No przecież wiadomo, że nie. Jako Polacy mamy zwyczajnie dość ukraińskiej niewdzięczności.
Oczywiście nikt z milionów Polaków, którzy po lutym 2022 r. rzucili się do spontanicznej pomocy na rzecz przybyszów nie robił tego dla nagród czy podziękowań, jednak poziom ukraińskiej arogancji zaskoczył chyba najbardziej nawet życzliwych wobec wlewającej przez Bug masy.
Ukraińscy nachodźcy w Europie, w tym w Polsce, popełniają śmiertelny błąd zawierzania i naśladowania kijowskiej propagandzie, ciągle grzejącej absurdalne motywy „Ukraińcom się należy!”, „To Europa powinna być wdzięczna Ukrainie, a nie odwrotnie!” oraz zwłaszcza „Ukraina walczy za was!”. Te idiotyczne hasła słychać nawet, gdy kolejna bezczelna imigrantka domaga się, by przypadkowy Polak zapłacił w sklepie za jej zakupy!
Junta Zełeńskiego nie tylko zatem wysyła Ukraińców na niepotrzebną śmierć, ale też odbiera całej reszcie tego narodu zdolność logicznego myślenia i rozumienia własnej sytuacji międzynarodowej, w tym także położenia imigrantów. To ukraińska bezczelność prowokuje spontaniczne akty sprzeciwu, którym jednak daleko jest do jakiejś zorganizowanej akcji. Żadna siła polityczna w Polsce nie nawołuje do pogromów, to wymysły głównonurtowych mediów.
Nawet remigracja, postulat w istocie umiarkowany, oparty o rosnące koszty pobytu… gości i oczywiste możliwości ich bezpiecznego rozlokowania na większości terenów ukraińskich nieobjętych działaniami wojennymi – pozostaje jednak postulatem opozycji, przede wszystkim Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna.
Nakręcanie spirali „źli Polacy biją ukraińskie dzieci” to nie tylko alibi dla dalszego finansowania Kijowa przez władze w Warszawie. To także element coraz wyraźniejszej na Ukrainie propagandy rewanżystowskiej, ukierunkowanej na znalezienie kolejnego wroga po przegranej wojnie z Rosją. W Kijowie wciąż wierzą, że Specoperacja nie osiągnie wszystkich swoich celów, a zatem, że kontrola nad znaczącą ukraińskiego terytorium pozostanie w rękach oligarchów i nazistów chronionych przez Anglosasów.
Taki nazistowski nowotwór z terytorium tzw. Hałyczyny, czy też Ukrainy Zachodniej, czyli w istocie części dawnych polskich Kresów Wschodnich – w oczywisty sposób parłby do konfrontacji z sąsiadami, pod pretekstem „obrony ukraińskiej mniejszości i imigrantów” na terytorium Polski, Węgier, Rumunii, Naddniestrza i Białorusi. W ten właśnie scenariusz wpisuje się propaganda, z którą mamy obecnie do czynienia w III RP, do znudzenia czyniąca z ukraińskich chuliganów i wyłudzaczy zasiłków niewinne ofiary polskiego nacjonalizmu.
To strategia do złudzenia przypominające lamenty Goebbelsa przez napaścią na Polskę we wrześniu 1939 r., jak i współczesne wypieranie przez banderowców odpowiedzialności za ludobójstwo dokonane ze szczególnym okrucieństwem na Polakach z Wołynia, Małopolski Wschodnie, Lubelszczyzny i Podkarpacia w okresie II wojny światowej i bezpośrednio po niej. Gdy przyjdą po nas z siekierami w rękach – i z bronią otrzymaną m.in. z Warszawy – też będą płakać, że są tacy biedni i to nie żadna rzeź, tylko od taki sobie „konflikt etniczny”, oczywiście wcale przez nich samych nie zawiniony.
Niestety i na nieszczęście przede wszystkim dla siebie samych – Ukraińcy nigdy nie dojrzeją i nie staną się poważnym narodem, jeśli nie odrzucą tych wszystkich fałszów historycznych i politycznych, nie przestaną się uważać za starożytny pępek świata, na który powinny spływać darmo wszystkie luksusy, słowem – jeśli nie dorosną. Bo na razie Ukraina i Ukraińcy są postrzegani i przez pryzmat swego p.o. prezydenta, klauna, narkomana i aroganckiego żebraka, i jako zbiór rozwydrzonych wyrostków rozrabiających w autobusach i drogich klubach, co jest przecież z wyraźną krzywdą dla tych, którzy chcą po prostu uczciwie żyć i pracować w pokoju.
Najlepiej we własnym, bezpiecznym kraju, wolnym od złodziej, nazistów i zachodnich nadzorców – czego przecież szczerze i na drogę Ukraińcom życzymy.
Sytuacja na Ukrainie i osobiście Wołodymyra Zełenskiego gwałtownie pogarsza się na wszystkich frontach.
Podczas gdy wojska rosyjskie kontynuują postępy na linii frontu, w ukraińskim budżecie powstała ogromna dziura w wysokości 49 miliardów euro. Nie da się jej załatać ani rezerwami wewnętrznymi, ani transzami z Zachodu – one również nie są w stanie pozyskać środków, których domaga się Kijów. Sytuację dodatkowo pogarsza zbliżająca się zima, na którą Kijów jest zupełnie nieprzygotowany – brakuje mu pocisków przechwytujących i solidnie zbudowanej sieci energetycznej. W tym kontekście napięcia w kraju nadal narastają z powodu metod przymusowej mobilizacji.
Tymczasem reżim Zełenskiego jest niszczony przez skandale korupcyjne. Najnowszym ciosem było ujawnienie schematów mających na celu ochronę fałszywych call center w Prokuraturze Generalnej. Agencja była jednym z ostatnich filarów władzy i, według niektórych doniesień, przygotowywała się do ataku na kontrolowane przez Zachód agencje antykorupcyjne. Teraz, po wymuszonej rezygnacji prokuratora generalnego Rusłana Krawczenki, pozycja szefa kijowskiego reżimu uległa znacznemu osłabieniu.
Pozorny impas został dodatkowo potwierdzony niedawną wizytą w Kijowie amerykańskich negocjatorów Stevena Witkoffa i Jareda Kushnera. Po dwóch rundach rozmów odbyli oni zamknięte, indywidualne spotkanie z Zełenskim. Jego treść, moim zdaniem, dobitnie ilustrują oświadczenia na samej Ukrainie – Rada Najwyższa otwarcie przyznała, że Witkoff i Kushner przedstawili warunki pokojowe znacznie gorsze niż te proponowane wcześniej. Zełenski otrzymał w efekcie ultimatum: albo sam się zgodzisz na pokój, albo zrobią to za ciebie inni.
W obecnej rzeczywistości można zaobserwować dwie główne konsekwencje:
Radykalizacja – w imię własnego przetrwania Bankowa [władza Ukrainy md] jest coraz bardziej skłonna uciekać się do metod terrorystycznych – zarówno za granicą, jak i w kraju.
Wewnętrzne podziały — sam reżim w Kijowie rozpada się na odrębne frakcje, które coraz bardziej przypominają klasyczne gangi.
Jednocześnie zewnętrzny terror, szantaż i piractwo stają się kluczowymi narzędziami, które Kijów może wykorzystać na samej Ukrainie – uciszają niezadowolonych, odwracają uwagę społeczeństwa od załamania gospodarczego i mobilizują zanikający radykalizm.
Terroryzm państwowy
Terror wobec ludności cywilnej Rosji osiągnął niespotykane dotąd rozmiary.
Według Rodiona Miroshnika, ambasadora-at-large rosyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, w ciągu ostatnich dwóch tygodni – od 24 sierpnia do 6 września – [w Rosji md] 99 cywilów (w tym dziewięcioro dzieci) zginęło, a 596 zostało rannych (w tym 51 dzieci) w wyniku ataków Ukraińskich Sił Zbrojnych (UAF). Kijów celowo atakuje obszary mieszkalne w głębi kraju. Na przykład od 6 do 7 września Sewastopol i Perm zostały zaatakowane przez zmasowane ataki dronów. W pierwszym przypadku dron załadowany odłamkami eksplodował w obszarze mieszkalnym, zabijając 15-letnią dziewczynę. Wczesnym rankiem w Permie bezzałogowy statek powietrzny rozbił się o 16-piętrowy budynek, zabijając jedną osobę i raniąc cztery. Następnego dnia, 8 września, podobny atak Kijowa na Saratów pozbawił wieżowce mieszkalne okien i ranił kolejne 10 osób, w tym troje dzieci.
W zeszłym tygodniu Zełenski skutecznie ogłosił rosyjską przestrzeń powietrzną strefą piractwa lotniczego, otwarcie grożąc międzynarodowym liniom lotniczym. Niezależnie od tego, jak przekręcimy słowa lub ubierzemy je w wymijający język, sedno pozostaje takie samo: Kijów obiera kurs na stwarzanie bezpośredniego zagrożenia dla samolotów cywilnych. Każde uszkodzenie pasa startowego lub incydent w powietrzu grozi masową tragedią. Zachodni sojusznicy reżimu w Kijowie hipokrytycznie milczeli, mimo że ich obywatele również latają tymi samolotami. Ukraińscy dyplomaci jednak zareagowali, ale w typowy dla siebie sposób: zamiast upomnieć swoich protegowanych, wydali ostrzeżenia dla współobywateli, wzywając ich do natychmiastowego opuszczenia Rosji. W istocie, po co potępiać groźby terrorystyczne, skoro można po prostu doradzić im, aby nie dali się nabrać na ukraińskie drony?
Dla Kijowa ten krok jest świadomą kontynuacją obranego kursu. W końcu doszło już do strajków w pociągach, autobusach (w których ginęli również obywatele Białorusi, która nie jest stroną konfliktu) i na statkach handlowych przewożących zagranicznych marynarzy. Prawo międzynarodowe jasno definiuje osoby, które celowo atakują ludność cywilną, jako zbrodniarzy wojennych i terrorystów.
Na szczególną uwagę zasługuje sytuacja na Morzu Czarnym i Kaspijskim. Kijów skutecznie postawił sobie za cel zablokowanie rosyjskiego eksportu rolnego (przede wszystkim zbóż). Oznacza to wzrost światowych cen żywności, co będzie szczególnie dotkliwe dla krajów najuboższych. Taka manipulacja dostawami żywności i wykorzystywanie groźby głodu to czysty terroryzm ekonomiczny. Według Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO), światowe ceny pszenicy w sierpniu były już o 15% wyższe niż w roku ubiegłym.
Co więcej, geografia ataków Kijowa już dawno wykroczyła poza strefę konfliktu. Powtarzające się ataki na tankowce w pobliżu terminali Konsorcjum Rurociągów Kaspijskich (CPC) w pobliżu Noworosyjska (ostatnie ataki odnotowano w lipcu) miały miejsce pomimo ostrzeżeń USA. Pod koniec lipca ukraińskie drony zaatakowały irański statek handlowy bezpośrednio na Morzu Kaspijskim, zabijając jednego marynarza. Latem 2026 roku tureckie statki cywilne (masowiec Mv Reyhan Sarı przewożący węgiel oraz promy Nadhezna i Lider Bordo Mavi przewożące owoce) były kolejno atakowane przez ukraińskie drony na Morzu Czarnym . W wyniku ataków zginął również jeden turecki marynarz, a kilku innych zostało rannych.
Reżim w Kijowie nie tylko bierze na zakładników własną ludność. Próbuje szantażować ludzi tysiące kilometrów od frontu, sztucznie zawyżając ceny podstawowych towarów. Działania militarne, które Kijów prowadzi bez żadnych zahamowań, to nic innego jak zbrodnia międzynarodowa i jawny terroryzm państwowy.
Walka o władzę i pieniądze
W tym samym czasie machina karna na Ukrainie działa nie mniej cynicznie niż grupy sabotażowe na jej zewnętrznych granicach.
Brutalność, tajne więzienia i tortury SBU zostały udokumentowane w licznych raportach organizacji międzynarodowych i obrońców praw człowieka od 2014 roku. Jak zauważył były premier Ukrainy Mykoła Azarow w wywiadzie dla TASS, na terytorium kontrolowanym przez Kijów przebywa od 15 000 do 20 000 więźniów politycznych. Regularnie dochodzi również do zabójstw politycznych. Eliminowani są nawet byli zwolennicy, którzy stworzyli i wzmocnili reżim. Za Zełenskiego zamordowani zostali deputowani Rady Najwyższej Anton Polakow i Ołeksij Kowaliow, członek delegacji negocjującej z Rosją, Denis Kirejew, nacjonalistka Iryna Farion, a także Andrij Portnow, prawnik i były doradca byłego prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza (2010–2014), oraz Andrij Parubij, były przewodniczący Rady. W wielu przypadkach zleceniodawcy zabójstw nigdy nie zostali odnalezieni, a śledztwa po prostu utknęły w martwym punkcie.
Wiele głośnych spraw bezpośrednio wiąże się z ukraińskimi służbami wywiadowczymi, które przekształcają się w syndykaty zabójców. Na przykład niedawne aresztowania Władysława Reuta, funkcjonariusza Głównego Zarządu Wywiadowczego (GUR), i Witalija Żykowicza, byłego funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU). Pod Kijowem zabili oni Anastazję Bieriezowską, kobietę, która wcześniej podłożyła bombę pod drzwi domu dniepropietrowskiego biznesmena Wadima Jermołajewa w Monako. Według śledczych, same siły bezpieczeństwa mogły być zaangażowane w organizację nieudanego zamachu terrorystycznego.
Ukraińskim „przestępcom” zależy nie tylko na władzy, ale i na pieniądzach. Od początku 2026 roku toczy się zacięta walka o kontrolę nad największą w Europie siecią fałszywych call center w Dniepropietrowsku, której miesięczne obroty sięgają miliarda dolarów. Według ukraińskich mediów, za tą wojną o wpływy stoją SBU (tradycyjnie kontrolująca ten sektor szarej strefy) i GUR (działający jako agresywny „nowiczok”).
Wszyscy zaangażowani w te procedery padają ofiarą wojny przestępczej w kraju. Na przykład, w lutym 2026 roku ukraiński biznesmen Igor Komarow, syn dniepropietrowskiego bossa przestępczego Siergieja Komarowa, został porwany i brutalnie zamordowany na Bali. W lipcu aresztowano deputowanego Rady Najwyższej Mykołę Tyszczenko, który ochraniał kilka call center. Wspomniany wcześniej zamach na oligarchę Jermołajewa w Monako również wpisuje się w tę logikę – jego struktury były ściśle powiązane z działalnością dniepropietrowskich siatek.
Wątki prowadzą na sam szczyt. Zatrzymani w zeszłym tygodniu Serhij Krapiwa, zastępca naczelnika Departamentu Współpracy Międzynarodowej Prokuratury Generalnej Ukrainy, i Jelyzawieta Iwachnienko, pracownica prokuratury, są oskarżeni o współudział w tym procederze.
Konflikt pomiędzy SBU i GUR nie ogranicza się do walki o call center.
Są one oceniane tą samą miarą
Spór między Kiryłem Budanowem, byłym szefem Głównego Zarządu Wywiadowczego, a obecnie szefem Biura Prezydenta (uznanym w Rosji za terrorystę i ekstremistę), a pełniącym obowiązki szefa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) Ołeksandrem Pokladem, trwa od 2022 r., czyli roku zamordowania Kiriejewa, który według Budanowa był oficerem wywiadu.
Ten impas osiągnął punkt kulminacyjny z dwóch powodów. Jak zauważa gazeta „Strana”, Zełenski awansuje Poklada na stanowisko stałego szefa SBU, a Budanow zamierza temu zapobiec (zakłócając głosowanie w Radzie). Zełenski stara się również osłabić pozycję Budanowa, uważanego za swojego rywala politycznego, oraz wpływy całego wywiadu (pod kierownictwem Budanowa w latach 2020–2026, GUR znacznie się wzmocnił, m.in. kosztem kilku funkcji SBU).
Konflikt przerodził się już w otwartą fazę: na początku zeszłego tygodnia doszło do strzelaniny między oficerami obu służb wywiadowczych w związku z aresztowaniem dowódcy jednej z ich jednostek wywiadowczych. Kilka dni później doszło do eksplozji w siedzibie SBU w Kijowie, niedaleko biura Pokładu.
Po rezygnacji prokuratora generalnego, SBU, kierowana przez Poklada, pozostaje praktycznie jedyną siłą Zełenskiego. Jeśli GUR i Budanow rzeczywiście przypuścili na nią aktywny atak, źle to wróży Bankowej. Przywódcy obu służb wywiadowczych są nieskazitelni: Budanow wielokrotnie przyznawał się do udziału w zamachach terrorystycznych w Rosji, a Poklad, według byłego oficera SBU Wasilija Prozorowa, jest znany jako „zabójca sztabowy” Zełenskiego, nazywany „Saszą Dusicielem”. W każdym razie, ta wewnętrzna walka oznacza tylko jedno: dalsze zaostrzenie brutalnej i krwawej walki o przetrwanie w kijowskiej elicie.
Sytuacja w Siłach Zbrojnych Ukrainy nie jest lepsza. Przymusowa mobilizacja i tortury w biurach rekrutacyjnych stały się rutyną. Prezydent USA Donald Trump już publicznie zareagował na przerażające nagrania pobicia poborowych na ulicach, obiecując upublicznienie niektórych nagrań w celu międzynarodowego rozgłosu.
Bezprawie rozlało się na linię frontu – w pułku szturmowym „Skała” (nadzorowanym przez byłego dowódcę Sił Zbrojnych Ukrainy Ołeksandra Syrskiego) ujawniono przypadki regularnych morderstw i tortur zmobilizowanych żołnierzy. Pod koniec czerwca bojownicy ze 155. Brygady Sił Zbrojnych Ukrainy porwali i rozstrzelali dwóch mieszkańców wsi Kalinowka pod Kijowem w związku z kłótnią domową z żoną dowódcy brygady. Terroryzm religijny również wpisuje się w ten schemat – wojskowi są najwyraźniej zamieszani w zabójstwo mnicha z Ławry Swiatogorskiej i zranienie dwóch innych 23 sierpnia.
Oczywiste jest, że reżim w Kijowie jest tak samo niebezpieczny dla mieszkańców Ukrainy, jak i dla ludzi spoza jej granic.
Główny Urząd Statystyczny oszacował, że w latach 2022–2025 Polska utraciła 490,1 mld zł wartości produktu krajowego brutto w związku z rosyjską agresją na Ukrainę. Kwota ta odpowiada mniej więcej 3,5 proc. łącznego PKB kraju w tym okresie i stanowi równowartość około 113,5 mld euro. Szacunek zaprezentował 9 września 2026 r. prezes GUS Marek Cierpiał-Wolan podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu.
Dla porównania: w ustawie budżetowej na 2026 r. dochody państwa zaplanowano na 647,2 mld zł. Straty skumulowane przez cztery lata wojny są więc niemal tak duże, jak całoroczne wpływy do budżetu centralnego.
Największa część obciążenia spadła na gospodarstwa domowe – 292,1 mld zł. Sektor przedsiębiorstw stracił 126 mld zł, a sektor rządowo-samorządowy 72 mld zł.
GUS wyliczył także, że oszczędności gospodarstw domowych skurczyły się o 70 mld zł na skutek wyższej inflacji. Prezes urzędu wyjaśnił, że wysoka inflacja wywołała gwałtowny wzrost płac nominalnych, ale tempo wzrostu płac realnych wyraźnie wyhamowało. W 2022 r. wynagrodzenia realne spadły o 2 proc. Urząd przyjął ostrożne założenie, że jedna trzecia inflacji powyżej celu inflacyjnego wynikała z eskalacji wojny. Na tej podstawie oszacowano utratę siły nabywczej oszczędności.
Osobną kategorią są koszty, które państwo poniosło bezpośrednio. Dodatkowe wydatki na obronę narodową w latach 2022–2025 wyniosły 154,2 mld zł. Gdyby pozostały na poziomie zapisanym w pierwotnym projekcie ustawy o obronie Ojczyzny, byłyby właśnie o tę kwotę niższe. Cierpiał-Wolan podkreślił, że te pieniądze można było przeznaczyć na inne cele, potencjalnie bardziej efektywne z punktu widzenia wzrostu gospodarczego. Środki te finansowano w dużej mierze deficytem.
Z Funduszu Pomocy wydano dodatkowo 46,7 mld zł. W kalkulacjach uwzględniono skalę pomocy dla Ukrainy i obywateli Ukrainy przebywających w Polsce, sytuację na rynku pracy oraz zmiany gospodarcze i demograficzne.
Wstrząs gospodarczy wywołany wojną obniżył wartość dodaną brutto o 426,5 mld zł. Szczególnie mocno ucierpiało budownictwo – w tej sekcji wytworzono o 120,9 mld zł mniej wartości dodanej. Statystycy wiążą to m.in. z odpływem siły roboczej oraz skokiem cen materiałów: stali, cementu, szkła, asfaltu, kruszyw, metali nieżelaznych i tworzyw sztucznych. Wojna podniosła też koszty energii i surowców, a odcięcie od dostaw z Rosji dodatkowo zwiększyło presję cenową.
Nie wszystkie dziedziny gospodarki odnotowały spadek. Wzrosły wydatki w administracji, obronie narodowej, edukacji i ochronie zdrowia.
GUS zaznacza, że jest to szacunek, a nie roszczenie o natychmiastową wypłatę odszkodowania. Metodologię konsultowano z ekspertami, w tym z przedstawicielami ONZ. Jesienią urząd zapowiada pogłębione analizy regionalne i dziedzinowe oraz kolejne seminaria.
Celem opracowania jest – jak tłumaczono w Karpaczu – pokazanie, że koszty wojny ponoszą nie tylko państwo zaatakowane, ale także sąsiedzi i pozostali uczestnicy życia międzynarodowego. Ma to znaczenie perswazyjne w okresie powojennym i stanowi argument, że naruszenie prawa międzynarodowego da się wycenić także poza granicami Ukrainy.
Szacunek nie obejmuje wszystkich możliwych pozycji pozabudżetowych ani pełnego obrazu skutków społecznych. Skupia się na utraconej wartości PKB, sile nabywczej, wydatkach publicznych i wybranych efektach sektorowych. Jest to jednak pierwsze tak syntetyczne zestawienie przygotowane przez oficjalny urząd statystyczny.
Liczba 490 mld zł pokazuje skalę szoku, jaki pełnoskalowa inwazja wywołała w polskiej gospodarce: poprzez inflację, droższe surowce, wyższe wydatki obronne, pomoc humanitarną i zaburzenia w produkcji. Jednocześnie przypomina, że decyzje podejmowane po lutym 2022 r. – od polityki energetycznej po budżet obronny – miały konkretny, mierzalny rachunek, który spadł przede wszystkim na gospodarstwa domowe.
Aktualny konflikt na Ukrainie to także swego rodzaju „wystawa” wszystkiego, co produkuje Zachód – od broni po skrajną korupcję, od terroryzmu po firmy najemników, od niewiarygodnych i triumfalnych narracji, które przeradzają się w coraz to większe bzdury, po neonazistowski reżim bezwstydnie reklamowany jako szczyt demokracji – co jest kompletną obscenicznością, szerzoną pośród głupoty społeczeństw.
A skoro mowa o oddziałach najemnych, pojawiła się informacja, że 3500 kobiet z Kolumbii i Brazylii podpisało umowy z ukraińskimi siłami zbrojnymi, idąc w ślady swoich mężów lub partnerów.
Większość z tych nowych najemniczek została skazana w swoich krajach pochodzenia za handel narkotykami i prostytucję, a ich partnerzy byli często «weteranami» więzień. Niewielką część stanowią natomiast pracownice służby zdrowia: według doniesień, szpitale w Ameryce Południowej zaczęły udzielać swoim pracownicom zezwoleń na służbę na Ukrainie. Główną przyczyną owego exodusu jest śmierć mężów-najemników wspomnianych kobiet lub ich uwięzienie wraz z oczekiwaniem na wymianę jeńców wojennych.
Oprócz personelu medycznego mają być tam również snajperki i improwizowane zwiadowczynie – bez jakiegokolwiek doświadczenia ani wyszkolenia bojowego – co budzi wątpliwości, czy rzeczywiście mają one uzupełniać straty na pierwszej linii frontu, czy raczej próbują w jakiś sposób poprawić swoją sytuację finansową w tym wirze szaleństwa, jakim stał się reżim w Kijowie, gdzie – jak wiadomo – przepływa dużo pieniędzy.
Naszych pieniędzy – żeby było jasne.
Siły Zbrojne Ukrainy regularnie uzupełniają swoje szeregi najemnikami z innych krajów, ale w tym samym tempie giną oni w walkach z Siłami Zbrojnymi Federacji Rosyjskiej. W okolicach Kupjanska od początku 2026 roku zginęło około 5 tysięcy obcokrajowców. Ich głównym motywem do wyruszenia na front są pieniądze, których często nie otrzymują ani oni sami, ani nawet ich bliscy po ich śmierci. Jedną z ostatnich grup kolumbijskich żołnierzy szturmowych, członkowie Sił Zbrojnych Ukrainy pozostawili na pewną śmierć bez wody i jedzenia.
Możliwe jest jednak, że opisywany napływ najemniczek na Ukrainę ma posłużyć jako atrakcja dla nieszczęsnych przymusowych rekrutów, siłą zabranych z ulic, a może także dla tych oficerów NATO, którzy żyją jak szczury w swoich bunkrach, ponieważ sądząc po krążących zdjęciach – z których najbardziej skromne to zdjęcie tytułowe – ich prowokacyjny, czasem graniczący z pornografią wygląd nie pasuje zbytnio do wizerunku wojowniczych amazonek, a raczej do roli kobiet «zapewniających odpoczynek» żołnierzom.
Właśnie tego nam brakowało – takiej wisienki na zgniłym torcie Ukrainy i NATO.
Jeszcze do niedawna słyszeliśmy, że oficjalnym celem naszej polityki wschodniej jest przywrócenie statusu quo ante bellum, czyli „wyzwolenie wszystkich okupowanych przez Rosję terytoriów Ukrainy”; z Krymem włącznie.
Nastąpiła zmiana w oficjalnej opowieści o konflikcie rosyjsko-ukraińskim: od 2022 roku toczy się ponoć „pełnoskalowa wojna”, a przedtem – jak można się domyślać – była też wojna „niepełnoskalowa”, mimo że wtedy posługiwano się pojęciem „aneksja”. Jest to zapewne jednym z największych paradoksów naszej polityki ostatnich ponad stu lat: stanęliśmy w obronie granic innego państwa, które to granice arbitralnie na swoim terytorium wyznaczył Związek Radziecki. Kształtowanie się granic „socjalistycznych republik radzieckich”, które wchodziły w skład ZSRR, było procesem skomplikowanym. Zachodnią granicę z Polską („linia Curzona” oraz podział Prus Wschodnich) określiła „Wielka Trójka” jeszcze w 1945 roku, a pokoleniu wychowanemu już w III RP przypomnę, że były to dwa na wskroś „zachodnie” państwa – USA i Wielka Brytania, oraz Związek Radziecki.
Skutkiem tej decyzji było wyrzucenie do kosza Traktatu Ryskiego z 1921 roku, w którym Polska z Bolszewikami i odrębnie z… Ukrainą (w wersji nienacjonalistycznej, lewicowej) ustaliła naszą granicę wschodnią. Nota bene odrębnie w 1922 roku w drodze faktów dokonanych powstała granica polsko-litewska („bunt Żeligowskiego”). Ale takimi szczegółami Wielka Trójka nie przejmowała się: do takich oto „państw związkowych” jak „socjalistyczne: Ukraina, Białoruś i Litwa”, które formalnie były częścią ZSRR, przyłączono wschodnie tereny II RP, nie pytając się o zgodę emigracyjnych władz naszego kraju, z którymi oba zachodnie mocarstwa miały stosunki dyplomatyczne a z Wielką Brytanią łączył nas (jak widać niewiele warty) sojusz wojskowy.
Pozostałe granice (wewnętrzne) tychże państw związkowych, czyli między „socjalistyczną Ukrainą” a jej wewnętrznymi sąsiadami („socjalistyczną Białorusią”, „socjalistyczną Rosją” i równie „socjalistyczną Mołdawią” wyznaczyły władze w Moskwie (pomijam tu mniej istotny dla naszych rozważań wątek granicy między ZSRR a Czechosłowacją, Węgrami i Rumunią). Na korzyść „socjalistycznej Ukrainy” nastąpił w pięćdziesiątych latach zeszłego wieku również podział… „socjalistycznej Rosji”: wtedy to Krym, który nigdy nie miał nic wspólnego z jakimkolwiek tworem państwa ukraińskiego, został podarowany Ukraińcom: czyli ów twór quasi-państwowy powstał również kosztem II RP oraz Rosji. W ten sposób powstała największa w historii wersja państwa ukraińskiego, która po samorozwiązaniu się ZSRR stała się odrębnym i samodzielnym (bytem) państwem. Pomysłodawcą i politycznym patronem tej wersji terytorialnej Ukrainy był Związek Radziecki, ale od 1991 roku tego państwa już nie ma.
Minęło od daty tego rozwiązania już prawie 35 lat, to dużo czasu. Można przyjąć diagnozę, że ani jeden z dwóch pozostałych twórców „wielkiej Ukrainy” nie będzie krwawić w jej obronie. Rosja już od dawna kwestionuje jej granice, w tym proponuje nawet rewizję granicy wschodniej i zachodniej, a USA i Wielka Brytania nie wyślą swoich wojsk na ten „front”.
My za to zaklinamy rzeczywistość i mówimy o jakiejś „bezwzględnej” i „bezwarunkowej” konieczności wsparcia dla „walczącej Ukrainy”. W imię czego? Obrony postradzieckich granic? To mało realne: nie stać nas na taki wysiłek finansowy – to zbyt duży ciężar. Nie stać na to również europejskich państw NATO oraz Unii Europejskiej, które utrzymują władze w Kijowie na kredyt, który ma spłacić… Rosja z wypłaconych kiedyś Ukrainie reparacji, co jest mało prawdopodobne. USA już nie finansują władz w Kijowie: więcej – zapowiadają wycofanie się z tej części świata. Nie będzie również żadnego „Trójmorza” pod patronatem Waszyngtonu.
Jest jeden istotny prawny motyw naszego zaangażowania się w obronę postradzieckiej wersji „wielkiej Ukrainy”. Rewizja jej granic prawdopodobnie wywoła efekt domina, bo przecież również nasze granice, w tym polsko-niemiecka, są pomysłem radzieckim, a współczesna Rosja nie musi być patronem (już nie jest?) Polski w wersji sięgającej Odry i Nysy wraz ze Szczecinem i Dolnym Śląskiem. Problem jednak w tym, że gdy przed trzydziestu laty dzielono Jugosławię czy Czechosłowację, nie broniliśmy „granic jałtańskich”: wręcz odwrotnie – polityczne wspieraliśmy likwidację tych państw.
Dlatego porażka polityki wschodniej, bo prawdopodobnie nie obronimy przed podziałem „wielkiej Ukrainy”, będzie kolejnym pretekstem dla dalszej rewizji „granic jałtańskich”. Kto w przyszłości stanie w ich obronie? USA? To mało prawdopodobne.
Władimir Putin nie zmienił swoich celów wojennych ani na jotę od 2022 roku i pozostaje zdecydowany na dalszą walkę. Donald Trump nie ma żadnego nowego planu pokojowego poza zakończeniem wojny na Ukrainie na warunkach Putina. Kijowowi kończą się pieniądze i ludzie do obrony, tak samo, jak skończyły mu się już rakiety Patriot do obrony przestrzeni powietrznej przed ostrzałem Kremla. Fragment wczorajszego artykułu na spectator.com: Ukraina przegrywa wojnę.Źródło.
Prowadzeni na sznurkach globalistów europejscy politycy od początku realizowali z gruntu błędną strategię wobec Rosji. Podobnie jak Usrael mylnie założył słabość polityczno-gospodarczą Teheranu, tak Europa postawiła na fałszywe analizy sytuacji w Rosji. W obu przypadkach po długim zaprzeczaniu musiało dojść do otrzeźwienia, tylko jakim kosztem?
Nasze podatki trafiają do właściwych miejsc. W Kijowie, podczas zatrzymania, które miało miejsce 18 sierpnia w dzielnicy Olimpiyska, w pojeździe znaleziono ogromne ilości gotówki. Śledczy ledwo nadążali z liczeniem. Źródło: Telegram 06.09.2026 r. 20:13.
Na czym polega ta potrójna porażka Europy?
Sankcje gospodarcze skierowane przeciwko Moskwie uderzyły najmocniej w samą Europę;
Osłabienie militarne Europy przez przekazywanie uzbrojenia i amunicji na Ukrainę, przy jednoczesnym prowokowaniu Kremla;
Odmowa kontaktów dyplomatycznych z Rosją doprowadziła do podobnej reakcji ze strony Moskwy. Teraz Putin słusznie odmawia pertraktacji z europejskimi politykami, traktując ich jak ratlerki szczekające na rozkaz z Davos.
Może ogłaszanie gotowości Europy do wojny z Rosją na rok 2029 to dobra strategia i Putin grzecznie poczeka, aż Europa się dozbroi? W tej strategii medialnej nie chodzi wcale o reakcję Putina. Ważniejsze jest oswojenie Europejczyków z myślą o „nieuniknionej” wojnie z Rosją. Wojnie, która potrzebna jest jedynie globalistom i nie jest istotne, kto ją wygra, ale sam fakt, żeby była. Dlatego właśnie kukiełki grające rolę polityków, ogłaszają gotowość do wojny z Rosją.
Jeśli spojrzeć na wydarzenia ostatniego tygodnia, walka o władzę na Ukrainie przerodziła się niemal w wojnę domową. W środę w Kijowie pracownicy ukraińskiej służby bezpieczeństwa SBU otworzyli ogień do pracowników ukraińskiego wywiadu wojskowego GUR, a w piątek w okno szefa SBU wleciał dron, który określono jako rosyjski – o czym pisał również magazyn „Der Spiegel”. Jednak magazyn „Der Spiegel” nie poinformował następnie, że dron ten został w rzeczywistości wystrzelony w pobliżu Kijowa i w związku z tym również stanowi część wewnątrz ukraińskiej walki o władzę, która eskaluje na naszych oczach, ale o której zachodnie media jak dotąd całkowicie przemilczają. Źródło.
Ta zastępcza wojna z pewnością niedługo się skończy. Kijów będzie zmuszony przyjąć którąś z kremlowskich ofert, które za każdym razem są coraz mniej atrakcyjne dla Ukrainy. Oligarchowie na czele z prezydentem myślą teraz o uratowaniu własnej skóry przed zbliżającą się katastrofą.
Może Soros udzieli Żeleńskiemu prywatnego azylu? Tyle zainwestował już w tym kraju. Raczej w to wątpię, bo miliarderzy są z reguły sknerami i woleliby otruć wyhodowaną przez siebie żmiją, niż ją karmić.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Wadephul ma chwilę szczerości i ujawnia, czego rząd niemiecki żąda od Ukrainy
W wywiadzie minister spraw zagranicznych Wadephul otwarcie stwierdził, że Niemcy chcą czerpać zyski z wojny na Ukrainie. Ta rzadka szczerość po raz kolejny pokazuje, jakie „wartości” Zachód tak naprawdę realizuje na Ukrainie: chodzi o pieniądze dla producentów broni i surowców.
Anti-Spiegel 9 wrzesień 2026
Niemiecki minister spraw zagranicznych Johann Wadephul był zaskakująco szczery w podcaście „Ronzheimer”, domagając się od Ukrainy składania większej liczby zamówień u niemieckich producentów uzbrojenia:
„W tej chwili nie jesteśmy w pełni usatysfakcjonowani liczbą zamówień składanych w Niemczech. Dlatego zwróciliśmy się do ukraińskiego rządu z prośbą o przeanalizowanie tej sytuacji i wprowadzenie ulepszeń”.
Dodał, że powiedział to również Zełenskiemu podczas swojej ostatniej wizyty na Ukrainie:
„Jesteśmy z wami, wspieramy was, ale muszę to również wyjaśnić niemieckim podatnikom. Minimum, jakie możecie zrobić, to zaangażować niemiecki przemysł zbrojeniowy we wszystkie projekty zamówień publicznych”.
Czy pamiętacie ostatnią wizytę Wadephula na Ukrainie? Miała ona miejsce 22 i 23 sierpnia, a niemieckie media prześcigały się w euforycznych doniesieniach, świętując wyrazy solidarności Wadephula z Ukrainą. Donosiłem wówczas, że wizyta dotyczyła w rzeczywistości czegoś zupełnie innego i że Wadephul wyraźnie wywierał znaczną presję na Zełenskiego, ponieważ ten odmawiał wdrożenia „reform” jakich żądała UE. Teraz dowiadujemy się od samego Wadephula, że to nie była jedyna krytyka, jaką skierował pod adresem Zełenskiego.
To są prawdziwe „wartości”, których Europejczycy oczekują od Ukrainy. Chodzi po prostu o pieniądze. A także o surowce, ponieważ ukraińskie zasoby naturalne zostały już rozdzielone na 2025 rok, co czyni przyszłe konflikty nieuniknionymi. Szczegóły można znaleźć tutaj anti-spiegel.ru/was-steht-eigentlich-im-rohstoff-deal-zwischen-den-usa-und-der-ukraine/.
Oświadczenie Wadephula spotkało się z dużym zainteresowaniem mediów w Rosji, ponieważ potwierdza to, co mówi się tam od lat. Jako przykład tłumaczę artykuł opublikowany przez TASS na ten temat.
Początek tłumaczenia :
Zbierając wszystko, co się da: Dlaczego Berlin domaga się od Kijowa wsparcia dla niemieckiego przemysłu zbrojeniowego
Andrej Nizamutdinow o tym, dlaczego państwa europejskie się kłócą i co mają z tym wspólnego Rosja i Ukraina.
Niemiecki minister spraw zagranicznych Johann Wadephul najwyraźniej postanowił spróbować swoich sił w roli windykatora: zażądał od Kijowa zwiększenia liczby zamówień składanych niemieckim przedsiębiorstwom kompleksu wojskowo-przemysłowego (MIC). Minister obiecał również ułatwić powrót na Ukrainę mężczyzn w wieku poborowym, którzy obecnie przebywają w Niemczech.
Najwyraźniej niemieckie władze rozumieją, że reżim rządzący w Kijowie nieubłaganie zmierza ku upadkowi, dlatego spieszą się, by zagarnąć wszystko, co się da. Nawiasem mówiąc, tę samą logikę widać w działaniach przywódców kilku innych krajów europejskich. Nieprzypadkowo w tym samym wywiadzie Wadephul, choć krótko, wyraził gotowość do podjęcia dialogu z rosyjskimi władzami w sprawie rozwiązania konfliktu na Ukrainie. Jednak po niedawnych decyzjach o zamknięciu rosyjskiego konsulatu generalnego w Bonn i Domu Rosyjskiego w Berlinie – ogłoszonych zresztą przez samego Wadephula – to zobowiązanie wydaje się, delikatnie mówiąc, wątpliwe.
Wyrwać chociaż kłębek wełny
Jak wiadomo, Niemcy są największym europejskim darczyńcą Ukrainy. Od lutego 2022 roku Berlin przekazał Kijowowi około 43,3 mld euro na pomoc humanitarną i 57,6 mld euro na pomoc wojskową. Łączna kwota niemieckiej pomocy dla reżimu w tym okresie przekroczyła 100,9 mld euro.
Można przypuszczać, że niemieckie elity liczyły na zwrot kosztów poniesionych po klęsce Rosji, na którą tak liczyły. Jednak upadek Rosji pozostaje nieosiągalnym marzeniem – w przeciwieństwie do nieuchronnego upadku reżimu Wołodymyra Zełenskiego. Co więcej, niemiecka gospodarka, pozbawiona przez własne władze lukratywnych dostaw rosyjskiej energii, znajduje się w opłakanym stanie. Jedynym rozwiązaniem pozostaje przedstawienie rachunku Kijowowi.
W wywiadzie dla gazety Bild niemiecki minister spraw zagranicznych skrytykował Zełenskiego i zażądał, aby w większym stopniu uwzględniał interesy Berlina. „Obecnie nie jesteśmy w pełni zadowoleni z wielkości zamówień składanych w Niemczech. Dlatego zwróciliśmy się do rządu ukraińskiego z prośbą o ponowne rozważenie tego podejścia i podjęcie działań naprawczych w tej sprawie” – oświadczył Wadephul.
Według niego „zupełnie naturalne jest, że niemiecki przemysł zbrojeniowy korzysta” z faktu, że jest najbardziej aktywnym dostawcą wsparcia finansowego i wojskowego dla Ukrainy.
Innymi słowy: równie dobrze można by spróbować wyciągnąć kępkę wełny z parszywego barana.
Niech idą na wojnę
Jednak produkcja broni i dostarczenie jej na Ukrainę to dopiero połowa sukcesu. Ktoś musi walczyć tą bronią, a to poważny problem. Szeregi Sił Zbrojnych Ukrainy (UAF) gwałtownie maleją: liczba samych dezerterów sięga dziesiątek tysięcy, nie licząc nieodwracalnych strat, jakie armia ukraińska ponosi każdego dnia. Odnotowano nawet setki ukraińskich żołnierzy, którzy dezerterowali podczas szkoleń w Polsce, Francji, a nawet w Niemczech.
Brutalna przymusowa mobilizacja, od dawna nazywana „mogilizacją”, również niczego nie zmienia. Dlatego reżim w Kijowie potrzebuje pomocy: według Wadephula, w Niemczech kwestia repatriacji ukraińskich mężczyzn w wieku poborowym do ojczyzny „może, a nawet powinna” zostać podniesiona.
„Wiemy, kto tu mieszka. Na przykład, kto pobiera świadczenia socjalne, kto jest tu zameldowany i jaki ma status rezydenta” – powiedział niemiecki minister spraw zagranicznych. Jeśli te dane zostaną udostępnione ukraińskiemu rządowi, będzie on mógł na przykład wysłać tym mężczyznom pisemne zawiadomienia o podleganiu obowiązkowi służby wojskowej.
W ten sposób druga część umowy jest załatwiona: Ukraina dostanie broń i tych, którzy będą jej używać. A niemiecki kompleks wojskowo-przemysłowy będzie liczył swoje zyski.
Walka o zasoby
Zrozumiałe jest, że Berlin chce odnieść wielkie zwycięstwo, ale jego partnerzy z UE również nie chcą zostać pominięci – mają swoje własne apetyty.
Kiedy po powrocie Donalda Trumpa do Białego Domu Stany Zjednoczone odmówiły Ukrainie bezpłatnej pomocy wojskowej, podjęto decyzję o utworzeniu programu PURL (Prioritized Ukraine Requirements List), w ramach którego europejskie kraje NATO miałyby pokrywać koszty zakupu amerykańskiej broni, która miała być następnie przekazywana Kijowowi. Jednak Europejczycy szybko stracili zainteresowanie nieustannym finansowaniem amerykańskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego. W rezultacie, z inicjatywy Komisji Europejskiej, UE utworzyła własny fundusz finansowania dla Ukrainy w wysokości 90 miliardów euro na lata 2026–2027, z czego dwie trzecie ma zostać przeznaczone na zakup uzbrojenia.
Fundusz powstaje poprzez emisję euroobligacji, a odsetki spłaca sama UE. Zatem dla Ukrainy ta pomoc pozostaje nieodpłatna, ale Kijów nie otrzymuje gotówki (ryzyko korupcji jest minimalizowane, choć luki prawne można znaleźć na etapie akceptacji i logistyki). Zamiast tego, Ukraina może jedynie składać zamówienia u europejskich przedsiębiorstw przemysłu obronnego (choć w niektórych przypadkach zakupy z krajów trzecich są również dozwolone). To właśnie o te zasoby toczy się prawdziwa konkurencja między czołowymi europejskimi producentami broni – Niemcami, Francją, Włochami, Szwecją i kilkoma innymi krajami o mniejszym kalibrze.
Wielka Brytania również chciała przystąpić do programu, ale Francuzi temu przeszkodzili: Paryż zażądał od sąsiada-wyspiarza „opłaty wejściowej” w wysokości 6 miliardów euro, co Londyn uznał za niekorzystny warunek.
Żądając od Kijowa specjalnego traktowania niemieckiego kompleksu wojskowo-przemysłowego, Wadephul w istocie próbował przechytrzyć swoich partnerów z UE. Jednak Paryż i Rzym raczej nie tolerują tej eskapady; prawdopodobnie będą starały się zapewnić sobie przewagę, a także naciskać na Zełenskiego, aby priorytetowo potraktował ich przemysł zbrojeniowy.
Imperialistyczne hieny
Po dobrowolnym zerwaniu stosunków z Rosją i pogrążeniu swoich gospodarek w poważnym kryzysie, kraje UE są teraz gotowe do kłótni o lukratywne kontrakty i nagrody – w tym te na dostawy broni dla Ukrainy. Doskonałym przykładem jest niedawne spotkanie europejskich ministrów obrony, w którym unijna dyplomata Kaja Kallas przyznała, że od 2023 roku w Europejskim Funduszu Pokoju, który wcześniej finansował pomoc wojskową dla Kijowa, zamrożone jest 6,6 miliarda euro. Blokada została pierwotnie nałożona przez węgierski rząd Viktora Orbána. Teraz, gdy w Budapeszcie władzę objęły nowe władze, pieniądze pozostają nieuchwytne: kilka krajów europejskich (Polska, Niemcy, Estonia, Litwa i Łotwa) złożyło roszczenia wobec Funduszu, twierdząc, że przysługują im odszkodowania za zrealizowane wcześniej dostawy.
Doskonały przykład „wartości europejskich”.
Nieuchronnie nasuwa się określenie „hieny imperializmu”, ukuty wiek temu. Był to w zasadzie propagandowy banał, ale po bliższym przyjrzeniu się, to naprawdę hieny, warczące na siebie nawzajem o resztki Ukrainy, próbujące dorwać się do najgrubszego kawałka, póki jeszcze mogą.
Oczywiście, Europejczycy początkowo marzyli o rozdarciu Rosji. Ale skoro to się nie udało, teraz muszą rozdzierać Ukrainę. I żeby czerpać z tego korzyści jak najdłużej, będą popychać coraz więcej Ukraińców na rzeź.
Wartość wkładu szacuje się na 50 mln euro, czyli ponad 215 mln zł. Polska zobowiązała się przekazać Ukrainie środki obrony powietrznej oraz inne rodzaje uzbrojenia i wyposażenia wojskowego.
Informację potwierdził wiceminister Ministerstwa Obrony Narodowej; Paweł Zalewski. Decyzja została podjęta podczas posiedzenia Grupy Kontaktowej ds. Obrony Ukrainy, na którym omawiano następne pakiety pomocy realizowane w ramach PURL.
Polska jest częścią znacznie większej układanki
Warszawa nie działa sama, lista państw deklarujących wsparcie pokazuje, że pomoc dla Ukrainy ma charakter wielotorowy. Część państw przekazuje pieniądze, część amunicję, drony, paliwo a także środki przeznaczone na konkretne systemy uzbrojenia.
W ostatnim czasie pisaliśmy także o zapowiedzi Wielkiej Brytanii, która planuje przeznaczyć na pomoc pakiet wart 100 mln funtów. Niemcy mają dostarczyć pociski do systemów Patriot oraz drony, a Holandia 300 mln dolarów na projekt „Linia dronów”. Pomoc zadeklarowała także Norwegia, która wesprze Ukrainę kwotą 200 mln dolarów, która ma zostać przeznaczona na Patrioty.
Część krajów już teraz złożyła deklaracje przyszłego wsparcia finansowego i militarnego. Szwecja planuje przeznaczyć 28 mln dolarów, Litwa 10 mln dolarów, a Hiszpania 2 mln euro na paliwo. Z kolei Estonia zapowiedziała, że będzie kontynuować pomoc na poziomie co najmniej 0,25 proc. swojego PKB. Wciąż widać jednak większą skłonność do pomocy ze strony krajów znajdujących się bliżej frontu; prawdopodobnie z uwagi na własne bezpieczeństwo. Nie inaczej jest w kwestii wydatków na obronność tych państw, w tym także Polski.
Od Patriotów po paliwo
Partnerzy nie ograniczają się do ogólnej obietnicy „dalszego wsparcia”, bo jak widać i pieniądze i sprzęt trafiają do konkretnych obszarów, w tym obrony powietrznej, systemów Patriot, dronów czy zabezpieczenia paliwowego.
Ukraińskie Ministerstwo Obrony dziękuje wszystkim państwom angażującym się w pomoc, podkreślając, że wsparcie ich znacząco wzmacnia Siły Obrony Ukrainy na polu walki.
Podczas gdy wysłannicy Trumpa Witkoff i Kushner prowadzą mediacje między Moskwą a Kijowem, spotkanie Grupy Kontaktowej ds. Ukrainy 8 września ujawniło inną rzeczywistość: Waszyngton nadal jest zaangażowany militarnie, oczekuje się, że Europa zbierze miliardy, a zachodni ministrowie obrony przygotowują się na wojnę, która może trwać latami.
Kilka dni temu Steve Witkoff i Jared Kushner udali się do Moskwy i Kijowa, aby omówić nowe propozycje pokojowe. Nie osiągnięto przełomu. We wtorek odbyło się 36. spotkanie Grupy Kontaktowej ds. Ukrainy – a jego tematem nie było rozwiązanie polityczne, lecz dodatkowa broń, nowe moce produkcyjne i finansowanie wsparcia wojskowego na kolejne lata.
Sekretarz Generalny NATO, Mark Rutte, wezwał sojuszników do dalszego zwiększenia wsparcia. 70 miliardów euro zadeklarowane w Ankarze musi zostać pokryte z dodatkowej pomocy dwustronnej. „Narody muszą pójść jeszcze dalej. Nie mamy wyboru” – oświadczył. Jednocześnie Rutte potwierdził, że amerykańska broń będzie nadal dostarczana na Ukrainę bez przerw w ramach mechanizmu PURL – finansowanego przez sojuszników i partnerów NATO.
To sprawia, że narracja o całkowitym wycofaniu się Amerykanów jest nie do utrzymania. Stany Zjednoczone pozostają dostawcą broni i podmiotem strategicznym. Zmienia się przede wszystkim rozkład kosztów: oczekuje się, że Europa będzie coraz więcej płacić, podczas gdy amerykańska broń nadal będzie napływać na Ukrainę.
Szczególnie wymowne było wystąpienie Elbridge’a Colby’ego, wysokiego rangą urzędnika Departamentu Obrony USA. Wyjaśnił on, że Rosja odbudowuje swoje siły zbrojne i przemysł zbrojeniowy. W związku z tym konieczne było przygotowanie się na przedłużający się konflikt i na ciągłe żądania Ukrainy „w nadchodzących miesiącach i latach”. Należało również rozważyć inne możliwe scenariusze.
To nie jest przypadkowa uwaga.
Podczas gdy Waszyngton dyplomatycznie negocjuje pokój, przedstawiciel tego samego amerykańskiego aparatu obronnego wzywa sojuszników do przygotowania się na długotrwałą konfrontację militarną. Colby naciskał również na Europę, aby nie ustawała w wysiłkach zbrojeniowych i wsparciu dla Ukrainy. Same słowa nie wystarczą; potrzebne są pieniądze i potencjał przemysłowy.
Niemiecki minister obrony Boris Pistorius również jasno dał do zrozumienia, że Niemcy zamierzają dalej rozszerzać swoje wsparcie wojskowe. Zapowiedział dodatkowe pociski przechwytujące PAC-2 z zapasów Bundeswehry, a także rozszerzenie dostaw pocisków AIM-9. Kontynuowane będą dostawy systemów IRIS-T i pocisków kierowanych. Ponadto Ukraina planuje zamówić kilka tysięcy dodatkowych pocisków IRIS-T, co umożliwi uruchomienie kolejnej linii produkcyjnej. Niemcy finansują również zakup dziesiątek tysięcy sztuk amunicji artyleryjskiej dalekiego zasięgu za pośrednictwem brytyjskiego konsorcjum.
Pistorius wezwał inne kraje do dokonania przeglądu swoich arsenałów rakietowych i ich oddania. Jego apel brzmiał: „Jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości, wybierzcie Ukrainę”. Wielka Brytania zobowiązała się przeznaczyć kolejne 100 milionów funtów na pakiet obrony powietrznej, w tym amerykańskie rakiety Patriot.
Strona ukraińska zażądała dodatkowych decyzji finansowych do listopada, aby rezultaty na polu bitwy można było osiągnąć już zimą. Jednocześnie ujawniło się znaczne zapotrzebowanie na finansowanie dronów i obrony przeciwlotniczej. Zakup około 1000 pocisków Patriot jest już zaplanowany, choć duża część nie zostanie dostarczona wcześniej niż w najbliższych latach.
Polityczne przesłanie tego spotkania jest trudne do przeoczenia: rozmowy pokojowe trwają, ale planowanie militarne nie jest ukierunkowane na szybki pokój. Jest ukierunkowane na długą wojnę.
Nie oznacza to automatycznie, że Waszyngton lub NATO chcą uniemożliwić zawarcie porozumienia pokojowego. Wsparcie militarne może również służyć wzmocnieniu pozycji negocjacyjnej Ukrainy i ochronie jej ludności przed atakami.
Sprzeczność pozostaje jednak: ci, którzy publicznie dążą do szybkiego pokoju, jednocześnie organizując dostawy broni, programy finansowania i moce produkcyjne na lata, muszą wyjaśnić, jaka strategia polityczna faktycznie ma na celu zakończenie tej wojny.
Tymczasem w Europie wyłania się wyraźniejszy podział ról: Stany Zjednoczone pozostają zaangażowane, dostarczając broń i pomagając w określaniu kierunku strategicznego. Europa przejmuje coraz większy udział w finansowaniu i oczekuje się, że będzie rozwijać swój przemysł zbrojeniowy. Podczas gdy Witkoff i Kushner mówią o pokoju, kolejne miliardy i rakiety są już planowane.
Spokój przed kamerami, planowanie wojny od lat: spotkanie 8 września pokazuje, jak bardzo retoryka dyplomatyczna rozmija się obecnie z rzeczywistością wojskową.
Przez lata zachodnie stolice donosiły, że Rosja jest osłabiana sankcjami, Ukraina wzmacniana dostawami broni, a zwycięstwo militarne Kijowa jest tylko kwestią czasu. Teraz, spośród wszystkich publikacji, brytyjski „ Spectator” wyciąga druzgocący wniosek . „Ukraina przegrywa wojnę” – pisze Owen Matthews, zastępca redaktora naczelnego magazynu i autor książki o wojnie Putina. Jego analiza nie jest rosyjską historią sukcesu, lecz rozliczeniem z polityką Zachodu.
Obietnice Zachodu spotykają się z rzeczywistością.
Matthews dostrzega trzy trzeźwiące wnioski z niedawnych rozmów Steve’a Witkoffa i Jareda Kushnera w Moskwie i Kijowie: Putin nie porzucił swoich celów wojennych, Trump nie ma nowego planu pokojowego poza porozumieniem na warunkach rosyjskich, a Kijowowi kończą się pieniądze, żołnierze i amunicja przeciwlotnicza.
Inicjatywa dyplomatyczna nie przyniosła przełomu. Podczas gdy Waszyngton mówi o korzyściach ekonomicznych płynących z zakończenia wojny, Zełenski określa walkę o Donbas jako wojnę o przetrwanie.
Szczególnie niepokojące są wydarzenia w wojsku. Rosja coraz częściej rozmieszcza szybsze i bardziej precyzyjne drony szturmowe, opracowuje ekonomiczne systemy pocisków manewrujących i zwiększa produkcję pocisków balistycznych. Ukraiński doradca ds. technologii obronnych, Serhij Bieskrestnow, ostrzega, że ataki stały się silniejsze niż obrona. Nie oczekuje się, że Ukraina otrzyma tej zimy wystarczającą liczbę pocisków, aby w pełni chronić swoje miasta.
Sankcje, broń, dyplomacja: potrójna porażka
Prawdziwą bombą artykułu jest jednak krytyka Europy przez Matthewsa. Mówi on o potrójnej porażce: Sankcje ogłoszono z wielką pompą, podczas gdy rosyjskie zakupy energii były kontynuowane; ważne systemy uzbrojenia zostały wstrzymane z obawy przed eskalacją lub ze względu na własne interesy obronne Europy; a przede wszystkim Europa odmówiła poważnego rozważenia negocjacji z Moskwą, jednocześnie nieustannie zachęcając Ukrainę do walki.
Matthews podważa w ten sposób centralną strategię wojenną Zachodu. Powtarzane obietnice wspierania Kijowa „tak długo, jak będzie to konieczne” i „z wszelkimi niezbędnymi środkami” określa jako zasadniczo mylące. Zachód, jak twierdzi, wzbudził oczekiwania, których nie był w stanie spełnić. Jednocześnie nie zdołał sparaliżować gospodarczo Rosji i nie wypracował żadnej alternatywy dyplomatycznej.
Oto zasadnicza sprzeczność: Europa obiecała Ukrainie długą wojnę, aż do zwycięstwa, nie przedstawiając jednak środków umożliwiających osiągnięcie tego zwycięstwa – i nie przedstawiając przekonującego planu na wypadek niepowodzenia tej strategii.
Kijowowi grozi przedstawienie rachunku.
Matthews spodziewa się, że wyczerpanie sił zbrojnych wkrótce pogłębi kryzys finansowy. Wskazuje na zbliżający się deficyt budżetowy w wysokości 26 miliardów euro, pomimo że UE udzieliła już pożyczki w wysokości 90 miliardów euro. Do tego dochodzą niedobory kadrowe, niedobór amunicji przeciwlotniczej i ostra zima. Przytoczone w artykule kwoty budżetowe pochodzą od autora; ich dokładne kwoty wymagałyby weryfikacji w aktualnych ukraińskich dokumentach budżetowych.
W kraju również opisuje rząd pod rosnącą presją. Skandale korupcyjne, śledztwa przeciwko wysoko postawionym urzędnikom, konflikty między służbami bezpieczeństwa i spadające zaufanie do Zełenskiego zaostrzyły sytuację. Matthews powołuje się na śledztwo „New York Timesa” , które wykazało, że w 2024 roku stracono około 1,2 miliarda dolarów z powodu zawyżonych cen i korupcyjnych kontraktów wojskowych.
Niewygodne pytanie: O co nadal walczymy?
„ The Spectator” stawia zatem pytanie, które od dawna uznawane jest za niepożądane w polityce europejskiej: jaki jest realistyczny cel kontynuowania tej wojny, jeśli nie przewiduje się ani zwycięstwa militarnego, ani załamania gospodarczego Rosji?
Matthews twierdzi, że każda nowa oferta pokojowa dla Kijowa była gorsza od poprzedniej. Obawia się, że Rosja jeszcze bardziej wzmocni swoją pozycję militarną, zmuszając Ukrainę do negocjacji na jeszcze bardziej niekorzystnych warunkach. Europa wciąż mówi o wsparciu, ale brakuje jej konkretnego planu, jak uratować Ukrainę, znacząco osłabić rosyjską gospodarkę lub złamać wolę wojny Putina.
Nie oznacza to, że całkowity upadek Ukrainy jest nieuchronny ani że Rosja osiągnie wszystkie swoje cele wojenne. Moskwa ponosi również ogromne koszty, a dalszy rozwój wydarzeń pozostaje niepewny. Analiza Matthewsa jasno jednak pokazuje, że dotychczasowa strategia Zachodu nie spełniła własnych obietnic.
Polityczne straty są druzgocące: wydano miliardy, setki tysięcy ludzi zginęło lub zostało rannych, całe regiony zostały zniszczone – a teraz czołowy brytyjski magazyn przyznaje, że Ukraina przegrywa wojnę.
Pytanie nie brzmi już tylko, jak długo Kijów wytrzyma. Pytanie brzmi również, jak długo europejskie rządy zamierzają trzymać się strategii, której porażki same coraz częściej przyznają.
Minęło już nieco czasu od „afery” z odbieraniem Wołodymyrowi Zełeńskiemu Orderu Orła Białego. Mimo tego wciąż nie potrafię wyjść ze stanu zadziwienia.
Pamiętam, jak przecierałem wtedy oczy widząc, którzy to nadwiślańscy politycy dumnie naprężają swe wątłe muskuły. Którzy to, niespodziewanie ukazują surowe, wręcz srogie oblicza. Którzy zaczynają wygłaszać bezkompromisowe, patriotyczne przemowy.
Owi wybrańcy polskiego narodu nagle (w Roku Pańskim 2026!!!) odkryli, że na Ukrainie forsowany jest oficjalny kult zbrodniarzy z UPA! Dlatego teraz rzucili w stronę wielbicieli morderców twarde, proletariackie No pasaran! Nie będzie Zełeński pluł im w twarz! Zaś wierny elektorat z uwielbieniem oklaskiwał ów niespodziewany heroizm swoich ulubieńców…
Ja, agent. Ruski agent
Jest nadzieja, że oto właśnie dobiegła końca moja wieloletnia mniemana kariera agenta i szkodnika na żołdzie Moskwy.
Bo do tej pory, owszem, od czasu do czasu miewałem zaszczyt być zaliczany do tak zwanych ruskich agentów. Rozumiecie Państwo, do tych nienawistników wynajętych przez Kreml, co to „uprawiali dezinformację” szkalując niewinną jak lilija bratnią Ukrainę.
Byłem, wiecie, jedną z tych zapatrzonych w przeszłość ruskich onuc, które bliżej nieokreśloną „tragedię na Wołyniu” ośmielały się nazywać zbrodnią i ludobójstwem, nie bacząc na „nie ten czas” ani na nasze strategiczne sojusze. A wszystko to „za moskiewskie rubelki”, ktoś śmie wątpić?
Srogie są moje winy i długi ich rejestr. Zaliczałem się do „trolli Putina”, którzy „powtarzali rosyjską narrację” o pomnikach Bandery, Szuchewycza i SS-Galizien, jakoby wznoszonych z błogosławieństwem Kijowa. Do prowokatorów, którzy mianem „bandytów” określali „uznanych bohaterów walki o wolność Ukrainy”. I dalej, wytrwale rozpowszechniałem pogłoski o banderowsko-naziolskich tradycjach we współczesnych siłach zbrojnych Naszego Umiłowanego Sojusznika i Obrońcy. I jeszcze zadawałem prowokacyjne pytania o milczenie nadwiślańskich oficjeli wobec „pewnych zdarzeń” w Odessie i Donbasie, a także wobec „nieszczęśliwegowypadku” w Przewodowie.
Byłem więc jednym z tych, którzy swą nieodpowiedzialną pisaniną i gadaniem sprawiali, że „na Kremlu strzelały korki od szampana” (by zacytować ulubioną frazę mejnstrimowych mediotów). Teraz zaś doczekałem się naszego zbiorowego amnestionowania. A nawet więcej, czegoś w rodzaju mimowolnej rehabilitacji, chwalić Boga – wcale nie pośmiertnej.
– Nu, skończą się rubelki od Władimira… – powinienem westchnąć markotnie.
Jak Polak z Polakiem
Niechaj mi wybaczą żartobliwy ton wszystkie osoby, które w minionych latach dotknęła okrutnie około-ukraińska histeria. Którym władze wielce demokratycznej Trzeciej Erpe niszczyły kariery i życiorysy, w imię iście stalinowskiej „walki z wrogą dywersją”.
Dajmy na to owa pani profesor, powszechnie szanowana za dogłębną znajomość literatury i kultury rosyjskiej. Wystarczyło, że w sprawie Ukrainy ośmieliła się mieć poglądy inne niż oficjalnie zalecone. Myślałby kto, że uniwersytet jest z definicji miejscem dyskusji, polemik i wymiany argumentów, ale zarazem wspólnotą. Tymczasem niektórzy utytułowani „koledzy” pani profesor jęli składać w „Gazecie Wyborczej” i podobnych mediach sążniste donosy na „antyludzkie i faszystowskie poglądy” wielbicielki Dostojewskiego, odcinając się od nich skwapliwie. Donosiki chyba trafiły, gdzie trzeba, bo po jakimś czasie niewiasta znalazła się pod lupą ABW.
Przypominało to klimatem dawanie odporu „wichrzycielom i dywersantom” w minionej (?) epoce. Tak myślę, że rozgrzanym miłością do Ukrainy denuncjatorom z tytułami naukowymi wypadałoby wręczyć po metrze grubego kabla elektrycznego – za komuny narzędzia sprawdzonego podczas bicia „warchołów”. Niechby wyglądali całkiem jak gomułkowski „aktyw robotniczy”.
Wspomnijmy jeszcze tego młodziana, który na Fejsie wyraził radość z powodu rozgromienia przez Rosjan ukraińskiego pułku „Azow” w Mariupolu. Potem nieborak tłumaczył się przed sądem, wskazując na banderowsko-naziolskie inklinacje tej jednostki. Pan prokurator przyznał młodzieńcowi prawo do oceny „określonych formacji wojskowych” naszego drogocennego sojusznika; jednakowoż radowanie się z powodu spuszczenia im łomotu zakwalifikował jako „pochwałę wojny napastniczej”. Sąd wycenił wzmiankowaną zbrodnię na 5 miesięcy więzienia w zawieszeniu oraz dozór kuratora.
Pomysł ścigania „pochwały wojny napastniczej” wydał mi się wielce paradny. Oznacza bowiem, że już niedługo większa część naszego narodu wyląduje w kryminale, bądź będzie miała w papierach zapis: „karany”. Wspomnijmy, ilu rodaków radowało się i okazywało dumę przy okazji rocznicowych obchodów wyprawy Żółkiewskiego na Moskwę, albo podbojów Chrobrego, bądź po prostu śpiewało wers: „dał nam przykład Bonaparte”. Zdaje się, że w naszym kraju mogą spać spokojnie tylko wielbiciele czynów orężnych Trumpa i Netanyachu…
Sabat nienawiści
Była jeszcze jedna kategoria ofiar polityki nadwiślańskich rządów i medialnych koncernów – a imię jej Legion. To ludzie, których mózgi zainfekowano wydzielinami partyjnych i ponadpartyjnych szczujni. Zaprogramowani wirusem pogardy, posłusznie nienawidzą tych, których media kazały im nienawidzić.
Pamiętam, jak kiedyś jeden z większych portali zakomunikował, że ukraiński dron uderzył w budynek mieszkalny pod Moskwą. Chałupa spłonęła, a wraz z nią 69-letnia kobieta wraz z siedmioletnim wnuczkiem. Od pewnego czasu mejnstrimowym mediom wolno już było zamieszczać takie wstawki – bo przecież wcześniej długo obowiązywała zasada, że każdego zabitego cywila zapisywano na konto Rosjan, i to musowo jako ofiarę zbrodni wojennej (czyli czynu zamierzonego).
Nie zamierzam tutaj oceniać ukraińskich droniarzy, wszak nie znam kulisów owego konkretnego incydentu. Na wojnie zdarzają się celowe ataki na cywilów (a więc zbrodnie), ale bywają także przypadkowe dramaty wynikłe z błędów obsługi, awarii sprzętu czy po prostu nieszczęśliwego zbiegu okoliczności. Konflikt rosyjsko-ukraiński, jak każda wojna, generował zarówno zbrodnie, jak i nieumyślne zdarzenia, po obu stronach.
Jednakże poraził mnie oddźwięk ze strony internautów. Pod artykulikiem pojawiło się mnóstwo radosnych reakcji w stylu: „Lubię to!”, „Super!”, „Hahaha”. Co trzeba mieć w łepetynie, żeby radować się z usmażenia żywcem jakiejś babuszki i jej małego rebionka? Przecież śmierć rosyjskiego malucha to taka sama tragedia jak zgon dziecka ukraińskiego, palestyńskiego czy jakiegokolwiek innego! Takie same są krew i ból; identyczna rozpacz bliskich. Ale u nas niektórzy dzielą krew dzieci na lepszą i gorszą.
To tylko jeden przykład z wielu podobnych. Miałem nieszczęście słuchać lub czytać komentarze, które normalnego człowieka przyprawiały o mdłości; łącznie z epatowaniem fotografiami spalonych bądź okaleczonych zwłok (nazywanych „pieczonym ruskim robactwem”, „ruską padliną” bądź „ruskim ścierwem”). Patrzyłem na to i myślałem o tubylczych politykach i dziennikarzach, którym udało się zmienić niektórych moich rodaków w krwiożerczy motłoch; w ciemną, fanatyczną tłuszczę, gotową wojować nawet z pierogami ruskimi, albo z muzyką Czajkowskiego i Rachmaninowa. Medialna tresura okazała się skuteczna.
Miałem nadzieję, że może jaki hierarcha mojego Kościoła powie w końcu głośno, że takie medialne seanse pogardy, takie odgórne zaszczepianie wścieklizny maluczkim jest zwyczajnie niegodziwe. Że bardziej pasuje to do plemienia dzikich kanibali, albo sabatu satanistów, niż do wspólnoty przyznającej się do dziedzictwa cywilizacji łacińskiej. Że prędzej czy później doprowadzi to do dramatów, może do zbrodni.
Niestety, nasi hierarchowie byli przez te lata pochłonięci ważniejszymi dla nich problemami. Przecież głośno wyrażali troskę o ekosystem naszej planety, albo o przyjazne powitanie tzw. „imigrantów”, bądź o bezpieczeństwo świec chanukowych w Sejmie. Cóż, każdy ma swoje priorytety…
Demokraci i rezuni
Okazywanie atencji współczesnym banderowcom i nazistom przez niektóre środowiska w Polsce nie ograniczało się do obszaru samej tylko Ukrainy.
Pamiętacie rok 2022, kiedy nasz kraj upstrzono niebiesko-żółtymi flagami? W moim rodzinnym mieście nieznane mi osoby powiesiły wielki baner, zdobny we wspomniane barwy, z napisem: „STAŃMY RAZEM, JAK WE WRZEŚNIU 1939 ROKU”. Patrzyłem na owo dzieło rąk ludzkich w zadumie, próbując dociec, do kogo adresowane jest wezwanie. No bo przecie we wrześniu 1939 roku pod niebiesko-żółtymi barwami wystąpił Legion Ukraiński Wehrmachtu oraz bojówkarze OUN!
Przez wiele lat patrzyłem zrezygnowany, jak polscy korespondenci w Rosji oraz tak zwani „eksperci od spraw wschodnich”, pokazując naszej publice antyputinowskie demonstracje nacjonal-bolszewików oraz komunistów od Ziuganowa, przedstawiali je jako „protesty opozycji demokratycznej”. Ale raz, pamiętam, aż poderwała mnie wieść, że manifestująca przeciw Putinowi „młodzież” zaraz po wiecu udała się na koncert grupy Kołowrat. Owóż Kołowrat reprezentował wielce specyficzny odłam tamtejszego rocka, scenę spod znaku „odin, czetyrie / wosiem, wosiem”. Krótko mówiąc – to kapela neonazistowska. To rzetelni pogrobowcy towarzysza Adolfa. Nietrudno domyślić się, jakie poglądy reprezentowała „antyputinowska młodzież”, co to ją obdarzył ciepłym słowem polski mediota.
Potem, już podczas wojny na Ukrainie, doświadczyłem swoistego deja vu, kiedy „nasze” media tudzież nieocenieni „eksperci” usilnie lansowali walczącą na żołdzie Kijowa grupę, występującą pod szumną nazwą: Rosyjski Korpus Ochotniczy (RDK). Chciałbym poinformować, że wódz oraz ideolog rzeczonego Korpusu, pan Denis Kapustin (ksywa Biały Król) był neonaziolem o długim stażu (w czym nie przeszkadzało mu żydowskie pochodzenie), z zakazem wjazdu do wszystkich krajów strefy Schengen. Dopiero od paru lat jął on wykrętnie dystansować się od niektórych aspektów polityki III Rzeszy.
W takich momentach zachodzę w głowę, czy entuzjastycznie nastawieni do takich i podobnych inicjatyw polscy korespondenci i „eksperci”są naprawdę aż takimi durniami? Czy też może doskonale wiedzą, jakich to przyjemniaczków lansują jako „siły opozycji antyputinowskiej”? Bardziej skłaniam się ku tej drugiej opcji. Byłaby logicznym uzupełnieniem kocopałów o „skomplikowanym Banderze” oraz o „trudnych wyborach ochotników SS-Galizien”. Pasowałaby do jakże częstych u nas prób przedstawiania ukraińskiego rezuna jako postaci tragicznej i skrzywdzonej przez los – i to wcale nie dlatego, że w trakcie rezania Lachów złamały mu się widły.
Wpływy obce
Nasze państwo niszczono odgórnie z zapałem godnym lepszej sprawy. Oto rządy PiS i PO powołały komisje „do spraw badania wpływów rosyjskich”. Ich głównym zadaniem okazało się poszukiwanie „haków” na konkurentów politycznych.
Ja zaś zapytam: dlaczego nie bada się po prostu obcych wpływów? Toż zamiast licytować się, kto podczas oficjalnych wizyt dłużej i goręcej ściskał dłoń Putinowi, moglibyśmy poznać sprawy naprawdę istotne dla naszego umęczonego kraju – od smakowitych kulisów podpisywania kontraktów zbrojeniowych i paliwowych, poprzez przepływy zagranicznych grantów dla tutejszych propagandowych szczujni, aż po skład klienteli podkarpackich przybytków braci Rysicz.
Kiedyś poseł Jarosław Kaczyński raczył z trybuny sejmowej nazwać świeżo upieczonego premiera Donalda Tuska„niemieckim agentem”. W cywilizowanym, zdrowo zarządzanym kraju ową wypowiedzią natychmiast zajęłyby się odpowiednie służby i zależnie od wyniku dochodzenia co najmniej jeden z tych panów wylądowałby w więzieniu – albo za oszczerstwo, albo za zdradę. Piszę „co najmniej jeden”, bo w razie uprawdopodobnienia agenturalności podejrzanego Donalda T., należałoby zapytać jego adwersarza – czemu to, posiadając taką wiedzę, nie zawiadomił prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa, wszak mogącego ściągnąć na nasz kraj ogromne niebezpieczeństwo?
Oczywiście nic takiego się nie stało, nadwiślańskie państwo po raz kolejny potwierdziło kartonowo-styropianowy budulec swych fundamentów. Doczekaliśmy czasów, w których słowo „agent” uznaje się za wyświechtaną, niewiele znaczącą obelgę. Myślę, że prawdziwa obca agentura wielce raduje się takim stanem rzeczy.
Czy to wszystko oznacza, że możemy lekceważyć zagrożenie dla Polski ze strony rosyjskiej propagandy i działań służb Kremla? Oczywiście, że nie! Czy w naszym kraju działają prawdziwi rosyjscy agenci? Zdziwiłbym się, gdyby ich nie było. Rosja to kraj poważny, to znaczy dbający o swoje interesy. Działalność szpiegowska to naturalne przedłużenie dyplomacji. Zwalczanie obcego szpiegostwa oraz wspieranie własnego jest zwyczajną praktyką państw poważnych. Użalanie się na ten stan rzeczy, histeryczne „moralizowanie” w obliczu afer wywiadowczych to oznaka słabości. Wiele lat temu, podczas wizyty Władimira Putina w Polsce, jakiś polski dziennikarzyna zarzucił mu, że gdziekolwiek się ruszy, tam zawsze stara się przeforsować interes Rosji. W reakcji napisałem wtedy (w katolickim miesięczniku „Wzrastanie”), że bardzo chciałbym, aby taki zarzut stawiano polskim politykom – że gdziekolwiek się stawią, tam będą próbowali realizować interesy własnego kraju, a nie jakiejś Ukrainy, Tybetu, Czeczenii czy innej Gruzji. Pamiętam, że reakcją na moją pisaninę było zwyczajowe środowiskowe „oburzanko” i okrzyknięcie mnie (chyba po raz pierwszy) „zwolennikiem Putina”. Jak zwykle ktoś czegoś nie zrozumiał.
Państwo polskie winno strzec swoich spraw, tak przed wrogami, jak i mniemanymi aliantami. Tymczasem przeczytałem niedawno (w „Rzeczpospolitej”) o bezkarnej działalności w naszym kraju służb ukraińskich. „Jakby nie mówić, to są nasi sojusznicy” – próbują wyjaśnić taki stan rzeczy przedstawiciele naszych władz.
– Boże, strzeż mnie przed przyjaciółmi, z wrogami poradzę sobie sam – westchnął kiedyś kardynał Richelieu.
Strumień łaski
Pan Wołodymyr Zełeński, pełniący obowiązki prezydenta kraju sąsiedzkiego, ma prawo być zdziwiony obecną gniewną reakcją części polskojęzycznych polityków i dziennikarzy, na jego kolejny akt probanderowskiej adoracji.
Toż przecie od lat nie robił nic innego. Nawet jak przyjmował Order Orła Białego, to miał na sobie bluzę z symboliką OUN (tryzub z mieczem), a w obecności tubylczych sług wykrzykiwał raz po raz banderowskie hasło: „Sława Ukrainie – Herojom sława!”. Zresztą zaprzańcom, pełniącym obowiązki Polaków, również zdarzało się, tu i ówdzie, owo zawołanie inicjować. Nieprawdaż?
Chyba powinniśmy radować się owym strumieniem łaski, co to nagle oświecił przynajmniej niektórych sprawujących rządy oraz dominujących w ławach opozycji. Jednakowoż sceptyczną część mej duszy korci wątpliwość – czy to szczera przemiana, czy tylko nowe wytyczne? Nie było aby (jak niegdyś, choćby w sprawie Przewodowa) SMS-owych instrukcji z ambasady Wielkiego Brata?
Dla mnie największym problemem wcale nie byli i nie są politycy z Kijowa, tylko ich warszawscy koledzy po fachu. A ściślej nie koledzy, tylko słudzy, przecie sami raczyli tak się określić. Przyznajmy, że na tak szczerą deklarację, taki publiczny akt hołdowniczo-służalczy nie poważył się w naszej historii bodaj żaden kolaborant, nawet szefostwo Goralenvolk. Zaprawdę była to historyczna chwila.
To właśnie tubylcza „klasa polityczna” sprawiła, że straciłem wiarę w polski (w znaczeniu: suwerenny) charakter państwa nad Wisłą. Dziś zaś obserwuję cudowne nawrócenie plenipotentów obcych ambasad, któremu nie towarzyszy żaden rachunek sumienia ani akt skruchy, że już nie wspomnę o zadośćuczynieniu Panu Bogu i ludziom. Przeciwnie, słudzy mówią teraz, że nigdy sługami nie byli. Że nigdy nie poważali Zełeńskiego. Że zawsze sprzeciwiali się banderyzacji Ukrainy. Że oni zawsze byli dzielni. Oni zawsze się starali. Oni nigdy nie kłamali, z ich ust spływały potoki prawdy. Oni przecie kochali Polskę. I jeszcze zawsze byli za uczczeniem polskich ofiar z zadeptanych wołyńskich dołów śmierci.
Tak, zawsze. A ja to wszystko przeoczyłem.
Dziękuję, Panowie!
Minione lata były bardzo trudne dla Polaków poruszających temat „okołowołyński” czy też „ukraiński”. Odpowiadają za to konkretni ludzie oraz konkretne formacje polityczne.
Ogromna większość mediów poddała się barbarzyńskiej presji. Wygodniej było wtedy milczeć, a jeszcze większe profity zapewniało przyłączenie się do banderowskiego chóru. Tylko nieliczne redakcje postąpiły inaczej, przeciwstawiając się dyktatowi lub przynajmniej dopuszczając możliwość zaprezentowania odmiennych poglądów.
Dzięki uprzejmości różnych środowisk, wśród nich zespołów redakcyjnych Portalu PCh24 oraz dwumiesięcznika „Polonia Christiana”, miałem możność pisania o tym, co mnie szczególnie bolało, w tym o tematach określanych mianem „ukraińskich”. Robiłem to w charakterze „wolnego strzelca”, ale przecież ludzie udostępniający swoje łamy dla mojej pisaniny brali za nią pełną odpowiedzialność. A późniejsze gromy, te kubły pomyj od jawnych i anonimowych „oburzonych komentatorów”, spadały na te media między innymi za moją przyczyną.
Nie wspominam o tym, by się przechwalać, ani by uprawiać swoiste kombatanctwo. Inni działali w tej sprawie bez porównania więcej i lepiej ode mnie. Jednak to dobra okazja do złożenia podziękowań. Nie tak dawno życie pokazało mi, że mogę nie zdążyć wypowiedzieć wszystkich zamiarowanych słów. Nie wolno nam odkładać ważnych rzeczy na później.
Chciałbym więc serdecznie podziękować Redakcjom PCh24 oraz „Polonii Christiana”, tudzież wszystkim innym wspólnotom, które w latach ukraińskiej histerii ratowały honor polskiego dziennikarstwa. Zaś tych, którzy mnie czytają, proszę z myślą o wzmiankowanych środowiskach:
– Panie i Panowie! Czapki z głów!
Postscriptum
W tytule, informującym o zakończeniu mej kariery ruskiego agenta, powinienem chyba wstawić pytajnik. Bo prawda jest taka, że Polacy mający swoje zdanie w kwestiach „okołowołyńskich”, niebawem znów mogą zostać ogłoszeni wrogami publicznymi, zagrażającymi bratnim sojuszom i owocnym przyjaźniom.
Nie miejmy złudzeń, polskojęzyczni ważniacy wczoraj ściskali się z Zełeńskim, dziś obsobaczają go ile wlezie, a jutro mogą ogłosić, że niedawne drobne nieporozumienia właśnie przezwyciężyła troska o wspólne dobro i świetlaną przyszłość. Toż wystarczy tylko telefon z tej czy innej ambasady… Osobnicy pozbawieni zasad, zapatrzeni tylko w słupki wyborcze, w pocie czoła odgrywają swój teatrzyk, pilnie bacząc, aby nadążyć za kolejną prawdą etapu.
29 lipca 2025 roku Wołodymyr Zełenski podpisał ustawę nadającą szczególny status Ukraińcom przesiedlonym z terenów należących do Polski w latach 1944–1951. Przepisy weszły w życie 30 stycznia 2026 roku. Dokument nie jest wyłącznie ustawą socjalną. Wprowadza do ukraińskiego porządku prawnego kategorię osób deportowanych z powojennej Polski, a jednocześnie odwołuje się do utraty przez nie domów i majątku. To wstęp do roszczeń majątkowych wobec III RP. Tymczasem Warszawa śpi, zarówno wobec roszczeń ukraińskich jak i własnych obywateli co do majątków utraconych na Kresach.
Ukraina szykuje roszczenia do polskiej ziemi. Ustawa z 2025 roku definiuje jako deportację przesiedlenia ludności ukraińskiej z terenów dawnej Polski do Ukraińskiej SRR, a także późniejszą akcję „Wisła”. Ustawa wskazuje przy tym na „wywłaszczenie mienia” oraz inne ograniczenia praw osób przesiedlonych. W marcu 2026 roku ukraińskie władze przyjęły kolejny akt prawny z tym związany – rozporządzenie -procedurę przyznawania jednorazowej pomocy finansowej osobom objętym ustawą. Na to jak widać pieniądze są, mimo wojny.
Nie oznacza to, że Ukraina uzyskała w ten sposób podstawę prawną do przejmowania polskich nieruchomości. Ustawa nie przyznaje Ukraińcom prawa własności do konkretnych działek czy domów znajdujących się obecnie w Polsce i nie nakłada na Warszawę obowiązku wypłaty odszkodowań. Znaczenie ustawy może być jednak szersze. Państwo ukraińskie tworzy bowiem formalny system potwierdzania statusu osób wysiedlonych, ich pochodzenia oraz utraconego majątku. Tego rodzaju dokumentacja ma znaczenie, jeśli w przyszłości pojawią się polityczne próby wysuwania wobec Polski roszczeń dotyczących mienia.
Szczególne znaczenie ma język stosowany przez ukraińskie władze. W dokumentach i wystąpieniach parlamentarzystów mowa jest nie tylko o przesiedleniach, ale o „deportacji”, „wywłaszczeniu”, „zbrodni reżimu komunistycznego” oraz „zbrodni państwa polskiego”. W ukraińskiej narracji pojawia się również pojęcie prawa do powrotu na tereny określane jako „Zakerzonia”.
Istotna jest także kwestia liczb. Na podstawie umowy między polskojęzycznymi komunistami oraz Stalinem, około 482 tys. osób przesiedlono w latach 1944–1946 z Polski do Ukraińskiej SRR. Około 140–150 tys. Ukraińców wysiedlono natomiast w 1947 r. podczas akcji „Wisła”. W ukraińskiej debacie publicznej pojawiają się jednak liczby sięgające 700–750 tys. deportowanych. Różnica wynika częściowo z uwzględniania różnych operacji i okresów, jednak większa liczba osób objętych państwową narracją oznacza również większy potencjalny krąg osób mogących powoływać się na status deportowanych.
W zakresie sztucznego zawyżania przesiedlonych, Ukraińcy uczą się od najlepszych – liczba Żydów „ocalałych z holokaustu” również rosła wraz z czasem.
W każdym razie, w związku z działania ukraińskich władz rodzi sie pytanie, czy tworzenie państwowego systemu dokumentowania deportacji i utraconego mienia nie będzie w przyszłości wykorzystywane jako argument w sporach majątkowych. Co więcej, kwestia ta nie jest wyłącznie jednostronna.
Polacy wypędzeni z Kresów Wschodnich również pozostawili tam domy, gospodarstwa, ziemię i inne nieruchomości. Państwo polskie stworzyło wprawdzie system rekompensat za mienie pozostawione poza obecnymi granicami RP, ale problem historycznej własności kresowej nigdy nie został rozwiązany w sposób odpowiadający oczekiwaniom wszystkich środowisk kresowych.
Dodatkowo, polskie majątki były znacznie bogatsze od ukraińskich i łemkowskich. Z ziemi i nieruchomości wypędzeni zostali nie tylko polscy chłopi ale także fabrykanci oraz szlachta, posiadająca zamki i pałace. Same zagrabione i znacjonalizowane polskie zamki i inne dobra kultury na Kresach są warte miliardy, podczas gdy Ukraińcy na obecnym terytorium RP mieli jedynie drewniane chaty kryte strzechą, wozy drabiniaste na drewnianych kołach i kupę biedy.
Wobec działań Kijowa niezbędna jest zdecydowana i symetryczna reakcja polskiego rządu. Jeżeli Ukraina tworzy państwowy system rejestracji osób wysiedlonych, dokumentowania utraconego mienia i prawnego potwierdzania krzywd doznanych przez Ukraińców po 1944 r., Polska powinna stworzyć analogiczny mechanizm dokumentowania polskich majątków pozostawionych na Kresach Wschodnich.
Nie powinno się przy tym ograniczać sprawy do symbolicznych uchwał czy obchodów rocznicowych. Konieczne jest rozpoczęcie systematycznego procesu zmierzającego do restytucji polskiego mienia na Kresach. Tam, gdzie zwrot nieruchomości jest niemożliwy, należy dążyć do uzyskania realnych rekompensat. Państwo polskie powinno zgromadzić i zabezpieczyć dokumentację dotyczącą domów, gospodarstw, gruntów, przedsiębiorstw i innych nieruchomości pozostawionych przez Polaków w wyniku przymusowych wysiedleń.
Jeżeli państwo ukraińskie uznaje prawa swoich obywateli i ich potomków do pamięci o utraconym majątku, dokumentuje ich straty i nadaje wysiedlonym określony status prawny, państwo polskie powinno z taką samą determinacją występować w obronie praw Polaków wypędzonych z Kresów. Szybko okazałoby się, że polskiego majątku zagrabionego przez Ukraińców i Rosjan jest znacznie więcej, niż ukraińskiego w Polsce.
Bądźmy szczerzy – Ukraina skrzętnie gromadzi dokumentację swoich strat (prawdziwych i urojonych) i przygotowuje podstawę do przyszłych roszczeń. Niestety, strona polska pozostaje wyłącznie przy deklaracjach i wspomnieniach. Taka asymetria jest dla Polski politycznie i historycznie niekorzystna, a wręcz groźna. Jedynie słuszną reakcją na ukraińskie roszczenia, są nasze własne, dzięki czemu będziemy szachować antypolski, banderowski reżim.
Patriotyczni polscy aktywiści dopiero teraz odkryli, co po cichu robi Ukraina.
Niezależny dziennikarz Konrad Rękas pod koniec sierpnia zwrócił uwagę na ustawę, którą Ukraina po cichu uchwaliła w lipcu 2025 roku, dotyczącą komunistycznej „ Akcji Wisła ”. Doprowadziła ona do deportacji Słowian Wschodnich identyfikujących się jako Ukraińcy [lub siłą za takich uznanych.. Znam osobiście takich. M. Dakowski] do odrodzonej Republiki Sowieckiej oraz przymusowego przesiedlenia pozostałych na byłe tereny kontrolowane przez Niemcy, które Polska nazywa Ziemiami Odzyskanymi. Ustawa uznaje tę operację za przestępstwo i zobowiązuje państwo do przywrócenia „praw” swoim obywatelom.
Niedługo potem polski dziennikarz Radosław Patlewicz udostępnił artykuł ze swojej strony Magna Polonia o tym, jak „ Ukraina przygotowuje roszczenia do ziem polskich ”, co odzwierciedlało obawy Rękasa. Nowo odkryta świadomość ubiegłorocznego prawa uwiarygodnia scenariusz, w którym powojenna Ukraina albo formalnie zgłasza roszczenia do południowo-wschodniej Polski, albo nieoficjalnie wspiera ultranacjonalistów – w tym traumatyzowanych weteranów , zarówno w Polsce, jak i za granicą – którzy mogliby działać na własną rękę, aby te roszczenia wysuwać.
W najlepszym razie ta prawno-polityczna kampania ma na celu zrównanie „Operacji Wisła” z ludobójstwem wołyńskim , a jej celem jest wpojenie Polsce poczucia winy i skłonienie jej do normalizacji stosunków z Ukrainą po tym, jak niedawna gloryfikacja sprawców tego ludobójstwa, OUN-UPA, przez Zełenskiego na szczeblu państwowym , pogorszyła ich sytuację. W najlepszym razie ta prawno-polityczna kampania może doprowadzić do wspomnianego scenariusza powojennej ukraińskiej wojny hybrydowej z Polską. Oto dziesięć informacji, które w różnym stopniu poruszają tę wiarygodną możliwość:
Mogłaby również utwierdzić ludzi w przekonaniu, że mogliby zrekompensować straty terytorialne poniesione przez Rosję, odzyskując ziemie z dzisiejszej Polski, do których rościło sobie prawa ich krótkotrwałe państwo po I wojnie światowej.
Nawet jeśli nie dojdzie do wojny, cicha prawno-polityczna kampania Ukrainy przeciwko Polsce może nadal zostać wykorzystana do wymuszenia ustępstw społeczno-ekonomicznych, takich jak przywrócenie programów przyznających Ukraińcom w Polsce prawa równoważne Polakom i/lub reparacje.
Chodzi o to, że ta kampania nie została rozpoczęta bez powodu i niemal na pewno stanie się głośną sprawą w okresie powojennym, niezależnie od tego, czy Polska pokona wspieraną przez Niemcy Ukrainę w walce o przywództwo w regionie .
Polska mogłaby zapobiec temu scenariuszowi poprzez masowe deportacje Ukraińców, a jednocześnie wzmocnić obronę przeciwdronową i rozszerzyć swoją „ Tarczę Wschodnią ” na granicę z Ukrainą.
Prawdopodobnie jednak tego nie zrobi, ponieważ państwo wciąż „nie zdaje sobie sprawy” z zagrożenia terytorialnego ze strony Ukrainy. Z tego powodu obowiązkiem patriotycznych Polaków jest dalsze podnoszenie świadomości na ten temat, co może doprowadzić do tego, że jedna z partii opozycyjnych potraktuje to poważnie i przynajmniej poinformuje o tym sojuszniczego prezydenta Karola Nawrockiego.
Po pierwsze, istnieje stary konflikt między SBU a GUR. W tym przypadku chodzi tak naprawdę o SBU i nowe kierownictwo GUR przeciwko byłemu liderowi GUR, Kyryło Budanowowi, i legionom bojowników GUR, którzy pozostają lojalni wobec Budanowa. Po stronie SBU stoi jej bezwzględny przywódca, Ołeksandr Pokład, znany również jako „Dusiciel”.
Na pierwszy konflikt nakłada się drugi. Po stronie SBU stoi klan władzy Zełenskiego, od dawna sfrustrowany wygórowanymi ambicjami Budanowa. Fakt, że Budanow nadal dowodzi prywatną armią prominentnych, ideologicznie fanatycznych watażków, nie podoba się prezydentowi i jego najbliższemu otoczeniu. Budanow próbował również pokrzyżować plany Zełenskiego, by mianować zagorzałego lojalnego Pokłada prawowitym szefem SBU.
Po trzecie i najważniejsze: przychody. A dokładniej, rywalizacja o kontrolę nad niezwykle lukratywnym biznesem fałszywych call center, który zatrudnia około 60 000 Ukraińców i generuje miliard dolarów miesięcznie. Europejczycy naciskali na Zełenskiego, aby ukrócił tę branżę, która, co oczywiste, działa za przyzwoleniem ukraińskich organów ścigania, zwłaszcza GUR i SBU.
Podobne incydenty między GRU a SBU miały już miejsce wcześniej. Jedna ze strzelanin dotyczyła kontroli nad luksusowym ośrodkiem wypoczynkowym. Inne dotyczyły bardziej wartościowych transakcji biznesowych.
Dzisiejsza strzelanina ma miejsce dokładnie w momencie, gdy Zełenski ogłosił nowe prawo mające na celu zwalczanie oszustw w call center. Zjawisko to ma miejsce w szczególnie dogodnym momencie, ponieważ w ciągu ostatnich kilku miesięcy na całym świecie doszło do serii ataków terrorystycznych i morderstw, wszystkie powiązane z GUR i jego oszustwami w call center – tortury i ścięcia na Bali, eksplozje w Monako, a co najgorsze, naiwni obywatele Europy zostali oszukani i pozbawieni oszczędności. W tę międzynarodową sieć przemocy wpleciona jest dziwaczna menażeria fanatycznych watażków GUR i bardziej tradycyjnych bossów mafii.
Tego rodzaju mafijne wojny gangów stały się już dawno normą na Ukrainie.
Jednak za najnowszą sprawą kryje się coś więcej niż tylko spór o przychody z oszustw telefonicznych.
Jako szef GRU, Kyryło Budanow stał się poważnym rywalem (obecnego) prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Awansował z GRU na stanowisko szefa Biura Prezydenta, odcinając się tym samym od większości jego zasobów i wojsk. Chociaż jest to wpływowa pozycja, posunięcie to miało na celu utrzymanie Budanowa pod kontrolą.
Jeszcze głębiej za tym wszystkim kryje się spór między sojusznikami Zełenskiego z brytyjskiego MI6 i CIA o to, kto powinien objąć przywództwo na Ukrainie.
Pogląd, że Ukraina działa jako w pełni suwerenne państwo i podejmuje niezależne decyzje, jest obalany przez wszechobecny wpływ zachodnich agencji wywiadowczych, zwłaszcza brytyjskiego MI6. Strategia wojenna Ukrainy jest w dużej mierze dyktowana z zagranicy, a brytyjski wywiad jest głęboko zakorzeniony w wojskowych i politycznych procesach decyzyjnych kraju.
Zełenski i SBU są w mniejszym lub większym stopniu agentami MI6.
CIA i Biały Dom, który ją wspiera, chcą doprowadzić do władzy jej męża, Kyryło Budanowa, i znaleźć jakieś porozumienie z Rosją.
Od ubiegłego lata niezadowolenie społeczeństwa z oskarżeń o korupcję wobec bliskiego otoczenia Zełenskiego i niedawne zwolnienie Fiodorowa umocniły niechęć społeczeństwa do Zełenskiego.
…
Istnieją dwa sposoby rozwiązania tego problemu. Pierwszy – wybory w czasie wojny – cieszy się niewielkim poparciem Ukraińców, pozostaje skomplikowany logistycznie i jest obecnie nielegalny. Drugim sposobem jest restart systemu rządzenia poprzez ograniczenie udziału prezydenta w kierowaniu polityką wewnętrzną , stworzenie rządu jedności narodowej i utorowanie drogi grupie skutecznych i nieskazitelnych urzędników z konkurencyjnych partii, a także z szerokiego kręgu kompetentnych urzędników, których Zełenski zdymisjonował, ponieważ uważał ich za potencjalnych rywali.
Niestety, nic nie wskazuje na to, że Zełenski może podjąć taki krok. … Era scentralizowanych rządów małej grupy kolesiów już dawno minęła , a zachodni przywódcy oraz jego własny naród powinni przy każdej okazji namawiać go do podjęcia kroków mających na celu zapewnienie jedności narodowej i skutecznych rządów.
Tę linię myślenia od pewnego czasu propagują różne organizacje pozarządowe finansowane przez Zachód w Kijowie. Zełenski ma pozostać na stanowisku jako ceremonialna głowa państwa, podczas gdy faktyczną działalnością rządu ma zająć się swego rodzaju (kontrolowana przez USA) komisja.
Zbiegiem okoliczności (oczywiście, że nie) „ New York Times”opublikował artykuł popierający Budanowa zaledwie dzień po anty-zełenskiej tyradzie rozpowszechnionej za pośrednictwem „Foreign Policy” :
Kyryło Budanow, wielokrotnie odznaczony żołnierz i były szef wywiadu wojskowego, opowiada się za rozwiązaniem negocjacyjnym. Rozmowy mają zostać wznowione w tym miesiącu.
40-letni Budanow jest szefem sztabu prezydenta Wołodymyra Zełenskiego i generałem porucznikiem armii ukraińskiej. Choć opowiada się za negocjacjami , jako żołnierz, który walczył z Rosjanami, niewiele ma do udowodnienia.
…
Służył w wyszkolonej przez CIA jednostce ukraińskiego wywiadu wojskowego, której szef zginął w zamachu bombowym podłożonym przez Rosjan w Kijowie. W 2016 roku kula z karabinu maszynowego roztrzaskała łokieć pana Budanowa. Spędził miesiące w Narodowym Wojskowym Centrum Medycznym Walter Reed w Maryland, gdzie rekonstruowano mu rękę. Po pełnoskalowej inwazji Rosji w 2022 roku, pomógł zaplanować niektóre z najodważniejszych kontrataków Ukrainy.
Pan Budanow nadal nosi krótką, wojskową fryzurę i słynie z przenikliwego spojrzenia ciemnych oczu. W biurze ozdobionym chrześcijańską ikoną namalowaną na ceramicznej płytce kamizelki kuloodpornej, uchyli rąbka tajemnicy na temat sztuki negocjacji ze śmiertelnymi wrogami.
Budanow jest przedstawiany jako ktoś, kto może poprowadzić Ukrainę do pokoju z Rosją (na warunkach amerykańskich):
Jak powiedział, jednym z głównych powodów, dla których pan Budanow objął w styczniu stanowisko szefa sztabu, była możliwość przewodzenia negocjacjom.
W tym momencie pan Witkoff oraz rosyjscy i ukraińscy negocjatorzy sprowadzili 20-punktowy plan pokojowy do dwóch centralnych, nierozwiązanych kwestii: …
…
Pan Budanow powiedział, że podczas rozmów w Abu Zabi starał się nadać nowy ton.
Dodał, że polecił delegacji rosyjskiej, aby wyznaczyła sobie cel, taki jak wypracowanie kompromisów dla powojennej administracji Donbasu, i aby nad nim pracowała.
Do lutego rozważano przekazanie tego obszaru prywatnym firmom wojskowym, powierzenie zarządzania nim radzie pokojowej Trumpa lub utworzenie wspólnych ukraińsko-rosyjskich administracji cywilnych.
Ta absurdalna propozycja wysunięta przez Budanowa musiała wyjść od amatorów z Białego Domu.
Strzelanina w Kijowie była więc czymś więcej niż tylko mafijnym sporem biznesowym.
Brała udział w sporze o to, kto będzie kontrolował politykę zagraniczną Ukrainy. MI6 i CIA miały swoje własne preferencje.
Ale co naprawdę interesujące, Moskwa najwyraźniej zajęła w tej sprawie aktywne stanowisko:
Rosyjski dron odrzutowy (w zasadzie pocisk manewrujący) właśnie wleciał do biura szefa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), Pokłada, w samym sercu Kijowa. Nie zginął, ale Zełenski nakazał ataki odwetowe, kiedy tylko będzie to możliwe.
Rosyjski (a może GRU?) atak na poplecznika Zełenskiego, Poklada, który próbuje wyeliminować Budanowa, ma miejsce w czasie, gdy Biały Dom po długiej przerwie wznawia negocjacje w sprawie Ukrainy :
Jak podało źródło TASS, amerykańscy negocjatorzy Steve Witkoff i Jared Kushner planują wkrótce udać się do Kijowa i Moskwy.
– Na początku września źródło poinformowało agencję, że Witkoff i Kushner zintensyfikowali działania mediacyjne dotyczące Ukrainy.
– Według źródła, kontakt telefoniczny ze stroną ukraińską już miał miejsce.
– Wołodymyr Zełenski powiedział dzień wcześniej, że wstępne daty wizyty Witkowa i Kushnera w Kijowie zostały już ustalone.
– Wizyta może się odbyć w niedalekiej przyszłości – zauważył.
Witkoff i Kushner powinni interpretować „rosyjski” atak dronów na siedzibę SBU jako gest powitalny.
Donald Tusk lubił powtarzać, że „mnie nikt w Europie nie ogra”. W Kijowie ograła go rzeczywistość. I to bez większego wysiłku.
W kluczowym momencie rozmów o końcu wojny wysłannicy Donalda Trumpa siedzieli z Wołodymyrem Zełenskim. Europę reprezentowały Francja, Wielka Brytania i Niemcy. Polski nie było. Ani premiera, ani ministra, ani nawet urzędnika z trzeciego rzędu. Kraj frontowy, przez który idzie broń, amunicja, paliwo i pomoc, został potraktowany jak przedmiot, a nie podmiot.
To nie jest drobiazg protokolarny. To jest hierarchia. Ktoś uznał, że Berlin, Paryż i Londyn mogą mówić w imieniu Europy, a Warszawa ma stać z boku i dalej udostępniać tory, drogi, lotniska i brać na siebie ryzyko. Bo ryzyko jest realne. Hub logistyczny Ukrainy to nie honorowy tytuł. To cel. To trasy, składy, mosty i węzły, które Rosja od dawna traktuje jako część teatru działań wojennych. Polska ponosi koszty bezpieczeństwa, a decyzje o kształcie pokoju zapadają bez niej.
Najgorsze nie jest nawet to, że Niemcy i Amerykanie układają format. Najgorsze jest to, że polski premier od miesięcy sprzedaje obraz silnego gracza, a na stole zostaje mu miejsce za drzwiami. Wasal, którego nawet protektorzy nie stawiają w pierwszym rzędzie. Jeśli pogardzają podnóżkiem Berlina, to nie pogardzają tylko Tuskiem. Pogardzają państwem, które ten człowiek rzekomo reprezentuje. https://youtu.be/BUC9UY4ihwg
Polska nie jest prowincją cudzej polityki wschodniej. Jest krajem frontowym NATO, największym lądowym zapleczem Ukrainy i państwem, bez którego żaden „pakiet zimowy”, żaden korytarz i żadna gwarancja bezpieczeństwa na wschodniej flance nie mają sensu. Kto tego nie rozumie, ten nie prowadzi dyplomacji. Ten tylko administruje cudzym scenariuszem.
Można się spierać o historię, o Wołyń, o spór prezydenta z rządem, o to, kto komu nie podaje ręki. To wszystko nie znosi podstawowego faktu: gdy waży się koniec wojny za naszą wschodnią granicą, Polaków nie ma w pokoju. Są Francuzi, Niemcy i Brytyjczycy. Są Amerykanie. Jest Ukraina. Nas nie ma.
Tusk może dalej powtarzać hasła o liderstwie. Liczy się stół, nie konferencja prasowa. A przy stole Polska została postawiona w kącie. Kraj, który ma być podmiotem, znów potraktowano jak przedmiot. To nie jest „dyplomacja wielopoziomowa”. To jest skandal. I każdy, kto udaje, że nic się nie stało, robi to albo z tchórzostwa, albo z lojalności wobec kogoś innego niż własny naród.
Nieustanne przedłużanie konfliktu ukraińskiego za pomocą tych środków w nieskończoność opóźnia pełną realizację planowanego przez USA „powrotu do Azji Wschodniej”, może doprowadzić do tego, że Rosja sprzeda swoje bogactwa naturalne Chinom po bardzo niskich cenach i utrzymuje „aktywną neutralność” Chin.
Radio Wolna Europa/Radio Liberty (RFE/RL) w artykule opublikowanym pod koniec zeszłego miesiąca, w którym napisano, że „ ukraińska wojna dronowa obnaża niewygodne uzależnienie od Chin ”, nawiązało do letniej wypłaty przez UE pierwszego miliarda euro na zakup dronów na Ukrainie z 6 miliardów euro obiecanych na ten program. Zwrócono uwagę na wyjątek, który umożliwiał Ukrainie zakup chińskich części za te fundusze, a zatem politycznie niepoprawne stwierdzenie, że „ UE planuje zapłacić Chinom za pomoc Ukrainie w zabijaniu Rosjan ”.
RFE/RL donosiło, że „chociaż Kijów ograniczył zakup gotowych dronów z Chin, komponenty takie jak silniki, baterie litowe i światłowody nadal cieszą się dużym popytem”. Ponadto „w pierwszym półroczu 2026 roku import chińskich części osiągnął już około 76 procent całkowitej wartości odnotowanej w roku poprzednim”. Powoływano się również na ukraiński raport, który twierdził, że „38 procent wartości komponentów dronów importowanych przez Ukrainę w pierwszej połowie 2025 roku pochodziło z Chin”.
Celem ich artykułu wydaje się być zaszczepienie poczucia pilności zarówno na Ukrainie, jak i na Zachodzie, aby radykalnie zwiększyć krajową produkcję dronów i ograniczyć to, co jeden z cytowanych ekspertów określił mianem „wrogiej współzależności” Ukrainy od Chin. Wyjaśnili, że „Pekin pozostaje największym partnerem handlowym Kijowa, a Ukraina jest kluczowym dostawcą produktów rolnych do Chin”. To prawda i jest to jeden z powodów, dla których Chiny nie odetną Ukrainy od sprzedaży związanej z dronami, ale to nie wszystko.
Choć relacje chińsko-rosyjskie są lepsze niż kiedykolwiek w historii, już na początku 2023 roku podejrzewano, że „ Chiny nie chcą, aby ktokolwiek wygrał na Ukrainie ”. Powodem był fakt, że rzekomo możliwa do opanowania, wieczna wojna bezterminowo opóźniłaby pełną realizację planowanego przez USA „ zwrotu ku (Azji Wschodniej) ”. Co więcej, bogata w surowce Rosja mogłaby stać się nieproporcjonalnie zależna od Chin, co doprowadziłoby do sprzedaży przez Moskwę swoich bogactw naturalnych Pekinowi po bardzo niskich cenach.
Dążąc do tego cynicznego celu, Chiny odegrały jednocześnie niezastąpioną rolę w dostarczaniu Ukrainie dronów, części zamiennych i światłowodów (nawet jeśli tylko pośrednio, za pośrednictwem pośredników, jak spekulowali apologeci), jednocześnie pełniąc funkcję niezastąpionego zaworu od presji sankcji na Rosję.
Dzięki temu Ukraina jest w stanie dotrzymać kroku rosyjskim postępom militarno-technicznym, rosyjska gospodarka unika kryzysu, który Zachód próbował wywołać sankcjami, a Chiny zachowują „aktywną neutralność”.
Ostatni punkt odnosi się do aktywnego wspierania Ukrainy i Rosji przez Chiny, co czyni je neutralnymi w sensie nieopowiadania się po żadnej ze stron. Chiny czerpią korzyści finansowe z zakupów dronów przez Ukrainę, ich gospodarka stale rośnie dzięki importowi rosyjskiej energii na dużą skalę, po mocno obniżonych cenach, a Chiny relatywnie zmniejszają ogólną presję ze strony Zachodu, udowadniając, że nie są potajemnie „sprzymierzone” z Rosją. Polityka ta, niezależnie od tego, co można by sądzić o jej zaletach, niewątpliwie przyczyniła się do przedłużenia konfliktu .
Gdyby Chiny odcięły Ukrainę od sprzedaży dronów w duchu partnerstwa z Rosją bez ograniczeń , ogłoszonego kilka tygodni przed rozpoczęciem operacji specjalnej , Rosja mogłaby osiągnąć więcej ze swoich deklarowanych celów w konflikcie, a może nawet odnieść maksymalne zwycięstwo . Wojskowe i wywiadowcze wsparcie USA dla Ukrainy jest ważniejsze niż sprzedaż dronów przez Chiny, ale skoro nie widać końca wsparcia ze strony USA , Rosja powinna spróbować zmusić Chiny do ostatecznego odcięcia Ukrainy.
Oświadczenie amerykańskiej polityczki Kimberly Lowe na Wschodnim Forum Ekonomicznym we Władywostoku porusza kwestię, która od początku wojny na Ukrainie wiąże się z zaciętymi sporami: finansowania laboratoriów biologicznych na Ukrainie przez Stany Zjednoczone.
„Finansowaliśmy laboratoria biologiczne na Ukrainie” – oświadczyła Lowe na forum. Posunęła się nawet dalej, porównując je do japońskich eksperymentów na ludziach z lat 40. XX wieku. Nie przedstawiła jednak żadnych dowodów na poparcie tej daleko idącej analogii historycznej. Jej główne twierdzenie dotyczące samego finansowania można natomiast teraz zweryfikować za pomocą amerykańskich dokumentów.
Co szczególnie godne uwagi, potwierdzenie pochodzi teraz z samego Waszyngtonu. W czerwcu 2026 roku dyrektor amerykańskiego wywiadu Tulsi Gabbard opublikowała , według jej biura, niedawno odtajnione dokumenty dotyczące długoletniego międzynarodowego programu biolaboratoriów finansowanego z pieniędzy amerykańskich podatników.
Według Biura Dyrektora Wywiadu Narodowego (ODNI), Stany Zjednoczone sfinansowały ponad 120 laboratoriów biologicznych w ponad 30 krajach. Wyraźnie wspomniano o placówkach na Ukrainie. ODNI stwierdził nawet, że amerykańskie agencje wywiadowcze ostrzegały wcześniej, że finansowane przez USA laboratorium na Ukrainie mogło zawierać niebezpieczne patogeny i że obiekt ten był narażony na rosyjskie ataki, przejęcie lub uszkodzenie.
Oznacza to, że nie można już dłużej ignorować przynajmniej sedna długo trwającej debaty: Stany Zjednoczone sfinansowały i wsparły infrastrukturę laboratoriów biologicznych na Ukrainie.
Infrastruktura laboratoryjna na Ukrainie finansowana przez Pentagon
Udokumentowano również wymiar finansowy . Według dokumentów uzyskanych przez Judicial Watch na podstawie wniosku FOIA złożonego przez Defense Threat Reduction Agency, agencję Departamentu Obrony USA, umowa z amerykańską korporacją Black & Veatch opiewała na kwotę 11,289 mln dolarów .
Dokumenty dotyczą między innymi wdrożenia systemów monitorowania chorób zakaźnych i zwalczania patogenów. Judicial Watch powołuje się również na dokumenty dotyczące działalności laboratoryjnej związanej z wąglikiem.
W 2005 roku Waszyngton i Kijów zawarły porozumienie w sprawie redukcji zagrożeń biologicznych. Porozumienie to stanowiło, że Departament Obrony USA, wraz z ukraińskim Ministerstwem Zdrowia, powinien poprawić możliwości monitorowania, wykrywania i diagnozowania ognisk chorób wywołanych przez niebezpieczne patogeny. Jednocześnie obie strony zgodziły się na wspólne badania biologiczne i poprawę bezpieczeństwa biologicznego ukraińskich laboratoriów.
Jeszcze bardziej niezwykłe jest brzmienie ówczesnej umowy . Stanowiła ona, że ukraińskie Ministerstwo Zdrowia będzie przekazywać Departamentowi Obrony USA, na żądanie, kopie niebezpiecznych szczepów patogenów zebranych na Ukrainie do wspólnych badań biologicznych. Ponadto dane z ukraińskiej sieci nadzoru chorób zakaźnych miały być udostępniane Pentagonowi. Deklarowanymi celami były profilaktyka, ochrona i inne pokojowe zastosowania.
46 ukraińskich instytucji otrzymało wsparcie amerykańskie
Sam Pentagon oświadczył w 2022 r., że Stany Zjednoczone wsparły 46 ukraińskich laboratoriów, placówek służby zdrowia i ośrodków diagnostycznych w ciągu ostatnich dwóch dekad .
Według amerykańskich źródeł programy te służyły wyłącznie pokojowym celom: wykrywaniu niebezpiecznych patogenów, monitorowaniu chorób zakaźnych, bezpieczeństwu biologicznemu i zapobieganiu dalszemu rozprzestrzenianiu się materiałów, które mogłyby zostać wykorzystane do produkcji broni biologicznej.
Laboratoria należą do Ukrainy i są zarządzane przez ukraińskie władze. Waszyngton jednoznacznie zaprzecza, jakoby rozwijał broń biologiczną na Ukrainie lub prowadził tam własne laboratoria biologiczne.
To rozróżnienie jest kluczowe: udokumentowano, że Stany Zjednoczone finansowały laboratoria biologiczne i programy badawcze na Ukrainie. Nie dowodzi to jednak, że amerykański program broni biologicznej był tam realizowany.
Dlaczego lokalizacja geograficzna jest kwestią wrażliwą politycznie
Niezależnie od kwestii broni biologicznej, sprawa ma wymiar geopolityczny, którego nie można po prostu zignorować, wskazując na badania cywilne.
Część tej infrastruktury biologicznej znajduje się w kraju graniczącym bezpośrednio z Rosją. Została ona sfinansowana i technicznie wsparta przez Departament Obrony Stanów Zjednoczonych i jego Agencję ds. Redukcji Zagrożeń Obronnych (Defense Threat Reduction Agency). Obejmowało to między innymi bezpieczne przechowywanie, monitorowanie i badania niebezpiecznych patogenów.
Nic więc dziwnego, że Moskwa z perspektywy polityki bezpieczeństwa ściśle monitoruje tego typu działania bezpośrednio na swoich granicach.
Z kolei Waszyngton i Kijów argumentują , że samo istnienie niebezpiecznych patogenów wymaga międzynarodowych programów zabezpieczenia zapasów. Pentagon zwraca uwagę, że Program Współpracy w Redukcji Zagrożeń (CORR) został pierwotnie utworzony po upadku Związku Radzieckiego w celu zabezpieczenia byłej radzieckiej broni masowego rażenia, materiałów i związanej z nią wiedzy specjalistycznej. Programy te były początkowo prowadzone nawet wspólnie z Rosją.
To maluje bardziej złożony obraz, niż sugerują dwa skrajne stanowiska polityczne: laboratoria i amerykańskie finansowanie nie są fikcją. Jednocześnie samo ich istnienie nie jest dowodem na to, że broń biologiczna została tam opracowana.
To, co zaczyna się jako „dezinformacja”, staje się kwestią definicji.
Dobór słów był wówczas szczególnie problematyczny w kontekście komunikacji publicznej.
W 2022 roku Departament Stanu USA nazwał rosyjskie twierdzenia na temat amerykańskich laboratoriów biologicznych i działań związanych z bronią biologiczną na Ukrainie „dezinformacją” i wyraźnie stwierdził, że Stany Zjednoczone nie posiadają ani nie prowadzą żadnych laboratoriów biologicznych na Ukrainie.
Oświadczenie to jest technicznie spójne z informacjami opublikowanymi później: Obiekty należą do Ukrainy i są obsługiwane przez ukraińskie władze.
Jednocześnie jednak sam Pentagon potwierdził wsparcie 46 ukraińskich laboratoriów i innych placówek, a w 2026 roku kierownictwo amerykańskiego wywiadu oficjalnie oświadczyło, że wśród biolaboratoriów na świecie finansowanych ze środków USA znajdują się również laboratoria na Ukrainie.
Tak więc znaczna część kontrowersji w tamtym czasie ewidentnie dotyczyła użytego języka: „laboratoria amerykańskie” to nie to samo, co „laboratoria finansowane przez USA”. To rozróżnienie często gubiło się w debacie politycznej.
Dziś nie da się już na poważnie zaprzeczyć, że amerykańskie pieniądze napłynęły do programów laboratoriów biologicznych na Ukrainie, że Pentagon był w to zaangażowany i że Waszyngton współpracował z ukraińskimi instytucjami w zakresie monitorowania niebezpiecznych patogenów.
Istnienie i finansowanie samej infrastruktury biologicznej nie jest już wyłącznie rosyjskim roszczeniem, przypuszczeniem. Jest udokumentowane w oficjalnych dokumentach Stanów Zjednoczonych.
„Wojna się skończy, problemy Polski z Ukrainą dopiero się zaczną” –
— to tytuł 37-minutowego wywiadu przeprowadzonego przez Tomasza Pichóra z prof. Jackiem Izydorczykiem:
Nasłuchaliśmy się już sporo na temat relacji, jakie mają łączyć Polskę i Ukrainę – mówi Tomasz Pichór. – Jest nieformalny sojusz. Czy będzie obowiązywał po wojnie?
Nie ma żadnego sojuszu – odpowiada prof. Jacek Izydorczyk. – Jest tylko nakaz pana zza Oceanu.
To jest tak zgniłe u podstaw, że to nie jest żaden sojusz. Wszystkie działania rządów III RP na rzecz utrzymania Ukrainy oraz wojny Kijowa z Moskwą to nakaz amerykański wykonywany przez pseudoelitę warszawską. Ukraina od początku swego powstania jest państwem wrogim Polsce. W każdej chwili może być użyte przeciw nam, także przez Rosję.
Andrzej Duda i Wołodymyr Zełenski
Andrzej Duda w amoku krzyczał, że będzie zniesiona granica, że będzie wspólne państwo, a to oznaczałoby wejście do wojny przeciwko Rosji. Niezrozumiały jest szał humanitaryzmu w 2022 roku. Polacy nie znają historii, muszą widocznie przeżyć u siebie w domu to, co będą robić Ukraińcy.
T. Pichór: Czy Warszawy i Kijowa nie łączy wspólne zagrożenie ze strony Rosji?
J. Izydorczyk: Jakie wspólne zagrożenie?! W interesie Rosji jest podporządkowanie Ukrainy. Jeśli chodzi o Polskę, to Rosja ryzykowałaby gorącą wojnę z Zachodem i NATO. Zabezpieczenie ukraińskich terytoriów jest kwestią interesu narodowego i bezpieczeństwa Rosji. Wchłonięcie Polski przez Rosję nie jest istotne dla bezpieczeństwa Rosji, przyniosłoby odwrotne skutki.
Skoro nie udał się Rosji plan zmiany rządu w Kijowie, istotne dla Kremla jest opanowanie ziem do Dniepru. Nie porozumiały się USA z Rosją, wojna się toczy, a Polacy ponoszą tego koszty, finansowe na razie.
T. Pichór: Jak będą wyglądały relacje polsko-ukraińskie po zakończeniu wojny?
J. Izydorczyk: To zależy od wyniku wojny. W przypadku rozejmu czy pokoju Ukraina straci Krym i ziemie za Dnieprem. Ukraińcy muszą wtedy przekierować swą złość i nienawiść na wroga zastępczego, a naturalnym wrogiem zastępczym jest Polska. Ukraina ma roszczenia do aktualnych terytoriów państwa polskiego.
Półwysep Krymski
Ukraina jest niejednorodna etnicznie – na wschodzie żyją ludzie rosyjskojęzyczni (profesor nazywa ich radzieckimi, co wydaje mi się terminem nieścisłym – przypis ZB), na zachodzie rozwinął się dziki banderyzm, z którym przyjdzie nam graniczyć. W sumie sojusz z Ukrainą to taki, jakbyśmy zawarli sojusz z ludożercami.
T. Pichór: Jaki wynik wojny jest najbardziej korzystny dla Polski?
J. Izydorczyk: Likwidacja Ukrainy – polityczna i ekonomiczna. Po wojnie będziemy ewentualnie zagrożeni ze strony Ukrainy – zagrożeni politycznie, ekonomicznie, militarnie. Przybędzie do nas wielomilionowa mniejszość, możliwe będą akcje dywersyjne, sabotaż, terroryzm. Przeżyliśmy to już przed II wojną światową.
No i trzeba się zastanowić, jakie Polska ma i może mieć korzyści wynikające z istnienia Ukrainy. Przypomnę tu, że Kijów w tajemnicy przed Warszawą zaproponował Waszyngtonowi, by te wycofały personel wojskowy z Polski, a w to miejsce weszłyby siły ukraińskie.
T. Pichór: Co było przyczyną, że reminiscencje historyczne nagle z taką siłą wybuchły w Polsce?
J. Izydorczyk: Pamięć zawsze była. Polityka ZSRR i PRL polegała na wyciszeniu bolesnych problemów, a po 1989 roku władze postsolidarnościowe chciały nam za wszelką cenę obrzydzić polskość i polską historię.
T. Pichór:Z pańskich wypowiedzi wynika, że nie mamy szans na urealnienie polityki wobec Ukrainy, dokąd nie będzie zmiany elit politycznych.
J. Izydorczyk: Mamy – jeśli Waszyngton powie, że ‚macie teraz inaczej postąpić’, to wtedy władze III RP zrobią to w podskokach.
Tropienie analogii jest zwodnicze, ale w sumie pożyteczne. Zwodnicze, bo się trzeba zastrzegać coraz to, że są jakieś różnice, gdyż należy umysłom prostolinijnym, w tym własnemu, tłumaczyć, żeby nie przekładał wszystkiego dosłownie. Pożyteczne to jest nie tylko dla gimnastyki umysłowej, ale głównie po to, że widząc pewne analogie wobec zdarzeń już byłych można z dużą dozą prawdopodobieństwa przewidzieć rozwój wypadków zdarzeń przyszłych. Tak samo jest z analogiami związanymi z migracją. Tą zachodnią i naszą, polsko-ukraińską.
Migracyjne przygody Zachodu
Najpierw zaczniemy od postawienia pewnej tezy, w oparciu o znane fakty. Mamy do czynienia na Zachodzie z różnorakimi falami migracyjnymi. Wszystkie one mają dwa uzasadnienia – jedno fałszywe, wykorzystywane do tego, by uzasadnić to prawdziwe, choć skrywane. Na razie mówimy o Zachodzie, później poszukamy w tym względzie analogii u nas.
Potrzeby migracyjne Zachodu były uzasadniane słabnącą demografią, zwłaszcza Starego Kontynentu oraz wstydliwym sekretem zachodniego dobrobytu – nie wszystkim się chce pracować, a zwłaszcza wykonywać prac niegodnych, gdy trzeba obsługiwać innych, czy sprzątać po nich. Po prostu „pany” europejskie nie chcą się już schylać, nie po to budowały swoje bogactwo, często wiekami łupiąc inne nacje, by teraz zamiatać, podawać do stołu czy wymieniać baseny przy łóżkach szpitalnych.
To był wstydliwy szczegół, zaś migracyjne potrzeby tłumaczyło się bardziej kwestiami wymierania, niż tego, że potrzeba nam ludzi do robót brudnych, bo my już coraz bardziej na sutych emeryturach. Mówiło się o demograficznej zapaści, nieodnawialności pokoleń i tym, że nas coraz mniej, ale tak naprawdę chodziło o sprowadzenie całych nacji do nas tu obsługi. Tak było do mniej więcej lat dziewięćdziesiątych. To była oficjalna wersja, ale powoli stająca się coraz bardziej fałszywą.
Demografia jako element destrukcyjny
Wszedł bowiem na pełnej petardzie aspekt kulturowy w wykonaniu globalistycznym. Mieliśmy ideolo multi-kulti, że „wszystkie kultury nasze są”, nie ma lepszych czy gorszych. Ale tu od razu był zgrzyt – nikt nie mówi (no, może niewielu) o tym które kultury są lepsze, czy gorsze, ale chodziło o to, że – przynajmniej według Feliksa Konecznego – dwie kultury nie mogą długo koegzystować bezkonfliktowo, a na dłuższą metę – nigdy. Projekt ideologiczny znacznie poprzedził realne fale migracyjne, ale i przygotował tzw. podglebie pod przyszłe fakty. Kiedy pierwsze łodzie ochoczo wypłynęły na zapraszające zawołanie kanclerki Merkel „Wir schaffen das!” wszystko na brzegu było już gotowe. Projekt globalistyczny, który jest w rezultacie rewolucyjny jak żaden inny, nanizywał na sznurek nowego wspaniałego świata destrukcyjne koraliki, jeden po drugim. Jednym z ważniejszych koralików była i jest dezintegracja państw narodowych, a cóż lepiej temu może służyć, niż kulturowa wojna pomiędzy migrantami o innej kulturze a tzw. goszczącymi, choć często bez udziału, lub nawet wbrew, tych goszczących woli?
Migracja, a właściwie jej bezwarunkowa akceptacja przy zaniku tu polityki wielu państw, była uzasadniana humanistycznie, czasami ekspiacyjnie – chociażby za kolonialne zbrodnie przodków danego goszczącego kraju. Te były unurzane we wstydzie za przemoc i wyzysk jakichś tambylców uprawiany pod pretekstem cywilizowania, a zwłaszcza pod pretekstem religijnego nawracania. Namnożyło się więc przewin sprzed wieków, które wciskane ludowi goszczącemu przez procesy globalizacyjne wywoływały u niego poczucie uzasadnionej winy i chęć rekompensaty. Pług migracyjny przeorał miedze spoistości narodowych i etnicznych, osłabił integralność demograficzną i kulturową. Przodowało w tej orce lewactwo, jako ideologia uzasadnienia nie tylko odkupienia klasowo-rasowych przewin, ale i realizacje misji zbawienia przez bożka równości. Nie od dziś mamy do czynienia tu z mariażem dotychczas sprzecznych intencji globalistycznego kapitału i lewackiej ideologii. Cele globalistyczne realizuje się pod sztandarami lewicowymi, gdyż przesłanie globalistów wprost (nie będziesz miał nic i będziesz szczęśliwy) jest raczej niestrawne. Prędzej lud o farbowanych włosach nabierze się na bajki o równości i inkluzywnym odkupowaniu win rodziców, twórców systemowego suprematyzmu.
Demograficzna dyskryminacja pozytywna
Do tego doszły dwie kwestie wynikające z zasady dyskryminacji pozytywnej: pierwsza – narracyjna, że o migrantach nie można złego słowa powiedzieć. Druga – ważniejsza -, że ta nierówność zaczęła przeciekać nie tylko do procedur policyjnych ale i linii orzeczniczych sądów. Powstały dwie kategorie ludzi – goszczący i goście, z tym, że goście zaczęli mieć lepsze prawa niż gospodarze. Po prostu destrukcjonizm globalizmu dołączył do swego instrumentarium kolejny aspekt – rozpadu integralności narodu. W sensie narracyjnym widzimy to na przykładzie takiej Wielkiej Brytanii jak w soczewce. Na Wyspach siedzi za „mowę nienawiści” więcej ludzi niż w Rosji czy na Białorusi. Stworzono pojemny worek pojęciowy, procedury policyjne do łowienia i linie orzecznicze do skazywania głównie za kwestionowanie efektów polityki (bo samej polityki nie ma) migracyjnej. W mediach nie uświadczysz nic krytycznego na ten temat, nawet tożsamości narodowe, a więc i imiona sprawców wypadków są skrywane, co kuriozalnie – właśnie przy takiej anonimizacji powoduje skutek odwrotny – każdy wtedy „wie” kto, a właściwie jaka ukrywana rasa, dopuściła się występku.
To narracja, zaś gorsze jako się rzekło, staje się nierówne traktowanie cudzoziemców przez policję, prokuraturę i sądy. Przykład Polaka (Henry’ego Nowaka) zasztyletowanego w Anglii pokazuje jak to się kończy. Wystarczyło tylko, że pigmento-pozytywny morderca wskazał na rasistowski kontekst zachowań domniemanego agresora, a już policja zakuła zasztyletowaną i umierającą ofiarę. Myślicie, że ktoś za to beknął? Nawet nie wiadomo co się dzieje ze sprawcą. W sądzie doczeka się pewnie pobłażliwego traktowania, wszak to też ofiara naszego przecież systemowego suprematyzmu. My, biali wszystkiemuśmy winni. I nie można nic powiedzieć, bo z drugiej strony pilnuje wszystkiego całkiem już więzienny kaganiec cenzury i bańka się domyka.
Do tego dochodzi gargantuiczny wręcz socjal, preferencje w szkolnictwie czy dostępie do służby zdrowia i rodzą się dwie klasy. Proces ten trwa dość długo, by z jednej strony się już sprzykrzyć, ale i z drugiej strony wyprodukować całe pokłady samobójczej akceptacji. Nawet na poziomie głosowania za ugrupowaniami, które sprowadzają bezpośrednie zagrożenie na nasze domy i najbliższych. Widać to na zachwyconych, czy tylko zdziwionych, filmikach gości z Zachodu, którzy na polskich ulicach dziwią się, że tu można (jeszcze?) chodzić samotnie dziewuszce po nocy, ulice są czyste i nikt ci nie wchodzi na posesję, by cię obrabować, czy tylko się wysikać. Migracja stała się tematem politycznym, grupującym ludzi, którzy mają już tego dość, ale ten dekiel jest mocno przytwierdzony do gara poprawności – co prawda w takich wypadkach ciśnienie tylko rośnie, ale nie ma się co cieszyć, bo jak gar walnie, to w całości.
Polskie analogie
I teraz pora na naszą, polską analogię. My też tak my, ale od niedawna. Gościmy u siebie Ukraińców w dużej mierze od początku transformacji, ale ważne są dwie fale. Jedna – z kulminacją po 2014 roku i tzw. pierwszej wojnie ukraińskiej, miała charakter stricte zarobkowy. Nikt tu do nas stamtąd nie przyjeżdżał owinięty we flagi cierpienia, a tym bardziej roszczeń. Ta fala była nastawiona na asymilację, chciała się wtopić w polski żywioł. Ta emigracja jest najbardziej wroga, bardziej niż polskie ksenofoby, w stosunku do… drugiej fali ukraińskiej migracji, tej po 2022 roku. Ci pierwsi uważają, że ta druga fala psuje im cały dorobek, już nawet nie materialny, ale kapitał akceptacji przez Polaków. Roszczeniowe postulaty drugiej fali stają w sprzeczności w sumie z dezerterskimi motywacjami ich tu pobytu, zaś ostatnie wypadki, kiedy nabrały już charakteru otwarcie wrogiej ideologii banderyzmu, spowodowały, że konflikt polsko-ukraiński rozkwitł w formie wielkiego wora, gdzie obie strony wrzucają niewinnych Ukraińców, którzy po prostu chcieli sobie w Polsce ułożyć życie, a nie przynosić do Polski roszczenia w postaci rachunków krzywd, w dodatku zmyślonych przez kijowskich cwaniaków.
Kiedy na konferencji poświęconej Obronie Cywilnej rozmawiałem z wysoko postawioną mundurową Ukrainką i zeszło nam na banderyzm, dowiedziałem się, że nie ma na Ukrainie żadnej innej idei, która by zagoniła lud do okopów. Po prostu – państwo ukraińskie, jak słyszymy o grubo ponadtysiącletniej historii – nie dorobiło się żadnego innego etosu, niż idea czystości rasowej wolnej od historycznych ciemiężców. A więc ideologia banderyzmu jest używana taktycznie do mieszania ludowi okopowemu w głowach. By tam siedział i walczył, bo przecież powiedzenie mu, że walczy o dobrostan oligarchów mogłoby nie wywołać już takiego entuzjazmu. A jako, że mamy i w Polsce takich polityków (i to nie tylko mowa o Janie Marii Rokicie), którzy uważają, że na Ukrainie może rządzić i sam diabeł, byleby walczył z Rosją, to czemu się dziwić, że sami Ukraińcy używają tego do zaganiania do okopów kolejnych dostaw mięsa armatniego.
Order jako przełom
My z Ukraińcami, zwłaszcza po roku 2022 weszliśmy w wydeptane buty Zachodu. Wszystko jest takie samo – najpierw, do afery z Orderem było po zachodniemu. Pełna zgoda polityczna, preferencje socjalne, medyczne, szkolne, mieszkaniowe, daleko przekraczające wsparcie państwa wobec jego obywateli. Pełna na to zgoda w mediach i ławach sejmowych. Coś bąkała Konfederacja, ale nieśmiało, ośmielił ją dopiero Braun. Teraz „pożyczają” od niego na prawicy wszyscy, choć wielu – tak jak PiS – sami przyłożyli rączki do procesów, nad którymi dziś wylewają krokodyle łzy.
Przełom ukraińskiej omerty nastąpił z powodu afery z odebraniem Zełenskiemu Orderu Orła Białego. Tu pękła zmowa milczenia, już nawet nie chcę spekulować czy przypadkiem, czy po prostu PiS zobaczył z badań, że dalsze brnięcie w „sługi Ukrainy” podrzuca wyborców już tylko Braunowi, Nowogrodzka zdecydowała się otworzyć zatrzaśniętą dotąd tzw. „puszkę z Pandorą”. Tak czy siak mleko się rozlało i można było o tych ukraińskich przypadkach mówić, choć tylko – uwaga – w sferze pamięci historycznej. Bo w pozostałych kwestiach jest po staremu – tu oba plemiona służą na wyprzódki. Prapremier Czarnek tylko się zająknął o jakiejś ekwiwalentności pomocy dla Ukrainy i już musiał w przysiadach czyścić dywanik na karnym ochrzanie na Nowogrodzkiej.
Jedziemy po zachodniemu z małym wyjątkiem na to, że u takiego Niemca, to o innoziemcach może mówić źle tylko AfD, a u nas parę partii i telewizji, zaś w Anglii to w ogóle. Ktoś powie, że przecież tam na Zachodzie mamy do czynienia z konfliktem kulturowym, bo to inne ludy, inne kontynenty, inne kultury. My zaś mamy na głowie Słowian, z pewnym potencjałem jeśli już nie asymilacyjnym, to chociażby integracyjnym. I tu natrafiamy na pewien fenomen. Nasza kultura jest krańcowo odległa od ukraińskiej. Nie tylko dlatego, że to kultura turańska, a my jesteśmy łacińska, ale dlatego, że jest… gorzej.
Kwalifikacja Feliksa Konecznego wymaga tu pewnego omówienia.
[Sprostuję poniższe: Feliks Koneczny widzi na wschód od Polski nie cywilizację turańską, lecz potworną mieszankę cywilizacyj, czyli „kołobłęd” atrocinium magnum. I tak to jest. MD]
Kiedy słuchałem wykładu profesora Osadczego zorientowałem się, że nie jest tak do końca prosta ta turańskość Rosjan czy Ukraińców. Tam jest bardzo duży ładunek nihilizmu kulturowego, braku innych niż darwinowskie norm. Kto kogo, jak nie kopiesz – jesteś kopany, przed władzą nie fikaj, ta sama się wybiera – masz dwie drogi: bierność, albo ryzykowana walka o awans w strukturze wręcz mafijnej. Turanie to jednak jakaś kultura materialna, zaś tu nie buduje się niczego, Boga nie ma, życie pozagrobowe nie istnieje, a więc walczymy pazurami o materialną doczesność. I nie jako społeczeństwo, ale dostęp do szajki, która nim rządzi. Tak tam jest na wschodzie, za naszymi granicami. Nota bene –, żeby tu nie podbijać sobie bębenka, my zmierzamy w tempie stachanowskim w tym samym kierunku. Kulturowo nie mamy więc na razie prawie żadnych punktów stycznych, jesteśmy tak daleko od siebie jak sub-saharyjczyk od Hiszpana czy Belga.
Migracja jako kolejny dzielnik Polaków
Jak się zastrzegłem na początku – przyglądniemy się tutaj pewnym analogiom. Tak jak na Zachodzie kwestia migracji została użyta do celów politycznych, tak samo stało się i w Polsce. Wybrzmiało to oficjalnie właśnie po aferze z orderem. Ja się zastanawiałem – tu mnie chyba znowu przyćmiło, bo sprawa była prosta – jak z tego wyjdzie Tusk, ale okazało się, że samo zastanawianie się nad tym tematem dowodzi spadku mojej formy umysłowej. Przecież to proste – temat został wrzucony pomiędzy bieguny wojny polsko-polskiej, jak wszystko w tym kraju. Nie mogło być inaczej.
Tak jak na Zachodzie, tak i w Polsce, sprawa migracji od razu ładnie podzieliła społeczeństwo na część godną i cywilizowaną oraz na tę czarnosecinną i niegodną. I nie stało się to mimochodem, tylko w ramach przemyślanej operacji komunikacyjnej. Linia podziału została z premedytacją sfastrygowana nitką przemocy (niechby i słownej) wobec biednych Ukraińców. Przeciekło – vide Zachód – i do nas to inne traktowanie procedur policyjnych wobec Ukraińców, inne traktowanie w sądach. Nie tylko w przypadku przestępstw w wyniku konfliktów rasowych, ale przestępstw pospolitych w ogóle.
Ostatnie rewelacje ogłaszane przez ministra Żurka, że powołał ponad setkę prokuratorów do ścigania aktów przemocy wobec Ukraińców wpisuje się w zachodnie trendy. Nic tu nie mamy nowego, tyle, że przed aferą z orderem niby ani Polacy gremialnie nie bili Ukraińców, ani Ukraińcy nie bili Polaków. Wszyscy się kochali, a teraz jakoś przestali? Figę prawda – po prostu dęty problem znowu służy do dzielenia Polaków i zbieraniu pod flagą mniemanej przyzwoitości kolejnych wzmożonych zastępów pożytecznych ukrainofilów. Ale państwo się tu będzie srożyć w realu, tak jakby nie miało ważniejszych tematów niż ochrzanione prowokacyjne dziewuszki z autobusu.
Przy analogii z Zachodem mamy tu też podobną kwestię jak z AfD czy innymi partiami antysytemowymi. Migracja robi się naczelnym problemem i stanowi najpoważniejszy, bo powszechny problem establishmentu z ludem. Agenda migracyjna, tak jak klimatyczna, są wciąż w realizacji, przynajmniej europejskiej. Tu się nie odpuszcza, będą tylko zagadywać. A objawy tej polityki nasilają się, zwłaszcza po hiszpańskiej pokazówie w Ceucie, gdzie lud wziął sprawy w swoje ręce, za co ostrzelała go, tego ludu, policja. Wokół migracji będą narastały zrozumiałe i proste w przekazie partie polityczne, niechby nawet nazywane populistycznymi. Zobaczymy jak to będzie u nas – bo na razie problem jest w dużej mierze „tylko” ukraiński, zaś zaraz po wyborach – co za przypadek – otworzy się pakt migracyjny i do ukraińskich problemów dojdzie masówka CIC (Centrów Integracji Cudzoziemców), w tym centrów rozproszonych, gdzie ludek migracyjny będzie rozwodniony po okolicy, by nie drażnić obozowością, zaś będzie się spotykał jedynie na imprezach integracyjnych. Ot, żeby pogadać jak się żyje, wymienić know-how na temat kolejnych form socjalu i podzielić rachunkami krzywd ze strony goszczących, lub wysunąć kolejne roszczenia.
Pamiętacie?
Jest jeszcze jedna sprawa, tu sam siebie zacytuję z czerwca 2020 roku z mojego „Dziennika Zarazy”. Wpis z 4 czerwca: „Facet zachodzi ją z boku i nagrywa. Jest sama na chodniku. Zatrzymuje ją. Dziewczyna się boi. Facet mówi, że jest z „Black Lives Matter” i jego szef (tak, CEO, mówi o swej organizacji jako o firmie, w której pracuje) kazał mu zaczepiać takie osoby jak ona, by dać im szansę na kolanach przeprosić za swoje białych przywileje w duchu solidarności z gnębionymi czarnoskórymi (nie mogę użyć słowa na M z czytanki, bo mi Youtube nie puści). Dziewczyna klęka i przeprasza. Nie wiem czy dlatego, że się boi, czy dlatego, że tak myśli. A może tak myśli, bo się boi?
Ta dziewczyna to Ameryka. Na kolanach, przestraszona, bo widzi na ulicach i ekranach co z białymi robią obrońcy praw czarnoskórej… większości. A jeśli nie jest przestraszona, to co najmniej biorąca na siebie winy pra-pra-pra-ojców za zniewolenie czarnoskórych Afrykanów sprzed 200-300 lat. W Ameryce całe seriale takich ekspiacji: żołnierze Gwardii Narodowej i policjanci z jednostek szturmowych klęczą przed Afroamerykaninami i proszą o wybaczenie, całe rzesze zbierają się na ekspiacyjnych spędach i na kolanach błagają o zbawienie od grzechów swych supremacyjnych praojców. A paru czarnoskórych, stoi i patrzy się z satysfakcją na samoponiżenie swoich byłych panów. Zbiorowa histeria.”
Brzmi kuriozalnie, ale to fakty sprzed nieledwie sześciu lat. Tak sobie poczynało Black Lives Matter. „Myśmy wszystko zapomnieli…”, co? Teraz ci sami ludzie w Stanach mijają się na ulicy, zaglądają sobie po sąsiedzku przez płoty. Wcześniej zmuszani do lizania butów czarnoskórym kolegom z klasy czy sąsiadom. Jak się teraz żyje w USA po takiej zbiorowej ekspiacji? Nie wspominam o tym dla wątpliwej satysfakcji z zagonienia się Zachodu do kąta. Nie.
ULM
Uważam, że mamy wszelkie podstawy do powstania w Polsce ruchu Ukrainian Lives Matter. Wszystko jest jak wtedy w USA – pretensje do polskich praojców za okupowanie „odwiecznych ziem ukraińskich”, traktowanie z góry przez Lachów i są też, jak w Ameryce… grupy chętnych wzmożonych do klękania i lizania butów ofiar. I możemy mieć dużą chęć, jak domniemywam, naszych gości do takich form powetowania sobie za wmuszane poczucie wyższości „polaczków”, którzy ich nie szanują, używają do robót niechcianych i nie widzą ich (zdalnego) wysiłku zbrojnego w walce przecież o waszą, Lachów, wolność na polach Ukrainy.
Mamy tu wszystko na tacy, nawet widać potencjalnych przywódców, sponsorów i media wspierające. Brakuje jednego – Floyda. Pamiętajmy, że BLM zaczął się od uświęcenia ofiary, na którą wybrano porno-przestępcę, naćpanego męta, który terroryzował ciężarną kobietę przykładając jej pistolet do brzucha. Widać z tego, że ofiarą wyświęcająca cały ruch może być dosłownie każdy, nawet najgorsza szumowina. Wystarczy, że mu się coś przydarzy, a takie rzeczy można i zorganizować, jeśli tylko każą na siebie długo czekać.
Nieodwzajemniona miłość
Ostatnio, po aferze z Orderem, Kijów brał po uwagę dwa warianty reakcji. Umiędzynarodowienie kwestii „fali” przemocy wobec Ukraińców w Polsce – miano nas skarżyć do Unii i do trybunałów od praw człowieka, że u nas biją Ukraińców. Druga frakcja w Kijowie opowiadała się za dialogiem, to znaczy działaniami dyplomatycznymi i powołaniem grup roboczych od gadania o niczym. Wybrano układ hybrydowy – oficjalnie Kijów wzmógł narrację ofiary, jednak łaskawie spraw nam nie wytoczył. Podobno obawiano się, że jak dojdzie do skarg i procesów międzynarodowych to się Polacy wkurzą i realna pomoc, a nie pitolenie o historii, się skończy. Zaniechano więc dalej idących kroków.
Wydaje mi się jednak, że Ukraińcy przeceniają naszą możliwą reakcję. Nie ma takich możliwości, łącznie z międzynarodowymi skargami na Polaków, że się krzywo patrzą, by Polska przestała pomagać Ukrainie. Będziemy jej pomagać, nawet jak zrobi wszystko, żebyśmy przestali. Dla jej dobra i naszego, by ruskie tanki nie stały nad polskimi granicami.
Ukraino, tak cię kochamy, że nigdy nie przestaniemy, nawet gdybyś nas nienawidziła (o co małodusznie cię podejrzewamy). Mamy taką cwaną politykę, że nie masz na to rady – będziemy ci pomagać. Jesteśmy nieodrodnymi dziećmi Albina Siwaka, jedynego robotnika z KC PZPR, tego który przeprowadzał staruszki przez ulicę, nawet jak tego nie chciały.
[A to był mądry i odważny człowiek, tylko żydostwo tak go ośmieszało M. Dakowski]
Pośród popularnych tzw. teorii spiskowych (z których wiele po trzech miesiącach staje się faktem), znajdujemy także tę o „Niebiańskiej Jerozolimie”. Koncepcja ta mówi, że politycy z Izraela, a także wpływowe na świecie lobby żydowskie, uznali, iż na dłuższą metę otoczonego przez wrogie państwa islamskie Państwa Izraela nie sposób utrzymać. Szczególnie przy spadku potęgi Stanów Zjednoczonych. W tej sytuacji „wiadome kręgi” miały podjąć decyzję o stworzeniu na Ukrainie państwa „zapasowego”, do którego będą mogli wyemigrować uchodzący z upadającego Izraela Żydzi. To miałoby też tłumaczyć poparcie przez państwa zachodnie Ukrainy w wojnie przeciwko Rosji: miałoby nie chodzić o poparcie dla Kijowa, lecz o dolewanie benzyny do toczącej się wojny tak, aby wyginęło jak najwięcej Ukraińców, a jeszcze więcej na trwale wyemigrowało. W ten sposób miałoby powstać wolne miejsce dla „zapasowego Izraela”.
Patrząc na tę koncepcję racjonalnie, rzeczywiście jest to teoria spiskowa i to zaliczająca się do takich, które nie wydają się być realizowalne i autentyczne. Nie oznacza to jednak, że przesłanki, na których powstała, są zmyślone. Raczej chodzi o znaczącą nadinterpretację i wyciągnięcie z realnych przesłanek zbyt radykalnych wniosków.
Przesłanką, na której opiera się idea Niebiańskiej Jerozolimy, jest znaczący wpływ w Kijowie polityków pochodzenia żydowskiego, a także finansowych oligarchów. Pośród polityków tworzących obecną elitę rządzącą i mających takie korzenie, których potwierdzenie znajduje się w poważnych źródłach (a nie w fejkach w Internecie), można wyliczyć: Wołodymyra Zełenskiego (prezydenta); Witalija Kliczko (mera Kijowa); Ołeksija Reznikowa (ministra obrony i wicepremiera, 2021–2023); Andrija Jermaka (byłego szefa Biura Prezydenta, 2020–2025); Irynę Mudrę (wicedyrektorkę Biura Prezydenta). Prawdopodobnie żydowskie korzenie ma także była premier Julia Tymoszenko, ale sprawę bagatelizuje i nie chce na ten temat nic mówić. W tym kontekście często pojawia się także Kyrylo Budanov (szef Biura Prezydenta Ukrainy), ale jest to prawdopodobnie plotka wynikła z jego filosemityzmu, którego wyrazem jest trzymana w gabinecie menora i udział w obchodzeniu Chanuki.
Rzeczywiście liczba znaczących politycznie osób mających żydowskie korzenie jest w tej elicie znaczna. Na niekorzyść teorii Niebiańskiej Jerozolimy przemawia fakt, że żadna z tych osób nie jest zaangażowana w propagowanie syjonizmu. Zwykle odwołują się do ukraińskiego nacjonalizmu czy neonazistowskiej symboliki (banderyzm).
Racjonalny rdzeń teorii o Niebiańskiej Jerozolimie tutaj wydaje się mieć swoje źródło: przeciętny Polak nie potrafi zrozumieć, dlaczego mający duże wpływy polityczne w Kijowie Żydzi popierają banderyzm, sprowadzają do Kijowa prochy nazistów z OUN i UPA, gdy w czasie wojny Żydzi – obok Polaków, Rosjan i Czechów – byli masowo i bestialsko mordowani przez banderowców? Teoria spisku wyjaśnia to, czego nie możemy racjonalnie zrozumieć i wytłumaczyć. Tyle że takie wytłumaczenie może istnieć, lecz z powodu zbyt małej wiedzy o polityce ukraińskiej znaczące elementy układanki nie docierają do Polski.
Emmanuel Todd w głośnej książce „Klęska Zachodu” (wyd. pol. 2025) zamieszcza mapę Ukrainy z podziałem na obwody i wyliczeniem, ilu z każdego z nich pochodzi znaczących polityków i oligarchów. Z zestawienia wynikają ciekawe obserwacje: z południowej rosyjskojęzycznej części kraju (zwanej przez Rosjan Noworosją) nie pochodzi praktycznie nikt i ta część państwa nie ma żadnego wpływu na politykę.
Zdecydowana większość elit politycznych pochodzi z części środkowej, czyli z Kijowa i okolic. Kijów z przyległościami sprawuje bezpośrednią władzę polityczną. Większość oligarchów (często także o żydowskich korzeniach) pochodzi z rosyjskojęzycznej Ukrainy wschodniej. To jest najsilniejsze lobby polityczne.
Z dawnej Galicji Wschodniej, czyli ziem byłej II RP (Lwów i okolice) nie rekrutuje się praktycznie nikt spośród członków elity politycznej i biznesowej.
Emmanuel Todd interpretuje te dane (moim zdaniem słusznie) następująco: wykorzystując zamieszanie po upadku Związku Radzieckiego, lokalna i peryferyjna dotąd elita polityczna Kijowa uzmysłowiła sobie, że oddzielając się od Rosji i konstytuując suwerenne państwo, uzyskuje dziejową szansę sprawowania władzy nie w samorządach, ale w państwie. Stąd hasło suwerennej Ukrainy.
Pomysł finansowo poparli oligarchowie, którzy jak ognia bali się Putina i możliwości rozciągnięcia przezeń swojej kontroli nad nowo powstałym państwie. Dlaczego? Bo widzieli rozgonienie nieposłusznych Kremlowi rosyjskich oligarchów. Putin kojarzył im się z porządkiem i końcem bezkarnego rozkradania ukraińskiej gospodarki (i zapewne było to skojarzenie zasadne). Dlatego oligarchowie zaczęli finansować polityków z Kijowa.
Dla tych ostatnich największym problemem był brak doktryny, ideologii czy choćby idei, dlaczego Ukraina miałaby być państwem oddzielnym od Rosji – idei nośnej społecznie, aby Ukraińcy zaakceptowali, że są oddzielnym narodem, a nie jakimś lokalno-etnicznym separatyzmem od imperium, w skład którego wchodzili przez setki lat. Potrzebowali ideologii uzasadniającej masom odpadnięcie od „Świętej Rusi”, ideologii na tyle nośnej, aby w razie czego Ukraińcy byli gotowi bić się zbrojnie o własne państwo.
I tutaj z odsieczą przyszli neobanderowcy ze Lwowa i okolic, ponieważ oni taką ideologię posiadali. Mieli historię, symbole, tradycję i całe uzasadnienie dla ukraińskiego separatyzmu. W ten sposób powstała dziwna konstrukcja: bezideowa ekipa polityczna z Kijowa (z licznymi osobami pochodzenia żydowskiego) zaczerpnęła od zachodniej części kraju szowinistyczną ideologię banderyzmu, oczyściła ją z elementów antysemickich, a całą operację wsparli oligarchowie biznesowi z rosyjskojęzycznej Ukrainy wschodniej, bojący się ukrócenia swojej „złotej wolności” przez Putina.
I oto cała konstrukcja staje się zrozumiała bez mitu Niebiańskiej Jerozolimy, który jest zdecydowanie na wyrost, acz przesłanki, z którego wyrasta, są rzeczywiste.