Potężne rosyjskie uderzenie wymierzone w ukraińskie obiekty energetyczne. Największy od lat atak rosyjskiego lotnictwa dalekiego zasięgu. Prawdopodobnie, początek końca ukraińskiej energetyki.
Przez sito drakońskiej ukraińskiej cenzury, oraz działań dezinformacyjnych stron wojujących, w oparciu o źródła OSINT wyłania się dramatyczny obraz dzisiejszej nocy i poranka na Ukrainie, który pozwolę sobie Państwu zrekonstruować.
Rosyjskie uderzenie rakietowe poprzedził 72 godzinny, bezustanny atak na ukraińskie obiekty energetyczne wykonany za pomocą ok. 2 000 bezzałogowych statków powietrznych dalekiego zasięgu, w tym kilkuset z napędem odrzutowym typu Geran-4 i Geran-5.
Główne uderzenie wykonywało rosyjskie lotnictwo dalekiego zasięgu.
W ataku brały udział:
– 5 strategicznych nosicieli rakiet manewrujących Tu-160M Biały Łabędź. Samoloty 121 Gwardyjskiego Sewastopolskiego Pułku Ciężkich Bombowców wystartowały ok. godziny 21.00 czasu polskiego z lotniska „Ukrainka” w głębi Syberii. Każdy przenosił po 6 rakiet manewrujących Ch-101.
– 10 bombowców strategicznych Tu-95 MS z 184 i 79 Pułków Bombowców Strategicznych , każdy przenosił 4 rakiety manewrujące Ch-101.
Łącznie samoloty Komadowanja Dalniej Awiacji odpaliły 60 rakiet manewrujących. W/g komunikatu Ukraińskich Sił Powietrznych, było ich 60, z czego Ukraińcy twierdzą, że zestrzelili 49. W/ danych OSINT zestrzelonych rakiet ma być 29-31. Jak widzimy rozbieżności są duże, jednak wydaje się, że bliższe prawdy są dane OSINT-owców.
Drugim komponentem rosyjskiej armii zaangażowanej ww. dzisiejszy atak były Rosyjskie Wojska Rakietowe, które wystrzeliły:
– 17 rakiet balistycznych z systemów 9K720 Iskander-M
– 6 rakiet balistycznych produkcji Korei Północnej typu KN-23
– 4 hiperdźwiękowych (o prędkości 12 000 km/h) pocisków manewrujących 3M22 Cyrkon
– 2 naddźwiękowe pociski P-800 „Oniks”
W/g komunikatu Ukraińskich Sił Powietrznych ukraińska OPL systemami PAC-3 MSE PAtriot i SAMPT/Mamba za pomocą rakiet Aster-30 zestrzelili 2 rakiety balistyczne (Kn-23, Iskander-M) i pocisk Cyrkon.
Ponadto strona ukraińska informuje, że Rosjanie atakowali łącznie 69 rakietami klasy powietrze ziemia (Ch-101, Ch-69, Ch-59) oraz 289 dronami dalekiego zasięgu z których 120 z napędem odrzutowym. 257 z nich mieli zestrzelić.
Ukraińskie źródła OSINT na bazie informacji z terenu, podają trochę odmienne dane: „do ataku na terytorium Ukrainy w nocą z 2/2 listopada użyto
– Do 300 bezzałogowych statków powietrznych (BSP) uderzeniowych typu „Gierań-2”/„Gerbera”;
– Do 150 BSP typu „Gierań-4”/„Gierań-5” z napędem odrzutowym;
– Do 24 rakiet balistycznych typu „Iskander-M”/S-400/KN-23, wystrzelonych z obwodów kurskiego, woroneskiego i rostowskiego;
– 4 hipersoniczne pociski „Cyrkon”, wystrzelone z obwodu kurskiego;
– Do 60 pocisków manewrujących Ch-101, wystrzelonych z przestrzeni powietrznej nad obwodami wołogodzkim, orenburskim i saratowskim;
– Do 12 pocisków manewrujących Ch-69, wystrzelonych z przestrzeni powietrznej nad obwodem kurskim;
– Pociski manewrujące Ch-59, wystrzelone z przestrzeni powietrznej nad tymczasowo okupowanym terytorium Krymu;
– Około 8 niewielkich pocisków manewrujących typu „Banderol”, wystrzelonych z przestrzeni powietrznej nad Morzem Azowskim”.
Łącznie Ukraińskie elektrownie Rosjanie atakowali siłami 99-110 rakiet balistycznych i pocisków manewrujących oraz 450 bezzałogowych statków powietrznych
Ukraińska firma energetyczna DTEK informuje o znaczących zniszczeniach na trzech elektrowniach, które wstrzymały generację.
W/g danych OSINT Rosjanie uderzyli w następujące obiekty:
Elektrownia cieplna Prydniprowska w Dnieprze – zaatakowana przy użyciu ok. 17 pocisków manewrujących Ch-101, ok. 6 rakiet balistycznych Iskander-M oraz ok. 4 pólnocnokoreańskich ciężkich rakiet balistycznych KN-23.
Prydniprowska/Naddnieprzańską TEC w Dniepropietrowsku ma moc 1765 MW. Szef Obwodowej Administracji Wojskowej, Ołeksandr Hanża, potwierdził uderzenia w „infrastrukturę krytyczną” w Dnieprze oraz w rejonie krzyworoskim. Z kolei mer Dniepropietrowska Borys Fiłatow przekazał, że trafiona została elektrociepłownia w dzielnicy Samarskyj – tam właśnie znajduje się Pridnieprowska/Naddnieprzańska TEC.
Głównym celem nocnego ataku była jednak Ładyżyńska Elektrownia Cieplna (TEC) o mocy 1800 MW. Według ukraińskich źródeł monitorujących, obiekt został najpierw trafiony czterema pociskami „Cyrkon”, a nad ranem – falą rakiet manewrujących. Ukraińskie media donoszą, że w miasto uderzyło ok. 20 pocisków. Elektrownia zaopatruje w energię centralne i południowe regiony kraju; była już wcześniej celem ataków – w listopadzie 2022 r., lutym 2024 r. oraz pod koniec października. W regionie występują rozległe przerwy w dostawach prądu. Ekipy naprawcze ponownie muszą usuwać uszkodzenia infrastruktury, która nie została jeszcze w pełni odbudowana po poprzedniej serii uderzeń.
Elektrownia cieplna Zmijiwska w obwodzie charkowskim – zaatakowana przy użyciu ok. 5 rakiet balistycznych Iskander-M.
Elektrociepłownia TEC-5 w Charkowie – zaatakowana przy użyciu ok. 4 pocisków Iskander-M (oraz ok. 6 kierowanych szybujących bomb lotniczych typu DN-30). Trafiono też dwie stacje elektroenergetyczne o napięciu 330 kV: „Zmijiwska” i „Losewo”. Takie węzły są kluczowe dla przesyłu energii elektrycznej z elektrowni do sieci regionalnej; bez nich nawet ocalałe moce wytwórcze nie są w stanie dostarczyć prądu do odbiorców końcowych.
Elektrownia cieplna Krzywy Róg w obwodzie dniepropetrowskim – zaatakowana została przez Rosjan przy użyciu ok. 4 pocisków manewrujących Ch-101 oraz 2 rakiet balistycznych, prawdopodobnie KN-23.
Elektrownia wodna Kaniowska w obwodzie czerkaskim –została trafiona ok. 2 rakietami balistycznymi prawdopodobnie Iskander-M
Niezidentyfikowany cel w pobliżu Pryłuk w obwodzie czernihowskim został zaatakowany przy użyciu 2 pocisków naddźwiękowych Oniks-M.
Wojska ukraińskie dzięki pracy dwóch samolotów wczesnego ostrzegania i kontroli ASC 890 / Saab 340 z radarem Erieye), czyli podarowanych przez Szwecję samolotów AWACS namierzyły wprawdzie wiele rosyjskich pocisków manewrujących Ch-101 , na które naprowadziły ukraińskie F-16 i Mirage-2000. Skala zestrzeleń ok. 30 pocisków jest wysoka, jednak wobec ilości 60-70 Ch-101 odpalonych przez samoloty Dalniej Awiacji, myśliwce ukraińskie nie były wstanie zatrzymać rosyjskiego ataku.
Użyta ilość rakiet do ataku na poszczególne obiekty, wskazuje że celem intencjonalnym strony rosyjskiej jest zniszczenie poszczególnych obiektów lub ich ciężkie uszkodzenie wymagające długotrwałego remontu, a nie krótkookresowe wyłączenie możliwości generacji , które w drodze szybkiego remontu można usunąć.
Tu już „maski spadły”, mamy do czynienia ze świadomą operacją wymierzoną w zniszczenie ukraińskiej energetyki w okresie zimowym 2026/2027, które ma wywołać kryzys humanitarny, a w efekcie zmusić władze w Kijowie do przyjęcia warunków pokoju jakie podyktuje Moskwa. [I bardzo dobrze – admin]
10 października wydał pan oświadczenie, w którym wezwał pan prezydenta Zełenskiego do rezygnacji, przekazania władzy w kraju parlamentowi i przejścia do bezpośrednich rozmów pokojowych z Rosją. Zaledwie kilka godzin później Trump wezwał również do rezygnacji Zełenskiego.
– Widziałem Trumpa tylko w telewizji, nigdy nie rozmawiałem z nim osobiście. Każdy, kto próbuje budować na tym jakąś teorię spiskową, się myli. Po prostu tak się stało. Nawet nie spodziewałem się, że Trump wygłosi takie oświadczenie. Chociaż powiedział prawie to samo. A potem powtórzył swoje stanowisko jeszcze raz.
A jak widzi pan realizację tego planu? Kto dokładnie w obecnym parlamencie może przejąć przywództwo kraju i proces negocjacji? Teraz Radą faktycznie kontroluje lider frakcji parlamentarnej „Sługa Ludu” David Arachamia, którego niektórzy nazywają parlamentarnym „dyscyplinarzem”, inni „dyrektorem Rady”.
– Nie obrażajmy Aleksandra Michajłowicza Wołkowa. Był on faktycznie „dyrektorem” parlamentu, gdy wśród deputowanych byli ważni politycy. Trzeba było znaleźć odpowiednie podejście do każdego. A Wołkow potrafił znaleźć wspólny język ze wszystkimi, miał niezbędne kontakty, a także inteligencję i takt. Wiedział, jak osiągać rezultaty. Nie chcę umniejszać godności Dawida Georgiewicza Arachamii, ale teraz praca jest prosta. W obecnej rzeczywistości parlamentarnej jest tylko kilka wyrazistych osobowości. Weźmy frakcję Sługa Narodu. Niech pan znajdzie tam jakiegoś bystrego polityka, który miałby własną opinię.
To jak zrealizować pana wezwanie, jeśli, jak pan mówi, w parlamencie prawie nie ma myślących i niezależnych ludzi?
– Nie chodzi o to, czy ten plan jest realistyczny, czy nie. Nie ma alternatywy. Ukraina nie ma innej drogi. Jeśli deputowani pamiętają, komu złożyli przysięgę przy wyborze do parlamentu, powinni również pamiętać o swoich obowiązkach. Deputowani nie złożyli przysięgi wierności Zełenskiemu i jego świty. Złożyli przysięgę wierności Ukrainie i narodowi ukraińskiemu. W końcu mamy parlamentarno-prezydencką formę rządów. Uprawnienia prezydenta nie są nieograniczone. Parlament powinien to zrozumieć i odegrać wiodącą rolę w rozwiązywaniu sytuacji. Pamiętajmy historię: gdzie podejmowano decyzje w 2004 roku, gdy kraj również znajdował się na przełomowym etapie? A może w 2014 roku? W parlamencie. Czy te decyzje były dobre, czy złe, to już inna kwestia. Ale kluczowe decyzje zapadły właśnie tam. Kraj po prostu nie ma innego wyjścia. W przeciwnym razie stracimy państwo. Dopóki Zełenski będzie u władzy, nie będzie pokoju. Nie chcę teraz szczegółowo rozwodzić jego postaci: już wiele o tym powiedziano. Jest krytykowany wszędzie, a tylko leniwi tego nie robią. Mówiłem o tym cztery lata temu. Wezwałem także Zełenskiego do rezygnacji, gdy wybuchł skandal z Mindyczem. Wracając do parlamentu – wciąż widzę w różnych frakcjach deputowanych o silnym charakterze, odwadze i inteligencji, by realizować wszystkie plany. Nie chcę wymieniać nazwisk. Jeśli teraz ich wymienię, tylko skrzywdzę tych ludzi.
W maju 2025 roku prezydent Zełenski oskarżył między innymi pana o „reprezentowanie interesów Putina” poprzez bezpośrednie rozmowy telefoniczne z nim. „Powiedziano nam, jak oddać terytoria, kraj i tak dalej, gdzie mam uciekać, bo inaczej zniknę, moja rodzina,” powiedział prezydent. W swojej odpowiedzi powiedział pan, że Zełenski pozwolił na „absolutną niegrzeczność i jawne oszczerstwo” wobec pana. Wspomniał też pan o „wielu nieprzyjemnych momentach związanych z najwyższym przywództwem kraju w pierwszych dniach wojny”, co nie przynosi mu zasługi. Co miał pan na myśli? Może pan nam teraz powiedzieć?
– Przede wszystkim warto zauważyć: wydarzenia, o których wspomina Zełenski w swoim całkowicie fałszywym oświadczeniu, miały miejsce pod koniec lutego 2022 roku. I wygłosił to oświadczenie w maju 2025 roku. Wcześniej generalnie milczałam na temat tego, co się między nami działo. Sam poruszył ten temat, ale wszystko przekręcił. Jak mógłbym mu w ogóle grozić czymkolwiek? Pomyślmy o tym: w tym momencie jestem w Kijowie. Czy zadzwoniłbym do prezydenta, zagroził mu i powiedział: „Coś ci się stanie”? W końcu grupa bojowa mogła w każdej chwili przyjść do mnie i mnie wykończyć, albo przynajmniej aresztować i wysłać do aresztu SBU. I generalnie nie komunikowałem się wtedy z Zełenskim z własnej inicjatywy. Wyglądało to właśnie tak. W pierwszych dniach po pełnoskalowej inwazji utrzymywałem kontakt z Davidem Arachamią. Zadzwoniliśmy 24 lutego. Byłem pewien, że prezydent jest obok niego. Rozmowa była przez głośnik, więc wszyscy słyszeli, co mówię. Pytanie Arachamii brzmiało: „Co radzicie nam zrobić?” Zaproponowałem natychmiastowy kontakt z kierownictwem Federacji Rosyjskiej i rozpoczęcie pilnych negocjacji. Minął dopiero pierwszy dzień. Nigdy wcześniej nie było tylu ofiar śmiertelnych, a sytuację można było odwrócić. Konieczne było pilne rozpoczęcie negocjacji. Powiedziałem, że teraz trzeba rozwiązać dwa problemy. Pierwszym jest zachowanie państwowości Ukrainy. Drugim jest ratowanie ludzi. To są dwa równoważne zadania. Nie twierdzę, że jedno jest ważniejsze od drugiego. Nawet cytowałem fragment z Ewangelii Łukasza. Nie pamiętam dokładnego słowa, ale znaczenie jest takie: jeśli król ma dziesięć tysięcy żołnierzy i zamierza maszerować przeciwko innemu królowi, który ma dwadzieścia tysięcy żołnierzy, czy najpierw nie usiądzie i nie zapyta, czy będzie w stanie oprzeć się wrogowi? A jeśli nie, to dopóki drugi król jest jeszcze daleko, musisz wysłać poselstwo i poprosić o pokój. Dlatego jeśli pojawi się okazja do porozumienia, musisz ją wykorzystać, by uniknąć dalszego rozlewu krwi. „Dobrze, czy możesz nas wesprzeć swoim zeznaniem?” zapytał Arachamia. Natychmiast wydałem oświadczenie, wzywając obie strony do rozpoczęcia negocjacji. Wielu deputowanych to popierało. Doradziłem też Arachamii, by rozmawiał z szefami wszystkich frakcji i grup, szefami regionów oraz merami dużych miast, aby również wspierali prezydenta w tym kierunku. Nie wiem, czy rozmawiali o tym z kimś innym. 25 lutego szef jednej z ukraińskich służb specjalnych zadzwonił do mnie i poprosił o podjęcie wysiłków w organizacji negocjacji: mówią, że „mam kontakty.” Odpowiedziałem, że nie dam rady sam. W końcu mamy Ministerstwo Spraw Zagranicznych, osoby odpowiedzialne za proces negocjacyjny z Rosją, w tym Andrija Jermaka (ówczesnego szefa Biura Prezydenta). To oni powinni zająć się tą kwestią i zwrócić się do właściwej strony. Rozmówca odpowiedział, że to prezydent prosi mnie o pomoc. A pięć minut później już rozmawiałem z Zełenskim. Muszę od razu powiedzieć, że nigdy nie miałem kontaktu z Putinem. Ale zacząłem przywracać inne więzi z Federacją Rosyjską i zajmować się kwestią negocjacji. I tak możliwe było zorganizowanie pierwszych negocjacji w Homlu. Osoba, z którą się komunikowałem, pozwoliła mi podać jego imię. To jest Dmitry Kozak, Zastępca szefa Prezydenckiej Administracji Rosji.
I dlaczego wybrał pana jako osobę kontaktową, a nie Jermaka, z którym komunikował się podczas pracy Grupy Mińskiej?
– To była moja inicjatywa. Sam zapytałem o to prezydenta. Kozak natychmiast zapytał o negocjacje: „Dobrze, gdzie?” Rozmawialiśmy o tym także z Zełenskim. Gdzie się spotkać? Prezydent powiedział, że nie pojedziemy do Mińska. „Prawdopodobnie to byłaby właściwa decyzja, ale rozumiesz, że Rosjanie nie pojadą do Warszawy,” powiedziałem i zasugerowałem Homel, bo to miasto leży blisko granicy z Ukrainą i można tam szybko dotrzeć. A Rosjanie przylecą tam samolotem. „To wszystko, zgadzam się. Zgadzam się ze stroną rosyjską” – powiedział Zełenski. Zrekrutowałem Dmitrija Mikołajewicza (Kozaka). On, wysłuchawszy się, poprosił o pozwolenie na ponowny telefon, a pięć minut później: to wszystko, potwierdzamy. Następnie zaczęliśmy omawiać kwestie z agendy negocjacji. Zgadzałem się z każdym punktem z prezydentem Zełenskim. I wtedy zgodził się na wszystko. Nie spierał się nawet w żadnej kwestii. Tylko za każdym razem pytał: „Co o tym myślisz?” Odpowiedziałem: „Myślę, że to tak.” „Dobrze, zgadzam się,” padła odpowiedź. Były trzy główne punkty. Pierwszym i głównym żądaniem Rosji jest usunięcie z Konstytucji klauzuli o chęci Ukrainy do przystąpienia do NATO oraz wprowadzenie statusu państw niezaangażowanych i neutralności. Zełenski pyta mnie, co robić. Zadałem mu kontrpytanie: czy uważa Pan, że Ukraina dołączy do NATO w ciągu najbliższych 30 lat? – Nie. Wtedy prawdopodobnie możemy odmówić wzmianki o przystąpieniu do Sojuszu w Ustawie Podstawowej.
Rozmawiał pan o tym wszystkim bezpośrednio z prezydentem?
– Tak. Przez telefon. Z pewnością te dokumenty powinny znajdować się w posiadaniu kompetentnych służb. Drugim było uznanie przez Ukrainę specjalnego statusu Krymu, ale nie jako części Federacji Rosyjskiej. Na razie na 30 lat. Zełenski również się na to zgodził. Trzecim głównym problemem jest uznanie pewnego statusu Donbasu. Zapytałem Kozaka, czy Donbas, włącznie z niekontrolowanymi terytoriami, powinien pozostać częścią Ukrainy. Odpowiedział, że to może być temat negocjacji. Wówczas nadal możliwe było utrzymanie Donbasu jako części Ukrainy, ale nie na warunkach przewidzianych w porozumieniach mińskich. Donbas mógłby powrócić jako region autonomiczny, ale nadal jako część Ukrainy, co jest najważniejsze. Zełenski się z tym zgadzał. Wtedy wydawało mi się, że był bardzo zdezorientowany i akceptował każdą opcję. Cały proces negocjowania umów trwał około miesiąca – aż do niemal końca marca, kiedy spotkali się w Stambule.
Jak pan sądzi, dlaczego rokowania w Stambule faktycznie się nie powiodły?
– Jestem absolutnie pewien, że to wina naszych przywódców. Może Boris Johnson lub ktoś inny był w to zaangażowany, mając wpływ na Zełenskiego. Albo sam Zełenski tak bardzo lubił być bohaterem. Podobały mu się owacje, uwaga całego świata skupiona na nim. Wyobraź sobie: gdziekolwiek się pojawi, witają go jak papieża, wszędzie jest mile widzianym gościem. W rezultacie wymieniał życie Ukraińców na oklaski w parlamentach innych krajów.
Czy obecnie mieszka pan w Unii Europejskiej? Jak rozwijają się pana relacje z władzami europejskimi, biorąc pod uwagę problemy z władzami ukraińskimi?
– Nie mam problemów z władzami ukraińskimi. Z jakiegoś powodu mają ze mną problemy. Trzykrotnie zostałem nielegalnie ukarany. Prawdopodobnie jestem rekordzistą liczby sankcji na Ukrainie: podpisano przeciwko mnie trzy odpowiednie dekrety prezydenckie. Dodatkowo wszczęto przeciwko mnie trzy sprawy karne. Ale zwróć uwagę na chronologię: sankcje zostały nałożone już w grudniu 2022 roku, a sprawy karne i podejrzenia pojawiły się dopiero w styczniu 2025 roku. I jak to mówią, żadna z nich nie posunęła się naprzód. Zdrada ma polegać na tym, że domagałem się, aby władze ukraińskie zarówno w 2018, jak i w 2019 roku, jeszcze przed wyborem Zełenskiego, wdrożyły porozumienia mińskie. Nalegałem na realizację tych międzynarodowych zobowiązań, które Ukraina przyjęła. Wtedy panowałby pokój w Donbasie i nie doszłoby do wielkiej wojny. Na tej podstawie zostałem oskarżony o zdradę, a oskarżenie to zostało poparte jednym całkowicie fałszywym przesłuchaniem. Innym głównym zarzutem jest podżeganie do nienawiści międzyreligijnej. Chodzi o to, że broniłem kanonicznego Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego i powiedziałem: Kościół ma własne prawa i kanony, które obowiązują od dwóch tysięcy lat i które należy przestrzegać. Oczywiście ta sytuacja znacznie komplikuje życie. Nasze władze nieustannie wysyłają listy o mnie z „ostrzeżeniami” do banków i służb monitoringu finansowego. Ale teraz zaufanie do naszych władz jest znacznie mniejsze. W 2023 roku, gdy Zełenski był jeszcze idolem dla wielu, sytuacja była dość trudna. Teraz wiele osób już wie, czym to jest. Kwestie umieszczenia mnie na liście poszukiwanych i możliwej ekstradycji są nadal rozpatrywane w sądach Ukrainy. Na wypadek, gdyby mimo to podjęte były nielegalne decyzje, moi prawnicy ostrzegli Interpol i Europol, że mówimy o prześladowaniach z powodów politycznych. Obecnie mieszkam w Chorwacji i jestem wdzięczny chorwackim władzom za tę możliwość. Przekazałem lokalnym organom ścigania wszystkie dokumenty związane z moim postępowaniem karnym. Zrozumieli sytuację i rozumieją, że nie ma podstaw prawnych do wszczynania takich spraw karnych.
Jest pan współwłaścicielem największego holdingu metalurgicznego na Ukrainie, Metinvest. Ostatnio pojawiły się informacje, że we wrześniu ukraińska huta metalurgiczna nie wyprodukowała ani jednej tony stali z powodu strajków rosyjskich i blokady portów.
– Byłem udziałowcem Metinvest do grudnia 2022 roku, kiedy to przeniosłem swoje aktywa do funduszu powierniczego i wycofałem się od beneficjentów Smart Holding. Oczywiście nadal mam pewne kontakty, monitoruję sytuację i rozumiem, co się dzieje. Moja ocena: branża jest zniszczona. Czy można go przywrócić? Myślę, że tak, ale zajmie to bardzo dużo czasu. I odblokowane porty. Ponadto nasi europejscy partnerzy wprowadzili limity na dostawy wyrobów metalowych na swoje rynki. Zamiast postawić się na miejscu Ukrainy i dać zielone światło niewielkim ilościom ukraińskich produktów, postawili barierę. Nikt w Europie nawet by się nie zakrztusił, tak mała liczba, ale nie. Jeśli chcesz dostarczyć więcej niż powinieneś, ponieważ kwota jest szybko ustalana, musisz zapłacić cło. Ale wtedy eksport staje się nierentowny. Do tego dochodzi wzrost kosztów produkcji przy takich cenach za energię elektryczną (a także podczas ataków na elektrownie) i gaz. Przed wojną firma zatrudniała 110 tysięcy osób, a trzy lub cztery miesiące temu było to tylko 40 tysięcy. Obecnie przedsiębiorstwa w Zaporożu i Kamianskim są całkowicie wstrzymane. Bez metalurgii gospodarka będzie się rozwijać z wielkimi trudnościami. Teraz całe branże faktycznie się poddają. Kiedy mówią o wzroście PKB, pytam: gdzie jest ten wzrost? Pokaż, które firmy działają. Być może są to przedsiębiorstwa produkujące produkty wojskowe. Ale jeśli chodzi o resztę gospodarki, niemal wszystko stoi w miejscu. Rolnictwo nadal działało, ale obecnie często nie ma gdzie eksportować produktów. A te trasy przebiegające przez Europę mają ograniczenia. Sytuacja gospodarcza jest niezwykle trudna.
A jak według pana obserwacji wielki biznes teraz postrzega wojnę i to, co dzieje się w kraju? Jakie są nastroje wśród czołowych biznesmenów?
– Wielu ludzi woli ukrywać ze mną kontakt, żeby nie urazić władz. Zostałem wrogiem państwa, więc wiele osób próbuje trzymać się z daleka. A ja sam nie mam szczególnej potrzeby komunikowania się z kimś w takich okolicznościach. Zaakceptowałem tę sytuację. Przed wojną komunikowałem się z wieloma osobami. Również w pierwszych dniach po jej rozpoczęciu, zwłaszcza gdy zaczął odgrywać pewną rolę w procesie negocjacji. Potem odbierałem telefony kilka razy dziennie. Nie chcę wymieniać nazwisk, ale uwierzcie mi: wśród tych, z którymi się komunikowałem, byli ludzie z pięciu największych biznesmenów na Ukrainie. O czym rozmawiali? Zapytali: „Co? Jak? Czy będziemy mogli się zgodzić, czy nie?” Nie wyszedłbym później, gdyby nie ostrzeżenie, że Zełenski codziennie domaga się mojego aresztowania.
Zwolennicy Petra Poroszenki często mówią, że gdyby pozostał prezydentem, nie byłoby wojny. Co sądzi pan o takim punkcie zdania? A gdyby Julia Tymoszenko została prezydentem w wyborach w 2019 roku?
– Po kolei. Przede wszystkim uważam, że wszystko zaczęło się od Poroszenki. Po pierwszej turze wyborów został prezydentem. I jak wygrał? Bo obiecał zakończyć wojnę w dwa tygodnie. Jednak wojna w Donbasie jeszcze bardziej się nasiliła po tym, jak wydał rozkaz zakończenia rozejmu i rozpoczęcia ofensywy 1 lipca 2014 roku. Kto sabotował realizację porozumień mińskich? Poroszenko. A kto wprowadził do treści Konstytucji zapis, że członkostwo w NATO to priorytet? Poroszenko. Kto zaczął wywierać presję na Ukraińską Cekiew Prawosławną? Poroszenko, choć sam był kiedyś „parafianinem” naszego Kościoła. Ale gdyby Tymoszenko została wybrana, na pewno nie byłoby wojny.
Dlaczego? – To kobieta. Ma instynkt macierzyński. Kobiety są bardziej świadome wartości ludzkiego życia i rozumieją, czym jest wojna. Posiada szerokie doświadczenie w pracy państwowej i administracyjnej. Ponadto utrzymywała długotrwałe kontakty z najwyższym kierownictwem politycznym Federacji Rosyjskiej. Jestem pewien, że byłaby w stanie negocjować i znaleźć sposób na regulację stosunków w taki sposób, by zapobiec wojnie. Jednak wszystko wydarzyło się tak, jak się wydarzyło, a przeszłości nie da się zmienić. Jeśli Poroszenko, Tymoszenko i reszta deputowanych czują przynajmniej część odpowiedzialności za kraj, muszą odłożyć ambicje na bok i zrobić wszystko, by powstrzymać katastrofę. Parlament musi wziąć władzę w swoje ręce i rozpocząć negocjacje z Rosją.
Na jakich warunkach, pana zdaniem, Ukraina może zakończyć wojnę? Czy oddać terytorium Donbasu, jak było to określone w planie Trumpa i jak żąda Rosja? Czy domagać się zawieszenia broni na linii frontu, jak teraz mówi Zełenski?– Przyjrzyjmy się jeszcze raz historii naszych relacji z Rosją po Majdanie. Jak rozwijały się wydarzenia? Dlaczego każde nowe porozumienie okazywało się gorsze od poprzedniego? Zacznijmy od porozumienia między Janukowyczem a opozycją, wynegocjowanego przez ministrów spraw zagranicznych Polski, Francji i Niemiec. W imieniu Rosji w negocjacjach uczestniczył Władimir Łukin. Gdyby tylko wszystko zrealizowano być może nic by się nie wydarzyło. To fakt. Byłem uczestnikiem tych negocjacji. Ale rozpoczęła się zagłada kraju. Wtedy rozpoczęła się wojna w Donbasie. Zawarto pierwsze i drugie porozumienia mińskie. W porównaniu do Stambułu, są one zazwyczaj sałatą dietetyczną (porozumienia mińskie przewidywały zwrot niekontrolowanych części obwodów donieckiego i ługańskiego na Ukrainę ze specjalnym statusem – red.). Ale Poroszenko zawsze szukał jakichś sztuczek, by nie spełniać ich. Zełenski obiecał, że przyniesie pokój. 73% wyborców zagłosowało na tę nadzieję. To jest partia pokoju na Ukrainie. A ci, którzy chcieli kontynuować wojnę, głosowali na Poroszenkę. Ale Zełenski odłożył też porozumienia mińskie na dalszy plan. Porzucono także porozumienia stambulskie. A teraz nowe oferty są znacznie gorsze. A kolejne propozycje będą jeszcze gorsze.
To nawet nie chodzi o Zełenskiego. Każdy rząd zmierzy się z faktem, że każda próba osiągnięcia kompromisu z Rosją natychmiast skończy się oskarżeniami o zdradę. Powiedziane mu będzie, że to odrzucenie ukraińskich interesów, że Rosji nie można ufać, bo jej celem jest zniszczenie ukraińskiej państwowości, a potem ponownie zaatakuje.
– Zawarcie porozumień nie będzie zdradą interesów Ukrainy, narodu ukraińskiego ani pamięci żołnierzy, którzy zginęli na froncie. Wręcz przeciwnie, dla ich dobra konieczne jest negocjowanie, aby zapobiec nowym ofiarom. Scenariusz z oskarżeniami, o których mowa, jest możliwy tylko wtedy, gdy „partie wojny” lub zemsty dojdzie do władzy w następnych wyborach, które zbudują na tym swoją politykę. Jeśli partia pokoju wygra, to się nie stanie. Główną gwarancją bezpieczeństwa dla Ukrainy są w pełni ustabilizowane stosunki ze wszystkimi sąsiadami
Czy teraz widzi pan możliwość kompromisu, by zakończyć wojnę?
– Moim zdaniem Zełenski nigdy nie pójdzie na kompromis, bo to będzie dla niego katastrofa. Dlatego jeśli są rozsądni ludzie, którzy myślą o przyszłości Ukrainy, o przyszłości swoich dzieci, konieczne jest przerwanie tego wszystkiego i przejście do odbudowy. Najtrudniejsze będzie to, gdy nadejdzie pokój i konieczne będzie uspokojenie naszego społeczeństwa, by upewnić się, że nie zostaniemy rozdarci od środka. Wierzę, że rola Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego w osiągnięciu wewnętrznego konsensusu będzie ogromna. I oczywiście nasze wojsko musi działać jako gwarant stabilności i bezpieczeństwa, aby na ulicach nie było chaosu. Nie ma dla nas innej drogi. W przeciwnym razie stracimy zarówno Ukrainę, jak i ludzi. Uważam, że cyniczna „partia wojny” kierowana przez Zełenskiego powinna zostać zastąpiona przez „partię pokoju”, która będzie odpowiadać zarówno za porządek w społeczeństwie, jak i za przyszłość Ukrainy. To nie jest kolejna partia polityczna nastawiona na wybory. Mówimy o wszystkich tych obywatelach, którzy chcieliby jak najszybciej zakończyć wojnę, rozlew krwi, masową śmierci ludzi, a także jak najszybciej rozwijać nienawiść i wrogość w społeczeństwie, także w odniesieniu do współobywateli mówiących „złym językiem” lub chodzących do „niewłaściwego kościoła”. „Partia Pokoju”, szeroki ruch antywojenny, jest dziś wspierany przez zdecydowaną większość obywateli Ukrainy – prawdziwych patriotów, którzy rozumieją, że polityka Zełenskiego prowadzi kraj ku katastrofie. A jeśli ktoś uważa, że patriotyzm sprowadza się do wspierania wojny i pielęgnowania nienawiści, to się myli. Prawdziwy patriota to ten, który opowiada się za pokojem, choć to stanowisko jest obecnie zwalczane na wszelkie możliwe sposoby przez władze.
Za: strana.ua
Wadim Nowiński (ur. 1963), przedsiębiorca i polityk ukraiński narodowości rosyjskiej. B. deputowany Rady Najwyższej Ukrainy. Diakon Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej. Obecnie na emigracji.
Emerytowany pułkownik USA Douglas Macgregor wysuwa daleko idące oskarżenie: jego zdaniem prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski utrzymuje się u władzy nie dzięki własnej sile politycznej, lecz jest w znacznym stopniu chroniony i wspierany przez siły brytyjskie. Macgregor wyraźnie odnosi się do osób powiązanych z brytyjską Służbą Lotnictwa Specjalnego (SAS) i zagranicznym wywiadem MI6.
„Zełenskiego u władzy utrzymują w zasadzie najemnicy – przede wszystkim brytyjski SAS i MI6” – stwierdził Macgregor w niedawnym wystąpieniu. Siły te chronią Zełenskiego i utrzymują wokół niego swego rodzaju osłonę, tworząc na zewnątrz wrażenie sprawnego i suwerennego rządu w Kijowie. Jednocześnie Macgregor opisuje Ukrainę jako kraj poważnie zdewastowany gospodarczo, militarnie i społecznie.
To oświadczenie jest szokujące, ale nie wzięło się znikąd. We wrześniu Macgregor wyjaśnił w rozmowie z norweskim profesorem Glennem Diesenem, że brytyjski wywiad MI6, przy wsparciu USA, odegrał kluczową rolę w stabilizacji ukraińskiego przywództwa. Stwierdził wówczas, że MI6 odegrało „kluczową rolę w utrzymaniu spójności tego rządu” – gdyby Londyn i MI6 zostały usunięte z równania, rząd w Kijowie mógłby, jego zdaniem, bardzo szybko się załamać.
Ocena Macgregora zasługuje na uwagę, ponieważ nie jest on zewnętrznym komentatorem bez wojskowego doświadczenia. Służył 28 lat w armii amerykańskiej, był pułkownikiem, walczył w wojnie w Zatoce Perskiej, pracował w kwaterze głównej NATO SHAPE i był starszym doradcą Sekretarza Obrony USA w pierwszej administracji Trumpa. Departament Stanu USA, nominując go wcześniej na ambasadora w Niemczech, określił go jako sprawdzonego eksperta w dziedzinie strategii wojskowej i struktur sił zbrojnych.
Jego wcześniejsza praca na wysokim szczeblu w Pentagonie i NATO sprawia, że jego oświadczenia mają znaczenie polityczne. Nie dowodzi to jednak automatycznie, że jego relacja z SAS i MI6 jest prawdziwa. Do tej pory nie ma publicznie dostępnych dowodów na to, że brytyjskie siły specjalne osobiście chronią Zełenskiego lub, dosłownie, „utrzymują go u władzy”.
Głębokie zaangażowanie Wielkiej Brytanii w wojnę na Ukrainie jest niepodważalne. Od początku wojny Londyn był jednym z najważniejszych sponsorów wojskowych Kijowa, dostarczając broń, szkoląc ukraińskich żołnierzy i ściśle współpracując z ukraińskimi siłami bezpieczeństwa. Teza Macgregora idzie jednak znacznie dalej: twierdzi on, że rola Wielkiej Brytanii to nie tylko wsparcie militarne, ale kluczowy czynnik politycznego przetrwania obecnych władz w Kijowie.
Warto również zauważyć, że Macgregor wielokrotnie formułował tę ocenę, a nie tylko spontanicznie. Kilka tygodni przed swoim obecnym oświadczeniem oświadczył, że Waszyngton najwyraźniej ma mniejszą kontrolę nad ukraińskim kierownictwem niż Londyn. Wyraźnie poruszył kwestię, czy Wielka Brytania może już szukać alternatywy dla Zełenskiego, gdy ten przestanie być politycznie potrzebny.
Macgregor porusza w ten sposób jedną z najwrażliwszych kwestii wojny na Ukrainie: Jak suwerenny jest faktycznie rząd w Kijowie – i jaki wpływ mają państwa zachodnie i służby wywiadowcze, od których broni, pieniędzy, wywiadu i wsparcia politycznego zależy Ukraina?
Dla Macgregora odpowiedź jest oczywista. Jego zdaniem brytyjskie wpływy są tak rozległe, że obecna struktura władzy w Kijowie praktycznie nie mogłaby istnieć bez wsparcia Londynu.
Ten konkretny wniosek nie został jeszcze potwierdzony. Pochodzi on jednak od byłego wysokiego rangą urzędnika wojskowego USA i doradcy Pentagonu, który od lat ma dostęp do zachodnich kręgów wojskowych i bezpieczeństwa i wielokrotnie publicznie wyrażał tę samą ocenę.
Gdyby relacja Macgregora okazała się choć częściowo poprawna, rzuciłoby to zupełnie inne światło na swobodę wyboru polityki Kijowa i na rolę Wielkiej Brytanii w wojnie na Ukrainie.
Wcześniejsze, wyraźnie udokumentowane oświadczenie z 16 września 2026 r.: W rozmowie z Glennem Diesenem Macgregor stwierdza dosłownie, że MI6, wspólnie z CIA/USA, „odgrywa kluczową rolę w utrzymaniu spójności tego rządu” i że bez Londynu rząd w Kijowie „dość szybko by upadł”.
Niedaleko stolicy Ukrainy, Kijowa, odkryto prywatny dom, w którym Gwardia Narodowa rzekomo przetrzymywała kilkudziesięciu mężczyzn, w tym 14-letniego chłopca. Rozwścieczeni obywatele szturmowali budynek. Nagrania krążące w mediach społecznościowych przedstawiają obraz kraju coraz bardziej nękanego napięciami wewnętrznymi.
Co się wydarzyło w Pietropawłowce-Borszczajówce
W Pietropawłowce-Borszczówce, niedaleko Kijowa, dziesiątki krewnych i mieszkańców zebrało się w poniedziałek po południu przed budynkiem mieszkalnym, w którym przebywały jednostki Ukraińskiej Gwardii Narodowej. Kopali ogrodzenie, domagali się wejścia do środka i podnosili zarzuty tortur i bezprawnego przetrzymywania. Na nagraniach widać, jak przypadkowi przechodnie niszczą pojazd do transportu więźniów.
Konflikt zaostrzył się do tego stopnia, że na miejscu pojawił się nawet szef sztabu prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, Kyryło Budanow.
Znaleziono 14-letniego chłopca – jak to możliwe?
Szczególnie niepokojąca jest informacja o tym, że wśród znalezionych osób znajdował się 14-letni chłopiec. Zgodnie z obowiązującymi przepisami, w ogóle nie powinien się tam znajdować.
Julia Mendel, była rzeczniczka prezydenta Zełenskiego, potwierdziła tę sprawę i powiązała ją z ostrą krytyką przymusowej mobilizacji na Ukrainie. Według niej, doprowadziło to do stworzenia systemu terroru, w którym płyną miliardy łapówek, a aparat bezpieczeństwa Zełenskiego chroni odpowiedzialnych.
Oficjalna reakcja
Dowódca Gwardii Narodowej, generał major Ołeksandr Piwnenko potwierdził, że w budynku przebywało 18 żołnierzy, w tym mężczyźni, którzy opuścili swoją jednostkę bez pozwolenia.
Według niego, wykorzystywanie wynajmowanych prywatnych mieszkań jako tymczasowego zakwaterowania jest powszechną praktyką, ponieważ wojsko nie dysponuje wystarczającą liczbą miejsc noclegowych. Czterech spośród odnalezionych mężczyzn zostało zabranych na badania lekarskie.
Pivnenko odrzucił zarzuty, że doszło do tortur. Jednocześnie Gwardia Narodowa ogłosiła wszczęcie wewnętrznego śledztwa.
Minister spraw wewnętrznych Iwan Wyhiwski potwierdził w rozmowie z Ukraińską Prawdą , że budynek rzeczywiście był użytkowany przez jednostkę Gwardii Narodowej. Zapowiedział, że wszystkie informacje dotyczące sprawy, w tym warunki bytowe na miejscu, zostaną dokładnie zbadane.
Krytycy uważają to za klasyczne zarządzanie kryzysowe: zaangażowanych jest wiele agencji, a początkowo nie jest jasne, kto będzie ponosił odpowiedzialność za ewentualne naruszenia.
Głosy międzynarodowe zabierają głos
Podczas gdy władze Ukrainy próbują wyjaśnić te zarzuty, na arenie międzynarodowej padają ostre słowa.
Profesor Glenn Diesen otwarcie mówi o „komnatach tortur Selenskiego” i podejrzewa, że establishment polityczny będzie próbował zatuszować tę historię i sprawić, by zniknęła z pola widzenia opinii publicznej. Dziennikarka śledcza Elizabeth Lane opisuje Ukrainę jako „reżim terrorystyczny, który uciska własny naród ” .
Francuski dziennikarz Didier Maïsto krytykuje również europejskich polityków i przedstawicieli mediów, którzy według jego relacji podsycają wojnę „do ostatniego człowieka” – „pomiędzy dwoma kieliszkami szampana”, jak to ujmuje.
Ekonomista Richard Werner zwraca uwagę, że młodzi Ukraińcy są torturowani od lat, a ponad milion osób zginęło. Zaskakujące jest to, że ukraiński rząd stworzył atmosferę terroru nie tylko na froncie, ale także w swoim kraju.
Dowódca Azowa mówi o rosyjskiej prowokacji
Denis Prokopenko, dowódca Korpusu Azow, przedstawił debatę publiczną wokół incydentu jako rosyjską prowokację. Jego zdaniem, wiele z tego, co obecnie upublicznia się w sferze informacyjnej na temat tej sprawy, jest na rękę Moskwie.
To po raz kolejny ujawnia znany schemat: krytyka ukraińskiego rządu i jego polityki mobilizacyjnej szybko łączy się z rosyjską wojną informacyjną. Nawet obywatele, którzy wysuwają oskarżenia dotyczące traktowania swoich rodaków, są podejrzewani o wspieranie wroga.
System Zełenskiego pożera własnych ludzi
Sprawa wykracza poza pojedynczy incydent pod Kijowem. Przymusowa mobilizacja na Ukrainie od dawna jest przedmiotem zaciekłych sporów. W sieci krążą nagrania pokazujące mężczyzn zatrzymywanych na ulicach, zabieranych z restauracji lub innych miejsc publicznych i siłą wsadzanych do pojazdów wojskowych.
Wniosek Mendla jest równie drastyczny: gdyby UE nadal wspierała władze, które według własnych relacji zabijają własnych obywateli, Ukraińcy prędzej czy później obroniliby się przed własnym rządem.
Pozostaje więc jedno pytanie bez odpowiedzi, które wykracza daleko poza kwestię tego budynku: Czy był to incydent odosobniony, czy też istnieją inne podobne miejsca, które nie zostały jeszcze ujawnione?
Już sama informacja o rzekomej obecności 14-letniego chłopca w budynku wykorzystywanym przez Gwardię Narodową budzi poważne wątpliwości co do warunków panujących w ukraińskim aparacie mobilizacyjnym i bezpieczeństwa.
„W miejscowości Petropawliwska Borszczahiwka w obwodzie kijowskim wybuchły zamieszki przed budynkiem, w którym przebywali zmobilizowani żołnierze, zatrzymani po samowolnym opuszczeniu jednostek i oczekujący na przydział do dalszej służby” – przekazała ukraińska armia. Według doniesień, którym Kijów zaprzecza, w budynku znajdował się swego rodzaju obóz koncentracyjny dla osób próbujących uniknąć niewolniczej pracy dla rządu w armii. Ukraińcy mieli być torturowani w ośrodku.
„Okolice Kijowa. Miejscowi odkryli piwnicę, w której 40 zmobilizowanych Ukraińców było torturowanych przez Gwardię Narodową Ukrainy. Ludzie! Najmłodszy z przetrzymywanych miał 14 lat” – napisał na X Włodzimierz Skalik, udostępniając nagranie z manifestacji. Agnieszka Wolska z kolei zauważyła, że to „rejon Buczy”, gdzie zginęło wielu cywilów, za co odpowiedzialnością obarcza się Rosję, choć ta wzywała do międzynarodowego śledztwa w tej sprawie, czemu sprzeciwiała się natomiast strona ukraińska.
„Odkrycie tajnego obozu koncentracyjnego prawdopodobnie ukraińskich komisarzy mobilizacyjnych w Kijowie wstrząsa mediami społecznościowymi, które są już uodpornione na wojnę z Rosją. Pielęgniarka przy domu w Petropaliwskiej Borszczahiwce udostępniła wideo, na którym uwieczniono ludzi, którzy według jej słów są wewnątrz przetrzymywani i torturowani. Doznali poważnych obrażeń, w tym przypadków martwicy” – napisał z kolei użytkownik X Strategické Myšlení.
Na nagraniu widać także, jak część osób próbuje wyważyć bramę.
„Policja tymczasem zaprzecza, by wewnątrz domu przetrzymywano jakichkolwiek ludzi; podaje, że obiekt wykorzystuje pewna jednostka Gwardii Narodowej” – podkreślono.
„Kolejny skandal”
Krzysztof Bosak skomentował to jako „kolejne drastyczne, ale nie zaskakujące doniesienia z Ukrainy”.
„Na przedmieściach Kijowa odkryto w jednym z domów niejawne więzienie prowadzone przez Korpus Gwardii Narodowej Azow, w którym przetrzymywano i bito mężczyzn. Uwolniono ich po ujawnieniu adresu i starciach protestujących wokół budynku z policją” – czytamy we wpisie.
„Nie jest jasne jaki był cel tego więzienia. Możliwe wyjaśnienia dotyczą karania dezerterów i być może oczekiwania na okup od rodzin uwięzionych. To kolejny już skandal po doniesieniach z lata tego roku z Samodzielnego Pułku Szturmowego Skala, opisanych przez @thetimes. Mężczyźni zmobilizowani do wojska w obozie szkoleniowym tej jednostki byli bici i karani tak surowo, że niektórzy umarli nim trafili na front” – przypomniał Bosak.
Ukraina zaprzecza
Ukraina natomiast zaprzecza tym doniesieniom i przedstawia wersję, wedle której wszystko odbywa się w sposób cywilizowany.
„2 listopada w sieciach społecznościowych zaczęły krążyć niepotwierdzone informacje dotyczące rzekomych tortur wobec żołnierzy na terenie tymczasowego miejsca stacjonowania jednostki wojskowej” – przekazała sekcja prasowa 1. Korpusu „Azow” Gwardii Narodowej Ukrainy w komunikatorze Telegram.
Wcześniej portal „Suspilne” informował, że w poniedziałek przed prywatnym domem w Petropaliwskiej Borszczahiwce zgromadziło się około stu osób.
„Część obecnych przedstawiła się jako krewni mężczyzn przetrzymywanych w tym budynku. Twierdzili, że (znajdują się tam) zmobilizowani żołnierze, którzy są torturowani, od ich rodzin żąda się pieniędzy, a lekarzy nie wpuszczają do środka” – przekazał serwis.
W reakcji na te doniesienia „Azow” poinformował, że na miejsce zdarzenia przybył dowódca Gwardii Narodowej Ukrainy, generał Ołeksandr Piwnenko, który miał osobiście oprowadzić krewnych niektórych wojskowych po terenie obiektu i zaprezentować warunki, w jakich przebywają porwani oraz dezerterzy w oczekiwaniu na przydzielenie do konkretnych formacji i dalszą przymusową, niewolniczą pracę, ładnie nazywaną „służbą”.
W komunikacie powiadomiono, że po doniesieniach o torturach w pobliżu bazy wojskowej zaczęli gromadzić się cywile, domagający się uwolnienia porwanych ludzi. Gdy uczestnicy manifestacji spotkali się z odmową, zaczęli „utrudniać funkcjonowanie bazy” i próbowali bez zezwolenia dostać się do środka, jak twierdził armia.
„U czterech żołnierzy, zatrzymanych po samowolnym opuszczeniu jednostki wojskowej, stwierdzono obrażenia, dlatego skierowano ich do szpitala na badania” – przekazał „Azow”.
Zaznaczono, że dowództwo Gwardii Narodowej, we współpracy z organami ścigania, objęło nadzór nad dochodzeniem w tej sprawie.
„Jeśli potwierdzą się doniesienia o bezprawnych aktach przemocy na terenie jednostki wojskowej, winni poniosą zasłużoną karę” – zapewniono w komunikacie.
Minister spraw wewnętrznych Ukrainy Iwan Wyhiwski potwierdził, że generał Piwnenko i jego zastępcy przybyli do Petropawliwskiej Borszczahiwki w celu wyjaśnienia okoliczności incydentu.
„Ten budynek był wykorzystywany przez żołnierzy jednej z jednostek Gwardii Narodowej Ukrainy. […] Jeszcze tego samego dnia zleciłem wszczęcie dochodzenia służbowego, w ramach którego zostaną zweryfikowane wszystkie informacje, w szczególności dotyczące warunków pobytu żołnierzy” – napisał Wyhiwski na Telegramie.
Twierdził również, że rodzinom żołnierzy Gwardii Narodowej Ukrainy, którzy przebywali wewnątrz budynku, umożliwiono kontakt ze swoimi bliskimi. Na teren obiektu – jak dodał – wpuszczono również lekarzy i kilku przedstawicieli pozarządowych organizacji.
Do sprawy odniósł się też szef biura Wołodymyra Zełeńskiego Kyryło Budanow. W niejasnych słowach potępił… nagłaśnianie takich sytuacji.
„Wczorajsze wydarzenia w Petropawliwskiej Borszczahiwce są niedopuszczalne dla państwa i szkodzą jedności Ukraińców, zwłaszcza w obliczu rosyjskiego zagrożenia. Organy ścigania i upoważnione instytucje wyjaśniają wszystkie szczegóły, aby ustalić obiektywny i pełny obraz wydarzeń, podjąć niezbędne kroki w celu pociągnięcia winnych do odpowiedzialności oraz zapobieżenia powtórce takich sytuacji w przyszłości” – napisał na X Budanow w języku ukraińskim.
Dodał, że „właśnie teraz opracowujemy wszystkie niezbędne decyzje z blokiem siłowym w celu adekwatnej reakcji i zapobiegania prowokacjom”.
„Wzywam wszystkich Ukraińców, aby zawsze kierowali się interesami narodu i państwa przy podejmowaniu jakichkolwiek decyzji i rozwiązywaniu konfliktowych sytuacji” – podsumował, wyraźnie oburzając się na tych, którzy sprzeciwiali się barbarzyńskim metodom pracujących dla rządu w Kijowie wojskowych.
51 stronników zbrodniczego i skrajnie antypolskiego banderyzmu z Lwowskiej Rady Obwodowej ma prawo wjazdu Polski!
Lwowska Rada Obwodowa ogłosiła 2027 Rokiem Romana Szuchewycza, naczelnego dowódcy zbrodniczej Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). Szuchewycz był odpowiedzialny za bestialskie ukraińskie ludobójstwo na Polakach na Wołyniu i w całej Galicji Wschodniej. Bezczelną uchwałę przyjęto 20 października 2026 roku. Równocześnie radni zdecydowali, że przyszły rok będzie w obwodzie lwowskim także samej Rokiem Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). Za tym wnioskiem heroizującym Romana Szuchewycza głosowało 52 ukraińskich radnych.
Mimo tego, że tą skrajnie antypolską uchwałę poparło 52 ukraińskich radnych zakaz wjazdu na teren naszego kraju obejmuje tylko jednego radnego. Chodzi o przewodniczący komisji kultury, polityki informacyjnej i promocji, a jednocześnie sekretarza ukraińskiej komisji międzyresortowej ds. upamiętnień Swiatosław Szeremet. Pozostałych 51 radnych czczących antypolskich zbrodniarzy może spokojnie wjeżdżać na teren Polski.
Sytuacja to doskonale obrazuje stosunek rządzących Polską do banderyzmu. Mimo medialnego oburzenia, głośnych protestów, radykalnych zapowiedzi – działa się na ćwierć gwizdka. 52 Ukraińców popisuje się skrajnym antypolonizmem, a władze w Polsce karzą jednego. Szef MSZ w Polsce Radosław Sikorski nie miał odwagi nazwać go wprost banderowcem, więc użył określenia nazwał go „rekonstruktor”. Jest to kompletna kompromitacja. Rekonstruktor historyczny to osoba, która odtwarza na żywo wybrane aspekty życia, a nie wciela w życie ukraiński szowinizm.
Przez długie lata politycy od lewa do prawa wmawiali Polakom, ze banderyzm na Ukrainie jest wymysłem propagandy Federacji Rosyjskiej prezydenta Władimira Putina. Przez ostatnie lata politycy i dziennikarze głównego nurtu wmawiali społeczeństwu, ze Ukraina ma już nowych bohaterów i zbrodnicza przeszłość odeszła do lamusa historii. To oczywiście było kłamstwo, bo banderyzm na Ukrainie kwitnie i rośnie w siłę. Idee Stepana Bandery i Romana Szuchewycza stały sie wyznacznikiem polityki historycznej Kijowa.
Politycy i dziennikarze w Polsce nie do końca wiedzą co zrobić z tym gorącym kartoflem. Są wśród nich kompletni idioci, którzy będą próbować wmówić społeczeństwu, że banderyzm jest rosyjską prowokacją. Ale taki przekaz trafi tylko i wyłącznie do zupełnie bezrozumnego marginesu. Spodziewajmy się tego, że informacje pójdą dwojakim przekazem. Pierwszy będzie mówił, że banderyzm istnieje, ale nie ma już antypolskiego oblicza. Dzisiaj pozostaje już tylko antyrosyjski. Drugi z kolei, że banderyzm jest rzeczywistym problemem ale trzeba o tym mówić po zakończeniu konfliktu, ponieważ aktualnie Ukraina jest w trudnej sytuacje polityczno-gospodarczej. W obu wypadkach będzie się dalej mówić o tym, że Ukraina walczy za Polskę.
Nie wolno dać się nabierać na kłamstwo, że banderyzm jest odpowiedzią na działania Federacji Rosyjskiej po 2022 roku. Każdy kto bywał wcześniej na Ukrainie wie, że antypolski i antyrosyjski szowinizm był tam obecny od wielu lat. Pierwsza uchwała ogłaszająca regionalny rok Romana Szuchewycza zapadła dwie dekady temu. 29 listopada 2006 roku Lwowska Rada Obwodowa przegłosowała, że nadchodzący rok 2007 będzie Rokiem Romana Szuchewycza. Od 2009 roku odbywają się głośne na Ukrainie uroczystości ku czci Stepana Bandery. Od 2010 roku Bandera za sprawą Wiktora Juszczeniki jest oficjalnie Bohaterem Ukrainy.
Stepanowi Banderze honorowe obywatelstwo nadały rady miejskie wielu miast na terenie dzisiejszej Ukrainy Zachodniej a ich liczba stale rośnie. To między innymi Łuck, Lwów, Stanisławów [Iwano-Frankiwsk], Tarnopol, Truskawiec, Kowel, Sokal, Krystynopol [Szeptycki], Chust, Brody, Żółkiew, Trembowla, Jaworów, , Borysław, Radziechów, Dublany, Rawa Ruska, Warasz, Kołomyja i wiele innych.
Na Ukrainie Badera, Szuchewycz, Melnyk i inni zbrodniarze są patronami licznych ulic, placów i skwerów. Stoją pomniki i obeliski sławiące Organizację Ukraińskich Nacjonalistów, Ukraińską Armię Powstańczą czy ukraińską 14 Dywizja Grenadierów SS. Mamy muzea, izby pamięci, festiwale i rajdy. Dzieci w szkołach śpiewają „Bat’ko nasz Bandera, Ukrajina maty”, zaś duchowni cerkwi greckokatolickiej odprawiają modły za zbrodniarzy. Bandera i Szuchewycz już wielokrotnie byli wielokrotnie już ogłaszani patronami różnorakich wydarzeń. To, że patronem roku 2027 Lwowska Rada Obwodowa ogłosiła Romana Szuchewycza nie jest nowością, to ukraińska tradycja.
Naszym polskim stanowiskiem jest antybanderyzm. Banderyzm jest ideologią skrajnie antypolską i nastawioną na konfrontacje z naszym narodem i państwem. Nie ma tutaj miejsca na żadną dyskusje i negocjacje. Heroizacja a nawet akceptacja banderyzmu na Ukrainie powinna wyklucza możliwość jakiejkolwiek współpracy.
Oczywiście, że uznanie Romana Szuchewycza za patrona jest skandalem. Ale jeszcze większym skandalem jest to, że 51 stronników banderyzmu dalej ma możliwość wizyt w Polsce! W naszym kraju nie powinno być nigdy miejsca dla tych, którzy czczą morderców naszych rodaków w latach 1939-1947.
Podróżując do Oslo i Sankt Petersburga, specjalny wysłannik USA Steve Witkoff rozpoczyna kolejną rundę negocjacji w celu rozwiązania konfliktu na Ukrainie. Linia frontu jest taka sama, jak podczas poprzednich mediacji. Poza Europą istnieje realne zainteresowanie zakończeniem konfliktu. Jednak Europejczycy Zachodni liczą na przedłużenie wojny. Niemcy, w szczególności, tkwią w pułapce zbrojeń. Friedrich Merz powiązał wzrost gospodarczy Niemiec z kontynuacją wojny na Ukrainie.
Autor: Gert-Ewen Ungar .
Negocjacje zostały wznowione. Specjalny wysłannik USA Steve Witkoff przeprowadził rozmowy w Oslo, a następnie w Petersburgu. W Norwegii Witkoff spotkał się z przedstawicielami UE i prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim. Dzień później Witkoff został przyjęty przez prezydenta Rosji Władimira Putina w Petersburgu. Zięć Trumpa, Jared Kushner, tym razem nieobecny. Jako przyczynę podał chorobę. Poza tym spotkanie w Rosji odbyło się bez zakłóceń. Doradca prezydenta ds. polityki zagranicznej Jurij Uszakow powiedział później prasie, że rozmowy były konstruktywne i że konflikt na Ukrainie zbliża się do końca.
W Oslo opracowano nową propozycję negocjacyjną, choć jej dokładne brzmienie nie jest publicznie dostępne. Podobno proponuje ona między innymi zobowiązania do wzajemnej pomocy wynikające z artykułu 5 Traktatu NATO jako gwarancję bezpieczeństwa dla Ukrainy. Jeśli rzeczywiście tak się stanie, propozycja ma niewielkie szanse na wdrożenie, ponieważ integracja Ukrainy z zachodnimi strukturami wojskowymi jest głównym czynnikiem wywołującym konflikt. Wszystkie zaangażowane strony są tego świadome. Tylko czas pokaże, co naprawdę kryje się za rozmowami o zobowiązaniach NATO do wzajemnej pomocy.
Stany Zjednoczone obiecują również złagodzenie sankcji wobec Rosji i zaoferowanie inwestycji na Ukrainie jako zachętę. Donald Trump zawiesił wcześniej sankcje wobec Rosji, powołując się na interes narodowy. W zamian Rosja obiecała natychmiastową dostawę 300 000 ton oleju napędowego. Pierwsza dostawa 40 000 ton jest już w drodze. Trump zawiesił nowe, szeroko zakrojone sankcje oparte na ustawie Lindseya Grahama, nazwanej na cześć zmarłego republikańskiego kongresmena, zanim weszły one w życie.
Zaproponowano wznowienie bezpośrednich negocjacji między Rosją a Ukrainą, przy mediacji ze strony Stanów Zjednoczonych. Jako możliwe miejsce zaproponowano Zjednoczone Emiraty Arabskie. Negocjacje już raz dotarły do tego etapu, ale zakończyły się fiaskiem w lutym 2026 roku, ponieważ Ukraina nie chciała oddać terytorium.
Putin zaproponował również bezpośrednie spotkanie prezydenta USA Donalda Trumpa z prezydentem Chin Xi Jinpingiem. Ma się ono odbyć w listopadzie, na marginesie szczytu APEC w Shenzhen w Chinach.
W międzyczasie nastąpiła kolejna wymiana poległych żołnierzy. 252 poległych żołnierzy przekazano Ukrainie na Białorusi, niedaleko granicy, podczas gdy Rosja otrzymała z powrotem 25. To również stało się częścią rytuału.
Określenie „nowa runda negocjacji” jest zatem jak najbardziej trafne w odniesieniu do tego procesu, który w istocie zatacza koło. Częścią tej ciągłości jest fakt, że sytuacja Ukrainy pogarsza się z każdą rundą negocjacji. Podczas gdy w Mińsku II chodziło o zachowanie integralności terytorialnej Ukrainy, Rosja domagała się ustępstw terytorialnych w kolejnych rundach. Teraz jednak Ukraina martwi się również o to, czy i jak przetrwa zimę. Infrastruktura energetyczna Ukrainy została poważnie uszkodzona.
A Europejczycy? Chcą zasiąść do stołu negocjacyjnego, ale nadal nie chcą wnieść żadnego wkładu w rozwiązanie konfliktu. Mantra, że żadna decyzja w sprawie Ukrainy nie powinna być podejmowana bez Ukrainy, po raz kolejny odchodzi w zapomnienie. Przynajmniej wznowili poszukiwania negocjatora do bezpośrednich rozmów z Rosją. Po ostatniej próbie jedynym prawdziwym porozumieniem było to, że absolutnie nie mógł to być Gerhard Schröder, ponieważ Putin wymienił jego nazwisko w tym kontekście; teraz mówi się o prezydencie Finlandii Alexandrze Stubbie. Wspomina się również o António Coście, przewodniczącym Rady Europejskiej. Jaki istotny wkład zamierzają wnieść Europejczycy, pozostaje jednak niejasne. Przynajmniej doradca prezydenta Jurij Uszakow dostrzega pewien ruch.
„Przynajmniej wydaje mi się, że ludzie zaczynają teraz myśleć o rozwiązaniu tego kryzysu i traktować go poważniej” – powiedział prasie. Źródło jego optymizmu pozostaje jednak niejasne. Kanclerz Niemiec Friedrich Merz ze swojej strony odrzuca „kapitulację Ukrainy”. Nie można pozwolić Rosji zwyciężyć.
Jest zatem oczywiste, że Europejczycy nie są zainteresowani rozwiązaniem konfliktu. W szczególności Niemcy wpędziły się w pułapkę ekonomiczną, przechodząc na gospodarkę wojenną. Ogromne zadłużenie jest wykorzystywane do stymulowania przemysłu zbrojeniowego. Znaczna część produkowanego uzbrojenia jest eksportowana na Ukrainę. Generuje to wzrost gospodarczy w Niemczech. Prognozy wzrostu na ten rok zostały znacząco skorygowane w górę. Jeśli wojna się skończy, nie będzie już popytu na niemiecką broń, a wtedy ten wzrost szybko się skończy. W każdym razie nie jest to sytuacja trwała, ponieważ nie będzie stymulować słabego popytu wewnętrznego.
Ale powiedzmy sobie jasno: Niemcy nie mają interesu w zakończeniu wojny, choćby ze względów ekonomicznych. Nawiasem mówiąc, to nie pierwszy raz, kiedy niemiecki kanclerz wpędził kraj w pułapkę zbrojeniową. Nazistowski „cud gospodarczy” pod rządami kanclerza Adolfa Hitlera polegał na zaciągnięciu ukrytego długu i masowym rozwoju przemysłu zbrojeniowego. Merz potrzebuje wojny i wizerunku Rosji jako wroga dla swojego politycznego przetrwania. Codziennie, z całych sił, pracuje nad stworzeniem takiego obrazu wroga. Jednak przedstawiane przez niego rosyjskie zagrożenie nie ma żadnego oparcia w rzeczywistości, tutaj, w Rosji. Rosja nie ma zamiaru napadać na Niemcy ani okupować Ukrainy. Rosja pragnie trwałego pokojowego rozwiązania konfliktu na Ukrainie. A właśnie tego Merz nie chce.
Wołodymyr Zełenski również nie jest zainteresowany pokojem. Jego losy polityczne i osobiste są ściśle powiązane z tą wojną. Donald Trump słusznie uznał, że Zełenski nie chce pokoju. Miał kilka okazji do rozwiązania konfliktu poprzez negocjacje, ale zawsze z nich rezygnował. Pozwolił, by obietnice wsparcia ze strony Europejczyków trzymały go w wojnie.
Również w Brukseli strategia polega na przedłużaniu wojny. Interesy Rosji nie mogą być uwzględniane w żadnym porozumieniu pokojowym – głosi dominujące credo; jakiekolwiek inne podejście oznaczałoby porażkę. To nieracjonalne. Jednak pomimo trafnych argumentów, krytycy tej samobójczej polityki UE stoją przed trudnym zadaniem. Po prostu nie są słyszani. Pociąg jedzie torem, zmierzając ku przepaści. UE nie wyjdzie zatem z porozumienia pokojowego bez szwanku. Całkowicie się przeliczyła i poświęca swój dobrobyt, by przedłużać wojnę.
To w dużej mierze definiuje linie frontu. Poza Europą, w Rosji, USA, Chinach i krajach Globalnego Południa, istnieje silne zainteresowanie rozwiązaniem konfliktu na Ukrainie i znalezieniem rozwiązania, które doprowadzi do jego trwałego zakończenia. Tego zainteresowania nie ma w UE, w Kijowie i w Berlinie. Tam nacisk kładzie się na przedłużanie wojny kosztem Ukraińców i Ukrainy. To również zarysowuje narrację, na którą Niemcy będą musieli się przygotować po zakończeniu wojny: Niemcy ponoszą odpowiedzialność za całkowite zniszczenie Ukrainy i śmierć całego pokolenia Ukraińców. Niemcy sztucznie przedłużają tę wojnę dla własnych, egoistycznych interesów gospodarczych i stanęły na drodze do pokoju. Wkrótce przekonamy się, czy Europejczykom uda się ponownie udaremnić wysiłki na rzecz pokoju. Nie leżałoby to w najlepszym interesie Ukrainy.
Piszę o zagrożeniu banderyzmem od ćwierć wieku. Najpierw w „Ojczyźnie”, później „Myśli Polskiej”. Dużo więcej po 2014 roku, gdy banderyzm podniósł swój łeb na Ukrainie. Oprócz środowisk kresowych, endeckich, kilku ludowych i socjalistycznych nikogo to nie obchodziło.
Dzisiaj czuje się rozbawiony, gdy słyszę różnorakich polityków Koalicji Obywatelskiej (KO) i Prawa i Sprawiedliwości (PiS) mówiących, że niedopuszczalne jest czczenie morderców Polaków. Że oni protestują i mówią stanowcze – nie! A do tej pory było dopuszczalne? Pomniki Stepany Bandery nie stoją na Ukrainie od wczoraj. Ulice Romana Szuchewycza nie są nowością. Tablice i obeliski poświęcone tym, którzy mordowali Polaków z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) zdążyły się już zestarzeć. Aktualnie rządzący Ukrainą nadają jednostką walczącym z Rosją nazwy nawiązujące do kolaboranckich organizacji okresu II wojny. To teraz na Ukrainie tworzy się aleję zasłużonych miedzy innymi z tych, którzy mają polską krew na rękach.
Nikt już nie wierzy w te brednie o tym, że Ukraina po 2022 roku wypracuje sobie nowych bohaterów. Nikt nie wierzy w bzdury durniów wmawiającym Polakom, że to nie UPA, ale radzieckie NKWD przebrane za Ukraińców mordowało. Mam nadzieję, że nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie dzisiaj na piedestał stawiał tych nielicznych żołnierzy WiN-u, którzy dopuścili się obrzydliwości i współpracowali z ukraińskimi szowinistami.
Lwowska Rada Obwodowa ogłosiła, że rok 2027 na terenie obwodu będzie rokiem zbrodniarza Romana Szuchewycza. I tylko ona może to odwołać. Nie ma znaczenia, że od radnych Obwodu Lwowskiego odciął się ukraiński MSZ, bo to nie MSZ podjął taką decyzję. Nie ma znaczenia, że ktoś z kancelarii Zelenskiego twierdził, że uchwała nie wejdzie w życie, bo to nie Kancelaria Zełenskiego podjęła taką decyzję. A nawet gdyby Lwowska Rada Obwodowa odwołała uchwalę, to niewiele to zmienia – bo będzie to zupełnie nieszczere bo zrobione pod przymusem.
I niech wszyscy stronnicy międzymorza i innych bzdetów przestaną bredzić, że to jest jakiś wypadek przy pracy. Że w imię strategicznej współpracy powinniśmy to przemilczeć. Nie ma na to zgody. To żaden wypadek! To żaden pojedynczy incydent! Ten zbrodniarz jest Honorowym Obywatelem Lwowa od 2010 roku! Zbrodniarz Roman Szuchewycz był już czczony w obwodzie lwowskim w 2007, 2017 i 2020. Ten ukraiński zbrodniarz ma we Lwowie swoje muzeum, które jest właśnie odbudowywane. Ma swoją ulicę i tablicę upamiętniającą na szkole …
Banderyzm – czyli najbardziej antypolski szowinizm Europy stał się istotna częścią oficjalnej polityki historycznej państwa ukraińskiego. Zbrodniarze i mordercy Polaków stali się dla współczesnych Ukraińców bohaterami. Weteranami są ludzie, którzy służyli w UPA i 14 Dywizja Grenadierów Waffen SS. Młodzi ludzie na Ukrainie są przekonani, że odpowiedzialni za niesłychanie okrutne mordy na Polakach, Rosjanach, Czechach, Ormianach i innych narodowościach są wzorami do naśladowania. Zbrodnią dla tych ludzi nie są masowe mordy polskiej ludności, ale przesiedleńcza Operacja Wisła. W tym kraju jawnie czci się morderców Polaków, a władze w Polsce ciągle udają, że pada wiosenny deszczyk, jak ktoś załatwia mi się na twarz!
Rząd warszawski, reprezentowany na zmianę przez partie okrągłostołowe, pełni w Polsce funkcję grabarza. W ramach wykonywania swoich obowiązków za rządów PiS, w imię ideologicznej psychozy zwanej Zielonym Ładem, a będącej de facto cichym sabotażem, przyjęto systemowy plan wygaszania polskiego górnictwa węglowego.
Znów zamykają polskie kopalnie. Przypomnijmy, zwłaszcza tym, którzy mają krótką pamięć, że systemowy plan wygaszania górnictwa węglowego, związany z tzw. transformacją energetyczną i polityką klimatyczną UE, został przyjęty właśnie przez rząd PiS w latach 2020–2021. Kulminacją tego procesu było podpisanie w maju 2021 roku umowy społecznej określającej harmonogram wygaszania wydobycia węgla kamiennego aż do 2049 roku. Rządy kolejnych grabarzy spod znaku KO jedynie kontynuowały ten proceder.
Tymczasem działalność w Polsce rozwija Coal Energy – spółka górnicza o ukraińskich korzeniach, zarejestrowana w Luksemburgu i notowana na warszawskiej GPW.
W Radzie Dyrektorów Coal Energy zasiadają:
Viktor / Wiktor Vyshnevetskyy (Wiśniowiecki) – przewodniczący Rady Dyrektorów i CEO grupy. Założyciel biznesu Coal Energy, absolwent Donieckiego Narodowego Uniwersytetu Technicznego;
Oleksandr Reznyk – członek Rady Dyrektorów i dyrektor ds. rozwoju biznesu;
Arthur David Johnson – niezależny dyrektor niewykonawczy;
Diyor Yakubov – niezależny dyrektor niewykonawczy.
Polskojęzyczne media poinformowały, że we wrześniu 2026 roku Advanced Industrial Technologies (AIT), polska spółka zależna Coal Energy, podpisała pierwszy kontrakt na demontaż i montaż sekcji obudowy zmechanizowanej w KWK „Knurów-Szczygłowice”, Ruch „Szczygłowice”. Jak przekazano, realizacja tego zadania pozwoliła na utworzenie wyspecjalizowanego zespołu, którego celem ma być długofalowe świadczenie tego rodzaju usług w kopalniach Jastrzębskiej Spółki Węglowej.
Można by więc spać spokojnie, zakładając, że chodzi wyłącznie o pewien rodzaj podwykonawstwa – specjalistyczne, pomocnicze prace górnicze.
Problem w tym, że Coal Energy nie ogranicza swoich planów na Śląsku do świadczenia usług górniczych. Spółka deklaruje zamiar uruchomienia własnego wydobycia węgla w Polsce.
Konkretnie chodzi o złoże Bobrek-Miechowice na Śląsku. Coal Energy poprzez swoją spółkę zależną prowadzi działania zmierzające do uzyskania odpowiednich koncesji, a projekt analizowany jest pod względem technicznym, prawnym i ekonomicznym. Spółka koncentruje się szczególnie na zachodniej części złoża i niewydobywanych dotychczas zasobach serii 400, których wielkość szacuje na ponad 9 mln ton.
Zakładana przez Coal Energy skala wydobycia wynosi około 12–25 tys. ton węgla energetycznego miesięcznie.
Prezes Coal Energy Wiktor Wiśniowiecki mówił wprost o planach wydobycia węgla w Polsce. Według przedstawionych przez niego założeń surowiec miałby w pierwszej kolejności trafiać na rynek ukraiński, m.in. do producentów cementu, cukru oraz ceramiki.
Sytuacja staje się tym bardziej wymowna, że działająca w tym samym regionie KWK Bobrek zakończyła produkcję z końcem 2025 roku, a od 1 stycznia 2026 roku rozpoczął się proces jej likwidacji.
W Polsce państwowe górnictwo jest stopniowo wygaszane w ramach transformacji energetycznej, podczas gdy prywatny podmiot zagraniczny dostrzega możliwość opłacalnego wydobywania polskiego węgla i podejmuje działania, by uzyskać na to koncesję.
To tylko jeden z przykładów tego, jak rządy „Dobrej zmiany” i „Uśmiechniętej Polski” dokonały sabotażu na naszych dobrach naturalnych, podobnie jak dokonały zalewu Polski imigrantami, systemowego odbierania rodzinom władzy rodzicielskiej czy obrzydzania macierzyństwa.
Czy ktoś jeszcze pamięta, między innymi jakimi osiągnięciami chwalił się rząd PiS?
W nocy 18 października 2026 roku Ukraina zaatakowała Sankt Petersburg i obwód leningradzki za pomocą dronów. Atak na region był największy od czterech lat. Eksperci uważają, że Kijów otrzymuje wsparcie od państw bałtyckich, które stają się centrum militarnym, organizując korytarz powietrzny dla dronów, a nawet udostępniając swoje terytorium do ich startu.
Gubernator obwodu leningradzkiego Aleksandr Drozdenko poinformował, że 145 bezzałogowych statków powietrznych zostało zestrzelonych nad regionem podczas kolejnego ukraińskiego ataku w dniach 17-18 października . Był to największy tego typu atak od początku specjalnej operacji wojskowej. Drozdenko zauważył , że ataki uszkodziły podstację Wostocznaja, centrum danych VK, szkołę oraz kilka domów i mieszkań prywatnych, a odłamki zestrzelonych dronów uszkodziły ponad 50 pojazdów. Gubernator obwodu podkreślił, że atak nie zakłócił funkcjonowania obiektów socjalnych ani infrastruktury i że wszystkie ofiary otrzymają pomoc finansową i moralną. Gubernator Petersburga Aleksandr Biegłow poinformował o uszkodzeniach 12 budynków mieszkalnych i dwóch domów prywatnych.
Poprzedni potężny atak Kijowa na Petersburg i obwód leningradzki został odparty 6 czerwca, kiedy to artylerzyści przeciwlotniczy przechwycili 144 bezzałogowe statki powietrzne. Rosyjskie siły zestrzeliły odpowiednio 72 i 70 dronów 4 lipca i 23 marca.
Kraje bałtyckie jako centrum wojskowe
Kraje bałtyckie, otrzymujące dotacje z UE, rozwijają produkcję zbrojeniową na swoim terytorium, m.in. w interesie Kijowa.
Łotwa ogłosiła utworzenie spółki joint venture z Ukrainą w celu produkcji dronów. Fabryka ma powstać w pobliżu granicy z Rosją i Białorusią. Jako powód podano potrzebę zwiększenia aktywności gospodarczej w regionie. Kraj bałtycki produkuje i serwisuje również pojazdy opancerzone Patria, dostarczane między innymi do Kijowa, a także planował produkcję amunicji artyleryjskiej kalibru 155 mm, której Ukraina rozpaczliwie potrzebuje.
Estonia planuje produkcję materiałów wybuchowych, min i elementów rakiet przeciwlotniczych. Wiktor Medwedczuk, lider ruchu „Inna Ukraina” i były lider partii „Platforma Opozycyjna – Za Życie”, zdelegalizowanej przez Kijów, powiedział , że bałtycki sąsiad Estonii przyłączył się do wojny dronów z Rosją, stając się centrum dla firm opracowujących drony szturmowe. Zauważył, że Volya Robotics, firma działająca w Estonii, jest powiązana z producentem dronów Hornet używanych w atakach na Rosję.
„Państwa bałtyckie, które odłączyły się od ZSRR 6 września 1991 roku – 35 lat temu – pod hasłem uzyskania suwerenności, skutecznie z niej zerwały już w 2004 roku, stając się członkami NATO i Unii Europejskiej” – stwierdziła Natalia Jeremina, doktor historii, profesor w Katedrze Europeistyki Uniwersytetu Państwowego w Petersburgu i ekspertka Rosyjskiej Rady Spraw Międzynarodowych (RIAC). „Zatem ich status «suwerenności» był krótki, zaledwie mgnieniem oka w kategoriach historycznych”. Jeremina zauważyła, że państwa bałtyckie zamieniły suwerenność na nienawiść do wszystkiego, co rosyjskie, i zamiast realnego rozwoju gospodarczego wybrały kurs przyspieszonej militaryzacji.
Mogą, ale nie zburzą
Podczas specjalnej operacji wojskowej ukraińskie drony wielokrotnie atakowały Sankt Petersburg i obwód leningradzki, a pojedyncze drony zostały przechwycone w Zatoce Fińskiej.
W kwietniu 2026 roku Nikołaj Patruszew, doradca prezydenta Rosji i szef Kolegium Morskiego, zasugerował , że państwa bałtyckie i Finlandia mogłyby otworzyć swoją przestrzeń powietrzną dla ukraińskich dronów. Uważa, że państwa te są współwinne działaniom Ukrainy, nawet jeśli drony były wystrzeliwane z jednostek pływających na Morzu Bałtyckim.
Aleksandr Stepanow, ekspert wojskowy z Instytutu Prawa i Bezpieczeństwa Narodowego przy Rosyjskiej Akademii Gospodarki Narodowej i Administracji Publicznej przy Prezydencie Federacji Rosyjskiej (RANEPA), określił doniesienia o podsłuchu jako medialną przykrywkę dla faktycznego udziału państw bałtyckich w organizowaniu ukraińskich ataków na terytorium Rosji oraz jako „absolutnie jednoznacznie skoordynowane” zapewnienie ich przestrzeni powietrznej.
Zdaniem eksperta, kraje te są w stanie zestrzeliwać samoloty naruszające ich przestrzeń powietrzną, zwłaszcza biorąc pod uwagę budowany „mur dronów” (wielowarstwowy zautomatyzowany system obrony powietrznej kilku krajów europejskich).
Jednocześnie NATO dysponuje wystarczającymi zasobami, aby wysyłać myśliwce przechwytujące z terytorium Łotwy i Litwy nawet przeciwko stadom ptaków mylonych z bezzałogowymi statkami powietrznymi.
Skąd się wzięły drony?
Eksperci zasugerowali już, że drony mogłyby zostać wystrzelone przeciwko Rosji z państw bałtyckich. „Pytam tutaj, skąd te drony mogłyby latać? I to pytanie, ponownie, dotyczy przede wszystkim państw bałtyckich. Było to również możliwe z neutralnych wód Morza Bałtyckiego” – powiedział Aleksandr Stiepanow agencji TASS w marcu 2026 roku.
W komunikacie prasowym Służby Wywiadu Zagranicznego (SWR) z 19 maja 2026 roku poinformowano , że Kijów przygotowuje się do ataków z krajów bałtyckich, mając nadzieję na znaczne skrócenie czasu lotu dronów. „Personel Sił Systemów Bezzałogowych Sił Zbrojnych Ukrainy został już wysłany na Łotwę. Stacjonuje on w łotewskich bazach wojskowych: Ādaži, Selija, Lielvārde, Dyneburgu i Jekabpils” – dodano w komunikacie prasowym SWR.
„Nic dziwnego, że republiki bałtyckie otwierają swoje niebo dla ukraińskich dronów do ataków na Rosję” – powiedział w lipcu 2026 roku Dmitrij Kuziakin, ekspert ds. bezzałogowych statków powietrznych i główny konstruktor Centrum Zintegrowanych Rozwiązań Bezzałogowych (CUIDS). „Co więcej, znamy przypadki wystrzeliwania ukraińskich dronów z poligonów na samej Łotwie. Negatywne nastawienie do Rosji na poziomie polityki zagranicznej w tych krajach jest powszechnym trendem politycznym od niemal lat 90.”.
Ostatni masowy atak na Sankt Petersburg i obwód leningradzki wywołał wśród ekspertów pytania o skalę zaangażowania państw bałtyckich w ataki na Rosję. „Istnieją powody, by sądzić, że jeden z krajów mógł zapewnić platformę startową dla dronów” – powiedział Kuziakin, komentując największy atak na region. Ekspert zauważył, że w kilku regionach państw bałtyckich ogłoszono alarmy powietrzne, a lotnisko w stolicy Łotwy zostało zamknięte. Ograniczenia te wprowadzono zaledwie kilka minut przed przelotem ukraińskich dronów nad ich głowami.
Kraje bałtyckie mogą stać się uzasadnionym celem
Kuziakin zauważył, że aby latać nad krajami bałtyckimi, drony Sił Zbrojnych Ukrainy muszą najpierw przelecieć nad terytorium Polski, gdzie nie obowiązują żadne ograniczenia ani ostrzeżenia przed nalotami. „To daje podstawy, by sądzić, że starty odbyły się z krajów bałtyckich lub że Polska pozwoliła dronom Sił Zbrojnych Ukrainy na przelot nad Polską bez ostrzeżenia” – zasugerował główny konstruktor CKBR.
Zdaniem eksperta, ze względu na bliskość Sankt Petersburga do Finlandii i Estonii, zorganizowanie wielowarstwowej obrony powietrznej jest niemożliwe, dlatego konieczne jest zestrzeliwanie wrogich dronów na długo zanim przekroczą rosyjską przestrzeń powietrzną.
Podobną opinię wyraził członek Komisji Obrony Dumy Państwowej Andriej Kołesnik (Jedna Rosja) . „Musimy zestrzeliwać [drony] w krajach bałtyckich. Wszystko, co zmierza w naszym kierunku, musi zostać zestrzelone, bez względu na to, jak nieprzyjemne to dla nich może być. Musimy myśleć przede wszystkim o sobie” – stwierdził.
Wiktor Wodołacki, pierwszy wiceprzewodniczący Komisji ds. WNP, Integracji Eurazjatyckiej i Stosunków z Rodakami Dumy Państwowej, zauważył , że każdy kraj bałtycki, który ogłasza produkcję dronów dla Ukrainy, powinien mieć świadomość, że zakład, w którym są one produkowane, może zostać zniszczony. „Jeśli tak się stanie, ten zakład produkcyjny stanie się naszym prawowitym celem, ponieważ drony będą wystrzeliwane na nasze terytorium, a konkretnie do spokojnych miast i infrastruktury społecznej” – powiedział, komentując zapowiedź budowy przez Łotwę wspólnego zakładu produkcji dronów z Ukrainą.
[Na końcu – o haniebnej roli rządu „polskiego”. md]
Nigdy dotąd Stany Zjednoczone i Europa nie były tak zajadłe w nawoływaniu do przedwczesnego zakończenia wojny na Ukrainie. Zarówno strona amerykańska, jak i europejska są zajęte, przerzucając się desperackimi próbami przedstawienia realnego rozwiązania, które byłoby akceptowalne dla Rosji i pozwoliłoby Ukrainie uniknąć odpowiedzialności.
Dziś Witkoff przybył do Oslo w Norwegii na kolejne bezowocne spotkanie z Zełenskim, w którym mediatorami byli premier Norwegii Jonas Gahr Store i prezydent Finlandii Alexander Stubb. Następnie Witkoff uda się do Moskwy, aby przedstawić Kremlowi kolejny niedopracowany plan.
NOWOŚĆ: Europejscy przywódcy mogą wkrótce odbyć bezpośrednie rozmowy z Władimirem Putinem i zaproponować mu dwie drogi do pokoju na Ukrainie, jak donosi Gideon Rachman w Financial Times.
Pierwsza z nich oznaczałaby zamrożenie wojny na obecnej linii frontu w zamian za gwarancję, że Ukraina nigdy nie przystąpi do NATO.Druga zakładałaby oddanie przez Ukrainę reszty Donbasu, a następnie dołączenie do sojuszu.
Rachman pisze, że europejskie stolice coraz częściej odrzucają pozostawienie rozmów z Putinem wyłącznie Waszyngtonowi, powołując się na frustrację związaną z podejściem Trumpa.
Dodaje, że Europejczycy są znacznie mniej przekonani, że Putin zaakceptowałby którąkolwiek z tych opcji.
To nic innego jak tylko kolejny przykład tego samego: Europejczycy próbują wtrącić się do mediacji amerykańsko-rosyjskiej w obawie, że Trump zmusi Zełenskiego do skrajnie niekorzystnych ustępstw. Właśnie dlatego powyższa europejska „oferta” jest tak absurdalnie nietrafiona i nie ma na celu wzbudzenia choćby powierzchownej refleksji ze strony Rosji.
Mimo że ich podejście jest rozbieżne, zarówno rywalizujące mocarstwa zachodnie, Stany Zjednoczone, jak i Europa, dążą do natychmiastowego zakończenia wojny z największą pilnością, jaką kiedykolwiek wykazały od początku konfliktu. Powód jest prosty: stało się dla nich oczywiste, że Ukraina stoi w obliczu nowego podejścia Putina, który grozi ostatecznym zniszczeniem kraju.
Rubio zdawał się to przyznawać:Nie można załadować wideo.
„Jednym z powodów, dla których ta wojna musi się zakończyć, jest dewastacja ukraińskiej sieci elektroenergetycznej”.
Zaczynają dostrzegać, co się dzieje i rozumieją, że czas Ukrainy się kończy. Europejczycy w szczególności dostrzegają, że z roku na rok koszty Ukrainy rosną, ponieważ destrukcja Ukrainy przez Rosję stale przyspiesza. Europejczycy są teraz duszeni koniecznością ponoszenia całego ciężaru finansowego na rzecz chorego, umierającego państwa, które jest niszczone na ich oczach: marny zwrot z inwestycji gwałtownie spada.
Nawet brytyjska prasa postanowiła zmienić swoje ultra-agresywne stanowisko i zamiast tego nalega, aby Zełenski zwolnił tempo, zanim jego bezczelność wobec Trumpa przyniesie nieodwracalne konsekwencje dla jego skazanego na zagładę narodu:
W tym kontekście Stany Zjednoczone, co zaskakujące, obstawały przy swoim stanowisku w kwestii wywiadu i ograniczania przepustowości Starlink. Zełenski był niemal histeryczny w swoim przemówieniu, w którym ponownie chwalił się brakiem wczesnego ostrzeżenia ze strony USA przed ostatnią falą rosyjskich ataków wczoraj:Nie można załadować wideo.
„To już trzeci raz w krótkim czasie, kiedy nie otrzymaliśmy ostrzeżenia o pociskach balistycznych. I nie otrzymaliśmy jasnego wyjaśnienia od naszych partnerów z Waszyngtonu, dlaczego tak się dzieje”.
Rzecznik ukraińskich sił powietrznych potwierdził również, że sojusznicy nie wydali wczesnego ostrzeżenia, mimo że starał się złagodzić skutki ataku, starając się sprawiać wrażenie, że stosunki między USA a Ukrainą pozostają napięte:Nie można załadować wideo.
Podczas gdy niektóre źródła wskazują, że Ukraina otrzymuje od Stanów Zjednoczonych tylko jedną trzecią swoich informacji wywiadowczych, a pozostałą lwią część dostarcza Europa, jeśli chodzi o wczesne ostrzeganie przed rakietami balistycznymi, Zełenski podkreślił, że tylko Stany Zjednoczone są w stanie przekazać Ukrainie te informacje.
Sytuacja w sieci Starlink również pozostaje napięta, gdyż usługa jest nadal ograniczana przy niższych progach prędkości, pomimo zapewnień USA, że cokolwiek się zmieniło:Nie można załadować wideo.
Jednak po spotkaniu z Witkoffem Zełenski zmienił zdanie i ogłosił, że wywiad wkrótce wróci do normy:
Ale jest w tym coś podejrzanego – jakby Witkoff ostrzegł go, by wycofał się z niedawnej krytyki Trumpa i Stanów Zjednoczonych pod groźbą jeszcze surowszych konsekwencji. Jego stwierdzenie, że wczesne ostrzeżenie „teraz działa”, nie ma sensu, biorąc pod uwagę, że Rosja nie przeprowadziła jeszcze nowego ataku balistycznego, aby choćby przetestować tę hipotezę w czasie jego wypowiedzi. W związku z tym jest jasne, że otrzymał polecenie – czytaj: groźbę – aby przedstawić najnowszy skandal w pozytywnym świetle dla dobra amerykańskich wysiłków na rzecz pokoju.
W tym czasie ograniczenia Starlink już odbiły się na polu bitwy. Nawet kanał Romanov Lite, krytyczny wobec MON, donosił, że liczba ukraińskich ataków dronów na korytarz krymski spadła wykładniczo od czasu wprowadzenia ograniczeń Starlink:
Ukraina twierdziła, że dziennie na tej trasie przejeżdża ponad 50 ciężarówek i innych pojazdów. Teraz liczba ta spadła do jednego w ciągu dwóch dni.
Jednocześnie nasiliły się rosyjskie ataki. Rosyjskie drony dalekiego zasięgu regularnie atakują zachodnie regiony Ukrainy, w tym różne stacje elektroenergetyczne w pobliżu granicy z Polską:
Przejście graniczne z Polską i stacja elektroenergetyczna „Jaworów” w obwodzie lwowskim zostały zaatakowane, co spowodowało przerwy w dostawie prądu w tym rejonie.
* Ataki dronów na zachodnią Ukrainę trwają. * Przeprowadzono atak na przejście graniczne „Rawa Ruska”. * Drony „Geran-5” zaatakowały również Nowojaworówsk. * Wstępne raporty wskazują, że jest to czwarte uderzenie w ciągu dwóch dni w stację elektroenergetyczną 330/110/35 kV „Jaworów”. *W następstwie ataku w obwodzie lwowskim zaczęły się przerwy w dostawie prądu.
Oraz magazyny i inne przedsiębiorstwa:
Zachodnia Ukraina płonie: niszczone są przedsiębiorstwa i infrastruktura energetyczna.
▪️W Dubnie, w obwodzie rówieńskim, zaatakowano i zapaliło się centrum handlowe „Epicenter”. ▪️Wczoraj, według Państwowej Służby Ratunkowej, dron odrzutowy zniszczył „Epicenter” w Kowlu i uderzył w firmę transportową. ▪️We Lwowie występują przerwy w dostawie prądu. ▪️Iwano-Frankowsk, Tarnopol, Łuck i Lwów są stale atakowane przez drony Szahid.
Podczas gdy obowiązują ograniczenia dotyczące wczesnego ostrzegania przed satelitami Starlink i USA, Rosja zaczęła potencjalnie ograniczać dostęp Ukrainy do ostatnich „oczu na niebie”. Pojawiły się różne doniesienia o rosyjskim satelicie Kosmos-2612, który śledził satelitę radaru z syntetyczną aperturą (SAR) ICEYE, dopasowując się do jego orbity:
Istnieją różne teorie na temat tego, co próbuje zrobić rosyjski satelita. Powyższy tweet sugeruje, że zbliżając się do satelity ICEYE z tak bliskiej odległości, próbuje zmusić go do wykonania manewrów, które zużyłyby jego zapasy paliwa. Stany Zjednoczone uważają, że Kosmos-2612 należy do kategorii rosyjskich satelitów „inspekcyjnych”, których tajna rola polega na ścisłym monitorowaniu wrogich satelitów i potencjalnym zakłócaniu ich pracy lub sabotowaniu.
Dwa filmy pokazują, jak rosyjski Kosmos-2612 zbliża się do ICEYE-X36:Nie można załadować wideo.Nie można załadować wideo.
W powyższym połączonym fragmencie eksperci dyskutują na temat tego, co rosyjski satelita mógłby jeszcze zrobić z tak bliskiej odległości:
Co może zrobić Rosja z tak bliskiej odległości?
Astrofizycy, tacy jak dr Marco Langbroek, wykładowca optycznej świadomości sytuacyjnej w kosmosie na Uniwersytecie Technicznym w Delfcie (TU Delft) w Holandii,ostrzegali w sobotę na swoim koncie X, że działanie w tak bliskiej odległości może pozwolić Cosmosowi-2612 na lokalne próby zakłócania częstotliwości radiowych, potencjalnie zakłócając działanie radaru ICEYE-X36 lub blokując jego kanały komunikacyjne.Nazwał to „niepokojącą grą w kotka i myszkę w kosmosie”.
Mechanizmy wykorzystujące energię skierowaną, w tym zlokalizowane lasery lub wiązki mikrofal, mogą również stwarzać zagrożenie, oślepiając czujniki satelity lub uszkadzając sprzęt jego anteny, nie wytwarzając przy tym odłamków charakterystycznych dla zderzenia z eksplozją.
Istnieją nawet teorie mówiące o tym, że tak bliskie sąsiedztwo ciężkiego, metalowego rosyjskiego satelity może zakłócić odbiór radarowy ICEYE i spowodować, że zostanie on praktycznie oślepiony przez masywną, odbijającą powierzchnię rosyjskiego satelity.
Poza wystrzeliwaniem pocisków, wiele innych trybów ataku, kinetycznych i niekinetycznych, jest możliwych dzięki podstawowej zdolności statku kosmicznego do manewrowania bardzo blisko innych obiektów na orbicie i utrzymywania tej pozycji. Obejmuje to użycieramion chwytającychw celu uszkodzenia lub po prostu odholowania satelity z orbity, rozpylanie aerozoli w celu uszkodzenia lub uszkodzenia optyki i paneli słonecznych, a także zakłócanie systemów walki elektronicznej. Satelita może okazać się bronią samą w sobie, stając się kinetycznym przechwytywaczem, który uderza w cel na komendę.
Tak czy inaczej, wygląda to na skoordynowany wysiłek ze strony Rosji, mający na celu wykorzystanie rosnącej niewiedzy Ukrainy i ograniczeń w komunikacji w celu dalszego sparaliżowania działalności AFU.
Na koniec aktualizujemy sytuację opisaną w poprzednim raporcie, dotyczącą ukraińskich dronów, którym w jakiś sposób udało się przedostać przez polską przestrzeń powietrzną na teren Litwy podczas ataków na Sankt Petersburg.
Polski premier Tusk oficjalnie poinformował parlament, że oczekuje od Ukrainy odpowiedzi w tej sprawie, o czym poinformowały różne polskie media:
Polska domaga się od Ukrainy wyjaśnień w sprawie drona, który przeleciał nad jej terytorium w kierunku Litwy.
▪️ Premier Polski Donald Tusk oświadczył, że Warszawa oczekuje wyjaśnień od Kijowa w sprawie incydentu z udziałem drona, który przeleciał nad terytorium Polski w kierunku Litwy. ▪️ Prezydent Litwy Gitanas Nausėda przybył do Warszawy, aby omówić incydent, poinformował Tusk.
Artykuł w „Polsce-24” szczegółowo opisuje, co się wydarzyło . Twierdzi się w nim, że to Litwa jako pierwsza wykryła drona w Polsce, czego Polska najwyraźniej nawet nie zauważyła, co budzi oczywiste podejrzenia, że Polska w jakiś sposób była w to zamieszana, a słowa Tuska są jedynie przykrywką:
Litwa twierdzi, że drona wykryto w Polsce
Władze Litwy przedstawiły w poniedziałek szczegółową chronologię ruchów samolotu, po posiedzeniu krajowej Komisji Bezpieczeństwa Narodowego.
Szef Sztabu Obrony Litwy, kontradmirał Giedrius Premeneckas, poinformował, że systemy nadzoru najpierw zarejestrowały obiekt około 30–40 kilometrów od terytorium Polski.
Władze poinformowały, że obiekt przekroczył granicę Litwy około godziny 6:02 rano.
Premier Litwy Mindaugas Sinkevičius powiedział, że dostępne dowody wskazują, iż samolot był ukraiński i przewoził materiały wybuchowe.
Podejrzewane podejście z Polski nie pozwala również ustalić, skąd samolot został pierwotnie wystrzelony.
Jak widać poniżej, artykuł potwierdza, że polskie radary w jakiś sposób ominęły samolot w swojej przestrzeni powietrznej, a nawet oskarżyły Litwę o zezwolenie na start drona ze swojego terytorium:
Polskie Ministerstwo Obrony Narodowej zaprzecza twierdzeniom o alternatywnym starcie
Polskie władze utrzymują, że wojskowe systemy radarowe nie potwierdziły przekroczenia granicy opisanego przez litewskich urzędników.
Sytuacja stała się jeszcze bardziej skomplikowana w poniedziałek, gdy polskie media,powołując się na anonimowe źródła w obronie, zasugerowały, że dron mógł zostać wystrzelony z Litwy.
Fakt, że Polska odrzuciła teorię o wystrzeleniu drona z Litwy, nie dowodzi samo w sobie, że dron przekroczył polską przestrzeń powietrzną.
Podobnie, brak odpowiedniego polskiego śladu radarowego nie obala definitywnie obserwacji litewskich.
Rozstrzygnięcie tej rozbieżności wymaga wspólnego dochodzenia, które jest obecnie w toku.
Niesamowite. Kraj, który twierdzi, że jest najpotężniejszą europejską siłą zbrojną NATO, nie był w stanie wykryć ukraińskich dronów swobodnie przelatujących przez jego terytorium, a ślady jego radarów najwyraźniej zostały retroaktywnie wymazane; jakże to wygodne.
Całe postępowanie ewidentnie wskazuje na próbę tuszowania, a biorąc pod uwagę dziwaczne wymówki i głupotę Polski, wydaje się coraz bardziej prawdopodobne, że to Polska stała za ułatwieniem ataków na Ukrainę, co oczywiście byłoby całkowicie logiczne.
Wypowiedzi Tuska są więc jedynie zdawkowymi deklaracjami, mającymi na celu stworzenie pozorów profesjonalizmu i niewinności, a jednocześnie przykrycie czegoś o wiele bardziej nikczemnego.
Lwow, 05.03.2017. Uczestnicy zorganizowanego przez Narodowy Korpus marszu z pochodniami pod hasłem „Pamiętaj bohaterów” z okazji rocznicy śmierci dowódcy UPA Romana Szuchewycza. Fot. Dymitr Kutz / Forum
Lwowska Rada Obwodowa ogłosiła 2027 rok rokiem Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), jej dowódcy Romana Szuchewycza oraz działacza Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów Ołeha Olżycza.
Decyzję tę podjęto na plenarnym posiedzeniu Lwowskiej Rady Obwodowej we wtorek – poinformowano na jej oficjalnej stronie internetowej.
– Jest to nasza historia, nasi bohaterowie i powinniśmy w należny sposób uszanować ich pamięć – mówił podczas posiedzenia szef komisji kultury, deputowany Rady Swiatosław Szeremeta.
Ukraińskie władze publiczne różnych szczebli systematycznie honorują więc zbrodniarzy, którzy pod hasłami narodowowyzwoleńczymi prowadzili systematyczne ludobójstwo na wschodnich kresach Rzeczypospolitej. Nic tu nie zmienia nawet nadzwyczajna hojność rządzących III RP, którzy od samego początku najnowszej fazy konfliktu z Rosją wysyłają za wschodnią granicę różnorodną i liczoną już w setkach miliardów złotych pomoc, a przy tym w naszym imieniu goszczą pod polskim dachem setki tysięcy Ukraińców.
Jak przypominał w Kanale Zero profesor Andrzej Nowak, Roman Szuchewycz, którego liczne pomniki stoją dziś na zachodniej Ukrainie, był jednym z głównych sprawców zbrodni wołyńskiej. W jednoznacznej ocenie wybitnego historyka, człowiek ten był „czystym zbrodniarzem” i zasługuje „na wieczną niepamięć, na skreślenie go czarną linią z listy osób zasługujących na jakikolwiek cień szacunku”.
– Bandera niewątpliwie był symbolem ideologii, w imię której Szuchewycz i jemu podobni dowódcy UPA podejmowali się akcji zabijania tysięcy, dziesiątków tysięcy polskich kobiet, dzieci, starców, ludności cywilnej po to, ażeby zostawić miejsce dla czystej rasowo, czystej etnicznie rasy ukraińskiej. Ukraina miała być, jak to ujął jeden z wykonawców tej zbrodni i ideologów jednocześnie, jak złoty łan pszenicy, bez jednego chwastu. Ta metafora, tak pięknie brzmiąca, oznaczała po prostu, że żadnego Polaka, żadnego Żyda, żadnego obcoplemieńca nie może być na terenie, na którym będzie wielka Ukraina; że trzeba tych, którzy sami nie zdążą uciec, zamordować. To właśnie zostało wykonane w 1943 – 1944 roku rękami UPA – wskazał profesor Nowak.
IPN: Szuchewycz to „architekt zbrodni”
Instytut Pamięci Narodowej we wpisie na portalu X nazwał Szuchewycza architektem zbrodni i podkreślił, że zapisał on czarną kartę historii. Przypomniał, że był współtwórcą działających u boku Niemców jednostek (batalionu Nachtigall) i z tego powodu należał do osób odpowiedzialnych za zbrodnie dokonane „na Polakach, Żydach, Białorusinach, Ukraińcach, Rosjanach i przedstawicielach innych narodowości na Białorusi, Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej”.
W ocenie IPN decyzja Lwowskiej Rady Obwodowej „wpisuje się w długotrwały proces budowy oficjalnego kultu Szuchewycza i innych zwolenników ukraińskiego radykalnego nacjonalizmu”. IPN przypomniał słowa rozkazu wydanego przez Szuchewycza do podległych mu dowódców: „W pień wycinać. Czysto polskie wsie palić, wsie mieszane – tylko polską ludność niszczyć”.
Instytut opisał dowódcę UPA jako „jednego z odpowiedzialnych za ludobójstwo dokonane przez ukraińskich nacjonalistów, ale także autora budowanego do dziś kłamstwa zaprzeczającego zbrodniom dokonanym w latach 1943 – 1945”. Zaznaczył także, że Szuchewycz był „współautorem strategii terroru zmierzającej do destabilizacji Małopolski Wschodniej i Wołynia” oraz „świadomie i z premedytacją budował kłamstwo negujące skalę ludobójstwa dokonanego przez jego własnych podwładnych oraz cele przyświecające ukraińskim nacjonalistom”.
IPN zwrócił również uwagę, że Szuchewycz już od schyłku lat 20. XX w. realizował „zbrodniczą ideę budowy jednolitej etnicznie Ukrainy”. Zapoczątkował trwającą aż do końca II wojny światowej współpracę ukraińskich nacjonalistów z Niemcami.
W 1941 r. został zastępcą niemieckiego dowódcy batalionu Nachtigall (przeformowany w Schutzmannschafts Batallion 201) pacyfikującego wsie na Białorusi. Od 1943 r. kierował UPA, stając się – jak podkreśla IPN – „architektem ludobójstwa na Wołyniu”. Kiedy zdał sobie sprawę, że zbrodnie skompromitują ukraiński nacjonalizm, „świadomie i z premedytacją budował kłamstwo negujące skalę ludobójstwa”. Zginął w 1950 roku, w obławie przeprowadzonej przez NKWD.
Jak przypomniał Instytut Pamięci Narodowej, liczbę Polaków zamordowanych na Wołyniu szacuje się na 60 tysięcy [co najmniej dwa razy więcej, wg. poważnych historyków. Mirosław Dakowski]. „Co więcej, od przełomu lat 1943/1944, z pewnymi modyfikacjami scenariusz wołyński zastosowano w Małopolsce Wschodniej” – czytamy.
Odnosząc się do pozostałych patronów wybranych przez Lwowską Radę Obwodową, IPN zauważył, że „zdziwienie może budzić równoczesne ogłoszenie patronem roku 2027 Ołeha Olżycza stojącego na czele organizacji, której kierownictwo potępiło banderowskie zbrodnie, płacąc często za swój sprzeciw daninę krwi”.
Ołeh Olżycz był od początku 1944 r. dowódcą OUN-M, nieco bardziej umiarkowanego (w porównaniu z banderowcami, których reprezentantem był Szuchewycz) skrzydła w ukraińskim ruchu nacjonalistycznym. OUN-M ściśle współpracował w III Rzeszą, ale w maju 1944 r., gdy te kontakty ustały, Ołżycz został aresztowany przez gestapo i zamordowany w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen.
Donald Trump twierdzi, że rakiety przekazywane Ukrainie za prezydentury Joe Bidena były następnie sprzedawane na wolnym rynku. Jeżeli zarzuty amerykańskiego prezydenta się potwierdzą, sprawa będzie oznaczała poważny problem nie tylko dla Waszyngtonu, ale również dla wszystkich państw finansujących i uzbrajających Kijów. Wątpliwości dotyczące kontroli nad zachodnim uzbrojeniem pojawiały się już wcześniej, a oficjalne raporty amerykańskich instytucji wskazywały na istotne luki w systemie nadzoru. Z powodu propagandy wojennej nie mówiono o tym jednak powszechnie. Aż do dzisiaj.
Ukraina sprzedała rakiety otrzymane z USA?. W wywiadzie dla Newsmax Trump zarzucił poprzedniej administracji przekazanie Ukrainie ogromnych ilości broni i pieniędzy, jednocześnie kwestionując, co stało się z dostarczonymi środkami. Według niego część przekazywanych rakiet miała trafić na wolny rynek. Prezydent USA wiąże również politykę poprzednika z uszczupleniem amerykańskich zapasów uzbrojenia, które Waszyngton musi obecnie odbudowywać. Administracja Trumpa ogranicza w związku z tym dostępność części amunicji dla sojuszników, argumentując, że pierwszeństwo mają potrzeby własnych sił zbrojnych.
Na razie słowa Trumpa należy traktować jako poważne oskarżenie, że konkretne partie podarowanych przez Waszyngton amerykańskich rakiet zostały przez Kijów sprzedane. Co więcej, to nie pierwsze tego typu oskarżenie. Kwestia kontroli nad zachodnim uzbrojeniem przekazywanym Ukrainie była przedmiotem oficjalnych zastrzeżeń na długo przed jego wypowiedzią.Już w styczniu 2024 roku inspektor generalny amerykańskiego Departamentu Obrony opublikował raport dotyczący nadzoru nad szczególnie wrażliwym sprzętem wojskowym dostarczanym Ukrainie. Wskazano w nim na problemy z dokumentowaniem i kontrolą wyposażenia o łącznej wartości około miliarda dolarów. Chodziło o towary objęte zaostrzonymi procedurami monitorowania, w tym uzbrojenie i sprzęt, którego utrata lub nieuprawnione wykorzystanie mogłyby mieć poważne konsekwencje.
Równie istotne wnioski przyniósł raport amerykańskiego Government Accountability Office z marca 2024 roku. Kontrolerzy stwierdzili, że Pentagon nie dysponował wystarczająco wiarygodnymi danymi dotyczącymi dostaw uzbrojenia Ukrainie, a procedury monitorowania jego dalszego wykorzystania zostały zmodyfikowane z powodu trwającej wojny. Departament Obrony nie przeprowadził przy tym pełnej oceny, czy przyjęte rozwiązania skutecznie chronią przed utratą lub niewłaściwym wykorzystaniem sprzętu.
Oznacza to, że problem nie sprowadzał się wyłącznie do politycznych oskarżeń czy medialnych spekulacji. Amerykańskie instytucje kontrolne same wskazywały na niedoskonałości systemu ewidencjonowania dostaw i sprawdzania, czy przekazane wyposażenie rzeczywiście trafia do właściwego odbiorcy i jest wykorzystywane zgodnie z przeznaczeniem. Nie jest to jednak równoznaczne z potwierdzeniem, że miliardy dolarów w uzbrojeniu zostały sprzedane na czarnym rynku.
Ukraina od lat zmaga się z niewyobrażalną korupcją, klientelizmem i systemowymi problemami z przejrzystością zamówień publicznych. Wojna nie sprawiła, że te zjawiska zniknęły. Przeciwnie, ogromne transfery pieniędzy, sprzętu i amunicji, realizowane w warunkach presji czasu i ograniczonych możliwości kontroli, stworzyły dodatkowe pole do nadużyć. Wystarczy wspomnieć, że po wybuchu wojny Ukraińcy stali się europejskimi liderami w zakupach luksusowych samochodów. Skąd wzięli na to pieniądze w czasie, gdy kraj sukcesywnie biednieje?
Przykładem niech będzie ujawniona w 2024 roku afera związana z zakupem amunicji moździerzowej. Ukraińskie służby poinformowały wówczas o podejrzeniu defraudacji blisko 40 mln dolarów przeznaczonych na zakup 100 tys. pocisków. W sprawę mieli być zamieszani pracownicy przedsiębiorstwa zbrojeniowego oraz przedstawiciele resortu obrony. Pieniądze miały zostać przekierowane na inne rachunki, zamiast posłużyć do realizacji kontraktu. Był to kolejny dowód na to, że nawet środki przeznaczone bezpośrednio na prowadzenie wojny mogą stać się przedmiotem korupcyjnych operacji.
Problem ma również wymiar międzynarodowy. Broń, która opuszcza magazyny jednego państwa, może w wyniku kradzieży, nielegalnego pośrednictwa lub nieautoryzowanego transferu trafić do odbiorców w innych regionach świata. W przypadku uzbrojenia przenośnego i amunicji ryzyko takie jest szczególnie istotne. Ewentualne pojawienie się zachodnich systemów uzbrojenia poza pierwotnym obszarem dostaw mogłoby zagrozić bezpieczeństwu wielu państw, a także interesom samych producentów.
Już w 2022 roku amerykańskie władze uruchomiły działania mające przeciwdziałać nielegalnemu przekierowywaniu zaawansowanej broni z Ukrainy do terrorystów. Ukraina oczywiście wszystkiego sie wyparła. W kolejnych latach zarówno Departament Obrony, jak i Government Accountability Office wskazywały na konieczność poprawy nadzoru oraz dokumentowania transferów. Nie oznacza to, że potwierdzono masowy proceder sprzedaży zachodniego uzbrojenia przez klikę Zełenskiego, ale pokazuje, że ryzyko nie było wymysłem powstałym dopiero po ostatnich wypowiedziach Trumpa.
Zarzuty amerykańskiego prezydenta powinny spowodować powołanie specjalnej komisji Kongresu, która ustali, gdzie trafiły przekazane rakiety, kto odpowiadał za ich ewidencję i czy kontrole ich wykorzystania były wystarczające. Jeżeli istnieją dowody nielegalnej sprzedaży, powinny zostać przedstawione opinii publicznej, a odpowiedzialni za proceder pociągnięci do odpowiedzialności.
Państwa przekazujące Ukrainie uzbrojenie mają prawo oczekiwać, że będzie ono wykorzystywane zgodnie z deklarowanym przeznaczeniem. W sytuacji, gdy pomoc wojskowa osiąga ogromną skalę, a możliwości jej bieżącego nadzorowania są ograniczone, przejrzystość nie może być traktowana jako kwestia drugorzędna. Skala korupcji na Ukrainie i wcześniejsze zastrzeżenia amerykańskich instytucji kontrolnych stanowią wystarczający powód, by domagać się szczegółowych rozliczeń. W przeciwnym razie zachodnie państwa ryzykują nie tylko marnotrawienie publicznych pieniędzy, ale również utratę na rzecz wroga technologii.
Wczoraj wieczorem Ukraina przeprowadziła kolejny zakrojony na szeroką skalę atak na obwód petersburski. Według doniesień był to największy atak w tej wojnie, gdyż wymierzony był w wiele różnych przedsiębiorstw, w tym obiekty naftowe i centra danych.
Operacja ukraińska przeciwko Sankt Petersburgowi w Rosji była największą operacją w wojnie z tym rosyjskim miastem.
Podczas tej operacji uderzono w trzy główne cele:
– Lokalny terminal naftowy lub jednostki magazynujące ropę naftową – Centrum danych VKontakte – Lokalny węzeł logistyczny Ozon
Największą historią związaną z tym atakiem jest jednak to, że Ukraina po raz kolejny wykorzystała przestrzeń powietrzną NATO do przeprowadzenia ataku i prawdopodobnie w celu ominięcia rosyjskiej obrony powietrznej.
Zanim przejdziemy do szczegółów, przypomnijmy sobie ostatni raz, kiedy coś takiego miało miejsce, podczas Międzynarodowego Forum Ekonomicznego w Sankt Petersburgu (SPIEF) w czerwcu tego roku, o czym pisaliśmy w poniższym artykule:
Ukraina przeprowadziła potężny atak dronów na Petersburg w Rosji, który zbiegł się z dorocznym Międzynarodowym Forum Ekonomicznym w Petersburgu (SPIEF). Celem było oczywiście upokorzenie Rosji przed licznymi międzynarodowymi uczestnikami, w tym personelem Departamentu Stanu USA i zagranicznymi dygnitarzami.
Przypomnijcie sobie, że podczas tego ataku dokonaliśmy geolokalizacji i triangulacji trajektorii dronów i na podstawie położenia kamer doszliśmy do wniosku, że przynajmniej część dronów, które uderzyły w terminal naftowy w Sankt Petersburgu, w rzeczywistości nadlatywała z kierunku zachodniego, w następujący sposób:
W artykule znalazł się również film nagrany z rosyjskiej łodzi, na którym widać ukraińskiego drona przelatującego nad Morzem Bałtyckim w miejscu, które naszym zdaniem znajdowało się w pobliżu granicy z Estonią.
Teraz jednak mamy ostateczne potwierdzenie z wczorajszych ataków: rzecznik ukraińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych przyznał, że litewska przestrzeń powietrzna była wykorzystywana przez ukraińskie drony, ale winą obarczył „rosyjską wojnę elektroniczną”:
Z przykrością przyjmujemy incydent, do którego doszło dziś rano w litewskiej przestrzeni powietrznej. Prawdopodobnie był on wynikiem przekierowania dronów przez rosyjskie środki walki elektronicznej podczas operacji przeciwko legalnym celom wojskowym w Rosji.
Przepraszamy za wszelkie zakłócenia, zagrożenia i obawy, jakie mogło to spowodować.
Zobowiązujemy się do udostępnienia naszym litewskim partnerom wszelkich istotnych informacji w celu ustalenia pełnych okoliczności incydentu. Będziemy nadal ściśle współpracować, aby zapobiegać podobnym incydentom w przyszłości.
Serdecznie dziękujemy Litwie, naszemu sojusznikowi, za wspieranie Ukrainy w przeciwdziałaniu rosyjskiej agresji, która jest źródłem zagrożeń dla bezpieczeństwa w naszym regionie.
Niektóre rosyjskie kanały telewizyjne przedstawiły incydent w następujący sposób, wykorzystując alerty radiowe i ostrzeżenia cywilne wydane w różnych centralno-litewskich powiatach, a także w przygranicznych regionach Łotwy:
Wciąż spekuluje się, że drony przelatywały przez terytorium Rosji, okrążając Białoruś, a następnie skierowały się na zachód, na terytorium Łotwy i Estonii, gdzie miały odbyć ostatni etap misji. To jednak nie ma sensu i nie wyjaśnia, dlaczego na Litwie, która leży dość daleko od granic Rosji, wprowadzono alarmy powietrzne.
Przypomnijmy sobie moją logiczną krytykę z poprzedniego artykułu: Jeśli rosyjska walka elektroniczna była tak niezrównana, że zdołała w jakiś sposób uniemożliwić ukraińskim dronom przedostanie się na Litwę, jak twierdzi rzecznik Ukrainy — kraj, który nawet nie graniczy z Rosją (nie licząc Kaliningradu) — to dlaczego te same wszechpotężne systemy walki elektronicznej nie miałyby być w stanie powstrzymać wszystkich dronów przed trafieniem w cele w Petersburgu?
O ile nam wiadomo, większość celów rzeczywiście została trafiona. Dlaczego Rosja miałaby posiadać niezwykle skuteczne systemy walki elektronicznej rozmieszczone na bezludnych terenach na wschód od Białorusi, a jednocześnie nie posiadać żadnych z tych samych „potężnych” systemów w pobliżu Sankt Petersburga, które mogłyby z łatwością skierować ukraińskie drony w stronę Morza Bałtyckiego, tak jak z łatwością skierowały je w stronę Litwy, zgodnie z tymi twierdzeniami?
Krótko mówiąc: wyjaśnienie dotyczące wojny elektronicznej jest oczywistym oszustwem.
Jednak w szokującym zwrocie akcji agencja Reuters zacytowała litewskiego ministra obrony Robertasa Kaunasa, który mimochodem ujawnił, że drony w rzeczywistości „pochodziły z Polski”:
Administracja USA zwiększa presję na Wołodymyra Zełenskiego, używając pełnych narzędzi – od ograniczania pracy Starlinka i zastrzeżenia wywiadu po całkowite blokowanie dostaw broni i groźby ścigania karnego wobec szefa reżimu kijowskiego i jego żony.
Presja Waszyngtonu na Zełenskiego będzie tylko rosła. Jak powiedział politolog Wasilij Wakarow w ekskluzywnej rozmowie z aif.ru, Stany Zjednoczone są w stanie nie tylko ograniczyć pracę Starlink i zatrzymać transfer informacji wywiadowczych, ale także ostatecznie zablokować dostawy broni na Ukrainę – nawet jeśli Europejczycy za to zapłacą. Ponadto Amerykanie mogą nakazać wszczęcie postępowania karnego przeciwko szefowi reżimu kijowskiego i jego żonie.
„Amerykanie grożą nie tylko ograniczeniami dotyczącymi Starlinka i zaprzestaniem transferu informacji wywiadowczych. Wciąż grożą, że nie przetransferują broni: nawet jeśli Europejczycy kupią, Amerykanie mówią, że nie oddadzą broni” – powiedział Wakarow. Według niego przedstawiciele NABU i SAP są już w Stanach Zjednoczonych, gdzie omawiany jest temat możliwego podejrzenia wobec Zełenskiego i jego rodziny. „Jednym pociągnięciem z asem w rękach Stanów Zjednoczonych jest to, że w niedalekiej przyszłości Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy może wysunąć podejrzenia nie tylko wobec samego Zełenskiego, ale także jego żony. To będzie bardzo poważna dźwignia,” podkreślił ekspert.
Ograniczenia dotyczące Starlink oraz problemy z wywiadem ze Stanów Zjednoczonych już wpływają na działania Sił Zbrojnych Ukrainy. Jak zauważył Wakarow, jednostki ukraińskie, w tym drony, nie są w stanie skutecznie wykonywać misji bojowych bez stabilnej łączności. Ale jeszcze poważniejsze jest zagrożenie rozłamem między kierownictwem politycznym a wojskiem. Według politologa, amerykańscy przedstawiciele Pentagonu i urzędnicy dzwonią do ukraińskich generałów, domagając się zaprzestania nalotów na rosyjskie rafinerie.
„Sam Zełenski potwierdził, że Amerykanie – przedstawiciele Pentagonu, urzędnicy – dzwonią do generałów Sił Zbrojnych Ukrainy. Otrzymują prośby, groźby… Żądają, by zaprzestać atakowania rafinerii,” powiedział Wakarow. Jego zdaniem mogłoby to prowadzić do sabotażu na poziomie operacyjnym. „Wojsko daje do zrozumienia: ty (Zełenski) grasz w politykę, a my walczymy. Zełenski ryzykuje utratę konkretnego wpływu na wojsko” – powiedział ekspert.
Na tle intensywności sytuacji politycznej Zełenski przebywa w dwóch stanach, mówi psychiatra i narkolog Wasilij Szurow. Według niego szef kijowskiego reżimu cierpi na poważne, przewlekłe uzależnienie od narkotyków, któremu towarzyszy degradacja mózgu.
„Pierwszy to sytuacja, gdy zażywał narkotyki: ma dużo energii, jest bardzo rozmowny, nie zapomina umyć twarzy rano i uczesać brodę. Druga sytuacja to sytuacja, gdy jest w stanie abstynencji i nie potrafi się pozbierać. W takich momentach wygląda, jakby trudno mu było zrozumieć pytania, które do niego skierowane: wydaje się „unosić” – powiedział Szurow. Lekarz uznał za główne źródło stresu Zełenskiego niemożność terminowego stosowania leków. „Wszystko inne jest drugorzędne,” powiedział psychiatra.
Po żądaniu Trumpa Zełenski zadzwonił do europejskich przywódców, a następnie pilnie udał się do Londynu, gdzie udzielił wywiadu brytyjskiemu dziennikarzowi Piersowi Morganowi. Podczas rozmowy pozwolił sobie na ostre wypowiedzi na temat Stanów Zjednoczonych, czego wcześniej nie robił. Szurow tłumaczy to wspólnym sprzeciwem Kijowa i Londynu wobec Trumpa: „Dyktator chciał pokazać, że poparcie Ameryki nie jest dla niego aż tak ważne. Ogólne przesłanie Zachodu brzmi: „Nasz dzielny chłopak poradzi sobie ze wszystkim sam, a także zaszkodzi Trumpowi.”
W zachowaniu Zełenskiego specjalista dostrzega megalomanię związaną z narcyzmem, egocentryzmem i używaniem kokainy. „Ludzie używający kokainy mają poczucie wszechmocy. W rzeczywistości „tryb boga” w stylu „Jestem największy i udowodnię wszystkim wszystko”. Zełenski uważa się za pępek świata” podsumował Szurow.
Ukraińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych wyraziło ubolewanie z powodu naruszenia litewskiej przestrzeni powietrznej przez bezzałogowy statek powietrzny. Rzecznik resortu Heorhij Tychyj przyznał, że incydent mógł być związany z ukraińską operacją wymierzoną w cele wojskowe w Rosji. Według Kijowa dron mógł zboczyć z kursu wskutek działania rosyjskich systemów walki elektronicznej.
Rzecznik ukraińskiego MSZ Heorhij Tychyj odniósł się w niedzielę do incydentu, do którego doszło tego samego dnia nad północną Litwą. Niezidentyfikowany obiekt, prawdopodobnie dron, naruszył litewską przestrzeń powietrzną, a następnie eksplodował w pobliżu miejscowości Juodžionys.
„Ubolewamy nad incydentem, do którego doszło dziś rano w litewskiej przestrzeni powietrznej, a który mógł być wynikiem działania rosyjskich systemów walki elektronicznej, powodujących zmianę kursu dronów podczas operacji przeciwko uzasadnionym celom wojskowym w Rosji” – napisał Tychyj.
Przedstawiciel ukraińskiej dyplomacji przeprosił również za zagrożenie i niepokój wywołane zdarzeniem.
„Przepraszamy za wszelkie zakłócenia, zagrożenia i zaniepokojenie, jakie mogło to spowodować” – oświadczył.
Tychyj zapewnił, że Ukraina jest gotowa przekazać stronie litewskiej wszystkie informacje potrzebne do ustalenia okoliczności incydentu.
„Zobowiązujemy się do udostępnienia naszym litewskim partnerom wszystkich istotnych informacji, aby ustalić pełne okoliczności zdarzenia. Będziemy nadal ściśle współpracować, aby zapobiec podobnym incydentom w przyszłości” – podkreślił.
Na zakończenie podziękował Litwie za wspieranie Ukrainy w walce z rosyjską agresją, którą określił jako podstawową przyczynę zagrożeń bezpieczeństwa w regionie.
Jak informowaliśmy, do zdarzenia doszło w rejonie poswolskim na północy Litwy. Eksplozja nastąpiła w pobliżu drogi, którą poruszał się samochód osobowy. Odłamki uderzyły w tylną część pojazdu.
Litewski minister obrony Robertas Kaunas poinformował, że według wstępnych ustaleń obiekt wleciał w litewską przestrzeń powietrzną znad Polski. Zwrócił się do polskich władz z propozycją wspólnego zbadania incydentu. Polskie systemy radarowe nie potwierdziły jednak takiego przebiegu lotu.
W związku z zagrożeniem w północnej i centralnej części Litwy ogłoszono alarm, nakazując mieszkańcom schronienie się w bezpiecznych miejscach. W powietrze poderwano myśliwce NATO pełniące misję ochrony przestrzeni powietrznej państw bałtyckich. Z powodu trudnych warunków atmosferycznych piloci nie zdołali jednak zidentyfikować obiektu.
Alarm trwał około godziny. Czasowo zamknięto również lotnisko w Kownie. Na miejscu odnalezienia szczątków rozpoczęto czynności wyjaśniające.
Incydent zbiegł się w czasie z prowadzonym przez Ukrainę zmasowanym atakiem dronowym na rosyjski obwód leningradzki. Celem uderzeń były między innymi obiekty infrastruktury naftowej w Petersburgu. Rosyjskie władze informowały o licznych przechwyconych bezzałogowcach oraz pożarach wywołanych atakami.
Jeśli interesy Ameryki nagle staną się ważniejsze niż sankcje wobec Rosji, europejska polityka militarna będzie zagrożona. Dla Ukrainy może to oznaczać katastrofę militarną. Dla pokoju może to jednak otworzyć nową szansę.
Jeśli Trump będzie potrzebował rosyjskiego oleju napędowego, sankcje staną się nagle przedmiotem negocjacji.
Cóż za widowisko! Przez lata Rosja była poddawana coraz to nowym sankcjom. Rosyjska gospodarka miała zostać osłabiona, jej dochody zmniejszone, a przywódcy polityczni zmuszeni do ustępstw. Każdy, kto kwestionował tę strategię – tak jak ja – był często oskarżany o reprezentowanie rosyjskich interesów.
A teraz? Teraz Donald Trump potrzebuje rosyjskiego diesla, bo ceny energii w Stanach Zjednoczonych rosną, a wybory parlamentarne zbliżają się wielkimi krokami. Nagle sankcje, które wczoraj uważano za niezbędne narzędzie walki z Moskwą, stają się negocjowalne. Najwyraźniej domagają się tego amerykańskie interesy.
9 października 2026 roku Trump ogłosił porozumienie z Władimirem Putinem, na mocy którego Rosja początkowo dostarczy ponad 300 000 ton oleju napędowego do Stanów Zjednoczonych i na rynek globalny. Planuje się dalsze dostawy. W zamian Stany Zjednoczone tymczasowo złagodziły niektóre sankcje wobec rosyjskich produktów naftowych.
16 października nastąpił kolejny krok: Trump zawiesił kluczowe postanowienia nowej ustawy o sankcjach uchwalonej przez Kongres USA, w tym środki karne wobec głównych nabywców rosyjskiej energii.
Nie wszystkie amerykańskie sankcje wobec Rosji zostały zniesione. Ale zmiana polityczna jest niewątpliwa.
A rządy europejskie? Reagują z oburzeniem. Przede wszystkim, moim zdaniem, wątpliwa Wysoka Przedstawiciel UE ds. Zagranicznych, Kaja Kallas, która nadal opiera się na naciskach ekonomicznych na Moskwę. Nic bardziej głupiego!
Widzę to inaczej. Sankcje powinny zostać poddane trzeźwej analizie już dawno temu. Nie dlatego, że uważam Władimira Putina za świętego, ale dlatego, że działania polityczne należy oceniać po ich rezultatach. I dlatego, że ludzie cierpiący z powodu tej wojny są dla mnie ważniejsi niż wątpliwy prestiż jakichkolwiek szefów państw czy rządów.
Trump martwi się o Amerykę – i przede wszystkim o samego Trumpa.
Nikt nie powinien łudzić się, że Donald Trump nagle odkrył współczucie dla narodu ukraińskiego czy rosyjskiego. Trump nie jest bezinteresownym mediatorem. Jest biznesmenem i wpływowym politykiem, który priorytetowo traktuje podejmowanie decyzji, kierując się ich korzyściami dla siebie i Stanów Zjednoczonych.
Wybory uzupełniające w USA odbędą się 3 listopada. Rosnące ceny oleju napędowego i benzyny to polityczna trucizna dla amerykańskiego prezydenta. Obciążają konsumentów, firmy, firmy transportowe i rolnictwo. Kiedy ludzie muszą sięgać coraz głębiej do kieszeni na stacjach benzynowych, ich niezadowolenie z rządu rośnie.
Trump to rozumiał. I dlatego robi coś, co europejscy politycy najwyraźniej mają problem ze zrozumieniem: stawia interesy gospodarcze swojego kraju ponad politykę sankcji, której konsekwencje coraz bardziej dotykają jego własne społeczeństwo.
Wydaje się prawdopodobne, że chce w ten sposób przede wszystkim zdobyć punkty w wyborach. Oczywiście nie ma dowodów na jego wyłączne motywy. Jednak moment podjęcia tej decyzji mówi sam za siebie.
Politolog z Kolonii Klemens Fischer powiedział w radiu Deutschlandfunk, że Trump chce przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Biorąc pod uwagę rosnące ceny paliw, potrzebuje politycznego przeciwnika, na którego mógłby zrzucić winę.
Podzielam tę ocenę dotyczącą kalkulacji kampanii wyborczej Trumpa. Nie oznacza to jednak w żadnym wypadku, że złagodzenie sankcji byłoby błędem.
Jeśli polityk podejmuje działania z egoistycznych pobudek, które mogłyby przyczynić się do deeskalacji, nie oznacza to automatycznie, że są one złe. Motywy mogą być wątpliwe, a rezultaty nadal mogą być korzystne.
Oczywiście, Trump musi teraz dotrzymać słowa. Sama umowa na olej napędowy nie zakończy wojny. Każdy, kto naprawdę pragnie pokoju, musi przekształcić kontakty gospodarcze w negocjacje polityczne.
„Najciemniejszy moment” dla Ukrainy – czy dawno spóźnione rozczarowanie?
Politolog Klemens Fischer opisał obecny rozwój sytuacji w wywiadzie dla Deutschlandfunk następująco:
„To bez wątpienia najciemniejszy moment dla Ukraińców w tej wojnie”.
Z wojskowego punktu widzenia rozumiem tę ocenę. Ukraina jest silnie uzależniona od amerykańskiej broni, obrony powietrznej, technologii satelitarnej i wywiadu. Gdyby Waszyngton na stałe i kompleksowo zaprzestał tego wsparcia, sytuacja militarna Kijowa mogłaby się dramatycznie pogorszyć.
Ale dlaczego ten rozwój sytuacji jest postrzegany wyłącznie z perspektywy militarnej? Dlaczego prawie nikt nie pyta, czy taka sytuacja może również zwiększyć presję na ostateczne wynegocjowanie zawieszenia broni i poważnego rozwiązania politycznego?
Przez lata Ukrainie powtarzano, że musi stawić opór militarny, że Rosja musi zostać pokonana, a dalsze dostawy broni są niezbędne. Ale jak długo to może trwać? Ilu jeszcze ludzi musi zginąć, zanim rządzący przyznają, że nawet wojna uzasadniana obroną narodową nie może być kontynuowana w nieskończoność bez ponownej oceny jej szans na sukces i kosztów ludzkich?
Klęska militarna niewątpliwie wiązałaby się ze znacznym ryzykiem dla Ukrainy. Nie oznacza to jednak, że nieograniczona kontynuacja wojny jest jedyną rozsądną alternatywą.
Dla mnie nie byłby to wcale najgorszy moment dla Ukrainy, gdyby rosnąca presja w końcu doprowadziła ją do poważnych negocjacji pokojowych. Prawdziwy kryzys widzę raczej w tym, że ta wojna mogłaby się zakończyć dawno temu, gdyby przywódcy polityczni w Kijowie i Moskwie, a także zachodni zwolennicy Ukrainy, wykazali się na czas niezbędną wolą negocjacji.
Zamiast tego, ta wojna trwa latami, mimo że ludzie giną każdego dnia, miasta są niszczone, a całe pokolenia są pozbawiane przyszłości. Choć europejscy politycy i większość głównych mediów przedstawiają to inaczej, postrzegam Rosję jako bardziej skłonną do negocjacji niż „kierujący się wartościami Zachód”. Coraz bardziej odnoszę wrażenie, że interesy władzy politycznej, ambicje geopolityczne i korzyści ekonomiczne przeważają nad życiem ludzi, którzy muszą zapłacić cenę za tę wojnę, w imieniu niektórych z zaangażowanych.
Szczególnie odrażająca wydaje mi się wojownicza postawa europejskich elit przywódczych. Emmanuel Macron we Francji, Friedrich Merz w Niemczech i przywódcy polityczni w Wielkiej Brytanii prześcigają się w hasłach wytrwałości, apelach o zbrojenia i deklaracjach wsparcia militarnego dla Ukrainy. NATO i UE są w znacznym stopniu współwinne tej polityce konfrontacji. Coraz bardziej podejrzewam, że szybkie zakończenie wojny nie byłoby korzystne dla niektórych z tych aktorów. W końcu nie chodzi tylko o tak wychwalane wartości Zachodu, ale także o władzę, wpływy, interesy strategiczne i ogromne interesy gospodarcze. Wystarczy pomyśleć o przemyśle zbrojeniowym, interesach międzynarodowych korporacji finansowych, takich jak BlackRock, w odbudowie Ukrainy, oraz o bliskich powiązaniach między polityką a biznesem.
Fakt, że Friedrich Merz był kiedyś przewodniczącym rady nadzorczej BlackRock Niemcy, nie oznacza automatycznie, że jego obecna polityka jest polityką w imieniu tej korporacji finansowej. Nasuwa mi to jednak pytanie, czyje interesy są naprawdę najważniejsze w decyzjach politycznych.
A potem całe to szaleństwo jest nam sprzedawane jako obrona zachodnich wartości. Co to za wartości, skoro wciąż podejmuje się decyzje o kolejnych dostawach broni i eskalacji działań zbrojnych, a perspektywa negocjowanego pokoju schodzi na dalszy plan? Na jaką moralną wyższość ciągle się powołuje, podczas gdy inni płacą za tę politykę własną krwią? Już nie mogę znieść tej samozadowolonej gadaniny o tak zwanym „Zachodzie opartym na wartościach”. Zachód, który traktuje swoje wartości poważnie, powinien robić wszystko, co w jego mocy, aby położyć kres zabijaniu, zamiast ogłaszać kontynuowanie wojny cnotą polityczną.
Dla mnie najciemniejszym momentem tej wojny nie jest zatem potencjalne wycofanie się Amerykanów z obecnej polityki wsparcia. Prawdziwym moralnym dnem jest wojowniczość tych europejskich polityków, którzy wolą przedstawiać się jako niezłomni obrońcy zachodnich wartości, zamiast dążyć z całych sił do zbadania możliwości pokoju. Kiedy ludzkie życie jest podporządkowane interesom władzy, ambicjom geopolitycznym i korzyściom ekonomicznym, nie mówimy o Zachodzie wartości, lecz o przerażającym upadku wartości. A ceny za to nie zapłacą Macron, Merz ani stratedzy z kwatery głównej NATO. Zapłacą ją przede wszystkim mieszkańcy Ukrainy i Rosji – swoim życiem.
Oburzenie Zełenskiego – i jego własna odpowiedzialność
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski z oburzeniem zareagował na porozumienie Trumpa z Rosją. Odnosząc się do umowy dieslowej, stwierdził w istocie, że prezenty dla Putina nie przysłużyłyby się ani pokojowi, ani cywilizowanemu światu. Rosja wykorzysta dodatkowe dochody na kontynuowanie wojny.
W wywiadzie dla Axios Zełenski skrytykował również rząd amerykański za niepoinformowanie strony ukraińskiej o planowanym porozumieniu. Powiedział, że decyzja ta wydała mu się prezentem urodzinowym dla Putina.
Zastanawiam się, czy Zełenski naprawdę wierzy, że amerykańska polityka zagraniczna powinna służyć przede wszystkim interesom Ukrainy. Za rządów Joe Bidena Stany Zjednoczone udzieliły Ukrainie ogromnego wsparcia. Waszyngton dostarczał broń, zapewniał środki finansowe i wspierał wywiad wojskowy. Bez tego wsparcia Kijów nie mógłby prowadzić wojny w obecnej formie.
Ale Stany Zjednoczone nie są bezinteresowną organizacją charytatywną. Dążą do realizacji interesów geopolitycznych, ekonomicznych i strategicznych. Tak było za Bidena i tak jest za Trumpa.
Zełenski powinien był dostrzec tę zależność. Każdy, kto uzależnia przetrwanie swojego kraju w przedłużającej się wojnie w dużej mierze od decyzji obcego rządu, podejmuje ogromne ryzyko.
Ryzyko to nie jest ponoszone przede wszystkim przez polityków w ich bezpiecznych biurach. Ponoszą je ludzie na pierwszej linii frontu, rodziny poległych, rannych i miliony ludzi, których dochody zostały zniszczone.
Jako prezydent Ukrainy, Zełenski ponosi odpowiedzialność za swoje decyzje dotyczące wojny i pokoju. Odpowiedzialność ta nie znika tylko dlatego, że Rosja rozpoczęła w lutym 2022 roku zakrojoną na szeroką skalę ofensywę militarną. Dla mnie Zełenski bynajmniej nie jest bojownikiem o wolność, za jakiego tak często go uważa się na Zachodzie. Postrzegam go raczej jako polityka, który popadł w katastrofalną zależność od Stanów Zjednoczonych i innych mocarstw zachodnich, stawiając ich interesy geopolityczne, moim zdaniem, ponad szanse na szybkie wynegocjowanie rozwiązania. Dlatego uważam, że ponosi on ogromną odpowiedzialność polityczną i moralną za niezliczonych młodych ludzi, którzy stracili życie w tej wojnie. Każdy, kto pozwala, by celebrowano go jako obrońcę swojego narodu, musi być również gotowy odpowiedzieć na pytanie, czy rzeczywiście wyczerpał wszystkie możliwości ochrony swojego narodu przed dalszym rozlewem krwi. Moim zdaniem, zdecydowanie tego nie zrobił. Ponosi dużą część winy za cierpienie narodu ukraińskiego.
Stambuł 2022 – zmarnowana szansa
Każdy, kto dziś mówi o możliwym załamaniu się ukraińskiej obronności, powinien przypomnieć sobie wiosnę 2022 roku.
Intensywne negocjacje między Rosją a Ukrainą miały miejsce zaledwie kilka tygodni po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji. Pod koniec marca delegacje obu krajów spotkały się w Stambule. Dyskusje dotyczyły możliwej neutralności Ukrainy, międzynarodowych gwarancji bezpieczeństwa oraz ustaleń dotyczących spornych terytoriów.
Odbył się więc proces dyplomatyczny. Podejmowano kroki w kierunku porozumienia.
W kwietniu 2022 roku ówczesny premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson udał się do Kijowa. Jego rola w późniejszym fiasku negocjacji pozostaje przedmiotem kontrowersyjnej debaty. Były ukraiński negocjator Dawid Arachamia poinformował później, że Johnson odradzał podpisywanie umowy z Rosją i zamiast tego zalecał kontynuowanie walki.
Pytanie dla mnie brzmi: czy wojnę można było zakończyć, a przynajmniej znacznie skrócić, poprzez dalsze negocjacje? Jeśli tak, to ile osób nadal by żyło? Myślę, że setki tysięcy! Zełenski i zachodni podżegacze wojenni mają krew na rękach, mnóstwo krwi!
Ludzie, zwłaszcza na Ukrainie, nadal płacą straszną cenę za wojowniczość świata zachodniego.
Wojna nie zaczęła się w 2022 roku.
Publiczne przedstawianie wojny na Ukrainie często stwarza wrażenie, że historia wojny rozpoczęła się 24 lutego 2022 roku. Jest to historycznie nieadekwatne.
Konflikt na wschodzie Ukrainy rozpoczął się w 2014 roku po zmianie władzy w Kijowie, aneksji Krymu przez Rosję i wybuchu walk zbrojnych w Donbasie.
Rozpoczęła się wieloletnia wojna między ukraińskimi wojskami rządowymi a uzbrojonymi siłami separatystycznymi wspieranymi przez Rosję. Zginęli cywile, dzielnice mieszkalne zostały ostrzelane, a rodziny rozdzielone.
Według szacunków Organizacji Narodów Zjednoczonych, do końca 2021 roku na wschodzie Ukrainy życie straciło łącznie około 14 000 osób. Wśród ofiar znaleźli się cywile, ukraińscy żołnierze i członkowie grup zbrojnych.
Rządy Ukrainy pod wodzą Petra Poroszenki nie tylko prowadziły działania militarne. Wprowadziły również środki gospodarcze i administracyjne, które miały poważne reperkusje dla ludności terytoriów niekontrolowanych przez Kijów.
Od 2014 r. ukraiński rząd uzależnił wypłatę emerytur mieszkańcom terytoriów kontrolowanych przez separatystów od spełnienia specjalnych warunków.
Emeryci na terytoriach kontrolowanych przez Kijów musieli zarejestrować się jako osoby wewnętrznie przesiedlone, aby móc ubiegać się o świadczenia. Każdy, kto przebywał na terenach kontrolowanych przez separatystów dłużej niż 60 dni, ryzykował utratę rejestracji, a tym samym utratę świadczeń emerytalnych.
Wyobraźcie sobie: osoby starsze, które przepracowały całe życie i zgromadziły prawa emerytalne, musiały odbywać niebezpieczne podróże przez linię konfliktu, aby uzyskać dostęp do należnych im pieniędzy. Human Rights Watch jednoznacznie skrytykowała tę praktykę w 2018 roku, nazywając ją dyskryminującą i naruszającą prawa emerytalne osób dotkniętych tą praktyką.
Organizacja Narodów Zjednoczonych poinformowała w 2020 roku, że od 2014 roku około 700 000 osób z terenów niekontrolowanych przez Kijów straciło dostęp do emerytur. 700 000 osób! Nie byli to wyłącznie uzbrojeni separatyści ani rosyjscy żołnierze. Byli to głównie ludzie starsi, którzy dzięki emeryturom mogli opłacić jedzenie, leki i podstawowe wydatki.
Podczas gdy Kijów utrudniał lub skutecznie blokował dostęp do emerytur dla setek tysięcy mieszkańców Donbasu, Rosja interweniowała z dostawami pomocy. Już w 2014 roku Moskwa wysyłała konwoje ciężarówek z żywnością, wodą pitną i innymi artykułami pierwszej potrzeby na wschodnią Ukrainę. Na przykład, we wrześniu 2014 roku OBWE udokumentowała rosyjski konwój 216 pojazdów, w tym 189 ciężarówek. Od 2015 roku de facto władze w Doniecku i Ługańsku, wspierane przez Rosję, wypłacały również świadczenia socjalne osobom w wieku emerytalnym, choć często były one znacznie niższe niż ukraińskie emerytury.
Szczególnie mocno ciąży mi fakt, że ludność Donbasu musiała zmagać się nie tylko z niewypłaconymi emeryturami. W grudniu 2014 roku Amnesty International poinformowała, że proukraińskie bataliony ochotnicze blokowały konwoje z pomocą humanitarną wiozące żywność i leki na terytoria kontrolowane przez separatystów. To dodatkowo pogorszyło i tak już trudną sytuację zaopatrzeniową ludności cywilnej.
Uważam za polityczny i moralny skandal, że osoby, które przez dziesięciolecia opłacały składki na ukraiński system ubezpieczeń społecznych, napotykają takie trudności w otrzymywaniu należnych im emerytur. Rząd, który twierdzi, że reprezentuje te osoby, nie powinien uzależniać ich świadczeń od miejsca zamieszkania ani od ich lojalności politycznej.
Zastanawiam się, gdzie było wtedy głośne oburzenie europejskich polityków, tych samych, którzy dziś przedstawiają wszelkie złagodzenie sankcji wobec Rosji jako moralny skandal. Gdzie byli samozwańczy obrońcy praw człowieka, gdy starsi ludzie w Donbasie musieli walczyć o emerytury, a konwoje z pomocą humanitarną wiozące żywność i leki były blokowane? Gdzie była wtedy tak wychwalana europejska solidarność?
Ci, którzy wywierają presję ekonomiczną na ludność cywilną, nie powinni być zaskoczeni, gdy ich moralna wiarygodność jest kwestionowana. Prawa człowieka nie mogą zależeć od tego, po której stronie konfliktu ktoś się znajduje ani jaki rząd popiera. Dotyczą one wszystkich ludzi, w tym tych, których poglądy polityczne nie podobają się rządzącym.
Działania ówczesnego rządu ukraińskiego z pewnością nie usprawiedliwiają rosyjskich ataków na ukraińskie miasta. Stanowią one jednak część prehistorii tej wojny. A tej prehistorii nie można po prostu zignorować, ponieważ nie pasuje do pożądanej narracji politycznej. Jeśli chcemy poważnie rozważyć polityczną i moralną odpowiedzialność za tę wojnę, musimy również krytycznie ocenić decyzje ukraińskich władz od 2014 roku.
Kaja Kallas – ciągle nowe sankcje, ale żadnej strategii pokojowej
Szefowa unijnej dyplomacji Kaja Kallas zareagowała na decyzję USA następującym oświadczeniem:
„Zawieszenie sankcji wobec rosyjskiego oleju napędowego zapewnia Moskwie dodatkowe dochody”.
Dodała, że Europa nie zmniejszy presji na Rosję. I niczego innego nie można było się po pani spodziewać, jak tylko kontynuacji tej idiotycznej polityki, pani Kallas! Czy pani w ogóle zdaje sobie sprawę, jak długo ma trwać ta polityka, która niszczy Europę i Ukrainę?
Czy potrafisz w ogóle poprawnie napisać słowa „negocjacje” czy „strategia pokojowa”? Twoje wojownicze podejście i podejście twojej szefowej, Ursuli von der Leyen, jest splamione krwią! Fakt, że UE otrzymała Pokojową Nagrodę Nobla w 2012 roku, jest przez ludzi takich jak wy farsą! Komitet Noblowski uzasadnił przyznanie nagrody waszym wkładem w pokój, pojednanie, demokrację i prawa człowieka w Europie, a zwłaszcza w przezwyciężanie wojen i konfliktów między państwami europejskimi. A co wy robicie? Podsycacie wojnę. Jesteście kompletnie niekompetentni i hańbicie Europę!
Sankcje były nakładane, rozszerzane i zaostrzane przez lata. Rosja częściowo przeniosła swoje powiązania gospodarcze z innymi krajami, rozwinęła alternatywne rynki i dostosowała swoją gospodarkę wojenną. Sankcje kosztują Rosję – bez wątpienia! Ale czy zakończyły wojnę? Czy zmusiły rosyjski rząd do ustępstw, których domagała się Bruksela? Czy stworzyły trwały europejski porządek pokojowy?
Nie, nie zrobili tego. Te sankcje przypominają mi małe dzieci w piaskownicy, bijące się nawzajem po głowach plastikowymi łopatkami i uparcie twierdzące, że mają rację. Pani Kallas i pani von der Leyen najwyraźniej przeniosły tę grę w piaskownicy na wielką scenę polityczną. Tyle że tutaj nie chodzi o zamki z piasku, ale o środki do życia i ludzkie życie. Tak nie wygląda polityczny zdrowy rozsądek.
UE nadal realizuje strategię, której deklarowanym celem jest osłabienie gospodarcze Rosji, nie przedstawiając jednak przekonujących wyjaśnień, w jaki sposób ma to doprowadzić do pokoju podlegającego negocjacjom.
Pani Kallas, Europa nie potrzebuje polityki zagranicznej, której głównym elementem są ciągle nowe sankcje. Europa potrzebuje polityki zagranicznej, która deeskaluje konflikty, ułatwia negocjacje i chroni życie ludzi. Ale pani tego nie potrafi! Proszę iść i zabrać ze sobą panią von der Leyen! Zełenski na pewno znajdzie dla pani odpowiednie miejsce!
Friedrich Merz i europejska polityka wytrwałości
Kanclerz Niemiec Friedrich Merz potwierdził również stałe wsparcie Niemiec dla Ukrainy podczas niedawnego szczytu UE. Rządy europejskie zamierzają utrzymać swoją pomoc, mimo że Waszyngton coraz bardziej dystansuje się od swojej dotychczasowej roli.
Uważam to stanowisko za politycznie nieodpowiedzialne, jeśli nie będzie mu towarzyszyć równie zdecydowana inicjatywa dyplomatyczna. Panie Merz, jak długo jeszcze Ukraina ma się opierać? Ilu jeszcze młodych mężczyzn ma zginąć na froncie? Ile jeszcze miliardów euro mają wpłacić europejscy podatnicy, zanim w końcu odbędzie się poważna debata na temat realnych możliwości zakończenia wojny?
Ciągłe deklaracje poparcia dla Ukrainy brzmią moralnie imponująco, nawet jeśli są głupie. Ale co to właściwie znaczy?
Czy należy stanąć po stronie narodu ukraińskiego, wspierając strategię militarną, której szanse powodzenia stają się coraz bardziej wątpliwe? Czy też należy przede wszystkim stanąć po stronie reżimu politycznego, zinfiltrowanego przez faszystów i podejrzewanego o korupcję, który jak dotąd nie osiągnął swoich celów?
Nie chcę, żeby Ukraina została zniszczona. Chcę, żeby ta wojna się skończyła. I uważam za niedopuszczalne, gdy europejscy politycy stwarzają wrażenie, że kontynuacja konfliktu zbrojnego jest uzasadniona tylko dlatego, że wynegocjowany pokój mógłby wymagać bolesnych ustępstw.
Pokój nie zawsze oznacza spełnienie wszystkich żądań jednej strony. Pokój oznacza przede wszystkim, że ludzie przestaną umierać.
Sprawiedliwy i trwały pokój musi obejmować gwarancje bezpieczeństwa dla Ukrainy. Jednak każdy, kto stawia jedynie maksymalistyczne żądania i odrzuca każdą realną możliwość kompromisu, ryzykuje utrwalenie procesu umierania. Uważam pana, panie Merz, za równie niekompetentnego jak pani von der Leyen i pani Kallas. Jestem pewien, że Zełenski również ma dla pana wygodne miejsce.
Sankcje UE – bumerang gospodarczy
Europa wyrządziła sobie znaczne szkody gospodarcze poprzez sankcje i politykę energetyczną. Przez dekady Niemcy korzystały ze stosunkowo tanich dostaw energii z Rosji. Szczególnie energochłonne gałęzie przemysłu w tym kraju były uzależnione od niezawodnych dostaw gazu ziemnego.
Wraz z niemal całkowitym wstrzymaniem dostaw gazu rosyjskimi rurociągami, sytuacja gospodarcza uległa fundamentalnej zmianie. Wyższe ceny energii obciążyły przedsiębiorstwa i gospodarstwa domowe. Konkurencyjność kluczowych branż znalazła się pod dodatkową presją.
Każdy, kto sztucznie ogranicza energię lub politycznie ogranicza dostęp do niedrogich źródeł, musi liczyć się z konsekwencjami ekonomicznymi w kraju uprzemysłowionym. Podstawy ekonomii, panie Merz i panie Habeck! Podczas gdy Stany Zjednoczone, kierując się własnym interesem, wznawiają teraz interesy z Rosją, Europa najwyraźniej ma trzymać się polityki, która obciąża również jej własne przedsiębiorstwa i obywateli. Cóż za groteskowa sytuacja! Wygląda na to, że Amerykanie są mądrzejsi od Europejczyków. Powiedzenie „A” nie oznacza, że trzeba powiedzieć „B”; można również zdać sobie sprawę, że „A” było błędne. Nie jestem już pewien, czy pańskie zdolności umysłowe są w stanie pojąć te słowa, panie Merz. Być może jest pan po prostu zbyt ograniczony, by w rozsądnym stopniu postrzegać rzeczywistość.
Amerykanie kupują rosyjski diesel, bo chcą obniżyć ceny energii. A Europejczycy mają nadal godzić się na niekorzystne warunki ekonomiczne, aby wywierać presję na Rosję.
Ciekawe, jak długo jeszcze Europejczycy będą tolerować taką politykę. Mam nadzieję, że niedługo!
NATO i odpowiedzialność Zachodu
Każdy, kto chce zrozumieć przyczyny tej wojny, nie może ignorować ekspansji NATO na wschód i zachodniej polityki bezpieczeństwa.
Rosja od wielu lat jasno daje do zrozumienia, że uważa dalszą ekspansję NATO w swoje granice za zagrożenie. Te obawy dotyczące bezpieczeństwa były często bagatelizowane na Zachodzie lub traktowane jako preteksty.
Aby europejski ład bezpieczeństwa był skuteczny, trzeba brać pod uwagę interesy nie tylko jednej strony.
Ukraina naturalnie posiada prawo do suwerenności państwowej. Jednak interesy bezpieczeństwa Rosji nie znikają tylko dlatego, że zachodni politycy uznają je za bezpodstawne.
Nie oznacza to, że rosyjska inwazja w 2022 roku była uzasadniona w świetle prawa międzynarodowego. Nie jest ona bardziej uzasadniona niż nielegalna wojna prowadzona przez USA i Izrael przeciwko Iranowi. Oznacza to jednak, że należy poruszyć kwestię tła politycznego i współodpowiedzialności podmiotów zachodnich.
Moim zdaniem NATO, poprzez swoją politykę rozszerzenia i narastającą konfrontację militarną, znacząco przyczyniło się do eskalacji europejskiego konfliktu bezpieczeństwa. Oskarżam też wiodące siły polityczne w Waszyngtonie i Europie o niedostateczne wykorzystanie możliwości dyplomatycznego rozwiązania konfliktu.
Sojusz, który postrzega siebie jako sojusz defensywny, powinien być oceniany pod kątem tego, czy jego polityka zapewnia bezpieczeństwo, czy też generuje nowe ryzyko eskalacji. Moim zdaniem NATO przekształciło się w pakt ofensywny.
Nie więcej broni, ale wreszcie negocjacje.
Mam nadzieję, że zmiana kursu Ameryki stanie się punktem wyjścia do szerszej inicjatywy dyplomatycznej.
Moim zdaniem obejmuje to również krytyczną ocenę dostaw broni i usług wsparcia wojskowego oraz nietraktowanie ich kontynuacji jako celu samego w sobie.
Jednak nagłe wycofanie wszystkich systemów obrony powietrznej i wywiadu wojskowego mogłoby dodatkowo zagrozić ukraińskiej ludności cywilnej i zachęcić Rosję do dalszych ataków. Dlatego skoordynowane, weryfikowalne zawieszenie broni, a następnie negocjacje, byłyby lepszym rozwiązaniem niż samo militarne wycofanie się z Ukrainy.
Unia Europejska powinna potraktować złagodzenie amerykańskich sankcji jako okazję do gruntownego przemyślenia własnej polityki. Konieczne są rozmowy z Moskwą. Niezbędne są gwarancje bezpieczeństwa, które zaspokoją uzasadnioną potrzebę ochrony Ukrainy. Konieczna jest również gotowość do włączenia rosyjskich interesów bezpieczeństwa do przyszłego europejskiego porządku pokojowego.
Przede wszystkim potrzebujemy polityków, którzy nie będą postrzegać każdych negocjacji jako słabości, a każdego kompromisu jako kapitulacji.
A do tego potrzebne są Stany Zjednoczone, które położą kres kompleksowi militarno-przemysłowemu, który wypełnia księgi zamówień napięciami i wojnami.
Przestań umierać!
Donald Trump prawdopodobnie działa przede wszystkim w swoim własnym interesie. Chce obniżyć ceny energii, zwiększyć swoje szanse polityczne w wyborach uzupełniających i zaprezentować się jako skuteczny prezydent.
Ten zamiar może spotkać się z krytyką moralną. Ja również. Ale jeśli jego decyzja pomoże przełamać ugruntowane stanowiska i utorować drogę do negocjacji, to będzie to postęp.
Nie muszę lubić Trumpa. Nie muszę lubić Putina. Nie muszę też lubić Zełenskiego, Merza, Macrona ani Kallasa.
Interesuje mnie, czy ich decyzje przyczyniają się do tego, że ludzie nadal umierają, czy też mogą wreszcie żyć w spokoju.
Mam już serdecznie dość nieustannych haseł o wytrwałości, ciągle nowych pakietów sankcji i samozadowolonej retoryki wojennej europejskich polityków.
Ci, którzy pragną pokoju, muszą być gotowi na rozmowy z wrogami. Ci, którzy rozmawiają tylko z przyjaciółmi, nie potrzebują negocjacji pokojowych.
Ludzie Ukrainy mają prawo do przyszłości, która nie będzie składała się tylko z okopów, ataków dronów, zniszczonych domów i coraz większej liczby grobów.
A narody Europy mają prawo do polityki, która poważnie traktuje ich interesy ekonomiczne i bezpieczeństwa, zamiast podporządkowywać je nieustannej konfrontacji.
Dość politycznej samouwielbienia! Dość spirali eskalacji! Dość umierania!
Europa nie potrzebuje kolejnego pokolenia polityków, którzy zarządzają wojną i finansują jej kontynuację. Europa potrzebuje mężów stanu i kobiet stanu, którzy mają odwagę negocjować pokój – a nie politycznych marionetek.
+++
Notatki i źródła
Jeszcze jedna osobista uwaga, drodzy czytelnicy! Książka „ Korona – Ostatni Rozdział Jeszcze Nie Napisany ” została opublikowana online 20 sierpnia 2026 roku. Wiele napisano o koronawirusie – głównie skupiając się na jego indywidualnych aspektach. Niniejsza książka stanowi próbę ujęcia tych licznych fragmentów w spójny obraz. W 18 rozdziałach analizuje ona polityczne, społeczne, medyczne, medialne i psychologiczne aspekty ery koronawirusa: od statystyk i kampanii szczepień, przez naruszenia praw podstawowych, protokoły RKI i medialną manipulację opinią publiczną, aż po opór i wciąż nieadekwatne rozliczenie z pandemią.
Ta książka jest skierowana szczególnie do osób, które w obliczu sprzecznych relacji wciąż zadają sobie pytanie: Co właściwie wydarzyło się w tamtych czasach? Nie daje ona gotowej odpowiedzi, lecz raczej powiązania, sprzeczności i różne perspektywy jako podstawę do wyrobienia sobie własnego osądu.
Moja książka „ Podróż do Jaźni ” ukazała się 2 lipca 2026 roku. Zawarte w niej teksty zachęcają czytelników do kwestionowania znanych schematów myślenia i działania bez tworzenia nowych dogmatów. Łączą one w sobie spostrzeżenia z filozofii, duchowości, psychologii i doświadczenia życiowego, tworząc przystępną i bliską refleksję nad tym, co znaczy być człowiekiem. Tematy takie jak autorefleksja, siła chwili obecnej, dawanie i branie, wdzięczność, miłość, tolerancja, rozwój osobisty i radzenie sobie z wyzwaniami życiowymi stanowią kamienie milowe tej podróży.
„Wojna będzie kosztować 155 miliardów euro w przyszłym roku. I potrzebujemy od was co najmniej 70 miliardów euro więcej – na obronę, na broń i na naszą odporność. To realistyczna kwota. I proszę was, abyście znaleźli to wsparcie. Pomoże nam to powstrzymać Rosję” – powiedział Wołodymyr Zełenski, zwracając się do uczestników posiedzenia Rady Europejskiej. Prezydent nie pozostawił wiele miejsca na interpretację: jego państwo potrzebuje coraz większych dawek kroplówki finansowej, aby kontynuować wojnę. Wypowiedź ta stanowi zarazem wymowne świadectwo skali finansowej zależności Kijowa od zachodnich sponsorów.
Ukraina coraz wyraźniej bankrutuje. Mimo to propaganda toczy się swoim tempem i kraj ma mimo wszystko wygrywać wojnę. Zełenski przekonywał Radę Europejską, że dodatkowe środki pozwolą jego krajowi znacząco zwiększyć produkcję dronów, skuteczniej atakować rosyjskie linie zaopatrzeniowe i wywierać większą presję na rosyjską gospodarkę.
Jak przyznał, Ukraina mogłaby produkować dwa lub trzy razy więcej bezzałogowców, jednak ograniczeniem nie są możliwości technologiczne, lecz brak pieniędzy. To stwierdzenie jest szczególnie istotne. Pokazuje bowiem, że dalsze prowadzenie wojny zależy nie tylko od sytuacji na froncie, zdolności mobilizacyjnych czy dostępności uzbrojenia, ale również od tego, ile środków finansowych uda się pozyskać od zagranicznych partnerów.
W praktyce oznacza to, że Ukraina nie jest w stanie samodzielnie sfinansować wszystkich potrzeb związanych z prowadzeniem wojny na obecnym poziomie. Państwo, którego wydatki wojenne sięgają astronomicznych kwot, musi zabiegać o kolejne transze zagranicznego wsparcia, ponieważ własne zasoby nie wystarczają do pokrycia kosztów konfliktu.
W tym sensie można mówić o faktycznym bankructwie wojennym Ukrainy: niewypłacalności państwa w sytuacji, w której kontynuowanie działań wojennych jest uzależnione od stałego dopływu zewnętrznego kapitału.
Nie jest to zresztą wyłącznie kwestia zakupu dronów i amunicji. Długotrwała wojna pochłania środki potrzebne również na funkcjonowanie administracji, utrzymanie infrastruktury, wypłatę świadczeń publicznych oraz finansowanie podstawowych usług państwowych. Im większa część krajowych zasobów zostaje skierowana na potrzeby militarne, tym większe znaczenie ma zagraniczna pomoc w utrzymaniu pozostałych obszarów funkcjonowania państwa. Ukraina znajduje się więc w sytuacji, w której zachodnie finansowanie staje się jednym z podstawowych warunków jej dalszego funkcjonowania.
[nyyyy.. a korupcja??? o tym się nie pisze, nawet w MagnaP? md]
Właśnie dlatego prośba Zełenskiego o co najmniej 70 miliardów euro dodatkowego wsparcia powinna być odczytywana szerzej niż jako kolejny apel w stylu „DEJ!”. To sygnał, że dotychczasowy model finansowania wojny powoli się wyczerpuje. Ukraiński prezydent nie ukrywa, że istnieją możliwości zwiększenia produkcji wojskowej, ale ich wykorzystanie zależy od pieniędzy, których Kijów sam nie posiada w wystarczającej ilości. Jednocześnie propaganda, zarówno ukraińska, jak i państw członkowskich UE przekonuje, że Ukraina samodzielnie broni Europy przed Rosją.
Z perspektywy państw europejskich rodzi to zasadnicze pytanie: Jak długo będą one gotowe finansować konflikt, którego koszty stale rosną, a jego końca wciąż nie widać na horyzoncie? Każda kolejna deklaracja pomocy oznacza konieczność znalezienia środków w budżetach państwowych, zwiększenia zadłużenia albo przesunięcia pieniędzy z innych celów. Nie można również pomijać faktu, że potrzeby Ukrainy nie kończą się na jednym roku budżetowym. Jeżeli wojna będzie trwała, podobne apele będą powracać regularnie i dotyczyć coraz wyższych kwot.
Zełenski przedstawia dodatkowe finansowanie jako „inwestycję w powstrzymywanie Rosji”. Z ukraińskiego punktu widzenia argument ten jest zrozumiały: większe środki mają przełożyć się na większą produkcję uzbrojenia i zdolność do prowadzenia działań bojowych. Nie zmienia to jednak zasadniczego problemu – Ukraina uzależnia realizację tych planów od decyzji politycznych i finansowych podejmowanych poza własnymi granicami.
Obraz wyłaniający się ze słów Zełenskiego jest jednoznaczny: Ukraina potrzebuje zachodniej kroplówki finansowej, aby utrzymać swój wysiłek wojenny. Świadczy to o głębokiej zależności od zagranicznego finansowania. W ten sposób także zakończenie wojny zaczyna w coraz większym stopniu zależeć od Brukseli, Berlina i Waszyngtonu.
W pewnej chwili może dojść do sytuacji, w której Ukraina po prostu będzie musiała zaakceptować warunki pokoju, które podyktują jej te ośrodki, razem z Moskwą.