Równość, to jednakowość w jednostajności. Tylko utwory sztuczne mogą być tak dalece jednakowe, iżby mogły być aż równymi. Do równości można zmierzać tylko przymusem i gwałtem, a to obniżając poziom u wszystkich i we wszystkim, i pod każdym względem. W ten sposób mechanizuje się zrzeszenia ludzkie bardziej, co sprowadza często istne degeneracje.
Pomiędzy mechanizowaniem a przymusowym zaprowadzaniem równości zachodzi stosunek prosty kwadratowy. Równych w nędzy i tępocie umysłowej najłatwiej urządzać w mechanizmy. Równość byłaby największą niesprawiedliwością. Sprawiedliwość polega na sprawiedliwym rozdziale nierówności. Wielką nierówność wprowadziło odkrycie ognia i utrzymuje ją ciągle na znacznej części powierzchni Ziemi. Dotychczas u niektórych plemion tylko starostowie rodowi mają prawo posiadać ognisko; u wielu prymitywnych obowiązują rozmaite zastrzeżenia i przywileje co do użycia ognia. Innym czynnikiem nierówności był stan liczby rodów, a powodzenie zawisło przede wszystkim od stopnia rozrodzenia, od nierównej płodności i różnej śmiertelności. Zasadnicze zaś nierówności powstały wszędzie ze starszeństwa lub młodości linii po wspólnym przodku. U niektórych ludów wytworzył się postulat równości majątkowej. Znać to dotychczas u Eskimosów, u Murzynów afrykańskich tudzież u wschodnich Turańców (niedawno jeszcze u Jakutów). Jednostce godzi się posiadać tylko tyle, ile „potrzebuje”, a nie wolno pracować ponad konieczną potrzebę. Wszędzie tam nawet najbogatszy jest ubogim, a żadna osada nie zdoła przetrzymać klęski ekonomicznej. Łatwo stwierdzić, że tych wszystkich, którzy sprzeciwiają się gromadzeniu dostatków w jednym ręku, dotknął zastój. Wolność produkcji i pełna własność owoców własnej pracy umożliwiają indywidualne bogacenie się. Nie ma zaś i nie może być innej drogi do rozwoju, jak naśladowanie jednostki wybitnej przez jednostki następne. A zatem nierówność stanowi konieczny warunek postępu. Następnie zróżnicowanie się społeczeństw wywołało nowe nierówności, lecz im większe zróżnicowanie, tym lepiej dla rozwoju społeczeństw i państw. Postęp zmierza ku rozmaitości, a wcale nie ku jednostajności. Wszelkie próby wprowadzenia równości w którejkolwiek z cywilizacji historycznych zawiodły; mogły cywilizacje nabrać mocy tylko przy nierówności. Zwolennikom równości nie pozostaje nic innego, jak zaczynać historię powszechną od samych siebie. Najgorliwsi bojownicy równości zwykli atoli zaczynać od tego, że wprowadzają nową szlachtę, nową warstwę uprzywilejowaną. Najgorliwszym nie wystarcza jednak równość majątkowa, lecz domagają się powszechnej wspólności majątkowej. Komunizm jest wnioskiem najprymitywniejszym, nasuwającym się metodzie medytacyjnej. Zapanował w Chinach około r. 1065 przed Chrystusem i przez lat 18 świat tam wypadał z zawiasów. W Helladzie pomysłom komunistycznym dawano cięte odprawy w literaturze, układano parodie, ale w Pergamonie w II w. po Chrystusie tłum wziął parodię na serio i próbował stosować do niej życie zbiorowe.
W Europie pojawia się praktyka komunizmu po raz pierwszy u Albigensów, w pierwszej połowie XIII w., powtórnie w spokojnym skrzydle taborytów husyckich w XV w. (Adamici). Po raz trzeci z początkiem dziejów protestantyzmu niemieckiego w wojnie chłopskiej i u anabaptystów w Turyngii (1524 r.), w dziesięć lat potem w Monasterze. Za każdym razem łączyła się z komunizmem konfiskata dóbr, zarazem wspólność kobiet.
Wznowił agitację komunistyczną Babeuf w Paryżu w r. 1795, a uczniowie jego założyli w r. 1837 na nowo partię komunistyczną, oświadczając się przeciw instytucji rodziny. Nie mieli powodzenia. Bezowocna była też agitacja Roberta Owena, który już od r. 1812 żądał proletaryzowania wszystkich. Komunistyczno-nihilistyczny kierunek pochodzi od Bakunina, wydał on epizod komuny paryskiej w r. 1871.
Przeszedłszy następnie przez pewne odmiany, doszedł do szczytu w bolszewizmie. Przepastne zaiste przeciwieństwa w zapatrywaniach na majątek i pracę możliwe są dlatego, ponieważ poglądy na genezę i przyczyny ubóstwi wywodzą się z dwóch przeciwnych mniemań co do zmienności lub niezmienności dóbr ziemskich. Niektórzy sądzą, że ilość ta jest stała, a dostateczna aż nadto do zaspokojenia potrzeb „ludzkości”. Nie liczą się z faktem, że od prehistorii aż do naszych czasów, plemiona prymitywne giną często z głodu. Przyroda w ogóle dostarcza niezmiernie mało środków żywności, lecz tylko sposobności do wypracowania sobie pożytków. Głody usuwa się pracą i wysiłkiem zabiegów, nauką i ulepszaniem komunikacji. Skoro zaś wystarczalność środków do życia zależy od wysiłków człowieka, tym samym trzeba ilość dóbr uznać za zmienną. Ilość dóbr jest niestała, a zależy od produkcji. Popularnością cieszy się pogląd, jakoby przyczyną ubóstwa jednych była zamożność innych. Od św. Bazylego, w IV w. po Chrystusie, aż po dzień dzisiejszy pokutuje to złudzenie, że „bogacze” mogliby usunąć ubóstwo, gdyby chcieli, podczas gdy indukcja poucza, że gdyby nie było zamożniejszych, wszyscy byliby nędzarzami. Mylność mniemania, jakoby podział dostatków pomiędzy ubogich mógł zapobiegać ubóstwu, stwierdzona jest przykładem z Dziejów Apostolskich. Gminy chrześcijańskie posiadały już wówczas swoje kasy zapomogowe, do których zamożniejsi wnosili ofiary (niektórzy nawet oddając cały mają tek) na „wspólny pożytek” ubogich według dyspozycji diakona. Jedynie gmina jerozolimska urządziła się komunistycznie, ale też znajdowała się w ciągłych opałach pieniężnych, a św. Paweł kwestował na nie bez ustanku w swych podróżach. Komunizm „apostolski” mógł łatwo istnieć między dwunastu osobami, lecz trwał niedługo, gdyż apostołowie rozjechali się na cztery strony świata. Powoływanie się na Ojców Kościoła jest argumentacją niefortunną. Z ich pism da się przytoczyć wprawdzie to i owo na pochwałę wspólnego posiadania, lecz dziesięć razy więcej cytat zebrano na obronę własności indywidualnej. O św. zaś Bazylim, jako najstarszym, trzeba pamiętać, że pracował w Azji Mniejszej, w najbogatszym ciągle jeszcze (w drugiej połowie IV w.) kraju świata, lecz jeszcze jakże zacofanym! Około r. 370 własność ojca na dzieciach była uznawana przez państwo tak dalece, iż za zaległe podatki urząd skarbowy konfiskował ojcu dzieci i sprzedawał je na publicznym targu. Zresztą św. Bazyli żąda jałmużny wyraźnie z tego, co zbywa, uznaje dziedziczenie i uważa średnią zamożność za stan najlepszy.
Nie istniał zaś, ani nie istnieje nigdzie rzekomy komunizm łowiecki, ani też „murzyński”. Cała historia powszechna i cała etnologia nie dostarczają przykładu komunizmu w jakimkolwiek znaczniejszym zrzeszeniu. Komunizm rodzinny był i jest bardzo względny, gdyż istnieje tylko z woli głowy rodziny, prawego i jedynego właściciela całego mienia. W ostatnich latach, przeżywszy renesans naiwności ekonomicznej Ojców Kościoła, mnożą się programy polegające na tezie, że nie byłoby ubóstwa, gdyby nie było bogaczy. Wysilają się na rozmaite koncepty, jakby przeszkodzić bogaceniu się. Uznają np. własność osobistą (boć Stolica Apostolska uznała ją wyraźnie tyle razy), ale radzą ograniczyć jej używalność przez właściciela do minimum tego, co mu „potrzeba” (zupełnie jak Murzyni), a wszystko co posiada ponadto, ma być zabrane dla ubogich. Reformatorzy ci powinni się nareszcie zdecydować, czego właściwie chcą, grubej jałmużny, czy grubego podatku na ubogich? Jałmużna jest zawsze czymś dobrowolnym, a co do drugiej ewentualności, warto przestudiować dzieje i urządzenia odpowiedniego podatku angielskiego. Jeżeli jednak ma być zamożnemu odebrany cały dochód ponad niezbędne koszty utrzymania, któż zechce gromadzić dostatki, skoro wie, że zostaną mu odebrane? Któż więc będzie następnie udzielać jałmużny lub płacić wysokie podatki? Kwestia zbożnego lub bezbożnego zarządzania własnym majątkiem jest ściśle etyczna, lecz nie ekonomiczna. W starożytnej Helladzie tyle razy zabierano dobra majętnym i nadawano je ubogim! I co z tego wynikło?
Historia dostarcza aż nadto przykładów pomyłek w miłości bliźniego. Taką pomyłką były i są doktryny wszystkie, zwrócone przeciw dostatkom. Do tegoż szeregu należą wymysły o zniesieniu procentów, o stanowieniu z urzędu iustum pretium. O „taksach maksymalnych” na towary (od Dioklecjana po dzień dzisiejszy), merkantylizm, fizjokratyzm, a w końcu socjalizm, z którego najkonsekwentniej wynika komunizm. Zalecają przemianę wstecz społeczeństwa na społeczność jednoklasową i całkowite sproletaryzowanie społeczności. Można być zdania wręcz przeciwnego, że w społeczeństwie zdrowym proletariatu być nie powinno, że tedy należy dążyć do tego, by jak najwięcej bliźnich wyrwać z proletariackiej grzędzieli. Na razie zastrzega socjalizm dla proletariatu stanowisko uprzywilejowane, lecz można być tego zdania, że żadna warstwa społeczna nie powinna być uprzywilejowana przed innymi. Socjalizm głosi, jakoby był przeciwnikiem kapitalizmu. Ale nigdy go tępić nie zamierzał, tylko prywatny zamienia na państwowy. Socjalizm opiera się na kapitalizmie bardziej niż jakiekolwiek inne doktryny, lecz państwowym. Kapitalizm państwowy nie przestaje jednak być kapitalizmem. „Przeobrażenie państwa w proste zarządzanie produkcją” wpisane jest już na postulaty „manifestu komunistycznego” w r. 1848. Socjalizm wydrwiwany jest tam przez Marksa i Engelsa jako jakieś nijactwo, dobre na razie o tyle, że rewolucyjne; lecz celem tylko komunizm. Spełniają się kolejno postulaty marksizmu. Czekamy już tylko na zniesienie prawa dziedziczenia, w owym manifeście również zapowiedziane. Komunizm przybrał zaś formę spółki, do której nie trzeba robić żadnych wkładów, a można z niej wszystko czerpać. Wszelkie dążenie do równości jako przeciwne naturze rzeczy, wiedzie do wyników ujemnych. Hasło równości podobne jest do roli ciepła w świecie materii. Gdyby wszyscy stali się naprawdę równymi, ustałby wszelki ruch umysłowy i gospodarczy, nastałby koniec człowieczeństwa w danym zrzeszeniu: martwota całkowita. O ile chodzi o równość majątkową, my chrześcijanie niepotrzebnie się sprzeczamy o sprawy, określone przed wiekami przez samego Zbawiciela. Słynny werset z Ewangelii św. Mateusza (VI 26-34), zakończony słowy: „Nie troszczcie się więc o jutro”, pragnie tylko i poleca żeby nie oddawać się wyłącznie gromadzeniu dostatków, a dbać bardziej o łaskę i pomoc Bożą przy pracach doczesnych! Gdy pięć tysięcy słuchaczy słowa Bożego poczęło odczuwać głód, nie sprawia Pan cudu, by głód przestał się odzywać, lecz rozmnaża cudownie żywność i nakarmia ich. Gdy zaś Judasz gorszy się, że Maria z Betanii wydała trzysta denarów, by Zbawiciela namaścić wonnościami, padły z ust Boskich wyrazy, które wszyscy umiemy na pamięć: „Ubogich zawsze macie wśród siebie (z sobą), mnie zaś nie zawsze macie”. Zwraca się tu Chrystus Pan najwidoczniej do osób, których znaczna większość nie jest uboga. Ubogim jest ten, kto potrzebuje jałmużny. Niema zaś jałmużny bez zamożności z drugiej strony, a zatem zamożność jest potrzebna. Zbawienie nie może być bliższym tych, którzy potrzebują wsparcia, boć w takim razie obowiązkiem naszym byłoby dążyć do powszechnego, jak największego zubożenia. Nie można zaś określać ubóstwa w taki sposób, jako ubogim jest każdy, kto zarobkuje własną pracą. Niektórzy dodają jeszcze: „pracą rąk własnych”. W takim razie wirtuoz jest uboższy od ulicznego przekupnia zapałek, który „rękoma własnymi” nie robi nic. Wiadomo zaś, jak pracowitymi są miliarderzy amerykańscy. Użycie przysłowia o wielbłądzie i uchu igielnym świadczy, że bogacz żyjący zbożnie ma zasługę większą niż ubogi. Bogacz powinien być „ubogim duchem”, umieć odczuwać ubogiego. Nawet najbogatszy winien posiadać wartości osobiste, które nadawałyby mu wartość w razie straty majątku. Zbieraliśmy co do tego dużo doświadczenia z dwóch wojen powszechnych; czy przyznać wyższość moralną zubożałym „bogaczom”, czy ubogim wzbogaconym? W całej Ewangelii nie ma nigdzie błogosławieństwa ubóstwu, jako antytezy zamożności; błogosławieni są tylko ubodzy w duchu. Ten obowiązek ciąży również na ubogich. Ubogi szemrający całe życie i myślący wciąż o tym, jakby przymusowo zubożyć majętnych – nie jest oczywiście ubogim w duchu.
Tekst zdigitalizowany i opublikowany został w ramach projektu „Cyfrowa Biblioteka Myśli Narodowej”.
======================================== Tekst opracowany na podstawie: Feliks Koneczny, O ład w historii, Towarzystwo im. Romana Dmowskiego, Londyn 1977 Tekst znajduje się w Domenie Publicznej i może być dowolnie rozpowszechniany i powielany. Autorzy publikacji cyfrowej zrzekają się wszelkich praw autorskich związanych z digitalizacją i obróbką tekstu na zasadzie licencji Creative Commons Zero
Odrębność ducha ………………………………………………………………. 4 Quincunx i cywilizacja ……….…………………………………………………. 7 Pogląd biologiczny ……………………………………………………………… 10 Kolejność rozwojowa ………………………………………………………….. 14 Dwa szeregi pojęć naczelnych ………………………………………………… 17 Nierówność …………………………..…………………………………………… 20 Cechy siedmiu cywilizacji ………………………………………………………… 25 Syntezy religii ……………………………………………………………………….. 29 Syntezy cywilizacji ………………………………………………………………… 33 Mieszanki …………………………………………………………………………… 36 Niższość górą ……………………………………………………………………… 41 Rozwój moralności ……………………………………………………………….. 45 Prawa dziejowe a problem opatrzności ………………………………………….. 50
============================
Odrębność ducha Rozwój nauk zmierza do wiedzy integralnej, która jest sumą związków zachodzących między naukami. Otwierają się niezmierzone przestworza przed myślą ludzką. W twórczości wielkich uczonych humaniora i nauki przyrodnicze nie tylko przestają się odcinać, lecz wzajemnie sobie usługują. Coraz częściej jakieś odkrycie z jednego działu powoływane bywa na świadectwo w drugim dziale wiedzy.
Wykryto już dawno ład w przyrodzie; czyż nie wykryjemy go w historii? Podejmować zabiegi w tym kierunku zechcą tylko tacy, którzy w wielkim nauk zrzeszeniu są zwolennikami dualizmu; monizm przyrodniczy wyklucza bowiem samą potrzebę tych dociekań: jeżeli bowiem wszystko jest przyrodą, a duch ludzki tylko wyższym piętrem porządku materialnego, wystarczy znać prawa przyrody. Przyjmując monizm, uznaje się tym samym, że sprawy ducha ludzkiego podlegają prawom przyrody; te zaś są wiadome. Jest to najdonioślejszy spór w nauce. Monizm i dualizm przyrodniczy przelewają się w filozofię i (na co nie zwracano uwagi) w naukę prawa. Nowa fizyka uważa materię i energię za identyczne. Teza wyszła od dociekań około elektronów, lecz nie są one nigdy jednocześnie i materią, i energią. Są materią w ruchu okrężnym, a w promieniowaniu energią. Cała ta kwestia tyczy tylko świata materialnego. Nie istnieje bowiem jedna tylko energia w ogóle, okazująca się już to materialną, już to duchową, lecz istnieją energie dwie odrębne i z osobnych źródeł. Życiu duchowemu nieznane jest prawo zachowania energii. Duchowa może się zwiększać lub pomniejszać ilościowo: gdyby nie to, pewna stała jej ilość byłaby jednakowa od troglodytów aż do dni naszych. Zmiany ilościowe energii duchowej są nieograniczone. Z drugiej atoli strony, w przeciwieństwie do niezniszczalnej energii materialnej może myśl ludzka przepaść i zaginąć bezpłodnie; niestety, energia duchowa może być zniszczona do cna (choćby przez zanik tradycji). Nowa ilość duchowej energii może powstać zawsze, a bez związku z ilością jej już istniejącą. Powstaje wszystko z „niczego”. Ten rodzaj wytwarzania nazywamy twórczością. Energia duchowa jest twórcza, materialna – nie. Tworzenie nowej energii duchowej stanowi główny rodzaj pracy duchowej, która od fizycznej różni się twórczością. Za pomocą roboty mięśni przetwarzamy formy energii materialnej i cała przyroda czyni to samo; rozmaitość promieniowania wywołuje bowiem rozmaite siły w przyrodzie i wszelkie objawy fizyczne pochodzą z przenoszenia energii na różne pola, lecz z pomocą duchowych własności tworzymy coś nowego, pomnażamy ilość przejawów ducha, przydając nieraz nawet nowe jakości. Przenosić się z jednego pola na inne może energia w obu zakresach, materialnym i duchowym. Duchowa energia nie posiada jednak żadnej formy uprzywilejowanej, ni ostatecznej. Zachodzi tedy znowu różnica zasadnicza. Nadto zachodzą prawa przeciwne. Przykładem chyżość ciała w ruchu obrotowym, wzrastająca z długością promienia; największa na obwodzie, a w centrum najmniejsza. W ludzkich zrzeszeniach umysłowych przeciwnie: największa w centrach, zmniejsza się ku obwodowi; maleje tedy w długości promienia. Dalsze dociekania mogą przymnożyć argumentacji ilościowo. Jakościowo górować będzie zawsze pewien fakt, dotychczas nie rozważany, a rozstrzygający; ciało musi ulegać każdej napotkanej sile, lecz duch wcale nie. Zachodzi tu jaskrawe przeciwieństwo z materią w ogóle. Przywilej ten decyduje o możliwości rozwoju naszych władz umysłowych. Niemożliwym byłby jakikolwiek ład w umyśle; nieustanne podleganie mnogości sił napotykanych na każdym kroku, musiałoby sprowadzić rozstrój umysłu. W jakiejże cieśni znalazłby się duch ludzki! Czyż zdołałby się rozwinąć! Gdyby był ograniczony granicą praw przyrody, w ciasnocie zeszczuplonej tą zawisłością? Mielibyśmy rozum in potentia, nie mając możności używać go. Całe nasze człowieczeństwo rodzi się z tego, że przechodzimy obok mnóstwa sił, nietknięci przez nie, podlegając tylko niektórym. Gdybyśmy mieli podlegać każdemu wpływowi, nie doszlibyśmy nigdy do zrównoważenia naszych władz umysłowych, co stanowi warunek życia ponad-cielesnego. Jednakże świat ducha posiada widoczne prawo do popełniania błędów. Życie duchowe korzysta często z fikcji, które miewają atoli skutki wielce realne. Przyroda nie wykazuje nic analogicznego. Szczytem mechanizmu jest maszyna, lecz błąd wywołuje w mechanizmie maszyny od razu katastrofę. Maszyna jest nieomylna albo zepsuta, niemożliwa do użytku. Gdybyż człowiek posiadał ten przywilej, iżby przestawał działać, gdy grozi mu popełnienie błędu! Nie zmieści się duch w mechanizmie. W maszynie postęp polega na uproszczeniach, w ten sposób opanowujemy coraz mocniej siły przyrody. Przeciwnie w świecie ducha: postęp jest zarazem komplikacją. Nawet życie prywatne staje się coraz bardziej skomplikowane, a cóż dopiero zbiorowe? Coraz trudniej orientować się w życiu, w coraz bardziej zawiłym organizmie. Duch nie da się zmechanizować, bo nie powstał z rozwoju przyrody! Istnieją więc dwie odrębne energie, fizyczna i duchowa; panuje tedy na ziemi ład dualistyczny. Monizm przeciwny jest rzeczywistości, a człowiek składa się z ciała i duszy. Odrębności świata duchowego, zdatności jego do czynów, celowości działań na szereg pokoleń, nie wyjaśnimy inaczej, jak stwierdzając istnienie duszy ludzkiej. W duszy każdego z nas rozstrzyga się, jakim siłom pragniemy ulegać, a które będziemy zwalczać. Posiadamy tedy wolną wolę. Ponieważ dusza nie podlega prawom przyrody, nie dotyczy jej prawo śmierci. Stanowi czynnik wyższy od cielesnych i nie jest bynajmniej ich wykwitem. Wnosimy z tego, że byt duszy nie jest zawisły od bytu ciała i nie kończy się ze zgonem ciała, czyli że dusza jest nieśmiertelna. Kto zechce zastanawiać się nad genezą duszy i jej istotą, dojdzie do wiary w Boga. Od tego pozornie drobny krok do załatwienia się z problemem ładu w historii: zgonić wszystko na Boga, na przejawiającą się w dziejach Opatrzność Boską. Sprawa nie jest atoli taką prostą łatwizną. Trzeba zadać sobie pytanie, czy istnieje w ogóle jakiś ład w historii. Wyroki Boskie są dla nas z reguły niedocieczone; czyż można wiedzieć za każdym razem z góry, co mieści się w zamierzeniach Opatrzności? Robiono próby, żeby zbadać jej ścieżki w historii; wszystkie atoli polegały na metodzie medytacyjnej, apriorycznej, a wyłącznie dedukcyjnej i stanowią przykłady naciągania rzeczywistości do osobistego poglądu na rzeczy, wymedytowanego, czyli wymyślonego, a niestety w najlepszej wierze zmyślonego. Bywają urojenia wielce szlachetne, lecz z nauk musi się usuwać wszelkie urojenia. Powierzmy się więc metodzie indukcyjnej.
Quincunx i cywilizacja Próżna byłaby wszelka praca nad problemem ładu w historii, gdybyśmy przedtem nie zdołali go wykryć w tym, co mają wspólnego wszyscy ludzie wszystkich krajów, czasów i szczebli rozwojowych. Ale nawet nie wszyscy umieją ogień niecić, ani nawet hodowla zwierząt domowych powszechną nie jest! Przy olbrzymich różnicach jak wyłuskać jednak to, co jest ogólnoludzkie, bez czego nie byłoby bytu ludzkiego? Jak wyliczyć i jak objąć wszystko, co ludzkie? W jakim skrócie uzmysłowić tysiąclecia bytu materialnego i moralnego? Trzeba nam formuły, w którą dałyby się wcielić wszelkie możliwości życia zbiorowego kiedykolwiek i gdziekolwiek; są to wielotysięczne sprawy i wielotysięczne ich powikłania, skomplikowane coraz bardziej w miarę rozwoju zrzeszeń ludzkich. Z ciała i duszy składa się człowiek, a wszystko cokolwiek jest ludzkiego, musi posiadać formę i treść, stronę zewnętrzną i wewnętrzną. Pełnia życia wymaga obydwóch, gdyż niedomaganie jednej z nich sprowadza wykolejenie całości. Istnieje pięć kategorii bytu człowieczego.
Na stronę wewnętrzną, duchową składają się pojęcia dobra (moralności) i prawdy (przyrodzonej i nadprzyrodzonej). Na stronę cielesną, zewnętrzną przypadają sprawy zdrowia i dobrobytu; nadto istnieje pomost od zewnątrz do wewnątrz, pojęcie piękna, wspólne ciału i duszy.
Jest to quincunx [pięciokształt] człowieczy, obejmujący wszelkie przejawy bytu, wszelkie możliwości życia ludzkiego. Nie ma takiego faktu, ni myśli takiej, które by nie stawały w jakimś stosunku do którejś z tych pięciu kategorii, często równocześnie do dwóch, a nawet więcej. Należy tu każdy fakt i myśl wszelka. Nie zdoła nikt wymyślić niczego ludzkiego, co nie mieściłoby się w tym pięciokształcie życia. Znać stan danego zrzeszenia – od rodziny poczynając, aż do państwa i narodu –jest to znać stan jego quincunxa. Pierwiastki quincunxa okazują się od razu w pierwotnych ustrojach rodowych, które nie są jednostajne. Ilość rodzajów i odmian ustrojów rodowych jest nieograniczona, lecz niewiele z nich staje się historycznymi. Zdołałem naukowo określić dotychczas siedem. Ród musi trzymać się jakichś norm. Od początku wytwarza się trójprawo, bardzo rozmaite, tj. pewien zespół prawa familijnego (małżeńskiego), majątkowego i spadkowego. Zawisłym jest ono od tego, co gdzie uważa się za godziwe, a co za niegodziwe. Od tego zależy gospodarstwo społeczne, co znać dokładnie już na prehistorycznej ekonomii. Od samego bowiem zarania zrzeszeń nie dadzą się żadną miarą rozdzielić w życiu kultury materialna i duchowa. Sama też walka o byt staje się już na niskich szczeblach zrzeszeń prymitywnych trojaką: materialną, intelektualną i moralną. Wszystkie zrzeszenia zaczynają od ustroju rodowego i trwa w nim dotychczas cztery piąte kuli ziemskiej (w Europie istnieje jeszcze na Bałkanach). Mogą się wytwarzać duże państwa, a nawet całe cywilizacje, nie dochodząc w swym rozwoju do emancypacji rodziny, jak np. cywilizacja chińska. Zrzeszenia znaczniejsze powstają przez łączenie się rodów pokrewnych w plemię, a plemion w ludy. Znamy rozległe kraje, w których ani nawet do powstania plemion nie doszło. Ród przy rodzie zwalczają się bez ustanku, pełne nienawiści i wzajemnej pogardy. Łączyć się mogą bowiem takie tylko rody, które posiadają podobne trójprawo; albo też któryś ród musi zgnębić sąsiednie i swoje trójprawo im narzucić. Analogie w quincunxie stanowią nieodzowny warunek coraz rozleglejszego zrzeszenia się. Ludy, mające się zrzeszać w jeszcze większe całości, muszą być cywilizowane jednakowo, a przynajmniej analogicznie. Zachodzi tu niewzruszone prawo współmierności. Co nie jest współmierne, zwalcza się i tępi wzajemnie, a przynajmniej dąży do tego, by się rozejść. Zgodność zaś we współmierności i w konsekwencji jest po prostu metodą. Metoda stanowi podstawę zrzeszenia, a szczebel rozwoju zawisł od trafności i ścisłości metody. Wielkie zróżniczkowanie życia na ziemi to nic innego, jak tylko rozmaitość metod w ustrojach życia zbiorowego, z czego też wynika rozmaitość struktur społecznych. Wiara w metodę jedyną, wspólną całemu rodzajowi ludzkiemu, może się pojawiać tylko w głowach ściśle ahistorycznych, pozbawionych znajomości historii. Metody życia zbiorowego i struktur społecznych były i są rozmaite, a każda z nich wytwarza osobną cywilizację.
Cywilizacja jest to metoda ustroju życia zbiorowego.
Cywilizacja jakaś istnieje wszędzie, gdziekolwiek istnieje życie zbiorowe, choćby najprymitywniejsze. Przeciwstawienie „cywilizacji” i „kultury” (z ruchomą ciągle interpretacją tych pojęć) jest dla historyka niepotrzebną fikcją. W historii cywilizacja materialna lub duchowa nie rozwijają się nigdy w jakimś wyodrębnieniu. Natomiast wyrażenie „kultura” przyda się na oznaczenie poddziałów i odmian cywilizacji. Np. kultura polska w cywilizacji łacińskiej; niemiecko-bizantyńska, serbska, rumuńska w cywilizacji bizantyńskiej; ujgurska, afgańska, turecka w cywilizacji turańskiej; japońska, koreańska w chińskiej; mauretańska, bagdadzka kultura w cywilizacji arabskiej; tuniska kultura, litwacka i socjalizm w cywilizacji żydowskiej itd. Tak cywilizacja cała, jak też część jej, kultura, mogą być również duchowe i również materialne, bo i całość, i część zawierają i te, i tamte pierwiastki. Rozwój zaś normalny wymaga jednakowego uwzględnienia obu dziedzin życia, fizycznej i duchowej. Pomiędzy wszystkimi działami quincunxa winna panować współmierność. Trafne działanie jednej kategorii bytu poznaje się po tym, iż nie zachodzą przeciwieństwa pomiędzy nimi, a innymi kategoriami. O ile życie naniesie w tym sprzeczności, decydować ma dobro moralne; kategorii etycznej należy się bowiem hegemonia. Najsurowszemu atoli moraliście nie wolno lekceważyć spraw dobrobytu. Zamożność nie jest bynajmniej niższa moralnie od ubóstwa. Chińska filozofia uważa za niegodne siebie, żeby się zajmować cielesną stroną bytu, a w rezultacie… nie ma ludów bardziej bezdusznych, jak chińskie. Podobnie bramini chełpią się, że są zajęci samą prawdą nadprzyrodzoną; lecz Hindus ugrzązł w najbardziej barbarzyńskim politeizmie. Inny pouczający objaw spotykamy w Bizancjum. Z teorii o poskramianiu grzesznego ciała wysnuto wnioski przeciwko pięknu cielesnemu. Skurczono i okrojono kategorię piękna, a skutek był taki, że doskonalenie duchowe pozostawiono mnichom, zwalniając od tego ogół. Wszelkie zrzeszenie musi doskonalić się w obu działach bytu, duchowym i cielesnym, albo też w obu upadać. Nader rzadko występuje którakolwiek z kategorii quincunxa w jakiejś wyłączności, lecz wszystkie wikłają się z sobą bez końca, nieustannie, zawisłe wciąż wzajemnie od siebie tak dalece, iż nie sposób roztrząsać jednej z nich, żeby nie zetknąć się z innymi. Gmach życia tak jest ustawiony, iż widzi się wszystkie jego części, patrząc skądkolwiek, a uważnie. Rozmaite uderzające związki kategorii stwierdzono od dawna. Najdosadniejszego przykładu dostarczyła medycyna, gdy ustalono, że należy leczyć równocześnie i ciało, i duszę; wyrażono nawet pogląd, że zachodzi współpraca między lekarzem i spowiednikiem. Z drugiej strony frazesem jest cała teoria o „nadbudowie” duchowej dziedziny życia na fundamentach materialnego zrębu bytu i jako jego wierzchołku. Równym prawem można by głosić, że rzeczy mają się wręcz przeciwnie; czyż bowiem dobrobyt i zdrowie nie stanowią nadbudowy odpowiedniej pracy umysłowej? Np. wpierw musi być autor, ażeby mogli istnieć wydawcy, księgarze, drukarze itd. Cała ergologia, cała technika nie mają nic do rodzajów cywilizacji. Nigdy homo faber cywilizacji nie wytwarzał. Technika może zmienić tryb życia ludzkiego na zewnątrz, około człowieka, lecz nie dokonuje zmian w człowieku. Quincunx uzupełniają pojęcia przestrzeni i czasu, pojawiające się i kształtujące równocześnie. Od najdawniejszych czasów mierzono przestrzeń ilością czasu potrzebnego do jej przebycia. W miarę rozwoju łączność obydwóch pojęć zacieśnia się coraz mocniej. Stosunek człowieka do czasu jest atoli bardziej oderwany, bardziej natury duchowej. Zwraca uwagę fakt, że im wyższy szczebel cywilizacyjny, tym więcej w samym języku wyrazów na wyrażenie czasu.
Pogląd biologiczny Gdyby cywilizacja stanowiła sprawę przyrodniczą, byłaby zawisła od rasy, lecz tak wcale nie jest. W tej samej rasie może być cywilizacji więcej; np. rasa semicka mieści w sobie cywilizacje żydowską, arabską i turańską; w tej samej zaś cywilizacji może się mieścić ras kilka, jak np. w łacińskiej rasie: nordycka, śródziemnomorska, dynarska, nadwiślańska, a nawet laponoidalna.
O hierarchii ras przy tym nie ma co mówić; z licznych pomyłek naukowych była to podobno najmniej rozumna. Również wichrowate linie stanowią język a cywilizacja. Ten sam język może służyć dwom cywilizacjom (np. w Niemczech i Jugosławii). Z pidgin english nie wysnuwamy wniosku o przynależności Chińczyków do kultury anglosaskiej, ani też nie wyśledzimy najmniejszego związku z cywilizacją łacińską u brazylijskich kaboklów, mówiących po portugalsku. Istnieje atoli hierarchia języków; nie wszystkie podołają postępom kultury rozwoju, pojęć, rozmnożeniu abstraktów. Bez porównania bardziej zależna jest cywilizacja od religii. Religie emanatyczne zawierają w sobie przymus despotycznej formy rządu; stanowi to prostą konsekwencję uznawania władzy za emanację bóstwa. Z kreatycznych religii przystosowuje się do cywilizacji islam i chrześcijaństwo wschodnie, gdy tymczasem katolicyzm żąda, żeby cywilizacje przystosowywały się do niego, do jego zasadniczych postulatów w ustroju życia zbiorowego.
Religia żydowska i bramińska wytworzyły dwie cywilizacje sakralne. Czy tybetańska należy także do sakralnych, nie da się orzec według dzisiejszego stanu nauki. Poza sakralizmem odrębność religijna nie decyduje o odrębności cywilizacji. Np. żaden misjonarz nie żąda od Chińczyka, by porzucił swą cywilizację chińską. Maluje się już Madonny ze skośnymi oczyma i wytwarza się styl dla kościołów chińskich. Co innego jedność, a co innego jednostajność. Jedność katolicka rozwija się w rozmaitości.
Gdyby który z tych trzech czynników był identyczny z odrębnością cywilizacji, natenczas musiałoby być ich tyle, ile jest ras, języków, religii. Wielkie różnicowanie duchowe rodzaju ludzkiego zawisło bardziej od różnic trójprawa. Np. wśród Hellenów panował istny chaos w samej dziedzinie prawa prywatnego i w każdej niemal krainie trzymano się innej metody ustroju życia zbiorowego. Toteż ani nie wytworzyli wspólnego państwa, ni narodu, ani żadnej wspólnej cywilizacji helleńskiej. Przeciwnie Rzymianie. Imperium ich powstało z niesłychanej siły atrakcyjnej ich trójprawa, jedynego i stałego; oni też stali się twórcami idei narodu i ojczyzny (które u Hellenów ledwie migały w niektórych umysłach). Wobec zupełnej odmienności metody rzymskiej od metod helleńskich, trzeba odstąpić od mniemania jakoby istniała jakaś wspólna cywilizacja helleńsko-rzymska, tzw. klasyczna. Nie może powstać cywilizacja na większą skalę, historyczna, gdzie każde drobniejsze zrzeszenie ma swą własną, daleką od współmierności z cywilizacjami plemion pokrewnych. Wspólność obejmowała tylko naukę i sztukę. Można zajmować się bliżej tylko cywilizacjami historycznymi, które trwały dość długo, żeby być obserwowanymi, a zaważyły na biegu dziejów. Takich wykazuje historia powszechna dwadzieścia. Z tej liczby wytworzyła epoka starożytna cywilizacji siedemnaście, wieki zaś średnie zaledwie trzy. Oto ich rejestr: chińska, egipska, bramińska, żydowska, babilońska, irańska, syryjska, tybetańska, punicka, sumeryjska, egejska, numidyjska, turańska, spartańska, attycka, hellenistyczna, rzymska – i trzy średniowieczne: bizantyńska, łacińska, arabska. Historycznymi były również indiańskie cywilizacje Inkasów i Azteków, których powstania nie umiemy oznaczyć chronologicznie. Razem tedy 22. Zginęła przeszło połowa, mianowicie 13: egipska, babilońska, sumeryjska, egejska, irańska, syryjska, punicka, spartańska, attycka, hellenistyczna, rzymska, inkaska, aztecka. Pozostało od starożytności cywilizacji sześć i trzy średniowieczne. Cywilizacje są więc nader nierówne w długości swego życia. Załatwiono się z tym zagadnieniem twierdząc, że każda cywilizacja musi umrzeć, skoro powstała w czasie. Czyż nie jest śmiertelnym wszystko, co ludzkie? Sięgnięto do biologii i ujawniono, że każda cywilizacja ma swoją młodość, następnie wiek dojrzały, i wreszcie starość, zwiastunkę śmierci. Historyk wie atoli, że wiele społeczności nie dojrzewało nigdy; a znane są wypadki, że społeczność jakaś gnije, zanim dojrzała i wiekami całymi wlecze swój stan gnilny. Są też ludy, pogrążone jakby w wieczystej prymitywności i żyjące dłużej od niejednej wysokiej cywilizacji, już zaginionej. Można się jednak spotkać często ze światłym twierdzeniem, że „cywilizacje giną, spełniwszy swe zadanie”. Istne curiosum. Jakież zadania mają przed sobą owe wielkie zrzeszenia, wiecznie ginące?! Ubite przez Hiszpanów cywilizacje indiańskie „spełniły swe zadanie”! Zabawnym zaś wprost jest zapomnienie, że trzy arcystarożytne cywilizacje – chińska, bramińska i żydowska istnieją dotychczas i kwitną, i u żadnej z nich nie zanosi się na zgon ze starości. Żydowska jest właśnie obecnie najsilniejsza ze wszystkich. Biologiczny pogląd na historię nie da się niczym uzasadnić. Żadne społeczeństwo, żaden naród, żadne państwo, żadna cywilizacja nie są śmiertelnymi z natury rzeczy, tj. przez to samo, że istnieją, że są i ponieważ są. Zanik jakiejkolwiek cywilizacji nie jest bynajmniej koniecznością dziejową. Upadają twory historyczne, lecz nigdy dlatego, że istniały zbyt długo. Przyczyny każdego upadku muszą być badane osobno. Z biologizmu, mylnie stosowanego do historii, wyniknęły teorie nawrotów historycznych. Wszczął je św. Bonawentura (1221-1274) pragnąc wykazać pewną paralelność epok przed Chrystusem i po Chrystusie, pokrewnych sobie jakąś cechą istotną. Przyjmuje w Starym i Nowym Zakonie po siedem okresów, według siedmiu dni stworzenia, i zestawia je jako analogiczne; następują więc po Chrystusie nawroty z okresów z czasów przed Chrystusem (powstała potem z tego Historia judeocentryczna Bossueta). Daleko później, bo aż z początkiem XVIII w. podjął Giambattista Vico swą koncepcję „historii idealnej, wiecznej”, czyli „plan idealnej historii wiecznej”. Pragnął wykryć schemat dziejów, obowiązujący raz na zawsze. Pozostała po nim „tablica chronologiczna, ułożona podług trzech epok czasu”, okresów wyobraźni, woli i intelektu, tworzących historyczne corso, po którego wyczerpaniu poczyna się na nowo ricorso. Potem Hoene-Wroński, wielki kapitalista pierwszej połowy XIX w., w swej Philosophie absolue de l’histoire opublikował dwie tablice: jedną ma być tabela genetyczna filozofii historii, a druga przedstawia kolejność prądów dziejowych. Melchizedech jako „Préparation sociale”. W dalszym ciągu przedstawiają reformę socjalną Gustaw Adolf i Fryderyk Wielki (o historii Wroński nie miał w ogóle pojęcia). Podobnież zabawiał się Hegel dowolnym rozmieszczeniem nazwisk. Czasy Karola W. stanowią u niego nawrót państwa perskiego, Sokrates jest wznowiony w Lutrze itp. Potem Lamprecht na przełomie XIX i XX w. wywodził kolejność stałych okresów, których cechami: animizm, symbolizm, typizm, konwencjonalizm, indywidualizm i subiektywizm, po czym zaczyna znów od początku, od animizmu; obok tego staje jeszcze sześć nawrotów ekonomicznych; wreszcie wystąpił Spengler ze swymi tablicami „morfologii porównawczej dziejów powszechnych”, np. plastyka grecka i północna muzyka instrumentalna, czasy Plotyna i Dantego itp. Szczególnie zaś podobieństwo upatruje Spengler w rozwoju kultury antycznej i meksykańskiej. Prusy obejmują hegemonię świata, a w chrześcijaństwie zapanuje duch Dostojewskiego. O ile u Vica znać na każdym kroku (nawet w błędach) wielkość umysłu, o tyle później naśladowcy jego nie przyczyniali sobie sławy wcale tym, że zajmowali się historią. Teorie nawrotów historycznych należą do lamusa historycznego, gdzie ich miejsce obok „stadności” pierwotnej, obok matriarchatu, totemizmu i innych pomyłek. Problem ładu dziejowego wymaga nie pomysłów medytacyjnych, lecz mozolnych studiów indukcyjnych około zrzeszeń ludzkich – od rodziny aż do cywilizacji. Czemu nie dalej, czemu nie aż do ludzkości całej? „Ludzkość” nie istnieje ani historycznie, ani socjologicznie; ona istnieć może tylko w chrześcijańskiej miłości bliźniego i w misjach. Poza tym jest to tylko wyrażenie literackie, piękne, lecz fantazyjne. Stanowczo nie istnieje nic takiego, co by mogło stopić wszystkie cywilizacje. Jakiekolwiek zrzeszenie „wszechludzkie” (a więc z Czukczami, Papuasami itp.) jest utopią absurdalną. Nigdy nie było i nie ma wspólnej drogi cywilizacyjnej dla całego rodu ludzkiego, bo nie ma żadnej ogólnoludzkiej metody ustroju życia zbiorowego. Cywilizacje nie łączą ludów Ziemi, lecz dzielą je i nigdy dzielić nie przestaną. Historia powszechna składa się z dziejów cywilizacji i ich wzajemnych stosunków. Nie zwraca się uwagi na doniosły fakt, że można być pożytecznym tylko w granicach własnej cywilizacji. Jedyny wyjątek stanowi misjonarstwo religijne. Jeżeli jednak np. lekarz biały chce być pożytecznym wśród kolorowych, musi zapewnić sobie pomoc jakichś czynników zewnętrznych. Nie trzeba zresztą uciekać się po przykład aż do „kolorów”, nad średnią Wołgą zdarzało się, że wrzucano do rzeki lekarzy, którzy przybyli zwalczać epidemię cholery. Społeczność, mająca urządzone życie zbiorowe według innej metody, ma też swoiste poglądy na to, co pożyteczne a co szkodliwe, potrzebne a co zbędne. Działać pożytecznie można tylko wśród zrzeszenia mającego takie same pojęcia o pożyteczności. Nie wystarczy chcieć być pożytecznym, nie wystarczy największe nawet poświęcenie, trzeba, żeby ci, którym pragniemy się przysłużyć, gotowi byli przyjąć naszą ochotę. Jeżeli jednak sądzą odmiennie, a może nawet odwrotnie, o pożytku i szkodzie, o dobrze i złu? Trzeba pewnej współmierności pomiędzy świadczącymi a przyjmującymi świadczenia. Pożyteczność ułatwiona jest w zrzeszeniu, którego działacz pożyteczny sam jest członkiem. Trudności powstają przy odmienności warstwy społecznej; tym znaczniejsze wobec różnic państwowych i narodowych, a cóż dopiero w odmiennych cywilizacjach? Kolejność rozwojowa Jakże rozwija się zrzeszenie, żeby od prymitywów dojść aż do szczebla… bomby atomowej? Zawsze, od najdalszej starożytności bywały równocześnie zrzeszenia wysoko cywilizowane i prymitywne; zawsze byli tacy, którzy zatrzymawszy się na pewnym szczeblu, nie brali udziału w dalszym rozwoju. Na szczeblu najprymitywniejszym ugrzęzły ludy, u których ogień nie stał się jeszcze własnością powszechną. Zachowały się też do dni naszych plemiona koczownicze, podążające za wędrówkami zwierząt (ażeby ssać bezpośrednio samice). Koczownicy wyjątkowo kiedy przemieniają się w osiadłych; są natomiast zrzeszenia osiadłe od samego początku, których przodkowie nigdy nie koczowali. Wśród osiadłych kwiatem ludzkości byli troglodyci, tj. mieszkańcy pieczar. Osadnictwo pieczaro we rozwijało się w Azji dalej w wiekach średnich, a w Indiach istnieje jeszcze dotychczas. Równocześnie rozwijało się osadnictwo naziemne i podziemne. Ogniska przynęcały ludzi i w tym zawiązek najstarszej władzy. Przynęcały również niektóre zwierzęta, w czym zawiązek hodowli zwierząt domowych. Nieposiadający ich pozostali w tyle; nie uczestniczyli w dalszym rozwoju. Od zwierząt uczy się człowiek użytku mleka, soli (pramacierz kapitalizmu) i traw mącznych. Zanim jednak doszło się do mąki, minęły tysiące lat. Nie zachodzi też wcale jakiś stały i nieuchronny związek pomiędzy hodowlą bydła rogatego a rolnictwem. Pomyłką również okazała się tzw. trychotomia ekonomiczna, jakoby wszędzie następowały po sobie łowiectwo, pasterstwo, a w końcu rolnictwo. Są ludy, które dotychczas nie porzuciły łowów, jako wyłącznego swego zajęcia; i są takie, u których one od początku miały znaczenie tylko dodatkowe. Nie było nigdzie „stadności”, ani też matriarchatu, ni najmniejszego śladu komunizmu. Wykluczonym było wypieranie się ojcostwa, gdyż dzieci stanowiły największy majątek. Początkiem własności jest własność na własnych dzieciach. Musiała atoli z początku istnieć rodzina swoista. Ażeby z nią zerwać, obmyślono specjalne organizacje (nazwałem je „odrębnymi”), którym nie przysługuje ius connubii pomiędzy sobą. U wielu ludów istnieją one również obecnie. Ludy, które nie zwalczały rodziny swoistej, istnieją zaledwie w szczupłych resztkach, a zadziwiają swą ogólną najprymitywniejszą niezdatnością. Pierwotnie musiała być monogamia, bo przyroda nie daje nadmiaru niewiast. Niektóre ludy stały się następnie poligamicznymi, inne zaś nie przestały nigdy być monogamistyczne (np. poligamista nie mógł być nigdy obywatelem rzymskim). Wielożeństwo możliwe stało się dopiero z nastaniem egzogamii, gdy zaczęto pojmować żony z obcych rodów, gdy tedy wytwarzały się już plemiona. W stosunkach pokojowych kupowało się żonę w ościennym rodzie; w razie wojny porywało się brankę, którą można było uczynić małżonką lub tylko nałożnicą. Każda pomyślna wyprawa wojenna zwiększała egzogamię. Ustrój plemienny stanowi początek społeczności. Społeczność jest to zrzeszenie, uznające interesy ponadrodowe. Z wodzów wojennych wytwarzają się książęta plemienni; wytwarzają się zawiązki państwa. Na dalsze szczeble rozwoju posunęły się tylko plemiona jednożenne. Następnym, a jak najtrudniejszym warunkiem rozwoju jest porzucenie ustroju rodowego, a zamienianie go w rodzinowy, co zwiemy emancypacją rodziny. Na to nie zdobyło się dotychczas żadne zrzeszenie poligamiczne. Jest to ciężki przewrót społeczny, choćby tylko z powodu ustanowienia pełnoletności i pełnoprawności syna za życia ojca. Łączą się z tym gruntowne zmiany w prawie majątkowym i spadkowym. Walka o emancypację rodziny zamienia się nieraz w krwawą rewolucję. Równocześnie zwiększała się rozmaitość sposobów walki o byt (zajęć warstw społecznych) w tych społecznościach, które zdołały rozradzać się bardziej i zajmować znaczniejsze przestrzenie. Zamieniały się w społeczeństwa. Społeczeństwo jest to społeczność zróżniczkowana rozmaitością warstw społecznych. „Jednoklasowość” można obserwować tylko u jak najprymitywniejszych. Im więcej warstw, tym łatwiejszy i bezpieczniejszy rozwój społeczeństwa. Zazwyczaj towarzyszył temu rozwojowi rozrost urządzeń państwowych. Związki państwa tkwią atoli jeszcze w społecznościach. Państwo jest tedy starsze od społeczeństwa. Szczeble dalsze wymagają dwukierunkowości rozwoju równocześnie w państwie i w społeczeństwie. Wszystko zależy od stosunku tych dwojakich zrzeszeń. Różnicowanie według odmian trójprawa starczy na różnicowanie cywilizacyjne tylko na szczeblach niższych, osiągnięcie zaś wyższych zależy od tego, czy zrzeszenie rozwinęło się na tyle, iż mu prawo prywatne samo już nie wystarcza, lecz dalszy rozwój życia zbiorowego wymaga prawa publicznego. Nie zawsze bywa ono odrębnym od prywatnego. U większości ludów ziemi prawo publiczne opiera się na prywatnym, w ten sposób mianowicie, że prawo prywatne panującego rozrasta się tak dalece, iż uznaje go się właścicielem wszystkich i wszystkiego w państwie. Wyolbrzymia się państwowe stosowanie prawa prywatnego; publiczne staje się jakościowo tylko szczególnym rodzajem prywatnego. Jest to monizm prawa prywatnego. Istnieje drugi rodzaj monizmu prawnego, wręcz przeciwny. Życie prywatne stosuje się do wymagań życia publicznego, o którym decyduje głowa państwa. Społeczeństwo posiada tyle tylko wolności, ile mu jej udzieli państwo, tj. władca jako reprezentant prawa publicznego. Jest to monizm prawa publicznego. Skutki obu monizmów takie same: niewola i niedorozwój społeczeństwa, a despocja głowy państwa. Odrębność prawa publicznego i prywatnego pojawiła się najpierw w cywilizacji attyckiej, lecz dopiero Rzymianie rozwinęli je wszechstronnie i zrobili kamieniem węgielnym swych urządzeń. Jest to dualizm prawa, trwający przez cały okres republikański i pierwszy okres cesarstwa; w późniejszym atoli cesarstwie, przejąwszy się wpływami orientalnymi, przejęto również orientalny monizm prawny, przeważnie monizm prawa publicznego. Prawo prywatne bywało w późniejszym cesarstwie coraz bardziej utrącane przez publiczne; państwo wkraczało coraz bardziej w życie prywatne obywateli. Monizm czy dualizm prawny – oto formuła zagadnień cywilizacyjnych w zrzeszeniach, które przeprowadziły emancypację rodziny i wytworzyły społeczeństwa zróżnicowane. Największym zagadnieniem dalszego rozwoju stało się przyjęcie chrześcijaństwa. Wyłącznie tylko same ludy chrześcijańskie osiągnęły najwyższe szczeble w rozwoju wszystkich kategorii bytu, najwyższy rozkwit całego quincunxa. Kościół wytwarzał nową cywilizację łacińską do której wcielał te pierwiastki cywilizacji rzymskiej, które dały się pogodzić z chrześcijaństwem. Oświadczył się zaś za dualizmem prawnym i za autonomią społeczeństwa wobec państwa. Nauka katolicka wymagała, żeby prawo państwowe stosowało się do religii, tj. do etyki. Papiestwo domagało się jednakowej moralności w życiu prywatnym i publicznym. Legistom nasunęły się pierwsze wątpliwości, czy moralność da się stosować zawsze w życiu publicznym; potem zaś protestantyzm obwieścił, że to niewykonalne, że państwo i polityka zwolnione są od moralności. Tymi drogami wprowadzono na nowo monizm prawa publicznego. O ten problem walczy się dotychczas. Taki jest zrąb historii w stosunku do. państwa i społeczeństwa. Obecnie zwolennicy cywilizacji łacińskiej mają obowiązek sięgający w głębiny bytu ludzkiego, żeby bronić prawa prywatnego przed pożarciem go przez prawo publiczne, żeby przywracać dualizm prawny w całej rozciągłości, zdobywając z powrotem pozycje, zagarnięte przez monizm. Dwa szeregi pojęć naczelnych Rozmaitość urządzeń ludzkich pochodzi z różnic myśli ludzkiej. W sprawach życia zbiorowego grupują się one według pewnych stałych cech występujących dwoisto, jakby w dwóch szeregach, przeciwstawiających się sobie. Każda metoda ustroju życia zbiorowego powstaje z ustosunkowania się do tej dwoistości naczelnych pojęć. Historią rządzą abstrakty. Na pierwszym miejscu staje problem stosunku człowieka do Boga. Bywa osobisty lub gromadny. Aż do XVI wieku całe chrześcijaństwo uznawało stosunek osobisty. Każdy chrześcijanin jest osobiście przed Panem odpowiedzialny, osobiście doznaje Jego łask lub kar, jako pewna jednostka, bez względu na swe stanowisko, pochodzenie etniczne, przynależność stanową itp., co obciąża specjalnymi obowiązkami, lecz nie stanowi istoty jego duszy. W tym pojmowaniu stosunku człowieka do Boga geneza personalizmu. Wręcz przeciwnie sądzili o tym Żydzi. Żyd ściśle prawowierny, nie modli się do Jehowy jako odrębna jednostka ludzka, lecz jako Żyd; jako członek zrzeszenia mającego kontrakt z Jehową jako członek narodu wybranego. Jest to stosunek gromadny, w przeciwieństwie do personalizmu występuje gromadność. Gdy nastała rejudaizacja w protestantyzmie, wtargnęła też do Europy gromadność. Najdobitniej zaznaczyło się to w kalwinizmie, głoszącym gromadną predestynację. W genewskim państwie Kalwina nie było miejsca dla personalizmu wobec surowych strychulców jednostajności. Każde zjawisko życia zbiorowego pojmuje się i odczuwa albo personalistycznie, albo gromadnościowo. Wyłaniają się obok tego dwie metody myślenia: aposterioryczna lub aprioryczna. Tamta snuje wnioski indukcyjne, zaczynając od krytycznego roztrząsania doświadczeń przeszłości, ta zaś o doświadczenie i fakty się nie troszczy, lecz metodą medytacyjną dochodzi do formuł, do których nagina następnie życie rzeczywiste, choćby wypadło je złamać. Aposterioryzm jest indukcyjny, aprioryzm wyłącznie dedukcyjny. Aprioryzm lubi eksperymentować na wielkich zrzeszeniach, chcąc wytworzyć wszystko według powziętych z góry pojęć, gdy tymczasem aposterioryzm wytwarza pojęcie według doświadczenia. Stosownie do tego działalność publiczna włącza się w szereg personalistyczny lub gromadnościowy. Nie byłby człowiek prymitywny doszedł do żadnego rozwoju, gdyby każde pokolenie zaczynało ab ovo. Rozwój możliwym jest tylko przez korzystanie z doświadczenia poprzedników. Tradycja jest kością pacierzową wszelkiej cywilizacji. Nie brak jej nigdy i nigdzie w naturalnym rozwoju zrzeszeń. O zarzuceniu jej pomyślano dopiero na wysokim szczeblu rozwoju, gdy postanowiono wyprodukować homunkulusa, wywołując sztucznie nowotwory na życiu zbiorowym. Trudno! Człowiek obdarzony jest wolną wolą, może więc psuć do woli wszystko koło siebie. Szczytem tradycji wykształconej jest historyzm. Zawiązki jego są wrodzone zrzeszeniom ludzkim. Im bardziej podnosi się jakieś plemię, tym więcej uwagi poświęca genealogiom. Chińczycy uprawiają kult przodków jakby religijny, chociaż nie mają jeszcze pojęcia o historii i historyczności. Historyzm jest zarazem szczytem pożytku, jaki człowiek robi z pojęcia czasu. Nie ma historyzmu publicznego bez chronologii i ery. Pomostem od historyzmu prywatnego do publicznego są nazwiska dziedziczne. Olbrzymia większość ludów Ziemi nie zna nazwisk dotychczas. Personalizm może doprowadzić do historyzmu i również wzajemnie: gdziekolwiek powstaje skłonność do opierania się na historyzmie, wytwarza się podłoże personalistyczne. Gromadność nie zna historyzmu; tak przynajmniej poucza indukcja historyczna. Zrzeszenia oparte na personalizmie stanowią organizm, oparte na gromadności są mechanizmami. Cechą ich jest jednostajność, organizm zaś żyje rozmaitością. Organizm składa się z rozmaitych odrębności, które atoli przejęte są poczuciem jedności. Organizm tworzy się ze świadomej woli zrzeszonych dobrowolnie do celów, wynikających z zapatrywań i dążności ogółu, z porozumienia się. Z klęsk podnosi się organizm własnymi siłami, sam leczy się z usterek i własną siłą doskonali się. Lecz mechanizm wymaga pomocy z zewnątrz i dlatego w razie klęsk staje się nieuleczalnym. Gromadność zmierza do jednostajności, toteż członkowie takiego zrzeszenia pragną jak najmniej różnić się między sobą. Nie przypuszczają, żeby jedność mogła istnieć bez jednostajności, rozmaitość wydaje im się rozłamem. Wobec tego gromadność nie sprzyja rozwojowi inicjatywy. Z jednostajnością łączy się po pewnym czasie bierność, obojętność na sprawy publiczne, w końcu wytwarza się stagnacja. Zrzeszenia ujednostajnione pozbawione są pędu wzwyż, do doskonalenia się. Jednostajność przeciwna jest naturze ludzkiej, toteż zrzeszenia takie oparte są na przymusie. Stosunki życia ludzkiego nie układają się same z siebie w mechanizm; to wymaga działań sztucznych, apriorycznie „planowych”. Gdyby jednak cały świat zamienić na mechanizm, musiałby z czasem nastąpić powszechny zastój, w końcu rozkład. Groziłby zanik wszelkiej zdolności twórczej. Twórczość jest przymiotem stanowczo personalistycznym. Zwolenników mechanizowanego życia oburza irracjonalizm. Rozpościera się on po świecie, począwszy od poprzedników Platona, a zajmuje w stosunkach człowieka do człowieka bez porównania więcej miejsca niż technika. W wiekach średnich istniał kierunek filozoficzny, wierzący w jedną tylko realność: idei. Obecnie, od dłuższego czasu mnożą się oznaki, że irracjonalizm zrywa się do nowego lotu i to nader śmiałego. Widać, jak abstrakty rządzą historią, a na czele kroczą ludy posiadające więcej abstraktów i pozostawiają daleko za sobą innych, w abstrakty uboższych. Abstrakty wiodą nas w górę. Ci, którzy pragną ograniczyć ich wolę w umysłowości ludzkiej, kroczą ku przepaści. Czyż nawet przybytek dóbr materialnych nie poczyna się często od abstraktów? Ponieważ zaś abstrakty mnożą się łatwiej w organizmie, więc organizm posiada więcej żywotności. Formowanie się zrzeszeń ludzkich dokonuje się tedy na tle walk pomiędzy organizmem a mechanizmem, pomiędzy aposterioryzmem a aprioryzmem, historyzmem a medytacyjną improwizacją, pomiędzy jednostajnością a jednością w rozmaitości. Ostatecznie dochodząc do samej głębi rzeczy, powiedzmy: pomiędzy personalizmem a gromadnością. Konsekwencją zaś personalizmu jest dualizm prawny, monizm zaś stanowi następstwo gromadności. Nowoczesny zaś monizm prawa publicznego to nic innego, jak państwo totalne; przeciwnie, dualizm wyraża się w dążeniach samorządowych. Cała historia mieści się w oscylacji pomiędzy dwoma szeregami pojęć zasadniczych, jakie tu roztrząsaliśmy. W personalistycznym szeregu mieści się wolność, a w gromadnościowym przymus przemocy. W tym drugim jest też mniej miejsca na rozwój etyki. Ostatecznie rozgrywa się w tej oscylacji walka o najwyższą supremację w sprawach rodzaju ludzkiego; o supremację sił fizycznych, czy też duchowych. Rodzaj cywilizacji zależy tedy od norm trójprawa, od stosunku do pięciu kategorii bytu, od stosunku prawa prywatnego a publicznego (tudzież społeczeństwa a państwa), od poddawania życia publicznego etyce lub od zwolnienia go od etyki, wreszcie od tego, któremu rodzajowi sił przyznaje się supremację, siłom materii czy ducha – a co wszystko zawiera się w jednym z dwóch naczelnych szeregów pojęć. Na tym rusztowaniu osadzone są cywilizacje. Te dwa naczelne szeregi dostarczają dowodu, że współmierność stanowi zasadnicze prawo dziejowe, albowiem każdy z nich stanowi jak najściślejszy przykład współmierności we wszystkich swych członkach. Drugim, najogólniejszym prawem dziejowym jest nierówność. Obydwa te prawa są integralnymi, gdyż znajdują się również w przyrodzie. Nierówność Równość, to jednakowość w jednostajności. Tylko utwory sztuczne mogą być tak dalece jednakowe, iżby mogły być aż równymi. Do równości można zmierzać tylko przymusem i gwałtem, a to obniżając poziom u wszystkich i we wszystkim, i pod każdym względem. W ten sposób mechanizuje się zrzeszenia ludzkie bardziej, co sprowadza często istne degeneracje. Pomiędzy mechanizowaniem a przymusowym zaprowadzaniem równości zachodzi stosunek prosty kwadratowy. Równych w nędzy i tępocie umysłowej najłatwiej urządzać w mechanizmy. Równość byłaby największą niesprawiedliwością. Sprawiedliwość polega na sprawiedliwym rozdziale nierówności. Wielką nierówność wprowadziło odkrycie ognia i utrzymuje ją ciągle na znacznej części powierzchni Ziemi. Dotychczas u niektórych plemion tylko starostowie rodowi mają prawo posiadać ognisko; u wielu prymitywnych obowiązują rozmaite zastrzeżenia i przywileje co do użycia ognia. Innym czynnikiem nierówności był stan liczby rodów, a powodzenie zawisło przede wszystkim od stopnia rozrodzenia, od nierównej płodności i różnej śmiertelności. Zasadnicze zaś nierówności powstały wszędzie ze starszeństwa lub młodości linii po wspólnym przodku. U niektórych ludów wytworzył się postulat równości majątkowej. Znać to dotychczas u Eskimosów, u Murzynów afrykańskich tudzież u wschodnich Turańców (niedawno jeszcze u Jakutów). Jednostce godzi się posiadać tylko tyle, ile „potrzebuje”, a nie wolno pracować ponad konieczną potrzebę. Wszędzie tam nawet najbogatszy jest ubogim, a żadna osada nie zdoła przetrzymać klęski ekonomicznej. Łatwo stwierdzić, że tych wszystkich, którzy sprzeciwiają się gromadzeniu dostatków w jednym ręku, dotknął zastój. Wolność produkcji i pełna własność owoców własnej pracy umożliwiają indywidualne bogacenie się. Nie ma zaś i nie może być innej drogi do rozwoju, jak naśladowanie jednostki wybitnej przez jednostki następne. A zatem nierówność stanowi konieczny warunek postępu. Następnie zróżnicowanie się społeczeństw wywołało nowe nierówności, lecz im większe zróżnicowanie, tym lepiej dla rozwoju społeczeństw i państw. Postęp zmierza ku rozmaitości, a wcale nie ku jednostajności. Wszelkie próby wprowadzenia równości w którejkolwiek z cywilizacji historycznych zawiodły; mogły cywilizacje nabrać mocy tylko przy nierówności. Zwolennikom równości nie pozostaje nic innego, jak zaczynać historię powszechną od samych siebie. Najgorliwsi bojownicy równości zwykli atoli zaczynać od tego, że wprowadzają nową szlachtę, nową warstwę uprzywilejowaną. Najgorliwszym nie wystarcza jednak równość majątkowa, lecz domagają się powszechnej wspólności majątkowej. Komunizm jest wnioskiem najprymitywniejszym, nasuwającym się metodzie medytacyjnej. Zapanował w Chinach około r. 1065 przed Chrystusem i przez lat 18 świat wypadał z zawiasów. W Helladzie pomysłom komunistycznym dawano cięte odprawy w literaturze, układano parodie, ale w Pergamonie w II w. po Chrystusie tłum wziął parodię na serio i próbował stosować do niej życie zbiorowe. W Europie pojawia się praktyka komunizmu po raz pierwszy u Albigensów, w pierwszej połowie XIII w., powtórnie w spokojnym skrzydle taborytów husyckich w XV w. (Adamici). Po raz trzeci z początkiem dziejów protestantyzmu niemieckiego w wojnie chłopskiej i u anabaptystów w Turyngii (1524 r.), w dziesięć lat potem w Monasterze. Za każdym razem łączyła się z komunizmem konfiskata dóbr, zarazem wspólność kobiet. Wznowił agitację komunistyczną Babeuf w Paryżu w r. 1795, a uczniowie jego założyli w r. 1837 na nowo partię komunistyczną, oświadczając się przeciw instytucji rodziny. Nie mieli powodzenia. Bezowocna była też agitacja Roberta Owena, który już od r. 1812 żądał proletaryzowania wszystkich. Komunistyczno-nihilistyczny kierunek pochodzi od Bakunina, wydał on epizod komuny paryskiej w r. 1871. Przeszedłszy następnie przez pewne odmiany, doszedł do szczytu w bolszewizmie. Przepastne zaiste przeciwieństwa w zapatrywaniach na majątek i pracę możliwe są dlatego, ponieważ poglądy na genezę i przyczyny ubóstwi wywodzą się z dwóch przeciwnych mniemań co do zmienności lub niezmienności dóbr ziemskich. Niektórzy sądzą, że ilość ta jest stała, a dostateczna aż nadto do zaspokojenia potrzeb „ludzkości”. Nie liczą się z faktem, że od prehistorii aż do naszych czasów, plemiona prymitywne giną często z głodu. Przyroda w ogóle dostarcza niezmiernie mało środków żywności, lecz tylko sposobności do wypracowania sobie pożytków. Głody usuwa się pracą i wysiłkiem zabiegów, nauką i ulepszaniem komunikacji. Skoro zaś wystarczalność środków do życia zależy od wysiłków człowieka, tym samym trzeba ilość dóbr uznać za zmienną. Ilość dóbr jest niestała, a zależy od produkcji. Popularnością cieszy się pogląd, jakoby przyczyną ubóstwa jednych była zamożność innych. Od św. Bazylego, w IV w. po Chrystusie, aż po dzień dzisiejszy pokutuje to złudzenie, że „bogacze” mogliby usunąć ubóstwo, gdyby chcieli, podczas gdy indukcja poucza, że gdyby nie było zamożniejszych, wszyscy byliby nędzarzami. Mylność mniemania, jakoby podział dostatków pomiędzy ubogich mógł zapobiegać ubóstwu, stwierdzona jest przykładem z dziejów apostolskich. Gminy chrześcijańskie posiadały już wówczas swoje kasy zapomogowe, do których zamożniejsi wnosili ofiary (niektórzy nawet oddając cały mają tek) na „wspólny pożytek” ubogich według dyspozycji diakona. Jedynie gmina jerozolimska urządziła się komunistycznie, ale też znajdowała się w ciągłych opałach pieniężnych, a św. Paweł kwestował na nie bez ustanku w swych podróżach. Komunizm „apostolski” mógł łatwo istnieć między dwunastu osobami, lecz trwał niedługo, gdyż apostołowie rozjechali się na cztery strony świata. Powoływanie się na Ojców Kościoła jest argumentacją niefortunną. Z ich pism da się przytoczyć wprawdzie to i owo na pochwałę wspólnego posiadania, lecz dziesięć razy więcej cytat zebrano na obronę własności indywidualnej. O św. zaś Bazylim, jako najstarszym, trzeba pamiętać, że pracował w Azji Mniejszej, w najbogatszym ciągle jeszcze (w drugiej połowie IV w.) kraju świata, lecz jeszcze jakże zacofanym! Około r. 370 własność ojca na dzieciach była uznawana przez państwo tak dalece, iż za zaległe podatki urząd skarbowy konfiskował ojcu dzieci i sprzedawał je na publicznym targu. Zresztą św. Bazyli żąda jałmużny wyraźnie z tego, co zbywa, uznaje dziedziczenie i uważa średnią zamożność za stan najlepszy. Nie istniał zaś, ani nie istnieje nigdzie rzekomy komunizm łowiecki, ani też „murzyński”. Cała historia powszechna i cała etnologia nie dostarczają przykładu komunizmu w jakimkolwiek znaczniejszym zrzeszeniu. Komunizm rodzinny był i jest bardzo względny, gdyż istnieje tylko z woli głowy rodziny, prawego i jedynego właściciela całego mienia. W ostatnich latach, przeżywszy renesans naiwności ekonomicznej Ojców Kościoła, mnożą się programy polegające na tezie, że nie byłoby ubóstwa, gdyby nie było bogaczy. Wysilają się na rozmaite koncepty, jakby przeszkodzić bogaceniu się. Uznają np. własność osobistą (boć Stolica Apostolska uznała ją wyraźnie tyle razy), ale radzą ograniczyć jej używalność przez właściciela do minimum tego, co mu „potrzeba” (zupełnie jak Murzyni), a wszystko co posiada ponadto, ma być zabrane dla ubogich. Reformatorzy ci powinni się nareszcie zdecydować, czego właściwie chcą, grubej jałmużny, czy grubego podatku na ubogich? Jałmużna jest zawsze czymś dobrowolnym, a co do drugiej ewentualności, warto przestudiować dzieje i urządzenia odpowiedniego podatku angielskiego. Jeżeli jednak ma być zamożnemu odebrany cały dochód ponad niezbędne koszty utrzymania, któż zechce gromadzić dostatki, skoro wie, że zostaną mu odebrane? Któż więc będzie następnie udzielać jałmużny lub płacić wysokie podatki? Kwestia zbożnego lub bezbożnego zarządzania własnym majątkiem jest ściśle etyczna, lecz nie ekonomiczna. W starożytnej Helladzie tyle razy zabierano dobra majętnym i nadawano je ubogim! I co z tego wynikło? Historia dostarcza aż nadto przykładów pomyłek w miłości bliźniego. Taką pomyłką były i są doktryny wszystkie, zwrócone przeciw dostatkom. Do tegoż szeregu należą wymysły o zniesieniu procentów, o stanowieniu z urzędu iustum pretium. O „taksach maksymalnych” na towary (od Dioklecjana po dzień dzisiejszy), merkantylizm, fizjokratyzm, a w końcu socjalizm, z którego najkonsekwentniej wynika komunizm. Zalecają przemianę wstecz społeczeństwa na społeczność jednoklasową i całkowite sproletaryzowanie społeczności. Można być zdania wręcz przeciwnego, że w społeczeństwie zdrowym proletariatu być nie powinno, że tedy należy dążyć do tego, by jak najwięcej bliźnich wyrwać z proletariackiej grzędzieli. Na razie zastrzega socjalizm dla proletariatu stanowisko uprzywilejowane, lecz można być tego zdania, że żadna warstwa społeczna nie powinna być uprzywilejowana przed innymi. Socjalizm głosi, jakoby był przeciwnikiem kapitalizmu. Ale nigdy go tępić nie zamierzał, tylko prywatny zamienia na państwowy. Socjalizm opiera się na kapitalizmie bardziej niż jakiekolwiek inne doktryny, lecz państwowym. Kapitalizm państwowy nie przestaje jednak być kapitalizmem. „Przeobrażenie państwa w proste zarządzanie produkcją” wpisane jest już na postulaty „manifestu komunistycznego” w r. 1848. Socjalizm wydrwiwany jest tam przez Marksa i Engelsa jako jakieś nijactwo, dobre na razie o tyle, że rewolucyjne; lecz celem tylko komunizm. Spełniają się kolejno postulaty marksizmu. Czekamy już tylko na zniesienie prawa dziedziczenia, w owym manifeście również zapowiedziane. Komunizm przybrał zaś formę spółki, do której nie trzeba robić żadnych wkładów, a można z niej wszystko czerpać. Wszelkie dążenie do równości jako przeciwne naturze rzeczy, wiedzie do wyników ujemnych. Hasło równości podobne jest do roli ciepła w świecie materii. Gdyby wszyscy stali się naprawdę równymi, ustałby wszelki ruch umysłowy i gospodarczy, nastałby koniec człowieczeństwa w danym zrzeszeniu: martwota całkowita. O ile chodzi o równość majątkową, my chrześcijanie niepotrzebnie się sprzeczamy o sprawy, określone przed wiekami przez samego Zbawiciela. Słynny werset z Ewangelii św. Mateusza (VI 26-34), zakończony słowy: „Nie troszczcie się więc o jutro”, pragnie tylko i poleca żeby nie oddawać się wyłącznie gromadzeniu dostatków, a dbać bardziej o łaskę i pomoc Bożą przy pracach doczesnych! Gdy pięć tysięcy słuchaczy słowa Bożego poczęło odczuwać głód, nie sprawia Pan cudu, by głód przestał się odzywać, lecz rozmnaża cudownie żywność i nakarmia ich. Gdy zaś Judasz gorszy się, że Maria z Betanii wydała trzysta denarów, by Zbawiciela namaścić wonnościami, padły z ust Boskich wyrazy, które wszyscy umiemy na pamięć: „Ubogich zawsze macie wśród siebie (z sobą), mnie zaś nie zawsze macie”. Zwraca się tu Chrystus Pan najwidoczniej do osób, których znaczna większość nie jest uboga. Ubogim jest ten, kto potrzebuje jałmużny. Niema zaś jałmużny bez zamożności z drugiej strony, a zatem zamożność jest potrzebna. Zbawienie nie może być bliższym tych, którzy potrzebują wsparcia, boć w takim razie obowiązkiem naszym byłoby dążyć do powszechnego, jak największego zubożenia. Nie można zaś określać ubóstwa w taki sposób, jako ubogim jest każdy, kto zarobkuje własną pracą. Niektórzy dodają jeszcze: „pracą rąk własnych”. W takim razie wirtuoz jest uboższy od ulicznego przekupnia zapałek, który „rękoma własnymi” nie robi nic. Wiadomo zaś, jak pracowitymi są miliarderzy amerykańscy. Użycie przysłowia o wielbłądzie i uchu igielnym świadczy, że bogacz żyjący zbożnie ma zasługę większą niż ubogi. Bogacz powinien być „ubogim duchem”, umieć odczuwać ubogiego. Nawet najbogatszy winien posiadać wartości osobiste, które nadawałyby mu wartość w razie straty majątku. Zbieraliśmy co do tego dużo doświadczenia z dwóch wojen powszechnych; czy przyznać wyższość moralną zubożałym „bogaczom”, czy ubogim wzbogaconym? W całej Ewangelii nie ma nigdzie błogosławieństwa ubóstwu, jako antytezy zamożności; błogosławieni są tylko ubodzy w duchu. Ten obowiązek ciąży również na ubogich. Ubogi szemrający całe życie i myślący wciąż o tym, jakby przymusowo zubożyć majętnych – nie jest oczywiście ubogim w duchu. Zamożność nie jest moralnie niższa od ubóstwa. Cechy siedmiu cywilizacji Obecnie istnieje zaledwie siedem cywilizacji historycznych, cztery starożytne: bramińska, żydowska, chińska i turańska; trzy średniowieczne: – bizantyńska, łacińska i arabska; numidyjska (berberska) tudzież tybetańska przestały być historycznymi, nieliczne i już tylko lokalne. Z tych siedmiu cywilizacji należy aż sześć do szeregu gromadnościowego, a tylko sama jedna cywilizacja łacińska do personalistycznego. Ona też tylko zmierza czynnie do supremacji sił duchowych. Dwie z tych cywilizacji są sakralne: bramińska i żydowska. Areligijna jest cywilizacja chińska, tudzież w bizantyńskiej – bułgarska. Bramińska jest politeistyczna najbardziej na całym świecie. Niejasne filozofowanie o najwyższym „brahmie” ograniczone jest do nielicznych, wyjątkowych jednostek, u ogółu zaś wielobóstwo rozbudowuje się coraz bardziej, a tak przejmuje umysły hinduskie na wskroś, iż nawet zarządzenia zdrowotne musiały być doczepione do kultu jakiegoś bożka, żeby się Hindusi in poddali. U Żydów obowiązują tylko w Palestynie wszystkie przepisy tory: w golusie uległy po większej części dyspensom. Niegdyś okazywali w Palestynie duże skłonności do politeizmu. Religii własnych mają cztery: kreatyczny monoteizm wyznawały zawsze tylko wyjątkowe jednostki, religią ogółu była i jest monolatria. W Talmudzie kreatyzm poczyna się mieszać z emanatyzmem. Emanatyczne są kabała i pilpul, a nowoczesny chasydyzm stanowi jakby syntezę rozmaitych systemów kabalistycznych. Znamienna jest wiara, że cadyk może podporządkować swej woli nawet wolę Boską. Jehowa nie może być życzliwym dla żadnego innego ludu, jak tylko dla Izraela. Stanowi naród wybrany, a Jehowa jest obowiązany sprawić, żeby Żydzi zapanowali nad całym światem, i żeby „wszystkie ludy ziemi” były ich „podnóżkiem”. Taki mają z Jehową kontrakt, a religia żydowska jest kontraktowa. Zdaniem najwybitniejszych uczonych żydowskich (Majmonides, Majmon Salomon, Mendelsohn, Lazarus, Philippson i wielu innych), Tora nie jest objawioną religią, lecz objawionym prawem. Braminizm nie dba o ekspansję poza Indiami, żydowska cywilizacja wykazała natomiast ekspansję tak potężną, jak nigdy żadna cywilizacja w całej historii powszechnej. W jednej tylko cywilizacji chińskiej brak wpływów żydowskich, a osadnictwo żydowskie w Chinach zawsze marniało. Braminizm ma wspólną z buddyzmem wiarę w reinkarnację jako karę za grzechy popełnione w poprzednim istnieniu. Chrześcijańskie pojęcie żywota wiecznego budzi u nich grozę i odrazę; nie przywiązują też wagi do poprawy zdrowotności w swym zrzeszeniu. Kto ma nirwanę za ideał, temu właściwe cywilizacji łacińskiej ruchliwość życia, zapobiegliwość, wszechstronność zabiegów wydają się czymś nierozsądnym. Cała nadzieja odrodzenia Chin w tym, że buddyzm zaciera się tam coraz bardziej. Monogamia istnieje obecnie bezwzględnie tylko u chrześcijan. W Chinach panuje wielożeństwo, u Hindusów dopuszczalna jest bigamia. Przymusowa monogamia, wprowadzona niedawno w Turcji, znajduje wprawdzie poparcie w stosunkach ekonomicznych, lecz przekonania ogółu nic zdobyła i kto może, chętnie przepisy obejdzie. Muzułmanie pozostali wielożeńcami w obu cywilizacjach swoich w arabskiej i turańskiej. Starożytne wielożeństwo turańsko-żydowskie nigdy nie zostało zmienione. Wtłoczeni w kraje cywilizacji łacińskiej przeszli na monogamię od XIII wieku skutkiem tzw. „rady rabinackiej”, a przeprowadzono to na tej podstawie formalnej, że Tora nigdzie monogamii nie zakazuje. Światopoglądy różnych cywilizacji wykazują jak największe przeciwieństwa. Braminizm i znaczna część islamu wykluczają możliwość, by człowiek mógł zbliżać się do Boga w stanie swym normalnym. Zdaniem braminów zwycięstwa duchowe dają się osiągnąć jedynie przez wyrzeczenie cielesne. Każda cywilizacja ma swoją etykę. Ludy, które przeszły przez szkołę buddyjską, wyznaczają szczebel moralności stosownie do stanowiska społecznego, a do całkowitej moralności wyznaczają tylko mnichów. Braminizm zna tylko etykę rodowo-kastową. Chińczykowi wolno własne dzieci kaleczyć, nawet zabijać. Żydzi posiadają etyk cztery: inne w Palestynie, inne w golusie, a tu i tam inne dla współwyznawców, a inne dla gojów. Bliźnim jest u nich tylko współwyznawca. Cywilizacja łacińska przyjęła za swoją etykę katolicką i dzięki temu, przyjąwszy dualizm prawny, rozciąga moralność także na życie publiczne. Zasada ta zaczęła się jednak załamywać od czasu legalizmu, aż legła w gruzach dzięki wpływom kultury bizantyńsko-niemieckiej. Monizm prawny prowadzi do despocji; papiestwo zaś oświadczało się stale za autonomią zrzeszeń i za oparciem państwa o społeczeństwo. Najbardziej wgłębił się monizm w cywilizację chińską; każda dynastia oznaczała, jaki ma być w Chinach kalendarz, barwa państwowa i muzyka. W opanowaniu czasu zachodzą różnice olbrzymie. W cywilizacji bramińskiej i w znacznej części turańskiej czasomiernictwo opiera się jeszcze wyłącznie na zjawiskach przyrody. Kalendarz i cykl obmyślili pierwsi Chińczycy. W chronologii Chińczycy szwankują, a Hindusi nie mają o niej pojęcia. Żydzi, niezmiernie dbali co do kalendarza, nie okazali żadnej dbałości o chronologię. Nie przyjęły się u nich cykle, ani nawet sakralne 10-letnie. „Erę” od stworzenia świata wymyślono dopiero za cesarstwa rzymskiego, żeby pokazać, o ile są starsi od tych, którym wystarcza era od założenia miasta. Historyzmu atoli nie wyrobili w sobie dotychczas. Podobnie pozbawiona jest historyzmu cywilizacja arabska, chociaż posiada erę; podobnie Turcja. Opanowanie czasu przyczynia się wielce do rozwoju moralności. Zdatność do wyznaczania terminu i dotrzymania go wyrabia wolę, zapładnia intelekt i pomnaża siłę twórczą. Postęp czynią możliwym tylko ludzie patrzący poza własny zgon, układający użytek czasu swym dzieciom. To i tamto rozpowszechnione jest tylko w cywilizacji łacińskiej. Różnice cywilizacji sięgają tak głęboko, iż nawet przemienność sil duchowych nie jest w nich jednakowa. Czyż zamienia się dobrobyt w oświatę w cywilizacji turańskiej? W bramińskiej cywilizacji można przemienić się w każdej chwili z mistrza w dobrowolnego żebraka, lecz przenigdy w przemysłowca lub profesora. W chińskiej – zamiłowania literackie nie przechodzą nigdy w naukowe. W cywilizacji łacińskiej siła społeczna przemienia się łatwo w polityczną, lecz nigdy odwrotnie. Cywilizacja bizantyńska wydaje się siłą polityczną bezpośrednio, gdy tymczasem w łacińskiej nie ma innego sposobu na wytworzenie siły politycznej, jak popierać rozwój społeczeństwa i rozrost jego funkcji. Zbierzemy jeszcze pewne szczególne cechy siedmiu cywilizacji naszej epoki: cywilizacja turańska posiada obozową metodę ustroju życia zbiorowego. Ludy tej cywilizacji gniją, gdy nie wojują. Są to społeczności, zamieniające się czasem w armie, lecz nigdy w społeczeństwa. Cywilizacja ta zaś sięgnęła do wschodniej Słowiańszczyzny i w zupełnej zgodzie z bizantyńskim chrześcijaństwem wytworzyła tam dwie kultury turańsko-słowiańskie: moskiewską i kozacką. Mimo wpływów innych cywilizacji nie przeprowadzono też nigdzie tak ściśle zasady gromadności, jak w Rosji. Doszło się tam do zapatrywania, że nawet poczucie mistyczne winno być zbiorowe, a nie indywidualne. Gromadnościowa również cywilizacja bizantyńska przyjąwszy monizm prawa publicznego i zwolniwszy władze od etyki, miażdżyła społeczeństwo. Tam najstarszy w Europie etatyzm i początki państwa totalnego. Geneza omnipotencji państwowej tkwi w cezaropapizmie, skoro cesarz włada sumieniami, tym bardziej wszystkim innym. Trzeba było oczywiście przemocy, żeby zmuszać ludność do danej sekty; toteż z Bizancjum pochodzi teza, że godzi się nawracać mieczem. Arabska cywilizacja wysnuwa prawo publiczne z prywatnego, gdyż Koran zawiera tylko prywatne (np. podatki wywodzi się z obowiązku udzielania jałmużny). Społeczeństwo nie posiada samodzielności, tylko w kulturze mauretańskiej w Hiszpanii dopuszczono je do głosu. W chińskiej cywilizacji państwo opiera się na biurokracji. Więzią pośród niepoliczonych dotychczas ludów i języków jest pismo. Niedołężne pismo i język ułomny nie zdołają podnieść cywilizacji chińskiej ponad osiągnięty już szczebel, najwyższy, jaki był dla niej możliwy. Nie posiadają zdatności do wyrażania abstraktów. Abecadło łacińskie i przyjmowanie języka angielskiego przez warstwy wyższe odcięło je od ogółu ludności. Łacińska cywilizacja odznacza się szacunkiem dla pracy fizycznej i pożądaniem prawdy. Te dwie cechy, innym cywilizacjom nieznane, doprowadziły do wszechstronnego rozwoju nauk i techniki. Z naukowych dociekań zrodziła się obfitość abstraktów. Wyłączność cywilizacji łacińskiej stanowi poczucie narodowe. Było ono w cywilizacji rzymskiej, lecz łacińska długo go nie przyjmowała, uważając je za sprzeczne z uniwersalizmem chrześcijańskim. Narodowość nie jest bynajmniej jakąś siłą wrodzoną danemu żywiołowi etnicznemu, lecz wytwarza się historycznie. Nie ma narodu bez historyzmu. Naród może powstać dopiero z łączności ludów. Naród jest to zrzeszenie cywilizacyjne, posiadające ojczyznę i język ojczysty. Musi przeto należeć do jednej i tej samej cywilizacji. Ponieważ zagrożone były w dwoistości cywilizacyjnej, poczucie narodowe pojawiło się w Niemczech dopiero z początkiem XIX w., lecz nigdy się nie rozwinęło. Najwcześniej zrodziło się w Polsce, pod koniec XIII w., we Francji zbudziło się dopiero w XV w. Nie można identyfikować narodowości z językiem. Prowansalczycy np. nie chcą stanowić narodu odrębnego, a z drugiej strony Chorwaci i Serbowie stanowią dwa narody, jakkolwiek mają język wspólny. Ojczyzna jest to zwarty obszar, stanowiący stałą bez przerwy siedzibę i widownię dziejów narodowych; język ojczysty może być tylko jeden, ten sam od samego początku i bez przerw uprawiany. Nic można mieć ojczyzny wszędzie i gdziekolwiek, ani też mieć za ojczysty jakiegoś języka sztucznego, uniwersalnego. Toteż dla cywilizacji łacińskiej absurdem jest zrzeszenie ponadnarodowe a beznarodowe; tendencje takie godzą w samo istnienie cywilizacji łacińskiej. Przez narody dopiero osiąga cywilizacja łacińska swe szczyty i może zmierzać raźniej ku supremacji sił duchowych. Syntezy religii Nieprzyjaciele idei narodowej, kosmopolici najwyższych stopni „planują” jedność polityczną i socjologiczną rodzaju ludzkiego przy strychulcowej jednostajności. Rzecz znamienna, że reformatorzy ci należą zarazem do wyznawców trzech monizmów: przyrodniczego, filozoficznego i prawniczego, a w ogóle stosują się do gromadnościowego szeregu pojęć naczelnych. Część kosmopolitów działa z motywów szlachetnych. Przyświeca im idea syntezy religii i cywilizacji. Upatrując w różnicach cywilizacji religijnych przeszkodę do jedności i braterstwa ludzkości całej, postanowili wykrzesać religie powszechne, jako syntezę istniejących obecnie. Są przekonani, że obniżając największe zapory do jedności ogólnoludzkiej, działają na rzecz ogólnoludzkiego braterstwa. Nie wiedzą, że są już starej daty, bo pochodzą z okresu diadochów. Na próżno jednak próbowano przerobić Zeusa na Serapisa, żeby mieć sztuczne religie uniwersalne. Potem w cesarstwie bizantyńskim obmyślano syntezę muzułmańsko-chrześcijańską, która atoli nie zainteresowała muzułmanów, a wywołała obrazoburstwo. Najżyźniej sza jednak gleba dla syntez religijnych znalazła się w Indiach. Sam atoli umysł religijny wyrodził się już dawno w obłędy religijne, które stamtąd przenosiły się do Syrii i dalej na Zachód. Orient syryjski odznaczał się rzezańcami, korybantami, a kult ten dotarł do Grecji i do Rzymu aż na tron cesarski. W średnich wiekach tam też powstali derwisze „wyjący” i całe klasztory „tańczących”. Sam kult zboczeń umysłowych znany jest na obu półkulach, u kaboklów brazylijskich, w Azji centralnej, w Algierze. Z Azji turańskiej przedostał się do islamu, aż do Eurazji. W Rosji cieszy się wielkim poważaniem Jurodiwyj, tj. nawiedzony przez Boga wariat. Jeżeli nie obłędem innego rodzaju, w każdym razie absurdem jest mniemanie, że można sporządzić syntezę religijną. Trzeba nie pojmować samej natury religii, ażeby przypuszczać jako można kilka religii odpowiednio przykroić, ociosać, i z dobranych stosownie części utworzyć religię dla wszystkich. Takie przyciosywanie i dobieranie dokonuje się od tysiąca blisko lat pośród prostaczków w Eurazji. Niezdatni rozumieć religii, a mający koło siebie dwie, zawsze czerpali trochę stąd, trochę zowąd i nieświadomie zgoła wytwarzali mechaniczną mieszaninę religijną. Nazywa się to po rosyjsko „dwojewierje”. Przejawia się ono w Rosji nie tylko w samej religii: znane jest we wszystkich dziedzinach życia prywatnego i publicznego. Ciężkie to rozszczepienie ducha pochodzi z Indii, gdzie do „dwojewierja” wiedzie teoria „awatarów”. Personifikuje się pewien przymiot któregoś bożka, z czego powstaje szybko nowy bóg. Wytworzyło się to głównie przy kulcie Wisznu. Jednym z carów stał się nawet Chrystus, podobnież jak Budda. Z Indii pochodzą też dawne próby syntezy religijnej pomiędzy braminizmem a islamem. Żyjący w XIV czy XV w. w Benares muzułmański mistyk i poeta, Kabir, uważany przez obie strony za świętego, atakował Koran i Wedy, usiłując wprowadzić jakiś monoteizm. Następuje założenie sekty Sikhów przez Nanaka, na przełomie XV i XVI wieku. Chodziło (już wówczas) o zlanie się islamu indyjskiego z braminizmem. Po rozmaitych kolejach, sekta urządziła się w połowie wieku XVIII po wojskowemu i stanowi dotychczas największe oparcie sił wojennych angielskich w Indiach. Z chrześcijaństwem poszukiwał syntezy ostatni awatara Ramakriszna, w ostatniej ćwierci XIX wieku. Szerzył propagandę głównie wśród protestantów amerykańskich, katolików niemal całkiem nie tykając. Indie zmierzały nieraz ku „trojewierju”, pragnąc syntezy braminizmu, islamu i chrześcijaństwa. Na czele tych reformatorów kroczy cesarz Akbar (1542-1556), z dynastii „wielkiego mogoła”, dbały o jedność religijną swych poddanych. Takim „trójwiercą” był też Ram Mahum Roy, wprowadzający w r. 1814 religię eklektyczną. W pierwszej ćwierci XX w. Sahdi Sungar Singh ochrzcił się w anglikanizmie i głosił mieszaninę religijną, np. trzy nieba. Prób takich było więcej, a jedynym skutkiem powiększanie olbrzymiej ilości religii w Indiach. Chulas Ahmada twierdził, że od r. 1876 otrzymał objawienia. Zrazu bronił islam przeciw chrześcijaństwu, lecz około r. 1890 obwieszczał się nowym mesjaszem, jedynym przyobiecanym i przez Koran, i przez ewangelię. W roku 1907 ogłosił się wcielonym kriszną. Sekta jego „ahmadiya”, szerzyła się wielce za jego syna i rozporządzała około r. 1930 jedenastu pismami. Według tej nauki Mahomet nie zakończył szeregu Proroków, do którego należy wraz z Zoroastrem, Buddą, Kriszną, Ramą i Jezusem. Jezus żył jeszcze, gdy go składano do grobu; wyleczony przez uczniów, udał się do Kaszmiru i tam spokojnie dokonał żywota. Ghulam Ahmet był ciągiem dalszym ducha Jezusowego, mesjaszem chrześcijan i odnowicielem (mahdi) islamu. Ilość wyznawców ahmedyzmu doszła podobno do miliona. W Londynie mają meczet od r. 1924. Jakieś zamiłowanie do mieszanki religijnej wieje z tych Indii, gdzie czci się odciski w gruncie jako ślad stopy Bramy, Buddy lub Mahometa. Islam popadł bardziej pod wpływy hinduskie niż sam zmodyfikował pewne wyznania braministyczne. Na nic nie zdały się wysiłki muzułmanów, by Hindusów zrobić monoteistami: przybył tylko nowy bóg, Mahomet, u niektórych też bóg Ali. Antagonizm zaś sunnitów i szyitów jest w Indiach znacznie większy niż między braminizmem a islamem. Zachcianki syntezy udzieliły się Mongołom. Temudżyn obmyślił religię wspólną dla wszystkich swych poddanych, a więc rządową, a kultem „łani świetlanej”, amalgamat buddyzmu, braminizmu, lamaizmu i nestorianizmu. Eksperyment zawiódł. Eksperymenty „wielowierja” znajdą się i w Japonii. W r. 1918 Nusakodżeg, z garstką 150 uczniów założył na wyspie Kinsiu bractwo humanitarno-wegeteriańsko pacyficzne, obchodzące pięć świąt rocznie: Nowy Rok, Narodzenie Buddy, Chrystusa Pana, Rodina i Tołstoja. W Europie zagadnienie syntez religijnych pojawiło się dopiero w XVI w. skutkiem rozszczepienia się protestantyzmu. Siedemnaście dogmatyk dostarcza niemało pola do kombinowania syntez. Ani wojna 30-letnia nie zdołała ich zjednoczyć. Dopiero, gdy Hohenzollernom stawała się uciążliwa dwuwyznaniowość ich protestanckich poddanych, Fryderyk Wilhelm I rozkazał wyrzec się kalwińskiego dogmatu o predestynacji, wprowadzając natomiast kalwińskie urządzenia administracji kościelnej, z czego ostatecznie ulepiono w r. 1817 „Die Kirchenregimentliche Union”, a w r. 1826 „Unionskirche” religie rządowe niemieckich państw i państewek protestanckich. Syntezy protestantyzmu z prawosławiem próbowano na Rusi „Koronnej” pod koniec XVI w. Cerkiew jest autorytatywna, a protestantyzm głosi wolną interpretację Pisma Świętego. Pomysł był więc absurdalny. W sam raz na tej samej Rusi południowej zjawiło się nieco przedtem, pod wpływem polskim, poczucie narodowe (pierwsze we Wschodniej Słowiańszczyźnie), lecz skoro złączyło się z niefortunną syntezą religijną (Akademia Ostrogska), upadło wraz z nią, nie przetrwawszy ani połowy XVII w. Prób ze strony katolickiej do odzyskania protestantów nie można uważać za dążenia do syntezy. Trwały te zachody długo, aż do Leibnitza i Bossueta, lecz działacze katoliccy nie przypuszczali nigdy „ustępstw” z dziedziny dogmatycznej, a dyskusje ograniczały się z ich strony do kwestii eklezjologicznych. Nowy wylew zapatrywań starozakonnych stwierdzono z kilku stron równocześnie w kalwinizmie. Cromwell szukał porad politycznych w Starym Zakonie i rżnął przeciwników, jako „nowych Amalekitów”. Ze strony żydowskiej są wpływy Eurazji: sekta „żidowstwujuszczich” w XV w. (wikłająca się z bogomilstwem) i sabatyści w guberni permskiej. W Polsce szerzyła się tajemnicza sekta „birbaków”, którzy czczą Chrystusa Pana. Przed dwudziestu laty szerzyła się na Śląsku Cieszyńskim wśród ewangelików jakaś sekta, obchodząca szabasy. W ostatnim pokoleniu przedsięwzięto próbę syntezy buddyjsko- chrześcijańskiej. Jest to tzw. „antropozofia”, założona w Niemczech przez Rudolfa Steinera w r. 1913 jako secesja od teozofii. Sekta ta twierdziła (nie wiadomo, czy przetrwała wojny), że są chrześcijanami, lecz wierzą w inkarnacje powrotne i w wędrówkę dusz, ujętą nieco odmiennie. Antropozofia posiadała własne budownictwo, rzeźbę, tańce (eurytmie), dramat, swoją medycynę, astronomię, pedagogię, ekonomię, socjologię, swój własny system społeczny. Zabierano się do wytworzenia nowej cywilizacji! Steiner uznawał trzech filozofów jako wielkie filary cywilizacji: Arystotelesa, św. Tomasza z Akwinu i Hoene-Wrońskiego. Ten jest „szczytowym zjawiskiem”, ostatecznym dorobkiem filozofii i po nim dalszej filozofii w znaczeniu rozwojowym „być nie może”. Wiadomo zaś, że ideałem Wrońskiego była synteza religii, a czerpał obficie z kabały. Katolicy nigdy nie byli czynni przy tej robocie. Znają wybornie ideał jednej owczarni i jednego pasterza, lecz rozumieją to, jako powszechne nawrócenie się ludów na katolicyzm. Mogą się różnić tylko co do metod nawracania. Jeżeli czasem wezmą udział w jakim kongresie panreligijnym (kiedy on jest kompletny?!), pozostają obserwatorami. Przebieg wszystkich tych kongresów stwierdza, że są one chybione w samej zasadzie; żaden z nich nie wydał dotychczas najmniejszego owocu; a co uchwalono pięknego, pozostało na „papierze”. Pomiędzy religiami nie ma syntez i być nie może. A między cywilizacjami? Syntezy cywilizacji Cywilizacje są niezgodne w swych poczynaniach, bo różnice poglądów zachodzą we wszystkich pięciu kategoriach bytu; zapatrują się odmiennie na piękno i szpetność, na dobro i zło, na pożytek i szkodę, i często uważa# za prawdę całkiem co innego. Jakżeż wytwarzać z tego syntezę? Rozbieżność etyk w życiu prywatnym i publicznym zachodzi aż wpięciu cywilizacjach: chińskiej, bramińskiej, turańskiej, arabskiej i bizantyńskiej. Już tym samym nie da się żadnej z nich łączyć z cywilizacją łacińską. Jakąż obmyślić wspólność pomiędzy bramińską etyką a arabską, z których tamta kastowa, ta zaś typowo indywidualistyczna? Urojenia o jakiejś etyce wszechludzkiej muszą prysnąć pod pytaniem: według którego wzoru będzie ta etyka? Panuje istny harmider etyk, prawdziwy chaos. Kto wie, czy wszystko zło, trapiące Europę nie pochodzi z tego, że ogół nie wie, jakiej trzymać się etyki? Czyż może powstać synteza etyk niezgodnych?! Zastanówmy się, czy możliwa byłaby synteza pomiędzy cywilizacjami azjatyckimi. Chińska wielce uczona, z ustawicznym zdawaniem egzaminów i turańska, książek bynajmniej nie gromadząca? Ludy mongolsko-turańskie są dla Chińczyka uosobieniem barbarzyństwa; Bramin zaś patrzy na Chiny jako na zbiorowisko ludzi niskiego rzędu, gdyż areligijnych. Gdyby była możliwa synteza cywilizacji, byłaby musiała wytworzyć się w żydostwie lub przy żydostwie rozsiadłym już od starożytności wszędzie, pośród wszystkich cywilizacji. Rozpowszechniony jest przesąd o wielkich rzekomo wartościach tzw. krzyżowania cywilizacji. W takim razie na czele rodzaju ludzkiego kroczyłaby Rosja, gdyż w tym państwie krzyżuje się siedem cywilizacji: turańska, bizantyjska, łacińska, arabska, żydowska, bramińska i chińska. Na drugim miejscu stałyby Indie z sześciu cywilizacjami: bramińską, turańską, arabską, żydowską, łacińską i irańską (Persowie). Trzecie miejsce wśród cywilizacyjnej ludzkości przypadłoby Polsce z jej czterema cywilizacjami: łacińską, bizantyńską, turańską i żydowską. Syntezy cywilizacji próbował z całą świadomością, wielce planowo jeden z największych mężów historii powszechnej, Aleksander Wielki, otoczony ściśle zorganizowanym centralnym biurem planowania. Wielkim był, bo był twórcą nowej metody dla państwa uniwersalnego. Jego imperium miało polegać na tolerancji religijnej, na uznaniu samorządu podbitych i równouprawnieniu ich wobec państwa. Mieści się w tym postęp niesłychany, istna rewolucja moralna. Dużo z tych nabytków przeszło do cywilizacji hellenistycznej, lecz zasadnicze linie nie utrzymały się, ani też państwo uniwersalne, które Aleksander pragnął na nich oprzeć. Aleksander Wielki chciał ludy swego państwa stopić w jedną nową całość. Środki do tego mogły być tylko sztuczne, a więc musiały polegać na przymusie. Marzeniem jego była Azja pokryta miastami i urządzeniami na wzór grecki, złączonymi po kilka w okręgi, a z ludnością umyślnie mieszaną, ze stolicą w Babilonie. Był to pomysł apriorystyczny, urągający wszelkiej rzeczywistości. Toteż tradycja Aleksandra Wielkiego dostarcza przykładu wielkiego starcia pomiędzy abstraktami. Złudzenia się mściły. Przyczyną upadku tego państwa nie był nagły zgon jego twórcy; byłoby ono rozpadło się pod własną dłonią Aleksandra może tym rychlej, a w każdym razie gwałtowniej. W ostatnich dwóch latach jego wypraw armia straciła szacunek dla swego dowództwa. Zaczął się antagonizm, którego istotna przyczyna była w tym, że władza nie uwzględniała personalizmu greckiego żołnierza, a narzucono mu gromadność azjatycką. Grecy buntowali się o to, że ośmielono się stawiać ich w jednym rzędzie z Persami, z ludźmi, którym nigdy nie przyśniła się wolność lub godność obywatelska. Wtłaczano greckich żołnierzy w gromadność azjatycką, pozbawiając własnej woli nawet w sprawach małżeństwa. Opuszczali zwycięskiego wodza, zarzekali się dobrobytu azjatyckiego, byle tylko nie być poniżonymi do azjatyckiego poziomu. Ileż ciężkich kłopotów wywoływała deifikacja władcy! Attyckie pojęcia o życiu publicznym, o stosunku państwa do społeczeństwa, o swobodnym tych spraw roztrząsaniu krytycznym, naukowym – stanęły wobec zasady, że to wszystko stanowi przywilej samej tylko głowy państwa. Deifikując się, skłaniał się Aleksander tym samym ku monizmowi prawa publicznego i ku aprioryzmowi w kwestiach prawa państwowego. Kierunek ten utrzymał się następnie u diadochów i ich następców; toteż w Aleksandrii nie uprawiało się w Muzeum wcale nauk politycznych. Cały wielki dział abstraktów zaginął. W wiekach średnich papiestwo gotowe było do wszelkich ofiar w imię syntezy Zachodu i Wschodu w Europie i wszystkie te ofiary poszły na marne. Cesarstwo łacińskie nie okazało w niczym najmniejszej żywotności. Na Rusi były już w X wieku ogniska cywilizacji łacińskiej, potem nie brakło w Moskwie wpływów polskich, lecz tam nawet nie powstały nigdy dążenia do syntezy. Dużo natomiast marzyło się o syntezie w Polsce i podobno marzycieli jeszcze nie brak. Pomysł był wielki i pracownicy w tej dziedzinie godni szacunku; lecz prace ich musiały i muszą iść na marne, jako sprzeczne z prawami dziejowymi. Pierwszym objawem było wysunięcie kandydatury Iwana Groźnego podczas dwóch pierwszych bezkrólewi. Rozumowano, że Litwa była przed unią również despotyczną barbarią; może powiedzie się szerzyć dalej na wschód zasady unii? Okazało się, że umysłowość moskiewska jest wręcz niezdatną, żeby zrozumieć, co to jest „unia” i nastąpiło nieporozumienia przepastne. Od r. 1588 Moskwa stanęła na jednej linii politycznej z Turcje przeciw katolickiej Polsce. Wkrótce Moskwa i Stambuł porozumiały się szczegółowo. Fatalnym pomysłem było poszukiwanie syntezy za pomocą unii cerkiewnej brzeskiej 1596 r.; przepaść powiększyła się jeszcze bardziej. Na nic się nie zdały projekty związku prawnopaństwowego, wysuwane ze strony polskiej w r. 1600, a potem wysunięcie Samozwańca. W r. 1648 nowy zawód. Chmielnicki otrzymał od chana krymskiego obietnicę, że zostanie księciem panującym na Ukrainie pod sułtańskim zwierzchnictwem, jeżeli wznieci bunt kozacki. Wojny kozackie ubiły do reszty ruskie poczucie narodowe, a kozaczyzna stała się najczystszą turańszczyzną. Z całych tych polskich dążeń do syntezy ze Wschodem wytworzył się sarmatyzm… ciemnota i zastój, wśród którego omal nie zatonęła całkiem kultura polsko-łacińska. A jednak jeszcze Czartoryscy marzyli z początku by pozyskać i złączyć dwa trony: polski z rosyjskim. Fatalnie kończyły się wszelkie próby otrzymania syntez cywilizacyjnych. Narzuca się nieuchronny wniosek, że ich nie ma i być nie może. Indukcja dziejowa poucza, że synteza możliwa jest tylko pomiędzy kulturami tej samej cywilizacji, bo takie kultury są współmierne. Cywilizacje zaś są niewspółmierne. Zastanawiająca jest pewna okoliczność natury jak najogólniejszej. Prawo przemienności sił, ożywiające życie zbiorowe, ów istny rozmnożyciel życia duchowego, zatrzymuje się przed obcą religią lub cywilizacją. Obowiązuje ono tylko ściśle w granicach pewnej cywilizacji, zawsze tylko w jednej i póki ma do czynienia z jedną tylko. Obraca się natychmiast w niwecz, gdy schodzą się jakiekolwiek siły dwóch religii, lub dwóch cywilizacji, a tym bardziej przy większej ich ilości, gdzie przemienność przestaje obowiązywać, jakżeż przypuścić możliwość syntezy? Pomiędzy cywilizacjami nie ma syntez i być nie może; mogą być tylko trujące mieszanki. Jakżeż bowiem zapatrywać się dwojako, trojako (w Polsce nawet czworako) na dobro i zło, na piękno i szpetność, na szkodę i pożytek, na stosunek społeczeństwa i państwa, państwa i Kościoła; jakżeż można mieć równocześnie dwojaką a nawet czworaką etykę, czworaką pedagogię itd. Tą drogą popada się tylko w stan acywilizacji, a to równa się niezdatności do kultury czynu. Mieszanki Każda cywilizacja, póki jest żywotną, dąży do ekspansji, toteż gdziekolwiek zetkną się z sobą dwie cywilizacje żywotne, walczyć z sobą muszą. Wszelka cywilizacja żywotna, nie obumierająca, jest zaczepna. Walka trwa, póki jedna z walczących cywilizacji nie zostanie unicestwiona. Jeżeli cywilizacje mieszczą się obok siebie w obojętnym spokoju, widocznie obie pozbawione są sił żywotnych. Wypadek taki kończy się często kompromisem w jakiejś mieszance mechanicznej, w której nastaje obopólna stagnacja, a z niej wytworzy się z czasem istne bagnisko cywilizacyjności. Z reguły walka cywilizacji trwa długo. Sąsiadujące cywilizacje zachodzą jedna na drugą i pierwiastki tej mogą przechodzić w tamtą, wytwarzając mieszankę cywilizacyjną w stopniu mniejszym lub większym. Cywilizacja słabnąca przyjmuje coraz więcej składników cywilizacji o mocniejszym naporze. Jest to wprowadzenie ciała obcego we własny organizm, z czego muszą nastąpić schorzenia. Ani społeczeństwo nie może być urządzane równocześnie według rozmaitych struktur społecznych, ani państwo zaprowadzić u siebie rozmaitych państwowości. Gdy zabraknie współmierności, upaść musi wszelkie zrzeszenie, od najdrobniejszych do największych, od rodziny aż do cywilizacji. Musi zachodzić jednolitość metody zrzeszenia; mieszanka psuje strukturę. Świadczy o tym cała historia powszechna. Hellenistyczna cywilizacja narażona była od początku na szereg mieszanek, aż w końcu syryjskie wymysły usadowiły się w samym Muzeum Aleksandryjskim. W Rzymie zaczęły się mieszanki od drugiej wojny hannibalowej (wprowadzenie Cybeli), aż doszło do tego, że prawem miało być to, quod principi placuit, zupełnie jak w Oriencie. Imperium zamieniło się w despocję o programie… pretoriańskim. Walka pomiędzy rzymskim dualizmem prawniczym a monizmem orientalnym toczy się aż do IV w. po Chrystusie z wynikiem coraz gorszym dla Rzymian. Znać w pandektach i w „kodeksie” ścieranie się i mieszanie dwóch prądów. Nastąpiła rozbieżność państwa i społeczeństwa, co stanowi cechę Orientu. To właśnie zniszczyło cywilizację rzymską dotarłszy do Rzymu z bogami syryjskimi. Potem cesarstwo wschodnie poddało się najzupełniej wpływom wschodnim, podczas gdy papiestwo oczyszczało resztki cywilizacji rzymskiej z nalotów orientalnych. Silna była ekspansja cywilizacji bizantyjskiej ku Zachodowi, a najsilniejsza w Niemczech. Tam atoli nie powstają mieszanki, lecz duże cywilizacje, łacińska i bizantyńska, odcinające się od siebie stanowczo, zwalczając się wzajemnie. Obóz łaciński (papieski) broni autonomii księstw ludowych, bizantyjski zaś (cesarski) dąży do jednostajnej centralizacji. Gdy kultura bizantyńsko-niemiecka już podupadła, wzmocnił ją na nowo i podniósł wysoko Zakon Krzyżacki i wyłonione z niego księstwo, a następnie królestwo pruskie.
Mieszanka cywilizacyjna powstała we Francji, dzięki szkole legistów, w której mieszały się pojęcia prawnicze bizantyńskie z łacińskimi. Walka z autonomią prowincji czyniła we Francji zatrważające postępy i wytwarzało się stopniowo zaiste zamiłowanie do jednostajnej państwowości. Od Wielkiej Rewolucji Francuskiej szerzy się mieszanka po całej Europie i dokonuje się ogólny rozkład. Zalewa nas etatystyczny ustrój bizantyński, a olbrzymie są wpływy cywilizacji żydowskiej, w której prawo jest wszystkim. Formułki prawnicze zamiast sumienia, formułki zdane na samowolę każdorazowej władzy, toć wyraźny bizantynizm. W całej Europie zmieszały się trzy cywilizacje: łacińska, bizantyńska i żydowska. Wobec braku współmierności metoda zachodzi na metodę: jakżeż takie zrzeszenia mają wykształcić w sobie kulturę czynu, tj. zdobyć się na szereg czynów rozumnych? Każdy składnik takiej mieszanki ma odmienny kierunek, toteż zrzeszenie takie rzuca się to w tę stronę, to w ową, lecz ogólnego kierunku nie ma. Obija się o rozmaite kierunki, a jedyną skuteczną pracą w nim jest psucie tego wszystkiego, cokolwiek zrobił ktokolwiek inny. Ilekroć zatraci się kierunek, popada się w obłęd linii kołowej, w kołobłęd. Po wielu mozołach powraca się do punktu wyjścia. Tak dzieje się podczas zamieci śnieżnej. Człowiek ranny w serce, obróci się w kółko, zanim padnie. Oślepione ptactwo kołuje koło latami morskiej. Historia dostarcza aż nadto przykładów kołobłędów, wręcz przeraźliwych. Stary światopogląd syryjski, oparty na magii i dowolnościach wyobraźni, i nie pragnący nigdy niczego udowadniać, przystraja się w rozmaite pozory hellenistyczności i wtenczas niszczy cały „klasyczny” dorobek Azji Mniejszej.
Istnym wirem kołobłędów były czasy nazwane przez Horacego „magnum delirium” (122-30 przed Chrystusem). Kołowało się pośród frazesów o arystokracji, demokracji, o wolności republikańskiej itp., a w rzeczywistości chodziło o to, czy zachować jedność imperium z warunkiem, że Orient będzie mieć stanowisko panujące. Cezar chciał założyć dynastię, której stolicą miała być Aleksandria. Zamordowano go, a wywołano Antoniusza, który dążył do tego samego. Wergiliusz doskonale pojmował bitwę pod Akcjum jako rozprawę Zachodu ze Wschodem. Niebawem miano wyrzekać, że „Orontes wpada do Tybru”. Gdyby po upadku republiki imperium było się od razu rozdzieliło na zachodnie i wschodnie, nie byłaby upadła cywilizacja rzymska, a cesarstwo zachodnie byłoby się utrzymało. W okresie owym zastrzegano się przeciw samowładztwu, ale pułki zwerbowane służyły właśnie absolutyzmowi. Wszyscy zaś chcieli ratować włościan. Zwolniono chłopa od ciężarów wojskowych, ale konfiskowano mu majątek na osady „weteranów”. Potem nastała fikcja „nowego Rzymu”. Sam Konstantyn Wielki zawłaszczał sobie władzę absolutną także w sprawach religijnych, a potem Justynian doprowadził do szczytu statolatrię. Powstała wówczas ideologia bizantyńskiego katolicyzmu: patriarcha Manes przestrzega jedności dogmatycznej z Rzymem, lecz cezaropapizm jest dla niego niemal również dogmatem, a życie publiczne nie podlega żadnej etyce. Ale też, kiedy Justynian odzyskiwał orężem Italię, wielki Kasjodor oświadczył się przeciw Bizancjum, przenosząc nad nie władztwo ostrogockie. Gdy antagonizmy egipskie i syryjskie przeciwko Bizancjum kryły się pod maską religijną wielkiej herezji, dwór cesarski raz wraz zmieniał swe sympatie, jakby goniąc na ślepo od słupa do słupa. Potem próbowano zlepić chrześcijaństwo z islamem, z czego „synteza”: obrazoburstwo. Już to palono obrazy, już to malowano nowe. Z Rzymem już to zawierano unię, już to wytykano mu, że jest „najgorszą z herezji”. W typowym kołobłędzie doczekano się cesarstwa łacińskiego. Roztrząsanie spraw publicznych za pomocą dogmatyki stanowi cechę bizantyńską. Ta szkoła teologiczno-polityczna pozyskała Wiklefa w Anglii, następnie Husa w Czechach. Hus stał się przewodnikiem ruchu narodowego, antyniemieckiego; lecz co za kołobłęd! Ten sam Hus stanął na stanowisku skrajnie imperialistycznym, nie chcąc uznawać papieża, bo uważał papiestwo za dzieło cesarzy. Teza jego, że osoba piastująca urząd, a zwłaszcza kapłan popadłszy w grzech śmiertelny traci władzę, mieściła zarodek anarchii; toteż husytyzm wydał sektę adamitów. Niemcy narzuciły Czechom wojny religijne, a Czesi swoje wojny domowe przybrali też w szaty religijne. Cały czeski ruch narodowy zapadał się w bizantyńskich prądach, aż doszło się do najściślejszej łączności z kulturą bizantyńsko-niemiecką. W końcu w bitwie na Białej Górze poległy Czechy wcale nie za czeską sprawę, lecz za bizantyńsko-niemiecką. W Anglii zupełnie po bizantyńsku wyznawano, co rząd każę, za Henryka VIII, Edwarda VI, Marii katoliczki i Elżbiety anglikańskiej. W dwa pokolenia potem znaleziono punkt zaczepienia w Starym Testamencie i z największym terrorem jęto się urządzać Anglię po starozakonnemu. Przykry jest kołobłęd włoski. Przedsłannicy jedności idei narodowej włoskiej zjawiają się już od końca XIII w.; należał do nich także Dante. W XV w. powiązały i poplątały się w tym zawikłaniu sprawy ekonomiczne i nieodłączne od nich socjalne, tudzież najazdy i podboje cudzoziemskie, co pociągało za sobą chroniczną ex lex. Na tym tle wybujał kondotieryzm. Wmawiano w siebie, że ten lub ów ród kondotierski mógłby być powołany do zjednoczenia włoskich krajów i zezwalano mu na wszelkie zbrodnie w mniemaniu, że na zbójeckich rządach zyskuje przyszłe zjednoczenie Italii, gdy zbrodniarz będzie rozszerzać coraz bardziej granice swego panowania. Cezara Borgię opiewano jako męża opatrznościowego do wskrzeszenia cesarstwa rzymskiego. Książęta kondotierscy wyzyskiwali dla spraw własnych sprawę włoską pozostając dla niej całkiem obojętnymi. Po pewnym czasie oświadcza taki Ariosto, patriota najgorętszy: „Książęta nakładają na Włochów jarzmo równie ciężkie, jak obcy barbarzyńcy. Wszystko jedno zresztą, kto nas uciska”. Nowe najazdy odrąbały większą połowę Włoch – bez protestu ludności. Pojawia się zasada legitymizmu dynastów włoskich i nie włoskich, ubezpieczających się wzajemnie. Włochy stały się dla Europy pojęciem geograficznym, a w narodowość włoską nikt nic wierzył. Dzięki kondotierskiej państwowości Włochy utraciły niepodległość na całe wieki, rozdrapane przez władców obcych i „swoich”. Obok politycznych, objawiły się skutki moralne. Prawo publiczne oddziałało na prywatne. Zbyt długo rządzono we Włoszech zbrodniczo, iżby z terroru władców nie miał powstać terror zbirów prywatnych. Przez około sto lat plagą i hańbą Włoch był zorganizowany bandytyzm, istna kopia dziejów kondotierstwa; czyż pierwszymi bandytami nie byli panujący włoscy w dobie renesansu? Tysiące Włochów próbowało kondotierstwa na małą skalę, zrazu jako opryszki przydrożne, następnie jako władcy powiatowi, nakładający stałe haracze na okoliczne miasteczka i folwarki.
We Francji opinia publiczna oświadczała się coraz dobitniej za centralizmem i za podporządkowaniem społeczeństwa państwu. W końcu wielka rewolucja ścięła króla za „tyranię” i nadała tyranię parlamentaryzmowi, z czego wytworzyło się despotyczne cesarstwo. Z Rzymem zerwano, lecz Napoleona koronował papież. Przez cały wiek XIX Francja „christianissima” kuła ustawy antykatolickie. Coraz bardziej stosowano się w tym do formułek i działano apriorystycznie, nie dbając o rzeczywistość. Znać w tym wzrost wpływów cywilizacji żydowskiej; coraz więcej umysłów myślało żydowskimi metodami. Od „wielkiej rewolucji” zapada cała Europa na coraz gorsze pomieszanie cywilizacji. Oto przyczyna wszelkich kryzysów. Niemiecki bizantynizm rozszerzył się na Rosję za Piotra Wielkiego przyczyniając się tym wielce do wydoskonalenia turańszczyzny. Wkrótce umysłowość turańska znajdowała w filozofii niemieckiej zadatki swego przyszłego w Europie rozwoju. Fichte jest poprzednikiem bolszewizmu, a Marksa wyprzedził w niejednym o pół wieku. Zwrócił się zasadniczo przeciw personalizmowi, a w r. 1812 domagał się już państwa jednoklasowego. Z drugiej strony powstawały w Niemczech równocześnie elementy poczucia narodowego. Był to wtręt cywilizacji łacińskiej, a „syntezą” z tego stało się późniejsze odkrycie, że istnieje „deutschpreussiche Nation”. Napór wpływów zachodnioeuropejskich na Rosję, zwiększony od połowy XIX w., miał ten skutek, że powstała tam doktryna o „zgniłym Zachodzie”, wspólna konserwatystom rosyjskim i rewolucjonistom. i Ciekawym przykładem kołobłędu są Rumuni. Chcą należeć do cywilizacji łacińskiej szczepu romańskiego, ale z prawosławiem. Wyobraźmy sobie Hiszpana, Włocha, Francuza… prawosławnego! W przeciwieństwie do filosemickiej Francji była Rosja państwem najbardziej antysemickim. W końcu całe imperium rosyjskie zamieniło w państwo żydowskie i zabrało się do tworzenia dalszych takich państw na ziemiach ościennych. Lecz szczyt kołobłędu przypadł Niemcom: wytworzywszy państwowość jak najzacieklej antysemicko-hitlerowską – przejął się sami na wskroś całą ideologią żydowską. Mussolini obwieszczał odrodzenie cywilizacji rzymskiej, a zabierał się do wszystkiego typowo po bizantyńsku i przystał do obozu politycznego zwalczającego cywilizację łacińską. Czyż czasów tych nie można by nazwać „delirium maximum”? Rozmaite mieszanki europejskie w tym zawsze były zgodne, że wykluczają etykę z życia publicznego. Sprzymierzały się też cywilizacje bizantyńska, turańska i żydowska i tworzyły rozmaite sojusze przeciwko cywilizacji łacińskiej. W Europie wytworzył się istny zator cywilizacyjny, dzięki panowaniu mieszanek cywilizacyjnych. Niższość górą Mieszanki kryją w sobie jeszcze inne niebezpieczeństwo, a najgorsze albowiem dzięki nim ułatwione jest panowanie niższości. Gdyby przy zderzeniu się cywilizacji wyższa z nich miała zawsze zapewnione zwycięstwo, w takim razie należało by pragnąć wojen jak największych jako drogi najprostszej do zapanowania cywilizacji najdoskonalszej. Z drugie zaś strony, gdyby w zmaganiach wojennych miała zawsze brać górę cywilizacja niższa, bylibyśmy wszyscy już od dawna zepchnięci na jak najniższy szczebel cywilizacyjny. Skoro tak nie jest, widocznie nie obowiązują ani tamte przypuszczenia optymistyczne, ani te pesymistyczne. Samym rozumowaniem nie dojdziemy tu do niczego; trzeba zwrócić się do indukcji historycznej. Znamy zaledwie trzy wypadki zwycięstwa wyższej nad niższą, a mianowicie: przystąpienie Germanów do cywilizacji rzymskiej, względnie następnej łacińskiej, zlatynizowanie znacznej ich części, zromanizowanie; zbizantynizowanie cywilizacyjne Słowian bałkańskich i wspaniała działalność unii polsko-litewskiej. i Wszyscy wodzowie germańscy na Zachodzie pragnęli zachować państwo rzymskie wprowadzić swe plemiona w cywilizację rzymską. Na tysiące liczyć trzeba takich Germanów, którzy uważali się za Rzymian pochodzenia germańskiego i nie ma żadnego powodu powątpiewać o ich lojalności względem Rzymu, zwłaszcza od nawrócenia wszystkich zachodnich arian na katolicyzm. Typowym jest Stilicho, pochodzenia wandalskiego, minister cesarza Teodozjusza (379-395), zwany „ostatnim Rzymianinem”. O przyszłości cywilizacji łacińskiej zadecydowało jednak dopiero nawrócenie Longobardów (ok. r. 580). Rzym stał się siłą atrakcyjną, podczas gdy „Nowy Rzym” nie wzbudzał przywiązania u nikogo. Cały półwysep bałkański zeslawizował się, a Słowianie ci wahali się długo pomiędzy cywilizacją bizantyńską a łacińską. Rozstrzygnęła Cerkiew. Granica dwóch obediencji, papieskiej i patriarszej, stała się granicą dwojga cywilizacji. Nie ulega wątpliwości, że cywilizacja bizantyńska wyższa była od słowiańskich w czasie, gdy Słowianie przybywali na Bałkan. Na obszarach dziejów polskich zetknęły się trzy cywilizacje, łacińska, bizantyńska i turańska w dwóch przeciwległych stronach: na południu, na ziemi Lachów i daleko na północy, w najdalszej strefie interesów (już tylko pośrednich) Wielkiego Księstwa Litewskiego, w stronach Smoleńska, Nowogrodu Wielkiego, Pskowa. Zwycięstwa polskie nad Krzyżakami w „wielkiej wojnie” (1410-1435) ocaliły Ruś północną od zachłanności krzyżackiej, skutkiem czego ustąpiła z tamtego boiska kultura niemiecko-bizantyńska. Coraz silniej występowała cywilizacja turańska na południu, dzięki zwierzchnictwu tatarskiemu. Odkąd Piastowie (od 1324 r.) wznowili tam działanie cywilizacji łacińskiej, cywilizacja bizantyńska sprzymierzała się przeciwko niej zawsze z cywilizacją turańską. Prawosławie szerzyło się na Litwie, a cerkiew ruska nachylała się do turańskiej nie mniej niż do bizantynizmu. Przeważało na Rusi turańskie tło cywilizacyjne. Istniały pewne dane, że wytworzyłaby się jedna wielka linia cywilizacji turańskiej od zdobywanego przez Turków Bałkanu po Psków. Dane te powiększyły się wielce, gdy Jagiełło decydował się w r. 1382 przyjąć prawosławie; tegoż atoli roku powstał pomysł, ażeby Jagiełłę powołać na tron polski. Litwa nie tylko przystępuje do cywilizacji łacińskiej, lecz poczyna wpływać na Ruś litewską w kierunku łacińskim. Wykluczono na długo połączenie cywilizacyjnego pochodu turańszczyzny z południa z północą. Miało to nastąpić dopiero w dalszej przyszłości przez wojny kozackie. Przerwała się też na północy ekspansja kultury bizantyńsko-niemieckiej, aż potem Piotr Wielki wznowił ten front cywilizacyjny. Do tego czasu pozostała na północnym boisku sama tylko cywilizacja turańska w postaci kultury moskiewskiej, lecz na Litwie odniosła zwycięstwo cywilizacja wyższa, łacińska. W wiekach nowoczesnych łączył się Fanar ściśle z kalifatem i z protestantyzmem przeciwko Polsce. Śledząc wypadki o przeciwnym kierunku, w którym cywilizacja wyższa musiała ulec, widzimy już w historii starożytnej jak egipskie i perskie pojęcia o państwie, niższe od helleńskich i rzymskich, nie tylko utrzymały się dłużej, lecz wtargnęły do cywilizacji rzymskiej i wykoleiły ją. W Egipcie język grecki utrzymał się przez całe tysiąc lat, lecz cóż helleńskiej ustaliło się w Egipcie? Marzył o syntezie cywilizacji helleńskiej i perskiej Aleksander Wielki. Powstały z tego efemerydy rozmaite aż po Afgan, po czym cywilizacja hellenistyczna dostarczała tylko szaty greckiej dla cywilizacji nie perskiej, lecz syryjskiej. Wojny grecko-perskie przeciągnęły się aż późno w okres bizantyński cywilizacja irańska przeżyła znacznie attycką i hellenistyczną, zanim sama runęła pod naporem islamu z działu wcale nie arabskiego, lecz turańskiego. Została na placu cywilizacja najniższa. Tylko syryjskość nie ustąpiła. Przetrwała cywilizację helleńską, hellenistyczną i rzymską, potem wpływała obniżające na arabską, a przeżytki jej działają dotychczas. Syryjskie pojęcia religijne wtargnęły nie tylko do cywilizacji żydowskiej, ale odzywają się głośno u Hoene-Wrońskiego i aż u Bierdiajewa. Wygrała niższość. Bizancjum ulegało zawsze Orientowi. Afrykańscy poddani cesarstw poddawali się dobrowolnie i chętnie najazdom muzułmańskim, a w końca nawet europejscy bizantyńcy wołali, że „wolą turban niż tiarę”. Najniższa ze współzawodniczących cywilizacji, turańska, miała w końcu wkroczyć triumfalnie do Carogrodu. W Azji nie tylko obaliła arabskie kalifaty, leci wytępiła niemal całkowicie cywilizację arabską.
Od XI w. była cywilizacja bizantyńska spychana przez turańską, a z kultury moskiewskiej dała się całkiem wyrugować, jakkolwiek miała oparcie w Cerkwi; natomiast przejęła ta kultura wszystkie cechy turańskiej metody życia zbiorowego (zwłaszcza po zdobyciu Kazania) i ta cywilizacja najniższa zajęła miejsce naczelne. Natomiast urastała cywilizacja bizantyńska w potęgę w kulturze bizantyńsko niemieckiej, skąd rozlewał się kwas bizantyński na całą Europę zachodnią, aż dochodziło do monizmu prawa publicznego (dopomagał wielce protestantyzm). W w. XVII robiono wszędzie próby, jakby społeczeństwo gnębić. Potem oparła się Anglia bizantynizacji, dzięki zwycięstwu samorządów. Na kontynencie zamiłowanie do jednostajności tężało w dogmat polityczny. Cofało się wszystko do stanu z wieku XIV i XV: państwa narodowe cofają się przed dynastycznymi, a cały kontynent pogrąża się w absolutyzmie. Rozbiory Polski są dziełem tego kierunku niższości. Wielkość Bismarcka polegała na tym, iż był największym bizantyńcem w Europie. Marzono o sprusaczeniu całej Europy: wszędzie stawiano sobie Prusy za wzór. Najciekawsze atoli widowisko historii powszechnej stanowi asymilowanie się Europy ku cywilizacji żydowskiej; tym dziwniejsze, że w łonie samejże cywilizacji żydowskiej odbywał się ciągle ruch ku niższości (talmud, kabała, pilpul, chasydyzm); wpływy żydowskie wzmagają się systematycznie od wielkiej rewolucji francuskiej. Ona też wzmagała machinę biurokratyczną, do nieznanego przedtem stopnia. Trudno uważać to za wyższość. Zwyciężały tedy w ciągu dziejów nieraz cywilizacje niższe, a w łonie samejże cywilizacji łacińskiej dokonywało się nieraz cofanie na niższy szczebel.
Zapytajmy teraz, od czego to zawisło, czy zwycięża wyższość czy niższość? Szerzyła się cywilizacja łacińska z Polski na wschód, dopóki w samej Polsce posiadała siłę żywotną, póki w Polsce naprawdę kwitła. Ogromnie pada na szalę ta okoliczność, że Polska w ciągu 116 lat (1600-1715) liczyła lat wojennych 87, a pokojowych 29. Spustoszeniu towarzyszyła klęska „podłego pieniądza”. Ta sprawa jest najdobitniejszym wykładnikiem stanu ogólnego, nie tylko ekonomicznego, lecz zarazem społecznego i politycznego. W Polsce trwał upadek waluty aż do r. 1776, w powszechnej pauperyzacji kurczyło się różnicowanie społeczne, a nastał pochód wstecz. Na miejsce mieszczaństwa wkroczyli Żydzi. Nauki i sztuki upadły. Skutkiem niedostatku umysłów teoretycznych zmniejszała się ilość abstraktów i zginął zmysł polityczny. Im wyższa cywilizacja, tym większe stawia wymagania swym uczestnikom, a dla obrony swej cywilizacji trzeba nieraz ponieść ofiary. Tylko silne charaktery utrzymują się na odpowiednim poziomie. Jeżeli gotowości do poświęceń będzie zbyt mało w cywilizacji wyższej, zwycięstwo niższej tym bardziej będzie ułatwione.
Nadto uczestnictwo w cywilizacji wyższej wymaga większego natężenia intelektu, wyższego rozwoju umysłowego. Toteż wszędzie znajdują się tacy, którym dogadzałaby bardziej cywilizacja niższa.
Wyższość wymaga zasadniczo większej energii duchowej; trudniejsza do nabycia, jeszcze trudniejsza do utrzymania; więcej jest obowiązków, które muszą być spełnione dobrowolnie, tak iż człowiek sam sobie życie obciąża w imię idei. W niższości żyje się wygodniej. Rozpowszechnił się tedy typ człowieka, który z cywilizacji łacińskiej przyjmuje tylko technikę a wobec spraw ducha zachowuje się obojętnie. Miłośnicy życia „ułatwionego” kończą zazwyczaj na stanie acywilizacyjnym.
Czyż łatwizna nie stała się ideałem życiowym wielkiej części społeczeństwa? Czyż nie wychowuje się już dzieci na łatwiźnie i do łatwizny? Gdzie hart i jakikolwiek głębszy pogląd na życie? Jakież ćwiczenia zdolności? Łatwiźniacy padają całym ciężarem na szalę niższości. Wśród nich rodzi się kult pięści i kieski. Siłom brutalnym łatwiej skupić się około niższości. Przyczyna klęski jakiejkolwiek wyższości wobec jakiejkolwiek niższości tkwi zawsze w grzechu zaniedbania ze strony pokonanej wyższości. Albowiem w walce cywilizacji decyduje stosunek wysiłków, podejmowanych z obu stron. Wyższe cywilizacje jako bardziej skomplikowane, mają więcej sposobności, by w czym niedomagać. Nieraz cywilizacje defektowne okazywał się bardziej wytrzymałymi. Im wyższa cywilizacja, tym więcej punktów pochopnych do schorzeń. Wyższość jest bardziej narażona na sposobność upadku. Caeteribus paribus, niższość górą. Takie jest prawo historyczne, srogie i nieubłagane. Gdyby nie to prawo niższości, życie byłoby tak łatwe, iż nie byłoby miejsca na zasługę. Gdyby dobro zwyciężało samo przez się, wystarczyłoby bierne oczekiwanie, aż nadejdzie ten czas niewątpliwy, że wyższość weźmie górę automatycznie. Z takiego rozumowania zrodziła się teza kultury moskiewskiej, że nie należy walczyć ze złym (praźródło jej w Indiach). Niższość może zwyciężać, dopóki w zrzeszeniach cywilizacji wyższej panują prądy ku niższości, oparte na umiłowaniu łatwizny. Jeżeli cywilizacja niższa nie dopuszcza u siebie mieszanek, będzie silniejsza od wyższej z mieszankami.
Rozwój moralności Moralność nie jest bynajmniej stała, niewzruszona, od przedwiecza jednakowa, nie posiadająca rozwoju i nie potrzebująca go. Można wskazać etapy jej rozwoju. Ciasną etykę rodową poszerza emancypacja rodziny, pogłębia opanowywanie czasu, wzbogaca zróżnicowanie społeczeństwa wznosząc poziom moralny etykami zawodowymi, aż wreszcie z życia prywatnego przeszczepia się w publiczne. Rozwój moralności polega na powiększaniu odpowiedzialności, a więc lepsze widoki ma tam, gdzie uznaje się osobisty stosunek jednostki ludzkiej do Boga, w ogóle przy personalizmie. Sprzyja temu rozwojowi organizm, tłumi go mechanizm. W moralności trzeba się kształcić, etyka jest nauką, której się trzeba uczyć, jeżeli się nie ma utknąć zaraz na prymitywnych jej szczeblach. Rozwój zaś etyki jest nieograniczony i nie da się przewidzieć, jak wysoko wzniesie się, jeżeli nawrócimy ze zbłąkania mieszanek cywilizacyjnych na bitą drogę cywilizacji łacińskiej. Ogół ani nawet niedowidzi niezmiennych pól możliwego rozwoju moralności; od tego są wybitniejsze umysły, ażeby służyć za mikroskop i teleskop przy dalszych badaniach etycznych. Szczeble wykształcenia etycznego posiadają znaczenie rozstrzygające w pochodzie dziejowym i – o ile nie będziemy się dalej cofać – nauka etyki stanie się więzią wiedzy integralnej. Najpomyślniejszych warunków dla rozwoju moralności może dostarczać katolicyzm, gdyż oparty jest na personalizmie i pomaga wytwarzać organizmy, a ogarnia życie prywatne i publiczne jedną wspólną etyką. W teologii katolickiej etyka zajmuje miejsca nie mniej niż dogmatyka; w historii zaś Kościoła i teologii katolickiej znać wyraźnie te dwa nurty: dogmatyczny i etyczny. Są równoległe i uzupełniają się, nigdy nie zachodzi między nimi sprzeczność. W pewnych okresach nauka teologiczna zajmuje się bardziej dogmatyką, w innych bardziej etyką, jak to widzimy w naszych czasach, od wielkich encyklik Leona XIII poczynając. Jednemu nurtowi przoduje wiara, drugiemu miłość. Wiemy z Ewangelii, że wiara bez uczynków jest martwa, i choćby kto posiadał wszystko, a nie miałby miłości, właściwie nie posiadałby nic. W burzliwych latach soboru konstanckiego i bazylejskiego wystąpił rektor uniwersytetu krakowskiego, Paweł Włodkowic (Paulus Vladimiri) z nauką, że grzechy przeciw miłości są cięższe od grzechów przeciwko wierze, a poddając politykę bezwarunkowo religii, żądał, żeby nie grzeszyła przeciwko miłości. Na tym światopoglądzie oparła się Polska i dzięki tej podstawie moralnej objęliśmy w XV w. rolę kierowniczą wśród ościennych i wytworzyliśmy nowy typ państwa w cywilizacji łacińskiej. Jakżeż by dziś trzeba było Włodkowica, nie tylko nam, lecz całej Europie! Ponieważ moralność rozwija się przez obowiązkowość dobrowolną tym samym tedy wykwita ze społeczeństwa, a nie z państwa, które nie dopomoże etyce żadnymi sankcjami. Rozwój jej wszechstronny dokonywać się może tylko tam, gdzie państwo nie pożera społeczeństwa, a zatem tylko przy dualizmie prawa. Obecnie zmierza się do zniszczenia prawa prywatnego przez bezetyczne prawo państwowe w imię omnipotencji państwa totalnego. Kościół to państwo potępił. My, katolicy, znamy tylko jedną totalność, mianowicie etykę totalną, a nie tracimy otuchy, że przekonamy także innych chrześcijan do tego programu. Ponieważ każda cywilizacja ma swą etykę, postęp moralności wymaga tedy decyzji, do jakiej należy się cywilizacji; inaczej musi powstawać chaos moralny i w końcu zobojętnienie na moralność. Etyka cywilizacji łacińskiej jest etyką katolicką, bo cywilizacja ta jest dziełem Kościoła, składa się z „narodów wychowanych przez Kościół”. Ta etyka jest najbardziej wymagająca; ideały jej są tak górne, że wydają się wielu wręcz niemożliwości Same społeczeństwa katolickie przyswajają sobie tę etykę tylko krok po kroku. Wystarcza dla postępu moralności, gdy każde pokolenie coś nowego z etyki zamieni w prawo. Etyka bowiem musi być przodowniczką prawa żadną zaś miarą nie może być zawisła od prawa. Przyswajanie sobie etyk katolickiej szło zawsze po grudzie i nie będzie nigdy inaczej, bo występuj mocne tarcie o kwestię utylitaryzmu, lecz utylitaryzm winien być etyczny. Nie ma już wśród ludzi dobrej woli nikogo, kto by nie był do głębi przekonamy o tym, że na wszystkie nasze „kryzysy” najlepsza rada byłaby w rozwoju moralności; lecz nikt nie zastanawia się nad pytaniem, w jakiż sposób wzmocnić moralność? Jakiej używać metody, żeby moralność… dała się wzmocnić? Moralność rozwija się w miarę pomnażania celów moralnych; lecz ilość ich zmniejsza się, odkąd państwo zwolniono od etyki. Ponieważ zaś państwo stało się totalnym, gdzież miejsce na moralność? Zapewne, że będzie postęp, jeżeli się pozyska dla moralności jak najwięcej jednostek indywidualnie. Propaganda indywidualna byłaby środkiem niezawodnym, gdyby można było dotrzeć nią do każdego z osobna i do wszystkich wraz. W praktyce przedstawia się to nieszczególnie, a doświadczenie wieków podszeptuje uwagi pesymistyczne. Widocznie metody propagowania moralności są i były niewystarczające, niedostatecznie rozwinięte; widocznie trzeba czegoś więcej obok propagandy indywidualistycznej. Powodzenie zależy zawsze od trafności metody. Trzeba koniecznie ruszyć poza granice propagandy od osoby do osoby, gdyż liczebność osób pozyskanych tym sposobem jest zbyt mała. Wymiera pokolenie za pokoleniem i szerzy się coraz bardziej… niemoralność.
Najtrudniej o postęp w moralności; tym bardziej przeto należy badać przeszkody i wykryć warunki postępu w tej najdonioślejszej kategorii bytu. Jeżeli wypadałoby przyznać słuszność pesymizmowi, że w historii z reguły bywa górą gwałt i zgnilizna, tym bardziej należy tę niemoc zbadać i godzi się zadać nauce pytania: czyż tak źle z nami, iż nie ma sposobów, by ruszyć z bagna? Indywidualne szerzenie etyki jakby utknęło na jakimś martwym punkcie. Ta metoda może być owocna tylko w zakresie prawa prywatnego i musiała utknąć, natrafiwszy na nurt bezetyczności w życiu publicznym. Wobec dualizmu prawa w naszej cywilizacji łacińskiej obie dziedziny prawa: prywatna i publiczna, pozostają w nieustannym kontakcie, we wzajemnym, a wszechstronnym oddziaływaniu na siebie i we wzajemnej przez to zawisłości. Nie ma i nie można sobie nawet wyobrazić takiego ruchu etycznego lub bezetycznego w państwie, który by nie wpłynął (i to szybko) na etykę życia prywatnego, dodatnio czy ujemnie. Co zważywszy, zrozumie się łatwo, czemu za naszych czasów moralność upadła. Indywidualne szerzenie etyki jest środkiem niemal wyczerpanym. W okolicznościach naszej doby możliwy jest postęp moralności tylko przez moralne odrodzenie państwowości. Nastała doba taka, że moralność kształtuje się na sprawach publicznych, na ich podłożu; moralista musi tedy nie tylko zajmować się nimi, lecz nawet przejmować. Moralista naszego okresu musi uprawiać zarazem nauki polityczne, a przynajmniej być z nimi dobrze obznajomionym. Bez przerwy musi trwać walka z pojęciami prawniczymi państwowości bezetycznej, aż wróci się do zasady, że celem prawa jest ubezpieczenie nowych postulatów etycznych także względem państwa. Musimy żądać od państwa, żeby się poddało dekalogowi i katechizmowi w imię etyki totalnej. W sprawach publicznych etyka jest jeszcze bardziej potrzebna niż w prywatnych; musi być też znacznie surowsza. Fałszywe i przewrotne pojęcia o stosunku etyki do prawa rodzą dalekie konsekwencje. Jeżeli się przyjmie, że prawo jest niezawisłe od etyki, a państwowość etyce nie podlega, dojdzie się konsekwentnie aż do państwa totalnego i omnipotencji państwa. Państwo urządzone według tych pojęć staje się prawdziwie matecznikiem niższości wszelkiego rodzaju. Powstaje natenczas silny popęd do tępienia wszelkiej wyższości, wszystko, co wyższe, staje się nienawistnym. Szerzy się też w takich warunkach przeraźliwie bezkarność zła. Poziomy moralne życia prywatnego i publicznego pozostają w stosunku stałym do siebie. Jeżeli państwu wolno kłamać i grabić, a więc wolno to robić każdemu „politykowi”, skoro oświadczy, że robi to dla dobra państwa. Z fałszywych pojęć rodzą się złe nawyki. Urzędnicy pilnują swych prywatnych interesów na koszt państwa. Ostatecznie omnipotencja państwa kończy się tym, że bywa ono systematycznie ograbiane przez wszystkich, mających dostęp do państwowości. Etyka podnosi się bowiem lub opada równocześnie w mikroskopie i makroskopie ludzkim.
Tak powstaje kult siły fizycznej, materialnej, kult pięści i kieski. Supremacja sił fizycznych popularyzuje się wreszcie w umysłach większości. Nawet pokrzywdzeni czczą siłę brutalną i żałują tylko, że nie oni są gnębicielami. Szerzy się poglądy, że prawo jest tylko wynikiem siły i że w ogóle nie może być inaczej. Po jakimś czasie musi się tedy dojść do tego, że także w życiu prywatnym pojęcie słuszności spotyka się z szyderskim uśmiechem i pogardliwym wzruszeniem ramion. Nie zabraknie prawników głoszących, że prawo skodyfikowane czyni etykę zbędną. Coraz mniej zaznacza się różnic pomiędzy mala in se, a mala quia prohibita. Z tego wszystkiego musi się wytworzyć jawny kult siły przed prawem. Tłumaczy się to nie tylko wzrastającym umiłowaniem łatwizny, ale zarazem trzema błędnymi pojęciami co do istoty władzy, o państwie i co do szczęścia. Rozpowszechniły się uczucia podziwu dla „siły władczej” u osób odczuwających „powołanie do władzy”, jako pewnego rodzaju mężów opatrznościowych, predestynowanych do rządów. Poznaje się za to powołanie po tym, że „powołany” bierze się energicznie do rzeczy, nie dbając o wybór środków i przez całe życie będzie hałaśliwie dobijać się swej predestynacji. Raj dla polityków! Uczeni i poważni politycy, rari nantes, giną in gurgite vasto rozmaitego motłochu nieuków i osób amoralnych, uprawiających „politykę”, jako swoje rzemiosło, z którego się utrzymują. Mącą wodę, ile się zmieści. Politykę definiuje się jako sztukę dochodzenia do władzy. O mały krok od tego podnosi głowę prosta konsekwencja: celem rządu jest utrzymać się przy rządach. Żądza władzy dla samej władzy nie tylko nie stanowi objawu żadnego powołania, lecz jest namiętnością najobrzydliwszą i jak najniebezpieczniejszą tak dla społeczeństwa, jak też dla państwa. Tacy rządziciele prowadzą zawsze gospodarkę rabunkową, ekonomicznie i moralnie. Wśród politykanctwa utrzymują się ciągle przestarzałe pojęcia o państwie i państwowości, tj. o urządzeniach państwowych, jakoby państwa dzieliły się na monarchie i republiki itp. Wiemy już z doświadczenia, że monarchia może być przystanią wolności, a republika kłębowiskiem absolutyzmu i nadużyć, i że ta despotyczna forma rządu może się w republice rozszerzać doskonale na każdego z kacyków-urzędników. Powinniśmy zdawać sobie nareszcie sprawę z tego, że państwa są dwojakie: biurokratyczne i autonomiczno-obywatelskie. W państwie totalnym i wszechmocnym, w samowoli rządzicieli i ich urzędniczej czeladzi, gdzież miejsce na etykę?
Trzeci błąd mieści się w mylnym pojęciu o szczęściu. Ma to doniosłe znaczenie, gdyż wszyscy za szczęściem gonią, a robią to niemądrze. Szczęście jest to przechodzenie do kłopotów wyższego rzędu. Ono nie jest dla łatwiźniaków. Im niższe panują pojęcia o szczęściu, tym więcej w społeczeństwie malkontentów, a to pogarsza warunki potrzebne dla kultury czynu. Politykanctwo, biurokracja i łatwiźniactwo podrywają życie publiczne, bo czynią je coraz bardziej amoralnym, a często antymoralnym. Ginie sumienie, ta autokrytyka etyczna, a kierownicą staje się kruczkarstwo wśród stert przepisów. Z zanikiem odpowiedzialności moralnej, znikają też zdolności twórcze w społeczeństwie. Głupiejemy i dziczejemy, ponieważ odrzuciliśmy hegemonię etyki nad wszystkimi kategoriami bytu. Staczamy się do stanu acywilizacyjnego. Etyka może być bierną i czynną, produktywną, tj. wiodącą do powiększenia i ułatwienia kultury czynu. Staje się tym produktywniejsza, im znaczniejsze obejmie zakresy życia zbiorowego. Musimy przeto domagać się uznania etyki totalnej, dominującej nad całym życiem publicznym, nie wyłączając polityki. Trzeba nam tedy nawrócić do hasła starego, średniowiecznego, że polityka winna być oparta o etykę katolicką. Stanowi to zasadniczy punkt w dziejach cywilizacji łacińskiej, że polityka i etyka mają być współmierne.
Prawa dziejowe a problem Opatrzności W ciągu poprzednich dwunastu ustępów poszukiwaliśmy wątku dla zagadnienia o ład w historii, śledząc sprawy ze wszystkich zasadniczych punktów obserwacyjnych. Wyłaniały się przy tym raz wraz spostrzeżenia pewnych praw. Oczywiście, jeżeli zachodzi jakiś ład, muszą być jakieś prawa. Ze studiów historycznych dają się wysnuć całe setki praw, prawd i prawideł, formujących szczegóły dziejów życia zbiorowego, w co się tu nie wdajemy. Chodzi nam tylko o takie prawa, które rozstrzygają o ładzie historycznym we wszystkich czasach i u wszystkich ludów: o prawa fundamentalne. Historia powszechna składa się z dziejów stosunków pomiędzy cywilizacjami. Te zaś podlegają następującym sześciu prawom zasadniczym: współmierność, ekspansja, nierówność, niemożliwość syntez, szkodliwość mieszanek, ułatwiona niższość. Najwyższe zaś prawo dziejowe, prawo praw, brzmi: nie można być cywilizowanym jednocześnie na dwa sposoby. Indukcyjna nauka o cywilizacji staje się wyższym piętrem historii, a może się pochwalić rezultatem poważnym, skoro w krótkim czasie dotarła do wykrycia praw dziejowych. Tym samym wyjaśnione są wreszcie wątpliwości czy historia jest nauką na równi z przyrodniczymi naukami, skoro podobnie jak one, ma również swe prawa. Historyk może zgodzić się z zasadą przyrodników, że nauką jest tylko to, co prowadzi do wykrywania praw. Nowy nabytek historii zda się wszystkim humanistom; nauka o cywilizacji staje się progiem do renesansu nauk humanistycznych, co stanowi warunek niezbędny nowego rozwoju cywilizacji naszej, łacińskiej. Cywilizacja ta, wycieńczona i powykręcana aż do kołobłędów, musi zginąć, jeżeli nie nastąpi odpowiednia reakcja. Personalistyczny szereg pojęć naczelnych załamuje się w mieszance. W każdej dziedzinie bytu i myśli znać przechodzenie do szeregu gromadnościowego, coraz pospolitsza jest dezercja z szeregów cywilizacji łacińskiej. Jeśli nie mamy zginąć mamie i zapaść się w niższości, jedyną radą na wszelkie nasze kryzysy byłby nawrót do cywilizacji łacińskiej, do czystej cywilizacji łacińskiej, bez jakichkolwiek domieszek. Gdyby to nastąpiło, wybrnęlibyśmy ze wszystkich trudności i można by było zaprowadzić wreszcie „pokój ludziom dobrej woli”. Gdyby w Niemczech powstało ognisko odrodzenia cywilizacji łacińskiej, zrywając z kwasem bizantyńskim, odnowa duchowa Europy byłaby ułatwiona. Znając prawa dziejowe wiemy, jak postępować, żeby jak najmniej błądzić. Wbrew tym prawom można tylko na niedługi czas odnosić sukcesy. Chcąc opanować przyrodę, musimy postępować zgodnie z jej prawami. Chcąc tworzyć historię, trzeba pracować zgodnie z prawami dziejowymi. Trzeba się nauczyć, jak te prawa wyzyskiwać dla swych celów. Skoro wiadome są prawa dziejowe, musi się też odrodzić stary problem: magistra vitae. Oczywiście problem ten przybierze całkiem inne kształty. Roztrząsania nasze ocierają się nadto o problem inny, jeszcze ważniejszy: Opatrzności Bożej w historii. Nie odpada pytanie: skąd tyle zła w dziejach, tyle krzywd i nikczemności? Łączy się to z pytaniem ogólniejszym, o genezę zła w ogóle. Bliższe roztrząsanie tego zagadnienia zaprowadziło by nas daleko poza temat niniejszego artykułu. Napomknę tylko więc, że moim zdaniem zło powstaje z zaniedbania dobra. Nie ma bowiem próżni etycznej, nie można nigdy zrobić sobie pauzy od moralności, w takiej luce lęgnie się od razu zło. Zło nie wytwarza atoli siły twórczej samo z siebie, pod tym względem jest jałowe. Ściągamy na siebie zło przez zaniedbywanie dobra. To prawo pozostaje niezmiennym.
Znajomość praw dziejowych nie usuwa bynajmniej problemu Opatrzności, lecz przesuwa go na właściwe tory. Niezłomne prawa przyrody nie usunęły bynajmniej widoku Boga, unoszącego się nad wszechświatem; nie pomniejszają też Jego obecności prawa w historii. Bóg nadał prawa materii i historii, a człowiekowi dał rozum i wolną wolę; oto cała zagadka zagadnienia. Niechże człowiek używa rozumu nie na swoją szkodę! Badajmy więc sprawy życia zbiorowego ze wszystkich możliwych punktów obserwacyjnych.
Dodaję swój plon, jako zaczątek teorii, w miłej nadziei, że może nie przepadnie, że będę miał następców, którzy zechcą mnie uzupełniać i poprawiać. Dążenia na większą skalę nie mogą się obywać bez teorii.
GRECJA I RZYM (do drugiej połowy III w. przed Chr.)
Feliks Koneczny, Cywilizacja Bizantyńska, rozdz. II.
Idąc po nitce do kłębka, poszukując korzenia rozłożystego drzewa rozgałęzionych około naszego tematu problemów dziejowych, dojdziemy do zagadnienia, bardzo starego i powszechnie wiadomego, znanego nam jeszcze z ławy szkolnej, a nigdy nie przestarzałego, nieustannie wznawianego i wciąż 'żywotnego, mianowicie do kwestii „Grecja a Rzym”. Temat „Grecja a 'Rzym” jest doprawdy nieśmiertelny i zajmuje nas nie tylko jako dociekanie naukowe, lecz posiada praetium affectionis. Interesuje każdego z nas osobiście to zagadnienie, będące zarazem zwornikiem działu historii powszechnej, dużego przestrzenią i czasem, olbrzymiego zaś swoją doniosłością. Problem ten przechodzi spuścizną myśli, wiecznie kołaczącej z pokolenia na pokolenie, obok drugiego, z którym się łączy: problemu rozrostu i upadku Rzymu.
Oba te fundamentalne zagadnienia, naświetlone nauką o cywilizacji, wydadzą nowe tajniki swej wielkości i wykażą dokładniej, jakich żeber sklepiennych są wzorem.
Od dawna rozpowszechnione jest mylne mniemanie, jakoby świat klasyczny, schodząc z pola dziejów pozostawił po sobie dwie spuścizny, równolegle, choć odmienne, dwie cywilizacje: zachodnioeuropejską i bizantyńską, jako dwa odłamy poprzedniej uniwersalnej cywilizacji klasycznej.
Ile w powyższym zdaniu pojęć, tyle błędów. Świat klasyczny bowiem, tj. rzymski i grecki, tworzył jedną całość tylko w dwóch kategoriach bytu, w artystycznej i naukowej, od czego daleko jeszcze do jedności cywilizacyjnej. Cywilizacja jest to metoda ustroju życia zbiorowego, w czym nauka i sztuka odgrywają rolę niepoślednią, ale stanowią, tylko pewną część cywilizacji.
Toteż ani nawet mała Hellada nie tworzyła jedności cywilizacyjnej, gdyż w urządzeniu ustroju życia zbiorowego każde państewko greckie trzymało się innej metody, z niemałą rozmaitością, nie tylko państwowości. ale nawet struktur społecznych.
Różnice polegały nieraz na przeciwieństwie, co dochodziło czasem aż do jaskrawości, np. pomiędzy Atenami a Spartą. Cóż Sparta dała do kompletu tej tzw. cywilizacji klasycznej? Czy doprawdy należała do tego świata, który zowiemy ”klasycznym”? W Helladzie rozróżnić należy kilka cywilizacji; a jeśli obok tego uwzględnimy, że gdy mowa o państwie i społeczeństwie rzymskim, trzeba zawsze dodać: kiedy? w którym okresie? Bo w różnych okresach aż nazbyt tłoczą się różnice, natenczas nie sposób oprzeć się wnioskowi, jako świat klasyczny nie posiada innej jedności poza nauka i sztuka.
A czyż Rzymianie równali się w tym z Hellenami? Seneca, wielki Seneca widział w dziełach sztuki tylko przedmioty zbytku, a w artyście upatrywał tylko doskonalszego rzemieślnika. Sztuka zaś i nauka rzymska nie była niczym innym, jak ekspansją cywilizacji ateńskiej. Ściślej byłoby nazwać to oświatą attycką. Tak sprawę ujmując możnaby do świata klasycznego wliczać także cywilizację hellenistyczna, bo czy to nauka aleksandryjska, czy to sztuka pergameńska opierały się na dawnych zasobach ateńskich. Tak jest! Jeżeli na miejsce nieokreślonej „klasyczności” zechcemy wstawić wartość ściśle oznaczoną, musimy zawołać: Ateny!
Ale też zarazem spostrzeżemy, jako wobec wielostronności życia, niewiele było rzeczy wspólnych w tej klasycznej starożytności. Było tej wspólnoty bez porównania mniej, niż się wydaje umysłom uniesionym pięknem wyrażenia. Wspólnym było wprawdzie (w późniejszym okresie) rzymskie państwo uniwersalne, lecz nie stanowiło wspólnego dorobku ludów nim objętych, narzucone im przemocą. Ani też nie było wspólnym tworem grecko-rzymskim, gdyż wraz z uniwersalnością cofał się, i to gwałtownie w państwowości tego państwa duch ateński i rzymski, a wysunął się orientalny, nie mający nic wspólnego ze światem klasycznym, chociaż mieścił się w samym państwie rzymskim.
Państwowość, a niebawem całe życie publiczne w ogóle wymknęły się z rąk dziedziców klasyczności. Cesarzami, wodzami, oficerami, urzędnikami bywali coraz liczniej barbarzyńcy. Głowy „klasyczne” odczuwały tragicznie rozdźwięk, a potem całkowity rozłam pomiędzy intelektem a państwowością. Największa wspólnota świata klasycznego – wspólne imperium rzymskie, stawało się z czasem ciałem obcym.
Biada rzeczywistości, gdy ją wyraża trafnie paradoks! W owym wielkim wspólnym imperium zanikała później oświata,ateńska, podziały się gdzieś w płytkości umysłów i sztuka i nauka. Z pola dziejów zeszedł najpierw intelekt klasyczny a potem dopiero cesarstwo uniwersalne, nie mające w sobie już od dawna nie a nic z klasycyzmu.
Antykwarstwem stawały się wspomnienia dawnej Hellady. Kto by chciał wyjaśniać to tym, że Grecja właściwa od tak dawna utraciła niepodległość, niechaj rozważy, że podobnie druga obok ateńskiej, cywilizacja klasycznego świata, cywilizacja rzymska, stawała się antykwarstwem, a to wtedy i coraz bardziej wtedy właśnie, gdy rozrastały się granice uniwersalnego państwa rzymskiego. Widocznie między państwem a cywilizacją nie zachodzi żaden stosunek stały, ni prosty, ni odwrotny, a wszelkie państwo może być już to dzielnym pomocnikiem, już to najniebezpieczniejszym wrogiem danej cywilizacji. W antykwarstwie tkwi jednak nieraz jakaś cudowna moc wskrzeszająca!
Patrzały na to wieki starożytne i nowe, od odrodzenia Persji aż po wskrzeszenie narodu czeskiego. Z państwowości rzymskiej wymieciono całkiem cywilizację rzymską, lecz nie zabrakło nigdy Rzymian, pielęgnujących tradycje swej cywilizacji rzymskiej w ograniczonym zaciszu domowego życia; możnaby powiedzieć, że gdy nie mogli stosować cywilizacji rzymskiej praktycznie, pielęgnowali ją przynajmniej teoretycznie. Było to prawdziwe starożytnictwo, ale gdy w taki przynajmniej sposób pokolenie podawało pokoleniu rękę, okazało się w końcu, że cywilizacja przeżyła państwo, a posiadała w sobie tyle pierwiastków twórczych, także państwowa-twórczych, iż ze strzępów dawnej cywilizacji udało się ułożyć nowa i wytworzyć szereg nowych ustrojów.
W ten sposób powstała ta cywilizacja, którą zowie się popularnie zachodnio-europejska. Jest to córa cywilizacji rzymskiej. Nazwa „zachodnio-europejska” nie ma. pretensji do ścisłości. Nawet na naszym „najdalszym” Zachodzie istniały i istnieją cywilizacje inne: np. w Hiszpanii – arabska i żydowska, w Niemczech i we Włoszech (południowych) – bizantyńska, a wszędzie. nie wyłączając Anglii zawsze także żydowska.
Posługiwanie się wyrażeniem geograficznym nie oddaje tedy istoty rzeczy, o które tu chodzi. Trafniej możnaby cywilizację nową, a wyrosła na gruzach starożytnej rzymskiej – nazywać chrześcijańską – klasyczną, lecz najlepiej (a tym lepiej, że krócej) nazywać ją łacińską. Wszakże łacina posiada w niej znaczenie nie tylko językowe. nie tylko obrządkowe. Aleć jakby też dla krótkości – opuszcza się wyraz pierwszy: „zachodnio” i mówi się o cywilizacji „europejskiej”.
To już jawny nonsens! Jakaż wspólność cywilizacyjna między Anglią a Moskwą? Jest zaś: w Europie cywilizacyj cztery: żydowska, turańska, bizantyńska i łacińska (wszystkie cztery są w Polsce). Któraż więc ma być „europejską”?
Z tych czterech „Europejek” córa świata klasycznego jest sama tylko łacińska. Bizantyńska bowiem cywilizacja pozostała od początku w stosunku nader nikłym do rzymskiej. Powstawały tylko mylne pozory, a w szczególności stąd, że tytuł cesarstwa rzymskiego pozostał przy Bizancjum.
T. R. Glover, Świat starożytny, uwaga sprzed wieku, o Rzymie z III wieku AD.:
Znajdujemy więc barbarzyńców u bram Cesarstwa, wojska barbarzyńskie trzymające przy nich straż, mizerne postacie na tronie, triumfującą biurokrację oraz ludność upadającą liczebnie i na duchu. I ludzie pytają się, dlaczego upadło Imperium Rzymskie !
Raczej dlaczego jeszcze nie upadło?
————————————–
Sigma, już parę lat temu:
Tapir gryzmolił na karteczce wszystkie podobieństwa z naszą rzeczywistością:
miliony imigrantów na socjalu
rosnące bezrobocie
korupcja na najwyższym szczeblu
rosnąca armia biurokratów
triumfująca zasada „więcej państwa w państwie”
masowa depopulacja
demoralizacja
zarazy
kryzys ekonomiczny
I sam siebie się pytał: Jakim cudem to jeszcze trwa?
———————————————————-
Boimy się, potęg finansowych, wojennych, a głównie piętrowych planów ludzi Zła. Narzekamy.
Ale przecież są też potęgi, często, może nawet zwykle, ukrywane, tej darowanej nam siły „naturalnego” dobra.
Te nurty czasem [czemu tylko czasem?] wypływają na powierzchnię, mogą decydować. Umacniajmy je.
Przecież Cywilizację Łacińską tworzyliśmy przez wiele stuleci. Ona, wbrew wysiłkom planistów anty-cywilizacji – istnieje.
Naród polski i mieszkańcy Ukrainy mają sprzeczne interesy w najistotniejszych sprawach. Nie ma sensu na siłę wyszukiwać dzisiaj spraw i kwestii, które nas mają na siłę ze sobą lepić. Takie próby były wielokrotnie w historii podejmowane i zawsze kończyły się fiaskiem.
Dzisiaj w pełni widzimy klęskę bezczelnie promowanej przez dziesięciolecia polityki giedroyciowskiej. Nie mamy żadnego interesu w tym, by próbować odbrązawiać postacie takie jak Symon Petlura czy Tarasa Borowca -„Bulby”. Skandaliczne jest promowanie pomysłów mówiących o wspólnym państwie polsko-ukraińskim.
Sprzeczność cywilizacyjna
Zdecydowanie nie jestem bezkrytycznym stronnikiem Feliksa Konecznego. Trzeba jednak przyznać, że opisując turanizm wyodrębnił w nim cechy, które dzisiaj znakomicie pasują do współczesnej Ukrainy. [Nie, kolego. Na Ukrainie jest wg. Konecznego, mieszanka cywilizacyj, co daje stan a-cywilizacyjny, to delirium magnum(wielkie obłąkanie). MD]
A jak wiemy stawiał je jako przeciwne cywilizacji zachodniej, nazywanej przez niego łacińską. Nie ma wątpliwości, że są one przeciwne również cywilizacji postłacińskiej.
Turanizm to militaryzm organizacji społecznej, własność prywatna – oligarchiczność, lokalizm religijny, brak pojęcia narodowości w zachodnim znaczeniu i skoncentrowanie polityki wokół wokół osoby wodza. Prof. Feliks Koneczny widział turanizm głównie w Rosji. Nie miał wtedy przykładu współczesnej Ukrainy. Moim zdaniem Rosja wytworzyła unikalną swoją suwerenną cywilizację (państwa-kontynentu) w które pozostały elementy turanizmu, ale jest jednak w swoich cechach suwerenna. Ukraina to podręcznikowa kwintesencja turanizmu.
Polska mimo ogromnych zmian, które przyszły jest dalej w kręgu cywilizacji post-łacińskiej wywodzącej się w prostej linii od cywilizacja łacińskiej, która wywodzi się z trzech głównych źródeł: tradycji prawa rzymskiego, filozofii greckiej i tradycji chrześcijańskiej. Koneczny zdecydowanie twierdził, że “nie można być cywilizowanym na dwa sposoby”. Podkreślał że: „Każda cywilizacja dąży do ekspansji” i „gdziekolwiek spotkają się ze sobą dwie cywilizacje, muszą ze sobą walczyć”. Myślę, że dzisiaj niekoniecznie muszą ze sobą walczyć, jednak jeśli jedna cywilizacja rozpycha się w kraju należącym do innej cywilizacji prowadzi to wprost do konfliktu.
Sprzeczność historyczna
Nie chcę odwoływać się do pra-ukraińców czyli do bandyterki hajdamackiej w XVIII wieku. Współczesne państwo ukraińskie odwołuje się do tradycji Mykoły Michnowskiego i Dmytro Doncowa. Polityka historyczna Ukrainy wyrasta z wojny polsko-ukraińskiej 1918-1919, terrorystycznych ugrupowań ukraińskich w dwudziestoleciu międzywojennym, kolaboranckich formacji okresu niemieckiej okupacji i tak zwanej powojennej ukraińskiej partyzantki. Współczesny patriotyzm kreowany przez Kijów wyrasta z historii Ukraińskiej Armii Halickiej (UHA), Ukraińskiej Organizacji Wojskowej (UWO), Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) i chłopów ukraińskich, którzy w bestialski sposób mordowali masowo Polaków i nie tylko Polaków w latach 1939-1947.
Praktycznie cała historia ukraińskiego szowinizmu, który kształtuje dzisiejszą politykę historyczną Kijowa wyrasta z walki z Rosją i Polską. Nas interesuje to drugie zagadnienie, ponieważ jest dla nas zupełnie nieakceptowalne i sprzeczne z naszym interesem narodowym.
Nie ma możliwości pogodzenia się z tym, że nasz sąsiad czci tych, którzy w okrutny sposób wymordowali polskie dzieci, kobiety, starców i mężczyzn i zagarnęli nasze majątki. Że buduje swoją tożsamość na polskich trupach.
Sprzeczność gospodarcza
Polska i Ukraina mają zupełnie sprzeczne interesy w segmentach takich jak rolnictwo, przemysł ciężki w tym hutniczy i wydobywczy. Zatrzymajmy się tylko przy pierwszym aspekcie czyli dotyczącym naszego rolnictwa. Polski Instytut Spraw Międzynarodowych wskazuje, że nawet teraz, mimo wojny, Ukraina pozostaje konkurencyjnym producentem rolnym ze względu na korzystne warunki glebowe i klimatyczne oraz nastawione na eksport wielkoobszarowe gospodarstwa o niskich kosztach produkcji.
Polskim rolnikom powinno zależeć na tym, by Ukraina pozostała poza Unią Europejską. Były ukraiński wiceminister gospodarki, a dzisiaj stały przedstawiciel Ukrainy przy Unii Europejskiej Taras Kaczka w 2023 roku powiedział, że na rynek UE trafia prawie 60 proc. eksportu z Ukrainy. Pomimo zawirowań w sektorze rolnym i na granicach eksport do UE wzrósł o 1,34 mld dol., czyli o 5,9 proc. Trzeba pamiętać , że towary ukraińskie miały i po części mają w zasadzie bezcłowy dostęp do rynku unijnego i Ukraina może eksportować produkty rolno-spożywcze do wielu krajów Unii Europejskiej. Taka konkurencja jest zabójczą ekonomicznie dla polskich producentów żywności – cukru, drobiu czy miodu.
Sprzeczność geopolityczna
Polska i Ukraina mają zupełnie odmienne interesy względem Federacji Rosyjskiej. Polska w odróżnieniu od Ukrainy nie ma z Rosją żadnych problemów dotyczących ludności i terytoriów. Nie mamy również interesu w tym, by wchodzić w konflikt między tymi dwoma państwami. Polska nie powinna iść na konfrontacje z żadnym z globalnych graczy. Polska powinna mieć jak najlepsze stosunki z Federacją Rosyjską, Chińską Republiką Ludową i Stanami Zjednoczonymi.
W interesie Polski był i jest pokój z sąsiadami i spokój w naszym regionie. Polsce powinno zależeć na tym, by największe państwo globu a jednocześnie nasz sąsiad miał stabilne i przewidywalne rządy. To gwarantuje nam możliwości eksportowo-importowe, ograniczenie emigracji i zminimalizowanie działań grup przestępczych na terenie Polski.
W interesie Ukrainy jest destabilizacja Rosji i umiędzynarodowienie konfliktu. To daje większe pole manewru Ukrainie w wojnie z Rosją. W interesie Ukraińców jest by ich wojna stała się naszą wojną, co przyznał nawet skrajnie proukraiński były prezydent Polski Andrzej Duda. W interesie Ukrainy jest również skonfliktować nas z stronnikami i partnerami Federacji Rosyjskiej czyli Białorusią, Chinami, Iranem, Koreą Północną i szerzej państwami BRICS+
Dodatkowym niebezpieczeństwem dla narodu polskiego jest rosnąca pozycja nacjonałów w Niemczech. Możemy założyć Alternatywa dla Niemiec z dużym prawdopodobieństwem rządzić tym krajem. Na razie działacze AfD nie przejawiają publicznie skłonności rewizjonistycznych i antypolskich. Nie wykazują na razie również tendencji proukraińskich. Być może władze tego stronnictwa wyrzekły się antypolonizmu. Istnieje jednak w tej formacji niewielki nurt sentymentalistyczno-rewizjonistyczny. Nie możemy całkowicie wykluczyć, że przyszłościowo będzie on rósł w siłę. Pamiętajmy, że zgodnie z endecką wykładnią najgorszym i najniebezpieczniejszym scenariuszem dla Polski zawsze jest polityczny i militarny sojusz niemiecko-ukraiński.
Sprzeczność celów
Nasze położenie przez wieki było przekleństwem, zresztą w znacznej mierze z nieroztropności i ciągotek insurekcyjnych naszego narodu. Zamiast miejsca kolejnych insurekcyjnych ruchawek i byciem terenem zgniotu powinniśmy stać się Złotą Klamrą. Miejscem spotkań Wschodu i Zachodu. To u nas ze względu na położenie powinny odbywać się rozmowy, negocjacje, handel. Jesteśmy doskonałym miejscem gdzie ubijać intratne interesy z pożytkiem dla naszego narodu mogłyby mocarstwa – Federacja Rosyjska, Chińska Republika Ludowa, Stany Zjednoczone, Indie.
W interesie narodu polskiego jest by nasz kraj stał się stabilnym terenem transportowym i przeładunkowym. Polska potrzebuje dobrych relacji z Federacją Rosyjską by eksportować tam nasze produkty rolne i importować tania ropę naftową i gaz ziemny. To jest konieczne dla rozwoju gospodarczego, a przez to cywilizacyjnego naszego narodu.
W interesie Ukrainy jest jak najgłębsze poróżnienie władz polskich i rosyjskich. Ukraina czerpie nieprzerwanie korzyści z naszego budżetu – drenując nasze kieszenie. Jest to możliwe tylko w sytuacji jeśli Polska jest skonfliktowana z Rosją, a społeczeństwo wierzy w nieuchronny konflikt miedzy miedzy Polską a Rosją. W interesie Kijowa jest więc promowanie teorii o tym, że Rosja chce napaść na Polskę i prowadzić jawną wojnę z państwami NATO.
Co dalej? Jak układać stosunki polsko-ukraińskie? Polska powinna nakreślić minimum programowe względem Ukrainy.
1. Pełnoskalowe i bezwarunkowe umożliwienie ekshumacji na terenie całej i przeniesienia wszystkich szczątków Polaków do ojczyzny.
2. Potępienie banderyzmu i zbrodniczych działań Ukraińców w latach 1939-1947 przez władze państwowe na Ukrainie i przez Ukraiński Kościół Greckokatolicki.
3. Delegalizacja na ternie Ukrainy organizacji banderowskich i neonazistowskich. Zakaz używania symboliki III Rzeszy i formacji kolaboranckich.
3. Likwidacja pomników i innych miejsc upamiętniających Doncowa, Melnyka, Banderę, Szuchewicza, Konowalca, Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, Ukraińskiej Powstańczej Armii czy 14. Dywizji Grenadierów SS „Galizien” itd.
4. Utworzenie Muzeum Ofiar Polskich Kresów we Lwowie i budowa w Kijowie Pomnika Zgładzonych Polaków przez Ukraińców. Wprowadzenie do szkół na terenie Ukrainy specjalnego programu historycznego mówiącego o zbrodniach ukraińskich szowinistów.
5. Zakończenie płacenia za Starlinki i wycofanie się z absurdalnej „pożyczki” 90 000 000 000 euro.
6. Wypracowanie umowy międzypaństwowej zachęcającej przyszłościowo przybywających w Polsce Ukraińców do powrotu do swojej ojczyzny.
7. Podpisanie umowy zapewniającej w przyszłości realne odszkodowania dla rodzin pomordowanych i ranionych przez Ukraińców w latach 1939-1947. Zwrot polskich walorów muzealnych – w tym historycznego zbioru Ossolineum.
Dla Polaków Stany Zjednoczone Ameryki są przodownikiem cywilizacji zachodniej a nie schizmą od katolickich zasad, które kiedyś ufundowały Zachód. Obowiązująca w Polsce optyka patrzenia na przechodzi do porządku dziennego nad reformacją oraz Oświeceniem, które zdefiniowały USA jako państwo protestanckich emigrantów.
Liczni autorzy poza Feliksem Konecznym [on zdecydowanie odróżnia. MD] nie odróżniają cywilizacji łacińskiej od cywilizacji zachodniej (np. Emmanuel Todd, czy Kevin MacDonald). Perspektywę Konecznego wyznaczało doświadczenie bliższego obcowania z Rosją i Niemcami niż z Anglosasami. Dzisiejszą perspektywę wyznacza upadek katolicyzmu na Zachodzie. Teza niniejszego artykułu jest taka, że Zachód jest schizmą od katolickości a przeciwne przekonanie skutkiem post-oświeceniowej, głównie amerykańskiej kultury, która najchętniej wymazałaby katolicyzm z historii, zostawiając w niej najwyżej pogański Rzym i Grecję. O ile bowiem republikański oraz imperialny Rzym znajduje swoje odzwierciedlenie w ustroju politycznym (a nawet w neoklasycznej architekturze USA) o tyle nie znajdziemy tam znaczących wpływów katolickich. Wydarzenia polityczne ostatnich dekad pozwalają na uświadomienie sobie tych faktów a tym samym korektę stereotypu.
Inwigilacja Logosu
Wyciek dokumentu z biura FBI w Richmond w 2023 roku ujawnił, że służby specjalne USA traktują przedstawicieli katolicyzmu jako zagrożenie. FBI sugerowała powiązania między „radykalno – tradycyjnymi katolikami” (RTC) a grupami ekstremistycznymi. Dokument został udostępniony ponad 1000 pracownikom FBI w całym kraju przed jego publicznym ujawnieniem. W opracowaniu i przeglądzie dokumentu uczestniczyły biura terenowe w Buffalo, Milwaukee, Louisville i Portland. Dochodzenie Komisji Sądownictwa Izby Reprezentantów z lipca 2025 roku wykazało, że w sprawę zaangażowana była również kwatera główna FBI w Waszyngtonie. FBI opierało się na definicjach skrajnie lewicowych organizacji (np. Southern Poverty Law Center), uznając za podejrzane takie postawy jak „odrzucenie Soboru Watykańskiego II”, „przywiązanie do tradycyjnych wartości rodzinnych” czy „niechęć do nowoczesności”. Inwigilacja rozszerzyła się również na kontakty międzynarodowe, w tym współpracę z biurem FBI w Londynie w celu monitorowania tradycjonalistów za granicą.
Obecnie FBI pod nowym kierownictwem Kasha Patela ujawniła dodatkowe 1300 stron dokumentów, których administracja Bidena-Wraya wcześniej nie chciała udostępnić Kongresowi. Udokumentowano przypadki śledzenia wiernych katolików (np. nauczycielki Christine Crowder) w ramach programów nadzoru lotniczego, mimo braku jakichkolwiek powiązań kryminalnych. Inwigilacja ta nie ustała, lecz uległa profesjonalizacji. Środowiska przywiązane do Mszy łacińskiej i klasycznej metafizyki są postrzegane jako „podatne na wpływy zagraniczne” (głównie rosyjskie lub chińskie), ponieważ odrzucają antropocentryczną i progresywną wizję współczesnego Zachodu. Autorzy tacy jak amerykański tomista Edward Feser są monitorowani przez algorytmy jako promotorzy „sztywnego myślenia”, które może prowadzić do oporu wobec globalnych zmian strukturalnych.
W 2024 roku nastąpiła semantyczna zamiana pojęć. Samodzielność informacyjna została zdefiniowana jako „podatność na wrogą dezinformację”. Jeśli jednostka używa logiki do podważenia oficjalnych narracji, jest to niebezpieczną „radykalizacją”. Dzięki temu liberalna demokracja może stosować cenzurę algorytmiczną i inwigilację (jak wspomniane akcje FBI wobec tradycjonalistów), twierdząc, że robi to w celu „ochrony instytucji demokratycznych”. Służby amerykańskie (FBI, NSA) traktują zatem tradycyjne wzorce myślenia jako zagrożenie, którą należy objąć kontrolą informacyjną i wywiadowczą.
Wspólny interes imperiów
Opozycja wobec obcej Stanom Zjednoczonych tradycji łacińskiej nie będzie zaskakująca jeśli popatrzy się na to, co działo się w Kościele katolickim przed II Soborem Watykańskim. Józef Mackiewicz w swojej analizie „Watykan w cieniu czerwonej gwiazdy” zdiagnozował wektor ataku ze Wschodu. Watykan pod wpływem Jana XXIII i Pawła VI, poprzez Ostpolitik kardynała Casarolego, zaczął układać się z Moskwą. Mackiewicz jako zdeklarowany antykomunista, widział w tym zdradę. Dokumenty z archiwum Mitrochina potwierdziły, że agenci bloku wschodniego infiltrowali Sobór, by zablokować potępienie komunizmu. Rzeczywiście II Sobór Watykański jest jedynym soborem w historii, który nie potępił żadnego błędu, oszczędzając mordującą miliony ideologię komunistyczną. W 2026 roku warto wreszcie dostrzec drugi wektor – ten, który płynął z Waszyngtonu.
KGB i CIA miały w czasie Soboru wspólny interes. KGB dążyło do neutralizacji przeciwnika. Natomiast CIA potrzebowała Kościoła, który zaakceptuje liberalizm i laickość. Oba imperia były zainteresowane wprowadzeniem ekumenizmu i dialogu w miejsce przedsoborowej struktury. Dlatego w czasie gdy SB inwigilowała polskie parafie, zachodnie fundacje i służby formatowały elity katolickie, między innymi środowisko „Znaku”, czy „Tygodnika Powszechnego” w Polsce. Promowano w tym celu katolicyzm otwarty Jacquesa Maritaina i Johna Courtney’a Murray’a. Odtajnione przez Kasha Patela dokumenty FBI pokazują zatem, iż dzisiejsze inwigilowanie tradycjonalistów w USA ma swój precedens we wcześniejszych operacjach.
Mackiewicz myślał, że ucieczka w stronę Zachodu jest ucieczką ku wolności. Tak jak Koneczny nie dostrzegał, że Zachód buduje własny, bardziej subtelny system, oparty na długu i kontroli informacyjnej a nie na gułagu. Polscy patrioci od dekad zaczadzeni zagrożeniem ze Wschodu przeoczyli, że przemiany Kościoła nie były procesem wyłącznie religijnym. Waszyngton aktywnie finansował i promował tych teologów oraz te nurty, które osłabiały tradycyjne struktury na rzecz elastycznego modelu religii demokratycznej, łatwiejszej do wkomponowania w strukturę interesów współczesnego establishmentu. Podejrzenie, że USA maczały ręce w obradach Soboru Watykańskiego II jest nie tylko uzasadnione cybernetycznie, ale znajduje coraz silniejsze oparcie w badaniach historycznych. CIA nie musiało przekupywać 2500 biskupów. Wystarczyło wzmacniać sygnały kryzysu modernistycznego, zgodnie z amerykańskim celem. Jeśli przyjmiemy, że USA po 1945 roku budowały masońską republikę przeciwko blokowi komunistycznemu, to Vaticanum Secundum oraz ruch ekumeniczny były dla nich najważniejszym odcinkiem frontu ideologicznego.
Teologia pod nadzorem CIA
Przed 1958 rokiem Kościół pod Piusem XII posiadał własny autorytet, którego CIA nie mogła wymienić. Wierni słuchali bowiem Rzymu a nie Waszyngtonu. Dla architektów amerykańskiej potęgi taki Kościół był problemem, który należało rozwiązać. Finansowanie powstałej w 1948 roku Światowej Rady Kościołów (WCC) oraz wpływanie na europejskie elity teologiczne miało wypromować służący pacyfikacji doktrynalnej ekumenizm. Jeśli katolicyzm stałby się jedną z wielu religii, to straciłby swoją zdolność sterowniczą i tym samym łatwo poddawałby się instrumentalizacji.
A USA potrzebowały szerokiego frontu religijnego przeciw ZSRR. Aby go zbudować, trzeba była namówić hierarchów Kościoła do rezygnacji z wyłączności zbawienia, czyli z katolickiego dogmatu: extra Ecclesiam nulla salus. CIA wspierała zatem progresywnych teologów z Europy Zachodniej, którzy głosili konieczność „otwarcia na świat”. Belgia, Holandia, Niemcy i Francja po 1945 roku były pod całkowitą kontrolą wywiadowczą i finansową USA w związku z realizacją planu Marshalla. CIA wiedziała, że jeśli Rzym zaakceptuje amerykański model rozdziału Kościoła od państwa (laickość), to USA staną się nowym autorytetem moralnym świata, co zresztą potwierdził Paweł VI przemawiając na forum ONZ. Wspieranie tzw. „nowej teologii” (nouvelle théologie) przez amerykańskie fundacje i stypendia pozwalało na wykształcenie kadr soborowych, które były mentalnie sformatowane pod zachodni liberalizm.
W latach 50. XX wieku CIA, pod kierownictwem Allena Dullesa, przekazywała ogromne kwoty na wsparcie prozachodnich ruchów katolickich. Wywiadowcze fundusze płynęły do organizacji powiązanych z Akcją Katolicką i polityków chadeckich, aby zapobiec dojściu komunistów do władzy. CIA przekazywała licznym biskupom i księżom darowizny na ich ulubione organizacje charytatywne, przy czym hierarchowie często nie znali prawdziwego źródła pochodzenia pieniędzy. Postać Johna Courtney’a Murray’a, głównego architekta deklaracji Dignitatis Humanae o wolności religijnej na II SW jest najlepiej udokumentowanym przykładem styku teologii z interesami Waszyngtonu. Murray był wspierany przez potężne postacie amerykańskiego establishmentu, jak Henry Luce (wydawca magazynów „Time” i „Life”), który uważał, że katolicyzm musi zostać zmodernizowany, aby stać się ideologicznym wsparciem dla amerykańskiej hegemonii. USA promowały zatem murrayowską wizję laickości państwa zabójczą dla tradycyjnej koncepcji państwa katolickiego a formującej Kościół na modłę amerykańskiego liberalizmu.
Operacja „polski papież”
Spektakularnym sukcesem tych działań okazał się Karol Wojtyła. Przyjaźń z Anną Teresą Tymieniecką, tłumaczką opus magnum Wojtyły „Osoba i czyn”, była kanałem transmisyjnym, przez który amerykański establishment rozmiękczał tomistyczny fundament przyszłego papieża. Mąż Tymienieckiej, Hendrik Houthakker – profesor Harvardu i doradca ekonomiczny prezydentów USA Nixona i Forda oraz Zbigniew Brzeziński – doradca do spraw bezpieczeństwa w Białym Domu byli łącznikami z samym jądrem deep state. Będący ewenementem wykład Wojtyły na Harvardzie w 1976 roku był de facto jego prezentacją dla amerykańskich elit. To tam Houthakker i ludzie powiązani z Radą Stosunków Zagranicznych (CFR), oraz niedawno powstałą Komisją Trójstronną Davida Rockefellera, mogli ocenić, czy Wojtyła jest przydatny w ramach ich strategii. Wyjazd ten był pilnie obserwowany przez służby. USA szukały kogoś, kto mógłby rozbić blok wschodni od środka. Kogoś kto nie byłby sztywnym konserwatystą, lecz kimś rozumiejącym prądy nowoczesności.
Zbigniew Brzeziński, wówczas doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Jimmy’ego Cartera i współzałożyciel Komisji Trójstronnej, odegrał kluczową rolę. Po wyborze w 1978 roku Jan Paweł II faktycznie skierował do Brzezińskiego słowa podziękowania (według relacji Brzezińskiego i świadków). Jan Paweł II, mimo swoich (zapewne dobrych) intencji, stał się głównym promotorem autorytetu ONZ i struktur międzynarodowych. Jego przemówienia w ONZ o „rodzinie narodów” były wygłaszane w tym samym czasie, gdy finansiści z Wall Street przygotowywali plan drenażu tychże narodów w ramach rządu światowego (o rządzie światowym jest zresztą mowa w konstytucji soborowej Gaudium et spes).
Jan Paweł II ostatecznie przypieczętował soborowy ekumenizm w Asyżu w 1986 roku. Jeśli papież modli się z szamanami, to znaczy, że prawda katolicka nie ma znaczenia, stając się narzędziem władzy politycznej.
Opisany powyżej mechanizm sterowania stał się tematem twórczości Vladimira Volkoffa. Oficer francuskiego wywiadu (SDECE) w swoich powieściach, takich jak Montaż, Werbunek czy Gość papieża, pokazuje, że najskuteczniejsza nie jest władza, która używa łatwo identyfikowalnej siły, lecz ta, która operuje trudnym do wykrycia miękkim wpływem. Według Volkoffa celem dezinformacji nie jest proste kłamstwo, lecz takie przekształcenie obrazu świata w głowie przeciwnika, by zaczął on pragnąć tego, co jest korzystne dla agresora. Dlatego służby nie tyle niszczą instytucje, co podmieniają od środka ich parametry. Agentem nie jest ten, kto nosi legitymację CIA czy KGB, ale ten, kto powiela narzuconą mu siatkę pojęciową (np. „ekumenizm”, „dialog”, „inkluzję”), myśląc, że to są jego własne poglądy. To jest sterowanie informacyjne w czystej postaci: nie proste kłamstwo, ale budowanie fałszywego obrazu rzeczywistości przy użyciu prawdziwych elementów.
Jan Paweł II dostarczył prawdy, dobra i miłości, które były autentyczne, ale zostały wmontowane w szerszy projekt polityczny. Świętość czy autorytet papieża stały się idealną osłoną dla procesu, którego wierni mogliby nie zaakceptować, gdyby podano im go wprost. Tym sposobem amerykański establishment nie podbił Kościoła siłą, lecz uwiódł go obietnicą wpływu na świat.
Kto się boi katolicyzmu?
Państwo które inwigiluje Kościół i steruje jego przekazem nie realizuje wzorca łacińskiego lecz protestancką zasadę „cuius regio eius religio”. Do tego samego skutku prowadzi również model bizantyjski (prawosławny), polegający na niewykonalnej próbie utożsamienia państwa z Kościołem. Kościelnego autorytetu solidarności nie da się połączyć w jedno z państwowym autorytetem sankcji. W odróżnieniu od przymusu państwowego przynależność do Kościoła jest dobrowolna. Katolicyzm jest zatem „libertariański” w tym sensie, że nie narzuca nikomu wiary, dysponując tylko oddziaływaniem kulturowym, czyli tak zwaną „miękką siłą”.
Narosłe przez wieki nieporozumienia zapoznają, że autorytet solidarności nie wyklucza się procedurami weryfikacji spójności systemu. Historyczna inkwizycja kościelna (w odróżnieniu od jej państwowych mutacji, jak inkwizycja hiszpańska) nie była narzędziem przymusu wobec niewiernych, lecz wewnętrznym protokołem sprawdzającym, czy ci, którzy dobrowolnie przyjęli katolicki Logos, nadal pozostają mu wierni. Podobnie Państwo Kościelne, będące polityczną osłoną dla politycznej niezależności papieża, nie było tożsame z samym Kościołem jako depozytariuszem Prawdy. W modelu łacińskim przymus (sankcja) pojawia się dopiero tam, gdzie kończy się dobrowolność wyznania, a zaczyna domena świeckiego porządku, który ma wypływać z katolickich zasad, nie będąc jednak przez nie same zastępowanym.
Skoro katolicyzm steruje się autorytetem solidarności, to jedyną możliwą relacją do państwa jest przyjęcie wspólnego celu, czyli dobrowolnym uznaniu przez państwo wiary Kościoła. Model łaciński polega zatem na informacyjnym podporządkowaniu państwa Kościołowi. Państwo ma ten sam cel co Kościół (w zależności od przyjętej perspektywy: chwałę Bożą lub zbawienie dusz). Różnica leży w używanych środkach, które w państwie są świeckiej a w Kościele sakralnej (nadprzyrodzonej) natury. Tę właśnie decydującą o łacińskim charakterze cywilizacji zasadę wyrażają słowa Jezusa Chrystusa: „oddajcie Bogu, co boskie a cesarzowi, co cesarskie”.
Wbrew temu co się często sądzi oraz pisze państwo katolickie jest państwem wyznaniowym i tym różni się od świeckiego państwa protestanckiego. Autonomia świeckiego państwa logicznie musi oznaczać używanie religii, jako ideologicznego narzędzia władzy świeckiej, gdyż niemożliwa jest władza „neutralna światopoglądowo”, czyli obojętna wobec własnych celów. Taki właśnie podporządkowany charakter religii jest zasadą ustroju USA. Dotychczasowy brak twardej egzekucji tego podporządkowania odpowiada za powszechne mylenie ustroju Ameryki z zasadami łacińskiego Zachodu.
USA jako wróg cywilizacji łacińskiej
W ustroju liberalnym religiami zarządza się w ramach logiki rynkowej, zgodnie z pomysłem jego fundatora Johna Locka. Angielski myśliciel słusznie wykluczył z niego katolików i Żydów, uznając, że obie konfesje są zagrożeniem dla demokratycznego porządku. FBI daje tylko temu świadectwo inwigilując ludzi za czytanie Arystotelesa, czy chodzenie na Mszę trydencką. Gdy słabnie sterowanie informacyjne, czyli gdy ludzie przestają wierzyć, system musi przejść na sterowanie energetyczne (przymus, inwigilację itd.). Upadek narracyjny i przejście do sterowania energetycznego falsyfikuje mit demokratyczny, sprowadzając go do mechanizmu obsady stanowisk. Liberalna demokracja kończy się systemem procedur chroniących elity przed własnym społeczeństwem, pokazując tym samym opresyjny charakter władzy państwowej autonomicznej wobec religijnych zasad.
W demokracji wyborcy nie posiadają u polityków znaczącego autorytetu epistemicznego (N wie lepiej, więc słucham go jako eksperta). Żaden polityk nie uważa, że lud wie lepiej niż on, jak zarządzać państwem. Dziedziną w której polityk uznaje głos wyborców jest jedynie selekcja wskazanego uprzednio wyborcy personelu. Tylko tu wyborca jest autorytetem deontycznym (N ma prawo rozkazywać, więc słucham go jako szefa) i może wskazać poprzez swój głos, kto zajmie fotel. Ponieważ autorytet jest relacją trójczłonową (N posiada autorytet wobec O w dziedzinie D) poza aktem wyborczym relacja autorytetu przestaje istnieć. Polityk po wyborach przestaje uznawać wyborcę za kogoś, kogo powinien słuchać, ponieważ dziedzina, w której wyborca miał głos, została zamknięta w momencie ogłoszenia wyników. Przez resztę czasu władza jest autonomiczna i to ona wbrew mitowi demokratycznemu steruje wyborcą poprzez propagandę.
Sytuacja nie odbiega od przedstawionej przez Bolesława Prusa w powieści „Faraon”. Jeśli kontroluje się to, co ludzie wierzą, to kontroluje się ich strach i posłuszeństwo. Młody władca Ramzes chce władzy ale przegrywa, ponieważ kapłani kontrolują energię (pieniądz) oraz informację. Skarbiec jest pusty, a państwo zadłużone u Fenicjan. Powieściowi Fenicjanie pełnią rolę dzisiejszych funduszy inwestycyjnych i globalnych korporacji. Nie interesuje ich dobro Egiptu, lecz stopa zwrotu i przejmowanie fizycznych aktywów państwa. Zmagazynowane w Labiryncie zyski zabezpieczone są skomplikowaną procedurą i psychologicznymi sztuczkami, niczym współczesny system finansowy, z którego przeciętny człowiek rozumie dokładnie tyle, co egipscy chłopi z zaćmienia Słońca.
Jeśli władza ludu ogranicza się do obsady stanowisk, wyborca wybiera zarządcę Labiryntu, ale nie ma żadnego wpływu na to, jak Labirynt jest zbudowany. Politycy niczym arcykapłan Herhor z powieści Prusa zaciekle walczą o kontrolę nad informacją, produkując jej coraz dziwniejsze odsłony. Chcą by moment, w którym uznają autorytet ludu, był maksymalnie przez nich kontrolowany. To sprawia, że liberalna demokracja jest w istocie oligarchią legitymizowaną rytualnie przez wybory. Jednak gdy dług USA sięga 120% PKB a lotniskowce US Navy tracą swoją dotychczasową nietykalność, oligarchia władzy staje się bardziej brutalna. Skoro lud w przypływie desperacji mógłby zwolnić cały zarząd, dyrekcja musi zadbać o to, by lud nie miał dostępu do rzetelnych danych. W szczególności do odzyskania „łacińskiego libertarianizmu”, czyli uznania, że nad państwem musi stać obiektywny Logos, którego nie da się ani przegłosować, ani zadłużyć.
„Konserwatywna Rosja” – ów mocno kontrowersyjny pojęciowy zlepek funkcjonował dotychczas w narracji odnajdywanej raczej u ideologów, analityków czy publicystów z krajów Zachodu. Patriotyczni Polacy, doświadczeni sowieckim opresyjnym reżimem, przez lata byli odporni na pokusy upatrywania cywilizacyjnego ratunku w Moskwie. Coś zaczęło się jednak w tej kwestii zmieniać, i to musi budzić obawy. Rosja jest bowiem zarówno dla nas, jak i dla całego, dziś zepsutego Zachodu alternatywą fałszywą i niebezpieczną.
Powyższemu zagadnieniu poświęcona będzie już niebawem konferencja naukowa w Zamościu, pod hasłem „Konserwatywna Rosja. Fantasmagoria czy rzeczywistość?”. Wydarzenie to objęła swym honorowym patronatem Kancelaria Prezydenta RP. Jeden z prelegentów, historyk i publicysta Piotr Doerre z zarządu Stowarzyszenia im. Ks. Piotra Skargi, był gościem red. Krystiana Kratiuka w studiu PCh24TV.
–Z pewnością to, że obecnie poruszamy temat konserwatyzmu w Rosji czy wizerunku Rosji jako konserwatywnego kraju, jest spowodowane faktem, iż w ostatnich latach coś się zmieniło w świadomości przynajmniej części Polaków. Kiedy na łamach magazynu „Polonia Christiana” zaczynaliśmy pisać o problemie takiego konserwatywnego zwrotu – nawet używając określenia „manewr Putina” w odniesieniu do przyjęcia przez prezydenta Rosji tej nowej ideologii, tego tak zwanego nowoczesnego konserwatyzmu, i wpływu tego wszystkiego na politykę Kremla – to mieliśmy świadomość, że jest to zwrot i polityka obliczone przede wszystkim na użytek Zachodu. To była próba pozyskania sobie przez Rosję części konserwatywnej opinii publicznej w krajach zachodnich, szczególnie anglosaskich, a zwłaszcza w Ameryce, z uwagi na to, że pod wpływem ofensywy ruchów rewolucyjnych owa opcja została tam w pewnym momencie zepchnięta do głębokiej defensywy, wręcz na margines. Zatem w oczywisty sposób poszukiwała wszędzie w świecie jakichś sojuszników – zauważył Piotr Doerre.
Wesprzyj nas już teraz!
25 zł
50 zł
100 zł
Jak wskazał historyk, takim sprzymierzeńcem miał okazać się – albo raczej chciał się okazać – właśnie Putin wraz ze swoim państwem. To oblicze, ta idea mówiąca o konserwatywnej Rosji, w głębokim przekonaniu środowiska SKCh nie jest zgodna z prawdą. Faktycznie trafiła jednak do zachodniej opinii publicznej – przynajmniej do jej konserwatywnej części albo wręcz nawet do obydwu stron tamtejszego polityczno-ideowego sporu. Bo cała liberalna i lewacka strona owej konfrontacji zaczęła podkreślać to, iż rzeczywiście istnieje związek pomiędzy konserwatyzmem, prawicą a Rosją, która jest jednak państwem niedemokratycznym, gwałcącym różne swobody obywatelskie etc. I to miał być dla zachodnich konserwatystów wizerunkowy „pocałunek śmierci”.
W ocenie gościa PCh24TV, przez dłuższy czas analizowaliśmy powyższy proces z „bezpiecznych” pozycji, ponieważ wydawało się, że w Polsce raczej nikt specjalnych złudzeń co do Rosji nie ma. Dostrzegaliśmy, że jest to kraj rządzony w dalszym ciągu przez post-kagiebowską elitę władzy, traktującej chrześcijaństwo i konserwatyzm czysto instrumentalnie – jako narzędzia w jej polityce, której celem jest restytucja mocarstwowej pozycji Rosji. Dla realizacji tego zamierzenia owa władza może popierać rozmaite środowiska. W jednym kraju konserwatystów – tam gdzie dla interesów Moskwy istotne jest, aby osłabić rządzących liberałów. Z kolei na innym gruncie sprzyjać może skrajnym lewicowcom – na przykład pokroju obalonego ostatnio przez Amerykanów w Wenezueli Nicolása Maduro. Dla Rosji nie ma w tym żadnej sprzeczności, bo istotny jest nadrzędny cel, który stanowi dla niej potęga jej państwa.
I wydawało się, że tak naprawdę czymkolwiek byłby reżim panujący na Kremlu – czy byłby liberalny, czy socjalistyczny, czy też komunistyczny, konserwatywny i tak dalej – to i tak z punktu widzenia Polski jest to obojętne. Z zasadniczych, geopolitycznych przyczyn Rosja zawsze będzie naszym rywalem. Nieodmiennie będzie patrzeć na Polskę jako pomost, po którym należy przejść, aby w zwycięskim marszu dotrzeć na Zachód. Tak jak dążyła do tego w czasach stalinowskich czy wcześniej – w okresie walki z Napoleonem. Drugą ewentualność stanowi chęć nawiązania z Zachodem współpracy – jak w 1939 roku – i podziału Polski, wówczas pomiędzy dwa imperia: Związek Sowiecki oraz III Rzeszę.
– Jak powiedział słynny myśliciel i geopolityk rosyjski Aleksander Dugin, Rosja w żadnym wypadku nie będzie zainteresowana istnieniem silnej i niepodległej Polski. A chyba takiej Polski każdy polski patriota sobie życzy. Było dla naszego środowiska oczywiste, że niezależnie od tego, jak identyfikujemy ów reżim (…), Polacy powinni w bardzo ostrożny sposób odnosić się do wszelkich perspektyw współpracy i otwarcia na Rosję. Tymczasem okazuje się, że ta idea zaczyna w Polsce, także na polskiej prawicy, zyskiwać coraz większą rzeszę zwolenników – ocenił Piotr Doerre.
Jak zauważył Krystian Kratiuk, jawnie fałszywa narracja o rosyjskim konserwatyzmie okazała się dość skuteczna i kusząca. Ma w tym udział sam Zachód – pod względem moralnym coraz bardziej zdegenerowany i zgniły oraz porzucający wiarę. Nic dziwnego, że do wyobraźni tamtejszych konserwatystów trafiały pokazówki z Putinem w uroczystość Chrztu Pańskiego czy też inne obrazy z cerkwi. Tyle tylko, że ten wizerunek to złudzenie.
– Rosja nie jest chrześcijańskim krajem, od tego trzeba zacząć. Tamtejsze społeczeństwo wcale nie jest prawosławne, jak się powszechnie sądzi. Jest prawosławne w sensie identyfikacyjno-narodowym, tam gdzie jego tradycyjna wiara oznacza identyfikację z rosyjskością, z kulturą rosyjską, z „rosyjskim mirem”. Jednak nie w tym sensie, który wiążemy z pojęciem społeczeństwa chrześcijańskiego, a więc respektującego prawa Ewangelii, próbującego urządzić swoje życie wspólnotowe właśnie w oparciu o Chrystusowe Prawo – zaznaczył Piotr Doerre.
Jak dodał prelegent konferencji poświęconej rosyjskiemu złudzeniu, należy więc porzucić ową tytułową fantasmagorię. Określenie to pojawiło się w haśle nadchodzącego wydarzenia nieprzypadkowo. Ma francuskie pochodzenie, sięga przełomu XVIII i XIX stulecia i oznaczało wówczas popularne w owym czasie spektakle,podczas których używano tak zwanej latarni magicznej. Jej światło poprzez grę cieni prowokowało u widzów wrażenie,że wśród nich poruszają się przeróżne, nieistniejące w rzeczywistości stwory.–I to bardzo dobrze oddaje sens naszej konferencji, powiemy bowiem o fantasmagorii, a więc o pewnym wytworzonym w wielu umysłach obrazie, którego w rzeczywistości po prostu nie ma – wskazał gość PCh24TV.
W ocenie historyka, można próbować zrozumieć patrzących na Rosję z pewną nadzieją, estymą, z uwagi na kryzys zachodniego świata i jego cywilizacji. Im bardziej diagnoza tego stanu jest dojmująca, tym mocniej może wywoływać u niektórych obrońców tradycyjnego porządku poczucie osaczenia, osamotnienia, nawet może i rozpaczy. Takie osoby patrząc na Wschód dostrzegają coś innego, a w złudnej nadziei – jakościowo lepszego i bliższego. Tyle tylko, że to po prostu fatamorgana.
– Widzą to, bo taki obraz usiłuje im się sprzedać, bo jest to pewna strategia rządu rezydującego w Moskwie i w Petersburgu. Ale należy podkreślić, że nawet gdyby ten obraz był prawdziwy, to i tak nie byłaby to żadna prawdziwa alternatywa, bo właśnie taka jest istota tej polityki, którą prowadzi w stosunku do nas, katolików, Rewolucja. Drąży ona naszą cywilizację już od wieków, usiłuje nam prezentować różne zakłamane alternatywy i skłaniać do wyboru jednego zła przeciw innemu złu; do szukania patrona czy sojusznika tam, gdzie chcemy uciec od innego opresora. Otóż ta putinowska, rosyjska alternatywa malowana przed naszymi oczami, jest niewątpliwie fałszywa. Chociażby z tego powodu, że nie może być opcją dla odrodzenia cywilizacji zachodniej, łacińskiej coś, co tą cywilizacją nie jest. Obcość cywilizacyjna Rosji w stosunku do naszego świata jest oczywista. Rzecz jasna nie wszyscy muszą to wiedzieć i rozumieć, ale też właśnie od tego są intelektualiści, profesorzy, wykładowcy, żeby im to uświadomić. Staramy się takich myślicieli, badaczy i mówców gromadzić na tego typu konferencjach, żeby do opinii publicznej mógł docierać przekaz wynikający z ich wiedzy – wyjaśnił Piotr Doerre ideę zamojskiej sesji.
Cała rozmowa o Rosji jako fałszywej alternatywie, dostępna jest na PCH24TV:
============================
Ponieważ Autor używa pojęcia „cywilizacji łacińskiej”, sądzę że zna dorobek prof. Feliksa Konecznego. Ale chyba powierzchownie.
Bo Koneczny ułatwia diagnozę: W Rosji była – i jest – mieszanka cywilizacyj: turańskiej, bizantyjskiej, żydowskiej, arabskiej – i domieszka łacińskiej. Co dawało i daje – stan a-cywilizacyjny. Czyli Latrocinium Magnum.
Dlatego pytanie: Dlaczego Rosja nigdy nie będzie drogą do odrodzenia cywilizacji łacińskiej? jest nie tylko głupio postawione, lecz wręcz głupie.
Myśliciele Rosji starają się z tego bagna kraj wyprowadzić – i chwała im za to. Mirosław Dakowski
Aby znaleźć przepis na Polskę, należy wpierw odpowiedzieć na pytanie, po co tę Polskę chcemy mieć. To tak jak z gotowaniem obiadu. Zanim wybierzemy przepis, musimy wiedzieć po co przyrządzamy danie, dla ilu osób, kim one są, co od zawsze lubiły jeść a co może im poważnie zaszkodzić…
Jeśli budujemy dom, wiemy do czego ma nam służyć – i odpowiedź będzie w tym wypadku dość oczywista. Kiedy projektujemy czy meblujemy mieszkanie – również wiemy z jakiego powodu i w jakim celu okna są na tej ścianie, jadalnia jest tutaj a łóżko stoi tam. Tak samo, gdy zakładamy firmę, stowarzyszenie czy partię polityczną – mamy jakiś cel do osiągnięcia.
Podobnie jest z państwem – ono istnieje w jakimś celu. Skoro istnieją różne państwa, wniosek jest prosty: mają one różne cele. I tak np. celem istnienia i trwania państwa niemieckiego będzie troska o dobrobyt narodu niemieckiego ewentualnie wszystkich tych, którym Niemcy pozwolili u siebie mieszkać (albo służenie Niemcom, ale to już ich sprawa).
Podobnie jest z celem istnienia Polski. A owe cele nierzadko bywają sprzeczne – stąd konflikty w polityce międzynarodowej, rozwiązywane od czasu do czasu przez wojnę. I tak od co najmniej pół tysiąca lat różne formy niemieckiej państwowości miały na celu poszerzanie strefy niemieckiego wpływu. Podobnie państwowość rosyjska, łącznie z tą budowaną przez bolszewików – rozsiewała po świecie wpływ, także religijny (kiedyś prawosławie) oraz ideologiczny (komunizm) a przede wszystkim polityczny.
A Polska? Czy wiemy, po co istnieje? Po co ma trwać? Przecież w dobie globalizacji, zjednoczonej Europy i podobnych bytów, mogłaby właściwie przestać istnieć – nie jednego z naszych rodaków taka wiadomość przecież by ucieszyła. Bo to przecież dość nieudolne państwo w dodatku z narodem, którego niemałą część śmiało można nazwać „zaściankową”.
Należy sobie zatem zadać pytanie, po co Polska jest Polakom. I czy jest potrzebna komuś jeszcze.
Wszystko to, co nazywamy Polską, a więc piękno gór i lasów, oryginalność obyczajów i mody, pobożność pieśni i literatury, starsze panie w kruchcie i młodzi chłopcy przed zatłoczoną świątynią podczas pasterki, wciąż ogromny opór przeciwko niemoralnym nowinkom – wszystko to jest po to, by budować w nas pamięć o jedynym celu naszego życia, o bitwie przeciwko szatanowi, której stawką jest nasze zbawienie. I to przede wszystkim z tego powodu musimy o Polskę dbać. Dwa z trzech mocarstw, które dokonały rozbioru Polski, były antykatolickie – to heretyckie Niemcy i schizmatycka Rosja. Czy mogło być przypadkiem, że to właśnie pod rządami katolickich monarchów Austro‑Węgier Polacy cieszyli się największą swobodą?
A czwarty rozbiór Polski? Wszak zarówno narodowosocjalistyczne Niemcy, jak i komunistyczny Związek Sowiecki nienawidziły Boga i wiedziały, że prawdy o Nim nauczają katoliccy kapłani. Czy tą wspólną napaść na Polskę, której dopuścili się bezbożni wrogowie, już zawsze będziemy tłumaczyć wyłącznie geografią?
Polska nie jest więc po to, byśmy byli biologicznymi Polakami. Czyż Polakami nie byli Feliks Dzierżyński, Władysław Gomułka, Wanda Wasilewska? Stanisław Szczęsny Potocki, Seweryn Rzewuski, Franciszek Branicki?
Polska jest po to, byśmy się zbawili, a więc po to, byśmy byli katolikami.
Jak Franciszek z Asyżu (Włoch), jak Antoni z Padwy (Portugalczyk), jak Francuzka Joanna d’Arc, jak Niemiec Otton z Bambergu czy patron Polski Wojciech, który był przecież Czechem! Gdyby wszyscy oni dziś zmartwychwstali i ujrzeli współczesny świat, z pewnością głęboko by się oburzyli. Ale gdyby musieli wybrać, który europejski kraj pochwalić, czyż nie pochwaliliby (mimo wszystkich naszych wad) właśnie Polski?
Pytanie „po co jest Polska?” brzmi dziś dla wielu ludzi abstrakcyjnie. Przywykliśmy patrzeć na państwo jako na coś oczywistego, niemal naturalnego. Wydaje się, że Polska jest, bo była — że istnieje dzięki historii, geografii i polityce. Ale to złudzenie. W istocie tylko nieliczne narody przetrwały dziejowe burze, bo tylko nieliczne narody wiedziały, po co istnieją. Trwa to, co ma cel. Rozpada się to, co nie posiada żadnej wewnętrznej treści.
Sto lat temu kwestię tę podnosił wybitny historyk, twórca teorii cywilizacji, Feliks Koneczny, w książce Polskie logos a ethos. Roztrząsania o znaczeniu i celu Polski. Zaledwie kilka lat po odrodzeniu się polskiej państwowości pisał: „Historię robi się zawsze, a całymi pokoleniami, z dnia na dzień, bez jednego dnia przerwy; a kiedy się jest przygotowanym do czynu, wtedy samemu wywołuje się sposobność, o co nigdy nietrudno, bo chcący, a mogący zawsze ją znajdzie. Określając jako cel Polski dążenie do tego, by w Europie Środkowej zapanowała wyłącznie cywilizacja łacińska (…), żeby Polska nie stała się pozycją bierną w grze sił dziejowych, lecz żeby Polak sam robił historię, żeby z charakteru polskiego wykrzesać walory polityczne”.
I dodawał, co wydaje się szczególnie aktualnym: „Walka obozów chrześcijańskiego i antychrześcijańskiego zaostrza się do tego stopnia, iż nikt nie będzie mógł pozostać w niej neutralnym, albowiem tarcie przeciwieństw cywilizacyjnych przenika już wszystkie dziedziny życia (…). My, Polacy, walczymy o katolicyzm, o ten jedyny w chrześcijaństwie pozytywny Kościół, Kościół par excellence.”
Tego właśnie będziemy się trzymać w poniższych rozważaniach.
Geniusz cywilizacyjny Kościoła
Naród polski nie powstał spontanicznie, nie był naturalnym, pogańskim plemieniem o własnej kulturze, które jedynie „przyjęło chrześcijaństwo” jako swoją nadbudowę. Było wręcz odwrotnie. Chrzest nie nadbudował istniejącej polskości — ale ją stworzył. Polskość wyłoniła się jako konsekwencja przyjęcia cywilizacji łacińskiej. Można de facto powiedzieć, że to Kościół stworzył Polskę jako byt moralny, duchowy i społeczny.
Koneczny uczy, że cywilizacje różnią się metodami życia zbiorowego, tj. sposobem rozumienia prawa, moralności, wolności, małżeństwa, własności i religii. Polska jest dzieckiem cywilizacji łacińskiej — jedynej, która uznaje, że prawo ma być podporządkowane etyce, że człowiek jest osobą, że wolność jest zakorzeniona w prawdzie, a nie w arbitralnym wyborze. Dlatego Polska jest również bytem duchowym, nie tylko politycznym. Jest przestrzenią moralną, nie geograficzną. Istnieje nie dlatego, że ktoś ją wytyczył na mapie, ale dlatego, że ludzie przyjęli pewien system wartości i rozumienia świata.
Trudno zrozumieć Polskę, jeśli nie przyjmiemy punktu widzenia Konecznego, który podkreślał, że Kościół nie tylko wprowadził religię, ale także cały porządek cywilizacyjny, który w konsekwencji, wiele wieków później, uczynił z plemion polskich naród.
Chrzest Mieszka był aktem religijnym, także politycznym, ale również, jeśli nie przede wszystkim, cywilizacyjnym. To nie był gest dyplomatyczny; to było wejście do świata łacińskiego — świata prawa, etyki, moralnego porządku i instytucji, których Słowianie wcześniej nie znali. Kościół katolicki nie tylko ochrzcił przodków Polaków, ale nauczył nas także myśleć. W swym innym, znacznie mniej obszernym dziele, Kościół jako polityczny wychowawca narodów, Koneczny wskazuje podstawowe, dziś często zapomniane, paradygmaty wprowadzone od moralności publicznej wszędzie tam, gdzie pojawiał się Kościół jako wychowawca.
I tak na przykład wprowadzenie monogamii dało kobietom godność, której nie miały w świecie pogańskim. Wprowadzenie zakazu zabijania i porzucania dzieci wprowadziło etykę troski i odpowiedzialności. Zniesienie zemsty rodowej przekształciło plemiona w społeczeństwo, w którym konflikt nie kończy się spiralą zemsty, ale staje się przed sądem. Z perspektywy Konecznego oznaczało to ogromną rewolucję: z destrukcyjnych rodów i klanów wyrósł organizm państwowy. To Kościołowi zawdzięczamy również „dualizm prawa”, czyli rozróżnienie między prawem publicznym i prywatnym, oraz podporządkowanie obu porządków jednej nadrzędnej moralności. To jest fundament cywilizacji łacińskiej. Państwo nie jest źródłem moralności — jest jej wykonawcą. Kościół uczy, że władza nie jest absolutna; państwo nie jest Bogiem; prawo nie jest samowolą. To dlatego w Polsce nie mogła powstać ani turańska tyrania, ani bizantyńska biurokracja, ani żydowska monolityczna teokracja. To dlatego w Polsce rodziła się wolność, a nie despotyzm.
Kluczową rolą w procesie stawania się członkiem cywilizacji łacińskiej pełni jednak przyjęcie pojęcia osoby. W pogańskim świecie Słowian osoba nie istniała. To Kościół nauczył Polaków, że każdy człowiek ma duszę, że kobieta jest przed Bogiem równa mężczyźnie, że dziecko ma wartość niezależną od użyteczności, że życie nie jest własnością kogokolwiek. W końcu to Kościół nauczył Polaków czytać, pisać i myśleć w kategoriach abstrakcyjnych, takich jak prawo, moralność, odpowiedzialność, cnota, dobro wspólne. Współczesny świat często zapomina, że większość narodów Europy zawdzięcza swoją kulturę literacką Kościołowi. W Polsce ta rola była absolutna i decydująca.
Wszystko to prowadzi do kluczowego wniosku: Polska istnieje dzięki Kościołowi nie w sensie pobożności, ale w sensie cywilizacyjnym. Kościół stworzył polską kulturę społeczną, moralną, prawną i polityczną. Dał Polsce sposób życia — metodę cywilizacji łacińskiej.
Dlatego Polska, która wyrzekłaby się Kościoła, wcale nie wróciłaby do „pierwotnej polskości”. Wracałaby raczej do cywilizacyjnej próżni. Bez Kościoła nie byłoby polskiej wolności, godności, rodziny, prawa i tożsamości. Bez Kościoła nie byłoby po prostu Polski. I nigdy nie będzie.
Nie sposób zrozumieć Polski bez Chrystusa
Historia Polski — czy tego chcemy, czy nie — jest nieustanną lekcją o tym, że naród istnieje o tyle, o ile zna swój sens. W tym sensie dzieje Polski nie są katalogiem dat, ale sekwencją momentów, w których polskość była wystawiana na próbę. Autor książki widzi historię jako laboratorium cywilizacyjne: w nim wychodzi na jaw co jest fundamentem narodu, a co jest tylko powierzchnią. Gdy Polska pozostaje wierna swojej cywilizacyjnej tożsamości, rozkwita. Gdy od niej odchodzi — rozpada się.
Początkiem tej historii jest chrzest Mieszka. Stanowił on wybór cywilizacji, który niósł za sobą 1000 lat konsekwencji. Chrzest przyniósł prawo, moralność, kulturę, duchowość, alfabet, instytucje, architekturę, muzykę, sztukę i strukturę społeczną. Przyniósł także pojęcie osoby i jej godności; coś, czego pogański świat nie znał.
W wiekach średnich Kościół porządkował życie społeczne, stawał się centrum prawa i kultury. W miastach rozwijały się cechy, szpitale, szkoły i parafie, a wszystko to w porządku, który łączył rozwój gospodarczy z moralnym ładem. Panowanie Jagiellonów udowodniło, że Polska może być mocarstwem, ale nigdy imperialnym. Złota wolność miała swoje wady, ale jej fundament był moralny. Wolność była rozumiana jako dar od Boga, a nie jako swawola. Nawet liberum veto w źródle miało chronić zasadę, że dobro wspólne nie może być narzucone przemocą. Problem zaczął się wtedy, gdy wolność przestała mieć zakorzenienie w moralności, a zaczęła służyć egoizmowi i partykularnym interesom. Polska wolność upadła, kiedy została oderwana od etyki łacińskiej. Upadek Rzeczypospolitej był wynikiem cywilizacyjnej erozji — synkretyzmu i nieumiejętności utrzymania łacińskiego porządku.
Według Feliksa Konecznego, Polska zaczęła mieszać łacińskość z wpływami turańskimi (kult siły, wojskowość jako metoda rządzenia), bizantyńskimi (kult państwa i urzędnika) oraz lokalnymi partykularyzmami. To dlatego pisał, że Polska upadła, gdy zaczęła żyć w dwóch cywilizacjach jednocześnie – a, jak podkreślał, „nie można być cywilizowanym na dwa sposoby”. Albo etyka stoi ponad prawem, albo prawo dominuje nad moralnością. Polska przekonała się o tym boleśnie.
W okresie zaborów Kościół okazał się jedynym strażnikiem polskości. Państwa zaborcze — każde z innej cywilizacji — chciały naród wchłonąć i zniszczyć. Ale parafie, sanktuaria, pielgrzymki i kazania stały się szkołą pamięci. Polska trwała w Kościele. Kluczowym momentem było to, że nikt z zaborców nie potrafił zniszczyć polskiej religijności. To ona była fundamentem wolności, która wybuchła w 1918 roku.
Wiek XX tylko potwierdził tę lekcję. Bitwa Warszawska z 1920 roku była starciem dwóch cywilizacji. Druga Rzeczpospolita — mimo błędów — próbowała odbudować polskość w duchu cywilizacji łacińskiej. Okupacja i komunizm były próbami zniszczenia narodu od jego duchowego fundamentu. Nie przypadkiem pierwszy front komunistów biegł przez Kościół. Komuniści bowiem wiedzieli: naród można zniszczyć tylko wtedy, gdy wyrwie się mu serce. A sercem Polski był Kościół.
W tej perspektywie historia Polski staje się argumentem i dowodem na to, że Polska nie istnieje „ot tak”. Polska istnieje, gdy ma misję. Upada, gdy ją zdradza. W tym sensie przeszłość nie jest zamkniętym rozdziałem, lecz nakazem: Polska ma trwać w cywilizacji łacińskiej, bo to jest jej źródło i powód istnienia.
Jeszcze cywilizacja nie zginęła…
A jak jest dziś? Czy w XXI wieku, w dobie totalnej destrukcji cywilizacji łacińskiej i cywilizacji chrześcijańskiej, którą inny wielki autor katolicki Plinio Correa de Oliveira nazywał „cywilizacją par excellence”, warto zadawać sobie trud walki o nią?
Cóż, nie da się ukryć, że świat nastawiony jest na walkę z cywilizacją. Pragnie jej zniszczenia, antychrześcijańska rewolucja bowiem od wieków zdobywa przyczółek za przyczółkiem pozostawiając za sobą zgliszcza jak świat długi i szeroki. To dzieje się także w Polsce.
Jest jednak jedno „ale”. W Polsce jakieś resztki tamtej cywilizacji jednak jeszcze trwają i coraz wyraźniej dostrzegają to doświadczeni rewolucją mieszkańcy Zachodu. Ileż to powstało internetowych filmików i tekstów, autorstwa Niemców, Francuzów, Włochów, Amerykanów i Kanadyjczyków, którzy zachwycają się Polską. Czystością, porządkiem, spokojem, bezpieczeństwem, patriotyzmem, przywiązaniem do tradycji itp.!
Mimo radykalnej i bardzo szybkiej laicyzacji, Polacy mają bardziej chrześcijański stosunek do życia niż większość społeczeństw europejskich. Odsetek Polaków sprzeciwiających się aborcji „na życzenie” niestety spada, ale wciąż pozostaje jednym z najwyższych w Europie. Polska wyróżnia się też niższym poparciem dla eutanazji — podczas gdy w wielu krajach zachodnich popiera ją niemal 80% społeczeństwa. Polacy nie zgadzają się na eliminację ludzi starych, słabych, chorych, nienarodzonych. To nie jest tylko konserwatyzm — to jest cywilizacja łacińska w praktyce.
Polacy niestety zaczęli masowo się rozwodzić, ale – co ciekawe – wciąż się żenią. Polska ma jedną z najwyższych liczb zawieranych małżeństw w Europie. W Polsce większość dzieci wciąż rodzi się właśnie w małżeństwach, podczas gdy na Zachodzie normą staje się odwrotność. W Skandynawii, Francji czy w części Niemiec większość dzieci rodzi się poza trwałymi związkami. Polska, mimo potężnych kryzysów, zachowała pewną integrację rodziny.
Polacy są też bardziej religijni, i to nie tylko deklaratywnie, ale też praktycznie. Najwyższe wskaźniki uczestnictwa w Mszach, najniższe odejścia od Kościoła, największe poparcie dla edukacji religijnej i dla tradycji sakralnych… To wszystko pokazuje, że Polska żyje chrześcijaństwem nie tylko w słowie, ale w życiu. W krajach zachodnich chrześcijaństwo zostało zepchnięte do prywatności. W Polsce pozostaje częścią kultury publicznej.
Polska gdzieniegdzie wciąż zachowała moralny porządek, w którym prawo podlega etyce. Mimo miliardów dolarów wykorzystanych na promocję subkultury LGBT w Polsce wciąż nie zalegalizowano „związków partnerskich”, nie mówiąc nawet o homo-małżeństwach. Dzieci w polskiej szkole masowo wypisują się z edukacji seksualnej, nie dlatego, żeby były jakoś szczególnie bardziej moralne od zachodnich rówieśników, ale dlatego, że po prostu mogą się z niej wypisać. A mogą się z niej wypisać dlatego, że społeczeństwo polskie w gwałtownych reakcjach nie pozwoliło lewackiemu rządowi na ustanowienie tego przedmiotu jako obowiązkowego. To naprawdę wyróżnia nas spośród narodów Europy.
Wszystkie te elementy pokazują, że Polska jest dziś jednym z ostatnich miejsc w Europie, gdzie cywilizacja łacińska nie została zastąpiona przez laicki relatywizm moralny. Czy to nie nasuwa nam jakiejś podpowiedzi, gdy zastanawiamy się „kim jesteśmy?”, ale także próbujemy odpowiedzieć na pytanie „po co jesteśmy?”.
Dlaczego Bóg dopuścił do tego, byśmy aż tak różnili się (nawet mimo lewicowych rządów) od sąsiadów i reszty Zachodu?
A może jesteśmy po to, by świadczyć o wartości cywilizacji, którą Zachód zdradził. Być może Polska jest potrzebna światu jako przypomnienie, że wolność, godność i moralność nie są anachronizmem, lecz fundamentem człowieczeństwa? Wynikającym, rzecz jasna, z chrześcijaństwa.
Po raz kolejny Fundacja Kwartalnika „Wyklęci” organizuje konferencję pt. „Życie i myśl Feliksa Konecznego” poświęconą wybitnemu polskiemu historykowi i historiozofowi. Tegoroczna edycja odbędzie się 15 listopada w auli Muzeum Armii Krajowej w Krakowie. W wydarzeniu weźmie udział Krystian Kratiuk, redaktor naczelny portalu PCh24.pl.
– To już czwarta edycja konferencji organizowanej przez Fundację Kwartalnika „Wyklęci”, w ramach której popularyzowana jest myśl prof. Feliksa Konecznego. Ponadto sukcesywnie wydajemy dzieła Profesora w porządku chronologicznym. Dotychczas ukazało się szesnaście obszernych tomów, z których każdy ma 750-950 stron. W przyszłym roku ukaże się jeszcze jeden tom – suplement. Wszystko to po to, aby przypomnieć polskiemu społeczeństwu o jednym z najciekawszych polskich myślicieli XX wieku – mówi Kajetan Rajski, redaktor serii „Dzieł zebranych” Feliksa Konecznego.
Tegoroczna edycja konferencji „Życie i myśl Feliksa Konecznego” rozpocznie się 15 listopada 2025 r. o godz. 11:00 w auli Muzeum Armii Krajowej w Krakowie (ul. Wita Stwosza 12). Wstęp wolny. Konferencję poprowadzi dr Jacek Ożóg, a wygłoszone zostaną następujące referaty:
ks. prof. dr hab. Franciszek Longchamps de Bérier – „Prawo rzymskie jako fundament cywilizacji łacińskiej” dr hab. Paweł Skrzydlewski, prof. AZ – „Etyka cywilizacji łacińskiej” Antoine Dresse – „Myśl Feliksa Konecznego z perspektywy zachodniej Europy” Krystian Kratiuk – „Jak Kościół katolicki stworzył Polskę i Polaków. Wokół teorii Feliksa Konecznego” Radosław Brzózka – „Podstawy i granice samorządności w cywilizacji łacińskiej” Daniel Wardziński – „Kryteria świętości polityka w pracach Feliksa Konecznego. Czy ciąg dalszy nastąpił?” Kajetan Rajski – „Siedem tez ustrojowych Feliksa Konecznego. Przyczynek do dyskusji nad nową konstytucją RP”
Zapraszamy serdecznie!
=================================
W tomie XV „Dzieł zebranych” Feliksa Konecznego można znaleźć dwie prace wydane na emigracji już po śmierci Profesora: „Cywilizację żydowską” oraz „Państwo w cywilizacji łacińskiej. Zasady prawa w cywilizacji łacińskiej”. Pierwsza z nich to efekt niemal trzech dekad pracy nad teorią cywilizacji, w ramach której krakowski historyk i historiozof opisał w osobnych publikacjach zaledwie dwie spośród siedmiu cywilizacji wyszczególnionych przez niego: bizantyńską i żydowską.
„Kwestia żydowska wśród narodów nie jest rasową, ni wyznaniową, żydostwo – to sprawa całej osobnej cywilizacji, czyli odrębnej metody życia zbiorowego. Żydzi posiadają własną cywilizację i w tym właśnie tkwi rozległość zagadnienia” – pisał Profesor. Koneczny porównywał cywilizację żydowską z innymi metodami ustroju życia zbiorowego, wskazując na różnice w podejściu do prawa, etyki czy organizacji społecznej.
Z kolei w książce „Państwo w cywilizacji łacińskiej. Zasady prawa w cywilizacji łacińskiej” Feliks Koneczny w dobie dwudziestowiecznych totalitaryzmów i dyktatur, inspirując się zasadami wynikającymi z łacińskiej cywilizacji, opisał idealny ustrój dla Polski, w którym władza jest dalece zdecentralizowana i opiera się na społeczeństwie z głęboko zakorzenioną ideą samorządności, a duch państwa i prawa ufundowany jest na zasadach wynikających z dziesięciorga przykazań. Choć z powodu upływu czasu i zmienionych realiów społeczno-politycznych część postulatów Profesora można uznać za utopijne lub przebrzmiałe, ich istota pozostaje niezmienna i mogą nadal inspirować prawodawców.
Multikulturalizm wymaga od nas porzucenia zdrowego rozsądku i instynktów. Wymaga od nas poświęcenia siebie dla „większego dobra”, jakim jest integracja i współistnienie. Ale nie ma czegoś takiego jak współistnienie.
Migranci z Trzeciego Świata nie mają zamiaru tolerować naszych ideałów. Gdyby mogli, położyliby nas pod butem. Lewicowcy i globaliści patrzą na patriotów, konserwatystów i chrześcijan z wściekłą pogardą. Chcą nas wymordować, bo jesteśmy przeszkodą dla ich władzy. Mówią nam to codziennie. Może powinniśmy im uwierzyć i zacząć odpowiednio działać?
Multikulturalizm to broń globalistów i nie masz prawa się przed nią chronić
Jeśli żyłeś w tamtym czasie i byłeś świadkiem wydarzeń z 11 września, prawdopodobnie pamiętasz nagłe pojawienie się po tej tragedii naklejek na zderzaki i koszulek z hasłem „Coexist” w całych Stanach Zjednoczonych. Przesłanie było takie, że różne kultury muszą być wobec siebie „tolerancyjne” i żyć w harmonii. Jeśli za każdym razem, gdy widziałeś to hasło, czułeś ukłucie bólu, nie byłeś sam.
Może to podświadoma niechęć do hipisów i ich zapachu ciała, ale myślę, że niechęć do tego przekazu sięga znacznie głębiej. Jest on wpisany w DNA każdego człowieka – to część naszej pamięci genetycznej. Każda kultura ma wrodzoną potrzebę ochrony przed konkurującymi kulturami i ideologiami.
Przez tysiące pokoleń uczyliśmy się, że kultura to nie tylko forma ekspresji społecznej, ale starannie skonstruowana twierdza, która chroni nas przed inwazją i zniszczeniem przez wrogie siły, pragnące odebrać nam to, co stworzyliśmy. Jednorodna kultura pomaga zachować wartości, które zapewniają naszym społeczeństwom bezpieczeństwo, przedsiębiorczość i stabilność.
Co ciekawe, autor dzieła „Coexist”, Polak o nazwisku Piotr Młodożeniec, był zagorzałym zwolennikiem niepodległości, niezależności Polski od Związku Radzieckiego. Promował współistnienie, ale nawet on nie tolerował komunistów. Wydaje się, że niektóre ideały wykluczają się wzajemnie. Pewne przestrzenie nie mogą być dzielone przez pewne przekonania.
Ta rzeczywistość stoi w sprzeczności z propagandą, którą jesteśmy bombardowani na Zachodzie od dziesięcioleci. Amerykanie od dzieciństwa są raczeni narracją o „tyglu kulturowym”. Wmawia się nam, że nasz kraj został zbudowany na otwartej imigracji. Nawet Statua Wolności mówi, że musimy przyjmować z otwartymi ramionami „zwarte masy pragnące oddychać swobodnie”, niezależnie od tego, skąd przybywają.
Oczywiście kobietą, która napisała ten wiersz w 1883 roku (zatytułowany „The New Colossus”), była Emma Lazarus, feministka i socjalistka. Wcześni socjaliści postrzegali robotników jako klasę globalną, broń, którą można było wykorzystać do destabilizacji państw narodowych i dalszego rozprzestrzeniania się tego, co ostatecznie stało się komunizmem.
Należy pamiętać, że ten okres był początkiem narracji o tyglu kulturowym w USA, szeroko popieranej przez przemysłowców poszukujących taniej siły roboczej do swoich fabryk. Motywy baronów-rozbójników i motywy socjalistów były zbieżne. I tu właśnie tkwią korzenie naszego współczesnego kryzysu. Choć udają, że są w konflikcie, zmowa między ultra-bogatymi elitami a lewicą polityczną trwa już od ponad wieku.
Dziś ruchy skrajnie lewicowe całkowicie zlały się z instytucjami mega-bogaczy. Nazywamy to partnerstwo „globalizmem”, a kluczowym filarem ich programu jest NADAL masowa imigracja, na skalę, która przyćmiewa wszystko, co Zachód widział pod koniec XIX i na początku XX wieku.
Masowa imigracja „Złotego Wieku” [Gilded Age] pochodziła głównie z krajów europejskich o zachodnim dziedzictwie – ale w naszych czasach migranci przybywają z enklaw trzeciego świata, miejsc, gdzie normą jest socjalizm, a islam jest religią dominującą. Widzieliśmy ideologiczne spustoszenie tego programu w Europie, gdzie zarówno liberałowie, jak i chrześcijanie mierzą się z brutalnością społeczną, z którą nie mieli do czynienia od dziesięcioleci.
Co więcej, jest to okrucieństwo, przed którym nie wolno nam się bronić. Bo jeśli się bronimy, stajemy się złoczyńcami. To właśnie czyni multikulturalizm idealną bronią: to metoda ataku, która wykorzystuje przeciwko nam nasze głęboko zakorzenione poczucie empatii i sprawiedliwości. Aby powstrzymać inwazję, musimy porzucić pewne ideały epoki liberalnej – musimy zaakceptować nietolerancję, bo tylko w ten sposób możemy przetrwać.
Innymi słowy, tolerancyjny liberalizm musi umrzeć, przynajmniej dopóki globalizm nie zostanie pokonany. Nie potępiam „demokracji” i jej pierwotnych założeń. Nie będę jednak zaprzeczał faktowi, że Zachód, dążąc do absolutnej wolności jednostki i absolutnej sprawiedliwości, niemądrze porzucił instynkt przetrwania na rzecz naiwnej, utopijnej wizji.
Większość kultur Trzeciego Świata gardzi naszymi postępowymi ideami i śmieje się z naszych wyobrażeń o sprawiedliwości. Postrzegają nas jedynie jako łatwy cel do splądrowania. Widzą nas jako prostaków, łatwy łup. Ich ideologie koncentrują się na odbieraniu tego, co można odebrać każdemu spoza ich plemiennego kręgu. Uważają nas za tłuste baranki, gotowe na rzeź.
Kiedy widzę wydarzenia takie jak te w Irlandii w tym tygodniu, gdzie wybuchły zamieszki po tym, jak afrykański migrant dopuścił się napaści seksualnej na 10-letnią Irlandkę, muszę zaakceptować podstawowe zasady plemienności, które mówią mi, że lepiej zachować ostrożność i unikać integracji z innymi kulturami spoza Zachodu, o ile to możliwe. Nie chodzi o kolor skóry, ale o zasady. Nie chodzi o rasizm, ale o instynkt samozachowawczy.
Globaliści przedstawili „plemienność” i „nacjonalizm” jako groteskowe pozostałości barbarzyńskiej przeszłości, a robią to ze względów strategicznych.
Lewicowcy i globaliści pragną zatarcia granic narodowych. W szczególności obrali sobie za cel podporządkowanie narodów zachodnich. Dlaczego? Ponieważ Zachód jest źródłem wolności i chrześcijaństwa. Aby zbudować globalny „nowy porządek świata” oparty na marksistowskim ateizmie, lucyferianizmie, relatywizmie moralnym itd., Zachód musi najpierw zostać osłabiony lub zniszczony.
Elity uznały, że najwygodniejszą słabością Zachodu jest nasza liberalna gotowość do dzielenia się naszą kulturą i jej bogactwem z osobami z zewnątrz. Czy istnieje lepszy sposób na zniszczenie społeczeństwa niż zalanie go ideologicznie wrogimi masami ludzi, a następnie atakowanie każdego, kto narzeka, jakby nie żył zgodnie z ich historycznymi wartościami wolności?
To wykracza daleko poza strategię Clowarda-Pivena, nie chodzi tylko o kupowanie głosów za pomocą subsydiów socjalnych i otwartych granic. Nie, chodzi o trwałe wymazanie duszy zachodniej cywilizacji.
Multikulturalizm wymaga od nas porzucenia zdrowego rozsądku i instynktów. Wymaga od nas poświęcenia siebie dla „większego dobra”, jakim jest integracja i współistnienie. Ale nie ma czegoś takiego jak współistnienie.
Migranci z Trzeciego Świata nie mają zamiaru tolerować naszych ideałów. Gdyby mogli, położyliby nas pod butem. Lewicowcy i globaliści patrzą na patriotów, konserwatystów i chrześcijan z wściekłą pogardą. Chcą nas wymordować, bo jesteśmy przeszkodą dla ich władzy. Mówią nam to codziennie. Może powinniśmy im uwierzyć i zacząć odpowiednio działać?
Nie ma powodu, żebyśmy ich tolerowali. Nie postępując szlachetnie, my popełniamy samobójstwo.
Thomas Jefferson, człowiek doskonale świadomy losu migrantów i ucisku panującego w Europie, wciąż był bardzo powściągliwy w akceptowaniu idei masowej imigracji. Zauważył:
„Przyniosą ze sobą zasady rządów, które opuszczają, wpojone im we wczesnej młodości. Albo, jeśli będą w stanie się ich pozbyć, to w zamian za nieograniczoną rozwiązłość, popadając, jak to zwykle bywa, z jednej skrajności w drugą. Cudem byłoby, gdyby zatrzymali się dokładnie na granicy umiarkowanej wolności. Te zasady, wraz z ich językiem, przekażą swoim dzieciom. Proporcjonalnie do swojej liczby, podzielą się z nami prawodawstwem. Przenikną je swoim duchem, wypaczą i zniekształcą jego kierunki, czyniąc z niego heterogeniczną, niespójną, rozproszoną masę”.
Innymi słowy, Jefferson ostrzegał, że migranci, którzy przez większość życia są indoktrynowani obcymi wierzeniami, mogą nie być w stanie zrozumieć niuansów amerykańskiego życia i wolności. Zamiast tego będą czerpać z amerykańskiej kultury to, co im się podoba, ignorując ważne czynniki asymilacji i odpowiedzialności. Właśnie tego jesteśmy dziś świadkami w całym świecie zachodnim w obliczu programów masowej imigracji opracowanych przez globalistów i administrowanych przez lewicowych polityków.
Być może w ciągu najbliższych kilku lat będziemy mieli krótką przerwę z Donaldem Trumpem u władzy, ale trwałego rozwiązania nie ma. Lewica nie zamierza odłożyć na bok swoich wysiłków na rzecz otwartych granic. Cholera, protesty „No Kings” były w zasadzie próbą zawłaszczenia amerykańskiego patriotyzmu w imię otwartych granic.
Przebudzeni [woke] lewacy, którzy nienawidzą Ameryki, próbowali udawać, że patriotycznym obowiązkiem Amerykanów jest wspieranie nielegalnej imigracji. Jeśli kochasz Amerykę, musisz być gotów ją zniszczyć.
Jak już powiedziałem, to jest esencja multikulturalizmu: wykorzystywanie naszego poczucia sprawiedliwości przeciwko nam i militaryzacja naszej empatii, tak abyśmy bali się bronić przed atakiem. Rozwiązaniem jest przestać dbać o sprawiedliwość. Rozwiązaniem jest ponowne odkrycie naszej plemienności, odrzucenie multikulturalizmu, socjalizmu i globalizmu oraz odmowa dalszych kompromisów. Rozwiązaniem jest porzucenie liberalnych koncepcji tolerancji.
Strategia Clowarda-Pivena czyli samozniszczenie Zachodu W latach 70. marksistowscy uczeni Richard Cloward i Frances Fox Piven zaproponowali strategię przytłoczenia i destabilizacji rządu USA poprzez tworzenie kryzysów. Ich celem było bankructwo systemu opieki społecznej i wymuszenie rewolucji socjalistycznej. Jednak, jak wyjaśnia Charlie Kirk, ich wizja nie ograniczała się jedynie do opieki społecznej, lecz nakreślała szerszą strategię demontażu społeczeństwa zachodniego trzema głównymi drogami.
=======================================
Jednym z największych błędów polskich intelektualistów jest nie-wypromowanie genialnego dorobku Feliksa Konecznego. Tak wśród Polaków, jak i cudzoziemców.
A już Jędrzej Giertych przetłumaczył i wydał po angielsku „On the plurality of civilisations” (O wielości cywilizacyj). Ale brak było i jest reklamy, propagandy.
Przecież Jego Nauka o cywilizacjach tłumaczy [między innymi] to , o czym pisze Autor. I wiele innych, najważniejszych dla przeżycia ludzkości nurtów, też planów globalistów czy satanistów.
W rocznicę Odsieczy Wiedeńskiej prezentujemy fragmenty pracy profesora Feliksa Konecznego pt. „Tło cywilizacyjne odsieczy wiedeńskiej”. Tekst eseju z roku 1933 publikujemy dzięki uprzejmości wydawnictwa Prohibita, które w roku 2018 wydało tekst krakowskiego historiozofa.
Imię Sobieskiego znane było całemu światu chrześcijańskiemu i muzułmańskiemu. Nie tylko było, lecz i jest znane; rozgłos był tu istotnie gońcem prawdziwej sławy historycznej, rosnącej z wiekami, przechodzącej wciąż do nowych ludów, obejmującej całą ziemię. Nawet na niebo nie można spojrzeć, by się z nim nie spotkać, bo tam błyszczy gwiazdozbiór, nazwany przez Heveliusa „tarczą Sobieskiego”. Wyszczególniany nieraz łaską królewską „wielki Gdańszczanin czuł się synem Polski i otwarcie się przyznawał do narodu i do społeczeństwa polskiego”. Towarzyszy Janowi III blask wielki i dziwny, jedyny niemal w historii, iż pochodzi z wdzięczności. To za ocalenie „chrześcijaństwa i cywilizacji”! Czyż może być czyn bardziej powszechno-dziejowy?
(…)
Król porwał za sobą kwiat narodu polskiego; były to zaciągi i służba ochotnicza, nieobjęta żadnym obowiązkiem wobec państwa i jego ustaw. Trzeba pamiętać, że pod Wiedeń ruszyła armia z Polski, armia narodowo polska, lecz nie będąca wcale armią Królestwa Polskiego. Sam Sobieski mógłby był powiedzieć o sobie: optimis placuere satis est [wystarczy podobać się najlepszym-red.].
(…)
I tak pod protektoratem Innocentego XI stanęło przymierze zaczepno-odporne, dnia 31 marca 1683 roku zawarte pomiędzy Polską a cesarzem Leopoldem I. Obie strony zobowiązały się podjąć walkę z Turcją i nie zawierać pokoju, jak tylko wspólnie; gdyby zaś zagrożony był Wiedeń lub Kraków, zajdzie obowiązek udzielenia wzajemnie bezpośredniej pomocy zbrojnej.
Warunek ten stał się w tym samym jeszcze roku aktualny. Cesarscy jak mogli tak uganiali się z Turkami, ale mogli nader mało, a o stoczeniu walnej jakiej bitwy nie myśleli, póki by nie nadciągnął Sobieski; wojska niemieckie nie chciały złączyć się w jedną armię, póki król nie nadejdzie. Uważano, że trzeba jak największej naraz siły, tudzież, że trzeba wodza wsławionego, respektowanego przez nieprzyjaciela.
Jan III był desygnowany na wodza naczelnego. Budził zaufanie; samo imię jego podnosiło ducha. Znany był całemu światu, jako pogromca Turków, pierwszy i jedyny ich pogromca, albo on lub też przynajmniej który z hetmanów jego szkoły. Ileż zwycięstw już odniósł! Jego wyprawa na czambuły tatarskie w roku 1672 stała się przedmiotem podziwu największych w Europie znawców sztuki wojennej, a zwycięstwo chocimskie z listopada 1673 roku dało powód do wielkich uroczystości w papieskim Rzymie i z polecenia papieskiego weszło do brewiarzy polskich diecezji. A niedawno dopiero świetna kampania i koronacja aż po zwycięstwie!
Nadspodziewanie nastąpił w Polsce istny wybuch powszechnego zapału. Rezydenci włoscy nie znajdują słów, żeby to opisać. Zebrało się znacznie większe wojsko, niż z początku przypuszczano, a wciąż przybywało jeszcze żołnierza e molta nobilta volontaria [wielu szlachciców – ochotników-red.].
(…)
Chętnie szli daleko poza granice państwa, z zapałem; nastąpiło istne „poruszenie” szlachty, czego nie zdołało dokazać tyle innych spraw narodowych. Ruszył za Sobieskim prawdziwie cały kwiat narodu polskiego, albowiem była to wyprawa religijna. Korona była wówczas niemal wyłącznie katolicka, Polak innowierca należał do rarytasów; tylko na Litwie byli liczniejsi – ale też Litwy nie było wcale w armii Sobieskiego.
Nie darmo Janowi III nadawano u nas przydomek rex orthodoxus [Król prawowierny-red.], z jakim spotykamy się często w drukach współczesnych. Chowany przez rodziców nie tylko pobożnie, ale też nabożnie, należał od wczesnej młodości do bractwa różańcowego, w soboty suszył, miał przez ojca nakazanych sporo modlitw na co dzień, gdy go z bratem Markiem wyprawiono na Akademię Krakowską i Mszy św. słuchał codziennie. Z magnackich domów takie wychowanie rozchodziło się po dworach i dworkach. Cała szlachta była orthodoxa, cała podobna do swego króla.
(…)
Wszyscy współcześni – a cudzoziemcy bardziej, niż Polacy – zdziwieni byli nadzwyczajną szybkością pochodu pod Wiedeń. Pilno było, bardzo pilno; wiemy od znawców, że Wiedeń nie byłby się już mógł trzymać dłużej, jak pięć dni. Ale armię popędzała także ambicja Sobieskiego.
(…)
Stan rzeczy pod Wiedniem pojmie w lot każdy laik, spojrzawszy na plan tego miasta. Turcy właściwie byli już w Wiedniu, i broniło się tylko śródmieście, „innere Stadt”, obwiedzione murami. Bronił się jeszcze stary Wiedeń; nowszy, rozszerzony przedmieściami, był w ręku tureckim. Favoriten zasypane było tureckimi namiotami (zrazu wezyrskimi), a królewicz Jakub notuje, jako „Turcy zburzyli jakieś miasto żydowskie, zwane Leopoldstadt”.
Rodzajem broni i sposobami wojowania uzupełniały się wzajemnie wojska polskie i niemieckie. „Wszędzie do naszych wojsk dodano fuzylierów i piechoty niemieckie, a do niemieckich nasze konne chorągwie”.
(…)
Spotkał się tedy Jan III pod Wiedniem z dawnym swym kontrkandydatem do tronu, Karolem Lotaryńskim, który odnosił się do króla wzorowo, a król wyraża się o nim z całym uznaniem, dodając uwagę, że ten książę wart lepszego losu, tj. że najzupełniej godzien tronu. Ale nie spotkał się król z „wielkim elektorem”, który na Węgry również osobiście nie przybywał.
Nie było pod Wiedniem jeszcze kogoś, a nieobecność ta razi jeszcze mocniej: nie było wojska litewskiego, nie przybył Michał Pac. Zbierali się tak leniwie, tak posuwali się żółwim marszem, iż król nie mógł już dłużej na nich czekać i musiał bez Litwy odbyć wyprawę. Odsiecz wiedeńska jest dziełem samej tylko Korony.
Nasuwa się zestawienie z potrzebą grunwaldzką, 1410 roku, kiedy to nie bylibyśmy sobie dali rady bez Litwy; ale w roku 1683 obeszliśmy się bez niej doskonale, uczyniliśmy więc wielkie postępy pod względem państwowym i militarnym.
(…)
Za szczęśliwego poczytywał się każdy, komu królowa zezwoliła zrobić sobie odpis z listu, otrzymanego od króla, który znaczył swój pochód i zwycięstwo korespondencją z „Marysieńką”. A sławny list, pisany w nocy z 12 na 13 września, datowany „w namiotach wezyrskich”, kopiowany był na papierze naoliwionym, żeby przerysowywać literę za literą; w ten sposób powstawały facsimilia tego listu, głoszącego, jak to „Bóg i Pan nasz na wieki błogosławiony dał zwycięstwo i sławę narodowi naszemu, o jakiej wieki przeszłe nigdy nie słyszały”. Ambicja zaspokojona. A w liście do Ojca św. używa sławnych wyrazów historycznych, czyniąc z nich chrześcijański wariant: Venimus, vidimus, Deus vicit [Przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył-red.].
Wiadomo, jak go ściskano, całowano, „generałowie w ręce w nogi”, a regimenty krzyczały: Ah unser brave Koenig! Wjeżdżającemu nazajutrz do miasta chcieli wszyscy wołać: vivat! – „ale to było znać po nich, że się bali oficerów i starszych swoich. Gromada jedna nie wytrzymała i zawołała vivat! na co widziałem, że krzywo patrzano”.
Zaczyna się długi szereg rozczarowań. Powszechnie wiadomo, jak kręcono potem z ceremoniałem. Cóż dziwić się cesarzowi, skoro biskup wiedeński zachował się bardzo dziwnie. „Ja zaś do biskupa wiedeńskiego w ten sens napisałem, że ponieważ już do inszej przyjeżdżam dyecezyi, a od ciebie nie miałem żadnej przynajmniej wspólnej congratulacyi, że P. Bóg poszczęścił chrześcijanom, więc ja tobie winszuję, że tenże P. Bóg przywrócił cię Pasterzu do zgubionych już prawie owieczek twoich; nie mam dotąd i na to responsu” – tj. do 28 września, w 16 dni po zwycięstwie!
Longum esset enumerare [Długo by wyliczać można-red.], ile potem przykrości doznał bohater za to, że odbył jeszcze zwycięską kampanię węgierską, z tą sławną w historii wojen bitwą pod Parkanami, gdzie jednego dnia, źle obsłużony wywiadami, doznał klęski, lecz nie opuścił miejsca, i na trzeci dzień odniósł triumfalne zwycięstwo, które on sam cenił bardziej od wiedeńskiego.
(…)
A za to wszystko „chorzy nasi na gnojach leżą i niebożęta postrzeleni”, a król nie może się doprosić „szkuty jednej”, żeby ich przewieść Dunajem do Preszburga [Bratysławy-red.] i tam leczyć własnym kosztem! „Wozy nam rabują, konie gwałtem biorą”. W połowie października dopiero nadeszli „ludzie X. Brandenburskiego, nam należący”. Widoczne było, że radziby się pozbyć z Węgier króla polskiego, choć zwycięskiego.
Przyczyna tkwiła zapewne w obawach, żeby Sobieski nie stał się na Węgrzech popularnym i w końcu… królem węgierskim; on lub królewicz. Już pod koniec października, pisze król, jako „ten naród ustawicznie ręce wznosi do P. Boga za nami, nam się w protekcję oddaje…”.
„Wręcz mówią Węgrowie, że jeżeli chcą żebyśmy odstąpili protekcji tureckiej, niechże weźmiemy polską i niech jedno z nimi będziemy. Król występował z pośrednictwem pomiędzy cesarzem a Toekelym, zanosiło się na jakiś układ; faktem jest, że Jan III, przygotowywał na Węgrzech leże zimowe, ażeby z wiosną 1684 roku dalej zwalczać Turków, wypędzić ich z Węgier i z Podola, a potem z Bałkanu. Czyż w razie powodzenia miał oddawać zdobywane na Turkach kraje innym w niewolę? Węgrzy przecież uważali panowanie habsburskie za niewolę.
(…)
Straszna zaiste jest przyczyna, dlaczego zakończył udział swój w kampanii węgierskiej takim zgrzytem. Oto wojsko Sobieskiego nie zimowało na Węgrzech, trzeba było wrócić do domu…
Dlaczego? Jak zwykle było przyczyn kilka, w które tu nie sposób bliżej wchodzić, ale szala została przeważona czymś okrutnym, bo zrobili to swoi. Można powiedzieć, że z Węgier króla wypędziła Litwa.
Nareszcie, gdy myślano już o leżach zimowych, wojsko litewskie zdążyło nadejść. Byłoby lepiej, gdyby byli wcale nie przyszli! Wobec ludności Górnych Węgier zachowali się jakby nieprzyjaciele: łupili, rozpościerając swe zagony aż po Morawy. Narobili dużo kłopotów i jeszcze więcej wstydu. Król właśnie zmawiał się o rozejm z Toekelym na hiberny, a według wszelkiego prawdopodobieństwa kryły się za tym jakieś układy polityczne, „ale się nam wszystek pomieszał traktat tym postępkiem wojska litewskiego”. W następnym liście, z 20 października, pisze: „Poczty albo umyślnych, aby rozstawić przez węgierską ziemię, impracticabile, ile za tem litewskiego wojska Węgrów zirytowaniem; myśmy też tu jeszcze nic z Tekolim nie skończyli”.
Ludność zaczęła teraz traktować Polaków, jako wrogów i gwałtowników, których należy przepędzić. Czyż miano prowadzić wojnę z ludem, by wymusić sobie hiberny i zostawić na Węgrzech łupieżników? Król wrócił do domu, kampanię ukończył, a raczej przerwał, bo już na Węgry nie powrócił.
(…)
Esej został po raz pierwszy opublikowany w miesięczniku „Ateneum Kapłańskie”, zeszyt 2, sierpień-wrzesień 1933 r.
– Stoi za tym jakiś cel. Mianowicie, wzmocnienie obecności islamu w Europie, a to kosztem chrześcijaństwa (…) Nie możemy być aż tak naiwni, by tego nie widzieć – mówił o masowej migracji muzułmanów do Europy biskup Athanasius Schneider.
W wywiadzie udzielonym serwisowi LifeSiteNews biskup podkreślił, że choć w duchu chrześcijańskim należy pomagać osobom w potrzebie, to jednak masowa migracja uchodźców do Europy jest zagadnieniem zupełnie innym. Elity europejskie nie mają faktycznie na celu pomocy uchodźcom, lecz starają się „zmienić tożsamość Europy, narodów europejskich, poprzez masową obecność ludzi z zupełnie innej kultury”.
Główną grupą przybyszów są muzułmanie, a ich kultura znacząco odbiega od europejskiej. Tymczasem zbyt duża liczba wyznawców islamu przybywająca obecnie do Europy stanowi zagrożenie dla naszej chrześcijańskiej tożsamości.
– Stoi za tym [migracją] jakiś cel. Mianowicie, wzmocnienie obecności islamu w Europie, a to kosztem chrześcijaństwa, to całkiem jasne – alarmował hierarcha. -Nie możemy być aż tak naiwni, by tego nie widzieć; to staje się coraz bardziej oczywiste – dodał.
Biskup zachęcił wszystkich Europejczyków, by w obecnej sytuacji nie pozostali bierni. Raczej, powinni wywierać naciski na przywódców państw oraz innych wpływowych ludzi, aby ci położyli kres nadmiernej migracji osób spoza Europy. To pozwoli „obronić europejskie wartości”.
Hierarcha dodał, że wartości, o których tu mowa, to nie są „wartości Unii Europejskiej”, czyli neo-komunizm i masoneria.
– Prawdziwe wartości europejskie, te historyczne,to te, które zbudowały chrześcijańską politykę i chrześcijańską kulturę – wyjaśnił bp Schneider. – I dlatego powinniśmy po raz kolejny promować zdrowy patriotyzm, miłość do ojczyzny, do naszych historycznych wartości chrześcijańskiej kultury europejskiej. Myślę, że to jest nasze zadanie na dziś – podsumował.
„Ojciec umarł dzisiaj o 9 rano. Umarł spokojnie, przytomny. Agonii prawie nie było. Usnął nagle” – pisała 10 lutego 1949 r. Bronisława Koneczna, córka prof. Feliksa Konecznego. W wieku niespełna 87 lat odszedł jeden z najwybitniejszych umysłów, jakie miała dwudziestowieczna Polska. Po latach nazwano go mianem „vir catholicissimus” – „mąż najbardziej katolicki”.
To, w jaki sposób dziedzictwo prof. Feliksa Konecznego zostało zaprzepaszczone, a jego nazwisko niemal zapomniane lub zmieszane z błotem, najlepiej scharakteryzował Paweł Jasienica w swym „Pamiętniku”: „Krajowe losy dorobku profesora stanowią wcale niezłą ilustrację umiejętności nie występującej ani w cywilizacji łacińskiej, ani w turańskiej, za to będącej spécialité de la maison Polaków. Mówię o nieprawdopodobnym zamiłowaniu do marnotrawstwa, o nałogowym lekceważeniu własnego dorobku kulturalnego”. Jest to świadectwo wartościowe nie tylko z tego powodu, że Jasienica przez rok uczęszczał w Wilnie na wykłady Konecznego, ale też z racji, że trudno go uznać za publicystę katolickiego czy konserwatywnego, potrafił wszelako docenić po latach dorobek swojego wykładowcy.
Z ojca Czecha, matki Czeszki
Feliks Koneczny urodził się 1 listopada 1862 r. w Krakowie. Jego ojciec, Józef, pochodził z Moraw, do Krakowa przybył w latach czterdziestych XIX w., by podjąć studia na uniwersytecie. Z powodu uczestnictwa w powstaniu krakowskim 1846 r. został usunięty z uczelni i przez kolejne dekady pracował na kolei. Matka Feliksa, Józefa, również była Czeszką. Nie bez powodu Profesor w swoich notatkach pisał po latach: „Urodziłem się (…) z obojga Czechów, nie ma tedy we mnie ani kropli krwi polskiej”. Rodzina szybko się polonizowała i Feliksa można już bez wątpienia uznać za Polaka, choć kontakty z czeską rodziną były podtrzymywane jeszcze w latach czterdziestych XX w., a sam Profesor biegle posługiwał się czeskim językiem (był zresztą tłumaczem przysięgłym).
„Matki nic a nic nie pamiętam, miałem niespełna 15 miesięcy, kiedy mię obumarła – pisał Feliks – Ojciec powtórnie się ożenił. Wkrótce po ślubie przeniesiono go na posadę do Lwowa”. Macocha traktowała swego pasierba w sposób daleki od wzorcowego, celowo sprawiała kilkuletniemu chłopcu przykrości, pozbawiała go zabawek, w zamian faworyzując swojego syna. Nic dziwnego, że kilkunastoletni Feliks sprawiał problemy wychowawcze, opuszczał się w nauce, ostatecznie maturę zdał eksternistycznie w wieku dwudziestu jeden lat. Dopiero dostanie się na studia historyczne na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego otworzyło przed nim szerokie horyzonty. Stopień doktora otrzymał w 1888 r. broniąc pracę zatytułowaną „Najdawniejsze stosunki Inflant z Polską do r. 1393”.
Młodemu historykowi, będącemu synem niskiego szczebla urzędnika kolejowego, bez koneksji rodzinnych i towarzyskich, nie było łatwo przebić się do ekskluzywnego, a niekiedy i arystokratycznego środowiska krakowskich uczonych. W roku 1890 wziął udział w ekspedycji historyków, mającej na celu kwerendę w Archiwach Watykańskich, otwartych dla badań w wyniku decyzji papieża Leona XIII. Pracował w Akademii Umiejętności, następnie jako bibliotekarz w Bibliotece Jagiellońskiej. W sposób szczególny zajmował się dziejami relacji polsko-krzyżackich.
Książki „dla ludu”
Koneczny wychodził z niezwykle cennego założenia, nie zawsze spotykanego u historyków, że praca naukowa i badania to jedno, ale koniecznym jest także spopularyzowanie tych badań wśród różnych warstw społecznych, że badacz dziejów oprócz obowiązków wobec prawdy i nauki ma także obowiązki względem swojej Ojczyzny, niesprzeczne z nauką i tak samo oparte na fundamencie prawdy. Stąd od końca lat dziewięćdziesiątych XIX w. rozpoczął cykl publikacji, w których popularyzował dzieje Polski.
Jako pierwsze ukazały się w Bytomiu w roku 1897 „Dzieje Śląska”, dotyczące losów ukochanej przez Konecznego dzielnicy polskiej („za Wrocław to bym się bił!” – mawiał do wnuka). We wstępie do książki pisał: „Otwieramy księgę dziejów, bośmy ciekawi, dla kogo też najpierw Opatrzność chleb z tej ziemi przeznaczyła? Bo nam mówią często po niemiecku, że my tutaj przybłędy i tylko z łaski cierpieni na komornym. Przepraszamy panów Niemców, że też i my czytać umiemy i zajrzymy sobie sami do historii. Dawno to już trzeba było zrobić, ale lepiej choć późno, niż nigdy”. Książka była wielokrotnie wznawianym bestsellerem na Śląsku, gdzie wydatnie przyczyniła się do rozbudzenia polskości. W kolejnych latach ukazywały się „Dzieje Polski”, „Dzieje Polski za Piastów”, „Dzieje Polski za Jagiellonów” oraz „Dzieje Polski opowiedziane dla młodzieży”. Za to tuż przed wybuchem II wojny światowej wyszła drukiem praca „Święci w dziejach narodu polskiego”.
Jaka Polska?
Scharakteryzowanie myśli społeczno-politycznej Feliksa Konecznego nie należy do najprostszych zadań nie tyle z powodu ogromu materiału, który po sobie pozostawił, ile przede wszystkim ze stopniowej ewolucji, jaką przechodził. W latach 1905-1914 redagował miesięcznik „Świat Słowiański”, na łamach którego starał się promować ideę słowianofilstwa, mającego stać się przeciwwagą zarówno dla niemieckich planów w stosunku do Europy Środkowej, jak i rosyjskiego w swej genezie panslawizmu. Osobiście nigdy nie włączył się w czynną politykę, należał do Klubu Konserwatywnego, z którego zrezygnował przeszedłszy do Stronnictwa Katolicko-Narodowego. Sympatyzował także z ruchem ludowym, ideami chrześcijańsko-demokratycznymi oraz narodowo-demokratycznymi. Pod koniec życia stawał się sceptyczny wobec republikanizmu, stając się monarchistą. W czasach II wojny światowej współpracował z konspiracyjnym środowiskiem „Unii” Jerzego Brauna, publikując w podziemnej prasie.
Na łamach „Trybuny Narodu” w 1927 r. Feliks Koneczny ogłosił drukiem „Czterdzieści tez zasadniczych”, stanowiących rekapitulację jego poglądów. Pierwsze trzy tezy brzmiały następująco: „Ze wszystkich spraw publicznych najbardziej publiczną jest religia. Polska albo będzie katolicka, albo jej nie będzie. Cokolwiek zmierza do wyrządzenia szkody Kościołowi katolickiemu, jest zarazem szkodliwe dla Polski”. Są to słowa, za które znienawidzony jest do dnia dzisiejszego przez środowiska liberalno-lewicowe.
Do najcenniejszych pereł w dorobku Konecznego należy jego autorska koncepcja cywilizacji, którą zdefiniował jako „metodę ustroju życia zbiorowego”. Znaczną część swej naukowej i publicystycznej pracy poświęcił cywilizacji łacińskiej, gwarantującej człowiekowi najbardziej wszechstronny rozwój, zarówno materialny, jak i przede wszystkim duchowy. Oprócz cywilizacji łacińskiej wyróżnił także, a częściowo opisał, następujące metody ustroju życia zbiorowego: bizantyńską, turańską, żydowską, arabską, chińską i bramińską.
Rodzinne polskie drogi
Piękny, wzruszający, a jednocześnie tragiczny jest element rodzinny biografii Feliksa Konecznego. Ożenił się z Marcelą z domu Krč, trzy lata starszą od siebie Czeszką. Zachowały się wymieniane pomiędzy nimi listy miłosne. Feliks pisał do Marceli m.in.: „Chciałem Ci przypomnieć ten kwiat polny, którym się bawiłaś, kiedy Cię poznałem (…). A teraz niech Ci jeszcze powiem, że Cię kocham, i że drugi raz na świat chciałbym przyjść tylko pod tym warunkiem, że znów będę Twój na wieki”. Miłość między nimi przetrwała próbę czasu. Na początku jednej ze swych książek Koneczny zamieścił dedykację: „Robót życia wspólniczce, wiary, nadziei, miłości, prządce niestrudzonej, żonie swojej poświęca autor”. Marcela zmarła w roku 1935. Do naszych czasów zachowała się fotografia pogrążonego w smutku i modlitwie Profesora stojącego nad trumną żony.
Doczekali się trojga potomstwa: Bronisławy (ur. 1889), Czesława (1890) oraz Stanisława (1892). Warto zauważyć, że wszystkie dzieci Profesora otrzymały imiona polskich świętych. Bronisława nigdy nie wyszła za mąż. Była uzdolniona artystycznie, malowała obrazy, studiowała na Akademii Sztuk Pięknych, zaprojektowała okładkę napisanej przez ojca książki „Tadeusz Kościuszko. Życie, czyny, duch”. Prowadziła sklep jubilerski w krakowskich Sukiennicach, co pozwoliło rodzinie na zakup domu na Salwatorze (do dziś istniejący budynek przy ul. Św. Bronisławy 18 w Krakowie). Zmarła w 1951 r.
Starszy z synów, Czesław, ukończył studia prawnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim, został sędzią i przez okres dwudziestolecia międzywojennego piął się po szczeblach kariery aż do stycznia 1939 r., gdy mianowano go sędzią Sądu Najwyższego. W połowie sierpnia 1944 r. wraz z żoną Marią zostali zamordowani przez Niemców tłumiących Powstanie Warszawskie. Zmarli bezdzietnie. Młodszy syn, Stanisław, poszedł w ślady starszego brata obierając ścieżkę prawniczą. Prowadził kancelarię adwokacką i notarialną na Górnym Śląsku, działał w Akcji Katolickiej. W okresie II wojny światowej był członkiem siatki wywiadu ofensywnego Armii Krajowej na terenie III Rzeszy o kryptonimie „Stragan”. W wyniku zdrady Ludwika Kalksteina, znanego z wydania gen. Stefana Roweckiego „Grota”, znaczna część struktury konspiracyjnej została zdemaskowana przez gestapo. W sierpniu 1943 r. przy ul. Mikołajskiej w Krakowie aresztowano Stanisława Konecznego. Wyrok śmierci 15 sierpnia 1944 r. „w imieniu ludu niemieckiego” wydał przewodniczący składu sędziowskiego dr Bruno Makart (1893-1959), sędzia Sądu Ludowego w Berlinie, po 1945 r. dyrektor sądu administracyjnego w Kolonii. Stanisław Koneczny został ścięty toporem w więzieniu w Brandenburgu nad Hawelą we wrześniu 1944 r. Jego żona, Wanda, zmarła w roku 1948. Dwaj synowie, Wiesław i Jacek, nie założyli rodzin.
Na trudności życiowe, prześladowania, tragedie, Feliks Koneczny miał wyłącznie jedną radę: „Tylko liche charaktery uginają się pod prześladowaniem, zacni ludzie nabierają jeszcze więcej hartu i jeszcze mocniej przywiązują się do swych ideałów”. Ideałom wynikającym z cywilizacji łacińskiej pozostał do końca wierny.
Kajetan Rajski – redaktor serii „Dzieł zebranych” Feliksa Konecznego (www.ksiegarniamiles.pl)
Cała Europa choruje od dawien na mieszankę cywilizacyjną; toteż w całej Europie cywilizacja upada.
Zabawne przy tym jest pojęcie cywilizacji „europejskiej”, skoro mamy w Europie cywilizacji cztery: ogólno-europejskiej nigdy dotychczas nie było. Sprawy tyczące cywilizacji, nigdy dotychczas nie były studiowane systematycznie i tylko dzięki temu, a więc dzięki ignorancji, mogło powstać urojenie, jakoby zanosiło się na cywilizacje „powszechną”, mającą powstać z „krzyżowania się” cywilizacji obecnie istniejących. Ogół inteligencji mniema, że wyższy szczebel cywilizacyjny osiąga się naprawdę przez owo „krzyżowanie”. Im więcej tedy cywilizacji znajdzie się w jakimś kraju, tym lepiej, bo w tym wyższa rozkwita tam cywilizacja, dzięki krzyżowaniu?
Spróbujmy przyprzeć tę tezę do muru konsekwencji. A więc na czele „ludzkości” cywilizowanej kroczą rozłogi państwa rosyjskiego posiadając aż siedem cywilizacji:
po stronie europejskiej turańska, łacińska, żydowska i bizantyńska, a nadto w Eurazji i w Azji arabska, chińska, bramińska.
Drugie miejsce przypadłoby Indiom, które mają u siebie o jedną cywilizację mniej (brak im bizantyńskiej).
Na trzecim miejscu stałaby Polska ze swymi czterema cywilizacjami, a zwłaszcza jej prowincje wschodnie.
Pozostała „reszta” Europy może się pochlubić tylko trzema cywilizacjami: łacińską, bizantyńską i żydowską. Krzyżują się aż nadto, lecz nigdzie ni śladu jakiejś cywilizacji nowej a wyższej, albowiem synteza jest tu niemożliwością. Nastaje tylko mechaniczna mieszanka cywilizacyjna, coś nieżywotnego.
Chcąc pogodzić jakimś kompromisem sprzeczne poglądy na dobro i zło, dochodzi się do wniosku, Że nie ma ani dobra ani zła („jesseits des Guten und Bosen”) i przygotowuje się stan acywilizacyjny.
W Rosji „krzyżowanie” skończyło się na nihilizmie i bolszewizmie, w Polsce na piłsudczyzmie, w Niemczech na hitleryzmie, we Francji na pacyfizmie armii złożonej z jedynaków, w Hiszpanii na podpalaniu kościołów, we Włoszech na wyniesieniu zaborczości ponad wszelkie ideały.
Cała Europa choruje od dawien na mieszankę cywilizacyjną; toteż w całej Europie cywilizacja upada.
Od trzynastu z górą lat zmierza się w Europie do stanu acywilizacyjnego. Oto przyczyna wszelkich „kryzysów”.
Trzęsie się ten polski rydwan…
Całej Europie przydałaby się dezynfekcja od pomieszania cywilizacji, lecz Polsce może najbardziej.
Trzęsie się ten polski rydwan, bo go szarpią siły działające w rozbieżnych kierunkach: ale nie rusza się z miejsca, gdyż żadna z tych sił nie uzyskała odpowiedniej przewagi. Ma tu zastosowanie stary przykład o wozie, do którego zaprzężono jedną parę koni z przodu, a drugą z tyłu, a każda ciągnie w kierunku przeciwnym. Do obrazu tego należy atoli dodać jedną poprawkę, a fatalną; do naszego rydwanu wprzężono jeszcze trzecią i czwartą parę koni, po jednej z każdego boku. Czy ten rydwan nie musi być wywrócony, a nawet rozszarpany?
Całej Europie przydałaby się dezynfekcja od pomieszania cywilizacji, lecz Polsce może najbardziej.
Trzeba nawrócić do cywilizacji łacińskiej i przestrzegać jej zasad. Polskę należy urządzić i rządzić nią tylko według wymogów jej cywilizacji rodzimej, którą jest łacińska, a żadna inna. Tylko w zakresie tej cywilizacji można być Polsce pożytecznym.
Feliks Koneczny/fragmenty/z „Państwo w cywilizacji łacińskiej” i „Zasady prawa w cywilizacji łacińskiej”.
W drugiej połowie wieku XIV zanosiło się na znaczne rozszerzenie obszaru prawosławia. Dynastia Gedyminowiczow przenosiła się coraz bardziej na ruskie panowanie. Nie bronili Rusini wcale swoich Rurykowiczow, a nawet woleli letuwskich dynastow, bo nie dawali daniny tatarskim “carom”, a zatem nie dopuszczali się też zdzierstw na ludności pod pozorem ściągania “wychoda”. Gedyminowicze nie tylko nie wnosili nic a nic letuwskiego na Ruś, lecz sami się ruszczyli. Olgierd żenił się z Rusinkami, wszyscy synowie jego używali języka ruskiego, a ci z nich, ktorzy otrzymali księstwa na Rusi, przyjmowali chrzest w cerkwii wschodniej, i sam Olgierd uczynił to na łożu śmierci. Następca jego Jagiełło, gotow był zrobić to samo niemal na wstępie swojego panowania i oprzeć się tylko na Rusi, uważając Letuwę za straconą, nie dającą się już obronić przeciwko Krzyżakom. W tym najniespodzianiej dokonała się całkowita zmiana stanu rzeczy, gdy Jagiełłę wezwano na tron polski.
Na tron państwa, wyznającego chrześcijaństwo od poł tysiąca lat, wezwano poganina, ktory dopiero miał się chrzcić za… koronę. Był to straszny “skandal europejski”, tym bardziej, że dwor wileński nie słynął z łagodności obyczaju, a małżeństwu z Jadwigą towarzyszyła rozgłośna plotka o bigamii, i w ogole powątpiewano, czy brać na serio chrzest krakowski. Krzyżacy, Habsburgowie i Luksemburgowie urobili opinię Europy; sama Stolica Apostolska dopiero w roku 1388 odezwała się za Jagiełłą. Na zachodzie uchodził Zakon krzyżacki za pokrzywdzonego, ciężko pokrzywdzonego przez Jagiełłę i przez Polakow; nigdy jeszcze Krzyżacy nie byli tak popularni w zachodniej Europie, nigdy przedtem nie doznawali takiego wydatnego poparcia. Z całym zapałem szło zachodnie rycerstwo do Prus na pomoc uciśnionemu przez Polskę i Litwę Zakonowi niemieckiemu. Rozbrzmiewało hasło, żeby ratować chrześcijaństwo zagrożone przez niby chrzest krakowski; nawoływano do ofiar, bo oto Polska pod Jagiełłą gotowa sama powrocić do pogaństwa. Polacy zdrajcami Krzyża! Tak odnosił się do nas Zachod.
Nie brakowało głosow, uważających ewentualne zwierzchnictwo Polski nad Letuwą i połnocną Rusią litewską za rabunek, dokonany na państwie krzyżackim. To ich ziemie, bo oni nawracają je od XIII wieku, i oni jedni tylko mają prawo organizować tam Chrześcijaństwo. Chrzest z poręki Krzyżakow, zakonu rycerskiego poświęconego nawracaniu, byłby pewny i bezpieczny; ale czyż można zaufać chrztowi z poręki polskiej, z poręki wroga tegoż bogobojnego Zakonu?! Rzeczy stoją tedy tak samo. jak przed chrztem krakowskim, a zatem kraje owe połnocne są pogańskie, a jako takie podlegają Krzyżakom. W imię Chrześcijaństwa nie można dopuścić, żeby Polacy rabowali i przywłaszczali sobie własność Zakonu! Widzimy, jako nie brakło kolcow, i to bardzo grubych, naszemu stosunkowi do Zachodu. I to także stanowi… historię starą…
Światopogląd “świętego rzymskiego cesarstwa narodu niemieckiego” górą był niemal w zupełności; panował nad umysłami Zachodu bizantynizm niemiecki. Trzeba było dopiero przeprowadzać umyślną kampanię, by odgrzebać spod bizantyńskich popiołow światopogląd łaciński i rozdmuchać go na nowo. Zabrano się do tego, i po dłuższym czasie pozyskano dla sprawy polskiej szereg najwybitniejszych umysłów Francji i Włoch. Walkę stanowczą stoczono na soborach, zwłaszcza na konstanckim. Wygraliśmy dzięki użytkowi nowoczesnej broni, a mianowicie : książki. Jęliśmy się przekonywania opinii fundamentalnie, poprzez wywody naukowe, dostępne samym tylko uczonym w scholastycznej filozofii. Trudno orzekać, co bardziej Krzyżakom zaszkodziło: Grunwald (1410), czy też napisana w pięć lat potem rozprawa krakowskiego profesora, Pawła Włodkowica z Brudzewa, i przedstawiona soborowi jako podkład pod wytoczoną Zakonowi sprawę: De potestate papae et imperatoris respectu infidelium.Uczony polski wywodził, jako ziemia pogańska nie jest bynajmniej “niczyją”, lecz prawą własnością tubylców, których nie wolno nawracać przemocą, bo fides ex necessitate esse non debet.
Obie tezy całkiem proste – a jednak w owczesnym świecie rewolucyjne. Nie zastanawiano się głębiej nad tymi sprawami, aż dopiero na żądanie Polski i pod przewodem polskiego uczonego; zastanowiwszy się, dziwowano się, jak można było dać się powodować Krzyżakom. Ci bronili się zaciekle. W ich imieniu zaciął sobie pioro na Polskę zawodowy pamflecista Jan Falkenberg i nawoływał przeciw Polakom, ktorzy czczą bożka, ktory nazywa się Jagajło, i są “psy bezwstydne”, ktorzy “wrocili do odmętu niewiary”; toteż cała Europa winna ruszyć na krucjatę przeciw nim. Każdego Polaka wolno zabić bez grzechu, a nawet będzie to zasługa przed Bogiem; dostojnikom zaś i biskupom polskim należą się szubienice i trzeba ich powywieszać dla dobra Chrześcijaństwa.
Tak tedy nie w XIX dopiero wieku wymyślił niemiecki bizantynizm hasło “ausrotten”.Polemika pociągnęła za sobą dalsze rozprawy i innych autorow, objęła Polskę, Niemcy, Francję i Włochy – aż skończyła się zwycięstwem naszym, gdy w roku 1424 Falkenberg odwoływał swe pismo w Rzymie na konsystorzu publicznym wobec Marcina V, Papieża. Zdawano sobie sprawę z tego, że walczy się z pewnym światopoglądem, reprezentowanym przez cesarstwo niemieckie, a ktory zdaniem Polakow nie godzi się z Chrześcijaństwem, ani z cywilizacją łacińską; nazywano rzecz innymi wyrazy, stosownie do owczesnej terminologii “wojną z całą nacją niemiecką”. Tak nazywali wspołcześni ostatni okres wielkiej wojny polsko-krzyżackiej (1431- I435), zakończony świetnym zwycięstwem pod Wiłkomierzem. Bitwę tę porownywano wspołcześnie z Grunwaldem. Odrębna polska kultura wywalczyła sobie prawo do życia. Odtąd poczynała sobie śmiało, krocząc wbrew utartym przez niemiecki bizantynizm szlakom.
* * *
Ideologia Pawła Włodkowica z Brudzewa przyjęła się w umysłach polskich. Nie dbając o przeciwne poglądy Niemcow, zyskujących tu i owdzie czasem uznanie na Zachodzie, przyznano rownouprawnienie schizmie, nawracając tylko namową i przykładem. Zaczyna się to już od roku 1432 i przechodzi przez szereg etapow, ktorych tu bliżej wyłuszczać nie ma czasu. A w XVI wieku otwiera się istna przepaść między kierunkiem polskim a zachodnim, gdy na tle rewolucji religijnej luterańskokalwińskiej Francja nieraz dawała się powodować światopoglądowi bizantyńsko-niemieckiemu. Bizantyński kierunek zatriumfował w całych Niemczech na długo – dzięki tzw. “reformacji”. Wiadomo, jako nie brakło w Polsce herezji. Wtedy to Zygmunt August oświadczył, jako jest krolem kozłow i baranow jednakowo – a wielki Zamojski, zwrocony na sejmie do innowiercow, powiedział, że dałby sobie obciąć rękę za ich nawrocenie, lecz dałby drugą rękę, gdyby im miano zadawać gwałt. Tak powtarzano nieustannie rozmaitymi słowy dawną tezę Włodkowica, że “wiara nie ma być z przymusu”. A głosił to ten sam Zamojski, ktory był wspołpracownikiem (czy kierownikiem ?) Stefana Batorego w wyprawach na połnocny wschod, znaczonych zakładaniem kolegiow jezuickich. Czyż przyśniła się komu w Polsce barbarzyńska zasada: cuius regio, illius religio?! A jednak nawrocono olbrzymią większość zbłąkanych! Co więcej, gdy inteligencja schizmatycka całymi krainami przechodziła do obozu protestanckiego, nawracana następnie, nie chciała słyszeć o greckim obrządku, lecz tłumnie przyjmowała obrządek rzymski w łaciństwie. I zaczęła się mocna ekspansja kultury polskiej ku wschodowi. Aż po Dniepr przemawiano publicznie słowy: “Panowie bracia!”. A rownocześnie panował z tamtej strony Dniepru Iwan Groźny, oddający niemiłych sobie wielmożow rozdziczonym psom żywcem na pożarcie.
Ekspansja szła raźno, a sięgała tym głębiej, iż nie robił tego rząd sztucznymi sposobami, nakazami czy zakazami, lecz szerzenie kultury polskiej ku wschodowi odbywało się wyłącznie pracą i staraniem społeczeństwa, ktoremu nie przyśniło się wówczas żądać pomocy od urzędow państwowych. Dokonywało się to metodą typowo chrześcijańską; czy ktory Rusin lub Letuwin zdoła przytoczyć choćby jeden przykład jakiegokolwiek przymusu lub choćby tylko nacisku?
Miała Litwa, tj. Wielkie Księstwo litewskie, pośrod swej ludności już naowczas te same materiały etniczne, jak dziś: Rusinow (Białorusinow), Letuwinow, Polakow, Tatarow i żydow; taki sam materiał pstry pod względem wyznaniowym: katolikow, schizmatykow, starozakonnych i muzułmanow. Litwini – tj. obywatele Wielkiego Księstwa – sławnym wyborem i ogolną zgodą uczynili język białoruski swym językiem urzędowym (dlatego-to zwany był stale językiem litewskim), a Polska nie narzucała im nigdy ani polskiego języka, ani łaciny – i “litewski” został tam urzędowym do końca. Nie był nim letuwski dla tej prostej przyczyny, że żadnemu a żadnemu Letuwinowi nigdy to nie wpadło na myśl!
Dotychczas też nie wiadomo dokładniej, w jaki sposob polszczyła się inteligencja litewska, mianowicie ruska, letuwska i tatarska. Kto chciałby pisać dzieje tej polonizacji, miałby nie lada kłopot ze źrodłami, bo w źrodłach tego nie ma! Działo się to jakoś “samo przez się”, wpływami cywilizacyjnymi, współzawodnictwem cywilizacji, do czego używało się środkow wyłącznie cywilizowanych, zgodnych z duchem cywilizacji chrześcijańsko-klasycznej. Tyle tylko wiadomo, że protestantyzm stanowił do tej polonizacji pomost, ale przez to, że porzucanie protestantyzmu wiodło do katolicyzmu, a ten łączył się siłą okoliczności z polskością; siłą okoliczności niezależnych od woli ni Kościoła ni Polakow. Miejmyż na uwadze, jako najwybitniejsi nawet prawosławni lgną do polskości i nienawidzą Moskwy, np. Konstanty Ostrogski. O gdybyż władza państwowa nie była się nadal zgoła mieszała w te rzeczy, czyż prawosławie nie byłoby wygasło w Wielkim Księstwie litewskim?
Z początkiem drugiej połowy wieku XVI powstaje w Polsce pomysł, czy nie możnaby dojść do unii z “Moskwicinem” podobnie, jak za Jagiełły z Litwą, z ktorą bywały rownież przedtem zaciekłe spory i wojny. Za wyborem Iwana Groźnego na następcę Zygmunta Augusta przemawiały względy wielkiej miary. Wojny z Moskwą miały zamienić się na spółkę handlową i polityczną z caratem. Za dopuszczenie Moskwy do morza otwarłyby się handlowi i przemysłowi polskiemu rozległe szlaki owczesnego Dalekiego Wschodu.
Gdyby połączył siły wojenne Polski, Litwy, Moskwy, możnaby śmiało zabrać się do wypędzenia Turka z Europy, do oswobodzenia Słowian bałkańskich, do spełnienia misji Władysława Warneńczyka. Powstawała koncepcja polityczna, jedna z najwspanialszych jakie zna historia, a do tego opromieniona marzeniem o nawroceniu moskiewskich krain – lecz koncepcja zarazem jedna z najbardziej… fantastycznych. O tym miał pouczyć Polakow sam car – jak o tym wiadomo z każdego podręcznika historii polskiej. Nieporozumienie było co najmniej rowne ogromowi marzeń! A jednak pomysł kiełkował dalej i kandydatura moskiewska powracała podczas drugiego bezkrolewia. W Moskwie rozumiano wowczas tę chęć wyboru, jako dowod słabości, jako poddawanie się Moskwie z obawy przed wojną. Toteż gdy elekcja zawiodła, ruszył Iwan na polskie Inflanty, lecz Batory zadusił “Moskwicina” na dłuższy okres czasow. Idea unii z Moskwą trwała nadal. Zbiegiem okoliczności, wynikłych z wewnętrznych stosunkow polskich, poczyna się pomysł polityczny wikłać z religijnym. Zniechęceni do Zygmunta III protestanci porozumieli się z prawosławnymi, gotowi zrzucić krola z tronu. Wtedy obmyślił Zygmunt III klin do rozsadzenia – jak mniemał – tego związku: wznowić unię florencką. I to było ingerencją państwową w sprawy wyznaniowe, ingerencją zawsze i wszędzie niebezpieczną i dla religii i dla polityki! Polska nie miała nic wspólnego z unią florencką 1419 roku.
Ruscy bojarzy woleli już w XV wieku przechodzić wprost na łaciński obrządek. Ani jednego Polaka nie było we Florencji, a zawartej tam unii nie uznał nie tylko uniwersytet krakowski, ale ani prymas gnieźnieński, ani biskup wileński. W Wilnie nie pozwolono metropolicie-kardynałowi Izydorowi odprawić liturgii wschodniej w katedrze łacińskiej. Nie dopuszczono też wowczas do zorganizowania biskupstw unickich. Potem za Aleksandra “unia Bołgarynowicza” zeszła niemal od razu na nic nie znaczący epizod, o ktorym się już nie mowiło, a w następnym pokoleniu za Zygmuntow Jagiellończykow, zaginęła nawet jej pamięć. Tak tedy sprawa unii była za Zygmunta III czymś całkiem nowym dla umysłow.
Logika mowiła, że w czasie, kiedy dokonywano setkami nawracań z kalwinizmu, czy nawet z arianizmu, nawracanie ze schizmy (a więc nie z herezji) winnoby być znacznie jeszcze łatwiejsze. Jakżeż tedy nie miało, być prób, zmierzających do “jedności Kościoła Bożego na Rusi”. Były te próby popierane przez wybitne osoby prawosławne! Krol tego ruchu unijackiego nie wymyślił, ale chwycił się go ręką niezdarną (bo polityczną), chwycił go się zaś oburącz, poparł i co najgorsze: przyspieszył, nie mogąc się doczekać, aż dojrzeje bo mu było pilno ze względow politycznych. Pokierował też całym ruchem po swojemu, jak wszystkim zawsze pozbawiony ten krol zdolności, “di ingenio stretto”, jak go scharakteryzował sam Possewin. Ogłoszona pospiesznie w roku 1596 unia brzeska była dziełem na poł religijnym, na poł politycznym. Tylko Ruś Biała i Podlasie pragnęły unii i były do niej jako tako przygotowane, a krol kazał ogłosić ją na całą Ruś, sądząc, że polityką usunie ze swego państwa schizmę. Miał krol odtąd zaciekłych wrogow w Rusi południowej i sam Konstanty Ostrogski staje na czele opozycji; ten sam Ostrogski, ktory był tak zasadniczym wrogiem Moskwy. W jego drukarni ostrogskiej tłoczą się odtąd odezwy gwałtowne, podburzające przeciwko Polsce, jako tworczyni unii, ktorą pojęto wprost, jako prześladowanie prawosławia. Wznowienie unii florenckiej poruszyło Moskwę i… Stambuł. Prawosławny patriarchat carogrodzki pozostawał od samego początku, zaraz od roku I453, w zażyłej przyjaźni z sułtanem – wdzięczny Turkom właśnie za wybawienie od unii florenckiej.
“Raczej turban, niż tiarę”! – wołano w Konstantynopolu i hasłu temu hołdowano zawsze, nie cofając się przed żadną konsekwencją. Rządy sułtańskie prześladowały tylko katolikow, prawosławie cieszyło się zupełną swobodą i autonomią taką, iż tworzyło państwo w państwie. Stanął też sojusz polityczny Fanaru z kalifem przeciwko wspolnemu niebezpieczeństwu łacińskiej, papieskiej krucjaty. Obawa wspolna przed ligą antyturecką łączyła też Fanar i kalifat przeciwko Polsce. Wysłannicy carogrodzcy jeżdżą coraz częściej do Moskwy. Tam starano się jeszcze od czasow Iwana III o jak najlepszą przyjaźń z sułtanami. Fanar stawał się coraz bardziej turecką agencją polityczną na świat prawosławny. Muzułmański kalif w ciągu całych pokoleń uprawiał politykę swą względem prawosławnej Moskwy przez pośrednictwo patriarchatu. Fanar spełniał skwapliwie wszelkie poruczane sobie przez sułtanow misje polityczne. Dyplomatami w służbie połączonych w taki sposob kalifatu i patriarchatu bywali patriarchowie tytularni jerozolimscy, antiocheńscy itp., nawiedzający ciągle Moskwę, a potem i Ruś litewską. Już w roku I588 jeździł jednak do Moskwy sam carogrodzki patriarcha Jeremiasz, przyjmując wskazane sobie od kalifa islamu zadanie: jako agent sułtański miał wybadać, Moskwa da się skłonić do wspolności oręża z Polską i przeciwdziałać temu zawczasu. Teraz tedy poczęto wysyłać z Konstantynopola agitatorow, mających unię uczynić niemożebną.
Głownym agentem był Cyryl Lukaris, dawny rektor ostrogskiej, mający głowną kwaterę w Ostrogu i wielce popierany przez Konstantego Ostrogskiego. Lukaris i jemu podobni upatrywali interes prawosławia przede wszystkim w rozwoju moskiewskiej potęgi, toteż każdy taki agent, nasłany od patriarchatu w porozumieniu z rządem tureckim, stawał się zarazem moskiewskim agentem. Tak zbierały się z wolna okoliczności, mające dopuścić Moskwę do daleko sięgającej ingerencji w sprawy i dzieje Polski. Na razie zdawało się to niemożliwością, bo wypadki przybierały kierunek wręcz przeciwny: ingerencji i Litwy w dzieje Moskwy! Tak to niełatwo wspołczesnym odróżnić, co jest epizodem, a co ma posiąść historyczną trwałość. Na razie miał wnet nastąpić epizod z Samozwańcem, carem katolickim, składającym katolickie wyznanie wiary w krakowskim kościele św. Barbary.
A oto tło sprawy Samozwańca: W dalszym ciągu dążeń do unii politycznej z Moskwą (na wzor, mniemano, litewskiej unii) jeździł w roku 1600 do Moskwy Lew Sapieha z projektem ścisłego związku prawnopaństwowego. Godunow projekt odrzucił, a Sapieha natenczas zostawił w Moskwie przywiezionego z sobą samozwańca, hodowanego od dawna przez grono opozycyjnych bojarow na dworach wielmożow Rusi południowej.
Kimkolwiek był właściwie ow Samozwaniec, chował się przez kilka ostatnich przed wystąpieniem lat pod panowaniem polskim, przejął się niemało obyczajem polskim i faktem jest, jako potem okazywały się w nim liczne rysy europejskie, co nawet miało stać się powodem jego zguby. Burzył się potem lud moskiewski, widząc, jak to car obcuje z polskimi ochotnikami zgoła nie po carsku, nie według moskiewskiego ceremoniału. Obyczaj zachodni, nie dość poddańczy, wydawał się ludowi temu poniżaniem majestatu carskiego. Samozwaniec popadł w gruby błąd, chcąc przeszczepiać tam formy zachodnie, a gdy potem widział, jak te eksperymenty europejskości stają się dlań niebezpieczne, sam pomagał przerzucić “winę” na Polakow.
Wtedy to, w roku 1606, powtórzono propozycje, wiezione przed sześciu laty przez Sapiehę, określając je ściślej i obszerniej w następujących punktach: Przymierze wieczyste, wspolna polityka zagraniczna (liga antyturecka), wzajemna swoboda przesiedlania się i nabywania majętności, nawet piastowania urzędow publicznych; wolność handlu z jednej strony aż do Niemiec, z drugiej aż do Persji; wolność zakładania kościołow katolickich, szkoł i kolegiow (jezuickich) w głownych miastach carstwa; wspolna moneta i zamiar wystawienia wspolnej floty (Bałtyk i Morze Czarne); w razie bezpotomnej śmierci Samozwańca następcą jego będzie Zygmunt III; gdyby zaś krol polski (mający synow) zmarł wcześniej, nowa elekcja nastąpi dopiero po porozumieniu się z carem.Co za warunki ścisłej unii! Co za wspaniały dla wyobraźni obraz!
Ale opozycja w Moskwie rośnie, autentyczność cara coraz bardziej podejrzana, bo jakżeżby prawy car mogł tak dalece lekceważyć swoj majestat, żeby jadać z posłami zagranicznymi przy jednym stole! Pamiętajmy, że w Moskwie klękało się przed carem, padało się następnie na ziemię i dosłownie “biło czołem”, podpełzając pod tron na czworakach. Na uczcie koronacyjnej jadło się palcami, kości rzucając pod stoł. Europejskość wprowadzanego nowego obyczaju stanowiła rodzaj herezji. I z takimi ludźmi zawierać unię?! nikt z nich nie wiedział, co to jest! Nie pomogła ani następna elekcja krolewicza Władysława carem. Dwie wielce rożne cywilizacje miały zmierzać ku wspolnemu celowi… w wyobraźni panow polskich: chrześcijańsko- klasyczna i turańska, kultura polsko-łacińska i turańsko-słowiańska, tj. moskiewska. Chodziło o syntezę Zachodu i Wschodu. Dobierano się do tego poprzez unię cerkiewną i polityczną. Stara – to sprawa, starożytna, bo datująca się jeszcze z czasow rzymskich. Roma probowała tego i na tym się potknęła; bogowie syryjscy zniszczyli imperium rzymskie! A tymczasem unia brzeska sprawiła, że hierarchia prawosławna poczęła się zajmować Kozakami. Cyryl Lukaris został patriarchą carogrodzkim i ustanowił na Rusi tajną hierarchię dyzunicką w roku 1620, wysławszy w tym celu na ziemie ruskie Rzpolitej patriarchę jerozolimskiego Teofana.
Fanar zwrocił szczegolną uwagę na Zaporożcow, bo ci, jako wojsko stałe na stepach pomiędzy rubieżami Polski a Tatarami krymskimi i Morzem Czarnym, stanowili ważny obiekt polityczno-wojenny dla… Wysokiej Porty. Nowsze badania wykazały jako geneza wojen kozackich w Carogrodzie! Długotrwałe te wojny ( 1634-1682), to rezultat spisku kalifatu i patriarchatu przeciw Polsce; zmowa ta kierowała wojnami kozackimi, wznawiała je, kiedy się wydawało, że przyczyny wojen usunięte, rozfanatyzowała tłum areligijny przeciw unii, by go użyć przeciw Polsce, by w zarodku stłumić możność ligi antytureckiej, a zwłaszcza by nie dopuścić połączenia sił zbrojnych Moskwy i Polski przeciwko Turcji. Od wojen kozackich zaczął się “potop” – a o skutkach jego nie trzeba się rozwodzić, bo to powszechnie wiadome.
Zwracam tylko uwagę, że był to owoc poszukiwania syntezy dwoch kultur, syntezy Zachodu i Wschodu na ziemiach polskich. Odtąd szło się po rowni pochyłej ku Wschodowi. Unię cerkiewną – obok uznanej na nowo hierarchii prawosławnej – utrzymywało się sztucznie, w ten mianowicie sposob, że część kleru polskiego przechodziła na obrządek wschodni, że polska młodzież obierała sobie “ruski” stan duchowny.
Pomiędzy duchowieństwem unickim stanowili Rusini drobną zaledwie mniejszość. Dopiero za czasow Sobieskiego przybywa więcej księży ruskich. Wiadomo, jako dopiero też za Sobieskiego złamano przewagę turecką. I nagle – za tegoż jeszcze Sobieskiego – przestała istnieć armia polska! Łamigłowka istna! “Ocaliwszy Wiedeń i Chrześcijaństwo” straciliśmy w znacznej części niepodległość, bo odtąd tronem polskim Polacy nie dysponowali. Odtąd nigdy elekt narodowy nie zasiadł na naszym tronie, zajmowali go stale krolowie nam przez wrogow narzuceni. Byli tacy, ktorzy dali się skusić tej rownoczesności i rozumowali według zasady: post hoc, ergo propter hoc. Ocaliliśmy Niemcy, wzmocniliśmy je, a one odwdzięczyły się rozbiorami etc. Gdyby Sobieski nie był ruszył pod Wiedeń, wszystko poszłoby innym torem! Nie będę się zajmował kwestią bliżej tak postawioną, tylko obejdę ją do okoła: Rozbiory powiodły się, ponieważ Polska nie posiadała armii odpowiedniej, żeby się obronić. Armii nie było już pod koniec panowania Sobieskiego. Czyż zwycięstwo wiedeńskie zniszczyło armię polską? czy byłaby ona istniała nadal, gdybyśmy byli pomagali Turkom, a zniknęła nagle skutkiem tego, żeśmy pomogli chrześcijanom? Oczywista rzecz, jako to nie ma związku z tamtym, i przyczyny trzeba szukać w czymś innym. Polska, krzewicielka i obrończyni cywilizacji łacińskiej, baszta Zachodu, porzuciła ją i zorientalizowała się. Poszukiwanie syntezy Zachodu i Wschodu doprowadziło wreszcie do tego, żeśmy przeszli do obozu wschodniego. Polska kontuszów i podgolonych łbów, Polska porzucająca mody zachodnie, a przyjmująca modę tatarsko- moskiewską, nie same tylko szaty miała ze Wschodu. Skądżeż ta orientalizacja po rozgromieniu islamu, po odzyskaniu Podola z Kamieńcem, po walnym rozszerzeniu unii cerkiewnej nawet na południową Ruś (właśnie za Sobieskiego), i wreszcie w czasie niezmąconej katolickiej prawowierności, w dobie najnabożniejszej? Tak jest, najnabożniejszej, lecz niezbyt pobożnej może – bo forma brała w Polsce gorę nad treścią, całkiem po orientalnemu. Największa ilość osob posiadała biegłość w łacinie, nie umiejąc w ogole niemal nic procz łaciny – wtenczas, kiedy duch łaciński z Polski uleciał, ustępując miejsca duchowi Orientu.
Za czasow wojen kozackich byliśmy prawdziwie obrońcami cywilizacji łacińskiej, boć Kozacy byli pionierami panowania tureckiego i za ich przyczynieniem się powstawała na granicy Polski i Eurazji nowa kultura, bizantyńsko-turecka, synteza bizantynizmu i turańskości. Kiedy w roku 1651 odniesiono zwycięstwo w trzydniowej bitwie pod Beresteczkiem, obchodzono je uroczyście w Rzymie, w Wiedniu i w Paryżu, rozumiejąc słusznie, że pokonano straż przednią zalewu muzułmańskiego, wstrzymanego przez “przedmurze chrześcijaństwa”. I pokazało się, że rozumowano słusznie; Ukraina wraz z większą częścią Podola stała się ostatecznie prowincją turecką – nie moskiewską. Moskwa stała na drugim planie i dopiero z polecenia kalifa muzułmańskiego wezwał był Chmielnicki także Moskwę do najazdu na Polskę. Odtąd wyłania się atoli nowy cel, dla państwa polskiego zasadniczo fatalny: żeby Moskwa uznana była zwierzchniczką wszelkiego prawosławia. Miało się to kiedyś poźniej zwrocić przeciwko Turcji, lecz na razie nie tyczyło Bałkanu, lecz tylko prowincji polsko-litewskich i było dla tureckich interesow pożądanym osłabieniem Polski, jako tego państwa, ktore układało wciąż projekty ligi przeciw połksiężycowi. Odtąd interesy Moskwy i Turcji złączyły się na długo przeciw polsko-litewskim.
Moskwa nabrawszy pozy obrońcy prawosławia przeciw unii, jako łacińskiej herezji, zrobiła sobie z tego wnet pozycję polityczną. Skończył się czas, kiedy to Polska wywierała wpływ na Moskwę, a zaczyna się odwrotny kierunek wpływów poprzez Ruś litewską i Ukrainę. I przyjmują się wpływy te wschodnie, podmywając kulturę polską na wschodzie coraz widoczniej. Okazało się, jako kultura ta mocno jest osadzona tylko tam, dokąd sięgnęło “łaciństwo”. Unia cerkiewna nie stanowiła niczego a niczego pod względem cywilizacyjnym; li tylko kler unicki pochodzenia polskiego stanowił pomost cywilizacyjny w łonie unii, ale unia sama nie stanowiła wcale zwrotu ku cywilizacji zachodnio-europejskiej.
W razie osłabienia się w Polsce tej cywilizacji chrześcijańsko- klasycznej, w razie gdyby Polska przestała promieniować tą cywilizacją ku wschodowi, Ruś – sama cywilizacyjnie bierna – oddana byłaby wyłącznie pod wpływ cywilizacji turańskiej, mianowicie kultury moskiewskiej. A moment taki nadszedł w osławionych czasach saskich.
Przyczyna tak zasadniczo zmienionego toku naszych dziejow tkwiła w naszych stosunkach wewnętrznych. Myśmy rozszerzyli łacińską cywilizację na państwo litewskie aż po Dniepr – ale miejmy na uwadze, że dwie trzecie tego państwa, to Ruś prawosławna, wpływom Polski poddana już to więcej, już to mniej, lecz nigdy dla cywilizacji zachodnio europejskiej w całości nie pozyskana. Tylko katolicyzm obrządku łacińskiego stanowił zresztą rękojmię historyczną w tej kwestii. Doniosłe sprawy ekonomiczne – w co tu bliżej wdawać się nie mogę – sprawiły, że na Rusi litewskiej wytworzył się ów typ “królewiąt”, pojmujących życie zbiorowe wcale nie po zachodniemu, żyjących i innym urządzających życie zgoła odmiennie, niż to bywało w prowincjach “Korony”, a zwłaszcza w Wielkopolsce, nie mogącej nigdy zrozumieć metod życia publicznego w Wielkim Księstwie litewskim. W trzeciej redakcji statutu litewskiego czuje się mieszaninę Zachodu a Wschodu, a litewscy magnaci stają się z czasem istnymi kacykami orientalnymi. Korona nie znała zgoła takiego typu magnata – a zresztą najwięksi latyfundyści koronni byli ubogimi w porównaniu z litewskimi panami. Właściwie w Koronie nie było całkiem “panów”; wszyscy pochodzili z Litwy. Im uboższy kraj, im więcej nędzy w społeczeństwie, tym większe znaczenie bogaczy, choćby nieliczną stanowili warstwę. Polska i Litwa zubożały niesłychanie przez “potop” doznały straszliwych skutkow katastrofalnej deprecjacji pieniądza i… wyludnienia ponownego.
Zapanowała nie bieda, lecz wprost nędza, a zatem… trzęśli odtąd Polską i Litwą bogaci “panowie” z Litwy. Przestaje Korona wywierać wpływ na Litwę; wszystko przesuwa się wręcz odwrotnie: Korona ulega wpływowi Litwy. Demokracja polska zamienia się w litewską oligarchię, oświata polska ustępuje litewsko- ruskiej niższości kulturalnej.Wszystkie sprawy państwa opanowane zostały przez żywioł litewsko-ruski, Koroniarze zepchnięci w życiu państwowym na drugi plan. Sejmy stały się igraszką samowoli panów litewskich, ich chuci władzy, ktora dochodziła aż do tego, że niejeden raz pojawiały się pomysły utworzenia osobnego udzielnego państwa dla tego lub owego magnata, ktoremu zachciewało się korony na jakiej prowincji, gdy nie mogł zostać krolem całości. W Koronie bądź co bądź takich pomysłów nie bywało! Na Litwie powstały “milicje nadworne” panów, po prostu wojska prywatne wielmożów, na ich żołdzie i posłuszeństwie, siła zbrojna mająca jawnie służyć prywacie jednostki. Pod sam koniec XVII wieku związała się na Litwie szlachta przeciwko Sapiehom; trwała lat kilka wojna domowa, prawdziwa wojna, ani nawet zwycięstwem walnym szlachty pod Olkienikami nie zakończona (listopad 1700 r.), ani też nie załatwiona “komisją” roku 1702. To był doprawdy Wschód! Co za orientalizm w “Pamiątkach Soplicy”! Ale skąd się to wzięło?
Zubożeniem wyjaśnia się wiele, bardzo wiele – ale ubostwo może nastać w obrębie każdej cywilizacji. Oczywiście, że nędza cywilizację kazi, psowa, obniża, ale nam tu nie o to chodzi, ale o zmianę cywilizacji. Pijanego szlachcica, najmującego się do zerwania sejmu; analfabetę wyniesionego nad mieszczaństwo, z prawem noszenia szabli na sznurku i otrzymywania kary cielesnej na kobiercu; dewociarza, ktory każe się braciszkowi od Bernardynow biczować za łotrostwa, ktore jutro będzie popełniać na nowo; takich typow nie sposob zaliczać do cywilizacji zachodniej. Czyż miała choćby cień jakiegoś pojęcia o prawie publicznym “Alba” Radziwiłłowska? Czy znajdowała posłuch inna władza, jak tylko oparta na majątku i sile, wypływającej ze stosunkow osobistych, prywatnych, a mogącej użyć przemocy? czy na rozległej Rusi litewskiej uznawano jakąś powagę, procz przemocy? czy gwałt nie stał się tam jedynym regulatorem życia? I to miała by być cywilizacja nasza, chrześcijańsko-klasyczna?
Spojrzmy na tę sprawę głębiej :Ustrój życia zbiorowego zmienił się radykalnie, z demokratycznego na oligarchiczny, a dostęp do urzędow wpływowych zawisł od osobistych stosunkow do członkow oligarchii. Nie ma stronnictw, nie ma programow; są tylko partie tego i owego oligarchy. Tylko bogacz, ktorego stać na utrzymanie dworu i milicji, posiada głos w sprawach państwowych; on bowiem mianuje po prostu posłow sejmowych, wybieranych za jego pieniądze i pod przemocą gwałtow jego zbirow. Wszystko, co się wydaje sprawą publiczną, ma źrodło gdzieś w jakiejś sprawie prywatnej.
Organizacje wszelkie pochodzą z inicjatywy jakiegoś “pana”, noszą nawet jego mundur. Wytwarza się specjalny feudalizm litewski, iż każdy szlachcic, chcąc żyć spokojnie, musi chwytać się jakiejś pańskiej klamki, zaciągnąć się do czyjejś kohorty. Trzeba się oddać w zawisłość prywatną silniejszemu, jeżeli kto nie chce znaleźć się poza urządzeniami społecznego ładu i względnego przynajmniej bezpieczeństwa. Oto stan Wielkiego Księstwa!
Ten brak prawa publicznego odrębnego, a oparcie porządku publicznego na prawie prywatnym, wielce pomnożonym, rozszerzonym – to zasadnicza cecha cywilizacji turańskiej. Cała szlachta zorganizowana jest militarnie; wszelka szabla znajduje się zawsze w pogotowiu do służby temu, kto ją opłaca czy to bezpośrednio, czy dzierżawą folwarku, czy utrzymywaniem dzieci w szkołach itp., lecz do służby państwu w takim tylko razie, gdy prywatny zwierzchnik wyda odpowiednie rozkazy: Już są bez znaczenia organizacje dawne, wszystkie rozwiały się wobec tej jednej. Społeczeństwo może się rozwijać tylko w ramach wskazywanych przez oligarchow. To jest czysto turańskie (europejska oligarchia, np. wenecka, nie wkraczała w sprawy społeczne, ograniczając się do polityki). Taki stan rzeczy nastał już pod koniec panowania Jana III, a rozwijał się z przeraźliwą szybkością i wszechstronnością. Męty i ciemnota, oto żywioł, w ktorym przygotowywał się upadek państwa. Byliśmy zupełnie oddaleni od cywilizacji łacińskiej, a wytwarzaliśmy jakąś nową odmianę turańskiej, przynajmniej w prowincjach wschodnich Rzplitej.
Oto skutki dążeń do wynalezienia syntezy Zachodu i Wschodu! Przez tę syntezę zginęliśmy. Bo Wschód zawsze gorą, gdy Zachód w imię poszukiwania syntezy do niego się zniża. Utraciliśmy związek z krajami cywilizacji chrześcijańsko-klasycznej, łacińskiej. Nie sąsiadowaliśmy bezpośrednio z żadnym takim krajem. Niegdyś czerpaliśmy cywilizację wprost ze źrodeł, z Francji i z Włoch, tak dalece, iż Sienkiewicz mogł wyrazić się, jako inteligentny Polak posiada dwie ojczyzny: polską własną rodzimą, tudzież Włochy, rodzimej uzupełnienie. Niegdyś! Ale jakież były stosunki z Włochami lub Francją w okresie saskim?
A w bezpośrednim sąsiedztwie niemieckim triumfowała właśnie kultura bizantyńsko – niemiecka, wydobywały się na pierwsze miejsce Prusy, a prawo dynastyczne uznawane było powszechnie jako najwyższe prawo państwowe. Okoliczność ta miała zaważyć rozstrzygająco na losach Polski. Kiedy sapere ausus X. Konarski rozpoczął swe zbożne dzieło odrodzenia, zaczął od społeczeństwa, nie od państwa, a więc brał się do rzeczy całkiem po zachodniemu. Podniety i w znacznej mierze wzorow szukał we Francji, a spopularyzowanie języka francuskiego stanowiło środek do wytkniętych przez niego celow. Ponad głowami Niemiec sięgnęliśmy do krynicy Zachodu i to ocaliło przynajmniej narodowość polską, skoro już za poźno było ocalić państwo. Tu bowiem padły na szalę siły, ktorym nie zdołaliśmy jeszcze przeciwstawić dostatecznych własnych: pojęciu państwa dynastycznego i absolutnego jakżeż przeciwstawić skutecznie to państwo, ktore istniało w Polsce w czasie pierwszego rozbioru, a ktore stanowiło przedmiot szyderstw w Europie? Karykaturą też była nasza armia, ktorej przesmutne opisy mamy we wspołczesnych pamiętnikach; siła zbrojna właściwa była w prywatnych milicjach, ofiarowywanych czasem państwu z łaski, za co było się nawet… patriotą. Samo pojęcie patriotyzmu musiało ulec zmianie.
Trzeba 30 lat, żeby mogli zająć odpowiedzialne stanowiska i zacząć wpływać na opinię wychowankowie danej szkoły; trzeba drugich lat 30, żeby otrzymać rezultaty przez dostateczną ilość zwolennikow, należycie zdecydowanych, choćby na walkę orężną. Pierwsza szkoła Konarskiego stanęła w roku 1740 (Collegium Nobilium w Warszawie). Sejm Wielki obradował w lat 48-52 potem; Konstytucję Trzeciego Maja ogłoszono w 51 lat po zawiązku “reformy Konarskiego”; powstanie Kościuszkowskie wypada w 54 lat po roku 1740. Były to reformy niewątpliwie z łacińskiej wynikłe cywilizacji. Odrodziła się w Polsce i z początkiem wieku XIX miała zapanować na nowo niepodzielnie.
Gdybyż to było nastąpiło o jakie 20 lat wcześniej! Ale za czasow Sejmu Czteroletniego turańska opozycja była jeszcze dość silna, a z pomocą zewnętrzną postawiła na swoim i dzieło Trzeciego Maja obaliła. Należy traktować te wypadki na podłożu ogolno-cywilizacyjnym, jako walkę dwoch metod ustroju życia zbiorowego, a zatem walkę dwoch cywilizacji. Szczęsny Potocki jest typem turańskim, Kościuszko łacińskim.
W porozbiorowych dziejach nie brakło mocnych uderzeń obydwóch wrogich polskości cywilizacji: bizantyńsko-niemieckiej i słowiańsko- turańskiej, ale odpieraliśmy je zwycięsko aż do końca XIX wieku. Ileż w tym zasługi Kościoła! Odpadło, co w nim samym nie było związane z cywilizacją zachodnio-europejską, łacińską, odpadła niemal cała unicka cerkiew, ale to, co zostało, stanowiło niewzruszoną twierdzę. Po roku 1863 nastąpił istny nowy najazd mongolski na nasze ziemie.
Czynownictwo i szkolnictwo rosyjskie dotarło do każdej gminy wiejskiej. Odtąd nie było pod zaborem rosyjskim Polaka, ktory by za młodu nie podlegał wpływom kulturalnym moskiewskim. Wszystko zależało od tego, co będzie silniejsze: dom, czy szkoła? Z reguły dom polski okazywał się bez porownania silniejszym i nawet nie odczuwało się wpływow rosyjskiej szkoły; strzepywało się to, jak pył z ubioru chłopca, przyjeżdżającego na wakacje do rodzicielskiego domu.
Ale nie każdy chłopiec pochodził z silnego domu, nie każdy dom posiadał tradycję i świadomość cywilizacyjną, nie w każdym znalazły się odpowiednio silne charaktery. Czasy zaś demokratyzowały się nawet pod rządami rosyjskimi, i coraz więcej ubiegało się o nabycie “praw” przez szkołę młodzieży takiej, ktora wychodziła z domu licho uzbrojona, a nawet zgoła nieuzbrojona do walki z rusyfikacją intelektu. Dostojewski, a potem Tołstoj rozstrajali duszę polską… Właśnie na przełomie wieku XIX i XX począł się pojawiać w Polsce typ nowy: Polaka o gorącym sercu polskim, gotowego do wszelakich ofiar, nawet do męczeństwa za Polskę, ale mającego… mozg zrusyfikowany.
W literaturze polskiej wskazać można na bardzo głośne nazwiska autorów, którzy nie tylko przejęli fakturę literacką od Rosjan, ale szerzyli rosyjskie “nastroje”, a nawet wprost rosyjskie pojęcia o życiu prywatnym i publicznym – nienawidząc Rosję z całej duszy! Nasiąkli rosyjską metodą myślenia i starali się stosować ją… dla dobra sprawy polskiej. Skutek musiał być oczywiście wręcz przeciwny zamiarom. Dlatego to tak znaczna część przedsięwzięć naszych literackich, podjętych z patriotycznym zapałem, nie wyszła bynajmniej na dobro polskości.
Gdybyż rosyjska metoda rozumowania ograniczyła się w polskich mozgach do literatury! Nie jest to wcale najważniejsza część bytu zbiorowego!
Ale chodziło i chodzi o stawki grubsze, o sprawy społeczne i polityczne. Te, traktowane na modłę rosyjską, wywierały skutki przeraźliwe, burzyły ustroj polski, osłabiały strukturę narodu, odbierały nam oporność. Zwłaszcza socjaliści polscy lubowali się w rosyjskich metodach. Oni, najwięksi wrogowie caratu, nieubłagani w walce z Rosją oficjalną, rusyfikowali mozgi polskie bardziej, niż całe czynownictwo.
Nihilizm rosyjski odbił się fatalnie na całej lewicy polskiej. A pojęcia państwowe opozycja ta brała żywcem od caratu; chodziło im tylko o zmianę osob rządzących, o zmianę osob prześladowanych, ale nie o zmianę systemu rządow. Terror, przemoc, stanowiły w ich oczach rownież jedyne środki rządzenia. Przez rewolucję nie rozumieli nic innego, jak tylko odwrocenie kierunku i pola działania terroru despotycznego. żaden a żaden rewolucjonista rosyjski nie pomyślał ni sekundy o praworządności, bo… nie miał w sobie tego pojęcia, nie wiedział, co to jest.
Koniec wieku XIX i początek XX zaznacza się w Polsce innym jeszcze przejawem orientalizmu: od drugiej połowy wieku XV kwitnie w Polsce cywilizacja żydowska, ubezpieczona już od połowy XVI mocnym podłożem ekonomicznym, od czasow “potopu” i jego następstw zagarniająca coraz wyłączniej cały ruch ekonomiczny w Polsce dla siebie. Nauka talmudyczna dostąpiła na ziemiach Rzplitej rozwoju najwyższego, a w wieku XIX stała się Polska klasyczną ziemią cywilizacji żydowskiej.
Zamknięta dotychczas w sobie, o kulturę polską zgoła się nie troszcząca, poczyna cywilizacja żydowska pod koniec wieku XIX występować do wspołzawodnictwa z cywilizacją chrześcijańsko-klasyczną, a nie bez powodzenia, ktore wzmogło się znacznie z początkiem wieku XX. Metody żydowskie zdobywały pozycje w belletrii i sztukach pięknych polskich, a wkrótce żydowska metoda ustroju życia zbiorowego poczęła wspołzawodniczyć w życiu społecznym i politycznym z metodą chrześcijańsko-klasyczną, łacińską, gdzie niegdzie nawet rugując ją zwycięsko. Żydowskie pojęcia prawnicze znajdowały zwolenników pośrod inteligencji polskiej, toteż żydzi stawali się nawet oficjalnymi rzecznikami interesow polskich, w prasie, w sejmie lwowskim i w parlamencie wiedeńskim. Zastał nas tedy wiek nowy pod silnym naporem Wschodu, pod falami dwoch cywilizacji obcych, turańskiej i żydowskiej, działających jednak jeszcze całkiem niezależnie od siebie. Po odzyskaniu niepodległości napor ten ogromnie się zwiększył, ślepy chyba tego nie widzi! Kultura polska, łacińskopolska, poczęła doznawać niebezpiecznych wstrząśnień. Napor tamtych dwoch zamienił się w ataki, tym groźniejsze że obie połączyły się w akcji przeciw cywilizacji chrześcijańsko-klasycznej, reprezentowanej w Polsce niepodległej nadal przez katolicyzm. Od kilku lat jesteśmy świadkami skoncentrowanej roboty moskiewsko- żydowskiej na ziemiach polskich.
Czy tylko na ziemiach polskich? Ależ całą Europę obejmuje ta systematyczna akcja przeciwko Polsce! Uderza ona w podstawy cywilizacji łacińskiej wszędzie, od Wilna po Londyn, ale zgnębienie państwa polskiego jest jej pierwszym celem. Tu bowiem, u nas w Polsce, rozegra się walna rozprawa o cywilizację łacińską; gdy orientalne kierunki zawładną Polską, owładnięcie całą Europą będzie wielce ułatwione. Należy brać pod uwagę jak najpoważniej niebezpieczeństwo zagłady naszej cywilizacji. Jest ono tym większe, iż rownocześnie wzmogła się nadzwyczaj cywilizacja bizantyńska. Sprawił to traktat wersalski układany nie przez najtęższe głowy spośrod zwycięskich narodow Zachodu; ileż dowodow zabawnej ignorancji złożyli tworcy tego traktatu! Pierwszym, kto spostrzegł się na świetnych dla bizantynizmu następstwach wojny nieudolnie zakończonej był metropolita belgradzki, ktory wydał w lot płomienną i triumfalną odezwę o nastającej dobie wielkiego odrodzenia całej cywilizacji bizantyńskiej. A nie wiedział dostojnik ow prawosławnej cerkwi i nie zdawał sobie z tego sprawy, jako na geograficznym zachodzie ma nadzwyczajnego sojusznika do wschodniego dzieła: bizantynizm niemiecki. Dzięki arcydziwnej omyłce zwycięzców, iż zwrócili się przeciwko Niemcom w ogole, zamiast ostrze warunkow pokoju zwrocić wyłącznie przeciwko Prusom, dzięki jakiemuś zaślepieniu dyplomacji Zachodu, ktora postępowaniem swym narzucała wprost Niemcom, iżby sprawę niemiecką identyfikowali z powodzeniem Prus – powiększyła się jeszcze bardziej hegemonia pruska w Niemczech, zyskując na powadze moralnej.
Dzięki błędom traktatu wersalskiego kierunek pruski góruje w Niemczech jeszcze bardziej, a jest to niemiecki bizantynizm. Skoro jesteśmy świadkami, jak judaizm połączył się z moskiewszczyzną, związany przeciw wspolnie znienawidzonemu katolicyzmowi (reprezentowanemu na Wschodzie przez Polskę), nie wolno nie przewidywać rownież możliwości, że podadzą sobie ręce z tego samego powodu i w tym samym celu bizantynizm południowy i połnocny.
Cywilizacja chrześcijańsko-klasyczna jest poważnie zagrożona w całej Europie, a najgroźniej w Polsce. Otucha w tym, że prawdopodobnie Kościoł zidentyfikuje się w Europie z tą cywilizacją, ktora jest jego dziełem. Kościoł stoi wprawdzie w zasadzie ponad cywilizacjami, lecz w danym kraju i w danym czasie hierarchia kościelna musi oczywiście należeć do pewnej cywilizacji, właściwej dobie i miejscu.
Z czterech rozsiadłych w Europie cywilizacji (łacińska, bizantyńska, turańska, żydowska) trzy są katolicyzmowi wrogie tak dalece, iż zniszczenie go zaliczają do swych celow, a czwarta, łacińska była i jest Kościoła podporą. A zatem nasuwają się nieuchronnie pewne wnioski, całkiem logiczne i jasne. Oto garść uwag, ktorymi pragnąłem się podzielić z audytorium jednolicie i gorąco katolickim.
Jakżeż mylne jest mniemanie, jakoby na naszych ziemiach nie bywało nigdy innej cywilizacji, jak tylko zachodnio-europejska, łacińska! Polska położona jest pomiędzy Zachodem a Wschodem nie tylko geograficznie, ale cywilizacyjnie. Wschód wysunął swe macki daleko ku Zachodowi, a orientalizm cywilizacyjny ciśnie nas z dwóch stron; nadto zaś trzeci orientalizmu rodzaj wytwarza się w samej Polsce (cywilizacja żydowska).
Nie uważajmy Polski za kraj niedostępny dla cywilizacji innych, jak łacińska, bo historia temu przeczy! W okresie saskim szerzyliśmy nie łacińską cywilizację ku Wschodowi, lecz turańską ku Zachodowi i byliśmy sami tworem orientalnym. Baczmy, żeby się to nie powtorzyło! A zasadniczą rzeczą do uniknięcia niebezpieczeństwa jest to, żeby sobie z niego zdawać sprawę. Polska albo będzie katolicką, albo jej nie będzie. Katolicyzm jest w Polsce związany ściśle z cywilizacją łacińską, i bez niej nie ma panowania katolicyzmu u nas. Losy Kościoła związane są w Polsce z losami tej cywilizacji.
Geograficznie nie przestaniemy być pomiędzy Wschodem a Zachodem – ale cywilizacyjnie nie musimy wcale być pomiędzy Wschodem a Zachodem, lecz możemy przychylić szalę stanowczo na rzecz Zachodu. Nie dajmy uwodzić się syrenim głosom, nawołującym nas znow do jakiejś syntezy Zachodu i Wschodu na ziemiach Polski, bo przy tym możemy się znow zorientalizować, a to znaczy: pozbawić się wszelkich sił i duchowych i fizycznych, jak o tym uczy doświadczenie czasow saskich.
W dążeniu do syntezy cywilizacyjnej zachodnio-wschodniej kryje się dla Polski nicość kulturalna i nicość polityczna.
Nie można być cywilizowanym na dwa sposoby; któraś z cywilizacji musi być panującą, bo inaczej upadek niezawodny.
“Kwiatem rozwoju i dumą ludów jest poczucie narodowe […]”
“Poczucie narodowe jest kwiatem cywilizacji łacińskiej.”
“Zdobywszy poczucie narodowe trzeba dalej pracować, by je utrzymać, co wymaga trudów bezustannych. Co musi się zdobywać, to można również utracić.”
“ […] upadają narody, gdy się osłabi w nich idea narodowa, wydająca z siebie patriotyzm. […] Gdzie się zagnieździła mieszanka, wygrywają cywilizacje niełacińskie, tym łatwiej, im bardziej powiodła się propaganda antynarodowa, kosmopolityczna.”
“Żywioł rodzimy musi mieć przewagę nad napływowym, i to znaczną, inaczej byt narodu staje się wątpliwym.”
[F. Koneczny]
I. NARÓD, OSOBA I LUDZKOŚĆ ORAZ NOWOMOWA ZRODZONA Z NIENAWIŚCI
§ 1. Stopnie dojrzałości wspólnoty. Persona i nacja, personalizm i nacjonalizm – deformacje świadomości narodowej – nazizm i syjonizm – degradacja z narodu na lud – istnieją tylko nacjonalizmy konkretnych narodów – osoba jako fundament narodu – „ogólny nacjonalizm” nie istnieje – prawo ludów i gromad do krytykowania narodów? – dojrzałość i niedojrzałość ludów – narody in statu nascendi.
Tak jak osoba jest ideałem życia jednostkowego, tak w sposób naturalny ideałem życia zbiorowego jest nacjonalizm. Jeśli absurdem byłoby negowanie wartości personalizmu ze względu na to, że istnieją tak zdegenerowane “osoby”, czy raczej półludzkie osobniki jak np. Harvey Weinstein czy Jeffrey Epstein, tak też absurdem jest negowanie i podważanie nacjonalizmu z tego powodu, że istniał Adolf Hitler i niemiecki, nacjonalny kult państwa (statolatria) oraz Fuehrera. Niedawno Robert Winnicki powiedział: “Jesteśmy nacjonalistami chrześcijańskimi”. Można też ową postawę określać: “nacjonalizm katolicki. I tak trzeba mówić i myśleć, by przywracać zdeformowany sens słowom wypaczanym celowo przez forpoczty kosmopolitycznego marksizmu kulturowego. Tak jak istnieją zdegenerowane formy życia wspólnotowego: kosmopolityzm wolnomularski, religijny (lub religijno-państwowy) rasizm żydowski (od Izaaka Lurii poprzez chasydyzm Chabad Lubawicz do syjonizmu Bubera, Rosenzweiga i Herzla), tak istnieją też właściwe formy życia społecznego jakimi są nacjonalizm, czy też nacjonalizm chrześcijański.
Zdegenerowane formy samowiedzy ludu kradnące nacjonalizmowi chrześcijańskiemu jego nazwę, częstokroć wiążą się ze swoistym mesjanizmem. Jest to mesjanizm dwojakiego rodzaju:
1. samo-mianowany mesjanizm jakiegoś ludu (por. Dugin o wyższości narodu rosyjskiego oraz socjalista Moses Hess o tym, że „naród” żydowski jest swym własnym mesjaszem, a także – szokująca być może niektórych – paradoksalna obserwacja żydowskiego intelektualisty, Victora Klemperera (LTI, s.237), o pokrewieństwie Herzla, twórcy i głównego ideologa współczesnego syjonizmu z… Hitlerem: „Jakże uderza ta stale powtarzająca się zgodność ich obu – myślowa i stylistyczna, psychologiczna, spekulatywna, polityczna; a ile sobie wzajemnie zawdzięczali!”, oraz( LTI, s.238) o tym, że, „ Doktryna nazistowska niewątpliwie zawdzięcza syjonizmowi niejeden impuls i niejeden element wzbogacający […]”)
2. mesjanizm ludu („narodu”), który wydał z siebie/dał się uwieść (niepotrzebne skreślić) przywódcę i ideologa uważającego siebie samego za mesjasza, co wkrótce owa wspólnota potwierdziła „uwierzywszy w jego misję” (por. Klemperer, LTI, s.235: „ […] podobieństwo myślowe, moralne, językowe między mesjaszem Żydów a mesjaszem Niemców przybiera to groteskową, to znów przerażającą postać”).
Bycie narodem, tak jak bycie pełną osobą ludzką nie jest czymś danym, zastanym. Ludy na swojej drodze ewolucyjnej ku staniu się narodami mogą się stoczyć w „gromadyzm” (stają się wtedy „masą”, którą posiada władza, por. Canetti, Masa i władza, a także Klemperer, LTI. Notatnik filologa: „”Mein Kampf Hitlera opisuje dobitnie i z drobiazgową dokładnością głupotę mas i głosi potrzebę utrzymywania ich w tej głupocie i odwodzenia od wszelkiej refleksji” i w innym miejscu trafny opis celów i metod władzy, która degraduje naród zamieniając go w tłum i masę: „ […] porwać za sobą ludzi prymitywnych, a tych, którzy mają już lub mieli pewną zdolność myślenia, przemienić z powrotem w prymitywne stadne zwierzęta.”).
Ludy mogą być narodami jakiś czas, po czym mogą tę rangę utracić, najczęściej pod wpływem obcych cywilizacyjnie wpływów. Naród to realność duchowa zbudowana w oparciu o rzeczywistość duchową, jaką jest osoba ludzka. Pełnia osoby ludzkiej to idea, którą odkryło i poczęło wprowadzać w życie chrześcijaństwo, personalizm to idea poczęta z ducha arystotelesowskiej etyki, czyli ideału dojrzałej osoby spełniającej się w moralnym działaniu w obrębie i na rzecz swojej etnicznej wspólnoty. Żadna inna religia nie dała takiego impulsu do samo-podnoszenia się ludów ku wyższemu stadium, jakim są narody. Idea dynastyczna w Europie poprzedzała ideę narodową, tak jak faza młodzieńczości pod opieką rodziców poprzedza fazę wieku dojrzałego.
Ludy zaczęły dorastać do bycia narodami na przestrzeni XIX w., każdy lud na swój sposób. Jak nie ma „dojrzałości w ogóle”, tak nie ma nacjonalizmu nieprzynależnego konkretnemu narodowi (nie ma idei „narodowej” w oderwaniu od konkretnego „narodu” mającego określone cechy i dzieje, mówiąc słowami Arystotelesa: „wykształcony” nie może istnieć bez kogoś, kto jest wykształcony”). Nie istnieje nacjonalizm „w ogóle”, tak jak nie istnieje etyka „w ogóle”, prawo „w ogóle”, religia „w ogóle”. Nie możemy oceniać nieskonkretyzowanych prawa, etyki, religii, nacjonalizmu. Możemy oceniać etykę chrześcijańską w porównaniu z etyką islamską lub buddyjską, nacjonalizm polski w porównaniu z nacjonalizmem niemieckim, ale pod zarzutem błędu szkolnego nie możemy formułować sądu poznawczego empirycznego w odniesieniu do pojęcia pierwotnego należącego do aksjomatyki danej dziedziny.Nie możemy krytykować „ogólnego nacjonalizmu” (krytykować “ogólnie” nacjonalizmu), bo taki nie istnieje.
W jedynym przypadku, gdy krytykowany jest nacjonalizm na poziomie ogólnym (czyli ‘każdy” nacjonalizm”) do udowodnienia jest teza, iż krytyka ta, ubrana w termin „kosmopolityzm” przychodzi spoza obrębu cywilizacji łacińskiej (dziedzictwo szkoły cyników i szkoły Zenona z Kition, jak go nazywa Kornatowski: semity z pochodzenia), czyli, jak to określa Koneczny, ze strony „gromadyzmu azjatyckiego”.Konflikt „nacjonalizm-kosmopolityzm” byłby wtedy refleksem na płaszczyźnie politologicznej bardziej zasadniczego konfliktu cywilizacyjnego „okcydentalizm-orientalizm”. Idąc dalej można by postawić tezę, że idee nacjonalizmu są swego rodzaju strażą graniczną cywilizacji zachodniej.
Nacjonalizm to dojrzałość ludu, który stał się narodem.Agresywne, cudzożywne gromady, plemiona, ludy, społeczności mogą nazywać siebie „narodem” a swoją doktrynę „nacjonalizmem” chcąc sobie przydać wartości w oczach innych, cywilizowanych wspólnot, jednak nie ma to mocy uczynienia ich narodami, podobnie jak wielokrotny przestępca może uważać siebie za pełnoprawną osobę nie rozumiejąc swojego niższego socjalnie statusu. Jeżeli istnieje etyka subkultury przestępców (więźniów), to tylko wtedy, gdy ujmiemy ją w cudzysłów. Kodeks subkultury to nie etyka, ideologia agresywnej wspólnoty, to nie nacjonalizm. Gdy państwo zamieszkiwane jest przez lud, populację nie czującą żadnych oporów przed eksploatowaniem sąsiednich wspólnot państwowych, to lud ten może być nazywany „narodem” a jego doktryna „nacjonalizmem” tylko w sensie przenośnym, nie ścisłym (por. Lutosławski: „ […] związki między ludźmi uważane za narodowości, nie zawsze są istotnymi narodami” i jak bardziej szczegółowo ujął to 100 lat temu „W dzisiejszej Europie narody romańskie są coraz to szczerzej pogańskimi, a narody germańskie w najszlachetniejszych swych odmianach, jak Anglicy i Skandynawowie dopiero przeniknęły się duchem Starego Testamentu, więc zasługują na miano starozakonnych […]”).
§ 2. Udawana miłość i skryta nienawiść. Humanitaryzm jako stłumiona nienawiść do wartości wyższych i niedostępnych rewolucjonistom – trzy imiona antynarodowej filantropii – ludzkość jako fikcyjne indywiduum kolektywne – niedojrzałość i histeria humanitarna i filantropijna – udawana miłość skrywająca faktyczną nienawiść – gra resentymentu – nienawiść do miłości narodu – nienawiść do narodu i osoby – miłość bliźniego i miłość najdalszych – stawianie siebie na miejscu Boga – apostołowie wszech-równości – socjaliści i humanitaryści jako reprezentanci Ludzkości i zastępcy Boga – źródło nienawiści – oskarżenia o mowę nienawiści jako klątwa Rady Mędrców – społeczeństwo otwarte – maski tyranii – walka.
Dla opisu głównego „przeciwnika frontowego” nacjonalizmu, idei narodowych, głównego i zaprzysięgłego jego wroga często używa się pojęcia „kosmopolityzm”. Jest to trafna lokalizacja głównego destruktora fundamentów cywilizacji łacińskiej, aczkolwiek nie sięgająca do korzeni tej postawy. Innym mianem nadawanym tejże samej postawie – także trafnym – jest „socjalizm”. Jednak określeniem najbardziej całościowym obejmującym całokształt postaw oraz ideologii atakujących rdzeń cywilizacji łacińskiej, czyli poczucie narodowości oraz idee chrześcijańskie – jest humanitaryzm. Dmowski tego destruktora łacińskości nazywa „antropocentrycznym humanizmem”, jeden z największych umysłów XX w., Max Scheler na to samo używa nazwy „nowożytny humanitaryzm”, albo bardziej opisowo „nowożytna miłość do człowieka, filantropia”, „rewolucyjne serce”, Le Bon zaś „apostołowie nowego dogmatu”, „apostołowie wszechrówności”, Koneczny natomiast ma na to takie nazwy: „rewolucyjność nowoczesna”, „rewolucjonizm”, „altruizm wyłącznej miłości samej tylko ludzkości”, „służba dla ludzkości”. Najbardziej wszechstronną analizę tej antynarodowej ideologii daje Scheler w swoim znakomitym dziele „Resentyment a moralność”, gdzie poświęca jej rozbiorowi cały rozdział ‘Resentyment a nowożytny humanitaryzm”, w którym daje jej wiwisekcję socjotechniczną, psychologiczną i wreszcie metafizyczną.
Według Schelera ów nowożytny humanitaryzm jest udawaną miłością, grą resentymentu (ideologicznym przekształceniem własnych niemożności), skrywającymi zgoła całkiem inne motywy i emocje, niż te hałaśliwie demonstrowane. Nie jest „prawdziwym”, „autonomicznym” ruchem miłości, z własnym pozytywnym fundamentem w istocie ducha ludzkiego, „lecz tylko tezą walki” przeciwko miłości do narodu (do człowieka z własnego kręgu kulturowego) oraz walki przeciwko chrześcijańskiej miłości do osoby i Boga. Niektórym może się ta teza wydawać śmiała, ale jej powszechność w różnych językowo kręgach myślicieli początku XX w. świadczy, że tak właśnie przebiegał front walki intelektualnej, ideologicznej i duchowej od przełomu XIX i XX w. i przebiega aż po dziś dzień. Scheler idzie dalej, wykazuje, iż jest to nie tylko nienawiść do miłości narodu, osoby i Boga, lecz wynika owa postawa z prostej, źródłowej nienawiści do
1. narodu,
2. osoby
3. Boga.
Nie miejsce tu na relacjonowanie dalszej, fascynującej schelerowskiej analizy odnajdującej psychologiczne korzenie mentalności humanitarnych rewolucjonistów (histeria, osobowość niedojrzała, transytywizm, utrata granic osobowości i myślenie pierwotne), wypada odesłać każdego do pełnej lektury obydwu dzieł Schelera: „Resentyment a moralność” oraz „Istota i formy sympatii”.
Stworzenie jakiegoś indywiduum kolektywnego, owej „ludzkości” a następnie wzywanie do tego, by ową „ludzkość jako masę” kochać „bardziej od narodu, ojczyzny a cóż dopiero od Boga” jest nie tylko złe i niemoralne, ale jest też – jak wywodzi Scheler – faktycznym obaleniem zachodniego porządku wartości. Być może owa dewiacyjność nie powinna dziwić, skoro zakorzeniona jest w dwóch ideach, które zrodziły się w głowach dwóch mających pewne kłopoty z równowagą umysłową autorów. W idei „altruizmu” Comte`a, tym – jak określa go Scheler – barbaryzmie i pustym, patetycznym frazesie oraz w Nietzschego abderyckiej „idei „miłości do najdalszych” mającej zastąpić chrześcijańską „miłość do najbliższego, do bliźniego”. Jak celnie zauważa Scheler: „Jest rzeczą nader charakterystyczną, że terminologia chrześcijańska nie zna „umiłowania ludzkości”. Jej podstawowe pojęcie brzmi „miłość bliźniego”.
„Ludzkość” to fikcja językowa, pojęcie niemożliwe, sprzeczne wewnętrznie, contradictio in adiecto, indywiduum kolektywne, które – jak pisze Koneczny – nie istnieje ani historycznie, ani socjologicznie, albo, jak zauważa Scheler, takie, o które można zapytać: „Komu […] dane jest to „indywiduum”? Kosmopolityczni rewolucjoniści ogłaszają swoją miłość do ludzkości, lecz ponieważ ludzkość nie istnieje, to jak – częściowo z humorem, choć sprawa sama nie jest wcale żartobliwa – wywodzi Koneczny, w związku z jej nieistnieniem nie możemy się dowiedzieć, czy… odwzajemnia ona tę miłość socjalistów, a skoro w związku z tym, że nie istnieje, to „nie może zająć żadnego stanowiska wobec kochających ją rewolucjonistów; robią się więc oni sami reprezentantami całej ludzkości, i stąd prosty wniosek, że służbą dla ludzkości jest służba dla rewolucji”. Sprawa pozornie żartobliwa faktycznie staje się złowieszcza. Dlaczego? Odpowiedź daje niezawodny Scheler: ci, którzy twierdzą, że kochają całą ludzkość… stawiają siebie na miejscu Boga, ponieważ „tylko Bóg bardziej kocha ludzkość […] od narodu; tylko Bogu to wolno i tylko On ma poniekąd „do tego prawo”. I tu powoli dochodzimy do kresu naszej peregrynacji badawczej, naszej podróży do źródeł herezji – postawienie siebie na miejscu „obalonego” Boga i potrójna nienawiść: do narodu, osoby i tegoż „strąconego” Boga.
U kresu poszukiwań docieramy do miejsca, gdzie bije źródło. Chociaż obie strony wojny duchowej zarzucają sobie nienawiść – nie może być tak, by obie zarazem miały rację. Takie „rzeczy” tylko w żydowskich dowcipach o „przemądrym” rabinie, który wysłuchawszy zaprzeczających sobie zeznań żony i męża orzekł, że oboje mają rację. Gdy pozostajemy w obrębie świata realnego, nie talmudycznego, to arystotelesowska zasada niesprzeczności nie tylko jest w mocy, ale stanowi osnowę uniwersum logosu i uniwersum bytów wszelakich. W świecie prawdziwym rzeki mają swoje źródła i swoje ujścia do morza. I żadne ze źródeł rzek nie może być jednocześnie ujściem. Dotyczy to także wylewających się z brzegów rzek nienawiści… Wszystko więc wskazuje, że owym źródłem i nienawiści i nieustającego szermowania dzidą oskarżeń o mowę nienawiści jest brodacz z Trewiru, Karol Marks z jego barbarzyńskim, dogmatycznym wyznaniem wiary: „Wszystkich nienawidzę Bogów!”.
Oczywiście, jest to początek uchwytny, lecz rzeki często nim wytrysną – płyną pod ziemią. I tak oto na 104 lata przed Manifestem Komunistycznym ukazała się napisana przez kobietę broszura „La Franc-Maçonne”, gdzie ideał tych podziemnych środowisk zaprezentowany jest w postaci demokratycznej republiki, gdzie, jak podaje M.Ghyka, „królem jest Rozum, radą najwyższą zaś – Zgromadzenie Mędrców”. Zwróćmy uwagę: królem nie jest ani Bóg, ani naród, ani choćby Parlament, tylko Rozum, ten sam, który później ubóstwiła rewolucja. Obie zaś zasady tej antyteocentrycznej utopii, ubóstwiony Rozum i Radę Mędrców odnajdujemy u ujścia tej rzeki nienawiści, w jej delcie, w pochodzącej z 1948 r. ideologii żydowskiego intelektualisty, prymitywnego ideologicznego awanturnika (określenie Erica Voegelina), Karla Raimunda Poppera, utopii tzw. społeczeństwa otwartego, gdzie owa otwartość okazuje się tylko wielobarwną maską skrytych marzeń o tyranii takiej, jakiej jeszcze świat nie widział (por. T.Gabiś, Karl Popper – Duchowy mistrz George`a Sorosa). Maską żądzy tyranii – ostatecznie – płynącej z potrójnego źródła stłumionej nienawiści: nienawiści do narodu, osoby i Boga. Nienawiści – by użyć zwrotu Schelera z jego analizy nowożytnego humanitaryzmu – „ukrytej głęboko za tą „łagodną”, wyrozumiałą”, „ludzką postawą” epatującą hollywoodzkim, szerokim uśmiechem. Uśmiechem tak szerokim, jak szeroka jest rozpadlina i nieprzekraczalna przepaść między humanizmem teocentrycznym a antropocentrycznym – „Te dwie odmiany humanizmu muszą się wzajemnie zwalczać, gdyż są one sobienie tylko przeciwstawne, ale i sprzeczne – jak mówi Dmowski posługując się terminologią Arystotelesa. Nie ma tu żadnej możliwości kompromisu”. I po jednej ze stron tej – żądającej wyboru – otchłani, każdy z nas musi stanąć. Brak wyboru będzie też wyborem, wyborem tchórzostwa, lub obojętności, która przecież w swej niewolniczej naturze nie przystoi mężnym, świadomym reprezentantom gatunku homo sapiens.
§ 3. System myśli narodowej. Nie można być cywilizowanym na dwa sposoby – bezcelowość polemiki i niemożliwość przymierza – potrzeba systemu myśli narodowej – nacjonalizm jako jedyny sposób zatrzymania socjalistycznej degradacji państwa i narodu.
Diagnostyka natury światopoglądu środowisk walczących z państwami narodowymi jest jasna – o ile jest systematyczna, dogłębna, oparta o klasyczne prawa myśli i logiki oraz indukcję historyczną – i jako jasna, do ewidentnych też winna prowadzić wniosków. Jak mówi Koneczny: „Wnioski co do terapii same się narzucają. Nie można być cywilizowanym na dwa sposoby”. „Przywróćmy panowanie cywilizacji łacińskiej […]”, a nie będzie rewolucji obyczajowych, wielokulturowych, nie będzie socjalizmu i socjalistów, kosmopolityzmu i inwazji apatrydów duchowych. Koneczny podsumowuje, że polemika z nurtami politycznymi, które negują istnienie wyższych wartości, ponieważ ich nie percypują a na ich miejsce stawiają sfabrykowane idole bytów i wartości – nie prowadzi do niczego. „Kontragitacja, rywalizująca co do demagogii, stanowi próżną stratę czasu. Terapia wymaga tu działania pozytywnego. Trzeba mieć doktrynę antyrewolucyjną, chcąc zwalczać rewolucyjność. Trzeba mieć coś do przeciwstawienia; sama polemika pogłębia tylko przepaść. […] Idea kosmopolityczna nie może być zarazem narodową. Przymierze między nimi może być tylko oportunistyczną komedią.” Dodam, w duchu Dmowskiego uzupełniając myśl Konecznego:trzeba mieć ideę antykosmopolityczną, antysocjalistyczną, teocentryczną. „Trzeba hasła, które by wyrażało się również krótko, węzłowato, jędrnie, a z którego dałoby się wywodzić wszystko dedukcją.” Jest tylko jedno jedyne hasło spełniające wszystkie powyższe warunki – tym hasłem jest polski nacjonalizm, tą ideą jest myśl narodowa, idea polska, państwo etnicznych Polaków.
Potrzebą chwili jest rekultywacja i odbudowa – używając zwrotu Konecznego – „korzeni i ścian działowych” polskiej tożsamości narodowej i polskiej etniczności. Scena polityczna zawłaszczona jest przez oświeceniowo-socjalistyczne ideologie, co – jak mówi Koneczny – „przyczynia się w wielkiej mierze do tego, by niższość brała górę. Przyczynia się bowiem do obniżenia iloczynu społecznego.” Przyczynia się więc do bezustannej, postępującej degradacji polskiego potencjału kulturowego i gospodarczego, polskiego narodu i państwa, karlenia polskiej duszy narodowej.
§ 4. Fałszywe słowa, fałszywe myśli i droga ku totalizmowi. Triada semantyczna – manipulacje zespołami pojęć – jak powstaje nowomowa – manichejska dychotomia zamiast klasycznej triady – jak rodzi się totalizm mentalny
Słowa są niezwykle ważne. Często – w sposób niezauważalny – stają się one naszymi myślami. Nieświadomie zaczynamy myśleć słowami podsuniętymi nam w złych intencjach przez inne osoby. Victor Klemperer pisze o tym niebezpieczeństwie przeoczonego przez nas przejścia od form językowych do form myślowych, od słów, do myśli, tak: „przejście od jednych do drugich jest prawie nieuchwytne, zwłaszcza u natur prymitywnych”. Dlatego ważne jest, by poznać najczęściej stosowaną i najbardziej skuteczną manipulację słowami. Słowami, które potem niebacznie bierzemy za… swoje myśli. Jak nauczyć wystrzegać się ulegania manipulatorom językowym – w tym może pomóc poniższa analiza najbardziej pospolitego triku.
Chcąc przybliżyć właściwy sens pojęcia naród, nacja, nacjonalizm nie można tego uczynić bez myślowego przywołania kontekstu terminów pokrewnych, powiązanych terminów takich jak: lud, plemię, ludzkość, rasa, rasizm, szowinizm, kosmopolityzm, patriotyzm, obywatel, pochodzenie, osoba, personalizm. Pojęcia wyższego rzędu (aksjologemy) egzystują w diadach, czy też mówiąc ściślej i zgodnie z genialną prezentacją ich sposobu bytu dokonaną przez Arystotelesa – w triadach. Triadach odmierzających trzy stopnie, trzy fazy: za mało – za dużo – w sam raz. Na konkretnym przykładzie: za mało = tchórzostwo, za dużo = zuchwałość, w sam raz = odwaga. Zasadą organizującą relacje między zakresem znaczeniowym pojęć ROZUMNIE POŁĄCZONYCH jest więc zasada niedobór – eksces – BALANS.
Analogicznie do triady tchórzostwo-zuchwałość-odwaga mamy klasyczną triadę: za mało = kosmopolityzm, za dużo = szowinizm i w sam raz = nacjonalizm. Klarowne dystynkcje pojęciowe przez ostatni wiek są intensywnie rozmywane i niszczone przez neomarksizm. W tym konkretnym przypadku manipulacja pojęciowo-językowa polega na usuwaniu z języka terminu “szowinizm” i przeniesieniu całej jego negatywnej konotacji na termin “nacjonalizm”, podczas gdy przecież nacjonalizm w swym pierwotnym, jeszcze XIX-wiecznym znaczeniu (w imię którego ludy i narody walczyły o swoją wolność wyrywając ją zorientowanym antynarodowo i kosmopolitycznie dynastiom) nie ma nic wspólnego z militarnym ekspansjonizmem i szowinizmem. Zamiast na wzór arystotelesowski zbudowanej triady kosmopolityzm-nacjonalizm-szowinizm otrzymujemy manichejską diadę humanizm-faszyzm (czyli nacjonalizm), co jest najzwyklejszą realizacją totalitaryzmu w sferze myślowej i tworzeniem – groźnej dla zdolności myślenia – nowomowy.
Podsumujmy manipulację mającą na celu usunięcie z przestrzeni językowej pozytywnego znaczenia pojęcia nacjonalizm. Organiczną triadę pojęciową (niedobór – eksces – BALANS, czyli kosmopolityzm – szowinizm- nacjonalizm) zastępujemy diadą kosmopolityzm – nacjonalizm. Usuwamy więc stopniowo z uzusu językowego pojęcie denotujące postawę skrajną, czyli “szowinizm”. Całą zaś negatywną treść pojęcia “szowinizm” przenosimy “PO CICHU, PO WIELKIEMU CICHU”, na to pojęcie, które chcemy zdeprecjonować, czyli na “nacjonalizm”, czyli na pojęcie denotujące postawy, które chcemy zwalczać a później represjonować, gdyż stanowią przeszkodę w przeszkodę w przejmowaniu etnicznych terenów. Treść zaś terminu “kosmopolityzm”, by nie raził odsłonięciem prawdziwych zamiarów, przenosimy na termin “patriotyzm”. Zamiast więc spektrum trzech, płynnie przechodzących w siebie jakości (kosmopolityzm-nacjonalizm-szowinizm) otrzymujemy diadę, czy też raczej dychotomiczny podziałpatriotyzm-nacjonalizm. Dokonując kolejnych podstawień uzyskujemy kompletnie fałszywą alternatywę: albo patriotyzm (w sensie, ogólnikowym, niesprecyzowanym i pozostawiającym nam swobodę dowolnej definicji, np. takiej: patriotyzm to płacenie podatków i sprzątanie kup po psie), albo nacjonalizm, który nacechowujemy krańcowo negatywnie poprzez synonimiczne nazywanie go “faszyzmem”, “ksenofobią”, “nienawiścią”, “rasizmem”, “przyczyną mowy nienawiści”.
Zamiast więc zespołu powiązanych ze sobą trzech pojęć przedstawia się nam manichejską diadę dwóch wykluczających się wzajemnie pojęć pomiędzy którymi zieje przepaść i tym samym sankcjonuje się tylko jedną jedyną dozwoloną postawę, tę, którą samemu się reprezentuje. Totalitarne zapędy zostają przełożone na język i wpisane do… słowników i encyklopedii, z których potem korzystają nasze dzieci w szkole i na studiach wytwarzając w sobie mentalność agresora, lub niewolnika lub… zmuszonego kryć się po niszach internetu rzekomego ksenofobicznego przestępcy. W państwie suwerennym, takim w którym naród tworzy państwo – jest na odwrót. Kulturkampf w wieku XIX walczyła z językiem polskim, w wieku XXI walczy z językiem zdrowego sensu. Ta druga walka jest może nawet bardziej groźna dla narodu i bardziej skuteczna w dziele wynaradawiania, gdyż bywa, że narody zmieniają język, mowy zdrowego sensu jednak nie da się zamienić na inną, poza nią jest obłęd i niewola w szacie ignorancji. Tak jak w XIX w. broniliśmy przetrwania mowy polskiej przed fizycznymi zaborcami, tak dzisiaj musimy z równą determinacją bronić mowy sensu i kultury sensu oraz przekazywać ją dzieciom niezależnie od mentalnej okupacji przez obce nacjonalizmy i marksizm kulturowy dziarsko maszerujący przez instytucje państwowe opanowane przez wszelkiej maści socjalistów, uniwersalistów europejskich i “liberałów”.
Musimy sobie zdawać z tego sprawę, iż władza po okrągłym stole należy do środowisk antynarodowych i to świadomie antynarodowych. Musimy wiedzieć dokładnie jak wygląda “pierścień władzy” i kto go porwał, bo to pierwszy krok do jego odbicia, odzyskania w twardej walce duchowej.Nie możemy też dać się zwieść dzisiejszej chwytliwej sztuczce, gdy ten, co ukradł pierścień władzy ogłasza nagrodę za jego odnalezienie… Albo wysyła wygadanego akwizytora, żeby jako polski pierścień władzy sprzedał nam podobną kształtem… obrożę psa łańcuchowego koncernów i korporacji.
Z socjalistycznej koncepcji narodu otwartego zrodzić się tylko może patriotyzm zbierania psich odchodów. Socjalizm i patriotyzm to – jak nazywa to Koneczny – incompatibilia. Patriotyzm głęboki, tożsamościowy zrodzić się może tylko z nacjonalizmu.
Socjalizm chrześcijański, naród otwarty, społeczeństwo otwarte – cały ten „pokost patriotyczny i religijny”na działaniach socjalistów nigdy nie trwa długo. „We Francji wielka rewolucja odwoływała się do patriotyzmu, póki groziły armie zagraniczne, ale też tylko dlatego, że armie te były antyrewolucyjnymi. Potem wycofał się rewolucjonizm francuski wcale szybko z wszelkich stosunków z patriotyzmem, aż doszli do tezy, że proletariusz nie ma Ojczyzny.” Nasuwa się analogia z dzisiejszymi, polskimi socjalistami, którzy realizują korporacyjną doktrynę o migracji zarobkowej i nomadyzmie pracowniczym bez mrugnięcia okiem, przed autochtonami przykrywając ją politurą ckliwego, banalnego „patriotyzmu”. Socjaliści zawsze będą zarzucać – wg słów Konecznego – „poczuciu narodowemu ciasnotę”, albo… nienawiść.
Czynieniu z narodów bezwolnych mas proletariackich może przeciwstawić się tylko silna myśl narodowa, jasno sformułowany i przełożony na stosunki gospodarcze i kulturowe – polski nacjonalizm.
Część naszego narodu postradała poczucie własności tych ziem i królujących im idei, albo – zupełnie bez swojej winy – dała się zwieść chytrym demagogom i ich ckliwym atrapom “częściowej niepodległości” (przeróżnym Kaczyńskim, Bąkiewiczom etc.) i kupić za pozwolenie śpiewania na ulicy “Pierwszej Brygady”.
Rdzennego, etnicznego mieszkańca tych ziem można łatwo rozpoznać po tym, że zamiast idiotycznych kołchozowych kamieni milowych broni dwóch kamieni węgielnych swego narodu, czyli katolicyzmu i nacjonalizmu. Natomiast osobę obcą, duchowego apatrydę można rozpoznać po znieważaniu i deptaniu obrońców tożsamości narodowej oraz po bezustannym stosowaniu manipulacji słowno-pojęciowych mających na celu unicestwianie idei nacjonalizmu polskiego. Po zastosowaniu takich kryteriów rozpoznawania “obcości” zobaczymy jasno jak z przebierańców opadają szaty pustosłowia, z ich siedzib odpadają wprowadzające w błąd szyldy. I zdziwimy się tym, jak nas, rdzennych jest dużo…