Ukraina kontynuuje szeroko zakrojone ataki dronów na obwód moskiewski, w głębi terytorium Rosji. Zełenski zadeklarował, że jeszcze bardziej zwiększy presję militarną na Rosję, aby zmusić Moskwę do negocjacji ‚do zimy’ i zakończyć wojnę.
W ostatnich nocnych atakach co najmniej pięć osób zginęło, a dziesięć zostało rannych, gdy dron uderzył w strefę przemysłową w pobliżu Moskwy. Po ataku wybuchło kilka pożarów w okolicach Nowoselki, niedaleko stolicy Rosji. Gubernator obwodu moskiewskiego Andriej Worobjow napisał na Telegramie: „Niestety, są zabici i ranni… Składam szczere kondolencje rodzinom i bliskim ofiar”.
W regionie rozmieszczono obronę przeciwlotniczą. Atak był częścią szerszej ukraińskiej kampanii przeciwko rosyjskim zakładom przemysłowym i produkcyjnym. Według rosyjskich mediów: „Jeden z rannych pozostaje w stanie krytycznym, a lekarze określają obrażenia siedmiu innych jako średnie, poinformował gubernator. Dwie inne osoby odmówiły hospitalizacji po zbadaniu przez lekarzy. Ofiary doznały obrażeń od odłamków i wybuchów, złamań oraz urazów tkanek miękkich i klatki piersiowej”.
Pożary wybuchły w kilku miejscach w strefie przemysłowej, w tym w magazynie. Odłamki drona uszkodziły również podstację i budynek administracyjny. W miejscowości Solnyszkowo dron uszkodził dom i pojazd. Nikt nie został ranny. Co noc na terytorium Rosji wysyłane są setki dronów. Ukraina określa te ataki jako odwet za intensywne rosyjskie ataki rakietowe na ukraińskie miasta.
Rosyjskie Ministerstwo Obrony ogłosiło we wtorek rano, że w ciągu ostatnich dwunastu godzin w kilku regionach Rosji przechwycono i zniszczono 320 ukraińskich dronów. Moskwa określa ataki jako akty terroryzmu wymierzone w ludność cywilną, powołując się między innymi na poważny atak drona na zatłoczoną plażę.
Atak ten miał miejsce w poniedziałek w czarnomorskim kurorcie Archipo-Osipovka w obwodzie gelendżyckim. Plaża była pełna wczasowiczów, gdy dron rozbił się o biały piasek i eksplodował, zamieniając się w kulę ognia. Władze rosyjskie poinformowały, że eksplozja w czarnomorskim kurorcie Gelendżyk w poniedziałek zabiła siedem osób, w tym troje dzieci, i raniła 58 innych. Eksplozję nagrano na wideo, udostępniono w mediach społecznościowych i zweryfikowano przez NBC News.
Liczba ofiar wśród ludności cywilnej stale rośnie. Specjalny wysłannik Rosji Rodion Mirosznik poinformował, że w ciągu ostatniego tygodnia w ukraińskich atakach na terytorium Rosji zginęło 49 cywilów, a ponad 340 zostało rannych.
Ukraińska ludność cywilna również nadal cierpi z powodu walk. Według regionalnej administracji wojskowej, we wtorek w wyniku rosyjskich ataków w północno-wschodnim ukraińskim mieście Sumy zginęły trzy osoby. „Dwoje dzieci i starsza kobieta zginęły wczoraj wieczorem w rosyjskich atakach bombami lotniczymi na Sumę” – napisał Oleg Grygorow na Telegramie. – „Dziewczynki miały pięć i dziesięć lat. Ciała dzieci wydobyto z gruzów ich domu” – oświadczył po tym, jak sześć bomb lotniczych uderzyło w miasto.
Niemcy opublikowały pełny tekst podpisanej z Polską umowy o współpracy obronnej, podczas gdy dokumentu nadal nie udostępniono na oficjalnych stronach polskiego rządu. Porozumienie przewiduje rozwój na terytorium Polski infrastruktury logistycznej, która może służyć jako zaplecze zaopatrzeniowe dla niemieckich wojsk stacjonujących na Litwie.
Niemcy opublikowały pod koniec lipca w Federalnym Dzienniku Ustaw pełny tekst polsko-niemieckiej umowy o współpracy w dziedzinie obronności, podpisanej 17 czerwca 2026 roku w Warszawie. Do chwili publikacji tego artykułu dokument nie został udostępniony na oficjalnych stronach polskiego rządu ani Ministerstwa Obrony Narodowej.
Na sprawę zwrócił uwagę we wtorek Sebastian Meitz, ekspert Instytutu Sobieskiego. W serii wpisów opublikowanych na platformie X przedstawił najważniejsze postanowienia umowy oraz wskazał, że polska opinia publiczna mogła zapoznać się z pełnym dokumentem dopiero dzięki jego publikacji przez stronę niemiecką.
„Dokument pełen jest deklaracji o partnerstwie. Problem w tym, że gdy przechodzi się do konkretnych zapisów, trudno oprzeć się wrażeniu, iż to właśnie niemieckie priorytety stają się osią tej współpracy” – podkreślił Meitz.
Szczególne znaczenie ma art. 3 umowy, poświęcony rozbudowie potencjału obronnego i współpracy operacyjnej. Jego ust. 6 przewiduje rozwój infrastruktury wsparcia logistycznego na terytorium Polski.
„Strony podkreślają znaczenie rozwoju infrastruktury wsparcia logistycznego na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, która może służyć jako baza zaopatrzeniowa dla kontyngentu niemieckich wojsk lądowych stacjonującego w Republice Litewskiej, a także dla innych państw członkowskich NATO w ramach zbiorowej logistyki sojuszniczej” – zapisano w dokumencie.
Oznacza to, że część infrastruktury potrzebnej do zaopatrywania niemieckich wojsk rozmieszczonych na Litwie może zostać ulokowana w Polsce. Umowa nie przesądza jednak, że powstanie na terytorium naszego kraju odrębna stała baza Bundeswehry ani że Polska samodzielnie sfinansuje budowę całego zaplecza.
Art. 10 porozumienia stanowi, że każda ze stron ponosi koszty związane z realizacją własnych zobowiązań. Dokument nie precyzuje jednak, które konkretne inwestycje infrastrukturalne miałaby finansować Polska, a które Niemcy. Nie określa również wartości przedsięwzięć ani przyszłych zasad własności i zarządzania powstałymi obiektami.
Umowa zawiera również szersze postanowienia dotyczące przemieszczania wojsk. Polska i Niemcy mają umożliwiać tranzyt oraz stacjonowanie sił zbrojnych drugiej strony na swoim terytorium.
Strony zobowiązały się do usprawniania procedur administracyjnych i dyplomatycznych związanych z przekraczaniem granic, zapewniania wsparcia operacyjnego oraz wspólnego i wzajemnego korzystania z infrastruktury niezbędnej do sprawnego przemieszczania wojsk.
Porozumienie uznaje mobilność wojskową za kluczowy element umożliwiający szybkie przerzucanie sił sojuszniczych. Polska i Niemcy mają wspierać rozwój mobilności w ramach inicjatywy „Central Northern European Military Mobility Area” oraz uzgadniać rozwiązania przyjmowane przez NATO i Unię Europejską.
Oba państwa zadeklarowały także wzajemne wspieranie rozwoju, rozbudowy i ochrony infrastruktury wojskowej oraz cywilnej, która może być wykorzystywana przez siły zbrojne. W umowie wymieniono linie kolejowe, drogi, lotniska, mosty i centra logistyczne przeznaczone do szybkiego transportu żołnierzy oraz ciężkiego sprzętu.
Strony mają również wzmacniać wschodnią flankę NATO poprzez wspólne inwestycje w szeroko rozumianą infrastrukturę, poprawiającą zdolność Sojuszu do prowadzenia operacji wojskowych w kierunku wschodnim.
Przewidziano ponadto współpracę wojsk inżynieryjnych w zakresie infrastruktury obronnej oraz technicznego wsparcia działań bojowych.
Meitz zwrócił uwagę, że dokument zawiera konkretny zapis dotyczący infrastruktury w Polsce, która może obsługiwać niemieckie wojska na Litwie, nie wskazując równie szczegółowo analogicznego przedsięwzięcia realizowanego w Niemczech na potrzeby Wojska Polskiego. Zdaniem eksperta może to świadczyć o asymetrii porozumienia.
Umowa przewiduje także pogłębienie współpracy przemysłów obronnych, obejmujące wspólne zakupy, produkcję, badania, projekty technologiczne, tworzenie łańcuchów dostaw i transfer technologii.
W dokumencie nie określono jednak minimalnego udziału polskich przedsiębiorstw w przyszłych projektach, nie zagwarantowano lokalizacji produkcji w Polsce ani nie wskazano konkretnych technologii, które miałyby zostać przekazane polskiej stronie.
Ministerstwo Obrony Narodowej informowało po podpisaniu porozumienia, że obejmuje ono m.in. współpracę operacyjną, wspólne ćwiczenia, mobilność wojskową, cyberbezpieczeństwo, działania w przestrzeni kosmicznej, ochronę infrastruktury krytycznej oraz współpracę przemysłów obronnych. Resort nie udostępnił jednak pełnej treści dokumentu, który został opublikowany w oficjalnym niemieckim źródle.
Rzadko kiedy było to tak oczywiste jak teraz: irańskie władze nie interpretują wycofania wojsk Trumpa w sobotni wieczór („Bramy piekieł”) jako otwarcia na „porozumienie”, lecz jako jednoznaczne potwierdzenie, że administracja Trumpa osiągnęła granice swoich wpływów.
Po tym zwrocie Teheran nie osłabił swojej pozycji, wręcz przeciwnie – znacząco ją wzmocnił.
Już w niedzielę irański minister spraw zagranicznych Abbas Araghchi poinformował pakistańskiego marszałka polowego Asima Munira w długiej rozmowie telefonicznej, ponieważ źródła wywiadowcze przekazywały informacje wyłącznie do Protokołu Przejściowego, przekazując jednoznaczną ocenę nowego strategicznego układu sił.
Araghchi dał jasno do zrozumienia, że zmiana stanowiska nie zostanie zinterpretowana w Teheranie jako dyplomatyczne ustępstwo z pozycji siły. Następnie przekazał Waszyngtonowi trzy kluczowe przesłania za pośrednictwem Munira:
Teheran w żadnym wypadku nie odstąpi od kolejności negocjacji określonej w porozumieniu.
Każdy atak USA na irańską infrastrukturę energetyczną wywoła odwet w stosunku 10 do 1 wobec partnerów z Rady Współpracy Zatoki Perskiej (GCC) w ramach „Imperium Piractwa”. Ponownie: 10 do 1. Do niedawna stosunek ten wynosił 2 do 1 .
Według przywódców politycznych w Teheranie, Trump nie ma żadnego realnego wyjścia z sytuacji, ani militarnego, ani politycznego – poza bardziej kompleksowym wycofaniem się Amerykanów z Azji Zachodniej.
Munir – który może kontaktować się bezpośrednio z Trumpem i vice versa – osobiście przekazał to irańskie ostrzeżenie prezydentowi USA. To konkretna, wymierna formuła odstraszająca, mająca na celu uczynienie regionalnych konsekwencji kolejnego amerykańskiego ataku jednoznacznymi i nieodwracalnymi.
Saudyjski następca tronu Mohammed bin Salman (MbS) mógł przekonać Trumpa do zmiany decyzji za pomocą osobistej rozmowy telefonicznej, po tym jak wcześniej irańscy przywódcy zadzwonili do niego i wysłali mu listę obiektów Aramco, które miały zostać zniszczone w odpowiedzi na amerykański atak.
MbS doskonale zdaje sobie sprawę, że Azja Zachodnia jako całość ma bardzo ograniczone możliwości obrony powietrznej. To było częścią dyskusji. Jednak jeszcze bardziej przekonujące mogło być przypomnienie przez MbS-a o możliwości polegania przez Trumpa na sprzedaży dużych ilości amerykańskich obligacji skarbowych i akcji w przypadku poważnych zniszczeń wojennych, aby pokryć koszty.
Efektem końcowym było – po raz kolejny – TACO .
Profesor ekonomii Steve Hanke z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa poszedł jeszcze dalej, wyjaśniając, że rynki obligacji już uwzględniały ten rozwój sytuacji. Rentowność dziesięcioletnich amerykańskich obligacji skarbowych rosła z powodu potrójnego obciążenia: inflacji, ceł Trumpa i samej wojny.
Wyprzedaż akcji Arabii Saudyjskiej na dużą skalę – w połączeniu z wyprzedażą akcji Chin – spowodowałaby eksplozję zysków. Hanke szacuje całkowity koszt wojny na około bilion dolarów amerykańskich , stosując metodę opracowaną przez Uniwersytet Browna, która mnoży pierwotne szacunki Pentagonu przez współczynnik 25.
Silniejsza pozycja oparta na twardych faktach
Równoległe wydarzenia militarne i dyplomatyczne dodatkowo wzmacniają tę ocenę.
Według pakistańskich źródeł wywiadowczych, Iran, przy tajnym pakistańskim wsparciu wojskowo-technicznym, zakończył instalację ulepszeń chińskiego systemu nawigacji satelitarnej BeiDou . Komponenty te dostarczono w zeszłą niedzielę – wcześniej niż pierwotnie planowano – przez port Gwadar nad Morzem Arabskim, strategiczny punkt końcowy chińsko-pakistańskiego korytarza gospodarczego (CPEC), a następnie drogą lądową do Iranu przez korytarz Gwadar-Gabd.
Modernizacje te znacząco poprawiają celność Iranu, odporność na walkę elektroniczną oraz bezpieczeństwo łączności. Wszystkie systemy zostały już w pełni zintegrowane z irańską architekturą aktywnego odstraszania.
Dzięki technologii BeiDou zapobiegającej zakłóceniom, szyfrowanej strukturze sygnału wojskowego i bezpiecznej dwukierunkowej komunikacji, podatność Iranu na amerykańskie środki zagłuszające praktycznie znika.
Jakby tego było mało, pakistańskie źródła wywiadowcze potwierdziły później zupełnie nieoczekiwany rozwój wydarzeń.
To nie kto inny, jak prezydent Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Mohamed bin Zayed (MbZ), jedyny decydent w kraju, odbył 40-minutową rozmowę telefoniczną z Araghchim. Podczas tej rozmowy Abu Zabi zasygnalizowało gotowość do nawiązania długoterminowych i stabilnych relacji z Teheranem.
Był to pierwszy taki sygnał od wybuchu wojny amerykańsko-izraelskiej 28 lutego.
Araghchi przekazał następnie treść tej rozmowy Asimowi Munirowi.
W niedzielę Araghchi rozmawiał również telefonicznie z tureckim ministrem spraw zagranicznych Hakanem Fidanem. Ponadto, w ciągu niecałych 24 godzin, dwukrotnie rozmawiał z saudyjskim ministrem spraw zagranicznych, księciem Faisalem, który nagle zmienił kurs po saudyjskich nalotach na Irak i opowiedział się za całkowitą deeskalacją.
Najważniejszym wnioskiem płynącym z tej serii rozmów telefonicznych jest to, że Teheran rozszerza swoje wpływy maksymalnie właśnie w chwili, gdy Waszyngton wydaje się zdezorientowany i niepewny.
Tak zwany pakistański kanał mediacji mógłby ponownie odegrać rolę. Co jednak kluczowe, Teheran korzysta teraz z tego kanału z pozycji pewności siebie, wzmocnionych zdolności militarnych i strategicznej determinacji.
Powtórzmy: to nie jest klasyczna deeskalacja. To strategiczna pauza. Irańskie władze w dużej mierze zgadzają się, że obecnie mają silniejszą pozycję.
Ocena ta opiera się na szeregu trzeźwych faktów.
Według irańskich szacunków, USA ponoszą niemożliwe do utrzymania straty. Trump i jego najbliższe otoczenie znajdują się pod znaczną presją rosnących cen ropy naftowej, wewnętrznych obciążeń politycznych, nadmiernej ekspansji militarnej oraz regionalnych sojuszników i wasali, którzy obawiają się odwetu ze strony Iranu.
Porządek negocjacyjny Iranu pozostaje niezmieniony. Chiny – a także Rosja – znacząco wzmocniły potencjał odstraszania Iranu. Jednocześnie państwa Zatoki Perskiej coraz częściej dążą do zawarcia własnych porozumień z Teheranem.
W ramach nowej regionalnej architektury władzy problem nie polega zatem na tym, że negocjacje zakończą się fiaskiem, ponieważ Iran czuje się osłabiony. Teheran jest raczej przekonany, że obecnie ma przewagę i zamierza ją powiększyć, zanim Waszyngton potencjalnie odzyska inicjatywę.
Wyjaśnia to również, dlaczego czołowi członkowie Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego (SNSC) i irańscy parlamentarzyści wielokrotnie ostrzegają, że Teheran może zaostrzyć wojnę, jeśli amerykańska polityka „maksymalnej presji” będzie kontynuowana.
Nowością jest wprowadzenie jeszcze bardziej niebezpiecznego, niemal automatycznego poziomu eskalacji.
Atak na pojedynczy irański obiekt energetyczny mógłby w przyszłości wywołać ataki odwetowe na wiele obiektów w różnych krajach, co mogłoby doprowadzić do poważnego regionalnego kryzysu energetycznego w ciągu kilku godzin.
Przyzwyczaj się do proporcji 10 do 1.
W praktyce Iran i Cieśnina Ormuz stały się osobistym kryzysem sueskim Trumpa – kryzysem, który sam stworzył dla USA.
Wśród irańskich decydentów i pakistańskich mediatorów przeważa obecnie przekonanie: „On nie ma wyjścia”.
Z ich punktu widzenia tak właśnie wygląda strategiczna porażka.
Wycofanie się wojsk definitywnie ustanowiłoby Iran wiodącą potęgą w Azji Zachodniej.
Nowe bombardowania natychmiast wywołałyby globalny kryzys energetyczny.
Opóźnienie konfliktu – po wyczerpaniu amerykańskich strategicznych rezerw ropy naftowej (SPR) – doprowadziłoby do gwałtownego wzrostu cen ropy.
Nic nie odwiedzie Teheranu od odejścia od ustalonego porządku negocjacji, jeśli rozmowy zostaną wznowione:
Po pierwsze, Cieśnina Ormuz.
Po drugie, zniesienie sankcji i uwolnienie zamrożonych aktywów.
Dopiero wtedy będą mogły odbyć się negocjacje nuklearne.
Rzecznik irańskiego MSZ Esmaeil Baghaei stanowczo zdementował wszelkie pogłoski o rozmowach z Waszyngtonem, które miały rozpocząć się w najbliższy poniedziałek.
Obecnie trwają jedynie negocjacje z Omanem, dotyczące nowego, tymczasowego szlaku żeglugowego przez Cieśninę Ormuz.
Wygląda na to, że celem jest utworzenie jednego szlaku żeglugowego – ani szlakiem północnym przez wody irańskie, ani szlakiem południowym przez wody Omanu.
Jeśli chodzi o amerykańską blokadę – jeden z czynników, który doprowadził do fiaska porozumienia – Teheran jasno daje do zrozumienia, że powrót do porozumienia nastąpi dopiero po całkowitym uwolnieniu zamrożonych aktywów – i zostanie to zrobione z wyprzedzeniem, jeszcze przed szczegółowymi negocjacjami.
Iran mógł zamrozić aktywa o wartości nawet 120 miliardów dolarów , rozproszone po kilku krajach i zablokowane z powodu amerykańskich sankcji.
Prezydent Massud Peseschkian nadal wierzy w porozumienie.
Jednakże stanowisko to w żadnym wypadku nie odzwierciedla opinii większości w Iranie.
Podsumowując, obecna sytuacja wygląda następująco:
Suwerenne państwo, które postrzega siebie jako część ruchu oporu i jest przekonane, że zmusiło przeciwnika do odwrotu, nie ma motywacji, by iść na kompromis – zwłaszcza jeśli jego potencjał militarny stale rośnie, a jego regionalni przeciwnicy szukają dróg ucieczki z obawy przed odwetem.
Nowe ostrzeżenie w stosunku 10 do 1 stanowi nieunikniony czynnik wyzwalający sytuację regionalną:
Jakikolwiek atak Stanów Zjednoczonych lub Izraela na irańską infrastrukturę energetyczną wywołałby natychmiastową i nieproporcjonalną reakcję odwetową skierowaną przeciwko obiektom energetycznym w Zatoce Perskiej – bez względu na ich lokalizację.
Świat będzie potrzebował czasu, aby zrozumieć wszystkie implikacje tego rozwoju sytuacji, gdyż jego potencjalne konsekwencje są niemal niewyobrażalne.
Teheran jest przekonany, że strategiczna równowaga sił zmienia się na jego korzyść i dlatego oficjalnie uznaje całkowite wycofanie USA z Azji Zachodniej za swój własny cel negocjacyjny.
Jesienią 1950 roku kanclerz Konrad Adenauer zlecił opracowanie pierwszej tajnej koncepcji przyszłej Bundeswehry (niemieckich federalnych sił zbrojnych). Rezultat, znany jako „Memorandum Himmerod”, jest uważany za dokument założycielski Bundeswehry.
W 1950 roku aż 74% Niemców Zachodnich sprzeciwiało się zbrojeniom. Okres ten można zatem uznać za narodziny niemieckiej demokracji: rząd nie przejmował się wolą ludu i nadal jej nie przejmuje. Nic się pod tym względem nie zmieniło do dziś. Ta tak zwana demokracja nie miała i nie ma praktycznie nic wspólnego z prawdziwą demokracją.
Stare łacińskie przysłowie ma tu zastosowanie: „Mundus vult decipi, ergo decipiatur”. Innymi słowy: „Świat chce być oszukiwany, więc niech będzie oszukiwany”. Kto odważy się spojrzeć często nieprzyjemnej prawdzie w oczy? A media są chętnymi wspólnikami w tej grze oszustwa.
Niemiecki pisarz Bertolt Brecht zdawał sobie sprawę z tych wszystkich spostrzeżeń dotyczących natury ludzkiej. Jego skromna nadzieja leżała zatem w mobilizacji elity – elity niemieckich artystów i pisarzy. 26 września 1951 roku skierował do nich ostrzegawczy list otwarty.
Końcowe zdania tego listu stały się sławne: „Wielka Kartagina stoczyła trzy wojny. Nadal była potężna po pierwszej, nadal nadawała się do zamieszkania po drugiej. Po trzeciej już jej nie było”.
Trudno zaprzeczyć tej analogii: Niemcy, podobnie jak wcześniej Kartagina, nie przetrwają trzeciej wojny.
Mimo to, 75 lat później, rząd niemiecki ponownie stoi na krawędzi ryzyka, ryzykując los Niemiec w wojnie, której nie może wygrać. Ale nie o to chodzi. Kraj ma zginąć.
Nie widać żadnych danych procentowych, ale podobno zdecydowana większość Niemców sprzeciwia się działaniom militarnym. Sondaże nie wspominają jednak o tym, że jedynym prawdziwym przeciwnikiem może być Rosja.
Obowiązuje stara łacińska zasada: „Mundes vult decipi, ergo decipiatur”. [„świat chce być oszukiwany, niechże więc będzie oszukiwany”]
Następcy Kartaginy
Kartagina została zniszczona przez Rzymian w 146 roku p.n.e. Od tego czasu wiele niegdyś chwalebnych supermocarstw zniknęło z historii, w tym samo Cesarstwo Rzymskie.
Imperium Brytyjskie było kiedyś tak rozległe, że słońce nigdy tam nie zachodziło, ponieważ obejmowało terytoria na całym świecie.
Ale przenieśmy się dziś do Wielkiej Brytanii, a zobaczymy, co pozostało z niegdyś potężnego imperium: przytułek dla ubogich.
Czy naprawdę na Ziemi zawsze musi istnieć światowe imperium? Co o tym myślisz? Po Brytyjczykach, Amerykanie podjęli wyzwanie, by być lepszymi od Brytyjczyków i być może zapewnić mu przetrwanie co najmniej tysiąca lat.
Ale od zakończenia II wojny światowej w 1945 roku do końca amerykańskiego imperium dzisiaj nie minęło nawet sto lat. Nic dziwnego, że prezydent Stanów Zjednoczonych, niejaki Donald Trump, odmawia uznania tego pozornego upadku i dlatego stanowczo sprzeciwia się jakiemukolwiek uznaniu rzeczywistości. Ale czy Donaldowi się to podoba, czy nie, z 40 bilionami dolarów długu i armią właśnie pokonaną przez kraj rozwijający się, naprawdę trzeba uciec się do potężnych kłamstw, aby pokonać, jeśli nie Iran, to przynajmniej prawdę.
Upadek Ameryki
Twierdzenie, że USA wygrały II wojnę światową, zawsze było grubą przesadą. Rosjanie ponieśli największy ciężar wojny i zasłużyli na lwią część zwycięstwa.
Po II wojnie światowej Rosjanie cieszyli się długim okresem pokoju, jeśli nie uznać stłumienia powstań ludowych w NRD, na Węgrzech i w Czechosłowacji za wojnę. Dopiero w 1979 roku Związek Radziecki rozpoczął zakrojoną na szeroką skalę wojnę agresywną w Afganistanie.
Amerykanie natomiast nie mieli chwili wytchnienia od 1945 roku do dziś: 25 czerwca 1950 roku wybuchła wojna koreańska, a następnie wojny w Wietnamie i innych krajach Azji Południowo-Wschodniej, wojny w Iraku, wojny w Jugosławii, wojna w Afganistanie i tak dalej. Amerykanie jednak nie wygrali ani jednej z tych wojen. Powinno to budzić poważne obawy nie tylko u Amerykanów, ale także u ich sojuszników, zwłaszcza u Niemców.
Ten ważny punkt jest szczególnie istotny dla NATO, ponieważ Stany Zjednoczone pokrywają około 62% wydatków obronnych państw członkowskich NATO. Pytanie brzmi zatem: kto chce mieć za sojusznika notorycznego przegranego?
Klęska USA nad Iranem
Ta wojna jeszcze się nie skończyła. Amerykańskie podejście pozostało niezmienne: bomba, bomba i bomba. A potem: kłamstwo, kłamstwo, kłamstwo. Wierzą, że Irańczycy w końcu się poddadzą. Nadzieja jest zatem siłą napędową tej głupiej strategii – o ile w ogóle można ją nazwać strategią – która zawiera dwa poważne błędy:
Po pierwsze, należy założyć, że Iran nigdy się nie podda, ponieważ Irańczycy przewidzieli, zaakceptowali i przygotowali się na konsekwencje amerykańskiej wojny jeszcze przed jej rozpoczęciem. Irańczycy wolą umrzeć niż się poddać.
Po drugie, Amerykanie powinni byli już zdać sobie sprawę, że ten nowy rodzaj asymetrycznej wojny stosowany przez Irańczyków jest lepszy od ich przestarzałej strategii. Poza użyciem broni jądrowej, Amerykanie mogą jedynie przyznać się do porażki i wycofać się z całego regionu. Ale Donald Trump nie lubi przegrywać, więc gra na czas, licząc na cud. Nie, to nie jest strategia.
Co więcej, Amerykanom po prostu kończy się amunicja. Tymczasem Irańczycy, zgodnie z założeniem długotrwałej wojny, odpowiednio zaopatrzyli się w pociski rakietowe i drony.
Z całego świata Amerykanie musieli sprowadzać amunicję ze swoich baz wojskowych i od sojuszników, głównie do Izraela, aby utrzymać się za wszelką cenę. Niewiele z tych zapasów pozostało.
Związek między wojną w Iranie a wojną na Ukrainie
Znają groźne gesty czołowych postaci NATO wobec Rosji. Przede wszystkim, dowódcy wojskowi Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec głośno zadeklarowali swój sprzeciw wobec wojny. Praktycznie błagają Rosję, żeby poczekała jeszcze kilka lat, a wtedy sprawy naprawdę ruszą.
W rezultacie portfele zamówień firm z branży zbrojeniowej pękają w szwach. Gdyby jednak niemiecki rząd zamówił na przykład od Lockheed Martin więcej myśliwców stealth F-35A lub F-35B, nie stałoby się to w perspektywie krótkoterminowej ani średnioterminowej. Są one w pełni zarezerwowane. Z 35 już zamówionych samolotów, pierwsze nie zostaną dostarczone przed końcem 2027 roku. Bardziej prawdopodobne, że później, ponieważ sami Amerykanie również potrzebują zaopatrzenia. A jak wiadomo, każdy dba o siebie.
Należy zatem trzeźwo przyznać, że kraje NATO po prostu nie mają niezbędnych zdolności do zbudowania poważnej siły militarnej przeciwko Rosji w perspektywie krótkoterminowej i średnioterminowej. Przemysł zbrojeniowy jest własnością prywatną, a zatem napędzany jest przede wszystkim zyskiem. W praktyce oznacza to przewartościowany, w dużej mierze przestarzały sprzęt.
A jeśli rząd federalny zamierza polegać przede wszystkim na przemyśle krajowym, to pozostaje pytanie: jak to osiągnąć, biorąc pod uwagę znaczne luki w dostawach energii i brak mocy produkcyjnych? I skąd mają pochodzić wszystkie pierwiastki ziem rzadkich, bez których nie ma superbroni?
Nie, nie da się po prostu stworzyć armii z niczego.
Zbudowanie naprawdę skutecznej armii zajęłoby co najmniej dziesięć lat. Oprócz sprzętu i amunicji, wymagałoby to oczywiście przede wszystkim odpowiedniej liczby wykwalifikowanych żołnierzy.
Ich istnienie pozostaje wątpliwe. Współczesna młodzież na Zachodzie raczej nie nadaje się do wojny, chyba że rozładowuje napięcie przed ekranem w cyfrowym, wojennym świecie.
W Stanach Zjednoczonych około 77% młodych ludzi zostaje zdyskwalifikowanych ze służby wojskowej z powodu otyłości, zażywania narkotyków, karalności lub problemów zdrowotnych. W Europie sytuacja nie będzie tak dramatyczna. Jednak nawet przy zachętach finansowych (w USA natychmiastowa wypłata 50 000 dolarów po podpisaniu kontraktu), trudno będzie zgromadzić wysoce zmotywowaną armię.
I jeszcze jedno: rosyjscy żołnierze mają ponad czteroletnie doświadczenie bojowe w najsilniejszej armii na świecie, które zdobyli walcząc z drugą najsilniejszą armią na świecie.
Jak myślisz, co się stanie w walce wręcz między żołnierzem rosyjskim a żołnierzem NATO? Żołnierze NATO zostaną całkowicie pokonani. To zajmie tylko tygodnie.
Podsumujmy.
Najważniejszy partner NATO, Stany Zjednoczone Ameryki, obecnie nie dysponują sprzętem wojskowym niezbędnym do prowadzenia długotrwałego konfliktu. To samo dotyczy oczywiście wszystkich pozostałych członków NATO.
Mimo to NATO i rząd niemiecki pozostają optymistycznie nastawione i nadal podejmują działania mające na celu sprowokowanie Rosjan do ataku na któryś z krajów NATO.
Jak dotąd nie przyniosło to skutku. Ale ani ukraińskie, ani NATO nie ustąpią, a zatem będą kontynuować eskalację. To tylko kwestia czasu, zanim Rosjanie po prostu nie będą mogli tego dłużej tolerować, ponieważ szkody, jakie NATO wyrządziło Rosji, są zbyt duże.
Pomimo całej cierpliwości, jaką Władimir Putin wykazał do tej pory, należy założyć, że i jego cierpliwość w końcu się wyczerpie i będzie zmuszony do podjęcia działań na Zachodzie. NATO nawet na to liczy.
Co zrobi NATO w przypadku ataku Rosji?
Obecnie NATO, łącznie z siłami zbrojnymi USA, jest niczym więcej niż niebezpiecznym papierowym tygrysem nastawionym na konwencjonalne działania wojenne.
Jeśli wykluczymy amerykańskie siły zbrojne z równania, NATO okaże się niczym więcej niż żałosnym papierowym tygrysem.
Rosjanie wiedzą o tym wszystkim. Wiele nauczyli się z konfliktu z Ukrainą. Wiele nauczyli się również z konfliktu między Iranem, który wspierają, a USA/Izraelem.
Jeżeli NATO przeceni sytuację względem Rosji, Rosjanie prawdopodobnie postąpią w następujący sposób:
Władimir Putin poinformuje Amerykanów, że Rosjanie zniszczą różne fabryki sprzętu wojskowego w Europie. Amerykanie na to pozwolą. Nie będą gotowi umrzeć za Europę. Amerykanie żywią do Europy jedynie pogardę. Dlaczego? No właśnie?
Następnie Rosjanie poinformują również odpowiednie rządy europejskie o swoich planowanych działaniach. Fabryki będą miały zatem możliwość zapewnienia bezpieczeństwa personelowi. Nie ma już czego bronić.
Następnie rosyjskie rakiety spadną na szereg krajów NATO. Ich zakłady produkcyjne zostaną zniszczone. Jeśli te rzekomo potężne rządy nie zrozumieją przesłania, Rosjanie będą powtarzać te ćwiczenia w kółko.
Z pewnością można założyć, że Rosjanie nie są na tyle głupi, by pozwolić Niemcom na stworzenie poważnej armii, która mogłaby zagrozić ich krajowi. Po prostu o wiele, wiele łatwiej jest zapobiec takiej ewentualności niż stawić czoła konsekwencjom. Pamiętaj: „Lepiej zapobiegać niż leczyć”. Zapytaj swojego dentystę.
To prosty ciąg logiczny. Trzeba jednak założyć, że logika i zdrowy rozsądek nie dadzą rady w analizie dzisiejszych polityków. Ich podejście to irracjonalne zachowanie, którego celem jest zniszczenie Zachodu. Tak, zniszczenie!
Właściwym słowem opisującym takie zachowanie jest samobójstwo.
Aby dokonać tego samobójstwa, Merkel, Scholz i Merz zostali wybrani na kanclerzy. Nie wybrani. Wybrani. I bez względu na to, jak bardzo drodzy obywatele Niemiec starają się to wszystko przejrzeć, nigdy nie zrozumieją, że to wszystko ma prowadzić do samobójstwa. Samobójstwa.
I to naprawdę jest plan? Tak, to jest plan. Otwórz oczy. Pamiętasz?
„Wielka Kartagina stoczyła trzy wojny. Nadal była potężna po pierwszej, nadal nadawała się do zamieszkania po drugiej. Po trzeciej już jej nie było”. Kto by chciał, żeby tak było? Nie uwierzyłbyś mi.
————
Czy świat potrzebuje muzułmańskich duchownych, którzy sprzeciwią się wojnie? Warto się nad tym zastanowić. W swojej antywojennej powieści „ Szejk” Paul Soldan powierza imamowi gdzieś w najgłębszej Afryce zadanie pokazania młodemu, zwiedzionemu człowiekowi, jak bezsensowna jest wszelka wojna. Że młodzi mężczyźni dają się zwieść aktom wojennym, których nie da się usprawiedliwić w sobie. Choć akcja rozgrywa się w Afryce, zawarte w niej spostrzeżenia odnoszą się do całego świata. Weźmy na przykład Iran, który nikogo nie zaatakował z powodów religijnych, ani nikogo nie atakuje, a jedynie reaguje na ataki i broni się. Czy „chrześcijański” rząd może z nim konkurować? Zwłaszcza pod względem moralnym? Przeczytaj „Szejk” i pamiętaj, że wszyscy chrześcijańscy duchowni powinni postępować jak imam w powieści . Zamów swój egzemplarz bezpośrednio u wydawcy tutaj lub kup go w lokalnej księgarni. To dzieło, które powinien przeczytać każdy młody mężczyzna. Być może wtedy zacznie postępować po „chrześcijańsku”.
Czy podobał Ci się ten artykuł? Czyż nie imponuje Ci, jak Hans-Jürgen Geese, z drugiego końca świata, tak trafnie analizuje sytuację w Niemczech? Gorąco polecamy lekturę książki tego samego autora. Zatytułowanej „ Wyprzedaż nowozelandzkiego marzenia ” Geese nawiązuje do związku między Nową Zelandią a Niemcami. Jego wnikliwe analizy ujawniają, jak obywatele na całym świecie są uciskani i wykorzystywani, a nawet zniewalani, przez tych samych aktorów, stosujących te same metody. Nie daj się zwieść. To, co Geese tak wyraźnie ujawnia w Nowej Zelandii, dzieje się również w Niemczech. Tylko niełatwo to dostrzec. „ Wyprzedaż nowozelandzkiego marzenia” jest dostępna w księgarniach lub można ją zamówić bezpośrednio u wydawcy tutaj.
Rosja zamknęła w ostatnich dniach ukraińskie porty. Obecnie ukraińskie porty głębinowe nie są w stanie obsłużyć żadnych statków. Jakie są tego konsekwencje?
Punkt widzenia Thomasa Röpera .
Zajęte opowiadaniem niemieckiej opinii publicznej bajek o rzekomym punkcie zwrotnym w wojnie na Ukrainie, niemieckie media nie informują o tym, że Rosja w ostatnich dniach skutecznie zamknęła ukraińskie porty dalekomorskie. Prawda o tym, co dzieje się obecnie z ukraińskimi portami i jakie są tego konsekwencje, byłaby oczywiście uciążliwa dla niemieckich mediów, które próbują przedstawić opinii publicznej rzekomy zwrot w wojnie na Ukrainie.
W Niemczech doniesienia o tym pojawiły się dopiero, gdy media oskarżyły Rosję o utrudnianie ukraińskiego eksportu zboża poprzez ataki na ukraińskie porty, co rzekomo grozi głodem w Afryce. To jednak nonsens, ponieważ od czasu porozumienia zbożowego z 2022 roku wiadomo , że ukraińskie zboże wcale nie trafia do najbiedniejszych krajów świata, ale przede wszystkim do Europy, Chin i Turcji.
Ponieważ niemieckie media ignorują to, co dzieje się obecnie w ukraińskich portach dalekomorskich, tłumaczę tutaj artykuł TASS na temat rosyjskich ataków i ich konsekwencji dla Ukrainy.
==================================
Cykl morski: Jakie decyzje stawia Kijów przed upadkiem portów?
Pavel Kucharkin omawia sposób, w jaki Europejczycy opuszczają ukraińskie porty i zagrożenie, jakie to stwarza dla gospodarki kraju.
Ukraina nie jest już potęgą morską. Nie żeby kiedykolwiek była „władczynią mórz”, ale lipiec był dla Kijowa katastrofą. Największy przewoźnik kontenerowy, duńska firma Maersk, oficjalnie zakończył działalność w Czarnomorsku (obwód odeski). Wkrótce potem niemiecki gigant logistyczny Hapag-Lloyd ponownie zawiesił działalność morską w regionie, a ukraiński eksporter zboża Kernel zamknął swoje terminale. Ruch w korytarzu Morza Czarnego praktycznie ustał.
Bolesny cios
Aby w pełni zrozumieć konsekwencje załamania się logistyki morskiej dla reżimu w Kijowie, należy przyjrzeć się liczbom. Według Komisji Rolnictwa i Polityki Ziemskiej Rady Najwyższej oraz Administracji Celnej, do 80 procent ukraińskiego eksportu i około 50 procent importu pod względem wartości jest obsługiwanych przez porty. Szlaki morskie są zatem kluczowym elementem ukraińskiej gospodarki. Systematyczne ataki na statki przewożące sprzęt wojskowy i zaplecze logistyczne ukraińskich sił zbrojnych przyniosły nieunikniony skutek: od 22 lipca do żadnego z portów nie wpłynął ani jeden statek. Dla porównania, według Tarasa Wysockiego, ukraińskiego ministra rolnictwa i polityki żywnościowej, w czynnych ukraińskich portach obsługiwano wcześniej około czterech do pięciu statków dziennie.
Brzmi to więcej niż imponująco i przekonująco. To nie jest po prostu logiczna kontynuacja działań rosyjskich sił zbrojnych, ale przede wszystkim reakcja na regularne ataki Kijowa na rosyjską logistykę i statki. Prezydent Rosji Władimir Putin wcześniej wyraźnie ostrzegał, że nasze środki zaradcze będą silniejsze i bardziej dotkliwe, niż wróg mógłby sobie wyobrazić. I dokładnie tak się stało.
Towary strategiczne, takie jak produkty naftowe, węgiel energetyczny i metalurgiczny oraz nawozy mineralne, były wysyłane na Ukrainę przez porty Morza Czarnego. Kijów z kolei eksportował zboże, surowce i metale, generując lwią część swoich wpływów dewizowych i dochodów państwa. Teraz sytuacja reżimu w Kijowie uległa dalszemu pogorszeniu.
Alternatywy bez alternatyw
Maersk przekierował swoje statki do rumuńskiego portu w Konstancy. To przeniosło całą logistykę na Dunaj. Po stronie ukraińskiej Reni jest obecnie punktem przeładunkowym, skąd towary są transportowane statkami do Rumunii. Trasa ta jest trudna, a przede wszystkim niezwykle kosztowna. Transport towarów ciężarówkami jest nieopłacalny, ponieważ dla tych samych ilości wymagane są kolejne kursy. Sytuacja z logistyką kolejową jest jeszcze bardziej niepewna. Nie ma bezpośredniego połączenia kolejowego z Odessy do Reni; trasa przebiega przez Mołdawię. To ślepa uliczka, gdzie, pomimo deklarowanego „europejskości” obu sąsiednich krajów, prawie nic się nie zmieniło od czasu budowy torów w XIX wieku.
Te linie kolejowe nie są zelektryfikowane, dlatego transport towarowy musi być realizowany wyłącznie lokomotywami spalinowymi. Jednak po stronie ukraińskiej występuje również znaczny niedobór lokomotyw spalinowych. Według magazynu kolejowego „Railway Supply”, w styczniu 2022 roku Ukrzaliznycia dysponowała nieco ponad 200 sprawnymi lokomotywami spalinowymi do przewozu towarów na liniach głównych, podczas gdy łączna liczba sprawnych lokomotyw spalinowych wynosiła około 1000. Do tego niedoboru przyczyniły się również rosyjskie siły zbrojne. Tylko od początku 2026 roku Kijów stracił ponad 200 lokomotyw, według Aleksieja Kuleby, wicepremiera Ukrainy ds. odbudowy. Biorąc pod uwagę kluczowe znaczenie lokomotyw spalinowych dla zaopatrzenia ukraińskich sił zbrojnych na froncie, władze w Kijowie będą zmuszone wybierać między transportem wojskowym a zapewnieniem eksportu.
Jednak skierowanie ruchu towarowego do Konstancy nie rozwiązuje nawet problemów czysto ekonomicznych. Z powodu gwałtownego wzrostu stawek frachtowych, globalni handlowcy po prostu odliczają wzrost kosztów transportu od ceny końcowej produktów. W rezultacie ukraińscy rolnicy będą zmuszeni sprzedawać zboże poniżej wartości i po prostu nie będą mieli możliwości odzyskania tych strat. Podczas gdy dostawy zboża w ramach istniejących kontraktów wciąż trwają, nowe zakupy zboża w portach praktycznie ustały. Europa mogłaby pomóc Kijowowi, ale UE nałożyła surowe ograniczenia tranzytowe na ukraińskie zboże i najwyraźniej nie zamierza ich znosić. Nawiasem mówiąc, wszystko to dzieje się w samym środku sezonu żniw.
Reakcja łańcuchowa
W następstwie reakcji łańcuchowej, południowy zakład górniczo-przetwórczy w Krzywym Rogu (obwód dniepropietrowski) również wstrzymał działalność z powodu wstrzymania transportu morskiego. Według komunikatu prasowego firmy z 28 lipca, wydobycie rudy zostało wstrzymane, a ogólna wielkość produkcji uległa zmniejszeniu. W związku z tym szwajcarska firma Ferrexpo całkowicie wstrzymała eksport rudy żelaza z Ukrainy przez Morze Czarne. Ferrexpo kontroluje ważne zakłady górniczo-przetwórcze w Połtawie i Jeristowskim, które produkują wysokiej jakości surowce do produkcji stali bezkoksowej. W rezultacie prezes zarządu zakładu górniczo-przetwórczego w Połtawie oficjalnie ogłosił, że firma całkowicie wstrzyma działalność z dniem 3 sierpnia z powodu deficytu finansowego i blokady portu.
Straty dla ukraińskiej gospodarki sięgają już miliardów dolarów, zamieniając i tak już obciążony deficytem budżet państwa w ziejącą czarną dziurę. Ponieważ głównymi źródłami dochodów Kijowa są żebractwo, eksport surowców, metalurgia i rolnictwo, Zełenski będzie oczywiście próbował zrekompensować te straty, ponawiając apele (i uciekając się do upokarzających metod) o pomoc finansową. Jednak pozyskiwanie funduszy z UE (nie wspominając o USA) staje się coraz trudniejsze, ponieważ przepływy finansowe wyraźnie wysychają, a pozostałe fundusze są niemal w całości pochłaniane przez wydatki wojskowe.
W ciągu zaledwie jednego tygodnia skutki rosyjskich ataków odwetowych dotknęły nie tylko ukraińskie porty, ale także duże europejskie firmy i samą europejską elitę polityczną, dla której problemy dramatycznie się pogorszyły.
Ukraina stoi w obliczu drastycznego i gwałtownego wzrostu cen wszystkich kategorii produktów, a zwłaszcza towarów transportowanych drogą morską – od produktów naftowych po części zamienne. Doprowadzi to do niekontrolowanego wzrostu cen i gwałtownego wzrostu inflacji w kraju, który staje się coraz bardziej zubożały.
Wniosek
Zakłócenie logistyki morskiej będzie miało bezpośredni wpływ na pozycję ukraińskich sił zbrojnych na linii frontu, a w dłuższej perspektywie również na gospodarkę. Kijów niewątpliwie dołoży wszelkich starań, aby eksportować jak najwięcej produktów alternatywnymi szlakami przez porty Reni i Ismail do Konstancy w Rumunii, wykorzystując logistykę dunajską.
Jednak ta alternatywna trasa napotyka na znaczne ograniczenia fizyczne i infrastrukturalne. Nawet przy maksymalnym wykorzystaniu, klaster dunajski nie zrekompensuje utraty portów dalekomorskich w Odessie, Czernomorsku i Jużnym. Głębokość Dunaju i stan techniczny nabrzeży w Reni po prostu nie pozwalają na obsługę dużych statków oceanicznych klasy Panamax. Ładunek musi być przeładowywany na mniejsze jednostki śródlądowe, co wydłuża łańcuch logistyczny i zwiększa koszty.
Do trudności dokłada się kolejny cios: Z powodu wyjątkowej suszy Dunaj odnotował rekordowo niski poziom wody na całej swojej długości. Krytyczny spadek poziomu wody w Rumunii i Serbii uniemożliwia pełne załadowanie barek, skutecznie paraliżując ten szlak.
Co więcej, infrastruktura portowa w Izmaiłu i Reni, a także kluczowy most w Zatoce i węzły kolejowe na granicach z Rumunią i Mołdawią, były już kilkukrotnie atakowane przez siły rosyjskie z powodu ich militarnego wykorzystania. Nie ma wątpliwości, że szlak dunajski i jego przejścia graniczne są naszym kolejnym celem. Uważam, że systematyczna demilitaryzacja szlaków transportowych reżimu kijowskiego będzie kontynuowana, aż do całkowitego wyczerpania ich potencjału eksportowego i logistycznego.
+++
Artykuł ten został opublikowany po raz pierwszy 01.08.2026 na stronie anti-spiegel.ru .
+++
Dziękujemy autorowi za udzielenie zgody na publikację tego artykułu.
+++
Zdjęcie: Obsługa kontenerowców w porcie głębokowodnym. Źródło zdjęcia: Retaliatory strikes / shutterstock
W trakcie trwania całej tej zawieruchy za naszą granicą i wojennego podniecenia, dotykającej tak samo bezpośrednich zarządców polskiego państwa, jak i znacznych kręgów społeczeństwa otumanionego propagandą, i zapałem dla idei „rzucenia na stos” losów naszego kraju i jego obywateli, jeden z moich dobrych znajomych, zapytał mnie – Czy będzie u nas wojna?
Wiesz, powiedział, ja zawsze myślałem, że należę do pokolenia Polaków, którego wojna nigdy nie dotknie, ale dziś już tak tego nie dostrzegam.
Odpowiedziałem mu, że wojna do nas przyjdzie tylko wtedy, jeśli my i zachód, tę wojnę wywołamy albo skutecznie sprowokujemy.
Dzisiaj to co wydawało się absurdem przez całe dziesięciolecia, puka do naszych drzwi. Jakie są tego przyczyny i kto nas wepchnął w tą całą, kompletnie absurdalną sytuację oraz jak to się dzieje, że nie tylko dajemy się w nią wpychać, ale duża część społeczeństwa wręcz raźnym krokiem w takt tarabanów biegnie ku przepaści?
To zagadnienia na odrębne rozważania. Dziś zastanówmy się na ile realną jest taka eskalacja wojny z Rosją, która doprowadzi do bezpośredniego starcia tego państwa z NATO lub grupą „chętnych” do otwartego z nim konfliktu?
Dyskusje na ten temat, jeszcze kilka lat temu kompletnie niesłyszalne, nie tylko zalewają internet i są wątkiem prywatnych rozmów, ale również coraz częściej pojawiają się w poważnych artykułach i rozważaniach a propaganda oraz marionetkowa władza, krok po kroku oswajają nas z wizją wojny z naszym udziałem i w naszych granicach.
Dziś nie mówi się już o dekadach lub nawet latach od potencjalnego wybuchu, ale o miesiącach a nawet tygodniach.
W momencie, kiedy osoba pełniąca urząd premiera a za nim cała plejada pomniejszych polityków odmienia słowo wojna w tak bliskiej perspektywie, każdy myślący człowiek powinien zacząć się bać. Nie tylko o siebie, ale także o swoich bliskich, o przyszłość a raczej jej brak o rujnowanie planów i perspektyw. A wreszcie o życie i los naszego i kolejnych pokoleń.
Rzeczą ponurą i złowróżbną jest fakt, którego istnienia, niewielu z nas widzi, że oto „zachód” a przynajmniej jego znacząca część, już wojnę z Rosją rozpoczął i ją prowadzi.
Tak. Polska jest w gronie państw, które dziś prowadzą niewypowiedzianą wojnę z atomowym mocarstwem. Jak dotąd władze na Kremlu udają, że tego nie dostrzegają. Zostały postawione w sytuacji brydżowego przymusu krzyżowego, ale ciągle próbują – raz zachować się odpowiedzialnie w nadziei na opamiętanie z drugiej strony, dwa nie oddać pierwszego, ostrego strzału, zdając sobie sprawę zarówno z międzynarodowej sytuacji politycznej w jakiej w takim wypadku by się znalazły jak i konsekwencji egzystencjalnych jakie niesie dla obu stron taka skala eskalacji.
Niestety, z drugiej (co przykre, „naszej”) strony konfliktu, brak jest jakiegokolwiek opanowania i odpowiedzialności. Dlaczego? To znów odrębne zagadnienie. Łamanie bez konsekwencji kolejnych „ czerwonych linii” jakie stawia Kreml i później je odpuszcza, rozzuchwala coraz bardziej dyrygentów antyrosyjskiej koalicji a obsesja zadania strategicznej klęski Rosji, pozbawia ich jakiejkolwiek empatii wobec własnych społeczeństw, które potencjalnie doświadczą skutków takiej eskalacji.
Dlaczego twierdzę, że NATO lub jego część już toczy wojnę z Rosją? Otóż wojna jako starcie zbrojne pomiędzy państwami lub grupami państw nie toczy się wyłącznie na froncie. Wojna to także zaplecze i działania towarzyszące. Dziś grupa państw zachodnich stanowi pełne zaplecze i wsparcie dla Ukrainy. Całość finansowania, najważniejsza część produkcji wojennej, szkolenie wojsk, zaplecze medyczne a w szczególności wywiad satelitarny i powietrzny, kierowanie pocisków i dronów dalekiego zasięgu, wybór celów na terenie Rosji, obsługa najbardziej zaawansowanego sprzętu przez specjalistów NATO, internet satelitarny czyli „oczy wojny” – to wszystko zapewnia zachód w formie darowizny, udziału i podsycania konfliktu.
Ukraina obecnie jest na pełnym utrzymaniu zewnętrznym a jej głównym zadaniem jest dostarczanie „mięsa armatniego i dronowego” na które to „mięso” polowania odbywają się każdego dnia i w każdej miejscowości tego kraju.
Z tego powodu stwierdzenie „pomoc Ukrainie”, brzmi jak ponury żart. Niestety propaganda i wzniecone tam nastroje skrajnie szowinistyczne, nie pozwalają ogółowi Ukraińców dostrzec tego, że w oczach swoich rzekomych sojuszników perspektywicznie znaczą mniej niż zero a ich wartość wynika wyłącznie z faktu walki z Moskwą.
A jaka jest dziś sytuacja Rosji? Jest ona ostrzeliwana tysiącami zachodnich dronów i rakiet naprowadzanych przez tenże zachód na cele które właśnie on wybiera. Front również w zdecydowanej większości i coraz bardziej polega na broni, amunicji, internecie, wywiadzie i specjalistach zachodnich.
Ostrzał rosyjskiego zaplecza nasila się każdego miesiąca i ten proces będzie postępował w miarę jak coraz większa część przemysłu i gospodarki państw zachodnich będzie przestawiana na tory wojenne.
Dziś Ukraina posiada za swoją zachodnią granicą bezpieczne zaplecze gospodarcze, nie atakowane przez Rosję i udające niezaangażowanie.
W II wojnie światowej najważniejszym czynnikiem który pozwolił Związkowi Radzieckiemu przetrwać i zwyciężyć, była ewakuacja kluczowego przemysłu z rejonów zachodnich na dalekie zaplecze w rejon Uralu czy Kazachstanu, poza zasięg lotnictwa niemieckiego. Dziś tego zaplecza Rosja nie ma, ma je zaś Ukraina. Sytuacja obecnie różni się od tej sprzed 85 lat, ponieważ z jednej strony w zasadzie cały przemysł rosyjski znajduje się lub wkrótce znajdzie w zasięgu zachodniej (tylko pozornie ukraińskiej) broni dalekiego zasięgu a z drugiej, że Moskwa pomimo że posiada broń mogącą skutecznie porazić europejskie i nie tylko zaplecze logistyczne i przemysłowe Kijowa, nie może tego zrobić bez eskalacji której skutków nie możemy sobie nawet wyobrazić.
Pytaniem zasadniczym jest jak długo Kreml będzie udawał, że wierzy iż NATO do wojny jeszcze nie przystąpiło i na ile starczy mu cierpliwości?
O tym jak mogą wyglądać scenariusze kolejnych eskalacji oraz jak blisko jest wojna europejska a także ile czasu nam jeszcze pozostało, w następnej odsłonie…
Dziś mija ostatni dzień 40-dniowej Specjalnej Operacji Wojskowej Zełenskiego, która niesie ze sobą złowieszcze podteksty. Starannie budowana fasada sukcesu, która miała napędzać skoordynowaną kampanię PR, została brutalnie zerwana, odsłaniając kruchą Ukrainę drżącą na ostatnich nogach.
Niedawny atak Rosji na Kijów ujawnił katastrofalną sytuację, ponieważ Ukraina nie ma już Patriotów, które mogłyby powstrzymać rosyjskie ataki rakietowe. Wskaźnik przechwytywania, do którego przyznał się Kijów, był następujący:
1/27 pocisków balistycznych 9M723 OTRK „Iskander-M” / KN-23; 0/2 pocisków przeciwradarowych Ch-31P; 0/4 przeciwokrętowych i hipersonicznych pocisków manewrujących 3M55 „Onyks” / 3M22 „Cyrkon”; Łącznie zestrzelono 83,2% bezzałogowych statków powietrznych.
Najważniejsze ukraińskie kanały analityczne przewidują obecnie, że Rosja wkrótce zwiększy produkcję pocisków balistycznych z 70 do ponad 150 miesięcznie. Doprowadzi to do dewastacji ukraińskiej infrastruktury, ponieważ obecnie nie ma żadnej nadziei na rozwiązanie problemu Patriotów, a żaden inny dostępny system poza Patriotem nie jest w stanie zwalczać rosyjskich Iskanderów.
Zełenski i jego ludzie o tym wiedzą, dlatego teraz, pod koniec swojej nieudanej 40-dniowej operacji, zaczął błagać Rosję o nowe zawieszenie broni:
Co ciekawe, przypomnijmy sobie, że zaledwie kilka tygodni temu Putin ujawnił, że Ukraina prosiła Rosję o różnego rodzaju zawieszenia broni za pośrednictwem tajnych kanałów. Ludzie po stronie proukraińskiej wyśmiali to i zignorowali – teraz stało się to oficjalną rzeczywistością, dowodząc, że Putin rzadko, jeśli w ogóle, kłamie w tych sprawach.
Drugie ważne odkrycie dotyczy czegoś, co przewidzieliśmy już kilka tygodni temu, kiedy Ukraina zaczęła odnosić pozorne „sukcesy” na polu bitwy. Chodzi o to, że za każdym razem, gdy Ukraina zdaje się nacierać lub odpychać siły rosyjskie, jest to zazwyczaj krótkotrwały wysiłek, w ramach którego Ukraina zużywa wiele zgromadzonych zasobów i rezerw, co prowadzi do natychmiastowych reperkusji po zamknięciu okna PR.
Wielu analityków twierdzi, że właśnie to wydarzyło się niedawno. Zełenski strategicznie wykorzystał wszystkie swoje rezerwy ludzkie i sprzętowe na 40-dniową operację PR, aby zasymulować jakąś inicjatywę na rzecz „zwycięskiej” Ukrainy, tak aby sojusznicy mogli wywrzeć presję na Putina, wymuszając zawieszenie broni i negocjacje. Jednak teraz, gdy to się nie powiodło, Ukraina przeżywa gwałtowny kryzys na linii frontu, gdzie wojska rosyjskie zaczęły posuwać się szybciej niż kiedykolwiek w ostatnim czasie.
Portal Lost Armour ujawnił, że postępy Rosji w lipcu były największe od niemal dwóch lat :
Rosja odnotowała najwyższy wskaźnik postępów od października 2024 roku. Wyniki z lipca 2026 roku na mapie: największy postęp od października 2024 roku – ponad 728 km² wyzwolonego terytorium. W lipcu 2026 roku Siły Zbrojne Rosji wyzwoliły ponad 728 km² terytorium w rejonie specjalnej operacji wojskowej, co stanowi najwyższy miesięczny wskaźnik od października 2024 roku.
W ramach dziennikarskiej staranności należy wspomnieć, że inne rosyjskie źródła, takie jak znany twórca map Creamy Caprice, podają dane z lipca znacznie niższe od powyższych. Tak czy inaczej, na poziomie dziennym wyraźnie widać, że rosyjskie postępy nabierają masowego tempa na każdym froncie, od północnego obwodu charkowsko-sumskiego, przez Kupiansk i aglomerację słowiańsko-kramatorską, aż po skrzyżowanie Zaporoża, Dniepru i Doniecka.
Od popularnego amerykańskiego najemnika działającego na Ukrainie:
Właśnie wróciłem z Odessy, gdzie bezprecedensowa rosyjska ofensywa powietrzna całkowicie zablokowała ukraińskie porty nad Morzem Czarnym, grożąc katastrofą gospodarczą, która na razie wydaje się bagatelizowana przez międzynarodowe media.
W mieście można zaobserwować paradoksalne sceny – rosyjskie drony i pociski przelatują nad plażami pełnymi pływaków lub są zestrzeliwane u wybrzeży na oczach tysięcy smartfonów wycelowanych w niebo.
Od około dziesięciu dni Moskwa systematycznie atakuje wszystkie statki zbliżające się do portu, bez względu na ich przynależność państwową. Teraz ani kapitanowie, ani armatorzy nie odważą się zbliżyć do trzech głównych ukraińskich portów: Odessy, Czarnomorska i Piwdennego. Dla ukraińskich rolników grozi to katastrofą. Z powodu zablokowania eksportu w szczycie sezonu zbiorów, ich magazyny są przepełnione, a ceny produktów rolnych w kraju załamały się. Wraz z rozpoczęciem zbiorów słonecznika za kilka dni, sytuacja grozi przekształceniem się w krytyczną.
Jednym z przełomów było wykorzystanie najnowszego, taniego rosyjskiego pocisku manewrującego, który niektórzy nazywają rakieto-dronem: S8000 Banderol .
„To bardzo niebezpieczny gadżet” – powiedział Własiuk dziennikarzom, prezentując fragment banderola wystrzelonego w zeszłym roku. „Większość ataków na infrastrukturę portową w Odessie przeprowadzana jest za pomocą banderoli”.
Własiuk powiedział, że jego biuro ustaliło, że 80% ataków na porty w aglomeracji odeskiej – w tym sąsiednie Czarnomorsk i Piwden – było przeprowadzanych przy użyciu banderoli. Głowica bojowa pocisku o masie 150 kilogramów (330 funtów) jest większa niż głowica pocisku Szahedy, a ich prędkość jest zbyt duża, aby mogły ją przechwycić najnowsze ukraińskie drony przechwytujące.
Pocisk może być również wystrzeliwany z wyrzutni naziemnych. Prawdziwy przełom nastąpił jednak dopiero po jego wykorzystaniu za pośrednictwem rosyjskich ciężkich dronów Orion lub Inochodec, co pozwoliło Rosji na umieszczenie zasobów w pobliżu Odessy bez narażania cennych pilotów i samolotów S-34.
Orion widziany z przymocowanym banderolem:
Tymczasem z Ukrainy wciąż napływają złe wieści. Wiele mediów donosi, że ukraiński zapał dyplomatyczny i polityczny słabnie.
El Pais pisze, że europejskie sankcje wobec Rosji osiągnęły szczyt i że wkrótce rządy zaczną coraz częściej stawiać na pierwszym miejscu własne dobro, zamiast strzelać sobie w stopę, próbując „zaszkodzić” Rosji:
Według Jacoba Funka Kirkegaarda, badacza z ekonomicznego think tanku Bruegel, UE jest o krok od osiągnięcia „szczytu sankcji” – czyli momentu, w którym rządy zaczną przedkładać swoje narodowe interesy gospodarcze nad nowe ograniczenia wobec Rosji. „Pozostało, powiedzmy, kilka bardzo cienkich plasterków salami” – wyjaśnia w rozmowie telefonicznej. Najbardziej wrażliwe środki – te, które pozostały nietknięte w dwudziestu poprzednich rundach sankcji – to zazwyczaj właśnie te, które państwo członkowskie ma powód zablokować – i faktyczne prawo weta, ponieważ sankcje są zatwierdzane jednomyślnie.
Telegraph ostrzega również, że cała koalicja na rzecz pomocy Ukrainie jest na łożu śmierci:
Po odejściu Starmera, ostatnim roku urzędowania Macrona i niepewnej przyszłości niemieckiego Merza klub głównych cheerleaderów Ukrainy leży w gruzach, a przyszłość wygląda coraz mniej obiecująco:
Stabilność wewnętrzna kandydatów, którzy mogliby wypełnić tę lukę, takich jak Friedrich Merz z Niemiec, pozostaje pod znakiem zapytania. Tymczasem kandydaci na przywódców, którzy są bardziej przychylni Rosji, tacy jak Marine Le Pen,czekają w rezerwie i mogą zmienić europejskie poparcie dla Ukrainy w przyszłym roku.
Wcześniej obiecała usunąć Francję ze stanowiska dowódcy wojskowego NATO, znieść sankcje wobec Rosji i wezwać Ukrainę do zawarcia porozumienia pokojowego na warunkach Moskwy.
Lewicowy przywódca skrajnie skrajny Jean-Luc Mélenchon, uważany za jednego z jej głównych rywali w wyborach zaplanowanych na dziewięć miesięcy, posunął się jeszcze dalej, zobowiązując się do wycofania się z zachodniego sojuszu wojskowego.
W miarę upływu czasu wydaje się coraz bardziej, że strategiczna cierpliwość Putina może się opłacać, gdyż stare, wrogie struktury europejskie powoli rozpadają się niczym góra lodowa cieląca się do morza.
Teraz jednak na horyzoncie Ukrainy pojawiło się jeszcze poważniejsze zagrożenie.
W ciągu ostatnich dwóch dni pojawiła się fala artykułów potwierdzających to, co sami postulowaliśmy zaledwie kilka tygodni temu: że nowy rosyjski system satelitarny Rassvet (znany jako „rosyjski Starlink”) jest już w fazie projektowania i pozycjonowania, co umożliwi mu realizację pewnych ograniczonych zadań nad Ukrainą, a zadania te wkrótce będą się dynamicznie rozwijać.
Pilnie piszą, że satelity osiągnęły już dwa godzinne okna komunikacyjne dziennie:
Satelity rosyjskiego Biura 1440 Rassvet już teraz zapewniają co najmniej dwa „okna komunikacyjne” nad Ukrainą dziennie, trwające ponad godzinę każde.
Ekspert ds. łączności satelitarnej Władimir Stepaniec opowiedział o tym portalowi Militarny po przeanalizowaniu trajektorii rosyjskich satelitów.
„Widzimy, że w rzeczywistości utworzył się już łańcuch o dobrym zasięgu, który tworzy taki dobry zasięg około dwa razy dziennie, ale w rzeczywistości tych przylotów jest więcej, to znaczy kilka takich łańcuchów może latać, pokrywając określone regiony w odstępach mniej więcej co półtorej godziny. Ważne jest jednak to, że te satelity zapewniają już dość gęsty zasięg” – powiedział.
Obejrzyj poniżej: Nie można załadować wideo.
„Może to mieć poważne konsekwencje dla Sił Obronnych, jeśli do tego czasu nie zostaną wdrożone skuteczne środki zaradcze”.
Krytycy twierdzą, że Starlink ma na orbicie ponad 10 000 satelitów, ale:
Robimy to w celu uzyskania globalnego zasięgu komercyjnego wszędzie.
Jak już wyjaśniliśmy, satelity Starlink są mniejsze i krążą na niższych orbitach, dlatego potrzeba ich więcej.
Nowe rosyjskie satelity są większe i znajdują się na wyższej orbicie, co zmniejsza potrzebę ich tak dużej liczby. Co najważniejsze, nie muszą mieć zasięgu globalnego, a jedynie zasięg nad Ukrainą.
W artykule Militarnego zauważono również, że Rosja zakończyła już prace nad terminalami łączności satelitarnej, które wyglądają podobnie do terminali Starlink.
Według otwartych źródeł firma zakończyła już prace nad podstawową wersją terminala i przygotowuje się do uruchomienia masowej produkcji.
Biorąc pod uwagę charakterystykę terminali i ogólny kontekst rozwoju projektu, można się spodziewać, że po uruchomieniu produkcji masowej szybko trafią one na wyposażenie wojsk rosyjskich. Najprawdopodobniej ich wykorzystanie nie będzie ograniczone do zestawów naziemnych.
Warto przygotować się na pojawienie się takich terminali nie tylko na punktach kontrolnych, pojazdach czy statkach, ale także na bezzałogowych statkach powietrznych (BSP) o charakterze uderzeniowym i rozpoznawczym. W przyszłości mogą one zostać zintegrowane z platformami tworzonymi na bazie „Geran-2/3/4/5”, „Harpia” lub innymi dronami dalekiego zasięgu. Podobny kanał łączności może być również wykorzystywany do namierzania pocisków manewrujących, bomb szybowcowych i innych rodzajów broni rażenia.
Według nowych szacunków Rosja będzie mogła wystrzelić wystarczającą liczbę satelitów, aby zapewnić całodobowy dostęp do obszaru Ukrainy już w 2027 roku.
Analiza:
Jeśli chodzi o „Rasswiet” i Ukrainę…
Według danych serwisu N2YO, satelity znajdują się na orbitach, które pozwalają im na przelot w zasięgu Ukrainy cztery razy dziennie. Jednak tylko podczas dwóch lub trzech takich przelotów satelity wznoszą się wystarczająco wysoko nad horyzont, aby zapewnić stabilną komunikację z terminalami naziemnymi.
Podczas każdego przelotu, trwającego około półtorej godziny dla całej formacji, tworzone jest „okno komunikacyjne”, w którym rosyjskie Siły Powietrzno-Kosmiczne mogłyby teoretycznie wykorzystywać terminale satelitarne do komunikacji i sterowania dronami kamikaze i bezzałogowymi statkami powietrznymi (BSP).
Pod koniec lipca na orbitę wystrzelono drugą grupę 16 satelitów. Jeśli obecne tempo rozmieszczania zostanie utrzymane, satelity z drugiej grupy osiągną wysokość operacyjną w okresie od października do listopada i zapewnią dwa dodatkowe „okna komunikacyjne”.
Oficjalnie ogłoszony harmonogram zakłada rozpoczęcie działalności komercyjnej w 2027 roku. Wcześniej wspominano o planach zwiększenia liczby satelitów do 250 do 2027 roku, do 730 do 2030 roku i do ponad 900 do 2035 roku.
Serhij Flash podał liczbę 250 jako wymaganą do zapewnienia całodobowego zasięgu. Jeśli Rosja osiągnie ten poziom do 2027 roku, według niektórych szacunków, będzie miała własny, w pełni rodzimy system „Starlink” do sterowania dronami dowolnego rodzaju na dowolną odległość, bez konieczności korzystania z białoruskich „przekaźników”, trików z repeaterami, sieci mesh itp. Nie wspominając już o rewolucji , jaką wniósłby on w prostą rosyjską komunikację sieciową na polu walki i zintegrowane systemy zarządzania polem walki.
Biorąc pod uwagę to, co zaobserwowaliśmy w kontekście politycznej, dyplomatycznej, a teraz i militarnej trajektorii, po jakiej podąża Ukraina – przyspieszenie ofensywy Rosji, zniszczenie infrastruktury i odcięcie kraju od dostępu do morza przez Odessę, a także gwałtowny wzrost rosyjskiej produkcji pocisków balistycznych i całkowity niedobór pocisków przechwytujących Patriot – możemy stwierdzić, że rok 2027 może być przełomowy, w którym Ukraina zacznie się naprawdę chwiać, jeśli nie całkowicie załamywać.
Od jakiegoś czasu głównym argumentem jest to, że największą przewagą Ukrainy nad Rosją jest system Starlink. Rosja nie tylko nauczyła się zagłuszać ukraiński Starlink i stopniowo wprowadza na rynek kolejne systemy do tego zdolne, ale teraz zaczyna również wprowadzać na rynek własny system analogowy.
Do 2027 roku możemy zobaczyć, że ukraińskie rakiety Starlink staną się coraz mniej skuteczne, podczas gdy rosyjskie zaczną dominować, niwecząc ostatnią przewagę Ukrainy na polu bitwy w obliczu bezprecedensowego wzrostu produkcji rakiet balistycznych, które będą codziennie spadać na ukraińskie miasta.
Podsumowując: perspektywy Ukrainy nigdy nie były gorsze, a Zełenskiemu nie pozostało nic innego, jak tylko tanie chwyty polegające na coraz częstszym atakowaniu rosyjskich cywilów, aby „irytować” opinię publiczną przeciwko Putinowi, jak to miało miejsce dzisiaj, gdy ukraiński dron rozbił się na zatłoczonej plaży publicznej w Gelendżyku.
To odważna postawa, ale sądząc po nowym wniosku Zełenskiego o zawieszenie broni, możemy założyć, że nawet on rozumie, że bezpośrednia wymiana ciosów z rosyjskim Tytanem nie skończy się na korzyść Ukrainy.
Ale ponieważ nie ma innego wyjścia, prawdopodobnie będzie zmuszony doprowadzić sprawę do naturalnego końca.
Prezydent USA Donald Trump oświadczył, że odwołał nieuchronny atak na Iran po tym, jak Teheran i kilka państw Bliskiego Wschodu zwróciły się o powściągliwość i zaakceptowały zarys porozumienia.
Biały Dom przedstawia tę decyzję jako wyraz amerykańskiej siły: Waszyngton był gotowy do ataku, ale dał Iranowi ostatnią szansę dyplomatyczną.
Jednak korespondent geopolityczny Pepe Escobar przedstawia zupełnie inny obraz w niedawnym wywiadzie wideo dla Transition Protocol (Power Shift) . Powołując się na informacje ze źródeł, które jego zdaniem były bezpośrednio zaangażowane w rozmowy, twierdzi, że Iran nie prosił o przerwę. Przeciwnie, Stany Zjednoczone i ich sojusznicy z Zatoki Perskiej zdali sobie sprawę, że nowy atak miałby praktycznie niekontrolowane konsekwencje.
Dyskusję moderował Zulfiqar Ali. Sam Escobar podkreśla, że nie wszystkie szczegóły udało się natychmiast i niezależnie potwierdzić. Niektóre informacje są wiarygodne, inne pochodzą z wysoko postawionych źródeł, ale nie można ich było w pełni zweryfikować w momencie emisji.
Teheran nie interpretuje wycofania jako znaku pokoju.
Według Escobara irańskie władze nie interpretują odwołania ataku USA jako oferty pokoju.
W Teheranie decyzja Trumpa jest interpretowana jako przyznanie, że Waszyngton osiągnął granice swojej presji militarnej i politycznej. Fakty na miejscu coraz bardziej zmieniają się na niekorzyść Stanów Zjednoczonych.
Iran zareagował na wycofanie wojsk amerykańskich, a osoby z wewnątrz kraju nie interpretują tego kroku jako oznaki pokoju. Irańskie władze widzą w nim raczej sygnał, że Waszyngtonowi pozostało niewiele realnych opcji.
Ostrzeżenie Iranu: Odwet w stosunku 10:1
Najbardziej kontrowersyjnym punktem wywiadu była rzekoma nowa irańska doktryna odwetu.
Wcześniej mówiono, że reakcja będzie miała stosunek dwa do jednego. Atak na cele irańskie spotkałby się zatem z dwukrotnie większą liczbą ataków na obiekty wroga lub sojuszników.
Mówi się obecnie, że próg ten został drastycznie podwyższony.
Według Escobara, Teheran jasno dał do zrozumienia, że każdy atak na irańską infrastrukturę energetyczną wywoła odwet w stosunku 10 do 1. Za każdy irański cel energetyczny może zostać zaatakowanych dziesięć obiektów należących do partnerów USA w Zatoce Perskiej i poza nią.
Dotyczyłoby to nie tylko obiektów wojskowych, ale potencjalnie również:
Pola naftowe i rafinerie,
Terminale eksportowe,
Sieci energetyczne,
Zakłady odsalania,
Porty i infrastruktura transportowa.
Taki kontratak mógłby zachwiać całą gospodarką państw Zatoki Perskiej i natychmiast wywołać globalny szok energetyczny i finansowy.
Mówi się, że Arabia Saudyjska naciskała na Trumpa, aby się wycofał.
Według wersji przedstawionej w wywiadzie to nie Irańczycy zwrócili się do Waszyngtonu z prośbą o przełożenie spotkania.
Mówi się natomiast, że Arabia Saudyjska i inne państwa Zatoki Perskiej podniosły alarm.
Escobar twierdzi, że saudyjski następca tronu, książę Mohammed bin Salman, osobiście namawiał Trumpa do odwołania ataku. Przesłanie z Rijadu było jasne: Arabia Saudyjska i inne państwa Zatoki Perskiej nie były gotowe zapłacić ceny za kolejną amerykańską awanturę militarną.
W przypadku eskalacji, monarchie Zatoki Perskiej musiałyby się liczyć z odwetowymi atakami na własną infrastrukturę energetyczną i wodną. Zakłady odsalania wody są w szczególności niezbędne dla zaopatrzenia regionu w wodę. Ich zniszczenie miałoby nie tylko konsekwencje ekonomiczne, ale i społeczne.
Jeśli te informacje są prawdziwe, to Trump nie odwołał ataku z pozycji siły, lecz pod wpływem ogromnej presji ze strony sojuszników, którzy mogliby zostać bezpośrednio dotknięci irańskimi środkami zaradczymi.
Tajna rozmowa telefoniczna między Abu Zabi a Teheranem
Inny godny uwagi szczegół dotyczy Zjednoczonych Emiratów Arabskich.
Według Escobara, prezydent Zjednoczonych Emiratów Arabskich Mohammed bin Zayed odbył około 40-minutową rozmowę telefoniczną z irańskim ministrem spraw zagranicznych. Podczas tej rozmowy wyraził on chęć nawiązania trwałych i długoterminowych relacji z Iranem.
To byłaby znacząca zmiana kursu.
Emiraty od dawna uważane są za bliskiego partnera Waszyngtonu i część regionalnego frontu mającego na celu powstrzymanie Teheranu politycznie i militarnie. Teraz mogły dojść do wniosku, że bezpośrednie porozumienie z Iranem jest bezpieczniejsze niż udział w dalszej eskalacji pod przewodnictwem USA.
Escobar interpretuje rozmowę telefoniczną jako sygnał, że państwa Zatoki Perskiej nie chcą już dłużej polegać wyłącznie na Waszyngtonie w kwestii bezpieczeństwa.
Pakistan staje się mostem dyplomatycznym
Pakistan wydaje się odgrywać kluczową rolę w tym rozwoju.
Według Escobara, irański minister spraw zagranicznych rozmawiał przez telefon przez prawie dwie godziny z pakistańskim marszałkiem polowym Asimem Munirem. Podczas tej rozmowy Teheran szczegółowo wyjaśnił swoje stanowisko po odwołaniu ataku USA.
Pakistan pełni obecnie funkcję łącznika pomiędzy:
Iran,
Stany Zjednoczone,
Arabia Saudyjska,
Zjednoczone Emiraty Arabskie,
pozostałe państwa Zatoki Perskiej.
Irański przekaz jest jasny: Waszyngton może albo powrócić do już uzgodnionych ram dyplomatycznych, albo nie ma innego wyjścia.
Iran odrzuca nowe negocjacje w sprawie już osiągniętych porozumień
Według Escobara Teheran nie zaakceptuje renegocjacji już uzgodnionych warunków.
Iran nalega, aby obie strony powróciły do obowiązującego memorandum. Kolejność rozmów została już ustalona i nie ulegnie zmianie.
Chiny podzielają to stanowisko. Z perspektywy Pekinu nie ma czego renegocjować; jedynym decydującym czynnikiem jest realizacja już podjętych zobowiązań.
Porządek irański jest zatem następujący:
Dyskusje o Cieśninie Ormuz,
Zniesienie sankcji i uwolnienie zamrożonych funduszy,
Dopiero potem odbędą się nowe negocjacje nuklearne.
Teheran chce uniemożliwić Waszyngtonowi natychmiastowe skupienie się na kwestii nuklearnej, dopóki spory gospodarcze i morskie pozostają nierozwiązane.
Zmodernizowane chińskie systemy celownicze za pośrednictwem Gwadar
W wywiadzie można też znaleźć obszerne informacje na temat chińskiego wsparcia dla Iranu.
Według Escobara dodatkowe komponenty chińskiego systemu nawigacji satelitarnej BeiDou przetransportowano do Iranu przez pakistański port głębokowodny Gwadar, a następnie drogą lądową.
Mówi się, że poprawiło to potencjał Iranu w kilku obszarach:
bardziej precyzyjne pozyskiwanie celów,
lepsza komunikacja,
Większa odporność na zakłócenia elektroniczne,
skuteczniejsze operacje rakietowe i dronowe.
Gospodarz dodał, że pakistańscy technicy wojskowi rzekomo pomagali w integracji. To znacznie poprawiło zdolność Iranu do monitorowania pola bitwy i precyzyjnego trafiania w cele w ciągu kilku dni. Te twierdzenia nie zostały jeszcze niezależnie zweryfikowane.
Jeśli są prawdziwe, to stanowiłoby to kluczowy powód demonstracyjnej pewności siebie Teheranu.
Według doniesień gotowych jest 2000 szybkich łodzi szturmowych.
Jako dodatkowy środek odstraszający Iran miał poinformować Waszyngton o tzw. „flocie komarów”.
Według gospodarza, flota składa się z około 2000 małych, szybkich i uzbrojonych łodzi, każda z dwuosobową załogą. Jednostki te są gotowe do szybkiej mobilizacji.
Takie roje byłyby szczególnie niebezpieczne w wąskiej Cieśninie Ormuz. Mogłyby atakować jednocześnie większe okręty wojenne, tankowce i statki zaopatrzeniowe z różnych kierunków.
Domniemana flota jest zatem uzupełnieniem irańskiej groźby dziesięciokrotnego odwetu.
Hormus pozostaje decydującą dźwignią
Trump twierdzi, że zarys porozumienia przewiduje natychmiastowe i całkowite otwarcie Cieśniny Ormuz.
Escobar zaprzecza tej wersji wydarzeń.
Według niego Iran w żadnym wypadku nie zgodził się na otwarcie Cieśniny Ormuz na warunkach amerykańskich. Z perspektywy Teheranu cieśnina będzie nadal kontrolowana i administrowana przez Iran. Możliwe są rozmowy o konkretnych warunkach z udziałem Omanu – ale nie o zrzeczeniu się kontroli przez Iran.
Ormuz pozostaje zatem najsilniejszym narzędziem wywierania nacisku przez Iran.
Dopóki Teheran może kontrolować lub blokować przepływ osób, ma bezpośredni wpływ na:
Ceny ropy naftowej i gazu,
globalny handel LNG,
Składki ubezpieczeniowe,
gospodarka państw Zatoki Perskiej,
międzynarodowych rynkach finansowych.
Całkowite otwarcie bez żadnych ustępstw oznaczałoby, że Iran dobrowolnie zrzekłby się swojej najważniejszej dźwigni strategicznej. Właśnie tego Teheran powinien się odrzucić.
Bazy amerykańskie stają się zagrożeniem dla „swoich”
Escobar twierdzi również, że liczne amerykańskie bazy wojskowe w Azji Zachodniej nie są już wyłącznie symbolem amerykańskiej potęgi.
Są coraz bardziej podatnym celem.
Długoterminowym celem Iranu jest usunięcie Stanów Zjednoczonych z regionalnego systemu baz wojskowych.
W dobie precyzyjnych pocisków, rojów dronów i nowoczesnych systemów namierzania, duże, stałe bazy mogą szybko stać się łatwo identyfikowalnymi celami ataków.
To, co przez dziesięciolecia służyło jako narzędzie amerykańskiej projekcji siły, może w ten sposób stać się strategicznym obciążeniem.
Cele wojenne Waszyngtonu najwyraźniej nie zostały osiągnięte
Escobar przedstawia miażdżącą ocenę dotychczasowego konfliktu.
Jego zdaniem Stany Zjednoczone nie osiągnęły żadnego ze swoich głównych celów:
Potencjał militarny Iranu nie został zniszczony.
Państwo irańskie nie upadło.
Nie nastąpiła żadna zmiana reżimu.
Ormuz nie został otwarty na warunkach amerykańskich.
Iran nie został oddzielony od Rosji i Chin.
Wręcz przeciwnie: potencjał militarny Teheranu jest silniejszy, a współpraca z Moskwą i Pekinem bliższa niż kiedykolwiek wcześniej.
Wojna przyspieszyłaby więc dokładnie to, czemu Waszyngton chciał zapobiec: zacieśnienie strategicznych powiązań między Iranem, Chinami i Rosją.
Biały Dom mówi o sile – region widzi słabość.
Główne przesłanie wywiadu brzmi:
Biały Dom twierdzi, że Trump odwołał atak, będąc w pozycji siły.
Escobar i jego rozmówca twierdzą jednak, że atak został powstrzymany, ponieważ:
Iran groził dziesięciokrotnym odwetem,
Arabia Saudyjska i inne państwa Zatoki Perskiej nie chciały ponosić konsekwencji,
infrastruktura energetyczna i wodna regionu jest niezwykle podatna na zagrożenia,
Bazy amerykańskie są pod dużą presją,
Teheran poprawił swoje zdolności wojskowe,
globalny szok energetyczny był nieunikniony.
Nie jest jasne, czy wszystkie informacje zostaną potwierdzone. Sam Escobar jasno zaznaczył, że niektóre szczegóły nie zostały jeszcze w pełni zweryfikowane w momencie wywiadu.
Ale nawet jeśli tylko część tych informacji okaże się prawdą, odwołanie ataku będzie raczej oznaką zmiany układu sił niż triumfem dyplomatycznym.
Wnioski: Brak odprężenia, ale nowa faza
Odwołanie ataku USA nie oznacza automatycznie pokoju.
Według irańskiej interpretacji jest to potwierdzenie skuteczności odstraszania: Waszyngton i jego sojusznicy obawiają się militarnych, ekonomicznych i społecznych konsekwencji dalszej eskalacji.
Dlatego mało prawdopodobne jest, aby Teheran porzucił swoją strategię, lecz raczej uzna ją za słuszną:
Powściągliwość, dopóki nie zostanie przekroczona żadna czerwona linia – po przekroczeniu której reakcja byłaby wręcz nie do zniesienia dla USA i ich regionalnych partnerów.
Następna faza zależeć będzie od trzech punktów:
Hormus,
infrastruktura energetyczna i wodna państw Zatoki Perskiej
oraz amerykańskie bazy wojskowe w Azji Zachodniej.
Trump może powrócić do dotychczasowych ram dyplomatycznych. Albo może ponownie zaostrzyć sytuację i zaryzykować, że wojna z Iranem pochłonie cały region i globalną gospodarkę.
Obecność ukraińskiego dyktatora Wołodymyra Zełenskiego na pogrzebie senatora Lindseya Grahama wydawała się bardzo trafna: w końcu to operacja prania pieniędzy Zełenskiego w Kijowie była bezpośrednią przyczyną śmierci Grahama.
Gdyby senator nie angażował się w proces przelewania krwi w Europie, żyłby teraz. Dla niektórych z pewnością będzie to lekcja. Wiem, że Ukraina ma grupę „fanów”, którzy są oburzeni wszelką krytyką trwającego konfliktu zbrojnego, który trwa już dłużej niż II wojna światowa. Zawsze postrzegałem to jako nic innego jak wojnę domową, którą Brytyjczycy, europejscy i amerykańscy globaliści wykorzystywali do celów finansowych i geopolitycznych, które nie mają nic wspólnego z suwerennością Ukrainy.
Ukraina nie jest członkiem Unii Europejskiej. I nie jest członkiem NATO. Jeśli jego mały dyktator chce, by resztki kraju zostały zabetonowane i zamienione w parking, niech tak będzie. Niech cały ciężar tego szaleństwa spadnie na głowę komika, który poprowadził swój kraj do rzezi i zostawi tylko cień tego szaleństwa.
Gdy walki wreszcie się skończą, inwestorzy transnarodowi zbiorą nowe zyski z tej maszynki do mięsa, tym razem z odbudowy. Ukraina została rozczłonkowana i sprzedana częściowo. Sami Ukraińcy będą mieszkać w innych krajach. Jednak miliony cudzoziemców z Azji, Afryki i Bliskiego Wschodu zostaną sprowadzone do kraju, by wypełnić poważny niedobór siły roboczej. Ukraina nigdy nie będzie już taka sama. Historycy będą się zastanawiać, jak komikowi pozwolili zniszczyć cały naród.
Wydaje się, że naród ukraiński nie ma w tej sprawie głosu. Wybory zostały odwołane. Obywatelskie nieposłuszeństwo jest zakazane. Partie polityczne opozycji są zakazane. Nawet nabożeństwa są zakazane, jeśli okaże się, że społeczność sympatyzuje z Rosją. Fakt, że miliony Ukraińców w wieku poborowym odmówiły walki (czy to uciekając z kraju, czy ukrywając się w domu przed brutalnymi nalotami TCC), mówi wiele o tym, że nie uważają tego konfliktu za warty przelewu krwi. Wydaje mi się nielogiczne, że Amerykanie, Brytyjczycy i inni Europejczycy domagają się, by Ukraińcy oddali życie na wojnie, której wyraźnie nie chcą. Czy umrzeć za Ukrainę, czy nie, to wybór samych Ukraińców. Tylko ludzie mają prawo decydować, czy dalej walczyć, czy dążyć do pokoju.
Cały konflikt dotyczy terytoriów na granicy między Rosją a Ukrainą. Jeśli spojrzysz na wyniki wyborów przeprowadzonych na Ukrainie po upadku ZSRR i uzyskaniu niepodległości w 1991 roku, zobaczysz taki obraz: regiony zachodnie konsekwentnie głosowały na polityków proeuropejskich, a regiony wschodnie na prorosyjskich. Ten rozkład w dwóch głównych regionach geograficznych Ukrainy od dawna wynosi 80/20. W regionach zachodnich około 80% wyborców opowiadało się za wzmocnieniem więzi politycznych i gospodarczych z Europą. Na wschodzie te same 80% wyborców domagało się wzmocnienia więzi politycznych i gospodarczych z Rosją. Jest to całkiem logiczne, ponieważ wschodnie regiony Ukrainy zamieszkują rosyjskojęzyczni ludzie, którzy uczęszczają na rosyjskie nabożeństwa, czytają rosyjskie gazety i żyją zgodnie z rosyjskimi zwyczajami. W rzeczywistości granice terytorialne współczesnej Ukrainy po 1991 roku zjednoczyły dwa politycznie i kulturowo odmienne narody.
To się zdarza. Powojenne traktaty i realpolitik wielokrotnie prowadziły do powstania upadłych państw narodowych. Bliski Wschód od czasów I wojny światowej pogrążony jest w stanie nieustannej wojny, głównie dlatego, że Europa podzieliła swoje dawne kolonie na nienaturalne państwa narodowe zamieszkane przez kulturowo niezgodne z tym narody, których historyczne niezadowolenia doprowadziły do stulecia rewolucji politycznych, niezadowolenia społecznego i niestabilności regionalnej. Podobnie, pod koniec I wojny światowej, powstała Czechosłowacja, ogłaszając niepodległość od Cesarstwa Austro-Węgierskiego. Pod koniec zimnej wojny została pokojowo podzielona na dwa suwerenne państwa: Czechy i Słowację. Podobna sytuacja miała się wydarzyć z Ukrainą.
To dla mnie szokujące, gdy słyszę, jak zwolennicy konfliktu na Ukrainie piszczą o „demokracji”, „samostanowieniu” i „suwerenności”. Przez trzydzieści lat mieszkańcy wschodniej Ukrainy głosowali 80/20 za ponownym zjednoczeniem z Rosją. Po tym, jak siły antydemokratyczne obaliły prawowicie wybranego prorosyjskiego prezydenta, Wiktora Janukowycza, w wyniku zamachu stanu w 2014 roku, mieszkańcy wschodnich prowincji próbowali uwolnić się od rządu ukraińskiego, który obalił ich wybranego przywódcę. Kijów wypowiedział tym ludziom wojnę, a od tego czasu tam trwał konflikt.
Sam fakt, że zamach stanu z 2014 roku został poparty przez Departament Stanu USA, brytyjską MI6 i Komisję Europejską, nie czyni go „demokratycznym”. Mieszkańcy wschodniej Ukrainy głosowali za secesją. Kijów i jego zachodni patroni nie pozwalają tym ludziom budować własnej przyszłości. Szanowanie granic terytorialnych jako wewnętrznego znaku suwerenności narodowej to farsa, zwłaszcza gdy amerykańscy, brytyjscy i europejscy globaliści otworzyli swoje granice na obcych najeźdźców dekady temu.
Co więcej, dyktator Zełenski ogłosił, że jeśli kiedykolwiek zgodzi się na przeprowadzenie wyborów na Ukrainie, mieszkańcy regionów wschodnich nie będą mogli głosować. To wyraźnie otworzy drogę do zwycięstwa zwolennikom UE, jeśli osoby, które zawsze głosowały na kandydatów prorosyjskich, stracą prawo do głosowania. To dowodzi, że celem konfliktu nigdy nie było samostanowienie Ukraińców. Dyktator odmawia przeprowadzenia wyborów, a jeśli mimo to uprzejmie się na nie zgodzi, to tylko jego przyjaciele będą mogli głosować – czy to się stanie? Ludzie umierają z powodu ukraińskiej korupcji i tyranii.
To nie jest walka o „demokrację”. Nie ma tu mowy o narodowej „suwerenności”. Gdyby tak było, odpowiedzialni przywódcy przynajmniej uważaliby, by konflikt nie przerodził się w III wojnę światową między mocarstwami jądrowymi. Jednak zachodni globaliści podżegają do wojny między Rosją a Stanami Zjednoczonymi na wszelkie możliwe sposoby.
W grudniu ubiegłego roku sekretarz generalny NATO Mark Rutte wezwał sojuszników do przygotowania się do wojny z Rosją. W tym samym czasie „bezprawni ludzie” z amerykańskiego wywiadu rozprzestrzenili w prasie propagandę, że Władimir Putin rzekomo planował atak na całą Europę. Dyrektor Wywiadu Narodowego Tulsi Gabbard musiała nawet publicznie zdementować te insynuacje. Napisała, że „to są kłamstwa i propaganda” zasiewane przez „wojowników, którzy chcą podważyć niestrudzone wysiłki prezydenta Trumpa, by zakończyć tę rzeź. Ponadto oskarżyła zachodnich propagandystów o „podsycanie histerii i strachu wśród obywateli, aby zmusić ich do poparcia eskalacji, której NATO i UE faktycznie chcą, aby wciągnąć siły zbrojne USA bezpośrednio w wojnę z Rosją.”
Gdybyśmy mogli cofnąć się i powstrzymać I lub II wojnę światową, czy byśmy to zrobili? Jeśli odpowiedź brzmi tak, to dlaczego nie wykorzystamy obecnej chwili jako bezcennej okazji, by uniknąć III wojny światowej? Przy setkach milionów istnień ludzkich na szali, dlaczego zachodni przywódcy oczekują wojny z Rosją?
Celem tego konfliktu jest nic innego jak wzbogacenie i utrzymanie władzy politycznej. Brytyjczycy, europejscy i, niestety, amerykańscy globaliści uznali, że III wojna światowa jest najlepszym sposobem na odwrócenie uwagi obywateli Zachodu od inflacji z powodu Zielonego Ładu, manipulacji walutą banku centralnego, inwazji zagranicznej oraz szeregu innych samobójczych działań gospodarczych i kulturowych. Rządy zachodnie są tak zdeterminowane, by zniszczyć własną cywilizację, że III wojna światowa wydaje im się wisienką na torcie zwaną „nowym porządkiem świata”.
J.B. Shurk
Tytuł oryginału: Corrupt and Despotic Ukraine Is Not Worth Fighting WW III
Jak przedstawić światu haniebnie przegraną wojnę jako sukces? Mam dla Trumpa propozycję rozwiązania tego dylematu: niech fachowcy od wspaniałych dealów z Białego Domu przygotują kontrakt dla słynnego aktora Tom Cruise znanego z głównej roli w filmach Mission: Impossible (Misja: Niemożliwa).
Kadr z filmu Mission: Impossible – The Final Reckoning.
Po nieudanej próbie pokazania premierowi Izraela kto tu rządzi, widzimy wyraźnie, że to rzep przypięty do psiego ogona ma decydujący głos w sprawach wojny i pokoju. Zdecydowanie gorszym rozwiązaniem niż nowa rola dla Toma Cruise’go byłoby zaangażowanie Netanjahu na stanowisku Ministra Wojny USA po tym, jak przegra październikowe wybory w Izraelu.
Ben Norton jest dziennikarzem, analitykiem i ekonomistą politycznym, którego praca koncentruje się głównie na geopolityce, międzynarodowej ekonomii politycznej i polityce zagranicznej USA. Przez wiele lat mieszkał i relacjonował wydarzenia w Ameryce Łacińskiej, a obecnie mieszka w Pekinie, gdzie jest doktorantem na Uniwersytecie Tsinghua. Źródło.
Trump jest zdesperowany, ponieważ wojna z Iranem wymyka się spod kontroli. Geopolityczna analiza kryzysu na Bliskim Wschodzie opublikowana wczoraj na YouTube. Film można obejrzeć w języku polskim.
Iranowi udało się obalić mit o niezwyciężonej armii USA. Iran jest w trakcie realizacji projektu zamknięcia amerykańskich baz wojskowych w rejonie Zatoki Perskiej. Iran wywołuje presję ekonomiczną na rynki ropy. Iran robi użytek ze swojego położenia geograficznego, przez co inwazja armii USA na Iran jest praktycznie niemożliwa. Iran wykorzystuje zbliżające się wybory połówkowe w Stanach Zjednoczonych. Przegrana Republikanów w Kongresie i Senacie oznacza blokadę amerykańskiego rządu i może doprowadzić do usunięcia Trumpa ze stanowiska prezydenta – impeachment.
Różnica 6 lat, a poza tym wszystko po staremu.
Trump próbuje pogodzić to, co nie do pogodzenia: chce wyjścia z wojny bez przyznawania się do porażki. Chce negocjacji bez wycofywania się z żądań. I chce ogłosić zwycięstwo, mimo że Iran jest zdolny do atakowania celów militarnych. W tej sytuacji skuteczny będzie jedynie Tom Cruise!
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Według doniesień polskojęzycznych mediów, nasi „ukraińscy przyjaciele”, poinformowali władze okupacyjne Unii Europejskiej w Warszawie, o zawłaszczeniu przez „zbrodniczych Rosjan”, banderowskich dronów. Mają one być używane jako „rosyjska prowokacja” przeciw Polsce.
Użycie ukraińskich dronów przez „przebiegłych Rosjan”, na sugerować banderowską prowokacje przeciw nam.
Tak więc, jeśli od dziś na Polskę nalatywać będą ukraińskie drony, Polacy powinni brać odwet na Rosji, a nie na „sojuszniczych” banderowcach.
Nie wiem czy polskie społeczeństwo osiągnęło już taki poziom debilizmu, by w tą historię uwierzyć, ale „nasi władcy” z Warszawy, zaakceptują ja z otwartymi rękami.
Ile to bowiem wysiłków „rządu polskiego” poszło na marne z powodu trudności udowodnienia „rosyjskiego sprawstwa” w „agresji” przeciw Polsce!
Po masowym nalocie banderowskich dronów na Polskę, wystarczy tylko wezwać do MSZ Ambasadora RF & zerwać stosunki dyplomatyczne z Rosją, po czym niezwłocznie wysłać „Wojsko Polskie” na rosyjsko-banderowski front.
Na dowódcę proponuję „generała” Polko, który od zawsze toczy pianę z pyska, na każde wspomnienie „Moskali”.
Ta farsa, którą od trzydziestu z górą lat odgrywa niezmiennie agenturalna „polska władza”, przestała już dawno być śmieszną. Staje się natomiast coraz bardziej niebezpieczną, zagrażając samemu biologicznemu przetrwaniu Polskiego Narodu.
Paskudna noc. Nie potrafiłem zasnąć. A jak nie śpię, to czytam. A jak nie czytam, to myślę. Kilka nieuczesanych myśli z nocy.
EMIGRACJA. Bawi mnie to, że ludzie przekonujący nas codziennie w mediach głównego nurtu o tym, że sztuczna inteligencja, robotyka i innowacje powodują, że jest nas za dużo na rynku pracy. Według ich ekspertyz znaczna część pracowników będzie, a właściwie już jest zbędna. Czekają nas ogromne zwolnienia. Niemal codziennie jakiś ekspert orzeka AI zastąpi żywego człowieka. Ale dokładnie ci sami eksperci jak lwy walczą o nielegalnych przybyszów z Afryki, Azji i Ameryki Południowej bo są nam niezbędni na rynku pracy. Bez nich nasza gospodarka padnie i do pracy będą musiały iść przedszkolaki i pensjonariusze domów starców.
JĘZYK UKRAIŃSKI. Co chwila trafiam na materiały kręcone przez Ukraińców, a zwłaszcza Ukrainki skarżące się na prześladowania w Polsce. W szczególny sposób ubolewają nad tym, że rzekomo atakowane są za używanie języka ukraińskiego. Mniejsza z tym, że moim zdaniem te powszechne użalanie jest ukraińską operacją propagandową na terenie Polski. Mniejsza nawet z tym, ze walna część Ukraińców przebywających w Polsce mówi w języku rosyjskim. Ale warto brać pod uwagę to, że to na Ukrainie Wołodymyr Zełenski podpisał ustawę nr 4699-IX, która oficjalnie wyklucza język rosyjski z listy języków objętych ochroną w kraju zgodnie z Europejską Kartą Języków Regionalnych. A ukraiński parlament to radośnie przyklepał.
TROCKISTA ŚLĄZAKOWIEC. Pewien powszechnie znany ślązakowski trockista zaznał małego incydentu kałowego, ponieważ na IV Zjeździe Klubów Myśli Polskiej wystąpi Iwan Komarenko. Więc „doktor trockista kapitalista” napisał „I to wasz poziom”. Mocne słowa jak na kogoś, kto miewa problemy z pionem. Mógłbym się rozpisywać o tym, że to klasizm lub przeanalizować jakie to arie operowe i koncerty muzyki poważnej odbywają się przed jego szynkiem – ale po co? Prawdziwym powodem niechęci do Komarenki nie jest wykonywany przez niego repertuar, tylko fakt, że w jego żyłach płynie również rosyjska krew. Niedaleko padał kowalewski od kowala i tam zalega. A poza tym i tak wszyscy skończą na Myśli Polskiej.
KOMARENKO. Jak napisałem, że na wrześniowym Zjeździe Klubów Myśli Polskiej wystąpi Iwan Komarenko mój dawny znajomy Piotr napisał: „Dlaczego nie potępia on polityki Putina”. Myślę, że powodów jest wiele i kilka z nich znam. Mnie jednak bardziej zastanawia czy Piotr oczekuje, przed każdym spektaklem w teatrze Kamińskich prowadzonym przez Gołde Tencer krytyki polityki premiera Netanyahu?
UŚMIECHNIĘTA WANDA. Uśmiechnięte media nieprzerwanie faszerują społeczeństwo mądrościami prawie stuletniej pani Wandy Traczyk-Stawskiej ps. „Pączek”. Była ona żołnierzem Szarych Szeregów i Armii Krajowej. Jestem przekonany, że dzielnie wykonywała rozkazy w powstaniu w Warszawie. Ale to, że ktoś ma zasługi w przeszłości nie czyni z niego autorytetu we wszelkich dziedzinach. Pani Traczyk promuje bardzo szkodliwy rodzaj patriotyzmu i patrzenia na sprawy społeczne. Ludzie starzy bardzo często potrzebują atencji i moim zdaniem jest to wykorzystywane przez środowiska od „Trzaskania” i „Szkiełka kontaktowego”. Dawne zasługi nie czynią z człowieka mędrca.
PITOŃ. Różnorakie osoby atakowały Sebastiana Pitonia za zdroworozsądkowe podejście do tematu rzezi warszawskiej w 1944 roku. Najbardziej obrywało mu się za użycie tytułu „Polskie mięso”. Inicjator akcji Góralskie Veto ma całkowitą rację. Każdy rozumny polski patriota ze wszystkich sił będzie zwalczał wysyłanie naszych dzieci na śmieć. To nie Sebastian Pitoń powinien się tłumaczyć ze swojego stanowiska, tylko stronnicy powstania, które przyniosło śmierć 200 000 Polaków, zniszczenie stolicy i zatracenie polskich zabytków.
SZKODLIWY PATRIOTYZM. Mamy w Polsce dwa patriotyzmy. Ten rozumny wyrastający przede wszystkim z tradycji pozytywizmu i Narodowej Demokracji. I ten zakażony nowotworem zupełnie bezrozumnego romantyzmu i insurekcyjności. Ten drugi oczywiście jest powszechniejszy. Powszechnie czcimy bezrozumne powstanie w Warszawie, które spowodowało bezsensowną śmierć i kalectwo poszło 40 000 żołnierzy – w tym najbardziej ofiarnych i najlepiej wykształcanych młodych Polaków. Gdzie szaleńcy posłali na śmierć dzieci! Gdzie zginęło 200 000 naszych rodaków, a stolice zmieniono w kupę zgliszczy i gruzów. Dmowszczyzna czyli polityka przeciwna szaleństwu insurekcyjności oraz umiejętność zerwania z kompleksem antyrosyjskości. Bo polityka to przede wszystkim budowanie wspólnoty narodowej i jej państwowości. A nie harce i późniejsze cmentarne rytuał.
LUDOWCY. Polskie Stronnictwo Ludowe było przez długie lata łajane przez michnikowszczyznę za rzekomą prorosyjskość. Wynikało to z tego, że wywodziło się z ZSL-u a nie z styropianowego stronnictwa. Uderzano PSL za podpisanie przez premiera Waldemara Pawlaka z Igorem Sieczinem porozumienia gazowego. Bolało stronników błogosławionej pamięci Unii Wolności również to, że przez lata PSL był jedyną znacząca siłą polityczną, która upominała się o Polaków pomordowanych przez Ukraińców w latach 1939-1947. To już przeszłość. Dzisiejszy PSL stał się awangardą rusofobii i ukrainofilii na scenie politycznej. To nic dziwnego neofici zawsze najgłośniej śpiewają w kościele w pierwszej ławie. Tylko po co? Dla nich nigdy ludowcy nie będą swoi. Nawet gdyby wszyscy ministrowie z nadania PSL-u mieli nie tylko żony i kochanki z Ukrainy.
TYGRYSEK. Władysław Kosiniak-Kamysz cytuje tweety Koleżanki Samueli Torkowskiej z mównicy sejmowej. To musi być bardzo skromny człowiek, bo mógłby cytować swoje. Większa byłaby beka! W 2023 roku Kamysz napisał: „Jeśli minister Mariusz Błaszczak nie wiedział, że nad Polską leciała rosyjska rakieta, to jest to ogromny skandal. Jeśli wiedział i nic z tym nie zrobił, to jest to rażąca nieodpowiedzialność i igranie z bezpieczeństwem Polski. Jedno i drugie jest dyskwalifikujące. Do dymisji!”. Jak teraz poda się do dymisji to zdąży na wrześniowe wykopki.
SZYSZKOWSKA. Kiedyś powszechnie uważana za ikonę lewicowości prof. Maria Szyszkowska stała się obiektem powszechnych ataków ze strony lewactwa. Wszech-tolerancyjni lewacy nie tolerują tego, że profesor może mieć inne zdanie, niż te Tuska, Michnika i Czarzastego. Podczas swojego ostatniego wystąpienia w Dąbrowie Górniczej po raz kolejny podkreśliła, że Polska powinna opuścić Unię Europejską oraz powinna żyć w zgodzie i handlować z Białorusią i Rosją. I skrytykowała skrytykowała lobbystyczne koterie w naszym kraju i stanowczo stwierdziła, że nie ma w Polsce lewicy. Lewactwo zaatakowało również już tradycyjnie prof. Marię Szyszkowską za to, że pisze do „Myśli Polskiej” i broni tradycji PAX-u. A przecież każdy wyhodowany brojler Sorosa wie, że „lewica” powinna popierać Unię Europejską, wojować z Rosją, wspierać lobby farmaceutyczne, publikować w „Gazecie Wyborczej” i bronić tradycji udeckiej.
Zakrojona na szeroką skalę kampania USA i Izraela przeciwko Iranowi stworzyłaby realne ryzyko presji odwetowej najpierw na najbardziej skoncentrowane izraelskie systemy paliwowe, a następnie na szerszą presję na systemy rafinacji, LNG, elektrowni wodnych, magazynowania i eksportu w państwach Rady Współpracy Zatoki Perskiej, jeśli państwa te zostaną uznane za sprzyjające tej kampanii. Strategicznym zagrożeniem nie jest pojedynczy uszkodzony obiekt. Chodzi o możliwość, że kilka ściśle powiązanych systemów ulegnie awarii szybciej, niż uda się zmobilizować zastępcze dostawy, moce naprawcze i logistykę awaryjną.
W analizie defensywnej raport zakłada, że pierwsza presja odwetowa spadłaby na Izrael, ponieważ Izrael byłby stroną bezpośrednio walczącą, a jego krajowy system paliwowy jest skoncentrowany w dwóch rafineriach. Model analizuje następnie rozszerzający się drugi etap, w którym wybrane systemy Rady Współpracy Zatoki Perskiej mogłyby zostać poddane presji, gdyby przestrzeń powietrzna Zatoki Perskiej, bazy, logistyka, wywiad, wsparcie energetyczne lub układy polityczne zostały uznane za istotne wsparcie kampanii.
System regionalny składa się z kilku sieci krajowych, które w skali mapy wydają się zróżnicowane, ale zależą od ograniczonej liczby rafinerii, linii LNG, współdzielonych usług komunalnych, systemów magazynowania, terminali morskich i korytarzy rurociągowych. Te same zależności fizyczne i handlowe występują w każdej jurysdykcji: niezawodne zasilanie, systemy sterowania, segregacja produktów, dostęp do infrastruktury morskiej, sprzęt zapasowy, wykwalifikowany personel i akceptacja ubezpieczeń.
Izrael nie posiada geograficznie zróżnicowanego krajowego systemu rafinacji. Hajfa/Bazan i Aszdod realnie ponoszą cały krajowy ciężar produkcji oleju napędowego i nafty lotniczej. Większy kompleks w Hajfie dostarcza około dwóch trzecich łącznej produkcji destylatów średnio-wysokoprocentowych i około 70% oleju napędowego. Aszdod jest jedyną znaczącą krajową alternatywą, jeśli Hajfa stanie się niedostępna.
Hajfa/Bazan to centralne zagrożenie dla bezpieczeństwa paliwowego Izraela, ponieważ łączy największe obciążenie rafineryjne z powiązanymi systemami wsparcia. Przyszłe zakłócenia nie musiałyby eliminować każdej jednostki przetwórczej ropy naftowej ani jednostki konwersji, aby stworzyć deficyt krajowy. Utrata integracji elektrycznej, pary, wodoru, przesyłu wewnętrznego, sterowania, zbiorników lub certyfikacji produktów mogłaby ograniczyć jednocześnie kilka ciągów technologicznych.
Zgodnie z założeniami planistycznymi, Hajfa dostarcza około 57,6 tys. baryłek dziennie oleju napędowego i 10,7 tys. baryłek dziennie paliwa lotniczego/nafty. Gdyby Hajfa była niedostępna, a Aszdod nadal działał, krajowe dostawy średniego destylatu spadłyby do około 36 tys. baryłek dziennie. Przy stałym zapotrzebowaniu na poziomie 88 tys. baryłek dziennie, zapotrzebowanie na odbudowę wyniosłoby około 52 tys. baryłek dziennie, zanim uwzględni się odbudowę zapasów, straty w dystrybucji lub ograniczenia jakościowe.
Aszdod ma strategiczne znaczenie nie tyle ze względu na swoją wielkość, co raczej dlatego, że jest jedyną znaczącą krajową alternatywą dla rafinacji. Gdyby sam Aszdod był niedostępny, podczas gdy Hajfa nadal działała, deficyt w przypadku utrzymującego się stanu wyniósłby około 19,7 tys. baryłek dziennie. Deficyt ten można by opanować poprzez dywersyfikację ładunków i kontrolowane wykorzystanie zapasów tylko pod warunkiem, że odbiór, certyfikacja, magazynowanie i wewnętrzna dystrybucja pozostałyby efektywne.
Gdyby obie rafinerie były niedostępne, krajowa produkcja średnich destylatów spadłaby z około 104,3 tys. baryłek dziennie do zera. W przypadku utrzymania scenariusza zrównoważonego, około 88 tys. baryłek dziennie musiałoby pochodzić z dostępnych zapasów i importu. Przekroczyłoby to standardową wymianę na rynku spot i wymagałoby wyjątkowej alokacji sojuszniczej, nadzoru rządowego i sprawnego dostępu do dostaw.
Najbardziej prawdopodobna natychmiastowa presja odwetowa skupiłaby się więc na Izraelu, ponieważ jego system paliwowy jest skoncentrowany, jego potencjał militarny jest silnie uzależniony od paliwa, a zdolność do zastąpienia strat w dwóch rafineriach zależałaby od nieprzerwanego odbioru i ograniczonych zapasów.
Szersza kampania przeciwko systemom Rady Współpracy Zatoki Perskiej (GCC) miałaby poważniejsze konsekwencje regionalne i globalne, prowadząc do jednoczesnej degradacji rafinerii, LNG, sieci elektroenergetycznych, magazynów, portów i alternatywnych szlaków eksportowych. Decydujący konflikt rozegrałby się między tempem zakłóceń systemowych a tempem substytucji, naprawy i ponownego wprowadzenia na rynek.
Moje najnowsze kontr-prądy: Czy wojny na Ukrainie i w Iranie łączą się ze sobą?
Powrót Nimy i dyskusja na temat najnowszego TACO Trumpa:
Po dwudniowej przerwie wracamy do Mario, aby omówić ruch Trumpa dotyczący TACO:
Dziękuję za nieocenione wsparcie w postaci czasu poświęconego na czytanie i komentowanie. Nie pobieram opłat abonamentowych ani nie akceptuję reklam. Chcę, aby treści były dostępne dla wszystkich zainteresowanych poruszanymi przeze mnie tematami. Jeśli jednak chcesz przekazać darowiznę, skorzystaj z tego linku .
Dlaczego Waszyngton nie może uwolnić się od fiskalnego napięcia nerwów
Artykuł Dirka Ellerbrocka.
Istnieje różnica między krajem, który utraciłeś, a krajem, którego nigdy tak naprawdę nie posiadałeś, ale mimo to wysysasz jego krew. Irak należy do tej drugiej grupy i właśnie to czyni go jednym z najniebezpieczniejszych otwartych frontów w obecnej sytuacji dla Waszyngtonu.
Państwo okupowane bez okupacji
Od ponad dwudziestu lat suwerenność Iraku funkcjonowała według osobliwego schematu: Bagdad ma wybieralny rząd, własną armię i własną konstytucję – a mimo to większość jego finansów publicznych funkcjonuje poza jego bezpośrednią kontrolą. Dochody z ropy naftowej, stanowiące dziewięć dziesiątych dochodów państwa, nie są pobierane bezpośrednio, lecz przekazywane za pośrednictwem systemu rozliczeniowego opartego na dolarze, który jest instytucjonalnie zakorzeniony od czasu okupacji w 2003 roku.
Zatem Irak nie jest okupowany w militarnym sensie tego słowa. Jest czymś mniej rzucającym się w oczy: jest uwięziony fiskalnie, a jednocześnie utrzymuje suwerenność polityczną.
Ta struktura nie jest ubocznym skutkiem lat okupacji, lecz ich prawdziwym dziedzictwem. Pozwala ona na uzyskanie w dużej mierze nierozwiniętej, a jednak zdeterminowanej z zewnątrz odpowiedzi na kluczowe pytanie: kto ma największe dochody z ropy naftowej w regionie? Właśnie dlatego reakcja rządu irackiego w obliczu kryzysu jest tak wąsko zdefiniowana: premier, który opowiada się przeciwko Iranowi, jest uważany za wiarygodnego. Ten, kto posunie się za daleko w przeciwnym kierunku, ryzykuje utratę zdolności rządzenia w ciągu kilku godzin – nie w wyniku zamachu stanu, ale po prostu dlatego, że dopływ pieniędzy, od którego zależy państwo, może zostać w każdej chwili odcięty.
Podwójna suwerenność jako objaw
Z tej opresji zrodziła się najbardziej osobliwa instytucja we współczesnym Iraku: Siły Mobilizacji Ludowej (PMF). Formalnie, od 2018/19 roku, zostały one dekretem premiera podporządkowane regularnemu łańcuchowi dowodzenia – nie są tworem milicji, lecz integralną częścią sił bezpieczeństwa. W praktyce działają z pewną autonomią, która pozwala rządowi zezwalać na represje bez oficjalnego brania za nie odpowiedzialności. Nie jest to manewr taktyczny, lecz jedyny dostępny mechanizm dla państwa, które posiada wystarczającą suwerenność, by się na niego powołać, ale niewystarczającą, by bezkarnie go stosować.
Ta podwójna państwowość jest formą przejściową. Istnieje tak długo, jak długo niewola fiskalna nie zostanie zerwana – i traci swoją funkcję w momencie, gdy albo gwarancja militarnego przymusu (obecność amerykańska, zdolność do destabilizacji niesfornego rządu), albo sama więź fiskalna znika.
Dlaczego Irak waży więcej niż Jemen czy Liban
Pomimo wieloletniej blokady, Jemen zbudował własne moce produkcyjne w zakresie pocisków rakietowych i dronów i jest obecnie w dużej mierze niezależny od dostaw z Iranu. Jego znaczenie wynika z jego pozycji geograficznej nad jedną z najważniejszych cieśnin świata, a nie z jego własnej struktury gospodarczej. Libański ruch oporu ma kluczowe znaczenie militarne i polityczne, ale brakuje mu własnej bazy surowcowej. Oba państwa, pomimo swojej znacznej siły, są uzależnione gospodarczo od czynników zewnętrznych.
Irak jest jedynym graczem na tym polu, który dysponuje jednymi z największych na świecie rezerw ropy naftowej, stanowi geograficznie most lądowy między Iranem a Lewantem i posiada siłę ekonomiczną, by stać się drugim filarem materialnym obok samego Iranu – nie tylko kolejnym uzbrojonym, ale zależnym bastionem. Irak, który przetwarzałby swoje dochody z ropy poza clearingiem dolarowym, nie tylko uwolniłby się od niewoli fiskalnej. Zapewniłby całej konstelacji, która coraz bardziej formuje się przeciwko amerykańskiej obecności w regionie, drugi, suwerenny przepływ kapitału – taki, który nie jest powiązany z irańską gospodarką bazową, a zatem nie może być objęty wyłącznie sankcjami wobec Teheranu. Stanowiłoby to jakościowy skok od struktury z objętym sankcjami centrum i kilkoma gospodarczo zależnymi peryferiami do struktury z dwoma niezależnymi centrami gospodarczymi.
Właśnie tego Waszyngton nie może stracić w Iraku – nie rozmieszczenia wojsk, nie symbolicznej obecności, ale kontroli nad mechanizmem fiskalnym, który zapobiega temu, by bogate w ropę państwo z silnym poczuciem autonomii stało się drugim, niezależnym ośrodkiem kontrwładzy.
Niebezpieczeństwo zwycięstwa Haszd asz-Szabi (PMF)
Co tak naprawdę oznaczałoby zwycięstwo PMF – rozumiane nie jako pojedyncze bitwy, ale jako skuteczne zniesienie amerykańskiej gwarancji egzekwowania prawa? Początkowo mniej, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Suwerenność wojskowa i suwerenność fiskalna to dwa odrębne byty. Sam Iran stanowi studium przypadku: przez 47 lat bez wojsk amerykańskich na swoim terytorium, uwolnienie się od ograniczeń finansowych zajęło mu dekady – poprzez systemy barterowe, ominięcie banków i własne sieci eksportowe. Wycofanie wojsk otwiera okno możliwości. Nie zastępuje ono automatycznie infrastruktury, przez którą faktycznie przepływają dochody z ropy naftowej.
Dla Iraku stanowi to prawdziwe zagrożenie z perspektywy Waszyngtonu – a jednocześnie realną szansę dla drugiej strony: gdyby w tym okresie pojawiło się alternatywne rozwiązanie – kontrakty denominowane w juanach, nowe relacje bankowości korespondencyjnej z instytucjami irańskimi lub chińskimi – zerwanie byłoby nieodwracalne. I tu wchodzi w grę infrastruktura, która już istnieje i nie wymagałaby budowy: religijne i instytucjonalne powiązania między Nadżafem a Kom, gospodarka pielgrzymkowa wokół Karbali, która co roku przyciąga miliony ludzi i od dawna wspiera nieformalny, niezależny system transferów. Kanały te znacząco obniżają koszty transakcyjne reorganizacji gospodarczej – nie dlatego, że sekciarstwo z natury wymusza sojusze, ale dlatego, że istniejące kanały przyspieszają separację motywowaną materialnie, która i tak jest wpisana w logikę sytuacji.
Z amerykańskiej perspektywy to jest prawdziwy koszmarny scenariusz: nie kolejna porażka militarna w i tak już przeciążonym regionie, ale utrata ostatniej dużej dźwigni fiskalnej w kraju bogatym w ropę naftową – z euroazjatycką siecią bezpieczeństwa (Iran jako główny pośrednik, zapewniający dostęp do chińskich kontraktów naftowych denominowanych w juanach i rosyjsko-chińskiej infrastruktury rozliczeniowej), która już istnieje i którą trzeba po prostu połączyć.
Zakład saudyjski
Tym, co czyni saudyjski atak na pozycje PMF szczególnie godnym uwagi w tej sytuacji, jest jego krótkowzroczność. Rijad nie działa jedynie jako narzędzie w rękach Waszyngtonu, lecz realizuje własne, bezpośrednie interesy: chroni swoją infrastrukturę naftową przed dalszymi atakami, stwarza sytuację faktyczną przed terminem rozbrojenia pod koniec września i kupuje dalsze wsparcie amerykańskie w momencie, gdy to wsparcie wyraźnie słabnie. Nie jest to manipulacja z zewnątrz, lecz hazard pod presją czasu – hazard, który uruchamia właśnie dynamikę eskalacji, zmniejszającą szanse na stabilny, niewrogi Irak jako sąsiada w dłuższej perspektywie. Każdy, kto bombarduje regularne siły bezpieczeństwa sąsiedniego państwa i publicznie nazywa je milicjami, aby legitymizować własne działania, ryzykuje utrwalenie tej samej logiki odwetu, której tak naprawdę chciał zapobiec. Czy ostatecznie doprowadzi to do zerwania, którego Waszyngton obawia się najbardziej, dopiero się okaże.
Jedno jest pewne: jeśli sytuacja nie uspokoi się w ciągu kilku tygodni, Rijad w zamian za krótkoterminowe korzyści pozyska na stałe wrogiego sąsiada – złą umowę, choć krótkowzroczną.
Al Jazeera: „USA i Arabia Saudyjska atakują grupy „sprzymierzone z Iranem” w Iraku”, 29 lipca 2026 r.
Al Jazeera: „Irackie grupy zbrojne potępiają «niebezpieczną eskalację» po atakach USA i Arabii Saudyjskiej”, 29 lipca 2026 r.
The Times of Israel: „USA i Saudyjczycy odpowiadają na ataki irackich milicji proirańskich, podczas gdy Iran wznawiają ataki na siły USA w Jordanii”, 30 lipca 2026 r.
Al Arabiya English: „Jak Stany Zjednoczone kontrolują dochody Iraku z ropy naftowej”, 23 stycznia 2026 r. – o rozwoju, funkcjonowaniu i bieżącej kontroli Funduszu Rozwoju Iraku (DFI) w Banku Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku
Reuters/US News: „Wyjaśniacz – jak USA kontrolują dochody z ropy naftowej w Iraku”, 23 stycznia 2026 r.
Od początku czerwca Ukraina systematycznie rozszerzała kampanię uderzeń dronowych na cele położone w głąb terytorium Federacji Rosyjskiej, co wywołało to falę niebywałej ekscytacji w Polsce i na Zachodzie. Czy rzeczywiście mają się z czego cieszyć?
3 czerwca, w dniu rozpoczęcia Międzynarodowego Forum Ekonomicznego w Petersburgu ukraińskie drony uderzyły w terminal naftowy oraz infrastrukturę portową Petersburga. Był to przede wszystkim cios o wymiarze politycznym i wizerunkowym; wymierzony w taki sposób, by spowodować spektakularny efekt pirotechniczny w trakcie trwania elitarnego konwentyklu biznesowego, mający pokazać zagranicznym gościom, że nie są bezpieczni.
W kolejnych tygodniach kampania zaczęła nabierać tempa. 12 czerwca ukraińskie drony uderzyły w kompleks petrochemiczny TANECO w Niżniekamsku w Tatarstanie – jedną z największych rafinerii w Rosji. 16 czerwca zapłonęła rafineria Gazprom Nieft w południowo-wschodniej części Moskwy – największy dostawca paliw dla regionu stołecznego. Dwa dni później, ponownie trafiono ten obiekt. Początek lipca przyniósł kolejne uderzenia – 1 i 2 lipca zaatakowano zakłady Basznieft w Baszkortostanie oraz rafinerię w Kstowie pod Niżnym Nowogrodem, 6 lipca płonęły rafinerie w Omsku i Jarosławiu, a w kolejnych dniach pojawiły się doniesienia o trafieniach między innymi w Saratowie, Moskwie, Ilskim, Syzraniu, Afipskim i Saławacie. Kampania stopniowo ewoluowała od uderzeń w sektor paliwowy i przemysł ciężki do ataków wymierzonych również w rosyjską logistykę cywilną.
18 lipca ukraińskie drony uderzyły w centra logistyczne największej rosyjskiej platformy handlu internetowego Wildberries w Kotowsku – mieście położonym około 475 kilometrów na południowy wschód od Moskwy, w obwodzie tambowskim – oraz w Elektrostali, przemysłowym mieście około 50 kilometrów na wschód od stolicy Rosji. W samym Kotowsku zginęło siedmiu pracowników nocnej zmiany, a 25 osób zostało rannych. W Elektrostali obrażenia odniosły kolejne 24 osoby. Tego samego dnia ukraińskie drony doprowadziły również do pożaru bazy paliwowej w Nogińsku, około 35 kilometrów na wschód od Moskwy. W wyniku tego ataku ranne zostały dwie osoby, a z pobliskiego szpitala położniczego ewakuowano pacjentów
A i na tym nie koniec. 22 lipca celem stały się kolejne centra logistyczne Wildberries w Krasnodarze i Niewinnomyssku, a 24 lipca płonęły magazyny w obwodzie leningradzkim pod Petersburgiem. 29 i 30 lipca doszły następne uderzenia – między innymi na magazyny w Riazaniu, Penzie, Sarapule i Permie, równolegle z atakami na Riazańską Rafinerię Nafty i inne zakłady przemysłowe.
Według właścicielki Wildberries Tatiany Kim od 18 lipca ukraińskie drony zniszczyły ponad tuzin centrów logistycznych należących do jej przedsiębiorstwa. Reuters podaje, że w całej kampanii śmierć poniosło co najmniej dziewięć osób, a z użytku wyłączono około 10 proc. zdolności logistycznych największej rosyjskiej platformy handlu internetowego. Wildberries rozpoczęło wypłatę odszkodowań rodzinom ofiar i osobom rannym, zapowiedziało również rekompensaty dla tysięcy sprzedawców, których towary spłonęły w magazynach. Według rosyjskich mediów spółka prowadzi rozmowy z władzami na temat szerokiego programu wsparcia – obejmującego między innymi ulgi podatkowe oraz pomoc finansową dla przedsiębiorców korzystających z platformy. Tatiana Kim przyznała, że firma przebudowuje całą sieć logistyczną, aby utrzymać ciągłość dostaw, a państwowe banki mają uczestniczyć w finansowaniu działań naprawczych.
Trudno dziś oszacować ostateczny koszt tej kampanii dla rosyjskiej gospodarki. Wiadomo jednak, że Wildberries należy do największych prywatnych przedsiębiorstw w Rosji, obsługuje miliony zamówień dziennie, współpracuje z gigantyczną siecią podwykonawców i jest jednym z największych płatników podatków w rosyjskim sektorze handlu elektronicznego. Dlatego skutki ataków wykraczają z pewnością dalece poza same zniszczone magazyny.
Na całym Zachodzie, w mediach i na platformach anty-społecznościowych wybuchła euforia. Masowo pojawiły się stare zaklęcia: „Ukraina wygrywa”, „Rosja dłużej tego nie udźwignie”, itp.
Czy ktokolwiek przytomny naprawdę wierzy, że klientka Wildberries, platformy kojarzonej przede wszystkim ze sprzedażą damskich kosmetyków, galanterii i innych produktów codziennego użytku, która nie dostanie na czas zamówionej szminki, balsamu, torebki czy sukienki, nagle zwróci swój gniew przeciwko Putinowi? A może opóźniona dostawa zakupów stanie się impulsem do jakiejś masowej politycznej reorientacji?
Dokładnie tę samą logikę słyszeliśmy już na początku 2022 roku, gdy Zachód nakładał kolejne pakiety sankcji. Wówczas również przekonywano opinię publiczną, że wystarczy odciąć Rosjan od zachodnich marek, elektroniki użytkowej i odebrać im dostęp do artefaktów społeczeństwa konsumpcyjnego, a społeczne niezadowolenie ni chybił, jak raz, zwróci się przeciwko Kremlowi.
Szyderczym komentarzom przy wycofaniu się z Rosji sieci McDonald’s czy koncernu Apple nie było końca. Polski komentariat ryczał wówczas o „resowietyzacji” i przydawał sobie wszelkich przewag gdyż „u nas” można wszak wydać majątek na najnowszy model iPhone’a i zjeść kawałek sprasowanego ścierwa w syntetycznej bułce, której skład przypomina mąkę przetopioną z foliową torebką.
Minęły ponad cztery lata. Rosja nadal prowadzi wojnę, a żadna z tych prognoz się nie spełniła. Nie doszło ani do cywilizacyjnej implozji, ani do społecznego buntu, ani nawet do poważnego obniżenia wskaźników zaufania do Putina i jego administracji.
Czy aby rachunek zysków i strat rzeczywiście wygląda tak korzystnie, jak przedstawiają go najbardziej entuzjastyczni komentatorzy?
W odpowiedzi Rosja drastycznie podniosła intensywność ataków. Uderzenia stają się coraz bardziej niszczycielskie, a ukraińskie miasta tracą krytyczną infrastrukturę, zakłady przemysłowe, magazyny i zaplecze transportowe. Kolejne fale rakiet i dronów zamieniają całe obszary przemysłowe w ruiny, uszkadzają obiekty wojskowe, podwójnego zastosowania i cywilne. Każdy taki atak to fabryki, magazyny, drogi i linie kolejowe, centra zaopatrzenia w paliwo, rozdzielnie energii elektrycznej, hangary, lokomotywownie, garaże, a nawet stacje benzynowe, które przestają istnieć.
Już w nocy z pierwszego na drugi czerwca Rosja przeprowadziła jeden z największych ataków. Setki dronów i dziesiątki rakiet spadły między innymi na Kijów, Dniepropietrowsk i Charków. Według ukraińskich władz zginęły co najmniej 23 osoby, a około 130 zostało rannych. Celem były przedsiębiorstwa przemysłu obronnego, natomiast zniszczenia objęły również budynki mieszkalne i infrastrukturę miejską.
Najbardziej niszczycielskie uderzenie na Kijów nastąpiło jednak miesiąc później, w nocy z pierwszego na drugi lipca. Rosja użyła setek dronów oraz dziesiątek pocisków manewrujących i balistycznych. Zginęło co najmniej 30 osób, rannych zostało ponad 90, a uszkodzeniu uległo ponad 150 budynków.
Kolejne masowe uderzenia następowały praktycznie przez cały lipiec. Pod koniec ub. miesiąca, w nocy z 29 na 30 lipca Rosja uderzyła w Kijów, Lwów, Krzywy Róg i kilka innych miast. Zaś z 30 na 31 lipca nastąpił ponowny atak na Kijów i jego okolice. Według relacji samego Wołodymyra Zełenskiego Rosja wystrzeliła 35 rakiet, w tym 27 balistycznych, oraz 185 dronów. Ukraińska obrona zdołała przechwycić zaledwie jedną rakietę balistyczną. Zginęło co najmniej 10 osób, uszkodzonych zostało 18 budynków mieszkalnych, szkoła, ambasada Litwy i infrastruktura w siedmiu dzielnicach stolicy. Najciężej ucierpiały dzielnice Darnycka i Sołomiańska.
Osobną tragedią jest sytuacja ukraińskich portów czarnomorskich. Od początku lipca Rosja niemal codziennie prowadziła operacje wymierzone w infrastrukturę portową Odessy, Czarnomorska i Piwdennego, a także w statki zmierzające do ukraińskich portów albo z nich wypływające. 13 lipca rosyjski atak na port w obwodzie odeskim trafił w zacumowany statek pod banderą Togo, przewożący nawozy. 19 lipca zaatakowany został płynący z Czarnomorska statek „Golden Leo”, przewożący kukurydzę w kierunku Rumunii. Zginęło dziewięciu członków załogi, kolejnych ośmiu udało się uratować. Uszkodzony statek zatonął tydzień później u wybrzeży Odessy. Dwa dni później, już w pobliżu rumuńskich wód, trafiony został statek pod banderą Liberii, który płynął z Egiptu do ukraińskiego portu Reni.
22 lipca Rosja poinformowała o kolejnych uderzeniach na Odessę i Czarnomorsk. Według rosyjskiego Ministerstwa Obrony zniszczono infrastrukturę przeładunkową, zbiorniki paliwowe, magazyny oraz kilka statków handlowych, których załogi Moskwa oskarżała o transport zaopatrzenia wojskowego.
Trudno na obecnym etapie o wiarygodną ewidencję strat. Strona ukraińska potwierdza, że cztery spośród 13 dużych terminali zbożowych wstrzymały zakupy, a Kernel – największy ukraiński eksporter zbóż – zawiesił działalność w porcie Czarnomorsk. Również duński koncern Maersk wstrzymał obsługę tego portu i zaczął przekierowywać część ładunków do Rumunii.
22 lipca ukraiński minister rolnictwa poinformował, że tego dnia do czarnomorskich portów Ukrainy nie wpłynął ani jeden statek handlowy. Formalnie porty pozostawały otwarte, ale armatorzy odwoływali rejsy ze względu na ryzyko kolejnych uderzeń i reakcje ubezpieczycieli. Ukraińska międzynarodowa żegluga handlowa została sparaliżowana. Dla państwa, które ponad 90 proc. eksportu zbóż i olejów roślinnych realizowało właśnie przez porty obwodu odeskiego, oznacza to potężną strategiczną stratę.
W tym kontekście doprawdy zdumiewa zaskoczenie ludzi, którzy jeszcze wczoraj z entuzjazmem udostępniali nagrania płonących magazynów i rafinerii w Rosji, a dziś z oburzeniem i żalem utyskują na podłość Rosjan, którzy mieli czelność odpowiedzieć na ukraińskie zaczepki falą zmasowanych nalotów.
Wojna ma swoją oczywistą logikę. Eskalacja rodzi eskalację; nie trzeba być Johnem Mearsheimerem czy Robertem Papem żeby to stwierdzić. Każda ze stron stara się zwiększać koszty ponoszone przez przeciwnika, odpowiadać mocniej i sięgać głębiej. Można oceniać to moralnie, ale nie można jednocześnie „jarać się jak ruSSkie rafinerie” i udawać kompletne zaskoczenie, kiedy druga strona odpowie pięknym za nadobne.
Dla przeciętnego polskiego cymbała z internetu płonące silosy z paliwem w Rosji są dowodem skuteczności i powodem do satysfakcji. Eksplodujące magazyny amunicji na Ukrainie zaś dowodem barbarzyństwa. Tymczasem oba obrazy są elementami tego samego mechanizmu – spirali wojennej eskalacji, która z każdym kolejnym tygodniem, miesiącem czy rokiem przynosi coraz więcej pożogi i śmierci.
Wszystkim tym, którzy z takim podnieceniem oglądali spektakularne pożary w Moskwie, Petersburgu i rosyjskich zakładach przemysłowych, wszystkim zachwyconym utrudnieniami, jakie ukraińskie drony spowodowały klientom Wildberries, ani przez chwilę nie przyjdzie oczywiście do głowy, żeby racjonalnie zastanowić się nad rezultatem tych śmiałych działań.
Ukraina nie zaczęła z tego powodu „wygrywać wojny”. Sytuacja na froncie nie uległa odwróceniu. Wojska rosyjskie nadal, bardzo powoli, lecz systematycznie, posuwają się naprzód. Rosyjskie społeczeństwo nie zmieniło swoich poglądów, nie pokochało Zachodu i nie porzuciło Putina. Doszło natomiast do drastycznej intensyfikacji rosyjskich ataków, której skutki ponosi Ukraina – jej szczątkowa i potwornie nadwyrężona przez wojnę gospodarka, infrastruktura portowa, przedsiębiorstwa oraz mieszkańcy wielkich ośrodków miejskich. Giną ludzie, płoną zakłady, niszczone są magazyny, porty i kolejne elementy infrastruktury krytycznej. Państwo, które już wcześniej funkcjonowało na granicy swoich możliwości, ponosi następne miliardy strat.
Taki jest realny bilans tej kampanii. Nie „rewolucja” w Rosji, nie bunt konsumentów, nie załamanie frontu i nie żadne wielki strategiczny przełom. Po jednej stronie kilka widowiskowych pożarów i kilka tygodni triumfalistycznej ekscytacji, po drugiej – jeszcze mocniejszy uderzenia w ukraińskie miasta, porty, przemysł i ludzi.
NCZAS.INFO | Ukraińscy kierowcy kazali Polakom „spier… do Polski”. Foto; print screen X
Banda Ukraińców obrażała i groziła polskim kierowcom ciężarówek na ukraińskim terminalu celnym. Używano wobec nich słów „pszeki”, co jest pogardliwym określeniem Polaków. Film udostępnił na TikToku Ukrainiec. Oryginał został już usunięty, ale udało się zachować nagrania ukazujące kolejny przykład agresji Ukraińców, który niestrudzenie będą ignorować politycy i wielkie media.
30 lipca użytkownik TikToka SV_VINNYTSIAUTO opublikował nagranie z Winnicy ukazujące sytuację na ukraińskim terminalu. Trzech Ukraińców podeszło do polskich kierowców z zaopatrzeniem. Ukraińcy zaczęli słownie atakować Polaków. Nazywali ich „pszakami”, kazali „wypierda**ć” i grozili, że „ich jest tutaj pełny terminal, a Polaków kilku”.
Portal kresy.pl zaznaczył, że w sobotę materiał zniknął z konta ukraińskiego użytkownika. Jednak w sieci zachowały się kopie.
Oddzielne nagranie z tego samego incydentu nagrał drugi z Ukraińców o nazwie Мішаня___0001. W sobotę konto użytkownika było niedostępne. W tym przypadku także internauci zarchiwizowali film dowodzący agresji Ukraińców wobec Polaków.
Według użytkownika X Codziennik z Mordoru, Polacy przywieźli na Ukrainę pomoc. W momencie ataku Ukraińców na nich byli w drodze do sklepu po zakupy. Taka to ukraińska wdzięczność.
Rzecz jasna, w TVN o tym wszystkim nie powiedzą ani słowem. Zamiast tego do spóły z politykami rządzącej koalicji i poprzedniego rządu będą rozczulali się nad rzekomą „polską agresją wobec Ukraińców”.
Autor: Peter Hanseler za pośrednictwem ForumGeopolitica.com
Iran i Rosja zdały sobie sprawę, że nie ma pokoju ze wspólnotą Zachodu. W rezultacie konflikty toczą się na polu bitwy i będą trwać jeszcze długo. Międzynarodowy porządek prawny umarł, pokój na świecie umarł – jest wojna. Wojna światowa. Niewielu ludzi zdaje sobie z tego sprawę.
Celem tego artykułu jest zwrócenie uwagi na najważniejsze trendy, które obecnie obserwuję – mają one skłonić do refleksji. Proszę wybaczyć, że tworzę trochę potwora, biorąc pod uwagę ogrom aspektów do rozważenia.
Oprócz licznych konfliktów w Afryce, obecnie toczą się dwa poważne konflikty – jeden w Europie, a drugi na Bliskim Wschodzie. Oba były starannie planowane przez dekady. Wśród bardziej krytycznych zachodnich obserwatorów pojawiają się pęknięcia w narracji Zachodu, co prowadzi do coraz bardziej agresywnej propagandy Zachodu, mającej na celu ponowne wpłynięcie na opinię publiczną.
Przykładem tego, jak propaganda skutecznie ogłupia ludzi w Niemczech, jest artykuł w gazecie „Bild” z 13 lipca zatytułowany „Putinowi kończy się benzyna – Rosjanie płacą prawie 4 euro za litr benzyny”.
Gazeta Bild, 13 lipca 2026 r.
I to pomimo faktu, że rzeczywiste ceny są wyraźnie widoczne na obrazku: na przykład 73,11 rubla (0,82 EUR). 29 lipca średnia cena benzyny 95-oktanowej w Rosji wynosiła 71,83 rubla (0,79 EUR).
——————-
Z drugiej strony, ważne informacje są tłumione, takie jak nałożenie przez Chiny sankcji na 14 europejskich firm (w tym Lafert SpA, Rheinmetall AG, Tatra Trucks, Vigo Photonics, Cavok UAS, Antraco Chemie-Handelsgesellschaft i Sindlhauser Materials). Są to firmy zbrojeniowe lub dostawcy dla przemysłu zbrojeniowego. Ta wiadomość ma ogromne znaczenie i znacznie utrudni rozbudowę potencjału militarnego Niemiec.
Te dwa zupełnie różne przykłady ilustrują naturę zachodnich mediów – dają one odbiorcom wrażenie, że na Zachodzie „wszystko idzie dobrze”, a wrogowie są na skraju upadku. Ma to swoje konsekwencje: kiedy rozmawia się z ludźmi w Europie, letnie upały i mistrzostwa świata w piłce nożnej wydają się najważniejszymi rzeczami w życiu.
Od dziesięcioleci zastanawiam się, jak to możliwe, że dotknięte nimi społeczeństwa nie zauważyły zbliżających się katastrof z 1914 i 1939 roku; bieżące wydarzenia dają mi wgląd w historię z niespotykaną dotąd jasnością. Media służą „rozrywce” i niczym więcej. Jednak czarne jak smoła chmury gromadzące się nad Europą są jak najbardziej realne, a destabilizacja oczywista.
Czynniki destabilizujące
Rozpad świata pod wpływem wielu nacisków
Katastrofa, z którą się obecnie mierzymy, jest wynikiem licznych czynników i wpływów, których niewielu ludzi dostrzega: katalizatorów rozpadu świata, jaki znaliśmy. Od pewnego czasu wśród analityków szerzy się poczucie przytłoczenia. Odczuwam je każdego dnia, ponieważ czynniki destabilizujące są liczne i wzajemnie na siebie oddziałują.
Co więcej, zachodni aktorzy, co zrozumiałe, zwracają uwagę i podkreślają tylko te czynniki, które sprawiają, że ich pozycja wydaje się silniejsza. Co więcej, działają przeciwko sobie, co oznacza, że coraz bardziej angażują się w walkę o władzę. Dlatego proszę o wybaczenie, że nie jestem w stanie omówić i opisać wszystkich – nawet nie wszystkich ważnych – czynników i wpływów.
Czynnik Donalda Trumpa
Mistrzem świata w zniekształcaniu rzeczywistości jest najwyraźniej Donald Trump, który już wykorzystał tę strategię, aby przetrwać liczne bankructwa kosztem inwestorów, zawirowania swojej pierwszej kadencji i aferę Epsteina. W obecnej kadencji prowadzi katastrofalną politykę gospodarczą, której jedynym celem jest jeszcze większe wzbogacenie najbogatszego 1% społeczeństwa. W tym celu wszczął liczne wojny. Nie przeszkadza mu to jednak w prezentowaniu się jako mediatora i przyjaciela świata.
Jednakże błędem byłoby zrzucanie winy za panujący chaos wyłącznie na Trumpa. Po Joe Bidenie miał on historyczną szansę na przywrócenie równowagi i złagodzenie presji w geopolitycznym tyglu. Zmarnował tę szansę, wierząc, że siejąc chaos, może ponownie odwrócić bieg wydarzeń na korzyść USA jako hegemona. Co więcej, amerykańscy prezydenci mają niewielki wpływ na amerykańską politykę zagraniczną. Opisywaliśmy ten fakt kilkakrotnie, w tym w odniesieniu do Noama Chomsky’ego, ostatnio w artykule „Wojna bez pokoju – strategia USA ma niewiele wspólnego z Trumpem”, w części „Amerykańscy prezydenci jako statyści – Trump nie jest wyjątkiem”. Ostatecznie Trump jest niczym więcej niż marionetką. I jako taki, biorąc pod uwagę jego charakter i liczne trupy w szafie, łatwo nim sterować i kształtować. Jego odpowiednicy w Europie nie różnią się pod tym względem.
Czynnik dyplomacji
W czerwcu 2025 roku napisałem artykuł „Dyplomacja na łożu śmierci – od prezydenta pokojowego do podżegacza wojennego”. To, czego obawiałem się ponad rok temu, stało się faktem. W międzyczasie Stany Zjednoczone po raz trzeci dokonały inwazji na Iran – w czerwcu 2025 roku i lutym 2026 roku, wspólnie z Izraelem, podczas przerw w negocjacjach dyplomatycznych – naruszając konwencje dyplomatyczne o nieprzewidywalnych konsekwencjach – a teraz po raz trzeci tego lata. Warto zauważyć, że nastąpiło to po podpisaniu porozumienia (Memorandum of Understanding), które miało służyć jako ramy dla pokoju; patrz również „Iran pokonuje USA – refleksje”. Izrael, jako siła napędowa u boku USA, odzyska znaczenie dyplomatyczne dopiero wtedy, gdy przestanie istnieć w obecnej formie; nie ma co więcej mówić o tych ludobójczych psychopatach.
„Oznacza to, że dyplomacja w Zatoce Perskiej i w Europie nie znajduje się już na łożu śmierci, lecz odeszła pokojowo”.
Co więcej, Stany Zjednoczone najwyraźniej nie mają żadnego interesu w pośredniczeniu w porozumieniu między Rosją a Europą. Po tym, jak w sierpniu 2025 roku wydawało się, że Trump i Putin osiągnęli „konsensus” – podstawowe porozumienie między stronami – w Anchorage, Trump robi teraz wszystko, co w jego mocy, aby sprowokować bezpośrednią wojnę z Rosją. Jego wsparcie dla Ukrainy, które obejmuje dostarczanie danych satelitarnych w celu ułatwienia ataków na cele cywilne głęboko w Rosji, nie jest już tajne, lecz jawne.
Europa z kolei składa się z dyktatury rządzonej przez dwie blondynki z Brukseli, które żywią patologiczną nienawiść do Rosji i otwarcie popierają ludobójstwo Izraela; „kieszonkowego Hitlera” w Berlinie, który chce dozbroić Niemcy, mimo że tylko 0,17% ankietowanej populacji jest gotowych odbyć służbę wojskową; maltretowanego męża z kompleksem „wielkiego imperium” wzorowanym na systemie francuskim; oraz londyńskiego City, które od wieków marzy o upadku Rosji.
Kanały dyplomatyczne zdają się być wyczerpane. Nawet rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow, jeden z najzdolniejszych dyplomatów, jakich świat kiedykolwiek wydał, nie widzi obecnie możliwości owocnego dialogu.
Rosja „nie będzie już wierzyć, że Zachód liczy na rozwiązania negocjowane”, ponieważ „ten zapas dobrej woli i nadziei został całkowicie wyczerpany”.
Siergiej Ławrow, 9 lipca 2026
Oznacza to, że dyplomacja w Zatoce Perskiej i w Europie nie znajduje się już na łożu śmierci, lecz odeszła pokojowo.
Czynnik rynków finansowych
Muszę przyznać, że jak dotąd myliłem się co do załamania rynków finansowych. Mój timing jest fatalny, ale to nie znaczy, że sytuacja nie staje się z dnia na dzień coraz groźniejsza. Rynki akcji są obecnie kontrolowane przez zaledwie garstkę spółek. Pięć największych amerykańskich firm technologicznych ma łączną kapitalizację rynkową wynoszącą 17,6 biliona dolarów, co przewyższa łączne PKB Japonii, Indii, Wielkiej Brytanii, Francji i Włoch (17,1 biliona dolarów). To szaleństwo. Globalny dług wynosił 164 biliony dolarów w 2008 roku i został uznany za główną przyczynę kryzysu finansowego. Podejmowano wysiłki w celu rozwiązania tego problemu, ale bez znaczącego sukcesu: obecnie dług wynosi 363 biliony dolarów, co oznacza, że podwoił się, a nie zmniejszył o połowę.
Wreszcie, wyceny rynkowe – akcji, obligacji i towarów – opierają się na założeniu pokoju; jednak rzut oka na świat sugeruje co innego. Nigdy w całej historii rynków finansowych nie było tak gorącego powietrza w systemie – systemie napędzanym chciwością i towarzyszącą jej głupotą. Przykładem ilustrującym, jak bardzo wyceny rynkowe są oderwane od rzeczywistości, są publikowane ceny kontraktów terminowych na ropę naftową. Rzeczywiste ceny, które trzeba zapłacić na rynku spot, są od 20% do 30% wyższe niż sugerują notowania. Trump, który podpisał memorandum o porozumieniu w Wersalu, sam na to zwrócił uwagę, mówiąc: „[…] Nasze rezerwy wyczerpią się za około cztery tygodnie”, tylko po to, by kilka tygodni później zerwać to porozumienie i ponownie zaatakować Iran. Od kilku dni panuje cisza; Amerykanie ponownie wstrzymali ataki, ponownie obawiając się szoku naftowego.
Stanley Druckenmiller stwierdził już w 2018 roku, że przewidywany kryzys będzie bardziej katastrofalny niż ten z 2008 roku. Sytuacja w Cieśninie Ormuz – zaostrzona obecnie przez zamknięcie Bab al-Mandab, co – jak sama nazwa wskazuje – oznacza po arabsku „Bramę Łez” – może zatem stać się katalizatorem kolejnego kryzysu finansowego.
Czynnik zbrodni wojennych i ludobójstwa
Zbrodnie wojenne istniały zawsze – podobnie jak akty ludobójstwa. Tym, co odróżnia obecną sytuację od przeszłości, jest fakt, że zbrodnie wojenne i ludobójstwo są popełniane na oczach opinii publicznej, tuszowane, a tym samym milcząco akceptowane i wspierane – zarówno przez polityków, jak i media głównego nurtu. Jako obywatel Szwajcarii, poruszam ten problem w moim kraju i wielokrotnie podkreślałem, że tygodnik „Weltwoche” jest wiodącą publikacją w Szwajcarii, jeśli chodzi o gloryfikację ludobójstwa. Ta całkowicie bezkrytyczna, proizraelska postawa kosztowała czasopismo wiele prenumerat. Skupiając się obecnie na Rosji, co obejmuje liczne wywiady, tygodnik próbuje odzyskać te straty.
W przeciwieństwie do 1945 roku, osoby dotknięte – i ogół społeczeństwa – nie będą mogły twierdzić, że nie wiedzą. Oto strona internetowa poświęcona dokumentowaniu ludobójstwa w Strefie Gazy poprzez fotografie. Każdy, kto twierdzi, że ludobójstwo nie ma miejsca, powinien zajrzeć:https://archivegenocide.com/; nieprzespane noce gwarantowane.
„Przestańcie nazywać wszystko ludobójstwem”.
Roger Köppel, grudzień 2025
Oczywiście Zachód twierdzi, że Rosjanie i Irańczycy popełnili zbrodnie wojenne. Bucza nie była jedynym narzędziem propagandy używanym przez Zachód.
Jednak chronologia wydarzeń w Buczy sugeruje, że zbrodni tych nie popełnili Rosjanie. Scott Ritter opublikował kilka artykułów na ten temat: „Prawda o Buczy jest gdzieś tam, ale być może zbyt niewygodna, by ją ujawnić”; „Wojny na Twitterze – moje osobiste doświadczenia z ciągłym atakiem Twittera na wolność słowa”; „Bucza, ponowne rozpatrzenie”.
Kolejnym propagandowym błędem w tym kontekście był ostrzał placu publicznego w centrum Kramatorska, który wówczas znajdował się pod kontrolą Ukrainy. Odpowiedzialność Ukrainy za atak została niezbicie udowodniona numerem seryjnym użytego pocisku.
Zbrodnie wojenne Zachodu są niezliczone: Gaza, Liban, Zachodni Brzeg (ludobójstwo); Iran, Kursk i niezliczone cele cywilne w Rosji. Lista jest nieskończona. Co więcej, każda śmierć Rosjanina jest celebrowana w zachodnich mediach – nawet śmierć dzieci, kobiet i osób starszych.
Jak ludzie reagują na tę nieopisywalną postawę polityków i mediów? Odwracają wzrok – najprawdopodobniej po to, by nie zakłócać własnego spokoju. To zjawisko zaobserwowano w Niemczech już 90 lat temu. Jednak smartfony są dziś wszechobecne, co pozwala na skrupulatne dokumentowanie tych przestępstw. Nadejdzie dzień, gdy ludzie na Zachodzie staną przed pytaniem: Dlaczego milczeliście – tak jak wtedy? Będzie to miało katastrofalne konsekwencje dla zaangażowanych społeczeństw, które wszystkie znajdują się na Zachodzie.
Czy III wojna światowa już nadeszła?
Poniżej przedstawię przegląd przebiegu wojny na całym świecie.
Według Ukraine Support Tracker, oceniając strony w oparciu o fakty i obiektywnie, 41 krajów jest w stanie wojny z Rosją lub wspiera walkę z nią na różne sposoby, w tym Szwajcaria. Wśród stron zaangażowanych w wojnę z Rosją znajdują się między innymi: Ukraina (jako platforma), Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Włochy, Polska, Belgia, Bułgaria, Dania, Finlandia, Szwecja, Chorwacja, Luksemburg, Malta, Holandia, Portugalia, Słowacja, Czechy, Słowenia, Węgry, Cypr, Litwa, Estonia, Łotwa i Stany Zjednoczone.
W wojnie na Bliskim Wschodzie uczestniczy 11 następujących państw: Izrael, USA, Iran, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuwejt, Syria, Katar, Oman, Arabia Saudyjska i Jemen.
Obecnie wojna toczy się w następujących krajach afrykańskich: Sudanie, Sudanie Południowym, Demokratycznej Republice Konga, Somalii, Etiopii, Mali, Burkina Faso, Nigrze, Nigerii, Kamerunie, Mozambiku, Republice Środkowoafrykańskiej i Libii – w sumie w 13 krajach.
Zaangażowane są kraje na czterech kontynentach: 64 kraje z Europy, Ameryki, Azji i Afryki. Wymienione powyżej kraje należy jednak traktować jedynie jako przybliżony przykład ilustrujący skalę problemu.
Nie można wykluczyć, że w to wciągnięte zostaną również kraje Ameryki Środkowej i Południowej. Z jednej strony Stany Zjednoczone mówią o walce z kartelami narkotykowymi na terytorium Meksyku; z drugiej strony prezydent Brazylii kilka dni temu oświadczył, że rozważa możliwą inwazję USA na swój kraj; ponadto Trump ma zamiar zająć Kubę.
Dla porównania: pod koniec 1944 r. w II wojnie światowej brało udział od 45 do 50 państw, w ostatnich dniach wojny liczba ta wzrosła do 61 państw.
Zdaję sobie sprawę, że lista ta zawiera nieścisłości, a udział niektórych krajów jest kwestionowany. Niemniej jednak, można śmiało powiedzieć, że III wojna światowa była faktem, jeśli weźmiemy pod uwagę kraje biorące w niej udział.
Nawet laik dostrzega, że państwa członkowskie NATO są zaangażowane w praktycznie wszystkie wymienione konflikty. Czy możliwe, że zdecydowana większość – a może nawet wszystkie – tych konfliktów nie istniałaby bez hegemonicznej polityki Zachodu? Konsekwencja: konflikty będą toczone do samego końca.
Koniec negocjacji
W moim ostatnim artykule zacytowałem wypowiedzi prezydenta Putina i ministra spraw zagranicznych Ławrowa: W przeciwieństwie do Amerykanów i Europejczyków, Rosjanie nie bawią się słowami. Kiedy mówią, że zaufanie jest bezpowrotnie utracone, to znaczy, że jest utracone. Po porozumieniu 2+4, Mińsku I i II, Stambule 2022 i formacie Anchorage, Rosjanie zdają sobie sprawę, że jednostronne opracowanie rozwiązania umownego byłoby czystą stratą czasu. Rosyjskie władze oczywiście będą kontynuować rozmowy z pozostałymi stronami, ale będzie to niewiele więcej niż dyplomatyczna kurtuazja.
Niemcy są szczególnie „bliscy sercom” Rosjan. Ostatnio niemieckie szaleństwo kosztowało Rosjan 27 milionów istnień ludzkich – ponad 50% z nich stanowili cywile – którzy zostali wymordowani jak bydło, podczas gdy Niemcy próbowali „doszczętnie zmieść” Aryjczyków poprzez „Generalplan Ost” (Generalny Plan Wschodni). W „Manifeście politycznego i intelektualno-moralnego regresu” René Zittlau dowiódł faktami, że Friedrich Merz w niczym nie ustępuje Adolfowi Hitlerowi, jeśli chodzi o komunikację i zbrojenia. Intencje dwóch rusofobicznych, pełnych nienawiści blondynek z Brukseli – obdarzonych dyktatorską władzą – są oczywiste, nie tylko wobec Rosji, ale także wobec własnego narodu.
To samo dotyczy Iranu, traktowanego przez USA i Izrael jako agresora. Jesteśmy obecnie w trakcie trzech wojen, z których każda została wywołana przez Trumpa i Netanjahu. Pytanie, czy Trump jest kontrolowany przez Netanjahu, czy też Stany Zjednoczone kontrolują Izrael, jest kwestią czysto akademicką, typowo amerykańską.
Faktem jest, że od 2023 roku te dwa kraje wspólnie dopuściły się ludobójstwa w Strefie Gazy i trzykrotnie zaatakowały Syrię, Liban i Iran. Ostatni atak, naruszający Porozumienie o Porozumieniu, uświadomił Irańczykom, że negocjacje są bezcelowe, ponieważ każde porozumienie jest łamane przez USA.
Ukraina
Eskalacja wojny na Ukrainie
Ponieważ nie uda się osiągnąć porozumienia, a Rosja, po wielu wojnach toczonych przez wieki, w końcu doprowadzi do trwałego rozwiązania problemu na swojej zachodniej granicy, należy się spodziewać, że nie ograniczy swojej kontroli wojskowej do czterech regionów, które wraz z Krymem już należą do Rosji. Zakładam, że rosyjskie władze przejmą pod swoją kontrolę całość lub znaczną część rosyjskojęzycznej Ukrainy i pozwolą ludziom podjąć decyzję.
Nie oznacza to jednak, że mieszkańcy wszystkich tych rosyjskojęzycznych regionów chcą być częścią Rosji. Czas pokaże.
Źródło: Forum Geopolitica
Jest całkiem możliwe, że w tym scenariuszu Polska, Rumunia i Węgry odzyskają swoje dawne terytoria. Wszystkie te decyzje terytorialne z pewnością nie zostaną podjęte bez udziału Rosji.
Stworzyłem poniższą mapę w oparciu o aktualną sytuację językową. Jest to bardzo uproszczona reprezentacja grup etnicznych na Ukrainie.
Źródło: Forum Geopolitica
Poniższa mapa, przedstawiająca skład etniczny Austro-Węgier przed 1918 rokiem, ilustruje tę złożoność. Żółty obszar na mapie Austro-Węgier odpowiada mniej więcej zachodniej części dzisiejszej Ukrainy. Upadek Austro-Węgier nastąpił głównie z powodu problemów etnicznych, które stały się nie do opanowania. Sugeruje to, że rozwiązanie zapewniające trwały pokój w przyszłości można osiągnąć jedynie poprzez rozwiązanie kwestii etnicznych.
Źródło: https://kuk-xiv-korps.org/kuk-monarchie/
Podstawowa zmiana w prowadzeniu wojny
Ukraina jest drugim co do wielkości krajem w Europie po Rosji i ponad dwukrotnie większym od Niemiec. Czasy, gdy potężne kolumny czołgów posuwały się codziennie o 30 kilometrów lub więcej, definitywnie minęły. Tak jak technologia wojskowa przeszła fundamentalną rewolucję podczas dwóch ostatnich wielkich wojen, tak teraz jesteśmy świadkami całkowitej reorientacji. Nie jestem ekspertem wojskowym, ale codziennie śledzę raporty z frontu i zauważam, że pomimo miażdżącej przewagi liczebnej, rosyjskie siły zbrojne mogą wystawiać jedynie niewielkie grupy, a ich postęp jest zatem powolny, ale stały. Co więcej, Rosjanie zbliżają się obecnie do ostatnich głównych umocnień (Kramatorsk, Słowiańsk). Dalej na drodze do Kijowa nie ma już żadnych większych przeszkód, ale teren jest całkowicie płaski i nie oferuje żadnej osłony dla żadnej ze stron. Trudno powiedzieć, jak długo potrwa ta wojna, ale może ciągnąć się latami.
Wydaje się, że „eksperci” na Zachodzie albo są zaskoczeni nowymi realiami wojny, albo kłamią swoim słuchaczom, interpretując tempo dzisiejszych działań wojennych jako słabość rosyjskich sił zbrojnych.
Każdy, kto uważa, że Rosjanom ostatecznie brakuje wytrwałości w osiąganiu celów wojennych, powinien zajrzeć do podręczników historii. Na początku wojny w 1941 roku Związek Radziecki znajdował się w znacznie słabszej pozycji niż Rosja w 2022 roku, a mimo to w 1945 roku, pomimo astronomicznych strat, stanął w Berlinie. Rosyjskie dowództwo jak dotąd realizowało strategię militarną mającą na celu minimalizację strat po stronie rosyjskiej, co doprowadziło do stosunku strat między Rosją a Ukrainą wynoszącego około 1:10.
„Bardziej zdecydowane podejście”
W przemówieniu wygłoszonym przed Dumą 27 lipca 2026 roku prezydent Putin zasugerował, że rosyjskie wojsko zajmie bardziej zdecydowane stanowisko wobec Ukrainy. Ostrożnie dobierał słowa i spotkał się z gromkimi brawami za tę propozycję.
„Oczywiście, zdradzę wam sekret – mój kolega nie będzie miał mi tego za złe. Podczas ceremonii wręczenia nagród jeden z laureatów szepnął mi: »Wygramy. Ale musimy być odważniejsi. Naprawdę, naprawdę tego chcę«. Nasuwa się jednak pytanie: »Jeszcze odważniejsi?«. I tak jak w świecie biznesu, niesie to ze sobą ryzyko, którego ceną są straty po naszej stronie pola bitwy. Dlatego i tutaj będziemy postępować ostrożnie, ale będziemy wytrwale i konsekwentnie dążyć do celów, które wyznaczyliśmy dla naszego kraju. I je osiągniemy”.
Prezydent Putin, 27 lipca 2026 r.
Jego wypowiedzi są szeroko komentowane i interpretowane w rosyjskich mediach; społeczeństwo wydaje się popierać to podejście.
Dowódcę wojskowego zastępuje psychopata – to nawiązuje do Himmlera.
Zełenski odwołał dowódcę armii Sirskiego i mianował Mychajła Drapatego nowym dowódcą armii 21 lipca 2026 roku. Zgodnie ze stanowiskiem ukraińskiego kierownictwa, Drapaty złożył następujące oświadczenie dotyczące Rosji:
Ogólnie rzecz biorąc, jest to naród, którego przywódcy nie mają prawa istnieć. Przez tysiąclecia nie było tam niczego cywilizowanego – ani w mentalności, ani w imperialnych ambicjach.
Mychajło Drapaty, 22 lipca 2026 r
To bezprecedensowe oświadczenia nazistów, a historia lubi się powtarzać: natychmiast po nieudanym zamachu z 20 lipca 1944 roku Hitler zdymisjonował generała Friedricha Fromma i mianował Himmlera naczelnym dowódcą armii rezerwowej. Dało to Himmlerowi kontrolę nad szkoleniem wojskowym, oddziałami rezerwowymi i około dwoma milionami żołnierzy w Niemczech. Później, około 25 stycznia 1945 roku, Hitler mianował Himmlera dowódcą nowo utworzonej Grupy Armii „Wisła”, której misją było powstrzymanie sowieckiego natarcia na Berlin. Himmler nie miał praktycznie żadnego doświadczenia w dowodzeniu armiami konwencjonalnymi i został zastąpiony przez generała Gottharda Heinriciego 20 marca 1945 roku.
Himmler był doskonałym przykładem ludobójczego psychopaty i zawiódł w roli dowódcy wojskowego. Historia zdaje się teraz powtarzać na Ukrainie, sugerując, że zachodnia narracja rozpada się wraz z upadkiem frontu ukraińskiego. Zmiana w dowództwie wojskowym jest wyraźnym sygnałem beznadziejnej sytuacji militarnej, w jakiej znalazła się Ukraina – tak jak wówczas.
Ataki Europy głęboko w Rosji
Ataki Europy głęboko w Rosji trwają. Rosyjski rząd słusznie nazywa je atakami terrorystycznymi, które, choć powodują ofiary wśród ludności cywilnej, mają niewielki wpływ na postępy wojsk rosyjskich na Ukrainie. Prezydent Putin jak dotąd powstrzymuje się od podejmowania działań militarnych przeciwko Europie, mimo że ma ku temu wszelkie powody. Poruszyłem ten temat w moim niedawnym artykule „Europa na krawędzi”. Od tego czasu nie zaobserwowałem żadnej zmiany w polityce prezydenta Putina.
W jednym ze swoich ostatnich występów w programie „Sędzia Napolitano” Gilbert Doctorow wezwał do rosyjskiego ataku na Europę, argumentując, że w przeciwnym razie Rosja przegrałaby wojnę. Doctorow nie przedstawia żadnego uzasadnienia, dlaczego Rosja miałaby przegrać wojnę w takim scenariuszu. Otwarta wojna Europy z Rosją – która narusza wszelkie zasady prawa międzynarodowego – ma na celu sprowokowanie Rosji do ataku, tak jak miało to miejsce w 2014 i 2022 roku. Prezydent Putin nie dał się nabrać na taki podstęp – przynajmniej na razie. Doctorow albo nie zdaje sobie z tego sprawy, albo gra w haniebną grę.
Wojna z Iranem
Iran jest, obok Rosji, najbardziej niedocenianym krajem przez Zachód. Dzięki swoim pociskom hipersonicznym Persowie przewyższają Izraelczyków i Amerykanów nie tylko pod względem technologii wojskowej, ale także siły psychicznej. Społeczeństwo amerykańskie jest podzielone, a większość nie popiera wojny z Iranem. Różne sondaże pokazują, że zdecydowana większość Amerykanów nie popiera wojny. Ostatnie sondaże ogólnokrajowe wskazują, że tylko około jedna trzecia społeczeństwa popiera działania militarne USA, podczas gdy mniej więcej połowa do dwóch trzecich jest im przeciwna (źródła: Washington Post, Silver Bulletin, Barron’s); według Gallupa, złotego standardu amerykańskich sondaży opinii publicznej, tylko 34% społeczeństwa popiera działania militarne przeciwko Iranowi. Sondaż przeprowadzono 15 czerwca i spodziewam się, że poparcie spadło jeszcze bardziej po zerwaniu Porozumienia o Porozumieniu i pogarszającej się sytuacji energetycznej – wyższych cenach benzyny i oleju napędowego w USA.
Naród irański stoi zjednoczony po stronie swojego rządu; wyraźnym tego dowodem był fakt, że ponad 15 milionów osób – niektóre źródła podają nawet 40 milionów – uczestniczyło w uroczystościach pogrzebowych zamordowanego byłego przywódcy Chameneiego. Zachodnia propaganda, głosząca słabe poparcie dla rządu, upadła. Po naruszeniu przez Trumpa Porozumienia o Porozumieniu, Irańczycy nie są obecnie skłonni do negocjacji. I dlaczego mieliby to robić, mając partnera w negocjacjach, który nie przestrzega umów?
Amerykanie stoją przed ogromnym dylematem. Według Larry’ego Johnsona, kończą im się nie tylko pociski przeciwlotnicze, ale także amunicja ofensywna. Co więcej, sytuacja w zakresie ropy naftowej i gazu uległa dalszemu pogorszeniu z powodu blokady Bab al-Mandab przez Huti.
Amerykańska inwazja lądowa to nic innego jak pusta retoryka Trumpa, która zakończyłaby się krwawą łaźnią dla Amerykanów. Prawdopodobnie to również powód, dla którego Amerykanie wstrzymali ataki na Iran w ostatnich dniach. Saudyjczycy sprowokowali nową wojnę z Huti kilka dni temu, a po blokadzie Bab al-Mandab infrastruktura giganta naftowego stała się celem ataku.
Ich trzecia próba – po tych z czerwca 2025 i lutego 2026 roku – również zakończyła się całkowitą porażką Amerykanów; przegrali wojnę, a prestiż najsilniejszej potęgi militarnej świata legł w gruzach. Co więcej, udowodnili światu swoją bezwartościowość jako partnerzy negocjacyjni i traktatowi. Będzie to miało kolosalne, długotrwałe konsekwencje dla USA. Istnieją powody do obaw, że USA, Europa i Afryka staną w obliczu katastrofalnych kryzysów energetycznych i że najpóźniej w przyszłym roku należy spodziewać się głodu w Afryce. Ucierpi również przemysł półprzewodników. Oprócz licznych zgonów w Afryce, inflacja będzie szaleć na Zachodzie – a to za sprawą USA.
Długoterminowe skutki
Konsekwencje militarne
Rosja nie będzie miała innego wyjścia, jak tylko okupować większość Ukrainy, aby trwale rozwiązać problem na jej zachodniej granicy. Nikt nie wie, jak długo to potrwa. Europa i Stany Zjednoczone zrobią wszystko, co w ich mocy, aby temu zapobiec, a czas pokaże, czy i kiedy prezydent Putin dojdzie do wniosku, że może osiągnąć swój cel jedynie atakując państwa NATO. Biorąc pod uwagę nowe realia na polu bitwy, zdominowane przez drony, można rozsądnie założyć, że tempo rosyjskich postępów przyspieszy dopiero po załamaniu się ukraińskich sił zbrojnych. Obecnie wykluczam rozmieszczenie oficjalnych wojsk europejskich na terytorium Ukrainy.
Nie będzie pokoju na Bliskim Wschodzie, dopóki żądania Iranu nie zostaną spełnione. Izrael jednak będzie się temu sprzeciwiał. Można sobie wyobrazić, że w konsekwencji państwo Izrael nie przetrwa w obecnej formie, ponieważ Izrael w obecnym stanie nie jest zdolny do pokoju. Można również sobie wyobrazić, że wiele krajów zawrze dwustronne porozumienia z Iranem i Huti, aby złagodzić katastrofalny kryzys energetyczny.
Amerykanom i Izraelczykom udało się zatem uczynić Iran największą potęgą geopolityczną na Bliskim Wschodzie.
Konsekwencje ekonomiczne
Załamanie się zachodnich rynków finansowych to tylko kwestia czasu; dodatkowa presja ze strony Bliskiego Wschodu może być tego przyczyną. Powrót stabilności może zająć pięć, dziesięć, a nawet więcej lat. Dzieje się tak, ponieważ zachodnie banki centralne będą niezawodnie sięgać po swoje „lekarstwo na całe zło” i drukować pieniądze, aż do całkowitego załamania się walut fiducjarnych. Historia pokazuje, że takie katastrofy gospodarcze prowadzą do agresji militarnej. Skoro możemy już słusznie mówić o wojnie światowej, można jedynie spekulować, co się stanie: być może rozpad UE i wojna w Europie, a może wojna domowa w USA? – Wszystko jest możliwe.
Należy zdać sobie sprawę, że wojny te, początkowo skierowane przeciwko Rosji i Iranowi, ostatecznie będą skierowane przeciwko Chinom. Konflikty zbrojne w Afryce to nic innego jak zmagania między byłymi mocarstwami kolonialnymi – które eksploatują ten bogaty kontynent od wieków – a Chińczykami, którzy inwestują w Afryce od dziesięcioleci. Chińczycy zdają sobie z tego sprawę i od dziesięcioleci przygotowują się militarnie.
Powołane zostaną trybunały ds. zbrodni wojennych.
Wojna się skończy, a zbrodniarze nie zwyciężą. Ludzkość zwycięży, i to dobrze. Po drugiej wojnie światowej odbyły się liczne procesy o zbrodnie wojenne, z których najsłynniejszy odbył się w Norymberdze. Był to jedynie chwyt reklamowy, mający na celu przekonanie uciskanych narodów, że winni zostaną pociągnięci do odpowiedzialności. Garstka skończyła na szubienicach; większość uniknęła kary. Zobacz mój artykuł z listopada 2023 roku: „Nieodpokutowane zbrodnie Holokaustu”.
Na przykład Donald Trump zaledwie kilka dni temu pokazał, że jest w pełni świadomy swoich zbrodni wojennych. Zapytany przez reportera „New York Timesa”: „Mówisz o wysadzaniu cywilnych elektrowni i mostów. Większość cywilizowanego świata uznałaby to za zbrodnię wojenną. A ty?” , Trump odpowiedział, że nie będzie komentował tej sprawy.
Wygląda na to, że jego instynkt – a może raczej jego prawnicy i doradcy – mentalnie przygotowuje go na trudne czasy.
Liczba i skala dzisiejszych zbrodni wojennych i ludobójstw są bezprecedensowe w historii ludzkości, a dowody będą przytłaczające. Miliony filmów i zdjęć, nagranych smartfonami przez miliony ludzi, są publikowane w internecie – internet nigdy nie zapomina.
Spodziewam się, że w przyszłości procesy o zbrodnie wojenne będą się toczyć w najróżniejszych miejscach – prawdopodobnie bezpośrednio w miejscach zbrodni: w Strefie Gazy, na Zachodnim Brzegu, w Libanie, Teheranie, Moskwie, Kijowie, Kursku i tak dalej. Profesor Mearsheimer powiedział kilka dni temu, że zarówno Netanjahu, jak i Trump zawiśliby na wisielcu, gdyby ich postępowanie zostało osądzone zgodnie z zasadami norymberskimi. Panie i panowie z zachodnich mediów powinni wkrótce zacząć planować ucieczkę. Nawet w Norymberdze ich nie oszczędzono.
Wniosek
Wybuchła III wojna światowa, załamanie gospodarcze jest nieuniknione, a ludzkość stoi w obliczu długiego i strasznego okresu cierpienia.
Rozmowa z Nikołajem Azarowem, premierem Ukrainy w latach 2010-2014
Czy Ukraina ma ideologię państwową?
– Gdybyśmy mieli krótko opisać historyczny proces kształtowania się ukraińskiej ideologii państwowej, należałoby go najpierw zdefiniować jako budowę demokratycznego społeczeństwa, szanującego podstawowe prawa człowieka, rozwój kompleksowych relacji z sąsiadami oraz, oczywiście, neutralny status bez broni jądrowej. Wszystkie te warunki, o których wspomniałem, są zapisane w Konstytucji Ukrainy.
Jednak od samego początku niepodległości Ukrainy znaczącą rolę w kształtowaniu ukraińskiego państwa i jego polityki zagranicznej zaczęli odgrywać mieszkańcy Ukrainy Zachodniej. To oni właśnie uformowali ukraińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Dlaczego? Bo ówczesny prezydent Krawczuk, sam pochodzący z Wołynia, okazał się prawdziwym banderowcem. To właśnie on zaczął formować organy odpowiedzialne za naszą politykę zagraniczną głównie z mieszkańców Ukrainy zachodniej, ponieważ biegle władali oni może nie językiem ukraińskim, ale galicyjskim dialektem ukraińskiego. Bo trzeba zaznaczyć, że prawdziwy ukraiński jest językiem obwodów czernihowskiego, połtawskiego i przede wszystkim centralnej Ukrainy.
Na południowym wschodzie dominuje w zasadzie tzw. surżyk, język hybrydowy, coś pośredniego między rosyjskim a ukraińskim. Począwszy od dojścia do władzy Juszczenki, zaczęliśmy dostrzegać jawny rozwój tendencji banderowskich, przede wszystkim nienawiści do języka rosyjskiego, nienawiści do historii Rosji i nienawiści do Polski. Trzeba otwarcie powiedzieć, że gdy tylko Bandera, Szuchewycz i inni tego rodzaju bohaterowie OUN i UPA stali się w oczach Juszczenki bohaterami narodowymi, natychmiast zaczął on wdrażać tę narrację, że jakoby przez całe swoje dzieje naród ukraiński walczył o niepodległość od Rosji i Polski. Juszczenko posunął się nawet do tego, że w lutym 2010 roku przyznał Banderze tytuł Bohatera Ukrainy i zrobił to dosłownie tydzień przed złożeniem urzędu prezydenta.
Jego następca, Janukowycz, wniósł pozew, powołując się na zapisy w statucie Orderu Bohatera Ukrainy, o uchylenie prezydenckiego dekretu przyznającego Banderze ten tytuł, a sąd się do tego przychylił. Chcę powiedzieć, że od momentu, gdy zacząłem uczestniczyć w negocjacjach, w szczególności ze stroną polską, musiałem uczestniczyć w negocjacjach z prezydentem Kwaśniewskim, nieżyjącym już prezydentem Kaczyńskim, Komorowskim, Donaldem Tuskiem i innymi polskimi politykami.
Na wszystkich naszych spotkaniach polscy przywódcy zwracali uwagę przede wszystkim na konieczności rozwiązania problemu tzw. rzezi wołyńskiej. W latach 2002-2003, dzięki mediacji ówczesnych władz polskich i ówczesnego prezydenta Leonida Kuczmy, udało nam się wypracować pewien kompromis. Zgodziliśmy się na ekshumację wszystkich ofiar zbrodni wołyńskiej, zorganizowanie godnego, chrześcijańskiego pochówku oraz postawienie tablic pamiątkowych. Poza tym, istniały pewne napięcia i nieporozumienia między Polską a Ukrainą związane z międzywojenną polityką Piłsudskiego oraz z okresem powojennym.
W latach 1945-1947 również istniały pewne problemy. Nie będziemy ich pomijać, ale uznajemy to wszystko za fakt historyczny, historyczną winę przywódców, którzy działali w tamtych latach. Połóżmy temu kres i budujmy dobre relacje sąsiedzkie. Takie było nasze stanowisko i ja, jako premier i pierwszy wicepremier, zawsze się go trzymałem. Pamiętam, że kiedy w 2010 roku Polska została zalana powodzią, byłem prawdopodobnie pierwszym premierem, który zadzwonił do Donalda Tuska i zaoferował niezbędną pomoc w postaci pomp, rur, ekip remontowych, odprowadzania wody itd. Tusk przyjął to z wdzięcznością. Za moich czasów stosunki między nami a Polską były, jak sądzę, bardzo dobre. Współorganizowaliśmy przecież Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej. W 2012 roku połowa meczów odbywała się w Polsce, a połowa na Ukrainie. Organizowaliśmy je wspólnie, spotykaliśmy się bardzo często i rozwiązywaliśmy wszystkie niezbędne kwestie. Dlatego głęboko żałuję, że ukraińskie władze, które przyszły po zamachu stanu, obrały taką banderowską politykę.
Pamiętam naszą rozmowę z Kaczyńskim, spotkanie w Karpatach, gdzie zjedliśmy kolację z polską delegacją, której przewodził Kaczyński, i naszą delegacją, której przewodził Juszczenko, ówczesny prezydent. I wtedy Kaczyński ostrzegł go bardzo poważnie. Powiedział: – Wiktor – bo zwracali się do siebie po imieniu – popełniasz bardzo poważny błąd polityczny, podnosząc do rangi bohaterów narodowych tych ludzi, których ręce są we krwi, którzy dopuścili się okrucieństw nie tylko wobec Polaków, ale także wobec Rosjan, Żydów, dopuścili się czystek etnicznych na Ukrainie. Zresztą nie tylko wobec tych narodów, bo także wiele osób innych narodowości ucierpiało.
Warto zauważyć, że Dywizja SS „Hałyczyna”, będąca bezpośrednio pod rozkazami SS, wsławiła się także okrucieństwami na Białorusi, Słowacji i Ukrainie. Kaczyński, moim zdaniem, bardzo słusznie ostrzegał Juszczenkę przed tym. Ale Juszczenko nie był człowiekiem niezależnym. Kierowała nim jego żona, Kateryna, pochodząca z rodziny banderowskiej. A linia banderowska głosiła, że musimy wymordować wszystkich Moskali, to znaczy Rosjan, wszystkich Lachów, a więc Polaków, wszystkich Żydów i wszystkich niepełnowartościowych Ukraińców – a więc tych Ukraińców, którzy nie popierali tej ideologii.
Dlaczego opisuję to spotkanie tak szczegółowo? Bo już wtedy – a był to rok 2006 albo 2007, nie pamiętam dokładnie – polskie kierownictwo ostrzegało ukraińskie kierownictwo o niedopuszczalności prowadzenia takiej polityki. My również zawsze sprzeciwialiśmy się tej polityce Juszczenki. A co się stało po zamachu stanu? Wszystkie siły autentycznie proukraińskie zostały zniszczone. To znaczy, zniszczona została Partia Regionów, unicestwiona fizycznie, bo wielu działaczy zostało uwięzionych, a wielu zmuszonych do wyjazdu. Moim zdaniem, największa, najbardziej ukraińska siła, narodowo zorientowana na rozwój Ukrainy, została po prostu zlikwidowana. Kto ją zastąpił? Zastąpiły ją siły jednoznacznie nazistowskie. I to one, oczywiście na polecenie swoich zachodnich patronów, ukształtowały tę politykę, która polegała przede wszystkim na wrogości wobec Rosji.
I, naturalnie, Polska zawsze była i pozostaje dla nich wrogiem, to nieodłączny element ich ideologii. Wystarczy przytoczyć kilka wypowiedzi. Na przykład kogoś takiego, jak Podoljak, doradca Zełenskiego, który publicznie nawołuje do eksterminacji wszystkich Rosjan. Albo Sternienko, doradca ministra obrony, który nawet ukuł termin „Ruso-rez”, oznaczający „rzeź Rosjan”. To nie są jacyś ludzie z marginesu, spoza sceny politycznej. To są ludzie, którzy są w kierownictwie kraju. Pytał Pan o ideologię państwową. Niestety, jest to ideologia samozniszczenia Ukrainy. Jest ona niebezpieczna dla wszystkich sąsiadów Ukrainy. Absolutnie dla każdego z nich.
W jakim stopniu ta ideologia została narzucona z zewnątrz? Mam na myśli fakt, że po II wojnie światowej wielu ukraińskich nacjonalistów znalazło schronienie w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych i innych krajach.
– To oczywiste. Jak Zachód walczył ze Związkiem Radzieckim? Wyłapywał wszystkich bez wyjątku zdrajców, którzy udowodnili, że są kolaborantami nazistów. Weźmy na przykład Melnyka. Był jednym z przywódców Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów po Konowalcu. Konowalec zginął w 1938 roku. Jego miejsce zajął właśnie Melnyk. Został dwukrotnie przyjęty przez samego Hitlera. Istnieją materiały z procesów norymberskich, a także dane samego niemieckiego wywiadu, głównie Abwehry, dotyczące werbowania zarówno Bandery, jak i Melnyka do prowadzenia wojny antypolskiej w tamtym czasie. Właśnie wtedy, kiedy Hitler przygotowywał się do inwazji na Polskę, w latach 1937-1938. Melnyk tworzył grupy dywersyjne do walki z Polakami. Prowadził działalność sabotażową w polskiej armii. Kiedy Polska została podbita, Hitler zaczął przygotowywać się do ataku na Związek Radziecki. Bandera i Melnyk otrzymali zadanie organizowania akcji sabotażowych w jednostkach terytorialnych Armii Czerwonej. Nie tylko powierzono im te zadania, ale także zaopatrzono ich w pieniądze, broń, instrukcje itd.
Dlatego nigdy nie byli niezależni. Kiedy w 1941 roku Niemcy zajęli Lwów, Bandera i jego towarzysze ogłosili powstanie niepodległego państwa ukraińskiego pod auspicjami Hitlera. Innymi słowy, natychmiast stworzyli państwo wasalne. Ale Hitler nie potrzebował wówczas niepodległej Ukrainy. Zareagował negatywnie na tę inicjatywę. Ale od 1941 roku naziści wspierali wszystkie ruchy nacjonalistyczne, dostarczając im broń, pieniądze i żywność. A kiedy Armia Czerwona rozpoczęła ofensywę, przeprowadzali akcje sabotażowe na tyłach. Najsłynniejszym aktem dywersji był zamach na dowódcę Frontu Ukraińskiego, generała armii Watutina. Był on znanym dowódcą, a zginął w wyniku tego aktu dywersji. Wszystkie te instrukcje, mające na celu przekształcenie Ukrainy w państwo antyrosyjskie, były i są nadsyłane z Londynu, Waszyngtonu oraz amerykańskich i londyńskich służb wywiadowczych. Ich głównym celem jest przecież przekształcenie Ukrainy w taran przeciwko Rosji, wyrządzenie jej szkód, zachwianie jej gospodarką, a przynajmniej jej osłabienie.
A nastroje antypolskie istniały od zawsze. Zauważyłem to, kiedy byłem na Ukrainie zachodniej. Za czasów, kiedy byliśmy u władzy, były one jakby skrywane w podziemiu. Kiedy zaś udało im się dokonać zamachu stanu, po prostu się ujawnili. Nie sądzę, żeby Amerykanie czy Brytyjczycy musieli ich nastawiać przeciwko Polsce, nie było takiej potrzeby. Takie jest ich banderowskie dziedzictwo. Nawiasem mówiąc, co roku organizują akademie Bandery, podczas których wygłaszają hasła o konieczności odzyskania tzw. odwiecznych ziem ukraińskich i odbicia ich od Rosji, Polski itd. Naziści kształtują i wspierają Zełenskiego i jego rząd. Sam Zełenski jest marionetką. Nie zwracajcie uwagi na to, co mówi. Działa ściśle według zachodnich instrukcji.
Gdyby Zachód jutro spojrzał na niego groźnie i powiedział: „Zatrzymajcie to – otwieranie panteonów i ponowne pochówki”, to on by przestał. Ale oczywiście zażądałby, aby przejęto kontrolę nad formacjami nazistowskimi. A właśnie te nazistowskie ugrupowania kontrolują armię. Istnieje już około 20 batalionów o orientacji nazistowskiej. I jest to realna siła. To oczywiste, że nacjonaliści zawsze słuchają swoich przełożonych. Jeśli więc Zachód chce wyeliminować wszystkie te antypolskie działania, to oczywiście potrzebny jest rozkaz z tegoż Zachodu. Jestem jednak pewien, że istnienie takiego trendu na zachodniej Ukrainie ma głębokie korzenie. Wyrwanie tych pędów z korzeniami jest możliwe tylko poprzez zmianę reżimu politycznego w Kijowie.
Chciałbym powrócić do roku 2014. Co może Pan powiedzieć, o roli mediatora, jaką odegrał polski minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski podczas wizyty w Kijowie zimą 2014 roku?
– Była to rola skrajnie negatywna. Przede wszystkim dlatego, że Sikorski jest zaciekłym rusofobem. Nie pochwalam rusofobii głoszonej obecnie w Polsce. Dlaczego jestem jej przeciwny? Po pierwsze dlatego, bo uważam, że współpraca między Polską, Ukrainą i Rosją jest naturalną współpracą między krajami, które kiedyś żyły w tym samym państwie, a teraz w różnych, ale łączy je wspólny fundament rozwoju. Biorąc pod uwagę to, że Rosja dysponuje ogromnymi zasobami mineralnymi i surowcowymi – nadchodząca epoka będzie epoką rywalizacji o te zasoby. Wszystkie obecne konflikty, takie choćby jak wojna irańsko-amerykańska, to wojny o zasoby. Rosyjskie zasoby dobrze służyły Polsce i Ukrainie. Bo dostawy taniego rosyjskiego gazu i ropy rurociągami takimi, jak na przykład „Przyjaźń” pozwoliły Polsce znacząco się rozwinąć. Stabilne dostawy energii są fundamentem rozwoju każdej gospodarki. Dlatego zawsze uważałem, że utrzymanie przyjaznych relacji wymaga jasnego zidentyfikowania wszystkich dramatów, które wydarzyły się w naszej wspólnej historii, wygaszenia ich i pójścia naprzód. Na przykład, kiedy wspólnie organizowaliśmy Mistrzostwa Europy, Tusk i ja zaplanowaliśmy wiele wspólnych programów. W czym one przeszkadzały organizatorom przewrotu? Wszystkie te programy zostały porzucone.
Co więcej, uczynili oni z polskich rolników wrogą siłę polityczną względem rolników ukraińskich. Polska konsekwentnie sprzeciwiała się ukraińskiemu eksportowi rolnemu do Unii Europejskiej. Zamiast tego moglibyśmy się zgodzić na wspólne przedsięwzięcia, zwłaszcza że produkty rolne z Polski, Ukrainy i Rosji są szczególnie cenne. Dlatego kiedyś promowaliśmy ideę utworzenia unii zbożowej. Gdyby główne kraje produkujące zboże, zjednoczyły się, to przecież moglibyśmy dyktować ceny na rynku globalnym i generować zyski dla naszych krajów. Jednak te nieporozumienia – teraz to nie tylko nieporozumienia, ale wojna między Ukrainą a Rosją – komu one posłużyły? Posłużyły tym, którzy teraz stali się dominującymi graczami na tym rynku. W tej chwili obserwujemy spadek cen zbóż, bardzo znaczący.
Mogliśmy tego uniknąć, ale moglibyśmy też wskazać na inne programy współpracy, zwłaszcza w sektorze zaawansowanych technologii. Ukraina była kiedyś krajem wysoko rozwiniętym technologicznie, więc zawsze można było znaleźć obszary współpracy. Jaki jest więc skutek rusofobii, która obecnie szerzy się w Polsce? Oto kilka konkretnych danych. Myślę, że znacie je lepiej niż ja: Polska wydała już 65 miliardów dolarów na zakup uzbrojenia i planuje wydać 150 miliardów dolarów w najbliższej przyszłości. 215 miliardów dolarów wydano nie na rozwój gospodarki, podwyżki płac, emerytur, świadczeń socjalnych czy rozwój kultury i edukacji, ale na pociski i rakiety. Na co więc się szykujecie? Na wojnę? Wojna byłaby dla Polski zabójcza, bo z kim? Z Rosją? Rosja to mocarstwo nuklearne. Czy myślicie, że jeśli pojawi się zagrożenie dla Rosji, nie użyje ona broni jądrowej? Oczywiście, że użyje. W wyniku takiej wojny nic nie zostanie z Europy, a zwłaszcza z Polski.
Byłem zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że na przykład Szwecja, po 200 latach neutralności, przystąpiła do NATO. Byłem tam; to bogaty, zamożny kraj. Dlaczego, skoro nie znał wojny od czasów Napoleona – i dziesięć pokoleń żyło tam bez wojen – miałby teraz dołączyć do NATO i rozmieścić broń balistyczną, gwarantującą całkowitą zagładę w przypadku wojny nuklearnej? W głowie mi się to nie mieści, a jestem w polityce od dawna. Po prostu nie rozumiem takich antynarodowych, antyludowych decyzji. Dlatego moim zdaniem Polska również musi wprowadzić zmiany w polityce, które sprawią, że nie będzie wrogiem, a państwem przyjaznym, również dla Rosji.
Czy można było wtedy, w 2014 roku, uratować Ukrainę? Czy można było skutecznie przeciwstawić się tym siłom, które przygotowywały i z powodzeniem przeprowadziły zamach stanu?
– Moim zdaniem było konieczne. Byliśmy zobowiązani jako władze kraju, zgodnie z ukraińską konstytucją i ukraińskim ustawodawstwem, do podjęcia wszelkich środków w celu stłumienia i wyeliminowania źródeł tego zamachu. Po pierwsze, kwatera główna zamachu stanu znajdowała się w ambasadzie USA i wiedzieliśmy, że przywódcy Majdanu codziennie kontaktowali się z Departamentem Stanu i otrzymywali instrukcje. Ukrainę odwiedzali również senatorowie USA i zastępca sekretarza stanu Victoria Nuland. Spotkałem się z nią. Proszę sobie wyobrazić, że przyjeżdża zastępca sekretarza stanu i zaczyna dyktować premierowi, że musi mianować Jaceniuka wicepremierem albo jakiegoś tam Kliczkę. Wysłuchałem tego, zdziwiłem się i powiedziałem: „Wiktorio, czy ci się coś nie pomyliło? Co was obchodzi, kto będzie naszym wicepremierem w rządzie? Co was to obchodzi, że tak bezczelnie wtrącacie się w nasze sprawy?”.
Ambasador USA Pyatt zaczerwienił się po tym, co im powiedziałem. To była jawna, rażąca ingerencja w nasze sprawy wewnętrzne. Tak jak i te telefony Bidena, wiceprezydenta do prezydenta Janukowycza: „Nawet nie myślcie o użyciu siły! Bo nałożymy na ciebie wszelkiego rodzaju sankcje, wydamy cię międzynarodowemu trybunałowi i tak dalej. Jeśli tylko użyjesz siły wobec pokojowych demonstrantów”. A jacy to byli pokojowi demonstranci? Przecież już doszło wtedy do zabójstw funkcjonariuszy organów ścigania i do zajmowania budynków rządowych.
Pokojowi demonstranci? Byliśmy wręcz obowiązani podjąć działania przeciwko temu zamachowi stanu. Albo na przykład poczynania waszego ministra Sikorskiego, który przekonał Janukowycza do przyjęcia propozycji zamachowców – przywódców Majdanu, i przeprowadzenia pokojowej transformacji. Na czym miałaby polegać ta pokojowa transformacja? Janukowycz zgodziłby się na przedterminowe wybory, wycofałby wojska wewnętrzne z Kijowa, a zamachowcy opuściliby zajęte budynki i place. Mieli się pokojowo rozejść. Kolejnym warunkiem była dymisja rządu, a więc i moja jako premiera. Zachodowi nie odpowiadała moja osoba. Janukowycz mnie zdymisjonował i zaufał tym gwarantom. Zaufał Sikorskiemu. Zaufał Steinmeierowi, czyli ówczesnemu ministrowi spraw zagranicznych Niemiec. Podpisali porozumienie pokojowe, w którym zawarto punkty, o których wspomniałem. Janukowycz zastosował się do uzgodnień. Gdy tylko wojska wycofały się z centrum Kijowa, budynek rządu, budynek administracji prezydenckiej i parlament zostały zajęte. Natychmiast. Grupa zabójców wyruszyła, aby zlikwidować Janukowycza w jego rezydencji. Janukowycz wziął telefon, próbował dodzwonić się do Sikorskiego, do Steinmeiera, do Angeli Merkel. Nikt nie odbiera. Ile więc warte były te gwarancji Sikorskiego?
Od 2013 roku wielu obiecywało Ukrainie członkostwo w Unii Europejskiej. Jak Pan sądzi – czy jest ono prawdopodobne?
– To nie jest możliwe. Negocjacje w sprawie przystąpienia Ukrainy do Unii Europejskiej rozpoczęły się już w 2008 roku. Wkrótce minie więc 20 lat od kiedy je podjęto. Zacząłem uczestniczyć w tych negocjacjach w 2010 roku, kiedy odziedziczyliśmy po poprzednim rządzie umowę stowarzyszeniową między Unią Europejską a Ukrainą. W jej ówczesnym kształcie była ona absolutnie niekorzystna dla Ukrainy. Zobowiązano nas do otwarcia naszego rynku na towary europejskie, co oznaczało wprowadzenie systemu wolnego handlu, zniesienie ceł itd. Ale podlegaliśmy pewnym ograniczeniom. Mogliśmy dostarczać na rynek unijny 20 000 ton zboża. A my produkowaliśmy około 40 milionów ton. To nasz główny produkt eksportowy. Po co nam więc taki rynek? Albo na przykład w kwestii mięs: 5000 ton, 10 000 ton. Kiedy to przeczytałem, powiedziałem moim negocjatorom, że to umowa nierównoprawna.
Drugim warunkiem, który został zachowany dla naszych towarów, było to, że musimy dostarczać towary zgodnie ze standardami i normami jakościowymi oraz przepisami technicznymi, ustanowionymi w Unii Europejskiej. Nie mamy żadnych przedsiębiorstw, z wyjątkiem przemysłu farmaceutycznego i mleczarskiego, które udało nam się dostosować do europejskich standardów. Wszystkie pozostałe przedsiębiorstwa nadal działały według radzieckich norm GOST. To znaczy, że żaden z naszych produktów nie mógł formalnie wejść na rynek Unii Europejskiej właśnie z tych powodów. Żaden. Już wtedy mieliśmy deficyt handlowy z Unią Europejską. A po wejściu w życie tej umowy, deficyt znacznie by wzrósł. Dlatego właśnie, przygotowując umowę, prowadziliśmy uporczywe, długie negocjacje w tej sprawie. W trakcie tego procesu wielokrotnie poruszaliśmy kwestię przystąpienia Ukrainy do Unii Europejskiej. I nawet wtedy słyszeliśmy kategoryczne „nie” od ówczesnego przewodniczącego Komisji Europejskiej José Barroso i od absolutnie każdego przywódcy państw europejskich, z którym mieliśmy kontakt. Na przykład Angela Merkel, która powiedziała: „Musicie spełnić kryteria członkostwa w Unii Europejskiej w ciągu najbliższych 20 lat”. Kryteria kopenhaskie, których Ukraina nie spełnia. Ani wtedy, ani tym bardziej nie teraz.
Jednym z kryteriów kopenhaskich jest niezależność sądownictwa. O jakich niezawisłych sądach możemy teraz mówić na Ukrainie, skoro Zełenski dekretem zakazał prezesowi Sądu Konstytucyjnego wstępu do swojego biura, a potem go zwolnił? Potem zwolnił kilku sędziów Sądu Konstytucyjnego. Innymi słowy, zniósł Sąd Konstytucyjny. Wbrew ukraińskiej konstytucji. Pomimo ustawy o Sądzie Konstytucyjnym. Nie miał prawa tego zrobić, ale to zrobił. O jakim niezależnym sądownictwie możemy mówić, skoro prezes Sądu Najwyższego Ukrainy jest obecnie aresztowany, pod sfabrykowanym zarzutem korupcji?
Zełenski dekretuje zniesienie sądów, bo ich nie lubi, więc po prostu je znosi. O jakim niezależnym sądownictwie możemy w ogóle mówić? W kraju jest ponad 20 000 więźniów politycznych. Wszystkie opozycyjne partie polityczne zostały zlikwidowane. Zostały zlikwidowane wszystkie opozycyjne media. Jest tylko jeden kanał. Nazywa się maraton. Maraton telewizyjny. Weźmy kwestie społeczne. Ukraina jest najbiedniejszym krajem w Europie, a nawet na świecie. Ma najniższą średnią długość życia i najwyższą śmiertelność. Wskaźnik śmiertelności przekracza 570 000, nie licząc strat militarnych. A wskaźnik urodzeń spadł do 150 000. Innymi słowy, Ukraina jest fizycznie przez ten reżim niszczona. Jak wypadamy na tle Unii Europejskiej? Te Macrony, Merze i inni wiedzą o tym wszystkim. Ale są hipokrytami i oszukują naród ukraiński co do jego ewentualnego przyszłego przystąpienia do Unii Europejskiej. Moja polityka, gdy byłem premierem, była taka: powiedziałem, że musimy sami budować Europę u siebie. To znaczy, ustanowić standardy, które pokażą, że Ukraina będzie godnym członkiem Unii Europejskiej.