Zabezpieczanie miasta Głuchołazy. Zdjęcie ilustracyjne. / foto: PAP
Choć powodzie na ziemiach należących obecnie do III RP zdarzały się co najmniej od ponad tysiąca lat i bywały znacznie gorsze w skutkach niż ta obecna czy z 1997 roku, to nikt się tym specjalnie nie przejmuje. Nikt z osób działających publicznie. W mediach bezwstydnie wygaduje się najbardziej banalne kłamstwa czy formułuje się absurdalne zarzuty.
Powodzie od setek albo tysięcy lat
Powodzie w Polsce, w szczególności na Dolnym Śląsku czy Śląsku, występują nie od lat, ale od wieków. A gdybyśmy mieli jak to sprawdzić, to zapewne występują od tysiącleci. Pojawienie się człowieka w tych regionach niczego nie zmieniło, choć niektórzy próbują sugerować, że jest inaczej.
Układ Dolnego Śląska sprawia, że region jest bardzo narażony na powodzie. Jedna z najgorszych powodzi miała mieć miejsce w 1310 roku. Jan Długosz w swojej kronice pisał, że drugi dzień powodzi zatopił „całe przedmieście Kłodzka”, gdzie „utonęło przeszło dwa tysiące ludzi”.
Solidna ulewa i powódź była również podczas starcia sił francuskich i prusko-rosyjskich pod Kaczawą, 26 sierpnia 1813 roku. Uznaje się, że powódź wielkich rozmiarów, która wówczas nawiedziła tereny Dolnego Śląska, była przyczyną porażki Francuzów w bitwie i gwoździem do militarnej trumny Napoleona Bonapartego.
Natomiast najstarsza historycznie odnotowana powódź w Polsce pochodzi z końca X wieku. Oczywiście, są to przekazy ustne, które kronikarz spisał, słysząc przekaz od kogoś, który ktoś kiedyś usłyszał od kogoś innego etc. Więc przekaz może być nie do końca dokładny.
[Przecież Iliada i Odyseja były przekazywane jedynie ustnie przez parę wieków… md]
Wskazuje jednak, że powodzie w Polsce występowały i bywały znacznie tragiczniejsze w skutkach niż dzisiaj. A i zanim historycznie odnotowano powodzie, te na pewno występowały w tym regionie.
Powódź spowodowało podważanie klimatyzmu
Nie przeszkadza to jednak klimatystom w wykorzystywaniu tragedii ludzi połączonej z nieudolnością władz w szerzeniu swoich fideistycznych bzdur, obarczając przy tym de facto winą osoby, które w pierdoły o zmianach klimatu rzekomo wywoływanych głównie przez człowieka, nie wierzą.
– „Ludzi, którzy publicznie kwestionowali zmiany klimatu i ich skutki dla Polski, należy wysłać do przymusowej pracy społecznej przy usuwaniu strat na zalanych terenach” – napisał na X Jan Mencwel, współtwórca stowarzyszenia „Miasto Jest Nasze”.
Tak więc nie jesteś idiotą? Wiesz, że powodzie były znacznie wcześniej i bywały gorsze i zwyczajnie nie uważasz, że obecna powódź spowodowana jest dogmatyką klimatystów i tym, że nie chcesz pić z papierowej słomki? To należy wysłać Cię do obozu pracy.
Jan Oleszczuk-Zygmuntowski, współprzewodniczący Polskiej Sieci Ekonomii podobnie, z tym że nie chce wysyłać nikogo na przymusowe roboty. Zamiast tego proponuje rabunek, zwany „specjalną opłatą karną nakładaną na publiczne wypowiedzi negujące antropogeniczne zmiany klimatu”.
Podobnych wypowiedzi było wiele, choć nie wskazywały na „karanie” zuchwalców mających czelność korzystać z wolności słowa i przytaczania faktów zgodnie z kontekstem sytuacyjnym. Tzw. denialiści klimatyczni – czyli osoby nie dające się zwariować i weryfikujące brednie klimatystów – są de facto współwinni powodzi. Absurd, ale przez wielu odbiorców klimatystycznych traktowany jako święta prawda.
Najgorsze w tym wszystkim rzecz jasna jest zachowanie polityków, partyjnych i ich propagandystów, niesłusznie nazywanych „dziennikarzami”. Tradycyjnie PiS zarzuca nieudolność KO, a KO PiS-owi. Opozycja – która przecież rządziła przez osiem lat – krzyczy: „wina Tuska”, rząd zbagatelizował zagrożenie.
Wybitnie wyróżnia się tutaj strona pisowska z przystawkami. Użytkownik X Fan Jacka Gnoja zrobił kilka zestawień pasków z telewizji Republika. Co na nich możemy przeczytać? „Służby Tuska nie radzą sobie z ulewnym deszczem”, „Służby Tuska nie radzą sobie z opadami deszczu”, „Tusk zlekceważył zagrożenie – są ofiary i zalane miasta”, „Czesi radzą sobie z powodzią, Polska tonie”, „Tusk: »Różne kraje różnie sobie radzą«”, „Czesi ostrzegali przed powodzią – Tusk przekonywał, że »prognozy nie są przesadnie alarmujące«”.
To ostatnie jest akurat prawdą. Donald Tusk faktycznie w piątek dwa tygodnie temu twierdził, że „dzisiaj nie ma powodu, żeby przewidywać zdarzenia w skali, która wywołałaby zagrożenie na terenie całego kraju”. – Nie ma powodu do paniki, ale jest powód, żeby być w pełni zmobilizowanym – mówił Tusk.
W mediach społecznościowych korzystają z sytuacji czołowi pisowscy politycy, formalnie do PiS (jeszcze) nie należący. Zbigniew Ziobro na X twierdził, że „kiedy Zjednoczona Prawica kierowała państwem, strażacy nie musieli prosić, żeby ktoś im przekazał środki na nowy sprzęt”. Przy tej bezczelnej wypowiedzi przypomnieć muszę, że na Ukrainę za darmo wysłano dziesiątki tysięcy jednostek sprzętu, w tym pomp używanych do wypompowywania wody. W innym wpisie chwalił się, że „Fundusz Sprawiedliwości przeznaczył na ten cel [środki na sprzęt – red.] ponad ćwierć miliarda zł”.
Z kolei rządowa strona wydaje się być istnym kosmosem. Urszula Zielińska, sekretarz stanu w Ministerstwie Klimatu znana z radykalnie klimatystycznych postulatów i minister Klimatu Paulina Hennig-Kloska, są de facto twarzami wstrzymywania prac nad zabezpieczaniem rzek przed wylaniem. W imię natury i klimatu właśnie. Ponadto Zielińska, zapowiedziała propozycję pożyczek dla powodzian z oprocentowaniem 2,5 proc. Jedna z czołowych postaci rządu państwa, które za darmo oddawało sprzęt Ukraińcom, a setkom tysięcy z nich zapewniło przywileje w Polsce, proponuje Polakom dotkniętym powodzią pożyczkę z oprocentowaniem.
Polak przed szkodą i po szkodzie głupi
Podsumowując sytuację, III RP jest nadal formalnie państwem, które w rzeczywistości jest mokrym kartonem posklejanym ekskrementami. Obecnie jest wybitnie mokrym kartonem, lecz jego istota się nie zmieniła.
Faktem jest, że jeśli państwo już chce działać i się wtrącać – a III RP jest państwem socjalistycznym i interwencjonistycznym – to jest totalną kompromitacją fakt, że od 1997 roku nic się nie zmieniło. Fatalnie o politykach świadczy to, że nie potrafią powstrzymać się od ataków i zbijania kapitału politycznego, w momencie gdy trwa powódź. Choć – jak wielokrotnie już to zaznaczałem – najwyraźniej przywykliśmy do tego. Bo mnie te reakcje w ogóle nie szokują.
Państwo zajęte jest na co dzień rozkradaniem tubylców oraz podjudzaniem swoich wyznawców propagandą, nie ma czasu na konkretne działania. O zbiornikach retencyjnych, tamach czy innych zabezpieczeniach zaczyna się myśleć tylko w sytuacji kryzysowej, gdy już jest za późno na realne działania i prewencja w danym momencie nie ma racji bytu.
A ludzie? Ludzie to akceptują. Polacy dali się wytresować na partyjną lojalność i potakiwanie swoim umiłowanym przywódcom. Przyzwoitość nie ma dla nich żadnego znaczenia. De facto nie ma znaczenia jeszcze bardziej niż dla polityków, gdyż ludzie w partii politycznej widzą coś na kształt zbawienia.
Na koniec jeszcze pytanie. Spójrzcie, proszę, na chaos informacyjny oraz nieprzygotowanie państwa na realne zagrożenie. Wyobraźcie sobie teraz, że nie mamy powodzi, tylko inwazję obcego państwa. Nie musi być to Rosja, Ukraina czy Niemcy. Dajmy na to – państwo wielkości Słowacji czy Litwy. Jak myślicie, ile trwałaby obrona, zanim rząd ogłosiłby kapitulację? Przecież III RP nie potrafi poradzić sobie dosłownie z niczym.
Another Photo Session with Pope Francis for a Transvestite
Oczywiście nie żadne „women„, są z jajami… md
Po audiencji generalnej 18 września Franciszek przyjął czterech amerykańskich mężczyzn przebranych za kobiety.
Franciszek uścisnął dłoń całej czwórce i powiedział: „Niech Bóg pana błogosławi. Proszę się za mnie modlić”.
Jedna z czterech osób napisała o spotkaniu na Outreach.faith. Osoba ta zidentyfikowała się jako „Christine Zuba”. Jest on męskim pomocnikiem eucharystycznym w parafii św. Piotra i Pawła w Turnersville w stanie New Jersey.
Czteroosobowa grupa została przyprowadzona do Franciszka przez Don Andrea Conocchia z Torvaianica, miasta na wybrzeżu Morza Śródziemnego, około 75 minut od Watykanu. Don Andrea potwierdził, że Franciszek osobiście otrzymał e-mail z autobiograficznymi notatkami od każdego z czwórki z góry.
Since the Covid curfews in 2020, he has brought male transvestite prostitutes to meet Francis every month.
Les 25, 26 et 27 octobre prochain, Toulouse accueillera l’opéra urbain „Les Portes des Ténèbres”. Un spectacle orchestré par la célèbre Compagnie de La Machine.
C’est un spectacle très attendu par les Toulousains. En 2018, Astérion le Minotaure et Ariane l’araignée avaient apporté de la magie dans les rues de Toulouse. Un spectacle esthétique, onirique et inédit qui a rassemblé 900.000 personnes au centre-ville de la Ville rose. Après un tel succès, la collectivité toulousaine et la compagnie de la Machine ont décidé de réitérer l’expérience à l’automne 2024. „Nous avons décidé de prendre plus de temps pour préparer le second opus du spectacle”, avait lancé Jean-Luc Moudenc en novembre dernier.
Spectacle cet automne
Après six ans d’attente, les Toulousains pourront se délecter de l’opéra urbain les 25,26 et 27 octobre prochain. Le Minotaure déambulera ainsi dans les rues de la Ville rose, „le quartier de Saint-Cyprien, les berges de la Garonne et les ponts”, expliquait le premier édile toulousain. Ce mardi 2 juillet, de nouveaux éléments concernant le spectacle le plus attendu de l’année ont été révélés, notamment la nouvelle créature qui émerveillera les Toulousains : Lilith, la gardienne des Portes des Ténèbres.
Wpis
Rozmowa
Les 25, 26 et 27 octobre prochain, notre Métropole sera le théâtre d’un nouveau chapitre des aventures d’Astérion, qui devra triompher de Lilith, la Gardienne des Ténèbres ! Un grand spectacle gratuit, accessible à tous, avec #Toulouse en fond de scène. Une magnifique occasion de redécouvrir le patrimoine architectural toulousain sous un autre jour !
Il s’agit d’un buste de femme de 38 tonnes et d’une hauteur de 8 à 10 m, avec un corps de scorpion, des pattes d’araignée, et des cornes de bouc. Elle déambulera elle aussi dans les rues de Toulouse, aux côtés du Minotaure Astérion et l’araignée Ariane.
Conçue à Nantes
Lilith est le fruit de deux ans de travail. Elle a mobilisé une soixantaine de personnes dans les ateliers de Nantes, berceau de la compagnie de la Machine. Elle a été présentée pour la première fois au festival du HellFest, qui s’est terminé le 3 juin. Elle fera étape à Toulouse et reviendra ensuite sur le site du festival de musique, où elle restera, dans un nouvel espace public, à l’instar de la Halle de la Machine de Montaudran.
Ekskomunika arcybiskupa Carla Marii Vigano jest przestępstwem prawnym i rażącym oszczerstwem. Jest rzeczą oczywistą, że ekskomunika jest nieważna i nieskuteczna! Należy zauważyć, że arcybiskup Vigano w żadnym wypadku nie mógł zostać ekskomunikowany przez Bergoglio, ponieważ nigdy nie był w jedności z tym arcyheretykiem. Arcybiskup pozostaje w jedności z Chrystusem i nauką katolicką, a nie z herezjami.
Każdy katolik, który nie jest heretykiem, ale jest wierny Chrystusowi, nie może mieć wewnętrznej jedności z publicznym arcy-heretykiem Bergoglio, który uzurpował sobie władzę papieską. Dla każdej rozsądnej osoby jest całkowicie jasne, że ten, kto broni Jezusa Chrystusa, Jego Ewangelii oraz wiary i tradycji katolickiej, nie może ze względu na swoją wierność zostać nazwany schizmatykiem. Z drugiej strony uzurpator papiestwa Bergoglio, który odrzucił nauki Chrystusa i przykazania Boże oraz ogłosił swoją sodomską naukę, diametralnie sprzeczną z Ewangelią Chrystusa, jest publicznym odstępcą. Bergoglio celowo burzy same podstawy nauki Chrystusa i niszczy zbawczą wiarę, a wszystko to pod osłoną frazesów religijnych. Nie tylko dopuścił się bałwochwalstwa, ale sam publicznie poświęcił się szatanowi w Kanadzie w 2022 roku pod przewodnictwem czarownika.
Przez pierwsze trzy stulecia chrześcijanie byli krwawo prześladowani za odmowę wykonania gestu szacunku wobec religii pogańskich, czyli demonów. Aby je uhonorować, trzeba było wrzucić do ognia przynajmniej ziarenko kadzidła. Odbierano to jako wyraz szacunku wobec nich. Ci, którzy odmówili, zostali poddani najcięższym torturom i śmierci. Wielu chrześcijan z powodu słabości uległo strachowi i złożyło ofiary pogańskim bóstwom. Kiedy nastała wolność i skończyły się okrutne prześladowania, ten, kto zdradził, został nazwany przez innych chrześcijan „tradytorem” lub apostatą. Został wykluczony z Kościoła, a ludzie nim pogardzali. O przyjęciu tradytorów do Kościoła decydowali św. Cyprian, św. Augustyn i inni, ponieważ po publicznym zaparciu się Chrystusa wielu z chrześcijan nie chciało już przyjmować ich do Kościoła. Kiedy zdecydowano się przyjąć ich, zwykle nałożono na nich surową pokutę na całe życie.
Uzurpator papiestwa Bergoglio w porównaniu z tymi tradytorami jest super-tradytorem. On nie pod presją, ale celowo intronizował w Watykanie Pachamamę, a następnie jako precedens poświęcił się w Kanadzie szatanowi i pogańskim demonom. Celowo sprawiał wrażenie, jakby poświęcenie prawdziwemu Bogu w chrzcie i poświęcenie szatanowi pod przewodnictwem czarownika były tym samym, to znaczy, jakby Bóg i szatan byli jednym! Ten publiczny, oburzający gest bałwochwalstwa i herezji najwyższego rzędu uczynił ten fałszywy papież! Rok później ogłosił fałszywą naukę i zamiast Ewangelii Chrystusa ustanowił sodomską pseudoewangelię. Ten największy odstępca w historii Kościoła w absurdalny sposób zobowiązał wszystkich do posłuszeństwa! On także absurdalnie nazywa siebie namiestnikiem Chrystusa na ziemi, choć poświęcił się szatanowi!
Bergoglio robi z katolików dosłownie głupców! Ten odstępca, oszust i satanista bezczelnie wyklucza z Kościoła katolickiego świadka Chrystusa, który ryzykując życiem broni Ewangelii Chrystusowej i nauczania katolickiego. Tragedia polega na tym, że tak zwani prawowierni katolicy, którzy uważają siebie naśladowcami arcybiskupa Lefebvre’a, tacy jak biskup Schneider i profesor Mattei, ten teatr Bergoglia traktują poważnie. Nawet wśród prawowiernych tworzą opinię publiczną tak, jakby bohater wiary – arcybiskup Vigano – „został słusznie ukarany” jako odstępca od wiary i tradycji katolickiej. Jest to znak, że biskup Schneider i profesor Mattei mają jedność ducha z Bergoglio, a nie z Chrystusem.
Jest całkowicie jasne, że każdy biskup, ksiądz, zakonnik lub prosty katolik, który tworzy wewnętrzną jedność z Bergoglio, jest mu posłuszny i podporządkowuje się mu, tym publicznie wyrzeka się Jezusa Chrystusa jako swego Zbawiciela i staje się tradytorem, odstępcą od Chrystusa i wiary katolickiej.
W tym czasie globalnego bergogliańskiego odstępstwa od Chrystusa i wiary katolickiej przemawia odważny arcybiskup Carlo Maria Vigano. Jako były pracownik Watykanu i były nuncjusz on broni zbawczej wiary i prawowiernego nauczania. Bergoglio, uzurpator i super-tradytor, poświęcony szatanowi, który sprowadził na siebie wielokrotną anatemę i ekskomunikę, tzw. ekskomunikuje wiernego apostoła Chrystusa za jego wierność Chrystusowi i Kościołowi katolickiemu. To dosłownie tragikomedia!
Bergoglio przez trzy lata wodził katolików za nos tzw. drogą synodalną, o której nikt nie wiedział, czym właściwie jest i dokąd prowadzi. Dopiero 18 grudnia 2023 roku, przed Bożym Narodzeniem, odsłonił karty i zaszokował wszystkich katolików swoim błogosławieństwem grzechu sodomii. Deklaracją doktrynalną „Fiducia supplicans” zobowiązał wszystkich biskupów do czynienia tego w ramach tzw. świętego posłuszeństwa i pod groźbą surowych sankcji wydalenia z urzędu biskupiego.
Jest to rażący paradoks, że Bergoglio zmusza biskupów i księży w ramach posłuszeństwa do publicznego odstępstwa. Jest to szatański trik, który czyni biskupów i księży tradytorami, zdrajcami Chrystusa. W swojej „Fiducia supplicans” jasno i publicznie przedstawił całemu światu, że nie służy Chrystusowi, lecz szatanowi. Tragedia polega na tym, że większość biskupów, z wyjątkiem Afryki i niektórych krajów Europy Wschodniej, przyjęła „Fiducia supplicans” i dopuściła się zdrady. Ten grzech odstępstwa jest o wiele poważniejszy niż grzech tradytorów, którzy w obawie przed surowymi torturami rzucili bożkom ziarnko kadzidła.
Pseudopapież Bergoglio swoją „Fiducia supplicans” stopniowo i potajemnie przekształcił Kościół katolicki w pseudo-kościół antychrysta z sodomską antyewangelią. Ci, którzy dobrowolnie pozostają pod władzą uzurpatora Bergoglio, który poświęcił się szatanowi, podążają jego synodalną drogą ku wiecznemu potępieniu!
Deklaracją „Fiducia supplicans” Bergoglio zaprzeczył jeden z najcięższych grzechów, jakim jest sodomia, i tym samym zaprzeczył także innym grzechom. De facto usunął Dekalog. Zaprzeczenie realności grzechu jest także zaprzeczeniem odkupieńczej ofiary Chrystusa złożonej za nasze grzechy. Tak Bergoglio „unieważnił” nie tylko Dekalog, ale i Credo. Czyniąc to, usunął samą istotę chrześcijaństwa i istotę Kościoła katolickiego. Zewnętrzna struktura katolicka z mechanizmami prawnymi pozostała, ale Bergoglio użył jej jako instrumentu swojej władzy do przekształcenia Kościoła, czyli jego samozniszczenia. W ten sposób niepostrzeżenie przeniósł wszystkich katolików do swojego antykościoła, który potajemnie prowadzi dusze do zagłady. Dlatego każdy katolik, jeśli chce zostać zbawiony, musi oddzielić się od tego arcy-heretyka, jak to uczynił jako precedens arcybiskup Carlo Maria Vigano. Każdy musi liczyć się z tym, że zostanie za to komicznie ukarany przez Bergoglia, jakoby dopuścił się rzekomej zbrodni schizmy.
Bergoglio, promując transseksualizm, bezczelnie śmieje się w twarz Bogu Stwórcy, drwi z powtarzających się Bożych przestróg przed grzechem sodomii. Bóg za ten grzech grozi ogniem doczesnym (2 Pt 2:6) i ogniem wiecznym (Judy 7). Bergoglio wyśmiał także apostoła narodów, św. Pawła, który w kilku miejscach swoich listów ostrzega przed sodomią. Bergoglio drwi także ze słowa Bożego Ga 1,8-9: „Kto by głosił inną ewangelię, niech będzie przeklęty – anatema”. Publicznie i bezczelnie głosi sodomską antyewangelię i bojkotuje to, że na niego spadła wielokrotna Boża anatema i jednocześnie wielokrotna ekskomunika latae sententiae za herezję, za powtarzające się bałwochwalstwo i bunt przeciwko Bogu przez legalizację sodomii. Bergoglio wykluczył się z tajemniczego Ciała Chrystusa i z widzialnego Kościoła. Św. Kardynał Robert Bellarmin naucza: „Papież będący jawnym heretykiem automatycznie przestaje być papieżem i głową, tak jak automatycznie przestaje być chrześcijaninem i członkiem Kościoła”.
Zadajmy pierwsze pytanie: czy Bergoglio jest papieżem ważnym, czy nieważnym? Z powyższego odpowiedź jest całkowicie jasna: Bergoglio jest papieżem nieważnym i dlatego wszystko, co robi i do czego zobowiązuje, jest nieważne, nieskuteczne i niewiążące w sumieniu!
Zadajmy także drugie pytanie: czy oddzielenie od nieważnego papieża można nazwać schizmą? Nie!
Arcybiskup Vigano jasno i publicznie, opierając się na nauczaniu katolickim i z pozycji władzy, wskazał, że Bergoglio jest papieżem nieważnym. Za to Bergoglio komicznie ekskomunikował go z Kościoła Katolickiego. Już w 2018 roku arcybiskup – dla dobra Kościoła, w celu jego odrodzenia i zbawienia dusz – zażądał abdykacji Bergoglio. Za to teraz wraz z Chrystusem jest dosłownie skazany na śmierć.
W wywiadzie zadali arcybiskupowi Vigano pytanie: „Gdzie Jego Ekscelencja mieszka? W Szwajcarii, w USA czy w pobliżu Viterbo?” Arcybiskup odpowiedział, że ostrzegano go, że jego życie jest w niebezpieczeństwie i dlatego nie mieszka w stałym miejscu. Przypominał przy tym tajemniczą śmierć kardynała Pella i swego poprzednika, nuncjusza apostolskiego w Waszyngtonie, Pietro Sambi. Możemy dodać: „Ptaki mają gniazda i lisy nory”, ale pasterz wierny Chrystusowi nie ma bezpiecznego „miejsca, gdzie mógłby głowę złożyć”. Taki jest los ucznia i apostoła Chrystusa oraz bezkrwawego męczennika arcybiskupa Carlo Marii Vigano. On w ten czas antychrysta wiernie trzyma sztandar Chrystusa i Kościoła katolickiego. Bergoglio odwrotnie dzierży tęczowy sztandar antychrysta z sodomską antyewangelią. Pomimo wszystkich gróźb, ośmieszeń i oczernień, Chrystusowy pasterz Carlo Maria Vigano odważnie nadal głosi prawdę w porę i nie w porę.
Szanowni biskupi i księża, Carlo Maria Vigano jest dla was wyrzutem sumienia. Obudźcie się i uświadomcie sobie, że przez wasze tchórzostwo zostaliście transformowani w antykościół szatana New Age. Jego głową jest arcyheretyk Bergoglio, który okupuje urząd papieski i wykorzystuje go do samozagłady Kościoła katolickiego i masowego wtrącania dusz na wieczne zatracenie. Zdecydujcie się już teraz, pod jakim sztandarem chcecie stać: pod sztandarem Chrystusa czy pod sztandarem antychrysta?
W okresie od 1 stycznia do 15 września z terenu Niemiec do Polski przeniesiono 15 545 cudzoziemców, dowiedział się portal wPolityce.pl.
„Polska nie odmówiła przyjęcia żadnego cudzoziemca ze strony niemieckiej” – napisał ppłk Andrzej Juźwiak, rzecznik prasowy Straży Granicznej.
W ciągu ostatnich trzech miesięcy odnotowano również gwałtowny wzrost liczby zgłoszeń, gdyż od początku roku do 6 czerwca przeniesiono 290 cudzoziemców. Od czerwca samolotem przeniesiono 135 osób.
Jednak cudzoziemcy nie przyjeżdżają tylko z Niemiec. Według wPolityce, Straż Graniczna twierdzi, że inne kraje również transportowały migrantów do Polski drogą lotniczą. W ciągu ostatnich trzech miesięcy Norwegia wysłała 66, Austria 11, Estonia 9, Holandia 8, Szwecja 7, Dania 5, Islandia 5, Finlandia 4, Szwajcaria 3, Belgia 3, Luksemburg 2, Francja 1 i Malta 1.
Jest to możliwe dzięki umowom readmisyjnym między krajami UE, co oznacza, że te transfery odbywają się za pełną wiedzą i zgodą polskiego rządu.
«Zacieśnianie współpracy z interesariuszami, w tym społeczeństwem obywatelskim, środowiskiem akademickim, społecznością naukowo-techniczną i sektorem prywatnym, a także zachęcanie do partnerstwa międzypokoleniowego, poprzez promowanie podejścia obejmującego całe społeczeństwo, w celu dzielenia się najlepszymi praktykami i opracowywania innowacyjnych, długoterminowych i przyszłościowych pomysłów w celu zabezpieczenia potrzeb i interesów przyszłych pokoleń.»
Globalizm idei, czyli o czym mówi „Pakt dla Przyszłości” ONZ
Szczyt dla Przyszłości Organizacji Narodów Zjednoczonych dobiegł końca. „Wielcy i dobrzy” światowego przywództwa spotkali się na cztery dni w Nowym Jorku, aby wziąć udział w tym, co ich strona internetowa nazwała…
«niepowtarzalną okazją, która zdarza się raz na pokolenie, aby na nowo wyobrazić sobie system wielostronny i wprowadzić ludzkość na nowy kurs»
…co brzmi po prostu uroczo, wcale nie strasznie czy arogancko.
Czterodniowe wydarzenie zostało podzielone na dwa „dni działań” i dwa dni „Szczytu”.
Oba te określenia są po prostu różnymi określeniami „ludzi w garniturach, siedzących przy dużych stołach i posługujących się żargonem biurokratycznym, przy okazji robiąc poważne miny ważnych osobistości”.
W rezultacie przyjęto dokument, który nazwali „Paktem dla Przyszłości” – 81 stron zarozumiałego bełkotu, tak wypełnionego bezsensownym językiem politycznym, że staje się niemal niezrozumiałym („globalistycznym”, jak nazywa to James Corbett).
Oto losowo wybrany akapit:
«Zacieśnianie współpracy z interesariuszami, w tym społeczeństwem obywatelskim, środowiskiem akademickim, społecznością naukowo-techniczną i sektorem prywatnym, a także zachęcanie do partnerstwa międzypokoleniowego, poprzez promowanie podejścia obejmującego całe społeczeństwo, w celu dzielenia się najlepszymi praktykami i opracowywania innowacyjnych, długoterminowych i przyszłościowych pomysłów w celu zabezpieczenia potrzeb i interesów przyszłych pokoleń.»
… wszystko jest w tym tonie. I ja przeczytałem to wszystko. 81 stron.
Wiem, nie ma za co.
Jeśli chodzi o rzeczywistą treść, nie ma tu żadnych nowych pomysłów. Widzieliśmy już wcześniej tę globalistyczną „listę zakupów” rzekomych „problemów”.
Zmiany klimatyczne, konflikty, brak bezpieczeństwa żywnościowego, ubóstwo, dezinformacja, mowa nienawiści. Zwykłe „problemy”, które łącznie tworzą to, co dokument nazywa „złożonymi globalnymi wstrząsami” [“complex global shocks”].
Dokument informuje nas, że „wstrząsy” te można rozwikłać za pomocą szeregu „rozwiązań”, które również nie są zaskoczeniem:
„poszanowanie prawa międzynarodowego”,
„rozszerzona współpraca”,
„zwiększona rola ONZ”
i popularne hasło post-covidowe – „interoperacyjność”.
Wszystko to można ogólnie określić mianem naszego starego przyjaciela „rządu globalnego”.
Jak można się spodziewać, dużo mówi się o pieniądzach i finansach (w końcu masowe transfery publicznych pieniędzy w prywatne ręce to sposób na pozyskanie korporacji i funduszy hedgingowych dla swojej autorytarnej sprawy). Na przykład Action 9(28)(f) obiecuje…
«…nowy zbiorowy, ilościowy cel, który ma wynieść minimum 100 miliardów dolarów amerykańskich rocznie, uwzględniający potrzeby i priorytety krajów rozwijających się [w walce ze zmianą klimatu]»
100 miliardów dolarów rocznie. Za to można kupić dużo ScienceTM [tzw. ‘Nauki’ -tłum.].
Najbardziej jaskrawo autorytarny język jest zarezerwowany dla kontroli Internetu (prawie zawsze tak jest), a cele 3 i 4 „Załącznika do Globalnego Paktu Cyfrowego” to dwa z kilku, które nie wymagają szczególnych objaśnień, a zobowiązujące do:
«Wspierania inkluzywnej, otwartej, bezpiecznej i chronionej przestrzeni cyfrowej, która szanuje, chroni i promuje prawa człowieka [oraz] promowanie odpowiedzialnych, sprawiedliwych i interoperacyjnych metod zarządzania danymi»
W załączniku podkreślono znaczenie „integralności informacji” [podkreślenie dodane]:
«33. Dostęp do istotnych, wiarygodnych i dokładnych informacji i wiedzy jest niezbędny dla inkluzywnej, otwartej, bezpiecznej i chronionej przestrzeni cyfrowej. Technologia może ułatwiać manipulowanie informacjami i ingerencję w nie w sposób szkodliwy dla społeczeństw i jednostek oraz negatywnie wpływać na korzystanie z praw człowieka i podstawowych wolności, a także na osiąganie Celów Zrównoważonego Rozwoju.
34. Będziemy współpracować, aby promować integralność informacji, tolerancję i szacunek w przestrzeni cyfrowej, a także chronić integralność procesów demokratycznych. Wzmocnimy międzynarodową współpracę, aby sprostać wyzwaniom dezinformacji i mowy nienawiści.»
Nakłada też na firmy zajmujące się technologią cyfrową obowiązek przekazywania prywatnych informacji badaczom rządowym, aby mogli oni „rozwiązywać problem dezinformacji”:
«Pilnie wzywamy firmy technologii cyfrowych i platformy mediów społecznościowych do zwiększenia przejrzystości i odpowiedzialności ich systemów [oraz] zapewnienia badaczom dostępu do danych […] w celu zbudowania bazy dowodowej na temat tego, jak radzić sobie z dezinformacją i mową nienawiści, która może służyć jako podstawa polityki, standardów i najlepszych praktyk rządowych i branżowych…»
To oznacza cenzurę i nadzór. Tak na wszelki wypadek, gdyby to nie było jasne.
A co z tym?
«Zobowiązujemy się do 2030r.: do opracowania i wdrożenia programów nauczania dotyczących umiejętności korzystania z mediów cyfrowych i informacji, aby zapewnić wszystkim użytkownikom umiejętności i wiedzę umożliwiające bezpieczną i krytyczną interakcję z treściami i dostawcami informacji oraz zwiększenie odporności na szkodliwe skutki dezinformacji i szerzenia nieprawdziwych informacji.»
A to oznacza pranie mózgu.
Bardzo przewidywalne i nieprzyjemne, ale jak już mówiłem, nic w tym nowego.
Nowe idee nie są rolą Szczytów i Paktów, ich rolą jest wzmacnianie starych idei. Zakodowanych na stałe założeń, na których opiera się klasa polityczna.
Aby kształtować konsensus.
I to właśnie zrobił Pakt dla Przyszłości – sam pakt został przyjęty bez głosowania. Dlaczego został przyjęty bez głosowania? Ponieważ dwa lata temu rezolucja ONZ A/RES/76/307 uzgodniła z góry…
«że Szczyt przyjmie zwięzły, zorientowany na działania dokument końcowy zatytułowany „Pakt dla Przyszłości”, uzgodniony wcześniej w drodze konsensusu w ramach negocjacji międzyrządowych»
Złożenie w ostatniej chwili sprzeciwu przez Rosję – popartego przez Sudan, Syrię, Iran, Białoruś i Nikaraguę – okazało się całkowicie bezcelowym, jeśli nie całkowicie teatralnym.
Niemniej jednak zasługuje to na zbadanie.
W swoim oświadczeniu przed ONZ 22 września wiceminister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Wierszynin stwierdził:
«Od samego początku osoby koordynujące prace nad projektem uwzględniały w nim tylko to, co nakazywały im głównie kraje zachodnie. Punkty sporne narastały i nigdy nie zostały rozwiązane. Żadna z naszych próśb o to, by usiąść do stołu negocjacyjnego i je omówić, nie została spełniona. To nie jest to, co jest uważane i nazywane multilateralizmem, o którym wielu lubi perorować.»
Siergiej Ławrow w charakterystycznym dla siebie, elokwentnym stylu zauważył:
«Przyszłość naszych narodów nie może zostać wymyślona w probówce z udziałem Sekretariatu ONZ i zachodnich lobbystów. Ważne jest, aby ukształtować decyzję w tej sprawie w warunkach negocjacji i osiągnąć równowagę interesów»
Jakikolwiek przejaw sprzeciwu w kwestii multilateralizmu – zwłaszcza jeśli chodzi o zmiany klimatyczne i media społecznościowe – stanowi nietypowe zerwanie z trendem całkowitej globalnej harmonii w tych kwestiach.
Czy to świadczy o rzeczywistych podziałach w światowym poparciu dla „wielkiego resetu”?
Cóż, jest to możliwe i wszyscy możemy mieć taką nadzieję, ale nie przesadzajmy. Wiemy, że Rosja popiera praktycznie każdy aspekt Wielkiego Resetu – pojęcie antropogenicznej zmiany klimatu, Agendę 2030, cenzurę, CBDC, tożsamość cyfrową i… cóż, wszystko to, co można nazwać agendą globalistyczną.
Ich sprzeciwy tutaj nie wydają się przedstawiać jakiejkolwiek zmiany w tym zakresie. Nie wydają się sprzeciwiać żadnemu z tych konkretnych działań. Podnoszą kwestie konsultacji i suwerenności narodowej, procedur i wpływów, a nie odrzucają mitów założycielskich Paktu.
Są one oczywiście ważne. Nie minimalizujmy ich.
Ale czy oznaczają one odrzucenie wartości globalistycznych?
Czy Rosja mówi „nie” Wielkiemu Resetowi, czy też mówi, że chce wdrożyć WR na własnych warunkach?
Czy to drugie rozwiązanie oznaczałoby jakieś zwycięstwo lub korzyść dla przeciętnego Rosjanina?
Czy to jest kwestia zasadnicza? Czy też jest to walka o pozycję w wielobiegunowym porządku świata? W tym kontekście milczenie Chin byłoby godne uwagi, prawda?
Czy też, mówiąc bardziej cynicznie, należy te zastrzeżenia traktować z takim samym sceptycyzmem, z jakim traktuje się ekstrawaganckie obietnice składane przez liderów opozycji, którzy wiedzą, że nigdy nie dojdą do władzy, a co za tym idzie, nie będą musieli dotrzymywać słowa?
W końcu Rosjanie wiedzą, że ich sprzeciwy nie mają większego znaczenia praktycznego, ponieważ podpisali umowę przed faktem, co sprawia, że wszelkie sprzeciwy są w tym momencie czysto symboliczne. W najlepszym razie należy to uznać za akt szalonej naiwności ze strony Rosji. Kolejny autodestrukcyjny akt w niedawnej historii autodestrukcyjnych aktów.
Należy zwrócić uwagę Rosji na to, że zgoda na poparcie dokumentu, który jeszcze nie został napisany, bez względu na jego treść, nie jest może najmądrzejszym pomysłem.
Jednak jakkolwiek zinterpretujemy te obiekcje deklarowane w ostatniej chwili, okażą się one nic nie znaczące, ponieważ Pakt ma już charakter oficjalny.
Wszystkie kraje na świecie (tak, nawet te, które zgłosiły sprzeciw) formalnie zgadzają się, że problemem są mowa nienawiści i dezinformacja.
Wszystkie kraje na świecie (nawet te, które zgłosiły sprzeciw) popierają zniesienie prywatności i zwiększenie cenzury jako rozwiązanie.
Wszystkie kraje na świecie (wszystkie) zgadzają się wydawać co najmniej 100 miliardów dolarów rocznie na realizację „celów zrównoważonego rozwoju” w krajach rozwijających się.
A nawet te, które wnosiły sprzeciw, tej polityce nie sprzeciwiały się. W rzeczywistości wielokrotnie popierały tę politykę.
Żeby było całkowicie jasne –
Nie ma ani jednego głosu na tej sali, który naprawdę broniłby rzeczywistości.
Choć nie mamy jeszcze formalnego rządu globalnego, to już mamy globalizm idei, nawet jeśli istnieją pewne rozbieżności co do ich realizacji.
Tak kształtuje się rząd światowy i tak się ostatecznie narodzi – poprzez narastający konsensus fikcyjnych problemów i zbędnych, często szalonych „rozwiązań” po cichu popieranych przez wszystkie kraje świata.
„Pakt na rzecz przyszłości” czyli jak zdominować masy Język jest bezpośredni i jednoznaczny: „Rada Bezpieczeństwa poinformuje wszystkie kraje, że jej cierpliwość dotycząca populacji dobiegła końca” i że „wszystkie kraje mają coroczne kwoty do ZREDUKOWANIA” – kwoty, które będą […]
Wrześniowa powódź, która uderzyła w Polskę, była jednym z najbardziej dramatycznych wydarzeń pogodowych w ostatnich latach.
Premier Donald Tusk, który jeszcze 13 września uspokajał, że „prognozy nie są przesadnie alarmujące”, dwanaście dni później podczas wystąpienia w Sejmie wskazał, iż kataklizm był wynikiem „największej ulewy w historii regionu”. To stwierdzenie miało na celu usprawiedliwienie pewnych niedociągnięć rządu w obliczu tak nagłej i bezprecedensowej sytuacji.
Tło: pierwsze prognozy i reakcja rządu
W środę wieczorem, 25 września, premier Donald Tusk wraz z ministrami zaprezentował w Sejmie informacje na temat powodzi oraz podjętych działań mających na celu usunięcie jej skutków. Premier podziękował „cichym bohaterom” — mieszkańcom terenów dotkniętych przez żywioł, którzy wykazali się solidarnością i współpracą, mimo trudnych warunków. Tusk zaznaczył, że „wszyscy — niezależnie od barw partyjnych — jednoczą się z nimi w tym trudnym czasie”.
„Prognozy nie były przesadnie alarmujące”
Premier przypomniał słowa, które padły 13 września, gdy zapewniał, że „prognozy nie są przesadnie alarmujące, ale nie ignorujemy tych prognoz”. Jeszcze wtedy nie było mowy o powodzi, a główne prognozy meteorologiczne nie wskazywały na skalę zagrożenia, która miała się objawić kilka dni później. Jednakże, jak wskazał Tusk, powódź, która nawiedziła Polskę, była skutkiem największej ulewy w historii Europy Środkowej. „Nigdy tak dużo deszczu nie spadło w tak krótkim czasie” – podkreślał premier.
Wezwanie do solidarności
Tusk zauważył, że w rozmowach z mieszkańcami zniszczonych terenów wielokrotnie spotkał się z prośbami o wsparcie ponad podziałami politycznymi. — Słyszałem, że oczekują od nas solidarności, a nie politycznej bijatyki — powiedział premier. Przypomniał także, że w momentach kryzysowych Polacy wielokrotnie zdawali egzamin z solidarności. „W polskiej historii zawsze sprawdzaliśmy się, kiedy w dramatycznych momentach jednoczyliśmy się z tymi, którzy najbardziej potrzebowali wsparcia”.
Krytyka i odpowiedź opozycji
Podczas wystąpienia w Sejmie, premier odniósł się także do przerywania jego wypowiedzi przez posłów opozycji, zwłaszcza z PiS. „Kiedy nie ma się nic konstruktywnego, mądrego do powiedzenia, lepiej milczeć i słuchać tych, którzy chcą podzielić się informacją,” stwierdził Tusk. To odniesienie do posłów PiS miało na celu zwrócenie uwagi, że w obliczu tak dużej tragedii priorytetem powinno być wspólne działanie, a nie polityczna walka.
Problem fake newsów i „rosyjskiej dezinformacji” – czyli standardowy kabaret w wykonaniu ukraińskich sług z rządu
Premier Tusk przestrzegł przed rozprzestrzenianiem „dezinformacji i fake newsów”, które w momencie kryzysu potrafią siać dodatkowy chaos. Jako przykład podał fałszywe informacje o wysadzaniu wałów powodziowych, co miało wzbudzać niepotrzebną panikę. Tusk podkreślił, że nie można dopuścić, by „złe działania” i „źli ludzie” zniszczyli zaufanie społeczeństwa do rządu i służb ratowniczych.
Wskazał także na wzrost aktywności kont powiązanych z Rosją, które miały na celu podsycanie niepokojów społecznych. Warto jednak dodać, że ruda kłamliwa świnia, która ponosi pełną odpowiedzialność za sytuację, z jaką mierzyła się południowa Polska, nie przestawiła na to żadnych dowodów.
Rozliczenie działań ratowniczych
Premier zapowiedział, że akcja ratownicza oraz działania anty-powodziowe będą dokładnie rozliczone. „Wszystko zostanie sprawdzone,” zapewnił. Zwrócił się również do opozycji, uznając ich prawo do krytyki, ale zaznaczył, że krytyka powinna być oparta na faktach, a nie na politycznych kalkulacjach. Premier obiecał, że zostanie przeprowadzony audyt działań, który wyjaśni, czy i gdzie doszło do opóźnień w udzielaniu pomocy. [Winni będą producenci worków – admin]
Zapraszamy 29 września, niedziela, na 95 Pokutny Marsz Różańcowy ulicami Siedlec w intencji naszej kochanej Ojczyzny – Polski. Po okresie wakacyjnym powracamy do stałych godzin. Zaczynamy o 14:00, pod Pomnikiem Św. Jana Pawła II. Msza Święta w intencji Ojczyzny zostanie odprawiona w katedrze siedleckiej o godzinie 16:00. Uwielbiając Boga w Trójcy Świętej Jedynego, modlimy się razem z Maryją Królową Polski, o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu.
Zapraszamy w piątek 27.09 do różańcowego szturmu modlitewnego za Kościół, naszą Ojczyznę i nasze rodziny – od godz.15.00 do Parafii Matki Boskiej Królowej Świata (Lasek Cygański). O godz. 18.00 Msza święta za Ojczyznę.
Tylko modląc się na Różańcu Świętym i poprzez POKUTĘ możemy wybłagać tryumf Niepokalanego Serca Maryi Panny w Kościele, w Polsce, w naszych rodzinach i na całym świecie
“There is one God, one faith, one baptism” (Eph 4:5.)
“Whoever is not with Me is against Me,
and whoever does not gather with me scatters.” (Lk 11:23.)
“Without a doubt, they will perish forever,
unless they hold the Catholic faith whole and inviolate.” (Symbol of Saint Athanasius)
Pope Francis has taken advantage of his trips to countries with pagan, Muslim or Buddhist majorities to insist on his theory that God wants all religions, that all religions are good for leading people to salvation and fostering “reciprocal respect and mutual love.”1 On these occasions, he leaves aside the ambiguity that usually cloaks his statements.
This happened on February 3-5, 2019, during his trip to the United Arab Emirates when he signed the Abu Dhabi Declaration. In it, he affirms that “[t]he pluralism and the diversity of religions…are willed by God in His wisdom.”2
If God wills all religions, logically, they are all good since they come from God’s will. Therefore, it follows that all religions, however different they may be, form a whole that proceeds from God.
Different “Spiritual Sensibilities”
Francis made this idea clearer during his recent trip to Indonesia, Papua New Guinea, East Timor and Singapore from September 2 to 13, 2024.
Speaking at the Istiqlal Mosque in Indonesia’s capital, Jakarta,3 he referred to the “coexistence between religions and different spiritual sensibilities,” adding “that religious experiences may be reference points for a fraternal and peaceful society and never reasons for close-mindedness or confrontation.”
Talking about spiritual sensibilities and religious experiences in this context is reminiscent of the language of the Modernist heresy.4
The “Tunnel of Friendship,” the One Root Common to all “Religious Sensitivities”
Continuing in his speech, he refers to the “underground tunnel…connecting the Istiqlal Mosque and the Cathedral of Saint Mary of the Assumption” so that “all of us, together, each cultivating his or her own spirituality and practicing his or her religion, may walk in search of God.” He goes on to say that, just as the cathedral and the mosque are connected by a tunnel, so also, underlying the different practices and rites of each religion “that what lies ‘underneath’, what runs underground, like the ‘tunnel of friendship,’ is the one root common to all religious sensitivities.”
In the line of gestures, it is worth mentioning the blessing Francis gave, which he claimed was “valid for all religions.” In it, he did not make the sign of the cross nor mention the Holy Trinity.5
All Religions Are a Path to God
In a relaxed conversation with young people of different religions at the Catholic Junior College (Singapore) on Friday, September 13, 2024, Francis made his thoughts even clearer by saying that all religions are a way to reach God:
“All religions are paths to God. I will use an analogy; they are like different languages that express the divine. But God is for everyone, and therefore, we are all God’s children. ‘But my God is more important than yours!’ Is this true? There is only one God, and religions are like languages, paths to reach God. Some Sikh, some Muslim, some Hindu, some Christian. Understood?”6
An Absurd Religious Theory
Francis’ religious theory, given above, can be summarized thus:
God wants all religions (Abu Dhabi Declaration);
Underlying all religions is a “tunnel of friendship” that connects them all;
That tunnel is at the root of all religions;
We shouldn’t say that one religion is truer or better than another;
All religions are paths that lead to God (“some are Sikh, some Muslim, some Hindu, some Christian”…)
When Francis says that God wants all religions or that all religions are a path that leads to God, he makes no restrictions on the nature of the religion, its doctrine, morals, practices, etc. Thus, a religion that believes in the One and Triune God and worships the Holy Trinity would lead to God, as would one that denies this fundamental dogma of Catholicism, such as Mohammedanism, or a polytheistic religion such as popular Hinduism7 or a non-personal God, as in Buddhism, or animistic or pantheistic religions that worship the forces of nature, such as “mother earth” (as in the case of Pachamama, who was worshipped in the Vatican), etc.
Besides contradicting Divine Revelation and the whole of the Church’s bimillennial Magisterium, this theory also contradicts a fundamental principle of human thought, that of non-contradiction, whereby something cannot both be and not be at the same time and from the same point of view.
Therefore, one falls into contradiction by admitting a God who is both Trinitarian and unitary; a God that is only one (monotheism) and a plurality of gods (polytheism); a Personal God and another confused with nature and the natural forces of the universe. Such a “god” would not be the Supreme Wisdom, the subsistent Truth, the source of all truth. This “god” could not be Holy and the source of holiness. In a word, such a contradictory “god” could not exist.
Perverse Indifferentism
On his trip to Asia, by his words, deeds and omissions, Pope Francis preached religious indifferentism as condemned by Pope Gregory XVI (1831-1836) in the Encyclical Mirari Vos on Liberalism and Religious Indifferentism (1831):
“We consider another abundant source of the evils with which the Church is afflicted at present: indifferentism. This perverse opinion is spread on all sides by the fraud of the wicked who claim that it is possible to obtain the eternal salvation of the soul by the profession of any kind of religion, as long as morality is maintained. Surely, in so clear a matter, you [the bishops] will drive this deadly error far from the people committed to your care. With the admonition of the apostle that ‘there is one God, one faith, one baptism’ (Eph 4:5.) may those fear who contrive the notion that the safe harbor of salvation is open to persons of any religion whatever. They should consider the testimony of Christ Himself that ‘those who are not with Christ are against Him’ (Lk 11:23.) and that they disperse unhappily who do not gather with Him. Therefore ‘without a doubt, they will perish forever unless they hold the Catholic faith whole and inviolate. (Symbol .s. Athanasius).”8
Jesus, the Only Savior
While saying that all religions are “different languages that express the divine,” Francis fails to emphasize the role of Our Lord Jesus Christ and the Church in the Salvation of mankind, both of which are absent in Francis’ speeches and gestures during this trip.
Some bishops, such as Most Rev. Marian Eleganti, former bishop of Chur, Switzerland, have pointed this out. He wrote on his blog:
“Pope Francis speaks of the fact that there is only one God, the Creator, and that we are therefore already by nature as his creatures, brothers and children of God. Where is Jesus Christ in this relationship without which, in His own words, we do not have the Father (the Creator)? Where is the talk of Jesus Christ as the only door to the Father? Where is the talk that Jesus Christ has given us the power to become children of God? So that we are not without Him. Where is there talk that we pray in His Spirit, which He has given us: Abba, Father? Pope Francis conceals all this and also avoids the cross in blessing in order not to take over anyone, not to alienate feelings or to stimulate a debate in the sense of a critique of religion and a missionary impulse to face with the claim to absoluteness of Jesus. Today, we understand tolerance as a renunciation of beliefs and truth claims.”9
On September 13, 2024, based on Dominus Iesus, a document issued by the Congregation (now Dicastery) for the Doctrine of the Faith on August 6, 2000, Most Rev. J. Strickland, former bishop of Tyler, Texas, cut straight to the chase by commenting on social media:
“Dominus Iesus, (The Lord Jesus). This is what the Catholic Church teaches regarding the unicity of Jesus Christ. The only way to God the Father is through His Son Jesus Christ. To deny this is to deny the Catholic faith, this is called heresy.”10
Criticizing theologians who present all religions as equal and leave aside the role of Christ and the Church, the aforementioned document Dominus Iesus says:
“These [thesis] are contrary to Catholic faith because they deny the unicity of the relationship which Christ and the Church have with the kingdom of God.”11
“Confirm Thy Brethren”
When warning the Apostle Peter of the temptations he would undergo during the Passion, Our Lord said to him, “But I have prayed for thee, that thy faith fail not: and thou, being once converted, confirm thy brethren”12
This is the mission of every successor of Saint Peter: to confirm his brothers in the faith by transmitting the true doctrine of Jesus Christ and His Church and not be carried away by the world’s fantasies and errors. When he is not faithful to the mission he has received and to the graces of the Holy Spirit, the pope abandons his mission and, instead of confirming his brothers in the faith, leads them to eternal perdition.
But Our Lord watches over His Church, and every believer receives the graces necessary to keep to the true faith taught by the Church throughout her two thousand years of existence.
The “Sensus Fidei”
The “sensus fidei” or “sense of faith” is that marvelous help of grace that stems from fidelity to the virtue of faith and enables the faithful to distinguish between true and false or confusing teaching.
According to the Vatican’s International Theological Commission, “The sensus fidei fidelis arises, first and foremost, from the connaturality that the virtue of faith establishes between the believing subject and the authentic object of faith; namely, the truth of God revealed in Christ Jesus.”13
The Theological Commission continues: “Alerted by their sensus fidei, ‘individual believers’ may deny assent even to the teaching of legitimate pastors if they do not recognize in that teaching the voice of Christ, the Good Shepherd… …For Saint Thomas, a believer, even without theological competence, can and even must resist, by virtue of the sensus fidei, his or her bishop if the latter preaches heterodoxy.14 In such a case, the believer does not treat himself or herself as the ultimate criterion of the truth of faith, but rather, faced with materially ‘authorized’ preaching which he or she finds troubling, without being able to explain exactly why, defers assent and appeals interiorly to the superior authority of the universal Church.”15
Confidence in Our Lady’s Fatima Promise
However difficult it is to live amid the reigning confusion—that is most likely part of the punishment Our Lady predicted at Fatima if people do not convert. In the face of this perspective, the faithful can be certain of the divine intervention the Blessed Mother promised in 1917: Finally, my Immaculate Heart will triumph.
Mec. Jacek Wilk alarmuje, że w życie wchodzi prawo, które określa mianem „obrzydliwego”. Ma ono dotyczyć „kapusiów”.
Niedawno pisaliśmy o tym, że major dr Anna Grabowska Siwiec, była funkcjonariusz kontrwywiadu Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego (ABW), opowiadała w wywiadzie dla Polskiej Agencji Prasowej o tym, jak to państwo bardzo potrzebuje donosicieli, kabli, kapusiów i konfidentów. Użyła oczywiście innych słów, ale o to mniej więcej chodziło.
A teraz mec. Jacek Wilk, ekspert prawny związany od lat z myślą konserwatywno-liberalną, alarmuje, że w życie wchodzi niebezpieczne prawo, które dotyka właśnie tego tematu.
„A tymczasem wchodzi w życie jeden z najbardziej obrzydliwych aktów prawnych ostatnich lat – Ustawa o ochronie sygnalistów – czyli regulacja o kapusiach, którzy całkowicie legalnie mogą niszczyć przedsiębiorców donosami pisanymi pod byle pretekstem – nie koniecznie prawdziwym…” – opisuje w swoich mediach społecznościowych Jacek Wilk.
„..czytam toto z coraz większym przerażeniem i obrzydzeniem i włosy stają mi dęba na myśl o tym, jak rzesze donosicieli będą mogły na podstawie tej ustawy znęcać się nad przedsiębiorcami – z powodu zemsty, zawiści lub niszczenia konkurencji” – dodaje.
„Ale nie poddajemy się – obiecuję, że znajdę obronę i przed tym „prawem”!” – zapowiedział ekspert prawny.
A tymczasem wchodzi w życie jeden z najbardziej obrzydliwych aktów prawnych ostatnich lat – Ustawa o ochronie sygnalistów – czyli regulacja o kapusiach, którzy całkowicie legalnie mogą niszczyć przedsiębiorców donosami pisanymi pod byle pretekstem – nie koniecznie prawdziwym… …czytam toto z coraz większym przerażeniem i obrzydzeniem i włosy stają mi dęba na myśl o tym, jak rzesze donosicieli będą mogły na podstawie tej ustawy znęcać się nad przedsiębiorcami – z powodu zemsty, zawisci lub niszczenia konkurencji. Ale nie poddajemy się – obiecuję, że znajdę obronę i przed tym „prawem”! https://isap.sejm.gov.pl/isap.nsf/DocDetails.xsp?id=WDU20240000928
Powódź, która znienacka zaatakowała południe Polski, pokazała dwa fatalne zjawiska: antypowodziowe roszczenia mieszkańców od rządu oraz faktyczne, wieloletnie zaniedbania kolejnych ekip rządzących.
„Trzeba się było ubezpieczyć” – ta wypowiedź byłego premiera Włodzimierza Cimoszewicza przeszła do annałów. Polityk powiedział to spontanicznie, przy kamerach telewizyjnych, latem 1997 roku, wizytując tereny dotknięte przez ówczesną „powódź tysiąclecia”.
Choć jego wypowiedź zabrzmiała brutalnie, szczególnie w uszach mieszkańców zalanych terenów, to jednak była najbardziej słusznym i brutalnie szczerym wnioskiem, na jaki można sobie było pozwolić. Gdy w minionym tygodniu fala powodziowa dotknęła miasta na Dolnym Śląsku, premier Donald Tusk zapowiedział, że poszkodowani Polacy mogą liczyć na rządowe zapomogi. Ze wspólnej kasy, zasilanej pieniędzmi wszystkich podatników, będą więc wypłacane zasiłki na zupełnie niejasnych zasadach. To zaś może zakończyć się kolejną „aferą”, gdy część tych pieniędzy w niewyjaśnionych okolicznościach zniknie.
Złe wsparcie
Pomoc wsparcia dla powodzian jest dobry, pod warunkiem że płynie z serca, a nie z państwowych pieniędzy. Dużą sumę na pomoc ofiarom „wielkiej fali” przekazał właściciel InPost-u Rafał Brzoska. Swoje pieniądze wysłał również Sławomir Mentzen (choć ten drugi raczej ze względu na kampanię prezydencką). Zapowiedzi o zasiłkach pozwalają premierowi Tuskowi prężyć się przed kamerami i robić sobie PR na krzywdzie i nieszczęściu ludzkim. Nieszczęściu, dodajmy, na własne życzenie.
Poprzednia powódź na Dolnym Śląsku miała miejsce w roku 2010, a więc przed 14 laty. Wcześniejsza, w roku 1997, a więc 13 lat wcześniej. Mniejsza powódź zalała południe Polski w roku 1984, jednak wówczas komunistyczna władza starała się odwrócić uwagę opinii publicznej od niej. To pokazuje, że Odra i jej dorzecza wylewają średnio raz na 13 lat i jest to normalne zjawisko przyrodnicze. Można również spodziewać się, że kolejna „wielka powódź” będzie miała miejsce za 13 lub 14 lat, a więc w roku 2037 lub 2038 Odra znów wystąpi z brzegów. Czy znów kolejny premier będzie chciał budować na tej tragedii polityczny PR?
Tereny zalewowe
Cykliczny charakter wylewów Odry znany był jeszcze w XIX stuleciu. Wówczas bowiem na polecenie kanclerza Otto von Bismarcka przebadano sprawę i sporządzono mapę terenów zalewowych. Na tych terenach nie powstawały miasta ani fabryki, ani jednostki wojskowe – „żelazny kanclerz” nie chciał, aby ewentualna powódź doprowadziła do ich unicestwienia.
Te odkrycia pruskich naukowców z XIX wieku były znane komunistom, którzy przejęli władzę w Polsce po II wojnie światowej. Nie mogli oni jednak ze względów ideologicznych dopuszczać odkryć Bismarcka, który był kojarzony ze znienawidzonym, niemieckim szowinizmem. Najpierw komuniści, a potem postkomuniści obrazili się więc na rzeczywistość i „zapomnieli” o terenach zalewowych, zezwalając na budowanie tam osiedli. Jeszcze w latach 90. i 2000 deweloperzy uzyskiwali pozwolenia na budowę bloków mieszkalnych w miejscach, które już w czasach Bismarcka były oznaczone jako zalewowe. Natura powiedziała „sprawdzam”. W 1997 roku Odra i wpadające do niej rzeki wystąpiły z koryt, powodując tragedię tysięcy ludzi. Tragedię, której można byłoby uniknąć, gdyby nie wydawano pozwoleń na budowę osiedli na terenach zalewowych.
Doświadczenie roku 1997 również niczego nie nauczyło ani Polaków, ani kolejnych rządów. Dowodem tego jest fakt, iż władze samorządowe nadal wydawały decyzje zezwalające na budowy kolejnych osiedli mieszkaniowych na terenach zagrożonych zalaniem przez Odrę. To było kluczowe zaniechanie władz. Oczywiście kandydat na właściciela mieszkania powinien na własną rękę sprawdzić, czy nie zamierza zamieszkać tam, gdzie raz na kilkanaście lat podwórko może zmienić się w jezioro. Jednak większych kompetencji należy wymagać od urzędników samorządowych, którzy biorą przecież pensje za to, żeby wiedzieć, gdzie stawianie osiedli jest bezpieczne, a gdzie nie.
Państwo ma również szereg innych instrumentów do tego, by zabezpieczać mieszkańców przed powodziami oraz ewentualnie niwelować ich skutki. Pierwsza to infrastruktura drogowa. Osiem lat temu, na łamach Tygodnika „Angora” ujawniłem raport Najwyższej Izby Kontroli na temat polskich mostów. Wynikało z niego, że część polskich mostów, aktualnie użytkowanych, powstała przed powstaniem styczniowym (sic!). Gdy fala na rzece jest wyższa, most staje się podstawową drogą ewakuacji mieszkańców. Nikt przez lata nie pomyślał o modernizacji polskich mostów. A jest to tym bardziej wskazane, że fala powodziowa, niosąca za sobą porwane przedmioty (w tym barki), może z wielką siłą uderzyć w most i doprowadzić do jego zerwania.
Jednak to nie wszystko. Fala powodziowa uderzyła w miasteczka na Dolnym Śląsku, paraliżując w pierwszej kolejności drogi. Wszystko przez to, że drogi nie mają systemów odprowadzania wody. Widać to nie tylko na południu; jedna z głównych tras przelotowych przez Warszawę – trasa S8 – na odcinku w pobliżu Alei Mickiewicza również została źle zaprojektowana – wystarczy większy deszcz, aby woda na tym odcinku sparaliżowała ruch samochodowy.
Tymczasem na świecie znany jest system odprowadzania wód z ulic. Wystarczy tak wyprofilować nawierzchnię, by była nachylona pod kątem 1 stopnia w stronę pobocza. Kierowca nie czuje tego podczas jazdy, za to dla wody wystarczy, aby spłynąć na pobocze. Z kolei pobocza można wyposażyć w kratki odpływowe, by woda wpadała do nich i odpływała. System kratek można połączyć z rurami daleko odprowadzającymi wodę. O skuteczności tego systemu przekonałem się osobiście w 2010 roku. Po intensywnych deszczach, które zalały mi podwórko i ogródek, zleciłem podpięcie rynien do głównej rury odprowadzającej wodę z osiedla, na którym mieszkam. W rezultacie nie ma już deszczu tak intensywnego, który mógłby wyrządzić szkody na mojej posesji.
Elementem walki przeciwpowodziowej jest również budowa zbiorników retencyjnych. To potężne przestrzenie, które napełniają się miliardami litrów wody, w sytuacji gdy dochodzi do długotrwałych opadów. Zbiorniki retencyjne umożliwiają również zatrzymanie wzbierającej fali powodziowej. Potem wystarczy poczekać, aż deszcz przestanie padać (w tym czasie zbiornik powinien napełniać się wodą) i można spokojnie „zrzucać” nadmiar wody, by ilość nie pozwoliła wystąpić z koryta rzeki. Niestety kolejne rządy nie przyłożyły się do budowy zbiorników retencyjnych. Dowodem jest to, iż już pierwszego dnia wystąpienia wielkiej fali na Dolnym Śląsku przedstawiciele władzy samorządowej mówili, że umocnienia mogą nie wytrzymać naporu wody, a jego pęknięcie będzie oznaczało gwałtowne wylanie wody i prawdziwy armagedon dla mieszkańców.
Państwo może również umacniać i podwyższać wały wzdłuż brzegów rzek. Może również wprowadzać i egzekwować procedury na wypadek powodzi. Wielka fala na Dolnym Śląsku pokazała, że służby i mieszkańcy nie byli przygotowani na wielką wodę. Brakowało worków z piaskiem, służby spóźniały się z interwencjami, kilka osób zginęło wskutek wody. To z kolei każe wprowadzić procedury przeszkolenia obywateli na wypadek klęski żywiołowej – w sytuacji zagrożenia każdy powinien wiedzieć, co robić. Nikt tego jednak nie zarządził. Państwo wiec dopuściło się licznych zaniechań.
Złe myślenie
Najgorsze, co pokazała powódź na Dolnym Śląsku, to socjalistyczny kierunek myślenia osób pokrzywdzonych. Większość z nich nie widzi tego, że mieszkała na terenach zalewowych. Większość nie zauważyła tego, że zapomniała się ubezpieczyć od katastrofy.
Formułowali natomiast bardzo stanowcze roszczenia od państwa. Paskudną cechą socjalizmu jest to, że nie nauczył ludzi liczyć na siebie, tylko zawsze na państwo. Tymczasem powiedzmy sobie to uczciwie, to nie państwo jest od tego, żeby myśleć za swoich obywateli i traktować ich jak dzieci. Państwo może i powinno opracować mapy terenów zalewowych, by każdy wiedział, jak duże jest ryzyko wystąpienia powodzi w miejscu, gdzie zamierza kupić działkę albo postawić dom. Państwo powinno też zadbać o zbiorniki retencyjne, pogłębianie koryt rzek, umacnianie wałów, budowę mostów, kanalizacji i dróg – to prawda. Ale przecież nie może przyzwyczajać obywateli do tego, że niezależnie od tego, jakie decyzje podejmą, w trudnej sytuacji to państwo wypłaci im zasiłki. Niestety obecna polityka rządu Tuska idzie w tę stronę, by te socjalistyczne przyzwyczajenia umacniać, a na tragedii tysięcy Ślązaków robić polityczny PR.
„Nie tylko w Polsce bobry występują, a chyba tylko w Polsce szef rządu może wypowiadać takie bzdury” – uważa dr Andrzej Czech.
Podczas sobotniego posiedzenia sztabu kryzysowego w Głogowie premier Donald Tusk poruszył kwestię obecności bobrów na wałach przeciwpowodziowych. Szef rządu stwierdził, że „czasami trzeba wybierać między miłością do zwierząt a bezpieczeństwem miast”.
– Wasze sugestie nie są pierwsze, że trzeba szybkich zmian, jeśli chodzi o obecność bobrów na wałach. Myśmy w 2010 r. podejmowali decyzje, ekolodzy byli wnerwieni, ale są priorytety. Czasami trzeba wybierać między miłością do zwierząt a bezpieczeństwem miast, wsi i stabilnością wałów – mówił Tusk. – Wały są dzisiaj absolutnym priorytetem – podkreślił.
Wypowiedź szefa rządu szeroko komentowali politycy opozycji oraz internauci.
Ekspert: Piramidalna bzdura
Słowa Tuska wzburzyły dr. Andrzeja Czecha, eksperta w dziedzinie bobrów, autora książek na tematy tych zwierząt oraz członka Państwowej Rady Ochrony Przyrody.
„Twierdzenia premiera przypisujące bobrom rolę w powodziach przy tak wielkich opadach są piramidalną bzdurą wymyśloną na gorąco” – napisał ekspert w wiadomości mailowej wysłanej do redakcji „Gazety Wyborczej”.
Czech wskazał, że na świecie istnieją skuteczne metody odstraszające bobry od wałów przeciwpowodziowych. Odstrzał tych zwierząt wcale nie jest konieczny. Eliminacja populacji wyrządza bowiem krzywdę środowisku: redukuje naturalną retencję wody, zwiększa zagrożenie powodzią i przyczynia się do spadku bioróżnorodności.
„Bobry odgrywają kolosalną a niedocenianą rolę w gromadzeniu ponad 200 mln m3 wody w najbardziej newralgicznych miejscach w Polsce. Pozbycie się tego sojusznika w trakcie kryzysu klimatycznego będzie totalnym idiotyzmem” – wskazał dr Czech i dodał: „Nie tylko w Polsce bobry występują, a chyba tylko w Polsce szef rządu może wypowiadać takie bzdury”.
Prof. Władysław Mielczarski wskazuje, że mocno zbiedniejemy przez Europejski Zielony Ład Fot. PTWP
– Zielony Ład będzie szczególnie kosztowny dla biedniejszych krajów europejskich. Np. Niemcy przez niego nieco zbiednieją, ale Polacy stracą nawet połowę dochodu liczonego na osobę – mówi portalowi WNP.PL prof. Władysław Mielczarski, ekspert ds. energetyki.
– Polityka Europejskiego Zielonego Ładu jest i będzie bardzo kosztowna. Przede wszystkim zaś jest ona niemożliwa do zrealizowania. Ustanowiono bowiem nierealne cele – uważa prof. Władysław Mielczarski, ekspert ds. energetyki.
– Żeby osiągnąć cele założone w Zielonym Ładzie, trzeba byłoby zamknąć cały przemysł, a ludzie musieliby się wyprowadzić ze swoich domów do namiotów – ironizuje nasz rozmówca.
Jak uważa prof. Władysław Mielczarski, Europejski Zielony Ład doprowadzi do utraty konkurencyjności europejskiego przemysłu.
Co oznaczać będzie realizacja założeń Europejskiego Zielonego Ładu?
– Na pewno polityka Europejskiego Zielonego Ładu jest i będzie bardzo kosztowna. Natomiast przede wszystkim jest ona niemożliwa do zrealizowania.
Ustanowiono bowiem nierealne cele. Unia Europejska chce osiągnąć zerowe emisje netto do 2050 roku. Jednak tego nie uda się osiągnąć.
Prof. Mielczarski: żeby osiągnąć cele założone w Zielonym Ładzie, trzeba byłoby zamknąć cały przemysł, a ludzie musieliby się wyprowadzić ze swoich domów do namiotów
Nie uda się?
– Gdyby chcieć to osiągnąć, trzeba byłoby zamknąć cały przemysł, a ludzie musieliby się wyprowadzić ze swoich domów do namiotów. Ironizuję, ale tak to właśnie wygląda.
Ten Europejski Zielony Ład będzie szczególnie kosztowny dla biedniejszych krajów europejskich, w tym dla Polski. Przykładowo Niemcy przez Europejski Zielony Ład nieco zbiednieją, ale Polacy stracą przez niego nawet połowę dochodu liczonego na osobę.
Oznaczać to będzie pauperyzację społeczeństw w UE. Ponadto będzie szybko postępować utrata konkurencyjności europejskiego przemysłu.
Niektórzy wskazują, że forsowanie rozwiązań z zakresu Europejskiego Zielonego Ładu wygląda jak jakiś sabotaż ze strony urzędników unijnych. Co pan o tym sądzi?
– Sytuacja jest teraz taka, że jak mówi stare przysłowie: „siali wiatr, a teraz zbierają burzę”. Unia Europejska chciała znaleźć sobie takie obszary, gdzie będzie lepsza od innych i wyprzedzi konkurencję.
Wymyślono przed laty, że będzie to sektor zielonej energetyki i rozwoju odnawialnych źródeł energii. Jednak UE mocno się przeliczyła. Okazało się bowiem, że kraje azjatyckie dużo lepiej opanowały te technologie.
Potrafią produkować o wiele taniej i teraz zalewają nas między innymi panelami fotowoltaicznymi czy samochodami elektrycznymi. To oni coraz więcej tych produktów sprzedają w Europie i na tym zarabiają. Natomiast firmy europejskie popadają w coraz większe tarapaty, musząc ponosić koszty wyśrubowanej polityki klimatycznej.
Oprócz powszechnie znanego podatku klimatycznego ETS (Europejski System Handlu Emisjami – przyp. red.) coraz powszechniejszy staje się przymus inwestowania w „zielone” technologie poprzez wymagania ESG (z ang. Environmental, Social and Corporate Governance, środowisko, społeczna odpowiedzialność i ład korporacyjny) dotykające obszarów związanych z ochroną środowiska naturalnego, odpowiedzialnością społeczną i ładem korporacyjnym.
A chodzi między innymi o to, że przykładowo dana firma w UE nie otrzyma dziś kredytu, jeżeli nie udowodni, że jest „dość zielona” i musi kupować zieloną energię, samochody elektryczne i inne zupełnie jej niepotrzebne rzeczy. To wszystko kosztuje i przez to firmy europejskie tracą konkurencyjność wobec firm spoza Unii. I będą ją tracić nadal.
Ponad 20 lat temu grupa aktywistów zgłaszała postulaty walki z emisją gazów cieplarnianych. Mówiono o potrzebie walki ze zmianami klimatycznymi. Jednak to się potem wymknęło spod kontroli.
Obecnie masy ludzi w UE żyją z różnych grantów, propagując Europejski Zielony Ład. Oni otrzymują coraz to nowe granty i sami już uwierzyli w zieloną utopię. Dzisiaj przez to bardzo trudno zrobić krok w tył. Miliony ludzi bowiem dały się zindoktrynować. Takim przykładem jest znana aktywistka klimatyczna Greta Thunberg. Powstało coś na kształt nowej pseudoreligii.
Prof. Mielczarski: upiliśmy się Europejskim Zielonym Ładem
Czy da się to jeszcze odwrócić?
– Nie wierzę raczej w to, że się uda. Upiliśmy się bowiem całym tym Europejskim Zielonym Ładem. I jesteśmy jak alkoholik. On nie przestanie pić, dopóki sobie czegoś nie zrobi, dopóki nie przestraszy się swojego stanu.
W UE ludzie przez Europejski Zielony Ład mocno zbiednieją. Może dopiero wtedy do nich dotrze, że coś jest nie tak. Chyba innej drogi dla społeczeństw UE, jak przejście przez „smugę cienia”, nie ma.
Możliwe, że czeka nas okres upadku Europy. Przecież upadek Cesarstwa Rzymskiego też nastąpił. Za jakiś czas UE też może upaść. Zachodzi tutaj pytanie: czy potem Europa zdoła się odbudować i ile czasu jej to zajmie. Obecnie prym na świecie zaczyna wieść Azja. Teraz mamy czas Azji, która się rozwija i nie zawraca sobie głowy kwestiami ochrony klimatu.
Jako UE popełniamy zbiorowe samobójstwo. Być może jako UE musimy mocno upaść również pod względem cywilizacyjnym, żeby nadeszło otrzeźwienie.
Nie wszystkich będzie stać na to, żeby przystosować stare domy do nowych restrykcyjnych norm wynikających z założeń Europejskiego Zielonego Ładu. Jak się pan na to zapatruje?
– Oczywiście, że Europejski Zielony Ład będzie wywoływał zmiany społeczne i własnościowe. Wielu ludzi nie będzie stać na to, aby dostosować się do rygorystycznych norm. I zostaną oni wywłaszczeni.
Może będą musieli przenieść się do jakichś klitek w blokach z wielkiej płyty. A ich własność przejmą wielkie koncerny. Spójrzmy na Ukrainę, gdzie są olbrzymie gospodarstwa rolne. Tyle że one nie należą do Ukraińców, tylko do międzynarodowych koncernów. Trudno rozdzielać kwestie dalszego rozwoju gospodarczego od polityki.
Pomysły z Zielonym Ładem to są pomysły unijne. Reszta świata tym się nie przejmuje i stawia na rozwój. Niestety u nas polityka unijna ciągnie społeczeństwa i gospodarki w dół.
Problemem ostatnich ośmiu lat było to, że politycy dali się zaczarować środkami z tytułu Krajowego Planu Odbudowy i godzili się na wszystko, byle tylko uzyskać KPO. Tyle że tu chodzi nie tyle o subsydia unijne, tylko o pożyczki, które trzeba będzie spłacić. I dalej niestety brniemy w sytuację, w której KPO stało się rodzajem bożka, dla którego można wszystko poświęcić.
Raport „Drapieżny Zielony (Nie)Ład”, który powstał na zlecenie NSZZ „Solidarność”, wzywa do odrzucenia sztandarowego programu Unii Europejskiej, ogłoszonego w celu odbudowy gospodarki po tak zwanej pandemii COVID-19: Zielonego Ładu. Chociaż prace nad nim trwały jeszcze zanim pojawił się kryzys covidowy, to sama „pandemia” miała być świetną okazją do wdrożenia tak zwanej zielonej strategii.
Komisja Europejska na swojej oficjalnej witrynie alarmuje, że „zmiana klimatu i degradacja środowiska stanowią zagrożenie dla kontynentu i reszty świata. Aby sprostać tym wyzwaniom, Europa potrzebuje nowej strategii na rzecz wzrostu – służącej przekształceniu Unii w nowoczesną, oszczędną i konkurencyjną gospodarkę, która w 2050 roku osiągnie zerowy poziom emisji gazów cieplarnianych netto; w której nastąpi oddzielenie wzrostu gospodarczego od zużywania zasobów; w której żadna osoba ani żaden region nie pozostaną w tyle”.
I dalej: „Europejski Zielony Ład to nasz plan działania na rzecz zrównoważonej gospodarki UE. Można to osiągnąć poprzez przekształcenie wyzwań związanych z klimatem i środowiskiem w nowe możliwości we wszystkich obszarach polityki, a także zadbanie o to, by transformacja była sprawiedliwa i sprzyjała włączeniu społecznemu”.
Europejski Zielony Ład (dalej: EZŁ) przewiduje przejście na gospodarkę o obiegu zamkniętym, neutralną dla klimatu do 2050 roku. Stąd zaproponowano przyjęcie kontynentalnego prawa o klimacie, by deklaracje polityczne przekształcić w zobowiązanie prawne i pobudzić inwestycje w tzw. zielony sektor, który de facto może jeszcze bardziej szkodzić ludziom i przyrodzie (m.in. chodzi o przejście na energię odnawialną – farmy wiatrowe i fotowoltaikę, rozwój elektromobilności, termomodernizację, rozwój biotechnologii, GMO II generacji, cyfryzację, w tym Internet Rzeczy IoT i smart cities, wytwarzanie na skalę przemysłową biomasy itp.).
Osiągnięcie tych celów będzie wymagało ogromnych nakładów środków w produkcję szkodliwych dla środowiska baterii litowo-jonowych, w technologię 5G, a nawet 6G, tzw. sztuczną inteligencję oraz zmian struktur własnościowych ziemi, a nade wszystko stałego zwiększania wszelakich podatków ekologicznych i ograniczania wolności ludzi.
Zmiana, która już się dokonuje, jest koordynowana globalnie, regionalnie i lokalnie. Polega ona m.in. na przetransferowaniu oszczędności obywateli na inwestycje w wątpliwe technologie oraz usługi.
W związku ze spodziewanymi buntami ubożejącego społeczeństwa, konieczne jest zwiększanie roli państwa – wszechwładzy urzędników i polityków – oraz tworzenie bardziej wyrafinowanych systemów nadzoru.
Dekarbonizacja gospodarki przewidziana w EZŁ zakłada całkowitą rezygnację z ropy, węgla i docelowo także gazu na rzecz OZE. Gaz jest traktowany jako paliwo przejściowe.
Działania unijne
Po raz pierwszy program Europejskiego Zielonego Ładu unijni politycy przedstawili już 11 grudnia 2019 roku (pandemię ogłoszono w marcu 2020), chociaż „zielona transformacja” trwa od dekady. Przyspieszyła od szczytu Rio+20 w 2012 roku.
14 stycznia 2020 r. unijni biurokraci przedstawili plan inwestycyjny na rzecz EZŁ i mechanizmu sprawiedliwej transformacji. 4 marca 2020 t. pojawił się wniosek ustawodawczy w sprawie prawa o klimacie, zakładający osiągnięcie przez UE neutralności klimatycznej do 2050 r.
Szefowa KE Ursula von der Leyen, prezentując przed niespełna pięcioma laty założenia EZŁ, przypomniała, że osiągnięcie neutralności pod względem emisji dwutlenku węgla do 2050 roku będzie wymagało szybkiego odejścia od wysoko zanieczyszczających gałęzi przemysłu i technologii. Obiecała – czy też zagroziła – że EZŁ „nie pozostawi nikogo w tyle”.
Komisarz porównała transformację do epokowego wydarzenia lądowania na Księżycu. – Naszym celem jest pogodzenie gospodarki z naszą planetą – zaznaczyła, wskazując, że Europa chce być liderem w dziedzinie przyjaznych dla klimatu gałęzi przemysłu i tak zwanych czystych technologii. Unia „neutralna dla klimatu” to nadrzędny cel EZŁ.
Oznacza to aktualizację ambicji wspólnoty w zakresie klimatu już do 2030 roku – redukcję emisji CO2 o 55 procent, by zastąpić 40-procentowy cel. Wymagało to przeglądu i dostosowania wszystkich regulacji, począwszy od dyrektywy w sprawie odnawialnych źródeł energii i efektywności energetycznej, przez handel emisjami CO2 i podział wysiłków, a także niesławną dyrektywę LULUCF, dotyczącą zmiany użytkowania gruntów. Przewiduje się „inteligentną integrację sektora”, łączącego obszary energii elektrycznej, gazu i ciepłownictwa w jednym systemie.
Szereg gruntownych zmian musi nastąpić do 2030 roku, ponieważ jest to ostatni cykl inwestycyjny, jeśli Unia chce osiągnąć cel „czystego przemysłu” do 2050 roku.
Portal PCh24.pl od dawna przestrzegał przed bezrefleksyjnym przyjęciem unijnej polityki klimatycznej i „zielonym ładem”. Wielokrotnie pisaliśmy o szkodliwych przepisach, które powodują poważne zakłócenia dla gospodarki. Wskazywaliśmy, że nawet William Nordhaus, zdobywca Nagrody Nobla w 2018 r. za modelowanie ekonomiki zmian klimatu, wyraźnie mówił, iż programy „zielonego ładu” bardzo obciążą obecne pokolenie i sam zasugerował, by nie odchodzić w tak szybkim tempie od paliw kopalnych. Ocenił, że jeśli nawet temperatura na świecie wzrosłaby o ponad 3 stopnie C, to i tak nie będzie oznaczało to tragedii.
Scenariusz, który przewiduje całkowite docelowe poleganie na odnawialnych źródłach energii, wymaga ogromnej ilości miejsc do jej magazynowania (obecnie są to baterie litowo-jonowe). Jednak możliwe do odzyskania rezerwy litu na całym świecie wynoszą zaledwie 13,5 miliona ton (dane USGS). Tymczasem potrzeba 26 mln ton litu, by zasilić przewidywane 2 miliardy samochodów elektrycznych do 2035 roku. To ponad dwukrotnie więcej niż jest obecnie dostępne.
Ogromnych kosztów transformacji nie jest w stanie ponieść polskie społeczeństwo, co potwierdza raport przygotowany na zlecenie NSZZ „Solidarność”, a zaprezentowany po raz pierwszy podczas XXXIII Forum Ekonomicznego w Karpaczu.
Opracowanie, które zrecenzowali: dr hab. Małgorzata Burchard-Dziubińska, prof. Uniwersytetu Łódzkiego, prof. dr hab. Michał Gabryel Woźniak z Uniwersytetu Rzeszowskiego, prof. dr hab. Jerzy Żyżyński z Uniwersytetu Warszawskiego, przedstawia analizy dotyczące skutków ideologii EZŁ w polityce społeczno-gospodarczej, stosunku Polaków do EZŁ oraz jego niezgodności z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej.
Dokument opisuje skutki podatkowe i fiskalne, a także koszty bezpośrednie dla gospodarki i społeczeństwa, w tym ograniczenia wydobycia zasobów, jego wpływ na rolnictwo, wpływ systemu ETS czy zagrożenia dla rozwoju międzynarodowej współpracy handlowej.
Unijna „polityka przemocowa”
Autorzy raportu krytykują KE za prowadzenie „polityki przemocowej” mocno ingerującej w politykę narodową państw. EZŁ przedstawiany jest jako „nie tylko ideologia, ale przede wszystkim pretekst i narzędzie do zawładnięcia społeczeństwami i gospodarkami państw narodowych, wręcz ich skolonizowania”.
Dr Artur Bartoszewicz wskazuje, że „ukierunkowanie wydatków publicznych na cele niepotrzebne i nieistotne dla bezpieczeństwa ogranicza potencjał rozwojowy”. Bruksela wręcz prowadzi „wojnę hybrydową”, powodując ubożenie obywateli, upadłości przedsiębiorstw i niebotyczne zadłużenie państw. Społeczeństwa są poddawane totalnej propagandzie klimatycznej. Ma miejsce przemoc finansowa. Cały europejski kontynent „przeistacza się w przestrzeń absorbującą produkty, których utylizacja w przyszłości jest niemożliwa”; „eksportuje zanieczyszczenia środowiska na skalę, która fałszuje obrane ambitne cele”; „tworzona jest piramida finansowa naiwności, która zakłada sukces ideologii, przy czym owa zeroemisyjność ma być sfinansowana ze środków publicznych (de facto różnego typu podatków). Miraż transformacji usprawiedliwia wydawanie środków publicznych. Zawładnięci ideologią Zielonego Ładu politycy i aktywiści dają przyzwolenie na ogromną interwencję państwa we wszystkie rynki i sektory, a wręcz jej żądają. W Polsce do dziś nie oszacowano pełnego budżetu transformacji energetycznej. Kwoty, które mogą się okazać konieczne do wydania do 2030 r. na inwestycje związane z transformacją energetyczną, w tym przekształcenie rynku w tej branży, sięgają w przybliżeniu nawet kilkuset miliardów złotych” – czytamy.
Polacy przeciwko EZŁ. Jego wdrażanie wbrew woli ogółu to „dowód na autokratyczność”
Dr Katarzyna Obłąkowska zaznacza, że „Polacy nie popierają Europejskiego Zielonego Ładu w kształcie znanym w kwietniu 2024 r. Odrzucają większość z 21 rozwiązań tej polityki. Jest to dowód na autokratyczność, a nie demokratyczność działań władz europejskich”. Co więcej, Polacy chcą zmian w EZŁ (42,9%) lub całkowitego jego odrzucenia (34,9%). Bezkrytycznie europejską strategię popiera 3,3% polskiego społeczeństwa.
Blisko 57% Polaków chce referendum w sprawie odrzucenia Europejskiego Zielonego Ładu.
Dr Obłąkowska ocenia, że „Polacy chcą demokracji. Jedynie władcy autokratyczni nie dają suwerenowi prawa do wypowiedzenia się w referendum. Dalej czeka już tylko państwo wszechpotężne, trzymające miecz nad głową człowieka poddanego, karzące go za każde niezgodne z wolą władców słowo”.
Wraz z negatywnymi opiniami dot. EZŁ, „na przełomie kwietnia i maja 2024 r. zwiększył się w Polsce poziom eurosceptycyzmu, ale większość Polaków jest nadal za pozostaniem Polski w UE (63,1%). Jednak, niecałe 12% chce federalizacji UE i nieco ponad 3% opowiada się za unifikacją. 62,2% widzi UE jako „Europę Ojczyzn”.
EZŁ niezgodny z Konstytucją RP
Prof. Ryszard Piotrowski uważa, że koncepcja EZŁ, jak również konkretne rozwiązania dotyczące jego wdrażania, „są niezgodne z postanowieniami Konstytucji RP”. Napisał również: „koncepcja odgórnie wymuszonej i bezalternatywnej, naukowo uzasadnionej przebudowy społeczeństwa i gospodarki jest nie do pogodzenia z art. 1 także ze względu na art. 30. Istotne postanowienia Europejskiego Zielonego Ładu są niezgodne z art. 2 i 5. Jest niezgodna z zasadą społecznej gospodarki rynkowej wyrażoną w art. 20. Zastąpienie reguł rynkowych regułami poprawności klimatycznej w procesie przekształcania UE powoduje, że kryterium przewagi konkurencyjnej staje się nie zdolność wytwarzania, ale niskoemisyjność. Jest również niezgodna z zasadą ochrony własności ustanowioną w art. 21 oraz zasadami ograniczania korzystania z konstytucyjnych wolności i praw, określonymi w art. 31 ust. 3. Stwarza potencjalne zagrożenie dla prawa do ochrony życia prywatnego i rodzinnego, zapewnionego w art. 47 Konstytucji RP. Wdrożenie jej naruszy art. 76. Regulacje wykraczają poza zakres kompetencji podlegających przekazaniu w myśl art. 90 ust. 1. Przekazanie kompetencji organów władzy państwowej w niektórych sprawach, przewidziane w tym przepisie, nie oznacza przekazania „organizacji międzynarodowej lub organowi międzynarodowemu” kompetencji do decydowania o sposobie życia obywateli bez pozostawienia im możliwości wyboru. Arbitralny charakter, nieproporcjonalność i bezalternatywność reguł składających się na Europejski Zielony Ład oznacza rezygnację z możliwości stanowienia o losie mieszkańców Polski w takim zakresie, w jakim ma się dokonać zaplanowane przekształcenie UE, co jest równoznaczne z konstytucyjnie wykluczoną rezygnacją z możliwości stanowienia o losie Polski”, czytamy.
Polska nie jest gotowa na implementację EZŁ. Czeka nas drastyczny wzrost wydatków i podatków
Prof. Witold Modzelewski i Katarzyna Wawrzonkiewicz uważają, że polski system podatkowy „nie jest gotowy na implementację Zielonego Ładu i Paktu Klimatycznego w wyznaczonych przez UE ramach czasowych”. Wprowadzenie przewidzianych ograniczeń zaowocuje „drastycznym wzrostem wydatków budżetowych przy jednoczesnym zubożeniu społeczeństwa i podatników prowadzących działalność gospodarczą (rolniczą i pozarolniczą), a przede wszystkim spadkiem wpływów z najważniejszych podatków”. Przełoży się to na wzrost cen dóbr konsumpcyjnych, może przyczynić się do spadku konkurencyjności polskich przedsiębiorstw i znacznie ograniczyć konsumpcję towarów i usług wysoko-emisyjnych (zwłaszcza paliw silnikowych) powodując „trwały spadek dochodów budżetowych”.
„Wprowadzenie tak doniosłych zmian wymaga czasu i niewyobrażalnych wręcz nakładów finansowych, których obecnie Polska – jako państwo i jej obywatele – nie jest w stanie ponieść. Należy również podkreślić, że bez porozumienia na ogólnoświatowym poziomie zmniejszenie emisji CO2 do atmosfery przez UE mvgyn/ddniewiele zmieni, bo inne kraje w tym czasie prawdopodobnie jeszcze zwiększą swoje emisje i globalna suma emisji CO2 może nawet wzrosnąć (UE jest odpowiedzialna wyłącznie za 7,0 procent światowych emisji gazów cieplarnianych). Wprowadzenie Zielonego Ładu i Paktu Klimatycznego spowoduje: spadek dochodów budżetowych (budżet państwa i budżet jednostek samorządu terytorialnego) z opodatkowania pośredniego sektorów wysokoemisyjnych oraz handlu towarami i świadczenia usług dyskryminowanych przez nowe nakazy i zakazy (szacunkowo o ok. 30,0 – 35,0% rocznie w początkowym okresie; później spadek będzie jeszcze głębszy); spadek wpływów z podatków dochodowych w wyniku wzrostu kosztów w sektorze przedsiębiorstw oraz spadku zatrudnienia w sektorze wysokoemisyjnym (nawet do 50,0 – 55,0%); spadek dochodów Funduszu Ubezpieczeń Społecznych i Narodowego Funduszu Zdrowia (składki na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne) w wyniku spadku zatrudnienia w sektorze wysokoemisyjnym (ostrożne szacunki – do 25,0 – 30,0%)”.
Nieopłacalna energia z farm wiatrowych i fotowoltaicznych
Prof. Władysław Mielczarski przestrzega przed stagnacją europejskich gospodarek i kolosalnymi kosztami dla społeczeństwa. Poddał on analizie 4 główne kierunki realizacji Zielonego Ładu: system efektywności energetycznej budynków, system handlu pozwoleniami na emisje dwutlenku węgla, rozwój alternatywnych środków transportu oraz koszty energii elektrycznej dla odbiorców. Uwzględniwszy różne formy dopłat i dotacji wykazał, ile kosztuje produkcja energii z paliw kopalnych i OZE.
„Przeprowadzone analizy wskazują, żenawet po uwzględnieniu kosztu zakupu pozwoleń na emisje CO2 (podatek ETS) koszty całkowite produkcji energii elektrycznej przez farmy wiatrowe i farmy fotowoltaiczne są większe od kosztów produkcji energii elektrycznej z węgla i wynoszą one odpowiednio: elektrownie węgla brunatnego – 535 PLN/MWh2 , elektrownie węgla kamiennego – 610 PLN/MWh, farmy wiatrowe lądowe – 754 PLN/MWh, farmy fotowoltaiczne – 819 PLN/MWh”.
Grozi nam załamanie systemu energetycznego
Prof. Maciej Chorowski wraz z dr. hab. Ziemowitem Malechą wskazali, że „bezkrytyczne wdrażanie wszystkich tych aktów prawnych, a w szczególności dotyczących energetyki w warunkach polskiego miksu energetycznego, doprowadzi do załamania się energetyki, utraty konkurencyjności przez polską gospodarkę oraz pauperyzacji znacznej części ludności Polski”.
Jak wynika z ich badań, takie czynniki jak: „zależność współczynnika EROI (energy return on investement) od technologii wytwarzania energii, konieczność dodatkowych nakładów stabilizujących OZE w okresach bezwietrznych i przy braku nasłonecznienia, potencjał Polski do budowy wielkoskalowych magazynów energii w postaci elektrowni szczytowo-pompowych” wskazują na to, że „energia wytworzona przez niestabilne OZE nie powinna przekroczyć 30% całkowitej generacji energii elektrycznej”. Docelowo powinny być zainstalowane elektrownie jądrowe, ale dopóki one nie zaczną działać, należy uruchomić zmodernizowane bloki węglowe.
„Proponowane rozwiązania nie oznaczają odroczenia transformacji polskiej elektroenergetyki, a wręcz przeciwnie – wskazują na konieczne pilne podjęcie działań związanych z modernizacją starych bloków węglowych, budową wielkoskalowych magazynów energii w postaci elektrowni szczytowo-pompowych oraz wdrożeniem programu rozwoju polskiej energetyki jądrowej. Istotnym elementem transformacji energetyki będzie modernizacja ciepłownictwa, w szczególności rozwój systemów kogeneracyjnych z możliwością magazynowania ciepła i chłodu. Przy budowie nowych farm wiatrowych trzeba wziąć pod uwagę niezbędne dla utrzymania prawidłowego profilu napływającego powietrza odległości między turbinami i innymi obiektami. Przewymiarowanie OZE ze względu na bardzo małą gęstość tej energii doprowadzi do zajęcia nawet kilkunastu procent powierzchni kraju na instalacje energetyczne, co może wręcz zablokować rozwój przemysłu i budownictwa mieszkaniowego”.
Problem z załataniem luki węglowej
Prof. Ilona Jelonek wskazała na trudność związaną z oszacowaniem kosztów „transformacji energetycznej, dekarbonizacji przemysłu wydobywczego, budownictwa, transportu i mobilności, a przy tym wszystkim przemiany ekologicznej”. Jej zdaniem, Polska „stoi przed wieloma wyzwaniami, ale również możliwościami związanymi z Zielonym Ładem i Fit for 55”. „W ramach polityki spójności i Instrumentu na Rzecz Odbudowy i Odporności nasz kraj może otrzymać w latach 2021 – 2027 około 170,0 mld EUR, a do 2030 r. – ok. 250,0 mld EUR. Polska i polskie firmy będą mogły skorzystać także z innych źródeł finansowania. Same pieniądze jednak nie wystarczą, aby przeprowadzić transformację energetyczną. Potrzebne są również strategia i odpowiednie reformy, regulacje w obszarze energetyki, lecz najważniejsze jest podjęcie decyzji, czym załatać lukę węglową, która powstanie w wyniku odchodzenia od węgla”.
Podaje szacunki dotyczące przystosowania polskiej gospodarki do celów Zielonego Ładu i Fit for 55 do 2030 r., które mają wynieść 527,0 mld EUR. „Dodatkowe koszty, ponad normalną wielkość inwestycji, mogą wynieść ok. 60,0 mld PLN rocznie, co daje łącznie ok. 500,0 mld PLN do 2030 r. Należy podkreślić, że koszty będą zależne od wielu czynników, w tym od tempa transformacji i dostępności technologii niskoemisyjnych. Odchodzenie od paliw kopalnych wpędza nas natomiast w nowe uzależnienie np. od metali ziem rzadkich, które są niezbędne dla rozwoju nowego społeczeństwa ekologicznego i scyfryzowanego”.
EZŁ to gigantyczne koszty. Zagraża „biologicznej egzystencji narodu”
Analityk i publicysta gospodarczy Tomasz Cukiernik wskazuje, że „realizacja Europejskiego Zielonego Ładu dla Polski oznacza przede wszystkim gigantyczne koszty. Francuski Institut Rousseau wyliczył, iż łączne „inwestycje” publiczne i prywatne na ten cel wyniosą 2,4 bln EUR, czyli ponad 10,0 bln PLN. Do tego dochodzą liczne klimatyczne europodatki: EU ETS (deficyt uprawnień do emisji CO2 w latach 2021 – 2030 będzie kosztował aż 141,0 mld PLN) i ETS 2 (koszt dla przeciętnej rodziny wyniesie od 1,6 do 8,6 tysiąca PLN), akcyza na węgiel i koks, graniczny podatek węglowy (CBAM)4 , podatek od nierecyklingowanego plastiku (w latach 2021 – 2024 z tego tytułu wpłacimy do budżetu UE 8,6 mld PLN), opłata od emisji CO2 przez samochody spalinowe (auta zdrożeją nawet o kilkadziesiąt tysięcy złotych), opłaty od autostrad i dróg ekspresowych czy podatek od rejestracji samochodu spalinowego i tzw. opłata środowiskowa od pojazdów spalinowych”.
Nie trzeba dodawać, że wszystko to będzie prowadzić do szybkiego ubożenia społeczeństwa. Do tego dochodzą szkodliwe euroregulacje ograniczające wolność obywateli, np. zakaz rejestracji samochodów spalinowych po 2035 roku, obowiązek raportowania ESG (dyrektywa w sprawie należytej staranności przedsiębiorstw w zakresie zrównoważonego rozwoju). Zdaniem Cukiernika, „w wyniku dalszego wdrażania unijnej polityki dekarbonizacyjnej i Europejskiego Zielonego Ładu nasz kraj może całkowicie utracić i bezpieczeństwo energetyczne (braki energii), i suwerenność energetyczną (bo pozbędzie się generowania energii z węgla, który ma), i bezpieczeństwo żywnościowe (upadek rolnictwa), i suwerenność żywnościową (import żywności), a w ten sposób popadnie w zależność od czynników zewnętrznych. To wszystko nie tylko doprowadzi do dewastacji gospodarki, ale nawet zagraża biologicznej egzystencji narodu”.
Ucierpią wszyscy rolnicy
Zdaniem Cezarego Wincenciaka, ucierpią wszystkie gospodarstwa rolne. „Ewidentnie da się zauważyć, że wszelakie prace KE prowadzone w tym obszarze zmierzają w kierunku uchwalenia tzw. dyrektywy metanowej oraz bilansowania śladu węglowego przez ustanowienie różnego typu wskaźników i przeliczników dla stad bydła. W takiej sytuacji sektor rolniczy zajmujący się hodowlą bydła staje się klimatycznym wrogiem numer jeden. Polityka Zielonego Ładu oznacza także ogromną reformę energetyczną, która spowoduje, że wzrosną ceny wszystkich środków do produkcji rolnej, w szczególności tych produkowanych w Polsce przez krajowe przedsiębiorstwa, ale również tych produkowanych w pozostałych krajach UE. W rezultacie w każdym sektorze produkcji rolnej, a więc produkcji mięsa, mleka i przetworów mlecznych, produktów zbożowych, wzrosną koszty produkcji w przeliczeniu na hektar czy też kilogram wytworzonego produktu. Produkty z krajów spoza UE, w których nie obowiązuje taki reżim prawny jak w UE, staną się jeszcze bardziej konkurencyjne wobec produktów z krajów członkowskich UE. Wiadomo również, że KE jasno stwierdziła, iż nie będzie żadnych stałych nacisków na współpracę z krajami trzecimi, będą zaś próby nakłaniania ich do wprowadzenia podobnych reform. Ostatecznie będzie to oznaczać, że do Europy, a więc także do Polski, będą miały dostęp firmy produkujące produkty gotowe i półprodukty według dotychczas stosowanych przez nie zasad, czyli także z utrzymaniem dotychczasowych kosztów produkcji. Na półkach sklepowych konsument będzie miał więc do wyboru w ramach jednej grupy produktowej towary wyprodukowane w zaostrzonym reżimie panującym w UE, narzuconym także polskim producentom, jak również towary zaimportowane z krajów, które podobnych regulacji nie wprowadziły i nie przestrzegają. Zielone światło zapewne dostaną produkty zastępcze, takie jak np. wszelakiego typu owady, produkowane w Europie z przeznaczeniem do konsumpcji pośredniej i bezpośredniej”. KE nie poprzestanie aż zmieni nasze nawyki żywieniowe, zmuszając nas do zmiany diety.
Spekulacyjne systemy handlu uprawnieniami do emisji dwutlenku węgla
Marek Lachowicz koncentruje się na spekulacyjnym mechanizmie europejskiego systemu handlu uprawnieniami do emisji dwutlenku węgla. Przypomina, że „rozliczanie emisji za pomocą uprawnień (European Union Allowance, dalej: EUA) jest obowiązkowe dla przedsiębiorstw emitujących CO2 w toku działalności (Instalacje). Są to często firmy z sektora energetycznego, ciepłowniczego, stalownie czy producenci betonu. Zapotrzebowanie Instalacji danego kraju na uprawnienia pokrywane jest z trzech źródeł. Część EUA firmy otrzymują do wykorzystania bezpłatnie. Część przydzielana jest państwom członkowskim i następnie odsprzedawana krajowym podmiotom gospodarczym. Przychody z tej sprzedaży stanowią zysk (około)budżetowy. Ewentualne niedobory uprawnień Instalacje muszą uzupełnić na wolnym rynku, po aktualnej cenie”.
Uprawnienia nabywają m.in. inwestorzy z sektora finansowego, którzy „skoncentrowani są na maksymalizowaniu zysku”. „W warunkach malejącej podaży powoduje to – jak się okazało nienormalną – presję na aprecjację cen EUA. Testy statystyczne właściwe dla instrumentów towarowych wskazują, że w okresie od 1 maja 2017 r. do 30 kwietnia 2023 r. na cenach EUA wielokrotnie tworzyły się bańki cenowe. Zastosowana metodyka nie została nigdy zakwestionowana. Od 2027 r. w UE obowiązywać będzie nowy system ETS 2 obejmujący CO2 emitowany wskutek ogrzewania budynków (z wyłączeniem ciepła sieciowego) oraz transportu drogowego. Jeśli stworzy się na rok 2030 trzy scenariusze: pozytywny (cena EUA = 120,00 EUR, cena ETS 2 = 45,00 EUR), bazowy (cena EUA = 160,00 EUR, cena ETS 2 = 75,00 EUR) oraz pesymistyczny (cena EUA = 200,00 EUR, cena ETS 2 = 100,00 EUR), można oszacować łączne koszty obu systemów dla polskich gospodarstw domowych. W scenariuszu pozytywnym wyniosą one 64,00 mld PLN, w bazowym – 91,00 mld PLN, a w pesymistycznym – 116,00 mld PLN”.
EZŁ zagraża konkurencyjności europejskich firm i zakłóci wymianę międzynarodową
Dr Alina Landowska zwraca uwagę, że ponad 30 mln miejsc pracy, które zależą od handlu zagranicznego, „stoi w obliczu poważnych zmian”. „Takie inicjatywy, jak mechanizm dostosowania cen na granicach z uwzględnieniem emisji CO2 (CBAM7 ), może wpłynąć na konkurencyjność europejskich firm i globalne rynki. Wprowadzenie CBAM może obniżyć eksport azjatyckich produktów do UE, a tym samym spowodować wzrost cen i spadek dostępności niektórych towarów. Azja, coraz mniej zależna od eksportu do Europy, już poszukuje alternatywnych rynków zbytu. CBAM wywołuje spory handlowe z krajami spoza UE, które postrzegają ten mechanizm jako barierę handlową. To może prowadzić do dalszych komplikacji w międzynarodowej współpracy handlowej. UE stoi przed licznymi wyzwaniami w dostosowaniu swojej polityki handlowej do zmieniających się realiów globalnych, a dodatkowe zielone obciążenia” będą mieć szerokie reperkusje geopolityczne i ekonomiczne, włącznie z poważnym osłabieniem europejskich gospodarek”.
Ostry, emocjonalny język raportu
Autorzy raportu na temat „Drapieżnego Zielonego (nie)Ładu” nie stronią od ostrego i nacechowanego emocjonalnie języka. Przykładowo dr Artur Bartoszewicz ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie pisze: „od lat Komisja Europejska (dalej: KE) przyjmuje rolę zbawcy, terapeuty i sędziego w jednej osobie. Bez umocowania w Traktatach, a wręcz świadomie wykraczając poza uzgodnienia w nich zawarte, wdziera się w domenę Państw Narodowych – odbiera im prerogatywy i zmienia (ogranicza bezprawnie) role wobec obywateli i uczestników rynku. KE zawłaszcza, ogranicza i demoluje. KE stała się rakiem na organizmie narodowych państw europejskich i Wspólnoty, chorobą odbierającą siły rozwojowe, wolność decyzji i niezależność myślenia”.
„UE stała się wulkanem, z którego lawa prawa wylewa się, niszczy, dławi, zalewa państwa członkowskie – państwa narodowe. Skutecznie prowadzi politykę przemocową opartą na siedmiu krokach: Definiuje fałszywy problem na podstawie analiz grup lobbingowych i działaczy ideologicznych, którym udowadnia, że państwa członkowskie niedomagają, a ona jest w stanie pokierować zmianą zapewniającą osiąganie tzw. ambitnych celów (etap oczarowania). Tworzy komunikat do obywateli państw członkowskich (de facto do Parlamentu Europejskiego, Rady Europejskiej, Rady, Komitetu Ekonomiczno-Społecznego i Komitetu Regionów), w którym wytwarza nowomowę, język wzbudzania w nas poczucia winy, strachu, nadziei, postprawdy. Wymyśla dialekt wyłączający – używa słów nowych, ważnych, kluczowych, zamykających grupę ideologicznie zaangażowanych w ramach własnych przekonań (etap oświecenia). Tworzy na poziomie unijnym i krajowym zespoły robocze, które wypracowują rozwiązania umożliwiające realizację polityki przyjętej na ogólnym poziomie w komunikacie. Jest to etap kreatywny, na którym następuje spełnianie oczekiwań wyznawców ideologii, jak też grup kreowanych w gospodarce do niesienia nowej idei. Powstają wówczas programy społeczne i gospodarcze, kształtowane są polityki sektorowe i horyzontalne, w których zapisuje się wymogi implementacji wyobrażeń, kłamstw i półprawd z komunikatu (etap tworzenia neoprawdy). Dzięki szerokiej kampanii strachu i przekupstwa finansowego następuje upowszechnianie ideologii. Aby dostać się do struktur unijnych, należy potwierdzić prawdy wiary przez zaangażowanie się w krzewienie przyjętych założeń. Wówczas możliwe jest podjęcie pracy w strukturach KE lub wybranie do struktur wykonawczych KE z delegacji państwa narodowego – to współczesna Arkadia, gdzie zarobki są ogromne, podatki nie istnieją, a emerytura gwarantuje dostatnie życie nawet w młodym wieku (etap potwierdzania neoprawdy). Tworzy się nowe prawo unijne, które wymusza włączenie się obywateli i samych (nawet tych opornych, które stają się automatycznie niepraworządne) państw członkowskich w implementację ideologii. System zachęt i kar, bat i marchewka. Mechanizmy dotacyjne przekonają nawet najbardziej opornych do współuczestnictwa w ideologii. Nie bierzesz, toś głupi. Zrezygnuj z wątpliwości i negacji w zamian za dotację (rekompensata za ból moralny lub ponoszone koszty dostosowania). Demoralizowanie staje się kluczem do sukcesu ideologii (etap przemocy finansowej). Na poziomie KE i państw członkowskich tworzy się np. taksonomię, czyli system klasyfikacji ustanawiający kryteria, które muszą być spełnione w ramach działalności gospodarczej, aby uspójnić aktywność z ideologią. Szeroka implementacja nowomowy i odrzucenie negujących umożliwia podporządkowanie struktur państwa narodowego i obywateli wymogom osiągania abstrakcyjnych (nadal jednak ambitnych) celów przyjętych w komunikacie (etap skolonizowania umysłów). Wypracowanie stałych źródeł finansowania w postaci np. podatków unijnych (przejęcie prerogatyw państwa) i zobowiązań kosztowych, nakładanych na państwa narodowe w celu stałego finansowania ideologii (w tym ogromne kary za opóźnienia i niedostosowanie). Swobodne kształtowanie zakresu i wymiaru ideologii przez multiplikowanie narzędzi koniecznych do wdrożenia oraz zakresu dostosowania obywateli i uczestników rynku (przedsiębiorstw). Państwo, coraz mniej narodowe, staje się swoistym policjantem, który przemocą wymusza w imieniu wspaniałomyślnej i nieomylnej KE zagwarantowanie spokoju i podporządkowania się ideologii (etap skolonizowania państwa narodowego)”.
Krytyce poddawana jest ideologia klimatyzmu, także skorumpowany świat nauki, który w zamian za granty „brnie w kłamstwa i manipulacje”.
Nie ma uzasadnienia dla EZŁ z punktu widzenia ekonomii, racjonalności, a co istotne – regulacje w ramach Ładu są niezgodne z Konstytucją RP, w tym art. 1 wykluczającym kolektywistyczną wizję państwa, prymat państwa wobec jednostki czy radykalną, przymusową transformację społeczną (wszak przewidziano surowe kary za brak realizacji unijnych wytycznych).
EZŁ niezgodny jest nawet z zasadą zrównoważonego rozwoju, „ponieważ zakłada niezrównoważenie rozwoju”, ograniczając możliwości zaspokojenia potrzeb obecnego pokolenia i uzależniając rozwój niemal całkowicie od energii odnawialnej oraz oddzielając wzrost gospodarczy od wykorzystania zasobów. Głęboko ingeruje nie tylko w wolność działalności gospodarczej, ale także prawo własności.
„Koncepcja Europejskiego Zielonego Ładu jest niezgodna z zasadami ograniczania korzystania z konstytucyjnych wolności i praw, określonymi w art. 31 ust.3 Konstytucji RP”. Regulacje EZŁ „wykraczają poza zakres kompetencji podlegających przekazaniu w myśl art. 90 ust. 1 Konstytucji RP”.
Dlaczego więc ideologiczny plan transformacji eko-społecznej jest wdrażany, bez względu na wszystko? I dlaczego winni jego przyjęcia, narzucania, a następnie implementacji w naszym kraju nie ponoszą odpowiedzialności za łamanie prawa?
Czy wyobrażasz sobie, że za rok Twoje 9-letnie dziecko będzie uczyło się w szkole na temat masturbacji, homoseksualizmu, rozwiązłości seksualnej oraz wyrażania zgody na seks, w domyśle również z dorosłymi?!
Rząd planuje przymusową edukację seksualną, która wkrótce stanie się obowiązkowa dla dzieci już od 9. roku życia. Będą uczyć się o rzeczach, które nigdy nie powinny trafić do szkolnych klas, a Ty jako rodzic nie będziesz miał żadnej kontroli! To realne zagrożenie – nie tylko dla naszych dzieci, ale dla całej przyszłości Polski!
Odkąd Lewica przejęła Ministerstwo Edukacji, mogliśmy spodziewać się, jak daleko posuną się w narzucaniu swoich ideologii naszym dzieciom. Wiemy, że ich celem jest całkowita indoktrynacja młodych umysłów, wprowadzenie programu, który zburzy wartości i moralność, które staramy się im przekazywać.
Dlatego nie możemy im na to pozwolić! Musimy działać wspólnie, używając wszelkich możliwych sił, by zapobiec tym degenerującym lekcjom!
Dziękuję za Twoje poświęcenie, wsparcie i gotowość do działania. Nasze dzieci są warte każdej walki – zwyciężymy!
Blanka Bąkiewicz z całym zespołem CitizenGO
Poniżej wiadomość, którą wysłaliśmy Państwu wcześniej:
Polski rząd chce wprowadzić obowiązkową edukację seksualną, ukrytą pod nazwą „edukacja zdrowotna”, która będzie deprawować dzieci już od 9. roku życia. Rodzice nie będą mieli możliwości wypisania dziecka z tych indoktrynujących zajęć forsowanych przez lobby LGBT. Podpisz petycję teraz, aby powstrzymać ten degenerujący program i bronić niewinność naszych dzieci! PROSZĘ PODPISAĆ PETYCJĘ
==================================
Kilka tygodni temu dzieci wróciły do szkół. Zapewne ze spokojem i zaufaniem powierzyłeś swoje dziecko nauczycielom, wierząc, że jest w dobrych rękach i nauczy się wartościowych rzeczy.
Ale co, jeśli za rok, we wrześniu 2025, wysłanie dziecka do szkoły będzie już powodem do strachu? Czy zdajesz sobie sprawę, że już niedługo polskie szkoły będą miejscem deprawacji i ideologicznej indoktrynacji?
Rząd Donalda Tuska tym razem atakuje niewinność naszych dzieci!
Do szkół ma wejść nowy obowiązkowy przedmiot – „edukacja zdrowotna” – to nic innego jak przymusowa edukacja seksualna, która ma zostać wprowadzona już od września 2025 roku.
Minister Edukacji Barbara Nowacka oraz Minister Zdrowia Izabela Leszczyna – zapowiedziały, że w roku szkolnym 2025/2026 „edukacja zdrowotna” będzie przedmiotem obowiązkowym dla wszystkich uczniów od 4. klasy szkoły podstawowej, a rodzice nie będą mogli zwolnić swoich dzieci z tych zajęć.
Trudno uwierzyć, że rodzice zostaną pozbawieni prawa do decydowania o tym, jakie treści są przekazywane ich dzieciom!
W miejscowości Brzeziny 18-letnia kobieta urodziła dziecko, a następnie włożyła żywego noworodka do reklamówki i wyrzuciła go do kosza na śmieci. Kobieta dostała krwotoku i została przewieziona do szpitala, gdzie powiedziała, co zrobiła. Na miejsce została wysłana policja, która znalazła w śmietniku martwe dziecko. Według ustaleń prokuratury, noworodek najprawdopodobniej zmarł z powodu uduszenia się w reklamówce i wyziębienia.
18-latka postąpiła dokładnie według promowanego w internecie instruktażu aborcyjnych grup przestępczych, które sprzedają kobietom nielegalne pigułki poronne, a po wywołanym porodzie polecają włożyć dziecko do worka i wyrzucić je do śmietnika. „Każdy powód do aborcji jest OK” – mówią te aborcyjne grupy, które publicznie reklamowała Minister ds. Równości w rządzie Tuska Katarzyna Kotula i z którymi spotykała się Minister Zdrowia Izabela Leszczyna. Trzeba walczyć, aby powstrzymać ten koszmar oraz obudzić sumienia Polaków, wyrwać nasz naród z bierności i zmotywować do działania.Tragedia, która wydarzyła się w Brzezinach, to postępowanie wyjęte prosto z aborcyjnego poradnika, który od wielu lat intensywnie promowany jest wśród Polek w mediach społecznościowych, razem z zachętami do kupowania pigułek poronnych i mordowania własnych dzieci za ich pomocą. Zorganizowane grupy przestępcze dostarczają kobietom tabletki śmierci z dostawą pocztą do domu razem z instrukcjami ich dawkowania oraz poradami, co zrobić ze zwłokami dziecka po aborcji. W ich poradniku możemy przeczytać m.in.:
„Może zdarzyć się tak, że płodu nie da się spuścić w toalecie. Każda osoba, w zależności od wysokości własnej ciąży, może starać się ocenić, czy to się da zrobić, czy nie (…) Wyrzucenie szczątków do śmietnika także jest możliwe. Warto jednak zadbać o to, aby były szczelnie opakowane tak, aby przy wywozie śmieci nic nie wzbudziło podejrzeń osób je wywożących. Szczelne zapakowanie ogranicza także ryzyko rozkopania przez zwierzęta w przypadku decyzji o zakopaniu płodu. (…) Jeśli decydujemy się wyrzucić płód do śmietnika warto zadbać o to, aby w worku nie było dużo krwi.„
Nasza Fundacja wielokrotnie zwracała już uwagę na coraz częstsze doniesienia medialne o zwłokach dzieci znajdowanych w oczyszczalniach ścieków – to również ofiary pigułkowych aborcji. Nie wiadomo, czy dziecko zamordowane w Brzezinach było donoszone, czy też był to wcześniak. Nie ma to większego znaczenia, gdyż aborcyjni bandyci promują zabijanie aż do ostatniego dnia ciąży w 9 miesiącu. 18-latka z Brzezin zrobiła dokładnie to, do czego zachęcają aborcyjne grupy przestępcze.
Wedle szacunków każdego roku w Polsce dokonuje się kilkudziesięciu tysięcy pigułkowych aborcji. W sprawie aborcyjnych grup przestępczych, które handlują tabletkami poronnymi na ogromną skalę, od wielu lat panuje zgoda wśród elit rządzących i podlegających im służb – mają mieć swobodę działania. Aborcyjni zbrodniarze, którzy zachęcają do mordowania dzieci i wkładania ich zwłok do śmietników, przemawiali z sejmowej mównicy w trakcie poprzedniej kadencji parlamentu i byli zapraszani do Sejmu w charakterze gości i ekspertów. Jednak rządząca obecnie aborcyjna koalicja Tuska nie tylko toleruje ich morderczą działalność, ale także aktywnie ją wspiera.
Instruktaż dotyczący kupowania i zażywania pigułek poronnych, wraz z numerem telefonu do grupy przestępczej, która opublikowała poradnik na temat wyrzucania zwłok dzieci do śmietników, jakiś czas temu opublikowała w mediach społecznościowych minister ds. równości Katarzyna Kotula. Z członkami grup aborcyjnych, które namawiają Polki do aborcji pigułkowej i zawijania ciał dzieci do worków, spotykała się Minister Zdrowia Izabela Leszczyna, która zapraszała aborcjonistów do MZ w charakterze „ekspertów”!
O morderstwie dziecka w Brzezinach mówiły niemal wszystkie media. Nagłówki prasowe pisały: „tragedia”, „makabra”, „przerażające odkrycie”. Równolegle, często te same redakcje intensywnie promują grupy aborcyjne, które namawiają Polki do mordowania dzieci do końca ciąży i do pozbywania się zwłok dzieci poprzez wyrzucenie ich do śmietnika. Aby omamić Polaków i oswoić nasze społeczeństwo z aborcją celowo nie łączy się tych faktów – dzieciobójstwa noworodków i aborcji wykonywanej na dzieciach nawet w 9 miesiącu ciąży. Zamordowanie noworodka w 1 dzień po porodzie – zbrodnia. Aborcja dziecka w łonie matki na 1 dzień przed porodem w 9 miesiącu ciąży – „prawo człowieka”, „prawo kobiety”, „zabieg”. (Warto w tym momencie przypomnieć, że o wiele mniejsze dzieci mogą się urodzić i przeżyć poza organizmem mamy. Najmłodszy wcześniak, chłopczyk o imieniu Curtis, urodził się w 2020 r. w 21 tygodniu ciąży i ważył 420 gramów. Dzisiaj Curtis ma 4 latka.)
Właśnie w ten sposób stopniowo, krok po kroku, usuwa się prawdę ze świadomości społecznej. Prowadzi to do katastrofalnych skutków.
Proszę spojrzeć na przykład z Kanady.
W Kanadzie kobieta o imieniu Katrina Effert urodziła chłopczyka. O porodzie, który odbył się w domu jej rodziców, nikt nie wiedział. Tuż po urodzeniu kobieta udusiła dziecko i wyrzuciła jego ciało do ogrodu sąsiadów. Postawiono jej zarzut morderstwa, za co groziło dożywocie. Jednak w trakcie procesu jej sytuacja całkowicie się zmieniła. Zmieniono jej zarzut z morderstwa na dzieciobójstwo, za które groziło co najwyżej 5 lat więzienia. Ostatecznie, za uduszenie własnego dziecka dostała jedynie 3 lata w zawieszeniu i w ogóle nie trafiła do więzienia. Prowadzący sprawę sędzia jako okoliczność łagodzącą wymienił fakt powszechnego przyzwolenia na aborcję w Kanadzie, która jest w tym kraju legalna bez żadnych ograniczeń, powszechnie dostępna i darmowa w ramach ubezpieczenia zdrowotnego. Wyciągnięto logiczne wnioski – skoro można zabić dziecko na minutę przed urodzeniem w 9. miesiącu ciąży, to dlaczego nie można by zabić tego samego dziecka w minutę po urodzeniu? Można powiedzieć, że Katrina Effert dokonała po prostu bardzo później aborcji.
Zabijanie wszystkich niechcianych i niepotrzebnych ludzi to oczywista i nieuchronna konsekwencja aborcji. Właśnie do tego to wszystko zmierza również w Polsce, gdzie aborcyjna koalicja Tuska forsuje zmiany na wzór krajów Zachodu, w których każdego roku ma miejsce ludobójstwo milionów dzieci w łonach matek. To samo ma dziać się w naszym kraju i doprowadzić do przyspieszenia zagłady demograficznej i cywilizacyjnej Narodu Polskiego. Rząd Tuska planuje m.in. dekryminalizację aborcji i pomocnictwa w aborcji, przez co aborcja z użyciem pigułek poronnych ma stać się powszechnym procederem, a wyrzucanie zamordowanych poprzez aborcje dzieci do śmietników ma stać się standardem postępowania po „zabiegu aborcji”.Nasza Fundacja mówi o tym wszystkim głośno w przestrzeni publicznej, kształtując świadomość i sumienia Polaków. Walka o życie musi trwać, aby ratować kolejne dzieci przed okrutnymi morderstwami aborcyjnymi. Trzeba głosić prawdę w przestrzeni publicznej i mobilizować innych do działania, w szczególności osoby cieszące się autorytetem w społeczeństwie i mające wpływ na innych. Do zwycięstwa zła potrzeba tylko tego, aby ludzie dobrzy nic nie robili. W sytuacji, gdy aborcjoniści docierają do milionów Polaków z przekazem oswajającym z dzieciobójstwem i wyrzucaniem dzieci do śmietników, kluczowa jest reakcja wszystkich ludzi sumienia. Dlatego proszę Pana o wsparcie naszych akcji – ulicznych kampanii informacyjnych, publicznych modlitw różańcowych, wystaw, akcji furgonetkowych, działalności w internecie oraz pracy naszych koordynatorów, którzy pomagają kolejnym osobom zgłaszającym się do naszej Fundacji i chcącym działać w swoim miejscu zamieszkania jako Kapitanowie Różańcowi. Kilka dni temu po raz kolejny odbył się publiczny różaniec w intencji powstrzymania aborcji w Bytomiu, zorganizowany dzięki zaangażowaniu pana Grzegorza, który odpowiedział na nasz apel i został Kapitanem Różańcowym. Z jego inicjatywy na Placu Sobieskiego w Bytomiu zgromadziło się kilkadziesiąt osób, a nasze transparenty i nagrania z megafonów były widziane i słyszane z daleka. Podobne akcje zorganizowane przez Kapitanów Różańcowych, z pomocą koordynatorów naszej Fundacji, w ostatnim czasie odbyły się także m.in. w Dębicy, Zabrzu i Mielcu. Były możliwe, gdyż zgłosili się do nas pani Ania oraz pan Bogusław i pan Zbigniew, których inicjatywa pozwoliła na przeprowadzanie działań w tych miastach. Konieczne są kolejne tego typu akcje w całej Polsce.Proszę o przekazanie 50 zł, 100 zł, 200 zł, lub dowolnej innej kwoty, jaka jest w obecnej sytuacji dla Pana możliwa, aby umożliwić nam te działania i ratowanie kolejnych dzieci zagrożonych aborcją poprzez budzenie sumień Polaków i mobilizację naszego społeczeństwa do walki o życie. Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667 Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW Z wyrazami szacunku Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków stronazycia.pl
Kadrowe tsunami w Wodach Polskich po zmianie władzy. Zwolniono m.in. ekspertów od powodzi
Po zmianie władzy przeszło w zeszłym roku przez Wody Polskie kadrowe tsunami. Zwolniono nie tylko cały zarząd spółki, ale także większość pracowników średniego szczebla, również ekspertów odpowiedzialnych za politykę przeciwpowodziową – dowiedział się portal Niezależna.pl.
Państwowe Gospodarstwo Wody Polskie jest od 1 stycznia 2018 roku głównym podmiotem odpowiedzialnym za krajową gospodarkę wodną – odpowiadają m.in. za retencję czy stan zbiorników wodnych lub wałów.
Niezależna.pl zbadała zmiany kadrowe, które dokonały się w tej instytucji w ciągu minionego roku.
Zwolnienia w RZGW, zarządach zlewni i Nadzorach Wodnych
W porównaniu do ubiegłego roku nie został praktycznie nikt z ludzi zajmujących się na poziomie decyzyjnym walką z powodziami i retencją – twierdzą informatorzy Niezależna.pl, powiązani z Wodami Polskimi.
Z 11 dyrektorów Regionalnych Zarządów Gospodarki Wodnej od 2023 roku „uchował się” tylko jeden – w Rzeszowie. Odwołano też sporą część zastępców dyrektorów RZGW – zajmujących się m.in. walką z powodzią.
Poza tym ogromna czystka dotknęła osoby pracujące w 50 Zarządach Zlewni.
„Większości już nie ma. Pozostały tylko pojedyncze osoby” – twierdzą informatorzy Niezależna.pl. Od końca 2023 roku zmieniono Zarządy Zlewni na terenach, które powódź dotyczyła w szczególny sposób – w Nysie, Lwówku Śląskim, Legnicy, Wrocławiu czy Zielonej Górze. Efekt? Na stanowiska powołano osoby z dwuletnim doświadczeniem – np. w wydawaniu zgód budowlanych – ale bez praktyki dotyczącej gospodarowania wodami.
Na wielką skalę dokonano również zmian w 330 Nadzorach Wodnych.
Zastąpienie fachowców z odpowiednim wykształceniem i kompetencjami jest niezwykle trudne. Wody Polskie borykały się zawsze z brakami kadrowymi. Tymczasem zwolniono ludzi z długoletnim doświadczeniem, który pracowali w branży jeszcze przed rządami PiS. Zabito pamięć instytucjonalną spółki – ocenił jeden z rozmówców Niezależna.pl.
Nowe otwarcie w Wodach Polskich
Zmiana kierownictwa Wód Polskich rozpoczęła się w styczniu ub.r. I od razu spółka zmieniła filozofię działania. Nowa prezes Joanna Kopczyńska została powołana 11 stycznia. Już 22 stycznia odbyła spotkanie z proekologiczną organizacją WWF.
W lutym spółka wydała komunikat zatytułowany „Nowe otwarcie w gospodarowaniu wodami przez PGW Wody Polskie”. Zapowiedziano w nim, że Wody Polskie „już na etapie planowania zadań utrzymaniowych i inwestycyjnych będzie uwzględniać publikacje wskazujące dobre praktyki dla działań realizowanych na rzekach, jeziorach, urządzeniach wodnych”.
Wśród tych publikacji znalazły się „Dobre praktyki utrzymania rzek”. (Wydane przez WWF Polska w sierpniu 2018 r.). Główny postulat w niej zawarty to „renaturyzacja rzek”.
Konieczne jest dziś – nie tylko ze względów środowiskowych, ale również ekonomicznych i społecznych – przewartościowanie podejścia do gospodarowania systemami rzecznymi, ograniczenie ich dalszego przekształcania i zaniechanie działań służących jedynie przyspieszeniu odpływu wód. Zamiast tego należy wprowadzić praktyki uwzględniające naturalne uwarunkowania hydrodynamiczne, siedliskowe i biologiczne, pozwalające na współdziałanie człowieka i przyrody oraz na wykorzystanie potencjału retencyjnego koryt i dolin rzek, a także na poprawę stanu ekologicznego wód – to jeden z postulatów WWF, które Wody Polskie uwzględniały w swoich działaniach. Spółka jest odpowiedzialna m.in. za to jak wpuszczano i wypuszczano wodę ze zbiorników na Nysie Kłodzkiej.
Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!” • 24 września 2024 michalkiewicz
„Gdy z nieba lała się już ściana wody, dzwoniliśmy do województwa i mówiliśmy, że jest źle i że trzeba już działać. Uważano, że panikujemy” – mówi w rozmowie z „Onetem” jeden z samorządowców. Włodarze z Dolnego Śląska i Opolszczyzny przyznają, że rząd zdaje obecnie egzamin, „ale w pierwszych godzinach powodzi aparat państwa działał tragicznie”. – „Jeśli ostatecznie ktoś za to nie beknie, to ja już w Polskę nie wierzę – słyszymy”. Tyle w „Onecie”. Autor już nie ujawnił skąd „słyszał” taką deklarację, ale to nic nie szkodzi, bo i z tych kilku zdań poprzedzających, można wydedukować nie tylko co było, nie tylko – co jest – ale i – co będzie.
Wszystko bowiem wskazuje na to, że vaginet Donalda Tuska, który „nie uznaje” coraz więcej rzeczy, a nawet – coraz więcej instytucji państwowych, „nie uznał” również Cyklonu Genueńskiego, znanego w skrócie, jako „Cyklon G”. Już tam premier Donald Tusk wie, które Cyklony ma uznawać, a których nie uznawać i nikt mu nie powie, że może być inaczej. A dlaczego nikt mu nie powie? Wyjaśnia to zdanie, że jak już z nieba lała się „ściana wody”, to „województwo” uspokajało, żeby „nie panikować”. Wiadomo bowiem, że nic nie jest tak szkodliwe, jak panika. A co jest odwrotnością paniki? Odwrotnością paniki jest spokój i porządek. To nam mówi zbiorowa mądrość partii. Najsampierw zdecydować musi premier – czy spokojnie czekamy na rozwój wypadków, czy zaczynamy „panikować”. Ponieważ premier „nie uznał” Cyklonu G, jako że uznaje tylko Cyklony oznaczone inną literą, po województwach zapanował spokojna pewność siebie – zgodnie ze zbiorową mądrością partii. Zbiorowa mądrość partii obowiązywała nie tylko w PZPR. Przejęły ją od niej w spadku wszystkie inne partie, Volksdeutsche Partei nie wykluczając. Powiem więcej; w Volksdeutsche Partei zbiorowa mądrość partii może oddziaływać znacznie silniej, niż gdzie indziej. Wyobraźmy sobie tylko, że jakiś wojewoda zacząłby „panikować” bez upoważnienia, to znaczy – w sytuacji, gdy pan premier Donald Tusk jeszcze nie ubrał się w stosowną kurtkę, nie wezwał pana Ministra Siemoniaka („wiecie, rozumiecie, Siemoniak, weźcie wy dupę w troki i jedźcie ze mną w teren, zlustrować tę cała klęskę żywiołową – bo inaczej będzie z wami brzydka sprawa”). Co by wtedy było”. Taki wojewoda musiałby zaraz okazać „czynny żal”, to znaczy – złożyć samokrytykę, być może nawet w towarzystwie sędziów, co to się strefili. Jedność partii i dyscyplina przede wszystkim.
Tymczasem zbrodniczy genueński Cyklon w ogóle nie zwracał uwagi na pryncypia demokracji socjalistycznej, a nawet – na pryncypia „demokracji walczącej”, którą Donald Tusk tuż przez powodzią proklamował i raził ziemię wodą, niczym Pan Bóg podczas pierwszego potopu. Wspomina o tym pobożna piosenka biesiadna: „Przez dni czterdzieści padał deszcz, Pan ziemię wodą raził. Przez dni czterdzieści Noe pił, spod beczki nie wyłaził. I przyszedł Cham i zaśmiał się, że Noe tak urżnięty. Za to go wyklął Pan i Cham do dziś wyklęty.” W tej sytuacji, gdy zbiorowa mądrość partii jeszcze nie została skierowana na aktywizm, co miały robić wały i zapory? Skoro nie było wsparcia od rządu, to zwyczajnie – zaczęły pękać, wskutek czego woda wspierana siłą grawitacji, zaczęła się rozlewać po coraz większym obszarze naszego i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwego kraju. Inna sprawa, że stało się to, co stać się musiało i przed czym od lat przestrzegałem. Jeśli Ludzkość zacznie walczyć z Klimatem, to Klimat nie będzie miał innego wyjścia, jak podjąć walkę z Ludzkością. Kto wie, czy właśnie już się do tego nie przymierza, testując tu i ówdzie najbardziej buńczuczne rządy? Oczywiście takie testy muszą wypadać dla rządów fatalnie, bo cóż może taki jeden z drugim rząd przeciwstawić rozsierdzonemu Klimatowi? Najwyżej może utworzyć Ministerstwo Klimatu, obsadzić je jakąś panią i to wszystko. I cóż taka pani wskóra przeciwko Klimatowi? Ona nic nie wskóra, nawet gdyby w odruchu desperacji próbowała powstrzymać wodę tamponami z własnych majtek.
Toteż, kiedy do Donalda Tuska i jego kolaborantów wreszcie dotarło, że poza Jarosławem Kaczyńskim i „rozliczeniami”, jest jeszcze całe państwo z realnymi problemami, katastrofa rozwijała się zgodnie z planami sporządzonymi przez zbrodniczy Klimat. Rządowi dygnitarze dwoili się i troili, sztaby kryzysowe odbywały posiedzenie za posiedzeniem, aż się im od tego zaczęły robić odciski z przepracowania. Przestrzegał przed tym premier-generał Felicjan Sławoj Składkowski. Zapytał pewnego starostę, jak zamierza rozwiązać jakiś problem i usłyszawszy w odpowiedzi, że starosta właśnie „zwołał posiedzenie”, zwrócił mu uwagę, że pracować trzeba głową, a nie d…ą. Więc co miało się przerwać, to się przerwało, co miało zostać zalane, to zostało zalane, więc można powiedzieć, że obecność Donalda Tuska na obszarze klęski żywiołowej chyba nie przyczyniła się do zwiększenia ogólnego rozmiaru katastrofy, chociaż w pojedynczych przypadkach mogło to wyglądać całkiem inaczej.
Na wszelki tedy wypadek, gdyby sąd zagniewanego ludu zaczął kierować swoje ostrze przeciwko Donaldu Tusku i jego kolaborantom, stojący na czele Judenratu „Gazety Wyborczej” pan red. Adam Michnik zaapelował o solidarność. Teraz – powiedział – potrzebna nam jest solidarność. Nie żadne „rozliczenia” nie żadne gorzkie, czy czynne żale, tylko stara, poczciwa solidarność w imię której Jarosław Kaczyński ramię w ramię z Donaldem Tuskiem, będą „wspierać” ofiary powodzi. Najwyraźniej pan red. Michnik zwietrzył niebezpieczeństwo, że powódź może podmyć świetnie zapowiadającą się karierę Donalda Tuska i stąd nawiązanie do „solidarności”. Tak samo zrobił Józef Stalin, kiedy jeszcze do końca nie ochłonął ze strachu przed Hitlerem: „Bracia i siostry!” – beknął w radiowym przemówieniu.
No dobrze – ale kto „beknie” w sprawie „klęski żywiołowej”? Skoro sam pan red. Michnik postanowił rozciągnąć nad Donaldem Tuskiem ochronny parasol „solidarności”, to premier jest chyba z „beknięcia” wykluczony. Jeśli jednak nie on, to kto? Wychodząc naprzeciw zapotrzebowaniu społecznemu, proponuję trzy alternatywne teorie spiskowe. Pierwsza – że to Putin. Donald Tusk, nie mówiąc o marszałku Hołowni, czy Księciu-Małżonku, tyle mu się naodgrażał, że zimny ruski czekista mógł wziąć na ambit: jak wy mi tak, to ja wam tak – i Cyklon G gotowy. Teoria druga – że to pierwsze poważne ostrzeżenie Nieba po rozporządzeniu pani Nowackiej w sprawie ograniczenia religii w rządowych szkołach. Wprawdzie pani Nowacka podobno jest ateistką, ale to jej sprawa prywatniacka. Niech sobie będzie, kim chce, nawet Babą Jagą – ale to nie powód, żeby w imię własnych fantasmagorii, ściągała nieszczęścia na niewinnych obywateli. No i wreszcie – Jarosław Kaczyński! Że też od razu nikt na to nie wpadł?
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.