Morawiecki i Kaczyński zostali przez prezydenta Ukrainy Zełenskiego uhonorowani Orderem Jarosława Mądrego – drugiej klasy.

Morawiecki i Kaczyński w Kijowie. „Nasza walka jest wspólna”

Adam Zygiel 1 czerwca https://www.rmf24.pl/raporty/raport-wojna-z-rosja/news-morawiecki-i-kaczynski-w-kijowie-nasza-walka-jest-wspolna,nId,6064959#crp_state=1

​W Kijowie odbyły się polsko-ukraińskie konsultacje międzyrządowe. Z szefem ukraińskiego rządu Denysem Szmyhalem spotkali się premier Polski Mateusz Morawiecki i wicepremier ds. bezpieczeństwa Jarosław Kaczyński. Podpisano dokumenty dotyczące współpracy w kilku sferach i zapowiedziano utworzenie polsko-ukraińskiego przedsiębiorstwa zbrojeniowego.

Jarosław Kaczyński, Mateusz Morawiecki i Denys Szmyhal /Viacheslav Ratynskyi /PAP

Premier Ukrainy Denys Szmyhal powiedział, że osiągnięto porozumienie w wielu kwestiach. Podpisano osiem dokumentów w sferze energetyki, sferze wojskowo-obronnej, współpracy transgranicznej i celnej, polityki ekologicznej, polityki regionalnej, odbudowy Ukrainy oraz współpracy w zakresie pamięci narodowej.

Wyjaśnił także, że podpisano memorandum w sprawie powołania wspólnej komisji dotyczącej nawiązania współpracy pomiędzy przedsiębiorstwami Polski i Ukrainy. Zostaną przygotowane zalecenia dotyczące stworzenia wspólnego polsko-ukraińskiego przedsiębiorstwa produkującego broń i sprzęt wojskowy.

To wyprowadzi naszą współpracę na nowy poziom i pozwoli na stworzenie współczesnych rodzajów broni – dodał Szmyhal.

Morawiecki: Staramy się pomóc

Morawiecki podkreślał na konferencji prasowej, że „nasza walka jest wspólna”. Wy walczycie zbrojnie z potężnym sojusznikiem. My staramy się pomóc na polu dyplomacji, polu politycznym i przez nasze działania humanitarne – mówił.

W tym kontekście nawiązał do zakończonego we wtorek specjalnego szczytu UE, na którym uzgodniono szósty pakiet sankcji wobec Rosji, w ramach którego objęto zakazem import rosyjskiej ropy do UE.

Morawiecki zaznaczył, że sekwencja redukcji do zera tego importu jest inna w odniesieniu do kilku krajów Wspólnoty, ale nie umniejsza to „potężnego ciosu, jaki w budżet państwa rosyjskiego i całą gospodarkę rosyjską będzie oznaczał ten szósty pakiet sankcji”.

Premier zwrócił uwagę, że eksport ropy to jedno z głównych źródeł dochodu Rosji i „dobrze się stało, że udało się przekonać wszystkich w UE, że Rosja musi stracić to źródło dochodu”.

Kaczyński: Rozmowa, która przejdzie do naszej wspólnej historii

Jarosław Kaczyński stwierdził, że na spotkaniu podejmowano “całe spektrum kwestii”, m.in. sprawy wewnętrzne, gospodarcze, kulturalne czy środowiskowe. Wicepremier zaznaczył, że jest szansa na zbudowanie silnego związku między Polską i Ukrainą. Zapewnił, że podczas rozmów „wszędzie dochodziliśmy (w tej sprawie) do zgody”.

Więcej, dochodziliśmy do wspólnych przekonań, dochodziliśmy do takiego głębokiego przeświadczenia, że potrzebna jest współpraca, która ma budować ten związek między naszymi narodami. Związek, który ma mieć naprawdę potężne podstawy. Historia była różna, była często naprawdę bardzo trudna, ale dzisiaj jest pełna szansa na to, żeby stworzyć coś zupełnie nowego, nową jakość nie tylko w relacjach między naszymi państwami, ale być może także w relacjach europejskich, i co za tym idzie, także w europejskiej geopolityce – powiedział Kaczyński.

To była rozmowa przyjaciół, sojuszników. Rozmowa, która – jestem o tym głęboko przekonany – przejdzie do naszej wspólnej historii, i która będzie uważana za bardzo istotny krok w tym kierunku, na którym nam wszystkim zależy – oświadczył Kaczyński.

Jednocześnie – jak mówił – padały też słowa „wielkiego szacunku dla przywódców Ukrainy, dla pana prezydenta, dla pana premiera, dla całej tej ekipy, która już prawie 100 dni temu podjęła historyczną i niezwykle odważną decyzję”.

To zwycięstwo przyjdzie. Ja jestem o tym głęboko przekonany – oświadczył Kaczyński. Swoje wystąpienie wicepremier zakończył słowami: „Niech żyje Ukraina, wolna zwycięska Ukraina! Niech żyje Polska!”.

Morawiecki i Kaczyński zostali przez prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego uhonorowani Orderem Jarosława Mądrego drugiej klasy. 

Banda „Kagańca” [Niedzielski] bezczelnie atakuje!

Nowe rozporządzenie w sprawie maseczek. Dokument w Dzienniku Ustaw

30.05.2022 https://wiadomosci.radiozet.pl/Biznes/Nowe-rozporzadzenie-w-sprawie-maseczek.-Dokument-w-Dzienniku-Ustaw

W Dzienniku Ustaw opublikowano nowelę rozporządzenia w sprawie obostrzeń covidowych. Choć restrykcje nie są już przeszkodą dla gospodarki [to znaczy, że zdjęto obowiązek namordników… MD], to nadal w określonych miejscach „należy zasłaniać usta i nos” maseczką. [Ciągle to pieszczotliwe określenie mokrej szmaty… MD]

Maseczki nadal będą obowiązkowe, ale tylko w wybranych miejscach. W Dzienniku Ustaw opublikowano nowelizację rozporządzenia ws. ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu zagrożenia epidemicznego.

Obowiązek noszenia maseczek wydłużony. Jest rozporządzenie

Zgodnie z treścią aktu obowiązek noszenia maseczek w szpitalach i aptekach zostaje przedłużony do 31 sierpnia 2022 r.

W świetle bieżącego rozporządzenia taki nakaz miałby obowiązywać jedynie do końca maja.

Więcej: https://wiadomosci.radiozet.pl/Biznes/Nowe-rozporzadzenie-w-sprawie-maseczek.-Dokument-w-Dzienniku-Ustaw

MOST w Płocku, 18 sierpnia 1920. Bieg. A w Antwerpii – Olimpiada, też biegi na średnich dystansach: „Peace, pax, mir, paix !!”

W Antwerpii – Olimpiada, biegi na średnich dystansach. Peace, pax, mir !!

W Płocku – też…

MOST WIŚLANY, 18 sierpnia 1920

====================

[Ta wielka książka co jakiś czas jest dostępna w Allegro. Kolejny egzemplarz – dla przyjaciół – kupiłem za … 16 zł. Gorąco zachęcam do polowania. Mirosław Dakowski]

Sławomir N. Goworzycki, „Tamtego lata. Zatajona historia Polaków”

str. 634 i nn.

Most stał pusty i jakby zachęcał, aby po nim przejść. Owszem walały się na nim porzucone pakunki, rozbite walizki, rozmaite przedmioty, które nieszczęśnicy z Płocka, z okolicznych miejscowości oraz uchodźcy z dalszych stron daremnie próbowali byli ocalić. Pierze z rozdartej kołdry unosiło się w powiewach wiatru. Na drewnianej mostowej jezdni stało też kilka uszkodzonych i porzuconych wozów i bryczek, z których w pośpiechu ucieczki odprzęgnięto konie. Jeden z pojazdów był unieruchomiony, ponieważ śmiertelna kula ugodziła konia, który teraz leżał przed nim martwy, w pełnej uprzęży Nieco dalej zlegała krowa, jedyna żywicielka rodziny jaką zrozpaczony właściciel stracił w takichże okolicznościach. Ludzi na moście nie było, rannych oraz tych już nieżyjących zdołano w porę unieść. Pod gwałtownym, a jednoczesnym naciskiem stóp, kół i kopyt ustąpiły tu i owdzie belkowania nawierzchni. W tych miejscach ziały teraz dziury, popod którymi wił się szarobury nurt wiślany.

Jak się rzekło, przez taki most, także w czasie największej kanonady przetaczającej się nad rzeką, próbował się przedostać niejeden śmiałek. Ludzie, przeważnie mężczyźni w pełni sił, co wywoływało objawy zgorszenia u wielu osób pozostających wciąż po stronie płockiej wyruszali pojedynczo lub grupkami, szybkim pędem lub skokami przęsło za przęsłem, kryjąc się za grubymi belkami mostowej balustrady. Nic z tego nie wychodziło, bowiem gdy postacie na moście, wykraczając poza zbawienną zasłonę nadbrzeżnej zieleni, stawały się widoczne z bolszewickich stanowisk poza Wzgórzem Tumskim, także i tych znajdujących się po przeciwnej stronie przyczółka, na wschodnich obrzeżach Płocka, znowu zaczynał terkotać co najmniej jeden karabin maszynowy, odłupując z mostowej konstrukcji jasne drzazgi.

Podciągnęli nowe kulomioty, łobuzy!… O, już dwa grają!… Krzyżowy ogień… Sponad rzeki rozlegały się krzyki. Ktoś biegł dalej. Ktoś wracał co tchu, kuśtykając wyraźnie. Inny to zrywał się do biegu, to padał.

Tak tak mamrotał na ten widok ów zażywny jegomość ze Straży Obywatelskiej do nas ci junacy nie chcieli się przyłączyć, by tutaj było więcej rąk na bolszewika. Woleli uchodzić za Wisłę, skórę własną ocalić. Naszych słów, mów i próśb serdecznych nie posłuchali, ale, patrzcie jeno państwo kochani, wrażej kuli to ci łaskawcy słuchają… słuchają pokornie, juchy jedne. 0, ten tam, chłop jak dąb, osiłek, zuch jak malowanie… Mi się wyrywał, widzieliście, lecz niech no tylko sowieci strzelą, patrzcie, wraca do nas grzecznie.

E, hej! Młodzieńcze! starszy zamachał w kierunku powracających z mostu. Zdecydowałeś się… co? Po namyśle, krótkim… he, he!… zaciągnąć się pod sztandar narodowy? Witaj, ach, witaj, roboty tu wiele… I dla ciebie się znajdzie… i broń też na cię czeka. Obyś tylko podołał, bo coś mi się widzi, że ty… tego owego… Toć tu, patrzaj bracie, u nas nawet chłopcy małe, łepki niedorosłe, owe harcerzyki kochane do karabina aż się rwą. A sił to one iw połowie takich nie mają, bawolich jak te twoje…

Dajcież im już pokój, zacny panie – zagadnęła z boku jakaś staruszka. Toć toto ledwo co śmierci uszło, a wy z nich szydzicie… jak okrutnie.

– Wygodnie wam, babciu, tak mówić, bo to, co trzeba, ja właśnie wypowiedziałem i wy już powtarzać tego nie musicie. Zwolnieni od takiego gadania już jesteście. Boć to lepiej chyba że chłop drugiego chłopa zruga… Gdyby tak mnie, jak ja ich, niewiasta konfundowała, to bym się pewnie pod ziemię ze wstydu zapadł. No, chyba że kobieta w latach, matrona, babka wnukom… Takiej wolno to powiedziawszy, skłonił się wytwornie swojej rozmówczyni. Starsza pani, nie nie mówiąc, pokiwała tylko głową, gładząc ręką jasne, różowymi wstążeczkami przyozdobione warkoczyki kilkuletniej dziewczynki, tulącej się w fałdy jej ciemnej sukni.

Młodzi zaś ludzie, z pospuszczanym wzrokiem mijali dworującego z nich jegomościa ze Straży Obywatelskiej, rozglądając się nerwowo, gdzie by tu się skryć przed ludzkimi oczyma. Niektórzy otrzymali na moście postrzały, lekkie na ogół zadraśnięcia. Wstyd męski przemógł nad bólem, gdyż nawet ci umykali przed pełniącymi tu posługę sanitarną niewiastami.

W świetle mostu widać było, jak ktoś, przebiegłszy uprzednio dobre ponad sto metrów, leżał teraz, kryjąc się przed kulami wśród zalegających jezdnię gratów. Zabili Maćka, zabili... jęknął jakiś męski głos. Eee jeszcze nie ozwał się inny. Patrzcie .. Umarł Maciek umarł, już leży na desce. A jak ma zagrają, podskoczyłby jeszcze zanucił Bo w Mazarze taka dusza, jak zagrają, to się rusza zawtórowano mu z kilku stron, także od stanowiska naszych harcerzy Oj Dana, dana, da—na… Da—na, dana-a…

Rzeczywiście, ten tutaj wciąż żywy Maciek, jak i tamten z przyśpiewki, nadal ruszał się na mostowych deskach. To pełznąc, to podbiegając, i on także zmierzał z powrotem na płocki brzeg.

Most był wciąż nie do przebycia. Pan major Janusz Mościcki, doświadczony choć młody oficer [23 lata, przebył już epopee wojsk na Sybirze. md], mający komendę nad całym tutejszym zgrupowaniem, lecz w praktyce mogący dowodzić oddziałami broniącymi się w niezajętej jeszcze przez wroga części miasta, zrozumiał, iż w bitwie o Płock nadeszła taka chwila, która może się okazać przełomowa. Siły polskie wyraźnie słabły; bolszewickie, przeciwnie, rosły. Co się w obecnej chwili dzieje poza linią trzymanych jeszcze przez Polaków ulicznych barykad, w dzielnicach zawładniętych przez bolszewików, to nie było dokładnie wiadome. Wysłani zwiadowcy jeszcze nie wrócili. Kto zaś przedarł się od tamtej strony, coraz inne szczegóły przynosił, nie zawsze z tych, które najbardziej interesują dowódcę. Artyleria nasza na Radziwiu, sama pod ostrzałem; Flotylla Wiślana walczy z najwyższym wysiłkiem. Dowódcy wstrzymują ogień armatni, nie chcąc razić naszych rozproszonych po mieście a odosobnionych punktów oporu, nie mając zarazem sprawdzonych informacji o stanowiskach nieprzyjaciela, które można by skutecznie ostrzelać.

A nieprzyjaciel szykuje kolejny, i zapewne lepiej niż poprzednie zorganizowany szturm na most. Ponure acz trzeźwe obrachunki pana majora zostały przerwane bliskimi wołaniami: Panie komendancie, panie komendancie, goniec z pierwszej linii! Przed dowódcą przyczółka prężył się na baczność żołnierz w sfatygowanym i do cna przepoconym mundurze: Panie majorze, goniec z placówki „ulica Dominikańska”!

– Spocznij rzekł młody major. Słucham .

– Nasz porucznik kazał mi to wręczyć panu majorowi – odparł goniec, wyciągając zza pazuchy zmiętą kopertę. Dziękuję. Chłopcy, dajcie gońcowi gdzieś tu odpocząć… Wody mu dajcie. Dziękuję, odmaszerować! Tak jest! Major wydobył z koperty białą kartkę i zaczął czytać; nie trwało to długo. Przesyłka zawierała dość precyzyjny szkic ogni dla naszych baterii stojących na Radziwiu, więc i dla okrętów artyleryjskich. [były tam nasze dwa czy trzy monitory md]

Wyglądało na to, że dowódca jednego z odcinków obrony przedmościa, tyleż na uprzedni rozkaz, co z oczywistej potrzeby chwili, rozpoznał liczne stanowiska artylerii Gaj-Chana, jak też i lokalizację bolszewickich punktów dowodzenia, parków amunicyjnych i większych skupisk wrażych sił. Te ostatnie były dość ruchome, boć przecie całe czerwone wojsko rzuciło się rabować miasto. Po krótkim czasie podobny meldunek przysłał majorowi Mościckiemu dowódca innego odcinka. Dopiero nieco później dowiedział się pan major, że ten wywiad był zbiorowym dziełem tyleż żołnierzy, co i zwykłych mieszkańców miasta, także kobiet niemających na pozór pojęcia o rzeczy wojskowej, lecz przede wszystkim wszędobylskich harcerzy. Dowódca obrony Płocka rozumiał już, co ma uczynić. Oto łączność telefoniczna zerwana. Wiadomości nie da się także przekazać na tamtą stronę rzeki chorągiewkami, na sposób marynarski, inaczej mówiąc harcerski. Żywy duch nie może wychynąć, by stamtąd potwierdzić odbieranie depeszy, bowiem sowieci sieką teraz po lewym brzegu ze wszystkiego co mają pod ręką. A czas nagli.

„Lecz czy już teraz? szarpał się Z myślami młody oficer. Czy poczekać do nocy? Nie. Czekać nie wolno. Każda chwila jest niezmiernie droga. Bo przecież noce, chociaż sierpniowe, są teraz na tyle jasne, że i wówczas czerwoni mogą obserwować jakikolwiek ruch na moście; mogą sobie zawsze racą przyświecić, więc strzelać jak za dnia. Zresztą, w most wstrzelali się już dawno; wystarczy im tylko pociągnąć za spust. Biją przecież z karabinów i armat ponad wodą, nie dopuszczając naszych do rzeki. Zatem — teraz!”

Młody komendant rozejrzał się wokół i zawołał: Ochotnik do przeniesienia meldunku przez Wisłę! Do mnie! Ruszyło od razu ku majorowi kilku żołnierzy, w tym owych nieumundurowanych z biało-czerwonymi opaskami na rękawach Wszyscy jęli się przepychać, żaden nie ustępował.

– Dziękuję wam za tę gotowość. Ale jak ja mam wybrać? Dobrze… Kto ma nazwisko na „A”?

– Ja! Strzelec Abryczyński melduje się na rozkaz! — zakrzyknął junak w zielonym mundurze i tejże barwy rogatywce na głowie.

– W porządku. Oto przesyłka. Schowajcie dobrze w wewnętrznej kieszeni bluzy. Doręczycie dowódcy artylerii na tamtym brzegu. Tak jest!

Drewniany most, dołem wzmacniany stalowymi okratowaniami prosty jak struna, jak olimpijska bieżnia, ukazał się oczom śmiałka. Oto zadanie, oto ów bieg „na milę”, w jakim już niebawem wystąpi polski zawodnik.

Lecz uczyni to tutaj, w Płocku, nie zaś w dalekiej Antwerpii, gdzie właśnie trwają kolejne Igrzyska Olimpijskie. Tam biegacze rywalizują ze sobą wzajem, zaś stawką jest zaszczytny laur zwycięzcy i podziw całego świata. Tutaj rywalami samotnego biegacza nie są inni atleci grający fair play, ale wraży krasnoarmiejcy, którzy niebawem zaczną do niego strzelać jak do zaszczutej zwierzyny. Bo też stawką, o wielu innych ludzi… bardzo wielu.

Tam, w Antwerpii, sportowcy z różnych krajów świata zażywają wytchnienia po niedawno zakończonej wielkiej wojnie i oddają się pokojowej rywalizacji. Tutaj, polski żołnierz ściga się ze śmiercią, aby sobą samym zasłonić przed zagładą zarówno to życie rozkrzewiające się w odrodzonej Ojczyźnie, jak i spokojną egzystencję tych naszych bliźnich zamieszkujących rozległe kraje Zachodu. Jednak oni, żyjący daleko od źródeł czerwonego niebezpieczeństwa nie zdają sobie z tego sprawy, nie rozumieją, nie pomagają. Oni już świętują i bawią się, my nadal walczymy o przetrwanie.

Biec dokładnie mostem na wprost nie można było, bowiem, jak się rzekło, rozmaite sprzęty zalegające jezdnię zmuszały do ich omijania; nadto, jeden z wozów stał w poprzek, gdzieś w połowie długości mostowej przeprawy, ponad głównym Wiślanym nurtem. „Będę się krył za tymi kilkoma wozami” pomyślał Abryczyński. Był to rosły młodzieniec, tam skąd pochodził znany jako wybitny sportsmen. Taką też sławę zyskał sobie we własnym pułku, choć w wojennym czasie wyczynów sportowych nie dokonywało się na stadionie, lecz przeważnie w akcji bojowej. Rogatywkę podpiął pod brodą, schylił się, by lepiej zasznurować buty. . Karabin możecie zostawić, tam proście o nowy – poklepał go po ramieniu sierżant. Ładownice też zostawcie, będzie wam swobodniej.

Zaiste, bronią tego żołnierza miała być teraz szybkość, zręczność, spostrzegawczość, także przebiegłość. Jak zmylić strzelca bolszewickiego, by celował tam, gdzie już lub jeszcze nie ma polskiego gońca? Szeregowy Abryczyński ponownie zmierzył wzrokiem swą trasę, uśmiechnął się do sierżanta, ucałował dobyty zza kołnierza medalik szkaplerzny, przeżegnał się pospiesznie i ruszył miarowym truchtem ku ładnym kutym barierkom mostowego przyczółka.

Gdy wybiegnie spoza zasłony zieleni, weźmie najwyższy pęd. Czy przypadnie za pierwszym z kolei wozem, czy pogna dalej, nie zatrzymując się to zależy w wielkiej mierze od strzelających bolszewików i od orientacji samego Abryczyńskiego.

Nowa bitwa wrzała już opodal. Za rozrosłymi drzewami, za zabudowaniami na wyniosłości, pierwsza linia obrońców przedmościa właśnie powstrzymywała na swoich ulicznych barykadach kolejny atak sowiecki. Lecz tutaj, gdzie mostowe wiązania opierały się o brzeg, wszystkie oczy zwrócone były ku oddalającej się sylwetce w zielonym mundurze. I nie dość chyba było huku i jazgotu wszelakiej broni, skoro tu wszyscy, jako odgłos najbardziej wyrazisty, słyszeli pospieszny tupot butów Abryczyńskiego o drewnianą nawierzchnię wiślanego mostu. Z zaciśniętymi wargami czekano na jeden jeszcze odgłos. Tak, to ten, już: „tra—ta—ta—tal”. Znów z prawa, spoza Tumskiego Wzgórza bije nieprzyjacielski kulomiot. Drugi siecze z lewej strony. Widać z daleka drzazgi rwące się na drewnianych barierach. Biegnący pędem goniec także je musi dostrzec, musi też, oprócz własnego oddechu, dosłyszeć za sobą stukot kul o mostowa balustradę. Musi błyskawicznie decydować, czy zapaść natychmiast, czy jeszcze przyspieszyć kroku.

Ooo Goniec potknął się… lecz biegnie dalej.

O Znowu… Ale za chwilę dotrze do połowy mostu. Lecz ruch jego oddalającej się sylwetki nie jest już taki miarowy. Prawa ręka biegacza jakby przywarła do ciała, nie wykonuje wraz z lewą rytmicznych wymachów. Widać, jak dzielny młodzian dopada porzuconej bryczki i kryje się za nią. Widzi to dokładnie pan major Mościcki przez swoją lornetkę. Lewą ręką Abryczyński jakby zamachał… Lecz nie, nie dostał kolejnego postrzału.

Zrywa się z miejsca i gna dalej, po niezastawionej już niczym mostowej bieżni. Chłopaki na tamtym brzegu musieli go dostrzec, i on ich, dlatego kiwa ręką uspokaja sierżant zebranych żołnierzy i cywili. Łubudu! dudnią za plecami nieodległe wybuchy ręcznych granatów, od strony przeciwnej, od pierwszej linii obrony przyczółka. Ach, jakże konieczne jest celne wsparcie artylerii z Radziwia. Wtem, śmiałek upadł, jeszcze ponad wodą, o jakieś sto metrów od kępy drzew rosnących u przeciwległego mostowego podjazdu. jednak cekaemy bolszewickie nie przestały razić w tamtym kierunku, ponad Wiślaną taflą.

Major Mościcki i jeden jeszcze oficer obserwujący przez lornetki przebieg zdarzeń widzieli, iż sowieci miarowo ostrzeliwują odcinek pomiędzy miejscem upadku biegacza a lewym brzegiem. Pomimo tego ktoś stamtąd ruszył w stronę Abryczyńskiego, lecz padł wkrótce, zerwał się i zawrócił w pędzie, ścigany niewidocznymi z oddali pociskami.

Chłopaka nie uratują, meldunku nie odbiorą mruknął głos w obserwującej te sceny gromadzie. Wtem za plecami patrzących ku Wiśle pojawił się nadbiegły od strony miasta żołnierz z meldunkiem z pierwszej linii. Chwilę trwało, zanim major sformułował stosowne rozkazy. Że zaś nasi harcerze kręcili się właśnie w pobliżu jego osoby, przeto skinął, by podeszli. Oni na to przecież czekali.

Panie majorze, zastęp „Wilki” melduje swoją gotowość! zapiszczał druh Dyonizy Kowłowski, prężąc się na baczność przed człowiekiem, który był nieco starszy od jego własnego drużynowego, również wojującego gdzieś od pewnego czasu. Twarze zgromadzonych wokół żołnierzy rozjaśniły się uśmiechem; lecz już nie tym pobłażliwym i drwiącym, jak by to się mogło tutaj wydarzyć jeszcze kilka dni temu. Uśmiechy były przyjazne, braterskie i ojcowskie, pełne zaciekawienia i uznania.

Te dzielne łepki ze skautowskimi lilijkami udowodniły już przecież swą wartość w służbie polegającej na przenoszeniu informacji, środków opatrunkowych i skrzynek z amunicją. Ich nieco starsi koledzy strzelali właśnie do wroga spoza nieodległych barykad.

Jeden z was pójdzie się czegoś dowiedzieć na placówkę przy Misjonarskiej. Po drodze zgłosi się u pani Rościszewskiej w gimnazjum żeńskim rzekł szybko młody major.

A czego jeszcze chcecie? mruknął spostrzegłszy dziwne spojrzenia chłopców. Tylko szybko... – My chcemy biec na tamten brzeg z meldunkiem — odpowiedziano prawie chórem.

A to dopiero… Widzieliście, co się stało z tym żołnierzem Może już nie żyje.

– No dobrze, kto ma nazwisko na „A”, na „B”… na „C”… -Ja, ja! wyskoczył do góry jeden z harcerzy. Patrzcie życie mu niemiłe. Ale pójdziesz… tyle, że nie na most, ale po wiadomości na Warszawską. Mina chłopca zrzedła w jednej chwili, lecz bez ociągania zakrzyknął: „Tak jest!”, i odebrawszy krótką ustną instrukcję, ruszył biegiem w swoją stronę. Cześć Dyziek… cześć, chłopaki… czuwaj żegnali się druhowie.

Major, nie wypytując już o pierwszą literę nazwiska, bo czas naglił, szybko wyprawił z rozkazem następnego z brzegu chłopca, tyle że na przeciwne skrzydło swego obronnego ugrupowania. Głośno przy tym przekonywał, opanowując z trudem dziwne jakieś i zapewne niestosowne rozbawienie, iż zadanie jakie im właśnie daje jest najtrudniejsze, bowiem dotrzeć trzeba na samą pierwszą linię, stając bezpośrednio w obliczu okrutnego nieprzyjaciela.

Była to prawda, z której młodzi fantaści chyba nie zdawali sobie całkiem sprawy. Zdążyli już bowiem przywyknąć do takich praktyk. Oni zafiksowali sobie w swoich płowowłosych łepetynach coś jeszcze. Gdy posłańcy byli odbiegli we wskazanych kierunkach i gdy odeszły pospiesznie oddziały zbrojnych mające zasilić obsadę barykad, Dyzio Kowłowski wraz z dwoma pozostałymi druhami nadal nie odstępował majora Mościckiego.

Ten to spostrzegł: Na most?… I mowy o tym być nie może…

Tak ale… wzrost… Tamten żołnierz był dobrze widoczny ponad barierą… Gdy biegł, czerwoni widzieli go… Gdyby się był schylił, biegłby wolniej… A my… niech pan major popatrzy.

Komendant obrony Płocka zastanowił się, rzucił jakimś nowym wzrokiem ku harcerzom, lecz trwało to krótką chwilę:

Dobrze przyjmuję wasza ofiarę, pobiegnie jeden. Major był młody i nieoswojony, widać, jeszcze z tym, że ma pełne prawo wskazywać podwładnych li tylko wedle własnego uznania, także tych tu cywilnych po prawdzie ochotników, aby wykonali niewykonalne nawet zadanie. Sumienie podpowiadało mu, że w takich szczególnych okolicznościach wydaje po prostu wyroki śmierci na owych dzielnych, wspaniałych ludzi, młodszych i starszych.

By więc arbitralnie nie wyznaczać kolejnego gońca, znowu zawołał swoim zwyczajem: Czyje nazwisko zaczyna się na „D”… „E”…? Ledwie zaczął, dwaj koledzy Dyzia spojrzeli po sobie z wyrazem bezgranicznego zawodu w oczach, bowiem litery, na które zaczynały się ich nazwiska, stały u końca alfabetu.

Sam zaś Dyzio, nie pozwalając dokończyć swemu dowódcy, wystąpił naprzód: To ja… nazywam się Kowłowski, harcerz po przyrzeczeniu Dyonizy Kowłowski. Wołają na mnie Dyzio…

Harcerz nie jest, zdaje się, zazdrośnikiem powiedział major, widząc minorowe miny towarzyszy Dyzia. I dla was będzie robota… Co? Mało jej tutaj? potoczył wokół ręką. Dyziu masz tu drugi egzemplarz przesyłki dla dowódcy artylerii To musi dotrzeć na tamtą stronę! Kapralu, dajcie mu pakiet z opatrunkiem, dajcie dwa… Posłuchaj, Dyziu… ty się przy Abryczyńskim nie zatrzymuj… Tobie nie wolno! Nie zatrzymuj się tam, to rozkaz! W biegu podrzucisz przy nim opatrunek. Będziesz widział porusza się… czy nie, jest plama krwi, czy nie… Powiesz o tym na tamtym brzegu. Oni już się nim zajmą.

Młody dowódca spojrzał chłopcu w oczy i, jak starszy brat, potrząsnął jego ramieniem.

Ty musisz doręczyć przesyłkę. Tym sposobem ratujesz i Abryczyńskiego, jeśli żyje, i nas wszystkich, całe miasto… i wiele więcej niż miasto. O, żebyś ty chłopcze wiedział jak wiele.

Ja to wiem, panie majorze odparł żywo Dyzio, marszcząc czoło, unosząc nieco głowę i z wielką powagą spoglądając w oczy swego rozmówcy. My ratujemy cywilizację chrześcijańską.

Kilka osób obecnych przy tej wymianie zdań znieruchomiało. Poczęto spozierać w milczeniu to na chłopca, to po sobie wzajem. Cały ów krajobraz walczącego miasta, frontowej rzeki i jej brzegów, nabrał w pojęciu tych ludzi innego wymiaru jakby nie swojskiego już tylko i bardzo tutejszego, lecz jakiegoś wielkiego, nieogarnionego, wręcz ponad przestrzenią i czasem.

Ach skoro tak… to, cóż, wszystko jasne… Ruszaj druhu.

Młody major zmieszał się nieco, zrozumiawszy, że jego przydługa mowa kierowana do tego chłopca była raczej zbędna. Chłopiec bowiem i bez tego wiedział, o co tu chodzi. Proste czynności, polegające właściwie na chodzeniu lub bieganiu, a to pod ciężarem skrzynki z nabojami, a to z wielką paką bandaży, a to, jak teraz, z jakimś ważnym zawiniątkiem, na skradaniu się i wypatrywaniu nieprzyjacielskich pozycji, a wreszcie i samo strzelanie, były dla niego po prostu owym „ratowaniem cywilizacji chrześcijańskiej”. Chłopiec ten w, zdawałoby się, drobiazgu znajdował wymiar bezkresu, to jest sztuka.

Dowódca ledwie dostrzegalnie zakreślił znak krzyża za oddalającym się malcem. Podobnie uczyniło i kilka innych osób. Były to takie chwile, o których, pomimo że ważne, trudno później powiedzieć, jak minęły. Są też, owszem, w życiu, lecz już w życiu dorosłym i takie chwile, kiedy to te wcześniejsze, dawno minione, scena po scenie, odsłona za odsłoną, przypominają się z niebywałą wprost dokładnością.

Tak się zdarza, lecz Dyziowi Kowłowskiemu było jeszcze do tego daleko. Po latach wiedział, że tamtego letniego przedwieczerza biegł był wytrwale, coraz to wymijając przeszkody; barierę mostu miał gdzieś na wysokości nosa, a oczy wlepione w światło mostowej jezdni. „Głowę…” to było ostatnie słowo, jakie za sobą słyszał. Zapewne wołano za nim: „Niżej głowę!”. „Gdy schylę głowę, będę wolniej biegł” pomyślał Jak błyskawica przemknęły mu w pamięci całkiem niedawne instrukcje dotyczące sylwetki sportowca, udzielane przez braci, którzy rzecz byli poznali na zajęciach „Sokoła”. Rytmiczne ruchy rąk i nóg, miarowy oddech, wystukiwanie taktu obutymi w trzewiki stopami — raz—raz—raz…

Tak biegają gdzieś tam daleko olimpijczycy, owi antwerpscy lekkoatleci. Ta zbitka wspomnień „z mostu”, jako najwyrazistszych, może najlepiej utrzyma się w Dyziowej głowie, najwcześniej usadowi się w pamięci chłopca. Ruszył do biegu, uświadamiając sobie wjednej chwili, że oto obaj jego bracia zapewne biją się teraz zaciekle, o dziesiątki kilometrów stad.

Tak przecież było w istocie. Niebawem jego starszy brat Władysław zostanie ranny w walce, lecz koledzy zdołają go znieść bezpiecznie z pobojowiska. Władysław nie dotrze więc do Ciechanowa, pod który podchodzą obecnie nasze siły. Natomiast Stasiowi dane będzie wyzwalać to miasto i wedrzeć się doń wraz z pierwszym polskim oddziałem.

Ludność tamtejsza, pamiętna swojej przedwczesnej euforii sprzed niespełna czterech dni oraz surowych represji, jakie na nią niebawem spadły za tak ochocze sprzyjanie „białopolskim” ułanom, spozierać będzie ostrożnie zza okiennych firanek, nie mając wciąż pewności, kto górą. Przecież nie na próżno przez sto minionych godzin biły na południe od miasta nasze działa. ]uż słychać pośród nocnej strzelaniny jakby fale triumfalnego pogłosu, jakieś radosne szmery, wiwaty. Po bramach kamienic dudnią belki, jakimi zapiera się je teraz czym prędzej od środka, aby czerwoni nie mogli zbiec na podwórza ani wedrzeć się do domostw. Zaś nasi zbrojni chłopcy – ochotnicy gonią ich poprzez ciemne ulice kłują, rąbią, bodą, sieką… Piechotę wspierają w tym dziele jacyś jezdni. Od południa nadchodzi „żelazna osiemnastka”, której forpoczty stają o świtaniu w owym starym grodzie, a wkrótce potem docierają do piastowskiego zamku. Tak tutaj, jak i w innych wyzwalanych przez Wojsko Polskie miastach i powiatach, trwoga pada na owych miejscowych zdrajców, jacy uważali się być lepszymi i mądrzejszymi od swych ziomków i od najpierwszych obywateli. To oni, wraz z pojawieniem się bolszewików, zakładali pospiesznie owe rewolucyjne komitety, czerwone milicje i grupy dywersyjne, których członkowie tak wiele krzywd zdążyli uczynić swoim sąsiadom, współmieszkańcom, polskim żołnierzom i całemu krajowi. Kto więc nie uciekł w te pędy z bolszewikami, ten był natychmiast chwytany i oddawany pod sąd. Zaś karę za zbrodnię zdrady wymierzano wtedy jedną. Zaprawdę, groźne było imię Najjaśniejszej Rzeczypospolitej dla tych, co podnieśli na nią rękę.

Jednak Polska jest wielka, rozprzestrzeniona szeroko. Jej żołnierze, ci pasujący się na śmierć i życie z krasnoarmiejcami na równinach Mazowsza, nie wiedzieli wtedy jeszcze, iż sowieckie, próżne, lecz oficjalne i posyłane w świat przechwałki o wzięciu Warszawy ośmielą Niemców do kolejnego zuchwałego napadu na naszych rodaków na Śląsku. Wszakże polska samoobrona w tamtym regionie, zorganizowana i pokierowana znacznie lepiej niż przed rokiem, nie dopuści do dalszych bezkarnych mordów, grabieży i podpaleń, przystępując do zdecydowanej i udanej kontrakcji. Tak rozpoczęło się drugie, lecz przecież nie ostatnie śląskie powstanie.

Ruch małego chłopca na płockim moście widoczny był oto z dala przez drewniane sztachety balustrady. Nie, nikt się oczywiście nie łudził, że bolszewicy nie dojrzą pojawienia się nowego posłańca. Gdy Dyzio usłyszał za sobą świergot goniących go kul, padł szybko na drewnianą jezdnię, po czym, jak na leśnych manewrach, dał susa pod najbliższy z porzuconych pojazdów, ten z zabitym koniem. Sowiecki kulomiot walił znowu, wybijając niektóre deski z mostowej poręczy, jeszcze niżej, tak, że Dyzio miał wrażenie, iż jeden z pocisków drasnął go w pośladki.

Zresztą, jak już powiedziano, przeżycia na moście były tak skondensowane i w tak wielkim stopniu skłębiły się w jedną całość, że niemało później czasu musiało minąć, czasu już spokojnego by Dyonizy Kowłowski mógł w swej głowie rozszczepić tę zbitkę na poszczególne odcinki biegu, padania, czołgania… Pamięta, oczywiście… Gdy następna seria, posłana zupełnie nisko i niecelnie, zadźwięczała o stalowe belki wspierające jezdnię, zerwał się wreszcie spoza wozu i gnał dalej. Po chwili znowu musiał paść, i to twarzą w wybitą w moście dziurę.

Oto nagły widok wijących się bardzo nisko nurtów wiślanych trwało to jedno mgnienie, lecz przyniosło niejaki spokój. „Czegokolwiek byśmy my tu nie wyprawiali, to rzeka płynie sobie, idealnie obojętna na to wszystko… I będzie tak płynąć, jak i dawniej płynęła ona nasza. Bądź pozdrowiona, rzeko!” takie oto „filozoficzne” zawołanie towarzyszy wspomnieniu tamtego obrazu, z dziury w płockim moście.

O, jak kląć musiał sowiecki celowniczy, może ze dwa razy starszy od polskiego gońca, gdy ledwie z daleka widoczny kształt przemierzył już połowę długości wiślanej przeprawy. Jak nerwowo pociągać musiał z butelki zrabowany markowy alkohol dowódca sowieckiej placówki. Sklął celowniczego, zdzielił go przez łeb i błyskawicznie zawezwał innego. To dawało naszemu harcerzowi cenne sekundy, dziesiątki sekund. Biegł dalej, lepiej niż zwykłą bitewną kanonadę słysząc własny oddech i bicie własnego serca; miarowy, szybki tupot kroków mieszał się ze stukotem pocisków o mostową konstrukcję.

Na ostatnim odcinku tej szczególnej bieżni kulomioty, lecz także coraz gęstsze kule bolszewickich strzelców wyborowych tak przyparły Dyzia do jezdni, iż ten ostatni, bodaj piąty w kolejności pad wykonał właśnie tuż przy Abryczyńskim; o nie, to nie było złamanie zakazu majora Mościckiego. Młody żołnierz nie dawał znaków życia; leżał w kałuży własnej krwi. Dyszący ciężko, odchodzący od zmysłów Dyzio pamiętał, że ma jemu zostawić opatrunki, co też i bezwiednie uczynił.

Ciężki karabin maszynowy walił tuż ponad obydwoma Polakami żywym i martwym. „I ten szczęśliwy, kto padł wśród zawodu, jeżeli poległym ciałem dał innym szczebel do…” znacznie później Dyonizy Kowłowski uświadomił sobie, uczciwie, przed sobą samy , że tam i wtedy, przy tym poległym strzelcu, przeszyło jego świadomość jakieś skojarzenie, ubrane w takie właśnie słowa, zasłyszane czy to w szkole, czy w domu, czy na zbiórce drużyny… Przypominał sobie później i to, jak ledwie żywy, nawet nie czując piekącego bólu w lewym ramieniu wraża kula go jednak dosięgła dobiegał do celu.

Wtedy, gdy brakowało doń już około stu metrów, wyruszył mu naprzeciw żołnierz, a zapewne dwóch. Wykonywali jakieś podskoki, machali rękami to znów padali na deski jezdni. Ze swego finiszu w tym najważniejszym biegu życia nasz harcerz doprawdy niewiele pamięta. O nie lepiej powiedzieć że bardzo wiele, lecz kolejne szczegóły tej odsłony, jak i poprzednich, z ledwością dają się rozróżnić. Gnał więc z największym wysileniem na chwiejących się „watowatych” nogach, czując jakby go dławił jakiś ciężar w okolicy oskrzeli machając rękami z najwyższym trudem, ze wzrokiem utkwionym w linię pomiędzy bliskimi już krawędziami mostowych barier. Za tą linią naziemna droga na nasypie opadała nieco ku kępie rosnących przy niej drzew tam było ocalenie. Bolszewiccy celowniczowie i strzelcy na czas krótki skupili uwagę na nowym obiekcie, czyli na postaciach obu wystawiających się na kule żołnierzy. O to właśnie szło.

To wystarczyło aby Dyzio dopadł do mety. O Własnych siłach dobiegał do zbawiennej, a majaczącej mu przed oczyma plamy zieleni, pomimo rozrywających się obok pocisków armatnich, bowiem sowieci wznowili właśnie ostrzał lewobrzeżnego przyczółka. Lecz uczynili to na próżno.

Masz u mnie Krzyż Walecznych, młody druhu... — mruknął na płockim brzegu major Mościcki, oddalając lornetkę od oczu. I tamten, co został na moście, też…

W tejże chwili obaj wspierający naszego harcerza wojacy byli już przy nim. Jeden odebrał kopertę wysupłaną zza Dyziowej pazuchy i pognał w stronę nieodległego budynku.

– Pędem do dowódcy! ryknął. – Zza domu wyskoczył koń unoszący przytulonego do grzywy jeźdźca.

Wkrótce po tym, gdy Dyzio łapał równy oddech i mógł już wstać, działobitnia na Radziwiu, która także były dosięgły niszczące pociski wroga, zagrała pomimo poniesionych strat ze zdwojoną energią.

Wprawne uszy żołnierskie na prawym brzegu rzeki wnet to wychwyciły. W serca obrońców miasta wstąpiła otucha. Odtąd napastnicy nie postąpili już dalej, nie zagrozili obronie mostu, nie przedostali się nad sam brzeg Wiślany. Bitwa toczyła się jeszcze przez wiele godzin, aż nazajutrz wyrzucono bolszewików z Płocka.

Niebawem rozebrzmiały, rozkołysały się dzwony zwycięstwa, te katedralne i te inne, jakże liczne, po wszystkich świątyniach owej nadwiślańskiej krainy. Czy gdzie blask letniego słońca z błękitów niebieskich, czy szarobure chmury i lejący się z nich na utrudzoną ziemię ciepły deszcz, one biły wciąż i biły radośnie, jak na największe święto.

Bo też było to święto niebywałe. W katedrze, noszącej wezwanie Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, sam ksiądz biskup płocki wstępuje na stopnie ołtarza ze Mszą dziękczynną, zaś asystuje mu w tym nabożeństwie liczne duchowieństwo, gromada ministrantów w białych komżach oraz wielkie rzesze ludu i wojska. Pośród światła świec i dymu kadzideł celebrans trwa w kornej modlitwie ubrany w ów słynny, bogato haftowany ornat i takąż kapę, odziedziczone po jednym ze swoich poprzedników sprzed wieków, królewiczu Karolu Ferdynandzie. Tego dnia, wśród huku organów, dźwięku dzwonów i dzwonków poniesie się po szerokiej krainie owo dziękczynne Te Deum.

Marzenia leciwych dziewcząt

Stanisław Michalkiewicz 31 maja 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5188

Socjały nudne i ponure” – jak socjalistów określał Julian Tuwim w wierszu: „Autor uprasza liczne zastępy bliźnich, aby go w d… pocałowali” – są przekonane, że siłą napędową dziejów są stosunki własnościowe, czyli tzw. „micha”. Toteż starają się oni, albo w sposób łagodniejszy, ewolucyjny, albo w sposób brutalny, rewolucyjny, te stosunki własnościowe skorygować.

Na przykład żydowski teoretyk ludobójstwa Karol Marks uważał, że jeśli tylko zlikwiduje się własność, to państwo zostanie zastąpione przez „społeczeństwo wolnych wytwórców” i nastanie okres wiecznej szczęśliwości, bo na tym zakończy się historia. Ciekawe, że stanowi to rodzaj karykatury wizji innego Żyda, św. Jana z „Apokalipsy”, dotyczącej „nowego nieba i nowej ziemi” – że „czasu już więcej nie będzie”.

Ale Marks nie miał bynajmniej zamiaru objaśniania mechanizmów rządzących światem, których być może w ogóle nie znał, bo – jak sam powiedział – dotychczas filozofowie objaśniali świat, a chodzi o to, by go zmienić. Toteż wykombinował sobie, że jak zlikwiduje własność, to wszystko będzie gites tenteges. Jest dla mnie zagadką, jak to się stało, że takie brednie zdobyły sobie tylu wyznawców. Pewne światło rzuca na to uwaga Dantona, który twierdził, że najlepszym sposobem zapewnienia sukcesu rewolucji, jest wciągnięcie możliwie największej liczby ludzi do zbrodni, wtedy nie mają już odwrotu i w służbie rewolucji muszą dopuszczać się coraz to nowych zbrodni.

Taki właśnie wniosek wyciągnął też Lenin, rzucając hasło: „grab nagrabliennoje” – które wcześniej nadało dynamikę rewolucji francuskiej. Ktoś, kto zamordował właściciela, by zagrabić jego własność, musi rewolucję wspierać, bo w przeciwnym razie nie tylko straci to, co zrabował, ale jeszcze pójdzie na stryczek za to, co nabroił. Ale rewolucja ma własną dynamikę i gdyby ktoś w 1917 i 1918 roku przekonał rosyjskich chłopów, że ich rewolucyjni hersztowie nie będą tolerowali prywatnej własności również u nich i że kilkanaście lat później będą oni konali z głodu we wsiach otoczonych kordonami wojsk NKWD, to może by bolszewików nie poparli.

Niestety na świecie jest stosunkowo niewielu ludzi potrafiących przewidzieć skutki własnych działań, bo przewagę liczebną mają durnie, toteż liczba wyznawców socjalizmu, mimo fatalnych z nim doświadczeń, nie powinna budzić aż takiego zdziwienia.

Wygląda na to, że głosząc, jakoby „siłą napędową dziejów były stosunki własnościowe”, Marks jak zwykle się pomylił, co wytknął mu nawet jeden z jego wyznawców Antoni Gramsci, według którego rewolucja powinna się dokonać w sferze kultury, bo to ona – a nie stosunki własnościowe – jest głównym czynnikiem zniewalającym.

No dobrze – ale co to właściwie jest, ta kultura, z czego się ona bierze? Wiele, a może nawet wszystko wskazuje na to, że bierze się ona z wyobraźni. Ileż wyobraźni było potrzeba, by stworzyć szalenie skomplikowany panteon egipski, czy grecki, które w znacznym stopniu, a może nawet w ogóle, zdeterminowały życie tamtejszych ludzi? Ale o ile wyobraźnia wydaje się dla kultury konieczna, to nie wyczerpuje ona jej bogactwa. Drugim czynnikiem wydaje się dociekliwość, czyli pragnienie poznania, jak jest naprawdę. O ile tedy wyobraźnia wprowadza nas w sferę szeroko pojmowanej sztuki, to z kolei dociekliwość znajduje spełnienie w poznaniu, czyli wiedzy, której zdobywanie, gromadzenie i przekazywanie stanowi naukę. Sztuka i nauka, czyli Piękno i Prawda składają się na kulturę, która – według Gramsciego – miałaby stanowić główny czynnik zniewalający człowieka. Wydaje się oczywistą nieprawdą, jako że kultura stanowi istotę człowieczeństwa, więc jeśli socjaliści chcą przeciwko kulturze wystąpić i zastąpić ją jakąś imitacją, to znaczy, że ich ideologia stanowi ogromne niebezpieczeństwo dla rodzaju ludzkiego, że komunizm jest antycywilizacyjny i antyludzki.

Niestety komuniści są też ludźmi, a w każdym razie – istotami człekopodobnymi, niczym dla Żydów tak zwani „goje” – a jednym z dowodów na ich pokrewieństwo z ludźmi są marzenia. I oto rąbka tajemnicy na temat swoich marzeń właśnie uchyliła Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus, zwierzając się pani redaktor Elizie Michalik w następujących słowach: „ja bym marzyła, żeby premierem był Krzysztof Śmiszek. Chciałabym, żeby przyszłymi ministrami były osoby kompetentne i żeby były to kobiety, żeby ta szala na ważnych stanowiskach przechyliła się po stronie kobiet.” Ponieważ wiadomo, że Kopernik była kobietą, więc dlaczego nie mógłby nią zostać i Wielce Czcigodny Krzysztof Śmiszek? Jestem pewien, że skoro osoba legitymująca się dokumentami wystawionymi na nazwisko „Anna Grodzka” to potrafiła, a w każdym razie tym się przechwalała, to dlaczego nie mógłby tego dokonać pan Śmiszek, przepoczwarzając się w Krystynę Śmiszkównę? Nie takie rzeczy robią dzisiaj chirurgowie, którym podobno udaje się nawet przeszczepianie jednych warg na miejsce drugich, więc żadnych przeszkód nie ma. Problem w tym, czy umiejętność takiego przepoczwarzania stanowi wystarczającą kwalifikację na premiera rządu całkiem sporego państwa europejskiego? Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus uważa, że jak najbardziej, bo czyż w przeciwnym razie stręczyłaby nam kandydaturę Wielce Czcigodnego pana Śmiszka na premiera? Obawiam się jednak, że kandydat na premiera powinien nieć kwalifikacje znacznie szersze nawet od pana Mateusza Morawieckiego, który przynajmniej z niejednego komina wygartywał, czego nie można powiedzieć o Wielce Czcigodnym Krzysztofie Śmiszku, który, zdaje się, wygartuje zaledwie z jednego. Czy w takim razie powinniśmy zaufać Wielce Czcigodnej Joannie Scheuring-Wielgus co do Wielce Czcigodnego pana Śmiszka? Mam poważne wątpliwości, podobnie jak co do pozostałych marzeń Wielce Czcigodnej Joanny, która posiadanie rozmaitych kompetencji wiąże z płcią, dając do zrozumienia, że osobami kompetentnymi na stanowiska, dajmy na to, ministrów, są kobiety – bo jakże inaczej rozumieć jej uwagę, iż chciałaby, „by ta szala na ważnych stanowiskach przechyliła się po stronie kobiet”? Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus niewątpliwie jest kobietą – o ile takich rzeczy można być w dzisiejszych czasach pewnym – ale wniosek, jaki z tego wszystkiego można wyciągnąć, to ten, że – jak mawiał Franciszek książę de La Rochefoucauld – jest zadowolona z własnego rozumu. To nic złego, jednak pod warunkiem, że te marzenia dziewcząt nie zostaną zrealizowane, bo mogłoby to być jeszcze gorsze od realizacji marzeń Marksa i Lenina, którzy – oprócz tego, że byli Żydami – byli również mężczyznami płci męskiej.

Kosztowny upadek elektrowni węglowej w Ostrołęce.

Jedna ze spółek zabiera głos. NIK też….

https://www.money.pl/gospodarka/kosztowny-upadek-projektu-pis-jedna-ze-spolek-zabiera-glos-6774370027141728a.html?fbclid=IwAR05NIiHyGIT_0JewgBiQgcuUAq-FWmSYO1W24n59cLBjayCI4zSIW8iQB4

[Autorzy tego artykułu chyba nie widzą, nie zdają sobie sprawy, że główną przyczyną niszczenia energetyki węglowej w Polsce są decyzje Unii Europejskiej, o tak zwanym Zielonym Ładzie. Planiści, komuniści z UE dążą do zniszczenia polskiego górnictwa węglowego. Dzieje się tak co najmniej od trzech dziesięcioleci. Oni są główną przyczyną katastrofalnego wzrostu cen nośników energii, tak gazu jak i elektryczności. Budowana i niszczona elektrownia Ostrołęka jest tego jasnym przykładem. MD]

====================

To miała być nowoczesna i największa elektrownia węglowa w Europie. Projekt pogrzebany został w 2020 roku, a całą inwestycję prześwietliła NIK. Zdaniem kontrolerów podstawową przyczyną niepowodzenia tego projektu miał być brak źródeł finansowania.

„Zdecydowanym nadużyciem jest sugerowanie, że jakiekolwiek środki zostały „utopione” w projekcie węglowym w Ostrołęce” – odpowiada Energa SA, jednak ze spółek zaangażowanych w projekt ostrołęckiej elektrowni.

Tomasz Paczos/FOTONOVA

Po siedmiu latach rządów Prawa i Sprawiedliwości bilans strat związanych z projektem węglowym Ostrołęką C sięga już 1,35 mld zł. Na inwestycji miały się dorobić w największym stopniu osoby związane z PiS – informuje Onet.pl, powołując się na materiały pokontrolne NIK.

Oprócz szefa całej operacji posła Arkadiusza Czartoryskiego skorzystać miało na tym kilkanaście osób z lokalnych władz partii. Wśród nich m.in. Edward S., któremu w 2020 roku prokuratura postawiła zarzuty korupcyjne.

Jak przypomina spółka Energa, Edward S. był również prezesem elektrowni w Ostrołęce w latach 2007-2009, a spółki serwisowej w latach 2011-2013. Jego zatrzymanie nie było związane z budową elektrowni węglowej w Ostrołęce”.

Projekt upadku

Jak pisaliśmy w money.pl, projekt ostrołęckiej elektrowni od początku podzielony był pomiędzy cztery spółki zarządzane przez Energę. W 2020 roku zatrudniała 42 osoby z różnych branż, a w sumie na wynagrodzenia pracowników wydała 11,3 mln zł.

Projekt węglowej Ostrołęki C ostatecznie upadł w 2020 roku, a całemu procesowi inwestycji przyglądała się NIK.

Przypomnijmy, że w czerwcu 2021 roku prezes Marian Banaś poinformował opinię publiczną, że kontrolerzy kończą prace. NIK miał jednocześnie złożyć do prokuratury zawiadomienie w sprawie niegospodarności.

Niegospodarność

Z dokumentów pokontrolnych, do których dotarł Onet.pl wynika, że głównym powodem niepowodzenia inwestycji był brak źródeł finansowania. Prace zostały uruchomione, pomimo że struktura finansowa projektu była nieaktualna i zakładała niemożliwe do uzyskania finansowanie zewnętrzne. „Jak wynika z dokumentów pokontrolnych NIK, luka finansowa w momencie rozpoczęcia prac budowlanych wynosiła ponad 4 mld zł” – czytamy.

Według cytowanych w materiale dokumentów pokontrolnych NIK, wydanie polecenia rozpoczęcia prac było działaniem niegospodarnym, bo budowę rozpoczęto w warunkach wysokiego ryzyka jej niedokończenia.

Z wydatkowanych na powyższą inwestycję środków finansowycho łącznej wysokości 1 339 693 tys. zł, uwzględniając kwotę 242 069, 5 tys. zł wydatków szacowanych do rozliczenia Projektu węglowego tj. łącznie z kwoty 1 581 762,5 tys. zł, bezpowrotnie została utracona kwota ok. 1 348 904,5 tys. zł – wynika z oficjalnych dokumentów NIK.

Jak podkreśla w oficjalnym oświadczeniu Energa SA, jednak ze spółek zaangażowanych w projekt ostrołęckiej elektrowni, „zdecydowanym nadużyciem jest sugerowanie, że jakiekolwiek środki zostały „utopione” w projekcie węglowym w Ostrołęce”.

Jak tłumaczy, inwestycja jest realizowana jako elektrownia gazowa. „Przy rozliczaniu projektu węglowego ujęto także realizację infrastruktury, która zostanie wykorzystana przy budowie elektrowni gazowej, co dodatkowo obniża koszt budowy bloku gazowo-parowego w Ostrołęce” – przekonuje Energa.

Onet dotarł do korespondencji oraz zeznań najważniejszych osób zaangażowanych w proces budowy węglowej elektrowni Ostrołęka C. Jak wynika z zeznań jednego z członków zarządu Energa SA, od samego początku „Skarb Państwa przymuszał do realizacji tego projektu”, a minister Tchórzewski „wiedział, że jest problem z domknięciem finansowania projektu” – informuje Onet.

Trwa Specjalna Operacja Fiskalna, czyli wojna z narodem. Inflacja, paliwa…

https://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/trwa-specjalna-operacja-fiskalna-przeciwko-polakom Źródło: 123rf.com

Od kilku miesięcy w Polsce trwa „Specjalna Operacja” fiskalna. Jest ona prowadzona skrytobójczo na naszych portfelach, w sposób tak perfidny, że większość nawet nie ma świadomości, że są bezczelnie okradani, a będą bardziej. Urząd Skarbowy w Polsce zyskał ważnych sprzymierzeńców. 

Specjalna operacja fiskalna, czyli wojna z narodem, jest wymierzona w majątek Polaków. Zgromadzone przez Polaków oszczędności były solą w oku byłego już ministra finansów, kumpla premiera, Tadeusza Kościńskiego. Publicznie ubolewał, że Polacy trzymają je w skarpetach i domagał się wydania tych środków. Nic takiego jednak nie nastąpiło i dlatego cała na biało weszła inflacja, będąca skutkiem wenezuelskiej szkoły ekonomii zaprezentowanej przez socjalistów z PiS. 

Inflacja jest de facto ukrytym podatkiem, który ludzie płacą nie zdając sobie z tego sprawy. Winny inflacji jest rząd i jego działania a nie Putin czy Covid. To reakcja rządu na Covida i na wojnę na Ukrainie spowodowała to nagłe uszczuplenie tych denerwujących rządzących oszczędności Polaków. 

Wszystko dzieje się przy aktywnej współpracy NBP i wybranego na kolejną kadencję prezesa tej instytucji, dziwnego pana opowiadającego czerstwe dowcipy i robiącego żarty z pogrzebu, Adama Glapińskiego. Manipulacje stopami procentowymi spowodowały, że w pułapkę kredytową wpadły setki tysięcy Polaków, którzy nagle zaczęli płacić wielokrotnie wyższe raty. 

Okazało się, że bzdurą jest gadanie tzw. ekspertów o tym, że kredyt bierze się w walucie w której się zarabia. Polacy wyleszczeni kredytami frankowymi jeszcze się nie pozbierali a tu już mamy całą rzeszę nabitych w zmienną stopę procentową. Na końcu zawsze są gigantyczne zyski banków i nie inaczej stało się za czasów rządów premiera-bankstera. 

Poza tym, specjalna operacja fiskalna jest prowadzona na ulubionych dawcach kapitału czyli na kierowcach. Na tym froncie prowadzone są działania dwutorowo. Przede wszystkim sposobem na dodatkowe opodatkowanie Polaków są ceny paliw, które są nijak skorelowane z cenami ropy naftowej na świecie. Wygląda na to, że premier-bankster wprowadził w ten sposób dodatkowy podatek stosując metodę „zarządzania oczekiwaniami”, wyrażoną w trakcie jednej z podsłuchanych rozmów w Restauracji Sowa i Przyjaciele. Wyznał wtedy, że ludzie mają za duże oczekiwania i trzeba coś z tym zrobić, sugerując, że wojna zmienia oczekiwania w 5 minut.

Zatem skoro banksterowi trafiła się wojna to wykorzystał ją windując ceny paliw i tłumacząc ludziom, że to wina Putina. Dodatkowo wzmocniono to przekazem propagandowym, że benzyna może być i po 10 zł ale przynajmniej nie spadają ruskie bomby. Mistrzowski management od expectations, jak to nazwał Morawiecki i przestraszony motłoch daje się okradać nawet nie piszcząc słówkiem w obawieo ogłoszenie go ruską onucą.

Dowodem na to, że Orlen rżnie nas na kasę na niewyobrażalną skalę są dane finansowe samego Orlenu. Na przerobie tony benzyny grupa Orlen zarabiała w pierwszym kwartale tego roku 187 dol., czyli o 363 proc. więcej rok do roku i 76% więcej niż w 4 kwartale 2021 r., a na tonie diesla 148 dol., czyli o 80% więcej rok do roku i o 5 proc. więcej kwartał do kwartału.

Z cenami oleju napędowego dzieją się zresztą ostatnio dziwne rzeczy, bo gwałtownie rośnie cena paliwa PB95 i PB98 a zaskakująco tanieje ON. A przecież to nielogiczne, skoro trwa wojna. Słyszeliśmy zresztą, że słudzy narodu ukraińskiego z PiS przekazali za darmo Ukrainie 25 tysięcy ton oleju napędowego do prowadzenia wojny zatem paliwa brakuje a jego cena tajemniczo spada. Można to wytłumaczyć tylko tym, że zbliżają się wakacje i Orlen planuje „wyleszczyć na kasę” Polaków jadących na wakacje.

A jak już Polacy pojadą na te wakacje, to na drogach zaczają się na nich rabusie rządowi z radarami, laserami i dronami. Panowie w niebieskich ubraniach, którzy stracili szacunek w Covidzie, stali się teraz wyrobnikami Urzędu Skarbowego na pełną skalę. Podwyższono ceny mandatów i wysłano na drogi hordy poborców skarbowych udających stróżów prawa.

Oficjalnie wszyscy mają gęby pełne frazesów o tym jak to dobrze, że w 2021 r. podniesiono taryfikator mandatów. Okazało się jednak, że wypadków w zeszłym roku było i tak więcej tak jak i przychodów mandatowych. Bo jak wiadomo nie o bezpieczeństwo tu chodzi tylko o złupienie kierowców. W dawnych czasach na gościńcu można było zostać złupionym przez rabusiów a obecnie przez rządowych zbójcerzy drogowych.

Wszystko to prowadzi do konkluzji, że trwa specjalna operacja fiskalna wymierzona w Polaków i ci w większości nie są jej świadomości i wierzą w kłamstwa rządu o tym, że ten obniża podatki i rozdaje cudze pieniądze bez konsekwencji. Ludzie przekupieni przez rządzących stają się współwinni temu do czego doszło na skutek ich głupoty przy urnie wyborczej.

================

[Ba, to głupi argument – bo na kogo „dać głos”?? Na Nowaka i jego panów?? MD]

Reporter lewicowego portalu napisał część prawdy o wojnie na Ukrainie

Zła prawda jest lepsza od żadnej

Fragmenty

25 maja opublikowałem w Onecie komentarz “Stan na dziś: Ukraina przegrywa tę wojnę”. Na początku tamtego tekstu napisałem, że za każdym razem, kiedy wracam z Ukrainy do Polski, rozjeżdżają mi się rzeczywistości. Jedna to ta z polskich mediów, która każe mi wierzyć w rychłe zwycięstwo Ukrainy nad Rosją. A druga to ta, którą widzę w Donbasie i wskazuje ona na coś zupełnie innego. Następnie wyjaśniłem, dlaczego to donbaska rzeczywistość jest bliższa prawdy.

Na początku jednak chciałbym skomentować te zwykłe anonimowe zarzuty, jakobym pisząc o przegrywającej na tę chwilę Ukrainie, “powtarzał rosyjską propagandę” oraz “siał defetyzm”. Uważam, że zła prawda jest lepsza od żadnej. Rzetelna informacja o niezwykle trudnej sytuacji ukraińskiego wojska na Donbasie jest potrzebna wszystkim tym, którzy decydują o dosyłaniu na front niezbędnego sprzętu i amunicji, czyli politykom z krajów Zachodu. Usypianie ich bajkami o pasmach zwycięstw ukraińskiej armii przyniesie wiele złego i nic dobrego.

Owszem, Rosjanie przeszarżowali, rzucając się na Kijów, którego zdobycie przesądziłoby o wyniku wojny. Warto jednak pamiętać, że Kijów – jakkolwiek ważny – był tylko jednym z celów. Wiele ze swoich podstawowych celów Rosjanie osiągnęli.

Wojna o wodę

Po pierwsze, zajęli cały obwód chersoński, co było dla nich jednym z absolutnie najważniejszych celów. Dlaczego? Od lat słyszymy, że kolejna wojna z pewnością będzie dotyczyć wody. O ile wojna pomiędzy Rosją i Ukrainą taką wojną nie jest, to działania w obwodzie chersońskim już w znacznym stopniu tak. Przed aneksją Krymu przez Rosję półwysep pozyskiwał wodę z rzeki Dniepr, poprzez biegnący przez cały obwód chersoński Kanał Północnokrymski.

Po zajęciu Krymu przez Rosjan Ukraińcy zablokowali kanał tamą, co skończyło się dla rolniczych ziem półwyspu potwornymi zniszczeniami, często bezpowrotnymi. Skalę katastrofy obrazują dwie liczby: przed postawieniem tamy Dniepr nawadniał 130 tys. ha ziemi na Krymie, a po postawieniu tamy – jedynie 14 tys. ha. Nie bez powodu Rosjanie zburzyli tamę już po dwóch dniach swojej ofensywy.

Drugi osiągnięty cel to wyrąbanie sobie korytarza od Rostowa nad Donem do Krymu. W ten sposób Rosjanie połączyli się z półwyspem drogą lądową, co pozwala dostarczać tam wszelkie dobra w prostszy i tańszy sposób. Przeprowadzony przez Zatokę Kerczeńską most był pod tym względem dalece niewystarczający.

Wraz z korytarzem na Krym Rosjanie zajęli ważne przemysłowo miasto Mariupol oraz całe wybrzeże Morza Azowskiego, z portami w Mariupolu i Berdiańsku.

Od wschodu i północy Rosjanie znacznie przybliżyli się do drugiego co do wielkości ukraińskiego miasta – Charkowa. O ile podstawowy cel zajęcia miasta nie został zrealizowany, to pozycje wyjściowe do ataku są dziś o wiele lepsze niż przed 24 lutego.

W końcu ostatnia zdobycz terytorialna, czyli dalsze połacie obfitującego w węgiel, ale także w inne cenne surowce Donbasu. Od 2014 r. Rosjanie kontrolowali części obwodów ługańskiego i donieckiego. Dziś obwód ługański jest zajęty w 95 proc., a wokół pozostałych pięciu procent coraz mocniej zaciska się rosyjski pierścień. Także w obwodzie donieckim Rosjanie poczynili znaczne postępy.

Jednak rosyjskie cele nie dotyczą tylko terytoriów. Skoro nie udał się kilkudniowy blitzkrieg, celem bardziej czasochłonnym, ale jak najbardziej wykonalnym, jest gospodarcze wyniszczenie Ukrainy. A to postępuje z każdym dniem. Przed rosyjską ofensywą 70 proc. ukraińskiego eksportu odbywało się poprzez porty, które obecnie są blokowane (Odessa) lub kontrolowane przez Rosjan (Mariupol, Berdiańsk). Rosja właśnie ogłosiła, że największa ukraińska elektrownia jądrowa w Enerhodarze będzie przesyłać prąd do Rosji, a Ukraina może go co najwyżej kupować.

Takie przykłady można mnożyć.

***

Przytoczone fragmenty pochodzą z tekstu: “Wyrwał: Chciałbym się mylić w sprawie Ukrainy. Ale zła prawda jest lepsza od żadnej” Portal onet zazwyczaj powtarza ukraińską propagandę w skali 1:1. [całość jest tu: https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/ukraina-przegrywa-wojne-zla-prawda-jest-lepsza-od-zadnej-polemika/5wnn6qk . MD. Ale raczej nie warto...]

Polskie armatohaubice KRAB [18 szt] trafiły do ukraińskiej armii. [Stać nas, a co??]

https://polskieradio24.pl/5/1222/Artykul/2968446,polskie-armatohaubice-krab-trafily-do-ukrainskiej-armii 29.05.2022

Ukraińskie wojsko otrzymało od Polski 18 sztuk nowoczesnych samobieżnych armatohaubic KRAB – ustaliła Informacyjna Agencja Radiowa.

Polskie armatohaubice KRAB zostały przekazane ukraińskiej armii.

Według naszego rozmówcy z kręgów rządowych chodzi o wyposażenie dla trzech dywizjonów artylerii. Polska przeszkoliła także stu ukraińskich artylerzystów z obsługi armatohaubic KRAB. Dzięki polskiej pomocy Ukraińcy dysponują obecnie co najmniej 24 zachodnimi samobieżnymi armatohabicami.

Polska przeszkoliła także stu ukraińskich artylerzystów z obsługi KRAB-ów.

6 sztuk podobnego typu sprzętu o nazwie Caesar przekazała Francja. Z kolei Niemcy i Holandia zadeklarowały przekazanie łącznie 12 sztuk, ale Berlin tłumaczy, że wciąż trwa szkolenie załóg do obsługi ich Panzerhaubitzen 2000 i nie jest znany termin, kiedy sprzęt trafi na wschód. Wczoraj o pojawieniu się armatohaubic bez sprecyzowania ich pochodzenia poinformował szef ukraińskiego resortu obrony. Ołeksij Reznikow napisał, że na Ukrainę trafiła „modyfikacja” haubicy M109, obecnej w arsenałach wielu państw.

Polska drugim największym donatorem sprzętu na Ukrainę

KRAB-y to sprzęt, który jest na wyposażeniu polskiej armii od kilku lat. Kontrakt z rodzimym przemysłem zbrojeniowym został zawarty w 2016 roku i przewidywał dostawę prawie 100 sztuk haubic. Dwa lata temu resort obrony zaktualizował umowę i zamówił kolejne sztuki uzbrojenia. Kraby są produkowane przez Hutę Stalowa Wola. Podwozie gąsienicowe jest na koreańskiej licencji, a armata kaliber 155 mm to modyfikacja brytyjskiego uzbrojenia. Maksymalny zasięg ognia to 40 km przy podstawowej amunicji. W ciągu minuty Krab może wystrzelić 6 razy.

Przekazywanie ukraińskiej armii nowego sprzętu jest możliwe m.in. dzięki ustawie obowiązującej od połowy marca, która wprowadziła ułatwienia w transferze do naszych wschodnich sąsiadów uzbrojenia. Polska jest drugim największym donatorem sprzętu na Ukrainę – po USA.

Wśród broni, która trafiła na Ukrainę z Polski, jest około 250 czołgów T-72, haubice samobieżne 2S1 Goździk, a także wyrzutnie rakietowe Grad. Polska przekazała też rakiety powietrze-powietrze do samolotów MIG-29 i Su-27.

Prócz ciężkiego sprzętu to także drony produkcji polskiego WB Electonics służące m.in. do działań rozpoznawczych. Ukraińcy chwalą się posiadaniem polskich dronów Warmate – systemu amunicji krążącej podobnego do amerykańskich Switchblade. Z polskiego arsenału do walczących z Rosją trafiły też m.in. przenośne przeciwlotnicze zestawy rakietowe Piorun, które mają już na swoim koncie niepotwierdzone oficjalnie zestrzelenia rosyjskich śmigłowców. Polska przekazuje też Ukrainie duże ilości amunicji.

================================

mail:

Och, tak, powinniśmy być bardzo samobójczo dumni. Takie rzeczy jak dostawa broni do jednej ze stron konfliktu zbrojny  (przez państwo nie zaangażowane  w konflikt ) załatwiało się na świecie bez rozgłosu, zwłaszcza jeśli chodzi o szkolenie żołnierzy strony walczącej.  Ponieważ zgodnie  z międzynarodowymi konwencjami  państwo neutralne powinno żołnierzy strony walczącej na swoim terytorium rozbroić i internować. 
Jeśli zaś czyni ze swego terytorium bazę szkoleniową  dla obcych żołnierzy strony walczącej, jest to włączenie się w konflikt po  jednej ze stron.  
Wywiad rosyjski nie musi się  trudzić. My sami podajemy o tym informację, i nawet podpowiadamy GDZIE …aby Rosja mogła dokładnie wycelować swoje rakiety.  
Pojęcie tajemnicy wojskowej i państwowej u  nas  całkowicie zanikło. Jesteśmy we władzy ludzi kompletnie nieodpowiedzialnych  którzy głęboko w zadku mają bezpieczeństwo  ludności swojego kraju. Umieją za to chlapać jęzorem na lewo i na prawo. 
Cieszmy się, proszę Państwa, tańczmy na wulkanie… póki jeszcze żyjemy. Po nas potop. 
Mirosław, Stalowa Wola

=========================

mail: Inflacji się nie boimy, zawsze dodrukujemy. A te „Kalibry” przereklamowane !! Może nie trafią w Stalową Wolę? A zresztą – zbudujemy nową fabrykę gdzie indziej !

Wojna powszednieje. Czym straszyć, zajmować i bawić tłumy?

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5187 29 maja 2022

Papież Franciszek zapytany o prawdopodobną przyczynę wojny, jaką Rosja prowadzi z NATO na Ukrainie wyraził przypuszczenie, że było nią „szczekanie NATO pod rosyjskimi drzwiami”. Jak pamiętamy, wzbudziło to ostentacyjne zgorszenie nie tylko zawodowych i postępowych katolików, którzy skwapliwie przestrzegają przykazań nowych, nadanych nam przez Naszego Pana z Waszyngtonu, ale również Juderatu, bo wiadomo od dawna, że nic tak nie gorszy, jak prawda. Sęk w tym, że nie wiadomo do końca, czy przypuszczenie papieża Franciszka co do przyczyn wojny na Ukrainie jest trafne.

Istnieją bowiem podejrzenia, że wojna ta wybuchła, by przykryć aferę z „Pegasusem”, która wybuchła zaraz po tym, jak pan mecenas Roman Giertych odkrył, że był inwigilowany. Wkrótce potem takie odkrycia porobiły również inne znane osobistości i nie wiadomo, jak by się to skończyło, gdyby nie wojna na Ukrainie, w porównaniu z którą „Pegasus” zszedł na plan dalszy i wydawało się nawet, że w ogóle zniknął. Ale wojna na Ukrainie zaczyna się przeciągać, w związku z czym ludzie przyzwyczajeni do przeżywania codziennie czegoś nowego, stopniowo tracą nią zainteresowanie, chociaż ukraiński sztab generalny dokonuje cudów pomysłowości, by zainteresowanie wojną podtrzymać.

Ponieważ spowszedniały doniesienia o zbrodniach na cywilach, a nawet o gwałtach na kobietach, to ostatnio okazało się, że rosyjscy żołnierze znajdują szczególne upodobanie w gwałceniu niemowląt. Nie wiadomo, na jak długo to starczy, więc ludzie przewidujący postanowili reanimować „Pegasusa”. Jak tylko Senat po raz kolejny stanął murem w obronie immunitetu pana marszałka Grodzkiego, podejrzewanego o branie łapówek, zaraz wznowiła działalność nadzwyczajna komisja do spraw inwigilacji, przez którą właśnie „wysłuchany” został pan Adam Bodnar, chwilowo bez przydziału mobilizacyjnego. Nieomylny to znak, że zbliżają się wybory parlamentarne, w których pan Adam pewnie będzie chciał wziąć udział w charakterze kandydata na Umiłowanego Przywódcę. Zresztą nie tylko on, bo inni też się przymierzają. Wśród nich – obóz zdrady i zaprzaństwa, w którym bryluje Donald Tusk na czele Voldsdeutsche Partei, chociaż na mieście krążą fałszywe pogłoski, że jest podgryzany przez pana Rafała Trzaskowskiego, co to niedawno odbył nawet pielgrzymkę do Naszego Najważniejszego Sojusznika, który na początek dał mu do potrzymania rękę. Kto wie, czy to nie będzie miało w przyszłym roku wyborczym decydującego znaczenia. Tak czy owak, przeprowadzony został nawet sondaż, z którego wynikało, że obóz zdrady i zaprzaństwa, oczywiście pod warunkiem, że zewrze szeregi i pośladki [oj, może jednak odwrotnie?? md] , uzyskałby nawet 50 procent głosów, odsuwając w ten sposób od rządów obóz płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm. Sęk w tym, że chyba jednak nie zewrze, bo np. pobożny poseł Gowin, który przyszedł już do siebie po załamaniu spowodowanym utratą stanowiska wicepremiera, nie chce stawać do wyborów z tej samej listy, co bezbożny poseł Włodzimierz Czarzasty, czy, dajmy na to, pan Biedroń. Nawiasem mówiąc, moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus puściła wodze fantazji, zwierzając się pani red. Elizie Michalik, iż marzy jej się, by przyszłym premierem został pan Krzysztof Śmiszek, prywatnie l’ami pana Biedronia. Mało to prawdopodobne, bo z Volksdeutsche Partei i z Lewicą nie chcieliby również startować „ludowcy” z Marszałkowskiej. Już woleliby z panem Hołownią i ewentualnie – również z pobożnym posłem Gowinem.

Charakterystyczne jest, że ani obóz zdrady i zaprzaństwa, ani obóz płomiennych dzierżawców, nie przewiduje fraternizowania się z Konfederacją. Kiedy jednak przypomnimy kampanię wyborczą z roku 2020, kiedy to partie tworzące „bandę czworga” (KO, Lewica, PSL i Zjednoczona Prawica) licytowały się, która wyda więcej pieniędzy, podczas gdy Konfederacja w tej licytacji udziału nie wzięła wyjaśniając, że nie będzie nikomu nic dawała, ale też nie będzie odbierała, to jasne jest, że ponad podziałami traktują one Konfederację, jak wroga, bo gdyby program przez nią głoszony zaczął być realizowany, to straciłyby one rację bytu.

Tymczasem Zjednoczona Prawica najwyraźniej stawia na rozrzutność, dając każdemu wszystko, co tylko można sobie wyobrazić i nawet planując „program pilotażowy” w landzie warmińsko-mazurskim, by każdemu obywatelowi wypłacać miesięcznie po 1300 zł tylko za to, że istnieje. W tej sytuacji Donald Tusk und Volksdeutsche Partei nie jest w stanie przelicytować Naczelnika Państwa, więc głosi potrzebę „rozdziału państwa od Kościoła”, czy może odwrotnie – i że jak tylko obejmie władzę, to natychmiast rozdzieli, aż będą leciały wióry, Tak samo podczas słynnej „Rozmowy w kartoflarni” odgrażał się Gnom: „Gdy tylko w Polsce obejmę władzę, szereg surowych ustaw wprowadzę. Za krowobójstwo, za świniobicie, będę odbierał mienie i życie”. Wyobrażam sobie, jak taki program udelektowałby Wielce Czcigodną Sylwię Spurek, a także – grafinię Różę Thun und Handehoch, która przestrzega, że z krowobójstwa i świniobicia będziemy musieli gęsto tłumaczyć się na Sądzie Ostatecznym. Kto by pomyślał, że u potomstwa zawodowych katolików ekumenizm zejdzie aż do tego poziomu?

Tymczasem w naszym nieszczęśliwym kraju inflacja wspaniale się rozwija i rząd obwinia za to Putina, ale chyba nie jest dobrze, bo pan premier Morawiecki, który chyba musi wiedzieć, jak jest naprawdę, niedawno wystąpił z rozpaczliwym pomysłem, by Norwegia podzieliła się z Polską dochodami z eksportu ropy i gazu. Rząd norweski, najwyraźniej podejrzewając możliwość psychicznego kryzysu u pana premiera, wprawdzie mu odmówił, ale bardzo łagodnie.

Za to pan prezydent Duda, podczas pielgrzymki do Kijowa został owacyjnie powitany przez tamtejszą Radę Najwyższą. Inna rzecz, że zachowywał się tak, jakby starał się o rękę sławnej śpiewaczki i wypada tylko żałować, że nie angażuje się tak w obronę polskich interesów państwowych, jak w obronę interesów ukraińskich. Być może uważa, że to wszystko jedno, chociaż w Kijowie nie posunął się aż tak daleko, jak 3 maja, kiedy ogłosił rychłą likwidację granicy polsko-ukraińskiej. Widocznie ktoś starszy i mądrzejszy go zmitygował, bo mówił tylko, że ta granica powinna „”łączyć”, a nie „dzielić” – ale jeśli tak, to przynajmniej musi istnieć. Poza tym stanowczo stwierdził, że Ukraina będzie „odbudowana”, a koszty tej odbudowy „musi” ponieść Rosja. Nic dziwnego, że Ukraińcom przemówienie prezydenta Dudy się spodobało tym bardziej, że oto mieli dowód, iż głowa państwa polskiego zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością, a w tej sytuacji obcinanie kuponów z prezentowania na arenie międzynarodowej Ukrainy jako państwa specjalnej troski może być jeszcze łatwiejsze. Nie wszyscy jednak myślą tak, jak pan prezydent Duda, bo ostatnio 99-letni Henry Kissinger zauważył, że Ukraina powinna wrócić do granic sprzed wojny, bo w interesie stabilizacji w Europie nie leży nie tylko rozczłonkowywanie, ale nawet osłabianie Rosji, a już wpychanie jej w trwały sojusz z Chinami nie leży nawet w interesie Ameryki. W Ameryce na razie nikt inny tak nie mówi, może poza Normanem Finkelsteinem, ale w Europie, to znaczy w Niemczech, we Francji i we Włoszech, zaczyna się dostrzegać zniecierpliwienie ręcznym sterowaniem Europą przez Stany Zjednoczone pod pretekstem wojny.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Upada jedna z ostatnich hut z polskim kapitałem. Bo ośmiokrotny wzrost cen gazu.

https://www.bibula.com/?p=134239

Huta Szkła Gloss została zmuszona do ogłoszenia bankructwa z powodu rosnących cen surowców energetycznych. Rodzinne przedsiębiorstwo działające w Wielkopolsce jest jedną z ostatnich hut, które pozostają w rękach polskiego kapitału. Wcześniej media pisały o poważnych problemach firm z województwa Lubuskiego.

Firma z miejscowości Poniec funkcjonuje nieprzerwanie od 1968 roku. Obecnie zajmuje się przede wszystkim produkcją gotowych zniczy oraz pojemników zniczowych, a także wyrobów tworzonych na specjalne zamówienie. Jej właściciele są jednak zmuszeni teraz do ogłoszenia swojego bankructwa.

Wszystko za sprawą drastycznej podwyżki cen gazu przez Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo. Przedstawiciele huty twierdzą, że tylko w styczniu musieli zapłacić rachunek wyższy od dotychczasowych o blisko 2 mln zł, czyli o blisko 790 proc.. Hutnictwo jest tymczasem sektorem mocno energochłonnym.

Początkowo rodzinna firma próbowała ratować się poprzez wstrzymanie produkcji. Ostatecznie takie działania nie przyniosły rezultatu, dlatego pracę straci najprawdopodobniej około 80 osób. Część z nich znajduje zatrudnienie w zakładzie od kilkudziesięciu lat.

W rozmowie z Money.pl prezes huty Łukasz Busz wykazuje niezrozumienie dla decyzji PGNiG. Spółka sprzedaje bowiem gaz w cenie giełdowej, chociaż krajowy surowiec nie podlega obrotowi giełdowemu.

Media opisywały wcześniej podobne problemy przedsiębiorstw z województwa lubuskiego, także mających problem z rentownością z powodu nowych taryf PGNiG. Państwowa firma miała dotychczas zwodzić tamtejsze firmy, dlatego w końcu zdecydowały się one na redukcję zatrudnienia, również narzekając na nieuzasadnione wysokie ceny.

Rzecznik małych i średnich przedsiębiorców Adam Abramowicz mówi w rozmowie z Money.pl, że samo państwo nie pomaga przedsiębiorcom, bo potrzebowałoby na to zgody ze strony organów Unii Europejskiej.

Na podstawie: Money.pl, TenPoznan.pl Źródło: Autonom.pl

Za: WolneMedia.net (28.05.2022) https://wolnemedia.net/upada-jedna-z-ostatnich-hut-z-polskim-kapitalem/

Skończyły się słoiki z ogórkami, traktory i zatrute pierożki. A Polska w tym cyrku jest tylko klownem.

Matka Kurka https://www.kontrowersje.net/skonczyly-sie-sloiki-z-ogorkami-traktory-i-zatrute-pierozki/

Na wojnie, choćby takiej dziwnej i nie do końca przypominającej wojnę, propaganda ma swoje znaczenie. Nie bez powodu mówi się, że największe propagandy przypisane są do największych reżimów.

W czasie II Wojny Światowej mieli swoje kroniki wojenne Niemcy i ZSRR, ale ludzie rozumni nie brali za prawdę tych bredni spreparowanych pod ideologię. Skala i toporność kłamstw w końcu uodporniły ludzi i częstszą reakcją była obojętność niż autentyczne emocje. Wojna ma też to do siebie, że choćby na siłę tworzy bohaterów i tacy też się pojawiali, nie tylko na II Wojnie Światowej.

Marszałek III Rzeszy Hermann Wilhelm Göring, po 1939 roku prawdopodobnie nie zmieściłby się do samolotu, ale sławę myśliwskiego asa zbudował w czasie I Wojny Światowej. Sama postać jest odpychająca, natomiast legenda związana z jego wyczynami nie była oparta na fikcji, ale zawierała prawdziwy lotnicze wyczyny.

Jak to wyglądało, bo teraz nieco przycichło, w trakcie konfliktu na Ukrainie? Powiedzieć, że groteskowo, to trochę mało, jednak z szacunku dla prawdziwych ofiar poprzestanę na tym eufemizmie. Od samego początku powstawały bzdurne mity i chociaż dość szybko były weryfikowane, to większość ludzi nadal powtarzała propagandową sieczkę. Chyba nic nie przebije bohaterów z „Wyspy węży”, co to najpierw krzyknęli „ruskij wajennyj karabl’ idi na ch…”, potem zginęli, następnie zostali pośmiertnie odznaczeni, po czym zmartwychwstali i trafili do ruskiej niewoli, a na końcu ponownie zostali odznaczeni jako „żywi polegli”.

Mam nadzieję, że teraz dobitnie widać moje litościwe podejście do propagandy ukraińskiej, którą nazywam groteskową, chociaż człowiek niemal naturalnie ma ochotę parsknąć śmiechem. Takich historii, nie powiem z czego wziętych, jest cała lista. Jeden z pierwszych obrazów „wojennych”, które bulwersowały cały świat, to transporter opancerzony przejeżdżający na kijowskiej ulicy po dachu samochodu osobowego. Miała to być ilustracja barbarzyństwa ruskich sołdatów, tymczasem wiadomo, że żaden ruski transporter, ani inny czołg nigdy do Kijowa nie dotarł. Ukrainiec przejechał Ukraińca, prawdopodobnie w wyniku awarii sprzętu.

Nikt nigdy ze strony ukraińskiej podobnych wymysłów nie prostował, bo one służyły budowaniu morale, ale wszystko ma swoje granice. Gdy się pojawiły opowieści o czołgu ukradzionym przez „Romów”, a potem o dzielnych babciach strącających helikoptery słoikiem ogórków, wiara w siłę ukraińskiej armii i całego narodu przekroczyła granice śmieszności.

Dziś to wszystko odbija się bardzo głęboką czkawką i przygnębieniem. Postępy ruskiej armii na wschodniej Ukrainie są tak oczywiste, że nawet Zełenski przestał czarować. Ostatni wydumany mit o bohaterach z Azowstalu zakończył się upokarzającym wywieszeniem białej flagi i co gorsza ruskimi autobusami wywieziono jeńców z Azow w bliżej nieznanym, ale na pewno ruskim kierunku. Propagandą można czarować i wspierać działanie wojskowe, ale samych działań i realnej siły armii nie zastąpi nic. Przez trzy miesiące wszelkiej maści eksperci śmiali się z Ruskich, po części słusznie, ale gdy słyszałem, że parę pancerfaustów, stare migi i T72 z Polski zatrzymają jedną z większych armii świata, to uprzejmie zwracałem uwagę, że to kompletne bzdury.

Limit mitologiczny się wyczerpał i w życie wchodzi dawno ustalony plan, przyklepany przez USA, Niemcy i Francję. Putin według tych ustaleń miał sobie wziąć kawałek wschodniej Ukrainy, co właśnie robi, a Zachód udaje, że jakoś tam wspiera Zełenskiego kolejnymi dostawami granatów „obronnych”. Nie policzę ile psów na mnie wieszano, gdy pisałem o krwawym, ale tylko i wyłącznie wojennym teatrze z rozpisanym scenariuszem i rolami. Putina coś w ostatniej chwili spłoszyło i dokonał korekty, ale cała reszta to polityczna gra tych samych tłustych misiów, które mydlą oczy maluczkim za pomocą taniej propagandy i wzruszających obrazków. Chciałbym z tej groteskowej historii wyciągnąć jakiś optymistyczny morał, ale musiałbym kłamać.

Morał jest pesymistyczny, bo w tym cyrku Polska nie jest dyrektorem, ani pogromcą lwów, tylko klownem.

Czerwoni – ze wstydu

Izabela Brodacka 28 maj 2022

Proponuję państwu eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie, że minister kultury proponuje, żeby odwołać wszystkie koncerty podczas których wykonuje się utwory Bacha i Beethovena ponieważ Hitler dopuścił się zbrodni ludobójstwa. To, że Hitler był przywódcą Niemiec unieważnia również dzieła Kanta i Heideggera, powieści Manna i Musila. A ponieważ Strauss urodził się w Austrii raz na zawsze zabrania się wykonywania jego walców. Unieważnia się również teorię względności bo Einstein pisał po niemiecku. Jak sądzę Bach i Beethoven zeszliby do podziemia i ludzie słuchaliby ich muzyki z płyt.  Nikt nie zmusiłby nas pozbycia się powieści Manna, ani fizyków do rezygnacji z odkryć Einsteina. 

Obecnie proponuje się nam rezygnację z lektury Dostojewskiego oraz odwołanie koncertów podczas których wykonywałoby się utwory Czajkowskiego czy Skriabina tylko dlatego, że Putin jest zbrodniarzem wojennym.  Przepytywałam znajomych melomanów czy nadal będą słuchać płyt z muzyką rosyjską. Tylko jeden z nich Francuz Jean -Paul zadeklarował, że wyrzuci płyty z ukochanymi rosyjskimi kompozytorami do śmietnika. Jean-Paul to typowy przykład francuskiego lewaka kulturowego. Syn mera Wersalu, właściciel pięknej willi otoczonej murem z metalową bramą oraz posiadłości na Lazurowym Wybrzeżu oburzył się bardzo gdy kiedyś powiedziałam, że odpowiada mi obecność na ulicach Paryża karabinierów ( było to po zamachach bombowych) bo nie jestem narażona na zaczepki Arabów. Powiedział że powinno mnie cieszyć, że w tak podeszłym wieku  (miałam wówczas 30 lat) mam powodzenie i ktoś chce mieć ze mną aventure, a Arabowie  to tacy sami ludzie jak Polacy czy Francuzi. Dodam, że Jean-Paul nie wpuszczał nikogo za bramę swego domu nie tylko Arabów lecz nawet listonosza. Innym razem, kiedy krytykowałam rabunkową polską transformację ustrojową Jean- Paul oświadczył, że własność jest wartością sama w sobie, bo wspaniale reguluje stosunki społeczne  i  jest zupełnie obojętne kto jest właścicielem jakiejś fabryki czy nieruchomości. „Jeżeli to wszystko jedno kto jest właścicielem domu to dlaczego bierzesz czynsz od swoich lokatorów, od jutra ty zacznij im płacić czynsz” powiedziałam, ale tylko się roześmiał.

Wspominam to dlatego, że osoby nie znające żabojadów nie są w stanie zrozumieć jak pokrętne są ścieżki ich fascynacji ideologicznych i jak bardzo są sprzeczne z ich codziennym życiem. Jean- Paul, bogaty bourgeois który wielbi Mao, oraz Che Guevarę nigdy nie obniżył czynszu ubogim lokatorom swojej kamienicy. Teraz kiedy en vogue jest potępianie Putina wyrzuca płyty z rosyjską muzyką do kosza co  jest przecież gestem zupełnie bez znaczenia. Nie przeszkadza mu to jednak głosować na Macrona i popierać jego lawiranckiej polityki w kwestii konfliktu na Ukrainie. 

Kilka dni temu rosyjski ambasador został oblany czerwoną farbą co spotkało się z powszechną aprobatą. W czerwcu 2013 roku sędzia Anna Wielgolewska została zaatakowana tortem przez jednego z działaczy dawnej opozycji antykomunistycznej. Sąd miał podjąć decyzję, czy stan zdrowia generała Kiszczaka pozwala na kontynuowanie procesu dotyczącego pacyfikacji górników z kopalni Wujek w czasie stanu wojennego. Po ogłoszeniu decyzji o utajnieniu dalszej części procesu, kiedy sędzia zarządziła przerwę i skierowała się do wyjścia, Zygmunt Miernik rzucił w nią tortem. Początkowo został skazany przez sąd na 2 miesiące, a później w wyższej instancji już na 10 miesięcy pozbawienia wolności. Wyszedł na wolność po niecałych 6 miesiącach.  Zwykły Kowalski ma prawo cieszyć się z wybryku Miernika bo Kiszczak był jak wiadomo odpowiedzialny za śmierć górników. Państwo polskie stanęło jednak w obronie sędzi  bo wszyscy sędziowie objęci są ochroną. Gdyby każdy miał prawo manifestować niezadowolenie z wyroku obrzucając sąd zgniłymi pomidorami czy tortami państwu groziłaby anarchia. Czy jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, że premier rządu wyraziłby wówczas zadowolenie z wybryku Miernika i powiedział, że sędzia jest sama sobie winna?

W taki właśnie sposób skomentował premier Morawiecki oblanie rosyjskiego ambasadora farbą na cmentarzu. Powiedział, że ambasador jest sam sobie winien bo nie posłuchał ostrzeżenia MSZ, a składanie wieńców  na cmentarzu żołnierzy radzieckich to rosyjska prowokacja. Premier zapomniał chyba, że dyplomatom zgodnie z konwencją wiedeńską przysługuje w każdym państwie ochrona i niezależnie od tego co  premier sobie prywatnie myśli powinien ograniczyć się do wyrażenia swego ubolewania. Natomiast lewacka aktywistka i awanturnica za swój wybryk powinna odpowiadać przed sądem nawet gdyby oblała farbą tylko nielubianego sąsiada.

Zdumiewa mnie fakt, że jako uzasadnienie tych absurdalnych posunięć wszyscy od lewa do prawa powtarzają, że Rosjanie zabijają dzieci i gwałcą kobiety a poza tym kradną. Jak to mówią  górale – odkryli siekierę pod ławą.  Rosjanie   kradli, gwałcili kobiety i zabijali dzieci w 1939 roku gdy napadli na Polskę razem z hitlerowcami, a także w 1945 gdy ją wyzwalali spod hitlerowskiej okupacji i jakoś nikomu to nie przeszkadzało. Nikomu  z zainstalowanych przez sowietów komunistycznych władz i nikomu z intelektualistów też –nie oszukujmy się- zainstalowanych przez sowietów i czerpiących z tego faktu korzyści nie tylko przez całe swoje życie lecz do kolejnego pokolenia swojej progenitury. Korzyści i przywileje, które zdołali zachować pomimo wszelkich przemian sterowanych mądrością etapu. Przyjaźń do Związku Radzieckiego czy miłość do Rosji też przenieśli przez te wszystkie rewolty i zawirowania. Wraz z nienawiścią do ducha polskiego, do kościoła katolickiego i patriotyzmu. Cóż to za dziwny etap, którego mądrość  nakazuje tym wszystkim ludziom głosić obecnie  jak jeden mąż nienawiść do Rosjan i przekonywać nas o ich zbrodniczej naturze? 

Kiedyś Michnik uczył nas katechizmu. Teraz ONI – byli czerwoni, – którzy chcieli wpisać miłość do sowietów do polskiej konstytucji przekonują nas, że każdy Rosjanin nie wyłączając Dostojewskiego jest zbrodniarzem. Powinni być czerwoni ze wstydu.

Bohaterstwo wiary w to, że bitwa zostanie wygrana przez Matkę Bożą. Lepanto a my.

Auxilium Christianorum – Plinio Corrêa de Oliveira

https://www.bibula.com/?p=134216 28 maj 2022

Opisy bitwy pod Lepanto oparte na ówczesnych kronikach katolickich nie wspominają o ważnym fakcie, który można znaleźć w źródłach muzułmańskich. Te ostatnie podają, że w pewnym momencie bitwy, gdy wojskom katolickim groziła klęska, flota turecka ujrzała na niebie majestatyczną i straszną Panią. Patrzyła na nich tak groźnym wzrokiem, że nie mogli tego znieść, stracili odwagę i uciekli.

Tocząca się bitwa była największą bitwą morską w historii, a całe chrześcijaństwo w zrozumiałym napięciu oczekiwało na jej wynik. W pewnym sensie to właśnie tam decydowała się przyszłość Europy. Protestantyzm spowodował pęknięcie w chrześcijaństwie, a wszędzie wybuchały wojny religijne.

Ponieważ wojska chrześcijańskie były potrzebne na różnych frontach, państwa katolickie prawdopodobnie nie byłyby w stanie stawić czoła inwazji muzułmanów na południowe Włochy, co byłoby normalną konsekwencją przegranej bitwy pod Lepanto.

Gdyby Włochy zostały zaatakowane,  papież byłby zmuszony opuścić państwo papieskie, aby uniknąć dostania się do niewoli. Najprawdopodobniej nikt nie zdołałby powstrzymać naporu Turków na Europę Zachodnią.

W tej ogromnej bitwie brały udział trzy potęgi katolickie: Hiszpania, najpotężniejsze państwo tamtych czasów; Wenecja, która była bardzo bogata i dysponowała wówczas znacznymi siłami morskimi, oraz Genua. Była też mała flota papieska – to były całe siły materialne, jakie  papież Pius V mógł zebrać, aby stawić czoła wspólnemu wrogowi.

W takiej atmosferze ogólnego napięcia rozegrała się ta bitwa. Opisy z tamtych czasów mówią o tym, jak straszna była to bitwa. Katoliccy żołnierze wskakiwali na muzułmańskie okręty, Turcy wchodzili na katolickie – jedna strona zabijała drugą, dokonując ogromnej rzezi. Statki tonęły tu i tam; żołnierze i rycerze w zbrojach unosili się na krótko na wzburzonych wodach, po czym zapadali się w głębiny, by spotkać śmierć. Ryczały armaty, ponad wrzawą słychać było okrzyki wściekłości i rozpaczy; wszędzie panował straszliwy zgiełk i ogromny chaos.

Wśród tego całego zamieszania dwóch ludzi modliło się do Matki Bożej, aby dała zwycięstwo katolikom. Na wzburzonych wodach pod Lepanto był to Don Juan z Austrii, dowódca katolickiej Armady; a w Rzymie był to Św. Pius V.

Można sobie wyobrazić, jak głębokiego opanowania i ogromnej samokontroli wymagało aby  w kulminacyjnym momencie bitwy, pośród walczących ludzi, potrafić jednak dostrzec ogólny obraz sytuacji i i zauważyć, że sprawy idą w złym kierunku, mimo że żołnierze katoliccy walczyli jak najlepiej potrafili.

 Pamiętając jednak o nauce naszej wiary,  Don Juan postanowił walczyć do ostatniego tchnienia za sprawę chrześcijaństwa, wciąż mając nadzieję na interwencję Matki Bożej. Oznacza to, że  człowiek ten  ufał wbrew wszelkiej ufności. Wbrew wszelkim ludzkim okolicznościom, oczekiwał interwencji Matki Bożej.

I rzeczywiście, Matka Boża interweniowała. Pojawiła się na niebie, aby zagrozić wrogowi, a mahometańska flota uciekła. Jednak katoliccy żołnierze Jej nie widzieli. Im się nie ukazała. Katolicy mieli tę zasługę, że praktykowali ślepą ufność, czysty akt wiary. Dopiero gdy wróg doniósł później o cudzie, zrozumieli, że pomogła im w najgorszej godzinie.

Rycerze katoliccy, zwłaszcza ci, którzy byli dowódcami i zdawali sobie sprawę z ogólnego  przebiegu bitwy, musieli poważnie myśleć o tym, że w wyniku klęski albo zginą, albo zostaną wzięci do niewoli i oddani Turkom.  Ufali jednak Matce Bożej, że uchroni Ona sprawę chrześcijańską przed zagładą. Była to ogromna ufność z ich strony.

W tym samym czasie Św. Pius V modlił się w Watykanie. Brał też w którymś momencie  udział w spotkaniu na temat watykańskich kwestii finansowych, co było bardzo ważne, ponieważ oznaczało grzech śmiertelny, gdyby ktoś ukradł pieniądze z Kościoła. Z tego też powodu Św. Pius V musiał uważnie analizować dane liczbowe, aby nie stać się współwinnym takiego grzechu.

Nagle wstał, prawdopodobnie pod wpływem nadprzyrodzonego natchnienia, i podszedł do okna pokoju, aby odmówić Różaniec. Podczas modlitwy otrzymał objawienie, że Don Juan z Austrii wygrał bitwę. Wrócił do stołu i powiedział: „Nie czas na rozmowy o interesach; naszym wielkim zadaniem jest obecnie dziękczynienie Bogu za zwycięstwo, które właśnie dał katolickiej Armadzie”.

Wieść o papieskim objawieniu rozeszła się po całym Rzymie i lud zaczął świętować. Niektórzy mogli wątpić w to objawienie i pytać: „Czy to rzeczywiście prawda?”.

Po kilku dniach przybył posłaniec, który zdał oficjalny raport. Papież wysłuchał relacji z uwagą, bez emocji, ze zwykłą sobie dostojnością i życzliwością. Następnie w Rzymie obchodzono wielkie święto, biły dzwony we wszystkich kościołach Wiecznego Miasta. Z Rzymu wieść o tym rozeszła się po całej Italii, a potem do całego chrześcijaństwa. Tak wyglądała wielka radość z powodu zwycięstwa pod Lepanto.

Czy płynie z tego jakaś nauka dla nas?

Na czym polegał największy heroizm rycerzy biorących udział w bitwie pod Lepanto? Nie była to odwaga stawienia czoła Turkom. Oczywiście, aby stawić czoła wrogom w bitwie, trzeba mieć odwagę, ale taką odwagę można znaleźć we wszystkich bitwach w historii. Moim zdaniem największym bohaterstwem katolików, którzy walczyli pod Lepanto, było bohaterstwo wiary w to, że bitwa zostanie wygrana przez Matkę Bożą w chwili, gdy wszystko wydawało się stracone.

Ten akt zaufania nie był aktem nierozważnym czy nieroztropnym, rodzajem rezygnacji z przyjęcia tego, co się wydarzy. Był to akt wierności pewnemu wewnętrznemu głosowi łaski, który zapraszał każdego do zawierzenia i modlitwy, aby Ona dała zwycięstwo.

Szczytny cel na przestrzeni dziejów często znajduje się w sytuacji podobnej do tej, w jakiej znaleźli się katolicy pod Lepanto. Po ludzku rzecz biorąc, wszystko wydaje się stracone, ale Matka Boża wkłada w nasze dusze nadzieję, że wygra bitwę dla większej chwały Bożej. Trzeba więc zaufać temu głosowi wbrew wszelkim prawdopodobieństwom i  przeciwieństwom.

Niejednokrotnie porażka wydaje się nieunikniona, a pokusa każe mówić: „Obiecała, ale tak się nie stało. Wręcz przeciwnie, jest jeszcze gorzej”. Prawdziwe bohaterstwo polega na tym, by ufać nawet w najgorszych okolicznościach. Oznacza to odmowę ulegnięcia pokusie i odpowiedzenie: „Im gorzej się dzieje, tym bliżej jesteśmy Jej interwencji, ponieważ Matka Boża nie kłamie, a ja wiem, że ten głos, który przemawia we mnie, jest Jej głosem”.

Czy istnieje jakieś kryterium, według którego można rozpoznać, czy głos wewnętrzny pochodzi od Matki Bożej, czy nie? Tak, istnieje.

Kiedy perspektywa jakiejś przyszłej rzeczy sprawia, że jesteśmy przygnębieni, zniechęceni i mamy ochotę się poddać, to taka perspektywa zwykle pochodzi od diabła.

Z drugiej strony, jeśli perspektywa zrobienia czegoś bardzo trudnego, co normalnie wywołałoby strach, wywołuje jednak entuzjazm, daje siłę do praktykowania cnoty i budzi nadzieję na zwycięstwo w sytuacji prawie niemożliwej, to prawdopodobnie jest to głos łaski przemawiający w naszej duszy.

Czy łaska działa tylko w ten sposób? Nie. Często łaska inspiruje do pogodzenia się z okolicznościami. Matka Boża może nas prosić, abyśmy się pogodzili z porażką. Wtedy daje nam siłę do znoszenia cierpienia związanego z tą porażką. Na przykład Św. Teresa z Lisieux otrzymała taką łaskę, aby przygotować się na śmierć, a potem poszła do nieba.

Te dwie perspektywy są różne od siebie. Kiedy Matka Boża chce dać zwycięstwo, przygotowuje nas do tego, a nie do śmierci.

Potwierdza to reakcja Św. Piusa V na wieść o zwycięstwie pod Lepanto. Zwrócił się on do Boga i powtórzył modlitwę proroka Symeona: „Teraz odprawiasz sługę swego w pokoju, o Panie, zgodnie z Twoim słowem, bo oczy moje ujrzały moje zbawienie”. To znaczy: „Dokonała się ta szczególna rzecz, dla której się narodziłem, zwycięstwo, którego oczekiwałem na Twoją chwałę. W ten sposób moja misja została wypełniona. Teraz Ty możesz wziąć moją duszę, bo nie mam już nic do zrobienia na tej ziemi”.

Wielki Św. Pius V słyszał ten sam wewnętrzny głos, co rycerze pod Lepanto. W tym przypadku mają zastosowanie słowa naszego Pana: „Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je i one idą za Mną” (J 10, 27).

Głos Matki Bożej przemawia do naszych dusz i mówi nam stanowczo: „Cywilizacja katolicka zostanie przywrócona, na ziemi zapanuje królowanie Maryi”. To jest głos, który dodaje nam odwagi do walki ze wszystkimi wrogami, w najgorszych warunkach i w opuszczeniu. Nie ma wątpliwości, że ten głos jest autentyczny.

To, co stało się z tymi rycerzami i żołnierzami pod Lepanto, stanie się również z nami. Odniesiemy zwycięstwo Matki Bożej.

To jest, moim zdaniem, wewnętrzne przesłanie, jakie Matka Boża – Wspomożenie wiernych przekazała w tamtej bitwie i jakie przekazuje nam dzisiaj. Prośmy Ją, aby dała nam potrzebne łaski, abyśmy byli mu wierni.

Plinio Corrêa de Oliveira

Tłum. Sławomir Soja Źródło: TraditionInAction – „Our Lady Help of Christians Auxilium Christianorum – May 24”

Wesprzyj naszą działalność [to BIBUŁA. md]

Komunizm jest git!

Stanisław Michalkiewicz 28 maja 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5186

Prawo Murphy’ego głosi, że jeśli coś złego może się stać, to na pewno się stanie. Czy rewolucja komunistyczna i komunizm to coś dobrego, czy coś złego? Kiedyś kryteria rozróżnienia między dobrem i złem były ostre, a w każdym razie – ostrzejsze niż dzisiaj, bo dzisiaj zostały stępione przez polityczną poprawność, która jest elegancką nazwą dawnego bolszewickiego duraczenia.

Jak pisze Janusz Szpotański w nieśmiertelnym poemacie Caryca i zwierciadło” –

Wot Gitler, kakoj to durak.

On się przechwalał zbrodnią swoją.

A mudriec, to by sdiełał tak:

nu czto, że gdzieś koncłagry stoją?

Nu czto, że dymią krematoria?

Toż w nich przetapia się historia!

Niewoli topią się okowy!

Powstaje sprawiedliwszy świat!

Rodzi się typ człowieka nowy!”.

Toteż dzisiaj „Gitler”, czyli wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler jest uosobieniem zła do tego stopnia, że miłujące pokój narody przylepiają Putinowi wąsy hitlerowskie, a nie na przykład – stalinowskie, chociaż z różnych względów, chyba bardziej by pasowały? No tak – ale z drugiej strony Stalin nie mordował Żydów, przeciwnie – Żydzi bardzo skwapliwie angażowali się nie tylko w propagandę stalinowską („a my wszyscy jesteśmy za towarzyszem Stalinem!”), ale i w stalinowski terror, którego symbolem jest Henryk Jagoda, czy dwaj odescy Żydzi: Cymanowski i Cesarski, którzy kolaborowali z „krwawym karłem”, czyli Mikołajem Jeżowem, między innymi przy „Operacji polskiej” NKWD, w której zginęło około 200 tys. Polaków, nie licząc tych deportowanych.

Dzięki temu Stalin jest postacią zaledwie „kontrowersyjną”, bo chociaż dopuścił się „błędów i wypaczeń”, to przecież zasadniczo chciał dobrze. Co prawda Hitler też chciał dobrze, to znaczy – chciał naprawić świat w ten sposób, by usunąć z niego niewłaściwe rasy, podczas gdy Stalin w tym samym celu usuwał z niego niewłaściwie klasy, a przy okazji – również przedstawicieli niezdatnych klasowo narodowości. Zresztą nie tylko on. Jeden z bohaterów „rewolucji francuskiej”, której rocznicę obchodzą we Francji do dzisiaj jako narodowe święto, Jean Paul Marat, w swoim „Przyjacielu Ludu” pisał tak:Odcinajcie kciuki arystokratom, którzy knują przeciwko wam, rozcinajcie języki księżom, którzy głoszą poddaństwo!

Czytelnikom gazety nie trzeba było tego dwa razy powtarzać, zresztą sami mieli też śmiałe pomysły. Oto uwięzionej księżniczce de Lamballe, Mallard, przywódca bandy „przedstawicieli ludu”, co właśnie przepijali pieniądze otrzymane z publicznych funduszy Paryża w zamian za morderstwa, jakich dopuścili się na masową skalę, nakazał zaprzysiąc nienawiść do swoich najbliższych przyjaciół: króla i królowej. „Gdy odmówiła, zakłuto ją natychmiast ciosami szpad i pik oraz obcięto głowę. Wówczas – jak donosi Stanley Loomis – wyrwano jej z piersi bijące serce, po czym pożarto je, odcięto nogi i ramiona, nabito nimi działa, z których wypalono. Wszystkie te przerażające rzeczy, jakich dokonano potem na jej pozbawionym członków korpusie, nie nadają się do tego, by je opisywać. Szczegóły skrywa medyczna łacina.” Czy przypadkiem nie chodzi o rewolucyjną odmianę słynnej „miłości francuskiej”?

Pod tym względem hitlerowcy byli bardziej powściągliwi, bo Żydów jednak nie zjadali, być może z braku fantazji, a być może z obawy przed dopuszczeniem się w ten sposób „Rassenschande”, czyli zhańbienia rasy?

Ale Hitler przegrał wojnę, podczas gdy Stalin ją wygrał i mało brakowało, a sądziłby Hitlera, który jednak – „obawiając się sądu zagniewanego ludu” – wcześniej się zastrzelił, w co zresztą wielu ludzi nie wierzy.

Nawiasem mówiąc, na Ukrainie przed tamtejszym niezawisłym sądem właśnie odbył się proces rosyjskiego sierżanta, oskarżonego o zbrodnie wojenne. Oczywiście „do wszystkiego” się przyznał, a poza tym poprosił o najwyższy wymiar kary. No naturalnie, jakże by inaczej?!

Jak widzimy, wspomniane kryteria coraz bardziej się zacierają nie tylko na skutek politycznego sprostytuowania wszystkich możliwych instytucji, ale również, a może przede wszystkim – na skutek bomby atomowej. Bomba atomowa sprawia, że wartością najwyższą staje się bezpieczeństwo, przed którym ustąpić muszą wszystkie pozostałe wartości.

O ile zatem zarówno Rosjanie, jak i Ukraińcy wymyślają sobie nawzajem od „nazistów” – wymarłego plemienia, którego gdzie indziej nie ma – przez Amerykę Północną i Europę przewala się komunistyczna rewolucja, w którą większość ludzi też nie wierzy, a to dlatego, że prowadzona jest ona przez jej przywódców według nowej strategii, która w roku 1968 zastąpiła wcześniejszą strategię bolszewicką, składającą się z trzech elementów: gwałtownej zmiany stosunków własnościowych, masowego terroru i masowego duraczenia. Nowa strategia na pierwsze miejsce wysuwa duraczenie, nie bez racji zakładając, że oduraczonych ludzi nie trzeba będzie specjalnie terroryzować, co stwarzałoby ryzyko, że skapują, o co chodzi, a jak już kompletnie zgłupieją, to stosunki własnościowe będzie można zmienić nie tylko w sposób nie zwracający niczyjej uwagi, ale nawet przy powszechnych objawach zachwytu. Duraczenie to prowadzone jest przy pomocy piekielnej triady: państwowego monopolu edukacyjnego, mediów i przemysłu rozrywkowego.

I oto okazało się, że na terenie województwa warmińsko-mazurskiego właśnie rusza „pilotażowy” program wprowadzania „bezwarunkowego dochodu podstawowego” na poziomie 1300 złotych miesięcznie. Program jest „pilotażowy”, co oznacza, że to padgatowka do wprowadzenia takiego rozwiązania na terenie całego kraju. Pan dr Maciej Szlinder z Poznania, który kolaboruje z innymi entuzjastami projektu, bardzo ten pomysł chwali za to, że „likwiduje” on „ubóstwo”, wyraźniej zmniejsza nierówności i zapewnia bezpieczeństwo socjalne, zmniejszając niepewność dochodu. Warto dodać, że to nie jest żaden precedens, bo w rządzonych przez brunatną koalicję Niemczech (zmieszanie koloru czerwonego z zielonym daje brunatny) taki program już funkcjonuje. W landzie warmińsko-mazurskim program ten ma kosztować 78 mln złotych, ale to na początek, kiedy objętych będzie nim zaledwie 5 tys. obywateli. Kiedy zostanie nim objęta cała reszta, tj. pozostałych 25 mln obywateli, jego koszty na pewno będą większe, mniej więcej 39 mld złotych. Skąd będą pochodziły te pieniądze? A skądże by, jak nie od rządu, na który wdzięczni obywatele będą entuzjastycznie głosowali? No dobrze – ale skąd właściwie rząd weźmie 39 mld złotych, kiedy przy dotychczasowej rozrzutności zadłuża nasz nieszczęśliwy kraj ponad wszelką miarę? Odpowiedź jest prosta; jednym źródłem będzie rabunek zasobów obywateli poprzez ukrywające się pod różnymi nazwami podatki, m.in. „podatek emisyjny”, czyli inflację, a drugim – postępujące zwiększanie długu publicznego, którego sama „obsługa” będzie w tym roku, kiedy jeszcze nie został nawet wdrożony „program pilotażowy” kosztowała około 50 mld złotych. Celem ma być „bezpieczeństwo socjalne” i „równość”. Warto w takim razie zwrócić uwagę, że ideał ten został już zrealizowany zarówno w niemieckich kacetach, jak i sowieckich lagrach, gdzie każdy miał zapewnione zakwaterowanie, odzież i wyżywienie.

Tak właśnie przewidywał Janusz Szpotański w nieśmiertelnym poemacie Towarzysz Szmaciak:

By mogła zapanować Równość,

trzeba wpierw wszystkich wdeptać w gówno.

By człowiek był człowieka bratem,

trzeba go wpierw przećwiczyć batem.

Wszystko mu także się odbierze,

by mógł własnością gardzić szczerze. (…)

A kiedy znajdziesz się za drutem,

opuści troska cię i smutek

i radość w sercu twym zagości,

żeś do królestwa wszedł wolności!

Właśnie na tę drogę wchodzimy.

Czemu USA promują w Polsce pornografię, seks grupowy pod wpływem narkotyków i orgie seksualne z udziałem chłopców.

List otwarty do Ambasadora USA z apelem o wycofanie się z demoralizacji polskiej młodzieży

https://www.bibula.com/?p=134203

Mariusz Dzierżawski, założyciel Fundacji Pro-Prawo do życia, wystosował list otwarty do Ambasadora USA w Polsce, Marka Brzezińskiego, z apelem o wycofanie się z promocji imprez, które szkodzą Polsce i Polakom.

Chodzi o jedną z inicjatyw organizacji Grupa Stonewall z Poznania. Na liście jej sponsorów widnieje Ambasada Stanów Zjednoczonych w Polsce.

Mariusz Dzierżawski zwraca uwagę, że Grupa Stonewall znana jest z akcji niszczących moralność naszego społeczeństwa, w szczególności wśród najmłodszych. Grupa Stonewall zachęca polskie dzieci i młodzież do rozwiązłości. Wedle relacji byłego prezesa Grupy Stonewall, oglądanie pornografii oraz seks grupowy pod wpływem narkotyków i alkoholu, to standard w jego środowisku. Grupa Stonewall chwali się też wydaniem publikacji, w której w pozytywnym świetle przedstawione są orgie seksualne z udziałem kilkunastoletnich chłopców.

Założyciel Fundacji Pro-Prawo do życia przypomina, że: „takie będą Rzeczpospolite, jakie ich młodzieży chowanie”. Zdaniem Mariusza Dzierżawskiego, wsparcie, którego od lat udziela Ambasada USA przedsięwzięciom atakującym tożsamość naszego narodu i demoralizującym młodzież, szkodzi Polsce i Polakom, a także niszczy zaufanie między naszymi narodami.

 =======================

Szanowny Panie Ambasadorze!

Kierowana przez Pana Ambasada jest wymieniona jako sponsor inicjatywy organizowanej przez Grupę Stonewall z Poznania, która promuje akcje niszczące moralność i zabijanie poczętych dzieci.

Grupa Stonewall znana jest między innymi ze szkoleń wykonywania lewatywy przed seksem analnym, a także publikacji poradnika seksu oralnego.

Poznańscy homoseksualiści chwalą się również wydaniem publikacji, w której w pozytywnym świetle przedstawione są odbywające się w Poznaniu orgie seksualne z udziałem kilkunastoletnich chłopców. W innych materiałach zajmują się również promocją rozwiązłości. Oferta Grupy Stonewall skierowana jest głównie do młodzieży.

Ze słów byłego prezesa Grupy Stonewall wynika, że oglądanie pornografii oraz seks grupowy pod wpływem narkotyków i alkoholu, jest standardem w tym środowisku.

Jak Pan wie, taki styl życia powoduje choroby weneryczne, choroby odbytu i wiele innych schorzeń. Niszczy również młodych ludzi duchowo, na skutek czego stają się niezdolni do budowania trwałych relacji międzyludzkich, a w szczególności do małżeństwa i wychowania dzieci.

Być może zna Pan cytat z Aktu fundacyjnego Akademii Zamojskiej z roku 1600: „Takie będą Rzeczpospolite, jakie ich młodzieży chowanie”. Prawdę tę znali okupanci Polski, którzy dążyli do zniszczenia naszej Ojczyzny poprzez demoralizację młodych Polaków.

Podczas parad homoseksualnych, wspieranych przez Pański rząd, atakowany jest Kościół Katolicki i symbole religijne. Tu również widać podobieństwo do działań zaborców i okupantów naszego kraju.

Polacy postrzegali i postrzegają Stany Zjednoczone jako przyjaciela. Wsparcie, którego udziela od lat Ambasada USA przedsięwzięciom atakującym tożsamość naszego narodu i demoralizującym młodzież, stawia pod znakiem zapytania życzliwość Pańskiego rządu dla Polski.

Dlatego zwracam się do Pana z apelem o wycofanie się z promocji imprez, które szkodzą Polsce i Polakom, a także niszczą zaufanie między naszymi narodami.

Z poważaniem,

Mariusz Dzierżawski
Członek Zarządu
Fundacji Pro – Prawo do życia

Za: StronaZycia.pl (27 maja, 2022 ) | https://stronazycia.pl/list-otwarty-do-ambasadora-usa-z-apelem-o-wycofanie-sie-z-demoralizacji-polskiej-mlodziezy/

Taniej będzie wyjechać na całą zimę do ciepłych krajów niż ogrzewać dom

Taniej będzie wyjechać na całą zimę do ciepłych krajów niż ogrzewać dom? Biura podróży już wychodzą z taką propozycją

https://nczas.com/2022/05/28/taniej-bedzie-wyjechac-na-cala-zime-do-cieplych-krajow-niz-ogrzewac-dom-biura-podrozy-juz-wychodza-z-taka-propozycja/

Niemieckie biura podróży zaproponowały rządowi w Berlinie subwencjonowanie emerytom turystycznych wyjazdów w zimie na Majorkę w celu zaoszczędzenia na kosztach ogrzewania. Propozycja określana jako „podróże przeciwko Putinowi” spotkała się z dużym zainteresowaniem sektora turystycznego w Hiszpanii – twierdzą lokalne media.

W Polsce ceny węgla szybują.

Według niemieckiego Stowarzyszenia Niezależnych Biur Podróży (VUSR), rząd mógłby wyemitować bony dla emerytów w wysokości 500 euro na kilkumiesięczne wyjazdy poza sezonem do cieplejszych miejsc, takich jak Majorka.

Wojna na Ukrainie spowodowała znaczny wzrost cen gazu, a Niemcy są w dużej mierze zależne od importu tego surowca z Rosji.

Rząd w Berlinie jeszcze nie wypowiedział się na temat tej propozycji, ale przewodnicząca stowarzyszenia, Marija Linnhoff została powołana w kwietniu na członka niemieckiej rady ds. turystyki, co może wpływać na pomyślność tej inicjatywy – odnotowują hiszpańskie media.

Tymczasem w Polsce ceny węgla szybują. Za tonę ekogroszku w workach płaci się już nawet 3000 zł i trudno go zdobyć. Prognozy są jeszcze gorsze. Eksperci przewidują, że jesienią za ekogroszek zapłacimy 4000 – 5000 zł. Czyli ogrzewanie domu przez zimne miesiące może wynieść nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych! To faktycznie lepiej pojechać na pół roku do ciepłych krajów…

Koniec pandemii ma być początkiem wszechwładzy WHO?

Szanowny Panie,
prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych prof. Robert Flisiak mówił w jednym z ostatnich wywiadów, że Covid‑19 zniknął praktycznie ze szpitali. Jednocześnie Polska zajęła w 2021 r. pierwsze miejsce w Europie pod względem nadmiarowych zgonów.
Czy dałoby się uniknąć tak wielu niepotrzebnych tragedii, gdyby zwalczanie epidemii w Polsce odbywało się zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, prawem i wiedzą ekspercką, a nie wytycznymi międzynarodowych urzędników?W czasie pandemii Covid‑19 rządy wielu państw bezrefleksyjnie podążały za wewnętrznie sprzecznymi zaleceniami Światowej Organizacji Zdrowia. Choć dzisiaj koronawirus jest w odwrocie, urzędnicy WHO przekonują o konieczności przekazania im kolejnych kompetencji – kosztem suwerenności państw narodowych.Urzeczywistnieniem tych zamierzeń ma być globalny traktaty antypandemiczny, który ma zostać przyjęty w 2024 roku. Dotychczas kierunkowe wskazania ekspertów WHO mają stać się wiążącymi zobowiązaniami dla rządów i obywateli całego świata. Ta szokująca propozycja może lada dzień przekształcić się w prawo międzynarodowe.Eksperci WHO, pozbawieni demokratycznej legitymacji, finansowani w znacznej części przez radykalnie lewicową fundację Billa i Melindy Gatesów, zdobyliby globalną władzę, co dotąd było zupełnie nie do pomyślenia.
Pierwszy krok w stronę budowy mechanizmów globalnego zarządzania krajowymi systemami opieki zdrowotnej postawiono kilka dni temu w Genewie. Gdy piszę do Pana te słowa, dobiega końca Światowe Zgromadzenie Zdrowia, które obraduje w tym tygodniu. We wtorek, jego uczestnicy zdecydowali o przyjęciu raportu grupy roboczej WHO, w którym wyrażono wolę zmian w Międzynarodowych Przepisach Zdrowotnych (IHR), idących w kierunku poszerzenia kompetencji Światowej Organizacji Zdrowia. Prace nad nimi mają być prowadzone wraz z procedowaniem traktatu pandemicznego.Stojąc na straży suwerenności naszej Ojczyzny, prawnicy Ordo Iuris na bieżąco monitorują skandaliczne próby poszerzania kompetencji WHO. Dlatego zabraliśmy głos podczas pierwszych, międzynarodowych konsultacji traktatu, gdzie wykazywaliśmy, że pandemia Covid‑19 dowiodła braku efektywności zarządzania polityką zdrowotną na szczeblu ponadnarodowym. Chcąc chronić interesy Polski, złożyliśmy do WHO wniosek o dopuszczenie naszych ekspertów do prac nad nowym międzynarodowym traktatem. Przygotowaliśmy również ekspertyzę, w której wykazaliśmy, że – wbrew propagandzie WHO – do przyjęcia nowych zasad niezbędna jest zgoda Polski i innych państw.O tym, że recepty WHO na pandemię są nieskuteczne, wiemy doskonale. 
Przez cały okres stanu epidemii pomagaliśmy Polakom mierzyć się z nową rzeczywistością. W tym czasie udzieliliśmy ponad 1 000 porad telefonicznych i mailowych. Wydaliśmy 4 poradniki prawne oraz opublikowaliśmy blisko 40 analiz, stanowisk i opinii prawnych poświęconych tej problematyce. Nadal prowadzimy precedensowe postępowania, które mogą doprowadzić do powstania korzystnej dla obywateli linii orzeczniczej. Kończymy prace nad wydaniem kompleksowej monografii poświęconej prawnym, ekonomicznym i społeczno-zdrowotnym skutkom wprowadzonych restrykcji covidowych, która będzie nieocenioną pomocą, gdyby miały one na jesieni wrócić.Nasz zorganizowany, międzynarodowy i analityczny sprzeciw wobec nowego traktatu WHO znalazł już pierwszych sojuszników w USA oraz krajach naszego regionu Europy. 
Dzięki Pana wsparciu możemy skutecznie występować w obronie suwerenności naszej Ojczyzny.Najbliższe tygodnie to wytężona praca prawników Ordo Iuris zmierzającą do powstrzymania globalnego zarządzania przez urzędników WHO.Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w poniższy przycisk [w oryg. md]
WHO chce centralnego zarządzania pandemiami
Choć restrykcje sanitarne są w większości krajów uchylane, to Światowa Organizacja Zdrowia, pod pretekstem walki z kolejnymi pandemiami, próbuje przeforsować traktat przyznający jej szerokie, globalne uprawnienia w zakresie polityki zdrowotnej. Polska oraz inni członkowie WHO mieliby podporządkować się wytycznym urzędników WHO.
Poparcie dla tego pomysłu wraziła już Rada Europejska, która przekonuje, że „żaden rząd ani żadna instytucja nie są w stanie samodzielnie stawić czoła przyszłym pandemiom”, wobec czego konieczne jest przyjęcie wiążącego aktu prawa międzynarodowego regulującego te kwestie.W czerwcu odbędzie się druga sesja konsultacji publicznych, w ramach których możliwe jest zabranie głosu w dyskusji nad treścią dokumentu. Oczywiście nie zabraknie tam prawników Ordo Iuris z jednoznaczną krytyką przejmowania suwerennych kompetencji państw przez WHO.
Z kolei w tym tygodniu odbywa się coroczne Światowe Zgromadzenie Zdrowia, w trakcie którego mówiono o potrzebie „wzmocnienia wiodącej roli WHO jako bezstronnej i niezależnej organizacji międzynarodowej, odpowiedzialnej za kierowanie i koordynację międzynarodową w zakresie zdrowia, w tym za gotowość i reagowanie na nagłe sytuacje zagrożenia zdrowia”. Przyjęto również raport grupy roboczej WHO, w którym delegaci Światowej Organizacji Zdrowia wezwali do wzmocnienia pozycji urzędników WHO i zwiększenia finansowania organizacji przez państwa członkowskie.Ordo Iuris, jako pierwszy think tank w Polsce, zdiagnozował to poważne zagrożenie dla suwerenności naszej Ojczyzny. Już w listopadzie ubiegłego roku, w raporcie poświęconym prawnym skutkom epidemii, ostrzegaliśmy, że przy okazji walki z transmisją Covid‑19 dochodzi do procesu transformacji prawa międzynarodowego – międzynarodowe organizacje stopniowo przejmują kompetencje suwerennych państw.
Broniąc suwerenności Polski, złożyliśmy wniosek o dopuszczenie ekspertów Instytutu do prac nad projektem traktatu WHO. Niezależnie od tego, w kwietniu nasi eksperci wzięli udział w konsultacjach społecznych dotyczących tego dokumentu. Zwróciliśmy uwagę na konieczność zachowania suwerenności państw w zakresie ochrony zdrowia. Podkreśliliśmy potrzebę zapewnienia wolnej debaty naukowej, bez której nie uda się wypracować skutecznych metod walki z żadną chorobą. Nasze stanowisko przedstawiliśmy także na piśmie.
 Kolejna sesja konsultacyjna ma się odbyć w dniach 16-17 czerwca.Uczestnicząc w niej, bezkompromisowo staniemy po stronie suwerenności Polski. Jeszcze w marcu przygotowaliśmy w tej sprawie analizę prawną. Przypomnieliśmy w niej, że najwyższym aktem prawa powszechnie obowiązującego w Polsce jest Konstytucja. Wykazaliśmy, że przyjęcie traktatu pandemicznego przez Polskę musi zostać poprzedzone zgodą obywateli, wyrażoną w ogólnokrajowym referendum albo przyjęciem ustawy popartej odpowiednią większością głosów w Sejmie i Senacie. Jasno wskazywaliśmy, że każdy sposób wprowadzenia postanowień traktatu do prawa polskiego wymaga zgody Narodu albo jego przedstawicieli zasiadających w parlamencie.W celu wywarcia odpowiedniej presji na polskie władze, zorganizowaliśmy również petycję do premiera Mateusza Morawieckiego, w której – „w obliczu próby odebrania krajowym rządom istotnej części kompetencji na rzecz ekspertów Światowej Organizacji Zdrowia” – wzywamy szefa rządu do „stanowczego sprzeciwu wobec wpisania do traktatu niebezpiecznych przepisów, ograniczających polską suwerenność”.

Dajemy narzędzia do obrony swych praw.
Obrona suwerenności Polski i praw Polaków na arenie międzynarodowej to ważny, ale długotrwały proces. Natomiast do naruszeń prawa w naszym kraju dochodziło w zasadzie każdego dnia. Dlatego wciąż pomagamy Polakom odnaleźć się w covidowym chaosie prawnym. Przez cały czas stanu epidemii, drogą telefoniczną i mailową, udzieliliśmy ponad 1 000 porad prawnych. Nasi prawnicy odpowiadali na pytania lekarzy, medyków, farmaceutów, studentów, nauczycieli, uczniów, rodziców, wojskowych, a nawet pracowników oper i filharmonii.
Niestety, nie w każdym przypadku zwykła porada była wystarczająca, a szereg opisywanych przez zgłaszające się osoby sytuacji było wstrząsających. Pomogliśmy między innymi w wyjściu na wolność kobiecie, która spędziła w areszcie blisko 5 miesięcy tylko za to, że w trakcie izolacji wyszła z domu, by kupić niepełnosprawnemu mężowi leki i żywność.
Wspieramy osoby, których najbliżsi zmarli pozbawieni pomocy medycznej, z powodu oczekiwania na wynik testu na Covid‑19. Zareagowaliśmy także, gdy Rada Miejska Wałbrzycha podjęła – wbrew prawu – uchwałę, zobowiązującą mieszkańców do zaszczepienia się przeciw Covid‑19. Byłby to niebezpieczny precedens nielegalnego poszerzania kompetencji organów władzy publicznej, kosztem praw obywateli. Po przekazaniu naszej analizy, wojewoda dolnośląski stwierdził nieważność uchwały rady miejskiej.
Obserwując skalę naruszeń porządku prawnego, podjęliśmy decyzję o rozpoczęciu szeroko zakrojonej działalności analitycznej. Dzięki opublikowaniu szeregu poradników i analiz prawnych docieraliśmy do pokrzywdzonych z wiedzą i praktycznymi wskazówkami. W naszych publikacjach omawialiśmy zagadnienia prawne, związane z pracą służby zdrowia, urzędów i sądów, a także uprawnieniami konsumentów oraz prawami i obowiązkami pracowników i pracodawców w trakcie stanu epidemii. W poradnikach kierowanych do duchownych zawarliśmy precyzyjne wskazówki, jak w czasie stanu epidemii pełnić posługę duszpasterską i organizować działalność parafii. Poradnik dla duszpasterzy służby zdrowia wysłaliśmy do kilkuset podmiotów służby zdrowia oraz posługujących w nich osób duchownych. Na prośbę kapelanów poprowadziliśmy szereg wykładów dla księży z całej Polski. Nasze działania zostały docenione w podziękowaniach skierowanych przez kilku hierarchów kościelnych.
Wydaliśmy poradnik na temat obowiązku szczepień dla pracowników służby zdrowia. O potrzebie pogłębionych analiz przekonały nas liczne obawy i pytania mailowe, kierowane przez medyków już w dniu medialnych zapowiedzi na temat podjęcia prac nad rozporządzeniem. Szereg zgłoszeń zawierał pisma, jakie medycy dostawali od przełożonych, w których bezprawnie grożono pracownikom zwolnieniem. W poradniku precyzyjnie wskazaliśmy, jakie są prawa i obowiązki osób objętych obowiązkiem szczepień, jakie kary grożą za niewypełnienie obowiązku, a także które reakcje przełożonych są zgodne z prawem. Naszą publikację wysłaliśmy do ponad 1 000 podmiotów zatrudniających osoby objęte obowiązkiem szczepień, aby ograniczyć skalę naruszeń prawa, jeszcze zanim do nich dojdzie.Od samego początku pandemii publikowaliśmy rzetelne ekspertyzy prawne, analizujące konkretne aspekty wprowadzanego prawa. Już w ciągu pierwszych 10 dni od wprowadzenia stanu epidemii w Polsce opublikowaliśmy 3 materiały analityczne, które dotyczyły prawa rodziców do przebywania z chorym dzieckiem w szpitalu, praktycznych objaśnień zmieniającego się prawa covidowego oraz analizy metod walki z pandemią w różnych krajach. Nie sądziliśmy wówczas, że tematy te będą niezmiennie aktualne przed ponad 2 lata.
Interweniowaliśmy w sprawach parafii, na które nakładano wysokie grzywny za otwieranie kościołów w czasie restrykcji epidemicznych. Nieustannie przypominaliśmy, że pacjentom szpitali przysługuje prawo do bezpośredniego kontaktu zarówno z rodziną, jak i z duchownym swojego wyznania oraz do uczestnictwa w obrzędach religijnych na terenie szpitala. Po naszej interwencji szpital, który odmawiał rodzicom nieuleczalnie chorego noworodka prawa do kontaktu z dzieckiem, zmienił swoje procedury, dopuszczając do odwiedzin. Podobne zmiany wprowadzały szpitale, w których interweniowaliśmy w obronie prawa pacjenta do opieki duszpasterskiej.Aby każdy zainteresowany mógł szybko dotrzeć do potrzebnej mu wiedzy, dzięki wsparciu Darczyńców i Przyjaciół Ordo Iuris, uruchomiliśmy specjalną stronę internetową, na której umieściliśmy wszystkie nasze publikacje dotyczące tej tematyki.Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w poniższy przyciskWalczymy o sprawiedliwość dla ofiar pandemicznego chaosuChoć stan epidemii został odwołany, to jednak Polacy nadal muszą się zmagać z niektórymi skutkami pandemicznego chaosu.
Reprezentujemy rodzinę mężczyzny, który z powodu podejrzenia zarażenia Covid‑19 nie doczekał skutecznej pomocy medycznej, wskutek czego zmarł w szpitalu na zawał. Jego żona dwukrotnie wzywała karetkę do domu, informując ratowników medycznych o problemach kardiologicznych męża. Jeden z ratowników stwierdził ironicznie, że „albo pan przeżyjesz, albo pan umrzesz”. Ponieważ stan mężczyzny się pogarszał, kobieta w końcu sama zawiozła męża do szpitala. Tam również nie udzielono mu fachowej pomocy medycznej. Personel placówki początkowo odmówił przyjęcia krzyczącego z bólu chorego. Ostatecznie został przyjęty, ale umieszczono go w pustej sali i pozostawiono bez opieki. Gdy po usilnych żądaniach żony przystąpiono do akcji ratunkowej, było już za późno. Na nasze żądanie prokuratura wszczęła śledztwo w tej sprawie. Domagamy się rzetelnego wyjaśnienia sprawy oraz ukarania osób, których opieszałość w udzieleniu pomocy medycznej doprowadziła do ogromnej tragedii.To tylko jedna z kilku podobnych spraw. Dzięki naszemu zaangażowaniu, możemy mieć nadzieję, że w razie kolejnych okresów epidemii podobne sytuacje nie będą miały już miejsca.
Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w poniższy przycisk [w oryg. MD]
Wielka monografia na temat skutków pandemii
W najbliższych tygodniach wydamy kilkusetstronicową monografię naukową dotyczącą prawnych, ekonomicznych i społeczno-zdrowotnych skutków pandemii i wdrożonych podczas jej trwania restrykcji sanitarnych. Szczegółowe i kompleksowe zbadanie zagadnień, związanych ze zwalczaniem epidemii Covid‑19 w Polsce pozwoli na wyciągnięcie wniosków, dzięki którym w przyszłości będziemy mogli lepiej radzić sobie z podobnymi zagrożeniami dla zdrowia publicznego, nie oglądając się na urzędników ponadnarodowych instytucji.
Autorami tekstów zebranych w publikacji są nie tylko eksperci Ordo Iuris, ale przede wszystkim uznani w swoich dziedzinach specjaliści – ekonomista dr Cezary Mech, statystyk zajmujący się analizą danych medycznych dr Marek Sobolewski, psychiatra prof. Łukasz Święcicki, biotechnolog i członek Zespołu Ekspertów ds. Bioetycznych KEP prof. Piotr Rieske, filozof i publicysta ekonomiczny dr Jakub Woziński czy uznany przez Sąd Lekarski za niewinnego głoszenia poglądów sprzecznych z etyką lekarską dr Paweł Basiukiewicz.W kontekście usiłowań WHO zmierzających do zaprowadzenia globalnego sterowania polityką sanitarną, zróżnicowane poglądy naszych autorów dowodzą, jak bardzo nieskuteczna jest centralizacja walki z epidemią.Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w poniższy przycisk
Razem obronimy suwerenność Polski i zadbamy o racjonalną politykę państwa
Monitorowanie prac Światowej Organizacji Zdrowia nad traktatem pandemicznym wymaga wielogodzinnego zaangażowania naszych analityków, na co miesięcznie musimy zarezerwować minimum 7 000 zł. Pozwoli nam to jednak zareagować natychmiast, gdy WHO ogłosi projekt dokumentu. Przygotowanie każdej ekspertyzy dotyczącej tego zagadnienia to praca zespołu ekspertów i kolejne 6 000 zł.Walka o sprawiedliwość dla rodziny mężczyzny, zmarłego wskutek nieudzielenia odpowiedniej pomocy medycznej, wymaga zaangażowania naszych doświadczonych prawników. Na ten cel musimy przeznaczyć 6 000 zł. Jeśli tego nie zrobimy, winni śmierci mężczyzny nie poniosą konsekwencji.
Dokończenie wielkiej monografii naukowej, dotyczącej prawnych, gospodarczych i społeczno-zdrowotnych skutków epidemii Covid‑19 oraz promocja publikacji to wydatek rzędu 20 000 zł, ale tylko całościowe przeanalizowanie pandemii umożliwi wyciągnięcie wniosków, które pozwolą zawczasu przygotować odpowiednią reakcję w przyszłości.Dlatego bardzo proszę Pana o wsparcie Instytutu kwotą 50 zł, 80 zł, 130 zł lub dowolną inną, dzięki czemu będziemy mogli walczyć o to, aby traktat pandemiczny nie zawierał niekorzystnych dla Polski i Polaków rozwiązań prawnych, a polska polityka zdrowotna była oparta na merytorycznych podstawach.Z wyrazami szacunkuAdw. Jerzy Kwaśniewski - Prezes Instytutu na Rzecz Kultury Prawnej Ordo IurisP.S. Suwerenność naszej Ojczyzny nie jest dana raz na zawsze. Jeśli nie będziemy o nią stale zabiegać, broniąc jej przed pojawiającymi się zagrożeniami, to w końcu ją utracimy. Mając to na uwadze, prawnicy Ordo Iuris konsekwentnie przeciwstawiają się próbom ograniczania suwerenności Polski na rzecz zdominowanych przez lewicowych ideologów międzynarodowych organizacji takich jak WHO. 
Jestem pewien, że z Pana pomocą wspólnie zadbamy o to, aby kolejne pokolenia Polaków mogły się cieszyć suwerenną i niepodległą Ojczyzną.Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris jest fundacją i prowadzi działalność tylko dzięki hojności swoich Darczyńców.
 Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iurisul. Zielna 39, 00-108 Warszawa(22) 404 38 50 www.ordoiuris.pl