Odessa – zbrodnia nieukarana

Odessa – zbrodnia nieukarana

Przez Agnieszka Piwar 2021-05-02 piwar/odessa-zbrodnia-nieukarana

Od wybuchu rewolucji na Ukrainie – zwanej przez światowe media Euromajdanem – minęło 7 lat. Pretekstem do wszczęcia masowych protestów i obalenia władzy było niepodpisanie przez prezydenta Wiktora Janukowycza umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. W efekcie – w imię pustych haseł o wolności i demokracji – tępym narzędziem rozszarpano kraj na strzępy. A wszystko dlatego, bo grupa szaleńców z Ukrainy – wsparta przez szaleńców z Zachodu – zapragnęła integracji z unijnym tworem, który de facto gardzi wartościami cywilizacji europejskiej.

Ubolewać przy tym należy, że dokonano tego przy haniebnym udziale znacznej części tzw. „polskich elit”, które bezkrytycznie poparły kijowski przewrót. Dość wspomnieć czynne zaangażowanie wielu polskich polityków i zniekształcające rzeczywistość relacje w polskojęzycznych mediach. Swoje dobre samopoczucie tłumaczyli tym, że należało „wyzwolić” Ukrainę spod dominacji Rosji. Szkoda, że nie liczono się z opinią znacznej części obywateli Ukrainy, którzy nie życzyli sobie radykalnych zmian, pchających ich państwo w szpony… No właśnie, czyje szpony? Przecież Ukraina nie stała się częścią Zachodu i śmiem twierdzić, że nigdy to nie nastąpi. Niebezpieczna zabawa w narzucanie innym jak mają żyć, skończyła się tym, że kraj został zdewastowany i podzielony, zginęło wiele niewinnych osób, oderwał się Donbas, a Krym przyłączono do Federacji Rosyjskiej. Co znamienne, po Majdanie Ukraińcom wcale nie żyje się lepiej – wielu z nich wyjechało za pracą i lepszym życiem do Polski i… Rosji.

Należy przy tym zauważyć, że jakiekolwiek głosy rozsądku płynące z Polski – a było ich też całkiem sporo – natychmiast spotykały się z oskarżeniami o powielanie „propagandy Kremla”. Z tego właśnie klucza – tj. pomówieniami o bycie „ruską agenturą” – na Ukrainie rozpoczęto walkę z własnymi obywatelami, którzy nie poparli Majdanu i głośno o tym powiedzieli. Obrzucanie prymitywnymi epitetami (bo brakuje racjonalnych argumentów) w walce politycznej specjalnie już mnie nie dziwi – co najwyżej wzbudza zażenowanie, że tak nisko upadła debata publiczna. Problem w tym, że u naszego wschodniego sąsiada takimi właśnie epitetami przykrywa się najokrutniejsze zbrodnie nowego ukraińskiego reżimu. Tragicznym tego przykładem jest masowe morderstwo dokonane w Odessie na kilkudziesięciu obywatelach Ukrainy – przeciwnikach „nowego porządku”. Ponieśli oni śmierć tylko dlatego, że mieli inne poglądy od władzy. Oto jakimi metodami Ukraina pcha się na europejskie salony.

Zaplanowana akcja

Masakry na niewinnej ludności Odessy dokonano 2 maja 2014 roku. Kilka lat później dotarłam do naocznych świadków tych wydarzeń: Aleksandra Naumowa i Olega Muzyki,szefa przymorskiego oddziału partii «Ojczyzna». Z ich wstrząsających relacji wynika, że tragicznego dnia przygotowano w Odessie zasadzkę na obywateli Ukrainy, którzy nie akceptowali zamachu stanu w tym kraju. Wszystko wskazuje na to, że podstępna intryga miała konkretny cel: zabicie wielu ludzi, zastraszenie pozostałych i zatuszowanie zbrodni. Moi rozmówcy zgodzili się podzielić swoimi przemyśleniami z Czytelnikami „Myśli Polskiej”. Wcześniej jednak zacytuję wywiady jakich udzielili w ubiegłych latach.

Oleg Muzyka tragicznego dnia znalazł się w środku budynku Domu Związków Zawodowych w Odessie, który został celowo podpalony. Był pewien, że zginie – zdążył już nawet pożegnać się rodziną przez telefon. Opatrzność miała inne plany. Muzyka ocalał i kilkanaście dni później udzielił wywiadu portalowi timer-odessa.net [„Таймер”]. Na pytanie dziennikarki czy jego zdaniem pożar to była zaplanowana akcja czy przypadek, Muzyka odpowiedział: «Sądząc po tym, że policja i strażacy nie reagowali na to, co się działo, można przypuszczać, że ofiary były potrzebne. W końcu ktoś wydał rozkaz strażakom, aby nie gasili budynku, a policji, by nie przeszkadzali. Jestem przekonany, że 2 maja już rano wielu policjantów i SBU wiedziało, że coś się wydarzy.» Na poparcie tej tezy Muzyka podał szereg przykładów, w tym wyłączenie kamery monitorującej teren czy pojawienie się funkcjonariuszy Ukraińskiej Służby Bezpieczeństwa na kilka godzin przed masakrą. Mówił też o tym, że do miasta ściągnięto wcześniej oddziały „Samoobrony Majdanu” i „Prawego Sektora”.

Aleksander Naumow w płomieniach Domu Związków Zawodowych stracił przyjaciela. Sam uniknął zasadzki z pożarem, ponieważ został na pobliskim placu, by towarzyszyć znajomym, którzy zostali poważnie ranni w wyniku zamieszek. A jak do zamieszek doszło? Tego dnia w Odessie miał się odbyć mecz piłki nożnej, poprzedzony proukraińskim pochodem kibiców Czornomorcia Odessa i Metalista Charków. Przy tej okazji do miasta ściągnęły tłumy tzw. ultrasów i bojówkarzy batalionu Ajdar. Świadkowie przyznają, że właśnie te grupy wszczęły tragiczne w skutkach prowokacje. Co znamienne, w wywiadzie dla czeskiego dziennika „Haló noviny” [udzielonym w trzecią rocznicę masakry], Naumow powiedział: «Tego dnia wszyscy dowódcy policji byli na specjalnym zebraniu. Byli dosłownie zamknięci w jednej sali, musieli wyłączyć telefony komórkowe. To było zamierzone. Jeśli tego dnia miał się odbyć taki problematyczny mecz sportowy, a dowódcy policji są odcięci od informacji, to jest dziwne…»

Z relacji Aleksandra Naumowa przekazanej czeskiej gazecie, geneza wydarzeń wyglądała następująco. Znaczna część ukraińskiego społeczeństwa nie akceptowała zasad Majdanu, które ich zdaniem doprowadziły do rozkładu państwa. W związku z tym proponowali swoim przeciwnikom powołanie federacji. By wyrazić swoje niezadowolenie wobec nowej sytuacji, odescy przeciwnicy zamachu stanu przez kilka miesięcy spotykali się na placu Kulikowe Pole w Odessie, gdzie zorganizowali miasteczko namiotowe. Spotkania gromadziły wiele osób. Najwięcej demonstrantów docierało w weekendy. W marcu pojawiało się nawet kilkanaście tysięcy osób. Naumow zapewniał, że protesty były pokojowe, więc nie było powodów do użycia siły wobec przeciwników władzy.

2 maja 2014 r. Antymajdanowcy z Odessy i okolicznych miejscowości tradycyjnie zaczęli gromadzić się na Kulikowym Polu. Ok. godz. 11:00 w pobliżu miasteczka namiotowego zaczęli pojawiać się bojówkarze batalionu Ajdar wyposażani w narzędzia świadczące o gotowości do akcji z użyciem siły. Wyczuwając, że coś się szykuje, na miejscu pojawiła się ochrona z organizacji strzegącej bezpieczeństwa miasteczka namiotowego. Chwilę po tym, pojawili się ultrasi, którzy zaczęli rzucać kamieniami w mężczyzn ochraniających miasteczko namiotowe, wywabiając ich w kierunku Placu Greckiego. Plac ten otoczony jest kamienicami i wąskimi ulicami, przez co biegnących za ultrasami Antymajdanowców z łatwością otoczyła i ogrodziła policja. Doszło do zamieszek. W międzyczasie ultrasi zaczęli strzelać i rzucać kostką brukową w ludzi zgromadzonych na Kulikowym Polu. Pojawili się pierwsi zabici i ranni. Nagle jeden z ultrasów przeszedł jakby na stronę Antymajdanowców, a następnie oddał z ich otoczenia strzał w kierunku ludzi stojących po przeciwnej stronie, zabijając przy tym jednego z ultrasów. Zdaniem Naumowa była to celowa prowokacja mająca na celu wywołanie wielkiego konfliktu. Mówiąc o ultrasach, zaakcentował, że na Ukrainie takie określenie dotyczy nie tylko kibiców – ultrasi, to także opłacani najemnicy, którzy robią to, czego „ktoś” od nich chce.

Tymczasem w wyniku starć na Placu Greckim zginęło już ok. 5 osób, z czego w większości Antymajdanowcy. Z kolei pokojowi demonstranci z miasteczka namiotowego zostali otoczeni przez ultrasów i bojówkarzy z Ajdaru, a następnie rozproszeni – część z nich zepchnięto na plac Przemienia Pańskiego, część została na placu Kulikowe Pole, w tym wiele kobiet. W obliczu niebezpiecznej sytuacji spowodowanej zamieszkami, wystraszeni ludzie uciekli do Domu Związków Zawodowych, by się w nim schronić. Wtedy podpalono namioty i budynek. Ultrasi otoczyli płonący dom związkowców i nikogo nie wypuszczali. Żadnej karetki, żadnych strażaków, żadnej policji – relacjonował Naumow, który został na Kulikowym Polu z ciężko rannymi przyjaciółmi, gdyż bali się oni udać do placówki medycznej w obawie przed zatrzymaniem.

Na YouTube znalazłam materiał filmowy, który potwierdza relacje cytowanych przeze mnie świadków. Zachęcam Czytelników „Myśli Polskiej” do weryfikacji na kanale «Вся Одесса на Odessa1.com». Nagranie opublikowano 4 maja 2014 roku pod tytułem: «2 мая в Одессе (материалы для следствия)». Na filmie widać przerażająco agresywny tłum ukraińskich nacjonalistów (kibiców, ultrasów, bojówkarzy) wznoszących okrzyki „Sława Ukrajini! Herojam sława!” [organizacyjne przywitanie członków OUN i UPA w czasach II wojny światowej]; rozwalają oni kilofami i młotami kostkę brukową (wyłupane kawałki kamieni służyły następnie do rzucania w ludzi i wszczynania prowokacji), a stojący obok kordon policji nie reaguje na bandyckie zachowania prowokatorów. Na nagraniu widać też licznie przybyłych bojówkarzy ubranych w odzież militarną, z hełmami na głowie. Ponadto widać podpalenie miasteczka namiotowego, rzucanie koktajlami Mołotowa z dachu Domu Związków Zawodowych i uwięzionych w budynku przeciwników Majdanu, w tym nastoletnie dzieci. [LINK: https://www.youtube.com/watch?v=Cq1OhkuLzeA].

Zbiorowa egzekucja

Oleg Muzyka opowiedział w wywiadzie dla „Tajmera” jak wszedł do Domu Związków Zawodowych za ludźmi, którzy poszli tam się schronić. Następnie budynek został otoczony, obrzucony koktajlami Mołotowa i podpalony. Dodatkowo ktoś w środku puszczał specyficzną substancję dymną. Zdaniem Muzyki nie był to dym z ognia, gdyż miał zabarwienie zielonkawożółte z brązowym odcieniem i nie unosił się do góry lecz opadał tworząc wokół ludzi duszącą zasłonę i zaślepiając ich. Z relacji Muzyki wynika, że w budynku byli prowokatorzy, słychać było ich klaskanie, po czym szybko znikali za osłoną dymną. Późniejsze relacje z miejsca zrządzenia potwierdziły przerażający fakt, że ludzie ginęli nie tylko w płomieniach, ale byli też mordowani bezpośrednio.

Muzyka wraz z kilkoma ludźmi wszedł się schronić do jednego z biur. Kiedy dym zaczął opadać na parapet wychylili się do okna. Wtedy zaczęto z zewnątrz obrzucać ich kamieniami. Będący z nimi staruszek oberwał w głowę, pojawiło się dużo krwi. W całym budynku było słychać huki i krzyki. Oleg Muzyka zrozumiał, że śmierć jest blisko – zadzwonił do żony i dziecka, by się z nimi pożegnać.

Zwolennicy Majdanu twierdzili później, że pomagali ludziom wydostać się z płonącego budynku – mieli rzekomo umieścić pod oknami opony dla tych, którzy wyskoczyli. Muzyka w rozmowie z „Tajmerem” powiedział, że to kłamstwo. Co więcej, z jego relacji wynika, że zwolennicy Majdanu przygotowali płonące stosy – dym z tych ognisk unosił się wzdłuż zewnętrznej ściany budynku i nie pozwalał oddychać nawet tym, którzy wystawiali głowy przez okno. Do ludzi uwięzionych w budynku zaczęło docierać, że są tylko dwie możliwości: albo przeżyją więcej minut w tym dymie na górze, albo natychmiast zabiją ich na dole.

2424669 02.05.2014 Массовые беспорядки у здания Дома профсоюзов в Одессе. Максим Войтенко/Агентство „Одесса-медиа”

Na YouTube znalazłam kolejne dowody potwierdzające relacje cytowanych świadków, tym razem na kanale «Dima kotov». Nagranie zatytułowane «Одесса 2мая ПОЖАР, ДОМ ПРОФСОЮЗОВ» [opublikowane 24 maja 2014 r.], znowu ukazuje agresywnych zwolenników Majdanu wykrzykujących banderowskie pozdrowienie: „Sława Ukrajini! Herojam sława!”. Na materialne filmowym widać m.in. płonące stosy rozpalone pod okami domu związkowców czy szturmujących wnętrze budynku ukraińskich nacjonalistów. Agresorzy wyposażeni w kije do bicia i dewastacji wybijali szyby, rozpalali ogień, wyważali drzwi do pomieszczeń, w których ukryli się przeciwnicy Majdanu. Ujęcia kręcone z zewnątrz pokazują na rannych (i martwych?) leżących pod oknami budynku, zaś w oknach widać uwięzionych ludzi, w tym przerażone kobiety. Czuję się w obowiązku ostrzec, że dalsza część nagrania jest szczególnie drastyczna – widać pełno trupów, w tym zwęglone zwłoki. [LINK: https://www.youtube.com/watch?v=7PqztnhCg98].

Oleg Muzyka powiedział w wywiadzie dla odeskiego portalu, iż ma informacje, że polecono strażakom nie reagować. Zaznaczył, że oczywiście nikt nie potwierdzi tego oficjalnie. Po czym dodał, że jego znajomi i krewni dzwonili zarówno do strażaków, jak i na policję, ale po prostu nie odbierali telefonu. Ponadto, rozmówca „Tajmera” przyznał, że widział tego dnia wysokich rangą funkcjonariuszy policji, którzy nic nie zrobili, gdy na ich oczach zabijano ludzi.

Czarę goryczy przelała postawa władz i mediów. Muzyka podał przykład deputowanego rady regionalnej Aleksieja Gonczarenko, który był na miejscu i wszystko widział. Na jego oczach zabijano ludzi, lecz przedstawiciel władzy nie stanął przed brutalnym tłumem i nie wezwał do powstrzymania morderstwa. Zamiast tego poinformował na żywo w telewizyjnym talk-show Sawika Szustera, że Kulikowe Pole zostało oczyszczone z separatystów, za co zebrał oklaski w studiu.

Aleksander Naumow w rozmowie z czeską gazetą przyznał, że na Ukrainie panuje bardzo silna presja propagandowa i strach. Dlatego ludzie boją się mówić o tragedii w Odessie i przeciwstawić władzy. Tymczasem pożar domu związkowców został przedstawiony w mediach jednoznacznie: «w płomieniach zginęli separatyści». Podpalenie Domu Związków Zawodowych było transmitowane na żywo w trzech ukraińskich stacjach telewizyjnych, które kierowały kamerę na zwłoki ludzi! Medialny komentarz brzmiał: «Dom związkowców sam się podpalił, zabijając rosyjskich separatystów i rosyjskich najemników.» W wywiadzie dla „Haló noviny” Naumow powiedział, że w tym kłamstwie pomagał fakt, że jedna z ofiar miała rosyjskie obywatelstwo, a jedna mołdawskie. Tymczasem wszyscy inni byli obywatelami Ukrainy, odessyjczykami!

Oleg Muzyka wydostał się z Domu Związków Zawodowych w kordonie policji. Wraz z innymi ocalałymi trafił na komisariat. Na miejscu zobaczył kolejnych kilkudziesięciu zatrzymanych, w większości poważnie rannych, z czego jeden z mężczyzn miał wybite wszystkie przednie zęby. Muzyka zaczął wyjaśniać ludziom ich prawa, po czym został wezwany do gabinetu przez zastępcę szefa miejskiej policji. W środku czekali funkcjonariusze Ukraińskiej Służby Bezpieczeństwa [SBU]. Rozpoczęło się przesłuchanie, w trakcie którego jeden z funkcjonariuszy – przeklinając i krzycząc – zarzucił szefowi przymorskiej «Ojczyzny», że „uwielbiał dostawać rosyjskie pieniądze”. Muzyka odpowiedział, że powinni znaleźć przynajmniej jedną osobę, która potwierdzi, że brał lub rozdawał pieniądze. Podczas przesłuchania zrozumiał, że chcą z nich zrobić kozły ofiarne.

Aleksander Naumow stracił w pożarze przyjaciela. Niedługo po tragedii wszedł do Domu Związków Zawodowych kilka razy – 4, 5 i 6 maja. Zobaczył, że ściany wewnątrz budynku były skropione krwią. To potwierdza, że strzelano do ludzi, którzy otwierali okna, by zaczerpnąć świeżego powietrza, gdy rozprzestrzeniał się duszący dym. Na miejscu były też poplamione krwią młoty z resztkami ludzkich włosów.

Oficjalna liczba ofiar masakry w Odessie to 48 zabitych, 248 osób odniosło rany. Jako że mam pięcioletni zakaz wjazdu na Ukrainę, nie mogłam pojechać do Odessy, by zapytać miejscowych urzędników i przedstawicieli służb mundurowych o ich wersję wydarzeń. Wysłałam więc oficjalnie pismo do Ambasady Ukrainy w Warszawie, z prośbą o udzielenie odpowiedzi na kilka pytań: Jakie jest oficjalne stanowisko władz Ukrainy nt. wydarzeń w Odessie z dnia 2 maja 2014 roku? Czy to prawda, że policja celowo nie reagowała na prowokacje ultrasów i członków batalionu Ajdar? Czy to prawda, że policja nie reagowała, gdy zaczęto zabijać przeciwników władzy? Jakie obywatelstwo mieli ludzie, którzy tego dnia zginęli w Domu Związków Zawodowych? Czy to prawda, że rodziny ofiar były zastraszane? Czy rodziny ofiar otrzymały jakiekolwiek wsparcie od ukraińskich władz? Czy winni prowokacji i zabójstw zostali schwytani i postawieni przed sądem? Na żadne z tych pytań nie otrzymałam odpowiedzi.

Wołanie o pomstę do Nieba

Do świadków, których relacje wyżej zacytowałam, dotarłam kilka lat po masakrze w Odessie. Zgodzili się wypowiedzieć dla „Myśli Polskiej”. Poniżej przedstawiam ich odpowiedzi na moje pytania.

AP: Czy światowa społeczność zareagowała na tragedię w Odessie, do której doszło 2 maja 2014 roku?
Oleg Muzyka: «Światową społeczność należy podzielić na dwie grupy. Cały świat jest podzielony na dwie grupy. Nie wierzę w trzecią grupę, która wyznaje neutralność wobec sytuacji kontrowersyjnych i konfliktowych. Stało się to również po wydarzeniach w Odessie 2 maja 2014 r., kiedy to w budynku Domu Związków Zawodowych zginęło kilkudziesięciu obywateli Ukrainy, mieszkańców Odessy. Celowo wskazuję na śmierć dziesiątek, nie podając żadnych liczb, ponieważ oficjalna liczba deklarowana przez ówczesne władze kryminalne została celowo zaniżona. Wróćmy do światowej społeczności. Wspierała nas część światowej społeczności. Byli wśród nich zwykli obywatele, osoby publiczne, niewielka część dziennikarzy i bardzo mała część polityków. W pierwszych miesiącach po tragedii w Parlamencie Europejskim zorganizowano przesłuchania, na które przybyli krewni ofiar i uczestnicy wydarzeń. Mieliśmy nadzieję, że tragedia przyciągnie uwagę w szeregach eurodeputowanych. Jakie było zaskoczenie, gdy okazało się, że na sali pojawiło się zaledwie 10 posłów PE, z siedmiuset. O przesłuchaniach nawet nie wspomnę, bo rozczarowało mnie i moich kolegów. Tylko ja odwiedziłem 15 krajów Unii Europejskiej z misją „PAMIĘTAJ ODESSA”, a moi towarzysze również organizowali podobne spotkania ze wspólnotą europejską. I rezultat był taki, że powtarzały się te same twarze na spotkaniach.»

Aleksander Naumow: «Termin „społeczność światowa” w twojej interpretacji oznacza prawdopodobnie społeczeństwo zjednoczone wspólnymi wartościami (na przykład: prawo do wolności słowa, prawo do życia, prawo do prawa jako podstawa sprawiedliwości). Reakcja na wydarzenia, które miały miejsce 2 maja 2014 roku w Odessie, przekonała mnie osobiście, że społeczeństwo jest podzielone na tych, którzy dla osiągnięcia swoich celów są gotowi usprawiedliwić wszelkie okrucieństwa – jak spalenie ludzi, mordowanie rannych i ocalałych – oraz tych, którzy są krytyczni nie tylko dla swoich przeciwników, ale przede wszystkim dla ich działań. Ci drudzy nadal wierzą w możliwość zachowania odchodzącego ładu świata i jego wartości. Mija 7 lat od masakry mieszkańców Odessy dokonanej przez ukraińskich nacjonalistów. W tym czasie wiele materiałów i dowodów zostało opublikowanych na całym świecie przez tych, którzy wierzą w znaczenie przestrzegania podstawowych wartości ludzkich. Nie nabrały one jednak uprawnionej mocy ani w umysłach większości społeczeństwa, ani w orzecznictwie sądowym. „Społeczność światowa” nie zaakceptowała tych faktów jako zagrożenia dla umowy społecznej między ludźmi o różnych punktach widzenia. Umowy opartej na traktacie, którego podstawą jest prawo (a tymczasem państwo ma wyłączne prawo do przemocy); traktacie, który chroni świat przed chaosem; traktacie, który jest podstawą rozwoju ludzkości. Aby utrzymać się przy władzy, przedstawiciele zdeklarowanej większości, czyli tzw. „światowej społeczności”, próbują zniwelować swoją odpowiedzialność za popełnione zbrodnie, uderzając w fundamenty, na których opiera się ich władza – wiarę większości społeczeństwa w sprawiedliwość prawa. Jeśli spojrzymy wstecz oraz przyjrzymy się temu, co się dzisiaj dzieje, zobaczymy, że dokonali już ogromnego postępu w tym procesie. Coraz więcej ludzi zaczyna zdawać sobie sprawę, że poprzednie porozumienia powstrzymujące świat przed wojną wszystkich przeciwko wszystkim nie są już prawomocne.»

AP: Jak ocenia Pan zagraniczne przekazy medialne dotyczące tych tragicznych wydarzeń w Odessie? Czy dziennikarze z zagranicy rzetelnie przedstawili to co się wydarzyło 2 maja 2014 roku?
Oleg Muzyka: «Jak już powiedziałem, społeczność światowa została podzielona na dwa obozy. Granicę tę wytyczono między społeczeństwem, politykami i dziennikarzami. I tych, którzy byli gotowi do relacjonowania wspomnianych wydarzeń – nie chcę powiedzieć, że prawdziwych, bo każda grupa ma swoją prawdę – ale przeciwnych do wersji struktur państwowych, to nie było ich tak wiele. Jednak ci, którzy byli gotowi napisać o tragedii w Odessie, dostali przekaz od agencji rządowych, znajdowali się pod presją różnych grup nacjonalistycznych (w krajach, w których mieszka dziennikarz), z Ministerstwa Spraw Zagranicznych Ukrainy dziennikarze zostali włączeni do listy strony „Peacemaker” (Ukraina / SBU). Przykład: Paul Moreira, francuski reżyser filmu „Ukraina”, był prześladowany przez ambasadę Ukrainy we Francji, a następnie miał proces sądowy z tłumaczem. Niemieccy dziennikarze Saadi Isakov i Ulrich Heiden zostali deportowani z Ukrainy w 2016 roku za publikację artykułów o tragedii w Odessie. Do listy deportowanych dodano dziennikarzy z Polski, Hiszpanii i Holandii. Tymczasem przeciwny obóz dziennikarzy miał pełne poparcie europejskich struktur państwowych, pisali i piszą wszystko, co jest korzystne dla tych, którzy zorganizowali zbrojne przejęcie władzy na Ukrainie. Nigdy nie przestanę mieć urazy do podwójnych standardów polityki europejskiej i amerykańskiej. Potwierdzają to dzisiejsze wydarzenia. Spójrzmy, jak światowe media relacjonują wydarzenia, które mają miejsce dziś w Rosji wokół osoby A. Nawalnego, jak chronieni są zatrzymani, jakie jest to zamieszanie. I jak zignorowali tragedię, która wydarzyła się w Odessie 2 maja 2014 roku. Przeciwnicy zamachu stanu czy etykietka „separatyści” i to wystarczyło, aby usprawiedliwić mord na cywilach w 2014 roku i kontynuować zabijanie przez 7 lat.»

Aleksander Naumow: «Uważam, że niezależni dziennikarze zachodnich mediów zrobili wszystko, co w ich mocy, aby przekazać swoim odbiorcom cały horror egzekucji mieszkańców Odessy. Szkoda, że ich głosy utonęły w oceanie kłamstw propagandzistów, którzy w obawie przed utratą kapitału społecznego wciąż podżegają do nienawiści i swoimi działaniami przyczyniają się do wzrostu liczby ofiar wojny domowej na Ukrainie. Najprawdopodobniej nie zdają sobie z tego sprawy, ale mają na rękach krew kobiet i starców z Odessy.»

AP: Czy winni masakry w Odessie stanęli przed sądem?
Oleg Muzyka: «Dla każdej z grup zidentyfikowano własnych sprawców tej tragedii. Dlatego odpowiem w ten sposób, że na ławie oskarżonych byli tylko przedstawiciele „Antymajdanu” – ci, którzy wypowiadali się przeciwko zamachowi stanu, dojściu do władzy ukraińskich nacjonalistów i ich zwolenników. Nawet wszystkie zebrane przez nas dowody, które wyraźnie wskazują na udział zwolenników „Euromajdanu” w zabijaniu ludności cywilnej, nie zostały przyjęte do rozpatrzenia przez prokuraturę ukraińską, MSW i SBU. Wręcz przeciwnie, przedstawiciele „Euromajdanu” zostali uznani za obrońców integralności Ukrainy i zwolnieni z odpowiedzialności.»

Aleksander Naumow: «Sprawcy nie zostali postawieni przed sądem. Aby tak się stało, Ukraina musiałby mieć wysoki poziom podmiotowości. Tymczasem współczesna Ukraina to kolonia, w której nikt nie odważy się samodzielnie podejmować decyzji. Mieszkańcy kolonii są zależni od woli kolonialistów i celowości politycznej chwili. Dotyczy to wszystkich szczebli władzy na Ukrainie – od sędziów po prezydenta. Trudno mi sobie wyobrazić okoliczności, w których kolonialiści pociągają do odpowiedzialności swoich sług, stawiając ich przed wymiarem sprawiedliwości za zbrodnie przeciwko geopolitycznym wrogom.»

AP: Czy rodziny ofiar otrzymały jakiekolwiek wsparcie / rekompensatę od państwa ukraińskiego?
Oleg Muzyka: «Nie słyszałem o jakiejkolwiek pomocy ze strony władz ukraińskich dla rodzin ofiar. Wsparcie pochodziło od osób prywatnych, ruchów społecznych. Ale obelgi i upokorzenia ze strony ukraińskich nacjonalistów, przedstawicieli Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, Prokuratury i Służby Bezpieczeństwa Ukrainy trwają do dziś.»

Aleksander Naumow: «Nie wiem na pewno, ale czytałem w gazetach, że zaraz po zabójstwach krewnym ofiar zaoferowano pieniądze. Nie wiem dokładnie ile i na jakich warunkach, ale wtedy krewni odmówili przyjęcia tych pieniędzy.»

W trakcie pisania tekstu o tragicznych wydarzeniach w Odessie przypomniałam sobie pewną sytuację. Kilka lat temu poznałam w Gliwicach młodego Ukraińca. Podczas luźnej rozmowy zapytałam dlaczego przyjechał do Polski. Odpowiedział, że wyjechał z Ukrainy, bo chcieli go wziąć do wojska. Po czym wyjaśnił, że nie mógł pójść w kamasze, gdyż jego matka jest Rosjanką, a on nie chciał zabijać swoich braci. Wspomniałam o tym dlatego, bo tak naprawdę chcę zakończyć mój artykuł jednym prostym pytaniem. Czy politycy i dziennikarze z Polski, którzy poparli kijowski przewrót, pomyśleli choć przez chwilę – jaki dramat twórcy Majdanu zafundowali mieszkańcom Ukrainy?

Agnieszka Piwar

Pierwodruk w tygodniku „Myśl Polska”, nr 11-12 (14-21.03.2021)

Zdjęcia za: http://gallery.prizm-film.info/index.php/Exhibition/Photo13 

wsparcie wolnego słowa

Anatomia prowokacji. Czy nadciąga nowa wojna?

Anatomia prowokacji. Czy nadciąga nowa wojna?

Przez Agnieszka Piwar 2026-07-25 piwar/anatomia-prowokacji-czy-nadciaga-nowa-wojna

Pamiętacie Euro 2012, które Polska organizowała razem z Ukrainą? Choć wyczyny naszej reprezentacji nie należały do popisowych, mnie utkwiło pewne wydarzenie, któremu przyglądałam się z bliska. Chodzi o mordobicie na ulicach Warszawy, poprzedzające mecz Polska-Rosja na Stadionie Narodowym, wokół którego służby wszelakie rozegrały sobie ćwiczenia (?).

Tak się jakoś złożyło, że termin meczu przypadł na 12 czerwca, kiedy Rosjanie obchodzą Święto Rosji. W związku z tą datą kibice rosyjskiej reprezentacji zwrócili się do prezydent Warszawy z prośbą o pozwolenie na uroczysty przemarsz ulicami polskiej stolicy. Hanna Gronkiewicz-Waltz wydała zgodę na pochód Rosjan, co uruchomiło spiralę wydarzeń.

Na polskojęzycznych forach rozpętała się istna burza. Ktoś puścił famę, że Rosjanie szykują prowokację. Pamiętam między innymi takie przekazy, że straszono, iż rosyjscy kibice będą maszerować z portretem Stalina i flagą Związku Sowieckiego. W nakręcanie emocji włączyli się dziennikarze, politycy i wszelkiej maści „eksperci”, wskutek czego wybuchła ogólnopolska histeria.

NA WŁASNE OCZY

Jako że mieszkałam wówczas w Warszawie, nie mogłam przegapić takiej okazji, by zobaczyć to bezpośrednio, zamiast z przekazów medialnych. Wraz z przyjaciółką dotarłam w okolice ronda de Gaulle’a, skąd miał rozpocząć się pochód Rosjan w kierunku Stadionu Narodowego. Nie widziałam portretu Stalina ani sowieckiej symboliki. Zamiast tego zobaczyłam rozjuszony tłum, polskojęzycznych prowokatorów oraz świetnie przygotowanych do akcji policjantów i tajniaków.

Wyglądało to na celowo przygotowaną prowokację: najpierw wydano zgodę na przemarsz Rosjan, a następnie rozpętano przeciwko nim medialną nagonkę. Ta z kolei zmobilizowała chuliganów z całej Polski, którzy przyjechali do Warszawy, by spuścić lanie rosyjskim „prowokatorom”. Z w miarę bliskiej, choć bezpiecznej odległości – nie pchałam się pod lecące kamienie ani pod czyjeś pięści – można było naprawdę wiele dostrzec.

Dla przykładu widziałam, jak w stronę kilkuosobowej grupy spokojnie idących Rosjan i Rosjanek jakiś krewki Polak rzucił okrzyk: „ruskie kurwy”. W odpowiedzi na zaczepkę jeden z Rosjan nie wytrzymał i ruszył z impetem w stronę obrażającego ich Polaka. Nie zdążyli nawet porządnie się pobić, gdyż z tłumu kibiców nagle wyłonili się tajniacy, którzy zgarnęli ich obu do natychmiast podstawionego auta.

Generalnie na trasie pochodu dochodziło do licznych agresywnych zachowań i prowokacji. W stronę parady rzucano butelki i petardy, a w okolicach stadionu i stacji Warszawa Powiśle wybuchły regularne walki uliczne z pseudokibicami.

Do zabezpieczenia wydarzenia skierowano znaczne siły prewencji, które użyły gazu łzawiącego, armatek wodnych i gładkolufowej broni.

W międzyczasie, podczas trwających zamieszek, widziałam, jak z Dworca Centralnego Alejami Jerozolimskimi nadciągały kolejne grupy kibiców, z czego większość zapewne chciała po prostu zobaczyć mecz. Doskonale przygotowani policjanci – było ich zatrzęsienie – tworzyli między nimi zwarte kordony, co pozwalało kontrolować napływające tłumy.

Pomyślałam wówczas, że właśnie tak organizuje się praktyczne szkolenie dla służb mundurowych. Ćwiczenia przy okazji dorocznego Marszu Niepodległości to przy tym pikuś.

PRÓBA GENERALNA?

Według oficjalnych danych, w starciach poprzedzających mecz Polska–Rosja rannych zostało kilkanaście osób, w tym policjanci. Funkcjonariusze zatrzymali ponad 180 uczestników zamieszek po obu stronach konfliktu.

Zagraniczne media uznały wydarzenia za brutalny, lecz odizolowany incydent wywołany przez pseudokibiców, jednocześnie chwaląc polskie służby za profesjonalizm, zdecydowaną interwencję i skuteczne zapewnienie bezpieczeństwa podczas całego turnieju Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej 2012.

Moim zdaniem wszystko było specjalnie przygotowaną prowokacją, mającą na celu rozjuszyć emocjonalnych Słowian po obu stronach. Podczas tamtej akcji przetestowano między innymi, jakimi metodami najłatwiej napuścić jednych na drugich. W tym przypadku straszenie komunistyczną symboliką zadziałało jak płachta na byka.

Od jakiegoś czasu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że podobną prowokację – tylko na o wiele szerszą skalę i stanowiącą śmiertelne zagrożenie dla narodu polskiego – rozpisano z użyciem Ukraińców.Jest znacznie poważniej i nie chodzi już jedynie o ćwiczenia, choć modus operandi pozostał ten sam.

Wtedy osoba na decyzyjnym stanowisku wydała zgodę na przemarsz kilku tysięcy Rosjan, a następnie rozkręcono machinę mającą na celu napuścić krewkich Polaków przeciwko rosyjskim kibicom (straszenie komunizmem, etc.), co doprowadziło do ulicznej nawalanki.

Dziesięć lat później osoba na decyzyjnym stanowisku – konkretnie ówczesny premier Mateusz Morawiecki – wydał zgodę na wpuszczenie do Polski milionów Ukraińców i obdarowanie ich wszelkimi przywilejami. Po jakimś czasie rozkręcono w Polsce potężną antyukraińską nagonkę, mając bombę – w postaci Ukraińców – na pokładzie.

Co znamienne, w antyukraińską narrację – w tym straszenie banderyzmem, etc. – z całą mocą włączył się w ostatnich tygodniach ten sam Morawiecki i jego środowisko polityczne. Przypominam, że to za rządów PiS Polska należała do największych darczyńców Ukrainy, wysyłając tam między innymi polskie uzbrojenie (doprowadzając tym samym do rozbrojenia Polski) oraz grubą kasę wydartą z kieszeni polskich podatników.

ZBIOROWA PSYCHOZA

Kiedy przeglądam media społecznościowe, przecieram oczy ze zdumienia, widząc, jak Polacy dają się podpuszczać przez scenarzystów teatru, w którym spisano nasz naród na straty. Nie dostrzegam racjonalnych głosów po żadnej ze stron sceny politycznej ani wśród publicystów czy dziennikarzy – nawet tych uchodzących za niezależnych lub antysystemowych.

Zresztą nie widziałam ich także wtedy, gdy odpalono Euromajdan, ani tym bardziej przy okazji wojny na Ukrainie. Nie przypominam sobie apeli płynących z Polski, wzywających do podjęcia rozmów pokojowych i zaprzestania przelewu słowiańskiej krwi za naszą wschodnią granicą. Zdaję sobie sprawę z tego, że Polska niewiele może wskórać, ale taki gest zostałby przynajmniej odnotowany jako coś pozytywnego.

Zamiast tego w kraju nad Wisłą przedstawiciele głównego nurtu zagrzewali Ukraińców do walki z Rosjanami (i dostarczali im broń). Z kolei tzw. antysystem rzucał komentarze sugerujące, iż „dobrze tak Ukrom, że Ruscy ich dojechali”, gdyż w mniemaniu wielu każdy Ukrainiec to banderowiec. W ten sposób obozy polaryzujące Polaków nakręciły totalną fiksację.

Modelowym przykładem tego szaleństwa jest niedawna afera, która rozgorzała po incydencie w autobusie w Bielsku-Białej. Do internetu trafiło niespełna minutowe nagranie wykonane przez 11-letnią Ukrainkę, na którym słychać wulgarne i agresywne wyzwiska kierowane przez 54-letniego Polaka pod adresem młodocianych Ukrainek. Reakcje w polskojęzycznej przestrzeni publicznej pokazały skalę emocji i absurdalnego amoku, w jakim znalazła się Polska.

Politycy głównego nurtu – głównie ekipa z koalicji obecnie rządzących – i usłużni im publicyści zlinczowali Polaka, który obrażał młode Ukrainki.

Problem w tym, że to samo środowisko nie robiło afery, gdy w Polsce dochodziło do agresji ze strony Ukraińców. Nie przypominam sobie ich stanowczej reakcji choćby wtedy, gdy rok wcześniej w Krakowie 37-letni obywatel Ukrainy kopnął w twarz 11-letniego polskiego chłopca, co doprowadziło do utraty przytomności dziecka i konieczności przewiezienia go do szpitala.

Tzw. antysystem – występujący często jako „polscy patrioci” i „prawdziwi prawicowcy”, etc. – wypada równie nieciekawie. W mediach społecznościowych wykreowali narrację, jakoby w autobusie doszło do banderowskiej prowokacji, a wszystko było doskonale przygotowaną ustawką, której ofiarą padł niewinny Polak.

Zwieńczeniem tego stały się masowo powielane w mediach społecznościowych zdjęcia 11-letniej Ukrainki z bielskiego autobusu, przerobione przy użyciu AI. Na jednym z nich przyklejono jej szyderczy uśmiech, na innym odziano w ubranie w barwach OUN-UPA, a do rąk włożono kosę i siekierę – narzędzia, którymi mordowano Polaków na Wołyniu.

Obserwując to wszystko – powyżej przytoczyłam zaledwie promil przykładów – utwierdziłam się w przekonaniu, że w Polsce nie ma poważnego środowiska, na którym można byłoby polegać. Po prostu nie ma komu ratować tego kraju. Nikt nie próbuje kierować się zdrowym rozsądkiem. Zamiast tego z każdej strony widać nakręcanie emocji i granie nimi na całego, co nie rozwiązuje problemu z Ukraińcami, a jedynie go wzmacnia.

ROZGRYWANIE GOJÓW

Na YouTube znajduje się fragment nagrania rosyjskiej telewizji państwowej Rossija 1, która transmitowała huczną imprezę noworoczną, podczas której Rosjanie witali 2013 rok. W rozrywkowym programie na scenie popisywał się Wołodymyr Zełenski (zanim został prezydentem Ukrainy, był aktorem-komikiem), którego występ podziwiał siedzący na widowni Władimir Sołowjow. Wszyscy świetnie się bawili.

Jak to możliwe? Przecież Władimir Sołowjow – jeden z najbardziej znanych w Rosji dziennikarzy i propagandystów telewizyjnych, prowadzący programy polityczne na kanałach Rossija 1 i Rossija 24 – jest znany z agresywnej retoryki wobec Ukrainy, popierania polityki Kremla oraz nawoływania do konfrontacyjnego podejścia wobec władz w Kijowie.

Otóż Sołowjowa i Zełenskiego łączy jedno – oboje są żydami, a co się z tym wiąże, mają wspólne interesy. O jakie interesy chodzi?

Żeby to wyjaśnić zacytuję kluczowy fragment pamiętnika naocznego świadka i uczestnika konfliktu rosyjsko-ukraińskiego, który jako dowódca oddziału „Prizrak” (Widmo) zobaczył ów konflikt od środka. Sierżant Aleksiej Mozgowoj – bo o nim mowa – był jednym z najbardziej znanych dowódców prorosyjskich sił separatystycznych w Donbasie, podczas wojny we wschodniej Ukrainie w latach 2014–2015.

W trakcie walk nawiązał bezpośredni dialog z przedstawicielami strony ukraińskiej, dzięki czemu (miał analityczny umysł i był dobrym obserwatorem) zrozumiał, że jest nad nimi – Rosjanami i Ukraińcami – trzecia siła, która tym wszystkim steruje. Swoje przemyślenia opisał następująco:

Zostaliśmy zapędzeni do Koloseum i powoli jesteśmy niszczeni! To jest wykorzystanie ludności… Żeby ludzie się w coś zaangażowali, trzeba coś stworzyć, coś zorganizować. Najlepszą opcją pozbycia się wymagających ludzi jest po prostu zawiezienie ich do Koloseum, w którym teraz się znajdujemy. Stwórz dwie przeciwne strony i pozwól im powoli się zniszczyć…

Ty i ja nazywamy się «gojami», ty i ja jesteśmy zmuszeni walczyć ze sobą i zabijać się nawzajem. Niczym gladiatorzy zostaliśmy wepchnięci na arenę nienawiści, otoczeni wysokim i mocnym płotem kanałów telewizyjnych i radiowych.

Dostojni goście, kaganowie chazarscy i ich świta, obserwują naszą bitwę na śmierć i życie z mównicy. Kiedy się pozabijamy, oni po prostu oczyszczą «arenę gladiatorów» z naszych ciał, ustawią na niej scenę i będą świętować odrodzenie Kaganatu Chazarskiego pieśniami i tańcami…”

Z inicjatywy dowódcy oddziału „Prizrak” doszło do rozmów z ukraińskimi wojskowymi, których celem było ograniczenie walk i znalezienie sposobu na zakończenie konfliktu. Mozgowoj utrzymywał również kontakty z ukraińskim negocjatorem ds. wymiany jeńców Wołodymyrem Rubanem. Dzięki tym kontaktom dochodziło do wymiany jeńców oraz rozmów o lokalnych zawieszeniach broni, mimo trwających działań wojennych.

Beneficjentom wojny to się nie spodobało. Aleksej Mozgowoj zginął 23 maja 2015 roku w zamachu pod Ałczewskiem. Sprawców oficjalnie nie ustalono.



POLACY NASTĘPNI?



O tym, że szykują potężną prowokację mającą na celu doprowadzenie do konfliktu między Polakami i Ukraińcami, ostrzegałam od wielu lat. W ostatnim czasie zrobiło się szczególnie gorąco, więc w mediach społecznościowych ponowiłam apele do rodaków, by nie dali się sprowokować.

Wypunktowałam też obłudę polityków PiS, z Mateuszem Morawieckim na czele, którzy dziś dokonują gwałtownego zwrotu narracji i krytykują kult OUN-UPA, choć za ich rządów nie dostrzegali ewidentnego banderyzmu i Polska była największym darczyńcą Ukrainy.

W odpowiedzi na moją krytykę tych, którzy nagle zaczęli straszyć banderyzmem, mimo że wcześniej utrzymywali bliskie relacje z ukraińskimi władzami i nie dostrzegali problemu gloryfikacji OUN-UPA, zarzucono mi komentarzach lekceważenie pamięci ofiar Wołynia, a nawet sympatyzowanie z banderowcami.

Przypuszczam, że po tym artykule reakcje mogą być jeszcze mocniejsze, dlatego przytoczę kilka faktów. O ofiarach Wołynia pamiętałam i ostrzegałam przed odradzającym się na Ukrainie kultem OUN-UPA, zanim stało się to „modne” i zanim zaczęto wykorzystywać ten temat do budowania kapitału politycznego.

13 lat temu otrzymałam Krzyż Pamięci Ofiar Banderowskiego Ludobójstwa za czynny udział i wsparcie w upamiętnianiu ofiar.

W 2013 roku przeprowadziłam wywiad z płk. Janem Niewińskim, komendantem Placówki Armii Krajowej i dowódcą Samoobrony wsi Rybcza w powiecie Krzemienieckim na Wołyniu, Przewodniczącym Kresowego Ruchu Patriotycznego, Wiceprzewodniczącym Społecznego Komitetu Obchodów 70. rocznicy banderowskiego ludobójstwa.

Mój rozmówca zarzucił polskim rządzącym podporządkowanie polityki wobec Ukrainy interesom geopolitycznym kosztem pamięci o ofiarach Wołynia. Niewiński za pośrednictwem naszego wywiadu wytknął elitom politycznym III RP ustępstwa wobec ukraińskiego nacjonalizmu i unikanie pełnego rozliczenia zbrodni.

W 2016 roku wlepiono mi do paszportu pieczątkę z zakazem wjazdu na Ukrainę, co uargumentowano tym, że zdaniem Kijowa stanowię zagrożenie dla bezpieczeństwa tego państwa.

W 2018 roku przeprowadziłam wywiad z byłym premierem Leszkiem Millerem pt. „Banderyzm kwitnie na Ukrainie”, za co oberwałam wtedy w komentarzach od polskich „patriotów” i „prawicowców” – bo gadałam z „komuchem” – choć dzisiaj wielu z nich pieje z zachwytu nad nim.

W 2021 roku dotarłam do świadków egzekucji kilkudziesięciu rosyjskojęzycznych obywateli Ukrainy – przeciwników Euromajdanu – do której doszło 2 maja 2014 roku w budynku Domu Związków Zawodowych w Odessie. Ich relacje opisałam w artykule pt. „Odessa – zbrodnia nieukarana”. W związku z publikacją otrzymywałam pogróżki sugerujące, że skończę tak jak ci, którzy zostali spaleni żywcem w Odessie.

W pierwszym kwartale 2022 roku skrytykowałam ówczesny rząd za dostarczanie broni na Ukrainę i przestrzegałam przed wpuszczaniem do Polski milionów przybyszy z Ukrainy. Czyżby w odwecie ówczesny premier Mateusz Morawiecki wydał polecenie podległej mu bezpiece, aby zrobili ze mną porządek?

Funkcjonariusze ABW natychmiast nakazali nałożenie na mojego bloga blokady na poziomie operatorów internetowych pod pretekstem, że stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Z dnia na dzień straciłam pracę w archiwum Telewizji Polskiej – jedyne źródło utrzymania. Usłużni systemowi dziennikarze sugerowali, że jestem „ruską agentką”. Doświadczyłam też potężnego hejtu w internecie.


Tymczasem kilka lat później Morawiecki i jemu podobni politycy, dokonują nagłego zwrotu akcji, krytykują Ukrainę i wyzywają ukraińskich polityków od banderowców, choć jeszcze chwilę temu obściskiwali się z nimi w najlepsze. Zełenski i Sołowiow też kiedyś świetnie się razem bawili, a następnie pod publikę stali się wrogami. Wojnę trzeba jakoś uwiarygodnić przed ludem posyłanym na rzeź.

Nikt mi nie zleca pisania artykułów ani tym bardziej nie finansuje, co zresztą widać po ich treści – nie są na rękę żadnemu środowisku politycznemu. Mieszkam z dala od polsko-ukraińskiego kotła, żyję w bezpiecznym miejscu i mam spokojne życie, więc teoretycznie mogłabym mieć na to wszystko wywalone.

Po co więc piszę? Po prostu martwię się o moich rodaków, którzy ulegają prowokacji i dają się wciągać w cudzą grę, w której są jedynie pionkami przeznaczonymi do odstrzału. Miejcie się na baczności, bo kiedy wpływowi polskojęzyczni politycy i dziennikarze głównego ścieku nagle zaczynają zmieniać narrację ws. Ukrainy, którą chwilę wcześniej wspierali, to znaczy, że coś się szykuje.

Agnieszka Piwar

PS Znajomy Zbyszek często mi powtarza, że dobrze mu się czyta moje artykuły, ale jego zdaniem brakuje w nich recepty co robić. W tym przypadku – nie ulegać prowokacjom i dążyć do odseparowania Ukraińców od Polaków. Nasze narody powinny egzystować oddzielnie.

tutaj można postawić mi kawę

W Dzień Kobiet przypominam jak z dziwki zrobiono idolkę

W Dzień Kobiet przypominam jak z dziwki zrobiono idolkę

Agnieszka Piwar 2024-03-08 piwar/w-dzien-kobiet-przypominam-jak-z-dziwki-zrobiono-idolke

Często trafiam w mediach społecznościowych na narzekania mężczyzn pod adresem kobiet. W ich mniemaniu współczesne kobiety to najczęściej wyuzdane, wulgarne, roszczeniowe materialistki i skupione na sobie egoistki. Faktycznie, coś jest na rzeczy. Sęk w tym, że w znacznym stopniu to faceci do tego doprowadzili.

To będzie mroczna opowieść z tragicznym finałem. Iście szatański podstęp, w którym całkowicie odwrócono pojęcia. Niegdyś Kopciuszek był synonimem skromnej niewiasty, której pokora, dobroć oraz ciężka i uczciwa praca zostały nagrodzone.

Współczesna „opowieść o Kopciuszku”, to historia prostytutki. Sprzedawanie własnego ciała bardzo się jej opłaciło, bo spotkała wymarzonego „księcia z bajki”.

Upadły świat zakpił z monarchii. „Królowe” i „księżniczki” to obecnie agresywne, nafaszerowane botoksem karykatury, z napompowanymi ustami, sztucznymi piersiami i ciałem oszpeconym tatuażami. Na domiar złego wyszydzono chrześcijaństwo. Przykładem jest perwersyjna piosenkarka Madonna (imię zaczerpnięte od Matki Bożej), która wielokrotnie profanowała symbole religijne czy określanie wynaturzonych postaw ikonami.

PRETTY WOMAN

Szkodliwość słynnego filmu z 1990 roku jest porażająca. Jeszcze bardziej szokuje bierność opinii publicznej na skandaliczny obraz. Za sukcesem „Pretty Woman” (dosłowne tłumaczenie: piękna kobieta) poszedł konkretny przekaz do młodych dziewcząt: sprzedawanie własnego ciała nie jest wcale takie złe, a nawet bardzo się opłaca.

Chodziłam do podstawówki, kiedy filmowa opowieść o prostytutce trafiła z USA do Polski. Wiele moich szkolnych koleżanek (które wówczas były dziećmi) piały z zachwytu po seansie. Ta dziewczyna, która zachwycała się najmocniej, w dorosłym życiu upadła najniżej i skończyła najgorzej. Obecnie produkcję można obejrzeć m.in. na platformie Netflix, gdzie wskazano przedział wiekowy od 13 lat.

Czego dowiadują się z filmu trzynastolatki? Przekaz jest bardzo wyraźny. Prostytutka Vivian (Julia Roberts) jest sympatyczna, bystra i ma czarujący uśmiech. W liceum miała całkiem dobre oceny, ale nieszczęśliwie się zakochiwała, co niejako pokomplikowało jej życie. Z pracy kelnerki i parkingowej nie starczało na czynsz wynajmowanej klitki – co jest dość dziwne, wszak akcja dzieje się w zamożnej Ameryce. By jakoś wiązać koniec z końcem zaczęła więc sprzedawać swoje ciało przy Alei Gwiazd w Los Angeles.

Któregoś dnia bogaty, elegancki i przystojny biznesmen Edward (Richard Gere) zgubił się na ulicach Hollywood. Vivian, licząc na niezły zarobek, podeszła do jego samochodu i zaproponowała pomoc. Za wskazanie drogi dostała 20 dolarów, za wspólną noc 300 dolarów, a za bycie „damą do towarzystwa” przez następny tydzień kilka tysięcy plus ekstra premię na kupienie sobie eleganckich ubrań.

Po prostu była tak urocza, że Edward – mimo, iż nie tego planował – pod wpływem impulsu zaprosił ją do swojego apartamentu w luksusowym hotelu. Pracownicy hotelu też ulegli wdziękowi prostytutki z ulicy. Windziarz hotelowy zerkał na Vivian jak zaczarowany, a dyrektor osobiście uczył ją poprawnego posługiwania się sztućcami w wytwornej restauracji.

Jedynie pracownice ekskluzywnego butiku – ukazane jako wredne jędze – nie raczyły być miłe dla prostytutki. Nie chciały jej obsłużyć, gdy weszła do sklepu w stroju ulicznicy. Kiedy poskarżyła się Edwardowi, ten bardzo się wzburzył. Na otarcie łez zabrał Vivian do innego sklepu i zapłacił krocie, by wszyscy pracownicy, z kierownikiem włącznie, podlizywali się jej na całego i ubrali jak damę.

W stroju damy towarzyszyła Edwardowi na meczu polo, gdzie zebrała się miejscowa elita. Znajomy biznesmena i zarazem jego prawnik węszył spisek, sugerując, że Vivian jest szpiegiem konkurencyjnej firmy. Chcąc uspokoić wspólnika, Edward mu wyznał, że jest ona zwykłą dziwką wziętą z ulicy. Prawnik podjarał się tym faktem i zaczął składać prostytutce dwuznaczne propozycje, co ją bardzo oburzyło.

Po powrocie do apartamentu, zdenerwowana kobieta wygarnęła swojemu sponsorowi, że nikt tak jej wcześniej nie upokorzył. Edward jej przypomniał, że przecież jest dziwką, więc niech się nie dziwi, że ludzie tak ją traktują. Vivian się wściekła za nazwanie sprawy po imieniu, strzeliła focha, spakowała manatki i wybiegła z apartamentu. Biznesmen zrozumiał, że ma ona swoją dumę, poleciał za nią, przeprosił i udobruchał. Kolejny raz wylądowali w łóżku i… zakochali się w sobie.

Fabuła kończy się „happy endem”. Edward wyznaje Vivian miłość i deklaruje wspólną przyszłość aż do grobowej deski. W międzyczasie, pod wpływem prostytutki biznesmen przechodzi pozytywną przemianę. Z wyrachowanego gracza – który kupował w całości upadające firmy, a następnie sprzedawał w częściach dla własnego zysku – zamienił się w wrażliwca, który postanowił jednak ratować przedsiębiorstwa w kryzysie.

Perfidia twórców filmu polega na tym, że jest odwrotnością bajek z morałem. „Pretty Woman” reklamowano w mediach jako współczesną wersję „Kopciuszka”. Tymczasem w klasycznej bajce wynagradza się dobro, cnotę i pokorę, a tutaj nagroda trafiła do kobiety, która sprzedawała swoje ciało. Co więcej, prostytutkę – a więc z racji wykonywanej profesji kobietę moralnie upadłą – ukazano jako niezwykle pozytywną postać.

Filmowa opowieść o prostytutce stała się wielkim hitem. Produkcja zarobiła fortunę i zdobyła fanów na całym świecie. Aktorzy odtwarzający główne role uzyskiwali status czołowych gwiazd przemysłu filmowego, dzięki czemu do dziś dostają milionowe gaże. Za zagranie prostytutki Julia Robert otrzymała nagrodę Złotego Globa dla najlepszej aktorki oraz nominację do Oskara.

Film zyskał miano kultowej komedii romantycznej i nadal cieszy się popularnością jako „klasyk” w swoim gatunku. Uważam, że twórcy „Pretty Women”reżyser, scenarzysta i producenci to mężczyźni (sic!) – w znacznym stopniu przyczynili się do problemu społecznego, który w późniejszych latach opisały takie polskie filmy jak „Galerianki” czy „Dziewczyny z Dubaju”. Obie fabuły opowiadają o współczesnych formach prostytucji. Motorem napędowym do sprzedawania swojego ciała jest pragnienie posiadania drogich ciuchów i luksusowego życia.

Co znamienne, krytycznie o amerykańskim hicie wypowiedziała się Irena Dawid-Olczyk, prezes Fundacji La Strada, walczącej z handlem ludźmi i wspierającej jego ofiary. Kobieta w gorzkich słowach zwróciła się do samego Richarda Gere’a. Aktor w 2019 roku odwiedził Polskę, gdzie dyskutował o… obronie praw człowieka. Od szefowej La Strady usłyszał o negatywnym wpływie filmu „Pretty Woman” na wybory młodych kobiet, które głęboko wierzą, że prostytucja to droga do sukcesu.

Na portalu filmweb.pl, pod tytułem „Pretty Woman”, jedna z forumowiczek napisała wymowny komentarz: „Zauważyliście, że tak jak tamtejsze prostytutki ubiera się dziś prawie każda dziewczyna?”.

BURDELMAMA KRÓLOWĄ

W XXI wieku lansowanie negatywnych wzorców rozkręciło się na całego, niestety także na polskim podwórku. Wystarczy wspomnieć telewizyjny reality show „Królowe życia”. Program nadawany na antenie stacji TTV w latach 2016-2022 pokazywał kulisy życia osób, które niczego sensownego sobą nie reprezentowały, ale z racji kontrowersyjności potrafiły napędzić oglądalność.

Program najmocniej wylansował Dagmarę Kaźmierską. Czym sobie „zasłużyła”, by pokazywać ją w telewizji? Od 2005 prowadziła agencję towarzyską. W 2009 została skazana prawomocnym wyrokiem na cztery lata pozbawienia wolności za działanie w zorganizowanej grupie przestępczej, stręczycielstwo, sutenerstwo i zmuszanie młodych kobiet do prostytucji, ostatecznie spędzając w więzieniu 14 miesięcy.

Obecnie Kaźmierska jest rozchwytywaną celebrytką. Występuje w filmach, pisze książki, pozuje na ściankach, udziela wywiadów, a ostatnio wzięła udział w popularnym „Tańcu z gwiazdami” na antenie telewizji Polsat. Kreowana jest na sympatyczną i równą babkę po przejściach, która ma twardy charakter, robi co chce i mówi co myśli. Przeglądając komentarze pod nagraniami i artykułami o „królowej życia” przecieram oczy ze zdziwienia – Kaźmierska jest uwielbiana.

Należy odnotować, że producentem i reżyserem programu, który wylansował burdelmamę do rangi autorytetu dla młodych Polek, jest oczywiście mężczyzna Piotr Wąsiński.

Moda na określanie upadłych kobiet jako „królowe” przyszła do Polski ze Stanów Zjednoczonych. Prekursorką jest kontrowersyjna i wyuzdana piosenkarka Madonna, którą przed laty okrzyknięto „królową popu”. Jej młodsza wersja Britney Spears zyskała miano „księżniczki popu” i jest uważana za ikonę popkultury schyłku XX wieku. U szczytu popularności kobiety wystąpiły na wspólnym koncercie, który podkręciły lesbijskim pocałunkiem.

Britney początkowo lansowana była jako niewinna i spokojna dziewczyna. Zaczynała od występów w programie dla dzieci Klub Myszki Miki. Tam poznała przyszłego chłopaka Justina Timberlake’a. Jako nastolatkowie zostali parą, przy czym Spears deklarowała w mediach zachowanie dziewictwa do ślubu.

Po latach wydała książkę pt. „Kobieta, którą jestem”. W autobiografii przyznała, że jednak uprawiali seks, a także zaszła w ciążę. Britney chciała urodzić dziecko, ale Justin zmusił ją do aborcji. Timberlake i tak potem od niej odszedł, po czym skupił się na rozwinięciu własnej muzycznej kariery.

Tymczasem „księżniczka popu” rzuciła się w wir romansów, a następnie przeszła załamanie nerwowe, czego efektem było m.in. ogolenie sobie głowy na łyso czy nałożenie przez sąd ubezwłasnowolnienia. I wreszcie, toksyczny wpływ na piosenkarkę wywarł jej ojciec Jamie Spears, który sprawował nad dorosłą córką kuratelę i był oskarżany o życie na jej koszt.

Co znamienne, wczesna Britney stała się wzorem dla wielu znanych piosenkarek. Do inspiracji twórczością i wizerunkiem Spears przyznały się Lana Del Rey, Lady Gaga, Miley Cyrus, Victoria Justice, Pixie Lott, Selena Gomez, Fergie czy Girls’ Generation.

Na polskiej scenie muzycznej też mamy naśladowczynię amerykańskiej piosenkarki. Dorota Rabczewska ps. Doda nie ukrywała, że jej idolką była właśnie Britney Spears. Jednak polska piosenkarka w kreowaniu własnego stylu poszła nieco dalej.

Doda od początku budowała swoją karierę na wizerunku skandalistki. Poddała się operacji powiększenia biustu. Pozowała nago do magazynów „dla panów” [porno jest dla seksoholików, nie „panów”md] . Wdawała się w pyskówki, a nawet bójki z innymi celebrytami. Miewała też problemy z prawem, zarzuty prokuratorskie, a nawet wyrok sądu za obrazę uczuć religijnych.

W 2011 roku, podczas spotkania z fanami, którym podpisywała najnowszą płynę, Doda miała ze sobą długopis w kształcie sztucznego penisa. Na oczach fotoreporterów i fanów (w tym nieletnich) wsadziła go sobie do ust, imitując stosunek oralny. Co znamienne, do tak wulgarnej osoby przylgnęło medialne określenie: „Królowa jest tylko jedna”, które sama zresztą wylansowała.

Tymczasem pojawiły się w Polsce kolejne celebrytki, pragnące dosiąść tronu. Wśród nich Karolina Derpieńska, szerzej znana jako amerykańsko brzmiąca Caroline Derpienski. Samozwańczo określiła się jako „dolarsowa królowa”. Zasłynęła z tego, że w polskojęzycznych mediach opowiada o bajecznie bogatym życiu, jakie zapewnia jej znacznie starszy kochanek miliarder z Miami.

O miano królowej zawalczyły też uczestniczki programu TVN7 pt. „Królowa przetrwania”. Scenariusz zrealizowano w tajlandzkiej dżungli, gdzie zaproszono 12 kobiet (najczęściej sztucznych, wypełnionych botoksem, wytatuowanych, etc.) znanych z Internetu i programów telewizyjnych typu reality. Panie zasłynęły w Polsce z robienia wokół siebie szumu i patologicznych zachowań, na których zbudowały karierę.

Dla przykładu Marta Linkiewicz, która wątpliwą popularność zdobyła w 2015 roku. Jako nastolatka wybrała się z koleżanką na koncert amerykańskich reperów z grupy Rae Sremmurd, a następnie chwaliła się w mediach społecznościowych, że uprawiała z nimi seks grupowy. „Z tym się jebałam, a temu ciągnęłam” – wyznała przyszła celebrytka.

Obecnie Linkiewicz jest jedną z gwiazd Fame MMA, polskiej federacji (i największej w Europie) organizującej gale typu freak show fight. Impreza polega na tym, że uczestnicy – w tym celebryci, youtuberzy, raperzy, influencerzy – stają na ringu i walczą przy dużym zakresie dozwolonych technik. Wydarzeniom towarzyszą „konferencje”, podczas których uczestnicy wzajemnie się obrażają i obrzucają wulgarnymi wyzwiskami. Sporą popularnością cieszą się oczywiście pyskówki kobiet.

Federacja posiada łącznie czterech właścicieli, samych mężczyzn – Wojciecha Golę (współzałożyciel), Michała Barona, Krzysztofa Rozparę (były prezes) oraz Rafała Pasternaka (prezes). Panowie na walkach żądnych sławy (i zdesperowanych?) osób zbijają majątek.

Do patocelebrytów dołączyła Marianna Schreiber. Mowa o żonie polityka Łukasza Schreibera, która znudzona życiem postanowiła rozpędzić własną karierę, oczywiście jadąc na nazwisku męża. Kobieta zasłynęła z tego, że jako żona ministra w rządzie Prawa i Sprawiedliwości, wystąpiła w programie „Top Model” (nadawanym w nielubianej przez PiS stacji TVN), gdzie obnażyła swoje ciało. Z programu dość szybko odpadła, ale zabrylowała na ściankach i plotkarskich portalach.

To jej nie wystarczało, więc ona również zaczęła tłuc się z innymi kobietami. Dołączyła do federacji Clout MMA. Odniosła w tym nawet pewien sukces, bo tak obiła przeciwniczkę, że wygrała już jakąś walkę. W ramach rozpoczęcia kariery na ringu, Marianna Schreiber wystąpiła na gali federacji w pozłacanej koronie.

To mężczyźni doprowadzili do tego, aby lansować tego typu wzorce kobiety. Zrobili to głównie dla pieniędzy, ale też dlatego, by leczyć swoje zakompleksione ego, poprzez uwłaczanie godności płci przeciwnej. Szkoda, że w tym upadłym świecie zabrakło prawdziwych bohaterów i nikt nie rozprawił się z tą straszną demoralizacją.

Agnieszka Piwar

Fot.: kadr z filmu „Pretty Woman”

Celebrytki za zabijaniem dzieci, a gęba pełna frazesów o obronie zwierząt

Polska|Publicystyka

Celebrytki za zabijaniem dzieci, a gęba pełna frazesów o obronie zwierząt

2026-02-04 Agnieszka Piwar piwar/celebrytki-za-zabijaniem-dzieci-a-geba-pelna-frazesow-o-obronie-zwierzat/

Zdemoralizowane i siejące publiczne zgorszenie celebrytki, takie jak Doda czy Małgorzata Rozenek-Majdan, to przede wszystkim zwolenniczki „prawa” do mordowania nienarodzonych dzieci. Przyznały się do tego m.in. podczas wywiadu u Żurnalisty, odpowiadając twierdząco na pytanie, czy aborcja powinna być legalna.

Te same celebrytki są dziś lansowane niemal we wszystkich mediach jako „szlachetne obrończynie zwierząt”. Czyżby nikt z osób publicznych nie dostrzegał w tym hipokryzji? Wprost przeciwnie – wiele osób zwęszyło w tym okazję do własnej promocji.

W ostatnim czasie rozmaici politycy, dziennikarze, inni celebryci oraz wszelkiej maści użytkownicy mediów społecznościowych, korzystając ze sztucznie nagłośnionego tematu, uprawiają tani lans na Dodzie, broniącej psów ze schroniska, w którym panowały kiepskie warunki.

Dorota Rabczewska, ps. Doda, została nawet wpuszczona do Sejmu, gdzie zaprezentowała ckliwą opowieść o zaniedbanych zwierzętach. Ta sama Doda, która wcześniej publicznie stwierdziła, że „aborcja powinna być dozwolona” oraz że rząd nie powinien decydować o prywatnym życiu kobiet w takich kwestiach.

W tej pokrętnej „logice” naczelnej pato-celebrytki znad Wisły chodzi o to, że rząd ma zajmować się psami ze schronisk, natomiast w kwestii mordowania niewinnych dzieci politycy nie mają już prawa się wtrącać.

Do Sejmu polazła też lansować się Małgorzata Rozenek-Majdan, która przy tej okazji napisała na Instagramie: „Zwierzęta nie mają głosu. My go mamy. To zobowiązuje”. Szkoda, że obecna żona byłego męża Dody nie czuje się zobowiązana zabierać głosu w imieniu nienarodzonych dzieci zagrożonych aborcją. One także nie mają głosu, a są ludźmi, więc są znacznie ważniejsze niż czworonogi.

Do grona lansujących się na Dodzie i psach ze schroniska dołączył także prezydent Karol Nawrocki, zapraszając naczelną skandalistkę III RP do Pałacu Prezydenckiego na rozmowę. Uważam, że z taką elytą na stanowiskach państwowych oraz przy braku stanowczej reakcji narodu Polska nie ma przyszłości.

Przypomnę, że na swoim koncie Doda ma takie zachowania jak włożenie sztucznego penisa do ust na oczach nieletnich fanów, publiczne rozbieranie się, szydzenie z Biblii, wulgarne i gorszące zachowania na scenie, agresywne wyzywanie innych osób czy wdawanie się w bijatyki.

Dla jasności: sama uwielbiam zwierzęta. Miałam wiele kotów, psy, rozmaite gryzonie, papugi, a nawet żółwia. Jako dziecko i nastolatka opiekowałam się też zwierzętami porzuconymi przez innych. Sporo osób z mojego otoczenia wręcz sądziło, że po maturze pójdę na studia weterynaryjne.

Tymczasem zrobiłam psikusa – wybrałam filozofię, a potem zostałam dziennikarką, między innymi po to, by piętnować hipokryzję osób publicznych w moim kraju. Po prostu nie godzi się, by życie zwierząt stawiać wyżej w hierarchii niż życie człowieka, zwłaszcza tego najbardziej niewinnego i bezbronnego.

Agnieszka Piwar
Fot. kolaż ze zdjęć za: prezydent.pl, stronazycia.pl/stop-aborcji, Instagram

Wielbiciel Izraela szefem BBN. Czy Polska podzieli los Palestyny?

Wielbiciel Izraela szefem BBN. Czy Polska podzieli los Palestyny?

Agnieszka Piwar 2025-07-03 https://piwar.info/wielbiciel-izraela-szefem-bbn-czy-polska-podzieli-los-palestyny/

Historyk Sławomir Cenckiewicz został mianowany szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego – ogłosił prezydent elekt Karol Nawrocki. Co to oznacza? Pokrótce naszkicuję nadciągającą katastrofę, choć wiem, że to wołanie na puszczy. Koncesjonowani „patrioci” znad Wisły wciąż świętują, że „tęczowy Rafał” przegrał wybory – w ten sposób skutecznie odwrócono uwagę Polaków od spraw kluczowych.

Nie ukrywam – nie biorę udziału w wyborach demokratycznych, bo uważam ten narzucony nam system za narzędzie szatana. W Polsce sprowadza się to do fałszywego wyboru pomiędzy dwoma głównymi obozami, które pozornie się zwalczają, lecz w rzeczywistości służą temu samemu złu. Rządzą w myśl zasady: „dziel i rządź”.

Kiedy w mediach społecznościowych wyraziłam swoją pogardę wobec „demokracji” i lekceważący stosunek do wyborów, spadła na mnie fala komentarzy. Narzucano mi, że muszę wybrać „mniejsze zło” (Nawrockiego), bo jeśli wygra „ten drugi” (Trzaskowski), to Polskę zaleją imigranci i tęczowa zaraza. Ślepcy nie zauważyli nawet, że przecież to właśnie za rządów PiS-u te zmiany już się dokonały.

Podobnie było, gdy rok temu skrytykowałam Donalda Trumpa. Oskarżono mnie wtedy: „To wolisz Kamalę Harris?”. Moja odpowiedź na te brednie jest prosta: uczestnictwo w demokracji jest jak korzystanie z burdelu – wchodząc tam, łatwo złapać choroby weneryczne.

Bojkotując wybory, nie musisz wybierać między kiłą a rzeżączką. Jeśli więc krytykuję jednego, wcale nie oznacza to, że automatycznie popieram opcję numer dwa. Wybieram zdrowie – czyli odrzucam obie zarazy.

Zamiast zburzyć ten dom publiczny degradujący społeczeństwo, Polacy dali się wciągnąć w tę grę. Efekt? W drugiej turze wyborów prezydenckich wybierano między włodarzem stolicy, który przymilał się Izraelowi słowami: „W Polsce nie ma miejsca na antysemityzm…”, a szefem IPN-u, który przebił go skandalicznym stwierdzeniem: „polscy mordercy Żydów w Jedwabnem…”.

Wybory wygrał ten drugi. Jego postawa ws. Jedwabnego daje do myślenia, dlatego warto pochylić się nad etymologią nazwiska Nawrocki – od Nowo nawrócony lub Przechrzczony. Czy przodkowie nowego prezydenta mogli wywodzić się z żydowskiej sekty frankistów? To nie zarzut – za przodków nie powinno się przecież odpowiadać (jedynie sugeruję zachowanie czujności).

Podobnie Sławomir Cenckiewicz nie jest winny temu, że jego dziadek był wysoko postawionym komunistycznym aparatczykiem. Rodziny się nie wybiera – odpowiadamy za siebie, za swoje czyny i słowa. A jakież to słowa sformułował Cenckiewicz, za które przyzwoity człowiek nie poda mu ręki?

Nie zamierzam streszczać całej jego populistycznej kariery, wykreowanej przez system. Ku przestrodze – choć obawiam się, że jest już za późno – przytoczę jedno tylko zdanie, które nowy szef BBN opublikował 1 października 2024 roku na portalu X: „Izraelu, broń się skutecznie i obroń się!”.

Komentarz odnosił się do nagrania pokazującego izraelską obronę przeciwlotniczą, usiłującą przechwycić irańskie rakiety. Sęk w tym, że Iran jedynie odpowiedział na wcześniejszy atak Izraela – a więc to Iran się bronił, nie odwrotnie.

O tym, jak brutalnym agresorem jest Izrael, najlepiej wiedzą Palestyńczycy. Od ponad 77 lat żydowscy osadnicy okupują ich ziemię. Miliony Palestyńczyków zostały wypędzone z własnych domów, które przejęli syjoniści. Wielu zostało zmuszonych do emigracji.

W czasie tej okupacji ponad milion Palestyńczyków trafiło do izraelskich więzień – często bez jakiejkolwiek podstawy prawnej. W tych więzieniach – również kobiety i dzieci – poddawani są nieludzkim torturom.

Od października 2023 roku trwa izraelska inwazja na Strefę Gazy, podczas której dochodzi do zbrodni ludobójstwa. Zamordowano już ponad 50 tysięcy Palestyńczyków, choć rzeczywista liczba ofiar zapewne jest wyższa. Blisko 130 tysięcy osób zostało rannych. Prawie cała infrastruktura Gazy została zniszczona – w tym szpitale, szkoły i kościoły.

Dla jasności: Biuro Bezpieczeństwa Narodowego (BBN) to instytucja działająca przy Prezydencie RP, odpowiedzialna za doradztwo i wsparcie w zakresie bezpieczeństwa i obronności państwa. Opracowuje analizy, raporty i rekomendacje dotyczące zagrożeń, polityki militarnej oraz sytuacji strategicznej. Choć nie dowodzi wojskiem, pełni kluczową rolę doradczą – wspiera Prezydenta jako zwierzchnika Sił Zbrojnych.

Reasumując: doradca Prezydenta RP ds. bezpieczeństwa kibicuje największemu agresorowi współczesnego świata. Czy rozumiecie już, co to oznacza dla Polski i Polaków? Zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że obywatele Izraela ustawili się w rekordowych kolejkach po… polskie paszporty.

Agnieszka Piwar

Ruszyła przedsprzedaż książki „Holokaust Palestyńczyków”

Ruszyła przedsprzedaż książki „Holokaust Palestyńczyków”

Przez Agnieszka Piwar 2025-06-06

Z poczuciem odpowiedzialności i świadomością wagi tematu informuję, że moja książka „Holokaust Palestyńczyków” [Wydawnictwo 3DOM] jest już dostępna w przedsprzedaży.

To pierwsza tego typu publikacja w Polsce – a być może również na świecie – która w sposób przejrzysty i rzeczowy ukazuje prawdziwe oblicze konfliktu palestyńsko-izraelskiego: od początków okupacji aż po dramatyczne wydarzenia ostatnich miesięcy.

W książce znalazły się między innymi:

  • geneza trwającej do dziś okupacji,
  • analiza form palestyńskiego oporu – zarówno zbrojnych, jak i kulturalnych, edukacyjnych oraz działań prowadzonych przez diasporę,
  • poruszające i autentyczne świadectwa Palestyńczyków – wstrząsające relacje, często przemilczane w przestrzeni publicznej,
  • relacje z międzynarodowych konferencji i wydarzeń poświęconych Palestynie oraz opis trwającego ludobójstwa w Strefie Gazy.

Nie jest to książka, którą odkłada się na półkę. To głos sumienia – w sprawie, która domaga się odwagi, prawdy i solidarności.

Zamów w przedsprzedaży już dziś i poznaj historie, których nie usłyszysz w mediach głównego nurtu: https://3dom.pro/20175-holokaust-palestynczykow-agnieszka-piwar.html

Agnieszka Piwar

Ambasadorowie Polski na motocyklach – reportaż z podróży do Iranu

Ambasadorowie Polski na motocyklach – reportaż z podróży do Iranu

Agnieszka Piwar 2025-05-25

https://piwar.info/ambasadorowie-polski-na-motocyklach-reportaz-z-podrozy-do-iranu/

Przejechali na motocyklach przez 15 krajów, aby dotrzeć do Iranu. Po powrocie do domów średni przebieg – zależnie od miasta zamieszkania – wynosił od 12 do 13 tysięcy kilometrów. Mowa o uczestnikach III Rajdu Pamięci Armii gen. Andersa, cyklicznym wydarzeniu zainicjowanym przez Stowarzyszenie Kocham Polskę, które podąża śladami Polaków ewakuowanych z Syberii podczas II wojny światowej.

W 1942 roku, w ówczesnej Persji, blisko 120 tysięcy naszych rodaków znalazło bezpieczną przystań. Wśród nich było wiele dzieci, także sierot i półsierot. Miałam okazję poznać część z nich – już jako seniorów. Iran wspominali jako prawdziwy raj na ziemi, gdzie spotkali się z ogromną życzliwością miejscowej ludności.

Niestety nie wszyscy rodacy przeżyli tułaczkę po wydostaniu się z ZSRR. Wycieńczeni, zmarli w drodze do ojczyzny. Irańczycy do dziś dbają o ich groby i polskie cmentarze. Uczestnicy motocyklowej wyprawy odwiedzili te miejsca i podziękowali Irańczykom za okazaną dobroć. W ten sposób Rajd stał się przykładem wzorowej postawy i budowania oddolnej dyplomacji.

WYPRAWA Z MISJĄ

Motocyklistom towarzyszyłam z kamerą, aby uwiecznić to historyczne wydarzenie w filmie dokumentalnym. W trakcie wyprawy regularnie zamieszczałam relacje w mediach społecznościowych, co wywołało sporą sensację wśród polskich odbiorców – udostępnienia, lajki i komentarze szybko podbijały ich popularność.

Publikowałam relacje z polskich cmentarzy w Iranie oraz krótkie filmiki z pogodnym przesłaniem. Na przykład zamieściłam wideo, na którym irańscy oficjele wręczali czerwone róże przybyszom z Polski. Te urocze gesty z kwiatami towarzyszyły nam niemal na każdym kroku w Iranie. Innym razem pokazałam, jak irańskie kobiety z małymi dziećmi spontanicznie siadały na motocykle naszych chłopaków i radośnie pozowały do zdjęć.

W Iranie najczęściej nosiłam ciemne okulary. Po pierwsze – z powodu rażącego słońca, po drugie – by ukryć wzruszenie. Wciąż miałam w pamięci poruszające rozmowy z Polakami, którzy kilkadziesiąt lat temu znaleźli tam schronienie. Wśród nich była Maria Gordziejko, która zaszczyciła nas swoją obecnością podczas uroczystości inaugurującej Rajd przy Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie.

Pani Maria podzieliła się z nami przejmującym świadectwem niezwykłej dobroci narodu perskiego, której osobiście doświadczyła w dzieciństwie. Ci ludzie, sami dotknięci wojenną biedą, z naturalną empatią dzielili się z wycieńczonymi Polakami owocami i chlebem. Dlatego kiedy i ja doświadczyłam irańskiej życzliwości, wzruszenie ogarniało mnie podwójnie.

Do tej pory zwiedziłam już wiele krajów, spotkałam mnóstwo ciekawych ludzi i relacjonowałam wyjątkowe wydarzenia, ale to, co zobaczyłam w Iranie, poruszyło mnie najmocniej. W czasie, gdy ten kraj jest demonizowany na arenie międzynarodowej, Irańczycy – najbardziej życzliwy naród, jaki znam – za pośrednictwem polskich motocyklistów zaapelowali do świata: „Nie chcemy wojny!”

Wideo z tym pokojowym przesłaniem, zwieńczone sceną, w której irańska dziewczynka w stroju ludowym wręcza bukiet kwiatów Michałowi Szelidze, prezesowi Stowarzyszenia Kocham Polskę, zamieściłam na Facebooku, X (Twitterze), Telegramie, TikToku i innych platformach. Euforii w komentarzach nie było końca.

Media głównego nurtu w Polsce, które przemilczały nasz rajd do Iranu, zazwyczaj serwują odbiorcom złe wiadomości. Gdy natomiast opublikowałam coś tak pięknego, jak serdeczne przyjęcie Polaków i wyrażane przez Irańczyków pragnienie pokoju, reakcje moich obserwatorów pokazały mi, że wielu ludzi ma dość przygnębiających informacji i pragnie zobaczyć coś pozytywnego.

Co znamienne, irańskie media niemal na okrągło relacjonowały naszą motocyklową ekspedycję z Polski. Wzbudzaliśmy tam ogromną sensację i autentyczny podziw za włożony trud w tę niełatwą wyprawę.

ŚLADAMI PAMIĘCI

Wzruszającym momentem było wręczenie darów sierocińcowi w Isfahanie. W ten symboliczny sposób nasi rajdowcy chcieli wyrazić wdzięczność za opiekę nad polskimi sierotami podczas II wojny światowej. Isfahan zapisał się w historii jako „Miasto Polskich Dzieci”.

Patrząc na postawę motocyklistów, ogarniała mnie duma. Wypełnili bowiem polskie obowiązki, o których nie zawsze pamiętają przedstawiciele państwowi. Pamiętam, jak w 2014 roku odsłonięto Tablicę Wdzięczności Narodowi Irańskiemu za pomoc uchodźcom armii gen. Andersa. Umieszczono ją na skwerze przy Ogrodzie Krasińskich w Warszawie, niedaleko pomnika upamiętniającego Bohaterów Bitwy o Monte Cassino.

Uroczystość zgromadziła ocalonych Polaków, kombatantów, duchowieństwo oraz przedstawicieli polskich władz. Stronę irańską reprezentował personel misji dyplomatycznej. Na tę wyjątkową okazję prosto z Iranu przyjechał także burmistrz miasta Bandar-e Anzali, dawniej Pahlawi.

Sęk w tym, że tablicę ufundowała osoba prywatna – Władysław Czapski, założyciel Stowarzyszenia „Dzieci Isfahanu”. Z jego inicjatywy powstał Komitet Organizacyjny Środowiska Ocalonych przez Naród Irański.

Wyprawa do Iranu, zorganizowana przez Stowarzyszenie Kocham Polskę, to kolejny przykład oddolnej inicjatywy, w której Polacy biorą sprawy w swoje ręce. To swoista sztafeta pokoleń. Nasi dzielni motocykliści poświęcili swój czas – rajd trwał ponad trzy tygodnie, z czego tydzień to przejazd przez Iran; przeznaczyli na to także spore środki – wyprawa przez tyle krajów to niemały wydatek.

I wreszcie, choć rajd był bogaty w duchowe przeżycia, okazał się bardzo trudny fizycznie. Trafialiśmy na skrajnie ciężkie warunki: trudne do pokonania góry, ulewne deszcze, palące słońce, potężny wiatr wytrącający z równowagi, burze z piorunami, a nawet burzę piaskową. Bywały momenty, gdy śmierć zaglądała nam w oczy.

Z jedną z grup utknęłam w górach Iranu – z powodu potężnej ulewy i burzy nie mogliśmy jechać dalej, a była już noc. Opiekujący się nami Irańczyk, Reza, spontanicznie zorganizował nocleg w przydrożnym barze. Dopiero rano, gdy zrobiło się jasno, dotarło do nas, jak wielkie niebezpieczeństwo nam groziło – tuż obok drogi były głębokie skarpy i przepaście. Jazda w takich warunkach nocą mogła skończyć się tragicznie.

W drodze do Iranu często spaliśmy w warunkach polowych, więc gdy padał deszcz, nie było jak wysuszyć ubrań. Nazajutrz rajdowcy wsiadali na motocykl w mokrych kombinezonach – to ogromne poświęcenie i obciążenie dla organizmu. Pragnienie pokonywania trudności zrozumie tylko ten, kto ma w życiu pasję i odwagę, by ją realizować.

Domyślam się, ile stresu przeżywają bliscy motocyklistów w swoich domach. Każdy, kto ma choć odrobinę wyobraźni, wie, że takie wyprawy to ogromny wysiłek i niemałe ryzyko. Z drugiej strony mają powody do dumy – ich mężowie i ojcowie godnie reprezentują Polskę.

WIELKIE PRZEDSIĘWZIĘCIE

Na szczęście organizatorzy wykazali się rozsądkiem, bo zabrali ze sobą najbardziej doświadczonych motocyklistów, którzy wcześniej szlifowali swoje umiejętności na Międzynarodowych Motocyklowych Rajdach Katyńskich.

Przy okazji warto wspomnieć, że wyprawa do Iranu wpisuje się w kontynuację dzieła śp. Wiktora Węgrzyna, założyciela i komandora Rajdów Katyńskich. Poznałam obie inicjatywy od środka, więc mam pewien ogląd tej sprawy. Poza tym dostrzegłam w Michale Szelidze, liderze naszej grupy, cechy, które również wyróżniały Wiktora.

Michał, mimo młodego wieku (był najmłodszym uczestnikiem rajdu), nie tylko okazał się świetnym organizatorem, lecz także dysponuje silną i stabilną osobowością, dzięki czemu inni go słuchają. To kluczowe na tego typu wyprawach, gdzie trzeba zachować hierarchię, porządek i dyscyplinę.

Na takich rajdach nie ma miejsca dla słabeuszy i mięczaków. Trzeba mieć odporność fizyczną i psychiczną. I wreszcie, należy rozumieć po co się jedzie i dla jakiej sprawy jest ten cały trud.

Wojciech Borzym, komandor III Rajdu Pamięci Armii Gen. Andersa, spisał się na medal. Nie opuszczał go przy tym humor ani dobre samopoczucie, co podbudowywało pozostałych uczestników. Komandor wyprawy do Iranu – na co dzień burmistrz Drohiczyna – potwierdził swoją postawą, że wielkie idee dodają skrzydeł.

Benek i Ania z firmy Verifis zadbali o wszelkie rajdowe gadżety dla motocyklistów. Przygotowali również bus Stowarzyszenia – jego wnętrze przystosowano m.in. do funkcji kuchni polowej, a z zewnątrz pojazd został oklejony polskimi symbolami w biało-czerwonych barwach oraz mapą naszej długiej trasy. Dzięki takiemu przygotowaniu byliśmy jeszcze bardziej zauważalni we wszystkich krajach, przez które przejeżdżaliśmy.

Całe przedsięwzięcie nie doszłoby do skutku z takim rozmachem, gdyby nie życzliwość i pomoc irańskiego korpusu dyplomatycznego. Dr Hossein Gharibi, ambasador Iranu w Polsce, od samego początku był nam bardzo przychylny, co zaowocowało sprawną współpracą.

Z rekomendacji pana ambasadora naszą wyprawą zaopiekowała się agencja turystyczna „Fotros”. Jeszcze w Warszawie, w siedzibie ambasady, odbyło się spotkanie z przedstawicielami irańskiej organizacji oraz kierownictwem Stowarzyszenia Kocham Polskę.

Niezawodna ekipa, którą kierował Hossein wraz Mehdim, była do naszej dyspozycji przez cały pobyt w Iranie. Ich pomoc okazała się nieoceniona: zapewnili sprawne przejście przez granicę, załatwili formalności, organizowali tankowanie, noclegi oraz zwiedzanie historycznych miejsc, itd.

Co najważniejsze, Irańczycy dołożyli wszelkich starań, abyśmy mogli odwiedzić ważne dla nas miejsca pamięci – polskie cmentarze, dawny polski sierociniec oraz historyczny port w Pahlawi, gdzie przypływały statki z ewakuowanymi z Syberii Polakami. Towarzyszyła nam przy tym godna oprawa, w tym uroczyste powitania przez dostojnych przedstawicieli Iranu, na przykład gubernatorów.

Pracę agencji wspierał Klub Turystyczny i Samochodowy Islamskiej Republiki Iranu (Touring & Automobile Club of the Islamic Republic of Iran) – którego głównym zadaniem było wysyłanie motocyklistów, aby witali nas przed wjazdem do każdego miasta.

RÓŻNE ŚWIATY

Szczególnie pomocna była eskorta przez irańskie miasta, do której obok lokalnych motocyklistów przyłączała się policja. Nie wiem co byśmy zrobili bez ich zaangażowania, gdyż na irańskich ulicach (kto pierwszy ten lepszy) panują zupełnie inne zasady niż w Europie. Z jednej strony jest tam wielki chaos, z drugiej strony jednak nie widziałam ani jednego wypadku czy stłuczki, więc jakoś to działa.

Wydawało się, że każdy tam jeździ jak chce, a jednocześnie nie zauważyłam między kierowcami żadnych kłótni czy agresji. W niektórych miastach nie było nawet sygnalizacji świetlnej – zamiast tego niezliczona ilość progów zwalniających.

Na polską kieszeń szczególnie cieszą irańskie ceny paliw. Podczas naszego pierwszego tankowania odnotowałam następujące przeliczniki: olej napędowy (ON) za około 0,27 zł/l, benzyna subsydiowana (do 60 l miesięcznie) za około 1,34 zł/l oraz benzyna niesubsydiowana (powyżej 60 l miesięcznie) za około 2,69 zł/l. Nasza ekipa miała jeszcze taniej, bo w sumie za 50 euro zatankowaliśmy wtedy do pełna wszystkie motocykle (30 sztuk) oraz 2 auta.

Nietrudno się domyślić, że przy tak korzystnym przeliczniku cen paliw, Irańczycy mogą liczyć również na wyjątkowo tanie taksówki zamawiane przez aplikacje, takie jak Snapp. Dla zobrazowania: przejazd z lotniska Teheran-Mehrabad, obsługującego loty krajowe, do centrum miasta – na trasie liczącej około 10 kilometrów – kosztuje niespełna 2 euro. Tradycyjne taksówki są wprawdzie nieco droższe, ale wciąż pozostają bardzo przystępne cenowo. Za kurs z centrum stolicy na najbliższe lotnisko międzynarodowe, oddalone o około 50 kilometrów, pasażer zapłaci mniej więcej 10 euro.

Oczywiście średnie zarobki Irańczyków są znacznie niższe niż w Europie. Niemniej jednak ceny w tym kraju zdecydowanie powinny zachęcać turystów do odwiedzin. Dla przykładu: każdy uczestnik rajdu zapłacił zaledwie 50 euro za obiadokolacje na cały tydzień, co w przeliczeniu daje około 7 euro dziennie. A jedliśmy – smacznie i do syta – w wykwintnych restauracjach, na najwyższym poziomie. W żadnym z pozostałych 14 krajów, które mijaliśmy po drodze, nie dało się zjeść równie dobrze za taką cenę.

Orientacja w irańskich pieniądzach była dużym wyzwaniem, gdyż trwa tam proces reformy walutowej, mający na celu zastąpienie riala nową jednostką – tomanem. Widziałam, że na jednym banknocie widnieją dwa nominały – stary i nowy. Oficjalną walutą są riale, ale w praktyce posługują się tomanami, czyli np. 10 milionów riali to 1 milion tomanów. 1 000 000 tomanów to ok. 10 euro, 100 000 tomanów (czyli 1 milion riali na banknocie) to ok. 1 euro. Jednak głowy nie dam, że dobrze to zrozumiałam.

Po powrocie do Polski zapytałam sztuczną inteligencję o komentarz w tej zagmatwanej sprawie. «W maju 2025 roku Bank Centralny Iranu ogłosił, że planuje usunięcie czterech zer z riala, co oznacza, że 1 nowy toman będzie równy 10 000 riali. Ta zmiana ma na celu uproszczenie transakcji finansowych i dostosowanie oficjalnego systemu walutowego do powszechnie stosowanej praktyki wśród Irańczyków, którzy od dawna używają terminu „toman” w codziennych transakcjach, mimo że oficjalną walutą pozostaje rial.»

Kwestie materialne i logistyczne odłóżmy na bok. Najważniejsze były spotkania z ludźmi. Irańczycy – od oficjeli po zwykłych przechodniów – reagowali na przybyszów z Polski nadzwyczaj serdecznie. Zagadywali nas z ogromną kulturą osobistą. Miałam wrażenie, jakby niemal każdy chciał zrobić sobie z nami zdjęcie – przy czym zarówno mężczyźni, jak i kobiety byli w tym bardzo taktowni, dalecy od nachalności. Po prostu byli nas ciekawi i okazywali to w niezwykle uprzejmy sposób.

ODKŁAMAĆ PROPAGANDĘ

Przy okazji pragnę zdementować pewne mity, powielane przez zakłamane media na Zachodzie. W Iranie chrześcijanie nie są prześladowani, o czym zapewniali nas Ormianie z Isfahanu, gdzie przyjął nas na poczęstunek sam biskup. W Teheranie odwiedziliśmy nuncjusza apostolskiego, co potwierdza istnienie oficjalnych stosunków dyplomatycznych Iranu z Watykanem.

Każdego dnia rajdowi kapelani odprawiali w Iranie Eucharystię dla polskich motocyklistów. Irańczycy widzieli te celebracje, a niekiedy byli tuż obok – na przykład podczas uroczystości na polskim cmentarzu, gdzie wspólnie z nami oddawali hołd spoczywającym tam Polakom.

Irańskie kobiety nie są gnębione ani tłamszone. Wręcz przeciwnie – pełnią ważne funkcje i cieszą się dużym poważaniem. Podczas wizyt na uniwersytetach mogliśmy się przekonać, że uczelnie wyższe są zdominowane przez kobiety, które posyłały w naszą stronę promienne uśmiechy. Wśród licznych dziennikarzy towarzyszących naszej wyprawie większość stanowiły właśnie kobiety.

Podczas całego pobytu w Iranie nie doświadczyłam ani jednej nieprzyjemnej czy niebezpiecznej sytuacji ze strony drugiego człowieka. Na każdym kroku spotykała nas życzliwość, która w najmniejszym stopniu nie była udawana (po moich doświadczeniach z ludźmi jestem wyczulona na ewentualny fałsz).

Irańczycy to ludzie pokojowo nastawieni, dumni ze swojej długiej historii, przebogatej kultury i silnej tożsamości. Przy tym są ciekawi świata i otwarci na innych. Bolączką pozostają bezduszne sankcje, które trzymają ten kraj w izolacji. Ogromnym utrudnieniem jest blokada bankowości – turysta z Europy nie może tam płacić kartą ani nawet wyjąć gotówki z bankomatu.

Ostatniej nocy w Iranie zatrzymaliśmy się w hotelu, w którym akurat odbywało się wesele. Natychmiast zostaliśmy zaproszeni na przyjęcie, przy czym zgodnie z irańskim zwyczajem kobiety i mężczyźni bawią się osobno. Oddzieliłam się od naszych motocyklistów i poszłam na kobiecą część imprezy. Iranki przyjęły mnie bardzo ciepło. Bawiły się fantastycznie – z tańcami włącznie – i to wszystko bez kropli alkoholu.

Zabawa i tańce na trzeźwo były też u panów. Nazajutrz Zbigniew Jarząbek, który przez cały rajd bezpiecznie przewoził mnie swoim autem, opowiedział, jak wyglądało wesele w części przeznaczonej dla mężczyzn. Najbardziej poruszyła mnie scena, w której wspomniał o rozmowie z młodym Irańczykiem – jednym z gości.

Mężczyzna zaczął mówić o groźbie wojny przeciwko Iranowi. Był wyraźnie przerażony. Perspektywa napaści na jego kraj nie jawiła mu się jako abstrakcyjna możliwość, lecz jako realne zagrożenie – bezpośredni skutek polityki państw dążących do unicestwienia Iranu.

To nie była zwykła rozmowa, lecz świadectwo lęku, który przenika codzienność ludzi żyjących pod presją obcych interesów i w cieniu nieustannej groźby zbrojnej interwencji. Nie powinno to być losem tak otwartego, gościnnego i pokojowo nastawionego narodu. Irańczycy absolutnie na to nie zasłużyli.

Agnieszka Piwar

tutaj można postawić kawę autorce

Wkrótce dodam więcej zdjęć…