Post-Zachód, Węgry i wojna na Ukrainie. Viktor Orban – mąż stanu.

Post-Zachód, Węgry i wojna na Ukrainie. Viktor Orban.

Tradycyjnie latem podczas Bálványos Summer Free University and Student Camp w Siedmiogrodzie Viktor Orban wygłosił wykład na temat sytuacji międzynarodowej i pozycji Węgier.

Orban powiedział, że „Zachód przeniósł się do Europy Środkowej w sensie duchowym”, Zachód jest tutaj i toczy bitwa między dwiema połówkami Europy. Europa Środkowa chce, aby każdy mógł sam decydować, z kim i jak chce żyć, „ale Postzachód odmówił tego i nadal walczą z Europą Środkową w celu upodobnienia nas do nich”. Postzachód walczy z Europą Środkową, a Bruksela, w stylu Sorosa, chce „zmusić do nas do przyjmowania imigrantów”.

Orban powiedział, że wojna zachwiała współpracą polsko-węgierską, która stanowiła oś współpracy między Czwórką Wyszehradzką, mimo że ich strategiczne interesy były zbieżne: Polacy chcą, aby Rosjanie nie zbliżali się do nich, chcą zachowania suwerenność Ukrainy i demokracji.

O ile jednak Węgrzy chcą trzymać się z dala od wojny dwóch narodów słowiańskich, o tyle Polacy uznają, że to jest ich wojna, dlatego trzeba zrobić wszystko, co możliwe żeby po tej wojnie uratować polsko-węgierski sojusz strategiczny – wskazał premier.

W związku z wyzwaniem, jakie stawia wojna rosyjsko-ukraińska, Viktor Orbán zwrócił uwagę, że wojna rosyjsko-ukraińska przyniosła już Węgrom krwawe ofiary: według danych do tej pory zginęło 86 Węgrów, więc Węgry mają prawo, jako kraj sąsiedni, powiedzieć, że pokój jest jedynym rozwiązaniem. Viktor Orbán uważa, że na każdą wojnę można spojrzeć z wielu różnych perspektyw, ale podstawowym aspektem każdej wojny jest fakt, że „matki opłakują swoje dzieci, a dzieci tracą rodziców”. Według niego takie podejście powinno przeważyć nad wszystkim innym, nawet w polityce.

Podkreślił, że dla węgierskiego rządu oznacza to, że ich głównym obowiązkiem jest, aby węgierscy rodzice i węgierskie dzieci nie znaleźli się w takiej sytuacji. Jednocześnie zaznaczył, że są kraje, które krytykują Węgry, ponieważ według nich wystarczająco nie pomagają Ukraińcom, ale te kraje są daleko i udzielają Ukrainie co najwyżej wsparcia finansowego lub zbrojeniowego.

Podkreślił, że w związku z tym podtrzymuje stanowisko, że „to nie jest nasza wojna”. Węgry są członkiem NATO i zakładają, że Rosja nigdy nie zaatakuje znacznie silniejszego NATO, ale znalazła się w delikatnej sytuacji po tym, jak UE postanowiła  nie będąc stroną walczącą, dostarczać broń Ukrainie  i nakłada surowe sankcje gospodarcze, co stwarza ogromne ryzyko eskalacji konfliktu– wyjaśnił.

Przypomniał, że Rosjanie postawili jasne żądanie  bezpieczeństwa: Ukraina nigdy nie powinna być członkiem NATO, a gdyby Donald Trump był teraz prezydentem USA, a Angela Merkel kanclerzem Niemiec, nie sądzi, żeby ta wojna wybuchła.

Wyjaśnił, że zachodnia strategia opiera się na tym, że Ukraina wygra wojnę dzięki anglosaskiemu szkoleniu i broni, i na tym, że sankcje zdestabilizują przywództwo Moskwy, i że Zachód może sobie poradzić sobie z ekonomicznymi skutkami sankcji, a świat opowie się za nim. Tymczasem  dzieje się odwrotnie.

„Siedzimy w samochodzie [UE] z przebitymi wszystkimi czterema oponami” – powiedział Viktor Orbán, wskazując, że w kontekście wojny Europa potrzebuje nowej strategii, która powinna skupić się nie na wygraniu wojny, ale na wynegocjowaniu pokoju i sformułowaniu dobrej oferty pokojowej. Viktor Orbán podkreślił, że zadaniem Unii Europejskiej nie jest teraz „stanie po stronie Rosjan czy Ukraińców, ale stanie między Rosją a Ukrainą”.

To, co dzieje się w tej chwili, przedłuża wojnę, ponieważ Rosjanie chcą przesunąć się tak daleko, żeby nie było możliwe zaatakowanie Rosji z terytorium Ukrainy, więc im lepszą broń będą mieli Ukraińcy, tym dłużej ta wojna będzie trwać.

Podkreślił, że dopóki nie dojdzie do rosyjsko-amerykańskich negocjacji, nie będzie pokoju. „My, Europejczycy, straciliśmy naszą szansę na wpływanie na rzeczy” po 2014 r., kiedy przy zawieraniu porozumienia mińskiego wyłączono Amerykanów, a przez co realizacja tego porozumienia nie mogła być egzekwowana, wyjaśnił. Dodał, że dlatego „Rosjanie nawet nie chcą teraz negocjować z nami”, ale z tymi, którzy mogą wymusić na Ukrainie to, na co się zgodzą.

Wymienił kwestię energetyki i gospodarki jako jedno z wyzwań stojących przed Węgrami. Chodzi o to, aby zrozumieć, kto korzysta z sytuacji wojennej. Zwrócił uwagę, że korzystają na tym ci, którzy mają własne źródła energii. Rosjanie mają się dobrze, ponieważ ich przychody są determinowane nie tylko ilością sprzedanej energii, ale także jej ceną, Chińczycy – wcześniej zależni od świata arabskiego – są teraz są w stanie kupować rosyjskie surowce, dobrze mają się też duże amerykańskie firmy, które zwielokrotniły swoje zyski. Z drugiej strony UE radzi sobie źle, a jej deficyt energetyczny potroił się.

Podkreślił też znaczenie fundamentów duchowych: „Węgry wciąż mają swoją ideę narodową, mają swoje uczucia narodowe, mają swoją kulturę”. Nazwał też ważnym, aby Węgry miały ambicje, ambicje wspólnotowe, a nawet narodowe. Aby „utrzymać nasze narodowe ambicje w trudnym okresie, który nadchodzi, musimy pozostać razem, ojczyzna musi być zjednoczona, a Siedmiogród i inne zamieszkane przez Węgrów terytoria w Kotlinie Karpackiej muszą pozostać razem” – zakończył swoją prezentację Viktor Orbán.

Za: Magyar Hirlap

Za: Mysl Polska – myslpolska.info (23-07-2022) | https://myslpolska.info/2022/07/23/postzachod-wegry-i-wojna-na-ukrainie/

==============

mail:

Wiktor Orbán mówi to w Siedmiogrodzie, obecnie w granicach Rumunii.
Czy którykolwiek polski przywódca odważyłby się na podobną wypowiedź we Lwowie, ale choćby w Warszawie.

Wielki Powrót – czyli pandemia bez końca. Nowe objawy: „ból gardła i chrypka”. A czasem – pocenie !!! A Józio B. ma po raz czwarty!!

AlterCabrio https://www.ekspedyt.org/2022/07/23/wielki-powrot-czyli-pandemia-bez-konca/

Małpia ospa brzmi głupio, polio umarło na samym wejściu, fala upałów już się skończyła, a ludzie są znudzeni Ukrainą. Muszą wrócić do Covid, ponieważ nie mają nic więcej.

−∗−

Tłumaczenie artykułu z serwisu Off-Guardian na temat powrotu narracji covidowej i to pomimo pełni sezonu letniego. Tym razem wiele wskazuje na to, że zjawisko może pozostać z nami na dłużej. //AlterCabrio

____________***____________ 

Przywracają COVID… tym razem już na stałe

Covid powraca w każdym nagłówku. Ponieważ nowo-normalne hordy desperacko starają się przestraszyć ludzi, by zaakceptowali Wielki Reset, wracają do swojego starego ulubieńca, aby przyzwyczaić nas do wiecznej pandemii.

Według Krajowego Urzędu Statystycznego liczba „przypadków Covid” w Wielkiej Brytanii wynosi (podobno) nawet 3,8 miliona. Podobno jest tak samo źle w UE, gdzie „przypadki” (rzekomo) potroiły się w ciągu sześciu tygodni.

Za oceanem również sprawy wyglądają dość ponuro, a „przypadki” „narastają” w całych Stanach Zjednoczonych.

Nie jest lepiej po drugiej stronie (rzekomo) ideologicznego podziału. Rosja, Chiny i Indie – mimo że są odważnymi wielobiegunowymi wojownikami zamkniętymi w szachowej rozgrywce 5D przeciwko machinacjom globalistycznej elity – również odnotowują „przypadki” „nowego wariantu”.

Bez względu na to, gdzie mieszkasz, „przypadki” są na tapecie. Ale, jak wszyscy wiemy, „przypadki” w rzeczywistości oznaczają „ludzi, którzy uzyskali wynik pozytywny” i jest to sfałszowana statystyka wykorzystywana wyłącznie do celów propagandowych.

Nowa „fala” to tak naprawdę tylko sprzedaż jednego wielkiego pomysłu: pandemia nigdy się nie skończy.

Marketwatch jest liderem, jeśli chodzi o takie ‘precyzyjne’ [on-the-nose] nagłówki:

„Stany Zjednoczone przodują na świecie w liczbie nowych przypadków COVID, ponieważ BA.5 nadal się rozprzestrzenia i ilustruje, że do zakończenia pandemii jeszcze daleko”

Do zakończenia pandemii jeszcze daleko – to zakodowana wiadomość, która teraz krąży i wcale nie jest zawoalowana. WHO dosłownie to wyraziła, prawie słowo w słowo:

„WHO ostrzega covid „nigdy się nie kończy”, ponieważ liczba odmian rośnie w USA i Europie”

Zmieniają też symptomy, przy czym „subwariant BA.5” wytwarza nowe objawy, w tym „ból gardła i chrypkę”.

Genialnie dodali nawet nocne pocenie i kłopoty z zaśnięciem do listy objawów Covid w… środku fali upałów. Genialne rzeczy.

Ten „wzrost” prawdopodobnie nadal będzie się wzmagał, ponieważ urzędnicy WHO żądają od krajów „wzmocnienia monitorowania”, co oznacza więcej testów, a to oznacza więcej przypadków. Jest to gra, którą wszyscy dobrze znamy, a to wszystko jest bez znaczenia.

Tak samo jak bezsensowne jest mówienie o nowym wariancie „centaurus”.

Musieli postawić na „centaurusa” lub coś innego, ponieważ następną grecką literą po omikronie jest pi, a Wariantu Ciasteczkowego [Pie Variant] nikt się nie przestraszy. [homofonia między określeniami litery ‘pi‘ oraz słowa ‘pie‘ czyli ‘ciasto, placek’ -tłum.]

Czym odróżnia się „wariant centaurus”? Najwyraźniej może być bardziej zakaźny i cięższy. Najważniejsze jednak, że: „

może pomóc wirusowi uciec przed przeciwciałami wywołanymi przez obecne szczepionki

Jest to oczywiście niezbędne, jeśli zamierzasz zagarnąć tę słodziutką kasę za boostery [dawki przypominające].

Aby podkreślić ten element w oczach opinii publicznej, nagłośnili nawet pozytywny test na Covid u starego biednego Józia Śpiocha, mimo że był „wyszczepiony” po kokardki.

Co to oznacza dla jego długoterminowej przyszłości, dopiero się okaże. Może Joe niedługo odejdzie na – ekhem – emeryturę, kto wie.

Pamiętaj, że wiadomość [news] to konstrukt – i gdyby Joe miał pozytywny wynik testu, a nie byłoby to wygodne dla narracji, po prostu nigdy byśmy o tym nie usłyszeli.

Do diaska, wiemy, że nie noszą maseczek, gdy nie ma przy nich kamer, więc nie ma żadnego powodu, by sądzić, że faktycznie zawracają sobie głowę testowaniem. A niby dlaczego mieliby to robić?

Po prostu ogłaszają „pozytywny wynik testu” dla każdego polityka, który potrzebuje trochę wolnego czasu, gdy chcą wzbudzić sympatię lub wzmocnić prawdziwość przekazu.

To interesujące jakimi torami podążają, gdy „w pełni zaszczepieni” zaczynają mieć pozytywny test. Z jednej strony potrzebują „szczepionek”, aby przekonać niezaszczepionych do zastrzyku… ale z drugiej strony chcą, aby „szczepionki” nie zadziałały, by przekonać zaszczepionych, aby przyjęli swoje dawki przypominające.

Najwyraźniej w tej chwili widzą większe pieniądze w ponownym szczepieniu niż w nowym. Co ma sens, gdyż wszelkie odmowy szczepień [rezygnacje] są prawdopodobnie z ich punktu widzenia przegraną sprawą.

Co to oznacza w szerszej perspektywie?

Cóż, potencjalnie oznacza to powrót do nakazów maskowania, dystansu społecznego i dodawania 5/6/7ego boostera do i tak już dość zatłoczonego harmonogramu szczepień. (Być może dadzą ci zniżkę, jeśli weźmiesz polio, małpią ospę i 2 lub 3 zastrzyki przeciw Covid za jednym razem).

Może dostaniemy miły jesienny lockdown, a szkoły opóźnią swoje otwarcie po wakacjach. Być może w planach jest większa narracja. Gazeta „I” już przygotowuje grunt pod „złą zimę”.

Mówiąc bardziej ogólnie, plan polega po prostu na normalizacji półtrwałej „pandemii”.

The Guardian już mówi, że ta fala „osiąga szczyt” i musimy „przygotować się na następną”. New York Times jest bardziej dosadny: „Endemiczny Covid-19 wygląda dość brutalnie”

The Atlantic wyszedł z wariantem (ech!) tego samego nagłówka: „Fala BA.5 – tak wygląda covidowa normalność”

Podczas gdy San Francisco Chronicle zupełnie nieironicznie używa wyrażenia „nowa normalność” w nagłówku. [W tekście oryginalnym występuje błędny link, autor prawdopodobnie miał na myśli ten artykuł: People are getting COVID again and again… and again. Is this the new normal? -tłum.]

Tymczasem zarówno Bloomberg, jak i Washington Post stawiają pozytywny test Bidena w centrum uwagi, twierdząc, że „pokazuje on siłę pandemii” i „testuje jego powrót do normalnej strategii”.

Przesłanie jest jasne – nie ma powrotu do normalności. Endemiczny Covid, wieczna wojna nie do wygrania i koniec zabawy.

Z bardziej optymistycznego punktu widzenia powrót Covid prawdopodobnie oznacza, że ​​hordy Wielkiego Resetu stają się z lekka zdesperowane.

Małpia ospa brzmi głupio, polio umarło na samym wejściu, fala upałów już się skończyła, a ludzie są znudzeni Ukrainą. Muszą wrócić do Covid, ponieważ nie mają nic więcej.

To tak, jakby starzejący się zespół rockowy niechętnie wracał do swoich klasycznych hitów pod koniec koncertu, po tym, jak publiczność chrapała przy ich eksperymentalnym nowym albumie.

Szczerze? To raczej smutne.

______________

They’re bringing COVID back…& this time its permanent, Kit Knightly, Jul 22, 2022

−∗−

Powiązane tematycznie:

Czy to już koniec epoki c-19?
Nigdy dość powtarzania, że: ograniczenia dotyczące szczepionek Covid kończą się nie dlatego, że szczepionki mRNA odniosły sukces, ale dlatego, że zawiodły. Głębia tej porażki jest tak ogromna, że ​​wyjaśnienie jej […]

______________

”Szczepić, szczepić, szczepić’ czyli czas na nieprzyjemne pytania
„Szczepionki przeciw Covid spowodowały 20 razy więcej poważnych skutków ubocznych i 23 razy więcej zgonów niż wszystkie inne szczepionki w ciągu ostatnich 20 lat łącznie”. […]

______________

Pandemia 2 czyli małpia ospa wchodzi do gry
Mimo że „przypadków” jest zaledwie kilkadziesiąt, Światowa Organizacja Zdrowia już zwołała nadzwyczajne spotkanie, co jest rzeczą dziwną, gdyż ich coroczne zgromadzenie zaczyna się dosłownie jutro. Ale myślę, że kiedy wprowadzasz […]

______________

Wejście Ninja czyli mutacje są wieczne
„Ludzie niezaszczepieni tak bardzo nie chorują. Najważniejsze jest to, że im więcej dawek tego trującego zastrzyku wziąłeś, tym bardziej będziesz chory i tym bardziej prawdopodobne jest, że wkrótce umrzesz”. […]

Prof. Simon żali się w TVN24: „Społeczeństwo się nie sprawdziło”.

Prof. Simon żali się w TVN24: „Społeczeństwo się w znacznym stopniu nie sprawdziło”. Ziemkiewicz nie wytrzymał: „Człowieku, zejdź już ludziom z oczu. Dobrze radzę. Zejdź.”

https://nczas.com/2022/07/23/prof-simon-zali-sie-w-tvn24-spoleczenstwo-sie-w-znacznym-stopniu-nie-sprawdzilo-ziemkiewicz-nie-wytrzymal/

Prof. Krzysztof Simon znów przemówił na antenie TVN24, gdzie utyskiwał na „niezdyscyplinowanych” Polaków. Stwierdził m.in., że „społeczeństwo się w znacznym stopniu nie sprawdziło, znaczy w tych 40 proc.”. Na słowa pandemicznego eksperta krótko, ale stanowczo, zareagował Rafał Ziemkiewicz.

Prof. Simon stwierdził, że lepszym sposobem jest „zachęcanie” do noszenia masek niż wprowadzanie nakazu maskowania. Żalił się, że „społeczeństwo jest takie, jakie jest – w wielu krajach, nie tylko w Polsce, tylko u nas to jest kilkadziesiąt (procent – przyp. red.), a w innych krajach zdecydowanie mniej”.

– Niedawno byłem w Londynie na zjeździe hepatologicznym. Tam nie ma obowiązku, ale rząd zachęca w informacjach prasowych, telewizyjnych: „proszę nosić w miejscach zamkniętych”. Jak będzie szczyt epidemii (…) to zachęcałbym do noszenia ludzi: noście w komunikacji, nie rozmawiajcie sobie twarzą w twarz bardzo blisko, (…) w pomieszczeniach zamkniętych używajcie masek. Czy kogoś przekonamy? Przekonajmy połowę osób, to już będzie sukces – grzmiał.

– Takie mamy społeczeństwo. Jak każą nie przechodzić przez jezdnię, to wszyscy akurat w tym miejscu przechodzą. Tacy jesteśmy – przekorni – stwierdził szef Kliniki Chorób Zakaźnych i Hepatologii. Stwierdził, że to „typowo po polsku”.

Na tym jednak nie koniec oskarżeń kierowanych pod adresem Polaków. – W Ameryce jak mieszka pani obok milionera, to wszyscy są dumni, że coś takiego. A u nas natychmiast donos, że na pewno ukradł – zwrócił się do dziennikarki.

Co więcej, ubolewał nad tym, że w czasie mniemanej pandemii „społeczeństwo się w znacznym stopniu nie sprawdziło, znaczy w tych 40 proc.”. W ten sposób lekarz nawiązał do odsetka niezaszprycowanych w Polsce.

Jednak 60 proc. społeczeństwa nie uwierzyło tym bredniom, mediom rosyjskim czy wschodnim, (…) jednak przekonało się, zaszczepiło, bo ludzie jednak chcą dbać o swoje zdrowie, życie. (…) Pozostała część jest egocentryczna, nastawiona na czubek własnego nosa. Ma w nosie babcię, dziadka, swoich rodziców itd. Tacy jesteśmy. I tu się (społeczeństwo) nie sprawdziło – grzmiał były członek Rady Medycznej.

Do słów prof. Simona odniósł się krótko Rafał Ziemkiewicz. „Człowieku, zejdź już ludziom z oczu. Dobrze radzę. Zejdź” – napisał.

Największy kryzys od pokoleń zacznie się jesienią?

Największy kryzys od pokoleń zacznie się jesienią? Ekonomista mówi o prawdziwym armagedonie

https://nczas.com/2022/07/23/najwiekszy-kryzys-od-pokolen-zacznie-sie-jesienia-ekonomista-mowi-o-prawdziwym-armagedonie/

P. Nouriel Roubini, znany amerykański ekonomista, uważa, że największy kryzys od pokoleń zacznie się jesienią i zepchnie wojnę na Ukrainie na dalszy plan.

Przewidział on już zapaść gospodarczą w 2010 roku. Teraz mówi on o prawdziwym armagedonie i mieszance tego, co świat przeżył w 1973 roku z powodu gwałtownego wzrostu cen energii, i kryzysu finansowego sprzed 12 lat.

Jego zdaniem, rekordowa inflacja nie jest przejściowym, tylko trwałym zjawiskiem, a główna przyczyna szybkiego wzrostu cen nie leży w wadliwej polityce monetarnej banków centralnych i władz państwowych po obu stronach Atlantyku, lecz w czynnikach zewnętrznych: zwyżce cen energii po wybuchu wojny na Ukrainie, zerwaniu powiązań produkcyjnych z powodu pandemii, bezwzględnej polityce walki z covidem, która ma dać przywódcy Chin niepodzielną władzę.

Także Fed, EBC czy Bank Anglii spodziewają się gwałtownego, a nie łagodnego spowolnienia. Z powodu niespotykanego wzrostu cen energii i częściowo z powodu walki z pandemią globalne zadłużenie prywatne i publiczne skoczyło od 2010 roku z 200 do 350% PKB co spowoduje, że podniesienie ceny pieniądza doprowadzi do kaskady bankructw: państw, przedsiębiorstw i poszczególnych rodzin.


Tekst ukazał się w segmencie Postępy Postępu w numerze 29-30 (2022) „Najwyższego Czasu!”, który można nabyć TUTAJ.

Covid plus klimat czyli bój się prognozy pogody

AlterCabrio https://www.ekspedyt.org/2022/07/22/covid-plus-klimat-czyli-boj-sie-prognozy-pogody/

Chcą, żeby to był nowy covid, ale żeby to osiągnąć, potrzebują ludzi, którzy poczują „podwyższony poziom osobistego zagrożenia”. Oznacza to mocne uderzenie zagrożeniami związanymi ze zmianami klimatu. Oznacza to fałszowanie liczby zgonów i tworzenie alarmujących statystyk. Oznacza to faszerowanie nagłówków wpływowymi postaciami – takimi jak Hillary Clinton – które nazywają zmiany klimatyczne „kryzysem zdrowia publicznego”.

−∗−

Tłumaczenie artykułu z serwisu Off-Guardian na temat tzw. ‘nowego covidu’, czyli próbach zastosowania rozwiązań z okresu pandemii do walki ze ‘zmianami klimatu’. //AlterCabrio

___________***___________

Chcą, abyś czuł, że zmiana klimatu jest „osobistym zagrożeniem”. Oto dlaczego.

Kryzys klimatyczny to kryzys zdrowia publicznego”, to tweet z oficjalnego konta twitterowego Hillary Clinton opublikowany wczoraj po południu.

Tweet zawierał link do wiadomości, w której twierdzi się, że w zeszłym tygodniu Hiszpania i Portugalia zanotowały ponad tysiąc zgonów z powodu fali upałów (od tego czasu zmienili tę liczbę do ponad 2000).

Kryzys klimatyczny to kryzys zdrowia publicznego. https://t.co/klk2fgccWQ – Hillary Clinton (@HillaryClinton) 20 lipca 2022r.

Nie chcę zagłębiać się w matematykę, ale w dwóch krajach, które zamieszkuje około 58 milionów ludzi, 2000 na tydzień to raczej niewiele.

I, jak zauważyłem na Twitterze, w świecie postcovidowym nie możemy być pewni, co w ogóle oznacza „zmarł z powodu upału”.

Najwyraźniej #Heatwave2022 zabije tysiące ludzi.

Ale jeśli #COVID19 nauczył nas czegokolwiek, oznacza to, że osoby umierające we wrześniu zostaną wymienione jako „zgony związane z falą upałów”, ponieważ „zmarli z jakiejkolwiek przyczyny w ciągu 60 dni odkąd było bardzo gorąco”. — Kit Knightly (@kit_knightly) 17 lipca 2022

Przykład – już widzimy utonięcia nazywane „zgonami spowodowanymi falą upałów” ponieważ… nie pływaliby, gdyby nie było tak gorąco.

Ale nie jesteśmy tutaj, aby potwierdzać jeszcze więcej danych lub definicji. Celem tego artykułu jest uzmysłowienie przekazu kryjącego się za tym tweetem i że nie jest to coś nowego. Wszystko sprowadza się do przejęcia uprawnień, które państwa nabyły poprzez „covid”, a następnie zastosowania ich do „zmian klimatu”.

Może to oznaczać „lockdowny klimatyczne”, „paszporty klimatyczne”, racjonowanie paliwa lub zakaz podróży… ale bez względu na to, jakich terminów lub wyrażeń w końcu użyją, jest to zdecydowanie ucieleśnienie jakiejś totalitarnej fantazji.

To jest celem i było od samego początku.

Od najwcześniejszych dni „pandemii” podejmowano konsekwentne (i niedorzeczne) próby skojarzenia w świadomości społecznej pojęć „Covid” i „klimat”.

Zaczęli od bezpośredniego łączenia tych dwóch i do dziś próbują twierdzić, że zmiany klimatu spowodują więcej pandemii odzwierzęcych. Ale to nigdy nie przyniosło zamierzonych skutków.

Bardziej spójnym i wszechobecnym przekazem jest próba przemianowania „zmian klimatycznych” z problemu środowiskowego na problem „zdrowia publicznego”.

Komunikat ten pojawił się po raz pierwszy w marcu 2020r., kiedy pandemia trwała niespełna trzy miesiące. British Medical Journal opublikował artykuł zatytułowany „WHO powinna ogłosić zmiany klimatu jako stan zagrożenia dla zdrowia publicznego”, w którym argumentowano, że globalne ocieplenie jest znacznie bardziej niebezpieczne niż zwykły wirus i powinno być traktowane równie poważnie.

Nikt wtedy tak naprawdę nie zwracał na to uwagi. W ciągu dwóch lat, odkąd tylko próbowali to w kółko przypominać – nigdy nie poskutkowało.

Zaledwie kilka tygodni po wprowadzeniu lockdownów już nam wmawiano, że to one uleczą planetę, a dziennikarze pytali „jeśli możemy to zrobić dla covid, dlaczego nie dla klimatu?

Do września 2020r. mówili o „unikaniu lockdownu klimatycznego”.

W marcu 2021r. pojawiły się raporty, w których twierdzono, że potrzebujemy „covidowego lockdownu co dwa lata”, aby osiągnąć cele klimatyczne.

Latem 2021r. najnowszy raport IPCC nakłaniał do rozmów o „przechodzeniu od covidu do klimatu”, które nigdy tak naprawdę nie wystartowały.

W marcu tego roku think tank Public Policy Project powtórzył żądanie, aby WHO uznała zmiany klimatyczne za „stan zagrożenia zdrowia publicznego”.

A wczoraj BMJ wrócił do tego, publikując dwa artykuły na ten sam temat. Jeden stanowiący ostrzeżenie o „Niewygodnych prawdach dotyczących zdrowia i kryzysów klimatycznych, których nie można po prostu zignorować” i drugi zatytułowany Dzień Świstaka: oznaki kryzysu klimatycznego znów są z nami.

Teraz w pracach nastąpił nowy impuls, a myśl towarzysząca jest jasna.

Po dziesięcioleciach propagandy, która dostrzegała, że ​​„globalne ocieplenie” przekształciło się w „zmiany klimatu”, a to w „globalne upały” i ostatecznie „kryzys klimatyczny”, ludzie po prostu się już tego nie boją.

Może to podświadoma wiedza, że ​​to kampania propagandowa, a może to dosłownie 60 lat nieudanych proroctw, ale cokolwiek to jest, ludzie się nie boją, a przynajmniej nie tak bardzo jak Covid.

Rządzący sami to przyznali. Pojawił się demaskujący artykuł na ten temat w Sky News przed zaledwie kilku dniami, zatytułowany:

Dlaczego tak trudno sprawić, by ludzie zajęli się zmianami klimatu?

Podczas covid widzieliśmy, że Zespół ds. analizy behawioralnej [Behavioural Insights Team] rządu Wielkiej Brytanii opublikował notatkę, w której stwierdzono, że ludzie nie są wystarczająco przestraszeni covidem, a komunikaty muszą się zmienić, aby przestraszyć ludzi i nakłonić do podporządkowania:

„Postrzegany poziom osobistego zagrożenia należy zwiększyć wśród osób, które zachowują się beztrosko, używając mocnych emocjonalnych komunikatów”.

To samo myślenie dotyczy zmian klimatycznych. Chcą, żeby to był nowy covid, ale żeby to osiągnąć, potrzebują ludzi, którzy poczują „podwyższony poziom osobistego zagrożenia”.

Oznacza to mocne uderzenie zagrożeniami związanymi ze zmianami klimatu. Oznacza to fałszowanie liczby zgonów i tworzenie alarmujących statystyk. Oznacza to faszerowanie nagłówków wpływowymi postaciami – takimi jak Hillary Clinton – które nazywają zmiany klimatyczne „kryzysem zdrowia publicznego”.

Dlatego mówi się o fali upałów w tak absurdalny sposób. Właśnie dlatego Wielka Brytania ogłosiła swoją pierwszą w historii „falę upałów” jako krajową sytuację nadzwyczajną i dlatego Biden rozważa ogłoszenie „zagrożenia klimatycznego” (cokolwiek to oznacza).

To dlatego widzimy ostrzeżenia o „tysiącach umierających” i nagle pojawiają się „pożary” (które okazują się być podpaleniami).

Dlatego lekarze zaczęli dosłownie diagnozować „zmiany klimatu”, jakby to była choroba.

Chcą – i potrzebują – zmienić dyskusję o klimacie. Nie będzie już chodziło o środowisko, ale o „zdrowie publiczne”.

Zmiany klimatu zmieniają kategorię – nie będą już zagrożeniem dla planety, od teraz są zagrożeniem dla Ciebie.

I jak tylko to przesłanie dotrze do ludzi, oni odwrócą się i powiedzą „a więc co do tych lockdownów klimatycznych…”.

=================

[odnośniki do oryginalnych wypowiedzi – w oryginale. Tu tym nie zaśmiecam. MD]

_______________

They want you to feel climate change is a “personal threat”. Here’s why, Kit Knightly, Jul 21, 2022

−∗−

Powiązane tematycznie:

Poza pandemię czyli co dalej z klimatem
Przez dosłownie dziesięciolecia podsycali publiczny strach przed „nową epoką lodowcową”, kwaśnymi deszczami i dziurą w warstwie ozonowej oraz niezliczonymi innymi rzekomo rozpoczynającymi się katastrofami klimatycznymi, i nigdy nawet nie otarli […]

_______________

Wirus i klimat czyli wspólnota kryzysu
Choć niektórym może się to wydawać końcem tak zwanego kryzysu, jest to dopiero początek piekła na ziemi. Kolejne kilka miesięcy pokaże, jak będą próbowali wprowadzać każdy możliwy przejaw tyranii. A […]

_______________

Lockdowny? To jeszcze nie koniec…
Wygląda na to, że w zamian zostaną przemianowane na „lockdowny klimatyczne” i albo wymuszane, albo po prostu groźnie trzymane nad głową społeczeństwa. − ♦ − W ramach „lockdownu klimatycznego” rządy […]

_______________

Great Zero Carbon czyli od wirusa do ubóstwa„W bardzo cyniczny sposób jest to triumf nauki, ponieważ w końcu coś ustabilizowaliśmy – a mianowicie szacunki dotyczące nośności planety, czyli poniżej 1 miliarda ludzi” W menu na dziś danie… […]

Brave and digital Ukraine

Ukraine sets out its vision for 2030.

Laura Dodsworth https://lauradodsworth.substack.com/p/brave-and-digital-ukraine

Ukraine has produced and released a number of slick media assets during the war with Russia. In one of the latest, Mykhailo Fedorov, Vice Prime Minister of Ukraine and Minister of Digital Transformation of Ukraine, has promised that by 2030, Ukraine will be the freest and most digital country in the world.

(Multiple objectives coalesce in 2030. See the United Nations’ Sustainable Development Goals and the World Economic Forum’s 2030 Vision and the WHO’s Immunization Agenda 2030.)

This is the latest ‘infomercial’ in a series which resemble snazzy Hollywood film trailers. Despite the difficulties of war and the uncertainty about the outcome, the Ukraine government has set out a very clear vision for the future. It is characteristic of wartime propaganda to imagine a brighter future that all must work towards, but the scope of change it sets out for the people of Ukraine is quite breathtaking.

The video depicts a brave, digital world, which will be convenient. It’s interesting that convenience is the benefit used to justify such a gargantuan paradigm-shift in government and society.

Scripts will replace bureaucrats, and ‘‘the Ukrainian government is digital. More like an IT company, in terms of the efficiency of implementing decisions”. I think people all over the world would agree governments should be more efficient. But promising that 80% of civil servants will be successfully integrated into a “new economy” (ie they will lose their jobs) is radical. And if artificial intelligence (because that is what is meant by scripts) is to make government more efficient, wouldn’t other industries also benefit from similar efficiencies? In which new economy are these redundant bureaucrats to find new jobs?

Beyond government, the judiciary will also change. Courts will make decisions using AI.

Schools will be digital.

Digital payments will replace cash.

Ukrainians will need smart phones if they want to register a car, a plot of land, build a home or start a business.

Health will be monitored remotely.

Ukraine will be “the freest and digital”.

[—] i dalej takie brednie. Przykre, że ich autorzy chcą „spełnienia” MD

„Zielony komunizm”. Czy Panama podzieli los Sri Lanki? Kolejna – Polska? Kontr-rewolucja !

Jakub Bożydar Wiśniewski https://www.prokapitalizm.pl/zielony-komunizm-zbiera-swoje-zniwo-czy-panama-podzieli-los-sri-lanki/

Pierwszym krajem, który uległ błyskawicznemu i spektakularnemu rozpadowi wskutek wdrożenia zielonego komunizmu zaordynowanego przez klikę z Davos, była Sri Lanka. Tymczasem dokładnie w kwietniu 2021, czyli wtedy, gdy na Sri Lance wprowadzono flagowy element owego komunizmu – zakaz używania nawozów sztucznych – również zarząd Kanału Panamskiego zobowiązał się do wdrożenia lokalnej wersji rzeczonej ideologii, inicjując „program dekarbonizacji”.

Na chwilę obecną Panama, gdzie koszt paliwa wzrósł o 50% od początku roku, szybkimi krokami zmierza w stronę Sri Lanki, a największe od dekad protesty grożą sparaliżowaniem tego jednego z najważniejszych obok Hong Kongu i Szanghaju węzłów spedycyjnych, wywołując kaskadę kolejnych załamań w globalnej gospodarce.

Zielony komunizm idzie zresztą w tym wielkim dziele zniszczenia ręka w rękę z komunizmem czerwonym, który wcześniej sparaliżował Hong Kong i Szanghaj przy użyciu totalitaryzmu hipochondrycznego.

Innymi słowy, czego w wymiarze totalnej destrukcji klasyczny „realny” komunizm nie był w stanie dokonać przez dekady, tego jego współczesne wersje „środowiskowe” i „zdrowotne” dokonają w ciągu kilku lat – i to w skali globalnej.

Pod warunkiem oczywiście, że w świecie nie dokona się wreszcie prawdziwie globalna i gruntowna rewolucja antykomunistyczna, która w sposób rzeczywisty, a nie pozorny, raz na zawsze oczyści ziemię z wszelkich śladów tej diabolicznej ideologii. Aby taka rewolucja w końcu nadeszła – tego pozostaje życzyć wszystkim ludziom dobrej woli, jednocząc się z nimi we wszelkich ich wysiłkach, tak żeby inspirujący ich Duch faktycznie i do końca odnowił oblicze tej ziemi.

=================

MD: Bunty mas przewidują, mają w planach. Konieczna jest więc kontr-rewolucja, czyli odwrotność rewolucji.

JEDNOSTKA 731

  Sławomir M. Kozak www.oficyna-aurora.pl https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/jednostka-731,p469912724

Od dwóch lat zmagamy się z diabelskim wirusem, który rzucił się na ludzkość. Nie zamierzam debatować w tym miejscu nad tym, czy jego objawienie było zaaranżowane przez międzynarodową szajkę komiwojażerów handlujących eksperymentalnymi preparatami, strzykawkami, respiratorami, maseczkami, płynami do dezynfekcji itp. Nie będę też dywagował nad tym, czy wirus uwolnił się samoczynnie z jakiegokolwiek laboratorium, czy ktoś mu z niego utorował drogę na świat. Próbom odpowiedzi na tego typu pytania poświęciłem książkę 

„Covidowe Jeże”.

Dziś natomiast, chciałbym przypomnieć tylko, że biologiczne ataki na nieświadomych niczego ludzi, miały miejsce od stuleci, poczynając od zatruwania ospą strumieni jeszcze przed naszą erą, studni z wodą w czasach starożytnych, rozdawanie Indianom skażonych koców przez amerykańską armię w 1763 r., uwolnienie śmiertelnego sarinu w tokijskim metrze w roku 1995, czy wysyłanie listów z wąglikiem do republikańskich senatorów krótko przed wprowadzeniem ustawy Patriot Act w roku 2001.

To wszystko są fakty, które większość zna. Wiemy też z książek wydawanych na zachodzie przez rosyjskich dysydentów, którym udało się wydostać zza żelaznej kurtyny, o biologicznych laboratoriach ZSRR z czasów tak zwanej zimnej wojny, a ze współczesnych portali internetowych, o podobnych ośrodkach chińskich, a także rozsianych po całym świecie, amerykańskich. Z opracowań historycznych dowiadujemy się też wiele o zabójczym iperycie z czasów I Wojny Światowej, jak i o biologicznych doświadczeniach niemieckich „naukowców” przeprowadzanych na więźniach obozów koncentracyjnych w latach II Wojny Światowej.

Jednak, w ogóle lub w bardzo małym stopniu, mówi się o bestialskich eksperymentach, które na ludności kilkunastu krajów azjatyckich, prowadziła na przełomie lat 30 i 40 XX w., armia japońska. 

Jednostka 731, dorównująca wielkością niemieckiemu obozowi śmierci Auschwitz-Birkenau, mieściła się w Pingfang w Mandżurii. W kompleksie Pingfang mieściły się budynki administracyjne, laboratoria, koszary, budynek do przeprowadzania autopsji i więzienie. W trzech ogromnych piecach palono zwłoki pomordowanych ludzi. W mniejszym obozie  Mukden, w Mandżurii, trzymano amerykańskich, brytyjskich, australijskich i nowozelandzkich jeńców wojennych.  Tam również przeprowadzano ohydne eksperymenty na ludziach. Pod pozorem szczepionek mających chronić przed chorobami zakaźnymi, jeńcom wojennym podawano trucizny. Całością dowodził major 

Ishii Shiro, uznany mikrobiolog. Więźniów infekowano wąglikiem i nosacizną. Zarażone dżumą pchły zwabione z myszy były wykorzystywane do produkcji bakterii, które wstrzykiwano więźniom. W specjalnej komorze poddawano ich działaniu silnie trującego fosgenu, zabijano zastrzykami cyjanku potasu, rażono prądem.

Szczególną uwagę poświęcano odmrożeniom, które znacząco obniżały efektywność wojsk w czasie ostrych, mandżurskich zim, stąd więźniowie byli poddawani działaniu ujemnych temperatur, a potem próbowano różnych technik „odmrażania”. Więźniom wstrzykiwano powietrze, jak również koński mocz do nerek, do pożywienia dodawano bakterie cholery, heroinę, nasiona oleju rycynowego.

Jednostka 731 prowadziła również eksperymenty prowadzące do udarów i zawałów serca, a także dokonywała aborcji. Jeden z wydziałów jednostki był ukierunkowany na dyzenterię. W wyniku nieludzkich działań Jednostki 731 zmarło blisko 10 000 osób.

Doświadczenia zdobyte na jeńcach wykorzystywano podczas działań wojennych, między innymi przeciw armii Chin. Na bazie swych zbrodniczych badań, późniejszy generał Ishii opatentował ponad 200 wynalazków i opublikował wiele opracowań naukowych, co pozwoliło mu wieść dostatnie życie, aż do śmierci spowodowanej nowotworem, w roku 1959.

O jednostce 731 napisał wnikliwą książkę prof. Sheldon H. Harris, zatytułowaną 

„Factories of Death”. Została wydana przez Routledge w Londynie w roku 1995.

Wiele osób zaangażowanych w japońskie eksperymenty odniosło sukces po wojnie.  Wielu z nich znalazło zatrudnienie na uniwersyteckich etatach w dziedzinie medycyny. Jeden stanął na czele wiodącej japońskiej firmy farmaceutycznej. Inni działali na prestiżowych stanowiskach,  od prezesa Japońskiego Stowarzyszenia Medycznego, po wiceprezesa renomowanej korporacji Green Cross.  

W latach powojennych Amerykanie, będąc w posiadaniu relacji składanych przez jeńców, którzy zdołali przeżyć, starali się zrobić wszystko, żeby dokumentacji japońskiego zbrodniarza nie przejęli naukowcy sowieccy. Oba rządy porozumiały się szybko w tej kwestii. W 1948 roku wszystkim członkom jednostki Ishii’ego zaoferowano immunitet w zamian za dane i współpracę z rządem amerykańskim. Prokuratorom oskarżającym w Tokio w procesach o zbrodnie wojenne, nakazano by nie poruszali tego wątku. Alianckich jeńców wojennych zaprzysiężono, by zachowali tajemnicę.

Milczenie trwało przez blisko 40 lat, do roku 1986, kiedy sprawa po raz pierwszy ujrzała światło dzienne w USA. Podkomisja Izby Reprezentantów dowiedziała się wtedy, że akta i dokumenty dostarczone rządowi amerykańskiemu przez Ishii’ego, zostały w latach 50. … zwrócone Japonii i rzekomo nie zrobiono żadnych kopii. Spośród ocalałych 200 jeńców, do przesłuchania, które trwało zaledwie pół dnia, dopuszczono jednego.

Dwa lata wcześniej na trop jednostki, zupełnym przypadkiem trafił młody człowiek. Dzielnica Kanda, na obrzeżach Tokio, jest pełna antykwariatów, odwiedzanych przez studentów uniwersyteckich. W 1984 roku student medycyny przeglądający pudło starych, porzuconych papierów, należących do byłego oficera japońskiej armii, odkrył istnienie Jednostki 731. Dokumenty ujawniały szczegółowe raporty medyczne na temat osób cierpiących na tężec, zakaźną i zazwyczaj śmiertelną chorobę. Co było bardzo dziwne, raporty te szczegółowo opisywały jej początek i cały przebieg, aż do śmierci chorego. W ten przypadkowy sposób świat dowiedział się o japońskich zbrodniach. Ishii, uznawany za „ojca japońskiego programu broni biologicznej” był jej wielkim zwolennikiem, twierdząc jeszcze u zarania swej drogi, że musi ona być wysoce skuteczna, bo inaczej „nie zostałaby zdelegalizowana przez Ligę Narodów”. Musiał był niezwykle przekonujący, skoro uzyskał poparcie i ogromne środki na swoje działania od ministra wojny. Po raz kolejny w historii, jeden zdegenerowany osobnik zamienił życie tysięcy ludzi w koszmar.

I nic niestety nie wskazuje na to, by ludzkość wyciągała z tego wnioski na przyszłość.

Felieton ukazał się w 29 numerze Warszawskiej Gazety

Międzynarodówka „Ratujmy Planetę. Przeciw Pierdzeniu”.

Źle się bawimy

Stanisław Michalkiewicz    21 lipca 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5216

Ciepło energii atomowej stopi lodowce biegunowe, bo siła, którą kryje atom, da ludziom zdrowie, ciepło, światło” – pisał przed laty poeta proletariacki. Na tamtym etapie bowiem, Partia nakazywała wierzyć w „atom”, bo Sowiety właśnie budowały swój arsenał nuklearny, toteż poeci proletariaccy uwijali się, jak w ukropie. Minęło jednak 70 lat, zmieniło się oblicze świata, między innymi w ten sposób, że coraz więcej państw albo już zbudowało, albo właśnie buduje swój arsenał nuklearny, a w tej sytuacji coraz trudniej utrzymywać, że „siła, którą kryje atom, da ludziom zdrowie”. Poza tym, perspektywa „stopienia lodowców biegunowych”, którą wtedy poeci proletariaccy tak się zachwycali, dzisiaj przez pannę Gretę Thunberg i jej licznych wyznawców, zostałaby uznana za początek apokalipsy. Toteż Partia, która pilnie wsłuchuje się w odgłosy dobiegające z czeluści demokratycznych społeczeństw, wyznaczyła inne priorytety. Teraz już nie chcemy topić biegunowych lodowców, przeciwnie; ich topnienie jest koronnym argumentem za globalnym ociepleniem, z którym trzeba walczyć w obronie „planety”.

Tedy aktyw partyjny „już z nowym wrogiem toczy walkę” – jak wspominał autor nieśmiertelnego poematu „Towarzysz Szmaciak” – a Partia nieubłaganym palcem wskazuje tego wroga. Są nim „gazy cieplarniane”, które powstają nie tylko ze spalania węgla, gazu i ropy naftowej, ale również – excusez le mot – z pierdzenia, któremu oddają się z upodobaniem zwierzęta hodowlane.

Na podstawie tych odkryć rozwinął się niebywale dynamiczny ruch społeczny i polityczny, który – w ramach długiego marszu przez instytucje, których w międzyczasie przybywa w tempie stachanowskim – wywiera coraz większy wpływ na postępowanie rządów, skorumpowanych przez rozmaite „unie”, zaczynają swoje pomysły wprowadzać w życie. Lichwiarska międzynarodówka, której przekierowanie uwagi młodych ludzi na walkę z „klimatem”, jest bardzo na rękę, bo pozwala jej utrzymać w cieniu jej własne machinacje, chętnie te przedsięwzięcia finansuje. A ponieważ coraz więcej młodych ludzi chciałoby wypić i zakąsić bez specjalnego wysilania się, to chętnie zostają „aktywistami”, nawet jak losy „planety” specjalnie ich nie obchodzą. A ponieważ polityczne gangi, które pod pretekstem demokracji, pasożytują na historycznych narodach, są zasilane z tej samej kroplówki, chętnie się do „ratowania planety” przyłączają.

W ten sposób doszło do proklamowania w Unii Europejskiej tak zwanego „zielonego ładu”, w ramach którego Europa zaczęła odchodzić od dotychczasowych źródeł energii, ku tak zwanym „źródłom odnawialnym”. Ponieważ w instytucjach Unii Europejskiej odsetek wariatów i szubrawców wydaje się większy, niż gdziekolwiek indziej, to narzuciła ona członkowskim bantustanom program „dekarbonizacji”. Początkowo wyglądało to racjonalnie w tym sensie, że jeśli bantustany wyrzekną się korzystania ze źródeł energii, którymi dysponują, to nie będą miały innego wyboru, jak kupować rosyjski gaz od Niemiec, które do spółki z Rosją, w ramach strategicznego partnerstwa, kończyły właśnie budowę gazociągu Nord Stream 2.

Naprzeciw temu przedsięwzięciu wyszły odkrycia skorumpowanych docentów, którzy zauważyli, że o ile dwutlenek węgla powstający ze spalania węgla kamiennego i brunatnego, jest silną trucizną dla „planety”, to dwutlenek węgla powstający przy spalaniu gazu ziemnego jest gazem szlachetnym, który „planecie” w zasadzie nie zagraża.

I kiedy wydawało się, że trick się udał, w sprawę wtrąciły się Stany Zjednoczone, dla których perspektywa niemieckiego monopolu w rozprowadzaniu rosyjskiego gazu na Europę była nie do przyjęcia, bo któż wtedy chciałby kupować gaz amerykański? Toteż w bantustanach znajdujących się pod amerykańską kuratelą nasiliła się propaganda „dywersyfikacji”. Dywersyfikacja jest bowiem wtedy, gdy zamiast rosyjskiego gazu bantustany kupują gaz amerykański. Toteż rządy, między innymi tubylczy rząd „dobrej zmiany”, istniejące dzięki amerykańskiemu poparciu, skwapliwie się w „dywersyfikację” zaangażowały, podejmując stosowne inwestycje.

Najwidoczniej to jednak nie było wystarczające, bo nie przełamywało niemieckiego monopolu. Ale od czego mamy wojny? Jak zauważył pruski teoretyk wojny, Karol von Clausewitz, wojna jest kontynuacją polityki, tylko prowadzonej innymi środkami. Toteż po wizycie, jaką amerykański prezydent Józio Biden złożył w czerwcu ubiegłego roku w Europie, podczas której odbył dwie długie rozmowy z zimnym ruskim czekistą Putinem, po kilkumiesięcznych przygotowaniach, rozpoczęła się wojna na Ukrainie, która wstrząsnęła całym miłującym pokój światem, a konkretnie – państwami należącymi do NATO, którego politycznym kierownikiem są Stany Zjednoczone oraz państwami zależnymi od USA, jak Tajwan, Korea Południowa, a nawet Japonia, Australia i Nowa Zelandia. Umiłowanie pokoju z kolei polega na tym, że państwa „wstrząśnięte” zostały przez USA nakłonione do zastosowania wobec Rosji całego pakietu sankcji ekonomicznych, między innymi – żeby nie kupować od Rosji surowców energetycznych.

Nasz nieszczęśliwy kraj nie dał się tutaj nikomu wyprzedzić i już z ruskiego gazu nie korzysta, to znaczy – jak wypsnęło się premierowi Morawieckiemu – korzysta, ale oficjalnie nic o tym nie wie, bo gaz kupuje „na giełdzie”. Z węgla też nie korzysta, w związku z czym cena węgla opałowego poszybowała w górę, Toteż rząd „dobrej zmiany”, bohatersko walcząc ze skutkami własnych działań, właśnie wprowadził cenę urzędową w wysokości 996 zł za tonę – ale tylko „dla odbiorców indywidualnych i spółdzielni”. Dzięki temu będzie mogła powstać nowa struktura biurokratyczna, którą będzie kontrolowała, czy nikt nie ulega pokusie łatwego zarobku na spekulowaniu węglem.

Ale to jeszcze nic w porównaniu z tym, że ruscy szachiści właśnie wprowadzili konserwacyjną przerwę w funkcjonowaniu gazociągu Nord Stream 1, która ma potrwać 10 dni, ale wśród odbiorców wywołała przerażenie, co by było, gdyby potrwała dłużej. Toteż Komisja Europejska w podskokach skasowała sankcje w postaci blokowania tranzytu z Rosji przez Litwę do obwodu królewieckiego, a prezydent Zełeński z ubolewaniem zauważył, że poza Stanami Zjednoczonymi i Polską, która, nawiasem mówiąc, już chyba nie ma niczego do przekazania, reszta państw NATO wykazuje coraz większą niechęć do futrowania Ukrainy.

Przede wszystkim jednak nasuwa się pytanie, co w tej sytuacji będzie z „zielonym ładem”? Dopóki bowiem w przewodach płynie tani prąd, dopóki ciepłownie dostarczają ciepłą wodę, dopóki kryzys energetyczny nie zagraża podstawom egzystencji całych krajów, to panna Greta, czy Wielce Czcigodna pani Spurek, może bezkarnie forsować swoje fantasmagorie, Teraz jednak powstała sytuacja o której pisał pozbawiony złudzeń ksiądz biskup Ignacy Krasicki w bajce „Dzieci i żaby”: „Chłopcy przestańcie, bo się źle bawicie; dla was to jest igraszką, nam idzie o życie!

Websites that help kids commit suicide must be stopped! 

07/20/2022
Dear Prof. Miroslaw Dakowski,

At a school board meeting recently in Pennsylvania addressing an After School Satan Club, one concerned mother recounted the story of her daughter who was aided to commit suicide by a satanic website. Her daughter was walked through the steps by a person on the site.
How many sites are there like that? How many people have committed suicide because of sites like that? How can you fight them?
Please read:
Fighting Websites Designed to Make Young People Comfortable with Suicide11,440 signatures have been collected thanking a pro-life insurance company for doing the opposite of what most companies have been doing. Instead of helping their employees kill their children, Buffer Insurance is assisting their employees that choose life. Please help us reach our new goal of 14,000 by signing and sharing with your family and friends.
Sign Now to Thank Buffer Insurance for Defending Life“I studied Marx, so I know how stupid [socialism] is” was one of the many expressions of support our ten TFP volunteers received in Miami Florida on the St. Anthony Mary Claret Caravan to crush socialism. Please read:
TFP Visits Miami in Florida Tour Against SocialismPope Leo XIII crushed Americanism and Modernism in one blow. This article is an excerpt from the book Liberation Theology: How Marxism Infiltrated the Catholic Church written by Julio Loredo de Izcue.
Read the fascinating story of the Americanist heresy and the reaction to it.
Leo XIII Condemns AmericanismPhotoUntil next time, I remain
Sincerely yours,Signature
Gary J. Isbell
Tradition Family Property
www.tfp.orgP.S. – If you are happy with the work of the American TFP, please consider giving a small tax deductible gift today so we can expand our spiritual crusades. Thank you! May God bless you.

SANKTUARIUM W GIETRZWAŁDZIE: ŻYDOMASONI JUŻ TU RZĄDZĄ!

20 lipca 2022

SANKTUARIUM W GIETRZWAŁDZIE: ŻYDOMASONI JUŻ TU RZĄDZĄ!

Coś przerażającego! Matka Boska jako monstrancja w tzw. Kaplicy Pokoju, umieszczonej w Archidiecezjalnym Domu Rekolekcyjnym, podlegającym bezpośrednio abp. Józefowi Górzyńskiemu. Pozbawiona wnętrza, włącznie z sercem, które zawsze było znakiem jej miłości do ludzi oraz bez stóp miażdżących węża uosabiającego Szatana, za to z półksiężycem przypisanym satanistycznej bogini Dianie i będącym także znakiem islamu.

=================================================

Od ponad 45 lat hołduję starej reporterskiej zasadzie, która mówi: „Jeśli coś wygląda jak gówno i śmierdzi jak gówno, to na pewno jest gównem”. Nie zawiodła mnie nigdy, toteż nie widzę powodu, aby jej nie zastosować także wobec sprawców postępującej dewastacji Sanktuarium Maryjnego w Gietrzwałdzie, na czele z abp. Józefem Górzyńskim, metropolitą warmińskim. Nie interesuje mnie też, czy ww. jest żydomasonem, czy „tylko” narzędziem w żydomasońskich rękach.

Monstrancję została umieszczono w oknie, widocznym – niczym witryna sklepowa – dla każdego, kto przechodzi obok Domu Rekolekcyjnego. Jedni reagują znakiem krzyża, inni mijają obojętnie, a zdarzają się również właściciele psów załatwiających tuż obok potrzebę fizjologiczną…

Ważniejsze są bowiem realne konsekwencje jego działań lub jego przyzwolenia, dostrzegalne przez świadomych pielgrzymów na każdym kroku; od budowy nowego „ołtarza polowego” o której obszernie informowaliśmy w materiale DEWASTACJA POD SPECJALNYM NADZOREM poprzez dokonywane z premedytacją odzieranie tego miejsca kultu z jego dotychczasowego charakteru, co znalazło odbicie w tekście SANKTUARIUM DO LIKWIDACJI?, aż do jawnego profanowania oczywistych świętości dla wyznawców wiary rzymskokatolickiej, włącznie ze sposobem przedstawienia Matki Bożej jako monstrancji dla tzw. Kaplicy Pokoju, umieszczonej w Archidiecezjalnym Domu Rekolekcyjnym, podlegającym bezpośrednio abp. J. Górzyńskiemu, co pokazujemy na zdjęciach w niniejszej publikacji. Tu nie może być żadnych wątpliwości, co do intencji przyświecających sprawcom skandalicznej metamorfozy Sanktuarium Maryjnego w Gietrzwałdzie. Do wyjaśnienia pozostaje jedynie kiedy i w jakim stopniu uda im się ostatecznie sfinalizować żydomasońskie cele.

Wystrój tej kaplicy (zlokalizowanej także w Domu Rekolekcyjnym) nie pozostawia żadnych złudzeń co do jej protestanckiego charakteru. Zapomina się jednak, że głównymi reżyserami II Soboru Watykańskiego byli żydomasoni, traktujący „religię” Lutra tylko jako zakamuflowany środek do niszczenia katolicyzmu od wewnątrz.
Figura Matki Bożej na rachitycznym zydelku między wejściami do dwóch hotelowych pokoi (zaiste – godne miejsce!), a przed nią posadzka w formie szachownicy, stanowiącej znak rozpoznawczy świątyń masońskich. W wierzeniach „fartuszkowców” taka mozaika oznacza przeznaczenie oraz walkę z przeciwnościami losu. Dodajmy, te zdjęcia – podobnie jak wszystkie poprzednie – pochodzą z Domu Rekolekcyjnego, nadzorowanego przez abp. J. Górzyńskiego.

=====================================

A propos odniesień do żydomasonerii, kłócących się ze skutecznie upowszechnionym pojęciem tego samego słowa lecz bez żydowskiego przedrostka… W świetle faktów (nie mylić z tzw. prawdą historyczną) pojęcie „masoneria” jest tak samo zasadne jako pojęcie „nazizm” wobec niemieckiego narodowego socjalizmu, czyli innej formy żydokomuny przedstawianej w podobny sposób – co za paradoks! – jako „komuna”.

Otóż masoneria i masoni to narzędzie wymyślone i całkowicie kontrolowane przez żydów, czemu dali wyraz ponad 120 lat temu ich naczelnicy.

Od ponad 16 lat na tym portalu udostępniam pełną treść tzw. Protokołów Mędrców Syjonu, publikacja których zakazana jest, nawet pod groźbą bezwzględnego więzienia, w wielu krajach „demokratycznej” Europy zachodniej. Odwołania do masonerii pojawiają się w tym dokumencie ponad 40 razy. Poniżej kilka ciekawszych:

Słowa liberalnego, w istocie zaś naszego, żydo-masońskiego hasła „wolność, równość, braterstwo”, kiedy już obejmiemy panowanie, zastąpimy przez słowa już nie hasła, lecz ideologii ,,prawo wolności, obowiązek równości, ideał braterstwa”

W jakimże innym celu wymienialiśmy i nakazaliśmy gojom całą tę politykę, nie dając im możności zbadania jej treści – jeżeli nie tym – żeby drogą okólną osiągnąć to, co jest prostą drogą niedosięgłe dla naszego plemienia rozsianego. Posłużyło to jako fundament dla naszej organizacji masonerii tajnej, która nie jest znana oraz dla celów, których istnienia nawet nie podejrzewają te bydlęta – goje, znęceni przez nas do szeregów armii lóż masońskich ,,na pokaz”, istniejących dla zamydlania oczu gojom.

Wszystkie loże poddamy jednemu, znanemu tylko przez nas zarządowi, złożonemu z mędrców naszych Najtajniejsze projekty polityczne będą znane i podległe naszemu kierownictwu od chwili powstania…

Jest to naturalne, że my, nie zaś ktoś inny, będziemy kierowali sprawami i czynnościami masonerii, ponieważ wiemy, dokąd prowadzimy, znamy cel ostateczny każdego działania; goje zaś nie wiedzą, nawet nie znają wyników bezpośrednich, obchodzi, ich zwykle tylko chwilowe zadowolenie ambicji przy wykonywaniu projektów…

Śmierć jest nieuniknionym końcem każdego życia. Lepiej jest przyśpieszyć koniec tych, którzy przeszkadzają naszej sprawie niż nas, którzy jesteśmy jej twórcami. Masonów będziemy tracili w taki sposób, że nikt prócz braci nie będzie mógł się domyśleć, nawet same ofiary; wszystkie one umierają w chwili, kiedy zachodzi potrzeba tego, na pozór wskutek chorób normalnych. Wiedząc o tym, nawet bracia nie ośmielą się protestować. Stosując środki podobne, wyrwaliśmy z masoństwa wszelki zarodek protestu przeciwko zarządzeniom naszym. Głosząc gojom liberalizm, jednocześnie trzymamy naród nasz i agentów w ryzach bezwzględnego posłuszeństwa.

Powyższe cytaty nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do faktycznego rodowodu oraz kierownictwa masonerii. Warto w tym kontekście przypomnieć entuzjazm głupszego z bliźniaków Kaczyńskich (choć drugi, żyjący też inteligencją nie grzeszy), z jakim przyjął fakt reaktywacji w Polsce 15 lat temu (we wrześniu 2007) loży B’nai B’rith – najstarszej organizacji żydowskiej, zwanej lożą wszystkich lóż, której działalność w Polsce została zakazana w 1938 roku. Swoją drogą, nie do pozazdroszczenia jest ostateczny – przedstawiony w powyższych cytatach – los zakompleksionych durniów, nakładających na podbrzusza fartuszki i dumnych ze wspinania się po kolejnych szczeblach (ponoć trzydziestu trzech) żydomasońskiego wtajemniczenia. Gdy ich faktyczni dysponenci osiągną zamierzone cele, zostaną bowiem wybici co do jednego.

Póki co jednak, żydomasoński karnawał trwa w najlepsze.

Także w diecezji warmińskiej pod niewątpliwie światłym przewodnictwem abp. Górzyńskiego. Oto ledwie dwa miesiące temu w internecie pojawiła się informacja, której osobliwa treść i wiernopoddańcza forma wręcz wymaga zacytowania w całości:

Dnia 14 maja 2022 r. na mocy uchwały Rady Zakonu Wielkiego Wschodu Francji, na wniosek Sprawiedliwej i Doskonałej Loży Gwiazda Morza na Wschodzie Gdańska, podczas ceremonii Zapalenia Świateł powołana do życia została Loża Misyjna Kamień nad Łyną ukonstytuowana na Wschodzie Olsztyna.

Loża misyjna, jako formacja wolnomularska pozwala zbierać się Wolnomularzom w Olsztynie. Nie jest jeszcze pełnoprawną lożą i w ciągu 3 lat od Zapalenia Świateł powinna otrzymać pełne prawa masońskiego warsztatu. Organem założycielskim jest Szanowna i Doskonała Loża Gwiazda Morza na Wschodzie Gdańska”.

„Fartuszkowi” z Misyjnej Loży Wolnomularskiej Kamień nad Łyną na Wschodzie Olsztyna (tak brzmi pełna nazwa tej sekty) mają pełną świadomość, że nie mogą zmarnować wspomnianych trzech lat „od Zapalenia Świateł”. Muszą wykazać, że są godni zauważenia i docenienia przez żydomasońskich współbraci. Inaczej nie otrzymają pełnych praw masońskiego warsztatu”. A do osiągnięcia tego celu są potrzebne nie tylko inicjatywy tożsame z celami wyznawców Szatana ale także stosowne i godne miejsce ich realizacji. Wprawdzie w Olsztynie istnieje dawny, przedwojenny budynek loży „Kamień nad Łyną” lecz aktualnie i pełnoprawnie należy on do osoby prywatnej, wynajmującej go m.in. na bank toteż trudno założyć, aby właściciel lekko pozbył się takiego źródła zysku.

Jest jeszcze dawny budynek czysto żydowskiej, a więc jak najbardziej koszernej i najważniejszej loży B’nai B’rith, mieszczący się przy tej samej ulicy Kajki w Olsztynie. Jego aktualnego właściciela dałoby się wprawdzie ustalić lecz nie sądzę, aby „fartuszkowi” od „Misyjnej Loży Wolnomularskiej Kamień nad Łyną na Wschodzie Olsztyna” (tak brzmi pełna nazwa sekty) odważyli się porwać na własność – choćby niegdysiejszą – loży wszystkich lóż. Szybko odczuliby bowiem, skąd im nogi wyrastają i to w najłagodniejszym wymiarze kary. Myślę, że nawet nie ważą się spojrzeć na ten fragment ulicy Kajki.

Arcybiskupie Górzyński! Pańskich dokonań w gietrzwałdzkim Sanktuarium Maryjnym nie uda się wyciszyć. Wprost przeciwnie – będą nagłaśniane coraz intensywniej przez katolików, którzy z pewnością nie oddadzą tego miejsca kultu bez walki. Wierzymy, że z pomocą Królowej Polski będzie to walka wygrana.
Foto: domena publiczna

Mają jednak szczęście i to w osobie samego abp. J. Górzyńskiego, metropolity warmińskiego. Realizowana przez niego – przyjmijmy, że nieświadomie – desakralizacja miejsca udokumentowanych i zatwierdzonych przez Stolicę Apostolską objawień Matki Bożej wpisuje się w cele żydomasonerii wielkimi literami. Podobnie jak daleko zaawansowana budowa „ołtarza polowego” w formie dewastującego sanktuaryjne błonia amfiteatru z trzema „zakrystiami” (czytaj: garderobami) oraz taką samą liczbą toalet i magazynów podręcznych. Zdecydowanie bardziej przypomina to zaplecze typowego obiektu estradowego niż sakralnego.

A w dalszych planach jest (choć podwładni abp. J. Górzyńskiego mało przekonywująco twierdzą, że to nieaktualne) budowa hotelu i restauracji na tychże samych błoniach.

Już widzę oczami wyobraźni, jak żydomasońska hołota ulokowana wygodnie w hotelowych apartamentach drwi z widoku pielgrzymów przeciskających się jeszcze dostępnymi skrawkami sanktuarium, aby oddać hołd Królowej Polski. Fantazja? Nie będzie nią, jeśli do głosu nie dojdzie pospolite katolickie ruszenie.

Co po raz kolejny polecam nie uwadze lecz działaniu wszystkich Polaków, którzy czują się katolikami. Zwłaszcza, ze służba Królowej Polski nigdy nie przyniesie rozczarowań, jakie stały się udziałem tych, którzy uwierzyli np. pomagdalenkowym politykom czy posoborowym hierarchom kościelnym.

Tekst i zdjęcia:
Henryk Jezierski
(20.07.2022)

P.S.
Tekst niniejszy polecam szczególnej uwadze wiernym czytelnikom książek niejakiego Stanisława Krajskiego, wypluwanych z częstotliwością króliczych miotów, choć ciągle z niemal identyczną zawartością. Ww. uchodzi za absolutny autorytet w kwestiach dotyczących masonerii, nie mylić z żydomasonerią. Sęk w tym, że Krajski pilnuje wyjątkowo pieczołowicie, aby do świadomości odbiorców jego publicystyki (także w wersji wizyjnej) nie dotarła wiedza o żydowskim rodowodzie i żydowskim przewodnictwie nad masonerią wszelkich lóż. To samo dotyczy niechęci wyżej wymienionego do ujawniania żydomasońskich wpływów w Kościele, polskiego nie wyłączając. Można powiedzieć – działa dokładnie według scenariusza nakreślonego ponad 120 lat dla naczelników żydostwa; pozwolimy gojom pisać o masonerii lecz bez ujawniania naszych wpływów na nią. Goj, który złamie tę zasadę poniesie karę. Krajski zdaje się rozumieć to przesłanie i nie ryzykuje. Szkoda tylko, że odbywa się to kosztem czytelników nieświadomych tego, że płacą za grafomańskie popłuczyny niczego nie wyjaśniające lecz wręcz zaciemniające prawdziwy obraz żydomasonerii.

H. Jez.

«Polin» w piekielnym uścisku amerykańskich «elit»… Groźne „odpady jądrowe”.

Date: 19 luglio 2022Author: Uczta Baltazara

[to-to łyse – decyduje o ODPADACH JĄDROWYCH… W USA i pewnie dla Polski. md]

Amerykański transgender admirał Rachel Levine i zastępca asystenta sekretarza ds. energii jądrowej Sam Brinton w Ambasadzie Francji na przyjęciu z okazji Dnia Bastylii

«Asystent sekretarza ds. zdrowia Bidena, Rachel Levine: Musimy “uprawnić” dzieci tak, aby mogły poddawać się blokadzie dojrzewania i operacji zmiany płci».

=======================

Biden Assistant Secretary for Health Rachel Levine: We need to “empower” kids to go on puberty blockers and get sex reassignment surgery.

Levine: We need to „empower” kids to change their gender

Diabolizmy wykończą się nawzajem. Nie złapmy się na ich lep.

Sprawą kluczową jest zatem to, żeby wykorzystać ów wyjątkowy czas do osobistego oczyszczenia z wszelkich związków z jakąkolwiek formą diabolizmu, korzystając z faktu, że wszystkie one ukazują się obecnie ludzkości w bezprecedensowo przejrzystej postaci.

Jakub Bożydar Wiśniewski https://www.prokapitalizm.pl/diabolizmy-wykoncza-sie-nawzajem-nie-zlapmy-sie-na-ich-lep/

Chcąc opisać trwający gorący konflikt między tzw. Zachodem a Rosją i przyległościami przy użyciu maksymalnie precyzyjnych pojęć, należy określić go jako konflikt między diabolizmem gnostyckim a diabolizmem pogańskim.

Diabolizm gnostycki, którego główną siłą kierowniczą na poziomie systemowym jest klika z Davos i pokrewne polityczno-korporacyjne sitwy nadające ideologiczny ton tzw. zachodnim instytucjom, ma na sztandarach bunt przeciw naturalnemu porządkowi zawierający się w ideach takich jak neomarksizm, maltuzjanizm czy „transhumanizm”.

Z kolei diabolizm pogański, reprezentowany przez władze Kremla i ich sojuszników, to naturalistyczny kult brutalnej fizycznej siły połączony z czysto formalistycznie rozumianym szacunkiem dla tradycji.

Z pewnej odległości owemu konfliktowi przygląda się jeszcze klasyczny diabolizm totalitarno-marksistowski, reprezentowany przez Chiny i wciąż wahający się co do tego, z którą stroną w większym stopniu się zrzeszyć.

To, że rozmaite formy diabolizmu walczą z sobą zamiast się jednoczyć, nie powinno dziwić nikogo, kto zna metody działania złego, opisane bardzo przejrzyście już choćby w klasycznym dziele C. S. Lewisa pt. „The Screwtape Letters”. Grunt właśnie w tym, żeby w ramach owego konfliktu wtłoczyć jak największą liczbę osób na którąś ze stron, zaćmiewając w nich świadomość, że wszystkie owe strony służą w ostatecznym rachunku temu samemu celowi: zbrukaniu ludzkiej duszy sojuszem z upadlającą, autodestrukcyjną wizją świata i roli człowieka w świecie.

Jednocześnie należy pamiętać, że finał owego pozornie wielostronnego starcia może być tylko jeden: rozmaite formy diabolizmu, będąc w różnych aspektach immanentnie samobójczymi, muszą z konieczności wyeliminować się nawzajem – i na tym w finalnej perspektywie polegać będzie trwające w tej chwili wielkie oczyszczenie świata. Sprawą kluczową jest zatem to, żeby wykorzystać ów wyjątkowy czas do osobistego oczyszczenia z wszelkich związków z jakąkolwiek formą diabolizmu, korzystając z faktu, że wszystkie one ukazują się obecnie ludzkości w bezprecedensowo przejrzystej postaci.

Pomyślną przyszłość będą mieli zapewnioną tylko ci, którzy wytrwają do końca nie dając się złapać na lep któregokolwiek z rzeczonych bałamuctw – a im szybciej nabiorą na nie wszystkie trwałej odporności, tym skuteczniej będą w stanie zabezpieczyć przed nimi jak największą liczbę swoich bliźnich. Dla korzyści tak własnej, jak i cudzej, warto zatem zadbać jak najpilniej o oczy do patrzenia i uszy do słuchania, zdolne do przeniknięcia bieżącej pstrokacizny i kakofonii. Nie wymaga to w gruncie rzeczy wielkiego wysiłku – tymczasem rezultaty będą ogromnie owocne.

=================

To oczywiście ogromne [ale potrzebne] – uproszczenie. Bo, przecież między innymi, jest ważny, chyba najważniejszy, diabolizm w Watykanie, usiłujący wytworzyć Najwyższego Kapłana Zjednoczonych Religii. A ekipa hodowlana syna biskupa i zakonnicy – antychrysta… I oni wszyscy, współpracując, wzajemnie się nienawidzą. Pfuj. md

Dodatnie plusy gazowania

Stanisław Michalkiewicz    19 lipca 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5215

Prawo Murphy’ego głosi, że jak coś złego może się stać, to na pewno się stanie. Jest w tym sporo racji, a może nawet racja całkowita. Oto w grudniu 2000 roku na szczycie Rady Europejskiej w Nicei, została przyjęta Karta Praw Podstawowych Unii Europejskiej. Zostały tam przedstawiony katalog praw, to znaczy – uprawnień, jakie przysługują ludziom. Z pozoru wszystko sprawiało wrażenie, że jest w jak najlepszym porządku, ale akurat wtedy promotorzy komunistycznej rewolucji zintensyfikowali wysiłki w celu uzyskania panowania nad językiem mówionym – co objawiało się m.in. w postaci wpisywania do rozmaitych dokumentów sformułowań dwuznacznych, albo nawet wieloznacznych, stwarzających ryzyko bardzo dowolnej interpretacji. Warto bowiem zwrócić uwagę, że promotorzy komuny nigdy nie mówią wprost, żeby nie płoszyć przedwcześnie potencjalnych ofiar, tylko kamuflują swoje prawdziwe zamiary za parawanem sformułowań budzących skojarzenia pozytywne. Na przykład – prawo do życia. Jakiż normalny człowiek mógłby przeciwko temu występować? A jednak prawo do życia z jakichś zagadkowych powodów zostało ograniczone do osób już urodzonych – chociaż urodzenie nie jest momentem merytorycznym, a raczej administracyjnym, bo przecież na minutę przed urodzeniem człowiek niczym nie różni się od tego który urodził się minutę wcześniej – pozostawiając ludzi jeszcze nie narodzonych poza ochroną prawa. Korespondowało z tym „prawo do integralności cielesnej”, które można było interpretować jako na przykład zakaz podstępnego przeprowadzania eksperymentów – ale również, jako wyposażenie kobiet w prawo decydowania, czy chcą urodzić dziecko, czy też je poćwiartować w dodatku – bez znieczulania. Zostały tam wpisane także dyrdymały o „wolności wyrażania opinii”, ale proklamowano to w kontekście zwalczania „opinii antysemickich”, a więc takich, których wyrażania nie życzy sobie żydowska Liga Antydefamacyjna w Nowym Jorku. Zatem – można kupić samochód w dowolnym kolorze pod warunkiem, że będzie to kolor czarny. I tak dalej.

Moc prawną Karcie Praw podstawowych nadał traktat lizboński, ratyfikowany przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego na podstawie ustawy z 1 kwietnia 2008 roku, za przyjęciem której, ponad podziałami, głosował zarówno obóz płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm, jak i obóz zdrady i zaprzaństwa. Ale Polska Karty początkowo nie podpisała, właśnie z obawy przed nadaniem jej interpretacji, która otworzy drogę np. do rozwodnienia prawnego pojęcia rodziny przez postawienie znaku równości między małżeństwem, a umowami o wzajemnym bzykaniu, zawieranymi przez osoby tej samej płci. Nie ma jednak takiej bramy, której nie przeszedłby osioł obładowany złotem, więc wprawdzie obawy nie ustały, ale pokusa dorwania się do szmalcu z Unii była wśród naszych Umiłowanych Przywódców tak duża, że Polska przyłączyła się jednak do brytyjskiego protokołu, stwierdzającego m.in, że Karta nie rozszerza kompetencji Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości do uznania, że np. polskie czy brytyjskie przepisy ustawowe lub administracyjne są niezgodne z jej postanowieniami. Ale – jak jeszcze w XVIII wieku mówił wileński bazylianin Atanazy Nowochacki, co prawda odnosząc swoją przestrogę nie do Jarosława Kaczyńskiego, tylko do duchowieństwa, które „sprzedaje dary Ducha Świętego za pieniądze” – że skończy się na tym, że ani darów Ducha Świętego, ani pieniędzy mieć nie będzie, bo Pan Bóg swoje, a diabeł swoje odbierze. No to właśnie odbiera. Za przyjęciem Karty w całości opowiedziała się „Solidarność” a także „drogi Bronisław”, który – jak pamiętamy – „był szczęśliwy aż do ostatniej chwili życia”, nie mówiąc już o Donaldu Tusku, który dla pieniędzy gotów jest chyba na wszystko, a także utytułowanych ekspertach i futrowanej przez starego żydowskiego grandziarza Fundacji Helsińskiej, która pod pretekstem ochrony praw człowieków prowadzi komunistyczną robotę. W rezultacie 13 grudnia 2007 roku, w rocznicę wprowadzenia w Polsce stanu wojennego, traktat lizboński został podpisany przez Donalda Tuska i Księcia-Małżonka, w obecności prezydenta Kaczyńskiego, który też by go podpisał, gdyby mógł – ale nie mógł z powodu ograniczeń uprawnień prezydenta przez konstytucję. Ale – jak zauważyli bolszewicy – rewolucyjna teoria, to jedno, a rewolucyjna praktyka, to rzecz druga, więc teraz żydokomuna i Niemcy podkręcili biurokratów, jacy obleźli instytucje Unii Europejskiej, żeby plunęli na teorię, m.in. – na protokół brytyjski – i przeszli do rewolucyjnej praktyki. Etap umizgów skończył się bowiem definitywnie i teraz wchodzimy w etap surowości, co do którego jeszcze nie wiemy, ani dokąd nas zaprowadzi, ani – ilu i jakich paroksyzmów nam dostarczy.

Czegoś tam jednak możemy się domyślać, jako że w dniach ostatnich Parlament Europejski, w którym odsetek wariatów i szubrawców jest chyba znacznie większy, niż w innych instytucjach Unii Europejskiej, większością głosów przyjął rezolucję, by do Karty Praw Podstawowych wpisać „prawo do aborcji”. Chodzi o to, by zapewnić dobrostan kobietom, które – jak już się ze swoimi dobiegaczami od przodu i od tyłu wybzykają – nie powinny ponosić z tego tytułu żadnych konsekwencji, a to w imię „zdrowia reprodukcyjnego”, który to termin, w języku rewolucjonistów, oznacza właśnie ćwiartowanie ludzi bardzo małych. „Każdy ma prawo do bezpiecznej i legalnej aborcji” – takie postanowienie ma zostać do Karty wpisane. Wymagać to będzie „rewizji traktatów” – żeby rewolucyjna teoria, przynajmniej na początku, zgadzała się z rewolucyjną praktyką. Można w związku z tym dopatrzeć się tu plusa dodatniego, bo skoro traktaty mają być zrewidowane, to jest pretekst, by ich w nowym brzmieniu w ogóle nie ratyfikować, a skoro np. Polska, czy Węgry odmówiłyby ratyfikacji, to albo traktaty nie weszłyby w życie – jak to było w przypadku traktatu konstytucyjnego UE – albo trzeba by z Unii Europejskiej wystąpić. Mała szkoda – krótki żal, bo – jak powtarzał pan Jacek „Vincent” Rostowski – „pieniędzy nie ma i nie będzie”, bo diabeł właśnie swoje odbiera, więc można by się wypiąć na wszystkie wyroki luksemburskich przebierańców – i tyle. O proweniencji tej inicjatywy świadczy postulat, by aborcja była „bezpłatna”, to znaczy – by jej kosztami obarczać nie dobiegaczy – sprawców ambarasu – tylko wszystkich podatników, jak leci, również tych, którzy ćwiartowaniu ludzi bardzo małych wprawdzie się sprzeciwiają, ale płacić muszą już bez gadania nie tylko na skrobanki, ale również – na utrzymanie naganiaczy, których rezolucja PE patetycznie nazywa „obrońcami praw człowieka”. Trzeba przyznać, że żydokomuna ma tupet, skoro propagatorów ćwiartowania bez znieczulenia ludzi bardzo małych nazywa „obrońcami praw człowieka”. Widać, że bitwa o panowanie nad językiem mówionym w Parlamencie Europejskim została wygrana.

Zgodnie z prawem Murphy’ego, tak pewnie się stanie, więc spróbujmy się zastanowić, czy ta sytuacja może mieć jakieś dodatkowe plusy dodatnie? Myślę, że tak, że w ten sposób otwarta zostanie droga do legalizacji, w charakterze podstawowego prawa człowieka, „aborcji opóźnionej”, czyli ćwiartowania, albo np. gazowania człowieków metrykalnie dorosłych. Wprawdzie może to ułatwić komunistyczną rewolucję, ale może też ułatwić kontrrewolucję – gdybyśmy zdecydowali się pójść na skróty.

Stanisław Michalkiewicz

Antypolska racja stanu. Ilu posłów posiada polska mniejszość w sejmie III RP?

CzarnaLimuzynahttps://www.ekspedyt.org/2022/07/18/antypolska-racja-stanu/

Rok 1989. Rzekome obalenie komuny okazało się ostatecznym obaleniem Solidarności.

Młodszemu pokoleniu przypominam, że powstała w 1980 roku Solidarność była masowym ruchem antykomunistycznym zdelegalizowanym przez komunistycznego generała Jaruzelskiego na początku stanu wojennego.

Niestety, jej reaktywacja nigdy nie nastąpiła. Został natomiast zarejestrowany nowy związek pod tą samą nazwą kierowany już w pełni przez tajnych i jawnych współpracowników reżimu komunistycznego. Od tamtej pory nowa Solidarność pełniła już tylko rolę parawanu.

Zasadnicza zmiana kierunku politycznego nastąpiła w roku 1985 po spotkaniu Jaruzelskiego z przedstawicielami “Bestii” w USA. W roku 1988. agentura sowiecka w Polsce, będąca już wówczas w trakcie zmiany politycznej orientacji wydała zgodę na rejestrację fundacji Sorosa i przyśpieszyła przygotowania do operacji Okrągły Stół. W trakcie wylewnych, zakrapianych alkoholem rozmów pomiędzy komunistami a komunistami w asyście agentury różnej proweniencji i asyście użytecznych idiotów dokonał się spektakularny powrót do polityki odstawionej od koryta w 1968 roku, żydokomuny. Potem były wybory w wyniku których w kontraktowym Sejmie miało teoretycznie znaleźć się 35% Polaków. W praktyce, po latach, okazywali się nierzadko zakontraktowanymi kapusiami albo lojalnymi kolaborantami powiązanej z zagranicą lewicy.

Ilu posłów posiada w sejmie III RP polska mniejszość?

Niewielu. Większość w sposób jawny wyznaje antypolską rację stanu akceptując po kolei wszystkie rozłożone w czasie punkty planu prowadzącego do Wielkiego Resetu. Polski głupiec odczuwa już wyraźnie pierwsze skutki reżyserowanej katastrofy, lecz wciąż nie dostrzega prawdziwych przyczyn dokonując pozornego wyboru pomiędzy jedną a drugą targowicą. Obydwie płaszczą się codziennie przed pogańskim bałwanem NWO. Sytuacja przypomina demoniczną groteskę: jedna targowica wypełzając gorliwie przed szereg, zgadza się na wszystko, druga “opozycyjna” pokazując wyjście awaryjne, wskazuje na tego samego bałwana.

======================================

komentarz: CzarnaLimuzyna

Ostatnio jedna osoba zapytała mnie dlaczego wracam do przeszłości. Odpowiedziałem cytując klasyka: “zła historia jest matka złej polityki”. Zła historia tzn. historia zafałszowana, niezrozumiana, niedopowiedziana, sprzyja złym powtórkom.

Historia, która wiecznie się powtarza.

Naród, który akceptuje w polityce przestępców najgorszych- zdrajców oraz zwykłych przestępców pośród których są złodzieje i mordercy, taki naród zasługuje na swój marny los

Czy ludzie wolni podzielą los głupców i niewolników? Oto jest pytanie.

Męczeństwo Mikołaja II punktem zwrotnym w historii świata

Agnieszka Piwar https://www.bibula.com/?p=135222

Agnieszka Piwar: W lipcu wspominamy rocznicę męczeńskiej śmierci Mikołaja II Romanowa. Jakie konsekwencje wynikły z zamordowania Cara Rosji?

Protosingel Hiob (Kadyło) – Tak, w nocy z 16 na 17 lipca mijają już 104 lata od tego strasznego wydarzenia, które zmieniło historię Rosji i historię całego świata. I chociaż jest to ono kluczowe dla zrozumienia tego, co się działo przez ostatnie 100 lat w Rosji, nadal nie doczekało się pełnego zgłębienia i zrozumienia, nie tylko na świecie, ale również w samej Rosji. Oczywiście wiele napisano o politycznej, czy historycznej stronie śmierci Św. Rodziny Carskiej, w zasadzie odtworzono okoliczności śmierci Śww. Męczenników. Bez żadnej wątpliwości znane są fakty, które rzucają światło na to straszne zabójstwo, znany jest skład osobowy oprawców, ich nazwiska, jak na przykład nazwisko dowodzącego egzekucją Jankiela Jurowskiego, Szai Gołoszczokina, który dowodził paleniem ciał Męczenników i Jakowa Swierdłowa, który w dość tajemniczych okolicznościach organizował całe morderstwo, znane są napisy, pozostawione przez oprawców na ścianach piwnicy i wyjaśniona została ich treść. To, i wszystkie inne okoliczności pozwalają zrozumieć, co się wtedy stało. Zrozumieć nie tylko na płaszczyźnie historycznej, czy politycznej – to nie jest bardzo trudne – ale na płaszczyźnie duchowej. Jak powiedziałem, jest to wydarzenie kluczowe w najnowszych dziejach historii Rosji i historii świata. Historii świata – gdyż został zamordowany ostatni władca chrześcijański, posiadający realną władzę w swoich rękach, którą sprawował z Bożej łaski, z cerkiewnym, Bożym namaszczeniem, nie zwykły prezydent czy konstytucyjny król, ale władca absolutny pobłogosławiony przez Boga i Jego mocą sprawujący swoje rządy. Historii zaś Rosji – gdyż do momentu morderstwa na Pomazanniku Bożym można mówić jeszcze o Rosji, już objętej paroksyzmem rewolucji, bolszewizującej się, ale Rosji; zaś pod morderstwie Św. Rodziny Carskiej można mówić już tylko o Sowiecji, rosyjskojęzycznej, ale bolszewickiej i bluźnierczej. Co prawda zewnętrzna forma, by tak rzec – ciało imperium ze stolicą w Moskwie niewiele się zmieniło, ale zmieniła się, i to całkowicie, jego treść społeczna i duchowa. Rosja cara Mikołaja (ze wszystkimi ludzkimi słabościami) była krajem chrześcijańskim prawosławnym, z cerkwią państwową, z oficjalnym państwowym kultem Świętej Trójcy, Najświętszej Bogurodzicy i Świętych, którym cześć oddawał cesarz – ojciec narodu wierzącego, zaś Sowiecja – stała się zbrodniczym, demonicznym imperium, które w pierwszym rzędzie wymordowało rosyjskie chrześcijańskie, prawosławne elity – tysiące biskupów, kapłanów i mnichów, zaś po wymordowaniu milionów Rosjan, Ukraińców i Białorusinów zaczęła mordować i terroryzować okoliczne narody, w tym również Polaków.

Dlatego tych dwóch organizmów – Rosji i Sowiecji, mimo iż zajmowały to samo terytorium nie wolno mieszać ze sobą. Z duchowego punktu widzenia to są dwa różne, całkowicie przeciwstawne porządki. Mieszanie ich, nagminnie dzisiaj praktykowane w Polsce (przez tych, chcą udowadniać, że „Rosja zawsze była zła”) i w dzisiejszej Rosji (przez tych, chcą udowadniać, że „Sowiety nie były złe, w głębi serca to była nasza stara Ruś”) – z duchowego punktu widzenia jest nieprawdą i fałszem. Te dwa porządki rozdziela całkowicie i zupełnie męczeństwo Cara Mikołaja II i jego Rodziny.

Bezpośrednią konsekwencją abdykacji i męczeństwa Cara Mikołaja były oceany krwi, które zalały ziemię rosyjską i okoliczne ziemie. Dla prostego narodu rosyjskiego, który, jak każdy prosty naród, nie myślał dogmatycznie, ale przeżywał rzeczywistość emocjonalnie, car był bezpośrednim reprezentantem, jakby wcieleniem (nie w sensie dogmatycznym, a symbolicznym) Boga na ziemi. Miłość do niego płynęła z ludowej miłości do Boga; zaufanie – z zaufania, które lud zawsze ma wobec Boga; wiara w jego potęgę – z wiary we wszechmoc Boga. Gdy zewnętrzne wobec Rosji moce duchowe i polityczne, posługując się naiwnością ludu i zepsuciem rosyjskich elit zdołały najpierw doprowadzić do abdykacji cara, a potem go zamordować – dla ludu był to szok. Prości ludzie nie byli w stanie dogłębnie zanalizować tego, co się stało, tym bardziej, że znajdowali się pod presją propagandy, w warunkach terroru i wojny domowej. Dlatego dla wielu prostych ludzi śmierć cara, śmierć męczeńska biskupów i kapłanów, których kochali, którym ufali i którym wierzyli – była jak śmierć Boga. Lub jak dowód na to, że Go nie ma. Od tego momentu zaczęły się realizować w Rosji słowa Dostojewskiego – „jeśli Boga nie ma, wszystko wolno”. Popłynęła krew i to w tak straszny sposób, że my w Polsce i w dzisiejszych czasach nie jesteśmy sobie w stanie tego wyobrazić. Pisze o tym na przykład w swoich wspomnieniach książę Żewachow, w czasach carskich wiceprokurator Świętego Synodu. Opisów zbrodni bolszewickich, na przykład w Kijowie – gdzie rozbijano głowy ofiar młotami, wyciągano mózgi i składowano je pod podłogą w siedzibie CzK, albo w Odessie, gdzie żywych ludzi powoli wkładano do rozpalonego pieca, począwszy od nóg, by mogli poczuć przed śmiercią zapach palonego swojego ciała – czy w wielu innych miejscach, gdzie z największą wymyślnością, bardzo powoli, nabijano mnichów na pal, czy żywcem wyciągano ludziom żyły patrząc im z sadystyczną radością w oczy – a jest to tylko niewielka część tych opisów – po prostu nie da się czytać. W swoim planowym i sadystycznym wyniszczaniu narodu rosyjskiego bolszewicy osiągnęli najbardziej przepaściste głębie demoniczności. I, jak pisze książę Żewachow, większość nazwisk komisarzy dowodzących terrorem, nie była rosyjska. Lenin, który przecież sam również miał nierosyjskie pochodzenie, powiedział: „niech zginie nawet 90% narodu rosyjskiego, byleby w momencie rewolucji światowej zostało przynajmniej 10%”.

Mikołaj II jest świętym Cerkwi Prawosławnej. Co było przesłanką do kanonizacji?

– Św. Męczennik Car Mikołaj i jego Rodzina byli kanonizowani dwu, a nawet trzykrotnie. Najpierw nieoficjalnie przez Cerkiew serbską w 1938 roku, za przyczyną wielkiego świętego naszych czasów, św. Mikołaja Serbskiego (Velimirovicia) potem zaś już na początku lat 80-tych zeszłego stulecia przez rosyjską Cerkiew Zagraniczną. Była to cerkiew, która powstała na emigracji, w Sremskich Karlovcach w Serbii, gdzie zebrali się biskupi, którzy uciekli przed bolszewickimi prześladowaniami za granicę. Była to cerkiew antymodernistyczna i pryncypialnie antykomunistyczna. Car Mikołaj został przez nią kanonizowany za swoją męczeńską śmierć za Chrystusa, na którą jako pomazannik Boży szedł świadomie i przyniósł jako ofiarę za swój wpadający w otchłań apostazji i bezbożnictwa naród. W dziennikach cara Mikołaja jest zapis: „jeśli konieczna jest ofiara za ratunek Rosji, ja będę tą ofiarą”.

Jeszcze raz car Mikołaj był kanonizowany przez Patriarchat Moskiewski w 2000 roku. Cerkiew Zagraniczna i Patriarchat Moskiewski nie znajdowały się wtedy w łączności kanonicznej, jako hierarchie reprezentujące zasadniczo dwie różne orientacje porewolucyjne – z jednej strony antykomunistyczno-antymodernistyczną (dzisiaj powiedzielibyśmy – antyglobalistyczną) i z drugiej modernistyczną, lojalistyczną wobec Sowiecji, tak zwaną sergiańską (od metropolity Sergiusza Stragorodskiego który w 1927 roku podjął otwartą i oficjalną współpracę z władzą bolszewicką).

Powtórna kanonizacja, to jest kanonizacja w Patriarchacie Moskiewskim, nie odbyła się bez głosów sprzeciwu, nawet ze strony biskupów. Niestety, Sowieci swoją propagandą tak dalece splugawili osobę Św. Męczennika w oczach ludzi sowieckich, że ulegali temu również niektórzy duchowni. Jednak cuda, które się działy w Rosji na skutek modlitw do Śww. Męczenników, mirotoczywe ikony i objawienia, były niepodważalne i nikt nie mógł się im skutecznie sprzeciwić. Ale Patriarchat Moskiewski nie kanonizował Św. Rodziny Carskiej jako męczenników, nie uznał ich śmierci za śmierć za Chrystusa, a jako „strastotierpców” (w polskim dość niezgrabnym tłumaczeniu jako „cierpiętników”), czyli kogoś, kto przez całe życie niósł pobożnie wszelkiego rodzaju cierpienia, ale nie zginął śmiercią męczeńską za Chrystusa. Mimo to lud jednak najczęściej nazywa świętych męczennikami, bo nie jest jasne, dlaczego synod Patriarchatu Moskiewskiego tak postanowił. Jednym z przypuszczeń, które się nasuwa jest to, że synod chciał po prostu przemilczeć temat rytualnego charakteru śmierci Carskiej Rodziny, o którym to charakterze wiadomo już od samego początku (dowody były odkryte przez śledczych z białej armii jeszcze w latach 1918-1919, byli oni na miejscu zdarzenia w około dwa tygodnie po samej tragedii).

Z jakimi największymi problemami borykał się Car Mikołaj II za swojego panowania?

– Historycy szeroko opisali polityczne aspekty rządów Cara Mikołaja. Ja zwróciłbym uwagę na jeden fakt, o którym pisze się mało, a w Polsce świadomość jego jest nikła. Chodzi o całkowite osamotnienie Św. Cara Męczennika i jego Rodziny. Odziedziczył on Rosję u szczytu potęgi, którą chciał zachować i umocnić. Wbrew temu, co dzisiaj najczęściej myślelibyśmy w Polsce, Rosja carska była bardzo swobodnym krajem, w którym cenzura działała słabo, a aparat represji był stosunkowo miękki. Na przykład w niektórych kręgach drukowano wówczas pocztówki, w których car Mikołaj przedstawiany był jako kogut ofiarny: był narysowany kogut ofiarny z głową cara w koronie, trzymany za nogi przez człowieka w chałacie i kapeluszu. Takie coś funkcjonowało wtedy w obiegu! W naszych „demokratycznych” czasach byłoby to nie do pomyślenia. A przecież i czysto rosyjskie elity już w latach 60-tych XIX wieku chwaliły się i szczyciły swoją nieznajomością Prawosławia, niechęcią do cerkwi, wyśmiewały cara, carycę, wiarę, chciały być zachodnie, francuskie, republikańskie i wolnomyślicielskie. Prosty zaś naród, w sytuacji niezwykle dynamicznego rozwoju gospodarczego i uprzemysłowienia Rosji pod rządami Cara Mikołaja, coraz bardziej był podatny na propagandę komunistyczną. Od ducha buntu nie byli wolni też nawet członkowie rodziny Romanowów, krewni cara. Niejeden z nich był związany z masonerią, jak na przykład wielki książę Mikołaj Mikołajewicz, który później uczestniczył w obaleniu cara. Masowo produkowano to, co dzisiaj nazywamy fake newsami, o carze, o carycy, o jej rzekomych romansach z Grigorijem Rasputinem, rzeczy ekstremalnie obraźliwe i nieprawdziwe. Ale to był początek XX wieku i prości ludzie święcie wierzyli w pisane słowo, może i bardziej, niż dzisiaj narody wierzą w telewizyjną propagandę, więc gdy otrzymywali pisanе komunistyczne, antycarskie paszkwile, nietrudno ich było zbuntować.

Car był więc człowiekiem otoczonym przez podburzany naród i ciągłą krytykę niezadowolonych z jego pobożności, prostoty, rodzinności i sumienności Romanowów. Jakim był człowiekiem z natury, widać wyraźnie w korespondencji między nim, a Carycą Aleksandrą, przed kilku laty ukazała się ona po polsku. Car i Caryca nie byli ludźmi rautów, salonów i dworskich intryg. Popierali monarchię, tradycję, wiarę, cerkiew, rodzinę. To budziło niezadowolenie zepsutej wolnomyślicielstwem Rodziny Romanowów. Car pisał w swoich dziennikach – „my chcemy wielkości Rosji, a oni chcą mocnych wrażeń”. Ten stan ducha narodu doprowadził do abdykacji Cara. W przejmujący sposób opisuje to księżna Natalia Urusowa w swoich wspomnieniach Macierzyński płacz Świętej Rusi: po abdykacji cara zapanował chaos, pijane żołdactwo tygodniami wchodziło na dzwonnice cerkiewne i biło w dzwony, kapłani uroczyście czytali akt abdykacji z ambon, ku powszechnej radości większości ludzi, hierarchia cerkiewna już na drugi dzień usunęła w całym kraju wszelkie wspomnienia liturgiczne o cesarzu z cerkiewnych nabożeństw, wszyscy „świętowali wolność”… A dosłownie chwilę potem, zaraz po tej radości, jak opisuje księżna, popłynęły łzy i krew dokładnie tych samych ludzi, którzy przecież złamali przysięgę składaną na wierność carowi. Nie zrozumieli, że nie buntują się przeciwko politykowi ubranemu w „śmieszne, starodawne ubrania”, a przeciwko Bożemu pomazannikowi, który nosił na sobie moc powstrzymywania sił demonicznych.

Niektórzy zarzucają carowi, że był zbyt łagodny. Oczywiście wedle ludzkiej logiki łatwo sądzić i to 100 lat po tamtych wydarzeniach. Car jednak doskonale zdawał sobie sprawę ze stanu rzeczy, z nastrojów społecznych i z nastrojów w elitach i w wyższym duchowieństwie, które w dużej mierze było przesiąknięte duchem modernizmu i republikanizmu. Wiedział bardzo dobrze, że zduszenie narastającego buntu byłoby możliwe tylko wtedy, gdyby on sam przelał rzeki ludzkiej krwi. Rozumiał doskonale, że gdyby to uczynił, tak, czy inaczej oznaczałoby to koniec monarchii w Rosji, bo monarchia tym się różni od tyranii, że nie może ona stać na krwi, a tylko na dobrowolnym posłuszeństwie, wynikającym z wiary w Boga i w ustanowiony przez Boga porządek. Nie wybrał więc car drogi terroru, a usiłował utrzymać monarchię, umacniając cerkiew, tradycję, rodzinę, wiarę ludu i pokładając nadzieję w Bogu. Zrobił to z przekonaniem, że jeśli miałaby się przelać czyjaś krew, to raczej jego, niż narodu. I tak się stało.

Został zmuszony do abdykacji na progu zwycięstwa, tuż przed wielką i decydującą o losach I wojny światowej ofensywą, która bez wątpienia zakończyłaby się zwycięstwem Rosji, gdyż jej przewaga na wiosnę 1917 roku na froncie wschodnim była ogromna. Car został zdradzony przez najbliższych mu generałów (większość z nich zginęła potem z rąk bolszewików) i krewnych. W dniu abdykacji napisał w swoich dziennikach słynne słowa: „Dookoła zdrada, tchórzostwo i kłamstwo”. I został zamordowany wraz z całą rodziną również w samotności, opuszczony przez własny naród. Często podkreślał, że urodził się 19 maja, w dzień pamięci św. Sprawiedliwego Hioba – i rzeczywiście stał się Hiobem naszych czasów, człowiekiem, który miał wszystko i oddał wszystko, by przynajmniej mistycznie ratować własny naród, skoro się nie dało tego uczynić politycznie.

A mimo to w postbolszewickiej propagandzie, w dzisiejszej Rosji, często można usłyszeć o „Mikołaju Krwawym”. Ba, takie słowa można było usłyszeć z ust najwyższych przedstawicieli obecnej władzy rosyjskiej.

Spotykam się z opiniami, że za caratu był ucisk i straszne rozwarstwienie społeczne, co spowodowało, że lud chętnie dołączył do bolszewików i dał się podburzyć przeciwko Carowi. Pewien Rosjanin, z wykształcenia profesor historii, w prywatnej rozmowie wyznał mi kiedyś, że jest komunistą, bo dzięki temu systemowi jego dziadek – prosty człowiek z nizin – osiągnął niesamowity awans społeczny. Jak Ojciec skomentuje taką argumentację?

– Cóż, na pewno Rosja cara Mikołaja nie była krajem po ludzku doskonałym. Ale czy w ogóle można porównywać „ucisk” w czasach carskich i sadystyczno-satanistyczny terror bolszewicki? Historie zaś bywają różne. Ja znam na przykład takie – jak ludzie pochodzący z arystokracji w wyniku rewolucji tracili wszystko – pracę, majątek, szacunek społeczny, życie, a nawet nazwiska – gdyż musieli je zmieniać i kupować fałszywe dokumenty, by przeżyć, a dzieciom i wnukom nie wolno było odkryć prawdy, bo to oznaczało śmierć. W trakcie każdej zawieruchy historycznej są jednostki, które materialnie i społecznie zyskują i te, które tracą. I jest jasne, że ci, którzy zyskali w wyniku rewolucji, i ich potomkowie, będą jej wierni. To jest nam znane również w dzisiejszej Polsce. Jednak trzeba zapytać, jaka była cena tego, że Pani znajomy profesor, a raczej jego dziadek, wspiął się na wyżyny społeczne? Cena była taka, że bolszewicy stworzyli z narodu rosyjskiego naród sowiecki, gdyż ci Rosjanie, którzy się sprzeciwiali, zostali albo zamordowani, albo uciekli za granicę. A ci, co zostali, albo popierali zbrodnie bolszewików, albo nauczyli się milczeć, nie tylko przed przyjaciółmi, dziećmi, ale często i sami przed sobą. Bolszewicy zdołali więc całkowicie przeformatować naród. Tak, etnicznie pozostał on ten sam, ale nie duchowo. Radować się z awansu społecznego dziadka, gdy się chodzi szerokimi ulicami Moskwy, pod którymi leży gruz ze zburzonych świątyń, czy wysiada się na pięknej stacji metra, zdobionej mozaikami wydartymi ze ścian zrównanych z ziemią cerkwi, albo się jedzie na daczę (mówię obrazowo), która stoi na kościach tysięcy pomordowanych ludzi – może tylko człowiek, który „takie widzi świata koło, jakie tępymi zakreśla oczy”. W momencie wybuchu rewolucji w Rosji było ponad 150 milionów ludzi. Dzisiaj, według oficjalnych danych, jest również tyle (nieoficjalne mówi się o mniejszych cyfrach). Po 100 latach! Gdyby nie rewolucja i rządy bolszewików, bo przecież również oni dowodzili w bardzo określony sposób armią sowiecką w II wojnie światowej, dzisiaj, wedle szacunków demografów, w Rosji żyłoby 800-900 milionów ludzi. Dopiero te liczby uzmysławiają nam skalę katastrofy, która została tam przeprowadzona.

Jeśli ktoś po tym wszystkim mówi, że jest komunistą, bo jego dziadek społecznie awansował, i to ktoś, kto jest, jako profesor, człowiekiem elity – to tylko dowodzi, że „robota” bolszewicka przyniosła zamierzone skutki i mentalność takiego człowieka, chociaż jest profesorem, pozostała prostacka, dokładnie taka, jakiej chcieli komuniści, jak chciał Lejba Bronsztajn, czyli Lew Trocki, gdy mówił – rzucimy Rosjan na kolana i uczynimy z nich białych murzynów.

Wydaje się jednak, że we współczesnej Rosji nastąpiła pewna rehabilitacja zamordowanych Romanowów. Kilka lat temu wraz z Międzynarodowym Motocyklowym Rajdem Katyńskim dotarłam do uroczyska Ganina Jama, gdzie zbudowano Monaster Świętych Męczenników Carskich. Rosjanie wyraźnie się wtedy ucieszyli, że Polacy nawiedzili miejsce poświęcone Mikołajowi II i jego rodzinie. Czy Ojca zdaniem faktycznie nastąpiła rehabilitacja Carskiej Rodziny i pozostałych Ofiar komunizmu?

– To jest pytanie, na które trudno dać jednoznaczną i ostateczną odpowiedź, gdyż sięga ono głębi duszy rosyjskiej. Oczywiście, na poziomie oficjalnym, by tak rzec – sądowym, na poziomie cerkiewnym – przez formalną kanonizację – taka rehabilitacja w dużej mierze się dokonała. Ale już historycznie – dominuje w ocenie Cara Mikołaja bolszewicka narracja. Często robi się z niego człowieka słabego, nieudolnego, w przeciwieństwie do Stalina, którego się stawia a za wzór mocnego, prawdziwego władcy. Jest to kolejny dowód na skalę katastrofy, również duchowej, która dokonała się w Rosji. Świadczy o niej również nakręcony przed kilku laty bluźnierczy film „Matylda”, o rzekomym romansie następcy tronu Mikołaja Romanowa z polską nomen omen baleriną. Przeciwko temu filmowi były głośne protesty w Rosji, sprawa oparła się nawet najwyższe piętra współczesnej władzy rosyjskiej. I co? Film bez żadnych przeszkód był rozpowszechniany na terenie Federacji. Zmarły już protojerej Wiaczesław Czaplin, wieloletni rzecznik OWCS, w bardzo ostrych słowach wypowiadał się wtedy na ten temat, mówiąc, że Rosja zasłużyła na gniew Boży przez znieważenie cara, który przecież sam siebie i całą rodzinę przyniósł w ofierze za naród. Czy Rosja zasługuje na gniew – to oczywiście sprawa Boża. W zasadzie wszyscy, jako ludzie grzeszni, zasługujemy na gniew Boży. Jednak dzięki pokajaniu (a pokajanie, czyli po grecku metanoia, nie jest tylko emocjonalną skruchą serca, a realną przemianą życia) i dzięki wstawiennictwu świętych – ten gniew od nas się oddala, a wstępuje na jego miejsce Boże miłosierdzie. Mistycznie i duchowo ofiara świętego męczennika Cara Mikołaja jest dla Rosji niezwykle ważna – została przyniesiona przez prawdziwego, błogosławionego przez Boga ojca narodu, za swój naród; ona wyjednuje Boże miłosierdzie, daje duchowe światło tym, którzy się unurzali pokoleniami w komunizmie i jego efektach, w bezbożnictwie i apostazji; niektórzy to uczynili przez bezpośrednie zbrodnie, inni przez milczenie ze strachu lub rozsądku, inni przez to, że korzystają z owoców tych zbrodni i dlatego je akceptują, jak wspomniany przez Panią profesor. Te duchowe – bo o nich mówimy – skutki komunizmu można przezwyciężyć w Rosji – właśnie dzięki Śww. Męczennikom. Z tego punktu widzenia brak szacunku wobec ich ofiary jest po prostu szaleństwem, bo gniew Boży może być naprawdę straszny i myślę, że Rosjanie wiedzą o tym lepiej do wszystkich innych narodów.

Oczywiście są miejsca w Rosji, i nie jest ich mało, gdzie się czci świętych carskich męczenników. Jest Ganina Jama. Niestety, Ipatijewski Dom, gdzie dokonało się morderstwo, został zniesiony z powierzchni ziemi w latach 80-tych na rozkaz Borysa Jelcyna, który był wtedy w Swierdłowsku (tak się nazywał Jekaterynburg, od nazwiska organizatora kaźni Carski Męczenników, Jakowa Mojsiejewicza Swierdłowa), I sekretarzem partii. Są ludzie, którzy autentycznie modlą się i oddają cześć Carskiej Rodzinie. Odważę się jednak stwierdzić, że jest ich mniejszość i nie jest to mniejszość wpływowa. Gdyby było inaczej, film „Matylda” nie byłby rozpowszechniany na terenie RF. Niestety, mówię to z bólem, wygląda na to, że znacznie bliższa przeciętnym mieszkańcom postsowieckiej Rosji jest postać Stalina. Ileż to filmów o II wojnie światowej wypuszczono, w których Stalin pokazany jest, jako mądry, dzielnie znoszący ciężkie okoliczności władca, przy kominku palący fajkę i bohatersko przyjmujący tragiczne, ale konieczne decyzje, które ostatecznie „wszystkim wyszły na zdrowie”. A czy było tyle samo pozytywnych fabularnych filmów o carze? Tłumaczących jego wielki trud i ofiarę, budujących jego prawdziwy, święty wizerunek w „masach ludowych”?

Niestety, trudno nie odnieść wrażenia, że dotychczasowa polityka symboliczna w Rosji sprzyjała jakiejś przedziwnej syntezie tego, co komunistyczne, z tym, co carskie. Albo mówiąc inaczej – zachowaniu komunistycznego, czyli w istocie materialistyczno-modernistycznego światopoglądu z jakimś „prawosławnym face liftingiem”. Tę syntezę widzimy wszędzie – niby wszystko się dzieje pod flagą trójkolorową, dwugłowym orłem, ale jednocześnie na Kremlu są czerwone gwiazdy, na Placu Czerwonym Lenin leży „jak zawsze”, chodzi się po ulicach Marksistskiej, Leninskiej, Proletarskiej, Sowieckiej… A ile jest ulic św. Cara Mikołaja w Rosji? – ciekawie by było policzyć i porównać.

We współczesnej, postsowieckiej Rosji uważa się często, że Związek Sowiecki to historyczna Rosja. W tym sensie wielu dzisiejszych Rosjan nie różni się niczym od niektórych polskich i polskojęzycznych, apriorycznie (lub zadaniowo) antyrosyjskich „autorytetów”, które twierdzą dokładnie to samo. Otóż nie. W duchowym sensie Sowiecja to jest antyteza Rosji. Swego czasu, przed kilku laty, usiłował to wytłumaczyć w niedzielnym talk-show Sołowiowa Janusz Korwin-Mikke. Gdy poruszył temat konieczności oddzielenia tego, co rosyjskie od tego, co sowieckie, słusznie twierdząc, że Sowiecja była wrogiem Rosji, spotkał się z bardzo ostrą i negatywną reakcją w studiu. To pokazuje miejsce, w którym się dzisiaj znajdują postsowieckie elity w Rosji, których przedstawicielem jest Sołowiow i wielu jego gości. W tym zakresie przykładem dla Rosji powinna być Serbia, która przecież również, jak i Rosja, była komunistyczna, ale dziś jest jedynym chyba krajem na świecie, gdzie stoją pomniki Św. Cara Mikołaja, są jego ulice, we wszystkich cerkwiach są jego ikony i cały naród serbski ma wobec niego wielki szacunek i miłość. W rozumieniu osoby i dziejowej, ogólnoświatowej roli św. Cara i jego męczeństwa, Serbia znacznie wyprzedziła Rosję, zachowując wdzięczną pamięć o jego decyzji, by Rosja, mimo iż nieprzygotowana do wojny w 1914 roku, weszła w nią, by ratować Serbię.

Mikołaj II był także królem Polski, o czym prawdopodobnie nie ma pojęcia przeciętny Polak. Co więcej, za przypomnienie tego faktu mogę zebrać cięgi od moich Rodaków. Tymczasem jako monarchistka nie mam najmniejszego problemu by o tym rozmawiać, a nawet zadać pewne śmiałe pytanie. Czy postać Cara Męczennika mogłaby niejako połączyć zwaśnionych dziś Polaków i Rosjan? W końcu komuniści zabili nam wspólnego władcę, który był namaszczony przez Boga.

– Pytanie rzeczywiście jest śmiałe, a to, że car Rosji był królem Polski – to fakt historyczny. Z tym, że car Mikołaj II nie był koronowanym królem Polski, a jedynie nosił ten tytuł. Ostatnim koronowanym królem Polski był car Mikołaj I, zdetronizowany dnia 25 stycznia 1831, przez Sejm Królestwa Kongresowego. Gdy Sejm zdetronizował cara Mikołaja I jako Króla Polski, przewodniczący Senatu, książę Adam Czartoryski, wypowiedział znamienne słowa: „Zgubiliście Polskę”. Jak pamiętamy, entuzjazm detronizacji skończył się tragedią przegranej przez Polskę wojny z Rosją, a także represjami i likwidacją wcale nie takiej małej autonomii organizmu państwowego, jaką było Królestwo Polskie, połączone unią personalną z Cesarstwem Rosyjskim.

Takie są fakty. Oczywiście to, że św. Męczennik Car Mikołaj II był „Carem Wszechrusi i Królem Polski” raczej nie jest czymś, co Polacy wspominaliby chętnie. Mimo wszystko była to władza, która nastała w wyniku rozbiorów kraju. Poza tym polski ruch niepodległościowy, już od czasów Kościuszki miał charakter mniej lub bardziej „jakobiński”, republikański, a więc z zasady co najmniej niemonarchiczny, a często – antymonarchiczny. Józef Piłsudski był zamieszany w zamach na cara Aleksandra II. Adam Mickiewicz w „Wielkiej Improwizacji” wkłada w usta Konrada największe bluźnierstwo wobec Boga, które, jak pamiętamy, polega na tym, że Konrad nazywa Go nie „królem”, a „carem”… A jakże pisze tenże Mickiewicz w „Reducie Ordona” – „gdy poselstwo francuskie twoje stopy liże, Warszawa jedna twojej mocy się urąga, podnosi na cię rękę i koronę ściąga, koronę Bolesławów, Mieszków z twojej głowy, boś ją ukradł i skrwawił, synu Wasylowy” – literacko słowa niezwykle obrazowe i mocne. Tego wszyscy się uczyliśmy w szkole, przeżywając te słowa głęboko, gdyż to się wszystko dokonywało w młodym przecież wieku. W naszych natomiast czasach często słyszymy w piosence Pietrzaka, jak to „zrzucał uczeń portret cara”. Mówiąc krótko, stereotyp polski związany ze słowem „car” jest ekstremalnie negatywny i zadziwiająco mocny, żywy, do tego stopnia, że często np. Stalina określa się potocznie mianem „czerwonego cara”, co w zamierzeniu jest przecież pejoratywnym określeniem. Na pewno przyczyniły się do tego również czasy komunizmu, w których oczerniano wszystko, co carskie. Myślę, że ktoś, kto wyrósł w naszej, polskiej kulturze i wiedzę o Carze Mikołaju zaczerpnął tylko ze szkolnych podręczników historii, nie może zrozumieć Cara Mikołaja. Tylko ten, kto się tym szczerze zainteresuje, zacznie te sprawy zgłębiać, spróbuje dotrzeć do osnowy zjawisk, spojrzeć na wszystko szerzej, zrozumie, jakie ogromne znaczenie w historii świata, а i Polski, ma Męczeństwo Cara Mikołaja i jego Rodziny. Posługując się nieco złośliwie, znowu słowami Mickiewicza – to tylko powierzchowna i stereotypowa informacja o carze Mikołaju wydaje się „twarda i plugawa”, ale jej „wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi”. Jednak trudno oczekiwać, aby w Polsce udało się uczynić z Cara Mikołaja II, męczennika, jakiejś postaci, która wszystkim przemawiałaby pozytywnie do wyobraźni. Zwłaszcza w naszych trudnych czasach, w których bardzo wielu ludzi automatycznie i stereotypowo utożsamia ZSRS z Rosją carską.

Ale jednocześnie myślę, wracając do Pani pytania, że wcale nie ma potrzeby „godzić zwaśnionych” Polaków i Rosjan. Ja tego zwaśnienia nie widzę i nie widziałem przez ostatnie 30 lat. Z racji swojego powołania, a także osobiście jestem od lat blisko związany z Rosjanami mieszkającymi w Polsce i muszę powiedzieć, że ani razu Rosjanie ci na przestrzeni tych lat nie spotykali się z jakimiś aktami wrogości. Tak, w Polsce nie lubi się Putina, nie lubiliśmy nigdy komuny rosyjskojęzycznej, ale zawsze Polacy umieli odróżnić tych, którzy rządzą i system polityczny – od samego narodu rosyjskiego. Oczywiście dzisiejsza bardzo mocna polskojęzyczna propaganda przeciwko wszystkiemu, co rosyjskie, niezależnie, czy jest proputinowskie, czy nie, propaganda wojenna, która, jak myślę, często bardzo świadomie miesza sowieckie z rosyjskim, bardzo stara się zmienić ten stan rzeczy. To jednak zobaczymy w przyszłości. A to, jak było dotychczas – pokazuje jeden godzinny filmik na you tube, w którym młody Polak chodzi z mikrofonem po Krakowie i pyta przypadkowych ludzi co sądzą o Rosjanach. I proszę sobie wyobrazić, że padają tylko pozytywne odpowiedzi. Generalnie pokrywa się to z moim osobistym doświadczeniem.

Podczas nawiedzania Monastyru Świętych Męczenników Carskich dowiedziałam się, że ustawione w centralnej części klasztoru popiersie Mikołaja II to dar od obywateli Ukrainy. Czy dostrzega Ojciec szansę, aby w wyniku dokonania należytej rehabilitacji Cara Męczennika nastąpiło pojednanie rosyjsko-ukraińskie? I wreszcie, czy brak pełnej rehabilitacji mógł niejako doprowadzić do sytuacji, że za naszą wschodnią granicą prowadzą teraz bratobójczą wojnę niegdyś bliskie sobie narody?

– To jest pytanie o bardzo bardzo skomplikowaną i niejednoznaczną naturę stosunków rosyjsko-ukraińskich. Jest w nich sporo i subtelnych, i trudnych momentów. Mówienie o tym wymaga spokoju i wyważenia. Trudno o to w czasie dzisiejszym, wojennym, który żąda jednoznacznych, jednostronnych i ostrych odpowiedzi.

Oczywiście nie sądzę, by kwestia Cara Mikołaja miała jakikolwiek bezpośredni wpływ na wybuch konfliktu. Przyczyna, z punktu widzenia prawosławnego duchownego, jest znacznie szersza, niż tylko kwestia czci bądź jej braku dla jednego ze świętych. A jest ona taka, że po okresie sowietyzmu ani większość Rosjan, ani większość Ukraińców nie powróciła realnie do wiary przodków, to znaczy do Prawosławia. Gdyby Prawosławie było rzeczywiście żywe w Rosji i na Ukrainie, i to Prawosławie nie pojmowane tylko formalnie i obrzędowo, a rozumiane jako realne i prawdziwe życie w Tradycji Świętych Ojców i Apostołów, w duchu najkrócej i aksjomatycznie zdefiniowanym przez wielkiego serbskiego świętego, męczennika Księcia Lazara (który zginął w bitwie kosowskiej w 1389 roku) – i który powiedział, że „ziemskie królestwo jest na krótko, a niebieskie na wieki i na zawsze” – nie byłoby w ogóle mowy o konflikcie zbrojnym. Na pewno udałoby się znaleźć inne wyjście z sytuacji, niż wzajemne przelewanie krwi. Nie trzeba byłoby dzisiaj się spierać, o to, kto jest winny, czy „rosyjski agresor i imperialista”, czy „ukraiński majdan i faszyści”.

Niestety, do Prawosławia powróciła mniejszość tak jednych, jak i drugich. Te dwa narody, etnicznie były i są odrębne, ale od XVII wieku ich losy bardzo mocno się splątały, dzisiaj mnóstwo Ukraińców ma rosyjskie nazwiska, a czystych Rosjan ukraińskie… I to, co te dwa narody powiązało to właśnie był wiara prawosławna. Gdy ona została zniszczona, przyszła sowiecka urzędowa jedność, a gdy i ona upadła, okazało się, że ludzie ci nie potrafią się porozumieć. Z duchowego punktu widzenia – a on jest znacznie ważniejszy i bliższy prawdy, niż punkt widzenia duszewno-emocjonalny, czyli polityczny – przyczyną katastrofy i wzajemnego przelewania krwi jest niewiara, tak narodów, jak i ich wodzów.

W postsowieckiej sytuacji, gdy żywa była pamięć bolszewickich bestialstw, odradzała się, a raczej – wyłoniła się z podziemia trwająca i rozwijająca się od XIX wieku tożsamość narodowa ukraińska. Ten proces trwa obiektywnie i dynamicznie. I w dodatku rozwinął się w sposób najbardziej niekorzystny dla Rosji – to znaczy ma ostrze antyrosyjskie, a w warunkach obecnie trwającej wojny nastawione na eliminację wszystkiego, co rosyjskie, bez rozróżniania sowieckiego od rosyjskiego.

Dlatego Św. Męczennik Car Mikołaj – jako ruski car, mimo iż był przecież carem tak Wielkorusów, jak i Małorusów (dzisiaj mówimy – Ukraińców) nie jest w tej chwili żadną szansą dla, jak Pani powiedziała, pojednania. Patriarchat Moskiewski jest obecnie cerkwią rosyjską, a na Ukrainie – istnieje krwawiący podział cerkiewny. Obecnie jesteśmy świadkami przechodzenia parafii z Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej (związanej z Patriarchatem Moskiewskim) do Prawosławnej Cerkwi Ukrainy (narodowo-ukraińskiej), ma to nierzadko dramatyczny charakter. Można było na przykład zobaczyć w sieci, jak jedna z parafii, głosami zebranych wiernych postanowiła przejść w jurysdykcję PCU. Dotychczasowego, „moskiewskiego” kapłana poproszono o opuszczenie parafii, przyjechał nowy, z PCU, wszedł do cerkwi i triumfalnie ściągnął z ołtarza ikonę Św. Carskich Męczenników, których najwyraźniej szczególnie czcił dotychczasowy duszpasterz. Następnie pokazał z oburzeniem ludowi Bożemu jako „dowód zdrady” – „patrzcie, do kogo się tamten modlił, do ruskiego cara!!!”.

Taka wygląda rzeczywistość. Na Ukrainie trwa wciąż dramatyczny proces wzrostu świadomości narodowej, to się niektórym podoba, innym nie, ale to jest fakt. Ukraińcy walczą i tworzą swoją czystą narodowo, ukraińską cerkiew. W kontekście całego wieloletniego już konfliktu politycznego z Rosją, na płaszczyźnie narodowej i emocji związanych z obroną kraju, na pewno musiało dojść do zbliżenia PCU z Kościołem Greko-Katolickim. Zbliżenia ludzkiego – psychologicznego, ale też politycznego – społecznego, a może nawet i duchowego. W każdym razie na pewno sprzyja temu coraz bardziej oczywiste otwarcie na modernizm ze strony wielu przedstawicieli PCU. Tymczasem to właśnie Kościół Greko-Katolicki, jego środowisko, było pierwszym nośnikiem ukraińskiej świadomości narodowej, jeszcze w XIX wieku: i to ten kościół Austro-Węgry z politycznych względów zawsze próbowały uformować jak najbardziej antyrosyjsko (a przy okazji i antypolsko) – co wcale nie było trudne, zważywszy na to, że dogmatycznie i kanonicznie są to katolicy (a więc – nieprawosławni), a liturgiczny ich korzeń jest w zasadzie rusko-bizantyjski (czyli nie łaciński). To w Galicji najczęściej padają słowa, że „Rosję należy zniszczyć”, czy, sam słyszałem z ust jednej z galicyjskich posłanek do ukraińskiego parlamentu – „my żyjemy po to, by zniszczyć Moskwę. To jest nasza misja”. Jeśli takie myślenie dominuje również w PCU, a wydaje się, że w dużej mierze tak jest, to wniosek jest oczywisty – w panteonie ukraińskich wartości, czy świętych czczonych w PCU na pewno nie ma w tej chwili miejsca na św. Cara Męczennika, gdyż utożsamiany jest po prostu absolutnie stereotypowo i bezrefleksyjnie ze zbitką Putin-Stalin-Lenin, z agresją Rosji, z bombardowaniem. Tak po prostu jest. To jest tragiczny błąd, częściowo nieświadomy, często zamierzony. Ten błąd, utożsamiania bolszewii z Rosją przynosi dzisiaj w Polsce, Rosji i na Ukrainie propagandowe korzyści, ale bardzo utrudnia zrozumienie tego, co się naprawdę dzieje, o co chodzi i gdzie w tym wszystkim jest góra, a gdzie dół.

Świętego Cara Męczennika mogą zrozumieć ci, niezależnie od narodowości, dla których najważniejszą płaszczyzną dzisiejszego światowego konfliktu jest konflikt prawdy Bożej, chrześcijaństwa, prawosławia, z globalistyczną apostazją, przygotowującą nadejście antychrysta. Natomiast wielowarstwowy i łączący w sobie wątki duchowe, historyczne, polityczne i międzynarodowe konflikt na Ukrainie jest przeżywany przez naród ukraiński jako konflikt par excellence i wyłącznie państwowo-narodowy. Dlatego widzi on w Carze Mikołaju jeszcze jednego Moskala, który został kanonizowany tylko po to, by „wywyższyć rosyjski imperializm”. Oczywiście nie jest to prawdą, czego dowodzi chociażby wspominana już przez mnie wewnętrzna rosyjska i postsowiecka opozycja wobec kanonizacji Śww. Męczenników. Tu chodzi o coś znacznie głębszego i większego, niż polityczne losy jednego tylko państwa i narodu. Ale w obecnej sytuacji na Ukrainie na pewno tego nie są w stanie ani zrozumieć, ani przyjąć.

Zaś co do Rosji, pozostaje nadzieja, że dramatyczne wydarzenia, których jesteśmy świadkami, pomogą Rosjanom powrócić do pełni swojej duchowej i narodowej tożsamości i zrzucić z siebie pozostałości sowietyzmu. Tę drogę właśnie wskazuje męczeństwo Cara Mikołaja. Niektórzy publicyści i autorzy, również w Polsce, często chcą widzieć w Rosji ostatniego obrońcę wartości cywilizacji. Zapewne z ich perspektywy, ludzi, którzy dobrze znają Zachód z jego genderyzmem i głębią moralnego upadku, Rosja na jego tle rzeczywiście wygląda dobrze i daje jakąś nadzieję. Jednak obrona wartości jest sprawą świętą i bez Bożej pomocy niemożliwą. Gdyż wartości nie istnieją abstrakcyjnie, same w sobie, a są Chrystusowe. W obliczu totalnego i demonicznego na nie ataku, nie da się ich skutecznie bronić pod czerwonym sztandarem z sierpem, młotem i czerwoną gwiazdą, pod którymi to symbolami mordowano świętych i burzono cerkwie. Profesor Dugin, którego Państwo też często drukujecie (który, nota bene, w Polsce przez niektórych jest uważany przesadnie za „symbol Prawosławia”) wskazuje, że w dzisiejszej Rosji brakuje ideologii. Tą ideologią, to udowadnia trwająca wojna, nie może być postsowietyzm. Ale nie może nią być też żaden euroazjatyzm, jak proponuje Dugin, bo to są polityczne ideologie, odwołujące się do emocji i ludzkich pożądliwości (tego, co nazywamy po cerkiewno-słowiańsku strasti). Pustkę ideologiczną może w Rosji zapełnić tylko Chrystus, do którego drogą jest Święte Prawosławie. Nastał już ostateczny czas na powrót do niego.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Agnieszka Piwar

Ojciec Hiob
Ojciec Hiob

Notka biograficzna rozmówcy: Protosingel Hiob (Kadyło) – mnich i kapłan prawosławny, ur. w 1969 roku w Gliwicach. Absolwent Wydziału Prawa i Administracji oraz Wydziału Filozoficznego (Instytutu Socjologii) UJ, a następnie pracownik naukowy i doktorant tych wydziałów. Po przyjęciu Prawosławia w latach 90-tych – w 2002 otrzymał święcenia kapłańskie w PAKP. Od 2016 w jurysdykcji Eparchii Raszko-Prizreńskiej i Kosowsko-Metochijskiej (na wygnaniu) Serbskiej Cerkwi Prawosławnej.

Za: Myśl Polska: https://myslpolska.info/2022/07/16/meczenstwo-mikolaja-ii-punktem-zwrotnym-w-historii-swiata/

Czy śmierć Shinzo Abe to przesłanie wodzów NWO do „przywódców” państw? Czy Bestia przekroczyła Rubikon?

Czy Trzecia Wojna Światowa wisi na włosku? Śmierć premiera Abe może być iskrą powodującą jej wybuch.
Za: https://www.globalresearch.ca/when-globalists-crossed-rubicon-assassination-shinzo-abe/5786559

Emanuel Pastreich Global Research, 14 lipca 2022 r
Tłumaczenie i redakcja tekstu w j. polskim oraz komentarz: Jan Rybski

==================
8 lipca był parnym dniem w starożytnej stolicy Japonii, Narze. Shinzo Abe, najpotężniejsza od kilku dziesięcioleci postać w japońskiej polityce, wygłaszał przemówienie popierające kandydata lokalnej Partii Liberalno-Demokratycznej przed dworcem kolejowym Nara Kintetsu, gdy nagle rozległ się głośny huk, a po nim rozpostarła się dziwna chmura dymu. 
Reakcja zabranych była niespotykana w takiej sytuacji. Z niezwykle (jak na taką okoliczność) licznie zgromadzonego tłumu ani jedna osoba nawet nie pobiegła się gdzieś kryć, ani nie padła na ziemię chroniąc się przed terrorem. (dlaczego? czy byli to podstawieni statyści? – JR)
Ochroniarze Abe, którzy podczas przemówienia stali niespotykanie daleko od niego, patrzyli beznamiętnie na przebieg wypadków, nie podejmując żadnego wysiłku, aby osłonić byłego premiera lub odciągnąć go w bezpieczne miejsce.
Kilka sekund później Abe zgiął się w pół i upadł teatralnie na ziemię, po czym leżał bezruchu w swojej standardowej niebieskiej marynarce, białej koszuli, teraz skropionej krwią, i z charakterystyczną niebieską wstążką w klapie marynarki, symbolizującą solidarność z Japończykami uprowadzonymi do Korei Północnej. Abe najprawdopodobniej zginął na miejscu.
Dopiero gdy Abe upadł na ziemię ochroniarze schwytali podejrzanego Yamagami Toruya, który stał za nim. Obezwładnienie Yamagami przybrało formę choreograficznego tańca dla widowni telewizyjnej, a nie profesjonalnego unieszkodliwienia zabójcy.
Yamagami został natychmiast zidentyfikowany przez media jako 41-letni były członek Morskich Sił Samoobrony, który miał osobiste żale do Abe.
Yamagami bez wahania opowiedział zaraz wszystko policji. Nie próbował nawet uciekać z miejsca zdarzenia i w chwili pojmania przez ochroniarzy wciąż trzymał w ręku głupi pistolet domowej roboty.
Nawet po tym, jak Abe leżał na chodniku, ani jedna osoba w tłumie nie pobiegła szukając schronienia, ani nawet nie rozejrzała się, by ustalić, skąd padły strzały. Wszyscy zdawali się wiedzieć, w magiczny sposób, że strzelanina się skończyła.
Wtedy zaczęła się komedia. Zamiast wsadzić  Abe’a do limuzyny i zabrać go ze sobą, osoby stojące blisko wokół niego jedynie wołały przechodniów, pytając, czy ktoś jest lekarzem.
Media natychmiast przyjęły wniosek o „samotnym strzelcu”, powtarzając zabawną opowieść o tym, jak Yamagami był związany z Toitsu Kyokai, nową religią zapoczątkowaną przez charyzmatycznego guru Kawase Kayo, i dlaczego obwiniał on Abe, który miał obwiniać rzekomo tą grupą za kłopoty swojej matki.
Ponieważ Toitsu Kyokai ma wyznawców z Kościoła Zjednoczeniowego założonego przez wielebnego Moona Sun Myunga, dziennikarz Michael Penn wysnuł wniosek, że spisek prowadzący do śmierci Abe był wynikiem jego (Abe) współpracy z Moonies.
Choć media głównego nurtu zaakceptowały tę fantastyczną historię, japońskiej policji i aparatowi bezpieczeństwa nie udało się stłamsić alternatywnych interpretacji.

Bloger Takashi Kitagawa zamieścił 10 lipca materiały, które sugerowały, że Abe został zastrzelony od przodu, a nie od tyłu, gdzie stał Yamagami, oraz że strzały musiały paść pod kątem ze szczytu jednego lub obu wysokich budynków po obu stronach skrzyżowania naprzeciwko placu dworcowego.


Posty Takahashi Kitakawy:
Analiza Kitagawy dotycząca trajektorii kul była bardziej naukowa niż cokolwiek oferowane przez media, które twierdziły bez żadnych podstaw, że Abe został postrzelony tylko raz, dopóki chirurg nie ogłosił tego samego wieczoru, że były dwie kule.
Szanse, że człowiek trzymający nieporęczny pistolet domowej roboty, stojący w odległości ponad pięciu metrów w tłumie, byłby w stanie trafić Abe dwa razy są niewielkie. Znana szerszej publiczności osobowość telewizyjna Kozono Hiromi, który sam jest ekspertem od broni, zauważył w swoim programie „Sukkiri” (12 lipca), że taki wyczyn byłby niesamowity.
Dokładne obejrzenie filmów video sugeruje, że strzały zostały oddane z karabinu z tłumikiem ze szczytu sąsiedniego budynku.
Przesłanie dla świata
W odniesieniu do takiej postaci jak Shinzo Abe, najpotężniejszego gracza politycznego w Japonii i osoby, wokół której zjednoczyli się japońscy politycy i biurokraci w odpowiedzi na bezprecedensową niepewność zrodzoną przez obecny kryzys geopolityczny, twierdzenie o zabójstwie z bliska wobec (celowego) braku zapewnienie mu uprzednio poważnej ochrony w pobliżu nie ma sensu.
Być może widzowie przed telewizorami nie dostrzegli tego przesłania, ale dla innych japońskich polityków było ono krystalicznie jasne. Takie też było ono dla Borisa Johnsona, który został pozbawiony władzy niemal dokładnie w tym samym momencie, w którym Abe został zastrzelony, lub dla Emmanuela Macrona, który nagle, 11 lipca, został oskarżony o skandal związany z manipulacją wpływami w firmie Uber i stanął w obliczu żądań usunięcia go z urzędu – po tym, jak miesiące masowych protestów nie zdołały w żaden sposób zachwiać jego pozycją.
Przesłanie było wypisane na białej koszuli Abe na czerwono: konszachty z globalistycznym systemem i promowanie reżimu COVID-19 nie wystarczy, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo, nawet dla przywódcy kraju należącego do G7.
Abe był jak dotąd najwyżej postawioną ofiarą ukrytego nowotworu trawiącego rządy w państwach narodowych na całym świecie, tej instytucjonalnej choroby, która przenosi podejmowanie decyzji z rządów krajowych do sieci prywatnych banków, grup „private equity”, wynajętych firm wywiadowczych w Tel Awiwie, Londynie i Reston oraz strategicznych myślicieli zatrudnionych przez miliarderów skupionych wokół Światowym Forum Ekonomicznym, w NATO, Banku Światowym i innych tego typu znakomitych instytucjach.
Czwarta rewolucja przemysłowa była pretekstem do przekazania kontroli nad wszystkimi informacjami wchodzącymi i wychodzącymi do systemu centralnego zarządzania Facebookiem, Amazonem, Oracle, Google, SAP i innymi, w imię efektywności. Jak zauważył J. P. Morgan, „Wszystko ma dwa powody: dobry powód i prawdziwy powód”.
Wraz z zabójstwem na Abe, ci tyrani technologiczni, i ich zwierzchnicy, przekroczyli Rubikon, deklarując wszem i wobec, że osoby wystrojone w szaty władzy państwowej mogą być przez nich bezkarnie eliminowane, jeśli nie wykonują rozkazów. (Morawiecki, Niedzielski & Co. strzeżcie się, bo nie znacie ani dnia ani godziny – JR)
Problem z Japonią
Japonia jest ogłaszana jako jedyny naród azjatycki wystarczająco rozwinięty, by dołączyć do „Zachodu”, aby być członkiem ekskluzywnego klubu G7 i kwalifikować się do podjęcia współpracy (i ewentualnego członkostwa) w programie wymiany informacji wywiadowczych „Five Eyes”. Mimo to Japonia nadal przeciwstawia się oczekiwaniom i żądaniom globalnej finansjery oraz planistów Nowego Porządku Świata z kręgu wtajemniczonych i z Wall Street.
Chociaż to Korea Południowa w Azji była stale krytykowana w Waszyngtonie jako sojusznik nie dorównujący Japonii, prawda jest taka, że super-bogaci zajęci przejmowaniem Pentagonu i całej światowej gospodarki zaczynali mieć wątpliwości co do niezawodności Japonii.
System globalistyczny w Banku Światowym, Goldman Sachs, czy Belfer Center for Science and International Affairs na Uniwersytecie Harvarda przygotował ścieżki kariery dla najlepszych i najzdolniejszych z „krajów zaawansowanych”.
Elity z Australii, Francji, Niemiec, Norwegii czy Włoch uczą się mówić płynnie po angielsku, spędzają czas w Waszyngtonie, Londynie czy Genewie w think tanku lub na uniwersytecie, zapewniają sobie bezpieczną posadę w banku, instytucji rządowej lub instytucie badawczym, która zapewnia im dobry dochód i przyjmują zdroworozsądkową, pro-finansową perspektywę oferowaną przez Economist Magazine jako ewangelię.
Jednak Japonia, choć ma własny zaawansowany system bankowy, choć znajomość zaawansowanych technologii czyni ją jedynym rywalem Niemiec w dziedzinie obrabiarek, i choć ma wyrafinowany system edukacyjny zdolny do wyprodukowania wielu laureatów Nagrody Nobla, nie produkuje liderów, którzy podążają za tym modelem „rozwiniętego” narodu.
Japońskie elity w większości nie studiują za granicą, a Japonia ma wyrafinowane kręgi intelektualne, które nie polegają na informacjach sprowadzanych z zagranicznych źródeł akademickich lub dziennikarskich.
W przeciwieństwie do innych narodów, Japończycy piszą wyrafinowane artykuły w czasopismach w całości po japońsku, powołując się wyłącznie na japońskich ekspertów. W rzeczywistości, w dziedzinach takich jak botanika i biologia komórkowa, Japonia posiada światowej klasy czasopisma pisane całkowicie po japońsku.
Podobnie, Japonia ma wyrafinowaną gospodarkę krajową, która nie jest łatwo penetrowana przez międzynarodowe korporacje, które próbują to robić.
Masowa koncentracja bogactwa w ciągu ostatniej dekady pozwoliła super-bogatym na stworzenie niewidzialnych sieci tajnego globalnego zarządzania, najlepiej reprezentowanych przez program Young Global Leaders Światowego Forum Ekonomicznego i program Schwarzman Scholars. Te wschodzące postacie polityki infiltrują rządy, przemysł i instytucje badawcze narodów, aby upewnić się, że program globalistów jest realizowany bez przeszkód.
Japonia została dotknięta tą podstępną formą globalnego zarządzania. A jednak Japończycy, którzy dobrze mówią po angielsku lub studiują na Harvardzie, niekoniecznie są na szybkiej ścieżce kariery w japońskim społeczeństwie.
W japońskiej dyplomacji i ekonomii panuje uparta niezależność, coś, co wzbudziło obawy wśród tłumu w Davos podczas kampanii COVID-19.
Chociaż administracja Abe (i późniejsza administracja Kishidy) podążała za dyrektywami Światowego Forum Ekonomicznego i Światowej Organizacji Zdrowia dotyczącymi szczepionek i społecznego dystansu, rząd japoński był mniej ingerujący w życie obywateli niż większość narodów i był mniej skuteczny w wymuszaniu na organizacjach wymogu szczepień.
Wykorzystanie kodów QR do blokowania usług dla nieszczepionych było w Japonii ograniczone w swoim wdrożeniu w porównaniu z innymi „zaawansowanymi” krajami.
Co więcej, japoński rząd odmawia pełnego wdrożenia żądanej agendy digitalizacji, odmawiając tym samym międzynarodowym gigantom technologicznym kontroli nad Japonią, jaką sprawują gdzie indziej. To opóźnienie w digitalizacji Japonii skłoniło Wilson Center w Waszyngtonie do zaproszenia Karen Makishima, minister Japońskiej Agencji Cyfrowej (uruchomionej pod presją globalnej finansjery we wrześniu 2021 r.), aby wyjaśniła, dlaczego Japonia tak wolno się digitalizuje (13 lipca).
Japończycy są coraz bardziej świadomi, że ich opór wobec digitalizacji, wobec hurtowego outsourcingu funkcji rządowych i uniwersyteckich do międzynarodowych gigantów technologicznych oraz prywatyzacji informacji, nie leży w ich interesie.
W Japonii nadal funkcjonują japońsko-języczne instytucje, w których przestrzega się starych zwyczajów, w tym posługiwania się słowem pisanym. Japończycy wciąż czytają książki i nie są tak zauroczeni sztuczną inteligencją jak Koreańczycy i Chińczycy.
Opór Japonii można prześledzić od czasu powstania Meiji w 1867 roku. Japonia postanowiła stworzyć system rządów, w którym zachodnie idee były tłumaczone na język japoński, łączone z japońskimi koncepcjami, aby stworzyć złożony dyskurs wewnętrzny. System rządów ustanowiony podczas powstania Meiji w dużej mierze pozostaje w mocy, wykorzystując modele rządzenia oparte na przed-modernistycznych zasadach z przeszłości Japonii i Chin oraz zaczerpnięte z XIX-wiecznych Prus i Anglii.
Rezultatem jest feudalne podejście do rządzenia, w którym ministrowie nadzorują lenna biurokratów, którzy starannie pilnują swoich budżetów i utrzymują własne wewnętrzne łańcuchy dowodzenia.
Problem z Abe
Shinzo Abe był jednym z najbardziej wyrafinowanych polityków naszego wieku, zawsze otwartym na porozumienie ze Stanami Zjednoczonymi lub innymi globalnymi instytucjami, ale zawsze ostrożnym, gdy chodziło o uczynienie Japonii przedmiotem dyktatu globalistów.
Abe marzył o przywróceniu Japonii statusu imperium i wyobrażał sobie, że jest reinkarnacją cesarza z Meiji.
Abe różnił się od Johnsona czy Macrona tym, że nie był tak zainteresowany występami w telewizji, jak kontrolowaniem rzeczywistego procesu decyzyjnego w Japonii.
Nie ma potrzeby gloryfikowania rządów Abe, co niektórzy próbowali robić. Był on skorumpowanym insiderem, który forsował niebezpieczną prywatyzację rządu, wydrążenie edukacji i który wspierał masowe przesunięcie aktywów z klasy średniej do bogatych.
Jego wykorzystanie ultraprawicowego forum Nihon Kaigi do promowania ultra-nacjonalistycznego programu i gloryfikowania najbardziej ofensywnych aspektów imperialnej przeszłości Japonii było głęboko niepokojące. Abe bez wahania poparł wszystkie wydatki wojskowe, bez względu na to, jak głupie by nie były, i był skłonny poprzeć niemal każdą amerykańską bzdurę.
Jako wnuk premiera Nobusuke Kishi i syn ministra spraw zagranicznych Shintaro Abe, Shinzo Abe od dziecka wykazywał się bystrością polityczną. W kreatywny sposób wykorzystywał szeroki wachlarz narzędzi politycznych do realizacji swojego programu i potrafił z łatwością, jakiej nie miał żaden inny azjatycki polityk, zwracać się do liderów korporacji i rządów z całego świata.
Doskonale pamiętam wrażenie, jakie wywarł na mnie Abe, gdy dwukrotnie spotkałem go osobiście. Niezależnie od tego, jak bardzo cyniczną politykę promował, promieniował na swoich słuchaczy czystością i prostotą, tym, co Japończycy nazywają „sunao”, która była urzekająca. Jego sposób bycia sugerował otwartość, która wzbudzała lojalność wśród jego zwolenników i która mogła przyćmić tych, którzy byli wrogo nastawieni do jego polityki.
Podsumowując, Abe był wyrafinowaną postacią polityczną, która potrafiła rozgrywać jedną stronę przeciwko drugiej w Partii Liberalno-Demokratycznej oraz w społeczności międzynarodowej, jednocześnie sprawiając wrażenie rozważnego i dobrotliwego przywódcy.
Z tego powodu Japończycy wrogo nastawieni do etnicznego nacjonalizmu Abe nadal byli skłonni go popierać, ponieważ był on jedynym politykiem, który ich zdaniem był w stanie przywrócić Japonii światowe przywództwo polityczne.
Japońscy dyplomaci i wojskowi w nieskończoność rozprawiają o braku wizji Japonii. Choć Japonia ma wszelkie kwalifikacje, by być wielkim mocarstwem, to jednak jest zarządzana przez serię mało imponujących absolwentów Uniwersytetu Tokijskiego; ludzi, którzy są dobrzy w rozwiązywaniu testów, ale nie są skłonni do podejmowania ryzyka.
Japonia nie produkuje nikogo takiego jak Putin czy Xi, ani nawet Macrona czy Johnsona.
Abe chciał być liderem i miał koneksje, talent i bezwzględność wymagane do odegrania tej roli na scenie globalnej. Był już najdłużej urzędującym premierem w historii Japonii i miał plany na trzecią kandydaturę na premiera, kiedy został wyeliminowany.
Nie trzeba dodawać, że siły stojące za Światowym Forum Ekonomicznym nie chcą przywódców narodowych takich jak Abe, nawet jeśli są oni zgodni z globalną agendą, ponieważ są oni w stanie zorganizować opór wewnątrz państwa narodowego.
Co poszło nie tak?
Abe był w stanie poradzić sobie, używając tradycyjnych narzędzi polityki państwowej, z niemożliwym do rozwiązania dylematem, przed którym Japonia stanęła w ciągu ostatniej dekady, kiedy to jej więzi gospodarcze z Chinami i Rosją wzrosły, ale integracja polityczna i bezpieczeństwa ze Stanami Zjednoczonymi, Izraelem i blokiem NATO postępowała szybko.
Niemożliwe było, aby Japonia była tak blisko Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników, utrzymując jednocześnie przyjazne stosunki z Rosją i Chinami. A jednak Abe prawie odniósł sukces.
Abe pozostawał skupiony i chłodny. Wykorzystał wszystkie swoje umiejętności i koneksje, aby stworzyć wyjątkową przestrzeń dla Japonii. Po drodze Abe zwrócił się do wyrafinowanej dyplomacji swojego stratega Shotaro Yachi z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, aby zapewnić, że Japonia znajdzie swoje miejsce pod słońcem.
Abe i Yachi stosowali sprzeczne, ale skuteczne strategie geopolityczne, aby zaangażować zarówno Wschód, jak i Zachód, obficie korzystając z tajnej dyplomacji, aby zawrzeć długoterminowe umowy, które przywróciły Japonię do gry o wielkie mocarstwa.
Z jednej strony Abe zaprezentował Obamie i Trumpowi Japonię, która była gotowa pójść dalej niż Korea Południowa, Australia czy inne Indie w popieraniu stanowiska Waszyngtonu. Abe był gotów ponieść ogromną krytykę wewnętrzną za swoje dążenie do remilitaryzacji, która pasowała do amerykańskich planów dla Azji Wschodniej.
W tym samym czasie, gdy imponował waszyngtońskim politykom swoją proamerykańską retoryką, której towarzyszyły zakupy systemów uzbrojenia, Abe angażował również Chiny i Rosję na najwyższych szczeblach. Było to nie lada wyczynem, który wymagał wyrafinowanego lobbingu na zapleczu, a także w Pekinie i Moskwie.
W przypadku Rosji Abe z powodzeniem wynegocjował w 2019 roku skomplikowany traktat pokojowy, który znormalizowałby stosunki i rozwiązał spór dotyczący Terytoriów Północnych (po rosyjsku Wysp Kurylskich). Udało mu się zabezpieczyć kontrakty energetyczne dla japońskich firm i znaleźć możliwości inwestycyjne w Rosji, nawet gdy Waszyngton wzmógł presję na Tokio w sprawie sankcji.
Dziennikarz Tanaka Sakai zauważa, że Abe nie otrzymał zakazu wjazdu do Rosji po tym, jak rząd rosyjski zakazał wjazdu wszystkim innym przedstawicielom rządu japońskiego.
Abe poważnie zaangażował również Chiny, umacniając długoterminowe więzi instytucjonalne i prowadząc negocjacje w sprawie umowy o wolnym handlu, które osiągnęły przełom w piętnastej rundzie rozmów (9-12 kwietnia 2019 r.). Abe miał gotowy dostęp do czołowych chińskich polityków i był przez nich uważany za wiarygodnego i przewidywalnego, nawet jeśli jego retoryka była zdecydowanie anty-chińska.
Krytycznym wydarzeniem, które prawdopodobnie uruchomiło proces prowadzący do zamachu na Abe, był szczyt NATO w Madrycie (28-30 czerwca).
Szczyt NATO był momentem, w którym ukryci za kulisami gracze ustanowili prawo dla nowego porządku globalnego. NATO jest na szybkiej ścieżce do ewolucji poza sojuszem w celu obrony Europy i do stania się nieobliczalną potęgą militarną, współpracującą ze Światowym Forum Ekonomicznym, miliarderami i bankierami na całym świecie, jako „światowa armia”, funkcjonująca podobnie jak brytyjska Kompania Wschodnio-indyjska w innej epoce.
Decyzja o zaproszeniu na szczyt NATO przywódców Japonii, Korei Południowej, Australii i Nowej Zelandii była kluczową częścią tej transformacji NATO.
Te cztery narody zostały zaproszone do przyłączenia się do bezprecedensowego poziomu integracji w dziedzinie bezpieczeństwa, włączając w to dzielenie się informacjami wywiadowczymi (outsourcing do międzynarodowych firm z branży Big Tech), wykorzystanie zaawansowanych systemów broni (które muszą być administrowane przez personel międzynarodowych firm, takich jak Lockheed Martin), wspólne ćwiczenia (które ustanowiły precedens dla opresyjnego procesu decyzyjnego) i inne „wspólne” podejścia, które podważają hierarchię dowodzenia w ramach państwa narodowego.
Kiedy Kishida wrócił do Tokio pierwszego lipca, nie było wątpliwości, że jednym z jego pierwszych spotkań było spotkanie z Abe. Kishida wyjaśnił Abe niemożliwe do spełnienia warunki, których administracja Bidena zażądała od Japonii.
Biały Dom, nawiasem mówiąc, jest obecnie całkowicie narzędziem globalistów, takich jak Victoria Nuland (podsekretarz stanu ds. politycznych) i innych wyszkolonych przez klan Busha.
Żądania stawiane Japonii miały charakter samobójczy. Japonia miała zwiększyć sankcje gospodarcze na Rosję, przygotować się do ewentualnej wojny z Rosją, oraz przygotować się do wojny z Chinami. Funkcje wojskowe, wywiadowcze i dyplomatyczne Japonii miały zostać przekazane powstającemu zlepkowi prywatnych kontrahentów zbierających się na fetę wokół NATO.
Nie wiemy, co Abe robił w tygodniu poprzedzającym jego śmierć. Najprawdopodobniej rozpoczął wyrafinowaną grę polityczną, wykorzystując wszystkie swoje atuty w Waszyngtonie, Pekinie i Moskwie, a także w Jerozolimie, Berlinie i Londynie, aby wymyślić wielowarstwową odpowiedź, która sprawiłaby na świecie wrażenie, że Japonia popiera Bidena na każdym kroku, podczas gdy tylnymi drzwiami dąży do dogadania się z Chinami i Rosją.
Problem z tą reakcją polegał na tym, że skoro inne kraje zostały zamknięte, to tak wyrafinowana gra Japonii sprawiła by, że stała by się ona jedynym dużym krajem z pół-funkcjonalną władzą wykonawczą.
Śmierć Abe jest bardzo podobna do śmierci burmistrza Seulu Park Won Sun, który zaginął 9 lipca 2020 roku, dokładnie dwa lata przed zabójstwem Abe. Park podjął kroki w ratuszu Seulu, aby przeciwstawić się polityce dystansu społecznego COVID-19, która była narzucana przez rząd centralny. Jego ciało zostało znalezione następnego dnia, a śmierć została natychmiast uznana za samobójstwo wynikające z jego strachu z powodu oskarżeń go o molestowanie seksualne przez współpracownika.
Co teraz robić?
Nie należy bagatelizować niebezpieczeństwa obecnej sytuacji. Jeśli coraz większa liczba Japończyków zacznie postrzegać, jak sugeruje dziennikarz Tanaka Sakai, że Stany Zjednoczone zniszczyły ich najlepszą nadzieję na przywództwo i że globaliści chcą, aby Japonia zadowoliła się niekończącą się serią słabych na umyśle premierów, którzy są zależni od Waszyngtonu i innych ukrytych graczy z klasy pasożytów, taki rozwój sytuacji może doprowadzić do całkowitego zerwania między Japonią a Stanami Zjednoczonymi, co doprowadzi do konfliktu politycznego lub militarnego.
Znamienne jest, że Michael Green, czołowa postać Japonii w Waszyngtonie, nie napisał wstępnego hołdu dla Abe, który został opublikowany na stronie głównej CSIS (Center for Strategic and International Studies), jego macierzystego instytutu.
Green, weteran Bush National Security Council i Henry A. Kissinger Chair of the Asia Program w CSIS, jest autorem książki Line of Advantage: Japan’s Grand Strategy in the Era of Abe Shinzo. Green był bliskim współpracownikiem Abe, być może najbliższym spośród wszystkich Amerykanów.  
Hołd dla Abe został zredagowany przez Christophera Johnstone’a (Japan chair w CSIS i były oficer CIA). Ten dziwny wybór sugeruje, że zamach jest tak poufny, że Green instynktownie chciał uniknąć napisania wstępnej reakcji, pozostawiając ją profesjonaliście.
Dla odpowiedzialnych intelektualistów i obywateli w Waszyngtonie, Tokio czy gdziekolwiek indziej, istnieje tylko jedna realna odpowiedź na ten mroczny zamach: żądanie przeprowadzenia międzynarodowego dochodzenia naukowego.
Choć proces ten może być bolesny, zmusi nas do stawienia czoła rzeczywistości, w której nasze rządy zostały przejęte przez niewidzialne siły. 
Dla społeczności międzynarodowej najważniejsze powinno być teraz potwierdzenie tego, czy manipulacje zintegrowaną gospodarką światową przez Rothschildów, Warburgów i innych bankierów stworzyły już środowisko, w którym napięcia wywołane zabójstwem polityka mogą doprowadzić do wybuchu konfliktu światowego. Jeśli nie uda się zidentyfikować prawdziwych graczy za kulisami zbrodni morderstwa na Abe, możemy zostać doprowadzeni do konfrontacji, w której wina zostanie zrzucona na głowy państw, a kraje zostaną zmuszone do konfliktów, aby ukryć zbrodnie globalnej finansjery.
Czy śmierć Abe 8 lipca 2022 roku w Narze będzie zatem iskrą doprowadzającą do wybuchu wojny w obronie naszych wolności i niepodległości, jak wówczas, 28 czerwca 1914 w Sarajewie, gdy zamach na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda z Austro-Węgier doprowadziły do wybuchu I. wojny światowej? Sytuacja jest bardzo podobna.  Trzecia wojna światowa wisi zatem na włosku. 

=========================
*Emanuel Pastreich pełnił funkcję prezesa Instytutu Azji, think tanku z biurami w Waszyngtonie, Seulu, Tokio i Hanoi. Pastreich pełni również funkcję dyrektora generalnego Institute for Future Urban Environments. Pastreich zadeklarował swoją kandydaturę na prezydenta Stanów Zjednoczonych jako niezależny w lutym, 2020 roku. Jest stałym współpracownikiem Global Research.

Kolejne dziwy [z burdelu NWO] – czyli czary z cenami

Zorard Uncategorized 16 lipca, 2022 3 Minutes

Jak wszyscy wiemy rosną ceny. Rosną ceny żywności, rosną ceny paliwa na stacji, już wiemy, że będzie droższy prąd i gaz – co nam rząd komunikuje zabawnie przez zalecenia, żeby się ocieplać itp. Wszyscy wiemy, że zła Rosja „ukradła” zboże z Ukrainy, że nie pozwala go wywozić i przez to będą braki. Mniej osób wie, że przez sankcje nie kupuje się zboża z Rosji, a Rosja była głównym eksporterem zboża na świecie.

Jest tylko jeden problem z tym obrazkiem. Giełdowe ceny surowców po pierwsze nie wzrosły dramatycznie po wybuchu wojny, po drugie wróciły już do poziomów sprzed wojny.

Weźmy na początek cenę spot pszenicy:

Widać wyraźne wybicie pod koniec lutego – wzrost napięcia i wybuch wojny na Ukrainie – ale już cena spadła poniżej poziomu ze stycznia i jest mniej więcej tam, gdzie była w grudniu 2021.

Dokładnie to samo jest z kukurydzą, z tym, że cena zjechała jeszcze bardziej.

Weźmy teraz index GVX, który pokazuje cenę żywca (czyli – pośrednio – hurtową cenę mięsa). Tu w zasadzie wpływu wojny na Ukrainie w ogóle nie widać.

Nie widać jej także na rynku cukru.

Bardzo podobnie rzecz się ma z cenami ropy naftowej.

Oglądając te wykresy mam niedoparte wrażenie, że ktoś robi nas w konia. Rosnące ceny na stacjach benzynowych w całej Europie i USA nie mogą być wyjaśnione wzrostem cen ropy wywołanym wojną, bo takowego praktycznie ma. Co więcej, cena już jest na poziomie sprzed wybuchu tej wojny.

Dodajmy, że cena benzyny – czyli produktu gotowego – także już wróciła do tej sprzed wojny, przynajmniej w handlu hurtowym w USA.

Niedobory żywności nie mogą być spowodowane wojną, bo niedobory surowców – przede wszystkim zbóż i żywca – musiałyby spowodować wzrost cen hurtowych, a to nie ma miejsca. Zatem źródłem musi być coś innego, na przykład celowe i skoordynowane działania koncernów paliwowych i rządów w Europie.

Właściwie jedynym surowcem, w którym widać jakiś wzrost cen i którego cena nie powróciła do poziomu sprzed wojny jest gaz ziemny.

Co prawda tu też wystąpił duży spadek z poziomu z okresu największego natężenia napięcia (kwiecień-maj), ale cena nie spadła (jeszcze?) do poziomu sprzed wybuchu wojny i aktualnie rośnie.

Wszystkie powyższe wykresy pokazałem w okresie 2 lat. Ciekawszy obraz pojawia się, jeżeli spojrzymy 5 lat wstecz. Weźmy na przykład surowce rolne – tym razem na jednym wykresie:

Widać tu wyraźnie, że ceny były stabilne do… marca 2022, kiedy to na dobre rozkręcono Operację Pandemia.

Widać to na pięcioletnich wykresach poszczególnych surowców b. wyraźnie:

Kukurydza
Pszenica
Żywiec (mięso)
Cukier

Wszędzie powyżej widzimy podobny wzorzec: pewne normalne fluktuacje cen, następnie „dip” w dół – wynik pierwszych lockdownów, a następnie ciągły wzrost, wreszcie na końcu „lokalne”, relatywnie niewielkie zaburzenie cen wynikające z wojny na Ukrainie.

Wniosek jaki można z tego wyciągnąć jest jeden: to nie wojna na Ukrainie odpowiada za wzrost cen żywności, ale Operacja Pandemia (czyli zamykanie gospodarki pod pretekstem fałszywej pandemii) oraz inflacja wywołana również tą operacją, a więc sztuczne podtrzymywanie zamkniętej gospodarki dodrukiem, żeby negatywne efekty lockdownów nie ukazały się od razu (to tak jak „szczepionki” na Covid są zaprojektowane tak, by nie zabijały od razu).

Spójrzmy na ropę i gaz w perspektywie 5 lat:

Ropa
Gaz

Jeśli idzie o ropę to efekt jest wyraźny, jeśli idzie o gaz mniej, bo wzrost zaczyna się dopiero w drugiej połowie 2021 i można go powiązać z rosnącym napięciem na linii Zachód-Rosja (już wtedy Rosja zaczęła się domagać od USA przestrzegania wcześniejszych obietnic i wycofania się z Ukrainy).

Podsumowując: media jak zwykle nas okłamują, a rzekomo przez nas wybrani politycy działają tak naprawdę na naszą szkodę.

Ukraina. Złodzieje – detaliści złapani. Hurtownicy u władzy.

Ukraińcy sprzedawali „pomoc humanitarną” za miliony hrywien.

[To takim nożem rżnie się „Lacha” wygodniej? Md]

https://nczas.com/2022/07/17/ukraincy-sprzedawali-pomoc-humanitarna-za-miliony-hrywien/

Policja w obwodzie tarnopolskim na zachodzie Ukrainy wykryła szajkę, która sprzedawała pomoc humanitarną przeznaczoną dla ukraińskiego wojska i przesiedleńców – poinformowała policja ukraińska na swojej stronie internetowej.

Czterej członkowie szajki mieli pozwolenia na wyjazd do Unii Europejskiej, a po przywiezieniu stamtąd pomocy humanitarnej dzielili ją między siebie i sprzedawali w swoich domach. Były to przeważnie artykuły wojskowego przeznaczenia – kamizelki taktyczne i odzież wojskowa.

W czwartek policja przeprowadziła szereg rewizji i znalazła artykuły pochodzące z pomocy humanitarnej, m.in. mundury, noże, okulary taktyczne, produkty żywnościowe, środki higieny osobistej czy leki.

Ich wartość wynosiła około dwóch mln hrywien (320 tys. zł). (PAP)

=============================

MD: Są informacje, że super- czołgi i haubice zostały sprzedane do „innych krajów” – jeszcze przed przekroczeniem granicy, a konkretnie – gdy fizycznie były w Jasionce.