Stanisław Michalkiewicz. Co czeka nas w 2025 roku? / foto: YouTube/Pixabay (kolaż)
W 2025 roku mamy dwie możliwości – uważa publicysta „Najwyższego Czas-u!” Stanisław Michalkiewicz. Zdaniem redaktora, „rozstrzygnięcie nadejdzie w lutym albo w kwietniu”.
„Mamy dwie możliwości”
Stanisław Michalkiewicz:
W 2025 roku mamy dwie możliwości. Donald Trump wycofa pozwolenie, którego Józio Biden udzielił Niemcom na urządzanie Europy po swojemu, a wtedy powinniśmy zrealizować nasz program maksimum w polityce amerykańskiej, czyli namówić prezydenta USA, aby spowodował przeprowadzenie przesilania rządowego w Polsce, najlepiej już w lutym, ale w taki sposób, aby nawet nie angażować do tego kelnerów – wystarczy, aby Trzecia Droga odwróciła sojusze.
To wariant, który albo się uda, albo nie, w zależności od tego, czy Andrzej Duda w czasie inauguracji Donalda Trumpa zatroszczy się o polskie interesy, a nie tylko swoje, aby zdobyć posadę w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim.
A jak taki scenariusz się nie uda, to bardzo możliwe, że Generalna Gubernia zostanie proklamowana 12 października 2025 roku, a więc w rocznicę proklamowania pierwszej GG przez Adolfa Hitlera.
Wówczas prawdopodobnie będzie trzeba się spodziewać tego, że na skutek masowego przypływu azylantów na Węgry będzie można tam powołać rząd na uchodźstwie, tylko trzeba zadbać o to, aby tacy azylanci respektowali parytet płciowy i mogli się rozmnażać.
Formując taki rząd, uda nam się zrealizować chociaż nasz program minimum w polityce amerykańskiej, tj. utworzyć Armię Krajową i wysyłać cichociemnych, aby lądowali w kraju z pasami wypełnionymi złotymi dwudziestodolarówkami – to by pobudziło ducha patriotycznego w narodzie. Ważne, aby Amerykanie zorganizowali w tym celu most powietrzny albo przynajmniej pomogli w jego utworzeniu.
Tak czy inaczej rozstrzygnięcie nadejdzie w lutym albo w kwietniu, gdy Donald Trump przybędzie na kolejny Kongres Trójmorza do Warszawy.
Ta wiadomość na pewno nie spodobałaby się najbardziej znanemu weganinowi, czyli Adolfowi Hitlerowi. Brytyjski dziennik „Daily Mail” twierdzi, że dieta wegańska prowadzi u mężczyzn do wcześniejszych zgonów i gorszego zdrowia.
Takie szokujące dla wegan wyniki, a oczywiste dla wszystkich zdrowo odżywiających się mięsem, uzyskali holenderscy naukowcy po przeanalizowaniu danych medycznych 70.000 Brytyjczyków.
Szczególnie szkodliwe dla zdrowia jest jedzenie wysoko przetworzonych pokarmów roślinnych – wegańskich deserów, tego czegoś, co w Wielkiej Brytanii nazywają chlebem, i frytek. Czyli tego, co jedzą ubożsi weganie, których jest zdecydowanie więcej niż tych bogatych. Lepsze dla zdrowia jest jedzenie świeżych owoców i warzyw.
Z analiz naukowców wynika, że weganie „mają trudności z powrotem do zdrowia po typowych problemach zdrowotnych, takich jak przeziębienie lub uraz będący skutkiem wypadku, na przykład upadku”. Wynikający z weganizmu stan pozbawienia organizmu niezbędnych substancji może powodować nawet 80% wzrost ryzyka zgonu po przyjęciu do szpitala. Weganie mają też o 18% bardziej kruche kości.
Niezdrowa wegańska dieta prowadzi też do spadku sił, jakimi się dysponuje w normalnym życiu, częstego poczucia zmęczenia i braku sił, unikania aktywności fizycznej.
Według naukowców szkodliwe skutki weganizmu widoczne są szczególnie u mężczyzn.
Według Daily Mail „dieta bogata w świeże owoce i warzywa zawiera więcej witamin i minerałów niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania organizmu niż dieta składająca się głównie z rafinowanych zbóż, takich jak biały chleb i napoje gazowane, mimo że obie są wegetariańskie”.
Daily Mail w swoim artykule zwraca uwagę, że „eksperci wielokrotnie podnosili alarm w sprawie niezdrowej żywności wegańskiej, szczególnie zamienników mięsa”, które są pełne cukru, soli i tłuszczu. Takim właśnie szkodliwym wegańskim jedzeniem są truci klienci fast foodów. Weganie są błędnie przekonani, że wegańskie dania w fast foodach są „zdrowsze od tradycyjnych produktów mięsnych”.
Z artykułu Daily Mail można się dowiedzieć, że „brytyjscy eksperci odkryli, że osoby jedzące sztuczne [wyprodukowane przez korporacje w fabrykach] kiełbaski, hamburgery i mięso mielone miały gorsze ciśnienie krwi niż osoby jedzące mięso” prawdziwe z zabitych zwierząt.
Kolejne badania opisane przez Daily Mail wykazały, „że wybieranie wysoko przetworzonej żywności roślinnej, takiej jak wegańskie kiełbaski i burgery, a także ciasta i chipsy, wiąże się z 15% wzrostem ryzyka wystąpienia zawału serca i udaru mózgu”.
„Twórcza wierność Tradycji” papieża Franciszka i całkowita niemoc religii Vaticanum II
„Wiecie bowiem, czcigodni Bracia, że ci najbardziej zapamiętali wrogowie imienia chrześcijańskiego, w pożałowania godny sposób porwani przez ślepy jakiś pęd obłąkanej bezbożności, w bezładzie ciągłego wygłaszania swych mniemań aż do tego się posuwają, że w niesłychanym wręcz zuchwalstwie «otworzywszy usta swe, by bluźnić przeciw Bogu» (Obj 13, 6), nie wstydzą się otwarcie i jawnie głosić, że święte tajemnice naszej religii są wymysłami i wynalazkami ludzkimi, że nauka Kościoła katolickiego sprzeciwia się dobru i pożytkowi społeczeństwa ludzkiego; nie boją się też odrzucać samego nawet Chrystusa i Boga.”1
Pius IX, Qui pluribus
W wygłoszonej 10 maja 2024 r. mowie do członków Międzynarodowej Sieci Stowarzyszeń Teologii Katolickiej (INSeCT) papież Franciszek przedstawił trzy kierunki rozwoju teologii: „wydaje mi się, że mogę wskazać te trzy kierunki rozwoju teologii – twórczą wierność Tradycji, transdyscyplinarność i kolegialność. To są podstawowe «elementy» powołania teologa katolickiego w sercu Kościoła”2.
Co rozumie Franciszek przez „twórczą wierność Tradycji”? W swym opisie każdego z trzech wspomnianych wyżej kierunków zastąpił sformułowanie „twórcza wierność Tradycji” słowami „Tradycja jest żywa”: „Dobrze wiemy, że Tradycja jest żywa. Musi się zatem rozwijać, wcielając Ewangelię w każdym zakątku ziemi i we wszystkich kulturach”3.
Wielu tradycyjnych katolików słyszało już o tej koncepcji – występującej zazwyczaj pod nazwą „żywej Tradycji” – i może nawet znać jej przedsoborowe korzenie teologiczne4. Jednakże stawiając znak równości pomiędzy „żywą Tradycją” a „twórczą wiernością Tradycji”, Franciszek przyznał de facto to, czemu zwolennicy rewolucji Vaticanum II dotąd zaprzeczali: uczynił oczywistym, że kiedy nowinkarze używają terminu „żywa Tradycja”, mają na myśli, iż odchodzą w istocie od Tradycji, usiłując równocześnie „twórczo” zachować pozory przylgnięcia do niej.
W tym świetle możemy lepiej zrozumieć użycie przez Jana Pawła II sformułowania „żywa Tradycja” w swym motu proprio Ecclesia Dei z 1988 r., dotyczącym rzekomego zaciągnięcia ekskomuniki przez abp. Marcela Lefebvre’a w konsekwencji konsekrowania czterech biskupów bez zgody Rzymu:
Korzenie tego schizmatyckiego aktu można dostrzec w niepełnym i wewnętrznie sprzecznym rozumieniu Tradycji. Niepełnym, bowiem niedostatecznie uwzględniającym żywy charakter Tradycji, „która – jak z całą jasnością uczy Sobór Watykański II – wywodząc się od Apostołów, czyni w Kościele postępy pod opieką Ducha Świętego. Zrozumienie przekazanych rzeczy i słów wzrasta bowiem dzięki kontemplacji oraz dociekaniu wiernych, którzy je rozważają w swoim sercu, dzięki głębokiemu, doświadczalnemu pojmowaniu spraw duchowych oraz dzięki nauczaniu tych, którzy wraz z sukcesją biskupią otrzymali pewny charyzmat prawdy”5.
Z perspektywy abp. Lefebvre’a Jan Paweł II posługiwał się sformułowaniem „żywy charakter Tradycji” w takim samym sensie, co mówiący o „twórczej wierności Tradycji” Franciszek. Gdyby jednak Jan Paweł II użył drugiego z tych sformułowań, utraciłby wszelką wiarygodność w oczach wielu ludzi, którzy ostatecznie się z nim zgodzili.
Paradoksalnie motu proprio Ecclesia Dei dostarczyło konkretnego przykładu tego, jak nowinkarze realizują swą „twórczą wierność Tradycji”:
Chciałbym także powiedzieć teologom i innym ludziom biegłym w naukach kościelnych, że obecne wydarzenia także dla nich są wyzwaniem. W istocie bowiem zakres i głębia nauczania Soboru Watykańskiego II domagają się dalszych, nowych dociekań, które jasno ukażą nieprzerwaną ciągłość istniejącą pomiędzy Soborem i Tradycją, zwłaszcza w odniesieniu do tych punktów, które, być może ze względu na swą nowość, nie zostały jeszcze dobrze zrozumiane w niektórych częściach Kościoła6.
Paragraf ten streścić możemy następująco:
II Sobór Watykański nauczał rzeczy, których nie da się pogodzić łatwo z Tradycją katolicką.
W związku z powyższym Jan Paweł II wezwał teologów i ekspertów do „dalszych, nowych dociekań”, w celu wykazania, że nauczanie Soboru pozostaje w ciągłości z Tradycją.
Jan Paweł II uznał, że jest to konieczne, ponieważ niektóre doktryny Soboru są „nowe” i dlatego „nie zostały jeszcze dobrze zrozumiane w niektórych częściach Kościoła”.
Jan Paweł II – który podczas Vaticanum II sam był wpływowym ekspertem – skierował ten apel o „dalsze, nowe dociekania” ponad 20 lat po zakończeniu Soboru.
Innymi słowy, Jan Paweł II apelował do teologów oraz ekspertów o zaangażowanie się w „twórczą wierność Tradycji”, aby pomóc zrozumieć zwolennikom abp. Lefebvre’a, dlaczego nie powinni sprzeciwiać się „nowemu” nauczaniu Soboru. Czy jednak nie jest to coś, co teologowie i eksperci powinni uczynić podczas Soboru, przed narzuceniem Kościołowi nowych doktryn?
Aby zrozumieć, jak skandaliczna jest owa koncepcja „twórczej wierności Tradycji”, wystarczy przypomnieć sobie słowa konstytucji I Soboru Watykańskiego Pastor aeternus:
Duch Święty został bowiem obiecany następcom św. Piotra nie dlatego, aby z pomocą Jego objawienia ogłaszali nową naukę, ale by z Jego pomocą święcie strzegli i wiernie wyjaśniali Objawienie przekazane przez apostołów, czyli depozyt wiary7.
Jan Paweł II przyznał, że Sobór nauczał „nowości”, które nie miały żadnej ewidentnej ciągłości z katolicką Tradycją (w przeciwnym razie teologowie nie musieliby poszukiwać dowodów tej ciągłości 20 lat po Soborze). Według I Soboru Watykańskiego oraz całej Tradycji katolickiej Duch Święty nie może kierować Kościołem w tego rodzaju inicjatywach – tak więc bluźnierstwem jest twierdzenie, iż kierował On Soborem przy wypracowywaniu i ogłaszaniu nowych doktryn.
Biorąc pod uwagę, że Duch Święty nie kieruje Kościołem przy ogłaszaniu nowych nauk, niemających ewidentnej ciągłości z Tradycją katolicką, nie powinno dziwić, że nowa orientacja będąca konsekwencją Vaticanum II nie przyniosła skutków obiecywanych przez nowinkarzy. Chodzi jednak o coś więcej niż tylko brak pożądanych skutków: proces wypracowywania nowego nauczania uczynił rezultat tego zabiegu religią stworzoną raczej przez człowieka niż przez Boga. I – w konsekwencji – nowa religia Vaticanum II utraciła całą skuteczność autentycznej religii katolickiej.
Choć istnieją oczywiście nadprzyrodzone powody utraty przez stworzoną przez ludzi religię Vaticanum II mocy uświęcającej właściwej religii katolickiej, możemy też łatwo wskazać powody czysto naturalne, dlaczego stała się ona niemal całkowicie pozbawiona skuteczności w tym względzie. Jak wiemy z końcowych słów Aktu wiary, wierzymy w prawdy religii katolickiej, ponieważ objawione zostały nam one przez Boga: „Wierzę w te oraz wszystkie inne prawdy nauczane przez święty Kościół katolicki, ponieważ objawiłeś je Ty, który nie możesz ani zwodzić, ani być zwodzonym”.
Katolicy wierzą w prawdy wiary, ponieważ zostały one objawione przez Boga. Wiemy jednak, że nie można tego powiedzieć o religii Vaticanum II, ponieważ jej „prawdy” sprzeczne są pod wieloma względami z tym, czego Kościół zawsze nauczał, a to czyniłoby Boga zwodzicielem. Tak więc w religii soborowej nieobecny jest główny motyw dla wiary, ponieważ pochodzi ona od człowieka, a nie od Boga.
Co więcej, Paweł VI i jego następcy pozwalali większości katolików wyznających religię Vaticanum II odrzucać bezkarnie jej nauczanie, a przynajmniej te elementy, które religia II Soboru Watykańskiego zachowała z religii katolickiej. Przykładowo: chwalimy często Pawła VI za podtrzymanie nauczania Kościoła o antykoncepcji, w rzeczywistości jednak uczynił on niewiele, aby zachęcić katolików do wierności temu nauczaniu. Tak więc ostatecznym skutkiem ogłoszenia przez niego encykliki Humanae vitae było wykazanie ponad wszelką wątpliwość, że Rzymu nie obchodzi w istocie, czy ktokolwiek przestrzega nakazów religii.
Synod o synodalności doprowadza to wszystko do absurdalnej i destrukcyjnej konkluzji, tak iż moglibyśmy sformułować motywy wiary Kościoła katolickiego oraz „Kościoła synodalnego” w sposób następujący:
Kościół katolicki: „Wierzę w te oraz wszystkie inne prawdy nauczane przez święty Kościół katolicki, ponieważ objawiłeś je Ty, który nie możesz ani zwodzić, ani być zwodzonym”.
„Kościół synodalny”: „Wybieram między ideami nauczanymi przez «Kościół synodalny», ponieważ są one tworzone przez heterodoksyjnych katolików, odrzucających to, czego Kościół katolicki zawsze nauczał”.
Różnica nie jest bynajmniej trudna do uchwycenia. A rezultaty są bardziej jeszcze widoczne: żaden rozumny człowiek nie wierzy w religię synodalną, stanowiącą jedynie zaawansowaną formę religii Vaticanum II. Religia synodalna pochodzi z piekła i do piekła prowadzi, powinniśmy być jej jednak wdzięczni za uświadomienie nam całego szaleństwa „twórczej wierności Tradycji”, które to sformułowanie jest po prostu szczerym i uczciwym przyznaniem, co mieli w istocie na myśli nowinkarze mówiący o „żywej Tradycji”.
Wydaje się, że Bóg pozwala na to wszystko, aby coraz więcej dusz uświadamiało sobie, iż pragnie On od nas pokornej wierności Tradycji. Niedawno Michael Matt podał przykład owej pokornej wierności, pisząc o swym ojcu [Walterze Matcie]:
Mój ojciec zwykł określać siebie mianem redaktora „pracującego w pocie czoła” (ang. pick-and-shovel – dosł. ‘pracującego kilofem i łopatą’ – przyp. tłum.). Nie wymyślał koła na nowo. Po prostu przykuł się do tradycyjnej wiary katolickiej i nigdy od niej nie odstępował. Był dziennikarzem, którego każdy tekst dowodził, iż był on katolikiem żyjącym w świecie, ale niebędącym ze świata. Nie obchodziło go, co świat o nim myśli, ale jedynie, co myśli o nim Bóg. Był człowiekiem nazywającym rzeczy po imieniu (ang. who called a spade a spade – dosł. ‘nazywającym łopatę łopatą’ – przyp. tłum.), niezależnie od tego, kto używał jej do grzebania Boga.
Walter Matt założył „The Remnant”, jednak nie uważał się za założyciela żadnego nowego ruchu religijnego – nie „wymyślał koła na nowo”. Zamiast tego, podczas gdy niemal cały świat katolicki albo porzucił wiarę, albo dał się zainfekować jej wypaczoną wersją, „przykuł się do tradycyjnej wiary katolickiej i nigdy od niej nie odstępował”. Postąpił tak, ponieważ prawdziwa Tradycja katolicka przekazywana była wiernie na przestrzeni wieków od Chrystusa i Jego apostołów. (…)
Prości katolicy, trzymający się pokornie tego, czego Kościół zawsze nauczał, byli od Vaticanum II prześladowani przez Rzym, a jednak w tym samym czasie ich wspólnoty doświadczały nieustannego wzrostu: rosła w nich liczba wiernych uczestniczących regularnie we Mszy, powołań do kapłaństwa i życia zakonnego, małżeństw oraz chrztów. Dla tych, którzy posłuszni są nakazowi Zbawiciela, aby osądzać drzewo po owocach (Mt 7, 16–20) – wnioski są oczywiste. Wiara katolicka nie jest dziś bynajmniej bezsilna; bezsilna jest niedorzeczna i bluźniercza religia II Soboru Watykańskiego, która nadaje się jedynie do wycięcia oraz wrzucenia jej w ogień (Mt 7, 19).
Nie docenia się tu jednak stanu psychiki współczesnych ludzi Zachodu, w tym Polski, będącego skutkiem celowej debilizacji. Zabawmy się w intelektualną zagadkę: jak wyglądałaby scena polityczna w Polsce, gdyby dziś wprowadzić narzędzia demokracji oddolnej? Już spieszę z odpowiedzią: tak samo, zasadniczo nic by się nie zmieniło. Polityka zależy od dwóch czynników: suwerenności państwa i suwerenności umysłów obywateli. Obecnie w Polsce nie mamy ani jednego, ani drugiego.
Jak wyjaśniliśmy w poprzednim artykule, demokracja walcząca walczy z własnym społeczeństwem, w interesie tyrańskiej władzy, kryjącej się za parawanem demokracji. W rzeczywistości władza ta realizuje interesy państwa globalnego – struktury, próbującej powstać i zapanować nad narodami i ludźmi.
Na świecie kiepsko to idzie, głównie ze względu na niechęć Chin i Rosji, natomiast na Zachodzie próba ta prowadzona jest z narastającą determinacją i talmudycznym stosunkiem do białych chrześcijan, głównie w Kanadzie i Unii Europejskiej. Jednak i tu próby te napotykają na rosnący opór ludzi i materii. Zastanówmy się, co mogłoby zabezpieczyć narody skutecznie przed tyranią oraz uzurpacją władzy wobec sfery prywatnej. Najpierw należy pokrótce przybliżyć, na czym polega tyrania i uzurpacja, aby uświadomić Czytelnikom, jak blisko nich się znajdują. Proces ten dotyczy dwóch sfer – publicznej i prywatnej, a jego symptomy zwykle są następujące:
ustanawianie praw w interesie sił cudzoziemskich, wymierzonych w obywateli, np. zielony ład;
pozwalanie cudzoziemskim korporacjom i rządom na swobodne kształtowanie sytuacji w kraju;
wzrost danin publicznych;
utrudnianie wszelkiej niezależnej od systemów działalności;
destrukcyjne polityki społeczne, np. Edukacja Włączająca, polityki równościowe, rozdawnictwo;
deprawacja i demoralizacja obywateli, np. tolerowanie lewactwa i antykultury w mediach;
niszczenie lub oddawanie obcym całych gałęzi gospodarki;
wpędzanie państwa i narodu do zbędnej i niechcianej wojny;
wprowadzanie na terytorium państwa masowych ilości obcych ludzi, nastawionych wrogo lub pasożytniczo;
zadłużenie państwa;
wtrącanie się państwa do rodzin – w kwestiach małżeńskich i rodzicielskich;
faktyczna nierówność wobec prawa – pewne grupy uprzywilejowane, np. cudzoziemcy, sześciokolorowcy, kobiety w sprawach rodzinnych;
przy rządach znajdują się osoby w sposób radykalny pozbawione kwalifikacji intelektualnych i moralnych.
Oficjalnym sposobem na usunięcie tych wad, pozostającym w gestii społeczeństwa są wybory. Jest to jednak możliwość czysto teoretyczna. Większość mediów pozostaje w ręku cudzoziemców, a system polityczny nastawiony jest na utrwalanie istniejącego układu sił. Zwolennicy demokracji absolutnej podsuwają rozwiązania, jak mniemają, uniwersalne i trwale skuteczne. Rysują więc piękne plany demokracji bezpośredniej i pryncypialnej, proponują czwórwładzę, nowoczesne narzędzia kontroli cyfrowej polityków i posłów przez wyborców, myśląc, że weto, inicjatywa i referendum skutecznie zabezpieczą demokrację i wolności obywatelskie przed uzurpacją tyrańskiej władzy. Demokrację może i zabezpieczą, ale wolności obywatelskich raczej na pewno nie.
Po pierwsze, zdradziecka władza może nauczyć się korzystać z narzędzi demokracji oddolnej i zacząć nimi sterować, wówczas cały misterny plan demokratyczny weźmie w łeb. Po drugie, władza może być tak bezczelna, że po prostu nie uzna wyników takich wyborów, i co jej wtedy obywatele zrobią? Po trzecie, te wszystkie projekty bazują na sentymentalnym obrazie przeciętnego wyborcy, postrzegając go jako mędrca, oczytanego, zorientowanego, świadomego znaczenia dobra publicznego. Nie docenia się tu jednak stanu psychiki współczesnych ludzi Zachodu, w tym Polski, będącego skutkiem celowej debilizacji. Zabawmy się w intelektualną zagadkę: jak wyglądałaby scena polityczna w Polsce, gdyby dziś wprowadzić narzędzia demokracji oddolnej? Już spieszę z odpowiedzią: tak samo, zasadniczo nic by się nie zmieniło. Polityka zależy od dwóch czynników: suwerenności państwa i suwerenności umysłów obywateli. Obecnie w Polsce nie mamy ani jednego, ani drugiego. Nawet jednak, gdybyśmy cieszyli się takimi suwerennościami, demokracja bezpośrednia szybko zamieniłaby się w ochlokrację, a ta doprowadziłaby do nieuchronnej utraty suwerenności. Demokracja oddolna jest więc dobra, ale w zakresie ograniczonym do spraw lokalnych. Co do spraw państwowych i globalnych, większość nie ma kompetencji intelektualnych, aby wypowiadać się w tych kwestiach. Gdyby masa ludzka musiałaby się wypowiedzieć, poszłaby za głównym przekazem, na to wskazuje praktyka społeczeństwa masowego. Aby było inaczej, musiałyby zostać spełnione dwa warunki: główny przekaz musiałby oddalić się od rzeczywistości, a rzeczywistość musiałaby sprawiać ludności większą przykrość, niż sprawia jej suwerenne myślenie. Poza tym weźmy na logikę: pomysły na demokracje oddolną służą zabezpieczeniu społeczeństwa przed samowolą władzy. Jednakże ich wprowadzenie wymagałoby zgody tej władzy, która ma zostać ograniczona. W sytuacji, gdy władza nie chce się na takie ograniczenie zgodzić (a tak jest zawsze) musiałaby zostać zmuszona przez wynik wyborczy. Ten z kolei wymaga większości społeczeństwa. Te z kolei nawet nie wie, że może w ten sposób ograniczyć władzę. A nawet, gdyby wiedziało, jego większość nie zdecyduje się na takie ograniczenie, dopóki nie będzie jej naprawdę źle. A nawet, jeśli to wszystko uda się zrealizować i przeforsować wybór polityczny większości społeczeństwa, władza może ten wybór uchylić, jak to zrobiła ostatnio w Rumunii. Wszystko wskazuje również na to, że takie mechanizmy są przygotowywane w innych państwach demokratycznych.
Mamy więc dylemat podwójny: po pierwsze, narzędzia demokracji bezpośredniej wymagają odpowiednio myślącego i zintegrowanego społeczeństwa, oraz władzy, która pozwoli takowe wprowadzić. Jedno i drugie obecnie jest nieosiągalne. Jeśli więc chcemy zabezpieczyć naród przed władzą, a jednocześnie nie utracić efektywności rządów, nie tędy droga. Najlepszą drogą jest przywrócenie właściwej hierarchii społecznej, aby wyeliminować z wpływu na sprawy publiczne ludzi, którzy nie chcą wziąć za nie odpowiedzialności. Zauważmy, jak tani jest dziś głos wyborczy, jak niewiele trzeba, aby go oddać, i jak brakuje mechanizmów wzięcia odpowiedzialności za własny wybór. Zmiana tego stanu wymaga solidnej i stałej edukacji społeczeństwa do odpowiedzialności. Tą właśnie na naszych oczach nam zabierają, zastępując Edukacją Włączającą, czyli debilizacyjną hodowlą niewolników unijno – globalnych. Solidna edukacja ma jednak to do siebie, że ludzie unikają jej z lenistwa, tak samo, jak brania odpowiedzialności za własne wybory. Potrzeba czegoś silniejszego i trwalszego.
Rozwiązanie jest prostsze, niż się wydaje. Wymaga co prawda pewnej ewolucji poglądów i zwyczajów, która jednak jest zgodna z normotypem cywilizacji łacińskiej, i da się wykonać w ciągu jednego pokolenia. Należy udrożnić dostęp społeczeństwa do broni, zarówno białej, jak i palnej. Należy dać ludziom możliwość dowolnego uzbrajania się w zakresie tych dwu podstawowych rodzajów. Należy pozwolić ludziom na posiadanie i używanie dowolnej broni białej, strzeleckiej i artyleryjskiej, z wyłączeniem miotaczy płomieni, broni rakietowej i masowego rażenia. Poza tym pozwolić na wszystko – broń automatyczną lekką i ciężką, artylerię (można zastanowić się nad ograniczeniem kalibru i zasięgu), broń pancerną, lotnictwo, jednostki pływające.
Rozumiem szok, jaki z pewnością odczuło wielu Czytelników. Rodzą się obawy – ludzie będą się strzelać na ulicach i w domach, będą rozjeżdżać czołgami, powstaną prywatne armie, rozpowszechni się przestępczość. Te obawy łatwo można rozwiać. Używanie broni przeciw ludziom byłoby ściśle określone i ograniczone do obrony koniecznej. Ta zostałaby uwolniona z ograniczeń, tak, że w sytuacji napaści czy bezpośredniego zagrożenia każdy mógłby użyć tej broni, jaką posiada i jaka jest adekwatna do ataku. Przestępcą byłby napastnik, a nie obrońca. Przestępcy i gangi i tak mają dostęp do takiej broni, jakiej potrzebują, i jaką da się ukryć. Powszechny dostęp społeczeństwa do broni pozbawiłby ich przewagi i odciążyłby organy ścigania. Świat przestępczy raczej mocno by się skurczył. Ci obywatele, którzy zechcieliby używać broni niezgodnie z jej przeznaczeniem, zostaliby szybko zneutralizowani przez organy ścigania i innych, porządnych, uzbrojonych obywateli. Prywatne armie nie stanowiłyby zagrożenia. Ich utrzymywanie byłoby bardzo drogie i natychmiast zostałoby zauważone przez władzę państwową. Władza dysponuje regularną armią i takimi środkami walki, na które nie stać byłoby żadnej prywatnej inicjatywy. Powszechnego uzbrojenia obywateli obawiają się dwie siły – tyrańska władza i agresor zewnętrzny. Obecnie obydwie siły pokrywają się.
Jeśli władza reprezentuje interesy narodu, nie musi niczego się obawiać. Społeczeństwo nie buntuje się bez powodu, a nawet, gdy ma powód, to i tak w łacińskim kręgu cywilizacyjnym od niezadowolenia do otwartego buntu droga jest długa i musi przejść przez kilka szczebli drabiny eskalacyjnej. Rozsądna władza, działająca dla dobra narodu może bez trudu rozładować napięcie i uniknąć buntu. Może natomiast nastąpić inna sytuacja – bunt wewnętrzny, wzniecony przez agenturę siły zewnętrznej. W takiej sytuacji piąta kolumna jest przygotowywana długo wcześniej do siłowego przejęcia władzy. Zwykle taka operacja powiązana jest z umieszczeniem agentów w strukturach decyzyjnych państwa i służb mundurowych. Przewrót przygotowywany starannie, charakteryzowany na bunt oddolny, a w momencie kluczowym decyzje władzy paraliżowane są przez agenturę. Wówczas czynnikiem przesądzającym może okazać się wsparcie własnego społeczeństwa. Mając przed sobą perspektywę walki z uzbrojonym narodem, tajny agresor nie zaryzykuje operacji. Podobnie z jawnym najazdem. Państwo, w którym mieszka uzbrojony naród dysponuje dwiema armiami – regularną i społeczną. Pokonanie sił regularnych może okazać się prostsze, niż nieregularna walka z uzbrojonym, chcącym się bronić narodem. Każdy agresor planujący napaść dokonuje precyzyjnych obliczeń, jakie może odnieść korzyści, straty i koszty. Walka nieregularna byłaby długotrwała i kosztowna pod każdym względem.
Największy problem z koncepcją uzbrojonego narodu ma tyrańska władza. Zwykle udaje ona przyjazną i uśmiechniętą, rozdaje benefity wybranym grupom i używa mediów do zakrywania swojej zdrady. Nie da się jednak przekupić całego narodu, nie da się oszukiwać wszystkich zbyt długo, w końcu się zorientują. Włada, przeradzająca się w tyranię zaczyna używać wymiaru sprawiedliwości jako aparatu terroru. Łatwo można ją zidentyfikować. W wymiarze indywidualnym wyrzuca z pracy, odbiera pieniądze, stawia fałszywe oskarżenia, używa dyspozycyjnych prokuratorów i sędziów. W wymiarze ogólnym używa kłamliwych mediów, demoralizuje i ogłupia społeczeństwo, dzieli na skonfliktowane grupy, wchodzi do rodzin, ogranicza prawa obywatelskie pod pretekstem zapewnienia bezpieczeństwa. W tradycyjnej nauce katolickiej dozwolona jest wojna sprawiedliwa, a także sprzeciw wobec władzy niegodnej, w sposób rażący i uporczywy łamiącej prawo Boże. Sprzeciw wobec takich naruszeń nie jest grzechem, a wręcz obowiązkiem.
Każda władza państwowa, reprezentująca naród i realizująca jego interesy powinna dążyć do tego i stanowić takie prawa i politykę, aby naród ten był świadom swojej tożsamości i interesów, aby miał wiedzę sytuacyjną, aby chciał bronić swojego państwa. W interesie godnej władzy leży uzbrojenie narodu, nauczenie, jak bronią się posługiwać, oraz jego wewnętrzna organizacja samoobronna, podobnie, jak to jest w Szwajcarii. Wówczas nie będą to hultaje i rozwydrzone warchoły, którym wydaje się, że wszystko im wolno, a za nic nie odpowiadają. Nie będą to również zdrajcy i sprzedawczyki, węszące tylko, skąd zysk większy i komu sprzedać Ojczyznę i własną duszę. Będą to poważni ludzie i godni obrońcy, solidne wsparcie każdej uczciwej władzy narodu.
Brońmy Królestwa! Magnificat: On pokazał moc ramienia swego, pysznych rozproszył, strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych. Czas najwyższy na kolejny Cud nad Wisłą, na odrodzenie narodu i wiary jego, bo zbliża […]
_______________
Naród zaczyna walczyć Mało kto chyba nie zauważył, że wydarzenia przyspieszają, a to, co jest zmieni się już niedługo. Zwykle jednak przestraszona ludność wskazuje na działania potęg zła – globalistów, rządów, korporacji, deepstate […]
_______________
Ateistom nie daje się władzy – ks. Marek Bąk Jeżeli nasi władcy obecnie rzekomo większością głosów ustanawiają prawa mordercze i nieludzkie, to to nie ma żadnej przyszłości prócz łez i krwi. Dlatego ci, którzy chcą rządzić niech służą będąc […]
(Arminiusz (fot. Wikipedia), Franciszek (fot. Flickr/ Mazur/catholicnews.org.uk))
Pontyfikat Franciszka to spełnienie marzeń niemieckich reformistów. Przez wiele dekad marzyli o autonomii Kościoła germańskiego, kierowani rządzącym ich wyobraźnią mitem o wyższości teutońskiego barbarzyństwa nad łacińskim Zachodem. Bergoglio, ten prawdziwie niemiecki papież, dał im to, czego tak bardzo pragnęli.
Jeżeli będą kiedyś Państwo w zachodnich Niemczech, na przykład w drodze gdzieś między Hanowerem a Düsseldorfem, warto zboczyć nieco na południe, do niewielkiego miasta Detmold. Na południowym zachodzie od Detmold rozciąga się las teutoburski, ten sam, w którym dziewięć lat po narodzeniu Chrystusa germańscy barbarzyńcy odnieśli słynne zwycięstwo nad legionami rzymskimi pod dowództwem Publiusza Warusa.
Na wzgórzu u progu lasu stoi monumentalny pomnik wodza Germanów, Arminiusza. Blisko 27-metrowy cokół wieńczy równie wysoka figura dowódcy. Barbarzyńca w skrzydlatym hełmie nie tylko triumfuje, ale wyraźnie się odgraża: wznosząc ku niebu długi miecz zdaje się milcząco mówić, że każdego najeźdźcę z zachodu spotka ten sam krwawy los, co nieszczęsne oddziały Warusa.
Monument zaczęto budować w 1838 roku, za panowania Fryderyka Wilhelma III. Był elementem całej serii podobnych postumentów – klasycystycznych, romantycznych, buńczucznych i groźnych. Pałając nienawiścią do Francuzów od upokorzenia w 1807 pokojem w Tylży przez Napoleona, Niemcy – a przede wszystkim Prusacy – próbowali zdobyć się na nową wielkość, której podstawę miały stanowić wojska gotowe na każdy wysiłek dla ojczyzny. Ogólne nacjonalistyczne wzmożenie napędzała często lektura klasyków starożytności, zwłaszcza niewielkiego dziełka Tacyta, „Germanii”. Tacyt napisał ten utwór jako sui generis speculum principis – Rzymianie jego czasów mieli przejrzeć się w germańskim lustrze, żeby zaczerpnąć zapału do wewnętrznych reform.
Historyk przedstawił germańskie obyczaje w samych superlatywach; XIX-wieczni niemieccy nacjonaliści chętnie wykorzystywali ten obraz, by przedstawiać swój etnos jako od genetycznie lepszy – twardy, surowy, silny, całkowicie odmienny niż zepsuta i przegniła nacja francuska.
Antyfrancuskie nastroje były tylko kolejną aplikacją wpisanego w niemiecką kulturę antyzachodniego resentymentu, który znakomicie opisał Herfried Münkler w głośnej książce „Mity Niemócw” (niem. „Die Deutschen und ihre Mythen”). Gigantyczny Arminiusz wygrażający ludziom z zachodu mieczem, miał do przekazania tylko jedno: my, Germanie, tworzymy swój własny świat; nasza cywilizacja jest swoista, lepsza i doskonalsza, stąd zasługujemy na pełną suwerenność i tę suwerenność sobie wywalczymy. Suwerenność, dodajmy, nie tylko polityczną, ale także – a może nade wszystko – duchową. Długi niemiecki XIX wiek to przecież także czas ponownego odkrycia Marcina Lutra jako ojca-założyciela chrześcijaństwa germańskiego.
W 1945 roku polityczny i kulturowy pruski program autonomizacji nowożytnej niemczyzny poniósł druzgocącą klęskę. Od końca wojny, pod amerykańską okupacją, Niemcy nie mogą rozwijać się tak, jakby tego chcieli. Z wychwalania liberalnych wartości najeźdźcy uczynili nawet swoje nowe polityczne credo. Nie oznacza to jednak, by parcie do autonomii zostało z ich narodu całkowicie wykorzenione. Przejawia się tam, gdzie może. Widać to choćby w teologii.
W 2015 roku kardynał Reinhard Marx, ówczesny szef Konferencji Episkopatu Niemiec, wygłosił szeroko komentowane na świecie słowa: „Nie jesteśmy filią Rzymu”.W sensie formalnym miał oczywiście rację – każda diecezja ma swoją własną odpowiedzialność, a rolą biskupa nie jest tylko wykonywanie poleceń przychodzących z centrali. Arcybiskup Monachium i Fryzyngi mówiąc o braku filialnej relacji między Niemcami a Rzymem nie chciał, oczywiście, tylko powtarzać tej oczywistości. Jego celem było podkreślenie tak dużej autonomii Kościoła katolickiego w Niemczech, że uprawnia to do podejmowania decyzji wprost sprzecznych z tymi, które zapadają w Watykanie. W 2015 roku chodziło bezpośrednio o Komunię świętą dla rozwodników. Niemieckie środowiska kościelne naciskały na papieża na to, by wprowadził w tym zakresie dowolność. Tak się rzeczywiście stało – w adhortacji „Amoris laetitia” papież ogłosił, że każdy może robić jak sam uważa.
Głównymi doradcami teologicznymi pontyfikatu Jorge Mario Bergoglia byli w tamtym czasie dwaj niemieckojęzyczni kardynałowie – Walter Kasper i Christoph Schönborn. Kluczowy jest wpływ zwłaszcza pierwszego z nich; wpływ, który wykracza daleko poza kwestię dopuszczania rozwodników do Komunii świętej. Kasperowi chodziło przede wszystkim o przewartościowanie zakresu kompetencji Kościołów lokalnych. Pisał o tym w tekstach polemicznych wobec kardynała Józefa Ratzingera, który jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary w 1992 roku ogłosił list „Communionis notio”. Stolica Apostolska odrzuciła wtedy wizję autonomizującą, zgodnie z którą Kościół powszechny jest złożeniem Kościołów lokalnych, ale to te drugie tworzą jego faktyczny rdzeń. Według „Communionis notio” Kościół powszechny jest ontologicznie pierwszy – przejawia się w Kościołach lokalnych, ale nie jest przez nie tworzony. Kasper uważał, że to nieprawda: nie ma Kościoła powszechnego bez Kościołów lokalnych. Niezależnie od filozoficznych i ściśle teologicznych podstaw oraz implikacji tych obu postaw, stawka w grze była w pewnym sensie po prostu kościelno-polityczna: na ile może pozwolić sobie Kościół lokalny definiując doktrynę, moralność, liturgię i duszpasterstwo? Z ujęcia Ratzingeriańskiego łatwo można wyprowadzić sąd, że na relatywnie niewiele; z ujęcia Kasperiańskiego – że właśnie na całkiem dużo. Kasperiańska eklezjologia była w tym sensie tylko funkcją niemieckiego autonomizmu politycznego.
Franciszek przyjął pogląd Niemca w całej rozciągłości – i to już w adhortacji „Evangelii gaudium” z 2013 roku, gdzie ogłosił decentralizację Kościoła, również w obszarze doktryny i moralności. Nie był to przypadek. Dobrze znane kulisy wyboru Jorge Mario Bergoglia pokazują, że wpływowa sieć kardynałów o reformistycznym nastawieniu świadomie wybrała właśnie Argentyńczyka, wiedząc z góry, że będzie realizować jej agendę. Kasper odgrywał w tej grupie wiodącą rolę – działał od samego początku w sławnej Grupie z Sankt Gallen, w 1996 roku był gospodarzem jej pierwszego spotkania (wtedy jeszcze w klasztorze w Heiligenkreuz w Niemczech).
Bergogliańskie upodobanie do autonomizmu zawarte w „Evangelii gaudium” znalazło swoje liczne powtórzenia i rozwinięcia, kulminując w tekstach Synodu o Synodalności, a zwłaszcza w ogłoszonym 26 października „Dokumencie finalnym”. Czytamy w nim o „różnym tempie” Kościołów lokalnych, nadawaniu nowych kompetencji narodowym episkopatom, możliwości implementacji doktryny i zasad moralnych zależnie od lokalnego kontekstu i tak dalej.
Franciszek, idąc za niemieckojęzyczną teologią XX-wieczną, wprowadził w Kościele katolickim zupełnie nieznaną wcześniej zasadę różnorodności. Łączność wiernych naszej religii ma w nowym stuleciu wyrażać się przede wszystkim w przyjęciu administracyjnej zwierzchności biskupa Rzymu; w wielu „szczegółach” dotyczących samej wiary i jej praktykowania ma z kolei panować duża swoboda. Większość katolików nie będzie z tego najpewniej w ogóle korzystać, szukając wciąż tego, co powszechne i żyjąc tradycyjnym ujęciem katolicyzmu. Członkowie Kościoła w krajach germańskich zamierzają postąpić inaczej, chcąc wykorzystać w całej pełni możliwości, jakie – dzięki ich podpowiedziom – dał Kościołowi papież Franciszek.
W ten sposób miecz Arminiusza, groźnie wzniesiony ku niebu przeciwko najeźdźcom z Zachodu i stabilizujący suwerenność duchową świata germańskiego, jeszcze raz uderzył, raniąc jedność Kościoła katolickiego. Gdyby Jorge Mario Bergoglio miał to „szczęście” i urodził się z germańskich rodziców, w przyszłej niemieckiej historiografii mógłby może obok Filipa Melanchtona zasłużyć na tytuł „praeceptor Germaniae”; albo chociaż na jakiś pomnik, może na dziedzińcu zamkowym Wartburga.
Będąc jednak etnicznym Włochem nie może na to liczyć. Niemcy traktują go jako użyteczne narzędzie: wciągnął rzymskie wojska w germańskie bagna, pozwalając barbarzyńcom na łatwe zwycięstwo.
„Doesn’t Fit MSM Narrative”: Latest Arctic Ice Data Shows 26% Larger Than 2012
Climate realist Tony Heller took to X to highlight the climate misinformation and disinformation campaigns waged by far-left corporate media on the global public.
Climate realist Tony Heller took to X to highlight the climate misinformation and disinformation campaigns waged by far-left corporate media on the global public.
Heller referenced a 2007 BBC News article titled „Arctic summers ice-free 'by 2013′,” which warned readers of the supposed threat that „latest modeling studies indicate northern polar waters could be ice-free in summers within just 5-6 years.”
The BBC article’s baseless claim was designed to instill climate fears across the public to ram through a radical de-growth climate agenda across the Western world.
The Daily News from the Art of Liberty Foundation is a reader-supported publication. To receive new posts and support my work, consider becoming a free or paid subscriber.
Heller then cited NOAA Sea Ice Extent data of the Arctic from Sept. 16, 2012, and Sept. 7, 2024, and found:
„This year’s minimum Arctic sea ice extent was 26% larger than 2012. @BBCNews said the Arctic would be ice-free by 2013.”
Nachodzi rok 2025, kiedy to 20 stycznia nastąpi zaprzysiężenie Donalda Trumpa na kolejnego, bodajże 47 prezydenta Stanów Zjednoczonych – Naszego Najważniejszego Sojusznika. Jak już wielokrotnie wspominałem, w części polskiej opinii publicznej zapanowała z tego powodu euforia, jakby Donald Trump był jednocześnie prezydentem Polski i z tego tytułu miał zadbać o realizowanie żywotnych interesów naszego państwa.
Tymczasem nic podobnego nie będzie miało miejsca. Donald Trump będzie prezydentem Stanów Zjednoczonych i z tego tytułu będzie realizował amerykańskie interesy państwowe, tak jak je rozumie. Nasze interesy państwowe powinien realizować polski rząd i polski prezydent. Z tym, jak dotąd, jest znacznie gorzej.
Niwelacja terenu pod Generalną Gubernię
Vaginet obywatela Tuska Donalda wykonuje całkiem inne zadania. Przede wszystkim ma zniwelować teren pod zainstalowanie tutaj Generalnego Gubernatorstwa w ramach IV Rzeszy, na czele której ponownie stanęła Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen, która – jak pamiętamy – obywatelu Tusku Donaldu i jego vaginetowi postawiła całkiem inne zadania; oprócz zniwelowania terenu pod Generalne Gubernatorstwo, nakazała mu też kontynuowanie „walki o praworządność”, którą w naszym bantustanie nakazała prowadzić jeszcze Nasza Złota Pani w marcu 2017 roku, a na początek zmobilizowała wszystkie organizacje broniące na świecie praw człowieków, żeby wystąpiły do Komisji Europejskiej z wnioskiem, by z Polską zrobić porządek, jako że poziom ochrony praw człowieków w naszym bantustanie urąga wszelkim standardom.
Toteż – chociaż w tak zwanym międzyczasie w Niemczech zmienił się rząd – ta linia polityczna nadal jest aktualna, jako że wpisuje się obecnie w proces niwelacji terenu pod Generalną Gubernię, do którego przyłączyło się skwapliwie tak zwane towarzycho demokratyczne, a która zostanie tu zainstalowana niezwłocznie po nowelizacji traktatu lizbońskiego, co – jak pamiętamy – rekomendował Komisji Europejskiej europejski parlament. Czy to nastąpi – tego, ma się rozumieć, jeszcze nie wiemy – bo nie wiemy, czy Donald Trump jako prezydent USA podtrzyma pozwolenie, jakiego Niemcom w marcu ub. roku udzielił prezydent Józio Biden, by urządzały sobie Europę po swojemu – m.in. zgodnie z wytycznymi sformułowanymi jeszcze w roku 1943 przez Adolfa Hitlera na spotkaniu z gauleiterami.
Hitler powiedział wtedy m.in, że „małe państwa” nie mają w nowej Europie racji bytu, bo tylko Niemcy potrafią prawidłowo Europę zorganizować. W tym też kierunku zmierza projektowana nowelizacja traktatu lizbońskiego. Toteż nie wiemy nawet, czy po 20 stycznia Polska ponownie przejdzie pod kuratelę amerykańską, a jeśli nawet – to czy w związku z tym Ameryka doprowadzi do podmianki na pozycji lidera sceny politycznej naszego bantustanu – co wymagałoby spowodowania u nas przesilenia rządowego, nawet bez udziału kelnerów – jak to miało miejsce w roku 2014 i w 2015. Niestety po naszej stronie nie widać żadnych inicjatyw w tym kierunku, chociaż w koalicji 13 grudnia ostatnio potężnie zatrzeszczało.
A dlaczego nie widać? A dlatego, że chociaż mamy wysyp tych wszystkich prezydentów (ostatnio PSL oświadczył się za panem marszałkiem Hołownią, a Lewica wystawiła panią Magdalenę Biejat), to żaden z nich nawet się w tej sprawie nie zająknie, a pan prezydent Duda sprawia wrażenie osiadającego na laurach, odkąd załatwił sobie fuchę w MKOl po zakończeniu dobrego fartu na stanowisku tubylczego prezydenta, kiedy to sprawiał wrażenie, jakby był jakimś przydupasem ukraińskiego prezydenta Zełenskiego, a nie prezydentem Polski.
Kandydaci w obliczu nowego porządku
O czym tedy mówią ci wszyscy kandydaci na prezydentów? Pan Trzaskowski, który z jakichś zagadkowych przyczyn starannie ukrywa swoje pierwszorzędne korzenie, a żadna Schwein czy to opozycyjna, czy to bezpieczniacka nie ośmiela się mu ich wyciągać, ostatnio na spotkaniu z rolnikami na Lubelszczyźnie, z miedzianym czołem, bredził, że zapewni Polsce „samowystarczalność żywnościową”. Bredził nie tylko dlatego, że prezydent w sprawach gospodarczych ma niewiele, a w gruncie rzeczy – nic do powiedzenia – ale również dlatego, bo w sytuacji, kiedy Reichsführerin właśnie podpisała w imieniu Unii Europejskiej umowę z krajami Mercosur, zgodnie z postanowieniami której, do Unii trafią produkty rolnicze z Ameryki Łacińskiej, co do których nie są wymagane wyśrubowane standardy, jak w przypadku unijnych produktów rolniczych, o żadnej „samowystarczalności” nie może być mowy. Podejrzliwcy twierdzą nawet, że ta skwapliwość Reichsführerin w podpisaniu tej umowy bierze się stąd, że po II wojnie światowej wielu hitlerowców czmychnęło do Ameryki Południowej, w której zaczęli odgrywać – to znaczy teraz już nie oni, tylko ich potomstwo – ważną, a może nawet tak zwaną „przewodnią rolę” – niczym PZPR w budowie socjalizmu – wzięła się właśnie stąd, a nie np. z pragnienia większej niezależności od Chin – bo każde dziecko przecież wie, że Chiny usadowiły się właśnie w Ameryce Południowej. Tak czy owak, umowa z krajami Mercosur może już wkrótce – chyba, że nie zostanie ratyfikowana przez członkowskie bantustany UE – doprowadzić do całkowitego upadku branży tytoniowej w Polsce, a być może innych też – bo jeśli coś złego może się stać, to na pewno się stanie.
Z kolei faworyt Naczelnika Państwa, któremu bezpieka już nawet nie w widoczny, ale wręcz ostentacyjny sposób robi koło pióra, zachęca nas do korzystania z ruchu na świeżym powietrzu. Ano, jak tylko powstanie i okrzepnie Generalna Gubernia, to ruchu na świeżym powietrzu będziemy mieli aż za dużo, choćby przy pracach podejmowanych przez komendantury obecnie chwilowo nieczynnych obozów koncentracyjnych, które przecież trzeba będzie otworzyć choćby po to, by ulokować tam sprawców zdradzieckich zamachów na niemieckie dzieło odbudowy w GG, nie mówiąc już o nienawistnikach, co to zieją „mową nienawiści” i bluźnią sodomczykom i gomorytkom, przyprawiając jednych i drugich o niewysłowione katiusze.
O pani Biejat szkoda nawet wspominać, bo wiadomo tylko, że „będzie walczyć” – ale z kim i o co – tego już nie powiedziała. Ale nie musi tego mówić po pierwsze dlatego, że jeszcze sama tego nie wie, a po drugie – że z kim i o co, to zostanie jej objawione w odpowiednim czasie przez stosowny sanhedryn – na przykład – przez Judenrat „Gazety Wyborczej”. Zresztą ona uczestniczy tylko w konkursie piękności, podobnie jak inni kandydaci, nie wyłączając sezonowego pana marszałka Szymona Hołowni, który stręczy nam się w charakterze „kandydata niezależnego”. Od kogo niezależnego – tego już nie mówi – bo chyba nie od Donalda Tuska, który traktuje go dość bezceremonialnie. Inna sprawa, że bezpieka wystosowała mu pierwsze poważne, ostrzegawcze ostrzeżenie w postaci niebezpiecznych związków z Collegium Tumanum, więc w tej sytuacji chwalebna powściągliwość pana marszałka jest całkowicie zrozumiała, bo nikt nie jest bez grzechu wobec Boga, ani bez winy wobec cara. Któż takie rzeczy może wiedzieć lepiej niż bezpieka?
Rozstrzygną się losy
Podczas kiedy nasz bantustan, „w zaklętym kółku, jak w krzywym zwierciadle, sam się zadręcza własną niemożnością”, w związku z czym nawet Leszek Miller zauważył, że takie Węgry grają już w całkiem innej lidze dyplomatycznej niż Polska pod kierownictwem Księcia-Małżonka – w najbliższych miesiącach rozstrzygną się losy wojny na Ukrainie. Amerykański generał bez ceregieli zapowiada, jak przy pomocy groźby „zakręcenia kurka” finansowego sprowadzi prezydenta Zełenskiego do stołu rokowań z Rosją, a z kolei Putina – przy pomocy groźby dostarczenia Ukrainie broni, która z Rosji zrobi marmoladę. Wygląda na to, że amerykańscy generałowie, jeśli chodzi o poczucie rzeczywistości, są podobni do naszych, przynajmniej niektórzy do niektórych. Jak jest z politykami – o tym się przekonamy – chociaż nie od rzeczy będzie przypomnienie rozmów prezydenta Donalda Trumpa z Kim Dzong Unem w Singapurze, w następstwie których północnokoreański tyran nabrał tylko wigoru i jak gdyby nigdy nic, z powodzeniem kontynuował rozbudowę swego arsenału nuklearnego. No a teraz w dodatku trzeba będzie uspokoić Koreę Południową, która jeszcze nie może przyjść do siebie po sześciogodzinnym stanie wojennym, nie mówiąc już o Syrii, gdzie może otworzyć się – jak powiadają – „puszka z Pandorą”. Rzecz w tym, że i bezcenny Izrael i Turcja mają tam swoje interesy i swoje widoki – niekoniecznie takie same, jak USA.
O ile jednak amerykańska polityka na Środkowym i Bliskim Wschodzie sprawia chwilami wrażenie, jakby zataczała się od ściany do ściany, to Izrael na tym tle wydaje się państwem znacznie poważniejszym, bo wykorzystał amerykańską potęgę do obrócenia wszystkich swoich sąsiadów – z wyjątkiem Jordanii, która przezornie zawczasu się obrzezała – w chaotyczne morze ruin i zgliszcz. Wyjątek stanowi złowrogi Iran, który chyba nie ma innego wyjścia, jak pójść w ślady Kim Dzong Una i zbudować odstraszający arsenał jądrowy, zanim bezcenny, miłujący pokój Izrael, zdecyduje się napuścić amerykańskiego kolosa również na „ajatollahów”, by w ten sposób zaprowadzić trwały pokój na całym Środkowym Wschodzie niczym na kirkucie.
Maszynka do mięsa
Tymczasem w związku z prawdopodobnym zakończeniem wojny na Ukrainie, do Warszawy przyjechał francuski prezydent Macron, żeby przekazać Donaldu Tusku nowe zadanie. Chodzi o wysłanie polskich żołnierzy na Ukrainę, by pilnowali tam strefy zdemilitaryzowanej, o której utworzeniu przebąkiwała amerykańska prasa zaraz po wygranej Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich. Chodzi o to, że wojska rosyjskie, których nikt nie będzie już próbował rugować z zajętych dotychczas terenów, od Ukraińców miałaby oddzielać licząca kilkaset kilometrów i odpowiednio głęboka „strefa zdemilitaryzowana”. Takiej strefy ktoś jednak musiałby pilnować, bo nietrudno przewidzieć, że tak zwane „incydenty” będą się tam mnożyły jak króliki. Czy jednak Rosja zgodzi się, by tej „strefy” pilnowały wojska europejskich członków NATO? Przecież w ten sposób NATO przybliżyłoby się do granic Rosji, tak jakby Ukraina została przyjęta, a przynajmniej zaproszona do Paktu Północnoatlantyckiego!
Wprawdzie obywatel Tusk Donald energicznie zaprzeczył, by nasza niezwyciężona armia została wysłana na Ukrainę, ale co warte są jego deklaracje, to już po roku rządów vaginetu, na którego czele stoi – wiemy. Jeśli zatem ktoś uchroni nas przed ewidentnym wkręceniem Polski w maszynkę do mięsa, to najprędzej zimny ruski czekista Putin, który chyba na takie przybliżenie NATO do rosyjskich granic się nie zgodzi. Kto by pomyślał!
Grzegorz Braun na proteście przeciwko Chanuce w Sejmie / foto: Marek Skalski / „Najwyższy Czas!”
Podczas protestu przeciwko Chanuce w Sejmie głos zabrał lider KKP i unijny poseł Grzegorz Braun.
– Szczęść Boże wszystkim i niech się Pan Bóg zlituje nad tymi, którzy obarczeni dwojakimi deficytami albo intelektualnymi nie wiedzą, nie chcą wiedzieć, odrzucają fakty historyczne i polityczne, albo wiedzą, ale cierpią na deficyt moralny i ich agenda jawnie deklarowana jest odmienna od agendy istotnie realizowanej – rozpoczął Grzegorz Braun.
– Niech się zlituje nad tymi, którzy przemieniają Sejm RP w jaskinię zbójców. To słowa, które padły tutaj z ust moich najbliższych przyjaciół, współpracowników, członków komitetu politycznego Konfederacji Korony Polskiej. To były – sam się koledzy dziwię – bardzo grzeczne, wyważone, oględne stwierdzenia. No, ale mówili politycy, więc Szanowni Państwo, postawmy tę kropkę nad „i” – dodał.
– Wybór jest dla nas, nie-żydów, wedle tej fałszywej doktryny, jedyny: Służyć […]. Ale wiecie państwo, słowo „sługa”, ono też może nawet i w polszczyźnie, a zwłaszcza w staropolszczyźnie, może mieć pewien majestat. Dobra służba to coś pięknego – zauważył Braun.
– Ta perspektywa jest przed nami, nie-żydami zamknięta. Ponieważ my mamy służyć jak zwierzęta, jak bydło. I to nie jest, wbrew pozorom, specjalne odkrycie rabina Schnersona i jego wspólników. To jest ortodoksja Talmudu. To jest nauka szerzona przez 2000 lat, od kiedy odrzucony został żłóbek i krzyż Chrystusowy – stwierdził.
– Ci, którzy go odrzucili i nie uznali, uznali za stosowne kłamać, rozprzestrzeniać swoje kłamstwa na temat chrześcijaństwa i szerzyć wśród swoich pobratymców, wśród swoich dzieci z pokolenia na pokolenie, przekazywać tę straszną naukę o ludziach, nadludziach i podludziach-bydlętach – kontynuował.
– Każdy, kto bierze udział w tym rytuale istotnie dokonuje takiego wybory. Dobrze, żeby rozumiał, że dokonuje takiego wyboru. I warto odnotować, kto tam dzisiaj i kto w minionych latach w tym rytualne uczestniczył. I warto przy okazji najbliższej zapytać, po której stronie sam siebie sytuuje. Jak siebie samego postrzega – mówił.
– Czy zalicza się do nadludzi? Czy też aspiruje do tego, by być pożytecznym bydlęciem? Pożytecznym w procederze wdeptywania w ziemię tych wszystkich, którzy ten dyktat i tę fałszywą alternatywę odrzucą? – pytał Braun.
– Tak, przyłączam się do tego stwierdzenia, że to jest alternatywa wyłączająca. Nie można uzgodnić, pogodzić jednego z drugim. Nie można pogodzić naszego wzorca cywilizacyjnego – ocenił lider KKP.
– Nie tylko w wymiarze religijnym, ale także w wymiarze politycznym, świeckim. Na przykład, taki luksus, którym się właśnie wedle naszego wzorca prawno-ustrojowego, wszyscy mogą cieszyć. A to jest równość wobec prawa. Nie można tego uzgodnić z doktryną o nadludziach i podludziach – powiedział.
– I my właśnie występujemy jako politycy w obronie standardu prawno-ustrojowego .
– My nie występujemy wyłącznie w duchu religijnego uniesienia, choć nie byłoby w tym niczego złego. My nie zarażamy dewocją, choć nie byłoby w tym niczego złego. My upominamy się tu dzisiaj w tym miejscu, przed gmachem Sejmu RP, który stał się siedliskiem propagatorów, wyznawców fałszywe doktryny. My się upominamy właśnie o standard prawnoustrojowy, który jest nie do pogodzenia z tą teorią, której praktykę oglądamy w Gazie – kontynouwał.
– Upominamy się nie tylko ze względu na jakieś zaszłości historyczne, tysiąc lat obecności talmudystów na ziemiach polskich. Przybyli tutaj jako handlarze słowiańskich niewolników na rynki śródziemnomorskie, a nawet dalsze, azjatyckie. Dwa tysiące lat buntu talmudystów przeciwko Prawdzie Chrystusowej. My nie chcemy tylko wspominać historii, tylko na gruncie naszych przekonań […] religijnych i politycznych doświadczeń, chcemy przedstawić alternatywę, której ścisły kontur dopiero w przyszłości się ujawni – zapowiedział Grzegorz Braun.
– Czy chcecie dla swoich dzieci przyszłości, która jest dziś udziałem dzieci w Gazie? Czy chcecie dla polskich dzieci takiego losu? Losu niewolników, podludzi, wydanych na łaskę i niełaskę żydowskich ubermenschów? – pytał.
W poniedziałek pod siedzibą Sejmu odbywa się protest przeciwko skandalicznemu procederowi palenia chanuki przez żydów pod auspicjami przedstawicieli władz państwowych w Warszawie. Uczestnicy podkreślają, że nie może być zgody pomiędzy chanuką – świętem religii, która uznaje nas za podludzi – a Bożym Narodzeniem, które Polacy obchodzą w tym okresie.
Wśród innych przedstawicieli Konfederacji Korony Polskiej głos zabrał Grzegorz Braun. – Szczęść Boże wszystkim i niech się Pan Bóg zlituje nad wszystkimi, którzy – obarczeni dwojakimi deficytami, moralnymi albo intelektualnymi, nie wiedzą, nie chcą wiedzieć, odrzucają fakty historyczne, polityczne, albo wiedzą, ale cierpią deficyt moralny i ich agenda jawnie deklarowana jest odmienna od agendy istotnie realizowanej – niech się na nimi wszystkimi Pan Bóg zlituje – zaczął. – Niech się zlituje nad tymi, którzy przemieniają Sejm Rzeczypospolitej w jaskinię zbójców – dodał.
– Wybór jest dla nas, nie żydów, wedle tej fałszywej doktryny: służyć. Ale wiedzą Państwo, słowo sługa, może w polszczyźnie – zwłaszcza w staropolszczyźnie – mieć pewien majestat: dobra służba to coś pięknego – powiedział Braun. – Otóż, ta perspektywa jest przed nami nie żydami zamknięta, ponieważ my mamy służyć jak zwierzęta, jak bydło. I to nie jest wbrew pozorom specjalne odkrycie rabina Schneersona i jego wspólników– to jest ortodoksja Talmudu, to jest nauka szerzona przez dwa tysiące lat od kiedy odrzucony został Żłóbek i Krzyż Chrystusowy.
Jak wyjaśnił, „ci, którzy Go odrzucili, którzy Go nie uznali, uznali za stosowne kłamać, rozprzestrzeniać swoje kłamstwa na temat chrześcijaństwa i szerzyć wśród swoich pobratymców, wśród swoich dzieci, z pokolenia w pokolenie przekazywać tę straszną naukę o ludziach, nadludziach i podludziach – bydlętach”.
Poseł do europarlamentu wyraził przekonanie, że każdy, kto „bierze udział w tym rytuale, istotnie dokonuje takiego wyboru”. – Dobrze, żeby rozumiał, że dokonuje takiego wyboru. No i, szanowni państwo, warto odnotować kto tam dzisiaj i kto w minionych latach w tym rytualne uczestniczył i warto przy okazji najbliższej zapytać: po której stronie sam siebie sytuuje, jak siebie samego postrzega – czy zalicza się do nadludzi czy też aspiruje do tego, żeby być pożytecznym bydlęciem – pożytecznym w procederze wdeptywania w ziemię tych wszystkich, którzy ten dyktat i tę fałszywą alternatywę odrzucą – dodał.
Stwierdził, że wybór pomiędzy chanuką a Bożym Narodzeniem to „alternatywa wyłączająca”. – Nie można uzgodnić, pogodzić jednego z drugim. Nie można pogodzić naszego wzorca cywilizacyjnego – nie tylko w wymiarze religijnym, ale także w wymiarze politycznym, świeckim, ot na przykład taki luksus, którym się właśnie wedle naszego wzorca prawno-ustrojowego wszyscy mogą cieszyć, a to jest równość wobec prawa – nie można tego uzgodnić z doktryną o nadludziach i podludziach – mówił.
Mówca podkreślił, że jako politycy politycy w obronie standardu prawno-ustrojowego. My nie występujemy tutaj, szanowni państwo, wyłącznie w duchu religijnego uniesienia, choć nie byłoby w tym niczego złego. (…) My upominamy się tutaj dzisiaj, przed gmachem Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej, który stał się siedliskiem propagatorów, wyznawców fałszywej doktryny, o standard prawno-ustrojowy, który jest nie do pogodzenia z tą teorią, której praktykę oglądamy w Gazie – kontynuował.
– To jest pytanie do państwa, do tu zebranych i do naszych rodaków: czy chcecie dla swoich dzieci przyszłości, która jest dziś udziałem dzieci w Gazie? Czy chcecie dla polskich dzieci takiego losu – losu niewolników, podludzi wydanych na łaskę i niełaskę żydowskich Übermenschów? I warto, żeby zadał sobie takie pytanie każdy poczciwy Polak, który jeszcze chce być Polakiem, a nie eurokołchoźnikiem, który jeszcze chce wolności, a nie niewoli – przekonywał Braun.
Wskazał, że wiele formacji politycznych mówi o niepodległości, ale „najwyraźniej nie zdają sobie sprawy z tego, że ani wolności, ani niepodległości, ani bezpieczeństwa być nie może tam, gdzie na piedestał jest wynoszony świecznik chanukowy.
– Czas najwyższy, żeby Polacy otrzeźwieli i zrozumieli, że nie da się koegzystować w duchu frazesu tolerancji ze zbójcami, z rozbójnikami, którzy przyszli po wszystko, przyszli po duszę i ciało, przyszli po majętność, ale żeby po nią sięgnąć, muszą najpierw dokonać pełnej demolki, pełnej dekonstrukcji polskiego ducha, polskiej świadomości, także polityczno-historycznej – powiedział Grzegorz Braun, wzywając do sprzeciwu wobec skandalicznego procederu palenia świec chanukowych w Sejmie.
Was the “1984” crisis of the past five years – averted with the election of President Trump?
In my opinion, we aren’t out of the woods yet.
Until we can “Make Europe Great Again”, and stop the EU-led censorship-industrial complex in their quest for worldwide dominance, we aren’t.
Then there is The deep state, the Blob, and the administrative state –
President Trump has a big job ahead of him, a job that he failed at in his last presidency. That is specifically, finding a way to muzzle the deep state, the Blob, and the administrative state turning against “we the people.”
The cartoon below is fascinating – dated Oct 2020 – just prior to the election. This was published in the “The Week” – a leftist publication.
The truth is that the deep state, the Blob, and the administrative state – which includes the alphabet agencies and the Senior Executive Service, won the last Trump Administration go around from 2016-2020.
Can a future President Trump accomplish what past President Trump failed at?
The cartoon below was produced and published by Ben Garrison in 2017…
The swamp didn’t get drained, and then, during the Biden administration – it morphed into something much more sinister, complex, and dangerous. It expanded the censorship-industrial complex. The joining of the EU and the US into a globalized censorship cabal became a fait accompli. The swamp learned to use PsyWar against its people—the people it is meant to serve. Now, it is Trump’s job to learn to untie that Gordian knot.
Will Trump have the smarts and the stamina to finish the job this time around?
Now for something completely different.
It seems like someone might want to gift-box a case of this stuff to Joe Biden’s new residence.
I had to test the above – so I did a search on Google News for “drones.”
Yep- MSM has decided no more “drones over the night skies” news stories for us!
Here are the top '“drones” search results on Google News:
Zapowiedź ponownej organizacji zapalenia świec chanukowych w polskim Sejmie sprowokowała organizację pikiety, która odbędzie się w poniedziałek przed siedzibą parlamentu przy ulicy Wiejskiej. „Tu jest Polska i tylko Polska” – podkreśla w mediach społecznościowych poseł Grzegorz Braun. „Pozwolimy również innym mniejszościom narodowym i wyznaniowym czuć się tutaj, w Sejmie, jak u siebie w domu” – mówi z kolei marszałek Szymon Hołownia.
Jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia posłowie Konfederacji zwrócili się do marszałka Sejmu z pytaniami dotyczącymi kolejnego, planowanego na poniedziałek zapalenia świec chanukowych w gmachu naszego parlamentu. Jak pamiętamy, przed rokiem świece zostały w spektakularny sposób zgaszone z użyciem sprzętu przeciwpożarowego przez posła Grzegorza Brauna. Podkreślał on, że zapraszająca na wydarzenie sekta Chabad Lubawicz nie wyznaje tradycyjnego, biblijnego judaizmu, ale Talmud i kabałę. W ujęciu tych wierzeń nie-żydzi, czyli goje, są godni pogardy i przyrównywani do zwierząt.
Podpisani pod listem do Szymona Hołowni posłowie Roman Fritz i Włodzimierz Skalik pytają m.in., „kto jest faktycznym organizatorem wydarzenia” oraz kto z Kancelarii Sejmu wydał zgodę na jego organizację. Na zaproszeniach rozesłanych m.in. do parlamentarzystów widnieje bowiem nazwisko Szaloma Stamblera, przewodniczącego Chabad Lubawicz w Polsce.
Marszałek Sejmu Szymon Hołownia, którego cytowała „Gazeta Wyborcza”, stwierdził: –Tak jak obchodzimy tu chrześcijańską Wigilię, tak pozwolimy również innym mniejszościom narodowym i wyznaniowym czuć się tutaj, w Sejmie, jak u siebie w domu.
– Szczęść Boże! Chanuka czy Boże Narodzenie? Wybór należy do Ciebie, Polaku, Rodaku, Polski Patrioto – mówi z kolei w nagraniu zamieszczonym na profilu Tou Tube europoseł Grzegorz Braun. – Ten wybór nie jest tylko wyborem li tylko abstrakcyjnym, intelektualnym, jest wyborem praktycznym, konkretnym. W tym roku zbiegają się daty, terminy tych dwóch jakże krańcowo odmiennych w duchu, w programie celebracji świątecznych. Celebracja kluczowa, centralna dla narodzin naszej cywilizacji, cywilizacji łacińskiej, święta Bożego Narodzenia. Jezus Chrystus, Król świata, Wszechświata, Król Polski, narodził się realnie.
I to, szanowni Państwo, jest fakt historyczny, którego wspomnienie, celebrowanie jest kluczowe dla rozumienia, na jakim świecie żyjemy, a może chcielibyśmy żyć, bo cywilizacja łacińska jest w odwrocie. Zwija się, a nie rozwija; kurczy, a nie rozprzestrzenia. Jej zasady, podstawy są negowane w samym jej sercu na kontynencie europejskim – zauważył były poseł na Sejm RP.
– No i alternatywna celebracja, antycywilizacja Talmudu. Chanuka, proszę nie dać się zwieść pozorom, to święto, waham się, czy używać tego słowa, ta celebracja opakowana w celofan, szeleszcząca frazesem o tolerancji, wspólnocie, miłości, przyjaźni, to właśnie tylko frazes. W rzeczywistości za tą fasadą mamy bardzo mroczne relikty przeszłości, które jakoś nie chcą odejść w przeszłość. No i oczywiście całego świata, całej galaktyki ratować nie możemy, ale pytanie, czy możemy uratować Polskę przed tym dramatycznym i nie daj Boże tragicznym w skutkach zaburzenia hierarchii wartości, pomieszaniem porządków – mówił Braun.
– Chanuka, święta, w które celebransi recytują słowa dzielące świat, dzielące ludzkość na „naszych” i „nie naszych”. Pytanie, po jakiej stronie chcecie się Państwo usytuować. Naród Polski wybrał, tysiąc lat temu, w przyszłym roku będziemy obchodzić tysiąclecie podniesienia korony Królestwa Polskiego. To nie w kij dmuchał, tego się na Allegro nie kupi. Takiej tradycji nie można sobie zapożyczyć i sztucznie przysposobić. My tę tradycję mamy, nie zamieniajmy tej tradycji na żadną inną – wzywał europarlamentarzysta.
Braun zamieścił również w mediach społecznościowych zaproszenie na poniedziałkową pikietę przed Sejmem.
„30 grudnia o 15:15 zbierzmy się w Warszawie pod Sejmem, aby powiedzieć jasno i głośno:
Tu jest Polska i tylko Polska
Nie ma naszej zgody na odprawianie rasistowskich, plemiennych rytuałów Chanuki w polskim Parlamencie!
Polak w Polsce gospodarzem!”.
Źródła: Facebook, You Tube, Wprost, Gazeta Wyborcza, PCh24.pl
– Mamy chyba najdroższą w historii nowożytnej (…) energię elektryczną – powiedział prof. Witold Modzelewski w programie „Rozmowy niedokończone” w TV Trwam. Dokonał on również analizy i podsumowania ekonomicznego oraz gospodarczego 2024 r. z perspektywy Polski.
W rozmowie w TV Trwam, prof. Witold Modzelewski zauważył, że „drożeją artykuły konsumpcyjne” a jako najważniejszą przyczynę wskazał na ceny energii elektrycznej.
Drożeją artykuły konsumpcyjne, a najważniejszym czynnikiem, który powoduje ową drożyznę, są nośniki energii. Mamy chyba najdroższą w historii nowożytnej (…) energię elektryczną, za chwilę będzie kolejna podwyżka cen gazu, ponad 20-procentowa, z początkiem przyszłego roku. Ponadto mamy do czynienia ze zubożeniem, które jest częściowym wynikiem tej drożyzny
To jest jeden z paradoksów, bo mamy do czynienia z nominalnym wzrostem płac, wysoką dynamiką wzrostu wynagrodzeń (…). Wzrost gospodarczy jeszcze ciągle jest w naszym kraju, ale on hamuje, struktura tego wzrostu jest dość niekorzystna
Wyludnienie państwa
W dalszej części prof. Modzelewski zwrócił uwagę na problem wyludnienia państwa, które wpływa na obniżenie stopy życiowej Polaków.
Mamy do czynienia ze zjawiskiem, które nazywa się wyludnieniem. Wyludnienie jest problemem znacznie głębszym niż sprowadzanym tylko do spadku dzietności, bo to jest oczywiste – jesteśmy w okresie głębokiego, postępującego załamania demograficznego. Ale mamy też wyludnienie (…), które oznacza spadek popytu. Jeśli brakuje tych, którzy kupują towary i usługi, to ten, kto im sprzedawał, już nie sprzedaje i on biednieje. Wyludnienie powoduje zubożenie tych, którzy oferowali i sprzedawali towary i usługi dla tych, którzy już ich nie kupują. Wielkie migracje, które już się zaczęły, powodują, że ta sytuacja przyrosła
Zauważył również, że wpływ na sferę ekonomiczną i gospodarczą w Polsce miały restrykcje covidowe a następnie trwająca blisko trzy lata wojna na Ukrainie.
Na to, co działo się w sferze ekonomicznej i gospodarczej w Polsce i na świecie, wpływ miały najpierw wprowadzane przez władze restrykcje covidowe, takie jak tzw. lockdowny, a także trwająca już niemal trzy lata agresja Rosji na Ukrainę. W tak niespokojnym okresie trudno oczekiwać, że nastąpi gwałtowny rozwój inwestycji w naszym kraju
Dalej podkreślił, że sytuacja w naszym regionie wpływa na ilość inwestycji, w tym w Polsce.
To już są cztery lata tych stanów nadzwyczajnych w tym regionie świata. W takim czasie się nie inwestuje – w czasie gdy ludzi straszy się wojną. Nie będzie inwestycji w kraju, który ponoć jest ciągle zagrożony agresją, gdzie najważniejsze jest bezpieczeństwo i przygotowywanie się do ewentualnej wojny
W tym roku bijemy rekordy deficytu budżetowego. Miał on wynosić 182 mld złotych (…). Sprawdziły się prognozy, że nie osiągniemy takich dochodów budżetowych na ten rok, jakie planowano. W związku z tym jest już nowelizacja budżetu i nowy deficyt wynosi już ćwierć biliona złotych, a w przyszłym roku prawdopodobnie sięgnie 300 miliardów złotych. Kryzys fiskalny powoduje, że ta przestrzeń ekonomiczna, margines środków, które można przeznaczyć na inwestycje, kurczy się albo czasami po prostu zanika – podkreślił ekonomista.
Raport Solidarności
Warto przypomnieć, że prof. Witold Modzelewski jest współautorem raportu Solidarności pt. Drapieżny Zielony (Nie) Ład. Autorzy raportu podzielili się kluczowymi ustaleniami m.in. w sprawie polityki klimatycznej. [koniecznie por.“Drapieżny Zielony (nie)Ład” i jego koszty.md]
Polski system podatkowy nie jest gotowy na implementację Zielonego Ładu i Paktu Klimatycznego w wyznaczonych przez UE ramach czasowych. Wprowadzenie pisanych ograniczeń i nakazów będzie skutkować drastycznym wzrostem wydatków budżetowych przy jednoczesnym zubożeniu społeczeństwa i podatników prowadzących działalność gospodarczą (rolniczą i pozarolniczą), a przede wszystkim spadkiem wpływów z najważniejszych podatków
Implementowanie tych rozwiązań bezpośrednio wpłynie na wzrost cen dóbr konsumpcyjnych, jak również może się przyczynić do spadku konkurencyjności polskich przedsiębiorstw na rynkach międzynarodowych. Znaczące ograniczenie konsumpcji towarów i usług wysokoemisyjnych (a zwłaszcza paliw silnikowych) spowoduje zaś trwały spadek dochodów budżetowych. Wprowadzenie tak doniosłych zmian wymaga czasu i niewyobrażalnych wręcz nakładów finansowych, których obecnie Polska – jako państwo i jej obywatele – nie jest w stanie ponieść
Należy również podkreślić, że bez porozumienia na ogólnoświatowym poziomie zmniejszenie emisji CO2 do atmosfery przez UE niewiele zmieni, bo inne kraje w tym czasie prawdopodobnie jeszcze zwiększą swoje emisje i globalna suma emisji CO2 może nawet wzrosnąć (UE jest odpowiedzialna wyłącznie za 7,0% światowych emisji gazów cieplarnianych)
Z raportu możemy również się dowiedzieć m.in., że Polacy nie popierają Zielonego Ładu w obecnym kształcie.
Polacy nie popierają Europejskiego Zielonego Ładu w kształcie znanym w kwietniu 2024 r. Odrzucają większość z 21 rozwiązań tej polityki. Jest to dowód na autokratyczność, a nie demokratyczność działań władz europejskich
Ponadto jak czytamy w raporcie 42,9 proc. Polaków postuluje wprowadzenie istotnych zmian w Europejskim Zielonym Ładzie. Natomiast jego całkowitego odrzucenia chce 34,9 proc. Z kolei 19 proc. uważa, że powinny być w nim wprowadzone niewielkie zmiany. Natomiast bezkrytyczne poparcie dla Zielonego Ładu deklaruje 3,3 proc. Polaków.
Zdecydowana większość Polaków postuluje wprowadzenie w Europejskim Zielonym Ładzie istotnych zmian (42,9%) lub całkowite jego odrzucenie (34,9%). Niewielka część (19,0%) uważa, że powinny zostać wprowadzone w nim niewielkie zmiany. Bezkrytyczne poparcie znajduje on jedynie wśród 3,3% polskiego społeczeństwa. Oznacza to, że wprowadzenie tej polityki to rozwiązanie autokratyczne, a nie demokratyczne – czytamy.
«Przed upadkiem idzie pycha; a przed ruiną – wyniosłość ducha» [Przypowieści Salomona 16:18].
Skąd ta pewność zawarta w tytule? – może zapytać czytelnik. Przecież wszystko wskazuje na to, że potęga wielkich korporacji się umacnia. Tzw. zarządzanie globalne – ONZ, UNIE, NGO’s, rządy, business – stanowią jedną wielką orkiestrę tzw. ‘demokracji uczestniczącej’. Istnieje konkretny, precyzyjnie przygotowany program działania. Z powierzchni ziemi ‘zmiatana’ jest etyka chrześcijańska, etyka prawa naturalnego «czyń dobro, unikaj zła», niszczone są tradycyjne kultury.
Świat podporządkowywany jest nowej etyce globalnej wzniesionej na absurdalnej koncepcji człowieka – jako popędu (gender), zwyrodniałej koncepcji prawa ‘do zabicia’ (aborcja, eutanazja). W celu umocnienia władzy „wyprodukowano” kolejny totalitaryzm – syntezę dwóch poprzednich (komunizm i narodowy socjalizm). Jednak – jak każdy z totalitaryzmów – i ten będzie miał swój kres.
Moje przekonanie, że tak się stanie, wynika z wiary w Opatrzność Bożą i z pewnych prawideł historii. Dzieje ludzkości ukazują bowiem, że upadek największych potęg wynikał z tych samych przyczyn, które dziś wyraźnie wskazują na początek końca zarządzania globalnego, czyli Imperium Międzynarodowej Finansjery.
W artykule „The Fate of Empires” (Los Imperiów) opublikowanym w 1976 roku na łamach brytyjskiego pisma „Blackwood’s Magazine” sir John Bagot Glubb (1897-1986) przedstawił mechanizm powstania i upadków wielkich narodów i mocarstw, których historie zostały spisane ludzką ręką na przestrzeni minionych trzech tysięcy lat. Ten zasłużony dla brytyjskiej armii oficer bardzo dokładnie zbadał historię znanych imperiów – począwszy od Asyrii, przez Persję, Imperium Rzymskie, Imperium Osmańskie, itp… na Imperium Brytyjskim kończąc.
Zagłębiając się w historię upadku tych potęg, Brytyjczyk odkrył zdumiewającą prawidłowość. Otóż wynika z niej, że dekadencja jest rezultatem nazbyt długiego okresu bogactwa i sprawowania władzy, a także egoizmu, pociągu do pieniędzy i utraty poczucia obowiązku. Fazie schyłku towarzyszą takie zjawiska jak: obniżenie moralnych standardów, materializm, konsumpcjonizm, rozwiązłość, napływ cudzoziemców, pasywność, pesymizm, opiekuńczość państwa, rozrost biurokracji, rozkład rodziny, osłabienie religii, upadek obyczajów, itp.
Co znamienne, w okresie dekadencji mężczyźni stają się słabi i borykają się z problemem własnej tożsamości [patrz: wybiegi mody, muzyczne festiwale typu Eurowizja, itp.]. Jednocześnie następuje zwiększenie roli kobiet w życiu publicznym, które w znacznym stopniu przejmują obowiązki mężczyzn. Zjawiska te nie są przyczyną rozkładu, lecz jego konsekwencją. Co ciekawe, jak zauważył John Glubb „bohaterowie czasów upadku są zawsze podobni – sportowcy, śpiewacy lub aktorzy. Współczesne słowo ‘celebryta’ jest używane wobec komika lub piłkarza, ale nie polityka, wojskowego lub wspaniałego pisarza”.
Władców imperium w okresie dekadencji cechuje wysoki stopień ignorancji i przekonanie, że władza jest im dana na zawsze. Poddani (społeczeństwo) nie mogą liczyć na wsparcie polityków, ponieważ tych całkowicie pochłaniają wewnętrzne kłótnie i bezsensowne spory. Po tym wszystkim następuje utrata nadziei, gdyż „dekadencja charakteryzuje się tym, że obywatele nie wykazują już chęci obrony czegokolwiek, ponieważ żyją w przekonaniu, iż nic nie jest tej obrony warte”. Nie ma wątpliwości, że znaki czasów upadku – które w dziejach minionych imperiów zauważył Glubb – z przerażającą dokładnością powtarzają się tu i teraz. Autor spisał swoje spostrzeżenia w latach 70. XX wieku, więc nie mógł wiedzieć, że opisane przez niego zjawiska jak ulał pasują do drugiej dekady XXI wieku.
Tym razem rzecz się dzieje na szeroko pojętym Zachodzie (Unia Europejska, Stany Zjednoczone, itp.), którego wielkie metropolie pełnią funkcję stolic współczesnego Imperium. Autor „The Fate of Empires” słowem nie wspomniał o globalnej władzy światowych korporacji, gdyż opisał jedynie losy znanych mu potęg, które już zdążyły się rozpaść. Skąd zatem wiem, że zbliża się właśnie kres Imperium Międzynarodowej Finansjery? John Glubb wykazał, że pełny cykl – od narodzin potęgi do samobójstwa imperium – to około 10 pokoleń, a zatem średnio 250 lat.
Podejmując się opisania tematu – ‘jak będzie wyglądał świat za dwadzieścia lat’ – porównałam obecne zjawiska z tymi, które znamy z historii (a te wyraźnie wskazują na okres schyłku) oraz sięgnęłam po… kalkulator, aby dotrzeć do źródeł, czyli początku tego, co właśnie się kończy. Jeśli w 2039 roku odejmiemy 250 lat, to przeniesiemy się prosto do 1789 roku, a więc początku rewolucji francuskiej, która pogrzebała stary porządek. Kto zatem zbudował nowy?
W okresie wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych (1775–1783) i po dokonaniu się rewolucji francuskiej (1789–1799) na zgliszczach zniszczonego świata nowe imperium z rozmachem zaczął budować Mayer Amschel Rothschild. Oba wydarzenia historyczne przyczyniły się do gwałtownego powiększenia jego biznesów. U szczytu możliwości i przy najbardziej sprzyjającej koniunkturze „ojciec finansów międzynarodowych” – jak go określił magazyn „Forbes” – posłał swoich pięciu synów w świat. Ekspansję rozpoczęli kolejno: Nathan Mayer (Londyn), Jacob (Paryż), Salomon (Wiedeń), Kalman (Neapol) i Amschel Mayer (Frankfurt nad Menem).
Od tamtej pory międzynarodowa finansjera nieprzerwanie sprawuje władzę nad ziemskim światem. Obecnie aż 189 państw jest poddanymi Międzynarodowego Funduszu Walutowego, którego główna siedziba znajduje się w Waszyngtonie. Dawniej imperiami rządzili cezarowie, królowie, sułtani, itp. Współczesnymi władcami są banksterzy, a ich namiestnikami – politycy. Narzędziem utrzymującym wszystko w ryzach jest system liberalnej demokracji. A kto się nie podporządkowuje pod ‘władzę dolara’, podzieli los takich państw jak Libia czy Syria, którym „demokrację” zaprowadza się pod ‘fałszywą flagą’ (false flag) przy użyciu siły.
Żeby utrzymać władzę, rządzące światem Imperium posuwa się do największych niegodziwości i podstępów. Ale wykonawcy tego projektu już niedługo przestaną być bezkarni.
A co będzie z nami? Kto nas uratuje i poprowadzi? Jak przetrwać zbliżającą się III wojnę światową? Dobra wiadomość jest taka, że jak zauważył Glubb, wielu z największych świętych żyło w czasach dekadencji. To właśnie oni wzniośli sztandar obowiązku i służby przeciw zdeprawowaniu i rezygnacji. Nie możemy tracić nadziei. Bóg wzbudza Świętych i przysyła nam swoich Proroków. Rozglądajmy się i pytajmy: Gdzie oni są? Jakimi cechami się charakteryzują? Przed czym nas ostrzegają? I wreszcie – którędy wskazują nam drogę…
Bądźmy przygotowani. Już wkrótce dotychczasowy świat runie i narodzi się Nowe Imperium. A my zostaniemy tego świadkami i uczestnikami.
Podczas gdy Volksdeutsche Partei za pośrednictwem rządowych, albo prorządowych niezależnych mediów głównego nurtu, zaś patriotyczna opozycja z Naczelnikiem Państwa na czele, za pośrednictwem niezależnych mediów nierządnych, które kiedyś, za ancien regime’u, były mediami rządowymi, przygotowały ludności na czas świątecznej nirwany operę mydlaną w odcinkach o panu Marcinie Romanowskim i „tropie biłgorajskim”, którym podążyć miał do Ziemi Obiecanej na Węgrzech – Episkopat opublikował tłumaczenie Dokumentu Końcowego Synodu o Synodalności. Jest to dokument dość długi, a poza tym – sporządzony eklezjastycznym żargonem, który dla przeciętnego odbiorcy, a nawet – dla odbiorcy nieprzeciętnego, to znaczy – obeznanego z rozmaitymi żargonami – jest trudny do zrozumienia, podobnie, jak odpowiedzi Sybilli kumańskiej, u której zasięgali rady i wskazówek starożytni Rzymianie oraz Rzymianie współcześni. Podobno enigmatyczność odpowiedzi Sybilli była spowodowana odurzającymi dekoktami, których opary unosiły się w jej grocie. Czym odurzali się autorowie Dokumentu Końcowego – tajemnica to wielka – ale cokolwiek to było, efekty są podobne.
Czy moment publikacji polskiego tłumaczenia Dokumentu Końcowego wynika z przyczyn technicznych, czy też został wybrany specjalnie na początek świątecznej nirwany, kiedy nikomu nie będzie się chciało dokonywać egzegezy tego skomplikowanego tekstu – trudno zgadnąć – ale nie można wykluczyć również takiej motywacji. Charakterystyczne bowiem jest to, że z lektury trudno się zorientować, co konkretnie czytelnik powinien zrobić, by sprostać oczekiwaniom autorów Dokumentu – również dlatego, że i te oczekiwania zostały przedstawione bardzo ogólnikowo – jakby autorzy nie chcieli jasno powiedzieć, o co naprawdę im chodzi. Z tego powodu Dokument przypomina znane z pierwszej komuny tak zwane „tezy” na kolejne zjazdy Partii, których celem było odzyskiwanie więzi z masami. Takie pragnienie daje się odczuć również w przypadku Dokumentu, chociaż expressis verbis nie jest w nim wyrażone. W przypadku Partii chodziło o ukrycie w powodzi ogólników intencji odzyskania zaufania „mas”, dzięki czemu można by je nadal spokojnie wykorzystywać dla „budowy socjalizmu”, czyli sprawowania przez Partię „przewodniej roli” – z wykluczeniem wszelkiej konkurencji. Sprawowanie „przewodniej roli” nazywało się „centralizmem demokratycznym”, który istniał chyba tylko w imaginacji jegomościów, co to doktoryzowali się i habilitowali z czegoś, czego nigdy nie było, nie ma i nie będzie. Partia bowiem tak naprawdę sprawowała dyktaturę, raz łagodniejszą, raz surowszą. W okresach łagodności powstawały w niej nawet frakcje, które w okresach surowości znikały – niekiedy nawet na skutek fizycznej ich eksterminacji pod pretekstem „odchylenia” od zatwierdzonej „linii”. Rodzajem takiej „linii” jest chyba też „synodalność”, definiowana jako „droga”, a więc – sposób postępowania.
Jednak z tych enigmatycznych ogólników przebija pewna zagadkowa intencja, w postaci „różnorodności”, w której ma się manifestować „jedność Kościoła”. „Różnorodności” , ale i dalszej „decentralizacji”. Ta „decentralizacja” została zapoczątkowana na II Soborze Watykańskim, po którym w Kościele zapanował „duch Soboru”, to znaczy – swego rodzaju konspiracja postępowych purpuratów, która doprowadziła do całkowitego odwrócenia zaleceń soborowych dokumentów, na przykład w dziedzinie języka liturgicznego. O ile soborowe konstytucje dopuszczały języki narodowe „wyjątkowo”, a tam, gdzie je dopuszczały, to jednocześnie z naciskiem podkreślały, że wierni powinni znać łacińskie teksty modlitw i pieśni – o tyle „duch Soboru” odwrócił to o 180 stopni.
Język łaciński został z liturgii niemal całkowicie wyparty na rzecz języków narodowych. Wyrządziło to nieodwracalne szkody, bo o ile przedtem nawet w wiejskich parafiach uczestnicy chórów, czy pobożnych bractw siłą rzeczy musieli znać łacinę, przynajmniej tę kościelną, co sprzyjało poczuciu ciągłości ze światem antycznym, to wskutek aktywności „ducha Soboru” ta wiedza i ta ciągłość właśnie zanika – może z wyjątkiem wspólnot tradycjonalistycznych. Jeśli dodamy do tego zagadkowe sformułowania na temat konieczności „rozeznawania” roli kobiet, które powinny w Kościele dostępować również „władzy” oraz nacisk na „ekumenizm”, to można odnieść wrażenie, że za parawanem patetycznej retoryki ukrywa się intencja takiego rozwodnienia religii i Kościoła, że będą mogli się w nim pomieścić nie tylko sodomczykowie i gomorytki, ale również – ateiści. Wszystko to – jak mówią – „wygląda ładnie-pięknie” – tylko czy komukolwiek jeszcze zechce się taką rozwodnioną religią przejmować?
Ale to tylko jeden aspekt. Jeśli Dokument Końcowy rzeczywiście za parawanem patetycznych frazesów skrywa takie intencje, to może to oznaczać kolejny gwóźdź do trumny cywilizacji łacińskiej. Jak wiadomo, wspiera się ona na trzech filarach: greckim stosunku do prawdy, zasadach prawa rzymskiego i etyce chrześcijańskiej, jako podstawie systemów prawnych państw. Cywilizacja ta jest znienawidzona m.in. przez Żydów i to w każdym aspekcie. Toteż na naszych oczach dokonują się próby destrukcji każdego z trzech filarów, na których ta cywilizacja się wspiera, więc jeśli ten proces zostanie zintensyfikowany przez rozwadnianie trzeciego filaru, to czy ta cywilizacja się jeszcze ostanie?
Żadnych gwarancji przecież nie ma, ani też nadziei, że czy to Judenrat, czy też lawendowe lobby w Rzymie zbuduje nam jakąś cywilizację alternatywną. W tej sytuacji nadzieje na jej przetrwanie, a więc – również na utrzymanie cywilizacyjnej tożsamości Europy – są coraz mniejsze tym bardziej, że w Dokumencie Końcowym są też wyraźne umizgi pod adresem „migrantów”. W tej sytuacji nie można się specjalnie dziwić, że Dokument opublikowano właśnie teraz. Mało kto się z nim zapozna, a duchowieństwo zostanie zmłotowane, żeby zawarte w nim wytyczne, realizować wprawdzie stopniowo, ale cierpliwie i metodycznie. Jak zauważył w swojej znakomitej powieści „Głos Pana” Stanisław Lem – „nawet konklawe można doprowadzić do ludożerstwa, byle postępować cierpliwie i metodycznie”. Taki właśnie sposób zalecany jest przy gotowaniu żaby. Gdyby zwyczajnie wrzucić ją do wrzątku, to zdążyłaby wyskoczyć i się uratować, Kiedy jednak wrzucić ją do wody chłodnej i stopniowo ją podgrzewać, to żaba niczego nie zauważy aż do momentu, kiedy na ratunek będzie za późno.
Najkrócej rzecz ujmując, komuniści w Sejmie kontraktowym powiedzieli: „Dobrze, zgodzimy się na przywrócenie korony do godła, ale pod jednym warunkiem. Nie będzie w niej krzyża”. To pokazuje, że nienawiść do Chrystusa i nienawiść do Kościoła przetrwały rok 1989 – mówi w rozmowie z PCh24.pl profesor Tomasz Panfil (BEP IPN, KUL).
Szanowny Panie Profesorze, 29 grudnia 1989 roku Sejm kontraktowy przyjął ustawę o zmianie Konstytucji PRL. Na mocy nowelizacji m.in. przywrócono koronę Orłu Białemu w godle Polski. Dlaczego, Pana zdaniem, nie ma się z czego cieszyć?
Po pierwsze, jest to nieprawidłowe heraldycznie, a po drugie – deprecjonujące państwo.
Jeżeli przyjrzymy się bliżej tzw. koronie w godle Polski to dostrzeżemy, że tworzy ona jakąś taką przedziwną, jednolitą bryłę. Korona – jak wie każde dziecko, które rysuje królewiczów i księżniczki – ma promienie. One mogą być proste, one mogą być ozdobne, stylizowane na przykład na liście akantu albo kwiaty lilii, ale zawsze między nimi są prześwity.
W tym, co włożono na głowę polskiemu Orłu, prześwitów nie ma, jest złote między złotym, czyli zupełnie bez sensu. Jest to więc źle narysowane, niepoprawne heraldycznie, ale to tylko ten mniejszy błąd.
Większy błąd polega na tym, że Orzeł Polski, który jest symbolem Korony Królestwa Polskiego czy symbolem Królestwa Polskiego, symbolizował suwerenność państwa. Tu musielibyśmy się cofnąć mocno w przeszłość, do czasów Karola Wielkiego, kiedy obowiązywała doktryna dwóch władz suwerennych. Władcą suwerennym świeckim był cesarz, władcą suwerennym kościelnym, duchowym, apostolskim był papież.
Symbolami tejże suwerenności były korony zamknięte, zwieńczone krzyżem. To taki obrazowy sposób pokazania widzom, publiczności, że nad cesarzem i papieżem jest tylko Bóg. I w okresie wczesnego średniowiecza to byli dwaj jedyni suwerenni władcy. Cała reszta panujących, czyli królowie i niżej stojący w hierarchii książęta, nie byli władcami w pełni suwerennymi, zależeli od cesarza.
Ta zależność bardzo ładnie nam wychodzi w najstarszej historii państwa piastowskiego, kiedy to i Bolesław Chrobry i inni Piastowie zabiegają o zgodę na koronację u cesarza i papieża. Żeby być koronowanym na króla, trzeba było mieć zgodę przynajmniej jednego – a lepiej obu – spośród tych władców suwerennych.
W wieku XII nabrał intensywności proces uniezależniania się królów państw narodowych od uniwersalnego cesarstwa i uniwersalnego papiestwa. W wieku XII korony zamknięte zaczęli nosić królowie Szkocji, Francji, a potem następni.
W Polsce ten proces symbolicznego uniezależniania się od władzy cesarskiej trwał dosyć długo. W gruncie rzeczy dopiero w końcu wieku XV pojawiła się polska korona królewska zamknięta.
Pierwsze artefakty, na których obserwujemy koronę zamkniętą, czyli oznaczającą państwo, władzę suwerenną, to są monety Jana Olbrachta. Jako pierwszy taką koronę na głowę włożył Zygmunt I Stary. Od tego momentu, czyli od przełomu XV/XVI wieku Królestwo Polskie głosi wszem i wobec swoją niezależność od jakiejkolwiek władzy zewnętrznej.
Na Zachodzie formuła niezależności państw narodowych brzmiała: Rex imperatorem in regno suo, czyli „Król jest cesarzem w swoim królestwie”. W Polsce formuła ta przybrała charakter republikański i brzmiała: Non habemus cesarem nisi regem, czyli polska szlachta, polskie rycerstwo oznajmiło światu: „Nie mamy nad sobą żadnego władcy oprócz króla”. Znakiem tej dumy, suwerenności i niezależności jest korona zamknięta na głowie króla.
Zwieńczona krzyżem?
Oczywiście! Korona zamknięta musi być zwieńczona krzyżem, nie ma innej możliwości. Korona zamknięta plus krzyż to jest nieodłączna całość. No i od końca wieku XV po mniej więcej rok 1830 w heraldyce, w symbolice polskiej, w symbolice monarszej występuje korona zamknięta z krzyżem jako symbol, insygnium władzy czy państwa suwerennego i niezależnego od zewnętrznej władzy zwierzchniej.
Dlaczego do roku 1830, a nie 1795?
Ponieważ zarówno car Aleksander I, jak i Mikołaj I koronują się na królów Polski w Warszawie i wkładają na głowę koronę zamkniętą polską.
Car Mikołaj I był ostatnim królem Polski?
Tak.
Niektórzy twierdzą, że Franciszek Józef…
Nie. Ostatnia koronacja z zachowaniem polskiego ceremoniału koronacyjnego to jest koronacja Mikołaja I w 1825 roku.
A później?
Po upadku powstania listopadowego w ramach represji popowstaniowych Królestwo Polskie przestaje mieć ten status autonomiczny z własnym władcą. Często o tym zapominamy. W latach 1815 – 1830 Królestwo Polskie jest państwem połączonym unią personalną z Imperium Rosyjskim.
Dlaczego w herbie II Rzeczypospolitej znalazł się Orzeł w koronie? Przecież II Rzeczpospolita nie była monarchią…
Orzeł w koronie, Pan mówi…
Coś pomyliłem?
Nie, po prostu różnie z tym bywało… W okresie II Rzeczypospolitej obowiązywało kilka wzorów Orła. Jeden był Orłem legionowym, a Orzeł legionowy korony nie miał. To był ten nieoficjalny, aczkolwiek zatwierdzony przez Józefa Piłsudskiego. W roku 1919 Orzeł bardziej przypominał kurę, jakby żywcem wziętą z czasów nieszczęsnego Stanisława Antoniego Poniatowskiego. Od 1927 roku był jeszcze inny Orzeł…
Tak więc w II Rzeczypospolitej mieliśmy rozmaite orły w herbie. Artyści często z nimi eksperymentowali…
I nikomu to nie przeszkadzało? Tu Orzeł w koronie, a tu bez? Tu w herbie symbole masońskie, a tam nie itd.?
Wtedy heraldyka była wciąż żywa, a nie skostniała, sformalizowana, zapisana w prawie i chroniona prawem. Wtedy wspólnota się ze sobą komunikowała również – a może przede wszystkim – wyobrażeniami ikonograficznymi.
Podam jeden przykład: Stanisław Szukalski. Bardzo oryginalny, nowatorski artysta, który zgłosił projekt swojego Orła, którego nazwał Toporzeł. Był to, mówiąc obrazowo, orzeł ze skrzydłami w formie ostrzy toporów. Chodziło w projekcie tym i o nawiązanie do Słowiańszczyzny, do czasów przedchrześcijańskich, i o analogie z symbolami władzy republikańskiego Rzymu oraz o bojowość tego Orła. Sytuacja międzynarodowa w latach 20. i 30, była taka, a nie inna. W związku z tym Szukalski uznał, że Orzeł polski powinien być bojowy, a nie kurowaty jak ten z 1919, z przyciężkim kuprem i małymi skrzydełkami.
W tamtym czasie sytuacja wymagała bojowości i należało to zakomunikować społeczeństwu. Trwała dyskusja, jak to zrobić, również dyskusja symboliczna, dyskusja na płaszczyźnie ikonografii, i Toporzeł jest tego przykładem.
Takich propozycji było dużo więcej. Ich autorzy spierali się, co będzie najlepiej odpowiadać ideom, modom, stylom etc.
Dlaczego jedną z pierwszych decyzji komunistów było usunięcie korony z godła? Dla czerwonych symbolika była również ważna?
Oczywiście, że tak. Korona jest symbolem państwa suwerennego. Ideologia komunistyczna jest ideologią internacjonalizmu, czyli odrzuca suwerenność państw narodowych.
Komunizm jest totalitarny, dąży do zniszczenia wszystkiego. Totalitaryzm nie może pozostawiać enklaw starego porządku, w przeciwnym razie nie będzie totalitaryzmem. Dlatego właśnie komuna upadła! – bo nie udało jej się, zwłaszcza w Polsce, być totalitarną. Zawsze były enklawy, w których ludzie się mogli chronić. Jeżeli takie enklawy istnieją, to oznacza to śmierć ustroju totalitarnego. I tak się stało z komunizmem. Właśnie dlatego nowy komunizm w swym długim marszu przez kulturę usiłuje zlikwidować wszystkie enklawy kulturowe, religijne, z którymi nie poradził sobie pierwszy komunizm, przez co upadł. Ten drugi komunizm, postkomunizm, jest „mądrzejszy” i traktuje kulturę nie jako mało ważną nadbudowę, tak jak – wedle wskazań Marksa – robili to Lenin, Stalin i cała reszta. Traktuje za to kulturę jako bazę, co oznacza, że kultura musi być przekształcona. Wtedy cała reszta – czyli nadbudowa – da się łatwo zmodyfikować, co zresztą widać po dzisiejszym świecie. Niestety.
Kiedy i w jakich okolicznościach zapadła decyzja, żeby przywrócić do godła koronę? Zrobił to, o czym wspomniałem na początku, Sejm kontraktowy. Ideowym spadkobiercom ludzi, którzy usuwali koronę z godła nie przeszkadzał jej powrót?
Nigdy komuniści nie byli tak skorzy do współpracy jak w Sejmie kontraktowym. Istniały jednak pewne granice współpracy; granice oraz konieczności zawierania kompromisów. To złote, co nasz Orzeł ma na głowie, jest kompromisem ówczesnego OKP z obozem komunistycznym, częściowo postkomunistycznym.
Najkrócej rzecz ujmując: komuniści w Sejmie kontraktowym powiedzieli: „Dobrze, zgodzimy się na przywrócenie korony do godła, ale pod jednym warunkiem. Nie będzie w niej krzyża”. To pokazuje, że nienawiść do Chrystusa i nienawiść do Kościoła przetrwały rok 1989.
Proszę zwrócić uwagę: komuniści byli skłonni zgodzić się na takie czy inne rozwiązania wolnorynkowe; byli skłonni zgodzić się na przywrócenie niektórych elementów państwa suwerennego, elementów patriotycznych, niepodległościowych. Nawet – niechętnie, bo niechętnie, ale jednak – zaakceptowali fakt, że istniało coś takiego jak endecja. Natomiast nienawiść do Chrystusa i nienawiść do Kościoła jest u nich niezależna od koniunktur politycznych. Również dzisiaj widzimy ją bardzo wyraźnie. To robi na przykład niejaki Trzaskowski…
Wywołany przez Pana Profesora człowiek twierdzi, że nie zdjął jednego krzyża nie. On „tylko” wydał zalecenie…
To jest klasyczna dialektyka marksistowska. Nie zdjął żadnego krzyża i jest to prawda. Ale wydał zalecenie, żeby wszyscy inni to zrobili…
Może faktycznie Trzaskowski nigdy tego nie zrobił w sensie literalnym, dosłownym. Może Trzaskowski nigdy nie wszedł na stołek i nie zdjął krzyża. Wydaje mi się to bardzo prawdopodobne, bo wiemy, jaką ona ma „smykałkę” do prac ręcznych. Widzieliśmy przecież Trzaskowskiego przyklejającego szybę w drzwiach taśmą klejącą. Podejrzewam więc, że gdyby wlazł na jakąś drabinę, żeby zdjąć krzyż, to albo by się z tej drabiny zwalił, albo by rozwalił ściankę działową, na której wisiał krzyż.
Korona – czy może raczej, jak Pan Profesor powiedział – „to złote, co nasz Orzeł ma na głowie”, to jedyny niuans, błąd naszego godła?
Długo by wymieniać. Orzeł winien mieć złote szpony, a nie pazurki. Nie powinien mieć cieniowanych piór w skrzydłach. Skrzydła powinny być symetryczne, a nie każde inne, przepaska na skrzydłach powinna mieć zakończenie na kształt koniczyny, a nie pięcioramiennych rozetek. W sumie powinniśmy mieć Orła polskiego, a nie nieudolną hybrydę. Przede wszystkim jednak Rzeczpospolita powinna mieć herb, o którym obecnie nie wspomina żaden akt prawny, z konstytucją z 1997 roku na czele. To fatalny błąd: godło na tarczy to herb, a polskie prawo nazywa herb godłem.
Dlaczego przez 35 lat Sejm RP nie podjął kroków, żeby naprawić godło, żeby zmienić „to złote” na prawdziwą koronę etc.?
A tu odpowiedź jest prosta: bo od kiedy w 1997 przepuszczono ten bubel konstytucyjny, nigdy nie było w Sejmie dość zdroworozsądkowych legislatorów, żeby poprawić ewidentne błędy. Zawsze znajdowała się liczna grupa zdolna do zablokowania zmian mogących przywrócić porządek w sferze polskiej symboliki państwowej.
Samotna Wigilia i dzieci w domach dziecka… Pomóżmy rozdzielanym rodzinom
Szanowny Panie, niedawno ubieraliśmy choinkę, dzieliliśmy się opłatkiem, składaliśmy sobie życzenia, wręczaliśmy prezenty oraz śpiewaliśmy kolędy. Poświęciliśmy ten czas naszym rodzinom, zapominając o problemach dnia codziennego.Nie wszyscy jednak mogli w tym roku w pełni cieszyć się Bożym Narodzeniem. W naszej Ojczyźnie są rodziny, które wskutek bezdusznych decyzji urzędników spędzały te szczególnie rodzinne święta w rozłące. Historie tych rodzin warto poznać tym bardziej, że rząd ponownie zapowiada zmiany prawne, które przybliżą polski system do modelu niemieckiego lub norweskiego. Jedną ze szczególnie doświadczonych rodzin są Państwo Klamanowie, którym szwedzki urząd socjalny odebrał cztery córki. Dziewczynki spędzały Święta Bożego Narodzenia na obczyźnie – z dala od rodziców i rodzeństwa; w trzech różnych szwedzkich rodzinach zastępczych, które zabraniają im nawet mówić w ojczystym języku. Gehenna sześcioosobowej rodziny, która mieszkała w Szwecji blisko 10 lat, zaczęła się od skargi 14-letniej córki na rodziców. Dziewczynka, nie chcąc pomagać rodzicom przy wykonywaniu prac domowych, wyżaliła się na swój los w szkole, wyolbrzymiając opowieść o złym traktowaniu przez rodziców. Szybko pożałowała swojej lekkomyślności, gdy szwedzki urząd socjalny – bez zbadania sprawy – pozbawił ją domu i rodziców. Nastolatka przyznała się do kłamstwa i wyraziła chęć powrotu do domu, lecz szwedzcy urzędnicy zignorowali jej słowa. Co więcej, zażądali od rodziców dobrowolnego wydania 3 młodszych córek. Przerażeni wizją utraty wszystkich dzieci Państwo Klamanowie wyjechali z 3 córkami do Polski, chcąc uchronić dziewczynki przed podzieleniem losu najstarszej córki. Wierzyli, że ich rodzina będzie bezpieczna w Ojczyźnie, co pozwoli im skupić siły na batalii prawnej o odebrane dziecko. Niestety polski wymiar sprawiedliwości całkowicie zawiódł… Gdy szwedzki urząd zażądał wydania 3 dziewczynek od Polski, Sąd Rejonowy w Nysie – wbrew stanowisku polskich instytucji monitorujących sytuację rodziny – wydał postanowienie o natychmiastowym odebraniu dzieci i wydaniu ich do Szwecji. W rezultacie rodzice do dziś nie mieli możliwości zobaczyć się na żywo z córkami, przytulić, pocałować… Szwedzi ukrywają przed nimi miejsce pobytu dzieci. Co więcej są na tyle nieczuli na potrzeby dzieci, że nawet ograniczają coraz bardziej kontakt pomiędzy rodzeństwem.Na tym etapie w obronie Państwa Klamanów zainterweniowali prawnicy Ordo Iuris. W imieniu rodziców występowaliśmy w postępowaniu odwoławczym, a teraz szykujemy skargę na prawomocną decyzję do Sądu Najwyższego. Żądamy też, aby Rzecznik Praw Dziecka w końcu udzielił konkretnego wsparcia rodzinie w tym postępowaniu. Jednocześnie zażądaliśmy interwencji od Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Ministerstwa Sprawiedliwości. Resort ministra Bodnara odmówił podjęcia działań, twierdząc, że wyłącznie właściwą w sprawie córek Państwa Klamanów (które posiadają wyłącznie polskie obywatelstwo) jest… Szwecja! MSZ zadeklarował wolę współpracy, ale zwrócił uwagę na brak możliwości podjęcia dalej idących działań, gdyż rolę wiodącą w tej sprawie odgrywa Ministerstwo Sprawiedliwości. Gdy urzędnicy spychają na siebie odpowiedzialność, dzieci wciąż są u obcych, a ich mama i tata tracą wiarę w państwo polskie.Aby wywrzeć presję na polskich władzach i zmusić je do interwencji w obronie polskich obywateli, przygotowaliśmy petycję do premierów Polski i Szwecji, której sygnatariusze domagają się oddania dzieci rodzicom.
W sprawie Państwa Klamanów zostaliśmy poproszeni o pomoc, gdy już doszło do najgorszego – córki zostały zabrane z domu i wywiezione do Szwecji.Na szczęście zwykle udaje nam się zapobiec podobnym dramatom, gdy zagrożona rodzina zgłosi się do Ordo Iuris zanim dojdzie do jej rozdzielenia. Potwierdza to historia Pani Moniki z Wrocławia, która wróciła do Polski w obawie przed odebraniem jej dzieci przez norweski Barnavernet. Dzięki naszej pomocy, ta rodzina mogła spędzić Boże Narodzenie w komplecie.Przyczyną zainteresowania ze strony Barnavernet było to, że matka samotnie wychowuje dzieci oraz ich… nadwaga. Powtarzające się, wielogodzinne i niezwykle uciążliwe kontrole norweskich urzędników zmieniły życie kochającej się rodziny w koszmar. Matce stawiano wciąż nowe i nowe wymagania, grożąc odebraniem córek. Norwegom nie podobało się między innymi to, że dzieci nadal mają polskie obywatelstwo oraz posiadają polskie paszporty! Źle przyjęli informację o tym, że matka – widząc, że kontakt z Barnavernet negatywnie odbija się na zdrowiu psychicznym dzieci – zapewniła im opiekę psychologiczną.Obawiając się odebrania córek, matka wróciła z nimi do Polski. Znalazła dom i pracę we Wrocławiu, gdzie zapisała dzieci do szkoły. Powrót do Ojczyzny pozytywnie wpłynął na ich zdrowie psychiczne i samopoczucie. Zmniejszyły się nawet problemy z nadwagą. Niestety, Barnavernet nie zostawił rodziny w spokoju i za pośrednictwem polskiego Ministerstwa Sprawiedliwości wszczął postępowanie rodzinne, żądając wydania dzieci do Norwegii. Występując w imieniu matki, złożyliśmy do sądu stanowisko, w którym dowodzimy, że dobro dziewczynek wymaga, aby zostały przy matce. Wskazujemy, że wbrew oskarżeniom Barnavernet matka dobrze opiekuje się córkami, co potwierdzają ustalenia polskich służb, zeznania świadków znających rodzinę oraz fakt, że matka stale podnosi swoje kompetencje wychowawcze, uczestnicząc w kursach. Podkreślamy, że strona norweska całkowicie lekceważy wolę dziewczynek, które chcą zostać przy matce i które mają w Polsce rodzinę. Liczymy, że wsparcie Darczyńców i Przyjaciół Ordo Iuris pomoże nam pozytywnie zakończyć to postępowanie. Opieką prawną otaczamy też… niemiecką rodzinę, która schroniła się w Polsce w obawie przed odebraniem im dzieci przez niemiecki Jugendamtem. Państwo Mori czują się głęboko skrzywdzeni postępowaniem niemieckich instytucji rodzinnych i chcą pozostać – po pozytywnym zakończeniu sprawy – w naszym kraju.Nie jest to jedyna rodzina obcokrajowców, która znalazła bezpieczny azyl w Polsce, napotykając w swoim kraju na niesprawiedliwe traktowanie przez urzędy ds. dzieci. Na życie w Polsce zdecydowała się również Norweżka Silje Garmo wraz ze swoją córeczką. Kilka lat temu obroniliśmy je przed bezpodstawnymi oskarżeniami ze strony Barnavernet, a teraz w jej imieniu występujemy do polskich władz z wnioskiem o przyznanie mamie i jej córce polskiego obywatelstwa. Na naszą pomoc liczy także samotna matka z Wodzisławia Śląskiego, której sąd odebrał trójkę niepełnosprawnych dzieci z uwagi na agresywne zachowanie ich starszego, dorosłego brata. Choć syn wyprowadził się z domu, a matka podjęła współpracę z kuratorem i asystentem rodziny, którzy pozytywnie oceniają jej opiekę nad trójką rodzeństwa, dzieci wciąż nie mogą wrócić do domu.Wkrótce podobne problemy może mieć wiele polskich rodzin. Minister Katarzyna Kotula zapowiedziała bowiem wyposażenie urzędników w nowe narzędzie w postaci kwestionariusza oszacowania zagrożenia zdrowia i życia, które pozwoli im na łatwiejsze odbieranie dzieci rodzicom. Obawiamy się, że za jego pomocą rząd chce transformować polski system na wzór systemów niemieckiego i skandynawskiego, gdzie często nie respektuje się praw rodziców i dobra dziecka. Dlatego monitorujemy prace nad rozporządzeniem w tej sprawie. Natychmiast po jego publikacji przystąpimy do analizy prawnej.Wielu spośród zgłaszających się do nas rodziców, traktuje nas jak ostatnią deskę ratunku. Często wcześniej odmówiono już im pomocy w innych miejscach.Trudno porównać z czymkolwiek radość, jaką odczuwamy, gdy doprowadzamy w takich sytuacjach do upragnionego powrotu dzieci do domu. To wielkie dobro jest możliwe wyłącznie dzięki sile tworzonej przez nas wspólnoty Darczyńców, Przyjaciół i prawników Ordo Iuris. Nasze współdziałanie przywraca rodzicom nadzieję, a dzieciom mamę i tatę, uśmiech i zaufanie do drugiego człowieka.Wierzę, że z Pana wsparciem uratujemy jeszcze niejedną skrzywdzoną bezdusznymi decyzjami urzędników rodzinę.
Poprosili niemiecki urząd ds. dzieci o pomoc, a teraz mogą stracić dzieci Kolejny raz Polska staje się miejscem ucieczki dla obcokrajowców, którzy chcą chronić swoje dzieci przed systemem „ochrony dzieci”. To bardzo ważne postępowania, ponieważ dają nam możliwość podjęcia międzynarodowej krytyki złych rozwiązań prawnych, zanim zostaną one zaproponowane w Polsce.Pomocy prawnej udzielamy obecnie niemieckim rodzicom wychowującym 15-latka i 11-latkę, którym niemiecki urząd ds. dzieci chce odbierać dzieci. Gdy państwo Mori podczas pandemii Covid-19 poprosili urzędników o wsparcie, ci zamiast pomóc rodzinie… wszczęli wobec nich postępowanie przed sądem. Choć kontrola nie wykazała żadnych nieprawidłowości, sąd – powołując się na jedną, odosobnioną opinię biegłego – wydał nieprawomocny wyrok nakazujący zabranie dzieci z domu. Wstrząśnięci rodzicie chcieli odpocząć z dziećmi przed rozpoczęciem postępowania apelacyjnego i wybrali się na krótkie wczasy do Polski. Niedługo po przekroczeniu granicy państwo Mori dowiedzieli się od swoich niemieckich prawników, że – nie czekając na wynik postępowania apelacyjnego – sąd nakazał przekazać dzieci urzędnikom Jugendamt i umieścić w placówkach opiekuńczych! Nie wyobrażając sobie rozstania z dziećmi, rodzice zdecydowali się zostać w naszym kraju. Podjęli pracę na Pomorzu i posłali dzieci do polskiej szkoły. Niestety spokój rodziny po raz kolejny zakłócił Jugendamt, który zlokalizował rodzinę i zażądał od polskich służb odebrania dzieci. W rezultacie wszczęto postępowanie rodzinne, a dzieci zostały zabrane z domu i umieszczone przejściowo w polskiej rodzinie zastępczej. Na tym etapie włączyliśmy się do postępowania, reprezentując rodziców przed polskim sądem. W postępowaniu dowodzimy, że dobro dzieci wymaga, aby zostały one w Polsce i wróciły do rodziców. Podkreślamy, że oddanie ich do Jugendamtu naraża je na permanentne rozdzielenie i związaną z tym traumę. Podnosimy, że wszystkie zaangażowane w sprawę polskie instytucje zgodnie stwierdzają, że rodzice dobrze opiekują się dziećmi, które chcą do nich wrócić.Niestety wskutek opieszałości niemieckich urzędników, którzy nie uczestniczą w rozprawach oraz nie chcą otwierać linków i załączników wysłanych przez polski sąd elektronicznie, zasłaniając się brakiem odpowiednich zabezpieczeń, postępowanie posuwa się bardzo wolno. Co więcej polski sąd z własnej inicjatywy… szuka dla strony niemieckiej niemieckojęzycznego prawnika, którego zamierza ustanowić w ramach instytucji pełnomocnika z urzędu! To polscy podatnicy mają zatem płacić za obsługę prawną Jugendamt.
Odebrane rodzicom dziecko trafiło do babci Z sukcesem interweniowaliśmy w sprawie czternastolatka z Mazowsza, który decyzją sądu został im odebrany i umieszczony w domu dziecka, gdzie przebywał ponad 2 lata. Powodem długotrwałego i niezwykle bolesnego rozdzielenia nie były żadne oskarżenia o złe traktowanie syna przez rodziców. Sąd zastosował ten środek, gdyż chciał za jego pomocą… doprowadzić do zakończenia sporu pomiędzy rodzicami chłopca. Po rozstaniu nie byli oni w stanie uzgodnić między sobą sposobu opieki nad nastolatkiem. W tej sytuacji sąd – zamiast pomóc rodzicom w polubownym rozwiązaniu konfliktu – odebrał dziecko obojgu, twierdząc, że dla jego dobra należy go odizolować od skonfliktowanych ze sobą rodziców w celu wyciszenia jego emocji. Chłopiec był zrozpaczony decyzją sądu. Miał duże trudności z dostosowaniem się do warunków życia w domu dziecka oraz wyrażał stanowczą wolę powrotu do domu. Widać wyraźnie, że decydując o zabraniu nastolatka z domu, sąd nie pomógł mu, ale go ukarał za zachowanie jego rodziców.Włączając się w to postępowanie, mieliśmy na celu dobro chłopca. W przekazanej sądowi opinii „przyjaciela sądu”, podkreślaliśmy, że odebranie dziecka i umieszczenie go w pieczy zastępczej powinno być ostatecznością – decyzją podejmowaną tylko wtedy, gdy w inny sposób nie można zapewnić dziecku bezpieczeństwa i odpowiednich warunków rozwoju. Nie miało to miejsca w tej sprawie. Z akt wynikało bowiem, że umieszczenie dziecka w domu dziecka było dla niego głęboko krzywdzące i traumatyczne. Przypomnieliśmy, że jeśli już sąd decyduje się na odebrane dziecka rodzicom, to kierując się dobrem dziecka, powinien w pierwszej kolejności postarać się o jego umieszczenie u krewnych – w tym przypadku u babci dziecka. Na możliwość umieszczenia dziecka u babci wskazał również interweniujący w tej sprawie Rzecznik Praw Dziecka. Sąd przychylił się do naszych argumentów i zdecydował o umieszczeniu dziecka u wskazanego członka rodziny. W ten sposób nastolatek przebywa wśród kochających krewnych i ma łatwiejszy kontakt z rodzicami. Po naszych interwencjach dzieci wracają do domów Wcześniej skutecznie pomogliśmy między innymi Pani Ewelinie z Warszawy, której odebrano pięcioro dzieci i umieszczono je w 3 różnych placówkach opiekuńczo-wychowawczych. Boże Narodzenie rodzina mogła spędzić razem dzięki pomocy prawników Ordo Iuris.Przyczyną rozdzielenia rodziny była lekkomyślność syna i córki. W złości na matkę rodzeństwo nakłamało, że jest źle traktowane w domu. Choć dzieci szybko przyznały się, że mówiły nieprawdę, to całe rodzeństwo zostało zabrane z domu, a Pani Ewelina musiała udowadniać, że nie krzywdzi swoich dzieci. Otaczaliśmy ją w tym czasie opieką prawną. Matka ukończyła zalecone przez sąd warsztaty podnoszące kompetencje opiekuńczo-wychowawcze. Rozpatrując sprawę, sąd przyznał nam rację, uznając, że sytuacja rodziny uległa poprawie i zdecydował o powrocie dzieci do domu na stałe.Dzięki temu w tym roku rodzina mogła w spokoju się cieszyć świątecznym czasem.Z sukcesem zakończyliśmy także interwencję w Świdniku, pomagając rodzicom bezpodstawnie oskarżonym o znęcanie się nad nastoletnią córką. Podczas wizyty u szkolnego psychologa z córką, matka dowiedziała się, że dziewczyna ma depresję, zmaga się z myślami samobójczymi i okalecza się. Zrozpaczona i przerażona kobieta doznała szoku i w pierwszym odruchu zaczęła się kłócić z dziewczyną. Nauczyciele, zamiast wykazać się empatią i współczuciem wobec matki i jej córki oraz im pomóc, błędnie uznali, że dziewczyna jest źle traktowana w domu i doprowadzili do wszczęcia postępowania rodzinnego. Występując w imieniu rodziców, udowodniliśmy, że prawidłowo opiekują się swoim dzieckiem. Sąd uwzględnił nasze wnioski dowodowe i argumenty stwierdzając, że w sprawie nie ma podstaw do ingerencji we władzę rodzicielską. Obalamy fałszywe podejrzenia wywołane objawami spektrum autyzmu u dzieci Wiele z prowadzonych przez nas spraw rodzinnych dotyczy rodzin wychowujących dzieci zmagające się z objawami spektrum autyzmu albo zespołem Aspergera. Zdarza się, że wskutek złej woli lub ignorancji nauczyciele i pedagodzy ze szkoły lub sąsiedzi błędnie interpretują charakterystyczne objawy dzieci jako przejawy tego, że są w domu źle traktowane. W takich przypadkach ich rodzice muszą często przez wiele miesięcy udowadniać, że nie krzywdzą swoich dzieci. Otaczamy ich w tym czasie opieką prawną. Interweniowaliśmy między innymi w Siedlcach, pomagając ośmioosobowej rodzinie, której 13-letni syn zmaga się z zespołem Aspergera. Choć szkoła została poinformowana o objawach dziecka, to z jej inicjatywy toczyło się postępowanie grożące rozdzieleniem rodziny. Reprezentując rodziców, dowiedliśmy, że prawidłowo zajmują się dziećmi. Potwierdzały to między innymi zeznania sąsiadów i opinia kuratora. Sąd rodzinny zakończył sprawę, stwierdzając, że zainicjowanie postępowania przez szkołę nie było poprzedzone rzetelnym zbadaniem sytuacji. Z kolei w Grodzisku Mazowieckim pomogliśmy małżeństwu wychowującemu syna zmagającego się z zaburzeniami ze spektrum autyzmu. Związane z autyzmem zachowanie chłopca budziło niechęć wśród jego rówieśników ze szkoły, przez co inne dzieci go wyśmiewały. Gdy rodzice poprosili nauczycieli o pomoc, nie tylko nie podjęto stosownych działań, ale oskarżono ich o złą opiekę nad dzieckiem, które rzekomo miało być bite. Występując w sprawie, prawnicy Instytutu dowiedli, że rodzice dobrze opiekują się synem, który po przeniesieniu do innej szkoły otrzymał odpowiednie wsparcie. Sąd rodzinny uwzględnił nasze stanowisko i nie ograniczył władzy rodzicielskiej rodzicom. Zwycięstwem zakończyliśmy także interwencję we Włocławku, gdzie wsparliśmy prawnie rodziców dwóch chłopców w wieku 7 i 2 lat. Starszy z nich, u którego zdiagnozowano ADHD, poskarżył się w szkole, że jest rzekomo źle traktowany w domu. Choć szkoła wiedziała o jego dolegliwościach, to zamiast zweryfikować słowa chłopca, zainicjowała postępowanie rodzinne oraz wszczęła procedurę Niebieskiej Karty. Interweniując przed sądem, dowiedliśmy, że zarzuty były fałszywe, a rodzice prawidłowo opiekują się synami. Potwierdził to przydzielony rodzinie kurator oraz zeznania sąsiadów. Dodatkowo rodzice podjęli terapię psychologiczną w celu zwiększenia swoich kompetencji wychowawczych i umiejętności postępowania ze starszym chłopcem oraz kontynuują z nim wizyty u psychologa. W rezultacie procedura Niebieskiej Karty została zamknięta, a sąd umorzył postępowanie rodzinne, uznając, że dobro dzieci nie jest zagrożone i dlatego nie ma potrzeby ingerować we władzę rodzicielską. Wspólnie obronimy polskie rodziny! Prawnicy Ordo Iuris każdego dnia są na pierwszej linii frontu walki w obronie polskich rodzin przed bezpodstawnym rozdzielaniem przez nieczułych na ludzką krzywdę urzędników.Na co dzień widzimy, jak niewiele trzeba, aby życie kochającej się rodziny zostało w jednej chwili zamienione w kilkuletni koszmar.Odebranie dziecka jest dla wielu rodziców tak poważnym szokiem, że bez pomocy profesjonalnych prawników nie potrafią odnaleźć się w gąszczu skomplikowanych przepisów i procedur, w których znakomicie odnajdują się urzędnicy.Na szczęście dzięki pomocy Darczyńców i Przyjaciół Ordo Iuris nasi prawnicy mogą pomagać każdej zgłaszającej się do naszego Instytutu rodzinie, doprowadzając do upragnionych powrotów dzieci do domów. Każde z naszych działań generuje jednak określone koszty. Rozpoczęcie pojedynczej interwencji to początek dziesiątek godzin ciężkiej pracy dla naszych prawników. Aby podjąć konkretne kroki prawne, musimy przeanalizować dokładnie akta każdej konkretnej sprawy, które niejednokrotnie liczą nawet kilkaset stron. Następnie sporządzamy odpowiednie pisma procesowe i walczymy o powrót dzieci do domów na salach sądowych. Często w takich sprawach musimy podróżować po kraju, odbywać konsultacje z psychologami i pedagogami, a niekiedy także zapewnić rodzicom możliwość odbycia wymaganych przez sąd kursów podwyższających ich kompetencje wychowawcze. Dlatego każdorazowe podjęcie interwencji w obronie rozdzielanej rodziny to dla nas wydatek nie mniejszy niż 10 000 zł. W związku z ogłoszoną przez minister Katarzynę Kotulę zapowiedzią, że urzędnicy otrzymają nowe możliwości odbierania dzieci z domów bez wyroku sądu, spodziewamy się wkrótce napływu nowych zgłoszeń od zrozpaczonych rodziców. Wierzę, że z Pana pomocą będziemy mogli pomóc każdej zgłaszającej się do nas rodzinie. Nie wiemy jeszcze, jaki kształt prawny przybiorą zapowiedzi minister Kotuli. Jednak już teraz musimy zabezpieczyć co najmniej 15 000 zł w naszym budżecie na prace analityczno-interwencyjne w trakcie procesu legislacyjnego inicjatywy. Dlatego bardzo proszę Pana o wsparcie Instytutu kwotą 80 zł, 130 zł, 200 zł lub dowolną inną, dzięki czemu będziemy mogli skutecznie bronić rodzin przed bezpodstawnym rozdzielaniem. Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w powyższy przycisk Z wyrazami szacunku
P.S. Zabranie z rodzinnego domu często przebiega w dramatycznych okolicznościach. Przerażone dzieci odbierane wbrew własnej woli rodzicom płaczą, krzyczą i usiłują się wyrywać policji i urzędnikom. Dla wielu z nich to doświadczenie staje się przyczyną bolesnej traumy, która naznacza całe ich dorosłe życie. Mam nadzieję, że z pomocą ludzi takich jak Pan, którzy nie pozostają obojętni na krzywdę dzieci, doprowadzimy do wielu upragnionych powrotów dzieci do kochających rodziców. P.P.S. Pragnę też przypomnieć o możliwości odliczenia darowizny przekazanej na Instytut Ordo Iuris od dochodu w rozliczeniu PIT za rok 2024. To już naprawdę ostatni moment na jej dokonanie – tylko do 31 grudnia. Istnieje możliwość otrzymania od nas zaświadczenia o wpłatach dokonanych na rzecz Instytutu, które przyda się przy rozliczeniu. Aby je otrzymać, proszę wypełnić formularz na stronie pit.ordoiuris.pl. Działalność Instytutu Ordo Iuris możliwa jest szczególnie dzięki hojności Darczyńców, którzy rozumieją, że nasze zaangażowanie wymaga regularnego wsparcia.Ustaw stałe zlecenie i dołącz do naszej misji.
Z władzą radziecką nie będziesz się nudził – twierdził Aleksander Sołżenicyn. I rzeczywiście. Partia, to znaczy – Volksdeutsche Partei – i rząd zadbały o to, byśmy podczas świątecznej nirwany się nie nudzili, dopisując nowy rozdział opery mydlanej pod tytułem “Poszukiwanie Marcina Romanowskiego”. Jak wiadomo, Marcin Romanowski, któremu bodnarowcy z niezależnej prokuratury początkowo przedstawili bodajże 11 zarzutów, przedostał się na Węgry, gdzie od tamtejszego rządu otrzymał azyl polityczny, uzasadniony obawą, że w naszym Tuskolandzie nie mógłby liczyć na uczciwy proces.
Ta obawa jest całkowicie uzasadniona nie tylko tym, że z tak zwanych “rozliczeń” vaginet obywatela Tuska Donalda uczynił sobie jedyną rację istnienia.
Jeśli oczywiście nie liczyć skrobanek, których legalizacji nie może doczekać się Wielce Czcigodna Katarzyna Kotula, co to w bezpowrotnie minionej młodości była molestowana przez swojego trenera – nie tylko tym, że osobnik myślący, iż jest Prokuratorem Krajowym na razie nie trafił do wariatkowa, więc musi wykazać się przed swoimi mocodawcami, ale przede wszystkim dlatego, iż środowisko sędziowskie w Polsce jest zagenturyzowane zarówno przez bezpiekę wojskową, jak i “cywilną” ABW.
Ta prowadziła wszak operację “Temida”, mającą na celu werbunek konfidentów właśnie w środowisku niezawisłych sędziów, zdemoralizowane, prawdopodobnie również skorumpowane, a w dodatku – szalenie rozpolitykowane. W tych warunkach nie tylko pan Marcin Romanowski, ale w ogóle nikt nie może liczyć na uczciwy proces, o czym się przekonałem na własnej skórze. Toteż nic dziwnego, że jak tylko okazało się, że Węgry udzieliły panu Romanowskiemu azylu politycznego, niezależna prokuratura natychmiast przysoliła mu bodajże 11 kolejnych zarzutów. Jasne; jak już oskarżać, to oskarżać!
Ale najlepszym wyczynem było przeszukanie w lubelskim klasztorze OO Dominikanów. Policjanci w kominiarkach i z długą bronią wtargnęli do klasztoru, nad którym unosiły się policyjne drony 19 grudnia – kiedy już wiadomo było, że pan Romanowski nie tylko przebywa na Węgrzech, ale również – że tamtejszy rząd udzielił mu azylu. Tymczasem policjanci, na rozkaz niezależnej prokuratury, przed co najmniej dwie godziny “poszukiwali” pana Romanowskiego w tym klasztorze, fotografując przy okazji co się tylko dało.
Jak można wyjaśnić takie bęcwalstwo? Przypomina mi to moją historię z lat 70-tych, kiedy to Służba Bezpieczeństwa, a ramach “sprawy operacyjnego rozpracowania” mnie, zorganizowała całodobową inwigilację. Jak się dowiedziałem potem z akt w IPN, zlecenie tej inwigilacji zostało wydane wcześniej, ale z korespondencji między poszczególnymi biurami komendy wojewódzkiej MO okazało się, że bezpieczniacy – jak to w socjalizmie – nie mieli mocy przerobowych, żeby te wszystkie zamówienia na inwigilację w terminie zrealizować.
Po prostu brakowało tajniaków, więc w moim przypadku zamówienie wprawdzie zostało zrealizowane, ale z kilkumiesięcznym opóźnieniem. W przypadku przeszukania klasztoru mogło być podobnie. Słyszeliśmy przecież żale o brakach kadrowych w policji, więc może rzeczywiście zabrakło policjantów, zwłaszcza że na przeszukanie męskiego klasztoru byle kogo – na przykład policjantek – przecież wysłać nie można. Najlepiej wysłać takich, co to z reakcyjnym klerem mieli do czynienia jeszcze za pierwszej komuny i nie jest łatwo ich zacukać.
Przykładem niech będzie aria Gnoma z opery “Cisi i gęgacze” Janusza Szpotańskiego, kiedy to Gnom na melodię “Godzinek” śpiewa: “A obraz cudowny, co wzburzyć miał lud, plandeką przykryję i skończy się cud!”
Oczywiście przewielebni Ojcowie Dominikanie natychmiast o incydencie poinformowali opinię publiczną, co niezależnej prokuraturze i Ministerstwu Spraw Wewnętrznych stworzyło okazję do rozmaitych deklaracji. Z tych deklaracji wynika, że niezależna prokuratura miała otrzymać wiadomość, iż pan Romanowski “był widziany” w klasztorze kilka dni wcześniej i nawet wiadomo, w jakiej celi przebywał. Oczywiście nie ma najmniejszego powodu, by w te informacje wierzyć, bo niezależna prokuratura nie takie rzeczy potrafi zmyślać – o czym też przekonałem się na własnej skórze.
Oto pani prokuratura z Żoliborza, nie widząc mnie na oczy, ani nie przesłuchując, ani nie dysponując żadnymi moimi wyjaśnieniami – bo na policji odmówiłem składania wyjaśnień – z wielką pewnością siebie ustaliła, że podając do wiadomości nazwisko mojej wierzycielki, działałem “w ramach z góry powziętego zamiaru”. To sformułowanie przepisał potem niezawisły sędzia w nakazowym wyroku karnym, a zostało przepisane przez niezawisłe sądy w dwóch instancjach – już w zwyczajnym postępowaniu.
Okazuje się, że ruskie przysłowie; “co napisane piórem, tego nie wyrąbiesz toporem”, jest aktualne w naszym bantustanie również po transformacji ustrojowej. Jeśli jednak niezależna prokuratura napisała prawdę, to nieomylny to znak, że w klasztorze OO Dominikanów w Lublinie, albo w jego bezpośrednim otoczeniu jest jakiś konfident. Na taką możliwość wskazywałaby również publikacja pana red. Wojciecha Czuchnowskiego w organie Judenratu – że pan Romanowski może ukrywać się w klasztorze.
Judenrat bowiem nie tylko ma własnych konfidentów, ale podejrzewam, że również zblatowani funkcjonariusze ABW, mogą za opłatą albo przekazywać prawdziwe informacje operacyjne, albo dostarczać różne konfabulacje na obstalunek, które potem Judenrat podaje jako tzw. “fakty prasowe”. W ten sposób pan red. Michnik realizuje leninowskie normy życia partyjnego w zakresie “organizatorskiej funkcji prasy”.
Jeśli chodzi o stanowisko MSW, to pan minister Siemoniak stanął za policjantami murem, że wszystko jest gites-tenteges. Niechby spróbował inaczej, to zaraz ktoś starszy i mądrzejszy by mu wyjaśnił: wicie, rozumicie Siemoniak, wy to sobie uważajcie, bo inaczej będzie z wami brzydka sprawa. Nie bez powodu ruskie przysłowie głosi, że nikt nie jest bez grzechu wobec Boga, ani bez winy wobec cara.
Ciekawe, czy incydent z przeszukiwaniem klasztoru już po oficjalnej wiadomości, że pan Romanowski otrzymał azyl polityczny na Węgrzech będzie miał jakiś dalszy ciąg. Do Trzech Króli jeszcze sporo czasu, więc opera mydlana niewątpliwie by się mogła rozwinąć.
Bo potem, jeśli po inauguracji prezydentury Donalda Trumpa, nastąpiłoby w naszym bantustanie przesilenie rządowe, to o azyl polityczny mógłby wtedy ubiegać się Donald Tusk. Jeśli Reichsfuhrerin, rozwścieczona jego safandulstwem, by mu odmówiła, to zawsze może zwrócić się do premiera Wiktora Orbana, który najwyraźniej nie ma żadnych złudzeń, co do tubylczego wymiaru niesprawiedliwości.