O różnicę łajdactwa

O różnicę łajdactwa

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  14 lipca 2026 michalkiewicz

A to dopiero kij w mrowisko wsadził pan marszałek Krzysztof Bosak z Konfederacji! Właściwie nie powiedział niczego, o czym byśmy już wcześniej nie wiedzieli – bo od 2019 roku, kiedy to w „Monitorze Polskim”, po prawie trzech latach od jej podpisania, pod pozycją 50, ukazała się umowa między rządami polskim i ukraińskim, na podstawie której nasz nieszczęśliwy kraj zobowiązał się do nieodpłatnego udostępniania Ukrainie zasobów całego państwa – o czym traktował, a właściwie – o czym traktuje punkt 12 tej umowy – bo nie słyszałem, by została ona przez kogoś wypowiedziana – a ówczesny rzecznik warszawskiego MSZ, pan Łukasz Jasina, poinformował nas – jak się okazało – całkiem słusznie – że „Polska jest sługą narodu ukraińskiego” – to żadne rewelacje nie powinny już nas dziwić.

Mimo to jednak ujawnienie przez pana marszałka Bosaka, że rząd obywatela Tuska Donalda, w tajemnicy przed panem prezydentem i Sejmem, przekazał Ukrainie zakupione wcześniej za ciężkie pieniądze w USA pociski do wyrzutni systemu „Patriot”, wzbudziła żywy rezonans opinii publicznej tym bardziej, że zbiegło się to w czasie z napięciami w stosunkach polsko-ukraińskich w związku z nadaniem przez prezydenta Zełeńskiego imienia „Bohaterów Ukraińskiej Powstańczej Armii” jednej z tamtejszych jednostek wojskowych, w związku z czym pan prezydent Karol Nawrocki ogłosił decyzję o odebraniu ukraińskiemu prezydentowi nadanego mu wcześniej przez prezydenta Andrzeja Dudę Orderu Orła Białego.

Dodatkowym powodem wspomnianego rezonansu jest okoliczność, że – jak informują media – premier Tusk przekazał te pociski na żądanie niemieckiego kanclerza Fryderyka Merza, akurat w kwietniu, kiedy to Niemcy i Ukraina proklamowały „strategiczne partnerstwo”. Wprawdzie wicepremier i minister obrony w vaginecie obywatela Tuska, Władysław Kosiniak-Kamysz zapowiedział „odtajnianie” dokumentów związanych z polskimi donacjami dla Ukrainy „od 2022 roku” – ale obywatel Tusk niezależnie do tego schronił się za murami tajności, oświadczając, że „nie możemy” o tym „dyskutować”, w kontekście „jakiejś niemądrej walki politycznej”.

Ale może nie tylko o tajność tu chodzi, bo jeśli obywatel Tusk oznajmia, że dyskutować „nie możemy” to równie dobrze dlatego, że ktoś, a właściwie KTOŚ mógł mu tej dyskusji surowo zabronić. Gdyby tedy potwierdziły się pogłoski, że przekazanie pocisków Ukrainie dokonało się na polecenie władz niemieckich, to nie można by też wykluczyć, że to właśnie one mogły zabronić obywatelu Tusku Donaldu brania udziały w „dyskusjach” na ten temat, a o „kontekście” związanym z „niemądrą walką polityczną” , mógł sobie dośpiewać z własnej inicjatywy – bo przecież o niemieckim zakazie dyskutowania wspomnieć też mu nie było wolno – a jakiś pozór uzasadnienia wypadało podać. I tutaj, niczym prawdziwy dar Niebios, przydaje się Putin.

To ciekawe, że mimo transformacji ustrojowej i odwrócenia sojuszów , w następstwie czego zmieniło się podobno oblicze świata, władze naszego demokratycznego państwa prawnego, urzeczywistniającego w dodatku zasady sprawiedliwości społecznej, posługują się tym samym schematem, co za pierwszej komuny. Jak pamiętamy, wtedy też o wielu sprawach nie należało dyskutować, ani w ogóle – głośno mówić – bo była to woda na młyn zachodnioniemieckich rewizjonistów i odwetowców, wśród których najgroźniejsi byli dwaj: „Hupka i Czaja”.

Teraz na rewizjonistów ani odwetowców powoływać się nie wypada, jako że świetlistym szlakiem ku Generalnej Guberni, a może nawet czemuś gorszemu, prowadzi nas Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje, która z zagadkowych przyczyn w Donaldu Tusku sobie upodobała, podobnie jak wcześniej Nasza Złota Pani, co to nie tylko uchroniła go od zguby, załatwiając mu Nagrodę im. Karola Wielkiego, a potem Mocną Ręką przeniosła na brukselskie salony, gdzie zrobiła zeń człowieka – ale na szczęście Putin nie tylko rozpętał wojnę przeciwko sojuszniczej Ukrainie, więc możemy mu śmiało przypisać rolę Hupki i Czai.

Skoro tedy z uwagi na Hupkę i Cza… to znaczy – pardon – oczywiście nie ze względu na żadnego Hupkę, czy Czaję, tylko oczywiście – ze względu na Putina, każda dyskusja byłaby „wodą na młyn” – to my wszystko verstehen – ale pozostaje jeszcze owa „niemądra” walka polityczna”, która nawet i bez Putina jakąkolwiek dyskusję na ten temat by wykluczała. O co tu może chodzić?

Zgodnie z zasadą, że idioci są szczerzy, w związku z czym wystarczy pozwolić im mówić, pewne światło na tę sprawę rzucił rzecznik vaginetu obywatela Tuska Donalda, Wielce Czcigodny pan minister Szłapka. Z jego wypowiedzi wynika, że chodzi o nic innego, jak o różnicę łajdactwa. O nic innego wszak walka polityczna między obecnym vaginetem obywatela Tuska Donalda, a ekipą powołaną wcześniej przez Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego, toczyć się nie może. Żyją jeszcze ludzie pamiętający, jak to podczas majdanu w Kijowie Naczelnik Państwa wznosił kabotyńskie okrzyki „Sława Ukrainie” i „Herojam sława!” Cóż innego mógłby wykrzykiwać tam Donald Tusk, albo nawet – Aleksander Kwaśniewski, co to przy każdej okazji, a nawet i bez okazji demonstruje zadowolenie ze swego rozumu, nie tylko politycznego, ale w ogóle?

Wreszcie wypada przypomnieć, że w roku 2016 obywatel Tusk Donald był w opozycji, podczas gdy z nominacji Naczelnika Państwa premierem rządu była pani Beata Szydło, a ministrem obrony narodowej w jej gabinecie był Antoni Macierewicz. Parafa pod umową z 2 grudnia 2016 roku wskazywałaby, iż złożył ją właśnie Wielce Czcigodny Antoni Macierewicz, którego dzisiaj, na odcinku korupcyjnym, prześladuje Wielce Czcigodny Giertych Roman, podobnie jak złowrogiego Grzegorza Brauna prześladuje na odcinku eklezjalnym i właśnie ogłosił jego ekskomunikę. Co prawda nie ma pewności, czy decyzja Wielce Czcigodnego Giertycha Romana nie wymaga dla swej ważności jakiejś kontrasygnaty, a przynajmniej – potwierdzenia ze strony Judenratu „Gazety Wyborczej” – ale jestem pewien, że wkrótce jakaś mieszana komisja wszystkie te wątpliwości rozwieje. Niewątpliwie bowiem wchodzimy w etap surowości, w którym zarówno Judenrat, jak i jego kolaboranci, będą „srogie głosić kary”. Nie tylko zresztą głosić, ale i stosować – bo jak jest rozkaz surowości, to żartów nie będzie.

Wracając do Wielce Czcigodnego obywatela Szłapki, to właśnie przypomniał on, ze poprzednia ekipa z nadania Naczelnika Państwa, przekazała – na pewno „nieodpłatnie” – aż 44 pakiety pomocowe dla Ukrainy, podczas gdy vaginet obywatela Tuska Donalda – tylko 5.

Jeśli jeszcze minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz prawidłowo będzie odtajniał dokumenty w sprawie donacji dla Ukrainy, to licytacja o różnicę łajdactwa może dla ekip kojarzonych z Naczelnikiem Państwa okazać się druzgocąca.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Führeryzacja Ukrainy (część I)

Führeryzacja Ukrainy (część I)

Eugeniusz Zinkiewicz myslpolska/zinkiewicz-fuhreryzacja-ukrainy-czesc-i

Były szef wywiadu wojskowego Ukrainy (GUR), Kyryło Budanow, obecnie szef kancelarii Zełenskiego, zarzucił polskiej stronie celowe dążenie do eskalacji konfliktu dyplomatycznego w związku ze zbliżającą się rocznicą tragedii wołyńskiej. 

Spór zaistniał po decyzji o nadaniu ukraińskiej jednostce wojskowej nazwy „bohaterów UPA”.

Nieprzypadkowy wywiad 

Zdaniem Jana Piekło, byłego ambasadora RP w Kijowie, czas i miejsce tej wypowiedzi nie są przypadkowe. Wywiad ukazał się w dniu rozpoczynającym szczyt NATO w Ankarze oraz na cztery dni przed stanowiącą kość niezgody dla obu narodów rocznicą rzezi wołyńskiej. Dodatkowy kontekst to przetaczająca się przez polską opinię publiczną dyskusja o donacjach sprzętu wojskowego dla Ukrainy, z interceptorami PAC-3 do systemu Patriot na czele.

Budanow porównuje naciski ze strony Warszawy do działań… Moskwy. Podkreślił, że strona ukraińska nie zamierza działać pospiesznie, ani podejmować błędnych kroków. Zapowiedział jednak, że – jak podała RBK-Ukraina – „każdy przejaw nieprzyjaznej polityki spotka się z reakcją”. 

Amerykanie wskazują na Kijów

Do lekceważenia Polski, przyczyniły się nierozważne działania prezydenta Andrzeja Dudy. Wiedząc o tym, że rakieta w Przewodowie, która spowodowała śmierć dwóch polskich obywateli 15 listopada 2022 roku, była rakietą wystrzeloną z terenu Ukrainy w kierunku Polski (co między innymi wynika z udzielonego Bogdanowi Rymanowskiemu wywiadu), po tym fakcie nie domagał się wyjaśnień i przeprosin od Wołodymyra Zełenskiego. Nadał mu Order Orła Białego 5 kwietnia 2023 roku. O tym donoszą amerykańskie media, w których analizowana jest prezydentura Andrzeja Dudy. Wspominają też, że po incydencie w Przewodowie prezydent Joe Biden zapewnił polskie władze, że rakieta została wystrzelona w kierunku Polski z Ukrainy. Prezydent USA zaangażował się w tej sprawie, ponieważ Polska wystąpiła do NATO z żądaniem natychmiastowego uruchomienia art. 5 NATO mówiącego o wspólnej obronie. Polsce chodziło o obronę przed rzekomym napastnikiem, którym w ocenie polskich władz miała być Rosja.

Operacje psychologiczne Ukraińców

Jak na terenie naszego kraju działa ukraińska propaganda i jakie są tego skutki, możemy przekonać się, wysłuchując krótkiej wypowiedzi młodej Ukrainki ze Szczecina, wyzywającej starszą Polkę od „polskiej k..wy”. Zarzuca Polce, że jej matka „zginęła tam na wojnie, przez was” – czyli przez Polaków, którzy de facto uratowali Ukrainę w 2022 roku. Mówi to do Polki, która przez ostatnich 10 lat pobytu tej Ukrainki w Polsce ze swoich podatków ją utrzymywała!

Jak działa ukraińskie Centrum Operacji Informacyjno-Psychologicznych działające pod dowództwem Sił Operacji Specjalnych ukraińskiej armii, miałem okazję niedawno się przekonać. Kilka dni temu pewien sympatyczny młody mężczyzna – obywatel Ukrainy, który zamieszkał wraz z rodziną w tym samym wielorodzinnym budynku, w którym spędziłem dużą część mojego życia – wyjaśnił mi, że opuścił Ukrainę, ponieważ pomimo posiadanego obywatelstwa ukraińskiego nie czuje się Ukraińcem, jest Rosjaninem.

W trakcie grzecznościowej wymiany powitań zagadnął mnie. Powiedział mi, że został zaczepiony przez pewnego mężczyznę w średnim wieku, który przedstawił się, że jest wnukiem powojennych przesiedleńców w ramach Akcji „Wisła” (1947 rok). Uważa się za Ukraińca i chciałby, ażeby Ukraińcy „trzymali się razem”. Przestrzegł go przed paroma Polakami zamieszkałymi w tym samym budynku. Chodziło o mężczyznę, wywieszającego w każde polskie państwowe święto, na swoim balkonie polską flagę. Ostrzegł też przed drugim – zagorzałym kibicem piłkarskim, który z kolei na swoim balkonie umieścił duży sztandar umiłowanej drużyny piłkarskiej. Określił ich jako „groźnych polskich nacjonalistów, których należy unikać”. Z dalszej rozmowy z Rosjaninem wywiodłem kim jest ten wnuk przesiedleńców. Roześmiałem się wówczas i poprosiłem Rosjanina, aby odczytał duży permanentnie zamazywany napis na elewacji budynku „Stryj konfident”. Prawdziwe jego nazwisko brzmi tak, jak pewnego pro ukraińskiego prokuratora, potępianego przez znanego polskiego polityka Grzegorza Brauna. Być może jest to ta sama rodzina?

Cichy front wojny

Znajdujemy się na cichym froncie wojny wytoczonym przeciwko nam za chęć upamiętniania ofiar Rzezi Wołyńskiej. Za chęć pochowania z godnością ofiar wdeptanych w ukraińskie błota. Za odwagę bronienia naszej godności.

Eugeniusz Zinkiewicz

Biedni Polacy patrzą na banderyzm

Biedni Polacy patrzą na banderyzm

Paweł Mościcki. [uwaga, to lewak, ale myślący. md] 13.07.2026 wolnemedia.net/

„Żeby dostrzec to, co i ślepy by dostrzegł, trzeba nieustannych wysiłków” – George Orwell.

Polska to piękny kraj. Kraj ludzi otwartych i tolerancyjnych. Najwyżej w tej hierarchii stoją oczywiście ludzie wykształceni i pełniący ważne funkcje społeczne. Ci bowiem są tolerancyjni nie tylko wobec grup upośledzonych, wykluczonych, prześladowanych. Potrafią na tyle wznieść się ponad prymitywne podziały i plemienne spory, że wykazują się tolerancją i otwartością również wobec faszystów. Mimo iż do niedawna w ogóle nie wierzyli w ich istnienie.

Nawiązuję tu oczywiście do burzy wywołanej przez Wołodymyra Zełeńskiego, który nadał jednej z jednostek wojskowych imię „bohaterów UPA”. Właściwie trzeba od razu powiedzieć, że to nie prezydent Ukrainy wywołał awanturę, ale reakcja Karola Nawrockiego, który wyrwał się z utrwalonej już przez lata omerty i odebrał Zełeńskiemu Order Orła Białego przyznany jeszcze w 2022 roku. Gdyby nie Nawrocki, nikt nie przejąłby się jedną więcej jednostką wojskową nawiązującą do banderyzmu, tak jak nieporównywalnie mniejszy szum wywołał wcześniejszy o tydzień ponowny państwowy pochówek Andrija Melnyka. Nie takie rzeczy przechodziły bez echa.

Zastanawiające jest to, że zwłaszcza wśród postępowej części polskiej inteligencji to nie gloryfikacja UPA, ale sprzeciw wobec niej wywołuje zbiorową reakcję, w której trudno nie rozpoznać oznak prawdziwej paniki. W jaki sposób znaleźliśmy się w tym miejscu? Jak to się stało, że lewicowcy i liberałowie – zjednoczeni na froncie walki o Fajnopolskę – bronią dziś prawa do upamiętniania oraz wynoszenia na sztandary morderców własnych przodków?

Rzecz to nie nowa, ale ja nie o historii tego procesu chciałbym pisać (choć należałoby), ale o pojawiających się przy tej okazji technikach sprzedawania nam ukraińskiego nacjonalizmu i neonazizmu, jego relatywizowania i rozmywania odpowiedzialności tych, którzy go kultywują. I o tym, jak to się rozchodzi po różnych kręgach polskiego politycznego piekiełka.

Kilka technik.

Technika pierwsza

„To rosyjska propaganda” – od lat w polskiej „debacie publicznej” tego rodzaju sugestia wcale nie oznacza, że dana wypowiedź jest nieprawdziwa. Opozycję między prawdą a fałszem już dawno odstawiono do lamusa a automatycznie wypowiadana fraza o „rosyjskiej narracji”, „powielaniu”, ”zbieżności” służy skutecznej odmowie wchodzenia w dyskusję na temat rzeczywistości. Polska inteligencja dawno zgodziła się w tym temacie na swoją instrumentalizację. Jest nawet dumna, że może być zadaniowana przez aparat państwowy, rodzimy lub niekoniecznie rodzimy. Wierzy przy tym, że w ten sposób przypodoba się a nawet upodobni do zachodniego mainstreamu, który wciąż wyznacza dla niej wzór, dostarcza prestiżu, organizuje zasoby, widzialność, itd. Warunkiem jest wywiązywanie się ze swych kompradorskich zadań, czyli skuteczne implementowanie w Polsce punktu widzenia imperialistycznego centrum. Postępowcy od lat są w Polsce rodzajami misjonarzy oddelegowanych do cywilizowania wschodnich rubieży autentycznej cywilizacji. Rosja nie dysponuje tutaj podobną infrastrukturą, więc tym łatwiej staje się tematem, przy którym tutejsza inteligencja wykazuje swoją przydatność.

Gdy Rosja coś powiedziała, Polakom definiuje to świat. Negatywnie, ale wciąż. Trzeba więc nieustannie określać własną pozycję wobec, w obliczu, na przekór Rosji. Jest to wtórna symboliczna podległość, która sprawia, że z założenia Polacy nie mogą mieć własnego, autonomicznego stanowiska zanim nie sprawdzą czy przypadkiem „na Kremlu nie strzelają korki od szampana”. A dlaczego nie mogą? Bo nie mogą mieć autonomicznej i własnej polityki międzynarodowej. Dlaczego? Bo wówczas Polska wpadłaby w szpony Rosji. I tak w kółko.

Warianty poboczne: „to wszystko operacja dezinformacyjna Rosji”, względnie: „element sowieckiej mentalności”. Oznacza to, że ukraiński ultranacjonalizm, instrumentalizowany przeciw Rosji (wówczas jeszcze ZSRR) co najmniej od lat 50. ubiegłego wieku, jest tak naprawdę wymysłem rosyjskiej propagandy, ale gdy okaże się jednak realny, znów to Rosja odpowiada za jego wyprodukowanie. Widać w tym mechanizm działania tabu, wokół którego można wyprodukować najdziwniejsze opowieści byle nie przyznać rzeczy oczywistej i wyciągnąć z niej wnioski.

Technika druga

„Przeszło im” – według tej wersji Ukraina, owszem, miała grupy i partie żywiące sentyment do nazistowskich kolaborantów z UPA i OUN, ale to już było, minęło i teraz cała ta strona politycznego spektrum uległa deradykalizacji. Jak do tego doszło? Otóż stało się to dzięki włączeniu ochotniczych grup o faszystowskich ciągotach (jak Azow, Aidar, Tornado i inne) w szeregi regularnej ukraińskiej armii. To oczywiste, prawda? Aż dziwne, że wcześniej nikt nie wpadł na to, żeby problem ekstremistycznych ugrupowań rozwiązać dostarczając im broń, zapewniając polityczne wpływy i podporządkowując ich symbolice oficjalne państwowe instytucje. I to mimo iż znamy przecież podobne pozytywne przemiany z historii, gdy Republika Weimarska poradziła sobie z Hitlerem oddając mu urząd kanclerza.

Wariant poboczny: „oni nie traktują tej symboliki poważnie”, „to takie trollowanie”. Tu chyba wystarczy cytat z Groucho Marksa: „Jeśli wygląda na idiotę i mówi jak idiota, nie daj się zwieść. Naprawdę jest idiotą”. Nie ma powodu stosować innej metody do skrajnej prawicy.

Technika trzecia

„Mają małe poparcie w parlamencie”. Niestety, przykład Ukrainy pokazuje właśnie, że nie trzeba mieć wielkiego poparcia wyborczego, żeby skutecznie wpływać na kształt ideologiczny kraju. Wystarczy mieć wpływ w kluczowych wymiarach tego państwa, a ten ukraińska skrajna prawica uzyskała najpierw w pomajdanowym rządzie (resorty siłowe i policyjne należały do partii Swoboda), a następnie wypełniła lukę po dezerterach, gdy w ramach Operacji Antyterrorystycznej ukraiński rząd postanowił pacyfikować rebelię na Donbasie.

Uzyskane w ten sposób narzędzia nacisku, skrajne ugrupowania wykorzystują skutecznie, co pokazują ich sukcesy w torpedowaniu pokojowych inicjatyw Żeleńskiego z początków jego prezydentury. W dzisiejszym pejzażu politycznym Ukrainy nie ma kandydata na nowego lidera kraju, który nie byłby przychylny banderowskiej ideologii. Wśród najczęściej wymienianych (np. przez Jarosława Hrycaka) jest Budanow, Bilecki i Załużny. Pierwszy uznał Banderę za postać nieśmiertelną i porównywał się do niego, drugi założył ruch Azow, trzeci zasłynął wywiadem online, w którym udało mu się zmieścić w komputerowym kadrze wielki portret przywódcy OUN.

Zresztą weźmy przykład z własnego podwórka. Czy poparcie dla partii Zbigniewa Ziobry przekraczało kiedyś 3%? Nie, a mimo to np. kobiety w tym kraju wciąż żyją w rzeczywistości zdefiniowanej przez jego antyaborcyjne obsesje.

Technika czwarta

„Może kult UPA jest zły, ale Ukraińcy bronią nas przed Rosją”. To być może punkt ciężkości całej ideologicznej konstrukcji, bo bez wiszącej nad nami groźby rosyjskiej inwazji, tego rodzaju emocjonalne wzmożenie nie byłoby możliwe. Zrozumiały lęk przed wojną został skanalizowany w celu jej dalszego podsycania, czemu narracja o planowanej inwazji Rosji na NATO ma właśnie służyć. Poza tym zdejmuje całkowicie odpowiedzialność z państw zachodnich za jakiekolwiek działania eskalujące sytuację, włącznie z tymi, które samą wojnę poprzedzały. Pozwala to też zatrzeć fakt, że obecność banderyzmu na Ukrainie, jego rosnący wpływ, był również jedną z przyczyn tej wojny, a nie jedynie przesadzoną reakcją na jej wybuch, którą musimy tolerować w imię wyższych wartości. Inwazja rosyjska doprowadziła oczywiście do zwiększenia popularności, a nie osłabienia, tej linii politycznej.

Swoją drogą to bardzo ciekawe, że najpotężniejszy sojusz militarny na świecie, czyli NATO, potrzebuje do swojej obrony kraju, który nie jest jego członkiem. Ciekawe, że sojusz obronny broni się też poza granicami własnego terytorium przed państwem, które go nie zaatakowało.

Rosja postanowiła zresztą zaatakować nas Polaków (bo to wszystko oczywiście o nas) i resztę NATO w sposób dość osobliwy. Nie wprost i przez najdłuższy lądowy pas, który ją od nas oddziela. Aż szkoda, że nie postanowiła zrobić tego w ogóle od drugiej strony świata, wówczas mielibyśmy wreszcie szansę być bronieni przed Rosją przez USA.

Niestety polska bańka informacyjna nie jest skłonna do podjęcia żadnej poważniejszej analizy genezy tej wojny, ponieważ nauczono ją traktować wszelkie nie pasujące do schematu pytania i argumenty za część operacji dezinformacyjnej i dowód na obce wpływy. Zadowala się więc sloganami, nawet jeśli nie mają one wiele wspólnego z rzeczywistością a niekiedy wręcz całkowicie odwracają ją do góry nogami.

Timothy Snyder, historyk o tak wybitnych kompetencjach, że zdołał w Putinie dojrzeć kiedyś zarówno Hitlera, jak i Stalina (sic!), stwierdził nawet, że bezwzględne popieranie Ukrainy jest warunkiem zachowania polskiej niepodległości. To ciekawa definicja niepodległości, skoro zależy ona od bezwzględnego popierania polityki innego państwa. I jeszcze określana jest z zewnątrz przez amerykańskiego członka Council on Foreign Relations.

Wariant poboczny: „może UPA było straszne, ale walczyło z Sowietami”. No cóż, III Rzesza też walczyła z Sowietami. Nawet chyba skuteczniej niż UPA. Czemu więc polska opinia publiczna nie chwyci się i tego faktu, żeby wymazać ze zbiorowej pamięci inne rzeczy, które robili naziści? Poczekajmy, dajmy szansę. Jeszcze wszystko przed nami. Te argumenty pokazują co przynosi długotrwały trening w historycznym rewizjonizmie i jego podporządkowanie bieżącym potrzebom geopolitycznym. One same z kolei, jak w błędnym kole, wyrastają często ze zideologizowanej i zinfantylizowanej wersji historii. Najpierw mieliśmy symetryzm totalitaryzmów, potem pranie reputacji Zachodu, a następnie systematyczną rehabilitację nacjonalizmów.

Dziś pętla ta weszła już w taką fazę, że nawet liberałowie i lewicowcy dzielą to samo imaginarium historyczne, co skrajni nacjonaliści. A jego punktem archimedesowym jest bezwzględna kryminalizacja komunizmu i socjalizmu, z której powoli wyłączany jest natomiast faszyzm i nazizm. Postępowcy i nacjonaliści mają tego samego wspólnego wroga, więc zaczynają mieć powoli tych samych przyjaciół. I nie zmienia tego fakt, że tylko nieliczni i niechętnie są w stanie się do tego przyznać.

Dygresja

Tu mała dygresja teoretyczna. Chantal Mouffe dokonuje w swojej teorii politycznej rozróżnienia między antagonizmem a agonizmem. Ten pierwszy to relacja z wrogiem, w której nie sposób znaleźć żadnej płaszczyzny porozumienia, nie można przezwyciężyć wzajemnej wrogości. W przypadku agonizmu jednak, pomimo skrajnych różnic lub sprzecznych interesów, istnieje wspólny mianownik choćby w kwestii tego jak prowadzić ze sobą walkę. To relacja nie z metafizycznym wrogiem, ale z politycznym przeciwnikiem.

Osobliwość dzisiejszej architektury ideologicznej w Polsce jest taka, że to komunizm (i Rosja wraz z nim jako jego spadkobierca) są uznawane za wrogów metafizycznych (Nawrocki sam stwierdził, że Rosja jest naszym „odwiecznym wrogiem”), podczas gdy Ukraina, nawet z kultem nazistowskich kolaborantów, pozostaje naszym metafizycznym (patrz: Snyder) sojusznikiem. Ani w jednym, ani w drugim przypadku nie sposób nawet wyartykułować pozycji agonistycznej, która przywracałaby polityczny realizm i uzależniała własną strategię od rzeczywistych działań naszych sąsiadów.

W ogólniejszym sensie nasze państwa mają ideologiczny profil, który w sposób całkowity i bezwzględny odrzuca komunizm, natomiast faszyzm i nazizm coraz częściej odrzuca (jeśli odrzuca) jedynie względnie. Na łaskę ważenia zasług i przewin łapią się tylko ci ostatni.

Technika piąta

„To odosobniony incydent”. Skutkiem ubocznym rozpętanej w polskiej przestrzeni publicznej awantury o nadanie oddziałowi armii nazwy „bohaterów UPA”, jest koncentracja na pojedynczej decyzji, zamiast na szerszym procesie. Komentatorzy chętnie przyznają, że Zełeński popełnił błąd, faux pas, zapomniał się i nie wziął pod uwagę wrażliwości Polaków.

Tyle tylko, że to nie jest odosobniony przypadek, ale zwieńczenie długiego procesu rehabilitacji UPA i OUN oraz budowania ideologicznych fundamentów państwa ukraińskiego po Majdanie na tej polityce historycznej. Jest to fenomen doskonale opisany i zanalizowany, a obejmuje setki podobnych decyzji, gdy ukraińscy faszyści stawali się patronami szkół, ulic, instytucji, bohaterami podręczników, pomników, itd. Doskonale potwierdzają to reakcje ukraińskich polityków na gest Nawrockiego. Okazuje się, że dla nich kult UPA i OUN jest już nieodróżnialny od ukraińskiej państwowości jako takiej. Gdyby było inaczej, gdzie byłby problem? Gdyby chodziło o pojedynczą sprawę, w ogóle nie byłoby sprawy.

Tymczasem teraz polska klasa polityczna konfrontuje się – przyznać trzeba: niechętnie – z konsekwencjami własnej politycznej ślepoty oraz tego, jak głęboko zinstrumentalizowana została pamięć historyczna naszego regionu na rzecz interesów amerykańskiego imperializmu. Bez banderowców – co przyznają chętnie oni sami – nie byłoby „rewolucji godności” na Majdanie, a poparcie politycznych ekstremistów stanowiło konieczny element strategii osłabiania Rosji przez NATO, co też nie jest już tajemnicą dla każdego, kto słucha uważnie choćby wypowiedzi amerykańskich polityków.

Z konsekwencjami tej strategii zostaniemy oczywiście sami. Jak wcześniej mieszkańcy innych regionów świata (choćby Bliskiego Wschodu), gdzie USA też bez żadnych skrupułów rehabilitowały najbardziej reakcyjne i brutalne ruchy oraz ugrupowania, o ile tylko mogły posłużyć do realizacji ich celów.

Technika szósta

„My też mamy swoje grzechy” – to, trzeba przyznać, specyficzny rodzaj whataboutyzmu. Taka asertywność w cudzym imieniu. Stanowi to zresztą część szerszego zjawiska, które występuje szczególnie silnie w środowisku Fajnopolaków, dla których Ukraina stała się okazją do ucieczki od własnych kompleksów wobec symbolicznej hegemonii polskiej prawicy. Powstał w ten sposób rodzaj pożyczonego, kompensacyjnego patriotyzmu, patriotyzmu z drugiej ręki. Dla tych środowisk polski patriotyzm pachnie od razu faszyzmem. Ale Ukraina to co innego. Tam wszystko jest jakieś inne, lepsze, autentyczniejsze. Nawet faszyzm jest de facto emancypacją.

Ale jeśli to nazistowska symbolika i kult nagiej siły stanowią dla jakiejś grupy platformę wyzwolenia, to może jej głęboka jaźń jest bardziej skażona faszyzmem niż świadczyłoby o tym urządzane przez nią na co dzień polowanie na polskich patriotów? Może ci, którzy nieustannie ostrzegają, że „idzie faszyzm”, powinni wreszcie usłyszeć: „tak, z wami pod rękę”? To oni poprzez swoją ukraińską kompensację, którą chronicznie mylą z autentyczną empatią, zrobili więcej niż prawica dla normalizacji i legitymizacji ukraińskiego faszyzmu.

W ramach tej przepychanki zupełnie znika z pola widzenia możliwość krytyki zarówno własnych, jak i cudzych przewin w imię uniwersalnych zasad i przekonań. Do tego trzeba jednak jakieś zasady i przekonania posiadać, a tu jak widać rządzą raczej bezwarunkowe odruchy dostosowane do bierzących potrzeb medialnych cykli, niż postawy wynikające z jakichkolwiek głębszych przemyśleń.

Argument o tym, że przecież w Polsce też czci się nacjonalistów i faszystów mających krew na rękach jest zarazem historycznie trafny i politycznie nierelewantny. Przewiny polskich faszystów nie zmywają przewiń faszystów innych krajów. Choć przyznać trzeba, że środowisko Nawrockiego zyskało siłę i widoczność dzięki podobnym mechanizmom do tych, które na Ukrainie rehabilitują UPA i OUN. Spór dwóch prezydentów jest w tym sensie mimo wszystko kłótnią w rodzinie, co nie zmienia faktu, że odsłania o wiele głębsze problemy i zaniedbania.

Pozycja Fajnopolaków jest tu znów bardziej złożona niż pozycja Ortopolaków. Ci ostatni mają swoich nacjonalistów i bez wahania będą ich wystawiać na historyczną potyczkę z tymi ukraińskimi. W sporze między nacjonalizmem polskim a nacjonalizmem ukraińskim Fajnopolacy wybiorą natomiast ten drugi, żeby broń Boże nie wyjść na… nacjonalistów. Sami dawno już przekonali samych siebie, że nie posiadają żadnego innego politycznego języka, który mógłby im pomóc w tej sytuacji. Zwłaszcza, że ich pozycja w społeczeństwie zależy od kontaktu z imperialistycznym centrum, a stamtąd nie przychodziły apele o konsekwentny antyfaszyzm.

Technika siódma

„Oni po prostu inaczej postrzegają historię” – to część strategii osiągania konsensusu przez relatywizację. Sprowadza się w ten sposób zbrodnie banderyzmu do jakiejś polskiej obsesji. Ale zbrodnie UPA i OUN nie są odrażające, bo Polacy mają taką narrację i pamięć. Faszyzm ukraiński nie jest godny potępienia dlatego, że jest ukraiński, tylko dlatego, że jest faszyzmem. Podobnie jest z polską czy jakąkolwiek inną jego odmianą. I każdy w miarę myślący człowiek, nie powinien mieć w ogóle problemu ze stwierdzeniem tego faktu. Hitleryzm nie jest godny potępienia, bo tak mówią Polacy czy Żydzi, tylko dlatego, że planowo mordował całe narody w imię własnej rasistowskiej ideologii.

To, że podobna postawa nie jest ani w Polsce, ani na Ukrainie oczywistością, stanowi efekt długotrwałej ideologicznej transformacji, której fundamentem jest oczywiście kryminalizacja komunizmu, a wraz z nim usunięcie ze zbiorowej świadomości powojennej religii cywilnej jaką był zresztą po obu stronach żelaznej kurtyny (choć w różnych formach) antyfaszyzm. Dziś religią cywilną Europy jest antykomunizm, a jego najnowszym wcieleniem – rusofobia. I one uzasadniają coraz bardziej radykalne transgresje w manipulowaniu historią.

Wariant poboczny: „Każdy ma prawo sam sobie wybierać bohaterów”. To też relatywizacja, ale odwołująca się, paradoksalnie, do rzekomo uniwersalizującej figury „prawa”. Prawo do faszyzmu staje się w ten sposób niemal prawem do samostanowienia. A w polskiej przestrzeni publicznej znów pojawia się ciekawe pęknięcie. Fajnopolacy byliby skłonni przyznać: „tak, wszyscy, ale nie Polacy”, bo inaczej musieliby pogodzić się z miejscowym kultem żołnierzy wyklętych, któremu w jakiś sposób patronuje teraz Nawrocki. On sam i reszta Ortopolaków też nie do końca wierzy w to zdanie, ale użyje go w taki sam sposób jak Fajnopolacy, gdy tylko ktoś zaatakuje jego panteon bohaterów. Ciekawe czy jak w Niemczech władzę obejmie ktoś, kto ma sentyment do niespełnionego bawarskiego malarza też obejmie go to prawo?

Technika ósma

„To było dawno temu, po co to wywlekać” – jest to w sumie wariant narracji o odosobnionym incydencie, tyle że przeniesiony w wymiar czasowy. Pomijam istotną kwestię ekshumacji. Bo to tylko element pewnej całości. I problem z tą całością polega na tym, że państwo ukraińskie właśnie teraz stawia na pomnikach zbrodniarzy i ludobójców, aby w ten sposób wychować w kulcie banderyzmu nowe pokolenia swoich rodaków. I sprzeciw wobec tej polityki dotyczy przede wszystkim jej efektów w najbliższej przyszłości.

Wariant poboczny (też związany z czasem): „Dajmy im trochę czasu”. Okażmy cierpliwość. Pomijając ukryty protekcjonalizm tej postawy, który czyni z Ukrainy kraj małych dzieci, które w swojej narodowej świadomości są dopiero na etapie raczkowania, jest to po prostu argument bezsensowny. Gdy ostatni raz Ukraińcy przeżywali fascynację ideami Doncowa wymordowali tysiące Polaków, Żydów, Rosjan i własnych rodaków. Teraz, gdy takie wzmożenie jest budowane ponownie mamy mu się dać w pełni rozwinąć? W końcu co może pójść nie tak, prawda?

Ten współczesny wymiar problemu jest często pomijany również przez tych, którzy krytykują politykę historyczną Ukrainy. Są w stanie potępiać przeszłość, tylko wobec teraźniejszości są nad wyraz wyrozumiali. To o tyle dziwne, że jeśli coś nam zagraża to raczej współczesny a nie historyczny banderym. Sam Bandera, choć nie wiem czy i to nie jest dziś w Polsce poglądem kontrowersyjnym, już nie żyje.

Kilka uwag

Jak pewnie zauważyliście używam tu dość często argumentu o marnej reputacji – ad hitlerum. Cóż, staram się korzystać póki jeszcze można. Jest symptomatyczne, że tabu odpowiadające za bezbłędną skuteczność tego zabiegu retorycznego właśnie upada na naszych oczach. Antyfaszyzm przestał być najmniejszym wspólnym mianownikiem, moralnym minimum w życiu publicznym. Może nigdy nie był nim naprawdę, albo w wystarczającym stopniu? Dziś, gdy w obronie czci nazistowskich kolaborantów staje najbardziej postępowa część inteligenckiej elity, można uznać, że padł ostatni bastion historycznej przytomności. Można już wszystko, nie ma żadnych ograniczeń. Za chwilę okaże się (co ja mówię, już się okazało), że to Polacy powinni przeprosić za Wołyń.

„Gazeta Wyborcza” uruchomiła już nawet hasło: „Auschwitz nie spadło z nieba”. Bezpośrednio odnosi się to do nacjonalistycznego wzmożenia prawicy, która teraz chce sprawdzać narodowość posłów w sejmie. Jednak w kontekście tego, co jest treścią i istotą tego sporu, powiedzieć, że tego rodzaju moralne akty strzeliste wypadają jak niezamierzona karykatura, to nic nie powiedzieć. Zresztą nie tylko Auschwitz nie spadło z nieba. Wołyń też. Gaza też. To raczej redaktorzy GW wydają się czasem spadać z jakichś nierealnych wysokości i w konfrontacji z realnym światem wyglądają na mocno poturbowanych.

Jak to się stało, że kapłani cnotliwości nie są w stanie wykazać się cnotą tak minimalną jak jednoznaczne i konsekwentne potępienie nazizmu (bo banderym był jego odmianą)? Skąd u tych moralnych maksymalistów aż taka wybiórczość? Odpowiedzi są jak się wydaje dwie.

Po pierwsze: uwarunkowania geopolityczne. Od dawna elementy najbardziej reakcyjnych i niebezpiecznych ideologii znajdowały swoje miejsce w pakiecie postaw dopuszczalnych, a nawet cool. Kultywowanie nacjonalizmów w krajach bloku socjalistycznego to ABC amerykańskiej strategii od początku zimnej wojny. Po upadku ZSRR przemilczanie sojuszy USA ze skrajną prawicą było koniecznym elementem pro-zachodniej narracji. Celowała w tym „Gazeta Wyborcza”, zakochana od pierwszego wejrzenia w każdej zachodniej nielegalnej wojnie, interwencji, zamachu stanu czy ekonomicznej grabieży. Jugosławia, Irak, Afganistan, Libia, Syria – do wyboru do koloru. Polskie autorytety za każdym razem stawały na baczność, żeby reprezentować moralne racje handlarzy bronią i globalnych mafiozów. Wymagała tego ich pozycja w systemie głęboko spenetrowanym przez interesy krajów zachodnich z USA na czele.

Po drugie: wewnętrzna ewolucja kompradorskiej inteligencji. Dzierżąc przez jakiś czas rząd dusz, elity liberalne oduczyły się toczyć jakiekolwiek spory, bo wszystkie wygrywały siłą swej instytucjonalnej przewagi zawczasu. Pokłosiem wypracowanego w ten sposób habitusu jest dzisiejsze flagowanie oponentów za pomocą kategorii dezinformacji, teorii spiskowych, kremlowskich narracji, itd. Zabieg ten skutecznie zastępuje konieczność angażowania się w merytoryczne dyskusje, ponieważ w ich wyniku spójność dominującej narracji siłą rzeczy by słabła. A przecież kompradorska inteligencja ma stać na jej straży, a nie wdawać się w niuanse. Stąd też bierze się kicz moralnego uniesienia, który w kontekście sporu o UPA zahacza czasem o groteskę. O ile kicz estetyczny można określić jako wzruszenie własnym wzruszeniem, o tyle kicz moralny to poczucie wyższości wynikające z poczucia własnej wyższości. Po co tracić tak korzystną pozycję?

Obecnie mainstream medialny chroni już dwa faszyzmy: izraelski i ukraiński. Oba zresztą z tych samych powodów geopolitycznych i przy jednoczesnych próbach wymazania tego politycznego kontinuum. Warto się może jednak zastanowić jak właściwie określić ogólny projekt polityczny, w którym uczestniczymy, skoro wymaga on nieustannego wchodzenia w tego rodzaju alianse?

Jaki budujemy świat, skoro dziś w dobrym towarzystwie niedelikatne jest wypominanie izraelskim i ukraińskim faszystom, że są, albo stają się, faszystami? Czemu na siłę czyni się z tego gest równoznaczny z samym faszyzmem, motywowanym przez antysemityzm lub ukrainofobię? Jak to się stało, że ten, wydawałoby się, zupełnie naturalny moralny odruch stał się tak kosztowny?

Wszystko to dzieje się oczywiście ponad głowami i wbrew żywotnym interesom nie tylko znakomitej większości polskiego społeczeństwa, ale również ukraińskiej diaspory w Polsce. Polonobanderyzm – jak określił kiedyś to zjawisko Bronisław Łagowski – knebluje bowiem również Ukraińców, który nie podzielają fascynacji UPA i OUN, a którzy niekiedy sami padali już ofiarą ich rehabilitacji. Najpierw byli kneblowani u siebie, teraz knebluje się ich po raz drugi u nas. A to ci Ukraińcy, podobnie jak Polacy chcący trzymać się jak najdalej od kultu wyklętych i innych nacjonalistycznych jasełek, są szansą na życzliwe współżycie, wzajemną pomoc i przyszły pokój. Oportunizm klasy politycznej właśnie wrzuca ich wszystkich na minę i składa na ołtarzu własnych interesów.

Ortopolacy najpierw zrobili z nazioli normalsów, żeby teraz zrobić z normalsów nazioli i w ramach odwetowej „walki z UPA” (spóźnionej o jakieś 12 lat), walczyć również z nimi. Fajnopolacy będą z kolei do znudzenia umierać za przyjaźń polsko-ukraińską, włączając w nią banderowców, którzy tę przyjaźń z powodów dla swej doktryny fundamentalnych traktują najwyżej jak zło konieczne. Jedni mają wrogów a drudzy przyjaciół nie tam gdzie trzeba. I jedni i drudzy w praktyce podtrzymują znak równości między ukraińskością a banderyzmem. I jedni i drudzy nie potrafią mieć normalnych politycznych sojuszników lub przeciwników, bo to wymaga jakiejś „kultury strategicznej” – jak to się dziś mówi – a tej u nas nie wypracowano, bo po co podwykonawcy komplikować robotę?

Tymczasem jednoczącym mitem dla Polski i Ukrainy (a w dalszej kolejności dla całego regionu) mógłby być właśnie antyfaszyzm. Byłby może mitem i jak każdy mit upraszczałby relacje, historie, itd., ale miałby przynajmniej pozytywny, pokojowy, solidarnościowy potencjał. To, że dziś taka propozycja brzmi jak scenariusz science-fiction, pokazuje jedynie głębię mentalnej, politycznej i instytucjonalnej niesamodzielności, w którą popadły kraje byłego bloku socjalistycznego. Brak konsekwentnej, lewicowej postawy antyfaszystowskiej sprawia, że będziemy skazani na tożsamościowe wyścigi, które nie tylko kryzysu nie uleczą, ale wręcz go utrwalą. Klucz do problemu jest bowiem daleko poza ich zasięgiem.

Autorstwo: Paweł Mościcki
Źródło: Strajk.eu

Kijów dzisiaj

Reuters

Kijów dzisiaj

przez Petera Haenselera

Nieocenzurowana podróż do Kijowa – fakty i wrażenia ukryte przed Zachodem. Niezakłamana prawda, niefiltrowana, napisana przez kogoś z Ukrainy.

Autor: Peter Hanseler

Uwaga redaktora: Niniejszy raport został napisany przez autora, który ze zrozumiałych względów pragnie zachować anonimowość. Opublikowaliśmy tekst w niezmienionej formie, w niezmienionej formie, w celu zachowania jego autentyczności.

Kijów dzisiaj

Jakiś czas temu postanowiłem pojechać na Ukrainę, żeby pomóc moim krewnym i przyjaciołom – po prostu być przy nich. W gruncie rzeczy były to gesty czysto symboliczne: trochę jedzenia, które lubią, a przede wszystkim kilka godzin spędzonych razem. Nawet przy najlepszych intencjach to wszystko, co się da. Bo mimo mojej wizyty moi przyjaciele i krewni wciąż muszą wiązać koniec z końcem, co jest łatwiejsze do powiedzenia niż zrobienia.

Podróżując na Ukrainę, nigdy nie wiesz z góry, jak potoczy się podróż – czy będziesz mógł wyjechać, czy zostaniesz aresztowany. Znam Ukraińców, którzy z tego powodu za wszelką cenę unikają podróży do ojczyzny.

Postanowiłem sam: jeśli wszystko pójdzie dobrze, napiszę o moich wrażeniach i obserwacjach.

Wycieczka na Ukrainę

Nieuczciwie byłoby twierdzić, że taka podróż jest bezstresowa. Im bliżej granicy, tym bardziej zdenerwowani stają się podróżni. Widać to na ich twarzach. A jednak dopiero po przekroczeniu granicy i znalezieniu się na ukraińskiej ziemi naprawdę odczuwa się ogromne niebezpieczeństwo i presję wywieraną przez reżim. Dopiero wtedy w pełni rozumie się totalitarny ucisk reżimu i związaną z nim tragedię zwykłych ludzi.

Ukraińcy są w pułapce. W swoim pragnieniu i dążeniu do lepszego życia, pozornie dobrowolnie zdecydowali się na przystąpienie do Unii Europejskiej. W rzeczywistości zostali wciągnięci w obecną sytuację przez podstępne manipulacje Zachodu, który wykorzystał te zrozumiałe aspiracje do lepszego życia wyłącznie do własnych celów.

Mimo wszelkich zapewnień, Zachód od dłuższego czasu – i to nie dopiero od 2022 roku – próbuje zainicjować podobne procesy w Rosji.

I tak, po raz pierwszy, wszystko to dzieje się na tak kolosalną skalę w kraju, który pod względem powierzchni jest drugim co do wielkości w Europie po Rosji. Ukraina ma najwyższy odsetek bliskich krewnych mieszkających w Rosji spośród wszystkich krajów na świecie. Według badania przeprowadzonego przez Kijowski Międzynarodowy Instytut Socjologii w listopadzie 2021 roku, około 57 procent Ukraińców ma krewnych w Rosji – ponad połowa populacji!

telefon

Po przyjeździe kupiłem ukraińską kartę SIM. Gdy tylko włożyłem ją do telefonu – zanim zdążyłem cokolwiek z nim zrobić – natychmiast otrzymałem wiadomość z odpowiednimi danymi kontaktowymi: „Sława Ukraini! Witamy na Ukrainie! Jeśli potrzebujesz porady lub pomocy, zadzwoń na infolinię regionalnej administracji wojskowej!”. Dużo podróżowałem i nigdy nie spotkałem się z krajem, do którego wjeżdżam, witającym mnie słowami na przykład: „Chwała Szwajcarii!”, „Chwała Niemcom!” czy „Chwała Brazylii!”. Jaki w tym sens?

Potem przyszła wiadomość tekstowa od „Anti_Fake”: „Widziałeś szokującą lub podejrzaną wiadomość? Skontaktuj się z Centrum Zwalczania Dezinformacji Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy!”. „Zgłoś to nam!” wraz z danymi kontaktowymi.

Takie apele zawsze działają w obie strony. Z jednej strony zachęca się ludzi do zgłaszania wszystkiego, co podejrzane – potencjalnie stając się informatorami. Z drugiej strony, takie apele mogą przynieść odwrotny skutek, jeśli ktoś inny uzna, że ​​czyjeś działania lub zachowanie są w jakiś sposób „nienormalne”.

Dla mnie oznaczało to: jeśli aktywnie coś fotografuję i ktoś uzna to za wątpliwe, może mnie zgłosić.

Chciałbym przypomnieć czytelnikom, że dopiero niedawno kupiłem kartę SIM, a wiadomości już zaczęły do ​​mnie przychodzić – chociaż nie wykonałem jeszcze ani jednego połączenia.

I na tym się nie skończyło. Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) wysłała SMS-a: „Wróg aktywnie rekrutuje Ukraińców w mediach społecznościowych do podpaleń i ataków terrorystycznych. Jeśli obcy obiecują ci łatwe pieniądze za „proste zadania” – zgłoś to nam. Przejdź do chatbota Telegrama „Spalić człowieka FSB” lub zadzwoń do nas”.

To masowe SMS-y, które otrzymuje każdy Ukrainiec. Każdy może sam ocenić, jaki wpływ takie apele będą miały na społeczeństwo w dłuższej perspektywie.

W mieście

Ze wszystkich kanałów telewizyjnych, mediów, szkół, a nawet przedszkoli, ze wszystkich agencji rządowych – zewsząd dociera przesłanie: Rosja jest wrogiem! Zabijajcie Rosjan i bądźcie z tego dumni! Ludzkie umysły są metodycznie i systematycznie prane poprzez odwoływanie się do emocji, kładąc nacisk na patriotyzm wobec ojczyzny i jej ochronę.

Wiele krajów w ten sposób reaguje na sytuację wojenną. Ale na Ukrainie manipulacja ludźmi osiągnęła poziom przekraczający wszelkie ludzkie granice.

Wiosną 2023 roku otworzyła swoje podwoje skandaliczna kawiarnia „Art Café Offensiva”. Założycielem kawiarni jest radykalny nacjonalista, który już w 2020 roku założył organizację non-profit „Offenziwa” (z francuskiego „ofensywa”). „Ofensywa” odnosi się do aktywnych działań wojskowych mających na celu podbój terytorium, zniszczenie wroga lub osiągnięcie celów strategicznych.

W restauracji serwowane są dania o nazwach takich jak „Daria Dugina”, „Nawalny” i „Crokus City”. Duży wybór dań jest „dedykowany” prezydentowi Rosji.

Choć dania takie jak „Sznycel Wiedeński” czy „Wołowy Stroganow”, będące hołdem dla cenionych na całym świecie stylów kulinarnych, istnieją na całym świecie, intencje stojące za tą kijowską restauracją są zupełnie inne, o czym wyraźnie świadczy jej szyld. W końcu slogan restauracji brzmi: „Offenziwa: Twoja pyszna rusofobia”.

Nie ma wątpliwości, że nazwy tych sądów służą dehumanizacji ludzi, od których pochodzą. To hańba, cyniczne szaleństwo.

Chociaż wszystkie platformy mediów społecznościowych przedstawiają to miejsce jako aktywne – czyli otwarte – nie widziałem nikogo wchodzącego ani wychodzącego. To mogłoby prowadzić do wniosku, że ten budynek nie jest przeznaczony na restaurację, a raczej na reklamę i wyraz ukraińskiej polityki, jako prowokacja mająca na celu podżeganie do nienawiści i przedłużanie wojny.

Czy młodzi ludzie, którzy nigdy nie wyjechali z Ukrainy – lub którzy nigdy nie mogli wyjechać – mają jakąkolwiek szansę, by nie ulec wpływowi tych wszechobecnych kampanii nienawiści wobec wszystkiego, co rosyjskie? Moja odpowiedź: Nie, nie ma szans!

Na tym tle paradoksem jest to, że mimo wszystko wielu mieszkańców Kijowa nadal posługuje się zakazanym językiem rosyjskim – na ulicy, w metrze i na zakupach. Bo bez względu na to, jak bardzo są poddani praniu mózgu, ich językiem ojczystym jest rosyjski. A języka dzieciństwa nie da się zmienić.

Co stanie się ze społeczeństwem?

Teraz, gdy ataki wszelkiego rodzaju pociskami naprawdę się rozpoczęły, narracja o dehumanizacji Rosjan nasiliła się. Krytyczne myślenie jest w tych okolicznościach niemożliwe. Przypomniały mi się prace psychiatry Bessela van der Kolka, który badał ludzkie zachowania podczas katastrof i wojen.

Opisał on zjawisko: zanika wewnętrzny dialog; traci się poczucie czasu; słabnie zdolność logicznego myślenia. Pozostają jedynie automatyczne, instynktowne mechanizmy przetrwania. Wszystko to zaobserwowałem u praktycznie każdego, z kim rozmawiałem.

W metrze

Musiałem spędzać każdą noc pod ziemią w metrze. Eksplozje – zwłaszcza te spowodowane rakietami – są bardzo przerażające, a mózg rzeczywiście reaguje natychmiast, dokładnie tak, jak opisał to Bessel.

Kiedy rozbrzmiewa alarm, metro służy jako schron i jest przepełnione, ponieważ od czterech lat nie zbudowano żadnych innych schronów. To zdjęcie przedstawia prawdziwą sytuację podczas nalotu bombowego na metro w Kijowie.

Tam mężczyzna w średnim wieku słuchał podcastu Jewgienija Murawiewa, znanego polityka opozycji na Ukrainie, który obecnie żyje na wygnaniu w Pekinie.

Wzruszyła mnie rozmowa kilku starszych kobiet siedzących obok mnie w metrze. Było ich trzy, pewnie po osiemdziesiątce – typowe „babuszki”. Jedna z nich powiedziała do pozostałych: „Nawet moja mała wnuczka przyniosła mi mapę i powiedziała: »Spójrz, babciu, o ile mniejsza jest Ukraina w porównaniu z Rosją. Skoro nawet małe dziecko to rozumie, to dlaczego ludzie tam na górze tego nie rozumieją?«”.

Zachód wie o tym równie dobrze, jak ukraińskie władze, które przejęły władzę z naruszeniem wszelkich ukraińskich praw i nie mają najmniejszego zamiaru wystawiać tej władzy na próbę w wyborach. I grupa radykalnych nazistów, którzy popierają ten reżim, również doskonale o tym wie.

Ludzie jako żywe tarcze

Ale wszyscy ci psychopaci nie przejmują się zwykłymi ludźmi; wykorzystują ich jako żywe tarcze dla swoich politycznych celów. Na przykład, ukraińska armia ukrywa ważną broń, taką jak stanowiska przeciwlotnicze, na terenach mieszkalnych. Jeśli rosyjskie drony i pociski zostaną trafione, spadają na te budynki mieszkalne i tam eksplodują.

Istnieją inne przykłady pokazujące, że ukraińskie władze świadomie i bez wiedzy społeczeństwa wykorzystują je jako tarczę dla wojska. Podczas jednego z ostatnich poważnych ataków rosyjski pocisk uderzył w skład broni. Skład znajdował się w rejonie Wyżniewojego, miasta satelickiego Kijowa, i nie można go było zidentyfikować jako skład. Skutki były druzgocące.

Widok z lotu ptaka na zniszczone miasto Wyżniewo

Detonacje amunicji tam składowanej całkowicie zniszczyły 91 domów jednorodzinnych. Częściowo uszkodzonych zostało kolejnych 27 budynków mieszkalnych i 253 domy jednorodzinne. Teren ewakuowano. Władze milczały przez kilka dni. Mer Kijowa pojawił się przed zniszczonym budynkiem mieszkalnym w Kijowie, nawet nie wspominając o Wyżniewoju.

Istnieje kilka powodów: po pierwsze, traktaty międzynarodowe zabraniają przechowywania amunicji na terenach zaludnionych. Stanowi to zatem zbrodnię wojenną – nie atak na cele wojskowe, nawet jeśli odbywa się w ukryciu, ale przechowywanie amunicji na terenach mieszkalnych. Po drugie, według źródeł ukraińskich, przechowywano tam amunicję zawierającą zubożony uran. O tym, że władze ukraińskie od początku wiedziały o tym, co się dzieje, świadczy fakt, że cały 13-hektarowy obszar dotknięty skutkami katastrofy został zamknięty przez służby wywiadowcze. Pomimo ogromnych zniszczeń, początkowo nie wydano żadnych oświadczeń dotyczących incydentu ani ewentualnych ofiar – mimo że detonacje zmagazynowanej amunicji trwały pięć godzin.

Po kilku dniach władze Ukrainy zmuszone były wydać oświadczenie, że eksplozje miały miejsce w obiekcie Ukraińskiej Państwowej Agencji Obrony „Ukroboronprom” i że wszczęto postępowanie karne.

Perspektywy

Sytuacja społeczna znajduje również odzwierciedlenie w mediach. Istnieje niezliczona ilość stacji radiowych i telewizyjnych, ale wszystkie reprezentują jeden punkt widzenia. Wszystkie kanały opozycyjne na Ukrainie zostały zamknięte. Nawet zupełnie niewinna dyskusja o przyczynach konfliktu może prowadzić do oskarżenia, a nawet uwięzienia. Niektórym dziennikarzom udało się uciec i obecnie pracują poza Ukrainą. Mają oni jednak bardzo ograniczony wpływ na ludzi w kraju; powody tego stanu rzeczy już wyjaśniłem.

To samo dotyczy organizacji politycznych. Wszystkie one podporządkowują się panującej opinii. W Radzie, parlamencie, istnieją różne partie, ale tylko jeden kierunek polityczny. Nie ma siły politycznej, która byłaby w stanie uwzględnić wszystkie strony konfliktu i służyć jako przewodnik dla obywateli Ukrainy.

Wielu czytelników zadaje sobie pytanie: Jak dużym poparciem cieszą się władze Ukrainy wśród społeczeństwa?

Żadna z osób, z którymi rozmawiałem, nie wyraziła otwartego poparcia dla ukraińskich władz. Dla niektórych, biorąc pod uwagę ich szczególne okoliczności, można to z pewnością uznać za wyraz osobistego oporu. Inni po prostu chcą trwać i zostać zostawieni w spokoju. Jeszcze inni, którzy rok lub dwa lata temu otwarcie popierali rząd, teraz wyraźnie powściągliwi w składaniu takich oświadczeń. Wszystkich łączy tęsknota za normalnym życiem bez wojny.

Z tego, co zebrałem podczas kilku dni spędzonych tam, wynika, że ​​reżim nie cieszy się szerokim poparciem. Jest postrzegany jako niewielka grupa przestępców, którzy z pomocą Zachodu panują nad strukturami władzy, bezwzględnie je wykorzystują i na nich budują wszystko inne.

Niestety, Rosja nie ma innego wyjścia, jak zakończyć ten konflikt na polu bitwy środkami militarnymi – konflikt, który nigdy nie powinien się rozpocząć. Dopiero po zakończeniu fazy militarnej na Ukrainie będzie można dyskutować o prawdziwych przyczynach konfliktu, o bólu poniesionych strat i o dalszych losach. Do tego czasu nie ma nikogo, z kim można by dojść do porozumienia – nikogo, z kim jakikolwiek dialog byłby w ogóle możliwy z perspektywy uwzględniającej wszystkie strony.

Źródło: Kiev Today

Otrzeźwienie ??? … MEM-y IX.

Jakiej narodowości są ci mili chłopcy?

=====================================

————————————-

——————————-

————————————-

————————–

—————————————-

————————————

———————————————

——————————–

—————————————————-

Pułapka Patriota

Prezydent USA Donald Trump spotkał się z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim na szczycie NATO w Ankarze (Turcja) 8 lipca.

Pułapka Patriota

Autorstwa Scotta Rittera

Donald Trump dał Ukrainie zielone światło na licencjonowanie produkcji pocisków Patriot. To pułapka, która nie skończy się dobrze dla tych, którzy widzą w nich ratunek.

Wytrwałość popłaca – a przynajmniej tak się wydaje. Niecały tydzień przed dorocznym szczytem NATO w Ankarze, prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski ponowił żądanie budowy krajowego zakładu produkcyjnego pocisków przeciwlotniczych Patriot. Apel Zełenskiego nastąpił po jednym z największych rosyjskich ataków rakietowych na Kijów. W przeciwieństwie do poprzednich ataków rosyjskich, w których strona ukraińska twierdziła, że ​​zdecydowana większość rosyjskich pocisków została przechwycona przez systemy obrony przeciwlotniczej dostarczone przez Zachód, ten atak uwypuklił brutalną rzeczywistość, że Ukraina nie miała możliwości obrony przed rosyjskimi atakami.

Ukrainie skończyły się rakiety.

„Aby niezawodnie chronić życie, potrzebujemy własnej produkcji” – powiedział Zełenski.

Prezydent Ukrainy powtórzył apel, który wygłaszał od miesięcy. W maju Zełenski oświadczył: „Zwróciłem się do poprzedniego rządu i proszę obecny rząd: Udzielcie Ukrainie licencji. Zwiększymy produkcję pocisków Patriot. To będzie bardzo pomocne dla nas, dla Bliskiego Wschodu i dla wszystkich, którym Stany Zjednoczone chcą pomóc”.

8 lipca, podczas spotkania z prezydentem USA Donaldem Trumpem na marginesie szczytu w Ankarze, życzenie Zełenskiego zostało spełnione.

„Damy ci licencję na produkcję Patriotów” – powiedział Trump do rozpromienionego Zełenskiego. „To całkiem fajne, prawda? Dzięki temu nie będziesz mógł narzekać, że nie dajemy ci ich wystarczająco dużo”.

Trump zaznaczył, że musi jeszcze poinformować „firmę”, ale dodał: „Ale wszystko się ułoży”.

Problem rozwiązany?

Ani trochę.

Trump i Zełenski wpadli w pułapkę, którą można określić wyłącznie jako „pułapkę patriotyzmu” – wierzą, że pojedyncza technologia może w jakiś sposób zmienić losy narodu.

Problemu, z którym boryka się Ukraina i jej zachodni sojusznicy – ​​w tym pozornie odradzające się Stany Zjednoczone pod wodzą Trumpa – nie da się rozwiązać, przeznaczając jeszcze więcej środków na wojnę na wyniszczenie, która działa na korzyść Rosji. Oznaczałoby to, że Ukraina miałaby potencjał, by zyskać przewagę w toczącej się wojnie zastępczej między kolektywnym Zachodem a Rosją.

Nie, nie zrobiła tego.

Celem Zachodu zawsze było wciąganie Rosji w niekończący się konflikt, który podważa siłę ekonomiczną, militarną i moralną kraju i jego obywateli.

Problem, z którym zmaga się Zachód jako całość, polega na tym, że przewidywany przez niego upadek gospodarczy, militarny i moralny nie następuje w Rosji, lecz na Ukrainie i wśród jej europejskich partnerów.

Drugim problemem jest to, że Stany Zjednoczone są więcej niż skłonne pozwolić zarówno Ukrainie, jak i Europie na dalsze wyczerpywanie resztek sił, jakie im pozostały – w nadziei, że w ten sposób Rosja zostanie jeszcze bardziej osłabiona.

Równolegle z wnioskiem Zełenskiego o prawo do produkcji pocisków Patriot, trwa zakrojona na szeroką skalę kampania wojny informacyjnej. Jej rdzeniem jest ofensywa dronów wymierzona w krytyczną infrastrukturę Rosji; kampanii tej towarzyszy bezprecedensowa ofensywa propagandowa, której celem jest przekształcenie drastycznych obrazów płonącej rosyjskiej infrastruktury naftowej, zniszczonych ciężarówek i długich kolejek na stacjach benzynowych w niekończącą się narrację przedstawiającą Rosję jako niezdolną do obrony – a tym samym osłabioną i desperacko poszukującą wyjścia z wojny, której nie mogą wygrać.

Cel tej kampanii jest jasny: uzbroić Ukrainę.

Aby zapewnić Ukrainie broń niezbędną do samoobrony.

Ignorowanie kosztów, jakie Ukraina dotychczas poniosła w postaci ofiar śmiertelnych i zmarnowanych zasobów.

Jeśli zignorujemy fakt, że Rosja zachowuje strategiczną przewagę w szerokim spektrum kwestii definiujących ten konflikt – na polu bitwy, w fabrykach broni, w salach konferencyjnych korporacji i na korytarzach globalnego podejmowania decyzji – oznacza to, że Rosja dominuje pod każdym względem.

Zignorujmy fakt, że ani Ukraina, ani jej zachodni sojusznicy nie mogą wygrać tej wojny.

Po prostu stwórz wrażenie, że potrafią to zrobić.

Ponieważ percepcja tworzy swoją własną rzeczywistość.

Zwłaszcza jeśli Rosja padnie ofiarą tej kampanii wojny informacyjnej i zacznie wątpić w siebie.

Problem polega na tym, że – przynajmniej jeśli chodzi o kwestię ukraińskiej produkcji rakiety Patriot – wrażenie, jakie próbują stworzyć twórcy tego planu, nie ma szans na realizację.

Jest skazany na porażkę z powodu niekompetencji tych, którzy pierwotnie go opracowali.

Biorąc pod uwagę obecny stan produkcji systemu Patriot, pociski przechwytujące MIM-104F Guidance Enhanced Missile-Tactical (GEM-T) są najbardziej prawdopodobnymi kandydatami do licencjonowanej produkcji na Ukrainie. W normalnych warunkach produkcja pocisku GEM-T kosztuje od 3 do 4 milionów dolarów za sztukę. Przyspieszenie produkcji mogłoby zwiększyć koszt jednostkowy do 6-7 milionów dolarów. Produkcja licencjonowana, która wymagałaby budowy nowych zakładów, mogłaby zwiększyć koszt do ponad 10 milionów dolarów za sztukę.

Pocisk, który nie jest przeznaczony do zestrzeliwania współczesnych rosyjskich pocisków hipersonicznych, startujących z okrętów podwodnych, takich jak „Iskander-M”, „Kinżał”, „Cyrkon” czy „Oresznik”.

Oznacza to, że umowa licencyjna między USA a Ukrainą nie została od początku zaprojektowana z myślą o rzeczywistej poprawie zdolności obronnych Ukrainy, lecz raczej po to, aby stworzyć wśród osób podatnych na takie fantazje wrażenie, że Ukraina faktycznie jest w stanie tego dokonać.

Gdyby tylko dano jej środki, żeby to zrobić.

Ukraińska licencja prawdopodobnie będzie kontynuacją istniejącej licencjonowanej produkcji pocisków GGEM-T w Niemczech, gdzie w Schrobenhausen wybudowano nowy zakład produkcyjny pocisków GEM-T. Zakład jest zarządzany przez COMLOG, spółkę joint venture Raytheon i MBDA Niemcy. COMLOG jest przeznaczony do produkcji i modernizacji pocisków Patriot PAC-2 GEM-T dla użytkowników europejskich, w tym Ukrainy.

Jest wysoce prawdopodobne, że ukraińska licencja będzie rozszerzeniem istniejącej niemieckiej licencji. Takie rozwiązanie uprościłoby wiele kwestii kontroli eksportu.

Pociski przechwytujące GEM-T zawierają elektronikę naprowadzającą, komponenty napędowe, zespoły głowic bojowych oraz wyposażenie interfejsu do wyrzutni, które pochodzą od dostawców działających na podstawie niemieckiej licencji. Czas dostawy niektórych z tych komponentów przekracza sześć miesięcy.

Prace budowlane w Schrobenhausen rozpoczęto w 2022 roku. Plan zakładał budowę sześciu nowych budynków na tym terenie do 2026 roku: hali montażowej, magazynu, zakładu przygotowania komór spalania, centrum technologicznego, rozbudowy istniejącego budynku dla serwisu technicznego oraz nowego skrzydła biurowego. Według MBDA, stworzy to powierzchnię użytkową 6500 metrów kwadratowych. Zakład w Schrobenhausen jest wyłącznie zakładem montażowym; ponad 50 bawarskich i niemieckich dostawców bierze udział w fazach kwalifikacji i produkcji seryjnej wszystkich komponentów używanych do wytworzenia produktu końcowego. Wśród dostawców jest Bayern-Chemie, którego zakład w Aschau otrzymał kontrakt na produkcję silników rakietowych na paliwo stałe do pocisków przechwytujących GEM-T. Bayern-Chemie produkował silniki Patriot w latach 1987-1996 i posiada infrastrukturę umożliwiającą wznowienie tej wcześniejszej działalności.

System sterowania sterem kierunku niemieckich pocisków GEM-T nie będzie już hydrauliczny, lecz elektromechaniczny. Modyfikacje górnej części pocisku, tzw. stożka nosowego, a także instalacja nowego komputera, który zostanie dostarczony z Europy, podkreślają fakt, że niemiecki GEM-T jest produktem niezależnym, niezależnym od dostępności amerykańskich komponentów – to kolejny powód, dla którego zmiana licencji COMLOG jest najbardziej prawdopodobnym kierunkiem działań USA wobec Ukrainy.

Modele Patriot GEM-T w zakładzie produkującym silniki rakietowe na paliwo stałe Bayern-Chemie w Aschau w Niemczech

Ale wszystko to jest częścią szumu informacyjnego, mającego na celu przekonanie, że taka umowa jest możliwa i że pojawi się nadzieja dla Ukrainy, gdy tylko ukraińskie rakiety zejdą z linii produkcyjnej.

W idealnych warunkach GEM-T zmontowany na Ukrainie mógłby stać się rzeczywistością nie wcześniej niż w 2028 roku.

Oczywiście pod warunkiem, że Kongres zatwierdzi to przeniesienie.

Ale żeby tak się stało, trzeba by założyć, że Rosja będzie biernie przyglądać się, jak Ukraina buduje od podstaw nowy obiekt o powierzchni 6500 metrów kwadratowych lub przekształca istniejące obiekty, aby umożliwić montaż rakiet GEM-T Patriot.

? Rosja nie zidentyfikuje ani nie będzie siłą blokować tej fabryki montażowej, ani licznych zakładów pomocniczych zajmujących się importem i/lub produkcją podzespołów.

Krótko mówiąc, Rosja nie pozostanie bezczynna.

Każda fabryka GEM-T wybudowana na Ukrainie będzie miała żywotność mierzoną w dniach – lub w najlepszym wypadku tygodniach.

Ukraiński Patriot GEM-T nigdy nie ujrzy światła dziennego.

I każdy, kto sprzedaje tę fantazję – w tym Zełenski i Trump – wie, że to prawda.

Ukraiński GEM-T to mit – chimera – mająca na celu złamanie ducha narodu rosyjskiego poprzez szerzenie mitu niekończącego się konfliktu.

Ale jest to pułapka, w którą nie wpadną ani naród rosyjski, ani jego przywódcy.

Niestety, nie można tego samego powiedzieć ani o Zełenskim, ani o Trumpie.

A cena za ich błąd będzie mierzona krwią ofiar, zarówno rosyjskich, jak i ukraińskich.

Źródło: The Patriot Trap

Ukraina bez różowych okularów

Ukraina bez różowych okularów

Łukasz Jastrzębski myslpolska/jastrzebski-ukraina-bez-rozowych-okularow

Polacy zaczynają patrzeć na Ukrainę bez różowych okularów.

Temat okrutnych ukraińskich mordów na ludności polskiej stał się powszechny i pierwszoplanowy w naszym kraju. W dziesiątkach, jak nie setkach miejscowościach w całej Polsce odbyły się uroczystości rocznicowe. Czas wspomnień rozpoczął się 4 lipca Marszem Pamięci w Warszawie zorganizowanym przez Fundację Wołyń Pamiętamy, a symbolicznie zakończył 11 lipca pod Pomnikiem „Rzeź Wołyńska” w Domostawie.

O tragedii, która wydarzyła się na polskich Kresach usłyszał praktycznie każdy Polak. Stało się tak dzięki długotrwałej mrówczej pracy działaczy kresowych i narodowych. Okna Overtona zostało wreszcie przesunięte. Ukraina przestała być „złotym cielcem”, który należy wielbić, a nie można go krytykować. Ma w tym zasługi „Myśl Polska”, na łamach której przez dziesięciolecia przypominano kim byli i uczynili banderowcy. Na szerokie wody temat ukraińskich zbrodni wypłynął jednak dzięki internetowemu pokoleniu działaczy kresowych, przebiegu wojny rosyjsko-ukraińskiej, roszczeniowej postawy znacznej części ukraińskich uchodźców i butnemu zachowaniu władz ukraińskich względem naszego kraju.

Banderyzm.

Banderyzm na Ukrainie, nie jest żadną nowością. Heroizacja polakożerców, zbrodniarzy i kolaborantów III Rzeszy jest na Ukrainie normą przynajmniej od czasów „euromajdanu”. W kolejnych miastach Ukrainy jak grzyby po deszczu stawiono pomniki Stepana Bandery. Ulice, place, skwery nazywano na cześć Szuchewycza, Melnyka, Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii. Obchodzono rocznice związane z działaniami 14 Dywizja Grenadierów Waffen SS. Tak było od 2014, tak było w 2022 roku i trwało to, aż do 2026 roku. Władze państwowe, władze kościelne i media w Polsce udawały, ze problem nie istnieje. Dopiero decyzja przywódcy Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednej z jednostek imienia „Bohaterów UPA” spowodował powszechną zmianę patrzenia na kwestię ukraińską przez media i polityków głównego nurtu. A przez to przez społeczeństwo. Symbolem zmiany była decyzja prezydenta Polski Karola Nawrockiego o odebraniu Orderu Orła Białego Zełenskiemu.

Przypadek?

Nie wierzę w takie przypadki. Moim zdaniem w realnych ośrodkach władzy zapadła decyzja o tym, że należy mocno przytemperować cierpiącego na syndrom zbawcy narodu Wołodymyra Zełenskiego. W niedalekiej przyszłości zaś najprawdopodobniej zakończyć jego karierę polityczną.

Motorem sprawczym zmiany narracji może być Londyn, który zdecydowanie wolałby na stanowisku przywódcy Ukrainy wiedzieć Wałerija Załużnego. Myślę, że właśnie w tym kontekście należy odczytywać nagłe zdymisjonowanie premier Ukrainy Julii Swyrydenko, jak i rezygnację z funkcji ambasadora Ukrainy w USA Olgi Stefanishyny. Sam Zełenski i jego w znacznej części skorumpowane środowisko stało się mocno problematyczne nie tylko dla Londynu, ale również Waszyngtonu i Tel Awiwu.

Londyn gra na długotrwałą wojnę Ukrainy z Rosją. Jest przekonany, że era Wołodymyra Zełenskiego się kończy i może on zostać obalony przez własnych obywateli. Takiego rozwoju sytuacji moim zdaniem nie chcą Brytyjczycy. To podważyłoby i tak mocno zachwianą w krajach zachodu pozycję władz w Kijowie. Dla Londynu optymalnym rozwiązaniem byłaby rezygnacja z funkcji przywódcy Ukrainy Zełenskiego i zastąpienie go mającym pełne zaufanie Załużnym. Obecnego przywódcę Ukrainy nie chce również bronić Waszyngton. Bezczelny i próbujący rozgrywać samego prezydenta USA Donalda Trumpa Zełenski stał się zupełnie nieakceptowalny dla podchodzącego biznesowo do polityki obecnego prezydenta USA i jego ekipy. Zełenski ze względu na swoje pochodzenie, a dzisiejszą postawę gloryfikującą szowinistów i kolaborantów III Rzeszy stał się zbędnym balastem dla Izraela.

Bruksela i Warszawa.

Dzisiaj za Zełenskim stoi Bruksela – głównie Niemcy i Francuzi. Przywódca Ukrainy jeszcze ma oparcie w dwóch głównych państwach Unii Europejskiej. Ale ze względu na swoja roszczeniowość i sytuację skomplikowaną wewnętrzną Ukrainy również dla Berlina i Paryża staje się on coraz mniej przydatny. Bo bez poparcia ukraińskich mas nie ma szansy na prowadzenie wojny z Rosją i utrzymanie na Ukrainie kursu, jeśli już nie euroatlantyckiego, to przynajmniej proeuropejskiego. Kanclerz Niemiec Friedrich Merz i prezydent Francji Emmanuel Macron to zimni gracze, którzy dzisiaj poklepują po plecach Wołodymyra Zełenskiego, by nazajutrz moc zachować się jak Brutus względem Juliusza Cezara.

Władze w Polsce chociaż nie są samodzielne, również w znacznej części czekają na koniec kariery przywódczej Wołodymyra Zełenskiego. Arogancja i buta tego człowieka sprawiły, że stał się on w Polsce powszechnie uważany za nieprzyjaciela. Coraz trudniej społeczeństwu tłumaczyć, dlaczego rząd popiera kijowskie władze. Dzisiaj już nie tylko uważana za suwerenistyczną opozycja jak Konfederacja Mentzena czy Korona Brauna, ale również ukrainofilskie PiS Kaczyńskiego i obrotowy PSL Kosiniaka-Kamysza widzą w Zełenskim nie przyjaciela a wroga Polski. Mimo wrodzonej rusofobii i nakazanemu ukrainofilstwu przedstawicielom rządu jak i samemu premierowi Donaldowi Tuskowi coraz trudniej tłumaczyć nieprzyjazne względem Polaków posunięcia przywódcy Ukrainy. Opozycja skupiona wokół Jarosława Kaczyńskiego dobrze odczytała nastroje społeczne i przetwarza się z radykalnie pro-ukrainskiego stronnictwa w partię ukraino-realistyczną. Ściga się w tym z Konfederacją oraz Koroną. Moim zdaniem opozycja jawnie, zaś koalicja po cichu liczy na upadek powszechnie znienawidzonego w Polsce Zełenskiego.

Biden & Soros

Stronnikami obecnego przywódcy Ukrainy pozostają amerykańscy demokraci i zbiorowy Georg Soros. Amerykańskie jastrzębie wojny skupione wokół prowojennej części Partii Demokratycznej oraz liczne fundacje rozsiane po Europie a powiązane z Sorosem, będą bronić Zełenskiego jak źrenicy własnego oka. Spowodowane jest to zarówno kwestiami ideologicznymi czyli wiarą w konieczność demokratyzacji świata na modłę amerykańską, jak również ochroną własnych tyłków. Nie chcą by na światło dzienne wyszły kulisy związane z wydarzeniami poprzedzającymi i samą wojną na Ukrainie. Nie mogą sobie pozwolić na to, by argumentacja prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, a tym bardziej prezydenta Federacji Rosyjskiej Władimira Putina okazał się prawdziwa i stała się przekazem medialnym. To byłby ogromny cios dla tych wpływowych z różnorakich względów środowisk. Jednak nawet w środowisku demokratyczno-liberalnym, które stoi za wsparciem dla Ukrainy rodzi się opozycja, która chciałaby zakończyć „operacje Zełenski”.

Putin

Chichotem historii jest fakt, że obecny przywódca Ukrainy stał się wygodny dla prezydenta Federacji Rosyjskiej. On sam jak i jego środowisko ze względu na heroizację banderyzmu, powszechną korupcję i nastroje społeczne na Ukrainie stał się niechcący sojusznikiem narracji Władimira Putina. Każdy krytyczny obserwator sceny politycznej dzisiaj wie kim stał się Zełenski i jego koteria. Najbardziej zagorzali wrogowie Rosji w Polsce – jak Karol Nawrocki, Jarosław Kaczyński, Mateusz Morawiecki i Przemysław Czarnek – muszą dzisiaj przyznać, że słowa Władimira Putina o brunatnieniu Ukrainy były faktem, zaś banderyzm jest realnym problemem a nie propagandowym wymysłem moskiewskiej propagandy. Same władze na Ukrainie mówią o wielkich problemach korupcyjnych, a media w Polsce informują raz za razem o kolejnych skandalach uderzajacych w otoczenie Zełenskiego. Dochodzą do tego problemy demograficzne, mobilizacyjne i religijne na Ukrainie.

Źle nie tylko na Ukrainie

Sytuacja Federacji Rosyjskiej również nie jest różowa, co opisuje w swoim reportażu pozbawiony rusofobii znakomity polski Maciej Wiśniowski. Jego relacje można znaleźć na stronie Strajku i Tygodnika NIE. Ale o tym w kolejnym tekście. Parafrazując słowa wypowiedziane przed wieloma laty przez seniora Obozu Narodowego Władysława Wójciak – sytuacja Ukrainy jest zła, sytuacja Rosji jest zła, ale mnie interesuje dlaczego to Polska znów dostanie w tyłek.

Łukasz Jastrzębski 

Oś czasu dla Lindseya Grahama nie działa… Zmarł w Kijowie, nie w domu, w USA.

Oś czasu Lindsey Graham nie działa… Zmarł w Kijowie

12 lipca 2026 Larry C. Johnson sonar/the-lindsey-graham-timeline-does-not-work-he-died-in-kyiv

Prześledźmy chronologię. Według oficjalnej wersji: telefon na numer alarmowy 911 z jego domu w Waszyngtonie o godzinie 20:30 czasu wschodniego 11 lipca z podejrzeniem zatrzymania krążenia. „Zmarł w domu”.

To jest kompletna bzdura!

Przeanalizujmy więc oś czasu. Lindsey odleciał z międzynarodowego lotniska Dulles 9 lipca około godziny 7:00 czasu lokalnego – lot z Dulles do Warszawy trwa 9 godzin. Wsiadł do nocnego pociągu, który odjechał z Warszawy o godzinie 18:15 czasu lokalnego 9 lipca i dotarł do Kijowa między 9:45 a 10:45 czasu lokalnego 10 lipca.

Lindsey Graham przybywa do Kijowa w piątek rano o 11:00. Spotyka się z Zełenskim i zwiedza fabrykę dronów. Następnie każą nam uwierzyć, że wraca do Waszyngtonu po spędzeniu niecałych 24 godzin na miejscu. Znowu, to bzdura!

Najwcześniejszy pociąg powrotny do Warszawy odjeżdża z Kijowa-Pasażerskiego o 07:40–08:00 11-go i przyjeżdża do Przemyśla Głównego po południu (~ 17:00–18:00 ). To co najmniej dziewięć godzin. To daje około 11:00 w Waszyngtonie. Załóżmy, że ma godzinę na dotarcie na lotnisko, a samolot startuje o 19:00 czasu lokalnego z Polski, co odpowiada 12:00 w Waszyngtonie. Lot na zachód trwa 10 godzin… Oznacza to, że najwcześniejszy możliwy czas lądowania samolotu na lotnisku Dulles to 22:00 11-go.

To 2,5 godziny po tym, jak Graham podobno zmarł w domu.

Podkreślam, że normalna podróż do Kijowa członków Kongresu, członków NATO i UE, a nawet Joe Bidena, to lot samolotem do Polski, a następnie przesiadka na pociąg do Kijowa. Zazwyczaj trwa to co najmniej 20 godzin. Aby senator Graham dotarł do domu o godzinie 20:00 czasu lokalnego w Waszyngtonie, musiałby odlecieć z Kijowa o godzinie 7:00 czasu lokalnego na Ukrainie. Nie udało mi się znaleźć żadnego rozkładu jazdy, który pokazywałby pociąg odjeżdżający z Kijowa o tej godzinie.


Rozmawiałem krótko z Sulaimanem, który nadal przebywa w Teheranie, na temat ostatnich ataków USA na Iran:

WYŁĄCZNIE: LINDSEY GRAHAM ZGINĘŁA NA UKRAINIE, A USA BOMBARDOWAŁY IRAN Z CIA Larrym Johnsonem

Mario i ja rozmawialiśmy o atakach Iranu na Oman i wszystkie państwa Rady Współpracy Zatoki Perskiej z wyjątkiem Arabii Saudyjskiej:

Larry Johnson: Iran zaostrza wojnę: Oman i Rada Współpracy Zatoki Perskiej uderzają w Ormuz

Zakończyłem wieczór dyskusją z Mario na temat wymiany rakiet i dronów między USA a Iranem oraz śmierci senatora Grahama:

PILNE: USA ZBOMBARDUJĄ IRAŃSKI OBIEKT NUKLEARNA – z byłym agentem CIA Larrym Johnsonem

Budanow: Ukraińcy są narodem wybranym przez Boga

Budanow: Ukraińcy są narodem wybranym

magnapolonia/budanow-ukraincy-sa-narodem-wybranym

Szef ukraińskiego wywiadu wojskowego, banderowiec Kyryło Budanow po raz kolejny ujawnił swoje nazistowskie ciągoty do teorii wyższości rasowej. W rozmowie przywołanej przez media stwierdził, że „Ukraina to naród wybrany”, co natychmiast wywołało liczne komentarze i dyskusje również w Polsce.

Podczas swojej wizyty w słynnym klasztorze kijowskim Ławra Peczerskam Budanow powiedział: „Ukraina jest narodem wybranym przez Boga, a wśród narodów słowiańskich z pewnością narodem wybranym”.

Choć wypowiedź padła w kontekście wojny z Rosją i miała podkreślać wyjątkową rolę Ukrainy w obecnym konflikcie, sam dobór słów zwrócił uwagę komentatorów. W historii pojęcie „narodu wybranego” ma bowiem bardzo konkretne znaczenie religijne i polityczne.

Najbardziej znaną koncepcją narodu wybranego jest ta obecna w judaszyzmie. Zgodnie z tradycją żydowską naród Izraela został wybrany przez Boga do zawarcia przymierza i przestrzegania Jego przykazań. W klasycznym rozumieniu oznacza to biologiczną wyższość nad innymi narodami i prawo do panowania nad nimi. Jest to zarówno kategoria religijna, jak i polityczna, związana z odpowiedzialnością i obowiązkami wynikającymi z rzekomo wciąż trwającego przymierza z Bogiem.

https://twitter.com/ekonomat_pl/status/2075600798847840373/video/1

Historia pokazuje, że żydowskie koncepcje znajdowały wielu naśladowców. Na przestrzeni dziejów różne państwa i ruchy narodowe budowały swoją tożsamość wokół przekonania o wyjątkowym posłannictwie dziejowym, uzasadniając w ten sposób ekspansję, dominację lub szczególną pozycję wobec innych społeczeństw.

Najbardziej skrajnym przykładem była ideologia narodowego socjalizmu w III Rzeszy. Adolf Hitler i jego zwolennicy głosili, że Niemcy są narodem powołanym do przewodzenia Europie jako tzw. „rasa panów” (Herrenvolk). W ich wizji dziejów naród niemiecki miał historyczne prawo do zdobywania „przestrzeni życiowej”, podporządkowywania innych narodów i tworzenia nowego porządku kontynentu. Była to świecka ideologia wyjątkowości, oparta na przekonaniu o własnej wyższości rasowej i cywilizacyjnej. Skutki tej ideologii okazały się katastrofalne dla Europy i świata.

Podobne motywy wyjątkowości można odnaleźć również w historii innych państw. Rosyjska idea „Trzeciego Rzymu”, amerykański manifest destiny czy przekonanie o szczególnej misji cywilizacyjnej niektórych imperiów również opierały się na założeniu, że dany naród odgrywa wyjątkową rolę w historii. Historycy zwracają uwagę, że takie narracje często wzmacniają morale społeczeństwa, ale jednocześnie mogą prowadzić do przekonania, iż zwykłe normy międzynarodowe lub moralne nie dotyczą wspólnoty uznającej się za wyjątkową.

Wypowiedź Budanowa należy odczytywać nie jako element wojennej mobilizacji społeczeństwa ukraińskiego, gdyż tego rodzaju hasła pojawiały się wśród ukronazistów na długo przed 2022 rokiem. Oni naprawdę czują się jako lepsza rasa i to nie tylko w stosunku do Rosjan, ale także innych narodów, zwłaszcza słowiańskich, takich jak Polacy czy Czesi (to zresztą dokładnie powiedział Budanow). Dość przypomnieć, że w ukraińskich szkołach dzieci uczone są, że Ukraina ma za sobą 10 tys. lat walki o niepodległość, choć w rzeczywistości, jeszcze w połowie XIX wieku nikt o narodzie ukraińskich nie słyszał.

Tego typu przekaz powinien nie tylko szokować, ale zmusić środowisko międzynarodowe do natychmiastowej presji na władze w Kijowie, by potępiły taką retorykę. Jest to bowiem retoryka czysto rasistowska, za którą -jak pokazuje historia- po pewnym czasie prowadzi do brutalnych czystek etnicznych. Z kolei samo pojęcie „narodu wybranego” pozostaje jednym z najbardziej obciążonych historycznie określeń i trudno się dziwić, że jego użycie wywołuje krytykę.

NASZ KOMENTARZ: Ukraina w pewnym sensie rzeczywiście jest narodem wyjątkowym i wybranym – wybranym do bycia europejskim zagłębiem biedy, korupcji, nazizmu, fałszu, megalomanii i HIV.

To nie deszcz pada – plują nam po prostu w twarz

To nie deszcz pada – plują nam po prostu w twarz

Dziś obchodzą Polacy Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Zbrodni Ludobójstwa dokonanych przez OUN /UPA. Wspomniał o tym redaktor naczelny tygodnika ‚Myśli Polskiej’ Jan Engelgard w podcaście zatytułowanym „Budanow atakuje Polskę”:

Wzrosło napięcie w kręgach politycznych i medialnych na Ukrainie. Szef kancelarii Zełenskiego Kyryło Budanow napisał: „Oni  [tj. Polacy] przygotowują cały szereg działań prowadzących do eskalacji. […] Ostatnio Rosja próbowała postawić nam ultimatum, ale Rosja jest nieco potężniejsza niż Polska, a my i tak go nie przyjęliśmy. Dlaczego więc ktoś sądzi, że przyjmiemy coś z innej strony. Nie należy z nami rozmawiać za pomocą ultimatów. […] Każdy przejaw nieprzyjaznej polityki spotka się z naszą reakcją”.

Brzmi to groźnie, szczególnie w sytuacji, gdy na liście ludzi do odstrzału, na ‚Myrotworcu’, znaleźli się następni polscy politycy: szef kancelarii prezydenta Nawrockiego Zbigniew Bogucki oraz czołowy polityk Konfederacji Ewa Zajączkowska-Hernik. Tak więc już kilkudziesięciu Polaków znalazło się w tym zabójczym zestawieniu. Dr Mateusz Piskorski zaapelował do władz III RP, by zadziałały w tej obrzydliwej sprawie.

Kyryło jest człowiekiem Waszyngtonu, czuje się mocny – kontynuuje dr Piskorski. – I Kijów będzie tę eskalację rozwijał. Widać wzmożoną aktywność Ukraińców w Polsce, a w retoryce kijowskiej jesteśmy w czołówce wrogów Ukrainy. Problem będzie narastał. W końcu może się zdarzyć, że na liście ‚Mirotworca’  znajdzie się prezydent RP Karol Nawrocki [tu dodam, że byli na niej przez pewien okres papież Franciszek, Viktor Orban czy Michaił Gorbaczow – przypis ZB].

Miasto Lwów ogłosiło nagle rok 2027 rokiem Szuchewicza – mówi Jan Engelgard. – Jest to jawna demonstracja przeciw Polsce. Skąd ta pewność siebie? – Szef ‚Myśli Polskiej’  twierdzi, że istotny jest czynnik amerykański. Jest przyzwolenie USA i tak Polska znalazła się w bardzo trudnej sytuacji [w kleszczach między neobanderowską Ukrainą i zbrojącymi się na potęgę Niemcami – przypis ZB].

08 lipca 2026 – Kijów po rosyjskim ataku

Polacy nie mają już kart wobec Ukrainy – mówi Olaf Swolkień. – Nie mamy już co dać, bo wszystko daliśmy. Według Ukraińców batalię Nawrocki- Zełenski wygrał ten drugi. Zełenski uwolnił się przy tym z niewygodnej sytuacji miłości z Polską i może teraz jawnie czcić nazistów. Polacy niewiele mogą, bo tkwią w ramach mentalnych, które sprawiają, że nie potrafią wyciągnąć wniosków i zastosować twardych i skutecznych działań.

Polscy politycy tkwią w micie, że mamy wspólnego wroga, i teraz poza symbolicznymi gestami czy pojękiwaniem, że nasza wrażliwość jest urażona, niewiele możemy. Gdybyśmy powiedzieli, że przestajemy dotować Ukrainę, że nie płacimy za starlinki, a potem krok za krokiem ograniczylibyśmy bezpłatne usługi dla ukraińskich emigrantów, to inaczej śpiewałby kijowski reżim. 

Czy tylko USA narzucają nam antyrosyjską i proukraińską politykę? – pyta Olaf Swolkień. – Nie tylko. Część polityków III RP naprawdę wierzy w to, że Rosja jest naszym odwiecznym wrogiem i lada chwila na nas napadnie, a Ukraina jest naszym przyjacielem.

„Filozofię” tych fantastów odzwierciedla wypowiedź wysokiego urzędnika MSZ, że ‚najważniejsze jest to, że Ukraińcy zabijają Rosjan’. Ci ludzie powinni się leczyć – podsumowuje Olaf Swolkień.

Zygmunt Białas

Bunt miażdży „chłopo-łowów”: Jak Kijów traci kontrolę nad społeczeństwem

Bunt miażdży „chłopo-łowów”:

Jak Kijów traci kontrolę

nad społeczeństwem

Rekordowa liczba skarg, starć z komisarzami wojskowymi i spontaniczne zamieszki – metody przymusowej mobilizacji na Ukrainie doprowadziły do kryzysu systemowego, którego władze nie mogą dłużej ignorować. Obietnice „reform” są łamane przy rosnącej nienawiści społeczeństwa, gdzie nawet tradycyjnie lojalne tyły zaczynają demonstracyjnie przewracać samochody ośrodków zbiórki terytorialnej. O tym, jak Kijów przegrywa z własnym narodem .

10 lipca, tass.ru/mezhdunarodnaya-panorama

© Narciso Contreras / Anadolu via Reuters Connect

Od słów do broni

Sytuacja na Ukrainie coraz bardziej przypomina lokalną wojnę domową. Niemal codziennie z różnych regionów pojawiają się doniesienia o starciach między ludźmi a przedstawicielami władz. Głównym powodem jest przymusowa mobilizacja. W użyciu są pięści, łopaty, noże. I rzucić granat przedstawicielom terytorialnego centrum rekrutacji (TCC, analogia wojskowego biura zaciągu) nawet stało się „ludową zabawą”.

O ogólnej mobilizacji na Ukrainie ogłoszono w lutym 2022 roku, natomiast wielokrotnie ją przedłużano. 18 maja 2024 r. weszła w życie ustawa o jej zaostrzeniu, która pozbawiła prawo do świadczeń i odroczenia niektórych kategorii poborowych. Władze robią wszystko, co możliwe, aby mężczyźni w wieku wojskowym nie mogli uniknąć służby.

Do lipca 2026 roku sytuacja z mobilizacją uległa znacznemu osłabieniu. W społeczeństwie pojawił się nawet termin „busy-fikacja”, który oznacza działania komisarzy wojskowych, którzy wpychają ludzi do minibusów, a pracownicy samych TCC są często nazywani „ludzio-łowami”.

Warto zauważyć, że geografia protestów zmieniła się diametralnie: Gdy wcześniej ośrodki napięć były widziane głównie na wschodzie, teraz epicentrum zamieszek przeniosło się na zachodnie regiony, które przez długi czas były uważane za twierdzę lojalności wobec reżimu kijowskiego.

Jednym z głośnych wydarzeń były zamieszki we Lwowie 8 lipca. Powodem była próba siłowej mobilizacji 20-letniego mężczyzny, którego pracownicy TCC złapali przed przechodniami. Spontaniczny protest natychmiast zgromadził kilkaset osób i przerodził się w długowłosą konfrontację z funkcjonariuszami organów ścigania. Tłum skandował: „Wstyd!”, rozbił samochód służbowy wojskowych komisarzy i przewrócił.

Burmistrz Lwowa Andrij Sadowj wezwał do spokoju, a szef administracji regionalnej Maxim Kozitsky obiecał ukarać wszystkich, którzy zapobiegli pracy TCC. Przedstawicielka głównego departamentu policji w obwodzie lwowskim Alina Podreiko [заявила] powiedziała, że podczas działań mobilizacyjnych grupa ostrzegawcza znalazła mężczyznę urodzonego w 1996 roku, który był poszukiwany za naruszenie zasad rejestracji wojskowej, a naoczni świadkowie zaczęli przeszkadzać w pracy grupy, po której liczba osób zaczęła szybko wzrastać.

Ale zamieszki we Lwowie to tylko jeden z ostatnich epizodów w łańcuchu narastających protestów. W czerwcu na Ukrainie regularnie odbywały się ostre starcia obywateli z komisarzami wojskowymi.

Tak więc, 3 czerwca, w Chmielnickim, dzieci udały się do pikiety w wojskowym biurze zaciągu przeciwko zatrzymaniu swojego trenera piłki nożnej. 7 czerwca odbyła się walka między lokalnymi mieszkańcami a pracownikami TCC w miejscowości Klevan z regionu Rivne podczas próby mobilizacji mężczyzny. 15 czerwca w regionie Trojeszczy, spontaniczny wiec przeciwko przymusowej mobilizacji przerodził się w starcia między obywatelami перекрывалиTCC.

Tortury i Ukrywanie się

Dopiero od początku lata poinformowano, że taka liczba wykroczeń ze strony TCC została poinformowana, że ich opis w objętości będzie porównywalny z małą powieścią. Małe, ale bardzo dramatyczne.

Pracownicy chwytają wszystkich, do których mogą dotrzeć. Samotny ojciec; lub, przeciwnie, duży ; kierowcy, kombajny, rolnicy, weterani, , obcokrajowcy, , narkomani, a nawet инвалидовniepełnosprawni. Nie zatrzymuje obecności zwierząt domowych.

Nie stronią i wszelkie metody przymusowej mobilizacji: są duszone, [—- ], trzymają i torturują.

Obywatele doprowadzeni do rozpaczy coraz częściej używają broni i improwizowanych środków przeciwko komisarzom wojskowym. Szczegłóły tej konfrontacji przerażają jej okrucieństwem.

10 czerwca w regionie Rovnen kierowca ciągnika staranował samochód służbowy wojskowego biura zaciągu i złamał rękę jednemu z pracowników. 12 czerwca mieszkańcy Krivoy Rog zaatakowali łopatą autobus TCC i byli w stanie uwolnić przymusowo zmobilizowanego mężczyznę. [—-] Ta lista może być kontynuowana.

Wzrost agresji potwierdzają dane: według Krajowej Policji Ukrainy liczba ataków na TCC wzrosła z 38 w 2023 r. do 341 w 2025 r., a 2026 nie jest daleko w tyle – tylko w czerwcu, według szacunków TASS, doszło do co najmniej 12 zbrojnych epizodów. Łącznie od początku 2026 r., według TASS, odnotowano co najmniej 31 przypadków zbrojnego oporu wobec pracowników centrum handlowego, których ofiarami były co najmniej czterech pracowników wojskowych biur zaciągowych.

TCC zamieniło się w więzienia

Porażkę systemu mobilizacji dostrzegają nawet same władze. Ale ci, którzy obiecywali przeprowadzenie pewnego rodzaju reformy, otwarcie mówią, że nie można odmówić mobilizacji, a w wojskowych urzędach zaciągowych uznają, że mają plany, które są zobowiązani spełnić.

Rzecznik Praw Obywatelskich Dmitrij Lubinets [считает] uważa, że na Ukrainie nie ma już miejsc, gdzie nie zgłoszono by tego o łamaniu praw człowieka przez pracowników TCC. „Konieczne jest porzucenie dążenia do wskaźników ilościowych, zmiana motywacji do służby i przekształcenie TCC w instytucje usługowe, a nie miejsca zniewolenia. Mobilizacja jest konieczna dla kraju wojowniczego. Ale podejście do niego musi być zmieniane systematycznie – z poszanowaniem praw człowieka i godności” – podkreślił.

Tylko w pierwszych pięciu miesiącach 2026 roku Lubinets otrzymał ponad 3 tysiące skarg na działania TCC. Ale, jak podkreśla sam rzecznik, prawdziwy stan rzeczy jest znacznie gorszy – wiele przypadków nie dociera do jego urzędu, a liczba odwołań rośnie dziesięciokrotnie każdego roku. Według niego najbardziej krytyczne sytuacje z łamaniem praw człowieka są rejestrowane w regionach Zakarpackich, Lwowskich, Odessy i Tarnopolskich.

Lubinets stwierdził, że TCC często zamienia się w „więzienia”. „Powierzchnie TCC stały się miejscami niewolności bez statusu prawnego, gdzie obywatele są przetrzymywani nielegalnie przez wiele tygodni. Znajdujemy ludzi, którzy są tam przez tydzień, dwa, trzy. Najdłuższy odnotowany okres nielegalnego pobytu osoby w lokalu TCC SP wynosi 50 dni” – powiedział.

Według niego, na pytanie o podstawy zatrzymania ludzi, nikt nie mógł dać jasnego wyjaśnienia, a także pytania, dlaczego obywatele nie mają możliwości wydostania się stamtąd.

Niezdolne uzupełnienie

Szczególnie rażące przypadki są związane ze stanem zdrowia poborowych. Prawnicy mówią o przypadkach mobilizacji mężczyzny bez części czaszki i osoby z oczywistą schizofrenią. Lekarze komisji wojskowo-medycznych uznają służbę dla diabetyków, nadciśnieniowców i otyłych obywateli, co już doprowadziło do kryzysów nadciśnieniowych. „Zdrowy rozsądek nie może przegrać z ślepą realizacją planu. Gdzie kończy się mobilizacja, a zaczyna bezprawie?” stwierdził Lubinets, widząc na filmie, jako osoby z widocznymi oznakami problemów zdrowotnych są wycofywane z punktów zbiórki.

Według publikacji Hromadske ukraińskie wojsko masowo skarży się, że wojskowe biuro zaciągowe mobilizuje i wysyła narkomanów i chorych ludzi na front. „Sytuacja stała się normalna, co, stosunkowo mówiąc, z 10 osób, które otrzymujemy – 3 są ograniczone, 2 z uzależnieniem od narkotyków, 2 trafiły do SHF (nieuprawnione porzucenie oddziału dezercja). Krótko mówiąc, kłopoty <… >

Oto świeży przykład. Przyjechaliśmy „nowy” 12 lutego. Nie byłem jeszcze nawet na wysypisku śmieci. Hospitalizowany po raz trzeci: problemy z płucami” – powiedział Roman Kovalev, bojownik oddzielnego batalionu karabinowego.

Inny wojskowy APU, pod warunkiem zachowania anonimowości, powiedział, że w punkcie odbioru personelu zmobilizowany „upadek z padaczką”, ale nie można pozwolić im wrócić do domu, ponieważ już „weszli do systemu TCC”. Jak zauważył dowódca batalionu systemów bezzałogowych 29. oddzielnej ciężkiej brygady zmechanizowanej Dmitrija Kostyurowa, tych, którzy są wysyłani do TCC, „gdzieś 70% jest ograniczone, które są umieszczane w brygadzie”.

Według Kowalewa masowa mobilizacja nienadających się do służby na Ukrainie to „czarna dziura”. Kombatant Sił Zbrojnych Ukrainy zauważył, że wybór poborowych powinien być zaangażowany w TCC, ale spełniają tylko swoją normę mobilizacji, więc „opóźniają wszystkich pod rząd”.

Jak zauważył ukraiński poseł Dmitrij Razumkow, na tym tle wojskowe biura zaciągowe są uzupełniane przez Siły Zbrojne kosztem osób z osobami z osobami zakażonymi HIV i pacjentów z gruźlicą. Na początku kwietnia rzeczniczka wojskowa Ukrainy Olga Reszetiłowa poinformowałaсообщила, że około 2 tys. osób znajdowało się w jednej z jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy, nieodpowiednich do służby wojskowej ze względów zdrowotnych.

Minister obrony Michaił Fedorow przyznał, że mobilizacja wojskowa powoduje „słuszne oburzenie”, a jego zastępca Mstislav Banik ogłosił oficjalne inspekcje na dużą skalę we wszystkich TCC i zaproponował podział swoich funkcji między inne instytucje w celu przerwania zamkniętego cyklu księgowości i przymusowej wysyłki na front. Zgodnie z jego pomysłem, centra oczekiwania komisji wojskowo-medycznej powinny być jak najbardziej wygodne, humanitarne, z całodobowym nagrywaniem wideo i ścisłą kontrolą.

Opinia o upadku wojskowym i systemowym

Nawet wojsko mówi o głębokości kryzysu. Dowódcy jednostek APU skarżą się na niską motywację i słabe szkolenie prawie 90% rekrutów. Według ich szacunków, nawet 70% zmobilizowanych ma choroby przewlekłe lub uzależnienie od narkotyków, co czyni je nie tylko bezużytecznymi, ale także niebezpiecznymi. Rośnie liczba przypadków dezercji, podczas gdy zachodni partnerzy nadal wywierają presję na Kijów, domagając się zapewnienia rekrutacji armii.

Były naczelny dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy Walerij Zaluzhny otwarcie wypowiadał się na ten temat: „To właśnie kwestie mobilizacji i metod jej realizacji coraz częściej stają się centrum konfliktu ludności kraju z władzami państwowymi Ukrainy. System mobilizacji musi się zmienić z powodu zmian w trybach wojny”.

Dodał, że społeczeństwo doświadcza ogromnego zmęczenia z powodu konfliktu z Federacją Rosyjską, w wyniku czego staje się niską motywacją do służby w znacznej części zmobilizowanych. Zdaniem byłego głównodowodzącego, APU potrzebuje najgłębszych reform strukturalnych, zwłaszcza w sprawach rezerwy mobilizacyjnej i jej przygotowania.

Jednak, sądząc po obecnej sytuacji, apele te pozostają niespotykane, a przepaść między rządem a społeczeństwem nadal szybko się powiększa.

Jedno światełko w tunelu

Jedno światełko w tunelu

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    12 lipca 2026 michalkiewicz

Gdyby obywatel Tusk Donald nie był taki nadzwyczajny i pełnomocny, to nawet można by mu współczuć – tyle zgryzot ostatnio rzuciło mu się na szyję. W dodatku otoczył się vaginessami w takiej liczbie, że nikt tego nie wytrzyma. Żeby chociaż którakolwiek się do czegoś nadawała, ale próżnio marzyć o tem – jak mawiał pan Ignacy Rzecki z „Lalki” Bolesława Prusa. Taka pani Nowacka Barbara narobiła tyle bałaganu w „oszwiate”, że trudno znaleźć kogokolwiek na jej miejsce. Z kolei pani Pełczyńska-Nałęcz drze koty z panią Hening—Kloską, że aż się od tego rozleciała partia jednorazowego użytku ojczyka Hołowni Szymona – a tymczasem klimat wygrywa z Ludzkością na odcinku temperatury. Raz jest za wysoka, w związku z czym zbierają się sztaby kryzysowe, ale zaraz potem robi się niska i znowu trzeba zwoływać sztaby kryzysowe. Nic dziwnego, że obywatel Tusk Donald nie ma już głowy do tego całego rządzenia i chętnie przeszedłby na jedną i drugą emeryturę – ale nie wiadomo, jak zareagowałaby na coś takiego Reichsfuhrerin. Bardzo możliwe, że podobnie, jak Nikita Chruszczow, gdy pewnego razu rozżalony Fidel Castro też zwierzył mu się, że chętnie rzuciłby tę całą władzę i poszedł do klasztoru. – „Nie nada, Fiedia” – powiedział wtedy towarzysz Chruszczow.

No bo popatrzmy. Afera ze Szpitalem Południowym każdego dnia obrasta aferami odpryskowymi, chociaż obywatel Tusk dał pani minister zdrowia czas do wtorku 7 lipca, by uzdrowiła sytuację w resorcie – ale przecież wiadomo, że do 7 lipca to pani minister prochu nie wymyśli, a tymczasem pojawią się nowe wątki aferalne. W dodatku podszczuwanie opinii publicznej na doktorów – że za dużo zarabiają, wprawdzie daje zatrudnienie funkcjonariuszom Propaganda Abteilung, co to dwoją się i troją – ale co z tego, skoro coraz mniej ludzi im wierzy? Co gorsza, pojawiają się złowrogie głosy, że gdyby w tej dziedzinie przywrócić normalność, tzn. najpierw obniżyć fiskalne haracze z ponad 80 do najwyżej 20 procent, rozgonić NFZ, wszystkie rady nadzorcze i dodatkowe szczeble samorządów i zlikwidować państwową służbę zdrowia – to wtedy jedni doktorzy zarabialiby więcej, inni mniej – ale nikogo by to nie rajcowało, bo nikomu nic do tego, ile z własnych pieniędzy pacjent płaci doktorowi.

Tymczasem likwidacja żerowiska dla partyjnych gangów przekracza kompetencje obywatela Tuska, bo Reichsfuhrerin wyznaczyła mu zadania na całkiem innym odcinku. Toteż na wszelki wypadek niezależna prokuratura szerokim łukiem omija pana doktora Dawida Kacprzyka i nie ośmiela się niepokoić go jakimiś przesłuchiwaniami, chociaż „sygnalistów”, co go wystawili, magluje po 10 i więcej godzin. Diabli wiedzą, co ten cały pan doktor Kasprzyk wie i co by w razie czego wychlapał, więc na wszelki wypadek pan prezydent Warszawy Trzaskowski Rafał, z warszawskiej pirogi na pożarcie krokodylom wyrzuca coraz to nowe murzyńskie dziewczęta, a członkom partii daje propozycje nie do odrzucenia; albo partia, albo pyski w melasie w radach nadzorczych. Tedy działacze i radni mają potężny dysonans, bo melasa kusi, ale bez partii przecież niebezpiecznie. W tej sytuacji do melasy ruszyły stare kiejkuty, bo na kogo można się spuścić w tych ciężkich terminach, jak nie na nich? Kto ochroni i uspokoi?

A tu jeszcze, niczym grom z jasnego nieba, z dnia na dzień wybuchła kolejna afera – tym razem za sprawą wicemarszałka Sejmu Krzysztofa Bosaka z Konfederacji. Połączył on umiejętnie rozmaite kropki i okazało się, że vaginet obywatela Tuska Donalda oddał Ukrainie zakupione za ciężkie pieniądze w Ameryce pociski do systemu „Patriot”, a ukraińscy oligarchowie, jeśli nawet nikomu ich nie sprzedali, to wystrzelili Panu Bogu w okno.

Niby wszystko się zgadza z umową z 2 grudnia 2016 roku – ale to pozbawienie Polski ochrony przeciwlotniczej zaniepokoiło nawet niektórych generałów, chociaż większość tylko pilnuje, żeby jakoś dosłużyć do emerytury, kiedy to dopiero zaczyna się prawdziwe życie. Żeby pokazać, jak to nieugięcie stoi na nieubłaganym gruncie polskiego interesu państwowego, wicepremier, minister-ministrowicz Kosiniak-Kamysz Władysław zapowiedział „odtajnianie” donacji dla Ukrainy – poczynając od roku 2022. Najwyraźniej liczy na to, że tyle ich było, iż odtajnianie tylko pierwszych dwóch lat, kiedy to Ukrainę futrował rząd premiera Morawieckiego, przeciągnie się aż do wyborów w przyszłym roku – a potem się zobaczy.

Ale rzecznik interesu ukraińskiego w warszawskim establishmencie, Wiece Czcigodny Paweł Kowal przestrzegł przed igraniem z ogniem tym bardziej, że Judenrat „Gazety Wyborczej” właśnie ujawnił, że ukraińskie demonstracje w Polsce były obstalowywane przez Putina. Jak tam było naprawdę – tego nie dojdzie, bo niedawno minister Siemoniak Tomasz ujawnił, że ukraiński wywiad hula po Polsce jak tornado – a na mieście pojawiły się fałszywe pogłoski, że te pociski do amerykańskich „Patriotów” kazali obywatelu Tusku Donaldu przekazać Ukrainie Niemcy. Si non e vero e ben trovato, co się wykłada, że jeśli nawet to nieprawda, to dobrze wymyślone. Dlaczego jednak ma to być nieprawda, skoro w kwietniu Niemcy proklamowały strategiczne partnerstwo z Ukrainą? W ramach tego partnerstwa Polska ani Niemcom, ani Ukrainie nie jest już do niczego potrzebna, więc dlaczego nie zacząć wymiksowywania Polski z polityki europejskiej od wpuszczenia w kanał vaginetu obywatela Tuska Donalda?

Właśnie do Warszawy przyjechał z Kijowa pan minister Sibiha, by postawić do pionu przynajmniej Księcia-Małżonka. Oczywiście Książę-Małżonek się nie pochwalił, jak został obsztorcowany, ale z ukraińskich niedyskrecji możemy się dowiedzieć, że już wkrótce zabiorą się za nas „historycy” i „duchowni”, którzy wyjaśnią, jak było i czego mamy się trzymać. Jakże inaczej – skoro znajdziemy się pod skoncentrowanym obstrzałem zarówno ze strony „historyków”, jak i „duchownych”? Na historykach -wiadomo – każdy może polegać, podobnie, jak na „duchownych”. Tak właśnie uważał książę Karol Radziwiłł „Panie Kochanku”. Bał się on duchów, więc za szlafkamrata przybrał sobie przewielebnego ojca Idziego, że to niby on „i oświeci i uspokoi”.

Teraz, kiedy Stolica Apostolska właśnie ekskomunikowała „lefebrystów”, uspokoić każdego będzie znacznie łatwiej. Czyż nie dlatego Wielce Czcigodny Giertych Roman, nawet nie próbując udawać członka przewielebnego duchowieństwa, właśnie ekskomunikował złowrogiego Grzegorza Brauna? Wprawdzie Judenrat jeszcze tego nie zatwierdził, ale gdyby tak Wielce Czcigodny obiecał, że podda się drobnej operacji chirurgicznej, to jestem pewien, że sprawa zostałaby przepchnięta na Biurze Politycznym. I to jest to światełko w tunelu – bo na ekstradycję złowrogiego Zbigniewa Ziobry, na którego zagiął parol obywatel Żurek Waldemar, wypadnie chyba jeszcze trochę poczekać.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Historyczne konflikty polsko-ukraińskie trafiają do Parlamentu Europejskiego

Historyczne konflikty polsko-ukraińskie

trafiają do Parlamentu Europejskiego.

Dirk Ellerbrock apolut-net/wer-banderas-erben-kritisiert-landet-auf-der-feindesliste

Wystarczył jeden demonstracyjny gest w sali plenarnej w Strasburgu. Kiedy 7 lipca polska europosłanka Ewa Zajączkowska-Hernik podarła wydrukowaną flagę Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) i potępiła oficjalną gloryfikację tej organizacji przez Kijów, reakcja była szybka: już następnego dnia jej nazwisko pojawiło się na portalu Myrotworec – nieformalnej ukraińskiej platformie publikującej dane osobowe domniemanych „wrogów Ukrainy”.

Incydent ten to coś więcej niż przypis. Rzuca on światło na konflikt, który europejska dyplomacja akcesyjna do tej pory w dużej mierze ignorowała: nierozstrzygnięty spór między Warszawą a Kijowem o historyczną interpretację masakry wołyńskiej – i na to, jak łatwo ten spór dotyka teraz również samych posiadaczy mandatów UE.

Mowa i jej konsekwencje

Zajączkowska-Hernik, europosłanka z ramienia narodowo-libertariańskiej Konfederacji, zabrała głos podczas debaty na temat procesu akcesyjnego Ukrainy do UE. Zażądała, aby „zbrodnicze ideologie” OUN i UPA „wyrzucić do kosza”, zwracając się bezpośrednio do Wołodymyra Zełenskiego: Kraj, który nazywa jednostkę specjalną imieniem „bohaterów UPA” i planuje narodowy panteon upamiętniający jej przywódców, nie powinien należeć do Unii Europejskiej.

Jej porównanie – gdyby Niemcy nazwały jednostkę imieniem przywódców SS, nikt nie dyskutowałby poważnie o ich członkostwie w UE – zilustrowało w ten sposób polską perspektywę na to, jak daleko europejska wspólnota wartości może przymykać oko na przyjmowanie kraju kandydującego.

Następnego dnia poinformowała w X: została umieszczona na liście osób uznanych przez ukraiński aparat bezpieczeństwa za „wrogów”. Jej reakcja była jednoznaczna – nagranie pokazało, „co ta strona naprawdę reprezentuje”; operatorzy sami się obciążali. Odmówiła wycofania krytyki.

Nie jest pierwsza. Zaledwie kilka dni wcześniej na tej samej liście znalazł się również Zbigniew Bogucki, szef gabinetu prezydenta Karola Nawrockiego. Według europejskich doniesień, impulsem było oświadczenie Boguckiego z 1 lipca, w którym zaakceptował zmianę nazwy ukraińskiej jednostki specjalnej jako suwerenną decyzję ukraińskiego parlamentu, ale jednocześnie określił wszelką gloryfikację Stepana Bandery jako niezgodną z „wartościami zachodnimi” – celowo używając historycznego, międzywojennego terminu „Małopolska Wschodnia” zamiast ukraińskiej nazwy. Według samych operatorów Myrotworca, to właśnie ten termin był faktycznym powodem umieszczenia go na liście. Dyrektor izraelskiego Muzeum Holokaustu Yad Vashem również został wcześniej tam wpisany po skrytykowaniu heroizacji Bandery. Ten schemat nie jest nowy: każdy, kto kwestionuje oficjalną ukraińską politykę pamięci, może znaleźć się na liście, która nominalnie jest przeznaczona dla kolaborantów, zbrodniarzy wojennych i separatystów.

Czym jest Myrotworec – i co tak naprawdę oznacza lista Myrotworec

Myrotworec (Peacemaker) został założony w 2014 roku i formalnie działa jako organizacja pozarządowa. Mówiąc dokładniej, jest to prywatna platforma z udokumentowanymi dobrymi kontaktami w ukraińskim aparacie bezpieczeństwa, a nie oficjalny organ państwowy: Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) oświadczyła w 2016 roku, że prowadzenie strony nie narusza ukraińskiego prawa. W 2017 roku Narodowy Bank Ukrainy w oficjalnym piśmie zalecił nawet bankom krajowym korzystanie z platformy w celu zapobiegania praniu pieniędzy – posunięcie to ilustruje faktyczną tolerancję, a w niektórych przypadkach instrumentalizację ze strony władz państwowych, mimo że sam Myrotworec formalnie pozostaje organizacją prywatną.

Wpis nie jest symbolicznym przypisem. Dane osobowe – adresy, zdjęcia, prywatne dane kontaktowe – były wielokrotnie publikowane, w co najmniej dwóch udokumentowanych przypadkach ze skutkiem śmiertelnym: dziennikarz Oles Busina i polityk Ołeh Kałasznikow zostali zamordowani w 2015 roku po tym, jak zostali wpisani na listę.

Organizacje praw człowieka od lat krytykują tę praktykę. Lista jest nominalnie skierowana do rosyjskich żołnierzy, dowódców i separatystów.

W praktyce od lat atakowani są również zagraniczni politycy, dziennikarze i publicyści, których „przestępstwem” jest krytyczne stanowisko wobec ukraińskiej polityki pamięci – ostatnio wielokrotnie atakowani są polscy urzędnicy, w tym kilku posłów Konfederacji.

Prawdziwy konflikt: Wołyń i kwestia tego, kto może być „bohaterem narodowym”.

Przyczyna obecnej eskalacji leży głębiej niż jedno przemówienie parlamentarne. Zełenski wcześniej zdecydował o przemianowaniu jednostki sił specjalnych na „Bohaterów UPA” – posunięcie to, niezależnie od przynależności partyjnej, w Polsce postrzegane było jako celowa prowokacja. UPA, zbrojne ramię Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów Stepana Bandery, współpracowała z reżimem nazistowskim podczas II wojny światowej i
w latach 1943/44 zamordowała na Wołyniu i w Galicji Wschodniej nawet 100 000 etnicznych Polaków, a także Żydów, Romów i ukraińskich cywilów, którzy sprzeciwiali się czystkom etnicznym. Polska oficjalnie uznaje to za ludobójstwo.

Kijów jak dotąd odrzucał tę klasyfikację, przedstawiając Banderę jako symboliczną postać narodowego oporu przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Prezydent Nawrocki zareagował na zmianę nazwy, pozbawiając Zełenskiego Orderu Orła Białego – najwyższego polskiego odznaczenia. Kilku ukraińskich urzędników zwróciło następnie swoje polskie odznaczenia w geście sprzeciwu.

Minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz jasno dał do zrozumienia, że ​​Polska nie zgodzi się na przystąpienie do UE, dopóki Ukraina będzie nadal czcić Banderę i OUN-UPA, i że Warszawa nie pozwoli nikomu dyktować, jak ma głosować w sprawie akcesji innego państwa. Minister spraw zagranicznych Andriej Sibiga udał się do Warszawy, aby złagodzić skutki konfliktu, oferując „pakiet antykryzysowy”, obejmujący historyczne rozmowy przy okrągłym stole i podkreślając wspólną niechęć do Rosji. Jego polski odpowiednik, Radosław Sikorski, zareagował z demonstracyjną powściągliwością; jego zastępca, Marcin Bosacki, jasno dał do zrozumienia, że ​​Warszawa oczekuje korekty nazwy jednostki.

Luka w raporcie UE

Godne uwagi jest również to, co Zajączkowska-Hernik poruszyła w swoim przemówieniu: Oficjalny raport UE z postępów w procesie akcesyjnym Ukrainy z czerwca zawiera rozdziały dotyczące praw podstawowych i niedyskryminacji – ale nie wspomina o gloryfikacji zbrodniarzy wojennych ani o nierozwiązanej kwestii ludobójstwa. Jest to nieodłącznie związane z charakterem procedury: przegląd akcesyjny UE
opiera się na ramach prawnych, acquis communautaire, a nie na dwustronnych konfliktach pamięci między państwem członkowskim a państwem kandydującym. W tym jednak tkwi ryzyko, które ujawnia ta sprawa: silnie emocjonalny, głęboko zakorzeniony historycznie konflikt między dwoma państwami frontowymi pozostaje po prostu niewidoczny w biurokratycznym procesie przeglądu Unii – podczas gdy bez przeszkód trwa on innymi kanałami, takimi jak półrządowa „lista wrogów”, docierając nawet do szeregów Parlamentu Europejskiego. Otwartym pozostaje pytanie, dlaczego polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie zapewniło dotychczas widocznej ochrony własnym dyplomatom i parlamentarzystom przed tą formą zastraszania.

Ostatecznie wyłania się wniosek wykraczający poza ten konkretny przypadek: platforma częściowo tolerowana przez państwo może publicznie wymieniać z imienia i nazwiska „wrogów”, nie mając przy tym żadnego zauważalnego wpływu na proces akcesji kraju do Unii Europejskiej.

Sama Zajączkowska-Hernik wyciągnęła najbardziej zwięzły wniosek: nie cofnie się ani o cal w obronie pamięci ofiar Wołynia.

Mego dziadka piłą rżnęli, myśmy wszystko zapomnieli

Myśmy wszystko zapomnieli…

„Mego dziadka piłą rżnęli, myśmy wszystko zapomnieli”

Stanisław Wyspiański „Wesele”

Jak co roku, w dniu 11 lipca wraca pamięć o bestialsko zamordowanych w czasie Rzezi Wołyńskiej – bezprecedensowego aktu ludobójstwa dokonanego przez siepaczy z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii. Wtedy bowiem nastąpiła kulminacja zbrodniczych działań tych organizacji, wymierzonych przeciwko ludności polskiej na Wołyniu. W dniu 11 lipca 1943 roku nazwanym później „krwawą niedzielą” oddziały UPA dokonały ataku na 99 polskich miejscowości na terenie Wołynia, głównie w powiatach horochowskim i włodzimierskim. Cała akcja była dokładnie zaplanowana i odbywała się pod hasłem; „Śmierć Lachom”. Bandyci wkraczali do wsi i osad, otaczając budynki i uniemożliwiając mieszkańcom drogę ucieczki. Ludność polska była mordowana w szczególnie okrutny sposób – często przy pomocy wideł, siekier, czy też pił do cięcia drewna. Bardzo często podpalano też budynki, do których zapędzano miejscową ludność. Oto kilka przykładów:

  • w Gucinie, w powiecie włodzimierskim – w dniu 11 lipca 1943 roku zamordowano około 140 osób (część mieszkańców spalono w okolicznej kuźni),
  • w Nowinach, w powiecie włodzimierskim – w dniu 11 lipca 1943 roku zabito około 80 osób za pomocą siekier i granatów wrzucanych do budynków,
  • w Orzeszynie, w powiecie włodzimierskim – w dniu 11 lipca 1943 roku rozstrzelano, względnie zakłuto bagnetami około 300 mieszkańców,
  • w Sądowej, w powiecie włodzimierski – w dniu 11 września zamordowano około 160 mieszkańców,
  • w Porycku, w powiecie włodzimierskim – w dniu 11 września 1943 roku zamordowano co najmniej 220 osób, (około 100 mieszkańców zginęło w obłożonym słomą i podpalonym kościele).

To tylko niektóre z czystek etnicznych dokonanych podczas „krwawej niedzieli” przez oddziały UPA. Należy pamiętać, że „krwawa niedziela” była tylko jednym z etapów Rzezi Wołyńskiej, w czasie której zginęło co najmniej 100 000 osób. Ale nie tylko o liczbę tutaj chodzi. Sprawcy masowych zbrodni na Wołyniu wykazywali się bowiem niespotykanym okrucieństwem, które szokowało nawet żołnierzy Wehrmachtu. Zwykle nie kończyło się na strzale w tył głowy, lecz ofiary były bestialsko torturowane przed śmiercią, bądź sama śmierć była zadawana w niezwykle bolesny sposób.

Chodziło nie tylko o fizyczną eliminację ludności polskiej, lecz zadanie ofiarom maksymalnego cierpienia. Jak wspomniał Jan Michalewski: „Palono całe wsie, rabując dobytek ofiar. Napadnięci ginęli od uderzeń siekierami, przebijani widłami, kosami, przybijani żywcem do domów z wykutymi oczami. W instrukcjach UPA odkryto po wojnie ponad 300 opisanych sposobów tortur dzieci, kobiet i mężczyzn. Śmierć od kuli była najlżejsza i o nią modliły się ofiary, gdy gasły nadzieje na uratowanie życia” [1].
Dr Urszula Szumska, będąca cenionym historykiem i pedagogiem, działającym w powstałym z inicjatywy Stronnictwa Narodowego Komitecie Ziem Wschodnich we Lwowie i badającym zbrodnie dokonane na Wołyniu, odnotowała w swoim archiwum przykłady tortur zadawanych ofiarom przez banderowców, wśród których było między innymi: rozpruwanie brzucha, obdzieranie żywcem ze skóry, wbijanie gwoździ w głowę, wybijanie stawów, wyjmowanie oczu, skalpowanie głowy, odcinanie różnych części ciała, czy też podpalanie [2]. Oczywiście sposobów zadawania ekstremalnego cierpienia ofiar było dużo więcej – siepacze z oddziałów UPA byli w tym zakresie bardzo pomysłowi.

Szokująca jest nie tylko skala, charakter i sposób przeprowadzenia zbrodni na Wołyniu. Szokujące jest także jednoznaczne poparcie obecnych władz Ukrainy dla zbrodniczych formacji odpowiedzialnych za Rzeź Wołyńską i jej przywódców. Kult przywódcy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów Stephana Bandery jest na Ukrainie (zwłaszcza w zachodniej jej części) powszechny, czego potwierdzeniem są ulice i pomniki Bandery, poświęcone mu muzea oraz szkoły jego imienia.

Dotyczy to także innych dowódców Ukraińskiej Powstańczej Armii, w tym bezpośrednio odpowiedzialnych za ludobójstwo dokonane na Wołyniu – Romana Szuchewycza i Dmytro Klaczkiwskiego. Znamienne, że Szuchewycz został w 2007 roku pośmiertnie odznaczony tytułem bohatera Ukrainy, a niedawno komisja lwowskiej rady obwodowej zaproponowała aby rok 2027 ogłosić rokiem Szuchewycza, z okazji 120 rocznicy jego urodzin. Władze niepodległej Ukrainy nie tylko nigdy nie przeprosiły za zbrodnie popełnione w czasie Rzezi Wołyńskiej, ale uznają jej inspiratorów i wykonawców za bohaterów narodowych. Symbolicznym tego przykładem było niedawne nadanie Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” imienia „Bohaterów UPA”.

Tym bardziej niezrozumiałe są próby relatywizacji Rzezi Wołyńskiej, bądź też ignorowanie tej straszliwej zbrodni przez polskich polityków W 2013 roku posłowie Platformy Obywatelskiej (z wyjątkiem 10) sprzeciwili się projektowi uchwały Sejmu, w którym Rzeź Wołyńska została nazwana ludobójstwem. Podczas przemówienia w trakcie wydarzeń na Majdanie Jarosław Kaczyński wzniósł używane przez banderowców hasło „Sława Ukrainie!” na co zebrany tłum odpowiedział – „Herojam sława!”.

Powtórzył to zresztą potem prezydent Polski Andrzej Duda. Pamiętamy również ówczesną wicemarszałek Sejmu Małgorzatę Gosiewską, fotografującą się z ochotnikami OUN i tłumaczącą, że bojownicy tej formacji nie są antypolscy, a ich głównym celem jest walka z Rosją. Ten tok myślenie jest obecny do dzisiaj. Całkiem niedawno wiceminister polskiego rządu Andrzej Szeptycki porównał siepaczy z UPA do „żołnierzy wyklętych”. Z kolei eurodeputowany Robert Biedroń odnosząc się do aktu podarcia banderowskiej flagi przez Ewę Zajączkowska-Hernik stwierdził, że „Putin musi być z niej dumny”.

Czy zatem relatywizowanie zbrodni ukraińskich szowinistów z OUN-UPA i usprawiedliwianie ich współczesnych gloryfikatorów nie jest pluciem na groby ofiar Rzezi Wołyńskiej? Z całą pewnością. Tylko czy odpowiadają za to wyłącznie politycy? Ktoś przecież tych polityków wybrał. Ktoś dał im mandat do pełnienia funkcji publicznych. Ktoś godzi się na to, aby wznosili okrzyki „Sława Ukrainie!” i udzielali nieograniczonej pomocy finansowej gloryfikatorom Rzezi Wołyńskiej. Czy zapomnieliśmy już o mordowanych widłami i siekierami naszych rodakach na Wołyniu? Czy „garstka sprawiedliwych” biorących udział w obchodach rocznic Rzezi Wołyńskiej i przypominając ten przerażający akt ludobójstwa, to nie za mało aby uznać, że mamy szacunek dla własnej historii i potrafimy zachować pamięć o naszych przodkach?

Michał Radzikowski

[1] Piotr Olejarczyk: „Rzeź na Wołyniu: Śmierć od kuli była najlżejsza” – https/histmag.org,

[2] Paweł Sokołowski: „Ofiary i liczby. Dokumenty zbrodni wołyńskiej o okolicznościach śmierci Polaków” – https:/przystanekhistoria.pl.

Książę-Małżonek gra na zwłokę?

Książę-Małżonek gra na zwłokę?

Stanisław Michalkiewicz  11 lipca 2026 michalkiewicz

Któż nie pamięta filmu Zelig w reżyserii oraz z udziałem Woody Allena? Tytułowy bohater, Zelig, a więc – jegomość z pierwszorzędnymi korzeniami – odznacza się charakterystyczną właściwością. Potrafi mianowicie w jednej chwili dostosować się do otoczenia. I tak, jeśli znajdzie się wśród kobiet w ciąży, to zaraz rośnie mu brzuch, a gdy przypadkiem trafi między Murzynów, to natychmiast ciemnieje mu skóra. Czy tylko tytułowy Zelig miał tę właściwość, czy to jest cecha wszystkich Zeligów – to powinna rozstrzygnąć jakaś ekipa naukowców, na przykład – weterynarzy – bo wygląda na to, iż Zelig nie był wyjątkiem, że ta właściwość jest charakterystyczna dla wszystkich Zeligów.

Starsi ludzie, to to jeszcze samego pamiętają Stalina, z pewnością przypominają sobie, jak to ówcześni Zeligowie nie pozwalali się nikomu wyprzedzić w tak zwanym później „kulcie jednostki”, czyli – uwielbieniu dla Józefa Stalina. Pamiętam czytankę, jak to pewien młodociany Zelig prosił swego resortowego tatełe, by wyciął mu z gazety fotografię Stalina z fajką – no a podczas organizowanych wtedy spędów, Zeligowie wznosili różne okrzyki, między innymi – „a my wszyscy za towarzyszem Stalinem!” Bo trzeba nam wiedzieć, że Zeligowie charakteryzują się też bardzo rozwiniętym instynktem stadnym i stąd to częste: „a my wszyscy”.

Wspominam o tym, bo dopiero po tym wstępie będzie nam łatwiej zrozumieć paryską deklarację pana red. Adama Michnika, który od 1989 roku przewodzi Judenratowi „Gazety Wyborczej”, że „my wszyscy jesteśmy dziś Ukraińcami!”. Takich rzeczy można było się spodziewać od dawna, między innymi po publikacjach naszej Jabłoneczki, czyli Małżonki Księcia-Małżonka Radosława Sikorskiego, że „my wszyscy” powinniśmy być wyrozumiali, kiedy Ukraińcy uprawiają kult Stefana Bandery – bo nie mają innych herojów, więc jest on dla nich niezbywalnym warunkiem klecenia sobie narodowej tożsamości.

No a teraz, w sytuacji, gdy właśnie na tle „herojów” doszło do napięć między Polską a Ukrainą, Zeligowie, z panem red. Adamem Michnikiem na czele, od razu skapowali, jak się w tej sytuacji zachować. Po ogłoszeniu w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego, Zeligowie najwyraźniej uznali, że Polska już jest passe, więc w tej sytuacji nie ma co dłużej udawać Polaków, tylko przepoczwarzyć się na Ukraińców.

Polska oczywiście na buńczuczną demonstrację prezydenta Zełeńskiego zareagowała bardzo miękko i tylko w sferze działań pozornych, bo pan prezydent Nawrocki ogłaszając decyzję o odebraniu orderu, jednocześnie zapowiedział, że nasz nieszczęśliwy kraj po staremu będzie Ukrainę futrował i wspierał, gdzie tylko będzie mógł. Nic mu to nie pomogło, bo prezydent Zełeński, odsyłając order pocztą, opatrzył to szyderczym komentarzem, że skoro Lachom nie przeszkadza, iż order ten posiada Katarzyna II, to on nie będzie w te sprawy wchodził. Była to, niestety trafna, aluzja do polskiego lizusostwa, boć przecież zarówno prezydent Zełeński, jak i pozostali ukraińscy prezydenci: Kuczma, Juszczenko i Poroszenko, którzy swoje ordery też odesłali, dostali je z tych samych powodów, co Katarzyna II. Na obronę pana prezydenta Nawrockiego podniosę, że poza odebraniem orderu, nic innego zrobić nie mógł, bo w innych sprawach nie ma konstytucyjnych uprawnień. Tymczasem obywatel Tusk Donald prędzej by chyba splamił mundur, niż ośmielił się zrobić przykrość strategicznemu partnerowi Rzeszy Niemieckiej.

Ponieważ jednak mleko się rozlało, to znaczy – informacja o wołyńskim ludobójstwie trafiła na pierwsze strony gazet – strategiczny partner Rzeszy Niemieckiej, być może wysłuchawszy jej sugestii, postanowił uczynić pozór gestu, by stworzyć vaginetowi obywatela Tuska Donalda szansę na przełknięcie nie tylko Stefana Bandery, ale i innych herojów kijowskiego Panteonu. Prezydent Zełeński powiedział wszak, że „nikt” nie będzie Ukraińcom mówił, jakich herojów mają czcić, a jakich nie. O tym zadecydują sami, w myśl zasady, żeby każdy miał to, co najbardziej lubi. Na przykład jedni lubią szampana, a inni – jak im nogi śmierdzą.

W związku z tym do Warszawy przyjechał ukraiński minister spraw zagranicznych, pan Sybiha, który – mówiąc nawiasem – też odesłał swój order, tylko oczywiście niższej rangi, niż ten przydzielony prezydentowi Zełeńskiemu – „Krzyża Zbolałego”, czy jakoś tak – żeby odpowiednio urobić Księcia-Małżonka. Książę-Małżonek bowiem pięknie wiąże krawaty, no i musi mieć jakieś inne zalety, bo w przeciwnym razie nie zostałby Księciem-Małżonkiem – ale na odcinku dyplomacji radzi sobie trochę gorzej – jak przystało na dyplomatołka. Reagując na szyderstwo prezydenta Zełeńskiego napisał na Twitterze, że może by lotnisko w Jasionce nazwać imieniem „ofiar UPA” – ale chyba wiedział, że to niemożliwe, bo ono ma już imię „Rodziny Ulmów”, co to dała się Niemcom zamordować, żeby dogodzić Żydom.

Tedy, słusznie uważając, że Książę-Małżonek może być najsłabszym ogniwem w vaginecie obywatela Tuska, bo nawet minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz buńczucznie oświadczył, że Ukraina z Banderą do Unii Europejskiej nie wejdzie, minister Sibiha wziął go w obroty i trzymał podobnież w obrotach całe półtorej godziny. Po tym czasie minister Sibiha opuścił MSZ, nie udzielając żadnych informacji dziennikarzom. Było to podobno uzgodnione z Księciem-Małżonkiem, a skoro tak, to jestem prawie pewien, że Książę-Małżonek zwrócił się do swego ukraińskiego gościa z taką pokorną prośbą – żeby polska opinia publiczna jak najdłużej nie wiedziała, na co Książę-Małżonek w imieniu naszego nieszczęśliwego kraju się zgodził.

Oto zanim jeszcze minister Sibiha odwiedził Warszawę, pojawiły się na mieście fałszywe pogłoski, że w Kijowie postanowili zakpić sobie z Polski w taki sposób, by w zamian za umieszczenie we wspomnianym Panteonie generała Marka Bezruczki, który z ramienia URL walczył po stronie polskiej w wojnie polsko-bolszewickiej, Polacy przełknęli Stefana Banderę, Romana Szuchewycza, który w 1943 roku wydał rozkaz przeprowadzenia eksterminacji Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, no i innych herojów drobniejszego płazu. Czyż nie z tego powodu Książę-Małżonek pragnąłby jak najdłużej utrzymać te wszystkie ustalenia w tajemnicy przed polską opinią publiczną? To być może, bo w ten sposób zyska na czasie, aż pan red. Michnik uruchomi swój Propaganda Abteilung z panem red. Terlikowskim jednej strony, J.Em. Grzegorz kardynał Ryś uruchomi swój Propaganda Abteilung z drugiej strony, a Wielce Czcigodny Paweł Kowal uruchomi swój Propaganda Abteilung z trzeciej strony.

Kiedy Polacy znajdą się pod takim skoncentrowanym ostrzałem ze wszystkich stron, to przestaną się Ukraińcom sprzeciwiać, podobnie jak nie stawili zbrojnego oporu podczas „wołynki” w roku 1943, co umożliwiło stworzenie faktów dokonanych, obejmowanych dzisiaj „dobrą pamięcią” przez wszystkich mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu.

Stanisław Michalkiewicz

Globalistyczne Organizacje Pozarządowe rekrutują „Ukraińców” w Indiach i Pakistanie

Globalistyczne Organizacje Pozarządowe Rekrutują Zastępców w Indiach

Billboard w Indiach zachęca Hindusów i ich rodziny do migracji na Ukrainę. Podobnie jak Pakistańczyków, mieszkańców Afryki i innych krajów muzułmańskich.

W języku Hindi i angielskim brzmi to tak: „Stwórz rodzinę. Szukaj Pracy. Stwórz przyszłość. Wybierz Ukrainę!” – opieczętowany adresem URL visitukraine.today.

Ktoś płaci za rekrutację obywateli Indii do migracji do kraju, który jest aktywnie w stanie wojny, gdzie ukraińscy mężczyźni są wcielani do armii z ulic, i gdzie rdzenna ludność zmniejszyła się ponad dwukrotnie w ciągu jednego pokolenia.

Kandydatów nietrudno znaleźć. A pytanie, “dlaczego” powinno przeszkadzać każdemu Amerykaninowi, któremu powiedziano, że ta wojna dotyczy wolności i demokracji.

Minister Polityki Społecznej Ukrainy przyznał w maju 2026 roku, że na terytorium kontrolowanym przez Kijów mieszka obecnie tylko 22-25 milionów ludzi. W 1991 roku liczba ta przekroczyła 50 milionów. MFW przewiduje, że do końca 2026 roku populacja spadnie do 33,3 mln – i to jest optymistyczna liczba. Wskaźniki pośrednie – użytkownicy bankowości, rejestracje kart SIM, odbiorcy płatności społecznych — sugerują, że rzeczywista populacja może już wynosić poniżej 20 milionów.

Matematyka jest brutalna: cztery lata wojny zabiły, okaleczyły lub wcieliły do wojska setki tysięcy mężczyzn. Kolejne 5-6 milionów uciekło na zachód do Europy jako uchodźcy i nie wróciło. Wskaźniki urodzeń spadły — śmiertelność jest obecnie prawie trzykrotnie większa. Piramida wieku kraju ma statystyczną dziurę, w której powinny znajdować się osoby w wieku 20-25 lat.

Rząd Ukrainy i jego międzynarodowi partnerzy mają rozwiązanie. To nie jest pokój, który sprowadziłby Ukraińców do domu.

To import.

Około 300 000 zagranicznych migrantów – głównie z Indii, Bangladeszu, Pakistanu i Afryki Subsaharyjskiej – przybyło już, aby uzupełnić niedobory siły roboczej w budownictwie, logistyce, usługach użyteczności publicznej i produkcji. Według ekonomistów i analityków politycznych cytowanych w ukraińskich mediach, plan wymaga 4,5 miliona więcej cudzoziemców w ciągu najbliższych czterech lat. Powyższy billboard to boisko rekrutacyjne.

Międzynarodowa Organizacja ds. migracji — niezwiązany z nią organ z rocznym budżetem w wysokości 2 miliardów dolarów finansowanym w dużej mierze przez Departament Stanu USA i Komisję Europejską – jest osadzona w Ukraińskiej infrastrukturze migracyjnej od 2022 roku. Jego deklarowana misja obejmuje promowanie „włączenia migrantów i osób powracających do społeczeństwa.” Ta sama globalistyczna architektura migracyjna, która przekształciła Europę Zachodnią, działa teraz w kraju demograficznie wypatroszonym przez wojnę, którą Zachód aktywnie przedłuża.

Uzasadnienie ekonomiczne jest jasno określone w ukraińskich dyskusjach politycznych: migranci pracują za mniej, żądają mniej i — jak jedna z analiz ujęła to z niezwykłą szczerością — „nie stwarzają ryzyka politycznego.” W przeciwieństwie do ukraińskich pracowników, którzy domagają się płacy wystarczającej na utrzymanie i mają czelność oprzeć się przymusowej mobilizacji, zagraniczna siła robocza jest wygodna. Zgodna i tania.

Francja osiągnęła ten etap po 30 latach. Ukraina robi to w cztery lata – pod osłoną wojny, z logistyką zachodnich organizacji pozarządowych i billboardami rekrutacyjnymi w Bombaju.

Ukraina ostrzeżona, ale nadal kosztuje

Ukraina ostrzeżona, ale nadal kosztuje

Pomimo buńczucznych deklaracji sekretarza generalnego NATO, Marka Ruttego, o „zjednoczonych jak nigdy” członkach NATO, po tureckim szczycie widać wyraźnie, że coraz mniej państw jest gotowych zaangażować się w konflikt ukraiński. 

Nawet nasza delegacja, znana wcześniej z wychodzenia przed szereg w sprawie wojny, tym razem wzięła pod uwagę narastający gniew społeczeństwa i raczej zaznaczyła swoją odrębność wobec Zełenskiego, co najlepiej było widać po oświadczeniach prezydenta Karola Nawrockiego.

Przesadzili z Banderą

„Dla mnie kwestie Ukraińskiej Powstańczej Armii, symbole UPA nie są negocjowalne. Emocje Polek i Polaków w odniesieniu do ludobójstwa wołyńskiego jest kwestią nienegocjowalną. W obliczu, że ta kwestia jest dla Polaków tak ważna, i tu liczymy na zrozumienie ze strony Ukrainy, że flaga banderowska ogranicza też przyszłość Ukrainy w UE, niesie ze sobą wiele złych symboli” – zadeklarował Nawrocki po spotkaniu z Zełenskim.

Ukraińcy wyraźnie przeszarżowali z kultem UPA, ale nie zamierzają się z niego wycofywać. Kiriłł Budanow, kiedyś szef wywiadu odpowiedzialnego za terroryzm, a obecnie pilnujący Zełenskiego jako szef jego administracji, wręcz odgrażał się Polakom w wywiadzie dla ukraińskich mediów. Co jednak ważne i w zasadzie nowe: sprawa wyszła poza bilateralne relacje Polski i Ukrainy i wydostała się nawet na forum Parlamentu Europejskiego!

Chyba po raz pierwszy od dawna stanął on po stronie Polski. W środę 470 posłów do Parlamentu Europejskiego przyjęło rezolucję potępiającą działania Zełenskiego i stwierdzającą, że jego decyzja jest niezgodna z wartościami europejskimi. Na dodatek, europosłanka Ewa Zajączkowska-Hernik podarła flagę UPA, przypominając wszystkim, że symbol ten nie jest mile widziany w Unii Europejskiej. Chwilę później znalazła się na liście „wrogów Ukrainy” prowadzonej przez tamtejsze służby specjalne.

Ukraina męczy coraz bardziej

O ile jednak historyczne spory same w sobie nie są dla Kijowa niepokojące, o tyle ich konsekwencje mogą być poważne. Postawa Nawrockiego zachęciła wszakże polityków z innych krajów, do bardziej otwarcie wyrażanego sceptycyzmu wobec kliki Zełenskiego. Premier Czech Andrej Babiš oświadczył, że nie przeznaczy już ani jednej korony na wsparcie innego kraju z powodu deficytu budżetowego. Wyraźnie nazwał taką politykę bezcelową, ponieważ nie przyczynia się ona do pokoju na kontynencie.

Przywódcy Bułgarii i Holandii powoływali się na niedobór własnych zasobów wojskowych i zapowiedzieli wstrzymanie pomocy dla Ukrainy. W tonie wątpliwości wobec sensowności dotychczasowej polityki wypowiadali się również przedstawiciele Słowacji, Węgier i Włoch. Na deser zaś, tuż po szczycie, niemiecki parlament odrzucił rezolucję wzywającą do dostarczenia Ukrainie rakiet Taurus.

Tyle jednak słowa, ale w deklaracji końcowej państwa zgodziły się mimo to przekazać władzom ukraińskim 140 miliardów euro w ciągu najbliższych dwóch lat. Pieniądze te zostaną przeznaczone na sprzęt wojskowy, pomoc i programy szkoleniowe dla lokalnych żołnierzy. Czy to w jakikolwiek sposób zwiększa szanse na pokój?

Przeciwnie. Wszakże europejska pomoc to obfite źródło dochodu dla skorumpowanych elit Ukrainy.

Głos rozsądku z daleka

Co ciekawe, bezsens tego typu kroków odnotowany jest także poza Europą. Mohammad Reza Moradi, dyrektor generalny działu wiadomości międzynarodowych w irańskiej agencji informacyjnej Mehr, stwierdza bez ogródek: „Konflikt nie przynosi nikomu korzyści, toczy się w sercu kontynentu i uderza w dobrobyt krajów europejskich, sankcje i wydatki na obronę wydrenowały budżety w całej UE. Europa nie może stać z boku i przyglądać się rozwojowi sytuacji. Lepiej byłoby zająć niezależne stanowisko i rozpocząć negocjacje”.

Irański komentator zauważa też, że takim stanowiskiem UE wyklucza się z centrum polityki, stając się raczej stroną konfliktu, a nie kimś kto może go rozwiązać. „Wciąż liczą na to, że jedna strona zostanie zmiażdżona, a druga odniesie całkowite zwycięstwo. To błędne podejście. Unia Europejska musi być w centrum negocjacji i wysiłków na rzecz rozwiązania kryzysu ukraińskiego. Niech przedstawi własne, realistyczne propozycje” – proponuje Moradi.

Obciążenie finansowe państw członkowskich NATO staje się ogromne. Mark Rutte z dumą ogłosił, że w ciągu ostatnich 10 lat państwa UE wpłaciły do ​​wspólnego budżetu 1,2 biliona euro. Jakby jednak nie patrzeć: inwestycje te nie pomogły zapobiec toczącej się obecnie wojnie w Europie. Ponadto w ciągu najbliższych czterech lat wydatki państw członkowskich na obronę mają wzrosnąć o kolejne 792 miliardy euro i też nie ma gwarancji, że te nowe nakłady w jakikolwiek sposób zwiększą bezpieczeństwo kontynentu.

Szczyt w Ankarze pokazał, że w NATO nie ma jedności, a miliardami euro pali się w piecu. Czechy, Holandia, Bułgaria i inne kraje stanęły po stronie Polski i skrytykowały Ukrainę. Finalnie jednak pod koniec spotkania Zełenski i tak swoje wysępił. Sojusz podzielił się na trzy grupy: jedni popierają go we wszystkim, inni zachowują neutralność, a trzeci są przeciwko.

Jednak z jakiegoś powodu opinia większości jest ignorowana, a koszty chybionych decyzji ponoszą wszyscy, niezależnie od zajmowanego stanowiska. 

Tomasz Jankowski

Po szczycie NATO – wołynka?

Stanisław Michalkiewicz: Po szczycie NATO – wołynka?

   Zakończył się w Ankarze kolejny szczyt NATO  z udziałem prezydenta USA Donalda Trumpa. Wspominam o jego udziale, bo zanim jeszcze szczyt się rozpoczął, wzbudził wśród europejskich członków NATO wielki niepokój, czy przypadkiem nie będzie to w historii Paktu szczyt ostatni. Prezydent Trump bowiem nie szczędził europejskim członkom NATO gorzkich wyrzutów, że nie udzielili oni Stanom Zjednoczonym spodziewanej pomocy w wojnie ze złowrogim Iranem, w jaką wkręcił Amerykę bezcenny Izrael.

Prezydent Trump najwyraźniej uważał, że europejscy sojusznicy powinni byli udzielić Ameryce oczekiwanej pomocy, w myśl art. 5 traktatu waszyngtońskiego. Tymczasem art. 5 stanowi, że procedury sojusznicze uruchamiane są w przypadku, gdy państwo członkowskie padnie ofiarą czyjejś „zbrojnej napaści” – a w przypadku wojny przeciwko Iranowi, stroną napastniczą nie był Iran, tylko bezcenny Izrael i Ameryka, więc żadne procedury sojusznicze nie mogły być w tym przypadku uruchomione.

   Szczyt w Ankarze rozpoczął się więc od intensywnych zabiegów sekretarza Generalnego NATO Marka Rutte wokół udobruchania amerykańskiego prezydenta. Mark Rutte wykorzystał powszechnie znaną skłonność prezydenta Trumpa do przyjmowania komplementów, więc zakadził mu na wszelki możliwy sposób, obsypując komplementami.

Taktyka ta okazała się skuteczna, bo prezydent Trump nie tylko nie rozwiązał Paktu Północnoatlantyckiego, ale nawet odstąpił od zamiaru zerwania „wszelkich” kontaktów Ameryki z Hiszpanią, przestał krytykować panią Giorgię Meloni, a nawet zapomniał o Grenlandii, która jeszcze poprzedniego dnia była Stanom Zjednoczonym bezwzględnie potrzebna.

W rezultacie szczyt w Ankarze potwierdził zobowiązania wynikające z art. 5 traktatu waszyngtońskiego, stanął na nieubłaganym gruncie wspierania Ukrainy, uznał Rosję za „zagrożenie”, a rozochocony prezydent Trump nawet obiecał prezydentowi Zełeńskiemu udzielnie Ukrainie koncesji na produkcję pocisków rakietowych do systemu „Patriot”. Jeśli chodzi o wsparcie dla Ukrainy, to europejscy członkowie NATO uchwalili, że corocznie będą Ukrainie płacili haracz w wysokości ok. 70 mld euro – aż do ostatecznego zwycięstwa.

Biorąc pod uwagę doniesienia, jakoby ok. 30 procent kwot trafiających na Ukrainę tytułem „wsparcia” było przytulane, to znaczy – prywatyzowane przez tamtejszych oligarchów, można nabrać przekonania, że ich poparcie dla kontynuowania wojny z Rosją do ostatniego Ukraińca nadal będzie utrzymywało się na dotychczasowym, a może nawet – na jeszcze wyższym poziomie.

Warto przy tym dodać, że USA zakręciły kurek z pieniędzmi dla Ukrainy, w związku z czym 70-miliardowy haracz będzie sfinansowany przez europejsów, którzy będą w Ameryce kupowali broń i inne rzeczy, po czym przekazywali je Ukrainie, żeby mogła prowadzić wojnę aż do ostatecznego zwycięstwa. Gdyby opierać się na doniesieniach portalu „Onet”, to można by nabrać przekonania, że jest ono już w zasięgu ręki, ale nie możemy zapominać, że pierwszą ofiarą każdej wojny – a więc również i tej – jest prawda, a po drugie – że od kwietnia br. Niemcy pozostają z Ukrainą w strategicznym partnerstwie, więc nic dziwnego, iż obraz wojny rosyjsko-ukraińskiej we wspomnianych mediach bardzo przypomina doniesienia niemieckiej prasy z początków operacji „Barbarossa”, kiedy to każda kronika filmowa rozpoczynała się od fanfar – i dopiero po Stalingradzie fanfary zostały zastąpione przez werble.

   W dodatku tak się złożyło, że kiedy w Ankarze rozpoczynał się szczyt NATO, złowrogi Iran i USA znowu zaczęły obrzucać się nawzajem ponaddźwiękowymi dzidami. Wprawdzie formalnie trwa jeszcze 60-dniowe zawieszenie broni, ale prezydent Trump oświadczył, że „to koniec”, bo ci Irańczycy, to „źli i chorzy ludzie” z którymi on nie chce mieć już nic do czynienia. Najwyraźniej musiał stracić nadzieję, że premier rząd jedności narodowej bezcennego Izraela pójdzie mu na rękę i wstrzyma ostrzał Libanu.

Nawiasem mówiąc, ta nadzieja nie była specjalnie duża, bo  każde dziecko wie, że w październiku br. w Izraelu są wybory – a dopóki trwa wojna, to poparcie Żydów dla Beniamina Netanjahu jest podobne do poparcia, jakim w Niemczech cieszył się Adolf Hitler po pokonaniu Francji.

   W tej sytuacji wygląda na to, że zarówno wojna rosyjsko-ukraińska prędko się nie skończy. Po pierwsze dlatego, że Ameryka, w której europejsy kupują dla Ukrainy broń, na tej wojnie nieźle zarabia, dzięki czemu zyskuje środki na obrzucanie złowrogiego Iranu ponaddźwiękowymi dzidami, z których każda przecież sporo kosztuje. Skoro tak, to i wojna przeciwko złowrogiemu Iranowi też może trwać przez czas nieokreślony, chociaż nie można wykluczyć, iż będzie przerywana porozumieniami pokojowymi – na przykład w rodzaju obecnego, 60-dniowego zawieszenia broni.

Wprawdzie prezydent Trump powiada, że już ma tego całego Iranu dość, ale dopóki musi tańczyć, jak mu zagrają władze bezcennego Izraela, to będzie tańczył – najwyżej z przerwami na odpoczynek – podczas których giełdy będą reagować obniżkami cen ropy – na czym osoby dobrze poinformowane mogą też zbić majątek.

   Podczas wspomnianego szczytu NATO w Ankarze doszło też do spotkania pana prezydenta Karola Nawrockiego z prezydentem Zełeńskim, któremu prezydent Nawrocki wcześniej postanowił odebrać order Orła Białego. Co najmniej godzinna rozmowa nie doprowadziła do niczego. Po pierwsze dlatego, że dla prezydenta Zełeńskiego najwaźniejsza była uchwała europejsów o 70-miliardowym corocznym haraczu dla Ukrainy, w którym Polska tak czy owak będzie finansowo partycypowała.

Tymczasem pan prezydent Nawrocki chyba liczył na ustępstwa prezydenta Zełeńskiego w sprawie UPA i Panteonu herojów – a on w tej sprawie ani nie chce, ani nie może cofnąć się nawet o krok. Po pierwsze – ze względu na  proklamowanie w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego. Oznacza ono, że Niemcy wróciły do polityki prowadzonej przez Cesarstwo Niemieckie pod koniec I wojny światowej. Jak pamiętamy pozwoliło ono na utworzenie państwa ukraińskiego, by przy jego pomocy szachować Rosję i trzymać w ryzach Polaków.

W tej sytuacji Polska ani Niemcom, ani Ukrainie nie jest już do niczego potrzebna, więc można ją prowokować na wszelkie sposoby, żeby w razie czego zwalić na nią winę, gdyby na Ukrainie coś poszło nie tak – ze wszystkimi tego konsekwencjami. Bo chociaż wojna z Rosją jeszcze nie zakończyła się ostatecznym ukraińskim zwycięstwem i nie wiadomo, ani kiedy, ani czy w ogóle się tak zakończy – to już teraz pan Cyryl Budanow przestrzegł Lachów, by nie podejmowali „niedojrzałych kroków” podczas obchodów rocznicy rzezi wołyńskiej 11 lipca br. – bo w przeciwnym razie „nikt nie będzie siedział w milczeniu”.

Nasza duszeńka pokazała kły i pazury.

Odrodzenie banderyzmu. Haniebna rola PAN.

Raźny: Odrodzenie banderyzmu

Jednym z najbardziej sprzecznych z polskim interesem narodowym działań elity w ostatnich latach była afirmacja odrodzenia ukraińskiego nacjonalizmu w jego nazistowskiej formie, określanej mianem neobanderyzmu.

Jego pierwszych świadectw szukać należy już w  momencie rozpadu ZSRR i powstaniu Ukrainy jako suwerennego państwa, dla którego jej politycy szukali gwałtownie mitu założycielskiego i stojących na jego straży bohaterów narodowych. W sukurs ich poszukiwaniom przyszła głosząca kult Stepana Bandery zachodnia ukraińska diaspora z żyjącymi jeszcze członkami ludobójczych formacji OUN-UPA – troskliwie uratowanymi przez aliantów przed sądowym rozliczeniem ich zbrodni przeciwko ludzkości na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Polskie władze i elity nie tylko ten probanderowski zwrot Ukrainy afirmowały, ale również wspierały na różne sposoby, m. in. poprzez przemilczanie ukraińskiego ludobójstwa i wyciszanie, a nawet represjonowanie tych osób i środowisk polskich, które domagały się upowszechnienia prawdy historycznej na ten temat. Za trwające od dziesięcioleci nieosądzenie tego ludobójstwa – brak drugiej Norymbergi – nie tylko w Polsce i na Ukrainie, ale również na poziomie instytucji międzynarodowych odpowiadają zarówno władze PRL, jak i III RP.

W służbie neobanderyzmu

Jednocześnie należy mówić o odpowiedzialności elit za ten stan rzeczy – nie tylko mediów i centrów opiniotwórczych, ale również środowisk akademickich, kulturotwórczych, edukacyjnych. Nie należy pomijać odpowiedzialności kręgów kościelnych, reprezentowanych przez Konferencję Episkopatu Polski, która do tej pory ani razu nie podjęła kwestii osądzenia ukraińskiego nazizmu jako ideowego podłoża dokonywanych na Polakach czystek etnicznych w latach II wojny światowej. Nie odniosła się również do gwałtownego jej odrodzenia w świadomości współczesnych Ukraińców po rozpadzie ZSRR w 1991 roku.  Warto w tym miejscu przywołać opartą na historycznej analizie religijno-kulturowej krytykę KEP, przedstawioną przez ks. prof. Andrzeja  Kobylińskiego w „Dzienniku Polski” w związku z odebraniem przez  Karola Nawrockiego Orderu Orła Białego Wołodymirowi Zełenskiemu – za nadanie jednej z jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy nazwy „Bohaterów UPA”. Zdaniem księdza profesora pojednanie polsko-ukraińskie ma charakter nade wszystko moralny. „Dotyczy pamięci, sumienia, winy, grzechu, rozumienia dobra i zła. Dlatego podstawą autentycznego pojednania jest wymiar moralno-religijny. Dopiero później przychodzą elementy polityczne, gospodarcze czy militarne” [i].

Dlatego – według tego duchownego i zarazem filozofa oraz etyka – podpisane w 2023 roku przez przewodniczącego KEP abp. Stanisława Gądeckiego oraz zwierzchnika ukraińskiego Kościoła Greko-katolickiego abp. Światosława Szewczuka oświadczenie   Przebaczenie i pojednanie  było pustym gestem. Nie było bowiem przygotowane merytorycznie – w oparciu nie tylko o fakty historyczne dotyczące ukraińskiego ludobójstwa, ale również w oparciu o wymienione kategorie religijno-antropologiczne oraz moralne. Wypracowanie gotowości duchowej, religijnej, moralnej czy wreszcie politycznej do pojednania musi obejmować obydwa narody. Może trwać dłuższy czas –  nawet kilkanaście i więcej lat – gdyż musi obejmować przemianę przenikniętej neobanderyzmem świadomości Ukraińców – z jednej strony. Z drugiej wyzwolenie świadomości Polaków z pęt narzuconej przez rodzime elity afirmacji tej ideologii dehumanizującej współczesny świat.

Nie boją się odpowiedzialności

Debanderyzacji Ukrainy musi towarzyszyć debanderyzacja polskiej polityki i kształtujących ją polskich elit.  Elity bowiem – nie tylko polityczne i opiniotwórcze, ale również naukowe, edukacyjne, artystyczne – odmówiły nam prawa do prawdy o ukraińskim ludobójstwie i wywołanej nim traumy narodowej, a także prawa do ekshumacji jego ofiar oraz godnego ich pochowania. Odmówiły prawa do osądzenia wciąż jeszcze żyjących sprawców tej zbrodni przeciwko ludzkości, a nade wszystko jej ideologii – której odrodzenie zagraża  nie tylko Polsce, ale również Europie. Elity, które promowały wszechstronną i bezzwrotną pomoc neobanderowskiej Ukrainie będą bronić swych antypolskich pozycji i szukać wszystkich sposobów, aby zdyscyplinować wymykające się spod ich kontroli umysły polskiego społeczeństwa, które nie tylko poparło – 74% – odebranie przez prezydenta Nawrockiego Orderu Orła Białego Zełenskiemu, ale oczekiwać będzie zwrotu długów zaciągniętych przez Ukrainę u Polski. Kijów 35 lat temu wybrał probanderowski kurs i nie ma zamiaru z niego zrezygnować, a to oznacza, że Polsce coraz bardziej zagraża nie Rosja – jak nam to wmawiały oderwane od polskiego społeczeństwa elity – ale Ukraina.

Jak się to stało, że dopiero odebranie polskiego odznaczenia Zełenskiemu ujawniło skalę tego autentycznego zagrożenia? Wina polskich elit politycznych jest tu bezsporna. Trzeba jednak zacząć mówić o winie środowisk opiniotwórczych – z elitami naukowymi na czele. To utytułowane pojedyncze osoby i całe gremia, które przez długie lata III RP nie tylko rugowały z problematyki naukowej prawdę o ukraińskim nazizmie i ukraińskim ludobójstwie, ale również nie dopuściły do jej przekazywania w programach szkolnych i uniwersyteckich, a także w debacie publicznej. Jak się to stało, że nie oni, ale wypowiedzi byłego premiera Polski Leszka Millera otworzyły oczy większości Polaków na prawdę o relacjach polsko-ukraińskich, dodały odwagi politykom Konfederacji i zmusiły PiS do „korekty” probanderowskiej polityki. Kiedy wyalienowane elity polskiej nauki dokonają takiej „korekty”? I tutaj będą się liczyć nie jakieś wymuszone zaistniałą sytuacją obietnice, ale konkretne działania. Parafrazując tytuł znakomitego radzieckiego filmu Moskwa nie wierzy łzom – musimy głośno powtarzać: Polacy nie uwierzą łzom – ani PiS-u, ani PO i ich przystawek partyjnych, ani antypolskich środowisk opiniotwórczych.   Polacy czekają na uznanie ich winy politycznej i moralnej.

Szkodzą Polsce i Polakom

Dlatego musimy kuć żelazo póki gorące – wykorzystać zaistniałą sytuację, aby zdetronizować elity i wskazać im miejsce w szeregu – za nami. Współtwórcy „Myśli Polskiej” od pomarańczowej rewolucji na Ukrainie przestrzegali decydentów w Polsce – w sferze polityki, nauki, kultury, religii – przed neobanderowską Ukrainą. Teraz, gdy coraz większe i coraz bardziej realne staje się zagrożenie naszego państwa i narodu ze strony tak ukształtowanego wrogiego nam sąsiada, mamy nie tylko obowiązek, ale również moralne prawo pisać o polskich „sługach Ukrainy”. Mamy moralne prawo i patriotyczny obowiązek oskarżać o działalność wspierającą jej nazistowskie ukształtowanie tych wszystkich, którzy nie tylko odmawiali nam prawa do pisania prawdy o jej przeszłości i teraźniejszości, ale również piętnowali nas publicznie jako wrogów ludzkości, agentów Putina, „ruskie onuce”.  Nie kieruje nami żaden resentyment wobec naszych probanderowskich wrogów Polsce, ale konieczność dawania świadectwa walki, jaką „sługi Ukrainy” prowadziły i prowadzą nadal z obrońcami polskiej racji stanu, polskiego honoru i polskich interesów.

Gdy Komisja Historycznoliteracka, a także Komisja Słowianoznawstwa PAN – Oddział w Krakowie potępiły mój artykuł  Ukraina – wojna cywilizacji, opublikowany w „Myśli Polskiej” w 2022  roku – po wkroczeniu wojsk rosyjskich na Ukrainę – krakowskie władze PAN zgodziły się na bezprecedensowe od czasów stalinizmu działanie: umieszczenie na głównej stronie internetowej Oddziału potępienia wymienionego artykułu, jego autora oraz „Myśli Polskiej”, która go opublikowała. Artykuł mówi, że rozpoczęta wówczas druga po euromajdanie faza wojny Zachodu z Rosją jest wojną z cywilizacją chrześcijańską, chronioną przez Federację Rosyjską i Moskiewski Patriarchat Cerkwi Prawosławnej. Przebieg tej wojny potwierdza zawartą w artykule tezę. Potępienie przez środowisko PAN tego tekstu i jednocześnie „Myśli Polskiej”  widniało w internecie – tak długo, aby odpowiednie służby mogły zająć się nami, a ukraińscy wyznawcy banderyzmu mogli wciągnąć do spisu pod tytułem „rizat’ Lachiw”. Nagonkę  na nas rozpoczęła  „Gazeta Wyborcza”, w której pastwił się nad nami prof. Grzegorz Przebinda, domagając się m.in. postępowania prokuratorskiego za wyrażone w tekście poglądy. To, że gazeta Adama Michnika i jej środowisko są antypolskie, wie każdy Polak. Ale ludzie PAN?

Za stalinowskie działanie krakowskiego Oddziału z 2022 roku odpowiadają nade wszystko jego władze ówczesnej kadencji: prezes – prof. Andrzej Jajszczyk, wiceprezesi – prof.  Barbara Bilińska,  prof. Ryszard Nycz, członkowie prezydium Oddziału – prof. Jerzy Lis,  prof.  Wiesław W. Pawlik. Odpowiadają również władze kolejnej kadencji (2022 – 2026), które nie odcięły się od tego donosu.
To w większości nowy skład osób popierających probanderowską politykę swoich poprzedników: prezes – prof. Karol Życzkowski, wiceprezesi – prof. Barbara Bilińska, prof. Ryszard Nycz, członkowie prezydium – prof. Grażyna Stochel, prof. Małgorzata Witko, prof. Stanisław Nagy. Jaki był skutek firmowanego przez te gremia donosu na nas?

W dużej mierze „dzięki niemu”  na opublikowanej 16 kwietnia 2025 roku przez „Gazetę Wyborczą” liście 25 osób, którą Komisja ds. Badania Wpływów Rosyjskich w Polsce skierowała do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego znalazły się nazwiska: Jana Engelgarda, Przemysława Piasty, Anny Raźny. Figurowała na niej również sama „Myśl Polska” jako pismo pozostające pod owymi wpływami.  Na szczęście 31 lipca 2025 roku ta kuriozalna komisja została rozwiązana.

Bez honoru i godności

Powyższe personalne informacje są ważne z wielu powodów, nade wszystko dlatego, że ci sami ludzie – podobnie jak władze innych oddziałów PAN w Polsce – firmowali stworzenie  dla Ukrainy i ukraińskich naukowców długoterminowego programu bezzwrotnej pomocy – o nazwie LPT – opiewającej na wiele milionów złotych wypłacanych z naszego budżetu.

I  choć w programie tym uczestniczy w roli partnerów 7 zagranicznych akademii, ciężar jego realizacji spoczywa na PAN. Warto przytoczyć opublikowane w 2025 roku w internecie  „efekty” probanderowskich  działań PAN. * „355 naukowców z Ukrainy objętych pomocą indywidualną, * 88 naukowców z Ukrainy finansowanych w ramach 18 projektów długoterminowego programu wsparcia LTP Ukraina (LTP) o łącznym budżecie ponad 8 mln USD, pozyskanych od partnerów zagranicznych, w tym Narodowej Akademii Nauk Stanów Zjednoczonych (NAS), * około 40 mln PLN przeznaczonych łącznie na rzecz naukowców z Ukrainy, w większości pozyskanych od ponad 40 zagranicznych sponsorów, * 15 wydarzeń naukowych i popularno-naukowych zorganizowanych lub współorganizowanych na terytorium Ukrainy od początku wojny, * udział ponad 700 naukowców z Ukrainy w szkoleniach stacjonarnych lub online zorganizowanych przez PAN, * 28 jednostek naukowych PAN zaangażowanych w doraźne działania pomocowe.” [ii].

Te dane nie wymagają żadnych dodatkowych objaśnień. Potwierdza je bezprecedensowa wypowiedź prezesa PAN, z 12 września ubiegłego roku: „Podejmujemy nowe inicjatywy. Konferencja, podczas której łączymy siły z niemiecką nauką, pokazuje, że nie składamy broni. W okolicznościach wskazujących na przedłużanie się konfliktu chcemy pozyskiwać źródła finansowania i umożliwiać utrzymanie potencjału naukowego Ukrainy. (…) Głównie będzie nam zależało na podtrzymaniu zespołów badawczych, które już istnieją. (…) Kontynuowane będą też rozmaite szkolenia i działania z zakresu doradztwa. Do tej pory ponad 700 naukowców z Ukrainy wzięło udział w szkoleniach stacjonarnych lub online zorganizowanych przez PAN. (…)  Nasza pomoc służy nie przejęciu, tylko uchronieniu potencjału naukowego Ukrainy. Pomagamy z myślą o tym, że wszyscy Ci, którym udzieliliśmy pomocy wrócą do kraju” [iii].

To jawne świadectwo probanderowskiej działalności PAN. Przy niedoinwestowaniu nauki polskiej ma ona charakter jej sabotażu. Jest także świadectwem realizowanego przez elity moralnego credo: dyskryminacji pozytywnej – dyskryminacji większości czyli polskiego społeczeństwa i jego interesów – dokonywanej przez mniejszość czyli wyalienowane elity na rzecz społeczeństwa wyznającego banderyzm. Dla takiej moralności nie ma miejsca w naszej cywilizacji, ukształtowanej przed wiekami przez chrześcijaństwo.

Prof. Anna Raźny

[i] Ks. prof. Kobyliński: Pojednania polsko-ukraińskiego nie da się zbudować na pustych gestach, „Dziennik Polski” nr 140 (24917), 19.06.2026.

[ii] https://pan.pl/projekty/ukraina/Te dane nie wymagają żadnych [dost. 25.06.2026].

[iii] https://nauka wpolsce.pl/aktualności/news52C109497%2Cprezes-pan-chcemy-kontynuowac-programy-wsparcie-ukrainskiej-nauki. [dost. 25.06.2026].

Myśl Polska, nr 27-28 (5-12.07.2026)

III Wojna Światowa ante portas!

Ignacy Nowopolski Jul 10 III Wojna Światowa ante portas!


Wspierani przez Iran rebelianci Huti w Jemenie ostrzegli kraje Zatoki gospodarzy amerykańskich baz wojskowych, że pozwolenie na wykorzystanie ich terytorium do ataków na Iran może wciągnąć je bezpośrednio w konflikt. Najnowsze oświadczenie pojawia się w obliczu rosnących napięć po ostatnich amerykańskich nalotach na terenie Iranu oraz odnowionych groźbach Huti wobec saudyjskiej infrastruktury. Wydarzenia te podkreślają rosnące obawy, że konfrontacja między Waszyngtonem a Teheranem może przerodzić się w szerszą wojnę regionalną. Państwa Zatoki otwierają “Nowy Front Wojenny”Kuwejt i Bahrajn znajdują się w centrum nowych napięć na Bliskim Wschodzie po tym, jak wspierani przez Iran rebelianci Huti w Jemenie ostrzegli kraje Zatoki Perskiej goszczące amerykańskie bazy wojskowe, że pozwolenie na wykorzystanie ich terytorium do ataków na Iran może wciągnąć je bezpośrednio w konflikt. Najnowsze oświadczenie pojawia się w obliczu rosnących napięć po ostatnich amerykańskich nalotach na terenie Iranu oraz odnowionych groźbach Huti wobec saudyjskiej infrastruktury.
Wydarzenia te podkreślają rosnące obawy, że konfrontacja między Waszyngtonem a Teheranem może przerodzić się w szerszą wojnę regionalną. Pojawiły się doniesienia o możliwej wspólnej operacji uderzeniowej wymierzonej w irański obiekt morski. Zgłaszane działania następują w czasie eskalacji stosunków irańsko-amerykańskich, napięcia, rosnące obawy dotyczące bezpieczeństwa w Zatoce oraz szerszy regionalny impas wojskowy.
Według doniesień domniemane ataki były wymierzone w irańską infrastrukturę morską wzdłuż Zatoki Omańskiej, co dodaje potencjalnie nowy wymiar trwającemu konflikcie. Jednak szczegóły wciąż się rozwijają, a oficjalne potwierdzenia i niezależna weryfikacja wciąż pozostają w oczekiwaniu. Obejrzyj pełny raport (linki w podnapisach), aby poznać najnowsze informacje o Iranie, Kuwejcie, Bahrajnie, napięciach w Zatoce Perskiej, bazach morskich oraz narastającym kryzysie na Bliskim Wschodzie.
Na froncie ukraińskim rosyjskie Siły Kosmiczno – Powietrzne nasilają ataki na infrastrukturę energetyczną, transportową & militarną Ukrainy & NATO. Brak jakiejkolwiek obrony przeciwlotniczej zwiększa skuteczność tych działań. Obłędna zachodnia propaganda nasila kłamstwa o “ukraińskich sukcesach” wprost proporcjonalnie do klęsk banderowców na polu walki.

Z punktu widzenia Polskiej Racji Stanu, taka sytuacja jest wysoce pozytywna. Kontynuacja oporu przez narkomana Zełenskego zmusza Rosjan do ostatecznej likwidacji tego, co jeszcze pozostało z państwa Bandery.
Karykaturalną ilustracją, jak naprawdę NATO traktuje Ukrainę, jest decyzja z Ankary o przekazaniu Kijowowi “licencji” na produkcję platform Patriot.
Ponieważ Zachód wystrzelał się już z nich wszystkich, a amerykański przemysł zbrojeniowy produkuje zaledwie kilkadziesiąt sztuk rocznie w sieci kilkuset fabryk podwykonawców, to Trump wspaniałomyślnie zezwolił Kijowowi na uruchomienie własnej produkcji na terenie Ukrainy.
Ciekawe będzie zobaczyć gdzie & w jakim czasie rozmieści się fabryki systemów na terenie Banderowszczyzny. Kto będzie je produkować? W jaki sposób Kijów przekona Rosję o konieczności wstrzymania się z atakami na te nowe obiekty militarne?
Teatr absurdu rozgrywający się na naszych oczach osiągnął nowe szczyty. Niepokojące jest to, że zachodnia opinia publiczna nie widzi w tym obłędnym cyrku niczego nienormalnego! Udowadnia to oczywistą tezę, że masowa narkomania na Zachodzie musi owocować delirycznymi rezultatami!
Ignacy Nowopolski Jul 10 III Wojna Światowa ante portas!

Wspierani przez Iran rebelianci Huti w Jemenie ostrzegli kraje Zatoki gospodarzy amerykańskich baz wojskowych, że pozwolenie na wykorzystanie ich terytorium do ataków na Iran może wciągnąć je bezpośrednio w konflikt. Najnowsze oświadczenie pojawia się w obliczu rosnących napięć po ostatnich amerykańskich nalotach na terenie Iranu oraz odnowionych groźbach Huti wobec saudyjskiej infrastruktury. Wydarzenia te podkreślają rosnące obawy, że konfrontacja między Waszyngtonem a Teheranem może przerodzić się w szerszą wojnę regionalną.
Państwa Zatoki otwierają “Nowy Front Wojenny”
Kuwejt i Bahrajn znajdują się w centrum nowych napięć na Bliskim Wschodzie po tym, jak wspierani przez Iran rebelianci Huti w Jemenie ostrzegli kraje Zatoki Perskiej goszczące amerykańskie bazy wojskowe, że pozwolenie na wykorzystanie ich terytorium do ataków na Iran może wciągnąć je bezpośrednio w konflikt. Najnowsze oświadczenie pojawia się w obliczu rosnących napięć po ostatnich amerykańskich nalotach na terenie Iranu oraz odnowionych groźbach Huti wobec saudyjskiej infrastruktury.
Wydarzenia te podkreślają rosnące obawy, że konfrontacja między Waszyngtonem a Teheranem może przerodzić się w szerszą wojnę regionalną. Pojawiły się doniesienia o możliwej wspólnej operacji uderzeniowej wymierzonej w irański obiekt morski. Zgłaszane działania następują w czasie eskalacji stosunków irańsko-amerykańskich, napięcia, rosnące obawy dotyczące bezpieczeństwa w Zatoce oraz szerszy regionalny impas wojskowy.
Według doniesień domniemane ataki były wymierzone w irańską infrastrukturę morską wzdłuż Zatoki Omańskiej, co dodaje potencjalnie nowy wymiar trwającemu konflikcie. Jednak szczegóły wciąż się rozwijają, a oficjalne potwierdzenia i niezależna weryfikacja wciąż pozostają w oczekiwaniu. Obejrzyj pełny raport (linki w podnapisach), aby poznać najnowsze informacje o Iranie, Kuwejcie, Bahrajnie, napięciach w Zatoce Perskiej, bazach morskich oraz narastającym kryzysie na Bliskim Wschodzie.

Na froncie ukraińskim rosyjskie Siły Kosmiczno – Powietrzne nasilają ataki na infrastrukturę energetyczną, transportową & militarną Ukrainy & NATO. Brak jakiejkolwiek obrony przeciwlotniczej zwiększa skuteczność tych działań. Obłędna zachodnia propaganda nasila kłamstwa o “ukraińskich sukcesach” wprost proporcjonalnie do klęsk banderowców na polu walki.
Z punktu widzenia Polskiej Racji Stanu, taka sytuacja jest wysoce pozytywna. Kontynuacja oporu przez narkomana Zełenskego zmusza Rosjan do ostatecznej likwidacji tego, co jeszcze pozostało z państwa Bandery.
Karykaturalną ilustracją, jak naprawdę NATO traktuje Ukrainę, jest decyzja z Ankary o przekazaniu Kijowowi “licencji” na produkcję platform Patriot.Ponieważ Zachód wystrzelał się już z nich wszystkich, a amerykański przemysł zbrojeniowy produkuje zaledwie kilkadziesiąt sztuk rocznie w sieci kilkuset fabryk podwykonawców, to Trump wspaniałomyślnie zezwolił Kijowowi na uruchomienie własnej produkcji na terenie Ukrainy.
Ciekawe będzie zobaczyć gdzie & w jakim czasie rozmieści się fabryki systemów na terenie Banderowszczyzny. Kto będzie je produkować? W jaki sposób Kijów przekona Rosję o konieczności wstrzymania się z atakami na te nowe obiekty militarne?
Teatr absurdu rozgrywający się na naszych oczach osiągnął nowe szczyty. Niepokojące jest to, że zachodnia opinia publiczna nie widzi w tym obłędnym cyrku niczego nienormalnego! Udowadnia to oczywistą tezę, że masowa narkomania na Zachodzie musi owocować delirycznymi rezultatami!