych przekrojach tych mostów, krążyły zdjęcia Mostu Południowego w budowie z czasów Związku Radzieckiego:
Wydaje się mało prawdopodobne, aby dron mógł zniszczyć most, po prostu uderzając w powierzchnię drogi, ale codzienne wizyty drona z pewnością mogłyby trwale wyłączyć most z użytku, gdyby stale go zamykano i remontowano.
Władze Ukrainy już zapowiedziały, że w ramach działań awaryjnych powstanie seria pontonowych przepraw przez rzekę.
Od przyszłego tygodnia Kijów planuje rozpocząć budowę kilku przejść rezerwowych przez Dniepr. W przyszłości rozważana jest również możliwość budowy tunelu pod rzeką.
Poinformował o tym w wywiadzie dla Suspilnego minister odbudowy, infrastruktury i transportu Ukrainy Mykoła Kałasznik.
Pontony znacznie ograniczyłyby przepływ ruchu i chociaż łatwo je wymienić w razie uszkodzenia, rutynowe loty dronów powinny je wyłączyć na czas nieokreślony. Głównym powodem, dla którego Rosja atakuje mosty, jest chęć zatrzymania wojskowych transferów przez rzekę, które drastycznie by spowolniły, gdyby musiała korzystać wyłącznie z pontonów obok ruchu cywilnego.
Co ciekawe, rosyjska jednostka opublikowała nagranie z pierwszej osoby przedstawiające drona, który wczoraj uderzył w most Południowy.
Uderzenia pododdziału „Geran” z 50. Samodzielnej Brygady Wojsk Powietrznodesantowych „Wariag” w podpory kablowe Mostu Południowego w Kijowie w ciągu ostatnich dwóch dni.
Zwykli zachodni komentatorzy po raz kolejny pokazali swoją całkowitą hipokryzję, czepiając się najnowszych hitów po świętowaniu zniszczenia Mostu Kerczeńskiego:
Podobnie zachodnie media były zszokowane faktem, że Rosja mogłaby wykorzystać przeciwko sobie długoletnie praktyki Ukrainy:
W artykule powyżej czytamy, że pierwszy most został uszkodzony, gdy przejeżdżał po nim pociąg metra:
Do pierwszego ataku na most południowy doszło w czwartek, gdy pociąg metra przejeżdżał przez most.
To ciekawe, biorąc pod uwagę, że jednym z najsłynniejszych zdjęć wielkiego „sukcesu” Ukrainy w bitwie o most Kerczeński było to, na którym widać płonący rosyjski pociąg cywilny, zniszczony w trakcie ataku:
Nie wspominając o cywilach, którzy ginęli podczas każdego ukraińskiego ataku na Kercz.
Ale przejdźmy do konkretów. Intrygującym aspektem ataków było to, że Rosja najwyraźniej strategicznie zdecydowała się na rozpoczęcie dezaktywacji mostów Południowego i Północnego, pozostawiając na razie nienaruszone te pośrodku
Szerokokadłubowy dreamliner „Lotu” z Warszawy do Chicago leci najpierw w kierunku Poznania, ale nad Poznaniem bierze kurs na północny zachód i leci po loksodromie, to znaczy – po łuku, przecinającym wszystkie południki pod tym samym kątem. Tak samoloty latały i przed wojną, a świadectwem tego jest wiersz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, wówczas już żony lotnika Jasnorzewskiego, który służył w Dęblinie. „Skrzyżowały się drogi lotnika i kaczek. Zamęt powstał na ich loksodromie” – czytamy w wierszu.
Ale dreamlinery latają na wysokości znacznie większej, dokąd kaczki już nie docierają, więc w przypadku wspomnianego lotu do Chicago żadnego „zamętu” z kaczkami na loksodromie nie było. Zatem za Szczecinem leciał już nad Bałtykiem w kierunku cieśnin duńskich, potem wyleciał nad Morze Północne, Szkocję zostawił po lewej stronie i w ten sposób znalazł się nad Morzem Norweskim. Przeleciał potem nad Islandią i nad południową częścią Grenlandii, a następnie, po godzinnym, a może trochę dłuższym locie nad Atlantykiem, dotarł nad Półwysep Labrador i kierował się w stronę Wielkich Jezior.
Nad jednym z nich, konkretnie – nad Jeziorem Michigan, leży Chicago. W ten sposób, po blisko 10 godzinach od wylotu z Warszawy, dotarliśmy do Chicago, które powitało nas deszczem. Deszcz rzadko kiedy nastraja optymistycznie, więc i tym razem przystąpiły do nas czarne myśli tym bardziej, że przed odlotem przyjaciel zdążył nas poinformować, że politykowie z Volksdeutsche Partei, na szczęście nie wszyscy, ale niektórzy, już otwartym tekstem perorują o plusach dodatnich jeśli nie wojny z Rosją, to przynajmniej – stanu wojennego, dzięki któremu udałoby się uniknąć ryzyka wyborów.
Więc chociaż przyjaciel życzył nam tyle samo udanych startów, co lądowań, to jednocześnie zauważył, że może nie być już do czego wracać. Tak samo mówił starszy pan, Anglik, w swoim czasie, to znaczy – w czasie „zimnej wojny”, pilot bombowca Vulcan, przeznaczonego w RAF do uderzenia jądrowego na państwa Układu Warszawskiego. Każdy z tych bombowców miał zrzucić bomby jądrowe na wyznaczone cele, a potem wrócić do Anglii. – Nie byliśmy jednak pewni, czy będziemy mieli dokąd wrócić – wspominał po latach ów pilot.
„Mała, zwycięska wojna” bowiem wygląda korzystnie tylko dopóty, dopóki nie wybuchnie – o czym przekonałby się rosyjski minister Plehwe, gdyby nie zginął w zamachu. On też uważał, że Rosji przydałaby się „mała, zwycięska wojna” i wojna rzeczywiście wybuchła, z Japonią, tylko że nie okazała się wcale zwycięska. Kiedy Japonia militarnie rozgromiła Rosję, z inicjatywy amerykańskiego prezydenta Teodora Roosevelta, Rosja zawarła z Japonią pokój w Portsmouth, z którego w Warszawie naigrawano się, że jest to „pokój z japońskim obiciem”.
Tymczasem o wojnie z Rosją ćwierkają nie tylko wszystkie wróbelki drobniejszego płazu, ale również rozmaici europejscy urzędnikowie, a w tej sytuacji wszystko staje się możliwe. Jedyna nadzieja w tym, że rosyjski prezydent Putin, któremu od rana do wieczora wymyśla cały chór – nie powiem, że wujów, bo w tym chórze są też osoby wyglądające na zacne, które się tylko dostrajają do tych głupszych, bo wiadomo, że w kupie raźniej, bo kupy nikt nie ruszy – więc że rosyjski prezydent Putin jaki tam jest, to jest – ale że nie jest wariatem.
Myślę bowiem, że tylko wariat, po kilkuletnich doświadczeniach z wojną na Ukrainie, która jest dla Rosji tak samo trudna, jak dla Stanów Zjednoczonych wojna w Wietnamie, nie będzie otwierał sobie drugiego frontu. Jak pamiętamy, Ameryka w Wietnamie nie wojowała przecież z Wietnamem, bo z nim by sobie jakoś poradziła – ale z całym Układem Warszawskim i z Chinami na dodatek.
Jak wiemy, Ameryka tę wojnę przegrała, a ściślej – nie mogła jej wygrać – więc się w końcu zniechęciła, zostawiając wietnamskich sojuszników na pastwę losu. Rosja na Ukrainie prowadzi wojnę z całym Sojuszem Atlantyckim oraz innymi wasalami Stanów Zjednoczonych, więc nie ma co się dziwić, że jest to dla niej trudna wojna. Pewnie dlatego Książę-Małżonek, który uchodzi u nas za wyjątkowo tęgą głowę, publicznie ogłosił, że NATO by Rosję pokonało, co niewątpliwie musiało zachęcić jegomościów znacznie od Księcia-Małżonka głupszych do propagandy wojennej.
Że taką uprawia Wielka Brytania, to ani nic nowego, ani nic dziwnego. Wielka Brytania, nawet gdy rzeczywiście była jeszcze wielka, chętnie wysuwała do walki narody głupsze, nie troszcząc się specjalnie o ich los, byle tylko konflikt odpowiadał jakimś brytyjskim interesom.
Podobnie jest z Niemcami, które od kwietnia tego roku pozostają w strategicznym partnerstwie z Ukrainą, to znaczy – gotowe są za pośrednictwem Unii Europejskiej zmusić członkowskie bantustany, żeby ukraińskich oligarchów futrowały i w ten sposób podsycały ich wojenny animusz – no a potem się zobaczy, czy z tej Ukrainy coś będzie, czy nie – bo jak nie, to zawsze będzie można ponownie nawrócić się na linię polityczną kanclerza Bismarcka, według której Niemcy zarządzają Europą w porozumieniu z Rosją.
Rozlanie się ukraińskiej wojny na państwa Europy Środkowej byłoby dla Ukrainy prawdziwym darem Niebios – czego prezydent Zełeński nigdy przecież nawet nie próbował ukrywać. Tyle, że wtedy ukraiński Sztab Generalny de facto musiałby przejąć dowodzenie niezwyciężonymi armiami, nie tylko mocarstw bałtyckich, ale również niezwyciężoną armią polską – bo chyba nikt nie ma złudzeń, że dowodzenie nią można by pozostawić tubylczym generałom.
Na szczęście następnego ranka zapanowała w Chicago piękna, słoneczna pogoda, więc pogodnego nastroju nie była w stanie zmącić nawet wiadomość, że pan prezydent Karol Nawrocki właśnie podpisał ustawę o podatku od nadzwyczajnych zysków koncernów paliwowych, za pomocą której obywatel Tusk Donald próbował go szantażować groźbą oskarżenia o maszerowanie na pasku koncernów ze szkodą dla interesów „Polaków”.
Ci prawda pan prezydent próbuje się obywatelu Tusku odgryzać, wytykając mu nieubłaganym palcem zadłużanie państwa i wpędzanie w ten sposób tubylczych obywateli w coraz głębszą niewolę lichwiarskiej międzynarodówki, ale na obywatelu Tusku takie rzeczy nie robią żadnego wrażenia, bo niby dlaczego miałyby robić, skoro pan prezydent informuje go o czymś, o czym on przecież nie może nie wiedzieć. Wygląda tedy, jakby pan prezydent po raz pierwszy cofnął się przed obywatelem Tuskiem.
Skoro raz się cofnął, to co będzie dalej? Czy będzie się cofał i cofał, aż zostanie wysadzony w powietrze „adwokackim” zamachem stanu, czy też poczeka, aż mu wyrośnie „wielka piącha” – jak to zrobił generał Jaruzelski? Ale z czego panu prezydentowi miałaby ta „wielka piącha” wyrosnąć? Obawiam się, że ani on, ani nikt inny tego w ogóle nie wie, a skoro tak, to nic dziwnego, że obywatel Tusk może w takiej sytuacji podjąć próbę odzyskania inicjatywy strategicznej?
Dziennikarz tygodnika ‚Do Rzeczy’ Maciej Pieczyński jest przekonany, że Rosja dokonała najazdu, a jako że Michał Klimek, niedawny kandydat Konfederacji Korony Polskiej na prezydenta Krakowa, uważa inaczej, pisze tekst, w którym stwierdza: „Wojna Rosji z Ukrainą nie jest wojną sprawiedliwą i prewencyjną. Donieck i Ługańsk w 2014 roku należały do Ukrainy i nic nie usprawiedliwia rosyjskiej interwencji, dokonanej rękami tamtejszych prorosyjskich zdrajców(?!). To samo dotyczy Krymu. Oczywiście, nastroje były w dużej mierze prorosyjskie. Ale świętym prawem każdego państwa jest obrona własnej integralności terytorialnej”.
Konsekwencje ataku dronów na rosyjski magazyn paliwa
Pisze dalej Pieczyński, że kompromitujące jest przyjmowanie punktu widzenia Moskwy, bo ten punkt widzenia jest oparty na fałszywym obrazie rzeczywistości. Twierdzi, że Rosja napadła na Ukrainę, nie odwrotnie. Rosja zajęła ukraińskie terytorium, nie odwrotnie. Nie da się logicznie uzasadnić takiego stanowiska.
To byłaby odpowiedź na twierdzenie M. Klimka, który w wywiadzie dla Kanału Zero powiedział: „Ukraina wywołała tę wojnę, bo prowokowała Rosję coraz bardziej zbliżając się do niej i wymordowując Ukraińców pochodzenia rosyjskiego w najbliższych Rosji terenach”.
Jak było faktycznie. Pisze na moim blogu Andrzej Szubert (opolczyk): „Rosja uzasadniła Specjalną Operację jednym z artykułów Karty ONZ (bodajże art. 51). Mówi on, że państwo trzecie może dokonać interwencji zbrojnej w innym państwie, jeśli jego władze prześladują, a tym bardziej mordują własnych mieszkańców. A tak było w Donbasie? – Kijowski reżim wymordował 14 500 mieszkańców tego regionu, o czym zresztą możemy przeczytać w Wikipedii. Dodajmy, że Rosjanie zamieszkujący tereny Ukrainy Wschodniej zbuntowali się m.in. przeciwko samowoli reżimu reprezentowanego przez nowe władze narzucone przez Zachód oraz neobanderowskie organizacje: Prawy Sektor czy bataliony Azow i Ajdar.
Ponadto tuż przed SOW władze Rosji uznały suwerenność republik Ługańskiej i Donieckiej, ich władze z kolei poprosiły Rosję o militarną pomoc przeciwko kijowskiej juncie i o włączenie ich w skład Federacji Rosyjskiej, co Rosja natychmiast uczyniła. Tak więc wojna w Donbasie, według wykładni Rosji toczyła się już na terytorium Federacji Rosyjskiej, a siły zbrojne kijowskiej junty były tam agresorem i okupantem.
Problem polega na tym, że wszelkie wyjaśnienia Rosji są przez kolektywny Zachód ignorowane i odrzucane. Tenże Zachód nagminnie łamie prawo międzynarodowe, zarzucając to Rosji. I niestety Rosja nie ma przebicia do zachodnich mediów i na tym polu na kolektywnym Zachodzie przegrywa. No i ciągle jest oskarżana o imperializm i zapędy do odtworzenia ZSRR”.
Nie jest więc „świętym prawem każdego państwa obrona własnej integralności terytorialnej”, szczególnie w sytuacji zbrojnego przewrotu dokonanego 22 lutego 2014 roku czy osiem lat później, gdy ukraińska armia codziennie ostrzeliwała mieszkańców Doniecka i Ługańska. Dzisiejsze media doszły do perfekcji w stosowaniu propagandy i w stwarzaniu narracji, która często niewiele wspólnego ma z faktami, a gdy idzie o SOW na Ukrainie, to już są tylko kłamstwa i przeinaczenia.
Pisze dalej Pieczyński, że najbardziej kompromitująca nie jest sama prorosyjska postawa takich polityków jak Klimek. Najgorsza jest hipokryzja. Jak można z jednej strony opowiadać się za pokojem, a z drugiej strony sympatyzować ze stroną, która wojnę rozpętała. Tak więc środowisko polityczne Klimka nie jest antywojenne, tylko antyukraińskie i prorosyjskie. Woła więc proukraiński dziennikarz: „Panowie ‚pacyfiści’ – przestańcie się wstydzić i zacznijcie wyrażać swoje poglądy z otwartą przyłbicą. Przyznajcie w końcu, że nie jest wam obojętne, kto wygra wojnę na Ukrainie…”.
Tu przyznam Pieczyńskiemu rację: nie ma się czego wstydzić.
Trzeba wyraźnie mówić jak Grzegorz Braun czy Michał Klimek: 1) Rosja podjęła interwencję w obronie Rosjan mieszkających w Donbasie; 2) W interesie Rosji (a także Polski) jest unicestwienie ukraińskiego nazizmu i militaryzmu; 3) To nie jest nasza wojna; nic nam do niej; 4) A jeśli wyrażamy swoją sympatię, to tym, którzy mają rację. A rację mają Rosjanie.
Były brytyjski bankier i sygnalista Simon Andriesz, który oznaczył rzekome powiązania Howarda Lutnicka ze skazanym przestępcą seksualnym Jeffreyem Epsteinem, zmarł w wyniku samobójstwa.
Andriesz był wcześniej dyrektorem zarządzającym w firmie BGC Group na Wall Street, gdzie Lutnick, obecnie sekretarz handlu USA, był dyrektorem generalnym.
Śmierć 57-latka potwierdził Andy Agathangelou, założyciel grupy kampanii Transparency Task Force, która wcześniej gościła wydarzenia związane z sygnalizacją nieprawidłowości z Andrieszem.
Agathangelou powiedział: „Z wielkim smutkiem dzielimy się wiadomością, że Simon Andriesz, ceniony członek naszej społeczności, zmarł w zeszłym tygodniu”.
W lutym Lutnick potwierdził, że odwiedził wyspę Epsteina w 2012 roku, zaprzeczając wcześniejszym oświadczeniom, że zakończył związki z przestępcą seksualnym lata wcześniej.
Przemawiając przed senacką komisją ds. środków, powiedział: „Zjadłem z nim lunch, gdy byłem na łodzi na rodzinnych wakacjach. Moja żona była ze mną, podobnie jak moja czwórka dzieci i nianie. . . Zjedliśmy lunch na wyspie. To prawda. Przez godzinę”.
Andriesz powiedział wcześniej BBC, jak odkrył dowody wskazujące, że Lutnick nie ujawnił relacji biznesowych z Epsteinem, mówiąc nadawcy, że odkrył łańcuch e-mailowy z 2018 roku, w którym Lutnick i Epstein omówili perspektywy działalności w ramach start-upów, w które obaj byli zaangażowani.
Sprawa znalazła się w BBC’s File on 4 Investigates, który został wyemitowany w lipcu w odcinku zatytułowanym The Epstein Files: Lutnick, the Royals and the British Whistleblower.
Lutnick powiedział wcześniej w tej sprawie: „Jednoznacznie potępiam zachowanie przypisywane Jeffreyowi Epsteinowi i wszystkim, którzy uczestniczyli w jego nielegalnej działalności. Ocaleni z jego zbrodni zasługują na nasz szacunek i wsparcie”.
Wkrótce po emisji odcinka Andriesz mówił podczas wydarzenia Transparency Task Force o tym, co powiedział, że jest złym traktowaniem przez brytyjskiego regulatora sygnalistów, opisując osobiste koszty ujawnienia się jego kariery, zdrowia i rodziny.
Andriesz spędził ponad 35 lat pracując na rynkach finansowych.
Wasilij Kaszyn jest dyrektorem Centrum Kompleksowych Studiów Europejskich i Międzynarodowych (CCEIW) na Moskiewskim Państwowym Uniwersytecie Badawczym „HSE”. Jest również starszym pracownikiem naukowym w Centrum Studiów nad Chinami i Projektami Regionalnymi w Moskiewskim Uniwersytecie Państwowym (MGIMO), wykładowcą w Katedrze Bezpieczeństwa Międzynarodowego na Wydziale Polityki Światowej Uniwersytetu Moskiewskiego (MSU) oraz kandydatem nauk politycznych. Jest członkiem Rady Polityki Zagranicznej i Obronnej (SVOP).
Podczas podróży do Moskwy Éva Péli rozmawiała z wieloma czołowymi politologami, dyplomatami i analitykami geopolitycznymi na temat fundamentalnej reorganizacji polityki światowej. W drugiej części tego ekskluzywnego wywiadu ekspert ds. Chin Wasilij Kaszyn (dyrektor Centrum Kompleksowych Studiów Europejskich i Międzynarodowych w HSE) analizuje strategiczne powściągliwości Chin, realne zagrożenie eskalacją nuklearną oraz obecny stan negocjacji dotyczących Ukrainy, w tym tych z udziałem przedstawicieli USA.
===================================
Éva Péli: Panie Kashin, Pekin nie zajmuje otwartego stanowiska ani w wojnie na Ukrainie, ani w konfliktach wokół Iranu. Co kryje się za tą powściągliwością – strategiczna ostrożność, wyrachowane interesy gospodarcze, czy przygotowania do zbliżającego się wielkiego konfliktu w Azji?
Wasilij Kaszyn: Myślę, że zarówno ostrożność, jak i aktywne przygotowania Chin do własnego kryzysu odgrywają tu rolę. Z tego, co wiemy, Chiny rzeczywiście aktywnie rozbudowują swoje siły zbrojne, gromadzą rezerwy i przygotowują gospodarkę do mobilizacji. Nie można wykluczyć, że Chińczycy przygotowują się do poważnego konfliktu militarno-politycznego w Azji w nadchodzących latach. Jednocześnie w samych Chinach utrzymują się poważne problemy – zarówno polityczne, jak i gospodarcze. Jesteśmy świadkami ogromnej czystki w chińskiej armii i cywilnym aparacie państwowym, podczas gdy rząd stara się rozwiązać dość dotkliwe strukturalne problemy gospodarcze.
W związku z tym Chiny dążą obecnie do ograniczenia poziomu konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi. Podczas wizyty prezydenta USA w Chinach przywódcy obu krajów uzgodnili relacje oparte na konstruktywnej i strategicznej stabilności. Nadal uważają się za głównych przeciwników, ale Chiny nie będą zainteresowane eskalacją tych relacji w najbliższej przyszłości. Konflikty na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie są częściowo korzystne dla Chin, ponieważ pozwalają im zmniejszyć presję USA na Chiny i uniemożliwić Stanom Zjednoczonym koncentrację zasobów w Azji. Chiny aktywnie współpracują ze wszystkimi stronami konfliktów – w szczególności są głównym dostawcą ważnych towarów podwójnego zastosowania do Europy, Ukrainy i Rosji. Realizują własną agendę polityczną, czego zasadniczo można się spodziewać.
W Moskwie toczy się otwarta dyskusja na temat granic eskalacji, w tym środków zapobiegawczych wobec Europy, czego domagał się na przykład Siergiej Karaganow. Gdzie widzi Pan czerwoną linię i jak szeroko rozprzestrzeniła się ta debata w rosyjskim środowisku ekspertów?
Kwestie eskalacji są stale dyskutowane. Postrzegane są przede wszystkim jako możliwa odpowiedź Europy na eskalację. Z naszej perspektywy działania europejskie obejmują na przykład rozmieszczenie broni ofensywnej na terytorium europejskim w celu przeprowadzenia ataków w głąb terytorium Rosji, udział europejskich służb wywiadowczych w sabotażu i operacjach terrorystycznych Ukrainy na naszym terytorium oraz porwania rosyjskich lub powiązanych z Rosją statków handlowych przez państwa europejskie. Rosja musi w jakiś sposób odpowiedzieć na wszystkie te działania.
Jednym z często podnoszonych argumentów jest to, że nawet jeśli poradzimy sobie z konsekwencjami tych działań, brak odwetu z naszej strony osłabia naszą siłę odstraszania. Dlatego kwestia przeprowadzenia kontrataku na Europę w takiej czy innej formie jest stale podnoszona i aktywnie dyskutowana. Do tej pory rosyjskie kierownictwo uważało, że taka eskalacja nie byłaby zgodna z celami specjalnej operacji wojskowej, ale gdy tylko uzna, że korzyści przeważają nad wadami, nastąpi eskalacja.
Prezydent Putin niedawno mówił o kilku możliwościach – na przykład podczas niedawnego spotkania z dowództwem Floty Pacyfiku stwierdził, że Rosja mogłaby przejąć statki handlowe na wodach azjatyckich należące do krajów europejskich, które uczestniczą w przejmowaniu rosyjskich jednostek. To przykład eskalacji: jeśli niektóre kraje europejskie przejmą rosyjskie tankowce, rosyjska Flota Pacyfiku może z łatwością przechwycić i zająć każdy europejski statek płynący do Chin lub Japonii. A Europa nie będzie w stanie temu zapobiec.
Możliwe są również inne scenariusze eskalacji. Zależy to w dużej mierze od oceny obecnej sytuacji. Ponieważ najprawdopodobniej będziemy musieli żyć w warunkach tej konfrontacji przez bardzo długi czas, musimy – podobnie jak w okresie zimnej wojny – wypracować pewne zasady postępowania, aby zapobiec nieprzewidzianym wydarzeniom. Stale stoimy na krawędzi eskalacji i kryzysu nuklearnego; jest to temat nieustającej dyskusji, a argumenty za tym stale się pojawiają.
W odniesieniu do krajów BRICS i rodzącej się wielobiegunowości: czy Chiny są jedynie jednym z wielu aktorów tego nowego porządku świata, czy też jego prawdziwym architektem? I czy zmierzamy w kierunku stabilnego systemu wielobiegunowego, czy w kierunku niekontrolowanej globalnej fragmentacji, w której Europa jest marginalizowana?
Chiny posiadają dziś holistyczną wizję tego, jak powinien rozwijać się świat. Co więcej, są prawdopodobnie jedynym krajem posiadającym szczegółową, kompleksową wizję porządku światowego, ponieważ Stany Zjednoczone utraciły taką wizję. Rosja ma własne koncepcje, ale nie są one tak rozbudowane i szczegółowe jak chińskie. Chiny mają cztery globalne koncepcje Xi Jinpinga i szereg innych fundamentalnych stanowisk.
Jednocześnie widzimy, że pomimo złożonej wizji porządku światowego, Chiny w żadnym wypadku nie są gotowe do jego obrony, podejmowania ryzyka i ponoszenia związanych z tym kosztów. Właśnie dlatego Chiny przyjęły skrajnie bierną postawę w czasie kryzysów wokół Iranu i Wenezueli – nawet w warunkach, w których prezydent USA Donald Trump ogłosił odrodzenie doktryny Monroe i swoje prawo do przewodzenia Ameryce Łacińskiej, która jest kluczowym regionem, rynkiem zbytu i źródłem surowców dla Chin.
Dlatego uważam, że stoimy w obliczu przedłużającego się i bardzo niebezpiecznego okresu chaosu. Widzimy, że Stany Zjednoczone porzuciły swój tradycyjny model przywództwa w zakresie kontrolowania instytucji międzynarodowych i systemu globalnego zarządzania, podczas gdy Chiny nie są gotowe do przejęcia tej roli i najprawdopodobniej nie będą w najbliższej przyszłości. Europa z kolei musi pokonać liczne trudności wewnętrzne, aby stać się niezależnym aktorem w polityce światowej, porównywalnym pod względem wpływów z Chinami, Rosją i Stanami Zjednoczonymi. Europa pogrąża się w swoim własnym kryzysie wewnętrznym, którego wynik jest niejasny: nie wiemy, kto będzie rządził czołowymi krajami europejskimi za kilka lat, jakie siły polityczne dojdą do władzy, jaki program będą realizować i jak będą się ze sobą łączyć.
Wyjątkowość obecnego okresu polega nie tylko na tym, że zmienia się równowaga sił między krajami i grupami państw, ale także na tym, że w każdym większym państwie i sojuszu trwa poważny kryzys wewnętrzny. Kryzysy istnieją w Chinach, USA, Europie i Japonii, a w Rosji i Indiach zachodzą złożone procesy transformacyjne. Wiele będzie zależeć nie od relacji międzypaństwowych, ale od toczących się równolegle wewnętrznych procesów politycznych. Czekają nas bardzo niebezpieczne dekady. Początek XX wieku był prawdopodobnie ostatnim okresem podobnego niebezpieczeństwa, kiedy to w każdym większym państwie dochodziło do równoczesnych poważnych wstrząsów i konfliktów między nimi. Obecne czasy są jeszcze bardziej niebezpieczne, ponieważ istnieje więcej podmiotów i dodatkowy czynnik w postaci broni jądrowej. Dlatego kluczowe jest, abyśmy z jednej strony szczerze przyznali się do wrogiego charakteru naszych relacji i faktu, że taki pozostanie, a z drugiej strony systematycznie pracowali nad znalezieniem sposobów pokojowego współistnienia, ponieważ jesteśmy już na krawędzi kryzysu nuklearnego.
W świetle obecnych wydarzeń politycznych w kraju, jak ocenia Pan rolę i przyszłość Niemiec w Europie? Jak Pan wyjaśni szczególną trudną sytuację i ładunek emocjonalny w obecnych stosunkach niemiecko-rosyjskich?
Niemcy znajdują się obecnie w stanie wielkiej wewnętrznej niepewności politycznej. Nie wiemy nawet, jak kraj będzie wyglądał politycznie za kilka lat, biorąc pod uwagę niezaprzeczalny upadek tradycyjnych partii i wzrost nowych sił – zarówno po prawej, jak i po lewej stronie. Jak dotąd nie jest jasne, jak potoczy się ta walka polityczna.
Oczywiście, Niemcy dążą do umocnienia swojej pozycji lidera w Europie i kształtowania transformacji Unii Europejskiej. Jednocześnie jednak nasilają się wewnętrzne problemy gospodarcze, a my jesteśmy świadkami zauważalnego spowolnienia gospodarczego. Utrata przewagi przemysłowej i technologicznej przez Niemcy będzie stopniowo zmniejszać ich znaczenie i przestanie być kluczowym czynnikiem geopolitycznym. Obecnie jednak sytuacja charakteryzuje się dużą nieprzewidywalnością.
W grę wchodzą tu liczne emocje, ponieważ Niemcy przez lata były najważniejszym partnerem Rosji w Europie, a relacje między Rosją a UE pod wieloma względami budowane były wokół tej osi. Dlatego ich zerwanie ma szczególnie emocjonalny charakter: jesteśmy świadkami skrajnie wrogiej retoryki z obu stron i, niestety, wielokrotnego odwoływania się do mrocznych rozdziałów naszej wspólnej historii.
Prawdopodobieństwo, że wejdziemy w przedłużającą się i szczególnie trudną konfrontację, podsycaną emocjami i odwołaniami historycznymi, jest dość wysokie. Są to trudne relacje, w których bezpośrednie kanały dialogu praktycznie nie istnieją. Niemniej jednak, jeśli uda nam się stopniowo przywrócić możliwość utrzymywania kontaktu i racjonalnego omawiania sytuacji, ten negatywny trend mógłby zostać zahamowany. Jak dotąd jednak należy stwierdzić, że relacje z Niemcami rozwijają się trudniej niż z większością innych państw europejskich.
Podsumowując: jak ocenia Pan obecny stan i perspektywy negocjacji dotyczących Ukrainy w świetle ostatnich działań Stanów Zjednoczonych?
Mówiąc o merytorycznych negocjacjach dotyczących Ukrainy: W istocie, prawdziwe rozmowy toczyły się jedynie przez bardzo krótki okres w styczniu i lutym tego roku [2026] – konkretnie negocjacje w Abu Zabi, które zostały przerwane atakiem USA na Iran. Były to prawdziwe negocjacje z udziałem wysokich rangą wojskowych obu stron, choć strona ukraińska podejmowała próby ich sabotażu. Na przykład, podczas rozmów ukraińskie służby specjalne usiłowały dokonać zamachu na generała Aleksiejewa, który brał udział w tych procesach. Niemniej jednak, odbyła się prawdziwa dyskusja na temat konkretnych kwestii związanych z porozumieniem pokojowym.
Pozytywnym sygnałem jest obecnie to, że strona amerykańska jest zaangażowana nie tylko w rozmowy ze Stevem Witkoffem, ale także z szerszymi delegacjami – w tym z dyrektorem CIA Johnem Ratcliffe’em i Jaredem Kushnerem w roli Specjalnego Wysłannika, a także z przedstawicielami różnych agencji amerykańskich. Daje to uzasadnioną nadzieję na rozpoczęcie pełnoprawnego procesu dyplomatycznego.
Najważniejszą rzeczą, na którą możemy liczyć, jest wznowienie zaplanowanych, merytorycznych negocjacji, w ramach których tworzone są grupy robocze, a kwestie są omawiane krok po kroku. Nie możemy być pewni szybkiego postępu, ale przynajmniej wyłania się ustrukturyzowany proces negocjacyjny. Jestem przekonany, że Rosja będzie obstawać przy warunkach wcześniej omawianych w Anchorage [na Alasce] i nie zgodzi się na żadne istotne ustępstwa ani daleko idące kompromisy. Niemniej jednak, kluczowe jest teraz, aby ten proces w ogóle się rozpoczął.
Panie Kaschin, dziękuję bardzo za wywiad.
Wasilij Kaszyn jest dyrektorem Centrum Kompleksowych Studiów Europejskich i Międzynarodowych (CCEIW) na Moskiewskim Państwowym Uniwersytecie Badawczym „HSE”. Jest również starszym pracownikiem naukowym w Centrum Studiów nad Chinami i Projektami Regionalnymi w Moskiewskim Uniwersytecie Państwowym (MGIMO), wykładowcą w Katedrze Bezpieczeństwa Międzynarodowego na Wydziale Polityki Światowej Uniwersytetu Moskiewskiego (MSU) oraz kandydatem nauk politycznych. Jest członkiem Rady Polityki Zagranicznej i Obronnej (SVOP).
Terminy te coraz częściej pojawiają się w dokumentach Kościoła, debatach politycznych i dyskusjach o nowych technologiach. Oto, co właściwie oznaczają, skąd się wywodzą i dlaczego mają znaczenie.
Zanim zaczniemy: w tym artykule transhumanizm i posthumanizm przedstawione są na ich własnych zasadach, z szeroko rozumianej świeckiej i filozoficznej perspektywy. Celem jest najpierw zrozumienie, co rzeczywiście głoszą te nurty, a dopiero potem ich ocena. W końcowej części krótko przedstawiono miejsce myśli katolickiej — a konkretnie nauczania papieża Leona XIV — wobec obu tych kierunków.
Dwa pojęcia coraz częściej pojawiają się w dokumentach watykańskich, encyklikach papieskich i debatach dotyczących etyki technologii: transhumanizm i posthumanizm. Niekiedy używa się ich zamiennie, czasem są ze sobą mylone, a często także błędnie rozumiane. Nie oznaczają tego samego. Łączy je zainteresowanie tym, co dzieje się z człowiekiem w epoce gwałtownie rozwijających się technologii. Wyrastają jednak z różnych tradycji intelektualnych, przedstawiają odmienne argumenty i mają inne konsekwencje.
Skąd wzięły się te idee?
Termin „transhumanizm” stworzył biolog Julian Huxley — brat Aldousa Huxleya, autora Nowego wspaniałego świata — w eseju z 1957 roku zatytułowanym po prostu „Transhumanism”. Huxley twierdził, że człowiek może i powinien wykorzystywać naukę oraz technologię do przekraczania swoich obecnych ograniczeń biologicznych.
Idea ta miała wcześniejsze źródła: można ich szukać w oświeceniowym przekonaniu o możliwości doskonalenia człowieka, w wizji Francisa Bacona, który postrzegał naukę jako narzędzie podporządkowania sobie natury, a także w koncepcji Übermenscha Nietzschego. Transhumaniści zwykle jednak ostrożnie podchodzą do tego ostatniego związku, z oczywistych względów historycznych.
Współczesny ruch transhumanistyczny ukształtował się w latach 80. i 90. XX wieku, głównie w Kalifornii. Max More, urodzony w Wielkiej Brytanii filozof, który osiadł w Los Angeles, założył w 1991 roku Extropy Institute i rozwinął koncepcję, którą określał mianem „ekstropianizmu”. Jej podstawą były takie idee jak nieustanny postęp, samodoskonalenie, praktyczny optymizm i inteligentne wykorzystanie technologii.
W 1998 roku oksfordzki filozof Nick Bostrom — dziś prawdopodobnie najbardziej wpływowy myśliciel transhumanistyczny — współtworzył World Transhumanist Association, później przemianowane na Humanity+, które zapewniło temu ruchowi zaplecze akademickie i organizacyjne.
Bostrom definiuje transhumanizm jako „sposób myślenia o przyszłości oparty na założeniu, że obecna postać gatunku ludzkiego nie jest końcem naszego rozwoju, lecz raczej stosunkowo wczesnym jego etapem”. Celem nie jest zastąpienie człowieka, lecz jego udoskonalenie — za pomocą biotechnologii, inżynierii genetycznej, sztucznej inteligencji, a w przyszłości także nanotechnologii — aż do momentu, w którym uda się przezwyciężyć biologiczne ograniczenia związane z chorobami, pogorszeniem sprawności poznawczej i śmiercią.
Posthumanizm ma inną genealogię intelektualną. Termin ten upowszechnił się w latach 90. XX wieku za sprawą takich badaczek jak Donna Haraway — której „Manifest cyborga” z 1985 roku jest jednym z tekstów założycielskich tego nurtu — oraz N. Katherine Hayles. W swojej książce How We Became Posthuman z 1999 roku Hayles analizowała zacieranie granicy między człowiekiem a maszyną w cybernetyce i teorii informacji.
Podczas gdy transhumanizm jest w dużej mierze nurtem angloamerykańskim i nastawionym optymistycznie, posthumanizm czerpie więcej z francuskiej teorii filozoficznej — m.in. z Deleuze’a i Guattariego, Foucaulta czy Derridy — i jest znacznie bardziej sceptyczny, a przynajmniej ambiwalentny, wobec kierunku, w którym prowadzą te przemiany.
Na czym polega różnica?
Najprościej można to ująć tak: transhumanizm chce uczynić człowieka lepszym, podczas gdy posthumanizm pyta, czy człowiek jako trwała kategoria filozoficzna w ogóle jeszcze istnieje.
Transhumanizm jest w istocie „ulepszonym humanizmem”. Bierze projekt oświeceniowy — przekonanie, że dzięki rozumowi i nauce można poprawić ludzką kondycję — i przyspiesza go za pomocą technologii. Wierzy w pojedynczego człowieka, w jego możliwości rozwoju i w wartość tego rozwoju. Jak zauważają jego krytycy, jest przy tym konsekwentnie optymistyczny, niekiedy aż do naiwności. Jego celem jest istota, która pozostaje rozpoznawalnie ludzka, ale jest zarazem inteligentniejsza, zdrowsza, żyjąca dłużej, a w przyszłości być może nawet nieśmiertelna.
Posthumanizm jest bardziej radykalny i filozoficznie bardziej niepokojący. Nie chodzi w nim jedynie o udoskonalenie człowieka. Nurt ten podważa całą koncepcję „człowieka” jako znaczącej i stabilnej kategorii.
Donna Haraway zasłynęła stwierdzeniem, że „wolałaby być cyborgiem niż boginią”. Wyrażała w ten sposób przekonanie, że woli złożoną, hybrydyczną rzeczywistość istoty już uwikłanej w relacje z maszynami od nostalgicznej wizji czystej i autonomicznej natury ludzkiej. Posthumanizm podważa rozróżnienia między człowiekiem a zwierzęciem, człowiekiem a maszyną oraz naturą a kulturą. W swoich najbardziej rozwiniętych postaciach jest krytyką samego humanizmu — a więc założenia, że „człowiek” jest szczególną, uprzywilejowaną kategorią, której należy się szczególna troska moralna.
Kto jest ich głównym przedstawicielem?
Najważniejszymi przedstawicielami transhumanizmu są Nick Bostrom, filozof z Oksfordu, Ray Kurzweil, futurysta związany z Google, Yuval Noah Harari, historyk i autor książki Homo Deus, oraz Eliezer Yudkowsky, teoretyk sztucznej inteligencji. W ostatnich latach jednym z najbardziej widocznych praktycznych przejawów transhumanistycznych ambicji stał się projekt Neuralink Elona Muska, którego celem jest tworzenie interfejsów mózg–komputer wszczepianych do ludzkiej czaszki.
Do najważniejszych przedstawicieli posthumanizmu należą Donna Haraway, badaczka feministycznych studiów nad nauką, N. Katherine Hayles, zajmująca się teorią literatury i cybernetyką, filozofka Rosi Braidotti, autorka książki The Posthuman, oraz Cary Wolfe, badacz literatury. Ich prace są mniej widoczne w przestrzeni komercyjnej niż działalność transhumanistów, ale wywarły znaczący wpływ na sposób, w jaki przedstawiciele nauk humanistycznych myślą o relacji człowieka i technologii.
Dlaczego ma to znaczenie?
Idee te nie są już zamknięte w akademickich seminariach i prezentacjach start-upów z Doliny Krzemowej. Wpływają na decyzje inwestycyjne dotyczące bilionów dolarów, strategie rządowe dotyczące sztucznej inteligencji, politykę bioetyczną, a także na sposób, w jaki przedstawiciele największych firm technologicznych postrzegają samych siebie i przyszłość człowieka.
Kiedy Elon Musk mówi o przekształceniu ludzkości w gatunek „multiplanetarny” jako sposobie na zapewnienie jej przetrwania albo o połączeniu człowieka ze sztuczną inteligencją, aby uniknąć „pozostania w tyle” za superinteligencją, porusza się w ramach myślenia zasadniczo transhumanistycznego. Kiedy natomiast badacze twierdzą, że granica między człowiekiem a maszyną już tak bardzo się zatarła, że straciła znaczenie, mamy do czynienia z posthumanizmem.
Pytania, które stawiają oba te nurty, są rzeczywiste i ważne. Czy powinniśmy wykorzystywać technologie genetyczne do eliminowania chorób dziedzicznych? Czy należy rozwijać interfejsy mózg–komputer, które zwiększałyby ludzkie możliwości poznawcze? W którym momencie udoskonalenie człowieka staje się jego przekształceniem? Kiedy istota powstała dzięki tym technologiom przestaje być człowiekiem w jakimkolwiek znaczącym sensie — i czy ma to znaczenie?
Jakie są ich słabe strony?
Oba nurty mają istotne słabe punkty, na które wskazują zarówno ich świeccy, jak i religijni krytycy.
Najbardziej podstawowy zarzut wobec transhumanizmu dotyczy tego, kto będzie korzystał z jego osiągnięć. Proponowane technologie — udoskonalenia genetyczne, wydłużanie życia czy zwiększanie możliwości poznawczych — przynajmniej początkowo będą niezwykle kosztowne. W rezultacie zamiast udoskonalenia ludzkości może dojść do powstania nowego rodzaju nierówności: między tymi, których stać będzie na „udoskonalanie” siebie, a tymi, których nie będzie na to stać.
Leon Kass, bioetyk i były przewodniczący Prezydenckiej Rady ds. Bioetyki za prezydentury George’a W. Busha, określił to mianem „zniesienia człowieka”, nawiązując do określenia C.S. Lewisa. Chodzi o ryzyko, że projekt udoskonalania człowieka, jeśli będzie realizowany bez moralnych ograniczeń, doprowadzi do zniszczenia właśnie tego, co miał udoskonalić — człowieczeństwa.
Drugą słabością jest stosunek transhumanizmu do śmierci. Transhumanizm traktuje śmierć jako problem, który należy rozwiązać, niemal jak błąd konstrukcyjny wymagający naprawy. Tymczasem założenie, że śmierć jest po prostu czymś złym, a nieśmiertelność — czymś jednoznacznie pożądanym, jest z filozoficznego punktu widzenia znacznie bardziej dyskusyjne, niż zwykle przyznają transhumaniści.
Słynny argument Bernarda Williamsa głosił, że nieśmiertelność mogłaby być nie błogosławieństwem, lecz przekleństwem: życie pozbawione kresu stałoby się w końcu nie do zniesienia, ponieważ ludzkie motywacje są związane z doświadczeniem skończoności. Argument ten do dziś nie doczekał się przekonującej odpowiedzi.
Najgłębszy problem posthumanizmu polega na tym, że podważając „człowieka” jako stabilną kategorię, podważa on zarazem samo pojęcie ludzkiej godności, na którym ostatecznie musi opierać się każda etyka technologii. Jeśli nie ma znaczącej różnicy między człowiekiem a istotą nie-ludzką, trudno wyjaśnić, dlaczego człowiekowi należy się szczególna ochrona moralna — albo dlaczego cierpienie osoby miałoby mieć większe znaczenie niż nieprawidłowe działanie maszyny. Posthumanizm potrafi z dużą subtelnością opisywać zacieranie granic, trudniej natomiast przychodzi mu odpowiedź na pytanie, dlaczego miałoby nas to obchodzić.
Drugą słabością jest tendencja do tego, co krytycy nazywają „techno-determinizmem” — przekonania, że skoro granica między człowiekiem a maszyną już się zaciera, to musi i powinna zacierać się jeszcze bardziej, a sprzeciw wobec tego procesu jest jedynie wyrazem nostalgii. To jednak nie wynika logicznie z samego faktu zachodzenia takiego procesu. To, że coś się dzieje, nie oznacza jeszcze, że jest to pożądane.
Gdzie w tym wszystkim znajduje się Leon XIV?
Stosunek papieża Leona XIV do tych zagadnień cechuje poczucie pilności. W encyklice Magnifica Humanitas, poświęconej sztucznej inteligencji, oraz w dokumencie Międzynarodowej Komisji Teologicznej Quo Vadis, Humanitas? — oba dokumenty bezpośrednio odnoszą się do transhumanizmu i posthumanizmu — stanowisko katolickie nie sprowadza się ani do prostego odrzucenia postępu technologicznego, ani do jego bezkrytycznej akceptacji.
Krytyka transhumanizmu ze strony Kościoła dotyczy jego antropologii: założenia, że człowiek jest w istocie zbiorem zdolności, które należy nieustannie udoskonalać, zamiast osobą — jednością ciała i duszy — której godność poprzedza i stanowi podstawę wszelkich osiągnięć. Krytyka posthumanizmu dotyczy natomiast jego epistemologii: podważenie człowieka jako stabilnej kategorii usuwa zarazem fundament, na którym opiera się moralna troska o osoby.
Wobec obu tych nurtów tradycja katolicka proponuje nie statyczne ani nostalgiczne rozumienie natury ludzkiej, lecz rozumienie dynamiczne. Człowiek jest powołany do rozwoju, do kształtowania świata oraz wykorzystywania swojej inteligencji i kreatywności w służbie dobru wspólnemu. Ten rozwój ma jednak swój porządek i cel — jest podporządkowany godności każdej osoby, dobru wspólnoty i temu, co Leon XIV podczas audiencji 23 września określił jako postęp „ożywiany i kierowany przez miłość”. W obliczu każdej nowej technologii tradycja ta powraca więc do pytania nie tylko: „czy możemy?”, lecz także: „dla kogo?”
Komensky, UNESCO i droga ku religijnemu indyferentyzmowi
Co łączy XVII-wiecznego protestanta Jana Amosa Komenskyego z UNESCO i dlaczego katolik powinien z niepokojem patrzeć na papieską wizytę w tej instytucji? 25 września 2026 roku papież Leon XIV odwiedził paryską siedzibę UNESCO. Sam fakt spotkania papieża z przedstawicielami międzynarodowej organizacji nie musiałby budzić szczególnych zastrzeżeń. Kościół zawsze prowadził dialog z ludźmi i instytucjami, także z tymi, którzy nie podzielają wiary katolickiej. Problem pojawia się wtedy, gdy dialog przestaje być okazją do głoszenia prawdy, a zaczyna oznaczać przyjęcie języka i założeń strony przeciwnej.
Właśnie dlatego szczególnie interesujący jest patron duchowy, którego UNESCO samo wskazuje jako jednego ze swoich poprzedników: Jan Amos Komensky (Comenius).
We współczesnych opracowaniach Komensky przedstawiany jest zazwyczaj jako wielki reformator szkolnictwa, zwolennik powszechnej edukacji i prekursor międzynarodowej współpracy oświatowej. Jean Piaget, którego tekst o Komenskym został opublikowany przez UNESCO, rzeczywiście wskazywał go jako prekursora m.in. edukacji międzynarodowej. Co jednak znamienne, Piaget widział w jego projekcie znacznie więcej niż tylko reformę metod nauczania.
Komensky marzył o powszechnej reformie rodzaju ludzkiego. Edukacja miała być jednym z podstawowych narzędzi przebudowy społeczeństwa, a jego projekty obejmowały również ponadnarodową organizację wiedzy, współpracę polityczną i religijne pojednanie chrześcijan.
Nie mamy więc do czynienia wyłącznie z pytaniem: jak lepiej uczyć dzieci? Chodzi o znacznie bardziej ambitny projekt: jak poprzez edukację, organizację wiedzy i ponadnarodową współpracę przekształcić całą ludzkość? I właśnie tutaj zaczyna się problem, którego nie można przemilczeć.
Człowiek, którego Kościół nie był „centrum”
Komensky był protestantem, związanym z Jednotą Braci Czeskich. Nie uznawał autorytetu Kościoła katolickiego ani papieskiego prymatu. Co więcej, jego eschatologiczne pisma zawierają zdecydowanie antyrzymskie treści. W wydanym w 1657 roku Lux in tenebris Komensky zebrał i opublikował proroctwa oraz wizje Christophora Kottera, Krystyny Poniatowskiej i Mikołaja Drabika. Samo dzieło zachowało się w wydaniu z 1657 roku, a współczesne opracowania dokumentują jego profetyczny i millenarystyczny charakter.
Co jeszcze bardziej znamienne, Komensky angażował te proroctwa w bieżącą walkę polityczno-religijną. Historyczne opracowania wskazują, że oczekiwał upadku Habsburgów i wiązał swoją wizję przyszłości z triumfem protestantyzmu. Nie jest zatem uczciwe przedstawianie Komenskyego wyłącznie jako niewinnego poprzednika współczesnej pedagogiki. Był teologiem protestanckim, millenarystą, autorem wizjonerskich i profetycznych dzieł oraz człowiekiem zaangażowanym w wielki projekt religijno-politycznej przemiany Europy. Wielkość jako pedagoga nie może być więc wykorzystywana do wymazania jego zasadniczej wizji religijnej.
Od pansofii do światowego systemu edukacji
W projekcie Komenskyego szczególne miejsce zajmowała pansophia – idea powszechnej wiedzy, która miała objąć całość ludzkiego poznania. Nie chodziło tylko o to, aby człowiek wiedział więcej.
Chodziło o stworzenie uniwersalnego systemu wiedzy, wychowania i organizacji społeczeństwa, który prowadziłby ludzkość ku określonemu celowi. I właśnie dlatego z punktu widzenia katolickiego trzeba zachować szczególną ostrożność.
Katolicyzm nie zna bowiem neutralnego wychowania. Każde wychowanie prowadzi człowieka ku jakiemuś rozumieniu prawdy, dobra, człowieka i jego ostatecznego celu. Jeżeli szkoła nie prowadzi dziecka ku Bogu, nie oznacza to, że jest neutralna. Oznacza to jedynie, że za punkt odniesienia przyjmuje coś innego. Może nim być państwo. Może nim być społeczeństwo. Może nim być nauka. Może nim być ludzkość. Może nim być „postęp”. Ale w każdym przypadku jest to już określona filozofia człowieka.
UNESCO powiedziało to wprost
Tutaj dochodzimy do dokumentu, którego nie trzeba interpretować ani podejrzewać o ukryte intencje. W 1946 roku Julian Huxley, pierwszy dyrektor generalny UNESCO, opublikował broszurę UNESCO: Its Purpose and Its Philosophy. Dokument znajduje się dziś w oficjalnych zasobach UNESCO.
Huxley pisał, że UNESCO nie może opierać swojej filozofii na jednej z konkurujących religii – wymieniając m.in. katolicyzm, protestantyzm, islam, judaizm czy hinduizm. Następnie wskazywał, że filozofia UNESCO powinna mieć charakter „scientific world humanism”, czyli naukowego humanizmu światowego, oraz – co szczególnie istotne – „evolutionary humanism”, humanizmu ewolucyjnego. Nie trzeba dopisywać tutaj żadnej teorii spiskowej. Wystarczy przeczytać dokument.
Według Huxleya podejście ewolucyjne miało pozwalać rozpoznawać pożądane i niepożądane kierunki rozwoju, określać, jakie działania należy wspierać, a jakich unikać, oraz traktować człowieka jako odpowiedzialnego za dalszy postęp ewolucyjny. Z punktu widzenia wiary katolickiej jest to zasadnicza różnica. Katolik nie może uznać ludzkości za najwyższego gospodarza własnego przeznaczenia. Człowiek nie jest sam dla siebie ostatecznym celem. Nie ludzkość jest miarą prawdy. Nie ewolucyjny „postęp” jest najwyższym dobrem. Nie UNESCO określa, które kierunki rozwoju człowieka są „pożądane”.
Ostatecznym celem człowieka jest Bóg, a prawdziwym dobrem człowieka jest życie zgodne z prawem Bożym i osiągnięcie zbawienia. Tutaj pojawia się przepaść między katolickim rozumieniem człowieka a filozofią, którą Huxley proponował UNESCO.
Człowiek czy Chrystus?
W przemówieniu z 25 września Leon XIV mówił wiele o pokoju, sprawiedliwości, edukacji, kulturze, godności człowieka i prawdzie. Są to oczywiście rzeczy same w sobie dobre. Papież przypomniał nawet, że wolność musi być ukierunkowana ku dobru i prawdzie, a edukacja pozbawiona prawdy może stać się narzędziem manipulacji sumieniami. Problem polega na tym, że kiedy przychodzi do przedstawienia źródła tej prawdy, wypowiedź staje się znacznie mniej jednoznaczna.
Leon XIV powiedział: „Dla wiary chrześcijańskiej tajemnica osoby ludzkiej znajduje swoje pełne światło w Chrystusie”. To sformułowanie jest symptomatyczne. Nie: „Chrystus objawia człowiekowi prawdę o nim samym”. Nie: „Jezus Chrystus jest jedynym Zbawicielem człowieka”. Nie: „Kościół katolicki posiada pełnię środków zbawienia”. Lecz: „dla wiary chrześcijańskiej”.
Oczywiście można powiedzieć, że zdanie samo w sobie jest prawdziwe. Chrześcijanin rzeczywiście wierzy, że Chrystus objawia pełnię tajemnicy człowieka. Ale w kontekście przemówienia skierowanego do instytucji, której oficjalna filozofia od początku odrzucała oparcie się na jednej religii, pojawia się pytanie: czy Chrystus został przedstawiony jako prawda obiektywna i powszechna, czy jedynie jako chrześcijańska perspektywa na człowieka? To nie jest drobna różnica. To różnica pomiędzy głoszeniem Ewangelii a prezentowaniem chrześcijaństwa jako jednego z wielu sposobów rozumienia świata.
„Religie” zamiast religii prawdziwej
Jeszcze bardziej znamienny jest dalszy fragment przemówienia. Papież mówi o tym, że „tradycje religijne” mają niezastąpioną rolę kulturową i że religie wyrażają pytania człowieka o początek i cel życia. Następnie mówi o wspólnym poszukiwaniu sensu oraz o narodach, które rozpoznają siebie jako dzieci „tego samego Ojca”. Znów: wiele z tych słów można interpretować w sposób zgodny z katolicką nauką o powszechnym ojcostwie Boga w porządku stworzenia. Ale pozostaje pytanie, którego papież w UNESCO nie postawił wystarczająco jasno:
Czy wszystkie religie prowadzą człowieka do tego samego Boga w ten sam sposób? Katolicka odpowiedź brzmi: nie. Kościół nie głosi, że religie świata są równorzędnymi drogami do prawdy. Chrystus nie jest jednym z wielu nauczycieli religijnych. Ewangelia nie jest jednym z wielu równoprawnych systemów duchowych. Chrystus powiedział: „Ja jestem drogą i prawdą, i żywotem. Żaden nie przychodzi do Ojca, jedno przeze Mnie”. To nie jest język „wspólnego poszukiwania”. To jest język objawionej prawdy.
Papież w domu UNESCO
I dlatego szczególnie niepokojący jest nie tyle sam fakt wizyty Leona XIV w UNESCO, ile sposób, w jaki papież ustawił relację między Ewangelią a współczesnym projektem międzynarodowym.
Papież mówił o UNESCO jako miejscu, w którym ludzkość może zastanawiać się nad sobą, swoją historią i przyszłością. Wyraził także wdzięczność pracownikom organizacji za jej misję promowania pokoju poprzez rozwój ludzkiej sztuki i nauki. Tymczasem sam Huxley pisał, że UNESCO potrzebuje własnej filozofii – i filozofia ta miała być humanistyczna, światowa, naukowa i ewolucyjna.
Czy zatem Kościół przychodzi do UNESCO, aby nawrócić UNESCO na Chrystusa? A może Kościół przychodzi tam jako jeden z uczestników wielkiego światowego dialogu, w którym chrześcijaństwo jest jednym z wielu głosów? To jest pytanie zasadnicze. bo Kościół może i powinien rozmawiać ze wszystkimi, ale nie może zapomnieć, że ma coś więcej niż propozycję dialogu. Ma Ewangelię. Ma Objawienie. Ma prawdę o Bogu. Ma prawdę o człowieku. Ma prawdę o grzechu. Ma prawdę o odkupieniu. I ma imię, które nie może zostać sprowadzone do jednej z wielu tradycji religijnych: Jezus Chrystus.
Nie Komensky jest tutaj najważniejszy
Ostatecznie problem nie polega nawet na tym, że UNESCO fascynuje się Komenskym. Polega na tym, że Kościół katolicki nie powinien przejmować od świata jego wizji człowieka i następnie ubierać jej w chrześcijańską terminologię.
Komensky marzył o powszechnej reformie ludzkości poprzez edukację, wiedzę i ponadnarodową organizację. UNESCO przejęło część tej wizji w świeckiej, humanistycznej formie. Huxley uczynił z niej projekt światowego humanizmu ewolucyjnego. A dziś papież przychodzi do tej instytucji i mówi o pokoju, kulturze, edukacji, ludzkiej godności, wspólnym poszukiwaniu sensu i jednej ludzkiej rodzinie.
Wszystkie te słowa mogą brzmieć pięknie. Ale piękne słowa nie wystarczą. Jeżeli nie prowadzą do Chrystusa, mogą zostać wykorzystane przez każdą ideologię. Pokój bez Chrystusa może stać się jedynie równowagą interesów. Jedność bez prawdy może stać się przymusem. Dialog bez prawdy może stać się relatywizmem. Edukacja bez Boga może stać się tresurą człowieka dla potrzeb państwa albo międzynarodowych instytucji. Kultura bez chrześcijaństwa może zachować piękne formy, ale utracić odpowiedź na pytanie, po co człowiek żyje.
Potrzebujemy nie nowego humanizmu, lecz Chrystusa
Największym błędem współczesnej polityki Kościoła nie jest to, że papież rozmawia ze światem. Błędem jest sytuacja, w której świat zaczyna być traktowany jako nauczyciel Kościoła w sprawach, w których Kościół od dwóch tysięcy lat posiada Objawienie. Chrystus nie powiedział Apostołom: Idźcie i prowadźcie z narodami wspólne poszukiwanie sensu. Powiedział: „Idąc tedy, nauczajcie wszystkie narody”. I dlatego katolik ma prawo oczekiwać od Najwyższego Pasterza czegoś więcej niż pięknych słów o pokoju i godności człowieka.
Ma prawo oczekiwać wyznania prawdy, że Chrystus jest Królem nie tylko ludzkich serc, lecz także prawdy i moralności. Że prawo Boże nie jest prywatną opinią wierzących. Że religia katolicka nie jest jedną z wielu równorzędnych tradycji. Że człowiek nie jest najwyższym sędzią własnego przeznaczenia. Że prawdziwa edukacja nie może być oderwana od prawdy o Bogu. I że żadna międzynarodowa instytucja – choćby posiadała ogromne możliwości oddziaływania na szkoły, kulturę i środki komunikacji – nie ma prawa zajmować miejsca, które należy do Boga.
Komensky chciał reformować świat poprzez powszechną edukację. Huxley chciał budować światowy humanizm ewolucyjny. UNESCO odziedziczyło znaczną część tego języka. Kościół natomiast nie potrzebuje kolejnego projektu przebudowy ludzkości. Potrzebuje powrotu do tego, co zawsze było jego największą siłą: „Jezus Chrystus wczoraj i dziś, tenże i na wieki”. Bo świata nie zbawi ani UNESCO, ani edukacja, ani międzynarodowy dialog. Świat zbawił Chrystus.