Do narracji o “pandemii” i wszystkich związanych z nią elementów – kłamstw, gigantycznych interesów; kwestii “szczepień” przeciwko wolności oraz niepewności co do tego, w jaki sposób wirus pojawił się – dołącza kolejny wątek, który może wiązać ową aferę zdrowotną z Ukrainą i jej tajnymi laboratoriami biologicznymi.
Jak wiadomo, o nowej chorobie zaczęto mówić w styczniu 2020, przy czym dopiero 11 lutego, Światowa Organizacja Zdrowia, tęże chorobę grypopodobną wywołaną koronawirusem, oficjalnie nazwała Covidem-19. Jednakże, najprawdopodobniej zdecydowano się na tę nazwę najpóźniej jesienią 2019: z danych rządu USA wynika, że 12 listopada 2019, Departament Obrony USA przyznał firmie Labyrinth Global Health INC. kontrakt o wartości ponad 116 mln USD na “badania nad COVID-19″, czyli zanim koronawirus oficjalnie pojawił się w doniesieniach medialnych i na trzy miesiące przed oficjalnym oznaczeniem go jako Covid-19.
Najwyraźniej, albo mamy tu do czynienia z proroctwami, albo z globalnym oszustwem. Istnieją także inne dowody, które powinny spowodować oburzenie: umowa ze spółką Labyrinth miała zostać zrealizowana na Ukrainie i była częścią znacznie większej agendy o nazwie “Program redukcji zagrożeń biologicznych na Ukrainie”. To prawdopodobnie wyjaśnia, dlaczego Labyrinth Global Health nawiązał współpracę z firmą EcoHealth Alliance Petera Daszaka, finansowaną przez Fauci’ego, oraz z spółką Metabiota, znaną z powiązań z Hunterem Bidenem, synem Joe’go.
Rząd Stanów Zjednoczonych posiada stronę internetową o nazwie USA Spending, która jest oficjalnym, otwartym źródłem najmniej kompromitujących informacji na temat wydatków federalnych, jednak dzięki tej stronie – która ukrywa brudy – można dowiedzieć się wiele innych ciekawych rzeczy (tj. dotyczących innych kwestii, niż badania nad Covidem, zanim jeszcze Covid oficjalnie zaistniał). Chodzi o kontrakty i umowy podwykonawcze dotyczące wieloletniego kontraktu podpisanego w roku 2012 (i kończącego się w roku 2020) przez Departament Obrony z firmą Black & Veatch Special Projects Corp, która określa siebie jako “globalną firmę inżynieryjną, zaopatrzeniową, konsultingową i budowlaną specjalizującą się w rozwoju infrastruktury” – https://www.bv.com/. Z pozoru chodzi o bliżej nieokreślone “usługi profesjonalne, naukowe i techniczne”,ale jeśli przyjrzeć się umowom podwykonawczym, można w nich znaleźć takie pozycje, jak “sprzęt laboratoryjny dla Kijowa” czy “meble biurowe dla Kijowa”.
Pytanie brzmi: dlaczego Departament Wojny USA korzystał z usług firmy inżynieryjnej w celu rozwiązywania problemów związanych z zagrożeniami biologicznymi i dlaczego zarówno Departament Wojny, jak i wspomniana wcześniej firma Black & Veatch zapłaciły firmie Labyrinth Global Health INC. za przeprowadzenie badań nad wirusem COVID-19 na Ukrainie na trzy miesiące przed nadaniem mu nazwy? – Dlaczego wreszcie, wszystko to odbywało się głównie na Ukrainie?
Można tu zaobserwować standardową metodę polegającą na wykorzystaniu pozornie czystej firmy, takiej jak Labyrinth Global Health –której członkowie zajmują się łagodzeniem skutków chorób występujących w Afryce i Azji, a następnie włączeniu jej do współpracy z takimi bandytami jak Eco Alliance i Metabiota, należącymi do USAID – organizacji o wybitnie geopolitycznym zabarwieniu. Gdy trochę poszpera się, można odkryć, że w rzeczywistości istnieją między nimi powiązania i to bardzo bliskie: wystarczy wspomnieć, że Murat Tartan, główny ekonomista firmy Labyrinth, jest również głównym ekonomistą spółki Metabiota.
A ponieważ jest to nazwisko tureckie, od razu nasuwa się skojarzenie z BioNTech, małą niemiecką firmą prowadzoną przez Turków, która znikąd stała się miliardowym skarbcem Big Pharmy i preparatów genowych. Są to niewątpliwie zbiegi okoliczności, ale skłaniają do refleksji na temet tego, jak mały jest ów podziemny świat, który nami rządzi.
Dziwna to wojna. Prowadzona jakby od niechcenia. Nikt jej nie wypowiedział, nikt nie zerwał stosunków dyplomatycznych. Nie wysadził „ruskich” rurociągów, a wprost przeciwnie Rosja pompuje ropę i płaci Ukrainie miliardy za jej tranzyt. Putin nie bombarduje wież telewizyjnych, pozwalając na kabaretowe występy ekipy filmowo-telewizyjnej Zełenskiego. Kaczyński przemieszcza się kolejową salonką po polu bitwy, a właściwie po ustanowionym dwa lata temu na Wołyniu „szlakiem chwały bojowej UPA”. Zginęło 1232 cywilów (w Syrii 500 tysięcy, a w Hucie Pieniackiej 1200 kobiet i dzieci, i to w ciągu jednej nocy). Wojna wydaje się być bezsensowna, sztuczna, niezrozumiała. A może inny jest jej cel, i nie jest nim tylko Ukraina? W doskonale przygotowanej i skoordynowanej akcji Polskę zasiedlają miliony „uchodźców”. I czy to nie z nią toczy się niewypowiedziana wojna?
A może chodzi o kolorową rewolucję, która nie zawsze ma na celu obalenie rządu, lecz osłabienie jego narodowego komponentu? Rewolucję, w której pochodzącym z warszawskich Nalewek dywersantom Sorosa sekundują Berlin, Bruksela i „zielone ludziki”, ale nie Rosjanie, tylko TVN i YouTube. I czy ta ferajna nie stanowi większe zagrożenie dla Polski niż Putin i Łukaszenko razem wzięci? Szkopuł w tym, że stojący u steru władzy zagrożenia próbują odpierać ustępstwami, a nawet zwracaniem się do reżyserów owej rewolucji o pomoc. No i w tym, że wszystkie polityczne inwestycje Sorosa dotyczą wyłącznie żydokomuny. Czy nie chodzi o wcielenie Polski do federacyjnego unijnego państwa zarządzanego przez Niemcy, o zamienienie Polski w źródło taniej siły roboczej zatrudnionej w niemieckich hurtowniach i montowniach? Czy masowa akcja przesiedleńcza nie jest znaczącym krokiem do przodu w dziele budowy IV Rzeszy? I jeszcze jedno: Dlaczego Polacy, ofiary resetu uczestniczą w nim z wielkim entuzjazmem, własnymi rękami likwidując sobie państwo?
Kto otwarł Polskę na przestrzał? Kto wygenerował ruch na wschodniej granicy? Kto tworzy popyt na uchodźców? Kto steruje wielką akcją przesiedleńczą, która zmienia radykalnie i nieodwracalnie strukturę etniczną Polski? Kto robi wszystko, żeby zostali w Polsce na zawsze? Dlaczego roztaczają przed nimi wizję wspaniałej przyszłości, fundują wczasy all inclusive, nadają przywileje? Kto oskarża zadających takie pytania o „sabotaż wysiłku wojennego” i brutalnie szantażuje: Ten, kto nie akceptuje zmian w konstytucji stoi za śmiercią ukraińskich cywilów? Była szokowa transformacja gospodarcza, jest szokowa transformacja etniczna. W politykę szajek rządzących Polską wpisuje się nieprzerwany, zapoczątkowany przez Balcerowicza, kontynuowany przez Tusk, a sfinalizowany przez Morawieckiego proces podmiany ludności, pomysł na „białego murzyna”, na kraj bez „ciemnego, ksenofobicznego motłochu”, ze skundloną etnicznie tanią siłą roboczą.
„Jesteśmy gotowi na przyjęcie kilku, 4-5 milionów uchodźców” – to Morawiecki, kilka tygodni przed wojną. „Przyjmujemy wszystkich, kto będzie chciał – to szef bezpieki. „Dla każdego uciekiniera z Ukrainy znajdziemy dach nad głową i darmowy posiłek” – to minister rodziny.„Obywatele Ukrainy zapewne zostaną z nami dłużej” – to szef Kancelarii Premiera, ten sam, który kilka miesięcy temu złowieszczo zapowiedział: Rząd rozpoczyna pracę nad rozwiązaniami, które pozwolą na uproszczenie procedur i możliwości związanych z osiedleniem się w Polsce wszystkich potomków mieszkańców I i II Rzeczypospolitej. Zdradzając, że chcą osiedlić w Polsce niepolskie nacje, bo „potomkowie mieszkańców” to nie potomkowie Polaków. Jeśli cię to nie przekonuje, to przypomnij sobie słowa Dudy: Tu jest Polin. No i przeczytaj „Jerusalem Post”, który 11 dni przed rosyjską inwazją pisał o tajnych planach rządu izraelskiego dotyczących 200 tysięcy obywateli ukraińskich pochodzenia żydowskiego. „Trwająca dziś operacja przerzutu Żydów była przygotowywana kilka tygodni przed rozpoczęciem rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Centrum dowodzenia znajduje się w hotelu Novotel w Warszawie” – pisała „Rzeczpospolita”. Kiedy zaczęły się przygotowania? – Pod koniec stycznia. Czyli dużo wcześniej, niż Putin zaczął wojnę? – pyta gazeta. Mieliśmy informacje – odpowiada Szmul Szpak z Agencji Żydowskiej. Tylko cyferki się nie zgadzają. Na lotnisko Ben Gurion dotarło 5 tysięcy uprzednio wyselekcjonowanych, jak na Umschlagplatz, etnicznie i religijnie. Ale o tym, nie mów głośno, bo „to niedobra jest”.
Jesteśmy sługami narodu ukraińskiego – rzekło polskie MSZ ustami swego ryżego rzecznika. Ale to nie on i nie po raz pierwszy zdradził, czyimi są sługami. Jarosław Kaczyński o uchodźcach: Nas stać, bo jesteśmy 3 razy bogatsi od Ukrainy (…) Nie będziemy chodzić po prośbie. Nie będzie relokacji”. Andrzej Duda: „Bezpieczeństwo Ukrainy jest częścią naszego bezpieczeństwa”. Wcześniej prezydent wszystkich Polaków ogłosił: Wszyscy jesteśmy Żydami (a Morawiecki: Wszyscy jesteśmy Ukraińcami). Minister edukacji: „Polskie szkoły przyjmą 700 tysięcy ukraińskich uczniów”.No i precedens na skalę świata – aby zostać w Polsce studentem lub profesorem, przybyły do Polski Ukrainiec nie musi spełniać żadnych warunków. Nie musi nawet słowo umieć po polsku, mieć matury, indeksu, dyplomu. Wystarczy oświadczenie woli i ustne zapewnienie, że był nim na Ukrainie.
MSZ jest opanowany przez dwie szajki, żydowską i bezpieczniacką, których szefowie dogadali się w Magdalence i które reprodukują się już w drugim, a nawet trzecim pokoleniu – tak mówi teoria spiskowa. Są jednak rozliczne namacalne dowody świadczące o tym, że gdy Bronisław Geremek kompletował „zespół”, kierował się regułą:żydowskie pochodzenie, bezpieczniackie przeszkolenie i rekomendacja Michnika. Zresztą, co tu dużo mówić, wśród b. ministrów jest czterech potomków funkcjonariuszy NKWD, dwóch potomków funkcjonariuszy KPP i Radek, wypromowany przez wuja majora KBW i profesora Bauman, też majora KBW. No i mamy, co mamy – stosunki z Ukrainą nie są normalne, bo po stronie polskiej są wyznaczane przez mniejszości, a jeśli są jakieś fora dyskusyjne, to bierze w nich udział tylko mniejszość ukraińska.
Tu kolejne pytania:Czy u przedstawiciela mniejszości narodowej nie dojdzie do konfliktu lojalności? Czy Ukrainiec powinien działać w MSZ na odcinku ukraińskim, a syn banderowca w komórce wschodniej Agencji Wywiadu? Czy nad repatriacją Polaków z Kazachstanu pieczę sprawować musi obcoplemieniec? I wreszcie – czy powodem tego, że pion śledczy IPN nie osądził ani jednego zbrodniarza UPA, a wszystkich skazanych rezunów zrehabilitował i zaliczył w poczet osób „represjonowanych przez PRL ze względów politycznych” nie jest to, że wiele stanowisk w IPN obsadzonych jest Ukraińcami? Temat drążyć można innym pytaniem: Czy powodem tego, że na Wschodzie ponosimy same porażki nie jest to, że wszystkie ważne stanowiska w naszych ambasadach obsadzone są osobnikami, jak mówił kresowy poeta, „nie z Ojczyzny mojej”? Czy nie dlatego wydają 700 tysięcy wiz dla Ukraińców, a kilkanaście wiz dla Polaków z Kazachstanu? I czy może dziwić, że w Astanie, gdzie na repatriację czekają tysiące Polaków, ambasadorem był znawca jidysz, dziś jest Tatar, a wiceminister powiedział: „repatrianci z Kazachstanu są za drodzy w utrzymaniu i nie znają języka polskiego”? A może powodem jest to, że wielu pośród tych, co rządzą Polską są mniej Polakami niż zesłańcy, i wiedzą, że ich losy ważą się w kręgach „Wyborczej”, a nie w kresowych wioskach?
No i jak z dziurawego wora posypały się „sukcesy” polskiej dyplomacji: Morawieckiego ze szczytu UE z grudnia 2020; Kaczyńskiego z jego misją pokojową NATO i migami oraz polityką zagraniczną przełączoną w tryb funkcjonowania Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy; Dudy, gdy na nartach w Wiśle, z buzią rozbawionego dziecięcia deklarował: „Bezpieczeństwo Ukrainy jest częścią naszego bezpieczeństwa”, a „dozbrajanie Ukrainy jest politycznym nakazem chwili i Polska powinna przeznaczyć na ten cel wszystkie dostępne środki, nie pytając nikogo o zdanie”. À propos – Duda wcześniej przebywał na kwarantannie, i czy nie powinien był na tym poprzestać? Ale to nie wszystko – wojenni przegrani z Ministerstwa Spraw Przegranych, jakby nigdy nic, głoszą: „Niemal cała Europa zaczęła odważnie przemawiać po polsku”; „Polska mocarstwem humanitarnym”; „Wróciliśmy do pierwszej ligi”; „Dzięki dyplomatycznej harówie Europa i świat przyjęły w końcu polskie spojrzenie na putinowską Rosję, tchórze przestali się bać, pochlebcy Putina przymknęli gęby, a rosyjska agentura i kremlowskie lobby w UE zeszły do podziemia”.
Polska to kraj 2 milionów młodych wygnanych za chlebem, z karłowatą armią, z gigantycznym zadłużeniem, stadami lichwiarzy strzygących kraj z resztek majątku, gdzie rośnie jedynie liczba generałów i admirałów, długość ścieżek rowerowych, odsetki od kredytów w szwajcarskich frankach, rządowa pomoc dla Ukrainy i uzależnienie od nowojorskich banksterów. To równocześnie państwo przypisujące sobie rolę herolda misji cywilizacyjnej na Wschodzie, miotające bełkot o „białoruskich i putinowskich standardach”. I tu konstatacja: żeby troszczyć się o bezpieczeństwo państwa, żeby prowadzić jakąkolwiek politykę zagraniczną trzeba mieć MSZ, a nie jego atrapę.
Zamiast trzymać się z dala od konfliktów, które Polski nie dotyczą, wsadzają palce między drzwi i futrynę, wdają się w gry, których zasad nie znają. Czy wiedzą, kim jest ich partner? Przecież nie klaun, tylko sowiecko-żydowscy oligarchowie. W stosunku do Ukrainy wszystkie państwa mają własną narrację, z wyjątkiem Polski. My za swoją przyjęliśmy ukraińską. I czy nie stąd bezmyślna paplanina polityków nierozumiejących istoty geopolitycznych gier? Ponieważ w dzisiejszych czasach prawdziwe są tylko teorie spiskowe, oto jedna z nich: W całej miłości PiS do Ukrainy nie chodzi o wojnę z Putinem, ale o oligarchów, których (poza tym, że rozkradli Ukrainę) łączy jedno – przed świętem chanuki gremialnie udają się prywatnymi odrzutowcami do Izraela. Na Ukrainie interesy robili wszyscy – Rosja, USA, Niemcy, Izrael, a nawet taka biznesowa miernota jak Sławomir Nowak, tylko nie my. My pomagaliśmy Ukrainie, dając kredyty… oligarchom. Jeszcze inna teoria: prawdziwą machlojką jaczejki, która sprawuje władzę „w tym kraju” jest UkraPolin.
Na naszych oczach realizuje się scenariusz, który wydawał się koszmarnym snem – Polska przegrywa z kretesem. Gdy bitewny kurz opadnie, dla Polski nie będzie miejsca na defiladzie „moralnych zwycięzców”. I znajdą się po temu argumenty: niepraworządny, odrażający moralnie reżim, współwinny ukraińskiej tragedii, który spiskując przeciwko Europie z prorosyjską Le Pen „rozbił europejską jedność w interesie Putina”, który chciał wojny, podżegał do niej, dla którego wojna i pozostanie Putina przy władzy było korzystne i który wszystko robił, żeby wojna trwała jak najdłużej. Obowiązywać będzie jedna linia: w Brukseli kapitulacja na całej linii, żadnych negocjacji, żadnych kompromisów, poddanie się narracji, że cokolwiek narodowe to „agenda Putina”. Kaczyński podda sprawę sądownictwa. Ostateczna federalizacja UE zrealizowana zostanie rękami Morawieckiego, a Kaczyński ogłosi „albo UE albo Putin”. Ze zwycięską Rosją w imieniu Europy rozmawiać będą Niemcy, a plan Marshalla dla Ukrainy sfinansuje Polska. Niepokoi wyjątkowa jednomyślność polskiej klasy politycznej. Drobne animozje wynikają jedynie z licytowania się, kto jest bardziej proukraiński i kto da Ukraińcom więcej. Nie mniej niepokoi, że gazety „Wyborcza”, „Polska” i „Warszawska” stoją w jednym szeregu. Ale szykuje się jeszcze większa tragedia – rząd jedności narodowej i to, że jutro Polską może rządzić Tusk, MSZ-em Sznepf, a w Belwederze zasiądzie Trzaskowski.
Biden, przedstawiciel państwa, które na tej wojnie robi największy interes, przyjechał do państwa, które na tej wojnie robi najgorszy interes i nic nam nie dał. W dodatku za poklepywanie po ramieniu drogo zapłacimy, ogołacając z broni własną armię i oddając ją Ukrainie, skupując bezwartościową hrywnę, udzielając bezzwrotnych kredytów, oddając szpitale, szkoły i żłobki przybyszom. Biden eksponował żydowskie pochodzenie Zełenskiego, jako dowód na to, że Ukraina nie wymaga „denazyfikacji”. Za to zdenazyfikuje Polskę. Przy czym „naziści” to nie tylko antysemici, ale i ci którzy mówią o nazistach z SS Galizien i ci, którzy nie chcą zapomnieć o niemowlętach nabijanych na sztachety, o dziewczynach zgwałconych na śmierć, o chłopakach ciętych piłami, obdzieranych ze skóry i rozrywanych końmi, o starcach palonych żywcem. Zapowiedzią jest wpis na TT ryżego ministra i spotkanie prezesa YouTube z Morawieckim oraz słowa obu osobników: Polski rząd i Google chcą wspólnymi siłami stworzyć potężny system walki z fałszywymi wiadomościami i dezinformacją. Nie jest tajemnicą, że Kreml czyni co tylko może, by skłócić Polaków z Ukraińcami, doprowadzić do niepokojów społecznych. Z YouTube zniknęło ponad 12 tysięcy kanałów i 30 tysięcy filmów, które szerzyły mowę nienawiści i publikowały niedozwolone treści.Google ma zamiar skupić się na Polsce, ponieważ to właśnie tutaj istnieje potrzeba wsparcia zarówno społeczeństwa polskiego, jaki ukraińskiego.
Jeszcze inne pytanie: Czy znowu jak w czasach, gdy instalowaliśmy na Majdanie rządy żydowskich oligarchów i krzewiliśmy demokrację na Białorusi, nie zaczną nas zachodzić od tyłu Judejczykowie? Czy Światowy Kongres Ukraińców, tak jak Amerykański Kongres Żydów, nie wróci z żądaniem odszkodowań i restytucji mienia za Akcję „Wisła”? Czy nie chodzi o kaskadę wydarzeń: Polska zdruzgotana gospodarczo z rozgrodzonymi granicami, przez które przelewają się hordy obcych; nadawanie koczującym w Polsce uchodźcom z Dzikich Pól statusu rezydentów na specjalnych warunkach, włącznie z przywilejem noszenia broni; wprowadzenie języka ukraińskiego jako urzędowego; chaos i starcia na tle etnicznym (ale nie z Ukraińcami, lecz między Polakami, z Ukraińcami przyglądającymi się i przeżuwającymi popcorn); masowa emigracja Polaków na Zachód? Czy dla udobruchania rezunów nie wyślą Dudy do Kijowa z kolejną bezzwrotną miliardową pożyczką, nie zbudują 100 pomników Bandery w miejscach wskazanych przez ambasadora Ukrainy (Placu Piłsudskiego nie wyłączając)? A gdyby to nie wystarczyło, czy nie oddadzą Przemyśla, a we Wrocławiu komisarycznym prezydentem nie zrobią Wołodymyra Frasyniuka? I czy to nie Holland, a my, będziemy wzdychać żeby było tak, jak było?
Wiedzieliśmy, że Kaczyński lubi koty i małych ludzi, a Duda Żydów. Ale nie wiedzieliśmy, że tak kochają Ukraińców. Jaką trzeba jednak być mendą, aby tak, jak „Gazeta Polska” zorganizować Marsz Żołnierzy Wyklętych w barwach ukraińskich. Jakim trzeba być kabotynem, żeby postawić znak równości między Buczą a Katyniem. Hańba domowa – tak Jacek Trznadel nazwał kolaborację żydokomunistycznych elit ze Stalinem w negowaniu zbrodni katyńskiej i przypisywaniu jej sprawstwa Niemcom. Dzisiaj hańbą domową jest kolaboracja elit III RP z potomkami Bandery i przypisywanie mordów UPA Rosjanom. W tym miejscu przypomnijmy, że Rosjanie przeprosili za Katyń, odtajnili dokumenty, sfinansowali budowę cmentarza, na którym w 2010 Putin złożył wieniec.
Co można zrobić? Dziś, gdy Polacy z wielkim entuzjazmem i własnymi rękami duszą nazistów, gdy zmykanie ust cieszy się powszechną aprobatą, przechodzi w samosądy oraz lincze medialne i uznawane jest za „patriotyczne”, wypchnięcie z ośrodka, który wytwarza polską myśl polityczną obcych agentów nie wchodzi w rachubę. Podczas wojny podziemie likwidowało folksdojczów a dziwkom zadającym się z okupantami goliło głowy. Na pierwsze koniunktury nie ma. Ale na golenie łbów i sporządzanie list hańby z nazwiskami tych, którzy przyczynili się do takiego upodlenia Polski – jest.Przypomnieć Romana Dmowskiego:„Istnieją Polacy i pół-Polacy, a rasa pół-Polaków musi zginąć”.Mówić bez ogródek: Nie ma żadnych dwóch wizji Polski. Jest wolna Polska versus państwo zarządzane przez cadyka lub gauleitera. Głośno wymawiać słowo „Zdrada”. No i mówić Polakom: przyjmujesz Kozaka – wysiedlasz Polaka. Pamiętajmy też, że z Polską poszłoby im jeszcze lepiej,gdyby nie nasz nacjonalizm i antysemityzm. No i więcej optymizmu. Mamy najgłupszą dyplomację na świecie, ale mamy też Polkę najpiękniejszą w świecie, najlepszą tenisistkę i najlepszego piłkarza świata.
Wojna na Ukrainie trwa już ponad miesiąc, a ani rozstrzygnięcia, ani końca nie widać. Trudno się temu dziwić w sytuacji, gdy na Ukrainie Rosja prowadzi wojnę z NATO. Wprawdzie NATO nie jest bezpośrednio zaangażowane w operacje wojskowe, ale, pod pretekstem samoobrony, dostarcza Ukrainie broń, amunicję i inne materiały wojenne za darmo, więc nie można tego nazwać zwyczajnym handlem. Tylko do 27 lutego USA, Wielka Brytania, Kanada, Francja, Niemcy, Polska Belgia, Czechy, Holandia, Grecja, Litwa, Łotwa, Estonia, Portugalia, Rumunia, Słowacja, dostarczyły tam różnego rodzaju broń ogromnej wartości.
Tylko USA do 27 lutego przekazały Ukrainie broń za prawie 3 miliardy dolarów, a przecież to był dopiero początek. Polska, przez którą przechodzi większość tych dostaw, zachowuje się wzorowo, bo – jak zauważył rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych, pan Łukasz Jasina – „jesteśmy tutaj sługami narodu ukraińskiego, jego próśb”. Ta deklaracja była niewątpliwie szczera, toteż nic dziwnego, że władze ukraińskie zachowują się wobec opieszałych państw NATO mocarstwowo, zapewne w przekonaniu, że tak będzie również po wojnie, a może nawet zawsze? Być może właśnie dlatego została tam przyjęta jeszcze w lipcu ubiegłego roku ustawa o „rdzennej ludności Ukrainy”, która co prawda – jak się wydaje – dotyczy przede wszystkim Krymu, ale można też będzie interpretować ją szerzej – jak zajdzie taka potrzeba.
Na razie jednak wojna trwa, więc mamy trzy możliwości.
Pierwsza – że Ukraina tę wojnę wygra. Za wygranie uważam wyparcie Rosji ze wszystkich części państwa ukraińskiego, łącznie z Krymem. W takiej sytuacji Ukraina stałaby się niewątpliwie rodzajem regionalnego mocarstwa tym bardziej, że niezależnie od wyniku wojny, napłyną tam kolejne miliardy nie tylko na armię, ale również – na odbudowę ze zniszczeń. Czy w tych kosztach partycypowałaby również Rosja? Prawdopodobnie, gdyby jej klęska była spektakularna, czego wykluczyć przecież nie można, zwłaszcza opierając się na komunikatach ukraińskiego Sztabu Generalnego, czy wywiadu.
Druga możliwość to taka, że Ukraina tej wojny nie wygra, ale też nie przegra. Wtedy Rosja zajmie wschodnią, uprzemysłowioną część Ukrainy, odetnie ją od Morza Czarnego, pozostawiając w gestii ukraińskich władz słabiej uprzemysłowioną część zachodnią – dlatego w takim przypadku nie można mówić o wojnie przegranej przez Ukrainę. Z polskiego punktu widzenia ta możliwość wydaje się najbardziej korzystna, bo nadal mielibyśmy na wschodzie niepodległą Ukrainę, w dodatku – trwale skonfliktowaną z Rosja – ale nie mocarstwową.
Wreszcie możliwość trzecia – że Ukraina tę wojnę przegra, to znaczy – Rosja zmusi ją do kapitulacji, to znaczy – zainstaluje tam „bratni” rząd i zawrze z nim układ o przyjaźni – jak ze zbuntowanymi republikami: doniecką i ługańską.
Najbardziej prawdopodobna wydaje się dziś możliwość druga, bo – jak pokazuje sytuacja na froncie – Rosja uzyskanie lądowego korytarza do Krymu ma już w zasięgu ręki, podobnie jak odcięcie Ukrainy od wybrzeża czarnomorskiego. W tej sytuacji to Rosja jest zainteresowana w jak najszybszym zakończeniu działań wojennych i zawarciu z Ukrainą pokoju, a przynajmniej rozejmu, w którym Ukraina tę zmianę swoich granic przyjęłaby do wiadomości, nawet bez formalnego uznania. Musimy bowiem pamiętać, że i Rosja nie może zbytnio przeciągać struny, bo przecież na Ukrainie wojuje z NATO – co prawda do ostatniego Ukraińca, niemniej jednak. Doświadczenia II wojny światowej, w której starła się „rasa”, „masa” i „kasa” pokazują, że rozsądek nakazuje, by z kasą” się liczyć.
Wspominam o tym wszystkim dlatego, że wojna na Ukrainie rozpaliła wyobraźnię wielu polskich patriotów do tego stopnia, że własne marzenia zaczynają brać za rzeczywistość. Czy naprawdę, czy tylko w nadziei, że w ten sposób przypodobają się Naczelnikowi Państwa, który w nagrodę hojnie ich wyfutruje za pośrednictwem spółek Skarbu Państwa – o to mniejsza – chociaż wykluczyć tego nie można choćby z powodu, że ma on skłonności do – jak to nazwał Aleksander Smolar na etapie, gdy panu red. Michnikowi wywietrzał już z głowy entuzjazm do prezydenta Lecha Kaczyńskiego – „postjagiellońskich mrzonek”. Te „mrzonki” polegają na przekonywaniu, że Rosję, która jest niepoprawna, trzeba „zniszczyć”, a wtedy, w wytworzonej w ten sposób politycznej próżni, powstanie organizm przypominający Rzeczpospolitą Obojga Narodów, oczywiście z Polską, jako jej politycznym kierownikiem.
Jest to wizja wprawdzie piękna, ale chyba zbyt piękna, by była prawdziwa. Rzecz w tym, że od czasów mocarstwowej Rzeczypospolitej, we Wschodniej Europie trochę się zmieniło. W XIX wieku zaczęły kształtować się tam nacjonalizmy: ukraiński, litewski i nieco później – białoruski – które powstawały w opozycji do polskości – i tak już zostało.
Czy tak zostało z powodu podjudzania tych nacjonalizmów przez Niemcy i Rosję w celu szachowania Polski, czy też złożyły się na to również antypolskie antagonizmy na tle socjalnym, o to mniejsza, bo ważniejsze jest to, że ani Ukraina, ani Białoruś, ani nawet Litwa nie chcą nawet słyszeć o poddaniu się polskiemu kierownictwu politycznemu. Jeśli już widzą jakąś wspólnotę z Polską, to raczej na zasadzie sformułowanej właśnie przez rzecznika MSZ w Warszawie pana Jasinę, który – chociaż został za to ofuknięty – może mieć więcej oleju w głowie, niż Naczelnik Państwa, a w każdym razie – więcej poczucia rzeczywistości. Warto w tym miejscu przypomnieć, że „postjagiellońskim mrzonkom” prezydenta Lecha Kaczyńskiego położył kres prezydent USA Barack Obama, dokonując 17 września 2009 roku słynnego „resetu” w stosunkach amerykańsko-rosyjskich, którego politycznym owocem było proklamowane 20 listopada 2010 w Lizbonie „strategiczne partnerstwo NATO-Rosja”, będące najważniejszym postanowieniem „porządku lizbońskiego”, którego kamieniem węgielnym był podział Europy w strefę niemiecką i strefę rosyjską, prawie dokładnie wzdłuż linii Ribbentrop-Mołotow. I chociaż pod koniec 2013 roku prezydent Obama wysadził ten porządek w powietrze, z czego natychmiast skorzystała Rosja, by oskubać Ukrainę, to z „postjagiellońskich mrzonek” naszych Umiłowanych Przywódców pozostały jedynie kabotyńskie, lizusowskie okrzyki, jakie wydawali na kijowskim „majdanie” pod adresem Ukraińców. Teraz było podobnie; „koncepcję” Naczelnika Państwa, by pod pretekstem uzbrojonej po zęby „misji pokojowej” NATO na Ukrainie wciągnąć Sojusz Atlantycki w „niszczenie Rosji”, zlikwidował prezydent Biden po wysłuchaniu opinii państw poważnych, a prezydent Zełeński, najwyraźniej przez kogoś oświecony, też się od „koncepcji” zdystansował się udając, że jej „nie rozumie”, chociaż zrozumiał w lot, a prawdziwe powody wyjaśnił już w następnym zdaniu: „Na szczęście, albo niestety, to jest nasz kraj, a ja jestem prezydentem, więc to my będziemy decydowali, czy będą tu inne siły.” On najwidoczniej też uważa, podobnie jak pan rzecznik MSZ Jasina, że Polska, jeśli już, to co najwyżej może być „sługą narodu ukraińskiego” oczywiście pojmowanego według kryteriów przewidzianych w ustawie „o rdzennej ludności Ukrainy”.
Jest to tym bardziej prawdopodobne, że znaczna część narodu ukraińskiego już przeniosła się do Polski, która właśnie służy mu, jak tylko może, poczytując to sobie za cnotę. Czy ten kubeł zimnej wody na Naczelnika podziałał – nie można wykluczyć, bo zaraz po fiasku „koncepcji” proklamował powrót do rozdziobywania katastrofy smoleńskiej. Przy jej pomocy „zniszczyć Rosji” się jednak nie da, ale oczywiście zaprzyjaźnione media będą nadal opływały w dostatki.
W tej sytuacji Polska ma dwa wyjścia: albo pozostać w Unii Europejskiej, to znaczy – pożegnać się już nawet nie z „postjagiellońskimi mrzonkami”, ale nawet z mrzonkami o niepodległości, tylko zgodzić się na status niemieckiego landu w IV Rzeszy, albo podjąć próbę przyłączenia się do Stanów Zjednoczonych, jako kolejny stan tego państwa. To co prawda oznaczałoby również konieczność rezygnacji z mrzonek o niepodległości, ale – jak w swoim czasie mówił mi Guy Sorman – porównywać można tylko możliwości istniejące z istniejącymi. Zatem tak naprawdę stoimy przed alternatywą – czy zostać niemieckim landem, czy stanem USA. Jaka jest nasza sytuacja, jako niemieckiego landu – to już mniej więcej wiemy na podstawie doświadczeń dotychczasowych – a ona może tylko się pogarszać w miarę, jak w Unii Europejskiej będzie narastał socjalizm, a presja na promocję sodomczyków i ekologizmu będzie narastała do poziomu paranoi. Stany Zjednoczone od pewnego czasu pod tym względem lepiej nie wyglądają, ale tam pozycja prezydenta Bidena i Partii Komunis…, to znaczy pardon – oczywiście Partii Demokratycznej, nie jest taka znowu silna, by to się nie mogło zmienić, a ponadto – w odróżnieniu od Unii Europejskiej – panuje tam większy pluralizm prawny. Na przykład, mimo że w USA panuje zakaz poligamii, senat stanu Utah zdecydował, że w tym stanie nie jest ona przestępstwem, tylko wykroczeniem, za które grozi symboliczna grzywna, a jest to zaledwie wstęp do całkowitej legalizacji wielożeństwa. Zatem, chociaż administracja prezydenta Józia Bidena forsuje wszystkie możliwe zboczenia, być może udałoby się uchronić Polskę, jako jeden ze stanów USA przed tą plagą?
Wprawdzie Polska leży daleko od Ameryki Północnej, ale Hawaje też leżą ponad 3500 kilometrów od zachodniego wybrzeża, czyli w odległości mniej więcej takiej, jak Portugalia od Polski, więc niekoniecznie musiałoby to być przeszkodą tym bardziej, że Izrael, który wprawdzie formalnie nie jest stanem USA, przecież wywiera na politykę tego państwa znacznie większy wpływ, niż np. Arizona, a leży od Ameryki jeszcze dalej. Odległość, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, nie powinna być problemem, zatem zajmijmy sie potencjalnymi korzyściami takiej zmiany.
Co prawda musielibyśmy pożegnać się z mrzonkami o niepodległości, ale w Unii Europejskiej nie mamy żadnej innej alternatywy, co zostało postanowione w traktacie z Maastricht, który wszedł w życie w 1993 roku. W tej sytuacji opowieści o „Europie Ojczyzn”, to kolejna mrzonka, jeszcze większa od tych „postjagiellońskich”. Szkoda każdego słowa. Gdyby tedy Polska została kolejnym stanem USA, to nie musielibyśmy z trwogą i niepewnością myśleć o art. 5 traktatu waszyngtońskiego, bo on nie miałby tu nic do rzeczy, zaś ewentualny atak Rosji na Polskę byłby już uderzeniem na Stany Zjednoczone. Jak pamiętamy, nigdy nic takiego się nie zdarzyło, bo zgodnie z doktryną elastycznego reagowania i Rosja i USA konfrontują się ze sobą nie bezpośrednio, ale na przedpolach, np. na Ukrainie. W tej sytuacji Ameryka przestałaby promować w Polsce narwańców, na czym nasza scena polityczna mogłaby tylko skorzystać. Nie musielibyśmy też kombinować, za co uzbroić dodatkowe 200 tys. żołnierzy, o których chcemy powiększyć naszą niezwyciężoną armię, bo zatroszczyłyby się o to Stany Zjednoczone, nawet bez specjalnych próśb z naszej strony. Zresztą skoro już teraz pan prezydent Duda mówi o kilkunastu, a w porywie serca gorejącego – nawet o kilkudziesięciu tysiącach żołnierzy amerykańskich w Polsce, to gdyby było ich 300 tysięcy, wielkiej różnicy by nie było tym bardziej, że i tak i tak podlegaliby oni rozkazom z Waszyngtonu, natomiast rozkazom Warszawy mogłaby podlegać obrona terytorialna – jak w USA gwardia narodowa.
Po drugie, jako stan USA, musielibyśmy wystąpić z Unii Europejskiej, za co prawdopodobnie nie spotkałyby nas żadne konsekwencje, przynajmniej dopóty, dopóki wojska amerykańskie stacjonują w Niemczech. Nie byłoby łamania sobie głowy, czy przystępować, czy nie przystępować do unii walutowej, bo walutą naszą stałby się dolar. Nie muszę dodawać, że moglibyśmy w jednej chwili plunąć na wszystkie „wyroki” TSUE i nie przejmować się karami, jakie na nas nakłada, bo Ameryka zaraz pokazałaby mu ruski miesiąc. Niewiarygodne, ale dzięki przystąpieniu do USA, moglibyśmy przestać się obawiać nawet o roszczenia żydowskie. Żydzi w stosunku do USA żadnych roszczeń majątkowych nie wysuwają, kontentując się subwencją rządu amerykańskiego, którą – jak piszą uczeni politologowie w książce „Lobby izraelskie w USA” – zaraz pożyczają temu rządowi na wysoki procent. Wprawdzie Stany Zjednoczone przyjęły ustawę nr 447, ale przecież ani myślą zmieniać własnego prawa w taki sposób, w jaki sugerowały tam Polsce, więc również pod tym względem byłoby bezpiecznie.
Jedyną trudność, jaką widzę, to kwestie językowe, ale to rzecz mniejszej wagi, bo – po pierwsze – coraz więcej młodych ludzi używa cudzoziemskich słów, jak „hejt”, albo inne takie, po drugie – w Stanach Zjednoczonych też nie wszyscy mówią po angielsku, nawet przeciwnie – coraz więcej mieszkańców USA mówi językiem hiszpańskim i na przykład nawet na lotnisku w Chicago już kilka lat temu zauważyłem napisy w obydwu językach, chociaż przedtem były tylko po angielsku. No to dlaczego w naszym stanie język polski nie miałby być dominujący – oczywiście obok urzędowego angielskiego? Jak widzimy, chyba będziemy musieli zrewidować nasze dotychczasowe spojrzenie na to, co realne i to, co nierealne, bo ewentualny akces do USA jest chyba bardziej prawdopodobny, a przede wszystkim – bardziej realistyczny – niż „postjagiellońskie mrzonki” starzejącego się Naczelnika Państwa.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
Roman Dmowski w kwestii Ukrainy pisał w 1930 roku m.in.:
Dopiero pod koniec ubiegłego stulecia zaczęto mówić o narodowości „ukraińskiej”, zaludniającej zarówno Galicję Wschodnią, jak południe państwa rosyjskiego i zjawiła się kwestia „ukraińska” jako zagadnienie przyszłości politycznej ziem przez tę narodowość zaludnionych (…) Niepodległa Ukraina zapowiadała się jako gospodarcza i polityczna filia Niemiec. (…)
Wystąpienie Polski na widownię międzynarodową jako wielkiego narodu, byłoby dla polityki niemieckiej wielką klęską. Jeżeli nie można było tego narodu zniszczyć, trzeba go było zrobić małym. Na to zaś najprostszym sposobem było stworzenie państwa ukraińskiego i posunięcie jego granic w głąb ziem polskich tak daleko, jak daleko sięgają dźwięki mowy ruskiej. Plan ukraiński tedy był sposobem zadania potężnego ciosu jednocześnie Rosji i Polsce. Ten plan na papierze urzeczywistniono. Tym papierem był traktat podpisany w r. 1918 w Brześciu Litewskim (…) (…)
W ostatnich latach, dzięki węglowi i żelazu Zagłębia Donieckiego oraz nafcie kaukaskiej, Ukraina stała się przedmiotem żywego zainteresowania przedstawicieli kapitału europejskiego i amerykańskiego i zajęła miejsce w ich planach gospodarczego i politycznego urządzenia świata na najbliższą przyszłość. Do tego trzeba dodać – co nie jest wcale najmniej znaczącym – rolę, jaką Ukraina obok Polski odgrywa w zagadnieniach polityki żydowskiej. (…) (…) Nie ma siły ludzkiej, zdolnej przeszkodzić temu, ażeby oderwana od Rosji i przekształcona na niezawisłe państwo Ukraina stała się zbiegowiskiem aferzystów całego świata, którym dziś bardzo ciasno jest we własnych krajach, kapitalistów i poszukiwaczy kapitału, organizatorów przemysłu, techników i kupców, spekulantów i intrygantów, rzezimieszków i organizatorów wszelkiego gatunku prostytucji: Niemcom, Francuzom, Belgom, Włochom, Anglikom i Amerykanom pośpieszyliby z pomocą miejscowi lub pobliscy Rosjanie, Polacy, Ormianie, Grecy, wreszcie najliczniejsi i najważniejsi ze wszystkich Żydzi. Zebrałaby się tu cała swoista Liga Narodów… (…) Te wszystkie żywioły przy udziale sprytniejszych, bardziej biegłych w interesach Ukraińców, wytworzyłyby przewodnią warstwę, elitę kraju. Byłaby to wszakże szczególna elita, bo chyba żaden kraj nie mógłby poszczycić się tak bogatą kolekcją międzynarodowych kanalii. (…) Ukraina stałaby się wrzodem na ciele Europy; ludzie zaś marzący o wytworzeniu kulturalnego, zdrowego i silnego narodu ukraińskiego, dojrzewającego we własnym państwie, przekonaliby się, że zamiast własnego państwa, mają międzynarodowe przedsiębiorstwo, a zamiast zdrowego rozwoju, szybki postęp rozkładu i zgnilizny. (…) (…) ażeby mogło nastąpić zajęcie Ukrainy przez nieprzyjaciela, tym nieprzyjacielem musi być Polska i Rumunia.
Żeby największe potęgi świata chciały oderwać Ukrainę od Rosji i gotowe były na to wiele poświęcić, ich chęci pozostaną tylko dobrymi chęciami, jeżeli głównymi wykonawcami ich woli nie będą Polacy i Rumuni, a przynajmniej sami Polacy. (…)
Polska przy istnieniu państwa ukraińskiego, znalazłaby się między Niemcami a sferą wpływów niemieckich, można powiedzieć, niemieckim protektoratem. Nie ma potrzeby unaoczniać, jakby wtedy wyglądała. Wreszcie, jak to wyżej powiedzieliśmy, zbudowana dziś wielka Ukraina nie byłaby w swych kierowniczych żywiołach tak bardzo ukraińska i nie przedstawiałaby na wewnątrz stosunków zdrowych. To byłby naprawdę wrzód na ciele Europy, którego sąsiedztwo byłoby dla nas fatalne. (…) (…)
Dla narodu, zwłaszcza dla narodu jak nasz młodego, który musi się jeszcze wychować do swych przeznaczeń, lepiej mieć za sąsiada państwo potężne, choćby nawet bardzo obce i bardzo wrogie, niż międzynarodowy dom publiczny. Z tych wszystkich względów program niepodległej Ukrainy nie może liczyć na to, żeby Polska za nim stanęła, a tym mniej, żeby zań krew przelewała. (…) Ostateczne wykreślenie kwestii ukraińskiej z programu naszej polityki zewnętrznej pociągnie za sobą dla naszego państwa jeden przede wszystkim doniosły skutek. Ustali się traktowanie kwestii ruskiej w państwie polskim jako jego kwestii wewnętrznej, i tylko wewnętrznej.
Zniknie pokusa do podpalania swego domu po to, żeby się od niego zajął dom sąsiada.
Pod koniec ubiegłego roku sondaż Gallupa wykazał, że zaufanie Amerykanów do mediów głównego nurtu spadło do drugiego najniższego poziomu w historii. Tylko siedem procent Amerykanów odpowiedziało, że ma „duże zaufanie” do mediów.
Media głównego nurtu zasłużyły na tę utratę zaufania i wyjaśnia ona masowy wzrost znaczenia mediów niezależnych i alternatywnych głosów w mediach społecznościowych. Reakcją na wzrost liczby niezależnych głosów w mediach był pęd do „kasowania” każdego głosu spoza przyjętej narracji głównego nurtu.
Obywatele Związku Radzieckiego czytali zmanipulowane media, takie jak Prawda, nie dlatego, że reżim podawał fakty, ale dlatego, że prawda była ukryta między wierszami tego, co podawano, a czego nie podawano. Wydaje się, że w tym właśnie punkcie znajdujemy się dziś w Stanach Zjednoczonych.
W zeszłym tygodniu w NBC News ukazał się niezwykły artykuł, w którym donoszono, że wywiad USA świadomie przekazuje mediom głównego nurtu informacje, które nie są zgodne z prawdą, a które mają być konsumowane przez amerykańską publiczność.
Innymi słowy, artykuł donosi, że amerykańskie „głębokie państwo” przyznaje się do aktywnego okłamywania Amerykanów w nadziei na manipulowanie opinią publiczną
Według artykułu NBC News, „wielu urzędników amerykańskich przyznało, że Stany Zjednoczone używały informacji jako broni nawet wtedy, gdy zaufanie do dokładności informacji nie było wysokie. Czasami wykorzystywały informacje wywiadowcze o niskim poziomie zaufania w celu uzyskania efektu odstraszającego…”.
Czytelnicy z pewnością pamiętają szokujące nagłówki, że Rosja jest gotowa użyć broni chemicznej na Ukrainie, że Chiny będą dostarczać Rosji sprzęt wojskowy, że rosyjski prezydent Putin jest karmiony błędnymi informacjami przez swoich doradców i wiele innych.
Wszystkie te informacje były produkowane przez CIA i powtarzane w amerykańskich mediach, mimo że wiadomo było iż są fałszywe. Chodziło o to, by – jak powiedział w artykule jeden z oficerów wywiadu – „spróbować wejść do głowy Putina”.
Być może taki był cel, ale w rzeczywistości CIA próbowała wniknąć w głowę Amerykanów, podając fałszywe informacje, które miały wpłynąć na postrzeganie konfliktu przez opinię publiczną. Kłamali, aby propagandowo wmówić nam, że opowiadają się za narracją administracji Bidena.
Ci, którzy przez lata prezydentury Trumpa forsowali oszustwo „Russiagate”, twierdzili, że celem „rosyjskiej dezinformacji” było podważenie zaufania Amerykanów do naszego rządu, mediów i innych instytucji. Czy nie jest ironią losu, że to sama CIA zrobiła więcej niż Rosjanie, aby podważyć wiarę Amerykanów w media, podając fałszywe historie w celu ustanowienia określonej narracji wśród Amerykanów?
Po katastrofie w Zatoce Świń prezydent Kennedy powiedział, że chciał „rozerwać CIA na tysiąc kawałków i rozrzucić je na wiatr”. Nie wyszło mu to zbyt dobrze. Jak powiedział senator Chuck Schumer – lider mniejszości demokratycznej w Senacie – w wywiadzie prowadzonym przez Rachel Maddow w 2020 r., odpowiadając na krytykę CIA przez prezydenta Trumpa: „pozwólcie, że wam powiem: Jeśli zaatakujesz społeczność wywiadowczą, to od niedzieli mają sześć sposobów, by się na tobie odegrać”.
W miarę jak na jaw wychodzą kolejne informacje o działaniach amerykańskiej Wspólnoty Wywiadowczej [federacja 18 rządowych agencji wywiadowczych – przyp.] w próbie obalenia Trumpa, wydaje się, że choć raz Schumer miał rację.
Nadszedł czas, aby powrócić do życzenia prezydenta Kennedy’ego z okresu po wybuchu Zatoki Świń. CIA posługująca się kłamstwami, by propagandowo nakłaniać Amerykanów do wojny z Rosją, to tylko jeden z tysięcy powodów, by rozrzucić na wiatr milion kawałków tej agencji.
Za: Ron Paul Institute (April 11, 2022) | http://www.ronpaulinstitute.org/archives/featured-articles/2022/april/11/cia-admits-feeding-americans-false-info-about-ukraine/
fragment z „21 milionów – Dwie drogi dla Polski”; Przemysław Załuska
We współczesnej narracji historycznej w naszym kraju mówiącej czy to o Rzeczpospolitej szlacheckiej (1505–1795), czy też o II Rzeczpospolitej (1918–1939) także dominuje nurt idealizowania i afirmowania „różnorodności”. W filmie Andrzeja Wajdy opartym na powieści Tadeusza Konwickiego Kronika wypadków miłosnych główny bohater snuje się po przedwojennym Wilnie i okolicach, dając pretekst do pokazania nam w tle prawosławnych cerkwi, bab w chustach i brodatych Żydów. Sam Witek koleguje się z niemieckimi kolonistami oraz z pewnym rubasznym Rusinem. Jak to pięknie i kolorowo wtedy było! Ktoś inny wspomina, że u niego na wsi w czasach dzieciństwa to i Ukraińcy mieszkali, i Polacy, było paru Żydów do prowadzenia karczmy i ożywienia handlu detalicznego, no i jeszcze Ormianie. Cóż to były za czasy przed wojną! I wszyscy się lubili, i pomagali sobie na przednówku. Tak było u nas na Kresach. Na przykład na… Wołyniu.
A przed rozbiorami to już był prawdziwy raj. Nasze Wilno, Kijów i Mińsk. I jaka tolerancja u nas panowała. Nie tak jak na Zachodzie, gdzie różne brewerie wyprawiali. Szczególnie w nocy, na przykład w noc św. Bartłomieja. I folklor był piękny: te dumki kozackie i rzewne pieśni ludu ruskiego. I do tego mądry Żyd raczący miejscowych bez żadnych uprzedzeń co do stanu, rangi czy wyznania mocnymi, rozgrzewającymi trunkami w przerwach pomiędzy koncertami na cymbałach. Po prostu niebo na ziemi! Wszyscy się kochali i żyli w zgodzie jak u Pana Boga za piecem.
Dobrze, nie ma się co spierać. U nas było pięknie. Każdy wrażliwy na bogactwo scenografii i szczególnie kostiumu widz musi przyznać, że ekranizacja Ogniem i mieczem wiele by straciła wizualnie bez tych turbanów tatarskich, ruskich ubiorów ludowych i osełedców na wygolonych kozackich głowach. Jeszcze więcej straciłaby akcja powieści i fabuła ekranizacji po usunięciu kresowej różnorodności. Bohun, nie będąc Kozakiem, ale – dajmy na to – mazowieckim szlachcicem, nie przejawiałby zapewne tak dzikiego charakteru. Choć w pannie mógłby się ku utrapieniu Skrzetuskiego zakochać, to przecież nie miałby gdzie uciekać do buntowników, bo ani Siczy zaporoskiej by nie było (zamiast siedziby kozackiej na wyspie stałby gród polskich mieszczan handlujących z Krymem), ani Chmielnicki nie miałby z kim powstania wszczynać. Nie byłoby nigdy żadnych Żółtych Wód, Beresteczka ani oblężenia Zbaraża. Zero batalistyki i żadnych wieszanych przez ruską czerń polskich panów, żadnych wyrzynanych Żydów, żadnych wbijanych na pal Kozaków. Wiałoby nudą.
A teraz wyjdźmy z kina, wyłączmy DVD, odłóżmy powieść Sienkiewicza na półkę. I pomyślmy przez moment. Wyobraźmy sobie Rzeczpospolitą roku 1648, w przeddzień wybuchu powstania Chmielnickiego, jako państwo według dzisiejszych ocen okropne i upośledzone przez swoją jednorodność etniczną. Wyobraźmy sobie, że na terytorium ówczesnej Rzeczpospolitej, prawie trzy razy większym niż obecnie (rozciągającym się od przedmieść Rygi po granice Mołdawii, a na wschodzie zawadzającym o przedmieścia Moskwy) i obejmującym obok dwóch trzecich obecnego terytorium naszego kraju także tereny współczesnych Litwy, Białorusi, połowy Łotwy i Ukrainy, zachodnie prowincje obecnej Rosji, zamiast mieszanki narodowości, języków i wyznań mieszkałoby wtedy dziesięć milionów polskich chłopów, polskich mieszczan, polskich szlachciców, Polaków katolików podobnych kropka w kropkę mentalnością i kulturą do tych, którzy w historycznej Rzeczypospolitej 1648 zamieszkiwali zwarcie Wielkopolskę, Małopolskę i Mazowsze.
Czy w takich warunkach straszliwe powstanie Chmielnickiego miałoby kiedykolwiek miejsce? Bunty chłopskie zdarzały się w całej Europie. Topiono je we krwi w Niemczech w czasach Lutra i bezlitośnie tępiono w Rosji w czasach Bołotnikowa i Pugaczowa. W 1651 roku w samej Koronie na rdzennych ziemiach polskich na Podhalu również wybuchło powstanie chłopskie Kostki-Napierskiego. Trwało dziesięć dni. Powstańcy zajęli zamek w Czorsztynie, broniony podobno przez jednego hajduka. Kiedy po kilku dniach nadeszła odsiecz, to kilkudziesięciu powstańców poddało się. I czy to warto smarować kreski w atlasach historycznych dla takiego „powstania”, mniej godnego uwagi niż zwykły sąsiedzki zajazd na Litwie? A należy dodać, że i pośrednią, i nawet bezpośrednią inspiracją powstania Kostki-Napierskiego był bunt Chmielnickiego, o którym chłopi nie tylko słyszeli od trzech lat, ale którego wysłannicy chłopów do wystąpienia wprost podjudzali. Powstanie to – któremu za czasów komunistycznych nadawano pewne znaczenie, poświęcono mu film, a w atlasach historycznych pracowicie kreskowano obszary na południe od Krakowa rzekomo nim objęte – jest bardzo dobrą ilustracją tego, jak wyglądałoby „powstanie Chmielnickiego” jako bunt czysto chłopski w jednorodnej etnicznie Polsce.
Powstanie to potężnie nadszarpnęło siły Rzeczpospolitej, pustosząc ponad jedną trzecią jej terytorium, angażując olbrzymie siły ludzkie i materialne do walki po obydwu stronach. Otworzyło także szeroko bramy przed kolejnymi najeźdźcami – gdyż Kozacy sprzymierzyli się najpierw z Tatarami, a potem z Moskwą. Zajadłość powstania i antypolski sojusz z wrogami w dużej części wynikały z narodowego oraz religijnego charakteru konfliktu. Ruscy prawosławni chłopi i Kozacy czuli niechęć do panoszących się Polaków, których nienawidzono za katolickość i „pańskość”. Gdyby tło konfliktu miało czysto ekonomiczno-klasowy charakter, cała awantura nie byłaby groźniejsza niż napad Kostki-Napierskiego na zamek broniony przez jednego hajduka.
Tymczasem konflikt miał charakter cywilizacyjny, a linie podziału były głębokie jak Rów Mariański. Dziś moglibyśmy powiedzieć, że miał on charakter systemowy, a niepodważalnym dowodem historycznym na prawdziwość tej tezy jest ciągłość powstań i buntów na Ukrainie od końca XVI wieku aż po epokę rozbiorową, które powtarzały się z niepokojącą regularnością. Wymieńmy je po kolei:
1591–1593 – powstanie Krzysztofa Kosińskiego 1594–1596 – powstanie Semena Nalewajko 1625 – powstanie Żmajły 1630 – powstanie Tarasa Fedorowicza 1635 – bunt Sulimy 1637 – powstanie Pawluka 1638 – bunt Ostrzanina 1648 – powstanie Chmielnickiego 1652 – rzeź rycerstwa polskiego po bitwie na polach Batohu 1702–1704 – powstanie Paleja 1768 – Koliszczyzna
[poprawka mail’em: To REBELIE, nie powstania. ZB]
Co kilka lat bunt, rozruchy i rzezie. W 1652 roku, po wygranej bitwie na polach Batohu, Chmielnicki wydał rozkaz wymordowania wszystkich jeńców. Zrobiono to nie w ferworze bitwy, ale na zimno. Większość ofiar wykupiono złotem z rąk Nogajców, ażeby później poderżnąć im gardła. Zginęło od 3000 do 5000 polskich rycerzy i żołnierzy.
Rzezie, okrutne, potworne i pozornie bezcelowe, to niestety typowy element kozackiej i ukraińskiej walki z Polakami. Sto lat potem, w czasie Koliszczyzny, szacowana liczba ofiar osiągnęła 100–200 tysięcy. Tylko w jednym mieście, w Humaniu, wymordowano od kilku do kilkunastu tysięcy Polaków i Żydów. Odwet też bywał krwawy. Przywódców buntów za karę wieszano, a zdarzało się, że i ćwiartowano. O tym, że polsko-ukraiński konflikt jest bardzo głęboki, że ma jakieś fundamentalne przyczyny, może świadczyć powtórzenie podobnych wydarzeń także po odrodzeniu Polski w 1918 roku. Konflikt ten podkopywał siły II Rzeczpospolitej i anarchizował sytuację polityczną. W sprzyjających warunkach inwazji niemieckiej i utraty przez Polskę niepodległości zaowocował kolejną falą rzezi, w swym okrucieństwie przypominał te z czasów Chmielnickiego oraz Gonty i Żeleźniaka. Mordy ukraińskie rozpoczęły się już we wrześniu 1939 roku, potem w 1943 i 1944 roku rozlały się na cztery województwa południowo-wschodnie: wołyńskie, łuckie, tarnopolskie i stanisławowskie.
O bestialskich sposobach torturowania Polaków na Wołyniu 75 lat temu tu pisać nie będziemy, zakładając, że w ostatnich latach świadomość tego strasznego rozdziału naszej historii znacznie wzrosła. Przytoczymy za to świadectwo znanego pisarza Stanisława Srokowskiego z wywiadu dla Polonia Christiana TV:
Kresy to była taka osobliwa, wyjątkowa kraina, w której bardzo mocno, dynamicznie mieszały się kultury, języki, obyczaje, […], tradycje […] była cerkiew, kościół, bożnica; mówiono trzema językami. Żyło się tak, jak się żyje wśród ludzi sobie bliskich, życzliwych, sympatycznych, dobrych, miłych, gościnnych […] aż nadeszła wojna.
Różnorodność etniczna i kulturowa Rzeczpospolitej szlacheckiej rzeczywiście niezwykle wzbogaciła, ale… karty powieści Sienkiewicza. Bez względu na rachunek krzywd, zbrodni i cierpienia, na to, czyje winy były mniejsze, czyje większe, tak po prostu to wspólne życie Rusinów i Polaków było bardzo bolesne i pod każdym względem nazbyt kosztowne.
Zbyt łatwo dzisiaj skupiamy się na językowej i powierzchownej bliskości z Ukraińcami, bez refleksji nad tym, że musi istnieć przyczyna tej w większości jednostronnej nienawiści i okrucieństwa, że istnieje jakaś niewidzialna, ale bardzo rzeczywista linia pęknięcia między obydwoma narodami, że istnieje przepaść między kulturami i systemami wartości. Ukraińcom nie tylko moglibyśmy wybaczyć ich bunty, ale nawet i podziwiać za podobne do naszego dążenie do niepodległości, gdyby walczyli zaciekle, ale rycersko – albo raczej gdyby walczyli po ludzku, jak ludzie cywilizowani. Ale jak zrozumieć i zaakceptować bezmiar barbarzyństwa i okrucieństwa wobec kobiet, dzieci, osób duchownych? Jeśli czując się narodem uciskanym, mieli Ukraińcy pokusę, aby taką zemstę wywrzeć, to my sami stawiani przed podobnym kuszeniem, ale nigdy mu na skalę narodu całego nie ulegając, z tego rozgrzeszenia im dać nie możemy.
Myśmy dzieciom naszych zaborców nie obcinali języków, nie przecinali ich kobiet piłami, prawosławnym popom czy niemieckim pastorom nie wbijaliśmy gwoździ w czaszki. Mamy moralne prawo nie akceptować takich praktyk u innych. Najważniejsze jednak to zrozumieć, że nasza bliskość jest pozorna i niezrozumiana, a kiedyś znowu może przynieść bardzo gorzkie owoce. Od przyłączenia ziem ukrainnych do Korony do wybuchu powstania Chmielnickiego upłynęło niecałe osiemdziesiąt lat. Jeśli dziś zgodzimy się na wjazd milionów Ukraińców do Polski, to być może owoce tego też przyjdą dopiero za lat osiemdziesiąt i zaskoczą nas podobnie, jak zaskoczyły naszych przodków skutki włączenia w granice Królestwa Polskiego milionów Rusinów cztery wieki temu.
Powróćmy jednak do naszej historii Polski z 1648 roku, gdyby była krajem jednorodnym pod względem kulturowym i religijnym. To prawda, że rozpatrywanie hipotez alternatywnych jest ryzykowne, ale nasza wizja to coś innego, gdyż jest to tylko eksperyment myślowy potrzebny do uzmysłowienia sobie konsekwencji etnicznych podziałów. Otóż nie ma powodu, aby przypuszczać, że wielka Rzeczpospolita roku 1648, jednorodna etnicznie i wyznaniowo, kiedykolwiek doznałaby klęsk powstania Chmielnickiego, inwazji ze strony wezwanej przez niego na pomoc Moskwy, usprawiedliwiającej swą interwencję obroną praw ludności prawosławnej, w końcu inwazji szwedzkiej wspieranej między innymi przez rodzimych innowierców, których niechęć do katolików obróciła się w zdradzieckie wsparcie szwedzkich protestanckich najeźdźców. Bez klęsk tego okresu nie byłoby zapewne rozbiorów. A przecież i w czasie samych rozbiorów jednym z pretekstów użytych przez Prusy i Rosję do mieszania się w wewnętrzne sprawy Polski była rzekoma obrona innowierców – protestantów i prawosławnych.
No dobrze – mógłby ktoś zapytać – ale czemu służą powyższe spekulacje? Takiej jednorodnej Rzeczpospolitej nie było. Polacy stanowili 40–50% ludności państwa, a katolicy niewiele więcej. Nie bardzo nawet wiadomo, jak by miało być inaczej, nawet tworząc alternatywne warianty historii, gdyż w XV–XVIII wieku, przy niewielkiej mobilności społecznej, małym odsetku ludności objętej formalną edukacją i braku mass mediów, procesy asymilacyjne posuwały się wolno.
W naszym wywodzie chodzi o coś zupełnie innego. Nie ma i nie mogło być wtedy jednorodnej Rzeczpospolitej, ale gdyby taki organizm polityczny wówczas istniał, byłby bez wątpienia dużo silniejszy i odporniejszy na wstrząsy wewnętrzne i naciski z zewnątrz niż ta składanka kilku narodów, wyznań i alfabetów, która podobna była do XX-wiecznej Jugosławii. Słabością, a nie mocą I Rzeczpospolitej była tak dziś wychwalana wieloetniczność i wielokulturowość.
After almost four decades of a Cold War from the mid-1950s to 1991, and another 2 decades of Cold War 2.0, since the beginning of the year 2000, when Mr. Putin took over the Presidency of Russia, the US via NATO, and with her European vassals, are now engaged in a hot war with Russia, using Ukraine as a proxy.
This was done very cleverly.
Since the US-instigated WWI in June 1914, Washington’s interest was to subjugate the then Russian empire, and later the Soviet Union and now Russia. This objective holds until today. The principal goal was and is to take over this huge country, the resource-richest nation in the world, a position Russia arguably still holds today.
Washington’s pretexts are many. With the onset of the Soviet Revolution, they say, communism was a danger to the world and especially to the United States. “National Security” is always a smart argument – and it sells well, since every country supposedly thinks “national security” as a first priority.
In the last two decades, the US-driven antagonism against Russia, closely followed by Europe, was mostly directed against one man, namely Russia’s leader, President Putin. It’s always easier to demonize a person than an entire country. That’s what Washington’s Inner Circle does best.
Mr. Putin’s aim was and is to restore Russia as a secure and self-sufficient society, while maintaining relations, but not dependent on the west. Self-sufficiency to the extent possible and security is what every leader should see as a priority for his country.
Mr. Putin, a former high-level KGB official, knows very well what’s going on in the political minds of the western hegemon.
When Mikhail Gorbachev, the last leader of the former Soviet Union (USSR), capitulated in 1991, he requested from the western allies a promise that they will NOT expand NATO beyond Berlin, as a condition for allowing unifying East and West Germany.
Image left: Gorbachev with Reagan
This was confirmed by then US Secretary of State James Baker, with the now famous words,
“NATO will not move an inch beyond Berlin”.
Documents to that extent are available in the Berlin War Museum.
We all know what happened then. The promise was not kept and today NATO has expanded from 16 countries in 1997, to today 30 countries, 28 of which are in Europe. Many of the new ones are in Eastern Europe, the former Soviet Republics – see map.
It is obvious that the move closer and closer to Moscow is a threat for Russia. It would be perceived as a threat by Washington, if Russia or China would build a military base in Mexico, or Central America.
Remember the Cuban Missile Crisis, when secret negotiations between then President J.F. Kennedy and Russian Chairman of the Communist Party, Nikita Khrushchev, potentially saved the world from a nuclear Armageddon?
Why would Mr. Putin now tolerate this obvious encroachment on his country by NATO forces, and the latest attempt, to enter Ukraine?
03 June 1961 President Kennedy meets with Chairman Khrushchev at the U. S. Embassy, Vienna.
Ukraine, by the way, has written her intent to gain NATO membership into her Constitution.
How daring.
Officially the US and NATO say that Ukraine will not become a NATO member, but actions show differently.
For the last at least 10-15 years, and especially after the US / NATO instigated Maidan Coup in Kiev on 22 February 2014, the US and NATO countries have supplied Ukraine with billions and billions worth of war material, high precision missiles, anti-aircraft and anti-tank systems, most of them produced in the US. De facto, this could easily be construed as making Ukraine a silent NATO member.
For Mr. Putin, this was crossing a red line. Understandably. Especially since the 2014 Minsk Accord was never respected and adhered to. The Minsk summit took place with the participation of Vladimir Putin, then Ukrainian president Petro Poroshenko, German chancellor Angela Merkel, French president François Hollande, and the representatives and leaders of the two Donbas Provinces, Mr. Alexander Zakharchenko, Donetsk People’s Republic (DPR) and Mr. Igor Plotnitsky, Luhansk People’s Republic (LPR). (see below)
Key points of the measures agreed upon, included a ceasefire, withdrawal of heavy weapons from the front line, release of prisoners of war, constitutional reform in Ukraine, granting self-government to certain areas of Donbas and restoring control of the state border to the Ukrainian government.
None of these agreements were adhered to, and the western leaders, who were party to the Minsk Accord, did not bother to have them enforced. For example, the Right-Wing Nazi Azov Battalion, acting in the eastern Ukraine, were for 8 years, since the Maidan Coup in 2014, bombarding and terror-attacking the Donbas population. They killed 14,000 civilians, including 3,000 to 4,000 children, most of the victims are of Russian descent.
This is rarely mentioned in the western media.
For Mr. Putin, drawing a Red Line was evident. No more NATO aggression, No NATO or NATO-country weapons into Ukraine, no assaults on the Donbas Provinces, no NATO personnel and NATO training in Ukraine. In fact, Mr. Putin requested a neutral, demilitarized Ukraine, neutral like Austria and Sweden.
None of this happened.
And what was of utmost danger to Russia, were the 25 to 30 bio-war labs on Ukrainian soil, and funded by the US, denied by Washington as “conspiracy theory” for months, until to the world’s surprise, on 9 March 2022, Ms. Victoria Nuland, Deputy US Secretary of State, confessed in a Senate Hearing that – yes, the US had been funding these bio-labs (she called them euphemistically “research centers”), and she added that the US now had to destroy them otherwise they may fall into Russian control. There are no words to describe how laughably ridiculous this statement is. Fox News Tucker Carlson framed and analyzed it well – see this.
With relentless aggression and western hostility against Russia and Mr. Putin’s person – the Russian President was put in a corner. He certainly doesn’t seek a nuclear WWIII, but he wants security for his country.
A western false flag could prompt a NATO nuclear attack on Russia. It wouldn’t be the first time that the US started a war based on a “false flag”, perpetrated by the US themselves or by a close ally, or proxy – just think of the self-inflicted Gulf of Tonkin incident, the USS Maddox attack, that triggered the full-fledged Vietnam War. And there are many others.
Great Reset Phase 2.0
That’s the history. Now to the present.
Russia intervened in Ukraine on 24 February 2022. Since then, all eyes are on Russia and Ukraine. Almost to the day covid disappears from the world arena, at least officially. Covid is gone from the headlines, everywhere. This is no coincidence. Geopolitics do not know coincidences – only plans and strategies.
The ever-stronger and more relentless provocation to pull Russia into a war with Ukraine – may it have been planned by the WEF and the WEF’s handlers? – Because the WEF’s full and final agenda is much stronger and wider and larger and deeper – than Covid and the War combined. But Covid and the War are perfect instruments to further the (UN) Agenda 2030, alias the Agenda of The Great Reset.
The picture above may give you an inkling of who is running the show in Ukraine. It depicts Klaus Schwab, WEF Chairman and CEO, with Ukraine President Zelenskyy in what looks like a cozy conversation.
Covid equals Great Reset 1.0.
It was to put people in awe, to indoctrinate them with an abject lie, to spread fear, to make people submissive – and obedient to authorities – while believing that these authorities – of all 193 UN member countries at once – all want only the best for their people. The way it should be. So, you do what they say. Governments are supposed to be the protectors of their people.
We were and still are totally wrong. We the people, must get it into our heads, that these times are gone. Our governments, more often than not, are our enemies.
They want the worst for the people – a global vaxx-genocide, stealing assets through artificially, alias covid-induced bankruptcies, shifting the liquidated properties from the bottom and the center to the top, by inflicting economic crises, and eventually, full digitization of everything, including especially financial resources, your money (no more cash), and – yes – the human brain – so as to have total control over the surviving humans.
Klaus Schwab, the CEO and founder of the WEF calls it the transformation of humans into transhumans – so that at completion of Agenda 2030, of the Great Reset – “you will own nothing, but will be happy”.
For those who don’t know yet – Covid-19, alias SARS-Cov-2, never existed, was never identified, was never scientifically isolated.
This 4-min. trailer of The Viral Delusion, a new 6-hour documentary series – with interviewed scientists and facts on the table – the trailer tells you most everything of what you must know to understand that you have been criminally fooled over the last two years. The world has been criminally fooled. War criminals are the western elites, the WEF and its handlers, government officials, who commit knowingly these crimes on humanity.
This scam has caused billions of victims. Directly from the nefarious and deadly side effects of the mRNA-injections which were sold as vaccines, but in fact were everything but vaccines; they were poison jabs, consisting of different damaging substances, one of them is graphene oxide, creating a magnetic field of your body, accessible by 5G-microwaves – discovered by the Spanish Research Team, “The Fifth Column”. See this; and indirectly, by causing in both the Global North and the Global South countless financial ruins, unemployment, misery, famine, related diseases – and yes, millions of suicides from desperation.
This scam has caused billions of victims. Directly from the nefarious and deadly side effects of the mRNA-injections which were sold as vaccines, but in fact were everything but vaccines; they were poison jabs, consisting of different damaging substances, one of them is graphene oxide, creating a magnetic field of your body, accessible by 5G-microwaves – discovered by the Spanish Research Team, “The Fifth Column”. See this; and indirectly, by causing in both the Global North and the Global South countless financial ruins, unemployment, misery, famine, related diseases – and yes, millions of suicides from desperation.
This all happened with the consent of the United Nations, WHO and the great Movers and Shakers, IMF, World Bank, European Central Bank (ECB), the Bank for International Settlements (BIS, the Central Bank of all central banks), even UNICEF — and of course, the Gates and Rockefeller Foundations (the main financiers of this scam of biblical dimension). And not to forget, the World Economic Forum – the WEF – and those dark handlers of the WEF, among them the world’s “financial emperors”, BlackRock, Vanguard, State Street and Fidelity.
Together, the financial emperors control some 20 to 25 trillion dollars in assets which gives them a leverage power of over 100 trillion dollars, as compared with a world GDP of some 90 trillion dollars.
With this financial might, they can do whatever they want with whatever country they want. This may explain, why from one day to the next, the entire world, 193 UN member countries were struck by the same fake virus (totally nonsensical, impossible in reality), and sent all together into full lockdown on 11 March 2020, when there were only something like 4,700 so-called registered covid cases in the entire world.
Western media have been and still are being paid billions and billions of dollars to perpetuate the lie-propaganda, the covid / vaxx narrative. President Biden, head of the Empire of Lies (copy right President Putin), just recently allocated another billion dollars to “subsidize” the US media, so they will continue repeating the covid and vaxx-narrative – and now the anti-Russia war propaganda.
What’s next?
In the shadow of The Great Reset 2.0, the Russia – Ukraine war – preparations for the next stage are being planned and already carried out.
Things happen in warp speed, so that the infamous UN Agenda 2030 may be completed by 2030, before everyone wakes up. For example, WHO was not an original UN agency, but created in 1948 by the Rockefeller Foundation to become a World Body to control the world population’s health. Rockefeller “managed” (money buys everything) to have WHO incorporated as the international health agency of the UN body.
For Rockefeller, an alleged eugenist, controlling the world’s health is an asset. He, at that time was also the owner of Standard Oil, the globe’s largest hydrocarbon giant, and literally the monopoly on oil and gas.
This led Rockefeller and Co. to decide converting the so far mostly plant-based pharmaceuticals into petrochemical-based medication; more profitable and better controllable.
Today, in the shadow of the war, WHO is being groomed to become the world’s unique watchdog over people’s health. If the plan goes through, there will be a Pandemic-Treaty, under which WHO would have by 2024 full control over matters of health, above every nation’s sovereignty.
WHO would decide what is a pandemic (potentially every flu can be a pandemic), when there is a pandemic, and when governments have to vaxx their citizens. See this: Dr. Astrid Stuckelberger, a former WHO insider, exposes the criminal monopoly (see this and this).
This plan is currently being discussed in several extra-ordinary World Health Assemblies, where usually countries’ health ministers decide.
However, this Health Treaty would be such a monstrous plan, that it should at least be ratified by each sovereign country’s parliament – because, if it would go through, it would annihilate every nation’s sovereignty.
While the WHO’s health tyranny is being prepared, the world economy is being further devastated by the Ukraine – Russia war, the smoke-screen for the behind-the-scene-activities, and consequential energy shortages, particularly in the west.
There will be supply chain disruptions – already now evident, using the pretext of the Canadian, US and Australian trucker strikes – i.e., Freedom Caravans. These Freedom Caravans are showing the world a lesson of bravery against tyranny, especially the one in Canada. They have brought the world’s attention to the globally perpetuated lie and crime on humanity – the forced vaccination – and other covid-denigrations, like the useless and poisonous mask wearing – and that especially on children.
Ukraine and Russia are the breadbasket of the World (Russia is the globe’s largest wheat exporter). The war will reduce food production, as well as interrupt food supply chains.
Adding to this calamity will be the exponential increase in fuel prices in the west – due to Russia’s oil and gas – sanction-driven – no longer being accepted in the west, resulting in up to extreme shortages, inflation – maybe as high as 30% to 50% even if temporary, the impact will be a worldwide chain reaction
reduced fertilizer production
higher fertilizer prices – resulting in a decline in ag-crops production – less food, worldwide famine and in many cases where poverty is already extreme, it may mean death by famine;
higher fuel / energy prices will bankrupt countless small and medium size enterprises, resulting in unemployment, more poverty, more misery and famine – diseases and death;
insufficient fuel will further disrupt supply chains of those reduced material that otherwise might be available… and-so-on – and-so-on.
The law of unintended consequences may play out.
About two thirds of the raw materials to make semiconductors comes from Ukraine. When the supply is interrupted due to the war – the car industry will falter. More than a third of the necessary light metals for the construction of aircraft, civilian as well as military, like titanium and aluminum, comes from Russia. In addition to hydrocarbon, Russia also is a key exporter of lithium, cobalt and nickel, used in the battery and electronics industries. Russia closes the faucet of these exports to the west, and another part of western industries will bite the dust.
The spiral to misery and hell is almost endless.
Economic Holocaust
Economic holocausts, so to speak, will also further the reduction of the world population, thus, playing into the eugenist agenda. While not spelt out in the Great Reset, massive population reduction is clearly a factor in achieving the Great Reset, the targets of Agenda 2030.
This is the plan. As is often repeated, it doesn’t have to happen. If we humanity, wake up in masses and oppose this plan, not by hatred, but by ascending to a higher level of consciousness, where we are able to build an alternative world.
Great Reset Phase 3.0: Full digitization of everything, including humans
What could trigger Reset 3.0? Maybe another pandemic, this time a real one? Or rather an artificially brought about monetary collapse.
An event that may bring about the rapid downfall of the two main fiat currencies, the US dollar and the euro. It could be skyrocketing inflation – of which we are seeing the beginning – and the planned and looming energy crisis could be the death knell.
The disappearance of the dollar’s supremacy is imminent, as the petro-dollar is being replaced by the Petro-Yuan. Its already happening. The Saudis have told Mr. Biden they will rather sell their petrol to China and be paid in Petro-Yuan than in unstable and ever less secure US dollars. And no, they will not increase production to stabilize prices. A clear message that may accelerate the collapse of the fiat currencies.
Economic prediction and foresight are seeing a rapid dollar descent still in 2022 – meaning that an enormous debt could be wiped out. Would that be the moment to prompt an initial western world full digitization of currencies – eventually merging into two or three key digital currencies? That would fit the plan as part of the Reset. Digitizing everything is Klaus Schwab’s dream – it is the bedrock of his Fourth Industrial Revolution – also a dream. His ideas have a lot of influential supporters – and if we do not stand up in solidarity against this Schwab – WEF drive towards this apocalypse of the masses – we are doomed.
The QR Verification Code
What today is known as the QR code, or the QR technology is also slanted as becoming the driving force of not only full digitization, but also total and complete surveillance.
QR coding can store some 30,000 points of information, or more, about every citizen — following you on every step you take, people you meet, food you eat, trip you take. The masters managing this information know you better than you know yourself.
The QR codes have been sneaking their ways quietly into our lives. Many restaurants have no longer printed menus – you have an application on your cell phone and take a QR screenshot… and bingo, while you read the menu of your restaurant, “they” know where you are and what you eat.
Good-bye cash. In comes digitized money.
Its already almost the case in Sweden and other Nordic countries. Sweden is at the forefront, testing and practicing the system on volunteers with an implanted micro-chip in the hand. The chip replaces your cash, credit card, bank account, and possibly already more.
Your behavior will be recorded and show whether you follow the “System’s norms”. If you fail, they may block your money flow – temporarily or for good. Imagine “sanctions” on a small individual scale – they may make you starve, or with the 5G technologies, Artificial Intelligence (AI), robots, algorithms, the surveillance police can even “neutralize” you – for good.
This is the Big Picture. The Great Reset: Phases 1.0 to 3.0. Maybe More
But remember, all this can happen only when We, the People, let it happen. It is never too late to peacefully stand up against tyranny. Stand up against the media lies, the psyops, media indoctrinations, the official narratives, and against our criminal governments.
One thing is clear, in today’s world – at least across the western globe – no government can be trusted.
The ultimate solution may be that we ascend to a higher level of consciousness, unite in solidarity and create an alternative society.
With the spirit of no hate but perseverance – “Venceremos”!
Hope – Objective – and joint Action — and We shall overcome.
*
Note to readers: Please click the share buttons above or below. Follow us on Instagram, @globalresearch_crg and Twitter at @crglobalization. Feel free to repost and share widely Global Research articles.
Peter Koenig is a geopolitical analyst and a former Senior Economist at the World Bank and the World Health Organization (WHO), where he has worked for over 30 years on water and environment around the world. He lectures at universities in the US, Europe and South America. He writes regularly for online journals and is the author of Implosion – An Economic Thriller about War, Environmental Destruction and Corporate Greed; and co-author of Cynthia McKinney’s book “When China Sneezes: From the Coronavirus Lockdown to the Global Politico-Economic Crisis” (Clarity Press – November 1, 2020).
Peter is a Research Associate of the Centre for Research on Globalization (CRG). He is also is a non-resident Senior Fellow of the Chongyang Institute of Renmin University, Beijing.
Wojna na Ukrainie w coraz większym stopniu przekształca się w wojnę propagandową. Być może zresztą jest to wrażenie chwilowe, bo wojska rosyjskie najwyraźniej się przegrupowują. Rosjanie chyba odpuścili sobie zdobywanie Kijowa, bo tak naprawdę to nie jest on im do niczego potrzebny. Może był na początku, kiedy mieli nadzieję na zainstalowanie tam „swojego” rządu, ale teraz przestało to mieć znaczenie.
Według specjalistów wojskowych Rosja zamierza uderzyć z Donbasu, by zamknąć znajdujące się na Zadnieprzu operacyjne wojska ukraińskie w okrążeniu, a następnie odciąć Ukrainę od Morza Czarnego, co wymagałoby jednak zdobycia Odessy, która dotychczas nie była specjalnie atakowana. Tak czy owak, natężenie walk zmalało, może z wyjątkiem Mariupola, w którym wojsko ukraińskie kontroluje centrum miasta obleganego przez Rosjan. Jest to punkt kluczowy, którego zdobycie otwierałoby Rosji lądowe połączenie z Krymem, więc nic dziwnego, że walki są tam wyjątkowo zażarte. Wprawdzie pojawiły się pogłoski, że już niedługo prezydent Zełeński spotka się z prezydentem Putinem, ale nie sądzę, by takie spotkanie się odbyło, albo nawet gdyby, to czy przyniosłoby jakieś rezultaty w sytuacji, gdy zapanował swego rodzaju pat.
Bardziej prawdopodobne jest to, że w najbliższych dniach walki rozgorzeją na nowo, aż Rosja uzna, że ma dobre pozycje wyjściowe do negocjacji pokojowych, chyba, że będzie kontynuowała wojnę na wyniszczenie. Łatwo to nie przyjdzie, o ile w ogóle się uda, bo nie możemy zapominać, że Rosja prowadzi na Ukrainie wojnę z całym Sojuszem Północnoatlantyckim, który tylko nie angażuje się w bezpośrednie działania militarne, bo we wszystkie inne – jak najbardziej. Jest to sytuacja podobna do położenia Stanów Zjednoczonych w Wietnamie, gdzie toczyły one wojnę per procura z całym Układem Warszawskim i Chinami na dodatek. Jak pamiętamy, Stany Zjednoczone się z Wietnamu wycofały po tym, jak prezydent Nixon załatwił z Chinami zakończenie tej wojny.
Toteż miejsce działań wojennych zajęły ofensywy propagandowe. Pojawiły się w sieci nagrania pokazujące, jak żołnierze ochotniczego pułku „Azow”, który powstał jako rodzaj prywatnego wojska żydowskiego oligarchy Igora Kołomojskiego, maltretują torturują i rozstrzeliwują schwytanych rosyjskich jeńców. Żołnierze tego pułku są podobno najbardziej motywowani ideologicznie spośród całego ukraińskiego wojska, co sprawiało, że nawet amerykańscy kongresmani pytali, dlaczego pułk ten nie został uznany za „organizację terrorystyczną”.
W tej sytuacji doradca prezydenta Ukrainy Ołeksij Arestowicz powiedział, ze rząd traktuje tę sprawę „bardzo poważnie” i że będzie „pilne śledztwo”, ale wkrótce ktoś zaczął sprawę odkręcać, bo głównodowodzący sił zbrojnych Ukrainy, generał Walerij Załużny oświadczył, że to Rosjanie inscenizują takie nagrania w celu „zdyskredytowania sił zbrojnych Ukrainy”. Podobnie autentyczność nagrań podważyła pani Irina Wenediktowa, prokurator generalny Ukrainy. Ale chyba nie rozwiało to do końca wątpliwości, bo w kilka dni później, kiedy wojska ukraińskie wkroczyły do opuszczonej przez Rosjan Buczy koło Kijowa, zrobiły tam mnóstwo zdjęć zamordowanych cywilów, którzy jak nie w masowych grobach, to leżeli na ulicy, gdzie dosięgnęła ich śmierć.
Wywołało to poruszenie opinii światowej, a w tej sytuacji pamięć o działaniach przypisywanych pułkowi „Azow” natychmiast zeszła na plan dalszy i w ogóle zaczęła się zacierać. „Cały świat” ruszył potępiać zbrodnie w Buczy, a ponieważ papież Franciszek nie wykazał spodziewanej zapamiętałości w potępianiu, został pryncypialnie skrytykowany przez osoby powszechnie znane z moralnej wrażliwości, m.in. przez pana red. Tomasza Terlikowskiego, obecnie pracującego w Telewizji Republika, której szefem jest z kolei pan red. Tomasz Sakiewicz – kawaler jakiegoś ukraińskiego orderu. „Reakcja Watykanu nie jest taka, jaka powinna być” – powiedział pan red. Terlikowski. A jaka powinna być? Wiadomo; papież powinien potępić Putina, który przecież został przez Senat Stanów Zjednoczonych i prezydenta Bidena uznany za zbrodniarza wojennego, zanim jeszcze władze ukraińskie pokazały nagrania z Buczy.
Rosjanie oczywiście zaprzeczają autentyczności nagrań, sugerując, że zostały one zainscenizowane przez stronę ukraińską, ale musimy pamiętać, że pierwszą ofiarą każdej wojny jest prawda. Być może, że i w jednym, jak i w drugim przypadku prawdę odkryłaby delegacja Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, ale jakoś nie słychać, by którakolwiek ze stron chciałaby takiego arbitrażu. Najwyraźniej wolą takimi materiałami gospodarować samodzielnie.
Tymczasem prezydent Zełeński przemawiał w Organizacji Narodów Zjednoczonych, której zarzucił gadulstwo i zalecił, by w tej sytuacji się „rozwiązała”. Najwyraźniej czuje się powołany do przejęcia rządu dusz już nie tylko na Ukrainie, nie tylko w Europie, która pod ciśnieniem USA wyrozumiale mu na to pozwala, podobnie, jak radykalizującemu się z dnia na dzień panu premierowi Morawieckiemu, ale w skali całego świata. Tymczasem cały świat wcale nie jest aż taki skory do poddawania się duchowej władzy prezydenta Zełeńskiego, bo państwa reprezentujące prawie 5 miliardów ludzi nie biorą udziału w zarządzonym przez USA ostracyzmie wobec Rosji.
W dodatku w dysonans poznawczy właśnie wpędzona została poddana surowej dyscyplinie Europa, bo oto w ostatnią niedzielę wybory parlamentarne na Węgrzech wygrał Wiktor Orban i to po raz czwarty z rzędu większością konstytucyjną. Oczywiście zanim jeszcze wybory się rozpoczęły, co gorliwsi demokratowie byli całkowicie pewni, że już zostały sfałszowane, a po podaniu ich wyników przewodniczący Volksdeutsche Partei Donald Tusk oświadczył, że demokracja została „zgwałcona”. Przecież Wiktor Orban, który nie tylko nie słucha się prezydenta Zełeńskiego, ale nawet bezczelnie mu odpowiedział, że dla jego przyjemności nie będzie „wyłączał” całej węgierskiej gospodarki, powinien przegrać z kretesem, a tymczasem wygrał i to w sposób spektakularny.
Wprawdzie pan redaktor Tomasz Sakiewicz nie kryje swego rozgoryczenia z tego powodu, ale Naczelnik Państwa, który wcześniej „zamroził” stosunki w premierem Orbanem, teraz je odmraża, bo chyba przekonał się, że takie dąsy mogą doprowadzić do rozpadu Grupy Wyszehradzkiej, co niewątpliwie udelektowałoby niemieckiego kanclerza.
Niestety ani Naczelnik, ani prezydent Duda nie wykorzystali wizyty prezydenta Bidena w Warszawie, ani by zaproponować mu sfinansowanie przez USA uzbrojenia dodatkowych 200 tys. żołnierzy, o których ma być powiększona nasza niezwyciężona armia, ani nawet, by przekonał Niemcy do zakończenia wojny hybrydowej przeciwko Polsce i Węgrom i odblokowania unijnych funduszy. Skończyło się na poklepaniu po plecach i komplementach, w związku z czym, za czołgi „Abramsy”, które właśnie zostały zakupione, a pierwsze dotrą do nas w jesieni, Polska będzie musiała zapłacić.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Na rządowej stronie internetowej ukazała się informacja, że członek personelu medycznego, który odmówi szczepienia będzie mógł zostać wyrzucony z pracy albo skierowany do innych zajęć.
Do jakich innych zajęć można skierować lekarza? Czy na przykład wybitny neurochirurg zostanie nocnym stróżem?. Czy w takim razie stróż, jeżeli się zaszczepi będzie mógł przeprowadzić trepanację czaszki?. Nie jest to pomysł nowy, niejaki Pol Pot, kierował lekarzy do kopania rowów a robotników do przeprowadzania skomplikowanych operacji, które oczywiście kończyły się śmiercią operowanego.
Eksperymenty medyczne na ludziach, przeprowadzane wbrew ich woli, jakimi można nazwać testowanie na nich nie sprawdzonej do końca szczepionki oznaczają, że ożywają praktyki doktora Mengele. Przecież doktor Mengele przeprowadzał wiwisekcję obozowych bliźniąt nie dla zabawy lecz dla dobra ludzkości, a walka o dobro ludzkości wymaga jak wiadomo ofiar.
Choroby bezobjawowe oraz przymusowa izolacja pacjentów nimi dotkniętych to znane i sprawdzone praktyki reżimu Stalina. Za czasów Stalina można było cierpieć na schizofrenię bezobjawową, która wymagała bezwzględnej izolacji od społeczeństwa. Do pierwszego kwietnia tego roku ( prima aprilis?) można było cierpieć na bezobjawowy Covid -19, który tym bardziej wymagał izolacji.
Ożywają upiory przeszłości.
Powtarzalność historii jest całkowicie sprzeczna z poglądami Francisa Fukuyamy , który w wydanej w 1992 roku książce „ Koniec historii i ostatni człowiek” stwierdził, że liberalna demokracja i wolny rynek są tak doskonałymi ustrojami, że kończąc historię gwarantują jednocześnie koniec wojen i społecznych problemów. Polemizowanie z kompromitująco naiwnymi poglądami Fukuyamy nie ma dziś najmniejszego sensu lecz trzeba pamiętać, że jemu i jego akolitom zawdzięczamy (przynajmniej pośrednio) likwidację naszej armii, którą konsekwentnie przeprowadzono za rządów PO. Postulat likwidacji tej armii był stale obecny w debacie, której ton nadawali rodzimi utopiści.
Obecnie wobec wojny rosyjsko ukraińskiej rację bytu straciły wszelkie rojenia o końcu historii, a demokracja liberalna nie rozwiązała żadnych problemów ludzkości. Wręcz przeciwnie, postulując na przykład swobodę poruszania się ludzi i traktując jako ideał świat bez granic i bez narodowości spowodowała, że odżył problem wędrówek ludów i związanych z tym zagrożeń. Wielkie wędrówki ludów, przede wszystkim Hunów i Germanów, doprowadziły jak wiadomo do upadku Cesarstwa Rzymskiego. Rzym początkowo wykorzystywał Germanów jako żołnierzy. Sytuacja stała się groźna, gdy zamiast małych grup żołnierzy w granicach cesarstwa zaczęły się osiedlać całe plemiona rządzące się własnymi prawami. Rzymianie ściągnęli sobie Germanów na kark na własne życzenie i na swoje nieszczęście.
Podobnie jak obecnie Niemcy (czyli Germanie) ściągnęli sobie obcych kulturowo imigrantów z Azji i Afryki w nadziei na wykorzystanie ich zapału do pracy. Okazało się jednak, że przybysze przejawiają zapał wyłącznie do życia na niemieckich zasiłkach. Świat bez granic, zanik państw narodowych, całkowita swoboda przemieszczania się ludzi i kapitału to liberalne utopie, szkodliwe i niebezpieczne jak każda wcielana w życie utopia.
Paralelę pomiędzy upadkiem starożytnego Rzymu a upadkiem Europy bardzo ciekawie przedstawia młody historyk Dawid Engels. W 2013 Engels opublikował w paryskiej „éditions du Toucan” monografię dotyczącą obecnego kryzysu tożsamości Unii Europejskiej, zatytułowaną „Le déclin”. Wykorzystując dwanaście wskaźników, Engels porównuje w niej różne przejawy faktycznego (a nie postulowanego) systemu wartości UE z objawami kryzysu Republiki Rzymskiej.
Przymusowe przenoszenie ludzi z miejsca na miejsce zawsze było sposobem zarządzania przenoszoną masą ludzką a właściwie sposobem jej terroryzowania. Zsyłani na Sybir musieli dostosować się do nowych trudnych warunków i do praw lokalnych społeczności. Przymusowe przenoszenie ludzi z miejsca na miejsce było praktykowano nie tylko za czasów rosyjskiego caratu, praktykowali je również Stalin i Hitler.
Dobrowolne migracje ludzi też są sposobem zarządzania i pacyfikowania tyle, że tym razem tubylców, a nie przybyszów. To tubylcy dostosowują się do praw przybyszów usiłują ich ugłaskać i przekupić. Przymusowa alokacja zapraszanych serdecznie przez Merkel migrantów miała stać się jednym ze sposobów pacyfikacji Polski. Obok „głodzenia” czyli rabowania należnych nam funduszy i nakładania nienależnych kar za niepodporządkowanie się posunięciom zagrażającym naszemu bezpieczeństwu energetycznemu.
Naiwne teorie, że przybysze wnoszą świeżą krew nie tylko w sensie kulturowym lecz również w sensie biologicznym i rewitalizują dekadencką społeczność i kulturę tubylczą nie sprawdziły się w starożytnym Rzymie i nie sprawdzą się dziś. Przez analogię do „teorii krążenia elit” Vilfredo Pareto, który za elitę uważał grupę najbardziej skuteczną w działaniu, a więc eliminującą elitę poprzednią można stwierdzić, że obcy kulturowo przybysze (czyli dla danej cywilizacji barbarzyńcy) zamiast wzbogacić kulturowo społeczność tubylczą dominują ją i w rezultacie przejmują władzę i teren.
Prowokowanie wędrówki ludów czyli przemieszczania się dużych mas ludzkich niezależnie od tego czy kierujemy się szlachetnymi intencjami czy prymitywnym sentymentalizmem, czy wreszcie utopijną nadzieją na wykorzystanie imigrantów zagraża stabilności lokalnej kultury i losom mieszkańców gościnnego terenu. Niemcy nie potrafią wyciągać wniosków ze swojej historii. Nie ma w tym nic dziwnego, dawno się okazało, że starożytna zasada: „Historia Magistra Vitae Est” (historia jest nauczycielką życia) to tylko pobożne życzenie. Ludzie nie uczą się niczego na błędach swoich i na błędach historii, nawet jeżeli wydaje się, że ją rozumieją i nie sprowadzają do zbioru anegdot. Córka alkoholika wiąże się z alkoholikiem, uczeń wyrzucony z matury za ściąganie nadal ściąga, Germanie którzy podbili Rzym pozwalają się podbijać obcym.
Takich rzeczy nie ma odwagi pisać prawie nikt, nie licząc niszy internetowej, powody przemilczenia są jednoznaczne – pewny lincz. Sam jestem trochę pośrodku, pomiędzy niszą i rozpoznawalnością, dlatego jak nigdy powołam się na moralny obowiązek. Czuję się w moralnym obowiązku pisać prawdę i to taką, która się znajduje na pierwszych stronach podręczników polityki i taktyki wojennej. Od początku nazwałem konflikt zbrojny, konfliktem zbrojnym i to jest jedyna właściwa nazwa, na Ukrainie nie znajdziemy żadnych frontów w klasycznym tego słowa znaczeniu. Jest sporo, ale też coraz mniej, ognisk zapalnych, gdzie wzajemnie zwalczające się oddziały raczej stosują metody partyzanckie i terrorystyczne niż wojskowe. Dobitnie o tym świadczą walki prowadzone na terenach i obiektach cywilnych, co w początkowej fazie nie miało miejsca, jednak szybko się odmieniło.
Dlaczego ta zmiana nastąpiła widać gołym okiem. Przez pierwszy tydzień, z wyjątkiem dosłownie kilku bloków w zachodnie Ukrainie, nie odnotowano innych zniszczeń poza infrastrukturą i obiektami wojskowymi. Strategia Putina była prosta i on ją od początku jasno definiował, Rosja Ciągle Radziecka idzie na Ukrainę, żeby ją wyzwolić od faszyzmu i szaleńców budujących broń atomową. Przy takich założeniach ostatnią rzeczą, jaką mogli robić ruscy sołdaci, to jest zbrodnia ludobójstwa. Po drugiej stronie frontu mamy dokładnie odwrotne cele – epatowanie ludobójstwem. Ukraina bezskutecznie dobijała się o broń i sankcje, a pierwsze sukcesy przyszły wraz z pokazywaniem w mediach pierwszych ataków na obiekty cywilne i to nie byle jakie obiekty: szpitale, teatry, szkoły, przedszkola, dworce kolejowe. Zaczęło się od szpitala w Mariupolu, gdy cały świat zobaczył poranioną Mariannę w ciąży, która ucieka po ruinach szpitala. W przestrzeni publicznej zawrzało pod sam gwizdek, bo takie obrazy zawsze i wszędzie będą u ludzi wywoływać największe emocje, mało tego, jeśli raz zadziałają emocje, to później żaden fakt ludzkich przekonań nie zmieni lub zmieni w niewielkim stopniu. Doskonałym przykładem jest tu „Wyspa węży”, wszyscy już wiedzą, że nikt tam nie zginął, tylko się grzecznie poddał, ale kult bohaterów wraz ze słynnym: „ruskij wajennyj karabl idi na ch..j” pozostał.
Marianna z Mariupola najpierw okazała się blogerką, nie zwykłą pacjentką, potem przeszła na drugą stronę i opowiedziała, że żadnego nalotu nie było, ale to nic nie zmieniło w głównym przekazie, jej zdjęcie nadal jest mitycznym dowodem na zniszczenie przez ruskich szpitala dziecięcego i położniczego.
Kolejny przełom w odbiorze konfliktu na Ukrainie, to „druga Srebrenica”, czyli „rzeź w Buczy”. Całość jest oparta na kilku ciałach znalezionych na ulicy i tyle ze strony ukraińskiej zostało pokazane. Na dowód, że to Ukraińcy mówią prawdę o masowych zbrodniach na cywilach, amerykańska firma udostępniła zdjęcie satelitarne z siedmioma kwadratami, które miały oznaczać miejsce położenia zwłok. Cała reszta odbyła się w sferze deklaracji i medialnego pościgu za sensacjami, tak padły liczby o 300 i 400 ofiarach, po czym zapadła cisza w sferze ustalania faktów, ale za to rozpętała się prawdziwa burza na całym świcie i „druga Srebrenica” wbiła się w świadomość odbiorców.
W tym konflikcie zbrojnym, jak w każdym innym, role są jasno podzielone. Agresor będzie robił wszystko, żeby uchodzić za wyzwoliciela dlatego musi jak ognia unikać atakowania obiektów cywilnych i ofiar cywilnych. Kraj napadnięty pójdzie w dokładnie przeciwną stronę, będzie udowadniał, że agresor celowo morduje cywilów i to w dodatku przy pomocy tak bestialskich ataków jak bombardowanie: szpitali, przedszkoli, szkół, pomimo tego, że wyraźnie te obiekty zostały podpisane: „uwaga dzieci”.
Podobne obrazy działają na potrzeby wewnętrzne, mobilizacja i nienawiść do wroga. Ważniejsze są jednak cele zewnętrzne, które sprowadzają się do szantażu emocjonalnego i wymuszenia pomocy dla Ukrainy, bez względu na bezpieczeństwo, koszty społeczne i polityczne krajów wspierających. Władze ukraińskie prowadzą brutalną i bardzo skuteczną propagandę wojenną, cynicznie bronią własnego kraju, do czego mają pełne prawo, a nawet obowiązek wobec narodu. O to nie można mieć do Ukrainy pretensji.
Natomiast każdy Polak powinien mieć pretensję do polskiego rządu, który postępuje dokładnie przeciwnie i dlatego dla mnie ukraińska propaganda jest obecnie największym zagrożeniem dla Polski
====================================
mail: .Ściślej mówiąc, nie sama propaganda, ale jej powtarzanie przez administrację Polski.
W mediach wprowadzono ostrą cenzurę, Nikt i nigdzie nie może napisać prawdy ani o prawdziwej sytuacji na Ukrainie, ani nie może ogłosić swoich lub zacytować cudzych ( w tym zagranicznych) odmiennych opinii. Skończyły się wolne media. Niektóre platformy blogerskie zostały z trzaskiem i bez uprzedzenia zamknięte Poza tym planuje sie wprowadzic (lub już wprowadzono) zakaz publikacji litery”Z” – ponoć symbolu wojujących Rosjan.
Czyli cenzura szaleje na całego. Czy to jest odgórna samodzielna inicjatywa rządu czy nakaz z Waszyngtonu? Tymczasem swastykę- symbol nazizmu można znaleźć bez trudu choćby na zdjęciach prezentujących azowców.
Do tego flaga Ukrainy wisi na najwyższym urzędzie Polski, czyli Sejmiew w miejscu przynależnym polskiej fladze i posłów to nie oburza. Jeden jedyny poseł Grzegorz Braun został brutalnie pozbawiony głosu, gdy na ten oburzający fakt zwrócił uwagę. Cenzura, kłamstwo i zaprzaństwo – te trzy amazonki polskiej Apokalipsy mają w swoich szponach Polskę.
Ciało Niewinnego zostaje złożone w grobie. Wie Pan jakie miejsca są dzisiaj przygotowane dla niewinnych?
Jedno z nich ujawnili niedawno obrońcy życia z USA:
Po śmierci ciało Zbawiciela zdjęto z krzyża i złożono do grobu. Arcykapłani i faryzeusze, czyli ówczesne elity, nie wierzyli w możliwość Jego zmartwychwstania. Bano się potencjalnych reakcji uczniów Chrystusa. Wietrzono spiski i oszustwa, które mogły zagrozić ich wpływom i narobić problemów. Postawiono więc straże przed grobem, które miały nikogo nie wpuszczać i pilnować, aby nikt nie zbliżał się do tego miejsca.
Na zdjęciu powyżej może Pan zobaczyć współczesny grobowiec przygotowany dla niewinnych, którzy zostali w okrutny sposób zamordowani.To chłodnia należąca do Uniwersytetu Waszyngtońskiego z Seattle, w której przechowywane są ciała dzieci zabitych poprzez aborcję.
Wie Pan po co? Organy abortowanych dzieci są potrzebne naukowcom i koncernom farmaceutycznym do eksperymentów medycznych oraz badań nad nowymi lekami i szczepionkami, które mają rzekomo ratować ludzkie życie. Aby było to jednak możliwe, najpierw trzeba odebrać życie tysiącom nienarodzonych dzieci i pobrać od nich organy.
Podobne miejsca, nazywane hurtowniami lub bankami organów, działają na całym świecie. Zarabiają pieniądze na skupowaniu od ośrodków aborcyjnych maleńkich wątrób, płuc, mózgów i innych organów od abortowanych dzieci i odsprzedawaniu ich do laboratoriów. Proceder ten jest całkowicie jawny, jednak szczegóły aborcji dokonywanych na potrzeby branży medycznej są utrzymywane w tajemnicy przed opinią publiczną. Prawda jest pilnie strzeżona.
Na wejściu do współczesnych grobowców dla niewinnych również ustawiono straże. Wokół aborcyjnych ośrodków śmierci (zwanych dla zmylenia „klinikami”) tworzy się specjalne strefy buforowe. W niektórych krajach obowiązują regulacje prawne, które zakazują zbliżania się do tych miejsc na określoną odległość wszystkim tym, którzy chcieliby jakoś zareagować. Ośrodków tych pilnują uzbrojeni strażnicy i policjanci. Nieliczni obrońcy życia, którzy próbują wchodzić do środka i rozmawiać z kobietami chcącymi zamordować swoje dziecko, są brutalnie traktowani i wsadzani do aresztu. Ich działalność zagraża wpływom tych, którzy zarabiają gigantyczne pieniądze na aborcji i sprzedaży organów dzieci koncernom medycznym i uniwersytetom.
Jednak nie wszystkie abortowane dzieci giną w tzw. „klinikach”. Obecnie większość aborcyjnych morderstw dokonywanych jest w domach za pomocą pigułek poronnych. Tak jak dwa tysiące lat temu arcykapłani próbowali ukryć skutki zbrodni na Niewinnym, tak i dzisiaj za wszelką cenę próbuje się zatrzeć ślady po domowych aborcjach na niewinnych dzieciach.
„Płód w drugim trymestrze może mieć wymiar od kilku do ponad 20 centymetrów. Trudno zatem go nie zauważyć czy też uniknąć konieczności oglądania go (…) Może zdarzyć się tak, że płodu nie da się spuścić w toalecie (…) Wyrzucenie szczątków do śmietnika także jest możliwe. Warto jednak zadbać o to, aby były szczelnie opakowane tak, aby przy wywozie śmieci nic nie wzbudziło podejrzeń osób je wywożących (…) Zakopanie płodu to nie tylko skuteczne i bezpieczne ukrycie faktu aborcji przed osobami trzecimi i zminimalizowanie ryzyka zainteresowania organów ścigania (…). Jeśli podejmiemy decyzję o zakopaniu płodu warto wcześniej się do tego przygotować – przed rozpoczęciem poronienia wykopać dość głęboki dół w wybranym miejscu.”
To fragment poradnika dotyczącego sposobów ukrycia ciała dziecka zamordowanego w wyniku pigułkowej aborcji, który został opublikowany przez największą w Polsce zorganizowaną grupę przestępczą pośredniczącą w nielegalnym handlu pigułkami poronnymi. Tylko w ubiegłym roku takich aborcji dokonano ponad 30 000. Grobowcami dla tych tysięcy dzieci stały się doły, śmietniki lub oczyszczalnie ścieków, do których ciała trafiły kanalizacją po spłukaniu ich w ubikacji.
Wydanemu na śmierć Zbawicielowi odmówiono zarówno Jego Bóstwa, jak i Jego Człowieczeństwa. Dzisiaj status człowieka nie obejmuje dzieci przed narodzeniem, w związku z tym są one traktowane jak szkodniki i pasożyty, które trzeba wytępić, a ich ciała przeznaczyć na śmietnik lub surowiec dla branży farmaceutycznej. W nadchodzącym czasie Wielkanocy prośmy o to, aby w każdym nienarodzonym dziecku zauważono człowieka i rozpoznano w nim Chrystusa, dzięki czemu na całym świecie będzie mógł zapanować pokój.
Zachęcamy też do przekazania wielkopostnej jałmużny na potrzeby ratowania dzieci zagrożonych aborcją:
Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667 Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW
Jutro ostatnia część rozważań – Zmartwychwstanie. Co dzisiaj może nas wyzwolić?
Serdecznie Pana pozdrawiam,
Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Tak nazywa się ukraińska partia, którą na potrzeby przeforsowania Włodzimierza Zełeńskiego na prezydenta Ukrainy, animował i sponsorował oligarcha Igor Kołomojski, co to ma aż trzy obywatelstwa: izraelskie, cypryjskie, no i oczywiście – ukraińskie. Nazwa ta jest bardzo podobna do tytułu serialu komediowego „Sługa Narodu”, w którym główną rolę grał właśnie Włodzimierz Zełeński, znakomicie grający obecnie rolę niezłomnego prezydenta Ukrainy.
Możliwe, że pierwotnie Igor Kolomojski – podobnie jak w swoim czasie generał Czesław Kiszczak w Polsce, puszczając na prezydenta Lecha Wałęsę – chciał sobie zadrwić z ukraińskiego narodu, a przy okazji zademonstrować, że rzeczywiście „każdy” może być prezydentem – ale dramatyczne okoliczności uczyniły z komika męża stanu i to od razu – formatu europejskiego, co wyraża się m.in w bezceremonialnym sztorcowaniu rozmaitych polityków europejskich, jeśli tylko nie wykazują oni entuzjazmu do poświęcenia interesów swoich krajów, dla interesów Ukrainy.
W ślady prezydenta Zełeńskiego idą inni ukraińscy politycy, jak np. minister spraw zagranicznych Dymitr Kułeba, a sztorcowani, mając świadomość, że Ukraina i jej przywódcy są obecnie Najukochańszymi Duszeńkami amerykańskiego prezydenta Bidena, który przy użyciu NATO postanowił wojować z Rosją na Ukrainie do ostatniego Ukraińca, wprawdzie otwarcie im się nie sprzeciwiają, ale też migają się, jak tylko mogą, ani ostentacyjnie im nie nadskakują, jak na przykład pan prezydent Andrzej Duda, Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, czy jego pierwszy minister Mateusz Morawiecki. Ci, dla przypodobania się już nawet nie Naszemu Najważniejszemu Sojusznikowi, ale nawet – prezydentowi Zełeńskiemu – gotowi są zrobić wszystko, a zwłaszcza – jak najszybciej wciągnąć do wojny nasz nieszczęśliwy kraj.
W przypadku prezydenta Dudy jest to zrozumiałe; jeśli – jak zauważył Leszek Miller, co to o polityce coś tam musi wiedzieć – chce uzyskać jakąś prestiżową synekurę po zakończeniu dobrego fartu w charakterze prezydenta naszego bantustanu, to musi mieć protekcję Naszego Najważniejszego Sojusznika, a może nawet Sojuszników Pomniejszych – ale na co liczy Naczelnik Państwa, czy jego pierwszy minister – tajemnica to wielka. Tymczasem właśnie Naczelnik Państwa mało jaja nie zniesie, by Polskę wciągnąć do wojny, jaką na Ukrainie prowadzi z Rosją Sojusz Północnoatlantycki, wystrzegając się jednak bezpośredniego zaangażowania militarnego. Dostarcza tylko Ukrainie pieniądze, broń i amunicję.
Tymczasem Naczelnik podczas wyprawy kijowskiej zaproponował by NATO zaangażowało się bezpośrednio, wysyłając na Ukrainę uzbrojoną po zęby „misję pokojową”. Na szczęście prezydent Biden, który podobno koncepcję Naczelnika Państwa – jak oznajmiła rzeczniczka Białego Domu pani Psaki – „rozważał”, po przyjeździe do Europy i odbyciu rozmów z przedstawicielami państw poważnych, postanowił tym razem „nie pozwolić” Naczelnikowi Państwa na taką misję, choćby nawet uczestniczyła w niej tylko Polska.
Ludzie pobożni widzą w tym ingerencję Matki Boskiej, która postanowiła chronić nasz kraj nawet przez Umiłowanymi Przywódcami. Na takie dictum nawet prezydent Zełeński się zreflektował i nie tylko dostroił się do nowej mądrości etapu, ale – chociaż wcześniej rozpływał się w wyrazach wdzięczności za inicjatywę Naczelnika Państwa – nagle oświadczył, że jej „nie rozumie” i wyjaśnił, że: czy na szczęście, czy niestety – to jest nasz kraj i ja jestem tu prezydentem i to my będziemy decydowali o tym, co tu się będzie działo. Myślę, że Naczelnik Państwa, który najwyraźniej już zaczął śnić swój sen o szpadzie – był tym obrotem sprawy bardzo rozgoryczony i nie wziął udziału w uroczystości na Zamku Królewskim, w trakcie której prezydent Biden wynagrodził nas, a ściślej – nie tyle „nas”, co grono osobistości wyselekcjonowanych przez amerykańską bezpiekę, która układała listę gości – komplementami, a nawet przypomniał sobie Kukuńka, co jednak było już – oczywiście niezamierzonym – gestem dwuznacznym. Nie pojawił się tam również Donald Tusk, ale nie wiadomo, czy dlatego że nie chciał zademonstrować jedności moralno-politycznej z Naczelnikiem Państwa, czy też dlatego, że prezydent Biden, uznawszy, że skoro niedawno rozmawiał z kanclerzem Olafem Scholzem, to nie ma potrzeby dodatkowo rozmawiać z jego delegatem na Polskę, więc amerykańscy bezpieczniacy mogli nie umieścić go na liście.
Spośród polityków państw Europy Środkowej tylko węgierski premier Wiktor Orban dlaczegoś nie ulega fascynacji prezydentem Zełeńskim, którego sztorcowania spływają po nim, jak woda po gęsi. Na natarczywe żądania i gorzkie wyrzuty z jego strony, że Węgry nie poświęcają wszystkiego dla dogodzenia Ukrainie odparł, że dla jego przyjemności „nie wyłączy” całej gospodarki węgierskiej – co mogłoby nastąpić, gdyby zaczął popierać najsurowsze sankcje wobec Rosji, jakie każdego dnia obmyślają amerykańscy strategowie.
Zawsze mówiłem, że – w odróżnieniu od naszych Umiłowanych Przywódców – Wiktor Orban potrafi prowadzić politykę elastyczną; nie wyprowadza Węgier ani z NATO, ani z Unii Europejskiej, ale też nie poświęca węgierskich interesów na ołtarzu „jedności”, czy „wartości europejskich”. Za to właśnie Węgrzy go lubią i nie tylko wygrał z większością konstytucyjną trzy wybory pod rząd, ale prawdopodobnie dokona tego i teraz, podczas gdy żadnemu z Naszych Umiłowanych Przywódców taka sztuka nigdy jeszcze się nie udała. Możliwe, że obecnie wśród Węgrów jest znacznie mniej kandydatów na samobójców, niż u nas, gdzie rząd dusz sprawuje z jednej strony pan red. Michnik, a z drugiej – pan red. Sakiewicz.
Tutaj muszę odwołać się do mojej ulubionej teorii spiskowej, według której Polską rotacyjnie rządzą trzy stronnictwa: Ruskie, Pruskie i Amerykańsko-Żydowskie, a każde ciągnie w swoją stronę również swoje polityczne ekspozytury, w związku z czym prowadzenie jakiejkolwiek polityki POLSKIEJ wydaje się niemożliwe. Toteż właśnie Nasi Umiłowani Przywódcy zerwali stosunki z Wiktorem Orbanem, na skutek czego spotkanie Grupy Wyszehradzkiej nie doszło do skutku. Cóż innego mogłoby bardziej udelektować niemieckiego kanclerza, jak nie praktyczne rozpadanie się Grupy Wyszehradzkiej? Ale za to „Gazeta Wyborcza” może pochwalić nawet Naczelnika Państwa”, nie mówiąc już o jego pierwszym ministrze Mateuszu Morawieckim, który właśnie zdecydował, że Polska nie będzie już importować z Rosji ani ropy, ani gazu ani węgla. Węgiel importowany z Rosji pokrywał dotąd około 16 proc, zapotrzebowania, przy czym korzystały z niego gospodarstwa domowe. Ponieważ premier, pewnie w obawie przed ściągnięciem gromów na swoją głowę, nie ośmielił się wskazać tym gospodarstwom żadnego paliwa zastępczego, to minister Sasin, który podobno drze z premierem koty, natychmiast zadeklarował, że Polska zwiększy wydobycie własnego węgla, co z kolei mogło wywołać wściekłość niemieckich Zielonych, więc tylko patrzeć, jak przyjedzie do nas panna Greta Thunberg żeby nas obsztorcować za nieczułość wobec męczarni przeżywanych przez „planetę”.
I tak miotaliśmy się w mroku niepewności, jaką politykę prowadzą akurat Nasi Umiłowani Przywódcy, aż wreszcie te ciemności rozproszył rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych pan Łukasz Jasina oświadczając, że Polska jest „sługą narodu ukraińskiego”. W jednej chwili wszystko się wyjaśniło i to nie tylko na chwilę obecną, ale kto wie, czy tak już nie zostanie nie na zawsze?
Russia’s war on Ukraine is changing the geopolitics of the world. The delicate situation calls for agility and improvising to adjust to a crisis that could quickly become ugly. The Biden Administration and Western Europe have imposed sanctions as part of a strategy to end the war.
However, the Administration is also applying “sanctions” upon the American energy industry to serve the ideology of the climate control left. America cannot win a war if it turns against itself.
There is no other way to explain it. President Biden is waging war on American energy, and his Administration is doing everything possible to discourage production. It can not know what it is doing.
A Devastating SEC Decision
A recent decision by the Securities and Exchange Commission (SEC) is a case in point. The Democrat-dominated body voted to advance a proposed rule that will wreak havoc on energy producers—right when they need to increase production to offset sanctioned Russian supplies.
The new SEC rule will expand the requirement that all public companies disclose the climate risks involved in their operations. This already egregious duty has now been made completely unreasonable.
Present law covers so-called “material” events and risks defined as information deemed important by a reasonable person. Such disclosures are usually very limited to those things impacting the environment that investors would need to know.
However, SEC Chairman Gary Gensler and his fellow Democrats voted 3-1 to redefine “materiality” to mean anything they want it to mean. The 510-page proposal broadens the requirements to require public disclosure of the risks of anything associated with carbon and climate change politics at any stage in production.
Contrary to the SEC’s Purpose
There has never been a proposal like this one in SEC history. The rule unloads a mountain of bureaucracy on already-struggling firms. It contradicts securities law and sound regulatory practice. Such disclosures favor progressive investors seeking to strangle oil and energy investment by depriving it of credit and capital. The new data provide ammunition to woke investors who can cancel offending companies.
The SEC exists to ensure investors have relevant information about publically traded firms. That’s it. It was never intended to be a policy-making agency imposing an ideology. Its purpose is to assure fairness in the securities markets, protecting investors against fraud.
The SEC was founded after the stock market crash in 1929. It sought to restore investor confidence by stopping the deceptive sales practices and manipulations that caused the crash in the first place. The commission established rules, supervision and forbade unfair use of nonpublic information about stocks when trading.
A Rule With an Agenda
The new rule uses this full disclosure requirement to demand information about greenhouse gas emissions and other climate ideology data. The new requirements are massive. They have no place in a volatile world where everything is upside down. The fanatical zeal of the green new dealers once more disregards reality in favor of de-development and eco-fantasy.
The new reporting must include all phases of production. This begins with the greenhouse-gas emissions caused directly by the operations of company plants and their energy consumption. Companies will also have to report on Scope 3 emissions, which means data related to supply chains and customer use.
All manufacturers will feel the fire of the regulatory state. However, these draconian requirements especially target oil companies, which will be required to estimate emissions from rigs, tankers and pipelines transporting oil and gas. On the product side, emissions from combustion engine consumption, plastics and other oil-based materials must be monitored.
The worst thing about Scope 3 emissions is that the SEC admits there is no clear definition for them. The commission has “not proposed a bright-line quantitative threshold for the materiality determination.” Everything depends upon the facts and circumstances surrounding each case. Thus, the potential for arbitrariness in rule enforcement is enormous. All it takes is an overzealous regulator to determine that an eco-factor is relevant to an investor’s supposed need to know.
Harassment on a Grand Scale
The new reporting is meant to intimidate. The commission has the authority to reveal only those things that are “necessary or appropriate in the public interest or for the protection of investors.” The SEC decision provided no proof that the new green ideology data fit the criteria for necessary public disclosure.
The SEC claims the new rule “will promote efficiency, competition, and capital formation.” However, it would add yet another layer of government regulation to the already excessive burden carried by companies. The threat of such exhaustive disclosures will discourage companies from going public and encourage stock buy-backs to return to the private sector.
In addition, it will expose private supply chain partners to disclose climate information that they usually would not have to report. All this information must be certified and audited, and companies will be liable for inaccuracies.
This huge effort is made to help woke, eco-friendly investors like BlackRock and public pension funds sniff out climate “offenders” whose only “crime” is using carbon like every human being in America.
The proposed rule will now be open for comments for 60 days before being finalized. Many states, such as West Virginia, have promised to sue the SEC for harassment of their energy industry. However, many rightly note that the damage has already been done. A shot has been fired over the bow of the energy sector. Even if federal courts throw the final rule out, the message has been sent. The war on energy has been declared. Investors beware. You are a target of the Democrats and their extreme green militants.
The message is equivalent to sanctions on the industry for doing its job. President Biden is declaring war on American energy in a time of crisis. The Administration knows this and nevertheless continues destroying the nation.
To my decydujemy w co wierzysz. My decydujemy o twoich stanach psychoemocjonalnych. Twoje odczucia i emocje zależą od kierunku, w którym patrzy nasza kamera. My decydujemy, których chorób zakaźnych masz się bać, czym i kiedy masz się szprycować, ofiarom której wojny masz współczuć, a wobec których masz pozostać obojętnym. Pomagasz tylko tym, którym my chcemy abyś pomagał. Jesteś bezwolną kukiełką w naszej ogromnej machinie kłamstwa i manipulacji.
Im głupszy, tym bardziej jesteś nam potrzebny. Niczego nie rozumiesz, bo jesteś naiwnym durniem. Jesteś nasz, bo jesteś głupi, a będąc nasz, stajesz się jeszcze głupszy. To takie błędne koło, którego nie rozumiesz, bo przecież jesteś głupi. Jeśli zechcemy, ozdobisz swój profil flagą Mozambiku, pomimo, że nie masz pojęcia gdzie tego kraju szukać na mapie. Ale to nieistotne.
Gdybyś przeczytał Orwella, wiedziałbyś, że O’Brien nauczał, iż „rzeczywistość mieści się w mózgu”, a to my decydujemy czym masz go wypełnić. Bojkotujesz rosyjskie marki, bo my ci każemy.
Dlaczego nie bojkotujesz np. marek amerykańskich, chociaż „wolny świat” pod przewodnictwem USA od lat morduje ludzi tak samo, jak putinowska Rosja? Bo wmówiliśmy ci, że to my określamy dobro i zło, mimo, że istnieje wyłącznie zło, w różnych odcieniach. Ale ty tego nie wiesz, pomimo, że masz dostęp do wszelakiej wiedzy. Bo jesteś zbyt leniwy by z tej wiedzy skorzystać… My twoje lenistwo codziennie wypełniamy treścią. Naszą treścią. Jesteś nasz. I zawsze będziesz, żałosny idioto.
Latasz pomagać ukraińskim uchodźcom nie dlatego, że taki jesteś dobry i miłosierny, ale głównie dlatego, że my tak chcemy. Masz jednocześnie w dupie biedne afgańskie, syryjskie, czy palestyńskie dzieci, rozrywane od lat bombami, bo my tak chcemy. Jesteś produktem z gliny, meduzą bez kręgosłupa, więc możemy dowolnie cię formować. Nigdy nie zrozumiesz co mówił Lenin w 1919 roku o „pożytecznych idiotach”, bo my tego ci nie wytłumaczymy. A on mówił o tobie, ale ty tego nie wiesz.
Im mniej wiesz, tym lepiej dla nas. Im mniej rozumiesz, tym jesteśmy silniejsi. Twoja głupota to nasza strawa i woda na nasz młyn. Wczoraj kazaliśmy bać ci się wirusa, więc się potwornie bałeś i bezmyślnie szprycowałeś genową, testową berbeluchą, dając nam zarobić pierdyliardy dolarów i euro. Dziś każemy ci wspierać niezaszczepionych uchodźców, więc ich wspierasz i już nie boisz się wirusa, bo z dnia na dzień przeprogramowaliśmy twój pusty łeb na kolejny etap historii. Od tysięcy lat tacy jak ty są nam potrzebni. Bez ciebie nie uda nam się żadna wojna, żaden przewrót i żadna rewolucja. Nigdy nie zrozumiesz, że każda wojna zaczyna się w tych samych ciemnych gabinetach, w których się kończy. Naszych gabinetach. Jesteś durniem i umrzesz durniem. A my jesteśmy z tobą! A ty z nami. Na zawsze !
Wojna jest kontynuacją działań politycznych przy użyciu innych środków
gen. Carl von Clausewitz
Tygodniowy pobyt w Ojczyźnie w dn. 9 – 17 marca potwierdził moje najgorsze obawy dotyczące medialnej „obsługi” wojny rosyjsko-ukraińskiej. Wiadomości w dziennikach radiowych sprowadzały się głównie do informacji o zbrodniach wojennych oddziałów rosyjskich i militarnych sukcesach armii ukraińskiej.
Negocjacje pokojowe, podjęte bodajże już w 3. dniu wojny i nie ograniczone do sprawy korytarzy humanitarnych, pomijano w medialnym agit-propie niemal całkowicie. Z natury rzeczy porównuję media w Polsce i w Niemczech. Również w Reichu antyrosyjska kampania propagandowa trwa od lat, jednak w okresie konfliktu zbrojnego wiadomości o rosyjskich zbrodniach wojennych niejednokrotnie opatruje się informacją, że chodzi o twierdzenia strony ukraińskiej. Zdarzały się nawet uwagi, że twierdzeń tych nie można sprawdzić w oparciu o niezależne źródła. Rzadko jednak ewidentną dezinformację wycofywano z medialnych serwisów. Tak było jednak z podaną jako top news informacją, że prezydent Francji Macron zarzucił stronie rosyjskiej atakowanie korytarzy humanitarnych w Mariupolu. W tym samym dzienniku radiowym, w którym tę wiadomość nadano, poproszono o krótki komentarz specjalistę, obserwującego wydarzenia na Ukrainie a ten zaś spontanicznie powiedział, że chodzi o twierdzenia strony ukraińskiej. Godzinę później rewelację dotyczącą zarzutów podniesionych rzekomo przez Macrona usunięto z serwisu informacyjnego.
Nawet w porównaniu z niezależną prasą ukraińską polskie mass media wypadają gorzej. Informując o sytuacji w Mariupolu portal „Strana” zestawiał twierdzenia obu stron: władze ukraińskie utrzymują, że Rosjanie atakują korytarze humanitarne i bombardują obiekty cywilne, Rosjanie twierdzą, że bojownicy „Azowa” w Mariupolu zmuszają cywilów do funkcjonowania w charakterze „żywych tarcz” i że rozmieścili stanowiska artylerii w pobliżu szkół i szpitali. „Jak było – tak było” – konkludowała filozoficznie „Strana”. W czasie wojny kłamią obie strony konfliktu i przekazywanie twierdzeń tylko jednej z nich nie służy informacji, lecz manipulacji.
Dezinformacja poprzez źródło – jak w wypadku rzekomych zarzutów sformułowanych przez Macrona – to jedna z klasycznych metod medialnej intoksykacji: twierdzenie fałszywe (lub niesprawdzone) kolportowane jest przez wiarygodne źródło. Do perfekcji doprowadzili ją Sowieci, gdy za „działania aktywne” odpowiedzialny był twórca departamentu (później nawet samodzielnego wydziału) „D” generał KGB Iwan Agajanc: fałszywe lub wypaczone twierdzenia umiejętnie podsuwano zachodnim mediom, te zaś rozpowszechniały je w świecie. Wiele ciekawych przykładów działań tego typu dostarczały programy rozgłośni polskiej Radia Free Europe w latach 1980-tych. Opisałem już kiedyś dezinformację, której celem było przekonanie słuchaczy Free Europe, że mord popełniony na księdzu Jerzym Popiełuszce był prowokacją wymierzoną przeciwko generałowi Jaruzelskiemu („W służbie pierestrojki” po 10 latach. Archiwum Emigracji, 2009, z. 1, s. 130-1). Taką wersję przedstawiał w swych komentarzach ówczesny dyrektor rozgłośni polskiej „Wolnej Europy” – Zdzisław Najder i z uwagi na fakt, że wiarygodność RFE była w Polsce bez porównania wyższa od oficjalnych mediów PRL (Jerzy Urban wystąpił na konferencji prasowej z tym samym twierdzeniem dopiero 2 dni po komentarzu Najdera), niejeden słuchacz mógł uwierzyć w knowania „twardogłowych” przeciwko I sekretarzowi PZPR.
Przywołuję ten właśnie przykład – spośród wielu – jako szczególnie spektakularny, lecz również dlatego, że w rozlicznych już publikacjach na temat mordu dwuznaczna rola propagandowa „Wolnej Europy” jest zupełnie pomijana. W Polsce zainteresowanie tematem dezinformacji i medialnej manipulacji jest, jak się zdaje, niewielkie, choć obecnie problematyka ta jest szczególnie aktualna.
Podstawowe metody dezinformacji znane są od lat, termin „wynaleźli” bolszewicy w latach 1920-tych a sam temat stał się bardzo modny po procesie Pierre-Charlesa Pathé (syna znanego producenta filmowego) we Francji. Rzecz bez precedensu: w 1980 roku skazano za szpiegostwo na rzecz ZSRS agenta intoksykacji, który swoim zleceniodawcom nie przekazywał tajnych informacji o charakterze wojskowym, lecz jako redaktor i wydawca wprowadzał do medialnego obiegu we Francji sowiecką dezinformację oraz oddziaływał na tamtejsze kręgi polityczne w duchu korzystnym dla Moskwy. Sprawa Pathé była jedną z inspiracji Vladimira Volkoffa do napisania ”Le Montage” – pierwszej w ogóle „powieści o dezinformacji”, która do dziś pozostaje arcydziełem gatunku.
Obecnie stosuje się wypróbowane już sposoby manipulacji opinią publiczną, przy czym udoskonalenia polegają głównie na wykorzystaniu nowości technicznych w przekazywaniu informacji, takich jak internet, media społecznościowe czy przekaźniki umieszczane w środkach miejskiej komunikacji. Celem zwiększenia skuteczności własnej propagandy władze PRL zagłuszały audycje zachodnich rozgłośni radiowych. W czasie wojny w III Rzeszy zakazane było słuchanie audycji radiowych BBC. Obecnie nie jest potrzebne ani zagłuszanie, ani zakazy.
W Unii Europejskiej wystarczy elektroniczna blokada rosyjskich kanałów informacyjnych i telewizji, aby skutecznie ograniczyć możliwości dostępu do wiadomości utrudniających propagandowe manipulacje.
Z uwagi na uzasadnioną historycznie wrogość Polaków do Rosji (zjawisko to kulminuje obecnie w formie „nienawiści do Putina”) polityczni manipulatorzy mają ułatwione zdanie. Polska publiczność – a przynajmniej jej ogromna większość – uwierzy niemal w każde twierdzenie, pod warunkiem że będzie ono antyrosyjskie. Podstawowe kryterium weryfikacji, jakim jest zdrowy rozsądek – nie funkcjonuje. Rozpowszechniano już zatem wiadomości o rosyjskich nalotach na ukraińską elektrownię atomową, o celowych atakach na żłobki, szkoły, szpitale, izby porodowe, co miało być spowodowane niepowodzeniami wojsk rosyjskich w walkach siłami ukraińskimi.
Powstaje równocześnie zjawisko, które psychologia określa jako barierę epistemologiczną. Skrajne emocje – jak np. nienawiść do jednej ze stron konfliktu zbrojnego – powoduje bezrefleksyjną odmowę przyjęcia do wiadomości nawet udowodnionych faktów, jeśli tylko mogłyby one naruszyć utrwalony, manicheistycznym obraz świata.
Tak właśnie media w Polsce potraktowały sprawę amerykańskich laboratoriów na Ukrainie, w których – wg wszelkiego prawdopodobieństwa – Pentagon prowadził badania nad bronią biologiczną. Jeżeli „główny nurt” w ogóle wspominał o dokumentach, którymi dysponuje obecnie strona rosyjska (dotyczą one laboratorium w Charkowie), klasyfikował je jako „absurd”. W rzeczywistości sprawa laboratoriów znana jest od dawna a informowały o nich niezależne media ukraińskie.
9 kwietnia 2021 roku Oksana Małachowa opublikowała na ukraińskim portalu informacyjnym „Strana” artykuł Cziem oni tam zanimajutsa? [Czym oni się tam zajmują?]. W tekście zamieszczono kopie 2 umów, dotyczących finansowania przez Pentagon bio-laboratoriów na Ukrainie oraz obustronnego porozumienia, przewidującego poufne traktowanie działalności tych placówek. Jeszcze wcześniej dwóch opozycyjnych posłów ukraińskich – Wiktor Miedwiedczuk i Renat Kuźmin – przedstawiło dokumenty związane z funkcjonowaniem na terytorium Ukrainy 8 laboratoriów zasilanych finansowo przez USA. W sprawę tę zaangażowane było ukraińskie „Centrum naukowo-techniczne”, również utworzone przez Waszyngton. Pracownicy centrum, które sponsoruje projekty badawcze dotyczące broni masowego rażenia, korzystali z immunitetów dyplomatycznych. Wcześniejszy artykuł opublikowany na tym samym portalu – Laboratorii SSha [Sojedinionnych Sztatow] w Ukrainie: czto o nich izwiestno[Laboratoria Stanów Zjednoczonych na Ukrainie: co o nich wiadomo] – został z internetu usunięty.
Szkoda, że ani media, ani klasa polityczna w Polsce nie interesują się amerykańskimi laboratoriami wojskowymi, tym bardziej, że jeśli zostaną one ewakuowane z Ukrainy, to nasz Najważniejszy Sojusznik może je uruchomić w Polsce. Wg agencji Xinhua Amerykanie dysponują ponad 300 laboratoriami biologicznymi usytuowanymi w 36 krajach. Tę informację opublikowano w Chinach, gdy Moskwa i Pekin podniosły sprawę laboratoriów na forum Rady Bezpieczeństwa, po tym gdy Rosja przedstawiła uzyskane na Ukrainie dokumenty dotyczące tej afery (zob też: Chiny wezwały USA do ujawnienia informacji o biolaboratoriach wojskowych na Ukrainie. „Głos” (Toronto) nr 11, 19.3.2022, s. 3).
Krótko po owym demarche w mediach zachodnich pojawiły się twierdzenia o przygotowaniach Rosji do zastosowania na Ukrainie broni chemicznej i biologicznej. Nie trudno się domyślić, że chodzi o taktyczny manewr w ramach wojny informacyjnej wg klasycznego schematu, który kolokwialnie można określić jako „łap złodzieja!”. Nie zapominajmy, że pierwszą i bezpośrednią ofiarą dezinformacji są odbiorcy przekazów medialnych, którzy nawet nieświadomie poddając się manipulacji, tracą część swej wolności. Natomiast Putin nie upadnie w wyniku amerykańskiego agit-propu.
Z polskich mediów głównego nurtu nie mogłem się niczego dowiedzieć ani o amerykańskich laboratoriach, ani o jeszcze ważniejszej kwestii, mianowicie przebiegu i perspektywach rozmów pokojowych między Rosją a Ukrainą. Wiele miejsca poświęca się natomiast pytaniu „Kiedy zaatakuje Putin?”, względnie „Czy będziemy następni?” Odpowiedź na to pytanie jest akurat stosunkowo łatwa. Ryzyko ataku stanie się realne wówczas, jeśli Polska włączy się aktywnie do działań zbrojnych przeciwko Rosji, wprowadzi swe wojsko do sfer objętych walkami lub też przyłączy się do akcji prowokujących ripostę ze strony Moskwy (np. strefa zakazu lotów nad Ukrainą).
Nasi „mężowie stanu” jeszcze się nie zdecydowali na podjęcie takich kroków, choć i tak działają na rzecz eskalacji i rozszerzenia konfliktu. Kiedy podróżowałem między Monachium, Wrocławiem i Warszawą polscy przywódcy partii i rządu wojażowali nieco dalej na Wschodzie. Przewodniczący rządzącej partii zaproponował w czasie pobytu w Kijowie „misję pokojową” wojsk NATO na Ukrainie.
Istnieją wg mnie 3 możliwe przyczyny propozycji Kaczyńskiego, którą można porównać do pomysłu ugaszenie pożaru za pomocą dynamitu:
1°) Pan Prezes nie wie, co jest przyczyną wojny na Ukrainie. A tymczasem nawet w dalekim Meksyku dziennik „La Jornada” pisał 24.12.2021, że jeśli konflikt dotyczący przyjęcia Ukrainy do Sojuszu Północnoatlantyckiego nie zostanie rozwiązany na drodze dyplomatycznej – może dojść do wojny (w Polsce jako przyczyny akcji Moskwy wymienia się najczęściej: imperializm rosyjski, niepoczytalność Putina, lub chęć odbudowy ZSRS);
2°) Proponując „misję pokojową NATO” Prezes działał w stanie ograniczonej poczytalności;
3°) Łączne zaistnienie 1. i 2. przyczyny
W rzeczywistości wojna rosyjsko-ukraińska jest klasyczną realizacją przytoczonej jako motto formuły pruskiego generała. Moskwa zdecydowała się na zastosowania środków militarnych po tym, gdy polityczne wysiłki na rzecz wstrzymania integracji Ukrainy z Sojuszem Północnoatlantyckim nie przyniosły zamierzonych wyników. Nie wszystkie wojny w ostatnich latach spełniają definicję podaną przez von Clausewitza: atak NATO na Jugosławię nie był kontynuacją polityki, bowiem globaliści nie podejmowali uprzednio politycznych prób rozczłonkowania Jugosławii.
Po wyprawie do Kijowa Pan Premier zapuścił się jeszcze dalej w kierunku południowym, aby próbować wciągnąć inne państwa do konfliktu z Rosją. Ani w Gruzji, ani w Turcji nic nie osiągnął, bo i osiągnąć nie mógł, a to z dwóch powodów.
Szczęście w nieszczęściu: prestiż polskiego rządu na arenie międzynarodowej jest znikomy zaś premier Morawiecki nie tak dawno kompromitował się po raz kolejny w Europie Zachodniej, przywołując rzekomy „szantaż gazowy”, zastosowany już przez Putina. Rozmówcy p. Premiera wiedzieli, że to nieprawda. W Niemczech zarówno eksperci od spraw energetycznych jak i spraw międzynarodowych zgodnie podkreślali, że dopóki nie dojedzie do otwartego konfliktu z Federacją Rosyjską, wstrzymanie dostaw paliw kopalnych przez Moskwę jest mało prawdopodobne, ponieważ nie będzie ona narażać na szwank swej reputacji solidnego partnera handlowego. Dokładnie wówczas, gdy Morawiecki w czasie występów w Brukseli określał Putina jako „szantażystę”, państwa zachodnioeuropejskie znacznie zwiększyły import rosyjskiego gazu w reakcji na wzrost cen paliw. Importerami są przy tym nie państwa, tylko indywidualni odbiorcy. Ograniczenie dostaw rosyjskich staje się realne dopiero w tych dniach: jedną z metod wojny zastosowaną przez globalistów był atak na walutę rosyjską i w celu jej obrony Moskwa ogłosiła 23 marca, że zamierza żądać płatności w rublach.
Zarówno Tbilisi jak i Ankara kierują się w swoich decyzjach własnym interesem państwowym i zdrowym rozsądkiem. Stosunki Gruzji z Federacją Rosyjską nie są serdeczne, lecz za to pokojowe i nikt rozsądny w Tbilisi nie będzie dążył do ich zaognienia, tym bardziej, że już prezydent Saakaszwlli przysporzył Gruzji sporo problemów decydując się na wywołanie konfliktu z Rosją. Nawet w raporcie sporządzonym na zlecenie UE (Tagliavini Report od nazwiska Heidi Tagliavini, kierującej komisją badającą sprawę), którą trudno podejrzewać o sympatie prorosyjskie, stwierdzono, że bezpośrednią przyczyną wybuchu wojny w sierpniu 2008 roku był agresja sił gruzińskich na Południową Osetię. Co więcej, rosyjska akcja militarna, którą w raporcie Tagliavini krytykowano jako nadmierną w stosunku do przyczyny, zapobiegła przeprowadzeniu przez Izrael ataku rakietowego z terytorium Gruzji na Teheran. Znacznie mniejsza odległość między Gruzją a Teheranem niż między Izraelem a Iranem była głównym motywem tej koncepcji. Rozejm między Rosją w Gruzją zawarto po 5 dniach wojny dzięki pośrednictwu ówczesnego prezydenta Francji Sarkozy’ego. Saakaszwili uchodzi w Polsce za bohatera, natomiast w Gruzji ciążą na nim prawomocne wyroki na nadużycia władzy.
Natomiast Turcja, jako regionalne mocarstwo, zachowuje daleko idącą niezależność a sprzyja temu fakt, że prezydent Erdoğan najpóźniej po próbie przewrotu w 2016 roku zrozumiał, jakie jest rzeczywiste nastawienie zachodnich sojuszników do jego osoby i prowadzonej przezeń polityki. Próbę zamachu stanu podjęli aktywiści ruchu Hizmet, stworzonego przez Fethullaha Gülena, działającego z USA. Na terenie Europy najbardziej rozbudowaną siecią aktywistów Gülen dysponuje w RFN. Ankara, nie bacząc na veto Waszyngtonu, zakupiła w Rosji systemy obrony antyrakietowej a równocześnie sprzedaje Ukrainie drony własnej produkcji, które stosowano m.in. do ataków na obiekty cywilne w Donbasie.
Poprzez własną politykę Polska sama pozbawiła się jakiejkolwiek możliwości działań na rzecz pokojowego rozwiązania konfliktu na Ukrainie. A tymczasem szanse na zakończenie wojny istnieją, choć obawiam się, że będzie to raczej intermedium niż trwałe uspokojenie sytuacji. Dopóki istnieje globalizm (wg mnie jest on cały czas w fazie wchodzącej i spowoduje jeszcze wiele ofiar i tragedii) a Rosja kieruje się w swej polityce własnym interesem państwowym, konflikty na wschodnich i południowych obrzeżach Federacji są nieuniknione.
W sprawie głównego problemu – przystąpienia Ukrainy do NATO – obie strony osiągnęły już na początku rozmów zbliżenie stanowisk. Rząd ukraiński zasygnalizował gotowość rezygnacji, przy uzyskaniu odpowiednich gwarancji bezpieczeństwa, z członkostwa w Sojuszu Północnoatlantyckim (są jednak na Ukrainie i takie pomysły, aby potraktować ten krok jako „manewr”). Negocjowano dwa modele neutralności: szwedzki i austriacki. Sama Ukraina, uzyskując państwową suwerenność, zadeklarowała neutralność i „niezaangażowanie”, tzn. rezygnację ze wstąpienia do bloków wojskowych.
To zobowiązanie zawarte jest w deklaracji o suwerenności Ukrainy, którą zaakceptowała Rada Najwyższa ZSRS 16 lipca 1990 roku (ten dokument i następne, które tu przywołuję, można znaleźć na stronie www.zakon.rada.gov.ua). Rok później – a dokładnie 25 sierpnia 1991 – Rada Najwyższa Socjalistycznej Sowieckiej Republiki Ukrainy przyjęła akt ogłoszenia niepodległości, oparty na deklaracji o suwerenności. Akt ten został potwierdzony w powszechnym referendum 1 grudnia 1991 roku. W 1994 roku Ukraina zrezygnowała z arsenału atomowego i w „memorandum budapeszteńskim” Waszyngton, Londyn i Moskwa zagwarantowały jej bezpieczeństwo. W preambule konstytucji Ukrainy z 1996 roku podkreślono, że przyjmując ustawę zasadniczą rada najwyższa kierowała się aktem niepodległości. A zatem wszystkie akty prawne, konstytuujące Ukrainę jako niepodległe państwo, nawiązywały do deklaracji o suwerenności, zakazującej wstępowania mu do bloków militarnych. Pomimo tego w marcu 2008 roku prezydent Juszczenko skierował do Sojuszu Północnoatlantyckiego oficjalne pismo z prośbą o ustalenie tzw. „planu działań dotyczącego członkostwa” a w kwietniu na szczycie NATO zapowiedziano, że Gruzja i Ukraina zostaną członkami się sojuszu, co wywołało gwałtowny sprzeciw Moskwy.
Sprawy wstąpienia Ukrainy do NATO nie podejmowano w okresie prezydentury Janukowicza, powróciła ona jednak na porządek dzienny po Euro-Majdanie w 2014 roku. W sierpniu premier Jaceniuk oficjalnie poinformował o wznowieniu starań o integrację z NATO. W lutym 2019, już za prezydentury Zełenskiego, rada najwyższa oficjalnie znów zwróciła się do NATO o ustalenia „planu działań” w celu włączenia Ukrainy do sojuszu. Równocześnie w konstytucji wprowadzono poprawki ustalające nieodwracalność „europejskiego i euroatlantyckiego kursu” państwa. Niemniej jednak konstytucja nadal odsyła do aktu ogłoszenia niepodległości z 1991 roku, ten zaś opiera się na deklaracji z 1990 roku, przewidującej neutralność Ukrainy i zakazującej jej udziału w blokach militarnych (na te sprzeczności zwraca uwagę Aleksiej Romanow w: Pocziemu w NATO nam nielzja. Strana, 19.12.2021).
Powrót Ukrainy do statusu państwa nieuczestniczącego w sojuszach wojskowych jest zatem, również w sensie prawnym, możliwy. Praktycznie większym problemem jest kwestia gwarancji bezpieczeństwa, których domaga się Kijów. Wśród państw, które miałyby takich gwarancji udzielić, ukraińscy negocjatorzy wymieniają Polskę. Wydaje mi się bardzo mało prawdopodobne, aby Moskwa się na to zgodziła. W naszej części kontynentu Warszawa jest bowiem najbardziej aktywnym czynnikiem, działającym na rzecz realizacji amerykańskich planów osłabienia Rosji poprzez wywoływanie konfliktów, również zbrojnych, na jej zachodniej i południowej flance. A poza tym nasi przywódcy nie są zainteresowani doprowadzeniem do pokoju na Ukrainie, lecz – jak wspomniałem – starają się działać na rzecz pogłębienia kryzysu i wciągnięcia do konfliktu dalszych państw.
Polska tymczasem jest tym krajem, któremu powinno zależeć na jak najszybszym zawarciu pokoju między Rosją a Ukrainą. Każdy dzień wojny przynosi nam straty. Kryzys energetyczny i finansowy dopiero się zaczął a jego skutków dla gospodarki narodowej i poziomu życia obywateli nie sposób przewidzieć. Napływ milionów Ukraińców to problem, z którego wagi rządzący nie zdają sobie sprawy.
Oczywiście chęć pomocy ludziom w potrzebie jest ze wszech miar chwalebna, ale skutki ekonomiczne fali uchodźców doprowadzą, zwłaszcza na poziomie lokalnym, do kryzysu. Nieuniknione są również konflikty o charakterze społecznym; na razie nie wiadomo, kiedy zaczną one wybuchać i jakie będzie ich nasilenie. Na dodatek Polska jest państwem, w którym od lat toczy się zimna wojna domowa, a zatem dalekim o stabilizacji. Krótko mówiąc, zdrowy rozsądek nakazuje uczynić wszystko, co możliwe, aby za naszą wschodnią granicą jak najszybciej zapanował pokój. Jednak zdrowy rozsądek nie jest najsilniejszą stroną polskiej polityki, i to już od lat niemal dziewięćdziesięciu.
Jedynym państwem, któremu wojna rosyjsko-ukraińska przynosi korzyści, są Stany Zjednoczone. Nie po to organizowano Majdan w 2014 roku, aby sytuacja wróciła teraz do status quo ante.
Można się zatem spodziewać, że Waszyngton będzie torpedował proces pokojowy na Ukrainie, wykorzystując przy tym zwolenników Poroszenki, ugrupowania nacjonalistyczne i polski rząd. Przed kilkoma dniami USA zwiększyły dostawy uzbrojenia dla Ukrainy i nie przez przypadek Joe Biden zapowiedział w czasie wizyty w Polsce, że wojna będzie trwała długo. Polityka sankcji nie przynosi Stanom Zjednoczonym żadnych odczuwalnych strat. Trafia Rosję a rykoszetem także Europę Zachodnią a zatem gospodarczych konkurentów amerykańskiego przemysłu. Polska, szczególnie aktywna w żądaniach coraz ostrzejszych sankcji, wbija sobie szpilkę we własne oko a nawet w oba oczy. Udział w wojnie ekonomicznej z Putinem (i z Łukaszenką) przynosi polskiej gospodarce dotkliwe straty a pewne dziedziny, jak chociażby sadownictwo, po utracie rynków zbytu na Wschodzie znalazło się w kryzysie, z którego nie podniesie się przez lata. Formuła Romana Dmowskiego: „bardziej nienawidzicie Rosji, niż kochacie Polskę” – jest aktualna jak nigdy dotąd.
W komentarzu opublikowanym w szwajcarskiej „Weltwoche” 17 marca br. były prezydent Republiki Czeskiej Vaclav Klaus podkreśla, że w obecnej sytuacji największe ofiary ponosi Ukraina. Po Euro-Majdanie zdecydowała się na politykę konfrontacji z Rosją, wabiona perspektywą członkostwa w NATO i w EU i iluzorycznymi wyobrażeniami o wynikających z tego korzyściach (już Tacyt pisał: Omne ignotum pro magnifico [wszystko co nieznane wydaje się wspaniałe]). Ukraina stała się instrumentem w rozgrywce, w której z jednej strony USA realizują politykę globalnego hegemona, zaś z drugiej – Rosja nakreśliła nieprzekraczalną granicę, którą jest przyłączenie Ukrainy do NATO. W tej sytuacji – pisze Klaus – elementarnym nakazem rozsądku jest powrót do racjonalnej analizy przyczyn powstałej sytuacji, by szukać pokojowego rozwiązania. Niestety, szanse na pojawienia się wśród polskich elit politycznych mężów stanu w rodzaju Vaclava Klausa, Viktora Orbána, czy choćby Zorana Milanovića (obecny prezydent Chorwacji) są równe zeru.
Starczy upór Jarosława Kaczyńskiego w popychaniu Polski do wojny jest zaiste imponujący. Ten człowiek ewidentnie chce przejść do historii jako ostatni przywódca naszego kraju, odpowiedzialny za jego ostateczną zagładę i zniszczenie. Przecież to m.in. rojenia Zełenskiego o budowie brudnej bomby i ściąganiu zachodniej broni jądrowej wymusiły rosyjską operację, ściągając nieszczęścia wojenne na biedny naród ukraiński. Widać polski kieszonkowy dyktator pozazdrościł i też chce udawać bohatera przemawiając z green boxu.
Wojna o Europę
Oczywiście też Kaczyński nie wymyślił tego sam, jest to bowiem polityk całkowicie niesamodzielny, od zawsze reprezentujący w Polsce wyłącznie obce interesy, niegdyś niemieckie, a obecnie militarystycznych kręgów amerykańskich i brytyjskich. [Wg. mnie, jednak zawsze z pozycji „socjalizmu”, co to „dajcie mi władzę, a ja was, głupków, urządzę”.MD]
Możemy więc uznać, że wizja amerykańskiej broni jądrowej na polskiej ziemi to balon próbny wypuszczony gdzieś z okolic Departamentu Stanu USA i 10 Downing Street. Chodzić może o sprawdzenie reakcji rosyjskiej, jak i przyzwyczajanie mieszkańców Europy Środkowej do perspektywy taktycznej wojny jądrowej na naszych terytoriach. Doktryna NATO przewiduje taki scenariusz czy to jako uzupełnienie wojny konwencjonalnej, czy nawet zamiast niej. Ta pierwsza byłaby zresztą obecnie dla NATO niemożliwa wobec zbyt silnego oporu Niemiec i Francji. Wymiana ciosów jądrowych podziałałaby więc dyscyplinująco i na europejskich wasali Waszyngtonu, którym coraz niewygodniej pod dyktaturą słabnącego dolara.
Tymczasem jednak amerykańska presja wywiera przeciwny efekt. W zachodniej Europie z nową energią odradzają się ruchy antywojenne, domagające się atomowego rozbrojenia i opuszczenia kontynentu przez amerykańskie wojska okupacyjne. Pomysł przesunięcia sił jądrowych do Europy Środkowej to zatem nie tyle ofensywa, co ucieczka do przodu. Paradoksalnie więc wojna na Ukrainie może stać się walką o wyzwolenie Europy spod dominacji amerykańskiej i to pomimo pozornej konsolidacji reżimów lojalnych wobec Waszyngtonu. Narody bowiem zaczynają się budzić, a coraz trudniejsza sytuacja ekonomiczna, inflacja drożyzna na ręku paliw i groźba stagflacji mogą być katalizatorami rozpadu systemu zachodniego.
Sam sprzęt nas nie obroni
Pełnowymiarowa wojna z udziałem coraz większej liczby krajów po obu stronach mogłaby taką groźbę oddalić, a w każdym razie poważnie ją opóźnić, przy okazji zabezpieczając kolejne zyski anglosaskiego sektora wojenno-przemysłowego. To on będzie beneficjentem także innych zapowiadanych przez ekipę Kaczyńskiego działań, na czele ze zwiększeniem wydatków na zbrojenia. W krańcowo trudnej sytuacji gospodarczej – uboga III RP będzie sponsorować po–pandemiczne ożywienie gospodarcze w Stanach Zjednoczonych, tak bogatym krajem jesteśmy!
A przecież przebieg walk na Ukrainie potwierdza tylko, że sam sprzęt wojen nie wygrywa. I chociaż Rosjanie walczą sami praktycznie z całym gospodarczym światem zachodnim, nasycającym wojska kijowskie bronią, amunicją i wszelkim zaopatrzeniem – to w dalszym ciągu armia rosyjska ma przewagę strategiczną i powolnie, ale nieubłaganie zwycięża. Nie w tym więc sztuka, by nakupić jeszcze więcej samolotów i czołgów, które w przypadku nowoczesnej wojny zostaną i tak zlikwidowane morderczym atakiem z powietrza w ciągu pierwszych kilkudziesięciu minut konfliktu. Nawet w pełni uzbrojona
Polska bronić się może tylko racjonalną dyplomacją
Polska bronić się może tylko racjonalną dyplomacją, czyli tym, czego szczególnie brakuje w III RP. Wystąpienia takie jak Kaczyńskiego są zaś od rozsądku ekstremalnie odmienne. Lider PiS nie tylko bowiem powtórzył ochotnicze zgłoszenie do wojny i to wojny jądrowej, a więc kończącej istnienie naszego narodu. Za jednym zamachem polski wicepremier otwartym tekstem niemal za równorzędnego wroga uznał Niemcy, a więc już abstrahując od samej treści tych urojeń – sprzeniewierzył się fundamentalnej zasadzie polskiej geopolityki.
Oto bowiem i to raczej tylko w wyjątkowych okolicznościach Polska może prowadzić politykę antyrosyjską (w oparciu o Niemcy) albo antyniemiecką (w oparciu Rosję). Z całą pewnością jednak nigdy i w żadnych okolicznościach nie może prowadzić polityki antyniemieckiej i antyrosyjskiej jednocześnie.
Wyrok na Polskę?
Jarosław Kaczyński wiedzieć powinien to zresztą lepiej od innych, sam bowiem był niegdyś niemieckim agentem wpływu w Polsce (jak mówił przed 10 laty na jednym ze spotkań w Lublinie „W okresie konspiracyjnej „Solidarności” moim zadaniem było pisać raporty do zagranicznych przyjaciół związku z Zachodu, na temat sytuacji w kraju”). Rządy PiS-u nie zrobiły niczego konkretnego dla uwolnienia polskiej gospodarki od jej uzależnienia od Niemiec, a to oznacza także, że wszelkie problemy ekonomiczne naszego zachodniego sąsiada dodatkowo pogłębią kryzys w Polsce. Tymczasem Kaczyński z właściwą sobie pogardą dla kwestii gospodarczych w praktyce domaga się, by Berlin poszedł w ślady Warszawy i dobrowolnie zdemolował swoją energetykę, handel i finanse. A przecież ten koszt również zostałby przerzucony na polskich podwykonawców, pracowników i konsumentów.
Prezes PiS nie jest więc chyba jeszcze w pełni zdecydowany czy wolałby skazać Polaków na szybkie wyparowanie w atomowym wybuchu, czy na powolną śmierć głodową i zamarznięcie. Wyrok – w jego oczach – został już jednak wydany.
[umieszczam, choć śmieszą mnie nowo-twory językowe, jak „ anokracji”, „nacjokrację”, jak i swoista logika: W walce o „nacjonalizm ukraiński” występują, cyt.: „z Chorwacji, Szwecji i Norwegii, choć najliczniejszą po Ukraińcach grupę narodową stanowili sami Rosjanie”.
Dodam, a wiem to od samych „bojowników”, że są sowicie wynagradzani, a to za zniszczenie czołgu,a to za zabicie oficera. Są to najemnicy, nie „rycerze nacji”. Artykuł jednak ciekawy, obce dla mnie spojrzenie. Mirosław Dakowski]
——————————
Podczas „II Wojny Zimowej”, która wybuchła 24 lutego 2022 roku, Mariupol z uwagi na uporczywą obronę zdążył już uzyskać miano „ukraińskiego Stalingradu” [Marcin Gawęda, „Mariupol – bastion Ukrainy nad Morzem Azowskim. Znaczenie strategiczne i przebieg walk”, Defence24.pl, 26.III.2022]. Samo porównanie jest znacznie przebarwione, lecz propagandowa hiperbolizacja wpływa na stan umysłów walczących.
Dość elitarnym i bezkompromisowym trzonem załogi oblężonego miasta jest pułk „Azow”, który w narracji rosyjskiej często przyrównywany jest do jednostek Waffen SS z uwagi na fanatyzm i nieustępliwość w walce. Żołnierze tej formacji doskonale zdają sobie jednak sprawę, że w przypadku dostania się do niewoli wobec nich nie będzie pardonu, gdyż „ich skuteczność” przeciwnik poznał na „własnej skórze” już podczas wojny noworosyjskiej (2014-2015). By zasiać postrach i niewiarę wśród islamskich przeciwników, jakimi są czeczeńscy kadrowcy [? może jednak chodziło o „kadyrowcy”?? MD] , zaczęli nawet swoją ostrą amunicję smarować wieprzowym smalcem. To z kolej, według opinii islamskiej, ma uniemożliwić „bojownikom Allaha” dostanie się do raju.
Ruch Azowski jest „produktem” Ukrainy…
która zyskała niepodległość, w wyniku wewnętrznej dekompozycji Związku Radzieckiego. Państwo to u swego zarania „zaiskrzyło” jako końcowy efekt projektu nacjonalistycznego, choć zbudowany na zasadzie milczącego konsensusu między narodowymi demokratami, narodowymi komunistami i środowiskami rusofońskimi [Serhy Yekelchyk, „Ukraina. Narodziny nowoczesnego narodu”, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2009, s. 13, 277-278]. Był także konsekwencją określonej polityki historycznej, która dokonała swoistej reinterpretacji (antyradzieckiej i antyrosyjskiej) działalności Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, Ukraińskiej Armii Powstańczej oraz propagowała kult Stepana Bandery. Mitologia organizacyjna odwołuje się także do legendy Prawego Sektora z czasów EuroMajdanu oraz zwalczania zwolenników Ruskiej Wiosny [Witold Dobrowolski, „Ruch Azowski. Ideologia, działalność i walka ukraińskich nacjonalistów”, Capitol, Warszawa 2021, s. 145-173].
Za „zaczyn” Ruchu Azowskiego uchodzi Socjal-Narodowa Partia Ukrainy, utworzona w 1991 roku z połączenia kilku efemerycznych etnonacjonalistycznych organizacji młodzieżowych oraz stowarzyszenia ukraińskich „Afgańców”. Po zakończeniu Pomarańczowej Rewolucji, środowiska prawicowe uległy dekompozycji. W rezultacie tego w 2005 roku w Charkowie powstała organizacja „Patriota Ukrainy”, której liderem został Andrij Biłećki. Aktywizm jej członków odwoływał się zasad nieposłuszeństwa obywatelskiego wobec oligarchatu, organizowania obozów i szkolenia paramilitarnego oraz działań pośrednich wobec przeciwników politycznych i emigrantów. Po dojściu do władzy prezydenta Wiktora Janukowycza nasiliły się represje wobec wspomnianego ugrupowania. Latem 2011 roku wybuchła tzw. afera wasylkiwska, która zakończyła się procesem i wyrokiem skazującym za propagowanie ekstremizmu. W Charkowie aresztowano wówczas Biłećkiego, jednakże po zwycięstwie EuroMajdanu został on zwolniony z więzienia w wyniku amnestii. Jako ofiara anokracji został on niebawem liderem Prawego Sektora na wschodniej Ukrainie.
Po wybuchu Ruskiej Wiosny nacjonaliści rozpoczęli czynne zwalczanie separatystów rusofońskich. W tym też celu stworzono Czarny Korpus, który miał stanowić adekwatną odpowiedź na działania „zielonych ludzików”. W nocy 14 / 15 marca 2014 roku dochodzi w Charkowie do pierwszej potyczki z secesjonistami pod dowództwem Arsena Pawłowa ps. „Motorola”. Wspomniana utarczka uchodzi za pierwsze starcie w konflikcie noworosyjskim (2014-2015) i stanie się w okresie późniejszym częścią mitologii Ruchu Azowskiego.
Od Charkowa do Mariupola
Wspomniana organizacja miała zatem swój udział w likwidacji jednodniowej Charkowskiej Republiki Ludowej. Następnie brała ona udział w rajdzie na Mariupol, który ostatecznie zajęto 13 czerwca 2014 roku. Legalizuje swą działalność jako batalion ochotniczy „Azow”. W sierpniu jednostka bierze udział w walkach o Iłowajsk, lecz w wyniku decyzji dowódcy Andrija Biłećkiego o wycofaniu unika ona losu innych jednostek ukraińskich. Miesiąc później batalion przeistacza się w pułk i odpiera ataki rosyjskie pod Mariupolem. Po reorganizacji i dozbrojeniu bierze on udział, podczas kampanii zimowej 2015 roku, w natarciu w okolicach wspomnianego miasta. Walki trwały aż do lipca. Aż do końca stycznia 2019 roku „Azow” pozostawał poza obszarem Donbasu, choć w międzyczasie brał on udział w blokadzie Krymu oraz kontroli granicy z Republiką Naddniestrza. Do czasu wybuchu II Wojny Zimowej zyskał on miało dość kontrowersyjnej, choć elitarnej i nieustępliwej, formacji Armii Ukraińskiej.
Specyfiką pułku był zarówno skład narodowy jak i jego ideologia walki. Jednostka grupowała w swych szeregach europejskich nacjonalistów z Chorwacji, Szwecji i Norwegii, choć najliczniejszą po Ukraińcach grupę narodową stanowili sami Rosjanie, którzy walczyli z „multikulturalnym imperium o akronimie FR rządzonym przez KGB”. Z kolei w sferze symboliki oraz idei „Azow” jest niezmiennie identyfikowany przez środowiska lewicowo-liberalne oraz ukraino-sceptyczne jako neofaszystowski lub wręcz neonazistowski, z uwagi na swój antysystemowy i „niepoprawny politycznie” charakter. Jednakże analizując dzieje Ruchu Azowskiego bardziej adekwatne wydają się tu określenia skrajnej prawicy, narodowego rewolucjonizmu czy narodowego radykalizmu.
Jego przewodnią formułą pozostaje socjal-nacjonalizm, który jest swoistą kwintesencją doświadczeń nacjonalistów spod znaku OUN, którzy zetknęli się z problemami społecznymi, „ludzi radzieckich” na naddnieprzańskiej Ukrainie w czasie II Wojny Światowej. Dla tych ostatnich hasła narodowe nic nie znaczyły i nie mówiły, natomiast kluczem do ich „serc i umysłów” okazała się kwestia socjalna. Za ojca założyciela ukraińskiego socjal-nacjonalizmu możemy uznać Jarosława Stećkę, który w pracy „Dwie rewolucje” (1951), stwierdził iż droga do niepodległości prowadzi nie tylko poprzez permanentną rewolucję narodową, której siłą napędową będzie lud, lecz także poprzez rewolucję społeczną, która zniszczy „stary porządek”. Było to także, nie do końca uświadomione, nawiązanie do głównych filarów niepodległości Ukraińskiej Republiki Ludowej – kwestii społecznej i teorii narodu, choć z odwróceniem obydwu przywołanych akcentów.
Wspólnota krwi i historii
Po odzyskaniu niepodległości Ruch Azowski był jednym z tych ugrupowań polityczno-paramilitarnych, który dokonał swoistej reinterpretacji doktryny. Opiera się ona na trzech fundamentalnych zasadach: (1) etnos, (2) kwestia socjalna oraz (3) wielkomocarstwowość. Pod pierwszym pojęciem kryje się zmodernizowane hasło: gospodarzem Ukrainy jest przede wszystkim naród ukraiński, który powinien pozostać nośnikiem wartości uznanych powszechnie za klasyczne i niezmienne. Dla „Azowców” naród to wspólnota krwi i historii. Ideałem pozostaje państwo monoetniczne. Z tego też powodu krytykuje on zjawisko imigracji oraz głosi kult białej rasy i siły. W kwestii społecznej postulują oni zerwanie z liberalną demokracją oraz systemem kapitalistycznym (postuluje koncepcję „trzeciej drogi”), co oznacza dystansowanie się od „wartości zachodnich” oraz niechęć wobec imperializmów UE i USA. Innym problemem zwalczanym przez Ruch Azowski jest kwestia „okupacji wewnętrznej” kraju ze strony oligarchatu.
Za najlepszy system rządów uznaje on nacjokrację, alternatywną doktrynę społeczno-polityczną stworzoną przez Mykołę Ściborskiego, opartą o autorytaryzm, elityzm i hierarchizm społeczny. Trzecim aspektem ideologii Ruchu Azowskiego jest koncepcja Wielkiej Ukrainy – mocarstwa kontynentalnego i zwornika Konfederacji Środkowo-Europejskiej w geopolitycznym trójkącie Bałtyk-Bałkany-Kaukaz. Cechuje go niechęć do imperiów UE i USA, jednak za główne zagrożenie uchodzi Rosja. Wobec Kremla „Azowcy” postulują militaryzację państwa i narodu, odbudowę arsenału jądrowego – wobec potencjalnej, przed 24 lutego 2022 roku, agresji ze strony eurazjatyckiego neoimperium oraz „kartagiński pokój” z nim. Z kolei w przypadku Polski – paradoksalnie – nawiązują oni do koncepcji Międzymorza, jako „odskoczni” do budowania własnej mocarstwowości [Paweł Terpiłowski, „Polska w doktrynie politycznej Ruchu Azowskiego”, „Wschodnioznawstwo” 2017, t. 11, 193-203].
Runiczny Trójząb
W sferze symbolicznej Ruch Azowski dokonał reinterpretacji działalności OUN i UPA oraz walki 14. Dywizji SS „Galizien”, kładąc głównie nacisk na aspekty antyradzieckie i antyrosyjskie. W sposób wysoce relatywistyczny podchodzi on do dziedzictwa Stepana Bandery z uwagi na „nieprzystawalność” do obecnej rzeczywistości. Nawiązuje również do tradycji Ukraińskiej Rewolucji Narodowej z lat 1917-1921. Oficjalnymi symbolami pozostają runiczny Trójząb, który nawiązuje do symboliki dynastycznej Rusi Kijowskiej oraz znak „Idei Nacji”, złożony z liter „I” i „N”, oznaczający prymat interesów narodowych nad partykularyzmem. Ten ostatni, z racji uderzającego podobieństwa do godła 2. Dywizji Pancernej Waffen SS „Das Reich” kojarzony jest przez niektóre narracje jako znak formacji o charakterze neonazistowskim. Zmodyfikowany znak ten nadal pozostaje oficjalnym logo pułku „Azow”, choć równocześnie usunięto wizerunek „Czarnego Słońca”, także identyfikowanego ze wspomnianą zbrodniczą formacją niemiecką [Współcześnie znaki runiczne były i są często wykorzystywane przez formacje wojskowe jako służące do identyfikacji poszczególnych jednostek. W czasie interwencji afgańskiej wykorzystywali je zarówno Amerykanie, jak i Polacy. W konsekwencji narracja liberalna i lewicowa oskarżała żołnierzy posługujących się wspomnianą grafiką o propagowanie neonazizmu].
W sumie Ruch Azowski bezspornie zapisał się już w historii współczesnej Ukrainy jako najbardziej żywotna, efektywna i trwała organizacja stworzona poza strukturami państwa. A ponieważ „[…] przemoc polityczna jest na Ukrainie zjawiskiem powszechnym, a w przypadku ukraińskich nacjonalistów z Ruchu Azowskiego stanowi wręcz istotne narzędzie aktywizmu. Nacjonaliści wykorzystują przyzwolenie kręgów rządowych na bezprawne używanie przemocy przez grupy związane z oligarchami, by samemu stosować rozwiązania siłowe wobec swoich przeciwników politycznych […]. Po EuroMajdanie przemoc polityczna pozostała nadal często spotykanym zjawiskiem na Ukrainie. Nacjonaliści, stosując ją, starają się równocześnie komunikować społeczeństwu, że jest ona jedynie narzędziem walki z bezprawiem w oligarchicznym systemie, który nadal funkcjonuje na Ukrainie” [Witold Dobrowolski, op.cit., s. 172-173].
Właśnie owa „retoryczna” bezkompromisowość polityczna oraz nieustępliwość w walce z separatystami prorosyjskimi na Donbasie oraz Przyazowiu zapewniły ruchowi znaczne wpływy społeczne i propagandowe. Z drugiej jednak strony owa nieugiętość i skuteczność wobec secesjonistów oraz stosowanie przez niego wspomnianej symboliki i autorytarnej ideologii sprawiają, że jest on oskarżany o propagowanie treści totalitarnych oraz przemoc fizyczną wobec adwersarzy politycznych i ujętych bojowników prorosyjskich. Dlatego też w propagandzie rosyjskiej z takim powodzeniem wykorzystuje się wątek narracyjny o „nazyfikacji” Ukrainy po EuroMajdanie. Jest równocześnie jeden z głównych celów politycznych „specjalnej operacji wojskowej”, choć warto zauważyć, iż tego typu narracja wpisuje się jeszcze w decepcję radziecką stosowaną z powodzeniem przez cały XX wiek. Eksponowanie domniemanego zagrożenia Ukrainy przez ruch i idee najpierw Symeona Petlury a następnie Stepana Bandery było stałym elementem tej gry informacyjnej.[??? Nie wiem, co Autor chce tu powiedzieć?? MD]
„Azow” w Mariupolu
Tak się jednak składa, że obecna wojna rosyjsko-ukraińska służy jednak dalszemu wzmocnieniu poczucia narodowego i państwowego ze strony Ukraińców, nawet tych rosyjskojęzycznych. Mitologizacji uległa zatem także walka pułku „Azow” w oblężonym Mariupolu przeciw jednostkom 1. Korpusu Armijnego DRL oraz grupom bojowym ze składu rosyjskiej 8. Armii. Jest to obecnie elitarna jednostka ukraińskiej Gwardii Narodowej złożoną nie tylko z pododdziałów specjalnych czy rozpoznawczo-dywersyjnych, lecz i pancerno-zmechanizowanych.
Samo miasto dość długo przygotowywało się o obrony okrężnej, z drugiej strony widoczne jest doświadczenie i determinacja obrońców. Tym niemniej w samej Rosji pułk „Azow” jest uznawany za jednostkę złożoną z „neonazistów”, stąd nie brak informacji medialnych o terrorze wobec ludności cywilnej, celowym wysadzaniu budynków mieszkalnych, obsadzaniu budynków cywilnych przez żołnierzy tej formacji, czy nawet strzelaninach z formacjami jednostek operacyjnych.
Dlatego też ewentualne zdobycie go przez wojska rosyjskie będzie miało głębokie znaczenie propagandowe: ulegną zniszczeniu nie tylko doborowe jednostki ukraińskie, lecz także pułk „Azow”, co będzie niejako odczytane jako „fizyczna” eliminacja nazizmu na Ukrainie. Niestety narracja sobie, zaś rzeczywistość sobie, gdyż – po wybuchu wojny – członkowie i sympatycy ruchu zaczęli formować nowe jednostki obrony terytorialnej o tej samej nazwie w Kijowie i Charkowie. Niemniej, jak dotychczas, wszelkie próby deblokady Mariupola nie wchodzą w grę. Można spodziewać się jednak, że wraz z upadkiem miasta władze Federacji Rosyjskiej ogłoszą zakończenie procesu demilitaryzacji i „denazyfikacji” Ukrainy.
dr Robert Potocki
Autor jest ukrainoznawcą, wieloletnim nauczycielem akademickim, związanym z Uniwersytetem Zielonogórskim i współtwórcą Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego.
Na oficjalnej stronie ukraińskiej policji (Національна поліція України) na „YouTube” opublikowano 2 kwietnia materiał wideo pt. „Siły specjalne Policji Narodowej sprzątają miasto Bucza” (Спецпризначенці Нацполіції проводять зачистку міста Буча) pokazujący inspekcję policji w Buczy. Oto ten film.
Dodatkowa kopia filmu na wypadek, gdyby go usunięto.[jest w oryginale MD]
===============
„Obecnie w mieście pracują bojownicy utworzonego pułku specjalnego przeznaczenia Policji Narodowej SAFARI, w skład którego wchodzą przedstawiciele jednostek specjalnych policji, bojownicy KORD i Thora, a także specjaliści służby materiałów wybuchowych. Dziś, 2 kwietnia, w wyzwolonym mieście Bucza w obwodzie kijowskim jednostki specjalne Narodowej Policji Ukrainy rozpoczęły oczyszczanie terenu z dywersantów i wspólników wojsk rosyjskich. Specjaliści Służby Unieszkodliwiania Materiałów Wybuchowych przeprowadzają inspekcje miejsc zbrodni wojennych Federacji Rosyjskiej i przechwytują urządzenia wybuchowe i amunicję, które nie uległy detonacji. Funkcjonariusze kontrolują każde podwórko i schronienie, komunikują się z ludźmi i udzielają pomocy okolicznym mieszkańcom. Obywatele, którzy musieli znosić okropności okupacji, w miarę możliwości pomagają policji. Policja robi wszystko, co możliwe, aby przywrócić ład i porządek na wyzwolonych terytoriach, aby okoliczni mieszkańcy mogli jak najszybciej wrócić do rodzinnego miasta” – głosi opis pod filmem na „YouTube”. Na czerwono zaznaczyłem kluczowe informacje.
Policjanci przeprowadzili inspekcje na wszystkich ulicach miejscowości, nawet przy pomocy drona, i nigdzie masowo walających się zwłok. Ukraińcy muszą teraz wytłumaczyć, jak ludzie widoczni na poniższym nagraniu opublikowanym 3 kwietnia przez Wojskową Telewizję Ukrainy (Військове телебачення України) zmarli, biorąc pod uwagę fakt, że Rosjanie wycofali się z Buczy 30 marca.
Jest sześć możliwości. Pierwsza – Ukraińscy propagandziści ułożyli „teatralnie” na ulicach zwłoki znalezione w budynkach, w zaułkach i niezakopanych mogiłach. Druga – ukraińscy żołnierze sami dokonali egzekucji i są to np. zwłoki rosyjskich osób nie popierających ukraińskiej armii (podobno mają białe opaski na rękach – informację dla rosyjskich żołnierzy). Trzecia – żywi ludzie położyli się i udawali trupy. Czwarta – oba nagrania pochodzą z różnych części Buczy i nie pokrywają się terytorialnie. Piąta – nagranie zwłok na ulicach nie pochodzi z Buczy. Szósta – po wycofaniu się Rosjan ludzie wyciągnęli zwłoki z pobliskich domów na ulicę, aby służby porządkowe mogły je uprzątnąć (tłumaczyłoby to rozłożenie i „świeżość” zwłok). A Ukraińcy przedstawili to jako „masową egzekucję”.
Jeden z internautów przeanalizował nagranie policji i ustalił w Google Maps trasę, jaką przebyto. Biegła ona tak: „Od strony Kijowa główną drogą E373 do środka Buczy. Tam się zatrzymują w okolicach hipermarketu Novus i puszczają drona by się upewnić czy można bezpiecznie jechać dalej. Film się kończy sceną z ulicy Vokzalnej 101 (apteka) ok. 50 metrów dalej i jakimś wywiadem przy drodze”. Z drugiej strony policja napisała pod filmem, że przeszukano wszystkie zaułki i miejsca wskazane za miejsca zbrodni wojennych (mogło być kilka ekip policji w różnych częściach miasta i nie wiadomo, czy komunikat dotyczy ekipy widocznej na filmie, czy wszystkich).
Materiał wideo, który wyświetlono do dziś 661 110 razy, nie jest transmisją na żywo, ale filmem złożonym z wielu cięć, więc należy domniemywać, że policja pokazała najciekawsze sceny i rozmowy, jakie nakręciła.
Tymczasem strona ukraińska przedstawiła zdjęcie satelitarne z 11 marca 2022 r. rzekomo potwierdzające masakrę w Buczy. Oto ono.
=================
Na uwagę zwracają następujące rzeczy… Nie wiadomo, czy to zdjęcie dotyczy Buczy, czy innej miejscowości (mamy wierzyć na słowo). Widać tylko siedem ciał – gdyby ofiar było więcej, zapewne pokazano by je dla podkręcenia dramaturgii sytuacji. Jeśli zdjęcie pokrywa się z filmem ukraińskim i naprawdę dotyczy Buczy, należy rozważyć siódmą możliwość – podczas wymiany ognia w Buczy 11 marca lub wcześniej, na jednej z ulic zginęło siedem osób. Nie wiadomo od czyjej kuli. A gdy wjechały wojska ukraińskie, nakręcono krótkie wideo pokazujące tych siedem ciał w taki sposób, aby wyglądały na wielką masakrę.Zdjęcie satelitarne nie przekonuje mnie, ponieważ byłoby to bardzo dziwne, że przez trzy tygodnie ciała nie uległy rozkładowi i nikt ich nie pochował. Na wojnie zwłoki muszą być grzebane, aby zapobiec epidemii.
Możliwe, że dociekliwi internauci wytropią prawdę, ponieważ każdy, nawet ja, mogę się mylić w ocenie sytuacji. Nie warto angażować się emocjonalnie po stronie rosyjskiej lub ukraińskiej, ponieważ fakty są wtedy życzeniowo naginane.
Pentagon nie jest w stanie niezależnie potwierdzić ukraińskich doniesień
W krótkiej informacji agencji Reuters czytamy, że Pentagon nie jest w stanie potwierdzić medialnych doniesień, jakoby w miejscowości Bucha na Ukrainie doszło do jakichś zbrodni dokonanych przez Rosję.
W lapidarnym nawet jak na standardy agencji informacyjnej Reuters komunikacie, czytamy, że:
„Wojsko amerykańskie nie jest w stanie niezależnie potwierdzić ukraińskich doniesień o okrucieństwach sił rosyjskich wobec ludności cywilnej w mieście Bucza, ale nie ma też powodów, by je kwestionować – powiedział w poniedziałek wysoki rangą przedstawiciel amerykańskiej obrony.”
„Widzimy te same obrazy, co wy. Nie mamy żadnego powodu, by odrzucać ukraińskie twierdzenia o tych okrucieństwach – co jest wyraźnie, głęboko, głęboko niepokojące” – powiedział urzędnik, wypowiadając się pod warunkiem zachowania anonimowości.
„Pentagon nie może tego niezależnie i pojedynczo potwierdzić, ale też nie jesteśmy w stanie w żaden sposób obalić tych twierdzeń”.
Jak widać, Pentagon w sposób dyplomatyczny dał do zrozumienia, że NIE MOŻNA POTWIERDZIĆ materiału stworzonego przez ukraińską maszynę propagandową, dodając przy tym obowiązującą formułkę, że „Nie mamy żadnego powodu, by odrzucać ukraińskie twierdzenia o tych okrucieństwach”, wszak cały czas toczy się wojna amerykańsko-rosyjska i Ukraina służy interesom amerykańskim w roli mięsa armatniego, więc na tym etapie nie należy negować ich wkładu w potęgowanie antyrosyjskości.