Polska. Kilka dni temu premier Donald Tusk powiedział:
„Otrzymałem w ostatnich godzinach dość precyzyjny raport bezpośrednio od szefa CIA dotyczący możliwych zdarzeń w najbliższych miesiącach i tak, jak już na ten temat mówiłem i ostrzegałem od wielu miesięcy. Należy spodziewać się różnych scenariuszy i Polska i cała Europa musi być przygotowana na różne scenariusze, jeśli chodzi o sytuację nie tylko na froncie rosyjsko-ukraińskim, ale także na wschodniej flance UE”.
Na informacje te w nocy z czwartku na piątek zareagował szef Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz.
Przydacz powiedział:
„Nie było żadnego tajnego raportu CIA na biurku. Wymyślone kłamstwo, żeby zelektryzować opinię publiczną i przyszpanować. Paski naiwnych mediów grzały dwa dni. Nikt nie sprawdził, nikt nie zweryfikował. Kto mu uwierzy, gdy rzeczywiście coś się będzie miało wydarzyć?”
Polska przygotowuje ogólnokrajowy system ewakuacji ludności. Choć prace trwają już od 2025 roku, a wszystkie województwa przekazały Rządowemu Centrum Bezpieczeństwa swoje plany, Krajowy Plan Ewakuacji nadal jest dokumentem pozostającym w procesie uzgadniania i formalnego zatwierdzania. W tym sensie można mówić, że plan „powstaje” – nie dlatego, że prace dopiero się zaczęły, lecz dlatego, że krajowy system nie został jeszcze formalnie domknięty.
Dokument ma połączyć rozwiązania przygotowane na poziomie województw i określać m.in. trasy przemieszczania ludności, miejsca przyjęcia, transport, zakwaterowanie oraz zabezpieczenie pozostawionego mienia. W proces zaangażowane jest także Wojsko Polskie.
Nie oznacza to, że zapadła decyzja o ewakuacji Polski – państwo przygotowuje procedury, które mają być gotowe na wypadek wojny, zagrożenia wojną lub klęski żywiołowej.
Fot. Warszawa w Pigułce
Krajowy Plan Ewakuacji nie powstaje od zera
Podstawą całego systemu jest ustawa o ochronie ludności i obronie cywilnej. Przepisy przewidują przygotowanie Krajowego Planu Ewakuacji przez dyrektora Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Dokument ma opierać się na planach przygotowanych na poziomie województw i spinać je w jeden system pozwalający koordynować działania także wtedy, gdy ewakuacja obejmowałaby więcej niż jeden region.
Po zmianach obowiązujących od lipca 2026 roku Krajowy Plan Ewakuacji jest opracowywany przez dyrektora RCB we współpracy z Szefem Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Plan krajowy oraz plany wojewódzkie sporządza się na okres trzech lat i aktualizuje w zależności od potrzeb. Dokument krajowy podlega następnie zatwierdzeniu przez ministra właściwego do spraw wewnętrznych.
Nie oznacza to jednak, że państwo dopiero teraz rozpoczyna przygotowania. Proces został uruchomiony już w 2025 roku, a znaczna część prac na niższych szczeblach została wykonana wcześniej.
Wszystkie województwa przekazały już swoje plany do RCB
Wytyczne dotyczące przygotowania wojewódzkich planów ewakuacji zostały opracowane przez RCB wspólnie ze Sztabem Generalnym Wojska Polskiego oraz Ministerstwem Spraw Wewnętrznych i Administracji. W czerwcu 2025 roku trafiły do województw. Pierwszych projektów planów wojewódzkich RCB oczekiwało do końca października 2025 roku.
Ten etap został już zakończony. W styczniu 2026 roku dyrektor Rządowego Centrum Bezpieczeństwa Zbigniew Muszyński potwierdził, że wszystkie województwa przesłały przygotowane przez siebie plany ewakuacji. RCB przeanalizowało dokumenty i przekazało do nich uwagi. Województwa miały następnie nanosić poprawki i uzgadniać rozwiązania tak, aby możliwe było ich połączenie w jeden system krajowy.
Oznacza to, że obecnego etapu nie należy rozumieć jako początku prac nad ewakuacją ludności. Dokumentacja wojewódzka już istnieje. W styczniu 2026 roku RCB informowało, że trwa jej uzgadnianie i że Centrum zbliża się do końca prac nad Krajowym Planem Ewakuacji. Z kolei w rządowym sprawozdaniu opublikowanym wiosną 2026 roku wskazywano, że po uzgodnieniu wojewódzkich planów dokument krajowy zostanie przedstawiony ministrowi właściwemu do spraw wewnętrznych do zatwierdzenia. W dostępnych publicznie komunikatach nie ma późniejszego jednoznacznego potwierdzenia zakończenia tej procedury.
Gminy i powiaty przygotowują wkłady, wojewoda tworzy plan
System jest wielopoziomowy. Na poziomie gmin i powiatów przygotowywane są wkłady potrzebne do stworzenia wojewódzkiego planu ewakuacji ludności. Obejmują one informacje dotyczące między innymi liczby mieszkańców, możliwości transportowych, infrastruktury, potencjalnych miejsc przyjęcia ludności oraz zasobów, które mogą zostać wykorzystane podczas prowadzenia ewakuacji.
Na podstawie tych danych wojewoda przygotowuje plan dla całego województwa. Dokumenty wojewódzkie są następnie uzgadniane z Rządowym Centrum Bezpieczeństwa, a ich połączenie ma stanowić podstawę Krajowego Planu Ewakuacji.
W uproszczeniu system wygląda więc następująco:
gminy i powiaty → województwa → Rządowe Centrum Bezpieczeństwa → Krajowy Plan Ewakuacji.
Nie chodzi więc o jeden dokument opracowany wyłącznie przez administrację centralną. Krajowy system powstaje z danych i rozwiązań przygotowanych wcześniej na poziomie lokalnym i regionalnym.
Co musi zostać zaplanowane przed ewakuacją?
Ustawa szczegółowo określa elementy, które trzeba uwzględnić przed wystąpieniem zagrożenia. Jednym z podstawowych jest liczba osób przewidzianych do ewakuacji z danego obszaru. Administracja musi również wiedzieć, jaka infrastruktura transportowa może zostać wykorzystana oraz jakimi środkami będzie można przewozić mieszkańców.
Planowanie może obejmować transport lądowy, kolejowy, wodny i powietrzny. Trzeba też wcześniej wskazać miejsca, do których zostaną skierowani ewakuowani mieszkańcy, oraz określić możliwości ich zakwaterowania.
Dokumentacja obejmuje również dostępne środki transportu, siły potrzebne do zabezpieczenia operacji, osoby odpowiedzialne za jej koordynację oraz sposób przekazywania informacji mieszkańcom. Wszystkie te elementy mają być przygotowane wcześniej, aby podczas rzeczywistego zagrożenia nie trzeba było organizować całej operacji od początku.
Plan obejmuje również ochronę pozostawionego mienia
Ewakuacja nie sprowadza się wyłącznie do przemieszczenia mieszkańców z jednego miejsca do drugiego. Przepisy wymagają także określenia sił i środków potrzebnych do zabezpieczenia prowadzonej operacji oraz ochrony mienia pozostawionego na opuszczonych terenach.
W przypadku masowej ewakuacji państwo musi więc wiedzieć nie tylko, którędy skierować ludzi i czym ich przewieźć, ale także jak zabezpieczyć obszary, z których mieszkańcy zostali wyprowadzeni. Dotyczy to między innymi ochrony budynków, infrastruktury oraz przeciwdziałania grabieżom i innym zagrożeniom, które mogłyby pojawić się na czasowo opuszczonych terenach.
Dokąd mieliby zostać skierowani mieszkańcy?
Takie decyzje również nie powinny być podejmowane dopiero w momencie wystąpienia zagrożenia. Na poziomie wojewódzkim określane są obszary i kierunki ewakuacji oraz miejsca przyjęcia ludności. Jeżeli konieczne byłoby przemieszczenie mieszkańców pomiędzy województwami, kluczowe znaczenie ma koordynacja na poziomie krajowym.
W przypadku planów przeznaczonych do wykorzystania podczas mobilizacji, stanu wojennego lub wojny konieczne jest również uzgadnianie części rozwiązań ze strukturami wojskowymi. Dotyczy to między innymi dróg przemieszczania ludności oraz rejonów jej czasowego pobytu.
Ma to ogromne znaczenie podczas konfliktu zbrojnego. Tymi samymi drogami i liniami kolejowymi mogą przemieszczać się wojska, sprzęt, służby ratownicze, transport medyczny i ludność cywilna. Tras ewakuacyjnych nie można więc planować w oderwaniu od potrzeb obronnych państwa.
Czy można zarządzić ewakuację w skali całej Polski?
Przepisy pozwalają na prowadzenie i koordynowanie ewakuacji także na poziomie całego kraju. Podczas stanu wojennego i wojny Szef Obrony Cywilnej, którym jest minister właściwy do spraw wewnętrznych, posiada kompetencje pozwalające zarządzać działaniami w skali ogólnopolskiej oraz wskazywać województwa, do których ma być kierowana ludność.
Nie należy tego jednak rozumieć jako planu jednoczesnego opuszczenia domów przez wszystkich mieszkańców Polski. Ogólnokrajowy system jest potrzebny przede wszystkim po to, aby można było przemieszczać ludność z regionów szczególnie zagrożonych do bezpieczniejszych części kraju i koordynować takie działania pomiędzy województwami.
Dlatego określenie „plan ewakuacji całej Polski” oznacza przede wszystkim system obejmujący cały kraj, a nie gotową decyzję o ewakuowaniu wszystkich mieszkańców.
Nie tylko wojna. Plany dotyczą również klęsk żywiołowych
System nie został przygotowany wyłącznie na wypadek konfliktu zbrojnego. Ustawa przewiduje sporządzanie planów ewakuacji na wypadek zagrożenia wojną, wojny, przewidywanego wystąpienia klęski żywiołowej oraz już trwającej klęski żywiołowej.
W praktyce oznacza to, że rozwiązania mogą zostać wykorzystane również podczas wielkiej powodzi, rozległego pożaru, katastrofy przemysłowej lub innego zdarzenia, które powoduje konieczność szybkiego przemieszczenia dużej liczby mieszkańców.
Skala ewakuacji może być bardzo różna. W jednym przypadku może chodzić o część miejscowości lub dzielnicy, w innym o kilka powiatów, całe województwo albo operację wymagającą przewożenia mieszkańców pomiędzy regionami.
Polska równolegle rozwija miejsca schronienia
Planowanie ewakuacji jest jednym z elementów szerszego systemu ochrony ludności. Równolegle rozwijana jest baza miejsc, w których mieszkańcy mogą szukać ochrony podczas zagrożenia. Pod koniec maja 2026 roku MSWiA informowało, że w systemie „Gdzie się ukryć” znajdowało się blisko 84 tys. punktów mogących pomieścić niemal 24 mln osób.
Nie oznacza to jednak, że Polska posiada 24 mln miejsc w pełnowartościowych schronach. System obejmuje różne rodzaje obiektów zapewniających odmienny poziom ochrony. Mogą to być między innymi schrony, ukrycia, miejsca doraźnego schronienia, przejścia podziemne, tunele, stacje metra czy garaże podziemne. Nie wszystkie zapewniają taki sam poziom zabezpieczenia.
Warszawa jest częścią większego systemu
W przypadku stolicy planowanie ewakuacji ma szczególne znaczenie ze względu na liczbę mieszkańców, koncentrację administracji państwowej oraz obecność kluczowej infrastruktury. Warszawa prowadzi własne przygotowania w zakresie ochrony ludności, jednak nie funkcjonuje w oderwaniu od reszty województwa mazowieckiego i całego kraju.
Lokalne rozwiązania przygotowywane przez miasto są elementem szerszego systemu. Dane i założenia z poziomu Warszawy trafiają do planowania wojewódzkiego, a plan województwa mazowieckiego jest następnie jednym z dokumentów wykorzystywanych przez Rządowe Centrum Bezpieczeństwa przy budowie systemu krajowego.
To nie oznacza, że ewakuacja Polski ma nastąpić
Sam fakt przygotowywania i uzgadniania planów ewakuacyjnych nie oznacza, że zapadła decyzja o ewakuacji Warszawy, Mazowsza ani jakiegokolwiek innego obszaru Polski. Nie jest to również informacja, że rząd spodziewa się takiej operacji w najbliższym czasie.
Istotą systemu ochrony ludności jest przygotowanie procedur jeszcze przed wystąpieniem zagrożenia. Administracja ma wcześniej wiedzieć, ilu ludzi trzeba będzie przemieścić, jakie środki transportu można wykorzystać, którędy skierować mieszkańców, gdzie ich zakwaterować, w jaki sposób ich powiadomić oraz kto będzie odpowiedzialny za poszczególne elementy operacji.
Dopiero w sytuacji rzeczywistego zagrożenia właściwe organy podejmują decyzję, czy ewakuacja jest konieczna, jakiego obszaru ma dotyczyć i dokąd należy skierować jego mieszkańców.
Krajowy system jest dziś znacznie bardziej zaawansowany niż rok temu
Najważniejsza zmiana względem 2025 roku polega na tym, że wojewódzkie plany nie są już dopiero przygotowywane. W styczniu 2026 roku dyrektor RCB Zbigniew Muszyński potwierdził, że wszystkie województwa przesłały przygotowane przez siebie dokumenty do Centrum. RCB przekazało do nich uwagi, a następnie trwał proces wprowadzania zmian i uzgadniania planów. Dokumentacja regionalna już więc istnieje i – jak podkreślał dyrektor RCB – w razie nagłej potrzeby województwa mogłyby z niej korzystać.
NCZAS.INFO | Śmigłowce Wojska Polskiego. Zdjęcie ilustracyjne. Źródło: PAP
Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych poinformowało w niedzielę po południu, że prowadzi czynności sprawdzające w związku z podejrzeniem naruszenia przestrzeni powietrznej Polski przez niezidentyfikowany obiekt nadlatujący z kierunku Białorusi. Po godzinie 14.00 DORSZ wydał komunikat, że tym obiektem było stado ptaków.
„W związku z podejrzeniem naruszenia przestrzeni powietrznej Rzeczypospolitej Polskiej przez niezidentyfikowany obiekt nadlatujący z kierunku Białorusi, Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych, poprzez Centrum Operacji Powietrznych – Dowództwo Komponentu Powietrznego, prowadzi czynności sprawdzające” – poinformowało Dowództwo na platformie X.
Dodano, że w ramach weryfikacji zapisów systemów radiolokacyjnych w rejon skierowany został wojskowy śmigłowiec. „Prowadzone działania mają na celu potwierdzenie charakteru zarejestrowanego obiektu oraz wykluczenie m. in. możliwości, że zarejestrowany sygnał był efektem zjawisk lub anomalii meteorologicznych” – podkreśliło DORSZ.
Jednocześnie przekazało, że „w ostatnich godzinach nie obserwowano aktywności lotnictwa dalekiego zasięgu Federacji Rosyjskiej związanej z uderzeniami na cele znajdujące się na terytorium Ukrainy”. „Sytuacja jest na bieżąco monitorowana” – zapewniło DORSZ.
Rzecznik Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych podpułkownik Jacek Goryszewski, powiedział w niedzielę w Polsat News, że ograniczona została część przestrzeni powietrznej na wschód od Lublina, do granicy kraju.
Zaznaczył, że niezidentyfikowany obiekt wykryły polskie systemy radiolokacyjne, prowadzone działania mają na celu potwierdzenie charakteru zarejestrowanego obiektu, a także wykluczenie m.in. możliwości, że zarejestrowany sygnał był efektem zjawisk lub anomalii meteorologicznych.
Rzecznik prasowy Portu Lotniczego Lublin Piotr Jankowski poinformował w niedzielę PAP, że przestrzeń powietrzna jest zamknięta od godz. 12.45, ale częściowo. – Na razie nie ma to wpływu na planowane operacje lotnicze – zaznaczył. Jak dodał, odleciał samolot do Burgas; według rozkładu to godz. 12.15. Na godz. 14.30 planowany jest przylot samolotu z Warszawy.
Stado ptaków
Krótko po godzinie 14.00 Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych wydało komunikat, że tym „niezidentyfikowanym obiektem” okazało się… stado ptaków.
„Czynności sprawdzające dotyczące podejrzenia naruszenia przestrzeni powietrznej Rzeczypospolitej Polskiej zostały zakończone” – poinformowało DORSZ.
„W wyniku przeprowadzonej weryfikacji ustalono, że zarejestrowane przez systemy radiolokacyjne wskazania nie były związane z naruszeniem polskiej przestrzeni powietrznej. Ich przyczyną było duże stado ptaków, którego przelot został zarejestrowany przez systemy obserwacji przestrzeni powietrznej.”
„Nie odnotowano zagrożenia dla bezpieczeństwa przestrzeni powietrznej Rzeczypospolitej Polskiej.”
„Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych na bieżąco monitoruje sytuację, a podległe siły i środki pozostają w gotowości do realizacji powierzonych zadań.”
Często przedstawiane w Hollywood, telewizji i książkach jako superbohaterowie w stylu Jamesa Bonda (lub super-złoczyńcy, w zależności od tego, kogo zapytasz), izraelskie służby wywiadowcze dalekie są od niezwyciężonych. Czasami eskapady ich agentów bardziej przypominają „Nagą broń” niż Johna le Carré.
Oto dziesięć największych błędów, wpadek i katastrof, których nie dało się ukryć.
Wybuchowe spodnie
W 1954 roku izraelski wywiad wojskowy Aman uruchomił siatkę egipskich Żydów, która podkładała bomby w ośrodkach kulturalnych, kinach i urzędach pocztowych w Kairze i Aleksandrii.
Misja o kryptonimie „Operacja Susannah” miała na celu wywołanie chaosu i zrzucenie winy na Bractwo Muzułmańskie i egipskich komunistów, ale przede wszystkim przedstawienie nowo powstałego rządu rewolucyjnego Gamala Abdela Nassera jako niezdolnego do przejęcia kontroli nad Kanałem Sueskim od Wielkiej Brytanii.
Prezydent Egiptu Gamal Abdel Naser
Plan się nie powiódł, gdy jeden z ładunków zapalających przedwcześnie zapalił się w kieszeni spodni agenta Philipa Nathansona przed kinem Rio w Aleksandrii, parzc mu nogi i powodując utratę przytomności. Po hospitalizacji i przesłuchaniu Nathansona przez policję, przeszukano jego mieszkanie, ujawniając tożsamość wszystkich jego wspólników.
Problemy Nathansona i jego grupy pogłębiły się jeszcze bardziej, gdy ich kontakt, Awraham Seidenberg, został podwójnym agentem i zdradził całą siatkę szpiegowską egipskim służbom specjalnym. Pozwoliło to policji na przeszukanie kina na długo przed przybyciem Nathansona z bombą w spodniach.
Philip Nathanson, na zdjęciu uścisk dłoni prezydenta Izraela Zalmana Szazara po zwolnieniu z egipskiego aresztu w 1968 r.
Do dziś pozostaje zagadką, dlaczego Seidenberg zdradził swoich ludzi. Historycy spierają się, czy został pojmany i oskarżony o zdradę, czy działał z chciwości, czy też po prostu został wykorzystany jako kozioł ofiarny przez niekompetentnych przełożonych (twierdzenie to utrzymywał aż do swojej śmierci w 1993 r.).
Jakkolwiek by było, spisek zakończył się tak spektakularną porażką, że zmusił ministra obrony Pinhasa Lavona do rezygnacji. Historycy odtąd nazywają ten spisek „sprawą Lavona”.
Przede wszystkim zaś, sprawa ta uwiarygodniła podejrzenia, że Izrael ponosi odpowiedzialność za szereg innych ataków terrorystycznych pod fałszywą flagą w całym regionie – w szczególności za zamachy bombowe w Bagdadzie w latach 1950–1951 – które, jak się uważa, przeprowadzili izraelscy agenci, aby „zachęcić” miejscowych Żydów do emigracji do Izraela.
Pinhas Lavon podczas wywiadu w swoim domu w 1961 roku
===================================
Hipnoza poszła nie tak
W maju 1968 roku główny psycholog izraelskiej marynarki wojennej, Beniamin Szalit, przekonał Amana do wdrożenia szalonego planu: wyprania mózgu palestyńskiemu więźniowi, przekształcenia go w zabójcę wzorowanego na filmie „Kandydat z Mandżurii” (Shalit wyraźnie inspirował się filmem z 1962 roku) i wysłania go na Jasera Arafata, który był wówczas młodym, nowym przywódcą Fatahu.
Jaser Arafat na okładce magazynu „Time” z 13 grudnia 1968 r.
Po znalezieniu idealnego agenta – „podatnego na manipulację” i „niezbyt bystrego” 28-latka o pseudonimie Fatkhi – Szalit spędził kolejne trzy miesiące na jego tresurze: najpierw za pomocą intensywnej propagandy anty-arafackiej, następnie wmawiając mu, że Arafat jest złym przywódcą palestyńskiego ruchu narodowego, stosując hipnozę, która miała sprawić, że zapomni o swojej misji po jej zakończeniu, a na koniec stosując szkolenie taktyczne i strzeleckie.
Szalit przedstawił swój ulubiony projekt, Aharona Levrana, jednego z trzech członków tajnego komitetu wojskowego, który zaplanował zabójstwo Arafata.
„Fatkhi stał na środku pokoju, a Szalit rozmawiał z nim, jakby po prostu prowadzili normalną rozmowę” – powiedział później Levran izraelskiemu dziennikarzowi Ronenowi Bergmanowi.
Bergman szczegółowo opisał historię nieudanej hipnozy w swoim bestsellerze Rise and Kill First.
„Nagle Szalit uderzył dłonią w stół, a Fatkhi zaczął go obchodzić dookoła. Automatycznie reagował na wszystkie gesty Szalita. Potem zabrał go do pokoju i pokazał nam, jak Fatkhi unosił pistolet do pozycji strzeleckiej za każdym razem, gdy na którymś z mebli pojawiał się obraz Arafata. To było imponujące”.
Po miesiącach intensywnego szkolenia agent Szalita został zrzucony do Jordanii z pistoletem, bombą i radiem, aby zinfiltrować kwaterę główną Arafata, i pewnym krokiem wmaszerował… prosto na lokalny komisariat policji, gdzie opowiedział o całym swoim doświadczeniu. Wkrótce potem, według Bergmana, wygłosił „pełne pasji przemówienie poparcia dla Jasera Arafata”. Nie wspomniano o MK Ultra.
Nieudany atak
W 1972 roku Izrael rozpoczął operację Gniew Boży – serię ataków na Czarny Wrzesień, odłam Fatahu odpowiedzialny za masakrę podczas Igrzysk Olimpijskich w Monachium w 1972 roku – sytuację, w której zakładnicy zostali przechwyceni, a która zakończyła się niepowodzeniem z powodu nieudanej próby ich odbicia przez zachodnioniemieckich komandosów.
Przez resztę lat 70. (i dłużej, jeśli wliczymy odłamy) Mossad przetoczył się przez świat, mordując członków, zwolenników, osoby zbierające fundusze, intelektualistów i przywódców „Czarnego Września”, mając na celu unicestwienie całego politycznego i logistycznego kręgosłupa tej grupy.
Wypalony wrak jednego ze śmigłowców, którym „Czarny Wrzesień” chciał uciec z Monachium ze swoimi zakładnikami.
W lipcu 1973 roku ekipa Mossadu odnalazła przywódcę „Czarnego Września” – Alego Hassana Salameha – i namierzyła go w publicznej łaźni w małym norweskim kurorcie narciarskim Lillehammer. Następnego dnia agenci śledzili go i jego ciężarną żonę do lokalnego kina i oddali mu 13 strzałów w głowę i tułów. Operacja zakończyła się sukcesem. Mózg masakry w Monachium nie żył.
Przynajmniej tak uważał Mossad. Następnego dnia doniesienia medialne o morderstwie ujawniły, że zamordowanym był rzeczywiście Ahmed Bouchikhi – marokański imigrant, który wiódł spokojne życie w Lillehammer i nie miał absolutnie nic wspólnego z Monachium ani żadną krajową, regionalną ani międzynarodową kwestią polityczną.
Niektórzy agenci biorący udział w misji ostrzegali wcześniej, że zidentyfikowany przez nich mężczyzna nie wyglądał ani jak Salameh, ani nie zachowywał się jak przywódca niebezpiecznej międzynarodowej grupy.
Ahmed Bouchikhi (po lewej) i Ali Hassan Salameh (po prawej)
Zabójców schwytano po tym, jak przechodzień zauważył tablicę rejestracyjną ich samochodu – legalnie wynajętego na lotnisku w Oslo pod prawdziwymi nazwiskami agentów – i zgłosił to policji. Dwóch agentów zostało aresztowanych po zwrocie samochodu. Dwóch kolejnych zostało odnalezionych w kryjówce Mossadu, po tym jak jeden z nich ujawnił wszystko podczas przesłuchania. Dwóch innych uciekło do mieszkania oficera ochrony ambasady Izraela, gdzie również zostali schwytani.
Pięciu z sześciu zostało skazanych za pomocnictwo i podżeganie do zabójstwa, szpiegostwo i posługiwanie się sfałszowanymi dokumentami. W maju 1975 roku, po intensywnym lobbingu i naciskach ze strony Izraela, cała piątka została po cichu zwolniona i deportowana do Izraela.
Co ciekawe, Steven Spielberg nie wspomniał o aferze Lillehammer w swoim filmie „Monachium” z 2005 roku, rzekomo dlatego, że zaangażowany był w nią „inny oddział uderzeniowy” niż ten przedstawiony w jego filmie. (Naciśnij X, aby wątpić).
Plakat reklamowy do filmu Spielberga „Monachium” (2005)
Tak rażące zaniedbanie, że doprowadziło do upadku całej agencji.
W 1984 roku Lekem – obecnie nieistniejące Biuro Stosunków Naukowych – zwerbowało Jonathana Pollarda, ekscentrycznego i emocjonalnie niestabilnego naukowca posiadającego najwyższe uprawnienia bezpieczeństwa przyznane przez Służbę Wywiadu Marynarki Wojennej USA, który dobrowolnie zgodził się zostać chętnym narzędziem Izraela.
Przez następnych 18 miesięcy Pollard dostarczył Lekemowi prawdziwą kopalnię bezcennych informacji: ok. 2300 dokumentów, w tym 1500 raportów wywiadowczych i ponad 800 ściśle tajnych raportów na przeróżne tematy – od armii krajów arabskich po współrzędne siedziby OWP w Tunezji, szczegóły dotyczące pakistańskiego programu nuklearnego, radzieckich dostaw broni i operacji na Bliskim Wschodzie, rozpoznanie satelitarne, informacje o tajnym amerykańskim sprzęcie do walki elektronicznej i święty Graal: dziesięciotomowy podręcznik SIGINT NSA.
Pollard był nieostrożny. Niewiarygodnie, niewiarygodnie, fantazmatycznie nieostrożny. Dziennikarskie śledztwo Seymoura Hersha z 1999 roku ujawniło, że szpieg po prostu wynosił dokumenty otwarcie i na oczach kolegów – w teczce, w torbach na zakupy, a co najmniej raz na wózku tak przeładowanym, że ochroniarze musieli mu pomóc przy drzwiach.
Centrum Wsparcia Wywiadu Marynarki Wojennej. 1983
Co gorsza, otwarcie chwalił się kolegom swoimi powiązaniami z izraelskimi służbami specjalnymi i rzekomymi „aktywnymi misjami” na Bliskim Wschodzie. Jego przełożeni początkowo odrzucili jego oświadczenia jako puste, ekscentryczne przechwałki, dopóki jeden z kolegów nie zauważył go w środku dnia pracy, jak niesie do samochodu plik tajnych dokumentów, co doprowadziło do wszczęcia śledztwa.
Gdy pod koniec 1985 roku Pollard zdał sobie sprawę, że FBI jest na jego tropie, polecił żonie pozbyć się 32 kg tajnych dokumentów, które trzymał w swoim mieszkaniu (przekazali je sąsiadowi, oficerowi marynarki wojennej).
Po przesłuchaniu i zwolnieniu pod nadzorem, pierwszym działaniem Pollarda było skontaktowanie się z łącznikiem w ambasadzie Izraela. Nie rozumiejąc polecenia natychmiastowego opuszczenia kraju, Pollard pozostał w Waszyngtonie przez prawie trzy kolejne dni, zanim zdecydował się udać do ambasady. Próbował uniknąć pojazdu FBI i helikoptera, staranował bramy i poprosił o azyl – ale został wyprowadzony z budynku i aresztowany.
Jonathan Pollard po aresztowaniu
Pollard, skazany na dożywocie, nie miał tyle szczęścia, co inni agenci z tej listy, spędzając siedem z 30 lat w odosobnieniu. Został zwolniony w 2015 roku i wyemigrował do Izraela w 2020 roku po wygaśnięciu zwolnienia warunkowego. Jego głównym zajęciem wydaje się obecnie domaganie się w wywiadach, aby Izrael zrzucił broń jądrową na Iran i przygotował się do wojny z Egiptem i Turcją.
W 2026 r. Kongres uchwalił poprawkę do ustawy o autoryzacji wydatków na obronę narodową na rok 2027, która zobowiązała Stany Zjednoczone do udostępniania Izraelowi poufnych informacji wywiadowczych, co w praktyce sprawiło, że prace Pollarda stały się nieaktualne.
Jeśli chodzi o Lekema, skandal Pollarda okazał się na tyle kompromitujący, że Tel Awiw rozwiązał całą organizację (jej funkcje zostały prawdopodobnie włączone do innych organów).
Jonathan Pollard witany przez Benjamina Netanjahu po wylądowaniu w Izraelu w 2020 roku.
Prawie śmiertelna dawka niekompetencji
W 1997 roku agenci Mossadu, przebrani za kanadyjskich turystów, przeprowadzili atak w Ammanie w Jordanii na Khaleda Mashala, ówczesnego przywódcę politycznego skrzydła Hamasu. Otoczyli go przed biurem i dźgnęli w ucho urządzeniem, które wstrzyknęło mu śmiercionośną syntetyczną toksynę opiatową.
Mashal początkowo nie zdawał sobie sprawy z tego, co się stało, aż kilka godzin później poczuł silne mdłości i ostatecznie zapadł w śpiączkę. Jego kierowca i ochroniarz jednak ruszyli w pościg za dwoma zabójcami, zatrzymali ich z pomocą przechodniów i przekazali policji na przesłuchanie.
Poinformowany o incydencie król Husajn postawił Izraelowi ultimatum: „Dajcie nam rozwiązanie, albo wasi agenci zostaną powieszeni, a porozumienie normalizacyjne między Izraelem a Jordanią z 1994 roku przejdzie do historii”. Prezydent Clinton wezwał Netanjahu do zastosowania się do ultimatum.
Antidotum zostało dostarczone, Mashal został przywrócony do życia, a Jordania zmusiła nawet Izrael do uwolnienia założyciela Hamasu, szejka Ahmeda Jasina, i dziesiątek palestyńskich więźniów. Następnie Netanjahu poleciał do Ammanu, aby osobiście przeprosić Husajna. Nieudolni agenci zostali uwolnieni.
Król Jordanii Husajn, 1997
A co z Maszalem? Żyje do dziś i pracuje jako szef biura politycznego Hamasu za granicą; w 2024 roku dwukrotnie przez krótki czas pełnił funkcję tymczasowego przywódcy po tym, jak Ismaił Hanija i Jahja Sinwar zostali zamordowani.
Dlaczego Izrael nie wziął go na celownik od tamtej pory? Być może dlatego, że jest uważany za „umiarkowanego”, który zaproponował długoterminowe zawieszenie broni w oparciu o granice z 1967 roku i woli sojusz z Katarem, Turcją i Bractwem Muzułmańskim niż z Iranem.
===================================
Wykładowca kursu „Kłamstwo jako sztuka” okazuje się… kłamcą.
Zaledwie dwa miesiące po wybuchu skandalu Maszala izraelska policja aresztowała Yehudę Gila, emerytowanego szefa wywiadu i szanowanego instruktora w Akademii Mossadu, który specjalizował się w szkoleniu kadetów w skutecznym kłamaniu.
Zarzuty wobec niego? Oszustwo i defraudacja – przekazywanie sfabrykowanych doniesień o rzekomych syryjskich planach błyskawicznej ofensywy w celu odbicia Wzgórz Golan – przypisywanych szpiegowi – „wysoko postawionemu syryjskiemu informatorowi wojskowemu” wymyślonemu przez samego Gila (który zgarnął łapówkę przeznaczoną dla jego fikcyjnego „źródła”).
Yehuda Gil w latach 80.
Gil został zdemaskowany, ponieważ jego doniesienia o zbliżającym się ataku syryjskim rażąco przeczyły ustaleniom z inwigilacji fizycznej prowadzonej przez Aman i inne źródła wywiadowcze. Mossad wszczął wewnętrzne dochodzenie i objął Gila inwigilacją.
Jego obrona? Zasadniczo, że nudził się po odejściu ze służby w 1989 roku: „Jedynym wytłumaczeniem, jakie mogę podać z perspektywy czasu, jest osobisty kryzys wywołany przejściem na emeryturę. Wciąż musiałem sobie udowadniać, że jestem silny i że wciąż jestem potrzebny”.
Gil został skazany w 1999 r., odsiedział mniej niż dwa lata z zasądzonej kary i wyszedł na wolność w grudniu 2000 r. za dobre sprawowanie.
Kłamstwa Gila niemal doprowadziły do mobilizacji Izraela w celu wywołania wojny z Syrią i poważnie podważyły bezwarunkowe zaufanie, jakim izraelscy przywódcy polityczni obdarzali Mossadu przez dziesięciolecia.
Szpiedzy, niepozorni jak młot kowalski
W lutym 1998 roku pięciu agentów Mossadu pojawiło się na sennych przedmieściach Berna w Szwajcarii. Ich misją było zainstalowanie urządzeń podsłuchowych w celu monitorowania Abdallaha el-Zeina, obywatela Libanu podejrzewanego o powiązania z Hezbollahem.
Gdy w środku nocy agenci włamali się do piwnicy budynku mieszkalnego, w którym mieszkał el-Zein, aby podłączyć się do gniazdka telefonicznego, narobili tyle hałasu skrobiąc i wiercąc, że sąsiad zgłosił podejrzane zachowanie policji. Ta szybko przyjechała i wszystkich ich aresztowała.
Czterech z nich wypuszczono po tym, jak w jakiś sposób przekonali policję, że zeszli do piwnicy, aby uprawiać namiętny seks. Natychmiast uciekli z kraju.
Piąty mężczyzna miał mniej szczęścia: został złapany na gorącym uczynku z zaawansowanym sprzętem szpiegowskim i kilkoma podrobionymi paszportami w kieszeni. Został skazany przez szwajcarski sąd federalny i otrzymał wyrok w zawieszeniu oraz pięcioletni zakaz wjazdu do Szwajcarii; w połowie 2000 roku został deportowany z powrotem do Izraela.
Oskarżony agent Mossadu i jego prawnik na szkicu z sali sądowej
A el-Zein? Okazało się, że był jedynie biznesmenem prowadzącym lokalny ośrodek społeczności szyickiej. Szwajcarscy śledczy nie znaleźli dowodów na powiązania z Hezbollahem ani na nielegalną działalność w jego ośrodku. To, w jaki sposób Mosad zidentyfikował go jako potencjalnego koordynatora ataków na interesy Izraela w Europie i Ameryce Łacińskiej, pozostaje zagadką.
Skandal w El-Zein był ostatnią kroplą, która przelała czarę goryczy dla szefa Mossadu Danny’ego Jatoma, który wciąż nie mógł się otrząsnąć po nieudanej próbie zamachu w Jordanii. Zrezygnował wkrótce po tym, jak jego agenci zostali zdemaskowani w Bernie.
Danny Yatom, widziany tutaj razem z Netanjahu w 1997 roku
Co z tym akcentem, kolego?
W 2004 roku komórka Mossadu wjechała do Nowej Zelandii z jednym celem: zdobyciem nowozelandzkiego paszportu, który jest bardzo pożądany ze względu na bezwizowy wjazd do wielu krajów, w tym większości państw zachodnich i państw Zatoki Perskiej.
Złożyli wniosek paszportowy, wykorzystując dane młodego mężczyzny z poważnym stopniem niepełnosprawności, którego tożsamość ukradli. Wszystko wydawało się iść dobrze dla szpiegów, dopóki urzędnik paszportowy nie wykonał rutynowego telefonu do jednego z wnioskodawców, aby zweryfikować pewne informacje.
Plan natychmiast wyszedł na jaw: urzędnik nabrał podejrzeń, gdy „wnioskodawca”, który twierdził, że całe życie mieszkał w Nowej Zelandii, odpowiedział mu z wyraźnym północnoamerykańskim akcentem. Urzędnik zadzwonił do rodziny osoby, która faktycznie posiadała ten dokument, a ta poinformowała go, że mężczyzna „ubiegający się o paszport” jest sparaliżowany i mieszka w ośrodku opieki.
Nowozelandzkie służby wywiadowcze i policja zostały poinformowane i utworzyły sieć elektronicznego i fizycznego nadzoru, co zakończyło się tajnym śledztwem z udziałem firmy kurierskiej. Agent Uriel Kelman został aresztowany po przybyciu po paszport. Jego towarzysz, Eli Cara, został przyłapany na pełnieniu funkcji obserwatora. Trzeci agent uciekł z kraju, zanim udało się go schwytać.
Obaj mężczyźni natychmiast przyznali się do winy w sprawie oszustwa paszportowego, ale stanowczo zaprzeczyli, jakoby pracowali dla Izraela. Premier Helen Clark nie uwierzyła ani jednemu słowu, ponieważ otrzymała od służb bezpieczeństwa informacje, które dowodziły czegoś przeciwnego. Zawiesiła kontakty dyplomatyczne na wysokim szczeblu i opóźniła mianowanie nowego ambasadora Izraela. Tel Awiw został zmuszony do złożenia oficjalnych przeprosin.
Agenci zostali skazani na sześć miesięcy więzienia o zaostrzonym rygorze i musieli zapłacić grzywnę Nowozelandzkiemu Towarzystwu Mózgowego Porażenia Dziecięcego, jednak zostali przedterminowo zwolnieni i wydaleni z kraju jeszcze w tym samym roku.
Dwóch agentów Mossadu, którzy zostali schwytani przez nowozelandzki wywiad podczas procesu
Niespodzianka dla Hezbollahu
Agent Mossadu Ben Zygier nie radził sobie najlepiej. Po nieudanej operacji infiltracji europejskich firm prowadzących interesy z Iranem i Syrią, został zesłany do nudnej pracy biurowej w Tel Awiwie. Zygier postanowił odzyskać reputację u przełożonych, rozpoczynając w 2008 roku nieautoryzowaną operację, mającą na celu przekształcenie wschodnio-europejskiego łącznika z Hezbollahem w podwójnego agenta.
Aby udowodnić swoją wiarygodność, Zygier przekazał kontaktowi dowody tożsamości dwóch wysoko postawionych libańskich informatorów, którzy szpiegowali Hezbollah dla Mossadu. Kontakt natychmiast przekazał ich nazwiska bojownikom, w wyniku czego obaj zostali aresztowani i ostatecznie skazani na 15 lat więzienia.
Ben Zygier w lepszych czasach
Zygier został aresztowany przez Szin Bet w styczniu 2010 r. i osadzony w areszcie tymczasowym pod kryptonimem „Więzień X” w niesławnym izraelskim więzieniu Ayalon.
Los libańskich informatorów nie był jedynym powodem schwytania Zygiera. Podczas studiów MBA w Melbourne w 2009 roku, chwalił się kolegom ze studiów swoją ściśle tajną pracą dla Mossadu, co zwróciło na niego uwagę australijskiego wywiadu. Okazało się, że jeden z jego kolegów ze studiów również był podejrzany o nieformalne powiązania z Iranem.
Historia Zygiera nie była zwykłą farsą. Podobno powiesił się na prześcieradle w swojej „samobójczej” celi pod koniec 2010 roku. Niektórzy dziennikarze i komentatorzy podejrzewali przestępstwo, wskazując na siniaki na ramionach mężczyzny i ślady środków uspokajających w jego organizmie.
Więzienie Ayalon, zdjęcie archiwalne
Zadowolony z siebie szef wywiadu zdemaskowany przez własną książkę
W 2021 roku Yossi Sariel, dowódca Sił Obronnych Izraela i elitarnej Jednostki 8200 (SIGINT) w Aman, opublikował książkę „The Human-Machine Team” (Zespół człowiek-maszyna), w której przedstawił plan stworzenia symbiotycznej synergii między ludźmi a sztuczną inteligencją. Miała ona stać się wzorem dla zautomatyzowanych systemów łańcucha śmierci, które Izrael wdrożył w Strefie Gazy dwa lata później – „Lawenda”, „Ewangelia”, „Gdzie jest tata?” itd.
Książka, którą Sariel wydał własnym nakładem pod pseudonimem „Brigadegeneral YS”, nie sprzedała się szczególnie dobrze, ale znalazła swoją niszę wśród czytelników na Amazonie.
Yossi Sariel
Wszystko wydawało się iść dobrze, aż do 2024 roku, kiedy dziennikarze odkryli, że wydanie książki na Kindle’u zawierało bezpośredni link do osobistego konta Google Sariela, zawierającego jego imię, unikalny identyfikator, a nawet linki do map i profili kalendarzowych (który elitarny dowódca cybernetyczny w ogóle ma konto Google?).
Skandal, który się z tego wywiązał, był hańbą. W świecie agencji wywiadowczych dowódcy polowi, agenci i oficerowie powinni utrzymywać swoje nazwiska i role w tajemnicy ze względów bezpieczeństwa i operacyjnych. Już samo to, że Sariel użył swoich prawdziwych inicjałów, publikując książkę, było wystarczająco haniebne i ośmieszające. Teraz jego pełne imię i nazwisko było znane opinii publicznej.
Sariel zrezygnował jeszcze w tym samym roku, oficjalnie z powodu katastrofalnych błędów wywiadowczych związanych z wydarzeniami z 7 października 2023 r.
Pozytywnym akcentem jest gwałtowny wzrost sprzedaży jego książki. Sariel pracuje teraz w sektorze prywatnym dla startupu oferującego szkolenia z zakresu generatywnej sztucznej inteligencji i robotyki. Nic się nie stało, nic się nie stało (no, może poza wszystkimi ludźmi, którzy zginęli w wyniku jego serii zabójstw AI).
Przytaczanie tych przypadków w żadnym wypadku nie ma na celu umniejszania okrucieństwa, uporu i zasięgu izraelskich służb wywiadowczych. Ma raczej pokazać, że nie składają się one z niezwyciężonych, wysoce inteligentnych nadludzi, którzy nie cofną się przed niczym, by przynieść chwałę Izraelowi i zniszczyć jego wrogów. Jeśli chodzi o izraelskie służby wywiadowcze jako całość, niedawne wojny z Iranem pokazały, że izraelski wywiad daleki jest od wszechmocy i niepokonalności, za jaką się uważa.
NCZAS.INFO | Okładka raportu „Polaków Portret Własny. Raport z badań DNA Marki Polska” / fot. X / Sebastian Meitz
Sebastian Meitz z think-tanku Instytut Sobieskiego zajął się raportem „Polaków Portret Własny. Raport z badań DNA Marki Polska”.
Wiele wskazuje na to, że to wygenerowany przez AI dokument bez poprawek, za który zapłaciliśmy poprzez Ministerstwo Sportu i Turystyki 200 tys. zł. Dowiedzieć się z niego możemy m.in., że Katowice to miasto w północnym centrum Polski, a Polacy masowo biegle posługują się językiem mandaryńskim. Samo ministerstwo zaprzecza, by raport był zamówiony, ale rodzi to kolejne pytania.
Raport przygotowały Fundacja Marka Polska Think Tank i Akademia Leona Koźmińskiego. Wpisani jako autorzy są dr hab. Barbara Mróz-Gorgoń, pełnomocnik rządu ds. promocji marki Polska i jej zespół, w którym są m.in. osoby z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu.
Meitz zwrócił uwagę na mnogość błędów merytorycznych, jak i językowych w raporcie za 200 tys. zł. W raporcie napisano np., że Katowice to miasto w „północnym centrum” Polski albo o tym, że Polska miała pięciu noblistów, choć faktycznie było ich siedmioro. Twierdzono też, że Polacy płynnie posługują się językami obcymi, a poza angielskim najczęściej spotykane są: francuski, niemiecki i mandaryński.
Także przypisy się rozjeżdżają.
„Czy Państwo też numerujecie w swoich pracach przypisy 1, 2, 3, 41, 517, 6, 7 (pusty), 8 (pusty), 9 (pusty), 105, 116, 127, 138, 149, 1510, 1611, 1712, 18 (pusty), 19 (pusty), 2013… Nie? Dziwne” – napisał Meitz, udostępniając screena z raportu.
W bibliografii z kolei pojawiają się zwroty używane w opracowaniach anglojęzycznych.
Zadeklarowana w materiale metodologia bywa różna, zależnie od fragmentu. W jednym miejscu twierdzi się, że przebadano 35 grup fokusowych, a w innym miejscu, że grup było cztery.
Podobnie z godzinami nagrań. Raz mowa o 180, a w innym o ponad 40.
Jeszcze inną kwestią jest język. Ewidentnie przeplatany jest angielskimi wtrąceniami. A momentami wygląda, jakby AI próbowało napisać coś po polsku, ale ostatecznie się rozmyśliło. Wskazano na takie frazy, jak np. zabytowany przez Meitza fragment „HIPOTEZA PSYCHOLOGICZNA: To wskazuje na SYNDROM IMPOSTORA na POZIOMIE NARODOWYM – Despite RZECZYWISTYCH OSIĄGNIĘĆ, BRAK WEWNĘTRZNEGO PRZEKONANIA o SWOJEJ WARTOŚCI”. Innym przykładem jest „pracowitość i reziliencje”, co – jak podaje wp.pl – może odnosić się do „resilience”. Albo „ponad-partyjne, bi-partisan”.
„Mamy panią profesor, w randze Sekretarza Stanu, z funkcją pełnomocnika rządu ds. promocji marki Polska. Mamy też raport, w którym jest wskazana jako kierownik merytoryczny projektu i autor raportu. Mamy również 200 000 złotych, jakie Ministerstwo Sportu i Turystyki przekazało Stowarzyszeniu Konferencje i Kongresy w Polsce na realizację zadania publicznego 'Marka Polska – podstrategia turystyczna’, dofinansowanego ze środków Ministerstwa Sportu i Turystyki na podstawie umowy nr 2025/0014/1251/UDOT/DT/BP/IS z dnia 5.06.2025 r. Ja, po lekturze tego raportu, mam też bardzo dużo pytań” – podsumował Sebastian Meitz.
Jak się okazuje, ministerstwo sportu nie przyznaje się do zamówienia raportu.
„Prezentowany na Platformie X raport nie był przedmiotem zamówienia, ani nie stanowił realizacji żadnej umowy, której stroną było Ministerstwo Sportu i Turystyki. MSiT podpisało umowę z wykonawcą (tj. Stowarzyszenie Konferencje i Kongresy) podstartegii turystycznej Marka Polska. Wykonawca został wybrany w ramach konkursu po złożeniu stosownej oferty. Głównym przedmiotem umowy było przygotowanie obszernego opracowania 'Strategia Marki Polska’, a także przeprowadzenie badań (wywiadów pogłębionych, badań focusowych, warsztatów Design Thinking), organizacja konferencji 'Przyszłość Marki Polska’, organizacja warsztatów eksperckich i paneli dyskusyjnych oraz udziału ekspertów w tworzeniu podstrategii. Wykonawca przedstawił sprawozdanie z realizacji umowy wraz z dowodami realizacji poszczególnych punktów. MSiT przyjęło rozliczenie umowy na poziomie 179 738,19 zł. Przedstawiony na Platformie X raport nie stanowił części umowy, ani nie był przedłożony w ramach sprawozdania. Do MSiT nie wpłynęła prośba o użycie logotypu, a informacja, że raport realizowany jest ze środków MSiT jest nieprawdziwa” – napisano na oficjalnym profilu na X resortu.
To jednak rodzi kolejne pytania, które zadał Meitz.
„Czy zechcą Państwo w takim razie wyjaśnić, w jakim charakterze w prezentacji raportu, o którym mowa powyżej, która odbyła się 25 listopada 2025 roku w ALK w Warszawie, uczestniczył Pan Minister @piotr_borys? Raportu, który, przypomnę, jasno wskazuje, że projekt realizowany jest w ramach zadania publicznego 'Marka Polska – podstrategia turystyczna’, dofinansowanego ze środków MSiT na podstawie konkretnej umowy. Oraz dodatkowo, czy i jakie kroki zamierzają Państwo podjąć wobec podniesionej w powyższym oświadczeniu kwestii, że zamieszczona w raporcie informacja o realizacji projektu w ramach zadania dofinansowanego ze środków publicznych jest nieprawdziwa?” – zapytał Sebastian Meitz.
Pragnę zaznaczyć, że Akademia Leona Koźmińskiego nie opracowywała raportu „Polaków Portret Własny” ani zawartej w nim analizy, nie uczestniczyła w analizie danych oraz nie odpowiadała za przygotowanie ani publikację dokumentu. W samym dokumencie Akademia Leona Koźmińskiego nie została wskazana jako autor, współautor ani podmiot uczestniczący w przygotowaniu raportu.
W związku z powyższym zwracam się z żądaniem niezwłocznego usunięcia nieprawdziwej informacji z artykułu oraz ze wszystkich publikacji, w których została ona powielona, a w razie potrzeby zamieszczenia korekty: Akademia Leona Koźmińskiego nie uczestniczyła w przygotowaniu ani publikacji raportu «Polaków Portret Własny», nie prowadziła analizy danych i nie ponosi odpowiedzialności merytorycznej za ten dokument”.
Proszę o niezwłoczną aktualizację Państwa publikacji.
Rusofobia codziennie daje o sobie znać: drony Putina krążą nad Spiez. Armia szwajcarska nigdy nie popełnia błędów – to zawsze wina Moskwy. A co dalej? Jakin i Embolo jako rosyjscy agenci?
Każda porażka szwajcarskiej armii ma swoją nazwę: Putin!
To się po prostu nie kończy. W chwili, gdy złowieszczy dron krąży nad ściśle tajnym laboratorium ABC w Spiezie, sprawa staje się jasna: sam Putin siedzi w domu na Kremlu z pilotem w dłoni i manipuluje przedmiotami, takimi jak zdalnie sterowane zabawki. Dlaczego? Bo laboratorium służyło kiedyś do analizy gazów bojowych. To ma sens. Cokolwiek innego byłoby zbyt trywialne.
Szwajcarska armia? Nigdy nie popełnia błędów. Nigdy. Jeśli coś pójdzie nie tak, to tylko dlatego, że wielki rosyjski niedźwiedź ma w tym swoją łapę. Brak obrony dronami? Sabotaż z Moskwy. Opóźnione F-35? Rosyjscy hakerzy. Rekruci zmęczeni? Nowiczok w ich kolacji.
A teraz robi się naprawdę groteskowo: dlaczego odszedłeś z wojska?
Breel Embolo ostatnio nie strzela goli? Rosyjski agent. Jasne. Przeciwnicy nagle mają zawsze dwóch dodatkowych zawodników do krycia – to może oznaczać tylko, że Kreml potajemnie utrudnia mu zadanie. Albo dostaje krótką wiadomość motywacyjną z Moskwy przed każdym meczem.
Murat Jakin znowu zmienia niewłaściwego zawodnika w niewłaściwym momencie? Putin rozmawia przez telefon. Selekcjoner reprezentacji już dawno się od niego odwrócił, uśpiony agent FSB, który systematycznie osłabia reprezentację, aby Szwajcaria odpadła z turnieju przed końcem kolejnych Mistrzostw Europy. Dlaczego? Bo Putin nie znosi zwycięstw Szwajcarii.
Kolejne odkrycie Blicka:
Ekspres do kawy w koszarach wydaje tylko letnią kawę → rosyjski sabotaż.
Czołg porusza się po okręgu podczas manewru → zdalnie sterowany z Moskwy.
Generał jest w złym humorze → zatruty rosyjską nienawiścią.
Rusofobia nie zna granic. Każde nieszczęście, każda porażka, każde zwykłe, codzienne zdarzenie zostaje natychmiast rozdmuchane do niebotycznych rozmiarów i zamienione w wielki kremlowski spisek. Szwajcaria nie zawodzi – jest atakowana przez Rosję.
Nieustannie. Dronami, hakerami, Nowiczokiem, a najwyraźniej także piłkarzami i trenerami.
Co dalej? „Rosyjski kret powoduje korek na A2”? „Putin manipuluje pogodą nad Alpami”? „Embolo i Jakin potajemnie spotykają się z Putinem w Schlieren”?
Bądźcie czujni. Rosjanin nigdy nie śpi. A wzrok z pewnością nigdy nie odpoczywa – zwłaszcza gdy kliknięcia płyną tak gładko.
Policyjne roboty-odkurzacze kosztowały ponad 150 tys. zł. Zdaniem niektórych policjantów – to zbędny wydatek. Oficjalnie: mają poprawić efektywność sprzątania budynków.
=====================
Gdańscy policjanci kupili roboty, które… mają sprzątać budynki Komendy Wojewódzkiej Policji. Dwa „autonomiczne odkurzacze” kosztowały prawe 152 tys. zł. – Kupujemy taki sprzęt kiedy brakuje papieru do drukarek – oburza się funkcjonariusz, który powiadomił nas o zakupach KWP. Biuro prasowe jednostki odpiera: – To zwiększenie wydajności i usprawnienie pracy pracowników cywilnych.
[Bo zamiast dwóch sprzątaczek zatrudni się ekipę pięciu wyspecjalizowanych informatyków i specjalistów od super-sprzętu. Nowoczesność w polu i zagrodzie. MD]
Policjanci: brakuje na papier do drukarek, a jest na drogie odkurzacze dla KWP
Jak oceniasz ten zakup policji? to zbędny wydatek, skoro policja jest niedofinansowana na pewno się przyda, choć pewnie można było kupić taniej bez przesady, to dobry zakup i nie taki duży koszt Spór o odkurzacze dla policji mógłby wydawać się banalny, gdyby nie fakt, że formacja od lat zmaga się z niedofinansowaniem, a w mniejszych jednostkach często brakuje podstawowego wyposażenia.
Ja już nie mówię o sędziwych radiowozach, ale o zwykłym papierze do drukarek – opowiada nam jeden z doświadczonych, trójmiejskich policjantów.
Inna policjantka przytacza przykład:
Na komisariacie mam drukarkę, na której nie można drukować, bo od dłuższego czasu jest zepsuta. Kiedy ostatnio sporządzałam protokół w sprawie uszkodzenia pojazdu, musiałam wyprosić poszkodowanego z pokoju na korytarz, pójść na inne piętro, tam wydrukować dokument, wrócić i dać mu do podpisu. To żenujące. A tymczasem Komenda Wojewódzka Policji wydaje dziesiątki tysięcy złotych na dwa roboty do odkurzania, które i tak „zacinają” się na nierównych powierzchniach podłóg KWP – śmieje się funkcjonariuszka.
Nasi rozmówcy opowiadają historię jak sprzęt za dziesiątki tysięcy złotych trzeba było „popychać”, bo ugrzązł na wykładzinie budynku przy ul. Harfowej.
Komenda oficjalnie: sprzęt kupiono za 151 tys. zł. Ma poprawić efektywność
Co na to Komenda Wojewódzka Policji w Gdańsku? Mundurowi oficjalnie potwierdzają, że kupiono „dwa komplety autonomicznych urządzeń sprzątających” za 151,9 tys. zł.
Zakup zrealizowano ze środków budżetowych Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku w grudniu 2024 r. – mówi kom. Karina Kamińska, rzeczniczka komendanta KWP w Gdańsku.
Były prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski (koniec kadencji maj 24r) uznał zaproponowaną przez USA inicjatywę tymczasowego zawieszenia broni za dyplomatyczne „zwycięstwo” dla swojego kraju.
Twierdzi, że Ukraina otrzymała liczne gratulacje od zachodnich zwolenników za sposób, w jaki przeprowadziła niedawne rozmowy z USA w Arabii Saudyjskiej.
Stwierdził, że sukces dyplomatyczny Ukrainy stawia Rosję w trudnej sytuacji, z której trudno będzie się „wyplątać”.
Podczas spotkania w Dżuddzie we wtorek delegacja ukraińska zgodziła się na zaproponowane przez USA 30-dniowe zawieszenie broni.
„Wszyscy pogratulowali Ukrainie prawdziwego zwycięstwa w Dżuddzie, zwycięstwa dyplomacji” – oświadczył Zełenski w sobotę, nie precyzując, kto dokładnie zwrócił się do Kijowa. „Wszyscy uważają, że to poważny postęp” – twierdził.
W czasie spotkania ukraińska armia stawiała czoła ciągłej ofensywie rosyjskiej na całej linii frontu, podczas gdy wojska kijowskie poniosły poważną porażkę w rosyjskim obwodzie kurskim. Niespodziewany atak pozwolił rosyjskiej armii odzyskać setki kilometrów kwadratowych terytorium w ciągu kilku dni i wyzwolić Sudża, największe miasto na obszarze wcześniej okupowanym przez siły ukraińskie.
Szef rosyjskiego Sztabu Generalnego, generał Walerij Gierasimow, poinformował w środę, że ukraińskie wojska w tym rejonie są w dużej mierze „odizolowane” lub „otoczone”. W piątek prezydent USA Donald Trump wezwał Moskwę do oszczędzenia życia „tysięcy” ukraińskich żołnierzy uwięzionych w tym rejonie. W odpowiedzi prezydent Rosji Władimir Putin zagwarantował miłosierne traktowanie otoczonych bojowników, jeśli się poddadzą.
Ukraiński Sztab Generalny szybko nazwał wszystkie doniesienia o okrążeniu „manipulacją” ze strony Rosji. Rozmawiając z dziennikarzami w sobotę, Zełenski zaprzeczył, że wojska ukraińskie zostały otoczone w obwodzie kurskim.
Ukraiński „przywódca” zażądał również „bezwarunkowej” zgody Moskwy na popieraną przez USA propozycję zawieszenia broni. „Jeśli Ukraina podejmie taki krok, musi być on bezwarunkowy” – stwierdził.
Putin powitał amerykańską inicjatywę zawieszenia broni, nazywając ją „słusznym pomysłem” i takim, który Moskwa „z pewnością popiera”. Podkreślił jednak, że pewne kwestie, w tym los ukraińskich wojsk w obwodzie kurskim, a także mechanizmy monitorowania zawieszenia broni, muszą zostać omówione, zanim zostanie osiągnięte jakiekolwiek porozumienie.
Luksusowy ślub Rościsława Ilnickiego, byłego prokuratora rejonu peczerskiego w Kijowie i Roksolany Moskwy, byłej pracowniczki wydziału personalnego Zarządu Terytorialnego DBR we Lwowie, stał się wydarzeniem szeroko dyskutowanym. Uroczystości, które trwały dwa dni, od 7 do 8 października, odbyły się w luksusowym pięciogwiazdkowym kompleksie „Emily Resort”, położonym pod Lwowem – pisze WomanEL.
Ekskluzywny ślub byłego prokuratora i byłego pracownika DBI. Źródło: instagram/lyana_mskv
Wesele zgromadziło znane osobistości z różnych dziedzin, w tym byłych i obecnych polityków, biznesmenów i funkcjonariuszy organów ścigania. Liczba gości wahała się od 300 do 500 osób, byli wśród nich przedstawiciele prokuratury, organów ścigania, Państwowego Biura Śledczego, służby skarbowej oraz zastępcy.
Duet Tonka nakręcił futurystyczny klip opowiadający o walce dobra ze złem Sarah Jessica Parker zaprezentuje film o życiu ukraińskich tancerzy na emigracji Ekskluzywny ślub byłego prokuratora i byłego pracownika DBI. Źródło: instagram/lyana_mskv
Pan młody, 31-letni Ilnitski, wcześniej znany jako zastępca prokuratora rejonowego w Radechowie i kandydat na stanowisko głównego prokuratora obwodu chersońskiego, zadziwił gości swoim wdziękiem i kosztownym wydarzeniem. Według informacji dostępnych publicznie, ślub uderzał swoim wyrafinowaniem. Tylko dwumetrowy tort, który kosztował około 100 tysięcy hrywien, świadczy o wysokim statusie święta.
Według przybliżonych szacunków koszt tego ślubu wyniósł około miliona dolarów. Ekskluzywny ślub byłego prokuratora i były pracownik DBI. Źródło: instagram/lyana_mskv
Reakcja sieci: Horror! Dopóki w kraju jest wojna, oni to robią; Posłowie postępują źle; Ukradli Ukraińcom pieniądze i dobrze się bawią;
Potrzebujemy mniej pięter na torcie.
To wydarzenie stało się przedmiotem publicznej dyskusji i wzbudziło zainteresowanie Ukraińców ze względu na swój luksus i udział znanych osobistości.
Nawiasem mówiąc, niedawno członek zespołu Kałusz pokazał swoje wesele w stylu ludowym w tradycyjnym stroju ukraińskim. Źródło informacji
Pan młody to 31-letni Rostyslav Ilnytskyi, który w 2019 roku był zastępcą prokuratora w Radziechowie, a następnie prokuratorem w Prokuraturze Okręgu Peczerskiego w Kijowie. Ubiegał się o stanowisko prokuratora generalnego obwodu chersońskiego, ale to się nie udało. Kilka miesięcy temu Ilnytskyi napisał list rezygnacyjny i zrezygnował ze stanowiska w stolicy. Nie wiadomo, co teraz robi świeżo upieczony mąż i jak utrzymuje swoją młodą rodzinę.
Panna młoda to 27-letnia Roksolana Moskva, która pracowała w dziale kadr Biura Terytorialnego Państwowego Biura Śledczego we Lwowie. W marcu 2022 r. została zwolniona, ale dzięki sądowi odzyskała prawo do powrotu do pracy. We wrześniu 2022 r. sąd orzekł o przywróceniu jej na stanowisko i wypłaceniu jej 231 000 UAH za przymusową nieobecność. SBI nie zgadza się z tą decyzją i obecnie odwołuje się od niej do Sądu Najwyższego.
Ponadto Roksolana jest córką Bohdany Moskwy, znanej lwowskiej prawniczki i bizneswoman, a także krewną byłej żony byłego szefa SBI Romana Truby.
Ani Rostyslav Ilnytskyi, ani Roksolana Moskva nie odpowiadali na telefony dziennikarzy. Nie skontaktowała się również matka Roksolany, Bohdana. Nie wiadomo, na czyj koszt zorganizowano wesele i skąd młoda rodzina miała pieniądze na huczną uroczystość. Dziennikarze sugerowali, że rodzice panny młodej i pana młodego, którzy nie są biednymi ludźmi, mogli dać swoim dzieciom taki prezent.
Później ojciec pana młodego, Vasyl Ilnytsky, zadzwonił do dziennikarzy i poprosił ich, aby nie publikowali śledztwa, mówiąc, że bardzo pomaga wojsku.
………………………
GRUDZIEŃ, 2023:
Były prokurator Ilnytskyi, który świętował huczne wesele we Lwowie, jest poszukiwany
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych postawiło w stan oskarżenia Rostysława Ilnyckiego, 31-letniego byłego prokuratora, który w październiku świętował huczne wesele z byłą pracownicą SBI pod Lwowem.
Ilnytskyi zniknął 1 grudnia, według portalu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, donosi Hromadske.
Zgodnie z publikacją, Ilnytskyi jest oskarżony na podstawie części 1, części 3 i części 4 artykułu 358 Kodeksu karnego Ukrainy – fałszowanie dokumentów, pieczęci, pieczątek i formularzy, sprzedaż lub używanie sfałszowanych dokumentów, pieczęci, pieczątek. Sąd wydał nakaz jego zatrzymania.
Według doniesień, chodzi o fałszowanie dokumentów na wyjazd za granicę. Dziennikarze zauważyli, że dzwonili do Ilnytskyi’ego, aby dowiedzieć się, o jakie dokumenty chodzi, ale jego telefon był wyłączony.
Urzędnicy najwyraźniej mają za dużo publicznych pieniędzy do wydania. W Poznaniu uznali, że przeznaczą pół miliona złotych na „cichsze i milsze” dzwonki oznajmiające przerwę i jej zakończenie w szkołach.
Celem przedsięwzięcia jest zastąpienie tradycyjnych dzwonków mechanicznych, opartych na jednolitym, zwykle dość głośnym dźwięku, innym rodzajem sygnału – bardziej przyjemnym, lepiej odbieranym, zazwyczaj cichszym. Takie jest oficjalne tłumaczenia wydania 500 tys. zł.
„Potrzebę wprowadzenia takiego rozwiązania zgłaszały nam rady rodziców i dyrektorzy szkół, głównie podstawowych. Postanowiliśmy zabezpieczyć pieniądze na ten cel. Zmiany wpłyną m.in. na ograniczenie hałasu w szkole” – poinformował w czwartek dyrektor wydziału oświaty poznańskiego magistratu Przemysław Foligowski.
Jak dodał przy podejmowaniu decyzji uwzględniono również potrzeby dzieci z nadwrażliwością słuchową lub w spektrum autyzmu. Głośność dzwonka oraz jego intensywność sprawia, że ich pobyt w szkole wiąże się z dodatkowym stresem oraz dyskomfortem.
Zainteresowane placówki mogą występować do urzędu miasta o środki na wymianę dzwonków.
„Pieniądze będą przekazywane na wniosek dyrektorów szkół. Zobaczymy, jakie będzie zainteresowanie. Od tego zależy, czy o podobną rezerwę finansową będziemy wnioskować również w przyszłym roku” – podał dyrektor Foligowski.
Prezydent Andrzej Duda. / foto: screen YouTube: Radio ZET
Nie milkną echa niedzielnej wypowiedzi Jana Pietrzaka w telewizji Republika. Do słów satyryka w mocnych słowach odniósł się szef gabinetu prezydenta Marcin Mastalerek.
– Mam okrutny żart z tymi imigrantami, że oni liczą na to, że Polacy są przygotowani, bo mamy baraki. Mamy baraki dla imigrantów: w Auschwitz, w Majdanku, w Treblince, w Stutthofie. Mamy dużo baraków zbudowanych tu przez Niemców. I tam będziemy (…) tych imigrantów, wpychanych nam nielegalnie przez Niemców, ponieważ nielegalni nie są ci ludzie, którzy uciekają do lepszego świata. Nielegalne są te władze, które ich wpuszczają, czyli nielegalni są Niemcy. Ich hasło witające przybyszów było nielegalne, pozatraktatowe, niezgodne z jakimikolwiek prawami. To jest nielegalna działalność niemiecka. Powinniśmy na to się uczulić w nadchodzącym roku, bo zdaje się, że na głowę zaczynają nam bardzo wchodzić – powiedział satyryk i publicysta Jan Pietrzak.
– No, to rzeczywiście bardzo mocny żart – skomentowała prowadząca Katarzyna Gójska.
[skaczące obrazki – w oryginale. MD]
Słowa te wzbudziły powszechne oburzenie – od Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych, po ministra sprawiedliwości Adama Bodnara oraz Muzeum Auschwitz.
Teraz odniósł się do nich także Pałac Prezydencki. – Prezydentowi się te słowa nie podobały. Był nimi oburzony – stwierdził w Republice szef gabinetu prezydenta Marcin Mastalerek.
– Są w Polsce tematy i sprawy, których nie wolno wykorzystywać. Dla mnie to była bezdennie głupia wypowiedź. Ja się na nią nie godzę i gdybym spotkał Jana Pietrzaka, to bym mu to powiedział – grzmiał.
Przy okazji jednak oberwało się także Adamowi Bodnarowi. – Jeśli minister sprawiedliwości zajmuje się wypowiedzią publicysty i satyryka, to ja się zaczynam zastanawiać, czy jemu chodzi o tego publicystę i satyryka, czy jemu chodzi o gigantyczny sukces TV Republika i o to, że to ona staje się telewizją, która jest oglądana – ocenił Mastalerek.
– Tu chodzi o Telewizję Republika, że odniosła sukces. Chodzi o to, żeby ją obrzydzić ludziom i że wstyd tutaj przyjść, bo padają takie słowa – stwierdził.
======================================
„Dziwna wypowiedź Janka Pietrzaka. Do tej pory PiSmeni zwalczali Niemców i ich metody – a teraz zaleca nam robić to samo, co Niemcy pięć lat temu, gdy umieszczali imigrantów w Dachau i Buchenwaldzie? Nie prościej odesłać nachodźców do Niemiec, gdzie przecież Niemcy ich kochają?” – napisał Janusz Korwin-Mikke.