Zwycięzcy. MEM-y I.

—————————-

——————————————

————

—————————-

—————————————-

——————————————–

——————————

———————————————————————–

—————————————

Przyszłość Ameryki: Kraj prosperujący i pokojowy czy zbankrutowane, brutalne imperium?

Przyszłość Ameryki: Kraj prosperujący i pokojowy czy zbankrutowane, brutalne imperium?

Autorstwa Briana Berletica, uncutnews-ch/amerikas-zukunft-eine-wohlhabende-friedliche-nation-oder-ein-bankrottes-gewalttaetiges-imperium

Stany Zjednoczone stoją na rozdrożu i mają dwie możliwości. Albo uda im się przekształcić z globalnego mocarstwa hegemonicznego w zamożny, pokojowy kraj, który współpracuje ze wszystkimi innymi narodami na równych prawach, albo w jeszcze większym stopniu polegać na kontynuowaniu bankrutującego, brutalnego imperium, które nadal dąży do przejęcia kontroli nad wszystkimi innymi narodami.

Aby odpowiedzieć na pytanie, jaką drogę wybiorą Stany Zjednoczone, należy najpierw zrozumieć cechy strukturalne, na których opiera się hegemonia USA.

System oparty na dominacji

Obecny system amerykański opiera się na globalnej dominacji.

Dzięki dolarowi amerykańskiemu, będącemu globalną walutą rezerwową, Stany Zjednoczone zaciągnęły długi wynoszące biliony dolarów, zachowując przy tym ogromną władzę i bogactwo nie tylko w swoich granicach, ale także daleko poza nimi.

W rezultacie powstała hegemonia, która pozwala Stanom Zjednoczonym ustalać „globalne normy” dotyczące handlu międzynarodowego, praw człowieka oraz rozwoju i kontroli kluczowych technologii – szczególnie poprzez ogromną hipokryzję i wybiórcze egzekwowanie prawa.

„Stany Zjednoczone mają szansę stać się stabilnym, zamożnym i potężnym członkiem świata wielobiegunowego, ale najpierw muszą przezwyciężyć zależność od globalnej hegemonii”.

Umożliwiło to również Stanom Zjednoczonym stworzenie sieci tzw. „gwarancji bezpieczeństwa”, w ramach których siły amerykańskie okupują kraje na całym świecie – od Europy i Bliskiego Wschodu po Azję Południowo-Wschodnią i Wschodnią. Choć deklarowanym celem jest zapewnienie bezpieczeństwa tym „sojusznikom ”, w praktyce służy to jedynie jako przykrywka dla tego, co Stany Zjednoczone nazywają „projekcją siły” – zdolnością USA do przeprowadzenia agresji militarnej praktycznie w dowolnym miejscu na świecie w krótkim czasie.

Taka „projekcja siły” USA często odbywa się kosztem bezpieczeństwa krajów, w których stacjonują wojska amerykańskie.

Groźba lub użycie agresji militarnej przez Stany Zjednoczone na całym świecie jest niezbędne, aby utrzymać dolara amerykańskiego jako globalną walutę rezerwową, a tym samym zapewnić ogólną hegemonię Ameryki.

Agresja militarna USA ma na celu osłabienie lub wyeliminowanie potencjalnych rywali, a także alternatywnych systemów finansowych i monetarnych, które ci rywale nieuchronnie starają się wprowadzić, aby uwolnić się od podporządkowania Wall Street i Waszyngtonowi.

Jest to polityka USA stosowana od dziesięcioleci – od zakończenia zimnej wojny do dnia dzisiejszego.

Rosnąca siła alternatywnych systemów w tym, co wielu nazywa „powstającym wielobiegunowym porządkiem świata”, zmusiła Stany Zjednoczone nie tylko do prowadzenia bezprecedensowych wojen agresywnych na całym świecie – w tym wojen i wojen zastępczych przeciwko Wenezueli, Rosji, Jemenowi, Libanowi i Iranowi – ale także do ponoszenia bezprecedensowych wydatków wojskowych. Obecny budżet wojskowy USA wynosi około 1,5 biliona dolarów i stale rośnie.

Choć na pierwszy rzut oka może się to wydawać nie do utrzymania i nieracjonalne, istnieje kilka powodów, dla których USA odmawiają obrania bardziej racjonalnego kursu politycznego.

Amerykańska baza wojskowo-przemysłowa składa się z niezwykle bogatych i wpływowych korporacji. Dominacja USA, wynikająca z globalnej agresji militarnej, którą umożliwiają, przyczynia się do tworzenia i rozszerzania monopoli w innych amerykańskich branżach, w tym w przemyśle naftowym, rolnictwie, motoryzacji, farmaceutyce, technologii i wielu innych.

Te branże razem tworzą fundament potęgi gospodarczej, militarnej, politycznej i informacyjnej Stanów Zjednoczonych. Kierunek rozwoju każdej firmy jest determinowany przez priorytety akcjonariuszy, co oznacza, że ​​każda z tych firm jest prawnie zobowiązana do ciągłego zwiększania zysków dla swoich akcjonariuszy.

Ponieważ nieograniczony wzrost w skończonym świecie o skończonej populacji i ograniczonych zasobach jest zarówno nieracjonalny, jak i niezrównoważony, stwarza to strukturalne konieczności ciągłego poszerzania rynków i wzrostu za wszelką cenę – w tym poprzez wojnę, wyzysk, lichwiarskie pożyczki i wiele innych szkodliwych praktyk.

Podczas gdy ten system gospodarczy napędza dążenie USA do globalnej hegemonii, ideologia służy jako wzmocnienie strukturalne – w tym koncepcja „amerykańskiej wyjątkowości”, która zakłada, że ​​USA nie tylko z natury są lepsze od wszystkich innych narodów, ale mają również moralny, a nawet „boski” obowiązek przejęcia globalnej hegemonii.

Nie tylko nieograniczony wzrost w ramach skończonego systemu jest nieracjonalny i niemożliwy do utrzymania, ale istnieją również inne zewnętrzne powody, dla których dążenie USA do hegemonii jest niebezpiecznie nierealne.

Wzrost Chin wynika z kilku kluczowych realiów, których USA nie mogą łatwo zmienić. Należą do nich m.in. fakt, że Chiny mają populację czterokrotnie większą od USA, a co za tym idzie, znacznie większą populację w wieku produkcyjnym, znacznie większą bazę przemysłową, lepszą infrastrukturę, bardziej rozbudowane łańcuchy dostaw oraz lepszy system edukacji, który kształci miliony absolwentów w dziedzinie nauk ścisłych, technologii, inżynierii i matematyki (STEM), a także rosnącą potęgę militarną — zarówno konwencjonalną, jak i nuklearną — przez co coraz mniej prawdopodobne jest, aby agresja militarna USA mogła skutecznie zmusić lub powstrzymać Chiny.

„A co jeśli…”

Co by było, gdyby USA postanowiły porzucić to irracjonalne i niemożliwe do utrzymania dążenie do globalnej hegemonii?

Analitycy uważają, że Stany Zjednoczone mogłyby osiągnąć ten cel poprzez wycofanie się na półkulę zachodnią, przywrócenie potencjału przemysłowego, przegląd i obcięcie amerykańskiego budżetu „obronnego” , przejście od globalnej „projekcji siły” do inwestowania w infrastrukturę krajową oraz oparcie siły dolara amerykańskiego na produktywności, a nie na globalnej agresji militarnej.

Departament Stanu USA musi uznać rzeczywistość świata wielobiegunowego i znaleźć w nim racjonalne, odpowiednie miejsce – porzucając „porządek oparty na zasadach”, w którym tylko USA ustalają „zasady” i wydają „rozkazy”, a zamiast tego prowadząc politykę nieingerencji zarówno w obrębie samej półkuli zachodniej, jak i na całym świecie.

Co więcej, Stany Zjednoczone muszą w końcu zacząć przestrzegać obowiązującego prawa międzynarodowego, co położyłoby kres erze jednostronnych sankcji i interwencji wojskowych na całym świecie.

W USA konieczne jest odejście od praktyk gospodarczych zorientowanych na rentę na rzecz rzeczywistej, fizycznej produkcji przemysłowej i zainwestowanie w powszechną opiekę zdrowotną oraz niedrogą, wysokiej jakości edukację, aby odbudować potencjał siły roboczej niezbędny do realizacji tych wszystkich celów.

Wielu analityków zakładało przed wyborami prezydenckimi w USA w 2024 r., że retoryka kampanii Trumpa jest zgodna z pragnieniem transformacji z globalnego hegemona w regionalne mocarstwo na półkuli zachodniej, reinwestowania w amerykański przemysł i infrastrukturę oraz że „wielka umowa” z Rosją lub Chinami, a nawet z oboma państwami jest nieuchronna.

Jednak już przed wyborami prezydenckimi w USA w 2024 r., a teraz, co jest już jasne po wyborach, USA zobowiązały się do dalszego rozszerzania swojej dominacji.

Pragnienie „reindustrializacji” w USA nie było motywowane fundamentalnymi zmianami gospodarczymi, ale geopolityczną koniecznością produkowania broni i amunicji niezbędnych do walki z coraz potężniejszymi państwami, takimi jak Chiny i Rosja, ale także Iranem i wieloma innymi państwami, które coraz częściej zwracają się w stronę wielobiegunowego światopoglądu.

Nawet na kartach Strategii Bezpieczeństwa Narodowego USA 2025 – którą wielu analityków powoływało się na dowód chęci wycofania się Ameryki na półkulę zachodnią i poszukiwania „wielkiego kompromisu” z państwami takimi jak Rosja i Chiny – USA przedstawiły swoje stałe ambicje, aby zapobiec powstaniu rywalizujących potęg gdziekolwiek na Ziemi.

W pewnym momencie w NSS 2025 stwierdzono:

„…Stany Zjednoczone utworzą sieć podziału obciążeń, w której nasz rząd będzie pełnił rolę koordynatora i mediatora. Takie podejście gwarantuje podział obciążeń i szersze poparcie dla wszelkich tego typu działań. Model ten będzie ukierunkowany na strategiczne partnerstwa, które wykorzystują narzędzia ekonomiczne do koordynowania bodźców, dzielenia się obciążeniami z sojusznikami o podobnych poglądach i naciskania na reformy zapewniające długoterminową stabilność. Ta strategiczna jasność pozwoli Stanom Zjednoczonym skutecznie przeciwdziałać wrogim i wywrotowym wpływom, unikając jednocześnie nadmiernego obciążenia i rozproszenia uwagi, które podważały wcześniejsze wysiłki”.

Innymi słowy, USA po prostu przyznają, że koszty ich globalnej dominacji rosną i przerzucają je na swoich przedstawicieli – od Europy po region Azji i Pacyfiku – w ten sposób nadal przeciwdziałając potencjalnemu wzrostowi alternatywnych ośrodków władzy kosztem państw w tych regionach, które już objęły kontrolą polityczną.

Przykładami tego są nie tylko Ukraina, ale coraz częściej także reszta Europy względem Rosji, państwa arabskie nad Zatoką Perską i Izrael na Bliskim Wschodzie względem Iranu, a także Japonia, Korea Południowa, Filipiny i wyspiarska prowincja Tajwan w regionie Azji i Pacyfiku.

Zamiast wycofać się na półkulę zachodnią i dążyć do zawarcia „wielkiej umowy” z Rosją lub Chinami – i zamiast budować funkcjonującą gospodarkę pokojową – USA po prostu podwoiły krajową produkcję przemysłu zbrojeniowego i przekazały ją państwom zastępczym USA ( „friend-shoring” ), przyjmując mentalność „wszystko albo nic”, która jest wyraźnie nastawiona na destabilizację światowej gospodarki zarówno dla podmiotów zastępczych, jak i rywali.

Zamiast więc położyć kres wojnom, jak przewidywali niektórzy analitycy, Stany Zjednoczone zaostrzyły każdą wojnę, w którą były zaangażowane lub którą wspierały przed wyborami prezydenckimi w USA w 2024 r., i rozpoczęły kilka nowych wojen, w tym niezwykle niebezpieczną i destabilizującą amerykańską wojnę agresywną przeciwko Iranowi na Bliskim Wschodzie.

Potencjalne koszty myślenia „wszystko albo nic”

W oczach amerykańskich decydentów i grup interesu, które kierują ich decyzjami, kontrolowanie ruiny jest lepszym rozwiązaniem niż nieuchronny upadek obecnego systemu amerykańskiego, który jest niepewnie zależny od statusu dolara amerykańskiego jako światowej waluty rezerwowej i od natury gospodarki nastawionej na rentę – w przeciwieństwie do szybkiego wzrostu alternatywnych systemów gospodarczych opartych na doraźności i produkcji.

Z tego powodu Stany Zjednoczone szybko zmierzają w kierunku nadmiernej ekspansji za granicą i przyspieszonego upadku na rynku krajowym.

Hipotetyczne dążenie Stanów Zjednoczonych do konstruktywnej roli wśród narodów, a nie dominacji nad nimi, jest celem narodu dążącego do stabilizacji. Obecna strategia USA opiera się na pragnieniu hegemonii. Historycznie rzecz biorąc, gdy mocarstwo przedkłada hegemonię nad stabilność, przejście do nowego porządku międzynarodowego zazwyczaj następuje w wyniku poważnego kryzysu – takiego jak wojna światowa – a nie poprzez „wielki kompromis”.

Jeśli weźmiemy pod uwagę wojnę zastępczą USA na Ukrainie, która eskaluje, ponieważ Stany Zjednoczone rozszerzają ataki dronów na rosyjskie obiekty produkcji, magazynowania i eksportu energii; ukierunkowane ataki USA na tankowce transportujące rosyjską energię; amerykańską wojnę agresji przeciwko Iranowi i późniejszą blokadę Cieśniny Ormuz; a także trwającą rozbudowę sił militarnych USA w regionie Azji i Pacyfiku u wybrzeży Chin, a nawet w granicach uznanych przez społeczność międzynarodową (Tajwan) – widzimy dokładnie, jak kształtuje się ten poważny kryzys.

Przepaść między racjonalnym, zrównoważonym i konstruktywnym planem pokojowym a rzeczywistą dynamiką polityki USA pogłębia się wskutek strukturalnego okopywania się. Gdy naród opiera całą swoją gospodarkę, walutę i tożsamość na byciu potęgą hegemoniczną, koszt przejścia na bardziej zrównoważoną i racjonalną ścieżkę staje się egzystencjalnym zagrożeniem zarówno dla ludzi, jak i interesów władzy.

Każdy, kto regularnie śledzi przesłuchania w Senacie i Izbie Reprezentantów USA, może zobaczyć na własne oczy, jak poczucie egzystencjalnego zagrożenia i strach przed utratą całkowitej dominacji nad planetą nie tylko determinują myśli i decyzje senatorów, przedstawicieli USA i samego Białego Domu, ale także interesy korporacyjne i finansowe: przemysłu zbrojeniowego, dużych firm naftowych, przemysłu rolnego, gigantów technologicznych, przemysłu farmaceutycznego i wielu innych, którzy wynieśli ich do władzy i za pośrednictwem których działają na rzecz rozwoju amerykańskiej polityki zagranicznej i krajowej w ich imieniu.

Obawy polityków wynikają z licznych strukturalnych wzmocnień, które służą regulowaniu amerykańskiej klasy politycznej, a w pewnym stopniu także znacznej części amerykańskiego społeczeństwa – takich jak amerykańska wyjątkowość, rasizm, ksenofobia i ideologia wyższości.

W interesie świata korporacji i finansów obawy te wynikają z bolesnego przejścia od pogoni za rentą do faktycznej produkcji – mniejszych, ale bardziej zrównoważonych marż, które są tego wynikiem – oraz z faktu, że niezależnie od sukcesu tego przejścia, Chiny nieuchronnie wyjdą z niego silniejsze i bardziej wpływowe niż USA ze względu na swoje podstawowe atuty – większą populację, większą bazę przemysłową oraz szerszy i lepszy system edukacji.

Z tego powodu – gdyby taka transformacja nastąpiła – amerykańskie interesy korporacyjne i finansowe nigdy więcej nie będą miały możliwości użycia siły – czy to militarnej, ekonomicznej czy politycznej – aby pozbawić innych tego, czego chcą, gdziekolwiek chcą i za jakąkolwiek cenę.

Jeśli jednak to jest siłą napędową obecnego systemu amerykańskiego – a odejście od niego stanowi „zagrożenie egzystencjalne” – to system ten w ogóle nie powinien istnieć.

Jest to system, który naród amerykański – i reszta wielobiegunowego świata – powinien wspólnie odkryć, odrzucić i zastąpić poprzez ukierunkowane działania gospodarcze, pod pretekstem suwerenności narodowej i w ramach obowiązującego prawa międzynarodowego.

Stany Zjednoczone mają szansę stać się stabilnym, zamożnym i potężnym członkiem wielobiegunowego świata, ale najpierw muszą przezwyciężyć uzależnienie od globalnej hegemonii. Aby przezwyciężyć uzależnienie, trzeba najpierw uznać, że ono istnieje. Tylko czas pokaże, czy Stany Zjednoczone same to dostrzegą, czy też wielobiegunowy świat stworzy globalne warunki, które uniemożliwią im dalszą kontrolę nad światem , pozostawiając im tylko jedną opcję – przejście do bardziej zrównoważonej i konstruktywnej roli w świecie.

Źródło: Przyszłość Ameryki: Dobrobytowy, pokojowy kraj czy bankrutujące, brutalne imperium?

Dar strachu. The Grift of Fear.

The Grift of Fear. Dar strachu.

Dr. Robert W. Malone malone.news/the-grift-of-fear

W 1997 roku specjalista ds. bezpieczeństwa Gavin de Becker opublikował książkę zatytułowaną The Gift of Fear (pol. Dar strachu). To książka o przewidywaniu przemocy międzyludzkiej, która wyszkoliła całe pokolenie czytelników – głównie kobiet – w rozpoznawaniu behawioralnych sygnatur drapieżników, zanim dojdzie do przemocy.

Urok. Wymuszona wspólnota losu. Zbyt wiele szczegółów. Pożyczanie przysługi. Nieproszona obietnica. Lekceważenie słowa „nie”.

De Becker zebrał te wzorce, pracując jako konsultant ds. oceny zagrożeń dla celebrytów, dyrektorów firm i urzędników rządowych, a także rozmawiając szczegółowo zarówno z osobami, które przeżyły zamachy na swoje życie, jak i z napastnikami schwytanymi przed dokonaniem czynu. Wzorce te nie są subtelne, gdy już wiesz, czego szukać. De Becker argumentował, że są one rozpoznawalne z wyprzedzeniem dla każdego, kto otrzymał odpowiednie słownictwo.

Gra słów w tytule była zamierzona. Strach – ten rodzaj, który pojawia się nieproszony, gdy obcy podchodzi zbyt blisko na pustym peronie metra lub gdy przyjazna z pozoru oferta pomocy wydaje się „nie taka” – nie jest wadą wykształconej ewolucyjnie zdolności poznania

Jest darem. To mózg robi dokładnie to, do czego ewoluował: odczytuje niewielki zestaw wskazówek szybciej, niż jakakolwiek świadoma deliberacja mogłaby to zrobić, i odsuwa ciało od niebezpieczeństwa, zanim umysł zdąży nadążyć….

Są one również, jak argumentował de Becker, rozpoznawalne z wyprzedzeniem przez każdego, kto otrzymał odpowiednie słownictwo.

Tytułowa gra słów była zamierzona. Strach – ten, który pojawia się nieproszony, gdy obcy podchodzi zbyt blisko na pustym peronie metra lub gdy przyjazna z pozoru oferta pomocy wydaje się „nie tak” – nie jest wadą ewolucyjnego poznania. Jest darem. To mózg robi dokładnie to, do czego ewoluował: odczytuje niewielki zestaw sygnałów szybciej, niż jakakolwiek świadoma deliberacja mogłaby to zrobić, i odsuwa ciało od niebezpieczeństwa, zanim umysł nadąży.

W studiach przypadku de Beckera osoby, które ucierpiały, niemal nigdy nie były tymi, które nie zauważyły sygnałów. Były to osoby, które zauważyły je prawidłowo, ale zignorowały sygnał. Zostały wychowane, by ustępować. Nie chciały wyjść na niegrzeczne. Czuły niepokój, którego nie potrafiły nazwać, i dlatego odrzucały to uczucie jako paranoję.

To, co chcę tutaj argumentować, to coś, co moim zdaniem zbiorowo przeoczyła zarówno instytucja zdrowia publicznego, jak i kontrkulturowa reakcja mediów na nią, a także szersza kultura, która konsumowała jedno i drugie.

Pandemia nie była przede wszystkim porażką eksperckości. Była porażką rozpoznania. Ta sama psychologiczna maszyneria, którą zidentyfikował de Becker – maszyneria chroniąca nas przed uroczym nieznajomym u drzwi – była atakowana na skalę całej populacji przez aktorów instytucjonalnych, których interesy nie były zbieżne z naszymi. I przez niektórych z najgłośniejszych aktorów dysydenckich również. Celowanie w dużą mierze się powiodło. Oszustwo działało po obu stronach.

Powód, dla którego to zadziałało, nie polega na tym, że ludzie są głupi. Powód, dla którego to zadziałało, jest taki, że instytucje miały dostęp do kanałów komunikacyjnych o praktycznie nieograniczonym zasięgu, a techniki, które zastosowały, były dokładnie tymi technikami, które de Becker skatalogował w 1997 roku.

Urok. Sygnały autorytetu. Wymuszona wspólnota losu („jesteśmy w tym wszyscy razem”). Nieproszone obietnice („bezpieczne i skuteczne”). Odrzucanie zastrzeżeń jako porażek moralnych („zabijasz babcię”). Odmowa przyjęcia „nie” za odpowiedź w jakiejkolwiek kwestii uznanej za istotną.

A gdy te techniki napotkały opór, koszty społeczne i ekonomiczne nakładano na tych, którzy mimo wszystko nadal mówili „nie”.

Odpowiedź dysydencka, gdy nadeszła, bywała czasem wyważona i trafna. Była jednak w ważnych aspektach tą samą operacją, tylko skierowaną w przeciwną stronę. Ten sam urok. Ta sama wymuszona wspólnota („to my jesteśmy tymi, którzy przejrzeliby to na wylot”). Te same nieproszone obietnice („ten protokół cię uratuje”). Ta sama odmowa aktualizacji, gdy kolejne dowody tego wymagały. To samo wymuszanie posłuszeństwa, przebrane za opór. Obie wersje działały na tym samym biologicznym podłożu. Obie wersje przyniosły zysk.
Rozważmy nieproszoną obietnicę. De Becker traktuje ją jako jeden z najbardziej wiarygodnych sygnałów ukrytej agendy. Obietnica złożona, gdy nikt o nią nie prosił, zwykle wskazuje na intencję zrobienia dokładnie tego, czemu obietnica zaprzecza. Godny zaufania aktor wyjaśnia. Niepewny aktor uspokaja.„Szczepionki są bezpieczne i skuteczne.” To zdanie powtarzano w odstępach czasu, które nie odpowiadały żadnemu konkretnemu wyzwaniu wymagającemu riposty, przez mniej więcej trzy lata. Powtarzali je wysocy urzędnicy w telewizji, producenci w reklamach, celebryci w wyreżyserowanych spotach i pracodawcy w komunikatach o obowiązkach szczepień. Nikt o to zapewnienie nie prosił. Zapewnienie i tak nadeszło. Zgodnie z ramami de Beckera pytanie brzmi: co ci ludzie uprzedzają? Jaką przyszłą krytykę to zapewnienie ma zażegnać? Kolejne dane odpowiedziały na to pytanie.

Wewnętrzne komunikaty ujawnione w kolejnych latach – w tym dokumenty Pfizera i Moderny opublikowane na mocy nakazów sądowych, korespondencja federalnych urzędników uzyskana dzięki FOIA oraz Twitter Files pokazujące architekturę cenzury platform wokół krytyki szczepionek – wskazują, że leżąca u podstaw teza była w momencie jej wygłaszania znacznie słabsza, niż sugerowała komunikacja publiczna. Nieproszona obietnica była, dokładnie tak jak przewidywał de Becker, sygnałem ostrzegawczym.

Albo rozważmy typowanie (typecasting). De Becker opisuje je jako drobną obelgę stosowaną w celu sprowokowania zaangażowania osoby, która w innym wypadku odeszłaby: „Założę się, że jesteś zbyt zadufana, żeby rozmawiać z takim facetem jak ja”. Cel chce udowodnić, że etykieta jest fałszywa, angażując się, a to zaangażowanie jest stopą drapieżnika w drzwiach. Obrona de Beckera jest najprostsza z możliwych. Zachowujesz się tak, jakby tych słów nigdy nie wypowiedziano. Każda energia, którą zużyjesz na obalanie etykiety, to energia, której nie zużyjesz na ocenę tego, czego właściwie od ciebie chcą.

Antyszczepionkowiec.” „Negacjonista.” „Teoretyk spiskowy.” „Babciobójca.” „Covidiota.”

Każde z nich funkcjonowało tak, by odbiorca chciał obalić etykietę poprzez demonstrację posłuszeństwa – dokładnie tak, jak de Becker mówił, że ten ruch miał działać. Odbiorca, który upierał się: „Nie jestem przeciwko szczepionkom, po prostu mam pytania co do tej konkretnej szczepionki”, już oddał ramę. Odbiorca, który odmówił zaangażowania się w etykietę, traktując ją jako manipulacyjny ruch, a nie opis wymagający riposty, utrzymał pytanie na poziomie merytorycznym.

Zgodnie z ramami de Beckera nie jest to trudne do zauważenia. Trudne było to tylko dlatego, że etykiety wydawały instytucje, wobec których odbiorcy zostali wychowani, by się podporządkowywać. Pandemicznym odpowiednikiem drapieżnego „założę się, że jesteś zbyt zadufana” było „antynaukowy” ze strony władz zdrowia publicznego. Oba działają z tego samego powodu. Oba są obroną osób, których intencje nie są zbieżne z naszymi, przeciwko naszym intuicjom co do tego, czy powinniśmy się podporządkować.

Ta sama analiza dotyczy strony kontrkulturowej. Dysydencki komunikator, który opisywał sceptyków swojego protokołu jako „płatnych popleczników”, „przejmowanych” czy „nadal śpiących”, prowadził dokładnie tę samą operację. Etykieta miała wykonać tę samą pracę: zamienić pytanie o leżące u podstaw dowody w pytanie o moralną lub epistemiczną postawę pytającego. Obrona de Beckera jest taka sama w obu kierunkach. Etykiety to koszt, jaki mówca pobiera od ciebie, zanim ocenisz merytoryczną tezę.

Jest w pracy de Beckera głębszy punkt, który chcę wydobyć, ponieważ uważam, że stanowi on właściwą ramę do zrozumienia tego, czym pandemia naprawdę była. De Becker rozróżnia strach od zmartwienia. Strach jest skalibrowany. Jest reakcją na konkretny, obecny sygnał, że coś jest nie w porządku, i jest wystarczająco często trafny, by traktować go jako ochronną intuicję, a nie wadę. Zmartwienie to coś innego. Zmartwienie jest wytwarzane. Jest podtrzymywane poza czasem trwania jakiegokolwiek rzeczywistego sygnału. Jest często nakładane przez jedną stronę na drugą. Często funkcjonuje jako substytut działania, a nie przewodnik ku niemu.

Era pandemii była przede wszystkim wydarzeniem generującym zmartwienie. Strach, tam gdzie był uzasadniony, był uzasadniony dla wąskich, konkretnych grup w wąskich, konkretnych warunkach. Starsze osoby z chorobami współistniejącymi wiosną 2020 roku miały coś w rodzaju realnego sygnału. Większość pozostałych grup – nie, przez większość czasu. Zmartwienie jednak było uniwersalne, niewybiórcze, podtrzymywane i ciągle wzmacniane przez instytucjonalne kanały komunikacji, które korzystały na jego kontynuacji.

Kanały instytucjonalne robiły to, ponieważ były finansowane, obsadzone i wynagradzane za to. Kanały kontrkulturowe robiły to, ponieważ były finansowane, obsadzone i wynagradzane za to. Dzienna liczba przypadków była przedstawiana bez kontekstu. Wykresy hospitalizacji bez porównania do linii bazowej. Wyniki modeli, których późniejsze rewizje otrzymywały znacznie mniej uwagi niż oryginalne prognozy. Po stronie kontrkulturowej: raporty o niepożądanych zdarzeniach poszczepiennych bez mianowników. Indywidualne historie urazów bez reprezentatywnego próbkowania. Prognozy nadmiarowej śmiertelności, których falsyfikacja nie wywołała porównywalnego wysiłku wycofania.

Obie wersje hodowały zmartwienie u swoich odbiorców. Obie monetyzowały to wyhodowane zmartwienie. Mechanizm jest dokładnie taki, jaki zidentyfikował de Becker – przeskalowany z manipulacji pojedynczej ofiary przez drapieżnika do manipulacji populacją przez instytucje. Powód, dla którego to się przeskalowało, jest taki, że podstawowa maszyneria psychologiczna jest taka sama. Mózg, który czuje zmartwienie w odpowiedzi na sfabrykowany sygnał u drzwi, czuje to samo zmartwienie w odpowiedzi na sfabrykowany sygnał w telewizji, z tą różnicą, że sygnał telewizyjny przychodzi codziennie przez lata, a przyjaciel u drzwi znika po dwudziestu minutach.

To jest oszustwo, wprost. Dar strachu to ochronna intuicja, która pozwala nam wykrywać sygnały niebezpieczeństwa. Oszustwo strachu to systematyczne wykorzystywanie tej samej intuicji przez strony, których interes w naszym zmartwieniu różni się od naszego własnego.

Oto co, moim zdaniem, de Becker powiedziałby każdemu, kto obserwował pandemiczną komunikację – z którejkolwiek strony – gdyby go o to zapytano.

Powiedziałby: Zauważ nieproszone obietnice. Pytaj, co one uprzedzają. Zauważ typowanie. Odmów angażowania się w etykiety. Zauważ wymuszoną wspólnotę losu – „jesteśmy w tym wszyscy razem” i jej dysydencki odpowiednik „to my jesteśmy tymi, którzy widzą”. Pytaj, czy ta wspólnota jest rzeczywista, czy skonstruowana. Zauważ nadmiar szczegółów w komunikacjach na tematy niepewne. Pytaj, czy ten szczegół jest proporcjonalny do tego, co naprawdę wiadomo. Zauważ odmowę przyjęcia „nie” za odpowiedź w kwestiach uznanych za istotne. Traktuj tę odmowę jako najbardziej wiarygodny dostępny sygnał, że aktor nie prowadzi komunikacji w dobrej wierze.

A nade wszystko powiedziałby: zaufaj niepokojowi. Osoby, które ucierpiały w jego studiach przypadku, nie były tymi, które przegapiły sygnał. Były to osoby, które odebrały sygnał prawidłowo, ale go odrzuciły, ponieważ nie potrafiły jeszcze nazwać tego, co odebrały, albo ponieważ koszt działania na niego był wyższy niż koszt zignorowania go. Ten koszt, w kontekście pandemii, był celowo zaprojektowaną cechą otoczenia. Społeczna i ekonomiczna cena powiedzenia „nie” została celowo podniesiona – po obu stronach – by odstraszyć racjonalnego aktora od zrobienia tego.

Osoby, które ucierpiały na skalę populacyjną, nie były naiwnymi. Byli to ci, którzy wiedzieli, że coś jest nie tak, i którzy społecznie nie mogli sobie pozwolić na powiedzenie tego na głos.

Pytanie brzmi teraz, czy następnym razem będziemy trudniejszym celem. Instytucje, które prowadziły poprzednią operację, nadal tu są. Tak samo jak operacje kontrkulturowe, które prowadziły równoległe oszustwo po drugiej stronie. Są finansowane, obsadzone i gotowe. Następne wydarzenie nie będzie wyglądało identycznie jak poprzednie. Techniki jednak będą te same. Nieproszone obietnice. Typowanie. Wymuszona wspólnota. Lekceważenie „nie”. Wymuszanie posłuszeństwa przebrane za autorytet lub opór.

Obrona jest taka sama w obu kierunkach. To skalibrowany sceptycyzm, którego de Becker próbował nas nauczyć. Nie paranoja. Nie cynizm. Po prostu rozpoznanie, że ciepło i pewność siebie są narzędziami, że narzędzia te mają sygnatury, a sygnatury są widoczne dla każdego, kto otrzymał słownictwo.

Dar strachu to ochronna intuicja. Oszustwo strachu następuje, gdy intuicja zostaje porwana. Rozpoznanie porwania jest główną obroną. De Becker mówi nam o tym od 1997 roku, jak to zobaczyć.

Nie posłuchaliśmy ostatnim razem. Nie ma powodu, byśmy tym razem nie mogli.

ŻYĆ BEZ KŁAMSTWA !

ALEKSANDER SOŁŻENICYN,
12 lutego 1974 roku

ŻYĆ BEZ KŁAMSTWA!

Był czas, kiedy nie mieliśmy odwagi zaszeptać nawet. A teraz piszemy i czytamy samizdat, a już jak się zejdziemy w palarniach instytutów naukowych to narzekamy z całego serca: czego to oni znowu nie wymyślą, dokąd nas znowu ciągną! I to na nic niepotrzebne fałszywe samochwalstwo wobec spustoszenia i biedy w domu; i umacnianie odległych dzikich rządów; i wzniecanie wojen domowych; i to, jak bezmyślnie wyhodowali (naszym kosztem) Mao-Tse Tunga — a pognają na niego nas i trzeba będzie iść, bo gdzie się skryć? i e sądzą kogo chcą, zdrowych przemieniają w obłąkanych — wszystko to oni, a my jesteśmy bezsilni. Już do dna dochodzą, już nas wszystkich dosięgła duchowa wszechogarniająca zguba, a i fizyczna tu-tu, w jej ogniu spłoniemy i my i dzieci nasze.

A my jak dawniej — wciąż się trwożliwie uśmiechamy i nieporadnie jąkamy: Cóż możemy poradzić? Sił nie mamy. Tak bez reszty utraciliśmy poczucie człowieczeństwa, że za nędzną dzisiejszą strawę oddamy wszystkie zasady, duszę, wszystkie wysiłki naszych przodków, wszystkie nadzieje naszych spadkobierców byle tylko nie zostało zburzone nasze żałosne bytowanie. Nie ma już w nas ani hartu, ani dumy, ani serca. Nawet śmierci atomowej się nie boimy, trzeciej wojny światowej też się nie boimy (w jakąś szczelinę zawsze się schowamy) — boimy się tylko gestu odwagi cywilnej!

Byle by się od stada nie oderwać, byle by nie zrobić samodzielnego kroku i nie ocknąć się nagle bez białej bułki, bez piecyka gazowego i bez przepustki do Moskwy!Co nam wbijali we łby na szkoleniach politycznych to w nas i wrosło, żyć tak wygodniej, cały wiek tak można: środowisko, warunki socjalne, im się nie wymkniesz, byt określa świadomość, a my co? Nic nie możemy poradzić.A właśnie że możemy. Wszystko! — tylko dla własnego spokoju sami siebie okłamujemy. To nie oni są wszystkiemu winni, to my sami, tylko MY.

Apel ten jest ostatnim tekstem napisanym przez A. Sołżenicyna przed wygnaniem. Napisał go 12-go lutego w czasie godzin poprzedzających aresztowanie.


Od KŁAMSTWA.

Kiedy przemoc wdziera się w spokojne ludzkie życie, twarz jej pała pewnością siebie, prze z krzykiem a na sztandarach ma wypisane: „Jam PRZEMOC! Rozejść się, rozstąpić, bo rozdepczę!” Ale przemoc szybko się starzeje, parę lat i brak jej już wiary w siebie, a żeby się utrzymać, żeby wyglądać przyzwoicie, nieodmiennie sprzymierza się z kłamstwem. Gwałt bowiem może się okryć tylko kłamstwem, a kłamstwo może się utrzymać tylko gwałtem. Nie co dzień i nie na każdy grzbiet przemoc kładzie swoją ciężką łapę: żąda od nas tylko pokory wobec kłamstwa i codziennego w kłamstwie uczestnictwa — na tym polega wiernopoddańczość.

Tutaj też leży lekceważony przez nas, najprostszy, najłatwiej dostępny klucz do naszego wyzwolenia: NIEUCZESTNICZENIE W KŁAMSTWIE! Choćby kłamstwo wszystko zalało, choćby wszystkim zawładnęło, trwajmy przy minimum: niech włada NIE PRZEZE MNIE! To będzie wyłom w zaczarowanym kręgu naszej bezczynności! dla nas najłatwiejszy a dla kłamstwa najbardziej zgubny. Bo kiedy ludzie od kłamstwa się odwracają — ono po prostu istnieć przestaje. Jak zaraza, ona też tylko ludźmi się żywi.Nie nawołujmy się, nie dojrzeliśmy jeszcze do wyjścia na place i głoszenia prawdy, do głośnego mówienia co myślimy — nie trzeba, to nas przeraża. Ale odmówmy choć mówienia tego, czego nie myślimy!Oto i nasza droga wobec przenikającej nas organicznej tchórzliwości najłatwiejsza i dostępna, znacznie łatwiejsza (ciężko to przyznać) od cywilnego oporu Gandhiego.

Droga nasza: NICZYM ŚWIADOMIE NIE PODTRZYMYWAĆ KŁAMSTWA! Rozpoznawszy, gdzie jest granica kłamstwa (każdy ją jeszcze inaczej postrzega) — odstąpić od tej linii gangreny! Nie sklejajmy martwych kostek i łusek Ideologii, nie zszywajmy przegniłych szmat, a staniemy osłupiali, jak szybko i bezradnie kłamstwo upadnie, a to co powinno być nagie, stanie przed światem w całej swojej nagości.I tak, w bojaźni naszej każdy niech dokona wyboru: czy zostanie świadomym sługą kłamstwa (o, nie z zamiłowania, oczywiście, lecz by wyżywić rodzinę, aby wychować dzieci w duchu kłamstwa!) czy też nadszedł czas by się otrząsnąć, by zacząć żyć jak człowiek uczciwy, godny szacunku i dzieci swoich i swoich współczesnych.I począwszy od dnia tego:

  • nie napisze, nie podpisze, nie opublikuje ani jednego zdania, które według niego prawdę wypacza;
  • prywatnie czy publicznie, takiego zdania nie wypowie ani od siebie ani jako agitator, nauczyciel, wychowawca czy aktor;
  • w malarstwie, w rzeźbie, w fotografii, w technice, w muzyce, nie przedstawi, nie przekaże ani jednej kłamliwej myśli, ani jednej skażonej prawdy, której skażenia byłby świadom;
  • nie zacytuje ani ustnie ani na piśmie żadnej „autorytatywnej” wypowiedzi ani dla pochlebstwa, własnego zabezpieczenia, ani dla zapewnienia sukcesu swojej pracy, o ile nie podziela w pełni cytowanej myśli lub jeśli nie odnosi się ona dokładnie do przedmiotu sprawy;
  • nie da się zmusić wbrew swojej chęci i woli do pójścia na żadną manifestację ani zebranie. Nie weźmie do ręki, nie podniesie transparentu ze sloganem, z którego treścią nie zgadza się w całości;
  • nie podniesie w głosowaniu ręki za propozycją której szczerze nie popiera;
  • nie będzie głosował tajnie ani jawnie na osobę, którą uważa za niegodną lub niepewną;
  • nie da się zapędzić na zebranie, na którym ma się odbyć zakłamana, wymuszona dyskusja;
  • natychmiast opuści zebranie, wykład, przedstawienie teatralne, salę kinową, gdy tylko usłyszy kłamstwo, ideologiczną bzdurę lub bezwstydną propagandę;
  • nie zaabonuje i nie kupi gazety czy czasopisma, w którym informacje są zdeformowane a podstawowe fakty przemilczane…

Oczywiście, nie jest to pełna lista wszystkich możliwych i koniecznych sposobów przeciwstawiania się kłamstwu. Lecz ten kto wstąpi na drogę oczyszczenia łatwo dostrzeże i inne sposoby.Tak, początek będzie trudny. Niektórzy na czas pewien stracą pracę. Młodym, pragnącym żyć podług prawdy, wcześnie się życie skomplikuje: przecież nawet zadawane lekcje nadziane są kłamstwem — trzeba wybierać.

Lecz dla nikogo kto chce być uczciwym nie ma ucieczki: codziennie, każdy z nas — nawet ci, którzy parają się w technicznych, najbezpieczniejszych naukach — musi dokonywać wyboru, czy zrobić krok w stronę prawdy czy w stronę kłamstwa, w stronę duchowej niezależności czy duchowego poddaństwa.A ten, komu odwagi nie starczy nawet na to, by bronić swej duszy niech nie szczyci się swymi postępowymi poglądami, niech nie chlubi się swą pozycją akademika czy znanego artysty, zasłużonego działacza, generała — niech raczej powie sobie: bydlak jestem, tchórz, któremu tylko strawy i ciepła potrzeba.Nawet i ta droga — najbardziej umiarkowana ze wszystkich dróg oporu — będzie dla nas, zgnuśniałych, nielekka. Lecz o ile łatwiejsza od samopalenia czy głodówki: płomień nie obejmie twego ciała, oczy nie pękną od gorąca, a chleb czarny i woda czysta zawsze dla twojej rodziny się znajdą.Zdradzony i okłamany przez nas prawdziwie wielki naród Europy — naród czechosłowacki, czy nie pokazał nam jak czołgom nawet stawia czoła bezbronny człowiek, o ile w nim dusza godna?

Trudna to będzie droga? — ale z możliwych najłatwiejsza. Wybór nie łatwy dla ciała ale jedyny dla duszy. Nielekka to droga lecz są wśród nas ludzie, dziesiątki ich nawet, którzy OD LAT żyją według tych zasad, żyją podług prawdy.

Nie idzie więc o to, by pierwszemu wstąpić na tę drogę lecz by się PRZYŁĄCZYĆ DO INNYCH! Lżejsza i krótsza wyda nam się ta droga jeśli wielu nas będzie, jeśli razem na nią wstąpimy! Będą nas tysiące — i rady sobie nie dadzą, nikomu nie zdołają nic zrobić. Będą nas dziesiątki tysięcy — i nie poznamy naszego kraju.

Jeśli stchórzymy to przestańmy się skarżyć, że oddychać nam nie dają — sami sobie nie dajemy! Jeszcze trochę karku nagniemy, jeszcze trochę poczekamy, a bracia biolodzy przybliżą moment, gdy myśli nasze można będzie odczytać i geny podmienić.

Jeśli i tu stchórzymy to nędzniśmy i nie ma nadziei i dla nas pogarda Puszkina:

A po cóż stadom dar swobody?
Dziedzictwem ich z wieku na wiek
Jarzmo z dzwonkami oraz bicz.


12 lutego 1974 roku.

Podczas gdy Trump bombarduje Iran, Arabia Saudyjska zmienia powojenny porządek Bliskiego Wschodu

Podczas gdy Trump bombarduje Iran, Arabia Saudyjska odbudowuje powojenny porządek Bliskiego Wschodu

Jeszcze zanim zrzucono pierwsze bomby operacji „Epic Fury”, mówiono, że w Rijadzie podjęto już strategiczną decyzję. Według nagrania, saudyjski książę koronny Mohammed bin Salman przeprowadził poufną rozmowę z prezydentem Iranu Masoudem Pezeshkianem pod koniec lutego. Przesłanie było jasne: Arabia Saudyjska nie zapewni swojego terytorium ani swojej przestrzeni powietrznej do ataków na Iran.

Oznacza to początek geopolitycznego przesunięcia, które według analizy może być znacznie większe niż sama wojna. Podczas gdy Waszyngton koncentrował się na eskalacji militarnej, Rijad wykorzystał kryzys do zbudowania zupełnie nowej architektury władzy na Bliskim Wschodzie.

Centralną tezą jest: Arabia Saudyjska nie stara się już przede wszystkim służyć amerykańskim interesom – ale jej własnym. A te interesy są coraz bardziej różne od interesów Waszyngtonu.

Zerwanie ze starym układem petrodolarowym

Przez dziesięciolecia relacje saudyjsko-amerykańskie opierały się na tzw. systemie petrodolarowym. Arabia Saudyjska sprzedawała ropę wyłącznie w dolarach amerykańskich, inwestowała swoje nadwyżki w amerykańskie obligacje rządowe i w zamian otrzymywała od USA ochronę wojskową.

Ale według wideo system ten zaczął się rozpadać na długo przed obecną wojną:

  • pod rządami Obamy poprzez porozumienie nuklearne z Iranem bez udziału Arabii Saudyjskiej
  • pod Bidenem przez otwartą konfrontację z Rijadem
  • ze względu na mniejszą zależność USA od oleju golfowego z powodu amerykańskiego boomu na ropę łupkową

Decydujący krok był zatem cichy i prawie niezauważony w 2024 roku: Arabia Saudyjska miała wygasnąć kilkudziesięcioletnią umowę petrodolarową, nie przedłużając jej.

Dziś Arabia Saudyjska coraz częściej sprzedaje ropę Chinom w juanach zamiast dolarów. Jednocześnie Rijad pogłębia współpracę gospodarczą i wojskową z Pekinem:

  • wspólne ćwiczenia morskie
  • Rozbudowa inwestycji strategicznych
  • Chińskie pociski i współpraca zbrojeniowa
  • Kontrakty energetyczne poza systemem dolara

Według analizy petrodolar umiera nie w ciągu jednego dnia, ale „przez sto małych decyzji stu rządów”.

Pojawia się nowy sojusz bezpieczeństwa

Równolegle Arabia Saudyjska najwyraźniej buduje regionalną architekturę bezpieczeństwa, która stopniowo odłącza się od Waszyngtonu. W centrum znajduje się blok nieformalny:

  • Arabia Saudyjska
  • Turcja
  • Pakistanu
  • Egipt

Ministrowie spraw zagranicznych tych krajów spotkali się kilka razy w ciągu kilku tygodni:

  • Turystyka w Rijadzie
  • Islamabad
  • Antalya

Według Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych może to być najbardziej znacząca inicjatywa bezpieczeństwa regionalnego od czasu powstania Rady Współpracy Zatoki Perskiej.

Znaczenie geopolityczne tego bloku byłoby ogromne:

  • Arabia Saudyjska kontroluje gigantyczne rezerwy ropy
  • Egipt kontroluje Kanał Sueski
  • Turcja ma drugą co do wielkości armię NATO
  • Pakistan ma broń nuklearną

Razem kraje te reprezentują około 500 milionów ludzi i strategiczny korytarz od Zatoki Perskiej do Azji Środkowej.

Saudyjski parasol nuklearny przez Pakistan

Umowa obronna między Arabią Saudyjską a Pakistanem z 2025 roku, opisana na nagraniu, jest szczególnie wybuchowa. Atak na jeden z dwóch krajów jest uważany za atak na oba.

Ponieważ Pakistan ma broń nuklearną, to w rzeczywistości oznacza:
Arabia Saudyjska po raz pierwszy otrzymuje parasol nuklearny – nie przez Waszyngton, ale przez Islamabad.

W tym samym czasie Turcja ma prowadzić rozmowy w sprawie przystąpienia do tego sojuszu. Stworzyłoby to strukturę bezpieczeństwa z połączeniem NATO, ale bez amerykańskiej kontroli.

Prawdziwe przesłanie wojny

Wojna z Iranem ujawniła centralne odkrycie dla Arabii Saudyjskiej, zgodnie z analizą:
Amerykańska gwarancja bezpieczeństwa chroni przede wszystkim Izrael – niekoniecznie państwa Zatoki Perskiej.

Irańskie rakiety i drony uderzyły w saudyjską infrastrukturę, podczas gdy Waszyngton, według analizy, priorytetowo priorytetowo potraktował obronę Izraela. To jest dokładnie to, co Rijad czerpie teraz konsekwencje:

  • mehr strategische Eigenständigkeit
  • neue Sicherheitsallianzen
  • engere Bindungen an China
  • kanały dyplomatyczne przez Pakistan i Turcję

Arabia Saudyjska próbuje pozycjonować się jako centralny mediator i kotwica władzy powojennego porządku – bez otwartego stawania po stronie Iranu czy USA.

Trzy możliwe scenariusze

Film przedstawia trzy możliwe zmiany:

1. 1. Arabia Saudyjska jako powojenny mediator

Pakistan, z poparciem Arabii Saudyjskiej i Chin, pośredniczy w porozumieniu między Waszyngtonem a Teheranem. Ormuz ponownie otwiera się, ceny ropy spadają, a Arabia Saudyjska staje się dyplomatycznym centrum nowego porządku w Zatoce Perskiej.

2. Trwały impas

Zawieszenie broni pozostaje niestabilne, ataki trwają, Arabia Saudyjska stopniowo pogłębia swoje stosunki z Chinami i powoli zmniejsza zależność od USA.

3. 3. Otwarte zerwanie z Waszyngtonem

Kolejna eskalacja zmusza Arabię Saudyjską, wraz z Chinami i Turcją, do poparcia międzynarodowej inicjatywy zawieszenia broni przeciwko kursowi Waszyngtonu. W tym przypadku strategiczna przerwa między USA a Arabią Saudyjską stałaby się otwarcie widoczna.

Prawdziwa zmiana geopolityczna

Analiza kończy się daleko idącym wnioskiem:
Wojna z Iranem może zmienić Iran mniej niż struktura władzy całego Bliskiego Wschodu.

Podczas gdy Waszyngton opiera się na dominacji militarnej, Arabia Saudyjska już buduje powojenny świat, zgodnie z analizą:

  • z Chinami jako partnerem gospodarczym
  • Pakistan jako gwarant bezpieczeństwa
  • Turcja jako centrum wojskowe
  • i Rijad jako nowe centrum dyplomacji regionalnej.

Kluczowe pytanie brzmi zatem, aby nie tylko wygrać wojnę.

Ale:
Kto kontroluje porządek, który powstaje po tym.

Proste sterowanie światem

Proste sterowanie światem

okoko

17 maja, wpis nr 1408 dziennikzarazy/proste-sterowanie-swiatem

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Ostatnio uczestniczyłem w ciekawej dyskusji naukowej, zahaczającej o cybernetykę, czyli teorię sterowania i to w kontekście globalnego zarządzania procesami politycznymi, czy wręcz geopolitycznymi. Zaczęliśmy się zastanawiać jak to jest, że tak skomplikowanymi zagadnieniami jak polityka, geopolityka, finanse, gospodarka, migracja czy informacja można w ogóle zarządzać i to w kilku skalach – od globalnej do ściśle lokalnej. Pojawiły się koncepcje, że to trudne i złożone, a więc ciężko utrzymać kontrolę nad… samą kontrolą i dzieje się to zapewne spontaniczne, w samoregulacji wielu systemów i interesariuszy. Tropienie reguł tego działania jest więc zajęciem żmudnym, skazanym jedynie na cząstkową wiedzę.

Mnie zaciekawiła inna koncepcja – że to jednak prostsze. Że wieloma takimi procesami można zarządzać za pomocą ledwie kilku gałek i przycisków. Trzeba je tylko zidentyfikować i posiąść. Wygląda to na spiskowe podejście, ale – tu chciałem zaznaczyć wyraźnie, że – świat daje nam coraz więcej dowodów na co najmniej chęć kumulacji zarządzania światem w jednym centrum, co pokazało się chociażby na przykładzie fascynacji Zachodu podobnymi koncepcjami w wykonaniu pisarza Harrariego. Jego książkowe przepowiednie, ba – postulaty, zaludniły półki cywilizowanych ludzi, wyglądających we mgle nowej normalności drogowskazu na przyszłość. Konstatacja o konieczności jednego zarządu świata była wtedy uzasadniana potrzebami wynikającymi ze światowych i uniwersalnych procesów pandemicznych. Jako korzyść wskazywano tu synergię marnowaną na różne i niespójne szarpaniny poszczególnych państw. Nowy świat miał się zacząć od światowego ministerstwa zdrowia, co wcale – patrząc na traktaty pandemiczne ONZ i WHO – nie zeszło z agendy. Zeszło tylko z ekranów. Tak to się więc będzie robić ze wszystkim – osmatycznie, małym drukiem, bez bicia w dzwony.

Skoro więc mamy takie zapędy, to pora – idąc tropem szukania takich gałek i przycisków – próbować znaleźć uniwersalne i wszechobecne narzędzia wpływu na losy świata.

Aby je namierzyć trzeba najpierw ustalić jakie muszą mieć one cechy, by tak zafunkcjonowały. Po pierwsze – musi to być coś, co jest wszędzie. Po drugie – ma to być coś, co można kontrolować, no może nie z jednego miejsca, ale na pewno nie przy rozproszonym zarządzaniu. Po trzecie – musi to mieć aspekt nieuchronności, nikt nie może się przed działaniem takiego czynnika uchronić. Po czwarte – ten uniwersalizm ma mieć wielowarstwowy charakter – działać i globalnie, i lokalnie. Kolejny aspekt – musi się wymykać kontroli ze strony obiektów podlegającym takiemu czynnikowi, co oznacza – w demokracji zachodniej szczególnie -, że suweren nie ma narzędzi do oddziaływania na taki czynnik, nawet nie jest świadomy nie tyle jego istnienia, ale uniwersalnego i wszechobecnego oddziaływania takiego czynnika na jego życie i otoczenie. No i musi istnieć jakieś ciało, które jest świadome istnienia tego czynnika i jego uwarunkowań, mające wpływ na jego używanie. Jakieś centrum (centra?) nim zarządzające.

Pieniądz globalny

Pierwszy czynnik spełniające te założenia jest pieniądz. Jest wszędzie, ktoś emituje jego podaż, wszyscy mu podlegają, z małym wpływem na skutki i kierunki jego używania. W dodatku przy pieniądzu fiducjalnym, a zwłaszcza przy jego digitalizacji zarządzanie pieniądzem się centralizuje. Biedny lud jedynie się może na to popatrzeć, łapiąc tylko talerze spadające ze stołu kolejnych kryzysów. Wszyscy są pozadłużani, pytanie tylko – u kogo? Gdzie jest ten beneficjant tych wszystkich pożyczek, obligacji? W dodatku temu trendowi pieniężnej wirtualizacji towarzyszy przenoszenie się tej magii pozorów na gospodarkę. Od kiedy do PKB wlicza się wartość instrumentów spekulacyjnych gospodarek wielu państw, z daleka wygląda to przyzwoicie, ale w środku nic tam nie ma. PKB takich Chin, oparty bardziej na gospodarce wytwórczej, liczony w dowolnej walucie jest o rzędy wyższy – choć nominalnie podobny – niż PKB takich Stanów, gdzie te wartości polegają np. na wliczaniu wartości różnych instrumentach finansowych, których charakter coraz częściej przyjmuje formy zakładów wzajemnych. To tak, jakby wartość PKB podłączyć do kasyna i cieszyć się, że obrót jest, choć polega na tym że jeden się z drugim o coś założył.

Ostatnio jesteśmy świadkami używania instrumentów zadłużania całych państw, do osiągnięcia celów politycznych. Projekty takie jak KPO czy SAFE dowodzą, że choćby taka Unia, by dojść do wymarzonego państwa federalnego musi znacząco osłabić państwa członkowskie, by te zbankrutowawszy poddały się dyktatowi, najpierw jakichś „trójek” a la Grecja, potem bankowi centralnemu Europy, by zrezygnować ze swej całkowitej suwerenności.

A że robi się to strachem, owym reductio ad Putinum, to tylko narzędziowe szczegóły. Pieniądz jak widać to broń potężna – i globalnie, i lokalnie, zaś biada tym, co tego nie widzą, tym bardziej jeśli są to politycy wręcz szydzący z procederu oddawania w niewolę całych pokoleń, wraz z państwami staczającymi się do form kolonii.

Pieniądz jest potężną gałką, którą można sterować światem. Do tej pory w globalnej wymianie beneficjentem tej „gałki” były USA, zarządzały dostępem do dolara, karały za odstępstwo od niego i nagradzały za walutowa podległość, zawsze zaś brały prowizję. Pieniądz był więc globalnym instrumentem globalnej polityki. Teraz, kiedy sytuacja waluty świata się zmienia, wcale nie będzie od tego zaraz lepiej, po prostu – pojawią się nowe waluty w światowym kantorze wymiany. Do tej pory USA walczyły zażarcie akurat o ten swój światowy monopol, teraz, kiedy nie mają na to siły zacznie się spore zamieszanie. Ale to aspekty globalistyczne, a obiecaliśmy sobie, że przyjrzymy się obecności tego czynnika na poziomie lokalnym, a nie ma lepszego przykładu jak nasz, polski.

Gałka pieniądza lokalnego

Polska jako tako trzymała do tej pory w III RP swoje finanse pod kontrolą. Mieliśmy (i mamy!) to w konstytucji, zadłużanie kraju było jakoś kiełznane, ale rosło. Była to jedyna ponadplemienna duma Polaków – patrzyliśmy się na deficyty i miotanie się w ich pokryciu w wykonaniu innych państw, trochę tak z wyższością. Nasz PKB, choć mniejszy – wtedy – od Zachodu wydawał się jakoś bezpieczniejszy, mógł służyć rozwojowi, nie spłacie rolowanych długów. I to był jakiś konsensus, bez względu na rządzące plemię. Jednak to się skończyło – zaczęto chwiać finansami, raz z powodu typowego dla demokracji przekupywania elektoratu jego własnymi pieniędzmi, dwa – poprzez spełnianie różnych obrywów na rzecz możnych grup wpływów. Do tego doszła antyrozwojowa polityka, zwłaszcza Tuska, w interesie niemieckim, która czopowała praktycznie wszystkie kierunki rozwoju Polski, jako konkurenta gospodarczego Berlina w naszym regionie.

Aby nas podporządkować wystarczy nas tylko trwale zadłużyć. Na dużo i na długo. I z tego lejka nie wyjdziemy. Poziom deficytu i jednoczesnego zadłużenia, które wcale nie idzie na inwestycje, które mogą ten deficyt zdusić w przyszłości, jest już w rozmiarach sugerujących premedytację. To jest ta gałka, którą można sterować Polską, nie trzeba się rozdrabniać na polityki, ministerstwa, programy i interesariuszy. Po prostu nie ma krwi w krwioobiegu i siada wszystko, nawet najbardziej zdrowe organy. Bez chirurgii, podtruwania, inwazyjnych metod. Pacjent usycha, nawet nie kojarząc swego stanu, a tym bardziej jego źródeł. Wypłaty jeszcze są, jakoś się kręci, inflacja jest chowana, zaś kto się tam będzie martwił o to, że przyszłe pokolenia będą to spłacały, nawet nasze wnuki, jak z pożyczką SAFE? Ale rachunki już przychodzą, są tylko odwlekane w rytmie zbliżających się wyborów.

Destrukcyjna premedytacja

Uważam taką politykę zadłużania Polski przez „jej” władze za działalność wprost agenturalną. Dowód jest prosty – to jest na rękę wyłącznie Niemcom, nie nam. Wiele razy wymieniany SAFE jest tego znakomitym przykładem. Cieszymy się – uwaga! – że jesteśmy największym beneficjentem ZADŁUŻENIA się w grupie państw, do której Niemcy nie przystąpiły. A więc co mamy? Konsorcjum finansowe zmontowane przez Niemcy unijnymi rękoma, by kraje w nim uczestniczące zadłużyły się na ratowanie upadającego przemysłu niemieckiego. Po co więc Berlin ma w tym wszystkim uczestniczyć jako kredytobiorca? Niech zadłużają się inni, byleby tylko wydali to u nas. A to się da zorganizować – szkołę „zawracania” takich pieniędzy na Zachód ćwiczy Unia od samego początku. Z funduszy unijnych, według badań profesora Günthera Oettingera, byłego komisarza UE, z unijnych pieniędzy przechodzących przez Polskę jak woda przez gęś, na jedno euro dla Polski do Niemiec wraca 85 centów. Czyniono to za pomocą funduszy spójności, teraz, kiedy te zostają wycofywane – mimo tej marży widocznie za dobrze poszło „uspójnianym” kraikom – ten mechanizm przerzucany jest na inne projekty, stymulowane strachem: po pandemicznym przewale pt. KPO przyszła pora na SAFE, popędzany panikowaniem przed Putinem.

Jak wygląda ta polska gałka, za pomocą której można regulować wszystko? Pieniądze nie tylko ukierunkowują rozwój, ale mają wpływ na jego tempo, łącznie z kompletnym rozwojowym stuporem. A my – na kartkach oficjalnych niemieckich strategii – nie mamy być od rozwoju. Nasza rola? Tania produkcja, zasoby siły roboczej, ale i militarnej. Geopolityczne: ludzki, przestrzenny i geograficzny bufor militarnego obszaru pomiędzy Rosją i Niemcami, od kiedy ci ostatni nauczyli się po drugiej wojnie światowej, że taki zderzak jednak się przydaje. Taka nasza rola. Jak to uzyskać? Ano przez antyrozwojową gałkę finansową. Ma nią kręcić namaszczony sternik, namaszczony przez armatora, nie przez załogantów przecież. I tak kręci jak mu każą, a że załoga, a właściwie jej część jest super z tego zadowolona, co możliwe jest tylko dlatego, że wygląda ona za burtę wyłącznie za pomocą medialnych peryskopów, które pokazują co one chcą, zaś wątpliwości są zagłuszane stymulowaną walką miedzy grupami załogi, które zajmują się tylko kłótnią która to z nich prowadzi na mielizny. A tak naprawdę – który sternik będzie stał za kołem z tą samą fałszywą mapą, tyle, że z kompasem dostarczonym przez innego armatora.

Zatrważa prostota tego mechanizmu, która jest możliwa tylko z powodu fatalnego zbiegu słabości polskich, pożal się Boże elit, i zdurnienia suwerena. Ale wszystko się zaczyna jednak od elit, u których, jak to mówił mój faworyt od przekręcania przysłów w prorocze bon moty, „ryba psuje się od góry”. Ale skąd się te elity biorą? Ano z zaprojektowania systemu ich wyłaniania. Nie zaprojektował tego przecież suweren, bo ten tylko oklaskiwał swoich wybrańców, a nie siedział w pokoikach Magdalenki, gdzie tak naprawdę rodziła się III RP. In vitro, poza organizmem narodu. A więc powstał układ, pilnowany przez elitę kompradorów, system kompletnej zewnątrzsterowności, w której za pomocą monopolu dostępu do gałki finansowej można zadusić potencjał Polski, konkurenta Niemiec. Jedna gałka – a ile wielowektorowych konsekwencji…

Gałka energetyczna

Drugą gałką, którą można wysterować świat i Polskę jest energia. Jej ceny, ale i dostępność. Wszystkie apokaliptyczne filmy typu Mad Max były o światowej walce o dostęp do energii. Było to zawsze w fabułach po apokalipsie, w rzeczywistości mamy dziś tylko jedną różnicę – jesteśmy przed Apokalipsą, ta raczej będzie wynikiem, niż warunkiem początkowym walki o dostęp do energii. Dziś światowa walka mocarstw ma duży kontekst energetyczny. Nowi pretendenci walczą nie tylko o wytwarzanie swej energii, ale o dostęp do niej na rynkach światowych. Ten, kto reguluje jej ilość, cenę czy jej dostępność staje się kolejnym sternikiem nawy światowej, za pomocą jednego narzędzia.

Energia w Polsce ma też swój uniwersalny aspekt lokalny. No bo popatrzmy, jeżeli jesteśmy w opresji strategicznej chęci obniżania naszego potencjału przez Niemcy, to kwestia naszej suwerenności energetycznej jest tu niebagatelna. I została ona sprowadzona do kompletnego uzależnienia zewnętrznego. A przecież śpimy na węglu. Dwie dodatkowe kopalnie węgla kamiennego w lubelskiem leczyłyby nasze problemy z surowcami energetycznymi. Osobna sprawa to nieodnawianie infrastruktury elektrowni odziedziczonej po okazuje się, że energetycznym zbawcy Polski – Gierku. Gałką energii tak kręcono, że znowu jesteśmy – całym życiem, całą gospodarką – uzależnieni od cudzych decyzji. Jest gałka? Jest sterowanie, ale nie w naszych rękach.

Głupota jako sterowanie

Trzecią gałką do sterowania jest kolejny czynnik uniwersalny, obecny wszędzie i… kontrolowalny. Jest nim głupota ludzka. Uważam, że czynnikiem roznoszenia tego wirusa, ale przede wszystkim stawia głupoty do twarzowania pozorom sprawczości suwerena jako czynnika systemowego – jest demokracja. Ta ma najbardziej zdegenerowane i manipulatywne mechanizmy windowania do quasi-elit sterowalnych, pożytecznych gamoni i drobnych cwaniaczków. Ci ostatni to najbardziej pożyteczny ludek warstwy przedstawicielskiej, myślą, że się dobrze umościli ze swymi interesikami i nie widzą, że ich obecność w systemie władzy jest możliwa tylko wtedy, kiedy ich łapówkarskie aspiracje służą do wywołania nieuświadomionej bierności w sprawach naprawdę ważnych, ale poza ich zasięgiem.

Demokracja u szczytów władzy osadza na całym świecie ludzi, którzy się podobają wyborcom. A dla nich kryterium kompetencji zarządzania państwem w ogóle, a już w konkretnym projekcie politycznym, nie jest żadnym punktem odniesienia. Wystarczy się nie tylko przyjrzeć wybrańcom, ale i motywacjom wyborców. Że wybraniec fajny, sympatyczny, mówi to co myślę (ale, gamonie, najpierw zbadał co chcecie usłyszeć i to wam mówi), a jak zmieni zdanie, to i ja z nim, bo „jemu widnieje”, poważam go, bo tam jest pewnie jakieś przesłanie. W końcu – wybieram go, bo tylko on dowali moim wrogom: kapitalistom, komunistom, białym, czarnym, Żydom, Arabom, Kaczorom czy Tuskom. A gdzież tu państwo?

O tym jak używać gałki zarządzania emocjami wyborców mamy już kilometry półek na każdym wydziale zarządzania i marketingu. Wiadomo, że łaska suwerena na medialnym koniu jeździ. Ale dlaczego do góry pchani są gamonie? No, bo elity obecne, przy zaczopowaniu wszelkich mechanizmów awansu z dołów, są już wyłącznie kooptacyjne. Brakuje krążenia elit, wymiany, świeżej krwi, a więc co mamy? Gnicie. Ale gnicie zazdrośnie strzeżone, by się jakiś nuworysz nie wpakował w szeregi. Ale trzeba jakoś zapełnić osobami tę machinę administracji zarządzania łuszczą. Kogo więc wziąć? Cwaniaczka albo głupola – ideałem jest połączenie: durny, najlepiej jeszcze pogrążony w pysze własnej wyjątkowości cwaniaczek. I wtedy wszystko jest jasne – żadnych buntów, co prawda stale obniżający się poziom tzw. usług publicznych, ale wicie-rozumicie – czasy trudne, Kaczory były jeszcze gorsze, mamy pana mandat w szatni i co pan nam zrobisz?

Gdybym chciał agenturalnie zarządzać takim krajem jak Polska, to nie tkałbym sieci agentów, tworzył struktur tajnych spotkań po lasach, szyfrów i skrzynek, łączników i haseł. To nie tylko łatwe do wykrycia, ale kompletnie nieefektywne – to tysiące gałek i przycisków. A wystarczy jedna – pchamy do góry głupków i cwaniaczków i oni bez jednego spotkania, bez świadomości, że są prowadzeni, wykonają wszystko co trzeba. A zwłaszcza to, że, jak ustaliliśmy, zadaniem jest chaos i zapaść państwa, a co jak nie niszczenie idzie Polakom najlepiej? Tu jesteśmy fachowcami na poziomie światowym. I tak, za pomocą tylko pewnej negatywnej do spodu filtracji jesteśmy w stanie, bez możliwości przyłapania, wykonać zadanie. Ale tylko negatywne i destrukcyjne, a innych niż takie „gałek” w Polsce nie widać. Te są bowiem nam podstawiane, zaś prawdziwe, patriotyczne gałki naszej suwerenności zostały przed nami schowane przez samomianowane elity III RP. I żeby je wydobyć, bo one istnieją – jeszcze – wystarczy tylko, by Polacy zechcieli chcieć. I dopóki nie widzą w sobie tej oczywistej siły, dopóki będą się zachwycać medialnie malowanymi cielcami swych kompleksów, to będziemy tak grzęznąć.

Pływanie

My jeszcze umiemy jakoś pływać, szczególnie ci, co się za komuny ratowali jakimś rozpaczliwcem. Byliśmy świadomi i wody, i głębokości, ale i sposobów jak się uratować.

Nowe pokolenia, wyposażone w kredytowe betonowe koła ratunkowe i dziurawe tratwy – nie przetrwają. I to nas powinno popychać do nauki pływania wobec nowych pokoleń, zamiast oddawać je w przyszłą niewolę, zmontowaną za pomocą kilku gałek, w rękach naszych globalistycznych i geopolitycznych wrogów.

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Królestwo całego stworzenia. Wizje Raju. Andrzej Sarwa. Cz. 5.

CZĘŚĆ 5

Królestwo całego stworzenia

Czy w Królestwie Bożym jest miejsce dla zwierząt?

Stworzenie i wieczność

Czy w niebie będą zwierzęta?

Opracował Andrzej Juliusz Sarwa

Zwierzęta po śmierci: mistyczne świadectwa i duchowa obecność

Więź między człowiekiem a zwierzęciem bywa tak silna, że wielu ludzi nie potrafi uznać jej końca nawet po śmierci ukochanego pupila. W różnych kulturach, religiach i tradycjach duchowych istnieje głęboko zakorzenione przekonanie, że ta relacja może trwać dalej – poza granicami czasu i materii.

Świadectwa osób, które doświadczyły spotkań ze swoimi zmarłymi zwierzętami, są liczne i różnorodne. Pojawiają się w snach, wizjach, doświadczeniach bliskich śmierci, a nawet w formie zmysłowych manifestacji – stukotu łap, znanego zapachu sierści, obecności wyczuwalnej obok łóżka.

Niektórzy opisują te przeżycia jako niemal fizycznie realne, inni jako głęboko duchowe i transformujące. Wspólne dla nich jest poczucie spokoju i obecności – jakby ukochane zwierzę wciąż czuwało u boku, prowadziło, wspierało, pocieszało.

W mistycznych przeżyciach ludzi, którzy otarli się o śmierć, zwierzęta często pojawiają się jako przewodnicy. W jednej z relacji pies, który zmarł wiele lat wcześniej, przybiegł z radością po zielonej łące, by w zaświatach powitać swojego właściciela i poprowadzić go ku światłu.

W innym świadectwie kot zmarły wiele miesięcy wcześniej ukazał się we śnie swojej opiekunce – zdrowy, pełen życia, niosąc jej ukojenie w żałobie.

Autorowi niniejszego opracowania, czterokrotnie po śmierci przyśniła się suczka Rudzia, która przy nim była przez 14 lat. Za pierwszym razem w pierwszą noc po odejściu zajrzała do jego sypialni, po czym szybko wyszła stamtąd, chociaż ją prosił, żeby została, w drugim śnie przyprowadziła stadko kundli, jakby chciała im pokazać, gdzie żyła, kolejne dwa sny to już było całkowite oddalanie się, ostateczne odejście.

Te spotkania nie są tylko nostalgiczną fantazją; dla wielu są namacalnym dowodem, że więź z ukochanym zwierzęciem przekracza śmierć.

Choć te doświadczenia wymykają się naukowemu potwierdzeniu, dla wielu stanowią głębokie źródło pocieszenia i duchowego zrozumienia. Pokazują, że więź między człowiekiem a zwierzęciem może być czymś więcej niż tylko ziemskim przywiązaniem – może być trwałą, transcendentną relacją, która nie zna granic śmierci.

Niebo dla zwierząt?

Wizja nieba, w którym obecne są także zwierzęta, od wieków inspiruje refleksje teologiczne i duchowe, niosąc nadzieję oraz pocieszenie. W tradycji chrześcijańskiej, pojawia się obraz przyszłej rzeczywistości, w której całe stworzenie – nie tylko ludzie – zostanie odkupione i przemienione. Takie rozumienie nieba obejmuje ideę harmonijnego współistnienia wszystkich istot, wolnych od cierpienia, bólu i śmierci.

W Biblii odnaleźć można sugestie, że zwierzęta są częścią boskiego planu. Prorocy Starego Testamentu, jak Izajasz, kreślą wizje przyszłego pokoju, w którym drapieżniki współżyją z ofiarami, a człowiek i zwierzę żyją bez lęku i przemocy. Nowy Testament, zwłaszcza Księga Objawienia, mówi o nowym niebie i nowej ziemi – rzeczywistości całkowicie odnowionej, gdzie wszelkie zło i cierpienie zostają wymazane. Choć centralnym punktem tej wizji jest relacja Boga z ludzkością, widać w niej również nadzieję na uzdrowienie całego stworzenia, które „jęczy i wzdycha”, oczekując objawienia się dzieci Bożych, jak pisze św. Paweł.

Zgodnie z tą eschatologiczną nadzieją, odkupienie ma charakter uniwersalny. Nie ogranicza się jedynie do człowieka, lecz ogarnia całość kosmosu, w tym zwierzęta. Ich cierpienie, obecne w świecie dotkniętym grzechem, nie pozostaje bez znaczenia. W przyszłym, przemienionym świecie także one mają odzyskać swój udział w pierwotnej harmonii stworzenia. Taki obraz nieba stanowi wyraz wiary w dobroć Boga, który uznaje wartość każdej istoty i pragnie odnowienia całego stworzenia.

Pojmowanie obecności zwierząt w życiu wiecznym bywa interpretowane zarówno dosłownie, jak i symbolicznie. Dla jednych to rzeczywista obietnica, że w Królestwie Bożym spotkamy się także z naszymi ukochanymi zwierzętami. Dla innych – symbol głębokiej duchowej harmonii, która nastanie w przyszłości. W obu przypadkach zwierzęta odgrywają ważną rolę w odzwierciedlaniu Bożego planu, w którym żadna część stworzenia nie zostaje zapomniana.

Taka perspektywa rzuca nowe światło na relację człowieka ze światem przyrody. Oznacza, że nasze współczucie i miłość wobec zwierząt mają duchowe znaczenie i są odbiciem większej, boskiej troski. Przyszłość, w której wszystkie istoty żyją w pokoju, staje się nie tylko nadzieją na osobiste zbawienie, lecz także na pełnię sprawiedliwości wobec całego stworzenia.

W podsumowaniu, wizja nieba otwartego także na zwierzęta ukazuje uniwersalność Bożego miłosierdzia oraz głęboki sens harmonii całego stworzenia. W tej odnowionej rzeczywistości każda istota ma swoje miejsce, a życie – wolne od bólu – zostaje przywrócone do swojej pierwotnej, zamierzonej przez Boga pełni. Taka nadzieja staje się nie tylko wyrazem wiary w przyszłość, ale także wezwaniem do odpowiedzialności za świat, w którym już teraz żyjemy razem ze zwierzętami jako współuczestnikami stworzenia.

Raj – królestwo wiecznego życia i wiecznego szczęścia

Św. Bazyli Wielki mówi: „Nie dość Mu [Bogu] było przywrócić do życia tych, którzy byli w śmierci, ale obdarzył ich także Boską godnością i przygotował im odpoczynek wieczny przekraczający szczęśliwością wszelkie wyobrażenie człowieka” (Żywot i pisma świętego Bazylego Wielkiego, opracował Hieromnich Gabriel Hagioryta, Jan Misiejuk, brak miejsca i roku wydania, s. 33).

Św. Efrem Syryjczyk powiada natomiast tak: „Jezus Chrystus obiecał tym, którzy weń wierzą, dobra wieczne, nieprzemijające” (Święty Efrem Syryjczyk, Myśli pobożne na każdy dzień roku, Hajnówka 2000, s. 20), oraz: „W komnacie sprawiedliwych nie usłyszysz płaczu, ni westchnienia – tam wciąż pieśni pochwalne i wieczna radość. (…) Ludziom sprawiedliwym Stwórca podaruje niekończące się życie i wieczną wolność”. (Tamże, s. 70-78).

Paul Evdokimov, opierając się na nauczaniu Pseudo-Dionizego Areopagity, tak się wypowiada na temat szczęśliwości rajskiej:

„W stanie szczęśliwości, »upodobniwszy się do Chrystusa, radując się jego widzialną teofanią, […] jak uczniowie podczas Bożego Przemienienia oświeceni promieniami jego światłości, […] będziemy uczestniczyć w niepojętym zjednoczeniu, […] jako synowie zmartwychwstania podobni do aniołów i do Syna Bożego«. Integralna osoba ludzka wchodzi we wspólnotę z Wcielonym Synem Bożym, którego wizji dostępuje. Oglądając Go twarzą w twarz, człowiek poznaje Boga w jego światłości. W zjednoczeniu jednak wizja i poznanie są bezsilne, sama natura pozostaje bowiem nieosiągalna”. ( Paul Evdokimov, Poznanie Boga w tradycji wschodniej. Patrystyka, liturgia, ikonografia, przełożyła z francuskiego Alina Liduchowska, Kraków 1996, s. 60).

Także i św. Zofia Rzymska swymi słowami potwierdza wiarę w rajskie szczęście, zwracając się bowiem do swych trzech córek, Wiary, Nadziei i Miłości, które szły na śmierć, tak powiadała:

„Nastał czas, kiedy przez swój wieniec męczeński będziecie ślubować Oblubieńcowi i razem z Nim wejdziecie do jasnych komnat”. (Święte niewiasty. Mały leksykon hagiograficzny, zebrał i opracował Jarosław Charkiewicz, Hajnówka 2001, s. 19).

A po śmierci św. Bazylego Nowego pewien pobożny człowiek rodem z Konstantynopola miał takie oto widzenie rajskich szczęśliwości:

„Zobaczył on piękny i wielki dom, ozdobiony złotem i drogocennymi kamieniami, z napisem nad bramą: «Schronienie i wieczny odpoczynek wielebnego Bazylego Nowego». Bogobojny mąż przystanął i podziwiał krasę tego domu, gdy oto wyszedł do niego piękny młodzieniec i powiedział:

– Czemu się tak dziwisz? Zaraz ujrzysz coś znacznie bardziej zdumiewającego. Z tymi słowami rozwarł bramę domu, a przed oczami zdziwionego człowieka ukazały się piękne, wysokie komnaty. W jednej z komnat zobaczył on wielebnego Bazylego siedzącego na tronie królewskim, pośród wielkiej sławy i w otoczeniu wielu światłych mężów i młodzieńców. Wokół rosły piękne i pełne wszelkich dóbr sady, a z wewnątrz dochodził głos: «Taka nagrodę otrzymają po opuszczeniu świata wszyscy, którzy kochali Boga i gorliwie mu służyli»” (Żywot świętego Bazylego Nowego. Mytarstwa świętej Teodory, przekład z języka rosyjskiego Anna Jemeljaniuk, Hajnówka 1999, s. 53-54).

Żyjący w IX wieku św. Andrzej Salon miał taką oto wizję Raju:

„Ujrzałem siebie ubranego w jaśniejące przedziwnym światłem szaty; przepasany byłem królewskim pasem; głowę moją zdobił wieniec z kwiatów, a serce i rozum przepełniała radość na widok rajskiego piękna. Drzewa, które tu rosły, wydawały wspaniałą won. Jedne wiecznie kwitły, a inne rodziły cudowne owoce nieziemskich kształtów. Na gałęziach tych drzew siedziały niezliczone rajskie ptaki i śpiewały tak pięknie, że zapomniałem, gdzie jestem. Pośrodku Raju płynęła nawadniająca ogrody rzeka. Po obu jej brzegach rozciągały się winnice pełne złotych gron. Wiatr roznosił aromatyczną woń, szeleścił koronami drzew i krzewów” (Żywoty świętych. Księga druga. Październik, Lublin 1997, s. 52 ).

Dla prawosławnego chrześcijanina przedsmakiem rajskiej szczęśliwości jest Eucharystia:

„Eucharystia w świadomości chrześcijan Wschodu jest bramą do Nieba, która przenosi ich w świat piękna, pokoju i świętości. Wprowadzając w świat istniejący poza czasem i przestrzenią daje doświadczenie życia wiecznego, a zarazem napełnia duchową mocą do twórczego przeobrażenia świata ziemskiego”. (G. Kuprianowicz, K. Leśniewski, Monaster św. Onufrego w Jabłecznej, Jabłeczna 1995, s. 11.)

Na Sądzie Ostatecznym przyjdzie moment, gdy Jezus Chrystus nagrodzi sprawiedliwych: „Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: «Pójdźcie błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; Byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie». Wówczas zapytają sprawiedliwi: «Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?» A król im odpowie: «Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.»” (Mt 25, 34–40).

Jak zatem widzimy, Jezus będzie sądził ludzi przede wszystkim z miłości. Nie znaczy to, że nic więcej w życiu nie jest ważne, ale miłość jest najważniejsza. Zresztą Chrystus podkreślał to nie jeden raz. Nagrodą zaś, jaką sobie każdy człowiek może zaskarbić i zdobyć jest życie wieczne w królestwie Boga. W królestwie, za którym każdy człowiek odczuwa tęsknotę, szczególnie wówczas, gdy życie doczesne nie szczędzi mu trosk i bólu. Tęsknota owa jest jakby wpisana w ludzką naturę, dlatego przyjście Pana na Sąd i wypowiedzenie do sprawiedliwych tych wspaniałych słów: „weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata!”, zabrzmi w ich uszach niczym cudowna muzyka, bowiem nareszcie ziści się to, o czym ludzkość marzyła – tak jednostki, jak i społeczeństwa – i to od chwili wypędzenia z Raju. Pragnienie szczęścia bowiem jest w sercach wszystkich – starców i dzieci, bogatych i ubogich, mądrych i nieuczonych, mężczyzn i kobiet. Każdy z ludzi pragnie wiecznego odpoczynku:

„Jak łania pragnie

wody ze strumieni,

tak dusza moja pragnie

Ciebie, Boże!

Dusza moja pragnie Boga,

Boga żywego:

kiedyż więc przyjdę i ujrzę

oblicze Boże?

(Ps 42 (41), 2–3)

„Odmień nasz los, o Panie,

jak strumienie w [ziemi] Negeb.

Którzy we łzach sieją,

żąć będą w radości”.

(Ps 126 (125), 4–5)

Szczęścia, jakiego będą doświadczać błogosławieni, nie da wyrazić się słowami. Będzie ono niepodobne do czegokolwiek, co znamy z doczesności. To bowiem, co w obecnym życiu wydaje się nam wspaniałością, nie jest nawet lichym podobieństwem tego, co Bóg przygotował zbawionym. Tak jak osoba niewidoma nie jest sobie w stanie wyobrazić rozmaitości form, barw, wszelkich cudów natury, tak samo i my, nie potrafimy wyobrazić sobie cudowności Raju. Nie mamy bowiem na to stosownych pojęć i określeń. Nawet jeżeli święci opowiadają nam o jakimś aspekcie życia błogosławionych w Królestwie Niebieskim, co znają z objawienia Bożego, to i tak niewiele nam to mówi. Jak bowiem ktoś, kto nie wie co to miód, może rozumieć jego słodycz?

Św. Efrem Syryjczyk tak mówi na temat szczęścia zbawionych: „Doskonali rozradują się w Królestwie, przyłączą się do anielskich zastępów, usłyszą radosny głos trąby i śpiewając pieśń zwycięstwa, pokonają śmierć. Drzwi raju same otworzą się dla sprawiedliwych, gdy tylko do nich podejdą; na spotkanie im wyjdzie Cherubin, okazując im cześć i uderzając w struny fletni” (Święty Efrem Syryjczyk, Myśli pobożne na każdy dzień roku, przekład z rosyjskiego Andrzej Wojnowski, Hajnówka 2000, s. 81).

Raj, Królestwo Niebieskie, Nowa Jerozolima, to ustawiczne obcowanie z Bogiem, brak cierpienia, niewysłowiona radość, szczęście, uczta Boga z ludźmi, gody Baranka, spełnienie wszelkich pragnień człowieczych…

Ale też jak powiada św. Antoni Wielki: „Wiedzieć ci trzeba, że i w przyszłym wieku (życiu pośmiertnym) podzielisz swoją cząstkę z tymi, z którymi w tym (doczesnym) życiu dzielisz radość i smutek (Żywot i pouczenia św. Antoniego Wielkiego, Hajnówka 2000, s. 17)”, co będzie zaiste jeszcze jednym powodem do radości!

Pismo Święte wiele razy mówi na temat Raju, informując iż jest on nagrodą sprawiedliwych i dając nam pewne, choć przecież dość mgliste wyobrażenie na jego temat: „…ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują”. (1 Kor 2, 9), a co w wizji ujrzał św. Jan Apostoł: „I ujrzałem niebo nowe i ziemię nową, bo pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminęły i morza już nie ma. I Miasto Święte – Jeruzalem Nowe ujrzałem zstępujące z nieba od Boga przystrojone jak oblubienica zdobna klejnotami dla swego męża. I usłyszałem donośny głos mówiący od tronu: «Oto przybytek Boga z ludźmi: i zamieszka wraz z nimi i będą oni Jego ludem, a On będzie „BOGIEM Z NIMI”. I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby ni krzyku, ni trudu już [odtąd] nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły». I rzekł Zasiadający na tronie: «Oto czynię wszystko nowe». I mówi: «Napisz: (…) Ja pragnącemu dam darmo pić ze źródła wody życia. Zwycięzca to odziedziczy i będę Bogiem dla niego, a on dla mnie będzie synem. (…) I przyszedł jeden z siedmiu aniołów (…) i ukazał mi Miasto Święte – Jeruzalem zstępujące z nieba od Boga, mające chwałę Boga. Źródło jego światła podobne do kamienia drogocennego jakby do jaspisu o przejrzystości kryształu. (…) A świątyni w nim nie dojrzałem: bo jego świątynią jest Pan Bóg wszechmogący oraz Baranek. I Miastu nie trzeba słońca ni księżyca, by mu świeciły, bo chwała Boga je oświetla, a jego lampą – Baranek. I w jego świetle będą chodziły narody, i wniosą do niego królowie ziemi swój przepych. I za dnia bramy jego nie będą zamknięte: bo już nie ma tam nocy. I wniosą do niego przepych i skarby narodów. A nic nieczystego do niego nie wejdzie ani ten, co popełnia ohydę i kłamstwo. I ukazał mi wodę rzekę wody życia, lśniącą jak kryształ, wypływającą z tronu Boga i Baranka. Pomiędzy rynkiem Miasta a rzeką, po obu brzegach, drzewo życia, rodzące dwanaście owoców – wydające swój owoc każdego miesiąca, a liście drzewa [służą] do leczenia narodów. Nic godnego klątwy już [odtąd] nie będzie. I będzie w nim tron Boga i Baranka, a słudzy Jego będą Mu cześć oddawali. I będą oglądać Jego oblicze, a imię Jego – na ich czołach. I [odtąd] już nocy nie będzie. A nie potrzeba im światła lampy i światła słońca, bo Pan Bóg będzie świecił nad nimi i będą królować na wieki wieków”. (Ap 21, 1 i n.; 22, 1–5).

Ów Raj, owo Jeruzalem Nowe, to przyszły dom błogosławionych, o którym Jezus powiedział: „W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuje wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem”. (J 14, 2–3).

Dlatego wierzący w Chrystusa nie powinni zapominać, że: „Nie mamy tutaj [w doczesności] trwałego miasta, ale szukamy tego, które ma przyjść”. (Hbr 13, 14).

A ów Raj jest przecież dla każdego sprawiedliwego „w zasięgu ręki”. Czyż bowiem Dobremu Łotrowi, gdy ten prosił: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa”. (Łk 23, 42) Zbawiciel nie powiedział: „Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju”. (Łk 23, 43)?

Dlatego każdy prawosławny chrześcijanin powinien mieć świadomość, kim jest, i dokąd powinien zmierzać: „Wy natomiast przystąpiliście do góry Syjon, do miasta Boga żyjącego, Jeruzalem niebieskiego, do niezliczonej liczby aniołów, na uroczyste zebranie, do Kościoła pierworodnych, którzy są zapisani w niebiosach, do Boga, który sądzi wszystkich, do duchów sprawiedliwych, które już doszły do celu. (Hbr 12, 22–23).

Ponieważ: „On [Bóg] w swoim wielkim miłosierdziu przez powstanie z martwych Jezusa Chrystusa na nowo zrodził nas do żywej nadziei: do dziedzictwa niezniszczalnego i niepokalanego, i niewiędnącego, które jest zachowane dla was w niebie”. (1 P 1, 3–4) gdzie na świętych czeka wieczne życie we wspólnocie z Jezusem, który podczas Ostatniej Wieczerzy zapewniał swych uczniów: „Lecz powiadam wam: Odtąd nie będę już pił z tego owocu winnego krzewu aż do owego dnia, kiedy pić go będę z wami nowy, w królestwie Ojca mojego”. (Mt 26, 29 BT), a „Szczęśliwy ten, kto będzie ucztował w królestwie Bożym”. (Łk 14, 15 BT), bowiem „…cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, która ma się w nas objawić”. (Rz 8, 18), a Bóg zapewnia swoim słowem: „Zwycięscy dam spożyć owoc z drzewa życia, które jest w raju Boga”. (Ap 2, 7 BT)

Ojcowie Kościoła, wypowiadając się, na temat Królestwa Bożego, pouczają, by nie próbować go sobie wyobrażać na sposób ziemski, choć pewne informacje na jego temat posiadamy. Na przykład św. Efrem Syryjczyk tak naucza: „W mieszkańcach Raju nie znajdziesz gniewu, bo wolni są oni od drażliwości; nie szkodzą sobie wzajemnie, nie żywią gniewu, bo wolni są od wszelkiej zawiści”. (Święty Efrem Syryjczyk, Myśli pobożne na każdy dzień roku…, s. 83).

Dla św. Grzegorza Teologa Raj jest czymś tajemniczym, o czym należy mówić z szacunkiem i bojaźnią Bożą. Dla św. Jana Złotoustego to, co znajdujemy w Biblii, na temat Raju jest symboliczne i zagadkowe. Istota Raju zawiera się według niego w tych oto słowach:

„Odkupieni przez Pana powrócą,

przybędą na Syjon z radosnym śpiewem,

ze szczęściem wiecznym na twarzach:

osiągną radość i szczęście,

ustąpi smutek i wzdychanie”. (Iz 35, 10).

Co znaczy, że nie będzie tam chorych i ubogich, nie będzie starości i śmierci, nie będzie uciskających i uciśnionych, nie będzie gniewu i zawiści, ani złorzeczenia, ani władzy jednych ludzi nad drugimi, ani chciwości i zabiegania o materialne dobra. Tam wszelkie namiętności wygasną. Nasza skażona natura ulegnie przeobrażeniu i staniemy się doskonali. Przede wszystkim jednak największą radość będzie sprawiać wspólnota z Jezusem, z aniołami i mocami niebieskimi, z którymi błogosławieni będą jednego ducha i jednej myśli. W Raju będzie prawdziwe życie, wolne od jakichkolwiek trosk i lęków.

Św. Bazyli Wielki naucza, iż Raj to „kraina życia”, gdzie się nie umiera z powodu grzechów, ale ma się wspólnotę z Jezusem. Raj to miejsce, gdzie zło zostało wyrwane z korzeniem, gdzie nie ma ni nocy, ni snu, ni materialnych pokarmów i napojów, podtrzymujących nasze słabości. Nie ma tam chorób ani lekarstw, nie ma sądów, nie ma handlu, ni rzemiosł, ni pieniędzy – początku zła, przyczyny wojen, i korzenia wrogości.

Ale Królestwo Niebieskie to nie życie w bezczynności, pasywne i senne, jak to się niektórym może wydawać. To nie bezbarwna egzystencja trwająca w bezruchu przez wieki wieków. Wręcz przeciwne! To życie przepełnione działaniem przewyższającym znane ludzkie wyobrażenia. Przyszłość błogosławionych w Raju to życie i ruch! Życie twórcze, całkiem różne od życia doczesnego. W przyszłym życiu, w Królestwie Boga, więcej będzie ruchu i działania niż w obecnym, niezakłóconego niczym co złe lub przykre. Błogosławieni zawsze młodzi i piękni udadzą się do nowych, niewyobrażalnie cudnych światów. Zamieszkają w świecie wiecznie nowym, wiecznie świetlistym, wiecznie wspaniałym, wiecznie świętym: „Wiemy bowiem, że jeśli nawet zniszczeje nasz przybytek doczesnego zamieszkania, będziemy mieli mieszkanie od Boga, dom nie ręką uczyniony, lecz wiecznie trwały w niebie”. (2 Kor 5, 1).

Sprawiedliwi w Raju będą zawsze piękni i zawsze młodzi. Chociaż wszyscy zbawieni będą cieszyć się doskonałą błogością, w niebie będą różne stopnie szczęśliwości, czy też, mówiąc innymi słowy, różne stopnie nagrody, w zależności od zasług, jakie sobie zaskarbili podczas życia w doczesności. I nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ nie każdy jednakowo się zasłużył.

Lecz – jak naucza św. Grzegorz z Nyssy, nikt nikomu nie będzie zazdrościł, każdy bowiem będzie się cieszył tym, co mu zostało dane. Wprost przeciwnie! Dodatkowym powodem do radości, będzie dla błogosławionych obserwowanie szczęścia innych.

Zresztą według słów św. Izaaka Syryjskiego zazdrość w Raju, gdzie nie ma miejsca na smutek (a zazdrość powoduje między innymi właśnie smutek), nie jest możliwa. Wszystkich zbawionych, łączyć będzie jedno uczucie, miłość.

Dodatkowe szczęście zbawionych będzie wypływać i z tego, że w rajskiej ojczyźnie będą mogli radować się towarzystwem swych najbliższych (o ile oczywiście i oni będą błogosławieni), z którymi w doczesności dzielili tak radości, jak i smutki.

W Raju znów spotkają się kochający małżonkowie, rodzice będą mogli się cieszyć swoimi dziećmi, a przyjaciele przyjaciółmi. Mamy więc realną szansę po zmartwychwstaniu odzyskać to, co straciliśmy – zda się bezpowrotnie – w życiu doczesnym.

Według opinii Ojców Kościoła, błogosławieni w Raju będą się rozpoznawać nie tyle po kształcie ciała, które, choć po zmartwychwstaniu będzie tożsame z tym, które istniało w doczesności, nie będzie jednak podobne do ciała skażonego i śmiertelnego, ale raczej przez wizje dusz innych błogosławionych. I w ten sposób będą się także rozpoznawać i ci, którzy się nigdy w doczesności nie widzieli.

Czy będą też z nami zwierzęta?… także i te najbliższe naszym sercom, które kiedyś towarzyszyły nam w doczesności… te które kochaliśmy i które nas kochały?…

Ufajmy, że tak… że będą… jako dar – łagodny uśmiech Boga, który pamięta każde stworzenie. I który mówi: „To, co stworzyłem, nie zginie. Bo było dobre.”

Nota bibliograficzna

Choć niniejsza książka nie rości sobie prawa do naukowego charakteru, opiera się na solidnym fundamencie Tradycji chrześcijańskiej – zarówno zachodniej, jak i wschodniej. W rozważaniach dotyczących obecności zwierząt w perspektywie wieczności uwzględniono głosy świętych, myślicieli duchowych i duszpasterzy, którzy traktowali stworzenie z głębokim szacunkiem jako dzieło Boga. Książka nie korzysta ze źródeł teologii modernistycznej, lecz czerpie z tekstów zgodnych z duchem Tradycji Kościoła – także prawosławnego. Poniżej przedstawiono wybraną literaturę, która była inspiracją do refleksji i może posłużyć czytelnikowi do dalszego pogłębienia tematu. Oczywiście, autor opracowania korzystał z wielu innych źródeł i publikacji dotyczących tego zagadnienia, jednak dla zachowania przejrzystości, nie ma potrzeby zbytniego rozbudowywania tej listy.

Wybrana literatura

Randy Alcorn, Heaven: Biblical Answers to Common Questions about Our Eternal Home, Tyndale House Publishers, Amazon 2011

Clive Staples Lewis, The Problem of Pain, Harper, San Francisco 2000

Billy Graham, Till Armageddon: A Perspective on Suffering, Word Books, Waco 1981

Joni Eareckson Tada, When God Weeps: Why Our Suffering Matters to the Almighty, Grand Rapids 1997

„О животных” [w:] Азбука веры – https://azbyka.ru/ob-otnoshenii-k-zhivotnym

Архимандрит Рафаил (Карелин), Церковь и мир на пороге Апокалипсиса, Подворье Свято-Троицкой Сергиевой Лавры, 2010 (https://www.litres.ru/book/rafail-karelin/cerkov-i-mir-na-poroge-apokalipsisa-31518422/chitat-onlayn/?page=4 – dostęp: 26 maj 2025)

Ольга Гуманова, Попадут ли животные в рай? (źródło: pravda.ru – https://www.pravda.ru/faith/1062944-animals/, dostęp: 26 maj 2025)

Славен Любомиров, Будут ли животные в Раю? А в Царстве Небесном? Будут ли наши домашние животные с нами в Раю?, (źródło: https://proza.ru/2020/07/08/1507, dostęp: 26 maj 2025)

Иеромонах Серафим Роуз, Православное понимание книги Бытия, Российское Отделение Валаамского Общества Америки, 1998 (źródło: https://www.eparhia-saratov.ru/Content/Books/196/genesis.pdf, dostęp: 26 maj 2025)

Koniec

ksiegarnia-armoryka.pl/stworzenie-i-wiecznosc-czy-w-niebie-beda-zwierzeta-andrzej-sarwa

Koniecznie ściągnąć p. Ziobro do Polski !! MEM-y V.

—————————————————

————————————————

————————————————————–

Takie przełomy możliwe tylko przy Ordynacji Jednomandatowej

————————————

——————————————–

———————————–47_WlkBrytSwastykaFlaga_05-2026.jpg

[odwrócili swastykę, dupki…]

—————————————————–

————————————-

———————————-

————————————————-

————————————————————————————-

—————————————

—————————————————-

Czy te szubienice już gotowe? MEM-y IV.

————————————-

———————————-

—————————————————–

——————————

—————————————

———————————————

———————————————————————

———————————————————

——————————————————————

———————————-

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

O lotach kosmicznych w bliskiej przyszłości

O lotach kosmicznych w bliskiej przyszłości

Mirosław Dakowski, 17 maj 2026

Większość z nas chyba zauważyła zagadkowy zastój w dziedzinie tak zwanego podboju kosmosu. Wyścig między Sowietami a USA został nagle przerwany gdzieś w połowie lat 70, czyli przed pół wiekiem. Ciekawe kiedy dowiemy się o przyczynie tego zastoju. Obecnie w najbliższe otoczenie Ziemi, bo przecież nie jest to daleki kosmos, wybierają się różne państwa oraz najróżniejsze firmy. Ale na pewno sprawdzą, czy są na Księżycu ślady po lądowaniach Apolla i czy naprawdę znajdują się tam pozostawione przecież lądowniki Amerykanów.

——————————–

Rozważania poniższe piszę przy założeniu współpracy między wszystkimi uczonymi z różnych krajów, sięgającymi poza atmosferą Ziemi, a nie piekielnego, trwającego przecież, współzawodnictwa i zazdrości.

============================================

Sprawa oderwania od Ziemi. Mars.

Jest to trudne przy obecnych napędach chemicznych, bo wymaga pokonania nie tylko grawitacji Ziemi, ale i oporu atmosfery. Naturalnym by więc było, by na dalsze wyprawy w naszym Układzie planetarnym nie wybierać się z Ziemi, lecz z wygodniejszego miejsca.

Od razu powiem, że takim miejscem będzie orbita Księżyca.

Do urzeczywistnienia tego celu wcześniej konieczne będą dłuższe prace na Księżycu. Ale one są dla ludzi utrudnione z powodu braku atmosfery, ogromnych wahań temperatury powierzchni Księżyca między dniem i nocą, oraz ogromnego niebezpieczeństwa dla istot żywych promieniowania kosmicznego. Na powierzchnię Ziemi ono nie dociera, bo broni nas atmosfera.

Dlatego też prace na Księżycu powinny rozpocząć automaty, ewentualnie sterowane czy kontrolowane z Ziemi. To one zbudują pomieszczenia pod skałami, czyli właściwie w jaskiniach, bo tylko tam będą mogli dłużej przebywać ludzie. Żadne bazy na powierzchni Księżyca nie mają sensu, bo nie bronią przed wymienionymi niebezpieczeństwami. Automaty również szukać będą surowców potrzebnych dla rozwoju księżycowego przemysłu.

O źródła energii nie należy się martwić, bo przecież tam dostarcza je Słońce w nadmiarze. Konieczne będzie na początek wysłanie tam dostosowanych do warunków księżycowych paneli słonecznych. Jednym z kłopotów inżynierskich będzie ich chłodzenie, najprawdopodobniej trzeba będzie zaopatrzyć je w radiatory znajdujące się w cieniu. Bo przecież chłodzenie wodne jest tam niemożliwe…

Następnie automaty rozpoczną produkcję paneli fotowoltaicznych, bo krzemu tam jest ogromna ilość. Konieczne będzie znalezienie źródeł wodoru, a tlenu na przykład w postaci SiO2, jest tam też bardzo dużo. A paliwo tleno-wodorowe nadaje się idealnie do przyszłych rakiet, tak tych krążących między Ziemią a Księżycem, jak i tych skierowanych na orbitę Marsa.

Dopiero po przygotowaniu przez automaty pomieszczeń pod skałami można będzie wysłać stałą załogę, bo tam będzie mogla przebywać bez narażania jej na niebezpieczeństwa promieni kosmicznych ani strasznych skoków temperatury. A również, po pewnych zabezpieczeniach, będą mogli pracować bez ciężkich skafandrów, w normalnej atmosferze.

Dopiero taka współpraca, to jest sterowanie automatami z Ziemi oraz później sterowanie automatami przez ludzi pracujących w tych jaskiniach pozwoli na rozwinięcie sensownego górnictwa i przemysłu kosmicznego.

A będzie on niezbędny dla budowy statków kosmicznych bezpośrednio na orbicie Księżyca. Musi się to dziać z surowców uzyskanych na Księżycu i odpowiednio przetworzonych. Dopiero rakiety zaopatrzone w lokalne paliwo, najprawdopodobniej tlen i wodór, będą mogły bez wielkich opóźnień, dotrzeć na orbitę Marsa.

Oczywiście na orbitę, nie zaś na powierzchnię Marsa. Byłoby idiotyzmem całą rakietę zaprojektowaną do lotów między orbitą Księżyca a Marsem, pakować na powierzchnię Marsa. Tam będą lądowały tylko stosunkowo lekkie lądowniki.

I znów powtórzy się opisana powyżej kolonizacja Księżyca. To znaczy na początku na Marsie muszą pracować automaty zdalnie sterowane lub choćby konsultowane, a dopiero po zbudowaniu przez nie pomieszczeń, czyli jaskiń pod powierzchnią Marsa, najpewniej w zboczu góry, mogą tam stale pracować ludzie. Ta sama przyczyna co na Księżycu: obrona przed promieniowaniem kosmicznym i możliwość pracy bez skafandrów.

Oczywiście, dodam dla porządku, możliwe to będzie przy współpracy wszystkich mądrych ludzi, a nie żarcia się pomiędzy tak zwanymi mocarstwami.

============================ 

O możliwości eksploracji dalszych Planet

Pomijam Wenus, bo tam chyba nie da się nigdy wylądować. Gdyby trzeba było polecieć na Merkurego zapewne w poszukiwaniu surowców, to też należałoby  powtórzyć,  oczywiście w udoskonalonej formie, wariant opisany tu dla Księżyca i Marsa.

Planety zewnętrzne, a dokładniej ich księżyce można w przewidywalnej przyszłości badać jedynie przy pomocy automatów. Ze względu na powolne pełzanie ewentualnych rakiet przy użyciu paliwa chemicznego, udział ludzi w takich wyprawach jest wykluczony, a też ze względu na promienie kosmiczne. W rakiecie nie widać możliwości ochrony przed nimi.

W tych wyprawach można jednak rakiety z automatami badawczymi wyposażyć w reaktory jądrowe, jako źródło energii dla silników, ciągle niestety jeszcze chemicznych. Konieczne będzie opracowanie sposobów usuwania energii odpadowej z reaktora, czyli energii cieplnej. Najprawdopodobniej również będzie to możliwe przy pomocy radiatorów. Wygodne i nie wybuchające reaktory jądrowe zostały już przez kilkadziesiąt lat wypróbowane na łodziach podwodnych i okrętach. Przecież maszyny są dość odporne na promieniowania a reaktor ewentualnie pozostawiony na jakimś księżycu nie naruszy równowagi Układu Słonecznego.

Wyjście poza Układ Słoneczny, nawet do najbliższych gwiazd, jak Proxima Centauri, jest niemożliwe przy obecnym czy przewidywalnym na najbliższą przyszłość stanie fizyki jądrowej.

Ostatni skok jakościowy w fizyce miał miejsce przed wiekiem. Wtedy nastąpił wysyp geniuszy, że zacznę od Einsteina, Heisenberga czy Schrödingera.

Było wtedy tych młodych geniuszy kilku, może kilkunastu.

Następny wiek w porównaniu z tamtym okresem to przyczynki, drobniejsze odkrycia.

Na razie nic nie wskazuje, by zbliżał się nowy wybuch talentów, geniuszów, ani nawet rozwiązania zagadek naprowadzających na przyszłe otwarcie fizyki. A bez nich niemożliwe będzie stworzenie ani napędu jonowego, ani napędu fotonowego, które są niezbędne do przyspieszania rakiet do prędkości pod-świetlnych *).

Wydaje się więc, że nawet najbliższa okolica Układu Słonecznego jest dla nas [??] na zawsze zamknięta.

Zadadzą pytanie: A po cóż tam się pchacie na te planety czy gwiazdy? Odpowiem, jak któryś alpinista odpowiedział na podobne pytanie na temat gór: „Bo są”.

————————–——————–

* Jako nastolatek poszedłem na studia fizyki jądrowej, bo chciałem polecieć na księżyce Saturna. A do tego celu konieczny był napęd jonowy. Wystarczało przecież, uważałem, zmniejszyć rozmiary akceleratora liniowego jakieś 1000 razy, a zwiększyć intensywność wiązki na początek z miliard razy. Umożliwiłoby to już przecież wypróbowanie takiego silnika w kosmosie. To mi się nie udało, ale zostałem przy fizyce rozszczepienia oraz ciężkich jonów, badaniu własności pierwiastków poza fermem. oraz poszukiwania super-ciężkich pierwiastków. Złożyłem proposal poszukiwań jąder super-ciężkich w promieniach kosmicznych, jako potencjalny pierwszy kosmonauta z KDL-ów. Badania takie możliwe były oczywiście tylko spoza Ziemi. Złożył to mój Możny Protektor. Po paru miesiącach dostał on od generała Jaruzelskiego odpowiedź, że nie poleci katolik ale partyjny. I po roku czy dwóch poleciał Hermaszewski. Nic nie badał, niczego nie szukał.

Te marzenia nie były to jednak mrzonki: podobnej skali ewolucja nastąpiła, ale w elektronice. Od lampowych triod i pentod do obecnej „sztucznej inteligencji”

=================================

Przy okazji krótka wzmianka o kosmitach

Na przestrzeni wieków, szczególnie w ostatnich 100 latach, namnożyło się chyba dziesiątki tysięcy wiarygodnych sprawozdań o kontaktach z zielonymi czy szarymi ludzikami. Po odcedzeniu różnych fantastów, pozostaną jednak tysiące wiarygodnych ludzi, którzy o czymś takim donoszą.

Prawdopodobieństwo naturalnego, to znaczy na skutek przypadkowych kontaktów atomów, cząsteczek w dowolnych warunkach, powstania życia jest dokładnie zerowe. Potrzebna by była do tego ewolucja chemikaliów, a wykazano tak matematycznie jak i chemicznie, że szansa takich zjawisk jest równa zero.

Jedyną możliwością byłoby więc, że Stwórca zabawił się w stworzenie gdzieś równoległego do tego na Ziemi, Edenu. Jednak logiczne konsekwencje tego są na tyle absurdalne, że również to prawdopodobieństwo możemy uznać za zerowe.

Cóż więc z tymi niby oglądanymi przez uczciwych i wiarygodnych ludzi „zielonymi ludzikami”? Cóż, na pewno jest to albo złudzenie albo o wiele bardziej prawdopodobnie, mamienie szatańskie. Więc tym jako fizycy się nie przejmujmy.

Do czego prowadzi czytanie GieWu. MEM-y III.

—————————–

————————————————

—————————————————

——————————————

——————————————————

==================================================

————————————————————-

—————————————————

To ta: W Kłodzku. Ojczym gwałcił pasierbicę, matka ma wyrok za zoofilię.

——————————————————————-

——————————–

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Wyniuchali szekle… MEM-y II.

———————————————

———————————————————

—————————————–

————————————————

————————————————

—————————————————

———————————————————–

———————-

————————————————————

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Balcerowicz prorok… MEM-y I.

————————–

————————————————–

—————————————————–

——————————————————–

—————————

—————————————————

————————————

—————————————————-

——————————————

Pospolitość i eschatologia

Pospolitość i eschatologia

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    17 maja 2026 michalkiewicz

Wystarczą cztery Ziobra i Polska będzie dobra” – śpiewał przed laty Andrzej Rosiewicz. A teraz? Ach, jakiż zawód, jakież rozczarowanie! Prawie takie samo, jak w przypadku odchylenia listka figowego, pod którym widać… figę. Kiedy na Węgrzech wybory wygrał Piotr Magyar, obywatel Tusk Donald, a zwłaszcza jego totumfacki, obywatel Żurek Waldemar, oczyma duszy już widzieli złowrogiego Zbigniewa Ziobrę, dostarczonego w klatce na uwieńczenie procesu „rozliczeń”, który – jak wiadomo – jest jedynym programem rządu koalicji 13 grudnia, nie nakazanym, a tylko zasuflowanym przez Reichsfuhrerin Urszulę Wodęleje. Piotr Magyar u siebie zresztą też zapowiada „rozliczenia”, więc wszystko wskazywało na to, że z obywatelem Tuskiem Donaldem będą się konsultować i koordynować wszystkie rozliczeniowe przedstawienia, gwoli udelektowania gawiedzi. Tymczasem kiedy tylko Piotr Magyar został zaprzysiężony na węgierskiego premiera, gruchnęła wieść, że złowrogi Zbigniew Ziobro jest już w Ameryce, dokąd ręce siepaczy obywatela Żurka Waldemara nie sięgają, bo gdyby jakiś siepacz spróbował tam sięgnąć, to zaraz tę rękę odrąbałaby mu tamtejsza władza ludowa.

Na domiar złego pojawiły się fałszywe pogłoski, że złowrogi Zbigniew Ziobro został waszyngtońskim korespondentem telewizji „Republika”, która dzięki temu będzie mogła punktować wszystkie potknięcia warszawskiego reżymu na gruncie amerykańskim. Pierwsza salwa zresztą już padła za sprawą byłego ambasadora, pana Magierowskiego, który w swojej książce opisuje, jak to obywatel Tusk Donald przemykał się w Waszyngtonie pod ścianami, podobno żeby nikt go nie rozpoznał. Książę-Małżonek chciał nawet urządzić cocktail z udziałem obywatela Tuska, ale ten nie chciał nawet o tym słyszeć i w rezultacie wylądował na rodzinnym obiedzie u Jabłoneczki. Takie to ci pogodne anegdoty z życia dworskiego opisuje pan Magierowski – ale z Ziobrą będzie pewnie gorzej.

Tymczasem w sobotę 9 maja obywatel Kosiniak-Kamysz, jako wicepremier vaginetu obywatela Tuska Donalda, podpisał pożyczkę SAFE. Jak widać, nie ma takiej siły która mogłaby powstrzymać obywatela ministra-ministrowicza przed wzięciem pieniędzy – nawet na podejrzanych warunkach. „Jak forsa – to mi wsuń ją” – pisze poeta – i tą maksymą najwyraźniej musi kierować się minister-ministrowicz. Tymczasem SAFE jest obciążona tzw. mechanizmem warunkującym, co oznacza, że poszczególne transze pożyczki pod jakimkolwiek pretekstem mogą być wstrzymywane, podczas gdy dług trzeba spłacać w całości.

A właśnie za sprawą obywatela Żurka Waldemara, który nie przepuszcza żadnej okazji, by szkodzić naszemu nieszczęśliwemu krajowi, Europejski Trybunał Praw Człowieków nakazał polskim władzom niezwłocznie udostępnić gabinety, sprawy do „orzekania”, no i oczywiście – forsę – czwórce kandydatów na sędziów Trybunału Konstytucyjnego, co to złożyli swoje „ślubowanie” wobec obywatela Czarzastego Włodzimierza, a przywołany notariusz spisał protokół. Pan prezydent ani myśli urządzać im dodatkowego ślubowania, w związku, z tym prezes TK Bogdan Świeczkowski, ani nie przydziela im gabinetów, ani „spraw do orzekania”, ani – co gorsza – forsy – ale to właśnie może być wykorzystane przez Reichsfuhrerin Urszulę Wodęleje do uruchomienia „mechanizmu warunkującego” i w rezultacie ani nasza niezwyciężona armia, ani politykowie nie zobaczą ani centa.

Tymczasem pan prezydent Nawrocki, jakby dla większej ostentacji, odebrał ślubowanie i wręczył nominacje ponad 140 sędziom, to znaczy – „neosędziom” – w nomenklaturze obywatela Żurka Waldemara oraz Judenratu „Gazety Wyborczej”, który z własnego nadania pretenduje do pełnienia w naszym nieszczęśliwym kraju funkcji rewidenta cnoty. Najwyraźniej pan prezydent pokazuje, że nie kuca ani przez obywatelem Tuskiem, ani przed Reichsfuhrerin Urszulą Wodęleje, która w Donaldu Tusku akurat sobie upodobała.

Tymczasem 9 maja odbyła się w Moskwie tradycyjna parada pobiedy – a to dzięki prezydentowi Trumpowi, który doradził trzydniowe zawieszenie broni Rosji i Ukrainie. Przy tej okazji ukraiński prezydent Zełeński zakpił sobie z prezydenta Putina, wydając dekret „zezwalający” na odbycie w Moskwie parady pobiedy. Ta kpina musiał dotknąć Rosjan do żywego, bo zamiast skorzystać z okazji, by siedzieć cicho, prezydent Putin w swoim przemówieniu zaczął miotać na prezydenta Zełeńskiego różne pogróżki. Generalnie jednak nie wykluczył zakończenia wojny – co według niego powinno nastąpić w rezultacie mediacji prowadzonych przez byłego niemieckiego kanclerza Gerharda Schroedera.

Jeśli by tak się stało, to myślę, że groźba, iż osiągnięcie „sprawiedliwego pokoju” na Ukrainie dokona się wskutek terytorialnej rekompensaty kosztem „Zakierzońskiego Kraju”, a więc – województwa podkarpackiego, części województwa małopolskiego oraz części województwa lubelskiego – zaczęłaby nabierać rumieńców. Kto wie, czy precedens zmiany granicy nie zachęciłby również Niemiec do podjęcia próby dokończenia procesu zjednoczenia, według granicy z 1937 roku – a z pozostałej reszty terytorium mogliby zaspokajać swoje roszczenia majątkowe Żydowie, dzięki czemu wszyscy byliby zadowoleni?

W tym kontekście lepiej możemy zrozumieć ostrą postać żydofilii, na którą w sposób widoczny cierpi Jego Eminencja Grzegorz kardynał Ryś – że w tym szaleństwie jest metoda, by również na odcinku religijnym zaordynować naszemu, mniej wartościowemu narodowi tubylczemu „pedagogikę wstydu”, której celem jest wzbudzenie bliżej nieokreślonego poczucia winy wobec Żydów tak, by już nigdy nie ośmielił się on Żydom w żadnej sprawie sprzeciwić.

Nawiasem mówiąc, ostatnio Jego Eminencji tak zwanego – jak mówią gitowcy – „śmiertelnego”- zadał pan red. Bogdan Rymanowski, znienacka zapytując, czy Eminencja wierzy w istnienie Boga. Po dłuższym namyśle Eminencja odpowiedziała, że to nieważne, czy Pan Bóg jest, czy Go nie ma – bo dla chrześcijanina najważniejsze jest, czy Pan Bóg objawił się w Jezusie Chrystusie”. Czy jednak Pan Bóg mógłby objawić się, niechby nawet w Jezusie Chrystusie – gdyby Go w ogóle nie było? Okazuje się, że sprawa nie jest taka prosta, jakby na pierwszy rzut oka mogło się wydawać. Credo quia absurdum! (wierzę, bo to absurd) – że ten okrzyk przypisywany Tertulianowi nabiera nieoczekiwanej aktualności w związku z wypowiedzią Jego Eminencji Grzegorza kardynała Rysia, przez niektórych jego zwolenników z rewerencją nazywanego „Ryszardem”.

W tym kontekście na uwagę zasługuje deklaracja Kukuńka, czyli Lecha Wałęsy, że wprawdzie tego żałuje – ale nie jest Żydem. Jest to ważne tym bardziej, że w swoim czasie po mieście krążyły fałszywe pogłoski, że Żydem jest jeden z braci Kaczyńskich – ale nie wiadomo który.

Wprawdzie najgorsze są nieproszone rady, ale w czynie społecznym chciałbym doradzić Kukuńkowi, by wystąpił o przyznanie mu – obok licznych doktoratów honoris causa – również honorowego tytułu Żyda Polarnego. Pretekstem mogłaby być okoliczność, że pierwszym Żydem Polarnym został u nas Czesław Centkiewicz, który nosił nazwisko bardzo podobne do największego wroga Kukuńka – Sławomira Cenckiewicza

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Wojna przeciwko ludzkości. Część 2. Marek Wojcik.

Wojna przeciwko ludzkości.część 2

17. maja 2026 Marek Wojcik world-scam/wojna-przeciwko-ludzkosci-czesc-2

Pierwsza część opublikowana dwa tygodnie temu nosiła tytuł Wojna z ludzkością.

„Pieniądze rządzą światem!” Obserwuj Kla.TV, aby zobaczyć, jak międzynarodowi bankierzy, pozornie całkowicie legalnie, stworzyli nic innego jak globalny system prywatnej kontroli finansowej. Dzięki temu mogą zdominować system polityczny każdego kraju i gospodarkę całego świata. Źródło.

Źródło.

Według badania przeprowadzonego przez Instytut Finansów Międzynarodowych (IIF), globalne zadłużenie osiągnęło we wrześniu 2025 r. rekordowy poziom 337,7 bln USD. Już samo zadłużenie Stanów Zjednoczonych, wynoszące ponad 38 bilionów dolarów, powoduje, że co roku trzeba zapłacić ponad bilion dolarów odsetek. Oznacza to, że ludzie muszą płacić niewyobrażalnie wysokie sumy rok po roku za same odsetki. Odsetki od pieniędzy, które zostały stworzone z niczego. W rezultacie biedni stają się coraz biedniejsi, podczas gdy bogactwo super-bogatych koncentruje się na coraz mniejszej liczbie osób.

8 marca 2014 r. samolot MH370 znika bez śladu. Samolot typu Boeing 777 linii Malaysia Airlines leciał z Kuala Lumpur do Pekinu, kiedy nagle zniknął.

Lord Jacob Rothschild odziedziczył patent na wydajny półprzewodnik, który należał do czterech inżynierów zaginionych na pokładzie samolotu Malaysia Airlines MH370. Czytamy w opublikowanym blisko 9 lat temu artykule na thepeoplesvoice.tv:  Rothschild przejmuje patent na półprzewodniki po zniknięciu inżynierów z lotu MH370. Źródło.

Ktoś słusznie powie, że to są przecież jedynie spekulacje. W sytuacji, której rodzina Rorschildów jest właścicielem wielu mainstreamowych mediów i wzmaga wysiłki, by ich nazwisko nie pojawiało się zbyt często w publikacjach, szczególnie tych nieprzyjaznych, pozostają jedynie spekulacje oparte na informacjach przeciekających pomimo tych starań na światło dzienne. Powiązanie tych punktów i wnioski logiczne to są właśnie te spekulacje. To nie są jeszcze dowody, ale ich ilość i duża wiarygodność stanowi dla wielu ludzi podstawę kształtującą ich poglądy na te sprawy.

Zabójstwo przeciwników banku centralnego USA – obecnie FED-u przez zatopienie Titanica w kwietniu 1912 r., zabójstwo prezydenta USA w listopadzie 1963 r., morderstwo Martina Luthera Kinga Jr. w kwietniu 1968 r., wyjątkowo miękkie lądowanie na Księżycu w lipcu 1969 r., operacja fałszywej flagi na WTC na Manhattanie we wrześniu 2001 r. – to tylko kilka najbardziej znanych wydarzeń, których wyjaśnienie siłą rzeczy musi być oparte na spekulacjach, o ile nie bierze się poważnie oficjalnych raportów komisji specjalnie utworzonych, w celu zagmatwania i ukrycia prawdy.

W oczekiwaniu na powtórkę. Nie tak znowu dawno wszyscy Polacy byli milionerami.

Nie każdy milioner jest przestępcą, ale gromadzenie majątku u wielu stanowi rodzaj uzależnienia – podobnego do narkomanii.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Jak prawosławne chrześcijaństwo postrzega zwierzęta? CZĘŚĆ 4

CZĘŚĆ 4

Królestwo całego stworzenia

Czy w Królestwie Bożym jest miejsce dla zwierząt?

Stworzenie i wieczność

Czy w niebie będą zwierzęta?

Opracował Andrzej Juliusz Sarwa


=======================================================

Kościół prawosławny

Jedność całego stworzenia w Bogu


Kościół prawosławny podkreśla, że całe stworzenie – zarówno ludzie, jak i zwierzęta – jest odbiciem Bożej chwały i pierwotnie funkcjonowało w doskonałej harmonii. Już w Księdze Rodzaju (1–2) świat zostaje nazwany „dobrym”, a zwierzęta zajmują w nim określone miejsce, współtworząc z ludźmi pełny porządek zamysłu Stwórcy. Ta wizja jedności i pokoju, zakorzeniona w świętych tekstach i wczesnej tradycji, pozostaje fundamentem prawosławnej teologii stworzenia.

Święty Maksym Wyznawca (ok. 580–662) był jednym z najwybitniejszych teologów bizantyńskich i mistyków wczesnego prawosławia. W jego antropologii i kosmologii centralne miejsce zajmuje koncepcja deifikacji (theosis) – zjednoczenia całego stworzenia z Bogiem. Maksym postrzegał człowieka jako pośrednika między Bogiem a stworzeniem, kogoś, kto ma „zjednoczyć w sobie” to, co rozdzielone – duchowe i materialne.

Zgodnie z jego nauką, człowiek ma rolę liturgiczną i kapłańską wobec świata. Oznacza to nie tylko odpowiedzialność za stworzenie, ale przede wszystkim jego duchowe przekształcanie – uświęcanie świata i ofiarowywanie go Bogu jako aktu dziękczynienia. Człowiek, jako istota rozumna i wolna, zdolna do miłości i kontemplacji, ma być tym, który prowadzi cały kosmos ku Bogu, przez swoje życie, modlitwę i działanie.

Maksym twierdził, że upadek człowieka zaburzył tę pierwotną jedność, ale przez Chrystusa możliwe jest jej przywrócenie. W tym sensie nie tylko ludzie, ale całe stworzenie uczestniczy w historii zbawienia i zostaje objęte ostatecznym planem Bożym.

Podsumowując – św. Maksym nauczał, że człowiek ma głębokie powołanie kapłańskie wobec stworzenia, a jego zadaniem jest nie tylko zarządzanie światem, lecz jego przemienienie i oddanie Bogu w duchu miłości, wdzięczności i kontemplacji.

W tym kontekście prowadzenie wszystkich istot do ich pierwotnego, boskiego źródła oznacza:

Uznawanie i docenianie piękna i wartości stworzenia jako odbicia Bożej chwały.

Życie w harmonii z naturą, nie niszcząc jej, ale pielęgnując ją.

Ofiarowywanie Bogu owoców stworzenia poprzez swoją pracę i modlitwę.

Bycie łącznikiem między światem materialnym a duchowym.

Poprzez swoje własne zjednoczenie z Bogiem, pociąganie za sobą całe stworzenie do tej jedności.

To powołanie zostało naruszone przez upadek, ale poprzez Chrystusa i działanie Ducha Świętego, człowiek jest powołany do odnowienia tej kapłańskiej roli.

Dlatego w tradycji prawosławnej często podkreśla się odpowiedzialność człowieka za los stworzenia i wzywa do życia w sposób, który odzwierciedla tę kapłańską godność.

Ludzie nie tylko sprawują opiekę nad stworzeniem, lecz także ponoszą odpowiedzialność za to, by wszystko, co zostało stworzone, mogło powrócić do Boga w pełnej jedności.

W tradycji prawosławnej upadek ludzkości, opisany w Księdze Rodzaju (rozdział 3), jest momentem, w którym nie tylko człowiek, ale i całe stworzenie zostało dotknięte grzechem. Upadek ludzki zakłócił pierwotną harmonię, która istniała między ludźmi a zwierzętami oraz między wszystkimi elementami kosmosu. W wyniku tego zdarzenia, świat został uwikłany w cierpienie, a harmonia między stworzeniem a Bogiem została zaburzona.

Jednak w przeciwieństwie do teologii zachodniej, która często postrzega zwierzęta jako duchowo oddzielone od Bożego planu zbawienia, prawosławna myśl teologiczna podkreśla, że odkupienie stworzenia obejmuje także zwierzęta. Zgodnie z tą tradycją, cały kosmos ma uczestniczyć w ostatecznym odnowieniu przez Boga. Oznacza to, że zwierzęta, stanowiące integralną część stworzonego porządku, nie są wykluczone z Bożego planu odkupienia. Przeciwnie, mają w nim swoje miejsce, uczestnicząc w boskim przekształceniu wszechrzeczy.

Jak prawosławne chrześcijaństwo postrzega zwierzęta?

Wschodni Kościół Prawosławny charakteryzuje się wyjątkowym, głęboko mistycznym i integralnym rozumieniem stworzenia, które kładzie silny nacisk na duchowe więzi łączące wszystkie istoty. W tej tradycji stworzenie postrzegane jest jako przeniknięte boską obecnością, a każda jego część – zarówno ludzie, jak i zwierzęta – uczestniczy w duchowej harmonii. Takie podejście znacząco różni się od zachodniej tradycji katolickiej. Teologia katolicka tradycyjnie rozróżnia bowiem duszę rozumną i nieśmiertelną, przypisaną wyłącznie człowiekowi, oraz duszę śmiertelną (zwaną też zmysłową lub wegetatywną), którą posiadają zwierzęta i która ustaje wraz ze śmiercią ciała. W przeciwieństwie do tego, teologia prawosławna nie wprowadza takiego rozróżnienia. Całe stworzenie, w tym zwierzęta, traktowane jest jako integralna część świętego porządku Bożego, odzwierciedlającego Jego obecność i boskie piękno.

Ale także, niektórzy z teologów prawosławnych postrzegają zwierzęta i w taki sposób, jak to czyni Archimandryta Rafael (Karelin):

Chrześcijaństwo naucza, że uczucia religijne są główną i istotną cechą duszy jako obrazu i podobieństwa Boga. To jest główna różnica między człowiekiem a zwierzęciem. Świat emocjonalny zwierzęcia jest nie mniej dynamiczny niż świat emocjonalny człowieka. Zwierzęta w swej pierwotnej formie posiadają to, co można nazwać rozumem, czyli zdolność do znajdywania związku między przyczynami i odległymi skutkami oraz dokonywania wyborów w zmieniających się sytuacjach. Zwierzęta mają instynkty bardziej subtelne niż ludzie, ale nigdy nie odkryto u nich uczuć religijnych. Oto zasadnicza różnica między człowiekiem a tymi, którzy przywykli być nazywani jego „młodszymi braćmi”. (Архимандрит Рафаил (Карелин), Церковь и мир на пороге Апокалипсиса)

Olga Gumanowa w rozmowie z hieromnichem Nikanorem (Lepieszewem) usłyszała taką opinie na temat zwierząt w odnowionym świecie:

Na ikonie Narodzenia Chrystusa widzimy wołu i osiołka pochylających się nad Dzieciątkiem Bożym leżącym w żłobie. Niektóre sceny szopek bożonarodzeniowych przypominają Arkę Noego: są na nich owce z pasterzami i karawana wielbłądów. Hieromnich Nikanor (Lepeszew), wykładowca w Chabarowskim Seminarium Duchownym, opowiedział portalowi Pravda.Ru o tym, jak Kościół traktuje naszych mniejszych braci.

– Ojcze Nikanorze, czy według nauki prawosławnej zwierzęta mają duszę?

— W Księdze Rodzaju zwierzęta, ryby i ptaki nazywane są „duszami żywymi”. Swoją obecnością różnią się one na przykład od roślin, ciał niebieskich itp. Ale z Pisma Świętego wiemy też, że „dusza zwierząt jest we krwi” i umiera razem z ciałem. To jest jej główna różnica w stosunku do nieśmiertelnych dusz ludzkich, które żyją dalej po śmierci ciała. W ten sposób wśród mieszkańców świata widzialnego kształtuje się pewna hierarchia duchowa, oparta na obecności bądź nieobecności duszy, a także jej nieśmiertelności bądź śmiertelności. A ze wszystkich stworzeń Bożych tylko człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo swego Stwórcy.

— Istnieje pogląd, że wszystkie zwierzęta, które zostały pokochane przez którąkolwiek z osób, które tam dotarły, pójdą do Królestwa Niebieskiego. Co na ten temat mówili święci ojcowie?

— W chwili Drugiego Przyjścia Chrystusa, jak mówi Apostoł Paweł, „jako ostatni wróg zostanie pokonana śmierć”. Oznacza to, że uwolni ona wszystko i wszystkich, co wchłonęła w czasie swego panowania w świecie materialnym. Nic, co stworzył Pan, nie popadnie w całkowite zapomnienie; Stworzenie Boże zostanie przywrócone w całej swojej pełni. Prorok Izajasz mówi, że w odnowionym wszechświecie będzie także miejsce dla zwierząt: „Wtedy wilk zamieszka z barankiem, a lampart z koźlęciem będzie leżał; cielę, młody lew i wół będą razem”. A czcigodny Nektarij z Optiny, który bardzo lubił koty, powiedział, że ze wszystkich zwierząt to właśnie one pierwsze wejdą do nieba.

Teologowie mają jednak różne opinie na temat tego, czy wszystkie martwe wcześniej zwierzęta zostaną wskrzeszone wraz z nadejściem wiecznego Królestwa Chrystusa. Niektórzy uważają, że tak. Inni uważają, że jeśli chodzi o zwierzęta, to dla Stwórcy nie liczą się poszczególne zwierzęta, nie przedstawiciele jednego czy drugiego gatunku, ale wyłącznie sam gatunek.

Osobiście jestem wielkim miłośnikiem naszych mniejszych braci i dlatego myślę, że w oczach Boga każde Jego stworzenie jest wyjątkowe i wartościowe. A sposób, w jaki święci traktowali swoich niemych przyjaciół, utwierdza mnie w tym przekonaniu. Wspomnijmy Gerasima z Jordanii z jego lwem, św. Serafina z Sarowa z niedźwiedziem, św. Brendana Żeglarza z wielorybem i wielu innych ascetów. Nie mogę jednak upierać się przy swoim punkcie widzenia, ponieważ wszystko to jest sferą prywatnych osądów teologicznych, a takie czy inne poglądy na tę kwestię w żaden sposób nie wpływają na nasze zbawienie. Tak więc prawdę poznamy dopiero po Sądzie Ostatecznym. (Ольга Гуманова, Попадут ли животные в рай?).

Wielu świętych i mistyków prawosławnych, którzy żyli w bliskim kontakcie z naturą, jest znanych z głębokich duchowych relacji ze zwierzętami. Ich doświadczenia ukazują, że zwierzęta, podobnie jak ludzie, są częścią Bożego stworzenia i w jakiś sposób uczestniczą w duchowym życiu świata. Prawosławni mistycy często opisują swoje spotkania ze zwierzętami jako duchowe, a nie jedynie fizyczne, co wskazuje na ich szczególne miejsce w kosmicznym porządku.

Dodatkowo, koncepcja „kosmicznej liturgii” w teologii prawosławnej sugeruje, że całe stworzenie, w tym zwierzęta, bierze udział w oddawaniu czci Bogu. Kosmiczna liturgia oznacza, że wszystkie istoty, poprzez swoje istnienie, wypełniają boski plan, oddając chwałę Stwórcy. To zrozumienie stworzenia nie kończy się na wymiarze ziemskim, ale ma głęboki wymiar duchowy, który obejmuje także zwierzęta jako cząstkę większej harmonii.

Choć Kościół prawosławny nie naucza wyraźnie, że zwierzęta mają nieśmiertelne dusze, jego mistyczne podejście pozostawia pewną otwartość na spekulacje. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy zwierzęta będą częścią odnowionego stworzenia w życiu pozagrobowym, jednak prawosławna teologia, ze swoim podkreśleniem duchowej jedności stworzenia, sprawia, że ich rola w boskim planie może być znacznie głębsza, niż tradycyjnie się zakłada. W tej perspektywie zwierzęta mogą być postrzegane jako istoty, które mają swoją rolę w duchowym cyklu stworzenia, być może nawet uczestnicząc w jego ostatecznym odnowieniu.

Spojrzenie na duszę


W teologii prawosławnej, nawiązującej do myśli wielu Ojców Kościoła, obecna jest koncepcja trójdzielnej struktury duszy, która służyła do zrozumienia hierarchicznego porządku stworzenia, obejmującego ludzi, zwierzęta i rośliny. To ujęcie ukazuje złożoność życia, przypisując różnym jego formom odmienne zdolności i funkcje: duszę wegetatywną dla wzrostu i odżywiania, duszę zmysłową dla percepcji i instynktów, oraz unikalną dla człowieka duszę rozumną, będącą nośnikiem obrazu Bożego. Choć nie jest to dogmat w ścisłym tego słowa znaczeniu, koncepcja ta podkreśla duchową głębię świata, w którym każde stworzenie, na swoim poziomie istnienia, posiada swój sens i cel w Bożym planie. Koncepcja trójdzielnej duszy nie jest dogmatem Kościoła prawosławnego w takim samym sensie jak dogmaty trynitarne czy chrystologiczne. Była to raczej powszechnie przyjmowana filozoficzna i teologiczna rama w pewnym okresie historii Kościoła.

Święty Maksym Wyznawca w swojej teologii rozwija klasyczną myśl patrystyczną dotyczącą struktury człowieka i jego miejsca w stworzeniu. Wyróżnia on trzy poziomy ‘życia’ lub ‘funkcji’ duszy, które współistnieją w człowieku: życie wegetatywne (τὸ φυσικόν), odpowiedzialne za odżywianie, wzrost i rozmnażanie, wspólne wszystkim istotom żywym, w tym roślinom i zwierzętom; życie zmysłowe (τὸ αἰσθητικόν), obejmujące zdolność do odczuwania, ruchu i emocji, dzielone przez ludzi i zwierzęta; oraz życie rozumne i duchowe (τὸ λογικόν), właściwe jedynie człowiekowi, charakteryzujące się rozumem, wolą i zdolnością do poznania Boga oraz zjednoczenia się z Nim.

Zgodnie z tym ujęciem, człowiek stanowi unikalne połączenie wszystkich poziomów stworzenia. Posiada ciało, podobne w swoich funkcjach do roślin i zwierząt, zmysły, które łączą go ze światem zwierzęcym, ale przede wszystkim ducha, który jest skierowany ku Bogu. Dzięki tej złożonej naturze człowiek jest postrzegany jako mikrokosmos – zawiera w sobie niejako cały stworzony świat i poprzez swoje duchowe życie ma potencjał, by ten świat zjednoczyć z Bogiem.

Tradycja hezychastyczna, rozwijająca się szczególnie w środowisku mnichów góry Athos w XIII i XIV wieku, rzeczywiście skupiała się na wewnętrznej modlitwie, pokucie i oczyszczeniu serca jako drodze do jedności z Bogiem. Święty Grzegorz Palamas, jej najwybitniejszy teologiczny rzecznik, bronił tej praktyki i jej duchowych owoców, argumentując, że przez łaskę człowiek może realnie uczestniczyć w Bożych energiach (a nie istocie Boga), co stanowi podstawę przebóstwienia (theosis).

W tej wizji świat materialny nie jest odrzucony ani przeklęty, ale stworzony przez Boga jako „bardzo dobry” (por. Rdz 1,31). Człowiek, który przez modlitwę i ascezę zjednoczył się z Bogiem, promieniuje świętością także na otaczający świat – jego obecność staje się uzdrawiająca nie tylko dla ludzi, ale także dla przyrody, która pod wpływem grzechu została skażona. W hezychazmie pojawia się zatem wątek kosmiczny: święty człowiek jest kapłanem stworzenia, który przez swoje życie i modlitwę przywraca stworzeniu jego pierwotną harmonię.

Niektórzy święci i starcy z tej tradycji byli znani z głębokiego współczucia i relacji ze zwierzętami, co odzwierciedlało duchową jedność z całym stworzeniem.

Z tego też powodu zwierzęta często rozpoznają świętych i reagują na nich w sposób niezwykły. W świętym człowieku nie widzą już drapieżnika czy zagrożenia, ale przyjaciela, który emanuje pokojem i przywraca im ich naturalny stan harmonii. Świętość w tym kontekście nie ogranicza się jedynie do osobistego udoskonalenia moralnego, ale ma charakter kosmiczny, polegając na przemianie całej rzeczywistości wokół świętego w kierunku Boskiej harmonii i jedności.

Tak więc, jak możemy zauważyć, na najwyższym poziomie znajduje się dusza rozumna, przysługująca jedynie człowiekowi. To ona czyni go istotą stworzoną na obraz i podobieństwo Boga, obdarzoną wolną wolą, zdolnością do miłości, rozumienia dobra i zła oraz do duchowego wzrastania. Dzięki niej człowiek może dążyć do – zjednoczenia z Bogiem – co stanowi ostateczny cel życia duchowego. Ludzka dusza jako jedyna jest nieśmiertelna w ścisłym teologicznym sensie, a człowiek, jako istota świadoma i moralnie odpowiedzialna, odpowiada przed Bogiem za swoje czyny.

Drugi poziom zajmuje dusza wrażliwa, wspólna dla ludzi i zwierząt. Choć zwierzęta nie posiadają rozumu w znaczeniu właściwym człowiekowi, mają zdolność do odczuwania, przeżywania emocji i reagowania na otoczenie. W ich życiu obecne są instynkty, świadomość, cierpienie i radość. Ich istnienie nie sprowadza się więc wyłącznie do funkcji biologicznych – nosi w sobie pewną głębię i wewnętrzne życie, choć nie ma ono charakteru duchowej relacji z Bogiem w ludzkim sensie. Brak im moralnej odpowiedzialności, ale ich egzystencja pozostaje zanurzona w Bożym porządku i dlatego zasługuje na szacunek oraz troskę.

Najniższy poziom reprezentuje dusza wegetatywna, właściwa roślinom. Choć pozbawione są zmysłów i świadomości, również posiadają życie: wzrastają, rozmnażają się, reagują na środowisko. W prawosławnej wizji stworzenia także ten rodzaj życia odzwierciedla obecność Bożego tchnienia – wszak nic, co istnieje, nie jest oderwane od Boga.

Łącząc przedstawione perspektywy w spójną całość, można stwierdzić, że teologia prawosławna, czerpiąc z myśli Ojców Kościoła takich jak święty Maksym Wyznawca, a także z tradycji hezychastycznej, oferuje dynamiczne spojrzenie na miejsce człowieka, zwierząt i roślin w Bożym stworzeniu.

W przeciwieństwie do bardziej statycznego, scholastycznego podejścia zachodniego, które kładzie nacisk na jasne rozróżnienie dusz, teologia prawosławna akcentuje wewnętrzne zróżnicowanie bytów i ich dynamiczne powiązanie ze Stwórcą. Kluczową rolę odgrywa tu pojęcie nous (νοῦς), często tłumaczone jako duchowy intelekt, które w człowieku stanowi najwyższą zdolność duszy, umożliwiającą świadomą relację z Bogiem, modlitwę i przebóstwienie.

Zwierzęta posiadają duszę (psychḗ) o charakterze wrażliwym i instynktownym, która choć śmiertelna i nieposiadająca nous w ludzkim rozumieniu, jest realna i znacząca w Bożym porządku. Ich życie, choć związane z naturalnymi popędami, nie jest wykluczone z duchowego znaczenia, a tradycja hezychastyczna wskazuje, że święci, poprzez swoje życie w łasce, mogą przywracać pierwotną harmonię stworzenia, co sprawia, że zwierzęta rozpoznają w nich nie wroga, lecz przyjaciela.

Rośliny natomiast posiadają duszę wegetatywną, odpowiedzialną za podstawowe funkcje życiowe. Choć pozbawione zmysłów i świadomości, również one odzwierciedlają Boże tchnienie w stworzeniu.

Prawosławna tradycja ukazuje zatem stworzenie jako uporządkowaną całość, w której wszystko ma swoje miejsce, a człowiek pełni wyjątkową rolę. Dzięki rozumowi (nous) i zdolności do duchowego wzrostu (theosis), człowiek jest powołany do tego, by przywracać jedność i harmonię światu roślin i zwierząt. Nie chodzi tu tylko o zarządzanie światem przyrody, ale o głęboką odpowiedzialność duchową – udział w uzdrawianiu stworzenia zgodnie z zamysłem Boga.

W tym kontekście wielu prawosławnych teologów, zwłaszcza tych o bardziej mistycznym nastawieniu, zastanawia się nad losem zwierząt po śmierci. Choć dusza zwierzęcia (psyche) różni się od duchowej świadomości człowieka, niektórzy teologowie nie wykluczają, że ich istnienie może w jakiś sposób trwać dalej – choć nie tak samo jak w przypadku ludzi. Zamiast kategorycznych odpowiedzi, proponują raczej postawę nadziei i otwartości na tajemnicę. W ich ujęciu możliwe jest, że także zwierzęta znajdą swoje miejsce w przyszłym, odnowionym świecie, który według chrześcijańskiej nadziei zostanie kiedyś całkowicie przemieniony.

To podejście jest spójne z szerszą wizją odkupienia w prawosławiu. Skoro całe stworzenie, jak naucza apostoł Paweł, zostało dotknięte skutkami grzechu, to również uczestniczy w nadziei na odkupienie i wyzwolenie z zepsucia. Choć Kościół prawosławny nie ustanowił dogmatu dotyczącego wieczności dusz zwierząt, jego duchowość nie wyklucza ich z eschatologicznej perspektywy. Przeciwnie, istnieje głębokie przekonanie, że Boża miłość obejmuje wszystko, co stworzone, i wszystko to może zostać przemienione w ostatecznym czasie.

Życie zwierząt, choć nie mają one osobowej relacji z Bogiem w takim sensie jak ludzie, posiada swoją wartość w Bożym planie stworzenia. Ich obecność, cierpienie, piękno i rola w harmonii natury wskazują na ich uczestnictwo w misterium życia. Z tej perspektywy prawosławie zachęca do pokornej kontemplacji tajemnic Bożych, ufając Jego miłości, która przekracza granice ludzkiego rozumu. Ostateczne miejsce zwierząt w nowym stworzeniu pozostaje tajemnicą, ale ich udział w przemienieniu, podobnie jak całej przyrody, nie jest wykluczony z eschatologicznej nadziei.

Wschodni Ojcowie Kościoła a nieśmiertelność zwierząt


Ortodoksyjne chrześcijaństwo nie formułuje jednoznacznej, dogmatycznej odpowiedzi na pytanie, czy zwierzęta zmartwychwstaną i znajdą swoje miejsce w życiu wiecznym. Nie oznacza to jednak braku refleksji na ten temat. Wręcz przeciwnie – bogata, mistyczna i głęboko teocentryczna teologia prawosławna pozostawia przestrzeń dla nadziei, że zwierzęta mogą być częścią odnowionego stworzenia.

W tradycji prawosławnej pojawiają się liczne przesłanki, które wskazują na możliwość uczestnictwa zwierząt w przyszłym świecie. Skoro były one obecne w pierwotnym Raju, a wizje proroka Izajasza (11:6–9) malują obraz eschatologicznego pokoju, w którym wilk zamieszkuje z barankiem, a dziecko bezpiecznie bawi się przy legowisku węża, to nic nie stoi na przeszkodzie, by sądzić, że także w odnowionym świecie nie zabraknie miejsca dla naszych zwierzęcych mniejszych braci.

List św. Pawła do Rzymian (8:21) przynosi kolejną istotną myśl – że „całe stworzenie” jęczy i wzdycha, oczekując wyzwolenia od zepsucia. To bardzo silna teologiczna podstawa dla przekonania, że odkupienie nie dotyczy wyłącznie ludzi, lecz całego kosmosu. Zwierzęta, będące częścią tego stworzenia, nie są więc wyłączone z planu zbawczego – przeciwnie, ich cierpienie również zostanie przemienione i odkupione.

Święty Grzegorz z Nyssy (335 – ok. 394–395)

Jeden z najwybitniejszych teologów wczesnego chrześcijaństwa – rozwijał wizję zbawienia, która obejmuje nie tylko ludzi, ale całe stworzenie. Jego teologia opierała się na przekonaniu, że Boży plan odkupienia ma charakter kosmiczny i że wszystko, co zostało dotknięte skutkami grzechu i śmierci, zostanie przemienione w Chrystusie. Grzegorz nie formułował wprost tezy o zbawieniu zwierząt w takim samym sensie jak ludzi, ale jego myśl pozostawia wyraźną przestrzeń dla nadziei, że zwierzęta również będą uczestniczyć w przyszłej odnowie.

W swoich pismach Grzegorz podkreślał, że ostatecznym celem Bożego działania jest przywrócenie pierwotnej harmonii i pełni, którą świat utracił w wyniku grzechu. W jego wizji nie tylko człowiek, ale cały kosmos – zwierzęta, rośliny i cała natura – ma zostać objęty procesem odkupienia i przemienienia. Odnowione stworzenie nie będzie już miejscem cierpienia, śmierci ani rozkładu, lecz stanie się pełnią życia zanurzoną w Bożej obecności.

Grzegorz swoją eschatologiczną wizję opierał na Piśmie Świętym, zwłaszcza na słowach apostoła Pawła z Listu do Rzymian: „Stworzenie zostanie wyzwolone z niewoli skażenia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych” (Rz 8,21). Dla niego te słowa nie były jedynie metaforycznym opisem, ale głęboką prawdą duchową – wyrazem nadziei, że cały świat, który „jęczy i wzdycha” oczekując odkupienia, rzeczywiście zostanie przemieniony.

Choć św. Grzegorz nie precyzował, w jaki sposób zwierzęta będą istnieć po tej przemianie, jasno wynika z jego myśli, że nie są one wyłączone z Bożego planu odnowy. Zwierzęta, jako część stworzonego porządku, są nosicielami Bożego zamysłu i uczestnikami Jego miłości. Skoro wszystko zostało powołane do istnienia przez Bożą wolę i miłość, to również wszystko może mieć udział w ostatecznym zjednoczeniu z Bogiem.

Takie ujęcie stawia zwierzęta w centrum eschatologicznej nadziei. Ich istnienie nie jest przypadkowe ani jedynie biologiczne; przeciwnie, ma również wymiar duchowy, choć różny od ludzkiego. W wizji Grzegorza stworzenie jako całość odzyska swoją pierwotną harmonię i zostanie przemienione – nie przez unicestwienie, ale przez uświęcenie.

Tym samym Grzegorz z Nyssy oferuje perspektywę niezwykle otwartą na tajemnicę Bożego działania. Jego teologia pozostawia miejsce dla nadziei, że w przyszłym świecie odnowiona rzeczywistość będzie obejmować nie tylko ludzi, ale całą przyrodę, która – choć pozbawiona rozumu w ludzkim sensie – od samego początku uczestniczy w Bożym dziele stworzenia i jest przez Niego umiłowana.

Święty Bazyli Wielki (ok. 330 – 379)

Ten wybitny Ojciec Kościoła pozostawił głęboko inspirującą refleksję na temat stworzenia i miejsca, jakie w nim zajmują zwierzęta. W jego teologii nie ma miejsca na pogardliwe spojrzenie na świat przyrody. Wręcz przeciwnie – w swoich pismach, zwłaszcza w Hexaemeronie, serii homilii poświęconych sześciu dniom stworzenia, podkreśla, że każde stworzenie – bez względu na rozmiar, funkcję czy formę – zostało ukształtowane z mądrością i zamiarem przez Boga.

Bazyli głosił wprost, by nie uważać niczego w stworzeniu za bezwartościowe, ponieważ wszystkie rzeczy zostały powołane do istnienia mądrze i w jakimś celu. Te słowa są nie tylko wyrazem szacunku wobec natury, ale teologiczną deklaracją, że nic, co wyszło z ręki Boga, nie jest przypadkowe, zbędne ani pozbawione znaczenia. W tym podejściu zwierzęta nie są tylko tłem dla ludzkiego życia, ale pełnoprawnymi uczestnikami boskiego planu.

Jego pisma sugerują, że zwierzęta mają wewnętrzną wartość duchową – nie dlatego, że posiadają rozum na miarę człowieka, ale dlatego, że zostały stworzone przez Boga i są przez Niego utrzymywane w istnieniu. Taka wizja prowadzi do wezwania do dobroci i odpowiedzialności ze strony człowieka, który powinien traktować zwierzęta z szacunkiem, miłością i troską – nie jako istoty podrzędne, lecz jako braci i siostry w wielkiej wspólnocie stworzenia. W ten sposób Bazyli przypomina, że duchowość chrześcijańska nie kończy się na modlitwie i ascezie, ale sięga również relacji człowieka z całym światem stworzonym.

Święty Jan Damasceński (ok. 675 – ok. 749)

Ten jeden z najważniejszych Ojców Kościoła Wschodniego pisał z głębokim przekonaniem o ostatecznej przemianie całego stworzenia w Chrystusie. Jego wizja zbawienia nie ograniczała się jedynie do ludzkiej duszy, lecz obejmowała cały kosmos – wszystko to, co zostało powołane do istnienia przez Boże Słowo. Uważał, że uwielbienie nie będzie dotyczyło wyłącznie ludzi, lecz cała rzeczywistość zostanie przemieniona, rozświetlona i uświęcona przez obecność Boga.

W jego ujęciu zbawienie to nie tylko powrót człowieka do Boga, ale pełna metamorfoza świata, który zostaje przekształcony w sposób, jaki przekracza nasze ziemskie wyobrażenia. Taka kosmiczna perspektywa otwiera drogę do rozumienia, że również zwierzęta – jako część Bożego stworzenia – mogą uczestniczyć w tym przyszłym uwielbieniu. Nawet jeśli ich obecność w życiu wiecznym nie jest opisana w sposób szczegółowy i dosłowny, myśl Jana Damasceńskiego sugeruje, że zwierzęta nie zostaną wykluczone z tej ostatecznej harmonii. Ich istnienie może trwać w nowej, przemienionej formie – jako wyraz Bożego piękna, pokoju i pełni stworzenia, które powraca do swego źródła.

Prawosławna duchowość nie koncentruje się wyłącznie na indywidualnym zbawieniu dusz, lecz widzi ostateczny cel w przemianie całego stworzenia. Ten kosmiczny wymiar eschatologii zakłada nie tyle ucieczkę od świata, co jego pełne przekształcenie w światło, pokój i harmonię. W tej wizji niebo nie jest zamkniętym ogrodem dla wybranych, lecz odnowioną rzeczywistością, w której wszystko, co zostało stworzone przez Boga – a więc również zwierzęta – odnajduje swoje miejsce, cel i ostateczne spełnienie.

Święci a świętość zwierząt w tradycji prawosławnej


Tradycja prawosławna od wieków ukazuje głęboką więź między świętymi a światem przyrody, szczególnie zaś zwierzętami. Opowieści o ascetach i mnichach, których życie przepełnione było modlitwą, kontemplacją i czystością serca, obfitują w sceny, w których harmonia między człowiekiem a stworzeniem zostaje cudownie przywrócona. Nie są to jedynie barwne legendy czy pobożne opowieści dla prostaczków, lecz duchowe świadectwa głęboko zakorzenione w teologii i kosmologii prawosławia. Ukazują one świat jako przestrzeń, w której obecność Boga przenika wszystko – od najpotężniejszych zjawisk przyrody po najmniejsze stworzenia.

Zwierzęta, choć nie posiadają rozumnej duszy w sensie właściwym człowiekowi, w tych przekazach jawią się jako istoty niezwykle wrażliwe na Boską obecność. W relacjach z osobami głęboko zjednoczonymi z Bogiem zdają się przekraczać swoje naturalne instynkty, okazując ufność, spokój, a nawet opiekuńczość. Stają się niejako współuczestnikami świętości, odpowiadając na nią w sposób prosty, lecz przejmujący. Ich postawa jest często interpretowana jako echo pierwotnej harmonii raju – stanu sprzed upadku, w którym wszelkie stworzenia żyły ze sobą w zgodzie, wolne od lęku, przemocy i obcości.

W duchowości prawosławnej wielu świętych i ascetów rozwijało głęboką komunię z naturą, a mistyczne relacje ze zwierzętami stanowiły część ich życia modlitewnego i kontemplacyjnego. Historie te ukazują, że świętość nie ogranicza się do abstrakcyjnej duchowości oderwanej od świata materialnego. Przeciwnie – objawia się ona właśnie w codziennym współistnieniu ze stworzeniem, w trosce o nie, w czułości i szacunku dla wszelkiego życia. Czystość serca świętych nie tylko przyciąga Bożą łaskę, ale staje się także źródłem uzdrowienia i odnowy dla otaczającego ich świata.

Wrażliwość zwierząt na duchową obecność świętych interpretowana jest w prawosławiu jako znak przywracania utraconej jedności, tej samej, która została zburzona przez grzech pierworodny. Dzięki świętości, możliwe staje się odtworzenie relacji sprzed upadku – relacji opartej na pokoju, wzajemnym zaufaniu i przenikaniu się światów duchowego i cielesnego. Opowieści o świętych i ich relacjach ze zwierzętami ukazują się jako duchowe świadectwa, stanowiąc teologiczną ilustrację prawosławnego przekonania o jedności całego stworzenia, w którym wszystko – od człowieka po zwierzęta i rośliny – przeniknięte jest Bożym tchnieniem.

To, co zostało dotknięte przez upadek, może na nowo stać się pełne łaski. Takie duchowe zrozumienie świata daje nadzieję, że nie tylko człowiek, ale całe stworzenie może zostać przemienione w Chrystusie i na powrót włączone w boski porządek. Zwierzęta w tej wizji nie są już tylko tłem ludzkiej historii – są jej cichymi towarzyszami, istotami, które w tajemniczy sposób uczestniczą w drodze człowieka ku Bogu.

Świadectwem tej głębokiej więzi między człowiekiem a światem stworzenia są liczne opowieści o świętych, w których zwierzęta odgrywają rolę znaków Bożej obecności i pośredników łaski. Przyjrzyjmy się niektórym z nich:

Święty Eustachy (II wiek) był rzymskim generałem, człowiekiem światowym, przywykłym do władzy, wojny i porządku pogańskiego imperium. Jednak jego życie zmieniło się w sposób całkowicie nieoczekiwany – za sprawą spotkania z jeleniem. Pewnego dnia, podczas polowania, ujrzał przed sobą niezwykłe zwierzę: jelenia, między którego rozłożystym porożem zajaśniał wizerunek ukrzyżowanego Chrystusa. Wstrząśnięty tym mistycznym objawieniem, Eustachy zrozumiał, że to nie było zwykłe zwierzę, lecz znak. To wydarzenie odmieniło go całkowicie i doprowadziło do nawrócenia na chrześcijaństwo.

Ta legenda, obecna zarówno w tradycji prawosławnej, jak i katolickiej, ma głębokie znaczenie duchowe. Nie jest jedynie barwną opowieścią, lecz symbolem prawdy przenikającej cały stworzony świat. Przypomina, że Bóg, jako Stwórca wszechrzeczy, nie ogranicza się do przemawiania jedynie przez ludzi czy święte pisma – może objawić się także poprzez zwierzęta i naturę. W historii Eustachego jeleń staje się nie tylko narzędziem objawienia, lecz posłańcem, nośnikiem światła, który prowadzi człowieka ku wewnętrznej przemianie.

To wydarzenie znajduje swoje echo w Biblii, zwłaszcza w opowieści o oślicy Balaama, która dzięki mocy Bożej przemówiła ludzkim głosem:

Wstał więc Balaam rano, osiodłał swoją oślicę i pojechał z książętami Moabu. Jego wyjazd rozpalił gniew Pana i anioł Pana stanął na drodze przeciw niemu, by go zatrzymać. On zaś w towarzystwie dwóch sług jechał na swojej oślicy. Gdy oślica zobaczyła anioła Pana stojącego z wyciągniętym mieczem na drodze, zboczyła z drogi i poszła w pole. Balaam uderzył ją, chcąc zawrócić na właściwą drogę. Wtedy stanął anioł Pana na ciasnej drodze między winnicami, a mur był z jednej i z drugiej strony. Gdy oślica zobaczyła anioła Pana, przyparła do muru i przytarła nogę Balaama do tego muru, a on ponownie zaczął bić oślicę. Anioł posunął się dalej i stanął w miejscu tak ciasnym, że nie było można go wyminąć ani z prawej, ani też z lewej strony. Gdy oślica ujrzała znowu anioła Pana, położyła się pod Balaamem. Rozgniewał się więc Balaam bardzo i zaczął okładać oślicę kijem. Wówczas otworzył Pan usta oślicy, i rzekła do Balaama: «Cóż ci uczyniłam, żeś mnie zbił już trzy razy?» Balaam odpowiedział oślicy: «Dlatego żeś sobie drwiła ze mnie. Gdybym tak miał miecz w ręku, już bym cię zabił!» Oślica jednak rzekła do Balaama: «Czyż nie jestem twoją oślicą, na której jeździsz, odkąd jesteś, aż po dzień dzisiejszy? Czyż miałam zwyczaj czynić ci coś podobnego?» Odpowiedział: «Nie!» Wtedy otworzył Pan oczy Balaama i zobaczył on anioła Pana, stojącego na drodze z obnażonym mieczem w ręku. Ukląkł więc i oddał pokłon twarzą do ziemi. Anioł zaś Pana rzekł do niego: «Czemu aż trzy razy zbiłeś swoją oślicę? Ja jestem tym, który przyszedł, aby ci bronić przejazdu, albowiem droga twoja jest dla ciebie zgubna. Oślica ujrzała mnie i trzy razy usunęła się z drogi. Gdyby się nie usunęła, byłbym cię dawno zabił, a ją przy życiu zostawił». (Lb 22:21–33)

Takie historie, choć niezwykłe, wskazują na fundamentalny aspekt prawosławnej duchowości – przekonanie, że całe stworzenie jest przepojone obecnością Boga i może być narzędziem Jego woli.

Historia świętego Eustachego uczy zatem, że Bóg objawia się nie tylko poprzez to, co oczywiste i racjonalne, lecz także przez to, co ciche, pokorne i uważane za zwykłe – przez zwierzęta, naturę, ciszę. To przypomnienie, że każde stworzenie może być nośnikiem tajemnicy, a zwierzęta, choć nie posługują się naszym językiem, wciąż mogą przemawiać w sposób duchowy i głęboki, prowadząc człowieka ku spotkaniu z Tajemnicą.

Święty Tryfon (III wiek) zapisał się w pamięci chrześcijan nie tylko jako męczennik oddany Bogu, lecz także jako święty, który z wyjątkową troską pochylał się nad losem zwierząt. Choć jego życie zakończyło się tragicznie z powodu prześladowań za wiarę, liczne opowieści przekazywane przez wieki ukazują go jako człowieka dostrzegającego Bożą obecność we wszystkich żywych istotach i okazującego miłość oraz współczucie zarówno ludziom, jak i zwierzętom.

Jedna z najbardziej niezwykłych historii związanych z tym świętym opowiada o opętanej gęsi. Według legendy ptak ów nagle zaczął zachowywać się agresywnie i niepokojąco – atakował ludzi, był niespokojny i sprawiał wrażenie pozbawionego rozumu. Nikt nie potrafił wyjaśnić tej nagłej zmiany, dopóki nie wezwano świętego Tryfona. Gdy przybył i zobaczył, co się dzieje, nie zwątpił. Z głęboką wiarą pomodlił się, a wkrótce potem gęś uspokoiła się – demoniczny duch, który ją dręczył, opuścił ją, przywracając ptakowi spokój i łagodność.

Choć ta historia może wydawać się niecodzienna, niesie ze sobą ważne przesłanie teologiczne, wpisujące się w szerszą prawosławną wizję świata. Zgodnie z nauką Kościoła, całe stworzenie – nie tylko człowiek – uczestniczy w duchowej walce między dobrem a złem. Zwierzęta, mimo braku rozumnej duszy w ludzkim rozumieniu, mogą być w pewien sposób dotknięte obecnością duchową – zarówno łaską Bożą, jak i wpływem sił ciemności. Modlitwa świętego, która przywróciła pokój nie tylko ludziom, lecz także ptakowi, jest symbolem harmonii, jaką Bóg pragnie przywrócić w całym ożywionym stworzeniu.

Opowieść o świętym Tryfonie i gęsi ukazuje, że świętość nie zna granic, a Boża miłość obejmuje całe stworzenie. Jest to również przypomnienie, że troska o świat zwierząt – zarówno w wymiarze fizycznym, jak i duchowym – stanowi część chrześcijańskiego powołania do współuczestnictwa w odnowie świata, w którym każde stworzenie odnajdzie swoje miejsce w pokoju i świetle Bożej obecności.

Święty Mamas z Cezarei (ok. 260–275) męczennik i przyjaciel dzikich stworzeń urodził się w Cezarei (Azja Mniejsza) w rodzinie chrześcijan Teodota i Rufiny. Oboje zginęli w więzieniu za wiarę – ojciec zmarł przed jego narodzinami, matka zaraz po porodzie. Osierocony chłopiec trafił pod opiekę chrześcijańskiej wdowy Ammii, która wychowała go w wierze i miłości do Chrystusa.

Już jako dziecko Mamas wyróżniał się mądrością i odwagą. Naśladował Chrystusa nie tylko słowem, ale i czynem – dzięki jego wpływowi wielu młodych nawracało się na chrześcijaństwo. W wieku piętnastu lat został aresztowany za wiarę i poddany torturom. Po cudownym ocaleniu zamieszkał samotnie na górze w pobliżu Cezarei, gdzie prowadził życie modlitwy, postu i kontemplacji.

W swojej pustelni Mamas zyskał niezwykłą więź z naturą. Dzikie zwierzęta – lwy, kozice, jelenie – gromadziły się wokół niego, słuchając Ewangelii. Żywił się ich mlekiem i dzielił się nim z ubogimi, przygotowując ser, który rozdawał potrzebującym. Żył jak pasterz w harmonii ze stworzeniem, będąc symbolem pokoju między człowiekiem a naturą.

Pewnego dnia, gdy żołnierze przyszli go pojmać, święty przyjął ich z gościnnością, częstują mlekiem i potwierdzając swoją tożsamość. Wiedząc, że czeka go męczeństwo, sam udał się do miasta – towarzyszył mu lew. Rzucony dzikim zwierzętom na arenie, nie został przez nie skrzywdzony. Ostatecznie zginął przebity trójzębem przez pogańskiego kapłana.

Jego postać, wspominana m.in. przez św. Bazylego Wielkiego, stała się symbolem cichości, odwagi i świętości zakorzenionej nie tylko w miłości do Boga, ale i do całego stworzenia. Do dziś św. Mamas uważany jest za opiekuna dzieci, pasterzy i zwierząt.

Święta Maria Egipcjanka (ok. 344–421). Życie tej świętej to jedna z najbardziej poruszających opowieści o pokucie, nawróceniu i duchowym heroizmie w historii chrześcijaństwa. Urodzona w Egipcie około 344 roku, jako młoda kobieta prowadziła życie pełne grzechu, oddając się rozwiązłości w Aleksandrii przez siedemnaście lat. Przełom nastąpił, gdy udała się do Jerozolimy, by – jak początkowo sądziła – kontynuować swój styl życia wśród pielgrzymów.

Jednak cudowne wydarzenie przed Bazyliką Grobu Świętego zmieniło wszystko. Niewidzialna siła nie pozwoliła jej wejść do świątyni. Zrozumiała wówczas, że jej grzechy oddzielają ją od Boga. Błagając Matkę Bożą o przebaczenie, przyrzekła porzucić dawne życie i udała się na pustynię za Jordanem. Tam przez czterdzieści siedem lat żyła w całkowitej samotności, pokucie i modlitwie, nie widząc żadnego człowieka.

Na rok przed jej śmiercią spotkał ją mnich Zosimus, który udzielił jej Komunii Świętej. Kiedy rok później powrócił, zastał Marię martwą, leżącą na ziemi. Obok jej ciała dostrzegł napis w piasku z prośbą o pochowanie. Nie mając siły ani narzędzi, starzec zrozpaczony wołał do Boga o pomoc. Wtedy – jak mówi tradycja – z pustyni wyłonił się lew.

Zachowanie tego potężnego zwierzęcia zdumiewa: zamiast być groźnym, lew zbliżył się łagodnie, jakby świadomy świętości miejsca i osoby. Posłuszny gestowi mnicha, zaczął kopać łapami grób dla Marii. Dopiero gdy ciało zostało pochowane ze czcią, lew spokojnie odszedł w głąb pustyni.

To niezwykłe spotkanie człowieka, świętości i zwierzęcia do dziś porusza wyobraźnię wiernych. Lew – symbol dzikości – w obecności Marii Egipcjanki stał się narzędziem Bożej opatrzności. Jej duchowa moc, zdobyta przez lata pokuty, promieniowała tak silnie, że nawet dzikie stworzenie odpowiedziało na nią posłuszeństwem i pokojem.

Św. Maria Egipcjanka jest dziś patronką pokutników i ludzi zmagających się z nałogami. Jej życie uczy, że nawet największy grzesznik może stać się świętym, a świętość – prawdziwa, głęboka i ukryta – może przyciągać nie tylko ludzi, ale i zwierzęta.

Święty Marek Asceta (ok. 390 – po 450 r.), znany również jako Marek Postnik, był wybitnym pisarzem duchowym Kościoła wschodniego i jednym z mnichów żyjących na egipskiej pustyni. Urodził się w Atenach pod koniec IV wieku. Około czterdziestego roku życia przyjął tonsurę zakonną z rąk św. Jana Chryzostoma. Następne sześćdziesiąt lat spędził na pustyni Nitryjskiej w Dolnym Egipcie, prowadząc surowe życie ascetyczne, pełne modlitwy i postu.

Znany był nie tylko ze swojej głębokiej wiedzy – znał całe Pismo Święte na pamięć – ale i z ogromnego współczucia wobec stworzenia Bożego. Szczególnie wzruszający był jego stosunek do zwierząt. Pewnego dnia, widząc ślepe szczenię hieny, zapłakał nad jego losem i modlitwą wyprosił u Boga cud – zwierzę odzyskało wzrok. W geście wdzięczności matka hiena przyniosła mu owczą skórę, ale święty polecił jej, by więcej nie zabijała owiec należących do ubogich.

W tradycji chrześcijańskiej uznaje się, że Marek otrzymywał Komunię Świętą z rąk aniołów. Jego duchowe pisma, dotyczące m.in. pokuty, trzeźwości i prawa duchowego, zaliczane są do klasyki patrystyki. Jako asceta i cudotwórca, Marek przez całe życie łączył kontemplację Boga z głęboką troską o świat stworzony.

Święty Gerasym z Jordanu (V wiek), jest kolejnym przykładem świętego ukazującego miejsce zwierząt w duchowym porządku tradycji prawosławnej. Jego historia o lwie, któremu usunął cierń z łapy, stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych świadectw mistycznej więzi świętych ze światem przyrody. Legenda głosi, że Gerasym, mnich z Pustyni Judzkiej, spotkał rannego lwa, cierpiącego z powodu tkwiącego głęboko w łapie ciernia. Święty, kierując się współczuciem, wyjął cierń i opatrzył zwierzęciu ranę. Od tego momentu lew stał się jego wiernym towarzyszem, nie odstępując go na krok.

Więź między Gerasymem a lwem nie była zwykłą relacją człowieka ze zwierzęciem – była znakiem duchowej harmonii, przywróconej dzięki świętości. Kiedy Gerasym odszedł z tego świata, według tradycji lew opłakiwał jego śmierć, odmawiając pożywienia aż do własnej śmierci. Ta niezwykła lojalność i żałoba lwa rodzą głębokie pytania o możliwość duchowej więzi pomiędzy człowiekiem a światem zwierząt. W opowieści tej ukryte jest prawosławne przekonanie, że zwierzęta – choć nie posiadają rozumnej duszy jak ludzie – są zdolne do odczuwania, tworzenia więzi i uczestnictwa, na swój sposób, w tajemnicy Bożej miłości.

Święty Izaak Syryjczyk (VII wiek) nauczał, że prawdziwie uduchowiona osoba odczuwa współczucie wobec każdej żywej istoty – od ludzi, przez ptaki i zwierzęta czworonożne, aż po najmniejsze owady, a nawet upadłe duchy. Jego miłosierdzie obejmowało cały świat stworzenia, ukazując, że świętość nie ogranicza się wyłącznie do relacji z Bogiem i innymi ludźmi, lecz rozciąga się na wszystko, co istnieje.

W swoich pismach święty Izaak podkreślał, że serce człowieka napełnione miłością płonie współczuciem do całego stworzenia, dostrzegając w każdym bycie ślad Bożej obecności. Ta wizja duchowości ukazuje, że prawdziwe zjednoczenie z Bogiem przejawia się w głębokim współodczuwaniu i trosce o każde stworzenie, nie czyniąc z człowieka surowego pana natury, lecz jej współuczestnika i opiekuna.

Słowa świętego Izaaka kwestionują przekonanie, że zwierzęta nie mają duchowej wartości. Przeciwnie, w jego nauczaniu zwierzęta jawią się jako istoty godne miłości, szacunku i miłosierdzia, co jeszcze bardziej podkreśla teologiczne przekonanie o ich integralnym miejscu w Bożym planie stworzenia. W ten sposób święty Izaak wpisuje się w szeroką tradycję prawosławną, która głosi, że cały kosmos jest przeniknięty Bożym tchnieniem i powołany do udziału w odnowionej harmonii.

Święty Modest z Jerozolimy (VII wiek) zajmuje w tradycji prawosławnej szczególne miejsce jako patron zwierząt. Jako patriarcha Jerozolimy, Modest modlił się za chore i cierpiące zwierzęta, wierząc głęboko, że troska o nie jest integralną częścią chrześcijańskiego obowiązku miłości wobec całego stworzenia. Jego modlitwy za zwierzęta przetrwały do dziś i są wciąż odmawiane przez prawosławnych wiernych, szczególnie w intencjach dotyczących opieki nad stworzeniem.

Duchowość świętego Modesta wyróżniała się głębokim współczuciem wobec wszystkich istot żywych. W przeciwieństwie do zachodniej tradycji, która przez wieki często traktowała zwierzęta głównie w sposób instrumentalny lub przedmiotowy, prawosławne podejście, jakie reprezentował Modest, ukazuje je jako pełnoprawną część Bożego stworzenia, godną miłości, szacunku i troski. Jego życie i modlitwy przypominają, że świat natury nie jest oddzielony od duchowej rzeczywistości, lecz przeniknięty obecnością Boga, a każde stworzenie ma swoje miejsce w wielkim planie zbawienia.

Święty Sergiusz z Radoneża (XIV wiek) jest kolejnym przykładem świętego, którego życie świadczy o głębokiej harmonii z całym stworzeniem. W głębi rozległych lasów Radoneża, w czasach, gdy okolica roiła się od dzikich drapieżników, jego samotna cela stała się prawdziwą enklawą pokoju. Żywot Sergiusza wspomina, że wygłodniałe watahy wilków często przemierzały pobliskie gęstwiny, a niedźwiedzie zapuszczały się w okolice jego pustelni. Jednakże moc żarliwej modlitwy pustelnika chroniła go przed wszelkim niebezpieczeństwem – dzikie zwierzęta nie tylko go nie atakowały, lecz wydawały się rozpoznawać w nim obecność łaski.

Szczególną więź święty nawiązał z jednym z niedźwiedzi. Pewnego dnia, widząc przed swoją celą wychudzonego z głodu zwierza, litując się nad jego losem, położył na pniu kawałek chleba. Od tego czasu niedźwiedź zaczął regularnie odwiedzać pustelnię świętego, a Sergiusz dzielił się z nim swoim skromnym pożywieniem, często ofiarowując mu nawet ostatni jego kęs.

Ta cicha przyjaźń między ascetą a dzikim zwierzęciem staje się wymownym obrazem duchowej mocy świętości, która przywraca utraconą jedność stworzenia. W obecności człowieka zjednoczonego z Bogiem nawet dzikie bestie tracą swoją naturalną dzikość, odnajdując spokój i pokój. Historia świętego Sergiusza przypomina, że prawdziwa świętość nie tylko przemienia serce człowieka, ale także jego otoczenie – natura, rozpoznając świętość, odpowiada na nią pokojem i zaufaniem.

Święty Paweł Obnorski (13171429), uczeń świętego Sergiusza z Radoneża, kontynuował tradycję głębokiej harmonii z przyrodą, która cechowała jego duchowego mistrza. Żyjąc na przełomie XIV i XV wieku, Paweł wybrał życie w surowej pustelni pośród nieprzebranych lasów, wśród dzikiej przyrody, gdzie jego świętość zajaśniała w niezwykły sposób.

Żywoty opisują, że w jego obecności zwierzęta zatracały swoją wrodzoną dzikość. Liczne ptaki zlatywały się do jego celi, siadając mu na głowie i ramionach, by jeść z jego rąk okruszki chleba. Drapieżne zwierzęta, które w naturalnych warunkach budziłyby strach, w pobliżu świętego stawały się łagodne i potulne. Świadkowie wspominają widok, który musiał napawać zdumieniem: wokół starca krążyły duże ptaki, mniejsze siadały na nim bez lęku, a niedźwiedź cierpliwie czekał na resztki posiłku, nie wzbudzając strachu ani w lisach, ani w zającach, które swobodnie biegały wokół niego.

Takie sceny nie były dla dawnych chrześcijan zwykłą ciekawostką – odczytywano je jako znak przywrócenia pierwotnego pokoju stworzenia. Święty Paweł, poprzez swoją czystość serca i żarliwą modlitwę, na powrót wprowadzał w świat Boży ład, ukazując, że człowiek zjednoczony z Bogiem potrafi żyć w pokoju nie tylko z innymi ludźmi, ale także z całą przyrodą. Jego życie świadczy o tym, że świętość obejmuje nie tylko relację z Bogiem i ludźmi, lecz również z całym stworzeniem – z ptakami, dzikimi zwierzętami, całą przyrodą, która na nowo odnajduje w obecności świętego swój utracony pokój.

Święta księżna Fiewronia z Muromia (ok. 1175–1228) jest w prawosławnej tradycji czczona nie tylko jako wzór małżeńskiej wierności i mądrości, ale także jako osoba obdarzona niezwykłą wrażliwością na piękno i potrzeby stworzenia. Znana ze swojej łagodności i głębokiej duchowości, otaczała troską nie tylko ludzi, lecz także świat natury, który w jej obecności odnajdywał spokój i bezpieczeństwo.

Szczególnie wymownym symbolem tej więzi stała się jej relacja z najbardziej płochliwymi mieszkańcami lasów – zającami. Te stworzenia, znane ze swojej ostrożności i instynktownej skłonności do ucieczki, w obecności świętej Fiewronii traciły lęk. Zamiast szukać schronienia, odnajdywały przy niej spokój, jakby wyczuwając świętość emanującą z jej osoby.

W tradycji prawosławnej to niezwykłe zjawisko jest traktowane jako głęboki znak – przypomnienie, że prawdziwa świętość przywraca harmonię nie tylko między ludźmi, ale i między człowiekiem a całym światem stworzonym. Święta Fiewronia, poprzez swoją łagodność i miłosierdzie, ukazywała, że pokój i miłość mogą obejmować wszystkie istoty, a nawet najbardziej nieufne stworzenia odnajdują ukojenie w obecności człowieka zjednoczonego z Bogiem.

Jej postać do dziś pozostaje symbolem tej szczególnej więzi człowieka z naturą – więzi opartej nie na dominacji czy lęku, ale na współczuciu, szacunku i wzajemnym zaufaniu, które są odblaskiem Bożej miłości do całego stworzenia.

Święty Herman z Alaski (1757–1837) jest jedną z najjaśniejszych postaci wśród prawosławnych misjonarzy, a jego życie stanowi przykład głębokiej harmonii między człowiekiem a światem natury. Przez wiele lat prowadził pustelnicze życie na jednej z wysp u wybrzeży Alaski, gdzie łączył kontemplację z niestrudzoną troską o tubylczą ludność, głosząc jej Ewangelię nie tylko słowem, ale i przykładem.

Jedną z najbardziej poruszających cech jego życia była niezwykła więź, jaką nawiązał z dzikimi zwierzętami zamieszkującymi te surowe tereny. Jego uczeń, mnich Ignacy, wspominał, że ojciec Herman karmił suszonymi rybami liczne ptaki, które zakładały gniazda w pobliżu jego skromnej celi. Szczególnie uderzające było to, że gronostaje – znane ze swojej płochliwości i skrytości, zwłaszcza w okresie kiedy miały młode – mieszkały pod jego domostwem i bez lęku przyjmowały pokarm bezpośrednio z jego rąk.

Nie tylko małe zwierzęta odnajdywały przy nim spokój. Święty Herman dzielił się pożywieniem również z niedźwiedziami, które w jego obecności traciły swoją dzikość i podchodziły bez strachu. Pustelnia Hermana, choć położona w sercu dzikiej natury, stała się oazą pokoju, w której zwierzęta i człowiek współistnieli w zadziwiającej harmonii.

Szczególnie znamienny jest fakt, że po śmierci ojca Hermana ptaki i inne zwierzęta opuściły to miejsce. Dla wiernych i jego uczniów był to wymowny znak: natura, rozpoznając świętość i dobroć tego człowieka, znajdowała przy nim schronienie; a wraz z jego odejściem zgasło światło, które przyciągało całą tę zwierzęcą wspólnotę.

Życie świętego Hermana z Alaski jest świadectwem, że prawdziwa świętość nie oddziela człowieka od natury, lecz jednoczy go z nią w głębokiej wspólnocie, opartej na pokoju, miłości i wzajemnym szacunku – odbiciu pierwotnej harmonii raju.

Święty Serafin z Sarowa (1759–1833) należy do grona najbardziej znanych i czczonych świętych w prawosławnej Rosji, a jego życie stanowi jedno z najpiękniejszych świadectw duchowej jedności człowieka z całym stworzeniem. Przez wiele lat prowadził pustelnicze życie w rozległych lasach Sarowa, gdzie w samotności, modlitwie i ascezie rozwijał głęboką więź nie tylko z Bogiem, ale również z dzikimi zwierzętami zamieszkującymi te odludne tereny.

Dla świętego Serafina natura była nieodłączną częścią Bożego porządku, a zwierzęta – jego braćmi i siostrami, współuczestnikami życia, w którym wszelkie stworzenie odzwierciedla ślady swego Stwórcy. Traktował je z braterską miłością, widząc w nich istoty obdarzone życiem przez tę samą Boską rękę, która stworzyła człowieka.

Wśród zwierząt odwiedzających jego pustelnię były niedźwiedzie, jelenie, wilki i liczne ptaki. Szczególne miejsce w tych opowieściach zajmuje historia wielkiego niedźwiedzia, który regularnie przychodził do Serafina, przyciągnięty łagodnością i świętością starca. Święty nie tylko nie obawiał się tego potężnego zwierzęcia, ale dzielił się z nim swoim skromnym pożywieniem – czerstwym chlebem, który raz w tygodniu otrzymywał z klasztoru.

Goście odwiedzający jego pustelnię byli świadkami owych niezwykłych spotkań: widzieli, jak dzikie zwierzęta podchodziły do świętego bez cienia lęku, jakby rozpoznawały w nim obecność Bożej łaski i pokoju. W tych obrazach spełniała się prorocza wizja proroka Izajasza, który zapowiadał, że w odnowionym stworzeniu „wilk zamieszka wraz z barankiem” (Iz 11,6) – wizja harmonii, jaka panowała w rajskim ogrodzie przed upadkiem.

Serafin z Sarowa, karmiąc dzikie zwierzęta, ukazywał, że świętość przywraca zerwaną więź między człowiekiem a naturą, czyniąc możliwym istnienie pokoju tam, gdzie wcześniej panował strach i wrogość. Swoim życiem przypominał, że prawdziwa bliskość z Bogiem owocuje bliskością ze wszystkim, co żyje – że w sercu oddanym Bogu znajduje się miejsce także dla najmniejszych i najbardziej niepozornych stworzeń.

Przyjaźń świętego Serafina z niedźwiedziem pozostaje do dziś jednym z najpiękniejszych symboli duchowej odnowy całego stworzenia, w którym człowiek, zwierzęta i natura żyją we wzajemnym szacunku, pokoju i miłości, zjednoczeni przez niewidzialną nić Bożej obecności.

Święty Paisjusz Hagioryta (1924–1994), mnich z Góry Athos, znany był nie tylko ze swojej głębokiej mądrości duchowej i daru pocieszania, ale także z niezwykłej miłości i czułości wobec zwierząt. Uważał je za czyste, niewinne stworzenia Boże i często powtarzał, że całe stworzenie jest jednym wielkim hymnem na chwałę Stwórcy.

W swojej celi ascety na Górze Athos żył w otoczeniu dzikich zwierząt, które traktował jak braci i siostry. Przyjaźnił się z szakalami, zającami, łasicami, żółwiami, jaszczurkami, wężami i ptakami. Zwierzęta nie bały się go – przeciwnie, przychodziły do niego, jakby rozpoznając w nim serce pełne pokoju.

Z czułością wspominał, jak nosił wodę dla myszy i ptaków mieszkających w jego chacie, nie odganiał ich, lecz dzielił się z nimi wszystkim, co miał. Dla św. Paisjusza każde stworzenie, nawet najmniejsze, miało wartość, ponieważ niosło w sobie odblask Bożej dobroci. Zwierzęta były dla niego nauczycielami pokory i prostoty – darzonymi szacunkiem współuczestnikami życia duchowego.

Miłość Paisjusza do świata przyrody była nie tylko uczuciem, ale także duchową postawą – głębokim, kontemplacyjnym rozpoznaniem Bożej obecności we wszystkim, co żyje. Jego życie pokazuje, że prawdziwa świętość nie oddziela się od stworzenia, ale przywraca pierwotną harmonię między człowiekiem a światem.

Te historie, pełne mistycznych więzi ze zwierzętami, stanowią mocne świadectwo prawosławnego przekonania, że święci, dzięki swojej duchowej czystości, przywracają pierwotną harmonię. Dzięki nim zwierzęta jawią się nie tylko jako element Bożego stworzenia, lecz także jako istoty, z którymi ludzie mogą nawiązać głęboką duchową więź, odwołującą się do rajskiego porządku.

Zwierzęta w perspektywie theosis i odnowienia


W teologii prawosławnej centralnym pojęciem jest theosis, czyli proces upodobniania się do Boga, zjednoczenia z Nim poprzez łaskę. Jest to duchowa przemiana, która dotyczy nie tylko indywidualnego człowieka, ale obejmuje całą rzeczywistość stworzoną. Z perspektywy prawosławnej zbawienie nie jest jedynie aktem indywidualnym, ale ma charakter kosmiczny – obejmuje cały wszechświat, który również został dotknięty skutkami grzechu i oczekuje ostatecznego odkupienia. To rozumienie zbawienia uwydatnia głęboki związek między człowiekiem a całym stworzeniem, w którym każdy element przyrody, w tym zwierzęta, odgrywa ważną rolę w Bożym planie odnowy.

W Liście do Rzymian Święty Paweł pisze: „Stworzenie bowiem oczekuje z niecierpliwością objawienia się dzieci Bożych… aby samo stworzenie zostało wyzwolone z niewoli rozkładu i doprowadzone do wolności i chwały dzieci Bożych”. To zdanie jest fundamentalne dla prawosławnej duchowości, która wierzy, że całe stworzenie – nie tylko człowiek, ale także przyroda, zwierzęta i cała materia – bierze udział w Bożym planie odnowy. Jest to przekonanie, które nie jest jedynie metaforą, lecz prawdziwą nadzieją na to, że wszystko, co istnieje, może zostać przemienione przez Boską energię i ostatecznie zjednoczone z Bogiem.

Podobną wizję przedstawia Księga Objawienia, która mówi o obietnicy „nowego nieba i nowej ziemi”. W tej ostatecznej rzeczywistości, przemienionej przez Bożą obecność, nie będzie już cierpienia, śmierci ani rozkładu. Teologowie prawosławni podkreślają, że Biblia nie wyklucza z tej odnowy żadnego elementu stworzenia – w tym także zwierząt. Przeciwnie, skoro cała natura została stworzona jako „bardzo dobra” i wraz z człowiekiem została poddana przemijaniu, to także cała natura ma uczestniczyć w obietnicy przywrócenia harmonii. Z tej perspektywy zwierzęta, podobnie jak cała przyroda, mają swoje miejsce w Bożym planie odnowy i ostatecznego zbawienia.

Duchowość prawosławna mocno akcentuje jedność całego kosmosu oraz głęboki związek człowieka z naturą. Święci Ojcowie Kościoła, jak choćby św. Izaak Syryjczyk, mówili o miłości do każdego stworzenia – nawet do najmniejszego robaczka – jako o znaku prawdziwego zjednoczenia z Bogiem. Taka miłość jest nie tylko odzwierciedleniem boskiego współczucia, ale także potwierdzeniem, że wszystko, co żyje, ma swoje miejsce w Bożym sercu. W tym sensie, prawosławna teologia dostrzega w stworzeniu nie tylko materialny świat, ale także jego duchowy wymiar, w którym każde stworzenie, w tym zwierzęta, jest częścią Boskiego planu.

Z tej perspektywy, nie wydaje się nieprawdopodobne, że zwierzęta, podobnie jak cała reszta stworzenia, będą obecne w przemienionym świecie, który będzie częścią Bożej chwały. Może będą istniały w innej, oczyszczonej i duchowo przemienionej formie, ale nadal będą częścią tej samej rzeczywistości, która została stworzona przez Boga, umiłowana i przeznaczona do udziału w Jego chwale. Theosis, czyli droga człowieka ku Bogu, jest więc nie tylko zapowiedzią przemiany ludzkości, ale także całego stworzenia w świetle Bożej miłości. Ponieważ teologia prawosławna kładzie duży nacisk na odnowę wszystkich rzeczy, możliwe jest, że zwierzęta, podobnie jak cała przyroda, będą istnieć w odnowionym świecie, choć może w formie, której jeszcze nie rozumiemy.

W ten sposób prawosławna wizja zbawienia nie ogranicza się tylko do ludzi, ale obejmuje cały świat, w tym zwierzęta, które w ostatecznym odkupieniu mogą również uczestniczyć w pełni Bożego planu odnowy i harmonii.

Prawosławne chrześcijaństwo i przyszłość stworzenia


Kościół prawosławny nigdy nie wypowiadał się jednoznacznie na temat tego, czy zwierzęta trafiają do nieba po śmierci. W oficjalnym nauczaniu Kościoła nie ma precyzyjnego dogmatu, który rozstrzygałby tę kwestię raz na zawsze. Jednak prawosławna duchowość i teologia, głęboko zakorzenione w mistyce i kontemplacji tajemnicy stworzenia, pozostawiają w tej sprawie przestrzeń dla nadziei. Z perspektywy prawosławnej, zbawienie i ostateczne odnowienie nie dotyczą tylko ludzi, ale całego stworzenia, które jest częścią Bożego planu odnowy.

Prawosławna eschatologia, czyli nauka o rzeczach ostatecznych człowieka i świata, ma wymiar kosmiczny. Obejmuje nie tylko zbawienie dusz ludzkich, ale także całą rzeczywistość stworzoną, która oczekuje przemiany i pełnego objawienia się Królestwa Bożego. Według tej tradycji, ostateczne odnowienie świata obejmuje wszystkie jego elementy – materię, przyrodę, czas, a więc także istoty żywe, w tym zwierzęta. Mistycy prawosławni często podkreślali, że Boże miłosierdzie i miłość nie mają granic, a cała rzeczywistość jest przeniknięta Jego obecnością, co sugeruje, że Boża troska obejmuje nie tylko ludzi, ale i całe stworzenie.

Ósmy dzień tygodnia” – wieczny szabat

uleczenie Wszechświata

Po zmartwychwstaniu umarłych, Sądzie Ostatecznym i końcu świata nastąpi czas odnowienia, przebudowania, przeobrażenia, uleczenia Wszechświata, a potem dla całego stworzenia nastanie dzień odpoczynku i ukojenia – błogosławiony i wieczny szabat. Nastanie radość zmartwychwstania, radość wiecznego życia, radość niekończącego się zmierzchem dnia Królestwa. Rozpocznie się nowa Pascha biorąca początek w końcu czasów, ale sama niemająca końca: „Albowiem oto Ja stwarzam nowe niebiosa i nową ziemię; nie będzie się wspominać dawniejszych dziejów ani na myśl one nie przyjdą”. (Iz 65, 17–18).

Figurą ósmego dnia jest Przemienienie Pańskie na Górze Tabor, gdy ukazał się on swoim uczniom w świetlistej postaci, w towarzystwie Mojżesza i Eliasza. Kościół Wschodni w swej liturgii przypomina wiernym o tym fakcie, zwiastującym takie samo przeobrażenie dla każdego z błogosławionych: „Przemieniłeś się na górze, Chrystusie Boże, ukazawszy uczniom Twym chwałę Twą, o ile zdołali ją ujrzeć. Zaświeć i nam grzesznym Twoje światło zawsze istniejące, przez modlitwy Matki Boskiej, Dawco światłości chwała Ci!” (Troparion na Przemienienie Pańskie – Nauka o nabożeństwach, Warszawa 1938, s. 71)

Św. Symeon Nowy Teolog uważa, że „ósmy dzień” jest obrazem przyszłego wieku, który nie będzie miał końca. Znany nam czas doczesności rozpoczął się w jakiejś chwili i w jakiejś chwili się skończy. Cały akt stwórczy zamknął się w siedmiu dniach, ósmy zaś dzień, nie został jednak zaliczony do poprzedzających go siedmiu dlatego, by znajdując się „poza czasem”, wskazywał na to, iż nie ma ni początku, ni końca. Ale chociaż obecnie jeszcze obiektywnie owego ósmego dnia nie ma dla nas, to przecież istniał on przedwiecznie, istnieje i nastanie przy końcu czasów, aby przywrócić poprzedni stan nigdy niekończącej się teraźniejszości. Wskazuje on też na przeznaczenie inteligentnych i wolnych stworzeń Bożych, aniołów i ludzi, którzy, choć mieli początek, nie mają końca.

Wskazują na to słowa Pisma Świętego: „Twoje [Boże] lata trwają poprzez wszystkie pokolenia. Ty niegdyś założyłeś ziemię i niebo jest dziełem rąk Twoich. Przeminą one, Ty zaś pozostaniesz. I całe one jak szata się zestarzeją: Ty zmieniasz je jak odzienie i ulegają zmianie, Ty zaś jesteś zawsze ten sam i lata Twoje nie mają końca”. (Ps 102 (101), 25–28). „Niebiosa zwijają się jak zwój księgi, wszystkie ich zastępy opadają, jak opada listwie z winnego krzewu i jak opadają liście z drzewa figowego”. (Iz 34, 4).

Dlatego: „Podnieście oczy ku niebu i na dół popatrzcie ku ziemi! Zaiste, niebo jak dym się rozwieje i ziemia zwiotczeje jak szata, a jej mieszkańcy wyginą jak komary. Lecz moje zbawienie będzie wieczne, a sprawiedliwość moja zmierzchu nie zazna”. (Iz 51, 6) i „Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą”. „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni”. (Mt 24, 35; 5, 18).

Po zniszczeniu obecnego, doczesnego świata, które poprzedzą straszliwe kataklizmy, nastąpi jego odrodzenie i odnowienie: „Przy odrodzeniu, (…) Syn Człowieczy zasiądzie na swym tronie chwały…”. (Mt 19, 28).

To samo miał na myśli św. Apostoł Paweł mówiąc o uwolnieniu stworzenia – czyli całej przyrody ożywionej i nieożywionej – przez Boga od „niewoli zniszczenia”: „Stworzenie bowiem zostało poddane marności (…) w nadziei, że również i ono zostanie wyzwolone z niewoli zepsucia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych”. (Rz 8, 20-23)

O tym samym nauczał również św. Apostoł Piotr: „Oczekujemy jednak, według obietnicy, nowego nieba i nowej ziemi, w których będzie mieszkała sprawiedliwość”. (2 P 10, 13), oraz św. Apostoł i Ewangelista Jan, opowiadając swą wizję, jakiej doznał, przebywając na zesłaniu na wyspie Patmos: „I ujrzałem niebo nowe i ziemię nową, bo pierwsze niebo i pierwsza ziemia przeminęły”. (Ap 21, 1).

Wiara w koniec świata i późniejsze jego odnowienie i uleczenie jest jednym z fundamentów nauki Kościoła Prawosławnego. Dlaczego jednak świat ma zostać odnowiony, dlaczego ma zostać odnowione całe stworzenie? Otóż – jak wyjaśnia św. Cyryl Jerozolimski – stary świat, jako ten który za sprawą Diabła uległ zepsuciu i został skalany, każdym rodzajem grzechu, nie może się ostać i musi spłonąć w kosmicznym pożarze, aby mógł pojawić się nowy, lepszy.

Ponieważ dziejów obecnie istniejącego świata nie można oddzielić od historii człowieka, któremu on służy, więc podobnie jak człowiek musi zostać odnowiony, aby nadal mógł mu służyć.

Skoro ludzkość nie jest przeznaczona na zatracenie, dlaczego wobec tego świat miałby zostać zniszczony i więcej się nie odrodzić? Odrodzi się on, ale już jako nieskalany brudem zła i grzechu. Dlatego podobnie jak człowiek zostanie odnowiony i przebóstwiony po zmartwychwstaniu, tego samego dostąpi świat i stworzenie. I doskonały człowiek nigdy już nie okaleczy świata.

Św. Bazyli Wielki powiada, że odnowienie, przemienienie świata jest konieczne, aby mógł się on „dopasować się” do nowego stanu człowieka, do jego „innej formy życia”, które będzie wymagało – co logiczne – także innych warunków.

Zdają się wskazywać na to słowa Pisma Świętego: „Jeszcze raz wstrząsnę nie tylko ziemią, ale i niebem. Te zaś słowa jeszcze raz wskazują, że nastąpi zniszczenie tego, co zniszczalne, a więc tego, co zostało stworzone, aby pozostało to, co niewzruszone”. (Hbr. 12, 26). „Bo tak mówi Pan Zastępów: Jeszcze raz, [a jest to] jedna chwila, a Ja poruszę niebiosa i ziemię, morze i ląd”. (Ag. 2, 6).

Czy jednak należy rozważać to, jako całkowite unicestwienie obecnego świata i stworzenie przez Boga na jego miejsce jakiegoś innego, nowego? Św. Augustyn biskup Hippony, uważa, że choć jest to oczywiście możliwe, to nastąpi raczej odnowienie świata obecnie istniejącego, który jednak wpierw, w kosmicznym pożarze, przez ów niebieski ogień zostanie oczyszczony z wszelkiego zła, jakiego był świadkiem i uczestnikiem w czasie trwania historii człowieka. Tego samego zdania jest także św. Symeon Nowy Teolog.

W odnowionym Wszechświecie nie będzie już więcej miejsca dla kogokolwiek i czegokolwiek skażonego. Będzie on mieszkaniem świętych czystych istot – ludzi i mieszkańców niebios. Cnota i świętość trwale zamieszkają w nowym świecie.

Natomiast wszyscy grzesznicy nie znajdą tam miejsca dla siebie, bo piekło, siedziba ich przebywania i męki, zostanie usunięta gdzieś na zewnątrz Wszechświata. Gdzieś w ciemności zewnętrzne (cokolwiek by to miało oznaczać, jedno oznacza na pewno, że będzie to na zewnątrz Królestwa Bożego). Lecz gdzie to będzie, tego nie wiemy, tego bowiem Bóg nie zechciał nam objawić. O tym jednak, że będzie to, gdzieś poza odnowionym Wszechświatem, mówi Pismo Święte: „Na zewnątrz są psy, guślarze, rozpustnicy, zabójcy, bałwochwalcy i każdy, kto kocha kłamstwo i nim żyje”. (Ap 22, 15 BT). „Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwiąźli, ani mężczyźni współżyjący ze sobą, ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego”. (1 Kor 6, 9-10 BT).

Św. Izaak Syryjczyk uważa, że w nowym Wszechświecie żadne z zamieszkujących go stworzeń nie będzie pamiętać świata obecnego. Pierwsze stworzenie zostanie całkowicie zapomniane, a umysł ludzki nie zechce już nigdy powrócić do wspomnień czasów przesiąkniętych złem, będzie on bowiem przywiązany do dobra, szczęścia, miłości, radości i słodyczy nowego istnienia w Królestwie Bożym, w Raju Nowej Jerozolimy.

W jednym z końcowych wersetów Apokalipsy św. Jana pojawia się pozornie niepokojące stwierdzenie: „Na zewnątrz są psy, guślarze, rozpustnicy, zabójcy, bałwochwalcy i każdy, kto kłamstwo kocha i nim żyje” (Ap 22,15). W kontekście Nowego Jeruzalem, opisywanego jako ostateczne spełnienie Bożego planu zbawienia, wers ten odnosi się do tych, którzy nie mają wstępu do tej rzeczywistości – do świata pełnego światła, pokoju i jedności z Bogiem. Wśród nich wymienia się „psy”, co współczesnemu czytelnikowi może wydać się zaskakujące, zwłaszcza w kontekście refleksji nad miejscem zwierząt w życiu wiecznym. Warto jednak zrozumieć, że w tym fragmencie nie chodzi o zwierzęta w sensie dosłownym. Słowo „psy” ma tu znaczenie symboliczne, głęboko zakorzenione w kulturze starożytnego Bliskiego Wschodu i świata biblijnego.

W tradycji żydowskiej i wczesnochrześcijańskiej psy były kojarzone nie z wiernymi towarzyszami człowieka, jak bywa dziś, lecz z nieczystością, agresją, życiem na marginesie ludzkiej wspólnoty. Były zwierzętami dzikimi, żywiącymi się padliną, bytującymi na wysypiskach śmieci i poza społeczeństwem. W tym kontekście określenie „pies” było często używane jako metafora moralnej nieczystości, przewrotności, a nawet duchowego buntu wobec Boga. W niektórych fragmentach Pisma Świętego odnosiło się ono do osób szerzących fałszywe nauki lub żyjących w grzechu. Przykładem może być List do Filipian, w którym św. Paweł przestrzega: „Strzeżcie się psów, strzeżcie się złych pracowników” (Flp 3,2), mając na myśli ludzi, którzy wypaczają Ewangelię.

W Apokalipsie św. Jana „psy” stają się zatem symbolem tych, którzy świadomie wybrali życie w kłamstwie, przemocy, bałwochwalstwie i moralnym chaosie. Autor księgi, posługując się twardym i wyrazistym językiem prorockim, nie potępia zwierząt jako takich, lecz odwołuje się do ówczesnych skojarzeń kulturowych, by ukazać radykalne oddzielenie zła od dobra w ostatecznym porządku zbawienia. Nie ma tu zatem miejsca na dosłowną interpretację, wedle której zwierzęta – a zwłaszcza psy – byłyby wykluczone z nieba.

Wręcz przeciwnie, wiele innych fragmentów biblijnych i teologicznych tradycji chrześcijańskich, zwłaszcza w ich mistycznych nurtach, ukazuje stworzenie jako mające udział w Bożym planie odkupienia. Psy w Apokalipsie nie są więc argumentem przeciw obecności zwierząt w niebie, lecz silną metaforą duchowej postawy sprzeciwiającej się miłości i prawdzie. W refleksji nad zwierzętami w eschatologii należy zatem odróżnić język symboliczny od dosłownego i pamiętać, że Biblia posługuje się obrazami, które dla starożytnych miały zupełnie inne znaczenia niż dla współczesnych odbiorców.

Nadzieja na to, że i zwierzęta znajdą się w niebie znajduje teologiczne uzasadnienie w doktrynie kosmicznego przemienienia, zakorzenionej głęboko w prawosławnej myśli. Mówi ona, że całe stworzenie – nie tylko ludzie, ale wszystko, co wyszło z rąk Boga – zostanie przemienione i odnowione w Chrystusie. Ta odnowa nie polega na zniszczeniu i stworzeniu czegoś całkowicie nowego, lecz na przekształceniu wszystkiego w świat wolny od grzechu, śmierci i zepsucia. Również zwierzęta, które dzieliły z człowiekiem los po upadku – cierpiały, umierały, podlegały rozkładowi – mogą wedle tej wizji zostać objęte łaską przemienienia. Ich udział w przyszłym świecie może być formą ich zbawienia, nie tyle przez zasługę, co przez miłosierdzie Boga, który wszystko czyni nowym.

W tym ujęciu, obecność zwierząt w nowym stworzeniu nie jest już tylko kwestią emocjonalnych pragnień czy ludzkiej tęsknoty, ale staje się realną możliwością zakorzenioną w głębokiej refleksji teologicznej i duchowym doświadczeniu Kościoła.

Prawosławne teksty teologiczne na temat zwierząt

Filokalia, klasyczny zbiór pism prawosławnych ojców duchowych i mistyków, otwiera przed czytelnikiem wizję duchowej rzeczywistości, w której cały kosmos – nie tylko człowiek – ma udział w Bożym życiu. W tej tradycji świat przyrody nie jest traktowany jako duchowo neutralne tło dla ludzkiego zbawienia. Wręcz przeciwnie – natura, a więc również zwierzęta, rośliny i cała materia stworzona, uczestniczy w tajemnicy istnienia, niosąc w sobie ślad obecności Logosu, Boskiego Słowa, przez które wszystko zostało stworzone.

W duchowości Filokalii nie istnieje sztywne przeciwstawienie świata materialnego i duchowego. Wszystko, co stworzone, ma swoje miejsce w Bożym planie i jest powołane do przemiany. Człowiek, stworzony na obraz Boga i obdarzony zdolnością do theosis – przebóstwienia – nie osiąga świętości w izolacji od reszty stworzenia, lecz w głębokiej jedności z nim. Gdy człowiek oczyszcza swoje serce, modli się i powraca do Boga, przywraca również harmonię i porządek w relacjach ze światem. W tej odnowionej jedności zwierzęta, podobnie jak cała przyroda, odnajdują swój pierwotny spokój, sens i miejsce w kosmicznym porządku.

Prawosławna mistyka dostrzega, że grzech pierworodny miał konsekwencje nie tylko dla człowieka, ale i dla całego stworzenia. Została zakłócona pierwotna jedność między człowiekiem a światem, który go otaczał – nastąpiło pęknięcie w relacjach, które wcześniej były pełne pokoju i wzajemnej współpracy. Jednak nadzieja, jaka przebija z duchowości Filokalii, jest równie głęboka jak świadomość tego pęknięcia. Powrót człowieka do Boga, jego nawrócenie i duchowa przemiana, są drogą do odnowienia nie tylko siebie, ale i całego stworzenia. Człowiek, stając się ‘kapłanem kosmosu’, jak to ujmowali niektórzy ojcowie, ofiarowuje świat Bogu, a przez to umożliwia jego duchowe odrodzenie.

Prawosławna teologia, wierna swojej apofatycznej – czyli otwartej na tajemnicę – naturze, nie wypowiada się jednoznacznie na temat losu zwierząt po śmierci. Jednak pozostawia miejsce dla nadziei, że również one mogą mieć udział w eschatologicznym przemienieniu świata. W tej perspektywie zwierzęta nie są wyłącznie biernymi elementami stworzenia, lecz cichymi towarzyszami człowieka na jego drodze do Boga – istotami, które również mogą zostać objęte Bożym współczuciem, miłosierdziem i odnową.

Prawosławne modlitwy za zwierzęta

W tradycji prawosławnej istnieje żywa i bogata duchowo praktyka modlitwy za zwierzęta, która – choć nienagłośniona – sięga głęboko w historię Kościoła Wschodniego. W przeciwieństwie do zachodniego chrześcijaństwa, gdzie modlitwy za zwierzęta były przez wieki raczej marginalne i sporadyczne, w prawosławiu odnajdujemy świadectwa świętych, mnichów i wspólnot, które traktowały zwierzęta jako istotną część stworzenia zasługującą na modlitewną troskę.

Jedną z najbardziej znanych postaci związanych z duchową opieką nad zwierzętami jest święty Modestos, patriarcha Jerozolimy żyjący w VII wieku. W prawosławnej tradycji czczony jest jako patron zwierząt. Jego imię i modlitwy w intencji uzdrowienia chorych zwierząt są do dziś obecne w praktyce duchowej niektórych wspólnot monastycznych. Modestos uczył, że troska o stworzenia nie jest jedynie obowiązkiem rolnika czy pasterza, ale również chrześcijanina, który pragnie naśladować Bożą miłość obejmującą całe stworzenie. W swojej modlitwie błagał Boga o zdrowie i ochronę zwierząt, podkreślając ich wartość w Bożym planie i codziennym życiu ludzi.

Modlitwa za zwierzęta, według tej tradycji, wyraża przekonanie, że także one zasługują na Bożą opiekę i współczucie. Nie są jedynie elementem przyrody czy zasobem do wykorzystania, lecz stworzeniami obdarzonymi przez Boga miejscem i celem. W modlitwach tych pobrzmiewa głębokie przeświadczenie, że całość stworzenia jest święta, a ludzkie życie duchowe powinno obejmować także odpowiedzialność za dobrostan istot nieludzkich.

W wielu Kościołach prawosławnych dzień 16 grudnia, czyli wspomnienie św. Modestosa, obchodzony jest jako szczególny moment modlitwy za zwierzęta. W niektórych wspólnotach praktykuje się wówczas specjalne nabożeństwa błogosławieństwa zwierząt. Praktyka ta, choć różni się w zależności od regionu i tradycji lokalnej, przypomina, że zwierzęta są przedmiotem troski nie tylko ze względów praktycznych, ale także duchowych.

W niektórych klasztorach modlitwa za zwierzęta nie ogranicza się do jednego dnia w roku. Mnisi i mniszki regularnie modlą się za stworzenia żyjące w ich otoczeniu – za zwierzęta domowe, gospodarskie, a nawet dzikie. Takie praktyki wynikają z przekonania, że współczucie, pokora i miłość do wszelkiego życia to nie tylko cnoty moralne, ale droga do duchowego zjednoczenia z Bogiem, który jest Stwórcą i Podtrzymującym wszystko, co żyje.

W związku z przypadającym 16 grudnia wspomnieniem św. Modesta Jerozolimskiego, patrona zwierząt, w niektórych parafiach prawosławnych odprawiane są specjalne nabożeństwa błogosławienia zwierząt. Przykładem może być parafia greckoprawosławna św. Eliasza Proroka w Santa Cruz w Stanach Zjednoczonych, gdzie corocznie, w okolicach tego dnia, organizowana jest uroczysta modlitwa w intencji zwierząt. Podczas jednego z takich nabożeństw, 12 listopada 2012 roku, ojciec Dennis Vierling pobłogosławił kilkanaście psów, kota i żółwia, modląc się o ich zdrowie i ochronę. Właściciele zwierząt byli wzruszeni indywidualnym podejściem duchownego do każdego z ich pupili, a sam kapłan podkreślał, że zwierzęta domowe są źródłem radości i towarzystwa, a modlitwa za nie wyraża wdzięczność za ich obecność w życiu człowieka. Błogosławieństwo zwierząt, choć nie stanowi powszechnej praktyki we wszystkich Kościołach prawosławnych, jest głęboko zakorzenione w niektórych lokalnych tradycjach i może przybierać różne formy w zależności od regionu. W prawosławnych tradycjach greckiej i rosyjskiej istnieje również zwyczaj błogosławienia zwierząt gospodarskich, takich jak konie czy krowy, które towarzyszą człowiekowi w codziennym życiu i pracy. Modlitwy te obejmują nie tylko prośbę o ich fizyczne dobro, ale także wyrażają troskę o duchowe znaczenie ich istnienia. Zgodnie z nauczaniem Kościoła prawosławnego całe stworzenie jest święte, a relacja człowieka ze światem przyrody powinna być oparta na szacunku, trosce i odpowiedzialności. W tym ujęciu każde stworzenie – od roślin po zwierzęta – współuczestniczy w Bożym dziele stworzenia i wciąż pozostaje objęte Bożą miłością oraz opieką.


Ciąg dalszy nastąpi

ksiegarnia-armoryka.pl/stworzenie-i-wiecznosc-czy-w-niebie-beda-zwierzeta-andrzej-sarwa

Trump oddaje hołd Świątyni Nieba

Trump oddaje hołd Świątyni Nieba

Pepe Escobar uncutnews-ch/trump-erweist-dem-himmelstempel-seine-ehre

Pepe Escobar

Gdybyśmy byli wystarczająco hojni, moglibyśmy dojść do wniosku, że Xi i Trump uzgodnili trzyletnie ramy stabilności.

SZANGHAJ – Nagłówek na pierwszej stronie dziennika China Daily w czwartek był niczym grom z jasnego nieba: „Czerwony dywan dla Trumpa w Pekinie”.

Cóż, tak – wraz z podekscytowanymi dziećmi machającymi kwiatami i wizytą w Świątyni Nieba, zbudowanej w 1420 roku jako symbol połączenia nieba z ludzkością.

Młodość spotyka się z tradycją. Pokolenie, które będzie przewodzić w pełni zmodernizowanym Chinom, styka się z ich bogatą historią. Oszołomiony i zdezorientowany prezydent USA z trudem pojmował, że właśnie otrzymał mistrzowską lekcję cywilizacji.

Xi Jinping był znany z miażdżącej krytyki: „Powinniśmy być partnerami, a nie rywalami”. Zwolennicy wyjątkowości byli zszokowani. I to po niekończącej się litanii wojen handlowych, sankcji technologicznych, nieustającej histerii wokół Tajwanu, okrążenia militarnego, konfrontacji geoekonomicznej i antychińskiej retoryki.

Uspokój się. Zachowaj spokój.

Ach, zawiłości i meandry najważniejszej dwustronnej relacji na świecie. Chociaż obie gospodarki są ze sobą ściśle powiązane, dwustronny handel towarami osiągnął w 2025 roku zaledwie 4,01 biliona juanów (590 miliardów dolarów). W skali globalnej nie robi to wrażenia: stanowi zaledwie 8,8% całkowitego handlu zagranicznego Chin.

Podczas bankietu państwowego Xi, dzięki swym doskonałym umiejętnościom retorycznym, dokonał wyczynu zjednoczenia MAGA i odrodzenia narodu chińskiego:

„Chińczycy i Amerykanie to dwa wielkie narody. Wielkie odrodzenie narodu chińskiego i cel, jakim jest ponowne uczynienie Ameryki wielką, mogą iść ręka w rękę”.

Barbarzyńcy znów byli zdezorientowani.

Następnie Xi krótko wyjaśnił, na czym stoimy. Zajęło to tylko jedno zdanie:

„Transformacja, jakiej nie widziano od stulecia, przyspiesza na całym świecie, a sytuacja międzynarodowa jest płynna i burzliwa”.

Porównajmy to z momentem, gdy po raz pierwszy publicznie mówił o tej „transformacji” – tuż po spotkaniu z Putinem na Kremlu wiosną 2023 roku.

Xi natychmiast zapytał: „Czy Chiny i Stany Zjednoczone mogą przezwyciężyć pułapkę Tukidydesa i stworzyć nowy paradygmat relacji między mocarstwami?”

Choć pułapka Tukidydesa jest kolejnym słabym tworem amerykańskiego świata think tanków – najlepszymi analitykami Tukidydesa są Grecy i Włosi, a nie klika Waszyngtonu – metafora Xi rzeczywiście podkreśla, że ​​to Chiny są teraz liderem nowego, powstającego porządku.

A Chinom udało się to osiągnąć bez oddania ani jednego strzału.

Ta „konstruktywna stabilność strategiczna”

Następnie Xi przedstawił swoją nową wizję stosunków amerykańsko-chińskich – przynajmniej na najbliższe trzy lata – podając dość zaskakujące hasło: „konstruktywna stabilność strategiczna” (podkreślenie moje).

Ale to niesie ze sobą trzy poważne problemy.

Imperium Chaosu nie jest konstruktywne: jest destrukcyjne.

Nie jest to strategia: w najlepszym razie jest to mniej więcej taktyka, a taktyka ciągle się zmienia.

Nie chodzi tu o stabilność: chodzi o tworzenie i wykorzystywanie chaosu – wraz z kłamstwami, grabieżą i, jak widzimy w Wenezueli, a szczególnie w Iranie, piractwem.

Xi nie może rozsądnie oczekiwać „współpracy” ze strony imperium jako „kamienia węgielnego” relacji – nie mówiąc już o „zdrowej stabilności z zachowaniem rozsądnych granic konkurencji”.

Gdybyśmy byli wystarczająco hojni, moglibyśmy dojść do wniosku, że Xi i Trump uzgodnili trzyletnie ramy stabilności, które należy rozumieć jako strukturalny reset – najpierw współpraca, a następnie kontrolowana konkurencja i przewidywalny pokój jako końcowy rezultat.

Nie zapominajmy jednak, że mamy do czynienia z Ameryką „nieumowną” – według nieśmiertelnej definicji Wielkiego Mistrza Ławrowa.

No i oczywiście jest kwestia Tajwanu. Xi w szczytowej formie: „Niepodległość Tajwanu” i pokój po drugiej stronie Cieśniny Tajwańskiej są nie do pogodzenia jak ogień i woda”. Amerykanie muszą zachować „wyjątkową ostrożność” w „rozwiązywaniu kwestii Tajwanu”.

Xi określił to jako „najważniejszą kwestię w relacjach między Chinami a USA”. Dla Pekinu to ostateczna czerwona linia. Zespół Trumpa może nadal nie rozumieć, o co tak naprawdę toczy się gra. Tajwan jest zmienną, która może wyzerować całe optymistyczne, trzyletnie równanie „pokojowe”.

A tak przy okazji: twierdzenie amerykańskich mediów głównego nurtu, że Xi Jinping wymienił amerykańską nieingerencję na Tajwanie na chińską „pomoc” dla USA w Iranie, jest absurdalne. Chiny i Iran mają stale ewoluujące partnerstwo strategiczne.

Podczas gdy wszystko to działo się w Pekinie, miałem przyjemność spędzić długi geopolityczny lunch w Szanghaju z niezwykłym Li Bo, dyrektorem generalnym Guancha, najważniejszego niezależnego medium w Chinach, które ma co najmniej 120 milionów obserwujących dziennie.

Li Bo stwierdził między innymi, że Tajwan nie jest problemem dla Pekinu: to wewnętrzna sprawa, którą należy rozwiązać pokojowo. Prawdziwym problemem, jak powiedział, jest zbrojenie Japonii – zwłaszcza teraz, pod rządami otwarcie militarystycznego rządu Sanae Takaichi.

A teraz do prawdziwych VIP-ów show Trump-Xi.

Po całej tej gadaninie o „imperium zła”, histerii rozdzielania, paranoi odstraszania od ryzyka, tsunami sankcji, tsunami ceł i retoryce wojennej, mamy teraz oligarchiczną klikę o łącznej kapitalizacji rynkowej przekraczającej 10 bilionów dolarów, która leci do Pekinu, by dosłownie osobiście błagać Xi Jinpinga o… interesy.

Trump był wniebowzięty: „Chciałem numer jeden z każdego imperium! Jensen Huang, Tim Cook, Elon Musk i inni tytani… najlepsi na świecie są tutaj, tuż przed wami”.

Potem padło kluczowe zdanie: „Jesteście tu dzisiaj, aby okazać szacunek sobie i Chinom. Przychodzicie spragnieni biznesu, inwestycji i innowacji. Z naszej strony będzie stuprocentowa wzajemność”.

„Niezbędny” naród oddaje hołd prawdziwemu geo-ekonomicznemu imperium XXI wieku. Historia będzie miała z tego pole do popisu.

Klucze do nowej Świątyni Nieba

Tesla, Apple, Boeing, GE Aerospace – wszystkie te firmy mogą rozpaczliwie potrzebować chińskich pierwiastków ziem rzadkich: Chiny kontrolują prawie 99% światowych mocy przetwórczych pierwiastków ziem rzadkich. Jednak zapotrzebowanie Chin na te amerykańskie giganty maleje strukturalnie.

Łączna zależność przychodów dwunastu największych firm, których prezesi wzięli udział w tej podróży, od rynku chińskiego wynosi ponad 300 miliardów dolarów rocznie.

Musk musi kontynuować produkcję Tesli – Gigafactory, jego najważniejszy ośrodek eksportowy, znajduje się poza Szanghajem – bez 100% ceł. Jensen Huang potrzebuje licencji eksportowych na chipy, aby Nvidia mogła sprzedawać na tym ogromnym rynku sztucznej inteligencji (choć Chiny tak naprawdę już nie potrzebują Nvidii). Tim Cook potrzebuje stabilności łańcucha dostaw Apple w Chinach, wartego 70 miliardów dolarów.

Prawdziwym problemem jest Larry Fink z BlackRock, który z chciwością oczekuje „otwarcia” chińskich rynków finansowych, aby generować dodatkowe zyski dla Wall Street (Li Bo powiedział mi, że Chińczycy w najlepszym razie pozwoliliby im na małe biuro na wyspie Hajnan…). Fink jest również de facto nowym liderem kliki w Davos i bezpośrednio odpowiedzialny za finansowanie centrów danych nadzorujących sztuczną inteligencję w całych Stanach Zjednoczonych.

W oświadczeniu Białego Domu podkreślono „zwiększenie dostępu amerykańskich firm do rynku chińskiego i wzrost chińskich inwestycji w amerykańskim przemyśle”, „większą liczbę chińskich zakupów amerykańskich produktów rolnych” oraz „zainteresowanie Xi zakupem większej ilości amerykańskiej ropy”.

Chińskie Ministerstwo Handlu nie wspomniało jednak ani słowem o żadnych „rozmowach handlowych”.

Teoretycznie więc mieliśmy tę partię prezesów-miliarderów, którzy chcieli „otworzyć” Chiny na amerykański biznes i handel. Społeczność biznesowa w Szanghaju była całkowicie niezadowolona. W końcu Chiny aktywnie budują swoją niezależność – wszystko to zapisane w celach nowego Planu Pięcioletniego – podczas gdy Stany Zjednoczone, za pośrednictwem tych prezesów-miliarderów, w zasadzie demonstrowały formalizację własnej zależności.

Podczas gdy w Pekinie szalał cały ten hałas i gniew, ministrowie spraw zagranicznych Rosji, Chin (nie Wang Yi, który pozostał w Pekinie u boku Xi), Indii i, co najważniejsze, Iranu, wraz z innymi przedstawicielami, przybyli do New Delhi na bardzo ważny szczyt BRICS, którego głównym tematem była, jak to określiła Moskwa, reforma systemu „globalnego zarządzania”, w której dominującą rolę odgrywa Globalne Południe.

BRICS może być w stanie śpiączki. Ale jeśli ktokolwiek jest w stanie go ożywić, to Wielki Mistrz Ławrow i Rosja – ramię w ramię z Chinami i rosnącą potęgą globalną, Iranem. Po raz kolejny to nowy Trójkąt Primakowa, RIC (Rosja-Indie-Chiny), znajdzie prawdziwe klucze do otwarcia nowej Świątyni Nieba.

Źródło: Trump oddaje hołd Świątyni Nieba

Trump w panice – Iran i Chiny rozmontowują strategię Waszyngtonu z czasów II wojny światowej

Pepe Escobar: Trump w panice – Iran i Chiny rozmontowują strategię Waszyngtonu z czasów II wojny światowej

W tym wywiadzie Pepe Escobar z Szanghaju analizuje konsekwencje szczytu Trump-Xi w Pekinie, rolę Iranu w Cieśninie Ormuz, koordynację rosyjsko-chińską oraz rosnącą utratę kontroli przez Waszyngton. Jego główna teza: Stany Zjednoczone próbują wywierać presję na Iran, Chiny i Rosję jednocześnie – ale ta sama strategia zbliża te trzy mocarstwa i przyspiesza transformację w kierunku wielobiegunowego porządku świata.

Pekin jako scena geopolitycznego upokorzenia

Escobar zaczyna od niemal kpiącej obserwacji z Szanghaju. Dla niego miasto to nie tylko azjatycka metropolia, ale symbol przyszłości: zaawansowana technologia, miejska dynamika, potęga gospodarcza i kulturowa pewność siebie. Z tej perspektywy geopolityczny teatr Waszyngtonu wydaje mu się coraz bardziej przestarzały, wyczerpany i prowincjonalny.

W interpretacji Escobara wizyta Trumpa w Pekinie jawi się nie jako triumf amerykańskiej dyplomacji, lecz jako starannie zaaranżowana lekcja chińskiej projekcji siły. Trump przybył do Chin w towarzystwie prezesów i geopolitycznych żądań, ale Xi Jinping w istocie dał mu mistrzowską lekcję cywilizacji: uprzejmości, rytualizacji, precyzji – i strategicznego chłodu.

Dla Escobara symboliczne tło jest szczególnie ważne: Świątynia Nieba, tło historyczne, dopracowana inscenizacja i sposób, w jaki Chiny przyjęły Trumpa. Nie jako zwycięzcę. Nie jako władcę świata. Ale jako gościa starszego, pewnego siebie ośrodka władzy.

Dwa ostrzeżenia dla Trumpa: najpierw Putin, potem Xi

Główna teza Escobara jest taka, że ​​Trump otrzymał dwa wyraźne sygnały zatrzymania w ciągu kilku dni – najpierw od Władimira Putina, a następnie od Xi Jinpinga.

Pierwszy strzał ostrzegawczy padł podobno po wizycie irańskiego ministra spraw zagranicznych Abbasa Araghchiego w Petersburgu. Araghchichi szczegółowo wyjaśnił stanowisko Iranu Ławrowowi i Putinowi. Następnie Putin rozmawiał bezpośrednio z Trumpem telefonicznie i w istocie zaproponował mediację w celu rozwiązania kryzysu irańskiego – ale jednocześnie jasno dał do zrozumienia, że ​​kolejna eskalacja konfliktu, wznowienie bombardowań, a nawet ataki na infrastrukturę cywilną nie pozostaną bezkarne.

Dla Escobara był to pierwszy rozkaz „zaprzestania i zaniechania”: zaprzestania dalszego pogarszania sytuacji.

Drugi komunikat nadszedł z Pekinu. Xi Jinping nie uciekł się do jawnych gróźb, lecz do języka chińskiej dyplomacji: pośredniego, lecz jednoznacznego. Chiny nie wezmą udziału w próbach Waszyngtonu, by wywrzeć presję na Iran. Chiny nie zaakceptują też wykorzystywania kryzysu irańskiego jako preludium do późniejszej eskalacji konfliktu z Chinami.

Cieśnina Ormuz: otwarta dla Chin, problem dla Waszyngtonu

Centralnym punktem dyskusji jest Cieśnina Ormuz. Podczas gdy Waszyngton stara się przedstawiać kryzys jako globalny problem bezpieczeństwa, Escobar postrzega sytuację bardziej pragmatycznie: dla Chin Cieśnina Ormuz nie jest zablokowana. Chińskie tankowce mogą nadal przepływać przez nią na mocy porozumień państwowych z Iranem.

Oznacza to, że Waszyngton traci kluczową dźwignię. Chociaż Stany Zjednoczone nadal mogą wywierać presję na zachodnie firmy żeglugowe, ubezpieczycieli i państwa Zatoki Perskiej, nie kontrolują już automatycznie przepływu energii do Azji.

To jest sedno nowej rzeczywistości: Stany Zjednoczone mogą wywołać kryzys, ale nie mogą już zagwarantować, że wszyscy kluczowi gracze będą grać według ich zasad.

Iran jako strategiczny węzeł

Iran jawi się nie jako odosobniony cel amerykańskiej polityki siły, lecz jako centralny ośrodek rodzącego się porządku wielobiegunowego.

Logika dyskusji opierała się na założeniu, że wojna z Iranem nigdy nie była tylko wojną z Iranem. Była to również wojna z Chinami, wpływami Rosji, Korytarzem Północ-Południe, Inicjatywą Pasa i Szlaku oraz strategiczną autonomią Globalnego Południa.

Dlatego Rosja i Chiny reagują tak zdecydowanie. Wiedzą: jeśli Iran upadnie, presja na całą architekturę wielobiegunową wzrośnie. Jeśli Iran utrzyma swoją pozycję, Waszyngton straci istotną część swojej siły zastraszania.

Tajwan: Czerwona linia za czerwoną linią

Xi Jinping wielokrotnie dawał Trumpowi jasno do zrozumienia, że ​​Tajwan pozostaje ostateczną czerwoną linią dla Chin. Escobar bezpośrednio łączy Tajwan z Iranem: To, co Waszyngton próbuje dziś zrobić w Zatoce Perskiej, może być kontynuowane jutro poprzez Malakkę, Morze Południowochińskie i Tajwan.

To sprawia, że ​​Tajwan jest strategicznym odbiciem kryzysu irańskiego. Oba przypadki koncentrują się na wąskich gardłach, szlakach morskich, przepływach energii, odstraszaniu militarnym i pytaniu, czy Stany Zjednoczone będą nadal w stanie dyktować warunki konfliktów na obrzeżach Eurazji.

Xi zasadniczo powiedział Trumpowi: Nie próbuj stosować wobec Tajwanu tej samej logiki eskalacji, którą zastosowałeś wobec Iranu.

Putin w Pekinie: Nie przypadek, ale sygnał

Escobar uważa, że ​​kolejna wizyta Putina w Pekinie była szczególnie ważna. Uważa, że ​​spotkanie Putina z Xi zaledwie kilka dni po spotkaniu Trumpa nie było zbiegiem okoliczności, lecz raczej częścią precyzyjnej koordynacji między Moskwą a Pekinem.

Xi zda Putinowi relację z pierwszej ręki o tym, co zostało omówione z Trumpem. To stworzy ściśle skoordynowaną linię rosyjsko-chińską wobec Waszyngtonu. Wraz z Iranem tworzy się strategiczny trójkąt, który nie tylko reaguje, ale aktywnie kształtuje własną rzeczywistość.

Dla Escobara to kluczowe: Rosja, Chiny i Iran nie czekają już, aż Waszyngton wykona swoją pracę. Budują własny porządek.

Stany Zjednoczone nie rozumieją języka Chin

Jednym z najistotniejszych wątków rozmowy jest intelektualna i kulturowa niezdolność amerykańskich elit do zrozumienia Chin. Escobar oskarża amerykańską delegację o zachowanie się jak prowincjonalni politycy w Pekinie – niezdolność do rozszyfrowania rytuałów, języka, historii i symboliki chińskiej dyplomacji.

Koncepcja „konstruktywnej stabilności strategicznej”, którą Xi sformułował jako zasadę przewodnią na nadchodzące lata, jest szczególnie istotna. Dla Chin oznacza ona: najpierw współpraca, potem kontrolowana konkurencja, a pokój jako cel.

Dla Escobara właśnie o to chodzi: amerykańskie imperium nic nie może zrobić z tą koncepcją. Nie jest konstruktywna, lecz destrukcyjna. Nie strategiczna, lecz taktyczna. Nie stabilizująca, lecz nastawiona na chaos, presję i piractwo.

Xi zaoferował zatem USA swego rodzaju strukturalny restart. Escobar wątpi jednak, czy Waszyngton w ogóle rozumie, co zostało zaoferowane.

BRICS w kryzysie – ale Rosja i Chiny pozostają siłą napędową

Kolejnym tematem jest BRICS. Escobar opisuje niedawne spotkanie ministrów spraw zagranicznych w New Delhi jako wielki bałagan. Napięcia między Iranem a Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi pokazały, jak głębokie stały się sprzeczności w BRICS.

Dla niego BRICS jest „w śpiączce”, ale nie jest to jeszcze definitywny koniec. Gdyby ktokolwiek mógł ożywić ten projekt, byłyby to Rosja i Chiny – być może razem z Iranem i Brazylią.

Problem: BRICS obejmuje państwa o zupełnie odmiennych celach strategicznych. Indie, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Arabia Saudyjska, Iran, Chiny i Rosja nie mają wspólnych interesów. Rola Zjednoczonych Emiratów Arabskich jako bliskiego partnera Izraela i Stanów Zjednoczonych, w szczególności, sprawia, że ​​sytuacja staje się napięta.

Escobar sugeruje, że BRICS może potrzebować wewnętrznej hierarchii w dłuższej perspektywie. Poprzednia idea całkowitej równości byłaby trudna do utrzymania w nowych warunkach.

Pakistan jako nowy kluczowy gracz

Ocena Pakistanu dokonana przez Escobara jest interesująca. Uważa on, że Pakistan znacząco wzmocnił swoją pozycję dzięki roli pośrednika między Iranem a innymi podmiotami. Jednocześnie Pakistan otwiera dla Iranu korytarze lądowe, a nawet port w Gwadarze. To w praktyce czyni Gwadar użytecznym również dla Iranu – strategiczny ruch o ogromnym znaczeniu.

To zmienia mapę. Iran staje się mniej zależny od wrażliwych szlaków morskich. Pakistan wzmacnia swoją rolę mediatora i węzła komunikacyjnego. Chiny czerpią korzyści z chińsko-pakistańskiego korytarza gospodarczego. Rosja dostrzega nowe połączenia z Azją Południową.

Pakistan mógłby stać się naturalnym kandydatem do odegrania silniejszej roli w BRICS – ku wielkiemu niezadowoleniu Indii i prozachodnich sił w bloku.

Strategia USA wydaje się coraz bardziej chaotyczna.

W rozmowie sytuacja w Waszyngtonie jest opisywana jako coraz bardziej chaotyczna. Czasem grożą nowe ataki na Iran, czasem następuje zwrot akcji. Czasem mówi się o dyplomacji, czasem o bombardowaniach. Dla Escobara nie jest to przejaw siły, a raczej paniki.

Stany Zjednoczone dążyły do ​​widocznego zwycięstwa, ponieważ ich poprzednie strategie zawiodły. Iran nie upadł. Chiny nie dały się zastraszyć. Rosja nie została odizolowana. Nawet część zachodniego establishmentu zaczynała zdawać sobie sprawę, że dalsza eskalacja konfliktu z Iranem może mieć katastrofalne skutki.

Escobar wskazuje na głosy neokonserwatystów, które nagle brzmią bardziej ostrożnie. Ostrzega jednak: Siły te nie porzuciły swoich celów. Po prostu szukają nowej formuły permanentnej wojny.

Prawdziwa bitwa: suwerenność kontra imperium

Ostatecznie analiza Escobara sprowadza się do dwóch koncepcji: suwerenności i niepodległości. To właśnie te koncepcje Putin podkreślał Araghchi. Dla Escobara stanowią one prawdziwą definicję funkcjonującego Globalnego Południa.

Dla niego Iran jest przykładem tego, jak państwo może zachować zdolność do działania pomimo ogromnych sankcji, presji militarnej i ciągłych zagrożeń. Chiny są tego ważniejszym przykładem: gospodarczo, technologicznie i dyplomatycznie są teraz tak silne, że Waszyngton nie może już zmusić ich do działania według własnego uznania.

Rosja z kolei łączy siłę militarną, politykę energetyczną i dyplomację.

Według Escobara te trzy mocarstwa nie tworzą razem formalnego bloku w dawnym znaczeniu tego słowa, lecz raczej sieć strategicznej suwerenności.

Korporacyjna potęga Waszyngtonu kontra państwowa strategia Chin

Kluczowy kontrast w rozmowie dotyczy roli dużych korporacji. Podczas gdy amerykańscy giganci, tacy jak BlackRock, ExxonMobil, Chevron i Nvidia, nadal generują ogromne zyski, Escobar uważa, że ​​nie jest to dowód na ich strategiczną siłę. Pokazuje to jedynie, że amerykański system służy przede wszystkim Wall Street.

Chiny z kolei myślą długoterminowo, uwzględniając plany rozwoju przemysłowego, technologicznego i społecznego. Choć duże chińskie firmy działają globalnie, nadal koncentrują się na rynku krajowym i narodowych celach rozwojowych.

Dla Escobara to jest kluczowa różnica: USA maksymalizują zyski. Chiny budują moce produkcyjne.

Nowa rzeczywistość: USA mogą zakłócać porządek, ale nie mogą już dyktować warunków.

Wspólny wątek przewijający się przez całą rozmowę jest wyraźny: Waszyngton nadal jest niebezpieczny, ale nie jest już wszechmocny.

Stany Zjednoczone mogą wszczynać wojny, nakładać sankcje, militaryzować szlaki morskie, wpływać na ceny ropy naftowej i wywierać presję na państwa. Nie są jednak w stanie w pełni kontrolować reakcji innych mocarstw.

Iran znajduje alternatywne drogi. Chiny zawierają własne porozumienia. Rosja pośredniczy i koordynuje działania. Pakistan zyskuje na znaczeniu. Pomimo kryzysu, BRICS pozostaje areną reorganizacji. A państwa Zatoki Perskiej zaczynają lawirować między Waszyngtonem, Pekinem, Moskwą i Teheranem.

Oto świat, który opisuje Escobar: nieuporządkowany, niepokojowy, niestabilny – ale już niepodlegający amerykańskiej kontroli.

Wniosek: Strategia Trumpa z czasów II wojny światowej zawodzi.

Tytuł filmu jest prowokacyjny, ale przesłanie Escobara jest jasne: próba wywarcia przez Trumpa jednoczesnej presji na Iran i Chiny nie doprowadziła do podporządkowania, lecz raczej do bliższej współpracy między stronami.

Chiny odmówiły bycia narzędziem przeciwko Iranowi. Rosja pozycjonowała się jako mediator i siła ostrzegawcza. Iran wykorzystał Cieśninę Ormuz jako strategiczną dźwignię. Pakistan otworzył nowe kanały komunikacji. Waszyngton stoi teraz przed problemem, że jakakolwiek dalsza eskalacja wpłynie nie tylko na Iran, ale na całą euroazjatycką strukturę władzy.

Stany Zjednoczone chciały rozszerzyć swoją strategię wojny światowej. Jednak z perspektywy Escobara Iran i Chiny nie tylko ją zablokowały – pokazały, że porządek świata już się zmienił.

Co amerykańskie media mówią o podróży Trumpa do Chin

Co amerykańskie media mówią o podróży Trumpa do Chin

Larry C. Johnson

Pomyślałem, że warto byłoby zwrócić uwagę na doniesienia i analizy „The New York Times”, „The Washington Post” i „Politico” dotyczące podróży prezydenta Donalda Trumpa do Chin. Przeczytałem je, żebyście Wy nie musieli. Wszystkie trzy publikacje doszły zasadniczo do tego samego wniosku, różniąc się głównie tonem i akcentami: Chiny osiągnęły swoje główne cele – uznanie na równych prawach, strategiczną niejednoznaczność w kwestii Tajwanu, brak strukturalnych ustępstw gospodarczych i przyjazną atmosferę szczytu – podczas gdy Stany Zjednoczone padły ofiarą propagandy, złożyły nieweryfikowalne chińskie obietnice dotyczące Iranu i broni jądrowej i odeszły bez konkretnych przełomów, na które liczył Biały Dom. Jak podsumował jeden z analityków cytowanych w kilku mediach: „Szczyt prawdopodobnie nie zmieni charakteru i kierunku relacji amerykańsko-chińskich w perspektywie długoterminowej. Chodzi o zarządzanie stabilnością, a nie o rozwiązywanie otwartych kwestii”.

The New York Times

Analiza „Timesa” opierała się na jednej, mocnej tezie: Xi wydawał się doskonale przygotowany i opanowany, natomiast Trump działał z pozycji słabości.

„The Times” napisał, że „wystąpienie Xi Jinpinga było wysoce wyreżyserowane i nie pozostawiło wątpliwości, że pomimo wszystkich problemów Chin – deflacji, spadku liczby ludności, pęknięcia bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości – nadszedł moment, w którym Chiny staną się równoprawnym supermocarstwem”. Gazeta zauważyła, że ​​Trump przy każdej okazji zachowywał się defensywnie.

„The Times” opublikował także najbardziej sensacyjny materiał wywiadowczy z tej wizyty: doniesiono w nim, że chińskie firmy negocjowały tajne umowy sprzedaży broni Iranowi i przemycały ją przez kraje trzecie, w tym kraje afrykańskie, aby ukryć pochodzenie broni. Raport ten ukazał się dokładnie w dniu, w którym Trumpa powitano salwą złożoną z 21 strzałów w Wielkiej Hali Ludowej.

„The Times” ostro ocenił wynik szczytu. W swojej analizie stwierdził, że Xi Jinping „ustąpił w bardzo niewielkim stopniu” Trumpowi, a rozmowy „nie przyniosły żadnych wyraźnych przełomów w głównych sporach w polityce zagranicznej i gospodarce między oboma krajami, ani nie doprowadziły do ​​wielkich umów biznesowych, na które Biały Dom liczy po międzynarodowych szczytach”.

Gazeta zwróciła również uwagę na niezwykły i odkrywczy moment po szczycie, kiedy Trump poczuł się zmuszony bronić Xi w sprawie Truth Social – po tym, jak chiński przywódca zasugerował, że Stany Zjednoczone są krajem w stanie schyłku, ostrzegając przed pułapką Tukidydesa. Trump napisał następnie, że „prezydent Xi Jinping, być może bardzo elegancko nazywając Stany Zjednoczone krajem w stanie schyłku, nawiązywał do ogromnych szkód, jakie ponieśliśmy w ciągu czterech lat rządów Śpiącego Joe Bidena” – w rzeczywistości potwierdzając obraz upadku Ameryki przedstawiony przez Xi.

The Washington Post

Analiza „Washington Post” była prawdopodobnie najbardziej znacząca ze wszystkich trzech, ponieważ opublikowała dwa oddzielne, obszerne artykuły, które razem przedstawiały druzgocącą historię — jeden o samym szczycie, a drugi o kontekście wywiadowczym, który go otaczał.

Odnośnie szczytu: nagłówek „The Post” był precyzyjny i druzgocący: „Szczyt w Pekinie realizuje chiński cel – równość z USA”. Gazeta argumentowała, że ​​wizerunek równoprawnych supermocarstw podczas wizyty Trumpa odzwierciedlał dokładnie dynamikę, do której Chiny od dawna dążyły, a którą Stany Zjednoczone od dawna próbowały odrzucić. Sam Trump zdradził zasady gry, używając terminu „G2” do opisania stosunków dwustronnych – koncepcji, którą Chiny realizują od dziesięcioleci, a którą Stany Zjednoczone konsekwentnie odrzucają, ponieważ implikuje ona wspólne przywództwo w sprawach światowych na równych prawach, z wyłączeniem amerykańskich sojuszników.

„The Post” zauważył, że Xi zapowiedział „nową erę stabilności w stosunkach chińsko-amerykańskich”, a Trump określił podróż jako „niesamowitą” — ale zauważył, że szczyt był „świetnie zorganizowany”, ale „nie spełnił oczekiwań pod względem konkretnych porozumień”.

Bomba wywiadowcza: W osobnym raporcie „Washington Post” opublikowano poufną ocenę amerykańskiego wywiadu, w której stwierdzono, że Chiny wykorzystują wojnę z Iranem do maksymalizacji swojej przewagi nad Stanami Zjednoczonymi w dziedzinie militarnej, gospodarczej, dyplomatycznej i innych – raport opublikowano tuż przed przybyciem kolumny Trumpa do Wielkiej Hali Ludowej. Pentagon nazwał te twierdzenia „fundamentalnie fałszywymi”.

„The Post” zwrócił również uwagę na kwestię, którą analitycy uznali za najważniejszą, długoterminową, a która niemal nie wzbudziła zainteresowania: Trump zdawał się sugerować, że może wycofać się z wartej 14 miliardów dolarów umowy zbrojeniowej z Tajwanem. Stwierdził, że „jeszcze jej nie zatwierdził” i nie jest zainteresowany „podróżowaniem 9500 mil, by prowadzić wojnę”, podczas gdy ostrzeżenie Xi dotyczące Tajwanu zdominowało chińską relację z rozmowy. Tajwańskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych podziękowało później Stanom Zjednoczonym za zapewnienie Rubia, że ​​nic się nie zmieniło – ale strategiczna niejednoznaczność stworzona przez samego Trumpa była już chińskim zwycięstwem.

Polityko

Znalezienie relacji Politico było trudniejsze niż znalezienie pojedynczego, spójnego artykułu analitycznego, ale jego raporty i streszczenia strategii koncentrowały się na trzech tematach, które razem tworzyły obraz strategicznie dezorientującego szczytu dla Stanów Zjednoczonych.

Po pierwsze, jeśli chodzi o Iran: Politico donosiło, że Trump przybył do Pekinu z nadzieją, że przekona Xi, by użył swoich wpływów i zmusił Teheran do ponownego otwarcia Cieśniny Ormuz. Trump twierdził, że Xi obiecał nie dostarczać Iranowi sprzętu wojskowego i zaoferował pomoc w rozwiązaniu konfliktu – jednak oficjalne chińskie oświadczenie nie wspomniało o tym, a chińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych unikało odpowiedzi na pytania w tej sprawie, pozostawiając rzekome obietnice niepotwierdzone.

Po drugie, w odniesieniu do handlu: doniesienia Politico uwypukliły znany już schemat kilku szczytów Trump-Xi – Chiny dostarczają symboliczne rezultaty (samoloty Boeing, soja), które trafiają na pierwsze strony gazet w kraju, ale nie czynią żadnych strukturalnych ustępstw w kwestii swojego modelu gospodarczego, kradzieży własności intelektualnej, subsydiów rządowych ani transferu technologii – a to właśnie kwestie stanowią prawdziwy problem Ameryki. Trump twierdził, że Chiny zgodziły się na zakup 200 samolotów Boeing, ale nie przedstawił ani podpisanych umów, ani weryfikowalnych szczegółów. Przedstawiciel USA ds. handlu Greer stwierdził, że Stany Zjednoczone spodziewają się miliardów dolarów w zakupach produktów rolnych – ale ponownie nie ogłoszono żadnych formalnych zobowiązań.

Po trzecie, jeśli chodzi o równowagę strategiczną: analitycy Politico zwrócili uwagę, że to właśnie kwestie, które w ogóle nie zostały poruszone, najwyraźniej pokazały, kto wygrał. Nic nie wskazywało na to, że Trump wywierał poważną presję na Pekin w sprawie cybernetycznego szpiegostwa, kradzieży własności intelektualnej, subsydiów rządowych, niedowartościowanego renminbi czy prekursorów fentanylu. Od dawna sporne kwestie Chin – prawa człowieka, Hongkong, Ujgurowie, Tybet, wsparcie wojskowe dla Rosji czy wsparcie dla Korei Północnej – zostały całkowicie zignorowane.

Prezydent Xi rozwiał nadzieje Donalda Trumpa, że ​​Chiny odegrają rolę w nakłonieniu Iranu do zakończenia wojny na korzyść Trumpa. Xi powiedział, że nie. Podejrzewam, że Xi nie poinformował Trumpa o pracy, jaką Chiny i Rosja wykonują wspólnie – z pomocą Pakistanu – nad budową nowej architektury bezpieczeństwa w regionie, pod przewodnictwem Turcji, Arabii Saudyjskiej i Iranu. Powiedziano mi, że celem jest stworzenie odpowiednika NATO dla państw Azji Zachodniej.

Nadchodzący tydzień dostarczy wskazówek, czy Rosja i Chiny poczynią znaczące postępy w realizacji tego celu — zwłaszcza jeśli Arabia Saudyjska i Katar nie zezwolą Stanom Zjednoczonym na prowadzenie operacji wojskowych przeciwko Iranowi ze swojego terytorium.

Źródło: Co amerykańskie media mówią o podróży Trumpa do Chin