To moja ulubiona anegdota. Mały Jasio stoi na korytarzu szkoły i powtarza: „gdzie tu sens, gdzie tu logika?”. „ Co się stało ?”- pyta go przechodzący dyrektor. „Zepsułem powietrze w klasie a pani wyrzuciła mnie za drzwi, gdzie tu sens, gdzie tu logika?”-odpowiada zdumiony Jasio.
To pytanie powinni zadawać sobie codziennie obywatele naszego kraju. Nie wszystko da się wytłumaczyć konstruując różne historiozoficzne, a nawet spiskowe teorie. Większość kłopotów rodaków wynika z niezwykłej, wręcz piramidalnej głupoty rządzących. Jakaś komentatorka życia społecznego oświadczyła, że płaci podatki i sprząta po swoim psie więc jest wzorcowym obywatelem. W czasach mojej młodości nikt nie sprzątał po psach. Psia kupka rozkłada się na trawie w ciągu dwóch tygodni użyźniając przy okazji trawnik. Torebka plastikowa rozkłada się podobno od 100 do 1000 lat. Kupka zapakowana w plastikową torebkę wywieziona na wysypisko będzie tam zatem tkwiła bezużytecznie kilkaset lat. Gdzie tu sens gdzie tu logika?
Dawid Riesman w książce „Samotny tłum” zauważył że I think (myślę) zostało w publicznych wypowiedziach zastąpione przez I feel ( czuję). I to dużo tłumaczy. Nie jest istotne, że ktoś ma narządy płciowe mężczyzny. Ważne jest, że czuje się kobietą. Prawo jest po jego stronie. Może zmusić nauczycieli i urzędników państwowych żeby zwracali się do niego jak do kobiety wbrew stanowi faktycznemu i jakiejkolwiek logice. A jeżeli ktoś czuje się biskupem. Czy nauczyciele i urzędnicy mają zwracać się do niego: „ wasza eminencjo”?. A jeżeli ktoś czuje się Napoleonem?. Czy zamiast umieścić go w Tworkach mamy obowiązek omawiać z nim przyczyny klęski pod Waterloo?
Istnieje wiele nielogicznych stereotypów, zupełnie bezsensownych, których trwałość jest wyłącznie wynikiem wielu lat tresowania społeczeństwa przez ośrodki wyznaczające kryteria politycznej poprawności.
„ My wszyscy z niego”- napisał o Miłoszu mój kolega Wojtek Karpiński dedykując mi swoją książkę. „Ja nie jestem z niego”- zaprotestowałam stanowczo. Dyplomata reprezentujący sowiecką władzę w Polsce każe nam rozczulać się nad różnymi stadiami brzydkiego etapu jego życia jakim była kolaboracja z reżimem maskowana czy tłumaczona fascynacją. To tak jakby chory na weneryczną chorobę kazał nam podziwiać różne jej stadia. Szankier miękki, osutka, szankier twardy. Po wielu latach Miłosz z trudem dochodzi do wniosku, że system komunistyczny to samo zło. Do stwierdzenia, które było w Polsce oczywiste dla każdego, taksówkarza, robotnika, sprzedawcy rzodkiewki na bazarze, a nawet dla partyjnych towarzyszy.
Pocieszyło mnie, że nie byłam w swoich poglądach odosobniona. Podobnie o Miłoszu myślał Sergiusz Piasecki czemu dał wyraz w tekście pod tytułem: „Były poputczik Miłosz”:
„Miłosz rozczula do łez swym strasznym losem aktualnego „samobójcy”, który wybrał gorzki chleb emigracyjny, byle tylko nie iść na kompromis ze swym sumieniem poety. I znikła gdzieś w tumanie słów i frazesów istotna postać poputczika, który przez wiele lat reprezentował za granicą narzucony Polsce rząd bolszewicki jako prawowitą władzę, opartą na demokracji ludowej i prowadzącą Polskę w krainę socjalizmu”.
O dziwo w wierszu z 1935 roku pod tytułem „Obłoki” Miłosz niejako antycypuje swoją postawę życiową pisząc:
„i wiem, że we mnie pycha, pożądanie i okrucieństwo, i ziarno pogardy dla snu martwego splatają posłanie, a kłamstwa mego najpiękniejsze farby zakryły prawdę”.
Rozbrajająca szczerość. Jednak zdumiewający fakt, że zwykły попутчик sowieckiego terroru może być przez kogokolwiek traktowany jako wzorzec moralny i duchowy przywódca narodu każe nam zadawać nieodmiennie to samo pytanie: „gdzie tu sens, gdzie tu logika?”
Idąc dalej – zastanówmy się. Przeciętny obywatel PRL miał trudności z uzyskaniem przepustki nawet w Słowackie Tatry. Przeciętny kryminalista miał kłopoty z przekazaniem rodzinie nawet krótkiego grypsu. Tymczasem prześladowani opozycjoniści – jak Michnik – wyjeżdżali na zachodnie stypendia, oraz pisali i wydawali w więzieniu książki. I gdzie tu sens gdzie tu logika?
Posunę się jeszcze dalej. Żeby wydostać się z komunistycznego raju ludzie ginęli zastrzeleni na berlińskim murze, topili się próbując przepłynąć Bałtyk w kajaku, porywali samoloty, podróżowali setki kilometrów na osiach wagonu. Jeżeli nawet otrzymali paszport dostawali lecąc na przykład do USA prawo do zakupienia za swoje ciężko zarobione pieniądze pięciu dolarów. Pięciu dolarów, które nie wystarczały nawet na bilet autobusowy.
Jeżeli natomiast ktoś z rodziny przysyłał im do Polski dewizy mieli prawo odebrać zamiast tych dewiz wyłącznie bony. Fikcyjną, niewymienialną walutę uprawniająca do zakupu niedostępnych w sklepach towarów w specjalnym sklepie zwanym Peweksem.
I oto w 1968 roku tysiące osób żydowskiego pochodzenia, najczęściej mocno zasłużonych w instalowaniu w Polsce stalinowskiego terroru, otrzymuje prawo wyjazdu na Zachód z całym majątkiem. Wyjazdu w aurze ofiar, wypędzonych, prześladowanych. Na tym upragnionym przez wielu Polaków Zachodzie otrzymują pomoc, stanowiska uniwersyteckie, mieszkania. Nie muszą spędzać kilku lat w obozie jak wielu Polaków, którzy nie wrócili do kraju po stanie wojennym. Niejeden Polak chciałby być tak prześladowany jak Żydzi w 1968 roku, chciałby móc wyjechać z całą rodziną i z całym majątkiem.
Oczywiście nie można wykluczyć, że wyjazdy związane były z dramatami. Dzieci dowiadywały się nagle, że w kraju uważanym za własny są persona non grata. Bywało, że nic nie wiedziały o swoim pochodzeniu, nie miało ono dla nich ani dla otoczenia najmniejszego znaczenia. Wielu badaczy w tym Witold Jedlicki postrzega wydarzenia 1968 roku jako rozgrywkę dwóch wrogich frakcji w PZPR czemu Jedlicki dał wyraz w znanej pozycji pod tytułem „ Chamy I Żydy”. Są jednak tacy którzy zadają sobie pytanie. Wyjechać na upragniony przez wszystkich Zachód wywożąc cały majątek. I to ma być kara, to ma być prześladowanie? I gdzie tu sens gdzie tu logika?
Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” 18 lipca 2026 michalkiewicz
Jak się okazuje, historia się powtarza. Judenraty, a zwłaszcza warszawski Judenrat „Gazety Wyborczej” coraz śmielej realizuje koncepcję „fołksfrontu”, którą w latach 30-tych ubiegłego wieku forsował Ojciec Narodów, Chorąży Pokoju, Józef Stalin. Koncepcja „fołksfrontu” sprowadzała się do walki z nieuczciwą konkurencją, za jaką bolszewikowie uważali socjalistów narodowych, czyli – jak ich nazywali – „faszystów”. Bolszewikowie bowiem, za sprawą spółki autorskiej „Marks&Engels” dopuścili sobie do głowy, że rozwikłali zagadkę praw dziejowych, podczas gdy narodowi socjaliści uważali, że tajemnicę praw dziejowych rozgryźli oni. W związku z tym koncepcja – jak powiedziałby Kukuniek – „fołksfrontu” sprowadzała się do tego, żeby „faszystom” zrobić „no pasaran”, najlepiej przy pomocy tzw. „pożytecznych idiotów”, których przeciwko „faszystom” mobilizowaliby kręcący całym interesem bolszewikowie, za pośrednictwem Judenratów, których podówczas było w Europie znacznie więcej niż dzisiaj – chociaż i dzisiaj ich nie brakuje.
I właśnie wybitny funkcjonariusz warszawskiego Judenratu, pan red. Jarosław Kurski, który pnie się tam do coraz wyższych grządek i jak tylko pan red. Adam Michnik, zamknąwszy oczy, wyląduje na łonie Abrahama, to niekwestionowanym wodzem Judenratu zostanie właśnie on. Gdyby jego bratu, Jackowi, nie powinęła się noga, to byłoby bardzo ciekawie; na czele postępowego Judenratu stałby Jarosław, a na czele Judenratu „faszystowskiego” stałby Jacek. Wyobrażam sobie, jak podczas spotkań rodzinnych obydwaj zaśmiewaliby się do rozpuku z głupich gojów.
Więc w ramach odgrzewania ubiegłowiecznych, fołksfrontowych kotletów, pan red. Jarosław Kurski, komentując rocznice wydarzeń w Jedwabnem i na Wołyniu, mobilizuje głupich gojów do aktywności, przestrzegając, że jeśli „dobrzy ludzie” nie będą robić nic, to wtedy nieuchronnie zatriumfuje „faszyzm”. No dobrze – ale kto to są, ci „dobrzy ludzie”? Nie ulega wątpliwości („nie ulega wątpliwości, jak mawiała stara niania, lepiej… no, mniejsza z tym), że „dobrzy ludzie” to ludzie wskazani przez Judenraty. No a kogo wskazują Judenraty”? Judenraty wskazują tych, którzy ich słuchają, to chyba jasne – bo jeśli nie słuchają Judenratów, to pewnie słuchają „faszystów”. Dlatego w czasach stalinowskich Judenraty nawoływały: „a my wszyscy za towarzyszem Stalinem!” W „fołksfrontach” świadoma dyscyplina musi być, więc stąd zachowania stadne i „my wszyscy”. Zatem już wiemy, że „dobrzy ludzie” to nic innego, jak „my wszyscy”, co to zgodnie z mądrością etapu raz są „za towarzyszem Stalinem”, a jeśli mądrość etapu się zmieni – to nawet przeciwko „kultowi jednostki”. W tej zmienności jest jednak element stały; to Judenraty, ściślej biorąc tworzące je grono cadyków, decydują o tym kiedy i jak zmienia się mądrość etapu. Zawsze wtedy i tak, żeby Żydowie mogli wyciągnąć z tego możliwie najwięcej korzyści.
Wypada przypomnieć, skąd się wzięło „Jedwabne”. Już w roku 1996 ówczesny sekretarz Światowego Kongresu Żydów, Izrael Singer ostrzegł mniej wartościowy naród polski, że jeśli nie zadośćuczyni żydowskim roszczeniom majątkowym, odnoszącym się do tzw. własności bezdziedzicznej, to Polska „będzie upokarzana na terenie międzynarodowym”. W związku z tym u doktora Jana Tomasza Grossa Judenrat obstalował książkę „Sąsiedzi”, która miała przekonać opinię światową, że żydowskich mieszkańców Jedwabnego wymordowali tamtejsi Polacy, podczas gdy Niemcy przyglądali się temu, sparaliżowani zgrozą, wskutek czego nie mogli temu przeciwdziałać. Z tej okazji pan dr Jan Tomasz Gross został obcmokany przez Judenrat jako „historyk” i w dodatku od razu „światowej sławy” – chociaż żadnym historykiem nie jest, tylko socjologiem. Po takim przygotowaniu, w którym aktywnie uczestniczyli również funkcjonariusze tubylczego, warszawskiego Judenratu, zostały urządzone wielkie uroczystości z udziałem cadyków, a nawet samego Rabina Hooda. Na uroczystość został wezwany też Aleksander Kwaśniewski, mający podówczas fuchę tubylczego prezydenta, który „w imieniu narodu polskiego” za zbrodnię w Jedwabnem „przeprosił”. Teraz też oznajmił, że gdyby go poproszono, to jeszcze raz by „przeprosił”. Widać, że na Aleksandrze Kwaśniewskim każdy może polegać, więc nie mam wątpliwości, że gdyby 10 lipca 1941 roku Niemcy poprosili go, żeby podpalił stodołę z Żydami w środku, to też by nie odmówił.
Trochę później – ale lepiej później, niż wcale – pan prof. Marek Chodakiewicz i pan dr Tomasz Sommer wydali obszerną i drobiazgowo udokumentowaną, dwutomową publikację, przedstawiającą prawdziwy przebieg wydarzeń w Jedwabnem. Z tą publikacją nikt nie dyskutuje, bo dyskusja z udokumentowanymi faktami byłaby ryzykowna, nawet dla funkcjonariuszy Judenratu, których byle co nie skonfunduje. I to jest przyczyna, dla której pan red. Jarosław Kurski sięga do repertuaru fołksfrontu” z lat 30-tych ubiegłego wieku, wymyślając organizatorom alternatywnych uroczystości w Jedwabnem od „faszystów”. Nawiasem mówiąc, osoby miotające pod adresem swoich politycznych, czy innych przeciwników oskarżenia o „faszyzm”, nie wiedzą, o czym mówią.
Przekonałem się o tym podczas audycji telewizyjnej, gdzie tym epitetem rzucano na prawo i lewo. Zaproponowałem wtedy, żeby – gwoli zorientowania się, o czym mówimy – odwołać się do źródła, czyli do twórcy faszyzmu, Benito Mussoliniego. Przedstawił on formułę, wyrażającą istotę tej ideologii: „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”. Jak się okazuje faszyzm wcale nie polega na zwalczaniu Żydów (nawiasem mówiąc, w zorganizowanym przez Mussoliniego „marszu na Rzym” uczestniczyło kilkuset Żydów-faszystów), ani na rzymskim salucie. Istotą faszyzmu jest przekonanie, że państwu wszystko wolno – na przykład – ustalać fakty historyczne przez głosowanie, czy przez arbitralne decyzje Judenratu. W tej sytuacji oskarżenie o sprzyjanie faszyzmowi można by skierować pod adresem Judenratu „Gazety Wyborczej”, Żydowie-faszyści? A dlaczego nie? Skoro byli stalinowcami, to – gdyby Hitler się nie pomylił i za „naród panów” uznałby Żydów, a nie Niemców, to bardzo możliwe, że Żydowie byliby w awangardzie hitleryzmu, tak samo, jak byli w awangardzie bolszewizmu.
W tej sytuacji straszenie „faszyzmem” ze strony samozwańczych „dobrych ludzi”, jest elementem „pedagogiki wstydu”, którą Judenrat próbuje aplikować naszemu mniej wartościowemu narodowi tubylczemu. Chodzi w niej o wzbudzenie w Polakach bliżej nieuzasadnionego poczucia winy wobec Żydów, by już w żadnej sprawie nie ośmielili się im sprzeciwić, by tym łatwiej można było ich zoperować.
O problemach pojednania w stosunkach międzynarodowych napisano tysiące dzieł. Polskie biblioteki są pełne opisów i analiz procesów normalizacji przede wszystkim w stosunkach z Niemcami.
Pojednanie polsko-niemieckie stało się rozwiązaniem „modelowym”, do którego nawiązuje się przy różnych okazjach, gdy przywraca się zdolność do pokojowej współpracy, po latach tragedii i traum w stosunkach między skonfliktowanymi narodami i państwami. Warto pamiętać, że pojęcie pojednania czy rekoncyliacji jest nieostre. Pochodzi z języka łacińskiego – „reconciliatio” oznacza przywrócenie jedności. Termin zawiera w sobie brzmienie „conciliare” – zjednać, odzyskać, pogodzić kogoś z kimś. Prefiks „re” stanowi odnowienie pierwotnej jedności, ponowne doprowadzenie do zgody i spotkania zwaśnionych stron. Postawy rekoncyliacyjne mają zatem na uwadze tworzenie warunków społecznych, psychologicznych, materialnych, aby autentyczne i skuteczne pojednanie zaistniało.
Dla jednych pojednanie oznacza trudno osiągalny cel, dla innych jest skomplikowanym procesem, który występuje na różnych poziomach życia społecznego, między narodami i państwami, a także w życiu wewnątrzpaństwowym. Ma przede wszystkim wymiar etyczny. Niesie wiele znaczeń, takich jak: naprawianie relacji międzyludzkich, przywracanie zerwanych więzi, budowanie zgody. Odnosi się do manifestowania afirmacji wobec tych, którzy zranili, skrzywdzili lub zniszczyli innych. Daje im szansę naprawy wyrządzonego zła.
Co to znaczy „pojednanie”?
Różne mogą być przejawy pojednania – od przeprosin na poziomie oficjalnym i urzędowym, po zadośćuczynienie wobec jednostek i zbiorowości. Warunkiem trwałości i nieodwracalności tego procesu jest odcięcie się władz i społeczeństw obciążonych winą przodków od haniebnych idei i praktyk (krzywd, zbrodni, ludobójstwa, nazizmu, rasizmu, apartheidu). Jedynie jednoznaczne potępienie przejawów zła gwarantuje zgodną po każdej ze stron identyfikację sprawcy i ofiary. Nie da się tego procesu przeprowadzić bez szczerej konfrontacji z wydarzeniami, które wymagają rekonstrukcji zgodnie z kryteriami prawdy.
W imieniu skrzywdzonych społeczności występują przeważnie rządy, które dążą do przywrócenia zaufania, przekładając je na akty przebaczenia, ekspiacji, zadośćuczynienia. Same ofiary zbrodni nigdy nie mogą wybaczyć, dlatego o przebaczenie proszą politycy i instytucje kościelne, choć naprawdę nikt im nie dał takiego prawa. Przebaczenie z pewnością sprzyja pojednaniu, ale dotyka duchowości, moralności i wiary, dlatego jest przeżyciem bardzo osobistym i intymnym. Zwykle pozostawia się je kapłanom i wyznawcom religii, indywidualnym potomkom ofiar.
Pojednanie na poziomie międzypaństwowym ma charakter instrumentalny i służebny wobec politycznych interesów stron. Może prowadzić do ustanowienia wspólnych mechanizmów instytucjonalnych, mających na celu pokojowe współżycie, likwidację strachu, nieufności czy gniewu, ale angażuje przede wszystkim przywódców politycznych i struktury państwowe, a nie całość populacji. Jest to pojednanie elitarne, abstrakcyjne, często deklaratywne, pozorowane i fikcyjne.
Dlatego niezwykle ważne jest przejście na poziom psychospołeczny i jednostkowy (pojednanie oddolne i funkcjonalne). Warunkiem pojednania między ludźmi jest bowiem przyznanie się do winy i pokajanie się. Słabość tego rozumowania tkwi w tym, że kolejne pokolenia nie ponoszą zbiorowej odpowiedzialności za czyny swoich przodków. Ba, mają prawo odrzucać tę wersję historii, która obciąża winą ich poprzedników, gdyż zostali ukształtowani w innej świadomości i (nie)pamięci. Tak zresztą zachowują się obecnie młode pokolenia Ukraińców.
Na takim tle rodzi się konieczność podejmowania systematycznej i żmudnej pracy na rzecz zmian mentalności – stereotypów, przekonań, nastawień i uprzedzeń. Nowych horyzontów ludzi nie da się jednak zbudować w czasie jednego pokolenia. Władze mogą oczywiście ogłosić sukces pojednania na poziomie politycznym. Nie wyeliminuje ono jednak ze stosunków wzajemnych nieufności i nienawiści. Rządy nie są bowiem w stanie zmusić potomków ofiar do pojednania z tymi, którzy z prześladowców uczynili swoich bohaterów. Rzeczywista rekoncyliacja wymaga zatem co najmniej kilku pokoleń. Jej ważnym elementem jest także oswajanie się z negatywną pamięcią, zapominanie i uwolnienie od traumy.
Gra pozorów
Jak dotąd, w stosunkach polsko-ukraińskich nigdy do takich aktów nie doszło, nawet w sferze symbolicznej. Pojednanie stało się jedynie werbalnym rytuałem i sloganem politycznym, który ma w rzeczywistości przesłaniać brak woli politycznej po stronie polityków ukraińskich, aby rozliczyć się z tragiczną historią. Jest także usprawiedliwieniem dla niemocy polskich polityków, publicystów, dziennikarzy i badaczy akademickich, którzy ulegając zaślepieniu ukrainizacją i ukrainofilią, postawili interesy narodowe Ukrainy nad interesami własnego państwa. Stworzono fałszywy mit „jedności”, który doprowadził nie tylko do przekazania ogromnych zasobów na rzecz Ukrainy (szacuje się na połowę roku 2026, że łączny koszt donacji wyniósł ok. 17 mld zł), ale i konfrontacji sprzecznych ze sobą polityk historycznych i konfliktu interesów.
Jak dotąd, żadnego rządu ukraińskiego od czasu proklamowania niepodległej Ukrainy w 1991 roku nie stać było na to, aby podjąć próbę obrachunku z tragiczną przeszłością w stosunkach z Polską. Posowieckie kamaryle polityczne Kijowa tkwiły najpierw w przekonaniu, że sprawy ukraińskiego ludobójstwa są kwestią minionych państwowości (ZSRR, III Rzeszy), a Ukraińcy byli jedynie przedmiotem ich polityki. Gdy już w niepodległej Ukrainie pojawiały się sygnały ostrzegawcze, że w jej zachodniej części następuje renesans ideologii banderowskiej, zbywano to po stronie polskiej lekceważeniem i obojętnością. Z czasem, od „pomarańczowej” rewolucji w 2004 roku, rozpoczęła się fanatyczna „rekonkwista”, rozszerzanie wpływów banderyzmu na całe państwo. Wobec wypierania przez władze ukraińskie jakiegokolwiek poczucia winy oraz odpowiedzialności za haniebne czyny swoich przodków, ze strony polskiej nie podjęto żadnych skutecznych przeciwdziałań.
Tragizm sytuacji polega na tym, że obie strony znalazły się pod wpływem całkiem przeciwstawnych filozofii geopolitycznych. Władze Ukrainy, od czasu usunięcia w 2014 roku na drodze zamachu stanu prezydenta Wiktora Janukowycza, zmierzały w kierunku realizmu politycznego, a w skrajnej postaci makiawelizmu. Chodziło o przyjęcie prozachodniego kursu, w którym celem politycznym stało się nie tylko wyrwanie Ukrainy spod wpływów rosyjskich, ale sprytne wykorzystanie poparcia państw zachodnich dla zbudowania własnej siły. Przeszłość we współczesnej grze geopolitycznej nie miała większego znaczenia. Zachodowi bowiem wcale nie zależało na tym, żeby państwo ukraińskie dokonało ekspiacji za czyny swoich przodków. Przeciwnie, Niemcom, Francuzom i Anglosasom zależało na tym, aby nacjonalizm ukraiński, niezależnie od źródeł historycznych, wzmacniał motywację Ukrainy do walki z imperialną Rosją. Polsce także odpowiadał taki punkt widzenia. Nie zdawano sobie sprawy z tego, że w imię walki ze wspólnym wrogiem, na bazie historycznych animozji, Polska może przyłożyć rękę do wykreowania nowego oponenta i rywala.
Po stronie polskiej dominowała przede wszystkim filozofia sentymentu, prometeizmu i mesjanizmu. Postawy z nich płynące z góry skazywały polskie rządy na porażkę. W historii rzadko się zdarza, aby idealistyczne wyobrażenia i naiwne przekonania wygrywały z twardą realistyczną determinacją na rzecz osiągania radykalnych celów. Przyjmując na siebie moralne zobowiązania do udzielania Ukrainie bezwarunkowego poparcia za jej kurs na zbudowanie „anty-Rosji”, Polska w zasadzie zrezygnowała z obrony swoich historycznych racji i znalazła się na przegranej pozycji. Żadne formy wsparcia, emocjonalne demonstracje solidarności i upokarzające dowody oddania nie zapobiegły eskalacji afrontów i upokorzeń. Polityka nastawiona na mitologizację „partnerstwa i przyjaźni”, których w rzeczywistości nigdy nie było, musiała skończyć się katastrofą.
Oczekiwania strony polskiej na pojednanie z Ukrainą od początku nie miały racji bytu, gdyż nie przygotowano należytego gruntu pod taki proces, zwłaszcza w sferze świadomościowej. Nigdy przecież nie dokonano przewartościowań wspólnej historii, nie upowszechniono wiedzy historycznej o wspólnych losach na obszarach pogranicza. Nikomu nie zależało na tym, aby dokonać rekonstrukcji historycznej, pokazującej złożoność kulturową i cywilizacyjną stref zasiedlanych przez różne ludy od czasów średniowiecza. W przypadku Polski i Ukrainy ukształtowanie państw narodowych przypada dopiero na ostatnie stulecie, a nawet – jak w przypadku Ukrainy – na ostatnie dekady. Trudno więc mówić o jakiejś ciągłości interesów państwowych, a tym bardziej spójnej tożsamości narodowej.
Triumf ahistoryzmu
Nie wolno więc współczesnej mapy przykładać do długich dziejów ścierania się żywiołów polskich, litewskich, węgierskich, ruskich i tureckich. Ukraińskie zarzuty, że polska strona była „kolonizatorem” ziem ruskich są bezzasadne i zasługują na zdecydowane odparcie. Polacy na dawnych ziemiach wschodnich nie byli gośćmi bez korzeni. O ukształtowaniu rozmaitych form zależności między nimi a resztą społeczności zadecydowały procesy ekonomiczne w okresie feudalizmu, a także preponderancja kulturowa szlachty polskiej, co jest faktem obiektywnym, a nie wymysłem.
Nie ma „odwiecznej” Ukrainy, podobnie jak mimo ponad 1000-letniej tradycji państwowości nie ma ciągłości polityczno-administracyjnej Polski. Nikt z polskiej strony nie podjął dyskusji ze stroną ukraińską, że nie wolno nakładać współczesnych pojęć na dawne epoki, tym bardziej, że w całej średniowiecznej Europie trwały rywalizacje plemienne i dynastyczne, których rezultatem było zajmowanie obszarów pogranicza nie jako kolonii, lecz jako form symbiotycznego gospodarowania.
Gdy zdamy sobie sprawę ze złożoności uwarunkowań historycznych i geopolitycznych współczesnej Ukrainy, to łatwiej przyjdzie nam zrozumieć trudności związane z budowaniem jej tożsamości narodowej. Ideologizacja życia publicznego w czasach radzieckich, uniformizacja wzorów zachowań i dominacja narracji imperialnej, a zwłaszcza traumatyczne przeżycia w czasie wojny i okupacji niemieckiej, wszystko to spowodowało na Ukrainie wzrost zapotrzebowania na historię heroiczną i budowanie pamięci nieobciążonej grzechami przodków. Sprzyjał temu rosnący dystans czasowy, zmiany generacyjne, nowy język edukacji, a przede wszystkim napięcia i konflikty w stosunkach z Rosją na tle podziału schedy poimperialnej.
Wielu Ukraińców wraz z budową państwa tworzyło własne biografie, starając się uwolnić od obciążeń moralnych i zarzutów współuczestnictwa w reżimach, najpierw w sowieckim, a następnie nazistowskim, w czasie okupacji hitlerowskiej. Tym indywidualnym postawom towarzyszyło „zbiorowe milczenie”, które dawało władzom państwowym Ukrainy pewną dowolność w kreowaniu nowej tożsamości.
Pojednanie między Polakami a Ukraińcami musi zatem nastąpić w sferze mentalnej, aby następnie mogło przełożyć się na praktyczne zachowania. Wbrew różnym deklaracjom politycznym istnieje jednak zasadniczy konflikt między przypisaniem Ukrainie takiej, jaką ona jest dzisiaj, szczególnej roli geopolitycznej w rozprawianiu się Zachodu z Rosją a uczciwym rozliczeniem z przeszłością. Mało kto uświadamia sobie, że w tych warunkach jakakolwiek rekoncyliacja w stosunkach polsko-ukraińskich jest niemożliwa. Pojednanie zostało bowiem poświęcone na ołtarzu interesów mocarstw zachodnich. Gdyby upierać się przy retoryce metaforycznej, jest to dowód kolejnej „zdrady Zachodu”.
Daleka droga przed nami
Proces normalizacji stosunków polsko-ukraińskich wymaga wypracowania długotrwałej strategii, opartej na intensywnej komunikacji obustronnej na różnych szczeblach porozumiewania się. Warunkiem uczciwego podejścia każdej ze stron jest jednoznaczne odcięcie się od „brunatnej” schedy nacjonalizmu ukraińskiego. Nie wystarczą okazjonalne i spektakularne deklaracje, spotykające się z milczeniem lub konsternacją drugiej strony. Potrzebna jest zaplanowana na lata dyskusja z wykorzystaniem zgromadzonej przez fachowców wiedzy historycznej, aby wypracować rekomendacje dla mądrej polityki pojednania. Wszelkie próby relatywizacji zbrodniczej działalności OUN-UPA i jawny kult zbrodniarzy muszą spotkać się z należytym odporem. Istnieją obecnie liczne standardy prawnomiędzynarodowe i moralno-polityczne, które ograniczają dowolność w kreowaniu składu panteonów narodowych. Bezapelacyjnym kryterium doboru kandydatów na narodowe pomniki i symbole jest ich nieskażenie złowrogimi ideologiami XX wieku, w imię których dokonano zbrodni ludobójstwa. Nie może być w tych sprawach żadnych „podwójnych” standardów, „zgniłych” kompromisów ani relatywizacji zbrodni.
W obliczu wyolbrzymianego znaczenia w grze mocarstw i rozbudzonych aspiracji integracyjnych Ukrainy z Zachodem Polska powinna przygotować się solidnie na negocjacje akcesyjne tego państwa z Unią Europejską, w których można przewidzieć z dużym prawdopodobieństwem instrumentalizację historii i działanie w złej wierze. Potrzebna jest wielka akcja propagandowa i edukacyjna pod adresem społeczeństw i polityków państw zachodnich, aby pokazać istniejący dysonans między „solidarnością wojenną” (gościnnością wobec uchodźców, wsparciem socjalnym, donacjami finansowymi i militarnymi, logistyką, sympatią medialną) a rzeczywistym napięciem na tle pamięci, tożsamości i zakłamanej „polityki historycznej”.
Gdyby strona polska została zmuszona do wykorzystania historii jako „instrumentu weta” w procesie akcesyjnym Ukrainy do Unii Europejskiej, to wszyscy jej członkowie muszą być przygotowani na zrozumienie przyczyn takiego stanowiska. Tym bardziej, że w kraju nie brakuje fałszywych głosów, iż to nie pojednanie oparte na prawdzie jest najważniejsze, ale samo przyjęcie Ukrainy do Unii Europejskiej. Tak jakby Ukraina nie stanowiła rzeczywistego zagrożenia dla interesów Polski przez wejście do tej organizacji.
Oko za oko
Już teraz występuje swoiste rozdwojenie jaźni. Strona ukraińska stosuje chytrą taktykę, która prowadzi do osłabienia polskiej argumentacji. W sferze werbalnej ukraińscy politycy wyrażają gotowość do pojednania, lecz faktycznie demonstrują silne przywiązanie do własnej, w istocie antypolskiej, wizji historii. Starają się symetryzować i relatywizować odpowiedzialność obu stron za zbrodnie z czasów II wojny światowej, zdobywając pewien poklask w samej Polsce. To znacznie osłabia polską argumentację i żądania co do warunków pojednania.
Innym niebezpieczeństwem jest medialna i polityczna ofensywa na rzecz przyjęcia tezy, że wejście Ukrainy do Unii Europejskiej pozwoli na „zakotwiczenie” pojednania polsko-ukraińskiego w szerszych ramach integracyjnych Zachodu. Jest to nawiązanie do analogii „oswajania” powojennej Europy z Niemcami (RFN), obciążonymi zbrodniami III Rzeszy. Włączenie „republiki bońskiej” do struktur europejskich i atlantyckich zagwarantowało jej powrót do normalności i wymusiło procesy dwustronnego pojednania, zwłaszcza w stosunkach francusko-zachodnioniemieckich. Oczekuje się zatem, że afirmacja Ukrainy na poziomie europejskim zmodyfikuje jej podejście do heroizacji sprawców zbrodni wołyńskiej.
Napięcia między „polityką pamięci” a „polityką przyszłości” mogą zostać stępione ze względu na ofiarność Ukrainy i uznanie jej zasług w obronie bezpieczeństwa europejskiego przed Rosją. Elity kijowskie są pewne swoich sukcesów w procesie akcesyjnym do Unii Europejskiej, gdyż swoim poświęceniem i ponoszeniem kosztów wojny przekonują, że są w stanie bronić Europy przed zdemonizowanym Putinem. Jak długo uda się to przekonanie utrzymać, tak długo Ukraina będzie rozgrywać swoją „polityką historyczną” zachowania sojusznicze Polski. Polscy politycy wpadli więc w pułapkę własnych oczekiwań na zwycięstwo Ukrainy w tej tragicznej i przedłużającej się wojnie. Ukraina ma bowiem szanse na zbudowanie tożsamości „nowego przedmurza”, deklarując się „obrońcą Zachodu”, choć przecież jej obszar wraz z zamieszkującą go ludnością nigdy do cywilizacji zachodniej nie należał. W tym świetle znaczenie Polski ulegnie dewaluacji, a pretensje do historycznych krzywd zejdą na daleki plan.
Podziały i wewnętrzne spory na polskiej scenie politycznej nie ułatwiają wypracowania długofalowej perspektywy stosunków polsko-ukraińskich. Negowanie Rosji na dłuższą metę okazuje się bardziej szkodliwe dla Polski niż dla Ukrainy. Tej ostatniej dostarcza bowiem paliwa wojennego, a w sytuacji trwających działań zbrojnych uznanie polskich roszczeń na rzecz oczyszczenia tragicznej przeszłości nie ma szans powodzenia. Sytuacja taka potrwa tak długo, jak długo polscy politycy będą trwać w fałszywym przekonaniu, że o bezpieczeństwie Polski decydują Ukraińcy. Z obecnymi rządami w Kijowie nie będzie więc żadnego realnego pojednania.
Z powodu sporów nacjonalistycznych z Kijowem: W Polsce rośnie opór wobec integracji Ukrainy z Unią Europejską.
Pomimo różnic ideologicznych z Kijowem, Warszawa pozostaje zaangażowana we wspólną walkę z Moskwą. W Polsce jednak narasta opór przeciwko ukraińskiemu nacjonalizmowi i przystąpieniu Ukrainy do UE.
Długotrwały spór między Polską a Ukrainą na temat ukraińskiego nacjonalizmu i związanej z nim ukraińskiej kultury pamięci znów znalazł się w centrum uwagi po niedawnym gloryfikowaniu przez Kijów ukraińskich kolaborantów nazistowskich i zbrodniarzy wojennych z II wojny światowej. Wydaje się, że obecnie jeszcze bardziej się zaostrza.
Powodem tego jest planowana przez Kijów budowa „ panteonu narodowego” dla członków tzw. Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i jej ramienia zbrojnego, Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), którzy sprzymierzyli się z nazistowskimi Niemcami po niemieckiej inwazji na Związek Radziecki w 1941 roku i dopuścili się niezliczonych zbrodni na ludności cywilnej Polski i ZSRR. Za ich największą zbrodnię uważa się masakrę ludności polskiej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej , w której w latach 1943–1945 zamordowano, w bestialski sposób, nawet 100 000 Polaków .
W Polsce te okrucieństwa są klasyfikowane jako ludobójstwo , a odpowiedzialni za nie członkowie OUN-UPA są uważani za zbrodniarzy wojennych. Co więcej, pamięć o masakrach na Wołyniu i w Galicji Wschodniej ma ogromne znaczenie dla kształtowania godności narodowej i tożsamości narodu polskiego.
Nic więc dziwnego, że gloryfikowanie przez Ukrainę ukraińskich nacjonalistów i kolaborantów nazistowskich stanowi dziś dla Polski i jej mieszkańców czerwoną linię, a kijowska inicjatywa upamiętnienia OUN-UPA słusznie wywołała ostrą krytykę Wołodymyra Zełenskiego i jego rządu wśród Polaków. Tymczasem to niezadowolenie w Polsce zdaje się przeradzać w powszechny opór wobec integracji Ukrainy z Unią Europejską. W obliczu tego konfliktu coraz więcej Polaków zadaje sobie pytanie, kim jest ich prawdziwy wróg i przed kim Europa tak naprawdę potrzebuje ochrony.
Coraz więcej polskich polityków, takich jak Jarosław Kaczyński, prezes opozycyjnej partii Prawo i Sprawiedliwość (PiS), wzywa do zablokowania integracji Ukrainy z UE, jeśli Kijów nie zmieni swojej polityki wobec kultu jednostki otaczającego byłego ukraińskiego przywódcę nacjonalistycznego Stepana Banderę oraz „gloryfikowania zbrodniarzy wojennych OUN i UPA”. Według Kaczyńskiego ani Polska, ani żadne inne suwerenne państwo nie powinno tolerować ludobójstwa na własnym narodzie, a zatem „banderyzm, jedna z najbardziej zbrodniczych i nieludzkich ideologii kształtujących obecnie mentalność narodu ukraińskiego, nie powinien mieć wstępu do UE”.
Aby wzmocnić swój sprzeciw, partia PiS złożyła 11 lipca, w dniu upamiętnienia polskich ofiar masakry OUN-UPA, rezolucję w polskim parlamencie , wzywającą do zablokowania członkostwa Ukrainy w UE . Uzasadniali ten krok twierdzeniem, że Kijów gloryfikuje osoby odpowiedzialne za masowe mordy ludności polskiej na Wołyniu.
Wiceprezes PiS, Przemysław Czarnek, stwierdził : „UE nie może akceptować światopoglądu sprzecznego z zasadami chrześcijańskimi i europejskimi. W jej szeregach nie może być państwa, które otwarcie gloryfikuje tak straszliwe dziedzictwo”. Według Czarneka, jego partia zamierza w tym projekcie rezolucji zapewnić, że polski rząd podejmie wszelkie niezbędne działania, które mogłyby utrudnić, a nawet uniemożliwić przystąpienie Ukrainy do Unii Europejskiej.
Wątpliwe jest, czy rezolucja PiS przyniesie oczekiwany skutek dla przeciwników przystąpienia Ukrainy do UE i czy ostatecznie wyznaczy prawdziwy punkt zwrotny w polskiej polityce zagranicznej wobec współczesnej Ukrainy. W końcu Warszawa niewiele zrobiła, aby przeciwdziałać gloryfikacji ukraińskich kolaborantów nazistowskich i zbrodniarzy wojennych przez Kijów, pomimo wielokrotnych apeli wielu Polaków. Wręcz przeciwnie, Polska od samego początku wspierała te siły polityczne na Ukrainie, które po brutalnym przejęciu władzy w Kijowie w 2014 roku, w zasadzie natychmiast rozpoczęły polityczne oczyszczanie ukraińskich nazistowskich popleczników z odpowiedzialności za II wojnę światową.
Co więcej, Polska, jako część zbiorowości Zachodu, jest zobowiązana do dalszego wspierania Ukrainy w jej walce z Rosją i dlatego nie będzie mogła zrobić nic, co mogłoby zaszkodzić pozycji Kijowa. W tym względzie prawdopodobnie ograniczy się do słownych konfrontacji z ukraińskimi władzami, których kulminacją było ostatnio pozbawienie Zełenskiego przez prezydenta Polski Karola Nawrockiego najwyższego polskiego odznaczenia państwowego, Orderu Orła Białego.
Za pierwszej komuny popularna była anegdotka o bacy, którego agitator namawiał do wstąpienia do kołchozu. – Oddalibyście baco do kołchozu konia? – Oddołbym. – A krowę też byście oddali? – Oddołbym. – A owiecki? Owiecki też byście oddali? – Ni, owiecek nie oddom. – Jakże to baco? Konia byście oddali, krowę byście oddali, a owiecek nie chcecie oddać? Dlaczego? – Bo mom.
Dlaczego o tym wspominam? Właśnie media doniosły o „historycznym” głosowaniu kongresmenów Partii Demokratycznej w Izbie Reprezentantów Kongresu w sprawie pomocy dla Izraela. Jak wiadomo, rząd Stanów Zjednoczonych regularnie wspiera Izrael kwotą około 4 mld dolarów rocznie. Autorzy książki „Lobby izraelskie w USA” piszą, że Izrael jest jedynym państwem, które z tej pomocy nie musi się rozliczać, więc pożycza tę forsę Ameryce na wysoki procent. Chętnie w to wierzę, bo od dziesiątków lat każdy prezydent USA przy zaprzysiężeniu składa Izraelowi coś w rodzaju hołdu lennego.
Prezydent przyrzeka mianowicie, że Ameryka będzie „wspierała” Izrael, bez względu na to, co on będzie robił. Znakomitą ilustracją tej lennej zależności Stanów Zjednoczonych od Izraela była wizyta Benjamina Netanjahu jeszcze za pierwszych jego rządów. Akurat izraelski Kneset podjął uchwałę o włączeniu Jerozolimy do terytorium państwowego Izraela. Było to sprzeczne z linią polityki amerykańskiej, która wtedy stała na stanowisku, że Jerozolima powinna zachować status międzynarodowy.
Jednak Beniamin Netanjahu przemawiając w Kongresie powiedział, że „Jerozolima nie będzie podzielona już nigdy. NIGDY!” – powtórzył z naciskiem. Na tę sprzeczną z linią polityki amerykańskiej deklarację część kongresmanów wstała i zaczęła izraelskiego premiera oklaskiwać na stojąco. Widząc to, inni kongresmani, wprawdzie z ociąganiem, niemniej jednak, też zaczęli wstawać i klaskać. Niechby no tak który nie wstał, to zaraz amerykańscy Żydowie zrobiliby z niego marmoladę.
Dlatego teraz, kiedy premier Netanjahu przemawia w Kongresie, to żaden tamtejszy twardziel się nie ociąga, tylko wstaje i klaszcze, zanim jeszcze mówca rozpocznie swoje przemówienie.
Cóż zatem takiego się stało, że aż ponad stu twardzieli z Partii Demokratycznej poparło poprawkę o skasowaniu pomocy dla Izraela? Nie jest tajemnicą, że Partia Demokratyczna robi bokami, więc każdy sposób uwodzenia tamtejszych suwerenów wydaje się dobry, a zwłaszcza – sposób bezpieczny. Ten sposób zaś był całkowicie bezpieczny, bo ponad 300 członków Izby Reprezentantów głosowało za odrzuceniem tej poprawki, czyli – za utrzymaniem dotychczasowej pomocy dla Izraela.
Trudno by kongresmani z Partii Demokratycznej nie wiedzieli, jaki będzie wynik głosowania, więc mogli podjąć próbę uwodzenia amerykańskich suwerenów – że oto są przeciwko wspieraniu Izraela – całkowicie bezpiecznie.
Tak samo zachował się Wielce Czcigodny prof. Przemysław Czarnek, kierując do Sejmu projekt przewidujący wstrzymanie dalszego futrowania Ukrainy. Z pewnością potrafi on liczyć do 460, więc nie mógł nie zdawać sobie sprawy, że jego projekt nie ma żadnych szans w głosowaniu. Zatem nie chodziło mu o to, by w jakikolwiek sposób ugodzić w Ukrainę i jej interesy, tylko – by stworzyć wrażenie, że gdyby PiS miał władzę, to natychmiast futrowanie Ukrainy by wstrzymał. A dlaczego zależało mu na wywołaniu takiego wrażenia?
Bo PiS coraz wyraźniej zaczyna czuć na plecach gorący oddech Konfederacji, która – zwłaszcza Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna – od samego początku opowiadała się przeciwko bezmyślnemu, nieodpłatnemu futrowaniu Ukrainy przez Polskę.
Teraz, kiedy na naszych oczach legła w gruzy cała polityka wschodnia zarówno w wydaniu PiS, jak i Platformy Obywatelskiej, w społeczeństwie narasta nie tylko świadomość tej katastrofy, ale i niechęć do dalszych poświęceń dla Ukrainy. Stało się to jasne zwłaszcza po proklamowaniu w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego.
Ta proklamacja oznacza, że Niemcy na razie porzuciły linię Bismarcka, według której Niemcy zarządzają Europą w porozumieniu z Rosją, na rzecz linii, jaką przyjęło Cesarstwo Niemieckie w roku 1917, pozwalając na utworzenie Ukraińskiej Republiki Ludowej, żeby szachować Rosję i utrzymywać w ryzach Polaków. W rezultacie Polska nie jest już ani Niemcom, ani Ukrainie do niczego potrzebna, więc obserwujemy cierpliwe i metodyczne wymiksowywanie Polski z polityki europejskiej,
Tak było w Londynie, gdzie Polska w ogóle nie została zaproszona i tak było we Francji, gdzie „koalicja antybalistyczna” powstała też bez Polski – której uczestnictwu sprzeciwiła się Ukraina – podobnie jak bez mocarstw bałtyckich. Tak oto na naszych oczach kształtuje się na wschodniej flance NATO rodzaj „szarej strefy”, która w perspektywie może z jednej strony być niemieckim posagiem, wniesionym z okazji reaktywowania strategicznego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego i sprowadzeniu Ukrainy do pierwotnej roli, dając jej tylko terytorialną rekompensatę kosztem Polski za tereny utracone już teraz na rzecz Rosji.
Bo przecież to cierpliwe i metodyczne wymiksowywanie Polski z europejskiej polityki nie jest celem samym w sobie, tylko narzędziem, przy pomocy którego będzie można osiągnąć cel w postaci przesunięcia Ukrainy na zachód, Niemiec – na wschód, a pozostałą resztę przeznaczyć dla Żydów, którzy będą wreszcie mogli zrealizować swoje majątkowe roszczenia w ramach obcinania kuponów od holokaustu.
Cóż mamy o tym myśleć, zwłaszcza po niedawnym potwierdzeniu przez specjalistkę Departamentu Stanu od holokaustu, panią Helenę Germain. Nawiasem mówiąc, któż może być lepszym specjalistą od holokaustu, jak nie Germanowie płci obojga? Nie o to jednak chodzi, tylko o deklarację pani Germany, że „nie wyobrażamy sobie” polskiego rządu z udziałem Grzegorza Brauna i Konfederacji Korony Polskiej.
Krótko mówiąc, w Polsce może być tylko rząd na miarę wyobraźni specjalistów Departamentu Stanu od holokaustu.
Gdyby coś takiego powiedział w 1981 roku Leonid Breżniew, to w USA i „Wolnej Europie” podniósłby się klangor pod Niebiosa – że to „gewałt” na zasadzie samostanowienia narodów i demokracji. Tymczasem nasi Umiłowani Przywódcy, jak jeden mąż, a właściwie – jak jeden mężyk stanu w rodzaju Księcia-Małżonka – podkulili pod siebie ogony.
W dodatku Naczelnik Państwa natychmiast postawił do pionu Wielce Czcigodnego Przemysława Czarnka, potwierdzając w ten sposób podejrzenia, że jest on tylko wydmuszką Jarosława Kaczyńskiego, jak wielu innych absolwentów Szkoły Liderów przy Departamencie Stanu USA, gdzie przyszli dygnitarze szkolą się, jak realizować amerykańskie interesy, kiedy już stare kiejkuty dopuszczą ich do żerowiska.
Aktualne konflikty między Polską a Ukrainą dotyczące polityki rolnej oraz upamiętnienia kolaborantów nazistowskich przez Kijów mogą dawać promyk nadziei, że przystąpienie Ukrainy do UE się nie powiedzie, a byłoby to przystąpienie nie tylko destrukcyjne, ale i niebezpieczne. Nie ma powodu, by dawać sygnał, że wszystko jest w porządku: jeśli idzie o Ukrainę, racjonalne kryteria polityczne już dawno przestały obowiązywać.
Myśliwce MiG-29
Wynegocjowana rok temu umowa zbrojeniowa między rządami w Kijowie i Warszawie, na mocy której Polska w zamian za myśliwce MiG-29 miała otrzymać technologię dronów, jest na skraju upadku. Minister obrony Polski Władysław Kosiniak-Kamysz obwinia ukraińskich partnerów negocjacyjnych, twierdząc, że nie wywiązali się z umowy dotyczącej dostaw dronów. Ukraińcy jak dotąd milczą w tej sprawie.
Konflikty z powodu honorowania kolaborantów nazistowskich
Oficjalnym impulsem była decyzja Zełenskiego o nadaniu jednostce wojskowej imienia niesławnej Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). Założona w 1942 roku, UPA okresowo współpracowała z nazistowskimi Niemcami i jest odpowiedzialna między innymi za ludobójstwo na Wołyniu latem 1943 roku – a tym samym za zamordowanie ponad 100 000 Polaków, głównie cywilów.
Twierdzenie wpływowych osób na Ukrainie, że UPA była narodowym, antykomunistycznym ruchem oporu, jest rażącym wypaczeniem historii. Jednak w telewizji N-TV historyk Frank Grelka okazuje zaskakującą tolerancję wobec masowych morderców i kolaborantów nazistowskich.
Miejsce pamięci we wsi Ugły w powiecie rówieńskim na Ukrainie
W Polsce zbrodnia wołyńska jest uznawana za ludobójstwo. Według doniesień medialnych, oddawanie czci UPA jako bohaterom na Ukrainie i nadawanie tytułów honorowych ukraińskim jednostkom wojskowym regularnie powoduje poważne napięcia dyplomatyczne w Polsce i prowadziło do cofnięcia odznaczeń państwowych. Tak więc prezydent Karol Nawrocki cofnął Zełenskiemu polski order. Zełenski i inni ukraińscy politycy następnie zwrócili polskie odznaczenia.
Konflikty na tle polityki rolnej
Bardziej prawdopodobne jest jednak, że Polska – w rzeczywistości jeden z najważniejszych sojuszników Ukrainy – bardziej przejmuje się sprzecznościami w zakresie polityki rolnej niż sporami o historię.
Od czasu wojny nad Dnieprem ukraińskie zboże jest coraz częściej transportowane drogą lądową, w tym przez Polskę. Aby chronić własnych rolników, Polska tymczasowo wprowadziła zakazy importu ukraińskiego zboża, ponieważ tanie ukraińskie produkty wywierały presję na polski rynek. Sytuacja ta doprowadziła również do poważnych protestów na granicy polsko-ukraińskiej. W publikacji ‚Länder-Analysen’ czytamy:
„Negatywne konsekwencje gospodarcze wynikały z ważnych decyzji podjętych przez Unię Europejską w czerwcu 2022 roku, kiedy to zniesiono wszelkie ograniczenia handlowe z Ukrainą, a w obliczu rosyjskiej blokady ukraińskich portów Morza Czarnego zliberalizowano dwustronny transport drogowy towarów. Decyzje, które w czasie pokoju wymagałyby żmudnych negocjacji i z pewnością kilku lat, dając uczestnikom rynku niezbędny czas na dostosowanie się, zostały teraz podjęte bardzo szybko i poparte przez Warszawę w obliczu pilnych potrzeb. W kolejnych miesiącach jednak przyniosły odwrotny skutek”.
Francja również ma konflikty z Ukrainą w kwestii polityki rolnej, donosi ‚Agrar Heute’. Według doniesień medialnych, politolog Herfried Münkler obawia się również, że przystąpienie Ukrainy do UE może się nie powieść z powodu konfliktów w rolnictwie: „Lobby rolnicze uniemożliwi przystąpienie Ukrainy do UE”. Jednak takie ‚optymistyczne’ przewidywania są przedwczesne: w przypadku Ukrainy racjonalne kryteria polityczne, jak już wspomniano, nie mają już zastosowania.
Korupcja i klauzule o wzajemnej pomocy
Przystąpienie Ukrainy do UE przyniosłoby skorumpowany i ultranacjonalistyczny ciężar dla społeczeństw europejskich. Co więcej, pozostałe kraje UE zostałyby wciągnięte w wojnę na Ukrainie jako (wówczas bezpośrednio) walczące strony poprzez potencjalne klauzule o wzajemnej pomocy.
Niezależnie od tego, czy z powodu radykalnego ukraińskiego rewizjonizmu historycznego, czy konfliktów wokół polityki rolnej, decydującym czynnikiem jest to, że jest szansa na to, iż przystąpienie Ukrainy do UE się nie powiedzie. Wtedy Polska oddałaby przysługę całej Europie.
Do pewnych mało przyjemnych przemyśleń zmusił mnie gorzki reportaż na portalu Strajk Macieja Wiśniowskiego z Rosji pod tytułem „Światy równoległe”.
Telewizyjni eksperci cieszą się z celnych ukraińskich uderzeń na terytorium Rosji. Radują ich ukraińskie rakiety uderzające w rafinerie czy statki. Mnie eskalacja nie cieszy. Napiszę wprost – w Polsce mogą się z tego cieszyć tylko idioci. Obecnie rosyjskie groźby nuklearne są dalej traktowane jako element wojny informacyjnej mającej na celu zastraszenie Ukrainy i ich sojuszników. Czynnikiem stabilizacyjnym są zapewne Chiny.
Nosił dzban wodę, dopóki mu się ucho nie urwało.
Rosja nie może sobie pozwolić na porażkę. Nie może przegrać tej wojny. Unia Europejska nie ma zamiaru ułatwić Ukrainie drogi do zawarcia pokoju z Rosją. Sytuacja wydaje się dzisiaj patowa, bo Moskwa jest zbyt słaba by szybko konwencjonalnie pokonać Ukrainę z jej potężnymi sojusznikami. Ale zbyt silna i dumna, by wojnę na Ukrainie przegrać.
Jeśli uderzenia rakietowe i dronowe Ukrainy rzeczywiście zaczną zagrażać bezpieczeństwu Federacji Rosyjskiej, to moim zdaniem sytuacja narodu polskiego jest nie do pozazdroszczenia. Rosja wtedy może użyć broni jądrowej. Deklaracje Stanów Zjednoczonych i innych krajów NATO, że w przypadku nuklearnego ataku na Ukrainę adekwatnie odpowiedzą, dla Polski są również informacjami złą. Nasza ojczyzna stanie się strefą zgniotu lub strefą okołozgniotową.
Państwa NATO przeprowadziły ćwiczenia Steadfast Noon związane z bronią jądrową. Pod koniec 2025 roku prezydent Rosji Władimir Putin ogłosił, że Rosja przeprowadza testy nowej generacji broni jądrowej. W lutym tego roku MSZ Rosji wydał komunikat o ryzyku „bezpośredniej konfrontacji militarnej między mocarstwami nuklearnymi”. Rosyjska polityka zakłada ochronę Rosji oraz jej sojuszników przed agresją potencjalnego przeciwnika, a w przypadku wybuchu konfliktu zbrojnego – zapobieganie eskalacji działań wojennych i ich zakończenie na warunkach akceptowalnych dla Federacji Rosyjskiej.
Moim zdaniem niebezpiecznym momentem, będzie wymiana Sekretarza Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Siergieja Szojgu. Myślę, że niedługo możemy się jej spodziewać, ponieważ takie są oczekiwana Rosjan. Jeśli zastąpi go jakiś polityczny jastrząb – być może weteran wojny na Ukrainie – to moim zdaniem radykalnie zbliży nas to do konfliktu nuklearnego.
Dla Polski ratunkiem jest pokój. Nie przyjmują tego do wiadomości bezrefleksyjni stronnicy Ukrainy, jak również hermetycznie zamknięci w swojej bańce stronnicy Rosji. Ja wiem, że wielu z Was myśli i zapewne napisze – to nie jest możliwe. Że nikt nie użyje broni takiej broni. Przypomnijcie sobie ile razy w ostatnich latach wmawialiśmy sobie, że coś jest nierealne i z całą pewnością się nie wydarzy.
Niedawno polska opinia publiczna została poinformowana o przekazaniu przez rząd pięciu pocisków PAC-3 MSE, wykorzystywanych przez systemy obrony powietrznej Patriot do przechwytywania pocisków balistycznych.
Kosztowna broń zakupiona za pieniądze polskiego podatnika przekazana dla kraju gloryfikującego morderców polskich kobiet i dzieci wywołała głośną dyskusję polityczną.
Kolejne Patrioty zostały oddane niewdzięcznym i wrogim nam Ukraińcom. Z początkiem tego tygodnia pełniący obowiązki ministra obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz poinformował, że decyzja ta została podjęta ze względu na prośbę sekretarza generalnego NATO Marka Ruttego oraz m.in. naczelnego dowódcy sił sojuszniczych w Europie, po konsultacjach z państwami użytkującymi system Patriot.
Jednak najbardziej zaskakujące są wyjaśnienia, jakich udzielił sam minister Kosiniak-Kamysz wraz z wiceministrem obrony Cezarym Tomczykiem. Ten ostatni stwierdził, że w zamian za przekazaną broń w razie zagrożenia otrzyma w ciągu pierwszych 24 godzin „dziesięć razy więcej rakiet i systemów tego typu”.
Wiara w sojuszników (tych samych co lekką ręką na konferencjach pokojowych oddali Polskę w strefę wpływów ZSRR po drugiej wojnie światowej), jaką wiceminister przejawia w sprawach dotyczących bezpieczeństwa polskiego podatnika, który jest głównym fundatorem wszelkiej maści dotacji dosłownie przenosi góry. Są to jednak góry hipokryzji.
Jednocześnie sam minister Kosiniak-Kamysz uznał, że za ofiarowaną broń Polska – zamiast żądać ekshumacji swoich obywateli będących ofiarami czczonej obecnie na Ukrainie ideologii banderowskiej – „otrzyma wdzięczność”. W związku z tym nasuwa się wniosek, że być może sam Kosiniak-Kamysz czuje się zażenowany faktem, że pełniąc funkcję wicepremiera i ministra obrony narodowej pobiera za to pieniądze z budżetu państwa. Możliwe, że sam wstydzi się i czeka, kiedy powstanie obywatelska inicjatywa, aby zamiast pensji otrzymał od narodu polskiego wartość dla niego największą w polityce i w dyplomacji, czyli wdzięczność.
Musimy pamiętać, że polityka nie bierze jeńców. W dyplomacji wdzięczność, szacunek i przyjaźń istnieją jedynie na papierze. Odpowiadając za losy współobywateli trzeba się kierować ich interesem. Jeśli ktoś tego nie rozumie bierze na siebie odpowiedzialność za wszelkie zagrożenie, jakie potencjalnie lub realnie może zagrażać tym, którzy mu zaufali.
Według polityków Konfederacji i Konfederacji Korony Polskiej Polska ma dopłacać do emerytur obcokrajowców kosztem rodzimych świadczeniobiorców. Piotr Czach Żukowski oraz Włodzimierz Skalik opublikowali w mediach społecznościowych wyliczenia dotyczące rzekomej decyzji ZUS wobec obywatela Ukrainy i zaapelowali o zmianę zasad przyznawania takich świadczeń.
Polityk Konfederacji Piotr Czak Żukowski we wpisie zamieszczonym w mediach społecznościowych alarmował ws. dopłat i wyrównań do emerytur obcokrajowców.
Jako przykład zamieścił rzekomą decyzję rzeszowskiego Zakładu Ubezpieczeń Społecznych ws. obywatela Ukrainy.
Jako Konfederacja ostrzegaliśmy, że będziemy dopłacać do emerytur Ukraińcom, potem hindusom i reszcie świata
Następnie przedstawił wyliczenia, które zostały przedstawione w decyzji.
Już się zaczęło. Suma składek – 2243,78 zł. Wyliczona emerytura – 13,86 zł. DOPŁATA z naszych pieniędzy – 1593,49 zł. WYRÓWNANIE – 73 130,79 zł
– wymieniał.
Ponad siedemdziesiąt tysięcy jednorazowego wyrównania. Co miesiąc półtora tysiąca dopłaty do emerytury komuś, kto przepracował klika miesięcy w Polsce. Stop równemu traktowaniu imigrantów
Wyliczenia te przedstawił w serwisie X także Włodzimierz Skalik, poseł Konfederacji Korony Polskiej.
Dopłaty do emerytur dla obcokrajowców. Suma opłaconych składek: 2243,78 zł. Wyliczona emerytura: 13,86 zł. Przyznana emerytura: 1607,35 zł. Dopłata comiesięczna: 1593,49 zł Wyrównanie do wypłacenia: 71130,79 zł.
Hańba. Polacy w Polsce są obywatelami drugiej kategorii’
Na Różańcu świętym będziemy się modlić wraz z Maryja Królową Polski o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii oraz o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu.
BIAŁYSTOK – O godz. 13.30 wyruszymy sprzed Katedry (ul. Kościelna 2), przejdziemy Rynkiem Kościuszki, ul. Lipową do Bazyliki Mniejszej p. w. św. Rocha.
Serdecznie zapraszam, Tadeusz Rosiński
==========================================
POZNAŃ – początek o godz. 12.30 Msza Święta za Ojczyznę w Sanktuarium Bożego Ciała przy ul. Krakowskiej. Po Mszy Świętej Pokutny Marsz Różańcowy poprowadzi Ojciec Jerzy Garda. Zakończenie u Ojców Franciszkanów w Sanktuarium Matki Boskiej w Cudy Wielmożnej na Wzgórzu Przemysła.
============================================
ZAMOŚĆ – o godz. 15.00 Koronka do Miłosierdzia Bożego, po modlitwie wyruszy spod kościoła św. Katarzyny Pokutny Marsz Różańcowy.
Msza Święta za Ojczyznę w Kościele Rektoralnym Świętej Katarzyny, ul. Kolegiacka 3 o godz. 17.00
Wyjście Polski z Unii Europejskiej przywróci naszemu krajowi suwerenność i niepodległość. To z kolei da szansę na pokierowanie spraw zgodnie z polską racją stanu i polskim interesem narodowym, a nie interesem grup wpływu, które z tylnego siedzenia rządzą unijnymi elitami.
Unia Europejska to nie towarzystwo wzajemnej adoracji, lecz klub krętaczy i oszustów. Przystępując do Unii, powinniśmy byli zdawać sobie sprawę, że Zachód nas zawsze oszuka i wyroluje. Po pierwsze dlatego, że ma zdecydowaną przewagę kapitału finansowego, a po drugie – zdecydowaną przewagę i doświadczenie w budowie kapitału narodowego. I jedno, i drugie kumulował w sposób nieskrępowany i ciągły przez ponad dwieście lat.
My natomiast w owym czasie mieliśmy najpierw zabory, kiedy tłamsiły nas trzy różne obce władze. Potem, w II RP sanacja, chociaż oficjalnie propolska, uprawiała szkodliwą politykę etatystyczną, która nie pozwoliła na szybki rozwój gospodarczy, tylko ten rozwój tłamsiła. Później przyszła druga wojna światowa, która początki rozwoju obu kapitałów zniszczyła do szczętu lub zostały one przejęte przez niemieckich i sowieckich okupantów. Polskie elity zostały wymordowane, a w najlepszym przypadku wywłaszczone.
Następnie Polska Ludowa przejęła cały pozostały prywatny majątek i w dużej mierze go zmarnotrawiła. Dopiero od niecałych czterech dekad Polacy mają szansę na odbudowę kapitału finansowego i zbieranie doświadczeń do budowy kapitału narodowego. Ale niestety ci, którzy to robią, czyli nastawieni patriotycznie polscy przedsiębiorcy, którym na sercu leży dobro Polski, są hamowani, ograniczani, tłamszeni przez kolejne rządy (przywołajmy choćby KSeF czy system SENT), które nie działają na rzecz polskiej racji stanu, tylko realizują interesy obcych agentur, i to z różnych kierunków, w tym przede wszystkim unijne polityki szkodliwe dla naszego kraju.
W tej sytuacji sprawa jest oczywista, że Polacy i polska gospodarka nie mają szans w starciu z gospodarkami krajów Zachodu i tamtejszymi elitami, które na dodatek nami bezczelnie pogardzają jako kimś, kto należy do gorszego z definicji Wschodu. Jeśli więc ktoś uważa, że Unia Europejska to jedyna opcja, jedyna możliwość, jedyna szansa na dalszą budowę dobrobytu, to zwyczajnie nie rozumie sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy.
Polexit to przywrócenie suwerenności
W związku z tym powinniśmy budować nową Polskę poza strukturami unijnymi. W pierwszej kolejności musimy odciąć się od bardzo skomplikowanego i kaizuistycznego prawa unijnego. Ponieważ z tego powodu nie jest możliwa naprawa obowiązującego systemu prawnego, należy przyjąć opcję zerową – anulować wszystkie funkcjonujące przepisy i stworzyć całkowicie nowe prawo. Konieczne jest napisanie całego systemu prawnego korzystnego z punktu widzenia interesu narodowego, przy okazji objętościowo redukując go do ułamka tego, co jest obecnie. Dopiero wtedy pojawi się możliwość, żeby prawo było korzystne dla Polski, dla Polaków, dla budowy dobrobytu, dla rozwoju gospodarczego i społecznego. Trzeba przestać naśladować to, co robią na Zachodzie; przestać w ogóle myśleć kategoriami takimi, że u nas ma być tak jak na Zachodzie, a mieć na uwadze wyłącznie polską rację stanu. Konieczne jest uwolnienie energii naszych rodaków. Każdy projekt ustawy powinien być sprawdzany nie czy jest zgodny z prawem unijnym, tylko czy jest zgodny z interesem Polaków. Dopiero wtedy może być procedowany.
No, ale skoro teraz politycy polscy działają wbrew interesowi Polaków (przykład: głosowania polityków KO czy Lewicy w Parlamencie Europejskim), to skąd mamy mieć pewność, że po polexicie będzie inaczej, że zgodnie z tym interesem będą działać po wyjściu Polski z Unii Europejskiej? Nie mamy tej pewności. Natomiast jedno jest pewne. Tylko poza Unią Europejską można realizować polską rację stanu lub politykę sprzeczną z polityką unijną. Natomiast będąc członkiem Unii na sto procent wiemy, że nie jest realizowany polski interes narodowy.
Tymczasem Bruksela metodycznie i konsekwentnie buduje swoje superpaństwo i przejmuje kolejne kompetencje krajów członkowskich, co zdecydowanie nie jest dla nas korzystne. Ktoś poza naszymi granicami decyduje, co będziemy mogli robić, jakie zostaną wprowadzone zakazy, nakazy i podatki. Sama przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen twierdzi wprost, że prawo unijne ma prymat w stosunku do prawa krajowego, w tym także do przepisów konstytucyjnychoraz że wszystkie państwa członkowskie to zaakceptowały. Użyjemy wszystkich mocy traktatowych, aby to zapewnić. Więc o żadnej suwerenności Polski nie ma mowy.
Dlatego polexit oznacza jedną zasadniczą korzyść – przywrócenie suwerenności narodowej i niepodległości państwa. Wtedy można zacząć budować dobrobyt, biorąc pod uwagę wyłącznie własne korzyści, a nie poprzez wdrażanie unijnych regulacji, które w znacznym stopniu mają na celu blokowanie naszego potencjału rozwojowego (jak polityka energetyczno-klimatyczna, ale i dotacyjna) i drenowanie nas z wypracowanych dochodów (na przykład poprzez ETS, zielone euro-podatki, unijne kredyty KPO czy SAFE, wytransferowywanie zysków przez międzynarodowe korporacje czy kary finansowe Trybunału Sprawiedliwości UE).
Po polexicie Polska mogłaby dowolnie kształtować swoje relacje handlowe i inwestycyjne z krajami trzecimi, mając na uwadze tylko własny interes, a nie wyłącznie wdrażać pomysły Brukseli praktycznie bez prawa głosu i sprzeciwu, jak to jest obecnie (przykład: umowa z Mercosurem, sankcje na Rosję). Zostałby wstrzymany drenaż mózgów. Nie byłoby też nacisku na przyjęcie euro, co oznacza utratę kompetencji monetarnych i ich transfer do EBC we Frankfurcie nad Menem.
Ale odzyskanie suwerenności to nie tylko kwestie ekonomiczne. To także przywrócenie decyzyjności w kwestiach imigracyjnych, światopoglądowych czy obyczajowych.
Unijna okupacja
Unia Europejska nie gwarantuje nam dobrobytu, jak się Polakom wmawia od lat dziewięćdziesiątych. Bogactwo budujemy bynajmniej nie dzięki unijnym srebrnikom. Budujemy je wyłącznie sami ciężką pracą polskich przedsiębiorców i ich pracowników, a Bruksela trzyma nas na sztywnym holu, abyśmy nie zagrozili ekonomicznie Europie Zachodniej.
Unia Europejska umożliwia Niemcom budowę na wschód od ich granic Mitteleuropy, czyli kolonizowanie naszej części Europy dla jej podporządkowania niemieckim interesom gospodarczym. A z biegiem lat taka polityka realizowana przez Berlin na spółkę z Brukselą będzie nas coraz bardziej drenowała z naszych zasobów i ciągnęła w dół poprzez budowę coraz bardziej zcentralizowanej władzy i ręcznie sterowanej przez nią gospodarki (Wspólna Polityka Rolna, Polityka Spójności, Zielony Ład, Fundusz Odbudowy, Niebieski Ład). To już przerabialiśmy za Polski Ludowej w okresie bratniej przyjaźni ze Związkiem Sowieckim. Taki sam opłakany skutek będzie miała dalsza okupacja Polski przez unijnego Lewiatana.
W XIX wieku Niemcy przechodziły proces mediatyzacji, pozbawiając suwerenności małe twory państwowe, które były wchłaniane przez większe państwa. Teraz w podobnym procesie prawnym Niemcy przejmują kontrolę nad pozbawianymi suwerenności krajami członkowskimi Unii Europejskiej i zaprowadzają w nich własne porządki. Celem jest zbudowanie zcentralizowanego superpaństwa europejskiego, którego działania będą podporządkowane interesom Niemiec.
Polexit to sprzeciw wobec tak zdefiniowanej, tak zaplanowanej i tak realizowanej przyszłości Unii Europejskiej. Bez odzyskania niepodległości pozostaniemy w kleszczach tego planu bez możliwości jakichkolwiek ruchów.
W tym kontekście absolutnie skandaliczny jest pomysł najpierw prezydenta Andrzeja Dudy, a potem wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza, aby członkostwo Polski w Unii Europejskiej wpisać do konstytucji. Taką myśl mógłby podpowiedzieć tylko ktoś, komu zależy na tym, aby całkowicie uzależnić nas od decyzji eurokratów. W takiej sytuacji bowiem w razie próby „dojechania” nas jakimiś kolejnymi absurdalnymi i kosztownymi regulacjami zostalibyśmy pozbawieni koronnego argumentu bezpieczeństwa, że wyjdziemy z Unii. O walce o własne interesy nawet nie wspominając…
czekam, kiedy publicyści przestaną używać pustego określenia „polska racja stanu”, bo nijak się ono ma do Polskiego Interesu Narodowego.
Za Wojtkiem Olszańskim powiem, że „polexit” też nie jest właściwym określeniem, bo niesie za sobą ogromne ryzyko, że musielibyśmy uni zapłacić odszkodowanie za opuszczenie jej struktur, natomiast Wojtek kilka lat temu ukuł hasło „Deunizacja” – czyli doprowadzić unię do białej gorączki tak bardzo, że sama nas porzuci nie domagając się niczego 😁)