„Związki eksperymentalne” czyli czego nie wolno publikować. Np.: Im więcej poda się szczepionek, tym większa śmiertelność.

„Związki eksperymentalne” czyli czego nie wolno publikować.

Im więcej poda się szczepionek, tym większa śmiertelność. AlterCabrio https://www.ekspedyt.org/2022/10/20/zwiazki-eksperymentalne-czyli-czego-nie-wolno-publikowac/

Artykuł dra Pantazatosa dochodzi do prostego wniosku na podstawie publicznie dostępnych danych, że im więcej poda się szczepionek, tym większa występuje śmiertelność. „Liczba zgonów w każdym ze stanów była skorelowana z liczbą szczepień podanych w poprzedzającym miesiącu”

−∗−

Tłumaczenie artykułu z serwisu RAIR Foundation USA na temat nigdzie dotąd niepublikowanych opracowaniach dr Spiro Pantazatosa dotyczących powiązań szczepień mRNA i wskaźnika zgonów. /AlterCabrio – ekspedyt.org]

___________***___________

Znany lekarz znajduje związek między nadmierną śmiertelnością a „szczepionkami”. Nikt nie waży się publikować jego badań (wideo)

Dr Spiro Pantazatos jest współautorem badania dotyczącego wskaźników śmiertelności wywołanych mRNA: danych, które, jak twierdzi, zostały zatuszowane przez większość głównych publikacji i czasopism.

Na początku pandemii dr Spiro Pantazatos, neurobiolog kliniczny i badacz z Columbia University (urlopowany), obiecał, że pozostanie w zamknięciu [in lockdown], dopóki szczepionka nie zostanie udostępniona. Wierzył. Ale potem zaczął kwestionować narrację. A następnie przestudiował dane.

Dr Pantazatos znalazł wyraźny związek między wprowadzeniem eksperymentalnych szczepionek mRNA a nadmierną śmiertelnością. Podczas gdy firmy ubezpieczeniowe zaczęły nagłaśniać problem późną wiosną 2022r., dr Pantazatos był już kilka kroków przed wszystkimi, publikując artykuł, który przedstawiał ten związek już w październiku 2021r. Ale nikt nie chciał czytać o jego odkryciach, a żadne czasopismo medyczne nie chciało wydrukować tego artykułu. „Zostało to dyplomatycznie odrzucone przez wielu redaktorów w czasopismach medycznych” – powiedział dr Drew w swoim tytułowym podkaście.

 ===================

Artykuł dra Pantazatosa dochodzi do prostego wniosku na podstawie publicznie dostępnych danych, że im więcej poda się szczepionek, tym większa występuje śmiertelność. „Liczba zgonów w każdym ze stanów była skorelowana z liczbą szczepień podanych w poprzedzającym miesiącu” – powiedział.

Jednak podstawowa zasada porównywania danych i badań naukowych mówi, że korelacja nie oznacza związku przyczynowego. W tym przypadku dało to czasopismom medycznym możliwość odrzucenia jego odkryć, przez oświadczenie, że nikt nie wiedział, czy to szczepionki powodują te skoki śmiertelności. Ale dr Pantazatos następnie porównał swoje dane z danymi dotyczącymi zgonów [w bazie] VAERS, co tylko wzmocniło jego wniosek, że szczepionki i nadmierna śmiertelność są ze sobą powiązane. Z jego danych wynika, że ​​w lutym, marcu i kwietniu 2021r. nadmierna śmiertelność była statystycznie zauważalna jedynie w starszych grupach wiekowych. Dopiero w maju zaczyna być to dostrzegalne w młodszych grupach wiekowych” – powiedział. „Fakt, że ten wzorzec wyłonił się z danych, wskazywał mi, że jest to prawdziwy sygnał, ponieważ pasuje do ówczesnego wdrożenia [szczepień]”.

Nikogo to nie interesowało. „Kiedy po raz pierwszy uzyskałem te wyniki, pomyślałem, że muszę natychmiast przekazać je do The Lancet, ponieważ mają oni szybką ścieżkę wydawniczą, a nawet własnych statystyków. Ale oni to odrzucili”. Dr Pantazatos zaapelował, wyjaśniając, że nie był to zwykły nadesłany materiał. „Myślałem, że będą chcieli uzyskać informacje przed pierwszymi dawkami uzupełniającymi”.

Dr Pantazatos nadal nie ma wytłumaczenia dla ciągłych obstrukcji jego odkryć. Sugeruje wiele powodów, w tym konflikt interesów między czasopismami naukowymi a Big Pharmą i możliwość, że był zbyt daleko przed krzywą. „W tamtym czasie było to za bardzo sprzeczne z tym, co wszyscy mówili. Myślę, że dzienniki boją się konieczności sprostowań. Działali pod presją środowiska i obawiali się opublikowania czegoś, co było tak odmienne w swoich wnioskach”.

Ale ten argument już nie ma sensu. Drobne rysy w narracji „szczepienie uratuje nas wszystkich” pokazują, że na każdą hospitalizację, której uniknęliśmy, przypada 4,3 poważnych zdarzeń niepożądanych, i że po pięciu miesiącach szczepionki uzyskują negatywną skuteczność. Innymi słowy, sprawiają, że odbiorcy stają się bardziej podatni na wirusa, a nie mniej. Znane ryzyko zapalenia mięśnia sercowego i osierdzia u młodych mężczyzn przewyższa obecnie jakiekolwiek korzyści, oraz że szczepionka nie zapobiega transmisji i nigdy nie była pod tym kątem testowana, co zostało niedawno potwierdzone przez kierownictwo firmy Pfizer przed komisją Parlamentu Europejskiego. A jednak artykuł dra Pantazatosa wciąż pozostaje nieopublikowany w czasopismach naukowych.

Opierając się na swoich odkryciach, dr Pantazatos wystosował petycję do administracji Uniwersytetu Columbia w sprawie nakazów szczepień nałożonych na wykładowców i studentów od września 2021r. „Aby pomóc w podnoszeniu świadomości”, mówi. „Błagałem ich, aby nie ufali agencjom zdrowia publicznego i prosiłem, aby polegali na globalnych danych”. Dołączył nawet 140 cytatów na poparcie danych. Próbował spotkać się z szefostwem. Jednak bez powodzenia. Nakazy pozostają w mocy, a on sam oficjalnie nie podporządkował się i pozostaje na urlopie.

„Myślę, że wiele osób we władzach musiało podejmować trudne decyzje i naprawdę uważali, że nakazy spowodują powrót ludzi do kampusu” – powiedział. Ale nie ma już żadnego usprawiedliwienia dla tego stanowiska. „To ta sama arogancja, która sprawia, że ​​ludzie myślą, że mogą dokonywać wyborów medycznych za innych ludzi, których nie spotkali”.

________________

Renowned Doctor Finds Connection Between Excess Mortality and ‘Vaccines’, Nobody Dares to Publish his Research (Video), Miranda Sellick, October 20, 2022

−∗−

Powiązane tematycznie:

‘Działaliśmy z prędkością nauki’ czyli kto kłamał
Każdy, kto twierdził, że trzeba się zaszczepić, aby „spowolnić rozprzestrzenianie się”, kłamał. Każdy, kto twierdził, że „ochrona innych” jest obowiązkiem, kłamał. Paszporty covidowe, kody QR, nic z tego nie było […]

________________

„Bezpieczne i skuteczne” czyli instrukcje na czas apogeum
Po tej serii wydarzeń pokazano reportera BBC, który publicznie stwierdził: „Dla wprowadzenia was w kwestie dziennikarskie. Po prostu nie dyskutujemy, w ramach polityki redakcyjnej, nie debatujemy z antyszczepionkowcami, bez względu […]

________________

Czwarta porcja czyli co obraca się w pył
Były członek zespołu ds. reagowania na covid we wschodnim Ontario, dr Chris Alan Shoemaker, wygłosił przemówienie do setek osób na Wzgórzu Parlamentarnym w Ottawie na temat bezpieczeństwa związanego z preparatami […]

Jeśli Kościół może usunąć z papiestwa formalnego heretyka, jak więc powinien postąpić z burzycielem?

Robert Morrison https://www.bibula.com/?p=136755

W niedawnym wywiadzie udzielonym Michaelowi Mattowi, biskup Athanasius Schneider odpowiedział na pytanie, czy papież Jan XXII utracił papiestwo, gdy na początku 1300 roku popadł w herezję, nauczając, że dusze sprawiedliwych nie cieszą się wizją uszczęśliwiającą (visio beatifica), aż do czasu Sądu Ostatecznego. W swojej odpowiedzi biskup Schneider argumentował, że Jan XXII nie stracił swojego urzędu, ponieważ Kościół w tamtych czasach nie zdefiniował jeszcze związanego z tym dogmatu, więc papież nie popadł w „formalną herezję”. Jan XXII mógł stracić papiestwo, gdyby popadł w formalną herezję.

Podobnie wypowiedział się  kardynał Raymond Burke w wywiadzie z 2016 roku dla The Catholic World Report, zapewniając, że papież straciłby papiestwo automatycznie, popadając w formalną herezję:

„Jeśli papież formalnie wyznawałby herezję, przestałby, przez ten akt, być papieżem. To się dzieje automatycznie. Tak, to mogłoby się zdarzyć”.

 Z jednej strony, pozostaje otwartym, pytanie, jak Kościół reaguje na taką automatyczną utratę papiestwa, ale z drugiej, wzmacnia to myśl, że formalne wyznanie herezji oznacza, że papież może zostać usunięty z urzędu.

Trzy lata później kilku wybitnych katolickich teologów i profesorów uniwersyteckich napisało List otwarty do biskupów Kościoła katolickiego, w którym rozwinęło przesłanki utraty urzędu przez papieża na mocy formalnej herezji:

„Panuje zgoda co do tego, że papież, który jest winny herezji i uparcie pozostaje w swoich heretyckich poglądach, nie może nadal być papieżem. Teologowie i kanoniści omawiają to pytanie w ramach tematu utraty urzędu papieskiego. Wymieniane przez nich przyczyny utraty urzędu papieskiego to zawsze śmierć, rezygnacja i herezja. Ten konsensus opiera się na zwykłym zdrowym rozsądku, który mówi, że aby być papieżem trzeba być katolikiem. Stanowisko to opiera się na tradycji patrystycznej i na podstawowych zasadach teologicznych dotyczących urzędu kościelnego, herezji i przynależności do Kościoła.

Ojcowie Kościoła zaprzeczali, że heretyk może posiadać jakąkolwiek jurysdykcję kościelną. Późniejsi doktorzy Kościoła rozumieli tę naukę, jako odnoszącą się do publicznej herezji, która podlega sankcjom kościelnym, i utrzymywali, że opiera się ona raczej na prawie boskim niż na kościelnym prawie pozytywnym. Twierdzili oni, że heretyk tego rodzaju nie może sprawować jurysdykcji, ponieważ jego herezja oddzieliła go od Kościoła, a nikt wydalony z Kościoła nie może sprawować w nim władzy.”

Autorzy listu utrzymywali, że papież nie traci urzędu automatycznie; raczej Kościół będzie musiał podjąć działania, by go usunąć:

„Autorzy sedewakantystyczni twierdzą, że papież automatycznie traci urząd papieski w wyniku głoszenia publicznej herezji, przy czym żadna interwencja ze strony Kościoła nie jest wymagana ani konieczna. Ta opinia nie jest zgodna z katolicką tradycją i teologią, i należy ją odrzucić.  Jak zauważyło wielu teologów, jej przyjęcie spowodowałoby chaos w Kościele w przypadku, gdyby któryś z papieży dopuścił się herezji. Postawiłoby to każdego katolika wobec decyzji, czy i kiedy papież jest heretykiem i czy stracił swój urząd. Zamiast tego należy przyjąć, że papież nie może stracić urzędu bez interwencji ze strony biskupów Kościoła.”

Nie ma więc zgody co do tego, jak Kościół musiałby zareagować na heretyckiego papieża, ale powyżej cytowany list, zgodny jest z wypowiedziami kardynała Burke’a i biskupa Schneidera, że papież mógłby stracić papiestwo dopuszczając się formalnej herezji.

Wracając do omawianego przez biskupa Schneidera przykładu papieża Jana XXII, formalna herezja nie musi być czymś, co ma ogromny wpływ na to, jak większość katolików rozumie i praktykuje wiarę. Prawdziwym przewinieniem formalnej herezji jest to, że katolik uparcie trzyma się przekonania, które jest sprzeczne z ogłoszoną prawdą Kościoła. Papież Leon XIII dał nam zwięzłe wyjaśnienie tego problemu w swojej encyklice Satis Cognitum z 1896 roku:

„Ten, kto nawet w jednym punkcie nie zgadza się z prawdą objawioną przez Boga, absolutnie odrzuca wszelką wiarę, ponieważ w ten sposób odmawia czci Bogu jako najwyższej prawdzie i formalnemu motywowi wiary”.

Jeśli odrzucamy jeden punkt bosko objawionej prawdy, to w domyśle odrzucamy cały fundament katolickiej wiary. To oczywiście odpowiada temu, co recytujemy w naszym Akcie  Wiary:

Wierzę w Ciebie, Boże żywy, W Trójcy jedyny, prawdziwy. Wierzę, coś objawił, Boże.
Twe słowo mylić nie może.

Biorąc to wszystko pod uwagę, formalny heretyk odrzuca fundamenty wiary katolickiej, nawet jeśli jego uporczywa herezja dotyczy czegoś, co większość z nas uznałaby za stosunkowo mało istotny punkt wiary. A w przypadku papieża może to skutkować albo automatyczną utratą papiestwa, albo koniecznością podjęcia przez biskupów kroków w celu usunięcia go z urzędu.

Jak na tym tle ocenić fakt, że Franciszek nie tylko odrzuca fundamenty wiary katolickiej, ale także dąży do całkowitego zniszczenia Kościoła? Jeśli uporczywe odrzucanie jednego punktu wiary usprawiedliwiałoby usunięcie go z papiestwa, to czy istnieje logiczna podstawa do tego, by sądzić, że powinien on zachować papiestwo, skoro jasno daje do zrozumienia, że prześladuje katolików właśnie dlatego, że nie chce, by trzymali się tego, czego Kościół zawsze nauczał? Innymi słowy, Franciszek jednoznacznie odrzuca fundamenty wiary i żąda, by wszyscy inni robili to samo, jeśli chcą pozostać w Kościele. Nie trzeba być wielkim teologiem, by dostrzec, że jest to gorsze niż gdyby, na przykład, po prostu trwał w błędnym myśleniu o tym, kiedy dusze sprawiedliwych otrzymują wizję uszczęśliwiającą.

Ponadto warto zwrócić uwagę na niedawną odpowiedź kardynała Gerharda Müllera na pytanie Raymonda Arroyo o to, dlaczego papież pozwala na „synodalne” ataki na Kościół:

„To trudne pytanie. Nie potrafię tego zrozumieć. Muszę to powiedzieć otwarcie, bo definicja papieża jest taka, i [oparta na] Soborze Watykańskim, a także na historii teologii katolickiej, ze ma on gwarantować prawdę Ewangelii i jedność wszystkich biskupów, a w Kościele – prawdę objawioną.”

Jest możliwym do pomyślenia, że papież, który popadł w formalną herezję, mógłby nadal mieścić się w tej „definicji papieża”, oczywiście z wyjątkiem danego wadliwego poglądu na określoną naukę katolicką. Franciszek jednak w niczym nie przypomina definicji papieża zacytowanej przez kardynała Müllera. Nie jest przesadą stwierdzenie, że zgodnie z tą definicją, jest on niemal przeciwieństwem papieża.

Tragiczna ironia sytuacji polega na tym, że Franciszek chce nadal wyrządzać Kościołowi jak najwięcej szkód, więc powstrzymuje się od przedstawienia biskupom „niepodważalnych” dowodów swojej formalnej herezji. Zamiast odrzucać tylko jeden punkt wiary, odrzuca niezliczone prawdy katolickie i całą podstawę wiary. I, coraz częściej żąda, by wszyscy katolicy robili to samo. Ale ponieważ nie przekonuje wystarczająco biskupów, że definitywnie popadł w formalną herezję, może to kontynuować tak długo, aż nie pozostanie już nic do zniszczenia.

Jeśli brzmi to jak niedorzeczna sytuacja, to dlatego, że w rzeczywistości jest ona niedorzeczna. Jeśli biskupi mają obowiązek usunąć papieża, który popadł w formalną herezję tylko w jednym punkcie wiary, to powinno być oczywiste, że mają jeszcze pilniejszy obowiązek usunąć papieża, który skutecznie niszczy Kościół w taki sposób, jak to robi  Franciszek. Widzimy to wyraźnie, jeśli po prostu rozważymy zasady określone w Liście otwartym do biskupów Kościoła katolickiego (cytowanym powyżej):

„Jest niewątpliwym, że zło wynikające z heretyckiego papieża jest tak wielkie, że nie powinno być tolerowane w imię jakiegoś rzekomo większego dobra”. Suarez wyraża to ustalenie w następujący sposób: 'Byłoby niezwykle szkodliwe dla Kościoła mieć takiego pasterza i nie być w stanie bronić się przed tak poważnym niebezpieczeństwem; ponadto byłoby sprzeczne z godnością Kościoła, gdyby zobowiązywać Go do pozostawania posłusznym heretyckiemu papieżowi, bez możliwości wydalenia go z siebie; ponieważ, jacy są książę i ksiądz, tacy też są ludzie”. Św. Robert Bellarmine stwierdza: 'Nędzny byłby stan Kościoła, gdyby był On  zmuszony do przyjęcia za swego pasterza tego, który w sposób oczywisty zachowuje się jak wilk’ (Kontrowersje, 3rd kontrowersja, Bk. 2, cap. 30).”

Jeśli jest to prawdą w przypadku heretyckiego papieża, to tym bardziej jest to prawdą w przypadku Franciszka, który nie tylko jest heretykiem, ale – posiłkując się słowami kardynała Gerharda Müllera – przeprowadza wrogie przejęcie Kościoła:

„Ta okupacja Kościoła katolickiego jest wrogim przejęciem Kościoła Jezusa Chrystusa . Jeśli by spojrzeć lub przeczytać tylko jedną stronę Ewangelii, zobaczymy, że ta okupacja nie ma  nic wspólnego z Jezusem Chrystusem.”

Ci biskupi, którzy uważają, że nic nie mogą zrobić, aby rozwiązać tę katastrofalną sytuację, nie wydają się pokładać zbytniej ufności w Bogu. Jeśli mafia z Saint Gallen mogła się zebrać, aby osiągnąć nikczemne cele szatana, dlaczego prawdziwie katoliccy biskupi mieliby się wahać, aby zebrać się z mocnym postanowieniem rozeznania i jak najwierniejszego wypełnienia woli Bożej? Jeśli wolą Boga nie jest usunięcie Franciszka, to przynajmniej zrobią wszystko, co w ich mocy i uzyskają okazję trochę lepszego przeprowadzenia swoich owczarni przez te mroczne czasy.

Argumenty za cierpliwym znoszeniem ataków Franciszka na katolicyzm stały się już skandaliczne, zwłaszcza że to cierpliwe znoszenie pozwoliło mu wyrządzić niezwykłe szkody Kościołowi, doprowadzić niezliczone dusze do piekła i użyczyć pozornego autorytetu moralnego Kościoła, antykatolickim inicjatywom Wielkiego Resetu. Nawet jeśli kiedyś wierzyliśmy, że sama modlitwa może rozwiązać ten katastrofalny kryzys, to od czasu bluźnierczego wprowadzenia przez Franciszka Pachamamy w październiku 2019 r., Bóg dał jasno do zrozumienia, że cały świat cierpi z powodu jego nadużywania papiestwa. Dziś prawie wszyscy, którzy mogliby podjąć konkretne kroki, aby przeciwstawić się rządom terroru Franciszka, zamiast stosowania tego sprzeciwu, spoczywają na swoich episkopalnych laurach.

Orędzie Matki Bożej z Akita zapowiadało zło, które już widzimy w Kościele, ale nie widzieliśmy jeszcze powszechnego sprzeciwu wobec tego zła ze strony wiernych biskupów:

„Dzieło diabła przeniknie do Kościoła w taki sposób, że będzie się widziało kardynałów przeciwstawiających się kardynałom, biskupów przeciw biskupom”.

Teraz nie czas, by zdawać się na biskupów, którzy wykonują dzieło diabła; teraz jest czas, by z ufnością zwrócić się do Boga, oddając wszystko Jemu i Jego Kościołowi, nawet jeśli oznacza to męczeństwo. Niech Najświętsza Maryja Panna pomoże wiernym biskupom Kościoła uczynić wszystko, co w ich mocy, aby współpracować z łaską Bożą w przeciwdziałaniu temu niewyobrażalnemu biczowaniu Mistycznego Ciała Chrystusa! Niepokalane Serce Maryi, módl się za nami!

Robert Morrison

Tłum. Sławomir Soja Źródło: The Remnant (October 17, 2022) – „If the Church Can Remove a Formal Heretic from the Papacy, How Should it Handle a Destroyer?”

Wesprzyj naszą działalność [BIBUŁA md]

Kościół i masoneria. Dlaczego Watykan dialoguje z wolnomularstwem? „Drodzy bracia masoni”.

Kościół i masoneria. Dlaczego Watykan dialoguje z wolnomularstwem? „Drodzy bracia masoni”. Chmielewski w „Na Straży”

https://pch24.pl/kosciol-i-masoneria-dlaczego-watykan-chce-dialogowac-z-wolnomularstwem-chmielewski-w-na-strazy/

Jak wyglądają współczesne relacje Kościoła katolickiego z masonerią? Nie są bynajmniej wrogie; wprost przeciwnie. O szczegółach wydarzeń rozgrywających się za pontyfikatu papieża Franciszka mówił w programie PCh24 TV „Na Straży” red. Paweł Chmielewski.

Paweł Chmielewski wyszedł od pozornie zaskakującego spotkania, do którego doszło 27 września 2022 roku w mieście Terni niedaleko Rzymu. Otwierano wówczas z celebrą nowe wejście do siedziby Wielkiego Wschodu Włoch. W ceremonii uczestniczył ordynariusz miejsca, bp Francesco Soddu. Było to tak naprawdę jedynie jednym z wielu katolicko-masońskich spotkań, które odbywają się w ostatnich latach.

Kościół katolicki w XVIII wieku jednoznacznie potępił masonerię. Jej złowrogie cele względem Kościoła opisał szczególnie precyzyjnie papież Leon XIII w encyklice Humanum genus. W Kodeksie Prawa Kanonicznego z 1917 roku za przynależność do masonerii przewidywano ekskomunikę. Niestety, ta jasna postawa zaczęła zmieniać się po II Soborze Watykańskim. Papież Paweł VI, mówił red. Chmielewski, ogłosił w encyklice Ecclesiam suam z 1964 roku wejście na drogę dialogu – i dialog ten objął również masonerię. Na gruncie tego dialogu w 1980 roku biskupi z Niemiec wydali dokument, w którym z jednej strony pisali o niezgodności masonerii z katolicyzmem, ale z drugiej zachęcili do współpracy na kilku płaszczyznach.

Za pontyfikatów Jana Pawła II i Benedykta XVI ten dialog z masonerią nie był rozwijany. To zmieniło się za pontyfikatu papieża Franciszka.

Jak podkreślił red. Chmielewski, w 2016 roku ogłoszona została tzw. doktryna Ravasiego. Chodzi o wizję, którą zaprezentował kard. Gianfranco Ravasi, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Kultury w latach 2007 – 2022. Ravasi opublikował artykuł pt. „Drodzy bracia masoni”, w którym zachęcił do współpracy katolicko-masońskiej. Kardynał oparł się w dużej mierze na dokumencie niemieckich biskupów z 1980 roku. Wskazał dodatkowo na trzy szczególne płaszczyzny współpracy: kwestię wolności sumienia, równości praw, teistycznej wiary w Boga. Jak powiedział red. Paweł Chmielewski, widać, że ta doktryna jest bardzo bliska papieżowi Franciszkowi. Choćby w jego encyklice Fratelli tutti z 2021 roku, która nosi przecież tytuł przez wielu interpretowany jako utrzymany w duchu masońskim, obecne są w centrum właśnie te kwestie: wolności sumienia człowieka, równości praw i wiary w Boga, niekoniecznie chrześcijańskiej. Encyklika jest bowiem pisana w kluczu dialogu międzyreligijnego.

Można, oczywiście, na różne sposoby tłumaczyć te zbieżności. Red. Chmielewski przypomniał jednak, iż jest faktem, że w latach 70. Środowiska masońskie bardzo intensywnie operowały na Watykanie, choćby w obszarze bankowości; dobrze znana jest historia zaangażowania loży Propaganda Due w prace Banku Watykańskiego i w Banco Ambrosiano. Przypomniał też, że wiarygodne doniesienia takich księży, jak choćby ks. Charles T. Murr, wskazują na przynależność do masonerii niektórych wysoko postawionych hierarchów w latach 60. i 70.; tu wymienia się zwykle abp. Annibale Bugininiego oraz kard. Sebastiano Baggia.

Zdaniem red. Pawła Chmielewskiego należy mieć nadzieję, że następca papieża Franciszka wróci do jednoznacznie antymasońskiej linii poprzednich papieży, nie kontynuując linii „dialogu” zadekretowanej przez Pawła VI i kontynuowanej przez obecnego Ojca Świętego.

Więcej w programie.

Źródło: PCh24 TV

Tajna broń Ukrainy

Stanisław Michalkiewicz http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5269 20 X 2022

Jak wiadomo, od samego początku wojny, jaką na Ukrainie Stany Zjednoczone i NATO prowadzą z Rosją do ostatniego Ukraińca, Rosjanie ponoszą klęskę za klęską, podczas gdy zwycięska armia ukraińska wypiera ich zewsząd, zadając im dotkliwe straty w ludziach i sprzęcie, w następstwie czego Rosja nie ma już żadnych rezerw, ani zapasów broni, zaś na Kremlu szykują się do uduszenia Putina poduszką i poproszenia Ukrainy o pokój z kijowskim obiciem. Słowem – wszystko zmierza do ostatecznego zwycięstwa, które – tego jeszcze akurat nie wiemy, bo że ostateczne zwycięstwo nastąpi, to rzecz pewna – może przybrać dwie postaci: programu minimum i programu maksimum. Program minimum oznacza wyparcie Rosjan ze wszystkich anektowanych terytoriów, łącznie oczywiście z Krymem. Program maksimum przedstawił szef ukraińskiej razwiedki – że chodzi o „demilitaryzację” europejskiej części Rosji, a może nawet – jej rozczłonkowanie. Wprawdzie modestia nie pozwala szefowi razwiedki całkiem puścić wodzy fantazji, ale samo przez się jest zrozumiałe, że „demilitaryzacja” europejskiej części Rosji wymagałaby zajęcia Kremla przez ukraińską załogę, no i oczywiście – przejęcia przez Kijów wszystkich aktywów Federacji Rosyjskiej, z arsenałem jądrowym na czele. Wydaje się, że na to właśnie liczą i o tym marzą zwolennicy zlania się Polski z Ukrainą z panem prezydentem Andrzejem Dudą, który dla Ukrainy gotów jest zrobić chyba dosłownie wszystko.

Wszystko zatem zmierza ku szczęśliwemu finałowi w postaci ostatecznego zwycięstwa, o którego kształcie zadecyduje pewnie Nasz Najważniejszy Sojusznik, ewentualnie w towarzystwie innych państw poważnych, a nam zostanie to objawione w stosownym czasie – tym bardziej, że Ukraina w tej wojnie nie ponosi właściwie żadnych strat, jeśli nie liczyć cywilów, no i oczywiście – biednych dzieci, na które Putin musi być szczególnie zawzięty. Ruskie rakiety trafiają w place zabaw, albo – jeśli już – to w przedszkola – tak w każdym razie wynika z doniesień niezależnych mediów głównego nurtu w Polsce i to zarówno tych, co wysługują się obozowi „dobrej zmiany”, jak i tych, które wysługują się obozowi zdrady i zaprzaństwa – bo w sprawach naprawdę ważnych obydwa obozy idą ze sobą ręka w rękę, a tylko w sprawach drugorzędnych muszą się trochę przekomarzać, oczywiście w granicach wyznaczonych albo przez Naszego Najważniejszego Sojusznika, albo przez Sojusznika Naszego Sojusznika – żeby wyznawcy obydwu obrządków nadal myśleli, że to wszystko naprawdę.

Ale – podobnie jak za pierwszej komuny, kiedy to panowała niezmącona jedność moralno-polityczna narodu – również w tym obrazie tu i ówdzie zdarzają się jeszcze niedociągnięcia, wskutek czego do upajającej symfonii wdziera się fałszywa nuta, „jak zgrzyt żelaza po szkle”. Oto miliarder Elon Musk wystąpił do Pentagonu z bezczelnym i aroganckim żądaniem, by rząd Stanów Zjednoczonych zaczął płacić mu za Starlinki, jakie w wielkich ilościach dostarcza na Ukrainę. Najwyraźniej amerykańskie KGB, to znaczy – FBI – zaabsorbowane grillowaniem Donalda Trumpa, żeby w ten sposób zablokować mu możliwość wystąpienia w najbliższych wyborach prezydenckich i nie dać satysfakcji Putinowi, a także umożliwić Partii Demokratycznej zacytowanie Władysława Gomułki, że „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy” – musiało zaniedbać ten odcinek i zamiast odbyć z Elonem Muskiem rozmowę ostrzegawczą („wiecie, rozumiecie, Musk, z wami jest brzydka sprawa”), to potraktowało go pobłażliwie, no i stąd wyszły na świat śmierdzące dmuchy. Te Starlinki bowiem, to są takie satelitarne terminale, umożliwiające łączność z wielkim rojem satelitów, wyniesionych na orbitę przez firmę Elona Muska, dzięki którym Stany Zjednoczone przekazują ukraińskiemu Sztabowi Generalnemu informacje wywiadowcze i umożliwiają łączność w czasie rzeczywistym. Dotychczas te Starlinki budował i dostarczał Ukrainie Elon Musk, co – jak się skarży – kosztowało go „dziesiątki milionów dolarów miesięcznie”. Tymczasem dowodzący niezwyciężoną armią ukraińską generał Walerij Załużny jeszcze w lipcu zażądał od niego dostarczenia prawie 8 tysięcy dodatkowych Starlinków i tu już należąca do Elona Muska firma Space X doszła do wniosku, że dalej nie jest w stanie ponosić kosztów tego przedsięwzięcia. W rezultacie Elon Musk zwrócił się do Pentagonu, żeby ten zaczął to wszystko finansować. Pentagon oczywiście zareagował „oburzeniem”, bo już Mikołaj Macchiavelli zauważył, że „łatwiej przeżyć śmierć ojca, niż utratę ojcowizny”. Podobno jednak finansowanie terminali dla Ukrainy odbywa sie również przez źródła zewnętrzne, między innymi – Polskę, która miała zapłacić za 9 tysięcy Starlinków dla Ukrainy. Tak czy owak Elon Musk zapowiedział, że jeśli Pentagon nie sypnie forsą, to on chyba wycofa się z interesu.

Elon Musk w ogóle był ostatnio krytykowany przez prezydenta Zełeńskiego, Mychajłę Podolaka i Andrieja Melnyka, który kazał mu nawet „spierdalać”, kiedy ten zaproponował, by pod nadzorem ONZ przeprowadzić referendum w sprawie anektowanych przez Rosję terytoriów, pozostawić Rosji Krym i ogłosić „neutralizację” Ukrainy.

Problem polega jednak na tym, że gdyby Mus posłuchał rady Andrija Melnyka, to mogłoby to wpłynąć na sytuację ukraińskiej armii. Chodzi o to, że gdy wojsko ukraińskie zaczęło wkraczać na tereny zajęte uprzednio przez Rosjan, to terminale przestały działać, wskutek czego ofensywa utknęła z powodu braku łączności. Być może dlatego, że Rosjanie zagłuszają sygnał I nawet grożą zniszczeniem roju satelitów, ale może dlatego, że Elon Musk chciałby w ten sposób przekonać Ukrainę do rokowań w momencie, kiedy jeszcze ma ona jakąś pozycję negocjacyjną. Rosja bowiem najwyraźniej postawiła na zniszczenie infrastruktury ukraińskiej, by na wiosnę, kiedy zmobilizowanych 300 tys. rosyjskich żołnierzy zostanie przeszkolonych do walki, Kijów nie był w stanie kontynuować wojny.

Ta sytuacja przypomina mi przedwojenną humoreskę, jak to właściciel i kierownik potężnej elektrowni na Azorach, bez której Ziemia zaczęłaby pokrywać się lodem, poczuł się zmęczony życiem i oświadczył, że chce je zakończyć, a przy okazji – wyłączyć elektrownię. Świat ogarnęła panika; do miliardera ciągnęły pielgrzymki, ale bezskutecznie. I kiedy koniec świata był tuż-tuż, nagle wszystko sie odmieniło. Miliarder odstąpił od zamiaru samobójstwa. Wszyscy zachodzili w głowę, co się stało, aż sprawę wyjaśnił profesor, który pracował nad zamianą płci. Niemal w ostatnich chwili udało mu się przemienić miliardera w kobietę, a ten natychmiast zaczął się dowiadywać, jakie kapelusze nosi się akurat w Paryżu – i w ten sposób świat ocalał.

W tej sytuacji warto się zastanowić, czy w konflikcie z Elonem Muskiem Ukraina nie powinna wykorzystać swojej tajnej broni w postaci pięknej Julii Tymoszenko? Wprawdzie nie jest ona już tak piękna, jak wtedy, gdy proponowałem, by Naczelnik Państwa się z nią ożenił, założył dynastię i położył w ten sposób fundamenty pod Rzeczpospolitą Obojga Narodów – ale pewnie nadal ma wiele innych zalet, a poza tym kto wie, czy właśnie w takiej postaci by się Elonowi Muskowi nie spodobała? Jak pisze w nieśmiertelnym poemacie „Caryca i zwierciadło” Janusz Szpotański, „Zachodzim w um z Podgornym Kolą, co ciągnie go (Henry’ego Kissingera) do naszych dam. Przecież to barachło i chłam! A może oni takie wolą?

Komisarze unijni z Ursulą von der Leyen na czele! Polska rodzina to nie CO2!

Centrum Życia i Rodziny
Paweł Ozdoba | Centrum Życia i Rodziny <kontakt@czir.org
Szanowni Państwo,
„Czeka nas ciężka zima…” – od takich nagłówków uginają się nie tylko szukające sensacji tabloidy, ale także wypowiedzi ekspertów w dziedzinie gospodarki, zwłaszcza energetyki.
Z pewnością i Państwu i członkom Państwa rodzin towarzyszy niepokój, jak udźwigniemy tegoroczne koszty opłat za energię? Czy uda się spiąć domowy budżet?…
Choć polski rząd zaproponował maksymalne ceny prądu dla odbiorców wrażliwych, małych i średnich firm oraz gospodarstw domowych, to jednak polski podatnik zmagać musi się z czymś jeszcze…
Z unijnym haraczem, który już od lat drenuje nasze kieszenie!
Z pewnością słyszeli Państwo o systemie EU ETS (europejski system handlu emisjami), który jest zawartą w cenie prądu opłatą za uprawnienia do emisji CO2. Ogromny udział opłat ETS przekłada się na wysokość rachunków nie tylko podmiotów produkujących energię ze źródeł nieodnawialnych, ale także dla zwykłego gospodarstwa domowego.
Udział wydatków na zakup uprawnień do emisji CO2 w kosztach produkcji ciepła zwiększył się kilkakrotnie i w wielu firmach ciepłowniczych – w dużej części wciąż należących do samorządów – przekracza już 30-40 proc. Efektem są podwyżki cen ciepła oferowanego przez zakłady ciepłownicze.
Wiemy zatem, kto naprawdę chce „zafundować” nam i naszym rodzinom ciężką zimę!Żądam od KE likwidacji tych opłat!Ale nie tylko to…
To także wszechobecna drożyzna, spowodowana koniecznością podniesienia cen produktów i usług, bo firmy obciążone są równie wysokim ETS. 
Sklepy, piekarnie, restauracje, lokale usługowe – to kolejne ofiary tego absurdalnego rozwiązania unijnych agend.
W ten sposób Unia Europejska wprowadza ideologiczny dyktat odnawialnych źródeł energii, dla którego ważniejsze jest budowanie tzw. polityki zielonego ładu i dążenie za wszelką cenę do neutralności klimatycznej, niż dobro ludzi, rodzin, które są w tej sytuacji najbardziej poszkodowane.
Nie możemy zgodzić się na to, by przez hołdowanie ideologii ekologizmu cierpiały polskie rodziny, gospodarstwa domowe i małe firmy!
W skali roku każda polska rodzina ponosi koszt ok. 1200 zł, a rodziny wielodzietne nawet 1900 zł, za ten klimatyczny wymysł, nie licząc kosztów za emisję CO2 w transporcie, które wynoszą dodatkowe ok. 1700 zł. Każdego miesiąca tracimy zatem aż ok. 300 zł z domowych oszczędności!
Proszę wyobrazić sobie sytuację rodziny wielodzietnej, która korzysta np. z dwóch pralek, eksploatowanych niemal non-stop. Taka rodzina będzie zmuszona zapłacić rachunek za energię horrendalnej wysokości!
Nie możemy zgodzić się na to, by rodziny dźwigające Polskę w jej demograficznej słabości, ponosiły taką niesprawiedliwą karę!
I dlatego, wobec takiej polityki unijnej wymierzonej przede wszystkim w kieszenie polskiej rodziny, nie pozostajemy obojętni!
Nie zgadzam się z unijnym dyktatem zielonego ładu!
Dlatego właśnie Centrum Życia i Rodziny przygotowało petycję skierowaną do Przewodniczącej Komisji Europejskiej o likwidację lub przynajmniej zawieszenie na czas wojennych kryzysów energetycznych opłat związanych z funkcjonowaniem systemu ETS.
Mówimy głośno: „Komisarze unijni z Ursulą von der Leyen na czele! Polska rodzina to nie CO2!”
Utrzymywanie napędzanego przez chore pojęcie ekologizmu systemu ETS, jest absurdem unijnych urzędników, często manipulowanych przez ideologicznych eko aktywistów!
Chroniąc nasze rodziny i suwerenność naszego państwa, nie możemy się na to zgodzić! Dlatego mówimy: dość gnębienia polskiej rodziny! Dość dyktatu klimatycznych głupców!
Podpisuję petycję do KE o zniesienie systemu ETS!Wzywamy Komisję Europejską, by zgodnie z celami określonymi przez unijne traktaty, stała przede wszystkim na straży interesów obywateli UE!
Wierzę, że również dla Państwa jest to ważna i potrzebna inicjatywa. Chcemy z nią dotrzeć do różnych środowisk.
Planujemy jak najszerszą promocję tej petycji, zwłaszcza w mediach społecznościowych. Po zebraniu odpowiedniej ilości podpisów chcemy, oczywiście, ją przetłumaczyć i rozpowszechnić wśród członków Komisji.
Dlatego, jeśli również dla Państwa ważne są postulaty, których realizacji żądamy od Komisji Europejskiej, prosimy o wsparcie finansowe tych działań. Prosimy o przekazanie nam dobrowolnego datku w wysokości 30 zł, 50 zł lub nawet 100 zł czy 200 zł, bądź inny, który uznają Państwo za właściwy.
Wspieram działania Centrum Życia i Rodziny!
Nie możemy poddać się niewolniczej polityce unijnych komisarzy, którzy próbują coraz mocniej zaciskać nam pętlę zielonej ideologicznej poprawności, realizując swoje odrealnione pomysły kosztem dobra ludzi, dobrobytu rodziny!
Wierzę, że razem z Państwem powstrzymamy kolejną próbę ucisku naszej Ojczyzny, wyzysku naszych rodzin, ze strony unijnych biurokratów!
Serdecznie Państwa pozdrawiam

Najpierw jest obrona Chorwacji, potem przez długi czas nic, potem NATO, a potem inne zobowiązania – mówi prezydent Chorwacji.

Najpierw jest obrona Chorwacji, potem przez długi czas nic, potem NATO, a potem inne zobowiązania – mówi prezydent Chorwacji.

Zełenski w tarapatach! Kolejny kraj ogłasza odmowę Ukrainie

19.10.2022 https://prawy.pl/122546-zelenski-w-tarapatach-kolejny-kraj-oglasza-odmowe-ukrainie/

Najpierw jest obrona Chorwacji, potem przez długi czas nic, potem NATO, a potem inne zobowiązania – mówił prezydent Chorwacji Zoran Milanov, w kontekście możliwych szkoleń żołnierzy ukraińskich w jego kraju.

podział w podejściu do pomocy Ukrainie. Jak podaje „Jutarnij List” Gordan Grlić Radman, minister spraw zagranicznych, miał zapowiedzieć, że jego kraj zgodzi się na szkolenie Ukraińców.

Zupełnie inny głos w sprawie przedstawia jednak prezydent. Jego zdaniem udzielenie zgody mogłoby doprowadzić do sprowadzenia wojny do Chorwacji.

Nie popieram tego pomysłu, ponieważ nie popieram zaangażowania Chorwacji w tę wojnę, większego niż powinno być. Jesteśmy konkretni, zjednoczeni i to wystarczy. Nic więcej. Jako głównodowodzący tego nie pochwalę. Nie słyszałem jeszcze o tej propozycji, ale z góry mówię, że ona mi się nie podoba, bo to sprowadza wojnę do Chorwacji – powiedział Milanović.

Najpierw jest obrona Chorwacji, potem przez długi czas nic, potem NATO, a potem inne zobowiązania – dodał.

Wojciech Cejrowski wprost: Zełenski to wróg Polski! „Trzeba grać na zmianę reżimu na Ukrainie”

20.10.2022 https://prawy.pl/122554-wojciech-cejrowski-wprost-zelenski-to-wrog-polski-trzeba-grac-na-zmiane-rezimu-na-ukrainie/

Brat na pewno nie (…) To raczej wróg Polski, bo za Wołyń nie przeprosił do tej pory, a pieniążki bierze z Polski – mówił Wojciech Cejrowski komentując obecną sytuację na Ukrainie i postać prezydenta Ukrainy Wołodymyr Zełenski.

W trakcie dyskusji podróżnik i komentator sceny politycznej przypomniał, że prezydent Zełenski dopuścił się w ostatnich tygodniach wyjątkowo zaskakujących wypowiedzi.

Zełenski wzywa NATO, żeby prewencyjne uderzenie atomowe zrobić na Rosję. To w tej sytuacji w Ameryce to oceniono (…), że ześwirował. Poprzednio myśleliśmy, że świrem jest Putin. Doszliśmy do wniosku – ja z panem – w tej rozmowie, że wycofano się z tego, że jednak nie świr, klepki mu się nie poprzesuwały – przypomniał.

Według Wojciecha Cejrowskiego wzywanie do wojny nuklearnej z Rosją należy uznać za objaw szaleństwa Zełenskiego, które jest niebezpieczne dla świata.

Trzeba się rakiem wycofać z kontaktów ze świrem. Trzeba grać na zmianę reżimu na Ukrainie. Przecież ten człowiek jest niepoczytalny. I jeszcze zapisuje się do NATO – podkreślił.

Podróżnik stwierdzi również, że jego zdaniem winny obecnej sytuacji, w dużej mierze, jest właśnie przywódca Ukrainy.

W kwietniu był wynegocjowany pokój. Putin powiedział, że wycofa się z całej Ukrainy (…), że życzy sobie w związku z tym, że zaatakował, podeptał ich, a teraz mówi: teraz zobaczyliście, jaki jestem silny, podeptałem was. Teraz w kwietniu się dogadali, że się cofnie z całego terytorium Ukrainy. W zamian za co? Za kolejną obietnicę, że Ukraina nigdy nie wejdzie do NATO i nigdy nie będzie miała broni atomowej – przypomniał.

I Zełenski siedział przy stole i zgodził się na ten układ, bo jak mu giną ludzie na jego terytorium, to w zasadzie człowiek odrobinę uczciwy, chociaż od pionka oligarchów dużo nie oczekuję, ale człowiek odrobinę uczciwy, jak widział porozwalane trupy i domy, to przyjmuje takie warunki. Nawet jeżeli je przyjmuje nieszczerze i myśli sobie: dobra, za pięć lat się zapiszemy do tego NATO ponownie i pogadamy o ładunkach nuklearnych na moim terenie, ale na razie w zamian za pokój obiecuję coś takiego – dodał.

Ogrodnik kupił węgiel z Australii. Nie pali się

https://tvn24.pl/poznan/chrzypsko-wielkie-ogrodnik-kupil-wegiel-z-australii-nie-pali-sie-6170484

Ogrodnik Bogdan Królik z Chrzypska Wielkiego (woj. wielkopolskie) kupił węgiel do ogrzewania tuneli z kwiatami. Surowiec pochodzi z Australii. Problem w tym, że – jak mówi – nie chce się palić. Przedsiębiorca zorganizował przed kamerą TVN24 prezentację, podczas której dwóch mężczyzn usiłowało rozpalić zakupiony węgiel za pomocą palnika gazowego. Bez powodzenia. Pan Bogdan opowiada, że chciał, by australijski węgiel był używany także do ogrzewania mieszkań pracowniczych. – Po dwóch dniach pracownik przyszedł z płaczem: „szefie, ten węgiel nie pali się w żadnym z tych pieców” – relacjonuje.

Bogdan Królik to ogrodnik z Chrzypska Wielkiego, któremu udało się – za pośrednictwem polskiej firmy – kupić węgiel pochodzący z Australii. Kiedy surowiec został dostarczony, przedsiębiorca był przekonany, że uda mu się ogrzać tunele foliowe, w których mają rozwijać się rośliny ozdobne, przede wszystkim tulipany. Żeby było to możliwe, rośliny trzeba „oszukać” – za pomocą wysokiej temperatury uruchomić w nich procesy, które zaczynają się dopiero wiosną. Niestety, na razie plany ogrodnika stanęły pod znakiem zapytania.

Okazuje się bowiem, że sprowadzony z południowej półkuli węgiel… nie chce się palić. Przedsiębiorca zorganizował przed kamerą TVN24 prezentację, podczas której dwóch mężczyzn usiłowało rozpalić zakupiony węgiel za pomocą palnika gazowego. Eksperyment pokazał, że rozgrzany surowiec gaśnie już po kilku sekundach od odstawienia znad niego płomienia.

Próba spalenia węgla przed kamerą TVN24TVN24

Czytaj także: Tauron nieoczekiwanie wypowiedział umowy na dostawy gazu kilkudziesięciu tysiącom klientów

– Ten węgiel to śmieci, którymi nie da się palić w piecu – opowiada przedsiębiorca.

„Nie wszystko ładne, co się świeci”

Pan Bogdan Królik opowiada, jak węgiel pochodzący z Australii sprawdzi się w piecach w warunkach mieszkalnych.

– Ten węgiel australijski skierowaliśmy do budynku mieszkalnego, gdzie mamy zatrudnionych pracowników w naszej firmie, Polaków. I mamy również hotel dla Ukraińców, który tez jest wyposażony w piece na ekogroszek. Postanowiłem wydać dyspozycję, żeby ten australijski węgiel był używany nie tylko do produkcji ogrodniczej, ale również, żeby ogrzewał mieszkania naszych pracowników – tłumaczy. Dodaje, że zlecił to jednemu z pracowników. 

– Po dwóch dniach przyszedł z płaczem: „szefie, ten węgiel nie pali się w żadnym z tych pieców”. Byłem bardzo zdziwiony. Bo przez 25 lat jak prowadzę ogrodnictwo nie zdarzyło mi się, żeby węgiel, który zakupiłem, nie zapalał się – opowiada ogrodnik.

– Na pierwszy rzut oka, jak otrzymałem ten węgiel z Australii, on wydawał się bardzo ładny. Bo organoleptycznie on wygląda bardzo ładnie, nie ma popiołu, nie ma miału, ładny kolor, ale nie wszystko ładne, co się świeci – dodaje przedsiębiorca.

Ogrodnik Bogdan Królik: powiedziano mi, że ten węgiel nie pali się w żadnym z pieców w mieszkaniach moich pracowników.

– Ja alarmuję innych ogrodników, którzy sprowadzili i być może leżą u nich zapasy węgla sprowadzone z Australii, żeby tak jak ja sprawdzili, czy ten węgiel z Australii w ogóle będzie się palił. Być może mają z jakiegoś innego źródła, jakieś inne pochodzenie, inna partia.

Bogdan Królik przekazuje, że w obliczu problemów z dostępem do węgla w Polsce, udało mu się też kupić surowiec pochodzący z Kolumbii. Ten – w przeciwieństwie do australijskiego – przynajmniej się pali, ale odległy jest jakościowy od tego, czym przedsiębiorca zazwyczaj ogrzewał swoje tunele.

Reklamacje i szukanie sposobu 

Bogdan Królik podkreśla, że niepalny węgiel z Australii posiadał specyfikację – w tym kaloryczność – na którą teraz powołał się przy składaniu reklamacji od dostawcy. Nie została ona jednak rozpatrzona.

– Już w czerwcu, jako stowarzyszenie producentów roślin ozdobnych alarmowaliśmy u ministra (Jacka – red.) Sasina oraz (Henryka – red.) Kowalczyka, że niedługo będą problemy z ogrzewaniem tuneli foliowych – przekazuje przedsiębiorca.

Jaka była reakcja? Taka, że – jak mówi rozmówca TVN24 – po kilku miesiącach dowiedział się, że rząd deklaruje dostarczenie 600 tysięcy ton węgla dla ogrodnictwa.

– Zapytaliśmy, na jakich zasadach będzie odbywała się dystrybucja i identyfikacja podmiotów. Usłyszeliśmy w odpowiedzi, żebyśmy zaproponowali rozwiązanie tej sytuacji – mówi Królik. 

Przedsiębiorca przyznaje, że uda mu się zbilansować koszt związany z zakupem niepalnego węgla. [Co to znaczy -po ludzku??? MD] Martwi się jednak o inne osoby z branży. Przekazuje, że część ogrodników rezygnuje z działalności do wiosny. To jednak oznacza duże straty i mniejszą dostępność do roślin ozdobnych w Polsce.

Tulipan pierwszej damy

W Chrzypsku Wielkim, gdzie plantatorem jest Bogdan Królik regularnie odbywają się spotkania z politykami, znanymi sportowcami czy ludźmi kultury, podczas których prezentowane są nowe odmiany tulipanów. Noszą one nazwę osoby, która ma być w ten sposób uhonorowana. W tym roku pokazano tulipana, który został nazwany imieniem pierwszej damy Agaty Kornhauser-Dudy. Miało to być – jak mówił 1 maja Bogdan Królik – wyraz uznania dla pierwszej damy.

[bla-bla; dużo… md]

Kraków w awangardzie eko-idiotyzmu. Nawet 40 proc. aut do wymiany.

250 tysięcy samochodów zarejestrowanych w Krakowie, trzeba będzie wymienić w ciągu najbliższych czterech lat.

Marek Wiosło 19 października https://www.rmf24.pl/regiony/krakow/news

Prawie 250 tysięcy samochodów będą musieli wymienić krakowianie w ciągu czterech lat – wynika z miejskiej ewidencji pojazdów. To prawie 40 proc. wszystkich pojazdów. Jeśli w połowie 2026 roku obszar całego miasta zostanie strefą czystego transportu, ich użytkowanie stanie się nielegalne – mieszkańcy będą musieli je wymienić, sprzedać lub zutylizować. Na ustanowienie strefy zgodzili się wstępnie miejscy radni ze wszystkich klubów. Problem w tym, że przedstawiono im zupełnie inne dane.

Na ostatniej sesji Rady Miasta Krakowa przedstawiono projekt wprowadzenia strefy czystego transportu obejmującej całe miasto. Do 4 listopada można składać wnioski i poprawki do uchwały. Głosowanie na sesji rady miasta ma się odbyć 9 listopada.

Proces wprowadzania strefy czystego transportu został podzielony na dwa etapy.

Pierwszy zaplanowano od 1 lipca 2024 r. do 30 czerwca 2026 r. W tym czasie pojazdy zarejestrowane po raz ostatni przed 1 stycznia 2023 r. będą podlegały bardzo łagodnym ograniczeniom.

Od 1 lipca 2026 r. wszystkie pojazdy, niezależnie od daty ostatniej rejestracji, podlegać będą tym samym wymogom.

Radni: Nie przekazano nam rzetelnych danych

W rozmowie z nami Grzegorz Stawowy, radny miasta Krakowa, przyznał, że podczas sesji dopytywał, ile samochodów będzie musiało zostać wymienionych. W odpowiedzi od Zarządu Transportu Publicznego, usłyszał, że w 2020 roku ¼ pojazdów w Krakowie nie spełniała norm, które są zapisane w uchwale.

Będę chciał uzyskać oficjalne, dokładne dane – zapowiada Stawowy.

Z kolei radny Łukasz Maślona mówi nam, że podczas posiedzeń komisji Rady Miasta pojawiały się informacje o liczbie samochodów, które ta strefa ma objąć, ale nie były one wyrażane liczbowo tylko procentowo.

Mówiono o  3 proc. samochodów w pierwszym etapie obowiązywania nowych regulacji – dodaje Maślona. Wskazał, że dane te prezentowali eksperci, którzy razem z ZTP realizowali badania.

Radni byli zapewniani przez ekspertów, że nowe regulacje mogą dotknąć maksymalnie do 10 proc. mieszkańców miasta, ale konkretnych danych z wydziału ewidencji pojazdów nam nie przedstawiono – wyjaśnia Maślona.

Potwierdza to inny miejski radny Michał Drewnicki: Nie przedstawiono nam konkretnych danych liczbowych, była mowa, że w pierwszym etapie, w czasie obowiązywania nowych regulacji, wymienionych będzie musiało zostać 3 proc. pojazdów.

Jak tłumaczą się urzędnicy?

Bardzo ciężko jest określić jednoznacznie, ile osób będzie musiało wymienić swój pojazd w związku z wprowadzeniem Strefy Czystego Transportu – mówi Sebastian Kowal z Zarządu Transportu Publicznego. Bardzo dużo osób posiada teraz bardzo stare samochody. Nie wiadomo, czy będą one jeździć za dwa lata.

Kowal przywołuje wyniki badań z 2019 roku dotyczące emisji spalin, podczas których zbadanych zostało 100 tysięcy samochodów, przejeżdżających tranzytem przez Kraków. Z badań wynika, że 27 proc. tych pojazdów generowało 48 proc. wszystkich zanieczyszczeń komunikacyjnych. Mówimy o jednej czwartej aut, które generują połowę zanieczyszczeń w ruchu – mówi Kowal i dodaje, że część aut to pojazdy, które nie są używane, ale nie zostały wyrejestrowane.

Jednocześnie ZTP nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego radnym nie przedstawiono danych z miejskiego wydziału ewidencji pojazdów, ale wyniki badań z 2019 roku.

Twarde dane z ewidencji pojazdów

Z danych Wydziału Ewidencji Pojazdów UMK wynika, że około 250 tysięcy samochodów zarejestrowanych w Krakowie, trzeba bedzie wymienić w ciągu najbliższych czterech lat.

Zgodnie z założeniami uchwały ograniczenia mają dotyczyć pojazdów zasilanych benzyną, które nie spełniają normy euro 3 oraz pojazdów zasilanych olejem napędowym, które nie spełniają normy euro 5 – mówi Grzegorz Wasyl, zastępca dyrektora Wydziału Ewidencji Pojazdów i Kierowców Urzędu Miasta Krakowa.

Średni wiek samochodu w Krakowie to 15 lat. Z bazy „Pojazd” wynika, że prawie połowa pojazdów to takie, które nie będą spełniały norm dotyczących wjazdu do Krakowa – wskazuje Grzegorz Wasyl.

Jeżeli patrzylibyśmy na te dane bezkrytycznie, to mamy 175 tys. pojazdów benzynowych, które nie spełniają norm i ponad 109 tys. diesli niespełniających norm. W sumie mamy prawie 284 tysięcy pojazdów, które nie będą mogły poruszać się w strefie czystego transportu – powiedział zastępca dyrektora Wydziału Ewidencji Pojazdów i Kierowców Urzędu Miasta Krakowa.   

Biorąc pod uwagę, że około 40 tys. pojazdów może już nie istnieć, ale nie zostały wyrejestrowane, oznacza to, że ponad 240 tysięcy pojazdów będzie musiała zostać wymienionych.

Zestawienie danych wygląda następująco:

  • 175 083  – tyle jest w Krakowie zarejestrowanych pojazdów benzynowych poniżej normy euro 3
  • 109 463 – tyle jest zarejestrowanych pojazdów z silnikiem diesla poniżej normy euro 5
  • 284 546 – pojazdy, które nie będą mogły poruszać się po Krakowie od połowy 2026 roku.

Jeżeli chodzi o normy jakości powietrza i lata rejestracji pojazdów obrazowo można to przedstawić w ten sposób, że w drugim etapie wprowadzania ograniczeń, czyli od połowy 2026 roku po Krakowie nie będą mogły poruszać się samochody: 

  • z silnikami spalinowymi lub LPG, wyprodukowane przed rokiem 2000 lub niespełniające przynajmniej wymagania normy EURO3 
  • i samochody z silnikami diesla wyprodukowane przed 2010 rokiem lub niespełniające przynajmniej wymagania normy EURO5.

Bezterminowy wjazd do SCT przewidziano dla pojazdów historycznych, pojazdów specjalnych, pojazdów do przewozu osób niepełnosprawnych a także pojazdów, których  właścicielami są osoby w wieku co najmniej 70 lat, prowadzone przez właścicieli.

Nowe przepisy dotkną najbiedniejszych

Pierwsza w Polsce Strefa Czystego Transportu powstała na krakowskim Kazimierzu. Obowiązywała przez krótki czas w 2019 / Łukasz Gągulski /PAP

Każdego dnia do Krakowa dojeżdża wiele osób mieszkających w okolicznych miejscowościach. Mowa o ponad 250 tysiącach pojazdów dziennie. Nie wiadomo, ile z nich nie spełnia wyżej wymienionych norm emisyjności spalin.

Nowe, restrykcyjne normy oznaczają, że wiele osób zostanie wykluczonych z możliwości poruszania się samochodem po Krakowie. Zmiany dotkną szczególnie najbiedniejszych, których nie będzie stać na wymianę auta. Rosnąca inflacja i ceny aut, tylko powiększą tą grupę.

Osoby, które nie będą mogły od lipca 2026 roku korzystać ze swoich pojazdów na ternie Krakowa, nie dostaną nic w zamian, choć jednym z planów ZTP było „szczodre obdarowanie mieszkańców”, którzy zutylizują swoje auta, darmowym dwuletnim biletem na komunikację miejską w Krakowie.

Co z turystami?

Nowe regulacje mają zmniejszyć emisję spalin w Krakowie, a tym samym poprawić stan powietrza. Do miasta nie będą mogły wjeżdżać żadne samochody niespełniające norm, choć nie ma jasnej deklaracji, jak takie auta będą kontrolowane. Teoretycznie wszyscy turyści posiadający stare auta, będą musieli je zostawić przed granicami administracyjnymi miasta.

Tymczasem nie ma planu, by przygotować dla takich osób parkingi przed miastem. Parkingów na wjeździe do miasta brakuje nawet dla okolicznych mieszkańców.

Jak dojechać do pracy?

Urzędnicy planują wprowadzenie obostrzeń, by poprawić jakość powietrza. To idea słuszna. Może problem nie byłby tak palący, gdyby kierowcy chętniej przesiadali się do komunikacji zbiorowej? Nie robią tego m.in. z powodu deficytu parkingów Park and Ride, na których można zostawić auta i przesiąść się na komunikację miejską.

Mieszkam pod Krakowem. Do pracy codziennie dojeżdżam autem w ciągu około 15 minut, udaje mi się omijać korki. Tą samą trasę komunikacją miejską muszę pokonywać prawie półtorej godziny i to z dwiema przesiadkami, ponieważ moja firma znajduje się na uboczu głównych dróg. Nie stać mnie na wymianę auta na nowe, szczególnie przy rosnących cenach nawet używanych aut i galopującej inflacji – mówi jedna z mieszkanek miejscowości po północnej stronie Krakowa.

[—]

Po ataku rosyjskich sił ponad 1000 ukraińskich miast i wsi ogarnęła ciemność. Ciemność widzę!!

Po ataku rosyjskich sił ponad 1000 ukraińskich miast i wsi ogarnęła ciemność.

19 października 2022

Portal Mirror informuje, że po serii rosyjskich ataków zaciemnienia dotknęły ponad 1000 miast i wsi na Ukrainie.

Prezydent Wołodymyr Zełenski powiedział, że w wyniku nalotu zostało zniszczonych 30% ukraińskich elektrowni. Po kolejnych wybuchach dzisiejsze fragmenty Kijowa zostały pozbawione wody i prądu.

Przemawiając we wtorek na briefingu w stolicy, rzecznik nadzwyczajny powiedział: „W okresie od 7 do 18 października w wyniku ostrzału obiektów energetycznych odcięto około 4000 osiedli w 11 regionach [Ukrainy]. „Obecnie, według ministerstwa energetyki, 1162 osiedli pozostaje bez prądu”.

Po serii bolesnych porażek na polu bitwy Rosja w ostatnich tygodniach nasiliła ataki na infrastrukturę elektryczną w miastach oddalonych od linii frontu. Ukraińscy urzędnicy służb ratunkowych pospieszyli z naprawą szkód [Piękne!! To urzędncy-bohaterowie! MD] , ale ataki przed zimą wzbudziły obawy, jak zareaguje system.

Kyrylo Tymoszenko, wiceszef urzędu prezydenta, powiedział, że „wszyscy powinni być gotowi po pierwsze na oszczędzanie energii elektrycznej, a po drugie, możliwe są także przerwy w dostawach prądu w przypadku kontynuowania uderzeń”. „Cała populacja musi przygotować się na ciężką zimę”. Ukraińcy są nakłaniani do nieużywania urządzeń elektrycznych w godzinach 07:00 – 09:00 czasu lokalnego (04:00 – 06:00 GMT) oraz 17:00 – 22:00.

==========

https://detektywprawdy.pl/:

W moim przekonaniu to samo będzie dotyczyło Polski i Europy kiedy zacznie się spektakl chazarsko-watykański pt. III Wojna Światowa.

Ludzie muszą być zmęczeni aby przyjąć jakiekolwiek rozwiązanie. Na pewno część z Was pamięta takie chwile, kiedy zmęczeni godziliśmy się na wiele. Na przykład super głodni kupowaliśmy cos byle szybko w jakimś FASTfoodzie.

Oni maja wszystko przygotowane na tip top, znają psychologię  zachowań (behawioralną), psychologię społeczną i uprawiają inżynierię społeczną.

Dlatego Rosja zintensyfikuje ataki zimą i dlatego “atak nuklearny” będzie również o tej porze roku. Teraz przygotowują administracje na potencjalny atak i stan wojenny.

Tak, u nas również nie będzie prądu. O Blackoutach informowały swoich obywateli już rok temu rządy Niemiec, Szwajcarii i Austrii.  

Antychryst musi przyjść jako wybawiciel, a nie jako ciemięzca niczym Stalin, gdyż inaczej ludzkość odrzuciłaby zło.

Ludzkość przyjmie antychrysta tak chętnie pod koniec wojny tak jak z przyjemnością przyjęła szczepienia.

Jeśli pokochali Zełeńskiego, to w momencie pojawienia się “wybawiciela”, świata będą piszczeć z radości tak jak piszczy 15 latka na koncercie Dody.

To będzie przedstawienie teatralne, dramat podzielony na kilka aktów.

4 jeźdźcy Apokalipsy już tu są. Czekają na znak do galopu przez ziemię.

„Piach, siarka i błoto”. Węgiel z importu rozgrzewa do czerwoności

https://www.money.pl/gospodarka/piach-i-bloto-wegiel-z-importu-rozgrzewa-do-czerwonosci-6824362977823552a.html

Trzeba uważać na indonezyjski węgiel. Ma dużą zawartość siarki, która może zniszczyć domowy piec. Ten z Australii też nie jest lepszy. Ma z kolei 20 proc. popiołu – ostrzegają eksperci. Według nich rząd przepłacił na imporcie, a teraz wciąga do współpracy samorządy, by podzielić się kłopotem.

Nasze porty zasypane są węglem z całego świata. W poniedziałek premier Mateusz Morawiecki poinformował, że mamy ok. 4 mln ton tego surowca. Jest on jednak bardzo różnej jakości i trzeba uważać, co się kupuje. Osoby z branży węglowej pytane o surowiec, który przyjechał z Indonezji i Australii, używają na ogół określeń typu „piach” i „błoto”. Wszystko przez jego kiepski skład.

W przypadku węgla z Indonezji chodzi głównie o wysoką zawartość siarki. Money.pl dotarł do certyfikatu wystawionego przez indonezyjskiego producenta. Wynika z niego, że surowiec ten zawiera aż 1,4 proc. siarki. To zbyt wiele dla domowych instalacji grzewczych nowszej generacji.

Z obawy o zniszczenie instalacji i kotłów grzewczych indonezyjskiego węgla z zawartością siarki na poziomie 1,4 proc. nie kupiły nawet niektóre ciepłownie. – Ma 1,4 proc. siarki? – pyta z niedowierzaniem serwisant Tekli, dużego producenta pieców węglowych. – Przy takim zasiarczeniu podzespoły i kocioł długo nie posłużą. Siarka skróci im życie – kwituje krótko nasz rozmówca.

Według dr. Przemysława Zaleskiego, eksperta ds. bezpieczeństwa energetycznego z Fundacji Pułaskiego i wykładowcy Politechniki Wrocławskiej, tak wysoki poziom siarki z reguły wyklucza możliwość wykorzystania surowca w energetyce. – LWB Bogdanka ma zasiarczenie na poziomie jednego procenta, dużo wyższe niż w innych polskich kopalniach. A to już branża energetyczna uznaje za wysoki stan – podaje przykład nasz rozmówca.

W składach opałowych węgla z Indonezji nie brakuje, chociaż nie handlują nim wszyscy. Nam taki opał udało się znaleźć w dwóch punktach, po 3350 zł za tonę (skład opałowy w Poznaniu) i po 3480 zł za tonę (skład ze Szczecina). Pracownicy obu składów zapewniali, że jest niezłej jakości.

Trzeba podkreślić, że węgiel z Indonezji jest bardzo różny, pochodzi z wielu kopalń, ale większość tego surowca sprowadzanego do Polski zawiera i tak więcej niż jeden procent siarki.

Strach tym handlować?

Jeszcze ostrzejsze słowa krytyki usłyszeliśmy pod adresem węgla sprowadzanego z Australii. Tu z kolei problemem jest wysoka zawartość popiołu, sięgająca nawet 20 proc. Warto przypomnieć znowu, że polski węgiel kamienny dobrej jakości zawiera do 8-10 proc. popiołu.

Co istotne, węgiel używany w domowych piecach nie powinien posiadać od 10 do maksymalnie 14 proc. popiołu. Popiół jest bowiem odpadem. Jego duża zawartość w węglu bardzo destrukcyjnie wpływa na domowe instalacje grzewcze. Po prostu je zapycha.

Prof. Piotr Gradziuk, ekspert od biomasy z Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa Polskiej Akademii Nauk, mówi krótko:

Węglem, który zawiera 1,4 proc. siarki, nie powinno się palić w domowych piecach. Również małe ciepłownie, które nie mają instalacji do odsiarczania, nie mogą go używać.

Jego rekomendacja dotycząca węgla o wysokiej zawartości popiołu jest identyczna:

Węglem, który ma 20 proc. spopielenia, nie wolno palić w domowych piecach. Nowoczesne piece tego nie wytrzymają. Ulegną zniszczeniu. Takim węglem można palić jedynie w bardzo prymitywnych urządzeniach.

Kiepskie parametry sprawiają, że składy opału boją się handlować niektórymi rodzajami importowanego przez rząd węgla. – Przedsiębiorcy boją się procesów sądowych o odszkodowania za zniszczone piece węglowe – komentuje dr Przemysław Zalewski.

Cenowy rollercoaster

Okazuje się, że handlujący węglem obawiają się nie tylko przyszłych procesów sądowych. Kiedy zapytaliśmy pracownicę poznańskiego składu opałowego, czy nie będzie problemu z zakupem węgla z Indonezji, odpowiedziała, że ich plac jest „zawalony tym surowcem”. Za to klientów jest jak na lekarstwo.

– Ludzie przestali kupować węgiel, bo usłyszeli, że samorządy będą go sprzedawały teraz po 2 tys. zł za tonę – informuje kobieta.

Łukasz Horbacz, prezes Izby Gospodarczej Sprzedawców Polskiego Węgla (IGSPW), która zrzesza składy opałowe w całym kraju, przyznaje, że po zapowiedziach przedstawicieli rządu, iż węgiel będzie po 2 tys. zł za tonę, ruch w składach praktycznie zamarł. Ludzie wstrzymują się z zakupem, a składy przestały sprowadzać surowiec. – Wielu klientów wciąż dopytuje o węgiel za obiecywane 996,60 zł za tonę – przypomina prezes Horbacz.

Z danych IGSPW wynika, że zatowarowanie w składach jest o 80 proc. niższe niż rok temu o tej samej porze. To nie pierwszy raz w tym roku.

– W czerwcu, kiedy węgiel był w składach po 2 tys. zł za tonę, rząd namawiał Polaków, by go nie kupowali, bo na pewno stanieje – przypomina Horbacz i dodaje:

Teraz wyznaczają samorządom maksymalną cenę sprzedaży po 2 tys. zł za tonę i nie jest już ona za wysoka?

Ceny węgla

Ceny węgla szaleją, a słowa przedstawicieli polskiego rządu są – zdaniem ekspertów – natychmiast podchwytywane przez światowych traderów i producentów.

– Premier Mateusz Morawiecki, mówiąc publicznie, że rząd będzie sprowadzał miliony ton węgla, skąd się tylko da, nakręcił koniunkturę i wywindował ceny. Wyszliśmy na desperatów, płaciliśmy za węgiel drogo – ocenia jeden z analityków rynku, który prosi o anonimowość.

Jako przykład podaje ceny węgla kamiennego w portach ARA (Amsterdam–Rotterdam–Antwerpia), które są kluczowe dla dostaw różnych surowców. W czerwcu – kiedy rząd kupował węgiel – wynosiły one 381 dol. za tonę. Obecnie to już 269,5 dol. za tonę. Różnica to ponad sto dolarów za tonę.

Zdaniem naszego rozmówcy, gdyby węgiel nie był kupowany na górce cenowej, cena węgla sortowanego w porcie wynosiłaby teraz ok. 1,5 tys. zł za tonę. Tymczasem węgiel jest w portach po 2,1 tys. zł.

– Ktoś tu przepłacił – uważa nasz rozmówca. Dodaje, że rząd ma teraz twardy orzech do zgryzienia, bo musi ten drogi węgiel zbyć i wciąga do tej gry samorządy, których większość nie pali się do tej współpracy.

Zapytaliśmy Ministerstwo Środowiska i Klimatu, ile węgla z Indonezji zakontraktowano, czy w portach, po rozładunku, sprawdzana jest jego jakość i kto będzie wypłacał ewentualne odszkodowania za zniszczone piece węglowe.

Zapytaliśmy również spółkę PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna, która ma wprowadzić do sprzedaży dla odbiorców indywidualnych węgiel brunatny (zawartość siarki w polskim węglu brunatnym wynosi od 1 do nawet 6 proc., a jego popielność sięga nawet 50 proc.) o wolumen sprzedaży, cenę i parametry.

W obu przypadkach czekamy na odpowiedzi na nasze pytania.

Nasi rozmówcy doradzają, by domagać się okazania dokumentów przy zakupie węgla oraz by brać małe ilości na próbę (np. worek na początek).

Węgla zabraknie?

Łukasz Horbacz twierdzi, że wystarczą dwa tygodnie przymrozków, by węgla opałowego zabrakło. – Co z tego, że miliony ton półproduktu leżą w porcie, jeśli wymaga on czasochłonnego przetworzenia i uzyska się z niego maksymalnie 20 proc. węgla sortowanego? – pyta nasz rozmówca.

Według niego fakt, że płynie do nas jeszcze więcej milionów ton półproduktu sytuację zmienia w niewielkim stopniu. A dodatkowo prowizoryczna sieć dystrybucji w samorządach ruszy pewnie nie wcześniej niż w grudniu.

– Na wiosnę będziemy mieć nadmiar drogiego węgla z importu. Jeśli jednak zima będzie choćby umiarkowanie chłodna, doświadczymy kryzysu, jakiego Polska jeszcze nie widziała – uważa prezes Horbacz.

Katarzyna Bartman, dziennikarz money.pl

Rada Praw Człowieka ONZ: Ukraina odpowiada za zbrodnie wojenne na rosyjskich jeńcach

Rada Praw Człowieka ONZ: Ukraina odpowiada za zbrodnie wojenne na rosyjskich jeńcach

https://gloria.tv/post/929A3MaRhfUs4NyLgvhHy1Jkr

JEDEN Z INICJATORÓW WOJNY NA UKRAINIE, ONZ, WYDAJE WYROKI…

Ukraińscy żołnierze popełnili co najmniej dwie zbrodnie wojenne, rozstrzeliwując i torturując rosyjskich jeńców wojennych w obwodach charkowskim i kijowskim w marcu 2022 r., wynika z raportu opublikowanego we wtorek przez Komisję Rady Praw Człowieka ONZ, zajmującą dochodzeniem ws. sytuacji na Ukrainie.

„Komisja udokumentowała również dwa przypadki, w których ukraińskie siły zbrojne strzelały spowodowały obrażenia i torturowały wziętych do niewoli żołnierzy rosyjskich sił zbrojnych, co stanowi zbrodnię wojenną. Po ich schwytaniu żołnierze ci otrzymali status jeńców wojennych i byli chronieni zgodnie z międzynarodowym prawem humanitarnym” – podkreślono w dokumencie.
Komisja wyjaśnia, że w pierwszym przypadku, w miejscowości Mala Rohan w obwodzie charkowskim, między 24 a 26 marca 2022 r. ukraińscy wojskowi celowo wystrzelili w nogi z bliskiej odległości trzem schwytanym żołnierzom Sił Zbrojnych Rosji i pobili jednego z nich kolbą karabinu podczas przesłuchania.

W drugim przypadku w okolicach Dmitrówki w obwodzie kijowskim 29 marca 2022 r. ukraiński żołnierz oddał trzy strzały z bliskiej odległości i ranił już rannego żołnierza rosyjskich sił zbrojnych. Na nagraniu widać innych nieruchomych rosyjskich żołnierzy w pobliżu, w tym jeden ma ręce związane za plecami i oczywistą raną głowy, co sugeruje, że najprawdopodobniej został stracony” – napisano w raporcie.

Rada Praw Człowieka ONZ: Ukraina odpowiada za zbrodnie wojenne na rosyjskich jeńcach

Lobotomia 3.0. Ciągle skrywana tajemnica śmierci ks. Jerzego Popiełuszki

Wojciech Sumliński https://gloria.tv/post/o2vCCvbNUMcp3R8gDByEqzPJk

2 listopada 1984 roku we wczesnych godzinach rannych na biurku pułkownika Adama Pietruszki, wicedyrektora Departamentu IV MSW, zadzwonił telefon, linia rządowa. Informacja od ministra spraw wewnętrznych, generała Czesława Kiszczaka była krótka i lakoniczna: konieczne jest natychmiastowe spotkanie, w cztery oczy. Gdy kilkanaście minut później pułkownik Pietruszka zameldował się w gabinecie generała Kiszczaka, ten z miejsca przystąpił do meritum.
„– Generale Pietruszka, trzeba dać się chwilowo zamknąć.
– Jak towarzyszowi ministrowi wiadomo, jestem pułkownikiem. A po wtóre o jakim zamknięciu mowa?
– Mój zwrot „generale”, to nie przejęzyczenie. To oczywisty koszt za zrealizowanie przez was trudnej roli.
– Ale dlaczego ja?
– Bo organizacyjnie Piotrowski przy was jest najbliżej.
– Organizacyjnie najbliżej, ale Piotrowski wykonuje jakieś tajemnicze zlecenia, w tym i to ostatnie, nad którym ja nie ma żadnej kontroli.
– Tym też się zajmę, a wasze organizacyjne usytuowanie będzie przejrzyste i do przyjęcia przez opinię publiczną. Unikniemy przez to prowadzenia sprawy w głąb.
– Nie będzie wyjaśnienia sprawy?
– A cóż tu wyjaśniać. Tu trzeba jak najszybciej publicznie się uwiarygodnić, a na wyjaśnienia przyjdzie czas.
– Nie! Niech to będą wiarygodniejsi, na przykład generałowie.
– To jeszcze gorzej, wyglądałoby na pucz generalski. A tutaj idzie o pryncypia.
– Nie!
– Słuchajcie, są sytuacje, w których się nie odmawia.
– Skoro tak wzniosła sytuacja, to dlaczego towarzysz minister rozpoczął od tak niskich względów? Dlaczego apeluje się do mojej próżności posługując się generalskim mirażem, a nie na przykład do zawodowej lojalności czy ideowości?
– Przepraszam, wyszło niezręcznie i trochę po kupiecku. Powinienem zacząć od potrzeby sytuacji, a nie od nagrody.
– Taką , i tak zdobytą, nagrodą nie jestem zainteresowany, a potrzeby niech zaspokaja ten, kto je wywołał.
– Zaczynamy filozofować udając niezrozumienie sytuacji.
– Bo ja jej nie rozumiem.
– Dobrze, jeszcze powrócimy do sprawy”.

8 czerwca 1990 roku ten niezwykły dialog został zapisany w protokole przyjęcia ustnego zawiadomienia o przestępstwie.
Treść rozmowy odtworzył z zapisków sporządzonych po rozmowie z Czesławem Kiszczakiem niedoszły generał. Przebywający wówczas w zakładzie karnym w Barczewie Pietruszka zapewniał, że zawiadomienie o przestępstwie, spisane w obecności dwóch przedstawicieli Komitetu Helsińskiego, Marka Nowickiego
i Andrzeja Rzeplińskiego, wiernie odzwierciedlało przebieg rozmowy z 2 listopada 1984 roku w gabinecie szefa MSW, który „za zrealizowanie trudnej misji” gwarantował generalskie szlify. Analizując ten niecodzienny dialog Kiszczaka z Pietruszką, wskazujący, że pułkownik miał być „kozłem ofiarnym”, nie wolno zapominać o jednym istotnym fakcie.
Nawet jeśli w tym konkretnym wypadku Pietruszka mówi prawdę – a wskazuje na to szereg innych dokumentów ze śledztwa rozpoczętego na początku lat dziewięćdziesiątych i kontynuowanego przez prokuratora Andrzeja Witkowskiego – nie zmienia to faktu, że jako wicedyrektor Departamentu IV MSW jest współodpowiedzialny za zbrodniczą działalność podlegającej mu komórki. Jeżeli nawet pułkownik Adam Pietruszka nie brał bezpośrednio udziału w wykonaniu zbrodni, to jako wiceszef Departamentu aprobował wszystkie przestępcze posunięcia swoich podwładnych, którzy przez szereg miesięcy terroryzowali kapelana Solidarności. Co więcej, w kalendarzu Adama Pietruszki z 1984 roku, do którego dotarli prokuratorzy, znajduje się dyskredytujący pułkownika zapis: „Urodziny Czesława, a oni chcą 13”. Zapis ten wskazuje, że Pietruszka doskonale orientował się w zamiarach dotyczących zabójstwa, pierwotnie planowanego na 13 października 1984 roku, ale sam optował za wykonaniem akcji 19 października – w dzień urodzin Czesława Kiszczaka.

Tym samym Adam Pietruszka jest co najmniej współodpowiedzialny za wielomiesięczne prześladowania księdza Jerzego oraz za samą zbrodnię. Jego wyrażony wobec Kiszczaka protest wynikał najprawdopodobniej z przerażenia rolą, jaką generał mu wyznaczył: rolą najwyższego rangą przedstawiciela MSW odpowiedzialnego za zbrodnię, a zatem jej pomysłodawcy.
Rozmowa między szefem MSW generałem Czesławem Kiszczakiem i wicedyrektorem Departamentu IV MSW, niedoszłym generałem Adamem Pietruszką miała miejsce na kilka godzin przed aresztowaniem Pietruszki i kilka dni po innym niezwykłym wydarzeniu.
Rankiem 26 października 1984 roku Waldemar Chmielewski i Leszek Pękala, funkcjonariusze SB, którzy uprowadzili księdza Jerzego Popiełuszkę, zostali przywiezieni na miejsce zbrodni. W asyście funkcjonariuszy MO oprawcy zostali przyprowadzeni na tamę. Mieli wskazać, gdzie tydzień wcześniej – jak zeznali – wrzucili ciało zamordowanego księdza. Mimo nacisków i sugestii towarzyszących im milicjantów, Chmielewski i Pękala nie byli w stanie wskazać miejsca zrzucenia zwłok. W zgodnej relacji kilku świadków, m.in. nurków, którzy tego dnia znajdowali się na tamie i na podstawie wskazań oprawców mieli poszukiwać zwłok księdza, Pękala i Chmielewski sprawiali wrażenie całkowicie zdezorientowanych. Doszło do tego, że Leszek Pękala wskazał miejsce po drugiej stronie zapory, na tzw. górnej wodzie!
Wskazywałoby to, że Chmielewski i Pękala nie wiedzieli, gdzie wraz z Piotrowskim rzekomo wrzucili zwłoki do wody, co pośrednio potwierdzałoby wersję trzech rybaków, według których ciało księdza Popiełuszki miało zostać wrzucone do akwenu 25 października – dwa dni po zatrzymaniu Grzegorza Piotrowskiego, Waldemara Chmielewskiego i Leszka Pękali. To z kolei oznaczałoby, że trzej funkcjonariusze SB, którzy uprowadzili i katowali księdza, nie zatopili jego ciała w nurtach Wisły. (więcej o tym:25.X.1984 Ks.J.Popiełuszko jeszcze żył!!!Przerażające i długie męczeństwo Bł.Ks.Jerzego.
A to oznacza, że mieli wspólników w swojej zbrodni.
Kim byli ich kompani?
Dlaczego przez te wszystkie lata od czasu zbrodni trzej bezwzględni zbrodniarze z SB, którzy bestialsko pastwili się nad księdzem Jerzym i co najmniej doprowadzili go do granicy śmierci milczą?
Kogo i dlaczego od trzydziestu lat osłaniają?

W świetle relacji świadków i dokumentów, które opatrzono klauzulą najwyższej tajności, widać, że za kulisami zbrodni kryła się bardzo logiczna i przebiegła gra, a uprowadzenie i zamordowanie księdza stanowiło kombinację operacyjną na niespotykaną dotąd skalę, obliczoną na gigantyczny efekt. Widać zarazem, jak potężne środki zostały w tej grze użyte.
By to jednak zrozumieć trzeba cofnąć się do wydarzeń poprzedzających zbrodnię.
Latem 1984 roku decydująca rozgrywka była przygotowana w najdrobniejszych szczegółach. Mimo to generał Wojciech Jaruzelski był zaniepokojony krótkim zastojem działań wobec kapelana Solidarności – spowodowanym, jak tłumaczyli odpowiedzialni za „problem księdza Popiełuszki” funkcjonariusze Departamentu IV MSW – kuracją szpitalną wiceministra spraw wewnętrznych Władysława Ciastonia. Jaruzelski był tak zaniepokojony, że zaalarmował kierownika Urzędu ds. Wyznań, profesora Adama Łopatkę, zobowiązując go do wzmożenia aktywności.
W homiliach z tamtego okresu ksiądz Popiełuszko odnosił się m.in. do kwestii uzależnienia Polski od Związku Radzieckiego.„Dzięki chrześcijaństwu jesteśmy powiązani z kulturą Zachodu i dlatego mogliśmy się oprzeć kulturom narzucanym przez wrogów”. Reakcja nastąpiła niemal natychmiast. 12 września 1984 roku atak na osobę księdza Jerzego Popiełuszkę przypuściły moskiewskie „Izwiestia”. W tekście „Lekcja za darmo” warszawski korespondent tej gazety ostro skrytykował władze PRL i zarzucił im, że tolerują „wystąpienia” księdza Popiełuszki, które są prowokacją wobec Związku Radzieckiego i mają na celu zburzenie przyjaźni między narodami Polski i ZSRR.
Generał Wojciech Jaruzelski miał świadomość, że żaden korespondent „Izwiestii” nie pozwoliłby sobie na krytykę najwyższych władz „bratniego kraju” bez zgody najwyższych moskiewskich czynników. Słusznie wnioskował, że to wyraźny i jednoznaczny sygnał do rozprawienia się z ośrodkiem żoliborskim i jego duchowym przywódcą. Impuls reprezentatywnego dla władz radzieckich pisma stanowił jedynie zewnętrzny wyraz ustaleń, które zapadły w gabinetach moskiewskich najwyższego szczebla. Bo i tej miary był to „problem”.
Oczywiste stało się, iż ksiądz Jerzy Popiełuszko „musi zamilknąć”, należy z nim postąpić „na granicy zawału” – te sformułowania były powtarzane na naradach roboczych u kapitana Grzegorza Piotrowskiego i pułkownika Adama Pietruszki.

Trzy dni po ukazaniu się artykułu w „Izwiestiach”, 15 września 1984 roku, zarządzono obserwację kontrwywiadowczą późniejszych sprawców uprowadzenia księdza – Grzegorza Piotrowskiego, Waldemara Chmielewskiego, Leszka Pękali
i Adama Pietruszki. Według obowiązujących przepisów resortowych tylko minister spraw wewnętrznych był władny zarządzić obserwację funkcjonariuszy tego resortu. Meldunki z obserwacji jednocześnie spływały bezpośrednio na biurka Czesława Kiszczaka i Wojciecha Jaruzelskiego.
Fakt ten koreluje z inną informacją – Czesław Kiszczak trafił do MSW właśnie z kontrwywiadu wojskowego, którego szefem był w latach siedemdziesiątych. Choć obserwacja, stanowiąca część misternie przygotowanego planu gigantycznej operacji, opatrzona została klauzulą najwyższej tajności, Piotrowski został o niej ostrzeżony. Informację o tym, że ma „ogon”, przekazał mu znajomy z Biura „B” MSW, który za to ostrzeżenie trafił na trzy lata do więzienia (pod pretekstem skazania za przestępstwo pospolite). Reżim już we wrześniu 1984 roku wytyczał skład przyszłej ławy oskarżonych w przygotowywanym dla nich procesie przed Sądem Wojewódzkim w Toruniu. W tamtym czasie działalność księdza Jerzego Popiełuszki, początkowo niewykraczająca poza struktury środowisk, w których pełnił posługę duszpasterską (służba zdrowia, hutnicy), z czasem objęła szerokie kręgi. Gromadzące rzesze wiernych Msze Święte, odprawiane przez księdza Jerzego w intencji Ojczyzny, zaczęły być dla władz reżimowych poważnym problemem. Parafia Św. Stanisława Kostki stała się ośrodkiem skupiającym działaczy podziemnej „Solidarności”, którego oddziaływanie nabrało z czasem charakteru ogólnopolskiego. Tak zwany problem księdza Jerzego Popiełuszki w szybkim tempie przeistaczał się z problemu jednego kapłana w poważny dylemat polityczny, istotny z punktu widzenia zachowania „kursu pogrudniowego”. Dalsza zgoda na działalność księdza mogła oznaczać odrodzenie ruchu solidarnościowego pozostającego poza kontrolą resortu spraw wewnętrznych.

Nie pomagały szykany stosowane przez resort w podobnych sytuacjach: groźby, prowokacje, próby oszczerczego ośmieszenia w wystąpieniach i brukowych artykułach Jerzego Urbana. W lipcu i sierpniu 1984 roku na mocy ustawy amnestyjnej więzienia opuściła większość działaczy niepodległościowych, z których część od razu przylgnęła do żoliborskiego ośrodka. Spotykali się tutaj ludzie różnych opcji, również światopoglądowo będący poza Kościołem – jedyną legalnie działającą instytucją, która w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych przeciwstawiała się – przeważnie nie otwarcie – reżimowym władzom PRL. Parafia Św. Stanisława Kostki była na tej „mapie oporu” najbardziej wyrazistym punktem w Polsce.
W tej sytuacji dalsze tolerowanie działalności księdza Jerzego Popiełuszki stało się dla władz nie do przyjęcia, tym bardziej, że grożące ze strony kapłana Solidarności niebezpieczeństwo dla socjalistycznego status quo w Polsce coraz bardziej niepokoiło także towarzyszy moskiewskich.
Wokół kapelana Solidarności zaciskała się niewidzialna pętla, nieuchronnie zbliżał się czas definitywnego „rozwiązania problemu Popiełuszki”.
Równocześnie w drugiej połowie września i na początku października ksiądz Jerzy otrzymywał znacznie więcej niż kiedykolwiek listów z pogróżkami i gróźb telefonicznych. Narastało zagrożenie, sytuacja księdza pogarszała się w błyskawicznym tempie, a jego los był już w tym momencie przesądzony: musiał zamilknąć, bądź – co bywa o wiele milej widziane przez każdą policję polityczną na świecie – mówić, ale jako jej przeobrażony współpracownik. Innymi słowy – jedyną szansą księdza było ocalenie życia za cenę pogrzebania ducha.

W zamyśle reżimowych władz rozwiązanie „problemu” miało nastąpić poprzez wysłanie księdza do Rzymu – po uprzednim zwerbowaniu – bądź poprzez stopniowe osaczanie i izolowanie kapłana – co miałoby poprzedzić „ostateczne rozwiązanie”.
SB miało wśród kościelnych hierarchów wyrobić księdzu Popiełuszce opinię karierowicza. Funkcjonariusze realizowali to zadanie z właściwą dla SB perfidią
i cynizmem. SB deprecjonowała dokonania i samą osobę księdza Jerzego w oczach przedstawicieli Kościoła, a jednocześnie prowadziła działania obserwacyjne, osaczała go agentami i tajnymi współpracownikami. Latem 1984 roku kilku funkcjonariuszy w samochodach śledziło księdza non stop. Wzmożono wokół niego – i tak już bardzo intensywne – działania inwigilacyjne, organizując siatkę informacyjną na terenie parafii Świętego Stanisława Kostki, kierowaną przez SB.
Praktycznie nie było tygodnia, by hutnicy starający się chronić księdza Jerzego nie znajdowali nowych aparatur podsłuchowych, „pluskiew”, lokowanych na parafii przez agentów SB. Monitorowany był każdy krok i każde spotkanie kapelana Solidarności.
W tamtym czasie ksiądz Jerzy mówił na spotkaniach z najbliższymi współpracownikami, że zaczyna tracić zaufanie do swojego kierowcy Waldemara Chrostowskiego, poważnie rozważał zatrudnienie innego kierowcy, ale właśnie wtedy, we wrześniu 1984 roku, doszło do wydarzenia, które zmusiło księdza do odstąpienia od zamierzeń względem Chrostowskiego. Na miesiąc przed uprowadzeniem, nigdy nie ustaleni sprawcy podpalili mieszkanie kierowcy księdza. Skutek by taki, że zamiast rozstać się z Waldemarem Chrostowskim, ksiądz Jerzy pozwolił mu – jako czasowo bezdomnemu – zamieszkać u siebie i od tego momentu, aż do uprowadzenia miał go już non stop przy sobie. W całej sprawie – jak pokazał czas – było jednak drugie dno. Prowadzone kilka lat później przez prokuratora Andrzeja Witkowskiego śledztwo wykazało, że w wieczór poprzedzający podpalenie, Waldemar Chrostowski wyniósł z mieszkania wszystkie cenne rzeczy: kolorowy telewizor, magnetowid – w pierwszej połowie lat 80 był to absolutny unikat – i wiele innych.

Czy mogło być dziełem zwykłego przypadku, że jednego wieczora – jak ustalił prokurator Andrzej Witkowski – wyniesiono z mieszkania wszystkie cenne rzeczy, a już następnego wieczora mieszkanie spłonęło, co, de facto, uniemożliwiło księdzu Jerzemu rozstanie z kierowcą?
Dla prokuratora Witkowskiego, który nie wierzył w taką zbieżność wydarzeń, sytuacja ta stanowiła potwierdzenie innych dowodów i przesłanek dotyczących Waldemara Chrostowskiego, które złączone w całość wskazywały, że kierowca księdza Jerzego mógł odegrać w całej sprawie niezwykle cyniczną rolę.
Jakie to były dowody i przesłanki?

2 lutego 1984 roku Waldemar Chrostowski został zarejestrowany przez sekcję I Wydziału IV Stołecznego Urzędu Spraw Wewnętrznych (SUSW) w Warszawie pod numerem 39785 jako zabezpieczenie operacyjne (ZO) do sprawy operacyjnego rozpracowania o kryptonimie „Popiel”. Rejestracji dokonał porucznik Włodzimierz Fijał z IV SUSW, a od listopada 1984 materiały dotyczące osoby Chrostowskiego były w gestii pułkownika Edwarda Janczury, szefa powołanej w ramach MSW Samodzielnej Grupy Operacyjnej. (Miarą znaczenia ZO lub tajnego współpracownika była ranga prowadzącego go funkcjonariusza – w tym przypadku bardzo wysoka). Nie wiadomo, jak przebiegało „rozpracowanie”, bowiem w grudniu 1989 roku teczka z materiałami dotyczącymi Waldemara Chrostowskiego została zniszczona – jak to określono – „z powodu braku jakiejkolwiek wartości operacyjnej”. Na trzeciej karcie ewidencyjnej dotyczącej kierowcy księdza Popiełuszki zachowała się jednak informacja, w której obok personaliów Waldemara Chrostowskiego podano także jego pseudonim operacyjny: „Desperat”. To, jak wynika z notatki IPN, bardzo ważna informacja. Wskazuje bowiem, że status zarejestrowanego uległ zmianie przez sam fakt nadania mu pseudonimu operacyjnego, co „w praktyce MSW odnosiło się wyłącznie do kandydata na tajnego współpracownika bądź tajnego współpracownika”.

Czy oznacza to, że Waldemar Chrostowski mógł zostać pozyskany przez Służbę Bezpieczeństwa do udziału w uprowadzeniu i zamordowaniu księdza Jerzego Popiełuszki? Trudno to definitywnie stwierdzić w oparciu o twarde dowody, gdyż te nie istnieją – „teczka” Waldemara Chrostowskiego została zniszczona w grudniu 1989 roku. W dokumentach IPN zawarto jednak następującą adnotację: „>Desperat< najprawdopodobniej był jednym z kluczowych źródeł operacyjnych aktywnie wykorzystywanych w sprawie o kryptonimie >Popiel<. Elementem również przemawiającym na rzecz wykorzystania >Desperata< w ramach sprawy operacyjnego rozpracowania kryptonim >Popiel< są zapisy na karcie o symbolu EO – 4A/77 (karta odsyłaczowa – zastawnikowa) dotyczącej Waldemara Chrostowskiego. Adnotacja odnośnie jednostek SB, które prawdopodobnie dokonywały tzw. koordynacji (m.in. Wydział V SUSW, Wydział II i Wydział III Departamentu III, Wydział IV WUSW Toruń) dowodzić mógłby kluczowego zainteresowania osobą Waldemara Chrostowskiego. Szczególną uwagę budzi adnotacja: „19 X 1984 r. – Wydział IV WUSW Toruń, szyf. 4022, brak powodu zapytania, b. pilne”, co może mieć związek z datą rozpoczęcia akcji uprowadzenia, a następnie pozbawienia życia księdza Jerzego Popiełuszki przez grupę z Departamentu IV MSW. Tym samym zarejestrowanie Waldemara Chrostowskiego w ewidencji operacyjnej SUSW w Warszawie nie mogło ograniczać się jedynie do tzw. zabezpieczenia operacyjnego w tak kluczowej sprawie i wysoce prawdopodobne jest, że przybrało ono pełną rangę operacyjnego źródła SB (informator, agent, rezydent, konsultant, kontakt operacyjny). Zasadniczym wnioskiem, jaki wypływa z zapisów znajdujących się na kartach ewidencyjnych, zwłaszcza we fragmencie mówiącym o zniszczeniu materiałów dot. W. Chrostowskiego o nr rej. 39785 i materiałów sprawy o kryptonimie >POPIEL< zarchwizowanych w Biurze >C< MSW, których, jak ustalono, brak w zasobie IPN, jest brak możliwości dalszego pogłębienia kwerendy, a przede wszystkim uzyskania pełniejszych informacji odnośnie roli i znaczenia W. Chrostowskiego w sprawie o kryptonimie POPIEL”.

Rangę tego faktu podnosi inny fakt.
31 sierpnia 1987 roku mecenas Edward Wende, twierdząc, że występując w imieniu Waldemara Chrostowskiego, kierowcy, współpracownika i przyjaciela księdza Jerzego Popiełuszki, zawarł z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych ugodę opatrzoną klauzulą najwyższej tajności. Jej przedmiotem były wydarzenia z 13 i 19 października 1984 roku, związane z uprowadzeniem księdza Jerzego.
„Poszkodowany przyznaje, że wyłączną odpowiedzialność za wyrządzoną mu krzywdę ponoszą osoby skazane wyrokiem sądu Wojewódzkiego w Toruniu w dniu 7 lutego 1985 roku. Skarb Państwa – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych mając na uwadze, iż czyn oskarżonych godził nie tylko w zdrowie poszkodowanego, ale i w interes Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej – a zwłaszcza w bezpieczeństwo wewnętrzne oraz to, że wobec długotrwałych kar pozbawienia wolności nie będą oni w stanie zaspokoić słusznych żądań W. Chrostowskiego postanawia, kierując się pobudkami humanitarnymi, wynagrodzić powstałą szkodę ze środków budżetowych. Skarb Państwa – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych oceniając charakter obrażeń ciała poszkodowanego, stopień uszkodzenia przedmiotów osobistego użytku oraz rozmiar wyrządzonej mu krzywdy, zmniejszającej możliwości zarobkowe oraz widoki powodzenia na przyszłość, zobowiązuje się wypłacić, a pełnomocnik Waldemara Chrostowskiego przyjąć tytułem odszkodowania łączną kwotę 1 650 000 zł, z tym, że zaspokojenie roszczenia obejmuje:

– zadośćuczynienie 600 000 zł,
– odszkodowanie za straty materialne spowodowane wypadkiem, w postaci zniszczonych przedmiotów, utraconych dochodów i kosztów dożywiania 250 000 zł,
– odszkodowanie jednorazowe w miejsce renty wyrównawczej 800 000 zł,
ogółem 1 650 000 zł
Pełnomocnik adwokat Edward Wende w imieniu poszkodowanego Waldemara Chrostowskiego oświadcza, że wypłacona mu kwota stanowi pełną rekompensatę za wyrządzoną szkodę oraz zrzeka się dalszych roszczeń z tytułu obecnych, jak i mogących się ujawnić w przyszłości następstw zdarzeń z dnia 13 i 19 października 1984 roku zarówno w stosunku do Skarbu Państwa jak i sprawców przestępstwa”.
Niezwykłe to zobowiązanie, podobnie jak sama ugoda.
Było coś niepojętego w decyzji Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, łamiącego wszelkie obowiązujące wówczas kanony postępowania, czyli wyrażającego zgodę na wypłatę gigantycznego na owe czasy odszkodowania, w dodatku przedstawicielowi wrogiej opozycji.
Przez kilkadziesiąt lat treść tej ugody, pieczętującej oficjalną wersję zdarzeń, pozostawała opatrzona klauzulą najgłębszej tajemnicy.
Jak wyjaśnić tę ugodę?

Dlaczego mecenas Edward Wende nigdy nie ujawnił jej treści?
Utajnione dokumenty, do których dotarli prokuratorzy z ekipy śledczej Andrzeja Witkowskiego, wskazują jednoznacznie, że decyzja Ministerstwa Spraw Wewnętrznych to element logicznej, konsekwentnej i przebiegłej gry. Gry, w której stawką było nie „tylko” ujawnienie prawdy o najbardziej tajemniczej zbrodni PRL. Gry, która zaczęła się na długo przed zamordowaniem kapelana Solidarności i która dotąd nie została zakończona.
Czy to przypadek, że dwóch niezależnych biegłych profesorów, specjalistów z zakresu materiałoznawstwa i włókiennictwa, w oparciu o dokonane analizy w sposób jednoznaczny wykluczyło wersję ucieczki przedstawioną przez Chrostowskiego?
Dlaczego kajdanki, które rozpięły się Chrostowskiemu w trakcie skoku, miały nadpiłowane ząbki?
Pytania można mnożyć w nieskończoność.

Z analizy Procesu Toruńskiego, zeznań złożonych przez świadków prokuratorowi Witkowskiemu i jego współpracownikom oraz zgromadzonych przez nich dokumentów wynika jednoznacznie, że dotychczas ujawniono bardzo niewiele z prawdy o najbardziej tragicznej i tajemniczej akcji SB, zaszyfrowanej przez służby specjalne PRL, jako operacja kryptonim „POPIEL”.
Pewne jest jedno: uprowadzenie księdza Jerzego i sama zbrodnia miała zupełnie inny przebieg, niż przyjmuje się w powszechnie obowiązującej do dziś wersji. Wersję tę uwiarygodnił człowiek, którego rola w tej historii nie została dotąd wyjaśniona.
Większość wskazanych tu faktów miała miejsce w momencie uprowadzenia księdza Jerzego lub była jego bezpośrednim skutkiem, a wiedza o nich została odkryta dopiero wiele lat później. Siłą rzeczy we wrześniu i październiku 1984 roku sam ksiądz nie mógł mieć przytaczanej tu wiedzy. A jednak intuicyjnie wyczuwał, zapewne w oparciu o przesłanki i obserwację własną, że powinien rozstać się z Chrostowskim.
I tak prawdopodobnie by się stało, gdyby nie tajemnicze spalenie mieszkania Waldemara Chrostowskiego, którego okoliczności nigdy nie zostały wyjaśnione, a sprawcy nigdy nie odnalezieni…
Z zeznań świadków wynika, że istotną rolę w siatce szpiegującej i inwigilującej księdza Jerzego odegrało m.in. kilku hutników z jego ochrony.
„Mieliśmy świadomość, że jesteśmy inwigilowani przez Służbę Bezpieczeństwa, dlatego musieliśmy zachowywać wstrzemięźliwość w dzieleniu się informacjami. Ja ze swojej strony byłem poinformowany, że wśród nas działa agent Służby Bezpieczeństwa o damskim pseudonimie – nie wiem, czy to była kobieta. Mieliśmy też świadomość, że w pomieszczeniach parafii zainstalowany jest podsłuch. Po śmierci księdza Jerzego znaleźliśmy w jego mieszkaniu trzy tzw. pluskwy – jedną w zamku od drzwi, drugą w rozetce przy żyrandolu i trzecią w nieczynnym piecu kaflowym.
W mieszkaniu księdza proboszcza Teofila Boguckiego, w toalecie, również znaleźliśmy taką pluskwę. Dlatego nawet we własnym gronie, w pomieszczeniach parafii, staraliśmy się rozmawiać tylko o sprawach organizacyjnych” – zeznał prokuratorom Jan Marczak, szef służby porządkowej na terenie parafii Świętego Stanisława Kostki.

Równie interesującego odkrycia dokonał przewodniczący mazowieckiej Solidarności, Seweryn Jaworski. Latem i wczesną jesienią 1984 roku Karol Sz., jeden z zaufanych hutników, niespodziewanie zaczął mocno naciskać na księdza Jerzego, by ten wyjechał do Rzymu. Nalegania w tej sprawie były na tyle intensywne, że doprowadziły do poważnej scysji między Karolem Sz., a księdzem Jerzym. Całe wydarzenie można by potraktować w kategoriach troski o kapłana, gdyby nie jeden, na pozór marginalny, fakt.
Żona Karola Sz., stewardessa latająca na liniach międzynarodowych, w okresie poprzedzającym nagłe zainteresowanie jej męża wyjazdem księdza do Rzymu, została zawieszona w pracy, bo „mąż rozrabia z księdzem Popiełuszką”.
Poproszona przez przełożonych, by hutnik napisał tylko jeden raz „notatkę”, z kim ksiądz Jerzy spotyka się na plebanii, zgodziła się pomówić o tym z mężem. Jakich użyła argumentów – nie wiadomo. Wiadomo za to, że mąż stewardessy napisał jedną „notatkę” – a potem już musiał pisać podobne „notatki” kilka razy w tygodniu. Jak ustalili prokuratorzy z zespołu Andrzeja Witkowskiego, niedługo potem i już po naciskach na księdza zmierzających do jego wyjazdu do Rzymu, żona hutnika wróciła na linie międzynarodowe.
„Karol Sz. podpisał tak zwaną lojalkę, do czego się przyznał dopiero wiele miesięcy później, gdy dowiedzieliśmy się o tym z innego źródła. Karol Sz. powiedział, że musiał podpisać, bo jego żona była stewardessą i gdyby on lojalki nie podpisał, to ona nie mogłaby wykonywać zawodu” – zeznał prokuratorom Alfred Burakowski.

Takimi prostymi, nieomal „kosmetycznymi” metodami Służba Bezpieczeństwa „łamała” współpracowników księdza Jerzego i doprowadzała do coraz większej jego samotności i izolacji.
Represje ze strony Służby Bezpieczeństwa, inwigilacja, agenturalne – tylko po części rozpoznane – otoczenie, niezrozumienie, ostra krytyka ze strony kościelnych hierarchów i rosnące poczucie zagrożenia oraz osamotnienia – wszystkie te elementy prowadziły do narastania w księdzu Jerzym poczucia osaczenia.
System urabiania, zastraszania i „łamania” osób otaczających kapelana Solidarności okazał się nieprawdopodobnie skuteczny.
W terroryzowaniu współpracowników księdza Jerzego brali udział nie tylko etatowi funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa, ale też pozostający na ich usługach
i funkcjonujący pod ich parasolem ochronnym także w III RP pospolici przestępcy.
Z notatki urzędowej sporządzonej przez jednego z prokuratorów z zespołu śledczego Andrzeja Witkowskiego wynika, że jednym z nich był J. – działający w bliskim otoczeniu księdza, podejrzewany o dokonywanie przestępstw kryminalnych, któremu „dziwnym trafem” udawało się uniknąć odpowiedzialności.

Terroryzowanie kapelana Solidarności i otaczających go osób rękoma pospolitych przestępców – ten diaboliczny pomysł w zestawieniu z innymi działaniami SB przynosił oczekiwane przez pomysłodawców efekty. Prześladowania Służby Bezpieczeństwa znacząco przerzedziły krąg przyjaciół Popiełuszki i odcisnęły piętno na nim samym. Skalę prześladowań Służby Bezpieczeństwa i wynikającego z nich osamotnienia księdza Jerzego potwierdzają zeznania współpracującej z kapłanem sędzina Joanny Sokół.
„We wrześniu 1984 roku wszczęto wobec mnie postępowanie dyscyplinarne. Jako zarzut, postawiono mi, z tego co pamiętam, okazywanie sympatii i uznania podejrzanemu Popiełuszce. Pod koniec sierpnia 1984 roku pani sędzia z wydziału karnego Sądu Wojewódzkiego w Warszawie przeprowadziła ze mną rozmowę, w trakcie której zarzuciła mi, że ja utrzymuję kontakty z księdzem Popiełuszką. Zażądała, abym zaprzestała tych kontaktów. Odpowiedziałam na to, że to jest moja prywatna sprawa, z kim ja utrzymuję kontakty po godzinach pracy. Nie było dla mnie zrozumiałe, z jakiej racji ta pani ze mną w ten sposób rozmawia – nie byłam ani członkiem partii, ani kandydatem, nie miałam z nimi nic wspólnego. Nie pamiętam imienia i nazwiska tej pani sędzi. Jej syn orzeka obecnie w Sądzie Okręgowym w Warszawie. Potem, jak mówiłam, prowadzono przeciwko mnie postępowanie dyscyplinarne zakończone orzeczeniem, w wyniku którego orzeczono wobec mnie karę dyscyplinarną przeniesienia na niższe stanowisko. Zorientowano się, że nie ma specjalnie niższego stanowiska, na które można było mnie przenieść, w związku z tym rzecznik dyscyplinarny odwołał się od tego orzeczenia. Rozprawa odwoławcza odbyła się w dniu 10 stycznia 1985 roku w Ministerstwie Sprawiedliwości. Zakończyła się prawomocnym orzeczeniem Komisji Dyscyplinarnej Odwoławczej o usunięciu mnie z pracy ze skutkiem natychmiastowym. W tamtym okresie, poza mną, z tego samego powodu została usunięta z pracy w sądzie ówczesna urzędniczka Sądu Wojewódzkiego w Warszawie – Mirosława Polakiewicz Szelenbaum, obecnie Polakiewicz Burek. Nie pracuje w sądzie, nie chciała wrócić. Razem z tą panią byłyśmy spisane w okolicy Placu Bankowego, kiedy to odprowadziłyśmy księdza Popiełuszkę na przesłuchanie do Pałacu Mostowskich. (…) W lecie 1983 roku doszło do mojej świadomości, że teraz to samego księdza należało chronić w związku z tym, że zaczęto prowadzić przeciwko niemu dochodzenia. W ostatnim okresie życia księdza, przez cały 1984 rok, pozostawałam blisko księdza Popiełuszki. Ubywało osób z najbliższego otoczenia księdza. Atmosfera zastraszenia otaczająca księdza w miarę upływu czasu „gęstniała”.
Joanna Sokół była ostatnią bliską osobą, z którą pożegnał się ksiądz Jerzy. Przed wyjazdem do Bydgoszczy kapelan Solidarności poprosił, bym zaopiekowała się jego psem Tajniaczkiem. Gdy już się rozstali, ksiądz zawrócił, jeszcze raz się z nią pożegnał i uściskał Tajniaczka.
W październiku 1984 roku grunt pod „ostateczne rozwiązanie” tzw. problemu Popiełuszki był przygotowany w najdrobniejszych szczegółach. Trwające od wielu miesięcy przygotowania SB do decydującej rozgrywki dobiegały celu: osaczony przez Służbę Bezpieczeństwa, opuszczony przez własne środowisko, zdradzony przez najbliższych współpracowników ksiądz Jerzy Popiełuszko samotnie zmierzał ku swemu przeznaczeniu…

Wojciech Sumliński

Tajemnica śmierci ks. Jerzego-samotnie ku przeznaczeniu

EUROPEJCZYCY WINNI

Komentarz Eleison nr DCCXCVI (796)

15 października 2022 https://fsspxr.wordpress.com/komentarze-eleison/

Komentarze Eleison Jego Ekscelencji Księdza Biskupa Ryszarda Williamsona

Jest stare dobre przysłowie, być może chińskie, które mówi: „Mądry człowiek obwinia siebie, głupiec obwinia innych”. Nie oznacza to, że inni nigdy nie są winni, ale kiedy uznam, że ponoszę choćby część winy, to mogę sam być zdolny zrobić przynajmniej coś w tej sprawie, podczas gdy często ryzykuję, że będę bezsilny, próbując nakłonić tych, których chcę obwinić, do zrobienia czegokolwiek. Na przykład w dzisiejszym pędzie ku potencjalnej katastrofalnej trzeciej wojnie światowej niektórzy Europejczycy ulegają pokusie obwiniania Stanów Zjednoczonych lub Żydów stojących za Stanami Zjednoczonymi za samobójczą ślepotę narodów europejskich, zachowujących się jak marionetki Stanów Zjednoczonych. Ale w szerszej perspektywie Europejczycy byliby mądrzejsi, gdyby obwiniali samych siebie.

To prawda, że Żydzi sprawują ogromną władzę w Stanach Zjednoczonych, tak że według doniesień czterech z pięciu członków gabinetu, przy pomocy którego prezydent Biden rządzi krajem, to Żydzi, co bez wątpienia jest jednym z powodów, dla których zyskał on przydomek „Prezydent Bidenstein”. Ale któż jest odpowiedzialny za wybór prezydenta Bidena, lub przynajmniej za to, że nie wystąpił przeciwko totalnemu oszustwu jego „wyboru” w 2020 roku, jeśli nie naród amerykański jako całość?  A jeśli Europejczycy chcą obwiniać Amerykanów jako całość, to kim są Amerykanie, jeśli nie zasadniczo potomkami Europejczyków, którzy wyemigrowali za Atlantyk od czasów reformacji? Czyż odpowiedź Charlesa Coulombe’a na pytanie, kto jest kluczową postacią w historii USA, choć zaskakująca na pierwszy rzut oka, iż jest nią Anglik – król Henryk VIII, nie jest w rzeczywistości bardzo słuszna?  Coulombe nazwał swoją historię Stanów Zjednoczonych „Postępem Purytanów”. Religia ma tu bowiem decydujące znaczenie.

Bliżej naszych czasów, kto inny, jak nie Europejczyk, podpisał Deklarację Balfoura, obiecującą Żydom Ziemię Świętą, jeśli wciągną USA w I wojnę światową po stronie Anglii i Francji? I kto, jeśli nie Europejczycy, dla osiągnięcia tego samego celu, zaaranżowali podstępne zatopienie „Lusitanii” ?  Kto, jeśli nie Europejczycy, był odpowiedzialny za to, że amerykańscy żołnierze przechylili szalę wojny na niekorzyść Niemiec w 1918 roku, zapewniając tym samym, że amerykańscy dyplomaci, z ich prezydentem Wilsonem, odegrają również zdecydowaną rolę w kształtowaniu Traktatu Wersalskiego w 1919 roku, który miał doprowadzić do wybuchu II wojny światowej? 

A kiedy wybuchła w 1939 roku, co stało się wielką nadzieją Europy, by przeciwstawić się potędze militarnej odrodzonych Niemiec, jeśli nie ponowne sprowadzenie na pomoc Stanów Zjednoczonych, co też prezydent Roosevelt osiągnął podstępem w Pearl Harbour w 1941 roku?  A po II wojnie światowej, kto, jeśli nie Europejczycy, polegał na Stanach Zjednoczonych, aby utworzyć i w dużej mierze zapłacić za sojusz obronny NATO, aby chronić Europę Zachodnią przed groźbą inwazji Armii Czerwonej ZSRR? Czy można winić prezydenta Trumpa za to, że chciał, aby Europa płaciła za swoją własną obronę?

Ale dlaczego Amerykanie mieliby rację uważając Europejczyków, wtedy i teraz, za zbyt tchórzliwych i zniewieściałych, by byli w stanie sami bronić „Zachodu”? Ponieważ, jak powiedział Hilaire Belloc: „Wiara to Europa, a Europa to wiara”. Tymczasem Europa stale traci Wiarę, w szczególności od czasu reformacji, która otworzyła drogę judeomasonerii do rozpoczęcia przekształcania „chrześcijaństwa” w „cywilizację zachodnią”, poprzez proces dekadencji, który osiągnął swoje apogeum wraz z Soborem Watykańskim II (1962-1965). To nie Potomac, rzeka Waszyngtonu, stolicy USA, ale cztery kraje Renu, które wpadły do rzymskiego Tybru: Francja, Niemcy, Holandia i Belgia.

Europejczycy mogą zarzucić Soborowi Watykańskiemu II „amerykanizację” Kościoła, i jest w tym sporo racji. Amerykańscy kardynałowie i biskupi na Soborze energicznie promowali przyjęcie przez Kościół Katolicki ideału „wolności religijnej” z ich własnego kraju, nie mieli oni jednak większości głosów na forum Soboru. Kto miał?  Francuzi, Niemcy, Holendrzy i Belgowie.  To właśnie oni doprowadzili do chwilowego zwycięstwa liberalizmu nad Kościołem katolickim, ale miejmy cierpliwość.  Wszechmogący Bóg nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Kyrie eleison.

Rekordowa liczba kandydatów w seminariach Bractwa św. Piusa X

https://www.bibula.com/?p=136733

Rokrocznie na początku października do seminariów duchownych Bractwa św. Piusa X na półkuli północnej przybywają nowi kandydaci do kapłaństwa; na półkuli południowej ma to miejsce w marcu. W tym roku do służby Bogu zgłosiło się wyjątkowo liczne grono młodych mężczyzn: pierwszy etap przygotowań seminaryjnych, tak zwany rok duchowości, rozpoczęło prawie osiemdziesięciu.

Nowi seminarzyści w Zaitzkofen

W rozbiciu na poszczególne seminaria wygląda to następująco:

– Seminarium św. Tomasza z Akwinu w Dillwyn (USA): 25 Amerykanów, dwu Kanadyjczyków i Brazylijczyk.

– Seminarium Najświętszego Serca Pana Jezusa w Zaitzkofen (Bawaria): dziewięciu Polaków, sześciu Niemców, dwóch Chorwatów, Austriak, Duńczyk, Holender i Węgier. – To najliczniejsza grupa nowych kandydatów w całej historii tego seminarium. Wzrost powołań w ostatnich latach spowodował, że w budynku nie ma już wolnych miejsc i seminarium będzie musiało zostać rozbudowane.

– Seminarium św. Proboszcza z Ars we Flavigny (Francja): 14 Francuzów, dwóch Włochów oraz Anglik, Brazylijczyk, Hindus, Lankijczyk i Szwajcar. Po ukończeniu roku duchowości klerycy kontynuują formację w szwajcarskim Ecône.

– Seminarium Matki Bożej Współodkupicielki w La Reja (Argentyna): dwóch Argentyńczyków, dwóch Brazylijczyków, dwóch Meksykanów, Chilijczyk, Nigeryjczyk i Nikaraguańczyk.

79 zgłoszeń w ciągu jednego roku kalendarzowego to największa roczna liczba kandydatów do seminariów Bractwa! Jest to sposobność, aby złożyć serdeczne podziękowanie Panu Żniwa, ponieważ w obecnym świecie każde powołanie jest swego rodzaju małym cudem. Musimy zatem bezustannie modlić się: po pierwsze o zachowanie powołań mężczyzn rozpoczynających formację w seminariach, po wtóre zaś o nowe żniwa, równie albo i bardziej obfite.

Panie, daj nam świętych kapłanów!

Źródło

Za: Wiadomości Tradycji Katolickiej – news.fsspx.pl (17 października 2022) | https://news.fsspx.pl/2022/10/rekordowa-liczba-kandydatow-w-seminariach-bractwa-sw-piusa-x/

Wojna i deficyt węgla nie przekonały rządu, który nadal likwiduje górnictwo. Markowski: „Idzie na to 8 mld zł”

Martyna Urban 18/10/2022 https://www.slazag.pl/wojna-i-deficyt-w%C4%99gla-nie-przekona

Ani wojna, ani kryzys w żaden sposób nie zmieniły oficjalnej polityki państwa wobec górnictwa. W dalszym ciągu obowiązują wszystkie rygory przeciwko inwestycjom górniczym, wszystkie mechanizmy redukcji poziomu wydobycia. W dalszym ciągu budżet państwa dotuje likwidację kopalń. 8 mld zł przeznaczonych jest przecież na zakłady, które zmniejszają wydobycie – komentuje Jerzy Markowski, były wiceminister gospodarki, ekspert górniczy.

Markowski na antenie Radia Piekary podkreślał paradoks dzisiejszego deficytu węgla, z którym borykamy się w Polsce. Zapasy węgla mamy najmniejsze od 15 lat, a wydobycie w sierpniu było najniższe w tym roku. Przez 8 miesięcy roku 2022 kopalnie wydobyły 600 tys. ton węgla mniej niż w roku ubiegłym. Mimo zwiększonych potrzeb po nałożeniu embarga na węgiel rosyjski.

– W obiegu administracyjno-decyzyjnym po wybuchu wojny na Ukrainie nie wydarzyło się w Polsce nic, co by dało szansę na zmniejszenie głodu węglowego w Polsce. Tytułem własnej produkcji – mówił Markowski. – Polska Grupa Górnicza już czwarty rok z rzędu zmniejsza swoje wydobycie. Dla mnie irytujące jest to, że stan, który jest przedmiotem zmartwienia całej klasy politycznej w kraju, nie wywołuje żadnej refleksji w zakresie polityki inwestycyjnej w górnictwie. Jeszcze raz podkreślę: jedynym sposobem na to, by dziś zmniejszyć deficyt węgla nie jest jego większy import, tylko zwiększenie wydobycia w Polsce. A to jeszcze jest możliwe.

Były wiceminister gospodarki zaznaczał, że trudno zrozumieć politykę państwa, która – 8 miesięcy po wybuchu wojny na Ukrainie – nadal likwiduje górnictwo w tempie sprzed rosyjskiej agresji na Wschodzie i kryzysu surowcowego.

– Wojna, kryzys – cała ta nadzwyczajna sytuacja w żaden sposób nie zmieniła oficjalnej polityki państwa wobec górnictwa. W dalszym ciągu obowiązują wszystkie rygory przeciwko inwestycjom górniczym, wszystkie mechanizmy redukcji poziomu wydobycia. W dalszym ciągu budżet państwa dotuje likwidację kopalń. 8 mld zł przeznaczonych jest przecież na zakłady, które zmniejszają wydobycie – mówi Markowski.

Samorządy i handel węglem

Rozwiązania? W piątek, 14 października rząd przyjął projekt, dzięki któremu samorządy otrzymały zezwolenie na sprzedaż węgla po określonej cenie. Zgodnie z ustawą jego cena za tonę nie może przekroczyć 2 tys. zł. Natomiast gmina będzie nabywać go za kwotę 1,5 tys. zł. Różnica wynika przede wszystkim z kosztów dystrybucji opału.

Markowski uważa, że pomysł sprzedaży przez gminy nie został przemyślany przez rząd. Jego zdaniem samorządy, które będą musiały podjąć się tego zdania, nie mają kadr, kompetencji, ani infrastruktury.

Nie dziwię się, że w tej sytuacji, kiedy mają takie zadanie, a nie potrafią tego robić, gminy sięgają po pomoc wyspecjalizowanych firm, które dotychczas zajmowały się obrotem węglem, bo te to potrafią robić. Mają kadry, własne składowiska, nie mówiąc o odpowiednim sprzęcie – powiedział na antenie Radia Piekary.

Według Markowskiego wyjaśnił, iż powodem wyboru gminy na potencjalnego sprzedawcę węgla może być narzucona niska marża sprzedaży węgla.

Na samorządy łatwiej narzucić niższą marżę niż na sprzedawców węgla. Jest to organ zależny od państwa, a ludzie którzy sprzedają węgiel zawodowo są związani wyłącznie kodeksem spółek handlowych, dlatego mogą robić to na co rynek pozwala, czyli np. stosować wyższe marże.

Gość Radia Piekary zaznaczył, że ten sam mechanizm można było zastosować do przedsiębiorstw zajmujących się sprzedażą węgla. Jego zdaniem proces przebiegłby sprawniej, a gminy zostałyby odciążone.

Handlarze są sobie winni?

Jak zauważa były wiceminister gospodarki, można zrozumieć, że w jakimś sensie winę za zmiany przyjęte 14 października przez rząd, ponoszą przedsiębiorstwa zajmujące się sprzedażą węgla, które narzucały zbyt wysoką marżę na sprzedawany węgiel.

– Handlarze wykorzystali różnicę w cenie, ponieważ kupowali węgiel przykładowo za 800 zł za tonę, a sprzedawali go, kiedy jego cena na rynku sięgnęła kwoty trzech tysięcy zł. Dlatego postanowili w części skorzystać z tego i podnieśli swoje ceny, a ktoś z rządu uznał, że kwoty są za wysokie i przeniósł te obowiązki na samorządy – tłumaczy Markowski.

Polityk podsumował. że węgla powinno wystarczyć na nadchodzący sezon zimowy, jednak nie jest to ten rodzaj, który powinien być wykorzystywany. – Jest to węgiel, który przychodzi do Polski dla wszystkich, czyli miał. Mało jest tam węgla grubego, a na ten na rynku jest największy popyt.

========================

mail:

Plan Morgenthaua (przedstawiony 9 września 1944 roku w trakcie  brytyjsko-amerykańskiej konferencji w  m. Quebec) przewidywał LIKWIDACJĘ niemieckiego przemysłu ciężkiego. Pan został ostatecznie odrzucony przez Roosevelta w listopadzie 1944 r. 

OBECNIE stosowany jest do Polski.

Dlaczego wierzyli Gutom, Simonom, Gatesom, Niedzielskim i innym szkodnikom i głupcom

https://gloria.tv/post/A6BChgSVAUNw4SmWTJvuCtzZX

Uważajcie. Stu pasażerów zajmuje miejsca w samolocie. Na pokład wchodzi 
kapitan który będzie za chwilę pilotował samolot. Wchodzi w taki sposób 
że wszyscy pasażerowie dokładnie go widzą z bliska. Kapitan zachowuje 
się w sposób nie budzący wątpliwości że jest nietrzeźwy. Widzą to 
wszyscy pasażerowie, cała setka.

Pijany kapitan zmierza do kabiny pilotów i zasiada za sterami samolotu. W tym momencie 7 , słownie siedmiu pasażerów usiłuje stanowczo zaprotestować aby kapitan pilotował ten samolot z powodu niedyspozycji spowodowanej upojeniem alkoholowym. 7 pasażerów czyli 7 %. Pozostali pasażerowie nie reagują. Dlaczego ?

Ten lot nie doszedł do skutku, to był eksperyment, eksperyment który 
udowodnił że ludzie wierzą i ufają autorytetom bez względu na okoliczności. Dlatego wierzyli Gutom, Simonom, Gatesom, Niedzielskim i innym szkodnikom i głupcom bo mają tytuł naukowy, bo są ministrami, bo są aktorami, bo są piłkarzami mimo że są głupkami, bądź sprzedajnymi szujami ale z autorytetem.

Wracając do samolotu, 93 % pasażerów było gotowych lecieć samolotem z pijanym pilotem bo to kapitan, autorytet na pokładzie samolotu najwyższy.

Rządowi zależy na tym, żebyśmy jednak mieli wysokie ceny prądu.

Trader21 przedstawia twarde dane. „Komuś w rządzie zależy na tym, żebyśmy jednak mieli wysokie ceny prądu”.

https://nczas.com/2022/10/18/trader21-przedstawia-twarde-dane-komus-w-rzadzie-zalezy-na-tym-zebysmy-jednak-mieli-wysokie-ceny-pradu-video/

Cezary Głuch, znany szerzej jako Trader21, właściciel kilku międzynarodowych firm, profesjonalny inwestor i przedsiębiorca, był gościem Pawła Svinarskiego na kanale Dla Pieniędzy. Tematem rozmowy były m.in. ceny prądu.

Paweł Svinarski zapytał swojego gościa o to, kiedy jego zdaniem „ceny prądu w Polsce się unormują”. Ekspert nie jest w tej kwestii zbytnim optymistą.

– Moim zdaniem się nie unormują. Miałem nadzieję, że ten skokowy wzrost cen prądu, z jakim mamy obecnie do czynienia, jest chwilowy. Natomiast, jak poprosiłem u mnie zespół, żeby przeanalizowali tę kwestię, to okazało się, że od 4 lat systematycznie rosła w Polsce liczba osób bądź firm, którym odmawiano przyłączenia do sieci energetycznej, a którzy chcieli ten prąd produkować powiedział Trader.

Dalej Głuch tłumaczy: – Jeżeli masz wysokie ceny prądu, to znaczy, że mamy jego deficyt. Więc prostym rozwiązanie byłoby pozwolenie przedsiębiorcom działać. Jeżeli chcesz zbudować elektrownię wodną, wiatrową, słoneczną, jakąkolwiek, bądź atomową – i robi to sektor prywatny – to tego typu inicjatywy się blokowało na masową skalę.

Komentując ogromną liczbę odmów Trader21 stwierdza, że z tego „wynika jasno, że komuś w rządzie zależy na tym, żebyśmy jednak mieli wysokie ceny prądu”.

Głuch przypomina, że poza odnawialnymi źródłami energii, Polska ma jeszcze jedno tanie źródło energii, z którego nie korzysta.

Polska leży na węglu. Mamy węgiel tani. Mamy go dużo. Mamy węgiel kamienny i brunatny – przypomina ekspert. W dodatku, jak zauważa prowadzący, polski węgiel jest „bardzo kaloryczny i dobrej jakoś, a nie taki, jak ten, co do nas przypływa”.

– Od lat zamykano kopalnie, bo trzeba walczyć z emisją dwutlenku węgla, brudnym węglem i tak dalej –
przypomina Trader21.

Svinarski poruszył temat reaktorów jądrowych. Redaktor stwierdził, że „ponoć rozmowy są już zaawansowane”, ale problem jest taki, że „to jest projekt na 15 lat”. Gość nie zgodził się z tym stwierdzeniem.

– Nie, to nie jest projekt na 15 lat. Chińczycy, Hindusi budują takie projekty w ciągu 4-5 lat. Jest technologia, są możliwości, tylko czy są chęci – stwierdził Cezary Głuch. Zdaniem Tradera21 w Polsce właśnie brakuje tych chęci.

Cały wywiad:[w oryg. md]