Chrystus powiada o Sobie, iż jest światłością świata. Papież w Indonezji naucza, że światłością są chrześcijanie i muzułmanie. Zmierzają wspólnie ku ostatecznemu celowi na drodze braterstwa; a różnice w rytach i doktrynie są tylko powierzchnią, bo to, co naprawdę istotne, jest ukryte pod spodem.
Papież Franciszek udał się w podróż do Azji Południowo-Wschodniej: Indonezji, Papui Nowej Gwinei, Timoru Wschodniego i Singapuru. W krótkiej notce opublikowanej na PCh24.pl sugerowałem niedawno, że podróż ta może stać się okazją do zakomunikowania wielu stwierdzeń, które będą graniczyć z błędami indyferentyzmu religijnego. Niestety, to przewidywanie okazało się nazbyt optymistyczne: podczas spotkań z muzułmanami w Indonezji Franciszek konsekwentnie traktował ich tak, jakby nie potrzebowali żadnego nawrócenia, a islam był w pełni uprawnioną drogą, która prowadzi ich ku Bogu. W płaszczyźnie zarówno słów jak i symboli podróż stała się narzędziem utożsamiania Boga Trójjedynego z Allahem. Chrystus to wielki nieobecny papieskich wystąpień, a ostatecznym celem Kościoła i człowieka stało się prowadzenie drogą braterstwa „ku światłu” – bynajmniej nie w Chrystusie Panu.
Skupię się tu wyłącznie na tych działaniach i słowach Franciszka, które były adresowane do muzułmanów. Wyznawcy islamu stanowią lwią część populacji Indonezji i byłoby rzeczą naturalną, gdyby następca św. Piotra, spotykając się z nimi, starał się choćby w najdelikatniejszy możliwy sposób zachęcić ich do zainteresowania Osobą Zbawiciela. Nie chodzi bynajmniej o nachalne wzywanie do dołączenia do Kościoła katolickiego, ale o próbę takiego naświetlenia Pana Jezusa, żeby wywołać wśród islamskich słuchaczy pragnienie bliższego poznania Syna Bożego. Niestety: bazując na oficjalnych materiałach publikowanych przez Stolicę Apostolską można stwierdzić, że nic takiego nie miało miejsca. Papież Franciszek przez całą podróż konsekwentnie zachowywał się tak, jakby islam był absolutnie równoprawną religią.
Mówiąc krótko: Franciszek działał w pełnej zgodzie z literą deklaracji z Abu Zabi, którą w 2019 roku podpisał wraz z Wielkim Imamem z Al-Azhar w Kairze, Ahmadem al-Tayyebem, według której Bóg życzy sobie istnienia różnych religii.
4 września papież wygłosił w pałacu prezydenckim w Dżakarcie przemówienie adresowane do władz Indonezji. Zawarł w nim wiele pozytywnych elementów, na przykład potępienie aborcji oraz wezwanie do wielodzietności, co zasługuje na pochwałę. Niestety, gdy idzie o świadectwo religijne, było skrajnie niekatolickie. W całym wystąpieniu ani razu nie padło imię Pana Jezusa. Papież mówił wprawdzie o Kościele katolickim, ale jego misję przedstawił wyłącznie w kategoriach doczesnych. Stwierdził:
„Kościół katolicki służy dobru wspólnemu i pragnie wzmocnić współpracę z instytucjami publicznymi i innymi podmiotami społeczeństwa obywatelskiego, ale nigdy nie prozelityzuje i zawsze szanuje wiarę każdego człowieka. Kościół pragnie zachęcać do tworzenia bardziej zrównoważonej tkanki społecznej i zapewnić bardziej skuteczną i sprawiedliwą dystrybucję pomocy społecznej”.
Innymi słowy, Kościół w papieskim świadectwie skierowanym do wyznawców fałszywej religii został sprowadzony do roli organizacji dobroczynnej o celach wyłącznie materialistycznych.
5 września papież wygłosił przemówienie w największym meczecie Indonezji, Istiqlal w Dżakarcie, uczestnicząc w spotkaniu międzyreligijnym, gdzie obecni byli z natury rzeczy głównie muzułmanie (choć nie tylko oni). Rozpoczął od określenia meczetu mianem „wielkiego domu ludzkości”, do którego „każdy może wejść, robiąc miejsce dla tęsknoty za nieskończonością, którą każdy z nas nosi w sercach”.
Następnie Franciszek zaczął mówić obrazowo o jedności islamu i chrześcijaństwa. Odwołał się do bardzo specyficznego rozwiązania architektonicznego związanego z meczetem Istiqlal. Otóż meczet ów znajduje się naprzeciwko katolickiej katedry Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Obie świątynie są połączone tunelem, który nazywa się „Tunelem Przyjaźni”.
Franciszek wykorzystał ten obraz, by przedstawić chrześcijaństwo oraz islam jako dwa porządki kulturowo-obrzędowe, które opierają się na tej samej głębokiej zasadzie, jaką jest dążenie do poszukiwania nieskończoności. Proszę uważnie przeczytać słowa papieża:
„Na powierzchni zarówno w meczecie jak i katedrze są przestrzenie, które są definiowane i odwiedzane przez swoich wiernych, ale pod ziemią w tunelu ci sami ludzie mogą spotkać się ze sobą i z perspektywą religijną drugiego. Ten obraz przypomina nam o ważnym fakcie, że widzialne aspekty religii – ryty, praktyki i tak dalej – są dziedzictwem, które należy strzec i szanować. Możemy jednak powiedzieć, że to, co leży “pod spodem”, co biegnie w podziemiach, jak “Tunel Przyjaźni”, jest jednym wspólnym korzeniem dla wszystkich wrażliwości religijnych: to poszukiwanie spotkania z boskością, pragnienie nieskończoności, które Wszechmocny umieścił w naszych sercach, poszukiwanie większej radości i życia silniejszego niż jakikolwiek rodzaj śmierci, które ożywia podróż anszego życia i nakłania nas do przekroczenia naszych granic, by spotkać Boga. Pamiętajmy tutaj, że patrząc głębiej, ujmując to, co płynie w głębinie naszego życia, to znaczy pragnienie pełni mieszkające na dnie naszego serca, odkrywamy, że wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami, wszyscy jesteśmy pielgrzymami na naszej drodze do Boga, ponadto, co nas od siebie różni”.
Jak Państwo widzą, Franciszek bardzo wyraźnie sprowadza tutaj różnice religijne do tego, co powierzchowne, wskazując, że to, co naprawdę istotne – jest ukryte gdzieś pod spodem. Mamy do czynienia z klasycznym przykładem herezji modernistycznej, która wszystkie religie wywodzi od wewnętrznego i wrodzonemu każdemu człowiekowi poczucia boskości. Zarazem rzecz jest typowa dla środowisk wolnomularstwa deistycznego. Znamienne, że niepodległa Indonezja powstała przy dużym udziale masonerii, zaimplementowanej w tym kraju przez Holendrów; loże holenderskie są związane z masonerią anglosaską, która – w przeciwieństwie do masonerii dominującej dziś we Francji – nie jest ateistyczna, ale zasadniczo „deistyczna”. Papieska interpretacja „Tunelu Przyjaźni” wpisuje się w idee krzewione przez te grupy: nie chodzi tu wyłącznie o czysto praktyczną przyjaźń, ale o przejawiającą się na najgłębszym poziomie faktyczną (rzekomą) jedność islamu i chrześcijaństwa.
Być może jeszcze wyraźniej wybrzmiało to w krótkim przemówieniu, które Franciszek wygłosił w samym „Tunelu Przyjaźni”. Powiedział tam między innymi:
„Kiedy myślimy o tunelu, łatwo pojawia się nam obraz ciemnego przejścia. Może to być przerażające, zwłaszcza gdy jesteśmy sami. Tutaj jest jednak inaczej, bo wszystko jest oświecone. Chciałbym wam powiedzieć, że to wy jesteście światłem, które to oświeca; czynicie tak poprzez swoją przyjaźń, poprzez harmonię, którą krzewicie, wsparcie, którego sobie udzielacie, przez wspólne podróżowanie, które ostatecznie prowadzi was do pełni światła. My, którzy należymy do różnych tradycji religijnych, mamy rolę do odegrania w niesieniu każdemu pomocy w przekraczaniu tuneli życia z oczami utkwionymi w świetle. Wtedy, na końcu podróży, będziemy w stanie rozpoznać w tych, którzy szli obok nas, brata i siostrę, z którym możemy dzielić życie i nawzajem sobie pomagać”.
W nauce Kościoła to Jezus Chrystus jest Światłem, które przychodzi ze Wschodu. W powyższej wypowiedzi papieskiej symbolika światła została jednak wykorzystana zupełnie inaczej. Ku światłu zmierzają nie tylko chrześcijanie, ale również muzułmanie – innymi drogami, niemniej jednak do dokładnie tego samego celu. Więcej nawet: podczas gdy nasz Pan Jezus Chrystus mówi o Sobie: „Ja jestem światłością świata4. Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia” (J 8, 12), papież Franciszek dokonuje jakby trawestacji tych słów, nazywając „światłem” chrześcijan i muzułmanów. Mamy do czynienia nie tylko z rozciągnięciem wymiaru światłości z chrześcijaństwa również na islam, ale także z przeniesieniem tego wymiaru z Boga-Człowieka na ludzi jako takich, co, znowu, zgodne jest z gnostycko-masońską koncepcją samo-oświecenia, która zakłada, iż przedzierając się poprzez różnorodne ryty i praktyki religijne człowiek odkrywa, iż jest tożsamy z bóstwem, w ten sposób osiągając pełnię swojego istnienia – w samym sobie.
W dalszej części Franciszek powiedział też:
„Przyjmując innych i szanując ich tożsamość, braterstwo wzywa ich na wspólnej drodze, którą kroczymy w przyjaźni, prowadząc ku światłu”.
Podczas gdy Chrystus Pan naucza, iż podążanie za Nim prowadzi do światła, papież Franciszek uczy, że do światła prowadzi chrześcijan i muzułmanów co innego, a mianowicie podążanie drogą braterstwa.
Innymi słowy, zbawienie zdaje się nie leżeć w Chrystusie, ale w braterstwie, co – czy nam się to podoba, czy nie – znowu odnosi nas do masońskich ideałów, wyrażonych lapidarnie w okrwawionym haśle francuskiej rewolucji.
Wszystkie papieskie cytaty pochodzą z oficjalnej strony Watykanu, każdy może je sprawdzić.
Dialog ekumeniczny i międzyreligijny przybiera w Polsce szczególne rozmiary. Ma wiele cech politycznych, co stanowi poważne niebezpieczeństwo dla religii. Wydaje się, że czas przezwyciężyć utrzymujący się wciąż nastrój otwartości na liberalne paradygmaty. Tak jak myślimy znów ciepło o pewnych formach ochrony polskiej gospodarki, widząc, jak rabunkową postawę przyjęły zagraniczne koncerny, tak winniśmy z jeszcze większą troską objąć ochroną depozyt wiary – dziś rozmywany przez ideologię.
17 stycznia Kościół katolicki w Polsce będzie obchodzić Dzień Judaizmu. To specyficzna polska inicjatywa, która poprzedza ogólnokościelne obchody Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan w dniach 18 – 25 stycznia. Po Tygodniu – znowu tylko w Polsce – obchodzi się jeszcze kościelny Dzień Islamu. Wszystko to jest jednak, niestety, poważnym nieporozumieniem [ściślej : skandalicznym błędem. md] : zarówno gdy idzie o cele przyświecające tym inicjatywom, jak i o skutki, które rodzą.
Nowy ekumenizm Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan
Sam Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan wprowadził do Kościoła papież Leon XIII, a św. Pius X przeniósł go na obecny termin. Początkowo inicjatywa była wspaniała: katolicy modlili się o to, aby heretycy i schizmatycy porzucili błędy i przyjęli autentyczną naukę Chrystusa w Kościele katolickim.
Niestety, po II Soborze Watykańskim „Tydzień” zaczął zmieniać charakter. Stał się modlitwą nie o nawrócenie, ale o zaprowadzenie, by tak rzec, jedności w różnorodności. Co to oznacza? Sprowadza się to często do organizowania wspólnych zjazdów nacechowanych afirmacją różnych „tradycji” kościelnych.
Ciekawe, że jeszcze w 1928 roku – przecież niespełna wiek temu – podobne inicjatywy dotyczące zarówno religii niechrześcijańskich jak i ruchów heretyckich potępiał Pius XI w encyklice Mortalium animos; taka była przecież nauka Kościoła, która w spotkaniach z niechrześcijanami, heretykami i schizmatykami widziała oczywisty błąd. Pius XI wskazywał, że chodzi o „błędne zapatrywanie, że wszystkie religie są mniej lub więcej dobre i chwalebne, o ile, że one w równy sposób, chociaż w różnej formie, ujawniają i wyrażają nasz przyrodzony zmysł, który nas pociąga do Boga i do wiernego uznania Jego panowania”.
Można argumentować, że to nie opisuje współczesnego nam ruchu ekumenicznego i dialogowego. W teorii nie taka jest nauka stojąca za obecną praktyką Kościoła. Jeżeli wziąć do ręki dokument Dominus Iesus Kongregacji Nauki Wiary z 2000 roku, to widzimy, że zgodnie z nauczaniem Kościoła – Kościół jest tylko jeden i jest nim Kościół katolicki jako Mistyczne Ciało Chrystusa, który to z kolei jest jedyną prawdą. Niestety, to teoria, której w ekumenicznej codzienności po prostu nie widać. Rewolucyjne interpretacje nauczania II Soboru Watykańskiego, zwłaszcza konstytucjiLumen gentium, głoszą coś wprost przeciwnego. Pytanie, na ile inne interpretacje są logiczne możliwe, jeżeli trzymać się litery tekstu. Dyskusje na ten temat, pomimo upływu kilku dziesiątek lat, wciąż trwają.
W efekcie na gruncie rewolucyjnego ekumenizmu w świat wysyła się prostą informację: Kościół katolicki uważa inne grupy chrześcijańskie za równoważne podmioty, w których chrześcijanie w uprawniony i godny szacunku sposób kierują się nauką Chrystusa, mając nadzieję na osiągnięcie zbawienia. W tej sytuacji trudno o konwersję: protestant, który przez całe swoje życie słyszy z ust hierarchów Kościoła zapewnienia o szacunku dla jego „odrębnej drogi” nigdy nie nawróci się na katolicyzm. Może to zrobić tylko ten czy ów intelektualista, teolog, ale zwykły człowiek – nie, bo przyjęta po Soborze formuła ekumenizmu po prostu utwierdza go w jego błędach. Jeżeli obchody Tygodnia Modlitw o Jedność Chrześcijan są utrzymane w takim paradygmacie, to słuszne jest stawiać pytanie o ich rzeczywistą prawomocność i celowość.
Judaizm i „rewolucja” kopernikańska
Bardzo podobna konstrukcja obowiązuje w przypadku judaizmu. Na gruncie deklaracji Nostra aetate w Kościele zaczęto odrzucać nauczanie o zastąpieniu Izraela przez Kościół katolicki; twierdzi się, że żydów nie należy nawracać, bo mają oni swoją własną drogę; czym dla chrześcijan Chrystus, tym dla żydów Mojżesz. Jest to oczywista bzdura: Chrystus nie przyszedł w pierwszej kolejności do pogan, ale do żydów. Jeżeli wyłącznie On jest Drogą, Prawdą i Życiem – to również dla żydów. Nie ma cienia wątpliwości, że posoborowy stosunek Kościoła do judaizmu jest nacechowany indyferentyzmem religijnym, który Kościół w swoich wielokrotne powtarzanych orzeczeniach zawsze potępiał.
Problem związany z Dniem Judaizmu manifestuje się silnie w wystąpieniach abp. Grzegorza Rysia. Metropolita łódzki wydał w tym roku książkę o judaizmie. Jak zachwalał, jego praca jest owocem – uwaga – „przewrotu kopernikańskiego w kwestii relacji” z żydami. „Przewrót” oznacza tyle, co „rewolucja”. Abp Ryś mówi zatem niemal wprost, że w Kościele doszło w tej kwestii do rewolucji. Jak wyjaśnia, od II do XX wieku w Kościele przyjmowano teologię zastępstwa, to znaczy wierzono, iż Kościół jest nowym Ludem Bożym. Według abp. Rysia zostało to jednak odrzucone i teraz wierzymy inaczej. Na konferencji prasowej prezentując swoją książkę arcybiskup mówił: „Ostatnie ślady tego myślenia mieliśmy, o zgrozo, w naszej liturgii wielkopiątkowej za Żydów, w której jeszcze dwa lata temu w Polsce używaliśmy formuły «Żydzi są narodem, który kiedyś był narodem wybranym». Chwała Bogu, ta formuła została zmieniona i modlimy się dziś tak jak cały Kościół powszechny za Żydów, którzy są narodem pierwszego wybrania”. Mamy tu wyraźne przekonanie, że w liturgii głoszono fałsz, co odkryliśmy dopiero teraz.
Jest jednak problem. Nawet soborowa deklaracja Nostra aetate głosi jasno, że „Kościół jest nowym Ludem Bożym”; Sobór uczy po prostu, że żydów nie należy przedstawiać jako „odrzuconych” przez Boga”. Na gruncie Nostra aetate można byłoby zatem mówić o odrzuceniu teologii odrzucenia, ale w żadnym wypadku nie o odrzuceniu teologii zastępstwa. To fundamentalna różnica. Nie może być tak, że Kościół przez kilkanaście stuleci głosi fałsz, by nagle odkryć to w naszych czasach i uznać, że prawda wygląda zupełnie inaczej.
Na przełomie XIX i XX wieku papieże potępiali tak zwany ewolucjonizm dogmatyczny, to znaczy przekonanie, że prawdy wiary Kościoła stopniowo zmieniają się. Ci, którzy mówią o odrzuceniu teologii zastępstwa niewątpliwie nie należą do potępionej grupy, bo nie są ewolucjonistami dogmatycznymi. Mówiąc o przewrocie kopernikańskim wprost określają siebie jako rewolucjonistów… Marna to zatem pociecha.
Dialog polityczny, nie religijny
Nie jest to w istocie myślenie religijne, ale – jak sądzę – raczej polityczne. Dialog z judaizmem – co widać zwłaszcza w Polsce – jest zarazem nieustannym przepraszaniem za Holokaust. Przykładowo w tym roku centralne obchody Dnia Judaizmu rozpoczną się modlitwą katolików i żydów w Siedlcach, w miejscu, gdzie znajdowała się synagoga spalona przez Niemców. Drugim punktem obchodów będzie sesja wystąpień w seminarium siedleckim, gdzie jednym z tematów będzie właśnie Holokaust. To jasno pokazuje, o co w całej sprawie chodzi. Niemieckie zbrodnie na Żydach są oczywiście niezwykle ważnym tematem. Nie ma jednak żadnego powodu, by zbrodnie Niemców, co więcej głównie niemieckich apostatów bądź protestantów, czynić osią rozmów między polskimi katolikami a żydami. Jeżeli mamy rozmawiać z żydami, to bardzo dobrze, ale… dlaczego nie przede wszystkim o wierze? Możemy wiele nauczyć się od żydów. Żydzi z kolei są wezwani do przyjęcia wiary w Jezusa Chrystusa. Czy zamilczanie tego tematu z powodów politycznych i ze względu na „wrażliwość dla inności” nie jest w istocie zamilczeniem misji Zbawiciela?
Mahomet głosi Allaha w Kościele
Dzień Islamu, który wieńczy ekumeniczno-dialogiczny styczniowy rausz w Polsce, jest z tego wszystkiego chyba najbardziej rażącym absurdem. Obchodzenie takiego dnia jest oczywiście podobnie jak w poprzednich wypadkach z błędem indyferentyzmu, uświadomionym bądź nie.
Dodatkowo dochodzi jednak jeszcze szczególny problem: otóż islam jest religią od początku do końca nastawioną antychrześcijańsko. Samym sednem wiary mahometańskiej jest zaprzeczenie wiary w Chrystusa, odrzucenie Jego boskości. Mówiąc krótko: islam powstał właśnie po to, aby zniszczyć chrześcijaństwo.
W Koranie są dziesiątki odniesień do chrześcijaństwa i judaizmu, wzywające ich wyznawców do porzucenia „błędów” i przyjęcia posłannictwa Mahometa, które miałoby stanowić jedyną autentyczną kontynuację religii Abrahama. Według Koranu żydzi i chrześcijanie zafałszowali tę religię i Mahomet ją oczyszcza; dla Koranu szczególnym zgorszeniem jest wiara w Chrystusa jako Syna Bożego. W Koranie jest nawet obecny dialog Jezusa i Boga, w którym Bóg pyta, czy Jezus kazał chrześcijanom uznać Siebie za Boga, czemu Jezus zdecydowanie przeczy. Odniesienia do chrześcijan pojawiają się już w 2 Surze Koranu, pt. „Krowa”, a zatem niemal na samym początku mahometańskiej księgi. Wracają potem wielokrotnie. Zrozumiałyby byłby „dzień debaty o kulturze tatarskiej” w Polsce; czemu ma jednak służyć dzień antychrystycznej religii w Kościele?
Korekta Ratzingeriańska
Dlaczego w Polsce dialog ekumeniczny i międzyreligijny przybierają tak karykaturalną postać? W części jest to proste postępowanie za tym, co dzieje się w wielu innych krajach chrześcijańskiej Zachodu, gdzie tolerancjonizm wypiera stopniowo zdolność głoszenia całości wiary katolickiej. W części – to chyba również dziedzictwo „ducha Asyżu”, to znaczy specyficznego programu dialogowego, jaki realizował św. Jan Paweł II, sprowadzając do Watykanu przedstawicieli rozmaitych religii i modląc się niby to osobno, ale jakby razem, czy też jeżdżąc po świecie i wykazując niezwykłą wręcz atencję dla niekatolickich symboli czy rytuałów. Nie chodzi tu o ocenę intencji papieża; te mogły być i jak sądzimy, były szlachetne. Chodzi o symbol, który to transmitowało. Znamienne, że w tym aspekcie korektę wprowadził Benedykt XVI – i to już jako Józef Ratzinger. Krytykował przecież Asyż tak, jak został on pierwotnie pomyślany; ogłosił wspomnianą deklarację Dominus Iesus; jako papież wielokrotnie wypowiadał się przeciwko relatywizmowi i indyferentyzmowi, a islam wprost określał jako wiarę nieracjonalną (rok 2006, Ratyzbona).
Potrzebne bezpieczniki
Wydaje się jednak, że w Polsce mamy też do czynienia także z pewnym szczególnie niebezpiecznym zjawiskiem, nieobecnym w innych krajach zachodnich. Dni Judaizmu i Islamu pojawiły się pod koniec lat 90., kiedy jako społeczeństwo zachłysnęliśmy się kulturą liberalną, biorąc ją bezkrytycznie ze wszystkimi tego konsekwencjami. Staraliśmy się być bardziej progresywni od zachodnich liberałów. Tak jak transformacja gospodarcza w naszym kraju oznaczała całkowitą rezygnację z protekcjonizmu gospodarczego (neoliberalizm!) i w efekcie wydanie polskiego majątku na łup zagranicznych koncernów, tak i w Kościele usunięto rozmaite bezpieczniki, rzucając się na główkę do wody nowego wspaniałego świata. Po trzydziestu latach tej otwartości widzimy doskonale, że w gospodarce nie było to najlepsze, co moglibyśmy zrobić. Wydaje się, że nadszedł czas, aby dostrzec to samo w przestrzeni naszej wiary. Katolicyzm i jego wyjątkowość trzeba chronić: nie możemy pozwalać, by krok po kroku rozmiękczały go liberalne ideologie.
Koran obraża Chrystusa, zaprzeczając Jego Boskości. Wzywa do zabijania chrześcijan. Na całym świecie ekstremiści muzułmańscy biorą to sobie do serca i zwracają się przeciwko katolikom. W Polsce, zamiast głosić prawdę o islamie, obchodzimy dzień tej religii w Kościele…
Kościół katolicki [no, raczej biskupi pro-soborowi. Ja nie obchodzę a jestem w Kościele. Mirosław Dakowski] obchodzi w Polsce kolejny Dzień Islamu. Przy tej okazji odbywają się jak zwykle spotkania z polskimi Tatarami. Wygląda to bardzo pięknie, uroczo i pokojowo. Problem w tym, że polscy Tatarzy są w świecie islamu niezauważalną kroplą. Nie reprezentują religii islamskiej; więcej – to nawet nie oni są dziś w Polsce najliczniejszą grupą muzułmanów. Od kilku lat sprowadzamy nad Wisłę wielu pracowników z krajów muzułmańskich. Meczety w Warszawie są pełne.
Czym jest tak naprawdę islam? W retoryce dialogistów – religią pokoju i przyjaźni między narodami. Tak mówi też papież Franciszek, który we wrześniu 2024 roku posunął się nawet dalej: ogłosił, że islam jest światłem, tak jak chrześcijaństwo i może prowadzić do Boga.
Pewnie, że może prowadzić – do islamskiego Allaha, bo nie do Chrystusa. Islam jest w sensie dosłownym anty-chrystyczny. Święta księga muzułmanów, Koran, mówi o Panu Jezusie bardzo dużo – ale niemal zawsze zwalczając przy tym wiarę w Jego zbawczą mękę, śmierć i zmartwychwstanie, a nade wszystko w Jego Synostwo Boże. Mahomet po to ogłosił swoje przesłanie ludom Arabii, żeby odciągnąć ich od wiary chrześcijańskiej.
Przede wszystkim o tym powinniśmy pamiętać, kiedy mówimy w Kościele o islamie. Niestety, polscy katolicy nie dowiedzą się nic na ten temat podczas obchodów Dnia Islamu promowanego od 25 lat przez większość biskupów.
Dlatego zachęcamy do wyjścia poza tę fałszywą, poprawną-politycznie bańkę propagandową i skonfrontowania się z faktami, które przedstawiamy dla Państwa w kilku tekstach.
Scientists have discovered that oceans emit a previously overlooked sulfur gas called methanethiol (MeSH) that increases their cooling effect on Earth’s climate by up to 70% in the Southern Ocean region.
This finding helps explain why climate models have consistently overestimated how much solar radiation reaches the Southern Ocean surface – they weren’t accounting for the additional cooling effect of this marine gas.
The discovery suggests that marine life plays a more significant role in regulating Earth’s temperature than previously understood, with implications for improving climate change predictions and understanding natural cooling mechanisms.
BARCELONA — Scientists have discovered that the oceans have been secretly helping cool our planet more than we thought through an overlooked sulfur gas produced by marine life. This finding could help explain why climate models have been struggling to accurately predict temperatures over the Southern Ocean, that vast expanse of water surrounding Antarctica.
For decades, scientists focused on another sulfur compound called dimethyl sulfide (DMS), known for creating the evocative smell of shellfish, as the ocean’s main cooling contributor. DMS gets released into the air from tiny marine organisms and helps form clouds that reflect sunlight back to space. However, this new research published in Science Advances reveals that its chemical cousin methanethiol (MeSH) has been working behind the scenes all along, playing a much bigger role in cooling than previously recognized.
“This is the climatic element with the greatest cooling capacity, but also the least understood,” says Dr. Charel Wohl of the University of East Anglia’s Centre for Ocean and Atmospheric Sciences, in a statement. Wohl spearheaded the research with colleagues at the Institute of Marine Sciences in Spain. “We knew methanethiol was coming out of the ocean, but we had no idea about how much and where. We also did not know it had such an impact on climate.”
Current climate models may need updating to account for this additional cooling effect, especially in the pristine waters of the Southern Ocean where human pollution has less influence. “Climate models have greatly overestimated the solar radiation actually reaching the Southern Ocean, largely because they are not capable of correctly simulating clouds,” explains Dr. Wohl. “The work done here partially closes the longstanding knowledge gap between models and observations.”
Researchers compiled the first global database of ocean MeSH measurements, gathering data from multiple research cruises spanning from the tropical Atlantic to the icy waters near Antarctica. The measurements covered an impressive range of conditions — from nearly freezing temperatures to warm tropical waters, and from areas with sparse marine life to highly productive regions teeming with microscopic organisms.
What they found was surprising: MeSH concentrations showed distinct patterns based on water temperature and location. In colder waters and open ocean areas, MeSH levels were proportionally higher compared to DMS. Meanwhile, in warmer waters and coastal areas, MeSH made up a smaller fraction of the total sulfur emissions.
“It may not seem like much, but methanethiol is more efficient at oxidizing and forming aerosols than dimethyl sulfide and, therefore, its climate impact is magnified,” says co-lead Dr. Julián Villamayor, a researcher at Blas Cabrera Institute of Physical Chemistry.
When the researchers input these new MeSH measurements into sophisticated climate models, they discovered that including MeSH emissions increased the cooling effect of marine sulfur compounds by 30-70% over the Southern Ocean. This enhancement was particularly strong during the Southern Hemisphere summer when marine life is most active and solar radiation is at its peak.
But MeSH doesn’t just add its own cooling effect, it actually makes DMS more effective too. The team found that MeSH acts like a chemical teammate, competing with DMS for reactive compounds in the atmosphere. This competition allows DMS to survive longer and travel farther, spreading its cooling influence over a wider area.
This tag-team effect between MeSH and DMS leads to more sulfate aerosols, tiny particles that help form clouds and reflect sunlight. The increased aerosol formation was most pronounced over the Southern Ocean, where globally, methanethiol increases known marine sulfur emissions by 25%. The impacts are most visible in the Southern Hemisphere, where there is more ocean and less human activity, and therefore the presence of sulfur from the burning of fossil fuels is lower.
These findings represent a major advance on a groundbreaking theory proposed 40 years ago about the ocean’s role in regulating Earth’s climate. As human-caused sulfur emissions continue to decline due to air quality regulations, understanding natural sulfur sources becomes increasingly important for predicting future climate changes.
Szanowny Panie, Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy niemal co roku wzbudza ogromne kontrowersje [raczej: protesty md]. Jednoznaczne zaangażowanie polityczne Jerzego Owsiaka i liczne pytania, co do sposobu rozliczania zbiórek WOŚP od lat budzą emocje i prowokują do dyskusji.Ale w tym roku na krytyce i wzmożonej debacie się nie skończyło. Finał WOŚP stał się okazją do bezprecedensowego pokazu siły władzy – Donalda Tuska, Adama Bodnara i ręcznie sterowanej przez nich prokuratury.W ubiegłym tygodniu o godz. 6 nad ranem do mieszkania pani Izabeli z Torunia weszli uzbrojeni policjanci, którzy zatrzymali kobietę pod zarzutem kierowania gróźb karalnych pod adresem prezesa WOŚP. Grozi jej kara do 3 lat pozbawienia wolności. Po przedstawieniu emerytce zarzutów, prokurator nałożył na nią dozór policyjny. 66-letnia, schorowana kobieta musi 3 razy w tygodniu stawiać się na komendzie policji. Zapewne z obawy o możliwość salwowania się przez nią ucieczką do odległych krajów… Dla porównania, toruńskie media donosiły w ubiegłym roku o sprawie lokalnej celebrytki, która pod wpływem alkoholu wjechała z ogromnym impetem w miejscowy salon urody i była podejrzana o groźby karalne, uporczywe nękanie, naruszenie nietykalności cielesnej, kradzieże i zniszczenie mienia. W jej przypadku toruńska prokuratura… nie zastosowała żadnych środków zapobiegawczych. Natomiast pani Izabeli, oprócz dozoru policji, zarekwirowano telefon, z którego napisała swój komentarz oraz nałożono na nią zakaz kontaktowania się z Jerzym Owsiakiem i zbliżania się do niego na odległość mniejszą niż 100 metrów, zakaz opuszczania kraju i… zakaz publicznego wypowiadania się na temat swojej sprawy! Ten ostatni środek to po prostu polityczny knebel, który miał uniemożliwić ofierze nagłośnienie skandalicznie służalczej wobec szefa WOŚP akcji policji. W ramach zabezpieczenia, kobieta musiała też złożyć kaucję w wysokości 300 zł, a za kilka dni musi stawić się na komendzie w celu wykonania jej pełnej rejestracji fotograficznej oraz odebrania odcisków palców. W dziwny sposób o całej sprawie od razu byli zaalarmowani dziennikarze Super Expressu, którzy mieli nawet dostęp do zdjęcia wykonanego kobiecie zza pleców bez jej wiedzy podczas czynności przeprowadzanych na policji. Choć o sprawie pisały największe media w Polsce, to jak wyglądała prawda nikt miał się nigdy nie dowiedzieć przez zakaz wypowiadania się nałożony na kobietę. Została zaszczuta tylko po to, by rząd Donalda Tuska mógł ją użyć do zastraszania wszystkich potencjalnych krytyków prezesa WOŚP.
Polacy mieli tylko wiedzieć, że Jerzy Owsiak jest ofiarą hejtu, otrzymuje groźby i że rząd z tym skutecznie walczy. Mieli nigdy nie poznać tych rzekomych „groźnych przestępców”. I tak by pozostało, gdyby Telewizja Republika nie dotarła do kobiety z Torunia i nie nagłośniła jej sprawy. Gdy obejrzałam przygotowany przez red. Janusza Życzkowskiego reportaż w tej sprawie, poruszona historią pani Izabeli od razu skontaktowałam się z dziennikarzem, pytając, czy kobieta ma zapewnioną pomoc prawną. Otrzymałam odpowiedź, że emerytki nie stać na taką pomoc. Zaoferowałam więc bezpłatne wsparcie Instytutu Ordo Iuris.Tego samego dnia byłam już w kontakcie z panią Izabelą i odbierałam od niej upoważnienie do obrony. Czasu było niewiele, bo zaraz upływał 7-dniowy termin na złożenie zażaleń na zatrzymanie kobiety i nałożone na nią środki zapobiegawcze.W dwa dni po przyjęciu sprawy i po uzyskaniu zgody na zapoznanie się z aktami w prokuraturze i ich analizie, wnieśliśmy o uchylenie nałożonych na panią Izabelę środków zapobiegawczych i złożyliśmy zażalenie na jej zatrzymanie. W naszej ocenie komentarz emerytki z Torunia nie wypełnia znamion czynu zabronionego, bo przepisy polskiego prawa stanowią jednoznacznie, że przestępstwo groźby karalnej jest popełnione tylko wtedy, gdy groźba wzbudza w osobie, do której została skierowana lub której dotyczy, uzasadnioną obawę, że będzie spełniona. Trudno o bardziej ewidentny przykład groźby, która nie spełnia tego warunku niż komentarz 66-letniej, schorowanej emerytki, która krytykuje w internecie wspieranego przez władze i największe media celebrytę.Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w poniższy przyciskPani Izabela od kilku dni żyje w ogromnym stresie, pod wpływem którego nie może nawet nic przełknąć. Jej mąż próbuje ją namawiać do jedzenia, martwiąc się o to, by załamanie nerwowe nie doprowadziło do pogorszenia stanu jej zdrowia. W dniu zatrzymania nikt nie przejmował się zdrowiem kobiety. Zupełnie ignorowano ją, gdy upominała się o swoje leki, których w szoku zapomniała zabrać z mieszkania, z którego wyprowadzali ją na oczach sąsiadów funkcjonariusze. Podstawą tych wszystkich drastycznych działań i zaszczucia emerytki był jej komentarz do jednego z postów Jerzego Owsiaka na Facebooku, w którym wezwała prezesa WOŚP do pełnej jawności rozliczania zbiórek. Pod wpływem dużych emocji napisała w swoim komentarzu zwrot „Giń człeku”, co zostało uznane za… groźbę karalną, budzącą zapewne po stronie Jerzego Owsiaka realną obawę, że emerytka wyraża w ten sposób swe zaawansowane plany zamachu na jego życie. To absurd całkowity i oczywisty chyba dla każdego, kto korzysta z Facebooka!Oczywiście nikt nie popiera takich komentarzy, ale uznanie, że była to groźba, której spełnienie jest realne, to całkowity absurd i wie o tym każdy prawnik w Polsce. Groźba musi być obiektywnie realna do spełnienia. Sama pamiętam z zajęć z prawa karnego na drugim roku studiów przykład starszej kobiety, która grozi dorosłemu mężczyźnie, że go pobije, przywoływany przez prowadzącego jako oczywisty przypadek, w którym należy uznać, że obiektywnie rzecz biorąc nie zachodzi w takim przypadku uzasadniona obawa, że groźba może zostać spełniona.Tymczasem wobec pani Izabeli zostały zastosowane szczególnie surowe środki zapobiegawcze, pomimo że jakiekolwiek środki mogą być stosowane tylko wtedy, gdy zebrane dowody wskazują na duże prawdopodobieństwo popełnienia przestępstwa.Nie mam wątpliwości, że w całej tej sprawie nie chodzi o rzekomą ochronę bezpieczeństwa Jerzego Owsiaka. Chodzi tylko o pokazanie siły państwa, co doskonale obrazuje nam, jak będzie wyglądała Polska pod rządami Donalda Tuska po przyjęciu procedowanej właśnie w Sejmie ustawy o „mowie nienawiści”. Wtedy tak jak pani Izabela będą mogły zostać potraktowane wszystkie osoby, które napiszą w internecie, że „istnieją tylko dwie płcie” albo że „tzw. tranzycja to okaleczanie zdrowych narządów płciowych”, „homoseksualizm jest grzechem”, „aborcja zabójstwem człowieka” a „migranci z Afryki i Bliskiego Wschodu są zagrożeniem dla bezpieczeństwa Polaków”. To wszystko będzie mogło zostać potraktowane jako „mowa nienawiści”, a władza właśnie pokazuje dziś, jak będzie się obchodziła z takimi „nienawistnikami” za pomocą ręcznie sterowanej przez Adama Bodnara prokuratury.Dlatego dziś – jak nigdy do tej pory – niezbędna jest praca prawników Ordo Iuris, którzy staną w obronie wszystkich ofiar rażąco niesprawiedliwych i nieproporcjonalnych działań władzy oraz w obronie wszystkich ofiar ideologicznej cenzury.Gdyby nie prawnicy Instytutu Ordo Iuris, wszystkie te osoby zostałyby całkowicie same, zastraszone przez media i władze oraz niezdolne do samodzielnej obrony. Ale dzięki wsparciu ludzi takich jak Pan możemy świadczyć im bezpłatną pomoc prawną. To dzięki naszej wspólnej społeczności, każda ofiara ideologicznej cenzury i rządowego bezprawia może liczyć na pomoc. Abyśmy nadal mogli pełnić tę misję, potrzebujemy Pana wsparcia, za które z góry serdecznie Panu dziękuję. Takich osób jest więcej. Chcemy pomóc wszystkim!Sprawa pani Izabeli z Torunia to nie jedyny przypadek osoby ściganej w ostatnich dniach za krytyczne wobec Jerzego Owsiaka komentarze w internecie. Media informowały, że podobnych osób, zatrzymanych w ostatnich dniach za swoje wypowiedzi w internecie jest więcej.Jeden z portali donosił między innymi o zatrzymaniu 38-latka z podkarpacia, który również miał rzekomo kierować groźby karalne wobec Owsiaka. Mężczyzna przebywa w areszcie i grozi mu do 3 lat więzienia. Oferujemy bezpłatną pomoc prawną wszystkim osobom, zatrzymanym w ostatnich dniach za swoje komentarze na temat Owsiaka i Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
Niestety do tej pory nie udało się nam dotrzeć do nikogo poza panią Izabela. Dlaczego? Prawdopodobnie podobnie jak w przypadku pani Izabeli pozostałe ofiary bezpodstawnych i nieproporcjonalnych działań służb Tuska i prokuratury Bodnara otrzymały zakaz publicznych wypowiedzi i boją się nawet z kimkolwiek kontaktować!Gdyby nie odwaga pani Izabeli i nagłośnienie jej sprawy przez Telewizję Republika, dokładnie tak samo byłoby zapewne w jej przypadku. A gdyby sprawa kobiety nie została nagłośniona, to dziś byłaby pozostawiona sama sobie, bo nie moglibyśmy dowiedzieć się o koszmarze, jaki przeżywa i zaoferować pomocy Instytutu. Pani Izabela jest emerytką i nie stać jej na skorzystanie z usług profesjonalnego prawnika. W ten sposób była idealną „kandydatką”, aby zostać przez władzę potraktowana w sposób nieuwzględniający podstawowych praw – z surowością niespotykaną często nawet w przypadku sprawców najpoważniejszych przestępstw takich jak, np. spowodowanie śmierci człowieka czy gwałt – oraz wykreować ją na „potwora” wzbudzającego u Jerzego Owsiaka obawę o swoje bezpieczeństwo. Byłaby po prostu całkowicie bezbronna, zaszczuta i zastraszona przez media i całą rządową machinę propagandową. Podwójne standardy prokuratury Bodnara Pani Izabela na pewno nie zostałaby zatrzymana i potraktowana jak groźny przestępca, gdyby obiektem jej krytyki był ktoś inny niż Jerzy Owsiak – pupilek obecnego rządu.Wiem o tym sama, bo regularnie – tak jak inni prawnicy Instytutu Ordo Iuris – jestem ofiarą wyzwisk, poniżania i gróźb w internecie. Najlepiej jednak zdaje sobie z tego sprawę prezes Instytutu, mec. Jerzy Kwaśniewski – „rekordzista”, jeśli chodzi o liczbę otrzymywanych tego typu wiadomości i pogróżek. Najczęściej nie reagujemy, ale gdy groźby są na tyle poważne, że dają podstawy do obawy o nasze własne bezpieczeństwo (w tym są to groźby pobicia, którym towarzyszy zapewnienie o znajomości miejsca zamieszkania adresata), zdarzyło nam się złożyć zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. Jak się kończą te sprawy? Odpowiedzi na to pytanie nie muszę szukać daleko. Wczoraj mec. Magdalena Prządka-Leszczyńska jako pełnomocnik mec. Kwaśniewskiego złożyła zażalenie na decyzję o umorzeniu jednej z nich. Jak zwykle organy ścigania nie zdobyły się na żadne poważniejsze czynności i nie wykryły sprawców… Podobne problemy miał też niedawno inny z adwokatów Ordo Iuris – mec. Bartosz Malewski, który jako Prezes Stowarzyszenia Marsz Niepodległości otrzymał na kilka dni przed ubiegłorocznym Marszem poważne groźby. Proszę zgadnąć, czy w tej sprawie także zastosowano podobne środki zabezpieczające jak w przypadku pani Izabeli, której 2 dni po napisaniu komentarza policja wtargnęła nad ranem do mieszkania. Oczywiście nie! Mec. Malewskiemu dopiero na ubiegły poniedziałek wyznaczono termin celem jego przesłuchania jako pokrzywdzonego… Ostatnio, gdy zgłosiliśmy kolejną wiadomość o alarmie bombowym w siedzibie Instytutu Ordo Iuris… odmówiono w ogóle wszczęcia postępowania. Tymczasem gdy ofiarą podobnych ataków jest hołubiony przez rząd Tuska Jerzy Owsiak, wystarczyło niespełna 2 dni od zamieszczenia komentarza, by do domu schorowanej emerytki wyrażającej swą frustrację na Facebooku weszli uzbrojeni policjanci, a prokuratura potraktowała ją jak groźnego przestępcę. Za poprzednich rządów służby nigdy w podobny sposób nie potraktowały „Babci Kasi”, która krzyczała publicznie przez megafon, że zabije Jarosława Kaczyńskiego i która wielokrotnie dopuściła się agresji fizycznej wobec osób, z których poglądami się nie zgadza czy wobec policjantów. Nie zatrzymano Macieja Maleńczuka, który uderzył pięścią w twarz wolontariusza pro-life, ani genderysty, który w trakcie swojego pokazu drag queen symulował poderżnięcie gardła abp. Marka Jędraszewskiego (a niedawno media informowały o uniewinnieni mężczyzny). Wspólnie obronimy wolność słowa Nie możemy pozwolić na podwójne standardy i nierówność obywateli wobec prawa.Każdy uczestnik życia publicznego i każdy internauta powinien być traktowany tak samo, a prokuratura nie może działać na polityczne zlecenie rządu. Obiecuję Panu, że nasi prawnicy będą stali na straży praworządności i sprawiedliwości w naszym kraju oraz wolności słowa, będącej fundamentalną wartością konstytucyjną. Choć dziś władza surowo traktuje osoby, podejrzane o stosowanie gróźb, to po wejściu w życie ustawy o „mowie nienawiść” podobny los może spotkać naprawdę każdego z nas – nawet jeśli nasze krytyczne wobec ideologii gender komentarze będą wyłącznie stwierdzeniem tak oczywistych faktów jak to, że „istnieją dwie płcie”. Wierzę jednak, że i tym razem prawo zwycięży, bo prawnicy Instytutu Ordo Iuris już wielokrotnie dowiedli swojej skuteczności w obronie wolności słowa. To dzięki nam IKEA musiała przywrócić do pracy Pana Janusza Komendę, zwolnionego za cytowanie Pisma Świętego w krytycznym wobec ideologii LGBT komentarzu w internecie. To dzięki nam do niemieckiego więzienia nie trafił ks. prof. Dariusz Oko, oskarżony o „szerzenie nienawiści” za treść artykułu naukowego o homoseksualnym lobby w Kościele. To dzięki nam na wolność wyszła Marika – studentka z Poznania, która została skazana na 3 lata bezwzględnego pozbawienia wolności i spędziła ponad rok w więzieniu za próbę wyrwania lnianej, tęczowej torby o wartości… 15 złotych. To na naszą bezpłatną pomoc prawną może dziś liczyć ks. prof. Tadeusz Guz, oskarżony o „nawoływanie do nienawiści” za treść wykładu naukowego sprzed 6 lat. Gdyby nie my, na bezpłatną pomoc prawną nie mógłby liczyć Pan Adam – informatyk z Warszawy, który został zwolniony z korporacji IT za sprzeciw wobec zmuszania pracowników do uczestnictwa w Paradzie Równości. Właśnie by móc angażować się w takie sprawy potrzebujemy Pana wsparcia finansowego. Zwłaszcza, że w ostatnich tygodniach musimy tracić czas na kolejne batalie prawne z zarządcą wynajmowanego przez z nas biura. Pilnie potrzebujemy dziś spokojnego miejsca pracy, byśmy nie musieli się odrywać od pomocy naprawdę potrzebującym naszego wsparcia, aby poświęcać czas na mocno angażujące kolejne spory sądowe z zarządcą budynku PAST-y. Przed nami wielkie wyzwanie remontu, adaptacji i wyposażenia nowego biura, o którym pisaliśmy kilka dni temu. Z tego powodu Pana wsparcie finansowe udzielane Instytutowi Ordo Iuris jest teraz tym bardziej nieocenione. Dlatego bardzo proszę Pana o wsparcie Instytutu kwotą 80 zł, 130 zł, 200 zł lub dowolną inną, dzięki czemu będziemy mogli nadal stawać w obronie ofiar bezpodstawnych i nieproporcjonalnych działań władzy oraz zwykłej ideologicznej cenzury. Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w poniższy przycisk Z wyrazami szacunku
P.S. Wspomniana sprawa pani Izabeli to niestety tylko wierzchołek cenzorskiej góry lodowej. Podobnych spraw mamy dziś dużo więcej. W wielu z nich odbyły się w ostatnich dniach kolejne rozprawy i zapadały ważne, przełomowe wyroki. Dziś chciałam się skupić tylko na opisaniu dramatu pani Izabeli. W najbliższych dniach napiszemy Panu więcej o bieżących sprawach, w których prawnicy Ordo Iuris stają w obronie wolności słowa w Polsce.Działalność Instytutu Ordo Iuris możliwa jest szczególnie dzięki hojności Darczyńców, którzy rozumieją, że nasze zaangażowanie wymaga regularnego wsparcia.
Czy mieszkając wśród mebli z IKEI i pijąc kawę z brzydkiego kubka można być w pełni człowiekiem? Albo: Czy to normalne, że katolik i konserwatysta nie dba o kulturę wyższą i nie docenia wartości przeżycia estetycznego? Powiedzmy sobie szczerze, mamy z tym problem. Zabieganie o estetyczną jakość życia wydaje się zjawiskiem historycznym, o którym czytamy w książkach i które oglądamy w dziełach sztuki czy architektury, ale na co dzień nie otaczamy się już pięknem. Szczytowym momentem tej aberracji jest współczesna architektura „sakralna”, a także wygląd posoborowych szat liturgicznych.
W prowadzonym przeze mnie programie „Kultywator” w PCh24 TV co jakiś czas powracają dwie rzeczy. Po pierwsze triada transcendentaliów (Prawda, Dobro i Piękno), a po drugie smutna konstatacja, że środowiska prawicowe i katolickie z jakiegoś powodu zaniedbują kulturę i estetykę, które to dziedziny – czasem nie bez powodzenia – przejmuje strona lewicowo-liberalna. Pomyślałem więc, że warto dać choć krótki rys tego, jak wielkie znaczenie w naszej religii, cywilizacji i kulturze ma piękno, które bynajmniej – co może być zaskakujące – nie występuje w oderwaniu od prawdy i dobra.
Tematowi piękna czy też teorii estetyki (która od XIX wieku traktowana jest jako pełnoprawna gałąź filozofii) poświęcone są klasyczne już dziś opracowania Władysława Tatarkiewicza, ale także książka dobrze znanego z naszych łamów i anteny o. Jana Strumiłowskiego. Mało kto być może pamięta, że napisał on książkę Piękno zbawi świat?, w której wprost konstatuje, że „uprawianie teologii w zapomnieniu o pięknie Boga szczególnie dzisiaj przynosi negatywne rezultaty”.
W ubiegłym roku duchowny podjął znów ten temat, publicystycznie. Na łamach kwartalnika „Civitas Christiana” czytamy: W historii ludzkości już przed chrześcijaństwem widzimy ścisły związek estetyki i religii. Piękno szczególnie towarzyszyło temu, co religijne. W chrześcijaństwie ten związek jeszcze się wyostrza. Pismo Święte już na pierwszych stronicach, opisując stworzenie świata, nie tylko opowiada o tym na sposób poetycki, ale samego Boga porównuje do Artysty, który stwarza i kontempluje piękno swojego dzieła. Jest ono tą kategorią, która unaocznia podobieństwo i ślad Boga w stworzeniu. Jak mówi Księga Mądrości, to właśnie z piękna stworzenia możemy poznać istnienie Stwórcy. Piękno zatem mówi o Tym, który sam w sobie jest najwyższym i niestworzonym Pięknem. Dlatego, kiedy Bóg przekazuje Mojżeszowi zasady sprawowania kultu, jednocześnie wzbudza talent izraelskich rzemieślników, aby świątynia Boża została wykonana w sposób wytworny i piękny – według wzoru, który Mojżesz otrzymał od Boga.
O. Strumiłowski ujawnia niejako drugie dno zjawiska wszechobecnej brzydoty. Z perspektywy duchowej jasno możemy stwierdzić, że jej promocja, podobnie jak relatywizm moralny, jest symptomem walki z Bogiem. W perspektywie społecznej, co do której współcześni chrześcijanie są bardziej świadomi, jest to objaw walki z kulturą chrześcijańską czy – szerzej mówiąc – z Kościołem. W perspektywie szeroko pojętej kultury jest to walka z naturalnym porządkiem rzeczy – wskazuje.
Norwid i Akwinata
Nie najbardziej liryczny, ale na pewno najbardziej filozoficzny spośród wielkich poetów polskich XIX wieku – Cyprian Kamil Norwid – pięknu poświęcił między innymi strofy poematu-traktatu Promethidion. Stamtąd pochodzi słynny cytat o tym, że piękno jest „kształtem Miłości”. Szukając możliwie uniwersalnej odpowiedzi na pytanie o istotę piękna Norwid pisze:
Dalsze wersy wyrażają to samo przekonanie, które znajdujemy u cytowanego wcześniej o. Strumiłowskiego: piękna i Tego, Który Jest Miłością nie sposób rozłączyć:
Kształtem miłości piękno jest – i tyle,
Ile ją człowiek oglądał na świecie,
W ogromnym Bogu albo w sobie-pyle,
Na tego Boga wystrojonym dziecię;
Tyle o pięknem człowiek wie i głosi –
Choć każdy w sobie cień pięknego nosi
I każdy – każdy z nas – tym piękna pyłem.
Chwilę później Poeta-Filozof do refleksji estetycznej dokłada już bardziej wprost element etyczny, gdy stwierdza w odniesieniu do owego pyłu piękna, czyli odblasku Boga w naszej ludzkiej naturze:
Gdyby go czysto uchował w sumieniu,
A granitowi rzekł: Żyj, jako żyłem –
To by się granit poczuł na wyjrzeniu,
I może palcem przecierał powieki,
Jak przebudzony mąż z ziemi dalekiéj…
Autor nie ma wątpliwości, że martwa skała poruszy się i to ruchem, jaki ciału nadaje dusza (zasada bytu), gdy tylko zachowamy w sobie nieskalanym ten dar, jakim jest piękno Bożego podobieństwa. A teraz posłuchajmy, co o pięknie i jego związku z dobrem miał do powiedzenia św. Tomasz z Akwinu. W Sumie Teologicznej znajdujemy następujący ustęp:
Piękno i dobro zwykle są utożsamiane. Różnią się tylko myślnie. Dobrem bowiem jest to, czego wszyscy pożądają. Pojęcie dobra przeto wyraża zaspokojenie pożądania. Pojęcie zaś piękna wyraża zaspokojenie pożądania przez oglądanie przedmiotu pięknego, względnie poznanie go. Stąd te zmysły w sposób szczególny spostrzegają piękno, które najbardziej są poznawcze, jako służące rozumowi, a więc wzrok i słuch. (…) Tak więc piękno dodaje do dobra pewien stosunek do władzy poznawczej: dobrem mianowicie jest to, co wprost podoba się pożądaniu, a pięknym to, co wskutek samego poznania budzi w nas upodobanie.
Widzimy, że myśl Norwida jest w istocie dogłębnie tomistyczna. Akwinata zaś szedł w tym rozumieniu za definicją Arystotelesa, który stwierdził, że piękno to „to, co będąc dobrem jest przyjemne”. Jeszcze w kontekście poznawczym dodawał św. Tomasz, że piękno to „to, co podoba się, gdy jest postrzegane”. Wyłania się z takiego rozumienia istotna cecha, mianowicie, że prawdziwe piękno poznajemy przez rozum, a nie tylko przez zmysły.
Przeżycie estetyczne w epoce IKEI
Wyżej przedstawione rozumienie piękna nie było jedynym. Począwszy od Pitagorasa piękno postrzegano przede wszystkim jako harmonię proporcji (średniowiecze dodawało nieraz kategorię blasku). Matematycznie wręcz definiował je św. Augustyn, stwierdzając, że „podoba się tylko piękno, w pięknie zaś – kształty, w kształtach – proporcje, w proporcjach – liczby” i dodawał syntetycznie określenie trzech cech piękna: „umiar, kształt i ład”.
Piękno – rozumiane zarówno estetycznie, jak i etycznie – pełniło swą rolę w życiu cywilizowanych społeczeństw. W greckiej sztuce scenicznej zasada decorum (która niesłusznie kojarzy nam się głównie ze „szkolną regułką”) chroniła istotę piękna w jej zewnętrznym, artystycznym wyrazie. Dzięki temu widzowie doświadczali uczuć i emocji, od przyjemności po strach, co miało prowadzić do katharsis, czyli oczyszczenia duszy.
Z dzisiejszej perspektywy – gdy świadomie bierzemy udział w życiu sakramentalnym Mistycznego Ciała Chrystusa (doświadczając odpuszczenia grzechów i pomnożenia łaski przez przyjęcie samego Boga cieleśnie i duchowo) – można powiedzieć, że filozofia realistyczna oraz idea katharsis były najwyższymi formami zbliżenia się przez pogan do czystego doświadczenia duchowego – i zarazem do obrazu, jaki Stwórca zapisał w naszej naturze.
Aby nie pogrążać się w rozważaniach teoretycznych, warto zadać pytanie: Jaka jest wartość doświadczenia estetycznego w dobie opowieści produkowanych przez platformy streamingowe i domów, dla których materialnej osnowy dostarcza IKEA? Popkultura stała się narkotykiem, który ma zapewnić wyrzut dopaminy, a jej treść nie wyraża już dążenia ludzkiej natury do doskonałości, nie oddziela jednoznacznie dobra i zła, nie służy dobru i nie promuje archetypicznych postaw. Meble zaś i sztuka użytkowa przestają służyć nam z pokolenia na pokolenie, pracę rąk ludzkich zastępują maszyny, a inspirację naturą (mimesis) wypiera oderwana od rzeczywistości, abstrakcyjna i minimalistyczna (żeby nie rzec: prymitywna) wyobraźnia. O tak powstających przedmiotach mówimy po prostu, że są pozbawione „duszy”.
Gdy weźmiemy pojęcie duszy jako tej, która nadaje ciału życie oraz tej, która odzwierciedla się w wyrobach człowieka, to zrozumiemy jak przeżycie estetyczne już na poziomie codziennym jest ważne, by odróżnić nas od zwierząt, które potrzeb estetycznych nie posiadają, a zaspokajają jedynie biologiczne potrzeby.
Na gruzach naszej – antyczno-chrześcijańskiej – cywilizacji [Od Konecznego nazywamy ją „łacińską”md] mamy do czynienia z dziwnym zjawiskiem ignorowania tego, co materialne. Żyjemy w nieestetycznym, bezdusznym otoczeniu, często karmiąc się wyłącznie literaturą faktu (literaturę piękną oraz poezję pomijając jako rzecz do odbębnienia w czasach szkolnych), nie chodząc do filharmonii czy teatru (pomijając kwestię autoramentu dzisiejszych repertuarów), gdzie pierwiastek piękna łączy się z kontekstem społecznym, a wreszcie lekceważąc rytuały codzienności odwołujące się do estetyki (dbałość o dobry smak). Stajemy się w ten sposób istotami dziwnie wybrakowanymi, jakby „biologiczno-religijnymi”, to znaczy rozpiętymi pomiędzy koniecznym zaspokajaniem potrzeb a modlitwą i kultem publicznym, podczas gdy pomiędzy tymi dwoma biegunami brakuje kultury, nadającej stylowi życia duszę, koloryt i smak.
Nie jest to zjawisko nowe i to właśnie podejście do estetyki (a nie tylko do etyki) rozróżniało ludzi cywilizowanych od barbarzyńców, natomiast Platon powiedział wręcz, że „życie jest coś warte, jeśli w ogóle warte, wtedy, gdy człowiek piękno samo w sobie ogląda”. Przypomnijmy sobie wizyty w pałacach, dworkach, a nawet chatach zamożniejszych gospodarzy, jakie oglądaliśmy w skansenach. Wszędzie widzimy dbałość o estetykę. Ładne meble, liczne obrazy, dekoracje, ozdobne przedmioty. Dzięki temu codzienne życie miało duszę. To czyniło nas bardziejludźmi. To nie była tylko barwna przeszłość, ale istota kulturowego wymiaru naszego człowieczeństwa. Człowieczeństwa, które zostało złamane i w sposób niepowetowany zubożone wraz z nastaniem cichej dyktatury bezguścia i przemysłowej produkcji.
Nierozerwalna triada
Ale co to właściwie są te transcendentalia? To takie ujęcia, które stoją ponad wszelkimi kategoriami. Można by powiedzieć, że to pojęcia pierwotne, pierwsze, a jednocześnie najpowszechniejsze. To znaczy wszystko, co jest stworzone przez Boga, jest bytem i jednością, a zarazem odrębnością wobec innych rzeczy, a przy tym jest prawdziwe, dobre i piękne. Jeżeli zaś nazywamy coś złym czy brzydkim, to dlatego, że występuje w tym (w rzeczy bądź osobie) brak w obszarze któregoś z transcendentaliów. Można by chyba zaryzykować twierdzenie, że transcendentalia to cechy, które – przy wszystkich ograniczeniach naszego umysłu – są najbliżej opisania natury samego Boga.
Choć w filozofii trwa formalny spór o to, czy piękno należy do transcendentaliów, a w traktacie o prawdzie św. Tomasz nie wymienia go, to jednak w wielu innych fragmentach Sumy Teologicznej – jak wskazuje Jan Kiełbasa w artykule Pierwsze i najpowszechniejsze: jedność, prawda, dobro i inne transcendentalia w metafizyce św. Tomasza z Akwinu – odnajdujemy takie właśnie rozumienie piękna. Filozoficznie rozwijany był również pogląd, że piękno w sposób nieodłączny towarzyszy dobremu (cnotliwemu) życiu. Plotyn twierdzi wprost, że każda cnota to piękność duszy, natomiast Arystoteles stworzył pojęcie kalokagathia (czyli „dobry i piękny”), wedle którego piękność duszy jest konsekwencją cnotliwego życia i te dwie cechy występują łącznie.
Ale piękno to także chwała Boża. W Ewangelii czytamy, że Syn Boży przyjdzie w majestacie, czyli w piękności (która wedle różnych definicji budzi w nas również świętą trwogę). Podobnie rzecz miała się na Górze Przemienienia, a także po zmartwychwstaniu. Bóg stworzył człowieka pięknym i ta piękność znalazła swój cielesny ideał we Wcielonym Słowie Bożym i w Jego Niepokalanej Matce. Czy więc naśladowanie Chrystusa i wykuwanie w sobie przez łaskę i cierpienie obrazu i podobieństwa Bożego ma obejmować nie tylko prawdę (przyjęcie objawienia i prawa naturalnego) i dobro (uczynki miłości), ale z konieczności pociąga za sobą także piękno?
W filozofii mówi się o zamienności tych trzech transcendentaliów, które przedmiotowo są tym samym, choć różnią się cechami. Nie wiem, na ile będzie to poprawne, ale kojarzy mi się to z nauką o Trójcy Świętej, z której każda osoba jest tożsama, a jednak odrębna, a ponadto przyjmujemy, że Duch Święty od Ojca i Syna pochodzi, co mogłoby stanowić odpowiedź na spór o status piękna jako transcendentale, ale to już moja intuicja…
Zdaje się zresztą, że podzielał tę intuicję cytowany wcześniej Plotyn, który – nie znając prawdziwego Boga – wywodził piękno z koncepcji Jedni, a więc jedności, od której pochodzi cały byt. Za Platonem przyjmował on, że dusza, podobnie jak podstawowe idee (w tym piękno) miały swój byt przed-cielesny. W tym sensie piękno pochodzi od Boga, a człowiek doznaje zachwytu (uniesienia metafizycznego), gdy spostrzega zmysłami piękno, które jest tak naprawdę odzwierciedleniem tego piękna, które nosi w sobie, a które jest z kolei odblaskiem Boskiej idei piękna. Natomiast od strony etycznej filozof zwracał uwagę, że stawać się dobrym i pięknym na duszy znaczy tyle, co upodobnić się do Boga.
Odnosząc to wszystko do wyrażonego na początku żalu, iż szeroko pojęta prawica ignoruje piękno, przywołajmy na zakończenie przykład poezji. To ona jest pierwotnym językiem literatury, jak również językiem sakralnym (zwróćmy uwagę na poetyckość opisów biblijnych). Ona wyraża w sposób niezastąpiony w kilku słowach to, czemu prozą trzeba by poświęcić kilka zdań. Ona jest językiem po prostu pięknym i obniżenie jej statusu świadczy o pewnej degradacji duchowej współczesnego człowieka (podobnie jak wspomniane lekceważenie literatury – nomen omen – pięknej. Dlatego zatrzymajmy się i zastanówmy, gdy najdzie nas pokusa pomyślenia: Po co tracić czas na poezję i fikcyjne opowieści, skoro nie niosą ze sobą wartości pragmatycznej… Czy na pewno?
Filip Obara
Zobacz odcinki programu „Kultywator”, w których mowa o znaczeniu piękna, a także o znaczeniu opowieści (poezji, fikcji) jako spoiwa ludzkiej wspólnoty:
====================
40i4 25 styczeń 2025
Przecież autorowi nie chodzi dosłownie o ten „brzydki kubek ” i „meble z IKEI”, to tylko przenośnia, do tego co teraz mamy w Polsce i świecie, do tej brzydoty, która jest wykwitem pustki duchowej człowieka. Popatrz bracie na wygląd wielu ludzi, na te ciała oszpecone licznymi tatuażami, kolczykami w uszach, nosach, ustach, językach, brwiach i cholera wie gdzie jeszcze [no tak, tam też; znajomy widział.md], na te kolorowe wycudowane włosy. Popatrz bracie na budowle sakralne, na tą brzydotę.
Będąc w Krakowie zaglądnij do Bazyliki Mariackiej budowanej wieki temu, same kolana zginają się, a ręce składają się do modlitwy, takie piękno, tam aż fizycznie czuć Sacrum , a potem wejdź do pierwszego lepszego kościoła budowanego w ostatnich trzech dekadach, na przykład do nowego Sanktuarium w Łagiewnikach ( gdyby zdjąć święte obrazy, wynieść tabernakulum, zdemontować i wynieść organy, to bardziej ta budowla przypomina jakąś hale, niż kościół ) I tak można wymieniać….
Małgorzata Todd 25 stycznia 2025 r. | Nr 4/2025 (708)
Szanowni Państwo! Szczególne, bo nieco abstrakcyjne, poczucie humoru mają niewątpliwie Anglicy. Natomiast nacje niemiecka i rosyjska mają specyficzne „poczucie humoru”. Tylko czy to, co ich śmieszy można nazwać humorem? Dla mnie dobry żart tymfa wart, usiłowałam więc znaleźć takowy w internecie, ale mi się nie udało. Z dzieciństwa pamiętam sytuacje w których próbowano się ze mnie naśmiewać pod byle pretekstem. Kiedy obrażałam się na żartownisia, ten twierdził, że nie znam się na żartach. Torturowanie kogoś zażartymi żartami i zmuszanie ofiary do samobiczowania, to bardzo wygodna postawa oprawcy. A może my, Polacy po prostu nie znamy się na dowcipach? Kiedy Trzaskowski mówił, że nie potrzebne nam lotnisko w Warszawie, bo mamy w Berlinie, to może żartował? Chodząc po warszawskich kiepsko oświetlonych ulicach, pełnych dziur i kałuż, zastanawiam się czy w Berlinie „mamy” tak samo? Wątpię, ale gdybyśmy wybrali Szambolana na prezydenta Polski, to w całym kraju będziemy mieli szambo i ciekawe czy kogoś będzie to bawiło. Należałoby zawczasu wyjaśnić, czy drwiny z naszej konstytucji, polskiego wymiaru sprawiedliwości, służby zdrowia, finansów itp., w końcu z nas Polaków, to wynik dyrektyw unijnych? Czy może PO-żarte przez Tuska zażarte żarty skutkują obstrukcją całego państwa? Z pozdrowieniami Małgorzata Todd
Król Jeroboam ustanowił w Izraelu bałwochwalczy system w Betel i Dan. Izraelici na pustyni składali ofiary złotemu cielcowi, a w Betel i Dan już dwóm cielcom. Za to bałwochwalstwo Bóg karał króla i naród cierpieniami i wojnami, a ostatecznie niewolą babilońską. Wielu królów zostało potępionych przez Boga za zbrodniczą bierność – za to, że nie usunęli bałwochwalczą drogę Jeroboama. O królu Omrim i innych napisano: „Chodzili wszystkimi drogami Jeroboama w jego grzechu, przez który doprowadził Izraela do grzechu” (1 Król. 16,26).
Sobór Watykański II również określił program kłaniania się dwom cielcom. Pierwszym cielcem jest szacunek dla pogaństwa i jego demonów, wprowadzony deklaracją „Nostra aetate”. Drugim cielcem są herezje modernizmu, które jako owoc Soboru Watykańskiego II zostały wcielone we wszystkich szkołach teologicznych przez metodę historyczno-krytyczną. O pierwszym cielcu -idolu rozmawialiśmy w poprzednich czterech częściach. Teraz porozmawiamy o drugim cielcu – o modernizmie. Obydwa te idole Soboru Watykańskiego II podważają nie tylko pierwsze, ale także wszystkie pozostałe przykazania Dekalogu i w ogóle całą istotę Credo.
Za drogę Jeroboama, którą Jan XXIII określił na Soborze Watykańskim II, on został pośmiertnie ekskomunikowany. Jednak Franciszek Bergoglio paradoksalnie go kanonizował.
Paweł VI zatwierdził heretyckie dokumenty i ducha Soboru Watykańskiego II i za to również został ekskomunikowany latae sententiae [mocą samego prawa md] i pośmiertnie wykluczony z Kościoła. Ale pseudo-papież Franciszek także w absurdalny sposób go kanonizował.
Jan Paweł II zamiast powstrzymać rozwój bałwochwalstwa –kłanianie się dwom cielcom neopogaństwa i modernizmu – proces apostazji jeszcze przyspieszył. Następnie on objął wszystkie szkoły teologiczne. Modernizm wiąże się z metodą historyczno-krytyczną, która kwestionuje boskość Chrystusa, Jego rzeczywiste i historyczne zmartwychwstanie oraz natchnienie Pisma Świętego. Jan Paweł II w 1986 r. wezwał do Asyżu pogan i modlił się z nimi w jedności. Ale poganie nie modlą się do Boga, ale do diabła i demonów. Papież w tym zjednoczył się z nimi i wywołał wielkie zgorszenie wszystkim chrześcijanom. Przyspieszył w ten sposób przejście na drogę apostazji do pogaństwa. Bergoglio również w absurdalny sposób go kanonizował. Co więcej, według bulli dogmatycznej „Cum ex apostolatus officio” wszystko, co czyni apostata, jest nieważne i nieskuteczne. Z tego też powodu wynika nieważność kanonizacji papieży soborowych i posoborowych. Jeden planował, drugi zatwierdził, a trzeci promował ukryty zamach stanu – permanentną rewolucję prowadzącą do samozagłady Kościoła.
Benedykt XVI był zobowiązany skorzystać z powierzonej mu władzy papieskiej, aby dokonać kroku zbawczego, bez którego odbudowa Kościoła nie jest możliwa. Tym krokiem miało być nazwanie Soboru Watykańskiego II tym, czym był i jest, czyli heretyckim i nieważnym. Nie zrobił tego, wręcz przeciwnie, w 2011 roku beatyfikował Jana Pawła II, potwierdzając tym samym jego apostatyczny gest w Asyżu. Tym samym rzucił na siebie Bożą anatemę.
Franciszek Bergoglio dopuścił się szeregu rażących herezji, takich jak intronizacja demona Pachamamy i poświęcenie się szatanowi w Kanadzie. Poprzez dogmatyczną deklarację „Fiducia supplicans” doprowadził do schizmy, ustanawiając nowe nauczanie – antyewangelię sodomską. W duchu Soboru Bergoglio przyspieszył proces samozagłady Kościoła także wprowadzając zasadę zmiany paradygmatów. W ten sposób pseudo-papież unieważnia podstawowe prawdy wiary niezbędne do zbawienia.
Korzenie modernizmu sięgają XVIII wieku. To właśnie wtedy pod wpływem masonów powstał ruch zwany oświecenie. Miało to wpływ nie tylko na wydarzenia świeckie, ale także na Kościół. W XIX wieku po oświeceniu nastąpił modernizm. Dążył do dostosowania prawd wiary do świata – tzw. aggiornamento. W rzeczywistości chodziło o likwidację istotnych prawd chrześcijaństwa, czyli o stopniową duchową eutanazję. Moderniści byli i są nienawróconymi duchownymi, którzy nie walczą z własną dumą i pożądliwością i nie podążają za Chrystusem. Nie wierzą w Boga i dlatego wstydzą się prawd wiary! Niewiara jest dla nich motywacją do dostosowania nauczania Kościoła do ducha tego świata. Zaprzeczają nadprzyrodzonemu charakterowi Kościoła, notorycznie ignorują jego podstawowe zadanie, jakim jest zbawienie dusz nieśmiertelnych, i w ten sposób czynią z Kościoła rodzaj organizacji pseudohumanistycznej.
Współcześnie modernizm reprezentowany jest w teologii przede wszystkim przez metodę historyczno-krytyczną (HKT). Bez prawdziwego nawrócenia i konkretnej decyzji naśladowania Chrystusa i pełnego otwarcia na Jego Ducha, nikt nie tylko nie będzie w stanie walczyć z modernizmem, czyli duchową trucizną HKT, ale także będzie go szerzyć. W istocie jest to ukryta duchowa walka z mocami ciemności (por. Ef 6,11-19).
Co Pismo Święte mówi o saduceuszach? Nie wierzyli w aniołów, ani dobrych, ani złych, nie wierzyli w zmartwychwstanie, nie wierzyli w żaden cud. Duch ten jest identyczny z duchem reprezentowanym w dzisiejszym Kościele przez teologów historyczno-krytycznych, którzy praktycznie zaprzeczają boskości Chrystusa. Mają inną ewangelię i innego ducha niż apostoł Paweł i inni apostołowie! W tym innym duchu, duchu ateizmu, tzw. wyjaśniają Pismo Święte.
Apostoł Jan pisze, że wielu heretyków przyszło na świat, którzy wypierają się Chrystusa. Przestrzega przed tymi antychrystami, aby wierzący nie przyjmowali ich do swoich domów, ani nie pozdrawiali, aby w ten sposób nie uczestniczyli w ich błędach (por. 2J 1,10n).
Dzisiaj heretycy twierdzą, że tylko oni potrafią wyjaśnić Pismo Święte i całą naukę katolicką, i rzekomo w tzw. sposób naukowy. Jednocześnie nie szanują autorytetu i tradycji Kościoła, ani filarów wiary i dogmatów. Modernizm zaprzecza temu, czego Kościół nauczał przez 2000 lat. Opiera się na filozofii ateistycznej, zaprzecza temu, co nadprzyrodzone w Biblii, skrycie zaprzecza zmartwychwstaniu Chrystusa, nie wierzy, że Jezus jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem, jedynym Zbawicielem. Modernizm ma nową naukę, w której Chrystus dzieli się na Chrystusa historycznego i Chrystusa wiary, rzekomo wymyślonego przez pierwszą wspólnotę wierzących. Jak można było te absurdy, potępione już przez Piusa X, wciskać do wszystkich szkół teologicznych? Odpowiedzią jest Sobór Watykański II i duch posoborowy.
Działanie tego heretyckiego ducha można porównać do zatruciacyjankiempotasu. Cyjanek wiąże się chemicznie z receptorami tlenu we krwi. Połączenie z trucizną, która przynosi śmierć, jest znacznie szybsze i łatwiejsze niż połączenie z tlenem, który przynosi życie. Śmierć następuje z powodu braku tlenu. Duch modernizmu HKT działa w podobny sposób. Schlebia myśleniu „starego człowieka”, a jego połączenie z duchem kłamstwa następuje szybciej i łatwiej niż połączenie ze słowem Bożym i Duchem Prawdy. Naturalny, cielesny człowiek, ze swoim czysto racjonalnym podejściem do Pisma Świętego, zawsze wytwarzał i będzie wytwarzał błędy oraz rozpowszechniał je z łatwością i wielką szybkością.
Cyjanek potasu ma przyjemny migdałowy aromat. Podobnie wszystkie złudzenia, łącznie z HKT, przyjemnie schlebiają cielesnemu człowieku. Po ich użyciu człowiek po prostu bezlitośnie i szybko się dusi, bo nie może już otrzymać życiodajnego tlenu z powietrza, nawet jeśli oddycha pełną piersią. Jego organizm nie jest już w stanie wbudować go w swoją strukturę – ucieleśnić. To samo dzieje się ze studentem teologii lub czytelnikiem literatury HKT. Każdy, kto otworzył się i przyjął w swoją duszę truciznę modernizmu, nie jest już w stanie przyjąć żywego słowa Bożego i dlatego następuje śmierć duchowa przez niewiarę. Odurzony przyjemnym zapachem duchowej trucizny (herezji), za którą kryje się duch kłamstwa i śmierci (por. J 8,44), dusi się wewnętrznie.
Św. Bazyli wyraźnie pokazuje, że Pismo Święte jest dla życia i każdy odpowie, czy żył według słowa Bożego, czy nie. Teolodzy heretyccy w ogóle nie rozumieją znaczenia Pisma Świętego, a prawowierne stanowisko świętych ojców jest im całkowicie obce.
Metoda modernistyczna zajmuje się absolutnie nieistotnymi, całkowicie błędnymi i sztucznie wymyślonymi rozwiązaniami skonstruowanych problemów. Działalność liberalnych teologów jest dla Kościoła tym, czym byłoby dla rolnictwa kształcenie agronomów, którzy uprawialiby różne rodzaje szkodników, w tym wzajemnie konkurując, dopóki nie zainfekowaliby wszystkich plonów do tego stopnia, że w końcu spowodowaliby światowy głód.
W czasie, gdy Kościół był niszczony od wewnątrz przez herezję arianizmu, św. Bazyli wołał: „Wszystkich tych ludzi ogarnia nieuleczalna epidemia szalonej miłości do chwały, tak że każdy pragnie być wyższy od drugiego, ale w rzeczywistości w tym samym czasie ich statek tonie w straszliwych głębinach. … Każdy znak graniczny (dogmat), ustanowiony przez ojców Kościoła, jest wstrząśnięty, każdy fundament, każda twierdza zdrowegopoglądu na prawdziwą wiarę została zachwiana…. Jeśli nie zostaniemy zaatakowani przez wroga, zostaniemy zranieni przez towarzysza obok nas”. Taki stan istnieje do dziś, ale wielu już go nie widzi – stali się duchowo ślepi!
Profesorka Eta Linnemann zaświadczyła, dlaczego powiedziała „nie” teologii historyczno-krytycznej. Jako uczennica profesorów Bultmanna, Fuchsa, Gogartena i Ebelinga miała w tym kierunku najbardziej ugruntowanych nauczycieli, którzy mogli zaoferować jej teologię historyczną. Jej pierwsza książka stała się bestsellerem. Sama pracowała jako profesor uniwersytecki teologii i metodologii. Potem jednak publicznie i radykalnie wyznała, że taka praca szkodzi głoszeniu Ewangelii. Po szczerym nawróceniu wyjechała na misje.
Cytat profesorki E.Linnemann:
„Ateistyczna nauka historyczna operuje słowem Bożym, nie zajmując się nim samym. I to wciąż nazywa się teologią – mówią o Bogu! Ta perwersja jest ogromna. Dzieci Boże, jedno pokolenie po drugim, które były chętne i gorliwi do służenia Bogu, „przeprowadzali przez ogień” i ofiarowali temu Molochowi ateistycznej teologii. Rezultatem są pokolenia uwiedzionych uwodzicieli. Kiedy w końcu się nawrócimy i porzucimy te bałwochwalstwo?!
Ktokolwiek podąża tą drogą bezbożności, nie ma już wolności w swojej decyzji; coś lub ktoś go do tego zmusza. Nacisk ten nie jest wywierany wyłącznie za pomocą wyćwiczonych metod. Są to siły demoniczne, pod których naciskiem znajduje się każdy, kto wkracza na tę drogę. Od tego momentu on nie jest już wolny, ale podlega nieodpartej sile.
Wszystko, czego nauczałam i pisałam, zanim otworzyłam swoje życie Jezusowi, nieodwołalnie uważam za śmieci… Własnymi rękami wyrzuciłam to na śmietnik w 1978 roku i szczerze was proszę: jeśli macie jeszcze coś z tego w swojej bibliotece, zróbcie to samo”.
17 stycznia zmarł dr. Jerzy Jaśkowski, wielki, odważny medyk, fizyk medyczny i publicysta. Walczył o powrót medycyny do prawdy, do leczenia człowieka, a nie powiększania majątków firm farmaceutycznych. Wspólnie walczyliśmy o ujawnienie prawdy na temat „bezpieczeństwa” reaktorów jądrowych. Walkę o prawdę, w tym „leczenie medycyny” udokumentował w wielu książkach, artykułach i programach w internecie. Czekam na głębszy i szerszy artykuł o Jego osiągnięciach.
„Największym oskarżeniem wymierzonym we współczesny świat jest jego architektura”,
Nicolás Gómez Dávila, Nowe Scholia do tekstu implicite.
„Współczesny człowiek masowy jest faktycznie prymitywem, który bocznymi drzwiami wślizgnął się na starą i szacowną scenę cywilizacji”,
José Ortega y Gasset, Bunt mas.
„W ukazywanych scenkach nie ma miejsca na nic szlachetnego, podniosłego, głębokiego, delikatnego, wysmakowanego czy choćby przyzwoitego. Znajduje się natomiast wszystko, co gwałtowne, zmienne, prymitywne i bezpośrednie. Tocqueville ostrzegał nas, że taki właśnie będzie charakter demokratycznej sztuki, lecz jej obecna siła oddziaływania, autorytet społeczny i zawartość przerosły jego najgorsze oczekiwania”,Allan Bloom, Umysł zamknięty.
Richard M. Weaver: „Człowiek stworzony na obraz Boży, uczestnik wielkiego dramatu, w którym szło o jego duszę, zastąpiony został przez poszukujące i konsumujące dobrobyt zwierzę”.
=======================
Otwarta w listopadzie 2024 roku, nowa siedziba Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie to kolejny przykład zjawiska, z którym borykamy się od kilku stuleci: postępującej prymitywizacji społeczeństwa, której towarzyszy upadek moralno-intelektualny oraz degeneracja poczucia estetyki. To pomnik wzniesiony na cześć brzydoty i upadku, a zarazem najlepszy dowód na pustkę konsumpcyjnego świata demoliberalizmu. Jeżeli architektura i sztuka są wyrazem ducha danej cywilizacji, to budynek na Placu Defilad jest jednym z dowodów na potwierdzenie tezy, że cywilizacja europejska została opanowana przez barbarzyńców i jest w stanie rozkładu. Następcy Wandalów nie stoją u bram upadającego Rzymu, oni już go opanowali.
Tak zwana „sztuka nowoczesna” to najlepszy przykład regresu cywilizacji i kultury. Nie można mieć wątpliwości, że w sferze intelektu i moralności, uzbrojony w zaawansowaną technologię człowiek Zachodu, powrócił do poziomu jaskiniowca. Jesteśmy świadkami realizacji w praktyce idei Jana Jakuba Rousseau – naczelnego ideologa i propagandzisty epoki błędnie nazywanej „Oświeceniem”. To on był twórcą wizji „dobrego dzikusa”, a tym samym głównym architektem ataku wymierzonego w fundament, na którym wznosi się każda zaawansowana cywilizacja, czyli wymagania formalne kultury i religii. Jego tezy o tym, że stan natury to stan szczęścia i dobra, a kultura jest źródłem cierpień, zapoczątkowały rozkład Zachodu, którego objawami są ataki na instytucje, zasady i tradycje. Rousseau znalazł setki kontynuatorów, wśród nich: Karola Marksa, Zygmunta Freuda, Wilhelma Reicha, przedstawicieli Szkoły Frankfurckiej oraz wszelkiej maści postmodernistów. Dostrzegamy obecnie, że jego idee zatriumfowały w ustrojach demokratyczno-liberalnych.
Wymagania, obowiązki oraz nakazy wynikające z kultury, tradycji i religii są powszechnie uznawane za zło i walczy się przeciwko nim na wszelkie sposoby: za pomocą propagandy, edukacji, przepisów prawa, a ostatecznie aparatem przemocy państwowej. Demokracja liberalna traktuje każdego, kto próbuje odbudować autorytet w jakiejkolwiek sferze życia społecznego lub politycznego, tak jak w Średniowieczu traktowano heretyków. Jedyne, co uległo zmianie to sposoby wymierzania kary, ponieważ demoliberalizm uwielbia ukrywać swoją prawdziwą twarz za maską sentymentalnego humanitaryzmu „praw człowieka”.
Jeżeli za tysiąc lat archeolodzy odkryją ruiny Tate Modern w Londynie, albo Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, i ujrzą zachowane tam „eksponaty”, będą zapewne przekonani, że dotarli do starożytnego wysypiska śmieci. Taką wartość artystyczną prezentują znajdujące się tam „dzieła”, które są niczym więcej, jak świadectwem pustki moralnej, duchowej i intelektualnej swoich twórców. „Sztuka nowoczesna” przekształciła się w kolejną gałąź biznesu. Współczesne „akademie sztuk pięknych” to tak naprawdę szkoły handlowe, które na masową skalę produkują beztalencia. Przy życiu utrzymuje je wielki biznes i państwowe granty. To „towarzystwo wzajemnej adoracji” promuje swoich, pisze hymny pochwalne na cześć śmieciowych „instalacji”, a wszystko w jednym celu: wypromowania danego „twórcy” tak, aby na rynku handlu, który udaje rynek dzieł sztuki, podbić ceny jego „instalacji” i dobrze na nich zarobić. Nie ma to żadnego związku z pięknem, dobrem, czy poszukiwaniem prawdy. To świat plemiennego prymitywizmu, którego przedstawiciele wzbogacają się na mazaniu fekaliami ścian jaskiń. Mądrość ludowa głosi, że „jeżeli nie wiadomo, o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze”.
Szkaradny obiekt w centrum Warszawy już z oddali przypomina dzieło architektoniczne socrealizmu. Współczesna architektura podobnie, jak ta z minionej epoki, charakteryzuje się prymitywizmem, radykalną prostotą brył i kształtów, brakiem zdobień. To nic innego, jak wyrażone w przestrzeni wyznanie wiary człowieka epoki socjalizmu – pozbawionego wyższych dążeń, pustego duchowo materialisty, który nie zna pojęcia piękna. Jestem zwolennikiem tezy, że komunizm nie upadł w latach 1989-1991, ale zinfiltrował Zachód i dokonał mariażu z kapitalizmem. Współczesny człowiek Zachodu buduje w podobny sposób, jak czynił to homo sovieticus. Ich intelektualna i moralna pustka są tożsame, a światopogląd to ten sam materializm, który niczym rak, przeżera kulturę europejską, od co najmniej dwustu lat. Jeżeli władze miasta zgodziły się na realizację takiego projektu, a z drugiej strony finansowo wspierają „śmietnik” nazywany „sztuką współczesną”, to wystawiają sobie świadectwo: poziomu nie tylko estetycznego, ale przede wszystkim intelektualnego i moralnego. Europą i Polską rządzą barbarzyńcy, którzy sprowadzają naszą kulturę z powrotem w otchłań dżungli.
Co ma zrobić w tej sytuacji ktoś, kto jeszcze nie oszalał i nie uznaje „śmieci” promowanych przez demagogów i hochsztaplerów, za dzieła sztuki? Ktoś, kto posiada wiedzę i smak estetyczny, który pozwala mu rozpoznać, że „Dawid” Michała Anioła to prawdziwa sztuka, a bazgroły i elementy składowe współczesnych „instalacji” to wielkie, moralno-intelektualne oszustwo?
Jedyne, co mu pozostaje to odrzucić to, co określa się mianem „sztuki nowoczesnej”. Należy odciąć ją od państwowego dofinansowania, podobnie jak, hołdujące brzydocie i degeneracji „akademie sztuk pięknych”. Jednocześnie należy zignorować gusta prywatnych sponsorów, którzy promują „bazgroły” udające wybitne dzieła. Współcześni „artyści” to w większości hochsztaplerzy, drobne cwaniaczki, koniunkturaliści i beztalencia, genialni tylko w jednej dziedzinie: skutecznego bogacenia się na swojej przeciętności. Prawdziwa sztuka nie potrzebuje dofinansowania, zawsze obroni się sama. Jednocześnie zawsze była związana z wysiłkiem i cierpieniem, a niejednokrotnie z tragedią – wszystkimi tymi aspektami życia, których niczym ognia unika człowiek nowoczesny. Ten sam, którego Richard M. Weaver określił następującymi słowami: „Człowiek stworzony na obraz Boży, uczestnik wielkiego dramatu, w którym szło o jego duszę, zastąpiony został przez poszukujące i konsumujące dobrobyt zwierzę”.
Na koniec nie pozostaje nam nic innego, jak ponownie przywołać słowa Nicolása Gómeza Dávili, które są najlepszym podsumowaniem tego pomnika wzniesionego na cześć prymitywizmu społeczeństwa demokratyczno-konsumpcyjnego: „Współczesność wywalczyła człowiekowi prawo do publicznego wymiotowania”.
Joe Biden wstąpił do masonerii. W niedzielę 19 stycznia 2025 roku były prezydent został członkiem loży Prince Hall Family.
„Z wielką przyjemnością ogłaszam, że ja, Victor C. Major, 27. Wielce Czcigodny Wielki Mistrz, przyjąłem naszego najnowszego członka do Prince Hall Family. W niedzielę 19 stycznia 2025 roku, w trakcie prywatnego wydarzenia, członkostwo w randze Mistrza Masońskiego, ze wszystkimi godnościami, zostało nadane Prezydentowi Josephowi R. Bidenowi Jr., w uznaniu jego wyjątkowych zasług dla Stanów Zjednoczonych Ameryki” – podano w komunikacie opublikowanym na stronie Konferencji Wielkich Mistrzów Masonów Prince Hall (Conference of Grand Masters – Prince Hall Masons).
Masoni wskazali, że prezydent Joe Biden w trakcie swojego urzędowania dawał wyraz „fundamentalnym wartościom Wielce Czcigodnej Wielkiej Loży Prince Hall […], w tym miłości braterskiej, trosce i prawdzie”.
Prezydent Joe Biden przyjął godność Mistrza Masońskiego, co udokumentowano na zdjęciach zamieszczonych na stronie loży.
Joe Biden formalnie jest katolikiem. Katolicy nie mogą przynależeć do lóż masońskich, co potwierdza nauczanie Kościoła od XVIII wieku aż do dnia dzisiejszego.
Zakaz przynależności katolików do lóż wolnomularskich potwierdził nawet papież Franciszek w 2023 roku.
Grzegorz Braun w swym najnowszym nagraniu odniósł się do sprawy rzekomo samobójczej śmierci Dawida Kosteckiego ps. Cygan, który powiesił się leżąc w swoim łóżku. W tle pojawiają się postaci z pierwszych stron gazet, w tym „osoba do złudzenia przypominająca” Marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego.
Przypomnijmy, że 2 sierpnia zmarł Dawid Kostecki, ps. Cygan. Według ustaleń Służby Więziennej, pięściarz powiesił się w swojej celi, gdzie odbywał karę.
– Dawid Kostecki popełnił samobójstwo nad ranem w Areszcie Śledczym w Warszawie-Białołęce. Powiesił się na pętli z prześcieradła, leżąc w łóżku pod kocem. Uniemożliwiło to natychmiastową reakcję współosadzonych – przekazała ppłk. Elżbieta Krakowska.
Grzegorz Braun przypomina, że w całej tej sprawie w tle przewija się afera podkarpacka, a wraz z nią wielu ważnych polityków, także tych zasiadających obecnie w Sejmie.
– Dawid Kostecki, świeć Panie nad jego duszą, trafił do więzienia za czerpanie korzyści z nierządu. Zdaje się, że osobiście tych korzyści się wiele nie naczerpał, służył natomiast zapewne swoim mocnym ciosem większym od niego gangsterom, braciom Rysicz – przypomina Braun.
– Bracia Rysicz, rodem z Ukrainy, stali się założycielami, właścicielami imperium całego systemu przybytków rozkoszy ziemskich – burdeli tłumacząc z polskiego na nasze – na Podkarpaciu właśnie (…) bracia Rysicz przybyli na Podkarpacie jeszcze w latach 90. i tak się tam uwinęli, że zostali ojcami chrzestnymi tego regionu – kontynuował lider Konfederacji.
Polityk przypomniał też inne morderstwa, za którymi mógł stać „seryjny samobójca”, a których okoliczności do dziś budzą wątpliwości, jak na przykład śmierć Andrzeja Leppera, której ósma rocznica przypadła 5 sierpnia tegoż roku.
– Cygan Kostecki, żaden z niego premier, to nie była postać ani pewnie głowa ministerialna, a jednak postaci z pierwszych stron gazet, pierwszych rzędów parlamentu pojawiają się w tle. Bo przecież to imperium rozkoszy braci Rysicz na Podkarpacie zawitał raz, a może nie raz, człowiek do złudzenia przypominający Marszałka Sejmu Kuchcińskiego – przypomina Braun.
– Marszałek Kuchciński oczywiście dementował, groził procesem, a nawet podobno złożył jakiś pozew. Problem tylko taki, że wiosną tego roku zeznający przed komisją sejmową funkcjonariusz trzyliterowej służby, stwierdził że oglądał taśmy i nagrania, na których rozpoznał właśnie Marszałka Kuchcińskiego. Słowo przeciw słowu – dodawał reżyser.
– Co prawda dzisiaj słowo marszałka Kuchcińskiego ma coraz mniejszą wartość rynkową, coraz mniej znaczy, zwłaszcza po tym, jak pan marszałek zarzekał się, że z tymi samolotami to nie tak jak się państwu zdaje. Ale cóż wiarygodność pana marszałka, znanego w dawnych latach pod pseudonimem Penelopa bodajże, to słowo waży coraz mniej – podkreślił Braun.
– Może jedno z drugim i trzecim ma coś wspólnego, może Marszałek Kuchciński jest teraz wyprowadzany ze sceny politycznej w wersji light. Może cała ta afera z lotami, z rodzinnym biurem podróży Marszałka Kuchcińskiego to jest dla niego łagodny wymiar kary, to jest dobry pretekst, żeby go teraz szybko zdjąć z horyzontu – rozważa dalej.
Gdybym miał taką egzekutywę polityczną, to prosiłbym o pilne przedstawienie mi sprawy taśm podkarpackich – powiedział Grzegorz Braun w odpowiedzi na pytanie, dlaczego kolejne polskie rządy ulegają Ukraińcom.
Braun gościł w programie na żywo na youtubowym kanale „Super Expressu”. Jeden z widzów zapytał, czy według polityka jest jakiś konkretny powód, dla którego zarówno rząd Prawa i Sprawiedliwości, jak i Koalicji Obywatelskiej z przystawkami jest tak uległy wobec ukraińskiego rządu.
Poseł do Parlamentu Europejskiego ma pewien trop w tej sprawie. – Gdybym miał taką egzekutywę polityczną, to prosiłbym o pilne przedstawienie mi sprawy taśm podkarpackich z przybytków rozkoszy ziemskich, co to podobno różni politycy, i nie tylko, się przez nie przewinęli – powiedział.
Według Brauna „tajemnicą poliszynela jest, że polska łże-elita polityczna podlega różnym uzależnieniom”.
– Nie tylko bezpieka PRL-owska werbowała agentów Bolków, ale także służby innych różnych państw żerują sobie na polskim terytorium jak u siebie – zaznaczył.
– Być może to są te sznurki, którymi się pociąga te marionetki, które potem występują u nas jako rządzący – podsumował Braun.
Niezawodny jak zawsze Stanisław Michalkiewicz w swoim cotygodniowym felietonie przypomniał słowa pieśni sławiącej kiedyś Związek Radziecki
Широка страна моя родная,
Много в ней лесов, полей и рек!
Я другой такой страны не знаю,
Где так вольно дышит человек.
Przetłumaczę ten tekst bo obecnie młodzi ludzie nie znają na ogół języka rosyjskiego.
Mój kraj jest ogromny. Wiele w nim lasów pół i rzek. Nie znam innego takiego kraju. W którym tak swobodnie oddycha człowiek.
Uruchomiło to wspomnienia. W szkole podstawowej nr. 121 przy ulicy Różanej w Warszawie śpiewaliśmy często tę pieśń po rosyjsku podczas codziennych apeli. Uczono nas rosyjskiego bodajże od czwartej klasy. Otóż ostatni wers pieśni w interpretacji moich kolegów, młodych żartownisiów i sabotażystów brzmiał nieodmiennie: „Ja drugoj takoj strany nie znaju gdzie tak wolno zdycha czeławiek”. Tego tłumaczyć chyba nie trzeba. Dyrektor szkoły był moim zdaniem bardzo przyzwoitym człowiekiem. Starał się chronić uczniów imitując surowość. Darł się „kto znowu przekręca słowa pieśni?” ale nie próbował tego ustalić. W końcu zrezygnowano ze śpiewania tego utworu.
Po śmierci Stalina nasza wychowawczyni rozdała nam, rozpaczliwie płacząc, żałobne czarne wstążeczki z portretem generalissimusa. Nie podam jej nazwiska choć je pamiętam, bo nie chcę zrobić przykrości jej ewentualnym potomkom. Do historii nie przeszła, była niezbyt mądrą nauczycielką z awansu społecznego. Podobno przed przeniesieniem do Warszawy, gdzie komunistyczne władze celowo osadzały właściwy ideologicznie element społeczny była dójką w PGR. Nieco starszy od nas kolega z klasy zorganizował nas i pobiegliśmy dużą grupą przez ulice Mokotowa wrzeszcząc co sił: „ Stalin umarł, hip hip hura”. Nazwisko tego kolegi podam – nazywał się Leszek Mokrzanowski. I pomyśleć że taki młody chłopak więcej wiedział i rozumiał niż noblistka Szymborska, która przecież wielbiła Stalina i płakała po jego śmierci podobnie jak nasza wychowawczyni, dójka z PGR. W naszej klasie był również Wojtek Gąssowski (pseudo Kaczor), który zrobił karierę piosenkarską. Wspominam go jako dobrego kolegę i uroczego dowcipnisia lecz Leszek, którego podobnie jak Wojtka nigdy potem na swojej drodze życiowej nie spotkałam jest dla mnie do dziś dnia wzorem odwagi, dojrzałości i świadomości politycznej.
Wdzięcznie wspominam również pewnego górnika, który poprosił przy mnie o bilet do Katowic. Byłam wówczas małym dzieckiem, czekałam z ciocią w kolejce do kasy. „ Takiego miasta nie ma” -powiedziała kasjerka aby zmusić go do użycia powszechnie znienawidzonej nazwy Stalinogród. „ To poproszę do Siemianowic” odparł niczym nie zmieszany górnik. Jak widać jego nie pokąsał Hegel ani nie połknął pigułek Murti- Binga. W przeciwieństwie do naszych licznych pisarzy i intelektualistów.
To o czym piszę były to małe, na pozór nic nie znaczące gesty, które podobnie jak „mały sabotaż” za okupacji hitlerowskiej podtrzymywały społeczeństwo polskie na duchu.
Minęło wiele, wiele lat.
Kiedy po Okrągłym Stole przygotowywano pierwsze częściowo wolne (czyli rzekomo wolne) wybory znajomi a nawet nieznajomi szeregowi działacze solidarnościowi z różnych miast i miasteczek, którzy zatrzymywali się u nas na nocleg (mieszkaliśmy w pobliżu Dworca Centralnego w Warszawie, a ludzie polecali sobie nawzajem przydatne kontakty i adresy) pędzili co sił w nogach na Plac Konstytucji do kawiarni Niespodzianka żeby ogrzać się w świetle urzędujących tam solidarnościowych prominentów. Można było wyściskać się z Wałęsą, zrobić sobie fotkę z Mazowieckim czy zamienić kilka słów z Michnikiem, a nawet –jeżeli los sprzyjał- z Kuroniem. „Znowu wybieracie się na Plac Prostytucji” nieodmiennie drażnił się z nimi mój mąż. Bardzo się oburzali, byli pełni nadziei i entuzjazmu, nie chcieli zrozumieć, że zapewniwszy miękkie lądowanie komunie po prostu sprzedali ruch Solidarności i jego zwycięstwo, że dali się – jak to mówią górale -„wyonacyć” Niektórzy z nich mieli wprawdzie wątpliwości co do czystości kontraktu Okrągłego Stołu lecz byli również tacy, którzy jak ta łatwa kobieta aż przebierali nóżkami z chęci pokazania się w doborowym towarzystwie kawiorowej opozycji, podlizania się prominentom, wepchnięcia się do jakiś struktur władzy, czyli z pragnienia zwykłego politycznego prostytuowania się.
Jeden z nocujących u nas znajomych, z gdańskiego środowiska spółdzielni robót wysokościowych „Świetlik”, która jak wiadomo stała się kuźnią gdańskich liberałów, gdy już znalazł się w kręgu władzy zaczął nosić garnitury. „Nie mogę przecież w instytucjach publicznych pokazywać się, jak przy robotach wysokościowych w brudnym kombinezonie”- przekonywał mojego męża. „Rozumiem, do domu publicznego nie można wybrać się w brudnym kombinezonie” – prowokował go mąż. „Wasze uśmieszki to typowa Schadenfreude, radość maluczkich, którzy nie mogą się pogodzić, że są mierzwą historii”- ostro odcinał się znajomy polityk.
Po kilku latach przyznał nam w wielu sprawach rację. Był przyzwoitym człowiekiem, zginął w katastrofie smoleńskiej, niepotrzebnie legitymizował swoim nazwiskiem złą – moim zdaniem -sprawę. Chyba jednak nie zasługiwał na takie wredne żarty. Poza tym ja też przyznaję mu rację – jedynym pocieszeniem, a czasami jedynym sposobem działania nas maluczkich, którym się wmawia, że są suwerenem, a którzy tak naprawdę są mierzwą historii, jest wrogie traktowanie wrogich nam i Polsce instytucji.
„Unia Europejska to burdel na kółkach”- powiedział pewien polityk ale czyż nie jest to najprawdziwsza prawda. „Jakaś justytutka wydała znowu skandaliczny wyrok”- usłyszałam niedawno. Chodziło oczywiście o członka stowarzyszenia sędziów Justitia słynących z tendencyjnych politycznie wyroków. „Polski Sejm cechuje bezhołownia prawna, przepraszam bezhołowie prawne” -żartuje komentator telewizyjny. Jeden z dziennikarzy opisując rządy Tuska odmienia: dyktator, dyktatorek, dyktatusek.
Czy naprawdę już tylko to nam pozostało? Mały sabotaż jak za okupacji niemieckiej? Czy tylko to potrafimy?
Grudzień i styczeń to miesiące różnych świąt i rocznic świata żydowskiego i ich agresywnego lobbowania. Czas rozbuchanych hagad, czas podstawiania obcych ciał i prób wsuwania ich w chrześcijaństwo, w jego precyzyjny system pojęciowy. Jak napalm przykleja się do ciał, tak hagady oblepiają… myślenie. Hagady chasydzkie, chanukowe i te o czerwonej jałówce. Czas ślepoty na rasizm i okultyzm chasydyzmu. Czas wielkiego rozmywania… Czas hollywoodzkich kłamstw szowinistycznej propagandy… W cieniu ludobójstwa. Musimy szukać odtrutki na zalew hebrajskiej pseudo-epigrafii, pseudo-nimii i pseudo-genealogii pojęć religijnych i filozoficznych.
Przyjrzyjmy się więc na początek bliżej magicznemu centrum owych “ruchów” “umysłowych”…
1.
Ściana płaczu – pod takim poruszającym wyobraźnię literackim zwrotem kryje się pewne miejsce w Jerozolimie. Co jakiś czas obiegają media światowe nastrojowe zdjęcia jak to któryś ze znanych przywódców politycznych lub religijnych stoi przed ścianą płaczu z poważnym wyrazem twarzy, jedną, prawą dłoń kładąc na kamieniu będącym fragmentem ściany. A.Duda poszedł nawet dalej, bo oprócz prawej ręki czule spoczywającej na kamieniu – lewą położył na swoim sercu. Nasuwało to myśl o… ślubowaniu, składaniu przysięgi. Komu? Czemu? Dojdziemy do tego w dalszej części, stopniowo.
Dla przeciętnego uczestnika popkultury owe eskapady jego przywódców ku tej – monumentalnie prezentującej się na fotogramach – ścianie płaczu kojarzą się tylko dobrze. Ekumenizm, połączenie się z religijnymi Żydami, zjednoczenie się z nimi w pragnieniu posiadania świątyni w Jerozolimie – dreszcz ekscytacji, doznania mistyczne…
Ale opuśćmy klimaty Hollywood i zajrzyjmy za kulisy tych precyzyjnie kierowanych wzruszeń, bo jak wiadomo rzeczywistość ma kilka warstw a emocje to najbardziej skuteczny uchwyt za który chwytając można ludzi zwodzić i wodzić ich za nos prowadząc tam, gdzie świadomie nigdy by nie poszli. No, niektórzy może by poszli. Ci wybrani spośród nas…
Oficjalna wersja podawana ludom do wierzenia jest taka, że “ściana płaczu” to część żydowskiej świątyni (część muru świątyni), gdzie gromadzą się Żydzi lamentując i modląc się. W rzeczywistości jest to liczący 57 m kawałek muru oporowego wzniesionego wokół wzgórza świątynnego przez jednego z kalifów dynastii Umajjadów w VII w. Warto przypomnieć nad czym przychodzący tam Żydzi lamentują. Otóż lamentują oni, że spotkał ich los przepowiedziany judaistycznej świątyni przez Jezusa… Przepowiedziany w słowach:”Zaprawdę, powiadam wam, nie zostanie tu kamień na kamieniu, który by nie był zwalony”.(Mt 23, 1-2).
Hagada głosi, że kilka metrów z całej wysokości muru postawił Herod i że dopiero od 4 m dobudowali muzułmanie z dynastii Umajjadów. I głosi hagada, że mur ten był “murem jerozolimskiej świątyni”. Otóż nie był ten mur murem świątyni. Ten mur był murem wzmacniającym wzgórze – dlatego kamienie kładzione były bez zaprawy i stawiane są tak, że każdy kolejny szereg kamieni był odchylony lekko od pionu w kierunku do wzgórza, by “amortyzować” pracującą ziemię wzniesienia.Tak wybudowali go muzułmanie w VII w. Jak stawiał go Herod i czy w ogóle stawiał wzmocnienie wokół wzgórza świątynnego – nie wiadomo. Jedynymi źródłami są… legendy. W jakim punkcie ogromnej przestrzeni wzgórza stała świątynia żydowska – nie wiadomo. Czy była duża, czy średnia, czy wielka (w skali świątyń tej epoki) – też nie wiadomo, bo opisy Flawiusza można – jak wiadomo – między bajki włożyć. Opisy Flawiusza mają wartość historyczną podobną jaką mogłyby mieć porady prawne udzielane przez Lucky`ego Luciano.
Czy niektóre kamienie które są w dzisiejszym murze muzułmańskim mogą pochodzić ze zburzonej przez Rzymian świątyni żydowskiej? Hmm… Czy w ogóle powinniśmy dawać się wprowadzać w kamieniołomy, tzn. w maliny takich rozważań? Kiedyś stała na tym wzgórzu świątynia syro-fenicka. Równie dobrze jakiś kamień mógłby z niej pochodzić. Parę kilometrów od starego miasta Jerozolimy jest kamieniołom. Duże głazy we wszelkich okolicznych budowlach z niego pochodziły. Czy nie jest daniem narzucić sobie jakiejś dziwnej, pogańskiej optyki dociekanie kto jaki głaz gdzie położył i namaszczone oddawanie mu czci religijnej?
Wbrew pozorom nie są to wydumane pytania. Duże rzeczy zaczynają się od małych, wielka droga od pierwszego kroku. Jedna litera, jeden kamień – mogą być powodem schizm, wojen, ustanawiać inny światopogląd całego imperium (jak to było z jedną literką jota w słowie homoiousios). Kto wie, czy wojna sześciodniowa z 1967 r. nie toczyła się w swej podskórnej, podświadomej warstwie właśnie o dostęp do mitycznego głazu Heroda…
2.
Przyjmijmy jednak na chwilę, hipotetycznie hagadę o kamieniach Heroda w murze wzniesionym przez kalifa Abd al-Malika ibn Marwana w latach 660-691 za dobrą monetę, a nie za srebrnik judaszowy za który sprzedajemy swoją chrześcijańską wiarę. I spójrzmy czyje dzieło i pamięć rwie się upamiętnić dłoń naszych przywódców i ich namaszczona myśl.
Kim w swej istocie był ten mityczny patron syjonizmu i państwa Izrael? Termin Izrael wstawiłem w poprzednie zdanie nie przypadkiem i nie z rozpędu bądź niechęci do syjonizmu. Rozbuchanie legend związanych ze ścianą płaczu jest dziełem rodzących się organizacji prasyjonistycznych i syjonistycznych mniej więcej od połowy XIX w. Jest to notabene ten sam krąg ideowy w którym narodziło się słowo “antysemicki” (Steinschneider, autor słowa „antysemicki” wprowadzonego przez niego do użytku w polemice z Renanem w 1860 r., należał do trzyosobowej grupy syjonistycznej pracującej nad przygotowaniem odbudowy izraelickiego państwa w Palestynie, pozostali członkowie to Abraham Benisch i Albert Löwy).
Co reprezentował więc sobą Herod od Kamieni, syn Idumejczyka i Nabatejki, którego przodkowie przeszli kiedyś na judaizm?
Herod Wielki to klasyczny tyran, jego brutalność i bezwzględność potępił nawet Sanhedryn. Jeszcze zanim objął swój urząd miał być sądzony za morderstwo. Jana Hyrkana II, tego, kto poważył się oskarżyć go o morderstwo – gdy doszedł do władzy w akcie zemsty oskarżył o zdradę i kazał stracić. Winny był też śmierci swojego syna, szwagra i 300 dowódców wojskowych. Prowadził wystawne aż do nieprzyzwoitości życie.
Kiedy w celu zabezpieczenia swoich roszczeń do tronu poślubił wnuczkę owego Jana Hyrkana II – to swoją poprzednią żonę z dzieckiem kazał wypędzić. Swojego głównego rywala Antygona uwięził i przekazał na ścięcie przez Rzymian. Później kazał stracić kilku członków własnej rodziny, w tym drugą żonę, dla której wygnał pierwszą. Kolejnego swojego rywala do tronu też kazał stracić. Podczas swych despotycznych rządów starał się kontrolować (monitorować, czyżby stąd tak żywe wśród Żydów dzisiaj tradycje “monitorowania” społeczeństw wśród których żyją?) uczucia poddanych do siebie. Wprowadził tajną policję do monitorowania nastawienia ludu wobec siebie. Jego prywatna ochrona liczyła… 2000 żołnierzy. Tyle chyba wystarczy o tym mini-Stalinie żydowskiej przeszłości. Aha, jeszcze jeden drobiazg. Herod znany jest też ze swej “zdecydowanej” postawy wobec rodzącego się chrześcijaństwa. Zgodnie z Ewangelią wg Mateusza zarządził nasz budowniczy drugiej świątyni żydowskiej – rzeź (masakrę) niewiniątek. Wydał rozkaz zabicia wszystkich chłopców w wieku dwóch lat i poniżej w Betlejem i okolicach. Makrobiusz (ok. 400 n.e.), jeden z ostatnich pogańskich pisarzy w Rzymie, w swojej książce Saturnalia, napisał: „Kiedy usłyszano, że w ramach rzezi chłopców do dwóch lat Herod, król żydowski , nakazał zabić swojego syna, ktoś zauważył: „Lepiej być świnią Heroda, niż jego synem”.
3.
A może te kamienie do których chciwi legalizacji i międzynarodowego uznania swych ludobójczych poczynań kolejni przywódcy Izraela prowadzą bezwolnych przywódców różnych narodów postawił jednak kalif Abd al-Malik ibn Marwan. I może to jego pamięć warta jest kultywowania przez nas, chrześcijan? Z pewnością wart jest naszej pamięci. Wymordował dziesiątki tysięcy chrześcijan z Anatolii, Syrii i Armenii oraz innych krain. I wzniósł w Jerozolimie Kopułę na Skale, której złoty blask widzi każdy, kto przechodzi przez bramki prowadzące do ściany płaczu. Kopuła ta miała być w jego zamiarze wiecznym symbolem pokonania chrześcijaństwa przez islam. Nie ma co, fantastyczne otoczenie, niepowtarzalna ekumeniczna aura kamieni tyrana Heroda, potencjalnego zabójcy małego Jezusa, aura kopuły wzniesionej nad magicznym kamieniem (sakralnym centrum jerozolimskiej kopuły na skale – identycznie jak w Mekce – jest święty semicki kamień) mającej sławić wymordowanie chrześcijan na bliskim wschodzie oraz – last but not least – aura świątyni z którą walczył Jezus i której kapłani wydali go Rzymianom na śmierć. Te 3 aury, ich synergia, ich świadomość – mogą zabić kogoś o pobudliwej wyobraźni. Jednak przywódcy państw naszej cywilizacji, którzy tam pędzą jak do wodopoju nie wydają się być zmieszani – wręcz przeciwnie, na zdjęciach wyglądają jakby wreszcie… byli u siebie.
Mała kreska w obrębie czerwonego okręgu to cała “ściana płaczu”, czyli fragment muru będącego fortyfikacją wzgórza, a nie żadną pozostałością “ściany świątyni”.
4.
Odetchnijmy trochę od krwawych tyranów ze strachu przed którymi nawet ich najbliższa rodzina nie może zasnąć i od kalifów ścierających chrześcijaństwo z powierzchni ziemi i zmierzmy się z tematem od innej strony. Niech nam spadnie z serca kamień judaizmu i islamu i przypatrzmy się bliżej samej naturze owego… kamienia. Może tu znajdziemy przyczyny tej siły fatalnej, która przyciąga dłonie Lecha Kaczyńskiego (nawet obie, jak widać na zdjęciu), Donalda Tuska, Andrzeja Dudy ślubującego coś (co?) temu kamieniowi, czyżby obdarzonemu jakowąś siłą magnetyczną, dłonie prezydentów Putina i Trumpa, prezydentów Brazylii itp.
Rabini prezentują Putinowi projekt III świątyni, której plany budowy popiera
Putin próbuje uzmysłowić sobie wielkość przyszłej III świątyni
Podczas Pesach przed ścianą płaczu można zaobserwować widok taki, jak setki Żydów przepychając się w religijnej ekstazie wyciągają dłonie ku kamieniom muru podtrzymującego wzgórze świątynne z jednym jedynym pragnieniem by dotknąć choć na ułamek sekundy kamień.
Co jest w tym niezwykłe, to że identycznie wyglądające sceny odbywają się raz w roku w… Mekce. Tam też kamień przyciąga tłumy i tych tłumów dłonie. Zdjęcia tego religijnego aktu trącenia kamienia w jeden, określony dzień można czy to z Jerozolimy, czy Mekki są zastanawiająco podobne. O co tu może chodzić? A może nie o religię, tylko o religii praprzodka?
Kult kamieni był i jest fundamentalny dla plemion i ludów arabskich. „Arabowie czczą kamień” — pisał Klemens Aleksandryjski (Protreptikos, IV, 46). Jeżeli brać pod uwagę duchową strukturę mentalności semickiej, utożsamiającą bóstwo z jego materialnym substratem, który je wyobrażał lub symbolizował jego siłę (Vincent, La religion des Judeéo-araméens d ’Eléphantine, s. 591), to można przypuszczać, że w czasach Klemensa (150-215 n.e.) większość Arabów istotnie „czciła” kamień.
Mahomet niczego tu nie wprowadził, tylko uprościł i scentralizował rozproszone kulty i ośrodki “przechowujące” święte kamienie. Kamienie beduini czcili na długo przed nim. Ale czy jest to specjalność tylko części semitów? Świadectwa archeologiczne i piśmienne mówią, iż cała Afryka północna, Lewant i Półwysep Arabski uprawiała litolatrię. Ataki Ojców Kościoła na klękających przed kamieniem próbuje się przekierować li tylko na kamienne posągi świata helleńskiego i rzymskiego, gdy tymczasem jeśli w pierwszych wiekach chrześcijaństwa a także w średniowiecznej Europie chrześcijańscy duchowni potepiają gorszące pogaństwo czcicieli kamienia, to mają na myśli kult kamieni, głazów i skał wcale, lub minimalnie tylko obrobionych.
Ciekawą uwagę podaje Mircea Eliade w swoim Traktacie. Sugeruje, żeby nie mówić o funkcjach religijnych kamieni, lecz tylko magicznych. Dlatego wyżej napisałem o praprzodku religii mając na myśli magię. Eliade pisze, że wyznawcy kamieni odnoszą się do nich jako do narzędzi.
Traktują je użytkowo. Jako magiczne utensylia. Sakralne traktowanie kamieni to bardzo pierwotny, prymitywny etap obcowania z sacrum. Być może ślepa uliczka – tak sądzili ojcowie kościoła. Wiedzieli, że w centrum jest tu magia i że to magiczne podejście blokuje dostęp do religijności wyższego rzędu.
Ludzie posługiwali się kamieniami jako narzędziami magicznej działalności, traktowali je jako generatory i przekaźniki tajemnej, demonicznej energii przeznaczonej – jak pisze Eliade – do obrony własnej lub też obrony zmarłych. Czasem tez zupełnie magicznie traktowali je jako zesłane przez Boga, lub jako… zamykające w sobie boga. I na to grzmieli teologowie chrześcijańscy, zresztą nie tylko oni, lecz także liczni myśliciele antyku. Religijna cześć jest o wiele wyższym stadium niż magiczny akt. Są to inne porządki.
Interesującym fenomenem jest obecny u wielu pierwotnych, prymitywnych plemion i to na kilku kontynentach fakt namaszczania kamieni, polewania tłuszczem lub olejkiem. Ponieważ namaszczenie olejkiem kamieni obecne jest często w pierwotnej magii seksualnej, to wstrzymajmy tu bieg myśli i skojarzeń, by dociekanie przyczyn owego namaszczania nie zaprowadziło nas w rejony zbyt… pierwotne. Wspomnę tylko, iż procentowo rzecz ujmując użycie kamieni w magii seksualnej jest ogromne. I zacytuję Eliadego: Można przytoczyć wiele zakazów wydanych w średniowieczu przez kler i królów, które dotyczyły kultu kamieni, a zwłaszcza wytrysku nasienia przed kamieniami (por. Bénard le Pontois, Le Finistère préhistorique, Paris 1909, s. 268). Dotknięcie kamienia (wybranego) jako działanie magiczne chroniące jest często spotykane. Podobnie jak tarcie, ocieranie się o kamień.
W średniowiecznej Europie zanotowano resztki jakiegoś starożytnego, pogańskiego rytuału: w czasie przesilenia zimowego i letniego) stawiano świece w pobliżu dziurawych głazów i namaszczano głazy oliwą. Zapamiętajmy ten poganizm, w dalszej części przyda się.
Pogański kult kamienia, jak się dobrze przyjrzeć przepaja też Torę. “W drodze do Mezopotamii Jakub wędrował przez krainę Charanu i „trafił na jakieś miejsce (święte) i tam zatrzymał się na nocleg, gdyż słońce już zaszło, wziął więc jeden z kamieni, (jakie znajdowały się) na tym miejscu, i położył go sobie pod głowę, układając się do snu na tym właśnie miejscu.” Był to sen o drabinie prowadzącej wprost do nieba i o rozmowie z bóstwem “. Gdy się przebudził powiedział: «O, jakże miejsce to przejmuje grozą! Prawdziwie jest to dom Boga i brama do nieba». Wstawszy rano, wziął więc ów kamień, który położył był sobie pod głowę, postawił go pionowo jako masebę i rozlał na jego wierzchu oliwę I dał temu miejscu nazwę Betel”. (Księga Rodzaju, 28, 11 :— 13, 16— 19, tłum. ks. Cz. Jakubca). Innymi słowy, Jakubowi – Izraelowi w tym kamieniu objawił się lokalny bóg (bożyszcze, demon) o imieniu Betel, zresztą później demon ów zwalczany był przez Jeremiasza (por. Jeremiasz 48,13). Jakub – Izrael przekonany był jednak, iż ujrzał samego Jahwe… W oczach ludu hebrajskiego bóg wcielał się w kamień, albo – mówiąc inaczej – przywódcy Hebrajczyków zaklinali boga w kamień i powiadamiali o tym lud, jak np. w tym fragmencie Starego Testamentu (podaję za Traktatem Eliadego): “Po zawarciu przymierza Jahwy z narodem Jozue „wziął kamień bardzo wielki i położył go pod dębem, który był w świątyni Pańskiej. I rzekł do wszystkiego ludu: “Oto ten kamień będzie wam na świadectwo” (Jozue, 24, 26 — 27).
Warto zwrócić uwagę, że w tym fragmencie mamy już w pełni owo do głębi semickie discrimen specificum (kamień WEWNĄTRZ świątyni na najświętszym miejscu), które dzisiaj widzimy w Mekce, w świątyni Kaaba jako wcielenie bożyszcza Allah. Kamień ów zwany jest Hadżar (czarny kamień). Kamień ten wbudowany jest w południowo-wschodni narożnik świątyni Al-Kaba w Mekce i jest największą świętością muzułmanów i celem pielgrzymek (tzw. hadżdżu) wyznawców islamu. Fizycznie rzecz biorąc święty kamień Hadżar to współcześnie kilka fragmentów skały złożonych razem i oprawionych w srebrną ramę. Widząc podczas religijnych świąt religijny zapał tysięcy dłoni przepychających się by trącić te kawałki skały – trudno dziwić się bezwzględnemu potępieniu takich praktyk przez najstarszą chrześcijańską tradycję. Jest to obraz zgorszenia par excellence.Bałwochwalstwo w czystej postaci.
I tak właśnie św. Paweł nazywa ów prymitywny, magiczny kult (kamień obrazy, kamień zgorszenia). U Semitów (zwrot Eliadego) w kamienie wcielają się dusze zmarłych, lokalne pomniejsze bóstwa (raczej: bożyszcza) oraz przeróżne demony czuwające nad działaniami człowieka, naturalnymi i magicznymi. Istnieje też – ta wiedza za chwilę nam się przyda – magiczny kult kamienia z dziurą, perforowanego (Eliade: “dziurawy kamień”). Kult kamienia perforowanego należał m.in. do obrzędów magii seksualnej oraz do tzw. Obrzędów magicznego przejścia, wejścia w inny świat lub odnowienia. Ta informacja także nam się za chwilę przyda.
5.
Magiczny bałwan w postaci kamienia przykryty jest złotą kopułą. Jest to tzw. Kopuła na Kamieniu (lub: na Skale). Niezwykle znamienna jest w świetle danych religioznawczych o semickości kultu kamieni pewna relacja z XIV w. Issac Cheilo, żydowski podróżnik, w roku 1333 opisuje czczony przez muzułmanów na wzgórzu świątynnym kamień jako “najświętszy”. Widać tu wyraźnie, jak prymitywny kult magicznego bałwana w formie bezkształtnego głazu jednoczy Semitów ponad podziałami…
Kopuła na Skale (ma to znaczyć: Kopuła na Kamieniu), nie jest to meczet, jest to swego rodzaju kapliczka postawiona nad magicznym kamieniem i… ku jego czci. Kamień ten osnuty jest wieloma legendami muzułmańskimi i żydowskimi (kamień ofiary Abrahama, kamień wniebowstąpienia Mahometa etc.). Na pierwszym planie fragmenty muru umacniającego i otaczającego wzgórze świątynne, malutkim fragmentem tego muru jest “ściana płaczu”.
Dzisiaj w zwyczaju jest wkładać między głazy “ściany płaczu” karteczki z życzeniami. Skąd ten zwyczaj? Ano znowu z magii… Na początku XVII w. jeden z magów żydowskich, czyli kabalistów, zarazem talmudysta Chaim ibn Attar – pierwszy raz dokonał kabalistycznego aktu magii słowa wsuwając między kamienie muru kartkę z tzw. prośbą magiczną dotyczącą losu jego ucznia.
6.
Żydzi kręcili się wokół wzgórza świątynnego w okolicach swoich świąt – raz intensywniej, raz mniej. Wydarzenia ulegają przyspieszeniu wraz z dojściem Żydów do znaczenia i narodzinami syjonizmu w połowie XIX w. Dla ruchu stawiającemu sobie za cel “powrót” do Palestyny ważne było zdobycie jakiegoś symbolicznego przyczółka, od którego można by dalej rozszerzać próby najazdu na mieszkających tam Arabów. Wzrok wielu działaczy i związanych z nimi finansistów zaczął kierować się na mur oporowy wzgórza świątynnego, na które nie mogli wchodzić.
Wśród różnych półprawd i przemilczeń, które podają różne wersje Wikipedii, akapit poniższy trafnie oddaje zamiary środowisk syjonistycznych od połowy XIX w.: “Poczynając od połowy XIX wieku Żydzi podjęli wiele niezależnych prób wykupienia praw do muru i przylegającej do niego okolicy [tzn. dzielnicy marokańskich Arabów, czyli potomków imigrantów z Maroka, dzielnicy istniejącej tam od XII w.; przyp. mój, wawel]), jednak żadna z nich nie zakończyła się sukcesem. Z początkiem wieku XX oraz narodzinami ruchu syjonistycznego Mur Zachodni stał się przedmiotem wielu sporów pomiędzy społecznością żydowską a muzułmańską. Muzułmańscy przywódcy religijni obawiali się, że nacjonaliści żydowscy żądania praw do Muru w przyszłości rozszerzyć mogą na całe leżące poza nim Wzgórze Świątynne”.
10 czerwca 1967 r., kiedy Izrael przejął kontrolę nad miejscem po wojnie sześciodniowej, trzy dni po ustanowieniu kontroli nad fragmentem zachodniej ściany, Marokańska Dzielnica została zrównana z ziemią przez władze Izraela, aby stworzyć przestrzeń dla tego, co obecnie jest placem przed “ścianą płaczu”. Dzielnica została zrównana z ziemią przez siły izraelskie na rozkaz burmistrza Zachodniej Jerozolimy Teddy’ego Kolleka , trzy dni po wojnie sześciodniowej , aby poszerzyć wąską uliczkę prowadzącą do Ściany Płaczu i przygotować ją do publicznego dostępu dla Żydów chcących tam się modlić.
Przy “ścianie płaczu” była wąska (szer. ok. 4 m) uliczka.
Mniej niż połowa terenu “oczyszczonego” przez armię izraelską. Druga połowa znajduje się poza zdjęciem z prawej strony. Czerwona linia to miejsce z zamieszczonej wyżej fotografii. Cały ogromny, pusty dzisiaj plac i dalej tyle samo po prawej – to teren wyczyszczony przez wojsko z domów mieszkalnych i ludzi te domy zamieszkujących.
Teddy Kollek w swoich wspomnieniach napisał, że trzeba zburzyć dzielnicę, ponieważ organizowana jest pielgrzymka do muru z setkami tysięcy Żydów, a ich przejście przez „niebezpieczne wąskie zaułki” „slumsów” było nie do pomyślenia: potrzebowali jasnej przestrzeni. Slumsami zaczął aparat żydowskiej propagandy nazywać arabską dzielnicę marokańską od chwili, gdy władze Izraela (rzekomo tylko wojskowe) podjęły decyzję o “wyczyszczeniu” miejsca na plac dla chcących modlić się Żydów. Razem z dzielnicą marokańską “wyczyszczono” przylegającą do niej dzielnicę żydowską (biednych Żydów arabskich). Jak wyraził się Mosze Dajan, jeśli zajdzie taka potrzeba konieczne będzie strzelać i do swoich, czyli do Żydów.
Póki co swoim, czyli arabskim Żydom, Żydom drugiej kategorii mieszkającym w pobliżu miejsca, gdzie chciano urządzić “plac modlitewny” oferowano jakieś symboliczne odszkodowania w zamian za opuszczenie swoich domostw, które natychmiast burzono. Całkiem inaczej było z gojami, czyli mieszkańcami dzielnicy marokańskiej. Akcję poprzedzono zmasowanym atakiem propagandy na dzielnicę arabską. Domy, które przeszkadzały w budowie placu modlitewnego (takiego jakim go widzimy dzisiaj) opisywano w żydowskiej prasie jako obskurne, nędzne, brudne chałupy. Było to powtórzenie propagandowych zabiegów hitlerowskich wobec Żydów niemieckich.
Dehumanizacja jako forpoczta eksterminacji. Stara, dobra szkoła Adolfa. W środku nocy zaczęto akcję. Gdy mieszkańcy na wezwanie do opuszczenia swoich domów – nie robili tego – buldożer wjeżdżał w środek domu pełnego ludzi. Dom walił się na ludzi w jego wnętrzu. Ludzie z innych domów na ten widok zaczynali uciekać, ale nie wszyscy… Buldożery zgarniały ściany, gruz i kawałki zwłok dzieci i kobiet. Tak rodził się dzisiejszy plac przed kawałkiem islamskiego muru obranego sobie przez syjonistów jako przyczółek i mityczne miejsce ich ideologii. I dopięli swego, jak słusznie pisze angielska Wiki – lewicową, komunistyczną metodą faktów dokonanych, terroru wyprzedzającego w interesach narodu – czyli nurtu narodowo-socjalistycznego. I dzisiaj stoją na płytach placu utworzonych z gruzu zmieszanego z kośćmi mieszkających tam od 700 lat ludzi, płytach położonych na ziemi nasączonej krwią gojów przeszkadzających Żydom w… modlitwie do swoich kamiennych bożyszcz. W ich herodyzmie…
Mam nadzieję, że po tej krótkiej historycznej panoramie widzimy teraz bardziej realnie to miejsce i że biorą nas mdłości w reakcji na hollywoodzkie kłamstwa szowinistycznej propagandy.
Ale najlepsze w całej tej historii jednego z mitów nacjonalistycznej ideologii antygojowskiej zachowałem na koniec.
7.
Cofnijmy się w lata ok. 300 – 350 n.e. Spora część wzgórza świątynnego służy od ponad 200 lat za wysypisko śmieci. Muru okalającego wzgórze (dzisiaj propagandowo zwanego “murem świątyni”) jeszcze nie ma, gdyż… nie ma jeszcze islamu i kalifa, który go wybuduje. Jest jedno wielkie rumowisko i śmieciowisko pełne porozrzucanych kamieni, głazów, całych i połupanych porośnięte krzewami. Przy niektórych kamieniach, bardziej kształtnych, czystych od paru dziesiątek plączą się raz, dwa razy do roku grupki Żydów. Zapalają świece i starożytnym zwyczajem namaszczają kamień olejkiem lamentując nad końcem ich świata (o którym mówił Jezus: “Zaprawdę, powiadam wam, nie zostanie tu kamień na kamieniu, który by nie był zwalony”). Ale mają już jakiś ersatz, kamień przy którym raz w roku się zbierają. Dzięki temu kamieniowi, wydaje im się zezwolenie na wejście do miasta. I oto – zatoczywszy koło – wróciliśmy do punktu wyjścia. Do magii i świętego głazu, do nie mogących umrzeć archaicznych obrzędów, od których wyzwoleniem miało być chrześcijaństwo.
O tym wszystkim informuje nas dokument z IV w. zwany “Pielgrzym z Bordeaux” (Itinerarium Burdigalense), gdzie nieznany podróżnik opisuje jak to raz w roku Żydzi przychodzą pod jakiś kamień (jeden kamień, kamień na wysypisku, nie żadna ściana i kamień nie związany z żadną świątynią – słowo świątynia w tej najstarszej relacji nie pada), kamień dziurawy (podziurawiony, vide: I część notki i opisy związku kamieni perforowanych z magią seksualną, zaczerpnięte z Traktatu Eliadego), namaszczają go olejkiem, lamentują (ew. zanoszą modły lub recytują zaklęcia magiczne) i rozchodzą się. I tak to się zaczęło. Jak najzwyklejsze bałwochwalstwo. I tym jest do dzisiaj.
CODA
Przywódcy cywilizowanego świata oddając religijną cześć potencjalnym kamieniom tyrana, mordercy, dzieciobójcy – stawiają pieczątkę zgody na zbrodnie państwa, które wciąż go przywołuje i stawia na początku swej symbolicznej historii. Jest w tym nawet jakaś logika. Jaka? Taka: “Waszym ojcem jest sam diabeł, a wy pragniecie spełniać wszystkie jego życzenia. Był on od samego początku mordercą i nigdy nie trwał w prawdzie, gdyż prawdy w ogóle w nim nie ma. Kiedy zaś kłamie, kłamie sam z siebie, bo jest kłamcą i [co więcej] ojcem kłamstwa” (Ewangelia Jana 8,44).
Zbrodnie Faszyzmu i stalinizmu są potępiane, faszystowskie zbrodnie popełnione wobec Żydów potępia się stokroć bardziej niż stalinowskie, socjalistyczne i komunistyczne. Uświadamiając sobie znaczenie rzekomych “głazów Heroda” w mitologii syjonizmu i micie założycielskim państwa Izrael należałoby może mityczną ideologię syjonizmu zwać herodyzmem. Skrytobójstwa, przyznawanie sobie prawa do zamykania ust każdemu przeciwnikowi lub mordowania go, donosicielstwo i potężnie rozbudowana policja polityczna – cechy rządów Heroda idealnie wpasowują się w styl polityki państwa Izrael. Nazwa herodyzm pasuje więc idealnie.
Kim więc są ludzie, którzy do bałwanów herodyzmu pielgrzymują?
Autor: Ks. Dariusz Józef Olewiński , 24 stycznia 2025
Dante speaks to Pope Nicholas III, committed to the Inferno for his simony, in Gustave Doré’s 1861 wood engraving
Chanukka w natarciu – manifest szesnastu (z post scriptum)
Temat chanukki już poruszałem przy okazji akcji posła Grzegorza Brauna w grudniu 2023 roku (tutaj i tutaj). Temat właśnie powrócił i to w sposób dość nieoczekiwany choć nie zaskakujący. Otóż kilkunastu panów (z jedną panią) znanych jako przedstawiciele „konserwatywnego środowiska polityczno-katolickiego” opublikowało apel skierowany wprost przeciw tym, którzy krytykują publiczne obchody tego kabalistycznego święta. Tenże apel wpisuje się dość wyraźnie w atak arcybiskupa łódzkiego Grzegorza Rysia na rzeczonego Grzegorza Brauna z powodu plakatu, który ukazuje alternatywę: albo chanukka albo Boże Narodzenie.
Zarówno Ryś jak też sygnatariusze “manifestu szesnastu” sprzeciwiają się takiej alternatywie oczywiście na korzyść chanukki. Podczas gdy wypowiedź Rysia jest zdawkowa, acz bardzo agresywna i jeszcze bardziej absurdalna, to “manifest” zapuszcza się w pewną argumentację, aczkolwiek nie najwyższych lotów.
Twierdzenie, jakoby Pan Jezus świętował chanukkę, jest bezpodstawne i właściwie kłamliwe. Ewangelia św. Jana (10,22-23) mówi jedynie, że Zbawiciel przechadzał się w portyku Salomona w komplexie świątynnym podczas świąt “odnowienia świątyni”. Tak więc, po pierwsze, nie ma nic o świętowaniu tego święta przez Pana Jezusa, a po drugie czym innym było owo święto za Jego czasów, a czym innym jest ono obecnie czyli w judaiźmie talmudycznym: wówczas świętowano oczyszczenie kultu z elementów pogańskich wprowadzonych notabene przez kapłanów żydowskich, a obecna chanukka jest świętowaniem talmudyczno-kabalistycznej bajki o rzekomym cudzie z lampą. Zaś stosunek Pana Jezusa do świątyni jerozolimskiej jest dość dobitnie wyrażony w tenże Ewangelii św. Jana (2,18-19), gdzie żydzi na żądanie znaku otrzymali od Niego odpowiedź: “Zburzcie tą świątynię, a Ja ją w trzy dni odbuduję”. Ewangelista dodaje, że Chrystus miał na myśli świątynię Swojego ciała, czyli Zmartwychwstanie. Tym samym świątynia jerozolimska, zresztą w ówczesnym stanie zbudowana przez okrutnego tyrana, którym był Herod zwany Wielkim, nie miała dla Pana Jezusa trwałego znaczenia. Zaś ostatecznie i zupełnie straciła w Nowym Testamencie swoje znaczenie wraz z Jego ukrzyżowaniem i śmiercią, gdy to zasłona przybytku rozdarła się na dwoje od góry do dołu (Mt 27,51), co oznacza obnażenie przez Boga jego pustki i zarazem ukazanie próżności i bezsensowności kultu tam sprawowanego, a tym samym braku racji istnienia tejże świątyni. Przepieczętowaniem tego stanu rzeczy było zburzenie jej przez Rzymian w roku 70. Natomiast sekta Chabad Lubawicz propagująca publiczne świętowanie chanukki na całym świecie nie tyle świętuje odnowienie świątyni po zwycięstwie Machabeuszy, lecz jakby przygotowuje grunt do odbudowy jej obecnie jako symbolu “mesjańskiego” czyli ustanowienia panowania judaizmu przynajmniej w Jerozolimie i Ziemi Świętej. Wszak pierwotnie – od czasów talmudycznych – chanukka była świętem rodzinnym, gdyż obchodzono ją jedynie w rodzinach żydowskich. Dopiero “mesjanistyczna” sekta Chabad Lubawicz od kilku dziesięcioleci poczęła forsować to świętowanie w przestrzeni publicznej na całym świecie, w krajach o ludności we większości chrześcijańskiej. Nie bez znaczenia jest ustawianie obok świecznika zwanego chanukkija portretu ostatniego duchowego przywódcy tejże sekty pochodzącego z dynastii jej twórcy, Menachem’a Mendel’a Schneerson’a. Tenże człowiek, zwany przez wyznawców “rebe” i uważany za mesjasza, który ma zmartwychwstać, dość otwarcie popierał obecnego premiera państwa położonego w Palestynie, B. Netanyahu (por. tutaj i tutaj), który już wtedy nie krył zbrodniczych zamiarów wobec rdzennej ludności tego kraju, a ostatnio został przez instytucje międzynarodowe uznany za zbrodniarza wojennego.
Punkt drugi jest szczególnie obłudny. Z jednej strony sygnatariusze zaznaczają, że jako katolicy nie świętują chanukki, a równocześnie domagają się szacunku dla świętowania przez żydów. Czyż ktoś usiłował zabronić czy choćby utrudnić to żydom? Wszak w debacie publicznej chodzi tylko o świętowanie w przestrzeni publicznej, co więcej w gmachu parlamentu i innych pomieszczeniach państwowych, co nie jest dane żadnej innej religii, nawet katolickiej, choć jest ona większościową w Polsce. Zaś zupełnie groteskowe jest twierdzenie, jakoby przez swoje świętowanie żydzi byli “świadkami Prawdy chrześcijaństwa”. Jak ci, którzy negują Jezusa Chrystusa jako Mesjasza i oczekują swojego (a może to być tylko antychryst) mogą świadczyć o prawdziwości chrześcijaństwa? Czy ci panowie sygnatariusze wiedzą co piszą? Czy może uważają publiczność za debilną i gotową ślepo łyknąć takie bzdety? Tego nie zmienia nawet wskazywanie na traktowanie żydów przez papieży w państwie kościelnym, ponieważ nigdy i nigdzie nie przyznawano im (żydom) przywilejów, jakie zdobywa obecnie sekta Chabad Lubawicz. Od kiedy to domaganie się równego traktowania zarówno tej sekty jak też żydów ogólnie jest brakiem szacunku dla nich? Oczywiście oni zapewne uważają, że odpowiedni szacunek dla nich wymaga przyznania im przywilejów, co wynika z pojmowania siebie jako rasy wyjątkowej, jakby ponadludzkiej czy – według księgi Tanja, która jest ich “świętą księgą” a właściwie konstytucją – jedynie ludzkiej. Jednak czy godzi się, by władza państwowa bądź ktokolwiek zdrowo myślący, zwłaszcza po chrześcijańsku ulegał takiemu myśleniu?
Nie mniej perfidne jest twierdzenie, jakoby obecność Ksiąg Machabejskich w księgach kanonicznych Pisma św. była przez kogoś uważana za świętowanie ludobójstwa. To twierdzenie odnosi się zapewne do wypowiedzi Grzegorza Brauna, który chanukkę propagowaną przez sektę Chabad Lubawicz tak właśnie nazwał, ale nigdy tak nie nazwał przynależności Ksiąg Machabejskich do kanonu biblijnego. Na jakiej podstawie sygnatariusze utożsamiają te Księgi ze świętowaniem chanukki przez sektę, pozostaje ich słodką tajemnicą. W każdym razie poziom intelektualny i moralny tego zarzutu jest godny najwyżej brukowców. Panowie sygnatariusze mylą różne sprawy: przynależność Ksiąg Machabejskich do katolickiego kanonu biblijnego nie ma nic wspólnego ze świętowaniem chanukki. Zapewne chodzi im o wspomnienie Braci Machabejskich w liturgii rzymskiej jako męczenników (1 sierpnia). To wspomnienie nie ma dokładnie nic wspólnego ani z chanuką, ani ze świątynią jerozolimską lecz odnosi się do 2 Księgi Machabejskiej, rozdział 7, gdzie opisane jest męczeństwo siedmiu braci razem z matką za wierność prawu Mojżeszowemu (ich relikwie są czczone w Rzymie i w Kolonii).
Słodką tajemnicą sygnatariuszy pozostaje także podstawa twierdzenia, jakoby sprzeciw wobec świętowania chanukki przez sektę Chabad Lubawicz w przestrzeni publicznej był przejawem braku życzliwości i szacunku dla “kultury żydowskiej”. Można owszem poniekąd zrozumieć tęsknotę niektórych do czasów, gdy Polacy na własnej ziemi często słyszeli od współobywateli: “wasze ulice, a nasze kamienice”. Dla takiego stanu rzeczy Polacy mają żywić życzliwość i szacunek?
Niemniej pomieszane, fałszywe i zakłamane jest połączenie chrześcijańskiego charakteru państwa i dobra wspólnego z dobrem każdej społeczności, w tym wypadku sekty Chabad Lubawicz. Widocznie sygnatariusze nie zadali sobie choćby najmniejszego trudu dla zapoznania się z antyludzką, rasistowską ideologią tejże sekty i z jej celami wyłożonymi choćby w książce jej założyciela pt. Tanja. Gdyby sobie zadali choćby minimalny trud, to by nie byli w stanie uczciwie twierdzić, jakoby dobro tejże sekty dało się pogodzić z dobrem Polski i ludzkości, skoro według ideologii sekty jedynie żydzi zostali stworzeni przez Boga i są prawdziwymi ludźmi.
Tutaj sygnatariusze znów kłamliwie stawiają pod adresem widocznie Grzegorza Brauna i popierających go zarzut “agresji, wrogości i szerzenia uprzedzeń”. Ten zarzut jest postawiony oczywiście bez jakiegokolwiek odniesienia do faktów. A może chodzi im o słynną akcję z gaśnicą? To ma być akt agresji, wrogości i szerzenie uprzedzeń? A czyż aktem agresji, prowokowania wrogości i sprzyjania uprzedzeniom nie jest zupełnie wyjątkowe uprzywilejowanie sekty Chabad Lubawicz w postaci zaproszenia jej do świętowania swojego święta w gmachu parlamentu polskiego? Czyż choćby zamiar urządzenia świętowania Bożego Narodzenia w parlamencie izraelskim nie zostałoby natychmiast powszechnie uznane za akt wrogości i bezczelną prowokację? Kto tu jest właściwie agresorem, jeśli bez pytania większości społeczeństwa polskiego udostępnia się sekcie, która nawet nie ma żadnych praw publicznych w Polsce, gmach najwyższych organów państwa polskiego?
Ostatni punkt “manifestu” jest szczególnie bezczelny właśnie z powodu szczególnej agresywności. Sygnatariusze oświadczają, że nie tylko deklarują swoje stanowisko, lecz niniejszym apelują do szerokiej publiczności o sprzeciw wobec sprzeciwu, który w sposób spektakularny wyraził Grzegorz Braun w akcji z gaśnicą, która to akcja przysporzyła mu sympatii i poparcia społecznego, oczywiście ku oburzeniu i zatrwożeniu tych, którzy chanukkę do gmachu sejmu wprowadzili i chcą ją tam utrzymać. Teraz, gdy G. Braun ogłosił swój start w wyborach prezydenckich, widocznie mają stracha, że ów jest w stanie skupić wokół siebie pokaźny elektorat, co zmobilizuje Polaków i ukaże całemu światu, na ile społeczeństwo polskie sprzeciwia się budowie Polin. Ten strach wyjaśnia absurdalność i kłamliwość tego “apelu” wraz z zarzutami.
W stylu i też w treści nie trudno dostrzec, że inicjatorem i motorem tego “apelu” jest były marszałek sejmu z ramienia PiS i zarazem protagonista chanukki w sejmie Marek Jurek. To on widocznie wpadł na pomysł tego ataku na Grzegorza Brauna. Być może dostał takie zlecenie od tych, którym zawdzięcza swoją karierę polityczną. Oczywiście każdy ma prawo do zagrywek politycznych. Są jednak granice przyzwoitości: uczciwość intelektualna oparta na rzetelnej wiedzy oraz trzymanie się prostych faktów. A jeśli się deklaruje bycie katolikiem, to nieodzowne jest także trzymanie się zasad Kościoła, a nie wycieranie sobie ust katolicyzmem na doraźny i zakłamany użytek.
W skrócie: mamy tutaj haniebny przypadek braku przyzwoitego poziomu zarówno merytorycznego jak też moralnego, co jest szczególnie skandaliczne w połączeniu z deklarowaniem katolicyzmu i przywiązania do Kościoła. Oczywiście każdy ma prawo wyrażać swoje zdanie w kwestii przyznania sekcie Chabad Lubawicz wyjątkowej, wybitnie uprzywilejowanej pozycji w przestrzeni publicznej w Polsce. “Apel” szesnastu jednak właściwie nie jest żadnym poważnym głosem w dyskusji, lecz jedynie dość prymitywnym i manipulacyjnym atakiem na tych, którzy mają odmienne zdanie w owej kwestii. Czyżby tych szesnastu oraz ich zleceniodawcy czuli choćby podświadomie swoją słabość na tyle, że muszą się uciekać do tak dennej agresji?
Na koniec dodam, że tak niskiego poziomu intelektualnego i moralnego nie spodziewałem się od sygnatariuszy, których dane mi było niegdyś poznać osobiście, a znam kilku z nich (Cenckiewicz, Jurek, Milcarek, Warzecha)
Post scriptum
I jest też ciąg dalszy, który potwierdza moje wyrażone powyżej podejrzenie, kto jest inicjatorem i głównym autorem “manifestu szesnastu”:
Gdzie i kiedy “obecność żydowska” sprzeciwiła się konfiskacie suwerennych kompetencyj RP, akceptacji konwencji genderowej czy rewolucji aborcyjnej? Czy Wy wiecie, co piszecie i uważacie ludzi za debili?
Odpowiadam w oparciu o Tradycję, Pismo św. oraz dokumenty Magisterium Kościoła. Nazywam się Dariusz Józef Olewiński. Jestem kapłanem Archidiecezji Wiedeńskiej. Tytuł doktora teologii przyznano mi na Uniwersytecie w Monachium na podstawie pracy doktorskiej przyjętej przez późniejszego Prefekta Kongregacji Doktryny Wiary, kard. Gerharda L. Müllera oraz examen rigorosum z oceną “summa cum laude”. Od 2005 r. prowadziłem seminaria na uniwersytecie w Monachium oraz wykłady w seminarium duchownym.
Paryż po zamachu terrorystycznym w 2015 roku. Zdjęcie ilustracyjne. / foto: Wikimedia, Marc Barkowski, CC BY 2.0
Wstrząsająca ofensywa syryjskiej al Kaidy, obalając reżim al Asada, przypieczętowała załamanie się geopolitycznego ładu na Bliskim Wschodzie, który rozpadał się już od „arabskiej zimy” 2010-11 r. Zwycięstwo islamistów, przyspieszy to, co zwiastowała już napaść Rosji na Ukrainę. Wojna obejmie Europę, tyle, że nie za kilka lat, a już w tym roku. Przegniły do szpiku kości lewicowo-liberalnym rakiem kontynent sobie z nią nie poradzi.
Banałem jest stwierdzić, że Zachód się rozkłada. A jeszcze 35 lat temu, kiedy upadał komunizm, powszechnie uważano, jak Fukuyama, że oto nastał kres historii. Liberalna demokracja miała być ostatecznym stadium cywilizacji, objąć cały świat i trwać w wiecznym pokoju i konsumpcji. Nawet po 11 września 2001 r. mało kto dostrzegał początek nowej epoki konfrontacji, a co dopiero, że Zachód ją przegra. USA przeprowadziło błyskawiczną operację antyterrorystyczną w Afganistanie na końcu świata, o której szybko zapomniano, podobnie jak o interwencji w Iraku z 2003 r.
Lewicowy rak niszczy Zachód od środka
Tyle że islamski terroryzm, mimo militarnych klęsk, ciągle się odradzał, bo znajdowały się kolejne tysiące gotowe umierać w dżihadzie, podczas gdy Zachód nie był gotów do żadnych poświęceń, a przeżerająca go od środka neomarksistowska ideologia wręcz dążyła do jego klęski. Po 1989 r. komunizm odniósł zwycięstwo zza grobu, bo zanim politycznie upadł, całkowicie zinfiltrował i zatruł duchowo elity Zachodu. Teraz zainfekowany neomarksizmem Zachód niszczy się sam. Jego skrajnie lewicowy establiszment żywi się tak naprawdę jedną ideą – fanatyczną nienawiścią do chrześcijaństwa i wszystkiego co z niego wyrasta. Sam zupełnie niczego nie tworzy. Jedynym jego celem jest niekończąca się rewolucja, czyli niszczenie cywilizacji, nad którą jak rak mózgu przejął władzę, na wszelkich możliwych poziomach – religii, kultury, gospodarki, indywidualnej duszy, a ostatnio nawet biologii człowieka.
Jednym z przejawów tej dzikiej nienawiści do chrześcijaństwa jest ideologia multi-kulturalizmu, w ramach której lewica od lat 70-tych otworzyła Europę na masową imigrację zarobkową z krajów Afryki i Azji, równocześnie promując wśród Europejczyków bezdzietność, aborcję i antykoncepcję. Doprowadziło to w ciągu dwóch pokoleń do zapaści demograficznej białych i wymiany etnicznej ludności kontynentu. Oficjalne motywy ekonomiczne tej polityki są tylko pozorem. Sztuczne wykreowanie dużych mniejszości kulturowych miało stanowić uzasadnienie ostatecznego usunięcia chrześcijaństwa z życia publicznego (rzekomo w obronie dyskryminowanych mniejszości), rozmyć dawne narody i stworzyć marksistowską utopię europejskiego superpaństwa bez tożsamości religijnej i narodowej.
Projekt ten zakładał, że ściągnięte do Europy obce grupy etniczne ulegną takiej samej laicyzacji jak rdzenni Europejczycy i staną się twardym zapleczem promującej je skrajnej lewicy. Tyle, że wbrew lewackim ideologom miliony muzułmanów się nie zasymilowały. Zaczęły za to przytłaczać swoją dzietnością zateizowanych Europejczyków.
„Islamska zima”
W Europę świadomość tego uderzyła z całą ostrością po 2010 r., kiedy w świecie islamu wybuchła fala buntów społecznych nazywanych ładnie „arabską wiosną”, chociaż tak naprawdę przetoczyła się zimą i wywołała mrożące skutki. Dość powiedzieć, że po interwencji w Afganistanie al Kaida była na krawędzi unicestwienia. Działało tylko kilka jej kilkusetosobowych komórek. Sam bin Laden przez 10 lat w zasadzie tylko się ukrywał. Do 2010 r. w całej Afryce Północnej istniała tylko jedna dogorywająca komórka al Kaidy Islamskiego Maghrebu, licząca 300 ludzi. „Arabska Zima” zmieniła wszystko w kilka miesięcy. Zamiast rojonej przez Zachód demokracji po całym świecie islamu zaczęły wyrastać terrorystyczne bojówki. Dzisiaj dziesiątki tysięcy islamistów chwytają przyczółki terytorium we wszystkich państwach Afryki Subsaharyjskiej, Libii, Nigerii, na egipskim Synaju, Somalii, a nawet w dalekim Mozambiku. Najgorsza okazała się jednak destabilizacja Syrii i Iraku. Radykalniejsze od al Kaidy Państwo Islamskie w latach 2012-14 opanowało terytorium zamieszkane przez kilka milionów ludzi i zagroziło obaleniem całego porządku społecznego.
Demograficzne samobójstwo dla 10-latków
Otworzyło to drogę do zalewu Europy już zupełnie nielegalną imigracją – wcale nie spontaniczną. Od zewnątrz organizują ją muzułmańskie gangi i dążące do wywołania kryzysu w Europie Turcja i Rosja, od wewnątrz kontrolujący Zachód lewico-liberalny establiszment. Wyrazem tego była słynna polityka „Herzlich willkommen” – całkowicie bezprawne a zupełnie bezkarne zaproszenie w 2015 r. przez kanclerz Niemiec Angelę Merkel milionów muzułmanów do UE.
Jak samobójcza jest ta polityka, można sobie uświadomić, dodając najprostsze liczby. Już przed 2015 r. muzułmanie w Niemczech stanowili około 5,5 % populacji. W praktyce oznacza to, że w młodszych rocznikach było ich co najmniej 10 %, bo dzietność muzułmanów jest znacznie wyższa od Europejczyków. W pojedynczym roczniku rodziło się w Niemczech około 350 tys. chłopców, co oznacza, że populacja mężczyzn, którzy dziś są w wieku poborowym (20-40 lat) wynosiła około 7 mln, z tego około 700 tys. muzułmanów. Na skutek merkelowego „damy radę” w ciągu niecałych 2 lat do Niemiec napłynęło 1,5 mln imigrantów, w 3/4 młodych mężczyzn, przedstawianych jako wdowy i sieroty. Populacja muzułmanów w wieku poborowym wzrosła więc skokowo do około 1,8 mln. Już w 2016 r. na 8 mln młodych mężczyzn, więcej niż co piąty miał muzułmańskie pochodzenie. A przecież kryzys migracyjny się nie skończył. Dalej co roku do Niemiec przybywa kilkaset tysięcy młodych muzułmanów. Sytuacja w mniejszych krajach zachodniej Europy jest równie katastrofalna.
Co teraz zrobić z tą hordą młodych niepracujących byczków? Albo pozwolić im sprowadzić muzułmańskie kobiety do Europy, co spowoduje napływ kolejnych milionów albo tolerować setki tysięcy gwałtów na białych kobietach. Nawet wg oficjalnych statystyk w Europie Zachodniej dochodzi do 100 tys. gwałtów rocznie. W rzeczywistości zapewnie jest ich kilka razy więcej. To oczywiście lewakom i feministkom nie przeszkadza. Sami żyją w strzeżonych osiedlach dla „elit” i nie odczuwają skutków swojej polityki. Ich wrogiem jest biały „patriarchalny” mężczyzna.
Przegrana „wojna z terroryzmem”
Co oczywiste, porządek społeczny w Europie się załamie. Zanosiło się na to już po szokującym zdobyciu przez Państwo Islamskie Mosulu w 2014 r. Wówczas w morzu imigrantów dostały się do Europy tysiące terrorystów, a w drugą stronę popłynęły dziesiątki tysięcy ochotników do Państwa Islamskiego, uznając, że nadeszła chwila podrzynania gardeł „niewiernym”. Skutkowało to falą zamachów terrorystycznych z 2015-16 r. Nie było w Europie miesiąca bez masakry w strzelaninie lub staranowaniu samochodem.
Ta fala stopniowo wygasła, bo międzynarodowa interwencja zdołała w latach 2015-19 obalić Państwo Islamskie i zepchnąć je do podziemia. Trwałe stłumienie islamizmu przez militarne interwencje nie jest już jednak możliwe. Kiedy prezydent USA George Bush ponad 20 lat temu ogłaszał, że „wojna z terroryzmem” potrwa dekady, odbierano to jako szukanie pretekstu do przeciągania interwencji. Okazało się, że miał rację. Tyle, że wynik wojny okazał się inny niż oczekiwał. Wojna na Bliskim Wschodzie jest już przegrana. Znakiem tego było wycofanie się USA z Afganistanu w 2021 r. Zarazem przyspieszyło tę klęskę, bo natychmiast cały kraj opanowali talibowie. Tysiące dżihadystów zyskały bezpieczną wyspę, z której mogą prowadzić ofensywy na całym świecie. Wprawdzie al Kaida pozostawała przez ten czas cicha i niewidoczna, ale to część jej ogólnej strategii przetrwania, przyjętej przez 20 lat ukrywania się przed amerykańskim pościgiem. Tym różniła się od Państwa Islamskiego, które na fali chwilowego powodzenia w 2014 r. ostentacyjnie wzywało muzułmanów do światowego dżihadu, dążąc do obalenia międzynarodowego ładu i oskarżając al Kaidę o odstępstwo. Ściągnęło tym na siebie zagraniczną interwencję i klęskę.
Milczenie al Kaidy się opłaciło. Po agresji Rosji na Ukrainę i Izraela na Liban, zagraniczni sojusznicy dyktatora Syrii Baszara al Asada, odwrócili uwagę od zamrożonej od 5 lat wojny w Syrii. I tę nieuwagę wykorzystało syryjskie skrzydło al Kaidy. Piorunującą ofensywą z niewielkiej prowincji Idlib w ciągu zaledwie 11 dni obaliło reżim, który był bliski wygrania 13-letniej wojny. Niech nikogo nie mylą nic niemówiące i stale zmieniające się oficjalne nazwy islamskiego ugrupowania. Te zmiany były częścią tej samej strategii al Kaidy roztapiania się w szerszych organizacjach i schodzenia z oczu Zachodnim interwenientom.
Al Kaida znalazła się teraz w o niebo lepszej sytuacji niż Państwo Islamskie w 2014 r. Zmęczony i zajęty wojną na Ukrainie Zachód nie podejmie nowej interwencji. Al Kaida będzie więc miała olbrzymią swobodę działania (czego wyrazem jest świeża wizyta w Damaszku ugodowej delegacji UE).
Wszystko się posypie
Dotychczasowy porządek w regionie nie tylko jest nie do odtworzenia, ale sytuacja będzie się gwałtownie pogarszać. Al Kaida w przeciwieństwie do Państwa Islamskiego opanowała sztukę mydlenia oczu, ale cel – globalny islamski kalifat, pozostaje ten sam. Upadek Asada w Syrii ma zaś efekt uboczny. Rosja w ostatnich latach całkowicie wypchnęła Francję i jej wojska z jej dawnych kolonii w Afryce Subsaharyjskiej. Słabe armie tamtejszych państw liczą po kilkanaście tysięcy żołnierzy. Już w 2013 r. jedynie francuska interwencja uratowała Mali przed zajęciem przez al Kaidę Islamskiego Maghrebu. To głównie obecność Francji stabilizowała region. Jednakże kolejne dyktatury wojskowe na Sahelu krótkowzrocznie wyprosiły armię francuską i zastąpiły rosyjskimi najemnikami, zainteresowanymi jedynie eksploatacją lokalnych zasobów.
Stabilność regionu zależy teraz od kilku tysięcy najemników o wątpliwym morale ze stacjonującej tam Grupy Wagnera, przeorganizowanej po buncie z 2023 r. w Afrika Korps. Tyle, że ta pomoc jest złudna. Putin jest całkowicie pochłonięty wojną na Ukrainie i nie upilnował nawet tak ważnej dla niego Syrii. Przez bazy w Syrii szło zaś zaopatrzenie dla wagnerowców w państwach Sahelu, teraz odcięte. Jakakolwiek silniejsza ofensywa saharyjskich dżihadystów doprowadzi do natychmiastowego załamania tamtejszych państw i tarcza rosyjskich najemników okaże się iluzją. Wypchnięta z regionu Francja nie przyjdzie zaś z pomocą. Do ataków dochodzi zaś bezustannie i wagnerowcy tracą w Afryce dziesiątki ludzi. Cały ład w Północnej Afryce wisi na włosku i w każdej chwili może się rozsypać jak domek z kart.
I tu można przewidzieć, co się wkrótce stanie w Europie Zachodniej. Powtórzy się sytuacja z 2015 r. Pod wpływem wydarzeń w Syrii uaktywnią się ukryte od lat komórki terrorystyczne i tysiące domorosłych islamistów, czujących, że nadchodzi ich dzień. Kontynent już w tym roku zaleje fala ataków i strzelanin, tyle że na znacznie większą skalę niż 10 lat temu, bo sytuacja demograficzna zmieniła się jeszcze bardziej na korzyść muzułmanów. Różnica będzie taka, że tym razem ta fala nie wygaśnie, bo nikt nie obali islamistycznych państw na bliskim wschodzie, które staną się niewyczerpanym rezerwuarem terrorystów. Otoczona pasem wyrastających emiratów Europa będzie ulegać dezintegracji.
Proces ten jeszcze wzmocni Rosja, która za wszelką cenę dąży do destabilizacji Europy przy pomocy imigrantów przerzucanych od 2021 r. przez Białoruś, by w ten sposób odwrócić uwagę od Ukrainy. Ukraina już od roku toczy wojnę z Rosją wyłącznie dzięki pomocy militarnej z Zachodu. Ustanie tej pomocy oznaczałoby natychmiastową klęskę i drugi rozbiór Ukrainy. Celem Putina jest jednak całkowite wchłonięcie i Ukrainy i Białorusi i państw bałtyckich oraz odbudowa imperium w granicach Związku Radzieckiego (Wbrew różnym pseudo-realistycznym mędrkom, którzy do końca twierdzili, że Rosja żadnej agresji nie planuje, chociaż nawet zwykły zjadacz chleba bez pojęcia o polityce mógł z telewizji dowiedzieć się o zbliżającej się wojnie. A kiedy wojna wybuchła, ci sami mędrkowie twierdzą, że jej przyczyną było szczekanie NATO u bram Rosji a metodą osiągnięcia pokoju odcięcie pomocy napadniętemu, żeby Rosja go szybciej podbiła a potem napadła nas).
Trump przy pomocy Muska wzywa do buntu
Jaka na to będzie reakcja establiszmentu Unii Europejskiej? Udawanie zmiany polityki imigracyjnej oraz zwiększenie agresji przeciw „faszystom” i „rasistom”, czyli zwykłym ludziom, przenoszącym poparcie na partie „populistyczne” ze strachu przed zalewem islamu. Lewicowemu establiszmentowi UE wojna na Ukrainie najbardziej przeszkadza przez to, że rodzi możliwość powrotu demonów patriotyzmu. Najchętniej wróciłby on do tego, co było, czyli biznesów z Rosją i wojny z prawdziwym wrogiem, czyli do fanatycznego niszczenia resztek cywilizacji chrześcijańskiej poprzez walkę o „wolność, równość, braterstwo”, eko-religię, wymyślanie praw dla kolejnych zboczeń, mniejszości gatunkowych, rasowych i płciowych.
Wydawało się, że bezustannie pałowani i lżeni przez terror medialny normalni Europejczycy mogą już głównie bezsilnie uciekać na wewnętrzną emigrację od coraz bardziej nieznośnej rzeczywistości. Zwycięstwo Donalda Trumpa wywołuje jednak wstrząs w lewicowych rządach Zachodu. Upadł rząd Niemiec. 6 stycznia dymisję zapowiedział ultra-lewicowy premier Kanady Justin Trudeau. Elon Musk zaczął kampanię agitacji na rzecz najbardziej anty-imigranckich sił w Europie, dotychczas traktowanych jak trędowaci. Zuchwale wzywa do głosowania na AFD w lutowych wyborach w Niemczech. Do tej pory na takie rzeczy pozwalały sobie tylko Niemcy i Bruksela, bezprawnie ingerując w wewnętrzne sprawy krajów UE i bezczelnie obalając lub kreując rządy we Włoszech, Grecji, czy Polsce.
Każdą wypowiedź Muska śledzi teraz cały świat. 2 stycznia odpalił przeciw brytyjskim socjalistom medialną bombę atomową. Wyciągnął sprawę tysięcy gwałtów na białych dziewczynkach (niektórych w wieku 11 lat), jakich dopuszczali się pakistańscy imigranci. Aferę tuszowały brytyjskie władze i policja, a zamiast bronić ofiar ścigały za „rasizm” i „islamofobię” ludzi próbujących ujawnić prawdę. Nie ma bardziej upokarzającego aspektu islamizacji Europy i europejski establishment boi się sprawy jak ognia. Musk nie dał głosu wykluczonym. Prawie otwarcie wezwał do buntu. Wezwał do obalenia brytyjskiego rządu, a nawet do ustąpienia Nigela Farage’a, popularnego sprawcy Brexitu, przywódcy uważanej za skrajnie prawicową Partii Reform (dawniej „Brexit”). Farage nie chciał bowiem bronić z Muskiem Tommy’ego Robinsona, prawicowego działacza relacjonującego procesy muzułmańskich gwałcicieli, który za swoje anty-islamskie nagrania w sądzie trafił do więzienia. Bez wątpienia Musk działa w porozumieniu z Trumpem. Wprawdzie prezydent USA nie ma aż takiej mocy sprawczej, żeby sobie umeblować rządy w Europie. Swoją aktywnością może jednak doprowadzić do eksplozji społecznej frustracji Europejczyków, przez dekady tłamszonej przez terror lewicowego monopolu medialno-kulturowego. Wtedy nadchodzący kryzys będzie miał jeszcze gwałtowniejszy przebieg.
Wojna przyjdzie do Europy szybciej niż się spodziewa, tyle, że nie ze wchodu, a od środka. Polska zostanie wciśnięta między dwa śmiertelne zagrożenia. I jest na to kompletnie nieprzygotowana. Zatruwana duchowo przez tą samą skrajnie lewicową toksynę, sączącą się od dekad z organów Michnika, TVN-ów, Onet-ów i kontrolowana politycznie przez proniemiecką koalicję ryżego folksdojcza, która podrzuci nam muzułmańskie kukułcze jajo poprzez pakt migracyjny. Alternatywą są zaś rządy tchórzliwych pseudo-patriotów, którzy mieli przeciwdziałać zagrożeniu, a potulnie się pod unijne trendy dostosowali i jako uzasadnienie swojej władzy wymyślili rozdawnictwo socjalne poprzez 500+ i 14 emerytury. Kryzys nadchodzi nieubłaganie. Trzeba szykować się jak Churchill na pot, krew i łzy, a nie obiecywać rozdawnictwo masła, kiedy potrzeba czołgów. Bez nich wkrótce zabiorą nam masło.
The 2025 March for Life: Thanking God for the Victories Won and Preparing for the Battles to Come
On January 24, 2025, hundreds of thousands marched in Washington, D.C. for the 52th annual March for Life to protest and make reparation for the sin of abortion. With renewed vigor after the recent victories, the pro-lifers marched with energy and enthusiasm.
Members of the American Society for the Defense of Tradition, Family and Property (TFP) along with its Holy Choirs of Angels Marching Band playing bagpipes, brass, fifes, and drums, joined the marchers. The music was upbeat and firm, encouraging those marching to strengthen their resolve to defeat abortion.
“Holy Choirs of Angels Marching Band playing bagpipes, brass, fifes, and drums, joined the marchers.”The drums keep the march going with a steady beat
Members of the TFP’s America Needs Fatima campaign carried a statue of Our Lady of Fatima, imploring supernatural help in this battle. The TFP-staffed St. Louis de Montfort Academy was also present in full force.
“Members of the TFP’s America Needs Fatima campaign carried a statue of Our Lady of Fatima, imploring supernatural help in this battle.”
The TFP banner read: “Fight for an America united under God, admiring purity and morality and freed from the sin of abortion!”
Vice President J.D. Vance Speaks
“It is a joy and a blessing to fight for the unborn, to work for the unborn and to march for life!” — Vice President J.D. Vance
Vice President J.D. Vance spoke at the March, greatly increasing the enthusiasm of the pro-lifers. For them, it was a sign that their voice has a presence in the current administration.
“We march to protect the unborn; we march to proclaim and live out the sacred truth that every single child is a miracle and a gift from God.” Vice President Vance stated.
“Thank you for being here and thank you for marching here today; and most importantly, in your works, you remind us that the March for Life is not just a single event that happens on a frigid January day. The March for Life is the work of the pro-life movement every single day from this point forward.”
He concluded, “It is a joy and a blessing to fight for the unborn, to work for the unborn and to march for life! God bless you all, and thank you for having me. It’s an honor to be with you.”
The pro-lifers were also pleased to listen to Speaker of the House Mike Johnson and a video message of President Trump.
Time for a Reality Check in the Pro-Life Cause
Volunteers of the American TFP distributed a flyer titled, “Time for a Reality Check in the Pro-Life Cause.” The engaging flyer points out four new realities that the pro-life movement must be aware of for the future battle.
TFP volunteer, Benjamin Hiegert, helps distribute the flyer: “It’s Time for a Reality Check in the Pro-Life Cause.”
The four realizations that the pro-life movement must see are that:
There are no moderates in the pro-abortion cause
The pro-abortion position is not invincible
The dynamics of the pro-life battle have changed
We cannot avoid the need to change the culture
This TFP statement highlights the point that without addressing the root of the problem—the sexual revolution—there will be no truly pro-life America.
“Morals are non-negotiable. We must stay the course as we have done over the years. We will not weary in this regard. We will only be satisfied with complete victory.”
The Battle is Not Over
This election cycle has witnessed many victories for the pro-life movement, but it must still press the attack to create a culture of virtue, and make the sin of abortion and promiscuity unthinkable.
With the grace of God, and the perseverance of thousands of pro-lifers offering up hours of prayer and sacrifices in the cold, in the rain and sometimes even in prison, this battle will be won.
The 2025 March for Life: Thanking God for the Victories Won and Preparing for the Battles to Come
Całkiem niedawno Rafał Trzaskowski, zdobywający, przypomnijmy ten fakt, pierwsze polityczne szlify u byłego członka żydowskiej frakcji w PZPR, zafundował Warszawie z pieniędzy polskiego podatnika „Muzeum Sztuki Nowoczesnej”. Dość szybko, praktycznie w dniu otwarcia, okazało się, że szkaradny obiekt nie jest muzeum, a w jego środku nie ma ani jednego dzieła sztuki. Pomimo tego na uroczystości otwarcia, mającej znamiona obrzędu, pojawili się dość licznie na wpół ludzie na wpół marionetki. To nadało pozór realności, który został uchwycony przez media. Wielu odwiedzających wychodziło z przekonaniem, że pieniądze zostały zmarnowane w sposób słuszny.
Czym jest, w taki razie, obiekt “nowego muzeum”? Pozorem i złudzeniem, sztuczną rzeczywistością wykreowaną przez edukatorów? Na pewno można go nazwać pomnikiem antykultury. Są też tacy, którzy wierząc w jego realność wskazują na pustą przestrzeń, którą można wypełnić prawdziwymi dziełami sztuki.
Obiekt może w każdej chwili ożyć. Wystarczy parę żywych osób wpuszczonych do środka albo… zwykła fantazja. Inni używają jeszcze bardziej śmiałego argumentu powołując się na słynne dzieło sztuki nowoczesnej “Io sono”.
Włoski artysta Salvatore Garau sprzedał swoją rzeźbę “Io sono” za 15 tys. euro. Jedynym poświadczeniem jej własności jest certyfikat, bowiem dzieło jest niewidzialne. Artysta nie zgadza się jednak z zarzutem, że “Io sono” nie istnieje. “Pustka to nic innego jak przestrzeń pełna energii” – dodaje.
Jakiś czas temu w Muzeum, szczególnie w godzinach nocnych, zaczął pojawiać się sam Rafał Trzaskowski, też niewidzialny. Pojawiał się z dość ciężkim bagażem obietnic wyborczych na plecach. Ale to zaledwie jedna z hipotez. Inna teoria głosiła, że jako nowoczesny tradycjonalista pojawiał się z tradycyjną pustką. Jeszcze inni widzieli go tworzącego własną instalację pod nazwą „zielony wkład”.
W tym momencie muszę uprzedzić czytelnika, że przechodzimy do rzeczy realnie obrzydliwej
Jak informuje bialykruk.pl
Duma Warszawy Rafała Trzaskowskiego, czyli Muzeum Sztuki Nowoczesnej, wybudowane za 700 mln złotych, promuje pornografię i deprawację dzieci i młodzieży.
Poza treścią w książce są komiksowe ilustracje seksu oralnego, o czym donoszą osoby, które widziały ową pozycję i wrzuciły owe obrazki do mediów społecznościowych.
W tym kontekście trzeba zadać pytanie. Czy qrwofile czyli miłośnicy pornografii i prostytucji, ich sympatycy oraz osoby przypadkowe i nieświadome do których bez polityczno-niepoprawnego zwątpienia można zaliczyć pana Trzaskowskiego, osiągną swój kolejny polityczny sukces?