WARSZAWIANKA nad Wkrą 14 sierpnia 1920. Przy borkowskim moście.

WARSZAWIANKA nad Wkrą 14 sierpnia 1920

przy borkowskim moście.

Leć nasz orle w górnym pędzie,

sławie, Polsce, światu służ.

Kto przeżyje wolnym będzie,

kto umiera wolnym już.

Hej, kto Polak, na bagnety…

========================================

Sławomir N. Goworzycki, „Tamtego lata. Zatajona historia Polaków” str. 393 i nn.

Gdy po kościołach w niezajętej przez wroga części kraju lecz i w tych miejscach, w których bolszewicy nie ośmielali się zakazywać nabożeństw, zbierano się tłumnie, zanosząc w niebo błagalną litanię, tu przemożnym odgłosem był szmer tysięcy stóp po niezoranym rżysku, szelest żołnierskich butów o wiechcie polnego ziela na niespasanej od wielu dni łące oraz łomot coraz bliższych wybuchów. Artyleria sowiecka też się odezwała. Nacierający w pierwszych szeregach już widzieli z łagodnie opadających ku dolinie pól, jak masy wojsk na przyczółku mostowym w Borkowie rozwijają się szybko w bojową linię. Ci zaś, którym wypadło atakować nieco ku północy, na kierunku nadrzecznej, ocienionej wysoką zielenią wsi Wola, ku zarośniętej dolince potoku Naruszewka i dalej na Zawady – Popielżyn, nie od razu ujrzeć mogli swego przeciwnika. Na całej jednak linii zanosiło się na ciężki i gwałtowny bój spotkaniowy, bowiem oba wojska jednocześnie ruszały do natarcia i żadne nie zamierzało stąd ustępować.

Żołnierze nasi nawoływali się dość podobnie jak ich przodkowie w dawnych bitwach: „Hej, Radomiaki, równo!…”, „Piotrków… Łowicz, naprzód!…, „Kujawy! Do ataku !…”, „Kaliskie, Lubelskie, Tarnów, Rzeszówl”… i na sto jeszcze sposobów Uczniowie, gdy z jednego miejsca przybyła ich większa gromada, zwłaszcza ci z Warszawy i większych miast, gdzie zakładów oświatowych jest wiele, wykrzykiwali zwyczajowe nazwy swych szkół: „Zamoyski!” „Staszic! ”, „Jagiellonka !”, „Konopczyński!” „Handlówka!”, „Górski!”..

I szły te „wesołe gimnazjony”. Chłopcy padali rażeni nieprzyjacielskimi pociskami… jeden, drugi, następny, jakże wielu… Jakże wielu z tych, którzy dorósłszy i wykształciwszy się odpowiednio, mogliby naszą Ojczyznę ubogacić i wznieść na wyżyny w tylu dziedzinach życia ludzkich zbiorowości… Tak zaś już oni nie powstaną z tego sławnego pola, by żyć nadal na padole ziemskim; już nie ucieszą swym wesołym głosem rodziców, rodzeństwa, bliskich i domowych. Ich młode, czyste dusze idą stąd na Sąd Wielki, przed oblicze dobrego Boga, który wie wszystko.

Lecz przecież padali pod ciosami i ci starsi, ci z pewnym już dorobkiem, ci z pokolenia, jakie właśnie sięgało po kierownictwo sprawami narodu ojcowie rodzin, którzy także, dawnym rycerskim obyczajem, stawili się na zew Ojczyzny, jak niegdyś owi konfederaci czy kresowi wolentarze.

Jednakże teraz, na tamtych błoniach, nie czas budowy się dopełnia, nie czas pokojowego wznoszenia gmachów, a właśnie czas walki i śmierci. O wolność, o przetrwanie biją się zaś wszyscy od księcia krwi do niepiśmiennego parobka, na obszarach od dalekich gór aż po północne pojezierza.

Był wśród nich niejeden, co swój dom opuszczał w rozterce, bo niedostatek, bo jedyny żywiciel rodziny, bo choroba najbliższych. Był taki, któremu słabnąca żona sama powiedziała z łoża choroby: „Idź”.. i poszedł. Był taki, któremu „idź” powiedziała małżonka będąca przy nadziei, otoczona nadto gromadką dziatek. Był i taki, co na odchodnem żegnał się z umierającym sędziwym rodzicem. Byli i inni… i rozmaite okoliczności rodzinne czy domowe. Lecz oni z własnej woli poszli na służbę dla Ojczyzny, a zarazem zostali na nią wysłani przez swoich… bo tak było trzeba.

Już grają sowieckie cekaemy, zaraz odpowiedzą im nasze. Jeszcze czterysta, jeszcze trzysta, dwieście kroków dla pierwszych szeregów nie marszu już, lecz morderczego biegu pośród gejzerów ziemi wzbudzanych wybuchami nieprzyjacielskich pocisków.

Padnij!”, „Szybki ogień!”, „Powstań!”, „Naprzód biegiem!”

W nasze tyraliery uderzające na prawym skrzydle rażą nieubłaganie wrogowie ukryci za mostowym nasypem. Niedługo przecież, bowiem atakujący wzdłuż szosy biorą im niebawem tyły. Nasyp nie stanowi już zasłony, nasi za chwilę nań wbiegną, by spychać nieprzyjaciół w dół, na nadrzeczne błonie.

Wtedy to, pod błękitnym, lecz rozjaśnionym już przedpołudniowym upałem sierpniowym niebem, pod wysoko skłębionymi białymi chmurami, gdzieś tam z szeregu zabrzmiał dźwięczny młodzieńczy głos:

Oto dziś dzień krwi i chwały, oby dniem wskrzeszenia był…

I już kilka dalszych, tu i tam, podchwytuje:

W gwiazdę Polski orzeł biały patrzac lot swój w niebo wzbił…

Tam, w pułkach ochotniczych, ale i winnych, pieśń tę znał chyba każdy:

A nadzieja podniecany woła do nas z górnych stron…

Fala zgodnych głosów wionęła po błoniu. Krok nacierającej piechoty wyrównuje się, przecież bez rozkazu dowódców.

Zza Wkry huczy swoje moskiewska kapela, a tu przestrzeń już cała grzmi setkami gardeł jak jeden grom:

Powstań Polsko, skrusz kajdany, dziś twój tryumf albo zgon…

Armaty, karabiny, odłamki szrapneli biją już gęsto. Padają ranni i zabici. „Jezu Chryste!…” słychać wezwania konających „Sanitariusz!” wołają z szeregu.

Hej, kto Polak, na bagnety, żyj swoboda, Polsko żyj!

Napierające szeregi nie śpiewają już, lecz krzyczą. Wreszcie wszystkie te odgłosy, cała ta wrzawa przechodzi w jedno wielkie „hurrraaa !!!

Obie fale wojsk biegną już ku sobie w bitewnym zapamiętaniu. Zwarcie! Huk, trzask, zwielokrotnione uderzenia, ciosy, rozdzierający wrzask…

Tak po prawdzie, nie wiadomo skąd pieśń ta spłynęła na owo pole chwały i cierpienia. Gdy po bitwie, w okresie owego pamiętnego pościgu za bolszewikami przez pół tej części Europy, na dłuższych już postojach, kiedy to był czas ogarnąć myślą minione co dopiero wydarzenia, poczęto rozpamiętywać koleje boju nad Wkrą, nie było pomiędzy żołnierzami zgody co do tego, kto rozpoczął śpiew. Wielu z tych, co by dopomogli rozwikłać ową zagadkę, już nie żyło.

Czy był to więc pewien, nie pierwszej bynajmniej młodości przysadzisty nieco jegomość o powierzchowności majstra cechowego, z kompanii pierwszego rzutu, jeszcze na początku bitwy zmasakrowanej ogniem bolszewickiej artylerii? Zginął, lecz pieśń ze wzmożoną siłą popłynęła ku dalszym szeregom.

Czy może w młodzieńczym porywie zaintonował Warszawiankę któryś z tych nadrabiających miną „skauciaków”, z tych, jacy przeżyli cało, niedawne w czasie rzeczywistym, lecz jakże już odległe w wyobraźni, bitwy odwrotowe pod Łomżą, Ostrołęką czy Surażem? „Skauciaki” nacierały również w kierunku mostu kolejowego w Zawadach. Gdzie oni teraz?

A byli tam przecież i ow1 „adwokaci”, w średnim wieku ochotnicy ze stołecznych wyższych sfer. Może to oni dali, jak już nieraz bywało, dobry przykład całemu wojsku? Może to oni zagrzali je pieśnią w tej rozstrzygającej bitwie?

Czy jednak śpiewać nie zaczęły owe łepki z klas maturalnych i przedmaturalnych, ledwie co przysłane na front, te, co to gwizdały zrazu i hukały na dowódcę, że ich jeszcze nie puszcza do walki, że młodszą klasę już wysłano, a starszej kazano czekać?

Jeśli nie oni, to szturmowa pieśń popłynąć mogła od po raz kolejny bijących się o tę rzeczną przeprawę syberyjskich weteranów. Choć po pojawieniu się owego przypuszczenia od razu zaczęto nieelegancko żartować, że raczej nie, bo i w oddziałach tych, jako pochodzących z bardzo daleka, żadnego Warszawiaka zapewne nie uświadczysz, to i Warszawianki też pewnie nie. Już prędzej „Sybirankę”… Żartownisiów szybko zganiono, argumentując, iż pochopnie wykluczają oni spod owych dociekań całe bataliony, pułki, ba, nawet dywizje. No bo taka Dywizja Gnieźnieńska, Batalion Wileński, czy Kompania Górnośląska i rozmaite inne „regionalne„ oddziały…

Ktokolwiek by to był, przecież bojowa pieśń niosła się szeroko poprzez nasze zwycięskie szyki, od krańca do krańca. Zatem, prawem przeciwieństwa jak ktoś zauważył pierwszymi pieśniarzami musiały być, ani chybi, właśnie te warszawskie cwaniaki, te od dawnego „Gerlacha”, od „Norblina” czy może z elektrowni, które forsowały Wkrę powyżej mostu w Borkowie.

A może pieśń przyleciała od południowej strony, od Warszawy jakby, lecz właściwie od Modlina, od przybywających na bitwę pułków Podlaskiej Dywizji?

Ktoś upierał się, że to wcale nie mężczyźni ani nie chłopcy lecz dziewczyna z czołówki sanitarnej, tej właśnie, która najwcześniej przybyła na pole bitwy, poddała właściwy ton, poruszona w swym czystym panieńskim sercu doniosłością chwili oraz widokiem rozległych błoni, po których wśród huku dział i terkotu karabinów maszynowych płynęły, jedna za drugą, ciągnące się daleko tyraliery naszej piechoty. To pewnie ona, młoda Polka, która porzuciła była bezpieczny dom rodzinny, by nieść ulgę i ofiarna posługę walczącym i cierpiącym braciom – rodakom, na skraju śródpolnego zagajnika, czy może obok jakiejś szopy na obrzeżach spalonej wioski, podniosła się znad dopiero co opatrzonego rannego, uniosła swą jasną głowę ku błękitnemu ojczystemu niebu, potoczyła wzrokiem po polu, hen szeroko… i zaśpiewała. Iskra padła na prochy.

Tak… tak chyba było. Lecz kto widział, kto pamięta tę dziewczynę? W którym służyła ona pułku? Ktokolwiek ze spierających się nie miałby racji, przecież zagrzmiała tam i wtedy pieśń dumna, gniewna, nie znosząca sprzeciwu, wzbudzona blisko już przed wiekiem, dla zwycięstwa. Lecz wtedy nie zwycięstwo było dane naszym prapradziadom lecz straszna klęska. To owa „stara pieśń”, jak i inne ożywiająca domowe wnętrza miarowym szmerem fortepianu, gdy zmierzch rozpływa się po tajemniczych wtedy zakamarkach salonu, a ludzie wtapiają się w wygodne siedziska, by wspominać przy kominku minione dzieje.

Grzmijcie bębny, ryczcie działa, dalej dzieci w gęsty szyk…

Ledwie pod wysokim sierpniowym niebem, na tym polu szerokim, zabrzmiały owe znane takty, a już wiała pieśń od krańca do krańca. Gdy pierwsze szeregi zwarły się z wrogiem w śmiertelnym uścisku, dalsze odpowiadały im echem:

Wiedzie hufce wolność, chwała, tryumf błyska W ostrza pik…

Artyleria obu stron biła teraz niemiłosiernie ze wszystkich luf, wypełniając rozkazy przygotowania do natarcia, wydane przez obu walczących ze sobą dowódców.

W oddali, nad prącymi naprzód masami bolszewickich wojsk można było odróżnić czerwone plamy sztandarów. Potężniała wrzawa tysięcznych ludzkich głosów, wzmagała się uparta kanonada. Lecz nawet pośród bitewnego zgiełku, uparcie jak fala o brzeg morski, bił w niebo zgodny śpiew:

Leć nasz orle w górnym pędzie,

sławie, Polsce, światu służ.

Kto przeżyje wolnym będzie,

kto umiera wolnym już.

Hej, kto Polak, na bagnety…

Pieśń ta, jakże dawno temu skomponowana, chociaż w czasie innej wojny z Rosją, lecz przecież w jakże odmiennych okolicznościach, wyrażała wszakże stan obecny, wyrażała nastroje i pragnienia idących na wroga naszych żołnierzy. Dlatego właśnie zerwała się z tych pól, przez nikogo nieordynowana ani niezapowiadana owa „stara pieśń”, bojowy śpiew pradziadów.

Ach, kogóż tam nie było? Kto tam wtedy nie maszerował spiesznie, dzierżąc w garści swój wyniesiony z poprzednich bitew długi karabin z takimże bagnetem? Wskażcie dowolny spośród jakże wielu, typ polskiego chłopca, młodzieńca, mężczyzny, od czupurnego pomocnika rzeźnickiego z warszawskiego Powiśla, po kandydata na profesora w sławnym uniwersytecie na pewno był tam reprezentowany! Wielu atakowało w przemoczonych wciąż jeszcze mundurach, ponownie zbliżając się do rzeki, zza której bolszewicy zdołali ich wcześniej wyprzeć. Wtedy sztuka ta udała się wrogom, lecz teraz, o nie, teraz ani kroku w tył…

Setki par stóp mięsiły orną ziemię, pośród nieustających wybuchów szurały po mazowieckich zagonach, po łąkach, z których już ustąpiła poranna rosa.

Podążali tam, ramię w ramię, warszawscy czy krakowscy mistrzowie sportu oraz prawdziwe lebiegi, które nie wiedzieć jak przeniknęły do wojska i uchowały się w szeregu, a nie padły po drodze, niekoniecznie od bolszewickiej kuli czy szabli, lecz z własnej fizycznej słabości, potęgowanej trudami wojennymi. Byli tam oto ludzie najróżniejsi, w owych karnych, jednostajnych szeregach tyralierskich.

Ot, na przykład taki, co przed komisją zeznał, że ma wzrok jak inni i nie musi nosić okularów. Dostał więc frontowy przydział. Gdy w marszu na pierwszą bitwę sierżant spostrzegł w swej kompanii żołnierza w grubych okularach (jak się okazało, wcale niejednego), trochę się zdziwił efektami prac komisji lekarskich, po czym machnął na to ręką. Cóż poradzić jak powstanie to powstanie, zwyczajnie pospolite ruszenie. Zaś ów chłopak swoje szkła zakładał zwłaszcza do walki ogniowej, a strzelał dość celnie, lepiej nawet niż niektórzy z tych, co okularów w ogóle nosić nie musieli.

– Co ci jest? woła znowuż inny do kolegi. Jakim sposobem ty masz zgładzić bolszewika, skoro ciebie samego trzeba podtrzymywać, abyś nie upadł? – Dziękuję. Nic nie szkodzi odpowiada tamten. Czasami miewam takie jakieś duszności; może jaka astma czy co? Ale… ruch na świeżym powietrzu, od tylu już dni… Ha, ha, ha!… Zaraz mi przejdzie. Dotąd zawsze przechodziło dość szybko. To co im mówiłeś na komisji lekarskiej? Nic. Ot, krótko, że jestem zdrowy. A oni się nazbyt nie przyglądali. Spieszyli się przecież… No, sam wiesz. Jasne.

Tyraliery co pewien czas przypadały na komendę do ziemi, by za byle zasłoną skryć się przed wrogim ogniem i zarazem ostrzelać nadciągającego przeciwnika. Jednak co poniektórzy ochotnicy w bitewnyrn uniesieniu nie pamiętali ani o smutnych doświadczeniach z poprzednich bojów, ani o tyle razy powtarzanych przestrogach dowódców i strzelali z pozycji klęczącej albo i na stojąco. Szrapnele rozrywały się nad ich głowami.

Ty durniu! wrzeszczał więc jakiś chłopak do ledwie co ranionego kolegi. Nie trzeba było tak idiotycznie, jak jaki nadęty gówniarz wystawiać się na kule… Straciliśmy dobrego żołnierza… czyli ciebie… I to nie z winy tego wrednego bolszewika co to cię postrzelił, ale wyłącznie z twojej, z twojej winy!

Tyle gadania – stęknął tamten, ale Moskalom się nie pokłoniłem ani przed nimi nie padłem, jak wy. Wy, „królewiacy”, może przyzwyczajeni… a ja nie!

Dobra dobra… Te, „galileusz”, nie bądź taki chojrak, bo cię znowu trafią!

Parli do ataku tyleż chłopcy zdrowi, co i kulejący, tacy, którym buty z okrwawionych nóg zeszły, chłopcy ukrywający rozmaite swoje niesprawności, lżejsze zranienia, możliwe do opanowania kontuzje, a wszyscy niepomni na owo bezmierne zmęczenie owoc nadludzkich trudów, niedojadania, niekończących się przemarszów… Jeszcze przed kwadransem potykali się z wyczerpania i z niedostatku snu. Lecz wobec wroga, na kilka minut, na minutę przed skrzyżowaniem oręża stawali się kimś innym; nie wymizerowanymi chudziakami chłopaczynami, ale wręcz jakimiś olbrzymami z dawnych podań, i uderzali jak olbrzymy, bez pardonu.

Tak, tak… To już nie sprawa broni, sprawności, sił, zdrowia, zaopatrzenia, wyszkolenia ani liczby. Tarn i wtedy walczyły ze sobą nie tyle dwie armie, co czysta i bezgraniczna młodzieńcza miłość przeciwko zapiekłej, zaplanowanej i zorganizowanej nienawiści, nieuznającej niczego poza sobą samą, a pragnącej zawładnąć światem całym. Nadto… ten szczególny dzień. Bo przecież tego a nie innego dnia rozegrały się owe zdarzenia. Tam i wtedy starli się z jednej strony, chociaż nie bezgrzeszni, wszakże czciciele Najświętszej Maryi Panny, z drugiej zaś… No właśnie…

I nie wiedzieć czy to tylko wybuchy szrapneli zagrały jakby staccato, czy gdzieś tam, od tych połogich wzgórz na obrzeżach doliny, rzeczywiście zawarczały werble, ścichły jakby znów zahuczały do wtóru wojskom idącym na bolszewika z pieśnią na ustach?… Jakby ów legendarny „mały dobosz” podawał takt, bijąc wytrwale pałeczkami…

A może to się tak tylko zdawało niektórym żołnierzom? Może to po prostu walą od wzniesień kulomioty zdrożonego i wykrwawionego suwalskiego pułku, zamykające najeźdźcom najkrótszą stąd drogę do mostów modlińskich?… Zaś naprzeciw już Widać wyraźnie zbliżające się postacie, już widać twarze, niezliczone twarze nadbiegających wrogów. Biją werble! Równaj krok! Hurraaa! Naprzód ! Jezus Maria Józef !

Od strony bolszewickiej podniósł się w niebo ten znany, ogłuszający, przeciągły ryk, obliczony na sparaliżowanie siły i woli przeciwnika, od krańca do krańca „uuurrraaa!”. Nic z tego. Strachy na Lachy. Teraz to my jesteśmy szybsi i mocniejsi i tak już pozostanie.

Kolejne dnia tego ruchome, zmierzające ku sobie linie piechoty zwarły się wreszcie z ogromnym łoskotem. Cóż to się wtedy działo…

Nie nam, chudopachołkom, rozprawiać o wielkich czynach naszych pradziadów. Jesteśmy na to za mali. Oni wszak nie znali owego upodlenia, w jakim nam przyszło grzęznąć i z jakiego nie potrafimy się tak do końca wydostać… A może nie chcemy już…

Rozpędzona nie mniej od polskiej ława wojsk bolszewickich wytrzymuje pierwsze uderzenie, lecz po dłuższej chwili zaczyna się chwiać. Raz to grupa atakujących Polaków wedrze się w głąb nieprzyjacielskiego szyku, to znów bolszewickie sołdaty z największą furią natrą na rozpędzonych naszych. Lecz ci, jakby w jakimś nadludzkim szale, rozdają zabójcze ciosy i prą naprzód, ku widocznej spoza nadbrzeżnej zieleni rzece, ku mostowi. Wojownicy nasi, w pełni swego gniewu, owe „straszne dzieci”, jak się ktoś o nich później wyraził, wymierzają oto słuszną zapłatę najeźdźcom. Na ziemię padają porażeni wrogowie, padają i oni. Któryś z naszych, stwierdziwszy iż nie może poruszać nogą, leżąc walił ze swego karabinu w kierunku z jakiego nadchodził wróg, dopóki biegnący koledzy nie znaleźli się w jego polu rażenia; a i wtedy unosił ponad głowę zbrojną prawicę i krzyczał: „Naprzód, chłopaki, naprzód!”. Inny, otrzymawszy postrzał skulony z bólu także repetował swój karabin i, wsparty na łokciu, strzelał w majaczącą przed nim ciemną masę nieprzyjaciół.

Jeszcze inny, gdy już zwarły się nacierające na się wzajem rzesze ludzkie i gdy mocnym uderzeniem wytrącono mu karabin z dłoni, a on w jednym mgnieniu pojął, iż schylać się po swoją broń oznacza śmierć, z gołymi rękami rzucił się na nacierającego nań bolszewika.

Wiele by o nich mówić… Nawet i ten cherlawy pokurcz, z jakiego podśmiewano się w szkole na zajęciach z gimnastyki, istna oferma batalionowa która wszak z pogodą znosiła nie tak znowuż dokuczliwe docinki kolegów, niezgrabiasz prawdziwy, teraz jakby dostał skrzydeł. Naciera w pierwszym szeregu, wyrywa się z dziwnym jakimś charkotem do przodu, a jego broń jak owo wiejadło, jeno furkoce w skwarnym powietrzu sierpnia.

Już masa bolszewicka ustępuje na całej prawie linii. Na nic ryki idących z tyłu komisarzy i czekistów. Na nic strzelanie do uciekających już w popłochu co poniektórych własnych sołdatów Na nic najgrubsze przekleństwa, na nic serie karabinów maszynowych coraz to posyłane w plecy swoim wojskom, w sam środek grup cofających się przed naszymi chłopcami.

Na borkowskim moście dudnią końskie kopyta. To gońcy gnają do sztabu sowieckiego, aby powiadomić o niebezpieczeństwie. Nim tam dojadą, światowa rewolucja poniesie kolejne wielkie straty. Oto bowiem, na niezważające już na nic gromady bolszewików, prące w panice przez niegłęboką wodę, by tylko dostać się na wolny jeszcze od Polaków lewy brzeg Wkry, zwalają się masy ich własnych towarzyszy, bezpośrednio gnanych i bitych przez naszą młodą ochotniczą piechotę. Wielki tłum pośród nieopisanej wrzawy tratuje i wyrywa z grząskiej ziemi nadwodne krze. Tocząca się na setek i tysięcy metrów bitwa powraca w nurty spokojnej, leniwie płynącej rzeki. Setki ludzi, w zmoczonym odzieniu, napieraj ą na siebie, biją, topią. Powolny prąd poczyna unosić coraz to liczniejsze trupy, przeważnie bolszewików. Niektórzy z bojców daremnie próbują udawać martwych, spływając w ślad za ciałami swych poległych towarzyszy. Jednak wszystko jest dobre, aby tylko ujść cało z tego przerażającego pogromu.

Niesłabnąca w swym naporze ława srogiej naszej piechoty już wypycha przeciwnika na drugi brzeg. Czerwoni bojcy, tu i owdzie, próbują się jeszcze opierać zza nadbrzeżnych chaszczy brodzącym w ślad za nimi Polakom. Ci zaś, mocząc do cna mundury, a nawet i broń, jak mogą, tak łapią ten upragniony przyczółek, byle szybciej. Jedni, w ślad za uciekającymi, brną przez jakieś przyrzeczne błotka, gęsto się ostrzeliwując. Inni chwytają się wszelakich ocalałych po przejściu bolszewików gałęzi, gnąc je i łamiąc do reszty, a zarazem nieustannie opędzając się od niedających za wygraną krasnoarmiejców.

Którzy stanęli już na brzegu, podają ręce, łamane gałęzie czy kolby karabinów wydobywającym się dopiero z wody kolegom. Płuca dyszą ciężko, rany krwawią, ciąży mokre ubranie. Niewielu już z sołdatów ma na ramionach plecak czy zrolowany płaszcz. Jeszcze czerwone komandiry ryczą na cały głos ostatnie rozkazy. Jeszcze wycofane uprzednio na lewy brzeg Wkry grupy czekistów sieką z karabinów po swoich i po naszych. Lecz polska nawała już ku nim zmierza, tratując próbujących się opierać, pędząc przed sobą gromady przerażonych wrogów. Spomiędzy nadrzecznych wierzb i topoli wybiegają coraz to liczniejsze postacie z orłem i z dwubarwną kokardą na czapce.

Polska artyleria przestała bić, by nie razić swoich. Pilnie potrzebne są namiary na nowe cele, bo tych nie brak. Na owym etapie zmagań nie śpiewa nikt już, ani nie zagrzewa do walki. Wśród strzałów, jęków i krzyków wybija się człapanie setek par mokrych buciorów i utrudzony oddech setek trzewi. Stojące dalej polskie baterie szykują się do zajęcia pozycji bliżej rzeki, aby lepiej wspierać to niezwykłe natarcie. Na niezniszczony most w Borkowie wpada obserwator artyleryjski na rączym wierzchowcu, rozpytując się na prawo i lewo o dowódców piechoty. Spodziewa się, że ci właśnie pomogą mu w ustaleniu nowych celów, lecz te zmieniają się z każdym kwadransem, bowiem oddalają się ku wschodowi. A tu już gromady słaniających się na nogach bolszewików rzucają broń, unoszą w górę ręce. Trzeba je ogarnąć, uformować w kolumny, pognać czym prędzej za rzekę, na nasze tyły. „Naprzód!” krzyczą oficerowie idący z najpierwszymi oddziałami.

Aby tylko jak najdalej od Wkry, aby „urobić” jak najwięcej terenu, wyrwać go ze szponów wszechświatowej rewolucji ocalić od zniszczenia, od zniewolenia, aby zagrozić siłom bolszewickim opierającym się o nieodległy Nasielsk miasto i stację kolejową. Przed naszymi czołowymi oddziałami znowu zaczynają się rozrywać pociski. Lecz nie, tym razem to nie wróg strzela… To własna uważna artyleria zaczęła już oczyszczać przedpole dla wciąż nacierającej, niezłomnej piechoty.

Dyptyk żywnościowy czyli apokalipsa, robaki i GMO

AlterCabrio https://www.ekspedyt.org/2022/06/05/dyptyk-zywnosciowy-czyli-apokalipsa-robaki-i-gmo/

Byliśmy świadkami jak lockdowny roznoszą gospodarkę na kawałki, podczas gdy klasa miliarderów osiąga rekordowe zyski, a korporacyjne molochy rozszerzają swoje monopole, tak też każda proponowana polityka bezpieczeństwa żywnościowego przyniesie korzyści już i tak mega-bogatym lub zainstalowanie infrastruktury do kontroli korporacyjnej.

−∗−

W menu na dziś danie… żywnościowe z dokładką. Felieton o kreowanym kryzysie żywnościowym, jakie kroki poczynił tzw. establishment i czego możemy jeszcze oczekiwać. Ponadto rozmowa [ang.] z autorem tekstu w Global Research News Hour na temat powiązań tegoż kryzysu z tzw. Wielkim Resetem.

Zapraszam do lektury i słuchania.

_____________***_____________

PRAWDZIWE plany stojące za tworzonym kryzysem żywnościowym

Wykreowany kryzys żywnościowy, czy to prawdziwy, czy jako psy-op, polega na zburzeniu globalnego systemu żywnościowego i „lepszym odbudowaniu” [“building back better”] – to nowy dystopijny system żywnościowy stworzony przez korporacyjne molochy i ściśle kontrolowany w imię większego dobra.

Jesteśmy we wczesnych stadiach takiego kryzysu żywnościowego.

Prasa przepowiadała to od lat, ale do tej pory zawsze wydawało się, że jest to nic więcej niż sianie strachu, mające na celu zamartwianie ludzi lub odwrócenie ich uwagi, ale istnieją oznaki, że tym razem, cytując Joe Bidena, „będzie to realne”.

Nikt nie wie, jak zły obrót może to przybrać, z wyjątkiem ludzi, którzy to tworzą.

Z racji tego, że dowody są dość oczywiste, widać, że jest to tworzone celowo i z zimną krwią. Dokumentujemy to od miesięcy.

Mamy rosyjską „operację specjalną” na Ukrainie, która podnosi ceny podstawowych artykułów spożywczych, pszenicy i oleju słonecznikowego, a także nawozów.

Mamy nagłą „ptasią grypę”, która podnosi ceny drobiu i jajek.

Rosnące ceny ropy podnoszą koszty dystrybucji żywności.

Inflacja spowodowana ogromnym napływem waluty fiducjarnej oznacza, że ​​rodziny wydają więcej pieniędzy na mniej żywności.

A kiedy to wszystko się dzieje, Stany Zjednoczone i Wielka Brytania (a może i inni, o których nie wiemy) dosłownie płacą rolnikom, aby nie uprawiali ziemi.

Jest całkiem jasne, że to właśnie Wielki Reset: Edycja Żywnościowa. Melodia lockdownu z nieco innymi tekstami. Proces rozbijania już istniejących struktur, abyśmy mogli „lepiej odbudować” dzięki bardziej kontrolowanemu i zarządzanemu przez korporacje systemowi żywności.

Tak jak mówiono, że „pandemia” Covida uwydatniła „słabości systemu wielostronnego”, tak ten kryzys żywnościowy pokaże, że nasze „niestabilne systemy żywnościowe wymagają reformy” i musimy zapewnić „bezpieczeństwo żywnościowe”… lub tysiące wariacji na ten temat.

To nie jest przypuszczenie. Oni już zaczęli, ponad rok temu.

Journal of Agriculture, Food Systems & Community Developments opublikował w lutym 2021 opracowanie zatytułowane: „Demontaż i odbudowa systemu żywnościowego po COVID-19: Dziesięć zasad redystrybucji i regeneracji”

W wywiadzie udzielonym w lipcu ubiegłego roku Ruth Richardson, dyrektor wykonawcza organizacji pozarządowej Global Alliance for the Future of Food, dosłownie powiedziała: „Nasz dominujący system żywnościowy musi zostać zdemontowany i odbudowany”

Następnie, we wrześniu 2021r., ONZ zwołała pierwszy w historii „Szczyt n/t systemów żywnościowych”, którego myśl przewodnia zawierała następujące sformułowanie: „Odbudowa systemów żywnościowych na świecie pozwoli nam również odpowiedzieć na wezwanie Sekretarza Generalnego ONZ, aby „lepiej odbudować” [build back better] po COVID-19.”

Pisząc w Guardianie dwa tygodnie temu, George Monbiot, znawca operacji głębokiego państwa, stwierdza ze swoim charakterystycznym brakiem subtelności: „Banki upadły w 2008 roku – i nasz system żywnościowy zrobi to samo… System musi się zmienić.”

Ale co właściwie oznacza „zmiana” i „odbudowa” w tym kontekście?

Cóż, to żadna tajemnica, mówili o tym od lat.

  • Będzie to oznaczało, że prasa i politycy będą promować „planetarną zdrową dietę” WEF
  • Będzie to oznaczało przyzwyczajanie dzieci do jedzenia robaków i wodorostów.
  • Będzie to oznaczało zwiększone narzucanie „genetycznie edytowanej” lub genetycznie zmodyfikowanej żywności.
  • Będzie to oznaczało stygmatyzację konsumentów mięsa, a jednocześnie nieustanny debilny weganizm.
  • Będzie to oznaczało promowanie hodowanego w laboratorium „mięsa” i śluzu bakteryjnego zmieszanego w gigantycznych kadziach zamiast naturalnej żywności.
  • Będzie to oznaczało „podatki węglowe” od czerwonego mięsa i wszelkiego rodzaju importowanej żywności.
  • Będzie to oznaczało podatki od „otyłości” na żywność o wysokiej zawartości cukru lub tłuszczu.
  • Będzie to oznaczało wysiłki propagandowe mające na celu zmianę nazwy podstawowych produktów spożywczych na „luksusy”.
  • [hiperłącza do powyższych twierdzeń – w oryginale. Wyłączam, bo brzydko wyglądają. MD]

Prawie wszystko to historie z ostatniego miesiąca, a o wielu z nich mówiło się podczas konferencji Światowego Forum Ekonomicznego w Davos.

Jak to prawie zawsze bywa, problem, na który obecnie „reagują”, ma już szereg z góry ustalonych rozwiązań.

Byliśmy świadkami jak lockdowny roznoszą gospodarkę na kawałki, podczas gdy klasa miliarderów osiąga rekordowe zyski, a korporacyjne molochy rozszerzają swoje monopole, tak też każda proponowana polityka bezpieczeństwa żywnościowego przyniesie korzyści już i tak megabogatym lub zainstalowanie infrastruktury do kontroli korporacyjnej.

Właśnie ogłosili budowę największej „fabryki mięsa hodowlanego” na świecie. Podrabiane [fake] mięso oczywiście nie może być hodowane w domu i podlega opatentowanym procesom tworzenia. Genetycznie edytowane lub modyfikowane rośliny i zwierzęta również podlegają patentom.

Ponadnarodowe firmy, których zyski przekraczają budżet niektórych krajów, opracowują aplikacje do śledzenia śladu węglowego, które nagradzają ludzi za podejmowanie „właściwych decyzji”. Można to łatwo zastosować do źywności.

Bill Gates po cichu stał się największym właścicielem gruntów rolnych w Stanach Zjednoczonych. Ziemia, na której może uprawiać nowe Frankencrops [rośliny modyfikowane genetycznie -tłum.] lub za niewykorzystywanie której rząd USA mu zapłaci.

Gra jest jasna: w tej chwili przygotowują się do zburzenia wszystkich naszych starych systemów żywnościowych, z deklarowanym celem lepszego ich odbudowania.

Ale lepszym dla nich, nie dla nas.

__________

The REAL agenda behind the created food crisis, Kit Knightly, Jun 1, 2022

◊ ◊ ◊ 

Nadchodząca Apokalipsa Żywnościowa: Kit Knightly w Global Research News Hour

„Ceny są o około 78% wyższe niż średnia w 2021r., a to rozbija produkcję w rolnictwie. W wielu regionach rolników po prostu nie stać na sprowadzanie nawozów do gospodarstwa, a nawet gdyby mogli, nawozy nie są dla nich dostępne… I to nie tylko nawozy, ale także środki chemiczne i paliwo. To jest globalny kryzys i wymaga globalnej odpowiedzi”. — Theo de Jager, prezes Światowej Organizacji Rolników

Jeśli kontrolujesz ropę, kontrolujesz narody. Jeśli kontrolujesz jedzenie, kontrolujesz ludzi”. — Henry Kissinger

Zbliża się poważny globalny niedobór żywności. Qu Donyu, Dyrektor Generalny Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO), podczas spotkania ministrów rolnictwa grupy G7 przedstawił „Zapewnienie bezpieczeństwa żywnościowego w czasach kryzysu”.

Wskaźnik Cen Żywności FAO w marcu osiągnął 160 punktów – najwyższy od jego powstania w 1990 roku!

Raport zauważa, że ​​Rosja i Ukraina są „ważnymi graczami na światowych rynkach towarowych”, w szczególności jeśli chodzi o pszenicę, kukurydzę i nasiona oleiste. A ta niepewność pojawia się na szczycie „już wysokich cen napędzanych silnym popytem i wysokimi kosztami nakładów w wyniku wychodzenia z COVID-19”.

Wiele krajów, w tym Turcja i Egipt, kraje Afryki Subsaharyjskiej, takie jak Erytrea, Somalia, Madagaskar, Tanzania, Kongo i Namibia, odczują duży wpływ niedoborów pszenicy z Ukrainy i Federacji Rosyjskiej. Kryzys żywnościowy w Jemenie i Etiopii w szczególności również byłby dla tych państw ciosem.

Według niedawnego artykułu CNBC, niedobór nawozów pogarsza sytuację. Rosja wraz z Białorusią odpowiadają za 40 proc. eksportu potażu. Według Morgana Stanleya Rosja eksportuje także 11 proc. mocznika, 48 proc. saletry amonowej, a razem z Ukrainą eksportują łącznie 28 proc. nawozów wyprodukowanych z azotu i fosforu oraz potasu. Tak więc rolnicy za granicą będą musieli zadowolić się mniejszymi lub droższymi uprawami.

Pojawiają się jednak plotki, że świat nie tyle reaguje na kryzys, ile go projektuje!

Weźmy na przykład przedsiębiorstwo kolejowe Union Pacific w Stanach Zjednoczonych, które nakazuje niektórym spedytorom natychmiastowe zmniejszenie ilości prywatnych wagonów. Union Pacific jest jedną z czterech największych firm kolejowych, które przewożą 80 procent towarów rolnych. Po wprowadzeniu tego nakazu na wiosnę rolnicy byliby opóźnieni w dostarczaniu nawozów, co skutkowałoby produkcją jeszcze mniejszej ilości plonów.

Do tego są pogłoski o innym wirusie – tym atakującym kurczaki! Aby powstrzymać migrację choroby na ludzi, rolnicy już ubili miliony kurczaków, podczas gdy władze twierdzą, że miliony zdechły z powodu tego ptasiego odpowiednika COVID. Tak więc wyższe koszty i niedobory żywności dokuczają również producentom drobiu i jaj!

W tym tygodniu Global Research News Hour podąża tropem malejących zapasów żywności i dochodzi do zaskakującego punktu końcowego, który może doprowadzić do kolejnego wielkiego maltuzjańskiego dramatu, który czeka nasz gatunek!

Przez pierwsze pół godziny rozmawiamy z Moniką Tothovą z FAO o niektórych konkretnych wydarzeniach związanych z nowym kryzysem żywnościowym oraz o tym, co świat będzie musiał wkrótce zrobić, aby złagodzić możliwy najgorszy scenariusz. Po niej pojawia się Kit Knightly, dziennikarz, który sam bada hipotezę o planowanym kryzysie żywnościowym i powiązaniach z szeroko omawianym Wielkim Resetem.
__________

The Coming Food Apocalypse: Kit Knightly on the Global Research News Hour, Jun 4, 2022

Uzupełnienia:

‘Build Back Better’ czyli ‘Ordo ex Chao’ na nowo?
Ta „fundamentalna transformacja gospodarcza” zostanie dokonana bez zgody suwerennych państw narodowych, dziejąc się „nawet poza rządami światowych przywódców”. (…) ta transformacja będzie kosztować „biliony, a nie miliardy dolarów” i będzie […]

__________

Piątka z bonusem czyli jak wykreować głód
Utrzymywanie wysokiej ceny ropy naftowej jest świadomą decyzją polityczną, która pokazuje, że koszty życia w kryzysie – i wszelkie wynikające z niego niedobory żywności – są projektowane celowo. (…)Po latach […]

__________

Wojna i lockdown – szersze spojrzenie
Globalne ludobójstwo to doskonały sposób na zmniejszenie światowej populacji bez zwracania uwagi. Obywatele w Wielkiej Brytanii i USA martwią się obywatelami Ukrainy, ale wydaje się, że nie obchodzą ich wielcy […]

__________

Wojna na Ukrainie i „huragan głodu”Wszystko wskazuje na to, że potrzebne są regionalne i lokalne systemy żywnościowe oparte na krótkich (lub przynajmniej krótszych) łańcuchach dostaw żywności, które będą w stanie poradzić sobie z przyszłymi wstrząsami. […]

Ostateczne zwycięstwo Ukrainy i Tuska

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)  •  5 czerwca 2022

Wojna na Ukrainie trwa już ponad 3 miesiące i ostateczne zwycięstwo musi być już w zasięgu ręki. Jak bowiem donoszą źródła ukraińskie, Rosjan, to znaczy – zbrodniarzy wojennych Putina – ogarnia „panika”. Najwyraźniej obawiają się sądu zagniewanego ludu, którym kiedyś Józef Stalin groził Adolfowi Hitlerowi. Nasze papugi oczywiście to wszystko słowo w słowo powtarzają, bohatersko wspierając w ten sposób Ukrainę, w której – tylko patrzeć – jak zakocha się cały świat. No, może nie od razu, bo gdyby tak wszyscy na raz się zakochali, to mogłoby to wzbudzić wątpliwości, co do autentyczności takiego masowego uczucia – w związku z czym świat zakochuje sie w Ukrainie po kolei.

Naszemu nieszczęśliwemu krajowi przypadł ten zaszczyt, że – jak przystało na wzorowego ormowca – zakochał się pierwszy, w związku z czym pan prezydent Duda już nie wie, jakby tu się Ukrainie przypodobać. Odbył pielgrzymkę do Kijowa, podczas której zadeklarował, że „nic” nie oddzieli Polski od Ukrainy. Natychmiast podchwycił to Wielce Czcigodny Paweł Kowal stręcząc mniej wartościowemu narodowi polskiemu „nierozerwalny sojusz” z Ukrainą. Wszystko to być może, bo jeśli wojna jeszcze trochę potrwa, to ci, którzy doczekają ostatecznego zwycięstwa, wcześniej przeniosą się do Polski i w ten sposób unia stanie się faktem.

Ponieważ jest rozkaz, by się z tego radować, to wszyscy posłusznie się radują, bo jak ktoś w okazywaniu radości wykazuje opieszałość, to zainteresuje się nim Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która najpierw zdemaskuje go, jako ruskiego agenta, a potem odda w surowe ręce sprawiedliwości ludowej.

Toteż przykład idzie z góry, bo jak wiadomo, ryba psuje się od głowy. Nasi Umiłowani Przywódcy właśnie odnieśli wielki sukces na forum Unii Europejskiej. Nie, nie chodzi o odblokowanie pieniędzy dla Polski, aż tak dobrze to nie jest tym bardziej, że żmudny proces likwidowania Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego napotyka rozmaite trudności. Chodzi o to, że PiS chciałby sędziów tej likwidowanej Izby przenieść w stan spoczynku, nie wiecznego, tylko zwyczajnego, czyli zapewnić im miękkie lądowanie, ale wpływowa w Senacie Volksdeutsche Partei chce ich stamtąd zwyczajnie powyrzucać na tak zwany zbity łeb.

Jak tam będzie, tak tam będzie, ale tak czy owak wydaje się to bez znaczenia, bo właśnie niezawiśli sędziowie, których Nasza Złociutka Pani w 2017 roku rzuciła na pierwszą linię frontu walki o praworządność w naszym bantustanie, donoszą do UE, żeby nie dała się nabrać na te filuterie pana prezydenta Dudy, co to by chciał, żeby i wilk był syty, ale i owca cała. Do odblokowania forsy jest chyba jeszcze daleko, natomiast sukces Naszych Umiłowanych Przywódców, a w szczególności – pana premiera Morawieckiego, co to dałby sobie uciąć nogi, ręce a może i jeszcze coś, byleby tylko dokuczyć złemu Putinowi – otóż ten sukces polega na tym, iż UE przyjęła szósty pakiet sankcji przeciwko Rosji. Polega on na nałożeniu embarga na ruską ropę, ale w taki sposób, że embargo dotyczy tylko ropy transportowanej tankowcami, natomiast nie obejmuje ropy tłoczonej rurociągami. Korzystają z tego państwa śródlądowe; przede wszystkim Węgry, co jest niewątpliwą zasługą premiera Wiktora Orbana, ale również Czechy i Słowacja, a nawet Bułgaria. Polska jak zwykle zostanie z fiutem w garści, bo skończy się to na tym, że będzie musiała kupować ruską ropę, przetworzoną, albo nie, od Węgier, a może nawet od mężnych Czechów lub Słowaków.

Najwyraźniej Pan Bóg już nie słucha suplik Matki Boskiej Królowej Polski, bo wprawdzie głupota ludzka może być porównywana z Boską cierpliwością, ale bez przesady. Jakże inaczej wyjaśnić sytuację, w której Polska dała Ukrainie ileś tam czołgów i samobieżnych haubic „Krab”, ale z Niemiec jak dotąd żadnego czołgu nie dostała. Nasi Umiłowani Przywódcy twierdzą, że mieli to obiecane, ale chyba nie na piśmie, tylko tak, jak w swoim czasie Wielce Czcigodnej „Pulardzie” – ktoś coś obiecał między schodami a toaletą w gmachu Parlamentu Europejskiego, a może nawet gdzieś indziej. Rząd niemiecki bowiem na lamenty pana premiera Morawieckiego robi wielkie oczy i łagodnie tłumaczy że „musiało zajść jakieś nieporozumienie”. Słowem – jak tak dalej pójdzie, to będziemy skazani wyłącznie na tak zwane „zwycięstwa moralne” w których nasz nieszczęśliwy kraj ma nawet sporą eksperiencję. Jak powiada pobożny poseł Grzegorz Braun – „Szczęść Boże, ratuj się, kto może!

Tymczasem ludowa sprawiedliwość wreszcie, to znaczy – po raz kolejny zatriumfowała. Oto definitywnie (?) zakończył się proces dwojga małżonków P., którzy przez niezawisłe sądy, a nawet sejmową komisję śledczą, zostali uznani za głównych winowajców słynnej w swoim czasie afery „Amber Gold”. Jak pamiętamy, naiwniacy, którzy uwierzyli, że kartki papieru to jest złoto, zostali wydymani na 850 mln złotych. Kto wziął szmalec i gdzie schował – tego do dzisiaj nie wiadomo, ale nawet gdyby małżonkowie P. dostali z tego 1 procent, to i tak wystarczyłoby im to na 50-60 lat. Pewnie dlatego milczą jak zaklęci, a niezawisłe sądy ze znanego na całym świecie z niezawisłości gdańskiego okręgu sądowego, skwapliwie wierzą, że poza małżonkami P. w aferze „Amber Gold” żadni inni szatani nie byli czynni. Podobnie sejmowa komisja śledcza, która po przewodnictwem pięknej i Wielce Czcigodnej Małgorzaty Wassermann stwierdziła, że „organy państwowe” zachowały się w tej sprawie „niewłaściwie” – ale nie odważyła się już odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak się stało, to znaczy – kto kazał organom państwowym zachowywać się „niewłaściwie”. [Bo przypuszczenie, że był to Igor Kolomojski jest niemożliwe: Byłby to anty -semityzm splątany z anty-ukrainizmem!!. MD]

Toteż wcale bym się nie zdziwił, gdyby ci sami, którzy wcześniej organom państwowym kazali zachowywać się niewłaściwie w sprawie „Amber Gold”, zasugerowali to samo pięknej pani Małgorzacie, której pewnie takich rzeczy nie trzeba by dwa razy powtarzać. Wyobrażam sobie jak z ostatecznego wyroku, w którym Marcin P. został skazany na 15 lat, więc wyjdzie już po pięciu, podczas gdy jego małżonka – na 11, 5 roku, więc wyjdzie już po trzech, musiał ucieszyć się Donald Tusk, który w tę sprawę był zamieszany nie tylko przez syna, ale również przez działaczy Volksdeutsche Partei, którzy, na podobieństwo ruskich burłaków na Wołdze, na lotnisku imienia Kukuńka, ciągnęli ręcznie samolot OLT Ekspres, która to firma powstała na skutek wykupienia niemieckiej Lufttransport i YES Airways przez „Amber Gold”. Kiedy wybuchła afera, firma zawiesiła działalność, a w roku 2013 w ogóle się rozwiązała, cztery samoloty zostały sprzedane, a niezależna prokuratura wszczęła tak zwane energicznie kroki dopiero, jak wszelka forsa rozwiała się w nocy i mgle. W tej sytuacji lepiej rozumiemy, dlaczego Donald Tusk i Volksdeutsche Partei tak się poświęca walce o praworządność, no a i niezawiśli sędziowie też nie dają się w tym nikomu wyprzedzić.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Putin o przyczynach głodu, eksportowym zbożu i cenach energii.

Wywiad Włodzimierza Putina dla Rossija TV

https://www.bibula.com/?p=134439

Prezydent odpowiedział na pytania Pawła Zarubina z kanału telewizyjnego Rossija

Pawel Zarubin (PZ): Panie Prezydencie, właśnie byliśmy świadkami Pańskiego spotkania z Prezydentem  Senegalu, który obecnie stoi na czele Unii Afrykańskiej. Potwierdził on, a w ciągu ostatniego tygodnia wiele krajów wyraziło podobne zaniepokojenie, nie tyle kryzysem żywnościowym, co obawą przed klęską głodu na dużą skalę, ponieważ światowe ceny żywności rosną, podobnie jak ceny ropy i gazu.

Oczywiście Zachód obwinia za to również Rosję. Jaka jest rzeczywista sytuacja w tym momencie, jak się rozwija?  Co Pana zdaniem wydarzy się na rynkach żywnościowym i energetycznym?

Prezydent Rosji Włodzimierz Putin (WP): Tak, rzeczywiście, obserwujemy próby obarczenia Rosji odpowiedzialnością za rozwój sytuacji na światowym rynku żywności i narastające na nim problemy. Muszę przyznać, że jest to kolejna próba zrzucenia winy na kogoś innego. Ale dlaczego?

Po pierwsze, sytuacja na światowym rynku żywności nie pogorszyła się wczoraj ani nawet po rozpoczęciu przez Rosję specjalnej operacji wojskowej w Donbasie.

Sytuacja uległa pogorszeniu w lutym 2020 roku w wyniku działań mających na celu przeciwdziałanie pandemii koronawirusa, kiedy to gospodarka światowa znalazła się w złym stanie i trzeba było ją ożywić.

Władze finansowe i gospodarcze w Stanach Zjednoczonych nie znalazły  lepszego pomysłu  niż przeznaczenie dużych kwot pieniędzy na wsparcie ludności oraz niektórych przedsiębiorstw i sektorów gospodarki.

My na ogół robiliśmy prawie to samo, ale zapewniam, że byliśmy znacznie dokładniejsi, a rezultaty tego są widoczne: robiliśmy to selektywnie i uzyskiwaliśmy pożądane rezultaty bez wpływu na wskaźniki makroekonomiczne, w tym nadmierny wzrost inflacji.

Sytuacja w Stanach Zjednoczonych wyglądała zupełnie inaczej. Podaż pieniądza w Stanach Zjednoczonych wzrosła o 5,9 biliona w ciągu niespełna dwóch lat, od lutego 2020 r. do końca 2021 roku. Była to bezprecedensowa wydajność maszyn do drukowania pieniędzy. Całkowita podaż gotówki wzrosła o 38,6 procent.

Najwyraźniej amerykańskie władze finansowe wierzyły, że dolar jako waluta globalna, podobnie jak w poprzednich latach, rozprzestrzeni się, rozpłynie się w gospodarce światowej, a Stany Zjednoczone nawet tego nie odczują. Tak się jednak nie stało, nie tym razem. W gruncie rzeczy przyzwoici ludzie – a są tacy w Stanach Zjednoczonych – jak na przykład Sekretarz Skarbu, potwierdzają, że popełniono błąd. Był to więc błąd amerykańskich władz finansowych i gospodarczych – nie ma on nic wspólnego z działaniami Rosji na Ukrainie, jest zupełnie niezwiązany z tą sprawą.

Był to pierwszy krok – i to duży – w kierunku obecnej niekorzystnej sytuacji na rynku żywności, ponieważ przede wszystkim ceny żywności natychmiast poszły w górę, wzrosły. To jest pierwsza przyczyna.

Drugim powodem była krótkowzroczna polityka państw europejskich, a przede wszystkim polityka Komisji Europejskiej, w zakresie energii. Widzimy, co się tam teraz dzieje. Osobiście uważam, że wielu graczy politycznych w Stanach Zjednoczonych i Europie wykorzystało naturalne obawy ludzi dotyczące klimatu, zmian klimatycznych i zaczęło promować zieloną agendę, także w sektorze energetycznym.

Można się z tym wszystkim zgodzić, z wyjątkiem nieuzasadnionych i bezpodstawnych zaleceń dotyczących tego, co należy zrobić w sektorze energetycznym. Przecenia się możliwości alternatywnych rodzajów energii: energia słoneczna, wiatrowa, wszelkie inne rodzaje energii odnawialnej, energia wodorowa – to zapewne dobre perspektywy na przyszłość, ale dziś nie da się ich wyprodukować w wymaganej ilości, o wymaganej jakości i po akceptowalnych cenach. Jednocześnie zaczęto umniejszać znaczenie konwencjonalnych rodzajów energii, w tym – i przede wszystkim – węglowodorów.

Co z tego wynikło? Banki przestały udzielać kredytów, ponieważ znalazły się pod presją. Firmy ubezpieczeniowe przestały ubezpieczać transakcje. Władze przestały przydzielać działki pod rozwój produkcji energii i ograniczyły budowę środków transportu, w tym rurociągów.

Wszystko to doprowadziło do braku inwestycji w światowym sektorze energetycznym, a w konsekwencji do wzrostu cen. W ubiegłym roku wiatr nie był tak silny, jak się spodziewano, zima się przeciągnęła, a ceny natychmiast poszybowały w górę.

Na domiar złego, Europejczycy nie posłuchali naszych uporczywych próśb o utrzymanie kontraktów długoterminowych na dostawy gazu ziemnego do krajów europejskich. Zaczęli je ograniczać. Wiele z nich jest nadal ważnych, ale niektóre zaczęto zrywać. Miało to negatywny wpływ na europejski rynek energetyczny: ceny wzrosły. Rosja nie ma z tym absolutnie nic wspólnego.

Gdy tylko ceny gazu zaczęły rosnąć, ceny nawozów poszły w ślad za nimi, ponieważ gaz jest wykorzystywany do produkcji niektórych z tych nawozów. Wszystko jest ze sobą powiązane. Gdy tylko ceny nawozów zaczęły rosnąć, wiele firm, w tym w krajach europejskich, okazało  się nierentownymi i zaczęło całkowicie zamykać działalność. Ilość nawozów na rynku światowym gwałtownie spadła, a ceny gwałtownie wzrosły, ku zaskoczeniu wielu europejskich polityków.

Ostrzegaliśmy ich przed tym i nie jest to w żaden sposób związane z rosyjską operacją wojskową w Donbasie. To nie ma z nią nic wspólnego.

Kiedy rozpoczęliśmy naszą operację, nasi tak zwani europejscy i amerykańscy partnerzy zaczęli podejmować kroki, które pogorszyły sytuację zarówno w sektorze żywnościowym, jak i w produkcji nawozów.

Na marginesie, Rosja ma 25 procent udziału w światowym rynku nawozów. Jeśli chodzi o nawozy potasowe, Aleksander Łukaszenko powiedział mi – ale oczywiście powinniśmy to sprawdzić, choć myślę, że to prawda – że jeśli chodzi o nawozy potasowe, Rosja i Białoruś mają 45% udziału w rynku światowym. Jest to ogromna ilość.

Wydajność upraw zależy od ilości nawozów wprowadzonych do gleby. Gdy tylko stało się jasne, że naszych nawozów nie będzie na rynku światowym, natychmiast wzrosły ceny zarówno nawozów, jak i produktów spożywczych, ponieważ bez nawozów nie da się wyprodukować wymaganej ilości produktów rolnych.

Jedno wynika z drugiego, a Rosja nie ma z tym nic wspólnego. Nasi partnerzy sami popełnili mnóstwo błędów, a teraz szukają kogoś, na kogo mogliby zrzucić winę. Oczywiście Rosja jest pod tym względem najbardziej pasującym kandydatem.

PZ: Nawiasem mówiąc, właśnie pojawiła się informacja, że żona szefa naszej największej firmy produkującej nawozy, została objęta nowym europejskim pakietem sankcji. Do czego, Pana zdaniem, to wszystko doprowadzi?

WP: To pogorszy i tak już złą sytuację.

Brytyjczycy, a następnie Amerykanie – Anglosasi – nałożyli sankcje na nasze nawozy. Potem, zorientowawszy się, co się dzieje, Amerykanie znieśli sankcje, ale Europejczycy nie. Sami mówią mi w nieoficjalnych kontaktach: tak, musimy się nad tym zastanowić, musimy coś z tym zrobić, ale dziś tylko pogorszyli tę sytuację.

To pogorszy sytuację na światowym rynku nawozów, a co za tym idzie, perspektywy zbiorów będą znacznie skromniejsze, a ceny będą nadal rosły – i tyle. Jest to absolutnie krótkowzroczna, błędna, powiedziałbym, że po prostu głupia polityka, która prowadzi do impasu.

PZ: Jednak wysocy rangą politycy oskarżają Rosję o uniemożliwianie eksportu zboża, które faktycznie znajduje się w ukraińskich portach.

WP:  Blefują, i wyjaśnię dlaczego.

Po pierwsze, są pewne obiektywne okoliczności, o których teraz wspomnę. Na świecie produkuje się około 800 milionów ton pszenicy rocznie. Teraz mówi się nam, że Ukraina jest gotowa wyeksportować 20 milionów ton. Zatem 20 milionów ton z 800 milionów ton to 2,5 procent. Ale jeśli przyjmiemy, że pszenica stanowi zaledwie 20 procent wszystkich produktów żywnościowych na świecie – a tak jest, to nie są nasze dane, tylko ONZ – to oznacza, że te 20 milionów ton ukraińskiej pszenicy to zaledwie 0,5 procenta, czyli praktycznie nic. To jest pierwsza kwestia.

Druga. Potencjalny eksport ukraińskiej pszenicy to 20 mln ton. Oficjalne instytucje amerykańskie podają, że Ukraina mogłaby dzisiaj wyeksportować sześć milionów ton pszenicy. Według naszego Ministerstwa Rolnictwa, nie jest to sześć, lecz około pięciu milionów ton, ale dobrze, załóżmy, że jest to sześć, a dodatkowo Ukraina mogłaby wyeksportować siedem milionów ton kukurydzy – to dane naszego Ministerstwa Rolnictwa. Zdajemy sobie sprawę, że to nie jest dużo.

W bieżącym roku agrotechnicznym 2021-2022 wyeksportujemy 37 milionów ton, a w latach 2022-2023, jak sądzę, zwiększymy ten eksport do 50 milionów ton. Ale to tak na marginesie.

Jeśli chodzi o wysyłkę ukraińskiego zboża, to my tego nie blokujemy. Jest kilka sposobów na eksport zboża.

Pierwszy z nich. Można je wysyłać przez porty kontrolowane przez Ukrainę, przede wszystkim na Morzu Czarnym – Odessę i pobliskie porty. To nie my zaminowaliśmy podejścia do portu – zrobiła to Ukraina.

Wielokrotnie to powtarzałem – niech rozminują porty i pozwolą odpłynąć statkom załadowanym zbożem. Zagwarantujemy im spokojny przepływ na wody międzynarodowe bez żadnych problemów. Nie ma żadnych problemów. Proszę bardzo.

Muszą usunąć miny i podnieść statki, które celowo zatopili na Morzu Czarnym, aby utrudnić dostęp do portów na południu Ukrainy. Jesteśmy gotowi to zrobić; nie będziemy wykorzystywać procesu rozminowywania do rozpoczęcia ataku od strony morza. Już o tym mówiłem. To pierwsze.

Po drugie. Jest jeszcze jedna możliwość: porty na Morzu Azowskim – Berdiańsk i Mariupol – są pod naszą kontrolą i jesteśmy gotowi zapewnić bezproblemowe wyjście z tych portów, także dla eksportowanego ukraińskiego zboża. Proszę bardzo.

Pracujemy już nad procesem rozminowywania. Kończymy te prace – w pewnym momencie wojska ukraińskie położyły trzy warstwy min. Ten proces dobiega końca. Stworzymy niezbędną logistykę. To nie jest problem, zrobimy to. To jest druga kwestia.

Po trzecie. Istnieje możliwość transportu zboża z Ukrainy przez Dunaj i Rumunię.

Po czwarte. Można też przez Węgry.

I po piąte, można to robić także przez Polskę. Owszem, są pewne problemy techniczne, bo tory są różnej szerokości i trzeba wymienić wagony. Ale to wszystko zajmuje tylko kilka godzin.

Wreszcie, najprostszym sposobem jest transport zboża przez Białoruś. Jest to najłatwiejszy i najtańszy sposób, ponieważ stamtąd zboże może być natychmiast wysłane do portów bałtyckich i dalej w dowolne miejsce na świecie.

Musieliby jednak znieść sankcje nałożone na Białoruś. To jednak nie jest nasz problem. W każdym razie Prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenko mówi tak: jeśli ktoś chce rozwiązać problem eksportu ukraińskiego zboża, jeśli ten problem w ogóle istnieje, proszę skorzystać z najprostszej drogi – przez Białoruś. Nikt nie będzie was zatrzymywał.

Tak więc problem wysyłki zboża z Ukrainy tak naprawdę nie istnieje.

PZ: Jak wyglądałaby logistyka wysyłania zboża z portów znajdujących się pod naszą kontrolą? Jakie byłyby warunki?

WP: Żadnych warunków. Są mile widziani. Zapewnimy pokojowe przejście, zagwarantujemy bezpieczne podejście do tych portów, zapewnimy bezpieczne wejście zagranicznych statków i przejście przez Morze Azowskie i Morze Czarne w dowolnym kierunku.

A propos, w tym momencie w ukraińskich portach stoją statki. Są to statki zagraniczne, dziesiątki. Są one po prostu zablokowane, a ich załogi nadal są przetrzymywane jako zakładnicy.

Tłum. Sławomir Soja Źródło: The Saker (June 04, 2022) – „Vladimir Putin: Interview with Rossiya TV”

Kaczyński zapowiada „regulowane” ceny węgla! PiS w socjalistycznym amoku.

W Polsce, leżącej przecież na węglu, władza od lat ogranicza jego wydobycie w imię „zielonej” ideologii.

https://nczas.com/2022/06/05/kaczynski-zapowiada-regulowane-ceny-pis-w-socjalistycznym-amoku/
Podczas konwencji Prawa i Sprawiedliwości prezes Jarosław Kaczyński zapowiedział regulowane ceny węgla. Socjalizm w Polsce postępuje.

Swoimi działaniami rząd zdemolował rynek węgla, a gdy cena surowca wystrzeliła w kosmos, władza dalej ma zamiar mieszać w kotle i zapowiada regulowane ceny.

Podjęliśmy decyzję, że ludziom, którzy opalają węglem swoje domy, zapewnimy cenę na poziomie tej, która była jeszcze do niedawna – zapowiedział Kaczyński.

O szczegóły pytany był rzecznik rządu Piotr Muller. Przyznał, że taki jest plan, choć o szczegółach nie potrafił się wypowiedzieć.

Taki program będziemy szykować teraz, przygotowujemy szczegóły tak, by on trafił właśnie do tych grup, do tych osób, które faktycznie tej pomocy najbardziej będą potrzebowały – wypowiedział się dla money.pl Muller.

Chodzi o to, żeby stworzyć takie mechanizmy (…), żeby pomóc tym osobom, które najbardziej potrzebują tego wsparcia; czyli przede wszystkim tym, którzy na przykład nie zarabiają. Więc musimy tutaj ustalić i zastanowić się nad kryteriami, czy wprowadzać kryteria dochodowe, czy nie; na obecnym etapie trwa dyskusja – dodał.

Mamy więc zapowiedź zarówno kolejnego rozdawnictwa, faworyzowania ludzi niepracujących, jak i rozwiązań stricte socjalistycznych w postaci regulowanej ceny surowca.

Prawdą jest, że ceny węgla w ostatnim czasie są absurdalne – sięgają nawet 3 tysięcy złotych za tonę. Jak do tego doszło? Rząd oczywiście powie, że wszystkiemu winien jest Putin, ale wojna na Ukrainie to jedynie wierzchołek góry lodowej.

W Polsce, leżącej przecież na węglu, władza od lat ogranicza jego wydobycie w imię „zielonej” ideologii. Po rosyjskiej inwazji rząd Morawieckiego wyskoczył przed szereg i jako pierwszy nałożył embargo na węgiel sprowadzany z Rosji, nie mając żadnego zabezpieczenia. Okazuje się także, że krytycznie niskie są rezerwy węgla. Wszystko to sprawia, że jego cena w ostatnich tygodniach jest kosmiczna, a rząd zamiast skorygować politykę i „walczyć” z przyczynami kryzysu, jako rozwiązanie proponuje… regulację ceny.

Zakupem obligacji Morawiecki się ośmieszył jako bankowiec i premier.

Matka Kurka https://www.kontrowersje.net/zakupem-obligacji-morawiecki-sie-osmieszyl-jako-bankowiec-i-premier/

Wczoraj gruchnęła kolejna sensacyjna wiadomość z cyklu „oszczędności Mateusza Morawieckiego”. [por.: Bankowa głowa. Morawiecki inflacji się nie boi ! md]

Wokół tych spraw od wielu lat dzieją się rzeczy groteskowe i na własne życzenie samego bankowca, który nagle stał się wrażliwym społecznikiem. Nim się odniosę do zakupu obligacji, chciałbym zrobić mały wstęp do całości kombinacji związanych wyłącznie z wizerunkiem Morawieckiego.

Gdy Kaczyński popełnił jeden z największych błędów politycznych w swoim życiu i wyznaczył byłego doradcę Tuska na premiera, PiS był w zupełnie innym miejscu niż jest dziś.

Pierwsze dwa lata rządów PiS to było jedno wielkie pilnowanie, aby hasło „do polityki nie idzie się dla pieniędzy” zostało zrealizowane bezwarunkowo. Kto dziś pamięta, że w wyniku medialnej zadymy Kaczyński kazał obniżyć pensje posłom i senatorom? A były takie czasy i Morawiecki ze swoimi milionami kompletnie do nich nie pasował.

Paradoks polega na tym, że po zawieruchach pomorowych i „wojennych” nikt by teraz nie robił większej afery z oszczędności Morawieckiego. Morale i moralność wrażliwego na te kwestie elektoratu PiS spadły niemal do zera i w ogóle zmieniła się atmosfera. Coraz więcej głosów ze strony śmiertelnego wroga PO, jako żywo przypomina głosy samej PO. Pieniądze już nie są takie wstydliwe, Obajtek może zarabiać miliony, bo jak Owsiak zasłużył, ulokowani w spółkach państwowych kuzyni i szwagrowie, też pracują w pocie czoła dla dobra Ojczyzny. Wielomilionowe oszczędności Morawieckiego, wraz ze sprzedanymi działkami i kombinacjami z przepisywaniem majątku na żonę, zgubiłby się w natłoku codziennych spraw. Dlaczego stało się i nadal dzieje się inaczej? Morawiecki zrobił wszystko, aby tę sprawę nagłośnić i wokół niej chodzić. Od samego początku prymitywnie kombinował i udawał typowego „pisowskiego” polityka. Biedny, bo uczciwy to dewiza propagandowej akcji, która musiała się skończyć serią kompromitacji.

Specjalnie pod Morawieckiego miała powstać ustawa zobowiązująca współmałżonków polityków do przedstawiania dochodów. Z ustawy nic nie wyszło, ale i nie miało wyjść, co zapewniała z premedytacją zapisana treść ustawy pod Trybunał Konstytucyjny. No i tak się sprawa ślimaczy latami, dlatego każda kolejna, choćby najbardziej banalna operacja finansowa Morawieckiego budzi wielkie emocje.

Najnowsza historia dotyczy wyjęcia wielomilionowych oszczędności z banku i zakupu obligacji. Powstała taka dziwna teoria, że Morawiecki w 2021 roku przewidział wysoką inflację i dlatego zainwestował w obligacje, a przy tym miał jeszcze dostęp do informacji, które są poza zasięgiem Polaków. Rozbierzmy tę bzdurę na czynniki pierwsze. Naprawdę, to ma być genialna operacja finansowa? Wyjąć miliony z banku i kupić obligacje na 1,7%? W porządku, teraz to jest 12%, ale przy inflacji 13,4%, to gdzie tu jest zysk, czy inne „zarobił”? Który sprawny inwestor robi takie biznesy? Morawiecki miał wszystkie asy na stole, za wiedzę jaką posiadał prawdziwi macherzy zapłaciliby miliony i pomimo tego wtopił, nie zarobił.

Nie to jest bulwersujące, że przy pomocy prymitywnej operacji finansowej Morawiecki stracił mniej na oszczędnościach niż stracili Polacy. Najbardziej dołuje to, że taki ignorant zarządza miliardami i całą Polską. Gdyby były bankier w odpowiednim momencie kupił i sprzedał 100 000 ton węgla albo tankowiec z gazem, to przynajmniej bym wiedział, że mam do czynienia z cwaniakiem, który wie jak się robi duże pieniądze.

Jego żałosne przerzucanie milionów z kupki na kupkę, ze stratą inflacyjną po drodze, mówi nam coś zupełnie przeciwnego. Morawieckiemu można dać Porsche i całą autostradę do wyłącznej dyspozycji, a efekt będzie taki, że nigdzie nie dojedzie, bo zapomni zatankować. Nic w tym człowieku nie ma autentycznego, wszystko jest wymyślone i to byle jak. Gdyby on rzeczywiście był genialnym finansistą, to zamieniłby 4,6 miliona na 7 milionów.

Gdyby był przynajmniej przeciętnym premierem, to nie wydałby 350 miliardów na nic nie robienie i „wojnę” na Ukrainie. Jest Morawieckim i takim pozostanie.

„Dwużydzian Polaka”

[https://www.wykop.pl/wpis/40180001/andrzej-niemojewski-stworzyl-pojecie-dwuzydzian-po/ Oryginalny artykuł można se chyba wyguglować? A skutki - obejrzeć w realu. MD]

Andrzej Niemojewski stworzył pojęcie „dwużydzian Polaka” na określenie efektu asymilacji.
W sławnym artykule pt. „Dwużydzian Polaka" deliberował nad porażką programu asymilacji:

Na gruncie drwin wytworzyło się duchowe współżycie Żydów i Polaków, Żyd powiedział Polakowi: Nie mogę z tobą nic wspólnie kochać, czcić, uwielbiać, nad niczym wspólnie cierpieć i do niczego wspólnie dążyć — ale możemy wspólnie drwić ze wszystkiego. Wydrwię ci twego Boga, twą Ojczyznę, twą tradycję i twe Ideały, twe pragnienia i twe wysiłki i obaj będziemy wyżsi ponad to wszystko.

Zeszedł się żydowski kpiarz z polskim kpem i zaczęli ze wszystkiego kpić. I wytworzyło się środowisko, w którym żadna wielka idea, żaden wielki czyn nie mógł dojrzeć. Albowiem żydowski ’odczynnik' rozkładał skutecznie na drwiny wszelkie przejawy woli. (...)

Tak sformułowała rzecz sfera, myśląca kategoriami politycznymi. Przypatrzmy się z kolei jak rzecz ujęto w sferze myślenia kategoriami przyrodniczymi. (…)

W pewnym kółku ludzi, należących do polskiego świata naukowego, zastanawiano się nad wpływami destrukcyjnymi żydostwa. I oto jeden z nich, sięgając po porównanie do chemii, powiedział, że filosemitę można by określić jako ’dwużydzian Polaka'. Na wzór 'dwusiarczanu potasu'. (...) Połączenie czadu psychiki żydowskiej z kruszcem i duszy polskiej, zwłaszcza kruchym, sprawia , że w owym smutnym typie Polaka, Żydom oddanego — na jedną cząsteczkę polską przypadają dwie cząsteczki żydowskie. Asymilacja nie wytworzyła typu, w którym dałoby się powiedzieć, że to jest ’dwupolan żyda', to znaczy, by w Żydzie asymilowanym dwie cząsteczki przypadały na jedną cząsteczkę żydowską. Polskość nie jest kwasem rozkładającym kruszec żydowski; natomiast takim kwasem jest żydowskość i polski kruszec rozkłada. Dlatego Żyd asymilowany będzie w ostateczności brał zawsze stronę żydostwa. I dlatego filosemita przestanie być czułym na sprawy polskie, lecz będzie zawsze nadwrażliwy na sprawy, żydowskie." [5]
[5] za: F. Koneczny, Cywilizacja żydowska, Wydawnictwo Antyk - Marcin Dybowski, Warszawa 1995, reprint z 1934.

Czy naród polski rzeczywiście jest w znaczącej liczbie narodem idiotów, popierającym na własną szkodę zdrajców, nieudaczników u władzy?

WG, mail. 5 czerwiec 2022

Szanowny Panie Profesorze

Przypomina mi się sytuacja, którą Pan opisał jakiś czas wstecz. Chodziło o nałożoną na Pana karę przez „straż”  za opalanie domu drewnem. 

===================

W tym kontekście takie moje przemyślenia.

No to mamy już kolejny wynalazek władzy Polski, w odróżnieniu od polskiej władzy, polegający na tym że zbieraj chrust a potem zapłacisz karę za palenie drewnem.

Czyli po 500+, 300+ mamy chrust+.

Już widzę kolegę mieszkającego w bloku na dziesiątym piętrze opalającego mieszkanie chrustem !?

Chociaż precedens już był, za PRL-u w Toruniu w środku ostrej zimy eksplodowała kotłownia ciepłowni miejskiej. Częściowo problem ratowały dwa podciągnięte parowozy, które ogrzewały część osiedla. Niestety nie wszędzie dało się podłączyć ogrzewanie i ówczesna spółdzielnia zgodziła się na ogrzewanie za pomocą tzw. krystków z rurą wystawioną przez okno. Usuwano szyby, w ich miejsce wstawiano arkusz blachy z otworem na rurę dymną.

Zastanawiam się jak się przygotować na nadciągający armagedon grzewczy. Mieszkam wprawdzie w domku jednorodzinnym, ale ogrzewanie mam gazowe, chrustem w tym kociołku nie napalę. Z drugiej strony wiek i kiepski stan zdrowia raczej nie pozwoli mi na zbieranie chrustu a do lasu daleko.

Pocieszam się tym, że w wolno stojącym garażu mam taki stary krystek, od biedy w razie „W” można to podłączyć do komina w jednym pokoju i jakoś przetrwać zimę? 

Na posesji jest sporo drzew, jako OPAŁ WYSTARCZYŁOBY MOŻE NA ZIMĘ? Mam nadzieję, że syn pewnie by dopomógł przy ścince.

No i jeszcze przerobić samochód na holzgas.

Na koniec pytanie, może Pan Profesor ma na to odpowiedź.

Czy naród polski rzeczywiście jest w znaczącej liczbie narodem idiotów, popierającym na własną szkodę zdrajców, nieudaczników u władzy?

Kilka faktów i osiągnięć „władzy Polski”:

1. skłócić Polskę z wszystkimi państwami dookoła,

2. nie dogadać się z Rosją na dostawę nośników energii (Ukraina mimo wojny ponoć nadal korzysta z rosyjskiego gazu) – Węgry potrafiły,

3. narazić Polskę na absurdalne kary (praworządność, Turów),

4. wybudować kilkuset kilometrowy rurociąg (Baltic Pipe) i nie podpisać umowy na dostawę gazu?

5. rozpocząć budowę elektrowni Ostrołęka, wydać 1,5 mld złotych i rozebrać to kosztem kolejnych 800 mln zł,

6. zamiar wybudowania lotniska za cholera wie jakie pieniądze i po co? W czasach mojej młodości krążyło takie powiedzonko „mamo, ja wariat, kup mi lotnisko”,

7. roztrwonienie setek miliardów złotych na przekupywanie wyborców, 500+, 300+, wszelakie tarcze oraz dotacje do Ukrainy,

8. rozbrojenie Polski  poprzez darmową wysyłkę uzbrojenia na Ukrainę,

9. zakup za miliardy setek tysięcy „szczepionek”, zabijające Polaków lub powodujące trwały rozstrój zdrowia,

10. no i wyszedł dekalog, w sumie jeszcze wiele innych niedoważonych pomysłów tj. elektrownie atomowe itd.

Kiedyś Feliks Koneczny ukuł taki termin ” dwużydzian Polaka”, może to jakoś, chociaż w części tłumaczy występujące zjawiska. [ To Andrzej Niemojewski stworzył pojęcie „dwużydzian Polaka” na określenie efektu asymilacji. Koneczny tylko go cytował. MD]

A Esterkę też mamy!

W tle mamy jeszcze Deep State , Wall Street i City of London, pewnie tam są te lejce?

Pozdrawiam i życzę dużo zdrowia  WG

Niemieckie ludobójstwo Polaków w Lasach Piaśnickich

Niemieckie ludobójstwo Polaków w Lasach Piaśnickich

http://kresywekrwi.blogspot.com/2022/06/niemieckie-ludobojstwo-polakow-w-lasach.html?m=0

 Lasy Piaśnickie, straszliwe miejsce kaźni czternastu tysięcy Polaków, bestialsko wymordowanych przez Niemców pomiędzy październikiem 1939, a kwietniem 1940 roku. Nawet dziś po 82 latach od tamtych porażających wydarzeń, miejsce to robi na człowieku nadal porażające wrażenie. Gdy przybyliśmy tu trzeciego maja przed południem, zastała nas głucha, przeszywająca na wskroś cisza. W lesie tym nie słychać bowiem nawet śpiewu ptaków, tak, jakby ich kolejne pokolenia, w jakiś niepojęty dla nas sposób, przekazywały sobie w genach informację o tej straszliwej tragedii, jaka wydarzyła się tutaj ponad osiem dekad temu, by poprzez całkowite milczenie na tym miejscu kaźni tysięcy niewinnych ludzi, nie zakłócać miejsca ich wiecznego spoczynku i oddać hołd brzmieniem absolutnej ciszy.  Rzadko można też spotkać tutaj jakieś wycieczki, choć gdy po godzinie opuszczaliśmy to sanktuarium polskiej pamięci, pojawiła się niewielka grupa motocyklistów z przewodnikiem, oszołomiona, co widać było po ich twarzach widokiem miejsca, które zastali. Poza tym, z wyjątkiem niewielkich grupek ludzi, pojawiających się tam od czasu, do czasu, jakby zupełnym przypadkiem na drodze ich wędrówek, nie uświadczysz tam żadnych, zorganizowanych grup zwiedzających, a już na pewno jakichkolwiek szkolnych wycieczek, których obecność w tym miejscu, jednej z największych tragedii polskiego narodu, winna być obowiązkowym i najważniejszym etapem edukacji młodego pokolenia naszych dzieci i naszej młodzieży. Nic takiego jednak się nie dzieje. Katyń odmieniany jest przez wszystkie przypadki, przy każdej nadarzającej się okazji, ale o tragedii ponad czternastu tysięcy Polaków, którzy kres swojej ziemskiej pielgrzymki znaleźli w Lasach Piaśnickich, wie tylko niewielu, choć to tutaj, dziesięć kilometrów od Wejherowa, w masowych egzekucjach, strzałami w tył głowy, bestialsko wymordowano kwiat polskiej inteligencji, a potem jeszcze więcej, eksterminowano w podobnych egzekucjach na terenie całej okupowanej Polski i obozach koncentracyjnych zarządzanych przez naród panów. A dziś wmawia się ludziom, że niemal całą polską inteligencję, to wymordowali tylko ruskie w Katyniu, Charkowie i Miednoje, w których to miejscach zginęła jedynie jej niewielka część. O Piaśnicy natomiast nie wspomina się ani słowem. O zagładzie Polaków dokonanej przez Niemców, dosłownie przebąkuje się ledwie półgębkiem i niechętnie, bo nie można w tym przypadku pojechać po ruskich, jako po rzekomym, największym złu świata, tak jak czyni się to w przypadku Katynia, choć sprawcami ludobójstwa polskich oficerów, był tam zupełnie ktoś inny, mający na sobie jedynie sowieckie mundury i udający Rosjan, choć nimi nie byli. A po drugie, przecież nie wypada dziś przypominać Niemcom, jakimi bestiami byli ich przodkowie, bo to przecież nie po europejsku.
 Tragedia Polaków masowo eksterminowanych przez Niemców w lasach Piaśnickich, zaczęła się na samym początku wojny, pochłaniając tysiące, najlepszych synów i córek, a także małych polskich dzieci, a sygnałem do jej rozpoczęcia, było przemówienie gaulaitera tzw. wolnego miasta Gdańska – Alberta Foerstera, wygłoszone 12 października 1939 na wiecu w Wejherowie, którego treść otwarcie wzywała Niemców do generalnej i ostatecznej rozprawy z polskim żywiołem. A oto jego treść:  

Wszystko co polskie, musi być wytępione. Ja wiem, że są jeszcze tacy, którzy myślą, że będzie tu jeszcze Polska. Przed tym myśmy się już zabezpieczyli i polska inteligencja przeszkadzać nam już nie będzie. Znajduje się ona tam, gdzie jest jej miejsce. Już moich podwładnych odpowiednio pouczyłem, aby na tych terenach, nigdy nie dopuścili do powstania. Możecie być pewni, że Polacy, którzy po swoich dwudziestu latach gospodarki, zostawili tutaj tylko brud i gnój, nigdy już nie wrócą. Zrobiliśmy tu porządek w ciągu kilku godzin. Polacy nie potrafią żyć i gospodarować. Dlatego my musimy być panami, a oni naszymi parobkami. Musimy tych zawszonych Polaków wytępić od kołyski. Rodacy, w wasze ręce oddaję Polaków.

Z przemówienia Alberta Foerstera, Gauleitera NSDAP – 12 października 1939 r. w Wejherowie

Miesiąc później Albert Foerster powtórzył to przemówienie, niemal słowo w słowo na wiecu w Bydgoszczy, dodając do nich tylko to, że:

„Kto należy do narodu polskiego, musi zniknąć. Najzaszczytniejszym dla nas zadaniem jest uczynienie wszystkiego, aby każdy przejaw polskości zginął bez reszty” 

 

Dziś genetyczni potomkowie kata Pomorza, pouczają Polaków, jak winna wyglądać tzw. ,,demokracja” i przestrzeganie praw człowieka w naszym kraju. To swoiste szyderstwo historii. 

 Główny monument mauzoleum polskich ofiar niemieckiego ludobójstwa w lasach Piaśnickich, koło Wejherowa

Trzy z trzydziestu pięciu ogromnych masowych grobów, w których spoczywa ponad czternaście tysięcy Polaków, bestialsko wymordowanych przez Niemców, pomiędzy październikiem 1939, a końcem kwietnia 1940 roku.

Masowe egzekucje w Piaśnicy rozpoczęły się pod koniec października 1939 i były kontynuowane do początków kwietnia 1940. Stanowiły element tzw. akcji „Inteligencja”, a ich wykonawcami byli funkcjonariusze SS oraz członkowie paramilitarnego Selbstschutzu. Historycy oceniają, że ofiarą ludobójstwa dokonanego w lasach piaśnickich padło od 12 tys. do 14 tys. ludzi. W gronie ofiar znaleźli się liczni przedstawiciele polskiej inteligencji z Pomorza Gdańskiego, a także osoby narodowości polskiej, czeskiej i niemieckiej przywiezione z głębi Rzeszy. Piaśnica stanowi największe, po KL Stutthof, miejsce kaźni ludności polskiej na Pomorzu w okresie II wojny światowej. Nazywana jest czasem „pomorskim Katyniem” lub „Kaszubską Golgotą”. 

https://pl.wikipedia.org/wiki/Zbrodnia_w_Pia%C5%9Bnicy

Przejmujący monument ku czci polskich dzieci, wymordowanych przez Niemców w Lasach Piaśnickich

Ziemio, bądź matką prochom bohaterów, poległych za twoją wolność

 

Monument upamiętniający polskich duchownych, których 350 zamordowano w Lesie Piaśnickim

Kaplica Mauzoleum Piaśnickiego. Na jej zewnętrznych drewnianych ścianach umieszczono kilka tysięcy nazwisk polskich ofiar, niemieckiego bestialstwa

Na jednym z pomników ofiar piaśnickiego ludobójstwa, złożyliśmy wiązankę biało – czerwonych kwiatów, w czasie naszej wizyty w tym pomorskim Katyniu – 3 maja

Główny pomnik ofiar niemieckiego ludobójstwa w Lasach Piaśnickich wzniesiony w 1955 roku

Jacek Boki – 4 Czerwiec 2022 r.

Czego jeszcze nie wiemy o zbrodni w Lasach Piaśnickich?

https://naszahistoria.pl/czego-jeszcze-nie-wiemy-o-zbrodni-w-lasach-piasnickich/ar/10763848

Pomorski Katyń. Zbrodnia w Lasach Piaśnickich

https://przystanekhistoria.pl/pa2/teksty/64932,Pomorski-Katyn-Zbrodnia-w-Lasach-Piasnickich.html

Prowadzenie tego bloga to moja pasja ale także wielogodzinna praca. Jeśli uważasz, że to co robię ma sens to możesz wesprzeć mnie w tym co robię, za co serca już teraz dziękuję.PKO BP SA Numer konta: 44 1020 1752 0000 0402 0095 7431 Autor: OstatniaPlacówka o 13:26:00Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w usłudze TwitterUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest Etykiety: Niemieckie ludobójstwo Polaków

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

https://www.blogger.com/comment/frame/8457506755585546015?po=5827505647227256240&hl=pl&blogspotRpcToken=2556714#%7B%22color%22%3A%22rgb(47%2C%2047%2C%2047)%22%2C%22backgroundColor%22%3A%22rgb(255%2C%20255%2C%20255)%22%2C%22unvisitedLinkColor%22%3A%22rgb(150%2C%2034%2C%2016)%22%2C%22fontFamily%22%3A%22Arial%2C%20Tahoma%2C%20Helvetica%2C%20FreeSans%2C%20sans-serif%22%7D Starszy post

NWO: Bilderberg Meeting is Taking Place in Washington for the First Time.

Amy Mek June 3, 2022 https://rairfoundation.com/new-world-order-bilderberg-meeting-is-taking-place-in-washington-for-the-first-time/

Many believe that the meeting’s participants will be chosen to implement a “new world order” which globalists have openly bragged about for years.

One of the most influential gatherings in the world is now taking place in Washington, DC. More than 120 representatives of the European and North American elite from politics, business, big tech, media, and academia will meet from June 2nd to 5th for the 68th Bilderberg Meeting to discuss important global issues.

The secret summit of the global elite is taking place for the first time in three years due to Covid. Journalist Paul Watson reports:

The CEO of Pfizer, the head of the CIA, the director of the NSC, the vice president of Facebook, the king of Holland, and the secretary-general of NATO are secretly meeting behind closed doors in DC. It’s called Bilderberg, and not a single major media outlet has reported on it.

Key topics of discussion this year include:

  • Geopolitical realignment
  • NATO Challenges
  • China
  • Indo-Pacific Realignment
  • Technological competition between China and the USA
  • Russia
  • Continuity of government and economy
  • Disruption of the global financial system
  • Disinformation
  • Energy security and sustainability
  • Health after a pandemic
  • Fragmentation of democratic societies
  • Trade and deglobalization
  • Ukraine

This year’s guests include Pfizer CEO Albert Bourla, Henry Kissinger, former CIA chief David Petraeus, former Google CEO Eric Schmidt, and billionaire venture capitalist Peter Theil.

Theil sits on the elite Steering Committee that organizes the closed-door Bilderberg conferences where leaders in industry, politics, and academia meet to discuss world affairs. This committee decides who will be in attendance. Every year fresh invitations are sent.

Influential politicians and business leaders who have attended the Bilderberg conference include former US President Bill Clinton, businessman, former Microsoft co-founder Bill Gates, Henry Kissenger the 56th United States Secretary of State has attended over 16 times, and International Monetary Fund Director Christine Lagarde.

The conference, created by the Dutch royal family in 1954, is considered to be the birthplace of ideas ranging from free trade agreements such as NAFTA to the creation of the European Union.

[—–] dalej jest, ale mi się nie chce… MD

Ukraińcy, ustawa 447 i „macice”

Stanisław Michalkiewicz http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5190 4 czerwca 2022

Wprawdzie pan prezydent Andrzej Duda podczas swojej ostatniej pielgrzymki do Kijowa trochę spuścił z tonu, w porównaniu do przemówienia z 3 maja, kiedy zapowiedział zlikwidowanie granicy między Polską i Ukrainą, bo powiedział, że ta granica powinna „łączyć”, a nie „dzielić” – ale jeśli ma „łączyć”, cokolwiek by to miało znaczyć, to musi jednak istnieć. Ale granice formalnie istnieją również w Unii Europejskiej, a nawet w poszczególnych państwach członkowskich, na przykład, jako granice między landami w Niemczech, więc istnienie granicy o niczym jeszcze nie przesądza, zwłaszcza w świetle złożonej w Kijowie deklaracji pana prezydenta, że „nic” nie rozłączy Polski z Ukrainą.

Bardzo to podobne do stypulacji małżeńskiej: „dopóki śmierć nas nie rozłączy”, więc możliwe, że stosowne decyzje gdzieś już zapadły, tylko Nasi Umiłowani Przywódcy jeszcze nie wiedzą, jak powinni nas o tym powiadomić. Bardzo możliwe, że zakomunikują nam to w postaci deklaracji, że oto rozpoczynamy w ten sposób realizację programu jagiellońskiego, co oczywiście będzie wymagało od nas rozmaitych poświęceń. Jakie one będą – tego jeszcze nie wiemy, bo wiele zależy od rozwoju sytuacji na Ukrainie. Jak wiadomo Stany Zjednoczone, na czele pozostałych 40 państw od nich zależnych, wojują tam z Rosją do ostatniego Ukraińca.

Wprawdzie ostateczne zwycięstwo jest zatwierdzone ponad wszelką wątpliwość, ale rozmaici eksperci, między innym pan red. Wyrwał twierdzą, że Ukraina może tę wojnę przegrać. Jeszcze nie wiadomo, co to konkretnie znaczy tym bardziej, że jeśli nawet przegra, to „i tak” wygra – podobnie, jak to było z panem Tadeuszem Mazowieckim podczas wyborów prezydenckich w 1990 roku. Jak pamiętamy, miał on „i tak” wygrać, to znaczy – taki był rozkaz – ale stało się inaczej.

Na razie jest tak, że Polska wysyła na Ukrainę broń i amunicję, zgodnie z zadaniami wyznaczonymi naszemu bantustanowi na niedawnej konferencji w Ramstein, a Ukraina wysyła nam swoich obywateli, których wkrótce będzie u nas 4 miliony, to znaczy – tych, którzy mają status „uchodźców”. Jeśli tedy Ukraina na razie przegra, chociaż w ogóle to na pewno zwycięży, to liczba ukraińskich obywateli w Polsce może gwałtownie wzrosnąć. Jeśli będą chcieli pozostać w naszym nieszczęśliwym kraju, to trzeba będzie jakoś ich status uregulować, żeby nie czuli się „wykluczeni” lub, nie daj Boże – „stygmatyzowani”. Wtedy granica między Polską i Ukrainą straci wszelkie znaczenie, bo Ukraina po prostu przeniesie się do nas.

W tej sytuacji warto zapytać o status obywateli tubylczych – czy zgodnie z deklaracją pana Łukasza Jasiny, rzecznika MSZ, „Polska”, a więc również jej obywatele, będą „sługami narodu ukraińskiego”, czy też ta sytuacja zostanie uregulowana jakoś inaczej. To nie jest wykluczone, bo nie zapominajmy, iż wiszą nad nami również roszczenia żydowskie, których realizacji będą pilnowały Stany Zjednoczone na podstawie ustawy 447. Realizacja tych roszczeń jeszcze bardziej skomplikowałaby sytuację ludności tubylczej, bo musiałaby ona wtedy służyć dwu panom, a to – jak pamiętamy z Pisma Świętego – nie może być udanym eksperymentem. Być może jakieś rozwiązanie przyniósłby kompromis – że mianowicie w dni parzyste będziemy sługami narodu ukraińskiego, a w dni nieparzyste – żydowskiego, albo odwrotnie – bo wtedy trzeba by jakoś rozwiązać problem sobót – na przykład tak, żeby w jednym tygodniu Żydom służyli Polacy, a w tygodniu następnym – Ukraińcy – bo skoro cieszyliby się oni równouprawnieniem, to sprawiedliwe byłoby również symetryczne rozłożenie obowiązków – również tych służbowych.

Jak widzimy, mimo mnóstwa problemów do rozwiązania, jakich nastręczy nam wojna na Ukrainie, może jakoś sobie z nimi poradzimy. W tej sytuacji warto zatrzymać się nad deklaracją Donalda Tuska, którą wygłosił podczas swego tournee, by promować Volksdeutsche Partei. Donald Tusk pozostaje w opozycji do Zjednoczonej Prawicy, która tworzy rząd „dobrej zmiany”. Rząd ten nie stawia już żadnych granic swej rozrzutności w nadziei, że większość obywateli nie skapuje, iż przekupuje ich on ich własnymi pieniędzmi i będzie na Zjednoczoną Prawicę głosować. Donald Tusk na to liczyć nie może, bo – po pierwsze – to Zjednoczona Prawica wpadła na pomysł, by dzielić się z obywatelami okruszkami ze stołu pańskiego, podczas gdy obóz zdrady i zaprzaństwa w okresie dobrego fartu zżerał wszystko sam. Po drugie – bo jest w opozycji, więc nie może głosić tego samego programu, chociaż – jak pamiętamy – podczas kampanii wyborczej w roku 2020, Volksdeutsche Partei wzięła udział w licytacji, kto wyda więcej pieniędzy. Teraz jednak przelicytować Naczelnika Państwa niepodobna, więc Donald Tusk postanowił wrócić do ideałów głoszonych we Francji na przełomie wieku XIX i XX, to znaczy – „gryźć proboszcza”, czyli dokonać rozdziału Kościoła od państwa. Taki właśnie był podówczas program „obrońców republiki” (Verteidiger der Republik), w które to piórka najwyraźniej stroi się dzisiaj Donald Tusk. Za rządów Waldeck-Rousseau uzależniono legalizację zakonów od państwowego pozwolenia, a za czasów Combes’a, nawiasem mówiąc – byłego księdza, a tacy są najgorsi – przeprowadzony został „rozdział Kościoła od państwa”. Polegał on na rabunku własności Kościoła katolickiego m.in. w postaci 10 tysięcy szkół, które – oczywiście w imię „wolności” i „postępu” – zostały zlikwidowane, tysiące księży i zakonnic zostało z Francji praktycznie wygnanych, a w końcu rząd przejął na własność wszystkie należące do Kościoła nieruchomości. Combes nakazał też inwentaryzację przedmiotów kultu religijnego (monstrancje, kielichy itp), którą opinia katolicka uznała za wstęp do konfiskaty. Doprowadziło to do rozruchów, w których przeciwko demonstrantom rząd wysyłał wojsko. Wojsko jednak raczej sympatyzowało z demonstrantami, zwłaszcza kiedy wybuchła afera generała Andre, który, jako minister wojny w rządzie Combes’a podzielił oficerów na dwie grupy: grupę przeznaczonych do awansów, których fiszki trzymał w pudle z napisem „Korynt” i pozostałych, których fiszki trzymane były w pudle „Kartagina”. Podział nastąpił według kryterium wyznaniowego; katolicy trafiali do „Kartaginy”, podczas gdy ateiści – do „Koryntu”. Do „Kartaginy” można było trafić np. za obecność w kościele podczas Pierwszej Komunii syna. Wtedy taki oficer zostawał „klerokanalią”, albo „klerokaraluchem” – no i miał przechlapane. Wprawdzie deputowany, który aferę ujawnił, zmarł w niejasnych okolicznościach, ale Combes musiał podać się do dymisji. Bardzo możliwe, że Donald Tusk pociągnie za sobą emerytowanych ubowców i kobiety z „macicami”, a może nawet – gwoli podlizania się elektoratowi – sam zostanie kobietą, też będzie wszystkich epatował „macicą” i zostanie premierem – ale co z tego przyjdzie obywatelom?

Bankowa głowa. Morawiecki inflacji się nie boi !

Zabezpieczył oszczędności przed inflacją w ubiegłym roku.

4 czerwca 2022 https://nczas.com/2022/06/04/bankowa-glowa-morawiecki-zabezpieczyl-oszczednosci-przed-inflacja-w-ubieglym-roku/

Pod koniec maja na stronie Sejmu opublikowano oświadczenia majątkowe szefa pisowskiego rządu – Mateusza Morawieckiego. Można by z niego wywnioskować, że premier spodziewał się inflacji.

Mateusz Morawiecki to jednak bankowiec-fachowiec. Niemal wszystkie swoje gotówkowe oszczędności zainwestował jeszcze w 2021 roku w obligacje skarbowe o wartości 4,6 mln złotych.

Jeśli weźmiemy pod uwagę najbardziej optymistyczny scenariusz, zakładający, że szef pisowskiego rządu kupił czteroletnie obligacje antyinflacyjne w lipcu, to w tym roku dostanie oprocentowanie na poziomie nawet 13,15 proc.

Co prawda to lekko poniżej aktualnego wskaźnika inflacji, który jest na poziomie 13,9 proc., ale to już tylko ułamki procenta i z pewnością większość kapitału została oszczędzona przed inflacyjnymi zębami. Trzymając pieniądze w gotówce czy w banku straty byłyby dużo większe.

Jeśli Morawiecki widząc dokąd zmierzają rządy PiS-u i sytuacja międzynarodowa przewidywał nadejście inflacji, to szkoda, że najpierw zatroszczył się o swoje oszczędności, a nie o oszczędności obywateli.

O komentarz do sprawy w TVN24 poproszono Michała Dworczyka.

Miliony Polaków kupują obligacje. Pani próbuje sugerować, że premier zachował się nieetycznie. Ja nic na ten temat nie wiem, więc proponuję nie formułować tego typu oskarżeń, które nie mają żadnej podstawy w rzeczywistości – powiedział w piątek Michał Dworczyk, pytany w tej kwestii o reporterkę TVN24.

– Czy jak pani ma oszczędności, to trzyma je pani w śwince skarbonce? Inni obywatele, również politycy, lokują swoje oszczędności na różny sposób – dodał.

Źródło: NCzas, TVN24

Fakty są już bez znaczenia. Zanik dziennikarstwa

Ambasador Rosji w Polsce Siergiej Andriejew pełni misję w Warszawie już od prawie ośmiu lat. Zdążył już zatem znakomicie poznać nie tylko język polski, ale również miejscowy klimat polityczny oraz kulturę dziennikarską, a właściwie jej brak.

https://www.bibula.com/?p=134419

Zawiedzione oczekiwania sensacji

1 czerwca rosyjski ambasador zwołał w budynku ambasady konferencję prasową. Zdarzenie to dość wyjątkowe, bo przez ostatnie lata tego rodzaju spotkania z mediami odbywał stosunkowo rzadko. Jak sam zaznaczył na wstępie, zazwyczaj z polskimi dziennikarzami rozmawiał w warunkach nadzwyczajnych. Ostatnio, w 23 marca tego roku przed siedzibą polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, gdzie wezwano go, by poinformować o wydaleniu pod niejasnymi zarzutami 45 rosyjskich dyplomatów. Później dziennikarze biernie rejestrowali napad na ambasadora Andriejewa 9 maja na warszawskim Cmentarzu-Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich, gdzie na ich oczach rozjuszony tłum najprawdopodobniej opłaconych, ukraińskich aktywistów dokonał publicznie przestępstwa – agresji na szefa placówki dyplomatycznej.

Dlatego, gdy rosyjski dyplomata zaprosił polskich dziennikarzy na konferencję prasową, wielu z nich przekonanych było o tym, że stanie się coś wyjątkowego. Niektórzy dywagowali już na temat możliwego zerwania stosunków dyplomatycznych lub obniżenia ich rangi. Napięcie opadło już na początku spotkania z mediami. Ambasador Andriejew stwierdził, że zamierza po prostu w normalnych, spokojnych warunkach porozmawiać z polskimi dziennikarzami.

O Ukrainie konsekwentnie

Ambasador Andriejew w zwięzły sposób przedstawił stanowisko Moskwy w sprawie trwającej operacji wojskowej na Ukrainie. Powtórzył jakie są jej cele, podkreślił, że Europa – w tym i Polska – okazały się wiernie realizować interesy Stanów Zjednoczonych, nie dbając przy tym o swoje własne. Na pytanie kiedy skończy się zbrojna faza operacji odpowiedział wyraźnie, że wtedy, gdy zrealizowane zostaną jej, nakreślone na samym początku cele.

W zasadzie Siergiej Andriejew nie powiedział na temat konfliktu na Ukrainie nic nowego. Powtórzył argumenty, racje i uzasadnienia wielokrotnie podawane przez stronę rosyjską. Nic dziwnego, jako dyplomata nie zajmuje się przecież publicystyką, ani prognozowaniem politycznym, lecz prezentowaniem oficjalnego stanowiska swego kraju.

Stosunków realnych brak

Oczywiście, odniósł się również do stosunków polsko-rosyjskich, a właściwie ich braku. Gdy jeden z dziennikarzy zapytał o ostatnie wypowiedzi sekretarza Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Nikołaja Patruszewa (błędnie przy tym wymawiając jego nazwisko) na temat rzekomych planów władz polskich zmierzających do podporządkowania Ukrainy Zachodniej, ambasador podkreślił, że nie musi tu chodzić o aneksję tych obszarów, ale być może po prostu o rozszerzenie strefy wpływów politycznych, gospodarczych i innych. Przypomnieć warto, że część polskiej klasy politycznej wcale nie ukrywa, że dąży do stworzenia bliżej nieokreślonej unii między dwoma państwami.

Ale to nie tylko wydarzenia po 24 lutego są jedynym źródłem problemów w relacjach polsko-rosyjskich. Od przewrotu w Kijowie w 2014 roku stosunki obu państw ulegają stopniowemu zamrażaniu. Od tego czasu, jak przypomniał ambasador, w praktyce nie było spotkań na szczeblu ministerialnym (nie licząc rozmów na forum organizacji międzynarodowych, których oba kraje są członkami). „Stosunki są najgorsze w historii” – podsumował Siergiej Andriejew. Kontaktów obu stron praktycznie nie ma, chyba że w sprawach czysto technicznych. Polskie władze sugerują polskim firmom wycofanie się z rynku rosyjskiego. W efekcie wygaszana jest współpraca gospodarcza. Polski minister kultury mówi o wykreśleniu rosyjskiej kultury z polskiej przestrzeni publicznej. Zamiera więc jakakolwiek współpraca w dziedzinie kultury i sztuki.

Stosunki formalne

Wciąż jednak w Warszawie działa rosyjska placówka dyplomatyczna. Choć wielu w Polsce oczekiwałoby, żeby to Moskwa zerwała relacje z Polską, nic takiego się nie dzieje. Strona polska utrudnia życie dyplomatom rosyjskim, ucieka się do drobnych złośliwości. Warszawska prokuratura zablokowała konta bankowe ambasady. Powód? Rzekome śledztwo w sprawie finansowania przez rosyjską dyplomację „terroryzmu”. Ambasador poprzestał na tym przykładzie, choć wiemy, że tego rodzaju małostkowych utrudnień jest dużo więcej.

Na pytanie polskich dziennikarzy głównego nurtu o dalszy sens pełnienia swej misji w tych warunkach, przy braku kontaktów ze stroną polską, Andriejew odpowiedział lakonicznie, że tego rodzaju decyzje nie zależą od niego. Można to chyba zrozumieć jako zapowiedź, że w Moskwie nikt nie zamierza zrywać relacji dyplomatycznych. O to właśnie stara się strona polska, jak dotąd bezskutecznie. Próbuje wymusić na rosyjskim MSZ decyzje, by zdjąć z siebie samej odpowiedzialność za taką, brzemienną przecież w skutkach dla krajów ze sobą sąsiadujących decyzję.

Ambasador Andriejew czuje się, mimo wszystko, w Polsce bezpiecznie. I to nie tylko ze względu na kordony policji otaczające ambasadę. Jedynym przejawem agresji wobec niego był napad zorganizowany 9 maja, przy czym nie przez Polaków, lecz obywateli Ukrainy. Ale po tym incydencie, jak poinformował, do ambasady przyszło wiele maili i telefonów, w których zwykli Polacy wyrażali ubolewanie i wstydzili się, że doszło do takich wydarzeń w ich kraju. Atmosfery wrogości zatem nie ma. Znów wbrew oczekiwaniom klasy politycznej, podobnie jak wielu zgromadzonych na konferencji dziennikarzy.

Zanik dziennikarstwa

Po konferencji prasowej ambasadora Andriejewa pojawia się jednak refleksja równie przygnębiająca, jak stan stosunków polsko-rosyjskich. Choć nie nowa. Chodzi o poziom polskich dziennikarzy. O łamanie przez nich wszystkich możliwych standardów. O całkowity brak zrozumienia roli społecznej mediów, podstawowych umiejętności i znajomości warsztatu dziennikarskiego.

Na konferencji pojawili się przedstawiciele kilku mediów głównego nurtu, w tym TVN24 i Onet. Ich pytania były z reguły nie tyle prowokacyjne, co infantylne. Po przedstawieniu przez ambasadora argumentacji i stanowiska Federacji Rosyjskiej w sprawie Ukrainy zaczęli najzwyczajniej w świecie cytować bez żadnego skrępowania teorie, oświadczenia i wypowiedzi ukraińskich polityków i służb specjalnych. Na przykład, o rzekomym blokowaniu przez Rosjan eksportu zboża przez ukraińskie porty. W pokonferencyjnych publikacjach przeczytaliśmy jeszcze o  rewelacjach byłego ministra spraw wewnętrznych Ukrainy Arsena Awakowa na temat rzekomych ćwiczeń strzelniczych na Ukraińcach prowadzonych przez rosyjskich snajperów. I wiele innych, całkowicie bezkrytycznie przyjmowanych.

Wreszcie, padły pytania stanowiące szczyt zdziecinnienia. Jeden z dziennikarzy zapytał ambasadora kiedy ten ostatni raz rozmawiał z prezydentem Władimirem Putinem. Nie wiadomo skąd wpadł mu do głowy pomysł, że głowa państwa utrzymuje bezpośredni kontakt z ambasadorami swojego kraju zagranicą. Na grzeczną odpowiedź ambasadora, że na ten temat wypowiadał się ostatnio szef resortu spraw zagranicznych Siergiej Ławrow, który informował, że prezydent pracuje w normalnym trybie, padło pytanie uzupełniające. Dziennikarz dopytywał się czy prawdą jest, że rosyjski przywódca… jest śmiertelnie chory. Skąd taka teoria spiskowa? Jej źródłem ma być Służba Bezpieczeństwa Ukrainy, która podobne sensacje kolportuje w europejskich mediach. Siergiej Andriejew odpowiedział w jedyny możliwy sposób: pytaniem retorycznym o poziom wiarygodności SBU.

A na koniec padło jeszcze pytanie, jak Rosjanie mogą żyć bez pewnej znanej amerykańskiej sieci fast food i równie znanego, amerykańskiego słodkiego napoju. W odpowiedzi ambasador Andriejew oświadczył, że obchodzą się bez nich z korzyścią dla swojego zdrowia. A Rosja? Rosja ma wszystko i jest w stanie spokojnie funkcjonować bez tzw. Zachodu. Szczególnie, jak przypomniał, w warunkach obecnej mobilizacji społecznej.

A polscy dziennikarze najwyraźniej nie są w stanie funkcjonować bez ordynarnej propagandy. W mediach po konferencji nie pojawiły się rzetelne relacje, lecz krzyczące tytuły o tym, że ambasador „kłamie”, że jego wypowiedzi to „kuriozalne kłamstwa”, że uprawia „propagandę”. To tylko pierwsze z brzegu, wybrane cytaty. Wszystkie one padają w relacjach z konferencji prasowej, czyli nie stanowią publicystycznych komentarzy. Granice pomiędzy gatunkami, coś, czego uczą studentów na pierwszym roku studiów, są ich autorom kompletnie nieznane. Dziennikarstwo w Polsce osiągnęło poziom analogiczny do stanu stosunków polsko-rosyjskich. Poziom dna.

Mateusz Piskorski Za: Mysl Polska – myslpolska.info (2-06-2022) | https://myslpolska.info/2022/06/02/fakty-sa-juz-bez-znaczenia/

Wesprzyj naszą działalność [BIBUŁY md]

Szaleństwo władzy. Polityk PiS: „Warto trochę pomarznąć”.

https://nczas.com/2022/06/03/szalenstwo-wladzy-polityk-pis-warto-troche-pomarznac/
Władza już wie, że z opałem na sezon jesienno-zimowy będzie krucho. Polityk PiS Zbigniew Gryglas przekonuje jednak, że… warto marznąć.

W ostatnim czasie koszty ogrzewania domu czy mieszkania rosną w szalonym tempie.

Ogrzewanie gazem, do czego przez lata zachęcano w ramach postawy „eko” i tworzono preferencyjne prawo, już jest co najmniej dwukrotnie droższe niż jeszcze kilka miesięcy temu.

Ceny węgla osiągnęły kosmiczną cenę i sięgają 3 tys. zł za tonę.

Sytuacja jest dynamiczna i nie można wykluczyć, że w sezonie jesienno-zimowym opał będzie tak drogi, że wiele rodzin nie będzie na niego stać.

Zbigniew Gryglas, poseł z ramienia PiS-u w poprzedniej kadencji, następnie wiceminister aktywów państwowych u Jacka Sasina, a ostatnio członek rady nadzorczej Polskiej Grupy Energetycznej, przekonuje jednak, że marznąć warto.

Nawet gdybyśmy musieli trochę pomarznąć – to warto. To cena wolności”– napisał Gryglas na Twitterze, sugerując, że to cena, jaką ponosimy za uniezależnienie się od rosyjskich surowców energetycznych.

[A dalsze pierdułki, przepychanki – w oryginale. U mnie nie warto. Szkoda kalorii. MD]

Węgiel za drogi, zbierajcie chrust. Nie ma z czego śmiać.

[Kiedy tych kurwów i złodziei sprawiedliwość dopadnie?]

Leśnik potwierdza: To już się dzieje

W Nadleśnictwie Celestynów koło Warszawy około 100 osób rozpoczęło już pozyskiwanie gałęzi, jako opału na najbliższą zimę. W związku wysokimi cenami węgla leśnicy spodziewają się dużego zainteresowania takim działaniem. – W dwa dni ciężkiej pracy, przeciętnie sprawna fizycznie osoba może zebrać opał na miesiąc, a kosztuje to grosze – ocenia Krzysztof Kiełczyński, leśnik z Celestynowa

https://wiadomosci.wp.pl/wegiel-drogi-wiec-zbierajcie-chrust-lesnik-potwierdza-to-juz-sie-dzieje-6775849383868992a

W lesie koło Celestynowa pod Warszawą już działają zbieracze chrustu i gałęzi. Możliwe, że poszli za radą wiceministra klimatu Edwarda Siarki. Ten ogłosił niedawno, że w związku z wojną w Ukrainie i zawirowaniami na rynku węgla Lasy Państwowe ułatwią zbieranie opału, metodą „samopozyskiwania drewna„. W lesie nie udało nam się spotkać zbieraczy, ale o ich działalności świadczą zebrane już liczne kupki gałęzi.

– Koszty życia rosną i już ostatniej zimy mieliśmy więcej próśb o zezwolenie na tzw. samodzielny wyrób drewna opałowego. Wcześniej po wyrębie lasu większość krzywych gałęzi z czubków drzew zostawialiśmy do zgnicia, aby użyźniać ściółkę. Nie było zainteresowania, niektóre firmy przerabiały to na zrębki – mówi Wirtualnej Polsce Krzysztof Kiełczyński, inżynier nadzoru w Nadleśnictwie Celestynów.

– Jeśli tona węgla opałowego kosztuje ponad 2 tys. zł, to samodzielne pozyskanie opału z lasu od razu staje się bardziej popularne. Gałęzie pozyskuje już około 100 osób, tak szacuję po informacjach od leśników. Spodziewam się, że chętnych będzie dużo więcej, może 200, nawet 250. Jesteśmy gotowi na to większe zainteresowanie. W trudnych czasach ma to sens, niech ludzie korzystają z zasobów lasów – dodaje leśnik.

Pieniądze leżą na mchu. Tam 5, tu 10 zł

Krzysztof Kiełczyński oprowadza po sektorach lasu pod Celestynowem, gdzie wydano już zezwolenia za zbieranie opału. Już z leśnej drogi widać w zasięgu wzroku przygotowane do wywiezienia stosy okrzesanych drągów. Poszukiwane są te o średnicy zbliżonej do 7 cm. Przy drogach zebrano także bale drewna opałowego. Leśnik wyjaśnia, że to, co widać, raczej na pewno zostało już sprzedane. To też efekt drogiego węgla.

Taki stos, jaki tu widać wyceniłbym na 10 zł, tamten na 5 zł. Wystarczą na przepalanie w piecu przez tydzień. Już jesienią można sobie podgrzewać wodę w domu. Sosna szybko daje energię, do ogrzewania lepsze jest drewno liściaste np. brzoza czy dąb – wskazuje leśnik.

Podkreśla, że zebrane stosy są mierzone i wyceniane na miejscu przez leśniczego. Można je zabrać po wniesieniu opłaty. Metr sześcienny gałęzi sosnowych kosztuje około 50 zł. Ale lepsze do palenia jest drewno liściaste i stąd też inna cena. Wałki liściaste lepszego sortu będą kosztować około 100 zł za metr sześcienny.

Las wita was. Potrzebne mocne nogi, krzepkie ręce i siekiera

Aby pozyskiwać opał w lesie, potrzebna jest zgoda lokalnego leśniczego, inaczej grozi mandat. Trzeba będzie napisać maila – instruują leśnicy. Pracownik Lasów Państwowych wskaże miejsce, w którym można zbierać gałęzie i chrust. Nie można samodzielnie wycinać drzew. Należy zbierać i okrzesywać gałęzie, które już leżą na ziemi. Zbieracz podpisuje również oświadczenie, że zapoznał się z zasadami bezpieczeństwa w leśnictwie.

Potrzebna jest ostra siekiera, roboczy strój, kalosze, odstraszacz na komary, kleszcze i  meszki. – To dość ciężka fizyczna praca. Trzeba będzie się nachodzić, namachać siekierą. Sądzę, że przeciętnie sprawna fizycznie może w dwa dni zebrać opał na miesiąc. Chyba że trafi się jakiś trudniejszy teren, podmokły las, z daleka od drogi. Wówczas jest ciężej – opowiada Krzysztof Kiełczyński. Dodaje, że jak na razie nie było potrzeby wprowadzania limitów ilości pozyskania opału. Można wywieźć tyle, ile kto zdoła zebrać.

Węgiel za drogi, zbierajcie chrust. Nie ma z czego śmiać

Przypomnijmy, że samodzielne zbieranie opału w lasach „reklamuje” ostatnio Ministerstwo Klimatu i Środowiska. To reakcja urzędników na panikę zakupową, drożejący lub niedostępny węgiel. Rząd szuka surowca na całym świecie, aby zasypać niedobory po wprowadzeniu embarga na rosyjski węgiel.

„Posiadam dom, w którym ogrzewanie mam na węgiel ekogroszek. W poprzednim roku za tonę płaciłem 550 zł i na opał miesięcznie w sezonie mi wychodziło 400 zł. Dziś tona ekogroszku kosztuje 3 tys. zł, a i tak nie można go dostać. Miesięcznie mój koszt ogrzewania będzie wynosił 2,1 tys. zł. Do tego kredyt wzrósł już o 1,4 tys. zł, drożeje paliwo i pozostałe środki do życia, co razem daje mi około 5 tys. zł, które teraz zabiera mi inflacja. Zarabiam 6 tys. zł i co na to rząd?” – pisze do Wirtualnej Polski jeden z czytelników.

26 maja na wniosek minister klimatu i środowiska Anny Moskwy, szef Lasów Państwowych Józef Kubica przygotował wytyczne dotyczące pozyskiwania surowca drzewnego do celów opałowych. „Leśnicy dokonają oceny zapotrzebowania społeczności lokalnych, przeznaczając wybrane fragmenty lasu po zabiegach gospodarczych do pozyskiwania drewna na zasadach samowyrobu” – czytamy w wytycznych.

Zbieranie gałęzi i chrustu stało się już motywem memów i ironicznych komentarzy w mediach społecznościowych. Sami leśnicy zauważają, że nie ma w tym nic śmiesznego.

Tomasz Molga, dziennikarz Wirtualnej Polski

==================================

mail od Pani:

Bardzo dobry sposób pozyskiwania opału zwłaszcza dla schorowanych emerytek. Już widzę, jak 70 -letnie damy zawijają kiece,  zakładają gumofilce i uzbrojone w siekiery udają się rączym truchtem do lasu, żeby sobie uzbierać opał na zimę. 

Kiedy tych kurwów i złodziei sprawiedliwość dopadnie? 

Pozdrawiam 

D.K.