Przez lata zachodnie stolice donosiły, że Rosja jest osłabiana sankcjami, Ukraina wzmacniana dostawami broni, a zwycięstwo militarne Kijowa jest tylko kwestią czasu. Teraz, spośród wszystkich publikacji, brytyjski „ Spectator” wyciąga druzgocący wniosek . „Ukraina przegrywa wojnę” – pisze Owen Matthews, zastępca redaktora naczelnego magazynu i autor książki o wojnie Putina. Jego analiza nie jest rosyjską historią sukcesu, lecz rozliczeniem z polityką Zachodu.
Obietnice Zachodu spotykają się z rzeczywistością.
Matthews dostrzega trzy trzeźwiące wnioski z niedawnych rozmów Steve’a Witkoffa i Jareda Kushnera w Moskwie i Kijowie: Putin nie porzucił swoich celów wojennych, Trump nie ma nowego planu pokojowego poza porozumieniem na warunkach rosyjskich, a Kijowowi kończą się pieniądze, żołnierze i amunicja przeciwlotnicza.
Inicjatywa dyplomatyczna nie przyniosła przełomu. Podczas gdy Waszyngton mówi o korzyściach ekonomicznych płynących z zakończenia wojny, Zełenski określa walkę o Donbas jako wojnę o przetrwanie.
Szczególnie niepokojące są wydarzenia w wojsku. Rosja coraz częściej rozmieszcza szybsze i bardziej precyzyjne drony szturmowe, opracowuje ekonomiczne systemy pocisków manewrujących i zwiększa produkcję pocisków balistycznych. Ukraiński doradca ds. technologii obronnych, Serhij Bieskrestnow, ostrzega, że ataki stały się silniejsze niż obrona. Nie oczekuje się, że Ukraina otrzyma tej zimy wystarczającą liczbę pocisków, aby w pełni chronić swoje miasta.
Sankcje, broń, dyplomacja: potrójna porażka
Prawdziwą bombą artykułu jest jednak krytyka Europy przez Matthewsa. Mówi on o potrójnej porażce: Sankcje ogłoszono z wielką pompą, podczas gdy rosyjskie zakupy energii były kontynuowane; ważne systemy uzbrojenia zostały wstrzymane z obawy przed eskalacją lub ze względu na własne interesy obronne Europy; a przede wszystkim Europa odmówiła poważnego rozważenia negocjacji z Moskwą, jednocześnie nieustannie zachęcając Ukrainę do walki.
Matthews podważa w ten sposób centralną strategię wojenną Zachodu. Powtarzane obietnice wspierania Kijowa „tak długo, jak będzie to konieczne” i „z wszelkimi niezbędnymi środkami” określa jako zasadniczo mylące. Zachód, jak twierdzi, wzbudził oczekiwania, których nie był w stanie spełnić. Jednocześnie nie zdołał sparaliżować gospodarczo Rosji i nie wypracował żadnej alternatywy dyplomatycznej.
Oto zasadnicza sprzeczność: Europa obiecała Ukrainie długą wojnę, aż do zwycięstwa, nie przedstawiając jednak środków umożliwiających osiągnięcie tego zwycięstwa – i nie przedstawiając przekonującego planu na wypadek niepowodzenia tej strategii.
Kijowowi grozi przedstawienie rachunku.
Matthews spodziewa się, że wyczerpanie sił zbrojnych wkrótce pogłębi kryzys finansowy. Wskazuje na zbliżający się deficyt budżetowy w wysokości 26 miliardów euro, pomimo że UE udzieliła już pożyczki w wysokości 90 miliardów euro. Do tego dochodzą niedobory kadrowe, niedobór amunicji przeciwlotniczej i ostra zima. Przytoczone w artykule kwoty budżetowe pochodzą od autora; ich dokładne kwoty wymagałyby weryfikacji w aktualnych ukraińskich dokumentach budżetowych.
W kraju również opisuje rząd pod rosnącą presją. Skandale korupcyjne, śledztwa przeciwko wysoko postawionym urzędnikom, konflikty między służbami bezpieczeństwa i spadające zaufanie do Zełenskiego zaostrzyły sytuację. Matthews powołuje się na śledztwo „New York Timesa” , które wykazało, że w 2024 roku stracono około 1,2 miliarda dolarów z powodu zawyżonych cen i korupcyjnych kontraktów wojskowych.
Niewygodne pytanie: O co nadal walczymy?
„ The Spectator” stawia zatem pytanie, które od dawna uznawane jest za niepożądane w polityce europejskiej: jaki jest realistyczny cel kontynuowania tej wojny, jeśli nie przewiduje się ani zwycięstwa militarnego, ani załamania gospodarczego Rosji?
Matthews twierdzi, że każda nowa oferta pokojowa dla Kijowa była gorsza od poprzedniej. Obawia się, że Rosja jeszcze bardziej wzmocni swoją pozycję militarną, zmuszając Ukrainę do negocjacji na jeszcze bardziej niekorzystnych warunkach. Europa wciąż mówi o wsparciu, ale brakuje jej konkretnego planu, jak uratować Ukrainę, znacząco osłabić rosyjską gospodarkę lub złamać wolę wojny Putina.
Nie oznacza to, że całkowity upadek Ukrainy jest nieuchronny ani że Rosja osiągnie wszystkie swoje cele wojenne. Moskwa ponosi również ogromne koszty, a dalszy rozwój wydarzeń pozostaje niepewny. Analiza Matthewsa jasno jednak pokazuje, że dotychczasowa strategia Zachodu nie spełniła własnych obietnic.
Polityczne straty są druzgocące: wydano miliardy, setki tysięcy ludzi zginęło lub zostało rannych, całe regiony zostały zniszczone – a teraz czołowy brytyjski magazyn przyznaje, że Ukraina przegrywa wojnę.
Pytanie nie brzmi już tylko, jak długo Kijów wytrzyma. Pytanie brzmi również, jak długo europejskie rządy zamierzają trzymać się strategii, której porażki same coraz częściej przyznają.
Minęło już nieco czasu od „afery” z odbieraniem Wołodymyrowi Zełeńskiemu Orderu Orła Białego. Mimo tego wciąż nie potrafię wyjść ze stanu zadziwienia.
Pamiętam, jak przecierałem wtedy oczy widząc, którzy to nadwiślańscy politycy dumnie naprężają swe wątłe muskuły. Którzy to, niespodziewanie ukazują surowe, wręcz srogie oblicza. Którzy zaczynają wygłaszać bezkompromisowe, patriotyczne przemowy.
Owi wybrańcy polskiego narodu nagle (w Roku Pańskim 2026!!!) odkryli, że na Ukrainie forsowany jest oficjalny kult zbrodniarzy z UPA! Dlatego teraz rzucili w stronę wielbicieli morderców twarde, proletariackie No pasaran! Nie będzie Zełeński pluł im w twarz! Zaś wierny elektorat z uwielbieniem oklaskiwał ów niespodziewany heroizm swoich ulubieńców…
Ja, agent. Ruski agent
Jest nadzieja, że oto właśnie dobiegła końca moja wieloletnia mniemana kariera agenta i szkodnika na żołdzie Moskwy.
Bo do tej pory, owszem, od czasu do czasu miewałem zaszczyt być zaliczany do tak zwanych ruskich agentów. Rozumiecie Państwo, do tych nienawistników wynajętych przez Kreml, co to „uprawiali dezinformację” szkalując niewinną jak lilija bratnią Ukrainę.
Byłem, wiecie, jedną z tych zapatrzonych w przeszłość ruskich onuc, które bliżej nieokreśloną „tragedię na Wołyniu” ośmielały się nazywać zbrodnią i ludobójstwem, nie bacząc na „nie ten czas” ani na nasze strategiczne sojusze. A wszystko to „za moskiewskie rubelki”, ktoś śmie wątpić?
Srogie są moje winy i długi ich rejestr. Zaliczałem się do „trolli Putina”, którzy „powtarzali rosyjską narrację” o pomnikach Bandery, Szuchewycza i SS-Galizien, jakoby wznoszonych z błogosławieństwem Kijowa. Do prowokatorów, którzy mianem „bandytów” określali „uznanych bohaterów walki o wolność Ukrainy”. I dalej, wytrwale rozpowszechniałem pogłoski o banderowsko-naziolskich tradycjach we współczesnych siłach zbrojnych Naszego Umiłowanego Sojusznika i Obrońcy. I jeszcze zadawałem prowokacyjne pytania o milczenie nadwiślańskich oficjeli wobec „pewnych zdarzeń” w Odessie i Donbasie, a także wobec „nieszczęśliwegowypadku” w Przewodowie.
Byłem więc jednym z tych, którzy swą nieodpowiedzialną pisaniną i gadaniem sprawiali, że „na Kremlu strzelały korki od szampana” (by zacytować ulubioną frazę mejnstrimowych mediotów). Teraz zaś doczekałem się naszego zbiorowego amnestionowania. A nawet więcej, czegoś w rodzaju mimowolnej rehabilitacji, chwalić Boga – wcale nie pośmiertnej.
– Nu, skończą się rubelki od Władimira… – powinienem westchnąć markotnie.
Jak Polak z Polakiem
Niechaj mi wybaczą żartobliwy ton wszystkie osoby, które w minionych latach dotknęła okrutnie około-ukraińska histeria. Którym władze wielce demokratycznej Trzeciej Erpe niszczyły kariery i życiorysy, w imię iście stalinowskiej „walki z wrogą dywersją”.
Dajmy na to owa pani profesor, powszechnie szanowana za dogłębną znajomość literatury i kultury rosyjskiej. Wystarczyło, że w sprawie Ukrainy ośmieliła się mieć poglądy inne niż oficjalnie zalecone. Myślałby kto, że uniwersytet jest z definicji miejscem dyskusji, polemik i wymiany argumentów, ale zarazem wspólnotą. Tymczasem niektórzy utytułowani „koledzy” pani profesor jęli składać w „Gazecie Wyborczej” i podobnych mediach sążniste donosy na „antyludzkie i faszystowskie poglądy” wielbicielki Dostojewskiego, odcinając się od nich skwapliwie. Donosiki chyba trafiły, gdzie trzeba, bo po jakimś czasie niewiasta znalazła się pod lupą ABW.
Przypominało to klimatem dawanie odporu „wichrzycielom i dywersantom” w minionej (?) epoce. Tak myślę, że rozgrzanym miłością do Ukrainy denuncjatorom z tytułami naukowymi wypadałoby wręczyć po metrze grubego kabla elektrycznego – za komuny narzędzia sprawdzonego podczas bicia „warchołów”. Niechby wyglądali całkiem jak gomułkowski „aktyw robotniczy”.
Wspomnijmy jeszcze tego młodziana, który na Fejsie wyraził radość z powodu rozgromienia przez Rosjan ukraińskiego pułku „Azow” w Mariupolu. Potem nieborak tłumaczył się przed sądem, wskazując na banderowsko-naziolskie inklinacje tej jednostki. Pan prokurator przyznał młodzieńcowi prawo do oceny „określonych formacji wojskowych” naszego drogocennego sojusznika; jednakowoż radowanie się z powodu spuszczenia im łomotu zakwalifikował jako „pochwałę wojny napastniczej”. Sąd wycenił wzmiankowaną zbrodnię na 5 miesięcy więzienia w zawieszeniu oraz dozór kuratora.
Pomysł ścigania „pochwały wojny napastniczej” wydał mi się wielce paradny. Oznacza bowiem, że już niedługo większa część naszego narodu wyląduje w kryminale, bądź będzie miała w papierach zapis: „karany”. Wspomnijmy, ilu rodaków radowało się i okazywało dumę przy okazji rocznicowych obchodów wyprawy Żółkiewskiego na Moskwę, albo podbojów Chrobrego, bądź po prostu śpiewało wers: „dał nam przykład Bonaparte”. Zdaje się, że w naszym kraju mogą spać spokojnie tylko wielbiciele czynów orężnych Trumpa i Netanyachu…
Sabat nienawiści
Była jeszcze jedna kategoria ofiar polityki nadwiślańskich rządów i medialnych koncernów – a imię jej Legion. To ludzie, których mózgi zainfekowano wydzielinami partyjnych i ponadpartyjnych szczujni. Zaprogramowani wirusem pogardy, posłusznie nienawidzą tych, których media kazały im nienawidzić.
Pamiętam, jak kiedyś jeden z większych portali zakomunikował, że ukraiński dron uderzył w budynek mieszkalny pod Moskwą. Chałupa spłonęła, a wraz z nią 69-letnia kobieta wraz z siedmioletnim wnuczkiem. Od pewnego czasu mejnstrimowym mediom wolno już było zamieszczać takie wstawki – bo przecież wcześniej długo obowiązywała zasada, że każdego zabitego cywila zapisywano na konto Rosjan, i to musowo jako ofiarę zbrodni wojennej (czyli czynu zamierzonego).
Nie zamierzam tutaj oceniać ukraińskich droniarzy, wszak nie znam kulisów owego konkretnego incydentu. Na wojnie zdarzają się celowe ataki na cywilów (a więc zbrodnie), ale bywają także przypadkowe dramaty wynikłe z błędów obsługi, awarii sprzętu czy po prostu nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. Konflikt rosyjsko-ukraiński, jak każda wojna, generował zarówno zbrodnie, jak i nieumyślne zdarzenia, po obu stronach.
Jednakże poraził mnie oddźwięk ze strony internautów. Pod artykulikiem pojawiło się mnóstwo radosnych reakcji w stylu: „Lubię to!”, „Super!”, „Hahaha”. Co trzeba mieć w łepetynie, żeby radować się z usmażenia żywcem jakiejś babuszki i jej małego rebionka? Przecież śmierć rosyjskiego malucha to taka sama tragedia jak zgon dziecka ukraińskiego, palestyńskiego czy jakiegokolwiek innego! Takie same są krew i ból; identyczna rozpacz bliskich. Ale u nas niektórzy dzielą krew dzieci na lepszą i gorszą.
To tylko jeden przykład z wielu podobnych. Miałem nieszczęście słuchać lub czytać komentarze, które normalnego człowieka przyprawiały o mdłości; łącznie z epatowaniem fotografiami spalonych bądź okaleczonych zwłok (nazywanych „pieczonym ruskim robactwem”, „ruską padliną” bądź „ruskim ścierwem”). Patrzyłem na to i myślałem o tubylczych politykach i dziennikarzach, którym udało się zmienić niektórych moich rodaków w krwiożerczy motłoch; w ciemną, fanatyczną tłuszczę, gotową wojować nawet z pierogami ruskimi, albo z muzyką Czajkowskiego i Rachmaninowa. Medialna tresura okazała się skuteczna.
Miałem nadzieję, że może jaki hierarcha mojego Kościoła powie w końcu głośno, że takie medialne seanse pogardy, takie odgórne zaszczepianie wścieklizny maluczkim jest zwyczajnie niegodziwe. Że bardziej pasuje to do plemienia dzikich kanibali, albo sabatu satanistów, niż do wspólnoty przyznającej się do dziedzictwa cywilizacji łacińskiej. Że prędzej czy później doprowadzi to do dramatów, może do zbrodni.
Niestety, nasi hierarchowie byli przez te lata pochłonięci ważniejszymi dla nich problemami. Przecież głośno wyrażali troskę o ekosystem naszej planety, albo o przyjazne powitanie tzw. „imigrantów”, bądź o bezpieczeństwo świec chanukowych w Sejmie. Cóż, każdy ma swoje priorytety…
Demokraci i rezuni
Okazywanie atencji współczesnym banderowcom i nazistom przez niektóre środowiska w Polsce nie ograniczało się do obszaru samej tylko Ukrainy.
Pamiętacie rok 2022, kiedy nasz kraj upstrzono niebiesko-żółtymi flagami? W moim rodzinnym mieście nieznane mi osoby powiesiły wielki baner, zdobny we wspomniane barwy, z napisem: „STAŃMY RAZEM, JAK WE WRZEŚNIU 1939 ROKU”. Patrzyłem na owo dzieło rąk ludzkich w zadumie, próbując dociec, do kogo adresowane jest wezwanie. No bo przecie we wrześniu 1939 roku pod niebiesko-żółtymi barwami wystąpił Legion Ukraiński Wehrmachtu oraz bojówkarze OUN!
Przez wiele lat patrzyłem zrezygnowany, jak polscy korespondenci w Rosji oraz tak zwani „eksperci od spraw wschodnich”, pokazując naszej publice antyputinowskie demonstracje nacjonal-bolszewików oraz komunistów od Ziuganowa, przedstawiali je jako „protesty opozycji demokratycznej”. Ale raz, pamiętam, aż poderwała mnie wieść, że manifestująca przeciw Putinowi „młodzież” zaraz po wiecu udała się na koncert grupy Kołowrat. Owóż Kołowrat reprezentował wielce specyficzny odłam tamtejszego rocka, scenę spod znaku „odin, czetyrie / wosiem, wosiem”. Krótko mówiąc – to kapela neonazistowska. To rzetelni pogrobowcy towarzysza Adolfa. Nietrudno domyślić się, jakie poglądy reprezentowała „antyputinowska młodzież”, co to ją obdarzył ciepłym słowem polski mediota.
Potem, już podczas wojny na Ukrainie, doświadczyłem swoistego deja vu, kiedy „nasze” media tudzież nieocenieni „eksperci” usilnie lansowali walczącą na żołdzie Kijowa grupę, występującą pod szumną nazwą: Rosyjski Korpus Ochotniczy (RDK). Chciałbym poinformować, że wódz oraz ideolog rzeczonego Korpusu, pan Denis Kapustin (ksywa Biały Król) był neonaziolem o długim stażu (w czym nie przeszkadzało mu żydowskie pochodzenie), z zakazem wjazdu do wszystkich krajów strefy Schengen. Dopiero od paru lat jął on wykrętnie dystansować się od niektórych aspektów polityki III Rzeszy.
W takich momentach zachodzę w głowę, czy entuzjastycznie nastawieni do takich i podobnych inicjatyw polscy korespondenci i „eksperci”są naprawdę aż takimi durniami? Czy też może doskonale wiedzą, jakich to przyjemniaczków lansują jako „siły opozycji antyputinowskiej”? Bardziej skłaniam się ku tej drugiej opcji. Byłaby logicznym uzupełnieniem kocopałów o „skomplikowanym Banderze” oraz o „trudnych wyborach ochotników SS-Galizien”. Pasowałaby do jakże częstych u nas prób przedstawiania ukraińskiego rezuna jako postaci tragicznej i skrzywdzonej przez los – i to wcale nie dlatego, że w trakcie rezania Lachów złamały mu się widły.
Wpływy obce
Nasze państwo niszczono odgórnie z zapałem godnym lepszej sprawy. Oto rządy PiS i PO powołały komisje „do spraw badania wpływów rosyjskich”. Ich głównym zadaniem okazało się poszukiwanie „haków” na konkurentów politycznych.
Ja zaś zapytam: dlaczego nie bada się po prostu obcych wpływów? Toż zamiast licytować się, kto podczas oficjalnych wizyt dłużej i goręcej ściskał dłoń Putinowi, moglibyśmy poznać sprawy naprawdę istotne dla naszego umęczonego kraju – od smakowitych kulisów podpisywania kontraktów zbrojeniowych i paliwowych, poprzez przepływy zagranicznych grantów dla tutejszych propagandowych szczujni, aż po skład klienteli podkarpackich przybytków braci Rysicz.
Kiedyś poseł Jarosław Kaczyński raczył z trybuny sejmowej nazwać świeżo upieczonego premiera Donalda Tuska„niemieckim agentem”. W cywilizowanym, zdrowo zarządzanym kraju ową wypowiedzią natychmiast zajęłyby się odpowiednie służby i zależnie od wyniku dochodzenia co najmniej jeden z tych panów wylądowałby w więzieniu – albo za oszczerstwo, albo za zdradę. Piszę „co najmniej jeden”, bo w razie uprawdopodobnienia agenturalności podejrzanego Donalda T., należałoby zapytać jego adwersarza – czemu to, posiadając taką wiedzę, nie zawiadomił prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa, wszak mogącego ściągnąć na nasz kraj ogromne niebezpieczeństwo?
Oczywiście nic takiego się nie stało, nadwiślańskie państwo po raz kolejny potwierdziło kartonowo-styropianowy budulec swych fundamentów. Doczekaliśmy czasów, w których słowo „agent” uznaje się za wyświechtaną, niewiele znaczącą obelgę. Myślę, że prawdziwa obca agentura wielce raduje się takim stanem rzeczy.
Czy to wszystko oznacza, że możemy lekceważyć zagrożenie dla Polski ze strony rosyjskiej propagandy i działań służb Kremla? Oczywiście, że nie! Czy w naszym kraju działają prawdziwi rosyjscy agenci? Zdziwiłbym się, gdyby ich nie było. Rosja to kraj poważny, to znaczy dbający o swoje interesy. Działalność szpiegowska to naturalne przedłużenie dyplomacji. Zwalczanie obcego szpiegostwa oraz wspieranie własnego jest zwyczajną praktyką państw poważnych. Użalanie się na ten stan rzeczy, histeryczne „moralizowanie” w obliczu afer wywiadowczych to oznaka słabości. Wiele lat temu, podczas wizyty Władimira Putina w Polsce, jakiś polski dziennikarzyna zarzucił mu, że gdziekolwiek się ruszy, tam zawsze stara się przeforsować interes Rosji. W reakcji napisałem wtedy (w katolickim miesięczniku „Wzrastanie”), że bardzo chciałbym, aby taki zarzut stawiano polskim politykom – że gdziekolwiek się stawią, tam będą próbowali realizować interesy własnego kraju, a nie jakiejś Ukrainy, Tybetu, Czeczenii czy innej Gruzji. Pamiętam, że reakcją na moją pisaninę było zwyczajowe środowiskowe „oburzanko” i okrzyknięcie mnie (chyba po raz pierwszy) „zwolennikiem Putina”. Jak zwykle ktoś czegoś nie zrozumiał.
Państwo polskie winno strzec swoich spraw, tak przed wrogami, jak i mniemanymi aliantami. Tymczasem przeczytałem niedawno (w „Rzeczpospolitej”) o bezkarnej działalności w naszym kraju służb ukraińskich. „Jakby nie mówić, to są nasi sojusznicy” – próbują wyjaśnić taki stan rzeczy przedstawiciele naszych władz.
– Boże, strzeż mnie przed przyjaciółmi, z wrogami poradzę sobie sam – westchnął kiedyś kardynał Richelieu.
Strumień łaski
Pan Wołodymyr Zełeński, pełniący obowiązki prezydenta kraju sąsiedzkiego, ma prawo być zdziwiony obecną gniewną reakcją części polskojęzycznych polityków i dziennikarzy, na jego kolejny akt probanderowskiej adoracji.
Toż przecie od lat nie robił nic innego. Nawet jak przyjmował Order Orła Białego, to miał na sobie bluzę z symboliką OUN (tryzub z mieczem), a w obecności tubylczych sług wykrzykiwał raz po raz banderowskie hasło: „Sława Ukrainie – Herojom sława!”. Zresztą zaprzańcom, pełniącym obowiązki Polaków, również zdarzało się, tu i ówdzie, owo zawołanie inicjować. Nieprawdaż?
Chyba powinniśmy radować się owym strumieniem łaski, co to nagle oświecił przynajmniej niektórych sprawujących rządy oraz dominujących w ławach opozycji. Jednakowoż sceptyczną część mej duszy korci wątpliwość – czy to szczera przemiana, czy tylko nowe wytyczne? Nie było aby (jak niegdyś, choćby w sprawie Przewodowa) SMS-owych instrukcji z ambasady Wielkiego Brata?
Dla mnie największym problemem wcale nie byli i nie są politycy z Kijowa, tylko ich warszawscy koledzy po fachu. A ściślej nie koledzy, tylko słudzy, przecie sami raczyli tak się określić. Przyznajmy, że na tak szczerą deklarację, taki publiczny akt hołdowniczo-służalczy nie poważył się w naszej historii bodaj żaden kolaborant, nawet szefostwo Goralenvolk. Zaprawdę była to historyczna chwila.
To właśnie tubylcza „klasa polityczna” sprawiła, że straciłem wiarę w polski (w znaczeniu: suwerenny) charakter państwa nad Wisłą. Dziś zaś obserwuję cudowne nawrócenie plenipotentów obcych ambasad, któremu nie towarzyszy żaden rachunek sumienia ani akt skruchy, że już nie wspomnę o zadośćuczynieniu Panu Bogu i ludziom. Przeciwnie, słudzy mówią teraz, że nigdy sługami nie byli. Że nigdy nie poważali Zełeńskiego. Że zawsze sprzeciwiali się banderyzacji Ukrainy. Że oni zawsze byli dzielni. Oni zawsze się starali. Oni nigdy nie kłamali, z ich ust spływały potoki prawdy. Oni przecie kochali Polskę. I jeszcze zawsze byli za uczczeniem polskich ofiar z zadeptanych wołyńskich dołów śmierci.
Tak, zawsze. A ja to wszystko przeoczyłem.
Dziękuję, Panowie!
Minione lata były bardzo trudne dla Polaków poruszających temat „okołowołyński” czy też „ukraiński”. Odpowiadają za to konkretni ludzie oraz konkretne formacje polityczne.
Ogromna większość mediów poddała się barbarzyńskiej presji. Wygodniej było wtedy milczeć, a jeszcze większe profity zapewniało przyłączenie się do banderowskiego chóru. Tylko nieliczne redakcje postąpiły inaczej, przeciwstawiając się dyktatowi lub przynajmniej dopuszczając możliwość zaprezentowania odmiennych poglądów.
Dzięki uprzejmości różnych środowisk, wśród nich zespołów redakcyjnych Portalu PCh24 oraz dwumiesięcznika „Polonia Christiana”, miałem możność pisania o tym, co mnie szczególnie bolało, w tym o tematach określanych mianem „ukraińskich”. Robiłem to w charakterze „wolnego strzelca”, ale przecież ludzie udostępniający swoje łamy dla mojej pisaniny brali za nią pełną odpowiedzialność. A późniejsze gromy, te kubły pomyj od jawnych i anonimowych „oburzonych komentatorów”, spadały na te media między innymi za moją przyczyną.
Nie wspominam o tym, by się przechwalać, ani by uprawiać swoiste kombatanctwo. Inni działali w tej sprawie bez porównania więcej i lepiej ode mnie. Jednak to dobra okazja do złożenia podziękowań. Nie tak dawno życie pokazało mi, że mogę nie zdążyć wypowiedzieć wszystkich zamiarowanych słów. Nie wolno nam odkładać ważnych rzeczy na później.
Chciałbym więc serdecznie podziękować Redakcjom PCh24 oraz „Polonii Christiana”, tudzież wszystkim innym wspólnotom, które w latach ukraińskiej histerii ratowały honor polskiego dziennikarstwa. Zaś tych, którzy mnie czytają, proszę z myślą o wzmiankowanych środowiskach:
– Panie i Panowie! Czapki z głów!
Postscriptum
W tytule, informującym o zakończeniu mej kariery ruskiego agenta, powinienem chyba wstawić pytajnik. Bo prawda jest taka, że Polacy mający swoje zdanie w kwestiach „okołowołyńskich”, niebawem znów mogą zostać ogłoszeni wrogami publicznymi, zagrażającymi bratnim sojuszom i owocnym przyjaźniom.
Nie miejmy złudzeń, polskojęzyczni ważniacy wczoraj ściskali się z Zełeńskim, dziś obsobaczają go ile wlezie, a jutro mogą ogłosić, że niedawne drobne nieporozumienia właśnie przezwyciężyła troska o wspólne dobro i świetlaną przyszłość. Toż wystarczy tylko telefon z tej czy innej ambasady… Osobnicy pozbawieni zasad, zapatrzeni tylko w słupki wyborcze, w pocie czoła odgrywają swój teatrzyk, pilnie bacząc, aby nadążyć za kolejną prawdą etapu.
29 lipca 2025 roku Wołodymyr Zełenski podpisał ustawę nadającą szczególny status Ukraińcom przesiedlonym z terenów należących do Polski w latach 1944–1951. Przepisy weszły w życie 30 stycznia 2026 roku. Dokument nie jest wyłącznie ustawą socjalną. Wprowadza do ukraińskiego porządku prawnego kategorię osób deportowanych z powojennej Polski, a jednocześnie odwołuje się do utraty przez nie domów i majątku. To wstęp do roszczeń majątkowych wobec III RP. Tymczasem Warszawa śpi, zarówno wobec roszczeń ukraińskich jak i własnych obywateli co do majątków utraconych na Kresach.
Ukraina szykuje roszczenia do polskiej ziemi. Ustawa z 2025 roku definiuje jako deportację przesiedlenia ludności ukraińskiej z terenów dawnej Polski do Ukraińskiej SRR, a także późniejszą akcję „Wisła”. Ustawa wskazuje przy tym na „wywłaszczenie mienia” oraz inne ograniczenia praw osób przesiedlonych. W marcu 2026 roku ukraińskie władze przyjęły kolejny akt prawny z tym związany – rozporządzenie -procedurę przyznawania jednorazowej pomocy finansowej osobom objętym ustawą. Na to jak widać pieniądze są, mimo wojny.
Nie oznacza to, że Ukraina uzyskała w ten sposób podstawę prawną do przejmowania polskich nieruchomości. Ustawa nie przyznaje Ukraińcom prawa własności do konkretnych działek czy domów znajdujących się obecnie w Polsce i nie nakłada na Warszawę obowiązku wypłaty odszkodowań. Znaczenie ustawy może być jednak szersze. Państwo ukraińskie tworzy bowiem formalny system potwierdzania statusu osób wysiedlonych, ich pochodzenia oraz utraconego majątku. Tego rodzaju dokumentacja ma znaczenie, jeśli w przyszłości pojawią się polityczne próby wysuwania wobec Polski roszczeń dotyczących mienia.
Szczególne znaczenie ma język stosowany przez ukraińskie władze. W dokumentach i wystąpieniach parlamentarzystów mowa jest nie tylko o przesiedleniach, ale o „deportacji”, „wywłaszczeniu”, „zbrodni reżimu komunistycznego” oraz „zbrodni państwa polskiego”. W ukraińskiej narracji pojawia się również pojęcie prawa do powrotu na tereny określane jako „Zakerzonia”.
Istotna jest także kwestia liczb. Na podstawie umowy między polskojęzycznymi komunistami oraz Stalinem, około 482 tys. osób przesiedlono w latach 1944–1946 z Polski do Ukraińskiej SRR. Około 140–150 tys. Ukraińców wysiedlono natomiast w 1947 r. podczas akcji „Wisła”. W ukraińskiej debacie publicznej pojawiają się jednak liczby sięgające 700–750 tys. deportowanych. Różnica wynika częściowo z uwzględniania różnych operacji i okresów, jednak większa liczba osób objętych państwową narracją oznacza również większy potencjalny krąg osób mogących powoływać się na status deportowanych.
W zakresie sztucznego zawyżania przesiedlonych, Ukraińcy uczą się od najlepszych – liczba Żydów „ocalałych z holokaustu” również rosła wraz z czasem.
W każdym razie, w związku z działania ukraińskich władz rodzi sie pytanie, czy tworzenie państwowego systemu dokumentowania deportacji i utraconego mienia nie będzie w przyszłości wykorzystywane jako argument w sporach majątkowych. Co więcej, kwestia ta nie jest wyłącznie jednostronna.
Polacy wypędzeni z Kresów Wschodnich również pozostawili tam domy, gospodarstwa, ziemię i inne nieruchomości. Państwo polskie stworzyło wprawdzie system rekompensat za mienie pozostawione poza obecnymi granicami RP, ale problem historycznej własności kresowej nigdy nie został rozwiązany w sposób odpowiadający oczekiwaniom wszystkich środowisk kresowych.
Dodatkowo, polskie majątki były znacznie bogatsze od ukraińskich i łemkowskich. Z ziemi i nieruchomości wypędzeni zostali nie tylko polscy chłopi ale także fabrykanci oraz szlachta, posiadająca zamki i pałace. Same zagrabione i znacjonalizowane polskie zamki i inne dobra kultury na Kresach są warte miliardy, podczas gdy Ukraińcy na obecnym terytorium RP mieli jedynie drewniane chaty kryte strzechą, wozy drabiniaste na drewnianych kołach i kupę biedy.
Wobec działań Kijowa niezbędna jest zdecydowana i symetryczna reakcja polskiego rządu. Jeżeli Ukraina tworzy państwowy system rejestracji osób wysiedlonych, dokumentowania utraconego mienia i prawnego potwierdzania krzywd doznanych przez Ukraińców po 1944 r., Polska powinna stworzyć analogiczny mechanizm dokumentowania polskich majątków pozostawionych na Kresach Wschodnich.
Nie powinno się przy tym ograniczać sprawy do symbolicznych uchwał czy obchodów rocznicowych. Konieczne jest rozpoczęcie systematycznego procesu zmierzającego do restytucji polskiego mienia na Kresach. Tam, gdzie zwrot nieruchomości jest niemożliwy, należy dążyć do uzyskania realnych rekompensat. Państwo polskie powinno zgromadzić i zabezpieczyć dokumentację dotyczącą domów, gospodarstw, gruntów, przedsiębiorstw i innych nieruchomości pozostawionych przez Polaków w wyniku przymusowych wysiedleń.
Jeżeli państwo ukraińskie uznaje prawa swoich obywateli i ich potomków do pamięci o utraconym majątku, dokumentuje ich straty i nadaje wysiedlonym określony status prawny, państwo polskie powinno z taką samą determinacją występować w obronie praw Polaków wypędzonych z Kresów. Szybko okazałoby się, że polskiego majątku zagrabionego przez Ukraińców i Rosjan jest znacznie więcej, niż ukraińskiego w Polsce.
Bądźmy szczerzy – Ukraina skrzętnie gromadzi dokumentację swoich strat (prawdziwych i urojonych) i przygotowuje podstawę do przyszłych roszczeń. Niestety, strona polska pozostaje wyłącznie przy deklaracjach i wspomnieniach. Taka asymetria jest dla Polski politycznie i historycznie niekorzystna, a wręcz groźna. Jedynie słuszną reakcją na ukraińskie roszczenia, są nasze własne, dzięki czemu będziemy szachować antypolski, banderowski reżim.
Patriotyczni polscy aktywiści dopiero teraz odkryli, co po cichu robi Ukraina.
Niezależny dziennikarz Konrad Rękas pod koniec sierpnia zwrócił uwagę na ustawę, którą Ukraina po cichu uchwaliła w lipcu 2025 roku, dotyczącą komunistycznej „ Akcji Wisła ”. Doprowadziła ona do deportacji Słowian Wschodnich identyfikujących się jako Ukraińcy [lub siłą za takich uznanych.. Znam osobiście takich. M. Dakowski] do odrodzonej Republiki Sowieckiej oraz przymusowego przesiedlenia pozostałych na byłe tereny kontrolowane przez Niemcy, które Polska nazywa Ziemiami Odzyskanymi. Ustawa uznaje tę operację za przestępstwo i zobowiązuje państwo do przywrócenia „praw” swoim obywatelom.
Niedługo potem polski dziennikarz Radosław Patlewicz udostępnił artykuł ze swojej strony Magna Polonia o tym, jak „ Ukraina przygotowuje roszczenia do ziem polskich ”, co odzwierciedlało obawy Rękasa. Nowo odkryta świadomość ubiegłorocznego prawa uwiarygodnia scenariusz, w którym powojenna Ukraina albo formalnie zgłasza roszczenia do południowo-wschodniej Polski, albo nieoficjalnie wspiera ultranacjonalistów – w tym traumatyzowanych weteranów , zarówno w Polsce, jak i za granicą – którzy mogliby działać na własną rękę, aby te roszczenia wysuwać.
W najlepszym razie ta prawno-polityczna kampania ma na celu zrównanie „Operacji Wisła” z ludobójstwem wołyńskim , a jej celem jest wpojenie Polsce poczucia winy i skłonienie jej do normalizacji stosunków z Ukrainą po tym, jak niedawna gloryfikacja sprawców tego ludobójstwa, OUN-UPA, przez Zełenskiego na szczeblu państwowym , pogorszyła ich sytuację. W najlepszym razie ta prawno-polityczna kampania może doprowadzić do wspomnianego scenariusza powojennej ukraińskiej wojny hybrydowej z Polską. Oto dziesięć informacji, które w różnym stopniu poruszają tę wiarygodną możliwość:
Mogłaby również utwierdzić ludzi w przekonaniu, że mogliby zrekompensować straty terytorialne poniesione przez Rosję, odzyskując ziemie z dzisiejszej Polski, do których rościło sobie prawa ich krótkotrwałe państwo po I wojnie światowej.
Nawet jeśli nie dojdzie do wojny, cicha prawno-polityczna kampania Ukrainy przeciwko Polsce może nadal zostać wykorzystana do wymuszenia ustępstw społeczno-ekonomicznych, takich jak przywrócenie programów przyznających Ukraińcom w Polsce prawa równoważne Polakom i/lub reparacje.
Chodzi o to, że ta kampania nie została rozpoczęta bez powodu i niemal na pewno stanie się głośną sprawą w okresie powojennym, niezależnie od tego, czy Polska pokona wspieraną przez Niemcy Ukrainę w walce o przywództwo w regionie .
Polska mogłaby zapobiec temu scenariuszowi poprzez masowe deportacje Ukraińców, a jednocześnie wzmocnić obronę przeciwdronową i rozszerzyć swoją „ Tarczę Wschodnią ” na granicę z Ukrainą.
Prawdopodobnie jednak tego nie zrobi, ponieważ państwo wciąż „nie zdaje sobie sprawy” z zagrożenia terytorialnego ze strony Ukrainy. Z tego powodu obowiązkiem patriotycznych Polaków jest dalsze podnoszenie świadomości na ten temat, co może doprowadzić do tego, że jedna z partii opozycyjnych potraktuje to poważnie i przynajmniej poinformuje o tym sojuszniczego prezydenta Karola Nawrockiego.
Po pierwsze, istnieje stary konflikt między SBU a GUR. W tym przypadku chodzi tak naprawdę o SBU i nowe kierownictwo GUR przeciwko byłemu liderowi GUR, Kyryło Budanowowi, i legionom bojowników GUR, którzy pozostają lojalni wobec Budanowa. Po stronie SBU stoi jej bezwzględny przywódca, Ołeksandr Pokład, znany również jako „Dusiciel”.
Na pierwszy konflikt nakłada się drugi. Po stronie SBU stoi klan władzy Zełenskiego, od dawna sfrustrowany wygórowanymi ambicjami Budanowa. Fakt, że Budanow nadal dowodzi prywatną armią prominentnych, ideologicznie fanatycznych watażków, nie podoba się prezydentowi i jego najbliższemu otoczeniu. Budanow próbował również pokrzyżować plany Zełenskiego, by mianować zagorzałego lojalnego Pokłada prawowitym szefem SBU.
Po trzecie i najważniejsze: przychody. A dokładniej, rywalizacja o kontrolę nad niezwykle lukratywnym biznesem fałszywych call center, który zatrudnia około 60 000 Ukraińców i generuje miliard dolarów miesięcznie. Europejczycy naciskali na Zełenskiego, aby ukrócił tę branżę, która, co oczywiste, działa za przyzwoleniem ukraińskich organów ścigania, zwłaszcza GUR i SBU.
Podobne incydenty między GRU a SBU miały już miejsce wcześniej. Jedna ze strzelanin dotyczyła kontroli nad luksusowym ośrodkiem wypoczynkowym. Inne dotyczyły bardziej wartościowych transakcji biznesowych.
Dzisiejsza strzelanina ma miejsce dokładnie w momencie, gdy Zełenski ogłosił nowe prawo mające na celu zwalczanie oszustw w call center. Zjawisko to ma miejsce w szczególnie dogodnym momencie, ponieważ w ciągu ostatnich kilku miesięcy na całym świecie doszło do serii ataków terrorystycznych i morderstw, wszystkie powiązane z GUR i jego oszustwami w call center – tortury i ścięcia na Bali, eksplozje w Monako, a co najgorsze, naiwni obywatele Europy zostali oszukani i pozbawieni oszczędności. W tę międzynarodową sieć przemocy wpleciona jest dziwaczna menażeria fanatycznych watażków GUR i bardziej tradycyjnych bossów mafii.
Tego rodzaju mafijne wojny gangów stały się już dawno normą na Ukrainie.
Jednak za najnowszą sprawą kryje się coś więcej niż tylko spór o przychody z oszustw telefonicznych.
Jako szef GRU, Kyryło Budanow stał się poważnym rywalem (obecnego) prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Awansował z GRU na stanowisko szefa Biura Prezydenta, odcinając się tym samym od większości jego zasobów i wojsk. Chociaż jest to wpływowa pozycja, posunięcie to miało na celu utrzymanie Budanowa pod kontrolą.
Jeszcze głębiej za tym wszystkim kryje się spór między sojusznikami Zełenskiego z brytyjskiego MI6 i CIA o to, kto powinien objąć przywództwo na Ukrainie.
Pogląd, że Ukraina działa jako w pełni suwerenne państwo i podejmuje niezależne decyzje, jest obalany przez wszechobecny wpływ zachodnich agencji wywiadowczych, zwłaszcza brytyjskiego MI6. Strategia wojenna Ukrainy jest w dużej mierze dyktowana z zagranicy, a brytyjski wywiad jest głęboko zakorzeniony w wojskowych i politycznych procesach decyzyjnych kraju.
Zełenski i SBU są w mniejszym lub większym stopniu agentami MI6.
CIA i Biały Dom, który ją wspiera, chcą doprowadzić do władzy jej męża, Kyryło Budanowa, i znaleźć jakieś porozumienie z Rosją.
Od ubiegłego lata niezadowolenie społeczeństwa z oskarżeń o korupcję wobec bliskiego otoczenia Zełenskiego i niedawne zwolnienie Fiodorowa umocniły niechęć społeczeństwa do Zełenskiego.
…
Istnieją dwa sposoby rozwiązania tego problemu. Pierwszy – wybory w czasie wojny – cieszy się niewielkim poparciem Ukraińców, pozostaje skomplikowany logistycznie i jest obecnie nielegalny. Drugim sposobem jest restart systemu rządzenia poprzez ograniczenie udziału prezydenta w kierowaniu polityką wewnętrzną , stworzenie rządu jedności narodowej i utorowanie drogi grupie skutecznych i nieskazitelnych urzędników z konkurencyjnych partii, a także z szerokiego kręgu kompetentnych urzędników, których Zełenski zdymisjonował, ponieważ uważał ich za potencjalnych rywali.
Niestety, nic nie wskazuje na to, że Zełenski może podjąć taki krok. … Era scentralizowanych rządów małej grupy kolesiów już dawno minęła , a zachodni przywódcy oraz jego własny naród powinni przy każdej okazji namawiać go do podjęcia kroków mających na celu zapewnienie jedności narodowej i skutecznych rządów.
Tę linię myślenia od pewnego czasu propagują różne organizacje pozarządowe finansowane przez Zachód w Kijowie. Zełenski ma pozostać na stanowisku jako ceremonialna głowa państwa, podczas gdy faktyczną działalnością rządu ma zająć się swego rodzaju (kontrolowana przez USA) komisja.
Zbiegiem okoliczności (oczywiście, że nie) „ New York Times”opublikował artykuł popierający Budanowa zaledwie dzień po anty-zełenskiej tyradzie rozpowszechnionej za pośrednictwem „Foreign Policy” :
Kyryło Budanow, wielokrotnie odznaczony żołnierz i były szef wywiadu wojskowego, opowiada się za rozwiązaniem negocjacyjnym. Rozmowy mają zostać wznowione w tym miesiącu.
40-letni Budanow jest szefem sztabu prezydenta Wołodymyra Zełenskiego i generałem porucznikiem armii ukraińskiej. Choć opowiada się za negocjacjami , jako żołnierz, który walczył z Rosjanami, niewiele ma do udowodnienia.
…
Służył w wyszkolonej przez CIA jednostce ukraińskiego wywiadu wojskowego, której szef zginął w zamachu bombowym podłożonym przez Rosjan w Kijowie. W 2016 roku kula z karabinu maszynowego roztrzaskała łokieć pana Budanowa. Spędził miesiące w Narodowym Wojskowym Centrum Medycznym Walter Reed w Maryland, gdzie rekonstruowano mu rękę. Po pełnoskalowej inwazji Rosji w 2022 roku, pomógł zaplanować niektóre z najodważniejszych kontrataków Ukrainy.
Pan Budanow nadal nosi krótką, wojskową fryzurę i słynie z przenikliwego spojrzenia ciemnych oczu. W biurze ozdobionym chrześcijańską ikoną namalowaną na ceramicznej płytce kamizelki kuloodpornej, uchyli rąbka tajemnicy na temat sztuki negocjacji ze śmiertelnymi wrogami.
Budanow jest przedstawiany jako ktoś, kto może poprowadzić Ukrainę do pokoju z Rosją (na warunkach amerykańskich):
Jak powiedział, jednym z głównych powodów, dla których pan Budanow objął w styczniu stanowisko szefa sztabu, była możliwość przewodzenia negocjacjom.
W tym momencie pan Witkoff oraz rosyjscy i ukraińscy negocjatorzy sprowadzili 20-punktowy plan pokojowy do dwóch centralnych, nierozwiązanych kwestii: …
…
Pan Budanow powiedział, że podczas rozmów w Abu Zabi starał się nadać nowy ton.
Dodał, że polecił delegacji rosyjskiej, aby wyznaczyła sobie cel, taki jak wypracowanie kompromisów dla powojennej administracji Donbasu, i aby nad nim pracowała.
Do lutego rozważano przekazanie tego obszaru prywatnym firmom wojskowym, powierzenie zarządzania nim radzie pokojowej Trumpa lub utworzenie wspólnych ukraińsko-rosyjskich administracji cywilnych.
Ta absurdalna propozycja wysunięta przez Budanowa musiała wyjść od amatorów z Białego Domu.
Strzelanina w Kijowie była więc czymś więcej niż tylko mafijnym sporem biznesowym.
Brała udział w sporze o to, kto będzie kontrolował politykę zagraniczną Ukrainy. MI6 i CIA miały swoje własne preferencje.
Ale co naprawdę interesujące, Moskwa najwyraźniej zajęła w tej sprawie aktywne stanowisko:
Rosyjski dron odrzutowy (w zasadzie pocisk manewrujący) właśnie wleciał do biura szefa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), Pokłada, w samym sercu Kijowa. Nie zginął, ale Zełenski nakazał ataki odwetowe, kiedy tylko będzie to możliwe.
Rosyjski (a może GRU?) atak na poplecznika Zełenskiego, Poklada, który próbuje wyeliminować Budanowa, ma miejsce w czasie, gdy Biały Dom po długiej przerwie wznawia negocjacje w sprawie Ukrainy :
Jak podało źródło TASS, amerykańscy negocjatorzy Steve Witkoff i Jared Kushner planują wkrótce udać się do Kijowa i Moskwy.
– Na początku września źródło poinformowało agencję, że Witkoff i Kushner zintensyfikowali działania mediacyjne dotyczące Ukrainy.
– Według źródła, kontakt telefoniczny ze stroną ukraińską już miał miejsce.
– Wołodymyr Zełenski powiedział dzień wcześniej, że wstępne daty wizyty Witkowa i Kushnera w Kijowie zostały już ustalone.
– Wizyta może się odbyć w niedalekiej przyszłości – zauważył.
Witkoff i Kushner powinni interpretować „rosyjski” atak dronów na siedzibę SBU jako gest powitalny.
Donald Tusk lubił powtarzać, że „mnie nikt w Europie nie ogra”. W Kijowie ograła go rzeczywistość. I to bez większego wysiłku.
W kluczowym momencie rozmów o końcu wojny wysłannicy Donalda Trumpa siedzieli z Wołodymyrem Zełenskim. Europę reprezentowały Francja, Wielka Brytania i Niemcy. Polski nie było. Ani premiera, ani ministra, ani nawet urzędnika z trzeciego rzędu. Kraj frontowy, przez który idzie broń, amunicja, paliwo i pomoc, został potraktowany jak przedmiot, a nie podmiot.
To nie jest drobiazg protokolarny. To jest hierarchia. Ktoś uznał, że Berlin, Paryż i Londyn mogą mówić w imieniu Europy, a Warszawa ma stać z boku i dalej udostępniać tory, drogi, lotniska i brać na siebie ryzyko. Bo ryzyko jest realne. Hub logistyczny Ukrainy to nie honorowy tytuł. To cel. To trasy, składy, mosty i węzły, które Rosja od dawna traktuje jako część teatru działań wojennych. Polska ponosi koszty bezpieczeństwa, a decyzje o kształcie pokoju zapadają bez niej.
Najgorsze nie jest nawet to, że Niemcy i Amerykanie układają format. Najgorsze jest to, że polski premier od miesięcy sprzedaje obraz silnego gracza, a na stole zostaje mu miejsce za drzwiami. Wasal, którego nawet protektorzy nie stawiają w pierwszym rzędzie. Jeśli pogardzają podnóżkiem Berlina, to nie pogardzają tylko Tuskiem. Pogardzają państwem, które ten człowiek rzekomo reprezentuje. https://youtu.be/BUC9UY4ihwg
Polska nie jest prowincją cudzej polityki wschodniej. Jest krajem frontowym NATO, największym lądowym zapleczem Ukrainy i państwem, bez którego żaden „pakiet zimowy”, żaden korytarz i żadna gwarancja bezpieczeństwa na wschodniej flance nie mają sensu. Kto tego nie rozumie, ten nie prowadzi dyplomacji. Ten tylko administruje cudzym scenariuszem.
Można się spierać o historię, o Wołyń, o spór prezydenta z rządem, o to, kto komu nie podaje ręki. To wszystko nie znosi podstawowego faktu: gdy waży się koniec wojny za naszą wschodnią granicą, Polaków nie ma w pokoju. Są Francuzi, Niemcy i Brytyjczycy. Są Amerykanie. Jest Ukraina. Nas nie ma.
Tusk może dalej powtarzać hasła o liderstwie. Liczy się stół, nie konferencja prasowa. A przy stole Polska została postawiona w kącie. Kraj, który ma być podmiotem, znów potraktowano jak przedmiot. To nie jest „dyplomacja wielopoziomowa”. To jest skandal. I każdy, kto udaje, że nic się nie stało, robi to albo z tchórzostwa, albo z lojalności wobec kogoś innego niż własny naród.
Nieustanne przedłużanie konfliktu ukraińskiego za pomocą tych środków w nieskończoność opóźnia pełną realizację planowanego przez USA „powrotu do Azji Wschodniej”, może doprowadzić do tego, że Rosja sprzeda swoje bogactwa naturalne Chinom po bardzo niskich cenach i utrzymuje „aktywną neutralność” Chin.
Radio Wolna Europa/Radio Liberty (RFE/RL) w artykule opublikowanym pod koniec zeszłego miesiąca, w którym napisano, że „ ukraińska wojna dronowa obnaża niewygodne uzależnienie od Chin ”, nawiązało do letniej wypłaty przez UE pierwszego miliarda euro na zakup dronów na Ukrainie z 6 miliardów euro obiecanych na ten program. Zwrócono uwagę na wyjątek, który umożliwiał Ukrainie zakup chińskich części za te fundusze, a zatem politycznie niepoprawne stwierdzenie, że „ UE planuje zapłacić Chinom za pomoc Ukrainie w zabijaniu Rosjan ”.
RFE/RL donosiło, że „chociaż Kijów ograniczył zakup gotowych dronów z Chin, komponenty takie jak silniki, baterie litowe i światłowody nadal cieszą się dużym popytem”. Ponadto „w pierwszym półroczu 2026 roku import chińskich części osiągnął już około 76 procent całkowitej wartości odnotowanej w roku poprzednim”. Powoływano się również na ukraiński raport, który twierdził, że „38 procent wartości komponentów dronów importowanych przez Ukrainę w pierwszej połowie 2025 roku pochodziło z Chin”.
Celem ich artykułu wydaje się być zaszczepienie poczucia pilności zarówno na Ukrainie, jak i na Zachodzie, aby radykalnie zwiększyć krajową produkcję dronów i ograniczyć to, co jeden z cytowanych ekspertów określił mianem „wrogiej współzależności” Ukrainy od Chin. Wyjaśnili, że „Pekin pozostaje największym partnerem handlowym Kijowa, a Ukraina jest kluczowym dostawcą produktów rolnych do Chin”. To prawda i jest to jeden z powodów, dla których Chiny nie odetną Ukrainy od sprzedaży związanej z dronami, ale to nie wszystko.
Choć relacje chińsko-rosyjskie są lepsze niż kiedykolwiek w historii, już na początku 2023 roku podejrzewano, że „ Chiny nie chcą, aby ktokolwiek wygrał na Ukrainie ”. Powodem był fakt, że rzekomo możliwa do opanowania, wieczna wojna bezterminowo opóźniłaby pełną realizację planowanego przez USA „ zwrotu ku (Azji Wschodniej) ”. Co więcej, bogata w surowce Rosja mogłaby stać się nieproporcjonalnie zależna od Chin, co doprowadziłoby do sprzedaży przez Moskwę swoich bogactw naturalnych Pekinowi po bardzo niskich cenach.
Dążąc do tego cynicznego celu, Chiny odegrały jednocześnie niezastąpioną rolę w dostarczaniu Ukrainie dronów, części zamiennych i światłowodów (nawet jeśli tylko pośrednio, za pośrednictwem pośredników, jak spekulowali apologeci), jednocześnie pełniąc funkcję niezastąpionego zaworu od presji sankcji na Rosję.
Dzięki temu Ukraina jest w stanie dotrzymać kroku rosyjskim postępom militarno-technicznym, rosyjska gospodarka unika kryzysu, który Zachód próbował wywołać sankcjami, a Chiny zachowują „aktywną neutralność”.
Ostatni punkt odnosi się do aktywnego wspierania Ukrainy i Rosji przez Chiny, co czyni je neutralnymi w sensie nieopowiadania się po żadnej ze stron. Chiny czerpią korzyści finansowe z zakupów dronów przez Ukrainę, ich gospodarka stale rośnie dzięki importowi rosyjskiej energii na dużą skalę, po mocno obniżonych cenach, a Chiny relatywnie zmniejszają ogólną presję ze strony Zachodu, udowadniając, że nie są potajemnie „sprzymierzone” z Rosją. Polityka ta, niezależnie od tego, co można by sądzić o jej zaletach, niewątpliwie przyczyniła się do przedłużenia konfliktu .
Gdyby Chiny odcięły Ukrainę od sprzedaży dronów w duchu partnerstwa z Rosją bez ograniczeń , ogłoszonego kilka tygodni przed rozpoczęciem operacji specjalnej , Rosja mogłaby osiągnąć więcej ze swoich deklarowanych celów w konflikcie, a może nawet odnieść maksymalne zwycięstwo . Wojskowe i wywiadowcze wsparcie USA dla Ukrainy jest ważniejsze niż sprzedaż dronów przez Chiny, ale skoro nie widać końca wsparcia ze strony USA , Rosja powinna spróbować zmusić Chiny do ostatecznego odcięcia Ukrainy.
Oświadczenie amerykańskiej polityczki Kimberly Lowe na Wschodnim Forum Ekonomicznym we Władywostoku porusza kwestię, która od początku wojny na Ukrainie wiąże się z zaciętymi sporami: finansowania laboratoriów biologicznych na Ukrainie przez Stany Zjednoczone.
„Finansowaliśmy laboratoria biologiczne na Ukrainie” – oświadczyła Lowe na forum. Posunęła się nawet dalej, porównując je do japońskich eksperymentów na ludziach z lat 40. XX wieku. Nie przedstawiła jednak żadnych dowodów na poparcie tej daleko idącej analogii historycznej. Jej główne twierdzenie dotyczące samego finansowania można natomiast teraz zweryfikować za pomocą amerykańskich dokumentów.
Co szczególnie godne uwagi, potwierdzenie pochodzi teraz z samego Waszyngtonu. W czerwcu 2026 roku dyrektor amerykańskiego wywiadu Tulsi Gabbard opublikowała , według jej biura, niedawno odtajnione dokumenty dotyczące długoletniego międzynarodowego programu biolaboratoriów finansowanego z pieniędzy amerykańskich podatników.
Według Biura Dyrektora Wywiadu Narodowego (ODNI), Stany Zjednoczone sfinansowały ponad 120 laboratoriów biologicznych w ponad 30 krajach. Wyraźnie wspomniano o placówkach na Ukrainie. ODNI stwierdził nawet, że amerykańskie agencje wywiadowcze ostrzegały wcześniej, że finansowane przez USA laboratorium na Ukrainie mogło zawierać niebezpieczne patogeny i że obiekt ten był narażony na rosyjskie ataki, przejęcie lub uszkodzenie.
Oznacza to, że nie można już dłużej ignorować przynajmniej sedna długo trwającej debaty: Stany Zjednoczone sfinansowały i wsparły infrastrukturę laboratoriów biologicznych na Ukrainie.
Infrastruktura laboratoryjna na Ukrainie finansowana przez Pentagon
Udokumentowano również wymiar finansowy . Według dokumentów uzyskanych przez Judicial Watch na podstawie wniosku FOIA złożonego przez Defense Threat Reduction Agency, agencję Departamentu Obrony USA, umowa z amerykańską korporacją Black & Veatch opiewała na kwotę 11,289 mln dolarów .
Dokumenty dotyczą między innymi wdrożenia systemów monitorowania chorób zakaźnych i zwalczania patogenów. Judicial Watch powołuje się również na dokumenty dotyczące działalności laboratoryjnej związanej z wąglikiem.
W 2005 roku Waszyngton i Kijów zawarły porozumienie w sprawie redukcji zagrożeń biologicznych. Porozumienie to stanowiło, że Departament Obrony USA, wraz z ukraińskim Ministerstwem Zdrowia, powinien poprawić możliwości monitorowania, wykrywania i diagnozowania ognisk chorób wywołanych przez niebezpieczne patogeny. Jednocześnie obie strony zgodziły się na wspólne badania biologiczne i poprawę bezpieczeństwa biologicznego ukraińskich laboratoriów.
Jeszcze bardziej niezwykłe jest brzmienie ówczesnej umowy . Stanowiła ona, że ukraińskie Ministerstwo Zdrowia będzie przekazywać Departamentowi Obrony USA, na żądanie, kopie niebezpiecznych szczepów patogenów zebranych na Ukrainie do wspólnych badań biologicznych. Ponadto dane z ukraińskiej sieci nadzoru chorób zakaźnych miały być udostępniane Pentagonowi. Deklarowanymi celami były profilaktyka, ochrona i inne pokojowe zastosowania.
46 ukraińskich instytucji otrzymało wsparcie amerykańskie
Sam Pentagon oświadczył w 2022 r., że Stany Zjednoczone wsparły 46 ukraińskich laboratoriów, placówek służby zdrowia i ośrodków diagnostycznych w ciągu ostatnich dwóch dekad .
Według amerykańskich źródeł programy te służyły wyłącznie pokojowym celom: wykrywaniu niebezpiecznych patogenów, monitorowaniu chorób zakaźnych, bezpieczeństwu biologicznemu i zapobieganiu dalszemu rozprzestrzenianiu się materiałów, które mogłyby zostać wykorzystane do produkcji broni biologicznej.
Laboratoria należą do Ukrainy i są zarządzane przez ukraińskie władze. Waszyngton jednoznacznie zaprzecza, jakoby rozwijał broń biologiczną na Ukrainie lub prowadził tam własne laboratoria biologiczne.
To rozróżnienie jest kluczowe: udokumentowano, że Stany Zjednoczone finansowały laboratoria biologiczne i programy badawcze na Ukrainie. Nie dowodzi to jednak, że amerykański program broni biologicznej był tam realizowany.
Dlaczego lokalizacja geograficzna jest kwestią wrażliwą politycznie
Niezależnie od kwestii broni biologicznej, sprawa ma wymiar geopolityczny, którego nie można po prostu zignorować, wskazując na badania cywilne.
Część tej infrastruktury biologicznej znajduje się w kraju graniczącym bezpośrednio z Rosją. Została ona sfinansowana i technicznie wsparta przez Departament Obrony Stanów Zjednoczonych i jego Agencję ds. Redukcji Zagrożeń Obronnych (Defense Threat Reduction Agency). Obejmowało to między innymi bezpieczne przechowywanie, monitorowanie i badania niebezpiecznych patogenów.
Nic więc dziwnego, że Moskwa z perspektywy polityki bezpieczeństwa ściśle monitoruje tego typu działania bezpośrednio na swoich granicach.
Z kolei Waszyngton i Kijów argumentują , że samo istnienie niebezpiecznych patogenów wymaga międzynarodowych programów zabezpieczenia zapasów. Pentagon zwraca uwagę, że Program Współpracy w Redukcji Zagrożeń (CORR) został pierwotnie utworzony po upadku Związku Radzieckiego w celu zabezpieczenia byłej radzieckiej broni masowego rażenia, materiałów i związanej z nią wiedzy specjalistycznej. Programy te były początkowo prowadzone nawet wspólnie z Rosją.
To maluje bardziej złożony obraz, niż sugerują dwa skrajne stanowiska polityczne: laboratoria i amerykańskie finansowanie nie są fikcją. Jednocześnie samo ich istnienie nie jest dowodem na to, że broń biologiczna została tam opracowana.
To, co zaczyna się jako „dezinformacja”, staje się kwestią definicji.
Dobór słów był wówczas szczególnie problematyczny w kontekście komunikacji publicznej.
W 2022 roku Departament Stanu USA nazwał rosyjskie twierdzenia na temat amerykańskich laboratoriów biologicznych i działań związanych z bronią biologiczną na Ukrainie „dezinformacją” i wyraźnie stwierdził, że Stany Zjednoczone nie posiadają ani nie prowadzą żadnych laboratoriów biologicznych na Ukrainie.
Oświadczenie to jest technicznie spójne z informacjami opublikowanymi później: Obiekty należą do Ukrainy i są obsługiwane przez ukraińskie władze.
Jednocześnie jednak sam Pentagon potwierdził wsparcie 46 ukraińskich laboratoriów i innych placówek, a w 2026 roku kierownictwo amerykańskiego wywiadu oficjalnie oświadczyło, że wśród biolaboratoriów na świecie finansowanych ze środków USA znajdują się również laboratoria na Ukrainie.
Tak więc znaczna część kontrowersji w tamtym czasie ewidentnie dotyczyła użytego języka: „laboratoria amerykańskie” to nie to samo, co „laboratoria finansowane przez USA”. To rozróżnienie często gubiło się w debacie politycznej.
Dziś nie da się już na poważnie zaprzeczyć, że amerykańskie pieniądze napłynęły do programów laboratoriów biologicznych na Ukrainie, że Pentagon był w to zaangażowany i że Waszyngton współpracował z ukraińskimi instytucjami w zakresie monitorowania niebezpiecznych patogenów.
Istnienie i finansowanie samej infrastruktury biologicznej nie jest już wyłącznie rosyjskim roszczeniem, przypuszczeniem. Jest udokumentowane w oficjalnych dokumentach Stanów Zjednoczonych.
„Wojna się skończy, problemy Polski z Ukrainą dopiero się zaczną” –
— to tytuł 37-minutowego wywiadu przeprowadzonego przez Tomasza Pichóra z prof. Jackiem Izydorczykiem:
Nasłuchaliśmy się już sporo na temat relacji, jakie mają łączyć Polskę i Ukrainę – mówi Tomasz Pichór. – Jest nieformalny sojusz. Czy będzie obowiązywał po wojnie?
Nie ma żadnego sojuszu – odpowiada prof. Jacek Izydorczyk. – Jest tylko nakaz pana zza Oceanu.
To jest tak zgniłe u podstaw, że to nie jest żaden sojusz. Wszystkie działania rządów III RP na rzecz utrzymania Ukrainy oraz wojny Kijowa z Moskwą to nakaz amerykański wykonywany przez pseudoelitę warszawską. Ukraina od początku swego powstania jest państwem wrogim Polsce. W każdej chwili może być użyte przeciw nam, także przez Rosję.
Andrzej Duda i Wołodymyr Zełenski
Andrzej Duda w amoku krzyczał, że będzie zniesiona granica, że będzie wspólne państwo, a to oznaczałoby wejście do wojny przeciwko Rosji. Niezrozumiały jest szał humanitaryzmu w 2022 roku. Polacy nie znają historii, muszą widocznie przeżyć u siebie w domu to, co będą robić Ukraińcy.
T. Pichór: Czy Warszawy i Kijowa nie łączy wspólne zagrożenie ze strony Rosji?
J. Izydorczyk: Jakie wspólne zagrożenie?! W interesie Rosji jest podporządkowanie Ukrainy. Jeśli chodzi o Polskę, to Rosja ryzykowałaby gorącą wojnę z Zachodem i NATO. Zabezpieczenie ukraińskich terytoriów jest kwestią interesu narodowego i bezpieczeństwa Rosji. Wchłonięcie Polski przez Rosję nie jest istotne dla bezpieczeństwa Rosji, przyniosłoby odwrotne skutki.
Skoro nie udał się Rosji plan zmiany rządu w Kijowie, istotne dla Kremla jest opanowanie ziem do Dniepru. Nie porozumiały się USA z Rosją, wojna się toczy, a Polacy ponoszą tego koszty, finansowe na razie.
T. Pichór: Jak będą wyglądały relacje polsko-ukraińskie po zakończeniu wojny?
J. Izydorczyk: To zależy od wyniku wojny. W przypadku rozejmu czy pokoju Ukraina straci Krym i ziemie za Dnieprem. Ukraińcy muszą wtedy przekierować swą złość i nienawiść na wroga zastępczego, a naturalnym wrogiem zastępczym jest Polska. Ukraina ma roszczenia do aktualnych terytoriów państwa polskiego.
Półwysep Krymski
Ukraina jest niejednorodna etnicznie – na wschodzie żyją ludzie rosyjskojęzyczni (profesor nazywa ich radzieckimi, co wydaje mi się terminem nieścisłym – przypis ZB), na zachodzie rozwinął się dziki banderyzm, z którym przyjdzie nam graniczyć. W sumie sojusz z Ukrainą to taki, jakbyśmy zawarli sojusz z ludożercami.
T. Pichór: Jaki wynik wojny jest najbardziej korzystny dla Polski?
J. Izydorczyk: Likwidacja Ukrainy – polityczna i ekonomiczna. Po wojnie będziemy ewentualnie zagrożeni ze strony Ukrainy – zagrożeni politycznie, ekonomicznie, militarnie. Przybędzie do nas wielomilionowa mniejszość, możliwe będą akcje dywersyjne, sabotaż, terroryzm. Przeżyliśmy to już przed II wojną światową.
No i trzeba się zastanowić, jakie Polska ma i może mieć korzyści wynikające z istnienia Ukrainy. Przypomnę tu, że Kijów w tajemnicy przed Warszawą zaproponował Waszyngtonowi, by te wycofały personel wojskowy z Polski, a w to miejsce weszłyby siły ukraińskie.
T. Pichór: Co było przyczyną, że reminiscencje historyczne nagle z taką siłą wybuchły w Polsce?
J. Izydorczyk: Pamięć zawsze była. Polityka ZSRR i PRL polegała na wyciszeniu bolesnych problemów, a po 1989 roku władze postsolidarnościowe chciały nam za wszelką cenę obrzydzić polskość i polską historię.
T. Pichór:Z pańskich wypowiedzi wynika, że nie mamy szans na urealnienie polityki wobec Ukrainy, dokąd nie będzie zmiany elit politycznych.
J. Izydorczyk: Mamy – jeśli Waszyngton powie, że ‚macie teraz inaczej postąpić’, to wtedy władze III RP zrobią to w podskokach.
Tropienie analogii jest zwodnicze, ale w sumie pożyteczne. Zwodnicze, bo się trzeba zastrzegać coraz to, że są jakieś różnice, gdyż należy umysłom prostolinijnym, w tym własnemu, tłumaczyć, żeby nie przekładał wszystkiego dosłownie. Pożyteczne to jest nie tylko dla gimnastyki umysłowej, ale głównie po to, że widząc pewne analogie wobec zdarzeń już byłych można z dużą dozą prawdopodobieństwa przewidzieć rozwój wypadków zdarzeń przyszłych. Tak samo jest z analogiami związanymi z migracją. Tą zachodnią i naszą, polsko-ukraińską.
Migracyjne przygody Zachodu
Najpierw zaczniemy od postawienia pewnej tezy, w oparciu o znane fakty. Mamy do czynienia na Zachodzie z różnorakimi falami migracyjnymi. Wszystkie one mają dwa uzasadnienia – jedno fałszywe, wykorzystywane do tego, by uzasadnić to prawdziwe, choć skrywane. Na razie mówimy o Zachodzie, później poszukamy w tym względzie analogii u nas.
Potrzeby migracyjne Zachodu były uzasadniane słabnącą demografią, zwłaszcza Starego Kontynentu oraz wstydliwym sekretem zachodniego dobrobytu – nie wszystkim się chce pracować, a zwłaszcza wykonywać prac niegodnych, gdy trzeba obsługiwać innych, czy sprzątać po nich. Po prostu „pany” europejskie nie chcą się już schylać, nie po to budowały swoje bogactwo, często wiekami łupiąc inne nacje, by teraz zamiatać, podawać do stołu czy wymieniać baseny przy łóżkach szpitalnych.
To był wstydliwy szczegół, zaś migracyjne potrzeby tłumaczyło się bardziej kwestiami wymierania, niż tego, że potrzeba nam ludzi do robót brudnych, bo my już coraz bardziej na sutych emeryturach. Mówiło się o demograficznej zapaści, nieodnawialności pokoleń i tym, że nas coraz mniej, ale tak naprawdę chodziło o sprowadzenie całych nacji do nas tu obsługi. Tak było do mniej więcej lat dziewięćdziesiątych. To była oficjalna wersja, ale powoli stająca się coraz bardziej fałszywą.
Demografia jako element destrukcyjny
Wszedł bowiem na pełnej petardzie aspekt kulturowy w wykonaniu globalistycznym. Mieliśmy ideolo multi-kulti, że „wszystkie kultury nasze są”, nie ma lepszych czy gorszych. Ale tu od razu był zgrzyt – nikt nie mówi (no, może niewielu) o tym które kultury są lepsze, czy gorsze, ale chodziło o to, że – przynajmniej według Feliksa Konecznego – dwie kultury nie mogą długo koegzystować bezkonfliktowo, a na dłuższą metę – nigdy. Projekt ideologiczny znacznie poprzedził realne fale migracyjne, ale i przygotował tzw. podglebie pod przyszłe fakty. Kiedy pierwsze łodzie ochoczo wypłynęły na zapraszające zawołanie kanclerki Merkel „Wir schaffen das!” wszystko na brzegu było już gotowe. Projekt globalistyczny, który jest w rezultacie rewolucyjny jak żaden inny, nanizywał na sznurek nowego wspaniałego świata destrukcyjne koraliki, jeden po drugim. Jednym z ważniejszych koralików była i jest dezintegracja państw narodowych, a cóż lepiej temu może służyć, niż kulturowa wojna pomiędzy migrantami o innej kulturze a tzw. goszczącymi, choć często bez udziału, lub nawet wbrew, tych goszczących woli?
Migracja, a właściwie jej bezwarunkowa akceptacja przy zaniku tu polityki wielu państw, była uzasadniana humanistycznie, czasami ekspiacyjnie – chociażby za kolonialne zbrodnie przodków danego goszczącego kraju. Te były unurzane we wstydzie za przemoc i wyzysk jakichś tambylców uprawiany pod pretekstem cywilizowania, a zwłaszcza pod pretekstem religijnego nawracania. Namnożyło się więc przewin sprzed wieków, które wciskane ludowi goszczącemu przez procesy globalizacyjne wywoływały u niego poczucie uzasadnionej winy i chęć rekompensaty. Pług migracyjny przeorał miedze spoistości narodowych i etnicznych, osłabił integralność demograficzną i kulturową. Przodowało w tej orce lewactwo, jako ideologia uzasadnienia nie tylko odkupienia klasowo-rasowych przewin, ale i realizacje misji zbawienia przez bożka równości. Nie od dziś mamy do czynienia tu z mariażem dotychczas sprzecznych intencji globalistycznego kapitału i lewackiej ideologii. Cele globalistyczne realizuje się pod sztandarami lewicowymi, gdyż przesłanie globalistów wprost (nie będziesz miał nic i będziesz szczęśliwy) jest raczej niestrawne. Prędzej lud o farbowanych włosach nabierze się na bajki o równości i inkluzywnym odkupowaniu win rodziców, twórców systemowego suprematyzmu.
Demograficzna dyskryminacja pozytywna
Do tego doszły dwie kwestie wynikające z zasady dyskryminacji pozytywnej: pierwsza – narracyjna, że o migrantach nie można złego słowa powiedzieć. Druga – ważniejsza -, że ta nierówność zaczęła przeciekać nie tylko do procedur policyjnych ale i linii orzeczniczych sądów. Powstały dwie kategorie ludzi – goszczący i goście, z tym, że goście zaczęli mieć lepsze prawa niż gospodarze. Po prostu destrukcjonizm globalizmu dołączył do swego instrumentarium kolejny aspekt – rozpadu integralności narodu. W sensie narracyjnym widzimy to na przykładzie takiej Wielkiej Brytanii jak w soczewce. Na Wyspach siedzi za „mowę nienawiści” więcej ludzi niż w Rosji czy na Białorusi. Stworzono pojemny worek pojęciowy, procedury policyjne do łowienia i linie orzecznicze do skazywania głównie za kwestionowanie efektów polityki (bo samej polityki nie ma) migracyjnej. W mediach nie uświadczysz nic krytycznego na ten temat, nawet tożsamości narodowe, a więc i imiona sprawców wypadków są skrywane, co kuriozalnie – właśnie przy takiej anonimizacji powoduje skutek odwrotny – każdy wtedy „wie” kto, a właściwie jaka ukrywana rasa, dopuściła się występku.
To narracja, zaś gorsze jako się rzekło, staje się nierówne traktowanie cudzoziemców przez policję, prokuraturę i sądy. Przykład Polaka (Henry’ego Nowaka) zasztyletowanego w Anglii pokazuje jak to się kończy. Wystarczyło tylko, że pigmento-pozytywny morderca wskazał na rasistowski kontekst zachowań domniemanego agresora, a już policja zakuła zasztyletowaną i umierającą ofiarę. Myślicie, że ktoś za to beknął? Nawet nie wiadomo co się dzieje ze sprawcą. W sądzie doczeka się pewnie pobłażliwego traktowania, wszak to też ofiara naszego przecież systemowego suprematyzmu. My, biali wszystkiemuśmy winni. I nie można nic powiedzieć, bo z drugiej strony pilnuje wszystkiego całkiem już więzienny kaganiec cenzury i bańka się domyka.
Do tego dochodzi gargantuiczny wręcz socjal, preferencje w szkolnictwie czy dostępie do służby zdrowia i rodzą się dwie klasy. Proces ten trwa dość długo, by z jednej strony się już sprzykrzyć, ale i z drugiej strony wyprodukować całe pokłady samobójczej akceptacji. Nawet na poziomie głosowania za ugrupowaniami, które sprowadzają bezpośrednie zagrożenie na nasze domy i najbliższych. Widać to na zachwyconych, czy tylko zdziwionych, filmikach gości z Zachodu, którzy na polskich ulicach dziwią się, że tu można (jeszcze?) chodzić samotnie dziewuszce po nocy, ulice są czyste i nikt ci nie wchodzi na posesję, by cię obrabować, czy tylko się wysikać. Migracja stała się tematem politycznym, grupującym ludzi, którzy mają już tego dość, ale ten dekiel jest mocno przytwierdzony do gara poprawności – co prawda w takich wypadkach ciśnienie tylko rośnie, ale nie ma się co cieszyć, bo jak gar walnie, to w całości.
Polskie analogie
I teraz pora na naszą, polską analogię. My też tak my, ale od niedawna. Gościmy u siebie Ukraińców w dużej mierze od początku transformacji, ale ważne są dwie fale. Jedna – z kulminacją po 2014 roku i tzw. pierwszej wojnie ukraińskiej, miała charakter stricte zarobkowy. Nikt tu do nas stamtąd nie przyjeżdżał owinięty we flagi cierpienia, a tym bardziej roszczeń. Ta fala była nastawiona na asymilację, chciała się wtopić w polski żywioł. Ta emigracja jest najbardziej wroga, bardziej niż polskie ksenofoby, w stosunku do… drugiej fali ukraińskiej migracji, tej po 2022 roku. Ci pierwsi uważają, że ta druga fala psuje im cały dorobek, już nawet nie materialny, ale kapitał akceptacji przez Polaków. Roszczeniowe postulaty drugiej fali stają w sprzeczności w sumie z dezerterskimi motywacjami ich tu pobytu, zaś ostatnie wypadki, kiedy nabrały już charakteru otwarcie wrogiej ideologii banderyzmu, spowodowały, że konflikt polsko-ukraiński rozkwitł w formie wielkiego wora, gdzie obie strony wrzucają niewinnych Ukraińców, którzy po prostu chcieli sobie w Polsce ułożyć życie, a nie przynosić do Polski roszczenia w postaci rachunków krzywd, w dodatku zmyślonych przez kijowskich cwaniaków.
Kiedy na konferencji poświęconej Obronie Cywilnej rozmawiałem z wysoko postawioną mundurową Ukrainką i zeszło nam na banderyzm, dowiedziałem się, że nie ma na Ukrainie żadnej innej idei, która by zagoniła lud do okopów. Po prostu – państwo ukraińskie, jak słyszymy o grubo ponadtysiącletniej historii – nie dorobiło się żadnego innego etosu, niż idea czystości rasowej wolnej od historycznych ciemiężców. A więc ideologia banderyzmu jest używana taktycznie do mieszania ludowi okopowemu w głowach. By tam siedział i walczył, bo przecież powiedzenie mu, że walczy o dobrostan oligarchów mogłoby nie wywołać już takiego entuzjazmu. A jako, że mamy i w Polsce takich polityków (i to nie tylko mowa o Janie Marii Rokicie), którzy uważają, że na Ukrainie może rządzić i sam diabeł, byleby walczył z Rosją, to czemu się dziwić, że sami Ukraińcy używają tego do zaganiania do okopów kolejnych dostaw mięsa armatniego.
Order jako przełom
My z Ukraińcami, zwłaszcza po roku 2022 weszliśmy w wydeptane buty Zachodu. Wszystko jest takie samo – najpierw, do afery z Orderem było po zachodniemu. Pełna zgoda polityczna, preferencje socjalne, medyczne, szkolne, mieszkaniowe, daleko przekraczające wsparcie państwa wobec jego obywateli. Pełna na to zgoda w mediach i ławach sejmowych. Coś bąkała Konfederacja, ale nieśmiało, ośmielił ją dopiero Braun. Teraz „pożyczają” od niego na prawicy wszyscy, choć wielu – tak jak PiS – sami przyłożyli rączki do procesów, nad którymi dziś wylewają krokodyle łzy.
Przełom ukraińskiej omerty nastąpił z powodu afery z odebraniem Zełenskiemu Orderu Orła Białego. Tu pękła zmowa milczenia, już nawet nie chcę spekulować czy przypadkiem, czy po prostu PiS zobaczył z badań, że dalsze brnięcie w „sługi Ukrainy” podrzuca wyborców już tylko Braunowi, Nowogrodzka zdecydowała się otworzyć zatrzaśniętą dotąd tzw. „puszkę z Pandorą”. Tak czy siak mleko się rozlało i można było o tych ukraińskich przypadkach mówić, choć tylko – uwaga – w sferze pamięci historycznej. Bo w pozostałych kwestiach jest po staremu – tu oba plemiona służą na wyprzódki. Prapremier Czarnek tylko się zająknął o jakiejś ekwiwalentności pomocy dla Ukrainy i już musiał w przysiadach czyścić dywanik na karnym ochrzanie na Nowogrodzkiej.
Jedziemy po zachodniemu z małym wyjątkiem na to, że u takiego Niemca, to o innoziemcach może mówić źle tylko AfD, a u nas parę partii i telewizji, zaś w Anglii to w ogóle. Ktoś powie, że przecież tam na Zachodzie mamy do czynienia z konfliktem kulturowym, bo to inne ludy, inne kontynenty, inne kultury. My zaś mamy na głowie Słowian, z pewnym potencjałem jeśli już nie asymilacyjnym, to chociażby integracyjnym. I tu natrafiamy na pewien fenomen. Nasza kultura jest krańcowo odległa od ukraińskiej. Nie tylko dlatego, że to kultura turańska, a my jesteśmy łacińska, ale dlatego, że jest… gorzej.
Kwalifikacja Feliksa Konecznego wymaga tu pewnego omówienia.
[Sprostuję poniższe: Feliks Koneczny widzi na wschód od Polski nie cywilizację turańską, lecz potworną mieszankę cywilizacyj, czyli „kołobłęd” atrocinium magnum. I tak to jest. MD]
Kiedy słuchałem wykładu profesora Osadczego zorientowałem się, że nie jest tak do końca prosta ta turańskość Rosjan czy Ukraińców. Tam jest bardzo duży ładunek nihilizmu kulturowego, braku innych niż darwinowskie norm. Kto kogo, jak nie kopiesz – jesteś kopany, przed władzą nie fikaj, ta sama się wybiera – masz dwie drogi: bierność, albo ryzykowana walka o awans w strukturze wręcz mafijnej. Turanie to jednak jakaś kultura materialna, zaś tu nie buduje się niczego, Boga nie ma, życie pozagrobowe nie istnieje, a więc walczymy pazurami o materialną doczesność. I nie jako społeczeństwo, ale dostęp do szajki, która nim rządzi. Tak tam jest na wschodzie, za naszymi granicami. Nota bene –, żeby tu nie podbijać sobie bębenka, my zmierzamy w tempie stachanowskim w tym samym kierunku. Kulturowo nie mamy więc na razie prawie żadnych punktów stycznych, jesteśmy tak daleko od siebie jak sub-saharyjczyk od Hiszpana czy Belga.
Migracja jako kolejny dzielnik Polaków
Jak się zastrzegłem na początku – przyglądniemy się tutaj pewnym analogiom. Tak jak na Zachodzie kwestia migracji została użyta do celów politycznych, tak samo stało się i w Polsce. Wybrzmiało to oficjalnie właśnie po aferze z orderem. Ja się zastanawiałem – tu mnie chyba znowu przyćmiło, bo sprawa była prosta – jak z tego wyjdzie Tusk, ale okazało się, że samo zastanawianie się nad tym tematem dowodzi spadku mojej formy umysłowej. Przecież to proste – temat został wrzucony pomiędzy bieguny wojny polsko-polskiej, jak wszystko w tym kraju. Nie mogło być inaczej.
Tak jak na Zachodzie, tak i w Polsce, sprawa migracji od razu ładnie podzieliła społeczeństwo na część godną i cywilizowaną oraz na tę czarnosecinną i niegodną. I nie stało się to mimochodem, tylko w ramach przemyślanej operacji komunikacyjnej. Linia podziału została z premedytacją sfastrygowana nitką przemocy (niechby i słownej) wobec biednych Ukraińców. Przeciekło – vide Zachód – i do nas to inne traktowanie procedur policyjnych wobec Ukraińców, inne traktowanie w sądach. Nie tylko w przypadku przestępstw w wyniku konfliktów rasowych, ale przestępstw pospolitych w ogóle.
Ostatnie rewelacje ogłaszane przez ministra Żurka, że powołał ponad setkę prokuratorów do ścigania aktów przemocy wobec Ukraińców wpisuje się w zachodnie trendy. Nic tu nie mamy nowego, tyle, że przed aferą z orderem niby ani Polacy gremialnie nie bili Ukraińców, ani Ukraińcy nie bili Polaków. Wszyscy się kochali, a teraz jakoś przestali? Figę prawda – po prostu dęty problem znowu służy do dzielenia Polaków i zbieraniu pod flagą mniemanej przyzwoitości kolejnych wzmożonych zastępów pożytecznych ukrainofilów. Ale państwo się tu będzie srożyć w realu, tak jakby nie miało ważniejszych tematów niż ochrzanione prowokacyjne dziewuszki z autobusu.
Przy analogii z Zachodem mamy tu też podobną kwestię jak z AfD czy innymi partiami antysytemowymi. Migracja robi się naczelnym problemem i stanowi najpoważniejszy, bo powszechny problem establishmentu z ludem. Agenda migracyjna, tak jak klimatyczna, są wciąż w realizacji, przynajmniej europejskiej. Tu się nie odpuszcza, będą tylko zagadywać. A objawy tej polityki nasilają się, zwłaszcza po hiszpańskiej pokazówie w Ceucie, gdzie lud wziął sprawy w swoje ręce, za co ostrzelała go, tego ludu, policja. Wokół migracji będą narastały zrozumiałe i proste w przekazie partie polityczne, niechby nawet nazywane populistycznymi. Zobaczymy jak to będzie u nas – bo na razie problem jest w dużej mierze „tylko” ukraiński, zaś zaraz po wyborach – co za przypadek – otworzy się pakt migracyjny i do ukraińskich problemów dojdzie masówka CIC (Centrów Integracji Cudzoziemców), w tym centrów rozproszonych, gdzie ludek migracyjny będzie rozwodniony po okolicy, by nie drażnić obozowością, zaś będzie się spotykał jedynie na imprezach integracyjnych. Ot, żeby pogadać jak się żyje, wymienić know-how na temat kolejnych form socjalu i podzielić rachunkami krzywd ze strony goszczących, lub wysunąć kolejne roszczenia.
Pamiętacie?
Jest jeszcze jedna sprawa, tu sam siebie zacytuję z czerwca 2020 roku z mojego „Dziennika Zarazy”. Wpis z 4 czerwca: „Facet zachodzi ją z boku i nagrywa. Jest sama na chodniku. Zatrzymuje ją. Dziewczyna się boi. Facet mówi, że jest z „Black Lives Matter” i jego szef (tak, CEO, mówi o swej organizacji jako o firmie, w której pracuje) kazał mu zaczepiać takie osoby jak ona, by dać im szansę na kolanach przeprosić za swoje białych przywileje w duchu solidarności z gnębionymi czarnoskórymi (nie mogę użyć słowa na M z czytanki, bo mi Youtube nie puści). Dziewczyna klęka i przeprasza. Nie wiem czy dlatego, że się boi, czy dlatego, że tak myśli. A może tak myśli, bo się boi?
Ta dziewczyna to Ameryka. Na kolanach, przestraszona, bo widzi na ulicach i ekranach co z białymi robią obrońcy praw czarnoskórej… większości. A jeśli nie jest przestraszona, to co najmniej biorąca na siebie winy pra-pra-pra-ojców za zniewolenie czarnoskórych Afrykanów sprzed 200-300 lat. W Ameryce całe seriale takich ekspiacji: żołnierze Gwardii Narodowej i policjanci z jednostek szturmowych klęczą przed Afroamerykaninami i proszą o wybaczenie, całe rzesze zbierają się na ekspiacyjnych spędach i na kolanach błagają o zbawienie od grzechów swych supremacyjnych praojców. A paru czarnoskórych, stoi i patrzy się z satysfakcją na samoponiżenie swoich byłych panów. Zbiorowa histeria.”
Brzmi kuriozalnie, ale to fakty sprzed nieledwie sześciu lat. Tak sobie poczynało Black Lives Matter. „Myśmy wszystko zapomnieli…”, co? Teraz ci sami ludzie w Stanach mijają się na ulicy, zaglądają sobie po sąsiedzku przez płoty. Wcześniej zmuszani do lizania butów czarnoskórym kolegom z klasy czy sąsiadom. Jak się teraz żyje w USA po takiej zbiorowej ekspiacji? Nie wspominam o tym dla wątpliwej satysfakcji z zagonienia się Zachodu do kąta. Nie.
ULM
Uważam, że mamy wszelkie podstawy do powstania w Polsce ruchu Ukrainian Lives Matter. Wszystko jest jak wtedy w USA – pretensje do polskich praojców za okupowanie „odwiecznych ziem ukraińskich”, traktowanie z góry przez Lachów i są też, jak w Ameryce… grupy chętnych wzmożonych do klękania i lizania butów ofiar. I możemy mieć dużą chęć, jak domniemywam, naszych gości do takich form powetowania sobie za wmuszane poczucie wyższości „polaczków”, którzy ich nie szanują, używają do robót niechcianych i nie widzą ich (zdalnego) wysiłku zbrojnego w walce przecież o waszą, Lachów, wolność na polach Ukrainy.
Mamy tu wszystko na tacy, nawet widać potencjalnych przywódców, sponsorów i media wspierające. Brakuje jednego – Floyda. Pamiętajmy, że BLM zaczął się od uświęcenia ofiary, na którą wybrano porno-przestępcę, naćpanego męta, który terroryzował ciężarną kobietę przykładając jej pistolet do brzucha. Widać z tego, że ofiarą wyświęcająca cały ruch może być dosłownie każdy, nawet najgorsza szumowina. Wystarczy, że mu się coś przydarzy, a takie rzeczy można i zorganizować, jeśli tylko każą na siebie długo czekać.
Nieodwzajemniona miłość
Ostatnio, po aferze z Orderem, Kijów brał po uwagę dwa warianty reakcji. Umiędzynarodowienie kwestii „fali” przemocy wobec Ukraińców w Polsce – miano nas skarżyć do Unii i do trybunałów od praw człowieka, że u nas biją Ukraińców. Druga frakcja w Kijowie opowiadała się za dialogiem, to znaczy działaniami dyplomatycznymi i powołaniem grup roboczych od gadania o niczym. Wybrano układ hybrydowy – oficjalnie Kijów wzmógł narrację ofiary, jednak łaskawie spraw nam nie wytoczył. Podobno obawiano się, że jak dojdzie do skarg i procesów międzynarodowych to się Polacy wkurzą i realna pomoc, a nie pitolenie o historii, się skończy. Zaniechano więc dalej idących kroków.
Wydaje mi się jednak, że Ukraińcy przeceniają naszą możliwą reakcję. Nie ma takich możliwości, łącznie z międzynarodowymi skargami na Polaków, że się krzywo patrzą, by Polska przestała pomagać Ukrainie. Będziemy jej pomagać, nawet jak zrobi wszystko, żebyśmy przestali. Dla jej dobra i naszego, by ruskie tanki nie stały nad polskimi granicami.
Ukraino, tak cię kochamy, że nigdy nie przestaniemy, nawet gdybyś nas nienawidziła (o co małodusznie cię podejrzewamy). Mamy taką cwaną politykę, że nie masz na to rady – będziemy ci pomagać. Jesteśmy nieodrodnymi dziećmi Albina Siwaka, jedynego robotnika z KC PZPR, tego który przeprowadzał staruszki przez ulicę, nawet jak tego nie chciały.
[A to był mądry i odważny człowiek, tylko żydostwo tak go ośmieszało M. Dakowski]
Pośród popularnych tzw. teorii spiskowych (z których wiele po trzech miesiącach staje się faktem), znajdujemy także tę o „Niebiańskiej Jerozolimie”. Koncepcja ta mówi, że politycy z Izraela, a także wpływowe na świecie lobby żydowskie, uznali, iż na dłuższą metę otoczonego przez wrogie państwa islamskie Państwa Izraela nie sposób utrzymać. Szczególnie przy spadku potęgi Stanów Zjednoczonych. W tej sytuacji „wiadome kręgi” miały podjąć decyzję o stworzeniu na Ukrainie państwa „zapasowego”, do którego będą mogli wyemigrować uchodzący z upadającego Izraela Żydzi. To miałoby też tłumaczyć poparcie przez państwa zachodnie Ukrainy w wojnie przeciwko Rosji: miałoby nie chodzić o poparcie dla Kijowa, lecz o dolewanie benzyny do toczącej się wojny tak, aby wyginęło jak najwięcej Ukraińców, a jeszcze więcej na trwale wyemigrowało. W ten sposób miałoby powstać wolne miejsce dla „zapasowego Izraela”.
Patrząc na tę koncepcję racjonalnie, rzeczywiście jest to teoria spiskowa i to zaliczająca się do takich, które nie wydają się być realizowalne i autentyczne. Nie oznacza to jednak, że przesłanki, na których powstała, są zmyślone. Raczej chodzi o znaczącą nadinterpretację i wyciągnięcie z realnych przesłanek zbyt radykalnych wniosków.
Przesłanką, na której opiera się idea Niebiańskiej Jerozolimy, jest znaczący wpływ w Kijowie polityków pochodzenia żydowskiego, a także finansowych oligarchów. Pośród polityków tworzących obecną elitę rządzącą i mających takie korzenie, których potwierdzenie znajduje się w poważnych źródłach (a nie w fejkach w Internecie), można wyliczyć: Wołodymyra Zełenskiego (prezydenta); Witalija Kliczko (mera Kijowa); Ołeksija Reznikowa (ministra obrony i wicepremiera, 2021–2023); Andrija Jermaka (byłego szefa Biura Prezydenta, 2020–2025); Irynę Mudrę (wicedyrektorkę Biura Prezydenta). Prawdopodobnie żydowskie korzenie ma także była premier Julia Tymoszenko, ale sprawę bagatelizuje i nie chce na ten temat nic mówić. W tym kontekście często pojawia się także Kyrylo Budanov (szef Biura Prezydenta Ukrainy), ale jest to prawdopodobnie plotka wynikła z jego filosemityzmu, którego wyrazem jest trzymana w gabinecie menora i udział w obchodzeniu Chanuki.
Rzeczywiście liczba znaczących politycznie osób mających żydowskie korzenie jest w tej elicie znaczna. Na niekorzyść teorii Niebiańskiej Jerozolimy przemawia fakt, że żadna z tych osób nie jest zaangażowana w propagowanie syjonizmu. Zwykle odwołują się do ukraińskiego nacjonalizmu czy neonazistowskiej symboliki (banderyzm).
Racjonalny rdzeń teorii o Niebiańskiej Jerozolimie tutaj wydaje się mieć swoje źródło: przeciętny Polak nie potrafi zrozumieć, dlaczego mający duże wpływy polityczne w Kijowie Żydzi popierają banderyzm, sprowadzają do Kijowa prochy nazistów z OUN i UPA, gdy w czasie wojny Żydzi – obok Polaków, Rosjan i Czechów – byli masowo i bestialsko mordowani przez banderowców? Teoria spisku wyjaśnia to, czego nie możemy racjonalnie zrozumieć i wytłumaczyć. Tyle że takie wytłumaczenie może istnieć, lecz z powodu zbyt małej wiedzy o polityce ukraińskiej znaczące elementy układanki nie docierają do Polski.
Emmanuel Todd w głośnej książce „Klęska Zachodu” (wyd. pol. 2025) zamieszcza mapę Ukrainy z podziałem na obwody i wyliczeniem, ilu z każdego z nich pochodzi znaczących polityków i oligarchów. Z zestawienia wynikają ciekawe obserwacje: z południowej rosyjskojęzycznej części kraju (zwanej przez Rosjan Noworosją) nie pochodzi praktycznie nikt i ta część państwa nie ma żadnego wpływu na politykę.
Zdecydowana większość elit politycznych pochodzi z części środkowej, czyli z Kijowa i okolic. Kijów z przyległościami sprawuje bezpośrednią władzę polityczną. Większość oligarchów (często także o żydowskich korzeniach) pochodzi z rosyjskojęzycznej Ukrainy wschodniej. To jest najsilniejsze lobby polityczne.
Z dawnej Galicji Wschodniej, czyli ziem byłej II RP (Lwów i okolice) nie rekrutuje się praktycznie nikt spośród członków elity politycznej i biznesowej.
Emmanuel Todd interpretuje te dane (moim zdaniem słusznie) następująco: wykorzystując zamieszanie po upadku Związku Radzieckiego, lokalna i peryferyjna dotąd elita polityczna Kijowa uzmysłowiła sobie, że oddzielając się od Rosji i konstytuując suwerenne państwo, uzyskuje dziejową szansę sprawowania władzy nie w samorządach, ale w państwie. Stąd hasło suwerennej Ukrainy.
Pomysł finansowo poparli oligarchowie, którzy jak ognia bali się Putina i możliwości rozciągnięcia przezeń swojej kontroli nad nowo powstałym państwie. Dlaczego? Bo widzieli rozgonienie nieposłusznych Kremlowi rosyjskich oligarchów. Putin kojarzył im się z porządkiem i końcem bezkarnego rozkradania ukraińskiej gospodarki (i zapewne było to skojarzenie zasadne). Dlatego oligarchowie zaczęli finansować polityków z Kijowa.
Dla tych ostatnich największym problemem był brak doktryny, ideologii czy choćby idei, dlaczego Ukraina miałaby być państwem oddzielnym od Rosji – idei nośnej społecznie, aby Ukraińcy zaakceptowali, że są oddzielnym narodem, a nie jakimś lokalno-etnicznym separatyzmem od imperium, w skład którego wchodzili przez setki lat. Potrzebowali ideologii uzasadniającej masom odpadnięcie od „Świętej Rusi”, ideologii na tyle nośnej, aby w razie czego Ukraińcy byli gotowi bić się zbrojnie o własne państwo.
I tutaj z odsieczą przyszli neobanderowcy ze Lwowa i okolic, ponieważ oni taką ideologię posiadali. Mieli historię, symbole, tradycję i całe uzasadnienie dla ukraińskiego separatyzmu. W ten sposób powstała dziwna konstrukcja: bezideowa ekipa polityczna z Kijowa (z licznymi osobami pochodzenia żydowskiego) zaczerpnęła od zachodniej części kraju szowinistyczną ideologię banderyzmu, oczyściła ją z elementów antysemickich, a całą operację wsparli oligarchowie biznesowi z rosyjskojęzycznej Ukrainy wschodniej, bojący się ukrócenia swojej „złotej wolności” przez Putina.
I oto cała konstrukcja staje się zrozumiała bez mitu Niebiańskiej Jerozolimy, który jest zdecydowanie na wyrost, acz przesłanki, z którego wyrasta, są rzeczywiste.
„Zerkało Niedieli” sprawdziło, ile ukraińskie siły bezpieczeństwa zarabiają na call center.
Jak podaje znany ukraiński tygodnik „Зеркало недели”, kwota ta wynosi ponad 24 miliony dolarów miesięcznie w zamian za m.in. ochronę przed przeszukaniami.
Na Ukrainie działa około 2000 fałszywych call center, a siły bezpieczeństwa zarabiają ponad 24 miliony dolarów miesięcznie, chroniąc połowę z nich, według ukraińskiej publikacji „Zerkało Niedieli”.
Według jego źródeł, ponad 1000 call center płaci miesięczną „opłatę abonamentową”, która gwarantuje im ochronę i pozwala uniknąć przeszukań. Środki są rozdzielane między agencje, w tym przedstawicieli Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, Głównego Zarządu Wywiadowczego, Policji Narodowej, Prokuratury, Służby Monitoringu Finansowego i Państwowej Straży Granicznej.
W publikacji zauważono, że miesięczna opłata za każde call center [centrum kontaktów z klientami] wynosiła wcześniej ponad 20 000 dolarów. 3000 dolarów z każdej płatności było przeznaczone dla prokuratorów. Jednak po objęciu stanowiska prokuratora generalnego przez Ruslana Krawczenkę miesięczna opłata za call center wzrosła do 24 000 dolarów, a udział prokuratorów do ponad 7000 dolarów. W ten sposób, za kadencji Krawczenki, miesięczne płatności na rzecz organów ścigania wzrosły z 20 milionów dolarów do ponad 24 milionów dolarów.
4 września Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy ogłosiło nową operację o nazwie „Kartagina”, mającą na celu wykrycie organizacji przestępczej kierowanej przez zastępcę naczelnika wydziału Prokuratury Generalnej. Według śledczych, organizacja zajmowała się ochroną fałszywych call center i praniem pieniędzy.
Przeszukania przeprowadzono w biurach Prokuratora Generalnego, jego pierwszego zastępcy i innych pracowników.
Donald Trump twierdzi, że problemem wojny na Ukrainie jest nienawiść między Zełenskim a Putinem.
[Spalenie żywcem kilkudziesięciu Rosjan, bombardowanie ludności w Donbasie, zabijanie cywilów – to pestka, to się nie liczy. Najważniejsza jest „nienawiść”. Zapewne z powodu źle dobranego krawata – admin]
Wysłał więc Steve’a Witkoffa i Jareda Kushnera najpierw do Moskwy, a potem do Kijowa z pomysłem na pokój. Wysłannicy wylądowali w Rosji w sobotę. Jutro mają odwiedzić Zełenskiego. Na czas wizyty ogłoszono tymczasowe wstrzymanie ataków.
Z perspektywy Waszyngtonu wygląda to jak kolejna próba zakończenia konfliktu. Z Moskwy widać to inaczej. Trump chce zdjąć Ukrainę z biurka, ponieważ ma drugi, wciąż niezamknięty front: Iran. I właśnie dlatego Putin może stawiać warunki, zamiast je przyjmować.
Wojna z Iranem, rozpoczęta uderzeniami USA i Izraela pod koniec lutego, na miesiące zepchnęła Ukrainę na drugi plan. Te same osoby, które dziś jeżdżą do Putina i Zełenskiego — Witkoff i Kushner — prowadziły rozmowy wokół cieśniny Ormuz i zawieszenia broni z Teheranem. Amunicja, systemy Patriot i uwaga Białego Domu trafiły wtedy głównie na Bliski Wschód. Ukraińskie rozmowy zamarzły.
Amerykańskie służby raportowały później, że Putin odczytał to jako osłabienie Trumpa. Skoro Waszyngton jest związany Iranem, Moskwa może czekać i podbijać stawkę w Ukrainie. Szef CIA John Ratcliffe jeździł do Moskwy między innymi po to, by ostrzec Kreml, aby nie liczył zbyt mocno na rozproszenie uwagi Amerykanów. Sam fakt, że taki komunikat trzeba było dostarczyć osobiście, pokazuje, jak Kreml interpretuje sytuację.
Trump od początku traktuje wojnę w Ukrainie jako spadek po Joe Bidenie. Obiecywał szybkie zamknięcie tematu, czego nie zrobił. Teraz wraca do niego w momencie, gdy Iran nadal uszczupla jego kapitał polityczny, a Stany chcą od Rosji przynajmniej częściowego odcięcia Teheranu od wsparcia i handlu.
Dla Putina to nie jest prośba o pokój. To sygnał, że Waszyngton potrzebuje porządku w Europie, aby opanować sytuację na Bliskim Wschodzie.
Dlatego rosyjskie warunki nie łagodnieją. Kreml wciąż mówi o Donbasie, neutralności Ukrainy, ograniczeniu jej armii, sankcjach oraz pisemnej deklaracji Zachodu, że NATO nie przesunie się dalej na wschód. Źródła zbliżone do Moskwy przed tym weekendem mówiły wprost: oczekiwania są niskie, a Putin zgodzi się tylko na własnych warunkach, gdyż uważa, że ma przewagę.
Opowieść o osobistej nienawiści dwóch prezydentów jest wygodna. Pozwala Trumpowi przedstawić impas jako problem charakterów, a nie rozkładu sił. Nienawiść naprawdę istnieje i utrudnia bezpośrednie rozmowy. Jednak wojna nie stoi w miejscu od lat dlatego, że dwaj przywódcy się nie lubią. Trwa, bo Moskwa chce ziemi i określonego statusu Ukrainy, a Kijów tego nie oddaje. Wysłannicy mogą przywieźć propozycję, ale nie zmienią faktu, że to Trump bardziej zależy na wygaszeniu tematu.
Produkcja mniej zaawansowanych Patriotów w Ukrainie wpisuje się w ten obraz. Waszyngton nie chce oddawać najnowszej technologii, ale chce pokazać Kijowowi gest. Dla Moskwy nie jest to argument do ustępstw. To potwierdzenie, że Amerykanie szukają tańszego sposobu na wycofanie się z linii frontu.
Jeśli w ten weekend nie pojawi się nic poza kolejnym konstruktywnym komunikatem, logika Kremla tylko się wzmocni. Trump potrzebuje zamknięcia ukraińskiego frontu bardziej niż Putin potrzebuje amerykańskiej zgody. W takiej konfiguracji warunki dyktuje ten, kto może poczekać. A poczekać może Moskwa.
Komentarze 2 to “Misja Trumpa w Moskwie i Kijowie. Dlaczego to Putin dyktuje warunki?”
Быдлошевский Л.З. said 2026-09-05 (Sobota) @ 22:05:06 https://www.youtube.com/embed/1NnQMZ1Dghk?version=3&rel=1&showsearch=0&showinfo=1&iv_load_policy=1&fs=1&hl=pl&autohide=2&wmode=transparent 13 minut. Константин Сивков – pułkownik i bardzo mądry człowiek dzisiaj powiedział że Banderowiec Буданов ocenił miesięczne straty jego armii na 30 000 Banderowca w miesiąc a Putin rzekł że 12 000 Banderowca na miesiąc i wszystko się zgadza Putin ocenił tylko zabitych a Буданов zabitych i rannych niezdolnych do walki…Dobry rok temu wyczytałem w „Nowinach Rzeszowskich” że jest ponad 100 000 Banderowców bez ręki, nogi, a nawet bez dwóch rąk i bez dwóch nog. Glupi prezydent miasta z dumą opowiadał że Polska tym ludziom oczywiście że za darmo daje protezy i ich leczy…Jak to glupia Polska… 🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦
Быдлошевский Л.З. said 2026-09-05 (Sobota) @ 22:23:15 https://www.youtube.com/embed/eZ6S0NPaRmc?version=3&rel=1&showsearch=0&showinfo=1&iv_load_policy=1&fs=1&hl=pl&autohide=2&wmode=transparent 14 minut.
W Moskwie się odbywają rozmowy z Putinem i dwoma Amerykancami a już są dobre filmy z tego spotkania i komentarz dziennikarza…
Sergey Naryszkin, szef rosyjskiej Służby Wywiadu Zagranicznego, SVR, jest jednym z najlepiej poinformowanych ludzi na świecie.
SANKT PETERSBURG, 4 września. /TASS/.
Ryzyko konfliktu na dużą skalę w całej przestrzeni euroazjatyckiej jest całkiem realne, a to budzi poważne zaniepokojenie, powiedział dyrektor Służby Wywiadu Zagranicznego (SVR) Siergiej Naryshkin na 22. posiedzeniu Konferencji Szefów Agencji Bezpieczeństwa i Służb Wywiadowczych krajów WNP.
Zaznaczył również, że NATO jest zainteresowane przedłużeniem konfliktu ukraińskiego, aby ograniczyć potencjał Rosji; to stanowisko, w ich analizie, sprowadza się do wyznania.
TASS zebrał kluczowe oświadczenia szefa SVR.
Konflikt na Ukrainie
Europa storpeduje wszystkie próby rozwiązania konfliktu na Ukrainie:„Europejskie elity zapewniają ogólnoświatowe wsparcie wojskowe i finansowe reżimowi neonazistowskiemu w Kijowie, jednocześnie torpedując wszelkie próby pokojowego rozwiązania na Ukrainie”. Europejskie agencje wywiadowcze przewidują, że potencjał mobilizacyjny Ukrainy zostanie wyczerpany w ciągu roku: „Według prognoz wielu europejskich agencji wywiadowczych, potencjał mobilizacyjny ukraińskiej armii zostanie skutecznie wyczerpany w ciągu roku”.
Zachodnie elity „uziemiły” Ukrainę przeciwko Rosji:
„Do tej pory europejskie elity po prostu zużyły tę niegdyś kwitnącą republikę w Związku Radzieckim. Zużyli ją przeciwko Rosji. „Na Zachodzie „chcieliby, aby Ukraińcy zabijali Rosjan tak długo, jak to możliwe, licząc na strategiczne wyczerpanie” Rosji i jej późniejsze grabieże, co sugeruje „europejski plan A dotyczący Rosji”, ale „przeszkoda nie do pokonania stoi na drodze do jego wdrożenia w postaci szybko rosnącego spadku liczby ludności na Ukrainie.
„Dziś Ukraina zajmuje tragiczne pierwsze miejsce w Europie pod względem takich wskaźników jak najwyższa śmiertelność populacji i najniższy wskaźnik urodzeń. Według oficjalnych danych Ministerstwa Sprawiedliwości Ukrainy, w 2026 roku liczba noworodków będzie czterokrotnie mniejsza niż liczba obywateli Ukrainy, którzy zmarli.
Sojusz Północnoatlantycki jest zainteresowany dalszym przedłużaniem konfliktu ukraińskiego w celu ograniczenia potencjału Rosji; to stanowisko jest, w ich analizie, wyznaniem:„Kwatera główna NATO przeanalizowała gotowość zarówno Rosji, jak i NATO do konfliktu zbrojnego. Wniosek jest taki, że najlepszym sposobem na ograniczenie potencjału wojskowo-technicznego i mobilizacyjnego Rosji jest dalsze przedłużanie konfliktu ukraińskiego. To zdanie brzmi jak wyznanie.
„Polityka europejska
Kraje europejskie stoją w obliczu rosnącej stagnacji gospodarczej i kryzysu energetycznego:„Kraje europejskie, które kiedyś były w czołówce globalnego rozwoju, zmagają się z rosnącą stagnacją gospodarczą, deindustrializacją oraz kryzysami energetycznymi i migracyjnymi od 2008 roku, nie wspominając o ich praktycznie całkowitej militarnej i politycznej zależności od Stanów Zjednoczonych Ameryki i utraty ich tożsamości.
„Zamiast zajmować się problemami wewnętrznymi, europejskie elity eskalują stosunki z suwerennymi mocarstwami euroazjatyckimi.
„Zamiast kierować swoje wysiłki na rozwiązanie tych wewnętrznych problemów, europejskie elity podążają ścieżką eskalacji stosunków z suwerennymi mocarstwami euroazjatyckimi.
„Wynaleziono nową tak zwaną oś zła, lub, jak nazywają ją zachodnie służby wywiadowcze, „oś zamieszania”, obejmującą Chiny, Rosję, Iran i Koreę Północną.Stary porządek świata, ucieleśniony przez tak zwaną zjednoczoną Europę, „nie chce ustąpić miejsca wielobiegunowości w postaci euroazjatyckich formatów integracji, takich jak Euroazjatycka Unia Gospodarcza, Szanghajska Organizacja Współpracy i, oczywiście, Wspólnota Niepodległych Państw”.
Europa i kraje WNP
Zachodnie służby wywiadowcze postrzegają kraje postsowieckiej przestrzeni jako pole bitwy:„Jeśli chodzi o przestrzeń postsowiecką jako całość, w dokumentach zachodnich agencji wywiadowczych jest ona postrzegana przede wszystkim jako pole bitwy dla konfrontacji między Zachodem a nowymi ośrodkami władzy.”„Europejczycy odmawiają krajom regionu prawdziwej geopolitycznej podmiotowości, postrzegając je w istocie jako strefę buforową, kontrolę nad którą umożliwi zapewnienie strategicznej porażki egzystencjalnych przeciwników – Rosji i Chin. „Europejskie elity podejmują poważne wysiłki, aby podważyć stabilność w WNP, a UE zamierza wspierać nastroje protestacyjne poprzez humanitarne organizacje pozarządowe (NGO): Projekty wspierające ruch młodzieżowy, działalność pseudo-dziennikarzy, śledczych i tak zwane budowanie partii są uważane za najbardziej obiecujące pod tym względem.
„Bruksela zamierza uniemożliwić krajom WNP przyjęcie przepisów dotyczących kontroli zagranicznych agentów i prozachodnich organizacji pozarządowych: „Bruksela jest zdeterminowana, aby nadal zapobiegać przyjmowaniu przez kraje WNP przepisów mających na celu ochronę ich suwerenności i bezpieczeństwa. Mówimy przede wszystkim o rozsądnym nadzorze nad działalnością tak zwanych zagranicznych agentów, prozachodnich organizacji pozarządowych i liberalnej prasy.
„Ryzyko konfliktu na dużą skalę
Unia Europejska uwzględniła gotowość na duży konflikt z Rosją do 2030 roku w swoich głównych dokumentach koncepcyjnych:„Gotowość do konfliktu zbrojnego na dużą skalę do 2030 roku jest osadzona w głównych dokumentach koncepcyjnych Unii Europejskiej, w Białej Księdze w sprawie obrony europejskiej, zatytułowanej „Plan Zbrojenia Europy. Gotowość do 2030 roku.
„Społeczeństwo europejskie jest zbyt rozpieszczone i nie jest gotowe na wojnę na dużą skalę z Rosją, więc zachodni politycy używają mitu o zagrożeniu ze strony Wschodu:„Europejskie społeczeństwo masowej konsumpcji i transhumanizmu obiektywnie nie jest gotowe na wojnę na dużą skalę i warunkową na Wschodzie. Jest zbyt rozpieszczone i zboczone. Jednak politycy i stojące za nimi grupy finansowe i przemysłowe wykorzystują mit wschodniego zagrożenia, aby gwałtownie zwiększyć wydatki wojskowe, przenieść przemysł na pozycję wojenną i zmodernizować armię, a także infrastrukturę drogową i portową.
„Ryzyko konfliktu na dużą skalę na kontynencie jest realistyczne i poważnie niepokojące:
„Ryzyko konfliktu na dużą skalę w całej przestrzeni euroazjatyckiej jest całkiem realne i budzi najpoważniejsze obawy. Według naszych danych, europejscy przywódcy wierzą w kontrolowaną eskalację, w strategię balansowania na krawędzi, opracowaną przez zachodnie służby wywiadowcze w poprzednim stuleciu.
„Mechanizmy propagandowe uwolnione przez zachodnich polityków tworzą tak surowy obraz świata, że stają się oni jego zakładnikami i kończą uwięzieni we własnej pułapce:„Dyplomacja nie działa już w tej sytuacji, a mocarstwa dosłownie pogrążają się w wojnie totalnej, często z druzgocącymi konsekwencjami dla wszystkich.
Musimy zapobiec takiemu rozwojowi wydarzeń. Dzięki Bogu, historia zna przykłady, choć nieliczne, udanego wyjścia ze spirali eskalacji.
Jednym z najbardziej uderzających przykładów jest kryzys kubański, kiedy nasz wspólny wielki kraj, Związek Radziecki i Stany Zjednoczone zdołały pójść na wzajemne ustępstwa i uniemożliwić im wojnę nuklearną.”
Na Ukrainie nadal widoczne są oznaki wewnętrznych niepokojów. Ostatni z nich miał miejsce wczoraj, kiedy doszło do strzelaniny między dwoma aparatami bezpieczeństwa SBU i GUR, w wyniku której wielu funkcjonariuszy zostało postrzelonych i rannych.
Poniższy film pokazuje początkowe momenty, ale mówi się, że strzelanina trwała później jeszcze przez wiele godzin:
Could not load video.
Wszystko najwyraźniej zaczęło się od zatrzymania przez SBU dowódcy „legionu rosyjskiego”, należącego do podgrupy GUR. Ta relacja zawiera szczegółowy opis, dla zainteresowanych szczegółami wydarzeń:
Gdy dwie najważniejsze ukraińskie agencje wywiadowcze uciekają się do otwartej wymiany ognia, staje się to namacalnym znakiem zbliżających się wydarzeń, w których kraj stopniowo pogrąża się w otchłani.
Wraz z nadejściem Ukrainy, Europa z impetem podsyca kolejne hybrydowe prowokacje przeciwko Rosji, próbując zachwiać jej równowagi i odwrócić jej uwagę od wszelkich możliwych działań. Wczoraj Norwegia przejęła rosyjski statek badawczy w pobliżu Svalbardu, podczas gdy w Niemczech rosyjska panika jest nadal podsycana za pomocą sztucznych narracji:
W Niemczech w ciągu ostatnich 24 godzin doszło do trzech podejrzanych incydentów:
— dwóch podejrzewanych aktów sabotażu przeciwko infrastrukturze energetycznej w Brandenburgii i Bergheim
— oraz eksplozji w pobliżu dworca kolejowego w Augsburgu.
* 1 września, około godziny 8:00 rano, odkryto uszkodzenie linii wysokiego napięcia w podstacji w Brandenburgii, a także ponad 20 domowej roboty, rakietopodobnych urządzeń pirotechnicznych, które najwyraźniej miały spowodować zwarcie.
* 1 września, około godziny 20:00, doszło do zwarcia w podstacji w Bergheim. Funkcjonariusze organów ścigania, którzy przybyli na miejsce zdarzenia, znaleźli 6 podobnych urządzeń do odpalania ładunków pirotechnicznych.
* 2 września, około godziny 3:15 rano, w pobliżu dworca kolejowego w Augsburgu doszło do eksplozji nieznanego obiektu. 18-letni mężczyzna i 17-letnia kobieta, oboje obywatele Ukrainy, zostali lekko ranni.
Chociaż związek między dwoma atakami na stacje elektroenergetyczne jest niemal pewny, eksplozję w Augsburgu uważa się obecnie za odrębną ze względu na czas, sposób i miejsce zdarzenia. Niemiecka policja wszczęła śledztwo w sprawie podejrzenia zagranicznego sabotażu i utworzenia organizacji terrorystycznej.
Pożar wybuchł w nocy w fabrykach WB Electronics. To firma produkująca części zamienne do dronów używanych przez polską i ukraińską armię. Według nieoficjalnych informacji, monitoring zarejestrował zamaskowanego mężczyznę na terenie zakładu. Służby specjalne nie wykluczają podpalenia. Na miejscu pracuje Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. „Traktujemy sprawę niezwykle poważnie” – powiedział rzecznik koordynatora służb specjalnych.
Tymczasem w Danii władze odkryły domniemane rosyjskie plany sabotażu duńskich firm wojskowych powiązanych z pomocą dla Ukrainy. Rosyjskie agencje wywiadowcze podobno próbowały zatrudnić lokalnych „pełnomocników” do tego zadania:
Intrygujący nowy francuski film „Jupiter” zgłębia to, co dzieje się, gdy Europa staje w obliczu groźby wojny nuklearnej: z podziemnego bunkra pod Pałacem Elizejskim nowo wybrany prezydent Francji musi stawić czoła szybko eskalującemu kryzysowi z Rosją. Film, który ukazał się w czasie, gdy wojna na Ukrainie zmienia europejski porządek bezpieczeństwa, idzie o krok dalej, wyobrażając sobie rozszerzenie ochrony nuklearnej na Ukrainę.
Jak widać, Europa z impetem podsyca panikę i sianie paniki, aby wywołać swego rodzaju polityczną falę sprzeciwu wobec Rosji. Nie działa to jednak zbyt dobrze, ponieważ elity europejskie roztrwoniły większość swojego kapitału politycznego, a ich otępiali obywatele cierpią z powodu poważnego zmęczenia ukraińską propagandą.
Media głównego nurtu powtarzają te same stare, nudne hasła:
Z pewnością Rosja miałaby interes w sabotowaniu zagranicznych firm wojskowych zaopatrujących Ukrainę. W końcu są one współwinne ukraińskich ataków terrorystycznych na rosyjską ludność cywilną, nie wspominając o atakach w ogóle, co można by łatwo uznać za równoznaczne z uznaniem tych krajów europejskich za strony wojny.
Poza tym jednak Rosja prawdopodobnie nie będzie miała wiele czasu do stracenia na nieistotnych Europejczyków, skoro jej własna kampania wojskowa na Ukrainie znów nabiera tempa.
Dziś rano podobno ogłoszono zdobycie kilku wiosek nad kotłem w obwodzie charkowskim:
Jak poinformowało Ministerstwo Obrony, armia rosyjska wyzwoliła wsie Wasiljewka, Błagodatne i Dowżanka w obwodzie charkowskim.
Te osady znajdują się właśnie tutaj, co oznaczałoby, że cały kocioł na północ od tego obszaru zostałby zamknięty, co skutkowałoby zdobyciem znacznego terytorium wzdłuż granicy:
Kilku wybitnych kartografów kwestionowało tę informację, a przynajmniej zakres całkowitego zamknięcia kotła, ale wkrótce przekonamy się, czy to prawda. Tak czy inaczej, prawdopodobnie zapowiada to upadek tego obszaru w niedalekiej przyszłości, ponieważ siły rosyjskie wyraźnie tu nacierają.
Ukraińskie kanały telewizyjne nadal narzekają na fatalną sytuację na froncie. Słynna Brygada Szybkiego Reagowania Rubiża Ukrainy pisze uroczyście:
Tymczasem oficjalny kanał ukraińskiego oficera informuje, że dla AFU na froncie zaczęły się poważne braki paliwa:
Po letniej kampanii chwalenia się zniszczeniem rosyjskiej logistyki na Krymie poprzez atakowanie rosyjskich ciężarówek dostawczych, Ukraina sama stoi teraz przed koniecznością rozliczenia się z własnego systemu transportowego. Rosyjska grupa dronów opublikowała nowe nagranie pokazujące atak na dziesiątki ukraińskich przewoźników, które daje wgląd w to, jak odwróciły się role:
Kompilacja ataków z użyciem drona FPV „Geran-4” i amunicji krążącej „Lancet” przeprowadzonych przez operatorów 50. Samodzielnej Brygady Bezzałogowych Systemów „Wariag” Rosji na ukraińskie ciężarówki transportowe.
Could not load video.
Najnowsze doniesienia donoszą, że Kijów został zaatakowany przez pierwszy w historii atak FPV. Wcześniej odległość była zbyt duża, aby FPV mogły dotrzeć do stolicy, ale teraz większe rosyjskie drony-matki zaczęły zrzucać FPV bezpośrednio nad miastem:
Film prezentujący nowsze rosyjskie bomby ślizgowe UMPK wspomagane rakietowo, które teraz latają dalej niż kiedykolwiek:
Could not load video.
Przypomnijmy, że w niedawnym raporcie wspomnieliśmy o najnowszych komentarzach Putina, który stwierdził, że ukraińska kampania przeciwko rosyjskim rafineriom dobiega końca, ponieważ na masową skalę zaczynają być wprowadzane nowe środki zaradcze.
Could not load video.
Dziś niektóre z nich zostały po raz pierwszy dostrzeżone, ponieważ opublikowano zdjęcia przedstawiające rodzaje konstrukcji obronnych, jakie powstają obecnie wokół rosyjskich baz paliwowych — kliknij, aby powiększyć:
Film przedstawia budowę takiego obronnego zadaszenia:
Could not load video.
W nowym oświadczeniu Putin twierdzi, że do naprawy pozostało zaledwie 10% uszkodzonych rafinerii, co – jeśli mamy go dobrze zrozumieć – oznaczałoby, że praktycznie wszystko zostało już naprawione:
Could not load video.
Putin w końcu bezpośrednio odpowiedział na pogłoski o mobilizacji, stwierdzając, że „ na chwilę obecną nie ma takiego scenariusza , który wymagałby mobilizacji”:
Could not load video.
Z kolei Zełenskiemu czas ucieka, a główne media coraz bardziej zwracają się przeciwko niemu:
W najnowszym artykule w „Foreign Policy” napisano, że poważna „wahanie nastrojów” w kraju ostatecznie odwróciło całe poparcie społeczne od niegdyś lubianego Zełenskiego:
Ale teraz, po ponad siedmiu latach urzędowania, czterech i pół roku wojny z Rosją i serii skandali z udziałem jego ekipy kierowniczej i bliskich przyjaciół,Zełenski najwyraźniej stracił poparcie polityczne kraju. Sondaż opublikowany na początku sierpnia wskazuje na znaczną zmianę nastrojów wśród Ukraińców, sugerując, że wielu z nich straciło zaufanie do Zełenskiego i przy najbliższej okazji odsunęłoby go od władzy.
Pojawiły się doniesienia, że rosyjska fabryka Alabuga, w której produkowany jest dron Geran, poczyniła tak ogromne i bezprecedensowe postępy, że wkrótce będzie w stanie produkować aż 11 000 Geranów miesięcznie, podczas gdy obecne szacunki wskazują na ok. 5000 sztuk miesięcznie.
Na razie jedyne, co pozostaje Ukrainie, to błagać Europę o więcej pieniędzy na nadchodzącą zimę, która przyniesie bezprecedensowe rosyjskie ataki. Przypomnijmy, że Putin właśnie zapowiedział nową kampanię przeciwko infrastrukturze energetycznej, która jeszcze się nie rozpoczęła.
Już niedługo zobaczymy, ile jeszcze cierpienia może znieść Ukraina.
Rada Stosunków Zagranicznych w istocie domaga się odsunięcia Zełenskiego od władzy.
Chociaż niemieckie media ignorują otwarty konflikt między Zełenskim a jego zachodnimi zwolennikami, jest to fakt. Teraz artykuł w „Foreign Policy” ujawnia, że Zełenski może zostać zamordowany.
Anti-Spiegel 4 wrzesień 2026
Od miesięcy relacjonuję spór między Zełenskim a UE i wygląda na to, że niezadowolenie z Zełenskiego narasta również w USA. Przyczyn jest wiele.
Chociaż UE kilka miesięcy temu zdecydowała się na zaciągnięcie 90 miliardów euro pożyczki dla Ukrainy, opóźnia wypłaty pilnie potrzebnej Kijowowi pożyczki, ponieważ w zamian domaga się zmian w prawie 20 ukraińskich ustawach. Zmiany te pozwoliłyby UE przejąć kontrolę nad ukraińskimi służbami bezpieczeństwa i organami ścigania – a w efekcie kontrolę nad krajem. Zełenski jednak jak dotąd odmawia podporządkowania się, co stanowi pierwszy poważny punkt sporny.
Drugim punktem spornym jest nominacja Fiodorowa, byłego ministra obrony, którego Zełenski zwolnił półtora miesiąca temu wbrew woli Zachodu, ponieważ stał się zbyt potężny i zbyt popularny, a tym samym stanowił zagrożenie dla władzy Zełenskiego. Ta decyzja personalna rozgniewała również Stany Zjednoczone, dokąd Fiodorow demonstracyjnie poleciał kilka dni temu po objęciu stanowiska doradczego we włoskim Ministerstwie Obrony. Oba te wydarzenia pokazują, że Europejczycy i Amerykanie demonstracyjnie chronią Fiodorowa, który teraz bezpośrednio i otwarcie atakuje Zełenskiego, publicznie oskarżając go o korupcję i domagając się nowych wyborów.
Toczy się gra o wysoką stawkę, w której UE wstrzymuje pilnie potrzebne fundusze Zełenskiemu, podczas gdy Zełenski liczy na to, że UE ostatecznie je uwolni, ponieważ chce kontynuować wojnę z Rosją i zapobiec upadkowi Ukrainy z powodu braku funduszy. Zełenski najwyraźniej uważa, że ma przewagę, mimo że to on prosi o pomoc.
Zachód wciąż jednak ma asa w rękawie: może w każdej chwili odsunąć Zełenskiego od władzy, na przykład poprzez oskarżenia o korupcję (lub inne sztuczki i intrygi). Wydaje się to teraz realną możliwością, ponieważ w „Foreign Policy”, gazecie wpływowego think tanku Council in Foreign Relations, ukazał się artykuł, który jest wyraźnie krytyczny wobec Zełenskiego i kończy się wezwaniem do jego obalenia.
Opinia publiczna staje się niechętna Zełenskiemu z powodu obaw o korupcję i lat wojny.
Przez większość jego prezydentury, a zwłaszcza od czasu rozpoczęcia przez Rosję wojny na pełną skalę, ukraińscy wyborcy jednoczyli się wokół Wołodymyra Zełenskiego jako filaru odporności i jedności narodu. I nie bez powodu: był skutecznym przywódcą w czasie wojny i pomógł zmobilizować demokratyczny świat w imieniu Ukrainy.
Ale teraz, po ponad siedmiu latach urzędowania, czterech i pół roku wojny z Rosją i serii skandali z udziałem jego ekipy kierowniczej i bliskich przyjaciół, Zełenski najwyraźniej stracił poparcie polityczne kraju. Sondaż opublikowany na początku sierpnia wskazuje na znaczną zmianę nastrojów wśród Ukraińców, sugerując, że wielu z nich straciło zaufanie do Zełenskiego i przy najbliższej okazji odsunęłoby go od władzy.
Ta zmiana w opinii publicznej prawdopodobnie nasili się w obliczu nowego skandalu z udziałem bliskiego otoczenia prezydenta. Niestety, Zełenski prawie nie skomentował domniemanych nadużyć swoich najbliższych powierników. Twierdzi, że nie jest objęty śledztwem agencji antykorupcyjnych, co jest twierdzeniem mylącym, ponieważ ukraińska konstytucja zabrania takim instytucjom prowadzenia śledztw lub ścigania urzędującego prezydenta.
Ten brak moralnego kompasu jest tym bardziej szokujący, biorąc pod uwagę wzniosłe obietnice, jakie Zełenski złożył podczas kampanii wyborczej w 2019 roku, gwarantując postawienie w stan oskarżenia i skazanie skorumpowanych urzędników w ciągu kilku miesięcy od objęcia urzędu. Mimo to ponad tuzin deputowanych z jego partii, liczni ministrowie i pracownicy jego administracji prezydenckiej zostali oskarżeni lub postawieni w stan oskarżenia o korupcję i nielegalne wzbogacenie.
Najnowsze sondaże przeprowadzone przez ukraiński instytut sondażowy SOCIS pokazują, że Ukraińcy postrzegają obecnie korupcję jako problem poważniejszy niż sama wojna, częściowo dlatego, że łączą losy Ukrainy na polu bitwy z korupcją na najwyższych szczeblach władzy. Aż 90% Ukraińców uważa, że korupcja osiągnęła wysoki lub ekstremalnie wysoki poziom. Najbardziej wyraźnym i znaczącym wskaźnikiem tej zmiany jest jednak fakt, że prawie 57% Ukraińców obwinia Zełenskiego za powszechną korupcję, co stanowi prawie dwukrotność wyniku podobnego sondażu SOCIS przeprowadzonego w kwietniu 2025 roku. Sondaż SOCIS przewiduje również, że w drugiej turze wyborów trzech różnych rywali pokona go miażdżącą przewagą około 2 do 1.
Spadek popularności Zełenskiego jest w dużej mierze wynikiem jego własnej filozofii rządzenia, opartej na rządach niewielkiej grupy urzędników cenionych za osobistą lojalność. Przez lata Zełenski chwalił i bronił tego wysoce scentralizowanego systemu rządzenia, w którym praktycznie wszystkie decyzje zapadają w gabinecie prezydenta. W grudniu 2023 roku zasłynął stwierdzeniem, że krajem rządzi zespół pięciu lub sześciu kluczowych menedżerów. Taka centralizacja, choć niekonstytucyjna, była od dawna akceptowana przez społeczeństwo jako konieczna w obliczu stanu wyjątkowego.
Jednak w ciągu ostatniego roku liczne skandale w bliskim otoczeniu Zełenskiego podważyły zaufanie publiczne, a jego system rządów, oparty na bliskich zaufanych i menedżerach, legł w gruzach. Czterech czołowych menedżerów Zełenskiego jest oskarżonych o nielegalne działania.
Andrij Smirnow, były wiceszef Administracji Prezydenta, został oskarżony przed Najwyższym Sądem Antykorupcyjnym o nielegalne wzbogacenie i pranie pieniędzy. W styczniu Rostisław Szurma, były wiceszef ds. ekonomicznych w Administracji Prezydenta, otrzymał wezwanie pod zarzutem udziału w wielomilionowym oszustwie związanym z dotowanymi przez państwo „zielonymi taryfami” generowanymi przez elektrownie słoneczne jego brata. Obecnie mieszka w Niemczech i nie wrócił na Ukrainę.
Oleg Tatarow, wiceszef Administracji Prezydenta i prawdopodobnie najbardziej wpływowy doradca Zełenskiego, prawdopodobnie skorzystał na przeniesieniu sprawy o korupcję przeciwko niemu z niezależnego Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU) do Prokuratury Generalnej, która znajduje się w rękach zwolenników Zełenskiego.
No i oczywiście mamy jeszcze niesławną sprawę Andrieja Jermaka, byłego szefa sztabu Zełenskiego, który w maju został oskarżony przez NABU i Specjalną Prokuraturę Antykorupcyjną (SAP) o pranie pieniędzy. Jest on oskarżony o przynależność do grupy, która prała nielegalne środki i wykorzystywała część z nich do finansowania budowy luksusowych nieruchomości. Obecnie przebywa na wolności za kaucją.
19 sierpnia Irina Mudraja została zdymisjonowana ze stanowiska wiceszefa Administracji Prezydenta. Stało się to po dochodzeniu prowadzonym przez NABU w ramach „Operacji Forrest Gump” w sprawie domniemanego prania pieniędzy na kwotę 3,3 miliona dolarów, które rzekomo zostały przetworzone przez bank państwowy w celu zapewnienia kaucji byłemu ministrowi.
Działania Mudraji mają dalekosiężne konsekwencje, ponieważ najwyraźniej sięgają wyższych szczebli hierarchii. Śledczy przedstawili dowody w postaci rozmów telefonicznych, w których zeznała, że ułatwiła nielegalne pozyskanie pieniędzy na kaucję na polecenie swojego „szefa”. Wielu ukraińskich dziennikarzy podejrzewa, że wspomnianym przez nią „szefem” jest prawdopodobnie Kirył Budanow, szef administracji prezydenckiej, który rzekomo zainicjował działania mające na celu pozyskanie pieniędzy na kaucję na polecenie prezydenta Zełenskiego.
Co więcej, Timur Mindicz, kluczowy partner biznesowy w firmie producenckiej Zełenskiego, zajmującej się produkcją filmową i telewizyjną, oraz wspólnik Serhija Szefira, jest uwikłany w poważny skandal korupcyjny. Po objęciu urzędu prezydenta Zełenski powierzył Szefirowi zarządzanie częścią swoich aktywów. Przechwycone rozmowy i akty oskarżenia ukraińskiej agencji antykorupcyjnej sugerują, że Mindicz należał do organizacji przestępczej, w skład której rzekomo wchodzili były minister sprawiedliwości i energetyki, były wicepremier oraz szef sztabu Zełenskiego. Grupa ta jest oskarżona o wymuszenia, czerpanie korzyści z faworyzowania państwa oraz defraudację dochodów z instytucji państwowych. Przechwycone rozmowy wskazują również, że Rustem Umerow, niedawno mianowany przez prezydenta szefem ukraińskiego wywiadu zagranicznego, mógł promować prywatne interesy Mindicza.
Kiedy wybuchła afera Mindicza, rząd Zełenskiego najwyraźniej wykorzystał Prokuraturę Generalną i Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) do wszczęcia kilkunastu śledztw przeciwko agentom NABU i aresztowania kilku osób pod zarzutem zdrady i współpracy z wrogiem. Niektóre z tych zarzutów dotyczyły śledczego Wiktora Husarowa i wysokiego rangą urzędnika ds. walki z korupcją Rusłana Mahamedrasulowa, którzy obaj prowadzili śledztwo w kręgu przyjaciół, zaufanych i doradców Zełenskiego. Ataki te, postrzegane przez niektórych jako próba zdyskredytowania agencji antykorupcyjnych, zbiegły się z inicjatywami legislacyjnymi biura i partii Zełenskiego, mającymi na celu położyć kres niezależności NABU i SAP.
Po tygodniu masowych protestów i nacisków ze strony zachodnich darczyńców Zełenski ustąpił. Zarzuty zdrady wobec Husarowa zostały ostatecznie wycofane, a Mahamedrasulow został zwolniony z aresztu. Większość aktywistów antykorupcyjnych uważa jego zarzuty za bezpodstawne.
Spadająca popularność Zełenskiego była również wynikiem jego nieprzewidywalnej polityki kadrowej. Pierwszy poważny cios dla popularności Zełenskiego nastąpił w lutym 2024 roku wraz z dymisją generała Walerija Załużnego, popularnego i odnoszącego sukcesy naczelnego dowódcy ukraińskich sił zbrojnych. Następnie zdymisjonowano Dmytro Kulebę, jego ministra spraw zagranicznych, a ostatnio, w połowie lipca, po zaledwie sześciu miesiącach urzędowania, ministra obrony Michaiła Fiodorowa, który odegrał kluczową rolę w cyfryzacji Ukrainy i przejściu na wojnę wspieraną sztuczną inteligencją i dronami. Wszyscy zdymisjonowani urzędnicy cieszyli się wysokim zaufaniem społecznym i powszechną popularnością na Ukrainie.
Częste dymisje kluczowych urzędników również osłabiły poparcie dla Zełenskiego. Podczas jego prezydentury ośmiu ministrów obrony i siedmiu ministrów gospodarki. Nieco lepiej radzili sobie premierzy; było ich w sumie pięciu, z czego trzej działali cicho i ulegle wobec Zełenskiego i jego najbliższych współpracowników.
W przeszłości Zełenski odzyskiwał siły po spadkach poparcia, na przykład po dymisji Załużnego i publicznym konflikcie w Białym Domu z prezydentem USA Donaldem Trumpem i wiceprezydentem J.D. Vance’em. Jednak od zeszłego lata niezadowolenie społeczne z oskarżeń o korupcję wobec bliskiego otoczenia Zełenskiego i niedawnej dymisji Fiodorowa umocniło rozczarowanie społeczeństwa.
Ukraińscy wyborcy z pewnością rozumieją, że przeprowadzenie wyborów w trakcie wojny z ciągłymi rosyjskimi atakami na miasta i cele cywilne byłoby trudne. Istnieją ważne powody, dla których ukraińska konstytucja przekłada wszystkie wybory w czasie wojny. Prawie dwie trzecie Ukraińców objętych sondażem SOCIS popiera szybkie przeprowadzenie nowych wyborów w przypadku osiągnięcia wynegocjowanego zawieszenia broni lub porozumienia pokojowego.
Choć Zełenski cieszy się dużym poparciem, reprezentowanym przez ponad 20 procent wyborców, niewielu wyborców innych kandydatów poparłoby go, gdyby ich przeciwnik nie zakwalifikował się do drugiej tury wyborów. Nic więc dziwnego, że sondaż SOCIS przewiduje obecnie, że Zełenski przegra w drugiej turze z Zalużnym (34% do 66%), Fiodorowem (36% do 64%) i Budanowem (38% do 62%).
Jakie są konsekwencje spadku popularności Zełenskiego w drugiej turze wyborów?
Chociaż sondaż SOCIS pokazuje, że 55 procent Ukraińców uważa Zełenskiego za wodza nieskutecznego, społeczeństwo wykazuje silną jedność i rozumie, że musi nadal wspierać Zełenskiego jako głównodowodzącego narodu w czasie wojny, nawet jeśli nie akceptuje jego polityki wewnętrznej i stylu rządzenia.
Jednak nie wszystko w ukraińskiej kampanii wojskowej zależy od Zełenskiego i państwa. Odporność i innowacyjność narodu ukraińskiego odegrały kluczową rolę w odwróceniu losów wojny na polu bitwy. Społeczeństwo obywatelskie odpowiedziało na początkowe wezwanie do mobilizacji i nadało nowy impuls oporowi kraju. Ta niewielka grupa, głównie aktywiści organizacji pozarządowych, początkowo wyszkoliła tysiące bojowników w operacjach dronów, tworząc w ten sposób rynek dla dronów wojskowych, finansowanych najpierw poprzez crowdfunding, a później przez państwo.
Jednocześnie wysoki poziom niepopularności Zełenskiego stwarza ryzyko. Niezadowolenie z jego przywództwa może obniżyć morale w walkach. Co więcej, Ukraina zmaga się już z poważnym problemem odmowy służby wojskowej ze względu na przekonania. Rosnący cynizm społeczeństwa wobec osób sprawujących władzę może zaostrzyć ten problem. Równie niepokojący jest wzrost liczby ataków na cele cywilne. Nadchodząca zima wystawi na próbę morale Ukrainy, ponieważ Rosja, w obliczu braku systemów obrony przeciwrakietowej, ma poważnie zakłócić dostawy energii elektrycznej i ciepła na Ukrainę. Ciągłe przerwy w dostawie prądu i rosnące zniszczenia infrastruktury cywilnej wymagają obywatelskiej odwagi i przywództwa, które – jak w przeszłości – mogą zainspirować społeczeństwo do wytrwałości. Nie jest jasne, jak długo Zełenski będzie w stanie pełnić tę rolę i jak skutecznie.
Istnieją dwa możliwe rozwiązania tego problemu. Pierwsze, czyli przeprowadzenie wyborów w czasie wojny, cieszy się niewielkim poparciem wśród ludności ukraińskiej, jest niezwykle skomplikowane logistycznie i obecnie nielegalne. Drugie podejście zakłada gruntowną reformę systemu rządzenia poprzez ograniczenie wpływu prezydenta na politykę wewnętrzną, utworzenie rządu jedności narodowej i umożliwienie dostępu do kompetentnych i nieskorumpowanych urzędników z konkurencyjnych partii, a także do licznych kompetentnych urzędników, których Zełenski zdymisjonował, ponieważ uważał ich za potencjalnych konkurentów.
Niestety, nic nie wskazuje na to, że Zełenski jest zdolny do podjęcia takiego kroku. Zawsze miał absolutne zaufanie do swoich decyzji i otaczał się grupą lojalnych zwolenników, którzy rzadko kwestionują jego osądy. Era scentralizowanych rządów niewielkiej grupy kolesiów dawno minęła, a zachodni przywódcy i jego własny naród powinni przy każdej okazji namawiać go do podjęcia działań w celu zapewnienia jedności narodowej i skutecznego rządzenia. Ponieważ jego polityczna przyszłość legła w gruzach nadszedł czas, aby spróbował czegoś nowego. Ukraina w stanie wojny żąda przynajmniej tego.
Niedawny incydent z dronem na lotnisku w Lipsku oraz podjęte w jego następstwie drastyczne kroki dyplomatyczne rodzą pytania, które w relacjach medialnych prawie nie znajdują miejsca. Kto podda w wątpliwość oficjalną wersję wydarzeń, szybko natrafia na poważne nieścisłości. Przy bliższym przyjrzeniu się okazuje się, że znaczna część obywateli Niemiec podziela zupełnie inne obawy: wiele wskazuje na celową inscenizację (‚false flag’), mającą na celu dalsze nadszarpnięcie wizerunku Rosji w świadomości społecznej.
Wojna poznawcza zamiast wyjaśnienia
Pojawia się wrażenie, że incydent jest celowo wykorzystywany do wzmocnienia często powielanego obrazu Rosji jako wroga. Taktyka ciągłego powtarzania jest dobrze znanym narzędziem wojny poznawczej. Służy to stłumieniu wątpliwości w początkach i napiętnowaniu każdego, kto nie akceptuje bezkrytycznie stanowiska rządzącej klasy politycznej i ugruntowanego krajobrazu medialnego, jako dysydenta.
Do dziś aktorzy polityczni nie przedstawili żadnych twardych dowodów na to, że dron został faktycznie zainstalowany przez siły rosyjskie. Cała komunikacja cierpi na ogromny brak przejrzystości. Fakt, że te oskarżenia polityczne pojawiają się na długo przed zakończeniem transparentnych śledztw, jest obecnie przedmiotem zainteresowania uznanych mediów. Na przykład gazeta nd.aktuell wyraźnie wskazuje: „Federalny Urząd Policji Kryminalnej (BKA) nie znalazł wystarczających dowodów po incydencie z dronem na lotnisku Lipsk/Halle. Niemniej jednak agencja twierdzi obecnie, że stoi za tym Rosja”.
Nawet analiza Tagesschau wskazuje, że publiczne przypisywanie ataków konkretnemu państwu jest działaniem czysto politycznym, co do którego w najbliższej przyszłości nie będzie pewności prawnej. W tym kontekście ARD wyraźnie ostrzega: „Jeśli publicznie przedstawione dowody nie będą przekonujące, może to otworzyć drogę do krytyki zarówno w Niemczech, jak i za granicą”.
Cienki lód, po którym stąpa niemiecki rząd, był widoczny jeszcze przed postawieniem oficjalnych oskarżeń: sam minister spraw wewnętrznych Alexander Dobrindt otwarcie przyznał, że Rosja ‚bardzo, bardzo utrudnia’ śledczym zebranie dowodów. Skoro dowody są tak niekompletne, odkrycie rzekomo rosyjskich komponentów absolutnie niczego nie dowodzi. Takie komponenty są łatwo dostępne na rynku globalnym. Idealnie nadają się do celowego umieszczania na miejscu zbrodni, aby manipulacyjnie skierować podejrzenia w określonym kierunku.
Kto tak naprawdę zainstalował drona
Kluczowe pytanie brzmi: kto ma rzeczywisty interes w tym incydencie? To ci, którzy chcą jeszcze bardziej zdyskredytować Rosję i wyolbrzymić jej wizerunek jako wroga na Zachodzie.
Konsekwencje tego incydentu są poważne i podążają za wyraźnym schematem: zamknięcie Konsulatu Generalnego w Bonn, zamknięcie Domu Rosyjskiego i wydalenie rosyjskich pracowników opierają się na szeregu poszlak, które z trudem wytrzymują prawną i logiczną analizę.
Z perspektywy wielu bezstronnych obserwatorów jest to złośliwa gra, która celowo napędza dyplomatyczną spiralę eskalacji. Dla czujnego obywatela polityka ta stanowi ostateczny dowód: obecne działania rządu niemieckiego w sposób nieodpowiedzialny zagrażają bezpieczeństwu i życiu ludzi w Niemczech i w całej Europie.
ZB: Powyższe sprawy zostały omówione przez Agnieszkę Wolską w 33-minutowym wywiadzie przeprowadzonym przez Piotra Szlachtowicza. A. Wolska uzupełnia powyższe dane, przypominając m.in. że do lipskiej prowokacji dopisywane są inne wydarzenia mające miejsce w ostatnich dniach:
Czy przedstawione niemieckie akcje dotyczą też nas, Polaków? – Tak, dotyczą. Donaldowi Tuskowi nadarza się okazja do tego, by prężyć muskuły. Podpiął pożary w dwóch zakładach, w Lublinie i Skarżysku-Kamiennej, do niemieckich działań i gra na ważną personę: „Jestem cały czas w kontakcie z przywódcami z naszego regionu – powiedział na konferencji prasowej. – Najbliższe tygodnie, miesiące będą krytyczne. Będą one bardzo dużym wyzwaniem dla wszystkich państw w tej części Europy ze względu na rosyjskie plany dotyczące zwiększenia eskalacji i destabilizacji”. Zanim cokolwiek ustalono, zna już Tusk wyniki.
We wrześniu odbędą się w Polsce manewry wojsk: Brytyjczycy i Francuzi przećwiczą przerzut 1,5 tysiąca żołnierzy w naszym kraju. Ukraina wyraźnie słabnie, więc czeka nas dalsza eskalacja. „Ukraina tej wojny nie wygra – mówi amerykański dyplomata. – Nie rozumiem więc, dlaczego Europejczycy nie zastanawiają się nad tym, co będą robić, gdy wojna się zakończy”. Amerykanin ostrzega nas przed następną wielką falą uchodźczą. W sumie nie zapowiada się dobrze, gdy Tusk idzie na totalne zwarcie.
Jeśli ktoś chce ustalić, która strona wygra wojnę, może porównać, ocenić i przeanalizować niezliczone czynniki. Zachód prowadzi wojnę z Rosją. Ukraina jest jedynie platformą; Europa Zachodnia to miejsce spotkań dla NATO, UE i Stanów Zjednoczonych.
Rosja mierzy się zatem z następującymi frakcjami:
Ukraina jako platforma
całe NATO
cała UE
Stany Zjednoczone
Pod względem militarnym Rosja konkuruje z 41 państwami , które udzielają Ukrainie bezpośredniego wsparcia militarnego – jest to sytuacja bezprecedensowa w historii świata. Co więcej, Europa nie wierzy, że jest już w stanie wojny z Rosją, co można zasadnie kwestionować . Europa zakłada, że wojna wybuchnie dopiero za kilka lat. Dlatego wierzy, że Rosja cierpliwie poczeka, aż Europa będzie gotowa do wojny.
Rosyjski postęp
Pod względem militarnym Rosja udowodniła, że jest siłą, z którą należy się liczyć w starciu z tym potężnym przeciwnikiem. Mam na myśli raporty z frontu , które dostarczają informacji faktycznych, a nie propagandowych. Faktem jest, że front ukraiński się załamuje, a postęp wojsk rosyjskich stał się stabilny i przyspiesza od kilku tygodni. Ostatnie ufortyfikowane miasta, takie jak Kramatorsk i Słowiańsk, są stopniowo okrążane przez Rosjan. Obrona powietrzna Ukrainy praktycznie zanikłła, co umożliwiło Rosjanom bezpośrednie bombardowanie frontu z powietrza.
Drugi front – Rosja jako cel ataków terrorystycznych – służy jako miara upadku Rosji w oczach Zachodu. Faktem jest, że te ataki – takie jak te na Wildberries i Ozon – oraz na rosyjską infrastrukturę energetyczną rzeczywiście destrukcyjnie wpływają na życie w Rosji, ale w żaden sposób nie wpływają na przebieg konfliktu. Co więcej, w wyniku ataków na Rosję w ostatnich tygodniach Ukraina została odcięta od morza. Port w Odessie jest nieczynny, co oznacza, że Ukraina straciła jedyny skuteczny szlak eksportu pszenicy. Z powodu braku szlaku handlowego przez Morze Czarne Ukraina straciła ponad 70% swojej infrastruktury eksportowej.
Różnica w traktowaniu żołnierzy przez Rosję i Ukrainę jest oczywista – i szokująco drastyczna. W Rosji nikt, kto nie chce walczyć, nie jest wysyłany na front. Każdego miesiąca mnóstwo młodych mężczyzn zgłasza się na ochotnika do służby na froncie. Na Ukrainie młodzi mężczyźni są dosłownie ścigani na ulicach, w kawiarniach, klubach sportowych i szkołach, a po krótkim obozie szkoleniowym wysyłani są na front, by tam umrzeć. Teraz Ukraina idzie o krok dalej i wkrótce na front zostaną wysłane kobiety. Scott Ritter wkrótce o tym napisze.
Armia rosyjska robi wszystko, co możliwe, aby pomóc rannym żołnierzom. Po Ukrainie krążą doniesienia, że ranni ukraińscy żołnierze otrzymują pomoc medyczną tylko wtedy, gdy sami za nią zapłacą. Co więcej, pojawiają się doniesienia, że polegli ukraińscy żołnierze są chowani w masowych mogiłach przez własnych obywateli – z jednej strony, aby umożliwić oficerom dalsze pobieranie żołdu poległych żołnierzy (na Ukrainie żołd wypłacają dowódcy), a z drugiej strony, aby uniknąć konieczności wypłacania rent wdowich osobom pogrążonym w żałobie. Wydaje się, że to rzeczywistość, o której nikt na Zachodzie nie mówi. Nie oznacza to, że służba na froncie nie jest druzgocąca dla rosyjskich żołnierzy – jest dla wszystkich. Faktem jest jednak, że rosyjscy żołnierze są bardziej zmotywowani, co jest warunkiem koniecznym do zwycięstwa. Wiedzą, że ich dowództwo wojskowe i społeczeństwo robią wszystko, co w ich mocy, aby ich chronić.
Trudno powiedzieć, jak daleko Rosja posunie się na zachód. Odsyłam do moich komentarzy w artykule „ Letni pokój umarł ”, gdzie omawialiśmy „rozwiązanie maksymalne”, w którym pozostałby jedynie resztka Ukrainy, a Polska, Węgry i Rumunia odzyskałyby swoje dawne terytoria.
Sankcje wobec Rosji weszły w życie już w 2014 roku. Od tego momentu Rosja podjęła pierwsze kroki w kierunku rozwoju sektora rolnego. Rosja stała się nie tylko samowystarczalna, ale także jednym z największych eksporterów rolnych na świecie. W 2025 roku Rosja eksportowała produkty rolne o wartości 41,6 miliarda dolarów do 170 krajów , będąc światowym liderem w dziedzinie pszenicy.
W lutym 2022 roku Rosja została zasypana gradem sankcji, których celem było postawienie kraju na kolana w jak najkrótszym czasie. Plan ten zakończył się całkowitą porażką, a Rosja nie tylko przetrwała tę wojnę gospodarczą, ale także zdołała znacząco zwiększyć swoją produkcję. Europa – a w szczególności Niemcy – musiała patrzeć, jak sankcje szkodzą Europie, a w szczególności Niemcom; Niemcy jako centrum przemysłowe w swojej poprzedniej formie należą już do przeszłości.
Dla Rosji było to balansowanie na granicy: z jednej strony utrzymanie rozkwitu rosyjskiego sektora prywatnego, a z drugiej stopniowe przechodzenie w kierunku gospodarki wojennej. Jednym z największych wyzwań w tym procesie było zapobieżenie wymknięciu się inflacji wywołanej zachodnimi sankcjami.
Elwira Nabiulina, prezes Rosyjskiego Banku Centralnego, utrzymywała – i nadal utrzymuje – główną stopę procentową znacznie powyżej stopy inflacji, ku wielkiemu niezadowoleniu rosyjskich sektorów inwestycyjnych. Rosja jest jedynym krajem uprzemysłowionym na świecie, który może sobie pozwolić na taki system stóp procentowych i go utrzymać, ponieważ relacja długu do PKB Federacji Rosyjskiej jest kilkakrotnie niższa niż w krajach zachodnich, których po prostu nie stać na wyższe stopy procentowe. Prezydent Putin ufa szefowi swojego banku centralnego – i słusznie.
Elvira Nabiullina — inteligentna i konsekwentna
Obecnie główna stopa procentowa Banku Rosji wynosi 14%, a Rezerwy Federalnej od 3,50 do 3,75%. Rentowność 10-letnich amerykańskich obligacji skarbowych wynosi obecnie 4,7%, a eksperci w Stanach Zjednoczonych obawiają się załamania rynku obligacji, jeśli rentowność 10-letnich obligacji wzrośnie powyżej 5,5-6%.
Efekt interwencji „Twist” zainicjowanej przez Scotta Bessenta – polegającej na sprzedaży krótkoterminowych amerykańskich papierów wartościowych i kupnie długoterminowych obligacji – osłabł już po 24 godzinach. Całkowita wartość interwencji wynosi około 28 miliardów dolarów. Wartość rynku obligacji amerykańskich wynosi około 31 bilionów. To 31 000 miliardów. To kropla w morzu, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że długoterminowe obligacje amerykańskie – 10-letnie lub dłuższe – stanowią zaledwie około 20% wszystkich obligacji amerykańskich.
Scott Bessent – zdesperowany
Obecnie rząd USA płaci odsetki w wysokości około 3,35% od swojego długu wynoszącego 40 bilionów dolarów – czyli 1,340 biliona dolarów, co stanowi dobre 25% wpływów podatkowych wynoszących 5,235 biliona dolarów (dane z 2025 roku). To już katastrofa. Jeśli stopy procentowe wzrosną jeszcze bardziej – a tak się stanie – załamanie jest bliskie.
Jest jeszcze jeden interesujący rozwój sytuacji. Podczas ostatniego poważnego kryzysu finansowego w 2008 roku istniała ożywiona komunikacja i koordynacja między USA a Europą. Tym razem nic na to nie wskazuje. Większość krajów – w tym zachodnich – wyprzedaje amerykańskie obligacje na rynku, aby ratować własną skórę; każdy dba o siebie: mało prawdopodobne, żebyśmy już zobaczyli jakąkolwiek koordynację czy lojalność. Zamiast tego Amerykanie próbują wywrzeć presję na kraje posiadające duże ilości amerykańskich obligacji skarbowych – Japonię, Wielką Brytanię, Chiny itd. – aby nie sprzedawały swoich aktywów. To się nie uda, ponieważ Japonia i Wielka Brytania muszą je sprzedać, aby chronić swoje rynki, a Chiny sprzedają amerykańskie obligacje skarbowe od 2013 roku, przyspieszając tempo od 2018 roku.
Jak poważna jest sytuacja dla USA, można dostrzec w cytacie Trumpa z 21 sierpnia 2026 r., kiedy to odnosząc się do krajów wyprzedających amerykańskie obligacje, powiedział dosłownie:
Trump chce rozwiązać wszystkie problemy siłą – nawet wbrew przyjaciołom
„Ostateczną interwencją jest nasza armia. I jeśli będziemy musieli jej użyć, zrobimy to”
Trump nie sprecyzował, jak ani przeciwko komu użyje siły militarnej w odpowiedzi na sprzedaż obligacji. W tym kontekście nie ma to znaczenia; to stwierdzenie pokazuje jedynie, jak bardzo zdenerwowani są Amerykanie. Jeśli amerykański rynek obligacji się załamie, Amerykanie pociągną za sobą cały świat zachodni.
Sankcje chronią Rosję przed ryzykiem związanym z rynkami zachodnimi. W konsekwencji opisany powyżej kryzys dotknąłby Rosję co najwyżej peryferyjnie.
Produkcja broni
W przeciwieństwie do Europy, Rosja już przeszła transformację w kierunku gospodarki wojennej. Ta transformacja była dla Rosji znacznie łatwiejsza niż dla USA i ich wasali w NATO, ponieważ wszyscy główni dostawcy uzbrojenia pozostają pod kontrolą państwa rosyjskiego. NATO ogranicza się do wielkich deklaracji i przeznaczania dużych sum pieniędzy. Mam tu na myśli wypowiedź Marka Ruttego z konferencji prasowej z kanclerzem Niemiec Friedrichem Merzem, która odbyła się 21 maja 2025 roku w Brukseli. Rutte stwierdził tam:
Nawet Mark Rutte potrafi być szczery.
„Oni [Rosjanie] produkują obecnie w ciągu trzech miesięcy amunicję w ilości, jaką całe NATO produkuje w ciągu roku”.
Rosji udało się znacząco zwiększyć produkcję uzbrojenia w ubiegłym roku, co prawdopodobnie jeszcze bardziej pogłębiło dystans dzielący ją od NATO.
Podstawowy problem amerykańskiej produkcji broni leży w strukturze własnościowej przemysłu zbrojeniowego. Amerykańskiemu kompleksowi wojskowo-przemysłowemu nie zależy na masowej produkcji wydajnych, wysokiej jakości systemów uzbrojenia, lecz na zarabianiu dużych pieniędzy. Cały świat odczuł tego konsekwencje w trwającym konflikcie na Bliskim Wschodzie. W ciągu 40 dni wojny z Iranem Amerykanie zużyli od 50% do 80% swoich całkowitych zapasów, w zależności od rodzaju amunicji. Uzupełnienie tego niedoboru zajmie im od dwóch do ośmiu lat. To znak, że Zachód jako całość nie jest w żaden sposób przygotowany do skutecznego prowadzenia długotrwałego konfliktu zbrojnego.
Rosja jest samowystarczalna
Jedną z największych zalet Rosji jest jej samowystarczalność. Energia : W 2024 roku Rosja wyprodukowała 60,3 biliarda BTU energii pierwotnej, zużywając jedynie 34,3 biliarda BTU. Jeśli chodzi o żywność, Rosja ma następujące wskaźniki samowystarczalności :
Ziarna: 152,4%
Olej roślinny: 260,2%
Ryby: 125,4%
Cukier: 107,1%
Rosja cieszy się zatem bardzo wysokim stopniem strategicznej samowystarczalności.
Niemniej jednak Rosja jest również uzależniona od importu, zwłaszcza z Chin. Ponieważ jednak Rosja ściśle współpracuje z Chinami i istnieje między nimi prawdziwy sojusz, nie ma powodu do obaw. Ważne jest, aby Rosja była całkowicie niezależna od Kolektywnego Zachodu.
Jeśli chodzi o samowystarczalność i potencjał militarny, perspektywy dla Zachodu są ponure. Wbrew przeciwnym twierdzeniom, Zachód jako całość jest zależny od źródeł energii z Rosji i Bliskiego Wschodu, a także od pierwiastków ziem rzadkich z Chin, jeśli chodzi o towary niezbędne do prowadzenia wojny; nie są to warunki niezbędne do przetrwania długotrwałego konfliktu.
Społeczeństwo
Ostatecznie jednak wszelkie argumenty militarne i ekonomiczne mają decydujące znaczenie w konflikcie tylko wtedy, gdy połączy się je z najważniejszym czynnikiem: gotowością ludzi zaangażowanych w konflikt do rzeczywistej obrony swojego kraju, do walki i oddania życia.
Rosja
Aby to zrobić, ludzie muszą wiedzieć, o co walczą: Rosjanie o tym wiedzą, a Zachód, z jego niepohamowaną nienawiścią do ich kraju, odegrał w tym kluczową rolę. Walczą o zjednoczoną, silną, bezpieczną, odporną i suwerenną ojczyznę.
W Rosji można usłyszeć wiele różnych opinii na temat przebiegu wojny, w tym bardzo sceptyczne dotyczące intensywności i skali konfliktu — zobacz na przykład Karaganowa, który twierdzi, że Niemcy, między innymi, straciły strach przed rosyjskim potencjałem militarnym i opowiada się za atakiem nuklearnym na Europę jako środkiem odstraszającym ( doktryna Karaganowa ). Strategia prezydenta Putina jest z pewnością publicznie dyskutowana i krytykowana. Putin, który skłania się ku deeskalacji, nie tylko uzyskał poparcie Dumy — a zatem i społeczeństwa — dla swojego planu działania kilka dni temu, ale deputowani Dumy poparli również bardziej zdecydowane podejście z „większą odwagą”, nawet jeśli oznacza to większą liczbę ofiar śmiertelnych.
Ta dyskusja toczy się na oczach opinii publicznej i stanowi potwierdzenie żywotności dyskursu publicznego w Rosji. Taka dyskusja o strategii wojennej może się odbyć tylko w zjednoczonym kraju. Celem jest to, co jednoczy ludzi.
Na pierwszy rzut oka nie wydaje się to niczym wielkim. Jego znaczenie staje się jasne, gdy spojrzymy na sytuację przeciwników.
Zachód
Głównym składnikiem zachodniej strategii jest nienawiść: nienawiść do Putina, do Rosji, do Rosjan, do wszystkiego, co rosyjskie, w tym do rosyjskiej kultury. Na pierwszy rzut oka jest to prymitywna i łatwa do wdrożenia strategia, którą naziści już stosowali. Jednak nienawiść nie podważa wroga, lecz tych, którzy sieją to uczucie – zachodniego społeczeństwa. Nie da się stale przeciwstawiać czemuś, jeśli samemu nie wie się, co się reprezentuje. I to jest problem, z którym borykają się zachodnie społeczeństwa. Jednocześnie jest to sekret sukcesu Rosjan – ten, który doprowadzi ich do zwycięstwa. W tym konflikcie zwycięzcą będzie ten, kto oprócz twardych czynników omówionych powyżej, wykaże się wytrwałością. A tę można rozwinąć tylko wtedy, gdy z przekonaniem opowiada się za czymś.
Jednocząca siła, która rośnie w Rosji, nie jest widoczna na Zachodzie. Ludziom przepełnionym nienawiścią brakuje energii, by ją pielęgnować. Nienawiść jest z natury destrukcyjna i pozbawiona pozytywnej energii. Śledząc zachodnie media, można dostrzec, że przywódcy omawianych krajów nie robią nic, aby poprawić życie swoich obywateli. Ogromne sumy przeznaczane są na walkę z Rosją, podczas gdy wydatki na edukację i usługi socjalne są drastycznie cięte. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że rządzącym na Zachodzie nie zależy na dobru obywateli.
Na dodatek: To tajemnica poliszynela, że celem Zachodu zawsze było rozbicie Rosji. Plany te mają 200 lat, a mimo to są dziś bardzo aktualne — zobacz artykuł René Zittlaua z czerwca 2023 r. „ Planowany podział Rosji ”. Skorzystałyby na tym ogromne konglomeraty (takie jak Blackrock ), ale nie ludzie na Zachodzie ani populacje tych sztucznych „państw następczych” Rosji, które zgodnie z istniejącymi planami byłyby nieopłacalne. Grupy stojące za tymi planami wzbudzają nienawiść do największego kraju świata wśród ludności Zachodu. Oczekuje się, że miliony zachodnich Europejczyków oddają życie za tę sprawę. Jak trudno jest to przekazać, dowodzi fakt, że na przykład w Niemczech tylko 0,17 % badanej populacji w wieku poborowym byłoby chętnych do służby w Bundeswehrze.
Wniosek
Aby wygrać długotrwały konflikt, potrzeba wielu czynników. Oprócz czystej siły militarnej, ważną rolę odgrywają czynniki ekonomiczne i niezależność od handlu międzynarodowego. Kluczowe jest jednak to, by naród poparł swój rząd i był gotów podążać tą drogą.
W każdym z tych punktów przewagę ma Rosja. Pozostaje mieć nadzieję, że decydenci na Zachodzie w porę to dostrzegą; tylko wtedy uda się zapobiec bezprecedensowemu w historii rozlewowi krwi.
Już wielokrotnie powoływałem się na Gilberta Doctorowa, którego opinie bardzo cenię, mimo tego, że nie ze wszystkimi się zgadzam. Zawsze zazdroszczę mu, gdy pisze w czasie swoich pobytów w Rosji, że był na koncertach orkiestry Teatru Marijskiego w Petersburgu pod dyrekcją Giergiewa. To dla mnie obecnie światowy dyrygent numer jeden. Niestety nie mam okazji pójść na jego koncert.
Ale nie o muzyce tu chciałem! Doctorow jest zwolennikiem twardej odpowiedzi Rosji na natowskie prowokacje, na coraz bardziej otwarte i bezczelniejsze włączanie się niektórych państw zachodnich w wojnę na Ukrainie. Ja nie jestem pewny, czy byłaby to (w chwili obecnej!) właściwa droga. Czas gra bez wątpienia na korzyść Rosji. Owszem, ukraińskie, a właściwie natowskie ataki na rosyjską infrastrukturę są dla Rosji bolesne, ale nie są aż na tyle groźne i bolesne, by ryzykować światową wojnę nuklearną. Owszem, zgadzam się z twierdzeniem, że podkopują one wizerunek groźnego rosyjskiego niedźwiedzia, ale to nie zmienia faktu, że ten niedźwiedź nadal jest w stanie w ciągu kilku godzin (to nie przesada!!!!) zamienić całą Europę od Atlantyku do Bugu w obszar radioaktywny.
Ale Doctorow wysunął akurat szalenie interesującą tezę, według której Rosja być może zamierza obecnie upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: zakończyć wojnę na Ukrainie i równocześnie zdestabilizować Europę.
Obecne zmasowane rosyjskie ataki coraz szybciej zamieniają ukraińskie miasta w obszary nie nadające się do życia. Na razie jest jeszcze ciepło, jeszcze handel i ludzie mają zapasy, jeszcze funkcjonują resztki infrastruktury, ale gdy się oziębi, to miliony mieszkańców miast ruszą na zachód.
A w Europie szykuje się kryzys energetyczny, brak gazu i paliw, horrendalny wzrost cen żywności i cała masa rzeczy, od których włos jeży się na głowie. Już widzę radość, z jaką ci uchodźcy zostaną powitani!
Czy ten scenariusz się spełni? Nie wiadomo. Поживём – увидим, jak mawiali starożytni Rosjanie, czyli pożyjemy – zobaczymy…
W końcu poznaliśmy odpowiedź na pytanie, jaki będzie kolejny wielki wyczyn Zełenskiego. Z pewnością doprowadzi on do eskalacji konfliktu do ostatecznego etapu.
Na wstępie przypomnijmy, że zaledwie półtora tygodnia temu informowaliśmy, że Ukraina rozpoczyna nową, masową kampanię terrorystyczną przeciwko rosyjskim lotniskom cywilnym:
Wczoraj wieczorem Rosja przypuściła kolejny zakrojony na szeroką skalę atak na Kijów, wymierzony w różne przedsiębiorstwa obronne, a także w duży magazyn ukraińskich towarów supermarketowych, który najwyraźniej spłonął doszczętnie:
Jedno staje się teraz absolutnie pewne: wizyta dyrektora CIA w Moskwie najwyraźniej miała z tym coś wspólnego. Jego wizyta mogła mieć wiele przyczyn, ale teraz pozostaje nam założyć, że to był główny, ostateczny powód: przekazanie Rosji ostatecznego ostrzeżenia: „Jeśli nie zaprzestaniecie wykańczania ukraińskiej infrastruktury, nowa, bezprecedensowa kampania terrorystyczna przeciwko waszym lotniskom odetnie wszystkie połączenia z waszymi kluczowymi miastami”.
Pozostaje tylko pytanie, czy CIA jest w to zamieszana , czy też rzeczywiście ostrzegała Rosję przed zamiarami Ukrainy. Cóż, to może być w końcu pytanie raczej akademickie i niepotrzebne.
Pierwsza wizyta urzędującego szefa CIA w Rosji od 2022 r., zapowiadająca rozpoczęcie nowej, dużej ofensywy przeciwko rosyjskim lotniskom, z pewnością nie powinna być traktowana jako „zbieg okoliczności”.
Nie ma takich zbiegów okoliczności.
Rosji wysłano ostatnie ostrzeżenie i teraz rozpoczyna się nowa faza konfliktu.
40-dniowa operacja specjalna Zełenskiego zakończyła się niepowodzeniem i jedynym wyjściem, jakie mu pozostało, było doprowadzenie do jeszcze większego „dyskomfortu” dla rosyjskich cywilów.
Putin ze swojej strony, podczas dzisiejszej konferencji prasowej szczytu Szanghajskiej Organizacji Współpracy w Biszkeku, wystosował już groźbę wobec Ukrainy, stwierdzając, że zezwolił na „masową” nową kampanię ataków na ukraińską infrastrukturę energetyczną.
Putin: „W odpowiedzi na ciągłe ataki reżimu w Kijowie na infrastrukturę cywilną i kompleks paliwowo-energetyczny… …Siły Zbrojne Federacji Rosyjskiej otrzymały instrukcje przygotowania i przeprowadzenia masowych ataków na ukraińskie obiekty energetyczne”
Putina zapytano także konkretnie o zagrożenie, jakie niesie ze sobą nowe lotnisko. Odpowiedział, że Rosja „znajdzie odpowiedź”, po czym dodał:
„To deklaracja terroryzmu państwowego. Kijów domaga się wznowienia negocjacji, spotkań twarzą w twarz – ale my nie negocjujemy z terrorystami” – Putin o najnowszym oświadczeniu Zełenskiego zagrażającym cywilnemu ruchowi lotniczemu w Rosji
Jednym z innych wymownych elementów tej sagi jest pozornie skoordynowany charakter nowej inicjatywy Niemiec, mającej na celu przygotowanie własnej eskalacji działań przeciwko Rosji w związku z operacją pod fałszywą flagą na lotnisku.
Wydaje się zbyt naciągane, aby uznać to za „zbieg okoliczności”, że Rosja jest wrabiana w atak na niemieckie lotniska dronami z ładunkami wybuchowymi zaledwie kilka dni przed ogłoszeniem przez Ukrainę masowej operacji mającej na celu zamknięcie rosyjskich lotnisk. Istnieją wyraźne oznaki zorganizowanej kampanii, która jest niczym innym jak fazą 2.0 ukraińsko-zachodniego planu podsycania społeczno-politycznego sprzeciwu w Rosji i wzniecenia powstania przeciwko Putinowi.
Jak zwykle jednak Ukraina prawdopodobnie poniesie największe koszty i ból tego planu, po tym jak Rosja odpowie w sposób odwetowy. Jedyna różnica polega na tym, że ukraińskie lotniska już dawno zawiesiły działalność, co oznacza, że reakcja musi mieć charakter asymetryczny – stąd sugestie Putina o konieczności znalezienia jakiejś odpowiedzi.
Jedno jest pewne: poprzednia Faza 1.0 zakończyła się niepowodzeniem, a teraz Ukraina jest stawiana na kolana, ponieważ Putin jest coraz częściej zmuszany do „zdejmowania rękawiczek”.
Jednym z powodów, dla których Ukraina nie ma innego wyjścia, jak tylko eskalować konflikt, jest to, że jej poprzednia kampania strajków stawała się coraz mniej skuteczna z powodów, które Putin wyjaśnił.
Krótko mówiąc, rosyjskie rafinerie zaczęły się zabezpieczać na różne sposoby, między innymi stawiając duże siatki przeciwdronowe i metalowe konstrukcje na najbardziej wrażliwych odcinkach. To zjawisko będzie się rozwijać do tego stopnia, że ukraińskie ataki staną się praktycznie bezużyteczne, a jedynie dalsza eskalacja zapewni Zełenskiemu niezbędny zastrzyk dopaminy.
Ostatecznie RWA miała rację co do swojego stanowiska:
Im bliżej końca będzie Ukraina, tym bardziej drastyczne będą działania terrorystyczne.
Najgroźniejsze w tym wszystkim jest to, że Rosja może w pewnym momencie poczuć, że te eskalacje nadchodzą nie z Kijowa, ale z Londynu i innych miejsc. Dlatego Putin został dziś zapytany, czy Wielka Brytania może paść ofiarą rosyjskiego odwetu:
Could not load video.
Właśnie dlatego zorganizowano ostatnio skoordynowaną kampanię mającą na celu wywołanie eskalacji napięć między Rosją a Europą – elity pociągające za sznurki chcą, aby Rosja została zmuszona do ataku na Europę, tak aby NATO było „zmuszone” do jednomyślnej odpowiedzi, co stanowiłoby ostatnią, desperacką nadzieję:
Że Rosja będzie coraz częściej zmuszona rozważać atak na „chronione tyły” Ukrainy, którymi jest Europa, po tym jak zniszczy praktycznie wszystko, co ma jakąkolwiek wartość na samej Ukrainie.
Rosja stoi w obliczu fundamentalnej asymetrii, próbując zmusić Ukrainę do uległości poprzez nasilenie nalotów na centra handlowe, elektrownie, porty i inną infrastrukturę. Kijów może liczyć na bezpieczne zaplecze poza swoimi granicami – swoich europejskich sąsiadów – w zakresie odporności gospodarczej i logistyki wojskowej.
Kreml, którego rafinerie, porty i przemysł zbrojeniowy są również atakowane przez ukraińskie rakiety i drony, nie ma takiego wsparcia. Uderzenia w zmilitaryzowaną gospodarkę Rosji przekładają się bezpośrednio na ograniczenie zdolności kraju do prowadzenia wojny.
Ta asymetryczna sytuacja geopolityczna w znacznym stopniu niweluje przewagę Rosji w sile ognia. Stała się również głównym powodem, dla którego – jak twierdzą zachodni urzędnicy – rosyjska kampania sabotażu, hakowania i innych operacji hybrydowych, mających na celu zastraszenie europejskich przywódców i wyborców, jest coraz bardziej powszechna.
To jest obecnie ostatni element tej wojny: przekształcenie jej z czysto ukraińskiej walki zastępczej w walkę z bezpośrednim udziałem Europy.
Rosja raczej nie da się nabrać, ponieważ udowodniła, że potrafi przeciwstawić się wszystkiemu, co zaserwuje Zachód, mimo że często jest gotowa do wyrządzenia poważnych szkód. Ale szkody te są naprawialne, a Putin prawdopodobnie będzie liczył na to, że Rosja poradzi sobie z każdą niemiłą niespodzianką, prowadząc jednocześnie zdyscyplinowaną kampanię przeciwko ukraińskiemu wrogowi.
Mimo to, zawsze zdarzają się nieprzewidziane niespodzianki i czarne łabędzie: Ukraina może zaatakować elektrownię jądrową, sam Kreml lub przeprowadzić inny wyjątkowo brutalny atak, który mógłby zmusić Putina do działania. Pamiętajmy jednak, że Rosja już ucierpiała w wyniku ataków terrorystycznych Crocus, w których zginęło prawie 200 cywilów i które miały wyraźny ślad po ukraińskich i zachodnich wywiadach. Trudno wyobrazić sobie atak gorszy niż ten, który w nieobliczalny sposób zmusiłby Putina do działania.
Ale nigdy nie wiadomo.
Wszystko, co możemy powiedzieć, to że w chwili, gdy Ukraina stoi w obliczu najtrudniejszej chwili, należy spodziewać się kolejnych nieprzyjemnych niespodzianek, niczym z „puszki Pandory”, które spadną na Rosję.