Patrioty, zboże – a gdzie polski interes?

Patrioty, zboże – a gdzie polski interes?

Krystian Kamiński

Wiceminister obrony narodowej Magdalena Sobkowiak-Czarnecka, zapytana o to, czy Polska ponownie przekaże Ukrainie pociski systemu Patriot, stwierdziła, że „ta decyzja musi być podjęta w kontekście bezpieczeństwa Polaków i wszystkie racje muszą być zważone”, dodając, że decyzja może zapaść w najbliższych dniach.

To „jeszcze” jest jak dzwonek alarmowy, którego dźwięk wzmacnia tylko stwierdzenie wiceminister, że jej resortowy pryncypał, Władysław Kosiniak-Kamysz, „dziś jest skłonny przekazać więcej, ponieważ wolałby, żeby taka rakieta została zestrzelona nad terytorium Ukrainy, niż żeby wpadła w nasze”. Koresponduje to z wypowiedzią Donalda Tuska, iż „będzie rozważał” z Kosiniakiem-Kamyszem „jak najszybciej dalszą pomoc dla Ukrainy, także z kolejnymi Patriotami, jeśli będzie taka potrzeba”, ponieważ prezydent Ukrainy powiedział mu, że najbliższe sto dni może rozstrzygnąć o wyniku wojny.

Dobrze czytacie. Premier Polski podejmuje strategiczne decyzje (a przynajmniej tak przedstawia swój proces decyzyjny), bo prezydent Ukrainy mu coś powiedział.

Przekazanie Ukrainie kolejnych pocisków systemu Patriot będzie oczywiście radykalnym działaniem na niekorzyść naszego bezpieczeństwa. Dokonująca się rewolucja w sztuce wojennej, związana z taniością i masowością nowych środków napadu powietrznego, powoduje radykalny wzrost zużycia tradycyjnego uzbrojenia – drogich środków obrony. Skalę tego zjawiska pokazuje przykład USA, które przegrywają wojnę z Iranem między innymi ze względu na nierównowagę kosztową działań zbrojnych między walczącymi stronami.

Według danych przytoczonych pod koniec lipca przez „Wall Street Journal”, powołujący się na wyliczenia Center for Strategic and International Studies, siły zbrojne USA, próbując odeprzeć odwet Irańczyków, zużyły podczas wojny rozpoczętej przeciw Iranowi co najmniej 1500 pocisków przechwytujących Patriot. W niespełna pięć miesięcy. I to nie zawsze skutecznie, bowiem Irańczycy zdołali zniszczyć szereg cennych instalacji wojskowych USA na Bliskim Wschodzie.

Nie ma przy tym widoków na szybkie uzupełnienie arsenału. W całym 2025 roku Lockheed Martin wyprodukował 620 pocisków PAC-3 MSE. Jestem przekonany, że zajmiemy dość odległe miejsce w kolejce po nieliczne schodzące z amerykańskich linii produkcyjnych antyrakiety. Z tych powodów zresztą uważam, że stanowisko rządu Tuska jest wynikiem presji protegujących Ukrainę Amerykanów i że stanowisko rządu Mateusza Morawieckiego byłoby takie samo albo jeszcze bardziej usłużne wobec Waszyngtonu i Kijowa.

Premier i wicepremier, rządzący państwem, którego system obrony pozostaje dalece niekompletny nawet w kategoriach tradycyjnych, szafując jednym z jego głównych środków, dowodzą swojej nonszalancji w dziedzinie bezpieczeństwa i strategii. Ale jeszcze bardziej dyskwalifikujące jest to, że dowodzą także swoich skrajnie niskich kompetencji w tym, na czym powinni się znać – polityce.

Takie publicznie wyrażane deklaracje utożsamiające interes Polski z interesem Ukrainy, takie manifestowanie przejęcia interesem, stanowiskiem i argumentami innego – przecież, jak się ostatnio okazało, z pewnością nie sojuszniczego – państwa już na starcie stawiają Polskę w pozycji przegranego w politycznym przetargu. Nawet gdyby bowiem uznać – przyjmijmy ten czysto teoretyczny scenariusz – że w interesie Polski leżałoby przekazanie Ukrainie jakiejś części naszego uzbrojenia, to przecież należałoby właśnie dla Polski jak najwięcej wycisnąć w zamian za ten ruch. Absolutnie pierwszym i podstawowym założeniem w takim przypadku byłoby niesprawianie przez rządzących Polską już na starcie wrażenia, że są gotowi uczynić to bezwarunkowo, przedstawiając taki ruch jako leżący w naszym własnym interesie. W ramach przetargu należałoby to przekonanie maskować do samego końca, by wytargować jak najwięcej. Ale o żadnych warunkach nie słychać. Po tym wszystkim, co Zełenski zrobił wobec Polski, znów staje się ona dla niego magazynem z szeroko otwartą bramą, w którym właściciele jeszcze cieszą się i poklepują go po plecach, że raczył przyjść i coś sobie zabrać.

Ten sam mechanizm nie dotyczy zresztą wyłącznie polskich magazynów uzbrojenia. Ukraina spogląda dziś także na nasze możliwości przeładunkowe i magazyny zbożowe. Ukraińskie Ministerstwo Rolnictwa poinformowało o rozmowach jego szefa Tarasa Wysockiego z polskim chargé d’affaires ad interim Piotrem Łukasiewiczem.

W czasie rozmów strona ukraińska sama przyznała, że z powodu systematycznych rosyjskich ataków na infrastrukturę portową i logistyczną Ukraina jest zmuszona szukać alternatywnych tras eksportu produktów rolnych. Przy czym, by dopełnić obrazu grożącego nam kryzysu, rząd Ukrainy otwarcie przekazał, że nie chodzi mu tylko o „korytarze solidarności”, czyli wykorzystanie części mocy przeładunkowych portów w Gdańsku, Szczecinie, Świnoujściu i Gdyni. Według ukraińskiego Ministerstwa Rolnictwa niedobór zdolności magazynowych na Ukrainie w listopadzie może wynieść od 7,5 mln ton do 11 mln ton. W czasie rozmów z polskimi dyplomatami omawiano zarazem możliwość zapewnienia ukraińskim producentom dodatkowych zdolności magazynowych.

Można więc łatwo wyobrazić sobie, że podobnie jak w 2023 roku nie będziemy mieli do czynienia z żadnym tranzytem, lecz z lokowaniem ukraińskiej produkcji na polskim rynku, ze szkodą dla polskich rolników. Ukraińscy producenci rolni nie podlegają przy tym wszystkim tym samym wymogom produkcyjnym, środowiskowym i regulacyjnym, jakie obciążają producentów w Unii Europejskiej. Oznacza to również nierówne warunki konkurencji dla polskiego rolnictwa.

Blokada ukraińskiego eksportu morskiego jest faktem. Rosjanie niszczą instalacje portowe Odessy i atakują ukraińskie statki handlowe. Nie można jednak analizować tych działań w oderwaniu od tegorocznej eskalacji wojny na Morzu Czarnym. Ukraina sama zdecydowała się znacząco rozszerzyć ataki na rosyjskie porty, tankowce i inne statki handlowe, musiała więc brać pod uwagę, że Rosja odpowie nasileniem działań wymierzonych również w ukraińską żeglugę i infrastrukturę portową.

Wołodymyr Zełenski 25 czerwca gromko ogłosił „40-dniową operację służb mającą na celu wywarcie wpływu na państwo agresora, aby wywrzeć presję na zakończenie wojny”. Dziś rachunek za gospodarcze konsekwencje tej decyzji ma zostać przynajmniej częściowo wystawiony Polsce.

W tej eskalacji czuć zresztą rękę prezydenta Ukrainy, mającego przecież zawodową skłonność do pijarowskiego rozgrywania wojny. Tymczasem sytuacja strategiczna Ukrainy tylko się przez jego działania pogarsza. Polskie wojsko, polscy rolnicy i polscy konsumenci nie mogą płacić za błędy polityczne i strategiczne władz Ukrainy. Polskie magazyny uzbrojenia, polskie magazyny zbożowe i polski rynek nie są zasobami, którymi władze Ukrainy mogą kompensować skutki własnych decyzji strategicznych. Zadaniem polskiego rządu nie jest zaś ułatwianie im tego, lecz pilnowanie, by koszt tych decyzji nie został przerzucony na Polaków.

Krystian Kamiński

Autor jest członkiem władz Ruchu Narodowego

Myśl Polska, nr 35-36 (30.08-6.09.2026)

Bliski Wschód: Od ludobójstwa do opcji nuklearnej

Bliski Wschód: od ludobójstwa do opcji nuklearnej

Autor: Dirk Ellerbrock apolut/naher-osten-vom-genozid-zur-atomaren-option

Bliski Wschód: od ludobójstwa do opcji nuklearnej | Autor: Dirk Ellerbrock

Artykuł Dirka Ellerbrocka.

Istnieje podejrzenie, o którym wolałbym nie mówić na głos, bo brzmi zbyt uporządkowanie jak na wydarzenie, które wydaje się tak chaotyczne: że świat przechodzi obecnie drugą próbę tej samej zdolności, którą zdał już podczas pierwszej – zdolności do rozważania rzeczy nie do pomyślenia bez przeszkadzania im.

Proces jest już znany; ma nazwę i datę: 7 października 2023 roku jako punkt zapalny, po którym nastąpiły dwa lata debaty nad właściwym terminem, podczas gdy sama akcja trwała nieprzerwanie. Czy to, co wydarzyło się w Strefie Gazy, było ludobójstwem, czy stratami ubocznymi? Pytanie to toczyło się równolegle z samymi wydarzeniami, jakby były to dwa niezależne zdarzenia. Nie były. Debata definicyjna była kontynuacją akcji innymi środkami – dopóki trwały spory terminologiczne, nikt nie musiał wyjaśniać, dlaczego nic się nie wydarzyło.

Ten sam schemat powtarza się w przypadku Iranu, tyle że z nowym słownictwem, a nawet nadano mu własną datę: tydzień, w którym Donald Trump w wywiadzie dla Fox News zagroził zbombardowaniem Omanu – kraju, który nawet nie jest stroną konfliktu – i zażądał, aby Iran wywiesił białą flagę. W tym samym tygodniu republikańska kongresmenka Marjorie Taylor Greene napisała, że ​​w Białym Domu toczy się dyskusja na temat użycia broni jądrowej. Nie była to plotka z drugiej ręki, ale stwierdzenie pochodzące z jej własnej partii.

I natychmiast rozpoczyna się ten sam manewr wymijający, znany z Gazy: taktyczny czy strategiczny, pierwsza akcja czy reakcja, „ograniczony cel militarny” czy broń rażenia. Ta kategoria to schronienie, do którego się ucieka, gdy sytuacja staje się nie do zniesienia – i z którego, nieświadomie, od dawna współdecydujemy.

Kategoryzacja problemu wiąże się z postępem technologicznym, który również ma swoją historię. Gaza dała początek terminowi „chirurgiczne uderzenia”, strefy humanitarne, które same stały się celami, a odsetek „wojowników” wśród ofiar sprawił, że rzeczywista liczba stała się nieistotna. Ten sam zestaw narzędzi istnieje w przypadku bomby, tylko starszy: od czasów Obamy nacisk kładziony jest na dopracowanie proporcjonalności mniejszych głowic, na koncepcje „niskiej mocy”, które sugerują, że najbardziej apokaliptyczną ze wszystkich broni można rozłożyć na podkategorię, której można używać z czystym sumieniem. W obu przypadkach gest jest ten sam: horroru się nie zaprzecza, lecz nim zarządza.

Ale prawdziwa decyzja nigdy nie zapada w miejscu, gdzie jest później dyskutowana. Jest podejmowana z wyprzedzeniem, nieformalnie, w pomieszczeniach bez protokołu – podczas rozmowy w Białym Domu, pytania w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego, zgłoszenia do think tanku, który otwiera sprawę do publicznej dyskusji, zanim ktokolwiek z zewnątrz w ogóle się o niej dowie. Ten mechanizm można prześledzić niemal jak w podręczniku: najpierw nieformalne rozmowy, potem rozszerzenie na kilka think tanków, a następnie – w pewnym momencie, niemal na marginesie – debata publiczna, traktowana jak wejście do pubu na rogu po lody.

Zanim sprawa trafia do publicznej dyskusji, decyzja dawno już zapadła. Dopiero wtedy staje się widoczna – nie jako projekt, lecz jako fakt dokonany, coś, czego można być jedynie świadkiem. Wskazówka Marjorie Taylor Greene nie była przeciekiem. Było to potwierdzenie, które zbiegło się z innym: według pro-pakistańskiej sieci informatorów, Trump otwarcie zapytał swojego szefa sztabu, czy może skorzystać z opcji nuklearnej – jak dziecko proszące o pozwolenie na zabawę niebezpieczną zabawką – i został odrzucony.

Alastair Crooke i Scott Ritter, wywodzący się z zupełnie różnych środowisk, również niezależnie doszli do tego samego wstępnego wniosku: wojsko już raz odrzuciło taki rozkaz jako zbrodnię wojenną, wymagane byłoby głosowanie w gabinecie, nie jest to działanie jednostronne; a nawet gdyby tak było – historycznie rzecz biorąc, Stany Zjednoczone używają broni jądrowej tylko w obliczu egzystencjalnej porażki; obecnie ponoszą jedynie polityczną porażkę, co stanowi fundamentalną różnicę. Trzy perspektywy, jeden wspólny wniosek: hamulce trzymają. Łatwo przeoczyć fakt, że „wciąż” to jedyne słowo w tym zdaniu, które faktycznie coś znaczy.

A oto ta część, o której mówi się najrzadziej, bo nikomu nie schlebia: cisza, która nastąpiła. Kiedy skala kryzysu w Strefie Gazy była już widoczna – poprzez zdjęcia, raporty organizacji pozarządowych, przesłuchania przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości w styczniu 2024 roku – ze stolic, które skądinąd chciałyby uważać się za światowy autorytet moralny, nie wydobył się żaden dźwięk, który mógłby cokolwiek zmienić. Żadnego trybunału z konsekwencjami, żadnego przełomu w ich własnych ramach politycznych, nawet embarga na broń wykraczającego poza symboliczne gesty. „Ani jeden dźwięk nie nadszedł ze strony zbiorowości Zachodu” – to sformułowanie oddaje to lepiej niż jakikolwiek dyplomatyczny eufemizm. Ta cisza nie była efektem ubocznym. Była rzeczywistym rezultatem: nie zgodą, ale systematycznym brakiem wszystkiego, co mogłoby jej zapobiec.

I to właśnie ta teza wykracza poza zwykłe porównanie: ten brak konsekwencji to nie tylko preludium do debaty o eskalacji nuklearnej. To jej sedno. Tabu złamane bez konsekwencji obniża próg dla kolejnego nie symbolicznie, lecz strukturalnie. Każdy, kto kiedykolwiek był świadkiem publicznej dyskusji o czymś nie do pomyślenia, a następnie jego realizacji i wreszcie zarządzania nim bez żadnych konsekwencji, uczy się czegoś bardzo konkretnego: że granica, na której świat rzekomo mówi „Nigdy więcej”, jest w rzeczywistości negocjowalna – jeśli tylko przesuwa się ją wystarczająco często, zanim ktokolwiek to zauważy. Nawet druga strona rozumie teraz tę logikę: twierdzenie, że Iran posiada już sprawne materiały wybuchowe i czeka jedynie na jedną decyzję Chameneiego, jest – niezależnie od tego, czy jest weryfikowalne, czy nie – dowodem na to, że nikt już tam nie wierzy w ustaloną, nienaruszalną granicę. Obie strony już przewidują jej upadek.

Tego poziomu eskalacji nie da się zrozumieć, pytając, czy Trump byłby na tyle szalony, by nacisnąć przycisk. Można go zrozumieć, pytając, czego system się uczy, gdy jego ostatnia granica zostaje przekroczona po raz pierwszy, bez pociągnięcia kogokolwiek do odpowiedzialności. Odpowiedź brzmi: nie ma już ostatniej granicy. Jest tylko kolejna.

+++

Źródło obrazu: Rawpixel.com / shutterstock

+++

Źródła:



Rozmowa z Alastair Crooke’em, https://www.youtube.com/watch?

Rozmowa ze Scottem Ritterem, https://www.youtube.com/watch

„Protokół przejściowy” – Pepe Escobar i Glenn Diesen, https://www.youtube

„Protokół przejściowy” – Pepe Escobar i „Pan Z” (piątkowe wydanie specjalne)
Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości, rozprawa w sprawie RPA przeciwko Izraelowi, styczeń 2024 r.

apolut.net/warum-washington-die-atomoption-noch-nicht-zieht-von-dirk-ellerbrock

Dieta planetarna wchodzi do szkół

Dieta planetarna wchodzi do szkół.

„Mój syn tego nie będzie chciał jeść”

Marianna Lach, 25 sierpnia 2026, medonet/dieta-planetarna-w-szkolnych-stolowkach-nowe-rozporzadzenie-wzbudza-emocje/

Więcej warzyw i potraw na bazie nasion roślin strączkowych, mniej mięsa — od 1 września w szkołach i przedszkolach będzie obowiązywać tzw. rozporządzenie sklepikowe. — Kuba jada przede wszystkim mięso w każdej postaci i jajka, skusi się na pizzę, coś na słodko, ale nie na warzywa — żali się w rozmowie z Medonetem jego mama Ala.

Dieta planetarna zawita od 1 września do szkolnych stołówek.

Nowe przepisy zakładają m.in. ograniczenie częstotliwości podawania w ramach obiadu potraw mięsnych do dwóch razy w tygodniu, przygotowywanie zup na wywarach warzywnych co najmniej dwa razy w tygodniu, uwzględnianie w obiedzie co najmniej raz w tygodniu potrawy na bazie nasion roślin strączkowych bez dodatku produktów odzwierzęcych oraz — jeśli to możliwe — wykorzystywanie produktów pochodzenia lokalnego lub ekologicznego.

Nowe rozporządzenie wskazuje również jednoznacznie pełnoziarniste produkty zbożowe jako pożądane składniki przedszkolnych i szkolnych posiłków.

Dieta planetarna. O co tu chodzi?

Nowe przepisy kładą większy nacisk na realizację w żywieniu przedszkolnym i w stołówce szkolnej zasad tzw. diety planetarnej, modelu żywienia łączącego troskę o zdrowie i środowisko.

Podkreślają większy udział w tym żywieniu produktów pochodzenia roślinnego — warzyw, owoców, nasion roślin strączkowych, pełnoziarnistych produktów zbożowych, a także roślinnych alternatyw dla wyrobów mlecznych, wzbogaconych co najmniej w wapń i witaminę B12 oraz spełniających określone kryteria dotyczące zawartości cukrów, tłuszczu i soli.

Dyrektor szkoły: muszę kupić więcej pojemników na odpadki

— Doskonałe pomysły ma nasz resort zdrowia — kwituje dyrektor jednej z małopolskich gminnych szkół podstawowych, chcący zachować anonimowość. Na gwałt wysyła kucharki i intendentkę na szkolenia. — To chyba my w szkołach najlepiej wiemy, jak żywić dzieci w stołówkach, bo robimy to od lat. Nie wróżę nowym zasadom powodzenia, a sam muszę kupić więcej pojemników na odpadki, bo dzieci będą wyrzucać jeszcze więcej jedzenia — dodaje.

Jego zdaniem dzieci korzystające ze stołówki są wybredne — to raczej „niejadki”. Zupy wylewają do podstawionych pojemników, chyba że to rosół albo pieczarkowa. Grochowa nie ma szans na zjedzenie, podobnie kapuśniak.

Drugie dania? Mimo że nauczycielka albo opiekun świetlicy pilnują, maluchy potrafią zakopać surówkę pod ziemniakami i też ją wyrzucić. Z chęcią jedzą tylko drób (w różnych postaciach, choć najbardziej w formie kotletów), pierogi z mięsem albo owocami, naleśniki. Tarta marchew? Ogórek kiszony? Sałatka typu „coleslaw”? Do wiadra.

— W naszej szkole staramy się, aby posiłki były dostosowane do preferencji dzieciaków, żeby zjadały cały dwudaniowy obiad. Jeśli ktoś mięsa nie je, jest na coś uczulony albo choruje i wymaga innego żywienia, ma przygotowaną stosowną dietę. Wszystko jest obliczane — gramatura, kaloryczność, udział procentowy białka, tłuszczy; cyklicznie bada to też nasz sanepid. Nie wiem i nie rozumiem, po co to jeszcze bardziej regulować. Te dzieci, którym przepisy mają pomóc zdrowiej się odżywiać, zeszczupleć, i tak po szkole idą do sklepu, kupują pączki i colę — uważa dyrektor.

„Muszę sprawdzać, na co wydaje kieszonkowe”

Potwierdza to Magda Wróbel z Katowic, która ma 10-letnią córkę z nadwagą. Akurat ona jest entuzjastką zmian. — Bardzo się cieszę, że będą zmiany w szkolnych stołówkach i sklepikach jedzenie będzie zdrowsze, mniej tłuste i mniej słodsze. — To kolejny punkt na mojej drodze wyprowadzania córki z nadwagi — mówi Medonetowi Magda.

Jak dodaje, w domu może kontrolować to, co córka je, poza domem już nie do końca. — Zostaje mi kwestia sprawdzania, na co wydała kieszonkowe, a skoro w sklepiku nie kupi już croissanta z czekoladą ani słodzonego napoju, to tym lepiej. No i jeszcze będzie edukacja zdrowotna. Może w trakcie zajęć córka w końcu nauczy się, co jest dla niej niezdrowe.

Co będzie można kupić w sklepiku szkolnym?

Nowe przepisy, które wejdą w życie 1 września 2026 r., obejmą przedszkola, szkoły i inne jednostki systemu oświaty prowadzące żywienie dzieci i młodzieży oraz sprzedaż żywności na swoim terenie.

Dzieci nadal będą mogły korzystać ze sklepików szkolnych i stołówek. Zmiany dotyczą oferty dostępnej na terenie szkoły lub przedszkola. Zmieni się asortyment oferowany uczniom.

W katalogu znajdują się m.in.: pieczywo, pieczywo pół-cukiernicze i cukiernicze, kanapki, sałatki i surówki, mleko i produkty mleczne, napoje roślinne i alternatywy produktów mlecznych, produkty zbożowe (w tym śniadaniowe), warzywa, owoce, suszone warzywa i owoce, orzechy i nasiona bez dodatku cukrów, substancji słodzących i soli, soki, przeciery i musy bez dodatku cukrów, substancji słodzących i soli, koktajle na bazie mleka lub napojów roślinnych bez dodatku cukrów i substancji słodzących, naturalna woda mineralna, woda źródlana i stołowa, napoje przygotowywane na miejscu z ograniczoną ilością cukrów dodanych, inne napoje bez dodatku cukrów i substancji słodzących, bezcukrowe gumy do żucia, gorzka czekolada o wysokiej zawartości kakao. Wśród zaleceń jest też nieodpłatne udostępnienie wody do picia.

— Takie dystrybutory z wodą mamy od kilku lat na każdym z pięter szkoły, bo wiosną i przed wakacjami bywa gorąco — dopowiada cytowany wcześniej dyrektor.

Nieco inaczej do tematu podchodzi Ala, mieszkanka Wojnarowic. Do podstawówki uczęszcza jej 12-letni syn Kuba. W poprzednich latach korzystał ze stołówki.

— Doskonale znam nawyki żywieniowe własnego dziecka. A teraz się dowiaduję o tym, że na szkolnej stołówce posiłki będą według jakiejś roślinnej diety. Nie wiem, co mam robić, bo Kuba jada przede wszystkim mięso w każdej postaci i jajka, pokusi się na pizzę, coś na słodko — owszem, pierogi, kopytka, spaghetti, a nie znosi fasolki, grochu, ogórków, warzywa to nie jest jego bajka, niestety. Ale tak ma chyba większość dzieci w jego wieku. Pracuję, nie mogę gotować w domu i dlatego nie jestem w stanie zrezygnować ze stołówki. A teraz takie zaskoczenie. Mam nadzieję, że nie będzie chodził głodny — żali się Medonetowi.

Rodzice nie wiedzą, pozytywna ocena od 30 proc.

Choć zapisy rozporządzenia konsultowano już od miesięcy i weszły w życie w lutym br., nadal wielu rodziców nie wie, że zmiany wejdą już 1 września (szkoły dostały trochę czasu na wdrożenie nowych zasad).

Potwierdza to badanie, zrealizowane przez Food Research Institute w ramach Barometru Rolniczego — wspólnej inicjatywy Food Research Institute oraz Ogólnopolskiego Panelu Badawczego Ariadna: tylko 39 proc. Polaków wie o zmianach w żywieniu dzieci w szkołach i przedszkolach, które zakładają zapewnienie co najmniej raz w tygodniu pełnowartościowego posiłku przygotowanego wyłącznie z produktów roślinnych. Wśród rodziców dzieci w wieku szkolnym i przedszkolnym świadomość zmian jest wyższa — wie o nich 55 proc. badanych. To wciąż mało.

Ponadto rodzice są mniej entuzjastycznie nastawieni do posiłków roślinnych niż ogół badanych. Wprowadzenie co najmniej jednego takiego posiłku tygodniowo jako zdecydowanie pozytywne ocenia 38 proc. wszystkich respondentów, natomiast wśród rodziców odsetek ten jest o osiem pkt proc. niższy i wynosi 30 proc.

Co pokazało badanie opinii publicznej?

Niemal połowa rodziców uważa, że w pełni roślinne posiłki powinny pojawiać się w szkołach i przedszkolach tylko raz lub dwa razy w tygodniu. Pokazuje to, że choć sama idea jest akceptowana, większy udział posiłków roślinnych w jadłospisie może spotkać się z mniejszym poparciem.

Tylko 52 proc. rodziców wskazuje sposób żywienia jako główny element kształtujący zdrowie dziecka. W całej badanej populacji uważa tak 56 proc. respondentów. Oznacza to, że niemal połowa rodziców nie wskazuje żywienia jako jednego z podstawowych czynników zdrowego rozwoju dziecka.

Wyniki wskazują, że sama zmiana jadłospisów w placówkach może nie wystarczyć do trwałej zmiany nawyków żywieniowych dzieci. Kluczowe znaczenie może mieć spójność między tym, czego dzieci uczą się i co jedzą w szkole lub przedszkolu, a sposobem żywienia w domu. (Źródło: Food Research Institute / Ogólnopolski Panel Badawczy Ariadna).

— Jeżeli stworzymy dzieciom takie środowisko, w którym zdrowy wybór będzie łatwiejszy, to zyskamy większą szansę, że po niego sięgną — mówi cytowana przez Agencję Newseria dr n. med. Anna Liber, pediatra, gastroenterolog, kierownik Zakładu Żywienia w Instytucie Matki i Dziecka.

„Pomysł świetny, wykonanie — jak zawsze”

— Dla mnie nowe zasady żywienia w szkole nie mają większego znaczenia. Kuchnia w szkole mojego syna jest tak koszmarna, że od razu nastawiam się na to, że będzie jadł drugi (a właściwie pierwszy) obiad w domu. Jeśli zje coś w szkole — super, ale wolę być przygotowana i mieć pewność, że dostanie pełnowartościowy i lubiany przez siebie posiłek — przyznaje w rozmowie z Medonetem Dorota z Krakowa, mama 7-letniego Antosia, który zaczyna właśnie nowy rozdział o nazwie „szkoła”.

Będzie uczęszczał do szkolnej stołówki, którą Dorota zna z opowieści innych rodziców z okolicy.

— Jestem całym sercem za wprowadzeniem do szkolnych kuchni większej ilości warzyw i potraw roślinnych, ale to nie produkty są problemem, a sposób ich przyrządzenia i podania. Niestety, w naszej szkole nawet uwielbiane zwykle przez dzieci pierogi ruskie czy naleśniki z serem są niezjadliwe; trudno więc oczekiwać, że danie roślinne i pełnoziarniste zyska aprobatę wybrednego małego podniebienia. Krótko mówiąc: pomysł świetny, wykonanie — jak zawsze — podsumowuje.

Przykładowy posiłek w ramach diety roślinnej, przygotowany przez Narodowe Centrum Edukacji Żywieniowej

Kaszotto z zieloną soczewicą, pieczarkami i marchewką (przepis na 10 porcji)

Przykładowy posiłek w ramach diety roślinnej, przygotowany przez Narodowe Centrum Edukacji Żywieniowej, przepis na 10 porcji.

Składniki:

  • kasza jęczmienna perłowa, sucha — 300 g
  • zielona soczewica, sucha — 200 g
  • brokuły — 300 g
  • pieczarki — 300 g
  • marchew — 200 g
  • przecier pomidorowy — 100 g
  • nasiona słonecznika — 50 g
  • oliwa z oliwek lub olej rzepakowy — 50 g
  • przyprawy: pieprz mielony, zioła prowansalskie — wedle uznania, sól w ilości ograniczonej do niezbędnego minimum
  • natka pietruszki — 50 g

Sposób przygotowania: [—- md]

Najważniejsze zmiany w żywieniu dzieci w szkołach i przedszkolach, które wypunktowała Państwowa Inspekcja Sanitarna, to m.in.:

  • zwiększony udział warzyw, owoców i produktów pochodzenia roślinnego w codziennych posiłkach;
  • Promowanie zasad diety planetarnej
  • ograniczenie ilości dodawanych cukrów w napojach przygotowywanych na miejscu;
  • częstsze wykorzystanie produktów pełnoziarnistych;
  • wprowadzenie obowiązkowej potrawy roślinnej w ramach obiadu raz w tygodniu;
  • uwzględnianie potrzeb osób, które nie spożywają produktów odzwierzęcych;
  • przygotowywanie zup na bazie wywarów warzywnych co najmniej dwa razy w tygodniu;
  • preferowanie wody jako podstawowego napoju podawanego dzieciom i młodzieży;
  • zachęcanie do wykorzystywania produktów lokalnych lub ekologicznych, jeśli jest to możliwe.

Nowe zasady mają promować zdrowsze i bardziej zrównoważone żywienie dzieci. Pytanie pozostaje jednak otwarte: czy szkolne jadłospisy zmienią codzienne wybory uczniów, jeśli ich preferencje i nawyki kształtują się przede wszystkim w domu? To właśnie od tej spójności, jak wskazują eksperci, zależy powodzenie reformy.

Źródło:Medonet

============================

mail:

Dzieci w szkołach docelowo maja być żywione bezmięsnie !!!???

Bo przecież planeta plonie… banda lobuzow!

Męskie rodzicielstwo

Profesorze! Nie masz racji. Mężczyzna może wydać na świat potomstwo, i
to bez żadnej kastracji. Oto udokumentowane, twarde fakty z historii
anomalii anatomicznych i medycznych rekordów:


Przypadek Zeusa (Grecja): W wyniku krytycznego wzrostu ciśnienia
wewnątrzczaszkowego oraz natychmiastowej interwencji
neurochirurgicznej (trepanacja czaszki wykonana przez operatora
Hefajstosa) z jamy czaszkowej pacjenta dokonano ekstrakcji w pełni
uformowanego, samodzielnego osobnika płci żeńskiej – Ateny. Osobnik
bezpośrednio po zabiegu prezentował pełną autonomię ruchową oraz
kompletne uzbrojenie ochronne (jasną zbroję).


Przypadek Dionizosa (Grecja): Po nagłym zgonie matki w mechanizmie
porażenia prądem wysokiego napięcia (pioruny) zespół ratunkowy pod
kierownictwem Zeusa przeprowadził ratunkową autotransplantację zarodka
do utworzonej chirurgicznie kieszonki podskórnej w obrębie uda
pacjenta. Po wielomiesięcznej inkubacji w warunkach domowej hodowli
tkankowej wykonano nacięcie powięzi i skóry, w wyniku którego na świat
wydobyto żywego, zdrowego noworodka płci męskiej.


Przypadek Lokiego (Skandynawia): Klasyczny przykład daleko posuniętej
metamorfozy somatycznej połączonej z aberracją chromosomową. Pacjent
po całkowitej transformacji morfologicznej w klacz dopuścił do
zapłodnienia go przez ogiera, odbył pełny cykl gestacji i drogami
natury wydał na świat ośmionogiego konia – Sleipnira, osobnika o
rekordowych parametrach lokomocyjnych.


Przypadek Atuma (Egipt): Unikalny w skali światowej incydent męskiej
partenogenezy. Pacjent przebywający w warunkach całkowitej izolacji
dokonał samoistnego zapłodnienia poprzez gwałtowne
odkichnięcie/splunięcie, generując w ten sposób nową linię genetyczną
w postaci bliźniąt (Szu i Tefnut).


Przypadek Izanagiego (Japonia): Zespół poekspozycyjnego porodu
ektopowego o lokalizacji ocznej i nosowej. Po płukaniu twarzy w cieku
wodnym pacjent w sposób spontaniczny wyłonił z kanałów łzowych oraz
nozdrzy trzech w pełni uformowanych, dorosłych osobników potomnych
(Amaterasu, Tsukuyomi i Susanoo).


Przypadek Brahmy (Indie): Czysty przypadek reprodukcji neurogennej.
Pacjent wyłącznie za pomocą wzmożonej aktywności bioelektrycznej kory
mózgowej oraz stanów medytacyjnych wygenerował z własnej świadomości
grupę dorosłych synów-mędrców, całkowicie omijając klasyczny proces
zapłodnienia i ciąży.


Przypadek Karory (Australia, Aranda/Arrernte): Klasyczny przykład
męskiej ciąży ektopowej o lokalizacji pachowej i pępkowej. Pacjent w
stanie głębokiego snu dokonał spontanicznego porodu najpierw zwierząt
totemicznych, a następnie serii w pełni uformowanych synów, którzy
wydostali się kolejno z dołów pachowych oraz okolicy pępka.
Pierworodny syn natychmiast po ekstrakcji ułożył głowę na ramieniu
ojca. Kolejne noce przyniosły dalsze udane porody bez udziału
partnerki.


Przypadek Taʻaroa (Polinezja, Tahiti): Unikalny incydent auto-generacji
i męskiej partenogenezy. Pacjent, początkowo zamknięty w kosmicznej
skorupie/jaju, po samoistnym wydostaniu się z niej rozpoczął proces
tworzenia potomstwa bezpośrednio z własnych tkanek i atrybutów ciała.
Części ciała oraz pióra zostały przekształcone w bogów, rośliny i
elementy świata, bez udziału osobnika płci żeńskiej.


Przypadki melanezyjskie (m.in. Vanuatu, Bimin-Kuskusmin): Seria
udokumentowanych epizodów męskiej generacji somatycznej. Pierwotni
przodkowie płci męskiej produkowali potomstwo oraz rośliny uprawne
(taro, jams) poprzez wydzielanie i transformację własnych tkanek:
paznokci, plwociny, jąder oraz fragmentów ciała. Proces przebiegał w
trybie całkowicie aseksualnym, z pominięciem tradycyjnego
zapłodnienia.
Przypadek Quetzalcoatla (Mezoameryka): Rzadki przykład męskiego
samozapłodnienia poprzez auto-hemotransfuzję i rekonstrukcję
genetyczną. Pacjent po pozyskaniu kości poprzednich generacji dokonał
kontrolowanego upustu krwi z własnego penisa, a następnie wymieszał ją
z materiałem kostnym. W wyniku tej procedury uzyskano nową, żywą linię
ludzką – bez udziału matki biologicznej.


Z wyrazami głębokiego szacunku i należnego poważania
Hrabia Monte Christo

============================

P.S. Ale to wszystko było możliwe, gdy na świecie były dwie płcie.
Dziś gdy zgodnie z decyzją najwyższych władz UE jest ich 72… kto wie?…
😉
h. M. Ch.

Żydzi zatruwają palestyńskie studnie w dolinie Jordanu

Żydzi zatruwają palestyńskie studnie w dolinie Jordanu

magnapolonia/zydzi-zatruwaja-palestynskie-studnie-w-dolinie-jordanu

Żydo-naziści nasilają działania wymierzone w palestyńską infrastrukturę wodną w północnej części doliny Jordanu. Według relacji mieszkańców i lokalnych władz wojsko zatruwa i zasypuje studnie, rozbiera rurociągi oraz uszkadza sieci doprowadzające wodę do gospodarstw rolnych.

Skutki tych działań odczuwają zarówno rolnicy, jak i hodowcy zwierząt, których byt w dużej mierze zależy od dostępu do wody.

Żydzi zatruwają palestyńskie studnie w dolinie Jordanu. Jednym z najbardziej dotkniętych miejsc jest wieś Atouf. 55-letni rolnik Abdul Majid Sa’aydeh powiedział, że siły izraelskie po raz trzeci w ciągu niespełna pięciu lat zasypały należącą do niego studnię. Zniszczono również główny rurociąg zaopatrujący Atouf oraz pobliską Ras al-Ahmar. Według jego relacji część instalacji wcześniej uszkodzili izraelscy osadnicy, a następnie izraelska spycharka wojskowa usunęła pozostałe fragmenty sieci.

Zniszczenie infrastruktury pozbawiło dostępu do wody około 30 rodzin zajmujących się hodowlą zwierząt. Ucierpiały również tereny rolnicze o powierzchni około 8 tys. dunamów, czyli około 800 hektarów. Lokalne władze informują ponadto, że w Atouf i Ras al-Ahmar zasypano trzy studnie artezyjskie. Abdullah Bisharat, przewodniczący rady wsi Atouf, ocenił, że zaopatrywały one w wodę około 7,5 tys. dunamów, czyli 750 hektarów gruntów rolnych na równinie al-Baqi’a.

Dolina Jordanu jest jednym z najważniejszych obszarów rolniczych Zachodniego Brzegu. Dla miejscowych Palestyńczyków dostęp do wody oznacza nie tylko możliwość prowadzenia upraw, ale również utrzymania stad i pozostania na własnej ziemi. Ograniczenie dostępu do studni i sieci irygacyjnych może więc prowadzić do znacznie poważniejszych konsekwencji niż sama utrata infrastruktury – w praktyce może uniemożliwić funkcjonowanie całych gospodarstw.

Problem nie ogranicza się przy tym do pojedynczych przypadków. Zaledwie kilka dni wcześniej izraelska organizacja praw człowieka B’Tselem ostrzegała, że zatruwanie i odcinanie dostaw wody w północnej Dolinie Jordanu stwarza zagrożenie wysiedleniem dla 47 palestyńskich rodzin, liczących ponad 300 osób. Organizacja wskazywała, że mieszkańcy Ras al-Ahmar, al-Thaala i wschodniego Atouf zostali pozbawieni ostatnich działających przewodów doprowadzających wodę.

Ukraina nowym rosyjskim Afganistanem?

Ukraina nowym rosyjskim Afganistanem?

Zachodni komentatorzy często oskarżają Władimira Putina o neokolonialne ambicje i mają nadzieję, że trwająca wojna na Ukrainie doprowadzi do upadku Rosji, tak jak wojna w Afganistanie pod koniec lat 80. przyspieszyła upadek Związku Radzieckiego. Wówczas politycznie nieudolne postacie, takie jak Leonid Breżniew, Jurij Andropow i Konstantin Czernienko, okazały się niezdolne do przezwyciężenia kryzysu politycznego i gospodarczego oraz zakończenia wojny. Jednak dzisiejsze okoliczności są zasadniczo inne.

Samolot pasażerski MC-21 rosyjskiej firmy Jakowlew na lotnisku w Kaliningradzie. Ma on zastąpić rodzinę Airbusów A320 i nowsze wersje serii Boeing 737. Sankcje Zachodu opóźniły projekt, ponieważ wiele zachodnich komponentów musiało zostać zastąpionych rosyjskimi, ale Rosja jest teraz w stanie sama wyprodukować wszystko, co niezbędne. Kilka rosyjskich linii lotniczych już zamówiło ten samolot.

Gdy w Rosji w dniach 18-20 września br. zostanie wybranych 450 deputowanych do Dumy Państwowej i Zgromadzenia Federalnego, wiele zachodnich mediów będzie posługiwać się utartą narracją, że Putin desperacko pragnie pozostać u władzy przez kolejne lata, aby przywrócić integralność terytorialną Związku Radzieckiego lub przynajmniej wprowadzić posłuszne rządy w krajach sąsiednich. Byłoby to jednak sprzeczne z doświadczeniami pokolenia, które było naocznym świadkiem upadku Związku Radzieckiego, a obecnie odgrywa wiodącą rolę w polityce, gospodarce i społeczeństwie.

1979 – fatalna decyzja

Głównym traumatycznym doświadczeniem dzisiejszego pokolenia jest wojna Związku Radzieckiego w Afganistanie w latach 1979-1989. Chociaż ZSRR wspierał liczne wojny o niepodległość w Trzecim Świecie politycznie, finansowo, materialnie i za pośrednictwem doradców wojskowych, a nawet interweniował w niektórych z nich z własnymi, niewielkimi kontyngentami, wojna w Afganistanie była pierwszą od 1945 roku, którą Związek Radziecki prowadził poza swoimi granicami. Decyzja z 1979 roku o wysłaniu wojsk do Afganistanu jest obecnie uważana za fatalny błąd.

Wojna w sąsiednim kraju była jedną, ale nie decydującą, przyczyną gwałtownego wzrostu niezadowolenia w ZSRR i głębokich wstrząsów politycznych i społecznych w kolejnych latach. Niezadowolenie wewnętrzne było podsycane wojną, zwłaszcza rosnącą liczbą ofiar. Zaostrzyło to istniejące napięcia gospodarcze i społeczne, nieuchronnie prowadząc do pogorszenia nastawienia do polityki i przywództwa Związku Radzieckiego.

Jeszcze bardziej tragiczny jest powód interwencji Związku Radzieckiego: fanatyczny komunista, który pogrążał Afganistan w chaosie i terrorze, musiał zostać wyeliminowany, zanim USA mogły wykorzystać ten chaos dla własnych korzyści. Hafizullah Amin studiował między innymi na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku, zanim dołączył do radykalnej lewicowej Ludowo-Demokratycznej Partii Afganistanu (PDPA). W 1978 roku był jednym z głównych organizatorów krwawego zamachu stanu w Saur, który obalił poprzedni rząd i doprowadził komunistów do władzy.

Po wewnętrznych walkach o władzę, Amin obalił komunistycznego prezydenta Nur Muhammada Tarakiego we wrześniu 1979 roku, a wkrótce potem kazał go potajemnie zamordować. Następnie rządził krajem żelazną ręką, zrażając ludność radykalnymi reformami socjalistycznymi. Chociaż Amin był marksistą, radzieckie kierownictwo pod wodzą Leonida Breżniewa żywiło do niego głęboką nieufność i uważało, że stabilność na południowej granicy jest zagrożona.

Starzejący się aparatczycy jako winowajcy

Dziś jednak szef KGB, Jurij Andropow, jest uważany za siłę napędową sowieckiego aparatu władzy, który doprowadził do interwencji w Afganistanie. Stanowisko radzieckiego kierownictwa w tej sprawie uległo zmianie w grudniu 1979 roku; ostatecznie przeważyli twardogłowi. W bliskim otoczeniu Breżniewa to przede wszystkim minister spraw zagranicznych Andriej Gromyko i minister obrony Dmitrij Ustinow, obok Andropowa, wytyczyli kurs. Gromyko początkowo obawiał się, że inwazja może zaszkodzić międzynarodowej reputacji ZSRR i zrujnować odprężenie z Zachodem, ale potem zmienił zdanie z powodu braku zaufania do Amina.

Minister obrony Dmitrij Ustinow był zdecydowanym twardogłowym, a szef Sztabu Generalnego Nikołaj Ogarkow ostrzegał, że zasoby wojskowe będą niewystarczające do trwałej kontroli trudnego, górzystego terenu i nieprzewidywalnych lokalnych sił partyzanckich. Obawiał się przedłużającej się wojny i niszczącej reputację porażki. Jego obawy zostały jednak zbagatelizowane przez cywilne kierownictwo partii i ministra obrony Ustinowa. Kluczowe było jednak stanowisko sekretarza generalnego Komunistycznej Partii ZSRR, Leonida Breżniewa, który był jednocześnie głową państwa. Długo nie mógł się zdecydować, jak postąpić.

Wycofanie ostatnich wojsk radzieckich z Afganistanu

Jeszcze przed fatalną decyzją z 1979 roku stan zdrowia Breżniewa wyraźnie się pogarszał. Od połowy lat 70. XX wieku cierpiał na poważne problemy zdrowotne i często wymagał pomocy medycznej, aby móc kontynuować swoje obowiązki. Jego stan był poważny od dnia zawału serca w 1975 roku. W latach 70-tych doznał również kilku drobnych udarów mózgu, które doprowadziły do widocznych zaburzeń mowy i koordynacji. Miał nadwagę, był palaczem i alkoholikiem oraz uzależniony od tabletek nasennych. Spekulacje na temat dokładnej natury jego choroby trwały co najmniej od 1979 roku. Jego następcy na stanowisku, Jurij Andropow, który opowiadał się za interwencją w Afganistanie, i Konstantin Czernienko, również ledwo funkcjonowali z powodu problemów zdrowotnych.

Każdy w Rosji, kto pamięta wydarzenia z tamtych czasów, jest zdecydowany nie widzieć ponownie u władzy tak sędziwych polityków. Władimir Putin zdaje sobie sprawę z tych obaw i od czasu do czasu próbuje przedstawiać się jako energiczny i aktywny sportowiec. Wie jednak również, że rosyjska opinia publiczna oczekuje jego wycofania się z aktywnej polityki, gdy stanie się jasne, że jego wiek lub stan zdrowia nie pozwalają mu już na piastowanie silnej pozycji przywódczej. Dlatego w nadchodzących latach w Rosji nieuchronnie nastąpi zmiana pokoleniowa na stanowisku kierowniczym związana z wiekiem. Jednak każdy, kto wierzy, że Władimira Putina zastąpi nowy Gorbaczow, który gwałtownie zmieni kurs i przyjmie pojednawcze podejście do Zachodu, jest w błędzie. Zmiana nastrojów społecznych w dzisiejszej Rosji jest zbyt głęboka.

Nieudane reformy z góry

Chociaż Jurij Andropow kojarzy się dziś przede wszystkim z wojną w Afganistanie, doskonale zdawał sobie sprawę z problemów społeczno-gospodarczych kraju. Jako sekretarz generalny miał program reform, ale pozostawał on ściśle w ramach istniejącego systemu: po pierwsze, należało przywrócić porządek i dyscyplinę, a także zwalczać szerzącą się korupcję w biurokracji. Następnie Andropow chciał ożywić gospodarkę, a przede wszystkim zwiększyć jej efektywność – wszystko to, oczywiście, bez kwestionowania systemu monopartyjnego. Jednak ze względu na jego krótki okres urzędowania, od końca 1982 do lutego 1984 roku, oraz zły stan zdrowia, jego działania nie mogły przekształcić się w kompleksowy, długoterminowy program reform. Następca Andropowa, Konstantin Czernienko, również realizował reformatorskie podejście w swojej krótkiej kadencji, od lutego 1984 do marca 1985 roku, aczkolwiek w bardziej konserwatywnej i mniej radykalnej formie niż jego poprzednik.

Michaił Gorbaczow

Kiedy w marcu 1985 roku do władzy doszedł Michaił Gorbaczow, wciąż szeroko krytykowany w Rosji, prawdopodobnie niewiele pozostało do uratowania. ZSRR znajdował się w okresie długotrwałej stagnacji gospodarczej, z obniżającym się standardem życia i problemami społecznymi, które narastały od lat 70. i stały się szczególnie dotkliwe na początku lat 80. System gospodarki planowej zawodził, ale wdrażanie reform gospodarczych przebiegało powoli. W życiu codziennym objawiało się to niedoborami i typowymi kolejkami. Dla systemu, który przejął zaspokajanie podstawowych potrzeb materialnych, brak stosunkowo powszechnych dóbr i usług w życiu codziennym był katastrofalny. Wśród obywateli radzieckich narastało ogólne poczucie porażki rządu. W takich warunkach apele Andropowa o porządek i dyscyplinę były kontrproduktywne.

https://globalbridge.ch/russlands-neues-afghanistan

Napisał: Ralph Bosshard

Opracował: Zygmunt Białas

Ostatnia szansa przed przepaścią: Pakistan otrzymuje zielone światło od Iranu

Ostatnia szansa przed przepaścią: Munir otrzymuje zielone światło od Iranu – spotkał się z człowiekiem, który groził odcięciem dostaw ropy z Zatoki Perskiej.

Asim Munir wraca z Teheranu: Iran daje zielone światło na rozmowy – i grozi całkowitym wstrzymaniem dostaw ropy.

W programie Transition Protocol wyemitowanym 25 sierpnia, doświadczony korespondent Eurazji Pepe Escobar, wraz z prowadzącym, panem Z, przeanalizował szokujące rezultaty niedawno zakończonej misji pakistańskiego marszałka polowego Asima Munira i ministra spraw wewnętrznych Mohsina Naqviego w Teheranie. To, co zaczęło się jako dyskretna podróż mediacyjna, okazuje się być potencjalną ostatnią opcją dyplomatyczną – lub zwiastunem jeszcze ostrzejszej eskalacji.

https://youtube.com/watch?v=5yI1lTaq7AY%3Ffeature%3Doembed

Podróż, którą Munir i Naqvi spędzili w stolicy Iranu od poniedziałku do wtorku, była celowo dłuższa niż zwykle. Porządek obrad był ogromny. Delegacja pakistańska rozmawiała praktycznie ze wszystkimi istotnymi ośrodkami władzy: ministrem spraw zagranicznych Abbasem Araghchim, przewodniczącym parlamentu Mohammadem Bagherem Ghalibafem, wpływowym Mohsenem Rezaeim oraz bliskim kręgiem Najwyższego Przywódcy Alego Chameneiego. Sam Naqvi określił rozmowy po ich powrocie jako „niezwykle produktywne” – określenie, którego nie słyszano w Teheranie od miesięcy w odniesieniu do potencjalnych kontaktów z USA, a które Escobar uważa za prawdziwy przełom.

Misja została zainicjowana bezpośrednim telefonem Donalda Trumpa do marszałka polowego Munira. Obaj panowie od tygodni figurowali na swoich listach szybkiego wybierania; Trump dzwonił do dowódcy pakistańskiej armii praktycznie codziennie. Prezydent USA wyraźnie poprosił Munira, aby poleciał do Teheranu i znalazł „jakiś sposób”, który byłby akceptowalny dla jego ogromnego ego.

Escobar bez ogródek nazywa to „błaganiem” : Rząd w Waszyngtonie jest w tarapatach – kurczą się strategiczne rezerwy ropy naftowej, presja w połowie kadencji, napięcia wewnętrzne. Jednocześnie sekretarz skarbu Scott Bessent wprowadził „matkę wszystkich sankcji” wobec Iranu, w tym sankcje wtórne, które w rzeczywistości dotyczą również Chin.

W Teheranie Pakistańczycy otrzymali jasny sygnał: Iran jest gotowy powrócić do rozmów pośrednich – ale wyłącznie na podstawie wcześniejszego Memorandum o Porozumieniu (MOU) z Islamabadu. Ten 14-punktowy dokument, który Escobar od miesięcy nazywał „martwym kotem”, został jednostronnie wycofany przez Stany Zjednoczone po zaledwie kilku dniach. Irańczycy domagają się teraz, aby obie strony w końcu uszanowały podjęte wówczas zobowiązania. Obejmują one zakończenie wszelkich działań zbrojnych przeciwko całej osi oporu (Hezbollahowi, jemeńskiemu Ansarowi Ansarollah, irackim Siłom Mobilizacji Ludowej i, w szczególności, Palestynie), zniesienie amerykańskiej blokady morskiej Cieśniny Ormuz oraz podjęcie konkretnych kroków w celu uwolnienia zamrożonych aktywów i złagodzenia sankcji.

Już w dniu powrotu Naqvi spotkał się w Islamabadzie z pełniącą obowiązki ambasador USA, Natalie Baker, i przekazał jej szczegółowy raport. Dla Escobara jest to jednoznaczny dowód na to, że dyplomacja wahadłowa już trwa. Dalsze misje – takie jak wizyta pakistańskiej delegacji w Waszyngtonie czy kolejna wizyta w Teheranie – są całkiem możliwe w nadchodzących dniach i świadczyłyby o tym, że sprawa nabiera tempa.

Dodatkowe informacje, które dotarły do ​​moderatorów z wewnętrznych źródeł na krótko przed emisją, nadają całej sprawie szczególnej wagi. Gdy Munir i Naqvi przebywali jeszcze w Teheranie, z biura chińskiego ministra spraw zagranicznych Wang Yi nadeszła bezpośrednia wiadomość: Chiny „w stu procentach” popierają Pakistan i Iran. Gdyby Waszyngton jeszcze bardziej nasilił presję, podejmą wspólne działania i, w razie potrzeby, „deportują” Amerykanów. To wsparcie wyraźnie wzmocniło pakistańską delegację.

Jeszcze bardziej dramatyczne jest ostrzeżenie, które Teheran wyraźnie skierował do Pakistanu, a które ma zostać przekazane Trumpowi: jeśli USA podejmą próbę gospodarczego uduszenia Iranu, Republika Islamska odetnie cały dopływ ropy z Zatoki Perskiej. Ani kropli więcej z Arabii Saudyjskiej, Kataru, Zjednoczonych Emiratów Arabskich ani innych producentów. Cieśnina Ormuz i otaczające ją wody znalazłyby się pod kontrolą Iranu. To zagrożenie, na które Mohsen Rezaei napomykał publicznie od jakiegoś czasu, zostało tym razem przekazane bezpośrednio i jednoznacznie.

Opcja nuklearna pozostaje aktualna. Escobar i pan Z donoszą, że Najwyższy Przywódca Chamenei dał zielone światło na wzbogacanie uranu do 90 procent – ​​decyzja, która nie została zatwierdzona za jego poprzednika i nie została zatwierdzona za samego Chameneiego. To, czy zespoły techniczne wdrożyły już ten krok, jest uważane za tajemnicę państwową. Jedno jest jednak pewne: Iran posiada know-how pozwalające na produkcję materiałów o jakości wojskowej w ciągu dwóch tygodni, a w razie potrzeby nawet na przeprowadzenie próbnego wybuchu. Co więcej, decyzja o wycofaniu się z Traktatu o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej (NPT) mogłaby zostać szybko podjęta przez irański parlament, gdy tylko przywódcy dadzą sygnał.

Podczas gdy Trump szuka rozwiązania dyplomatycznego za pośrednictwem Munira, Bessent nadal wywiera maksymalną presję. Jednak nowe sankcje są w dużej mierze ignorowane lub wyśmiewane na Globalnym Południu, a zwłaszcza w Pekinie. Chiny, najważniejszy partner handlowy Iranu i strategiczny sojusznik (25-letnia umowa handlowa o wartości 400 miliardów dolarów, BRI, BRICS, SCO), już uprzejmie, ale wyraźnie oświadczyły, że odrzucają jednostronne sankcje. Handel z Iranem i tak odbywa się coraz częściej bez użycia dolarów amerykańskich i jest trudny do śledzenia przez amerykańskie mechanizmy monitorujące. Dalsze sankcje wobec chińskich banków lub firm natychmiast zamknęłyby kruche okno dyplomatyczne.

Escobar wyciąga trzeźwy wniosek: misja była przełomowa i poważna. Otworzyła się krucha droga powrotu do stołu negocjacyjnego – jedyne realne wyjście z sytuacji, jakie wciąż pozostają Stanom Zjednoczonym. Piłka jest teraz wyraźnie po stronie administracji Trumpa. Jeśli prezydent zareaguje pozytywnie w nadchodzących dniach – być może wspominając o Munirze, Pakistanie, porozumieniu o porozumieniu (MOU) lub negocjacjach w sprawie TruthSocial – sytuacja może nabrać tempa.

W przeciwnym razie zbliża się kolejny etap eskalacji. Amerykańskie strategiczne rezerwy ropy naftowej nadal się kurczą, zbliża się Zgromadzenie Ogólne ONZ, a wybory parlamentarne zbliżają się wielkimi krokami. Czas ucieka, a Islamabad jest obecnie epicentrum konfliktu. Dla Pepe Escobara to nic innego jak „salon ostatniej szansy”.

Guliwery wśród Liliputów

Guliwery wśród Liliputów

Posted by Marucha w dniu 2026-08-25

Prezydent USA Donald Trump wpada na coraz to bardziej oryginalne pomysły zakończenia wojny ze złowrogim Iranem, w którą wkręcił Amerykę bezcenny Izrael – a który teraz po angielsku się z tej wojny wycofał, pozostawiając prezydenta Trumpa na pastwę losu. 

Wprawdzie według oceny amerykańskiego prezydenta Iran jest już całkowicie obezwładniony i skamle o „porozumienie”, czyli kapitulację – ale jest to ocena podobna do tej, jaką przedstawił Joachim Ribbentrop sowieckiemu [dyplomacie? – admin] Anglia jest już passe i tylko patrzeć, jak skapituluje.

Skoro tak, to dlaczego siedzimy w schronie? – zapytał Mołotow.

Więc jednym z oryginalnych pomysłów prezydenta Trumpa jest włączenie cieśniny Ormuz do terytorium państwowego Stanów Zjednoczonych. Na razie tylko na mapie – ale tylko patrzeć, jak zostanie włączona również w rzeczywistości. Nie da się ukryć, że to bardzo oryginalny pomysł, tym bardziej, że przecież na świecie jest mnóstwo innych miejsc, które też można by włączyć do terytorium USA. Skoro ze złowrogim Iranem poszło tak łatwo, to na co jeszcze czekamy?

Innym oryginalnym pomysłem amerykańskiego prezydenta jest wypowiedzenie wojny całemu światu – a konkretnie – wszystkim państwom, które będą podtrzymywały jakiekolwiek kontakty ze złowrogim Iranem. One też spotkają się z „miażdżącym” uderzeniem Stanów Zjednoczonych – nie militarnym, tylko gospodarczym.

Na razie odezwały się Chiny. Rzecznik tamtejszego rządu taktownie oświadczył, że takie metody na pewno nie przybliżą pokojowego rozwiązania sprawy. Ponieważ około 80 procent irańskich obrotów handlowych przypada na Chiny, to w tej sytuacji złowrogi Iran może chyba zachować spokój.

Wygląda na to, że prezydent Trump naprawdę chciałby zakończyć wojnę ze złowrogim Iranem, w którą Ameryka została tak sprytnie wkręcona – ale nie bardzo wie jak, zwłaszcza, że bezcenny Izrael właśnie pokazał, że nie zamierza go słuchać i na oczach całego świata odrzucił zbawienny amerykański plan pokojowy dla Strefy Gazy.

Ta sytuacja przypomina opowieści o Liliputach, którzy potrafili skrępować i obezwładnić olbrzyma, więc wypadałoby sobie ten fenomen rozebrać z uwagą. W tym celu musimy przypomnieć opinię, która Liga Antydefamacyjna w Nowym Jorku z zagadkowych przyczyn uważa za „antysemicką” – że mianowicie środowiska żydowskie w USA mają nieproporcjonalnie do swej liczebności duży wpływ na amerykański sektor finansowy.

Przyczyny muszą być zagadkowe, bo przecież jest to opinia raczej dla środowisk żydowskich pochlebna, a skoro tak – to dlaczego niby miałaby być „antysemicka”?

Jedynym wyjaśnieniem tej zagadki jest, że Liga Antydefamacyjna stawia znak równości między antysemityzmem i spostrzegawczością. Dlaczego to robi – to sprawa osobna, na marginesie której odnotujmy spostrzeżenie, że w takiej sytuacji antysemitą może nie być tylko albo dureń, albo świnia. Skoro bowiem ktoś nie dostrzega tego znaku równości – no to dureń. Jeśli natomiast dostrzega, ale z jakichś powodów udaje, że nie dostrzega – no to świnia. Tertium non datur.

Wróćmy jednak do prezydenta Trumpa i wszystkich innych amerykańskich twardzieli, których Żydowie najwyraźniej wodzą za nos. Nawiasem mówiąc Stany Zjednoczone nie są jedynym państwem zdominowanym przez Żydów. W podobnej sytuacji jest również Wielka Brytania, czy Francja.

Jeśli chodzi o Niemcy, to wszystko zależy od etapu. Na jednym etapie nie pozwolą nikomu prześcignąć się w gorliwości w noszeniu Żydów na rękach, ale jeśli zmieni się etap, to też nikomu nie pozwolą wyprzedzić się w gorliwości.

Warto zastanowić się, czy wymienione wyżej państwa łączy jeszcze jakaś inna właściwość. Otóż zarówno Stany Zjednoczone, jak i Wielka Brytania, czy Niemcy, mają duże długi publiczne. Amerykański dług publiczny właśnie przekroczyć 40 bilionów dolarów, czyli 40 tysięcy miliardów dolarów. Dług publiczny Wielkiej Brytanii przekroczył 3 biliony funtów, zrównując się z tamtejszym Produktem Krajowym Brutto. Francuski dług publiczny przekroczył 3,5 biliona euro, co stanowi równowartość 115 procent tamtejszego PKB. Dług publiczny Niemiec zbliża się do 3 bilionów euro.

Okazuje się, ze nasz nieszczęśliwy kraj rządzony jest przy pomocy tej samej mądrości, co i tamte mocarstwa, więc nic dziwnego, że kiedy onegdaj Książę-Małżonek wezwał przed swoje zagniewane oblicze izraelskiego ambasadora, żeby go obsztorcować za umorzenie śledztwa w sprawie zastrzelenia przez izraelskie wojsko polskiego wolontariusza Damiana Sobola, ten – jak utrzymują fałszywe pogłoski – pokazał Księciu-Małżonku gest Kozakiewicza – i na tym obsztorcówa się skończyła.

„Zbawienie przychodzi od Żydów” – powtarzał tę opinię św. Pawła nasz król Stanisław August Poniatowski, ilekroć udało mu się uzyskać pożyczkę u jakiegoś lichwiarza. W takiej samej sytuacji znajdują się wrażliwe społecznie rządy wspomnianych mocarstw. Ich losy w znacznym stopniu zależą od żydowskiej życzliwości, która rzadko kiedy, a prawdę mówiąc – chyba nigdy nie jest bezinteresowna.

Toteż przywódcy tych wszystkich mocarstw wyrobili w sobie odruch warunkowy Pawłowa i skaczą przed Żydami z gałęzi na  gałąź. Kto tego odruchu jeszcze nie opanował, nie ma czego szukać na scenie politycznej demokratycznego państwa prawnego – co w krótkich żołnierskich słowach wyjaśnił nam pan ambasador USA w Warszawie, pan Tomasz Róża, mówiąc, iż „nie wyobraża sobie” polskiego rządu z udziałem Grzegorza Brauna.

Jeśli tedy nawet w jakichś dramatycznych okolicznościach rządy wspomnianych mocarstw ośmielają się skrytykować Izrael, to zawsze tak, aby nic z tego nie wyniknęło. Zauważył to przed laty sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej Anioł kardynał Sodano mówiąc, że „od jednych krajów wymaga się czegoś, od innych krajów nie wymaga się nic”.

Czyż w tej sytuacji możemy się dziwić, że nawet prezydent Donald Trump, teoretycznie stojący u steru najpotężniejszego państwa świata, wodzony jest za nos przez izraelskiego kacyka, który w dodatku pokazuje całemu światu, kto tu kim rządzi?

Pewne światło na tę sytuację rzucił w swoim czasie Patryk Buchanan, pół żartem, ale pół serio mówiąc, że Waszyngton, to terytorium okupowane przez Izrael? I on wie i my wiemy, że żaden „potężny władca Ameryki” długo by nie pociągnął bez żydowskiego kredytu – zwłaszcza w sytuacji rekordowego deficytu budżetowego i długu publicznego. Dziwić się temu nie możemy.

Za to możemy z rosnącym rozbawieniem obserwować coraz bardziej oryginalne pomysły amerykańskiego prezydenta, który – co tu ukrywać – znalazł się między młotem i kowadłem, więc się miota we wszystkie strony, niczym Guliwer spętany przez Liliputów.

Stanisław Michalkiewicz
https://prawy.pl/

„Tarło rozdymek a synodyczny cykl księżycowy”. Dotacja na horoskopy! Jednoosobowy instytut astrologii zgarnął publiczną kasę

Dotacja na horoskopy! Jednoosobowy instytut astrologii zgarnął publiczną kasę

25.08.2026

Spuszczanie pieniędzy w toalecie.
NCZAS.INFO | Spuszczanie pieniędzy w toalecie – zdj. ilustracyjne wygenerowane przy pomocy AI/Nano Banana.

Urząd Marszałkowski w Olsztynie przyznał ponad 84 tys. zł dotacji dla „Instytutu Badań nad Astrologią AstroLab” z Ełku. Instytut tworzy jedna osoba, Robert Marzewski, który za te pieniądze deklaruje chęć nauczenia się języków angielskiego, niemieckiego i rosyjskiego, by w oryginale móc czytać książki o astrologii.

Zajmujący się astrologią AstroLab otrzymał dotację ze środków unijnych, które mają podnosić kompetencje ludzi z organizacji pozarządowych. W ocenie marszałka regionu Marcina Kuchcińskiego zarząd regionu pieniądze przyznał, bo wniosek AstroLabu pozytywnie oceniła komisja konkursowa.

– Pieniądze z dotacji przeznaczę na kursy językowe dla siebie, bo jestem jednoosobową fundacją – powiedział PAP Robert Marzewski z Instytutu Badań nad Astrologią AstroLab w Ełku.

Marzewski powiedział PAP, że zamierza się nauczyć angielskiego, niemieckiego i rosyjskiego po to, by w oryginale móc czytać książki dotyczące astrologii. Pytany o publikacje po rosyjsku wskazał, że pojawiło się sporo cennych źródeł po rewolucji październikowej, gdy dopuszczono chłopstwo do nauki.

– Nie wolno absolutnie w tej dziedzinie lekceważyć Rosjan – podkreślił.

– Usiłuję badać astrologię metodami naukowymi albo szukać publikacji, które takie badania umożliwiają. Chcę zapoznawać się z materiałami, które analizują cykliczność pewnych zjawisk – powiedział PAP Marzewski i jako przykład wskazał cykl rozrodczy rozdymek.

Rozdymki to gatunek ryb morskich, a Marzewski na swojej stornie internetowej zamieszcza m.in. tekst „Tarło rozdymek a synodyczny cykl księżycowy”. Na tej samej stronie internetowej Marzewski oferuje także sporządzane horoskopów.

Zapytany przez PAP, czy nie czuje się skrępowany, biorąc blisko 85 tys. zł unijnej dotacji na naukę języków obcych w celu badania astrologii Marzewski odpowiedział rzecz jasna, że nie.

– Spełniłem warunki ubiegania się o dotację – powiedział PAP i dodał, że w przyszłości nie wyklucza sięgania po kolejne dotacje.

Instytut Marzewskiego 84 130,33 zł otrzymał w ramach projektu realizowanego przez Urząd Marszałkowski w Olsztynie „Wsparcie Organizacji Społeczeństwa Obywatelskiego i Partnerów Społecznych”, współfinansowanego z programu Fundusze Europejskie dla Warmii i Mazur 2021–2027. W miniony poniedziałek dotacje otrzymały w sumie 44 podmioty na łączną kwotę 4,4 mln zł. Wcześniej w tym samym programie marszałek rozdzielił pieniądze dla ponad 50 innych podmiotów. Trwa ocena merytoryczna projektów w kolejnym, trzecim naborze, a w perspektywie jest i czwarty nabór.

„W całym cyklu (lata 2025–2027) przewidziano łącznie pięć tur naboru, ogólna pula środków przeznaczona bezpośrednio na granty wynosi około 19 mln zł, a jego całkowita wartość to blisko 26 mln zł” – podało w komunikacie przesłanym PAP biuro prasowe marszałka.

Marszałek woj. warmińsko-mazurskiego Marcin Kuchciński powiedział PAP, że Marzewski otrzymał dotację, ponieważ komisja konkursowa pozytywnie oceniła złożony przez niego wniosek. Wskazał, że zarząd województwa nie mógł zakwestionować decyzji komisji, bo takie są reguły przyznawania grantów. Zapytany przez PAP, jak zgłębianie astrologii przełoży się na rozwój regionu, Kuchciński odpowiedział, że „istota tego konkursu była taka, żeby rozwijać organizacje pozarządowe, które potem współpracują z mieszkańcami regionu”.

– Oczekujemy od każdego wyników, potwierdzonych certyfikatów. Część grantów jest kontrolowana i na pewno taka kontrola będzie. Jak nie będzie w którymkolwiek konkursie wskaźników, taka organizacja będzie musiała, wraz z odsetkami, środki zwrócić – powiedział Kuchciński, który mimo kilku pytań PAP o to, jak tego typu dotacja przełoży się na rozwój regionu, nie odpowiedział na to pytanie.

Dotacja dla AstroLab oburzyła radnych wojewódzkich PiS. – Ten zarząd podejmuje wiele złych decyzji i to jedna z nich – powiedział na konferencji prasowej radny Paweł Warot.

Na wtorkowej sesji sejmiku Warot powiedział, że tego typu wsparcie ośmiesza region.

Robert Szaj z Fundacji Nicolaus Copernicus zapytany przez PAP, czy wspieranie astrologii publicznymi pieniędzmi ma sens odmówił komentarza.

PAP o wspieranie publicznymi środkami AstroLab zapytała także popularyzatora nauki prowadzącego kanał „Z głową w gwiazdach” Krzysztofa Wójcickiego.

– Astrologia nie przynosi żadnych wymiernych korzyści dla ogółu społeczeństwa. Może być dla kogoś hobby, zainteresowaniem, może być formą spędzania wolnego czasu, natomiast z pewnością nie jest nauką, która mogłaby przynosić jakikolwiek wymierny efekt, który byłby wart finansowania ze środków publicznych – ocenił Wójcicki.

Astrologia to pogańska dziedzina opierająca się na wierze, że na podstawie obecnego ułożenia gwiazd można przewidzieć przyszłość. Pomijając fakt, że widoczne na niebie ciała niebieskie były w innych pozycjach, niż je widzimy w chwili obecnej, to nie ma żadnych choć trochę rozumowych przesłanek, że położenie planet, gwiazd i innych obiektów w kosmosie ma wpływ na życie człowieka.

Pozostaje czekać, aż nasze pieniądze zaczną być wydatkowane na granty na magiczne kryształy.

Konieczność wyboru między bezkompromisowym zachowaniem integralnej wiary katolickiej, a kanonicznym uznaniem przez papieża

Bp. Schneider: FSSPX oddaje Kościołowi historyczną przysługę

Bp. Atanazy Schneider

Po raz pierwszy od czasu konsekracji biskupich, które odbyły się 1 lipca w Écône, bp. Atanazy Schneider zabiera publicznie głos w autorskim tekście opublikowanym 17 sierpnia 2026 roku na stronie internetowej dziennikarki Diany Montagna.

Konieczność wyboru między bezkompromisowym zachowaniem integralnej wiary katolickiej, a kanonicznym uznaniem przez papieża

Warto przypomnieć pewien epizod z historii Kościoła, kiedy to wielki święty stanął przed koniecznością dokonania wyboru między głoszeniem w sposób jednoznaczny i bezkompromisowy integralnej wiary katolickiej, a kanonicznym uznaniem przez papieża. Świętym tym był ojciec Kościoła z IV wieku, Atanazy z Aleksandrii. W 357 roku papież Liberiusz, podpisawszy dwuznaczną formułę wiary (w której pominięto kluczowy dla doktryny katolickiej termin homooúsios, czyli „współistotny”), nakazał św. Atanazemu komunię z biskupami ariańskimi i semiariańskimi, z którymi sam Liberiusz, ulegając naciskom cesarza, pozostawał niestety w komunii. Św. Atanazy odmówił, w konsekwencji czego papież ‒ według świadectwa św. Hilarego z Poitiers i innych źródeł historycznych ‒ nałożył na niego ekskomunikę, oskarżając go o naruszanie pokoju w Kościele. Pomimo ekskomuniki, św. Atanazy nadal zarządzał swoją diecezją w Aleksandrii, okazując przy tym wyrozumiałość dla godnego ubolewania postępowania papieża. Następca Liberiusza, św. Damazy, okazał św. Atanazemu wdzięczność; zasięgał też jego rady w sprawach dotyczących biskupów Wschodu. Liberiusz był pierwszym papieżem, który nie został kanonizowany, podczas gdy Atanazy został nie tylko wyniesiony do chwały ołtarzy, ale także ogłoszony doktorem Kościoła.

Dziś św. Atanazy zostałby zapewne – na podstawie definicji „schizmy” zawartej w obowiązującym kodeksie prawa kanonicznego ‒ uznany za schizmatyka, ponieważ odmówił pozostawania w komunii z członkami Kościoła (heretyckimi i semiheretyckimi biskupami), którzy byli uznawani kanonicznie, a tym samym podporządkowani papieżowi.

Konsekracje biskupie przeprowadzone przez Bractwo św. Piusa X w Écône 1 lipca br. również stanowią przykład tego, rzadko pojawiającego się, dylematu: konieczności wyboru między bezkompromisowym zachowaniem integralnej wiary katolickiej, w postaci, w jakiej nauczało jej zawsze Magisterium, a kanonicznym uznaniem przez papieża. Problem staje się jasny, gdy przyjrzymy się warunkom postawionym Bractwu dla kanonicznego uznania przez Ojca Świętego: musiałoby ono zaakceptować pewne, wprowadzone niedawno, wieloznaczne sformułowania doktrynalne (jakie pojawiają się w niektórych, niemających charakteru nieomylnego, dokumentach duszpasterskiego II Soboru Watykańskiego, a także w wielu stwierdzeniach i aktach Magisterium posoborowego), a ponadto uznać nie tylko ważność, ale i poprawność (prawowitość) rytu nowej Mszy, pomimo jego doktrynalnej i obrzędowej nieprecyzyjności oraz wyraźnego zerwania z tradycyjnym rytem rzymskim.

Rozpatrując tę złożoną kwestię, należy przyjąć wyważoną perspektywę, sprecyzować terminologię oraz nigdy nie tracić z oczu prawdziwego i ostatecznego celu Kościoła, a także jego wielkiej Tradycji, która sięga znacznie dalej niż ostatnie dekady czy stulecia. Należy również wziąć pod uwagę analogiczne sytuacje, które zdarzały się podczas wielkich kryzysów w dziejach Kościoła.

W ostatnich wiekach w Kościele pojawiły się dwa niezdrowe nurty prowadzące do zawężonego postrzegania rzeczywistości: tendencja do nadawania aspektowi prawnemu charakteru niemal absolutnego, czyli legalizm, oraz tendencja do absolutyzowania osoby papieża i należnego mu posłuszeństwa, czyli papolatria. Legalizm (sztywne trzymanie się litery prawa) i papolatria (bezwarunkowe i niemal absolutne posłuszeństwo papieżowi) zaczęły z czasem przeważać nad wymogiem unikania wszelkiej dwuznaczności w kwestiach wiary i liturgii. Tymczasem podczas każdego wielkiego kryzysu doktrynalnego w dziejach Kościoła, złotą zasadą było unikanie wszelkiej doktrynalnej niejednoznaczności. Tak było w przypadku papieża Honoriusza I, którego dwuznaczne doktrynalnie listy ‒ ogłoszone w ramach zwyczajnego Magisterium ‒ zostały stanowczo potępione przez jego następców i trzy sobory powszechne, pomimo podjętych przez drugiego z tych następców, Jana IV, prób wypracowania swoistej hermeneutyki ciągłości.

Obecnie w Kościele rozpowszechniony jest pogląd, że nigdy nie może pojawić się konflikt sumienia między obowiązkiem posłuszeństwa papieżowi, a obowiązkiem bezkompromisowej wierności doktrynie katolickiej. Prowadzi to do przypisywania posłuszeństwu papieżowi tak wielkiej wartości, że zaakceptowanie niejednoznaczności dotyczących wiary i obrzędów liturgicznych uznaje się za lepsze, niż postąpienie wbrew papieskiemu nakazowi; nawet jeśli nakaz ten ma wymiar czysto ludzki i może być błędny. Ponadto pojawiło się również zawężone rozumienie komunii ‒ zarówno z papieżem, jak i z Kościołem. Posłuszeństwo papieżowi postrzega się jako nierozerwalnie związane z pozostawaniem w komunii z Kościołem. Postawa taka może doprowadzić do przypisywania posłuszeństwu papieżowi rangi porównywalnej z wiernością samemu Objawieniu.

Należy także odróżnić prawo stanowione ‒ to znaczy normy dyscyplinarne ustanawiane przez władze Kościoła ‒ od prawa Bożego, czyli objawionych przez Boga prawd wiary. Nikt nie może kwestionować prawa Bożego i jednocześnie pozostawać katolikiem. Jednak w nadzwyczajnych i rzadkich okolicznościach, katolik może być zobowiązany w sumieniu do postępowania wbrew prawu stanowionemu, żeby pozostać w pełni wiernym prawu Bożemu.

Same pojęcia „schizmy” i „podporządkowania” nie zostały jeszcze w pełni wyjaśnione pod kątem ich konkretnego i praktycznego zastosowania. Kodeks prawa kanonicznego (kan. 751) definiuje schizmę jako „odmowę uznania zwierzchnictwa Biskupa Rzymskiego lub pozostawania we wspólnocie z członkami Kościoła, uznającymi to zwierzchnictwo”. W rzeczywistości w najnowszej historii Kościoła pojawiło się bardzo zawężone rozumienie „schizmy” i „podporządkowania”, zgodnie z którym materialne nieposłuszeństwo papieżowi ‒ niezależnie od intencji ‒ jest praktycznie utożsamiane ze schizmą formalną.

Należy również wziąć pod uwagę pojęcie stanu schizmy formalnej, która oznacza zakwestionowanie władzy papieskiej jako takiej poprzez ustanowienie odrębnej hierarchii, jak miało to miejsce w przypadku prawosławia greckiego w roku 1054, a później w przypadku licznych i różnorodnych grup sedewakantystycznych, aż po dzień dzisiejszy. O stanie schizmy formalnej nie można jednak mówić w sytuacji, gdy ktoś zachowuje wiarę w dogmat o prymacie i nieomylności papieskiej oraz pragnienie posłuszeństwa wobec następcy Piotra; nawet jeśli z powodu nadzwyczajnego kryzysu w Kościele nie może ono obecnie zostać w pełni urzeczywistnione. Tego rodzaju nadzwyczajny kryzys w Kościele może obejmować czasowe, błędne rozumienie głównego obowiązku urzędu papieskiego, którym jest obrona integralnej wiary i liturgii katolickiej, oraz zaniedbania w jego wypełnianiu.

To samo dotyczy idei pozostawania „w komunii” z papieżem. Przez bardzo długi czas konsekracje biskupie odbywały się bez bezpośredniego zaangażowania papieża, a Kościoły partykularne i biskupi wyrażali swoją komunię z nim na rozmaite sposoby. Dopiero w późniejszym okresie historii Kościoła papieże zaczęli wymagać, aby każda konsekracja biskupia odbywała się na podstawie udzielanego przez nich mandatum. Jednak nawet po tej zmianie, prawo kanoniczne nie uważało nielegalnych (tj. przeprowadzonych bez zgody papieża) konsekracji biskupich za wykroczenie przeciwko jedności Kościoła, za akty z natury schizmatyckie czy wewnętrznie złe. Również obowiązujący obecnie kodeks prawa kanonicznego zalicza nielegalne konsekracje biskupie do „uzurpacji kościelnych zadań oraz przestępstw w ich wykonywaniu”.

W rzeczywistości norma wymagająca do konsekracji biskupich mandatum papieskiego należy do prawa stanowionego, a nie do prawa Bożego; w przeciwnym razie byłaby ona stosowana przez całą historię Kościoła zawsze, wszędzie i przez wszystkich, bez wyjątku. Oczywiście w przypadku konsekracji biskupich mandat papieski jest co do zasady konieczny; wymóg ten został wprowadzony mądrze po to, aby skuteczniej zagwarantować podporządkowanie hierarchiczne biskupów papieżowi.

O nadzwyczajnym charakterze obecnego kryzysu w Kościele świadczy fakt, że wspólnota, której istotną cechą jest pragnienie wierności papieżowi ‒ co Bractwo św. Piusa X deklaruje ‒ staje przed tragicznym wyborem: albo podporządkować się papieżowi, a tym samym przymusowo zaakceptować wszystkie dwuznaczne i nieprecyzyjne aspekty współczesnej doktryny i liturgii, albo nie usłuchać papieża w kwestii tak ważnej, jak konsekracja biskupów, wyłącznie w celu zachowania środków umożliwiających przekazywanie wiary i liturgii z zachowaniem ich pełni, aby służyć duszom i całemu Kościołowi; w tym również samemu papiestwu.

Nie powinno się też umniejszać rozmiarów obecnego kryzysu w Kościele, lecz raczej przyjrzeć mu się uczciwie i próbować dotrzeć do samych jego źródeł. Źródłami tymi są niejasne i dwuznaczne tezy doktrynalne II Soboru Watykańskiego, których konsekwencje mogliśmy zaobserwować w ciągu ostatnich 60 lat; wystarczy tu wspomnieć chociażby o relatywizmie doktrynalnym, który jest skutkiem głoszenia i praktykowania ekumenizmu oraz dialogu międzyreligijnego, co przyczyniło się do kwestionowania roli Jezusa Chrystusa i wyjątkowego charakteru Jego Kościoła, jako jedynej drogi zbawienia. Ponadto pewne doktrynalne i obrzędowe mankamenty, inspirowanej duchem protestanckim, reformy liturgicznej zaciemniły zasadniczy, ofiarny charakter Mszy św. oraz jej aspekt chrystocentryczny.

Święty Jan Henryk Newman poczynił pewną niezwykłą i aktualną uwagę:

„W sytuacjach, kiedy biskupi nie nauczają w sposób formalny (ex cathedra), mogą błądzić, co – jak widzimy – zdarzyło się faktycznie w IV wieku. Papież Liberiusz mógł podpisać euzebiańską (ariańską) formułę w Sirmium, podobnie jak większość biskupów w Ariminum (Rimini) lub gdzie indziej, a jednak, pomimo tego błędu, mogli oni pozostać nieomylni w swoich decyzjach ex cathedra” (Arians of the Fourth Century, London 1876, s. 464). Napisane pięćdziesiąt lat temu słowa biskupa Ratyzbony, Rudolfa Grabera, stały się dziś jeszcze bardziej aktualne: „To, co wydarzyło się ponad 1600 lat temu, powtarza się obecnie, jednak z dwiema lub trzema różnicami: Aleksandrią jest dziś całym Kościół powszechny, którego stabilność została zachwiana, a to, czego wówczas dokonywano za pomocą przemocy fizycznej i okrucieństwa, dziś przeniosło się na inną płaszczyznę. Wygnanie zostało zastąpione lekceważeniem, a uśmiercenie ‒ zniesławieniem” (Athanasius und die Kirche unserer Zeit, Abensberg 1973, s. 23).

FSSPX jest obecnie w Kościele praktycznie jedyną wspólnotą, która otwarcie zwraca uwagę na ewidentne dwuznaczności doktrynalne w niektórych dokumentach soborowych oraz w rycie nowej Mszy, domagając się ich jednoznacznego wyjaśnienia, a w razie potrzeby nawet skorygowania zgodnie z niezmiennym Magisterium Kościoła. „Hermeneutyka ciągłości” czy też „reforma w ciągłości” ‒ podejście samo w sobie wartościowe i pożyteczne ‒ może stać się również rodzajem „kaftana bezpieczeństwa”, który jedynie powierzchownie przykrywa rany spowodowane niejasnościami i zamętem doktrynalnym oraz liturgicznym. W istocie Stolica Apostolska wymaga swoistego circulus in demonstrando: uznania, że wszystko jest w porządku, o ile tylko podejmie się wystarczająco intensywny wysiłek intelektualny, aby to wykazać.

Poprzez niestrudzone naleganie na jednoznaczność w sferze doktryny i liturgii, FSSPX oddaje w istocie ogromną przysługę całemu Kościołowi; przysługę o znaczeniu historycznym. Gdyby Stolica Apostolska potraktowała stanowisko Bractwa poważnie, a ponadto uznała istnienie ewidentnych dwuznaczności w niektórych tekstach II Soboru Watykańskiego oraz w rycie nowej Mszy, oznaczałoby to początek końca, zainicjowanego ponad sto lat temu, projektu modernistycznego w Kościele.

Obecny kryzys w stosunkach między Stolicą Apostolską a FSSPX można zilustrować następującą przypowieścią:

W wielkim domu wybucha pożar. Komendant straży pożarnej zezwala wyłącznie na stosowanie nowych metod walki z ogniem, choć okazały się one mniej skuteczne niż sprawdzone, tradycyjne metody i narzędzia. Grupa jego podwładnych sprzeciwia się temu nakazowi, nadal stosuje metody sprawdzone, a nawet rekrutuje nowych strażaków ‒ a wszystko to pomimo zakazu komendanta ‒ i w wielu miejscach udaje jej się opanować ogień. Mimo to strażacy ci zostają uznani za nieposłusznych wichrzycieli i surowo ukarani.

Kontynuując tę przypowieść: komendant straży pożarnej dopuszcza obecnie do służby wyłącznie tych strażaków, którzy uznają nowe metody i podporządkowują się nowemu regulaminowi remizy. Jednak w obliczu ogromnej skali pożaru, rozpaczliwej walki o jego opanowanie oraz nieskuteczności oficjalnych metod, do akcji wkraczają bezinteresownie – pomimo zakazu komendanta ‒ inni pomocnicy, wnosząc swoje umiejętności, wiedzę oraz dobrą wolę i doprowadzając ostatecznie do uratowania owego domu, który dowódca daremnie próbował ocalić.

Po jakimś czasie sytuacja się zmienia i pojawia się nowy komendant, który dostrzega zgubne konsekwencje stosowania nowych metod walki z pożarem. Nie tylko ponownie zezwala na stosowanie dawnych, sprawdzonych sposobów, lecz sam staje się ich gorącym propagatorem. Uznaje również wkład strażaków, którzy wcześniej zostali źle zrozumiani, surowo karani, piętnowani oraz zwalniani jako buntownicy, i przywraca ich do służby. Ostatecznie ‒ gdy wielki wstrząs minął – okazało się, że to, co potępiano jako akt nieposłuszeństwa i buntu, było w rzeczywistości aktem bezinteresownego zaangażowania.

Przyszłość pokaże, czy do obecnej sytuacji FSSPX można odnieść następujące słowa św. Augustyna:

„Często także Opatrzność Boża pozwala, że na skutek zbyt burzliwych zamieszek ludzi cielesnych nawet zacni mężowie zostają wykluczeni z chrześcijańskiej społeczności. Oni zaś znoszą tę krzywdę i niesprawiedliwość cierpliwie dla spokoju Kościoła, nie usiłują wprowadzać żadnych nowości schizmy czy herezji i w ten sposób uczą ludzi, z jakim prawdziwym oddaniem i szczerą miłością trzeba służyć Bogu. Pragnieniem tych ludzi jest powrócić, skoro zamęt się uspokoi, a jeśli to nie jest im dane, bo albo wzburzenie trwa nadal, albo za ich powrotem mogłoby na nowo wybuchnąć lub wzmóc się jeszcze, zachowują wolę okazania pomocy nawet tym, których wichrzenia i niespokojność zmusiły ich do ustąpienia, i zamiast się zbierać w kółeczka po kątach, aż do śmierci jawnie i czynnie występują w obronie tej wiary, którą, jak wiedzą, głosi Kościół katolicki. A Ojciec dostrzega ich w ukryciu i w ukryciu nagradza. Wydaje się, że tego rodzaju ludzi rzadko się spotyka, a jednak nie brak przykładów; owszem, częstsze są, niż można by sądzić. Tak to opatrzność Boża posługuje się wszelkiego rodzaju ludźmi i przykładami, by dusze uzdrawiać i tworzyć duchową społeczność” (De vera religione, 6, 11)1.

Słowa, które napisał św. Atanazy do swoich braci biskupów z całego świata w okresie nadzwyczajnego kryzysu wiary, odnoszą się również do naszych czasów:

„Nie dziś przecież dano Kościołom kanony i normy, lecz przekazane zostały przez naszych Ojców w sposób stosowny i wiarygodny. Nie dziś również wiara się zaczęła, ale przeszła do nas od Pana poprzez Jego uczniów. Aby więc w obecnych czasach nie uległo zniszczeniu to, co od przodków aż do nas zostało ustrzeżone w Kościołach, i abyśmy zatroszczyli się o to, co nam zostało przekazane w depozyt, powstańcie, bracia, skoro jesteście «szafarzami tajemnic Bożych» (1 Kor 4, 1) i zobaczcie, że są one grabione przez innych”(Epistula encyclica, 1)2.

Opatrzność Boża pisze prosto nawet za pomocą linii, które z czysto prawnego punktu widzenia wydają się być krzywe. Oby raczyła przyspieszyć nadejście tego dnia. Radujmy się pośród utrapienia i mówmy: wierzę w niezniszczalność Kościoła i papiestwa oraz wierzę, że pewnego dnia Stolica Apostolska ponownie zajaśnieje w oczach całego świata jako katedra prawdy.

Źródło

Przypisy

  • 1Tekst polski za: św. Augustyn, Dialogi i pisma filozoficzne, PAX, Warszawa 1954, t. 4, s. 88. ↩︎
  • 2Tekst polski za: św. Atanazy Aleksandryjski, List encykliczny do biskupów, „Vox Patrum”, t. 56 (2011), s. 568–569. ↩︎

Nie pozwól, aby wartości tego dystopijnego społeczeństwa kształtowały Twój styl życia

Nie pozwól, aby wartości tego dystopijnego społeczeństwa kształtowały Twój styl życia

Zgodnie z zasadami naszego dysfunkcyjnego społeczeństwa jesteś nieodpowiedni, chyba że staniesz się produktywnym motorem napędowym kapitalizmu i zdobędziesz wystarczająco dużo bogactwa, aby konsumować produkty w dużych ilościach.

Caitlin Johnstone caitlinjohnstone-au/dont-let-the-values-of-this-dystopian-society-shape-how-you-live-your-life

Anna na Twitterze pyta: „Czy ktoś jeszcze naprawdę martwi się swoją przyszłością, tym, na jakim etapie życia się znajduje, co osiągnął i jaką ma wartość jako człowiek?”

Rozumiem, co mówisz, ale to głównie tylko szum informacyjny, który wpaja nam niezdrowe społeczeństwo, w którym żyjemy.

W życiu nie chodzi o gromadzenie mnóstwa osiągnięć ani osiąganie kolejnych kamieni milowych, chodzi o życie. Dosłownie o fizyczne bycie żywym i upewnianie się, że żyjesz pełnią życia.

Kiedy mówię „żyć pełnią życia”, nie mam na myśli mnóstwa ekscytujących doświadczeń, takich jak skoki ze spadochronem czy bieganie z bykami, ani odhaczania mnóstwa rzeczy, takich jak ślub i posiadanie dzieci [o , bidula.. to lewactwo nie wie, co to miłość małżeńska i do dzieci.. md]. Mam na myśli bycie obecnym w tym wszystkim. Skupienie uwagi na tym, co naprawdę się dzieje, a nie na stercie zmyślonych myśli w głowie. I tak naprawdę staje się to o wiele łatwiejsze, gdy porzucisz przekonanie, że źle przeżywasz życie i że twoja historia nie rozwija się prawidłowo.

Zgodnie z zasadami naszego dysfunkcyjnego społeczeństwa, jesteś niewystarczający, chyba że staniesz się produktywnym manipulatorem w kapitalizmie i zdobędziesz wystarczająco dużo bogactwa, by konsumować produkty w dużych ilościach. Idealnie byłoby, gdybyś miał również dzieci, które wyrosną na dobrych konsumentów i manipulatorów. Twoje życie to nic innego jak opowieść o celach akademickich, zawodowych, związkowych, rodzinnych, a po drodze kupujesz coraz większe nieruchomości, aż do momentu, gdy zachorujesz i umrzesz.

Twoja radość życia? Bezwartościowa. Twoje delektowanie się własnymi doznaniami zmysłowymi w każdej chwili na tej niepojętnie pięknej planecie? Całkowicie bezwartościowe. Zadziwianie się cudowną naturą tego dziwnego i cudownego ziemskiego doświadczenia? Nieistotne. W tej cywilizacji liczy się tylko to, co zaznaczyłeś i jakie produkty kupiłeś.

To szalony sposób na życie. Tylko ludzki mózg mógł wymyślić tak spektakularne halucynacje.

Tylko ludzie są na tyle szaleni, by wierzyć, że życie jest złe, nawet gdy mają bijące serce, pełny brzuch i żadnych fizycznych zagrożeń w pobliżu. Żadna żaba nie siedzi tam, martwiąc się o swoją wartość jako żaby. Żaden orzeł nie zalewa swojego ciała hormonami stresu, bo nie osiągnął w życiu wystarczająco dużo. Dostają jedzenie i odpoczywają. To cały ich dzień.

Jak żyć? Komórki w twoim ciele już wiedzą, jak żyć. Twój umysł nie ma o tym pojęcia, ale komórki wiedzą. Twój umysł potrafi jedynie zmyślać, jak wygląda dobrze przeżyte życie, a tymczasem twoje żywe komórki już żyją bez nadzoru i zrozumienia twojego umysłu. Robią to we śnie – oto jak bardzo twój umysł jest nieistotny dla procesu życia. Twój umysł myśli, że kieruje tym życiem, ale tak naprawdę jest tylko głośnym i rozkapryszonym pasażerem.

Kiedy przestaniesz słuchać poleceń umysłu szczekających z tylnego siedzenia i nauczysz się po prostu wsłuchiwać w cud zmysłowych doznań, tak jak zwierzęta, wtedy naprawdę zaczniesz żyć. Kiedy przestaniesz słuchać bełkotliwego monologu mentalnego i etykietującego, dzielącego umysłu, który myśli, że wie, czym jest wszystko, zaczniesz widzieć wszystko po raz pierwszy. Każda chwila tego wcielenia jest fascynująca i budząca podziw, gdy nauczysz się patrzeć na nią świeżym okiem, niezależnie od tego, czy wspinasz się na Mount Everest, czy siedzisz w domu i pijesz kawę.

Na tym właśnie polega życie. Na prawdziwym zaangażowaniu się w swoje jedyne, cenne życie. Nie w historię swojego życia. Nie w cudze wyobrażenia o swoim życiu. Nie w swoje spory z życiem ani w swoje założenia dotyczące tego, jak ono powinno wyglądać. W swoje prawdziwe życie, takie, jakie się naprawdę pojawia, tu i teraz, z chwili na chwilę.

Nie pozwól, by szaleństwo naszego dystopijnego społeczeństwa zmyliło cię i sprawiło, że przegapisz tę okazję. Nie bierz wskazówek, jak żyć, od głęboko chorej cywilizacji. 

Zamiast tego czerp wskazówki z własnych, żywych komórek. Z własnych zmysłów. Z odczuwalnego doświadczenia żywego ciała. Z powietrza w płucach. Z kolorów i odcieni w polu widzenia. Z wibracji w bębenkach usznych. Z wiatru na skórze i we włosach.

To jedyne miejsce, w którym życie naprawdę się dzieje. Zacznij tam. Zaczynaj tam wciąż od nowa. Każda chwila to zupełnie nowy początek.

To oburzające, że ludzie Zachodu krytykują cele Imperium Zachodniego

To oburzające, że ludzie Zachodu krytykują cele Imperium Zachodniego

To szaleństwo, że w ogóle trzeba to mówić, ale jeśli jesteś człowiekiem Zachodu, twoim JEDYNYM zadaniem jest przeciwstawianie się nadużyciom zachodniego imperium. Nie Iranu. Nie Chin. Nie Rosji, Kuby ani Korei Północnej.

Caitlin Johnstone 24 sierpnia 2026 r. caitlinjohnstone-com-au/its-obnoxious-for-westerners-to-criticize-the-targets-of-the-western-empire

Nadal mnie wkurza, gdy widzę, jak pozornie dobrze poinformowani ludzie mogą stać w samym sercu imperium i potępiać jego cele, jak to miało miejsce w przypadku otwartego listu grupy lewicowych osób z Zachodu skierowanego „do irańskich więźniów politycznych”, w którym Iran został przedstawiony jako „źródło ucisku” równe Stanom Zjednoczonym i ich sojusznikom.

To szaleństwo, że w ogóle trzeba to mówić, ale jeśli jesteś człowiekiem Zachodu, twoim JEDYNYM zadaniem jest przeciwstawianie się nadużyciom zachodniego imperium. Nie Iranu. Nie Chin. Nie Rosji, Kuby ani Korei Północnej.

Jeśli mieszkasz w Stanach Zjednoczonych lub jednym z państw sojuszniczych, to żyjesz pod rządami najbardziej tyrańskiej i morderczej struktury władzy na świecie i to właśnie na niej powinieneś się skupić. Nie masz prawa marnować energii i uwagi na krytykę łamania praw człowieka w krajach będących celem ataków imperialnych, żyjąc pod rządami globalnego imperium, którego siłą napędową jest nieprzerwany strumień ludzkiej krwi. Nie wolno ci wykorzystywać swoich zachodnich przywilejów do atakowania narodów, które twój własny rząd stara się wchłonąć do struktury władzy, w której żyjesz.

Za każdym razem, gdy mówię o tym w internecie, słyszę, jak jakiś trockista czy anarchista bredzi o potrzebie wyrażania „solidarności” z irańskimi więźniami politycznymi czy kimkolwiek innym, ale kiedy naciskam ich, by wyjaśnili, jakie realne, materialne korzyści te wyrazy „solidarności” przynoszą ludziom, którym mają pomóc, nie potrafią wskazać niczego konkretnego. Mogę natomiast wskazać na kilka bardzo oczywistych sposobów, w jakie wspieranie kampanii propagandowej wojny imperialnej może pomóc w przyspieszeniu realnych, materialnych działań, które szkodzą prawdziwym Irańczykom.

Jeśli jesteś człowiekiem Zachodu, masz obowiązek odpowiedzialnie używać swojego głosu. Jeśli podsycasz najnowszą propagandę wojenną w stylu „ludzie w kraju będącym celem imperium potrzebują wyzwolenia od ich nikczemnego, tyrańskiego rządu”, wyrażając „solidarność” i ślepo upierając się przy traktowaniu wszystkich złych rzeczy jako równie złych, to używasz swojego zachodniego głosu w sposób nieodpowiedzialny i jesteś moralnie winny masowej rzezi, którą swoją lekkomyślnością przyczyniłeś się do jej przeprowadzenia.

Nie w porządku jest być obywatelem zachodniego imperium i zachowywać się tak, jakby łamanie praw człowieka w kraju, który jest celem imperium, budziło takie samo lub porównywalne obawy, jak o wiele bardziej rażące nadużycia popełniane przez własnych przywódców i ich sojuszników. Nie w porządku jest również być dorosłym człowiekiem i wierzyć, że użycie siły w rządach, które są celem imperium, odbywa się niezależnie od ataków ze strony imperium, jakby Iran wyglądał tak, jak wygląda dzisiaj, gdyby Stany Zjednoczone i Izrael nie dążyły do ​​jego upadku i przejęcia kontroli nad nim przez pokolenia.

Iran przetrwał ostatni imperialny atak tylko dlatego, że Teheran ściśle kontroluje to, co dzieje się w tym kraju. Jedynym powodem, dla którego nie zobaczyliśmy wchłonięcia Xinjiangu pod parasol władzy Zachodu za sprawą separatystów wspieranych przez CIA, jest to, że Pekin przeprowadził gruntowne represje wobec frakcji ekstremistycznych, które przeprowadzały ataki na tym terytorium. Jedynym powodem, dla którego Korea Północna w ostatnich latach pozostała stosunkowo nietknięta przez zachodnie imperium, jest to, że jej rząd uzyskał broń jądrową.

To niedorzeczna analiza, udawać, że takie rzeczy dzieją się niezależnie od Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników, którzy starają się przejąć kontrolę nad niewchłoniętymi państwami i zmusić je do podporządkowania się kapitalistycznemu porządkowi świata Waszyngtonu.

Imperium zachodnie czyni świat miejscem okrutniejszym i bardziej brutalnym, nie tylko poprzez bezpośrednie akty okrucieństwa i przemocy, ale także poprzez sposób, w jaki zmusza swoje ofiary do wyboru między (A) unicestwieniem a (B) użyciem ekstremalnej siły, aby zachować suwerenność. Imperium, pod którego władzą żyjemy, jest odpowiedzialne za zdecydowaną większość dysfunkcji i nieszczęść na świecie, a ty, jako człowiek Zachodu, chcesz tracić czas na wrzaski na Iran? Spieprzaj, człowieku.

Dzisiaj w dystopii: Palenie książek dla Izraela, palenie książek dla sztucznej inteligencji

Dzisiaj w dystopii: Palenie książek dla Izraela, palenie książek dla sztucznej inteligencji

Dziś w dystopii naprawdę liczą na książki. Biblioteka w Sydney usunęła ze swoich półek książkę „Jak sprzedać ludobójstwo” Adama Johnsona po tym, jak syjoniści poskarżyli się na krytykę masowych zbrodni Izraela w Strefie Gazy.

Caitlin Johnstone 20 sierpnia 2026 r. caitlinjohnstone-/today-in-dystopia-burning-books-for-israel-burning-books-for-ai

Coraz częściej publikuję teksty w stylu „dzisiaj w dystopii”, ponieważ nasze społeczeństwo tak szybko pogrąża się w autorytaryzmie żelaznej ręki i idiokracji wywołanej przez sztuczną inteligencję, że trudno jest nadążać za tym, co się dzieje dzień po dniu, bez wrzucania wielu historii do jednego eseju.

Dziś w dystopii naprawdę liczą na książki. Biblioteka w Sydney usunęła ze swoich półek książkę „Jak sprzedać ludobójstwo” Adama Johnsona po tym, jak syjoniści poskarżyli się na krytykę masowych zbrodni Izraela w Strefie Gazy.

The Guardian podaje :

Biblioteka w Sydney wycofała książkę krytykującą Izrael zatytułowaną „Jak sprzedać ludobójstwo” w odpowiedzi na skargę, którą rzekomo złożyła osoba, która przeżyła atak terrorystyczny na plaży Bondi.

Biblioteka Waverley w Bondi Junction znajduje się na terenie tej samej rady co plaża Bondi.

Rzecznik rady Waverley powiedział: „Książka została zdjęta z półek biblioteki w celu przeprowadzenia recenzji, a rada rozważy dalsze procedury zapewniające ściślejszy nadzór nad wyborem książek”.

„Wydaje się, że sprzeciwiają się głównie z powodu użycia w tytule słowa »ludobójstwo«” – skomentował Johnson. „Ale »ludobójstwo« to nie moje słowo ani nie moje odkrycie. Fakt ludobójstwa w Strefie Gazy jest przytłaczającą większością głosów w świecie praw człowieka i jest to opinia powszechnie akceptowana przez osoby odpowiedzialne za badanie i rozstrzyganie takich spraw”.

Więc w Australii zakazano teraz książek dla Izraela. Chyba to była tylko kwestia czasu.

Również dzisiaj, w dystopii, Amazon kupuje i niszczy rzadkie książki w tajnym ośrodku, w którym szkoli sztuczną inteligencję. 

404 Media opublikowało obszerny reportaż na temat tego, jak firmy takie jak Google i Anthropic skupują rzadkie i niedostępne już książki, aby szkolić swoje modele LLM przed ich zniszczeniem. Teraz w 404 ukazał się nowy artykuł opisujący, jak dziennikarze umieścili urządzenie śledzące na przesyłce książek i śledzili ją aż do magazynu Amazon, gdzie książki są skanowane i niszczone.

Oto fragment:

„Tym ostatecznym miejscem docelowym był magazyn Amazon w Las Vegas w stanie Nevada. Pracownicy Amazona pracujący w tym miejscu twierdzą, że jedyne, co robią, to odbierają ogromne partie drukowanych książek, które następnie rozcinają, aby szybciej je zeskanować. Wydrukowana książka jest w tym procesie niszczona. Logo zespołu Amazona pracującego w tym magazynie, o nazwie VGT3, przedstawia dinozaura wymachującego zębami i trzymającego książkę w dłoniach”.

Dokładnie tak: logo niszczącego książki miejsca Amazonu przedstawia wściekłego tyranozaura, który szykuje się do podarcia książki.

Ci ludzie są po prostu karykaturalnie odrażający.

Obecnie w dystopijnych realiach policja i agencje rządowe w Stanach Zjednoczonych używają rękawiczek, które atakują bolesnymi wstrząsami elektrycznymi, aby obezwładnić swoje ofiary.

Mother Jones donosi :

„Na początku sierpnia ICE ujawniło plany zakupu rękawic elektrycznych o wartości 20 milionów dolarów, produkowanych przez firmę Compliant Technologies. Rękawice działają w bezpośrednim kontakcie z odsłoniętą skórą i generują bolesny ładunek elektryczny. Komisariaty policji, więzienia, a nawet funkcjonariusze służb mundurowych w całym kraju używają tych rękawic od lat – choć organizacje praw człowieka, takie jak Amnesty International, twierdzą, że są one „łatwo wykorzystywane do tortur”. Funkcjonariusze policji, wypowiadając się na kanale Compliant Technologies w serwisie YouTube, wielokrotnie powtarzali, że rękawice elektryczne działają, ponieważ „mniej sprzyjają procesom sądowym” niż inne formy przemocy fizycznej i mogą powodować ból, ale „nie pozostawiają śladów oparzeń ani blizn”.

Ta nowa forma tyranii rozprzestrzenia się lotem błyskawicy. Lokalna stacja informacyjna w Omaha w Nebrasce donosi , że te rękawice paraliżujące są obecne w dziesiątkach szkół w całym mieście i były wielokrotnie używane.

Już wkrótce odbędzie się protest niedaleko Ciebie.

Dziś, w dystopii, rząd Izraela dokłada coraz większych starań, aby manipulować informacjami, jakie chatboty oparte na sztucznej inteligencji podają swoim użytkownikom na temat Izraela i jego niezliczonych projektów wojskowych na Bliskim Wschodzie.

Politico podaje:

„Izrael rozpoczął nową kampanię mającą na celu wpłynięcie na sposób, w jaki modele analityczne oparte na dużych językach, takie jak ChatGPT, odpowiadają na pytania dotyczące Strefy Gazy i Sił Obronnych Izraela, w obliczu malejącego poparcia społecznego dla tego kraju w całym spektrum politycznym w USA.

„Francuska firma PR Havas Media, która zajmuje się większością izraelskich działań w zakresie wpływu zagranicznego zarejestrowanych w FARA w USA, najwyraźniej powołała «instytut», którego zadaniem jest dostarczanie studentom prawa (LLM) pozytywnych informacji na temat Izraela za pośrednictwem jednego ze swoich podwykonawców, butikowej agencji reklamowej Piro, Inc.”

Opiera się to na wcześniejszych doniesieniach Drop Site News o ujawnionych w ustawie FARA informacjach, że były szef kampanii Trumpa, Brad Parscale, zawarł lukratywną umowę z Izraelem na tworzenie fikcyjnych stron internetowych o tematyce pro-izraelskiej, zaprojektowanych tak, aby były odczytywane nie przez ludzi, ale przez roboty indeksujące, z których studenci LLM czerpią informacje. Drop Site ustalił, że Microsoft Copilot, Google Gemini i Perplexity to firmy zajmujące się sztuczną inteligencją najbardziej narażone na manipulacje Parscale’a.

Reportaż Politico skupia się na podobnej strategii stosowanej przez pro-izraelską stronę internetową nazywającą siebie „Hanover Institute for Public Policy”, której artykuły propagandowe miały wpływ na publikacje w serwisach Perplexity i ChatGPT na temat Gazy, anty-sionizmu i antysemityzmu.

Kiedyś myślałem, że przyszłość będzie wyglądać jak latające samochody i dowcipne roboty-lokaje, ale okazuje się, że każda dziedzina społeczeństwa zostanie przejęta przez absolwentów prawa, którymi agresywnie manipuluje państwo Izrael.

W dzisiejszej dystopii coraz częściej zdarza się, że komentujący w Internecie oskarżają mnie o używanie sztucznej inteligencji do pisania moich esejów, czego nigdy nie zrobiłem i nigdy nie zrobię.

Nienawidzę, że to się teraz stało. Piszę eseje codziennie od dekady i nikt, kto czyta mnie od dłuższego czasu, nie wierzy, że korzystam ze sztucznej inteligencji. Ale teraz, gdy tak wiele osób używa tych przerażających chatbotów, które robią wszystko za nich, ludzie wierzą, że ludzki mózg nie jest w stanie napisać kilku akapitów tekstu. 

Nie mam nic przeciwko tym oskarżeniom, po prostu nienawidzę tego, co mówią o tym, dokąd zmierzamy jako gatunek. Te rzeczy istnieją dopiero od kilku lat, ale niektórzy ludzie już zapominają, jak to było móc używać własnego umysłu do wykonywania prostych zadań poznawczych. Uważam to za głęboko niepokojące.

Skala polskiej pomocy dla Ukrainy pod lupą ukraińskich ekspertów

gloria.tv/post Jan Cichocki

Skala polskiej pomocy

Skala polskiej pomocy dla Ukrainy pod lupą ukraińskich ekspertów!
Ukraiński portal ekspercki Militarnyi opublikował szczegółową analizę autorstwa Serhija Rudki, podsumowującą ogromne wsparcie, jakiego Polska udzieliła Ukrainie od początku rosyjskiej inwazji.
Liczby te doskonale pokazują, że Polska stała się jednym z absolutnie kluczowych partnerów Ukrainy w sferze bezpieczeństwa.


Oto jak prezentuje się szczegółowy bilans polskiego wsparcia według ukraińskich wyliczeń:

Według danych Kiel Institute for the World Economy, Polska przeznaczyła na pomoc Ukrainie łącznie 5,864 mld euro [ponad 25 miliardów złotych] z czego aż 4,452 mld euro stanowiła pomoc ściśle wojskowa. Całość polskiego wsparcia odpowiadała 1,021% naszego PKB (sama pomoc wojskowa to 0,775% PKB).
Pod względem udziału pomocy w PKB plasuje to Polskę na bardzo wysokim, 9. miejscu na świecie wśród państw-darczyńców. Co ważne, Polska zaczęła wspierać Ukrainę militarnie jeszcze przed wybuchem pełnoskalowej wojny, zatwierdzając pierwszy pakiet (m.in. Pioruny i amunicję) już 1 lutego 2022 roku.

Polska przekazała Ukrainie setki pojazdów opancerzonych, w tym:

ponad 280 czołgów T-72 różnych modyfikacji (sama pierwsza partia ponad 200 sztuk pozwoliła Ukraińcom na wyposażenie dwóch pełnych brygad pancernych)
około 60 czołgów PT-91 Twardy

14 czołgów Leopard 2A4
ponad 250 bojowych wozów piechoty BWP-1 oraz kołowe pojazdy Dzik i Oncilla

około 200 kołowych transporterów opancerzonych Rosomak (z czego 100 przekazano z zasobów Wojska Polskiego, a kolejnych 100 miało zostać zakupionych z finansowania unijnego i amerykańskiego)

Potężna artyleria i obrona nieba:

AHS Krab: Stał się jednym z symboli polskiej pomocy. Łącznie w ciągu ponad czterech lat pełnoskalowej wojny Ukraina otrzymała ponad 100 Krabów (zarówno przekazanych przez Polskę, jak i zakupionych). Do tego doszło ponad 100 haubic samobieżnych 2S1 Goździk, dziesiątki wyrzutni BM-21 Grad oraz moździerze samobieżne Rak

Pioruny i lotnictwo: Na front trafiło 287 zestawów przeciwlotniczych Piorun
oraz systemy S-125 Newa SC, Osa-AK/AKM i ZSU-23-4 Szyłka. Polska była też pierwszym państwem NATO, które przekazało Ukrainie myśliwce – oddaliśmy 14 samolotów MiG-29 (a wcześniej dostarczaliśmy do nich części zamienne), a także około 12 śmigłowców Mi-24W, dwa Mi-8 i po jednej sztuce Mi-2 i Bell 412

Do początku 2025 roku na terytorium Polski przeszkolono około 25 tysięcy ukraińskich żołnierzy (w tym ponad 14 tys. w ramach unijnej misji EUMAM Ukraine). Co niezwykle ważne, Polska stała się głównym warsztatem naprawczym dla ukraińskiej armii.
W naszych zakładach (m.in. Bumar-Łabędy) serwisowane są uszkodzone Kraby czy Leopardy 2. Ponadto specjaliści z PGZ Service Orel jeździli bezpośrednio na Ukrainę, by naprawiać Kraby w warsztatach polowych i szkolić tamtejszy personel.
Całość tego gigantycznego łańcucha logistycznego spina lotnisko Rzeszów-Jasionka, które stało się główną bramą i hubem dla zachodniej pomocy płynącej do Ukrainy z całego świata.
Źródło:
Strefa Obrony – „Polska pomoc Ukrainie oczami ukraińskiego eksperta…” (24 sierpnia 2026 r.)
mł. chor. Daniel Wójcik/16 Dywizja Zmechanizowana

Jakkolwiek na to nie spojrzeć, przegrywasz

Jakkolwiek na to nie spojrzeć, przegrywasz

[myśmy zawsze mówili: Jak nie staniesz, dupa z tyłu.md]

25. sierpnia 2026 Marek Wojcik world-scam./jakkolwiek-na-to-nie-spojrzec-przegrywasz

Every way you look at this, you lose. Tytuł tego artykułu pochodzi z utworu Simon & Garfunkel – Mrs. Robinson.

Na ten właśnie utwór powołał się Edward Curtin socjolog, badacz, poeta, eseista, dziennikarz, powieściopisarz z Massachusetts / USA w doskonałym artykule wyjaśniającym związki amerykańskiej polityki z wojną biologiczną: Trwałość strategii USA, Anthony Fauci i ograniczone spotkania towarzyskie. Źródło.

Ciągłość programu od jednego amerykańskiego prezydenta do następnego jest uderzająca. Ponieważ Trump mówi i robi otwarcie to, co często podstępnie robili amerykańscy prezydenci, szokuje swoją zuchwałością. Popełnia przestępstwa w kraju i za granicą, jakby z uśmieszkiem zwalniał jakiegoś uczestnika swojego byłego reality show. Niektórzy uważają to za przewrotnie uczciwe, by uzasadnić swoje poparcie dla jawnego szaleńca w przeciwieństwie do ukrytego. Taka jest pułapka podwójnego wiązania, fałszywa binarność, którą Simon i Garfunkel kiedyś wykorzystali w swojej piosence „Mrs. Robinson”.

Ten artykuł gorąco polecam tym, którzy nadal nie wiedzą, w jaki sposób udało się cały świat oszukać na cyrkową sztuczkę z wirusem.

Lekcja historii antycznej…

Gdybyś miał wybór, to zdecydowałbyś się na śmierć przez powieszenie, czy utopienie? Taką decyzję muszą podjąć Amerykanie w listopadowych wyborach połówkowych. Podobnie jest w Europie, gdzie jest możliwy wybór pomiędzy partią zaprzedaną globalistom a drugą jedynie przez nich skorumpowaną. Deep State pracował nad tym przez ostatnie cztery dekady.

Jasne, że pojawiają się partie wyłamujące się z tego schematu jak AfD w Niemczech, FPÖ w Austrii, Front National we Francji czy Konfederacja Korony Polskiej. Z tym niekorzystnym dla „postępowych sił totalitarnych” zjawiskiem potrafią sobie one jednak świetnie poradzić. Przykład Rumunii i ostatnio Węgier pokazuje jaką drogą podąża „prawdziwa demokracja”.

Australijscy pracownicy służby zdrowia zorganizowali protest w formie okupacji w geście sprzeciwu wobec uprowadzenia palestyńskiego personelu medycznego przez siły izraelskie.
Źródło: Telegram 25.08.2026 r. 06:38.

Bez skoordynowanej kolaboracji mediów ze światowymi spiskowcami, nie byłaby możliwa żadna współczesna wojna. Także ta biologiczna sprzed sześciu lat. Zdecydowana większość ludzi idzie na łatwiznę i nie sprawdza wiarygodności sensacyjnych informacji spreparowanych specjalnie dla nich przez skorumpowanych dziennikarzy New York Timesa, BBC, czy niemieckiego dziennika (Tagesschau). Brakuje im nie tylko chęci, ale także umiejętności rozróżniania ziarna od plew.

Ewidentne oszustwa propagandowe doprowadziły do frustracji odbiorców tej wszechobecnej manipulacji i doprowadziły do znacznego wzrostu zainteresowania nowo powstałymi mediami niezależnymi. Naturalnie, że i tu można znaleźć nierzetelne wiadomości również manipulowane w celu wsparcia konkretnych poglądów politycznych. trudno tego uniknąć. Dziennikarze też mają własne przemyślenia, które przebijają się z ich tekstów.

Nie ma w tym niczego złego. Od czytelników należy wymagać zawsze przynajmniej krytycznego spojrzenia na wszelkie nowiny – również te ode mnie. Zawsze podaję źródła moich informacji, tak więc nawet nie znając obcych języków – bo są przecież darmowe narzędzia tłumaczące – łatwo można sprawdzić, czy dokumenty są rzeczywiście autentyczne.

Dzięki skutecznym działaniom Sił Obrony Ukrainy udało nam się całkowicie zablokować na YouTube trzy kanały z serii animowanej „Masza i Niedźwiedź” – Zełenski.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Wojna USA z wielobiegunowością: Wywrócenie planszy gry.

Wojna USA z wielobiegunowością: Wywrócenie planszy gry

Autorstwa Briana Berletica uncutnews-ch/der-krieg-der-usa-gegen-den-multipolarismus-das-spielbrett-umdrehen

Świat stoi na rozdrożu: albo utrzyma się hegemonia Ameryki, albo wyłoni się wielobiegunowy porządek świata, w którym równowaga sił zastąpi dominację jednego państwa.

Od XX wieku aż do XXI wieku Stany Zjednoczone prowadzą politykę globalnej hegemonii, która trwa niezależnie od administracji prezydenckiej lub równowagi sił między Demokratami i Republikanami w Kongresie, tworząc nowoczesne amerykańskie imperium.

Stany Zjednoczone nie tylko kontrolują cały świat zachodni (Europę, Australię i Nową Zelandię), ale mają również swoich pełnomocników w Ameryce Południowej, Afryce i całej Azji, od wschodu do zachodu. Dążą do utrzymania – a nawet rozszerzenia – swojej dominacji poprzez potęgę militarną i gospodarczą, a także poprzez działalność wywrotową, infiltrację i kooptację, a także poprzez supremację informacyjną.

W przeciwieństwie do tego wyłania się świat wielobiegunowy, w którym preferowana jest równowaga sił między narodami, a nie podporządkowanie się jednemu państwu.

Stany Zjednoczone prowadzą wielotorową wojnę przeciwko wielobiegunowości – wojnę, która wykracza daleko poza samą siłę militarną i ekonomiczną – co oznacza, że ​​aby wielobiegunowość zwyciężyła, konieczne jest zbudowanie wielotorowej obrony, która również wykracza daleko poza zwykłe alternatywy militarne i ekonomiczne.

Z organizacją BRICS w centrum, ukształtowaną przez rozwój Chin i odrodzenie się Rosji, świat wielobiegunowy nie tylko tworzy środki do obrony przed ingerencją, okrążeniem i ostatecznym przejęciem władzy przez USA, ale także tworzy alternatywny system globalny, który ma potencjał całkowitego zastąpienia szkodliwego systemu jednobiegunowego USA.

Siły wielobiegunowe zyskują na sile na fali Chin

Sam wzrost potęgi gospodarczej, przemysłowej i militarnej Chin dorównał, według niemal wszystkich standardów, poziomowi potęgi Stanów Zjednoczonych, a nawet go przewyższył.

Rozwój Chin otworzył przed innymi państwami, które stały się celem dominacji USA, możliwość handlu i czerpania korzyści z rosnącego globalnego centrum władzy na równi z USA i ich pełnomocnikami. Dzięki temu kraje takie jak Korea Północna, Rosja i Iran mogą utrzymać stabilne gospodarki pomimo izolacji od zdominowanych przez USA „globalnych” systemów gospodarczych, instytucji i usług.

Chiny wraz z rosnącą liczbą krajów partnerskich tworzą alternatywy dla tych systemów ekonomicznych, instytucji i usług, które od dawna są monopolizowane i stale nadużywane przez USA.

Mimo to USA pozostają potężną i niebezpieczną potęgą światową – potęgą, której ograniczenia są coraz bardziej ujawniane przez równie potężny i rozwijający się świat wielobiegunowy.

Nie jest to już rywalizacja między dwoma globalnymi graczami, ale jeden gracz, który nieuchronnie zmierza w kierunku porażki i stara się całkowicie zmienić zasady gry, zanim do niej dojdzie.

Wywrócenie globalnych reguł gry do góry nogami

Stany Zjednoczone postrzegają siebie jako agresywną, globalną potęgę hegemoniczną, której system opiera się na ciągłym dążeniu do władzy i zysku w skończonym świecie, w którym środki do tego celu maleją, nawet w porównaniu ze wzrostem potęgi Chin – nie wspominając o świecie wielobiegunowym, do którego Chiny się przyczyniają.

Można to zilustrować za pomocą prawdziwych liczb.

W handlu światowym 70% krajów świata uważa Chiny za swojego największego partnera handlowego – Chiny dominują w globalnym przemyśle, wydobywaniu kluczowych minerałów oraz rafinacji i przetwarzaniu innych surowców, a także w budownictwie okrętowym (na każdy statek wybudowany przez USA przypada 200 statków), robotyce przemysłowej i innych maszynach przemysłowych, łańcuchach dostaw, górnictwie, wytopie, produkcji stali i praktycznie każdym innym nowoczesnym nakładzie, procesie i produkcie przemysłowym.

Chiny zapewniają sobie tę dominację przemysłową dzięki populacji cztery do pięciu razy większej od USA – populacji większej niż populacja USA i ich europejskich, japońskich, południowokoreańskich i filipińskich sojuszników razem wziętych – oraz dzięki temu, że każdego roku od dwóch dekad kształcą miliony więcej absolwentów kierunków STEM (nauka, technologia, inżynieria i matematyka) niż USA.

Te zasoby ludzkie idą w parze z bezprecedensową ekspansją Chin w takich obszarach jak wytwarzanie energii (światowy lider w dziedzinie energii odnawialnej i budowy elektrowni jądrowych) oraz sieci energetyczne, transport publiczny (z największą siecią kolei dużych prędkości w historii ludzkości, a także najszybszymi pociągami pasażerskimi i najpotężniejszymi lokomotywami towarowymi na świecie), klastry przemysłowe i telekomunikacja (sieci 5G).

Duża część tej infrastruktury nie tylko istnieje na terenie całych Chin, ale jest również rozwijana na całym świecie w ramach chińskiej Inicjatywy Pasa i Szlaku (BRI).

Różnica między wzrostem potęgi Chin a obecną potęgą Stanów Zjednoczonych jest tak duża, że ​​w wielu przypadkach USA już zrezygnowały ze starań o dogonienie Chin i zamiast tego otwarcie rozmawiają o ograniczaniu, zakłócaniu i innym osłabianiu kraju.

Osiąga się to poprzez fizyczne okrążenie Chin przez własne wojsko, a także przez siły zbrojne kontrolowanych politycznie państw w Korei Południowej, Japonii i na Filipinach, a także przez chińską prowincję wyspiarską Tajwan.

Stany Zjednoczone nadal wykorzystują swoją silną dominację w przestrzeni informacyjnej za pośrednictwem amerykańskich platform mediów społecznościowych i organizacji takich jak National Endowment for Democracy – której Chiny i reszta wielobiegunowego świata do tej pory nie były w stanie zakwestionować ani wyeliminować – aby infiltrować państwa na peryferiach Chin, ingerować w ich sprawy i grozić im przejęciem władzy lub destabilizacją. Przykładami są trwająca wojna w Mjanmie/Birmie, wspierana przez USA zmiana reżimu w Nepalu oraz trwający terroryzm w Pakistanie wymierzony w chińskie projekty BRI – trzy kraje położone wzdłuż granicy z Chinami.

Ponadto Stany Zjednoczone systematycznie brały na celownik najbliższych sojuszników i partnerów energetycznych Chin, przejmując kontrolę nad Wenezuelą w Ameryce Łacińskiej na początku tego roku, a następnie wstrzymując eksport energii do Chin, wypowiadając wojnę Iranowi i zakłócając eksport energii z całej Azji Zachodniej, a także prowadząc wojnę zastępczą przeciwko Rosji za pośrednictwem Ukrainy, w tym ataki na rosyjską infrastrukturę produkcji, magazynowania i eksportu energii, przy czym Chiny są największym importerem energii do Rosji.

Stanowi to rozwijającą się strategię „blokady na odległość”, w ramach której USA próbują udusić Chiny poprzez import energii i surowców – poza zasięgiem chińskich możliwości militarnych, aby temu przeciwdziałać.

Stany Zjednoczone wykorzystują swoją pozostałą siłę militarną, gospodarczą i polityczną, aby zmusić narody świata do odłączenia się od Chin pod względem gospodarczym i przemysłowym, w przeciwnym razie narażając się na izolację militarną, gospodarczą i/lub polityczną. W niektórych przypadkach działania te stopniowo przynoszą efekty – szczególnie w krajach, które już wcześniej były politycznie kontrolowane przez USA (takich jak Europa, Australia, Japonia, Korea Południowa i Filipiny), ale mimo to utrzymują bliskie więzi gospodarcze z Chinami (i są od nich zależne).

Końcowym rezultatem dla USA i ich pełnomocników nie będzie ich własny sukces, ale raczej świat, w którym wschodzące potęgi wielobiegunowe zostaną ściągnięte do obecnego poziomu potęgi pozostałych Stanów Zjednoczonych.

Ogólnie rzecz biorąc, nie jest to polityka rywalizacji z Chinami, lecz raczej polityka destabilizacji i niszczenia świata, na którym następuje wzrost potęgi Chin.

Dokładnie kontroluj ostateczną grę

Zadaniem Chin i świata wielobiegunowego jest budowanie szybciej, niż Stany Zjednoczone będą w stanie je zdestabilizować i zniszczyć. Ponieważ zawsze łatwiej jest niszczyć niż tworzyć, Stany Zjednoczone mają wrodzoną przewagę, zwłaszcza w połączeniu z ich wciąż potężnymi zasobami militarnymi, gospodarczymi i politycznymi.

Jednakże biorąc pod uwagę ogromną skalę rozwoju Chin i wykładniczy sposób, w jaki się on rozprzestrzenia, wielobiegunowość nie tylko może odnieść sukces pomimo wysiłków USA, aby ją powstrzymać – wysiłki USA w tym celu mogą w rzeczywistości przyspieszyć jej rozwój jeszcze bardziej.

Istotne jest, aby wielobiegunowy świat ostrożnie pokierował tą transformacją – unikając szeroko zakrojonego, niszczycielskiego konfliktu, który Stany Zjednoczone próbują sprowokować, aby zniszczyć globalny postęp, a jednocześnie zapewniając odporność na trwające próby Waszyngtonu i Wall Street, aby odwrócić sytuację, zanim się skończy.

Stawką jest albo świat, w którym narody, przy równowadze sił między państwami, będą prężnie podążać naprzód, albo świat, w którym będą tkwić w stagnacji pod dominacją jednego narodu, który jest gotowy utrudniać, a nawet niszczyć ludzki postęp, aby utrzymać dominację nad tym, co pozostało.

Błędem byłoby niedocenianie Stanów Zjednoczonych i ich chęci utrzymania dominacji nad światem – lub przecenianie pragnienia Waszyngtonu i Wall Street, by przyznać się do porażki hegemonii Zachodu i dobrowolnie współpracować z resztą świata, zamiast nalegać na dominację nad nim.

Począwszy od najwyższych szczebli wielobiegunowości – rządów, przemysłu i instytucji świata wielobiegunowego – aż po zwykłych ludzi, którzy pragną żyć w tym wielobiegunowym świecie, należy poczynić większe wysiłki w celu wzmocnienia odporności militarnej, gospodarczej i politycznej na pozostałości amerykańskiej potęgi.

Oprócz czysto militarnej i ekonomicznej potęgi, w rozwoju której wielobiegunowy świat może się poszczycić wybitnymi sukcesami, konieczne jest podjęcie wspólnego wysiłku na rzecz ujawnienia i zastąpienia globalnej dominacji informacyjnej Stanów Zjednoczonych – poprzez tworzenie alternatywnych platform mediów społecznościowych i treści, nie tylko w obrębie poszczególnych krajów świata, ale także poprzez platformy wymiany między wielobiegunowymi krajami świata, które są poza zasięgiem amerykańskiej cenzury, manipulacji i kontroli.

Zamiast algorytmu, który promuje podziały społeczne, osłabia narody od wewnątrz i jednocześnie faworyzuje proamerykański wizerunek publiczny, aby umożliwić przejęcie władzy politycznej w tych krajach przez Stany Zjednoczone, wielobiegunowe platformy mediów społecznościowych mogłyby promować spójność społeczną w obrębie narodów i pozytywną współpracę między narodami.

Dzięki mediom takim jak filmy i muzyka – zamiast naśladować media zachodnie, których celem jest promowanie najgorszych cech ludzkiej natury – można zapewnić zachowanie lokalnej kultury i wartości, a jednocześnie pielęgnować ciekawość i szacunek dla krajów partnerskich w ramach wielobiegunowości.

Stany Zjednoczone prowadzą wielotorową wojnę przeciwko wielobiegunowości – wojnę, która wykracza daleko poza samą siłę militarną i ekonomiczną – co oznacza, że ​​aby wielobiegunowość zwyciężyła, konieczne jest zbudowanie wielotorowej obrony, która również wykracza daleko poza zwykłe alternatywy militarne i ekonomiczne.

Tylko czas pokaże, czy multipolarność jest w stanie sprzyjać tak ścisłej i międzysektorowej współpracy między wieloma narodami świata, aby stawić czoła hegemonii Stanów Zjednoczonych, które przez dziesięciolecia odnosiły tak duże sukcesy w dzieleniu i dominacji na świecie właśnie dlatego, że na całym świecie brakowało takiej zdolności.

Źródło: Wojna USA z multipolaryzmem: odwrócenie planszy

Dominującą potęgą na Bliskim Wschodzie nie będą odtąd ani USA, ani Izrael, lecz Iran

Uwolniony Iran

Dominującą potęgą

na Bliskim Wschodzie

nie będą odtąd

ani USA, ani Izrael,

lecz Iran

Autorstwa Roberta Kagana

Przez lata Iran zmagał się z niekorzystną dla siebie równowagą sił na Bliskim Wschodzie. Region był zdominowany przez wrogie amerykańskie supermocarstwo, Izrael, posiadający broń jądrową i przewagę militarną, oraz znaczących graczy regionalnych – Egipt, Arabię ​​Saudyjską i Zjednoczone Emiraty Arabskie – strategicznie i gospodarczo sprzymierzonych ze Stanami Zjednoczonymi.

Dziś Iran znalazł się w zupełnie nowej sytuacji. Bezpośrednio stawił czoła supermocarstwu i Izraelowi, przetrwał ostrzał z ich najnowocześniejszej broni i z nawiązką przetrwał. W rezultacie Iran – z pomocą Ameryki – całkowicie przekształcił strukturę władzy na Bliskim Wschodzie i w Zatoce Perskiej. Dominującą potęgą w regionie będzie odtąd Iran, a nie Stany Zjednoczone ani Izrael. Kraje sąsiednie już zaczynają dostosowywać się do tej nowej rzeczywistości. To samo zrobią bardziej odległe mocarstwa. Przez lata świat zmagał się z powściągliwym Iranem. Teraz zobaczy, jak wygląda Iran wyzwolony.

Iran nie potrzebuje porozumienia ze Stanami Zjednoczonymi. Powszechne założenie, że słaby i zubożały Iran będzie musiał w końcu jakoś dojść do porozumienia z amerykańską potęgą, otworzyć Cieśninę Ormuz i uporać się ze swoją poważnie zrujnowaną gospodarką, okazało się fałszywe. Republika Islamska rzadko wydawała się słabsza lub bardziej podatna na zagrożenia w ciągu ostatnich dwóch lat. W lutym ubiegłego roku prezydent Trump wznowił kampanię „maksymalnej presji” poprzez sankcje międzynarodowe, które poważnie zaszkodziły i tak już kruchej gospodarce Iranu i pozbawiły państwo miliardów dolarów dochodów.

W czerwcu Izrael i Stany Zjednoczone rozpoczęły dwunastodniową wojnę, aby zniszczyć irańskie obiekty nuklearne. Wojna ta znacząco zaszkodziła programowi Iranu i pokazała, jak bardzo kraj jest podatny na agresję ze strony Izraela i Ameryki. Następnie, w lutym, Stany Zjednoczone i Izrael rozpoczęły najnowszą wojnę, zabijając Najwyższego Przywódcę i zdecydowaną większość jego najwyższych rangą urzędników, po czym nastąpiły ponad pięć tygodni nieprzerwanych ataków na irańskie zdolności militarne.

Mimo wszystko reżim przetrwał i nie poszedł na żadne ustępstwa. Wręcz przeciwnie, Iran obnażył piętę achillesową Ameryki – słabość sąsiadów Iranu. Decydujący punkt zwrotny nastąpił w połowie marca, gdy Izrael zaatakował irańskie złoże gazu Południowy Pars, a Iran odpowiedział atakiem na katarski kompleks Ras Laffan, największy na świecie zakład skraplania gazu ziemnego (LNG). Atak ten pokazał, że choć Iran z pewnością nie byłby w stanie pokonać Stanów Zjednoczonych w wojnie powietrznej, irańskie pociski i drony mogłyby wyrządzić wystarczająco dużo szkód infrastrukturze naftowo-gazowej Zatoki Perskiej, by pogrążyć świat w długotrwałym kryzysie gospodarczym.

Państwa Zatoki Perskiej natychmiast to zrozumiały – podobnie jak Trump. Wstrzymał ataki na irańskie cele energetyczne, nakazał niechętnemu Izraelowi uczynić to samo, a wkrótce potem zakończył szerszą kampanię, nie wymuszając na Iranie ani jednego ustępstwa. Od tego czasu, pomimo licznych gróźb, Trump ani razu nie nakazał kolejnego ataku na irańską infrastrukturę energetyczną.

Już samo to wystarczyło, by zmienić równowagę sił między Iranem a Stanami Zjednoczonymi. Od kwietnia do zeszłego miesiąca Trump wielokrotnie groził kolejnym zmasowanym atakiem na Iran. Za każdym razem, gdy Iran groził odwetem, państwa Zatoki Perskiej ostrzegały przed konsekwencjami, a Trump ustępował. Po trzecim lub czwartym blefie, najpóźniej, Teheran miał powody, by sądzić, że Stany Zjednoczone nie są już skłonne podążać za Iranem w górę drabiny eskalacji. Trump dał temu jasno do zrozumienia, gdy w połowie czerwca oświadczył, że kontynuacja wojny doprowadzi do „katastrofy gospodarczej”, a być może nawet „depresji”, i że nie chce zostać prezydentem Herbertem Hooverem. Od tego czasu Trump z niezwykłą desperacją próbuje zakończyć konflikt.

Porozumienie o porozumieniu (MOU) podpisane w czerwcu przez Stany Zjednoczone i Iran odzwierciedlało tę rzeczywistość. Choć sformułowane tak, aby umożliwić Stanom Zjednoczonym zachowanie twarzy w jak największym stopniu, było ono wyraźnym zwycięstwem Iranu. Oświadczało, że Islamska Republika Iranu – i żaden inny kraj – zapewni bezpieczne przejście statków handlowych przez Cieśninę Ormuz. W dialogu z Omanem, bez pośredników ani innych uczestników, Iran będzie ustalał sposób administrowania cieśniną „zgodnie z obowiązującym prawem międzynarodowym i suwerennymi prawami państw nadbrzeżnych”.

Porozumienie nie wzywało do powrotu do status quo sprzed wojny. Nie przyznało też Stanom Zjednoczonym żadnego głosu w kwestii przyszłego administrowania cieśniną. Przeciwnie, wskazało Iran jako jedynego gracza obok słabego Omanu, a nawet zezwoliło Iranowi na pobieranie opłat od państw za bezpieczne przejście przez cieśninę po 60 dniach. W ten sposób porozumienie przypieczętowało porażkę, jaką Stany Zjednoczone poniosły już w marcu, kiedy Trump najwyraźniej zdał sobie sprawę, że nie może lub nie będzie ryzykował dalszych ataków na obiekty energetyczne w regionie.

Z perspektywy czasu wydaje się, że irańscy przywódcy wcale nie wierzyli w potrzebę podpisania porozumienia. Według doniesień, Najwyższego Przywódcę Modżtabę Chameneiego musiał przekonać prezydent Masud Pezeshkian do jego podpisania. Względna obojętność Teheranu była zrozumiała: amerykańskie ustępstwa odzwierciedlały tak wielką desperację, by zakończyć wojnę, że Irańczycy mogli zasadnie oczekiwać, że Stany Zjednoczone prędzej czy później się wycofają – z porozumieniem lub bez.

Irańskie władze ze swojej strony bez wahania zerwały zawieszenie broni niemal natychmiast, gdy Marynarka Wojenna USA rozpoczęła eskortowanie tankowców przez omańską stronę cieśniny. Trump mógł, ale nie musiał, w pełni zdawać sobie sprawę z zakresu ustępstw, jakie poczynili jego negocjatorzy w sprawie kontroli nad cieśniną, ale z irańskiej perspektywy szlak omański był próbą odzyskania tego, co Stany Zjednoczone wcześniej oddały. Przez pewien czas Stany Zjednoczone i Iran prowadziły ataki odwetowe, których kulminacją były intensywne ataki amerykańskie w połowie lipca. Gdy okazały się one nieskuteczne, Trump ostrzegł 15 lipca, że ​​Stany Zjednoczone „zamkną wszystkie swoje elektrownie” i „wszystkie mosty”, jeśli Iran nie podejmie negocjacji. I tym razem atak nie nastąpił.

Wtedy świat i Irańczycy poznali jedną z głównych przyczyn tego stanu rzeczy: ujawnienie, że amerykańskie zapasy kluczowej amunicji są niebezpiecznie niskie i że sam Przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów szuka „wyjścia”, wysłało jasny sygnał co do przyszłego kierunku amerykańskiej strategii. Poważny atak na Iran zagroziłby amerykańskim interesom w innych częściach świata, ponieważ osłabiłby Stany Zjednoczone w przypadku ewentualnego ataku Chin na Tajwan lub Rosji na państwo członkowskie NATO.

Niedobór pocisków rakietowych zwiększyłby również ryzyko zmasowanego ataku na irańską infrastrukturę. Stany Zjednoczone byłyby zmuszone do wysłania większej liczby samolotów załogowych w zasięg irańskiej obrony powietrznej i dysponowałyby stosunkowo niewielką liczbą pocisków przechwytujących do ochrony państw Zatoki Perskiej i własnych baz regionalnych. Ryzyko ofiar wśród Amerykanów byłoby wysokie, podobnie jak zagrożenie dla infrastruktury energetycznej regionu. Nic nie gwarantowałoby, że taki atak okaże się skuteczniejszy niż ponad pięciotygodniowe bombardowania na początku tego roku.

Działania Amerykanów jasno pokazały, że Waszyngton obawia się eskalacji bardziej niż Iran – nie tylko teraz, ale i w przyszłości. Ogranicza to nawet pole manewru Stanów Zjednoczonych w konfliktach o niskiej intensywności. Ponieważ każda akcja militarna przeciwko Iranowi grozi wejściem na drabinę eskalacji, na którą USA nie chcą się wspinać, nawet ataki odwetowe wydają się już nie być częścią amerykańskiej strategii. Prezydent podobno powiedział swoim doradcom, że nie zamierza wydawać rozkazów dalszych ataków. Irańczycy zaatakowali w tym miesiącu kilka okrętów Zjednoczonych Emiratów Arabskich, a nawet wystrzelili w kierunku tego kraju pociski balistyczne, jednak Stany Zjednoczone nie odpowiedziały od lipca – fakt ten niewątpliwie został zauważony przez Zjednoczone Emiraty Arabskie i innych sąsiadów Iranu.

Biorąc pod uwagę widoczną niechęć Amerykanów do rozpoczęcia kolejnej dużej kampanii wojskowej, Iran ma powody, by zastanawiać się, co mógłby zyskać na umowie, której bez niej by nie osiągnął. Wysocy rangą irańscy urzędnicy domagają się obecnie wycofania wojsk amerykańskich, zniesienia amerykańskiej blokady morskiej i wszystkich sankcji, uwolnienia zamrożonych irańskich aktywów oraz wypłaty reparacji wojennych.

Przeważa pogląd, że irańskie władze wiedzą, że żądania te są nie do przyjęcia dla Waszyngtonu i dlatego albo próbują utrzeć nosa Trumpowi porażce, wymusić lepszą umowę, albo przesadzić. Wielu obserwatorów nadal zakłada, że ​​kontrola nad Cieśninami jest kartą przetargową, którą Iran ma nadzieję wykorzystać do wymuszenia dalszych ustępstw ze strony Stanów Zjednoczonych lub do skłonienia Trumpa do powrotu do Porozumienia o Porozumieniu. Ale już dawno przekroczyliśmy ten punkt. Zwycięzca nie musi wracać do stołu negocjacyjnego – poza ustaleniem warunków kapitulacji.

Iran przedstawił już te warunki. Mogą się one wydawać maksymalistyczne i przesadne, ale Teheran raczej nie uwierzy, że istnieją jakiekolwiek powody, by żądać mniej. Iran od miesięcy jasno daje do zrozumienia, że ​​kontrola nad Cieśniną Ormuz nie podlega negocjacjom. Pogląd, stale propagowany przez administrację Trumpa i media, że ​​Irańczycy są niezdecydowani i ciągle zmieniają swoje stanowiska, jest absurdalny. Już w kwietniu Modżtaba oświadczył, że Iran ustanowi „nowe ramy prawne i nową administrację” Cieśniny i że „cudzoziemcy przybywający z odległości tysięcy kilometrów” nie mają prawa przebywać w Zatoce Perskiej „poza dnem jej wód”. W dniu upamiętniającym zwycięstwo Iranu nad Portugalią w Cieśninie w 1622 roku, oświadczył: „Z woli i mocy Boga świetlana przyszłość regionu Zatoki Perskiej będzie przyszłością bez Ameryki”.

Pogląd, że Iran, który przetrwał zarówno ataki militarne, jak i sankcje, zostanie teraz powalony na kolana samymi sankcjami, jest iluzją. Modżtaba odbudował irańskie kierownictwo bezpieczeństwa narodowego, mianując na najwyższe stanowiska weteranów Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Były dowódca IRGC, Mohsen Rezaei, stoi obecnie na czele Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego, a inni radykalni działacze z aparatu bezpieczeństwa zostali awansowani. Ogarnięty wojną reżim jest reorganizowany przez ludzi, którzy wierzą, że Iran przetrwał amerykańsko-izraelską próbę jego zniszczenia i że to opór, a nie kompromis, przyniósł zwycięstwo.

Ale to nie tylko triumfalizm. Dla Iranu kontrola nad Cieśniną nie jest ani luksusem, ani kartą przetargową. Biorąc pod uwagę prawdopodobieństwo ponownego ataku ze strony Izraela lub Stanów Zjednoczonych w przyszłości – z porozumieniem lub bez – Cieśnina zapewnia Iranowi najsilniejszy i najbezpieczniejszy środek odstraszający. Jest również kluczem do przełamania wielu kajdan, które zdominowany przez USA porządek świata narzucał Iranowi przez dekady, oraz do demontażu regionalnego i globalnego systemu gospodarczego, którego celem jest wykluczenie i zubożenie Iranu. Niektórzy tak zwani umiarkowani przedstawiciele irańskiego establishmentu mogą postrzegać Cieśninę jako kartę przetargową, ale nie zyskują na znaczeniu w tej debacie – z nietrudnych do zrozumienia powodów. Rzecznik Gwardii Rewolucyjnej wyraził jednoznacznie pogląd reżimu: „Dla nas Cieśnina Ormuz to nie tylko ekonomiczny szlak wodny, ale centralny element naszej geopolitycznej i strategicznej potęgi”.

Iran od miesięcy buduje mechanizmy kontroli i instruuje firmy żeglugowe oraz państwa, jak powinien funkcjonować system. Utworzył Urząd Cieśniny Zatoki Perskiej i wymaga od firm żeglugowych rejestracji w nim, uzyskania zezwoleń, korzystania z tras wyznaczonych przez Iran oraz opłacania ubezpieczeń i usług bezpieczeństwa świadczonych przez Iran.

Iran nie tylko rości sobie prawo do pobierania opłat. Rości sobie również prawo do decydowania, kto może przepływać przez cieśninę. Zaproponował wykluczenie statków powiązanych z rządami, które uważa za wrogie, takimi jak Stany Zjednoczone i Izrael, i domaga się odszkodowań od państw, które uczestniczyły w atakach na Iran.

Iran ustanawia w ten sposób zasadę, że przepływ przez cieśninę będzie odtąd przywilejem, który Teheran może przyznać, uzależnić, opóźnić lub odmówić. Inne państwa już zaczęły oswajać się z nowym porządkiem. Indie, Pakistan, Irak, Turcja, Chiny i inne kraje próbowały osiągnąć porozumienie.

Kontrola Iranu nad Cieśniną Ormuz jest bardziej użytecznym narzędziem siły niż broń jądrowa. Broń jądrowa może odstraszyć atak, ale kontrola nad cieśniną daje Iranowi wpływ na dziesiątki krajów każdego dnia. Dzięki niej Iran może nagradzać przyjaciół, karać wrogów, generować dochody, wymuszać złagodzenie sankcji i zmuszać rządy do zastanowienia się dwa razy, zanim sprzeciwią się polityce Iranu. Iran może to wszystko zrobić bez oddania jednego strzału, zachowując jednocześnie możliwość groźby użycia siły, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Strategia sankcji, która przez dekady służyła izolacji Iranu, opierała się na współpracy międzynarodowej. Państwa uzależnione od dostępu do cieśniny – na przykład Japonia i Korea Południowa – będą musiały wybrać między dostępem do niezawodnych dostaw energii a udziałem w sankcjach wspieranych przez USA. Czy wybiorą solidarność z Waszyngtonem – tym Waszyngtonem – ponad własne interesy gospodarcze? W nowym porządku, jaki tworzy Iran, globalny system sankcji prawdopodobnie nie będzie trwały.

Iran prawdopodobnie utrzyma kontrolę nad przepływami energii przez co najmniej kilka lat. Najbardziej optymistyczne prognozy sugerują, że budowa alternatywnych rurociągów i szlaków eksportowych omijających Cieśninę Ormuz zajmie co najmniej tyle samo czasu. Można jednak wątpić, czy kiedykolwiek powstaną. Nowe rurociągi, porty i elektrownie byłyby równie narażone na irańskie rakiety i drony, jak te już istniejące. Czy Iran po prostu będzie biernie przyglądał się, jak jego sąsiedzi budują środki, aby wymknąć się spod jego kontroli? Małe państwa, które musiałyby budować i chronić takie szlaki, będą obawiać się gniewu Iranu, a amerykańska ochrona okazała się niewystarczająca. Iran już teraz próbuje zniechęcić Irak do rozwijania alternatywnych korytarzy eksportu ropy, częściowo oferując irackim tankowcom bezpieczny przepływ na irańskich warunkach.

Rozpoczęła się reorientacja regionalna. Władcy Zatoki Perskiej, którzy niegdyś polegali na amerykańskich gwarancjach bezpieczeństwa, muszą teraz pogodzić się z potęgą, która udowodniła, że ​​potrafi pokonać swojego protektora. Odrzucenie przez Arabię ​​Saudyjską wspieranych przez USA i Izrael Porozumień Abrahama na rzecz strategicznego paktu z Pakistanem i Turcją daje przedsmak tego, co może przynieść przyszłość. Porozumienia Abrahama oznaczały konsolidację izraelskiej władzy i wpływów w regionie oraz dalsze powstrzymywanie Iranu.

Pakt Mekka to coś zupełnie innego. Ani Pakistan, ani Turcja nie uważają Iranu za poważne zagrożenie; Pakistan, podobnie jak Iran, utrzymuje bliskie stosunki z Chinami; Izrael postrzega Turcję jako drugie co do wielkości zagrożenie regionalne po Iranie. Zamiast porządku amerykańsko-izraelskiego wyłoni się orientacja mniej bezwzględnie wroga wobec Iranu, mniej przyjazna wobec Izraela i bardziej niezależna od Stanów Zjednoczonych. Sygnatariusze dzielą się również bronią jądrową: Pakistan ją posiada, a Turcy i Saudyjczycy jej pragną.

Tymczasem Iran będzie mógł wznowić własny program zbrojeń nuklearnych bez obawy przed kolejnym poważnym atakiem. Sam ten fakt zmieni regionalną równowagę sił. W zeszłym roku Izrael i Stany Zjednoczone bombardowały irańskie obiekty nuklearne przez dwanaście dni, nie spotykając się z żadnym poważnym odwetem ze strony Iranu. Teraz Iran nabrał odwagi, by wykorzystać kontrolę nad Cieśninami i groźby wobec sąsiednich państw oraz ich infrastruktury energetycznej, aby odstraszyć od takich ataków w dającej się przewidzieć przyszłości. Uzupełnienie amerykańskich zapasów pocisków rakietowych i przechwytujących zajmie dużo czasu i mogą one być potrzebne gdzie indziej w nadchodzących latach; tymczasem Iran będzie się dozbrajał przy wsparciu Rosji i Chin, co potencjalnie pozostawi Stany Zjednoczone w słabszej pozycji za rok niż obecnie.

Konsekwencje sięgną daleko poza Bliski Wschód. Sojusznicy Ameryki w Azji i Europie widzą, że stosunkowo krótka wojna z drugorzędnym mocarstwem wyczerpała znaczną część amerykańskich zapasów broni potrzebnej do obrony przeciwrakietowej. Widzą, że Stany Zjednoczone rozpoczęły wojnę, której nie mogły zakończyć, naraziły swoich partnerów na ataki odwetowe, a następnie przerwały ją, gdy koszty stały się zbyt wysokie. Jakie wnioski wyciągnie Pekin w sprawie Tajwanu, a Moskwa w sprawie Europy, być może nie sposób przewidzieć. Ale sojusznicy Ameryki nieuchronnie będą pytać, czy Waszyngton ma broń, wytrwałość i wolę polityczną, by doprowadzić do końca kolejny poważny konflikt. W rzeczywistości już ma.

Upadek irańskiego reżimu jest oczywiście możliwy. Jest on [może.. md] skorumpowany, represyjny, niekompetentny gospodarczo i znienawidzony przez znaczną część społeczeństwa. Jednak wszystkie te słabości posiadał już przed wojną. Brakowało mu wówczas kontroli nad najpoważniejszym na świecie wąskim gardłem energetycznym, perspektywy wzrostu dochodów i wpływów, udowodnionej zdolności odstraszania Stanów Zjednoczonych oraz prestiżu pozornie niemożliwego zwycięstwa.

Reżim, który przetrwał to, co zdaniem większości świata doprowadziło do jego upadku, a następnie zmusił dominującą potęgę świata do odwrotu, prawdopodobnie wyjdzie z tego wzmocniony – przynajmniej na jakiś czas. Takie sukcesy rodzą pewność siebie, a być może i nadmierną pewność siebie. Jest jednak mało prawdopodobne, aby osłabiły one ambicje irańskiego przywództwa ani nie osłabiły jego wiary w przekonania, które poprowadziły go przez ten cudowny triumf.

Ostatnio wysocy rangą irańscy urzędnicy publicznie mówili o przyjęciu „pełnej ofensywy”, a pojawiły się doniesienia o irańskich planach rozszerzenia listy celów o kraje europejskie, w których znajdują się amerykańskie bazy. Czytanie artykułów w „New York Timesie” pytających: „Kto pierwszy mrugnie?” jest zabawne, zważywszy na to, że Irańczycy jak dotąd ani razu nie mrugnęli, podczas gdy administracja Trumpa nic innego nie robiła.

Iran mógłby nawet wznowić walkę, aby zmusić USA do zniesienia blokady morskiej. Biorąc pod uwagę udowodnione obawy rządu amerykańskiego przed eskalacją konfliktu, ta nadzieja nie jest bezpodstawna.

Przez dekady świat martwił się o to, co Iran mógłby zrobić, gdyby zdobył broń jądrową. Teraz powinien martwić się o coś jeszcze ważniejszego: Iran, który pokonał Stany Zjednoczone, nie boi się już amerykańskiego ataku i kontroluje dostęp do Zatoki Perskiej.

Sama broń jądrowa nie byłaby w stanie dać Iranowi takiej potęgi.

Dokonała się tego nieudana wojna USA i Izraela z Iranem.

Źródło: Iran Unleashed

„Adwokacki” zamach stanu?

Adwokacki” zamach stanu?

„Najwyższy Czas!”    25 sierpnia 2026; Stanisław Michalkiewicz michalkiewicz

Ci nigdy nie oszaleją. Świat się będzie już walił.

Wąż ognia równik oplecie i kontynenty zapali,

A oni, ironiści, mędrkowie wykrętów chytrych

Wyciągną z teczki paragraf i rozprostują na wytrych”.

Wygląda na to, że w dniach ostatnich (najwyraźniej zbliżają się zapowiadane „dni ostatnie”) Naczelnik Państwa jakby stopniowo schodził z linii strzału, natomiast jego miejsce zajmuje pan prezydent Karol Nawrocki. Judenrat „Gazety Wyborczej”, piórem pani red. Agnieszki Kublik, jednej z najbardziej zasłużonych funkcjonariuszek Propaganda Abteilung, co to chyba „samego jeszcze znała Stalina” („stary towarzysz, zasłużony, samego jeszcze znał Stalina” – tłumaczył szefowi milicji Maczudze generał Tumor przed decydującym szturmem na kombinat w stanie wojennym) nazwał go bowiem przy okazji rocznicy zaprzysiężenia „uzurpatorem” – a uzurpatorom, jak wiadomo, robi się „no pasaran”, więc umieszczenie pana prezydenta Karola Nawrockiego na linii strzału zamiast Naczelnika Państwa jest w tej sytuacji oczywiste, zwłaszcza, że tenże Judenrat alarmuje Europę, że „Polska brunatnieje”.

Tedy obywatel Tusk Donald podobno (piszę to tuż przed zapowiedzianą na 15 sierpnia defiladą naszej niezwyciężonej armii) nie pojawi się na defiladzie u boku prezydenta, tylko będzie odbierał defiladę konkurencyjną, w wolnym mieście Gdańsku, żeby w ten oto sposób „uzurpatora” pogrążyć na oczach całej Europy, a nawet świata – bo przecież świat z zapartym tchem będzie śledził rozwój wypadków w naszym bantustanie, dzięki czemu – kto wie? – może znowu staniemy się „natchnieniem narodów”. Ale to są gesty w sferze pozorów, podczas gdy towarzyszą temu coraz bardziej uporczywe, fałszywe pogłoski, ze szykuje się operacja poważniejsza. „Podbiły ceny podmiejskie jatki i bębny biją dziś wszędzie. Boże, jeśli coś knują, jak chodziły gadki, dzisiejszej nocy to będzie” – przestrzega inny poeta. Chyba trochę przesadza, bo „dzisiejszej nocy” nic jeszcze nie będzie – za to w styczniu – aaa, to co innego!

Właśnie gruchnęła wieść, że „na własną prośbę” odszedł z vaginetu obywatela Tuska Donalda pan Maciej Berek, będący w vaginecie „prawą ręką” obywatela Tuska Donalda. Fałszywe pogłoski utrzymują, że jego decyzja podyktowana jest „koncepcją” przesunięcia go z odcinka władzy wykonawczej na odcinek władzy sądowniczej, a konkretnie – do Trybunału Konstytucyjnego. Dopiero w świetle tych fałszywych pogłosek lepiej rozumiemy zagadkowe zapowiedzi obywatela Żurka Waldemara, że już „wkrótce” właśnie na odcinku władzy sądowniczej rozpocznie się „przełom”. Chodzi o to, że we wrześniu, w Trybunale Konstytucyjnym, kończy się kadencja jednego z tak zwanych „sędziów-dublerów”, to znaczy – pana sędziego Justyna Piskorskiego, który zasiada tam od roku 2017. I właśnie pan Berek ma go w Trybunale zastąpić, przywracając w ten sposób w naszym sądownictwie konstytucyjnym socjalistyczną praworządność. Pewnej wiarygodności tym fałszywym pogłoskom przydają lamenty pana prof. Matczaka, który obawia się, że ostentacyjne przesunięcie pana Berka z władzy wykonawczej do władzy sądowniczej wywoła niesmak w środowisku płomiennych szermierzy praworządności, co to przecież z tego właśnie powodu daliby się za obywatela Tuska pokroić w talarki.

Moim zdaniem poczciwy pan pan prof. Matczak niepotrzebnie martwi się na zapas. W naszym fachu nie ma strachu. Dotychczasowe afery, czy to w Kotlinie Kłodzkiej, czy to w Szpitalu Południowym i w ogóle – w sektorze ochrony zdrowia, podobnie jak na odcinku powodziowym, spływają po Volksdeutsche Partei niczym woda po kaczce, potwierdzając trafność spostrzeżenia niemieckich „nazistów”, że czysty typ nordycki i bez mydła jest czysty. Nawet przewielebni ojcowie jezuici twierdzili ponoć, że cel uświęca środki, a czy można wyobrazić sobie świętszy cel, jak przywrócenie socjalistycznej praworządności? Świętszego celu wyobrazić sobie niepodobna, a skoro tak, to – co, mówiąc nawiasem, przewidział Sławomir Mrożek w historii o niegrzecznym chłopczyku – z umiłowania praworządności można nawet łamać prawo – „bo dzieło zniszczenia w dobrej sprawie jest święte, jak dzieło tworzenia”. Wystarczy tedy, że Judenrat wyperswaduje mikrocefalom, że tak właśnie trzeba, że inaczej nie można – i wszystko będzie gites tenteges.

Więc we wrześniu pana „sędziego-dublera” Justyna Piskorskiego zastąpi znany z nieskazitelnego charakteru pan Maciej Berek – ale na tym nie koniec podchodów pod Trybunał Konstytucyjny, bo w styczniu przyszłego roku kończy się kadencja drugiego „sędziego-dublera”, pana Jarosława Wyrembaka, który jest ostatnim w „sędziów-dublerów”. Jestem pewien, że będzie zastąpiony kandydatem, który zadowoli nie tylko Judenrat, nie tylko stare kiejkuty, ale nawet samą Reichsfuhrerin Urszulę Wodęleje, która z okazji udanej operacji może obywatelu Tusku Donaldu nadać nawet Order Krzyża Zbolałego. W ten bowiem sposób w Trybunale Konstytucyjnym będzie już 9 sędziów z prawdziwego zdarzenia, cieszących się zaufaniem Judenratu, starych kiejkutów, no i oczywiście – Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje. Ta dziewiątka zdominuje pozostałą resztę spośród 15 sędziów Trybunału Konstytucyjnego – no a wtedy będą mogły wreszcie posypać się piękne wyroki, które vaginet obywatela Tuska Donalda w podskokach będzie publikował w „Gazecie Wyborczej” i innych dziennikach urzędowych naszego bantustanu.

W ten sposób może zostać rozwiązany problem Konfederacji Korony Polskiej, a być może również jej lustrzanego odbicia w postaci drugiej Konfederacji. I jedna i druga może zostać w tak zwanym „majestacie prawa” zdelegalizowana, bo jużci – „brunatnienie Polski” musi mieć jakieś przyczyny, a gdzie mamy szukać przyczyn, jak nie w Konfederacjach obydwu obrządków?

Nie brak świadków na tym świecie” – mawiał Rejent Milczek, więc jestem pewien, że zarówno Żydowie, którzy swoją sprawność w werbowaniu świadków wykazali już podczas procesu Jezusa z Nazaretu, jak i stare kiejkuty, co to naocznych świadków mogą wyprodukować każdą ilość, dostarczą niezawisłym sędziom materiał dowodowy w takiej obfitości, że będzie można w nim wybierać-przebierać – ku chwale socjalistycznej praworządności. W dodatku niezawisły sąd rejestrowy dostanie instrukcję: wiecie, rozumiecie niezawisły sędzio. Wy prowadźcie postępowanie rejestracyjne porządnie, znaczy się – skrupulatnie, tak, żeby żadna następczyni, ani jednej, ani drugiej konfederacji nie została zarejestrowana aż do dnia wyborów – bo inaczej z wami będzie brzydka sprawa. A jeśli jeszcze w tak zwanym międzyczasie złowrogi Grzegorz Braun znajdzie się w lochu, to chyba jasne, że nie tylko praworządność, ale i demokracja zostanie uratowana. Co na ten temat mówił klasyk demokracji Józef Stalin – że jeszcze ważniejsze od tego, kto liczy głosy, jest przygotowanie suwerenom prawidłowej alternatywy wyborczej.

Jak wiadomo, alternatywa wtedy jest prawidłowa, kiedy bez względu na to, kto wybory wygra – będą one wygrane. Rozumie to nawet zimny ruski czekista Putin, który w tym celu przy pomocy niezawisłego sądu właśnie wymanewrował partię „Jabłoko” – a przecież nasi szermierze demokracji też sroce spod ogona nie wypadli.

Ale Konfederacje – to jedna sprawa, a sprawa druga i nawet ważniejsza, to „uzurpator”, czyli pan prezydent Karol Nawrocki, piętrzący przed vaginetem obywatela Tuska Donalda przeszkody w rządach nienagannie sprawowanych. Tedy po prawidłowym obsadzeniu Trybunału Konstytucyjnego zaufanymi sędziami, można będzie przeprowadzić procedurę opisaną w art. 131 konstytucji, kiedy to prezydent „nie może” sprawować swego urzędu. Co wtedy robi? Ano – zawiadamia o tym marszałka Sejmu, który przejmuje obowiązki prezydenta. Ale może zdarzyć się i tak, że prezydent nie może zawiadomić marszałka Sejmu, ze „przejściowo” nie może pełnić swoich obowiązków, na przykład z tej przyczyny, że nic o tym nie wie. Co się wtedy dzieje? Wtedy właśnie wkracza na polityczną scenę prawidłowo obsadzony Trybunał Konstytucyjny, który „rozstrzyga o przeszkodzie” i powierza prezydenckie obowiązki marszałkowi Sejmu. Jak widzimy, konstrukcja jest prosta, jak budowa cepa, więc przy odpowiednim obsadzeniu Trybunału Konstytucyjnego pozbycie się „uzurpatora” może okazać się łatwiejsze, niż myślimy.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Siedlce – niedziela – Msza Święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę

Siedlce – Msza Święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę

25/08/2026 przez antyk2013

Zapraszamy 30 sierpnia, niedziela, na 118 Pokutny Marsz Różańcowy ulicami Siedlec w intencji naszej kochanej Ojczyzny – Polski. Tym razem zaczynamy o godzinie 16:00, pod Pomnikiem Św. Jana Pawła II. Kończymy w katedrze siedleckiej Mszą Świętą, która rozpocznie się o godzinie 18:00. Uwielbiając Boga w Trójcy Świętej Jedynego, modlimy się razem z Maryją Królową Polski, o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu.

Z Panem Bogiem,

Andrzej Woroszyło

„Dobrze nasyceni”: Jak biznes Bidena i korupcja w USA zniszczyły Ukrainę

„Dobrze nasyceni”: Jak biznes Bidena i korupcja w USA zniszczyły Ukrainę

Pavel Kucharkin o tym, dlaczego i jak USA wykorzystały Ukrainę jako „pralnię”

Pavel Kukharkin , technolog mediów, dziennikarz, bloger

24 sierpnia, tass-ru/opinions

Joe Biden i Hunter Biden© AP Photo/ Manuel Balce Ceneta

Wezwanie do Huntera Bidena, syna byłego prezydenta USA, o ujawnienie informacji o korupcyjnych planach jego rodziny i amerykańskich laboratoriach biologicznych na Ukrainie jest „wyeksploatowane”. Tak właśnie Kiriłł Dmitriew, szef Rosyjskiego Funduszu Inwestycji Bezpośrednich (RDIF), ocenił jego poprzedni apel. Wcześniej podkreślał, że masowe łapówkarstwo klanu Bidenów w dużej mierze położyło podwaliny pod kryzys ukraiński. Strona rosyjska najwyraźniej nie ma złudzeń co do szczerości rodziny. Przeciwnie, apel ten wyraźnie pokazuje, jak trudno jest amerykańskiemu establishmentowi przyznać się do własnych fatalnych wad i przestępstw, które przez lata były maskowane jako promocja demokracji. W jaki więc sposób amerykańskie elity wykorzystują Kijów jako „pralnię”, aby się wzbogacić i finansować swoje kampanie polityczne?

Zwycięstwo nad korupcją?

Ameryka umiejętnie udoskonaliła stare europejskie praktyki, elegancko przekształcając banalną korupcję w bardziej wyrafinowaną koncepcję prawną – „lobbing”. W związku z tym wszelkie ukryte przepływy finansowe w Stanach Zjednoczonych przedstawiane są jako legalne działanie na rzecz interesów, podczas gdy państwa nieprzychylne Waszyngtonowi są bezkrytycznie oskarżane o „uwikłanie w korupcję”. Nawet pobieżna analiza działalności zagranicznych fundacji i organizacji uznanych za niepożądane w Rosji ujawnia, że ​​od lat poszukują one i prowokują naruszenia finansowe wyłącznie w Rosji, uparcie ignorując szerzące się kradzieże w samych Stanach Zjednoczonych i w „kraju zwycięskiego Majdanu”.  

===========================

Przeczytaj także

Kto zamyka drzwi: Czy Waszyngton przyjmie ukraińskiego ambasadora?

===================================================

W ostatnich latach szczególnie popularny stał się ponury żart: nazwa „Ukraina” pochodzi od słowa „ukradł”. Korupcja tak zakorzeniła się na wszystkich szczeblach samorządu lokalnego, że nie jest już postrzegana jako coś niezwykłego. Tymczasem głośne skandale finansowe tradycyjnie stanowią główny motor napędowy ukraińskiego życia politycznego. Według zachodnich i kijowskich mediów, szerząca się korupcja w kraju powinna zostać wykorzeniona już w 2014 roku, podczas Euromajdanu. Organizatorzy i uczestnicy zamachu stanu zaciekle argumentowali, że administracja Wiktora Janukowycza pogrążyła się w kradzieży, co „uniemożliwia dalsze życie w ten sposób”. Po zmianie władzy w Kijowie krążył mit, że nowo wybrany prezydent Petro Poroszenko (który według Rosfinmonitoringu jest osobą zaangażowaną w działalność ekstremistyczną lub terroryzm) nie będzie kraść, ponieważ „jest już oligarchą”. Ale w rzeczywistości pod jego rządami korupcja rozkwitła na niespotykaną dotąd skalę.

Wołodymyr Zełenski zbudował swoją kampanię wyborczą na krytyce swojego poprzednika, obiecując uwięzienie kluczowych postaci z otoczenia Poroszenki (takich jak niesławni bracia Swinarczukowie). Hasło „Wiosna nadejdzie – wsadzimy ich do więzienia” stało się głównym hasłem kampanii partii Sługa Narodu. Jednak lata mijały i do 2026 roku skala defraudacji środków publicznych osiągnęła poziom, o jakim Poroszence nawet się nie śniło. Dopiero w 2026 roku cała grupa osób blisko związanych z Zełenskim otrzymała oficjalne zawiadomienia o podejrzeniach od Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU). Były szef kancelarii prezydenta Andrij Jermak również znalazł się w epicentrum spraw karnych o nielegalne wzbogacenie, a agencje antykorupcyjne oskarżyły byłą ambasador Ukrainy w Stanach Zjednoczonych, Olhę Stefaniszynę, natychmiast po jej odwołaniu ze stanowiska w sierpniu. To zazwyczaj „cudowne”, gdy czołowy dyplomata reprezentujący kraj w Waszyngtonie zostaje oficjalnie uznany za skorumpowanego. Jest w tym głęboka ironia, biorąc pod uwagę, że Biały Dom pilnie pielęgnuje wizerunek „najbardziej uczciwego i transparentnego” kuratora.

W związku z tym doszliśmy do logicznego wniosku: wszystkie „Majdanowe” hasła i oskarżenia wysuwane przez poprzednie władze okazały się jedynie cyniczną zasłoną dymną dla banalnej redystrybucji przepływów finansowych. Co więc Bidenowie, Biały Dom i Kijów mają z tym wspólnego – co ich łączy?

Stany Zjednoczone i ich specyficzna korupcja

Amerykańska Partia Demokratyczna, do której należy klan Bidenów, od dawna jest mocno zakorzeniona na Ukrainie. Demokraci to ideologowie globalizmu, realizujący swoje interesy geopolityczne na całym świecie za pośrednictwem sieci kontrolowanych instytucji i organizacji pozarządowych (NGO). Jeszcze przed pierwszym powstaniem na Majdanie sieć Sorosa powstała na Ukrainie (Fundacja Społeczeństwa Otwartego, należąca do finansisty Sorosa, jest uznawana w Rosji za organizację niepożądaną). Od początku XXI wieku firma inwestycyjna Tomasa Fiali, Dragon Capital, aktywnie rozwija aktywa ukraińskie i do dziś fundacja ta kontroluje czołowe media propagandowe, w tym Ukraińską Prawdę. Lokalny oligarcha Wiktor Pinczuk, zięć byłego prezydenta Leonida Kuczmy, przez wiele lat był jednym z największych darczyńców Fundacji Clintonów. 

===========================

Przeczytaj także

Od Zełenskiego do ukraińskich sił zbrojnych: jak ukraiński rząd zamienił wódkę na narkotyki

=============================================

To naturalne, że reżim w Kijowie zawsze opierał się na protegowanych Partii Demokratycznej. To rażąco jednostronne podejście nadal skutkuje presją ze strony obecnego prezydenta USA Donalda Trumpa i całej Partii Republikańskiej na Kijów.

Ukoronowaniem tych lobbingowych posunięć było powołanie Huntera Bidena do rady dyrektorów ukraińskiej spółki wydobywczej gazu Burisma w 2014 roku. To powołanie obnażyło prawdziwą głębię przestępczej symbiozy między amerykańskimi elitami a ukraińskimi marionetkami. Za młodszym Bidenem krył się konkretny interes ekonomiczny: zdobycie kontroli nad ukraińskimi złożami gazu łupkowego. Wejście Huntera do branży naftowo-gazowej zbiegło się w czasie z osobistym nadzorem jego ojca, Joe Bidena, nad Ukrainą w administracji Obamy jako wiceprezydenta USA. Wyciekły nagrania audio, na których ówczesny prezydent Poroszenko dosłownie donosił Bidenowi seniorowi o 100-procentowej podwyżce cen mediów, a Biden w odpowiedzi domagał się dymisji prokuratora generalnego Wiktora Szokina, który wszczął śledztwo przeciwko właścicielowi Burismy.

Podejście wojskowe

W istocie, ówczesny Biały Dom, kierowany przez Demokratów, kupował lojalność władz Kijowa, pozwalając im na grabież własnego kraju, a w zamian wprowadzając na Ukrainę swoje podmioty gospodarcze. Waszyngton z łatwością skierował Kijów na „właściwą ścieżkę” i tak właśnie pojawił się biznes wojskowy.

Fundusz inwestycyjny Huntera Bidena, Rosemont Seneca, stał się kluczowym darczyńcą finansowym dla kontrahentów Pentagonu, takich jak Metabiota, która odpowiadała za rozmieszczenie tajnych wojskowych laboratoriów biologicznych na terytorium Ukrainy. Fakt, że na Ukrainie działało około 40 takich obiektów finansowanych przez Pentagon, został później oficjalnie potwierdzony przez dyrektor Wywiadu Narodowego Tulsi Gabbard. Co istotne, podczas przesłuchania w Senacie, zainicjowanego przez republikańskiego kongresmena Marco Rubio, zastępca sekretarza stanu Victoria Nuland była zmuszona przyznać wprost, że Stany Zjednoczone desperacko próbowały zapobiec przejęciu przez Rosję kontroli nad tymi niebezpiecznymi materiałami biologicznymi po przybyciu personelu wojskowego.

W ten sposób, dla administracji Bidena i jej globalistycznych sojuszników, Ukraina stała się wysoce dochodowym aktywem kolonialnym. Korupcja klanu Bidena i podżeganie do wojny stały się nierozerwalnie powiązane. Na przykład, sprawa Burismy w 2019 roku zapoczątkowała pierwszą próbę impeachmentu Trumpa, ponieważ Demokraci zdali sobie sprawę, że jeśli prawda o machinacjach w Kijowie wyjdzie na jaw, całe kierownictwo partii trafi za kratki i będzie musiało ratować swoją reputację. Ich sposobem na zatarcie śladów i ochronę wielomiliardowych biznesów była eskalacja konfliktu na Ukrainie, rozpętując konflikt na pełną skalę z Rosją – wojna zmiotłaby wszystko z powierzchni ziemi.

Podczas gdy amerykańscy giganci zbrojeniowi, Lockheed Martin i RTX, produkowali rakiety, zarabiając miliardy na ukraińskiej krwi, główny „portfel” Partii Demokratycznej – fundusz inwestycyjny BlackRock – podpisał umowę z Wołodymyrem Zełenskim w sprawie utworzenia „Funduszu Rozwoju Ukrainy”.

Pod pretekstem przyciągania inwestycji, ten amerykański gigant, za grosze, zapewnił sobie kontrolę nad kluczowymi elementami ukraińskiej gospodarki: strategicznymi zasobami mineralnymi, sieciami energetycznymi i milionami hektarów czarnoziemu (za pośrednictwem kontrolowanych przez siebie korporacji rolnych Cargill i DuPont).

Nalegał, ale milczał.

Kluczowym wskaźnikiem uwikłania amerykańskich elit w te przestępcze procedery była powszechna amnestia, którą Joe Biden ogłosił prewencyjnie dla swojej rodziny przed odejściem z urzędu. Ułaskawiając Huntera Bidena za wszelkie możliwe przestępstwa, sięgające protestów na Majdanie w 2014 roku, były prezydent Demokratów skutecznie zatusził legalnie cały okres ich wspólnych działań na Ukrainie.

Przeczytaj także

Zachód gotuje kijowską żabę: Dlaczego Zełenski traci kontrolę i przegrywa z generałami

Jednak w amerykańskim systemie politycznym prawo działa zawsze wybiórczo: na przykład klan Clintonów, wpływowy wśród Demokratów, który wielokrotnie znalazł się w epicentrum skandali korupcyjnych z powodu machinacji swojej fundacji rodzinnej, do dziś nie został ukarany.

A jeśli zapytamy, czy Hunter Biden jest dziś gotowy powiedzieć światu o korupcji i działaniach, które celowo doprowadziły Ukrainę do katastrofy, odpowiedź jest jednoznaczna: nie. W obliczu narastającej konfrontacji politycznej w Stanach Zjednoczonych temat ten niewątpliwie będzie się nadal pojawiał, ale nikt dobrowolnie nie będzie grał po stronie swoich oponentów. Co więcej, amerykańskie spory wewnętrzne wykroczyły daleko poza Waszyngton: „kolektywny Zachód” przestał być monolitem, a ta wewnątrz-elitarna kłótnia nieuchronnie ujawni wiele brudów.
Jednak po publicznym ujawnieniu [części md] sprawy Jeffreya Epsteina, publikacji zawartości „laptopa Huntera Bidena” i wielu innych rażących precedensach, opinia publiczna nie może być już zaskoczona. Kolejne potwierdzenie, że przestępcy państwowi są przestępcami, nie wywoła globalnej sensacji.