Stan zapasów przed wybuchem wojny w Europie Zachodniej

Stan zapasów przed wybuchem wojny w Europie Zachodniej

2 sierpnia 2026 r. Autorstwa Hansa-Jürgena Geese 

anderweltonline/bestandsaufnahme-vor-dem-offenen-ausbruch-des-krieges-in-westeuropa

Jesienią 1950 roku kanclerz Konrad Adenauer zlecił opracowanie pierwszej tajnej koncepcji przyszłej Bundeswehry (niemieckich federalnych sił zbrojnych). Rezultat, znany jako „Memorandum Himmerod”, jest uważany za dokument założycielski Bundeswehry.

W 1950 roku aż 74% Niemców Zachodnich sprzeciwiało się zbrojeniom. Okres ten można zatem uznać za narodziny niemieckiej demokracji: rząd nie przejmował się wolą ludu i nadal jej nie przejmuje. Nic się pod tym względem nie zmieniło do dziś. Ta tak zwana demokracja nie miała i nie ma praktycznie nic wspólnego z prawdziwą demokracją.

Stare łacińskie przysłowie ma tu zastosowanie: „Mundus vult decipi, ergo decipiatur”. Innymi słowy: „Świat chce być oszukiwany, więc niech będzie oszukiwany”. Kto odważy się spojrzeć często nieprzyjemnej prawdzie w oczy? A media są chętnymi wspólnikami w tej grze oszustwa.

Niemiecki pisarz Bertolt Brecht zdawał sobie sprawę z tych wszystkich spostrzeżeń dotyczących natury ludzkiej. Jego skromna nadzieja leżała zatem w mobilizacji elity – elity niemieckich artystów i pisarzy. 26 września 1951 roku skierował do nich ostrzegawczy list otwarty.

Końcowe zdania tego listu stały się sławne: „Wielka Kartagina stoczyła trzy wojny. Nadal była potężna po pierwszej, nadal nadawała się do zamieszkania po drugiej. Po trzeciej już jej nie było”.

Trudno zaprzeczyć tej analogii: Niemcy, podobnie jak wcześniej Kartagina, nie przetrwają trzeciej wojny.

Mimo to, 75 lat później, rząd niemiecki ponownie stoi na krawędzi ryzyka, ryzykując los Niemiec w wojnie, której nie może wygrać. Ale nie o to chodzi. Kraj ma zginąć.

Nie widać żadnych danych procentowych, ale podobno zdecydowana większość Niemców sprzeciwia się działaniom militarnym. Sondaże nie wspominają jednak o tym, że jedynym prawdziwym przeciwnikiem może być Rosja.

Obowiązuje stara łacińska zasada: „Mundes vult decipi, ergo decipiatur”. [„świat chce być oszukiwany, niechże więc będzie oszukiwany”]

Następcy Kartaginy

Kartagina została zniszczona przez Rzymian w 146 roku p.n.e. Od tego czasu wiele niegdyś chwalebnych supermocarstw zniknęło z historii, w tym samo Cesarstwo Rzymskie.

Imperium Brytyjskie było kiedyś tak rozległe, że słońce nigdy tam nie zachodziło, ponieważ obejmowało terytoria na całym świecie.

Ale przenieśmy się dziś do Wielkiej Brytanii, a zobaczymy, co pozostało z niegdyś potężnego imperium: przytułek dla ubogich.

Czy naprawdę na Ziemi zawsze musi istnieć światowe imperium? Co o tym myślisz? Po Brytyjczykach, Amerykanie podjęli wyzwanie, by być lepszymi od Brytyjczyków i być może zapewnić mu przetrwanie co najmniej tysiąca lat.

Ale od zakończenia II wojny światowej w 1945 roku do końca amerykańskiego imperium dzisiaj nie minęło nawet sto lat. Nic dziwnego, że prezydent Stanów Zjednoczonych, niejaki Donald Trump, odmawia uznania tego pozornego upadku i dlatego stanowczo sprzeciwia się jakiemukolwiek uznaniu rzeczywistości. Ale czy Donaldowi się to podoba, czy nie, z 40 bilionami dolarów długu i armią właśnie pokonaną przez kraj rozwijający się, naprawdę trzeba uciec się do potężnych kłamstw, aby pokonać, jeśli nie Iran, to przynajmniej prawdę.

Upadek Ameryki

Twierdzenie, że USA wygrały II wojnę światową, zawsze było grubą przesadą. Rosjanie ponieśli największy ciężar wojny i zasłużyli na lwią część zwycięstwa.

Po II wojnie światowej Rosjanie cieszyli się długim okresem pokoju, jeśli nie uznać stłumienia powstań ludowych w NRD, na Węgrzech i w Czechosłowacji za wojnę. Dopiero w 1979 roku Związek Radziecki rozpoczął zakrojoną na szeroką skalę wojnę agresywną w Afganistanie.

Amerykanie natomiast nie mieli chwili wytchnienia od 1945 roku do dziś: 25 czerwca 1950 roku wybuchła wojna koreańska, a następnie wojny w Wietnamie i innych krajach Azji Południowo-Wschodniej, wojny w Iraku, wojny w Jugosławii, wojna w Afganistanie i tak dalej. Amerykanie jednak nie wygrali ani jednej z tych wojen. Powinno to budzić poważne obawy nie tylko u Amerykanów, ale także u ich sojuszników, zwłaszcza u Niemców.

Ten ważny punkt jest szczególnie istotny dla NATO, ponieważ Stany Zjednoczone pokrywają około 62% wydatków obronnych państw członkowskich NATO. Pytanie brzmi zatem: kto chce mieć za sojusznika notorycznego przegranego?

Klęska USA nad Iranem

Ta wojna jeszcze się nie skończyła. Amerykańskie podejście pozostało niezmienne: bomba, bomba i bomba. A potem: kłamstwo, kłamstwo, kłamstwo. Wierzą, że Irańczycy w końcu się poddadzą. Nadzieja jest zatem siłą napędową tej głupiej strategii – o ile w ogóle można ją nazwać strategią – która zawiera dwa poważne błędy:

Po pierwsze, należy założyć, że Iran nigdy się nie podda, ponieważ Irańczycy przewidzieli, zaakceptowali i przygotowali się na konsekwencje amerykańskiej wojny jeszcze przed jej rozpoczęciem. Irańczycy wolą umrzeć niż się poddać.

Po drugie, Amerykanie powinni byli już zdać sobie sprawę, że ten nowy rodzaj asymetrycznej wojny stosowany przez Irańczyków jest lepszy od ich przestarzałej strategii. Poza użyciem broni jądrowej, Amerykanie mogą jedynie przyznać się do porażki i wycofać się z całego regionu. Ale Donald Trump nie lubi przegrywać, więc gra na czas, licząc na cud. Nie, to nie jest strategia.

Co więcej, Amerykanom po prostu kończy się amunicja. Tymczasem Irańczycy, zgodnie z założeniem długotrwałej wojny, odpowiednio zaopatrzyli się w pociski rakietowe i drony.

Z całego świata Amerykanie musieli sprowadzać amunicję ze swoich baz wojskowych i od sojuszników, głównie do Izraela, aby utrzymać się za wszelką cenę. Niewiele z tych zapasów pozostało.

Związek między wojną w Iranie a wojną na Ukrainie

Znają groźne gesty czołowych postaci NATO wobec Rosji. Przede wszystkim, dowódcy wojskowi Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec głośno zadeklarowali swój sprzeciw wobec wojny. Praktycznie błagają Rosję, żeby poczekała jeszcze kilka lat, a wtedy sprawy naprawdę ruszą.

W rezultacie portfele zamówień firm z branży zbrojeniowej pękają w szwach. Gdyby jednak niemiecki rząd zamówił na przykład od Lockheed Martin więcej myśliwców stealth F-35A lub F-35B, nie stałoby się to w perspektywie krótkoterminowej ani średnioterminowej. Są one w pełni zarezerwowane. Z 35 już zamówionych samolotów, pierwsze nie zostaną dostarczone przed końcem 2027 roku. Bardziej prawdopodobne, że później, ponieważ sami Amerykanie również potrzebują zaopatrzenia. A jak wiadomo, każdy dba o siebie.

Należy zatem trzeźwo przyznać, że kraje NATO po prostu nie mają niezbędnych zdolności do zbudowania poważnej siły militarnej przeciwko Rosji w perspektywie krótkoterminowej i średnioterminowej. Przemysł zbrojeniowy jest własnością prywatną, a zatem napędzany jest przede wszystkim zyskiem. W praktyce oznacza to przewartościowany, w dużej mierze przestarzały sprzęt.

A jeśli rząd federalny zamierza polegać przede wszystkim na przemyśle krajowym, to pozostaje pytanie: jak to osiągnąć, biorąc pod uwagę znaczne luki w dostawach energii i brak mocy produkcyjnych? I skąd mają pochodzić wszystkie pierwiastki ziem rzadkich, bez których nie ma superbroni?

Nie, nie da się po prostu stworzyć armii z niczego.

Zbudowanie naprawdę skutecznej armii zajęłoby co najmniej dziesięć lat. Oprócz sprzętu i amunicji, wymagałoby to oczywiście przede wszystkim odpowiedniej liczby wykwalifikowanych żołnierzy.

Ich istnienie pozostaje wątpliwe. Współczesna młodzież na Zachodzie raczej nie nadaje się do wojny, chyba że rozładowuje napięcie przed ekranem w cyfrowym, wojennym świecie.

W Stanach Zjednoczonych około 77% młodych ludzi zostaje zdyskwalifikowanych ze służby wojskowej z powodu otyłości, zażywania narkotyków, karalności lub problemów zdrowotnych. W Europie sytuacja nie będzie tak dramatyczna. Jednak nawet przy zachętach finansowych (w USA natychmiastowa wypłata 50 000 dolarów po podpisaniu kontraktu), trudno będzie zgromadzić wysoce zmotywowaną armię.

I jeszcze jedno: rosyjscy żołnierze mają ponad czteroletnie doświadczenie bojowe w najsilniejszej armii na świecie, które zdobyli walcząc z drugą najsilniejszą armią na świecie.

Jak myślisz, co się stanie w walce wręcz między żołnierzem rosyjskim a żołnierzem NATO? Żołnierze NATO zostaną całkowicie pokonani. To zajmie tylko tygodnie.

Podsumujmy.

Najważniejszy partner NATO, Stany Zjednoczone Ameryki, obecnie nie dysponują sprzętem wojskowym niezbędnym do prowadzenia długotrwałego konfliktu. To samo dotyczy oczywiście wszystkich pozostałych członków NATO.

Mimo to NATO i rząd niemiecki pozostają optymistycznie nastawione i nadal podejmują działania mające na celu sprowokowanie Rosjan do ataku na któryś z krajów NATO.

Jak dotąd nie przyniosło to skutku. Ale ani ukraińskie, ani NATO nie ustąpią, a zatem będą kontynuować eskalację. To tylko kwestia czasu, zanim Rosjanie po prostu nie będą mogli tego dłużej tolerować, ponieważ szkody, jakie NATO wyrządziło Rosji, są zbyt duże.

Pomimo całej cierpliwości, jaką Władimir Putin wykazał do tej pory, należy założyć, że i jego cierpliwość w końcu się wyczerpie i będzie zmuszony do podjęcia działań na Zachodzie. NATO nawet na to liczy.

Co zrobi NATO w przypadku ataku Rosji?

Obecnie NATO, łącznie z siłami zbrojnymi USA, jest niczym więcej niż niebezpiecznym papierowym tygrysem nastawionym na konwencjonalne działania wojenne.

Jeśli wykluczymy amerykańskie siły zbrojne z równania, NATO okaże się niczym więcej niż żałosnym papierowym tygrysem.

Rosjanie wiedzą o tym wszystkim. Wiele nauczyli się z konfliktu z Ukrainą. Wiele nauczyli się również z konfliktu między Iranem, który wspierają, a USA/Izraelem.

Jeżeli NATO przeceni sytuację względem Rosji, Rosjanie prawdopodobnie postąpią w następujący sposób:

Władimir Putin poinformuje Amerykanów, że Rosjanie zniszczą różne fabryki sprzętu wojskowego w Europie. Amerykanie na to pozwolą. Nie będą gotowi umrzeć za Europę. Amerykanie żywią do Europy jedynie pogardę. Dlaczego? No właśnie?

Następnie Rosjanie poinformują również odpowiednie rządy europejskie o swoich planowanych działaniach. Fabryki będą miały zatem możliwość zapewnienia bezpieczeństwa personelowi. Nie ma już czego bronić.

Następnie rosyjskie rakiety spadną na szereg krajów NATO. Ich zakłady produkcyjne zostaną zniszczone. Jeśli te rzekomo potężne rządy nie zrozumieją przesłania, Rosjanie będą powtarzać te ćwiczenia w kółko.

Z pewnością można założyć, że Rosjanie nie są na tyle głupi, by pozwolić Niemcom na stworzenie poważnej armii, która mogłaby zagrozić ich krajowi. Po prostu o wiele, wiele łatwiej jest zapobiec takiej ewentualności niż stawić czoła konsekwencjom. Pamiętaj: „Lepiej zapobiegać niż leczyć”. Zapytaj swojego dentystę.

To prosty ciąg logiczny. Trzeba jednak założyć, że logika i zdrowy rozsądek nie dadzą rady w analizie dzisiejszych polityków. Ich podejście to irracjonalne zachowanie, którego celem jest zniszczenie Zachodu. Tak, zniszczenie!

Właściwym słowem opisującym takie zachowanie jest samobójstwo.

Aby dokonać tego samobójstwa, Merkel, Scholz i Merz zostali wybrani na kanclerzy. Nie wybrani. Wybrani. I bez względu na to, jak bardzo drodzy obywatele Niemiec starają się to wszystko przejrzeć, nigdy nie zrozumieją, że to wszystko ma prowadzić do samobójstwa. Samobójstwa.

I to naprawdę jest plan? Tak, to jest plan. Otwórz oczy. Pamiętasz?

„Wielka Kartagina stoczyła trzy wojny. Nadal była potężna po pierwszej, nadal nadawała się do zamieszkania po drugiej. Po trzeciej już jej nie było”. Kto by chciał, żeby tak było? Nie uwierzyłbyś mi. 

————

Czy świat potrzebuje muzułmańskich duchownych, którzy sprzeciwią się wojnie? Warto się nad tym zastanowić. W swojej antywojennej powieści „ Szejk” Paul Soldan powierza imamowi gdzieś w najgłębszej Afryce zadanie pokazania młodemu, zwiedzionemu człowiekowi, jak bezsensowna jest wszelka wojna. Że młodzi mężczyźni dają się zwieść aktom wojennym, których nie da się usprawiedliwić w sobie. Choć akcja rozgrywa się w Afryce, zawarte w niej spostrzeżenia odnoszą się do całego świata. Weźmy na przykład Iran, który nikogo nie zaatakował z powodów religijnych, ani nikogo nie atakuje, a jedynie reaguje na ataki i broni się. Czy „chrześcijański” rząd może z nim konkurować? Zwłaszcza pod względem moralnym? Przeczytaj „Szejk” i pamiętaj, że wszyscy chrześcijańscy duchowni powinni postępować jak imam w powieści . Zamów swój egzemplarz bezpośrednio u wydawcy tutaj lub kup go w lokalnej księgarni. To dzieło, które powinien przeczytać każdy młody mężczyzna. Być może wtedy zacznie postępować po „chrześcijańsku”. 

Czy podobał Ci się ten artykuł? Czyż nie imponuje Ci, jak Hans-Jürgen Geese, z drugiego końca świata, tak trafnie analizuje sytuację w Niemczech? Gorąco polecamy lekturę książki tego samego autora. Zatytułowanej „ Wyprzedaż nowozelandzkiego marzenia ” Geese nawiązuje do związku między Nową Zelandią a Niemcami. Jego wnikliwe analizy ujawniają, jak obywatele na całym świecie są uciskani i wykorzystywani, a nawet zniewalani, przez tych samych aktorów, stosujących te same metody. Nie daj się zwieść. To, co Geese tak wyraźnie ujawnia w Nowej Zelandii, dzieje się również w Niemczech. Tylko niełatwo to dostrzec. „ Wyprzedaż nowozelandzkiego marzenia” jest dostępna w księgarniach lub można ją zamówić bezpośrednio u wydawcy tutaj. 

Tutaj możesz przeczytać recenzję tego dzieła: 
anderweltonline/ausverkauf-vom-traum-neuseeland-wie-ein-bluehendes-land-verramscht-wurde

Dlaczego Rosja zamknęła ukraińskie porty. Jakie są tego konsekwencje?

Dlaczego Rosja zamknęła ukraińskie porty

Thomas Röper apolut/warum-russland-die-ukrainischen-hafen-ausgeschaltet-hat

Rosja zamknęła w ostatnich dniach ukraińskie porty. Obecnie ukraińskie porty głębinowe nie są w stanie obsłużyć żadnych statków. Jakie są tego konsekwencje?

Punkt widzenia Thomasa Röpera .

Zajęte opowiadaniem niemieckiej opinii publicznej bajek o rzekomym punkcie zwrotnym w wojnie na Ukrainie, niemieckie media nie informują o tym, że Rosja w ostatnich dniach skutecznie zamknęła ukraińskie porty dalekomorskie. Prawda o tym, co dzieje się obecnie z ukraińskimi portami i jakie są tego konsekwencje, byłaby oczywiście uciążliwa dla niemieckich mediów, które próbują przedstawić opinii publicznej rzekomy zwrot w wojnie na Ukrainie.

W Niemczech doniesienia o tym pojawiły się dopiero, gdy media oskarżyły Rosję o utrudnianie ukraińskiego eksportu zboża poprzez ataki na ukraińskie porty, co rzekomo grozi głodem w Afryce. To jednak nonsens, ponieważ od czasu porozumienia zbożowego z 2022 roku wiadomo , że ukraińskie zboże wcale nie trafia do najbiedniejszych krajów świata, ale przede wszystkim do Europy, Chin i Turcji.

Ponieważ niemieckie media ignorują to, co dzieje się obecnie w ukraińskich portach dalekomorskich, tłumaczę tutaj artykuł TASS na temat rosyjskich ataków i ich konsekwencji dla Ukrainy.

==================================

Cykl morski: Jakie decyzje stawia Kijów przed upadkiem portów?

Pavel Kucharkin omawia sposób, w jaki Europejczycy opuszczają ukraińskie porty i zagrożenie, jakie to stwarza dla gospodarki kraju.

Ukraina nie jest już potęgą morską. Nie żeby kiedykolwiek była „władczynią mórz”, ale lipiec był dla Kijowa katastrofą. Największy przewoźnik kontenerowy, duńska firma Maersk, oficjalnie zakończył działalność w Czarnomorsku (obwód odeski). Wkrótce potem niemiecki gigant logistyczny Hapag-Lloyd ponownie zawiesił działalność morską w regionie, a ukraiński eksporter zboża Kernel zamknął swoje terminale. Ruch w korytarzu Morza Czarnego praktycznie ustał.

Bolesny cios

Aby w pełni zrozumieć konsekwencje załamania się logistyki morskiej dla reżimu w Kijowie, należy przyjrzeć się liczbom. Według Komisji Rolnictwa i Polityki Ziemskiej Rady Najwyższej oraz Administracji Celnej, do 80 procent ukraińskiego eksportu i około 50 procent importu pod względem wartości jest obsługiwanych przez porty. Szlaki morskie są zatem kluczowym elementem ukraińskiej gospodarki. Systematyczne ataki na statki przewożące sprzęt wojskowy i zaplecze logistyczne ukraińskich sił zbrojnych przyniosły nieunikniony skutek: od 22 lipca do żadnego z portów nie wpłynął ani jeden statek. Dla porównania, według Tarasa Wysockiego, ukraińskiego ministra rolnictwa i polityki żywnościowej, w czynnych ukraińskich portach obsługiwano wcześniej około czterech do pięciu statków dziennie.

Brzmi to więcej niż imponująco i przekonująco. To nie jest po prostu logiczna kontynuacja działań rosyjskich sił zbrojnych, ale przede wszystkim reakcja na regularne ataki Kijowa na rosyjską logistykę i statki. Prezydent Rosji Władimir Putin wcześniej wyraźnie ostrzegał, że nasze środki zaradcze będą silniejsze i bardziej dotkliwe, niż wróg mógłby sobie wyobrazić. I dokładnie tak się stało.

Towary strategiczne, takie jak produkty naftowe, węgiel energetyczny i metalurgiczny oraz nawozy mineralne, były wysyłane na Ukrainę przez porty Morza Czarnego. Kijów z kolei eksportował zboże, surowce i metale, generując lwią część swoich wpływów dewizowych i dochodów państwa. Teraz sytuacja reżimu w Kijowie uległa dalszemu pogorszeniu.

Alternatywy bez alternatyw

Maersk przekierował swoje statki do rumuńskiego portu w Konstancy. To przeniosło całą logistykę na Dunaj. Po stronie ukraińskiej Reni jest obecnie punktem przeładunkowym, skąd towary są transportowane statkami do Rumunii. Trasa ta jest trudna, a przede wszystkim niezwykle kosztowna. Transport towarów ciężarówkami jest nieopłacalny, ponieważ dla tych samych ilości wymagane są kolejne kursy. Sytuacja z logistyką kolejową jest jeszcze bardziej niepewna. Nie ma bezpośredniego połączenia kolejowego z Odessy do Reni; trasa przebiega przez Mołdawię. To ślepa uliczka, gdzie, pomimo deklarowanego „europejskości” obu sąsiednich krajów, prawie nic się nie zmieniło od czasu budowy torów w XIX wieku.

Te linie kolejowe nie są zelektryfikowane, dlatego transport towarowy musi być realizowany wyłącznie lokomotywami spalinowymi. Jednak po stronie ukraińskiej występuje również znaczny niedobór lokomotyw spalinowych. Według magazynu kolejowego „Railway Supply”, w styczniu 2022 roku Ukrzaliznycia dysponowała nieco ponad 200 sprawnymi lokomotywami spalinowymi do przewozu towarów na liniach głównych, podczas gdy łączna liczba sprawnych lokomotyw spalinowych wynosiła około 1000. Do tego niedoboru przyczyniły się również rosyjskie siły zbrojne. Tylko od początku 2026 roku Kijów stracił ponad 200 lokomotyw, według Aleksieja Kuleby, wicepremiera Ukrainy ds. odbudowy. Biorąc pod uwagę kluczowe znaczenie lokomotyw spalinowych dla zaopatrzenia ukraińskich sił zbrojnych na froncie, władze w Kijowie będą zmuszone wybierać między transportem wojskowym a zapewnieniem eksportu.

Jednak skierowanie ruchu towarowego do Konstancy nie rozwiązuje nawet problemów czysto ekonomicznych. Z powodu gwałtownego wzrostu stawek frachtowych, globalni handlowcy po prostu odliczają wzrost kosztów transportu od ceny końcowej produktów. W rezultacie ukraińscy rolnicy będą zmuszeni sprzedawać zboże poniżej wartości i po prostu nie będą mieli możliwości odzyskania tych strat. Podczas gdy dostawy zboża w ramach istniejących kontraktów wciąż trwają, nowe zakupy zboża w portach praktycznie ustały. Europa mogłaby pomóc Kijowowi, ale UE nałożyła surowe ograniczenia tranzytowe na ukraińskie zboże i najwyraźniej nie zamierza ich znosić. Nawiasem mówiąc, wszystko to dzieje się w samym środku sezonu żniw.

Reakcja łańcuchowa

W następstwie reakcji łańcuchowej, południowy zakład górniczo-przetwórczy w Krzywym Rogu (obwód dniepropietrowski) również wstrzymał działalność z powodu wstrzymania transportu morskiego. Według komunikatu prasowego firmy z 28 lipca, wydobycie rudy zostało wstrzymane, a ogólna wielkość produkcji uległa zmniejszeniu. W związku z tym szwajcarska firma Ferrexpo całkowicie wstrzymała eksport rudy żelaza z Ukrainy przez Morze Czarne. Ferrexpo kontroluje ważne zakłady górniczo-przetwórcze w Połtawie i Jeristowskim, które produkują wysokiej jakości surowce do produkcji stali bezkoksowej. W rezultacie prezes zarządu zakładu górniczo-przetwórczego w Połtawie oficjalnie ogłosił, że firma całkowicie wstrzyma działalność z dniem 3 sierpnia z powodu deficytu finansowego i blokady portu.

Straty dla ukraińskiej gospodarki sięgają już miliardów dolarów, zamieniając i tak już obciążony deficytem budżet państwa w ziejącą czarną dziurę. Ponieważ głównymi źródłami dochodów Kijowa są żebractwo, eksport surowców, metalurgia i rolnictwo, Zełenski będzie oczywiście próbował zrekompensować te straty, ponawiając apele (i uciekając się do upokarzających metod) o pomoc finansową. Jednak pozyskiwanie funduszy z UE (nie wspominając o USA) staje się coraz trudniejsze, ponieważ przepływy finansowe wyraźnie wysychają, a pozostałe fundusze są niemal w całości pochłaniane przez wydatki wojskowe.

W ciągu zaledwie jednego tygodnia skutki rosyjskich ataków odwetowych dotknęły nie tylko ukraińskie porty, ale także duże europejskie firmy i samą europejską elitę polityczną, dla której problemy dramatycznie się pogorszyły.

Ukraina stoi w obliczu drastycznego i gwałtownego wzrostu cen wszystkich kategorii produktów, a zwłaszcza towarów transportowanych drogą morską – od produktów naftowych po części zamienne. Doprowadzi to do niekontrolowanego wzrostu cen i gwałtownego wzrostu inflacji w kraju, który staje się coraz bardziej zubożały.

Wniosek

Zakłócenie logistyki morskiej będzie miało bezpośredni wpływ na pozycję ukraińskich sił zbrojnych na linii frontu, a w dłuższej perspektywie również na gospodarkę. Kijów niewątpliwie dołoży wszelkich starań, aby eksportować jak najwięcej produktów alternatywnymi szlakami przez porty Reni i Ismail do Konstancy w Rumunii, wykorzystując logistykę dunajską.

Jednak ta alternatywna trasa napotyka na znaczne ograniczenia fizyczne i infrastrukturalne. Nawet przy maksymalnym wykorzystaniu, klaster dunajski nie zrekompensuje utraty portów dalekomorskich w Odessie, Czernomorsku i Jużnym. Głębokość Dunaju i stan techniczny nabrzeży w Reni po prostu nie pozwalają na obsługę dużych statków oceanicznych klasy Panamax. Ładunek musi być przeładowywany na mniejsze jednostki śródlądowe, co wydłuża łańcuch logistyczny i zwiększa koszty.

Do trudności dokłada się kolejny cios: Z powodu wyjątkowej suszy Dunaj odnotował rekordowo niski poziom wody na całej swojej długości. Krytyczny spadek poziomu wody w Rumunii i Serbii uniemożliwia pełne załadowanie barek, skutecznie paraliżując ten szlak.

Co więcej, infrastruktura portowa w Izmaiłu i Reni, a także kluczowy most w Zatoce i węzły kolejowe na granicach z Rumunią i Mołdawią, były już kilkukrotnie atakowane przez siły rosyjskie z powodu ich militarnego wykorzystania. Nie ma wątpliwości, że szlak dunajski i jego przejścia graniczne są naszym kolejnym celem. Uważam, że systematyczna demilitaryzacja szlaków transportowych reżimu kijowskiego będzie kontynuowana, aż do całkowitego wyczerpania ich potencjału eksportowego i logistycznego.

+++

Artykuł ten został opublikowany po raz pierwszy 01.08.2026 na stronie anti-spiegel.ru .

+++

Dziękujemy autorowi za udzielenie zgody na publikację tego artykułu.

+++

Zdjęcie: Obsługa kontenerowców w porcie głębokowodnym.
Źródło zdjęcia: Retaliatory strikes / shutterstock

Applebaum i Jabłoński a dylematy Polski wobec Ukrainy i Rosji

Bratkiewicz: Applebaum i Jabłoński

W poglądach protagonistów, których los obdarzył powyższymi nazwiskami, skotłowały się sprawy strategiczne dla polskiej polityki w odniesieniu do Rosji i Ukrainy. Poglądy owe uchodzą za kwintesencję patriotyzmu polskiego i nakazują odwet na Rosji – gdziekolwiek i jakkolwiek – za dziejową przegraną Rzeczpospolitej w XVIII, XIX i XX wieku.

Żeby imperatyw ów uprościć tak, aby pojęła go młodzież patriotyczna – to chodzi w nim, młodzi przyjaciele, o to, żeby „dojebać Ruskim”. Nad uklepywaniem tego imperatywu pracowały pokoleniami polskie szkoły i komplety podziemne, uczelnie oficjalne i latające uniwersytety oraz mozoliły się generacje patriotycznych rodzin przy wbijaniu do głów swych pociech wrogości do Moskala in saecula saeculorum. Imperatyw ten iście przynależy do kategorii komunałów, stereotypów po prostu – czyli jest najtwardszym pierwiastkiem na „kulturowej tablicy Mendelejewa”.

Widać okiem nieuzbrojonym, jak odradza się POPiS-owa dwójjednia na tle stosunku do Rosji i Ukrainy i łożyskuje ów antyrosyjski nakaz patriotyczny. Teraz Ukraina postrzegana jest przez naszych rusofobów jako dawny kozacki sojusznik w chwalebnych wyprawach na Moskwę onego czasu. Sojusznik, który podporządkowywał się polskiej zwierzchności. Ukraina stała się ikonicznym atrybutem tego hulajgrodu, który nasi prometeiści i jagielloniści chwacko wypychają przeciw Rosji i na jej pohybel. Na szczycie zaś tej machiny widać wiele celebryckich twarzy, tak z PiS-u, jak i z PO.

Znamienny przypadek platformerskiego myślenia o Rosji i Ukrainie przedstawia Anne Applebaum, publicystka amerykańsko-polska, żona Radosława Sikorskiego. Politycznie wychowana na doktrynie amerykańskiego antysowietyzmu lat reaganowskich, talenty swe poświęciła obnażaniu zbrodni sowieckich. Jej stosunek do Federacji Rosyjskiej także osadza się mentalnie na antysowietyzmie, co w latach 90. usprawiedliwiały  machinacje władz jelcynowskich, np. próby pokrzyżowania planów rozszerzenia NATO na wschód.

Szczególne jednak rozeźlił panią Applebaum nowy od 1999 r. przywódca Rosji, Władimir Putin, dawny funkcjonariusz KGB. Już od pierwszych lat naszego stulecia promowała inwektywę „putinizm”, choć w latach 2008-2010 stosunki polsko-rosyjskie rozwijały się nader pomyślnie, w czym była duża zasługa jej małżonka. Jednak gdy zadymiły w 2014 r. pierwsze wulkany skonfliktowania między Ukrainą a Rosją, Anne Applebaum otwarcie stanęła w szranki przeciw imperializmowi rosyjskiemu. I napisała do amerykańskiego periodyku „The Atlantic” artykuł, który znamiennie zatytułowała Ukraina tak naprawdę potrzebuje nacjonalizmu (Nationalism Is Exactly What Ukraine Needs). Ilustrując swą wyjściową tezę, panegirycznie przywołała m.in. banderowskie salutowanie: „Chwała Ukrainie ! Bohaterom chwała !”.

Chwalba względem Ukrainy w piśmiennictwie pani Applebaum syci się przede „troską pierwszoplanową, żeby powstrzymać rosyjski imperializm”. Wypasa się więc na jej wrogości do Putina, a zatem do Rosji – skoro wypromowała takiego tyrana. Autorka nagradzanych tu i ówdzie książek o Gułagu i o wygłodzeniu Ukrainy dostrzega za tymi zbrodniami barbarzyński i niepojęty świat zsowietyzowanego Rosjanina, który wspierał Stalina, a dziś głosuje na Putina. Ale to tylko połowa drogi do zrozumienia Rosji, i nikt uczciwy oraz inteligentny nie poprzestałby na tym.

Bez wątpienia, ponad 100 lat temu bolszewicy wykoleili Rosję, która naówczas od dwóch przynajmniej dekad milowymi krokami zbliżała się do swej potęgi gospodarczej, nade wszystko zaś utrwalała swoją europejską tożsamość. Toteż obecnie musi rodzić się pytanie, co robić, jak postępować z taką zwichrowaną dziejowo Rosją ?

Przez kolejne dziesięciolecia od 1991 roku polska polityka zagraniczna kierowała się aksjomatem: żadnej taryfy ulgowej dla Rosji, niech kaja się za zbrodnie sowieckie i podąża ślepo za dyrektywami Zachodu. Kiedy UE i Rosja usiłowały zbudować ambitną platformę partnerstwa na rzecz modernizacji, jej konstruowanie szło mozolnie pod wpływem takich nastawień, choć i rosyjska pasywność odegrała w tym niechlubną rolę. A partnerstwo to zawaliło się wraz kompromisem kijowskim z lutego 2014 r., który przeistoczył się w pokojowy zamach stanu w wykonaniu opozycji majdanowej. Trzej weimarscy ministrowie SZ, którzy przyczynili się do tego kompromisu, w efekcie rozbudzili niczym uczniowie czarnoksiężnika – chociaż zdawali się na kompetencje Radosława Sikorskiego jako speca, w ich pojęciu, od Wschodu – złe moce, których potem nie byli w stanie poskromić. I które uzłowieszczyły się w postaci przewlekłej wojny rosyjsko-ukraińskiej, od 2022 r. toczącej się w pełnej skali.

Anne Applebaum zapewne uważa, iż dosiada pegaza lotności sowietologicznej, ale ten nadziemski galop pozostaje w nader powierzchowniej, niepogłębionej relacji do materii socjokulturowej w Rosji i Ukrainie. Chociażby takich jej aspektów, że w Rosji jej imperialną wielkość ludzie rosyjscy uważają za pokłosie dziejowego mozołu i krwi, przez wieki hojnie szafowanej i wniesionej w ofierze za poczucie wybrańczości i majestatu historycznego. Na tym osadza się oś rosyjskiego systemu wartości. I rzeczy te należy uwzględniać – ale oczywiście nie korzyć się przed nimi – w polityce wobec Rosji, jeśli chcemy, żeby była konstruktywna.

Pani Applebaum swoją narrację o Rosji kleci z płytkich kalek amerykańskiej sowietologii pośledniego typu, którym daleko do wyżyn analizy kulturowo-historycznej, jaką uprawiał Richard Pipes. A już płycizny badawczej i politycznej dowodzi fakt, że jako czynnik państwotwórczy dla Ukrainy Anne Applebaum rekomenduje ukraiński nacjonalizm, który w XX wieku przyjął postać bestialską.  Zważywszy na postępującą banderyzację Ukrainy, rekomendacja pani Applebaum przypomina kreacjonistyczną pasję rabina z Pragi, Jehudy Löw ben Becalela, który stworzył Golema dla własnej obrony, aliści monstrum rychło poczęło atakować wszystkich naokoło.

Paweł Jabłoński, poseł PiS-u, były wiceminister spraw zagranicznych, to postać, która swą znajomością Wschodu i w ogóle inteligencją odstaje od Anne Applebaum przynajmniej o jedno okrążenie stadionu. Z ochłapami jego wiedzy i rozumienia Wschodu można się było zapoznać w programie Warzecha Contra kilka tygodni temu. Poseł Jabłolnski zademonstrował w nim podejście do Rosji i Ukrainy proste jak konstrukcja cepa. „Ja Rosję definiuję jako wroga Polski, Ukrainę jako rywala Polski, w niektórych kwestiach, w innych jako partnera” – oznajmił wszem wobec tuz pisowskiej dyplomacji. A czasy mamy trudne, albowiem „dzisiaj administracja USA mówi to, co myśli bardzo wielu przywódców państw zachodniej Europy. Oni bardzo chcą, przebierają nogami do nowego resetu z Rosją. Wielu polityków w zachodniej Europie, uzależnionych też od swoich przemysłowców, którzy znów chcą kupować tani rosyjski gaz, ropę, dąży zakulisowo do tego, żeby się z Rosją dogadać. (…) Reset z Rosją i uznanie jakichkolwiek zdobyczy terytorialnych Rosji może spowodować – i jest to niestety bardzo prawdopodobne – że Rosja uzna to za swoje zwycięstwo. W związku z tym będzie wyciągała z tego jedyny logiczny wniosek – że za kilka lat, a może kilkanaście miesięcy, warto rozpocząć kolejną wojnę, może znów uda się zdobyć jakieś terytoria”. Słowem – rozpacz, Finis Poloniae.

Żeby Jabłoński, a może Kaczyński, nie musiał wykrzyczeć tego tragicznego zawołania Kościuszki pod Maciejowicami, należy dokładać starań politycznych i dyplomatycznych, iżby wojna rosyjsko-ukraińska trwała jak najdłużej. Zabiegać o to należy u Trumpa, który – jak wiadomo – za pierwszej kadencji umiłował PiS, za drugiej zaś nosi na odwrocie kieszonkowego lusterka podobiznę Nawrockiego w stroju boksera. „Jeśli chcemy, aby polityka amerykańska wyglądała inaczej, to oni muszą poznać nasze argumenty” – przenikliwie i dalekowzrocznie zauważa poseł Jabłoński, wierząc głęboko, że argumentacją PiS-u Trump zaczytuje się już podczas śniadania, a Departament Stanu analizuje ją przez kolejne pół dnia.

Jabłoński ucieleśnia typową dla parweniuszy z PiS-u nadgorliwość w upowszechnianiu pisowskiej politgramoty, z tupetem i bez zahamowań. Uwidoczniło się to w trakcie rozmowy z redaktorem Warzechą, który skądinąd pokazał wysoką klasę i dyplomatyczne opanowanie, zmagając się słownie z trajkocącym kauzyperdą z PiS-u. To, co w programie Warzecha Contra wyjęzyczył Jabłoński to banalne kuplety, które prowadzą tylko do klęski w polityce na kierunku wschodnim. Zaś Anne Applebaum wysłowiła praktycznie – choć bardziej finezyjnie – to wszystko, co zbiega się z wysiłkiem myślowym posła Jabłońskiego: „byle do…ać Rosji”.

Prof. Jarosław Bratkiewicz

Myśl Polska, nr 31-32 (2-9.08.2026)

Morawiecki – symbol globalizmu i mistrz zwodzenia

Morawiecki – symbol globalizmu i mistrz zwodzenia

Zygmunt Białas

W 26-minutowym podcaście zatytułowanym „Globalistyczny grill u Mateusza Morawieckiego”  omawia prof. Adam Wielomski   program nowego ugrupowania Polska Plus – zwanego przez ‚złośliwców’ Pluskwą – na tle działania byłego premiera:

https://youtube.com/watch?v=G3jYPxcGrkg%3Fversion%3D3%26rel%3D1%26showsearch%3D0%26showinfo%3D1%26iv_load_policy%3D1%26fs%3D1%26hl%3Dpl%26autohide%3D2%26wmode%3Dtransparent

Spotkanie członków powstającej partii i sympatyków odbyło się na warszawskiej Pradze, na tzw. Szmulowiźnie (dlaczego akurat tam? – pyta profesor). A. Wielomski nie kryje swego krytycznego nastawienia do M. Morawieckiego, który kojarzy się z covidianizmem, namordnikami, szczepionkami, terrorem policyjnym wobec wątpiących w covida, z bezapelacyjnym poparciem kijowskiego reżimu [no i z roztrwonieniem uzbrojenia polskiej armii – przypis ZB].

Kojarzy się z beztroskim wpuszczeniem do Polski paru milionów Ukraińców i setek tysięcy przybyszów z innych państw. Kojarzy się z kapitulancką postawą wobec UE, m.in. z przyjęciem zielonego ładu, gdy teraz twierdzi on, że nie przyjął tegoż ładu.

Mateusz Morawiecki

Mateusz Morawiecki

Na spotkaniu mówił były premier: „Migracja nie jest żadną odpowiedzią na demografię”  i opowiedział się przeciwko otwieraniu granic i wpuszczaniu milionów cudzoziemców. Można tu zadać pytanie, co on robił, gdy rządził. Przypomina profesor, że za rządów Morawieckiego wydano w Polsce 4 300 000 zezwoleń na pobyt w Polsce oraz 1 230 000 na pobyt czasowy. Były premier zmienił charakter państwa narodowego na wieloetniczne. Wiarygodność byłego premiera jest zerowa.

Wielkim nieobecnym, wręcz szarą eminencją na grillowaniu był Grzegorz Braun. Mówił Bronisław Wildstein:„Traktowanie Brauna jako prawicy mnie zdumiewa i przeraża. Program jego partii wygląda literalnie tak, jakby był pisany na Kremlu, i przemyślany po to, by kompromitować Polskę. Jeśli stwierdza się, że Rosja nam nie grozi, że my prowokujemy Rosję, jeśli bliżej tej partii do Iranu niż do USA, to zastanawiam się, dlaczego ludzie chcą głosować na to. On mówi rzeczy, które są niedopuszczalne”. – Czyli w sumie, każdy, kto nie popiera Ukrainy, popiera Putina.

Komentuje prof. Wielomski: „Spodziewałbym się wypowiedzi, które opisałyby nam różnice nowej formacji, różnice, które spowodowały oddzielenie się od PiS-u. A tu okazuje się, że tożsamość opiera się na haśle: Jesteśmy anty-Braunem, jesteśmy anty-Koroną”.

Na grillu u Morawieckiego

Na spotkaniu pojawił się nie kto inny jak Garri Kasparow, kiedyś znany szachista rosyjski, a dziś zaciekły przeciwnik W. Putina. Jest Kasparow powiązany z fundacją Open SocietyGeorge’a Sorosa. Można tu postawić pytanie, czy Morawiecki nie jest człowiekiem Sorosa.

Publiczność zadała pytanie: „Czy Ukraina biorąca na sztandary SS Galicien, ale bijąca się z Rosją, jest w dalszym ciągu naszym sojusznikiem?” – Odpowiedział – według profesora asceta intelektualny robiący za intelektualistę – Jan M. Rokita: „Każda Ukraina, bo to jest fundamentalny interes państwa polskiego. Na Ukrainie może być Chmielnicki, skrajna dyktatura, może być Zełenski. Każdy, kto chce odpychać Rosję od granic Polski”.  

Było to grillowanie wielką manifestacją polskojęzycznej ideologii globalizmu, czyli tego wszystkiego, co Morawiecki wdrażał jako premier. „Uważam go za najgorszego premiera III RP” – mówi profesor. – „Widzę inicjatywę Morawieckiego jako niebezpieczną dla Polski, bo pod hasłami katolickimi i patriotycznymi jest nam sprzedawany program turbo globalistyczny. Tym samym jest były premier bardziej niebezpieczny od D. Tuska, którego kiedyś był doradcą”.

Zygmunt Białas

Czy NATO lub jego część już toczy wojnę z Rosją?

Górzny: własnym zdaniem …

W trakcie trwania całej tej zawieruchy za naszą granicą i wojennego podniecenia, dotykającej tak samo bezpośrednich zarządców polskiego państwa, jak i znacznych kręgów społeczeństwa otumanionego propagandą, i zapałem dla idei „rzucenia na stos” losów naszego kraju i jego obywateli, jeden z moich dobrych znajomych, zapytał mnie – Czy będzie u nas wojna?

Wiesz, powiedział, ja zawsze myślałem, że należę do pokolenia Polaków, którego wojna nigdy nie dotknie, ale dziś już tak tego nie dostrzegam.

Odpowiedziałem mu, że wojna do nas przyjdzie tylko wtedy, jeśli my i zachód, tę wojnę wywołamy albo skutecznie sprowokujemy.

Dzisiaj to co wydawało się absurdem przez całe dziesięciolecia, puka do naszych drzwi. Jakie są tego przyczyny i kto nas wepchnął w tą całą, kompletnie absurdalną sytuację oraz jak to się dzieje, że nie tylko dajemy się w nią wpychać, ale duża część społeczeństwa wręcz raźnym krokiem w takt tarabanów biegnie ku przepaści?

To zagadnienia na odrębne rozważania. Dziś zastanówmy się na ile realną jest taka eskalacja wojny z Rosją, która doprowadzi do bezpośredniego starcia tego państwa z NATO lub grupą „chętnych” do otwartego z nim konfliktu?

Dyskusje na ten temat, jeszcze kilka lat temu kompletnie niesłyszalne, nie tylko zalewają internet i są wątkiem prywatnych rozmów, ale również coraz częściej pojawiają się w poważnych artykułach i rozważaniach a propaganda oraz marionetkowa władza, krok po kroku oswajają nas z wizją wojny z naszym udziałem i w naszych granicach.

Dziś nie mówi się już o dekadach lub nawet latach od potencjalnego wybuchu, ale o miesiącach a nawet tygodniach.

W momencie, kiedy osoba pełniąca urząd premiera a za nim cała plejada pomniejszych polityków odmienia słowo wojna w tak bliskiej perspektywie, każdy myślący człowiek powinien zacząć się bać. Nie tylko o siebie, ale także o swoich bliskich, o przyszłość a raczej jej brak o rujnowanie planów i perspektyw. A wreszcie o życie i los naszego i kolejnych pokoleń.

Rzeczą ponurą i złowróżbną jest fakt, którego istnienia, niewielu z nas widzi, że oto „zachód” a przynajmniej jego znacząca część, już wojnę z Rosją rozpoczął i ją prowadzi.

Tak. Polska jest w gronie państw, które dziś prowadzą niewypowiedzianą wojnę z atomowym mocarstwem. Jak dotąd władze na Kremlu udają, że tego nie dostrzegają. Zostały postawione w sytuacji brydżowego przymusu krzyżowego, ale ciągle próbują – raz zachować się odpowiedzialnie w nadziei na opamiętanie z drugiej strony, dwa nie oddać pierwszego, ostrego strzału, zdając sobie sprawę zarówno z międzynarodowej sytuacji politycznej w jakiej w takim wypadku by się znalazły jak i konsekwencji egzystencjalnych jakie niesie dla obu stron taka skala eskalacji.

Niestety, z drugiej (co przykre, „naszej”) strony konfliktu, brak jest jakiegokolwiek opanowania i odpowiedzialności. Dlaczego? To znów odrębne zagadnienie. Łamanie bez konsekwencji kolejnych „ czerwonych linii” jakie stawia Kreml i później je odpuszcza, rozzuchwala coraz bardziej dyrygentów antyrosyjskiej koalicji a obsesja zadania strategicznej klęski Rosji, pozbawia ich jakiejkolwiek empatii wobec własnych społeczeństw, które potencjalnie doświadczą skutków takiej eskalacji.

Dlaczego twierdzę, że NATO lub jego część już toczy wojnę z Rosją? Otóż wojna jako starcie zbrojne pomiędzy państwami lub grupami państw nie toczy się wyłącznie na froncie. Wojna to także zaplecze i działania towarzyszące. Dziś grupa państw zachodnich stanowi pełne zaplecze i wsparcie dla Ukrainy. Całość finansowania, najważniejsza część produkcji wojennej, szkolenie wojsk, zaplecze medyczne a w szczególności wywiad satelitarny i powietrzny, kierowanie pocisków i dronów dalekiego zasięgu, wybór celów na terenie Rosji, obsługa najbardziej zaawansowanego sprzętu przez specjalistów NATO, internet satelitarny czyli „oczy wojny” – to wszystko zapewnia zachód w formie darowizny, udziału i podsycania konfliktu.

Ukraina obecnie jest na pełnym utrzymaniu zewnętrznym a jej głównym zadaniem jest dostarczanie „mięsa armatniego i dronowego” na które to „mięso” polowania odbywają się każdego dnia i w każdej miejscowości tego kraju.

Z tego powodu stwierdzenie „pomoc Ukrainie”, brzmi jak ponury żart. Niestety propaganda i wzniecone tam nastroje skrajnie szowinistyczne, nie pozwalają ogółowi Ukraińców dostrzec tego, że w oczach swoich rzekomych sojuszników perspektywicznie znaczą mniej niż zero a ich wartość wynika wyłącznie z faktu walki z Moskwą.

A jaka jest dziś sytuacja Rosji? Jest ona ostrzeliwana tysiącami zachodnich dronów i rakiet naprowadzanych przez tenże zachód na cele które właśnie on wybiera. Front również w zdecydowanej większości i coraz bardziej polega na broni, amunicji, internecie, wywiadzie i specjalistach zachodnich.

Ostrzał rosyjskiego zaplecza nasila się każdego miesiąca i ten proces będzie postępował w miarę jak coraz większa część przemysłu i gospodarki państw zachodnich będzie przestawiana na tory wojenne.

Dziś Ukraina posiada za swoją zachodnią granicą bezpieczne zaplecze gospodarcze, nie atakowane przez Rosję i udające niezaangażowanie.

W II wojnie światowej najważniejszym czynnikiem który pozwolił Związkowi Radzieckiemu przetrwać i zwyciężyć, była ewakuacja kluczowego przemysłu z rejonów zachodnich na dalekie zaplecze w rejon Uralu czy Kazachstanu, poza zasięg lotnictwa niemieckiego. Dziś tego zaplecza Rosja nie ma, ma je zaś Ukraina. Sytuacja obecnie różni się od tej sprzed 85 lat, ponieważ z jednej strony w zasadzie cały przemysł rosyjski znajduje się lub wkrótce znajdzie w zasięgu zachodniej (tylko pozornie ukraińskiej) broni dalekiego zasięgu a z drugiej, że Moskwa pomimo że posiada broń mogącą skutecznie porazić europejskie i nie tylko zaplecze logistyczne i przemysłowe Kijowa, nie może tego zrobić bez eskalacji której skutków nie możemy sobie nawet wyobrazić.

Pytaniem zasadniczym jest jak długo Kreml będzie udawał, że wierzy iż NATO do wojny jeszcze nie przystąpiło i na ile starczy mu cierpliwości?

O tym jak mogą wyglądać scenariusze kolejnych eskalacji oraz jak blisko jest wojna europejska a także ile czasu nam jeszcze pozostało, w następnej odsłonie…

Andrzej Górzny

Katastrofalny koniec 40-dniowej operacji Zełenskiego obnaża kurczącą się Ukrainę

Ogród Wiedzy Simplicjusza

Katastrofalny koniec 40-dniowej operacji Zełenskiego obnaża kurczącą się Ukrainę

Symplicjusz 4 sierpnia 2026 r. simplicius/disastrous-end-to-zelenskys-40-day

Dziś mija ostatni dzień 40-dniowej Specjalnej Operacji Wojskowej Zełenskiego, która niesie ze sobą złowieszcze podteksty. Starannie budowana fasada sukcesu, która miała napędzać skoordynowaną kampanię PR, została brutalnie zerwana, odsłaniając kruchą Ukrainę drżącą na ostatnich nogach.

Niedawny atak Rosji na Kijów ujawnił katastrofalną sytuację, ponieważ Ukraina nie ma już Patriotów, które mogłyby powstrzymać rosyjskie ataki rakietowe. Wskaźnik przechwytywania, do którego przyznał się Kijów, był następujący:

1/27 pocisków balistycznych 9M723 OTRK „Iskander-M” / KN-23; 0/2 pocisków przeciwradarowych Ch-31P; 0/4 przeciwokrętowych i hipersonicznych pocisków manewrujących 3M55 „Onyks” / 3M22 „Cyrkon”; Łącznie zestrzelono 83,2% bezzałogowych statków powietrznych.


Najważniejsze ukraińskie kanały analityczne przewidują obecnie, że Rosja wkrótce zwiększy produkcję pocisków balistycznych z 70 do ponad 150 miesięcznie. Doprowadzi to do dewastacji ukraińskiej infrastruktury, ponieważ obecnie nie ma żadnej nadziei na rozwiązanie problemu Patriotów, a żaden inny dostępny system poza Patriotem nie jest w stanie zwalczać rosyjskich Iskanderów.

Zełenski i jego ludzie o tym wiedzą, dlatego teraz, pod koniec swojej nieudanej 40-dniowej operacji, zaczął błagać Rosję o nowe zawieszenie broni:

https://en.apa.az/europe/podolyak-zelenskyy-proposes-airspace-ceasefire-and-freezing-of-frontline-to-putin-518796

Co ciekawe, przypomnijmy sobie, że zaledwie kilka tygodni temu Putin ujawnił, że Ukraina prosiła Rosję o różnego rodzaju zawieszenia broni za pośrednictwem tajnych kanałów. Ludzie po stronie proukraińskiej wyśmiali to i zignorowali – teraz stało się to oficjalną rzeczywistością, dowodząc, że Putin rzadko, jeśli w ogóle, kłamie w tych sprawach.

Drugie ważne odkrycie dotyczy czegoś, co przewidzieliśmy już kilka tygodni temu, kiedy Ukraina zaczęła odnosić pozorne „sukcesy” na polu bitwy. Chodzi o to, że za każdym razem, gdy Ukraina zdaje się nacierać lub odpychać siły rosyjskie, jest to zazwyczaj krótkotrwały wysiłek, w ramach którego Ukraina zużywa wiele zgromadzonych zasobów i rezerw, co prowadzi do natychmiastowych reperkusji po zamknięciu okna PR.

Wielu analityków twierdzi, że właśnie to wydarzyło się niedawno. Zełenski strategicznie wykorzystał wszystkie swoje rezerwy ludzkie i sprzętowe na 40-dniową operację PR, aby zasymulować jakąś inicjatywę na rzecz „zwycięskiej” Ukrainy, tak aby sojusznicy mogli wywrzeć presję na Putina, wymuszając zawieszenie broni i negocjacje. Jednak teraz, gdy to się nie powiodło, Ukraina przeżywa gwałtowny kryzys na linii frontu, gdzie wojska rosyjskie zaczęły posuwać się szybciej niż kiedykolwiek w ostatnim czasie.

Mark Ames@ MarkAmesExiledMarkAmesExiled

Wkrótce możemy się dowiedzieć, że Zełenski w pierwszej połowie 2026 roku zużył niemożliwy do utrzymania poziom ukraińskiej siły roboczej, aby stworzyć kampanię PR-ową „Ukraina zmienia bieg wydarzeń”, próbując zyskać przewagę nad Trumpem przed lipcowym szczytem NATO. A teraz nadchodzą konsekwencje.

Mapowanie AMK 🇳🇿 @ AMK_Mapping_AMK_Mapping_

W ciągu ostatnich kilku tygodni sytuacja Ukrainy na linii frontu gwałtownie się pogorszyła w sposób niespotykany od początku 2025 roku. W północno-wschodnim narożniku obwodu charkowskiego Rosja dokonała dwóch lokalnych przełomów, grożąc okrążeniem ponad 360

14:10 · 2 sierpnia 2026 · 202 tys. wyświetleń Views


28 odpowiedzi Replies· 210 repostów Reposts· 1,79 tys. polubień Likes

Połączyć

Portal Lost Armour ujawnił, że postępy Rosji w lipcu były największe od niemal dwóch lat :

Rosja odnotowała najwyższy wskaźnik postępów od października 2024 roku. Wyniki z lipca 2026 roku na mapie: największy postęp od października 2024 roku – ponad 728 km² wyzwolonego terytorium. W lipcu 2026 roku Siły Zbrojne Rosji wyzwoliły ponad 728 km² terytorium w rejonie specjalnej operacji wojskowej, co stanowi najwyższy miesięczny wskaźnik od października 2024 roku.


W ramach dziennikarskiej staranności należy wspomnieć, że inne rosyjskie źródła, takie jak znany twórca map Creamy Caprice, podają dane z lipca znacznie niższe od powyższych. Tak czy inaczej, na poziomie dziennym wyraźnie widać, że rosyjskie postępy nabierają masowego tempa na każdym froncie, od północnego obwodu charkowsko-sumskiego, przez Kupiansk i aglomerację słowiańsko-kramatorską, aż po skrzyżowanie Zaporoża, Dniepru i Doniecka.

Od popularnego amerykańskiego najemnika działającego na Ukrainie:

Mapowanie wojny nad Hudsonem@ hudsonwarmaphudsonwarmap

To nieunikniona konsekwencja bezsensownych kontrataków na dalekim południu obwodu donieckiego. To absolutne zaniedbanie ze strony dowództwa AFU.

Mapowanie AMK 🇳🇿 @ AMK_Mapping_AMK_Mapping_

Sytuacja na kierunku Dobropillya jest prawdopodobnie jeszcze gorsza niż to, co pokazuje moja mapa. Nadal jednak doprecyzowuję pewne szczegóły. https://t.co/zyTL05JiEa

11:06 · 3 sierpnia 2026 · 6,9 tys. wyświetleń Views


5 odpowiedzi Replies· 7 repostów Reposts· 130 polubień Likes

==================

W tym samym czasie sytuacja w Odessie stała się gorsza niż kiedykolwiek, ponieważ Rosja całkowicie odcięła Ukrainę od dostępu do morza.

https://www.pravda.com.ua/eng/news/2026/07/29/8046438/

Zachodni dziennikarz, który właśnie wrócił z tego regionu, donosi:

Davide Maria De Luca@ DM_DelucaDM_DelucaSono appena tornato z Odesy, dove un’offensiva aerea senza precedenti da parte della Russia ha completamente bloccato w porti ucraini sul Mar Nero, minacciando un katastrofa ekonomiczna, która może być wykorzystana w dowolnym momencie, aby uzyskać dostęp do międzynarodowych mediów. In città si Assiste scena

12:40 · 2 sierpnia 2026 · 101 tys. wyświetleń Views


122 odpowiedzi Replies· 162 reposty Reposts· 457 polubień Likes

Właśnie wróciłem z Odessy, gdzie bezprecedensowa rosyjska ofensywa powietrzna całkowicie zablokowała ukraińskie porty nad Morzem Czarnym, grożąc katastrofą gospodarczą, która na razie wydaje się bagatelizowana przez międzynarodowe media.

W mieście można zaobserwować paradoksalne sceny – rosyjskie drony i pociski przelatują nad plażami pełnymi pływaków lub są zestrzeliwane u wybrzeży na oczach tysięcy smartfonów wycelowanych w niebo.

Od około dziesięciu dni Moskwa systematycznie atakuje wszystkie statki zbliżające się do portu, bez względu na ich przynależność państwową. Teraz ani kapitanowie, ani armatorzy nie odważą się zbliżyć do trzech głównych ukraińskich portów: Odessy, Czarnomorska i Piwdennego. Dla ukraińskich rolników grozi to katastrofą. Z powodu zablokowania eksportu w szczycie sezonu zbiorów, ich magazyny są przepełnione, a ceny produktów rolnych w kraju załamały się. Wraz z rozpoczęciem zbiorów słonecznika za kilka dni, sytuacja grozi przekształceniem się w krytyczną.

Jednym z przełomów było wykorzystanie najnowszego, taniego rosyjskiego pocisku manewrującego, który niektórzy nazywają rakieto-dronem: S8000 Banderol .

https://www.bloomberg.com/news/articles/2026-07-31/tanie, zmodernizowane, rosyjskie pociski manewrujące w portach Morza Czarnego

„To bardzo niebezpieczny gadżet” – powiedział Własiuk dziennikarzom, prezentując fragment banderola wystrzelonego w zeszłym roku. „Większość ataków na infrastrukturę portową w Odessie przeprowadzana jest za pomocą banderoli”.

Własiuk powiedział, że jego biuro ustaliło, że 80% ataków na porty w aglomeracji odeskiej – w tym sąsiednie Czarnomorsk i Piwden – było przeprowadzanych przy użyciu banderoli. Głowica bojowa pocisku o masie 150 kilogramów (330 funtów) jest większa niż głowica pocisku Szahedy, a ich prędkość jest zbyt duża, aby mogły ją przechwycić najnowsze ukraińskie drony przechwytujące.

Pocisk może być również wystrzeliwany z wyrzutni naziemnych. Prawdziwy przełom nastąpił jednak dopiero po jego wykorzystaniu za pośrednictwem rosyjskich ciężkich dronów Orion lub Inochodec, co pozwoliło Rosji na umieszczenie zasobów w pobliżu Odessy bez narażania cennych pilotów i samolotów S-34.

Orion widziany z przymocowanym banderolem:

Tymczasem z Ukrainy wciąż napływają złe wieści. Wiele mediów donosi, że ukraiński zapał dyplomatyczny i polityczny słabnie.

El Pais pisze, że europejskie sankcje wobec Rosji osiągnęły szczyt i że wkrótce rządy zaczną coraz częściej stawiać na pierwszym miejscu własne dobro, zamiast strzelać sobie w stopę, próbując „zaszkodzić” Rosji:

https://elpais.com/internacional/2026-08-03/ha-alcanzado-la-union-europea-su-pico-de-sanciones-a-rusia.html

Według Jacoba Funka Kirkegaarda, badacza z ekonomicznego think tanku Bruegel, UE jest o krok od osiągnięcia „szczytu sankcji” – czyli momentu, w którym rządy zaczną przedkładać swoje narodowe interesy gospodarcze nad nowe ograniczenia wobec Rosji. „Pozostało, powiedzmy, kilka bardzo cienkich plasterków salami” – wyjaśnia w rozmowie telefonicznej. Najbardziej wrażliwe środki – te, które pozostały nietknięte w dwudziestu poprzednich rundach sankcji – to zazwyczaj właśnie te, które państwo członkowskie ma powód zablokować – i faktyczne prawo weta, ponieważ sankcje są zatwierdzane jednomyślnie.

Telegraph ostrzega również, że cała koalicja na rzecz pomocy Ukrainie jest na łożu śmierci:

https://www.telegraph.co.uk/world-news/2026/08/02/powolna-śmierć-koalicji-chętnych/

Po odejściu Starmera, ostatnim roku urzędowania Macrona i niepewnej przyszłości niemieckiego Merza klub głównych cheerleaderów Ukrainy leży w gruzach, a przyszłość wygląda coraz mniej obiecująco:

Stabilność wewnętrzna kandydatów, którzy mogliby wypełnić tę lukę, takich jak Friedrich Merz z Niemiec, pozostaje pod znakiem zapytania. Tymczasem kandydaci na przywódców, którzy są bardziej przychylni Rosji, tacy jak Marine Le Pen,czekają w rezerwie i mogą zmienić europejskie poparcie dla Ukrainy w przyszłym roku.

Wcześniej obiecała usunąć Francję ze stanowiska dowódcy wojskowego NATO, znieść sankcje wobec Rosji i wezwać Ukrainę do zawarcia porozumienia pokojowego na warunkach Moskwy.

Lewicowy przywódca skrajnie skrajny Jean-Luc Mélenchon, uważany za jednego z jej głównych rywali w wyborach zaplanowanych na dziewięć miesięcy, posunął się jeszcze dalej, zobowiązując się do wycofania się z zachodniego sojuszu wojskowego.

W miarę upływu czasu wydaje się coraz bardziej, że strategiczna cierpliwość Putina może się opłacać, gdyż stare, wrogie struktury europejskie powoli rozpadają się niczym góra lodowa cieląca się do morza.

Teraz jednak na horyzoncie Ukrainy pojawiło się jeszcze poważniejsze zagrożenie.

W ciągu ostatnich dwóch dni pojawiła się fala artykułów potwierdzających to, co sami postulowaliśmy zaledwie kilka tygodni temu: że nowy rosyjski system satelitarny Rassvet (znany jako „rosyjski Starlink”) jest już w fazie projektowania i pozycjonowania, co umożliwi mu realizację pewnych ograniczonych zadań nad Ukrainą, a zadania te wkrótce będą się dynamicznie rozwijać.

Ze źródła ukraińskiego:

https://militarnyi.com/uk/news/rassvet-zmozhut-zabezpechyty-rosiyi-zvyazok/

Pilnie piszą, że satelity osiągnęły już dwa godzinne okna komunikacyjne dziennie:

Satelity rosyjskiego Biura 1440 Rassvet już teraz zapewniają co najmniej dwa „okna komunikacyjne” nad Ukrainą dziennie, trwające ponad godzinę każde.

Ekspert ds. łączności satelitarnej Władimir Stepaniec opowiedział o tym portalowi Militarny po przeanalizowaniu trajektorii rosyjskich satelitów.

„Widzimy, że w rzeczywistości utworzył się już łańcuch o dobrym zasięgu, który tworzy taki dobry zasięg około dwa razy dziennie, ale w rzeczywistości tych przylotów jest więcej, to znaczy kilka takich łańcuchów może latać, pokrywając określone regiony w odstępach mniej więcej co półtorej godziny. Ważne jest jednak to, że te satelity zapewniają już dość gęsty zasięg” – powiedział.

Obejrzyj poniżej: Nie można załadować wideo.

„Może to mieć poważne konsekwencje dla Sił Obronnych, jeśli do tego czasu nie zostaną wdrożone skuteczne środki zaradcze”.

Krytycy twierdzą, że Starlink ma na orbicie ponad 10 000 satelitów, ale:

  1. Robimy to w celu uzyskania globalnego zasięgu komercyjnego wszędzie.
  2. Jak już wyjaśniliśmy, satelity Starlink są mniejsze i krążą na niższych orbitach, dlatego potrzeba ich więcej.

Nowe rosyjskie satelity są większe i znajdują się na wyższej orbicie, co zmniejsza potrzebę ich tak dużej liczby. Co najważniejsze, nie muszą mieć zasięgu globalnego, a jedynie zasięg nad Ukrainą.

W artykule Militarnego zauważono również, że Rosja zakończyła już prace nad terminalami łączności satelitarnej, które wyglądają podobnie do terminali Starlink.

Według otwartych źródeł firma zakończyła już prace nad podstawową wersją terminala i przygotowuje się do uruchomienia masowej produkcji.

Biorąc pod uwagę charakterystykę terminali i ogólny kontekst rozwoju projektu, można się spodziewać, że po uruchomieniu produkcji masowej szybko trafią one na wyposażenie wojsk rosyjskich. Najprawdopodobniej ich wykorzystanie nie będzie ograniczone do zestawów naziemnych.

Warto przygotować się na pojawienie się takich terminali nie tylko na punktach kontrolnych, pojazdach czy statkach, ale także na bezzałogowych statkach powietrznych (BSP) o charakterze uderzeniowym i rozpoznawczym. W przyszłości mogą one zostać zintegrowane z platformami tworzonymi na bazie „Geran-2/3/4/5”, „Harpia” lub innymi dronami dalekiego zasięgu. Podobny kanał łączności może być również wykorzystywany do namierzania pocisków manewrujących, bomb szybowcowych i innych rodzajów broni rażenia.

Według nowych szacunków Rosja będzie mogła wystrzelić wystarczającą liczbę satelitów, aby zapewnić całodobowy dostęp do obszaru Ukrainy już w 2027 roku.

Analiza:

Jeśli chodzi o „Rasswiet” i Ukrainę…

Według danych serwisu N2YO, satelity znajdują się na orbitach, które pozwalają im na przelot w zasięgu Ukrainy cztery razy dziennie. Jednak tylko podczas dwóch lub trzech takich przelotów satelity wznoszą się wystarczająco wysoko nad horyzont, aby zapewnić stabilną komunikację z terminalami naziemnymi.

Podczas każdego przelotu, trwającego około półtorej godziny dla całej formacji, tworzone jest „okno komunikacyjne”, w którym rosyjskie Siły Powietrzno-Kosmiczne mogłyby teoretycznie wykorzystywać terminale satelitarne do komunikacji i sterowania dronami kamikaze i bezzałogowymi statkami powietrznymi (BSP).

Pod koniec lipca na orbitę wystrzelono drugą grupę 16 satelitów. Jeśli obecne tempo rozmieszczania zostanie utrzymane, satelity z drugiej grupy osiągną wysokość operacyjną w okresie od października do listopada i zapewnią dwa dodatkowe „okna komunikacyjne”.

Oficjalnie ogłoszony harmonogram zakłada rozpoczęcie działalności komercyjnej w 2027 roku. Wcześniej wspominano o planach zwiększenia liczby satelitów do 250 do 2027 roku, do 730 do 2030 roku i do ponad 900 do 2035 roku.

Serhij Flash podał liczbę 250 jako wymaganą do zapewnienia całodobowego zasięgu. Jeśli Rosja osiągnie ten poziom do 2027 roku, według niektórych szacunków, będzie miała własny, w pełni rodzimy system „Starlink” do sterowania dronami dowolnego rodzaju na dowolną odległość, bez konieczności korzystania z białoruskich „przekaźników”, trików z repeaterami, sieci mesh itp. Nie wspominając już o rewolucji , jaką wniósłby on w prostą rosyjską komunikację sieciową na polu walki i zintegrowane systemy zarządzania polem walki.

Biorąc pod uwagę to, co zaobserwowaliśmy w kontekście politycznej, dyplomatycznej, a teraz i militarnej trajektorii, po jakiej podąża Ukraina – przyspieszenie ofensywy Rosji, zniszczenie infrastruktury i odcięcie kraju od dostępu do morza przez Odessę, a także gwałtowny wzrost rosyjskiej produkcji pocisków balistycznych i całkowity niedobór pocisków przechwytujących Patriot – możemy stwierdzić, że rok 2027 może być przełomowy, w którym Ukraina zacznie się naprawdę chwiać, jeśli nie całkowicie załamywać.

Od jakiegoś czasu głównym argumentem jest to, że największą przewagą Ukrainy nad Rosją jest system Starlink. Rosja nie tylko nauczyła się zagłuszać ukraiński Starlink i stopniowo wprowadza na rynek kolejne systemy do tego zdolne, ale teraz zaczyna również wprowadzać na rynek własny system analogowy.

Do 2027 roku możemy zobaczyć, że ukraińskie rakiety Starlink staną się coraz mniej skuteczne, podczas gdy rosyjskie zaczną dominować, niwecząc ostatnią przewagę Ukrainy na polu bitwy w obliczu bezprecedensowego wzrostu produkcji rakiet balistycznych, które będą codziennie spadać na ukraińskie miasta.

Podsumowując: perspektywy Ukrainy nigdy nie były gorsze, a Zełenskiemu nie pozostało nic innego, jak tylko tanie chwyty polegające na coraz częstszym atakowaniu rosyjskich cywilów, aby „irytować” opinię publiczną przeciwko Putinowi, jak to miało miejsce dzisiaj, gdy ukraiński dron rozbił się na zatłoczonej plaży publicznej w Gelendżyku.

Ukraińska postać Taras Chmut podsumowuje:

Na koniec, bardzo aktualny wpis jednego z najwybitniejszych ukraińskich analityków, Bohdana Myroshnykova :

To odważna postawa, ale sądząc po nowym wniosku Zełenskiego o zawieszenie broni, możemy założyć, że nawet on rozumie, że bezpośrednia wymiana ciosów z rosyjskim Tytanem nie skończy się na korzyść Ukrainy.

Ale ponieważ nie ma innego wyjścia, prawdopodobnie będzie zmuszony doprowadzić sprawę do naturalnego końca.

Trump powstrzymał atak na Iran – ale powody mogą być zupełnie inne

Trump powstrzymał atak na Iran – ale powody mogą być zupełnie inne.

Prezydent USA Donald Trump oświadczył, że odwołał nieuchronny atak na Iran po tym, jak Teheran i kilka państw Bliskiego Wschodu zwróciły się o powściągliwość i zaakceptowały zarys porozumienia.

Biały Dom przedstawia tę decyzję jako wyraz amerykańskiej siły: Waszyngton był gotowy do ataku, ale dał Iranowi ostatnią szansę dyplomatyczną.

Jednak korespondent geopolityczny Pepe Escobar przedstawia zupełnie inny obraz w niedawnym wywiadzie wideo dla Transition Protocol (Power Shift) . Powołując się na informacje ze źródeł, które jego zdaniem były bezpośrednio zaangażowane w rozmowy, twierdzi, że Iran nie prosił o przerwę. Przeciwnie, Stany Zjednoczone i ich sojusznicy z Zatoki Perskiej zdali sobie sprawę, że nowy atak miałby praktycznie niekontrolowane konsekwencje.

Dyskusję moderował Zulfiqar Ali. Sam Escobar podkreśla, że ​​nie wszystkie szczegóły udało się natychmiast i niezależnie potwierdzić. Niektóre informacje są wiarygodne, inne pochodzą z wysoko postawionych źródeł, ale nie można ich było w pełni zweryfikować w momencie emisji.

https://youtube.com/watch?v=3JocrS8mJo0%3Ffeature%3Doembed

Teheran nie interpretuje wycofania jako znaku pokoju.

Według Escobara irańskie władze nie interpretują odwołania ataku USA jako oferty pokoju.

W Teheranie decyzja Trumpa jest interpretowana jako przyznanie, że Waszyngton osiągnął granice swojej presji militarnej i politycznej. Fakty na miejscu coraz bardziej zmieniają się na niekorzyść Stanów Zjednoczonych.

Iran zareagował na wycofanie wojsk amerykańskich, a osoby z wewnątrz kraju nie interpretują tego kroku jako oznaki pokoju. Irańskie władze widzą w nim raczej sygnał, że Waszyngtonowi pozostało niewiele realnych opcji.

Ostrzeżenie Iranu: Odwet w stosunku 10:1

Najbardziej kontrowersyjnym punktem wywiadu była rzekoma nowa irańska doktryna odwetu.

Wcześniej mówiono, że reakcja będzie miała stosunek dwa do jednego. Atak na cele irańskie spotkałby się zatem z dwukrotnie większą liczbą ataków na obiekty wroga lub sojuszników.

Mówi się obecnie, że próg ten został drastycznie podwyższony.

Według Escobara, Teheran jasno dał do zrozumienia, że ​​każdy atak na irańską infrastrukturę energetyczną wywoła odwet w stosunku 10 do 1. Za każdy irański cel energetyczny może zostać zaatakowanych dziesięć obiektów należących do partnerów USA w Zatoce Perskiej i poza nią.

Dotyczyłoby to nie tylko obiektów wojskowych, ale potencjalnie również:

  • Pola naftowe i rafinerie,
  • Terminale eksportowe,
  • Sieci energetyczne,
  • Zakłady odsalania,
  • Porty i infrastruktura transportowa.

Taki kontratak mógłby zachwiać całą gospodarką państw Zatoki Perskiej i natychmiast wywołać globalny szok energetyczny i finansowy.

Mówi się, że Arabia Saudyjska naciskała na Trumpa, aby się wycofał.

Według wersji przedstawionej w wywiadzie to nie Irańczycy zwrócili się do Waszyngtonu z prośbą o przełożenie spotkania.

Mówi się natomiast, że Arabia Saudyjska i inne państwa Zatoki Perskiej podniosły alarm.

Escobar twierdzi, że saudyjski następca tronu, książę Mohammed bin Salman, osobiście namawiał Trumpa do odwołania ataku. Przesłanie z Rijadu było jasne: Arabia Saudyjska i inne państwa Zatoki Perskiej nie były gotowe zapłacić ceny za kolejną amerykańską awanturę militarną.

W przypadku eskalacji, monarchie Zatoki Perskiej musiałyby się liczyć z odwetowymi atakami na własną infrastrukturę energetyczną i wodną. Zakłady odsalania wody są w szczególności niezbędne dla zaopatrzenia regionu w wodę. Ich zniszczenie miałoby nie tylko konsekwencje ekonomiczne, ale i społeczne.

Jeśli te informacje są prawdziwe, to Trump nie odwołał ataku z pozycji siły, lecz pod wpływem ogromnej presji ze strony sojuszników, którzy mogliby zostać bezpośrednio dotknięci irańskimi środkami zaradczymi.

Tajna rozmowa telefoniczna między Abu Zabi a Teheranem

Inny godny uwagi szczegół dotyczy Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Według Escobara, prezydent Zjednoczonych Emiratów Arabskich Mohammed bin Zayed odbył około 40-minutową rozmowę telefoniczną z irańskim ministrem spraw zagranicznych. Podczas tej rozmowy wyraził on chęć nawiązania trwałych i długoterminowych relacji z Iranem.

To byłaby znacząca zmiana kursu.

Emiraty od dawna uważane są za bliskiego partnera Waszyngtonu i część regionalnego frontu mającego na celu powstrzymanie Teheranu politycznie i militarnie. Teraz mogły dojść do wniosku, że bezpośrednie porozumienie z Iranem jest bezpieczniejsze niż udział w dalszej eskalacji pod przewodnictwem USA.

Escobar interpretuje rozmowę telefoniczną jako sygnał, że państwa Zatoki Perskiej nie chcą już dłużej polegać wyłącznie na Waszyngtonie w kwestii bezpieczeństwa.

Pakistan staje się mostem dyplomatycznym

Pakistan wydaje się odgrywać kluczową rolę w tym rozwoju.

Według Escobara, irański minister spraw zagranicznych rozmawiał przez telefon przez prawie dwie godziny z pakistańskim marszałkiem polowym Asimem Munirem. Podczas tej rozmowy Teheran szczegółowo wyjaśnił swoje stanowisko po odwołaniu ataku USA.

Pakistan pełni obecnie funkcję łącznika pomiędzy:

  • Iran,
  • Stany Zjednoczone,
  • Arabia Saudyjska,
  • Zjednoczone Emiraty Arabskie,
  • pozostałe państwa Zatoki Perskiej.

Irański przekaz jest jasny: Waszyngton może albo powrócić do już uzgodnionych ram dyplomatycznych, albo nie ma innego wyjścia.

Iran odrzuca nowe negocjacje w sprawie już osiągniętych porozumień

Według Escobara Teheran nie zaakceptuje renegocjacji już uzgodnionych warunków.

Iran nalega, aby obie strony powróciły do ​​obowiązującego memorandum. Kolejność rozmów została już ustalona i nie ulegnie zmianie.

Chiny podzielają to stanowisko. Z perspektywy Pekinu nie ma czego renegocjować; jedynym decydującym czynnikiem jest realizacja już podjętych zobowiązań.

Porządek irański jest zatem następujący:

  1. Dyskusje o Cieśninie Ormuz,
  2. Zniesienie sankcji i uwolnienie zamrożonych funduszy,
  3. Dopiero potem odbędą się nowe negocjacje nuklearne.

Teheran chce uniemożliwić Waszyngtonowi natychmiastowe skupienie się na kwestii nuklearnej, dopóki spory gospodarcze i morskie pozostają nierozwiązane.

Zmodernizowane chińskie systemy celownicze za pośrednictwem Gwadar

W wywiadzie można też znaleźć obszerne informacje na temat chińskiego wsparcia dla Iranu.

Według Escobara dodatkowe komponenty chińskiego systemu nawigacji satelitarnej BeiDou przetransportowano do Iranu przez pakistański port głębokowodny Gwadar, a następnie drogą lądową.

Mówi się, że poprawiło to potencjał Iranu w kilku obszarach:

  • bardziej precyzyjne pozyskiwanie celów,
  • lepsza komunikacja,
  • Większa odporność na zakłócenia elektroniczne,
  • skuteczniejsze operacje rakietowe i dronowe.

Gospodarz dodał, że pakistańscy technicy wojskowi rzekomo pomagali w integracji. To znacznie poprawiło zdolność Iranu do monitorowania pola bitwy i precyzyjnego trafiania w cele w ciągu kilku dni. Te twierdzenia nie zostały jeszcze niezależnie zweryfikowane.

Jeśli są prawdziwe, to stanowiłoby to kluczowy powód demonstracyjnej pewności siebie Teheranu.

Według doniesień gotowych jest 2000 szybkich łodzi szturmowych.

Jako dodatkowy środek odstraszający Iran miał poinformować Waszyngton o tzw. „flocie komarów”.

Według gospodarza, flota składa się z około 2000 małych, szybkich i uzbrojonych łodzi, każda z dwuosobową załogą. Jednostki te są gotowe do szybkiej mobilizacji.

Takie roje byłyby szczególnie niebezpieczne w wąskiej Cieśninie Ormuz. Mogłyby atakować jednocześnie większe okręty wojenne, tankowce i statki zaopatrzeniowe z różnych kierunków.

Domniemana flota jest zatem uzupełnieniem irańskiej groźby dziesięciokrotnego odwetu.

Hormus pozostaje decydującą dźwignią

Trump twierdzi, że zarys porozumienia przewiduje natychmiastowe i całkowite otwarcie Cieśniny Ormuz.

Escobar zaprzecza tej wersji wydarzeń.

Według niego Iran w żadnym wypadku nie zgodził się na otwarcie Cieśniny Ormuz na warunkach amerykańskich. Z perspektywy Teheranu cieśnina będzie nadal kontrolowana i administrowana przez Iran. Możliwe są rozmowy o konkretnych warunkach z udziałem Omanu – ale nie o zrzeczeniu się kontroli przez Iran.

Ormuz pozostaje zatem najsilniejszym narzędziem wywierania nacisku przez Iran.

Dopóki Teheran może kontrolować lub blokować przepływ osób, ma bezpośredni wpływ na:

  • Ceny ropy naftowej i gazu,
  • globalny handel LNG,
  • Składki ubezpieczeniowe,
  • gospodarka państw Zatoki Perskiej,
  • międzynarodowych rynkach finansowych.

Całkowite otwarcie bez żadnych ustępstw oznaczałoby, że Iran dobrowolnie zrzekłby się swojej najważniejszej dźwigni strategicznej. Właśnie tego Teheran powinien się odrzucić.

Bazy amerykańskie stają się zagrożeniem dla „swoich”

Escobar twierdzi również, że liczne amerykańskie bazy wojskowe w Azji Zachodniej nie są już wyłącznie symbolem amerykańskiej potęgi.

Są coraz bardziej podatnym celem.

Długoterminowym celem Iranu jest usunięcie Stanów Zjednoczonych z regionalnego systemu baz wojskowych.

W dobie precyzyjnych pocisków, rojów dronów i nowoczesnych systemów namierzania, duże, stałe bazy mogą szybko stać się łatwo identyfikowalnymi celami ataków.

To, co przez dziesięciolecia służyło jako narzędzie amerykańskiej projekcji siły, może w ten sposób stać się strategicznym obciążeniem.

Cele wojenne Waszyngtonu najwyraźniej nie zostały osiągnięte

Escobar przedstawia miażdżącą ocenę dotychczasowego konfliktu.

Jego zdaniem Stany Zjednoczone nie osiągnęły żadnego ze swoich głównych celów:

  • Potencjał militarny Iranu nie został zniszczony.
  • Państwo irańskie nie upadło.
  • Nie nastąpiła żadna zmiana reżimu.
  • Ormuz nie został otwarty na warunkach amerykańskich.
  • Iran nie został oddzielony od Rosji i Chin.

Wręcz przeciwnie: potencjał militarny Teheranu jest silniejszy, a współpraca z Moskwą i Pekinem bliższa niż kiedykolwiek wcześniej.

Wojna przyspieszyłaby więc dokładnie to, czemu Waszyngton chciał zapobiec: zacieśnienie strategicznych powiązań między Iranem, Chinami i Rosją.

Biały Dom mówi o sile – region widzi słabość.

Główne przesłanie wywiadu brzmi:

Biały Dom twierdzi, że Trump odwołał atak, będąc w pozycji siły.

Escobar i jego rozmówca twierdzą jednak, że atak został powstrzymany, ponieważ:

  • Iran groził dziesięciokrotnym odwetem,
  • Arabia Saudyjska i inne państwa Zatoki Perskiej nie chciały ponosić konsekwencji,
  • infrastruktura energetyczna i wodna regionu jest niezwykle podatna na zagrożenia,
  • Bazy amerykańskie są pod dużą presją,
  • Teheran poprawił swoje zdolności wojskowe,
  • globalny szok energetyczny był nieunikniony.

Nie jest jasne, czy wszystkie informacje zostaną potwierdzone. Sam Escobar jasno zaznaczył, że niektóre szczegóły nie zostały jeszcze w pełni zweryfikowane w momencie wywiadu.

Ale nawet jeśli tylko część tych informacji okaże się prawdą, odwołanie ataku będzie raczej oznaką zmiany układu sił niż triumfem dyplomatycznym.

Wnioski: Brak odprężenia, ale nowa faza

Odwołanie ataku USA nie oznacza automatycznie pokoju.

Według irańskiej interpretacji jest to potwierdzenie skuteczności odstraszania: Waszyngton i jego sojusznicy obawiają się militarnych, ekonomicznych i społecznych konsekwencji dalszej eskalacji.

Dlatego mało prawdopodobne jest, aby Teheran porzucił swoją strategię, lecz raczej uzna ją za słuszną:

Powściągliwość, dopóki nie zostanie przekroczona żadna czerwona linia – po przekroczeniu której reakcja byłaby wręcz nie do zniesienia dla USA i ich regionalnych partnerów.

Następna faza zależeć będzie od trzech punktów:

Hormus,

infrastruktura energetyczna i wodna państw Zatoki Perskiej

oraz amerykańskie bazy wojskowe w Azji Zachodniej.

Trump może powrócić do dotychczasowych ram dyplomatycznych. Albo może ponownie zaostrzyć sytuację i zaryzykować, że wojna z Iranem pochłonie cały region i globalną gospodarkę.

Błazny

Błazny

Date: 3 agosto 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/blazny

Autor: Andrea Zhok jest profesorem filozofii moralnej na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Mediolańskiego.

Niewiele jest rzeczy trudniejszych do zniesienia niż pro-amerykańscy atlantyści, od zawsze głoszący zalety wolnego rynku, a obecnie podszywający się pod obrońców włoskiej tożsamości.

Włoska tożsamość nie została zniszczona przez meczety, ale przez restauracje McDonald’s, amerykańskie bazy wojskowe, Hollywood oraz zalew amerykańską odpadową “kulturą”, która wdarła się do każdego zakamarka naszej włoskiej kultury.

Włoska kultura została zmasakrowana przez tych, którzy promowali swobodny przepływ towarów, kapitału i siły roboczej w imię mających pojawić się wkrótce “zdobyczy” globalizacji oraz stanu konta bankowego.

Włoski katolicyzm nie został zepchnięty na margines istnienia przez islam, ale sam się tam zepchnął, akceptując wszelkiego rodzaju kompromisy popkulturowe w nadziei, że dzięki zabiegom marketingowym zdobędzie część „rynku religii”.

Tożsamość włoska została zdewastowana przez tych, którzy postrzegali ją nie jako żywą tradycję, którą należy pielęgnować, ale jako „markę” do sprzedania; „made in Italy”  przeznaczone do wyprzedaży przez zdegenerowanych potomków dziedzictwa i sławy zdobytej przez ich przodków.

Włoska tożsamość została oskubana ze swej istoty przez hasła takie jak „trzy I” Berlusconiego (“inglese, internet, impresa” – “angielski, internet, firma”) oraz przez jeszcze gorszych jego naśladowców, którzy nigdy nie potrafili wyobrazić sobie tego kraju inaczej niż jako kolonię Stanów Zjednoczonych.

Jedność Włoch została nadwyrężona przez prywatyzację przedsiębiorstw publicznych oraz neoliberalną rywalizację w szpitalach, szkołach i na uniwersytetach – instytucjach, które obecnie w coraz mniejszym stopniu skupiają się na służbie obywatelom, a w coraz większym na konkurowaniu o ministerialne nagródki.

Przewaga rywalizacji nad współpracą – zarówno między instytucjami, jak i w ich wnętrzu – spowodowała, że ogromne zasoby zostały przekierowane ze „służenia obywatelom” na „bycie atrakcyjnymi”, z “robienia tego, co słuszne”, na “efektowną prezentację”.

To właśnie wy, pro-amerykańscy atlantyści i neoliberalni zwolennicy wolnego rynku, chcieliście tych i niezliczonych innych głupot. A dziś, jakby tego było mało, chcecie nam wmówić, że prawdziwym zagrożeniem dla włoskiej tożsamości jest islam, „zderzenie cywilizacji”?

Tam, gdzie naszą cywilizację należałoby ratować, mamy “prawo do Big Mac’a”. A wszystko po to, by spełnić życzenia ambasad izraelsko-amerykańskich.

Niebezpieczne błazny.

INFO: ariannaeditrice.it/articoli/pagliacci

Kościół jako polityczny wychowawca narodów

Feliks Koneczny

I.

O METODACH

Rozważając zagadnienia państwa chrześcijańskiego, a zwłaszcza temat „Kościół jako polityczny wychowawca narodów”, zastosujemy do tych problemów metodę indukcyjna, jedyną, która wiedzie do odkryć w naukach historycznych. Jest ona też dziełem historyka zawodowego. Historykiem bowiem był jej twórca, Bacon werulamski (1561-1626), który wychodząc od historii ogarnął najrozleglejsze rozłogi wiedzy, a którego wiedza miała w jego myśli służyć jednakowo naukom humanistycznym i przyrodniczym.

Ale zjawiły się metody inne, a wśród nich medytacyjna. Nazywam ją tak od Condorceta, który w 1793 oświadczył, że w naukach humanistycznych „odkrycia stanowią nagrodę samej medytacji”. Przypomnę też, jak zdaniem Wrońskiego (1778-1853), „wiedza, jak taka, jest z góry czysto kontemplacyjną lub spekulatywną”, co wychodzi zupełnie na to samo, co tamta „medytacyjność”.

Należy te sposoby rozumowania odróżnić od dedukcji naukowej, która musi mieć wpierw przed sobą jakieś założenie (już przedtem udowodnione), ażeby z niego snuć wnioski. Medytacyjna metoda nie wymaga w ogóle żadnych uprzednich studiów. Cała szkoła Condorceta poprzestawała na tym, że coś komuś wydało się jakimś, bo tak sobie „wyspekulował”. Sądzono, że człowiek inteligentny (a zwłaszcza matematyk lub literat ) może samą siłą swej inteligencji rozwiązywać wszelkie zagadnienia humanistyczne, nie potrzebując wcale studiów specjalnych „fachowych”. Metoda ta żyje dotychczas, a typowym jej piastunem jest znów matematyk, Bertrand Russel. Metodę tę trzeba śledzić i poznawać, żeby wiedzieć czego się wystrzegać, w jaki sposób nie należy i nie można rozumować o żadnej a żadnej sprawie z zakresu humanistyki. Rezultaty pewne otrzymuje się tylko indukcją.

Pierwszym warunkiem indukcji w tematach historycznych jest, żeby się zawsze liczyć z… chronologią.

Pozwolę sobie na mała dygresję, ażeby okazać na przykładzie, jak dana kwestia może przybrać zgoła inne oblicze, stosownie do tego, czy się będzie pedantem wobec chronologii, czy też potraktuje się ją bardziej liberalnie. Wybieram dla przykładu ciekawą sprawę o Macchiavella.

Wiadomo, jak obfitą jest tu literatura, ile studiów pochłonęło pytanie, czy krytyczny Florentczyk na serio urabiał swego „księcia”; jak to wytłumaczyć i usprawiedliwić (warto przypomnieć zdanie wielkiego Rankego, że Macchiavelli uważał Italię za dość silną, żeby jej w celach leczniczych móc zastrzyknąć truciznę). Ileż komentarzy do tego dzieła, ileż wyłoniło się argumentów, że w polityce nie sposób trzymać się moralności! Uznać trzeba, że piśmiennictwo naukowe, rozwinięte wokół „Księcia” obfituje w dzieła godne wszelkich pochwał dla wielu a wielu względów naukowych. Budzi atoli zdziwienie pewna okoliczność:

Jeżeli „Książe” miał służyć księciu na usprawiedliwienie (rządowi żołniersko-uzurpatorskiemu), jeśli miał tej państwowości dostarczyć duchowych fundamentów, czemuż książe nie łożył w wydanie „Księcia”? A gdyby przyłożyć do sprawy noniusz chronologii, sprawa będzie jeszcze ciekawsza: Dzieło było napisane w r. 1514, autor trzymał je w ukryciu i wyszło drukiem (w Rzymie) dopiero osiem lat po jego zgonie (1527-1535). Chronologia świadczyłaby tedy raczej, że Macchiavelli „sobie pisał, nie ludziom”, bo drukować nie mógł dla łatwo zrozumiałych okoliczności; a w takim razie nie będzie żadnej sprzeczności pomiędzy życiem autora, a chowanym przez niego pod kluczem… aktem oskarżenia. Ale nastać miały takie czasy, że książkę jego potraktowano pozytywnie, zamiast negatywnie.

II.

CZTERY POSTULATY MISYJ KATOLICKICH

Żeby tedy nie uchybić pedantyzmowi chronologicznemu, zaczniemy roztrząsania o stosunku Kościoła do życia publicznego od samego początku; jeżeli nie od samego Adama i Ewy, to przynajmniej gdzieś blisko nich, jak najbliżej. Wejdźmy z naszym problemem pomiędzy lud prymitywny i to choćby w zawiązkach protohistorii. Nie trzeba sobie czegoś „wyobrażać”; wyobraźnią nie udowodni się niczego w tej dziedzinie nauk! Nie trzeba się „wyobraźnią cofać” do prawieku naszych przodków, bo ludy prymitywne, nawet arcyprymitywne, istnieją dotychczas, a misjonarze do nich jeżdżą i przysyłają stamtąd sprawozdania.

Nadspodziewanie okazuje się, że tkwi w Kościele sama geneza państwowości. Samym misjonarstwem swym wytwarza Kościół urządzenia państwowe czyli państwowość, i rozsiewa zarodki państwa. Nie ma wprawdzie w Nowym Testamencie przepisów, jak urządzić państwo; nie ma w Ewangelii prawa ni prywatnego ni publicznego, a Kościół nigdy nie wybrał pewnych form dla państwa, ażeby się z nimi utożsamić, a inne potępić; ale Ewangelia osnuwa wszystko kategorią DOBRA, MORALNOŚCIĄ, ETYKĄ, i to wystarcza do wytworzenia wyraźnych drogowskazów we wszystkim, również w dziedzinie państwowej.

Każda misja katolicka niesie z sobą cztery postulaty : monogamię dożywotnią, dążenie do zniesienia niewolnictwa, zniesienie msty, wreszcie niezawisłość Kościoła od władzy państwowej, a to w imię niezawisłości czynnika duchowego od siły fizycznej. Te cztery wymagania są od samego początku te same i niezmienne i jednakie dla wszystkich rodzajów i szczebli cywilizacji, dla wszystkich krajów i ludów.

Fundament wychowania do wyższego szczebla życia zbiorowego, kamień węgielny organizacji państwowej mieści się w znoszeniu msty rodowej. Rodowe wykonanie msty stanowi obowiązek moralny, który trzeba od rodów przejąć i wypełnić go za rody, wyręczając je przez sądownictwo publiczne i publiczny wymiar kar.Polityczny zwierzchnik, a więc panujący (od kacyka do cesarza) staje się generalnym mścicielem za wszystkie rody, wykonawcą wszelkiej msty. Taki jest zaczyn sądownictwa państwowego.

Na najniższych nawet szczeblach, wśród najprymitywniejszych ludów, zaszczepia tedy misjonarz – nawet nieświadomie – państwowość, boć chcąc znieść mstę, musi przygotować ponadrodową władzę sadową, a naczelnik ludu nawróconego staje się nie tylko wodzem wojennym, ale też sędzią. Jest to pierwsza pokojowa funkcja państwowa.

Nie łatwo to przeprowadzić. Często głowa państwa sędzią być nie chce, ażeby nie ukrócać rodowego prawa zwyczajowego. Kiedy biskupi zażądali od Włodzimierza Kijowskiego, ażeby zajął się z urzędu sądownictwem kryminalnym, książę sprzeciwił się temu i postępował nadal „według urządzeń ojca i dziada”.

W Europie Zachodniej msta powikłała stosunki społeczne do tego stopnia, iż stałym stanem społeczeństwa stała się „wojna wszystkich przeciwko wszystkim”. Wieków trzeba było, żeby „treuga Dei” ograniczała mstę stopniowo; a wciągu tych pokoleń panujący zasiadał na sądach tylko na żądanie strony. Taki, który udawał się do swego księcia, żeby go wyręczył w mście i ukarał krzywdziciela, narażał na hańbę nie tylko siebie, lecz cały swój ród, bo usuwał się od osobistego spełnienia swych obowiązków i uznawał się być słabym. Długo też wyręczały się sądownictwem książęcym same tylko niewiasty, gdy im zabrakło męskiego mściciela. Działał „Treuga Dei” i robiła swoje, rozszerzana coraz bardziej, lecz jakżeż powoli i pod jakimże naciskiem kar kościelnych i nierzadkich klątw! W Polsce już za pierwszych Piastów wprowadzono za zabójstwo grzywny pieniężne, lecz krwawe zwady rodów zdarzały się jeszcze w XIV wieku. W Niemczech zaś dopiero na samym końcu XV w. ogłoszono „Landfrieden” w czym mieścił się zakaz wykonywania msty i przymus przekazywania krwawych sporów władzy państwowej. Minęło jednak jeszcze nieco czasu, zanim ustawa zdobyła sobie powszechne uznanie.

Wykonywanie msty, dziedziczne w rodach z pokolenia na pokolenie, wytworzyło i rozgałęziło długi szereg nadużyć i zbrodni; nadużywano bowiem msty i podszywano się chytrze pod nią, okrywając jej płaszczem liczne przestępstwa – aż do rozbojów włącznie. Ze stanu wojennego między rodami wytwarzały się walki całych okolic, aż wreszcie książę panujący w imieniu całej ludności swego kraju wypowiadał wojnę księciu ościennemu, stwierdzając krzywdę i urazę popełnioną względem wszystkich. Wojny rodziły się wprawdzie nie tylko z samej msty na wielką skalę, ale w znacznej, a może nawet po większej części taką miewały genezę i dlatego uważano je za uprawnione.

Zbrodniczość i wojny stały się niejako ubocznym produktem msty. Gdy zaś po kilku już pokoleniach niktby już nie zdołał osądzić, która strona pierwsza zawiniła i czy obie strony utrzymywały się w granicach prawa zwyczajowego, gdy przepadła nawet pamięć pierwotnego przedmiotu zwady, gdy wreszcie wygasły nawet rody, które mstę wszczęły, a jednak niebezpieczeństwo życia groziło na każdym kroku, widocznym stawało się coraz bardziej, ze ma się do czynienia już nie z mstą, lecz z jawnym opryszkostwem. Jak jedno z drugim wikłało się, widać było na Korsyce jeszcze poza połową XIX wieku.

Wypleniając mstę, staje się Kościół politycznym wychowawcą społeczeństw podwójnie: obdarzał ludy sądownictwem publicznym i zarazem zwiększał bezpieczeństwo życia i mienia. Oddając obie te dziedziny w ręce zwierzchności świeckiej, wytwarzał tym samym, a następnie rozszerzał i wzmacniał władze państwową.

Powiedziano już dawno i Kościele, ze stał się rodzicem i wychowawcą narodów, i to przyjęło się już powszechnie. Należy to jeszcze rozszerzyć, stwierdzając, że był również twórcą władzy państwowej, takiej, która by posiadała moc działania także poza sprawami wojennymi. Stałość i nieprzerwalność państwowości w państwie jest dziełem Kościoła ( Wyrazy „państwo” i „państwowość” nie są bynajmniej synonimami; państwowość oznacza urządzenia państwowe).

Przejdźmy do dalszych postulatów, stawianych przez Kościół zawsze i nieodmiennie każdej nawracanej społeczności. Kwestia monogamii dożywotniej jest już dostatecznie opracowana pod względem stosunku Kościoła do życia zbiorowego. Wiadomo powszechnie, że wyłoniło się z tego poszanowanie kobiety, przyznanie jej praw, w końcu równouprawnienie moralne i majątkowe.

Monogamia czyni z kobiety czynnik twórczy w życiu zbiorowym, podwaja ilość pracowników cywilizacyjnych. Mniej jest wiadomym, ze monogamia stanowi podstawę własności osobistej, że jedno z drugim łączy się nierozerwalnie. Bardzo się więc mylą utopiści, którym się wydaje, że dałby się pogodzić komunizm z katolicyzmem. Nie można przystać na komunizm, bo wraz przepadłaby monogamia, a po niedługim czasie rodzina w ogóle.

Również decydującym o życiu społeczeństw jest postulat znoszenia niewoli. Niewolnicy bywali w olbrzymiej większości robotnikami fizycznymi, podczas gdy wolni zajmowali się pracami umysłowymi. Orzeczenie apostoła narodów św. Pawła: „„Kto nie pracuje, niech nie je” zawiera w sobie moralny przymus pracy, który staje się w katolicyzmie przykazem etycznym. Kogo nie stać na pracę umysłową, spełni ten przykaz fizyczną. Skoro zaś fizyczna staje się koniecznością etyczną, tym samym godną jest szacunku ludzkiego, a zatem nie hańbi taka praca człowieka wolnego. Tkwi w tym cały przewrót społeczny, dokonywany stopniowo, ewolucyjnie, i wreszcie dokonany. Na tym tle nastąpił ogromny rozwój rękodzieła, a następnie tego wszystkiego, co zwiemy techniką, a która wyłoniła się bądź co bądź z rzemiosł. Klasycznemu światu nie brakło odkryć naukowych., lecz nie powstawały z nich odpowiednie wynalazki, bo praca fizyczna, pozostając we wzgardzie, pozostała na zbyt niskich szczeblach. Zniesienie niewolnictwa, zrównanie w wolności zajęć fizycznych z umysłowymi, sprawiały, że praca umysłowa przenosiła się także na rękodzieła i w tym tajemnica, dlaczego starożytność nie celowała wynalazczością, czemu wynalazki stanowią przywilej świata chrześcijańskiego.

Przejdźmy do czwartego postulatu katolickiego życia zbiorowego, do kwestii o niezależności Kościoła od władzy świeckiej. Jak wiadomo, ani Kościół wschodni, ani konfesje protestanckie nie uznają tego postulatu. Katolicyzm ma bowiem swoje własne pojęcia o państwie i o życiu zbiorowym w ogóle a od tych pojęć odstąpić nie może. Istnieje katolicka nauka o państwie.Istnieje ideał „Civitas Dei”, któremu dał początek św. Augustyn przed lat półtora tysiącem. Zarzucano w owych czasach chrześcijanom, że usuwają się od przyjmowania urzędów w państwie rzymskim, mówiąc dzisiejszym językiem, że bojkotują rzymską państwowość. Bywało tak istotnie często (chociaż nie zawsze i nie wszędzie), ponieważ państwowość owa była wówczas tego rodzaju, iż nie zasługiwała na szacunek nawet uczciwych pogan. W umysłowość chrześcijańską wdziera się zaś poprzez wszystkie wieki aż po dzień dzisiejszy, powstały wówczas okrzyk: „Quid sunt regna remonta justitia, nisi magna latrocinia?”. Nie chcieli tedy chrześcijanie służyć i służbą swa dopomagać owemu latrocinium – lecz obowiązki względem państwa traktowali pozytywnie i spełniali zawsze bez szemrania. Tym się jednak wyróżniali od początku, iż znali nie tylko obowiązki względem państwa, ale też obowiązki państwa względem obywatela. Związek jednostki z państwem był w etyce katolickiej od samego początku splotem wzajemnych praw i wzajemnych obowiązków; państwo zaś winnym było podlegać etyce tak samo, jak jednostka. Ilekroć państwowość jakiegoś państwa nie pozostawała w zgodzie z tym postulatem, nie mogła cieszyć się poparciem Kościoła. Albowiem postulat niezawisłości Kościoła od władzy świeckiej stanowi cząstkę tezy ogólniejszej: o wyższości pierwiastków duchowych ponad materialne.

Ideał zaś – „De Civitate Dei” – spełniał się niemało w ciągu wieków, lecz (jak każdy Ideał) w miarę spełniania urastał i nabierał nowych działów, nowych postulatów szczegółowych, stosownie do tego, jak komplikowało się coraz bardziej życie zbiorowe. Pomysł państwa Bożego na ziemi, tj. państwa urządzonego po Bożemu, nie jest bynajmniej nieziszczalny, lecz wymaga się od niego coraz więcej. Ledwie ziści się, czego w danym czasie się wymagało a narosło niemało wymagań nowych! Był czas, gdy wzdychano, by „Treuga Dei” mogła się ziścić, a dziś wymagamy bez porównania więcej, i daj Boże, żebyśmy mieli wymagania jeszcze większe!.

III.

ZASADY ŻYCIA PUBLICZNEGO NARODÓW

Metody życia zbiorowego kształcą się w katolicyzmie, doskonalą się w miarę, jak zbliżają się do ideału „Civitatis Dei”, a gdy się od niego odchylają, obniżają się i psują. W każdym razie są niezmienne. Jak wiadomo, Kościół nie identyfikuje się z żadną specjalna formą rządów, wymaga tylko od każdej, żeby zachować moralność według etyki katolickiej. Ale pośród wielości najrozmaitszych sposobów rządzenie istnieją pewne wytyczne zasadnicze, według których Kościół postępuje w swej wielkiej misji wychowawcy politycznego.

Głębie etyki katolickiej wywodzą się od poczucia osobistego stosunku do Boga i w tym właśnie tkwi największa siła moralna katolika. Bo choćby zrzeszenie dopuszczało się najcięższych przewinień, stosunek jednostki do Boga pozostaje czystym, skoro tylko nie aprobuje się zła. Ale też za to każdy z osobna ponosi osobistą odpowiedzialność za swe myśli, mowy i uczynki czego symbolem jest spowiedź osobista, podczas gdy protestantyzm, judaizm i buddyzm znają spowiedzie tylko gromadne. Odpowiedzialność gromadna z reguły nie jest odpowiedzialnością wystarczającą do ułożenia stosunku do Boga. Kto na niej chce poprzestać, ten prędzej czy później poderwie same zasady etyki.

Najdobitniej występuje ten stosunek w żydostwie, bo Żyd nie staje w myśli przed Bogiem, jako jednostka człowiecza, lecz zawsze jako Żyd. Wobec Jehowy jest się albo Żydem, albo nie Żydem: o stosunku do Boga decyduje według żydowskiego przekonania przede wszystkim przynależność do pewnego zrzeszenia, czy też do reszty ludzkości, która znajduje się poza tym zrzeszeniem. To jednak jeszcze nie wszystko, bo wszyscy ludzie należą do jakichś zrzeszeń, katolicy również; lecz chociaż w zrzeszeniu działa się nieraz gromadnie, katolik jest w swym sumieniu odpowiedzialnym nawet za czyn gromadny każdy osobiście, jakby każdy z osobna czynu tego dokonywał w całości. Stosunek bowiem między zrzeszeniem a członkiem zrzeszenia może być dwojaki, i zrzeszenia są pod tym względem również dwojakie; jedne tłumią osobowość i wyrabiają gromadność, inne zaś nie tylko nie przeszkadzają osobowości. Lecz nawet pielęgnują ją. Takie przeciwieństwo gromadności zwiemy personalizmem. Gdy zrzeszają się osoby przejęte tą cechą ducha, powstają zjednoczenia personalizmów; zrzeszenia najtrwalsze, najmocniejsze i sięgające najwyższych szczebli cywilizacyjnych.

Cała filozofia religijna katolicyzmu i cała cywilizacja łacińska oparte są na personalizmie. Wyraźnie Kościół naucza, jako każda dusza ludzka tworzy odrębna całość i jest obdarzona wolną wolą.

Jednostki, zrzeszając się do życia publicznego, natenczas tylko robią to prawdziwie, jeżeli działalność ta jest dobrowolną. Wtedy bowiem tylko formy tego życia stanowią prawdziwy wyraz woli danego zrzeszenia. A skoro zrzeszenie ma być tak urządzone, ażeby nie hamowało personalizmu, a zatem nie może opierać się na jednostajności, lecz musi posiąść trudną sztukę, żeby utrzymywać jedność przy rozmaitości. Tym się różni państwowość katolicka od wszelkiej innej, a zwłaszcza od bizantyjskiej. W cywilizacji bizantyjskiej nie rozumie się jedności inaczej jak w zupełnej jednostajności. To zaś sprzeczne jest z natura ludzka tak dalece, iż da się przeprowadzić tylko przymusem, niekiedy tylko terrorem. Jednostajność jest sztuczna, naturalną jest rozmaitość. Wszystko, co jest naturalnym wyrasta samo z siebie, jest organiczne i przechodzi w coraz nowe organizmy, których spójnią dobrowolność, do których przystaje się z przekonania. W rozmaitości życia publicznego każdy służy mu takimi środkami, jakie zezwala mu rozwinąć maximum sił, maximum zdatności i sprawności. tak powstają zamiłowania i powołania i miłość pracy koło wspólnego dobra; tak wytwarza się zapał, gotowość do poświęceń, wiara w sprawę i wiara w samego siebie, że wysiłki nie będą próżne i że ziarno trafi w końcu na właściwą glebę To wszystko dostarcza radości życia, które staje się twórczym, a co możebnym jest tylko w życiu publicznym organicznym.

Tylko organizm bywa twórczym; tej właściwości brak przeciwieństwu organizmu – mechanizmowi.

Życie publiczne musi być organiczne lub mechaniczne. W przeciwieństwie do samorództwa organizmu, mechanizm musi być sztucznie obmyślony. Spotykamy się tu z dwiema metodami myślenia, o którym była mowa na początku: z indukcją i medytacyjnością, a których następstwami wżyciu zbiorowym są aposterioryzm i aprioryzm. „Mechanikom” życia publicznego wystarczy coś, co sobie wymedytują i uznają z a pewnik, ażeby z tego wysnuwać potem wnioski do wszystkich działów życia, tym niebezpieczniejsze, im konsekwentniejsze. Np. wszystkie wnioski z materialistycznego pojmowania historii z socjalizmem na czele, zmierzającym do tego, by cały świat zamienić w mechanizm.

Mechanizm żadną miara nie da się apriorycznemu układowi stosunków, musi być w mechanizmie zgnębione w imię jednostajności.

Idzie się więc od personalizmu przez aposterioryczność do organizmu, od gromadności przez aprioryczność do mechanizmu. Organizm a mechanizm powstają z innych metod i odmienne są też warunki ich powodzenia. Im bardziej rozwinięty organizm, tym bardziej komplikuje się pośród swoich rozmaitości, gdy tymczasem jednostajny mechanizm dąży do jak największych uproszczeń. Ciekawego zaś zaiste doświadczenia dostarcza nam historia powszechna. Oto wszystkie rewolucje myślały apriorycznie, a działały mechanicznie. Dokonują się też rewolucje przez zanik personalizmu a gromadności, a gromadność nie zdołała utrzymać nawet powierzchownego, zewnętrznego ładu inaczej, jak mechanicznie.

Zmierza przeto z całych sił uproszczeń we wszystkim, a występuje zaciekle przeciw rozmaitości rozmaitych równoległych objawów życia publicznego.

Co więcej, inna jest etyka organizmów, a inna mechanizmów. Cóż mówić o moralności, gdzie zasługą jest gnębić i łamać, terroryzować i odbierać godność osobistą, nierozdzielną od wolności przekonań? Bo też godność osobista rodzi się tylko z personalizmu.

Ze wszystkiego tego wynika, ze pomiędzy organizmem a mechanizmem zachodzi proste a bezwzględne: albo – albo. Łączyć zaś w jakimś zrzeszeniu, np. w państwie, w pewnym dziale państwowości obowiązuje mechanizm (np. w wojsku), dział taki odgradza się zazwyczaj z wielka stanowczością od innych, traktując go z całą wyłącznością.

Państwo jakie takie musi także być albo organizmem albo mechanizmem. Zależy to od cywilizacji. Np. w turańskiej jest ono mechanizmem, a gdzieby przetwarzało się w organizm, tam runęłaby cywilizacja turańska. W cywilizacji łacińskiej państwo może być tylko organizmem.

Łączy się to z pewna szczególną tej cywilizacji właściwością. W każdej innej może się wytwarzać siła polityczna niezależnie od stanu społeczeństwa. Mongołowie wytworzyli olbrzymie i potężne państwo uniwersalne, chociaż sił społecznych u nich nawet dostrzec trudno; podobnie Turcja; w bizantyjskim cesarstwie społeczeństwo ledwie było tolerowane przez państwo, w jednak państwo to posiadało okresy siły. Wszędzie tam rodziła się siła polityczna poza społeczeństwem, powstając samodzielnie, działając samoistnie. Lecz nie zdarzyło się ani razu w historii cywilizacji łacińskiej, żeby państwo było silne, choć społeczeństwo słabe. Tu siła polityczna rodzi się z sił społecznych. O cywilizacji łacińskiej możnaby raczej powiedzieć, że w niej o siłę polityczną – o potęgę państwową – nie trzeba zabiegać wprost i bezpośrednio, lecz całą staranność życia publicznego obrócić w krzewienie sił społecznych. Te bowiem nadzwyczaj łatwo i w razie potrzeby automatycznie zmieniają się w siłę polityczną, gdy tymczasem największa nawet polityczna siła społecznych w sobie nie mieści. W cywilizacji łacińskiej państwo musi być oparte na społeczeństwie, bo inaczej pozostanie słabym, i tym słabszym, im bardziej chciałoby górować nad społeczeństwem. Z silnego społeczeństwa wyłania się silne państwo samo przez się. W naszej cywilizacji niema obawy o to, iżby siła społeczna mogła nie wydać siły politycznej; lecz na nic wszelkie zachody o potęgę państwa, gdzie społeczeństwo osłabione. Albowiem państwo w cywilizacji łacińskiej jest organizmem, wytwarza się w sposób naturalny ze społecznego podłoża. Wszelkie próby, żeby państwo wyemancypować niejako od społeczeństwa, dezorganizują tylko społeczeństwo, mącą i obniżają stan cywilizacyjny.

Państwo, wychylające się ze wspólnoty cywilizacyjnej ze społeczeństwem, należącym do cywilizacji łacińskiej, musi się stawać coraz bardziej mechanizmem i przystąpi do walki z personalizmem. A zatem nastałby rozłam pomiędzy państwem a społeczeństwem, co stanowiłoby klęskę najcięższą dla obu.

Przyczyna istotna (owa przyczyna przyczyn) takiego związki tych spraw w naszej cywilizacji jest bardzo prosta. Nie można robić jednej i tej samej rzeczy równocześnie dwiema metodami: prawo to sięga od robót najgrubszych i najłatwiejszych aż do wyżyn twórczości państwowej. W ten błąd popadłoby się jednak, gdyby się chciało osadzić państwo mechanizmowe na podłożu organicznym, gdzie społeczeństwo (naród) wytworzyło się i rozkwitać ma nadal z jednoczenia się rozmaitych organizmów społecznych. Nie da się wytworzyć zrzeszenia, które by było równocześnie organizmem i mechanizmem, bo mieszanina tego z tamtym posiada własności trujące; stanowi truciznę i dla państwa i dla społeczeństwa. Gdyby zapanowało gdzieś powszechne pomieszanie metod organicznych a mechanicznych, gdyby udzielało się stopniowo wszystkim dziedzinom życia zbiorowego, wyniknęłyby z tego następstwa absurdalne a straszne. Wspólna cywilizacja stanowi bowiem więź zrzeszeń: naruszanie przeto zwartości cywilizacyjnej jest robotą destruktywną, jest druzgotaniem więzi i narodowej i państwowej. Jest to gonitwa za zerem. Dodajmy, ze mechanizm nie wytworzy moralności, oświaty, ni dobrobytu.

Jeżeli więc chcemy się utrzymać przy cywilizacji łacińskiej, musimy trzymać się personalizmu, zasady rozmaitości, aposterioryzmu i organizmu z zasadą supremacji sił duchowych.

Tak jest i tak pozostać winno we wszystkich społeczeństwach, które „wychowywał Kościół”, ten Kościół, którego dziełem jest cywilizacja łacińska.

Do cech państwowości łacińskiej należy odrębne prawo państwowe, odrębność prawa publicznego w ogóle. Co innego prawo prywatne, co innego publiczne. Ten dualizm prawny należy do węgłów naszej cywilizacji, a zatem stanowi tez węgiel węgielny naszych pojęć polityczny.

Przeciwieństwem naszych pojęć w tej dziedzinie jest monizm prawny, znający jedno tylko prawo, albo samo publiczne. Monizm taki pochodzi z cywilizacji turańskiej. Tam władca jest właścicielem całego państwa i całej jego ludności. Te przejawy prawnicze, które my zwiemy prawem publicznym, wywodzą się tam ze zamplifikowanej własności prywatnej głowy państwa, skutkiem czego nastąpiło tam pochłonięcie prawa publicznego przez prywatne. Słowem, w turańskiej cywilizacji prywatne prawo władcy wobec ludności staje się prawem publicznym, które nie jest niczym odrębnym od prywatnego, lecz tylko rozbudową prywatnego dla interesów władcy.

Obecnie powstaje w Europie monizm prawniczy metoda całkiem odmienną. Zmierza się do zniszczenia prawa prywatnego przez publiczne, mianowicie przez prawo państwowe, bezetyczne, a w imię omnipotencji państwa. Apriorycznie określa się jaką ma być państwowość i gnębi się personalizm w imię gromadności, byle zmusić do poddania się koncepcjom powziętym z góry, sztucznym, którym sama tylko przemoc udziela życia.

Wpada się obecnie w monizm prawniczy, polegający na wyłączności prawa publicznego. A rozstrzygać o tym, co jest prawne, będzie pięść. Gdy zaś omnipotencja państwa obejmie władzę nad wszelkimi sprawami dotychczasowego prawa prywatnego, będzie musiało wszystko być postawione do swobodnego uznania władcy ( i jego biurokracji), któremu nadane będzie prawo dowolnego dysponowania wszystkim i wszystkimi. Wyjdzie się więc w końcu najzupełniej na turańszczyznę, choć się zaczęło z przeciwnej strony.

Etyka cywilizacji łacińskiej nie może się pogodzić z linią rozwojową wszechwładzy państwa, a więc ani z etatyzmem ani z biurokratyzmem, ni z elephantiasis ustawodawczą, ni z ex lex podczas pokoju. Nasza etyka musi zmierzać do państwa opartego na społeczeństwie, a wiec ku samorządowi. Wszelki zaś krok, który by odsuwał państwo od omnipotencji, będzie zarazem krokiem postępu dla etyki, oświaty i dobrobytu.

Fundamentalnym zaś wszystkiego warunkiem jest pielęgnowanie personalizmu. Toteż w życiu publicznym musi być szanowana jednostka.

Nasz ks. Prymas gnieźnieński woła donośnym głosem na całą Polskę, jako „jednostka ludzka istniała wpierw, niż państwo i posiada swe przyrodzone prawa”..a zatem „nie można pogodzić z prawem przyrodzonym pewnych współczesnych dążeń do zupełnego podporządkowania obywateli celom państwowym, do wyznaczania obywatelom jakiejś służebnej roli i do rozciągania zwierzchnictwa państwowego na wszystkie dziedziny życia. Regulowanie każdego ruchu obywateli, wtłaczanie w przepisy państwowe każdego ich czynu, mechanizowanie ich obywateli w jakiejś globalnej i bezimiennej masie sprzeczne jest z godnością człowieka i z interesem państwa, bo zabija w obywatelach zdrowe poczucie państwowe… Państwo nie jest antytezą jednostki, lecz uzupełnieniem jej prywatnego bytu” ((Ks. Prymas August Hlond: „ O chrześcijańskie zasady życia państwowego 1934 „)

A zatem nie należy pogrążać prawa prywatnego w publicznym; monizm prawny nie mieści się w katolicyzmie.

Wymaga natomiast katolicyzm monizmu monizmu w innej dziedzinie. Wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu, jakoby istniały dwie etyki, odrębna dla życia prywatnego a odrębna dla publicznego, stoi Kościół na stanowisku monizmu etycznego. Ta sama musi być moralność w życiu prywatnym i w publicznym, nie wyłączając ani nawet polityki. My, katolicy, chcemy etyki totalnej.

IV.

UNIWERSALIZM A IDEA NARODOWA

Skoro mowa o wychowaniu politycznym i o państwie, niesposób pominąć kwestii państwa uniwersalnego.

Ideał uniwersalizmu politycznego będzie zawsze przyświecać filozofom katolickim, lecz niema polegać na zaborach, na wspólności jarzma. Ideologia takiego państwa uniwersalnego jest orientalna, azjatycka: Babilon, Asyria, Partowie, Persowie, a potem Aleksander Wielki, i wreszcie Rzym schodzili również na szlaki orientalne. W wiekach średnich wypłynął uniwersalizm turański, gdy państwo dzingishanów sięgało od pogranicza polsko-rumuńskiego aż po Koreę.

Nie na zaborze, nie na niewoli polega uniwersalizm polityczny katolicki, gdyż i na tym polu trzyma się zasady, że do jedności droga w uznawaniu rozmaitości. Zresztą praktycznie raz tylko w historii powszechnej Kościół sam bezpośrednio przyłożył ręki do tworzenia państwa uniwersalnego, mianowicie gdy papież Leon III ustanowił cesarstwo zachodnie ( rzymskie Karola W.) przeciwko bizantyjskiemu. Nie miało to wcale być państwo jedno, rozszerzające zabory na inne, lecz zjednoczenie pod przewodnictwem cesarza państw zachowujących swa niepodległość ku wspólnym celom, ażeby siły państwowe używane były do wprowadzania zasad religijnych w życie publiczne i ażeby nie były marnowane na wojny pomiędzy państwami chrześcijańskimi.

Ideał na nasze nawet czasy może jeszcze za wysoki, jakżeż miał się spełnić wówczas? Wspomnijmy, że jeszcze ani jeden kraj Zachodu nie był zjednoczony państwowo. Wszędzie pełno było wojen i wojenek pomiędzy lokalnymi dynastiami. Wszystkie umysły wyższe musiały być zaprzątnięte przede wszystkim myślą, jak usunąć ten stan rzeczy. W tym chaosie nasuwała się sama z siebie idea dynastyczna, jako droga do tworzenia państw rozleglejszych, obejmujących całe kraje. Która dynastia okaże się silniejsza i obali szereg słabszych, przyczyni się tym samym do zbliżenia uniwersalizmu.

Następne cesarstwo, „rzymskie narodu niemieckiego” (nie mające nic wspólnego z tradycją Karola W. (powstało przeciwko papiestwu, jako zdwojenie bizantyjskiego; powstało podczas jawnej walki z Kościołem i później większą część jego dziejów wypełnia „walka cesarstwa z papiestwem”. A jednak uczeni katoliccy, a więc katoliccy kapłani stawali nieraz na rozstajach. Nie wszyscy orientowali się co do istoty cesarstwa niemieckiego; oświadczali się za nim jedni dlatego, bo wmówili w siebie, ze to wznowienie idei Karola W., drudzy zaś wprost dlatego tylko, że król niemiecki, zostając cesarzem, rozporządzał największą siłą, przez długi czas jedyną, która by mogła złączyć pod jednym berłem Niemcy z Włochami. Im dynastia jakaś bardziej zaborcza, tym sympatyczniejszą bywała tym marzycielom politycznym uniwersalizmu, lecz pod jednym warunkiem: żeby wyprawom zaborczym towarzyszyło szczęście.

I oto na tle ideologii uniwersalistycznej zjawia się podrzutek : kult -silniejszej dynastii, z czego wyłania się niebawem kult siły w ogóle. Czciciele siły pasożytują na szlakach uniwersalizmu.

Toteż przez ideę dynastyczną został w końcu doprowadzony do absurdu ideał uniwersalizmu politycznego i stał się niewykonalnym przez długie pokolenia.

Dla przykładu sięgnijmy do historii skrajnego Zachodu, pomiędzy Anglią i Francją. Prze lat 114 toczyła się wojna pomiędzy tymi krajami. O co? Jest to wojna czysto dynastyczna. Obowiązujące we Francji prawo usuwało kobiety od tronu, ale pomimo to w r. 1328 król angielski wystąpił z uroszczeniem, że tron francuski należy mu się po kądzieli. Miejmyż na uwadze, ze według ówczesnych pojęć legitymizmu dynastycznego, panujący miał prawo nawet handlować swoim krajem, sprzedać go lub zamienić, czego przykładów całe tuziny. Ludność z reguły nie pytano o wolę, a narody jakby nie istniały, bo idei narodowej jeszcze nie było.

Idea narodowa najwcześniej wykształciła się w Polsce. Kiełkowała na dworze kaliskim już w drugiej połowie XIII w., a Przemysław i Władysław Niezłomny stali się jej wykonawcami. Kiedy Kazimierz Wielki zmuszony był fatalnymi okolicznościami uznać następstwo Ludwika węgierskiego, przedstawił ten układ dynastyczny do zatwierdzenia Stanom polskim. Władysław Jagiełło został królem, bo go społeczeństwo polskie samo na tron powołało. Działalność polityczna społeczeństwa w imię idei narodowej zaczęła się u nas wcześnie.

A tymczasem we Francji i Anglii nie dzielono się jeszcze na obozy francuski i angielski. Najpotężniejszy z książąt francuskich, burgundzki, walczył po stronie angielskiej i miasto Paryż oddało się angielskim dynastom. Wielu francuskich dostojników Kościół opowiadało się przeciw Karolowi VII. Ogół inteligencji obu krajów, ogół współczesnych teologów nie zadawał sobie całkiem prostego pytania : Anglia czy Francja, w sensie narodowym. Tego się nie odczuwało. Widziano tylko wojnę dwóch dynastii o tron francuski i oddawano się badaniom, która z nich ma większe prawo do tego tronu. Badano genealogie, układy, dokumenty, kroniki, prawo angielskie i francuskie – ale nikomu nie przyśniło się, ze można by sprawę osądzić według zasady, ze dla Anglików jest Anglia, a Francja dla Francuzów. Nie wpadł nikt na pomysł, że mogłoby istnieć kryterium narodowe.

To wygłosiła pierwsza dopiero św. Joanna d’Arc. Ona wołała, że należy walczyć nie za dynastię, lecz za Francję i że w imię Francji trzeba stanąć przy tym królu, który może stać się francuskim królem narodowym. Z tego też hasła powstała cała tragedia Dziewicy Orleańskiej. Wnosiła do życia publicznego na Zachodzie hasło nowe, obce uczonym teologom i prawnikom, a nawet nienawistne. Bronić Karola VII bez względu na to, czy przy nim słuszność prawna prawa dynastycznego, nie brać zgoła pod uwagę względów prawniczych? Czyż tak można, czyż tak słusznie, a zatem czy to zgodne z religijnym punktem widzenia, z moralnością publiczną? A więc to herezja? Nie rozumie nowego ideału, wnoszonego przez Dziewicę Orleańską.

Kościół, ogłosiwszy ją świętą, uświęcił zarazem jej hasło: pojęcie narodu i państwa narodowego.

Idea narodowa skupiała się także nieraz około pewnej dynastii, lecz pod warunkiem, ze dynastia narodowa będzie służyć, a nie odwrotnie. Tym samym przeciwstawiała się taka dynastia narodowa wszelkim innym dynastiom na danym obszarze, a umowy handlowe o ten kraj były wykluczone. Miał być koniec politykom dynastycznym. Nastała tedy walka pomiędzy ideą narodowa a dynastyczną.

Równocześnie z akcją św. Joanny d’Arc toczy się w Polsce i na Litwie wojna z „całą nacją niemiecką „ tj. z pojęciami prawa międzynarodowego dynastycznego, opartego na systemie cesarstwa niemieckiego. Ciężką tę walkę, rozpoczętą w 1410, zakończono w cztery lata po podpaleniu stosu w Ronen – walnym zwycięstwem pod Wiłkomierzem (1431-1435), które współcześni zestawiali ze zwycięstwem grunwaldzkim.

Ale walka dwóch tych idei trwała dalej w całej Europie, prowadzona ze zmiennym szczęściem, aż wreszcie idea dynastyczna odniosła zwycięstwo i zawładnęła na nowo losami Europy – co skupiło się na Polsce (rozbiory dokonane przez ościenne wielkie państwa dynastyczne) i na Włoszech (rozbicie na rzecz drobnych dynastów obcokrajowych). Zjednoczenie Włoch stanowiło początek triumfu idei narodowej, a wznowienie niepodległej Polski jest triumfu tego ukoronowaniem.

V.

OBECNOŚĆ KOŚCIOŁA W HISTORII (OKREŚLONA W DWÓCH ZDANIACH)

Przejdźmy do spraw polskich. Ale przede wszystkim trzeba zdawać sobie sprawę, ze nie może być dla jednego narodu jakichś specjalnych praw dziejowych, może zachodzić tylko specjalne wykonywanie i sprawdzanie praw powszechnych. Chcąc wiedzieć jasno, jakim było polityczne wychowanie narodu naszego przez Kościół, musimy mieć wciąż na uwadze, jakie są powszechno-dziejowe cechy działalności Kościoła w tej dziedzinie. Zrekapitulujmy więc najpierw to, cośmy dotychczas roztrząsali. Da się to streścić w dwóch zdaniach:

1/ Kościół urządza życie publiczne narodów, pielęgnując personalizm, aposterioryzm, jedność w rozmaitości, narodowość, dualizm prawny, a monizm etyczny

2/ Kościół wymaga, by życie zbiorowe oparte było na monogamii, na szacunku pracy fizycznej, by zaś nie było w nim niewolnictwa ni msty rodowej, tudzież by Kościół był niezależnym od władzy świeckiej.

W tych dwóch zdaniach zawarta jest obecność Kościoła w historii powszechnej – a zatem także w historii polskiej.

VI

STOSOWANIE ZASAD KOŚCIOŁA W DZIEJACH POLSKI

Zdaje się, ze na ziemiach polskich monogamii zaprowadzać nie było trzeba, że Kościół już ją tu zastał. Pewnym zaś jest, jako najstarsi nasi rodowcy własnymi rękoma uprawiali gospodarstwo, a zatem nie trzeba też było wzbudzać dopiero szacunku dla pracy fizycznej. Niewolnika zaś w Polsce kupowano rzadko (od Żydów), lecz go nie sprzedawano; raz kupiony stawał się domownikiem. Pod koniec XII w. już nie słychać o niewolnikach.

Wiele natomiast trudu wymagało wprowadzenie czynnika personalizmu w ustrój społeczny. Gromadność organizacji rodowej z jej swoistym trójprawem, tj. z rodowym prawem familijnym, majątkowym i spadkowym, ustępowała zwolna i nader ciężko przed emancypacja rodziny, z czym łączyła się własność osobista, a więc czynnik personalistyczny. W łączności z tym propaguje Kościół prawo testamentu, ten najdotkliwszy wyłom w rodowym prawie majątkowym i spadkowym. Przejście od ustroju rodowego do rodzinnego nie obywa się nigdzie bez walki i ofiar. Przejawami tego są u nas spór Bolesława Śmiałego ze św. Stanisławem biskupem, a potem wstecznicze a uparte próby Mieszka Starego. Cały zaś przebieg tych walk łączył się zarazem z kwestią niezawisłości Kościoła od władzy świeckiej, co w zasadzie rozstrzygnięto na rzecz Kościoła na pierwszym Synodzie łęczyckim.

Wobec zagadnień ustroju państwowego pragnie Kościół od początku, żeby państwowość polska opartą była na społeczeństwie: przeciwnicy mechanizmowi samowoli książęcej, opartej o przymus siły fizycznej, staje Kościół po stronie samorządu organizmów społecznych. Kierunek ten przyjął się w Polsce tak dalece, iż następnie rozumiano przez „wolność” nie co innego, jak samorząd; ten zaś niesie z sobą decentralizacje.

Uwzględnienie wszelkiej rozmaitości w polskich krainach nie miało oczywiście przeszkadzać jedności państwa.

Tej bronił Kościół energicznie. Sami papieże stanęli w obronie praw zwierzchniczych Władysława II; niestety biskupi polscy nie posłuchali wówczas (tym jednym razem) wskazówek z Rzymu i dopomogli porobić z dzielnic państewka samoistne. Ale później następcy ich stanęli na czele prądu zjednoczeniowego. Przywrócenie królestwa zawdzięczamy papieżowi Bonifacemu VIII i następnie prymasowi gnieźnieńskiemu Śwince. Nie obce też były wpływy duchowieństwa przy kształtowaniu idei narodowej od Bolesława Pobożnego kaliskiego aż do Przemysława i Władysława Niezłomnego (Łokietka).

W walkach z zakonem krzyżackim kościół objął kierownictwo umysłów polskich i Kościół sam demaskował „chytrych nieprzyjaciół Chrystusa”. Zbijane też były przez Kościół wszelkie dynastyczne uroszczenia do Polski ościennych dynastii. Wziął Kościół w swą opiekę Władysława Jagiełłę, popierał dynastię Jagiellońską i przyczyniał się niemało do wytworzenia tego, co zowiemy ideą Jagiellońską. Nowa formułą kierunku uniwersalistycznego były unie, a formuła „wolni z wolnymi, równi z równymi” wyrażała katolickie pojmowanie uniwersalizmu najlepiej. Zawsze też Kościół polski strzegł autonomii litewskiej i pruskiej. Czyż „unia” nie była politycznym rozszerzeniem samorządu aż w stosunki międzypaństwowe? Nigdy państwo centralistyczne nie byłoby się zdobyło na ideę polityczną tego rodzaju! Lgnęli ościenni do Polski, pragnęli z nią związków prawno-politycznych, ponieważ pociągała ich polska państwowość, tj. decentralizacja samorządowa.

Bronił oczywiście Kościół samorządu własnego, co przytrafiło się jeszcze raz za Kazimierza Jagiellończyka; poza tym rządy polskie uznawały zawsze niezawisłość Kościoła. ale bo też Kościół stanowił jeden z filarów państwa; a czyż lektura Długosza, Skargi, Starowolskiego, Konarskiego nie stanowi dotychczas doskonałej szkoły patriotyzmu polskiego? Sprzęgł polskość z katolicyzmem Skarga, gdy wielkim głosem stwierdził, jako Polska jest „postanowienia Bożego”.

W dziejach naszych są tedy pewne pasma z wieczystej osnowy „de Civitata dei”. wydobywajmy je na światło i starajmy się, by tych czynników nie zabrakło w powołanej na nowo do życia Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, której państwowość, oby jak najrychlej opierała się na etyce katolickiej. Należy przyjąć za Mickiewiczem i Krasińskim, że misja dziejowa Polski polega na tym, by wprowadzić chrześcijańskiego ducha do polityki.

FELIKS KONECZNY 1938 r. Biblioteka Akcji Katolickiej nr 15 za pozwoleniem Władzy Duchownej

Precz z państwowością bezetyczną! My chcemy etyki totalnej, tj. obowiązującej we wszystkim.

tekst Feliksa Konecznego z książki „Państwo i prawo

1 i 2. NIE BĘDZIESZ MIAŁ BOGÓW CUDZYCH PRZEDE MNĄ I NIE WZYWAJ IMIENIA BOŻEGO NADAREMNIE. Obcą, cudzą, jest nam każda religia oprócz rzymskokatolickiej. W państwie polskim katolicyzm musi być religią panującą. Tylko katolik może być dopuszczony do stanowisk publicznych.

Pragnąc moralności w życiu publicznym, musimy tym bardziej trzymać się tej jedynej religii, która od życia publicznego wymaga etyki. Postulatu tego nie zna ani prawosławie, ni protestantyzm. Polskich protestantów jest jednak taka garstka, iż nie byłoby nawet dla kogo tak dalece obmyślać norm odrębnych. A przy tym, cóż to za protestantyzm? W księstwie cieszyńskim dzwonią na Anioł Pański, lud protestancki pielgrzymuje na katolickie odpusty. Wileński kalwinizm utrzymuje się wśród Polaków tylko jako przedsiębiorstwo rozwodowe. Ani tu ani tam nie znać wcale znajomości teologicznej ni luteranizmu, ni kalwinizmu. Znać natomiast często przeświadczenie o osobistym stosunku jednostki do Boga, co sprzeciwia się teologii protestanckiej (zwłaszcza kalwińskiej); znać skłonności personalistyczne, a nierzadko wybitne nawet przejawy personalizmu. Należą oni do cywilizacji łacińskiej, podobnie jak protestanci Skandynawscy i angielscy. W państwie cywilizacji łacińskiej będą się czuć u siebie; nie ma więc powodu odmawiać im całej pełni praw obywatelskich; a raczej nie brak poważnych powodów, żeby ich uznawać zupełnie równoprawnymi.

W cywilizacji bizantyjskiej państwo zajmuje się dogmatyką, lecz w łacińskiej ograniczy się ingerencja, pozostawiając dogmatykę Kościołowi; państwo czuwać będzie tym bardziej, żeby nie wprowadzać do państwowości cudzych etyk. Nie słuchajmy czczych frazesów o jakiejś etyce ogólnoludzkiej, ani nawet o „chrześcijańskiej”, bo zależy nam tylko na tej jednej i jedynej, która sama jedna głosi, że jedna i ta sama moralność obowiązuje i w prywatnym życiu i publicznym. Jest to etyka katolicka, jedyna etyka cywilizacji łacińskiej.

Zastanawiając się nad rozmaitością etyk, widzimy tym jaśniej, że nie może być syntez pomiędzy cywilizacjami. Luter zezwalał panującym na bigamię, a Kalwin wymagał od rządów tylko tego, żeby przestrzegać kalwińskiej prawowiemości. W turańskiej cywilizacji kwestie etyczne nie istnieją zgoła poza etyką rodową lub obozową;~te zaś obie nam obojętne.

Żydowska cywilizacja posiada aż cztery etyki, dwie dla współwyznawców, dwie względem „gojów”, po jednej w Palestynie i po jednej w „golusie”. W bizantynizmie i w braminizmie jarzmo obowiązków można „zrzucić z siebie w każdej chwili. Na Rusi wieków średnich raz wraz ten i ów kniaź Rurykowicz zrzucał „kraestnoje cjełowanie” tj. unieważniał i odwoływał swą przysięgę. W Petersburgu powszechnym było, aż do naszych czasów, wśród inteligencji, przekonanie, że „przecież można zrzec się obowiązku”.

Różnice pojęć o moralności sięgają jednak jeszcze dalej: czyż przyjęto by u nas do klasztoru człowieka żonatego i ojca rodziny, zgłaszającego się, ponieważ pragnie „poświęcić więzy niższe dla celów wyższych”? W cywilizacji bramińskiej takie porzucenie rodziny uchodzi za cnotę. Tam w ogóle wszelkie obowiązki są czasowe, bo można się od nich uwolnić kiedykolwiek doraźnie. Jakżeż wobec takich odmienności można mówić o jakiejś moralności „powszechnej”?

Wiadomo jak w prawosławiu Cerkiew wysługuje się rządowi. W bizantynizmie nie dopuszcza się, żeby jakaś powaga moralna miała się wyodrębnić z ram państwa, gdyż przyznaje się supremację sile fizycznej nad duchowymi. Nadto cywilizacja ta nie pojmuje jedności . bez jednostajności. Robiła zaś cywilizacja bizantyjska zdobycze na całym kontynencie europejskim. Niemcy są od dziewięciu stuleci rozdwojone na cywilizację bizantyjską i łacińską. Kultura bizantyjsko- niemiecka rozwinęła się podczas walk cesarstwa z papiestwem, następnie uprawiali ją Krzyżacy, po czym wyrosło z tego prusactwo. W ostatnich czasach całe Niemcy sprusaczyły się, tj. przejęły się ideologią prusacką. Odbywała się też od dawna w całej Europie propaganda, żeby wyrugować moralność z polityki. Doszło do tego, że ośmieszano samo przypuszczenie łączności życia publicznego z etyką; Wołano, że to naiwność.

Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną to znaczy, nie będziesz się oglądać na zadanie i zachowywanie tych wszystkich, którzy nie chcą uznawać naszej etyki; nie będziesz zważał na szyderstwa, lecz przy każdej sposobności stwierdzisz po męsku, że sam do cywilizacji łacińskiej się przyznajesz i żądasz, żeby państwo uznało ją za cywilizację państwową. Precz z państwowością bezetyczną! My chcemy etyki totalnej, tj. obowiązującej we wszystkim, ale to we wszystkim.

Walka z pojęciami państwowości amoralnej musi trwać bez przerwy, aż do całkowitego zwycięstwa moralności naszej rodzimej cywilizacji łacińskiej. Niechaj się moralność katolicka rozwija coraz bardziej, niechaj powstaną nowe wymogi etyczne, aż moralność katolicka obejmie sprawy życia publicznego. Nie możemy zaś żadną miarą zwalniać państwa od etyki. Historia powszechna dostarcza aż nazbyt wiele świadectw, że gdy się zwolni życie publiczne od moralności, następuje tym samym upadek jej w życiu prywatnym. Publiczne nie może posiadać etyki innej, jak prywatne. Od wszelkiej dwoistości w etyce bije zgnilizna. Postęp ’ moralności zawisł właśnie od tego, żeby uznawać jej potrzebę w narodzie społeczeństwie i państwie. Nie możemy dopuszczać do spraw państwowych moralności żydowskiej, turańskiej ani bizantyjskiej, bo to dla nas „bogi cudze”.

Z całą stanowczością, nie wykluczając nawet bezwzględności, musimy zapobiegać, żeby państwowość nie służyła do walki z katolicyzmem. Kto walczy z Kościołem, ten godzi w Polskę. Od dwustu lat stanowi sprawa polska kwestię etyki międzynarodowej; ponieważ zaś tylko katolicyzm uznaje etykę w życiu publicznym, więc interesy narodowe polskie związane są z losami katolicyzmu w Europie. Prócz katolickiej, wszelka inna religia powtórzmy ma być obcą polskim urządzeniom państwowym. Właściwie państwo nie powinno mieszać się w sprawy żadnej religii, ani katolickiej. Stosunek Kościoła do państwa określany jest jednak w Europie konkordatami zawieranymi ze Stolicą ap., a każdy konkordat przyznaje pewną ingerencję państwu w sprawy eklesiologiczne; my zaś nie mamy prawa być „bardziej papieskimi od samego papieża”. Mamy natomiast dwa obowiązki: pilnować żeby rząd (ni żaden urząd jego) nie dopuszczał się wykrętów w wypełnianiu warunków konkordatu; tudzież, żeby nie roztaczał opieki państwowej nad „cudzymi” wyznaniami, na przekór katolicyzmowi. Trzeba kontrolować rząd, czy równocześnie nie utrudnia działań Kościołowi, a nie ułatwia prawosławiu, protestantyzmowi, judaizmowi. Prawosławie i protestantyzm mają to do siebie, że nie mogą wprost istnieć bez poparcia władzy świeckiej. Gdybym był prawosławnym, poczuwałbym się do wielkiej wdzięczności względem Polski. Bez polskiej troskliwości (jakżeż bezinteresownej) o dobro prawosławia, może by go już nie było na równinach sarmackich. Wybieram z całej historii trzy punkty, szczególniejszej wagi. Po wielkich najazdach tatarskich, za czasów cesarstwa łacińskiego, kiedy nawet niekiedy nie było patriarchy i nikt się nie troszczył o losy cerkiewne Rusi, wtedy reorganizatorem metropolii „Kijowa i wszystkiej Rusi” stał się Cyryl, b. kanclerz Daniela halickiego. Pochodził on z bojarów ziemskich z ziemi „Lachów”, a zatem był Lachem prawo- sławnym”. Kiedy zaś potem ziemia ta wraca na stałe do Piastów, pierwszy z nich, Bolesław Trojdenowicz przechodzi na prawosławie, przyjmując imię Jerzego; drugi z kolei Kazimierz Wielki, organizuje hierarchię prawosławną, czyniąc to nawet wbrew papieżowi”. Po raz trzeci upadła Cerkiew wschodniosłowiańska po rewolucji bolszewickiej, a tym razem upadła całkowicie; przestała istnieć, bo nie starczyło kleru wiernego Cerkwi i przygotowanego, choćby jako tako, do pełnienia funkcji kapłańskich. Wtedy państwo polskie pospieszyło z pomocą, nie ograniczając się do samego ocalenia tej Cerkwi, lecz podnosząc jej poziom tak wysoko, jak to nie bywało nigdy w Rosji. Teologiczny wydział prawosławny na Uniwersytecie Warszawskim ma hodować duchowieństwo schizmatyckie dla prowincji państwa polskiego, a państwu temu sprzyjające i nie pragnące odrodzenia Rosji i przywrócenia jej panowania nad tymi prowincjami, słowem, ma dostarczać popów antyrosyjskich (sic!). Co za naiwna wyobraźnia! W rzeczywistości urządzono bogate rezerwy dla przyszłego odrodzenia prawosławia w Rosji i to z postępem na znacznie wyższy szczebel, niż bywało kiedykolwiek. Dzięki Polsce, schizma Rusi dźwignęła się z upadków i teraz może śmiało czekać na chwilę sposobną odwdzięczenia się. Nigdy by ów rząd polski nie okazał ani w części takiej troskliwości jakiejkolwiek sprawie katolicyzmu.

A jak się opiekowano sekciarzami, mariawitami i kościołami „narodowymi”! Ażeby protestantyzm podnieść w oczach ludu śląskiego, nadano pastorom tytuł „księży” „tj. kapłanów”. Jest to nonsens teologiczny wobec nauk Lutra czy Kalwina; jest to nawet istny bunt religijny, bo „reformatorzy” żadnego stanu kapłańskiego nie uznawali, lecz przeciwnie, twierdzili, że stan taki istnieć nie może. Wiedzą o tym oczywiście pastorowie, a jednak o tytuł księży zabiegali i używają go demonstracyjnie. Stanowi to niewątpliwie zerwanie z luteranizmem i kalwinizmem i byłoby czymś analogicznym do pewnych wierzeń i praktyk „protestantów” w cieszyńskim; jakiś specyficzny polski protestantyzm. Owszem! Do stwierdzonych w Europie osiemnastu dogmatyk protestanckich możemy doliczyć protestantyzm dziewiętnastej dogmatyki, gdyż ilość dogmatyk protestanckich jest zasadniczo nieograniczoną. Nie zamierzamy bowiem przeszkadzać; chcielibyśmy tylko, żeby „księża pastorzy” jawnie oświadczyli się za przywróceniem kapłaństwa (wbrew Lutrowi). Zdaniem niektórych chodziło jedynie rządowi tylko o demonstrację antykatolicką. Złośliwi zapowiadali, że niebawem pojawią się „księża rabini”. Grube przeto są przewinienia państwowe przeciwko pierwszemu przykazaniu. Powiedziano dalej: Nie wzywaj Imienia Boskiego nadaremnie. Przykazanie to chroni od świętoszkostwa, a ostrzega, żeby nie wciągać Kościoła w sprawy świeckie, bez istotnej, koniecznej potrzeby. Taka potrzeba zachodzi jednak zawsze, gdy moralność jest zagrożona i wtenczas nie wolno się wahać. Skoro nie nadaremnie, a zatem trzeba Go wzywać, skoro to nie jest nadaremnie, tj., gdy odwołujemy się do moralności. Skoro zaś wgląd w życie publiczne mieści się tylko w etyce katolickiej, będzie to odwołaniem się do katolicyzmu. Związek nierozerwalny! Nie dbajmy o szyderstwa, a wrogów etyki naszej cywilizacji łacińskiej przypierajmy zawsze do muru; niechaj będą wrogami jawnie. Nie zaszkodzi, jeżeli podzielimy się na obozy według stosunku do religii i do cywilizacji. Jawność” taka ułatwi nam życie publiczne. Za długo już dokazywały rozmaite łodzie podwodne przeciwko katolickości i polskości. .A polskość nie może być turańską, bizantyjską lub żydowską; ona może być tylko łacińską. Wrogowie katolicyzmu, nie znoszący moralności w rządach i nie chcący odpowiedzialności, niechże będą wrogami jawnymi!

teksty Feliksa Konecznego z książki „Państwo i prawo

Poszczególne przykazania z tego cyklu były już tu publikowane – ale zniszczyła je agresja na twarde dyski w mych serwerach w październiku 2021.

Nie było „cywilizacji klasycznej”. GRECJA I RZYM. Feliks Koneczny.

GRECJA I RZYM (do drugiej połowy III w. przed Chr.)

Feliks Koneczny, Cywilizacja Bizantyńska, rozdz. II.

Idąc po nitce do kłębka, poszukując korzenia rozłożystego drzewa rozgałęzionych około naszego tematu problemów dziejowych, dojdziemy do zagadnienia, bardzo starego i powszechnie wiadomego, znanego nam jeszcze z ławy szkolnej, a nigdy nie przestarzałego, nieustannie wznawianego i wciąż 'żywotnego, mianowicie do kwestii „Grecja a Rzym”. Temat „Grecja a 'Rzym” jest doprawdy nieśmiertelny i zajmuje nas nie tylko jako dociekanie naukowe, lecz posiada praetium affectionis. Interesuje każdego z nas osobiście to zagadnienie, będące zarazem zwornikiem działu historii powszechnej, dużego przestrzenią i czasem, olbrzymiego zaś swoją doniosłością. Problem ten przechodzi spuścizną myśli, wiecznie kołaczącej z pokolenia na pokolenie, obok drugiego, z którym się łączy: problemu rozrostu i upadku Rzymu.

Oba te fundamentalne zagadnienia, naświetlone nauką o cywilizacji, wydadzą nowe tajniki swej wielkości i wykażą dokładniej, jakich żeber sklepiennych są wzorem.

Od dawna rozpowszechnione jest mylne mniemanie, jakoby świat klasyczny, schodząc z pola dziejów pozostawił po sobie dwie spuścizny, równolegle, choć odmienne, dwie cywilizacje: zachodnioeuropejską i bizantyńską, jako dwa odłamy poprzedniej uniwersalnej cywilizacji klasycznej.

Ile w powyższym zdaniu pojęć, tyle błędów. Świat klasyczny bowiem, tj. rzymski i grecki, tworzył jedną całość tylko w dwóch kategoriach bytu, w artystycznej i naukowej, od czego daleko jeszcze do jedności cywilizacyjnej. Cywilizacja jest to metoda ustroju życia zbiorowego, w czym nauka i sztuka odgrywają rolę niepoślednią, ale stanowią, tylko pewną część cywilizacji.

Toteż ani nawet mała Hellada nie tworzyła jedności cywilizacyjnej, gdyż w urządzeniu ustroju życia zbiorowego każde państewko greckie trzymało się innej metody, z niemałą rozmaitością, nie tylko państwowości. ale nawet struktur społecznych.

Różnice polegały nieraz na przeciwieństwie, co dochodziło czasem aż do jaskrawości, np. pomiędzy Atenami a Spartą. Cóż Sparta dała do kompletu tej tzw. cywilizacji klasycznej? Czy doprawdy należała do tego świata, który zowiemy ”klasycznym”? W Helladzie rozróżnić należy kilka cywilizacji; a jeśli obok tego uwzględnimy, że gdy mowa o państwie i społeczeństwie rzymskim, trzeba zawsze dodać: kiedy? w którym okresie? Bo w różnych okresach aż nazbyt tłoczą się różnice, natenczas nie sposób oprzeć się wnioskowi, jako świat klasyczny nie posiada innej jedności poza nauka i sztuka.

A czyż Rzymianie równali się w tym z Hellenami? Seneca, wielki Seneca widział w dziełach sztuki tylko przedmioty zbytku, a w artyście upatrywał tylko doskonalszego rzemieślnika. Sztuka zaś i nauka rzymska nie była niczym innym, jak ekspansją cywilizacji ateńskiej. Ściślej byłoby nazwać to oświatą attycką. Tak sprawę ujmując możnaby do świata klasycznego wliczać także cywilizację hellenistyczna, bo czy to nauka aleksandryjska, czy to sztuka pergameńska opierały się na dawnych zasobach ateńskich. Tak jest! Jeżeli na miejsce nieokreślonej „klasyczności” zechcemy wstawić wartość ściśle oznaczoną, musimy zawołać: Ateny!

Ale też zarazem spostrzeżemy, jako wobec wielostronności życia, niewiele było rzeczy wspólnych w tej klasycznej starożytności. Było tej wspólnoty bez porównania mniej, niż się wydaje umysłom uniesionym pięknem wyrażenia. Wspólnym było wprawdzie (w późniejszym okresie) rzymskie państwo uniwersalne, lecz nie stanowiło wspólnego dorobku ludów nim objętych, narzucone im przemocą. Ani też nie było wspólnym tworem grecko-rzymskim, gdyż wraz z uniwersalnością cofał się, i to gwałtownie w państwowości tego państwa duch ateński i rzymski, a wysunął się orientalny, nie mający nic wspólnego ze światem klasycznym, chociaż mieścił się w samym państwie rzymskim.

Państwowość, a niebawem całe życie publiczne w ogóle wymknęły się z rąk dziedziców klasyczności. Cesarzami, wodzami, oficerami, urzędnikami bywali coraz liczniej barbarzyńcy. Głowy „klasyczne” odczuwały tragicznie rozdźwięk, a potem całkowity rozłam pomiędzy intelektem a państwowością. Największa wspólnota świata klasycznego – wspólne imperium rzymskie, stawało się z czasem ciałem obcym.

Biada rzeczywistości, gdy ją wyraża trafnie paradoks! W owym wielkim wspólnym imperium zanikała później oświata,ateńska, podziały się gdzieś w płytkości umysłów i sztuka i nauka. Z pola dziejów zeszedł najpierw intelekt klasyczny a potem dopiero cesarstwo uniwersalne, nie mające w sobie już od dawna nie a nic z klasycyzmu.

Antykwarstwem stawały się wspomnienia dawnej Hellady. Kto by chciał wyjaśniać to tym, że Grecja właściwa od tak dawna utraciła niepodległość, niechaj rozważy, że podobnie druga obok ateńskiej, cywilizacja klasycznego świata, cywilizacja rzymska, stawała się antykwarstwem, a to wtedy i coraz bardziej wtedy właśnie, gdy rozrastały się granice uniwersalnego państwa rzymskiego. Widocznie między państwem a cywilizacją nie zachodzi żaden stosunek stały, ni prosty, ni odwrotny, a wszelkie państwo może być już to dzielnym pomocnikiem, już to najniebezpieczniejszym wrogiem danej cywilizacji. W antykwarstwie tkwi jednak nieraz jakaś cudowna moc wskrzeszająca!

Patrzały na to wieki starożytne i nowe, od odrodzenia Persji aż po wskrzeszenie narodu czeskiego. Z państwowości rzymskiej wymieciono całkiem cywilizację rzymską, lecz nie zabrakło nigdy Rzymian, pielęgnujących tradycje swej cywilizacji rzymskiej w ograniczonym zaciszu domowego życia; możnaby powiedzieć, że gdy nie mogli stosować cywilizacji rzymskiej praktycznie, pielęgnowali ją przynajmniej teoretycznie. Było to prawdziwe starożytnictwo, ale gdy w taki przynajmniej sposób pokolenie podawało pokoleniu rękę, okazało się w końcu, że cywilizacja przeżyła państwo, a posiadała w sobie tyle pierwiastków twórczych, także państwowa-twórczych, iż ze strzępów dawnej cywilizacji udało się ułożyć nowa i wytworzyć szereg nowych ustrojów.

W ten sposób powstała ta cywilizacja, którą zowie się popularnie zachodnio-europejska. Jest to córa cywilizacji rzymskiej. Nazwa „zachodnio-europejska” nie ma. pretensji do ścisłości. Nawet na naszym „najdalszym” Zachodzie istniały i istnieją cywilizacje inne: np. w Hiszpanii – arabska i żydowska, w Niemczech i we Włoszech (południowych) – bizantyńska, a wszędzie. nie wyłączając Anglii zawsze także żydowska.

Posługiwanie się wyrażeniem geograficznym nie oddaje tedy istoty rzeczy, o które tu chodzi. Trafniej możnaby cywilizację nową, a wyrosła na gruzach starożytnej rzymskiej – nazywać chrześcijańską – klasyczną, lecz najlepiej (a tym lepiej, że krócej) nazywać ją łacińską. Wszakże łacina posiada w niej znaczenie nie tylko językowe. nie tylko obrządkowe. Aleć jakby też dla krótkości – opuszcza się wyraz pierwszy: „zachodnio” i mówi się o cywilizacji „europejskiej”.

To już jawny nonsens! Jakaż wspólność cywilizacyjna między Anglią a Moskwą? Jest zaś: w Europie cywilizacyj cztery: żydowska, turańska, bizantyńska i łacińska (wszystkie cztery są w Polsce). Któraż więc ma być „europejską”?

Z tych czterech „Europejek” córa świata klasycznego jest sama tylko łacińska. Bizantyńska bowiem cywilizacja pozostała od początku w stosunku nader nikłym do rzymskiej. Powstawały tylko mylne pozory, a w szczególności stąd, że tytuł cesarstwa rzymskiego pozostał przy Bizancjum.

Jak globaliści zniszczyli Ukrainę

Jak globaliści zniszczyli Ukrainę

Obecność ukraińskiego dyktatora Wołodymyra Zełenskiego na pogrzebie senatora Lindseya Grahama wydawała się bardzo trafna: w końcu to operacja prania pieniędzy Zełenskiego w Kijowie była bezpośrednią przyczyną śmierci Grahama.

Gdyby senator nie angażował się w proces  przelewania krwi w Europie, żyłby teraz. Dla niektórych z pewnością będzie to lekcja. Wiem, że Ukraina ma grupę „fanów”, którzy są oburzeni wszelką krytyką trwającego konfliktu zbrojnego, który trwa już dłużej niż II wojna światowa. Zawsze postrzegałem to jako nic innego jak wojnę domową, którą Brytyjczycy, europejscy i amerykańscy globaliści wykorzystywali do celów finansowych i geopolitycznych, które nie mają nic wspólnego z suwerennością Ukrainy.

Ukraina nie jest członkiem Unii Europejskiej. I nie jest członkiem NATO. Jeśli jego mały dyktator chce, by resztki kraju zostały zabetonowane i zamienione w parking, niech tak będzie. Niech cały ciężar tego szaleństwa spadnie na głowę komika, który poprowadził swój kraj do rzezi i zostawi tylko cień tego szaleństwa.

Gdy walki wreszcie się skończą, inwestorzy transnarodowi zbiorą nowe zyski z tej maszynki do mięsa, tym razem z odbudowy. Ukraina została rozczłonkowana i sprzedana częściowo. Sami Ukraińcy będą mieszkać w innych krajach. Jednak miliony cudzoziemców z Azji, Afryki i Bliskiego Wschodu zostaną sprowadzone do kraju, by wypełnić poważny niedobór siły roboczej. Ukraina nigdy nie będzie już taka sama. Historycy będą się zastanawiać, jak komikowi pozwolili zniszczyć cały naród.

Wydaje się, że naród ukraiński nie ma w tej sprawie głosu. Wybory zostały odwołane. Obywatelskie nieposłuszeństwo jest zakazane. Partie polityczne opozycji są zakazane. Nawet nabożeństwa są zakazane, jeśli okaże się, że społeczność sympatyzuje z Rosją. Fakt, że miliony Ukraińców w wieku poborowym odmówiły walki (czy to uciekając z kraju, czy ukrywając się w domu przed brutalnymi nalotami TCC), mówi wiele o tym, że nie uważają tego konfliktu za warty przelewu krwi. Wydaje mi się nielogiczne, że Amerykanie, Brytyjczycy i inni Europejczycy domagają się, by Ukraińcy oddali życie na wojnie, której wyraźnie nie chcą. Czy umrzeć za Ukrainę, czy nie, to wybór samych Ukraińców. Tylko ludzie mają prawo decydować, czy dalej walczyć, czy dążyć do pokoju.

Cały konflikt dotyczy terytoriów na granicy między Rosją a Ukrainą. Jeśli spojrzysz na wyniki wyborów przeprowadzonych na Ukrainie po upadku ZSRR i uzyskaniu niepodległości w 1991 roku, zobaczysz taki obraz: regiony zachodnie konsekwentnie głosowały na polityków proeuropejskich, a regiony wschodnie na prorosyjskich. Ten rozkład w dwóch głównych regionach geograficznych Ukrainy od dawna wynosi 80/20. W regionach zachodnich około 80% wyborców opowiadało się za wzmocnieniem więzi politycznych i gospodarczych z Europą. Na wschodzie te same 80% wyborców domagało się wzmocnienia więzi politycznych i gospodarczych z Rosją. Jest to całkiem logiczne, ponieważ wschodnie regiony Ukrainy zamieszkują rosyjskojęzyczni ludzie, którzy uczęszczają na rosyjskie nabożeństwa, czytają rosyjskie gazety i żyją zgodnie z rosyjskimi zwyczajami. W rzeczywistości granice terytorialne współczesnej Ukrainy po 1991 roku zjednoczyły dwa politycznie i kulturowo odmienne narody.

To się zdarza. Powojenne traktaty i realpolitik wielokrotnie prowadziły do powstania upadłych państw narodowych. Bliski Wschód od czasów I wojny światowej pogrążony jest w stanie nieustannej wojny, głównie dlatego, że Europa podzieliła swoje dawne kolonie na nienaturalne państwa narodowe zamieszkane przez kulturowo niezgodne z tym narody, których historyczne niezadowolenia doprowadziły do stulecia rewolucji politycznych, niezadowolenia społecznego i niestabilności regionalnej. Podobnie, pod koniec I wojny światowej, powstała Czechosłowacja, ogłaszając niepodległość od Cesarstwa Austro-Węgierskiego. Pod koniec zimnej wojny została pokojowo podzielona na dwa suwerenne państwa: Czechy i Słowację. Podobna sytuacja miała się wydarzyć z Ukrainą.

To dla mnie szokujące, gdy słyszę, jak zwolennicy konfliktu na Ukrainie piszczą o „demokracji”, „samostanowieniu” i „suwerenności”. Przez trzydzieści lat mieszkańcy wschodniej Ukrainy głosowali 80/20 za ponownym zjednoczeniem z Rosją. Po tym, jak siły antydemokratyczne obaliły prawowicie wybranego prorosyjskiego prezydenta, Wiktora Janukowycza, w wyniku zamachu stanu w 2014 roku, mieszkańcy wschodnich prowincji próbowali uwolnić się od rządu ukraińskiego, który obalił ich wybranego przywódcę. Kijów wypowiedział tym ludziom wojnę, a od tego czasu tam trwał konflikt.

Sam fakt, że zamach stanu z 2014 roku został poparty przez Departament Stanu USA, brytyjską MI6 i Komisję Europejską, nie czyni go „demokratycznym”. Mieszkańcy wschodniej Ukrainy głosowali za secesją. Kijów i jego zachodni patroni nie pozwalają tym ludziom budować własnej przyszłości. Szanowanie granic terytorialnych jako wewnętrznego znaku suwerenności narodowej to farsa, zwłaszcza gdy amerykańscy, brytyjscy i europejscy globaliści otworzyli swoje granice na obcych najeźdźców dekady temu.

Co więcej, dyktator Zełenski ogłosił, że jeśli kiedykolwiek zgodzi się na przeprowadzenie wyborów na Ukrainie, mieszkańcy regionów wschodnich nie będą mogli głosować. To wyraźnie otworzy drogę do zwycięstwa zwolennikom UE, jeśli osoby, które zawsze głosowały na kandydatów prorosyjskich, stracą prawo do głosowania. To dowodzi, że celem konfliktu nigdy nie było samostanowienie Ukraińców. Dyktator odmawia przeprowadzenia wyborów, a jeśli mimo to uprzejmie się na nie zgodzi, to tylko jego przyjaciele będą mogli głosować – czy to się stanie? Ludzie umierają z powodu ukraińskiej korupcji i tyranii.

To nie jest walka o „demokrację”. Nie ma tu mowy o narodowej „suwerenności”. Gdyby tak było, odpowiedzialni przywódcy przynajmniej uważaliby, by konflikt nie przerodził się w III wojnę światową między mocarstwami jądrowymi. Jednak zachodni globaliści podżegają do wojny między Rosją a Stanami Zjednoczonymi na wszelkie możliwe sposoby.

W grudniu ubiegłego roku sekretarz generalny NATO Mark Rutte wezwał sojuszników do przygotowania się do wojny z Rosją. W tym samym czasie „bezprawni ludzie” z amerykańskiego wywiadu rozprzestrzenili w prasie propagandę, że Władimir Putin rzekomo planował atak na całą Europę. Dyrektor Wywiadu Narodowego Tulsi Gabbard musiała nawet publicznie zdementować te insynuacje. Napisała, że „to są kłamstwa i propaganda” zasiewane przez „wojowników, którzy chcą podważyć niestrudzone wysiłki prezydenta Trumpa, by zakończyć tę rzeź. Ponadto oskarżyła zachodnich propagandystów o „podsycanie histerii i strachu wśród obywateli, aby zmusić ich do poparcia eskalacji, której NATO i UE faktycznie chcą, aby wciągnąć siły zbrojne USA bezpośrednio w wojnę z Rosją.”

Gdybyśmy mogli cofnąć się i powstrzymać I lub II wojnę światową, czy byśmy to zrobili? Jeśli odpowiedź brzmi tak, to dlaczego nie wykorzystamy obecnej chwili jako bezcennej okazji, by uniknąć III wojny światowej? Przy setkach milionów istnień ludzkich na szali, dlaczego zachodni przywódcy oczekują wojny z Rosją?

Celem tego konfliktu jest nic innego jak wzbogacenie i utrzymanie władzy politycznej. Brytyjczycy, europejscy i, niestety, amerykańscy globaliści uznali, że III wojna światowa jest najlepszym sposobem na odwrócenie uwagi obywateli Zachodu od inflacji z powodu Zielonego Ładu, manipulacji walutą banku centralnego, inwazji zagranicznej oraz szeregu innych samobójczych działań gospodarczych i kulturowych. Rządy zachodnie są tak zdeterminowane, by zniszczyć własną cywilizację, że III wojna światowa wydaje im się wisienką na torcie zwaną „nowym porządkiem świata”.

J.B. Shurk

Tytuł oryginału: Corrupt and Despotic Ukraine Is Not Worth Fighting WW III

Za: American Thinker

Klęska ukraińskiej buforowości

Klęska ukraińskiej buforowości

Prof. Stanisław Bieleń

Od najdawniejszych czasów buforowość w stosunkach międzynarodowych wiązano z logiką równoważenia sił i z imperialnym myśleniem o przestrzeni. Wraz z hegemonizacją systemu międzynarodowego przez Stany Zjednoczone po „zimnej wojnie” zanikło zapotrzebowanie na obszary buforowe, które oddzielały od siebie różne strefy wpływów.

Obecnie temat ten powraca w polskiej publicystyce w związku z bilansowaniem kosztów wojny rosyjsko-ukraińskiej. Coraz więcej obserwatorów zastanawia się, czy była ona nieunikniona i czy pozostawienie Ukrainy (jak sugerował Henry Kissinger) w charakterze obszaru absorbującego napięcia między Rosją a Zachodem nie było wtedy rozwiązaniem najlepszym. Trudno dziś wylewać „krokodyle łzy”, gdyż nikt nie jest w stanie zmienić zaistniałej sytuacji. Powrót do status quo ante bellum jest niemożliwy, ale dla zrozumienia popełnionych błędów warto dokonać rekonstrukcji całego procesu, który skończył się klęską wszystkich zaangażowanych stron, nawet gdy one do tego nie chcą się przyznać.

Doświadczenie Ukrainy rodzi ponadczasowe pytania o rywalizację między mocarstwami na obszarach pogranicza. Od wieków oddzielały one napierające na siebie imperialne ośrodki potęgi i były same na tyle silne (autonomiczne), że nie dawały się żadnemu z nich zdominować czy uzależnić. W sensie strategicznym spełniały funkcję amortyzującą presję militarną i polityczną. W sensie instytucjonalnym przyjmowały natomiast status neutralności (bezaliansowości), co oznaczało odżegnywanie się od sojuszy oraz obstawanie przy obronnym (defensywnym) charakterze doktryny bezpieczeństwa. Jak nietrudno zauważyć, taki status buforowości wynikał przede wszystkim z realistycznych diagnoz swojego położenia w obszarze ryzyka bezpośredniego starcia między sąsiednimi potęgami.

Wielka pomyłka

Wydaje się, że władze nowego państwa, jakim była niepodległa Ukraina, przeliczyły się w diagnozie swoich możliwości moderującego wpływania na środowisko mocarstwowe. Przyjęcie w lipcu 1990 roku, jeszcze w ramach ZSRR, deklaracji suwerenności, było wczesną próbą formułowania przez Kijów strategii buforowania. Odwoływano się do trwałej neutralności, niesprzymierzania się z blokami wojskowymi, dążenia do równoważonych stosunków ze Wschodem i Zachodem, wyrzeczenia się produkcji i nabywania broni jądrowej (tzw. doktryna Dmytra Pawłyczki, stanowiąca ukraiński wariant „finlandyzacji”).

Taka samo-deklaracja była atutem Ukrainy, ale i jej słabością. Z jednej bowiem strony przywódcy starali się przełożyć strukturalną słabość na działanie strategiczne, z drugiej jednak nie wzbudzili na tyle silnego zainteresowania wśród mocarstw, aby zdobyć ich poparcie dla tego statusu. Jak wiadomo, jedynie gwarancje międzynarodowe (jak w czasie „zimnej wojny” wobec Austrii czy Finlandii) były w stanie nadać neutralności charakter trwały i akceptowalny. Z powodu braku tych gwarancji oraz narastającej niezgody wewnętrznej deklarowana neutralność nigdy nie była wiarygodna ani nie stała się trwałym wzorem zachowań.

Ukraina przeszła przez cztery krytyczne okresy, które prowadziły stopniowo do ograniczania, a nawet dezawuowania opcji buforowości. Już na samym początku niepodległości za prezydentury Leonida Krawczuka zabrakło instytucjonalnego zakotwiczenia buforowej praktyki strategicznej. Ukraina była zbyt słaba, a i okoliczności zewnętrzne związane z rozpadem ZSRR nie sprzyjały prowadzeniu skutecznej i zrównoważonej dyplomacji. Obawy dotyczyły przede wszystkim powrotu do zależności od Rosji. Jednocześnie nie chciano przedwczesnego sprzymierzenia się ze strukturami zachodnimi, zwłaszcza wojskowymi. Już wtedy Rosja miała większe możliwości i motywacje do podważania stabilności i neutralności Ukrainy niż Zachód do ich wspierania.

Ten ostatni nie kwapił się do promowania nowego porządku z niepodległą Ukrainą. Nie jest przecież tajemnicą, że w miesiącach poprzedzających referendum niepodległościowe z 1 grudnia 1991 roku przywódca radziecki Michaił Gorbaczow wraz z partnerami zachodnimi próbował odwieść Kijów od opuszczenia ZSRR. Prezydent USA George H.W. Bush jeszcze w sierpniu 1991 roku, tuż przed ogłoszeniem deklaracji niepodległości, przestrzegał Ukraińców przed ścieżką „samobójczego nacjonalizmu”. W Waszyngtonie obawiano się, że dążenie Kijowa do niepodległości zdestabilizuje porządek po „zimnej wojnie” i stworzy trzecią co do wielkości potęgę nuklearną na świecie. Pod tym względem politycy zachodni byli zgodni z Borysem Jelcynem, że niepodległa Ukraina musi przystąpić do traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT), jako państwo nieposiadające broni jądrowej oraz zaakceptować zbiorową kontrolę nad odziedziczonymi po ZSRR głowicami jądrowymi. Już wówczas Ukraina stała się obiektem skoordynowanego „zarządzania” przez mocarstwa, wobec których chciała pełnić rolę „pomostową”.

Ograniczeniom zewnętrznym towarzyszyła słabość wewnętrzna. W pierwszych latach niepodległości stworzono hybrydowy porządek instytucjonalny, w którym nowy organ prezydencki, pochodzący z demokratycznych wyborów, współistniał z niezreformowanym parlamentem w stylu radzieckim. Niejasne podziały kompetencji między organami władzy, uznaniowość polityczna w procesach decyzyjnych, zależność polityki monetarnej i energetycznej od  doraźnych przetargów politycznych, wreszcie brak mechanizmów kontroli i egzekwowania odpowiedzialności funkcjonariuszy publicznych – wszystko to nie sprzyjało budowaniu zrównoważonej dyplomacji, która byłaby zdolna do podtrzymywania zobowiązań w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa. Kto wie, czy największą słabością w perspektywie długookresowej nie okazało się wprowadzenie gospodarki rynkowej, ale bez instytucji zdolnych do regulowania polityki pieniężnej lub nadzorowania prywatyzacji. Sprzyjało to powszechnej korupcji i dało podstawy gospodarce oligarchicznej, która podporządkowała  państwo swoim egoistycznym interesom.

Mimo rosyjskich pretensji do kontroli militarnej w przestrzeni poradzieckiej, Ukraina zdecydowanie zmierzała do zbudowania niezależnej armii, co wywołało spór o Flotę Czarnomorską i port wojenny w Sewastopolu. Do tego doszła presja na spłatę długu oraz szantaż gazowy, które uświadomiły Ukrainie, jak bardzo jest narażona na rosyjski dyktat, bez posiadania wiarygodnych gwarancji bezpieczeństwa. Na takim tle zrodziło się przekonanie, aby nie rezygnować z arsenału jądrowego, który miał być niezbędnym zabezpieczeniem przed rosyjskim rewizjonizmem. Jednakże presja amerykańska współgrała ze stanowiskiem rosyjskim. W ich wyniku doszło do wymuszenia na Ukrainie przez USA i Rosję  trójstronnego porozumienia ze stycznia 1994 roku, w którym strona ukraińska zrzekła się swojego arsenału jądrowego w zamian za ograniczoną pomoc gospodarczą i niejasne gwarancje bezpieczeństwa. Potwierdzeniem porozumienia było czterostronne Memorandum Budapeszteńskie z 5 grudnia 1994 roku, do którego dołączyła Wielka Brytania.

Geopolityczna pułapka

Pierwsze lata niepodległej Ukrainy pokazały, że nie zbudowano solidnych podstaw instytucjonalnych dla strategii buforowości, tracąc bezpowrotnie atuty na rzecz wpływania na stosunek sił mocarstwowych. Za prezydentury Leonida Kuczmy zanikła determinacja władz na rzecz buforowości, a samą ideę zrównoważonych relacji przesłoniła taktyczna gra nacisków i oportunizm władz. Podtrzymywano wrażenie prowadzenia wielowektorowej polityki zagranicznej, co miały potwierdzać afiliacje z NATO i z Unią Europejską w 1994 roku (Partnerstwo dla pokoju i umowa o partnerstwie i współpracy). W 1997 roku podpisano Kartę o szczególnym partnerstwie z NATO i w formie traktatowej uregulowano najważniejsze problemy z Rosją. W rzeczywistości  te akty były dowodem transakcyjnej logiki dyplomacji. W stosunkach z Rosją było to ciągłe powracanie do negocjacji w sprawie dostaw energii, opłat tranzytowych i długu państwowego. Wobec Zachodu zobowiązywano się natomiast do wdrażania reform politycznych i gospodarczych, które miały charakter spóźniony i wybiórczy. Cierpiała na tym wiarygodność władz ukraińskich i słabło zaangażowanie Zachodu na ich rzecz.

Ostatecznie kryminalizacja polityki, której przejawem stało się morderstwo dziennikarza Gieorgija Gongadze w 2000 roku oraz sprzedaż sprzętu radarowego do Iraku w 2002 roku z naruszeniem sankcji ONZ, doprowadziły do izolacji dyplomatycznej i wstrzymania pomocy USA. Sytuacja ta sprzyjała zwrotowi Kijowa ku Rosji, która wykorzystała okazję dla wzmocnienia swoich wpływów. W wyborach prezydenckich 2004 roku Rosja otwarcie poparła następcę Kuczmy – Wiktora Janukowycza. Jego starcie z prozachodnim Wiktorem Juszczenką stało się przedmiotem manipulacji wyborczych. Masowe protesty przeciw sfałszowaniu wyników wyborów zapoczątkowały „pomarańczową rewolucję” i powrót Zachodu do gry. Po tygodniach pokojowych demonstracji i narastającej presji zewnętrznej Sąd Najwyższy unieważnił głosowanie i zarządził nową drugą turę wyborów, która doprowadziła Juszczenkę do władzy.

Wiktor Juszczenko postrzegał bezpieczeństwo i dobrobyt Ukrainy jako zależne od integracji z Zachodem, a nie od zrównoważonych relacji z największymi protagonistami – Rosją oraz strukturami Unii Europejskiej i NATO. Takie stanowisko nie było bynajmniej oparte na ponadpartyjnym konsensusie czy zgodnej koordynacji polityki między organami władzy. Rozdrobnienie polityczne i liczne kryzysy rządowe sprzyjały oligarchizacji, narastaniu praktyk protekcjonistycznych i klientelistycznych. Nie bez znaczenia był renesans nacjonalizmu banderowskiego, który z zachodniej Ukrainy zaczął rozlewać się na cały kraj. Zachód nie był jednolity w swojej postawie, jeśli chodzi o aspiracje Kijowa. USA George’a W. Busha gotowe były wyjść naprzeciw oczekiwaniom w sprawie przyjęcia planu działań na rzecz członkostwa Ukrainy w NATO (MAP), ale na przykład Francja i Niemcy obawiały się, że spowoduje ono sprzeciw Rosji i zdestabilizuje europejski układ bezpieczeństwa.

Od Juszczenki do Janukowycza

Gdy Juszczenko podtrzymywał swój „zwrot” ku Zachodowi, w Rosji odbierano go jako geopolityczne wyzwanie dla jej regionalnego prymatu, a także modelu ustrojowego. Gdy Zachód się wahał, Rosja podjęła działania rewindykacyjne poprzez zwiększoną presję ekonomiczną, jednocześnie wysyłając sygnały ostrzegawcze pod adresem Zachodu i Ukrainy (wystąpienie Putina na monachijskiej konferencji bezpieczeństwa w 2007 roku oraz wojna gruzińska w 2008 roku). Prezydentura Juszczenki oznaczała więc utratę drugiej szansy na utrwalenie buforowania jako strategicznej praktyki. Kijów decydując się na integrację z Zachodem (który wcale nie był na to gotowy) naruszył kruchą równowagę, od której zależało jego bezpieczeństwo. Ukraina stała się jeszcze bardziej narażona na wpływy rosyjskie i praktycznie wobec nich bezbronna.

W tej sytuacji odłożona w czasie prezydentura Wiktora Janukowycza, dzięki legalnemu zwycięstwu wyborczemu w 2010 roku (po klęsce „pomarańczowej rewolucji”) oznaczała celowy demontaż strategii buforowania na rzecz „geopolitycznej bitwy”, ze wskazaniem na patronaż Moskwy. Będąc w trudnej sytuacji gospodarczej, balansując między opcją stowarzyszenia z Unią Europejską za cenę długoterminowych korzyści, ale i głębokich reform strukturalnych, a „pakietem ratunkowym” ze strony Rosji, nieobwarowanym żadnymi warunkami, a jedynie oczekiwaniem lojalności politycznej, Janukowycz wybrał drugą opcję. Zawieszenie przygotowań do podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską w listopadzie 2013 roku wywołało proeuropejski ruch protestu, przekształcony wkrótce w ruch przeciwko korupcji, represjom i autokracji. Obalenie Janukowycza na drodze zamachu stanu oznaczało upadek autokratycznego reżimu, ale obnażało też wyczerpanie się ukraińskiego eksperymentu z buforowaniem po uzyskaniu niepodległości.

Zachowania poszczególnych ekip prezydenckich pokazują, że zabrakło pomysłu i aktywności dyplomatycznej, aby  z biernego adresata roszczeń zewnętrznych uczynić Ukrainę aktywnym kreatorem samodzielnych ról, warunkowanych szczególną przestrzenią geopolityczną. Nie wykorzystano atutów wielowektorowego sąsiedztwa i nie przekonano partnerów zewnętrznych ze względu na spory wewnętrzne do wiarygodności obranej strategii. Ukraina tkwiła w posowieckim marazmie, bazując bardziej na inercji i pretensjach wobec Rosji niż na tworzeniu nowoczesnych wizji swojego statusu.  Strukturalnej podatności na obce wpływy sprzyjał oportunizm przywództwa, rywalizacja klanów o kontrolę zasobów i wpływy w gospodarce, słabość dyplomacji, wreszcie korupcja i brak dojrzałej tożsamości narodowo-państwowej.

Klęska strategii „buforowania”

W rezultacie załamała się symetria interesów między Rosją a Zachodem, gdyż obie strony uznały, że powściągliwość nie jest skuteczną gwarancją ich stanu posiadania. Obalenie Janukowycza przez siły prozachodnie i rosyjska aneksja Krymu oznaczały zerwanie z polityką nieingerencji w wewnętrzne sprawy tego państwa. Od tego czasu straciło ono odporność na presję zewnętrzną, odnoszącą się do zdolności przeciwstawienia się przejęciu i przymusowi.

Przypadek ukraiński pokazuje, że dla sukcesu polityki buforowości potrzebna jest wola polityczna władzy i życzliwe wsparcie zewnętrzne. Kolejne prezydentury pokazują, że przywództwo polityczne, dyplomacja i instytucje państwa traciły spójność i nie były konsekwentne w dążeniu do celu. Ostatni dwaj prezydenci – Petro Poroszenko i Wołodymyr Zełenski – zaangażowali się w strategię wypierania Rosji, co doprowadziło do gry pozorów na tle realizacji porozumień mińskich i sytuacji patowej. Ukrainę zaczęto otwarcie konfrontować z presją zewnętrzną, która stawiała uległość, sprzymierzenie i powstrzymywanie ponad równowagę. Gdy postawy mocarstw zachodnich były ambiwalentne, szala przechylała się na korzyść Rosji. Gdy natomiast Zachód, a ściślej USA, Wielka Brytania, Francja i Niemcy zwietrzyły okazję do ulokowania swoich strategicznych interesów nad Dnieprem, Rosja sięgnęła do środków agresywnych. Wojna w tej sytuacji stała się nieuchronna.

Historia Ukrainy pokazuje, że jej funkcje buforowe od początku były kruche i trudne do utrzymania. Poradzieckie elity dostrzegały potrzebę „znoszenia” wpływów i nacisków ze strony rosyjskiej i zachodniej, ale w duchu były przekonane o konieczności oddalania się od Rosji. Ukraina strukturalnie była podatna na obce wpływy, jednak jej przywództwo polityczne i dyplomacja nie potrafiły wypracować odporności na presję zewnętrzną. Niezwykle silną „piątą kolumnę” stanowili oligarchowie, którzy przeszli na stronę interesów anglosaskich i izraelskich. W rezultacie, gdy bufor zaczął orientować się na mocarstwa zachodnie, Rosja poczuła się zgodnie z „dylematem bezpieczeństwa” zagrożona i podjęła interwencję na rzecz przywrócenia równowagi.

Zawsze było tak, że gdy terytorium państwa spełniającego warunki buforowości stawało się „polem bitwy” między rywalami, każdy z nich usiłował przeciągnąć je na swoją stronę. Wydarzenia na Ukrainie od „pomarańczowej rewolucji” w 2004 roku pokazują, jak eskalacja interwencjonizmu państw zachodnich i Rosji prowadziła nie tylko do ubezwłasnowolnienia miejscowych władz, ale i przekreślenia statusu szans na autonomię. Ukraina straciła swoją ułomną podmiotowość, stając się przedmiotem gry obcych wpływów. Przeciąganie władz w Kijowie na stronę zachodnią oznaczało jej skonfliktowanie z Rosją, która nie chciała przyzwolić, aby bezpośrednie sąsiedztwo na najbardziej wrażliwej rubieży stało się źródłem jej egzystencjalnych zagrożeń (presji, penetracji, ataków i konfliktów zastępczych).

Anty-Rosja

Paradoks położenia Ukrainy polegał na tym, że w optyce mocarstw zachodnich, zwłaszcza anglosaskich, zyskiwała ona coraz większe znaczenie strategiczne jako baza wypadowa przeciw Rosji, większe niż wynikałoby to z jej potencjału materialnego. Od 2015 roku postawiono zatem na dozbrajanie Ukrainy, negując jej status niedookreślonej „szarej strefy”. Pożegnano się w ten sposób z jej „ekwidystansem” wobec Rosji i Zachodu czy niesprzymierzaniem się z żadną z rywalizujących stron. W warunkach rewolucji informatycznej, gdy rywalizacja objęła także przestrzeń cyfrową, energetyczną i infrastrukturalną, Ukraina stała się ważnym „poligonem doświadczalnym” oraz dźwignią mobilizacji kompleksów militarno-przemysłowych Zachodu. Uznano ją za panaceum na trapiące gospodarki kapitalistyczne kryzysy.

Ukraina jako państwo o statusie buforowym mogła być ogniwem redukującym bezpośrednią konfrontację między Rosją a Zachodem. Tymczasem stała się mechanizmem reprodukującym wrogość w bezpośrednim sąsiedztwie, co w rezultacie doprowadziło do eskalacji napięć i wybuchu otwartego konfliktu. W transakcyjnym podejściu Donalda Trumpa do rozwiązywania problemów międzynarodowych napomyka się obecnie o możliwości powrotu Ukrainy do roli „strefy buforowej”. Tim Marshall uznaje wszak jej położenie za „przekleństwo geografii”, ale inny badacz amerykański Friedrich Kratochwil przyznaje, że status buforowy jest mimo wszystko lepszy od podboju, okupacji czy aneksji. Takie teoretyzowanie ma się jednak nijak do realnych warunków przywracania normalności po latach okrutnej wojny między zantagonizowanymi sąsiadami.

Ukraina jest przykładem państwa, którego buforowość zmieniła się ze strategii w tragedię. Zamiast rzeczywistej równowagi na różnych wektorach działań i oddziaływań, a tym samym wyhamowywania konfliktowości w swoim środowisku międzynarodowym, doprowadziła w latach 1990-2014 do pogłębienia geopolitycznej konfrontacji. Stała się katalizatorem konfliktu, którego konsekwencje obciążą wszystkich jego uczestników na długie lata.

Prof. Stanisław Bieleń

Leon XIV spotkał się z aborcjonistką Patti Smith; przedstawiciel Watykanu podkreślił „wspólną misję” dwojga

Leon XIV spotkał się z aborcjonistką Patti Smith; przedstawiciel Watykanu podkreślił „wspólną misję” dwojga

Date: 2 agosto 2026Author: Uczta Baltazara 1 Commenta

Jednym z najbardziej znanych fragmentów tekstów piosenek Patti Smith jest zdanie: „Jezus umarł za czyjeś grzechy, ale nie za moje”.

31 lipca 2026, papież Leon XIV spotkał się z popierającą aborcję i społeczność LGBT gwiazdą punk rocka, Patti Smith.

Smith, która podobnie jak Leon pochodzi z Chicago, jest piosenkarką, autorką tekstów i poetką, określaną jako „matka chrzestna muzyki punkowej” ze względu na swoją wpływową rolę we wczesnym kształtowaniu się tej sceny muzycznej. Szczyt sławy osiągnęła pod koniec lat ’70 za sprawą swojego największego hitu „Because the Night” – zmysłowej piosenki, w której głosi, że „noc należy do pożądania”. Jednym z jej najbardziej znanych wersów jest: „Jezus umarł za czyjeś grzechy, ale nie za moje”.

Gwiazda rocka nie identyfikuje się z żadną religią. Publicznie opowiadała się za legalną aborcją, twierdząc w 2018 roku, że „ratowanie życia młodych kobiet jest ważniejsze niż jakakolwiek ideologia”. Wyraziła przekonanie, że legalna aborcja, która zabija nienarodzone dzieci, „ratuje życie” matek, zapobiegając ich śmierci w wyniku samodzielnego przeprowadzania aborcji. W 2022 roku Smith nazwała uchylenie przez Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych orzeczenia w sprawie Roe przeciwko Wade „strasznym” i stwierdziła, że złamało jej to serce.

W 2014 roku, Smith została zaproszona przez papieża Franciszka do występu na świątecznym koncercie w Watykanie, a w 2021 roku wystąpiła tam ponownie.

Ojciec Antonio Spadaro, podsekretarz watykańskiego Dykasterium ds. Kultury i Edukacji, stwierdził, że podczas spotkania Smith z papieżem Leonem „zapaliła się iskra”.

«Kiedy te drzwi się otworzyły, coś się wydarzyło… iskra, niepozbawiona „efektownych momentów”, ale także poczucie głębokiego wzruszenia i misji w tym trudnym świecie. Dwoje Amerykanów, dwoje z Chicago, dwie wybitne postacie, które są głosami nadziei dla podzielonego świata: „kapłanka” rocka @PattiSmith, jak ją nazywają, oraz Ojciec Święty #Papa Leone. To była długa audiencja, która przypominała rozmowę między dwojgiem ludzi, którzy odkrywają, że są starymi przyjaciółmi i dzielą się wspomnieniami złożonymi ze słów i muzyki, marzeń, wizji oraz nadziei z przeszłości i teraźniejszości».

===============================

Antonio Spadaro @antoniospadaro

Kiedy ta drzwi się otworzyły, stało się coś… iskra niepozbawiona „scenek”, ale także głębokie wzruszenie i poczucie misji w tym trudnym świecie. Dwóch Amerykanów, dwóch z Chicago, dwie niezwykle ważne postacie, które są głosami nadziei dla podzielonego świata: „kapłanka” rocka @PattiSmith , jak ją nazywają, i Ojciec Święty #PapaLeone. Długa audiencja, która była jak rozmowa między dwiema osobami, które odkrywają, że są starymi przyjaciółmi i dzielą wspomnienia pełne słów i muzyki, marzeń, wizji i nadziei wczoraj i dziś.

Oceń to tłumaczenie:

Zdjęcie

Ostatnia zmiana:

==========================================================

Redaktor naczelny serwisu LifeSiteNews, John-Henry Westen, zwrócił uwagę na fakt, że Leon znalazł czas na spotkanie z „matką chrzestną punka”, ale „nie mógł spotkać się z Bractwem św. Piusa X”.

================================================

John-Henry Westen @JhWesten

Tego ranka Leon XIV spotkał się z „Matką Chrzestną Punk”, otwartą zwolenniczką aborcji i praw LGBT Patti Lee Smith. A nie mógł spotkać się z SSPX. W 2022 roku nazwała obalenie przez Sąd Najwyższy USA wyroku Roe v. Wade „okropnym” i powiedziała, że złamało to jej serce.

Zdjęcie

Ostatnia zmiana:

https://youtube.com/watch?v=CI8Y6qAmMsQ%3Fversion%3D3%26rel%3D1%26showsearch%3D0%26showinfo%3D1%26iv_load_policy%3D1%26fs%3D1%26hl%3Dit%26autohide%3D2%26wmode%3Dtransparent

INFO: lifesitenews/pope-leo-meets-pro-abortion-singer-patti-smith-as-vatican-official-hails-shared-mission

vaticannews.va/it/papa/news/papa-leone-xiv-udienza-patti-smith

…….

Patti Smith miała oddać swoją córkę do adopcji zastrzegając, by nie została wychowana w wierze katolickiej, a teraz została przyjęta przez papieża

To nie pierwszy raz, kiedy „matka chrzestna punka” udaje się do Watykanu. Pamiętamy ją bowiem z placu św. Piotra, gdzie podawała rękę świeżo wybranemu papieżowi Franciszkowi. Ta Amerykanka – co nam szczególnie utkwiło w pamięci – miała taki dziwny kozi wyraz twarzy…

Oto została zaproszona do występu na koncercie bożonarodzeniowym w Watykanie w 2014 roku. Kolejne zaproszenie do występu w tym mieście-państwie otrzymała w 2021 roku. today.com/popculture/pope-francis-invites-patti-smith-perform-vatican-christmas-concert

Zauważmy, że Smith nie jest, jak być może sądzi większość ludzi, odstępczynią. Nie należy do grona typowych dziewcząt wychowanych w katolickiej Ameryce, które w pewnym momencie zbaczają z drogi, stając się aktorkami, gwiazdami porno, piosenkarkami lub innymi przedstawicielkami społeczeństwa rozkładu moralnego. Rodzina Smith należy do… Świadków Jehowy.

Zainteresowanie koncepcjami katolickimi wydaje się zatem w pewnym sensie wynikać z preferencji estetycznych. Podają, że interesowała się historią świętych, a zwłaszcza św. Franciszkiem, postrzeganym przez nią nie inaczej jak świętym ekologiem – oczywiście. Widzicie ją, nawet na powyższym zdjęciu, z pięknym franciszkańskim symbolem Tau na szyi.

Obecnie przypomniano inne niepokojące, odniesienie. Smith miała podobno przywitać się z Leone’em, mówiąc „hi, hi”, czyli „cześć, cześć”. Jest to wyrażenie, którego użyła w mało znanej piosence, od której pochodzi tytuł jednego z jej najsłynniejszych albumów, *Wave*. „Hi, hi” stanowiło początek wyimaginowanej rozmowy między piosenkarką a Janem Pawłem I – Albino Lucianim, którego pontyfikat trwał tak krótko, jak czas nagrywania płyty, i który już nie żył, gdy ten złowieszczy utwór został nagrany. Krótko mówiąc, Smith zwraca się do żyjącego papieża w taki sam sposób, w jak zwracała się do papieża zmarłego.

Inne, co najmniej dziwne odwołanie można znaleźć w piosence „Dancing Barefoot. Utwór ten jest rzekomo dedykowany kobietom, a w szczególności kochance Amedeo Modiglianiego, Jeanne Hébuterne (1898–1922), która popełniła samobójstwo w ósmym miesiącu ciąży, zaledwie dwa dni po śmierci Modiglianiego. Piosenka kończy się fragmentem recytacyjnym, którego ostatnie słowa brzmią: „blessed among women”, czyli „błogosławiona wśród kobiet”. Pozostawiamy czytelnikowi ocenę owego maryjnego odniesienia osadzonego w tymże makabrycznym kontekście.

Środowisko, z którego wywodzi się Smith jest naprawdę przerażające. Wielu zapomina, że jej kariera rozpoczęła się wraz z karierą jej partnera, fotografa Roberta Mapplethorpe’a (1946–1989), z którym – jak sama twierdzi – dzieliła lata miłości i ubóstwa w Nowym Jorku pod koniec lat sześćdziesiątych. Mapplethorpe dorastał w katolickiej rodzinie w parafii w Nowym Jorku. Jako artysta zaczynał od sprzedaży biżuterii o tematyce religijnej, a wraz ze swoją dziewczyną znalazł się w środowisku kulturalnym, w którym królowała „Factory” Andy’ego Warhola. Mówi się, że on i Smith uważali się nawzajem za swoje „muzy”.

Później, gdy został fotografem, nastąpił przełom. Jego zdjęcia sprawiają, że do dziś cieszy się ogromną sławą, ale patrząc na nie, można się zastanawiać, co ma z tym wszystkim wspólnego Patti, skoro nie da się ich nawet nazwać „homoerotycznymi”: są to zdjęcia przedstawiające brutalną homoseksualną pornografię (do tego stopnia, że w słynnym przypadku brytyjska policja zażądała usunięcia niektórych stron z jego książki dostępnej w bibliotece), zdjęcia, które budzą odrazę i które, jak piszą niektórzy historycy sztuki, a także internetowa encyklopedia, „dokumentują i analizują subkulturę męskiego BDSM w Nowym Jorku na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych”.

Rozpowszechniona wersja głosi, że gdy Mapplethorpe uświadomił sobie swoją orientację, związek miłosny ze Smith zakończył się, przekształcając się w przyjaźń, która trwała aż do jego śmierci w 1989 roku, spowodowanej AIDS-em.

Natomiast w nieautoryzowanej biografii, która ukazała się pod koniec lat dziewięćdziesiątych zatytułowanej „Patti Smith: An Unauthorized Biography”, jej autor Victor Bockris wspomina o pierwszej córce, którą piosenkarka urodziła w wieku dwudziestu lat w Pensylwanii, na krótko przed przeprowadzką do Nowego Jorku i poznaniem Mapplethorpe’a. Patti miała wtedy oddać dziewczynkę do adopcji, z jedynym zastrzeżeniem, że nie powinna być wychowywana w wierze katolickiej.

Nie potrafimy powiedzieć nic więcej na temat owej dziwnej historii, poza tym, że pozostajemy zdruzgotani kolejnym „wstrzyknięciem” Patti Smith w samo serce chrześcijaństwa. Nie widać u niej żadnej skruchy w żadnej sprawie, a mimo to papież rzymski ściska jej dłoń, uśmiecha się do niej, poświęca jej czas, czyli promuje wśród wiernych katolików jej życiowe i pseudo-artystyczne przesłanie.

Sytuacja jest więc jasna: Patti Smith do środka Kościoła Katolickiego – katolicy na zewnątrz, FSSPX na zewnątrz, a w diecezjach i parafiach panuje atmosfera terroru; w zeszłym tygodniu w różnych częściach Włoch wygłoszono homilie zapowiadające ekskomunikę wiernych związanych z Bractwem – czyli tych, którzy zamiast słuchać Patti Smith, pragną pozostać katolikami.

Mamy więc do czynienia z całkowitym obaleniem wartości, z dość wyraźnymi elementami parodii i satanizmu. Oto dzisiejszy Watykan. To właśnie z tym będziemy walczyć, dopóki nie zostanie przywrócony porządek Pana naszego Jezusa Chrystusa.

INFO: renovatio21.com/patti-smith-avrebbe-dato-in-adozione-sua-figlia-con-la-promessa-che-non-fosse-cresciuta-cattolica-ora-e-accolta-dal-papa

Jak bronić swych praw w Polsce. MEM-y VIII.

———————————–

————————————

—————————————–

————————————————-

————————————————-

——————————————————————

——————————————————-

————————————————————–

——————————————-

—————————————–

———————————————-

„Sukces” przegranej wojny

„Sukces” przegranej wojny

2. sierpnia 2026 Marek Wojcik world-scam./sukces-przegranej-wojny

Jak przedstawić światu haniebnie przegraną wojnę jako sukces? Mam dla Trumpa propozycję rozwiązania tego dylematu: niech fachowcy od wspaniałych dealów z Białego Domu przygotują kontrakt dla słynnego aktora Tom Cruise znanego z głównej roli w filmach Mission: Impossible (Misja: Niemożliwa).

Kadr z filmu Mission: Impossible – The Final Reckoning.

Po nieudanej próbie pokazania premierowi Izraela kto tu rządzi, widzimy wyraźnie, że to rzep przypięty do psiego ogona ma decydujący głos w sprawach wojny i pokoju. Zdecydowanie gorszym rozwiązaniem niż nowa rola dla Toma Cruise’go byłoby zaangażowanie Netanjahu na stanowisku Ministra Wojny USA po tym, jak przegra październikowe wybory w Izraelu.

Ben Norton jest dziennikarzem, analitykiem i ekonomistą politycznym, którego praca koncentruje się głównie na geopolityce, międzynarodowej ekonomii politycznej i polityce zagranicznej USA. Przez wiele lat mieszkał i relacjonował wydarzenia w Ameryce Łacińskiej, a obecnie mieszka w Pekinie, gdzie jest doktorantem na Uniwersytecie Tsinghua. Źródło.

Trump jest zdesperowany, ponieważ wojna z Iranem wymyka się spod kontroli.
Geopolityczna analiza kryzysu na Bliskim Wschodzie opublikowana wczoraj na YouTube.
Film można obejrzeć w języku polskim.

Iranowi udało się obalić mit o niezwyciężonej armii USA. Iran jest w trakcie realizacji projektu zamknięcia amerykańskich baz wojskowych w rejonie Zatoki Perskiej. Iran wywołuje presję ekonomiczną na rynki ropy. Iran robi użytek ze swojego położenia geograficznego, przez co inwazja armii USA na Iran jest praktycznie niemożliwa. Iran wykorzystuje zbliżające się wybory połówkowe w Stanach Zjednoczonych. Przegrana Republikanów w Kongresie i Senacie oznacza blokadę amerykańskiego rządu i może doprowadzić do usunięcia Trumpa ze stanowiska prezydenta – impeachment.

Różnica 6 lat, a poza tym wszystko po staremu.

Trump próbuje pogodzić to, co nie do pogodzenia: chce wyjścia z wojny bez przyznawania się do porażki. Chce negocjacji bez wycofywania się z żądań. I chce ogłosić zwycięstwo, mimo że Iran jest zdolny do atakowania celów militarnych. W tej sytuacji skuteczny będzie jedynie Tom Cruise!

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Polacy trochę się zapędzili. MEM-y VII.

——————————–

——————————————————

—————————————

————————————-

——————————————

————————————

——————————————–

————————————-

———————————–

Prawo do życia: Usłyszałem dwa wyroki w dwa dni.

Fundacja Pro-Prawo do Życia
Dzień dobry Panie Mirosławie. 
Trwa nasza kampania wakacyjna, w trakcie której docieramy do Polaków z ostrzeżeniem przed „edukacją zdrowotną” (obowiązkowa dla dzieci od 1 września) oraz aborcją. 

Każdego dnia wiele się dzieje. Ja jeżdżę naszą furgonetką oraz pomagam moim kolegom organizować uliczne akcje informacyjne. Jesteśmy za to nieustannie prześladowani. W ciągu dwóch dni usłyszałem dwa wyroki w Białymstoku.

Proszę zobaczyć, co jeszcze wydarzyło się w sądach i na policji tylko w ciągu jednego tygodnia 22-29 lipca:

22 lipca Białystok – usłyszałem wyrok 1500 zł grzywny za organizację akcji pod miejskim ratuszem,

23 lipca Białystok – usłyszałem kolejny wyrok 500 zł grzywny za organizację ulicznej akcji informacyjnej,

24 lipca Warszawa – do sądu wpłynął wniosek o ukaranie wolontariusza Macieja za organizację akcji antyaborcyjnej,

27 lipca Białystok – wyrok 500 zł grzywny dla wolontariusza Kacpra za udział w ulicznej akcji informacyjnej,

27 lipca Białystok – wyrok 1000 zł grzywny dla wolontariusza Michała za udział w akcji antyaborcyjnej,

28 lipca Toruń – kolejna rozprawa wolontariusza Wiesława, który został zatrzymany przez policję gdy trzymał banner i modlił się na różańcu,

29 lipca Rzeszów – wolontariuszka Marta przesłuchiwana na komisariacie policji w związku z organizacją akcji antyaborcyjnej,

29 lipca Szamotuły – wyrok 2500 zł grzywny dla wolontariusza Romana i 1000 zł dla wolontariusza Adriana za uliczną akcję antyaborcyjną.

Wszystkie te sprawy będą trwały dalej, gdyż od każdego z wyroków odwołujemy się. Oznacza to dalszą walkę przed sądami. Ostatecznie większość spraw wygrywamy lub są one umarzane. Jednocześnie dzięki wytrwałości i wysiłkom naszego Centrum Prawnego, 27 lipca w Warszawie udało się skazać agresywną kobietę, która przeszkodziła nam w organizacji ulicznej akcji informacyjnej i zniszczyła nasze ulotki. Wyrok to w sumie 300 zł grzywny i zwrotu kosztów. 28 lipca wygraliśmy również kolejną sprawę z prezydentem Białegostoku o nielegalne rozwiązanie naszego zgromadzenia publicznego.

To wszystko wydarzyło się w tydzień. Tak wygląda codzienność naszych wolontariuszy oraz Centrum Prawnego naszej Fundacji, które koordynuje walkę przed sądami i policją. Koszty tej walki prawnej to obecnie ponad 10 000 zł miesięcznie.

Dzięki tej „tarczy prawnej” możemy dalej działać i ostrzegać Polaków przed aborcją i „edukacją zdrowotną” dzieci.

Ja aktualne jeżdżę furgonetką po Wrocławiu, gdzie informujemy mieszkańców o tym, że szpital Falkiewicza zamierza zatrudnić aborterkę Gizelę Jagielską. Wywieramy presję na to, aby do tego nie dopuścić i aby nie przekształcono największej porodówki na Dolnym Śląsku w rzeźnię aborcyjną. Niedawno zatrzymała i spisała mnie policja. Będą teraz „analizować” sprawę w celu skierowania do sądu kolejnego wniosku o ukaranie mnie.

Wkrótce planuje wyposażyć furgonetkę w plandeki ostrzegające przed „edukacją zdrowotną” i jeździć po kolejnych miastach. Równolegle moi przyjaciele organizują w całej Polsce uliczne akcje informacyjne. Tylko w tym tygodniu planujemy organizację akcji m.in. w: Tczewie, Kluczborku, Oławie, Elblągu, Stargardzie, Wałbrzychu, Gliwicach, Olkuszu, Rzeszowie, Włocławku, Rudzie Śląskiej, Lubinie, Świnoujściu i Legnicy.

Proszę Pana o wsparcie i umożliwienie nam tych działań.

Jedno tankowanie furgonetki do pełna to obecnie ponad 800 zł. Każda akcja uliczna w kolejnej miejscowości też wymaga paliwa, transportu wolontariuszy, bannerów, ulotek, megafonów i innych akcesoriów. Koszt walki prawnej to ponad 10 000 zł miesięcznie.

Ratowanie dzieci przed aborcją i deprawacją jest możliwe dzięki zaangażowaniu wolontariuszy naszej Fundacji oraz stałemu i regularnemu wsparciu darczyńców. Liczymy na Pana pomoc. Będziemy informować o kolejnych działaniach i postępach naszych akcji
. WPŁACAM

Konto Fundacji do darowizn:79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 PruszkówZ wyrazami szacunku, 
Jan Bienias
==============================
Fundacja Pro – Prawo do życia KRS: 0000233080
NIP: 1231051050
REGON: 010083573
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków

Jesteśmy Organizacją Pożytku Publicznego OPP.

Pojedyncze czyny przestępcze. MEM-y VI.

———————————————

——————————————–

————————————

——————————————-

——————————————–

——————————————-

——————————————

——————————————-

—————————————