Od lat trwa batalia o konie przewożące turystów z Polany Włosienica do Morskiego Oka. Histeryczni obrońcy zwierząt alarmują, że konie są zmęczone pracą ponad siły i że z wysiłku zdychają na szosie. Wszystkie te argumenty sprowadzają się do podstawowego pytania sformułowanego kiedyś przez jednego z moich dowcipnych uczniów. Powiedział on, że chciałby się dowiedzieć który to idiota wymyślił pracę i dać mu w łeb.
Otóż konie tak jak i ludzie muszą pracować. Mają gorzej niż ludzie bo nie można zmusić społeczeństwa do utrzymywania bezużytecznych zwierząt choć utrzymuje ono wielu ludzi nie tylko bezużytecznych lecz również szkodliwych. Bezużyteczne, a nawet groźne zwierzę każdy może utrzymywać dla własnej rozrywki, o ile pozwala na to prawo. Wśród młodych ludzi pojawiła się od pewnego czasu moda na hodowanie piranii, pytonów czy pająków ptaszników.
Nikt nie zabrania natomiast członkom różnych stowarzyszeń czy fundacji wykupywania koni i utrzymywania ich w postulowanych przez nich luksusowych warunkach. Zdjęcia koni uratowanych od rzeźni napędzają spontaniczne zbiórki ludzi dobrej woli, które są podstawowym sposobem pozyskiwania przez fundację środków. Zdarza się, że taki konik dawno zdechł, albo został przerobiony na karmę dla psów, a jego zdjęcie nadal figuruje na reklamowej stronie fundacji. Podobnie jak zdarza się, że fundacje charytatywne zbierają środki na operację dawno zmarłego dziecka.
Chociaż sposoby pozyskiwania oraz wydawania środków przez fundacje mają ścisły związek z awanturami o konie w Tatrach zajmijmy się sprawami bardziej istotnymi. W Tatrach przy przewożeniu turystów pracują prawie wyłącznie konie zimnokrwiste. Konie zimnokrwiste, hodowane kiedyś jako konie pociągowe, są obecnie hodowane na rzeź.
Według statystyk Głównego Inspektoratu Weterynarii w Polsce zabija się rocznie w rzeźniach od 15000 do 25000 koni. Taki koń trafia do rzeźni w wieku dwóch, najwyżej trzech lat ze względu na jakość mięsa końskiego, która związana jest właśnie z wiekiem zwierzęcia. Pracujący koń pociągowy żyje natomiast kilkanaście lat. Górale kupujący konie do bryczki po prostu ratują im życie. A wprowadzenie zakazu używania koni w Tatrach skazuje wszystkie obecnie pracujące tam konie na śmierć w rzeźni. Choć nikt nie może zmusić obywatela do utrzymywania bezużytecznego zwierzęcia jest wiele osób które opłacają dożywocie swoim ukochanym wierzchowcom.
Są również tacy którzy ofiarowują dożywocie cudzemu koniowi. Znam rodzinę, która zapewniła dożywotnie utrzymanie ślepemu koniowi wyścigowemu Grajkowi. Grajek wzruszał swoim ( nomen omen) ślepym zaufaniem do człowieka. Obrońcy zwierząt dla jego własnego dobra wykluczyli go z wyścigów co oznaczało skierowanie do rzeźni a od przerobienia na karmę dla psów uratowali go właśnie znajomi. Personaliów dobroczyńców, pod których opieką Grajek żył długo w dobrych warunkach nie podaję, bo zrobili to z dobrego serca a nie dla rozgłosu. Utrzymanie konia to wcale nie bagatelna sprawa. To obecnie około dwóch tysięcy miesięcznie.
Wracając do koni przewożących turystów w Tatrach. Jak ustalono w czasie spornych kilkunastu lat padły tylko trzy konie przewożące turystów. Przyczyną śmierci było pęknięcie tętniaka i nagła kolka. W tym samym okresie w Tatrach zginęło w wypadkach i zmarło na serce kilkanaście osób. Czy to oznacza, że należy zamknąć góry dla ruchu turystycznego?. Wiele lat temu oglądałam w telewizji dramatyczny obraz zdychającego na szosie konia. Koń ewidentnie cierpiał na kolkę. Kolka nie ma nic wspólnego z pracą konia, występuje najczęściej niespodziewanie i jedynym sposobem uratowania zwierzęcia jest zmuszenie go do ruchu. Jak zalecają weterynarze trzeba konia podnieść, często z konieczności brutalnie, nawet kopiąc go boleśnie w nos. Na oczach widzów młody woźnica usiłował podnieść konia przy użyciu bata co mogło uratować mu życie.
Rzuciły się na niego rozhisteryzowane paniusie, uniemożliwiły mu działanie, a jedna z nich podłożyła zdychającemu koniowi firmową torebkę pod głowę. Tak więc koń zmarł w męczarniach bynajmniej nie z przepracowania lecz na skręt kiszek z torebką Louis Vuitton pod głową. Podłożenie zdychającemu koniowi drogiej torebki pod głowę było aktem skrajnej głupoty a nie miłosierdzia. Właścicielka tej torby myśli jak pewien adwokat który kierując Mercedesem zderzył się czołowo z prawidłowo jadącym Audi 80. Twierdził on, że jadące Audi kobiety zginęły, ponieważ jechały kiepskim samochodem, który nazwał „trumną na kółkach”.
Trudno opisywać wszystkie etapy awantur pomiędzy aktywistami obrony zwierząt a góralami i lokalnymi władzami . To właśnie aktywiści DIOZ ( Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt) zorganizowali protesty czyli awantury na szosie do Morskiego Oka. Przeciwko tym aktywistom prokuratura prowadzi liczne dochodzenia. Zarzuca się im obrażanie funkcjonariuszy policji i urzędników starostwa, bada co naprawdę stało się z odebranymi przez organizację końmi, kto rzeczywiście podpalił użytkowany przez nich samochód, na co idą pozyskiwane przez nich pieniądze i czy faktycznie- jak twierdzą górale – DIOZ ma swoje udziały w firmie produkującej wózki, które miałyby zastąpić konie na szosie do Morskiego Oka.
Jest wielce prawdopodobne, że obrona zwierząt to tylko pretekst do prób wypchnięcia górali z rynku usług przewoźniczych. Wojny ekonomiczne, wrogie przejęcia, są zjawiskiem starym jak świat. Dla mnie porażający jest tylko fakt, że w imię ochrony koni faktycznie się im szkodzi. Wielokrotnie przywoływałam tu wypowiedzi i prace amerykańskiego ekonomisty Henry’ego Hazlitta. Twierdzi on, że ustawy i zarządzenia mające chronić pewne grupy społeczne najczęściej im szkodzą. Na przykład ochrona prawna emerytów przed zwolnieniem powoduje, że osoba w wieku przedemerytalnym ma wielkie kłopoty ze znalezieniem jakiejkolwiek pracy. Głupotą jest odbierania dziecka za muszki w domu i skazywanie go na bidul. Szczytem głupoty i hipokryzji jest skazywanie koni na rzeź w imię jak twierdzą ich obrońcy ich własnego dobra.
Niemcy przygotowują swoje szpitale do leczenia nawet 1000 rannych żołnierzy dziennie. Niemiecki i amerykański przemysł zbrojeniowy ma się ściślej zintegrować. Miliardy są inwestowane w rakiety i drony dla Ukrainy. Myśliwce NATO zestrzeliwują drony nad Litwą. Kanclerz Friedrich Merz twierdzi, że Rosja prowadzi wojnę przeciwko „Ukrainie i Zachodowi”.
Co właściwie dzieje się w Europie?
Po politycznych deklaracjach z ostatnich tygodni można odnieść wrażenie, że wojna między Rosją a NATO jest nieuchronna. Uzbrojenie, odstraszanie, obrona przed dronami, sankcje, gotowość bojowa, ochrona infrastruktury krytycznej – słownictwo uległo zmianie. Wojna nie jest już opisywana jedynie jako możliwość. Europa coraz bardziej się do niej przygotowuje, i to w sposób konkretny.
Zastanawiam się: Czy oni wszyscy oszaleli?
Gdzie są główne inicjatywy dyplomatyczne? Gdzie są europejscy politycy, którzy jeżdżą do Moskwy, rozmawiają, słuchają, negocjują i szukają wyjścia? Gdzie są warte miliardy euro programy na rzecz pokoju i porozumienia?
Nie mogę ich zobaczyć.
Zamiast tego machina wojenna działa z pełną prędkością.
Szpitale na 1000 rannych dziennie
O tym, jak daleko posunięto się w tym rozwoju, świadczy raport dotyczący przygotowania niemieckiego systemu opieki zdrowotnej do potencjalnej wojny. Nie jest to bynajmniej plotka. Już w maju 2026 roku niemieckie siły zbrojne poinformowały o konsultacjach dotyczących „zapewnienia opieki zdrowotnej w razie kryzysu lub obrony”. Program obejmował między innymi „opiekę nad 1000 rannymi dziennie”, bezpieczne łańcuchy dostaw leków oraz struktury cywilno-wojskowe. [1]
Bloomberg ponownie przeanalizował te plany w połowie września. Pięć szpitali Bundeswehry nie poradziłoby sobie z takim scenariuszem samodzielnie. Szpitale cywilne musiałyby interweniować.
1000 rannych żołnierzy. Każdego dnia.
Oczywiście, przygotowanie się na katastrofy i sytuacje kryzysowe jest jednym z obowiązków państwa. Nie ma w tym nic złego. Prawdziwe pytanie brzmi: w jakim środowisku politycznym to się dzieje?
I tu obraz wygląda inaczej. 14 września Rada Bezpieczeństwa Narodowego rządu niemieckiego ponownie zajęła się kwestiami obrony wojskowej i cywilnej, podejmując decyzję o dalszych środkach przeciwko szpiegostwu i sabotażowi, a także ochronie infrastruktury krytycznej. Rząd niemiecki jako punkt wyjścia podaje rzekomo zorganizowany przez Rosję atak dronów na lotnisko Lipsk/Halle. [2] Co za farsa! Słaby ciąg poszlak jest sprzedawany opinii publicznej jako dowód i pewność co do rosyjskiej agresji.
Minister obrony Boris Pistorius z kolei nazwał rosyjski atak dronów na pociąg w pobliżu granicy polsko-ukraińskiej „zaplanowaną eskalacją” ze strony Putina. [3] To oś walczących mocarstw – Wielka Brytania, Francja i Niemcy – eskaluje, a nie Rosja, panie Pistorius!
14 września włoski myśliwiec NATO zestrzelił nad Litwą drona, który wleciał w litewską przestrzeń powietrzną z Białorusi i, według władz litewskich, przewoził ładunki wybuchowe. Zidentyfikowano go jako prawdopodobnie rosyjski dron Geran-2. Nie daje to jednak automatycznie jednoznacznego wyjaśnienia jego pochodzenia i okoliczności. [4]
Każdy z tych incydentów należy traktować poważnie. Ale pytanie o konsekwencje polityczne, jakie z nich wynikną, należy potraktować jeszcze poważniej. Niemal odruchowa odpowiedź brzmi: więcej odstraszania, więcej broni, więcej sankcji, więcej działań militarnych.
15 września kanclerz Friedrich Merz oświadczył nawet, że Rosja prowadzi wojnę przeciwko „Ukrainie i Zachodowi”. Dzień później dziennikarz na Federalnej Konferencji Prasowej logicznie zapytał, czy oznacza to, że Niemcy są w stanie wojny z Rosją. Rzecznik rządu Stefan Kornelius udzielił wymijającej odpowiedzi. Oświadczenie Merza było „analizą stanowiska Rosji”. [5]
Poczekaj chwilę. Kanclerz Niemiec publicznie oświadcza, że Rosja prowadzi wojnę z Zachodem – a zapytany, czy to oznacza, że Niemcy są w stanie wojny z Rosją, niemiecki rząd nie chce wyciągnąć takiego wniosku?
Słowa mają swoje konsekwencje. Zwłaszcza słowa kanclerza Niemiec.
Należy również zadać sobie pytanie, dlaczego Friedrich Merz tak eskaluje konflikt w polityce zagranicznej. W polityce wewnętrznej jego rząd jest w impasie. We wrześniu 2026 roku zaledwie 13% ankietowanych było zadowolonych z pracy Friedricha Merza, podczas gdy 83% było niezadowolonych – to najniższy wskaźnik aprobaty dla urzędującego kanclerza w historii sondażu ARD-DeutschlandTrend. Wicekanclerz Lars Klingbeil również uzyskał zaledwie 22% aprobaty. [6]
Z mojej perspektywy prowadzi to do uzasadnionego podejrzenia: im większe problemy wewnętrzne, tym większa uwaga skupia się na czynnikach zewnętrznych. W naukach politycznych powiązany mechanizm znany jest jako „efekt zjednoczenia wokół flagi”: zagrożenia zewnętrzne i kryzysy międzynarodowe mogą prowadzić do silniejszego zjednoczenia społeczeństwa wokół przywództwa politycznego, przynajmniej tymczasowo. Rosja jest doskonałym przykładem takiego scenariusza zagrożenia. Ci, którzy mówią o Putinie, dronach, odstraszaniu i gotowości militarnej, mogą na chwilę mniej mówić o problemach gospodarczych, rozpadającej się infrastrukturze, wysokich cenach energii czy niezadowoleniu z własnego rządu.
Uważam tę grę za niezwykle niebezpieczną. Niemcy płacą dziś za tę politykę miliardami. W najgorszym przypadku jutro mogą za to zapłacić ludzkim życiem. Każdy, kto retorycznie eskaluje konfrontację, ponosi zatem ogromną odpowiedzialność polityczną. I obarczam Was osobistą odpowiedzialnością, panie Merz, panie Macron, panie Burnham i pani von der Leyen!
Merz twierdzi, że Rosja prowadzi wojnę z Zachodem. Ja widzę to inaczej: Europa od dawna jest na kursie konfrontacji z Rosją, przynajmniej retorycznie. Coraz więcej broni, coraz więcej odstraszania, coraz więcej sankcji, coraz więcej przygotowań do wojny – i żadnej dyplomacji. Dla mnie to nie jest odpowiedzialna polityka pokojowa. To igranie z ogniem.
Miliardy na rakiety – ale kto inwestuje w dyplomację?
Bruksela również podąża obecnie tylko w jednym kierunku. 17 września przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen ogłosiła przeznaczenie dodatkowych 3,3 miliarda euro dla Ukrainy – konkretnie na zakup rakiet i dronów. [7]
W obliczu takich doniesień coraz częściej zadaję sobie pytanie: Gdzie jest europejski program dyplomacji wart miliardy euro? Gdzie są specjalne szczyty negocjacyjne? Gdzie są europejscy negocjatorzy nieustannie kursujący między Moskwą a Kijowem? Gdzie jest polityczna ambicja, by wreszcie zakończyć tę wojnę? Myślę, że z europejskiej perspektywy nie powinna ona zostać zakończona – wręcz przeciwnie!
Oczywiście, rządy europejskie twierdzą, że ich wsparcie militarne ostatecznie służy pokojowi. Argumentują, że tylko silna Ukraina może zmusić Rosję do negocjacji, a tylko wiarygodne odstraszanie może zapobiec dalszym rosyjskim atakom.
To jedno stanowisko. Moje jest diametralnie odmienne. Każdy, kto chce zakończyć wojnę, musi w końcu porozmawiać z wyidealizowanym „wrogiem”. Nie ze swoimi przyjaciółmi. Z przeciwnikiem. Ale wróg jest jedynie demonizowany. Moim zdaniem demon w tym konflikcie, który mógł zakończyć się w Stambule już w kwietniu 2022 roku, rezyduje w Europie. Zachód nie był gotowy zakończyć konfliktu, Rosja też nie! Moim zdaniem podżegacze wojenni są opętani przez demony. Żaden normalny człowiek nie chce wojny ani nie akceptuje jej po cichu.
Niemcy nadal polegają na dalszym wsparciu wojskowym. Merz zapewnił Zełenskiego na początku września o „zdecydowanej kontynuacji niemieckiego wsparcia cywilnego i wojskowego”. [8] Proszę już podać się do dymisji, panie Merz! Poniósł pan całkowitą porażkę zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zagranicznej. A potem dziwi się pan, dlaczego wyborcy coraz bardziej skłaniają się ku AfD? To już nie są wyborcy protestujący; większość z nich głosuje na AfD z konieczności!
Kilka dni później Pistorius poszedł o krok dalej. 15 września Niemcy i USA uzgodniły ściślejszą integrację swoich przemysłów obronnych. Wspólny rozwój i produkcja nowoczesnych systemów uzbrojenia, komponentów i amunicji mają zostać rozszerzone. Niemcy planują również zakup amerykańskich pocisków manewrujących Tomahawk. [9]
Trzeba to wziąć pod uwagę. Retoryka polityczna staje się coraz bardziej militarystyczna. Szpitale planują leczenie rannych w wojnie. Produkcja broni rośnie. Infrastruktura wojskowa jest rozbudowywana. Miliardy idą na rakiety i drony. A jednocześnie społeczeństwo ma uwierzyć, że to wszystko to po prostu polityka pokojowa. Pokój poprzez coraz więcej broni? Wierzcie, jeśli chcecie. Ja nie.
Baśń o ataku Rosji na Europę
Centralnym uzasadnieniem tego rozwoju sytuacji jest to, że Rosja zagraża Europie. Ale czy ten obraz jest prawdziwy? Fakt, że Rosja najechała Ukrainę z dużą siłą w lutym 2022 roku, jest faktem. Uważam jednak, że nie należy zaczynać historii tego konfliktu od 24 lutego 2022 roku i ignorować wszystkiego, co miało miejsce wcześniej. Nawet ówczesny Sekretarz Generalny NATO Jens Stoltenberg stwierdził jednoznacznie w lutym 2023 roku: „Wojna nie zaczęła się w lutym ubiegłego roku. Wojna zaczęła się w 2014 roku”. [10]
Od zakończenia zimnej wojny NATO rozszerzyło się daleko na wschód. Polska, Czechy i Węgry dołączyły w 1999 roku. W 2004 roku dołączyły do nich m.in. Estonia, Łotwa i Litwa. Od tego czasu dołączyły kolejne państwa. NATO liczy obecnie 32 członków. Na szczycie w Bukareszcie w 2008 roku NATO zadeklarowało również, że Gruzja i Ukraina (!) powinny w przyszłości zostać członkami. [11]
NATO argumentuje, że jego ekspansja nikomu nie zagraża i że każdy suwerenny kraj ma prawo decydować o swoich sojuszach. To śmieszne. Rosja natomiast, całkiem słusznie, od dziesięcioleci postrzega militarne podejście NATO do swoich granic jako zagrożenie dla swoich interesów bezpieczeństwa. Wyobraź sobie, że Kanada lub Meksyk wystrzeliłyby rakiety w kierunku USA. Jak myślisz, jak zareagowałyby Stany Zjednoczone?
Z mojej perspektywy, Rosja od dziesięcioleci jest coraz bardziej osaczona w kwestii polityki bezpieczeństwa. Pogląd, że Zachód nie miał absolutnie nic wspólnego z tym rozwojem sytuacji i że Moskwa po prostu obudziła się pewnego ranka z imperialnymi fantazjami o podboju, jest moim zdaniem groteskowym uproszczeniem – lub, mówiąc językiem bawarskim: kompletną bzdurą nieodpowiedzialnych podżegaczy wojennych!
I coś jeszcze nie wpisuje się w obecny obraz zagrożenia. Putin wielokrotnie i wyraźnie oświadczał, że Rosja nie zamierza atakować państw NATO. Już w marcu 2024 roku zbył obawy dotyczące Polski, państw bałtyckich czy Czech, nazywając je „bzdurami”. Rosja nie miała takich planów. [12]
W listopadzie 2025 roku Putin powtórzył: „Nigdy nie planowaliśmy” ataku na Europę. Rosja była nawet gotowa złożyć odpowiednią deklarację na piśmie i omówić paneuropejski porządek bezpieczeństwa. [13]
Oczywiście, można nie ufać Putinowi. Oczywiście, można powiedzieć: słowa nie dają gwarancji. Ale przynajmniej należałoby zadać sobie pytanie, dlaczego takie stwierdzenia prawie nie odgrywają roli w debacie europejskiej, podczas gdy każdy scenariusz zagrożenia jest akceptowany.
Nie postrzegam Rosji jako kraju, który jutro chce zaatakować Berlin, Paryż czy Brukselę. Widzę konflikt bezpieczeństwa między Rosją a Zachodem, który narasta od dziesięcioleci, konflikt, którego historia obejmuje ekspansję NATO na wschód. Dla mnie nie oznacza to, że powinniśmy rozmieścić jeszcze więcej wojsk na granicach Rosji. Oznacza to, że w końcu musimy ponownie porozmawiać o europejskiej architekturze bezpieczeństwa, która uwzględnia nie tylko interesy bezpieczeństwa państw NATO, ale także Rosji.
I jeszcze jedno: prawdziwym agresorem nie jest ten, kto pierwszy robi krok, ale ten, kto go wymusza. A dla mnie bez wątpienia jest to NATO. Do tego dochodzi zachodnia pycha wobec Rosji, która od lat mnie zadziwia: wrażenie, że nie trzeba rozmawiać z Moskwą jak równy z równym, że rosyjskie interesy bezpieczeństwa są mniej ważne niż nasze własne, a negocjacje są praktycznie oznaką słabości. Co to za arogancja? Pokój zaczyna się od uznania nawet przeciwnika za równoprawnego partnera.
Czy Niemcy zapomnieli o własnej historii?
Niemcy, w szczególności, powinny zachować w tej kwestii większą ostrożność. 22 czerwca 1941 roku nazistowskie Niemcy napadły na Związek Radziecki. Ponad trzy miliony niemieckich żołnierzy przekroczyło granicę sowiecką w ramach operacji Barbarossa. Rozpoczęła się wojna na wyniszczenie o niemal niewyobrażalnym okrucieństwie. W II wojnie światowej życie straciło około 27 milionów obywateli radzieckich, w tym około 14 milionów cywilów. [14]
27 milionów. Każdy niemiecki polityk powinien znać tę liczbę, zanim zacznie bezmyślnie mówić o wojnie z Rosją. To nie Rosja maszerowała na Niemcy w 1941 roku. Niemcy maszerowały w kierunku Rosji i innych części Związku Radzieckiego.
Nie oznacza to oczywiście, że obecna polityka rosyjska powinna być wolna od krytyki ze względu na historię. Historia nikomu nie daje wolnej ręki. Powinna jednak uczyć pokory.
Kiedy dziś niemieccy politycy znów mówią o konieczności przygotowania Niemiec do wojny, kiedy niemieccy żołnierze na stałe stacjonują na wschodniej flance NATO na Litwie i kiedy niemiecki kanclerz oświadcza, że Rosja prowadzi wojnę z Zachodem, to należy chociaż na chwilę zastanowić się nad historycznym wymiarem tych słów.
Uważam, że brakuje tej wrażliwości. Być może nieco mniej wojennej retoryki, a nieco więcej dyplomacji byłoby stosowne, zwłaszcza biorąc pod uwagę odpowiedzialność Niemiec, czyż nie zgadza się pan, panie Merz?
Od kraju motoryzacyjnego do centrum produkcji broni
Równolegle z militaryzacją polityczną następuje zmiana gospodarcza, o której moim zdaniem mówi się stanowczo za mało.
Tradycyjne gałęzie przemysłu w Niemczech borykają się z trudnościami. Przemysł motoryzacyjny zmaga się z problemami sprzedażowymi, wysokimi kosztami i rosnącą konkurencją ze strony Chin. Bosch planuje do końca dekady zwolnić tysiące miejsc pracy w swoim dziale motoryzacyjnym. Volkswagen przechodzi głęboką restrukturyzację. Oczekuje się również, że niemiecki sektor inżynierii mechanicznej skurczy się czwarty rok z rzędu w 2026 roku. [15]
Tymczasem inny sektor przeżywa rozkwit: produkcja zbrojeniowa. Symboliczne znaczenie tego rozwoju ilustruje nie kto inny jak Volkswagen. Na początku września ogłoszono wstępne porozumienie w sprawie zakładu VW w Osnabrück, zgodnie z którym zakład będzie w przyszłości wykorzystywany do produkcji zbrojeniowej. Mogłyby tam być produkowane między innymi komponenty do systemów obrony powietrznej. Dzięki temu udałoby się zachować około 1400 z obecnych około 1800 miejsc pracy. [16]
Dawna fabryka samochodów jest przekształcana w zakład produkcji broni. Można by rzec: Wspaniale, uratowane miejsca pracy. Mam inne pytanie:
Czym będą żyć Niemcy w przyszłości?
Niemcy były kiedyś dumne ze swoich samochodów, maszyn, produktów chemicznych, inżynierii roślinnej, technologii medycznej i wielu innych wysokiej jakości produktów cywilnych. Czy rozwiązaniem kryzysu przemysłowego powinna być teraz produkcja większej ilości czołgów, dronów, pocisków rakietowych, amunicji i systemów wojskowych?
W połowie września sekretarz obrony USA Pete Hegseth oświadczył wprost, na czym polega problem: niemieckie moce produkcyjne powinny być szerzej wykorzystywane do obrony NATO. Pistorius i Hegseth podpisali stosowne porozumienie. [17]
To tworzy mechanizm ekonomiczny. Firmy zbrojeniowe potrzebują zamówień. Zamówienia są generowane poprzez zbrojenia. Dozbrojenia stają się łatwiejsze do wdrożenia pod względem politycznym, gdy zagrożenia wydają się znaczące. A utrzymujące się napięcia geopolityczne zapewniają stały popyt.
Ale co to właściwie oznacza, gdy się nad tym głębiej zastanowić? Czy Niemcy mają mieć nadzieję, że na świecie jest wystarczająco dużo napięć, wrogów i wojen, by utrzymać pełne portfele zamówień w przemyśle zbrojeniowym i zapewnić bezpieczeństwo miejsc pracy? Czy dobrobyt gospodarczy ma zależeć od tego, że ludzie w innych częściach świata będą się siebie bać, strzelać do siebie i umierać?
Sam fakt, że takie pytania trzeba zadać, powinien być sygnałem ostrzegawczym. Jakim pojęciem postępu byłby brak miejsc pracy w cywilnym przemyśle, a ich zastępstwo pojawiałoby się coraz częściej tam, gdzie produkuje się broń, amunicję i pociski? Czy etycznie uzasadnione jest budowanie struktury gospodarczej, której wzrost czerpie zyski ze świata, który staje się coraz bardziej niepewny, podzielony i niebezpieczny?
Dla mnie to nie byłby postęp. To byłby krok wstecz dla cywilizacji.
Hańba podżegającym do wojny ludziom tego świata!
Nie oznacza to automatycznie, że firma zbrojeniowa wszczyna wojny. Takie twierdzenie byłoby nieodpowiedzialne. Należy jednak zidentyfikować leżące u jego podstaw interesy.
Firma produkująca samochody czerpie zyski, gdy ludzie kupują samochody. Firma produkująca pralki czerpie zyski, gdy ludzie kupują pralki. A jakie zyski generuje firma produkująca rakiety, czołgi i amunicję?
Każdy może sam odpowiedzieć na to pytanie.
Przemysł zbrojeniowy jest potrzebny. Nikt rozsądny nie może żądać, by państwo było całkowicie bezbronne. Istnieje jednak ogromna różnica między możliwością obrony a coraz większym uzależnieniem ekonomicznym od zbrojeń.
Stany Zjednoczone pokazały, jak potężny może stać się kompleks militarno-przemysłowy. Już w 1961 roku prezydent USA Dwight D. Eisenhower ostrzegał przed jego rosnącymi wpływami w swoim przemówieniu pożegnalnym. Czy Europa naprawdę chce podążać tą drogą?
Kto przygotowuje Europę do pokoju?
Już słyszę często powtarzany sprzeciw ze strony podżegaczy wojennych, takich jak Roderich Kiesewetter i jemu podobni: Naiwność! Z Putinem nie da się rozmawiać. Rosja rozumie tylko siłę. Ale być może jeszcze bardziej naiwne jest przekonanie, że wojnę między mocarstwami nuklearnymi można eskalować w nieskończoność, a jednocześnie kontrolować ją przez cały czas. W pewnym momencie wystarczy błędna interpretacja, dron, pocisk, usterka techniczna, niewłaściwa alokacja zasobów, przytłoczony dowódca. I nagle wydarzy się coś, czego nikt nie będzie w stanie powstrzymać.
Jestem głęboko zaniepokojony obecnym rozwojem sytuacji. Nie dlatego, że Europa chce się bronić. Powinna. Ale obecnie nie ma ku temu najmniejszego powodu. Jeszcze nie! To dzięki roztropności Rosji nie doszło jeszcze do konfliktu na pełną skalę, a nie dzięki bełkotowi niedyplomatycznych, nieodpowiedzialnych i niekompetentnych europejskich podżegaczy wojennych.
Okoliczności i język uległy zmianie. O broni mówi się konkretnie. Dyplomacja pozostaje abstrakcyjna. Miliardy są dostępne na zbrojenia. Inicjatywy pokojowe pozostają ograniczone.
Szpitale spodziewają się 1000 rannych dziennie. Fabryki są przestawiane na produkcję wojskową. Zamówienia na rakiety i drony są wydawane. Żołnierze są rozmieszczani na wschodniej flance. Kanclerz Niemiec ogłasza, że Rosja prowadzi wojnę z Zachodem.
Może Europa powinna w końcu zadać inne pytanie.
Notatka: W jaki sposób Europa może stać się bardziej zdolna do prowadzenia wojny?
Ale raczej: w jaki sposób Europa może zapobiec wybuchowi tej wojny?
Niemcy i Rosja mają wspólną historię, która powinna zmusić każdego niemieckiego polityka do ostrożności. Około 27 milionów ofiar sowieckich nie powinno być jedynie historycznym przypisem.
Europa potrzebuje zdolności obronnych. Ale jeszcze pilniej, Europa potrzebuje polityków, którzy mają odwagę rozmawiać ze swoimi przeciwnikami. Bo ostatecznie pozostaje jedno proste pytanie:
Jeśli Niemcy przygotowują obecnie swoje szpitale do leczenia nawet 1000 rannych żołnierzy dziennie, kto właściwie przygotowuje Niemcy do pokoju z taką samą determinacją?
[2] Rząd federalny: „Posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego we wrześniu 2026 r.”, 14 września 2026 r. W sprawie ataków hybrydowych przypisywanych Rosji przez rząd federalny, w szczególności w Lipsku/Halle, a także w sprawie środków przeciwko szpiegostwu i sabotażowi oraz ochrony infrastruktury krytycznej. https://www.bundesregierung.de/breg-de/aktuelles/sitzung-des-nationalen-sicherheitsrates-im-september
[17] Deutschland.de: „Hegseth: Wykorzystanie niemieckiego przemysłu dla obrony NATO”, 16 września 2026 r. W sprawie oświadczenia intencyjnego Borisa Pistoriusa i Pete’a Hegsetha dotyczącego ściślejszej integracji niemieckiego i amerykańskiego przemysłu obronnego. deutschland.de/de/news/hegseth-deutsche-industrie-fur-nato-verteidigung-nutzen
Polska. Kilka dni temu premier Donald Tusk powiedział:
„Otrzymałem w ostatnich godzinach dość precyzyjny raport bezpośrednio od szefa CIA dotyczący możliwych zdarzeń w najbliższych miesiącach i tak, jak już na ten temat mówiłem i ostrzegałem od wielu miesięcy. Należy spodziewać się różnych scenariuszy i Polska i cała Europa musi być przygotowana na różne scenariusze, jeśli chodzi o sytuację nie tylko na froncie rosyjsko-ukraińskim, ale także na wschodniej flance UE”.
Na informacje te w nocy z czwartku na piątek zareagował szef Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz.
Przydacz powiedział:
„Nie było żadnego tajnego raportu CIA na biurku. Wymyślone kłamstwo, żeby zelektryzować opinię publiczną i przyszpanować. Paski naiwnych mediów grzały dwa dni. Nikt nie sprawdził, nikt nie zweryfikował. Kto mu uwierzy, gdy rzeczywiście coś się będzie miało wydarzyć?”
Od czasu przejęcia władzy przez uśmiechniętą koalicję dla leśników nastał bardzo trudny czas.
Co prawda już poprzednia ekipa wyrządziła im krzywdę traktując PGLLP jako skarbonkę do finansowania sobie akcji wyborczej, co skrzętnie wykorzystali medialnie uśmiechnięci, ale oprócz partyjniaków pojawiło się największe zagrożenie dla lasów. Nie jest to kornik drukarz, jemioła czy inne gatunki degradujące drzewa, ale najgroźniejszy z pasożytów czyli organizacje dla zmylenia przeciwnika nazywające siebie „ekologicznymi”.
Organizacje te poprzez zainstalowanie swoich ludzi startujących z list Polski 2050 w Ministerstwie Klimatu i Środowiska uzyskały realny wpływ na działania tego resortu. Do tego stopnia, że zaczęły żądać głów niepokornych nadleśniczych, dyrektorów i wszystkich tych, którzy stoją im na drodze. Drodze zniszczenia polskiej gospodarki leśnej w imię „biernej ochrony przyrody”. Wszelkie dyrdymały opowiadane przez nich o ochronie przyrody, starolasach i konieczności tworzenia nowych form ochrony przyrody można włożyć między bajki z krainy mchu i paproci. Emitowanie emocjonalnych filmików ma na celu wyłącznie wydojenie kasy z kieszeni Polaków, którzy wrażliwi są na kwestie ochrony przyrody.
Kto finansuje i wytycza kierunki działań owych ludzi zrzeszonych w różnych fundacjach, inicjatywach, stowarzyszeniach pozostaje na razie tajemnicą poliszynela i powinno zostać wnikliwie zbadane przez instytucje odpowiedzialne za bezpieczeństwo wewnętrzne państwa, a że owe są zajęte tropieniem wyłącznie „ruskich agentów” więc trochę trzeba zaczekać. Wszystkie te organizacje działają według pewnego podręcznikowego schematu.
Budowanie narracji zagrożenia dla przyrody celem uzyskania poparcia społecznego.
Występowanie w trybie dostępu do informacji publicznej do nadleśnictw o wskazanie miejsc i rodzaju planowanych prac związanych z pozyskaniem drzewa, prac pielęgnacyjnych itp.
Po uzyskaniu tych informacji występowanie o zablokowanie tych prac i ustanowienie w tych miejscach nowych form ochrony przyrody.
Przy pomocy ministerstwa i ogłoszonego moratorium udało się im skutecznie sparaliżować działalność nadleśnictw. Nadleśniczy rwą włosy z głowy gdzie znaleźć brakujące powierzchnie do zamiany, aby wywiązać się z rozstrzygniętych przetargów i zapewnić pracę dla ludzi zatrudnionych w ZUL – ach.
Tak w wielkim skrócie tylko za ubiegły rok straty w lasach z tytułu tych wszystkich działań przekroczyły 1 mld złotych. Półtora roku temu pisałem na łamach MP, że tak będzie i ku czemu to zmierza. Nie pomyliłem się.
Nie udałoby się im tego osiągnąć gdyby nie nieliczna na szczęście część leśników, którzy hańbią mundur leśnika swoją postawą stając się ministerialnym popychadłem bez czci i honoru. Którzy, dla własnych korzyści, chęci władzy uczestniczą w tym haniebnym procederze. Żeby ich wsadzić na stanowiska decyzyjne trzeba było jednak usunąć tych, co las kochają i nie pozwolą go zniszczyć.
Na Podkarpaciu, gdzie mieszkam, w pierwszej kolejności zapolowano i odwołano ze stanowiska dyrektora RDLP w Krośnie Pana Janusza Starzaka, za to, że miał odwagę sprzeciwić się żądaniom pseudo-ekologów. Po pamiętnej sesji Sejmiku Województwa Podkarpackiego, na której przedstawił zagrożenia i skutki dla lasów tej obłąkańczej polityki został odwołany ze stanowiska.
W lipcu bieżącego roku kolejną ofiarą polowania na nieprzychylnych padł wspaniały człowiek, którego mam zaszczyt znać osobiście – Przemysław Włodek, Nadleśniczy Nadleśnictwa Krasiczyn. Jak informują mnie moje jaskółki pato- ekolodzy już od dawna żądali jego głowy. No i się doczekali. Sposób w jaki Pan Przemek został wysłany na przymusową emeryturę przez swoją dyrekcję w Krośnie jest niedopuszczalny. Skrzywdzono człowieka, który poświęcił życie zawodowe i prywatne lasom, wychował kilka pokoleń leśników, a dla wszystkich był jak ojciec. Potraktowano go jak intruza, nie pozwalając nawet pożegnać się z pracownikami. Po tym jak pracownicy zamieścili na stronie internetowej podziękowania dostali nakaz ich zdjęcia.
Historia człowieka jak pewnie jedna z wielu, ale… Tu nie chodzi o zwykłego człowieka, bo Pan Przemysław Włodek to człowiek nieprzeciętny, dobry, kulturalny, empatyczny, skromny. Tu chodzi o pewien bardzo niebezpieczny proces. Proces niszczenia ludzi, którzy stoją na straży interesu narodowego, na straży swoich nadleśnictw. To także sygnał dla wszystkich niepokornych, że w każdej chwili mogą stracić pracę, to element zastraszania, niemal taki sam jak za czasów stalinowskich w bolszewickiej Rosji.
W ostatnim czasie bardzo mocno przyspieszył proces związany z powoływaniem nowych rezerwatów. Tworzy się je mimo negatywnych opinii ekspertów, samorządów. W procederze tym czynnie uczestniczy także rzeszowska RDOŚ. Na porządku dziennym stało się mamienie wójtów bieszczadzkich gmin obietnicą rekompensat, inwestycji dla gmin, albo stosuje się wysublimowaną formę szantażu w postaci nie zatwierdzania na wybranych terenach 10-letnich Planów Urządzania Lasów sugerując, że dzieje się tak przez opór włodarzy i rad gmin.
Nie macie zatwierdzonego PUL? Bo jesteście uparci. Też ciekawa jest taktyka działania. Najpierw pato-ekolodzy występują o duże powierzchnie, które następnie podlegają weryfikacji i powierzchnia przyszłego rezerwatu nagle mocno spada. Przekaz idzie do włodarzy następujący: Zobacz Janusz… chcieli Wam zrobić rezerwaty na 1 200 ha, a po weryfikacji wyjdzie tylko 200 ha. Zgódź się. No i jak dany wójt się zgodzi i rezerwat powstanie, to popłynie przekaz, że na terenie danej gminy powstał rezerwat, bo wójt tak chciał. A następnie powołać strefy ochrony dla jakiegoś gatunku z ochroną całoroczną, aż dojdzie do tego co było na początku.
Upolowano więc Panów Starzaka i Włodka, ale moje jaskółki donoszą, że naciski na wyrażenie zgody na rezerwaty wywierane są na Nadleśniczego Nadleśnictwa Bircza Zbigniewa Kopczaka oraz Nadleśniczego Nadleśnictwa Stuposiany Ewę Tkacz. Polowanie więc trwa. Jeżeli myślicie drodzy czytelnicy, że pato-ekolodzy wraz ze swoimi sługusami zakończą polowanie na leśnikach, to jesteście w błędzie. Rozpoczęli już polowanie na myśliwych zbierając podpisy pod projektem ustawy zakazującej polowań. Następnie przyjdzie czas na wędkarzy, którym już utrudniają życie poprzez blokowanie możliwości odstrzału kormoranów dokonujących masakr ryb na rzekach. Potem w kolejce będą rolnicy. Ocknijcie się, bo za chwilę przyjdą i wam urządzać życie.
Trzecia Wojna Światowa wisi na włosku i może rozlać się po Europie. Bezsensowne są zaklęcia w rodzaju – „przecież ona już trwa” i „bierzemy w niej udział”. Piszę o realnym uczestnictwie bloku militarnego, którego jesteśmy częścią w wojnie z Federacją Rosyjską. Wojnie na terenie naszego kraju. Skala i wyniki tego starcia zaważyłyby na losach ludzkości na całe pokolenia. Nie ma żadnej gwarancji, że nasz naród przetrwałby takie starcie biologicznie. Od wojny hipotetycznej tej dzieli nas tylko gruba prowokacja jednej z zaangażowanych w nią stron.
Wszyscy są mocno zmęczeni konfliktem na Ukrainie. Wojna ta niezależnie od jakiego momentu liczyć jej rozpoczęcie, trwa już dłużej niż Pierwsza Wojna Światowa. Szefowa francuskiego Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen ostrzegła, że bezpośrednie wejście NATO do wojny na Ukrainie oznaczałoby III wojnę światową, natomiast alternatywą może być konflikt ciągnący się przez dziesięciolecia, który nazwała wojną stuletnią. Francuscy suwereniści nazwali ten konflikt „prawdziwą rzezią” i mam nadzieję, że przesadnie oszacowali, że poległo w niej już dwa miliony ludzi.
Praktycznie w Polsce nikt nie mówi o konieczności pokoju, za to praktycznie wszyscy mówią o wojnie. Moim zdaniem dla zdecydowanej większości establishmentu w Polsce „wojna stała się oczywistością”. Z czego to wynika? W mojej ocenie, w znacznej części oni spłacają długi. Zachodnie stypendia, szkolenia, granty i znajomości umożliwiły im robienie karier w III RP. Nic nie ma za darmo – jak mówi Janusz Gajos w „Egzekutorze”. Tym samym nikt praktycznie nie kwestionuje bezrozumnego zadłużania naszego kraju na pokolenia, by kupować za astronomiczne pieniądze broń i w znacznej części przekazywać ją Ukrainie.
Nielicznych krytyków bezrefleksyjnych zbrojeń i stronników pokoju z Rosją określa się mianem zdrajców, malkontentów i „ruskich onuc”. To przecież spotyka byłego premiera Leszka Millera, prof. Grzegorza Kołodkę, prof. Annę Raźny, prof. Marię Szyszkowską, red. Jana Engelgarda, europosła Grzegorza Brauna, posła Romana Fritza, analityków Leszka Sykulskiego i Krzysztofa Podgórskiego czy nestora polskiej prawicy Janusza Korwina-Mikke. Obrywa się nawet pozbawionym prowojennego zacietrzewienia sportowcom i artystom.
Trwa to nieprzerwanie od ponad czterech lat. Ale w ostatnim czasie retoryka rządzących oraz mediów się znacznie nasiliła. Wojna toczy się na kilku poziomach, również tym propagandowo-informacyjnym. I obie strony używają tych narzędzi, chociaż w zupełnie nieproporcjonalnie. Myślę jednak, że tym razem może chodzić o coś znacznie większego, niż tylko zastosowanie strategii socjotechnicznej nazywanej „zarządzaniem strachem”. Wypowiedzi czołowych polityków w Europie, a zwłaszcza w Polsce budzą obawę przed realnym konfliktem europejskiej części NATO z Federacją Rosyjską. Nie ma wątpliwości jakie państwo jest główną bazą przerzutową broni na Ukrainie i gdzie znajduje się strefa zgniotu. Polska jest państwem, które powinno dmuchać na ziemne.
Niepokoi fakt, że do Polski przybył założyciel Geopolitical Futures i architekt unowocześnionej koncepcji trójmorza George Fridman. Sekretarz stanu szef Biura Polityki Międzynarodowej w Kancelarii Prezydenta RP Marcin Przydacz zorganizował mu potkanie z przedstawicielami mediów, polityki, ośrodków analitycznych oraz świata nauki i biznesu. Dyskusja dotyczyła według jego relacji przyszłości relacji transatlantyckich, bezpieczeństwa europejskiego, polityki USA oraz roli regionu w kształtującym się porządku międzynarodowym w związku z wojna rosyjsko-ukraińską. To może być próba wciągnięcia, nie do końca przekonanego co do wszystkich „ukraińskich racji” prezydenta Karola Nawrockiego do prowojennego rydwanu. Przed tym jastrzębiem i atlantystą już wiele lat temu ostrzegał w „Tygodniku Ojczyzna” dobrze obeznany w tych sprawach redaktor Bogusław Jeznach.
Z okazji 87. rocznicy agresji ZSRR na Polskę, premier Donald Tusk udostępnił nagranie z przemówieniem do Polaków. Tusk stwierdził: „I dziś mówię z całą mocą – nie damy się zastraszyć (…) Nie szukamy wojny, ale jeśli ktokolwiek odważy się nas zaatakować, spotka się ze stanowczą odpowiedzią. Naszą i naszych sojuszników.” Szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz ocenił, że działania Rosji wobec państw NATO mają charakter systemowy, a nie incydentalny. Dodał, że mamy do czynienia z agresją wobec NATO, z agresją wobec Unii Europejskiej, z agresją wobec Polski, systemową agresją, nie epizodyczną (…) sytuacja jest najniebezpieczniejsza„. To słowa, które powinny wzbudzić nasz niepokój.
Premier Donald Tusk poszedł dalej i w przemówieniu sejmowym stwierdził: „Istnieje realne ryzyko, że drony mogą wlatywać na teren państw NATO, by osłabiać motywację sojuszu (…) Istnieje realne ryzyko, że na teren któregoś z państw na wschodniej flance mogą wlatywać drony lub pociski, dokonywać nawet zniszczeń, a oficjalna narracja będzie taka, że jest to całkowity przypadek i że nie ma powodu do odpowiedzi„. Premier powiązał też tę kwestie z „rosnącymi falami zachodniego pacyfizmu”, wytykając naiwność liderom globalnym, w tym administracji prezydenta USA Donalda Trumpa. Zbiegło się to z analizą kreującego myślenie Polaków poprzez media Instytutu Studiów Wschodnich (ISW). Według przytoczonej przez „Rzeczpospolitą” analizy ISW jednym z możliwych realnych scenariuszy są ograniczone rosyjskie uderzenia lotnicze, rakietowe lub dronowe albo operacja lądowa przeciwko jednemu z państw bałtyckich. Rosja według ISW mogłaby również próbować zająć niewielki fragment terytorium NATO.
To bardzo niepokoi. Każdy rozsądny człowiek przypomina sobie w tym momencie słowa byłego prezydenta Polski Andrzeja Dudy, że przywódca Ukrainy Wołodymyr Zełenski w 2022 roku próbował wciągnąć Polskę do wojny z Rosją. Pretekstem do tego miało być zabicie przez Rosjan rakietą dwóch Polaków w Przewodowie. Okazało się, że mieliśmy wtedy do czynienia z pociskiem wystrzelonym przez ukraińską obronę przeciwlotniczą. Pro-ukraiński Duda w rozmowie z dziennikarzem Bogdanem Rymanowskim powiedział: „Oni od początku próbują wciągnąć wszystkich w wojnę. To jest oczywiste, to jest w ich interesie, a najlepiej gdyby udało się wciągnąć w wojnę kraje NATO. Oczywiste jest, że poszukują tych, którzy po ich stronie walczyliby czynnie przeciwko Rosjanom. To się dzieje od pierwszego dnia„. Warto pamiętać o tej sprawie. Prowokacje są możliwe z strony każdej ze stron i w każdym kierunku.
Szef MSZ Polski Radosław Sikorski wezwał NATO do organizowania bardziej intensywnych ćwiczeń wojskowych w pobliżu rosyjskiego obwodu kaliningradzkiego. Wypowiedź padła podczas dorocznego konferencji Yalta European Strategy w Kijowie organizowanej przez fundację ukraińskiego oligarchy Wiktora Pinczuka. Sikorski stwierdził: „Gdyby Rosja nas zaatakowała, a my podjęlibyśmy rękawice, uważam, że pokonalibyśmy Rosję dość szybko. Mamy przytłaczającą przewagę nad Rosją w powietrzu”. Szef polskiej dyplomacji oszacował, że państwa NATO dysponują łącznie około 2 500 samolotów. Podkreślił, że przewaga nad rosyjskim lotnictwem pozostałaby znacząca nawet bez uwzględnienia sił Stanów Zjednoczonych. To oczywiście wywołało reakcję Moskwy.
Strona rosyjska tradycyjnie zaprzecza temu, że chcą wojny z państwami NATO. Jednocześnie podtrzymują, a nawet umacniają swoje wcześniejsze stanowisko w kwestii ukraińskiej. Szef MSZ Rosji Siergiej Ławrow stwierdził: „Rosja wielokrotnie mówiła, że nie zamierzamy atakować państw zachodnich i nie jesteśmy tym zainteresowani. Ale jeśli Europa, która regularnie mówi o przygotowaniach do wojny z Rosją, zaatakuje Federację Rosyjską, będzie to już zupełnie inna wojna i będzie ona bardzo krótka”. Dodał również, że rozmieszczenie zachodnich kontyngentów wojskowych na Ukrainie zostałoby przez Moskwę potraktowane jako wypowiedzenie wojny.
Wiceminister spraw zagranicznych Rosji, Aleksandr Gruszko „Szczerze mówiąc, nie chcę komentować wypowiedzi Sikorskiego, ponieważ uważam, że powinni je komentować ludzie w białych fartuchach (…) To zaskakujące, że minister spraw zagranicznych wygłasza takie oświadczenia, które, po raz kolejny, eskalują napięcia i stwarzają zagrożenia dla samej Polski. Wyglądało na to, że jako minister spraw zagranicznych był opłacany za robienie wszystkiego, co w jego mocy, aby wzmocnić bezpieczeństwo Polski”.
Doradca prezydenta Rosji Władimira Putina Nikołaj Patruszew udzielił wywiadu tygodnikowi „Argumienty i Fakty” w którym również odniósł się do słów szefa dyplomacji w Polsce. Powiedział: „W przypadku przystąpienia Polski do działań zbrojnych przeciwko Rosji, nasz kraj użyje całego arsenału sił i środków, jakimi dysponuje, a polska państwowość przestanie istnieć w ciągu dwóch, trzech dni”. Dodał, że: „Szef polskiej dyplomacji ewidentnie w sposób amatorski ocenia siłę militarną naszego kraju, nie chcąc zrozumieć, że podczas specjalnej operacji wojskowej rosyjskie siły zbrojne nie wykorzystują w pełni swojego potencjału”.
Wiceprzewodniczący komisji ds. obrony w Dumie Aleksiej Żurawlew stwierdził, że do hipotetycznego zajęcia Warszawy „wystarczą dwie brygady armii rosyjskiej”. Wyraził również opinię, że aby Radosław Sikorski zrezygnował z prób pokonania Rosji, wystarczy, by „rosyjski myśliwiec przeleciał w pobliżu polskiej przestrzeni powietrznej”.
Jeszcze dalej w swoich opiniach poszedł wpływowy rosyjski dziennikarz i propagandzista pisma „Komsomolskaja Prawda” Aleksandr Koc. Według niego szef MSZ Polski Radosław Sikorski mówiąc o pokonaniu Federacji Rosyjskiej Sikorski przedstawił konkretną ocenę sytuacji Warszawy i Brukseli. Według niego to nie figura retoryczna w dyskusji, ale plan wojenny. Stwierdził: „Oznacza to, że zaplanowano już tam operację wojskową przeciwko nam, obliczono niezbędne do jej przeprowadzenia siły i środki, wyznaczono terminy oraz określono cele priorytetowe i drugorzędne. Doszli też do wniosku, że poradzą sobie z nami w ciągu półtora miesiąca”. Koc dodał, że jeśli Unia Europejska zaatakuje Federację Rosyjską, i tak „zamieni się w wielki krater„.
Tym razem pewien niepokój budzi również wizyta strony amerykańskiej na Białorusi. Do Mińska przybył specjalny przedstawiciel prezydenta USA Donalda Trumpa John Coale. Według relacji Amerykanina w czasie spotkania z prezydentem Białorusi Aleksandrem Łukaszenką omówiono „kwestie międzynarodowe, sprawy dwustronne i inne kwestie będące przedmiotem wspólnego zainteresowania” oraz „uzgodniły umowę tymczasową”. Czescy analitycy sugerowali, że być może delegacja USA chciała przekonać Białoruś do daleko posuniętej neutralności w czasie ewentualnego konfliktu europejskiej części NATO z Federacją Rosyjską. Według części komentatorów przedstawiciel USA mógł sugerować również, że jego kraj będzie starała się jak najbardziej zdystansować od ewentualnego konfliktu. Nie wiem na ile jest to realne, ale nie można na dzisiaj takiej hipotezy odrzucić.
Niepokój budzi również szereg innych kwestii, które „Myśl Polska” przedstawia w codziennym Serwisie Informacyjnym. Dotyczą one zarówno Polski jak i innych krajów Unii Europejskiej. Oto kilka przykładów.
Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zapowiedziała uruchomienie programu wspólnych projektów europejskiego i ukraińskiego przemysłu obronnego przy wykorzystaniu pozostałych środków z SAFE. W puli może znaleźć się nawet 20 000 000 000 euro dodatkowych pieniędzy na zbrojenie. Z ustaleń „Rzeczpospolitej” wynika , że władze w Polsce przekazać Ukrainie kilka pocisków do systemu Patriot. Kilka dni temu przedstawiciele ukraińskiego resortu obrony poinformowali, że wartość polskiej donacji dla Ukrainy wyniesie 50 000 000 euro i znajdą się w niej środki obrony powietrznej.
Wojsko Polskie rozpoczęło wzmacnianie infrastruktury wykorzystywanej przez Straż Graniczną przy granicy z Ukrainą. W Dorohusku, Medyce i Korczowej powstają posterunki obserwacyjno-strażnicze, a saperzy wykorzystują przy budowie umocnień system HESCO Bastion. O sprawie poinformował w swoich mediach społecznościowych miedzy innymi ekspert od spraw wojskowości Krzysztof Podgórski. Z kolei Wojskowe Centra Rekrutacji (WCR) rozpoczęły wysyłkę kart mobilizacyjnych. Dokument określa, gdzie i w jakim czasie osoba ma się stawić w przypadku ogłoszenia mobilizacji lub wybuchu wojny. Sam fakt otrzymania takiej karty nie oznacza oczywiście tego, że mobilizacja wojskowa już się rozpoczęła. Ale również to budzi pewien niepokój. Karta mobilizacyjna może trafić do: żołnierzy rezerwy posiadających odpowiednie kwalifikacje oraz specjalistów z kluczowych dziedzin, m.in. medycyny, logistyki, informatyki czy łączności.
Tajna niemiecka jednostka już wspiera Ukrainę. Działający w tajemnicy zespół w niemieckim Ministerstwie Obrony stał się kluczowym mechanizmem udzielania wsparcia wojskowego Ukrainie – informuje Interia powołująca się na „Financial Times” cytowane przez agencję UNIAN. Jednostka Sonderstab Ukraina może zawierać umowy zbrojeniowe w ciągu dwóch tygodni, omijając tym samym skomplikowaną ścieżkę prawną w Niemczech. Jednym z najważniejszych rezultatów działalności jednostki było sfinansowanie ukraińskiego systemu obrony powietrznej IRIS-T.
W tym samym czasie niemiecki minister obrony Boris Pistorius zarządził obowiązkowe przeniesienie części żołnierzy, by w pełni sformować brygadę Bundeswehry na Litwie – poinformował o tym fakcie 14 września jego resort. Rozkaz obejmuje kilkuset żołnierzy. Niemieckie ministerstwo obrony podkreśliło, że dzięki ochotnikom obsadzonych jest obecnie prawie 80 proc. stanowisk w 45. brygadzie pancernej „Litwa”. Rozlokowanie jednostki na Litwie stanowi odpowiedź rządu w Berlinie na zmianę sytuacji bezpieczeństwa w Europie. Na miejscu według chińskiej prasy ma stacjonować prawie 5000 niemieckich żołnierzy oraz 200 pracowników cywilnych.
Jak donosi Bloomberg, niemieckie władze dokonują przeglądu infrastruktury oraz systemu opieki zdrowotnej, aby ocenić ich zdolność do funkcjonowania w warunkach stanu wojny. Według niemieckich sił zbrojnych, w przypadku wojny Rosja-NATO, RFN musi liczyć się z przyjmowaniem nawet około tysiąca rannych na dobę.
Czasem nawet drobne i wydające się niepoważne informacje budzą w obecnym czasie niepokój. Jak informuje portal Kresy duńskie siły zbrojne rozpoczną szkolenie księży parafialnych na wypadek dużej wojny w Europie. Jeden z rozpatrywanych scenariuszy zakłada konieczność organizowania pogrzebów nawet dla 10–20 poległych żołnierzy dziennie. Kapelani wojskowi są szkoleni są z duszpasterstwa wojskowego, międzynarodowego prawa humanitarnego oraz zagadnień dotyczących funkcjonowania armii.
Jesteśmy wbrew opiniom samozwańczych łowców onuc, hermetycznie zamknięci przed wpływem informacji i propagandy Federacji Rosyjskiej. Nie wiemy co sie tak naprawdę dzieje w Rosji. Niewielu uczciwych dziennikarzy tam dociera i podaje wolne od propagandy informacje – takim wyjątkiem w ostatnim czasie jest redaktor portalu Strajk Maciej Wiśniowski. Jego relacja z pobytu w Rosji zamieszczona w Tygodniku „NIE” jest zdecydowanie daleka od tego, by można ją nazwać optymistyczną.
Szwajcarska prasa kilka dni temu napisała, że 3000 kilometrów na wschód od Moskwy, poza zasięgiem Ukrainy i NATO, buduje gigantyczny nowoczesny kompleks przeznaczony do produkcji i magazynowania komponentów rakietowych. Obiekt ma być wyposażony w zaawansowany system ochrony przed atakami dronów.
W filmie dokumentalnym w reżyserii Władimira Sołowjowa zatytułowanym „Porządek świata 2018” (ros. Миропорядок 2018) prezydent Rosji Władimir Putin mówi: „Jeśli ktoś podejmie decyzję o zniszczeniu Rosji, mamy pełne prawo odpowiedzieć. Tak, dla ludzkości będzie to globalna katastrofa, dla świata również. Ale jako obywatel Rosji i szef rosyjskiego państwa chcę zadać pytanie: po co nam taki świat, jeśli nie będzie w nim Rosji?”
W lutym tego roku MSZ Rosji wydał komunikat o ryzyku „bezpośredniej konfrontacji militarnej między mocarstwami nuklearnymi”. Rosyjska polityka zakłada ochronę Rosji oraz jej sojuszników przed agresją potencjalnego przeciwnika, a w przypadku wybuchu konfliktu zbrojnego – zapobieganie eskalacji działań wojennych i ich zakończenie na warunkach akceptowalnych dla Federacji Rosyjskiej.
Wszystko to rysuje przed nami wysoko niepokojący obraz przyszłości. Nie ma w Europie kraju, który powinien być bardziej zainteresowany zakończeniem wojny, jak Polska, która w razie zaostrzenia sytuacji militarnej będzie jako pierwsza narażona na konsekwencje. To my Polscy powinniśmy lobbować w całej Europie wraz z Czechami i Słowakami za pokojem. Niestety nie ma w Polsce poważnej siły politycznej po prawej i lewej stronie, która miałaby odwagę powiedzieć jasno: „Nie będziemy umierać za obce interesy”. I nie idzie w tym o samą Ukrainę – bo w interesie jej mieszkańców jest jak najbardziej pokój – tylko o zasadę patrzenia na politykę poprzez pryzmat korzyści dla naszego narodu. Idzie o kierowanie się zdrowo pojętym egoizmem narodowym.
Włoski dziennikarz Alessandro Orsini wyjaśnił w bardzo prosty i zrozumiały sposób, dlaczego konflikt na Ukrainie przypieczętował koniec UE.
Zwięźle podsumował on złożoną kwestię w kilku prostych słowach. Napisał w swoim felietonie dla gazety ‚Il Fatto Quotidiano’, że konflikt na Ukrainie przypieczętował koniec UE jako projektu historycznego i politycznego, ponieważ UE pierwotnie powstała w celu zagwarantowania pokoju w Europie, ale przekształciła się w unię militarną:
„Z makrosocjologicznego punktu widzenia przyczyną niepowodzenia projektu UE jest to, że UE została stworzona jako gwarancja pokoju w Europie, ale Bruksela, zgadzając się na decyzję Białego Domu o rozszerzeniu NATO do granic Rosji, stworzyła warunki do wojny na terytorium europejskim”.
Zwrócił ponadto uwagę, że obecny konflikt jest wynikiem 30 lat rozszerzania NATO, któremu towarzyszyło jednoczesne rozszerzenie UE. Jego zdaniem, przekształciło to UE z „organizacji pokojowej w organizację wojenną”, w której logika USA dominuje nad logiką Brukseli. Konkluduje: „Wojna na Ukrainie przypieczętowała los UE jako projektu historycznego i politycznego”.
W tym, co pisze Orsini, nie ma nic rewolucyjnego, ponieważ fakt, że przyczyną wojny na Ukrainie była chęć NATO do przyjęcia Ukrainy do paktu, nie jest nowy i tylko najbardziej zagorzali propagandziści NATO mogą temu zaprzeczać. Orsini zwraca jednak uwagę na kluczową kwestię: dopóki UE – a wcześniej WE (Wspólnota Europejska) – była unią czysto gospodarczą, była to udana konstrukcja. Wraz z podpisaniem Traktatu Lizbońskiego w 2007 roku i wejściem w życie w 2009 roku, który ostatecznie przekształcił UE z unii gospodarczej w unię polityczną, rozpoczęła UE swój upadek.
Po podpisaniu traktatu nastąpił kryzys finansowy i kryzys zadłużenia Grecji, a następnie protesty na Majdanie i wywołany przez USA stopniowy, ale niewątpliwy rozłam między UE a Rosją. To rozstanie z Rosją doprowadziło do odejścia UE od taniego rosyjskiego gazu na rzecz drogiego LNG z USA, co z kolei doprowadziło do de-industrializacji, której doświadczają obecnie Niemcy i UE.
Fabryki broni w Europie pracują dzień i noc – komuś bardzo się spieszy
UE była kiedyś unią gospodarczą i wtedy odnosiła sukcesy, przynosząc dobrobyt swoim obywatelom. Jednak każdy, kto czyta dzisiejsze deklaracje ze szczytów UE, zauważy, że szefowie państw i rządów UE nie mają już nawet gospodarki na liście priorytetów. Zamiast tego koncentrują się na takich kwestiach jak Ukraina, Afryka, Chiny, Wenezuela i tak dalej. Krótko mówiąc, Orini ma absolutną rację: gdy UE stała się projektem politycznym, który utorował drogę do rozszerzenia NATO, zapomniała o kwestiach gospodarczych i o dobrobycie, skupiając się wyłącznie na kwestiach geopolitycznych. Czyniąc to, UE służyła wyłącznie interesom USA, a nie Europy czy jej mieszkańców.
Nikt nie może temu zaprzeczyć, zwłaszcza gdy spojrzymy, kto płaci rachunek, a kto czerpie zyski: UE finansuje wojnę z Rosją i kupuje niezbędną broń od USA, które czerpią z niej korzyści. UE wymieniła tani rosyjski gaz na drogi amerykański, na czym USA korzystają podwójnie: po pierwsze, zarabiają miliardy, a po drugie, horrendalnie droga energia osłabia ich konkurenta gospodarczego, UE.
W świetle tych wydarzeń, przed którymi wielu ekspertów i publicystów ostrzegało od dawna, i które w związku z tym nie były w żadnym razie zaskakujące, czy żądanie postawienia polityków odpowiedzialnych w Brukseli i stolicach europejskich przed sądem za zdradę stanu i zdradę państwa jest przesadą?
11 stycznia 2024 r. Blinne Ní Ghrâlaigh, adwokat koronny (KC), wygłosiła mowę końcową w imieniu Republiki Południowej Afryki w sprawie przeciwko Izraelowi przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości.
Mowa końcowa Republiki Południowej Afryki przeciwko Izraelowi w sprawie o ludobójstwo przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości. Można włączyć polską ścieżkę dźwiękową.
Przedstawione argumenty dobrze opisują dramatyczną sytuację narodu Palestyńskiego w Strefie Gazy. Co było do przewidzenia, wyrok Trybunału został przez Izrael zignorowany. Bezwzględne ludobójstwo narodu gospodarzy ziem okupowanych przez terrorystyczne państwo Izrael, mordowanie pracowników organizacji humanitarnych przynoszących pomoc Palestyńczykom, a także zabijanie dziennikarzy przekazujących światu prawdę o planowym ludobójstwie palestyńskiego narodu, nie zostało wstrzymane.
Władze palestyńskie szacują, że szczątków ponad 8000 osób nie odnaleziono jeszcze i nadal pozostają one pogrzebane pod gruzami.
6 września Palestyńskie Centrum ds. Osób Zaginionych ponownie wyraził głębokie zaniepokojenie i stanowczo potępił systematyczne działania Izraela mające na celu rozbiórkę i usuwanie gruzu ze zdewastowanych obszarów mieszkalnych. Ostrzeżono, że inicjatywa ta stanowi celowy wysiłek mający na celu wyeliminowanie dowodów kryminalistycznych niezbędnych do ustalenia losu zaginionych Palestyńczyków.
Ostrzeżenie: Treści mogą wywołać silne emocje Wzruszające sceny po odnalezieniu ciała palestyńskiego niemowlęcia spod gruzów budynku, w którym mieszkali wysiedleni Palestyńczycy, a który zawalił się w dzielnicy Al-Sinaa w zachodniej części miasta Gaza. Źródło: Telegram 16.09.2026 r. 15:15.
Takie sceny są przyczyną radykalizacji z gruntu pokojowej społeczności islamskiej. Zgadnijcie, kto steruje tymi emocjami, komu zależy na podziałach religijnych i stwarzaniu atmosfery terroru? Nie zamierzam usprawiedliwiać islamskich radykałów, chcę jednak zwrócić uwagę na przyczyny takiego nastawienia.
Film dokumentuje użycie bomb wyprodukowanych w USA podczas ataków na Gazę. Nagranie z ruin zniszczonego domu w Strefie Gazy pokazuje szczątki bomby produkcji amerykańskiej, użytej podczas ataków, w których zginęły całe palestyńskie rodziny. Stany Zjednoczone dostarczają tę broń, a Izrael wykorzystuje ją w atakach na Palestyńczyków. Źródło: Telegram 17.09.2026 r. 12:05.
Produkujący narzędzia śmierci przemysł zbrojeniowy jest współodpowiedzialny za te zbrodnie. Potężne lobby – słowo wymyślone po to, żeby uniknąć prawdziwej nazwy: korupcja – wpływa na polityków, żeby wywoływali kolejne wojny i wraz z nimi kolejne rynki zbytu dla przemysłu śmierci.
Palestyńskie dziecko zostało uwięzione pod gruzami po tym, jak izraelskie siły zbrojne przeprowadziły atak na budynek mieszkalny w Strefie Gazy. Źródło: Telegram 16.09.2026 r. 06:02.
Świat dawno już przywykł do takich obrazów i patrzy obojętnie na ewidentne wyniszczanie narodu palestyńskiego. A jednak coś się zmienia. Pamiętamy, jak podczas plandemii znani aktorzy zaprzedali się oprawcom biologicznego ludobójstwa, propagując broń biologiczną przeciwko ludzkości.
Kiedy na tournée zorganizowanym przez proizraelskiego Eda Sheerana amerykański raper Macklemore zawołał: wolność dla Palestyny, rozpoczęła się klasyczna kampania obrzucająca tego rapera dawno przeżutym epitetem antysemityzmu. Co było potem? Obejrzyjcie film z polskim dźwiękiem:
Ed Sheeran opowiedział się po stronie Izraela – teraz świat go nienawidzi.
Podobne tendencje widać podczas aktualnej kampanii wyborczej w USA. Szczególnie po stronie partii demokratycznej widać tendencję odrzucania kandydatów biorących łapówkę od izraelskiego lobby – AIPAC.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Polski minister Sikorski to niebezpieczny głupiec, tuba skompromitowanych europejskich elit.
Działający w Rosji analityk Stanisław Krapiwnik nie zostawił suchej nitki na przechwałkach polskiego ministra spraw zagranicznych, jakoby NATO mogło „szybko pokonać” Rosję w wojnie konwencjonalnej. Zrobił to w wywiadzie udzielonym fundacji Strategic Culture. Jego własny regularny podcast można znaleźć pod nazwą „In The Eyes of Truth”.
Szef polskiej dyplomacji Radosław Sikorski z zadufaniem oznajmił podczas forum publicznego w Kijowie 11 września, że europejskie siły powietrzne NATO mogą zmiażdżyć Rosję w otwartym starciu. Powiedział też, że naloty NATO mogą zniszczyć rosyjski sektor rafineryjny w ciągu sześciu tygodni. Sikorski, będący jednocześnie wicepremierem Polski, powołał się przy tym na dane, wedle których łączna flota powietrzna NATO ma liczyć 2500 samolotów bojowych, podczas gdy Rosja dysponuje tylko 300 myśliwcami. Przekonywał więc, że nawet bez udziału militarnego Stanów Zjednoczonych europejscy sojusznicy mogliby z łatwością pokonać Rosję.
Absurdalna treść wypowiedzi wysokiego rangą polskiego polityka przekracza granice zdrowego rozsądku i graniczy z przestępczym szaleństwem. Czy nie wie on, że rosyjska doktryna nuklearna przewiduje użycie arsenału jądrowego w przypadku wojny konwencjonalnej zagrażającej istnieniu państwa, co oznaczałoby koniec Europy?
„Sikorski jest członkiem europejskiej idiokracji” – skomentował Krapiwnik, były kapitan armii USA, mieszkający w Rosji i dobrze poinformowany analityk wojskowy zajmujący się konfliktem na Ukrainie. Stwierdził, że liczby przytaczane przez Sikorskiego nie trzymają się kupy, nawet jeśli przyjąć je za dobrą monetę.
Według wyliczeń Krapiwnika NATO dysponuje tylko dwukrotną przewagą liczebną floty samolotów bojowych nad Rosją, a nie ośmiokrotną, jak twierdzi polski minister. Uproszczone kalkulacje Sikorskiego nie uwzględniają jednak gotowości bojowej ani doświadczenia wojennego, które – zdaniem Krapiwnika – rosyjscy piloci posiadają w większym stopniu niż piloci europejskich państw NATO.
Dodatkowo rosyjskie systemy obrony powietrznej – S-300, S-400 i S-500 – mają przewyższać skutecznością systemy posiadane przez państwa europejskie, w szczególności amerykański system Patriot, który – jak twierdzi – okazał się niezbyt skuteczny w obronie Ukrainy. Co więcej, rosyjski arsenał zaawansowanych dronów mógłby, zniszczyć europejskie ośrodki decyzyjne już na samym początku ewentualnego konfliktu zbrojnego.
Z czysto militarnego punktu widzenia postawa polskiego polityka jest nierozsądna, by nie rzec – lekkomyślnie prowokacyjna. Dlaczego zatem wygłasza on tak wojownicze komentarze?
Krapiwnik zauważa, że Sikorski jest typowym przedstawicielem „europejskiej idiokracji” – elitarnej klasy politycznej w Brukseli, Berlinie, Londynie i Paryżu, która popada w coraz większą desperację, widząc, jak prowadzona przez NATO na Ukrainie wojna zastępcza przeciwko Rosji przeradza się w katastrofalną porażkę.
Krapiwnik twierdzi, że „problem w tym, że im [elitom NATO] brakuje już Ukraińców” do kontynuowania tej wojny. Sikorski i podżegające do wojny elity próbują więc rozniecić wśród zwykłych Europejczyków panikarskie nastroje wojenne, by skłonić ich do popierania konfliktu z Rosją.
Starają się równocześnie odwrócić w ten sposób uwagę od kryzysu gospodarczego, który same wywołały, realizując przez lata strategię mającą na celu „strategiczne pokonanie” Rosji. Tak zwani europejscy przywódcy polityczni – jak Ursula von der Leyen, Friedrich Merz, Emmanuel Macron czy Brytyjczyk Andy Burnham, a także szef NATO Mark Rutte – uparcie dążą do pogłębiania konfliktu z Rosją, który prowadzi donikąd.
Polityka ta doprowadziła europejskie gospodarki na skraj bankructwa i zdziesiątkowała Ukrainę. Europejska klasa polityczna i służalcze wobec niej media nie potrafią przyznać się do porażki; muszą kontynuować kurs na wojnę, odrzucając wszelkie ścieżki racjonalnej dyplomacji.
Skoro jednak zaczyna brakować już ukraińskiego „mięsa armatniego”, europejskie elity próbują przekonać szersze społeczeństwo, że wojna z agresywną rzekomo Rosją jest nieunikniona i zakończy się łatwym zwycięstwem.
„Europejskie elity nie troszczą się ani o Ukraińców, ani o własnych obywateli… traktują ich jedynie jak »biomateriał« do prowadzenia wojny” – podsumowuje Krapiwnik.
Stąd właśnie te skandaliczne wypowiedzi szefa polskiej dyplomacji, twierdzącego, że NATO łatwo pokonałoby Rosję. On i europejskie elity chcą wojny; oni tej wojny potrzebują. Można jednak mieć pewność, że to nie ich dzieci będą ginąć na froncie… chyba że ich szaleńcze podżeganie do konfliktu doprowadzi do nuklearnej katastrofy.
================
O autorze: Finian Cunningham, były redaktor i publicysta współpracujący z czołowymi organizacjami medialnymi. Jest autorem licznych tekstów na temat spraw międzynarodowych, publikowanych w wielu językach.
Autorstwo: Finian Cunningham Tłumaczenie: Pesymista Źródło zagraniczne: Strategic-Culture.su
Ostatniego dnia sierpnia 2026 roku, w przeddzień osiemdziesiątej siódmej rocznicy wybuchu II Wojny Światowej Polacy mieli szansę oddawać się typowym rozrywkom z czasów komuny, a raczej z czasów realnego socjalizmu, jakimi było wystawanie w ogromnych kolejkach po wszystko. Po meble, pralki, ser żółty miękki albo twardy (w Polsce były znane wówczas tylko te dwa gatunki sera podczas gdy we Francji znano ich podobno ponad 1200 ), papier toaletowy i oczywiście paliwo.
Właśnie 31 sierpnia wygaszono trwający tylko dwa tygodnie rządowy program obniżek cen paliwa znany jako program CPN. Wbrew deklaracjom premiera Tuska i ministra Motyki ten program nie miał żadnego realnego wpływu na sytuację materialną obywateli naszego kraju. Był on zapewne tylko formą prowokacji, jak to mówią dowcipni, waleniem prętem w klatkę. Obywatele jak za komuny tworzyli listy kolejkowe, sprawdzali te listy co godzinę, wdawali się w awantury i bójki na stacjach benzynowych. Czuli się dokładnie tak jak za komuny. Coraz częściej zresztą tak się czują. Afera goni aferę. Afery są tak absurdalne jak z filmów Barei . Oto Barbara Mróz-Gorgoń, pełnomocniczka rządu do spraw promocji marki Polska podpisuje raport, który jak się okazało wygenerowała AI. Raport, który kosztował podatników 200 tysięcy zawiera liczne absurdy, zmyślone przypisy, twierdzenie, że Katowice leżą w „północnej Polsce”, czy błędną liczbę polskich noblistów. Trudno uwierzyć, że podpisała się pod nim osoba z wykształceniem przynajmniej podstawowym, bo nawet dziecko ze szkoły podstawowej wie gdzie leżą Katowice. Pani Barbara musiała nawet nie zajrzeć do raportu, za który przytuliła niezłe honorarium. To, że poddała się do dymisji nie zmienia nic w ocenie tej sprawy. Kolejna ujawniona afera ma miejsce w Szpitalu Południowym. Sprawa dotyczy Dawida Kacprzyka, który pracując w szpitalu, miał zarobić 1,6 mln zł w ciągu roku, a także gwarantować politykom Koalicji Obywatelskiej i ich rodzinom przyjęcie i opiekę na SOR poza kolejnością. Dawid Kacprzyk, lekarz w trakcie specjalizacji i jednocześnie radny Koalicji Obywatelskiej w warszawskim Ursusie, stracił pracę co też nic nie zmienia w ocenie sytuacji gdyż lekarzy zarabiających szokujące kwoty nie brakuje. Oto ortopeda z Ciechanowa wystawia dwie faktury za dwa miesiące pracy, jedną na 316 tysięcy złotych a drugą na 258 tysięcy złotych. Rekordowa wypłata miesięczna Szpitala Specjalistycznego w Pile wyniosła 307 012 złotych brutto. Najwyższy kontrakt miesięczny w Szpitalu imienia Dietla w Krakowie opiewał na 300 933 zł brutto. Młody ortopeda zarabia około 3 miliony złotych brutto łącząc pracę lekarza z funkcjami zarządczymi w szpitalach w Grójcu oraz Nowym Mieście nad Pilicą. Jednocześnie partia rządząca pracuje nad ustawą zwaną potocznie „ Lex szarlatan” , która pozwoli wielokrotnie nałożyć na osobę stosującą medycynę naturalną karę w wysokości miliona złotych. Z jednej strony projektowana ustawa miałaby zwalczać osoby oszukujące zdesperowanych ciężko chorych , którzy rezygnują z oficjalnej uznanej terapii na rzecz znachorskich praktyk czy zabiegów. Z drugiej działałaby jako mechanizm eliminacji konkurencji wobec oficjalnych usług medycznych. Jeżeli jak za komuny
zwykły człowiek ma wielkie kłopoty z dostaniem się do szpitala, jeżeli zarobki lekarzy sięgają absurdalnych sum, nie należy się dziwić, że pacjent próbuje sobie radzić na własną rękę. Tragiczny w skutkach jest fakt, że powrót do komuny uruchamia w społeczeństwie tak zwaną mentalność rozbiorową, czyli tryb przetrwania. Zwykli ludzie przestają się wstydzić, że załatwiają najistotniejsze sprawy życiowe poprzez łapówkę. Unikają płacenia podatków ponieważ nie identyfikują się z celami na jakie ich pieniądze są wydawane. Nie chcą płacić abonamentu telewizyjnego bo nie oglądają telewizji rządowej , telewizji w likwidacji, która powstała w drodze naruszenia prawa. Łudzeni pozorami społeczeństwa obywatelskiego widzą dobrze jak są oszukiwani. Na przemoc prawną, fiskalną, medialną odpowiadają w najlepszym przypadku biernym oporem, a przede wszystkim akceptacją metod, których nie stosowaliby w normalnych warunkach, gdyby mieli na cokolwiek realny wpływ. Są w rękach tych którzy stosują prawo tak jak je rozumieją co praktycznie oznacza całkowite bezprawie. Dlaczego mieliby szanować takie prawo? Większość społeczeństwa nie akceptuje przesadnej pomocy dla Ukrainy, a przede wszystkim konstruowania na naszym terenie państwa wielonarodowego. Działania rządu wydają się pogłębiać konflikt narodowościowy, który wydawał się od lat wygasać. Nie ma zgody na to żeby nazywać ludobójstwo na Wołyniu sąsiedzkimi sporami, żeby lekceważyć kult Bandery praktykowany na Ukrainie, oraz prowokacyjne
nazywanie jego imieniem jednostek wojskowych. Działania naszych władz w tych sprawach są tak głupie, że wydają się być podobną prowokacją jak wywoływanie histerii związanej z krótką obniżką cen paliwa. Warto odpowiedzieć sobie na pytanie po co te wszystkie prowokacje? Nasi rządzący są głupi lecz nie aż tak głupi żeby nie rozumieć, że nie należy drażnić się ze społeczeństwem, które podobno jest suwerenem. Czyżby chcieli poświęcić kilka osób żeby przeprowadzić takie zmiany, które nic nie zmienią? Świadczyłyby o tym propozycje powołania komisji w sprawie giełdy kryptowalut Zondacrypto. Ciekawe jaki kuchcik jest przeznaczony teraz do wyrzucenia z sanek ściganych przez wilki. Tak jak został swego czasu wyrzucony Rywin. „Jeśli chcemy, by wszystko pozostało tak, jak jest, wszystko musi się zmienić” to najsłynniejszy cytat z powieści „Lampart” autorstwa Giuseppe di Lampedusy. Wydaje mi się, że opisuje on strategię obecnej władzy. Dokładnie taką, jaką przez całe lata stosowała władza komunistyczna. Znienawidzeni stalinowcy zostali zastąpieni wykreowanym na prześladowanego Gomułką. Gdy Gomółka zaczął przykręcać społeczeństwu śrubę zastąpiono go Gierkiem, który zadłużył nas na kilka pokoleń. Czy do końca świata będziemy zamieniać dżumę na cholerę, która po pewnym czasie okaże się znowu dżumą.
🇸🇰 Fico oświadczył, że zrobi wszystko, aby Słowacja nigdy nie została wciągnięta w konflikt zbrojny na podstawie piątego artykułu NATO
Według słowackiego premiera obawia się on, że w Europie szuka się jedynie pretekstu do wielkiej konfrontacji między NATO a Rosją.
Dodał również: istnieje tendencja do zastępowania wojowniczych haseł typu „Walczmy” niezdolnością do rozwiązania takich problemów, jak nielegalna migracja i wysokie ceny energii.
„Boże, z kim zamierzamy walczyć? Z kim? Czy potraficie sobie wyobrazić, panie i panowie, że zostanie zastosowany artykuł 5 traktatu NATO?… Czy potraficie sobie wyobrazić, że powiedziano by nam: przygotujcie 5 tysięcy żołnierzy, 10 tysięcy żołnierzy – i wyślą ich gdzieś na wojnę. Nawet nie wiemy, z kim, dlaczego i o co” – podkreślił Fico.
Władze Ukrainy ponownie zwróciły się do zachodnich państw o gigantyczne pieniądze. Tym razem skala potrzeb jest tak duża, że zaczyna budzić coraz większą frustrację nawet wśród najbardziej twardogłowych sojuszników kliki Zełenskiego (oprócz Polski). Jak ujawnił „The Washington Post”, ukraiński rząd niespodziewanie poinformował o 27-miliardowej dziurze w tegorocznym budżecie obronnym. Europejscy dyplomaci mieli być zaskoczeni, ponieważ jeszcze niedawno zakładano, że potrzeby finansowe Ukrainy na 2026 rok zostały w dużej mierze zabezpieczone.
Kijów znów żebrze. Informacja o brakujących 27 miliardach dolarów to jednak nie wszystko. Według najnowszych informacji Reutersa Ukraina będzie potrzebowała w przyszłym roku ponad 52 miliardów dolarów zagranicznej pomocy finansowej. Na razie partnerzy zadeklarowali około 20 miliardów. Oznacza to, że Kijów musi znaleźć górę złota, aby zasypać powstającą dziurę.
W skrócie, mamy do czynienia z państwem, którego wojenny budżet w coraz większym stopniu zależy od pieniędzy płynących z zagranicy. Według Reutersa od początku rosyjskiej inwazji Ukraina otrzymała około 198 miliardów dolarów pomocy fiskalnej od zagranicznych partnerów. Jednocześnie ukraińskie władze przyznają, że wojna stała się tak droga, iż państwo nie jest już w stanie w pełni finansować jej z własnych dochodów.
Skala problemu jest wymowna. W pierwszych ośmiu miesiącach tego roku Ukraina wydała na obronność około 42 miliardów dolarów, podczas gdy krajowe dochody i finansowanie z rynku pokryły około 39 miliardów. Jak stwierdziła przewodnicząca parlamentarnej komisji budżetowej Roksolana Pidlasa, Ukraina nie jest już w stanie pokryć własnej części kosztów wojny.
Kijów znów więc przychodzi do zachodnich stolic z rachunkiem. Problem w tym, że rachunek jest coraz wyższy, a cierpliwość części europejskich partnerów najwyraźniej coraz mniejsza. „The Washington Post” zwraca uwagę na reakcje europejskich dyplomatów, którzy kwestionują między innymi sposób wyliczenia przez Kijów 27-miliardowej luki. Bruksela również domaga się szczegółowego wyjaśnienia, skąd dokładnie wzięła się ta kwota i na co mają zostać przeznaczone dodatkowe środki.
Trudno nie zauważyć paradoksu. Z jednej strony od lat słyszymy zapewnienia o ukraińskich sukcesach, osłabieniu Rosji i perspektywie zwycięstwa. Z drugiej strony finansowa rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej: rosną wydatki wojenne, spadają wpływy budżetowe, a Kijów potrzebuje kolejnych dziesiątek miliardów dolarów od zagranicznych sponsorów.
Oczywiście uzależnienie od zagranicznej pomocy samo w sobie nie przesądza o wyniku wojny. Pokazuje jednak skalę problemów ukraińskiego państwa. Państwo, które nie jest w stanie samodzielnie sfinansować własnej obrony i musi prosić o dziesiątki miliardów dolarów rocznie, trudno przedstawiać jako finansowo niezależnego zwycięzcę. Jednocześnie mamy do czynienia z nieustanną propagandą sukcesu. Kijów i jego zachodni sojusznicy regularnie podkreślają ukraińskie osiągnięcia na polu walki. Tymczasem za kulisami trwa walka o pieniądze, amunicję, rakiety i środki na funkcjonowanie państwa.
Problem przestał już dotyczyć pojedynczych pakietów pomocy. Mówimy już o systemowym finansowaniu państwa prowadzącego wojnę, które nie jest w stanie tego robić bez ciągłej kroplówki finansowej i sprzętowej. Gdy wydatki rosną szybciej niż dochody, kolejne prośby o pomoc przestają być wyjątkowym wydarzeniem i stają się stałym elementem funkcjonowania państwa.
Ukraina potrzebuje pieniędzy, żeby prowadzić wojnę. Potrzebuje pieniędzy, żeby kupować broń. Potrzebuje pieniędzy, żeby płacić żołnierzom. Potrzebuje pieniędzy, żeby utrzymać funkcjonowanie państwa. To nie jest obraz finansowej stabilności państwa, które rzekomo wygrywa wojnę. To obraz państwa coraz silniej uzależnionego od zagranicznego finansowania, które stoi de facto nad przepaścią.
Banderowska propaganda oczywiście może iść w zaparte i do końca mówić o rychłym zwycięstwie, podobnie jak było w III Rzeszy na początku 1945 roku. Budżet mówi jednak coś znacznie bardziej konkretnego: Ukraina potrzebuje kolejnych dziesiątek miliardów dolarów, aby utrzymać obecny remis. O zwycięstwie nie ma już mowy.
Ukraiński „Korpus Weteranów” zapowiedział rozpoczęcie działalności w Warszawie. Organizacja została utworzona przez 3. Korpus Armijny dowodzony przez Andrija Biłeckiego.
Ukraińska organizacja „Weterański Korpus” zapowiedziała uruchomienie swojej placówki w Warszawie. Informację opublikowano na oficjalnym profilu organizacji na Facebooku pod hasłem „Korpus Weteranów – teraz także w Warszawie”. Otwarcie ma nastąpić 19 września podczas wydarzenia UA FEST przy ul. Obrzeżnej 7 na Mokotowie.
„Korpus Weteranów” jest organizacją skupiającą wojskowych, weteranów, członków rodzin poległych oraz osoby związane ze środowiskiem ukraińskich sił zbrojnych. Zajmuje się m.in. pomocą prawną, psychologiczną i zawodową, wsparciem rodzin oraz reintegracją byłych żołnierzy.
Według oficjalnego komunikatu Lwowskiej Obwodowej Administracji Wojskowej organizacja została utworzona przez 3. Korpus Armijny Sił Zbrojnych Ukrainy. Na czele „Korpusu Weteranów” stoi Jan Kliszajew.
Sam 3. Korpus Armijny powstał na bazie 3. Samodzielnej Brygady Szturmowej i jest dowodzony przez Andrija Biłeckiego. Ośrodek Studiów Wschodnich wskazuje, że zarówno 3. Korpus Armijny, jak i 1. Korpus „Azow” wywodzą się z ruchu azowskiego, którego początki sięgają utworzonego w 2014 roku batalionu „Azow”.
Także przedstawiciele samego „Korpusu Weteranów” odwołują się do tej ciągłości. W materiałach organizacji pojawiało się zestawienie kolejnych etapów działalności środowiska Biłeckiego: od „Patrioci Ukrainy”, przez „Azow”, po 3. Brygadę Szturmową i 3. Korpus Armijny.
Oficjalna strona organizacji deklaruje, że jednym z jej celów jest nie tylko pomoc weteranom w powrocie do życia cywilnego, ale również przygotowywanie ich do działalności gospodarczej, społecznej i publicznej.
Warszawska placówka ma działać w przestrzeni UA HUB przy ul. Obrzeżnej 7. Sam UA HUB przedstawia się jako centrum służące ukraińskiej społeczności w Polsce.
Na obecnym etapie nie ma oficjalnych informacji, by warszawski ośrodek „Korpusu Weteranów” miał prowadzić nabór do ukraińskich formacji wojskowych. Potwierdzone jest natomiast jego bezpośrednie powiązanie organizacyjne z 3. Korpusem Armijnym oraz genealogiczne związki tego środowiska z ruchem azowskim.
Ruch azowski od lat budzi kontrowersje z powodu obecności symboliki kojarzonej z nazizmem.
Francuski „Le Monde” informował, że podczas szkolenia żołnierzy 3. Brygady Szturmowej we Francji w 2023 roku u części wojskowych widoczne były swastyki, runy SS, symbole czaszek kojarzone z formacjami SS oraz nazistowskie gesty. 3. Brygada Szturmowa wywodzi się ze środowiska azowskiego i później stała się podstawą 3. Korpusu Armijnego dowodzonego przez Biłeckiego.
Na oficjalnych profilach 3. Brygady Szturmowej pojawiały się również fotografie żołnierzy z wewnętrznymi odznaczeniami przypominającymi emblemat 36. Dywizji Grenadierów SS „Dirlewanger”. Formacja ta podczas II wojny światowej odpowiadała m.in. za masowe zbrodnie na ludności cywilnej, w tym pacyfikację warszawskiej Woli podczas Powstania Warszawskiego.
Kolejne kontrowersje dotyczą nazewnictwa jednostek. W utworzonym w strukturach Korpusu „Azow” batalionie systemów bezzałogowych znalazł się pododdział „Nachtigal”. Nazwa nawiązuje do batalionu Nachtigall utworzonego podczas II wojny światowej przez niemiecką Abwehrę. Według przywołanej przez Kresy.pl Encyklopedii Holocaustu Yad Vashem członkowie tej formacji uczestniczyli we Lwowie, wraz z Niemcami i miejscowymi Ukraińcami, w zabijaniu Żydów.
O obecności nazistowskiej symboliki w jednostkach związanych z ruchem azowskim mówił również były holenderski ochotnik służący na Ukrainie. Twierdził, że widział w koszarach swastyki i inne symbole nazistowskie, a w części pododdziałów żołnierze mieli wykonywać nazistowski salut. W lutym 2026 roku ukraińska historyk Marta Hawryszko zwracała z kolei uwagę na przedstawiciela 3. Brygady Szturmowej używającego pseudonimu „Makar”, który miał publikować materiały z przerobionym symbolem SS „Dirlewanger” i uczestniczyć w szkoleniach środowiska oddającego hołd Waffen-SS Galizien.
Wróciłem do Moskwy po dziesięciu miesiącach nieobecności i pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy, jest przepaść między miastem, które widzi się na własne oczy, a jego obrazem kreowanym tysiące mil stąd. Moskwa i Petersburg kwitną, są nowoczesne i – to słowo nasuwa mi się nieustannie – tętnią życiem. Ulice są czyste i bezpieczne; nie widać na nich tłumów bezdomnych czy żebraków. Przez dwa tygodnie widziałem tylko jednego mężczyznę proszącego o pieniądze – siedział na schodach w Petersburgu i wyróżniał się właśnie dlatego, że był tak rzadkim widokiem. Wystarczy zestawić to z Nowym Jorkiem, Filadelfią, Waszyngtonem czy Atlantą – czy jakimkolwiek innym dużym amerykańskim miastem – by dostrzec, że kontrast nie jest tu drobny. To różnica o rzędy wielkości.
Zaczynam od ulic, ponieważ stanowią one najprostszy sprawdzian twierdzenia, które Zachód forsuje od trzech lat: że rosyjska gospodarka chwieje się na krawędzi, obywatele wycofują gotówkę, a miasta zmierzają ku kryzysowi. Ta narracja nie wytrzymuje zderzenia z rzeczywistością ulicy.
Władimir Putin nie płaci mi za publikowanie optymistycznych relacji. Opisuję to, co widzę i słyszę od zwykłych Rosjan zajętych swoim codziennym życiem – a widzę gospodarkę, która mimo sankcji radzi sobie lepiej niż gospodarki zachodnie, do których jest porównywana. Półki sklepowe są pełne. Restauracje pękają w szwach. Ludzie pracują, wydają pieniądze i budują. Nie widać tu oznak kryzysu, który – zdaniem Zachodu – ma lada chwila nadejść. Wystarczy zapytać ludzi, którzy tu mieszkają, by przekonać się, że nie jest to naród szykujący się na upadek. To społeczeństwo, które przetrwało wszystko, czym próbował je dotknąć Zachód, i funkcjonuje dalej.
To właśnie ta prawda, której zachodnia prasa nie potrafi przyznać. Od trzech lat wieszczy ona rosyjski kryzys finansowy, który nigdy nie nadchodzi, a przyczyna tego stanu rzeczy jest widoczna z okna każdej kawiarni przy Newskim Prospekcie w Petersburgu czy ulicy Twerskiej w Moskwie. Nie ma tu szturmu na banki ani gwałtownego spadku wartości rubla. Sankcje miały złamać ten kraj. Nie udało im się to. Wystarczy porównać nastroje panujące na tych ulicach z niepokojem w Londynie czy zapaścią wielkich miast w Ameryce, by zrozumieć, że pytanie nie brzmi: „Czy Rosja przetrwa sankcje?”. Pytanie brzmi: „Dlaczego Zachód w ogóle zakładał, że tego nie zrobi?”.
Kolacja z Ławrowem
W poniedziałek tydzień temu jadłem kolację z ministrem spraw zagranicznych Siergiejem Ławrowem oraz wiceministrem Siergiejem Riabkowem. Towarzyszyli mi John Mearsheimer, sędzia Andrew Napolitano i Alastair Crooke. Spotkanie miało charakter nieformalny i przebiegało w atmosferze szczerości; Ławrow odpowiadał na pytania wprost – a każdy, kto miał okazję rozmawiać z Mearsheimerem, wie, że nie zadaje on łatwych pytań.
Wyniosłem z tego spotkania dwa wyraźne spostrzeżenia.
Po pierwsze, stanowisko negocjacyjne Rosji wobec Zachodu nie zmieniło się ani o jotę od czasu wystąpienia Putina w rosyjskim MSZ 14 czerwca 2024 roku. W tamtym przemówieniu jasno określił on warunki, które nadal pozostają aktualne: Zachód musi uznać obwody doniecki, ługański, zaporoski i chersoński – wraz z Krymem – za trwale rosyjskie terytorium. Te dawne ukraińskie obwody nie wrócą już pod władzę Kijowa. W Moskwie traktuje się to nie jako propozycję wyjściową do negocjacji, lecz jako fakt dokonany. Co więcej, Rosja tworzy strefy buforowe, posuwając się naprzód w obwodach sumskim, charkowskim i dniepropetrowskim. Z czasem terytoria te również mogą zostać włączone do Rosji – choć przedstawiciele władz przedstawiają to jako kwestię zależną od wyniku głosowania lub plebiscytu, a nie jako przesądzony scenariusz. Formalnie temat ten nie leży na stole, jednak w mojej ocenie jest jak najbardziej możliwy do realizacji.
Drugi wniosek jest taki, że pole manewru dla wynegocjowanego porozumienia jest niezwykle wąskie – węższe, niż chcą przyznać zachodnie stolice – ponieważ Rosja po prostu nie jest skłonna do poczynienia ustępstw, których domaga się Zachód, i nie uważa, by musiała to robić. Moja własna ocena, oparta na wypowiedziach tutejszych przedstawicieli władz, wskazuje, że działania wojenne nie ustaną, dopóki Odessa i Kijów nie znajdą się pod pełną kontrolą Rosji. Traktuję to jako swoją ocenę sytuacji, a nie pewnik, jednak nic z tego, co usłyszałem w tym tygodniu, nie skłoniło mnie do zmiany zdania.
Co tak naprawdę oznaczają „przyczyny źródłowe”
Putin nieustannie mówi o konieczności zajęcia się „przyczynami źródłowymi” konfliktu, a Amerykanie rzadko dowiadują się, co to sformułowanie właściwie oznacza. Zapytałem więc o to wprost podczas rozmowy w Moskwie z Aleksandrem Babakowem – deputowanym do Dumy i ważną postacią w organizacji International Unity Club.
Najprościej można to wyjaśnić moim rodakom w następujący sposób: amerykański projekt wciągnięcia Ukrainy w orbitę wpływów NATO i wykorzystania jej jako taranu wymierzonego w Rosję musi się zakończyć. Nie zostać wstrzymany, lecz definitywnie zakończony. Nie będzie już zgody na działania NATO na Ukrainie, a ukraińska polityka zagraniczna i wojskowa musi zostać na dobre wyrwana z zachodniego uścisku. Z perspektywy Moskwy stanowi to nienegocjowalny fundament, a wszystko inne to jedynie szczegóły.
Warto pamiętać, jak dawno to wszystko się zaczęło. Ukraina przystąpiła do programu NATO „Partnerstwo dla Pokoju” w 1994 roku i od tego momentu – mimo braku formalnego członkostwa – współpraca wojskowa Kijowa z Zachodem stale się zacieśniała. Baza wojskowa w Jaworowie na zachodzie Ukrainy stała się w latach 90. miejscem regularnych ćwiczeń sił zachodnich, a od 2015 roku gościła stałą misję szkoleniową pod dowództwem USA. Z biegiem lat Ukraina stała się jednym z najczęstszych gospodarzy ćwiczeń NATO spośród wszystkich państw spoza Sojuszu – manewrów, których scenariusze nigdy nie wskazywały Rosji jako przeciwnika, lecz ich konstrukcja nie pozostawiała wątpliwości, kto był ich celem. Za pierwszej kadencji Trumpa odbywało się ich po kilka rocznie; niektóre obejmowały działania okrętów podwodnych, niemające nic wspólnego ze ściganiem piratów. W tym kontekście Moskwa uważa, że Putin wykazał się cierpliwością, którą Zachód błędnie wziął za słabość.
Nie trzeba zgadzać się z każdym elementem tej narracji, by dostrzec jej siłę. To realistyczne spojrzenie na wojnę – przedstawione przez Mearsheimera w sposób tak przekonujący, jak to tylko możliwe – i właśnie przez ten pryzmat postrzegają cały konflikt ludzie, z którymi jadłem kolację. Oczywiście w Waszyngtonie pogląd ten jest kwestionowany. Nie sposób jednak zrozumieć, dlaczego stanowisko Rosji jest tak nieustępliwe, jeśli nie pojmie się, że w Moskwie nie postrzega się go wcale jako aktu agresji, lecz jako leczenie rany, którą Zachód pogłębiał przez trzydzieści lat.
Spojrzenie stąd
Wojna nie jest tym, co zaprząta myśli przeciętnego Rosjanina. W codziennym życiu to wciąż „specjalna operacja wojskowa”, a życie na ulicach dwóch wielkich miast toczy się tak, jakby konflikt rozgrywał się na innym kontynencie – co z perspektywy Moskwy niemalże jest prawdą. Istotą tej sytuacji jest właśnie rozbieżność między sztywnym, maksymalistycznym stanowiskiem państwa a niemal normalnym życiem cywilów: kraj ten jest na tyle stabilny wewnętrznie, by czekać, i na tyle przekonany o słuszności swoich warunków, by nie ustępować.
Co powiedzieli mi oficerowie
W tym tygodniu rozmawiałem z trzema rosyjskimi wojskowymi – zarówno emerytowanymi, jak i pozostającymi w służbie: pułkownikiem w stanie spoczynku Eduardem Basurinem, generałem w stanie spoczynku Jewgienijem Bużyńskim oraz pełniącym czynną służbę generałem porucznikiem Aptim Ałaudinowem, dowódcą sił specjalnych „Achmat”. To różni ludzie, reprezentujący odmienne punkty widzenia, a jednak łączyło ich jedno przesłanie: Rosja nie zamierza atakować Europy. Nie ma wobec niej żadnych planów militarnych – absolutnie żadnych – ani zamiaru rozpoczynania takiego konfliktu.
Jak stwierdzili moi rozmówcy, Rosja dostrzega natomiast Europę szykującą się do ataku na nią – i to nie tylko w retoryce przywódców, takich jak kanclerz Niemiec Merz czy premier Wielkiej Brytanii (choć Moskwa traktuje te słowa wystarczająco poważnie). Chodzi o konkretne działania kryjące się za tą retoryką: o systemy uzbrojenia, a zwłaszcza pociski rakietowe, tworzone z myślą o użyciu przeciwko terytorium Rosji. Oficerowie mówili wprost, do czego to prowadzi. Jeśli takie działania będą kontynuowane, Rosja nie będzie miała innego wyjścia, jak tylko zareagować na to zagrożenie, a perspektywa wojny z Europą stanie się realna. Nie jest to wyimaginowane niebezpieczeństwo, wymyślone po to, by kogokolwiek przestraszyć. Tak właśnie ci zawodowcy postrzegają rozwój sytuacji. Rosja nie szuka konfliktu, ale nie jest też głucha ani ślepa na to, co jest przeciwko niej przygotowywane.
Potwierdzili oni również to, co sam już przeczuwałem: Rosja wkroczyła w decydującą, nową fazę wojny z Ukrainą – fazę celowych działań mających na celu szybsze jej zakończenie, niż ktokolwiek wcześniej przewidywał. Przez pierwsze cztery lata Rosja starała się ograniczać własne straty w ludziach. Dlatego nie rzucała masowych formacji na umocnione pozycje, gdzie straty byłyby dotkliwe, lecz polegała na taktyce małych pododdziałów. Z tą wstrzemięźliwością jednak skończono. Nowa faza oznacza odcięcie ukraińskiego wybrzeża Morza Czarnego od handlu w obu kierunkach, poddanie węzłów logistycznych w Kijowie i innych miastach – zwłaszcza na zachodzie Ukrainy – ciągłym atakom oraz zintensyfikowanie działań ofensywnych na całej linii frontu. To przemyślana zmiana strategii rosyjskiego sztabu generalnego, która już przynosi efekty: działania zmierzające do okrążenia Słowiańska i Kramatorska oraz kluczowe zdobycze w rejonie Zaporoża. Według moich przewidywań do końca listopada Donieck ponownie znajdzie się całkowicie pod rosyjską kontrolą, a Zaporoże – ważny ośrodek przemysłowy i stolica regionu nad Dnieprem – stanie w obliczu bezpośredniego zagrożenia okupacją.
Dynamiczna demokracja na własnych zasadach
W najbliższą niedzielę Rosjanie udadzą się do urn, a ja będę na miejscu, by obserwować ten proces. O miejsca w Dumie ubiega się co najmniej pięć partii. Rosja nie jest monolitem, za jaki bywa uważana. Wbrew zachodnim karykaturom jest to dynamiczna demokracja – zbudowana w oparciu o rosyjską kulturę i ideały, a nie będąca kopią rozwiązań innych państw.
Najwyższy czas, by Zachód porzucił uprzedzenia i zaczął postrzegać Rosję taką, jaka jest naprawdę. Nie jest to reżim rządzony przez międzynarodowych komunistów, jak głosiły popularne w latach 60. i 70. stereotypy. Obecnie jest to (całkowicie zasłużenie) czwarta gospodarka świata pod względem parytetu siły nabywczej, kraj innowacyjny technologicznie i bogaty w zasoby naturalne.
To tyle wieści na tę chwilę. Wrócę z kolejnymi spostrzeżeniami w miarę postępów mojej podróży.
Stanisław Michalkiewicz „Prawy.pl” (prawy.pl) • 19 września 2026michalkiewicz
Przed wprowadzeniem w grudniu roku 1981 stanu wojennego, w naszym nieszczęśliwym kraju przeprowadzonych zostało wiele prób generalnych, których celem było wysondowanie, jak też na stan wojenny zareaguje społeczeństwo. Według biografa generała Jaruzelskiego, płk Lecha Kowalskiego, przygotowano tedy plany alternatywne na wypadek gdyby zbrojnego oporu nie było i na wypadek, gdyby się pojawił. W tym drugim wariancie przewidziana była blokada całych miast z użyciem artylerii i lotnictwa. Jak pamiętamy, żadnego zbrojnego oporu nie było, bo tylko grupka młodych ludzi zastrzeliła sierżanta Karosa, kiedy próbowała go rozbroić. Warto jednak o tym planie „B” na wypadek zbrojnego oporu przypomnieć, bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że nasza niezwyciężona armia bez wahania by go zrealizowała i nikomu nie drgnęłaby ręka.
Ale – jak wspomniałem – przeprowadzono wiele prób generalnych, poczynając od wysłania w teren wojskowych grup operacyjnych, które kazały malować trawę, a to na zielono, a to na rudo – w zależności od pory roku – ale tak naprawdę przygotowywały się do przejęcia kierowania krajem w warunkach „surowych praw stanu wojennego”. Partia bowiem – jak pamiętamy – zaczęła się rozłazić, tworząc jakieś „struktury poziome”, więc Służba Bezpieczeństwa, podobnie jak soldateska, plunęły na nią i przejmowały władzę w swoje ręce. Świadectwem utwardzenia „strony rządowej”, która przedtem bywała bardziej elastyczna, był protest na skrzyżowaniu Marszałkowskiej z Alejami Jerozolimskimi w Warszawie. Mimo, że skrzyżowanie było blokowane, „strona rządowa” ani drgnęła, pokazując w ten sposób, że warunki się zmieniły. W tej sytuacji „unik zrobił byk” – jak śpiewał Wojciech Młynarski o szkole torreadorów w słynnej prowincji Guadalajara – to znaczy – cofnęła się „strona związkowa”, która już na tym niczego nie ugrała.
Ale ostateczna próba generalna odbyła się na Żoliborzu, w Wyższej Szkole Pożarnictwa, w której protest z udziałem podchorążych został zlikwidowany w początkach grudnia 1981 roku w rezultacie desantu.
Przypomniało mi się to wszystko teraz, gdy vaginet obywatela Tuska Donalda, a konkretnie – obywatel Żurek Waldemar, który w tym vaginecie ma fuchę ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego – „podjął decyzję” o zmianie rektora Akademii Wymiaru Sprawiedliwości, kształcącej kadry Służby Więziennej. Wprawdzie według statutu tej Akademii zmianami na stanowisku rektora zajmuje się senat uczelniany, ale obywatel Żurek Waldemar, jak wiadomo, nie czuje się związany żadnymi statutami, ani nawet – tubylczą konstytucją – nad która przedkłada polecenia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, w którym zasiadają specjalnie dobrani w korcu maku „nasi” sędziowie – no i oczywiście – kategoryczne sugestie starych kiejkutów, które – podobnie jak za pierwszej komuny, kiedy to przekładały rozkazy z ruskiego na polski – teraz przekładają z niemieckiego na polski.
Skoro tedy scenariusz napisany przez stare kiejkuty według wskazówek BND nakazywał przeprowadzenie próby generalnej w Akademii Wymiaru Sprawiedliwości – to nie było rady; obywatel Żurek Waldemar musiał „wydać decyzję”, a następnie – przeprowadzić podmiankę na stanowisku rektora tej uczelni. Ale – jak to bywa w takich razach – dramat łączy się z komedią – toteż obywatel Żurek Waldemar z zagadkowych przyczyn upodobał sobie kandydaturę pana Sławomira Cudaka. Jeśli krążące na mieście fałszywe pogłoski na temat tej postaci w ruchu robotniczym zawierają ziarenko prawdy, to te przyczyny nie muszą być aż tak bardzo zagadkowe.
Otóż według krążących po mieście fałszywych pogłosek, pan Cudak jest z wykształcenia piekarzem – a w każdym razie był nim w czasach, gdy należał do PZPR – ale potem jego kariera wystrzeliła pod lazury. Został pułkownikiem i zaczął intensywnie wzbogacać tubylczą naukę rozmaitymi rozprawami – a to doktorskimi, a to habilitacyjnymi – więc nic dziwnego, że gmerając w korcu maku, obywatel Żurek Waldemar musiał natrafić na niego. Nawiasem mówiąc, do wspomnianej Akademii próbował wejść sam Naczelnik Państwa – ale policjanci, podobno pościągani na tę okoliczność z rozmaitych prowincji, nawet na niego nie spojrzeli i oczywiście – nie wpuścili. Ilu wśród tych policjantów jest pochodzenia cudzoziemskiego – na przykład – ukraińskiego – tego ma się rozumieć nie wiemy, ale to chyba nieważne.
Takie dociekania bowiem wynikają z przekonania, że Polak nie może się łajdaczyć. To nieprawda, jak najbardziej może i chętnie z takich możliwości korzysta tym bardziej, że niekiedy mogą one przynieść nieoczekiwane profity. Oto w swoim czasie, gdy jeszcze Ostatniemu Pokoleniu Niemcy nie cofnęli subwencji i nie zakazali prowadzenia działalności, urządziło ono w Warszawie protest przeciwko dewastowaniu „planety” zbrodniczym dwutlenkiem węgla. W proteście tym wziął również działacz wielkiego kalibru, mianowicie pan Piotr Niemczyk, były zastępcza szefa Zarządu Wywiadu UOP, pułkownik, podobnie jak Bartłomiej Sienkiewicz. Na tym etapie jednak policja nie była jeszcze odpowiednio uświadomiona i pan Niemczyk został spisany, a nawet przedstawiony do ukarania. I nawet został przez nienawistny sąd ukarany pracami społecznymi – ale oczywiście – odmówił ich wykonywania, toteż nienawistny sąd mechanicznie skazał go na dwa tygodnie aresztu.
I w tym momencie zaczęło się. Nie tylko zostały poruszone Moce w postaci „legendarnych” opozycjonistów, ale również – madame Sylwia Grergorczyk-Abram, a nawet – Sąd Najwyższy. Pani Sylwia założyła „kasację” i w rezultacie nienawistny sąd w podskokach kazał pana Niemczyka z aresztu wypuścić. Wyobrażam sobie, jak musiały rozdzwonić się telefony. Na przykład – do obywatela Żurka Waldemara: Wy Żurek, wyście chyba zapomnieli, skąd wam wyrastają nogi. Jaki macie stopień? Kapral podchorąży? No widzicie. To jak wy ośmielacie się wtrącać do aresztu pułkownika, co?! Natychmiast każcie go wypuścić, bo inaczej my wam przypomnimy, skąd wyrastają wam nogi. Toteż z tej okazji pan minister Kierwiński sformułował doktrynę, według której „czas świętych krów” się skończył. Skoro tako rzecze pan minister, to nie wypada zaprzeczać – ale co nam szkodzi zapytać, jakie zwierzę w tej sytuacji dostąpiło świętości? Nawet nie śmiem się domyślać.
No dobrze – ale czego dotyczy próba generalna w Akademii Wymiaru Sprawiedliwości? A czegoż by, jak nie zrobienie porządku w Trybunale Konstytucyjnym. Po jego obsadzeniu „naszymi” sędziami w rodzaju pana Berka, będzie można nie tylko uporządkować tubylczą scenę polityczną, pozostawiając na niej tylko te zwierzęta, które decyzją starych kiejkutów dostąpiły świętości, no i oczywiście – wysadzić w powietrze pana prezydenta Nawrockiego, by na jego miejscu umieścić obywatela Czarzastego Włodzimierza, który już tam powinność swej służby zrozumie.
Dzięki hojności jednego z moich Widzów i Czytelników miałem okazję spędzić tydzień w Chinach, w liczącym 7,5 miliona mieszkańców Zhengzhou. Nie będę opisywał walorów turystycznych podróży (zainteresowanych zapraszam na mój kanał na YouTubie), lecz skupię się na obserwacjach politologicznych, które mogę porównać z obrazem państwa wyłaniającym się z kilku antologii pism Xi Jinpinga, które przeczytałem.
Po pierwsze, znany polskiej opinii publicznej obraz Chin nie przystaje do rzeczywistości. Nie widziałem nikogo w słomianym kapeluszu. Chińczycy takich nie noszą. Kapelusze takie nosi się w Wietnamie i przy granicy wietnamskiej. W środkowych i północnych Chinach nie jada się psów. Praktyka ta została kilka lat temu prawnie zakazana, choć na południu kraju nadal się zdarza, gdyż to tylko tam je jedzono. Co więcej, w mieście wielu ludzi ma psy i chodzą z nimi na spacery. Szczególnie modne są małe białe pudelki. Posiadanie psa jest symbolem zamożności: wychodzący z nimi na spacery lub trzymający na ręku mężczyźni w garniturach w ten sposób pokazują, że dobrze się im powodzi i stać ich na psa i jego utrzymanie.
Po drugie, bogactwo w mieście robi oszałamiające wrażenie. Zhengzhou ma 13 linii metra liczących razem 450 kilometrów. Całe miasto zapełniają tysiące wieżowców mających mniej więcej po 20 pięter. Poszczególne dzielnice połączone są trzypasmowymi drogami szybkiego ruchu. Mniej więcej połowa samochodów to auta elektryczne, które produkowane są masowo, dzięki gigantycznym zasobom metali ziem rzadkich. Samochody te mają zasięg do 500 km bez ładowania. Część z nich to pojazdy autonomiczne, teoretycznie mogące jeździć i parkować w ogóle bez kierowcy (pierwszy raz w życiu takim autem jechałem). Równocześnie zwraca uwagę fakt, że rynek broni się przed zjawiskiem oligopolizacji. Na przykład chińskie hipermarkety to wielopiętrowe budynki złożone z setek drobnych rodzinnych sklepików, gdzie można targować się o ceny z ich właścicielem. Nie widać było tzw. sieciówek.
Po trzecie, Chińczyków generalnie nie interesuje polityka. Jeden z moich rozmówców powiedział mi, że dla niego i jego rodaków demokracja nie polega na cyklicznych wyborach. Interesuje ich wzrost dobrobytu i państwo ma stworzyć warunki dla jego budowy przez obywateli. Jeśli nie stwarza takich warunków, to „robi się rewolucję i obcina głowy” obalonej elicie, po czym oddaje się władzę nowej. W Państwie Środka nie istnieje „odpowiedzialność polityczna” za porażki, polegająca na braku reelekcji, lecz odpowiedzialność „głowami”, co wymusza na rządzących prawdziwą troskę o państwo ze strachu o własne samo-zachowanie. Rzeczywiście, jeśli spojrzymy na chińskich dysydentów, to mniej więcej połowa z nich to radykalni protestanci wyrastający z kalwinizmu. W całym społeczeństwie jest ich ok. 2–4 proc., co powoduje, że przekaz pro-demokratyczny ma bardzo niewielką grupę odbiorców. W praktyce jest ich więcej na Zachodzie niż w samych Chinach.
Chińczyków nie interesuje polityka wewnętrzna, ponieważ preferują konfucjańsko-menedżerski charakter rządów. Żywo interesuje ich zaś polityka zagraniczna i walka własnego państwa o status wielkiej potęgi. Dlatego nienawidzą Anglosasów, widząc w nich największego konkurenta, który raz po raz fauluje, stosując jednostronne sankcje lub zbrojnie atakując inne państwa i narzucając im własne warunki „wolnego” handlu. W Chinach nie działa nic, co amerykańskie, m.in. Google, YouTube, Facebook, X, karty Visa i Mastercard. Chińczycy stworzyli własne paralelne aplikacje internetowe i bankowe, które są na podobnym standardzie, a o których istnieniu nie mamy pojęcia. O ile Amerykanów nienawidzą, to Rosjan nie lubią i traktują pogardliwie. O ile o Amerykanach mówią chętnie i źle, o tyle o Rosjanach nie chcą rozmawiać. Ci drudzy są ich sojusznikiem przeciw dominacji USA, lecz traktują ten sojusz jako taktyczny. Niechęć do Rosjan wynika ze względów historycznych – z dawnych sporów o Azję Środkową (postardzieckie republiki, takie jak Kazachstan czy Kirgistan) i konfliktów politycznych, ideologicznych i zbrojnych z dawnym ZSRR.
Po czwarte, tutejszy komunizm ma charakter naskórkowy. Xi Jinping i Chińczycy chętnie nazywają swój kraj „socjalistycznym”, lecz to tylko fasada. Xi naucza, że istotą socjalizmu jest tzw. merytokracja, czyli możność awansu politycznego i ekonomicznego bez względu na pochodzenie społeczne, co jest raczej klasyczną doktryną liberalną. Równocześnie zaskoczyła mnie rzadkość występowania w sferze publicznej symboliki komunistycznej, znajdującej się głównie na pomnikach i muzeach upamiętniających walkę z japońską okupacją. Bardzo popularne są stawiane w samochodach za przednią szybą małe stojaczki z flagami Chińskiej Republiki Ludowej i… Związku Radzieckiego. Jakkolwiek, o czym wcześniej wspomniałem, Rosjanie nie są lubiani, to flaga radziecka jest dziś modna pośród tzw. generacji Z, urodzonej ok. 1990–2000 roku.
W praktyce mamy tutaj wolny rynek w takiej postaci, o jakiej w Unii Europejskiej możemy tylko pomarzyć. Z moich rozmów wynika, że miejscowi traktują swobodę prowadzenia biznesu jako najważniejsze „prawo człowieka”, całkowicie nie rozumiejąc znaczenia wszystkich innych zachodnich uprawnień naturalnych jednostki. W efekcie mamy dziwaczną sytuację, gdy „socjalistyczne” Chiny praktykują wolną przedsiębiorczość, a „kapitalistyczna” Europa praktykuje socjalizm. Taki socjalizm bez wahania akceptuję i popieram, nie mając nic przeciwko wprowadzeniu go w Polsce. Można byłoby ironicznie rzec, że Xi Jinping praktykuje „socjalizm korwinistyczny”.
Po piąte, w Chinach nie ma imigrantów. Obcy może tutaj przyjechać na wycieczkę i wydać pieniądze, lecz nie jest mile widziany jako stały mieszkaniec. Nie zmienia tego nawet niska dzietność, wynikła z niechęci Chinek do posiadania dzieci (gdyż obniżają komfort życia i status materialny). Tolerancja dla imigrantów wydaje się być zerowa. Stąd kierunek na AI i robotyzację, które mają zastąpić oczekiwane zmniejszenie się liczby rąk do pracy.
Saudyjski koncern Saudi Aramco poinformował europejskich odbiorców, że planowane na październik dostawy ropy zostaną odwołane — podał Bloomberg. Wśród odbiorców saudyjskiego surowca znajduje się Orlen, który zabezpieczył dodatkowe dostawy z innych kierunków. Ministerstwo Energii zapewnia, że Polska posiada odpowiednie rezerwy.[—]
Saudyjczycy już we wrześniu odwołali część dostaw do Europy z powodu uszkodzenia ropociągu Wschód-Zachód/Petroline przez sprzymierzone z Iranem bojówki. Doniesienia Bloomberga sugerują, że przerwa potrwa dłużej.
Orlen zabezpieczył 16 dodatkowych dostaw ropy
Wśród odbiorców saudyjskiej ropy jest również Orlen. Według Ministerstwa Energii i informacji przekazanych przez ORLEN wstrzymanie październikowych dostaw nie stwarza obecnie zagrożenia dla ciągłości zaopatrzenia Polski w ropę i paliwa. Znaczenie saudyjskiego surowca jest jednak duże. Saudi Aramco pozostaje największym dostawcą ropy dla Grupy ORLEN i odpowiada za około 40 proc. jej dostaw. Dane dotyczące polskiego importu pokazują, że w pierwszej połowie 2026 r. z Arabii Saudyjskiej pochodziła niemal połowa sprowadzanej do kraju ropy.
ORLEN przygotował się na przerwę w dostawach, kontraktując 16 dodatkowych ładunków surowca. Ropa ma pochodzić m.in. z Norwegii, Wielkiej Brytanii, Algierii, Kazachstanu, Azerbejdżanu oraz obu Ameryk. Koncern zapewnia, że dostawy do rafinerii są realizowane, a zakłady pracują bez zakłóceń. Dodatkowym zabezpieczeniem jest zawarta wcześniej trzyletnia umowa z norweskim Equinorem, która może pokrywać znaczącą część zapotrzebowania Grupy ORLEN. Polska dysponuje ponadto zapasami interwencyjnymi ropy i paliw.
jesteśmy rodzicami. To my odpowiadamy za to, co jedzą nasze dzieci — i to my płacimy za obiady w szkolnej stołówce.
Od 1 września obowiązuje rozporządzenie, które mówi nam, że nasze dziecko może dostać obiad z mięsem najwyżej dwa razy w tygodniu, a w jeden dzień dostanie posiłek wyłącznie roślinny — bez względu na to, czy tego chcemy.
Nikt nas o to nie zapytał.
Nie jesteśmy przeciwni zdrowemu jedzeniu. Rozumiemy ograniczenia cukru, soli czy popularyzację warzyw. Ale nadwaga polskich dzieci nie bierze się z kotleta na obiad. Karanie za świeże mięso nie rozwiąże tego problemu.
Nasze dzieci rosną. Potrzebują białka, żelaza i witaminy B12 w formie, którą organizm przyswaja najlepiej. Kuchnie szkolne nie dostały na tę zmianę ani jednego szkolenia, ani jednej złotówki. Boimy się, że w praktyce zamiast wartościowych posiłków na stoły trafią posiłki, których dzieci po prostu nie zjedzą obiadu. Dla części z nich to jedyny ciepły posiłek w ciągu dnia.
Dlatego wnosimy o:
Zapisanie w rozporządzeniu, że dwa obiady mięsne w tygodniu to minimum, a nie maksimum — tak jak przy rybie i strączkach użyto już słów „co najmniej”.
Żeby danie wyłącznie roślinne było w stołówce dostępne, a nie obowiązkowe.
Zagwarantowanie dziecku, którego rodzice tego chcą, posiłku z produktami odzwierzęcymi każdego dnia — na tych samych zasadach, na jakich zagwarantowano danie roślinne.
Realne rozmowy z rodzicami i radami rodziców, zanim ktoś znowu zdecyduje za nas.
Nie chcemy odbierać nikomu wyboru. Chcemy tylko, żeby nam go nie odbierano.
Rząd ogranicza mięso dzieciom – wbrew ich zdrowiu!
Od 1 września obiad z mięsem może pojawić się w szkolnej stołówce tylko dwa razy w tygodniu. Jeden dzień jest obowiązkowo wegański – dla wszystkich, bez wyjątku.
A dzieci rosną. Potrzebują pełnowartościowego białka, żelaza, cynku i witaminy B12 – w formie, którą organizm faktycznie przyswaja.
Kuchnie szkolne nie dostały ani szkoleń, ani pieniędzy. Zamiast strączków na talerzu wyląduje makaron.
Protestujemy przeciwko absurdalnej wojnie rządu z mięsem. Wojnie, na której cierpią nasze dzieci!
Stanisław Michalkiewicz: Wiadomości dobre i jeszcze lepsze
Nareszcie jakieś dobre wiadomości – bo dotychczas można byłoby sobie pomyśleć, że nie tylko nasz nieszczęśliwy kraj, ale w ogóle – cały świat zmierza ku katastrofie. To zresztą nie jest wykluczone, bo przypominam sobie, jak w 1971 roku w wydawanym przez Świadków Jehowy piśmie „Strażnica” przeczytałem artykuł wstępny zaczynający się tak: „Świat nasz zmierza ku katastrofie – jak powiedział pewien Murzyn z Atlanty”.
Skoro świat już wtedy zmierzał ku katastrofie – co spenetrował wspomniany Murzyn z Atlanty – to cóż dopiero teraz, kiedy na alarm biją eksperci, co to za pieniądze gotowi są potwierdzić niezbitymi dowodami hipotezę, jak nie o globalnym ociepleniu, to o globalnym oziębieniu – w zależności od tego, kto za co i ile zapłaci?
Tedy zwłaszcza w takiej sytuacji, każda dobra wiadomość jest na wagę złota.
I chociaż trapią nas rosnące lawinowo ceny paliw na stacjach benzynowych, a obywatel Tusk Donald próbuje wykorzystać bliskowschodni kryzys naftowy, by szantażem zmusić pana prezydenta Nawrockiego do podpisania kolejnego legislacyjnego knota o nadzwyczajnych zyskach firm paliwowych – że w razie odmowy oskarży go o działanie na szkodę mniej wartościowego narodu polskiego i w ten sposób stworzy pozory moralnego uzasadnienia dla operacji podmianki na stanowisku prezydenta.
Najpierw chodzi o zmianę z Karola Nawrockiego na obywatela Czarzastego Włodzimierza, no a potem – niechby nawet na Rafała Trzaskowskiego, który – jak pamiętamy – przez całe dwie godziny myślał, że jest prezydentem. Wymowni Francuzi powiadają, że kto raz był królem, ten zawsze zachowa majestat – i w przypadku Rafała Trzaskowskiego to się sprawdza, bo nie przykleja się do niego żadna afera – czego by tam nie nabroił.
Wyobrażam sobie, jakby taki powrót ucieszył nie tylko stado autorytetów moralnych, co to uważa pana prezydenta Karola Nawrockiego nie tylko za parweniusza, ale – w myśl wytycznych Judenratu – za „uzurpatora”. Uszami duszy już słyszę ten pochwalny bek – ale to wszystko jeszcze w sferze projektów – i to nie jest ta dobra wiadomość.
„Dobra wiadomość” jest taka, że Książę-Małżonek rozgromił Rosję. Wzorem Juliusza Cezara, co to zrobił „veni – vidi – vici” – co się wykłada, że przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem – Książę-Małżonek przybył z niezapowiedzianą wizytą na Ukrainę i nie czekając nawet na wynik negocjacji prezydenta Zełeńskiego z zimnym ruskim czekistą Putinem, wziął i rozgromił Rosję, w podobny sposób, jak to zrobił generał Nogi podczas wojny japońskiej. Według relacji popularnych w warszawskich sferach kupieckich, było tak: generał Nogi siedział i jadł kwaśne mleko z kartoflami.
Przybiega adiutant i melduje: Wasze Priewoschoditielstwo, cesarska flota rosyjska już się zbliża – a on nic, tylko je kwaśne mleko z kartoflami. Po chwili przybiegają inni adiutanci z meldunkiem – Wasze Prewoschoditielstwo, już widać cesarską flotę rosyjską! A generał Nogi nic, tylko je kwaśne mleko z kartoflami. Wreszcie przybiegają pozostali adiutanci z krzykiem – Wasze Wysokopriewoschoditielstwo, cesarska rosyjska flota już tu jest! Wtedy generał Nogi wstał, otarł usta serwetką, wyszedł na pokład i zatopił cesarską flotę rosyjską.
Książę-Małżonek nie musiał nawet wychodzić na pokład, tylko zrobił taką groźną minę, że na ten widok zimny ruski czekista Putin struchlał i natychmiast porzucił plany ataku na któreś z mocarstw bałtyckich. Podobno postanowił poprzestać na małym i tylko doskonalić się w prowokacjach, dzięki którym obywatel minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz ma nadzieję wytresować mniej wartościowy naród tubylczy w odruchach Pawłowa.
W tym celu, jak tylko ruskie drony atakują Ukrainę, pan minister Kierwiński, za pośrednictwem systemu syren, zaczyna wyć tak przeraźliwie, że w środku nocy podrywa na równe nogi mieszkańców województw: podkarpackiego i lubelskiego – żeby niezwłocznie udali się w „bezpieczne miejsce”. Ponieważ jednak nikt nie wie, czy na terenie tych województw jest jakieś bezpieczne miejsce, ani – gdzie się ono znajduje – obywatele już skapowali, że nie chodzi o żaden ratunek, tylko – żeby się oswoili z myślą, że wojna na Ukrainie, to „nasza” wojna – i bez szemrania płacili tamtejszym oligarchom haracz.
Waśnie w dniach ostatnich zakończyło się w Karpaczu „forum ekonomiczne”, podczas którego prezes Głównego Urzędu Statystycznego podał informację, że w latach 2022-2025 Polska, wspierając Ukrainę, poniosła straty sięgające prawie 500 miliardów złotych. Ale to jeszcze nic w porównaniu z tym, co planuje Wielce Czcigodny Pawło Kowal, przewodniczący sejmowej komisji spraw zagranicznych. Otóż Wielce Czcigodny nawołuje, by tę forsę odzyskać – ale nie od Ukrainy, Boże uchowaj! – tylko od Rosji.
W takiej sytuacji finansowe straty Polski mogłyby wzrosnąć nawet dziesięciokrotnie, a poza tym nie obeszłoby się bez ofiar w ludziach. Najwyraźniej jednak i Wielce Czcigodny Pawło Kowal i Książę-Małżonek uważają, że skoro już doczekaliśmy szczęśliwie „naszej” wojny, to ofiary muszą być. Jest w tym logika, bo jeśli już zaczęlibyśmy składać ofiary z ludzi, to czy na kimkolwiek zrobiłyby jeszcze wrażenie doniesienia o deficycie budżetowym, czy długu publicznym, o katastrofie w sektorze ochrony zdrowia, czy o szybujących pod niebiosa cenach paliw, w których większą część stanowią przecież różne podatki?
Pod gruzami można ukryć wszystko i dlatego właśnie obywatel Tusk Donald aż przebiera nogami z niecierpliwości, nie mogąc doczekać się wojny.
Właśnie pochwalił się, że dostał od CIA „raport”. Nie wiadomo, czego on dotyczy, bo obywatel Tusk nie pokazał go nawet swemu zastępcy, ministru-ministrowiczu Władysławu Kosiniaku-Kamyszu. Pojawiły się tedy na mieście fałszywe pogłoski, jakoby nie był to żaden „raport”, tylko lista osobistości przeznaczonych do likwidacji w przypadku ruskiej agresji – na przykład na mocarstwa bałtyckie. Jestem przekonany, że w tych fałszywych pogłoskach nie ma ani słowa prawdy.
Po pierwsze dlatego, że obywatel Tusk Donald nie podlega CIA, tylko – niemieckiej BND, więc CIA może mu – jak to mówią – „skoczyć”.
Po drugie – minister-ministrowicz Kosiniak-Kamysz, podobnie jak całe PSL, ma stuprocentową zdolność koalicyjną, a w patriotycznych porywach nawet większą, więc nie to jest przyczyną ukrywania przed nim treści amerykańskiego dokumentu.
Wreszcie – po trzecie, a właściwie przede wszystkim – przecież Książę-Małżonek właśnie rozgromił Rosję, wskutek czego Putinu zmiękła rura i w rezultacie zamierza on poprzestać na doskonaleniu się w prowokacjach. Skoro tak, to któż i nam zabroni doskonalić się w prowokacjach?
Nikt nam nie zabroni, chyba, żeby zrobili to Nasi Sojusznicy, zarówno ten Największy, jak i ci Pomniejsi – bo Naszych Sojuszników, to my się słuchamy, dzięki czemu z każdej sytuacji wychodzimy obronnie. Czegóż chcieć więcej?
W jaki sposób zabetonować mózgi? To bardzo proste, trzeba wypuścić na rynek, wprost pod nogi nieprzygotowanej, albo oszukanej publiczności, produkty zrobione ze złą intencją, fałszywe i zawierające duży ładunek podłego oszukaństwa.
Następnie odciąć tę publiczność od możliwości dyskusji o tym co widzi, a zamiast tego lansować hasło – o gustach się nie dyskutuje. I koniec. Załatwione. O gustach się nie dyskutuje, dlatego każdy bałwan, bądź bałwanka, może rozwodzić się o opisanych tu, w pierwszych linijkach podstępach i dewastacjach ile tylko chce.
Obejrzałem wczoraj czołówkę i może z pięć minut pierwszego odcinka nowego serialu „Lalka”. Tu właśnie zastosowany został ten mechanizm. Serial pobije rekordy popularności, bo jest eksperymentem socjologicznym zrobionym z wielką premedytacją i wymierzonym w dobrze już oczadziałe mózgi wariatek, które obejrzą go tylko dlatego, żeby zobaczyć jak arystokracja znęcała się nad szlachetnym, prostym ludem.
Przy oglądaniu, rzecz jasna, nic poza tą wewnętrzną projekcją, nie będzie dla tych ludzi widoczne. Wiem to na pewno, bo dziś z rana przeczytałem komentarz jednej pani na iksie, która napisała, że serial świetny, albowiem ukazuje jak mieszczaństwo niszczyło chłopów (czy coś podobnego). Pani obejrzała cały odcinek, nie zauważyła, że nie ma tam chłopów, nie ma też mieszczaństwa, widziała tylko swoje wewnętrzne wizje, które z jakiegoś powodu się w jej głowie pojawiają. Serial je tylko uwolnił i ona natychmiast musiała o tym opowiedzieć.
Dyskusja zaś zaczęła toczyć się wokół tego czyśmy wszyscy są z chłopów, czy nie z chłopów. Kapujecie? Po obejrzeniu serialu „Lalka”! Szkolnictwo powszechne powinno być natychmiast zakazane, albowiem produkuje ono oślepłe na wszelkie niuanse, egotyczne potwory, które potrafią jedynie demonstrować swoje duchowe ubytki.
Nie łudźcie się, że ten serial to emanacja inwalidztwa intelektualnego i kulturalnego reżysera i scenarzysty. O nie!!! On to zrobił specjalnie, okradł społeczeństwo z pieniędzy przeznaczonych na kulturę, żeby wysmażyć ten kotlet z podeszwy od kolejarskiego buciora. I teraz wszystkie pretensjonalne Walkirie, zamieszkujące doliny polskich rzek i stoki pagórków, będą to przeżuwać, a następnie emitować gazy po pobieżnym strawieniu każdego kawałka. Owe gazy zaś będą miały właściwości duszące i paraliżujące.
Niektórych już sparaliżowało. Widać to na iksie, słowa nie mogą z siebie wydusić, a to dopiero pierwszy atak, szykuje się drugi, czyli film kinowy z Dorocińskim w roli Wokulskiego. Przy okazji, stoczyłem wiele potyczek polemicznych, o to ile lat miał Rzecki. Prusowi trochę się pochrzanił wiek głównych bohaterów, bo czyniąc Wokulskiego 35 latkiem, uczynił Rzeckiego 40 latkiem, co oczywiście nie było możliwe, ale tak jest w tekście – stary subiekt, czterdziestoletni pan Ignacy Rzecki. Mniejsza o to. Obydwie ekranizacje „Lalki” to desant kosmitów. Pierwsze ofiary już są.
Nie można jednak wykluczyć, że obsada serialu to po prostu jakaś klika rodzinno-partyjna, która upasie się na tym gniocie, stanowiącym kolejny etap niszczenia naszego szlachetnego i myślącego o sprawach wzniosłych narodu. Nie oglądajcie tego. Wzywam Was wszystkich, jak tu stoicie, nie oglądajcie tego szajsu, bo co byście potem nie powiedzieli obróci się to przeciwko Wam.
Zamiast tego zacznijcie czytać książki, które tu polecam, i które wydaję. Mówię to wprost, bo wobec takiego chamstwa i takiej dewastacji, nie ma już co się opierniczać i nie ma co niuansować wypowiedzi. To jest noc żywych trupów, a my siedzimy zamknięci w składziku na miotły i patrzymy, jak te nieboszczyki poprzebierane za Łęcką i Wokulskiego latają tam po placu.
Kupujcie książki Kliniki Języka, bo wydawnictwo to na pewno nie chce Was oszukać. To sprawa pierwsza i najważniejsza. Książki, które wystawiam, albo wydaję poruszają problemy istotne w naszej historii, ale często nie nadające się do popularyzacji, bo nie ma w nich miejsca na zakochanych wariatów, co szastają pieniędzmi, ani na zdeprawowane kurewki. A tylko z podobnych tym bytom istot składa się widownia seriali, takie mam wrażenie, po przeczytaniu tego co się wczoraj wyrabiało na iksie.
Wczoraj wstawiłem do sklepu biografię Iwana Bohuna, świetną…nawet jeśli z pewnymi tezami nie będziemy się zgadzać, należy ją przeczytać. Iwan Bohun, człowiek, który ocalił resztki wojska zaporoskiego pod Beresteczkiem, był przedmiotem zainteresowania „Gazette de la France”, która śledziła jego losy. To jest dziś nie do pomyślenia, bo ludzie próbujący takiego Bohuna udawać dzisiaj, niech za przykład posłuży Palikot, nie trafiają nawet na łamy „Życia chełmskiego” i „Panoramy Mazowsza”, albowiem ich wyczyny i aspiracje nikogo nie obchodzą.
A reporter „Gazette de la France” opisywał jakimi meandrami płynęło życie pułkownika Bohuna. Nie złożył on, na przykład, przysięgi na wierność carowi. Co już powinno postawić wszystkich do pionu, albowiem oznacza to iż jego poczynania przeciwko Rzeczpospolitej, choć do pewnego momentu zgodne z polityką Moskwy, były jednak inspirowane z innego ośrodka. Poza wszystkim, zawsze warto zapoznać się z inną optyką, dobrze znanych zjawisk i faktów z historii po wielokroć omawianej i komentowanej.
Jak się komuś nie podoba Bohun, będzie mógł sobie poczytać o życiu i męczeńskiej śmierci Jozafata Kuncewicza, bo jego biografię właśnie dziś wstawiam do sklepu. Znajdziecie w niej także historię Unii Brzeskiej oraz wszystkie zawiłości związane z polityką wschodnią Rzeczpospolitej za Zygmunta III. Jest to bowiem kolejna już nasza książka, po „Dymitrze Samozwańcu” i „Marynie Mniszchównie”, która ilustruje polityczne, ekonomiczne i religijne problemy z czasów najważniejszego panowania w całej historii Rzeczpospolitej.
Będą kolejne książki „zygmuntowskie”. Wszystko dlatego, że Hubert, w pocie czoła, rysuje kolejny tom komiksu o królu Zygmuncie i razem tworzyć to będzie pewną całość, powiązaną dość luźno, ale jednak powiązaną.
Nie mamy takiego budżetu, jak reżyser Maślona, który zrobił z „Lalki” dzieło przeznaczone dla żeńskiego aktywu partyjnego w Korei Północnej, a szkoda bo dopiero byśmy się pobawili. No, ale taki los, nie zmienię tego. Niech nasze biedne państwo nadal utrzymuje tę zgraję deprawatorów i oszustów. My sobie tu jakoś, prawda, poradzimy przy pomocy wiernych czytelników.
Chciałbym też, żeby wszyscy zwrócili uwagę na okładki naszych książek. Tę ostatnią robił Rafał, uważam że jest świetna.
Dotarło też wreszcie do mnie, dlaczego ludzie tak nienawidzą dobrych okładek i w ogóle grafiki? Ponieważ jej obecność kreuje nowe zupełnie hierarchie i nową wrażliwość, za którą chamstwo nie nadąża. Dlatego ono się denerwuje i pluje na podłogę, a potem rozciera plwocinę butem.
Chamstwu chodzi o to, żeby nie było niczego i żeby pokazywać w filmie i serialu, nieważne czy to „Lalka” czy „Ogniem i mieczem”, czy „Czterdziestolatek”, wyłącznie problemy emocjonalne żeńskiego aktywu partyjnego. Trend ten jest widoczny wszędzie, nie tylko w Netflixie, ale także na okładach książek Miłoszewskiego i Dehnela.
Przy tym wszystkim ludziom tym wydaje się, że kogoś przechytrzyli. To jest coś nieprawdopodobnego. Nie dotykajcie tego nawet kijem. Bo nie wiadomo czy coś na Was nie przeskoczy.
Popatrzcie lepiej jak fantastyczną metaforą okoliczności życia i śmierci Jozfata Kuncewicza jest okładka jego biografii wykonana przez Rafała. No i przeczytajcie biografię Bohuna, bo te książki się przecież łączą.
Dzień pierwszy w New Delhi: BRICS odchodzi od dolara, a Iran naciska na to najmocniej.
18. szczyt BRICS rozpoczął się 12 września, a blok podjął najbardziej konkretny krok w kierunku rozluźnienia uścisku dolara amerykańskiego, przyjęcia 45-stronicowej Deklaracji z New Delhi pierwszego dnia i poparcia architektury płatności zbudowanej w celu kierowania handlu transgranicznego wokół zachodniego systemu finansowego. Dla większości członków ten ruch był krokiem do przodu. Dla Iranu – pod szerokimi sankcjami USA, blokadą morską i mniej więcej sześciomiesięczną wojną ze Stanami Zjednoczonymi i Izraelem — był bliżej liny ratunkowej.
Deklaracja i kanały płatnicze
Przywódcy zebrani w Centrum Kongresowym Bharat Mandapam przyjęli Deklarację New Delhi 2026 jednogłośnie w dniu otwarcia, a premier Narendra Modi wyszedł z zamkniętej sesji oznajmiając, że żaden członek nie sprzeciwił się tekstowi. Centralnym punktem gospodarczym było zobowiązanie do rozszerzenia handlu i Inwestycji rozliczanych we własnych walutach krajowych członków oraz do połączenia ich krajowych systemów płatności i przesyłania wiadomości, aby transakcje mogły się odbywać bez przechodzenia przez DENOMINOWANĄ w dolarach sieć SWIFT. Zgodnie z deklaracją, grupa zadaniowa ds. płatności bloku zbadała transgraniczną interoperacyjność tych kanałów i wykorzystanie lokalnych walut do rozliczeń handlowych i Inwestycji.
Mechanizmem przyciągającym największą uwagę jest BRICS Pay, zdecentralizowana struktura przesyłania wiadomości płatniczych, która łączy indyjskie UPI, Chińskie CIPS i rosyjskie SPF we wspólną warstwę interoperacyjności — sposób na rozliczanie płatności między członkami spoza SWIFT. Deklaracja odnosi się również do pilotowego tokena „jednostki” opartej na złocie.
Jest znaczące, czego blok ponownie nie podjął. Nie było poparcia dla jednej wspólnej waluty BRICS; w szczególności Indie oparły się temu skokowi, faworyzując interoperacyjne rozrachunki w walucie krajowej nad polityczną i monetarną złożonością wspólnej jednostki. Rezultatem, jak scharakteryzowało to kilku obserwatorów, jest raczej stopniowa de-dolaryzacja finansowa niż Unia Walutowa, a nie nowa waluta rezerwowa.
Odpowiedź Waszyngtonu
Odpowiedź Waszyngtonu była natychmiastowa. Prezydent Trump zagroził cłami w wysokości do 100% na blok, przedłużając kampanię nacisku, którą prowadzi od roku przeciwko temu, co nazywa „antyamerykańską” trajektorią BRICS. Zagrożenie ma prawdziwą wagę dla członków zależnych od eksportu, którzy polegają na rynku amerykańskim — ale jego siła odstraszająca ulega erozji z każdą transakcją, którą blok zdoła przekierować kanałami innymi niż dolar. To paradoks, przed którym stoi Waszyngton: taryfy mają karać de-dolaryzację, ale de-dolaryzacja jest dokładnie tym, co stępia działanie taryf.
Iran na pierwszej linii
Żaden członek nie przybył z większą stawką niż Iran. Prezydent Masoud Pezeshkian naciskał na handel walutami krajowymi, mówiąc dziennikarzom, że rozszerzenie wykorzystania własnych walut członków w handlu wewnątrz-blokowym jest jednym z najważniejszych kroków, jakie grupa może podjąć. Teheran naciskał przez cały szczyt na mechanizmy izolujące członków od zachodniej presji finansowej – priorytet zaostrzony przez sankcje i blokadę, przed którą teraz stoi.
Co najważniejsze, szczyt instytucjonalizuje na poziomie wielostronnym to, co Iran już budował dwustronnie. 29 stycznia 2026 r. Teheran podpisał TRÓJSTRONNY pakt strategiczny z Chinami i Rosją: porozumienie, którego ekonomicznym rdzeniem jest budowa alternatywnych mechanizmów finansowych, które omijają SWIFT i zmniejszają ekspozycję na system skoncentrowany na dolarach. Pakt ten opiera się na już istniejących fundamentach: układzie monetarnym Iran–Rosja, działającym od początku 2025 r., który reguluje handel bezpośrednio rialami i rublami oraz łączy rosyjską sieć kart Mir z irańskim systemem Szetab; 25-letnie ramy współpracy Iran–Chiny; i zwykły fakt, że Chiny kupują teraz przytłaczającą większość irańskiej ropy, większość transakcji w juanie.
Implikacja jest sprzeczna ze wspólnym założeniem, że Iran stara się o obejście dolara. Dysponuje już jednym. Dla Teheranu BRICS Pay nie jest nowym kanałem ucieczki, ale większą, odporną na sankcje siecią, na którą może przeszczepić handel, który już prowadzi poza zachodnimi kanałami — i wielostronnym błogosławieństwem dla równoległej architektury finansowej, trwającej już dwa lata w połączeniu z Moskwą i Pekinem.
Gdzie BRICS narysował linię – a gdzie nie
Język deklaracji o wojnach w regionie był najbardziej kontrowersyjny w tekście, a wynik nierówny: miejscami ostry, w innych celowo niejasny. Osiągnięcie konsensusu wymagało podobno negocjacji, które trwały do 4 rano, napędzanych głównie rozłamem między Iranem a Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi.
W sprawie wojny amerykańsko-izraelskiej przeciwko Iranowi blok wyraził głębokie zaniepokojenie i wezwał do maksymalnej powściągliwości, dialogu i dyplomacji — ale nie nazwał ani Stanów Zjednoczonych, ani Izraela i nie potępił żadnego kraju wprost. To zabezpieczenie było ceną jednomyślności. Irański minister spraw zagranicznych Abbas Araghchi naciskał na BRICS, by potępił to, co nazwał bezprawną agresją USA i Izraela; Zjednoczone Emiraty Arabskie odcięły się mocno, oskarżając Teheran o wykorzystanie szczytu do uzasadnienia własnych ostrzałów rakietowych i dronów przeciwko państwom Zatoki Perskiej. Indie, kierując obradami, uznały „różne poglądy niektórych członków” i skierowały tekst na wspólną płaszczyznę. Język był mocniejszy niż mdły apel o pokój, ale daleko mu do jednoznacznego potępienia uderzeń na Iran, które Teheran wygrał na szczycie w Rio rok wcześniej — to znaczący krok wstecz w tej konkretnej kwestii, a nie naprzód.
Jednak Iran i tak podpisał tekst i to był spokojniejszy dyplomatyczny aspekt szczytu. Teheran, prowadzący wojnę, strzelając pociskami i dronami w Zjednoczone Emiraty Arabskie – ostatnio w Bazę Lotniczą Al Minhad pod koniec sierpnia – umieścił swoje sformułowania w języku, który jego przeciwnik z Zatoki mógł również zaakceptować, podczas gdy Pezeshkian spotkał następcę tronu Abu Zabi na uboczu w najwyższym kontakcie obu stron od początku walk. Gotowość Iranu do zasiadania w konsensusie zamiast wymuszania zerwania zasygnalizowała, że odczytał kierunek deklaracji — głębokie zaniepokojenie eskalacją i wezwanie do ochrony ludności cywilnej — jako wystarczająco akceptowalny, nawet bez nazwania agresorów, o które zabiegał. Ale te same słowa posłużyły Abu Zabi: wezwanie do poszanowania suwerenności i integralności terytorialnej państw wskazywało zarówno na ataki Iranu na Zatokę, jak i na atak USA–Izraela na Iran. Konsensus utrzymał się, ponieważ tekst można czytać w obie strony.
Wobec Libanu blok był ostrzejszy i bezpośrednio nazwał Izrael. Przywódcy potępili ciągłe łamanie suwerenności i integralności terytorialnej Libanu, wezwali Izrael do wycofania swoich sił okupacyjnych z całego terytorium Libanu, zażądali pełnego wdrożenia rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ 1701 i potępili wszystkie ataki na siły pokojowe UNIFIL – składając kondolencje dla żołnierzy sił pokojowych zabitych na południu, w tym czterech Indonezyjczyków, i domagając się odpowiedzialności. Jest to jedna z najbardziej bezpośrednich krytyk Izraela w jakiejkolwiek deklaracji BRICS do tej pory, mimo że Izrael jest wymieniany tylko trzy razy w całym 45-stronicowym dokumencie. Deklaracja oddzielnie uwzględniła Postępowanie Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości wniesione przez Republikę Południowej Afryki przeciwko Izraelowi wobec Gazy i odrzuciła wszelkie jednostronne posunięcia mające na celu zmianę statusu okupowanej Jerozolimy.
W przypadku Indii najlepiej zmierzyć przesunięcie w stosunku do miejsca, w którym Modi stał zaledwie sześć miesięcy wcześniej. W dniach 25-26 lutego odbył przełomową wizytę w Izraelu – pierwszy premier Indii, który przemówił do Knesetu, uhonorowany Medalem Marszałka jako pierwszy zagraniczny przywódca, który go otrzymał, przewodniczył podniesieniu powiązań z „specjalnym strategicznym partnerstwem” i torem koprodukcji obronnej. Kiedy Stany Zjednoczone i Izrael rozpoczęły wojnę z Iranem czterdzieści osiem godzin po jego odlocie, zabijając najwyższego przywódcę Iranu w nalocie, New Delhi zachowało wyraźne milczenie – bez potępienia ataków, bez kondolencji w związku z zabójstwem — i niech jego własne powiązania z Iranem, od finansowania portu Chabahar po dwustronny handel, ustaną pod presją USA. Ta cisza trwała miesiącami.
Modi ugiął się w Biszkeku. 1 września na szczycie Organizacji Współpracy w Szanghaju Modi podpisał deklarację potępiającą uderzenia militarne na terytorium Iranu jako naruszenie prawa międzynarodowego, składając kondolencje zabitemu przywódcy Iranu oraz popierając suwerenność Iranu i jego prawa wynikające z Traktatu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej – po raz pierwszy Indie poparły język potępiający atak amerykańsko-izraelski. Od lidera, który przyjął Netanjahu w lutym, było to prawdziwe odwrócenie, a nie kalibracja. Deklaracja z New Delhi jedenaście dni później była w rzeczywistości łagodniejsza dla Iranu niż Biszkek, a powód jest pouczający: SCO nie ma członków Zatoki Perskiej, ale BRICS ma Zjednoczone Emiraty Arabskie, które mocno odepchnęły i wymusiły nienazwaną formułę „głębokiej troski” — nawet gdy blok trzymał się mocno, skrytykował działania Izraela w Libanie. Łuk zatoczony przez Indie w 2026 roku – od medalu w Knesecie po potępienie w Biszkeku – jest prawdziwą miarą tego posunięcia; zabezpieczony fragment Iranu w tekście New Delhi odzwierciedla stół przetargowy BRICS, a nie odwrót od niego.
Co jest prawdziwe, a co symboliczne
Trzeźwa ocena jest uzasadniona. BRICS Pay jest warstwą komunikacyjną i interoperacyjną, a nie zamiennikiem dolara jako światowego zasobu rezerwowego, a nic w Deklaracji z New Delhi nie wypiera dominacji dolara w globalnych rezerwach, cenach surowców lub handlu w krajach trzecich. Jedność bloku ma również swoje ograniczenia, które deklaracja tapetuje zamiast je rozwiązywać: konsensus w sprawie Bliskiego Wschodu ma miejsce tylko dlatego, że tekst uniknął nazwania agresorów, których Iran chciał nazwać, i konflikt Iran-ZEA, który prawie zatopił negocjacje, nie zniknął. Buńczuczne oświadczenia o odejściu od dolara mają długą historię wyprzedzania mechaniki.
Ale chodzi o asymetrię wewnątrz bloku. To, co czyta się jako przyrostowe dla Indii lub Brazylii — krajów z pełnym dostępem do zachodnich rynków i finansów — jest bardziej egzystencjalne dla Iranu i Rosji. Dla państw odciętych od SWIFT i operacji clearingowych w dolarach, szyna płatnicza, która działa właśnie dlatego, że nie dotyka dolara, jest warta znacznie więcej niż jakakolwiek debata na temat teorii waluty rezerwowej. Deklaracja z New Delhi nie zdetronizuje dolara. Ona wręcza sankcjonowanym członkom bloku zbiorową, rozszerzającą się, a teraz formalnie zatwierdzoną alternatywę dla systemu, którego Waszyngton użył do ich izolowania.
Tło
Wszystko to dzieje się w cieniu jednoczesnych wojen — na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie — oraz konfliktu w Iranie, wywołanego przez amerykańsko–Izraelskie uderzenia pod koniec lutego, który pchnął ropę powyżej 100 dolarów za baryłkę, zakłócił funkcjonowanie Cieśniny Ormuz, a teraz krwawi eskalacją między Arabią Saudyjską a jemeńskimi Huti. To środowisko sprawia, że program de-dolaryzacji jest pilny: im bardziej Waszyngton wywiera presję finansową i wojskową, tym większa zachęta dla docelowych państw do budowania kanałów poza jego zasięgiem. Drugi dzień szczytu dotyczy łańcuchów dostaw, bezpieczeństwa energetycznego i strategii gospodarczej bloku 2030. – Larry Johnson