Mike Huckabee jest najgorszą osobą w administracji Trumpa

Mike Huckabee jest najgorszą osobą w administracji Trumpa

Jest to urzędnik rządu USA wyznaczony przez Trumpa, który świadomie okłamuje opinię publiczną, aby umożliwić jej dalsze wspieranie izraelskich nadużyć wobec narodu palestyńskiego, dokonywanych przy wsparciu USA.

Caitlin Johnstone caitlinjohnstone/mike-huckabee-is-the-most-evil-person-in-the-trump-administration

W administracji Trumpa jest kilku naprawdę psychopatycznych upiorów, łącznie z samym Trumpem, ale jak na razie jestem przekonana, że ambasador USA w Izraelu Mike Huckabee jest najgorszym z nich.

Podczas gdy izraelscy urzędnicy stają się coraz bardziej otwarci na temat swoich planów „czystek etnicznych” [rzezi md] Palestyńczyków ze Strefy Gazy, a kontrowersje wokół Macklemore’a ponownie skupiają uwagę opinii publicznej na nadużyciach syjonizmu, pro-izraelscy spin-mistrzowie zarówno w mediach masowego przekazu, jak i w rządzie USA prześcigają się w próbach odzyskania kontroli nad narracją.

Podczas szaleńczej propagandy na kanale Newsmax na temat Macklemore’a i ruchu propalestyńskiego, Huckabee powtórzył dawno zdyskredytowaną propagandę o okrucieństwach ataku Hamasu z 7 października, aby wyjaśnić, dlaczego nikt nie powinien sprzeciwiać się działaniom Izraela w Strefie Gazy.

„To są ludzie, którzy gwałcili kobiety na oczach ich własnych dzieci” – powiedział Huckabee prowadzącemu program Newsmax Robowi Schmittowi . „Odcinali im genitalia na oczach ich rodzin. Podpalali starszych ludzi i palili ich żywcem, gdy siedzieli na wózkach inwalidzkich. Robili dzieciom niewypowiedziane rzeczy. Obcinali głowy niemowlętom i wsadzali inne niemowlęta do pieca, gdy jeszcze żyły. Każdy, kto to popiera, nie jest po prostu chory, jest psychopatą”.

„Jeśli ktoś powie, że to się nie wydarzyło, to my wiemy, że się wydarzyło, Rob, bo Hamas nagrał to sam. Mamy to na wideo” – twierdził Huckabee.

==============================

Żeby było jasne, wszystko, co mówi Huckabee, to kłamstwo. Twierdzenia o obciętych głowach i pieczonych w piecach niemowlętach zostały bezlitośnie obalone w 2023 roku, również w izraelskiej prasie . Nigdzie nie ma żadnego nagrania z okrucieństw opisanych przez Huckabee’ego. Apologeci Izraela często wymyślają wszelkiego rodzaju fałszywe twierdzenia na temat nagrania wideo z 7 października przez kamery GoPro Hamasu, ufając, że przeciętny obywatel będzie zbyt wrażliwy, by obejrzeć te brutalne nagrania na własne oczy. Zapewniam jednak, że jeśli zechcesz zagłębić się w tę króliczą norę nagrań, nie znajdziesz żadnych dowodów na którykolwiek z czynów, które właśnie wymienił Huckabee.

Trudno znaleźć słowa, by opisać, jak bardzo to jest złe. Huckabee wie, że kłamie, mówiąc takie rzeczy. Jest w stu procentach świadomy, że szerzy propagandę okrucieństw, by usprawiedliwić dalsze izraelskie okrucieństwa. 

Kiedy Huckabee po raz pierwszy powtórzył te twierdzenia w październiku i listopadzie 2023 r., można powiedzieć, że być może nie zdawał sobie sprawy, że szerzy propagandę okrucieństw, ponieważ minęło kilka tygodni, zanim główne media obaliły te twierdzenia, a świadomość ich nieprawdziwości dotarła do głównego nurtu dyskursu.

Gdy powtórzył to twierdzenie we wrześniu 2025 r. , można by argumentować, że BYĆ MOŻE Huckabee po prostu żył w szczelnie odizolowanej syjonistycznej komorze echa i w jakiś sposób wciąż nie zdawał sobie sprawy, że twierdzenie to zostało całkowicie obalone.

Jednak powtarzając te twierdzenia w maju i ponownie we wrześniu 2026 r., po tym jak został szeroko i wielokrotnie potępiony za szerzenie kłamstw i propagandy okrucieństw, bezsprzecznie patrzy światu w oczy i kłamie nam w twarz, mając pełną i całkowitą świadomość tego, co robi. 

Co pokazuje, że przez cały czas świadomie kłamał. To mianowany przez Trumpa urzędnik rządu USA, który świadomie okłamuje opinię publiczną, aby nadal wspierała wspierane przez USA nadużycia Izraela wobec narodu palestyńskiego.

Pomyśl, jak bardzo trzeba być popieprzonym, żeby zrobić coś takiego. A ten świr ma czelność nazywać zwolenników Palestyny ​​„psychopatami”.

W tym samym oszukańczym, propagandowym wywiadzie dla Newsmax Rob Schmitt powiedział, że tak naprawdę to przeciwnicy ludobójstwa padają ofiarą propagandy.

„To niesamowite, jak skuteczna może być propaganda, jak oślepiająca może być dla ludzi, których można by uznać za rozsądnych” – powiedział Schmitt Huckabeemu, dodając: „Nienawidzę tego mówić, ale wydaje mi się, że islamiści wygrywają tę wojnę propagandową. Teraz czuję, że w stosunku do Izraela jest więcej gniewu i furii niż wobec ohydnych rzeczy, których byliśmy świadkami 7 października”.

No więc, według popleczników Trumpa w jego administracji i w ich prasie, dawno obalona propaganda okrucieństw wobec Palestyńczyków jest w rzeczywistości prawdą, a to właśnie ludzie, którzy uważają, że Izrael dopuszcza się przestępstw, są propagandą, a to właśnie ludzie sprzeciwiający się ludobójstwu są psychopatami. Góra to dół, noc to dzień. Wojna to pokój, wolność to niewola, ignorancja to siła.

Światem zachodnim rządzą kłamliwi, manipulujący przestępcy. Rewolucja nie może nadejść wystarczająco szybko.

Cyfrowy Gułag


Cyfrowy Gułag
Aleksandra S. Villers

https://www.benews.media/post/the-digital-gulag

15 czerwca 2026 r.


Europa von der Leyen z dumą prezentuje się jako kolebka wolności. Oświecenie, demokratyczne rządy
prawa i wolność słowa należą do fundamentów, na których Europa zbudowała swoją cywilizację i
którymi inspirowała resztę świata. Jednak za tą pewną siebie manifestacją kryje się coś, co coraz trudniej
zignorować: kryminalizacja nieortodoksyjnych poglądów. Ostrzeżenia przed postępującą erozją wolności
słowa przez lata odrzucano jako przesadzone lub po prostu paranoiczne. Dziś ostrzeżenia te nie pochodzą
już wyłącznie od dysydentów i osób z marginesu. Na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa
wiceprezydent USA J.D. Vance ostrzegał, że podstawowe wolności w Europie są coraz bardziej
zagrożone. Wkrótce potem „The Economist” opublikował serię artykułów, które doszły do niemal tego
samego wniosku: Europa ma problem z wolnością słowa.
A opinie, które są obecnie poddawane krytyce, niekoniecznie stanowią nawoływanie do przemocy, co
słusznie jest nielegalne. Coraz częściej celem są wypowiedzi uznawane za obraźliwe, krzywdzące lub
znieważające. Lub, by użyć terminu popularnego w całej anglosferze: mowa nienawiści. „Mowa
nienawiści” jest powszechnie definiowana jako wypowiedź ustna lub pisemna wyrażająca nienawiść, a
znany antysemita Herman Brusselmans udowodnił Flandrii, że taka mowa z pewnością istnieje.
Społeczności żydowskie w największych miastach Europy coraz częściej spotykają się z surowym i
niesfiltrowanym antysemityzmem, który przywołuje mroczniejsze czasy, kiedy Żydów porównywano do
robactwa, które należało wytępić. To, że taka retoryka może szybko przełożyć się na rzeczywistą
przemoc, pokazały krwawe masakry na plaży Bondi i w Kapitolu. Jednak to nie ten autentycznie
nienawistny język wydaje się być obiektem najsurowszej krytyki. Częściej jest to mowa obrażająca osoby
sprawujące władzę.
Mowa nienawiści to mowa, której nienawidzą.
W Wielkiej Brytanii, kraju, który dał światu jednych z czołowych obrońców tradycji liberalnej – wśród
nich „trzech Johnów”: Miltona, Locke’a i Milla – co roku dokonuje się około 12 000 aresztowań na
podstawie przepisów o mowie nienawiści, według niedawnego raportu „The Times”. Ponad trzydzieści
dziennie. Czy wszyscy ci ludzie rzeczywiście szerzą nienawiść? A może po prostu obrażają dogmaty
patologicznie poprawnej politycznie kultury, w której uczucia coraz bardziej przeważają nad prawdą?
Nawet błędne myślenie stało się przestępstwem podlegającym karze. Adam Smith-Connor i Isabel
Vaughan-Spruce zostali oskarżeni za cichą modlitwę w pobliżu kliniki aborcyjnej. Nie podeszli do
nikogo, nie rozdawali ulotek i nie spowodowali żadnego zakłócenia porządku. Niezależnie od stanowiska
w sprawie aborcji, pytanie pozostaje to samo: od kiedy spokojna myśl stała się sprawą dla policji i sądów?
Tendencja ta nie ogranicza się do przestrzeni publicznej. W Finlandii była posłanka Päivi Räsänen przez
lata była prześladowana za to, że podzieliła się fragmentem Biblii i skrytykowała stanowisko swojego
kościoła w kwestiach LGBT. Sprawa Räsänen niesie ze sobą niepokojący sygnał: osoby, które są
świadkami tego, co dzieje się z głosami sprzeciwu, szybko uczą się, które opinie najlepiej przemilczeć.
Obywateli nie ucisza się poprzez masowe aresztowania, ale poprzez autocenzurę. Najbardziej podstępna
walka z wolnością słowa toczy się teraz w internecie. Wraz z ustawą o usługach cyfrowych na horyzoncie
pojawiła się europejska policja myśli, której zadaniem było pilnowanie granic dopuszczalnego dyskursu
online. Platformy mediów społecznościowych były kiedyś zachęcane do przesyłania wątpliwych treści
weryfikatorom faktów, którzy sami nigdy nie zostali poddani weryfikacji. Dziś ambicje sięgają dalej. Nie
tylko tzw. dezinformacja jest już celem ataku, ale także opinie odbiegające od przyjętego konsensusu.
Krytyka niekontrolowanej imigracji, erozji kultury europejskiej, islamizmu i perwersji seksualnych stała
się niemile widziana, podobnie jak poglądy afirmujące tożsamość narodową, zachowanie cywilizacji
europejskiej i jej wartości, chrześcijaństwo, samozachowanie kulturowe i tradycyjne wartości rodzinne.
Takie anatemy są coraz częściej przedstawiane jako zagrożenie dla demokracji, nawet gdy niewybrani w
wyborach przywódcy Unii Europejskiej stanowią żywe świadectwo głęboko niedemokratycznej natury instytucji, którą reprezentują. Historia pokazuje, że cenzura nigdy nie zaczyna się od frontalnego ataku na
wolność. Pojawia się jako rozsądny, konieczny i dobrze przemyślany środek mający na celu ochronę
społeczeństwa. Kontrowersyjne głosy są jedynie pierwszym celem; każdy, kto odmawia
podporządkowania się panującej ortodoksji, w końcu idzie w jej ślady. Europejczycy stoją dziś przed
fundamentalnym wyborem. Czy chcą żyć w wolnym społeczeństwie, w którym jednostki mogą wyrażać
swoje przekonania bez obawy przed represjami, nawet jeśli są one niewygodne? Czy też wolą
orwellowski porządek, w którym rządy i biurokraci decydują, jakie słowa mogą nadal płynąć z ich ust?
Wojna Europy z wolnością słowa to coś więcej niż erozja demokracji. Stawką jest sama możliwość
debaty – a wraz z nią poszukiwanie Prawdy. Ci, którzy dziś godzą się na cyfrowy gułag, jutro mogą
znaleźć się w prawdziwym, skazani nie za zbrodnię, ale za najmniejszy akt ideologicznego
nieposłuszeństwa.

Zostałeś strażnikiem własnego gułagu

Zostałeś strażnikiem własnego gułagu

20. września 2026 Marek Wojcik world-scam/zostales-straznikiem-wlasnego-gulagu

Stale rosnące wykorzystanie sztucznej inteligencji, a co za tym idzie gwałtownie rosnące zapotrzebowanie na pamięć masową i moc obliczeniową, powoduje obecnie na całym świecie boom budowlany związany z powstaniem ogromnych centrów danych. Jednocześnie politycy na całym świecie narzucają działania na rzecz ochrony klimatu w celu ograniczenia emisji CO². Natomiast gigantyczne zużycie energii i wody przez centra sztucznej inteligencji nigdy nie jest poruszane. Dziennikarz śledczy David Icke wyjaśnia, dlaczego budowa centrów danych i rewolucja w dziedzinie sztucznej inteligencji mają dla polityków wyższy priorytet niż rzekomo zbliżająca się globalna katastrofa klimatyczna. Źródło.

Źródło.

David Icke twierdzi, a ja się z nim zgadzam, że nie powinieneś mieć możliwości samodzielnego kierowania swoim życiem i opłacania rachunków, lecz twoje przetrwanie powinno całkowicie zależeć od rządu. Taki jest plan. A jeśli po prostu będziemy tam stać i patrzeć, to tak się stanie. Ale nie musi tak być. Garstka ludzi nie może rządzić 8 miliardami, chyba że te 8 miliardów to po prostu zaakceptuje i podporządkuje się tej garstce. Koniec historii.

Wyjaśniam tym, którzy nie wiedzą: Gułag (lub GUŁag) to radziecki system obozów pracy przymusowej, który istniał w ZSRR od 1930 do lat 50. i 60. XX wieku. Były to miejsca „resocjalizacji” dla podejrzanych o niesprzyjanie totalitarnej władzy. Te obozy stały się pierwowzorem dla niemieckich obozów koncentracyjnych. Pierwszy niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny w Dachau otwarto 22 marca 1933 roku. Także i niemieckie obozy broniły totalitarnego systemu przed wrogimi ideologiami. W rzeczywistości służyły w utrzymaniu terroru nad własnym społeczeństwem.

Ależ to przecież odległa historia, cóż my mamy z tym wspólnego? System totalitarny to ustrój polityczny, w którym państwo kontroluje wszystkie dziedziny życia społecznego i prywatnego, dążąc do całkowitego podporządkowania sobie obywateli. Tę i wcześniejsze definicje otrzymałem od SI – Sztucznej Indoktrynacji. My żyjemy wszakże w demokracji – nieprawdaż? Nasze rządy nigdy przecież nie będą propagować społecznej kontroli poprzez media, system kamer i szerzenie strachu przed konsekwencjami za myślozbrodnię.

Nawet błędne myślenie stało się przestępstwem podlegającym karze. Adam Smith-Connor i Isabel Vaughan-Spruce zostali oskarżeni za cichą modlitwę w pobliżu kliniki aborcyjnej. Nie podeszli do nikogo, nie rozdawali ulotek i nie spowodowali żadnego zakłócenia porządku. Niezależnie od stanowiska w sprawie aborcji, pytanie pozostaje to samo: od kiedy spokojna myśl stała się sprawą dla policji i sądów?

Przedstawiony fragment nie opisuje historii z czasów drugiej wojny światowej – to się wydarzyło niedawno na Wyspach Brytyjskich – kolebce europejskiej demokracji. Cytat pochodzi z opublikowanego w czerwcu artykułu na benews.media: Cyfrowy Gułag. Źródło.

Winston Smith pokochał już Wielkiego Brata, jak przepowiedział George Orwell w swojej słynnej książce.

Już od dawna jesteśmy strażnikami naszego gułagu. Niepotrzebne koszty na drut kolczasty, wieże strażnicze ze strażnikami zostały wyeliminowane. Wystarczy telewizja, komórka i bardzo sztuczna inteligencja zastąpiona atrofią tej niegdyś wszechobecnej naturalnej inteligencji. Wydajemy nawet spore pieniądze na zakup jeszcze lepiej kontrolującej nas komórki oraz wielkiego płaskiego ekranu nieprawdy. Stalin i Hitler patrzyliby z zawiścią na taki rozwój wydarzeń.

Pomyśl, ile twoich myśli wcale nie jest twoich, tylko zostało ci po cichu wpojone na zasadzie kukułczego jaja. Ta metafora została dobrze wyjaśniona w artykule sprzed 7 laty, czyli tuż przed kowidowym gułagiem:

Kukułka to wyrodny rodzic [ależ nie!! sprytny, bo ma więcej sił na następne jaja... MD] , gdyż podrzuca jaja innym ptakom. W życiu ptaków decydujące znaczenie mają reakcje instynktowne. Jajo czy pisklątko w naszym gnieździe jest nasze, nawet jeśli inaczej wygląda. Wykluje się z niego potwór. Rośnie szybko, jest bardziej przebojowy i szerzej rozdziawia dziób przy karmieniu. Jeśli znajdzie obok siebie jajo czy przybranych braci, szybko wyrzuci ich na ziemię. A na koniec oszust i morderca w jednej osobie dorasta wieku dojrzałego. Źródło.

Nasze myśli nie są już nasze – to są te kukułcze jaja, które odebrały nam wolność.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Kiedy i dlaczego AI kłamie. O „rehabilitacji weteranów”.

Kiedy AI kłamie

20.09.2026 wolnemedia.net/kiedy-ai-klamie

Informacja, jaka dotarła drogą pantoflową, skłoniła mnie do konieczności weryfikacji. Chodziło o ustalenie obiektu szczególnego znaczenia, związanego z adresem warszawskim – według AI adres nie istnieje, albo budynek jest przeznaczony do rozbiórki. Jednak odmiennie sformułowanie pytanie, przyniosło potwierdzenie kojarzące się paskudnie.

Rzecz idzie o instalowanie na terenie Polski Ukraińców w ośrodkach deklarowanych jako ośrodki wypoczynkowe, które mają stać się miejscami „rehabilitacji weteranów”. Na zdrowy rozum – kraj wysyłający ludzi na wojnę powinien zapewnić im opiekę, skoro przeżyli, ale ponieśli uszczerbek na zdrowiu. Trudno akceptować, że znowu my mamy naprawiać to, co ktoś inny z premedytacją i z wyboru zmarnował.

Ogrom podłości w tej wojnie, jak i bliskowschodniej, podpowiada pytanie, gdzie jeszcze w Polsce są takie „ośrodki rehabilitacyjne” z przeznaczeniem dla weteranów batalionu posługującego się nieco zmodyfikowanymi symbolami podwójnego „S”.

Odpowiedź nadeszła w mig. Rząd, który odmawia, lub ogranicza polskim szpitalom wykonywania pełnego zakresu świadczeń, chwali się łaskawością dla żądań władz ukraińskich na stronie Gov.pl.

Kolejne źródła: DoRzeczy.pl i Kresy.pl, potwierdzają szczegóły roztaczanej szeroko opieki nad Ukraińcami, wymieniając fundację-patrona zwanego „Korpusem Weteranów”, działającego w Warszawie. Placówka powstająca w Warszawie (w rejonie Mokotowa) ma adres ul. Obrzeżnej 7 i „służy jako miejsce wsparcia dla byłych ukraińskich wojskowych oraz członków ich rodzin”. Zatem, adres istnieje i nie jest obiektem przeznaczonym do rozbiórki. „Korpus” w zestawieniu z weteranami, ma znaczenie kwatery głównej.

Źródła potwierdzają, że inicjatywa wiąże się ze środowiskami skupionymi wokół 3. Samodzielnej Brygady Szturmowej oraz dawnego pułku Azow, co w mediach i debacie publicznej wywołało zarówno dyskusje o zasadności pomocy dla weteranów, jak i kontrowersje związane z historią oraz symboliką tych formacji.

Informując o zakresie pomocy, ujawniają się podobne ośrodki, oferujące wsparcie psychologiczne, doradztwo zawodowe (?!) oraz pomoc socjalną dla osób powracających z frontu. Nie ma raczej mowy o inwalidach, operacjach, rekonwalescencji, skoro głównym zakresem działania jest psychologia. Całkowicie podważa deklarowany charakter pomocy fakt współpracy organizacji pozarządowych z tymi ośrodkami, o jakim mówi strona rządowa.

Organizacje pozarządowe przejęły od dawna stery rządzenia Polakami, wnosząc forsowane przez nie ideologiczne ustawy krępujące nowym ładem rządy i samorządy lokalne. Krzycząc o prawach człowieka, odbierają wolność w każdej dziedzinie życia. Rząd afirmując ich rolę skapitulował przed odpowiedzialnością za rozległe szkodnictwo.

Rehabilitacja i inne formy wsparcia?

Prowadzone w Polsce również mniejsze, wyselekcjonowane programy medyczne i rehabilitacyjne dla żołnierzy z Ukrainy, często organizowane są w mniejszych grupach we współpracy z organizacjami pozarządowymi, głosi oficjalna strona.

Kiedy powstawały na Ukrainie laboratoria medyczne, tylko wtajemniczeni wiedzieli, że są to zakłady produkujące broń biologiczną. Jedną z pierwszych istotnych nowin w tej wojnie było przejęcie 27 takich obiektów z dokumentacją. Odkryte w nich zapisy potwierdzały pełną świadomość Amerykanów o nastąpieniu zbrojnej reakcji Rosji, dlatego już od stycznia 2022 roku, likwidowano, bądź wywożono zasoby laboratoriów z Ukrainy.

Kwestią jest więc nie tylko zaistnienie „Korpusu Weteranów” w Warszawie, roztaczającego wyłącznie opiekę nad członkami batalionu Azow, ale kontrola polskich władz nad nimi. Chyba, że ma być odwrotnie.

Skoro o bieżącym stanie państwa posługującego się nazwą własną „Ukraina”, Scott Ritter, w najnowszej wypowiedzi diagnozuje jego kondycję jako „będącego na wymarciu”. Z najnowszych danych z frontu wynika, że straty w ludziach na linii walk, liczone są w kolosalnej dysproporcji 36:1. Po co Polsce pozostałości niechlubnego Azowa, wyglądające na adopcję OUN/UPA. Gorzka ocena Rittera wynika z drastycznie prowadzonej „mobilizacji do walki”, która dosłownie sprowadzona jest do łapanki mężczyzn, a kobiety usiłują bronić ich ( matki, żony, siostry) brutalnie traktowane przez werbowników. Wiedzą one, że wysłanie na front jest gwarantowaną śmiercią. Tym bardziej niejasne jest kim są weterani poddani psycho-zabiegom i dlaczego ośrodki Azowców, rozproszone po naszym kraju leczą ich ze skutków wojny, do kontynuacji której politycy Polaków przekonują. Jakie zawody będą wykonywać po kursie reorientacji ze strzelca wyborowego, czy werbunkowego na …nauczyciela języka ukraińskiego, czy szkoleniowca w klasach, lub szkołach o profilu wojskowym?

Strona sprawdzamto.pl/artykul/2026-09/azow-osrodek-warszawa-korpus-weteranow, opisuje efekty swojej weryfikacji: „Ośrodka nie otwiera ukraiński Azow, a organizacja pozarządowa powiązana z ruchem azowskim. Placówka ma, według zapowiedzi, prowadzić działalność społeczną, nie militarną. Nie znaleźliśmy podstaw do nazwania Korpusu Weteranów organizacją faszystowską”.

Inne miejsca przeznaczone na ten sam cel, to na ogół ośrodki wypoczynkowe, takie jak Mrzeżyno (ośrodek SUS Travel) które gościły w ramach projektów rehabilitacyjnych grupy weteranów, oraz rodzin (228 osób w turnusie). Fundacja „Uniters” z prezes Viktorią Batryn, wspiera ukraińskich weteranów i ich rodziny. Finansującym przedsięwzięcie jest korporacja Lockheed Martin.

„Pobyt w Mrzeżynie nie ogranicza się jednak wyłącznie do rehabilitacji. Uczestnicy aktywnie włączają się także w życie lokalnej społeczności i wydarzenia patriotyczne organizowane w regionie. Już jutro polscy i ukraińscy weterani wspólnie wezmą udział w obchodach 82. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego w Trzebiatowie. Później staną również na starcie III Trzebiatowskiego Biegu Pamięci Powstania Warszawskiego” – chwalą się organizatorzy. Czyli z wojny wyszli, by przypominać im inną wojnę; perwersja w rodzaju leczenia alkoholizmu klinem.

Zapomniana prewencja

Od początku trwania wojny, mądrzy wiedzą czym ona skutkuje. Kto na nią godzi się jako brutalną bijatykę międzynarodową, powinien zdawać sobie sprawę, jak uniknięcie wojny na drodze dyplomacji jest racjonalne i nie pochłania ofiar w ludziach, ani ich nie okalecza. Wojna jest wyborem polityków, ale dlaczego pokojowe społeczeństwo państwa sąsiadującego ma ponosić niekończące się koszty bijatyki idiotów?

„Defence 24” informuje w swoich analizach o skali strat zwycięskiej Ukrainy przyznając, jak ogromna jest skala zjawiska. Na Ukrainie liczba żołnierzy z doświadczeniem frontowym szacowana jest na 1,5 do 2 milionów osób, a systemowe wsparcie (w tym leczenie i protezowanie) zmaga się z ogromnym obciążeniem i brakiem wystarczających mocy medycznych.

Eksperci „Defence 24” wskazują na konieczność budowy głębokiego systemu opieki psychologicznej nad żołnierzami cierpiącymi na stres bojowy i traumę wojenną. 
Wokół środowisk weteranów pojawiają się projekty zagraniczne i lokalne (np. zapowiedzi tworzenia placówek wsparcia, lub ośrodków reintegracji), które w przestrzeni publicznej bywają również przedmiotem kontrowersji i debat geopolitycznych.

Tak dzielnie i programowo zagrzewać do atakowania potrafili wcześniej eksperci artykułami, by uzasadniać maczanie palców w skutkach wojennego bagna. Zgodnie z nazwą własną portalu, przydałoby się wydobyć z zapomnienia, że prewencja przynosi dużo lepszy skutek, a jest efektywniejszym mechanizmem obrony.

Po wojennych dokonaniach Azowców, aktualnej polityce polskich speców i ukraińskich, zamiast fałszywego miłosierdzia wobec skutków, do jakich doprowadzili, najwyższa pora na rozmowy o pokoju, by Ukraińcy wrócili do własnych rodzin i domów, by tam doznać błogości życia i odbudowy.

Wydaje się rozbieżny z intencją rehabilitacji, proces integracji weteranów z lokalną społecznością i współobecność polskich weteranów wojskowych misji zagranicznych na tychże turnusach. Wolałabym się mylić, ale suma zjawisk wokół inicjatywy bardziej przypomina szkolenia i wymianę doświadczeń pod chytrym zabiegiem rehabilitacji. Jeśli ktoś działa fałszywie jak zdrajca, kłamie jak zdrajca i wygląda jak zdrajca, to zdrajcą być musi. Wisienką na torcie jest w całym przedsięwzięciu Lockheed Martin, który „przejął” PZL Mielec włączając go w strukturę Sikorsky Aircraft Corporation w 2007 roku. Jego kwaterą główną jest siedziba w Stratford, stanie Connecticut USA. Jaką korzyść miałby plutokrata z rehabilitacji ludzi niezdolnych do zadań?

Przypadkowa zbieżność

Korpus Weteranów jest kolejną wrzutką migracyjną mającą oswoić Polaków z drwiną ekipy rządzącej i upokorzeniem, zarzucając ludowi rzekomy brak poczucia miłosierdzia. Napływ niedawnej fali migrantów w Ceucie zdestabilizował nie tylko lokalną ludność, ale odmienił hiszpańską politykę. Bazy amerykańskie, które nie dały gwarancji bezpieczeństwa krajom arabskim, nie dają także Hiszpanom, dlatego kontyngent w Hiszpanii został zakwalifikowany do redukcji i wyjazdu; podobnie zdecydowano o tym we Włoszech. Tym bardziej, że Izrael rozbrajająco szczerze przyznał, że stał za procederem chaosu w Ceucie.

Osadnicy w Palestynie pojawili się tylko po to, by z gwarancją posiadania broni przejmować pustostany i gospodarstwa po wypędzonych siłą palestyńskich właścicielach, dając tymczasową możność pobytu w obozach dla uchodźców. Uciekający przed wojną obywatele Izraela, starają się głównie zajmować atrakcyjne obiekty wypoczynkowe na Cyprze.

Kto jeszcze nie odkrył, że organizacja pozarządowa działa w sposób niezgodny z wolą społeczeństwa, co więcej – kodeksem karnym przewidującym karę za popieranie, propagowanie symboliki totalitarnej, nadal wierzy w charyzmat postaci filantropa z kręgów producentów broni. Należy tylko współczuć. [ Ale i przeciwdziałać ! md]

Opracowanie: Jola
Na podstawie: Gov.pl, YouTube.com
Źródło: WolneMedia.net

Azow w Warszawie

Azow w Warszawie

Wczoraj, 19 września, rozpoczął działalność ukraiński Korpus Weteranów. Wcześniej mogliśmy przeczytać na portalu kresy24.pl oraz https://dorzeczy.pl/ zapowiedź o rozpoczęciu działalności w Warszawie przy ul. Obrzeżnej 7 na Mokotowie. Organizacja ta została utworzona przez część wojska ukraińskiego wywodzącego się z batalionu ‚Azow’. Informacja na razie nie pojawiła się szerzej w mediach.

Jak pisze portal Kresy24 – Korpus Weteranów  to organizacja skupiającą wojskowych, weteranów, członków rodzin poległych oraz osoby związane ze środowiskiem sił zbrojnych Ukrainy. Jej deklarowanym zadaniem ma być pomoc prawna, psychologiczna, a także zawodowa oraz wspieranie rodzin i reintegracja byłych żołnierzy.

Według oficjalnego komunikatu Lwowskiej Obwodowej Administracji Wojskowej organizacja została utworzona przez 3. Korpus Armii Sił Zbrojnych Ukrainy. Na czele Korpusu Weteranów  stoi Jan Kliszajew. Na oficjalnej stronie organizacji możemy przeczytać, że, jednym z jej celów jest przygotowywanie weteranów do działalności gospodarczej, społecznej i publicznej.

Problem w tym, że 3. Korpus Armii powstał na bazie 3. Samodzielnej Brygady Szturmowej i jest dowodzony przez Andrija Biłeckiego, powołującego się w swych działaniach na Banderę, Konowalca i UPA. Ośrodek Studiów Wschodnich wskazał, że zarówno 3. Korpus Armii, jak i 1. Korpus Azow  wywodzą się z ruchu neobanderowskiego, którego początki sięgają utworzonego w 2014 roku batalionu Azow. Członkowie Korpusu Weteranów  nie kryją zresztą genezy ugrupowania. W materiałach organizacji pojawiało się zestawienie kolejnych etapów działalności środowiska Biłeckiego.

Drohobycz czci Banderę. Co na to Bytom?

Mer Drohobycza Taras Kuczma przemawia pod pomnikiem Stiepana Bandery

Pisze o tym wydarzeniu żyjąca na uchodźstwie ukraińska historyk Marta Hawryszko:

„Tak więc Azow  otwiera dziś swój własny przyczółek w Warszawie. Osoby związane ze środowiskiem oskarżonym o gloryfikację OUN i UPA, odpowiedzialnym za mordowanie polskich kobiet i dzieci; produkującym naszywkę ‚Wołyńska Duma’  w środku już i tak toksycznego polsko-ukraińskiego sporu historycznego; rozpowszechniającym naszywki i mapy ‚Wielkiej Ukrainy’, które sięgają obecnego terytorium Polski; oraz wychwalającym Dywizję Waffen-SS Galizien — związaną z pacyfikacją Huty Pieniackiej i innych polskich wsi — będą teraz miały kolejne miejsce, by zbierać pieniądze od Polaków”.

„Trzeba się zastanowić: kto to zatwierdził? Kto za tym lobbował? I być może najciekawsze: jak długo dokładnie to świadectwo historycznego masochizmu będzie działało w sercu Polski?” – zapytała Marta Hawryszko.

Na platformie strajk.eu mówi Bojan Stanisławski o banderowskiej ekspozyturze: „Jest to przykrywka do czegoś bardzo niebezpiecznego: mieliby zastraszać niepokornych Polaków? – To są psychopatyczni naziolscy mordercy. Zaczyna się robić niebezpiecznie na kryminalnym poziomie. To może być siłowy element dyscyplinujący polską opinię społeczną”. 

Zygmunt Białas

Romantyzowanie ludobójstwa, czyli po co Netflix wyprodukował serial „Fauda”

Romantyzowanie ludobójstwa, czyli po co Netflix wyprodukował serial „Fauda”

Przez Agnieszka Piwar 2026-09-19 piwar/romantyzowanie-ludobojstwa-czyli-po-co-netflix-wyprodukowal-serial-fauda

Tym wyznaniem zapewne zaskoczę Czytelników śledzących moje publikacje, w których stanowczo i bezkompromisowo krytykuję Izrael. Otóż zanim zabrałam się za zbieranie materiału do książki „Holokaust Palestyńczyków”, zawierającej wstrząsające relacje ofiar Izraela, oglądałam – z wypiekami na twarzy – izraelską propagandę. Co więcej, robię to nadal.

Wychodzę z założenia, że trzeba poznać metody wroga. Syjoniści – zakała ludzkości – to nie tylko wrogowie Palestyńczyków, ale całego cywilizowanego świata. Wejdan Abu Shammala, dziennikarka z Gazy, powiedziała mi, że „milczenie świata to współudział w zbrodni”. Dlatego uważam, że demaskowanie kłamstw Izraela to obowiązek każdego, kto jest świadomy popełnianych przez nich okrucieństw.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że jestem na beznadziejnej pozycji, bo w przeciwieństwie do syjonistów nie dysponuję środkami finansowymi, nie mam dostępu do mediów głównego nurtu oraz platform streamingowych, nie steruję algorytmami, ani nie trzymam na smyczy polityków i dziennikarzy większości krajów świata.

Mimo to, robię swoje na miarę skromnych możliwości. Kiedy żydowscy zbrodniarze kłamią, że walczą z terrorystami, ja odpowiadam spisanymi relacjami naocznych świadków, którzy przedstawiają dowody, że Izrael morduje przede wszystkim bezbronnych cywilów, w tym kobiety i dzieci.

Kiedy zbrodniarze – oraz ich słudzy pokroju prezydenta Karola Nawrockiego – twierdzą, że „Izrael ma prawo do samoobrony”, ja wykazuję, że Izrael jest okupantem Palestyny i bezwzględnym agresorem. Kiedy ignorant premier Donald Tusk publicznie oświadcza, że „Polska była, jest i będzie po stronie Izraela w jego konfrontacji z islamskim terroryzmem”, ja mu odpowiadam listem otwartym, w którym łopatologicznie tłumaczę, że nie byłoby Hamasu, gdyby nie Izrael.

MANIPULACJA WIDZAMI

To właśnie wspomniany Hamas jest głównym antagonistą izraelskich żołnierzy jednostki specjalnej – bohaterów propagandowego serialu „Fauda” (z arabskiego „chaos”). Głośna produkcja platformy Netflix koncentruje się na konflikcie izraelsko-palestyńskim, pomijając jednak kluczowe fakty dotyczące jego źródła.

W realnym życiu zaczęło się od tego, że żydowscy najeźdźcy ukradli ziemię Palestyńczykom i jako pierwsi odpalili szereg brutalnych działań. Serial „Fauda” oczywiście to przemilczał.

Przypominam więc o Nakbie w 1948 roku, kiedy żydowscy przybysze z innych krajów zmusili do ucieczki od 700 tysięcy do miliona Palestyńczyków. Generalnie powstanie państwa Izrael wiąże się z konfiskatą palestyńskiej ziemi, niszczeniem palestyńskich wiosek, wyburzaniem palestyńskich domów, przymusowymi przesiedleniami czy ograniczaniem swobody przemieszczania się Palestyńczyków.

Do tego dochodzi fizyczna przemoc żydowskich osadników wobec Palestyńczyków, w tym brutalne porwania i aresztowania, bezpodstawne przetrzymanie w więzieniach cywilów, z kobietami i dziećmi włącznie, poniżanie, torturowanie i zabijanie.

Jest więc naturalne, że po takim traktowaniu – trwającym od dekad – Palestyńczycy zaczęli się buntować. Z definicji taki bunt nazywa się ruchem oporu, czyli tajną i zorganizowaną działalnością ludzi, którzy walczą z okupantem lub z niesprawiedliwą władzą. Tym więc właśnie jest Hamas, który zresztą powstał nie bez inspiracji Izraela, chcącego mieć pod kontrolą także buntowników.

Tego całego kontekstu brakuje w produkcji Netflixa, która opowiada o konflikcie, pomijając jego faktyczne przyczyny. Ktoś powie, że to przecież tylko fabuła, a nie dokument, więc autorzy mają prawo tworzyć scenariusz według własnego widzimisię.

Problem w tym, że Lior Raz i Avi Issacharoff – pomysłodawcy i twórcy serialu „Fauda” – twierdzą, iż scenariusz został zainspirowany ich własnymi doświadczeniami wojskowymi i dziennikarskimi oraz prawdziwymi wydarzeniami. Nie wątpię, że po części tak było. Jednak bez kluczowego kontekstu dotyczącego faktycznych źródeł konfliktu zbyt wielu widzów uwierzyło w kłamstwo, że Izraelczycy są ofiarą, a Palestyńczycy agresorem zasługującym na śmierć.

MORDERCY Z LUDZKĄ TWARZĄ

Perfidia twórców serialu ma wiele wymiarów. Całkowicie pominięto chociażby obrzydliwy rasizm syjonistów, na którym oparto państwo Izrael. Tymczasem główna postać „Faudy” – Doron Kabilio (w tej roli współtwórca Lior Raz) – choć zabija Palestyńczyków na potęgę, to bywa przy tym wrażliwy i uczuciowy wobec okupowanego narodu.

Dla przykładu, w 1., 2. i 4. sezonie Doron szczerze zakochał się w palestyńskich kobietach, które wykorzystywał w ramach operacji specjalnych, by dorwać ich krewnych powiązanych kolejno z Hamasem i Hezbollahem. Następnie dzielnie próbował je ochronić. W 3. sezonie miał romans z żydowską koleżanką z pracy, ale ani wobec niej – ani wobec żydowskiej żony, którą zdradzał – nie był już taki sentymentalny jak do Palestynek.

Innym razem dręczyły go wyrzuty sumienia, gdy cynicznie oszukiwał młodego niewinnego Palestyńczyka, żeby w ramach tajnej misji rozpracować członków jego rodziny powiązanych z Hamasem. Doron jest Izraelczykiem pochodzenia irackiego, więc świetnie mówi po arabsku, dzięki czemu łatwo przenika na stronę przeciwnika, udając jednego z nich.

Tamta akcja skończyła się katastrofą. Gdy palestyński chłopak poznał prawdę, poczuł się zdradzony. Dodatkowo dotknęła go hańba, że dał się podejść izraelskiemu agentowi. Palestyńczyk musiał więc się „oczyścić” i zemścić. Zradykalizował się, co w konsekwencji doprowadziło do krwawej jatki. „Fauda” pokazuje więc czasem, że Izraelczycy również popełniają błędy, co ma uwiarygodnić propagandową serię.

Dzięki tym sprytnym zabiegom nawet i ja mam swój ulubiony wątek w serialu. Dzieje się to w 4. sezonie, kiedy Gabi Ayub (w tej roli Itzik Cohen), dowódca izraelskiej jednostki do zadań specjalnych, zostaje porwany przez Hezbollah.

We wcześniejszych sezonach bezwzględnie przesłuchiwał palestyńskich więźniów, w tym kobiety, by ich złamać, wydobyć informacje i zmusić do zdrady swoich. Kiedy sam trafił w niewolę bojowników Hezbollahu, kapitan Ayub pod wpływem tortur „wyśpiewał” dosłownie wszystko, łącznie z nazwiskami i adresami zamieszkania izraelskich agentów, którymi dowodził. Ta „słabość” kosztowała życie części z nich.

„Ludzkie oblicze” izraelskich bohaterów „Faudy” – którzy na co dzień zajmują się bezwzględnym zabijaniem – przewija się przez całą serię. Pokazywane są ich słabości, walka w wewnętrznymi demonami, trudności z normalnym funkcjonowaniem, rodzinne dramaty, cierpienie po stracie przyjaciół z jednostki, którzy zginęli podczas akcji.

Widząc to wszystko, nawet zatwardziały przeciwnik Izraela – a za takiego się uważam – może poczuć jakieś współczucie wobec głównych postaci „Faudy”. Dlatego uważam, że jest to świetnie zrealizowany serial propagandowy. Oczywiście piszę to nie bez żalu i obrzydzenia wobec twórców, którzy najmocniej przegięli w najnowszym 5. sezonie.

KŁAMSTWO DLA ŚWIATA

Nie byłam zaskoczona, że ostatni sezon „Faudy” – który miał premierę we wrześniu 2026 roku i był zrealizowany po dłuższej przerwie – koncentruje się wokół wydarzeń 7 października 2023 roku, kiedy Hamas zaatakował Izrael. To przełomowy moment w historii konfliktu izraelsko-palestyńskiego, który i mnie „pchnął” do wzmożonej aktywności dziennikarskiej w tym temacie, w wyniku czego powstała książka „Holokaust Palestyńczyków”.

5. sezon obejrzałam z największymi emocjami, bo w pamięci miałam rozmowy z Palestyńczykami – świadkami trwającego w Strefie Gazy ludobójstwa – którzy opowiadali o izraelskich bombardowaniach zrównujących z ziemią szpitale, szkoły, całe osiedla. Wiem też o celowym ostrzeliwaniu przez Izrael karetek pogotowia czy atakowaniu zagranicznych wolontariuszy próbujących dostarczyć leki i żywność dla konających cywilów. To wszystko pomija produkcja Netflixa.

Jest za to Eli, który powołuje się na „Boga zemsty”, bo Hamasowcy zabili w kibucu żonę i dzieci. Nie zdążył ich ocalić, bo zatrzymały go akcje zbrojne Hamasu wzdłuż granicy z Gazą. Nie zdążył też Doron, bo w międzyczasie ruszył z pomocą izraelskiej młodzieży, zaatakowanej przez Palestyńczyków podczas festiwalu.

Najbliżsi Eliego zginęli tragicznie, a ich ostatnie chwile, kiedy próbowali przetrwać w obliczu brutalnego zagrożenia, budzą u widza współczucie. Znaczna część fabuły skupia się na ogromnym uczuciu łączącym tę żydowską rodzinę. Chodzi o to, aby odbiorca – wzruszony cierpieniem romantycznego żołnierza – dał mu niejako prawo do krwawej zemsty.

Dwa lata później, kiedy Eli poznaje nazwisko i adres zabójcy, wyrusza do Marsylii we Francji, by pomścić rodzinę. Dołącza do niego Doron, zmagający się zespołem stresu pourazowego. Oprócz prywatnej zemsty, mają za zadanie udaremnić kolejny atak na Izrael, tym razem z udziałem pro-palstyńskich działaczy z Europy.

Ale jak to? Ktoś z oświeconej Europy popiera tych złych Palestyńczyków? Spokojnie, na to syjoniści mają „argument”. Do obsady „Faudy” dołącza blondwłosa Francuska (Mélanie Laurent), której serce zdobył bojownik Hamasu. Izrael znalazł więc sobie „wytłumaczenie”: jeśli ktoś opowiada się po stronie Palestyńczyków, to znaczy, że ślepe zakochanie odebrało temu komuś rozum i rozeznanie.

Tak mniej więcej poprowadzono ten wątek w „Faudzie”, ale nie tylko. Sama wielokrotnie czytałam o sobie komentarze w Internecie – prawdopodobnie produkowane przez izraelskie boty – sugerujące, że w życiu prywatnym musiałam być uwiedziona przez jakiegoś muslima, skoro opisuję Palestyńczyków jako ofiary.

I wreszcie, zmagający się z traumami po 7 października bohaterowie „Faudy” wciskają widzom Netflixa ściemę, że Izrael dał się zaskoczyć. Nic bardziej mylnego. Przed szykowanym przez Hamas zamachu ostrzegała chociażby egipska bezpieka. Poza tym Izrael ma doskonały wywiad, śmiem przypuszczać, że najlepszy na świecie. Moim zdaniem atak był wręcz Izraelowi na rękę.

Według oficjalnych danych (strach pomyśleć, co kryje się za nieoficjalnymi) wydarzenia zapoczątkowane 7 października 2023 roku przyniosły 61,5 razy więcej ofiar śmiertelnych po stronie palestyńskiej niż po stronie izraelskiej. Od trzech lat trwa metodyczne ludobójstwo na narodzie palestyńskim w Gazie.

Zbrodni Izraela nie da się już ukryć, bo Palestyńczycy mają telefony z kamerami. Skoro więc nie da się ukryć niewygodnych faktów, można próbować zagłuszyć je innym przekazem. Uważam, że właśnie taką funkcję pełni serial „Fauda” – ma odwracać uwagę od okrucieństw Izraela i faktycznych powodów konfliktu. A żeby lepiej się to sprzedało, fabułę podlano sosem romantycznych uniesień.

Agnieszka Piwar

PS Dwa dni po premierze „Faudy”, podczas 83. Festiwalu Filmowego w Wenecji, miał światową premierę w konkursie głównym dokument „NAZA” Yuvala Abrahama i Rachel Szor, poświęcony systemowi izraelskich ataków w Gazie i ich skutkom dla ludności cywilnej. Projekcję zakończyła ponad 24-minutowa owacja na stojąco, co stanowi rekord w historii festiwalu. Film otrzymał następnie Nagrodę Specjalną Jury.

Od tamtej pory algorytmy w mediach społecznościowych pokazują mi niezliczoną ilość postów i przerobionych przez AI filmów oczerniających twórców nagrodzonego dokumentu. Jak długo żyję, nie widziałam tak potężnej nagonki jak ta wobec tych odważnych izraelskich filmowców, którzy zdemaskowali zbrodnie dokonywane przez ich państwo.

Fot. Netflix

tutaj można postawić mi kawę

Mania wojenna: „Kryzys bezpieczeństwa” zapowiadany przez podsycające panikę elity europejskie

https://substack.com/session-attribution-frame

simplicius/war-mania-security-crisis-announced

Ogród Wiedzy Simplicjusza

Mania wojenna: „Kryzys bezpieczeństwa” zapowiadany przez podsycające panikę elity europejskie

Symplicjusz 19 września 2026 r.

Rozpoczął się kolejny cykl straszenia wojną światową, a Europa pogrąża się w panice. Przyczyny są wielorakie.

Po pierwsze, Europa pogrążyła się w kryzysie politycznym i gospodarczym, dlatego odwracanie uwagi jest teraz bardziej potrzebne niż kiedykolwiek wcześniej. Aby obywatele mogli przetrwać nadchodzące trudności, należy im wmówić, że te trudności są absolutnie niezbędne do przetrwania. Nie ma lepszego medium propagandowego do tego celu niż orwellowskie BBC:

https://www.bbc.com/news/articles/cmn0jke547r5o

Zaczyna się:

Rząd chce, abyśmy wszyscy zaczęli przygotowywać się na poważne zakłócenia w naszym życiu. Chce, abyśmy gromadzili zapasy żywności w puszkach i wody pitnej, wzmacniali naszą odporność obywatelską i przygotowywali się na ewentualność wojny.

Rozpoczęły się prace nad rządową „książką wojenną”, która nie była aktualizowana od dziesięcioleci.

Najwyższy rangą żołnierz Wielkiej Brytanii bił na alarm. Szef Sztabu Obrony, sir Richard Knighton, powiedział w tym tygodniu, że zagrożenie ze strony Rosji oznacza, że ​​Wielka Brytania przeżywa „najbardziej niebezpieczny” okres w jego 35-letniej karierze w siłach zbrojnych.

Zadano to kontrowersyjne pytanie w ramach przygotowań do równie kontrowersyjnej odpowiedzi, mającej na celu przygotowanie podatnych na wpływy umysłów brytyjskiego społeczeństwa:

W niewiarygodnie przejrzystym akcie mendo-bójstwa BBC zatrudnia psychologa, aby stworzył idealną narrację programową dla świadomości publicznej:

Kluczowe jest przekonanie, że jesteśmy zagrożeni – mówi psycholog Jim Orford, emerytowany profesor psychologii klinicznej i społecznej na Uniwersytecie w Birmingham. „To jest to, co nazywam myśleniem uproszczonym.Aby rozważyć możliwość wojny, musimy myśleć w kategoriach uproszczonych. W kategoriach wrogów i bohaterów. Musimy postrzegać Rosję jako wroga. Wszystkie narracje są uproszczone.

Oświadcza otwarcie, że przedstawia swój plan jako szczerą sesję hipnozy dla podatnych na pranie mózgu; bez wątpienia jest to mistrzowska lekcja manipulacji.

W skoordynowanej serii komunikatów europejscy przywódcy i instytucje zaczęli ostrzegać przed zbliżającym się poważnym „kryzysem”:

Sytuację bezpieczeństwa w Europie określa się obecnie jako „pogarszającą się”, a syreny wojenne są coraz głośniejsze.

Francuskie stacje radiowe zgodnie rozpoczynają dyskusję na temat przygotowań do wojny światowej :

Could not load video.

Większość zamieszania była konsekwencją dwóch szczytów europejskich, które odbyły się w ubiegłym tygodniu: Konferencji Komitetu Wojskowego NATO i nowego szczytu „Karpackiej Ósemki” Zełenskiego, w którym uczestniczyli m.in. polski premier Tusk.

Premier Polski twierdzi, że Rosja przygotowuje przypadkowe ataki dronów i rakiet na kraje NATO wspierające Ukrainę

Nowo skoordynowana kampania operacji psychologicznych (psychop) jest planowana wokół fałszywej flagi, która miałaby obejmować rosyjskie „hybrydowe ataki” na tzw. „wschodnią flankę” NATO. Z powyższego artykułu Meduzy:

Polski premier Donald Tusk powiedział parlamentowi, że Rosja planuje „hybrydowe” ataki z użyciem rakiet i dronów na kraje, które wspierają Ukrainę.

Tusk powołał się na oceny wywiadowcze, donosi agencja Reuters. „Istnieje realne ryzyko, że drony lub inne rodzaje pocisków mogą wlecieć na terytorium jednego lub kilku państw NATO na wschodniej flance, a nawet spowodować zniszczenia” – powiedział.

„Te potencjalne ataki miałyby, jak to się mówi, «przypadkowy» charakter i miałyby na celu sparaliżowanie lub co najmniej osłabienie determinacji państw NATO do powołania się na odpowiednie postanowienia Sojuszu w przypadku agresji na państwo członkowskie” – powiedział Tusk.

To jest obecnie największy strach chwili, ponieważ europejscy przywódcy desperacko walczą o wyciągnięcie Ukrainy z opresji:

https://www.politico.eu/article/rosja-władimir-putin-nato-ataki-dronów-europe-przywódcy-ostrzeżenie/

Tymczasem to samo NATO z dnia na dzień nasila prowokacje, wskazując jednocześnie palcem na Rosję:

Monitor Wojny🇺🇦🇬🇧@ WarMonitor3WarMonitor3

W ciągu ostatnich 4 dni loty rozpoznawcze NATO na wschodniej granicy z Rosją i Kaliningradem znacznie się nasiliły, a szczególny nacisk kładziony jest na obszar Polski i Litwy, gdzie F24: – Wydaje się, że obecnie rutynowe loty samolotów NATO i niemieckich AWACS E-3A Century…

14:30 · 19 września 2026 · 169 tys. wyświetleń Views


40 odpowiedzi Replies· 406 repostów Reposts· 2,48 tys. polubień Likes

Według doniesień Francja już teraz podejmuje tajne działania militarne w odpowiedzi na działania Rosji:

Sieć Faytuks@ FaytuksNetworkFaytuksNetwork

Francuskie źródło wojskowe poinformowało dziennik „Le Monde”, że Francja już prowadzi nieujawnione, konwencjonalne działania militarne w odpowiedzi na rosyjskie ataki hybrydowe. Zapytane, czy Paryż mógłby odpowiedzieć militarnie, nie ujawniając tego publicznie, źródło odpowiedziało: „To już się dzieje”.

19:09 · 19 września 2026 · 47,8 tys. wyświetleń

==========================

Praktycznie każda zachodnia publikacja głównego nurtu mediów przyłączyła się do piekielnego chóru sensacyjnych podżegaczy wojennych, pomimo że większość takich „ataków” fałszywie przypisywano Rosji, a za każdym razem stali ukraińscy drony lub sabotażyści – fakt ten naturalnie zamiatano pod dywan:

https://www.bloomberg.com/news/articles/2026-09-17/rosyjskie-ataki-na-europę-są-coraz-bezczelniejsze-i-bardziej-niebezpieczne

To klasyczna oznaka geniuszu wojskowego: gdy kraj się chyli ku upadkowi i przegrywa poważny konflikt, jak to podobno robi Rosja z Ukrainą, najlepszym rozwiązaniem jest natychmiastowa inwazja na największy sojusz wojskowy świata, by wyrwać zwycięstwo z paszczy porażki. To właśnie sprzedają swoim łatwowiernym pospólstwu europejscy marionetkowi przywódcy; ale czy oni to kupują?

Putin twierdzi, że Europa nieustannie przygotowuje się do wojny z Rosją i słusznie podaje powody, dla których tak się dzieje – aby odwrócić uwagę od własnych kryzysów, jak już wcześniej stwierdziliśmy:

Could not load video.

W zabawnym zwrocie ironii Europa twierdzi, że to Rosja planuje „fałszywe flagi”:

POLITICOEurope@ POLITICOEuropePOLITICOEurope

NATO jest gotowe odpowiedzieć na potencjalną eskalację działań Rosji na wschodniej flance Europy, powiedział dziś najwyższy rangą generał Sojuszu, admirał Giuseppe Cavo Dragone, pośród narastających ostrzeżeń o możliwym zainscenizowanym ataku ze strony Moskwy.politico.eu

NATO „gotowe” na potencjalny atak pod fałszywą flagą Rosji, mówi najwyższy rangą generał sojuszu

16:29 · 19 września 2026 · 22,1 tys. wyświetleń

================================================

Kilka dni temu polski błazen, minister spraw zagranicznych Sikorski, stwierdził, że Europa pokonałaby Rosję „dość szybko” i łatwo, gdyby Rosja spróbowała. Skoro tak, to dziwne, dlaczego Europejczycy byliby tak zaniepokojeni.

W rzeczywistości Europa pogrążona jest w narastającym kryzysie i potrzebuje poważnego sposobu na wyrażenie frustracji i niezadowolenia społeczeństwa.

Istnieje również wątek, zgodnie z którym Trump planuje teraz potencjalnie wycofać znaczną liczbę amerykańskich wojsk z ogarniętego wojną i napiętą sytuacją kontynentu, co ośmieliło teorie, że USA, jak zawsze, podstępnie nastawiają Rosję przeciwko Europie, aby czerpać zyski z wynikającego z tego zniszczenia swoich rywali gospodarczych i geopolitycznych:

https://www.nbcnews.com/politics/national-security/pentagon-weighs-pulling-nearly-third-us-forces-europe-rcna597722

Tymczasem Ukraina pozostaje w opłakanym stanie. Zapowiedziana wcześniej kampania Zełenskiego przeciwko rosyjskim lotniskom i „niebu” nie przyniosła rezultatu. Nie wiadomo, czy stało się to za sprawą USA, które sprowadziły go na ziemię nieoficjalnymi kanałami, czy też blefował od samego początku i nigdy nie miał możliwości, by zrealizować te zbyt ambitne plany.

Jeden z rosyjskich kanałów telewizyjnych podaje przyczynę takiego stanu rzeczy, argumentując, że wysyłanie do Rosji rojów 900 dronów dziennie mogłoby kosztować Ukrainę aż 50 mln dolarów dziennie:

Fascynująca ekonomia wojny: dlaczego masowe ataki dronów na Rosję stanowią poważne wyzwanie dla budżetu Ukrainy

W nocy 18 września, w przededniu wyborów parlamentarnych, ukraińskie siły zbrojne rozpoczęły masowy atak dronów na Moskwę i okolice.

Plan wroga się jednak nie powiódł – rosyjskie siły obrony powietrznej zestrzeliły ponad 900 dronów. Wcześniej codziennie podawano, że przechwycono 200–400 ukraińskich dronów.

Jakie znaczenie mają te wszystkie dane? Chodzi o pieniądze. Drony są niewątpliwie tańsze niż zaawansowane pociski rakietowe kosztujące miliony dolarów, ale nadal kosztują dziesiątki, a czasem setki tysięcy dolarów.

Kijów wystrzeliwuje więc prawie tysiąc dronów, z których około 95–99% zostaje zestrzelonych. Ile to kosztuje? Zakładając, że jeden dron kosztuje 50 000 dolarów (co stanowi około 5 milionów rubli, a cena jest prawdopodobnie znacznie wyższa), koszt pojedynczego ostrzału wynosi około 50 milionów dolarów. Oczywiście, wiąże się to z kosztami finansowymi, większymi niż zero, ale wciąż znacznie niższymi niż koszt wystrzelenia dronów.

Okazuje się zatem, że wystrzelenie ukraińskich dronów od dawna jest kosztownym przedsięwzięciem dla ukraińskiego budżetu, podczas gdy szkody dla Rosji są stosunkowo znacznie mniejsze.

Źródło

Wczoraj agencja Reuters zacytowała szefa ukraińskiej parlamentarnej komisji budżetowej, który przyznał, że dzienne koszty wojny na Ukrainie wynoszą 190 milionów dolarów. Oznaczałoby to, że taki ostrzał dronów mógłby stanowić znaczną część całego budżetu wojskowego przeznaczonego na dany okres. Powinno to szybko wykazać, dlaczego tak masowe, ciągłe kampanie dronów są w rzeczywistości nieopłacalne dla Ukrainy, a wszelkie twierdzenia Zełenskiego, że jest inaczej, to kłamstwa, mające na celu stworzenie wrażenia, że ​​Ukraina wciąż ma szansę na jakiekolwiek znaczące działania przeciwko Rosji.

Przypomnijmy sobie, jak przebiegała ukraińska nowa „40-dniowa kampania” „sankcji powietrznych” przeciwko Rosji. Od gróźb po błagania o zawieszenie broni:

Co ciekawe, dwa dni temu polski premier Donald Tusk wywołał poruszenie, jako pierwszy europejski przywódca, który otwarcie ujawnił prawdziwą liczbę miesięcznych ofiar na Ukrainie. Twierdzi, że to sami Ukraińcy poinformowali go, że liczba ta wynosi obecnie 27 000, zarówno zabitych, jak i rannych:

Could not load video.

Przypomnijmy, że zaledwie w zeszłym miesiącu sam ukraiński przywódca Budanow przyznał, że Ukraina potrzebuje 30 000 nowych „rekrutów” miesięcznie, aby utrzymać to, co już istnieje:

https://www.pravda.com.ua/eng/news/2026/08/28/8050796/

W związku z tym możemy śmiało założyć, że liczba ofiar na Ukrainie jest mniej więcej taka, jaką znaliśmy od początku, czyli wynosi 30 000 miesięcznie. Teoretycznie powinno to oznaczać, że około 1/4 do 1/3 poległo, a około 1/4 została ciężko ranna i trwale wyłączona z walki, a reszta została lekko ranna. Z 27 000–30 000 ogółem, może to oznaczać około 7500 poległych miesięcznie, około 7500 rannych trwale i 15 000 lekko rannych.

Przypomnijmy, że na razie Ukraina ma stosunkowo łatwe do zastąpienia. Ukraina ma około 25 obwodów administracyjnych, z których każdy obejmuje około 1000+ osiedli, miast i miasteczek. Daje to około 25 000 osiedli. Na 30 000 ludzi miesięcznie Ukraina musi rekrutować 1000 mężczyzn dziennie, czyli jednego „mężczyznę w wieku bojowym” z każdej osady lub 40 z każdego z 25 głównych obwodów, co nie jest zadaniem niemożliwym do wykonania dla dziesiątek tysięcy „oficerów rekrutacyjnych” TCK. Niemniej jednak, pula ta stale się kurczy z dnia na dzień, co dodatkowo zmniejsza liczbę pracowników dla ukraińskiego przemysłu, w tym dla przemysłu obronnego.

Jak zawsze, narastająca fala europejskich kryzysów to nic innego jak reakcja na malejące poparcie dla Ukrainy i rosnący deficyt budżetowy. Różne plany awaryjne zawiodły, a Ukrainie znów brakuje sposobów na sfinansowanie rosnących wydatków wojskowych.

Podczas swojego inauguracyjnego szczytu C8 Zełenski określił deficyt jako „astronomiczny” i wymagający pilnych działań:

Could not load video.

Tej zimy będziemy potrzebować nadzwyczajnych wysiłków i pieniędzy, aby utrzymać Ukrainę, która poniesie ogromne straty z powodu rosnącej dysproporcji między rosyjską siłą ognia a słabnącymi możliwościami ukraińskiej obrony powietrznej.

Europa prawdopodobnie niewiele będzie w stanie zrobić poza łataniem kolejnych luk za pomocą doraźnych środków, a sytuacja z pewnością będzie się pogarszać w sposób naturalny.

Rośnie groźba wciągnięcia Polski do wojny

Rośnie groźba wciągnięcia Polski do wojny

Ze mną lepiej. Przejechałem dzisiaj na rowerze około trzydzieści kilometrów – część po leśnych drogach – i nie zmęczyłem się nadmiernie. Jeszcze miesiąc temu po takim dystansie byłem wyczerpany i parę godzin wracałem do sił. Taka jazda to dla mnie najlepszy czas, żeby przemyśleć różne problemy. Jazda była przyjemnością, ale w przemyśleniach pełno niepokoju, a przede wszystkim rosnąca obawa przed wojną. Nie ma we mnie tego psychicznego i fizycznego strachu przed wojną, który mieli ci, którzy jakąś wojnę przeżyli. Pamiętam to ze wspomnień mamy, która taki strach przeżyła jako kilkuletnie dziecko i to przeżycie było z nią do późnej starości.

Nie wiem na ile prawdopodobne jest wciągnięcie Polski do wojny, ale jestem przekonany, że taka groźba rośnie. Niestety na przestrzeni kilkunastu lat jesteśmy rządzeni przez idiotów, którzy robią wiele, żeby na nas wojnę sprowadzić, a nie robią prawie nic, żeby nas przed nią uchronić. Niewiele brakuje, by ci idioci stali się zbrodniarzami, ponieważ prowadząc do wojny w żaden sposób nie przygotowali do niej społeczeństwa.

Przedwczoraj w Stalowej Woli zawyły syreny. Ludzie na ulicy kompletnie się nimi nie przejęli. Znajomy opowiadał mi o pewnej dyrektorce szkoły, która niemal płakała mówiąc, że nie miała pojęcia, co zrobić z dziećmi. Rządzący idioci wysłali komunikat, żeby w czasie alarmu udać się w bezpieczne miejsce. Jednak rządzący idioci zarówno w państwie, jak i w mieście nie wskazali ani nie przygotowali żadnych bezpiecznych miejsc dla kilkuset dzieci z tej szkoły.

Stalowa Wola to siedziba największej zbrojeniowej fabryki w kraju. W razie wojny jest przecież oczywistym, że będzie jednym z pierwszych celów. Ci, którzy będą odpowiadać za unicestwienie Stalowej Woli będą zbrodniarzami. I nie będą to tylko ci, którzy wystrzelą rakiety, drony czy użyją innej broni, która zniszczy Stalową Wolę i zabije dzieci ze wspomnianej szkoły wraz z jej dyrektorką. Zbrodniarzami będą w równym stopniu ci, którzy wiedząc o katastrofalnym braku przygotowania Polski i Stalowej Woli do wojny wciągną nas w nią.

Mieszkam w linii prostej kilkaset metrów od Huty Stalowa Wola, czyli od największej fabryki zbrojeniowej. Jeśli Rosjanie przywalą czymś mocniejszym będzie po mnie. Gdybym miał możliwość, to bym się przeniósł w bezpieczniejsze miejsce. Niestety nie mam gdzie, ani nie stać mnie na znalezienie sobie bezpieczniejszego miejsca i nawet nie myślę o Hiszpanii czy Portugalii. Nie czuję jeszcze fizycznego strachu, ale świadomość, że w razie czego nie przeżyję zaczyna do mnie docierać. Nie chcę ulegać panice i cały czas mam nadzieję, że rządzący idioci nie są aż takimi idiotami, żeby świadomie wciągnąć Polskę w wojnę. Jednak ta moja nadzieja słabnie choćby z jednego powodu. Chodzi o to, że rządzący nami idioci są rządzeni przez obcych, których polecenia wykonują. Jak działa ten mechanizm? Ano według mnie tak…

Zaostrza się globalny konflikt między Chinami i USA. Generalnie Stany Zjednoczone tracą globalną hegemonię. Częścią tego konfliktu jest wojna rosyjsko – ukraińska. Rosja bez wsparcia Chin nie poradziłaby sobie. Z kolei Ukraina bez Zachodu już dawno przegrałaby. Ukraina przegrywa i świadomość tego mają rządzący Niemcami, Wielką Brytanią, Francją jak i przede wszystkim Amerykanie. Cały Zachód wie, że możliwości dalszego prowadzenia wojny przez Ukrainę są na wyczerpaniu. Nie mogą jednak pozwolić na to, by wyczerpanie Ukrainy zakończyło wojnę.

Dla nich wygrana Rosji jest niebezpieczeństwem w różnych wymiarach. Przede wszystkim wygrana Rosji grozi im utratą władzy we własnych państwach. W Wielkiej Brytanii, Francji i Niemczech ugrupowania polityczne przeciwne wojnie z Rosją rosną w siłę. Zwycięstwo Rosji może być kroplą przepełniającą czarę na ich korzyść. Dlatego dalsze prowadzenie wojny z Rosją staje się kwestią utrzymania władzy.

Dla Amerykanów zwycięstwo Rosji, to nie tyle zwycięstwo Rosji, co Chin. Dla nich korzystne jest, żeby Rosja się wykrwawiała, ale żeby oni nie ponosili tego kosztów, więc najlepiej cudzymi rękami wyciągać kartofle z ukraińskiego ogniska. I tu dochodzimy do roli w całej sprawie Polski, a w tym Stalowej Woli.

Coraz więcej wskazuje, że cały Zachód przeznacza Polskę do kontynuowania wojny w sytuacji wyczerpania się zasobów Ukrainy. Oczywistym staje się, że Zachód ma aż nadto instrumentów nacisku na idiotów rządzących Polską, żeby ci ściągnęli na nas tę katastrofę. To się już dzieje! Boję się, że to nabiera impetu. Przeraża mnie, że większość Polaków nie ma o tym pojęcia, również tych, których codziennie mijam na ulicach Stalowej Woli.

W tym roku z powodu choroby nowotworowej już porządkowałem i zamykałem swoje życiowe sprawy. Póki co uniknąłem najgorszego. Mam przypływ wisielczego humoru na myśl, że znowu powinienem zacząć te porządki, bo tym razem nie nowotwór, ale rosyjska rakieta na spółkę z idiotami rządzącymi Polską i Stalową Wolą mogą zakończyć moje rowerowe wycieczki.

A do Państwa dociera do czego prowadzą idioci rządzący Polską?

Andrzej Szlęnzak

========================

Panie kochany ! To nie tylko idioci, ale również zbrodniarze. To warto jednoznacznie napisać. MD

Piła w ruch. Klimek i Braun zdemontowali znak Strefy Czystego Transportu w Krakowie

Piła w ruch. Klimek i Braun zdemontowali znak Strefy Czystego Transportu w Krakowie [VIDEO]

19.09.2026 nczas/pila-w-ruch-klimek-i-braun-zdemontowali-znak-strefy-czystego-transportu-w-krakowie

Strefa Czystego Transportu Kraków, Klimek, Braun, wycięty znak.
NCZAS.INFO | Michał Klimek zlikwidował znak Strefy Czystego Transportu w Krakowie. / Fot. mat. pras.

Kandydat Konfederacji Korony Polskiej na prezydenta Krakowa Michał Klimek symbolicznie zlikwidował tzw. Strefę Czystego Transportu w stolicy Małopolski. Wraz z Grzegorzem Braunem użyli szlifierki kątowej i odcięli słupek ze znakiem informującym o wjeździe do SCT.

– Pytacie mnie, co zrobię ze Strefą Czystego Transportu? To proste, zlikwiduję ją. Osobiście! – zadeklarował Klimek i przystąpił do cięcia metalowej konstrukcji.

Głos zabrał także Braun. Przedstawił akcję jako zapowiedź kierunku, w jakim pójdzie krakowski magistrat po ewentualnym zwycięstwie wyborczym Klimka.

– Szanowni Państwo, to zaledwie miły przedsmak tego, co czeka nas, normalnych Polaków, za prezydentury Michała Klimka w Krakowie. A przecież odzyskanie niepodległości nie może na tym się zakończyć. To zaledwie początek – podkreślił.

Klimek określił Strefę Czystego Transportu jako „strefę czystego absurdu”, „strefę wykluczenia i dyskryminacji normalnych Polaków, rodaków, mieszkańców Krakowa, którzy być może nie są posiadaczami aut z najnowszych roczników”.

Krakowska SCT funkcjonuje od 2024 roku i dopuszcza do centrum miasta pojazdy elektryczne, wodorowe, zasilane gazem ziemnym oraz spalinowe spełniające normy Euro 4 (benzyna) i Euro 6 (diesel). Wszystko to pod pretekstem dbania o środowisko. No chyba, że kierowca zapłaci, to wtedy nikt się już środowiskiem nie przejmuje.

Do końca 2026 roku dzienny wjazd kosztuje 5 zł, a abonament miesięczny 100 zł. Opłaty będą rosnąć etapami. Od 1 stycznia 2027 roku stawka będzie wynosić 15 zł dziennie i 250 zł miesięcznie, a w 2028 roku miesięczny abonament ma sięgnąć nawet 500 zł.

==================================

Zrozumieć dziwną wojnę

Zrozumieć dziwną wojnę

Marek Wojcik 19.09.2026 r. world-scam./zrozumiec-dziwna-wojne

Paul Craig Roberts był zastępcą sekretarza skarbu w administracji Reagana, zastępcą redaktora naczelnego i felietonistą Wall Street Journal, pierwszym niezależnym felietonistą Business Week, felietonistą Scripps Howard News Service, autorem artykułów na stronie redakcyjnej Los Angeles Times oraz felietonistą głównych gazet francuskich i włoskich, a także Creators Syndicate w Los Angeles. Źródło.

Paul Craig opublikował wczoraj na swoim blogu paulcraigroberts.org artykuł o wojnie na Ukrainie: Czy ktoś rozumie rzeczywistą sytuację? Źródło.

Profesor John Mearsheimer, jeden z najbardziej realistycznych amerykańskich ekspertów w dziedzinie polityki zagranicznej, właśnie wrócił z kilkudniowej podróży do Moskwy i Sankt Petersburga. W tym 46-minutowym filmie relacjonuje rozmowy z rosyjskim ministrem spraw zagranicznych Ławrowem i rosyjskimi ekspertami w dziedzinie polityki zagranicznej, a także przedstawia swoją interpretację wpływu wojny i sankcji na Rosję.

Ten film możecie obejrzeć w polskim języku tutaj:

Niedawno spędziłem 8 dni w Rosji – od 5 do 12 września 2026 r. – głównie w Moskwie i Sankt Petersburgu. Wygłosiłem serię wykładów i udzieliłem wywiadów, a także rozmawiałem z wieloma osobami ze środowiska rosyjskich służb bezpieczeństwa, w tym z wysokimi rangą osobistościami, takimi jak minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow. W tym odcinku opisuję, czego dowiedziałem się podczas tej podróży.

Wczoraj usłyszałem podczas rozmowy, że Rosja przegrywa tę wojnę, że jest gospodarczo oraz militarnie słaba i technicznie zacofana. Taka opinia panuje wśród wielbicieli baśni z 1001 telewizorów. Oglądając na ekranach TV globalistyczną porcję wybranych „wiadomości” i ich odpowiednią interpretację, zanurzają się w krainę fantazji mającą z życiem tyle wspólnego co wysokość abonamentu TV z jakością jej programu.

Wojna będzie, ponieważ kilka dni temu ponad Łodzią przeleciały z hukiem wojskowe odrzutowce. Skąd ten huk? Powstaje w chwili, gdy samolot przekracza prędkość dźwięku i robi to celowo, by wystraszyć ludność i przyzwyczaić do nietypowych odgłosów. Alarmy typu: „szukajcie schronienia”, chociaż nie ma dokąd uciekać, również służą tej prowojennej propagandzie strachu.

Tak rozumie kwestię pokoju polska telewizja.

Pomysł i inicjatywa tego konfliktu pochodzi od globalistów. Od siły, która nie została nawet wspomniana w tej analizie. Potrzebowali tej wojny jako ersatz dla kończącej się wojny biologicznej nazywanej pandemią. Oczywiście, że militarne plany tej wojny zostały stworzone w Pentagonie, jednak na zlecenie globalistycznych pseudoelit. To globaliści kierują każdym krokiem nieudacznych polityków europejskich. To oni kazali polskiemu ministrowi praktycznie wypowiedzieć wojnę Rosji. Bezskutecznie, ponieważ Rosja tej wojny wcale nie pragnie.

Zapytacie zapewne, to po co Rosja wkroczyła na Ukrainę? Odpowiedź znajdziecie, gdy sami odpowiecie na pytanie: po co Ukraina – naturalnie pod wpływem globalistów – pozwoliła stacjonować NATO-wskim rakietom wymierzonym w kierunku Rosji?

Celem tej wojny nigdy nie było zwycięstwo którejkolwiek strony. Celem była sama wojna. Naturalnie, że Moskwa nie dogadała się z Kijowem, że będą udawać wojnę – tak daleko ta zmowa nie zaszła. Jednak zmowa miała miejsce, inaczej nie byłaby możliwa turystyka wojenna polityków do Kijowa. Inaczej Kreml nie dostarczałby ropy do Ukraińskich czołgów, które potem masakrował dronami. Podobnie ma się sprawa z Iranem.

Mała dygresja w związku z „zacofaną technologicznie” Rosją.
Szybki rozwój rosyjskich dronów bojowych z napędem odrzutowym stanowi coraz większe wyzwanie dla ukraińskiego systemu obrony powietrznej i zmusza Kijów do dostosowania się do szybszego i bardziej wymagającego zagrożenia. – Reuters.

Trwające właśnie wybory w Rosji spowodowały zmianę rosyjskiej strategii na bardziej agresywną wobec Ukrainy. Dlaczego? Ponieważ większość Rosjan i mieszkańców Rosji popiera takie podejście. Przewiduję, że po wyborach powróci dawna wstrzemięźliwość Rosji.

Putin ma inną koncepcję uzgodnioną z Trumpem i Xi. Pewne pomysły globalistów te trzy mocarstwa wykorzystują we własnym interesie. Przede wszystkim stworzenie sytuacji, w której brakuje diesla. Widać wyraźnie, że zarówno Rosja, jak i USA wykonują kroki zmierzające ku podwyżce cen tego surowca.

Na nagraniu widać rosyjski pocisk typu loitering Geran-4, wyposażony w głowicę elektrooptyczną (EO), uderzający w stację benzynową przy alei Stepana Bandery w Kijowie.
Źródło: Telegram 15.09.2026 r. 18:41.

Można zrozumieć sens wojny tylko wtedy, gdy zna się zamysły wszystkich sił, które tę wojnę spowodowały i działają w kierunku jej przedłużania. Dlatego nikogo nie powinno dziwić zamieszanie, jakie wywołuje ta katastrofa humanitarna. Przedstawiłem tutaj moją interpretację tej wojny. Czy jest słuszna, czy nie – czas pokaże?

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Czy ktoś rozumie rzeczywistą sytuację Rosji, USA, Ukrainy?

Czy ktoś rozumie rzeczywistą sytuację?

18 września 2026 r. Paul Craig Roberts world-scam


Profesor John Mearsheimer, jeden z najbardziej realistycznych amerykańskich ekspertów w
dziedzinie polityki zagranicznej, właśnie wrócił z kilkudniowej podróży do Moskwy i Sankt
Petersburga. W tym 46-minutowym filmie relacjonuje rozmowy z rosyjskim ministrem spraw
zagranicznych Ławrowem i rosyjskimi ekspertami w dziedzinie polityki zagranicznej, a także
przedstawia swoją interpretację wpływu wojny i sankcji na
Rosję: https://www.lewrockwell.com/2026/09/no_author/the-russia-i-saw/


Mearsheimer donosi, że poza kolejkami po benzynę na kilku stacjach nie zauważył żadnych
śladów wpływu sankcji na rosyjską gospodarkę. Nie odwiedził miejsc rosyjskiej produkcji i
rafinacji ropy naftowej, gdzie ataki dronów najwyraźniej ucierpiały. Głównym skutkiem
sankcji są niedogodności dla Amerykanów podróżujących do Rosji. Nie ma już
bezpośrednich lotów, więc Mearsheimer musiał przedostać się przez Turcję. Po dotarciu na
miejsce okazało się, że nie może korzystać z amerykańskich kart kredytowych ani waluty
amerykańskiej i w związku z tym nie ma środków.
Biorąc pod uwagę tendencję zachodnich mediów do mylenia propagandy z faktami, program
46 minut z Mearsheimerem pozwoli Ci uzyskać bardziej zrównoważony obraz sytuacji i jej
prawdopodobnego wyniku.
Mam jeszcze jeden powód, dla którego publikuję raport Mearsheimera. Zamierzam go
wykorzystać, aby pokazać, że nawet ci nieliczni amerykańscy analitycy polityki zagranicznej,
zdolni do samodzielnego myślenia, a nie tylko powtarzania oficjalnych narracji, wiele tracą.
Nie czepiam się Mearsheimera. Podziwiam go i profesora Stephena Walta, ponieważ tylko
oni spośród prestiżowych amerykańskich naukowców mieli odwagę zdemaskować lobby
izraelskie w swojej książce o tym samym tytule z 2007 roku. Mogli być bardziej surowi
wobec lobby izraelskiego, ale wiedzieli, że zdemaskowanie lobby doprowadziłoby do
napiętnowania ich jako antysemitów, a gdyby byli zbyt kąśliwi, książka mogłaby zostać
wycofana z użytku lub nigdy nie zostać opublikowana.

Poniżej przedstawiono punkty, w których Mearsheimer ma problemy ze zrozumieniem
konfliktu na Ukrainie i jego konsekwencji.
Najpierw spróbujmy zdefiniować Ukrainę. To ważne, ponieważ Mearsheimer twierdzi, że
kiedy wojna się skończy i Ukraina będzie się składać z części zachodniej, ukraińscy
nacjonaliści będą chcieli odzyskać swoje terytorium. Ale czy to terytorium ukraińskie?
Czy rzeczywiście jakieś terytorium jest ukraińskie? Historycznie rzecz biorąc, odpowiedź
brzmi: NIE.
Ukraina powstała w 1991 roku, gdy Związek Radziecki upadł w wyniku aresztowania
prezydenta Gorbaczowa przez sowieckie Biuro Polityczne. Waszyngton, kierując się
doktryną Wolfowitza, dotyczącą amerykańskiej hegemonii, odłączył Ukrainę od Rosji i po raz
pierwszy w historii stworzył niepodległe państwo ukraińskie, istniejące już 35 lat – zupełnie
nowe państwo stworzone przez Waszyngton jako broń przeciwko Rosji.
W czasach sowieckich władze sowieckie przyłączyły Donbas i Krym, terytorium rosyjskie
zamieszkane przez ludność rosyjską, do Ukraińskiej Republiki Radzieckiej z powodów
politycznych i administracyjnych. Nie miało to wówczas znaczenia, ponieważ Rosja i
Ukraina były dwiema prowincjami Związku Radzieckiego, tak jak Massachusetts i Nowy
Jork należą do Stanów Zjednoczonych.
Od XIV wieku do 1664 roku, kiedy to terytorium ponownie weszło w skład Rosji, Ukraina
była częścią unii polsko-litewskiej. W rzeczywistości rosyjska tradycja historyczna uznaje
Ruś Kijowską, założoną w Kijowie przez wikinga księcia Olega Nowogrodzkiego w roku
882, za początek rosyjskiej państwowości. Ruś Kijowska rozpadła się w 1240 roku, gdy
Rosja została zajęta przez Imperium Mongolskie.
Nie jest jasne, dlaczego Rosjan uważa się za Słowian, skoro kraj ten został założony przez
Skandynawów, a następnie rządzony przez Mongołów. Jeszcze przed powstaniem Stanów
Zjednoczonych Ukraina była częścią państwa rosyjskiego i pozostała nim aż do upadku
Związku Radzieckiego w 1991 roku.
Kiedy Waszyngton obalił prorosyjski rząd ukraiński w 2014 roku i wprowadził antyrosyjski
reżim, Krym i Donbas opowiedziały się niemal w 100% za zjednoczeniem z Rosją. Putin
zaakceptował głos Krymu, ale odmówił Donbasu. Zamiast tego sfabrykował Porozumienie
Mińskie, które pozostawiło Donbas na Ukrainie, ale przyznało mu pewną autonomię, aby
chronić ludność rosyjską przed dyskryminacją ze strony ukraińskiej policji i wymiaru
sprawiedliwości. To właśnie ten fatalny błąd Putina zapoczątkował konflikt na Ukrainie.
Zamiast przestrzegać Porozumienia Mińskiego, Waszyngton zbudował potężną armię
ukraińską, aby dokonać inwazji i odbić zbuntowane prowincje rosyjskie w Donbasie. To
zbliżająca się rzeź Rosjan z Donbasu zmusiła Putina do działania. Nie miał innego wyjścia,
jak interweniować, ale Rosja nie była przygotowana na wojnę, ponieważ Putin bezmyślnie
polegał na negocjacjach ze swoim prawdziwym wrogiem – Waszyngtonem i NATO – a nie na budowaniu swojej potęgi.
Mearsheimer przedstawia konflikt ukraiński jako konflikt między Rosją a Ukrainą, ale to
nieprawda. Wojna toczy się między Waszyngtonem a Rosją, a NATO i Europa sprzymierzają się z Waszyngtonem przeciwko Rosji. Ukraina jest pełnomocnikiem. Zamiast walczyć z wrogami, Putin walczy z pełnomocnikiem w imieniu swoich wrogów.
Mearsheimer obwinia o fiasko Porozumienia z Anchorage, które miało zakończyć konflikt,
niezdolność Trumpa do przeciwstawienia się sprzeciwowi Europy i Ukrainy. Ale to nonsens.
Ukraina jest tworem Waszyngtonu. Nie jest niezależna od Waszyngtonu. Europa nie ma
żadnej broni poza tą, na którą Waszyngton pozwala. Skoro Waszyngton może ukarać Rosję, Iran, Indie i Chiny sankcjami, może ukarać również Europę sankcjami. To, że Mearsheimer zrzuca odpowiedzialność na Europę, to nonsens. Ani amerykańska społeczność zajmująca się polityką zagraniczną, ani żadna administracja USA nie odrzuciły doktryny amerykańskiej hegemonii Wolfowitza.
Mearsheimer nie wyjaśnia, dlaczego Rosja podczas spotkania na Alasce polegała na Trumpie w kwestii rozwiązania konfliktu, skoro sam konflikt jest wynikiem próby osłabienia Rosji przez Waszyngton i zniesienia rosyjskich ograniczeń wynikających z jednostronności USA.
Mearsheimer twierdzi, że około trzy miesiące temu, w czerwcu 2026 roku, Putin, po 4,5 roku
konfliktu, w końcu zdecydował się użyć wystarczającej siły, aby go zakończyć. Ale dlaczego
Putin czekał 4,5 roku z rozpoczęciem prawdziwej wojny? Putinowi udało się jedynie
przedstawić obecny rosyjski potencjał militarny jako nieskuteczny, ponieważ konflikt trwał
dwa razy dłużej niż Armia Czerwona Stalina, która wyparła potężny Wehrmacht z Rosji,
Europy Środkowej i dotarła do Berlina. Nic dziwnego, że Europa uważa przygotowania do
wojny z Rosją za nic wielkiego. Jeśli Putin nie jest w stanie pokonać Ukrainy, jak Rosja
może przeciwstawić się całej Europie, a jeśli NATO obowiązuje, również Stanom
Zjednoczonym?
Mearsheimer twierdzi, że podbój całej Ukrainy przez Rosję byłby głupotą. Dlaczego? Sam
Mearsheimer twierdzi, że jeśli zachodnia Ukraina pozostanie państwem szczątkowym, stanie się państwem wrogim Rosji ze względu na wsparcie Waszyngtonu dla zwolenników Stepana Bandery. Dlaczego Rosja miałaby pozostawiać wrogie państwo na swojej granicy? Być może Rosja potrzebuje Stalina, który poradziłby sobie z wrogimi Ukraińcami. Szybko by się z nimi rozprawili. Jeśli Rosja Putina jest zbyt słaba, by poradzić sobie z obecnymi
zwolennikami Stepana Bandery, Rosja nie ma przyszłości.
Mearsheimer przedstawia konflikt jako konflikt między Rosją a Ukrainą. To nieprawda.
Konflikt toczy się między Rosją a Waszyngtonem. Ukraina jest niczym innym jak
pełnomocnikiem Waszyngtonu, tak jak Waszyngton jest pełnomocnikiem Izraela w
konflikcie z Iranem.
Przez 4,5 roku Putin odmawiał przyznania, że Rosja jest w konflikcie zbrojnym ze Stanami
Zjednoczonymi i europejskim imperium Waszyngtonu. Waszyngton wysadził nawet rurociąg
na Morzu Północnym, a ani Rosja, ani Europa nie chciały uznać Waszyngtonu za winnego.
Putin udaje, że ataki dronów w głębi Rosji to akty terroryzmu, a nie wojny. Innymi słowy,
Putin narzucił konfliktowi fałszywą narrację, aby ukryć fakt, że Zachód wypowiedział wojnę
Rosji.

Zamiast pokazać rosyjską siłę i determinację, Putin przez 4,5 roku pokazywał Rosję
tchórzliwą i bojącą się zdecydowanych działań, kreując w ten sposób wizerunek papierowego tygrysa, który utwierdził Europę w przekonaniu o rosnącej agresji wobec Rosji.
To jest fatalny błąd Putina, który jest Drogą do Armagedonu.

Obrok dla kobyłki

Obrok dla kobyłki

Może najpierw krótkie wyjaśnienie tytułu. Obiecałem kiedyś wyjaśnienie prawnej sytuacji państwa niemieckiego. Napisanie tego tekstu było więc postawieniem obiecanej kobyłki u płota. To było już prawie 4 lat temu. Kilka dni temu trafiłem na tekst poruszający częściowo ten sam temat, więc dla żartu stwierdzam, że będzie to obrok dla tej obiecanej kobyłki.

W moim tekście wyjaśniałem, że z punktu widzenia prawa międzynarodowego, druga wojna światowa jeszcze się nie zakończyła. Skapitulowały wprawdzie armie, ale do dziś nie zawarto traktatów pokojowych. Dotyczy to zarówno Niemiec, jak i Japonii. W wypadku Niemiec dochodzi dodatkowy problem. O ile zachowana została ciągłość państwa japońskiego, to do chwili obecnej nie jest w pełni uregulowany status Niemiec. Trzecia Rzesza przestała istnieć, a nowe państwo niemieckie do dziś nie jest całkowicie suwerennym tworem. Wprawdzie bardzo mocno poluzowana została smycz traktatów okupacyjnych, ale nie zostały one w pełni zniesione. Obecne Niemcy są państwem tymczasowym. Co za tym idzie, traktaty zawarte z takim państwem są także traktatami tymczasowymi. Jaki z tego wynika wniosek dla naszej zachodniej granicy, chyba nie muszę tłumaczyć!

Innym reliktem okresu powojennego, o którym także pisałem, jest Karta Narodów Zjednoczonych. Mało kto wie, że Niemcy i Japonia są w niej objęte tzw. klauzulą państw wrogich. Tym właśnie tematem zajmuje się wspominany na początku tekst. O ile ja jestem jedynie takim pisaką-amatorem, to autor tego tekstu – Michael von der Schulenburg – przez 34 lata pracował z ramienia Niemiec dla Organizacji Narodów Zjednoczonych. Jeśli ktoś taki pisze to samo co ja… No, ale przejdźmy wreszcie do jego tekstu.

Początek tłumaczenia

Kiedy alianci z czasów II wojny światowej opracowywali Kartę Narodów Zjednoczonych, chcieli stworzyć globalny system bezpieczeństwa zbiorowego. Jej celem było „uratowanie przyszłych pokoleń przed plagą wojny”. Wraz z przyjęciem Karty Narodów Zjednoczonych wszystkie państwa członkowskie zobowiązały się do rozwiązywania konfliktów wyłącznie środkami pokojowymi, a nie – jak dotychczas – siłą militarną. Decyzje dotyczące użycia siły w celu utrzymania lub przywrócenia pokoju miały być podejmowane kolektywnie, początkowo przez jedenastu, a obecnie piętnastu członków Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Karta Narodów Zjednoczonych zawiera jednak w dużej mierze zapomniany wyjątek: znajdującą się w artykułach 53, 77 i 107 tzw. klauzulę o państwie wrogim. Klauzula ta przyznaje byłym zwycięskim aliantom prawo do podjęcia działań militarnych przeciwko wrogim byłym państwom Osi, nawet bez mandatu Rady Bezpieczeństwa. Celem jest zapobieżenia ponownej agresji ze strony tych państw. Ponieważ Rada Bezpieczeństwa jest wyraźnie wyłączona z tego procesu, może to oznaczać, że każdy z byłych sojuszników ma swobodę oceny, czy byłe państwo Osi ponownie przyjmuje agresywną postawę.

Najważniejszymi krajami, do których odnosiła się klauzula o państwie wrogim, były zdecydowanie Niemcy i Japonia. Ale czy klauzula ta nadal obowiązuje, ponad 80 lat po zakończeniu II wojny światowej? Rząd niemiecki odpowiada na to pytanie jednoznacznie: nie. Sytuacja prawna nie wydaje się jednak aż tak jasna.

Rząd niemiecki utrzymuje, że klauzula o państwie wrogim jest od dawna nieaktualna. Odnosi się ona przede wszystkim do dwóch aspektów: po pierwsze, do rezolucji Zgromadzenia Ogólnego ONZ z 1995 roku, a po drugie, do porozumienia 2+4 z 1990 roku.

W 1995 roku Zgromadzenie Ogólne przyjęło rezolucję stwierdzającą, że zjednoczone Niemcy należą do państw miłujących pokój, a zatem klauzula o państwie wrogim jest nieaktualna. Rząd niemiecki argumentował, że cztery zwycięskie mocarstwa zrzekły się już swoich szczególnych praw wobec Niemiec w ramach porozumienia 2+4, co obejmuje również prawa wynikające z klauzuli o państwie wrogim.

Ale czy te argumenty rzeczywiście mają sens? Oto kilka uwag:

1. Klauzula o państwie wrogim nigdy nie została usunięta z Karty Narodów Zjednoczonych.

Zgromadzenie Ogólne stwierdziło jedynie, że klauzulę tę należy uznać za nieistotną w odniesieniu do Niemiec miłujących pokój. Jednak sformułowanie rezolucji nie stwierdza, że ​​klauzula ta jest teraz trwale nieważna. Gdyby Niemcy w przyszłości przestały być uważane za państwo miłujące pokój, to czy klauzula „państwa obcego” mogłaby zostać przywrócona? Prawdopodobnie nie ma jasnej odpowiedzi na to pytanie.

2. Rezolucje Zgromadzenia Ogólnego ONZ nie mają mocy prawnej.

Rezolucje Zgromadzenia Ogólnego mają zazwyczaj charakter doradczy. Zgodnie z Kartą Narodów Zjednoczonych, wiążące decyzje może co do zasady podejmować wyłącznie Rada Bezpieczeństwa. Jednakże nigdy nie wydano rezolucji Rady Bezpieczeństwa formalnie znoszącej klauzulę o państwie wrogim. Dlatego też stosowne postanowienia pozostają w tekście Karty.

3. Usunięcie tej klauzuli wymagałoby zmiany Karty Narodów Zjednoczonych.

Usunięcie klauzuli o państwach wrogich wymagałoby formalnej procedury nowelizacji, zgodnie z zasadami Karty. Prawdopodobnie wymagałoby to również ratyfikacji tej poprawki przez wszystkie państwa członkowskie. Nic takiego nie nastąpiło, a zatem omawiane artykuły pozostają w mocy.

4. Porozumienie Dwa Plus Cztery nie może zmieniać Karty Narodów Zjednoczonych.

Porozumienie „dwa plus cztery” jest rzeczywiście prawnie wiążącym traktatem w świetle prawa międzynarodowego. Jednakże traktat między Niemcami a czterema zwycięskimi mocarstwami nie może decydować o zmianie Karty. Traktat nie zawiera również żadnego odniesienia do wyraźnego uchylenia klauzuli o państwie wrogim w Karcie Narodów Zjednoczonych.

5. Rosja może potencjalnie wypowiedzieć umowę „dwa plus cztery”

Rosja mogłaby twierdzić, że Niemcy naruszyły ducha i słowa porozumienia 2+4, na przykład poprzez udział Niemiec w operacji NATO przeciwko Jugosławii w 1999 r., stacjonowanie wojsk niemieckich na Litwie lub utworzenie struktur wojskowych NATO na terytorium byłej NRD.

Biorąc pod uwagę rosnące napięcie między Niemcami a Rosją, klauzula o państwie wrogim może odzyskać znaczenie polityczne. Chiny powołały się już na nią w przypadku Japonii. Jak oświadczyła ambasada Chin w Japonii w komunikacie na X, Chiny miałyby prawo podjąć „bezpośrednie działania militarne” bez konieczności ubiegania się o zezwolenie Rady Bezpieczeństwa ONZ, gdyby Japonia podjęła kroki zmierzające do ponownej agresji.

Rosja mogłaby próbować powoływać się na klauzulę państwa wrogiego, którą już wcześniej grożono, aby uzasadnić działania militarne przeciwko niemieckim zakładom produkującym drony dalekiego zasięgu w wojnie na Ukrainie. Mogłaby argumentować, że Niemcy, wspierając Ukrainę, w rzeczywistości stały się częścią konfrontacji.

Można również zauważyć, że rząd niemiecki opracował nową strategię militarną skierowaną wyłącznie przeciwko Rosji. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że ostatnia niemiecka strategia militarna została opracowana w 1939 roku i bezpośrednio doprowadziła do II wojny światowej. Powołanie się na klauzulę o wrogim państwie – a nawet groźba takiego działania – mogłoby przywołać przeszłość Niemiec i rzucić na nie nowe światło. Wątpliwe jest, czy Niemcy w takim przypadku mogłyby liczyć na wsparcie międzynarodowe.

Dlatego rząd niemiecki nie powinien po prostu odrzucać możliwości ponownego zastosowania klauzuli o państwie wrogim, lecz pamiętać, że ze względu na swoją historię Niemcy mają szczególny obowiązek dążenia do pokojowego rozwiązania wojny na Ukrainie, aby uniknąć ryzyka eskalacji i nie zaostrzać napięć politycznych. Szczególnie w dobie narastającej konfrontacji militarnej rozsądne byłoby zatem dążenie do dialogu między Niemcami a Rosją i poszukiwanie sposobów deeskalacji sytuacji.

Koniec tłumaczenia

I na koniec dodatkowo może kilka słów o aktualnej sytuacji. Zastanawia mnie, czy aktualna intensyfikacja rosyjskich ataków na Ukrainę jest chęcią szybkiego zakończenia wojny, czy po prostu przysłowiową kiełbasą wyborczą dla przekupienia społeczeństwa. Na odpowiedź nie musimy długo czekać – jedynie do przyszłego tygodnia.

W niedzielę 20.09.2026 poznamy wyniki wyborów i kilka dni później moja ciekawość zostanie zaspokojona. Wcale mnie nie zdziwi, gdy wszystko okaże się kiełbasą wyborczą, ale mam nadzieję, że tak nie będzie.

Robert Fico, premier Słowacji – o wojnie

Vincent Vandeputte @VincentVandep8

Tłumaczenie z języka niderlandzki [chodzi o holenderski. md]

============================

„OBAWIAM SIĘ, ŻE WSZYSCY TERAZ SZUKAJĄ TYLKO PRETEKSTU DO WIELKIEGO KONFLIKTU MIĘDZY NATO A ROSJĄ.”

  • – Rzekł Robert Fico, demokratycznie wybrany premier Słowacji, uwielbiany przez swój naród i ponadto mężczyzna, który przeżył zamach na swoje życie… Niektórzy uważają jego wypowiedzi wyraźnie za „nie okay”. Niewątpliwie teraz znów spróbują przedstawić Fico jako „miłośnika Putina”.
  • Ale jego przesłanie jest bezsprzecznie słuszne. I taka wojna, na którą niektórzy zdają się niemal desperacko „czekać”, zapewne nie będzie stoczona przez ich własne dzieci. Ani oni sami nie poniosą konsekwencji. Oczywiście byłaby to fantastyczna dywersja od absolutnego bałaganu, jaki zrobili z Europy, a więc dla niektórych pilnie potrzebna lub mokry sen, jak podejrzewam.
  • Ale ci, którzy teraz po prostu z bezpiecznego pokoju czy strychu dopingują do totalnej wojny z Rosją, to kompletni głupcy. Nie mają bladego pojęcia o stratach w ludziach, cierpieniu i zniszczeniach, jakie taka wojna przyniosłaby także tutaj. Czy Ukraina to nie wystarczy? „Odważnie”, kiedy mówisz pod ochroną politycznej „nietykalności” lub stukasz w klawiaturę z anonimowości. Ale z lufą karabinu między oczami szybko by inaczej zapiszczeli i nagle zrozumieliby, jak strasznie głupi byli.

Przygotowania do wojny na Księżycu?

globaltimes.cn/page

Przygotowania do wojny na Księżycu? USA dążą do przekształcenia orbity księżycowej w beczkę prochu.

Stary scenariusz konfrontacji bloków na Ziemi jest replikowany przez USA w przestrzeni księżycowej.

Według Associated Press, Dan Caine, przewodniczący Połączonych Szefów Sztabów USA, oświadczył publicznie w środę, że wojska amerykańskie muszą przygotować się do walki nie tylko na orbicie Ziemi, ale także wokół Księżyca. Caine dalej stwierdził, że wojsko USA powinno się teraz dostosować, aby „było przygotowane do walki, wytrzymania i odniesienia zwycięstwa … Od dna morskiego do przestrzeni księżycowej.”

Poprzez wyraźne wprowadzenie księżycowego sąsiedztwa do konceptualizacji pola bitwy, w połączeniu z publicznym uznaniem przez Waszyngton dwa dni wcześniej, że rozmieścił broń kosmiczną na orbicie, wysocy urzędnicy wojskowi USA wysyłają bardzo agresywny i niebezpieczny sygnał.

Już w 2019 roku Stany Zjednoczone oficjalnie ustanowiły Siły Kosmiczne. W 2025 roku zaprezentowały kosmiczny program obrony przeciwrakietowej „Golden Dome”, nazwany „Gwiezdne Wojny 2.0″. Gregory Gagnon, dowódca sił operacyjnych amerykańskich sił kosmicznych, bronił rozszerzenia możliwości kosmicznych kraju, argumentując, że „potencjalni przeciwnicy starają się rozszerzyć wojnę na kosmos”. Takie argumenty to nic innego jak „złodziej krzyczy: łapaj złodzieja”.

Jako sygnatariusz Traktatu o Przestrzeni Kosmicznej z 1967 roku, USA powinny podtrzymać jego ducha: Obiekty niebieskie, takie jak Księżyc, mają być używane „wyłącznie do celów pokojowych”, broń jądrowa nie może być umieszczona w kosmosie, a kraje są „odpowiedzialne za szkody wyrządzone przez ich obiekty kosmiczne”.

Jednak Waszyngton przejął inicjatywę w tworzeniu niezależnych Sił Kosmicznych, publicznie przyznał się do rozmieszczenia ofensywnej broni kosmicznej i stale rozszerza swoje koncepcje operacyjne w kierunku orbity księżycowej. Takie powtarzające się przekraczanie regulacyjnych czerwonych linii poważnie podważa zarządzanie przestrzenią kosmiczną.

Caine stara się uzasadnić taką militarną ekspansję, wskazując palcami na inne kraje: Utrzymanie wyraźnej przewagi kosmicznej jest najwyższym priorytetem wojskowym, powiedział Caine, ponieważ „przeciwnicy tacy jak Chiny i Rosja, dokonują ogromnych inwestycji w broń kosmiczną” i mają inne możliwości, które mogą „zagrozić amerykańskim satelitom”.

Chiński ekspert powiedział, że odzwierciedla to nawykowy sposób myślenia armii amerykańskiej o prewencyjnym definiowaniu przeciwników: jeśli nie ma wroga, stwórz go; jeśli nie ma pola bitwy, wyznacz je. Taka logika proaktywnego podsycania konfrontacji stanowi poważne zagrożenie dla globalnego bezpieczeństwa. (…)

globaltimes.cn/page/

Sceny myśliwskie

Sceny myśliwskie

19.09.2026 Stanisław Michalkiewicz nczas/sceny-mysliwskie

„Z flintą nos w pole wytknął,
Rycerskim więc instynktom
Dziś ujście daje rad.
Huczy strzałów muzyka.
Zając wszak zdrów umyka,
Obławnik dostał w zad”

Wprawdzie gdy to piszę, trwa jeszcze gorące lato – jak przystało na globalne ocieplenie – z upałami, ale i z burzami, których latem też nie brakuje – ale u progu kampanii wyborczej do przyszłorocznych wyborów parlamentarnych rozpoczął się już sezon łowiecki. Na linii strzału w związku z aferą Zondacrypto znalazł się nie byle kto, bo prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego pan Piesiewicz, a więc zwierzyna raczej z gatunku grubych, chociaż nie najgrubszych – bo jego zatrzymanie w ramach sezonu łowieckiego dokonało się – jeśli wierzyć doniesieniom z nagonki – pod zarzutem zakupu złotego zegarka za 40 tys. euro.

Pan Piesiewicz tłumaczy, a na dowód swej niewinności pokazał nawet certyfikat, że zegarek, owszem, kupił – ale za własne pieniądze, a prezes Zondacrypto, pan Kral tylko mu w tym „pomagał” – jednak nawet taki trop u progu sezonu łowieckiego jest nie do pogardzenia, bo któż może powiedzieć, co jeszcze może kryć się w kniei? To zresztą bardzo ciekawa sprawa, która rzuca światło na kwestię wolnego handlu artykułami luksusowymi w naszym bantustanie. Okazuje się, że złotego zegarka zwyczajnie u nas kupić nie można, tylko że prezes Zondacrypto albo w ostateczności jakiś inny dygnitarz musi podać nabywcy pomocną dłoń. Pokazuje to, że teorie spiskowe, a zwłaszcza moja ulubiona teoria, według której po sławnej transformacji ustrojowej stare kiejkuty razem z dawnymi nomenklaturowcami w miejsce zwyczajnego kapitalizmu, ustanowiły u nas kapitalizm kompradorski. Od zwyczajnego kapitalizmu różni się on tym, że w kapitalizmie zwyczajnym o dostępie do rynku – na przykład rynku złotych zegarków – decydują właściwości człowieka: czy jest pracowity, pomysłowy, przedsiębiorczy, czy nie boi się ryzyka, no i czy ma szczęście. Jeśli ma te wszystkie zalety, to nie tylko przeboruje sobie do rynku, ale na tym rynku odniesie sukces na miarę swoich zalet i szczęścia – na przykład w postaci samodzielnego kupna złotego zegarka. W kapitalizmie kompradorskim zaś o dostępie do rynku i możliwości działania na nim decyduje przynależność do sitwy, której najtwardszym jądrem są stare kiejkuty. W tej sytuacji nic dziwnego, że same pieniądze do zakupu złotego zegarka nie wystarczą, że nabywcy musi pomóc ktoś – no właśnie: czy to z grona obywatela starych kiejkutów, czy z jakiegoś innego uprzywilejowanego środowiska. Po jakiej linii swoją wyjątkową pozycję uzyskał pan Przemysław Kral?

Czy jest on narodowości prawniczej?

Na to wskazywałaby okoliczność, że gdy ziemia zaczęła palić mu się pod nogami, schronił się w bezcennym Izraelu, którego paszport szczęśliwie posiada. Z drugiej jednak strony pan Kral stanął na czele firmy BitBay po zagadkowym zaginięciu jej założyciela pana Sylwestra Suszka, którego był „pełnomocnikiem prawnym”, a kiedy już stanął, to przerobił ją na Zondacrypto i rozkręcił działalność. Ta druga okoliczność wskazywałaby raczej na stare kiejkuty – ale przecież nie ma u nas ustawy, która zabraniałaby osobom narodowości prawniczej podtrzymywania związków ze starymi kiejkuty, więc tropy mogą się na siebie nakładać.

Okoliczność trzecia

Wreszcie jest i okoliczność trzecia – że od maja br. pełnomocnikami prawnymi pana Krala jest z jednej strony Wielce Czcigodny mec Giertych Roman, a z drugiej pan mec. Dubois. Wprawdzie ani obywatel Żurek Waldemar, ani żaden z pełnomocników, którzy chronią się za murami „tajemnicy śledztwa” nie mówi wyraźnie, czy to prawda, że pan Kral zyskał status świadka koronnego, czy nie – ale na mieście krążą fałszywe pogłoski, że „współpracuje” z prokuraturą. Poza tym – z obfitości serca usta mówią – a wystarczy popatrzeć na rozradowaną twarz obywatela Żurka Waldemara, który sprawia wrażenie, jakby go ktoś na sto koni wsadził, żeby dojść do wniosku, że te fałszywe pogłoski mogą być prawdziwe.

Cóż bowiem robi taki świadek koronny? Taki świadek koronny składa zeznania. A jakie? Ano – nie trzeba być specjalnie domyślnym, żeby wiedzieć, że takie jak trzeba. A jakie trzeba? Ano takie, żeby na ich podstawie można było maksymalnie zaciągnąć sieć obławy, w którą wpadnie możliwie najwięcej zwierzyny i to zwierzyny grubej, którą potem, to znaczy – przed wyborami – będzie można triumfalnie pokazać na pokocie. Nie tylko zresztą na pokocie, bo wyobraźmy sobie tylko gabinety ustrojone w poroża rozmaitych jeleni czy kozłów, w szable dzików i inne myśliwskie trofea. Toteż chętnie wierzę, że pan Kral uległ perswazji swoich pełnomocników, że w jego sytuacji to będzie dla niego najlepsze wyjście – bo wobec takiego świadka koronnego, to i niezawisłe sądy zachowują się ze zrozumiałą rewerencją i żadnej krzywdy mu nie zrobią, zwłaszcza w sytuacji gdy po nasyceniu niezależnej prokuratury i wynagrodzeniu pełnomocników, zostanie mu to i owo ad captandalm benevolentiam niezawisłych sądów. Krótko mówiąc – polowanie zapowiada się niezwykle atrakcyjnie.

Co prawda podnoszą się głosy, że w przypadku Wielce Czcigodnego mec. Gierycha Romana może zachodzić konflikt interesów, bo wprawdzie – co skwapliwie podkreśla Hanna Gronkiewicz-Waltz – adwokaci nie bronią przecież osób niewinnych, ale z drugiej strony nawet partyjny kolega Giertycha Romana Wielce Czcigodny Sławomir Nitras co to w swoim czasie na sali plenarnej Sejmu penetrował damskie torebki pod nieobecność ich właścicielek, uważa, że Wielce Czcigodny mec Giertych postępuje niewłaściwie, a organa samorządu adwokackiego grożą nawet wszczęciem „postępowania dowodowego” – którym Zbigniew Zapasiewicz groził Bogusławowi Lindzie w filmie „Psy”.

Wydaje się jednak, że Wielce Czcigodny Giertych Roman tymi zarzutami się nie przejmuje. Widocznie wie coś, czego my nie wiemy, a czego mógł się dowiedzieć, reprezentując pana Michała Tuska przed sejmową komisją badającą sprawę „Amber Gold”. Jak pamiętamy, komisja pod przewodnictwem pani Małgorzaty Wassermann wprawdzie stwierdziła ponad wszelką wątpliwość, że „organy państwa”, to znaczy – niezależna prokuratura oraz niezawisłe sądy ze znanego na całym świecie z niezawisłości gdańskiego okręgu sądowego zachowały się w tej sprawie „niewłaściwie” – ale już nie odważyła się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego właściwie tak się wtedy zachowały. Czy Wielce Czcigodny mec. Roman Giertych miał jakiś wpływ na tę powściągliwość komisji – oto pytanie, na które odpowiedź mogłaby rzucić snop światła nie tylko na polityczną karierę Wielce Czcigodnego mecenasa, ale i na jego niewrażliwość na rozmaite podchody z przeszłości, które – mimo dramatycznych momentów – zakończyły się wesołym oberkiem. Na tej podstawie możemy tylko snuć rozmaite domysły na temat wstydliwych zakątków, od których roi się zapewne w różnych zakamarkach naszej socjalistycznej praworządności, a o którą walczą zastępy płomiennych jej szermierzy, co to właśnie wyruszyły na łowy.

„A tam biegnie sarna, sarna, towarzyszu mój. Spuszczaj charta ze smyczy, niech sarenkę uchwyci, towarzyszu mój” – śpiewamy w łowieckiej piosence, która właśnie teraz nabiera aktualności. Kto znajdzie się we wnykach, kto na pokocie, a komu uda się wymknąć z obławy i za jaką cenę – to są te igrzyska, jakie vaginet obywatela Tuska Donalda oferuje w roku wyborczym publiczności, te circenses, bo na odcinku chleba powszedniego sytuacja nie tylko wygląda znacznie gorzej, ale w dodatku nikt w vaginecie ani nawet – w vaginecie cieni – nie wie, co z nią zrobić.

Wywiad rosyjskiego ministra spraw zagranicznych o polityce światowej

Thomas Röper anti-spiegel.ru/die-uebersetzung-eines-einstuendigen-interviews-des-russischen-aussenministers-zu-allen-fragen-der-weltpolitik

Ławrow własnymi słowami

Tłumaczenie godzinnego wywiadu z rosyjskim ministrem spraw zagranicznych na temat wszystkich aspektów polityki światowej

Minister spraw zagranicznych Rosji Ławrow udzielił godzinnego wywiadu, który został tutaj w całości przetłumaczony, aby przedstawić niemieckiej publiczności niefiltrowaną rosyjską perspektywę w tym krytycznym momencie.

Anti-Spiegel 17 wrzesień 2026

Ponieważ Zachód, a zwłaszcza Europejczycy, obecnie wręcz domaga się wojny i próbuje ją sprowokować wszelkimi możliwymi sposobami, podczas gdy niemieckie media jednocześnie coraz bezczelniej kłamią lub ukrywają stanowiska i argumenty rządu rosyjskiego, uważam za istotne przetłumaczenie w całości niedawnego, godzinnego wywiadu z rosyjskim ministrem spraw zagranicznych Ławrowem. Pytano go w nim o wszystkie bieżące kwestie, a w szczególności o Ukrainę i rosnące zagrożenie wojną z Europą, gdzie wyjaśnił stanowisko Rosji.  (mid.ru/ru/foreign_policy/news)

Początek tłumaczenia:

Panie Ministrze, z przyjemnością witam Pana w naszym programie „Wielka Gra”. Dziękuję za poświęcony nam czas. Chciałbym przedstawić mojego kolegę, sędziego Napolitano, znanego amerykańskiego prezentera telewizyjnego i stałego uczestnika programu „Wielka Gra”.

Ławrow: Dziękuję za zaproszenie. To wielka przyjemność być tutaj z sędzią Napolitano i Panem.

Panie Ministrze, z wielką przyjemnością jestem Pana gościem w tej sali recepcyjnej. Dziękuję za możliwość rozmowy.

Niedawno Steve Witkoff i Jared Kushner, wysłannicy prezydenta USA Trumpa, odwiedzili Moskwę i spotkali się z prezydentem Rosji Putinem. Co może nam Pan powiedzieć o wynikach tej wizyty?

Ławrow: Duża część początku tych rozmów była transmitowana w telewizji, w tym wypowiedzi prezydenta Rosji Putina oraz odpowiedzi pana Witkowa i pana Kushnera. Następnie prezydent Uszakow, doradca prezydenta Rosji, który uczestniczył w rozmowach, udzielił szczegółowego komentarza.

W naszej tradycji dyplomatycznej przyjęło się ograniczać do tego, co postanowiliśmy przekazać opinii publicznej. Nie chcę przyłączać się do tych, którzy spekulują teraz na temat tego, „co pan Witkoff i pan Kushner przywieźli do Moskwy, a co następnie zabrali do Kijowa”. Jeden z deputowanych Rady Najwyższej stwierdził już, że to, co przywieźli, jest o wiele gorsze niż to, co Ukraina już odrzuciła.

Są spekulacje. Strona amerykańska nie skomentowała dalszych kroków dyplomatycznych. Jednak strona francuska, Pałac Elizejski, oświadczyła już, że Amerykanie zasugerowali, iż bezpośrednie negocjacje z udziałem USA zostaną z pewnością wznowione po wyborach do Dumy Państwowej Federacji Rosyjskiej. Wszystko to pozostawiam sumieniu Pałacu Elizejskiego. Zwłaszcza że wielokrotnie zasłynął on nieetycznym traktowaniem treści rozmów telefonicznych i innych rozmów.

Mogę z całą pewnością powiedzieć, że sedno dyskusji opiera się na stanowisku, jakie prezydent Trump przedstawił w sprawie Ukrainy zaraz po powrocie do Gabinetu Owalnego. Po pierwsze, wezwał do zaprzestania prób wciągnięcia Ukrainy do NATO. Przypomniał, że sprawa została rozstrzygnięta na długo przed objęciem urzędu przez prezydenta Rosji Putina; sprawa jest zamknięta i nie ma sensu jej ponownie otwierać.

Drugim elementem stanowiska USA jest uznanie realiów na miejscu. Chcę podkreślić, że nie chodzi tu o terytorium.

Niektórzy twierdzą, że Rosja już podbiła jakieś terytorium, więc powinniśmy pozostać tam, gdzie jesteśmy. Ale nie chodzi tu o terytorium. Kiedy mówimy o realiach, mówimy o ludziach, którzy zaraz po zamachu stanu w lutym 2014 roku zostali nazwani „podludźmi”, „stworzeniami” lub terrorystami. Po odrzuceniu wyników nielegalnego zamachu stanu, wysłano przeciwko nim wojsko, myśliwce i artylerię – co jest kategorycznie zakazane na mocy międzynarodowego prawa humanitarnego – i po prostu odebrano im status człowieka.

Pan Poroszenko, wybrany na prezydenta wkrótce potem, w 2014 roku, powiedział, że dzieci „prawdziwych” Ukraińców będą chodzić do czystych szkół i przedszkoli, a dzieci mieszkańców Donbasu będą gnić w piwnicach. I jak Europejczycy zamierzają zmusić tych ludzi do powrotu pod rządy tego reżimu, skoro domagają się przywrócenia granic z 1991 roku? Po prostu oddać terytorium nazistom? A może chcą ukarać tych ludzi za to, że chcą zachować swoją wolność, swoją kulturę i przynależność do rosyjskiego świata?

Mówiłem o tym już kilkakrotnie. Chcę podkreślić, że realia na miejscu, które prezydent USA Donald Trump i jego zespół, o ile nam wiadomo, uznali i nadal uznają – jak to miało miejsce na Alasce – są powiązane z ludźmi i ich opiniami wyrażanymi w referendach. Dotyczy to Krymu, Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej, a także oczywiście Zaporoża i obwodu chersońskiego. Fakt, że Amerykanie we wszystkich swoich interakcjach z nami, a zwłaszcza w rozmowach z prezydentem Rosji Putinem, kierują się tymi realiami, budzi w nas pozytywny oddźwięk i wzmacnia chęć kontynuowania dialogu z nimi. Uznają te fundamentalne fakty i starają się wnosić konstruktywny wkład na ich podstawie. Uważam, że zasługuje to na poparcie.

Wspomniał Pan właśnie o Alasce i spotkaniu w Anchorage. Wielu uważa, że ​​Rosjanie myśleli, że osiągnęli porozumienie z Amerykanami, ale potem okazało się, że tak nie było. Wiemy, że prezydent USA Trump podpisał memorandum o porozumieniu z Iranem i zerwał je zaledwie kilka godzin później. Skąd ta pewność ze strony Rosjan?

Ławrow: Chcę to jasno powiedzieć i uniknąć nieporozumień. Już kilkakrotnie komentowaliśmy tę sytuację.

To nie była nasza propozycja. To była propozycja, którą pan Witkoff przywiózł ze sobą do Anchorage na kilka dni przed spotkaniem. Prezydent Rosji Putin również skomentował tę sytuację. Stwierdził, że w jego ocenie istnieją trudne aspekty. Początkowo wstrzymał się z aprobatą, gdy propozycja została mu przedstawiona w Moskwie. Ale kiedy przybył na Alaskę, powiedział, że rozważał ją i uważa, że ​​każde porozumienie wiąże się z kompromisami w taki czy inny sposób, ale przyjął odpowiedzialność za jej przyjęcie, a ludzie to zrozumieją.

Tak wyglądała propozycja USA w pierwotnej formie. Oczywiście, propozycja nie zawierała szczegółów, ale nakreślała zasady porozumienia. Prezydent Rosji Putin zaakceptował wszystkie te zasady bez żadnych zmian. Dlatego byłem nieco zaskoczony, gdy sekretarz stanu USA Rubio oświadczył w czerwcu tego roku, że Stany Zjednoczone nie mogą pełnić roli mediatora, ponieważ wyraźnie wspierają Ukrainę.

A tak przy okazji, co stało się później z tymi ocenami? Dla przypomnienia, spójrzcie na zapis konferencji prasowej prezydentów Putina i Trumpa w Anchorage. Padły tam słowa takie jak „wspaniały wynik” i sformułowania takie jak „zrozumienie porozumienia”. Prezydent USA Trump określił wyniki z Anchorage jako „wspaniały, ogromny krok naprzód”. Powiedział nawet, że w zasadzie pozostała do rozwiązania tylko jedna kwestia, a zatem osiągnięto ogromny przełom. To sedno sprawy; nie pamiętam teraz dokładnego sformułowania.

A co stało się później? Oczywiście europejscy sojusznicy USA byli zbulwersowani. Pospieszyli do Waszyngtonu i zaczęli lobbować u amerykańskich przywódców.

Minęło wiele miesięcy. W czerwcu tego roku, na szczycie G7 w Évian, prezydent Francji Macron z dumą ogłosił, że Anchorage zostało „pogrzebane”. Ameryka była teraz po ich stronie. Trump był po ich stronie. I wszyscy znów zjednoczyli się przeciwko Rosji. Taka była sytuacja.

Wszyscy śledziliśmy wydarzenia między szczytem w Anchorage, szczytem G7 w Évian i szczytem NATO w Ankarze, a także to, jak relacjonowała je prasa i jak przedstawiali je politycy. Było jednak oczywiste, że Europa nie ukrywała swojego głównego celu: uniemożliwić Amerykanom trzymanie się własnej propozycji, którą prezydent Rosji Putin zaakceptował bez żadnych zmian. Właśnie tego chciała Europa.

Patrząc na amerykańskich negocjatorów, odnoszę wrażenie, że mamy do czynienia z poważnymi ludźmi, którzy szczerze pragną pokoju. Sam prezydent Rosji Putin to podkreślał. Chociaż znam Kushnera tylko powierzchownie, miałem z nim bardzo intensywne doświadczenie: prokurator specjalny USA Mueller przesłuchał nas wówczas osobno w sprawie naszych powiązań i domniemanej „rosyjskiej ingerencji” za naszym pośrednictwem. Nasze oświadczenia były całkowicie zbieżne. Na podstawie tego doświadczenia uważam, że na Kushnerze można polegać również na płaszczyźnie osobistej. Jednak właśnie dlatego, że uważamy ich za porządnych ludzi, myślę, że musimy również uznać, że reprezentują oni Stany Zjednoczone, kraj, który, jak powiedział sekretarz stanu USA Rubio, bardzo aktywnie wspiera Ukrainę. Jak można pogodzić rolę USA jako mediatora z ich rolą jako zwolennika Ukrainy?

Ławrow: Po pierwsze, podkreśliłem już cechę, która odróżnia administrację Trumpa od reszty Zachodu: uznanie realiów, zarówno w odniesieniu do uzasadnionych interesów bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej – mam na myśli, że nie biorą nawet pod uwagę NATO jako części umowy – jak i w odniesieniu do życzeń ludzi, którzy od wieków mieszkają w tych częściach Ukrainy i którzy wraz z tymi terytoriami stali się częścią Ukraińskiej SRR przez czysty przypadek. To uznanie jest bezcenne. Kiedy ludzie, o których mówimy, przyznają się do oczywistości, staje się jasne, jak nisko upadły inne państwa zachodnie, które odmawiają nawet uznania oczywistości.

Znałem Kushnera z pierwszej kadencji Trumpa, kiedy prezydent USA przyjął mnie w Białym Domu. Wymieniliśmy kilka słów. Sprawia wrażenie osoby miłej i wiarygodnej. Rozmawiałem z Witkoffem podczas drugiej kadencji prezydenta Trumpa. On również jest wyraźnie zdeterminowany, aby osiągnąć rezultaty. Jest oczywiste, że działają jako wszechstronni negocjatorzy w różnych dziedzinach: Iranie, Palestynie, sprawach Bliskiego Wschodu ogólnie; nie kierują całością relacji rosyjsko-amerykańskich.

Jak słusznie zauważyłeś, Departament Stanu USA pozostaje nieco na uboczu, podobnie jak rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, wykonujemy instrukcje, które otrzymujemy od Prezydenta Rosji. W negocjacjach bezpośrednio biorą udział osoby, które naszym zdaniem odpowiadają randze i stanowisku zajmowanym przez obu negocjatorów w administracji USA.

Ale jednocześnie ci, którzy decydują o wszystkich innych kwestiach stosunków rosyjsko-amerykańskich, działają według własnego uznania, niezależnie od tego, czy są zainteresowani sukcesem negocjacji, czy nie.

Na przykład Kongres, administracja, Departament Skarbu i inne odpowiednie agencje amerykańskie bez zastrzeżeń i stale przedłużają wszystkie sankcje nałożone przez ówczesne władze amerykańskie. Prezydent Biden i Kongres Bidena. Kiedy prezydent Trump mówi, że to „wojna Joe Bidena, do której nigdy by nie doszło, gdyby był prezydentem”, należy zdawać sobie sprawę z tego, co się faktycznie dzieje.

Oprócz przedłużenia sankcji wprowadzonych za Bidena, obecna administracja wprowadziła już nowe sankcje, m.in. wobec Łukoilu i Rosniefti. Sekretarz skarbu USA Bessent otwarcie mówi o konieczności zaostrzenia sankcji i objęcia kontroli USA nad światowymi rynkami energii. Wszystko to nie bardzo pasuje do nastroju panującego podczas negocjacji. Ale takie jest życie. I jak zawsze, życie jest złożone.

Hasło MAGA „Make America Great Again!” i związana z nim ideologia nie zniknęły. Widać to również w relacjach z Rosją. To fakt. Amerykanie chcą uzyskać korzyści ekonomiczne. Tak, zdają sobie sprawę, że aby je uzyskać, nie mogą traktować Rosji tak, jak są gotowi traktować inne kraje. Nie wiem jeszcze, jaki będzie wynik.

Skoro mowa o Europejczykach, pytanie brzmi, co zrobią z pozytywnym impulsem, który właśnie wygenerowały negocjacje w Moskwie. Kushner i Witkoff udali się do Kijowa i spotkali się z Zełenskim, a następnie spotkali się z przedstawicielami Europy z Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec.

Ławrow: Mamy na to określenie: „fortepian w krzakach”.

Dokładnie. Jestem pewien, że chcą wyciągnąć ten fortepian z krzaków i odgrywać coraz bardziej aktywną i wrogą rolę. Jak ocenia Pan stanowisko Europy? Czy nie obawia się Pan, że – podobnie jak po Anchorage – uda im się storpedować wszystko, co próbujemy osiągnąć?

Ławrow: Szczyt w Anchorage nie był pierwszym takim wydarzeniem. Rola Europy w sprawach ukraińskich byłaby tematem wartym osobnych badań. Podobnie jak jej rola w rozwoju naszej planety w ciągu ostatnich 500 lat, podczas których Europejczycy żyli kosztem innych. Wystarczy pomyśleć o niewolnictwie, kolonializmie, wyzysku i wielu innych. Nie zapominajmy, że w Europie wybuchły dwie wojny światowe i to z powodu polityki państw europejskich.

Można również przypomnieć wojny napoleońskie, kiedy przywódca walczącego państwa zjednoczył całą Europę pod swoim sztandarem, by zaatakować Rosję, tak jak później zrobił to Hitler. Dlatego dla wielu Europa jest pomiotem piekła w historii świata. Nawiasem mówiąc, kiedy europejscy osadnicy wyruszyli na kontynent amerykański – nie wspominamy o tym zbyt często, ale nie należy o tym zapominać – Katarzyna II odegrała kluczową rolę, wspierając tych osadników w walce z brytyjskimi władcami kolonialnymi.

Widzicie, nie możemy zapominać o korzeniach naszej relacji. Ta relacja przybierała różne formy w różnych epokach, w tym w okresie zimnej wojny. Podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i II wojny światowej sojusz – jak zawsze podkreślałem w moich ostatnich przemówieniach – ostatecznie odegrał kluczową rolę. Wielu badaczy podkreśla, że ​​program Lend-Lease i konwoje arktyczne odegrały kluczową rolę w przetrwaniu Związku Radzieckiego w pierwszym roku wojny. Potem nastąpiła przerwa, okres oczekiwania. Niektórzy historycy interpretują ten okres jako próbę naszych sojuszników, Brytyjczyków i Amerykanów, sprawdzenia, jak sytuacja się odwróci.

Ale nawet jeśli otwarcie drugiego frontu nie było decydującym czynnikiem, to jednak było to prawdziwe braterstwo broni. Wystarczy obejrzeć nagranie ze spotkania nad Łabą, aby zrozumieć, że więź między tymi, którzy walczyli z narodowym socjalizmem z bronią w ręku, charakteryzowała się głęboką powagą i szczerością. To był, że tak powiem, „duch Łaby”. Nie chciałbym uwieczniać „ducha Anchorage”, ponieważ w Anchorage panował nie „duch”, lecz zrozumienie.

Ale wracając do Europy, zauważam, że Europejczycy mieli niezliczone okazje, by odegrać konstruktywną rolę. Wierzą, że bez nich nie da się przeprowadzić żadnych negocjacji, że absolutnie muszą zasiąść do stołu negocjacyjnego i tak dalej.

Siedzą przy stole negocjacyjnym od grudnia 2013 roku, kiedy wybuchł „Majdan” – podsycany zresztą zarówno przez niektórych Europejczyków, jak i Waszyngton – i kiedy ówczesna zastępca sekretarza stanu USA, Victoria Nuland, osobiście kierowała przygotowaniami bojowników, rozdając „ciasteczka i wypieki”. W tym czasie Europejczycy, reprezentowani przez Francję, Niemcy i Polskę, prowadzili negocjacje między ówczesnym prezydentem Ukrainy Wiktorem Janukowyczem a opozycją, która dążyła do władzy. 21 lutego 2014 r. zostało podpisane porozumienie między Janukowyczem a opozycją, za którego przestrzeganie w zasadzie gwarantowała UE.

Zgoda na wcześniejsze wybory była ustępstwem Janukowycza. Chciał oddać dużą część swoich uprawnień do czasu nowych wyborów, a na czele kraju powinien stanąć przejściowy rząd jedności narodowej. Następnego ranka nastąpił zamach stanu. Uzbrojeni bojownicy okupowali budynki administracyjne, nie zważając na podpisy Niemiec, Francji i Polski, a Zachód to wszystko „połknął”.

Prezydent Rosji Putin ostatnio często wspominał, że kiedy porozumienie było już gotowe do podpisania, zadzwonił do niego prezydent USA Obama i powiedział, że Ukraińcy osiągnęli porozumienie, że rozumie, że nie wszystko nam się tam podoba, ale poprosił, aby nie odradzano Janukowyczowi podpisania porozumienia. Prezydent Rosji Putin odpowiedział, że Janukowycz jest niezależną, powszechnie uznawaną głową państwa i jeśli w tym charakterze podpisałby coś, jak on mógłby mu tego zabronić?

Podpisanie odbyło się 21 lutego 2014 r., a zamach stanu nastąpił 22 lutego. Wszyscy przedstawiciele Zachodu, Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii, 22 lutego po południu zaczęli – czytajcie wypowiedzi polityków – komentować doniesienia o rzekomej ucieczce Janukowycza i nieobecności w Kijowie. Był na konferencji partyjnej w Charkowie. Francuzi, Niemcy i Brytyjczycy napisali, że „naród w końcu dokonał właściwego wyboru”. A atrament na dokumencie gwarantowanym przez Europejczyków nawet jeszcze nie wysechł.

Drugą szansę otrzymali, gdy w lutym 2015 roku po maratonie negocjacji w Mińsku osiągnięto odpowiednie porozumienia. Były też podpisy ówczesnej kanclerz Niemiec Merkel i prezydenta Francji Hollande’a, a także prezydentów Rosji Putina i ówczesnego prezydenta Ukrainy Poroszenki.

Kilka lat temu Merkel, obecnie na emeryturze, Hollande, również już nie sprawujący urzędu, i Poroszenko – wszyscy trzej z dumą oświadczyli, że nie mieli zamiaru wprowadzać w życie żadnego z tych założeń, ale pilnie potrzebowali „kupić” czas na „napompowanie Ukrainy do pełna” bronią. To była kolejna szansa dla Europejczyków.

Trzecia europejska szansa – były inne epizody, ale wspomnę o tym najważniejszym – pojawiła się w kwietniu 2022 roku, kiedy rosyjscy negocjatorzy w Stambule, podobnie jak prezydent Putin w Anchorage, zaakceptowali propozycje Amerykanów oraz propozycje przedstawione im przez Ukraińców. Zaakceptowali zasady, na których mogłoby opierać się kompleksowe porozumienie pokojowe. Cały dokument został parafowany. Prezydent Putin wielokrotnie to demonstrował, nawet przed kamerami, omawiając tę ​​kwestię ze swoimi rozmówcami.

Ówczesny brytyjski premier Johnson powiedział, że nikomu niczego nie zakazał, a jedynie oświadczył, że Brytyjczycy będą wspierać Ukraińców, jeśli zechcą walczyć. To kłamstwo. Wiemy, co powiedział. Arachamija, który nadal przewodzi frakcji Sługa Narodu w Radzie Najwyższej, przyznał, że tak nie było. Johnson polecił Ukraińcom, aby niczego nie podpisywali.

Europejczycy mieli kolejne okazje, by zająć stanowisko równie rozsądne i odpowiedzialne, jak administracja Trumpa. Oznaczałoby to przyjrzenie się faktom, sytuacji na miejscu, w tym ludziom tam mieszkającym i ich opiniom. Ale nie, oni wciąż wspinają się coraz wyżej po płocie, z którego bardzo trudno zejść. Przy każdej okazji deklarują, że Rosja musi ponieść „strategiczną porażkę”.

Niedawno Wysoki Przedstawiciel UE Kallas lub któryś z członków unijnego „zespołu rozmów” ogłosił, że muszą zintensyfikować swoje wysiłki, choć odrobinę, a „Ukraina pokona wszystkich”. Mówi się, że nigdy nie przyznają się do czegoś, co narusza integralność terytorialną Ukrainy.

I po co to wszystko? Bo Ukraina, jak twierdzą, broni europejskich wartości.

Ale to przyznanie się do winy, samoobnażenie. Jeśli tak jest, jak twierdzą od lat, to przez „europejskie wartości” rozumieją oni otwarty przejaw autentycznego narodowego socjalizmu i dyskryminację ze względu na rasę, narodowość lub religię, co jest sprzeczne z Kartą Narodów Zjednoczonych, która stanowi, że wszyscy muszą szanować prawa człowieka, bez względu na płeć, rasę, język czy religię.

Język rosyjski jest zakazany. W Izraelu nie jest zakazany ani arabski, ani perski. W Iranie hebrajski nie jest zakazany; synagogi nadal działają,  istnieje odrębna społeczność żydowska. Ukraina jest jednak jedynym krajem, który nie tylko zakazał jakiegoś języka, ale złamał zasady ONZ. Osobom mówiącym po rosyjsku odmawia się obsługi w sklepach; zlikwidowano wszystkie lekcje języka rosyjskiego w szkołach, zakazano działalności mediów, w tym tych należących do Ukraińców, a kanoniczny Kościół Prawosławny został zdelegalizowany. To są właśnie „europejskie wartości”.

Te „europejskie wartości” najwyraźniej obejmują również sceny, które niezliczoną ilość razy widzimy codziennie w telewizji i mediach społecznościowych: jak rekruterzy „zatrudniają” obywateli, po prostu zbierając ich jak bydło na ulicy i wpychając do autobusów. Dziesięciu krzepkich mężczyzn chwyta młodego mężczyznę, zaciąga go do środka, ubiera w mundur, wpycha mu karabin szturmowy do ręki i wysyła na linię frontu. Oto więc „europejskie wartości”.

Dlatego, kiedy Europa mówi: „Nie, musimy…”, mieliście tyle okazji i wszystkie je zmarnowaliście. Jeśli chcecie, by w ogóle zaufano wam w przyszłości, będziecie musieli bardzo się postarać, aby wytłumaczyć, co tym razem wymyśliliście. A to będzie trudne.

Panie Ministrze, dla każdego neutralnego obserwatora, a nawet dla wielu ludzi na Zachodzie, jest całkowicie oczywiste, że Rosja nieuchronnie odniesie zwycięstwo militarne w trakcie tej operacji wojskowej, i to już wkrótce. Jaki jest Pana zdaniem plan? Co stanie się z Ukrainą po tym, jak Rosja odniesie zwycięstwo militarne?

Ławrow: Właściwie, panie Napolitano, to kontynuacja mojej odpowiedzi na poprzednie pytanie. Oprócz tych, którzy są wręcz fanatykami – nie potrafię tego inaczej nazwać – domagającymi się przywrócenia granic z 1991 roku, aby ponownie zepchnąć ludzi kultury rosyjskiej, którzy od wieków mieszkają na tych terenach, do prawdziwego obozu koncentracyjnego, istnieje również grupa, u której czasami dostrzegamy oznaki realizmu. Niektórzy, w tym prezydent Finlandii i premier Włoch, zaczynają teraz mówić o pilnej potrzebie zawieszenia broni. Za tym jednak kryje się chęć zyskania na czasie; to jest dla wszystkich całkowicie jasne. Zełenski również nie ukrywa tego. Mówi: „Pilnie potrzebujemy pocisków do systemów Patriot i innego sprzętu obrony powietrznej; musimy zachować nasze państwo”. I tak dalej.

Jednak spośród wszystkich, którzy wzywają do zaprzestania działań, większość deklaruje również, że w przypadku zawieszenia broni nie uzna niczego, co Rosja obecnie kontroluje. Jeszcze inni uważają, że należy jak najszybciej zamrozić sytuację, Ukrainie, czyli pozostałej części Ukrainy, natychmiast dać gwarancje równoważne z art. 5 Traktatu NATO, a na obszarze pozostającym pod kontrolą Kijowa powinny stacjonować międzynarodowe siły stabilizacyjne.

Odpowiedzieliśmy już na to. Daliśmy jasno do zrozumienia, że ​​dla nas każda osoba w mundurze i każdy przedmiot wojskowy jest uzasadnionym celem i że opcja zasadniczo imitująca członkostwo Ukrainy w NATO bez jej formalnej pieczęci prawnej jest absolutnie wykluczona.

Ale najważniejsze jest to, że zarówno ci, którzy chcą jedynie „granic z 1991 r.” i opowiadają się za natychmiastowym zakończeniem walk, jak i ci, którzy chcą zakończenia walk z ukrytym uznaniem realiów na południowym wschodzie Ukrainy, czyli sytuacji, która tam powstała po rozpoczęciu przez nas operacji wojskowej w odpowiedzi na wojnę rozpoczętą przeciwko nam przez reżim kijowski, opowiadają się za utrzymaniem reżimu aktualnie rządzącego w Kijowie. A to oznacza dokładnie te cechy, które już przypisałem temu reżimowi: narodowy socjalizm, agresywną rusofobię i łamanie praw człowieka, praw językowych i wolności religijnej. Wszystko to, wszystkie te „wartości europejskie” utrwalą się, gdy w ten czy inny sposób zakończy się faza militarna.

Jeśli chodzi o wybory, to już napomykano o wyborach, ale teraz wszyscy mówią, żeby tego nie robić. Byłoby również niezwykle dziwne, gdyby Amerykanie sprzeciwiali się wyborom, ponieważ w przeciwnym razie stanowczo żądaliby, aby odbywały się one co dwa lata. Tutaj także Amerykanie wykazują się realizmem.

Europa z kolei chce zachować jawnie rusofobiczny, agresywny reżim neonazistowski. Taki jest europejski plan. Nie rozumiem, jak Rosjanie mogliby zaakceptować taki wynik.

Co można zrobić, aby Rosjanie mogli mieć pewność, że taki scenariusz nie powtórzy się za 25 lat, że mieszkańcy zachodniej Ukrainy nie zaproszą NATO, ale będą w stanie mu się przeciwstawić?

Ławrow: Wszyscy mówią o tym, że Rosja potrzebuje „strefy buforowej”. Niech Ukraina będzie tym buforem.

My, zarówno prezydent Rosji, jak i ja, wielokrotnie wspominaliśmy, jak powstała współczesna Ukraina. Terytoria zachodnie, zamieszkiwane przez wieki przez silnie nacjonalistycznych przedstawicieli różnych narodowości europejskich, zostały przyłączone do Związku Radzieckiego na mocy rozkazu sowieckiego kierownictwa. Aby jednak nieco stłumić ich radykalizm, albo, jak to mówimy, „rozwodnić”, postanowiono dodać do tych nowych terytoriów zachodnich terytoria tradycyjnie rosyjskie. Całość nosiła wówczas nazwę „Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej”. Już nie istnieje.

A jednak ta dość sztuczna konstrukcja, państwo liczące zaledwie kilkadziesiąt lat, istniało w ramach zjednoczonego państwa, które gwarantowało zarówno prawa wszystkich narodów zamieszkujących Związek Radziecki, jak i własne bezpieczeństwo. Kiedy to skrzyżowanie „jeża i drżącej łani” uzyskało niepodległość, a po upadku Związku Radzieckiego szybko ujawniły się głęboko zakorzenione różnice cywilizacyjne między zachodnimi Ukraińcami a Rosjanami mieszkającymi w południowo-wschodniej Ukrainie, stała się ona prawdziwym punktem zapalnym.

Europa od samego początku w znacznym stopniu podsycała te podziały. Doskonale pamiętam protesty na Majdanie w 2004 roku, kiedy Amerykanie i Europejczycy odmówili uznania wyników drugiej tury wyborów prezydenckich i – być może to Państwa zainteresuje – zmusili ukraiński Sąd Konstytucyjny do zarządzenia trzeciej tury głosowania, mimo że konstytucja jej nie przewidywała. W związku z tym odbyła się trzecia tura i wybrali kandydata, którego chcieli. Jeszcze przed wyborami pojawiły się publiczne żądania ze strony UE: „Ukraińcy muszą zdecydować, po której stronie stoją: z Rosją czy z Zachodem”. Ta mentalność „albo-albo”, to przeciwstawianie wszystkich, którzy nie chcą zerwać z Rosją, europejskim wartościom, jest tam od dawna zakorzeniona.

Omówiliśmy już wiele kwestii, ale faktem jest, że Ukraina, którą uznawaliśmy za prawowity byt w polityce światowej, już nie istnieje. Ukraińska Socjalistyczna Republika Radziecka już nie istnieje, a my uznaliśmy niepodległość dzisiejszej Ukrainy na podstawie Deklaracji Niepodległości z 1990 roku. Ta deklaracja, uchwalona przez Radę Najwyższą, ukraiński parlament, stanowiła, że ​​państwo ukraińskie zobowiązało się do bycia i pozostania wolnym od broni jądrowej, neutralnym i niezaangażowanym.

Dziś wszystkie te trzy zobowiązania są po prostu ignorowane. Już w 2022 roku Zełenski publicznie oświadczył, że wyrzeczenie się broni jądrowej było błędem. Wielu polityków zaczęło poważnie sugerować, że wiedza i technologie z czasów sowieckich mogłyby zostać wykorzystane do przywrócenia tego statusu. Nie wspomnę nawet o NATO. Wszyscy twierdzą, że członkostwo w NATO i UE zagwarantuje im bezpieczeństwo. UE jest obecnie sojuszem wojskowym w takim samym stopniu jak NATO. Te cechy, które uważano za fundament państwa ukraińskiego i które skłoniły nas do uznania go za niezależny podmiot w stosunkach międzynarodowych, zostały utracone.

Kiedy widzimy, co mówi i robi Europa, nasuwa się dziwne wrażenie. Z jednej strony twierdzą, że Rosja nie odważy się na eskalację, nie użyje broni jądrowej i zawaha się przed atakiem odwetowym na terytorium Europy. Z drugiej strony obsesyjnie przygotowują się na lata 2029/2030, kiedy to, jak twierdzą, Rosja najprawdopodobniej „zaatakuje”. Europa przechodzi gwałtowną militaryzację. Nie chodzi tylko o finansowanie programów zbrojeniowych wartych miliardy, a nawet biliony; raczej sprawiają wrażenie, że zamierzają kontynuować tę militaryzację niezależnie od porozumienia pokojowego na Ukrainie. W obliczu tego obrazu zadaję sobie pytanie: Czy uważa Pan, że oni naprawdę się nas boją? Czy też pod pretekstem „rosyjskiego zagrożenia” wzmacniają swój przemysł zbrojeniowy i przygotowują się do ataku na Rosję na szeroką skalę?

Ławrow: Myślę, że kręgi militarystyczne po prostu realizują własne interesy. W czasach, gdy problemy się mnożą, nasilają i pogłębiają, środki finansowe są przeznaczane na cele wojskowe: chcą zwiększyć wydatki na obronę do 5% PKB w każdych okolicznościach, a partie polityczne domagają się, aby ich parlamenty natychmiast przekazały Ukrainie dodatkowe 90 miliardów euro na przyszły rok.

Przemysł zbrojeniowy jest wniebowzięty. Zbiera ogromne zyski. Tymczasem kanclerz Niemiec Friedrich Merz, na przykład, publicznie deklaruje: „Tak, zdaję sobie sprawę, że sytuacja naszej ludności znacznie się pogorszyła, ale jesteśmy do tego zobowiązani – ze względu na Ukrainę, ze względu na europejskie wartości”.

A jak zareagowali na wyniki wyborów w Saksonii-Anhalt, gdzie AfD odniosła miażdżące zwycięstwo? Próbują oskarżyć ich o odrodzenie narodowego socjalizmu. I to w sytuacji, gdy ta partia – niewątpliwie nacjonalistyczna, nie ma co do tego wątpliwości – po prostu opowiada się za normalnym dialogiem ze wszystkimi zaangażowanymi stronami.

Dążenie do militaryzacji Arktyki jest oczywiście również niepokojące. Ostatnio USA, Norwegia i inni aktorzy przeprowadzili tam manewry, których scenariusz otwarcie zakładał wojnę z Rosją. Co za tym stoi? Nie sądzę, żeby zaatakowali Rosję, jednocześnie twierdząc, że przygotowujemy agresję na Europę.

To absurd. Z jednej strony twierdzą, że Rosja przegrywa wojnę – dlatego Ukraina potrzebuje ogromnego wsparcia i ta pomoc musi zostać zwiększona, aby mogła wygrać – a z drugiej strony ta sama Rosja, która ich zdaniem „przegrywa”, rzekomo planuje atak na Europę. Z perspektywy polityka, wygłaszanie takich bzdur jest nieszczere. Ale prezydent Rosji Putin powiedział to i powtórzył to kilkakrotnie: „Nie mamy zamiaru nikogo atakować. To nonsens, idiotyzm. Świadczy to o całkowitym braku politycznego wyczucia”.

Ale jeśli ta gadnina faktycznie oznacza przygotowania do ataku z ich strony, to zapewniam, że wojna potoczy się zupełnie inaczej i będzie bardzo krótka. Radzę zapamiętać te słowa.

Istnieje jednak również możliwość, że czynnik wyzwalający, który doprowadził do I wojny światowej, powtórzy się, coś na wzór arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie. Czy coś takiego dałoby się zaaranżować, biorąc pod uwagę europejskie zamiłowanie do intryg i przygód oraz ich przebiegłość? Albo podpalenie Reichstagu? Nie wykluczam takich możliwości; pomyśl tylko, jak niedawno spreparowali ten incydent z dronem w Lipsku i jak wywołali wokół niego histeryczny spektakl na skalę światową, nie przedstawiając ani krzty dowodów.

Tak jak nigdy nie otrzymaliśmy odpowiedzi na wielokrotnie zadawane pytanie o Buczę, gdzie w kwietniu 2022 roku dziesiątki ciał nagle pojawiły się znikąd, równo ułożone wzdłuż drogi. Do dziś nie otrzymaliśmy odpowiedzi od Sekretarza Generalnego ONZ, Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka ani naszych zachodnich rozmówców, w tym Amerykanów, na pytanie: Czy możecie wykorzystać swoje zasoby, aby uzyskać listę osób, których ciała pokazała ekipa BBC, która była na miejscu zdarzenia dokładnie w odpowiednim momencie? Nikt nie udziela nam odpowiedzi.

Mówią nam, że rodziny tego nie chcą. Ale nic od nich nie słychać. To niemożliwe, że dziesiątki ludzi giną masowo, dochodzi do zbrodni wojennych, a rodziny nie zgłaszają żadnej inicjatywy. Ale tutaj panuje całkowita cisza, więc nie wykluczam prowokacji.

Patrząc na rządy krajów europejskich, odnosi się wrażenie, że różnią się one znacząco od wyników sondaży, że opinia publiczna w Europie jest znacznie bardziej pokojowo nastawiona niż elity europejskie, elity globalistyczne. To prowadzi mnie do pytania: Czy w ogóle możliwe jest osiągnięcie porozumienia z tymi elitami globalistycznymi? Powiedział Pan niedawno, że w tym konflikcie, przynajmniej w obecnej fazie, decydującą rolę odgrywa nie dyplomacja, lecz użycie siły. Co Pan o tym sądzi? Czy możemy przedłużać sytuację, w której Ukraińcy atakują nasze terytorium rakietami i dronami dostarczonymi przez Zachód lub zbudowanymi przy jego wsparciu i kontrolowanymi przez Zachód, podczas gdy my atakujemy tylko terytorium samej Ukrainy? Jak długo może trwać ta sytuacja i czy poradzimy sobie bez ataków na Europę?

Ławrow: Goście pańskiego programu poruszyli już ten temat – działania militarne i dyplomację. Nie widzę powodu, dla którego te procesy nie mogłyby przebiegać równolegle i jednocześnie. W końcu takie przypadki zdarzały się w historii.

Po tym, jak zostaliśmy oszukani w kwietniu 2022 roku, kiedy byliśmy gotowi zaakceptować ukraińskie propozycje, parafowaliśmy je i oczekiwaliśmy rozpoczęcia prac nad pełnym porozumieniem, prezydent Francji Macron zadzwonił do prezydenta Rosji Putina. Poprosił o gest dobrej woli, aby poprawić atmosferę przed podpisaniem umowy: wycofanie wojsk lub jakąś formę przerwy. Po ujawnieniu tego oszustwa, prezydent Putin oświadczył, że pozostajemy otwarci na negocjacje, ale nie zaprzestaniemy wypełniania naszych zobowiązań militarnie w trakcie negocjacji. Ta polityka pozostaje w mocy do dziś. Były dwu- lub trzydniowe zawieszenia broni, które proponowaliśmy w okolicach Wielkanocy lub Dnia Zwycięstwa. Niedawno, na prośbę strony amerykańskiej, ogłoszono trzydniowe zawieszenie broni i nie użyliśmy siły, aby umożliwić amerykańskim negocjatorom dotarcie do Kijowa.

Jednak nasza odpowiedź na ataki terrorystyczne na cele cywilne głęboko w głębi Rosji również jest w toku i jest o wiele bardziej bolesna dla Ukraińców. Otwarcie to przyznają. To również wyjaśnia pilną potrzebę, z jaką Zachód wzywa do zawieszenia broni na tym etapie. Nie odrzucamy negocjacji, gdy wiemy, że inicjatorzy tych rozmów są autentycznie zainteresowani rozwiązaniem problemu i nie stawiają nam ultimatum.

Amerykańscy negocjatorzy Witkoff i Kushner zajmują się problemem, zamiast stawiać żądania, które są po pierwsze niesprawiedliwe, a po drugie, po prostu niemożliwe do spełnienia. Europa natomiast postępuje dokładnie w taki sposób.

Niedawno ostrzegał Pan, że rząd niemiecki spiskował, by wywołać nową wojnę. Dlaczego Pan to powiedział?

Ławrow: Po pierwsze, ponieważ kanclerz Niemiec Merz nie przepuści żadnej okazji w swoich przemówieniach, by podkreślić, że jest przekonany, a wręcz z każdym dniem coraz bardziej, że Rosja stanowi największe zagrożenie dla Europy i że musimy być gotowi do wojny z tym zagrożeniem. Co więcej, Niemcy – i nigdy nie przestanę go tu cytować – muszą ponownie stać się wiodącą potęgą militarną na kontynencie. Tak jak Niemcy uważały się za wiodącą potęgę militarną przed I wojną światową, a później przed II wojną światową.

I to nie jest freudowska pomyłka. Oni szczerze w to wierzą; nadal czczą swoich przodków, którzy wiernie służyli narodowemu socjalizmowi i uczestniczyli w zbrodniach wojennych, wierząc, że postąpili słusznie. I to nie przypadek, że tak zaciekle popierają Zełenskiego, człowieka, który obecnie ekshumuje szczątki ukraińskich nazistowskich zbrodniarzy wojennych z grobów w Europie – w Austrii, Rumunii i gdzie indziej. To zbrodniarze skazani na wieczną karę za czyny uznane przez Trybunał Norymberski za absolutnie bezprawne. Każe ich ponownie pochować na Ukrainie, a konkretnie w najświętszym miejscu Kijowa – Ławrze Pieczerskiej (Klasztor Pieczerski). Tam proklamował budowę „Cytadeli Bohaterów” dla bohaterów takich jak Bandera i innych zbrodniarzy, którzy na zawsze splamili hańbą siebie i swoją przynależność do narodu ukraińskiego. Dla niego są oni bohaterami; klęka przed trumnami z ich szczątkami, gdy są one sprowadzane z Europy. Europa z wielką chęcią pomaga w tworzeniu takich „panteonów”, zamiast tłumaczyć tej postaci, co właściwie robi i jak to wpisuje się w europejskie wartości.

Dlatego nie wykluczam możliwości, że osobistości takie jak kanclerz Niemiec Merz mogą próbować powtórzyć „bohaterskie czyny” swoich przodków.

Mam pytanie dotyczące rosyjskiego statku, który Norwegia przejęła, moim zdaniem, z rażącym naruszeniem prawa międzynarodowego i bez jakichkolwiek zarzutów, że statek ten dopuścił się w ogóle jakiejkolwiek nagannej działalności. Stało się tak tylko dlatego, że norweski sąd zdecydował się zastosować się do żądań ukraińskiego koncernu „Naftogaz”. Roszczenia nie są skierowane konkretnie przeciwko temu statkowi, ale zasadniczo są skierowane przeciwko Rosji jako całości.

Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa określiła to jako piractwo. Uważam, że ta ocena jest jak najbardziej słuszna. Co z tym zrobimy, panie ministrze? To, co mnie martwi, oczywiście szkoda statku, a jeszcze bardziej współczuję załodze, to fakt, że agresja Zachodu, europejska agresja na Rosję, stale wzrasta. I za każdym razem, gdy nie reagujemy ostro, oni czują, że mogą zrobić wszystko. Prezydent Putin powiedział, że jesteśmy gotowi „kopnąć ich w zęby”, jeśli zajdzie taka potrzeba. Czy jesteśmy gotowi? A jeśli tak, to jak?

Ławrow: Bez wątpienia powiedział to rosyjski prezydent Putin. I nie jest to tylko figura retoryczna, ale jasne stanowisko.

Jeśli chodzi o statek, nie ma on żadnego związku z niczym innym niż działalnością naukową i turystyczną na Svalbardzie, w pełnej zgodzie z Traktatem Svalbardzkim z 1920 r. Cała ta historia jest oczywiście hańbą przede wszystkim dla norweskiego wymiaru sprawiedliwości, ale także dla państwa norweskiego.

I to tylko dlatego, że „Naftogaz” argumentował najpierw przed ukraińskimi sądami, a później w innych instancjach, że nikomu nie wolno uznać wyników referendum na Krymie. Argumentowano, że Krym jest ukraiński i dlatego wszystko, co robi tam Rosja, jest nielegalne. Najwyraźniej stracili tak wiele zasobów, sprzętu, pieniędzy i inwestycji, dlatego kochana społeczności światowa, kradnij wszystko, co wpadnie ci w ręce i przekaż nam jako rekompensatę za to, co wydarzyło się w wyniku wyrażenia woli Krymian, co było reakcją na zamach stanu i użycie uzbrojonych bojowników przeciwko ludności Krymu, którą wówczas określano jako terrorystów.

To hańba dla Norwegii. Już to mówiłem i nie chcę wchodzić w szczegóły, ale norwescy urzędnicy i urzędujący politycy wiedzą, że to hańba. Są z nami w kontakcie i nie wiedzą, co robić.

Ale te tendencje są niezwykle niebezpieczne, zaczynając od prób przejęcia statków tzw. floty cieni. Oto jak to działa: przejmują tankowiec transportujący ropę naftową w interesie Rosji pod banderą, powiedzmy, kraju afrykańskiego – bez wskazywania palcem – a następnie twierdzą, że flaga jest fałszywa.

Po przejęciu tankowca ich ambasador w kraju, pod którego banderą pływa statek, udaje się do MSZ lub administracji prezydenckiej. Tam słyszy: „Słuchajcie, mamy dla was program pomocowy i zatrzymamy go, jeśli natychmiast nie wycofacie tej flagi i nie ogłosicie jej fałszywą”.

To cała sztuczka, którą stosuje Zachód. Ale nie mogę i nie mam prawa wchodzić w szczegóły. Prezydent Rosji powiedział już wszystko, co miał powiedzieć. Tak jak zrobił to odpowiadając na pytanie o brytyjskie prowokacje, kiedy ogłosił je tajemnicą wojskową.

Chciałbym zapytać o oświadczenia z Waszyngtonu. Czy istnieją realne szanse na spotkanie trzech prezydentów – prezydenta Rosji Putina, prezydenta USA Trumpa i Xi Jinpinga – w Chinach w listopadzie? Czy jest to życzenie Amerykanów, czy też rzeczywiście istnieje szansa, że ​​do niego dojdzie?

Ławrow: To nie jest życzenie Amerykanów, Chińczyków ani Rosjan. To, że tak powiem, kwestia doświadczenia politycznego.

Kiedy trzej przywódcy trzech największych mocarstw świata – gospodarczo przede wszystkim Chin, a militarnie Rosji i USA – znajdują się w tym samym miejscu i czasie, politolog, który nie potrafi połączyć faktów, jest bezużyteczny. Myślę, że właśnie tak jest.

Nie mam żadnych wątpliwości, że jeśli nadarzy się taka okazja – spotkanie odbędzie się w Shenzhen, a nasi chińscy gospodarze zorganizują program – i jeśli pojawi się odpowiednia propozycja, to jestem więcej niż przekonany, że nasz prezydent jej nie odrzuci.

Mamy czas na jeszcze jedno krótkie pytanie. Jak długo, Pana zdaniem, potrwa operacja wojskowa?

Ławrow: Prezydent Rosji Putin niedawno odpowiedział na to pytanie. Powiedział, że wojna nie sprzyja prognozom, ale fakt, że idziemy naprzód i z każdym dniem robimy postępy, jest niezaprzeczalny.

Wiele będzie zależało od tego, jak rozsądne będą rady, których Ukrainie udzielają poplecznicy ukraińskiego reżimu. Jak dotąd nie usłyszeliśmy żadnych sensownych rad. Słychać jedynie apele i żądania, by wrzucić coraz więcej Ukraińców w tę maszynkę do mięsa, czy to poprzez porywanie cywilów z ulic, wciąganie ich do pojazdów i przewożenie na front, gdzie czeka ich pewna śmierć, czy też poprzez wiele innych środków, do których Ukraina jest zmuszana, w tym przez gehennę znoszenia opłakanego, wręcz katastrofalnego stanu tego, co kiedyś nazywano gospodarką.

Pęknięcie na Brandmauer [zapora ogniowa]

Pęknięcie na Brandmauer

Dwunastego czerwca 1987 roku, podczas przemówienia pod Bramą Brandenburską, ówczesny jankeski przywódca Ronald Reagan zwrócił się do ówczesnego przywódcy rosyjskiego Michaiła Gorbaczowa przywoływanymi później wielokrotnie słowami „Mr. Gorbachev – tear down this wall”.

Berliner Mauer zburzony został 9 listopada 1989 roku, nie uwolniło to jednak Niemców z duszącego ucisku liberalnego Systemu – przeciwnie, objęta została nim także wschodnia część kraju. Liberalny System szczególne spustoszenie zasiał w danej NRD, toteż to w tej części Niemiec szczególnie silnie się go kontestuje. W ostatnich tygodniach kontestacja ta spowodowała wyraźne rysy na murach liberalnego więzienia, w którym od dekad niewolone są Niemcy i cała Europa.

Zwycięstwo ponad oczekiwania

Szóstego września 2026 roku, gdy ogłoszono wyniki wyborów do landtagu Saksonii-Anhalt, w siedzibie chrześcijańskich demokratów tego niemieckiego kraju związkowego, w hotelu Maritim w Magdeburgu dało się słyszeć tylko jedno słowo: „Katastrophe”. Zdobyte przez Christlich Demokratische Union 17,2% głosów przełożyły się na piętnaście mandatów w 83-osobowym Zgromadzeniu Krajowym, co oznaczało stratę 19,9% oraz dwudziestu pięciu miejsc w porównaniu z wynikami wyborów z 2021 roku.

Kilka kilometrów dalej, gdzie w magdeburskim Altes Theater zgromadzili się działacze Alternative für Deutschland, wybuchła euforia a przywódca miejscowych struktur partii i w znacznej mierze autor jej sukcesu wyborczego, Ulrich Siegmund obejmował radośnie członków sztabu generalnego Tino Chrupallę i Alice Weidel. Alternatywa dla Niemiec zdobyła 43,8% głosów, co przełożyło się na trzydzieści dziewięć mandatów w Zgromadzeniu Krajowym, choć najkorzystniejsze przedwyborcze sondaże dawały jej ledwie 40%. Do samodzielnej większości rządowej niemieckim alter-prawicowcom zabrakło trzech mandatów, osiągnęli jednak najlepszy wynik wyborczy w swojej historii.

Prawdopodobny przyszły premier landu Ulrich Siegmund to typ postmodernistycznego Politik-Popstar, z ponad siedmiuset tysiącami obserwujących na TikToku. Każdy jego gest, każde słowo są starannie wyreżyserowane. Nie ma tu miejsca na improwizację. Charyzmat zostaje wpleciony w wizerunkową strategię opartą na powracaniu do kilku zapadających w pamięć idei. Swój wyborczy przekaz przywódca saksońsko-anhaltckiej alter-prawicy oparł na „Ossi-pride”, dumie z bycia wschodnim Niemcem. Na spotkania wyborcze przyjeżdżał NRD-owskim motocyklem marki Simpson. Program pisał mu mówiący biegle po arabsku absolwent studiów islamskich Hans-Thomas Tillschneider. Na tle przywódcy niemieckich alter-prawicowców dotychczasowy chrześcijańsko-demokratyczny premier landu Sven Schulze wydaje się nie tylko nudny ale wręcz siermiężny. Taki typowy niemiecki „kartoffelbauer”.

W liczącym 2,1 mln. mieszkańców landzie szóstego czerwca zawalił się „Brandmauer” – „zapora ogniowa”, którą System w Niemczech starannie obudowywał AfD, by nie dopuścić jej do instytucji rządowych. Strategia ta, na dłuższą metę, stała się najlepszym lewarem pozycji politycznej niemieckich prawicowców. Izolacja partii o wciąż rosnącym poparciu przybliżyła stan, w którym będzie mogła ona obyć się bez innych. Powinno się to stać asumptem do przemyśleń również polskiej Korony, którą od ewentualnego prawicowego rządu dyskretnie starają się odsunąć ambasador USA, Nawrocki i reżimowe partie prawicowe. Berlin nie może już udawać, że fakt polityczny uznany za „nielegalny” przez sam fakt takiego uznania traci swoją polityczną realność. Sukces AfD wynika bowiem z dynamiki strukturalnej. Niemieccy alter-prawicowcy podwoili swoje poparcie w porównaniu do wyborów z 2021 roku. Zmobilizowali około 170 tysięcy wcześniej niegłosujących. Zabrali 82 tysiące chrześcijańskim demokratom. Przyciągnęli dwie trzecie głosów robotniczych (SPD uzyskała w tej grupie śmieszne 6% głosów). Równocześnie rozszerzyli bazę wyborczą w dużych miastach uniwersyteckich.

Niemiecki patchwork

Licząca sobie 20,5 tys. km² powierzchni Saksonia-Anhalt jest najbardziej wewnętrznie zróżnicowanym z trzech niemieckich länder odwołujących się w nazwie do dziedzictwa Sasów (dwoma pozostałymi są Dolna Saksonia ze stolicą w Hanowerze i Freistaat Sachsen ze stolicą w Dreźnie). Początki tego landu są dość świeże, powołany został bowiem w 1947 roku przez radzieckie władze wojskowe jako sklejka dawnej pruskiej Saksonii (przyznanej Prusom na Kongresie Wiedeńskim kosztem Królestwa Saksonii, ukaranego tą cesją za poparcie Napoleona), kilku przejętych przez Prusy po wojnie trzydziestoletniej zsekularyzowanych biskupstw i Księstwa Anhaltu będącego odległym dziedzicem Marchii Wschodniej założonej we wczesnym Średniowieczu przez Albrechta Niedźwiedzia. Już jednak w 1952 roku nowy land uległ likwidacji w reformie centralizacyjnej NRD. Gdy państwo to upadało w październiku 1990 roku, tereny dzisiejszej Saksonii-Anhalt planowano podzielić pomiędzy Saksonię i Brandenburgię. Opór historycznych stolic w Halle i Magdeburgu przekreślił te projekty a tożsamość Sachsen-Anhalt potwierdziły późniejsze referenda graniczne a nawet epizodyczne „Gebietskämpfe”.

Północ landu to dawne ziemie słowiańskie, nazywane obecnie Altmark. Do dziś z polami uprawnymi przeplatają się tu wrzosowiska i mokradła, co podziwiać można z siodła rowerowego lub z okna pociągu. Poniżej zaczyna się żyzna równina Börde ze stolicą kraju Magdeburgiem. Im dalej na południe, tym bardziej mistycznie, bo częstsze stają się lasy a teren jest coraz bardziej pofałdowany. Góry Harcu są najdalej na północ wysuniętym pasmem górskim Niemiec i zarazem duchowym sercem landu. Położony u stóp Harcu niewielki Quedlinburg to wczesnośredniowieczna siedziba władców, gdzie do dziś zachowały się przepiękny zamek i budowle wzniesione z fachwerku i cegły.

Porośnięte lasami góry Harcu były celem wędrówek pragnących nawiązać łączność z tradycją Niemców jeszcze w czasach NRD. Znajduje się tam największa w Europie sieć kolejek wąskotorowych – kolej zaś, obok sterowców, to symbol starych imperialnych Niemiec; o ile indywidualistyczny automobilizm jest atrybutem cywilizacji anglosaskiej, o tyle wspólnotowa kolej jest symbolem cywilizacji europejskiej, matecznikiem i sercem której są Niemcy. Po drugiej stronie Harcu rozciąga się największy we wschodnich Niemczech okręg przemysłu ciężkiego z największym ośrodkiem miejskim landu Halle i dawną stolicą Anhaltu Dessau. W górnym biegu Soławy miasta znów stają się mniejsze i bardziej przytulne, krajobraz zaś bardziej naturalny i tradycyjny.

Rozpad starego kraju

Ewolucja gospodarcza Sachsen-Anhalt po rozpadzie realnego socjalizmu zmierzała od rozkładu wielkich podmiotów przemysłowych ku rozdrobnieniu struktury gospodarczej. Różnice płacowe pomiędzy wschodnimi a zachodnimi Niemcami nie zostały zniwelowane do dziś. Land doświadcza zapaści demograficznej. Angela Merkel nie skonsolidowała tu ani nie odnowiła infrastruktury materialnej ani społecznej. Rządy Olafa Scholza okazały się katastrofą, gdy kanclerz znalazł się w centrum ujawnionych przez kolońską prokurator Anne Brorhilker skandali finansowych nazwanych „cum-ex-steuerbetrug”, obnażających uchylanie się przez sektor bankowy od płacenia podatków. Nokaut będącemu kręgosłupem systemu produkcyjnego przemysłowi samochodowemu, już wcześniej przeżywającemu problemy z adaptacją do warunków cyfrowych, zadał ukraiński zamach na Nord Stream we wrześniu 2022 roku. Ucierpiał też oczywiście zatrudniający w Saksonii-Anhalt dwadzieścia pięć tysięcy pracowników przemysł chemiczny, a także farmaceutyczny i naftowy. Ulrich Siegmund obiecuje wrócić upadłemu landowi życie, między innymi ściągając tych, którzy z niego wyjechali.

Uchodźcy i imigranci napływający masowo z Ukrainy po rosyjskiej inwazji na ten kraj zostali przez niemieckie rządy uprzywilejowani w dostępie do świadczeń społecznych. Będąca w istocie kontynuacją linii Scholza, „banksterska” orientacja Merza uderzyła w system emerytalny landu podlegającego emigracji roczników produkcyjnych i starzeniu się populacji. Inflacja spowodowana spadkiem produkcji i będący jej rewersem wzrost cen, szczególnie energii (wracamy tu do kwestii zastąpienia dostaw gazu z Rosji przez kilkukrotnie droższy gaz z USA po zamachu na Nord Stream) dodatkowo uderzyła w standard życia uboższych warstw klasy średniej i niepewnej znalezienia pracy młodzieży, które we wrześniu stały się elektoratem Alternative für Deutschland. Jak wskazują niemieccy analitycy, partia zaczęła przenikać do uzwiązkowionych fabryk Halle, Dessau, Bitterfel-Wolfen i innych ośrodków przemysłowych. Niemieccy alter-prawicowcy obiecują reemigrację nielegalnie przebywających w landzie cudzoziemców i nieproduktywnych imigrantów legalnych, choć realizacja tego akurat postulatu nie będzie możliwa bez przejęcia władzy na poziomie narodowym, bo polityka migracyjna nie leży w kompetencjach krajów związkowych.

Gniew niemieckich „petits blancs”

Niemieccy „aktywni pracujący” mają też dość oszołomskiego feminizmu, wokeness, lewicy, queer, polityki płci, promowania imigracji i całej reszty liberalnej szurii z jej parytetami, poprawnością polityczną, cenzurą debaty publicznej i deplatformizacją „nieprawomyślnie” myślących (czyli w ogóle myślących), ale także demonizacją Rosji i Putina i panoszeniem się policji politycznej z Urzędu Ochrony Konstytucji. Wyborcy AfD (a także Bündis Sahra Wagenknecht) mają dość szaleństw Unii (anty)Europejskiej, nachalnego promowania Ukrainy, chcą powrotu do taniej energii z atomu i węgla oraz normalizacji stosunków z Rosją. Niemcy obawiają się dziś – mówią tamtejsi socjologowie – niepewności związanej z niewskoczeniem przez niemiecką gospodarkę na poziom cyfrowy, spadku wartości płac, brudnych ulic, szkół w których mówiące po niemiecku dzieci są mniejszością. Nieprzypadkowo Ulrich Siegmund jest gwiazdą TikToka popularnego wśród niepewnej swego jutra młodzieży. Ideolog AfD Hans-Thomas Tillschneider, wielbiciel Ottona von Bismarcka i imperialnej tradycji niemieckiej, to zaś zwolennik „wycięcia ideologii LGBT ze szkół”, reformy mediów publicznych i oczyszczenia programów nauczania z „pedagogiki wstydu”.

Decydujące dla zmiany politycznej okazało się więc niezadowolenie społeczne. W kampanii zaś wiodącymi tematami były bezpieczeństwo wewnętrzne, przestępczość i imigracja. Urodzony w 1990 roku Ulrich Siegmund powtarzał wielokrotnie, że dorastał w kraju, gdzie jako dziecko mógł bez obaw bawić się wieczorem na ulicy. Przekaz Systemu, by ratować kraj przed AfD, nikogo już nie przekonuje. Niemcy szukają natomiast w AfD ratunku przed Systemem, który zalał ich kraj imigrantami, wcześniej pogrążając go w stagnacji gospodarczej i paraliżując znaczną część jego zdolności przemysłowych. Jedyną odpowiedzią na strukturalny kryzys Niemiec do jakiej zdolny się okazał finansista na jankeskiej smyczy zasiadający dziś na fotelu kanclerza Niemiec, okazało się podkręcanie antyrosyjskiej histerii i kolejne zakupy sprzętu wojskowego z USA, kosztem zapaści świadczeń emerytalnych. Analogie z agendą PiS, Nawrockiego i ich „młodzieżowych” klonów pokroju Krzysztofa Bosaka i jego Ruchu Narodowego w Polsce nasuwają się same.

Rozbić CDU

Wyborcza rewolta w Saksonii-Anhalt nie była przy tym skierowana przede wszystkim przeciw Svenowi Schulzemu. W Niemczech wybory w krajach związkowych niemal nigdy nie są sprawą narodową, ani tym bardziej globalną. Tym razem jednak było inaczej. Wyborcy zbuntowali się przeciw byłemu prezesowi BlackRock Deutshland (87% badanych w landzie było niezadowolonych z pracy rządu centralnego), który zasiadając na fotelu kanclerza federalnego w połowie 2025 roku obiecywał zerwanie z czasami Angeli Merkel: rewizję polityki nuklearnej, imigracyjnej i gospodarczej. Realizując strategię Systemu, Friedrich Merz musiał jednak wykluczyć jakąkolwiek współpracę z AfD, analogicznie jak dziś w Polsce PiS i Nawrocki wykluczają współpracę z Braunem. Skrycie się za Brandmauer zmusiło zaś Merza do współpracy z socjaldemokratami, a zatem do przyjęcia części ich agendy. W ten sposób depozytariuszem obietnic wyborczych CDU stała się AfD (84% ankietowanych w Saksonii-Anhalcie odpowiedziało, że CDU wiele obiecała, lecz niewiele zrealizowała).

Powyborcza strategia Ulricha Siegmunda zmierza do skompromitowania chadeków i ich rozbicia. W pierwszej kolejności, zakłada wyciągnięcie ręki do CDU. Gdy reżimowi konserwatyści odrzucą ofertę koalicyjną AfD tłumacząc to logiką Brandmauer, zwycięzca wyborów postara się wyłuskać z ich szeregów działaczy, którzy nie wierzą już w sens izolacji jego partii. Nie będzie to trudne, bowiem Friedrich Merz wprowadził do partii pokolenie ludzi bezideowych, politycznie oślizgłych i niedorozwiniętych moralnie, a którzy wśród bardziej koherentnych politycznie działaczy chadeckich budzą pogardę – zarząd młodzieżówki CDU w Brandenburgii już w tej chwili domaga się ustąpienia Merza. Wielką ambicją AfD jest spowodowanie pęknięć w chadecji i rozebranie muru oddzielającego ich od władzy cegła po cegle. Na gmachu Systemu, który zdefiniował w 1987 roku Franz Josef Strauß, gdy po sukcesie wyborczym Republikanów stwierdził że na prawo od CDU/CSU nie ma prawa istnieć żadna uznana w Systemie partia, szóstego września zaczęło pojawiać się w Saksonii-Anhalt głębokie pęknięcie.

Dwudziestego września odbędą wybory w Meklemburgii-Pomorzu Przednim i w Berlinie. W stolicy AfD notuje 18% poparcia wobec 20% dla chadeków, w poszukującym swojej „Ossi-pride”, zdegradowanym cywilizacyjnie i ekonomicznie przez System dawnym kraju Obodrytów prowadzi natomiast w sondażach, mając szansę na trzydzieści siedem miejsc w 79-osobowym Zgromadzeniu Krajowym. Kolejny sukces AfD, zgodnie z nadziejami tej partii, podsycać będzie zaś napięcia w CDU. Wyborów w katolickiej Nadrenii-Północnej Westfalii w kwietniu 2027 roku alter-prawicowcy już raczej nie wygrają bo to matecznik Christlich Demokratishe Union, chadekom przewodzi tam jednak uważany za eksponenta konserwatywnego skrzydła tej partii Hendrik Wüst, który mógłby zastąpić Friedricha Merza jako przywódca struktur krajowych, jako taki zaś być może zrewidowałby ideę Brandmauer.

Ronald Lasecki