I zapadł zmierzch… Udział markizy de Montespan w spisku na życie króla.
==========================
[Umieszczam, przypominam te trzy artykuły w związku ze znalezienie szkielecików dzieci w ogródku „lekarki” w Lutoryżu pod Rzeszowem. O tej sprawie będę pisał, jeśli jej nie zakopią. Tak, jak te dzieci. Mirosław Dakowski]
[Zachowały się dokumenty sądowe i prokuratorskie opisujące te sprawy. Ale – są „trudno dostępne”, nawet w laickiej Francji. Mirosław Dakowski]
Po wysłuchaniu mszy, w paryskim kościele Notre-Dame de Bonne-Nouvelle, dnia 12 marca 1679, została aresztowana La Voisin…
Afera nabrała rozgłosu…
Wszczęto śledztwo…
Ponieważ zataczało ono coraz szersze kręgi, a na liście winowajców pojawiły się nazwiska osób z najwyższych sfer arystokracji francuskiej, uznano, że nie ma wyjścia i musi się powiadomić o tym wszystkim króla.
Ten ostatni zaś, mimo że zirytował się doniesieniami, jednakowoż na razie uznał za ważniejsze, by się jakimś cudem uwolnić od zaborczej tłustej wampirzycy, jaką bez wątpienia była de Montespan (której rola w aferze trucicielskiej naówczas jeszcze nie była mu znaną), a ponieważ i pani de Maintenon też mu już nie mniej doskwierała niż jej konkurentka, więc postanowił znaleźć jakiekolwiek wyjście z owej męczącej go i przyprawiającej o ból głowy sytuacji.
I chociaż najwyraźniej była to dla Ludwika kwestia zbyt trudna do rozstrzygnięcia naprędce, nie chciał już dłużej odsuwać jej w czasie. Uczynił więc coś, co mu było najłatwiej uczynić i… w 1679 roku wziął sobie nową kochankę, młodziutką, bo zaledwie siedemnaście lat liczącą, pannę Marie Angélique de Scorailles, księżnę de Fontanges.
Odmłodniał przy niej, odżył, odzyskał werwę i humor.
Obsypał ją złotem i klejnotami. No i oczywiście też zapłodnił.
Młodziuchna metresa w roku 1680 przedwcześnie urodziła królowi martwego syna, sama zaś niestety zapadła na dziwną, wyniszczającą chorobę, objawiającą się częstymi i obfitymi krwotokami z dróg rodnych. Mówiono, że to pewnie na skutek poronienia, że może został w niej kawałek łożyska… Ale mówiono też co innego, że ktoś wydał na nią wyrok śmierci, a choroba nie ma bynajmniej naturalnego charakteru…
Nie wiadomo, czy to król odsunął się od niej, zniechęcony jej złym stanem zdrowia, czy też ona odsunęła się od króla. Ale wkrótce po owym nieszczęśliwym porodzie zamknęła się w murach paryskiego opactwa Chelles. W niecały rok później, gdy nagle dopadła ją silna i wyniszczająca gorączka, przeniesiono ją do innego, wygodniejszego z paryskich opactw – Port-Royal.
I tam zmarła w nocy z 28 na 29 czerwca 1681 roku…
Ponieważ w tym czasie śledztwo w sprawie afery trucicielskiej osiągnęło kulminację, król – zapewne po to, by poznać prawdę – zarządził jej autopsję.
Nieboszczka miała zgniłe płuca i stłuszczoną wątrobę… Nie wskazywało to w żaden sposób na pozostawienie fragmentu łożyska w macicy… ale i nie potwierdzało działania trucizny… Sprawa panny de Fontanges niejako zawisła w próżni… Zwinna, szczupła, zaprawiona w konnej jeździe dziewiętnastolatka miała stłuszczoną wątrobę… niczym jakiś stary, otyły pijak. Dziwnie to wyglądało… Dziś już wiadomo, że dość rzadka przypadłość, jaką jest ostre stłuszczenie wątroby ciężarnych, może wystąpić tuż po porodzie i w skrajnych przypadkach nawet doprowadzić do śmierci kobiety… Wtenczas tego nie wiedziano… Zatem? Sprawę uznano za nieczystą…
Dlatego też po zgonie młodziuchnej królewskiej kochanki zaczęto już nie szeptać, ale mówić w głos, że ta śliczna, niemająca jeszcze dwudziestu lat dziewczyna, to kolejna ofiara trucizny… A kogo wskazywano jako tę, która wydała na nią wyrok śmierci? Mściwą i bezlitosną markizę de Montespan!
Już dłużej nie można było zamiatać pewnych spraw pod dywan…
* * *
Rewizja w domu La Voisin, przy rue de la Tannerie, przyniosła nie tylko przełom w sprawie, ale wiele osób, nawet i twardych, niejedno już w życiu widzących, stróżów prawa, przyprawiło o psychiczny wstrząs.
W samym domu natrafiono na rozliczne przedmioty służące do sprawowania czarnomagicznego kultu, na wielki zapas afrodyzjaków i trucizn najrozmaitszych, fragmenty dziecięcych i zwierzęcych ciał do produkcji tychże specyfików służących, na poddaszu zaś odkryto izbę, w której wiedźma wykonywała aborcje i wielki piec, w którym spalała płody wyrwane z wnętrzności wyrodnych matek…
Nie lepiej prezentowały się piwnice, z ołtarzem do odprawiania czarnych mszy i trupami pozakopywanymi przy ścianach, trupami, które były zbyt duże, by je w całości spalić, a nikomu nie chciało się ich kawałkować…
Piec jednak nie nadążał ze spopielaniem szczątek, poza tym było to chyba za drogie, bo przecież chrustu i drew nie rozdają za darmo, więc – jak przechwalając się – wyznała La Voisin, większość trupków pochodzących z aborcji, jak też i zwłok dzieci kupowanych, lub porywanych na ulicach Paryża, a służących jako ofiary składane w demonicznych obrzędach, było zakopywane w przydomowym ogrodzie.
Policja przeszukała więc i ów ogród, w którym znalazła zagrzebane w płytkich grobach ponad dwa i pół tysiąca dziecięcych szczątków, w różnych stadiach rozkładu, od całkiem świeżych, po gołe szkieleciki…
* * *
Na La Voisin nawet nie trzeba było naciskać ani wymuszać zeznań torturami. Śledztwo trwało. Uzależnionej od alkoholu czarownicy trunków nie skąpiono, bo po pijanemu nie umiała powściągnąć języka i nie tylko przyznawała się do niezliczonych, potwierdzonych później przez śledczych, w czasie rewizji i konfrontacji, zbrodni, ale i sypała nazwiskami jak z rękawa. I to jakimi nazwiskami!
Jednego tylko nigdy nie wymieniła – nazwiska królewskiej nałożnicy, pani de Montespan… pewnie się lękała, że jeśli wyszłyby na jaw jej plany zamordowania króla, nie mogłaby już liczyć na żaden ratunek, z jakiekolwiek strony… I to chyba dlatego przyznawała się do niezliczonych okropieństw, jakby chcąc w ten sposób odwrócić uwagę śledczych od planowanego królobójstwa, mając jednocześnie nadzieję, że któryś z możnych przyjaciół wyciągnie ją – mimo wszystko – z tarapatów… Przeliczyła się…
Król, któremu przedstawiono dwie listy, jedną z nazwiskami ofiar, drugą zaś z nazwiskami zleceniodawców zbrodni, aż pobladł z wrażenia i przerażenia zarazem.
Sprawę trzeba było tedy jak najszybciej zakończyć, jednocześnie srogo karząc winnych. Dlatego też władca już 27 grudnia 1679 roku nakazał unicestwienie całej tej trucicielskiej pajęczyny oraz ukaranie zbrodniarzy, jak również wszystkich ich klientów za pomocą wszelkich możliwych i prawnych środków i to niezależnie od rangi, płci i wieku osób zamieszanych w owe zbrodnie…
Nikt i nic nie mogło uratować La Voisin…
Dodatkowo oskarżona została bowiem przez własną córkę Marguerite Monvoisins, która między innymi zeznała i to, iż urodziwszy dziecko, uciekła z domu, obawiając się, że jej matka i własnego wnuka nie oszczędzi, składając go na ofiarę diabłu.
Oskarżona została była i przez księdza Guibourga, który upierał się, że on żadnego dziecka nie zabił, a zabijała je osobiście La Voisin i podawała mu je już martwe. On zaś tylko każde z nich przed zarżnięciem chrzcił, iżby mogło trafić prosto do Raju. I chociaż nie do końca (poza owym chrzczeniem) było owo prawdą, to udano, że dano temu wiarę, iżby możliwie jak najbardziej zminimalizować udział katolickiego księdza w owych okropieństwach. Dzięki temu ocalił głowę, ale gnił w więzieniu aż do samej śmierci, do roku 1686.
Tak więc La Voisin została skazana na spalenie żywcem na placu de Greve. Termin egzekucji wyznaczono na dzień 22 lutego 1680 roku.
Noc przed egzekucją spędziła wesoło, na obżarstwie, pijaństwie, śpiewaniu sprośnych piosenek, aż do czasu, gdy świt rozświetlił niebo…
Wtedy to przybył do celi spowiednik, lecz stara, pijana wiedźma obrzuciła go najgrubszymi obelgami, a na widok krzyża zareagowała nieopisaną furią.
Powieziono ją zatem na miejsce kaźni, gdzie nie chciała zejść z wózka, czepiając się go z całej siły tak, że trudno było oderwać jej palce od desek. Ostatecznie zawleczono ją na stos, a ona ryczała przeklinając, bluźniąc i złorzecząc… Przykuto ją więc łańcuchami do pala, obłożonego stertą drew i chrustu, który podpalono.
La Voisin bluźniła i przeklinała aż do chwili, gdy ją dym udusił. Dopiero wówczas zamilkła.
A później przerażony tłum już w milczeniu słuchał tylko buzowania płomieni, trzasków palących się szczap i odgłosów pękających od żaru kości…
Popioły rozwiał wiatr…
* * *
W wyniku śledztwa i procesu dotyczącego afery trucicielskiej ustalono, że było w nią zamieszane ponad czterysta czterdzieści osób, z których blisko połowę aresztowano. Na śmierć skazano oprócz La Voisin aż trzydzieści sześć i wykonano wyroki. Pięć trafiło na galery, dwadzieścia trzy ukarano banicją…
Nie wszyscy jednakże, którzy na to zasłużyli, stanęli przed sądem, jedni popełnili samobójstwo, inni zaś zostali oszczędzeni, bo gdyby ich nazwiska trafiły do opinii publicznej, we Francji mogłaby wręcz wybuchnąć rewolta… z takich pochodzili rodów… Po prostu na podstawie dowiedzionej im bądź wielce prawdopodobnej winy, bez wyroku, dożywotnio pozamykano ich w więzieniach… Ale były i takie osoby, które nigdy nie poniosły najmniejszych nawet konsekwencji…
I taki był koniec owej potwornej afery…
Wszelkie dotyczące jej akta król utajnił… rok 1682 dobiegł końca…
* * *
Zdawało się, że Ludwik teraz wreszcie odetchnie. Ale nie odetchnął. Chociaż bowiem druga z faworyt królewskich pani de Maintenon, wespół z ministrem króla, Jean-Baptiste Colbertem, wyciszyli i zatuszowali sprawę udziału markizy de Montespan w spisku na życie króla, bo jakżeby to wyglądało w oczach społeczeństwa, że matka aż siedmiorga królewskich dzieci chciała zamordować ich ojca? To by dopiero był skandal!
Musiał więc król przełknąć tę bardzo gorzką pigułkę i udawać, że w stosunkach między nim a markizą nic nie uległo zmianie. Można sobie wyobrazić, ile go to musiało kosztować.
Tymczasem do tamtych zmartwień, problemów i kłopotów doszedł kolejny – oto dnia 30 lipca 1683 roku zmarła w Wersalu żona Ludwika XIV, María Teresa de Austria y Borbón. Chociaż król jej nigdy nie kochał, to przecie zawsze mógł liczyć na jej lojalność i wsparcie, a tego mu teraz właśnie bardzo było trzeba…
Żałoby po zmarłej królowej nie przechowywał jednak przesadnie długo w swym sercu, bo już 9 października tego samego roku pojął za żonę dotychczasową opiekunkę swoich bękartów i jednocześnie kochankę Françoise d’Aubigné, markizę de Maintenon. Było to, co prawda małżeństwo morganatyczne, ale Ludwikowi było to już obojętne. Przy licznej gromadzie uznanych dzieci, następstwo tronu Francji miał zapewnione. Mógł więc sobie na tę morganatyczną małżonkę pozwolić… A dawało mu to jeszcze jeden pożytek, że już tam nowa małżonka zadba o to, by markiza de Montespan trzymała się od króla jak najdalej.
Co prawda ta ostatnia zniknęła z dworu dopiero w roku 1691, oddalając się do klasztoru Córek św. Józefa, gdzie ponoć ciężko pokutowała, jednocześnie rozdając olbrzymie sumy ze swego majątku na biednych, przytułki i szpitale.
Gdy 27 maja 1707 roku wyzionęła ducha, król zabronił nawet ich wspólnym dzieciom nosić po niej żałobę…
[Musze wyjaśnić, że opisane niżej okropności są oparte o raporty sądów. Raporty są, choć z trudem, dostępne. Oficjalna Francja, nawet ta masońska, laicka, się tego wstydzi i wypiera. Ale FAKTÓW nie da się ukryć zupełnie. Mirosław Dakowski]
================================================
Andrzej Juliusz Sarwa
WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (36)
CZAROWNICE I WIZJONERKI
Serca gorejące
Był wieczór, dosyć chłodny, mrok jął wypełzać z wszelkich zakamarków – z załomów murów, gąszczy zarośli, głuchych okien pozamykanych już kościołów. Był wieczór, zmrok jął się rozpościerać nad Paryżem.
Marnie wybrukowaną uliczką, rue de la Tannerie, toczył się powóz bez herbu na drzwiczkach, za to ze szczelnie zasłoniętymi firankami.
Po jakimś czasie zaczął zwalniać, aż w końcu woźnica ściągnął lejce i konie stanęły. Fagas w liberii, siedzący obok woźnicy na koźle, zwinnie zeskoczył na ziemię i otworzywszy drzwi karocy, kłaniając się w pół, pomógł wysiąść jakiejś zakwefionej damie, która bez słowa oddaliła się w kierunku domu, czy może raczej pałacyku, usadowionego w pewnej odległości od ulicy, gdzie niektóre okna ziały czarną pustką, a niektóre były rzęsiście oświetlone.
Pośrodku podworca zatrzymała się, jakby niezdecydowana, co robić, czy iść dalej, czy może jednak zawrócić. Tę chwilę wahania wykorzystał przystojny mężczyzna, z wyglądu mogący mieć nie więcej niż czterdzieści lat, odziany skromnie, lecz wyjątkowo elegancko. Już na pierwszy rzut oka widać było, iż ubranie ma uszyte przez znakomitego krawca z najlepszych gatunków tkanin.
– Madame, dwornie skłonił się przed zakwefioną niewiastą. – Jestem markiz Montferrat, hrabia de Saint-Germain. Może, pani, potrzebujesz przewodnika?
– Daruj, panie, że zachowam anonimowość… ale przewodnik rzeczywiście, bardzo by mi się przydał.
– A zatem… – markiz podał ramię damie i ruszyli wprost ku drzwiom wejściowym.
Montferrat najwyraźniej dobrze był znany służbie, bo bez słowa otwarto przed nim drzwi i wpuszczono go wraz z towarzyszką do środka.
Ta ostatnia stanęła jakby zagubiona w obszernym i bogato urządzonym holu, bezradnie rozglądając się wokół.
– Zapewne chciałabyś, markizo, spotkać się z panią tego domu?
Kobieta gwałtownie odwróciła głowę i spojrzała w twarz. – A skądże pan wiesz, że jestem markizą?
– Madame, ja… wiele wiem… więcej niż byś to mogła ogarnąć swoim rozumem.
– Monsieur, pan mnie obraża!
– Nie, pani, musiałabyś bowiem mieć pamięć setek i setek pokoleń, jakie tu żyły od czasów Kaina, aż do dzisiaj…
– A pan ma taką pamięć? Czyżbyś więc był, markizie, nieśmiertelny?
Lecz Montferrat nie zareagował na ostatnie pytanie damy tak, jakby tego oczekiwała, tylko skłonił się dwornie i odparł:
– Och! Markizo, chyba nie po to tu przybyłaś, iżby prowadzić takie czcze rozmowy! Lepiej chodźmy.
Poszli więc. Mężczyzna doskonale orientował się w rozkładzie domu. Minąwszy salon pełen rozbawionych gości, i to nie byle kogo, lecz samej arystokratycznej śmietanki towarzyskiej Paryża, śród której nie brakowało przedstawicieli najmożniejszych rodów, a nawet i książąt krwi, mrocznymi schodami jęli się wspinać na wyższą kondygnację.
Montferrat, zatrzymawszy się przed jednymi z drzwi, zapukał we framugę. Nie było jednak na to żadnej reakcji.
– Zaczekaj tu, madame. Za chwil parę przyprowadzę panią domu.
I rzeczywiście. Wkrótce dało się słyszeć skrzypnięcie drzwi na poddaszu, a potem przyciszoną rozmowę mężczyzny i kobiety. Ale słów nie można było zrozumieć.
Zakwefionej damie chwile dłużyły się niemiłosiernie, tym bardziej, że musiała stać prawie w głębokim mroku, opierając się tylko plecami o ścianę. Dopiero po jakimś kwadransie posłyszała niepewne kroki kogoś, kto schodził na dół. Minęła ją słaniająca się na nogach dziewczyna, w której rozpoznała jedną z dam dworu królowej, ale mimo iż się doskonale znały, nie zagadnęła do niej, lecz odwrotnie, jeszcze bardziej skryła twarz, odwracając ją do ściany w taki sposób, by nie padało na nią światło kaganka, stojącego na gzymsie naprzeciwko poręczy schodów.
Ale dziewczyna nawet nie zerknęła na nią. Pojękiwała tylko z cicha i wlokła się z trudem, jakby doskwierało jej wielkie cierpienie, jakiś ból straszny. Spod sukni, spomiędzy nóg pociekła jej stróżka krwi, znacząc kroplami białe marmurowe stopnie.
W ślad za panną podążał markiz, a zaraz za nim ta, z którą dama chciała się spotkać – znana i sławna bardzo z ogromnego bogactwa w całym Paryżu – Catherine Monvoisin1, zwana La Voisin – dobrodziejka niewiernych żon i rozpustnych panien, dobrodziejka tych, którzy szybko chcieli stać się czyimiś spadkobiercami. Ale i tych, którzy pragnęli cudze serca zniewolić, uwikłać, omotać.
La Voisin minęła oczekującą, otworzyła drzwi jednego z pokojów i zaprosiła ją gestem do środka. Dama weszła, a w ślad za nią podążył i Montferrat.
– Panie! – zaprotestowała dama – mam poufną sprawę do omówienia! Proszę stąd wyjść.
– Jeśli markiz wyjdzie to i wy, pani, wraz z nim – opryskliwie ozwała się La Voisin – wasza wola.
Tajemnicza dama, słysząc takie słowa, bezradnie rozłożyła ręce.
– Cóż… to szantaż…
– Nie ja ciebie szukałam, tylko ty mnie. Kim jesteś i po co przyszłaś? – zapytała La Voisin.
– Jestem Françoise Athénaïs de Rochechouart de Mortemart2, markiza de Montespan…
– Ach! dwórka królowej! A cóż cię, pani, do mnie sprowadza?
– Rozpacz, pani. Rozpacz, wściekłość i zazdrość!
– I czemuż to?
– Chcę, by król pozbył się tej dewotki, tej głupiej Louise de la Valliere.
– Ponieważ ty, pani, chcesz zająć jej miejsce?
– Właśnie.
– Jest jeszcze żona monarchy – powiedziała La Voisin.
– Więc niech i ona zniknie z życia króla!
– Czy wiesz, czego ode mnie żądasz? – spytała czarownica.
– Wiem.
– A czy zdajesz sobie sprawę, co będziesz musiała uczynić, jakim rytuałom poddać? Kogo, prócz mnie, poprosić o pomoc?
– Nie. Alem na wszystko gotowa… byle go mieć… byle go tylko mieć… inaczej moje serce spłonie od ognia miłości nieugaszonej…
Zapadło milczenie. Przerwał je markiz.
– Zdejmij pani woalkę, łatwiej się nam będzie rozmawiać. Ty widzisz nasze twarze, my twojej nie. A to dość… krępujące. Skoro i tak już nam ujawniłaś swoją tożsamość i intencje, to po co skrywać lico?…
– Niechże będzie.
Pani de Montespan zdjęła zasłonę. Była młoda i piękna, zdecydowanie przewyższała urodą tę, którą chciała zastąpić w królewskiej łożnicy.
De la Valliere płeć miała bielszą, nos i usta okazalsze, a błękitne niczym majowe niebo oczy szerzej rozstawione. Była dostojna i chyba nadto poważna, de Montespan zaś, o smaglejszej cerze, nosie prostym i kształtnym, ciemnych oczach o migdałowym kształcie, krótszej szyi i mniejszych piersiach, miała też mniejsze, lecz wręcz domagające się pocałunków, cudownie wykrojone usta.
Jej uroda bardziej przykuwała wzrok niż uroda de la Valiere. Jej twarz skupiała na sobie uwagę każdego, kto na nią spojrzał. Ciemnoblond włosy ufryzowane w spiralne, długie loki spływały jej na plecy, od góry zaś miała do nich dopiętą treskę puszystości i barwy wiewiórczego ogona. Z treską ową znakomicie komponowała się makowa suknia przy ramionach i dekolcie wykończona zwiewnym i przeźroczystym niczym mgiełka kremowym szyfonem, spiętym na ramionach przy dekolcie różami z tej samej materii uformowanymi.
Markiz nie umiał powstrzymać się od komplementów i pochlebstw, zaś La Voisin ordynarnie zwróciła się do przybyłej.
– No i co? Czego tak naprawdę chcesz? Wykończyć tę de la Valliere?
– Jeśli będzie trzeba?… Może jednak spróbujmy najpierw jakich afrodyzjaków?…
– To i dobrze się składa, bo jeden mogę ci przygotować już dzisiejszej nocy, tyle że trzeba będzie na niego zaczekać parę godzin. Zechcesz tu na nas wyczekiwać, czy pójdziesz ze mną i z markizem przyjrzeć się pewnemu obrzędowi, dzięki któremu zdobędziemy eliksir, którego tak potrzebujesz? Chyba iż się lękasz, iż przerazi cię to, co zobaczysz – czarownica roześmiała się chrapliwie. – Lecz skoroś przed chwilą oświadczyła, że jesteś gotowa nawet śmierć komuś zadać, to chodź, oswajaj się z grozą.
– Pani markizo…
– Panie markizie… – pani de Montespan przyjęła ramię, które podał jej towarzysz.
Nie śpiesząc się, zeszli do piwnic.
* * *
Zatrzymali się wpodle drzwi, a potem weszli do sporych rozmiarów pomieszczenia o beczkowato sklepionym suficie, pomieszczenia pozbawionego okien.
Pani de Montespan z ciekawością podszytą lękiem rozglądała się po krypcie.
Markiz nachylił się i półgłosem objaśniał damę.
– Spójrz, madame, owo podwyższenie pośrodku, nakryte materacem, z rozłożonym na nim czarnym obrusem, pełni funkcję ołtarzowego antepedium.
– A gdzie mensa?
– Spokojnie. I do mensy dojdziemy. Psyt!
Na sekundę umilkł, a potem ciągnął prawie szeptem:
– To młode dziewczę, które stoi pośrodku to Marianne Charmillon, córka jednego z paryskich aplikantów adwokackich. Młodzieniec o twarzy rzezimieszka stojący obok niej to Sebault, subdiakon z kościoła Notre-Dame de Bourges, który przywlókł się do Paryża z nadzieją, iż zrobi tu karierę i że się wzbogaci, ale też, że i poużywa. Zamieszkał u Charmillona, uwiódł Marianne, po czym sprokurował jej dwójkę dzieci, nie opuszczając jednak bynajmniej stanu duchownego. Ponieważ nic mu jednak, prócz tych dzieci, w życiu nie wyszło, żadnej prebendy nie otrzymał, a jego Bóg go nie raczył wysłuchiwać i bynajmniej nie obsypał złotem, zdecydował, że trzeba chyba raczej zwrócić się do boga innego, do Szatana, oddając mu się na własność. Co też niniejszym zamierza uczynić i do czego przymusił swoją kochankę. Będziesz, pani, świadkiem zawierania paktu z diabłem… Zaznaczyć pragnę, iż niezwykle widowiskowego…
Markiza de Montespan wzdrygnęła się na te słowa, ale siląc się na spokój, zapytała:
– A kto jest ów drugi mężczyzna i owa druga kobieta?
– To ważne persony, bez nich obrzęd nie mógłby się odbyć… Mężczyzna ów to Guignard, wikary z tej samej świątyni, co i subdiakon, ważnie wyświęcony ksiądz, a niewiasta, nazwiskiem Lefebvre, jest jego nałożnicą.
– A owo dziewczę, drżące od strachu?
– To trzynastoletnia żebraczka, którą tu podstępnie zwabiono, aby oddać ją Szatanowi. Ale właśnie wybija północ… zaraz się zacznie…
Celebrans, ubrany w humerał, albę, cingulum, stułę, ornat skrzypcowy, manipularz – wszystko to było barwy białej, a zwierzchnie szaty dodatkowo ozdobne kunsztownym czarnym haftem wyobrażającym sosnowe szyszki i diabelskie symbole, dał znak, na który Sebault i Marianne rozebrawszy się do naga, usiłowali rozebrać też ową trzynastolatkę, ale ta nie wytrzymawszy napięcia i lęku, z przerażenia wyzionęła ducha. Odciągnięto tedy trupa w najodleglejszy kąt i kontynuowano obrzęd.
Marianne położyła się na podwyższeniu.
– Oto i masz, markizo, mensę ołtarzową, której ci brakowało.
– Jak to?
– Mensa to ciało Marianne, ale psyt! Patrz dalej.
– Ksiądz na brzuchu nagiej dziewczyny rozłożył korporał, postawił na nim kielich mszalny i patenę. Do kielicha nalał wina, do którego wpuścił kilka kropel wody, a na patenie położył hostię.
Kapłan zaczął odprawiać mszę, do której służył mu za ministranta nagi subdiakon.
Kiedy zgodnie z rubrykami celebrans miał całować ołtarz, całował nagą Marianne w intymne miejsce, a gdy było już po konsekracji, wepchnął hostię w jej przyrodzenie i natychmiast po tej „komunii” wszedł w nią subdiakon Sebault, który po stosunku dokonał konsekrowanym winem puryfikacji intymnej części ciała kochanki. A to, co z niej wyciekło, zebrał na powrót do kielicha, skąd przelał je do kryształowej ampułki.
Wówczas ksiądz Guignard oraz markiz rozebrali się do naga i na zmianę jęli kopulować z drugą obecną tam kobietą, nazwiskiem Lefebvre, kochanką celebransa. Jedynie La Voisin i markiza nie brały udziały w tej odrażającej ceremonii, będąc wyłącznie biernymi obserwatorkami.
Gdy obrzędy się skończyły, zmarłą z przerażenia dziewczynkę zagrzebano w jamie wyrytej w tejże piwnicy, po czym wszyscy udali się na górę, by wziąć udział w rozpasanej orgiastycznej uczcie, jaka odbywała się w salonie urządzonym z niebywałym przepychem.
Jedna tylko pani de Montespan odmówiła. Była nadto wzruszona. Ba! Wręcz wzburzona nawet. A poza tym… chyba nie chodziło jej tylko o władzę, znaczenie i przywileje…
Zwróciła się przeto do La Voisin z prośbą, by ta jej dała ów afrodyzjak, który miał odebrać króla rywalce i rzucić go w jej ramiona.
Czarownica z szyderczym uśmiechem podała jej fiolkę z resztką konsekrowanego wina, którego subdiakon użył do obmycia przyrodzenia swojej kochanki i powiedziała:
– Dodaj do tego parę kropli swej krwi miesięcznej, zmieszaj z najprzedniejszym trunkiem, który król najbardziej lubi i spraw, by się owej mikstury napił, a… będzie twój. Ale czy ty… ty… naprawdę go kochasz?
– O, tak! O, tak! Moje serce płonie do Ludwika tak wielką miłością, że już nie mogę powstrzymać w sobie jej żaru i jeśli nie spełnią się moje pragnienia, wybuchnie żywym ogniem, a ten spopieli nie tylko mnie, lecz i wszystko… wszystko dookoła… To, po co przyszłam, to ledwo zwiastun i przedświt tego, co mogę i co zechcę uczynić i ofiarować, iżby moje serce zlało się w jedno z sercem króla w nadzmysłowym związku naszych dusz i ciał. O, tak! Jakże ja go kocham! Wielbię go tak bardzo, że moja miłość zdolna jest pchnąć mnie aż do zadania śmierci…
Ordynarna prostaczka, obrzydliwa wiedźma, która nie cofała się przed żadnym z najokrutniejszych okropieństwem, słysząc te słowa pobladła i zadrżała, bo wiedziała, że oto stoi przed nią ktoś, kto w złu ją przewyższa i że może lepiej by było odesłać tę damę do diabła i nie zadawać się z nią więcej. Jednakowoż chęć zysku, sławy, poważania, podziwu i mniemanej bezkarności zwyciężyła, dlatego rzekła:
– Możesz, pani markizo, zawsze liczyć na mnie.
* * *
Przez kilka miesięcy pani de Montespan próbowała zająć miejsce w królewskiej sypialni, po wyrugowaniu stamtąd dotychczasowej metresy. Pewnie robiła to niezbyt udolnie, bo czy to nie była wprawiona w intrygach, czy też może miłość do króla ją zaślepiała do tego stopnia, że traciła miarę i rozsądek w zabiegach i chęci przypodobania się władcy, tak czy inaczej stała się pośmiewiskiem zarówno królowej, jak i panny de la Valliere.
Szczególnie ta ostatnia szydziła z markizy, będąc pewną swojej pozycji, a w markizie nie widząc najmniejszego nawet zagrożenia.
I był to błąd obydwu dam, królowej i kochanki. Kiedy bowiem tak się złożyło, iż obydwie król zapłodnił i zaciążyły, do towarzystwa podsunęły mu panią de Montespan, mając ją za głupią gęś, z którą król co najwyżej prześpi się raz czy drugi, ale która jest zbyt tępa na to, iżby go omotać i uwieść, zatrzymując przy sobie na dłużej.
Jakież tedy było ich zdumienie, gdy okazało się, że młodej ambitnej markizy absolutnie nie doceniły. Król odsunął od siebie de la Valliere, chociaż przez jakiś czas tak urządził swoją sypialnię, że miał swobodny dostęp do łóżek zarówno starej, jak i nowej metresy, korzystając z nich wedle kaprysu. Potem jednakowoż zaczął Louise poniżać i w wyjątkowo wyrafinowany sposób znęcać się nad nią psychicznie, by ta, koniec końców, po ciężkich cierpieniach i fizycznych i duchowych, załamana i zniechęcona do życia, w roku 1670 w końcu zwróciła się do religii. Wtedy to właśnie spod jej pióra wyszło dziełko Réflexions sur la miséricorde de Dieu – Refleksje o miłosierdziu Boga. Aż ostatecznie odeszła do surowego karmelitańskiego klasztoru, w którym przybrała imię siostry Ludwiki od Miłosierdzia i w którym miała już do śmierci pokutować za swoje występki… z których największym było to, że uległa królowi… a uległa, bo go szczerze i głęboko za dni naiwnej młodości pokochała…
De Montespan na placu boju została sama. Ziściło się jej pragnienie… Ba! Zdobyła taką władzę nad duszą, sercem i umysłem Ludwika, że nawet królowa musiała się jej obawiać i się z nią liczyć.
Markiza została kochanką króla w maju 1667 roku.
Dwudziestosześcioletnia Françoise Athénaïs de Rochechouart de Mortemart, markiza de Montespan weszła na ścieżkę, która wiodła ją nie ku jasnym i przejrzystym wodom, lecz wprost w mroczne odmęty, przesycone szlamem i zgniłym wodorostem…
* * *
Marguerite-Marie Alacoque3, która przyszła na świat w roku Pańskim 1647 w Verosvres, jako piąte dziecko notariusza królewskiego, Claude’a Alacoque i jego małżonki Philiberte’y Lamyn dziwna jakaś była. Nie wiadomo dokładnie, ile miała lat, cztery czy pięć, a już w kościele ofiarowała się na własność Panu Jezusowi…
Czy była świadoma tego, co robi, czy też nie – tego się już nie dowiemy. Z późniejszych zdarzeń możemy jednak domniemywać, iż chyba była świadoma, skoro Pan Jezus ofiarę dziecka potraktował poważnie…
Tak czy inaczej, życie dziewczyny wychowywanej trochę w domu, trochę w klasztorze, w chorobie trapiącej ją przez lat kilka, kiedy to nie mogła nawet podźwignąć się z łóżka, a z której – jak uważała – została cudownie uzdrowiona, bynajmniej nie było równe duchowo. Zdarzały się w nim bowiem okresy szczególnej pobożności i mistycznych nieomal uniesień, które przeplatały się – po wyzdrowieniu – z okresami beztroskich, chociaż bynajmniej nie grzesznych, światowych zabaw.
I tak to się działo, aż do dnia jej osiemnastych, czy też dziewiętnastych urodzin, kiedy to matka stwierdziła, iż najwyższa pora wydać pannę za mąż. I szło ku temu, a jakże. I prawdopodobnie do zamęścia by doszło, gdyby jakoś tak, w kilka, czy kilkanaście miesięcy od decyzji matki, nie przyszło do niezwykłego wydarzenia.
Oto bowiem objawił się dziewczynie Pan Jezus zbroczony krwią i jakby dopiero co okrutnie ubiczowany. Marguerite zadrżała i wpatrywała się w Zbawiciela, nie umiejąc wydobyć z gardła ni słowa, choć w głowie kłębiło się jej ono: czemu… czemu… czemu?...
– Czemu? – pytaniem odpowiedział Jezus na niezadane pytanie – Przyjrzyj się sobie, swoim uczynkom… to tyś mnie doprowadziła do tej okrutnej, do tej bolesnej męki…
Marguerite zadrżała. Jej umysł, jej serce, rozdarł piekący ból. Już nie myślała o świecie, o zabawach, o zamążpójściu – oddała się srogiej, wynagradzającej pokucie. Lecz i tego Jezusowi było mało.
– Nie, Marguerite, powiedział, ponownie się jej, za czas jakiś, ukazując w jeszcze – o ile rzec tak można – intensywniejszej wizji. Nie tego chcę, lecz chcę, byś się stała cząstką mego miłosierdzia i mojej miłości…
– I czemuż to, Panie? – wyszeptała nieśmiało.
– Bom cię wybrał na swoją oblubienicę. A ty, zamiast mnie, zapragnęłaś teraz innego oblubieńca. Czyż nie pojmujesz, że chcesz mi tym wyrządzić obelgę? Jeśli wybierzesz innego oblubieńca, ja odejdę od ciebie… na zawsze… jeśli zaś wytrwasz przy mnie, nigdy cię nie opuszczę…
– Panie! – wykrzyknęła Marguerite. – Panie!
I niczego więcej nie była już w stanie wypowiedzieć. Jej gardło ścisnął potężny skurcz i tylko z jej piersi wyrwał się krótki szloch.
Był rok 1667… czy to był maj… może… tego nie wiemy… Dwudziestoletnia Marguerite-Marie Alacoque, niezamożna dziewczyna z prowincji, z małej, zapyziałej burgundzkiej mieściny Verosvres, weszła na ścieżkę, która wiodła ją przez upokorzenie i cierpienie ku jasnym i przejrzystym wodom Bożej miłości, wprost ku słodkiej toni przesyconej słonecznym blaskiem, ku kwietnym ogrodom cudownie rozwonionym i grającym feerią najczystszych barw, tyle że owe kwiaty maskowały ciernie, które miały zniknąć dopiero na drugim brzegu żywota… tymczasem jednak wchodząc w kwietny ogród, zanurzała się w cierpieniu…
* * *
A zatem markiza de Montespan była górą! De la Vallière w klasztorze, królowa ją akceptująca, bo i cóż innego mogła zrobić, prócz zaaprobowania nowej metresy męża?
Czas upływał – na miłosnych bitwach, na balach, na zabawach. Pan Jean-Baptiste Lully komponował swoje motety, swoje opery, swoje balety, uwertury i tragedie liryczne, a król przebierał się za Słońce, z głową całą obsypaną złotym pyłem, zwieńczoną pozłocistymi promieniami i tańczył – nie jak król, a raczej jak błazen, któremu jednak dokoła bito brawo, a do jego uszu dolatywały szczere i nieszczere ochy i achy. Bo Ludwik XIV w swojej pysze usiłował dorównać samemu Diabłu i nawet mu się owo dość zręcznie udawało. Gdy się urodził, nazwano go Dieudonné – Od Boga Dany. Ale dość rychło on sam uznał się za boga? Och! Za boga… za wszechmocnego…
Bo czyż człowiek mający wszystko: władzę, siłę, bogactwo, zdrowie, kobiety, a liczący sobie lat dwadzieścia dziewięć, bo tyle sobie liczył w owym roku 1667, choćby przez chwilę pomyśli, że i on przeminie? Że kiedyś starość osłabi mu kolana, skróci oddech, z mięśni i ścięgien wyssie moc, zamgli wzrok, wysuszy mózg? Nie, absolutnie nie! Dlatego sam siebie nazwał Wielkim lub Królem Słońce… Lubił też powiadać, że Francja to My! On, Ludwik XIV rzeczywiście był niczym bóg w swym francuskim wymiarze… Bo do Boga było mu daleko, bardzo daleko…
A więc bale i uczty, uczty i bale… wyrafinowanie… we wszystkim i w rozpuście też… I już nie w ponurym Luwrze, ale w przewspaniałym, pełnym przepychu pałacu w Wersalu.
Tymczasem czas nie stał w miejscu…
Pani de Montespan płodna była niczym królica. Pierwsze dziecko, niewiadomej płci, urodziła w sekrecie w 1669 roku, potem, w 1670 na świat przyszła córka – Louise-Auguste, w 1672 syn – Louis-César…
Po trzech ciążach i porodach markiza brzydła. I tyła. A król otyłych kobiet nie znosił. Znalazł sobie de la Vallière, bo była absolutnym przeciwieństwem jego grubej żony. A teraz los spłatał mu paskudnego figla i zamiast jednej, miał w łożu dwie tłuste baby!
Coraz częściej więc pani de Montespan musiała we wściekłej zazdrości zagryzać wargi i hamować się, żeby nie wybuchnąć. Ale przecież nie była głupia i wiedziała, że prędzej czy później zostanie odtrącona. Ale ona nie miała zamiaru zamykać się w klasztorze. O nie!
Toteż o zapobieżeniu najgorszemu pomyślała już zawczasu. Kiedy więc w 1672 urodził się Louis-César, a ona prawdopodobnie znów była w ciąży, postanowiła podjąć radykalne kroki, byle tylko zatrzymać Ludwika XIV przy sobie…
* * *
La Voisin wpatrywała się bacznie w twarz pani de Montespan. Jakże teraz była ona inna niż przed pięciu laty, gdy ją spotkała pierwszy raz. Spoglądała w twarz dość mocno już nalaną, o rysującym się drugim podbródku, obficie przypudrowaną, w twarz, której nie żałowano też ni różu, ni szminki, ni czernidła na brwi. Wyobraziła sobie jej, poznaczone fioletowymi żyłkami, tłuste uda, wielki tyłek, z którego pewnie wychylały się nabrzmiałe hemoroidy, obwisłe cyce, fałdy i rozstępy na brzuchu… No, może wyobraźnia zaprowadziła ją za daleko, ale jeszcze dwoje-troje dzieci i tak markiza będzie wyglądać. I to bez najmniejszej wątpliwości.
Tak – pomyślała sobie La Voisin, nic dziwnego, że już tu jest. Brzydnie w ogromnym tempie. Ma świadomość, iż chyba niezbyt długo, jeśli nie będzie stosować żadnych sztuczek, utrzyma króla przy sobie. Zatem? Nie poskąpi złota. O tak! Nie poskąpi złota!
– Pani… – La Voisin zawiesiła głos, w oczekiwaniu, że przybyła dama sama zechce wyjawić, jakie ma oczekiwania.
– Tak… tak… właśnie – odparła roztargniona z zamyślenia markiza. – Potrzebuję twojej pomocy.
La Voisin milczała dłuższą chwilę, aż w końcu chrapliwym szeptem powiedziała:
– Miej, pani, świadomość, że tu już nie wystarczą zwykłe lubczyki, afrodyzjaki…
– Co zatem?
– Najpotężniejsza magia.
– Czyli?
– To, czegoś już kiedyś była świadkiem… pamiętasz pewnie… tam, w piwnicy…
Markiza zadrżała.
– Pamiętam. Opłacę wszystko, szukaj dziewczyny…
– O nie, to zbyt mało.
– Jak to?
– Obca dziewczyna tutaj nie pomoże.
– Więc kto?
– Ty sama, pani.
– Ja?
– I owszem.
– Przenigdy!
– Zatem – La Voisin wstała z krzesła – zatem żegnaj, madame.
– Nie, nie!… zaczekaj…
La Voisin na powrót usiadła.
– Niechże będzie. Zgadzam się. Nie mam innego wyjścia.
– Aż tak źle jest między tobą, pani, a królem?
– Niestety.
– Więc należy temu zaradzić. I zaradzimy.
Usłyszawszy to, pani de Montespan z fałdów sukni wydobyła sporą giemzową sakiewkę, ciężką od złota.
– To zaliczka. Jeśli mi pomożesz – rzekła do wiedźmy – dostaniesz dużo, dużo więcej.
– Nie zawiodę cię, madame.
* * *
Ksiądz Étienne Guibourg z kościoła Saint-Marcel w Saint-Denis w roku 1672 miał już lat 62, więc na owe czasy uchodził raczej za starca. Nadal jednakowoż był jurny i trzymał kochankę, niejaką Jeanne Chanfrain, z którą spłodził całkiem spore stadko dzieci. Kiedy jego skandale stały się nazbyt widoczne, a biskupowi trudno było go dalej kryć, więc zrobił to, co powinien był zrobić przed laty – suspendował duchownego, czyli zakazał mu pełnienia funkcji kapłańskich.
Guibourg lekceważył i Kościół i biskupa i jego suspensy. Jako kapłan, czarownik i alchemista, nawiązał ścisłą współpracę z La Voisin. Z czego oboje mieli korzyści. Chociaż trucicielka, dzieciobójczyni i wiedźma nie z nim jednym zawarła pakt, bo również inni księża też z nią współpracowali.
Teraz czekała Guibourga bodaj najważniejsza msza, jaką miał odprawić w swoim życiu.
W odludnym zameczku, z dala od Paryża, nie na tyle jednak, że nie dałoby się w jedną noc obrócić w tę i z powrotem, w specjalnie urządzonej kaplicy, szykował się do bluźnierczego nabożeństwa.
Na kamiennym ołtarzu rozciągnięty był czarny, aksamitny obrus bogato zahaftowany srebrną nicią w okultystyczne symbole i jakieś dziwaczne fantastyczne stwory jakby wypełzłe z przerażających sennych majaków. Do ołtarza powoli podeszła pani de Montespan, rozebrana do naga i położyła się na nim.
Pomocnica celebransa, również naga La Voisin, zapaliła cztery świece z wosku zabarwionego na czarno, które stały na ołtarzu, tak trochę z tyłu, za nagą markizą. Leciuchny przeciąg kołysał ich płomykami, budząc fantastyczne groźne cienie na ścianach kaplicy.
Ksiądz Guibourg ubrany jak do mszy, tyle że w biały ornat pokryty czarnymi haftami magicznych i diabolicznych symboli i znaków, w tym i szyszek sosnowych, z nakrytym welonem i bursą kielichem mszalnym w rękach, dostojnie zbliżył się do ołtarza.
Ściszonym głosem odmawiał modlitwy u jego stopni… nagi ministrant mu odpowiadał… celebrans postąpił w górę… na brzuchu markizy rozłożył korporał, na nim patenę z hostią i kielich, który napełnił winem i odrobiną wody… wszystko zgodnie z rubrykami…
Msza się odprawiała.
Offertorium… Ministrant odebrał z rąk La Voisin niemowlę kupione od jakieś prostytutki… Guibourg nie będąc pewnym czy było chrzczone, ochrzcił je sub conditione4… a następnie ofiarował nie Bogu, lecz Diabłu i ponownie przekazał je ministrantowi.
Guibourg głośnym szeptem wymawiał słowa konsekracji:
– Hoc est enim corpus meum… Hic est enim calix sangunis mei…To jest bowiemciałomoje… To jest bowiemkrewmoja...
Guibourg okadził Najświętszy Sakrament i, przy okazji niejako, nagą markizę. Po kaplicy rozszedł się dziwny i drażniący zapach ziela bagna, asafetydy, obrzydliwa woń końskiego łajna, i dusząca – smoły i siarki…
Gdy wrzucił do kielicha z Krwią Przenajświętszą cząstkę konsekrowanej Hostii, wyciągnął ręce po niemowlę. Zakwiliło. Celebrans zdecydowanym ruchem schwycił je za główkę, odciągając ją jednocześnie do tyłu. Gdy maleńka szyjka znalazła się nad kielichem, ostrym ceremonialnym magicznym sztyletem wykonał szybkie cięcie, podrzynając gardło dzieciątka, aż żelazo zachrzęściło o kość. Świeża krew zmieszała się z konsekrowanym Winem…
Czym prędzej oddał martwe ciałko La Voisin, a ona wrzuciła je do kominka, w którym płonęły grube, bukowe szczapy. Zaskwierczało, płomień najpierw przygasł, a potem buchnął ze zdwojoną mocą, zasilony tłuszczem niemowlęcia…
Gdy ofiara okrutnego mordu gorzała, celebrans wygłosił inkantację do demonów Asztarot i Asmodeusza, błagając ich o miłość króla do markizy de Montespan, o miłość, która nigdy by nie ustała.
Msza dobiegła końca. Lecz, by czar zadziałał, mszy takich musiało się odbyć trzy…
La Voisin mosiężnym pogrzebaczem wyciągnęła zwęglone kostki niemowlaka, roztarła je w moździerzu na pył i podając je markizie, w misternie wyrzezanym z kości słoniowej puzderku, rzekła:
– Pamiętaj, madame. Codziennie król musi spożyć szczyptę tego proszku. Nie zapomnij, codziennie…
De Montespan w milczeniu skinęła głową. Przekroczyła ostatnią granicę, sprzed której mogła jeszcze się cofnąć. Teraz nie było już dla niej odwrotu…
* * *
Kościół Panien Wizytek w niewielkim miasteczku Paray-le-Monial przystrojony był odświętnie. Bo też i ten dzień, 6 listopada 1672 roku, był dniem szczególnie ważnym, nie tylko dla krnąbrnej nowicjuszki, chadzającej własnymi ścieżkami duchowości, za jaką uważano pannę Marguerite-Marie Alacoque, ale i dla Francji i dla całego Kościoła Świętego.
Oto bowiem – przełamując wszelkie opory i zastrzeżenia – matka przełożona zezwoliła, by Marguerite-Marie złożyła śluby wieczyste.
Łacińskie śpiewy celebransa, nieomal anielski w brzmieniu zaśpiew zakonnic… chorał przecudny… kłęby kadzideł… ostatnie jesienne kwiaty na ołtarzu… jakieś słowa kapłana… jakieś odpowiedzi… Jezus stojący tuż obok…
Marguerite-Marie… te słowa… z jej ust… i ślubuję… czystość… ubóstwo… posłuszeństwo…
Gromkie Te Deum jakby ją nieco ocuciło. Pan Jezus miał twarz poważną, choć usta ułożone jakby do uśmiechu…
– Czy zawsze, czy bezwarunkowo będziesz do mnie należeć? – zapytał.
Alacoque w milczeniu skinęła głową. Przekroczyła ostatnią granicę, sprzed której mogła jeszcze się cofnąć. Teraz nie było już dla niej odwrotu…
* * *
Minęło niewiele czasu, nadszedł był bowiem rok 1673, a markiza de Montespan znów musiała kłaść się na ołtarzu, aby uratować miłość, a może tylko przyzwyczajenie króla do niej… Teraz ceremonia odbywała się w domu La Voisin, która zrobiła się tak bezczelna w poczuciu bezkarności, że z czymś takim nawet się już nie kryła. Zresztą… Paryż jadł jej z ręki – księżne, markizy, hrabiny, ich mężowie i kochankowie, a nawet krewni monarchy bywali w jej salonie, gdzie oddawano się uciechom stołu i łoża, nawet najbardziej wyrafinowanym i plugawym.
Ową czarną mszę celebrował ten sam ksiądz – Guibourg… Tym razem jednak, zanim dziecko poświęcone demonom spalono w piecu, La Voisin wydobyła zeń serce i wnętrzności, z których miała przygotować magiczny proszek dla króla. Straszliwy. Wyjątkowy. Mocny. Zniewalający. Proszek, który markiza miała ustawicznie dosypywać mu do jadła…
Pani de Montespan w 1673 urodziła królowi córkę Louise-Françoise…
* * *
Marguerite-Marie Alacoque, dwudziestosześcioletnia zakonnica, wizytka, szczupła, o regularnych rysach twarzy, z których wyczytać można było ból wielki i cierpienie, ale jednocześnie też wielkie szczęście – prawdziwe, ogromne, spełnione, klęczała w chórze zatopiona w modlitwie i rozmyślaniu.
Owa szczupła dziewczyna chroniła się tu, ilekroć było to tylko możliwe. Tak było i tego dnia… 27 grudnia roku Pańskiego 1673. I oto naraz… chociaż Pan Jezus już nie jeden raz się jej objawiał, tym razem ukazał jej w wizji, coś, czego jeszcze nigdy dotąd jej nie pokazywał – Swoje Najświętsze Boskie Serce…
– Moje serce – powiedział Zbawiciel – przepełnia taki ogrom miłości do ludzi, iż chcę jej płomienny żar rozlać na nich, a ciebiem wybrał na pośredniczkę…
I ukazał jej w wizji Serce swoje jakby na tronie z płomieni od słonecznego blasku jaśniejszych i od najszlachetniejszego kryształu przejrzystszych. Miało jednakowoż ono otwartą ranę, a okalała je korona z cierni – ludzkich grzechów i niegodziwości.
A potem Pan w wizji wyjął serce młodej zakonnicy z jej piersi i umieścił je w piersi swojej, a gdy je ponownie umieścił w jego pierwotnym miejscu, dziewczyna zadrżała, albowiem było ono teraz uformowane nie z ciała, ale przyjęło formę ognia płomienistego i palącego.
– Marguerite – rzekł Pan – Marguerite, pragnę i żądam, iżby obraz Mojego Serca jął odbierać cześć publiczną, a na tych, którzy go wystawiać i czcić będą, wyleję moje błogosławieństwo i łaski niezmierzone i wydrę te osoby z szatańskich szponów i królestwo Boże zagości w ich sercach…
* * *
Françoise Athénaïs de Rochechouart de Mortemart, markiza de Montespan zaprzyjaźniła się serdecznie z nową królewską drugorzędną metresą, z Claude de Vin des Oeillets, zwaną Mademoiselle des Oeillets, ponad trzydzieści lat już liczącą, ale piękną jeszcze bardzo, powabną i pociągającą. Markiza nie uznała jej za przeciwniczkę i konkurentkę, lecz wręcz odwrotnie, uczyniła ją swoją powiernicą, dopuszczając do najskrytszych i najstraszniejszych sekretów.
Kiedy nastał więc czas i trzeba było wziąć udział w trzeciej czarnej mszy w domu przy rue de la Tannerie, de Montespan zabrała ją ze sobą.
Gdy bluźnierczy obrzęd dobiegł końca, La Voisin stwierdziła, że domieszanie do konsekrowanego Wina jedynie krwi niewiniątka, które – jak zwykle – dopalało się w piecu, nie wystarczy. Uznała, że aby powstała naprawdę skuteczna mikstura magiczna, należy ją wzbogacić o niewieścią krew miesięczną i nasienie mężczyzny.
Niestety, markiza nie miała wonczas periodu… I – wtedy w sukurs jej przyszła Mademoiselle des Oeillets, która właśnie miała swój czas. Wzięła tedy z rąk księdza kielich mszalny, wsadziła go pod suknię i wpuściwszy doń krople swojej krwi, na powrót podała kapłanowi, który niezwłocznie oddał do niego swoje nasienie.
Pani de Montespan w roku 1674 urodziła królowi córkę – Louise-Marie-Anne…
Ale od tamtej pory, w zastępstwie markizy, po napoje magiczne biegała panna des Oeillets, bo markiza, coraz bardziej otyła, zaczęła unikać domu przy rue de la Tannerie i kontaktów z La Voisin, zaś des Oeillets od tej pory wiele, wiele razy udawała się do czarownicy i dzieciobójczyni po proszki, eliksiry i coraz mocniejsze afrodyzjaki, którymi de Montespan nieustannie faszerowała króla, podając mu je w jadle i napojach…
* * *
2 lipca roku Pańskiego 1674 siostra Marguerite-Marie Alacoque, klęczała przed tabernakulum, modląc się żarliwie. I oto naraz stanął przed nią Pan Jezus. Od jego postaci rozchodził się nadziemski blask, a z Jego pięciu ran wydobywała się światłość, słoneczną światłość przewyższająca.
– Och! Czemuż to ludzie są tak niewdzięczni? Wszak oddałem za nich życie. Gdybyż okazali mi, choć odrobinę miłości, zlałbym na nich wszelkie możliwe łaski, ale nie, oni za dobro, jakie im zsyłam, nie płacą mi wdzięcznością, lecz odtrąceniem i wzgardą. Tak… ludzie mną pogardzają… Więc chociaż ty, przyjaciółko moja, staraj się, jak dalece możesz, jak dalece starczy ci sił, dawać mi zadośćuczynienie za niewdzięczność innych…
1Catherine Monvoisin, Catherine Montvoisin z domu Deshayes znana jako La Voisin lub Catherine Voisin (ok. 1640-1680) – francuska trucicielka i wróżbitka, organizatorka satanistycznych czarnych mszy, dokonująca aborcji na masową wręcz skalę.
2Françoise Athénaïs de Rochechouart de Mortemart (1640-1707) oficjalna kochanka króla Ludwika XIV, matka 7 jego dzieci.
3Święta Małgorzata Maria Alacoque (1647-1690) – francuska wizytka i mistyczka, znana przede wszystkim z propagowania nabożeństwa ku czci Najświętszego Serca Jezusowego.
Spektakularnie rośnie potęga władców świata. Rośnie coraz szybciej. Posiadają miliardy miliardów [przy takich kwotach jest zupełnie obojetnie, czy to dolary, czy złote]. Już nie muszą to być dziesiątki czy setki ton złota, choć, jeśli można takie ilości metalu wywieźć z Libii po zamordowaniu jej władcy, czy z Ukrainy po wygnaniu jej władcy, to tym też nie pogardzają. Te miliardy miliardów mnożą się, jak króliki Lejzorka Rojtszwanca z powieści Ehrenburga. To nic, że jedynie w świecie wirtualnym i to w najpotężniejszych i najszybszych komputerach banksterów. Przekłada się to przecież na potęgę przemysłową i militarną. I co najważniejsze, poprzez media – na potęgę ideologiczną. Nowe postępowe mikro-paradygmaty potęguje się do mini-paradygmatów, potem do paradygmatów i wreszcie przekształca w nowe, obowiązujące już wszystkich, dogmaty. Wolność, tolerancja, wartości europejskie, humanitaryzm, humanizm, światła, tysiąc światełek tak promowanych przez masonów- prezydentów Stanów Zjednoczonych.
Już blisko, na horyzoncie, są Stany Zjednoczone Świata. Już czekają na Męża Opatrznościowego Świata. Już powstała Nowa Cywilizacja Człowieka, Ona zwycięża, Ona zwycięży. Nazwijmy ją roboczo GLOB. Ta demonstracja Potęgi oddziałuje na psychikę. Część jej ofiar ugina się uznając, że już wałczyć przeciw – nie da się, nie można. A część przekonuje siebie, że popieranie się opłaci. Zmiany następują we wszystkich dziedzinach. Wymienię tylko kilka. – Rewolucja etyczna, obalenie Dekalogu (tak to nazywają..) i zastąpienie go regułami nowymi, postępowymi. Dotyczy to każdego z 10-ciu przykazań. Przykładów jest tyle, że każdy może je dopowiedzieć. – (R-)ewolucja pojęcia prawdy, rozmycie kryteriów jej poznania, a nawet zwątpienie w możliwość i potrzebę jej szukania i opierania się na niej. Przecież mamy post-modernizm! – Wzrost bogactwa i silne rozwarstwienie dobrobytu. Bogacenie się uznano za główny motor postępu i dowód na wielkość człowieka. – Szybki wzrost rekordów sportowych przy jednoczesnym postępującym cherłactwie zwykłych ludzi, głównie osób siedzących przed komputerem, a szczególnie dzieci i młodych ludzi. – Radykalna zmiana znaczenia pojęć towarzyszy tym przemianom. Np. inwestowanie przestało znaczyć budowanie, tworzenie dóbr trwałych, a stało się spekulacją, wyścigiem w oszukiwaniu innych – i to w dodatku w świecie wirtualnym, ale z konsekwencjami w świecie realnym. Porównajmy pojęcie „rodzina” przed wiekiem – i teraz… – Szczególnie głębokie są zmiany znaczenia abstraktów. Porównajmy (jeśli jeszcze potrafimy), co znaczyły przed stu laty i obecnie pojęcia takie, jak miłość, człowiek, dobro, wolność, prawo (-a), szybkość, jakość, fundamentalizm. I setki innych. W dziedzinie religijnej znikły z powszechnego użycia np. słowa: grzech, modlitwa, piekło. Niedawno jacyś postępowi chrześcijanie przegłosowali nie-istnienie czyśćca. W katolicyzmie pojawiła się demokracja i głosowanie w sprawach pojęć podstawowych, objawionych, a także wiedzy naturalnej. Niedawno Patryk Buchanan w USA napisał: „Odeszli Adam i Ewa, wkroczyło „Krysia ma dwie mamy”. Odeszły obrazy Chrystusa wstępującego do Nieba, w zamian pojawiły się obrazy ukazujące człekokształtnych przechodzących z Homo erectus. Odeszła Wielkanoc, nadszedł Dzień Ziemi. Odeszło biblijne nauczanie o niemoralnej istocie homoseksualizmu, wkroczyli homoseksualiści nauczający o niemoralności tzw. homofobii. Odeszły przykazania, wkroczyły prezerwatywy”.
Cywilizacje według Konecznego Wciskają nam to wszystko w sto lat po genialnym sformułowaniu nauki o cywilizacjach Feliksa Koniecznego. Jego definicje są ciągle mało znane, mało cytowane. Przerażają i mierżą one samozwańcze t.zw. Autorytety z grona tajnych związków. Sprecyzował on: Cywilizacjajest to metoda ustroju życia zbiorowego. Czyli – są to metody i zasady, według których buduje się życie społeczności, życie narodów. Konieczny wyróżnił pięć (i tylko pięć) pojęć charakteryzujących cywilizację (quincunx, czyli piecioksztalt). Cywilizacje krystalizują się wokół następujących pojęć: Stosunek do prawdy, do dobra (to w dziedzinie duchowej), dobrobytu, zdrowia (sprawy materialne) oraz stosunek do piękna – w obu dziedzinach, ducha i materii. Na podstawie stosunku do tych pojęć cywilizacje odróżniają się od innych. FK wyróżnił w obecnym świecie siedem cywilizacji: turańska (mongolska, obozowa, z wodzem czy carem na czele), arabska (nie Islamu, bo nie jest cywilizacją sakralną), chińska (jest wraz z żydowską najstarsza, ale bez tendencji uniwersalistycznych), bramińska (głównie na terenie Indii, sakralna), żydowska (sakralna, ale o dążeniach globalnych; wg. niej Tora to objawione Prawo), bizantyńska (na bazie imperium wschodnio-rzymskiego), łacińska (powstała na pniu cywilizacji rzymskiej i religii katolickiej). Czytelnika nie znającego tych terminów odsyłam do materiałów zamieszczonych na stronie Dakowski.pl w dziale Koneczny. [dodaję w grudniu 2021: To jest dostępne w Archiwum.] Dla nas obecnie najważniejsza jest następująca konstatacja Konecznego: Wbrew twierdzeniom hegeliańskich niedouków nie można być cywilizowanym na dwa sposoby. Wskazują na to m.inn. wielowiekowe usiłowania, zawsze kończące się klęską. Syntezy różnych cywilizacji są niemożliwe. Różni genialni przywódcy usiłowali tworzyć cywilizacje sztuczne, wydumane; Aleksander zwany wielkim, Hitler i Lenin (z Marksem w tle), by podać pseudonimy czy nazwy największych zbrodniarzy (dodać Napoleona!). Zamiast syntez zawsze powstawały stany a-cywilizacyjne, stany bierności, czy (genialne sformułowanie Feliksa Konecznego) kołobłędu i latrocinium maximum (rabunek totalny i brak moralności, powiedzielibyśmy dziś). Drugi ważny wniosek. Ponieważ wśród ludzi należących do różnych cywilizacji stosunek do każdego z pięciu elementów quincunxa jest różny, niemożliwe jest powstanie cywilizacji planetarnej, która byłaby mieszanką elementów tych cywilizacji. W tym sensie np. uogólniona moralność ludzka jest zbiorem pustym. Jeśli planetę opanuje jedna cywilizacja, będzie to jedna z wymienionych siedmiu cywilizacji, lub inna, nowa. Na pewno nie będzie to cywilizacja – „synteza wybranych najlepszych cech dotychczasowych cywilizacyj”, czyli cywilizacja synkretyczna. Porównanie GLOB z cywilizacjami istniejącymi Czy powstająca obecnie cywilizacja globalistyczna (nazwijmy ja roboczo GLOB) jest cywilizacją w sensie FK? Jeśli tak, to czy może być kandydatką na cywilizację planetarną? Rozważmy to według kryterium pięciokształtu (quincunx). Tworzona cywilizacja jest cywilizacją laicką, ignorującą wolę Boga. Nie nazwiemy jej jednak tym mianem, choćby dlatego, że skrót (CL) mylony może być z cywilizacją łacińską (CŁ). Zostańmy przy roboczej nazwie Cywilizacja GLOB. Struktury budowane w USA i UE są to jedynie odmiany planów globalistów. Porównajmy cechy planowanej i budowanej [dużym kosztem, tak materialnym, jak i duchowym], cywilizacji (GLOB) z dotychczasowymi siedmioma cywilizacjami, szczególnie z cywilizacją łacińską. 1. Stosunek do prawdy. Fundamentem CŁ jest pewność, że prawda jest jedna. Dla katolików, którzy stworzyli CŁ, Prawdą jest Chrystus. Fundamentem filozoficznym CŁ jest nauka św. Tomasza z Akwinu. Wszelkie poszukiwania prawdy w sprawach cząstkowych są uzasadnione, potrzebne i mogą być skuteczne. To przeświadczenie umożliwiło powstanie nauki, szczególnie stało się fundamentem nauk ścisłych. Zastosowano metodę analityczną, czyli oparcie się na doświadczeniu i logicznym wnioskowaniu. Nauki ścisłe rozwinęły się wśród scholastyków średniowiecza, a zapoczątkowały je odkrycia fizyków Buridana i Nicolas d’Oresme. Inne cywilizacje mają może słabiej (i inaczej) ukształtowane pojęcie podstaw i źródeł prawdy. Ale mają. Natomiast GLOB, idąc za post- modernistycznymi prądami, neguje potrzebę precyzyjnego pojmowania prawdy. Każdy ma swoją rację, prawda jest względna, lub zależy od punktu widzenia/siedzenia, od bogactwa zresztą itp. To upraszczające slogany oddające stosunek konstruktorów GLOB do prawdy. To podejście jest więc przeciwieństwem podejścia CŁ. 2. Dobro. Podobnie rozmyte, niejednoznaczne i zróżnicowane jest podejście propagatorów GLOB do dobra. Uzasadniają, że nowoczesny człowiek ma swój własny zespół wartości, że Dekalog był może dobry dla pastuchów dwa tysiące lat temu, ale my, ludzi nowocześni, wykuwający przyszłość (świetlaną, chciałoby się dopowiedzieć) jesteśmy ponad więzy Dekalogu czy ponad marzycielstwo mitycznego źródła ewangelii, Jezusa. Zresztą był on dobrym człowiekiem, może (jak uważa część wielbicieli nowych religii) awatarem Kriszny, czy jednym z wizjonerów ludzkości. Obok innych, oczywiście.. Itp. Zamiast uniwersalnej kategorii dobra występuje darwinizm społeczny, dobro określane przez każdego dla samego siebie (ew. dla swoich – to już ich szczyty altruizmu). 3. Zdrowie W cywilizacji rzymskiej, potem łacińskiej, najprostszą maksymą było i jest w zdrowym ciele zdrowy duch. Zdrowie jest więc środkiem do rozwoju człowieka. W GLOB zaś zdrowie, a również uroda, są CelemOstatecznym. Stąd inwazja chemicznych panaceum (po zbójeckich cenach, często setki a nawet tysiące razy wyższych od kosztu produkcji). Stąd dyktatura firm kosmetycznych, czy sztucznie generowana moda na chirurgię plastyczną. Miraż stworzenia bożka czy bogini. Dla bogatych – miraż długowieczności czy klonowania. Rynek narządów pobranych z ofiar terroru w Czeczenii, Meksyku, czy ustrzelonych (na zamówienie) w Strefie Gazy, lub z więźniów w konc-łagrach w Chinach, jest już rynkiem pół-legalnym w Europie Zach., czy USA. Doskonała jakość, umiarkowane ceny. W modnych restauracjach we Francji (np.w Marsylii) serwuje się dania z „ludziny”, podobno import z Chin. [Znajomi krzyczą” „Nie uwierzę!” . A to –fakt] „Prawo” do zabijania ludzi nienarodzonych wprowadziła dopiero władza bolszewicka (Lenin i Zw. Sowiecki, 18 XI 1920r.) i władza nacjonał -socjalistów (Kanclerz Niemiec A. Hitler, 1933r). Teraz staje się ono niezbywalnym prawem kobiety, promowanym w krajach neo-cywilizacji. Widzimy hegeliańską logikę syntezy: zabijać miliony ludzi w imię praw człowieka, czy etyki humanizmu. Ostatnio (czerwiec 2016) juz jawnie uzasadniono otwieranie UE na migrantów z Azji i Afryki celami eugenicznymi; „Nowa krew” dla Europy. [por.: Rasizm eurokratów – zbrodnią przeciw ludzkości. ] 4. Dobrobyt Zbadajmy stosunek neo-cywilizacji (GLOB) do następnego elementu quincunxa, tj. do dobrobytu. W cywilizacji łacińskiej celem w tej dziedzinie jest dobrobyt większości rodzin (ale nie jest to Cel Najwyższy). Pożądany jest też szeroki rozkład dochodów z jednym maksimum przy dochodach średnich. Realizowanym celem i skutkiem GLOB (przy użyciu darwinizmu społecznego) jest ogromna rozpiętość dochodów osobników (nie rodzin!); rozkład ten ma dwa maksima: przy bardzo niskich dochodach (nędza) oraz przy bardzo wysokich (członkowie grup nieformalnych czy tajnych, członkowie mafii, finansiści-aferzyści). 5. Piękno. W odróżnieniu od cywilizacji istniejących, a szczególnie od cywilizacji łacińskiej, GLOB promuje brzydotę i ohydę tak w dziedzinie materialnej, a też w dziedzinie duchowej (filmy, plastyka, szczególnie malarstwo, architektura, muzyka). Wszędzie tu dominuje też fascynacja złem (a często jawny satanizm) połączona z fascynacją brzydotą. W dziedzinie rodziny: CŁ jest cywilizacją monogamii, cywilizacja arabska – głównie poligamii, cywilizacja chińska semi-poligamii. We wszystkich cywilizacjach sprawy rodziny są jednak uregulowane prawnie. W GLOB podmiotem jest osobnik, indywiduum. A normą – podnoszenie jego prawa (raczej jego widzimisię) do statusu decydującego. Trwa więc intensywna propaganda re- definicji rodziny, by włączyć w nią związki zboczeńców, np. pederastów, są też już (formalnie udane!) próby włączenia również pedofilów. We wszystkich istniejących cywilizacjach zboczenia, jeśli nawet są tolerowane, są traktowane jako anomalie, a nie norma. Przyczyną tego jest prawo naturalne, a w łacińskiej i żydowskiej dodatkowo, a ściślej głównie – Objawienie. Cywilizacja GLOB jest pierwszą próbą odwrócenia celów Natury czy naturalnych celów człowieka. Jest zdecydowanie inna od wszystkich dotychczasowych. Czy GLOB jest więc nową cywilizacją? Przytoczone wyrywkowo przykłady, jak i wiele innych, tak w dziedzinie quincunxa, jak i prawa spadkowego, rodzinnego, czy nawet podejścia do logiki, wskazują na zupełną wyjątkowość tak mocno promowanej cywilizacji. Nie jest ona wynikiem tendencji i nurtów naturalnych, lecz wynikiem realizacji PLANU. Jest wymyślona. W każdej z najważniejszych dziedzin charakteryzujących cywilizacje stoi przy wartościach przeciwnych do cywilizacji łacińskiej. Stoi przy jej anty-wartościach. Sprawy różnic w podejściu do prawdy pokazuje obrazek: W normalnej szkółce początkowej Jaś, nawet najgłupszy, po paru dniach nauki wie (na zawsze), że 2*2=4. W szkole czy parlamencie UE Wysokie Komisje zbierają poglądy na ten temat. Jeśli na przykład grupa scjentologów czy satanistów (to przecież ważne poglądy mniejszości, należy im się szacunek) dojdzie do wniosku, że w obecnych warunkach 2*2 to chyba 7, zaś Światowy Ruch Lesbijek uchwali, że 2*2 to ok. 5, to Wysoka Komisja na IV posiedzeniu wybiera Radę Mędrców, której szefem zostaje dentysta, ale kopulant Pani Komisarz (np. pani Edith Cresson- autentyczne). Rada debatuje, uchwala, że w czasie przewodniczenia Poronii w UE akceptowalne wartość 2*2 będzie 6. A członkowie Rady każą sobie przelać na konto wysokie honoraria. Z naszych pieniędzy. Co gorsze – do ich decyzji musimy się stosować pod groźbą kar. W dziedzinie prawdy: GLOB boi się uznania, że Chrystus i Jego nauka jest fundamentem cywilizacji europejskiej. A nasi, tj. polscy kompromitanci (nowotwór od kompromis; może: „kompromisie”?? ) żebrali, by w dokumencie tworzącym UE choć wspomniano, że w Europie były pewne korzenie chrześcijańskie. I nawet ta prośba budzi furię Władz Unii. Prawo naturalne jest uznawane za przestarzałe, a narzucone prawa GLOB są z nim sprzeczne. Dotyczy to tak własności, jak prawa małżeńskiego czy rodzinnego. Szczególnie zaś wychowania i nauki dzieci. W każdej z dziedzin quincunxa i w istotnych dziedzinach prawa, GLOB jest nie tylko różna od pozostałych siedmiu cywilizacji. Nie jest – do czego pretenduje – nową, syntetyczną cywilizacją harmonijnie łączącą osiągnięcia ludzkości, humanizmu i postępu. Taka jest niemożliwa. Rozumie to każdy, kto stosuje kryteria rozumu i reguły logiki. GLOB jest ściśle przeciwna normom CŁ. Jest więc jej anty-cywilizacją. Ojciec św. Jan Paweł II mówił o cywilizacji śmierci. Nie znał niestety dorobku Feliksa Konecznego, nie mógł więc przeanalizować tego zjawiska czy procesu krok po kroku, według kryteriów quincunxa. Ani według metod podanych przez św. Tomasza z Akwinu. Ale mówił i ostrzegał właśnie przed tą sztuczną „cywilizacją” t.zw. „humanistów” GLOB jest tworem sztucznym, wydumanym. Podobna jest w tym do cywilizacji zadekretowanej przez Aleksandra po podbojach w Azji w IV wieku przed Chrystusem. Jeśli CŁ jest opartą o Objawienie Jezusa Chrystusa, to GLOB jest, jak widzimy, opartą o anty-zasady. Jest więc konstrukcją Anty-chrysta. Z tych dwóch przyczyn: sztuczna i anty-chrystowa, budowana cywilizacja nie ma żadnych logicznych i realnych szans na powstanie i przetrwanie. Zawali się niedługo pod własnym ciężarem. Chcemy, by ta potworna katastrofa nie pogrzebała pod sobą Polski i Polaków. Mamy więc obowiązek aktywnie przeciwstawiać się wprowadzaniu tego nowotworu w życie. Na którymś za spotkań z uporem zadawano mi pytanie: „Ale co będzie, jeśli jednak GLOB zwycięży?”Wykręcałem się, argumentowałem, jak wyżej. Dopiero noc koszmarów wymusiła na mnie odpowiedź na to pytanie sobie i Czytelnikom. Brzmi ona:
PIEKŁO.
Oczywiście jest to odpowiedź demagogiczna, sprowadzająca pytanie do absurdu: Wiemy, że piekło można sobie osobiście wybrać, bo mamy wolną wolę. Ale w skali świata mamy zapewnienie o Bożej opiece. Konkretnie też o tym, że [bezwarunkowo !] nastąpi poświęcenie Rosji przez Papieża, która się wtedy nawróci [tj. oczywiście na jedyną prawdziwą wiarę – katolicyzm, nie jest to przewidywanie zwycięstwa synkretyzmu!] i wtedy nastąpi „jakiś czas pokoju”. Nasze zadanie więc : – spowodować Intronizację Jezusa Chrystusa przez władze świeckie i kościelne na Króla Polski – i modlić się, by wreszcie nastał Papież katolik, odważny, który wypełni prośbę – żądanie Matki Bożej o poświęcenie Jej Rosji. Obroni nas Bóg w Trójcy Świętej Jedyny, jeśli pokornie sięgniemy [choć 10- 15 % Polaków] po broń niezawodną – Różaniec. Przypomnijmy sobie Muret czy Lepanto! ======================================= 15.06.2016. Mirosław Dakowski [wygłoszę wg. tego tekstu, ale zapewne mniej, na pewno inaczej. MD]VIII Kongres dla Społecznego Panowania Chrystusa Króla, Gdańsk 18 czerwca 2016r. [to z Archiwum]
„Planujemy wejść w XXI wiek na pełnym biegu. Wszystko ustalone i nikt nie może nas powstrzymać. Niektórzy z was myślą, że mówię o komunizmie. Tymczasem mówię o czymś większym od komunizmu. Ludzie będą musieli przyzwyczaić się do zmian, tak, że będą spodziewać się zmian. Nic nie będzie stałe. Ludzie są zbyt łatwowierni. Nie zadają właściwych pytań” – fragment przemówienia dr. Richarda Daya, wygłoszonego na spotkaniu ze studentami i specjalistami ochrony zdrowia, przeznaczonymi dla liderów w zakresie medycyny, 20 marca 1969 roku.
Historia Nowego Porządku Świata pełna jest mglistych teorii, jednak sprawa dr. Richarda Daya stanowi w niej punkt zwrotny ze względu na pochodzenie informacji bezpośrednio z wnętrza systemu. Cała współczesna narracja opiera się na relacji dr. Lawrence’a Dunegana, który w marcu 1969 roku uczestniczył w zamkniętym spotkaniu dla młodych lekarzy w Pittsburghu. Prelegentem był dr Day, wówczas wysoko postawiony medyk powiązany z fundacjami Rockefellera oraz dyrektor medyczny Planned Parenthood.
Dunegan twierdził, że Day poprosił słuchaczy o wyłączenie magnetofonów i nierobienie notatek, po czym wygłosił wykład, który nie był prognozą, lecz gotowym harmonogramem celowej transformacji globalnej cywilizacji. Kluczem do zrozumienia wagi tych rewelacji jest tożsamość samego Richarda Daya, który nie był przypadkowym obserwatorem, lecz człowiekiem głęboko osadzonym w strukturach elity medycznej i akademickiej USA.
W kręgach badaczy alternatywnych uznaje się go za idealny przykład „insidera” – osoby, która realizując programy eugeniczne i demograficzne z ramienia potężnych fundacji, miała bezpośredni wgląd w długofalowe strategie geopolityczne. Dunegan zdecydował się ujawnić treść tego spotkania dopiero pod koniec lat 80. na serii taśm magnetofonowych, motywowany obserwacją, że rzeczywistość wokół niego zaczyna idealnie pokrywać się z planem przedstawionym dwadzieścia lat wcześniej.
Analiza taśm „The New Order of Barbarians” ujawnia, że głównym celem spisku nie było jedynie przejęcie władzy politycznej, lecz całkowite przebudowanie natury ludzkiej i relacji społecznych. Dr Day miał jasno zakomunikować, że dotychczasowy świat, oparty na wartościach chrześcijańskich, tradycji narodowej i silnej komórce rodzinnej, dobiega końca, ponieważ struktury te uniemożliwiają skuteczne, globalne zarządzanie ludzkością.
Dla wielu analizujących ten wykład, to właśnie Day wskazywany jest jako ten, który zdemaskował iluzję demokracji, pokazując, że rządy i partie polityczne są jedynie fasadą dla ukrytych grup interesu. Pierwszym i najbardziej fundamentalnym filarem planu opisanego przez Daya była radykalna kontrola populacji poprzez inżynierię społeczną i medyczną. „Elita” miała uznać, że niekontrolowany przyrost naturalny stanowi zagrożenie dla zasobów planety oraz stabilności systemu władzy, dlatego prokreacja musiała zostać oddzielona od seksu i poddana ścisłemu nadzorowi.
W tym celu zapowiedziano celowe promowanie antykoncepcji na skalę masową oraz zmianę statusu prawnego i społecznego aborcji, która z procedury potępianej miała stać się powszechnie dostępnym prawem, a z czasem wręcz normą społeczną, finansowaną ze środków publicznych. Równolegle z ograniczeniem narodzin plan zakładał systematyczną destrukcję tradycyjnego modelu rodziny jako podstawowej komórki społecznej opierającej się odgórnej kontroli.
Dr Day miał wyjaśnić, że rodzina daje jednostce autonomię, niezależność finansową i emocjonalne wsparcie, co utrudnia państwu pełne formatowanie obywatela od najmłodszych lat. Aby to zmienić, wprowadzono strategie ułatwiające rozwody, promujące alternatywne formy związków oraz wymuszające ekonomicznie, by oboje rodzice musieli pracować na pełny etat, co naturalnie ograniczyło ich czas spędzany z dziećmi i zmusiło do oddania edukacji w ręce instytucji państwowych.
W tym scenariuszu kluczową rolę przypisano rewolucji seksualnej i celowej seksualizacji przestrzeni publicznej oraz edukacji dzieci. Według relacji Dunegana, Day zapowiedział, że pornografia, brutalność w mediach oraz wczesna inicjacja seksualna zostaną celowo upowszechnione, aby osłabić wrażliwość młodego pokolenia i przekształcić popęd seksualny w narzędzie rozrywki oraz konsumpcji.
Ludzie zredukowani do pogoni za natychmiastową gratyfikacją zmysłową stają się łatwiejsi do manipulowania, pozbawieni wyższych aspiracji duchowych czy politycznych, co idealnie wpisuje się w koncepcję społeczeństwa apatycznego i posłusznego. Jednym z najbardziej kontrowersyjnych i przerażających wątków wykładu z 1969 roku jest bezwzględne podejście do ochrony zdrowia, która w Nowym Porządku Świata przestała służyć leczeniu, a stała się mechanizmem kontroli populacji.
Dr Day miał wypowiedzieć szokujące słowa o tym, że lekarstwa na najcięższe choroby, w tym na raka, już istnieją w zamkniętych laboratoriach (wskazując między innymi na Instytut Rockefellera), jednak nie zostaną udostępnione opinii publicznej. Zamiast tego przemysł farmaceutyczny miał skupić się na leczeniu objawowym, generującym gigantyczne zyski i utrzymującym pacjentów w stanie permanentnej zależności od systemu opieki medycznej.
Kolejnym krokiem w medycznej transformacji świata miało być sztuczne wywoływanie nowych, nieznanych wcześniej chorób oraz epidemii, które służyłyby jako pretekst do wprowadzania masowych programów szczepień i obostrzeń sanitarnych. Uważa się, że Day precyzyjnie przewidział mechanizm globalnego zarządzania strachem poprzez kryzysy zdrowotne, gdzie przerażona wizją śmierci populacja dobrowolnie zrzeka się wolności osobistych na rzecz narzuconych procedur bezpieczeństwa. Zdrowie przestało być prawem jednostki, a stało się obowiązkiem kontrolowanym przez państwo.
Równie bezwzględnie plan traktował kwestię starzenia się społeczeństwa i opieki nad osobami starszymi, które z punktu widzenia elity stają się obciążeniem ekonomicznym. Dr Day miał zapowiedzieć stopniowe wprowadzanie akceptacji dla eutanazji oraz kreowanie narracji, że człowiek ma prawo i obowiązek odejść, kiedy przestaje być produktywny dla ogółu. W tym kontekście wspominano o koncepcji „pigułki śmierci” lub programach wspomaganego samobójstwa, które w XXI wieku są sukcesywnie legalizowane w kolejnych krajach, co dla wielu jest bezpośrednim dowodem na realizację agendy Daya.
W sferze ekonomicznej dr Richard Day miał zapowiedzieć całkowitą likwidację gotówki jako kluczowy element uniemożliwiający jakąkolwiek formę buntu czy niezależności finansowej. System bezgotówkowy, oparty na kartach płatniczych, a docelowo na cyfrowych walutach banków centralnych, pozwala na pełną inwigilację każdej, nawet najmniejszej transakcji obywatela.
W świecie opisanym przez Daya, osoba, która sprzeciwi się systemowi lub nie dostosuje do nowych wytycznych, może zostać natychmiastowo odcięta od swoich środków finansowych za pomocą jednego kliknięcia w centralnym systemie komputerowym. Wizja ta rozciąga się również na koncepcję własności prywatnej, która w Nowym Porządku Świata ma zostać zmarginalizowana na rzecz systemów subskrypcyjnych i wynajmu. Prorocze słowa Daya o tym, że „nic nie będzie stałe”, współcześni analitycy alternatywni łączą bezpośrednio z agendą Światowego Forum Ekonomicznego i hasłem o braku własności dającym rzekome szczęście.
Eliminacja posiadania nieruchomości czy samochodów przez klasę średnią sprawia, że jednostka staje się całkowicie zależna od korporacji dostarczających podstawowe usługi życiowe, co eliminuje pojęcie osobistej suwerenności. Aby system inwigilacji finansowej i osobistej był szczelny, Day miał wspomnieć o konieczności trwałego znakowania ludzi za pomocą technologii, która w 1969 roku brzmiała jak czysta fantastyka naukowa.
Mowa była o unikalnych kodach tożsamości, implantach lub mikroczipach podskórnych, które łączyłyby w sobie funkcje dowodu osobistego, karty płatniczej oraz historii medycznej. Współczesne paszporty biometryczne, systemy rozpoznawania twarzy oraz testy nad implantami mózgowymi i podskórnymi są w kręgach NWO interpretowane jako ostateczna faza domykania tej technologicznej klatki.
ALE! Przebudowa świata nie mogłaby się udać bez całkowitej reformy systemu edukacji, która – według słów dr. Daya – miała na celu oduczenie ludzi samodzielnego i krytycznego myślenia. Szkoły publiczne miały przestać kłaść nacisk na twardą wiedzę akademicką, historię, logikę czy klasyczną literaturę, zastępując je edukacją emocjonalną, nauką pracy w grupie oraz bezkrytycznym przyjmowaniem dogmatów systemowych.
Młode pokolenia miały być celowo intelektualnie spłycane, aby nie potrafiły dostrzec związków przyczynowo – skutkowych w otaczającej je rzeczywistości i nie zadawały niewygodnych pytań strukturze władzy. W nowym systemie edukacyjnym historia miała być pisana na nowo lub stopniowo usuwana z programów nauczania, aby odciąć ludzi od ich korzeni kulturowych i narodowych.
Day miał zauważyć, że człowiek pozbawiony tożsamości historycznej, nieznający błędów przeszłości i dokonań swoich przodków, jest jak liść na wietrze – łatwo nim manipulować i narzucać mu nową, sztuczną tożsamość globalnego konsumenta. Zmiany te miały być wprowadzane powoli i niezauważalnie, tak aby kolejne pokolenia uważały nowy, obniżony poziom edukacji za stan naturalny i jedyny możliwy.
Ważnym elementem inżynierii edukacyjnej było również promowanie relatywizmu moralnego, w którym pojęcia dobra i zła, prawdy i fałszu przestają być absolutne, a stają się płynne i zależne od aktualnej narracji politycznej. Dr Day miał wskazać, że elita zamierza stworzyć społeczeństwo, które bez sprzeciwu zaakceptuje fakt, iż to, co wczoraj było przestępstwem lub dewiacją, dziś jest normą, a to, co było cnotą, staje się przejawem zacofania lub mowy nienawiści. Taka plastyczność ludzkich sumień pozwala na bezproblemowe wprowadzanie dowolnych dekretów i praw.
Informacja i media głównego nurtu zostały w planie Daya wskazane jako główne pasy transmisyjne dla propagandy elit, mające za zadanie nieustannie formatować opinię publiczną. Niezależne dziennikarstwo i lokalne wydawnictwa miały zostać wykupione przez kilka wielkich, globalnych korporacji, tworząc monolit informacyjny, w którym prezentowana jest tylko jedna, zatwierdzona wersja wydarzeń.
Każda próba poszukiwania alternatywnych wyjaśnień miała być z góry etykietowana jako niebezpieczna dezinformacja, oszołomstwo lub teoria spiskowa, co skutecznie marginalizowało ludzi myślących niezależnie. Aby odwrócić uwagę mas od postępujących procesów zniewolenia, kultura i rozrywka miały zostać sprowadzone do najniższego wspólnego mianownika.
Dr Day zapowiedział zalew prymitywnej muzyki, powtarzalnych filmów opartych na przemocy i seksie oraz powszechną dostępność substancji odurzających i narkotyków, które miały działać jak nowoczesne „soma” z dystopijnych powieści. Otumanione i nieustannie stymulowane bodźcami społeczeństwo traci zdolność do refleksji nad własnym losem, stając się idealną masą pracowniczo – konsumencką, niezdolną do zorganizowania jakiegokolwiek buntu.
Zjawisko to wiąże się również z celowym niszczeniem poczucia estetyki i piękna w architekturze, sztuce oraz literaturze, co w wielu analizach internetowych interpretowane jest jako duchowa degradacja człowieka. Tradycyjna sztuka, która windowała ludzkiego ducha ku wyższym wartościom, miała zostać zastąpiona przez abstrakcję, brzydotę i nihilizm, co miało na celu wywołanie w ludziach podświadomego poczucia chaosu i beznadziei.
Kiedy otoczenie człowieka staje się szare, brutalistyczne i pozbawione harmonii, jego psychika również ulega załamaniu, przyjmując postawę rezygnacji. ALE jedną z najgłębszych barier dla wprowadzenia NWO było tradycyjne chrześcijaństwo, posiadające silny kręgosłup moralny, dlatego plan dr. Daya zakładał jego systematyczną infiltrację i demontaż od wewnątrz.
Kościoły miały zostać zmiękczone poprzez wprowadzanie do nich ideologii humanistycznych, ekologicznych oraz relatywistycznych, co miało doprowadzić do utraty ich doktrynalnej wyrazistości. Ostatecznym celem było stworzenie jednej, globalnej religii synkretycznej, która zamiast na Bogu, skupiałaby się na kulcie Ziemi, tolerancji i posłuszeństwie wobec globalnego rządu, pełniąc funkcję narzędzia kontroli społecznej.
Ta nowa, globalna duchowość miała być ściśle powiązana z agendą ekologiczną, w której ochrona klimatu i planety staje się nowym dogmatem religijnym, przed którym jednostka musi ukorzyć swoje prawa. W analizach taśm Daya często podkreśla się, że kwestie ochrony środowiska miały zostać wyolbrzymione i użyte jako ostateczny argument uzasadniający wprowadzenie globalnych podatków, ograniczeń w przemieszczaniu się oraz limitowania dostępu do energii i pożywienia.
Człowiek w tej narracji przestał być koroną stworzenia, a stał się „szkodnikiem” zagrażającym ekosystemowi, co legitymizuje drastyczne kroki depopulacyjne. Wszystkie te działania – polityczne, ekonomiczne, medyczne i religijne – miały zbiegać się w jednym punkcie: powołaniu oficjalnego, jawnego Rządu Światowego, dysponującego monopolem na siłę i kontrolę zasobów.
Dr Day miał zaznaczyć, że suwerenność narodów zostanie całkowicie zlikwidowana, a granice państwowe staną się fikcją, ustępując miejsca unijnym superpaństwom zarządzanym przez mianowanych technokratów, a nie wybieranych w demokratycznych wyborach polityków. Proces ten miał być nieodwracalny, a wszelkie próby oporu ze strony suwerennych narodów miały być tłumione za pomocą międzynarodowych sił policyjnych.
Fundamentalną metodą wdrażania tak radykalnych zmian społecznych, na którą wskazywał dr Day, była dialektyka Hegla, w kręgach spiskowych znana jako zasada „problem – reakcja – rozwiązanie”. Elity nie wprowadzają totalitarnych zmian w sposób jawny i nagły, ponieważ spotkałoby się to z natychmiastowym oporem społeczeństwa. Zamiast tego, w sposób kontrolowany wywołuje się kryzys – może to być krach finansowy, konflikt zbrojny, atak terrorystyczny lub wspomniana wcześniej pandemia – który uderza w poczucie bezpieczeństwa obywateli.
W drugim etapie tego mechanizmu media głównego nurtu odpowiednio potęgują strach i poczucie bezradności w społeczeństwie, wywołując pożądaną reakcję mas. Przerażeni ludzie, pozbawieni stabilizacji i dotychczasowych punktów odniesienia, zaczynają sami domagać się od rządzących podjęcia natychmiastowych działań i przywrócenia porządku za wszelką cenę. Społeczeństwo w tym stanie jest gotowe zaakceptować drastyczne ograniczenia wolności osobistej, inwigilację czy dodatkowe obciążenia podatkowe, które w normalnych warunkach odrzuciłoby z oburzeniem.
W ostatnim kroku elity prezentują gotowe, wcześniej przygotowane „rozwiązanie”, które idealnie realizuje ich długofalowe cele polityczne i geopolityczne, a które jest przedstawiane jako jedyna droga ratunku przed kryzysem. Dr Day miał podkreślić, że poprzez cykliczne powtarzanie tego schematu, ludzkość krok po kroku, kryzys po kryzysie, wprowadzana jest w strukturę globalnego totalitaryzmu, myśląc jednocześnie, że proces ten jest naturalną odpowiedzią na nieprzewidziane wydarzenia dziejowe.
Powracając do słynnego cytatu dr. Daya o ludzkiej łatwowierności, należy przyjrzeć się psychologicznym aspektom inżynierii społecznej, która paraliżuje zdolność jednostki do obrony. Day z cynizmem zauważył, że ludzie wykazują niemal dziecięce zaufanie wobec autorytetów naukowych, medycznych i politycznych, przyjmując ich słowa jako prawdę absolutną. Ta bezkrytyczność sprawia, że nawet najbardziej niedorzeczne i szkodliwe programy społeczne mogą zostać bez przeszkód wdrożone, jeśli tylko zostaną opatrzone odpowiednimi certyfikatami naukowymi lub eksperckimi opiniami w telewizji.
Kluczowym elementem tej strategii jest wspomniana koncepcja permanentnej zmiany, która ma stać się stałym elementem ludzkiej egzystencji w XXI wieku. Dr Day wyjaśnił, że gdy zmiany technologiczne, obyczajowe i gospodarcze następują w tempie uniemożliwiającym ich psychiczną asymilację, ludzki mózg wchodzi w stan permanentnego przeciążenia poznawczego. Człowiek nie jest w stanie wypracować stabilnych mechanizmów obronnych, ponieważ rzeczywistość, do której próbuje się dostosować, jutro już nie istnieje, co prowadzi do apatii, rezygnacji i całkowitego poddania się woli systemu.
Brak zadawania „właściwych pytań”, o którym mówił Day, wynika również z celowego zniszczenia instynktu samozachowawczego poprzez inżynierię językową i poprawność polityczną. Język został przekształcony w taki sposób, aby uniemożliwić precyzyjne nazywanie zjawisk totalitarnych, zastępując je eufemizmami i pojęciami inkluzywnymi, które maskują prawdziwe intencje architektów systemu. Człowiek, który próbuje dociekać prawdy i demaskować te mechanizmy, zostaje szybko wykluczony z debaty publicznej poprzez społeczne napiętnowanie i cyfrowy ostracyzm.
Analizując taśmy dr. Richarda Daya z perspektywy współczesności, trudno nie odnieść wrażenia, że nakreślony w 1969 roku plan przestał być jedynie teorią a stał się agendą realizowaną na skalę globalną. Dla milionów ludzi na świecie, którzy zapoznali się z relacją dr. Dunegana, codzienne doniesienia medialne o cyfryzacji pieniądza, paszportach medycznych, kryzysach klimatycznych i erozji tradycyjnej rodziny są namacalnym dowodem na to, że wykład w Pittsburghu był autentycznym scenariuszem geopolitycznym.
Kochani, siła Nowego Porządku Świata nie wynika z genialności jego architektów, lecz z bierności i łatwowierności mas, które rezygnują z zadawania pytań o źródła i cele narzucanych im zmian. Ostateczną tarczą przed jakąkolwiek formą totalitarnej kontroli pozostaje zawsze indywidualna świadomość, krytyczne myślenie i odwaga do poszukiwania prawdy poza oficjalnie zatwierdzonym kanonem.
Ostatnia fala diabelskości zwana oficjalnie synodalnością przyniosła ze sobą „teolożki” przez złośliwych nazywanych diabolożkami, a przez bardziej delikatnych teologami feministycznymi.
Jedną z aktywności, której nie sposób nie zauważyć i na którą marnują swój czas jest:
Rozpychanie płciowo ciasnej przestrzeni Trójcy Świętej.
Summa summarum, aby nie zanudzać Czytelnika, wychodzi z tego „ Duchini i Duszyca”.
Analogicznie trzeba uznać, że nie diabeł, a diablica ewentualnie wiedźma, ale konotacje w tym przypadku mogą naruszać… godność – diablicy czy diabła – wszystko jedno.
MD: Z dużym wahanie umieszczam tę analizę. Fakty są chyba [??] nie do obalenia. Ale jakie mogą być SKUTKI ich ujawnienia?? Czytać proszę trzymając się krzesła.
—————————————————–
wyjaśniają: Pułapka Tukidydesa odnosi się do naturalnego, nieuniknionego zamieszania, które następuje, gdy rosnąca potęga zagraża odsunięciu władzy panującej… wynikające z tego naprężenia strukturalne sprawiają, że gwałtowny konflikt staje się regułą, a nie wyjątkiem.
MD: To slogan, mający pokazać, że piszący gryzipiórek to głębia umysłu i wiedzy. Taka teraz moda.
Tucker Carlson niedawno wyznał: „Długo będę dręczony faktem, że odegrałem rolę w wyborze Donalda Trumpa. I chcę powiedzieć, że przepraszam za wprowadzenie ludzi w błąd”. Jak można dziś nie czuć żalu i wstydu za to, że uwierzyło się w Trumpa? Będę szczery: chociaż nie ponoszę żadnej odpowiedzialności za wybór Trumpa, wstydzę się, że pokładałem w nim jakąkolwiek nadzieję.
Fenomen Trumpa przypomina formę zbiorowej hipnozy. Ma wymiar religijny, który czyni go wyjątkowym w historii amerykańskiej polityki. Dla wierzącego każda porażka, każdy skandal, każde kłamstwo jest dowodem na to, że Trump walczy z Deep State, fake newsami, bagnem, elitą Waszyngtonu, Demokratami, Nowym Porządkiem Świata, FBI i kto wie, z czym jeszcze.
Operacja psychologiczna Q była szczególnie skuteczna w oddziaływaniu na wyobraźnię religijną Amerykanów nieufnych wobec rządu. Dobrze wyjaśnia to Marjorie Taylor Green, która przyznaje, że „dała się nabrać na to pod koniec 2017 i 2018 roku”: „To w zasadzie sekta. […] To, co robi, to bierze warstwę prawdy, a następnie przekręca ją w kłamstwo. […] Q odniosło ogromny sukces. To była prawdopodobnie jedna z najskuteczniejszych operacji psychologicznych, jakie kiedykolwiek widziałam, ponieważ wykorzystała warstwę prawdy i rzeczy, którymi ludzie byli najbardziej zafascynowani, i była w stanie wykorzystać to i przekręcić ich przekonania, aby w pełni zaufać anonimowej osobie lub anonimowemu podmiotowi”.
Z perspektywy czasu najdziwniejsze jest to, że radykalni syjoniści nie ukrywali swojego quasi-religijnego uwielbienia dla Trumpa. W maju 2018 roku, komentując decyzję Trumpa o przeniesieniu ambasady USA do Jerozolimy, sam Netanjahu porównał go do Cyrusa Wielkiego.
Nie ma wstydu w byciu zdradzonym. Nikt nie wini Jezusa za to, że zaufał Judaszowi. Ale wstydem jest dać się oszukać. A prawda o Trumpie nie jest taka, że zdradził swoich zwolenników w 2025 roku, ale że oszukał ich w 2016 roku. Ci, którzy wierzyli, że da radę, zrobili to pomimo wielu sygnałów ostrzegawczych.
Sztuka bycia kupionym
Pierwszym kluczem do zrozumienia Trumpa była jego proza. Człowieka, który pisze książki, należy oceniać przede wszystkim po samych książkach. W takim przypadku wystarczyło jedno spojrzenie na tytuły:„Sztuka zawierania transakcji” (1987), „Jak się wzbogacić” (2004), „Droga na szczyt” (2004), „Myśl jak miliarder” (2004), „Jak zbudować fortunę” (2006), „Myśl na wielką skalę i kop tyłki” (2007) i „Myśl jak mistrz” (2009).
Trump wierzy, że wszystko można kupić, że społeczeństwo opiera się wyłącznie na transakcjach, a spryt jest kluczem do sukcesu. W swojej książce „Sztuka transakcji”, bestsellerze z 1987 roku, napisał:
Ostatnim kluczem do mojego sposobu promocji jest brawura. Odwołuję się do ludzkich fantazji. Ludzie sami nie zawsze myślą na wielką skalę, ale wciąż potrafią się ekscytować tymi, którzy tak myślą. Dlatego odrobina przesady nigdy nie zaszkodzi. Ludzie chcą wierzyć, że coś jest największe, najwspanialsze i najbardziej spektakularne. Nazywam to prawdziwą przesadą. To niewinna forma przesady – i bardzo skuteczna forma promocji.
W jego książkach nie ma śladu mądrości ani odrobiny humoru. W rzeczywistości Trump nie ma żadnej kultury literackiej ani filozoficznej i to widać.
W książkach Trumpa wyraźnie widać również jego narcyzm. Każde zdanie sprowadza się do: „Jestem najlepszy i wiem wszystko o wszystkim”. Trump nie jest tylko sprzedawcą; jest także produktem.
Po otwarciu Trump Tower na Manhattanie w 1983 roku, masowa promocja jego książki „Sztuka transakcji” uczyniła z Trumpa celebrytę. Tony Schwartz, współautor książki – który według Schwartza napisał ją w całości (a wkład Trumpa ograniczał się do usunięcia najmniej pochlebnych fragmentów) – od 2016 roku powtarza, że dręczy go poczucie winy za to, że pomógł Trumpowi zostać prezydentem. Trump, jak twierdzi, kłamie nieustannie, bez najmniejszych zahamowań czy poczucia winy. „W Trumpie jest pustka. Brak duszy. Brak serca”.
Trzecim elementem, który pomógł w stworzeniu wizerunku Trumpa jako miliardera-bohatera (odpowiednika świętego w religii pieniędzy), jest reality show The Apprentice, współprodukowany przez samego Trumpa i emitowany od 2004 r., w którym Trump w zasadzie sprzedaje samego siebie.
Drugim kryterium, według którego Trump powinien być oceniany, były jego osiągnięcia biznesowe. Czy Trump jest artystą w interesach i zwycięzcą, za którego się podaje? Nie. Reklama jest myląca. Trump nie jest człowiekiem, który sam doszedł do wszystkiego, ale mitem, który sam stworzył. Choć zawsze twierdził, że otrzymał od ojca milion dolarów na rozkręcenie własnego biznesu, śledztwo „New York Timesa” z 2018 r. ujawniło, że „otrzymał co najmniej 413 milionów dolarów, czyli równowartość dzisiejszych dolarów, z czego większość dzięki unikaniu płacenia podatków w latach 1990.”.
Nie dość, że odziedziczył ten początkowy majątek bez kiwnięcia palcem, to jeszcze zainwestował go w nieudane przedsięwzięcia. Trump ogłaszał upadłość sześć razy w swojej karierze. Jego kasyno Taj Mahal ogłosiło upadłość zaledwie 15 miesięcy po otwarciu – jak kasyno może zbankrutować? W latach 1990. i 2000. doszło do kolejnych bankructw: Trump Castle i Trump Plaza Hotel w 1992 roku, następnie Trump Hotels & Casino Resorts w 2004 roku z długiem w wysokości 1,8 miliarda dolarów, a wreszcie Trump Entertainment Resorts w 2009 i 2014 roku.
W latach 1990. Trump był zadłużony na 5 miliardów dolarów, w tym miliard dolarów osobiście – był miliarderem na minusie. Wtedy grupa bankierów pod przewodnictwem Wilbura Rossa, byłego dyrektora Rothschild Inc., postanowiła go uratować (Trump miał nagrodzić Wilbura Rossa stanowiskiem Sekretarza Handlu w 2016 roku). Według wypowiedzi adwokata specjalizującego się w nieruchomościach Alana Pomerantza w CNN w 2016 roku, przemawiającego w imieniu bankierów: „Podjęliśmy decyzję, że żywy będzie dla nas więcej wart niż martwy – martwy oznacza bankructwo… Utrzymaliśmy go przy życiu, aby nam pomógł”
Jeśli jest nieudanym potentatem kasynowym, to czy Trump jest przynajmniej uczciwy? Oczywiście, że nie. Trump był stroną ponad 4000 procesów sądowych. Jego pierwszy pozew pochodzi z 1973 roku. Trump został oskarżony przez rząd federalny o dyskryminację rasową w związku z wynajmem budynków wybudowanych ze środków publicznych. Zatrudnił prawnika Roya Cohna, który nauczył go życia.
Jak powiedział Greg Reese: „Niepisane zasady, które Roy Cohn pomógł zaszczepić w Donaldzie Trumpie, to: po pierwsze: nigdy nie przepraszaj, nigdy nie przyznawaj się do winy. Po drugie: zawsze kontratakuj i uderzaj mocniej. Po trzecie: Używaj systemu prawnego jako broni. Po czwarte: manipuluj mediami. Po piąte: używaj strachu jako tarczy i miecza. I po szóste: buduj fortecę lojalności i bezwzględnie karz nielojalność. Strategia Cohna nie tylko sprawdziła się w przypadku rywali biznesowych i sędziów, ale także pozwoliła na oszukanie milionów ludzi”.
„Sztuka kłamstwa”, a nie sztuka zawierania umów, jest esencją Trumpa. Trump rozsiewa ogromne kłamstwa na każdy temat i niestrudzenie je powtarza. Osoby z bliskiego otoczenia Trumpa, takie jak jego była dyrektor ds. komunikacji Stephanie Grisham, donoszą, że Trump uważa, iż samo powtórzenie czegoś tysiące razy czyni to prawdą.
Wielkie kłamstwa Trumpa są liczne. Na przykład: „Zakończyłem osiem wojen” (a zatem „zasługuję na Pokojową Nagrodę Nobla”). W 2024 roku Trump oświadczył: „Jestem jedynym prezydentem w historii nowożytnej, który opuścił urząd z mniejszym długiem publicznym niż w momencie objęcia urzędu”. W rzeczywistości, za jego prezydentury, dług wzrósł o 7,8 biliona dolarów, co stanowi rekordowy wzrost o 40 procent. Kłamanie, a następnie nazywanie kłamcami tych, którzy demaskują jego kłamstwa, to instynktowny wzorzec zachowania Trumpa.
Jednym z największych kłamstw Trumpa jest zainscenizowane wydarzenie z 13 lipca 2024 roku w Butler w Pensylwanii (obejrzyj film Johna Hankeya „Trump na celowniku?”, jeśli nie widziałeś).
To tak kolosalne kłamstwo, że nikt nie odważył się go potępić, ponieważ sama myśl o takim kłamstwie wydaje się nieznośnie obsceniczna. Każdy wolałby udawać, że w nie wierzy, niż ryzykować tak poważne oskarżenie. Dziewięć miesięcy później jednak pomysł sfingowanego ataku zyskuje popularność wśród rozczarowanej MAGA, zwłaszcza od czasu ujawnienia przez Joe Kenta informacji o utrudnianiu śledztwa przez FBI (zobacz dyskusję rozpoczętą przez Trishę Hope, a udostępnioną przez Marjorie Taylor Green, lub ten post, w którym wspomniano o Timie Dillonie i Emerald Robinson).
Metoda Roya Cohna to sposób, w jaki Trump poradził sobie z problemem Epsteina. To nie przypadek, że operacja psychologiczna Q, przedstawiająca Trumpa jako Anioła Sprawiedliwości w walce z pedofilami-czcicielami szatana (wszyscy Demokraci), nabrała rozpędu akurat wtedy, gdy skandal Epsteina po raz pierwszy trafił na pierwsze strony gazet. Teraz wiemy dlaczego: jego nazwisko pojawia się ponad 38 000 razy w odtajnionych dokumentach. Wśród nich znajdują się zarzuty wobec niego o gwałty na dziewczynkach w wieku 13–15 lat w jego klubie golfowym w Kalifornii.
Ale historia ta ma morał: Trump wpadł we własną pułapkę. Wzbudził wściekłość opinii publicznej i wywołał nieskrępowane żądanie ujawnienia akt Epsteina. Teraz zaciekle sprzeciwia się ich ujawnieniu, nazywając je „demokratycznym oszustwem”. „To zaszkodzi moim przyjaciołom” – miał powiedzieć Trump Marjorie Taylor Greene, aby odwieść ją od przyłączenia się do Demokratów w rezolucji wzywającej do odtajnienia. Taylor Greene ujawnia kolejne szokujące wyznanie: „Trump napisał mi SMS-a, że jeśli mój syn zginie, to na to zasługuję, bo go zdradziłam”.
Powinniśmy byli się domyślić. Już w 2002 roku Trump powiedział magazynowi „New York”: „Znam Jeffa od piętnastu lat. Wspaniały facet. To świetna zabawa. Mówi się nawet, że lubi piękne kobiety tak samo jak ja, a wiele z nich jest młodych. Nie ma wątpliwości – Jeffrey lubi życie towarzyskie”. Istnieją liczne zdjęcia Trumpa z Ghislaine Maxwell i Jeffreyem Epsteinem, a także nagranie wideo z imprezy zorganizowanej przez Epsteina w 1992 roku w Mar-a-Lago (posiadłości Trumpa w Palm Beach), na której pojawiły się młode, pijane nastolatki.
Trump jest znanym przestępcą seksualnym, który spotkał się z 28 skargami dotyczącymi molestowania lub gwałtu. Chwalił się, że wkradał się do przymierzalni młodych dziewcząt biorących udział w konkursach piękności, których jest organizatorem. I nie zapominajcie: „Kiedy jesteś gwiazdą”, chwalił się, możesz po prostu „złapać je za cipkę!”. W nagraniu audio z 2006 roku Trump stwierdza, że minimalny wiek, od którego można sypiać z dziewczyną, to dwanaście lat.
Narcystyczny oszust
Trump jest oszustem. Pasuje do profilu analizowanego przez Marię Konnikovą w książce The Confidence Game, gdzie pisze: „Prawdziwy oszust nie zmusza nas do niczego; czyni nas współwinnymi naszej własnej zguby. Nie kradnie. My dajemy”. W wywiadzie dla The New York Times opublikowanym 2 maja Tucker Carlson wspomina o „hipnotyzującej” jakości Trumpa, która może „osłabić ludzi wokół niego i sprawić, że będą bardziej posłuszni i zdezorientowani. Sam tego doświadczyłem. Spędzasz dzień z Trumpem i jesteś w takiej krainie snów, jakbyś palił haszysz albo coś takiego… i może być w tym jakiś nadprzyrodzony element”.
W 2019 roku George Conway napisałartykuł dla „The Atlantic”, w którym postawił diagnozę złośliwego narcyzmu, popartą licznymi świadectwami. Czytając dziś ponownie jego artykuł, uderza oczywistość tego wszystkiego – oczywistość, której nie chcieliśmy dostrzec, ponieważ przedstawili nam ją Demokraci, których uznaliśmy za całkowicie niegodnych uwagi.
Eksperci definiują narcystyczne zaburzenie osobowości (NPD) jako „uporczywy wzorzec wielkościowości, potrzeby podziwu, braku empatii i wyolbrzymionego poczucia własnej wartości. Osoby z NPD mogą sprawiać wrażenie chełpliwych, aroganckich, a nawet niesympatycznych”.
Narcyzm Trumpa, prawdopodobnie z pogranicza psychopatii, czyni go idealnym przedstawicielem swoich sponsorów – zawsze na sprzedaż, pozbawiony jakichkolwiek zahamowań moralnych i podatny na manipulację pochlebstwami. Benjamin Disraeli kiedyś wyjaśnił swój wpływ na królową Wiktorię tymi słowami: „Każdy lubi pochlebstwa, a jeśli chodzi o rodzinę królewską, należy je nakładać kielnią”. A więc z Trumpem: powiedz mu, że jest najwspanialszym człowiekiem w historii, a podpisze twoją ustawę. A jeszcze lepiej, niech jego doradczyni duchowa Paula White powie mu, że jest Jezusem.
Kłamstwo wymaga energii mentalnej, nawet od doświadczonego kłamcy, takiego jak Trump, ponieważ człowiek, który kłamie, oddychając, musi stale przypominać sobie kłamstwa, które już wypowiedział, aby nie zaprzeczyć samemu sobie. Starzenie się niesie ze sobą spadek energii mentalnej, a Trump nie ma już czujności potrzebnej, aby wiedzieć, kiedy przestać. Kłamie z przyzwyczajenia. Nie tylko stracił mistrzostwo w sztuce kłamania, ale stracił także zdolność ukrywania swojej narcystycznej patologii. W styczniu tego roku korespondent New York Timesa zapytał Trumpa, czy widzi jakieś ograniczenia w sprawowaniu swojej władzy na skalę globalną. „Tak, jest jedna rzecz. Moja własna moralność. Mój własny umysł. To jedyna rzecz, która może mnie powstrzymać”. 13 kwietnia Trump opublikował na „Truth Social” zdjęcie siebie jako Jezusa.
Megalomański narcyzm Trumpa jest teraz widoczny w jego planach dotyczących pomników własnej chwały. Ogłosił budowę w Waszyngtonie „NAJWIĘKSZEGO i NAJPIĘKNIEJSZEGO Łuku Triumfalnego na świecie” (trzy razy wyższego niż łuk Napoleona w Paryżu). Krótko przedtem ujawnił swoje plany dotyczące Biblioteki Prezydenckiej Trumpa w Miami, gigantycznego wieżowca, który służyłby również jako hotel, z Air Force One wystawionym w holu i obejmującym ogromne audytorium z gigantycznym złotym posągiem Trumpa (zobacz parodię tutaj). Jego megalomańskie projekty obejmują również budowę sali balowej o wartości 400 milionów dolarów we wschodnim skrzydle Białego Domu (koszt został teraz podniesiony do 1 miliarda dolarów ). Dodajmy do tego decyzję Trumpa o dołączeniu swojego nazwiska do kompleksu artystycznego i sali koncertowej Kennedy Center, przemianowanego na Trump Kennedy Center. Podpisał się również na lotnisku w Palm Beach, Instytucie Pokoju Stanów Zjednoczonych oraz bulwarze prowadzącym do Mar-a-Lago, a także planuje złożyć swój podpis na nowej walucie USA oraz umieścić swoje zdjęcie i podpis złotymi literami na amerykańskich paszportach.
Patologia Trumpa jest teraz tematem głównego nurtu, nie tylko wśród Demokratów. Były prawnik Trumpa, Ty Cobb, który pełnił funkcję specjalnego doradcy Trumpa w jego pierwszej kadencji, publicznie oświadczył, że „jego stan psychiczny znacznie się pogorszył” do tego stopnia, że nie nadaje się już do pełnienia służby. „The Atlantic” donosi o zeznaniach wieloletniego współpracownika Trumpa, który pragnął zachować anonimowość: „Ostatnio mówi o tym, że jest najpotężniejszą osobą, jaka kiedykolwiek żyła. Chce być zapamiętany jako ten, który dokonał rzeczy, których inni nie byliby w stanie dokonać, dzięki swojej czystej sile i silnej woli”. 17 kwietnia „Washington Examiner” opublikował artykuł zatytułowany „Donald Trump traci rozum ”:
79-letni mężczyzna, który od dawna zmagał się z chaosem, teraz jest przez niego pochłonięty. Jego epizody [choroby md] stają się coraz częstsze, a dobre dni coraz bardziej odległe. Nie stracił poczucia przyzwoitości ani dobrego wychowania – nigdy ich nie miał – ale resztki samokontroli. Wszyscy wokół to widzą. Jednak, czy to z ambicji, tchórzostwa, czy znużonej akceptacji, wciąż szukają sposobów na racjonalizację jego zachowania. Tragedia nie dotyczy już Trumpa. Teraz dotyczy Ameryki.
Państwo głębokie, płytka koncepcja
Osoba Trumpa, w którą wierzyli niektórzy z nas, była jedynie wizerunkiem, fikcją stworzoną przez potężną machinę propagandową. Sprzedano nam nie tylko postać, ale i historię, w której wspierała go tajna grupa wysoko postawionych, cnotliwych patriotów, gotowych rozpętać „burzę” przeciwko tajnej grupie wysoko postawionych pedofilskich globalistów, znanej jako Deep State, spiskującej, by zniewolić nas w ramach ich „Nowego Porządku Świata”. Aleksander Dugin, który najwyraźniej nadal myśli w ten sposób, nazwał te dwie grupy Deep State i „Głębokim Państwem”.
Głębokie Państwo to koncepcja, która ma pewną użyteczność jako ogólna metafora mechanizmów władzy w liberalnych demokracjach, ale jako realny byt pozostaje na zawsze nieuchwytna. Jest jak freudowska nieświadomość, którą dostrzegamy dopiero, gdy powraca do świadomości. Głębokie Państwo jest koncepcją tak niejasną, że można ją zdefiniować w dowolny sposób. Istnieją różne rodzaje „głębokich władz”, jeśli można tak powiedzieć, ale nie stanowią one bytu.
I żadna głęboka potęga nie jest silniejsza niż Izrael w Ameryce. Rozważmy, jak podjęto decyzję o zbombardowaniu Iranu w lutym ubiegłego roku, jak wyjaśnił New York Times w artykule z 7 kwietnia: „Jak Trump poprowadził USA na wojnę z Iranem”. 11 lutego w Sali Sytuacyjnej Białego Domu (pokoju kryzysowym wyposażonym w bezpieczny sprzęt komunikacyjny, zarządzanym przez Radę Bezpieczeństwa Narodowego) odbyło się spotkanie z udziałem Benjamina Netanjahu w towarzystwie izraelskich oficerów wywiadu. Stojąc przed ekranem, na którym wyświetlano dyrektora Mossadu Davida Barneę i izraelskich oficerów wojskowych, Netanjahu przedstawił swoje argumenty za zbombardowaniem Iranu za pomocą prezentacji PowerPoint, demonstrując, że doprowadziłoby to do upadku reżimu irańskiego, a tym samym do natychmiastowego rozwiązania wszystkich problemów na Bliskim Wschodzie za jednym zamachem, a jednocześnie uczyniłoby Trumpa najwybitniejszym człowiekiem w historii. Naprzeciwko niego siedzieli prezydent Trump, sekretarz wojny Peter Hegseth, szef sztabu Dan Caine, sekretarz stanu Marco Rubio, dyrektor CIA John Ratcliff, szef sztabu Susie Wiles, a także Jared Kushner i Steve Witkoff, nieoficjalni negocjatorzy. Po wystąpieniu Netanjahu Trump skinął głową i powiedział: „Brzmi to dla mnie dobrze”.
Ta sama grupa spotkała się ponownie następnego dnia, bez Netanjahu, ale z wiceprezydentem J.D. Vance’em, który właśnie wrócił z Azerbejdżanu. Hegseth był na pokładzie; Ratcliff, Vance i Rubio byli sceptyczni; Caine był niezdecydowany, a Wiles pozostał na uboczu. Ostatnie spotkanie odbyło się 26 lutego, z udziałem kilku innych osób, takich jak doradca David Warrington, którzy omawiali legalność takiej interwencji. Trump zakończył spotkanie słowami: „Myślę, że musimy to zrobić”. W międzyczasie odbył kilka rozmów telefonicznych z Netanjahu, który nalegał na szybkie działanie. Następnego dnia, 27 lutego, Trump wysłał następującą wiadomość z Air Force One: „Operacja Epic Fury została zatwierdzona. Żadnych przerwań. Powodzenia”.
Pytanie: Skoro to Państwo Głębokie wciągnęło Stany Zjednoczone w wojnę z Iranem, zidentyfikuj je na podstawie tego przekazu. Dodatkowa wskazówka: irański minister spraw zagranicznych Abbas Araghchi poinformował, że podczas negocjacji prowadzonych 11 i 12 kwietnia w Islamabadzie (Pakistan), w których uczestniczyli Kushner i Wilkoff, J.D. Vance gwałtownie przerwał negocjacje po otrzymaniu telefonu od Netanjahu.
Pierwszy żydowski prezydent USA?
MAGA od początku była MIGA, tak jak neokonserwatywny PNAC był Projektem Nowego Wieku Izraela.
Od stycznia 2025 roku Netanjahu odwiedził Biały Dom siedem razy. 5 lutego 2025 roku wręczył Trumpowi złoty pager, upamiętniający morderstwo popełnione przez Izrael na członkach Hezbollahu lub ich krewnych (w tym dzieciach) 23 września 2024 roku przy użyciu pagerów-pułapek. W zamian Trump wręczył mu swoje podpisane zdjęcie z napisem: „Dla Bibiego, wielkiego przywódcy”.
15 września 2025 roku Netanjahu oświadczył na konferencji prasowej w Jerozolimie, wraz z Marco Rubio, że: „Donald Trump jest największym przyjacielem Izraela w Białym Domu”. Trump tak skutecznie realizował politykę zagraniczną dyktowaną przez Netanjahu, że Netanjahu musiał publicznie bronić się przed oskarżeniami o kontrolowanie Trumpa: „Trump jest najbardziej niezależnym przywódcą, jakiego kiedykolwiek widziałem. Pogląd, że kontroluję Trumpa, to kłamstwo”.
W grudniu 2025 roku, podczas obchodów Chanuki w Białym Domu, osobowość medialna Mark Levin, żarliwy syjonista, który jest częścią wewnętrznego kręgu Trumpa, objął Trumpa ramieniem i przedstawił go kamerom telewizyjnym jako „pierwszego żydowskiego prezydenta ”, a Trump odpowiedział: „To prawda”. Czy mówił prawdę, tym razem? Istnieje uporczywa plotka, że potajemnie przeszedł na judaizm. Ale nie wierzę, że Trump jest związany z Izraelem moralnymi lub religijnymi przekonaniami. To transakcja, jak wszystko inne w umyśle Trumpa. Kiedy Trump nazywa Thomasa Massiego przegranym, trzeba zrozumieć, że dla niego każdy, kto sprzeciwia się Izraelowi, jest z definicji przegranym, ponieważ nie można wygrać z Izraelem, podczas gdy z Izraelem można się bardzo wzbogacić.
Epicka korupcja
Prezydent Trump powiedział Amerykanom, że rozpoczyna historyczną kampanię zwalczania oszustw. Mianował J.D. Vance’a na „cara ds. zwalczania oszustw”. Ale to oszustwo biblijnych rozmiarów, które Trump i jego rodzina knują na oczach wszystkich. Według The New Republic, zaledwie w połowie swojej drugiej kadencji prezydenckiej, Trump potroił już swój majątek — obecnie szacowany na 6,5 miliarda dolarów. Najnowsze ujawnienie finansów Trumpa dla Biura Etyki Rządowej USA pokazuje, że Trump dokonał ponad 3700 transakcji w ciągu pierwszych trzech miesięcy 2026 roku, z firmami, które mają interesy z jego administracją, na kwotę od 220 milionów do 750 milionów dolarów. Lista jego transakcji z wykorzystaniem informacji poufnych rośnie z każdym dniem. Tymczasem Trump do tej pory ułaskawił — za opłatą — ponad 70 skazanych oszustów.
Mafia nieruchomości Trumpów, Kushnerów i Witkoffów traktuje zniszczenie Gazy jako okazję do inwestycji w nieruchomości. Na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos w styczniu 2026 roku przedstawili oni swój projekt „Nowej Gazy” o wartości 25 miliardów dolarów wraz z harmonogramem budowy.
„New York Times” donosi, że w lutym 2025 roku Jared Kushner, wykorzystując swoją pozycję nieoficjalnego mediatora, zwrócił się do Saudyjczyków o zainwestowanie 5 miliardów dolarów w jego firmę inwestycyjną Affinity Partners. Podobno w tym celu zwrócił się bezpośrednio do Mohammeda bin Salmana (MSB). W 2022 roku uzyskał już od Saudyjczyków 2 miliardy dolarów. Komisja Finansów Senatu wszczęła dochodzenie w sprawie tego rażącego konfliktu interesów.
Rodziny Trump i Witkoff wykorzystały również swoją pozycję do podejrzanych inwestycji w kryptowaluty. We wrześniu 2024 roku, dwa miesiące przed wyborami, Trump uruchomił World Liberty Financial — zdecentralizowany protokół finansowy — wraz ze swoimi synami i rodziną Witkoff, sprzedając tokeny, które, jak później zorientowali się kupujący, były niezbywalne i dlatego nie miały żadnej realnej wartości. Chiński przedsiębiorca Justin Sun, który zainwestował dziesiątki milionów dolarów w przedsięwzięcie, pozywa teraz rodzinę Trumpów o oszustwo. 17 stycznia 2025 roku, trzy dni przed swoją inauguracją, Trump zorganizował promocyjną sprzedaż memcoina o nazwie $Trump, przyciągając rzeszę dworzan gotowych kupić jego prezydenckie przysługi. Spośród dwunastu postaci kierujących tą operacją, cztery pochodzą z rodziny Trump (Donald i jego trzej synowie), a trzy z rodziny Witkoff (Steven i jego dwaj synowie). Według Financial Times zgarniają oni 350 milionów dolarów opłat inwestycyjnych. Dwa dni po debiucie $Trump, żona Trumpa wprowadza na rynek własną kryptowalutę memową $Melania. Szacuje się, że rodzina Trumpów zgromadziła ponad miliard dolarów dzięki różnym przedsięwzięciom związanym z kryptowalutami.
Demokraci z Senatu i Izby Reprezentantów wszczęli dochodzenie w związku z podejrzeniem, że Trump wykorzystywał te operacje do wymiany prezydenckich ułaskawień ze skazanymi oszustami. Od stycznia do lipca 2025 roku Trump ułaskawił ponad 1500 osób, wielu z nich to finansiści, którzy mieli mu zwrócić pieniądze.Joseph Schwartz, właściciel domu opieki skazany na trzy lata więzienia za oszustwo na kwotę 5 milionów dolarów, został ułaskawiony po zaledwie trzech miesiącach więzienia w zamian za darowiznę w wysokości 1 miliona dolarów na rzecz lobbystów Trumpa, podczas gdy oskarżeni przeciwko niemu nie otrzymali ani centa. David Gentile, skazany za oszustwo na kwotę 1,6 miliarda dolarów, został ułaskawiony 12 dni po odbyciu 7-letniego wyroku. Wśród ułaskawionych jest również wielu Żydów syjonistycznych, takich jak Philip Esformes, Sholom Weiss, Sholom Mordechai Rubashkin, Eliyahu Weinstein, Drew „Bo” Brownstein. Trump ułaskawił również swojego byłego doradcę duchowego, Roberta Morrisa, skazanego na dwadzieścia lat więzienia za molestowanie seksualne 12-letniej dziewczynki i zwolnionego po zaledwie sześciu miesiącach. Trump wspomniał kiedyś o możliwości ułaskawienia Ghislaine Maxwell.
Nieuchronnie, rodzina Trumpów jest na czele wojennego spekulantyzmu. Według Bloomberga, kilka dni przed atakiem na Iran 28 lutego 2026 r., Donald Jr. i Eric Trump zainwestowali w firmę produkującą uzbrojone drony, Powerus, na którą Departament Obrony złożył następnie zamówienie o wartości 1,1 miliarda dolarów. 1 kwietnia, tuż po tym, jak Trump ogłosił, że państwa Zatoki Perskiej nie powinny liczyć na to, że Stany Zjednoczone ponownie otworzą Cieśninę Ormuz, Powerus spotkał się z urzędnikami w Abu Zabi, aby zaprezentować swoje produkty. Donald Jr. zainwestował również w startup o nazwie Vulcan Elements, specjalizujący się w magnesach ziem rzadkich i właśnie zabezpieczył kontrakt o wartości 620 milionów dolarów z Departamentem Obrony. Dowiedzieliśmy się również z „Financial Times”, że w sierpniu 2025 r. synowie Trumpa zainwestowali, za pośrednictwem spółki-słupa, w firmę o nazwie Skyline Builders, która prawdopodobnie otrzyma 1,6 miliarda dolarów od rządu USA.
Kongres USA dowiedział się, że prezydent Trump uruchomił płatny newsletter zatytułowany „Private Security Briefing”, w którym sprzedawał inwestorom poufne informacje dotyczące bezpieczeństwa narodowego.
Trump pozywa Urząd Skarbowy (IRS) na 10 miliardów dolarów po ujawnieniu jego zeznań podatkowych przez kontrahenta (zeznań, które obiecał upublicznić podczas kampanii). A jednak Trump kontroluje sam rząd, który pozywa. „Mam wypracować ugodę sam ze sobą” – zauważył ironicznie. Żaden prezydent USA nigdy nie wykorzystał swojej pozycji, by wzbogacić się w takim stopniu.
Ale najbardziej skandaliczny przypadek handlu informacjami poufnymi, o którym donosiły nawet brytyjskie BBC i francuskie Figaro, miał miejsce między 22 a 24 marca. W sobotę 22 Trump wydał 48-godzinne ultimatum Iranowi, aby otworzył Cieśninę Ormuz, grożąc zniszczeniem wszystkich elektrowni. Iran natychmiast odpowiedział, że jeśli Trump zrealizuje swoje groźby, Iran odpowie w ten sam sposób przeciwko amerykańskiej infrastrukturze w państwach Zatoki Perskiej. Cena ropy wzrosła, a ceny akcji spółek energetycznych gwałtownie spadły w miarę zbliżania się terminu. Następnie, w poniedziałek o 7:04 rano, Trump ogłosił na „Truth Socialu”, że trwają negocjacje z Iranem (Iran zaprzeczył). Czternaście minut wcześniej „było niezwykle dużo zakładów na cenę ropy w USA”, które łącznie wyniosły ponad 1,5 miliarda dolarów zysku. Żadne śledztwo nie ustaliło, kto dokonał giełdowego zamachu stanu stulecia.
I nie zapominajmy o tym, jak synowie Howarda Lutnicka zarobili na jego bezprawnych cłach, które – jak można było przewidzieć – zostały uchylone przez Sąd Najwyższy. Izba Reprezentantów przesłuchała Lutnicka w tej sprawie.
Wniosek
Podsumowując, Biały Dom został przejęty przez najbardziej płytką, najbardziej szaloną i najbardziej skorumpowaną osobę.
Jego niezamierzoną zasługą jest jednak ukazanie światu prawdziwego, brzydkiego oblicza Ameryki XXI wieku. Sam fakt, że Trump został wybrany na prezydenta, jest najwyraźniejszym dowodem na to, jak dysfunkcjonalna stała się „amerykańska demokracja”.
Trump sprawił również, że kontrola Izraela nad amerykańską polityką zagraniczną stała się całkowicie transparentna. Pomyślmy o zmianie, jaka zaszła dwadzieścia lat temu, kiedy to informacja o wciągnięciu USA w wojnę z Irakiem przez Izrael była nadal tajna. Mearsheimer i Walt nie mogli nawet znaleźć amerykańskiego wydawcy dla „ The Israel Lobby” i „US Foreign Policy”. Dziś jest to powszechnie akceptowany fakt, i dobrze.
Niesprowokowana agresja Trumpa na Iran nie tylko pogorszyła wizerunek Ameryki na świecie. Okazała się również całkowitą porażką w odniesieniu do deklarowanych celów, pomimo chwalebnego „zwycięstwa” Trumpa na portalu „Truth Social”. Iran wychodzi z tego nie tylko z wyraźną wyższością moralną, ale także z niezaprzeczalnym zwycięstwem strategicznym. To kolejna dobra wiadomość, ponieważ ta wojna była o Izrael, podobnie jak ta porażka. Iran jest naszą jedyną nadzieją, aby powstrzymać to psychopatyczne państwo przed osiągnięciem celu, jakim jest stanie się regionalnym supermocarstwem.
Upokarzająca porażka Ameryki zrujnowała jej reputację jako militarnie niezwyciężonej. Dostrzegając niezdolność USA do ochrony własnych baz wojskowych, państwa Zatoki Perskiej ponownie rozważą swój sojusz.
A najszczęśliwszym z tego wszystkiego rezultatem jest to, że niebezpieczeństwo wpadnięcia Ameryki i Chin w pułapkę Tukidydesa, którą Graham Allison uważał za bardzo poważną dziesięć lat temu, zniknęło. Wzmianka Xi Jinpinga o pułapce Tukidydesa w jego przemówieniu z 14 maja została powszechnie uznana za niezwykle znaczącą: „Cały świat obserwuje nasze spotkanie” – powiedział. „Sytuacja międzynarodowa jest burzliwa. Świat stoi na nowym rozdrożu: czy Chiny i Stany Zjednoczone zdołają pokonać pułapkę Tukidydesa i stworzyć nowy paradygmat, aby wspólnie stawić czoła globalnym wyzwaniom?”
Choć nie mam żadnego doświadczenia w sprawach wojskowych, wydaje mi się całkiem jasne, że pod rządami Trumpa Stany Zjednoczone zmarnowały swój potencjał, by powstrzymać Chiny przed staniem się światowym supermocarstwem gospodarczym, co nieuchronnie doprowadzi do upadku gigantycznej piramidy finansowej dolara. Jest wysoce nieprawdopodobne, aby po szkodach, jakie Trump i jego groteskowy sekretarz wojny wyrządzili amerykańskiej machinie wojennej – i jej pewności siebie – Stany Zjednoczone kiedykolwiek poczuły pokusę konfrontacji z Chinami. Znamienne jest, że w wywiadzie dla Fox News z Chin, przed powrotem do Waszyngtonu, stwierdził jednoznacznie, że Tajwan jest „miejscem” zbyt odległym, by Stany Zjednoczone mogły o niego walczyć. Japonia i Korea Południowa wkrótce pogodzą się z tą nową rzeczywistością.
Gdyby Stanami Zjednoczonymi rządził człowiek, któremu naprawdę zależało na tym, by Ameryka znów stała się wielka, całkiem prawdopodobne, że wpadłyby w pułapkę Tukidydesa. Ale Trumpowi zależy tylko na tym, by Trump stał się wielki, a jego izraelscy doradcy na tym, by Izrael stał się wielki. Żadnemu z nich nie zależy na amerykańskim imperium, chyba że jako narzędziu do własnej wielkości.
A zatem Trump być może uratował świat.
Autorstwo: Laurent Guvenot Wyszukał, opracował i udostępnił: Jarek Ruszkiewicz Źródło zagraniczne: Radbodslament.substack.com Źródło polskie: WolneMedia.net
===========================
mail:
jewreje muszą być bardzo zdesperowani, że dziś taki wysyp publikacji grillujących pomarańczowego łobuza - ewidentnie wrzucają go pod rozpędzoną lokomotywę
Aktualnie w mediach dominują poważne konflikty w Libanie, Sudanie, czy Iranem co sprawia, że łatwo popadają w niepamięć inne kryzysy, takie jak np. na Haiti. A sytuacja w tym wyspiarskim kraju jest katastrofalna.
Według ONZ, coraz więcej osób na Haiti jest zagrożonych głodem. Według danych Światowego Programu Żywnościowego (WFP), w ciągu sześciu miesięcy liczba osób dotkniętych ostrym brakiem bezpieczeństwa żywnościowego wzrosła o 130 tys. do około 5,8 miliona. Odpowiada to około 52 proc. całkowitej populacji tego wyspiarskiego kraju. Dla ponad 1,8 miliona z nich sytuacja jest już krytyczna, co oznacza, że aby przetrwać, pilnie potrzebują pomocy humanitarnej.
Haiti jest co pewien czas nękane kryzysami i przemocą, i jest uważane za najbiedniejszy kraj na półkuli zachodniej. Rosnące ceny paliw i żywności mogą zagrozić postępom, które osiągnięto w ostatnim okresie, wyjaśniła dyrektor krajowa WFP, Wanja Kaaria. – Może to jeszcze bardziej pogrążyć w kryzysie szczególnie narażone rodziny – z destabilizującymi konsekwencjami dla całego kraju – powiedziała.
Kluczowe znaczenie dla przywrócenia stabilności na Haiti ma walka z głodem. Światowy Program Żywnościowy (WFP) szacuje swoje potrzeby finansowe na ten cel na 332 miliony dolarów (282 miliony euro).
Na całym świecie jesteśmy świadkami „niegodziwego wykorzystywania głodu jako broni wojennej” – ubolewał papież Leon XIV w liście skierowanym do uczestników dorocznej konferencji Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO), która odbywa się w Rzymie.Ojciec święty zauważył, że głodzenie ludzi na śmierć „jest bardzo tanim sposobem prowadzenia wojny”. „Dlatego dzisiaj, kiedy wię…Czytaj dalej
Liczba ofiar śmiertelnych głodu w Strefie Gazy nadal rośnie. ONZ i inne organizacje pomocowe ostrzegają przed katastrofalną sytuacją. Dyrektor wykonawczy Światowego Programu Żywnościowego ONZ Cindy McCain twierdzi, że zrzuty z powietrza nie są właściwym rozwiązaniem w sytuacji głodu, takiej jak ta, która ma miejsce w Strefie Gazy, gdzie obecnie głoduje pół miliona osób.6 tys. ciężarówek z pomocą c…Czytaj dalej
=========================
Przecież władze i lud Haiti oddali się we władanie Szatana:
Sytuacja na Haiti jest konsekwencją paktu, jaki 200 lat temu zawarli z szatanem przywódcy tego państwa. „Byli uciskani przez Francuzów. Zgromadzili się i zawarli pakt z diabłem. Powiedzieli: „będziemy ci służyć, jeśli uwolnisz nas od Francuzów. A diabeł odparł: „ok, umowa stoi.”
I Haitańczycy wygnali Francuzów. Wzniecili rewoltę i uzyskali wolność. Jednak od tamtej pory spada na nich przekleństwo za przekleństwem”
Donald Trump odrzucając Kościół katolicki może utorować drogę dominacji tzw. techno-prawicy, czyli ludzi, którzy kategorycznie odrzucają katolicką antropologię. To umożliwia wyrafinowane zbrodnie…
Włoski socjolog religii Massimo Faggioli uważa, że zwrócenie się przez administrację Donalda Trumpa przeciwko katolickim wyborcom może mieć szczególne konsekwencje dla polityki tej administracji. Utoruje drogę tzw. techno-prawicy do zwiększenia wpływów w Białym Domu. Ludzie z tego środowiska mają tymczasem swój własny, quasi-religijny światopogląd – w swojej istocie fundamentalnie wrogi chrześcijaństwu.
Zbędna ludzka biomasa
Jako pierwszy na myśl przychodzi oczywiście Elon Musk, właściciel Tesli, SpaceX i X-a. Musk nie uznaje człowieka za ośrodek stworzenia – nie uznaje w ogóle żadnego stworzenia. Otwarcie deklaruje agnostycyzm, a na ludzkość patrzy wyłącznie w kategoriach materialistycznych. Do tego stopnia, że dopuszcza degradację człowieka do roli swoistej „biomasy”, która miałaby posłużyć sztucznej inteligencji jako punkt konieczny na drodze do rozwoju i osiągnięcia jakiejś super-świadomości cyfrowej. „Coraz więcej wskazuje na to, że ludzkość jest tylko biologicznym programem rozruchowym dla cyfrowej superinteligencji” – powiedział swego czasu Musk, a później chętnie cytował samego siebie.
Jego pogląd nazwałem kosmologią teleocyfrową. To rozumienie kosmosu jako nastawionego na osiągnięcie celu w postaci wytworzenia cyfrowej inteligencji. Pogląd jest dziwaczny choćby o tyle, że zupełnie nie wiadomo, skąd miałoby pochodzić akurat taki, a nie inne nadanie kosmosowi celu. Oznaczałoby to chyba, że w samą strukturę kosmosu wpisana jest celowość nastawiona na maksymalizację rozwoju inteligencji. Uzasadnienie takiego poglądu jest możliwe tylko poprzez własną wyobraźnię – albo interesy ekonomiczne.
Spójność wizji Muska jest zresztą mniej interesująca niż reperkusje jej podstawowego założenia, to znaczy antropologicznego redukcjonizmu. Człowiek jako „program rozruchowy” nie może być bytem obdarzonym szczególną godnością. Ma wartość o tyle, o ile służy rzekomemu celowi, czyli stworzeniu i utrzymaniu cyfrowej superinteligencji. Kosmologia Muska jest w efekcie kategorycznie niechrześcijańska i otwiera drogę do traktowania ludzi jak zwierząt. Amerykański miliarder wyciąga zresztą z tego praktyczne wnioski: jest przecież wielkim orędownikiem i zarazem praktykiem metody in vitro, która pozwala na „tworzenie” ludzi w laboratoriach.
Technologiczne przyspieszenie i rządy korporacyjne
Elon Musk nie jest, oczywiście, jedynym eksponentem środowiska techno-prawicy. To przede wszystkim przedsiębiorca Peter Thiel, filozof Nick Land czy programista Curtis Guy Yarvin, znany pod pseudonimem Mencius Moldbug.
Nick Land w 2021 roku opublikował książkę o szczególnym tytule – „Mroczne Oświecenie” (ang. „Dark Enlightenment”). Wskazywał na rodzącą się przyszłość świata: zdominowanego przez maszyny na skutek postępu technologicznego i rozwoju systemu kapitalistycznego. Koniecznością byłoby postawić na „przyspieszenie”, to znaczy podjąć zaawansowane prace na rzecz osiągnięcia tzw. „osobliwości technologicznej”. Według Landa demokracja została skompromitowana i zostanie w efekcie zastąpiona przez swoisty rząd korporacyjny, w którym uczestniczyć będą już nie tylko zwykli obywatele, ale po prostu najbardziej rozwinięte i produktywne siły w kraju.
Swego casu sam J. D. Vance mówił, że czytał teksty Curtisa Yarvina dotyczące konieczności zwolnienia urzędników średniego szczebla i zastąpienia ich „naszymi ludźmi”, przekonując, że właśnie to powinien zrobić Trump. Yarvin widział w tym swoistą politykę „neokameralizmu” inspirowaną modelem administracji pruskiego króla Fryderyka II. W tej perspektywie rządy demokratyczne zostałyby po prostu zastąpione modelem korporacyjnym. W tej korporacji decydujący głos mieli „akcjonariusz”” mogący mianować dyrektora generalnego, czyli władcę kraju. Odpowiadałby wyłącznie przed nimi.
Technologia jako katechon
Łącznikiem pomiędzy Yarvinem i Landem a obecną administracją USA jest Peter Thiel. Thiel urodził się w Niemczech w protestanckiej rodzinie. Jego rodzice wyjechali do Kalifornii i tam też się wychował. Thiel jest współzałożycielem firmy finansowej PayPal. Jest szefem technologicznego giganta Palantir Technologies, zajmującej się zbieraniem danych.
W przestrzeni publicznej Thiel prezentuje się jako wierzący chrześcijanin, choć przyznaje, że ma dość nieortodoksyjne poglądy. Podpisał umowę z firmą zajmującą się kriogeniką, żeby po swojej śmierci zostać zamrożony w nadziei na wskrzeszenie w odległej przyszłości. Od dawna silnie interesuje się problemem nieśmiertelności, co kieruje go w stronę ideologii transhumanistycznej. Jest homoseksualistą, w przeszłości zaangażowanym w kampanie na rzecz ruchu LGBT.
To właśnie Peter Thiel stoi za polityczną karierą obecnego wiceprezydenta USA, J. D. Vance’a. Vance wysoko ceni sobie znajomość z Thielem, zarówno za sprawą dużych pieniędzy, które ten inwestował w jego kampanię, jak i wkładu intelektualnego w rozwój wizji politycznej Vance’a.
Thiel, tak jak Nick Land, wierzy w „technologiczne przyspieszenie”. – W ludziach najlepiej rezonują wezwania do wstrzymania postępu; w XVII w. mógłbym wyobrazić sobie antychrysta jako postać podobną do dr. Strangelove’a (szalonego naukowca rozpętującego wojnę atomową – red.), ale dzisiaj bardziej prawdopodobne, że przypominałby Gretę Thunberg – mówił w wywiadzie dla „New York Timesa”.
Innymi słowy – jak podsumował to na łamach „The Catholic Herald” publicysta Henry Mulgrave – Zachód w optyce Thiela może przetrwać tylko wtedy, kiedy utrzyma stały marsz naprzód, rozumiany przede wszystkim jako przyspieszenie postępu technologicznego. Technologia zostaje tu umieszczona w samym centrum cywilizacji – nie jest już tylko zwykłą materialną podstawą, ale jest istotą i sednem jej trwania. Co więcej, według Thiela… tylko postęp technologiczny może powstrzymać nadejście tego, co nazywa Antychrystem – czyli wszechwładnego, scentralizowanego superpaństwa, które miałoby całkowicie kontrolować ludzkość. Dążenie do postępu technologicznego miałoby chronić przed tyranią, bo stwarzałoby nieustanne problemy impetowi centralizacyjnemu, tak, że wszechwładza nie jest w stanie się skutecznie domknąć. Jak wynika z cytowanych słów Thiela, strach przed postępem technologicznym miałby czymś całkowicie negatywnym, zagrażającym cywilizacji. Odwracając tę myśl, pełną akceptację czy nawet entuzjazm dla nowych technologii należałoby uznać za jedynie słuszne, bo podtrzymujące cywilizację.
W tym punkcie koncepcja Thiela łączy się z „teorią” Elona Muska. Nawet jeżeli pod wieloma względami ich optyka wydaje się rozbieżna, to w istocie prowadzi do tego samego. Jeżeli postęp technologiczny należałoby bezwarunkowo przyspieszać i akceptować, to logicznie oznacza, że nie ma powodów by odrzucać takie rzeczy jak in vitro czy łączenie człowieka z maszyną celem zapewnienia większej wydajności mózgowi czy mięśniom. Dla Thiela prawo natury nie może być żadnym hamulcem: ostatecznie jako homoseksualista i człowiek, który chce się zamrozić, żeby później cieleśnie „zmartwychwstać”, nie może uważać go za nic rzeczywiście wiążącego…
Przestrzeń dla techno-prawicy
Wracam do myśli Massimo Faggiolego. Czy jest możliwe, że wizja, której hołdują Musk czy Thiel, znajdzie szerszy przystęp do Białego Domu? Prezydent Donald Trump nie wydaje się być wierzącym człowiekiem. Ten, kto przedstawia samego siebie jako Mesjasza, co Trump uczynił we wpisie z 12 kwietnia, w oczywisty sposób szydzi z Jezusa Chrystusa. Amerykański prezydent alienuje się też od katolickich wyborców, obrażając papieża Leona XIV albo dopuszczając w swoim otoczeniu do głosu jawnie antykatolickich protestantów. Protestantyzm, teoretycznie będący chrześcijaństwem, nie jest odporny na zainfekowanie przez rozmaite ideologie. Historycznie można łatwo wykazać związek protestantyzmu z wielkimi świeckimi narracjami, choćby w Niemczech w III Rzeszy.
W dzisiejszych Stanach Zjednoczonych protestantyzm sprzągł się też z agresywnym syjonizmem. Wydaje się zatem możliwe, że postępujący rozdźwięk pomiędzy Trumpem a Kościołem katolickim utworzy próżnię, którą ktoś wypełni. Czy będą to rzeczywiście przedstawiciele „techno-prawicy”, zależy prawdopodobnie od wielu czynników, w tym od konkretnych wyzwań w polityce międzynarodowej, które będą absorbować uwagę Białego Domu.
Pozory dobra
Załóżmy jednak, że tak się rzeczywiście stanie, choćby ze względu na zależność ruchu MAGA od wsparcia techno-prawicy w sieci. Warto postawić pytanie, czy… może to przynieść coś dobrego. Ostatecznie techno-prawica jest krytyczna wobec znacznej części lewicowej agendy, wydaje się zatem w jakiejś przynajmniej mierze zdolna do realizacji dobra w polityce. Gołym okiem widać, że liberalna lewica doprowadza do uwiądu społecznego: zapaść demograficzna, hiperindywidualizm, hedonizm i inne problemy są ściśle związane z narracjami społecznymi z tego świata ideowego.
Techno-prawica, jako dążąca do optymalizacji funkcjonowania społeczeństwa, mogłaby pomóc w przezwyciężeniu tych problemów, na przykład promując dzietność i stabilność życia rodzinnego jako gwarancję lepszego porządku w państwie. Problem w tym, że takie założenie jest skrajnie nierealistyczne. Techno-prawica może być pomocna w wąskich aspektach, ale jej dominacja ideowa i polityczna niemal z konieczności doprowadzi do takiej lub innej poważnej patologii: to środowisko gruntuje na niekatolickiej i de facto wrogiej wobec człowieka wizji antropologicznej i kosmologicznej, a to nie może się dobrze skończyć. Głoszenie prymatu technologii nad prawem naturalnym czy zgoła wyższości świata cyfrowego nad światem ludzkim to prosta droga do katastrofy – o potencjalnie w istocie ludobójczym.
Paweł Chmielewski
md 20 kwiecień 2026
Techno-prawica i lewica to jedna i ta sama bestia tylko w innym przebraniu…. To sprawnie jak na razie – na nasze nieszczęście – realizowana agenda 2030. To plan depopulacyjny, żeby wybrana „elita” finansowa nowych technologii rządziła światem. Trwające wojny to tylko etap eksploatacji/osłabienia społeczeństw tak żeby wdrożyć zasadniczy plan zniewolenia. Dlatego moim zdaniem musimy walczyć o przetrwanie państwa jako struktury funkcjonowania społeczeństwa i patrzeć politykom na ręce !!!
[to ostatnie – to minimalizm stworzenia prowadzonego na rzeź. md]
BadaczTalmudu 20 kwiecień 2026
Od dawna tłumaczę, by nie obrażać kapitalizmu nazywając obecny system w USA kapitalizmem, choć ma redystrybucję PKB większą niż PRL Gierka… Obecny system gospodarczy i polityczny to początek FASZYZMU KORPORACYJNEGO – takiego lewackiego ustroju jak w filmach Robocop czy The Running Man itp. W Chinach rząd rządzi korporacjami i jak jakimś chińskim Zuckerbergom wydaje się, że jest inaczej, to rząd przycina im skrzydełka (vide Jack Ma) – w faszyzmie korporacyjnym jak w USA to korporacje ustanawiają rządy i mogą nielegalnie likwidować konta bankowe i w mediach społecznościowych nawet urzędującemu prezydentowi… Faszyzm korporacyjny jest możliwy dzięki monopolom, jakie zyskują korporacje a te monopole są możliwe dzięki korupcji parlamentarzystów, która umożliwia tworzenie barier uniemożliwiających powstanie konkurencji („prawa intelektualne”, systemy koncesyjne, „zagrożenie bezpieczeństwa kraju” itp. itd.). Dla przykładu – ktoś mógłby pomyśleć, że Microsoft jest firmą produkującą oprogramowanie, ale tylko 6% budżetu firmy idzie na rozwój oprogramowania a 60% idzie na… prawników. Gdyby takie „lewo” (lewackie „prawo”) jak teraz obowiązywało w czasach powstawania Microsoftu, ta firma nigdy nie mogłaby powstać – DOS naruszałby własność intelektualne CP/M, Excel naruszałby prawa VisiCalca itp. itd. Unia Europejska jest faszystowskim systemem stworzonym przez korporacje dla korporacji, gdzie skorumpowani parlamentarzyści i KE na zlecenie korporacji zakazali podatków obrotowych, za to wprowadzili system opodatkowania wszystkich, tylko nie korporacji, by było na dotacje w 3/4 wypłacane korporacjom i system prawny tak komplikujący małym i średnim firmom działalność, by nie mogły się rozwinąć a nie stanowiący większego problemu dla korporacji z ich megadziałami prawnymi, które kształtują prawodawstwo na Zachodzie. Teraz w UE (chwała Trumpowi, że odrobinę udało mu się to przykrócić w USA) trwa, ogłoszony w Davos, plan likwidacji resztek demokracji i wpływu obywateli na rządy, poprzez transferowanie władzy od wyborców do NGO, finansowanych przez korporacje i podatników wbrew swej woli i teraz takie prezydenty Miszalskie w Krakowie w d… mają wynik „konsultacji społecznych” a kierują się wytycznymi eko-oszołomskich NGO, wprost ogłaszając, że za SCT były „organizacje pozarządowe”, a te NGO oczywiście realizują politykę swoich korporacyjnych sponsorów. Tak samo jest na skalę kraju, czy całej UE. Rząd, zamiast kierować się zdaniem posłów i wyborców, do redagowania ustaw też zaprasza jakieś szemrane NGO, które do tego mają jakąś mafijną kryszę, bo gdy w ramach sponsorowanych protestów łamią prawo, blokując, niszcząc, napadając, to są bezkarne lub dostają symboliczne wyroki. :-)))
P.S. Pamiętajcie, banki i NGO to największy wróg wolności obywatelskich! Unikajcie ich i zwalczajcie na miarę swoich możliwości!
===========================================
Jacek Kaczmarski … 20 kwiecień 2026
Z krzyżowych wypraw przywożą herezje
Z zamorskich rejsów – szkorbut i syfilis
Na ból istnienia wdychają poezję
Kiedy przerasta ich to co odkryli
Budują miasta na pobojowiskach
W pobojowiska zamieniają miasta
Każda im gwiazda Zwiastowaniem błyska
I byle rafa okręty roztrzaska
Gloria…
Strażnika ognia uwiedzie Pandora
I świętokradztwo pomszczą faraoni
Rozpaczą dzisiaj co nadzieją wczoraj
Nie jest wymysłem klątwa, co skarb chroni
Sporządzą serum z jadu każdej żmii
A z główki maku truciznę wycisną
Z czaszek pradziadów amulet na szyi
A w głowach – tajfun bezsennych umysłów
Gloria…
Zniszczą – odtworzą, zbudują – połamią
Żadne się na nich nie znajdzie lekarstwo
Gdy skrzydła światła przypną już do ramion –
Poniosą w kosmos genialne bestialstwo
Gloria…
—
PS.
Proszę wsłuchać jak Autor śpiewa to „gloria,gloria” , jak można tak w jednym słowie i na jedną nutę zawrzeć „złowrogość, podziw i ambiwalentna nadzieję” .
LifeSiteNews) — Egzorcysta, ojciec Chad Ripperger, powiedział Tuckerowi Carlsonowi, że Stany Zjednoczone oddały się pod władzę pięciu demonów wysokiego szczebla, czasami nazywanych przez egzorcystów „Generałami”.
W wywiadzie opublikowanym w Wielki Piątek Ripperger potwierdził Carlsonowi, że kraj znajduje się pod silniejszym atakiem demonicznym niż kiedykolwiek wcześniej w historii.
Egzorcysta stwierdził, że „powszechnym doświadczeniem egzorcystów na przestrzeni wieków” jest przekonanie, iż pięć potężnych demonów, znanych pod różnymi nazwami, takimi jak „Rada” czy „Generałowie”, zostało wyznaczonych przez Szatana do realizowania jego planów na świecie.
Z tej grupy Baal, „demon rozpusty i nieczystości”, jako pierwszy przejął kontrolę nad Ameryką. Według Rippergera, kiedy w USA zniesiono przepisy przeciwko rozpuście i zalegalizowano pornografię, kraj „oddał swoje terytorium Baalowi”.
Nieczystość otwiera drzwi demonom homoseksualizmu, które następnie zyskują przyczółek. „Słyszymy o tym od św. Pawła: jeśli ludzie ulegają pożądliwości, to w końcu mężczyźni zaczynają współżyć z mężczyznami, a kobiety z kobietami” — powiedział Ripperger Carlsonowi.
Dodał również, że istnieją trzy demony związane z homoseksualizmem, z których pierwszym jest Asmodeusz — demon nieczystości, „szczególnie związany z homoseksualizmem u mężczyzn”.
Ripperger zauważył, że jeśli opętany mężczyzna miał doświadczenia homoseksualne, „istnieje duże prawdopodobieństwo, że jednym z demonów jest Asmodeusz”, choć podkreślił, że skłonności homoseksualne nie zawsze mają pochodzenie demoniczne i często wynikają z czynników psychologicznych.
Dodał jednak, że jeśli heteroseksualny mężczyzna ma myśli homoseksualne, to zazwyczaj nie są to jego własne myśli, lecz mają pochodzenie demoniczne.
Jednym z obecnych problemów naszej kultury jest to, że „kształtujemy dewiantów”, ponieważ media formują umysły ludzi, tworząc niewłaściwe skojarzenia — kontynuował Ripperger. Zjawisko to nasiliło się zwłaszcza wraz z rozpowszechnieniem pornografii, którą niektórzy mężczyźni wiążą ze swoją orientacją. Jedno z badań wykazało, że im częściej ktoś ogląda pornografię, tym większe prawdopodobieństwo, że określi się jako osoba biseksualna.
Egzorcysta wyjaśnił dalej, że kobiety pozostają pod wpływem dwóch demonów związanych z homoseksualizmem: Lilith — demona homoseksualizmu działającego u kobiet lesbijskich „bardziej pasywnych i kobiecych” — oraz Lewiatana, „demona homoseksualizmu o bardziej agresywnym charakterze”, który działa u bardziej męskich kobiet lesbijskich.
Kiedy w USA zalegalizowano „małżeństwa” jednopłciowe, kraj został — według Rippergera — oddany pod władzę tego homoseksualnego „poziomu wpływu demonicznego”.
Ostatnim z pięciu „generałów” jest demon ofiary z dzieci, znany egzorcystom głównie jako Bafomet, ale także jako Moloch. Ofiara z dzieci w USA dokonuje się przede wszystkim poprzez aborcję, a więc kiedy zalegalizowano zabijanie nienarodzonych, kraj został oddany temu demonowi.
Te pięć demonów sprawuje obecnie władzę nad Ameryką, „więc ich wpływ jest niezwykle silny” — powiedział Ripperger.
Wiemy, że tak jest między innymi dlatego, że niezwykle trudno jest zakazać aborcji w USA — „jak wyrywanie zębów bez znieczulenia”.
„To jest po prostu brutalnie trudne do przeprowadzenia, a dzieje się tak dlatego, że demony wzmacniają ludzi, aby utrzymać ten stan rzeczy, ponieważ demony kochają aborcję” — powiedział Ripperger Carlsonowi.
Carlson przyznał na początku wywiadu, że jako protestant był „wychowany w przekonaniu, że egzorcyzmy to coś dziwacznego, co Kościół łaciński robi z powodów jakichś osobliwych kultów”. Jednak gdy zaczął czytać Pismo Święte, z zaskoczeniem odkrył, że pierwszym cudem Jezusa Chrystusa w Ewangelii Marka jest wypędzenie demona.
„Wypędzanie demonów nie jest czymś przypadkowym, jest centralne dla Ewangelii” — zauważył Carlson.
O. Ripperger podkreślił, że w istocie około 23 procent Ewangelii dotyczy tego, jak Chrystus „zajmuje się demonami”.
W trakcie rozmowy z Carlsonem Ripperger poruszył również kwestie natury demonów, sposobów ich oddziaływania na ludzi, wpływu demonicznego na osoby publiczne, podobieństw między psychologią komunistyczną a diaboliczną oraz tego, jak ludzie stają się opętani.
Wady osobowości Donalda J. Trumpa są przedmiotem amatorskiej psychologii w mediach masowych od czasu jego pierwszej kampanii prezydenckiej w 2016 roku. Najczęściej omawianą cechą był i jest narcyzm.
Wyszukiwarka AI Google’a mówi o tym następująco:
„Wielu specjalistów zdrowia psychicznego i krytyków publicznie sugerowało, że Donald Trump wykazuje cechy zgodne z narcystycznym zaburzeniem osobowości (NPD), antyspołecznym zaburzeniem osobowości (ASPD) oraz paranoidalnym zaburzeniem osobowości, często ujmując je pod wspólnym określeniem ‘złośliwego narcyzmu’. Twierdzenia te, wysuwane głównie przez psychologów i psychiatrów, wskazują na wzorce wielkościowości, brak empatii, potrzebę podziwu oraz impulsywność.”
Ten obraz Trumpa jest wytworem specjalistów działających w naszej świeckiej kulturze.
Jednak dziś jest Niedziela Wielkanocna i uważam za całkowicie właściwe podejście do tego zagadnienia w chrześcijańskim, binarnym schemacie analitycznym: Dobro i Zło, Bóg i Szatan. Jest to tym bardziej zasadne, że Trump deklaruje poważne traktowanie religii. Kluczowi członkowie jego administracji, jak Marco Rubio i Pete Hegseth, są gorliwymi wierzącymi i publicznie mówią o swojej religii. [ale nie mówią, jakiej?!? Kogo czczą? md]
W tym kontekście, oraz biorąc pod uwagę wielkanocną datę tego przesłania do społeczności, stwierdzam, że Trump i czołowi członkowie jego administracji wyszli wprost z powieści Dostojewskiego Biesy. Są ucieleśnieniem Zła, są opętani przez Szatana w swoim poparciu dla izraelskiego ludobójstwa w Gazie, a teraz także w brutalnej, nieludzkiej przemocy, którą kierują przeciwko narodowi irańskiemu. Słuchając codziennych tyrad Trumpa, jego krwawych gróźb pod adresem Teheranu, trudno uwierzyć, że te słowa wypowiada najwyższy wybrany urzędnik naszego państwa.
I dlatego konkluduję: Hańba Stanom Zjednoczonym, jeśli ten człowiek nie zostanie postawiony w stan oskarżenia i usunięty z urzędu oraz postawiony przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości za zbrodnie wojenne.
To są rzeczy, które jakby nam ktoś powiedział kilka lat temu, że to jest mainstream amerykański, to byśmy się puknęli w głowę, że to niemożliwe.
Jacek Hoga – historyk, ekspert ds. bezpieczeństwa i prezes Fundacji Ad Arma, mówi o wszystkich przyczynach Wojny z Iranem i ocenia ją z różnych punktów widzenia.
Transkrypcja (fragmenty) oraz film
Publiczne wzywanie w stu kilkudziesięciu jednostkach amerykańskich wojskowych do tego, żeby przyspieszyli Armageddon poprzez walkę z Iranem, bo jest to według radykalnych heretyków amerykańskich, okazja do stworzenia okoliczności, w których Żydzi będą mogli stworzyć trzecią świątynię. To są rzeczy, które jakby nam ktoś powiedział kilka lat temu, że to jest mainstream amerykański, to byśmy się puknęli w głowę, że to niemożliwe.
Także sekretarz obrony łamany na wojnę (Pete Hegseth), a są materiały wideo sprzed kilku lat, kiedy on mówi, że należy marzyć o sytuacji, w której doprowadzimy do tego, że będą okoliczności, w których pomożemy Izraelowi odbudować, doprowadzić do takiej sytuacji politycznej, żeby oni mogli odbudować Trzecią Świątynię. W związku z czym, z perspektywy tych syjonistycznych, ewangelikalnych heretyków, to jest okazja religijna, to jest dla nich Święta Wojna.
Z jednej strony mamy heretyków, którzy uważają, że to jest Święta Wojna. Z drugiej strony mamy pogan, którzy uważają, że to jest Święta Wojna, a z trzeciej strony mamy Izraelitów rabinicznych, którzy też uważają, że to jest świetna okazja do odtworzenia Trzeciej Świątyni. W związku z czym to nie jest gospodarka, to nie są ceny ropy, czy złota, czy szlaki komunikacyjne.
To są rzeczy, o których polscy analitycy geostrategiczni chcieliby zapomnieć. Ludzie mają głębsze motywy niż tylko pieniądze.
Jeszcze chwilę i się okaże, że zmieniliśmy w 1989 roku, czy 1991, flagi z czerwonej, z sierpem i młotem na inną, równie złą.
– Hoga cytuje nie wymienionego z nazwiska generała Wojska Polskiego.
Ja nie twierdzę, że podczas zimnej wojny Amerykanie byli tymi złymi, bo z naszej perspektywy z pewnością nie. I z obiektywnej wydaje się, że nie. Że tam prawda, dobro i piękno miały więcej możliwości działania niż za kurtyną, gdzie but radziecki był na naszym karku.
Natomiast całe zachowanie administracji amerykańskiej w tej niesprowokowanej napaści na Iran, który nie jest z mojej bajki. To jest kliniczny przykład wojny agresywnej i niesprawiedliwej.
W chrześcijańskiej demonologii szatan rzadko działa wprost. Znacznie częściej pozostaje reżyserem – ukrytym, ale konsekwentnym. Jak uczy Kościół, zło nie jest jedynie brakiem dobra. Jest realną rzeczywistością, która swój szczyt osiąga w osobie szatana – bytu absolutnie zbuntowanego przeciwko Bogu. W czerwcu 2026 roku ten „reżyser” przygotowuje w Gdańsku spektakl wyjątkowo zuchwały. Zaplanowanie Mystic Festivalu dokładnie na dni Uroczystości Bożego Ciała nie jest przypadkiem. To publiczne i demonstracyjne wypowiedzenie słów Non serviam! (Nie będę służył!) w twarz Chrystusowi obecnemu w Najświętszym Sakramencie.
Teologia buntu: Walka o służbę człowiekowi
Teologia katolicka uczy, że upadek aniołów był wynikiem pychy. Według niektórych teorii bunt wybuchł, gdy Bóg ujawnił aniołom, że ich przeznaczeniem jest służba Synowi Bożemu, który przyjmie kruchą, ludzką naturę. Słowa „Nie będę służył!” odnosiły się właśnie do Wcielonego Boga – Jezusa Chrystusa.
Dlatego uderzenie w Boże Ciało – święto upamiętniające realną obecność Chrystusa pod postacią chleba – jest dla środowisk satanistycznych celem priorytetowym. W tym samym czasie, gdy wierni wychodzą na ulice, by oddać cześć Bogu, inna część przestrzeni publicznej zostaje zajęta przez wydarzenie, które celebruje bunt, chaos i negację porządku stworzenia.
To nie jest zwykły koncert muzyczny. To ideologiczna próba zdominowania przestrzeni publicznej przez ducha pychy, który nienawidzi Chrystusowego człowieczeństwa.
Pułapka bałwochwalstwa: Magia nie działa, ale grzech zabija
Często słyszymy argument: „To tylko teatr, te symbole nie mają mocy”.
Kościół odpowiada jasno: magia nie ma realnej mocy sprawczej – gdyby ją miała, świat dawno ległby w gruzach. Kościół potępia jednak praktyki okultystyczne nie dlatego, że „działają” jak fizyczna siła, ale dlatego, że ten, kto się nimi zajmuje, grzeszy.
Świadome uczestnictwo w wydarzeniu, które drwi z Boga i profanuje święte znaki, jest aktem bałwochwalstwa. Człowiek nie jest zagrożony „urokiem” rzuconym ze sceny, ale własną decyzją o odwróceniu się od Stwórcy.
I właśnie tu kryje się największe zagrożenie: organizatorzy Mystic Festivalu przekonują młodych ludzi, że to niewinna rozrywka, podczas gdy w rzeczywistości zastawiają na nich pułapkę – zachęcają do wejścia w przestrzeń, która oswaja bunt wobec Boga i ośmiesza wiarę.
Lekcja z Kansas: Milczenie to zło
Największym zwycięstwem szatana jest albo przekonanie ludzi, że nie istnieje, albo przypisywanie mu zbyt dużej mocy, co rodzi paraliżujący strach. Jak zauważają eksperci z TFP (Tradition, Family and Property), oba te podejścia prowadzą do bierności.
W stanie Kansas w Stanach Zjednoczonych (marzec 2025) katolicy odrzucili oba te błędy. Nie bali się demonicznych rytuałów, ale też nie zlekceważyli ich jako „nieistotnych”.
Dzięki mobilizacji 95 000 osób podpisujących petycję pokazali, że publiczne zło wymaga publicznego sprzeciwu. Skutecznie wywarli presję na władze, przypominając, że „milczenie w obliczu zła to zło”.
Jeśli obok bluźnierstwa w Gdańsku przejdziemy obojętnie, damy sygnał, że nasze wyznanie wiary jest jedynie prywatnym sentymentem, a nie publiczną prawdą.
Doświadczenie z Kansas pokazuje, że także dziś nie jesteśmy bezsilni.
Odpowiedź wiernych: rozeznanie, sprzeciw i wynagrodzenie
Zasięg działania złego jest ograniczony – szatan ma „chęć szkodzenia wielką, a moc minimalną”. Jego jedynym realnym narzędziem jest nasza zgoda na grzech. Dlatego nasza odpowiedź na czerwiec 2026 musi być konkretna:
Rozeznanie zagrożeń: Nie dajmy się uśpić narracji o „artystycznej prowokacji”. Bluźnierstwo to obiektywne zło moralne, które rani duszę uczestnika.
Sprzeciw: Petycja do władz Gdańska. Mamy prawo i obowiązek powiedzieć jasno: nie ma zgody na profanację świętości w przestrzeni publicznej. To nasz obowiązek wynikający z miłości do Boga.
Wynagrodzenie: Naszą odpowiedzią na szał buntu nie może być jedynie gniew, ale przede wszystkim wierność. Każdy krok w procesji Bożego Ciała, każda modlitwa i adoracja niech stają się aktem wynagrodzenia za zniewagi wobec Boga.
Obrona Sacrum w Gdańsku to nie walka z muzyką. To walka o to, czy Bóg ma jeszcze prawo być obecny w naszym życiu publicznym bez szyderstwa i pogardy. Nie bójmy się – w towarzystwie Naszego Zbawiciela Jezusa Chrystusa demony nie mają ostatniego słowa.
Ale to od nas zależy, czy Go publicznie wyznamy.
Podpisz petycję. Nie pozwól, by Twoje milczenie zostało odczytane jako zgoda. Stań w wyłomie razem z nami!
Solidarny wrzask podniesiony w USA przeciw filmowi fabularnemu Sound of Freedom przez mainstreamowych krytyków z pism i portali w rodzaju New York Timesa, Forbesa, Newsweeka, Rolling Stone czy Vanity Fair, przywraca znów pytanie: kto rządzi opinią publiczną i światem informacji i rozrywki w USA.
Paul Reubens – amer. aktor filmów dla dzieci, oskarżony o gromadzenie materiałów pedofilskich.
O osobach firmujących te ataki wiele mówi np. taka postać, jak wpływowy krytyk Charles Bramesco, który w 2021 r. bronił Paula Reubensa (prawdziwe nazwisko Reubenfeld) – aktora i producenta filmów dla dzieci, oskarżonego o posiadanie materiałów pornograficznych z ich udziałem – że to jest „po prostu specyficzne upodobanie” – zaś film o transpłciowym „mężczyźnie” próbującym urodzić dziecko uznał w swej recenzji za „poruszające studium”. Ale Sound of Freedom – wstrząsający obraz seks-handlu dziećmi w reżyserii demonstrującego swój katolicyzm Alejandra Monteverde i z udziałem niestrudzonego anty-hollywoodzkiego aktora Jima Caviezela (odtwórcy głównej roli w Pasji Mela Gibsona) oraz Tima Ballarda, który dostarczył materiału do opartego na faktach scenariusza (Ballard jest od lat aktywistą walczącym z handlem dziećmi w USA i założycielem wspierającej ten cel Fundacji OUR) – jest dla tego typka „paranoiczny”.
A oto skład grupy bogów zarządzających przemysłem filmowo-telewizyjnym w Hollywood, sporządzony według opublikowanego przez nich w marcu 2008 r. na łamach Los Angeles Times listu otwartego do Screen Actors Guild (Związek Zawodowy Aktorów Filmowych i TV). Prezesem News Corporation jest Peter Chernin (Żyd), Paramount Pictures – Brad Grey (Żyd), Walt Disney Co. – Robert Iger (Żyd), Sony Pictures – Michel Lynton (Żyd holenderski), Warner Brothers – Barry Meyer (Żyd), CBS Corp. – Leslie Moonves (Żyd; jego stryjeczny dziadek był pierwszym premierem Izraela), MGM – Harry Sloan (Żyd), NBC Universal – Jeff Zucker (Żyd). Zabrakło jedynie podpisów braci Boba i Harvey’a Weinsteinów – założycieli i prezesów wytwórni Miramax, Dimension Films oraz The Weinstein Company – aby powstał komplet osób zdolnych wesprzeć, albo przeciwnie, utrącić, KAŻDĄ ale to KAŻDĄ produkcję telewizyjną lub filmową w USA. Na „pociechę” – wiadomość, że sprawiedliwość dosięgła przynajmniej Weinsteinów, gdy Bob zmuszony był ogłosić upadek firmy w 2017 r., kiedy jego braciszek Harvey został oskarżony przez grupę aktorek o molestowanie, gwałt i szantaże w przydzielaniu ról w zamian za usługi seksualne i skazany na 23 lata więzienia.
Dla całości obrazu tego trzęsącego opinią publiczną w USA konglomeratu filmowo-prasowego, należałoby przedstawić drugą listę – redaktorów naczelnych i właścicieli głównych pism i portali informacyjnych, na czele z Arturem Greggiem Sulzebergiem, prezesem The New York Times Company czy rodziną Meyerów, właścicieli koncernu The Washington Post. Przez posłusznych sobie dziennikarzy, ten sanhedryn medialny w USA podnosi teraz wrzask, oskarżając twórców filmu Sound of Freedom oczywiście o „teorie spiskowe” i dodając, że są „typowe dla oszołomów z QAnon” (chodzi o nabierający tempa nowy ruch radykalnej prawicy w USA, nazywany „zbrojnym ramieniem Trumpa”) i nie szczędząc innych inwektyw, jak „fundamentalizm chrześcijański” ze słownika lewackiego terroryzmu.
Ich histerię spowodował fakt, że ten „oszołomski” film, ku przerażeniu Hollywoodu zarobił w dniu premiery 4 lipca br. 14 mln dolarów i zwrócił im się jednego dnia cały budżet, podczas gdy tego samego dnia Indiana Jones 5 z Harrisonem Fordem, który kosztował 295 mln dolarów, zarobił tylko 11 mln USD. Hit z Caviezelem był gotowy dużo wcześniej, bo już w 2018 r. i miał być firmowany przez 20th Century Studios, ale trafił do zamrażarki, gdy wytwórnię przejął Disney. Netflix i Amazon odmówiły dystrybucji, podobnie jak większość innych, z którymi kontaktował się producent Eduardo Verastegui, dopiero Angel Studios tym się zainteresowało.
Pamiętajmy, że handel ludźmi jest w USA i w świecie ogromnym biznesem, wykraczającym daleko poza środowisko filmowe i podludzie tym się trudniący mają środki na przekupywanie odpowiednich osób w mediach, by o tym nie mówiły lub wyśmiewały temat jako „oszołomstwo spiskowe” lub „religijny fundamentalizm”. Ten terror medialny przynosi – przynajmniej w uzależnionym od ekranu TV społeczeństwie amerykańskim – katastrofalne skutki, ludzie (podobnie już jest i w Polsce) klepią bezmyślnie za celebrytami o „teoriach spiskowych” tkwiąc w przekonaniu, że wyrażają opinie „światłe” i „racjonalne”, podczas gdy w ich zapchanych sieczką mózgach brak już jest miejsca na istotne fakty.
Inwazja zombich: dzisiejsza plaża w Los Angeles
Np. już tylko 22% Amerykanów uważa obecnie, że biznes informacyjno-filmowo-rozrywkowy jest w USA głównie w rękach Żydów, choć w 1960 r. tego zdania było ponad 50% społeczeństwa – aż co drugi Amerykanin! To ukazuje skalę i skuteczność ogłupiactwa prowadzonego w USA i na świecie. Otuchą napawa fakt, że ku przerażeniu manipulatorów film Sound of Freedom osiąga jednak taki wielki sukces.
*
Problem zorganizowanej pedofilii sygnalizowali już w swej twórczości m.in. Roman Polański (film Rosemary’s Baby – choć powstały niezupełnie ze szlachetnych pobudek) czy Stanley Kubrick w wybitnym, przerażającym filmie o kulisach masonerii pt. Oczy szeroko zamknięte. Polańskiemu na wszelki wypadek – może by zniechęcić go do tematu – wytoczono w USA proces o stosunki z nieletnimi, zaś Kubrick „zmarł” na zawał serca zaraz po premierze swego filmu. Warto w tym miejscu przypomnieć inny mega-skandal pedofilski znany jako „afera Dutroux” w Belgii w 1979 r. – gdy proces seryjnego porywacza i mordercy dziewczynek Marca Dutroux – od którego nitki wiodły do wielu wpływowych osób ze świata politycznego Brukseli – został wyciszony a świadkowie i oskarżeni dziwnym trafem padali jak muchy (w sumie kilkadziesiąt osób!). Również na zawsze uciszono w USA w 2019 r. Jeffrey’a Epsteina i jego ukochaną Ghislaine Maxwell, którzy sprowadzali do swej posiadłości na wyspie dziesiątki dziewczynek by uprawiały seks z milionerami i osobistościami z pierwszych stron gazet. Zapewne byli agentami (CIA? Mosadu?) i w ten sposób zbierali kwity na osobistości z całego świata, księcia Andrzeja z Pałacu Buckingham nie wyłączając (uniknął skandalu płacąc Maxwell kilka milionów funtów). https://kobieta.onet.pl/ghislaine-maxwell-udzielila-pierwszego-wywiadu-zza-krat-ofiary-beda-wsciekle
To, o czym piszę, jest wierzchołkiem góry lodowej. U końca prezydentury Baracka Obamy uciszono przecież inną „rozwojową” seks-aferę kryminalną z udziałem dzieci, nazywaną Pizza Gate. Też ogarniała ona szerokie kręgi polityczne w Waszyngtonie (otoczenie Hillary Clinton) odsłaniając przed światem mroczne i krwawe uczynki rzeczywistych potężnych kręgów pedofilskich na najwyższych piętrach władzy w USA i w świecie, trudniących się nie tylko seksem z dziećmi ale i zbrodnią – nie zaś, na wzór polski, rozdmuchiwane z promila przez dziennikarzyny w rodzaju Sekielskiego, i to jedynie w kręgach katolickiego kleru, gdyż świat polityki i mediów jest w Polsce skrzętnie omijany. Zaprawdę, rogaty rządzi światem tzw. elit i trzeba być głupim, głuchym i ślepym żeby tego nie dostrzegać.
Apatia i nienawiść. Tak można byłoby określić nić przewodnią współczesnej kultury: apatia wobec istnienia, nienawiść do własnego dziedzictwa, do samych siebie, do świata w ogóle. Na nienawiść choruje nie tylko Zachód, ale również Wschód. Nowoczesny świat dławi się apatią i nienawiścią.
Przyczyna jest prosta: brak Boga.
Kto wyjedzie z Polski, od razu to zobaczy: brudne ulice, zniszczone sklepy, grupy młodych, agresywnych, ciemnoskórych mężczyzn wałęsających się bez celu. To rzeczywistość wielu największych miast europejskich. Patrzą z głupkowatą miną na to, co ich otacza: kościoły, pomniki, piękne budynki. Nie wiedzą, co to jest. W ogóle ich to nie obchodzi. Gdyby mogli na tym zarobić choćby kilka euro, od razu by to wszystko spalili. Część jest może owładnięta świadomą niechęcią do Zachodu, którą sufluje im ideologia islamska, ale większość jest po prostu obojętna. Ktoś dał, oni biorą, to wszystko.
Skąd się tam wzięli? Przecież w większości nie przyjechali sami. Stworzono cały skomplikowany system, który pozwolił im przekroczyć europejskie granice, a później tu zostać: brak kontroli paszportowych, instytucja rozdawanego szeroką ręką azylu, świadczenia socjalne. Imigranci przyjeżdżają tu, bo chwytają istnienie – ale ktoś ich tu sprowadził. Spisek i teoria podmiany ludności? Może, ale w krajach zachodniej Europy ludzie od dekad konsekwentnie głosują na partie, które sprowadzają im na głowę niepracujących imigrantów. Nic się nie zmienia. Stworzony raz system trwa i jest podtrzymywany, a większość społeczeństwa biernie patrzy na tego efekty. Przyglądają się, jak przyjezdni zamieniają ich piękne miasta w cuchnącą ruinę. Są obojętni w obliczu dewastacji. Może zatem zwykła inercja i głupota?
Dewastacji ulegają nie tylko miasta, ale i całe narody. W Republice Federalnej Niemiec przyszło w 2025 roku na świat 650 tysięcy dzieci. Część z nich to dzieci z rodzin imigrantów, którzy nie mówią nawet po niemiecku. Równolegle do kraju sprowadzono około 250 tysięcy przybyszów. Jeszcze wyższej liczbie ludzi nadano niemieckie obywatelstwo. Społeczeństwo spokojnie patrzy, jak z niemieckiego zamienia się w coś zupełnie nowego. To w dłuższej perspektywie oznacza śmierć narodowej kultury. Większości to jednak nie obchodzi. Są wobec tej śmierci obojętni, a głosy krytyków uważają za niepotrzebny ekstremizm.
Giną też inne narody, z innych przyczyn – w tym naród polski. W 2025 roku urodziło się u nas 238 tysięcy dzieci, rekordowo mało. Główny Urząd Statystyczny w najczarniejszych scenariuszach nie przewidywał takiej zapaści. Wskaźnik dzietności wynosi obecnie 1,09. To oznacza, że przeciętna Polka ma w życiu jedno dziecko. Z dwojga Polaków robi się jeden – i tak dalej, aż do zaniku. W Europie przodujemy, ale inni nas gonią. Niemcy, Czesi, Włosi, Hiszpanie, Brytyjczycy – oni też nie chcą mieć dzieci. To nie jest problem tylko Zachodu, Europy czy USA. Dzieci nie mają też Rosjanie i Chińczycy, Koreańczycy i Japończycy. Rozwinięty świat zrezygnował z dzieci. Wszyscy dobrze wiedzą, że wymierają, dane są na wyciągnięcie ręki – ale są obojętni.
Mamy tendencję do narzekania na „zgniły Zachód”. To zrozumiałe, w końcu żyjemy na Zachodzie. Tak naprawdę zgniły jest również Wschód – również tam obserwujemy błyskawiczną zapaść cywilizacyjną. Odrzucenie genderyzmu przez Rosjan niewiele znaczy. Wznoszenie drapaczy chmur i budowa nowych portów w Chinach to jeszcze za mało. Rosjanie i Chińczycy, podobnie jak my, wymierają. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku, różnią się tylko szczegóły – Zachód zabija się rękami imigrantów, Rosja pijaństwem i tak dalej. Wszyscy są na samobójczym torze.
Co łączy wszystkich, od Ameryki, przez Portugalię, Francję, Polskę, aż po Rosję i Chiny? Przede wszystkim: bezbożność. Boga zabito w liberalizmie i komunizmie, z różnych przyczyn, ale z tym samym skutkiem – dominacją kompletnego bezsensu.
Życie, takie jakie jest, bywa nieznośne. Bez perspektywy wieczności nie ma też żadnego celu. Trzeba to sobie poważnie uświadomić: bez Boga życie po prostu nie ma sensu. Można tylko stwierdzić, że się wydarza – ale trzeba przyznać, że nie posiada żadnej ukierunkowanej treści. Dlatego współczesny świat może podpisać się pod znanym tekstem poezji egipskiej sprzed trzech czy czterech tysięcy lat: „Mury ich zniszczone, nie pozostały żadne ślady, tak jakby ich nigdy nie było. Ciesz się w sercu swoim, póki nie napełni się radością po brzegi. Będziesz żywy, gdy będziesz podążał za pragnieniami swego serca. Spójrz, nikt, kto odszedł, już stamtąd nie wrócił”.
Korzystanie z życia celem maksymalizacji własnej przyjemności, oto jedyna racjonalna strategia w świecie bez Boga. Nie da się wymyślić nic innego. Etyka obowiązku, samopoświęcenia, ofiary – to wszystko jest zawieszone w próżni, jeżeli nie odnosi się do Stwórcy.
Skoro cały rozwinięty świat żyje dziś bez Boga, to w konsekwencji nie ma żadnego celu poza zwykłym trwaniem. Przecież każdy rozsądny nihilista przyzna, że tak naprawdę równie dobre (równie obojętne) byłoby nie istnieć. Na pytanie, dlaczego istnieje raczej coś niż nic, nihilista nie odpowiada. Nie wie, dlaczego: zresztą nawet go to nie obchodzi: „coś” jest przecież niczym. Nihilizm – a konsekwentny ateizm zawsze jest nihilizmem – to strukturalna obojętność wobec życia, która w przypadku niemożności „napełniania serca radością po brzegi” staje się koniecznie nienawiścią.
Ludzie pozbawieni perspektywy wieczności mogą przez całe swoje życie głosować na zdegenerowane formacje polityczne, które sprowadzają migrantów i walczą z rodziną, bo te formacje gwarantują im realizację jedynego rozsądnego celu życia w paradygmacie ateistycznym, czyli maksymalizacji własnej przyjemności. Francuscy nihiliści będą patrzeć, jak imigranci spalają ich Paryż – co ich to obchodzi? Przecież w ich perspektywie ten Paryż nie ma żadnego sensu. Niemieccy nihiliści zbudowali system zalewania własnego kraju imigrantami – i nie chce im się go zmieniać, bo to wymagałoby wysiłku. Po co się wysilać, skoro da się jeszcze wegetować? Polscy nihiliści przestali mieć dzieci, ale co z tego? Niech Polska się skończy – byleby nie teraz, póki żyją. Bo po co ma istnieć Polska? Rosyjski i chiński aparat władzy zadba o własne przetrwanie, ale długa perspektywa go nie interesuje – nie może go interesować, bo bez Boga nie ma żadnej „długiej perspektywy”.
Bezbożny nihilizm, który dominuje myślenie większości współczesnych ludzi w rozwiniętych krajach, jest samobójczą obojętnością wobec cywilizacji. Ta obojętność przeradza się w nienawiść, ilekroć ktoś stara się jej rzucić wyzwanie. Stąd ta wielka nienawiść do wierzących katolików, krytyków sodomii, aborcjonizmu, imigracjonizmu. Żywe trupy chcą spokojnie gnić dalej w swoim świecie pozbawionym znaczeń. Ci, którzy mówią im o Bogu i domagają się jakiegoś wysiłku, to jedyni, do których mogą odczuć nienawiść. Żywe trupy stanowią większość, mają masę – więc uchwalają różne prawa, które zamykają usta ich krytykom. Chcą spokojnie zgnić. Zachód i Wschód stał się zbiorowym Neronem. Podpala wszystko, z czego wyrasta – dla przyjemności.
Czy jest na to recepta?
Tylko jedna: wiara w Boga, silna na tyle, by nadać życiu sens. Nie wiem, jak można ją przywrócić w szerokiej skali. W życiu ludzkim zawsze istniały momenty, które z druzgocącą mocą objawiały niedoskonałość tego życia, jego zależność. Dziś to występuje bardzo rzadko: społeczność ludzka stała się niemal doskonała, bo wyeliminowała większość poważnych przykrości, które dotąd ją trapiły. Została tylko śmierć, ale śmiercią większość nie przejmuje się, zanim ona nie nadejdzie, a kiedy nadejdzie, nie da się już nią przejmować. Widzę tu aporię – trudność, której nie da się przekroczyć. To jednak również jakiś scenariusz. Rzym z tętniącego witalnością i potęgą centrum świata stał się we wczesnych wiekach średnich wynędzniałą osadą. Taki może być los całej rozwiniętej ludzkiej kultury.
Karmiące się nienawiścią i obojętnością trupy muszą zgnić. Są jednak również ci, którzy wierzą i chcą żyć. Skupmy się właśnie na tym. Niech żyją ci, którzy żyć chcą. Nie będzie to wielu? Trudno. Do nas należy konsekwentnie wypełnianie obowiązków, które wynikają z prostego faktu: Bóg istnieje i daje nam życie wieczne. Weźmy to życie. Twórzmy kulturę, która o tym opowiada.
Czy to się uda, a jeżeli się uda, to kiedy – tego nie wiemy, ale nasza jest praca, a owoce są Pana Boga.
W 2022 roku kardynał Hollerich stwierdził, że uważa naukę Kościoła o grzeszności związków homoseksualnych za fałszywą: „Uważam, że społeczno-naukowe korzenie tej nauki nie są już prawdziwe”. W 2023 roku dodał na ten sam temat: „Jeśli powiemy, że wszystko, co robią, jest z natury złe, to będzie to równoznaczne z powiedzeniem im, że ich życie nie ma wartości”. it/tutti-i-peccatori-sono-uguali-ma-alcuni-sono-piu-uguali-degli-altri Najniebezpieczniejsze jest to, że ci rewizjoniści Nauczania Chrystusowego przebrani są w owcze skóry i jako dostojnicy Kościoła, do woli mogą mieszać w głowach maluczkich. Jezuita Jean-Claude Hollerich od 2011 r. jest arcybiskupem luksemburskim, w latach 2018 – 2023 przewodniczącym Komisji Episkopatów Wspólnoty Europejskiej.
Emisja 25 lutego 2026
Katolicy muszą bojkotować heretyka, ekumenistę kardynała Grzegorza Rysia. Katolik nie ma obowiązku posłuszeństwa wobec heretyka wroga Kościoła Katolickiego nawet ze statusem “kardynała”.
Encyklika papieska Papieża Piusa IX “Quanta cura” z “Syllabus Errorum”, “Spisem Błędów” potępia błąd nr 21: „Kościół (Katolicki) nie ma władzy definiowania dogmatycznie, że religia katolicka jest jedyną prawdziwą”20 kwietnia 1875 r. Papież Pius IX: “Nie dość jest wyznawać szacunek dla Stolicy Świętej, trzeba jeszcze koniecznie być posłusznym Syllabusowi i dogmatowi o Nieomylności”.Leon XIV,
Ryś popiera ten błąd powołując się na “Lumen gentium”, które relatywizuje jedność Kościoła Katolickiego , mówiąc o „elementach zbawienia” poza Kościołem Katolickim, co jest sprzeczne z dogmatem „extra Ecclesiam nulla salus”.“
Jasną rzeczą więc jest, Czcigodni Bracia, dlaczego Stolica Apostolska swym wiernym nigdy nie pozwalała, by brali udział w zjazdach niekatolickich. Pracy nad jednością chrześcijan (tj katolików) nie wolno popierać inaczej, jak tylko działaniem w tym duchu, by odszczepieńcy powrócili na łono jedynego, prawdziwego Kościoła Chrystusowego (tj Katolickiego), od którego kiedyś, niestety, odpadli.”Encyklika Papieska Mortalium Animos, o popieraniu prawdziwej jedności religii, Papież Pius XI“
To jest ten jedyny Kościół Chrystusowy, który wyznajemy w Symbolu wiary jako jeden, święty, katolicki i apostolski, który Zbawiciel nasz po zmartwychwstaniu swoim powierzył do pasienia Piotrowi (J 21,17), zlecając jemu i pozostałym Apostołom, aby go krzewili i nim kierowali (por. Mt 28,18 nn), i który założył na wieki jako „filar i podwalinę prawdy” (1 Tm 3,15). Kościół ten, ustanowiony i zorganizowany na tym świecie jako społeczność, trwa w Kościele katolickim, rządzonym przez następcę Piotra oraz biskupów pozostających z nim we wspólnocie (communio), choć i poza jego organizmem znajdują się liczne pierwiastki uświęcenia i prawdy, które jako właściwe dary Kościoła Chrystusowego nakłaniają do jedności katolickiej.” LUMEN GENTIUM – KONSTYTUCJA DOGMATYCZNA O KOŚCIELE, Paweł VI, Sobór Watykański 2Sobór Watykański 2 podobno jest s. pastoralnym a nie dogmatycznym:)
Emisja 25 lutego 2026
Grzegorz Ryś wykorzystuje zakompleksienie Polaków wobec Zachodu. Co może Niemiec-Luksemburczyk powiedzieć o katolicyzmie Polakom jak na Zachodzie nie ma wiary katolickiej. W drugą stronę byłoby to nie do pomyślenia dla Niemca żeby Polak nauczał wiary katolickiej Niemców – Luksemburczyków.
CzarnaLimuzyna 26 lutego 2026
Dotychczasowe obserwacje skłaniają mnie do hipotezy badawczej, że w przypadku takich zachowań i bredni typu “To jest białe, ale może jest też czarne” oraz wypowiadania herezji – to w takich przypadkach mamy do czynienia z mało lotnym lewakiem (przypadek Franciszka) albo ze zboczeńcem albo z wyrachowanym, świadomym satanistą. Również promotorzy dni bez Jezusa i Maryi, od Zbysia do Rysia, mają bardzo podobne poglądy. Jak jest w tym przypadku, nie wiem. Skłaniam się do przypuszczenia, że Hollerich nie jest debilem, a jego przypadek może być związany z pozostałymi przypadłościami.
Na głoszone, identyczne lub podobne, brednie odpowiedział w jednym aspekcie w roku 2023 Jacek Salij OP – link.
Ujawnione w ostatnich dniach dokumenty z afery Epsteina, odsłaniające sieć wpływów, okultystycznych praktyk i wykorzystywania nieletnich przez elity obiegły świat. Te wstrząsające materiały kwestionują integralność zachodniej cywilizacji, poniżają najbardziej podstawowe wartości humanistyczne. Jak to możliwe, że coś tak potwornego działo się przez dziesięciolecia w samym sercu zachodniego establishmentu?
Mało tego; bulwersujące materiały dowodowe operacji “Lolita Express” były ukrywane przez lata, trzymane w archiwach, stojących na straży zakłamania i deprawacji. Sprawiedliwymi okazują się być jedynie wybitni artyści, ale ich odważne świadectwa prawdy były odrzucane, marginalizowane i ośmieszane.
Film Stanleya Kubricka ‘Eyes Wide Shut’ w artystycznej wizji przedstawił kulturę zbrodniczego rytuału elit, za co być może reżyser zapłacił życiem – zmarł nagle, sześć dni po pokazaniu finalnego cięcia filmu. Jego dzieło zostało początkowo odrzucone przez krytyków jako chora fantazja twórcy (dopiero dziś uznawane jest za arcydzieło). Podobnie oparty na faktach i doświadczeniu usuniętego z pracy śledczego film z 2023 roku ‘Sound of Freedom’ był wyszydzony przez propagandową ‘krytykę’ jako skrajnie prawicowa fantazja i teoria spiskowa. Okazuje się, że prawdę trzeba zawsze wyszarpywać.
Przykładem tego na zaśmieconym, polskim podwórku jest twórczość Andrzeja Juliusza Sarwy, autora wybitnego dzieła, jakim jest Kwadrologia, saga rodu Białeckich.
To historia zła ciągnąca się od XIV wieku po współczesność. Cztery tomy: “Wieszczba krwawej głowy”, “Cmentarz Świętego Medarda”, “Tuman krwawej mgły” i “Syn Cienistej Strony” nigdy nie zostały przez mainstream dostrzeżone. Są ignorowane, przemilczane przez środowisko literackie.
Ale teraz, gdy ujawniono dokumenty z afery Epsteina, brzmią jak komentarz do najświeższych skandali, pokazując mechanizmy władzy i zepsucia elit.
“Zło przychodzi podstępnie, jest modnie ubrane, zna wszystkie języki, ma dobre maniery i budzi zaufanie.” Czytając te słowa trudno nie pomyśleć o tym, jak przez dziesięciolecia działał Epstein, jego towarzystwo, odurzone władzą i pławiące się w luksusach. Wiadomo, że nad wszystkim czuwali mocodawcy, opętani ideą absolutnej kontroli nad światem i zamieszkującym go “motłochem”. Ich ochroną są skorumpowani, szantażowani i bezwolni politycy, przez manipulacje i najgorsze intrygi wyniesieni na najwyższe stanowiska.
Sarwa opisuje arystokratów urządzających dzikie orgie, ofiary z dzieci praktykowane przez możnych, okultystyczne rytuały elit, tajne loże kierujące biegiem dziejów, rozpustnych monarchów i ich haremy.
To nie fantazja, każda z tych informacji jest potwierdzona w przypisach, oparta na dokumentach historycznych. I nagle okazuje się, że to wszystko nie zniknęło wraz z XVIII wiekiem, że mechanizmy opisywane przez sandomierskiego pisarza w najlepsze kwitną dzisiaj, będąc potwarzą dla wszystkich, którzy zachowali choć odrobinę przyzwoitości.
Powieści Andrzeja Juliusza Sarwy są ignorowane, ostentacyjnie odsunięte z kanonu lektur, których zadaniem jest hipnotyzowanie wrażliwości, przeprowadzanie zabiegu lobotomii prawdy i eliminacja zdolności do samodzielnego myślenia. Dlaczego? Bo piętnują zło w każdym obszarze życia, opierając się na faktach historycznych, z którymi trudno dyskutować. Jak mówi sam autor: ‘Lepiej moje książki przemilczeć, bo przecież nawet mały kamyk może spowodować lawinę.
Czytając o Ludwiku XV i przepoczwarzającym się hrabim de Saint-Germain, o rewolucji francuskiej i jej bestialstwie, o magach i okultystach przy tronach władzy, o filozofach oświecenia parających się czarną magią, można zrozumieć, w jaki sposób współcześni stoczyli się na samo dno.
Andrzej Sarwa demaskuje szatański plan, rozciągnięty na wieki: “Oto nasza robota posuwa się co prawda do przodu, lecz z oporami, a można by wszystko przyspieszyć. Dwa filary ma katolicka Europa – Polskę i Francję. Jeden z nich jest już prawie zrąbany i niezadługo runie, wystarczy tylko lekko dmuchnąć”. To słowa z powieści, ale mechanizm opisany przez autora działa do dziś, jak dobrze naoliwiona gilotyna.
Książki Sarwy są źródłem tajemnej wiedzy, odsłaniają kulisy historii zmierzającej do kresu. W powieściach czas traci swoją monotonną wymierność, wieki mijają jak chwila, a ulotne momenty ciążą jak wieczność. Poznajemy nie tylko prawdę o zakłamywanych, mrocznych dziejach ludzkości, ale możemy nawet dowiedzieć się, od kiedy w Polsce działa przerażająca machina oblężnicza złego, bombardująca nasze serca, rozum i sumienie.
Saga rodu Białeckich to powieść przygodowa, sensacyjny thriller i świadczący o głębokiej erudycji autora esej historyczny.
Najważniejsze jednak, że te historyczne książki są powieściami współczesnymi. Fabuła, sięgając do mało znanych, odległych faktów, opisuje aktualną rzeczywistość cywilizacji na skraju zagłady i ostatecznego upadku. Afera Epsteina to tylko kulminacja długiej historii, kolejny element układający się w mozaikę, której pełnego obrazu wolelibyśmy nie oglądać.
Wydaje się, że jesteśmy w sytuacji bez wyjścia, ale autor ma swoją odpowiedź na pytanie o nadzieję: “Ja nie mam nadziei, ja mam pewność, bo nie mam wątpliwości, że nad naszymi losami, od początku do końca czuwa Pan Bóg, który przybędzie i wszystko naprawi. Nadzieję trzeba mieć tylko, że to zwycięstwo jest blisko. Z zastrzeżeniem, że ‘blisko’ jest pojęciem, którego nie jesteśmy w stanie zdefiniować… Patrzmy więc uważnie, by rozpoznawać znaki czasów. Bądźmy czujni i przygotowani”.
Może właśnie teraz, gdy świat ma okazję poznać przerażające fakty o elitach i ich praktykach, nadszedł moment, by sięgnąć po te książki.
Wbrew tym, którzy próbują przemilczeć aferę albo wykorzystać ją jako element propagandowego perpetuum mobile, nadszedł moment prawdy. Czas, by miłośnicy literatury przestali się sugerować sztucznie tworzonym rynkiem księgarskim, stronniczymi recenzjami i promocją politycznie poprawnych wartości. Bo kiedy fikcja staje się rzeczywistością, warto ją poznać.
Aleksander Rybczyński
AR jest absolwentem historii sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Opublikował ponad dziesięć zbiorów wierszy, w tym debiutancki tomik “Jeszcze żyjemy”, za który otrzymał w 1983 Nagrodę im. Kazimiery Iłłakowiczówny. Zajmuje się także krytyką artystyczną, prozą, publicystyką, dziennikarstwem, fotografią, filmem oraz pracą redakcyjną i wydawniczą. W przygotowaniu do druku sensacyjna powieść emigracyjna “Niewidoczna strona”
=======================================
PAKIET: Saga rodu Białeckich (4 tomy) – Andrzej J. Sarwa
Włodzimierz Sołowjow (1853-1900) to rosyjski filozof prawosławny (4 lata przed śmiercią wyznał przed księdzem grekokatolickim wiarę katolicką uznając prymat papieża), którego marzeniem było zjednoczenie chrześcijan, a w szczególności włączenie Cerkwi Prawosławnej pod zwierzchnictwo Papieża. Doszedł on w ciągu swego życia do wniosku, że wszyscy chrześcijanie zgadzają się, iż Chrystus założył Kościół, lecz wielu popełnia błędy nie zważając na najistotniejszy tekst ewangeliczny mówiący o tym wprost, wyraźnie i formalnie, więc nieprzyjaciele prawdy mogą jedynie ten konstytucyjny fragment wycinać lub pomijać. Brzmi on następująco: ,,Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr (czyli Skała), i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie”.
Bóg – człowiek w ten sposób chciał zjednoczyć ze sobą cały rodzaj ludzki moralnie i społecznie. Nie przemówił do każdego z apostołów osobno, nie wspominał o założeniu wielu narodowych kościołów, tylko o jednym wokół którego ludzkość zjednoczona z Bogiem ma tworzyć jedną, silną budowlę społeczną i dla tej jedności znaleźć podwalinę. Kolejnym potwierdzeniem dla władzy św. Piotra na Ziemi było dla Sołowjowa zapytanie Jezusa skierowane do uczniów: ,,Kim mienią być ludzie Syna człowieczego?”.
Odpowiedzi okazały się wszystkie błędnymi, tak więc prawda jest tylko jedna, a opinie na dany temat mogą być mnogie i sprzeczne. Wynika z tego, że Kościół Chrystusowy nie może być oparty na demokracji, tylko na autorytecie Piotra i jego następców. Kolejne pytanie skierowane do apostołów potwierdza tę tezę: ,,Wy zaś kim mi być powiadacie”? Po tym nastąpiło milczenie, jedenastu uczniów nie wiedziało co powiedzieć, niektórzy z nich bali się wyrazić zdanie. Być może Filip nie pojmował kim jest Jezus, a może Tomasz miał co do Mistrza wątpliwości. Sobór apostolski oddał głos najmądrzejszemu, bowiem wybranemu z łaski Bożej i Szymon Piotr pewny siebie rzekł: ,,Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego”, nie radząc się przy tym nikogo, poszedł wprost za głosem swego sumienia.
Tymi argumentami rosyjski filozof przekonywał nieskutecznie przez całe życie swych rodaków, przyjmując komunię w Cerkwi nawet po wyznaniu wiary katolickiej. Warto przypomnieć, że w tamtym czasie w Rosji za konwersję z prawosławia na katolicyzm groziła kara od 8 do 12 lat katorgi.
Włodzimierz Sołowjow pisał też o konieczności pojednania się z bratem (Polską) przez złożenie ofiary z narodowego egoizmu na ołtarzu Kościoła powszechnego. Było to według niego niezbędne, żeby utrzymać chrześcijański charakter Rosji. Rusyfikację nazywał nikczemnością, bowiem nie dotyczyła ona już tylko autonomii politycznej, lecz atakowała byt narodowy, samą duszę narodu polskiego. Naród polski według Sołowjowa miał w drugiej połowie XIX wieku wysoko rozwiniętą samoświadomość i prześcignął Rosję w kulturze intelektualnej, a także nie ustępował jej w aktywności naukowej i literackiej. Sołowjow pierwszy raz przybył do Warszawy na kilka dni w 1875 roku, jednak jak wynika z listu do księcia Certelewa potrafił już wtedy czytać polską poezję, więc na pewno spotykał Polaków wcześniej w Rosji. Oto fragment tej korespondencji:
,,Czuję się wspaniale.(…) Dla odpoczynku czytam po polsku Mickiewicza, w którym się absolutnie zakochałem. Musisz koniecznie nauczyć się języka polskiego, choćby dla niego samego, a są także inni”. Zachowało się również przemówienie filozofa pt. ,,Ku pamięci Mickiewicza” wygłoszone w czasie obiadu 27 grudnia 1898 roku, lecz ze względu na jego długość nie będę go przytaczał.
Benedykt XVI w swej książce pt. ,,Jezus z Nazaretu” wydanej w kwietniu 2007 roku odniósł się do najpopularniejszego dzieła Sołowjowa w następujący sposób:
,,Diabeł występuje jako teolog.(…). Włodzimierz Sołowjow wprowadził ten motyw do swej ,,Krótkiej opowieści o Antychryście”: Antychryst otrzymuje na uniwersytecie w Tybindze honorowy tytuł doktora teologii; jest wybitnym biblistą. W ten sposób Sołowjow drastycznie wyraził swój sceptycyzm w stosunku do pewnego typu erudycji biblijnej tamtych czasów. Wykład Pisma Świętego może w rzeczywistości stać się narzędziem Antychrysta. Sołowjow nie jest pierwszym, który to powiedział; jest to wewnętrzna treść samej historii kuszenia”.
Kilka stron dalej Papież znowu wspomina o antychrystusowej egzegezie i teologii:
,,Kusiciel nie jest do tego stopnia nachalny, żeby nam wprost zaproponował adorowanie diabła. Proponuje nam opowiedzenie się za tym, co rozumne, za prymatem świata zaplanowanego od początku do końca zorganizowanego, w którym Bóg może mieć miejsce jako sprawa prywatna, jednak bez możliwości wtrącania się w nasze istotne zamiary. Sołowjow przypisuje Antychrystowi książkę zatytułowaną ,,Otwarta droga do pokoju i dobrobytu świata” – która stanie się nową Biblią, a jej istotną treścią jest wielbienie dobrobytu i rozumnego planowania”.
,,Krótka opowieść o Antychryście” o której wspominał Benedykt XVI została wydana w 1898 roku, ma zaledwie 30 stron i jest również dostępna w wersji do słuchania na youtube. W niej Sołowjow przewidział powstanie zjednoczonej Europy.
Tuż przed napisaniem książki Włodzimierz w czasie pobytu w Egipcie doznał objawień, lecz tym razem były one inne od dwóch dotychczasowych, bowiem zobaczył w nich szatana i przekonał się o ontologicznej realności zła, co streścił następująco w wierszu:
Wszystko się rozpada, Sen już przykro zwodzi, Coś się zapowiada I ktoś już nadchodzi.
Sama zaś ,,Opowieść o Antychryście” również zaczyna się poetycznie:
Choć imię dzikie – panmongolizm! Mnie jednak mile ucho pieści, Jakby majestat wzniosłej doli. Od Boga danej, w nim się mieścił…
Potem pewna dama rozmawia z mnichem Pansofijem, który zaczyna snuć proroczą opowieść o wieku dwudziestym, o epoce wielkich wojen, bratobójczych walk i przewrotów. Po burzliwym XX wieku Europa się zjednoczy, aby dać odpór wzrastającej potędze zjednoczonej Azji.
Oto fragment wizji Rosjanina: ,,(…) stary, tradycyjny ustrój oddzielnych narodów traci powszechnie znaczenie i prawie wszędzie znikają ostatnie pozostałości starych monarchicznych instytucji. Europa w dwudziestym pierwszym wieku stanowi związek mniej lub więcej demokratycznych państw – Europejskie Stany Zjednoczone”.
Kilka stron dalej:
,… miało odbyć się w Berlinie międzynarodowe zgromadzenie założycielskie związku państw europejskich. Związek ten, ustanowiony po szeregu zewnętrznych i domowych wojen…, które poważnie zmieniły mapę Europy, narażony był na niebezpieczeństwo konfliktów – już nie między narodami, ale między politycznymi i społecznymi partiami. Koryfeusze wspólnej polityki europejskiej, należący do potężnego bractwa masońskiego, odczuwali brak wspólnej władzy wykonawczej. Osiągnięta z takim trudem jedność europejska mogła się lada chwila ponownie rozpaść. W radzie związkowej, czyli światowym zarządzie (Comite permanent universel), nie było zgody, ponieważ nie wszystkie miejsca udało się obsadzić prawdziwymi wtajemniczonymi masonami. Niezależni członkowie zarządu zawierali między sobą odrębne porozumienia i cała sytuacja groziła nową wojną. Wówczas ,,wtajemniczeni” postanowili utworzyć jednoosobową władzę wykonawczą z dostatecznym zakresem pełnomocnictw”.
Przypominam, że Włodzimierz Sołowjow napisał ten tekst w 1898 roku i zachęcam do zapoznania się z nim w całości.
Norbert Obara
Bibliografia:
Benedykt XVI, Jezus z Nazaretu, Wydawnictwo Znak, Kraków 2007. Sołowiow Włodzimierz, Wybór pism, Wydawnictwo W drodze, Poznań 1988. Sołowjow Sergiusz, Życie i ewolucja twórcza Włodzimierza Sołowjowa, Wydawnictwo W drodze, Poznań 1986. Socci Antonio, Kościół czasu antychrysta, Wydawnictwo AA, Kraków 2019.
Z powodu ujawnienia listy Epsteina – parę twardych wniosków.
Dugin: "Akta Epsteina ujawniły prawdę: Zachód to satanistyczne imperium elit, które rozpada się w czasie rzeczywistym. Jest toksycznym jądrem, z którego reszta świata musi się wydostać i musi zostać zbudowany nowy, niezachodni porządek” Polska powinna 👇pic.twitter.com/0HsfakZTtY
Prawie wszystkie teorie spiskowe zostały potwierdzone i przekroczyły wszystkie wcześniejsze wyobrażenia. Zachód ukazał się jako demoniczny system cywilizacyjny w którego sercu stoi satanistyczna kanibalistyczna sekta wykorzystująca dzieci, handlująca kobietami, tworząca prowokacje na całym świecie, manipulująca rynkami finansowymi i procesami politycznymi oraz odprawiają czarne msze.
Tylko nieliczni zachodni politycy nie są powiązani z siecią Epsteina. Co teraz mają zrobić zwykli ludzie na Zachodzie, szczególnie w USA? W przeszłości gdy nie lubili demokratów to głosowali na republikanów, a gdy ci ich zawiedli wracali do demokratów.
Ale teraz na kogo mają głosować? I co mamy zrobić teraz,gdy ludzkość zaadoptowała tyle zachodnich wzorców edukacji, uwierzyliśmy w ich kulturę, tworzyliśmy remake ich filmów, dalej zależymy od ich systemu finansowego.Sytuacja dla świata, dla ludzkości jest naprawdę wyjątkowa. Żyjemy obecnie w globalnym stanie zagrożenia, stanie wyjątkowym. Nikt nie zagwarantuje przestrzegania praw, umów, porozumień – wszystko zostało anulowane.
To że elity przyjeżdżały na wyspę Epsteina to nie niespodzianka. Dla nich nie ma czerwonych linii nie do przekroczenia. Widzicie – te pedofilskie, satanistyczne elity zadecydowały że Putin jest zły, że Iran jest zły lub Xi Jinping jest zły i są wstanie rozpętać wojnę nuklearną i zniszczyć ludzkość. Przy okazji sam Epstein współuczestniczył w tworzeniu bunkrów dla tej elity.
Gdy napięcia będą rosnąć a upadek przyśpieszy, jeżeli procesy socjologiczne wymkną się z pod kontroli tej elity, ponieważ ludzie zaczynają sobie uzmysławiać że są z mały wyjątkami rządzeni przez pedofili i satanistów z każdej partii i rządu.
Chiny i Rosja mówią już od dawna o potrzebie wielobiegunowego świata. Przez to byliśmy potępiani i spotkaliśmy się z ostracyzmem.
Ale teraz to jasne że mieliśmy rację. Tzw Zachód to toksyczne korzeń od którego reszta świata musi się odciąć. Musi powstać nowy porządek z pominięciem zachodu.W tym historycznym momencie Rosja i Chiny stoją przed możliwością zostania beneficjentami całkowitego upadku Zachodu.
==============================
To jasne podejście. Może cyniczne, na pewno nie mające na celu Dobra, lecz chęć przejęcia władzy nad światem przez inną ateistyczną, może anty-Bożą [Chiny na pewno] grupę władców. Mirosław Dakowski
Katolik nie ma obowiązku posłuszeństwa wobec heretyka wroga Kościoła Katolickiego nawet ze statusem “kardynała”.
LUMEN GENTIUM – KONSTYTUCJA DOGMATYCZNA O KOŚCIELE, Paweł VI, Sobór Watykański 2Sobór Watykański 2 podobno jest s. pastoralnym a nie dogmatycznym:)
Co może Niemiec-Luksemburczyk powiedzieć o katolicyzmie Polakom jak na Zachodzie nie ma wiary katolickiej.
W drugą stronę byłoby to nie do pomyślenia dla Niemca żeby Polak nauczał wiary katolickiej Niemców – Luksemburczyków.