Niebezpieczne związki Adama Bodnara. Współpraca ze zorganizowaną grupą przestępczą

Niebezpieczne związki Adama Bodnara

14.07.2025 https://nczas.info/2025/07/14/niebezpieczne-zwiazki-adama-bodnara/

Adam Bodnar
Adam Bodnar. / Foto: PAP

Do redakcji „Najwyższego Czasu!” napisał p. Andrzej T. Jędrzejewski, który – jak sam twierdzi – od ponad dwóch lat zmaga się z organizacją OMZRiK, czyli dobrze nam znanym Ośrodkiem Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych.

W przesłanej korespondencji nasz Czytelnik postanowił szczegółowo opisać swoje perypetie z grupą Rafała Gawła, a także – co najciekawsze – wykazać niebezpieczne związki Adama Bodnara, czyli obecnego ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Jak się okazuje, p. Jędrzejewski, mając na uwadze skalę i charakter powiązań między prokuratorami a osobami z grupy przestępczej Rafała Gawła, zamierza złożyć w tej sprawie oficjalne zawiadomienie do organów ścigania. Poniżej prezentujemy fragmenty z jego pisma, które stanowi mocne oskarżenie pod adresem obecnego ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Adama Bodnara. Pozostaje mieć nadzieję, że kiedyś, być może w niedalekiej przyszłości, niezależni śledczy należycie przyjrzą się tej sprawie i rzetelnie ocenią dowody zgromadzone przez p. Jędrzejewskiego. Tymczasem jednak zachęcamy do lektury.

Współpraca ze zorganizowaną grupą przestępczą

Jak wynika z moich ustaleń, Adam Bodnar od dawna blisko współpracuje z członkami zorganizowanej grupy przestępczej założonej i kierowanej przez poszukiwanego międzynarodowym listem gończym kryminalistę Rafała Piotra Gawła, skazanego prawomocnym wyrokiem Sądu Apelacyjnego w Białymstoku (sygn. akt: II AKa 179/16) na karę kilku lat pozbawienia wolności. Informacje o skali i charakterze kryminalnej aktywności tego przestępcy oraz osób wchodzących w skład jego zorganizowanej grupy przestępczej można znaleźć w aktach sprawy Sądu Okręgowego w Białymstoku (sygn. akt: III K 78/15), w której członkowie grupy zostali skazani na kary pozbawienia wolności, oraz aktach sprawy Sądu Apelacyjnego w Białymstoku (sygn. akt: II AKa 179/16).

Przestępca Rafał Gaweł i inni członkowie jego grupy są też oskarżeni w sprawie dotyczącej szeregu zbrodni zagrożonych karą do 25 lat pozbawienia wolności (sygn. akt: PO II Ds. 5.2016), którą prowadzi prokuratura w Białymstoku. Przeszłość kryminalna Rafała Gawła oraz zarzuty ciążące na jego wspólnikach musiały być znane Adamowi Bodnarowi choćby z uwagi na fakt, że w organizowanych przez niego posiedzeniach uczestniczyli prokuratorzy z prokuratury w Białymstoku (np. prok. Bartłomiej Horba, który w trakcie jednej ze spraw sądowych przyznał, że na polecenie przełożonych uczestniczył w spotkaniach z członkami organizacji Gawła). O kryminalnych ekscesach Gawła i jego grupy wielokrotnie informowały też ogólnopolskie media. Z doniesień tych wiadomo, że działalność gangu trwa nieprzerwanie od lat 90., kiedy dokonywali oni pospolitych przestępstw kryminalnych na terenie Suwałk i Białegostoku.

Wspólnikiem Gawła od samego początku jego kryminalnej kariery jest niejaki Konrad Andrzej Dulkowski (kierujący interesami Gawła w Polsce od momentu, gdy przestępca zbiegł z kraju przed wyrokiem pozbawienia wolności). Obaj mają postawione zarzuty w sprawie (sygn. akt: PO II Ds. 5.2016) prowadzonej przez prokuraturę w Białymstoku, która dotyczy m.in. fałszowania weksli i dokumentacji sądowej. Śledztwo w tej sprawie prowadzone jest od 2016 roku, ale z niezrozumiałych powodów w 2023 roku zostało zawieszone. Oficjalnym powodem takiej decyzji był brak możliwości prowadzenia czynności z udziałem jednego z oskarżonych (chodzi o ukrywającego się obecnie w Norwegii Rafała Gawła) oraz rzekoma konieczność oczekiwania na opinię biegłego z zakresu księgowości.

Zwracam uwagę, że wkrótce minie 10 lat od momentu rozpoczęcia śledztwa, więc trudno uwierzyć, że przez tak długi okres prokuratura nie była w stanie uzyskać opinii biegłego. Ponadto drugi z oskarżonych, czyli Konrad Dulkowski, cały czas przebywa w zasięgu polskich organów ścigania, więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby prowadzić wobec niego czynności, a sprawę Gawła wyłączyć do odrębnego postępowania. Ofiary przestępczej działalności grupy Gawła kierowały już w tej kwestii stosowne wnioski do prokuratury, jednakże pozostały one bez żadnej reakcji, co nasuwa podejrzenia, że Gaweł i jego wspólnicy korzystają z nieformalne ochrony ze strony kogoś mającego wpływ na decyzję prokuratorów.

W podobny sposób, również z absurdalnych powodów, zawieszone zostało śledztwo prowadzone przez prokuraturę Warszawa-Śródmieście (sygn. akt: 4313-1.Ds.334.2024.BT) w sprawie przestępstw z art. 196 kk, 256 kk i 257 kk, o które podejrzani są Rafał Gaweł i Konrad Dulkowski. Zawieszenie dochodzenia prokuratura uzasadniła tu koniecznością pozyskania danych od operatorów serwisów społecznościowych, na których sprawcy dopuścili się czynów zabronionych. Należy nadmienić, że w sprawach inicjowanych przez członków grupy Gawła prokuratura nigdy nie widzi konieczności zwracania się o takie dane do operatorów, ponieważ od dawna wiadomo, że operatorzy ci nie podlegają polskiemu prawu i konsekwentnie odmawiają udzielania tego rodzaju informacji. Powszechnie stosowaną przez prokuraturę praktyką jest więc zlecenie policji zajęcia urządzeń elektronicznych podejrzanego i ustalenie przez biegłego, czy dokonywano za ich pomocą logowania na wskazane konta użytkowników, z których dopuszczono się przestępstw. Takich czynności nie podjęto w stosunku do Konrada Dulkowskiego. Nie zwrócono się również do policji norweskiej o przeprowadzenie analogicznych czynności wobec Rafała Gawła w ramach pomocy prawnej.

Kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą

Biorąc pod uwagę fakt, że osoby z grupy Gawła, z którymi współpracuje Adam Bodnar, zajmowały się głównie drobną przestępczością, a herszt tej grupy jest trwale uzależniony od narkotyków (wynika to z dwóch opinii sądowo-psychiatryczych w postępowaniu II A Ka 179/16 przed Sądem Apelacyjnym w Białymstoku), mało prawdopodobne wydaje się, by byli oni w stanie stworzyć strukturę, która nie tylko od ponad dekady skutecznie unika jakiejkolwiek odpowiedzialności karnej za swoje przestępstwa, ale w swej bezczelności posuwa się do tego, że uczestniczy w pracach zespołu wydającego wytyczne policji i prokuratorom. Osobą, która zainicjowała działalność tego zespołu i odpowiada za dobór jego uczestników, jest Adam Bodnar. Nasuwa to uzasadnione podejrzenie, że jest on nie tylko członkiem grupy zorganizowanej, której działalność stanowi przedmiot niniejszego zawiadomienia, ale prawdopodobnie nią kieruje lub ma istotny wpływ na jej działanie.

Świadczyć może o tym fakt, że działania podejmowane przez organizację Rafała Gawła stanowią integralny element polityki ideologicznej realizowanej przez środowisko Adama Bodnara, polegającej na zwalczaniu osób i środowisk broniących polskiego interesu narodowego przed działaniami, które są w niego wymierzone. Widać to zarówno w nomenklaturze stosowanej w dokumentach wewnętrznych (gdzie organizacje patriotyczne określane są jako „nacjonalistyczne”, a ich zwalczanie przedstawiane jako cel Prokuratury i Ministerstwa Sprawiedliwości), jak również w działaniu prokuratorów z grupy zadaniowej powołanej przez Adama Bodnara.

Szczególnie niebezpieczne w tym kontekście wydają się wszelkie powiązania Prokuratora Krajowego/Ministra Sprawiedliwości z organizacjami i instytucjami, które od lat w sposób przestępczy kierują pod adresem Polski bezpodstawne roszczenia majątkowe dotyczące tzw. mienia bezspadkowego pozostałego po obywatelach polskich poległych i pomordowanych w czasie II wojny światowej. Organizacje żydowskie wykorzystały swoje wpływy do przeforsowania w Kongresie Stanów Zjednoczonych ustawy 447, obligującej administrację amerykańską do podejmowania działań zmierzających do zmuszenia Polski do realizacji roszczeń żydowskich. To właśnie w ich ramach ambasada USA oraz Fundacja Batorego przekazały niemal ćwierć miliona złotych na rzecz organizacji Rafała Gawła „Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych”. Działalność tego „Ośrodka” sprowadza się głównie do nękania osób z polskich środowisk patriotycznych poprzez terroryzowanie ich specyficznym rodzajem pieniactwa procesowego, określanego w literaturze prawniczej jako tzw. SLAPP (Strategic Lawsuits Against Public Participation – czyli pozwy sądowe mające na celu zastraszenie i nękanie osób wskazanych przez mocodawcę).

Ciąg dalszy nastąpi…

Andrzej T. Jędrzejewski
Twórca strony OMZRiK.com

Łukasiewicz a Sieć jego imienia

Łukasiewicz i Sieć jego imienia

Posted on 13 lipca, 2025 by jw

Łukasiewicz i Sieć jego imienia

Ignacy Łukasiewicz, w XIX wieku pionier prze­mysłu naftowego, konspirator i działacz nie­podległościowy, swą działalnością tworzył pomosty między nauką a gospodarką i społe­czeństwem. Jego badania nad destylacją ropy naftowej znalazły zastosowanie praktyczne. Oświetlał ulice i domy, zakładał kopalnie ropy naftowej (pierwsza na świecie w Bóbrce) i rafinerie. Fundował budowę kościołów, szkół, szpitali, dróg i mostów. Walcząc z biedą w ówczesnej Galicji, tworzył kasy zapomogowe i fundusze emerytalne. Był spo­łecznikiem i działał dla dobra wspólnego.

Kilka lat temu w Polsce powstała sieć instytutów badawczych nazwana Siecią Badawczą Łukasiewicz, w której funkcjonują 22 in­stytuty, i jest to jedna z największych sieci badawczych w Europie. Sieć nie jest jednak korporacją instytutów, które osiągnęły nadwyżki ze swojej dotychczasowej działalności, aby je skuteczniej pomnażać poprzez wdrażanie wiedzy do gospodarki, dla dobra społeczeństwa, tak jak to czynił Łukasiewicz. Sieć jest dotowana z kieszeni podatnika. Niestety, jak dotąd, społeczeństwo raczej nie odczuło pozytywnych efektów dzia­łalności Sieci. Czyli inaczej niż w przypadku działania patrona Sieci – Ignacego Łukasiewicza.

Raporty o Sieci budzą zaniepokojenie, bo wska­zują na nikłe efekty i brak długofalowej strategii działań Sieci, więc nie ma podstaw do nadziei, aby społeczeństwo w określonym czasie odczuło jakiś pożytek z jej działalności. Ignacy Łukasiewicz, można rzec, pompował środki finansowe w społeczeństwo, a Sieć Łukasiewicza raczej wypompowuje środki finansowe ze społeczeństwa. Tak zresztą funkcjonują od dawna nasze instytuty badawcze i nawiązania do działań Ignacego Łu­kasiewicza nie widać, także w Sieci Łukasiewicza.

Eksperci Sieci Badawczej Łukasiewicz trafnie zauważają: „W Polsce słyszymy tylko nawoływanie różnych biurokracji o dodat­kowe pieniądze budżetowe, bez głębszej refleksji, jak te wydatki są realizowane. A przecież nie są wydawane dobrze, jeśli nie widać ich efektów. Między 2015 a 2023 rokiem zwiększyliśmy wydatki na badania dwukrotnie, a poziom innowacyjności gospodarki się nie zmienił”.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 2 lipca 2025 r.

BARRY. Opowiadania o psach. III. Andrzej Sarwa.

Andrzej Sarwa

AZOR opowiadania o psach

5.

BARRY

Słońce powoli kryło się za horyzontem, upał zelżał, choć od nagrzanej ziemi wciąż czuć było ciepło. Na zadaszonej werandzie domku letniskowego, przy plastykowym owalnym stole nakrytym wzorzystym, w nie najlepszym smaku, tanim obrusem, nabytym zapewne w jakimś supermarkecie, siedziały cztery osoby, dwie młode, wyglądające na jakieś trzydzieści – trzydzieści dwa lata kobiety i dwóch mężczyzn, tak na oko o jakieś pięć lat starszych od pań.

Panie plotkowały o strojach, kosmetykach, obgadywały koleżanki, panowie pilnowali grilla, na którym odymiała się karkówka, kaszanka, kiełbasa nadziewana jakimś świństwem, dwie marchewki, dwa ogórki przekrojone wzdłuż, no i jeszcze plasterki cukinii, bo cukinia musiała być! Cukinia była „trendy”. Te ostatnie „frykasy” były przeznaczone dla kobiet, no bo przecież musiały dbać o linię!

Na świeżo wystrzyżonym trawniku, nieopodal tujowego nieformowanego żywopłotu leżał pies. Cudny kundel, dość mocno kudłaty, z okazałym czarnym nosem i takiej samej barwy pyskiem, niezbyt dużymi, odrobinkę filuternie zmrużonymi ślepkami lśniącymi niczym starannie wypolerowane kawałki bursztynu. Uszy miał ciemnobrązowe klapnięte, czoło i policzki zaś, aż po nos, podpalane, szyję i barki otaczała mu kryza z popielatej, upstrzonej beżowymi plamkami sierści. Uśmiechnięty pysk natomiast odsłaniał rząd białych zdrowych ząbków. Grzbiet miał prawie czarny, brzuch i ogon zaś jasnobeżowe.

Kiełbasa na ruszcie zaczęła skwierczeć, pies zwęszył jej charakterystyczny zapach i przełknął ślinę. Uwielbiał, kiedy jego ukochany pan rozpalał grilla, bo zawsze, gdy już wszyscy zjedli, co mieli zjeść i wypili, co mieli wypić, coś tam z resztek, jakieś niedojedzone kawałki dostawał. Nie żeby było to szczególnie smaczne, ale dawał mu je jego pan! I to się dla Barriego przede wszystkim liczyło.

– To, co Marcin? Urlop? – z pytaniem do gospodarza zwrócił się popijający piwo wprost z puszki jego kolega.

– Nareszcie, Olek, nareszcie!

– To dokąd się wybieracie? – Olek drążył temat.

– A nie zgadniesz!

– Do Zakopca?

Marcin przecząco pokręcił głową.

– Nad morze?

– Można tak powiedzieć.

– To gdzie? Do Jastarni? Jak zeszłego roku?

Marcin pogardliwie wydął wargi.

Olek przenikliwie świdrował go zmrużonymi oczkami.

– No nie, nie mów, że…

– Właśnie! Spełnię marzenie Iwony!

– Na Kanary? Nie mów?! Na Kanary?!

– Na Kanary, chłopie. Właśnie! Stać nas!

Olkowi zrzedła mina. Upił kilka drobnych łyków piwa i siedział milczący.

– A właściwie to dlaczego ty tego piwa nie nalejesz sobie do szklanki? Jak kulturalni ludzie?

– Bo tak lubię. A co? Nie wolno? Przymus jakiś, żeby ze szklanki?

Marcin wzruszył ramionami i nie odpowiedział.

– Barry! – zawołał w końcu. – Barry, chodź tu! – Klepnął się w kolano.

Pies w kilku susach był przy nim, wsparł się łapami o krawędź krzesła i usiłował polizać mężczyznę po nosie. Ten trzepnął go otwartą dłonią w łeb i Barry potulnie usiadł, a potem położył mu się u stóp, od czasu do czasu tylko podnosząc oczy i z miłością zerkając na twarz Marcina.

Panie na jednorazowe kartonowe talerzyki nałożyły odymione i rozparzone kawałki kiełbasy i po sporym płacie karkówki. Podały plastykowe sztućce.

– To nie będziecie jadły tej marchewki? – kpiąco zapytał Olek.

– Będziemy, będziemy, tyle że z piwem się nie komponuje – odparła Iwona.

– Jak to z piwem? To ty masz zamiar pić piwo?

– A czemu nie? Najwyżej pół szklanki. Na smaka.

– To kto będzie prowadził?

– Ja. A bo co?

– Po piwie?

– Oj tam, oj tam. Zanim się stąd ruszymy, to wszystko ze mnie wyparuje.

Zabrali się za jedzenie, od czasu do czasu rzucając jakieś resztki Barriemu. A pies był wniebowzięty. Jego serce przepełniała miłość do Marcina. Bezinteresowna, wcale nie za te ochłapy karkówki i niedogryzki kiełbasy, ale za to, że był jego psem, a on jego panem…

– A kiedy wy będziecie urlopować? – Marcin zwrócił się z pytaniem do Olka.

– My? A dopiero w połowie września.

– To wiesz co?

– Co?

– Może byście wzięli do siebie Barriego na te dwa tygodnie, jak nas nie będzie. Co? Postawię ci za to wiskacza. Co?

Olek wzruszył ramionami.

– A niby czemu? Co mnie obchodzi twój pies. Wiesz, że nie lubię psów, a Gośka się ich boi.

– Jakoś tego nie widać – odparł Marcin i wskazał głową na Gośkę, która akurat ciągnęła Barriego za uszy, a on z uśmiechniętym pyskiem lizał ją po rękach.

Olek wzruszył ramionami. Rozmowa wyraźnie się już nie kleiła. Gdyby nie ta zazdrość, którą poczuł, dowiedziawszy się o urlopie na Kanarach, to może by i przygarnął Barriego, ale tak? Stać ich na taką drogą wycieczkę, to niech sobie do psa kogoś wynajmą, albo oddadzą gdzieś do schroniska na przechowanie. Podniósł się gwałtownie z krzesła.

– Gośka, idziemy!

– Już? Jeszcze młoda godzina, jutro niedziela…

– Idziemy.

Nie oglądając się za siebie, ruszył w kierunku furtki.

– Co go ugryzło? – zapytała Iwona.

– A bo ja wiem?… – odparła Gośka. – No to trzymajcie się. Cześć. Do następnego!

– Pa! Do później! Zadzwoń!

* * *

– Mamo… – Marcin nie bardzo wiedział jak zacząć. – Mamo…

– No wyduś z siebie wreszcie, co tam chcesz mi powiedzieć!

– Bo wiesz… jedziemy na urlop.

– No wiem. I co z tego?

– No bo nie mamy co zrobić z psem.

– Nawet nie zaczynaj tego tematu! W ubiegłym roku powiedziałam ci, że to ostatni raz i żebyś mi już tym nigdy głowy nie zawracał! Pies… nie wiadomo po co ci ten pies…

– No ale…

– Co ale, co ale? Po tym jego ostatnim pobycie nie mogłam mieszkania dosprzątać. Wszędzie kudły! Aż się odkurzacz zatykał!

– Obiecuję, że to by już było ostatni raz. Wyjazd mamy pojutrze, to kogo ja mogę znaleźć do psa? Sama widzisz, jak jest. Mamo, proszę.

– A dajże mi już święty spokój! Nalać ci rosołu? Zostało z wczoraj.

Marcin wzruszył ramionami.

– To ja już pójdę. Przyślemy ci kartkę z Kanarów.

Matka skinęła głową.

– Przyślijcie. I dajcie znać, jak już tam wylądujecie, co?

– Damy. SMS-a wyślę.

* * *

Barry kochał Marcina całym swoim małym serduszkiem. Bo może i jego serduszko było małe, ale ta jego miłość była czymś tak ogromnym i nieopisanym, że ani psia, ani ludzka mowa nie potrafiłyby jej nijak wyrazić. Może co najwyżej, odrobinę, cichusie skomlenie?

– Barry, chodź, no chodź do mnie!

Marcin wziął psa na smycz i wyszli z domu. Kundel merdał ogonem jak najęty. Co raz zerkając na pana, bezustannie uśmiechał się do niego. I tak szli. W nogę.

Mężczyzna pilotem otworzył drzwi wypasionej bryki, na którą starczyło popatrzeć, by wiedzieć, że pieniędzy mu nie brakuje. No, chyba że to na kredyt… Bo to i było na kredyt.

Barry usłyszawszy dwukrotne piśnięcie pilota i delikatny trzask odblokowującego się zamka podreptał szybciej i zaskomlił cichuśko, stanąwszy przy drzwiach. Barry bowiem uwielbiał jeździć samochodem.

– No dobra, wskakuj – Marcin szeroko otworzył drzwi, a pies natychmiast usadowił się na siedzeniu.

* * *

– Co psu dolega? – zapytał weterynarz, przyglądając się Barriemu.

– Właściwie to nic, panie doktorze.

– Czyli taka wizyta profilaktyczna?

– No… niezupełnie…

– To znaczy?

– Chciałbym go uśpić.

– Słucham?

– No… uśpić… zastrzyk jakiś, zapłacę… ile trzeba.

Weterynarz podszedł do Barriego, obejrzał psa, obmacał, zajrzał do pyska, obejrzał zęby, dziąsła, osłuchał.

– Ile lat ma ten pies?

– Cztery.

– Jest zdrowy, absolutnie zdrowy. Skąd taki absurdalny pomysł, żeby go uśpić? Sumienia pan nie ma?

– No wie pan, panie doktorze. Jutro wylatujemy na Kanary – zaakcentował to ostatnie słowo, chcąc zrobić wrażenie na lekarzu.

– I co z tego?

– Nie mam co z nim zrobić. Pan mu zrobi ten zastrzyk, on uśnie… bez bólu i… po kłopocie.

– Taki fajny psiak… – weterynarz pokręcił głową.

– To jak będzie?

– Jak? Ano tak. Tam są drzwi, zabieraj się pan stąd! I to już!

– To go pan nie uśpi? – Marcin wskazał na Barriego.

– Uśpić to ja bym uśpił, ale pana. Jak można być tak podłym? Spieprzaj pan stąd, bo nie ręczę za siebie!

* * *

Marcin przypiął cienki, ale mocny łańcuszek z połyskliwej stali do psiej obroży z kolczatką i wyszli z domu. Barry merdał ogonem, ale już się nie uśmiechał. Nienawidził tej kolczatki, ale nie miał wpływu na to, co mu założy na szyję jego ukochany pan, jego bóg. Przecież był tylko psem i nie miał nic do gadania…

– Wskakuj – burknął mężczyzna, otwierając drzwi samochodu, a Barry posłusznie wskoczył na siedzenie.

Zawarczał silnik, samochód ruszył ostro, aż kamyki rozsypane na podjeździe prysnęły spod kół.

Wyjechali za miasto i skręcili w znajomą Barriemu drogę. Gdzieś, hen, na horyzoncie zielonkawoliliową krechą znaczył się las. Marcin miał tego dnia ciężką nogę, toteż nie minęło wiele czasu, a dotarli do lasu.

Samochód wjechał w przesiekę. Marcin ujechał kilkadziesiąt metrów i zatrzymał wóz. Wysiadł, pociągając za sobą Barriego. Podszedł do bagażnika, otworzył, wyciągnął masywny bejsbol i spoglądał to na pałkę, to na psa. Ostatecznie jednak odłożył bejsbol na miejsce i zatrzasnął klapę.

– No, chodź. Chodź Barry.

Pies posłusznie dreptał mu przy nodze. Miałby chęć powęszyć trochę, pogrzebać nosem w zrudziałej zeszłorocznej ściółce, ale ta kolczatka…

Marcin nie szedł daleko. Bał się, żeby nie zbłądzić. Niby znał ten las, bo często tu przyjeżdżali z Olkiem i Gośką na grzyby, ale to Olek zawsze był przewodnikiem, a on bezmyślnie za nim łaził, nie starając się nigdy zapamiętać drogi.

Skręcił z przesieki w dość luźny podszyt, ale że nie chciało mu się przedzierać przez krzaki i zaczynał padać deszcz, doszedł do pierwszego z brzegu młodego dębczaka, który nie wiedzieć czemu wyrósł tu między sosnami i przykucnąwszy, mocno przywiązał do niezbyt grubego, ale wytrzymałego już pnia łańcuch, na którym przyprowadził tu Barriego.

Potem dźwignął się gwałtownie i nie patrząc na psa, prawie pędem ruszył w stronę samochodu. Wychodząc z krzaków na otwartą przestrzeń przesieki, zaplątał nogę w mocnej i sprężystej witce jeżyny i runął na ziemię. Wstał, otrzepał spodnie i mimochodem zerknął w stronę, gdzie przywiązał psa. Przypadkiem wybrał takie miejsce, że Barriego widać było z drogi. Spostrzegł, że kundel próbuje ruszyć jego śladem, lecz łańcuch i kolczatka skutecznie mu to uniemożliwiają.

Marcin już nie oglądał się za siebie, chociaż do jego uszu dobiegło żałosne, błagalne skomlenie. Nieomal wskoczył do samochodu, przekręcił kluczyk w stacyjce i ostro ruszył w stronę szosy. Im bardziej się oddalał, tym sumienie mu cichło. Sumienie… tak… sumienie… Bo przecież był człowiekiem, a każdy człowiek je ma. I nawet to wytarte i stłamszone, od czasu do czasu daje o sobie znać…

* * *

Ciepły, spokojny lipcowy dzień, południe. Las pogrążony w letargu, ale bardzo specyficznym, bo jednak przepełnionym szmerami, głosami ptaków, trzaskami uschłych gałązek. Powietrze przesycone wonią sosen. Smużący się od ziemi zapach przerośniętej grzybnią ściółki. Gruby dywan igieł tłumiący kroki.

Olek z Gośką i swoją dwójką – Nikolą, na którą wołali Ola i Sylwanem „zdrobnionym” na Sylwka – lat siedem i dziewięć, spędzali wolny czas tu, gdzie lubili najbardziej, pośród wysmukłych pni starych sosen. Dzieciaki tylko przez krótki czas były onieśmielone magiczną atmosferą boru, a gdy tylko odzyskały pewność siebie, zaczęły wrzeszczeć i szaleć, buszując śród krzaków porastających pobocza leśnej drogi.

– Ola, Sylwek! Bo się ubrudzicie! – wołała Gośka, ale pociechy w ogóle na to nie reagowały.

Naraz jednak umilkły i rodzice zauważyli, że nagle się zatrzymawszy, wpatrują się w coś leżącego na ziemi.

– Matko kochana! A co tam znowu?!

Olek z Gosią pośpieszyli do dzieciaków i równie jak one stanęli jak wryci w ziemię.

– Matko… to Barry? – szepnęła Gośka.

Leżący na ziemi, skrajnie wyczerpany psiak, na dźwięk tego imienia, z trudem odrobinę uniósł głowę.

– Reaguje na imię. Tak, to Barry… – powiedział wstrząśnięty tym widokiem mężczyzna. – Gocha, ty go odwiąż, a ja biegnę po wodę do auta.

Wrócił w parę chwil, niósł wodę w plastykowej butelce i stary koc z bagażnika…

* * *

– Gosiu, znowu dzwoni Marcin, to już chyba ze dwudziesty raz. No i co mam zrobić?

– Nie odbieraj. A najlepiej go zablokuj.

– Wiesz… kumpel… od przedszkola…

– Taaak? – przeciągle zapytała Gośka. – Od przedszkola? Kawał gnoja i tyle. Jakbym wiedziała, co zrobi Barriemu, to bym psa przygarnęła na te dwa tygodnie.

– No… tak… kto mógł wiedzieć, ale zawsze to kumpel…

– Ty to nie tylko naiwny jesteś, ale wręcz głupi! Jeśli zrobił coś takiego własnemu psu, ponoć ulubieńcowi, to znaczy, że i tobie by zrobił, jakby miał w tym jakiś interes, albo taką potrzebę.

– Nie przesadzaj! Nie porównuj człowieka z psem!

Gośka nic już nie powiedziała, tylko wzruszyła ramionami. Wiedziała swoje.

Nieomal w tej samej chwili usłyszeli pukanie do drzwi.

Olek odruchowo podszedł i otworzył.

Na klatce schodowej stał Marcin. W ręce trzymał ozdobną torebkę, zapewne z jakimiś drobnymi upominkami z Kanarów.

– Jak tu wszedłeś? Domofonu nie…

Przybyły nie dał mu dokończyć.

– A razem z waszą sąsiadką, zna mnie przecież dobrze, to i wpuściła.

Na dźwięk głosu swojego pana Barry, wciąż jeszcze słaby, ale według diagnozy weterynarza na najlepszej drodze do pełnego odzyskania sił, z cichuśkim skomleniem przydreptał do przedpokoju i próbował polizać but Marcina.

Ten ostatni zbladł i w milczeniu rozszerzonymi oczami wpatrywał się w kundelka.

– Co? – ducha zobaczyłeś? – Ty bydlaku! – Gośka z rozognionymi oczami i wypiekami na twarzy podskoczyła do Marcina.

– No, no! Tylko sobie za dużo nie pozwalaj!

– A to gnojek! Jeszcze mi tu będzie się odszczekiwał! Mogliśmy cię zgłosić na policję!

– To trzeba było, dostałbym ze 300 złotych grzywny. Wielkie mi co! Stać mnie.

Barry przysiadł na tylnych łapach i wciąż z miłością szukał oczyma oczu pana.

Ale ten nie mógł wytrzymać jego spojrzenia. Wzrokiem umykał na boki, aż w końcu, nie umiejąc sobie najwyraźniej poradzić z samym sobą, wziął zamach i z całych sił kopnął Barriego, aż ten przeleciawszy w powietrzu przez całą długość przedpokoju, z głuchym łomotem uderzywszy w zamknięte drzwi łazienki, osunął się na podłogę.

Gośka nie wytrzymała. Zdjęła parasol z wieszaka i z całej siły zaczęła nim tłuc Marcina po głowie, po ramionach, tułowiu. Ten zaś, zasłaniając się rękami, cofał ku schodom, porzuciwszy paczkę z prezentami przy drzwiach. Kopnęła ją z rozmachem w jego stronę i z hukiem zatrzasnęła drzwi.

Podeszła do psa, wzięła go na ręce, położyła na kanapie i obmacała dokładnie czy kopniak nie wyrządził mu jakieś większej krzywdy. Ale pies był cały, tylko to jego małe, wierne serduszko cierpiało okrutnie. Barry nie rozumiał, dlaczego jego pan…

– No już dobrze, dobrze piesku. Od teraz będziesz mój. I nikt cię nie skrzywdzi, póki ja żyję.

Gośka przytuliła się policzkiem do pyska Barriego, a ten spojrzał na nią wilgotnymi od łez oczami i delikatnie polizał po ręce…

* * *

Olek nerwowo zaklął. Pies znowu wlazł mu pod nogi. Bo Barry, kiedy już wreszcie dotarło do niego, że teraz tu ma dom i swoją panią, starał się jak mógł o akceptację. I nie tylko jej, lecz wszystkich domowników – i Olka i dzieci. Tyle że nie zawsze wychodziło mu to zgrabnie…

– Gośka! Zrób coś z tym psem!

– A co niby miałabym zrobić? Taki jest, jaki jest i już.

Ale i ją Barry również zaczynał powoli irytować. Cóż… miał swoje przyzwyczajenia, tego czy tamtego nauczono go w poprzednim domu, lecz nie zawsze co tam było pochwalane, czy choćby dopuszczalne, tutaj było tak samo widziane. Więc Barry czuł się pogubiony, jeśli nie wręcz ogłupiały.

Była przecież nadzieja, że powoli, bo powoli, ale wszystko się w relacjach pies–Gośka–Olek–dzieci ostatecznie dobrze poukłada.

Była nadzieja…

* * *

Dni mijały szybko, lato chłódło i powoluśku mroczniało. Ptaki już nie zanosiły się śpiewem, ale wciąż jeszcze w południe bywało wręcz upalnie.

Przyszedł pierwszy dzień września.

Rozgardiasz jak to z początkiem roku szkolnego. Zeszyty, podręczniki i reszta „osprzętowienia”…

Uff! W końcu się uspokoiło.

Teraz można już było spokojnie pomyśleć o zbliżającym się urlopie. Gośce było jednak smutno, gdy o tym myślała. Tydzień w Zakopcu, a reszta „wolnego” w domu… Zaległe prace, odkładane przez cały rok, na ten czas właśnie. Na ten czas, który miał przecie być czasem odpoczynku. Ale przynajmniej będzie tydzień oddechu od wychowanego bezstresowo potomstwa. Dobre i to.

Gośka raz jeszcze westchnęła głęboko i zerknęła na zegarek. Olek powinien już dawno przyjść z roboty. Co najmniej dwie godziny temu… Poczuła ukłucie niepokoju. Zwykle, gdy miał wrócić później, dzwonił i uprzedzał ją o tym. Tymczasem dziś…

W tej samej chwili obawa ją opuściła, bo usłyszała chrobot klucza w zamku i radosne skomlenie Barriego.

Olek wszedł do przedpokoju, poklepał psa po łbie i chwiejnym krokiem zbliżył się do żony.

– Piłeś? – bardziej stwierdziła, niż zapytała.

– Ba! Pewnie!

– Też mi powód do dumy!

– A pewnie, bo i był!

– Jakiż to?

– A taki!

Mąż sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i naśladując gesty prestidigitatora, wydobył kopertę i podał ją Gośce.

Z nieufnością zajrzała do środka…

– Nie!

– Tak!

– Nie!

– Tak!

– Bilety na Kanary! Dla całej naszej czwórki! Jak żeś to zrobił?

– Nie było łatwo, ale dałem radę! Wiesz… kredyt… jeden mniej, jeden więcej… Nie możemy być gorsi od… innych…

Gośka się zasępiła.

– No tak, ale już się zaczął rok szkolny…

– Jak dzieciaki opuszczą te parę dni, to świat się nie zawali. Co, nie?

– Fakt. Ale jest jeszcze jeden problem…

– No?

– Barry.

– Cholera! Rzeczywiście. I co zrobimy?

– A bo ja wiem? – Gośka wzruszyła ramionami.

– To może zostawimy go pod blokiem? Jak wrócimy z Kanarów, to znów go weźmiemy do domu.

– Wiesz co? To chyba nie najlepsze rozwiązanie. Bo tak po prawdzie, to po co nam ten pies?

– Przecież uratowaliśmy mu życie.

– No właśnie. I starczy.

* * *

– Plątał się od jakiegoś czasu pod blokiem. Najwyraźniej ktoś się go pozbył.

Olek, łżąc, unikał wzroku dziewczyny, która akurat miała dyżur w schronisku dla zwierząt. Ta jednak nie przyglądała mu się i bąknąwszy tylko:

– Dziękuję, że się pan nim zajął – podeszła do Barriego, wyciągając do niego rękę.

Pies zerkał na nią nieufnie, ale ostatecznie ostrożnie, zachowując bezpieczną odległość, powąchał dłoń dziewczyny.

A potem poszło już gładko. Pozwolił się pogłaskać, odwzajemniając pieszczotę liźnięciem w nos.

– To ja już pójdę – Olek szarpnął klamkę furki prowadzącej poza obręb schroniska.

– Zaraz, nie tak prędko, najpierw muszę otworzyć.

Kobieta przekręciła klucz w zamku.

– Proszę, może pan wyjść.

Barry widząc oddalającego się Olka, z cichuśkim skomleniem podbiegł do siatki, ale ta skutecznie go zatrzymała. Olek zaś wsiadł do samochodu i bez ociągania się ostro ruszył z parkingu w kierunku drogi prowadzącej do domu…

* * *

– Od kiedy Barriego nie ma, to jakoś pusto w domu. A właściwie co się z nim stało? – zapytała Iwona, spoglądając na Marcina.

– Pamiętasz, przed wyjazdem na Kanary poszedłem z nim na spacer.

– No właśnie, a wróciłeś sam? W tym całym rozgardiaszu, w tym pospiechu nie zapytałam. Myślałam, że zawiozłeś go do kogoś ze znajomych. Może do któregoś z kumpli?

– No… nie… wyrwał mi się ze smyczą i pogonił jakiegoś kota… chodziłem, szukałem, wołałem. Na darmo. Pewnie odbiegł gdzieś daleko i pewnie trzepnął go samochód. No… nie ma Barriego i tyle.

– To czemuś mi nic nie powiedział? Denerwował mnie ostatnimi czasy, to fakt, ale go też już troszkę polubiłam.

– A po co ci miałem psuć humor przed wyjazdem?

– Kochany jesteś.

Iwona cmoknęła męża w policzek.

– Wiesz co, Marcin?

– No co?

– To może weźmy drugiego psa.

– Eee… to jednak kłopot…

– Ale ja pięknie proszę… Plizzzz… Najlepiej ze schroniska. Jakiegoś szczeniaczka.

Marcin wił się niczym piskorz, ale nie umiał ani się wymówić, ani wymigać.

Iwona wręcz go zawlokła do przytułku dla bezdomnych zwierzaków.

* * *

Chodzili pomiędzy kojcami, na ich widok jedne psy się przymilały, inne uciekały wylęknione, a jeszcze inne szczekały i warczały groźnie.

– O, jaki piękny szczeniaczek! – zawołała Iwona, pokazując palcem kosmatką kuleczkę o oczkach błyszczących niczym paciorki i uśmiechniętym pyszczku. Tego bym chciała.

Pani ze schroniska przecząco pokręciła głową:

– Ten jest już zamówiony. Ale może byście państwo wzięli starszego psa? Ma – według weterynarzy najwyżej cztery lata. Łagodny, spokojny, tylko strasznie smutny. Widać, że bardzo tęskni.

– Noo… nie wiem… szykowałam się na szczeniaczka… ale zobaczyć można. Przecież to nic nie kosztuje.

– To chodźmy.

W głębi klatki, na podłodze zbitej z surowych desek, wybrudzonej przez dziesiątki psich łap, które tu przez lata gościły, leżał pies.

Był to kundel, dość mocno kudłaty, z okazałym czarnym nosem i takiej samej barwy pyskiem. Uszy miał ciemnobrązowe klapnięte, czoło i policzki zaś, aż po nos, podpalane, szyję i barki otaczała mu kryza z popielatej, upstrzonej beżowymi plamkami sierści. Grzbiet miał prawie czarny, brzuch i ogon zaś jasnobeżowe. I smutny, bardzo smutny pysk…

– Patrz Marcin! Zupełnie jak nasz Barry!

Marcin zerknął niechętnie i mruknąwszy coś pod nosem, chciał odejść z tego miejsca.

– Barry, jak Boga kocham – identyko!

Pies, usłyszawszy to imię, podniósł łeb, powęszył kilkakroć, marszcząc nos, a potem z piskiem i przepełnionym radością skomleniem rzucił się w kierunku Iwony.

– Ja pierdzielę, Barry!

– Jaki znów Barry! Okazałaś mu zainteresowanie, to chce ci się przypodobać, żebyś go stąd zabrała. I tyle. Mało to podobnych do siebie kundli?

Pracownica schroniska, która im towarzyszyła w tym obchodzie, przyjrzała się bacznie mężczyźnie.

– Ja jednak myślę, że to państwa pies i że was rozpoznał. Znudził się wam i chcieliście zamienić go na nowszy model, Wiele osób tak robi. Niestety…

– Nie, to niemożliwe – Marcin zaczerwienił się po uszy. – I niech nas pani nie obraża!

– A jednak! Proszę spojrzeć na tego psa – wskazała brodą na Barriego.

Iwona zdumiona spoglądała to na męża, to na kobietę, to na zwierzaka, nie wiedząc, o co tutaj chodzi i co by mogła powiedzieć.

Tymczasem kundelek wspinał się przednimi łapami po oczkach siatki i drapiąc ją, skomlił przymilnie, zawzięcie merdając ogonem i nieśmiało próbując się uśmiechać.

– Coś się pani pomyliło – burknął Marcin i szarpnąwszy żonę za rękaw, dodał stanowczym tonem – wychodzimy stąd! Już! Psa ci się, cholera, zachciało, nie wiem cholera, po jaką cholerę. Cholera jasna!

I poszli.

Barry zaś przez kilkanaście minut jeszcze stał wsparty łapami o siatkę i z ogromnym smutkiem patrzył na dróżkę, z nadzieją, że go jednak ostatecznie nie porzucą, że wrócą ci, którym kiedyś oddał całe swoje małe serduszko…

Lecz nie wrócili…

Więc w końcu ze spuszczonym łebkiem powlókł się zdruzgotany z zamglonymi łzami ślepiami i położył w najodleglejszym kącie kojca…

* * *

– Grażyna! Zobacz! – zawołała jedna z dziewczyn, które tego dnia miały dyżur w schronisku dla zwierząt.

– Co takiego?

– Tego psa.

– A co z nim?

Wołana podeszła do klatki Barriego. Pochyliła się i bacznie wpatrywała w zwierzę.

– Julka, czy?…

– Tak, nie żyje…

– Przecież jeszcze wczoraj był zdrowy! Może tych dwoje dało mu coś trującego?

– Nie, Grażynko. Jestem pewna, że ten psiak kiedyś do nich należał… a oni go odrzucili…

– Ale psy od tego nie zdychają!

– Jesteś pewna?

Grażyna wzruszyła ramionami.

– No nie wiem… Trzeba zadzwonić do Zakładu, niech go zabiorą do utylizacji…

Książkę, z której pochodzi opowiadanie można nabyć tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/azor-opowiadania-o-psach-andrzej-sarwa

Błogosławiona wina!

Błogosławiona wina!

Stanisław Michalkiewicz  14 lipca 2025 http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5858

A wszystko mogłoby zostać zduszone w zarodku, gdyby redaktor Radia Wnet, w którym podczas rozmowy Grzegorz Braun dopuścił się najstraszliwszej myślozbrodni, zachował się na poziomie i zamiast przerywać wywiad, nie udusił natychmiast swojego rozmówcy własnymi rękami. Stało się jednak inaczej, wskutek czego wybuchła straszliwa afera, która – paradoksalnie – może przynieść błogosławione następstwa. Chodzi o to, że Grzegorz Braun został oskarżony o straszliwą myślozbrodnię, podnosząc jakieś wątpliwości co do Auszwicu, który – jak powszechnie wiadomo – jest fundamentem przemysłu holokaustu i to nie tylko w aspekcie finansowym, ale przede wszystkim – w aspekcie moralnym, dzięki czemu bezcenny Izrael może dzisiaj robić wszystko, czego innym państwom i narodom mniej wartościowym kraje i narody miłujące pokój i sprawiedliwość społeczną nigdy by nie wybaczyły.

Dzięki temu jednak pojawiła się szansa, by zapanowała powszechna zgoda i braterstwo nie tylko w skali międzynarodowej, ale również – co też nie jest bez znaczenia – w naszym bantustanie, rozdzieranym niezgodą, spowodowaną – co ujawnił pan red. Michnik Adam – nieposłuszeństwem części obywateli wobec zbawiennych pouczeń warszawskiego Judenratu. Ale szansa, to tylko szansa – i jeśli nie zostanie wykorzystana, to nadal w skali międzynarodowej będzie panowała niezgoda, a w naszym bantustanie może dojść do niewyobrażalnych paroksyzmów. Dlatego też, w poczuciu odpowiedzialności za płonącą planetę i w serdecznej trosce o przyszłość świata i naszego bantustanu, pozwalam sobie wysunąć projekt racjonalizatorski, który tę wyjątkową szansę pozwoli wykorzystać.

Chodzi o to, że myślozbrodnię Grzegorza Brauna potępili nie tylko Żydowie – co byłoby sprawą oczywistą – ale również J.Em. Grzegorz kardynał Ryś, zwracając uwagę, że myślozbrodnie godzące w przemysł holokaustu stanowią grzech wołający o pomstę do Nieba. Ze słowami potępienia pośpieszył oczywiście obywatel Tusk Donald i pnący się do wyższych grządek Książę-Małżonek – ale również Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, a także – politykowie Konfederacji. Wreszcie – Grzegorza Brauna potępił również pan prezydent Andrzej Duda. Wszystko to razem stwarza szansę na odwrócenie fatalnych tendencji na świecie i w naszym bantustanie – oczywiście pod warunkiem, że podniesiony klangor będzie wstępem do uderzenia w czynów stal. Co przystoi czynić – to wskazała w „Gazecie Wyborczej” siostra Grzegorza Brauna, pani Monika – ta sama, co to do niedawna myślała, że jest Żydówką. Tym razem jednak już nic nie myślała, tylko oświadczyła, że potrzebna jest „reakcja państwa”. Wprawdzie z czeluści prokuratury dobiegają głosy o jakimści „postępowaniu” – ale diabli wiedzą, kiedy i czym się ono skończy – podczas gdy tu trzeba kuć żelazo, póki gorące.

Dlatego też podsuwam pomysł racjonalizatorski, by Sejm uchwalił ustawę incydentalną, o ukaraniu Grzegorza Brauna śmiercią przez zagazowanie. Takie pomysły ustaw incydentalnych pojawiały się już wcześniej – ale napotykały na przeszkodę, jak nie w postaci niesnasek w koalicji wspierającej vaginet obywatela Tuska Donalda, to w postaci weta pana prezydenta Andrzeja Dudy. W tym przypadku taka obawa nie zachodzi, bo skoro wszystkie siły polityczne zgodnie potępiają myślozbodnię Grzegorza Brauna, to nie będą stosowały żadnej obstrukcji parlamentarnej w przypadku wspomnianej ustawy. Nie ma też obawy, by pan prezydent Andrzej Duda ośmielił się ją zawetować, skoro wspomnianą myślozbodnię przecież pryncypialnie potępił. W ten sposób ustawa incydentalna o uśmierceniu Grzegorza Brauna przez zagazowanie zyska solidną i niepodważalną podstawę prawną – żeby również pod tym względem wszystko było gites tenteges.

No dobrze – ale gdzie powinno nastąpić to zagazowanie? Najlepiej byłoby w Auszwicu, ale Auszwic odpada z powodu tego, że tamtejsze komory gazowe przystosowane są raczej dla turystów, a nie do gazowania. Jest jednak alternatywa w postaci obozu na Majdanku w Lublinie. Jest tam mała komora gazowa, którą pamiętam jeszcze z wycieczki, kiedy miałem lat 8. Nasza grupa weszła do tej komory, ktoś zamknął drzwi i przez chwilę mieliśmy wszyscy wrażenie autentyzmu. Bardzo sobie to przeżycie cenię, bo w jednej chwili zrozumiałem, że te wszystkie dyrdymały o równości i braterstwie, to tylko tak, żeby było ładniej – a prawda wygląda właśnie tak. Poza tym, w tej komorze nie używano Cyklonu B, tylko poczciwego tlenku węgla, zwanego potocznie czadem. Był on zmagazynowany w dwu stalowych butlach, których kurki odkręcał dyżurny SS-man, obserwując skutki przez zakratowane okienko. Myślę, że z dostarczeniem na Majdanek czadu nie byłoby problemu – ale kto miałby odkręcić kurki, kiedy już Grzegorz Braun znalazłby się w środku, a drzwi zostałyby zaryglowane?

Tu cennej wskazówki dostarcza Warłam Szałamow, wspominając w swoich „Opowiadaniach kołymskich” o starym czekiście, który opowiadał, że za czasów Feliksa Dzierżyńskiego, jak któryś śledczy wnioskował wobec więźnia karę śmierci, to musiał go zastrzelić osobiście. Coś w tym jest, bo jak sprawdzić, czy ktoś naprawdę wierzy w to, co głosi? Pewności może nam dostarczyć albo gotowość zabijania w imię głoszonych zasad, albo poświęcenia własnego życia. Poświęcenia własnego życia raczej bym się od nikogo nie domagał, bo np. J. Em. Grzegorz kardynał Ryś na pewno jeszcze niejednego dokona, podobnie, jak Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, bez którego obywatel Tusk Donald mógłby poczuć się osierocony. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by kurki od butli z czadem odkręcały osobistości, które Grzegorza Brauna tak pryncypialnie potępiły.

Żeby nikt nie poczuł się wykluczony, ani stygmatyzowany np. ze względu na przekonania religijne, polityczne lub przynależność narodową, proponowałbym, żeby wszyscy, którzy pryncypialnie Grzegorza Brauna potępili, odkręcali kurki parami.

W pierwszej parze – J. Em. Grzegorz kardynał Ryś i Naczelny Rabin RP, pan Schuldrich, pieczętując w ten sposób dialog z judaizmem.

W parze drugiej – obywatel Tusk Donald i Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, kładąc fundamenty pod zgodę narodową.

W parze trzeciej – premier rządu jedności narodowej Izraela Beniamin Netanjahu i pan prezydent Andrzej Duda – a uczestników kolejnych par mógłby wyłonić ludowy konkurs z nagrodami.

Należałoby całości nadać godną oprawę, zgromadzić tłumy z rozwiniętymi sztandarami i orkiestry, które grałyby stosowne szlagiery, np. „Tango milonga, tango mych marzeń i snów, niechaj ostatni raz usłyszę…” – i tak dalej. Jestem pewien, że po takim przeżyciu nikt już nie miałby ochoty bluźnić przeciwko przemysłowi holokaustu – a o to przecież chodzi.

Stanisław Michalkiewicz

Sąsiedzi – Preludium (1/4)

Sąsiedzi – Preludium (1/4)

Autor: Redakcja , 14 lipca 2025

Kim są bohaterowie Ukrainy, których nazwiska nie schodzą z ust milionów Ukraińców?

Stepan Bandera i Roman Szuchewycz to ukraińscy zbrodniarze. Pierwszy z nich przewodził organizację Ukraińskich Nacjonalistów OUN-B, drugi, podległej OUN, Ukraińskiej Powstańczej Armii. Zasłynęli z inicjacji i przeprowadzenia najokrutniejszego ludobójstwa w dziejach ludzkości.

Ukraińskie ludobójstwo na Polakach nie wydarzyło się tylko w wieku XX, ale także w wieku XVII, XVIII i kilkukrotnie w wieku XX.

Jest to ostatni moment, by uwiecznić to, co widzieli naoczni świadkowie ukraińskiego ludobójstwa na Polakach. Ich wspomnienia są testamentem dla nas, Polaków i Ukraińców, ale także przestrogą przed zbrodnią banderyzmu, który szerzy się za naszą wschodnią granicą.

Rok 1657. Janów Poleski. Kozacy schwytali polskiego duchownego ojca Andrzeja Bobole, zdarli z niego habit i bili go skórzanymi biczami. Półnagiego zawlekli pod płot. Tam wybili mu zęby, wyrwali paznokcie i zdarli skórę z ręki. Na głowę włożyli mu koronę cierniową uplecioną ze świeżych gałęzi wierzbowych. Okręconego sznurem przywiązali do koni i powlekli do rzeźni miejskiej. Tam położyli go na stole i przypalali ogniem. Na wyciętą w formie ornatu skórę na plecach nasypali sieczkę. Potem odcięli mu nos i wargi, wykuli oko, wycięli język. Powieszonego do góry nogami dobili cięciem szabli.

Taras Szewczenko napisał poemat Hajdamaki. Kiedy to podczas Koliszczyzny w mieście Bar Kozak Gonta, który był pułkownikiem kazachskim, służył Polsce. Miał żonę katoliczkę, czyli Polkę. I on bierze nóż i rżnie tą swoją żonę. Następnie zarzyna tych swoich dwóch synów, bo to syny Laszki. I to jest główny poemat ukraiński, na którym wychowuje się…

https://youtube.com/watch?v=wIxK-PAQjF8%3Ffeature%3Doembed

„Mężczyźni, gdzieście się podziali?” czyli o co błagają feministki

„Mężczyźni, gdzieście się podziali?” czyli o co błagają feministki

Autor: AlterCabrio , 13 lipca 2025

Nadal uważam, że feminizm jest KLUCZOWYM ruchem, który podważył sukces kultury zachodniej. Ich fanatyzm doprowadził do upadku rodziny dwupokoleniowej (najważniejszego czynnika zdrowego narodu). Przyczynił się do niemal całkowitego upadku Zachodu i ten problem należy rozwiązać, zanim będzie za późno.

−∗−

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

−∗−

Feministki błagają mężczyzn o powrót, ale wciąż obwiniają ich za wszystko

Jeśli chodzi o podział płci, jedna zasada pozostaje aktualna od pokoleń: mężczyźni odpowiadają za wszystko, kobiety zaś nie biorą na siebie odpowiedzialności za nic.

Oczywiście, istnieją wyjątki od reguły, ale w większości przypadków prawdą jest, że współczesne kobiety na Zachodzie mają poważny problem z braniem odpowiedzialności, gdy coś idzie nie tak. Od najmłodszych lat wpaja im się, że są ofiarami: ofiarami mężczyzn, ofiarami społeczeństwa, ofiarami „patriarchatu”, ofiarami religii, ofiarami biologii, ofiarami okoliczności itd.

Ruch feministyczny opiera się w całości na pojęciu, że kobiety mogą wykorzystać swoją pozycję ofiary jako broń do kontrolowania społeczeństwa.

Nadal uważam, że feminizm jest KLUCZOWYM ruchem, który podważył sukces kultury zachodniej. Ich fanatyzm doprowadził do upadku rodziny dwupokoleniowej (najważniejszego czynnika zdrowego narodu). Przyczynił się do niemal całkowitego upadku Zachodu i ten problem należy rozwiązać, zanim będzie za późno.

Niedawno natknąłem się na artykuł w „New York Times”, który w zabawny i jednocześnie przygnębiający sposób wyjaśnia upadek związków na Zachodzie. Esej nosi tytuł „Mężczyźni, gdzieście się podziali? Proszę, wróćcie”. Autorka (kobieta z Chicago po 50-tce) wspomina dawne czasy randek, kiedy mężczyźni byli łatwym celem do wykorzystywania.

„Wiedziałyśmy, co zadziała. Wiedziałyśmy, jak dobrać minę, gest, moment aluzji – akurat tyle, by rozpalić fantazję i otworzyć portfel. Rozumiałam dokładnie, jakie bodźce kuszą przeciętnego cispłciowego heteroseksualnego mężczyznę w wieku 18–36 lat. Co go przyciąga. Co sprawia, że wraca. Nie chodzi o intymność. Nie chodzi o wzajemność. Chodzi o dostęp do symulacji – czystej, szybkiej i bezproblemowej…”

„…Ta dynamika po cichu się załamała. Weszliśmy w erę, w której wielu mężczyzn nie szuka już kobiet, by imponować innym mężczyznom ani by nawiązywać kontakt pomimo różnic. Działają gdzie indziej. Samotnie. Odfiltrowali nas”.

Autorka sugeruje, że era łatwych pieniędzy i łatwego seksu dla kobiet była wynikiem męskiej dynamiki rywalizacji i statusu (wina mężczyzn). Wydaje się jednak, że popada w nostalgię, tęskniąc za powrotem tamtych czasów. To była era „Seksu w wielkim mieście” pod koniec lat 90. i na początku XXI wieku, zrodzona z rewolucji seksualnej drugiej fali feminizmu. To była era, w której kobieca rozwiązłość i chciwość były gloryfikowane jako ostateczny wyraz kobiecej emancypacji.

Pomysł polegał na przekształceniu wczesnych lat dorosłego życia kobiet w dionizyjską orgię. Oferowanie seksu każdemu mężczyźnie o przyzwoitej prezencji i grubym portfelu w nadziei, że w końcu uda im się złapać dożywotnią ofiarę. Małżeństwo, a może i rodzina, miały nadejść po trzydziestce (a może po czterdziestce), ale dopiero wtedy, gdy osiągną tyle degenerującej rozrywki, ile zdołają zgromadzić.

Problem w tym, że kobiety żyją według zegara biologicznego, dlatego przez tysiące lat to małżeństwo było TĄ NAJWAŻNIEJSZĄ troską płci pięknej. Skończyć dwadzieścia lat i marnować ten czas, oddając swoje ciała za nic? To było niewyobrażalne szaleństwo. Skazywałoby je to na dekady nędzy jako samotne stare panny, żyjące z jałmużny innych, i szczerze mówiąc, nic się nie zmieniło. Bezdzietne kociary wciąż istnieją i wciąż są powodem do wstydu.

Tylko w pierwszym świecie kobiety te są w stanie przetrwać.

Nikt nie patrzy na starą pannę i nie postrzega jej jako „silnej” czy wolnej. Każdy czuje jej porażkę. Jej desperację. Jej zmagania. Dlatego coraz częściej zaczynamy dostrzegać panikę wśród kobiet, które dały się nabrać na feministyczne oszustwa. Uświadamiają sobie, że mężczyźni już za nimi nie gonią.

Zaczęło się jako żart wśród przebudzonych lewicowców, którzy śmiali się z „powstania inceli”. Liczba samotnych mężczyzn odmawiających wejścia w świat randek gwałtownie rosła, a feministki twierdziły, że to dobrze. Niech „brzydcy” pogrążają się w samotności, podczas gdy kobiety wychodzą i objadają się wolnością i zabawą, aż do przejedzenia. Jednak trend ten objawił się do tego stopnia, że większość mężczyzn całkowicie się wycofuje.

Najnowsze badania pokazują, że 63% młodych mężczyzn w wieku 18-29 lat jest singlami. Około 30% mężczyzn nie jest aktywnych seksualnie od roku lub dłużej. W 1980 roku 60% dorosłych było w związkach małżeńskich przed ukończeniem 25. roku życia. Obecnie tylko 20% jest w związkach małżeńskich przed ukończeniem 25. roku życia. Mężczyźni wycofują się ze związków i małżeństw w rekordowym tempie, a ponieważ to mężczyźni są inicjatorami związków (mężczyźni są biologicznie stworzeni do podejmowania ryzyka i dążenia do niego), kobiety zaczynają odczuwać ten niedobór.

Najnowsze dane przewidują, że do 2030 roku 45% kobiet w wieku od 25 do 44 lat będzie singielkami i osobami bezdzietnymi, i to niekoniecznie z wyboru. Jeśli kobieta jest singielką i jest bezdzietna w wieku około 35 lat, jej szanse na założenie rodziny spadają wykładniczo wraz ze spadkiem płodności.

Nazywają to epidemią samotności kobiet i pędzi ona przez zachodnie społeczeństwa niczym pociąg towarowy. Nawet feministki zaczynają się martwić. Jak zauważa „New York Times”:

„Był czas, jeszcze nie tak dawno, kiedy nawet przygoda na jedną noc mogła zakończyć się splątaniem kończyn i wspólnym śniadaniem. Kiedy sam fakt pozostania na noc nie oznaczał związku, a jedynie chęć bycia człowiekiem przez kilka godzin. Teraz nawet taki nieplanowany kontakt wydaje się rzadkością. Zbudowaliśmy tak wiele granic, że odgrodziliśmy te chwile, które sprawiają, że więź staje się niezapomniana…”

„Ta idea, że wrażliwość jest zagrożeniem, a nie zaproszeniem, stworzyła kulturę wahania, w której mężczyźni krążą wokół intymności, ale nigdy jej nie przekraczają. W rezultacie powstały tysiące małych odizolowanych silosów. Wszyscy udają bliskość, ale nikt nie wykonuje ruchu, który łączy. Izolacja. Samotność. Pragnienie kontaktu, które nie ma dokąd dotrzeć…”

Ale oczywiście „Times” najwyraźniej nie uważa, że kobiety są w najmniejszym stopniu winne tego wyniku. Zamiast tego kontynuuje grę oskarżeń:

„Więc powiem tak: brakuje nam was. Nie tylko mnie, ale całemu światu, który kiedyś pomogliście ukształtować…”

Pamiętamy was. Tę wersję was, która potrafiła się zatrzymać. Która śmiała się w głos. Która zadawała pytania i czekała na odpowiedzi. Która dotykała, a nie pozbawiała. Która słuchała – naprawdę słuchała – kiedy kobieta mówiła.

Nie odeszliście, ale wasza obecność słabnie. W restauracjach, w przyjaźniach, w powolnych rytuałach romantycznych narodzin. Wycofaliście się – nie w złośliwość, ale w coś delikatniejszego i twardszego jednocześnie: w unikanie. Wyczerpanie. Zniszczenie.

Może nikt cię nie nauczył, jak zostać. Może spróbowałeś raz i bolało. Może świat powiedział ci, że twoją rolą jest zapewniać, działać, chronić – i nigdy nie czuć…”

Słuchajcie, panowie, wasz brak zaangażowania zaczyna stresować kobiety. Po prostu przyznajcie, że nie radzicie sobie z intymnością. Po prostu przyznajcie, że nie radzicie sobie z tymi „silnymi” kobietami, ich ogromnym intelektem i emocjonalnym geniuszem. Musicie się nauczyć, jak się zachowywać, i tyle. Po prostu się do nich doczołgajcie, a znów będą gotowe was tolerować. Czyż to nie miłe? Dają wam drugą szansę…

Autorka ani razu nie pyta, DLACZEGO mężczyźni mają dość? Ani razu nie pyta prawdziwych mężczyzn, co myślą lub czują, zanim popełni ten swój bezsensowny elaborat. Przysłaniając to nieznośną i kwiecistą prozą, wciąż obwinia mężczyzn, prosząc ich o powrót. I to powinno powiedzieć wszystko, co trzeba wiedzieć o feminizmie w ogóle.

Zadałbym feministkom pytanie za milion dolarów, którego unikały przez tak długi czas: czy bierzecie pod uwagę możliwość, że mężczyźni was ignorują i nie wiążą się z wami, bo to WY jesteście problemem? Odpowiedź, oczywiście, brzmi: nie.

Jestem mężczyzną po czterdziestce, który na szczęście uniknął fali przebudzenia w świecie randek, ale myślę, że nadal mogę wyjaśnić NYT, jeśli tylko zechcą posłuchać, dlaczego mężczyźni odchodzą.

1) Po pierwsze, muszę powiedzieć, że autorka po pięćdziesiątce, która wciąż tęskni za niezobowiązującymi spotkaniami rodem z sitcomów, niczym dwudziestolatka, zdradza wiele na temat tego, dlaczego współczesne kobiety nie zdają sobie z tego sprawy. Prawdziwe życie to nie ‘Seks w wielkim mieście’ – większość zamożnych mężczyzn nie skłania się ku długotrwałym związkom z kobietami w fazie babci. Taka powinna być już w szczęśliwym związku lub małżeństwie, miała mnóstwo czasu, żeby to zrozumieć.

Feminizm sprawił, że kobiety myślą, że mogą żyć według własnego harmonogramu. Nie mogą.

2) Mężczyźni są szczególnie nieufni wobec kobiet z bagażem doświadczeń. To kobiety inicjują 70% rozstań i rozwodów, a wpływ feministek na prawo rodzinne sprawił, że rozwód stał się dla nich łatwiejszy i bardziej opłacalny niż kiedykolwiek. Im starsza kobieta, tym większy bagaż doświadczeń i tym mniejsze prawdopodobieństwo, że mężczyzna zechce się z nią na poważnie umawiać, a co dopiero włożyć jej drogi pierścionek na palec.

Kobiety z Zachodu nauczono, że muszą imprezować w wieku dwudziestu kilku lat, a następnie szukać poważnych związków w wieku trzydziestu lub czterdziestu lat. Oznacza to, że ignorują swoje najlepsze perspektywy przez co najmniej przez dekadę. Ich ideologia nakazuje im wchodzić na rynek matrymonialny, gdy ich wartość małżeńska jest najniższa.

3) Mężczyźni nie tolerują już idei rewolucji seksualnej. Nie chcą ryzykować z kobietami, które uważają rozwiązłość za cnotę. Wiedzą, że statystycznie kobietom, które sypiają z wieloma mężczyznami, brakuje rozwagi, umiejętności nawiązywania kontaktów, szacunku do siebie i stabilności psychicznej. Rozpoczęcie związku z taką osobą doprowadzi jedynie do katastrofy. Nigdy nie są długo szczęśliwe (bo trawa jest zawsze bardziej zielona). Dlatego mężczyźni siedzą w domu. Chcesz ich odzyskać? Ogranicz liczbę partnerów.

4) Feministki trzeciej fali spędziły większą część ostatnich 20 lat wmawiając mężczyznom, że są czystym złem, bo są męscy i chcą uganiać się za kobietami. Więc mężczyźni zrobili to, o co ich prosiłyście – przestali się za wami uganiać. Znaleźli inne, ciekawsze zajęcia, takie jak kariera i hobby. Jeśli chcecie, żeby mężczyźni wrócili, może powinnyście PRZEPROSIĆ za wszystkie te lata oszczerstw.

5) Współczesne kobiety znacznie przeceniają użyteczność seksu jako narzędzia targowania się o mężczyznę. Jeśli chcesz, żeby mężczyzna został z tobą, musisz okazywać mu miłość i szacunek, a nie tylko to, co masz pod bielizną.

6) Mężczyźni są o wiele bardziej przyzwyczajeni do samotności niż kobiety. Kobiety są istotami wspólnotowymi. Wymagają ciągłych interakcji, afirmacji i integracji grupowej. Media społecznościowe mogą na chwilę wypełnić tę pustkę, ale nie dadzą im tego, czego naprawdę pragną – intymnej, osobistej uwagi przez cały czas. Tylko partner i dzieci mogą ci to zapewnić. W walce o to, kto dłużej wytrzyma samotność, wygrają mężczyźni, więc lepiej nie robić z tego bitwy.

7) Zdradzę wam największą tajemnicę poliszynela, której współczesne kobiety wciąż nie rozumieją – twierdzą, że mężczyźni boją się do nich podejść. Mówią, że dzisiejsi mężczyźni są „słabi” i nie radzą sobie z nową erą „szefowej”. Przekonują, że mężczyźni muszą porzucić swoje tradycyjne męskie role i zachowywać się bardziej kobieco. Dzięki temu wszystkim będzie łatwiej się dogadać.

To typowe uszczypliwości wobec męskiego ego, mające na celu zawstydzenie mężczyzn za dystansowanie się od feministek. W rzeczywistości mężczyźni cenią jedno ponad wszystko: (s)pokój. Jeśli nie potrafisz zaoferować (s)pokoju, żaden mężczyzna z poczuciem własnej wartości nie będzie cię potrzebował. Feministki oferują przeciwieństwo (s)pokoju, więc nie mają żadnej wartości.

8) Feminizm, jak wszystkie ruchy marksistowskie, jest opętany obsesją władzy. Wszystko, co robią, jest napędzane pragnieniem władzy i kontroli. Nie tylko nad własnym życiem, ale także nad otaczającym je światem. Współczesne kobiety twierdzą, że chcą takiej samej władzy jak mężczyźni, ale muszą zaakceptować, że bez względu na to, jak bardzo szala przechyli się na ich korzyść poprzez prawa, rządowe dotacje, łatwe stypendia studenckie, zatrudnianie w ramach DEI i niesprawiedliwe rozwody, nigdy nie będą takie jak mężczyźni.

Autorka sugeruje, że mężczyźni nie kształtują już świata, ponieważ porzucili obecną dynamikę relacji. To głupota. Mężczyźni nadal kształtują wszystko wokół ciebie. Każda usługa, każda potrzeba, każdy rząd, niemal każda firma, twoje bezpieczeństwo i pewność siebie, twoja wolność – wszystko zależy od mężczyzn. Nie masz żadnej władzy i nigdy jej nie będziesz miała.

Feministyczne usamodzielnienie to fantazja oparta na instytucjonalnej sile nacisku. Takiej, na jaką mężczyźni im POZWOLĄ. Dopóki nie przestaną pożądać władzy, nie będą w stanie zrozumieć ani poradzić sobie z podziałem między kobietami a mężczyznami. Krótko mówiąc, jeśli feministki chcą, aby mężczyźni znów zwracali na nie uwagę, będą musiały przestać być feministkami.

________________

Feminists Are Begging For Men To Come Back But Still Blame Them For Everything, Brandon Smith, June 26, 2025

−∗−

Warto porównać:

Okultystyczne korzenie feminizmu – Rachel Wilson
Feminizm jest formą oszukańczej manipulacji, stosowanej w celu zmiany porządku społecznego i tożsamości osobistej, co zostało przyspieszone przez rewolucję przemysłową i w następstwie tego nie można ignorować jej skutków, takich […]

________________

Nauka stanowa dla kobiet – ks. prof. Tadeusz Guz / Rekolekcje Adwentowe 2024
Na czym polega tragizm takich postaw jak transseksualizm? To polega na tym, że kobieta nie miłuje siebie. Nie miłuje tego kim stworzył ją Bóg. A skoro Pan Bóg stworzył kobietę […]

________________

Jak ideologia feministyczna opanowała psychologię

Jak ideologia feministyczna opanowała psychologię

Autor: AlterCabrio , 13 lipca 2025

Dzisiejsza kultura psychologiczna nie interesuje się obiektywizmem, zwłaszcza gdy w grę wchodzi piętnowanie chłopców. Australijski rząd Partii Pracy przeznacza obecnie pieniądze na programy szkolne atakujące chłopców za toksyczną męskość, a tego typu badania są właśnie tym, czego potrzebują, aby uzasadnić tę niebezpieczną inżynierię społeczną.

−∗−

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

−∗−

Jak ideologia feministyczna opanowała psychologię

W dzisiejszej kulturze psychologicznej nie ma zainteresowania obiektywizmem

Niniejszy wpis, którego autorką jest Bettina Arndt, oryginalnie pochodzi z serwisu The Daily Sceptic

Jakże orzeźwiające jest odkrycie, że istnieje antyfeministyczny psychiatra. Niewielu ludzi z „zawodów pomocowych” ma odwagę otwarcie sprzeciwić się panującej ortodoksji. Hannah Spier jest na dobrej pozycji, ponieważ norweska psychiatra robi sobie obecnie przerwę w karierze, aby wychować trójkę dzieci. Mieszka teraz w Szwajcarii i tworzy filmy na YouTube oraz prowadzi bloga na Substacku – oba pod nazwą Psychobabble – obnażając, jak idee feministyczne i postmodernistyczne przeniknęły do ​​psychologii i rujnują nasze społeczeństwo.

Niedawno napisała na blogu artykuł na temat ideologicznej korupcji w psychologii, w którym opisała badania przeprowadzone na australijskim uniwersytecie Monash, które w zeszłym roku trafiły na pierwsze strony gazet z powodu zgubnych bzdur o wpływie Andrew Tate’a i manosfery na zachęcanie uczniów do mizoginii.

Ta bzdura opierała się na badaniu, które rzekomo dostarczało dowodów na „radykalizację mizoginiczną” – „koncepcję charakteryzującą niedawną zmianę w zachowaniu chłopców, ich traktowaniu dziewcząt i kobiet oraz w poglądach na temat relacji między płciami, prezentowanych w interakcjach z nauczycielami”.

Jak jednak zauważa Hannah Spier, tak zwane badania opierały się jedynie na rozmowach (nazywanych „wywiadami jakościowymi”) z zaledwie 30 nauczycielkami. Podsumowuje je następująco: „Brak rzetelnych dowodów. Brak porównań historycznych, brak przeciwstawnej perspektywy i brak jakichkolwiek obiektywnych miar – jedynie pogłoski i emocjonalny apel podszywający się pod badania. Mimo to, badania przeszły pozytywnie przez proces recenzji naukowej wyłącznie dlatego, że były zgodne z ideologicznymi uprzedzeniami”.

W innym miejscu Spier obszernie opisała, co jest nie tak z badaniami Uniwersytetu Monash, wskazując, że pod pretekstem ochrony dziewcząt naukowcy wykorzystują to, co zawsze uważano za nieszkodliwe żarty i normalne męskie interakcje, aby obciążać chłopców. Każde niewłaściwe zachowanie przypisują ukrytej nienawiści do kobiet.

Sugeruje, że autorzy nie wzięli pod uwagę faktu, iż entuzjazm chłopców wobec Tate’a wynika z chęci odzyskania poczucia sprawczości i szacunku w społeczeństwie, które dewaluuje tradycyjną męskość:

“Gdyby poświęcili chwilę na porządną rozmowę z nastoletnim fanem Andrew Tate’a — i naprawdę go wysłuchali — szybko zdaliby sobie sprawę, że w dużej mierze wynika to z pragnienia łatwo zarobionych pieniędzy, fajnych samochodów i imponowania dziewczynom, o czym zawsze marzyli nastoletni chłopcy.”

Interesującym zwrotem akcji było to, że badacze nie byli nawet psychologami. Badanie Monasha zostało w rzeczywistości przeprowadzone przez socjologów, czyli przedstawicieli profesji, która nigdy nie rości sobie prawa do bycia nauką. Różni się to od psychologii, która, jak zauważa Spier, niegdyś opierała się na metodach naukowych, poszukując obiektywnych prawd poprzez wymierne, empiryczne badania. „To podejście zakładało, że ludzkie zachowania można systematycznie mierzyć i analizować. Jednak w ciągu ostatnich kilku dekad dziedzina ta przesunęła się w kierunku relatywizmu, teorii opartych na tożsamości i subiektywizmu”.

Dzisiejsza kultura psychologiczna nie interesuje się obiektywizmem, zwłaszcza gdy w grę wchodzi piętnowanie chłopców. Australijski rząd Partii Pracy przeznacza obecnie pieniądze na programy szkolne atakujące chłopców za toksyczną męskość, a tego typu badania są właśnie tym, czego potrzebują, aby uzasadnić tę niebezpieczną inżynierię społeczną.

Socjolodzy z Uniwersytetu Monash rozpoczęli akcję, ale nasi psychologowie, jak się można było spodziewać, szybko podchwycili tę wstrętną, antymęską propagandę. Nasza organizacja psychologów zawodowych, Australijskie Towarzystwo Psychologiczne (APS), bezczelnie promuje teraz nowy kurs rozwoju zawodowego zatytułowany „Wprowadzanie mizoginii do głównego nurtu w manosferze: jak nastoletni chłopcy radzą sobie z efektem Andrew Tate’a”.

Ten kurs opiera się na kolejnym „badaniu” promującym paranoję na temat Tate’a, tym razem przeprowadzonym przez ekspertów medialnych z University College London, którzy rozmawiali z grupą 13-14-letnich uczniów, poznając ich poglądy na temat filmów z Tate’em. Powstały w ten sposób ideologiczny bełkot jest promowany przez APS jako „oparta na dowodach” edukacja zawodowa i sprzedawany swoim członkom.

Spier wskazuje na rolę Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego (APA), które jest wiodącym głosem w dziedzinie zdrowia psychicznego i strażnikiem licencji psychologicznych. Jak wyjaśnia Spier, APA zawsze było aktorem politycznym, wypowiadającym się w kwestiach wykraczających poza psychologię, od ideologii feministycznej po wymiar sprawiedliwości w sprawach karnych i imigrację.

W Australii APS pełni podobną rolę, nieustannie promując ideologicznie stronnicze teorie i koncepcje. Wielokrotnie toczyłam spory z APS w różnych kwestiach, w tym w sprawie pracy psycholog Jennifer McIntosh, której badania nad całodobową opieką nad niemowlętami i małymi dziećmi były wykorzystywane do odmowy ojcom całodobowej opieki w sądach rodzinnych na całym świecie. Nawet po tym, jak badania McIntosh zostały całkowicie obalone przez grupę 110 ekspertów ds. rozwoju dziecka, APS przez wiele lat kontynuowało promowanie jej pracy.

Nawet gdy prawda wychodzi na jaw, ten rodzaj psychobełkotu idzie swoją drogą. Prawie 25 lat temu pisałam o „sępach traumy” – zespołach psychologów i doradców, którzy zarabiają na życie, pomagając ludziom radzić sobie ze skutkami bycia świadkiem katastrof, takich jak strzelaniny w szkołach, katastrofy kolejowe, trzęsienia ziemi i wypadki samochodowe.

Ich szeroko promowana „interwencja po traumie” [trauma debriefing] miała zapobiegać trwałym skutkom dla zdrowia psychicznego, ale okazało się, że to nie działa. Nowe wytyczne z 2007 roku stwierdziły, że tzw. debriefing psychologiczny nie powinien być już oferowany rutynowo. Rzetelne badania wykazały, że rozładowywanie wewnętrznego napięcia bezpośrednio po traumie nie tylko często nie przynosi korzyści, ale może nawet pogorszyć sytuację, zwiększając prawdopodobieństwo wystąpienia zespołu stresu pourazowego.

Nowe wytyczne sugerują, że osoby, które przeżyły potencjalnie traumatyczne zdarzenia, powinny być wspierane i monitorowane przez dłuższy czas, aby wykryć, kto napotyka problemy. Większość osób, które doświadczyły traumatycznego zdarzenia, wraca do zdrowia samodzielnie, z pomocą rodziny i przyjaciół.

Tak właśnie powinno być. Ale prawda jest taka, że ​​sępy traumy po prostu przechrzciły się na osoby oferujące „psychologiczną pierwszą pomoc”, a za każdym razem, gdy dochodzi do katastrofy, politycy zapraszają ich, by przedstawili swoje usługi. Skoro już wdarli się na terytorium pomocy po katastrofie, psychologowie nie zamierzają z tego zrezygnować.

Istnieje wiele dziedzin, w których psychologia wnosi znaczący wkład do wiedzy ludzkiej, oferując cenne badania empiryczne. Niepokojące jest jednak to, że organizacje zawodowe i kierunki studiów tej ważnej dyscypliny uległy ideologii, ponieważ indoktrynują przyszłych profesjonalistów, w tym pedagogów szkolnych, ekspertów sądowych zajmujących się dziećmi oraz decydentów politycznych, którzy odgrywają tak istotną rolę w kształtowaniu naszego społeczeństwa.

Jako jedna z pierwszych terapeutek seksualnych w Australii, Bettina Arndt rozpoczęła swoją karierę od mówienia o seksie w telewizji i nauczania lekarzy i innych specjalistów poradnictwa seksualnego w czasach, gdy te tematy były w dużej mierze tabu. Jej obecną, jeszcze bardziej nieakceptowaną społecznie pasją jest obnażanie niesprawiedliwego traktowania mężczyzn w Australii, poprzez nieustanne wykorzystywanie praw i przepisów, które postrzegają kobiety wyłącznie jako ofiary. Jej dekady walki o sprawiedliwe traktowanie mężczyzn w Sądzie Rodzinnym obejmowały udział w kluczowych dochodzeniach rządowych. Bettina tworzy filmy na YouTube i blog na Substacku.

_______________

How Feminist Ideology Captured Psychology, The Daily Sceptic, 2nd July 2025

Czy Kłamca Wołyński Ryszard Terlecki 11.07 wpiął w klapę znaczek Kwiatu Lnu?

Czy Kłamca Wołyński Ryszard Terlecki

11.07 wpiął w klapę

znaczek Kwiatu Lnu?

Autor: Ewaryst Fedorowicz , 13 lipca 2025

Czy Kłamca Wołyński, Ryszard Terlecki, 11.07 wpiął w klapę znaczek kwiatu lnu?

Pytanie jest o tyle zasadne, że 9 lipca br, szef klubu PiS Mariusz Błaszczak na konferencji prasowej ogłosił co następuje:

„11 lipca będziemy obchodzili święto państwowe, w którym szczególnie pamiętamy o ofiarach ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów. To jest dzień tak zwanej krwawej niedzieli, jaka miała miejsce 11 lipca 1943 r. To święto, które wymaga refleksji i wołania o pamięć dla tych, którzy zostali zamordowani dlatego, że byli Polakami.  W związku z tym, chcielibyśmy dziś przekazać wszystkim parlamentarzystom symbol pamięci o ofiarach, czyli Kwiat Lnu. To jest inicjatywa którą przedstawił Prezydent Chełma Jakub Banaszek. Ta wpinka trafi do wszystkich parlamentarzystów ze wszystkich klubów parlamentarnych”

***
Mam w związku z tym chwilę satysfakcji, bo lubię patrzeć, jak politycy, a szczególnie posłowie – uciekają.
W przypadku Błaszczaka – uciekają do przodu.
Przed czym? – a przed niewygodną prawdą.

A prawdę (tym bardziej niewygodną) najlepiej wytłumaczyć na przykładzie:

6 lipca 2016 roku, „pisowski (wice)marszałek sejmu, Ryszard Terlecki skłamał twierdząc, że na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej miała miejsce bratobójcza wojna.

Nie ludobójstwo, nawet nie rzeź polskiej ludności cywilnej, a bratobójcza wojna.

Ot, wychodzi na to, że polskie niemowlaki i ciężarne kobiety walczyły przeciwko uzbrojonym po zęby sotniom UPA.

Dlaczego skłamał, ktoś naiwny zapyta?
Odpowiedź jest tak oczywista i banalna, że aż głupio ją tu przytaczać:

Terlecki kłamie, bo mu wolno.

A wolno mu, bo jest politykiem i to funkcyjnym – szarża wicemarszałka sejmu i to z partii rządzącej, oprócz standardowego immunitetu gwarantuje w kwestii kłamania (i nie tylko kłamania) bezkarność”
To fragment mojego tekstu, opublikowanego 8 lipca 2016 roku, który to tekst zatytułowałem „Kłamstwo wołyńskie marszałka Terleckiego

Nic zatem dziwnego, że kiedy Błaszczak ogłosił to co ogłosił, natychmiast nasunęło mi się pytanie (to chyba wolno?)  – a co z klapą (marynarkową) jego zastępcy w klubowej hierarchii, Terleckiego?
Przyjęła przypinkę z Kwiatem Lnu (nawet z obrzydzeniem) – czy też się zbuntowała?

Na usprawiedliwienie Terleckiego mam tylko jedno:
że czerpał  (nie wiem, czy dalej czerpie – zdjęcia z Kwiatem Lnu w jego klapie nie mogę w Internecie znaleźć) z dziedzictwa Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który w 2008 roku (jak informował śp. Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski)  wycofał swój patronat nad obchodami 65 rocznicy Rzezi Wołyńskiej (wtedy słowo ludobójstwo w obiegu mejnstrimowym było tematem tabu) obejmując równocześnie patronat nad odbywającym się w tym samym czasie konkurencyjnym  Festiwalem Kultury Ukraińskiej (!)

***
Ja się bardzo z odważnej postawy Błaszczaka cieszę (najwyraźniej można też odważnie uciekać – byle do przodu), bo jak już raz się odważył znaczek Kwiatu Lnu – symbol niezależnej od władz, oddolnej, walki o prawdę nt ukraińskiego ludobójstwa na Polakach z Wołynia, Małopolski Wschodniej, Lubelszczyzny, Podkarpacia,w klapę wpiąć, co pokazali nawet w rządowej telewizji – to jest cień szansy, że za rok go do szuflady nie schowa.

Gdyby zaś mu się ten znaczek gdzieś zawieruszył – to mu duplikat chętnie podaruję, bo mam ich kilka i nawet na oficjalnych, prezydenckich uroczystościach noszę.

https://wpolityce.pl/polityka/734560-pis-proponuje-specjalne-upamietnienie-ofiar-rzezi-wolynskiej

http://niepoprawni.pl/blog/fedorowicz-ewaryst/klamstwo-wolynskie-marszalka-terleckiego

https://forum.gazeta.pl/forum/w,48782,81888547,81888547,ks_Isakowicz_Zaleski_Spor_o_ludobojstwo.html

Zacieranie granicy między rzeczywistością a fikcją

Zacieranie granicy między rzeczywistością a fikcją

13.07.2025 Stanisław Michalkiewicz

Nawet marszałek Sejmu obywatel Hołownia Szymon zauważył, że w przypadku młodych ludzi granica między medialną fikcją a rzeczywistością coraz bardziej się zaciera i dlatego postulował, by uczniowie nie mogli w szkołach korzystać w telefonów komórkowych. Ale nie tylko młodzież jest narażona na zatarcie granicy między rzeczywistością i fikcją i nie tylko z powodu telefonów komórkowych.

Na obywateli dojrzałych telefony może aż tak nie działają, za to działają na nich jeszcze mocniej niezależne media głównego nurtu. Chytrze prezentują one swoim entuzjastom, wśród których oczywiście przeważają mikrocefale, fikcyjny obraz świata jako obraz rzeczywisty. Na przykład – ostatnie rewelacje o niedoszłym zamachu na ukraińskiego prezydenta Zełenskiego na lotnisku w Rzeszowie.

Prezydent Zełenski najwyraźniej poczuł się zapomniany w związku ze skupieniem uwagi świata na konflikcie amerykańsko-izaraelsko-irańskim – co przekłada się na wyniki finansowe Ukrainy – w związku z czym Służba Bezpieki Ukrainy do spółki z tubylczymi bezpieczniakami z Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego dostała rozkaz ogłoszenia rewelacji o niedoszłym zamachu. Już sam opis okoliczności – że próbowano i drona, i snajpera aż wreszcie znaleziono jakiegoś wojskowego emeryta, co z miłości do socjalizmu postanowił zamordować prezydenta Zełenskiego, ale z powodu demencji chyba zapomniał, o kogo chodzi, bo prezydentowi Zełenskiemu jak wiadomo, nic się nie stało. Co z żyrowania takich bredni mają bezpieczniacy z ABW – tajemnica to wielka, chociaż dzięki osobistym doświadczeniom z abewiakami mogę rzucić na to trochę światła.

Oto za pierwszego vaginetu obywatela Tuska Donalda ABW prowadziła operację „Menora”, to znaczy – wszczęła sprawę operacyjnego rozpracowania przeciwko prof. Jerzemu Robertowi Nowakowi, Waldemarowi Łysiakowi i mnie. Chodziło o to, że ponoć planowaliśmy na rocznicę powstania w getcie warszawskim zrobić coś tak okropnego, że nawet między sobą utrzymywaliśmy to w tajemnicy – aż dopiero energiczna akcja ABW położyła kres tym knowaniom.

Domyślam się tedy, że prawdziwe w tej całej sprawie były tylko pieniądze, które sobie abewiacy powypłacali za udaną operację udaremnienia knowań. W przypadku niedoszłego zamachu na prezydenta Zełenskiego może być podobnie – ciekaw jestem tylko, ile dostali za prezentowanie z całą powagą tych rewelacji funkcjonariusze Propaganda Abteilung z niezależnych mediów głównego nurtu – czy też zostało to wliczone do obowiązków „sług narodu ukraińskiego”. Na przykład Judenrat ogłosił ostatnio, że ukraińscy uchodźcy, których Rzeczpospolita wzięła na swoje utrzymanie, stanowią dla Polski prawdziwy dar Niebios, bo to właśnie oni wypracowują tubylczy Produkt Krajowy Brutto.

Co Judenrat i w ogóle Żydowie z tego mają, to sprawa osobna, ale nie będziemy tu tego rozbierać, bo na razie chodzi tylko o zacieranie granicy między rzeczywistością a fikcją.
Okazuje się, że jest to rutynowa praktyka również w stosunkach międzynarodowych, zwłaszcza gdy osobami dramatu stają się politycy demokratyczni, dla których obraz medialny jest równie ważny, a może nawet ważniejszy niż obraz rzeczywisty. Jednym z takich polityków demokratycznych jest amerykański prezydent Donald Trump.

Usiłuje on zaprezentować się jako mąż, który – jak mawiają wymowni Francuzi – fait la pluie et le beau temps, czyli robi deszcz i pogodę, to znaczy – kręci całym światem według swego uznania. Tymczasem izraelski kacyk Beniamin Netanjahu na oczach całego świata ostentacyjnie zlekceważył jego zakazy i zaatakował złowrogi Iran, a na domiar złego izraelscy cadykowie dyskretnie kazali amerykańskiemu prezydentowi, by stanął u boku bezcennego Izraela, bo inaczej będzie z nim brzydka sprawa. Tedy prezydent Trump wprost wylazł ze skóry, by nie stracić prestiżu, tylko pokazać światowej gawiedzi, że to on pociąga za sznurki. Spełnienie polecenia cadyków w sprawie nalotu „car-bombami” na irańskie podziemne instalacje nuklearne wymagało bowiem trochę czasu na przygotowanie operacji, którą prezydent Trump wyzyskał do medialnego puszenia się, że to niby „nikt” nie wie, co on zrobi – i tak dalej.

Cadykom oczywiście to nie przeszkadzało, bo ich interesuje prawdziwa władza, a nie jej medialne pozory – ale w końcu, gdy tempus deliberandi minął, Ameryka posłusznie wysłała nad Iran bombowce z „car-bombami”. Jeszcze nie opadł kurz po wybuchach, a już i pentagoniaki i sam prezydent Trump otrąbili sukces w tonie wykluczającym jakikolwiek sprzeciw. Funkcjonariusze Propaganda Abteilung w Ameryce i wśród wasali USA na świecie przyjęli te przechwałki do aprobującej wiadomości, dzięki czemu sprawa przywrócenia nadszarpniętego prestiżu amerykańskiego prezydenta na odcinku medialnym została jako tako zaklajstrowana. Również izraelski kacyk Beniamin Netanjahu zrozumiał, że nie ma co przeciągać struny i wylewnie prezydentowi Trumpowi podziękował, co wprawiło tego ostatniego w prawdziwą euforię.

Tymczasem złowrogi Iran dał do zrozumienia, że może zaminować cieśninę Ormuz. Na tak poważną zastawkę, która mogłaby obnażyć bezsilność amerykańskiego prezydenta, Donald Trump zareagował przestrogą, żeby nie stawać po stronie „wroga”. Do kogo ta przestroga mogła być skierowana? Przecież nie do Iranu, tylko ot tak – w przestrzeń, żeby na gawiedzi zrobić wrażenie, że sytuacja jest pod kontrolą. Toteż Iran, chociaż oczywiście złowrogi, nie tylko taktownie wstrzymuje się z zaminowaniem wspomnianej cieśniny, ale w dodatku przed wykonaniem uderzenia dalekonośnymi kartaczami na amerykańską bazę w Katarze ze sporym wyprzedzeniem o tym ataku oznajmił, dzięki czemu i on mógł nie stracić prestiżu i zasłużyć na podziękowanie ze strony prezydenta Trumpa, który już całkiem odzyskał wigor i znowu zaczął odgrywać przedstawienie ze sobą w roli głównej jako nadziei dla świata.

Przypomina to trochę niedawny konflikt między Indiami i Pakistanem, kiedy to jedni i drudzy wprawdzie musieli reagować, by nie stracić prestiżu, ale starali się, by nikomu nie zrobić krzywdy. Pokazuje to, że nie tylko stosunki międzynarodowe, ale i wojny w coraz to większym stopniu ulegają rytualizacji, wskutek czego nie wiadomo do końca, czy mamy rzeczywiście do czynienia z wojną czy tylko – z jej umiejętnym markowaniem. Toteż, chociaż prezydent Trump ogłosił w nocy z poniedziałku na wtorek 24 czerwca zawieszenie broni między złowrogim Iranem a bezcennym Izraelem, to obydwa te państwa po staremu oskarżają się nawzajem o obrzucanie się dalekonośnymi kartaczami. Nie tylko bowiem prezydent Trump nie chce stracić prestiżu. Iran też nie chce, a izraelski kacyk nawet gdyby chciał, to nie może przerwać wojny, bo to jego jedyna ucieczka.

Podsumowanie dorobku pisarza Andrzeja Sarwy

Paweł Czerwiński – podsumowanie dorobku pisarza Andrzeja Sarwy

Zapoznaj się z pisarstwem Andrzeja Sarwy dzięki opracowaniu Andrzej Sarwa w 70. rocznicę urodzin autorstwa Pawła Czerwińskiego.

To wyjątkowe podsumowanie dorobku pisarza, kontynuujące wcześniejsze publikacje dr Małgorzaty Ogorzałek. Książka ukazuje osiągnięcia autora w okresie od 2015 do 2023 roku, dając niepowtarzalną okazję do odkrycia różnorodności jego twórczości i dostrzeżenia nowych aspektów jego pisarstwa.

Opracowanie Pawła Czerwińskiego jako przewodnik po twórczości wybitnego autora

Nie ważne, czy jesteś wiernym czytelnikiem jego dzieł czy też dopiero zaczynasz odkrywać jego talent – ta publikacja z pewnością dostarczy ci głębszego zrozumienia dla twórczości tego wybitnego autora. Dzięki opracowaniu Pawła Czerwińskiego poznaj inspiracje i osiągnięcia tego wspaniałego, sandomierskiego pisarza. Czytając tę książkę, odkryjesz, jak wyjątkowe są dokonania tego pisarza i jak szeroką wiedzę zdobył przez całe życie i wykorzystuje ją w swojej twórczości.

Tytuł: Andrzej Sarwa w 70. rocznicę urodzin

Autor: Paweł Czerwiński

Wydawnictwo: Armoryka

Sunday Strip: Well That Didn’t Work…

Sunday Strip: Well That Didn’t Work…

Duck, Duck, Goose [Chodzi lisek koło drogi]

ROBERT W MALONE MD, MS JUL 13
 
READ IN APP
 





Malone News is a reader-supported publication. To receive new posts and support my work, consider becoming a free or paid subscriber.

Upgrade to paid



We live so far out in the country that even Jehovah’s Witnesses don’t knock on our door.





My life…


Exactly one year ago today, President Trump narrowly escaped an assassination attempt. Just 64 days later, on a Florida golf course, the Secret Service intercepted another potential assassin, Ryan Wesley Routh, who was aiming a rifle through bushes at the President, 400 yards away.

Malone News is a reader-supported publication. To receive new posts and support my work, consider becoming a free or paid subscriber.

Upgrade to paid

Tomorrow will be the one-year anniversary of the attempt on President Trump in Butler, PA. There has still be almost no information released by the government regarding this event. No Secret Service agent has been held accountable to any serious extent, with only six agents suspended for brief periods, ranging from 10 to 42 days. 

How can that be possible?

BTW- Ryan Wesley Routh’s trial is set to start in September… Let’s see if the dead media actually reports on it – or whether it will be yet another buried story. Not worthy of headline news.







The same goes for cats.


One of the most important acts that Trump did early on was to stop the Federal funding of progressive causes. USAID was symbolic of that – but the WH administration is systematically going through each agency, from HHS to the State Dept, and cleaning out the BS.

Thank goodness!





Thanks for reading Malone News! This post is public so feel free to share it.

Share


Transitioning to a cashless society results in more frustrating self-service machines and reduced personal interactions.

The right to privacy is guaranteed in our Constitution. A cashless society can never protect our right to privacy, there every transaction is recorded and put on the cloud. 

Who has access to that data? 

How long before hackers, the government or the CCP find ways to use that data without permission?



Some like to call it summer, not climate change…


Malone News is a reader-supported publication. To receive new posts and support my work, consider becoming a free or paid subscriber.

Upgrade to paid

Invite your friends and earn rewards

If you enjoy Malone News, share it with your friends and earn rewards when they subscribe.

Invite Friends

Nie bądź taki szybki, Bill !

Nie bądź taki szybki Bill

13. lipca 2025 Wiedeń 13.07.2025 r. Nie-badz-taki-szybki-bill

Tak śpiewała w latach 60. poprzedniego wieku Kasia Sobczyk. Była to krytyka naszej męskiej niecierpliwości w zdobywaniu względów płci pięknej. Dzisiaj można to odebrać w całkowicie odmienny sposób.

Powodem tej transformacji jest słynny szczepionkolog-miliarder Bill Gates. Skąd to skojarzenie? Wyobraźcie sobie masowego mordercę podejrzanego o serię zabójstw w dalekim kraju, który twierdzi, że prawodawstwo tego kraju go nie obejmuje. Wytoczono mu proces, ale on nie uznaje jurysdykcji tamtego kraju – bo nie! Tak właśnie argumentował pan filantrop, przeciągając przez dwa lata sprawę o ludobójstwo. No i nie wyszło. Zbrodnie dokonane za granicą, nawet bez fizycznej obecności w tym kraju, nadal pozostają zbrodniami podlegającymi sądom.

Ze strzykawką w dłoni nie zmylisz pogoni.

Pisałem wczoraj o procesie w północnej Holandii przeciwko Billowi i jemu podobnym, dzisiaj ponownie poruszam ten temat, ponieważ pojawiły się nowe informacje dotyczące tego procesu. Wczoraj ukazał się artykuł w Independent News Europe: Sprawa sądowa przeciwko Billowi Gatesowi w Holandii toczy się dalej. Źródło.

Jim Ferguson (Wielka Brytania) jest biznesmenem i przedsiębiorcą oraz założycielem Freedom Train International walczącej o sprawiedliwość i wolność przeciwko globalistom.

Na dzień przed rozprawą we wtorek Jim Ferguson opublikował na Twitterze artykuł, który zaczynał się: „Jutro, w holenderskim mieście Leeuwarden, może tworzyć się historia.  Wkrótce rozpocznie się sprawa sądowa inna niż wszystkie – taka, która może zburzyć ciszę wokół obrażeń spowodowanych szczepionkami, podnieść zasłonę na korupcję z czasów pandemii i umieścić globalne elity pod mikroskopem sprawiedliwości”.

To jedynie wstęp. Jim Ferguson obserwował bezpośrednio rozprawę w Holandii i zrelacjonował ją. Zapraszam do przeczytania artykułu w Independent News Europe – link do polskiego tłumaczenia powyżej.

Myszy kusi serek, a ludzi papierek.

Ja także uważam, że światowego kryzysu polityczno-społecznego nie rozstrzygnie sąd w małej Holandii. Niemniej jednak jest to ważne wydarzenie, które ma potencjał dotrzeć do świadomości resztki ignorantów zasłuchanych w telewizyjne wiadomości.

Proces uświadamiania ludziom, że media są narzędziem ogłupiania, postępuje powoli, ale systematycznie. Wystarczy porównać wiarygodność mediów sprzed czasu plandemii do obecnego poziomu braku zaufania. Dlaczego w Polsce negatywna kampania przeciwko kandydatowi na prezydenta nie odniosła oczekiwanego skutku? Ponieważ telewizyjne rewelacje są powszechnie odbierane jak dezinformacja, którą się szerzy w walce o większą cenzurę i jednopoglądowe myślenie. Stopniowo, pomalutku wzrasta stopień wykorzystywania własnego umysłu przez konsumentów TV, podczas konfrontacji z bezmyślną papką informacyjną.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Błędy Rosji niszczą świat. Profesor Szumiło o proroctwie z Fatimy.

Błędy Rosji niszczą świat. Profesor Szumiło wyjaśnia proroctwo z Fatimy

https://pch24.pl/bledy-rosji-niszcza-swiat-profesor-szumilo-wyjasnia-proroctwo-z-fatimy

(PCh24TV)

Błędy Rosji to nie tylko komunizm – ale przede wszystkim to, co się na komunizm składa. Aborcja, rozwody, rewolucja seksualna, ateizm, podporządkowanie wszystkiego państwu. Mówił o tym w PCh24 TV prof. Mirosław Szumiło.

Profesor jest wykładowcą UMCS w Lublinie, znawcą komunizmu i objawień w Fatimie. Na antenie PCh24 TV mówił o aktualności Fatimy oraz właściwym rozumieniu błędów Rosji, które – tak jak ostrzegała Matka Boża – rzeczywiście rozprzestrzeniły się na całym świecie.

W błędach Rosji, podkreślił profesor, nie chodzi tylko o sam komunizm. Ostatecznie komunizm składał się z konkretnych rozwiązań, których skutki pokutują do dziś. Można byłoby inaczej sądzić, że nawrócenie Rosji nie jest już potrzebne, skoro skończył się komunizm. Tak jednak nie jest.

Uczony wymienił tu na pierwszym miejscu aborcję, która w Związku Sowieckim została zalegalizowana w 1920 roku. – W Rosji trwa to do dzisiaj – i to na dużą skalę. [RW: z wyjątkiem lat 1936-1953. J. Stalin zakazał tego procederu. Przywrócili po jego śmierci.]

To samo dotyczy rozwodów, których łatwe uzyskanie umożliwili bolszewicy – podkreślił. Dalej jest jeszcze ateizm. – Większość Rosjan określa się wprawdzie jako prawosławni, ale to określenie natury polityczno-narodowej. To jest tożsame w ich mniemaniu z rosyjskością. W cerkwiach jednak tłumów nie widać. Dane mówią, że praktykujących jest od 5 do maksymalnie 8 procent Rosjan. To wskaźnik zdecydowanie niższy niż w Polsce – i niższy niż nawet w wielu krajach europejskich – podkreślił. Innym z błędów Rosji jest poddanie władzy duchownej wobec władzy świeckiej.

Pojawia się też pytanie, dlaczego Matka Boża w Fatimie mówiła akurat o błędach Rosji. Wcześniej były już inne wielkie katastrofy ideowe i społeczne – na czele z rewolucją francuską. Maryja wskazała jednak na Rosję.

Rosja została wyróżniona najpewniej jako najważniejszy element w całym tym [rewolucyjnym] ciągu. Bolszewicy nawiązywali do rewolucji francuskiej, mówili, że naśladują jakobinów. To stamtąd czerpali wzorce w roku 1917 i później. Ideologię marksistowską zaczerpnęli z zachodu Europy, przede wszystkim z Niemiec – powiedział.

Zapytany, jak powinno wyglądać nawrócenie Rosji – czy chodzi o jej powrót do prawosławia czy też raczej o przyjęcie katolicyzmu – wskazał zdecydowanie na tę drugą możliwość.

Przychylam się do tego, że nawrócenie musi być konkretne i dosłowne – czyli na łono Kościoła katolickiego. Prawosławie oznacza dalej Cerkiew podporządkowaną władzy świeckiej, a to bardzo istotny błąd – zaznaczył.

Profesor podkreślił, że błędy Rosji ogarnęły najpierw bezpośrednio kraje podbite przez Sowiety, a także Chiny czy Koreę. Dotarły jednak również na Zachód w formie rewolucji kulturowej, a zwłaszcza rewolucji seksualnej lat 60. Wtedy pojawiły się aborcja, masowe rozwody, rozwiązłość seksualna, ruch LGBT, wreszcie również ateizm. Uczony przypomniał, że zachodni rewolucjoniści seksualni uczyli się od Sowietów. Na przykład jeden z najbardziej znanych z nich, Wilhelm Reich, czerpał wzorce wprost z bolszewickiej Rosji. Podobnie zrobili filozofowie Szkoły Frankfurckiej, którzy łączyli marksizm z psychoanalizą Freuda. Idea takiego połączenia narodziła się właśnie w Rosji; to z tego złożenia rozwinął się później marksizm kulturowy.

Gość PCh24.pl wskazał również na nazizm jako na jeden ze skutków błędów Rosji. – Nazizm jest błędnie postrzegany jako jakaś forma prawicowego ekstremizmu w przeciwieństwie do lewicowego ekstremizmu, czyli bolszewizmu. Tymczasem obie ideologie były w gruncie rzeczy lewicowe. Prawica to jest konserwatyzm i trudno dopatrywać się w nazizmie idei konserwatywnych. W państwie nazistowskim wszystko było podporządkowane państwu. Państwo wszystkim, jednostka niczym – to wspólna cecha obu tych systemów. III Rzesza czerpała z doświadczeń bolszewickich – zaznaczył.

Różnica polegała tylko na tym, że naziści łączyli hasła socjalistyczne, antykapitalistyczne oraz antyklerykalne z niemieckim nacjonalizmem. Nazizmu nie można jednak zredukować do nacjonalizmu, bo istnieje na świecie wiele nacjonalizmów, które nie są ani nazizmem, ani faszyzmem. Tylko współcześni lewicowi liberałowie wrzucają wszystko do jednego worka. Jak przypomniał, w Niemczech władzę przejęła Narodowo-Socjalistyczna Niemiecka Partia Robotników, gdzie zwracano się do siebie per „towarzyszu” i obchodzono 1 maja.

Oba te systemy dążyły do tego, żeby zmienić świat i obalić utrwalony od wieków porządek społeczny. To jest główna cecha, które kwalifikuje je jako lewicowe – czyli przeciwstawne wartościom konserwatywnym – powiedział.

Prof. Mirosław Szumiło mówił też o stosunku papieży do objawień z Fatimy.

Pius XI o nich wiedział. Objawienia zostały oficjalnie uznane w 1930 roku. Papież nie dokonał jednak poświęcenia Rosji. Nie wiemy do końca, dlaczego. Czy nie dowierzał siostrze Łucji i traktował ją jako prostą osobę, której nie da się traktować poważnie? Tak chyba było. Jednak jego następca, Pius XII, zareagował inaczej. W roku 1942, w czasie II wojny światowej, dokładnie 31 października tegoż roku, w orędziu radiowym zawierzył świat Maryi. Był to to akt można rzec połowiczny, ale przyniósł prawdopodobnie pewne efekty. Wkrótce po tym doszło do bitwy pod Stalingradem, którą Niemcy przegrali i odwróciły się losy wojny – wskazał.

Na II Soborze Watykańskim doszło do swoistego kompromisu z komunizmem, zamiast do jego potępienia, choć domagało się tego wielu biskupów. Wtedy do Kościoła wdarły się też błędy modernizmu. Można się zastanawiać, mówił profesor, czy w ten sposób błędy Rosji nie pojawiły się również wewnątrz Kościoła.

Po II Soborze Watykańskim doszło do kolejnego aktu, który przeprowadził św. Jan Paweł II w 1984 roku, jakkolwiek ponownie nie było to pełne poświęcenie Rosji, tak jak tego oczekiwała Matka Boża.

Więcej – w nagraniu.

Świetne kazanie biskupa Długosza na Jasnej Górze. Powiedział wprost o imigrantach i globalistach

12 lipca 2025 https://pch24.pl/swietne-kazanie-biskupa-dlugosza-na-jasnej-gorze-powiedzial-wprost-o-imigrantach-i-globalistach/

Świetne kazanie biskupa Długosza na Jasnej Górze. Powiedział wprost o imigrantach i globalistach

Bp Antoni Długosz, emerytowany biskup pomocniczy Częstochowy, przemawiał w piątek 11 lipca na Jasnej Górze podczas Apelu Jasnogórskiego. Wskazywał na problemy z imigrantami, jakie ma Polska. Podkreślił, czym jest prawdziwe miłosierdzie – a czym niegodziwy plan, który forsują globaliści. 

===================================

Kochana Matko, jak co wieczór przechodzimy do Ciebie, by powiedzieć Ci nasze małe prywatne troski, ale też i ukazać wielkie narodowe problemy. Przychodzimy, by prosić Ciebie o wstawiennictwo za nami u Twojego Syna. Dziś chcemy modlić się za obrońców naszych granic tych w mundurach strażników granicznych, żołnierzy, policjantów, celników, Wojska Obrony Terytorialnej, ale również wolontariuszy z Ruchu Obrony Granic tych, którzy bezinteresownie organizują patrole – powiedział biskup cytowany przez wpolityce.pl. 

Według hierarchy niemieckie służby „przerzucają na naszą stronę nielegalnych imigrantów niczym przedmioty”.

Biskup zacytował słowa ojca profesora Dariusza Kowalczyka, który przestrzegał przed skutkami Paktu Migracyjnego. „Wizja setek tysięcy migrantów, którzy zostaną wchłonięci w Polskę staje się coraz bardziej realna. Większości Polaków się to nie podoba. Dlatego to władze zapewniają, że nie ma o tym mowy, ale fakty oraz wypowiedzi polityków z Berlina i Brukseli świadczą o czymś innym. To jest wielka polityka, ideologia, pieniądze i wielka obłuda” – pisał jezuita, wskazując też na instrumentalne traktowanie imigrantów.

Hierarcha przypomniał, że Polacy „zdali egzamin, kiedy trzeba było otworzyć drzwi dla milionów uciekających Ukraińców”. Jak dodał, Polacy potrafili też „zapłacić najwyższą cenę za pomoc Żydom – w imię miłości bliźniego”.

W czasie II Wojny Światowej zginęła nie tylko beatyfikowana rodzina Wiktorii i Józefa Ulmów z Markowej, ich siedmioro dzieci, w tym jedno nienarodzone. Ich liturgiczne wspomnienie obchodzimy w poniedziałek 7 lipca. Ale znamy też inne polskie rodziny, które za swoich żydowskich sąsiadów oddały życie. To rodzina Kowalskich, Baranków czy Książków spod Miechowa. My Polacy wiemy, co to miłosierdzie – stwierdził.

Jak dodał biskup, miłosierdzie nie oznacza jednak, że „mamy otwierać drzwi przed wszystkimi nielegalnymi emigrantami. To nie rozwiązuje problemów Afryki i Bliskiego Wschodu, ale tworzy nowe poważne problemy w krajach, do których przybywają”.

Od kilkudziesięciu lat postępuje islamizacja Europy poprzez masową imigrację. To, co obserwujemy teraz w Polsce, to zaledwie początek. Tak samo zaczynało się na Zachodzie – ostrzegł.

Hierarcha wskazał, że sami biskupi Afryki mówią trzeźwo, iż przybycie do Europy milionów Afrykanów nie rozwiąże afrykańskich problemów.

Biskupi w Afryce wiedzą, co obecne co potrzebuje ich ojczyzna i Kościół. Nie ulegają globalistycznym ideologiom takich ludzi, jak miliarder z Węgier – stwierdził, powołując się między innymi na kardynała Roberta Sarah.

Źródło: wpolityce.pl Pach

WYLEWNE przemówienie ukraińskiego ambasadora po apelu Prezydenta Karola Nawrockiego w sprawie Rzezi Wołyńskiej.

Aneczka @AneczkaKon69192

WYLEWNE przemówienie ukraińskiego ambasadora po apelu Prezydenta Karola Nawrockiego

54,6 tys. wyświetleń

Opowiadania o psach 2. RUDZIA

2. RUDZIA

Andrzej Sarwa

AZOR – opowiadania o psach

=================================

2. RUDZIA

Popołudnie. Jesienne. Nijakie. Właśnie zaczynał się listopad 2011 roku. Był wtorek, drugiego, Dzień Zaduszny. Jakieś resztki słonecznych promieni połyskujących chwilami w szczelinach między chmurami zasnuwającymi niebo… Chłód i smutek smużący się od z wolna obumierających roślin, od drzew bezlistnych już prawie, szykujących się na przetrwanie zimy.

Wyszliśmy z żoną, z Elą, przed dom. Zagadaliśmy do sąsiada, a on – ni stąd, ni zowąd – nim zdążyliśmy w jakikolwiek sposób zareagować schwyciwszy jakiegoś nieznanego nam psiaka, który przerażony kulił się w jego ogródku, pod rachitycznym krzakiem mahonii, dosłownie przerzucił go przez niski – na szczęście – płot na naszą stronę.

– Masz! Trzymaj! Będziesz miał psa! – zawołał do mnie z drwiącym uśmieszkiem i takim samym niesympatycznym spojrzeniem.

– No nie! – zaprotestowałem. – Zabieraj to zwierzę! Zabieraj! No już!

– A po co mi pies? – odparł niegrzecznie i wzruszył ramionami.

– To nam go podrzucasz?! – zirytowałem się.

Spoglądaliśmy z Elą zdezorientowani to na sąsiada, to na małego rudego kundelka, który przylgnął brzuszkiem do ziemi i tylko spoglądał na nas wystraszonymi brązowymi ślepkami, w których od czasu do czasu skrzyły się ciemnobursztynowe refleksy.

W pierwszym odruchu chcieliśmy szczeniaka przepędzić na ulicę, bo nigdy wcześniej nie mieliśmy psa, a w związku z tym i miłości do psów także, ale jednak coś nas ścisnęło za serca. Może właśnie te przerażone ślepka? Może…

– No dobrze. Niech na razie zostanie – zdecydowała Ela – a potem będziemy mu szukać domu. Przecież chyba ktoś go zechce?… – powiedziała, ale jakoś tak bez przekonania.

– To ja mu przyniosę coś do zjedzenia.

Psiak, chociaż przestraszony to jednak przecież wręcz pochłonął garsteczkę suchej kociej karmy, bo niczego innego nie było, co by mi się zdawało dla niego odpowiednie. Wypił też odrobinę wody. I znów przywarł brzuszkiem do ziemi.

– O! Skąd macie psa? – zapytał kolega, pan Andrzej, który zajechawszy na parking naprzeciwko naszego domu, zbliżył się do ogrodzenia, a potem wszedł na podwórko.

– A on nas go nim obdarował – wskazałem głową na sąsiada.

– A pan jak go zdobył?

Sąsiad wzruszył ramionami.

– A bo ja wiem? Wczołgał się szparą pod bramą na moje podwórko.

– Coś takiego! A nie wie pan, czyj on może być? Może któremuś z sąsiadów uciekł i teraz nie umie trafić do domu? – drążył pan Andrzej.

– To jakiś obcy pies, nie z naszej ulicy. Było Wszystkich Świętych, nazjeżdżało się ludzi na groby, pewnie ktoś przywiózł psa ze sobą, wjechał w tę naszą boczną uliczkę i wyrzucił go tutaj z samochodu.

– Może i tak… Dzieciom się znudził, to się go tatuś z mamusią pozbyli.

Pan Andrzej pochylił się, przykucnął, wyciągnął rękę i przewrócił pieska na grzbiet.

– Choleeera! Toż to suka! To będziesz pan miał duży kłopot! – zwrócił się do mnie.

– Jaki znowu kłopot?! Jaki kłopot?! – zezłościłem się.

– No… suka to przecie większy kłopot niż pies.

– Panie! Znajdziemy jej dom!

– Panie! A kto panu weźmie sukę? Jeszcze kundla, a na wygląd prawie jamnika?

W duchu przyznałem mu rację, ale zaczynało zmierzchać, a psiak tu wciąż jednak był i coraz bardziej wystraszony wpatrywał się w nas smutnymi oczkami.

– Elu, to co robimy?

– Do domu go nie weźmiemy. Co to, to nie! – powiedziała twardo.

A później starym wełnianym swetrem wymościła legowisko w płytkiej skrzynce po pomidorach i wsunęła ją pod ławkę stojącą pod pergolą gęsto obrośniętą aktinidią i winogradem.

Piesek jakby odgadł, że to miejsce dla niego, więc wpełzł tam posłusznie i zwinął się w kłębek.

* * *

– Asiu – odezwałem się do córki. – I co począć z tym psem?

– Jak to co? Zostanie u nas – odpowiedziała.

– Ale myśmy nigdy psa nie mieli!

– To teraz będziemy.

– Mama się nie zgodzi!

Wzruszyła ramionami.

– Lepiej chodźmy zobaczyć, jak szczeniaczek się miewa.

Kundelek leżał na tym starym czerwonym swetrze i trząsł się z zimna. Popatrzyliśmy z Asią po sobie.

– On tu nie może zostać. Zobacz, jak dygoce. Przecież mamy listopad, w dzień jest bardzo zimno, a co dopiero w nocy?

– I co teraz?

– Jak się mama położy spać, zabierzemy go do ganku.

– A jak nabrudzi? – zapytałem?

– To posprzątam, ale musisz do niego zajrzeć, zanim mama rano wstanie.

* * *

Nabrudził, oczywiście, że nabrudził. Cały ganek był zasikany. Asia pospiesznie wstała, powycierała i zmyła wszystko dokładnie. Otworzyliśmy drzwi na oścież, żeby wywietrzały niemiłe zapachy.

* * *

– Nie, żadnego psa. Mamy już cztery koty! U nas nie zostanie! Szukajcie mu jakiegoś innego domu – powiedziała Ela stanowczym głosem. – A na razie… no cóż… niech mieszka w ganku, bo na dworze już bardzo zimno, ale to tylko na razie!

Więc wraz z córką rozpoczęliśmy poszukiwania.

Tymczasem psina mieszkała u nas i trzeba było jakoś ją nazwać, choćby po to, żeby ją przywołać do miseczki z jedzeniem.

Padło kilka propozycji, ostatecznie daliśmy jej na imię Rudzia… Rudzia… wiadomo. Była psem-dziewczynką i miała rude futerko…

* * *

Zadzwonił telefon. Odebrałem.

– To jak ten piesek wygląda? – usłyszałem głos drugiej z moich córek, Marty, która mieszkała w Warszawie.

– Jak mam ci go opisać? Zwyczajnie wygląda. Kundel jak kundel. Rudy, bardzo przypominający jamnika. Miły pyszczek, ale mocno niezgrabne łapy…

– Przyślij mi zdjęcie.

– O! Jest bardzo ładny! Zostawcie go.

Ja coraz bardziej miękłem i byłem gotów się zgodzić, dlatego powiedziałem:

– Jeśli przekonasz mamę…

* * *

– Proszę mi więcej nie zawracać głowy…

– Ale teraz już ostatecznie się zdecydowaliśmy… naprawdę chcemy oddać tego psa w dobre ręce…

– Już trzy razy się państwo decydowali i trzy razy zmieniali zdanie. Nie. Ja już tego psa nie wezmę.

– Ale my…

– A to już wasz problem.

Trzasnęła słuchawką.

– No to, Elu, teraz nie mamy wyboru. Pies musi zostać u nas…

– Najwyraźniej… – westchnęła. – A zresztą, może to i lepiej? To dobry i grzeczny szczeniaczek. Niczego nie drze, niczego nie niszczy. Ani razu nie nabrudził w domu.

– Oj, raz jednak tak, w tę pierwszą noc, kiedyśmy po kryjomu przed tobą zabrali Rudzię z ogródka do ganku. Ale to ze strachu.

Żona zerknęła na mnie:

– Wiem, wiem.

I tak Rudzia została naszym psem… Naszym najsłodszym kundelkiem… nie, nie kundelkiem – kundliczką.

* * *

Rudzia się bała. Mimo że minął już spory kęs czasu, wciąż nie była pewna, czy aby się jej nie pozbędziemy, tak jak to zrobili poprzedni właściciele.

Jak na pięcio – czy też sześciomiesięcznego – wedle oceny weterynarza – szczeniaka była nadzwyczaj poważna i grzeczna. Ale nie trudno było tę zagadkę rozwiązać. Wystarczyło, że podniosłem do góry rękę, żeby się na przykład podrapać po głowie, a psina przywierała brzuszkiem do ziemi, trzęsła się przerażona i sikała pod siebie.

Najwyraźniej mimo tego, że przeżyła ledwie te kilka miesięcy, już zaznała okrucieństwa. A bito ją zdecydowanie bardzo mocno, bo pod palcami dało się wyczuć, że jedno z żeber było złamane i krzywo się zrosło.

Rudzia więc, jak już powiedziałem wcześniej, bardzo się bała. Gdy zabierałem ją na spacery, szła tuż przy mojej nodze, nieomal ocierając się o łydkę. Zadzierała główkę do góry i spoglądała mi w oczy… jakby pytając: „Czy ty mnie na pewno chcesz? Czy nie masz zamiaru mnie przepędzić?”

I tak się to toczyło przez pierwsze dwa czy trzy tygodnie… a potem… potem Rudzia powoluśku się uspokoiła, bo przecież brzuszek zawsze był pełny, podobnie jak miseczka z wodą, ciepłe posłanie wymoszczone przy kaloryferze, ludzkie dłonie, które nie biły, lecz wyłącznie obdarowywały ją pieszczotami…

Poczuła się zatem bezpieczna i nabrała pewności siebie, a gdy po jakimś czasie na dobre zaprzyjaźniła się z naszym kocurem Włóczkiem, który jednego z grudniowych wieczorów 2007 roku, zamieszkał z nami, jej życie stało się chyba absolutnie szczęśliwe…

* * *

Codzienne spacery we trójkę – ja, Włóczek i Rudzia – to dopiero była frajda! Zapuszczaliśmy się w gęstwinę zdziczałego opuszczonego sadu i na ugorujące pola, których sfałdowane połacie porosłe wysokimi trawami i zielskiem były pełne zapachów, ptasich tropów, mysich norek, krecich kopców. Było więc za czym się uganiać z noskiem przy ziemi.

No i te szalone biegi i wyścigi, jakie urządzali z Włóczkiem we dwójkę i te zabawy w zagryzanie się na niby, a w przerwach ich zabaw – umizgi i zabieganie o moje względy, o pieszczoty, o głaskanie. I byliśmy szczęśliwi, na tyle jak bardzo można być szczęśliwym w tej nędznej rzeczywistości, w której tkwimy…

* * *

Tak mijały dnie, tygodnie, miesiące. Zima ustąpiła miejsca wiośnie, potem wiosna latu, a potem nastała jesień i następna zima…

I cóż by tu można więcej napisać o szczęśliwym życiu moich zwierzaków? Chyba tyle tylko, że świat byłby lepszy, gdyby wszystkie Boże stworzenia mogły tak przyjemnie i beztrosko żyć jak wtedy żyli Rudzia i Włóczek…

Ale… nic nie trwa w nieskończoność…

I nadszedł taki dzień, wtorek 4 czerwca 2013 roku, gdy Włóczek wyszedłszy wczesnym rankiem z domu, już nigdy do niego nie wrócił…

* * *

– Włóczek! Włóczuś! – nawoływałem, przemierzając wraz z Rudzią miejsca, w których najczęściej bywaliśmy i w których najbardziej lubili się bawić.

Na próżno…

W końcu go znaleźliśmy… martwego… na śmietniku w pobliżu budowy wielkiego hotelu. Już się rozkładał. Miał wybite wszystkie zęby. Ktoś się zabawił. „Koty som fauszywe, co nie? Zabić kota!” Zabili… Jakby mało było, cisnęli na śmietnik. Zbezcześcili…

Przynieśliśmy go z Elą do ogródka za domem, pogrzebali w miejscu, gdzie jako mały kociak lubił się przed nami chować śród traw i kwiatów… tak dla zabawy… Tu już nikt i nigdy go nie skrzywdzi… Zazieleni się trawą… zakwitnie hiacyntami… liliami zapachnie… W słodkim kwietnym nektarze pracowita pszczoła poniesie go do ula…

* * *

Odtąd już nic nie było takie samo jak wcześniej…

Skończyły się beztroskie zabawy śród ugorów. I chyba zioła pachniały odtąd inaczej i śnieg inaczej smakował i Rudzia przez dłuuugi, dłuuugi czas jeszcze stawała zamyślona na środku ścieżki wydeptanej śród traw, wpatrując się w jej odległy kraniec jakby w oczekiwaniu na przyjaciela, który pewnego razu niespodzianie zniknął z jej psiego życia… O czym wtedy myślała? Któż to może wiedzieć…

Że co? Że psy nie myślą? Jeżeli tak uważasz toś wyjątkowo głupi…

* * *

A potem odeszła i Ela… na zawsze… gdy karetka pogotowia ratunkowego ostatni raz zabierała ją z domu do szpitala, Rudzia stanęła przed furtką prowadzącą na ulicę i po raz pierwszy w życiu boleśnie, długo, przeciągle zawyła…

* * *

A potem i ja zniknąłem na długie tygodnie, a gdym wrócił do domu przesiąknięty szpitalnym odorem ta szczególna nić, jaka łączyła mnie z Rudzią – pękła… pękła na dobre…

Moja psina poczuła się zdradzona i porzucona przez wszystkich, którzy dotąd byli jej przyjaciółmi i których bez reszty swoim małym psim serduszkiem bezinteresownie pokochała.

I ja to zrozumiałem.

A chociaż po wielu, wielu dniach życie niby znów popłynęło starym łożyskiem, to już nie było ono takie, jak wcześniej, jak na początku.

Słońce zblakło, niebo wypłowiało, liście i źdźbła i kwiaty poszarzały, serca skurczyły się, zastygły, stężały…

_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _

* * *

11 listopada 2017 przygarnęliśmy z miejscowego schroniska starego dręczonego przez lata całe psa Maluszka i od tej pory Rudzia już miała nie być sama. Ale wbrew nadziejom pomiędzy psami nie zawiązała nić przyjaźni… Szkoda…

* * *

Noc z 19 na 20 listopada 2019 roku była męcząca. Spałem źle, a na dodatek dręczyły mnie koszmary.

Nad ranem, może była trzecia, a może już bliżej czwartej, przyśniło mi się, że znalazłem się w jakimś obcym, nieprzyjemnym miejscu. Na dodatek coś mnie tam zatrzymało, dłużej niż wcześniej planowałem. Zapadł zmrok, a po jakimś czasie smolista ciemność. Denerwowałem się bardzo, bo miałem świadomość, że gdzieś tam, w innym miejscu, w miejscu odległym, w jakimś wcześniej nieznanym mi domu, czeka na mnie żona…

Wiedziałem, że jeśli bym nawet natychmiast wyjechał, to nie dotrę do niej o umówionej porze i że czeka mnie cała noc w podróży.

A ona o tym nie wie. I pewnie będzie się niepokoić, więc się martwiłem.

Z kieszeni wyjąłem telefon, lecz nie umiałem znaleźć jej numeru. Nerwowo przeglądałem cały spis, który się wyświetlił. Daremnie…

Zmartwiony i przejęty ucieszyłem się na widok kolegi.

– Słuchaj – powiedziałem. – Muszę skontaktować się z Elą, a ze swojego telefonu nie mogę. Zerknij, może tobie się uda odnaleźć jej numer.

Nie udało się jednak.

– To chyba cię poproszę, żebyś zadzwonił do niej ze swojego telefonu… zadzwonisz?…

– Zadzwonię…

Wybrał numer i podał mi aparat. Usłyszałem sygnał wołania, a jednocześnie… zarys psiej sylwetki i całkiem wyraźnie grzbiet porośnięty rudą sierścią… czyżby to była Rudzia? Tak, bez wątpienia Rudzia! Skąd się tu wzięła?

Nie wiem dlaczego, ale przyszła mi taka myśl: „O psa też się Ela martwi…”

Usłyszałem w słuchawce głos:

– Halo?

– Elu, to ja. Przepraszam, ale absolutnie nie zdążę przyjechać, tak jak planowałem. I chyba podróż zajmie mi całą noc.

– Dobrze. Czekam na ciebie. Przyjedź jak najszybciej.

– Przyjadę, ale najpierw muszę do ciebie wysłać psa.

– Psa?

– Rudzię… ale zaraz potem i ja ruszę w drogę…

Dziwna nielogiczna logika snu, czy jak to tam nazwać.

Obudziłem się zmęczony tym majakiem, a i nieco wystraszony.

„– Czekam na ciebie. Przyjedź jak najszybciej” – wciąż brzmiało mi w uszach, chociaż siedziałem na brzegu wersalki z otwartymi już oczami…

„– Przyjadę, ale najpierw muszę do ciebie wysłać psa” – wzdrygnąłem się na wspomnienie tych słów. Co miały znaczyć? Dokąd miałem wysyłać Rudzię? Przecież Ela nie żyła. Ja tak, to co innego, pewnie kiedyś, wcześniej czy później do niej dołączę, ale pies?… Pies nie może trafić w zaświaty… tak przynajmniej mnie uczono…

Wszystko to nie miało sensu. A właściwie to by miało i odczytanie snu byłoby proste – Ela na mnie czeka, a ja za niedługo do niej dołączę. Tam… gdzieś… Tam, po drugiej stronie…

Zatem sen mógł być zapowiedzią mojej śmierci i przekroczenia granicy pomiędzy doczesnością a wiecznością.

I raczej nie mogło tu być miejsca na psa…

„– Czy jednak na pewno?” – natrętna myśl zagnieździła mi się w głowie.

* * *

20 listopada. Szary, smutny, późnojesienny dzień. Dął zimny przenikający aż do szpiku kości wiatr, a ołowiane chmury zasnuwały niebieską powałę. Gawrony ochryple złowróżbnie krakały. Kilkoma z nich podmuchy bezładnie miotały ponad wierzchołkami drzew, pędząc je w górę i gwałtownie ciskając w dół, a wówczas one rozpostarłszy skrzydła, szybowały, zda się bezładnie, póki następny gwałtowny poryw nie cisnął nimi w stronę, w którą chyba nie chciałyby się skierować.

Rudzia nie czuła się dobrze. Od dłuższego już czasu. Od wielu miesięcy. Wizyty u weterynarza… i to niejedna… Nie znaleziono niczego niepojącego… Wszystko w normie… Może tylko nadwaga… I zdecydowanie za duży brzuch!… Pewnie uczulenie. Trzeba ją zacząć czym innym karmić.

– Martwię się o Rudzię – powiedziała Marta. – Chyba musimy znów ją zabrać do weterynarza.

– Dobrze, chociaż jak zwykle powie, że nic jej nie jest. Jeśli już mamy ją zawieźć na badanie, to tym razem lekarz powinien jej zrobić RTG brzucha. Wkładaniem termometru do tyłka i zaglądaniem w zęby niczego się nie wykryje.

* * *

Rudzia dreptała posłusznie w kierunku drzwi gabinetu lekarskiego, choć ostry zimny wiatr dmuchał jej prosto w ślepka.

– Najpierw może zrobimy badanie krwi? – zapytał weterynarz.

– Dobrze.

– Osłucham ją jeszcze.

– I?… – zapytałem, gdy skończył.

– Wszystko w porządku.

– To skąd te dolegliwości?

– Może trzeba zmienić dietę?…

– To już przerabialiśmy.

Bezradnie rozłożył ręce.

– Może by trzeba zrobić prześwietlenie tego brzuszka? – zasugerowałem dość stanowczym tonem.

– Właściwie… to chyba można… Niech ja pan trzyma, żeby się nie ruszała.

Trzymałem.

– Wie pan, Rudzia ma ogromną śledzionę. W całej swojej praktyce jeszcze tak powiększonej nie widziałem… Dobrze byłoby zrobić jeszcze USG.

– Niech pan zrobi.

W milczeniu golił Rudzi brzuszek. Pies znosił to w spokoju.

– Teraz trzeba położyć ją na grzbiecie…

– I co? – zapytałem, gdy badanie dobiegało końca.

– Nie mam dobrych informacji… jest guz na „głowie” śledziony i drugi gdzieś w okolicy żołądka.

– Guz… to znaczy, że…

Potwierdził skinieniem głowy.

– A leczenie?

– Leczenie? Można usunąć śledzionę, ale przeżywalność psów po takim zabiegu to na ogół zaledwie kilka miesięcy… Można spróbować leczenia hormonalnego… można, ale przysporzy się psu cierpień…

– Rokowanie?

– Trudno powiedzieć – bezradnie rozłożył ręce. Obecnie obserwuję dwa psy z takim samym schorzeniem. Jeden żyje już półtora roku, drugi rok. Póki więc Rudzia nie ma bólów… to ja bym tego nie ruszał.

* * *

„Więc co, Elu?” – pomyślałem. „Więc co? Co dalej? Czyżby najprostsze wyjaśnienie? Pierwsza odejdzie Rudzia, którą jeszcze ja wyprawię na tę stronę, po której ty już się znajdujesz, a niedługo potem i ja dołączę do was?…”

* * *

I płynął czas, dziwny czas, smutny czas…

* * *

24 kwietnia 2020, wieczór. Rudzia poczuła się bardzo źle. Cierpi. To widać. Jak jej pomóc? Od kilku dni dostaje tabletki chlorelli, sama się o nie upomina, bo pewnie czuje się po nich lepiej. Ale znów się pogorszyło.

Jeszcze jedna porcja chlorelli i – na próbę i ryzyko pyłek pszczeli. Po kilkunastu minutach wyraźna ulga i poprawa. Rudzia śpi spokojnie do rana. Tylko ten bardzo, bardzo ciężki oddech i pochrapywanie…

25 kwietnia 2020, ranek. Kilka tabletek chlorelli i sporo pyłku. Przypiąłem Maluszkowi smycz do obroży, otworzyłem drzwi na dwór.

Rudzia wybiegła na zewnątrz, a potem naszą wąską uliczką popędziła niczym strzała. Biegła i skakała niczym szczeniak, który kiedyś, przed laty trafił tutaj, pod nasz dach.

Ale powrót ze spaceru już nie był tak żwawy i radosny. Zmęczona przysiadała co kilka kroków na poboczu i spoglądała mi w oczy, jakby chcąc prosić o wybaczenie, że nie ma siły iść szybciej. Moja Rudzia…

Południe – może trochę wcześniej, a może trochę później, ale jakoś tak.

Od kilku dni mojej psinie znów nasiliły się dolegliwości, choć przez pewien czas wydawało się, że jest dużo lepiej, że być może nie jest aż tak groźnie, jak usłyszeliśmy na jesieni? Ale nie… nie było lepiej. Jednak nie.

Marta z Asią zabrały Rudzię do lekarza.

W napięciu czekałam, aż wrócą.

Zapytałem:

– I co?

– Doktor Świstak zrobił biopsję. Jest płyn w brzuszku i krew w węzłach chłonnych…

* * *

Od czerwca Rudzia zaczęła odmawiać chodzenia na codzienne spacery, więc wędrowaliśmy utartym szlakiem tylko we dwóch – ja i Maluszek. I było nam smutno… i wciąż dręczyła mnie jedna myśl:

„Moja Rudzia… Rudzia ma raka… kilka lat temu martwiłem się, że to ja umrę pierwszy, a ona zostanie na poniewierkę… ale… ale może jeszcze tak naprawdę nic nie było przesądzone?…”

* * *

Czas mijał. Już nie chodziłem z Maluszkiem na spacery. Rudzia na nowo zaczęła mi towarzyszyć, ale chociaż podratowana lekarstwami to jednak pełni sił nie odzyskała dlatego nasze wspólne wyprawy, nie przekraczały stu metrów…

Na razie jeszcze jesteśmy razem. Oby jak najdłużej, a co będzie za jakiś czas? Bo ten płynie nieubłaganie. Czy Rudzia, czy ja?… nie wiem komu z brzegu… kto po kim zapłacze…

* * *

Rudzia odeszła… ja zapłakałem…

Książkę, z której pochodzi opowiadanie można nabyć tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/azor-opowiadania-o-psach-andrzej-sarwa

UZALEŻNIENIE OD PORNOGRAFII I ZESPÓŁ PŁATA CZOŁOWEGO. Wpływ pornografii na mózg, część 2.

Wpływ pornografii na mózg, część 2

https://www.theoccidentalobserver.net/2012/09/30/pornographys-effect-on-the-brain-part-2

30 września 2012, dr Lasha Darkmoon

4. UZALEŻNIENIE OD PORNOGRAFII I ZESPÓŁ PŁATA CZOŁOWEGO

Wydaje się, że uszkodzenie płata czołowego, spowodowane długotrwałym uzależnieniem od pornografii i kompulsywną masturbacją, która mu towarzyszy, spowoduje konstelację zachowań zwanych „zespołem płata czołowego”. Obejmują one cztery główne wzorce zachowań: (1) Impulsywne zachowanie z niewielkim uwzględnieniem konsekwencji. (2) Zachowania kompulsywne, często prowadzące do całkowitej utraty kontroli. (3) Zachowania labilne emocjonalnie, tj. nagłe i nieprzewidywalne wahania nastroju. (4) Upośledzony osąd, prowadzący do podejmowania katastrofalnych decyzji.

Obecnie wiadomo, że wszystkie te stany są spowodowane uszkodzeniem płata czołowego. Chociaż mogą one powstać natychmiastowo w wyniku wypadku samochodowego lub innego poważnego urazu mózgu, mogą również wystąpić jako stopniowy proces poprzez nawyk kompulsywnej masturbacji pornografią przez długi okres czasu. „Nemo repente fuit turpissimus”, zauważył dawno temu rzymski satyryk Juvenal. „Nikt nie stał się wyjątkowo niegodziwy od razu”. Dzieje się to powoli, krok po kroku. Zasiej czyn, a zbierzesz nawyk; zasiej nawyk, a zbierzesz charakter; zasiej charakter, a zbierzesz przeznaczenie. Ktokolwiek to powiedział, z pewnością miał coś na myśli.

Dr Victor Cline, prawdopodobnie czołowy światowy ekspert w dziedzinie uzależnienia od seksu, ma to do powiedzenia na temat pornografii i kompulsywnej masturbacji w swoim klasycznym eseju Pornography’s Effects on Adult and Child:

Z mojego doświadczenia jako terapeuty seksualnego wynika, że każda osoba, która regularnie masturbuje się do pornografii, jest narażona na ryzyko, że z czasem stanie się uzależniona od seksu, a także uzależni się od dewiacji seksualnych.

Częstym efektem ubocznym jest to, że drastycznie zmniejsza to ich zdolność do kochania. Ich seksualna strona staje się w pewnym sensie odczłowieczona. Wielu z nich rozwija „obcy stan ego” (lub ciemną stronę), którego rdzeniem jest antyspołeczna żądza pozbawiona większości wartości.

Z czasem „haj” uzyskany z masturbacji pornografią staje się ważniejszy niż prawdziwe relacje życiowe. Edukatorzy zdrowotni powszechnie uważają, że masturbacja ma znikome konsekwencje, ale jednym z wyjątków wydaje się być powtarzająca się masturbacja do dewiacyjnych obrazów pornograficznych, która grozi (poprzez warunkowanie) nabyciem uzależnień seksualnych i / lub innych patologii seksualnych.

Nie ma znaczenia, czy ktoś jest wybitnym lekarzem, prawnikiem, ministrem, sportowcem, dyrektorem korporacji, prezesem college’u, niewykwalifikowanym robotnikiem czy przeciętnym 15-letnim chłopcem. Wszyscy mogą zostać uwarunkowani do dewiacji.

Proces warunkowania masturbacyjnego jest nieubłagany i nie ustępuje samoistnie. Przebieg tej choroby może być powolny i prawie zawsze jest ukryty. Zwykle jest to sekretna część życia mężczyzny, która niczym rak rośnie i rozprzestrzenia się. Rzadko się cofa, a ponadto jest bardzo trudna do leczenia i wyleczenia.

Płat czołowy, znajdujący się bezpośrednio za czołem, obejmuje kilka różnych funkcji, ale dotyczy przede wszystkim osądu i kontroli zachowania, tj. zdolności do rozpoznawania konsekwencji swoich działań i unikania lekkomyślnych i impulsywnych zachowań zagrażających przetrwaniu.

5. HISTORIA PRZYPADKU UZALEŻNIENIA OD PORNOGRAFII

Zanim przejdziemy dalej, konieczne jest przekonanie czytelnika, że uzależnienie od pornografii jest rzeczywiście poważnym problemem – w rzeczywistości epidemią bez precedensu w historii ludzkości.

Pornografia nie jest już względnie łagodnym afrodyzjakiem, jakim była w czasie Lata Miłości w 1967 roku, kiedy to rewolucja seksualna po raz pierwszy zaczęła się rozwijać. Wraz z pojawieniem się Internetu i postępem w komunikacji audiowizualnej, jej śmiertelność wzrosła wykładniczo. Przyszłe postępy w dziedzinie obrazów holograficznych i narkotyków rzeczywistości grożą tym, że porno stanie się tak nieodparte dla przyszłych pokoleń, że zwykły seks, jaki znamy, zbladnie i nie będzie miał swojego zwyczajowego uroku. Autoerotyzm będzie wtedy królował, a uzależnieni od seksu zombie, o martwych oczach i śliniący się z nieugaszonej żądzy, odziedziczą ziemię i zamienią ją w rozległe masturbatorium.

Oto jedna z wizji nadchodzącej dystopii seksualnej: koszmar science fiction, który ma wszelkie szanse na realizację. Jest to świat, w którym przetrwają tylko osoby sprawne seksualnie, wyszkolone do samodyscypliny i kontroli impulsów. Ci o słabej woli i zdegenerowani niekoniecznie wymrą. Po prostu pogrążą się w amorficznym lumpenproletariacie jako stali niewolnicy.

Pozwolę teraz dr Victorowi Cline’owi przedstawić jeden z jego najbardziej odkrywczych przypadków uzależnienia od pornografii:

Jeden z moich pacjentów był tak głęboko uzależniony, że nie mógł trzymać się z dala od pornografii przez 90 dni, nawet za 1000 dolarów. Osobom nieuzależnionym trudno jest pojąć całkowicie uzależnioną od seksu naturę. Kiedy „fala” uderza w nich, nic nie jest w stanie przeszkodzić im w zdobyciu tego, czego pragną – czy będzie to pornografia połączona z masturbacją, seks z prostytutką, molestowanie dziecka, czy gwałt na kobiecie.

Przykład może pomóc zilustrować ten problem. Ralph był uzależniony od seksu, żonaty od 12 lat i miał trójkę dzieci. Był aktywny w swoim kościele i wyznawał szczere, wysokie zasady moralne. Wierzył w Dziesięć Przykazań i sprzeciwiał się cudzołóstwu. Jednak jego szczególny cykl obejmował korzystanie z pornografii, a następnie płatny seks z prostytutkami. Po każdym incydencie błagał Boga o przebaczenie i przysięgał, że to się nigdy nie powtórzy. Ale tak się działo, wciąż i wciąż.

Ponieważ przyczyną każdego cudzołożnego aktu było korzystanie z pornografii, postanowiliśmy spróbować uwolnić go od uzależnienia od tego materiału. Poprosiłem go, by wypisał mi czek na 1000 dolarów, zaznaczając, że zwrócę go, jeśli przez 90 dni nie będzie korzystał z pornografii. Ralph uwielbiał trzymać się swoich pieniędzy i był bardzo zainteresowany naszą strategią. „Nie ma mowy, żebym oglądał sprośne filmy lub magazyny, gdybym wiedział, że będzie mnie to kosztować tysiąc dolarów!” – powiedział.

Przez jakiś czas udawało mu się oprzeć pokusie. Ale 87 dnia, podczas podróży służbowej, przejeżdżał obok księgarni „dla dorosłych” w nieznanym mieście. Wcisnął hamulec, wszedł do sklepu i wpadł w szał na 90 minut. Kiedy zobaczyłem go w następnym tygodniu, ze łzami w oczach wyznał, że stracił 1000 dolarów. Ponieważ był trzeźwy przez 87 dni, postanowiłem dać mu jeszcze jedną szansę.

Rozpoczęliśmy więc kolejny 90-dniowy cykl „trzeźwości”. Oboje czuliśmy, że skoro udało mu się wytrzymać 87 dni, to z pewnością da radę wytrzymać 90, jeśli spróbujemy jeszcze raz, zwłaszcza jeśli oznaczało to odzyskanie 1000 dolarów.

Tym razem wytrzymał tylko 14 dni, zanim nastąpił nawrót. Stracił swoje pieniądze, które zostały przekazane na cele charytatywne. Był bardzo zdeterminowany, by rzucić palenie, by uratować swoje małżeństwo i żyć w zgodzie ze swoimi zasadami religijnymi. Tak się jednak nie stało. Moim zdaniem, nawet gdyby dał mi 10 000 dolarów, i tak wróciłby do nałogu. Kiedy dopada ich fala uzależnienia, pochłania ich apetyt, bez względu na koszty i konsekwencje. Ich uzależnienie praktycznie rządzi ich życiem.

Każdy akt masturbacji do pornografii wciąga rybę, że tak powiem, głębiej i głębiej w sieć. Profesor Donald L. Hilton, wykorzystując metaforę ryby w sieci, wyjaśnia cały proces w technicznym języku nauki:

Pornografia to potrójny haczyk, składający się z hipofrontalności korowej, obniżenia poziomu dopaminy i wiązania oksytocyny / wazopresyny. Każdy z tych haczyków jest potężny i działa synergicznie. Pornografia osadza swoje haczyki bardzo szybko i głęboko, a wraz z postępem uzależnienia stopniowo zaciska dopaminergiczny opór, aż nie ma już luzu na linii. Osoba jest przyciągana coraz bliżej łodzi i czekającej sieci.

Twierdzenie, że uzależnienie od pornografii może powodować uszkodzenie mózgu, jest co prawda nadal kontrowersyjne – patrz sekcja zatytułowana „Uszkodzenie płata czołowego”, napisana przez praktykującego neurochirurga i profesora nadzwyczajnego neurologii, Donalda L. Hiltona, cytowana powyżej – ale twierdzenie, że uzależnienie od tytoniu może prowadzić do raka płuc i chorób serca, było równie kontrowersyjne, gdy zostało po raz pierwszy wyemitowane. Niemniej jednak, biorąc pod uwagę odkrycia neurobiologiczne omówione powyżej, nie ma wątpliwości, że obszary mózgu leżące u podstaw nagrody seksualnej ulegają zmianom strukturalnym, w wyniku czego osoby są znacznie silniej motywowane przez obrazy pobudzające seksualnie. To, czy ktoś chce nazwać to uszkodzeniem mózgu, wydaje się dyskusyjne. Najważniejsze jest to, że rezultatem jest przesadne przyciąganie do nagrody seksualnej kosztem innych emocji – w szczególności miłości.

W każdym razie mamy tu do czynienia z uzależnieniem, które jest prawdopodobnie gorsze niż uzależnienie od cracku czy heroiny. W dzisiejszych czasach nie jest to nawet kontrowersyjne. Jest to twierdzenie tak często powtarzane przez terapeutów uzależnienia od seksu, że nikt, kto badał ten temat, nie jest już tym zaskoczony.

6. KOKAINA I METAMFETAMINA: ICH ROLA W UZALEŻNIENIU OD PORNOGRAFII

Poszczególne narkotyki wzmacniają seks. Jest to dobrze znane każdemu, kto kiedykolwiek zażywał narkotyki. Pod wpływem narkotyku intensywność doznań seksualnych może wzrosnąć dziesięciokrotnie: stając się świętą lub satanistyczną, boską lub demoniczną, w zależności od stanu umysłu, ale zawsze pikantną, szaloną i quasi-mistyczną. Dlatego też uzależnienie od narkotyków i uzależnienie od seksu często idą w parze, intensyfikując się nawzajem i sprawiając, że podwójne uzależnienie ćpuna seksualnego staje się wykwintną przyjemnością nieodróżnialną od przeszywającego bólu.

Dwa z najsilniejszych afrodyzjaków używanych obecnie to kokaina i metamfetamina. Łatwa dostępność tych narkotyków w dzisiejszych czasach zwiększyła nie tylko liczbę osób uzależnionych od seksu w społeczeństwie, ale także intensywność ich uzależnienia. Okazuje się, że zarówno kokaina, jak i metamfetamina są szeroko stosowane w połączeniu z pornografią. Rezultatem jest kompulsywna masturbacja na epicką skalę, jakiej niewiele społeczeństw w przeszłości kiedykolwiek znało. Rzeczywiście, nasza cywilizacja jest pierwszą w historii, która uczyniła z masturbacji sport wyczynowy.

Przez wieki kokaina była znana ze swoich silnych właściwości afrodyzjakalnych. W rzeczywistości jednym z powodów, dla których ludzie zażywają kokainę, jest uzyskanie seksualnego „super haju”. Na początku XX wieku kokaina zyskała rozgłos dzięki swojej zdolności do wywoływania „szału seksualnego” i „niekontrolowanego pożądania” u stereotypowego „ćpuna”. Dziś w San Francisco i innych dużych miastach kokaina jest otwarcie sprzedawana w gejowskich łaźniach, gdzie prowadzi do samobójczego seksu bez zabezpieczenia:

W moim mieście, Toronto, rozwiązły, niebezpieczny seks jest popularną cechą łaźni, które powstały w ciągu ostatnich kilku lat. Niektóre z nich mają teraz licencję na sprzedaż piwa, które nieoficjalnie uzupełniają o poppersy i crack kokainę (można je palić w pokoju) jako dodatkowe korzyści.

Metamfetamina („meth”) wydaje się być jeszcze silniejszym afrodyzjakiem. Jest bardziej popularna wśród kobiet niż kokaina, ponieważ powoduje szybką utratę wagi, w każdym razie na początku. Wspólnymi cechami osób uzależnionych od kokainy i metamfetaminy są wspólne orgie, napady seksu i kompulsywna masturbacja z pomocą pornografii.

Trajektoria typowego uzależnionego od metamfetaminy jest szczególnie ponura. Żadna ilość orgiastycznego seksu nie zrekompensuje spustoszenia czasu.

* *

Nie bez znaczenia jest fakt, że uzależniony od seksu satanista Aleister Crowley i ojciec rewolucji seksualnej Zygmunt Freud byli uzależnieni od kokainy. Oto Crowley wypowiadający się elokwentnie na temat kokainy w kontekście „magii seksu”. Freud, którego wczesna teoria psychoanalityczna była podobno produktem ubocznym zażywania kokainy, zalecał kokainę jako środek przeciwbólowy i przeciwdepresyjny, dyskretnie pomijając jej afrodyzjakalne właściwości.

Dziwną dodatkową cechą występującą u osób uzależnionych od kokainy, o której rzadko wspomina się poza specjalistycznymi publikacjami, jest to, że jest to narkotyk, który często zmienia heteroseksualnych mężczyzn w homoseksualistów – nawet wbrew ich naturalnym skłonnościom i ku ich późniejszemu obrzydzeniu. Gejowskie porno najwyraźniej załatwia sprawę, ułatwiając naćpanym heteroseksualnym mężczyznom drogę do homoseksualności. Mówi się, że heteroseksualne kobiety mogą zażywać kokainę, niekoniecznie stając się lesbijkami. Osobiście w to wątpię. Moje własne doświadczenie w obserwowaniu innych przekonuje mnie, że biseksualność może być wywołana u obu płci przez połączenie narkotyków i seksu.

Przewlekłe przyjmowanie dużych dawek kokainy [jak nam powiedziano] może prowadzić do nieprawidłowych zachowań seksualnych, takich jak kompulsywna masturbacja i maratony z wieloma partnerkami. Odhamowujące działanie kokainy lub metamfetaminy otwiera wrota seksualnej przygody. Tylko pod wpływem kokainy lub metamfetaminy niektórzy heteroseksualiści angażują się w homoseksualne fantazje i zachowania….

Połączenie zażywania narkotyków i seksu, dwóch niezwykle silnych substancji wzmacniających, tworzy „super haj”, który jest bardziej uzależniający niż samo zażywanie narkotyków. Dla tych osób narkotyki i seks są nierozłączne….

Podobnie jak kokaina, ale jeszcze bardziej dramatycznie, metamfetamina zwiększa popęd seksualny, obniża zahamowania, opóźnia orgazm i poprawia sprawność seksualną u wielu użytkowników. Afrodyzjakalne działanie metamfetaminy jest znacznie dłuższe niż kokainy … jest ona szczególnie atrakcyjna dla osób poszukujących długotrwałych, wysoce erotycznych i nieskrępowanych doświadczeń seksualnych….

Ciekawym zjawiskiem zauważonym wiele lat temu przez jednego z obecnych autorów, ale rzadko omawianym w literaturze, jest zdolność kokainy do stymulowania homoseksualnych fantazji i wywoływania homoseksualnych zachowań u mężczyzn, którzy identyfikują się jako heteroseksualni. Mężczyźni ci zgłaszają, że pod wpływem kokainy doświadczają fantazji erotycznych dotyczących seksu z innymi mężczyznami.

Po odstawieniu narkotyku wielu z tych mężczyzn zgłasza uczucie skrajnej dysforii i niepokoju z powodu swoich homoseksualnych zachowań. Wielu z nich doświadcza intensywnego uczucia wstydu. Wydaje się, że przytłaczająca większość tych mężczyzn jest zasadniczo heteroseksualna

7. WNIOSEK

To, że długotrwałe korzystanie z pornografii, któremu towarzyszy kompulsywna masturbacja, faktycznie powoduje zmiany strukturalne w mózgu, jest obecnie poza dyskusją. To, czy jest to równoznaczne z „uszkodzeniem mózgu” w klasycznym sensie, jest kwestią sporną i będzie gorąco zaprzeczane przez lobby masturbacyjne i wszystkich tych, którzy błędnie wierzą, że masturbacja jest środkiem odstresowującym i lekarstwem na depresję. Uzależnienie od pornografii i jego nieodłączny towarzysz, kompulsywna masturbacja, są w rzeczywistości czynnikami zwiększającymi stres. Często występują jako główne objawy zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych. Zamiast łagodzić depresję, nasilają ją. W rzeczywistości zbyt często są one przyczyną depresji, ponieważ powodują ogromną utratę poczucia własnej wartości. Są to truizmy, oczywiste dla wszystkich z wyjątkiem handlarzy kłamstw.

Nie można już wątpić w to, że pornografia niszczy charakter, osłabia wolę i wywołuje dewiacje seksualne u tych, których zaraża. To, że pod wpływem narkotyków, takich jak kokaina, może nawet czasami zmienić heteroseksualistów w homoseksualistów, jest jeszcze bardziej złowieszczym zjawiskiem.

W międzyczasie nie ma wątpliwości, że zjadliwa epidemia seksu, której jesteśmy świadkami wokół nas, jest celowo zaplanowaną seks-psychologią. Tego właśnie chcą rządy. Władcy marionetek – którzy pociągają za ukryte sznurki naszych zachodnich reżimów, wszystkie udające demokracje – zdołali wyprodukować dokładnie to, co widzimy, gdy rozglądamy się wokół nas: powszechną nerwicę, masową nędzę, upadek wartości moralnych, chrześcijaństwo w ruinie i grubą brutalizację zwykłego człowieka.

Nie potrzeba gułagów dla tych, którzy godzą się na własne kajdany.