Aleksander Dugin o wojnie eschatologicznej i irańskiej strategii oporu.
Z definicji Trump nie mógłby wygrać wojny z Iranem. I nie może. Pytanie tylko, jak dokładnie ją przegra. To, co mówi, jest niemal bez znaczenia. To po prostu agonia – nie tylko jego osobista agonia, ale agonia całego systemu.
Lobby izraelskie, mimo swojej niezwykłej skuteczności, pociągnie Trumpa w dół. A on pociągnie je w dół ze sobą. To gwarantowane wzajemne zniszczenie.
W lobby syjonistycznym wszystko jest niezwykle racjonalne i starannie wykalkulowane – aż do momentu, gdy nastąpi ostateczny akt: przyjście Mesjasza. To jest weksel, na którym wszystko jest zbudowane. Jest on wystawiony na przyszłe wydarzenie. Jeśli ta przyszłość się nie ziści, wszystko się zawali.
Chrześcijański syjonizm jest jeszcze gorszy: wszystko opiera się w nim na czystej halucynacji (wniebowzięcie ich kościoła itd.), która nie może się wydarzyć, bez względu na to, jak bardzo się tego pragnie.
W ten sposób suma racjonalnych kroków podjętych przez siły, które przejęły kontrolę nad Trumpem, kończy się irracjonalnym akordem. Nieuchronnie.
Iran ma swoją własną eschatologię. Ale nie na niej polega; opiera się na oporze. Cokolwiek Irańczycy mogą sobie wymarzyć, właśnie teraz bronią swojej ojczyzny przed inwazją robactwa, morderców i koalicji Epsteina. Po upadku kompromisowego przywództwa, w Korpusie Strażników Rewolucji Islamskiej pozostały tylko najtwardsze, najbardziej nieugięte siły – ludzie, którzy nie mają nic do stracenia i nic do negocjacji. A już najmniej z robactwem, mordercami i koalicją Epsteina.
Irańczycy głęboko gardzą tchórzliwymi, chwiejnymi Arabami. A sztuczny raj, który ci Arabowie tak pieczołowicie zbudowali – z łatwością go zniszczą. Już go niszczą. Dotarcie do Izraela jest trudniejsze, ale oni również tam dotrą.
Z jeszcze większym zapałem gotowi są wysadzić w powietrze światową gospodarkę, systemy energetyczne i handel, zerwać kable internetowe na dnie Cieśniny Ormuz i zatopić tak zachwalaną flotę zachodnią – wojskową i cywilną – przy użyciu tanich dronów morskich.
Syjoniści postępują eschatologicznie; szyici bronią się eschatologicznie. Irańczycy nie żyją w oczekiwaniu na przyszłość. Stawiają desperacki opór, wszelkimi możliwymi sposobami, tu i teraz.
Widząc to, Trump zachwiał się. Oczywiście, nie wierzy w żadnego mesjasza, ani w czasy zbawienia, ani w Amaleka, ani w Goga i Magoga. Wierzy w siebie i w ryzykowne, nieskrępowane spekulacje giełdowe. To nie fanatyzm religijny, a raczej egocentryczna psychopatia na tle ogólnego wyczerpania starczego i konsekwencji jego burzliwych eskapad na wyspie Epsteina, które pozostawiły głębokie blizny.
Niewykluczone, że Trump w ostatniej chwili zdecyduje się porzucić ten kurs – który ewidentnie zmierza ku katastrofie – zrzucić winę za wszystko na alkoholika Hegsetha i spróbować płynąć na fali, z której właśnie zsuwa się po linie. Ale wtedy musiałby poświęcić syjonistów. Upubliczniliby nagrania z akt Epsteina, ale wtedy Trump mógłby się tym nie przejmować. Albo mógłby ich nie poświęcić i po prostu pójść na dno jak kamień. Albo mógłby umrzeć z powodu stresu. Nie jest już młody. Już zasypia na konferencjach prasowych i czasami nie rozpoznaje ludzi wokół siebie. Śmiał się z Bidena, ale lata robią swoje.
W tej chwili najważniejsze jest to, że Iran wytrzyma – że wytrzyma jeszcze chwilę. Od tego zależy los ludzkości. Wszystko stoi na krawędzi ostatecznego upadku, ale ten, kto upadnie pierwszy, daje stronie przeciwnej szansę na przegrupowanie się i podjęcie działań.
Jednocześnie, tech-bracia z Doliny Krzemowej mają swoją własną eschatologię. Prezes NVIDII ogłosił przedwczoraj, że sztuczna inteligencja ogólna (AGI) już istnieje; w konsekwencji, osobliwość, przed którą ostrzegał Elon Musk, nadeszła. Ludzie nie są już potrzebni, konkludują chłodno tech-bracia – i być może mają własny plan wobec tych eschatologicznych bitew. To nie przypadek, że ich ideolog, Peter Thiel, podróżuje po Europie, wygłaszając wykłady na temat „Antychrysta i Katechona”. Mówiąc „Antychryst”, ma na myśli Sorosa, globalistów i Gretę Thunberg (co jest prawdą); mówiąc „Katechon”, ma na myśli siebie i Sztuczną Inteligencję Ogólną (AGI) – co jest całkowicie błędne, ponieważ to również jest Antychryst, tylko bardziej zaawansowany, współczesny.
Murray twierdzi, że mimo iż Trump sprawia wrażenie klauna, byłoby strasznym błędem brać to za prawdę, ponieważ Trump jest bezwzględny i bardzo niebezpieczny, a jego celem jest zniszczenie Palestyńczyków w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu, Iranu i Irańczyków, a jednocześnie wspiera przejęcie Libanu i Syrii przez Izrael na rzecz Wielkiego Izraela i Stanów Zjednoczonych.
„Same kłamstwa i żarty, a jednak człowiek słyszy to, co chce słyszeć, a resztę ignoruje” „Bokser”, Paul Simon
Słuchanie Donalda Trumpa jest jak wpatrywanie się w płytę kręcącą się na gramofonie i odkrywanie, że umysł wiruje wraz z oczami. Coś, co tu gra, przyprawia o szaleństwo, nie w sensie Patsy Cline, która śpiewała „Crazy” o utraconej miłości, ale raczej w sensie oryginalnego tytułu piosenki – „Stupid” – według Willy’ego Nelsona, autora.
Trump jest jak gangster Vincent Gigante, który przechadzał się po Greenwich Village w kapciach, piżamie i szlafroku, próbując przekonać prokuratorów federalnych, że jest szalony. Bełkot Trumpa to podobny wybryk. Tylko bardzo głupi człowiek dałby się na to nabrać. Irańczycy nie są głupi i my też nie powinniśmy być.
Jego ostatnia czcza gadanina pojawiła się wczoraj rano, kiedy po kilku dniach gróźb „zniszczenia” irańskiej sieci energetycznej, jeśli ten nie otworzy Cieśniny Ormuz w ciągu czterdziestu ośmiu godzin, oświadczył, że odkłada takie ataki na pięć dni, ponieważ USA i Iran przeprowadziły „produktywne rozmowy”. Powiedział:
Poleciłem Departamentowi Wojny odroczenie wszelkich ataków militarnych na irańskie elektrownie i infrastrukturę energetyczną na okres pięciu dni, pod warunkiem powodzenia trwających spotkań i dyskusji.
Niedługo potem Iran zaprzeczył, jakoby takie negocjacje miały miejsce. Materiał irańskiej PRESSTV brzmiał: „Negocjujemy z wrogami za pomocą uderzeń o dużej sile rażenia”, jednocześnie bombardując Izrael falami pocisków.
Trzeba mieć ogromne kłopoty z pamięcią, żeby zapomnieć o tym, że Trump w przeszłości używał „negocjacji” jako pretekstu do ataku na Iran. To podstępny kłamca i to prawdopodobnie kolejna rażąca taktyka opóźniająca, która potrwa dzień, dwa, a może nawet pięć.
Staje się to szczególnie prawdziwe, gdy Simplicius i inni donoszą, że 82. Dywizja Powietrznodesantowa USA „otrzymała instrukcje rozmieszczenia”, a piechota morska kieruje się do Iranu. Istnieje również prawdopodobieństwo, że Pakistan potajemnie wysyła wojska amerykańskie do Iranu od wschodu.
27 lutego, dzień przed atakiem USA i Izraela na Iran, zadałem pytanie: „Czy to tylko zbieg okoliczności, że podczas gdy Trump gromadzi siły uderzeniowe na zachód i południe od Iranu, Pakistan atakuje Afganistan, który to kraj rozciąga się wzdłuż 950-milowej wschodniej granicy Iranu?”
W odpowiedzi na takie ataki Trump stwierdził: „Pakistan [który ma około 170 głowic nuklearnych] radzi sobie znakomicie”.
Kiedy amerykańskie media głównego nurtu donoszą, że Trump rozważa opcje dotyczące wojsk w Iranie, można być niemal pewnym, że już podjął taką decyzję. Właśnie usłyszałem od znajomego, że jego syn, żołnierz, otrzymał wszystkie szczepienia, a jego jednostka jest wysyłana na misję. Dokąd? Nie potrafi powiedzieć.
Ta wojna nieubłaganie zmierza w kierunku niezwykle niebezpiecznej fazy, a ponieważ Amerykanie i rosnąca liczba żołnierzy amerykańskich sprzeciwiają się jej, rośnie ryzyko ataku pod fałszywą flagą w USA, który wywołałby oburzenie Amerykanów wobec Iranu. Były analityk CIA, Ray McGovern, właśnie ostrzegł przed taką możliwością.
Przez lata panował powszechny konsensus wśród mediów głównego nurtu i niezależnych, że dwukrotne objęcie przez Trumpa urzędu prezydenta było zerwaniem z tradycją, ponieważ jest on osobliwą postacią bez żadnego doświadczenia politycznego itd. Tę opinię wyrażali zarówno ci, którzy go kochają, jak i ci, którzy go nienawidzą. Ja od lat argumentuję coś przeciwnego: że od samego początku jest postacią establishmentu, w kostiumie scenicznym, że tak powiem. Niewielu się z tym zgadza. Niedawno napisałem:
Niektórzy twierdzą, że to dlatego, że jest zupełną anomalią i udało mu się dwukrotnie zostać prezydentem dzięki dziwnemu zrządzeniu losu. Jeśli tak jest, byłby to pierwszy i drugi raz w historii nowożytnej, kiedy to się zdarzyło. Człowiek bez politycznego doświadczenia, komiczny żart rodem z reality show, napuszony, gruby imprezowicz z dziwacznie farbowanymi włosami, który mówi jak dziewczyna z Doliny Wschodniego Wybrzeża, kobieciarz, bardzo bogaty nowojorski handlarz nieruchomościami itd. zdobywa głosy przeciętnych Amerykanów, którzy tracą pracę w rolnictwie i fabrykach i są wściekli na rząd. Podawano najróżniejsze wyjaśnienia tej „anomalii”, z tym jednym wyjątkiem, że poza wyglądem anomalią to nie było.
Wygląda na to, że coraz więcej osób podziela tę opinię. W niedawnym artykule „Seeing Trump Clearly” Craig Murray, były brytyjski dyplomata, pisarz i szkocki obrońca praw człowieka, który uczestniczył w procesie ekstradycyjnym Juliana Assange’a i relacjonował jego przebieg, napisał:
Pocieszające jest widzieć Trumpa jako błazna, akceptować prezentowaną powierzchowność pyskatego i niewykształconego ignoranta, który miota się między opcjami politycznymi i nie rozumie świata geopolityki.
Ale to bzdura.
Murray twierdzi, że mimo iż Trump sprawia wrażenie klauna, byłoby strasznym błędem brać to za prawdę, ponieważ Trump jest bezwzględny i bardzo niebezpieczny, a jego celem jest zniszczenie Palestyńczyków w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu, Iranu i Irańczyków, a jednocześnie wspiera przejęcie Libanu i Syrii przez Izrael na rzecz Wielkiego Izraela i Stanów Zjednoczonych.
Tak, to prawda, że Trump i jego skorumpowana rodzina również dorabiają się na Bliskim Wschodzie, dokonując zabójczych interesów finansowych, ale jego polityka jest częścią długoterminowej strategii USA. Co najważniejsze, Murray pisze [podkreślenie moje]:
Niezbędne jest, aby nie stracić z oczu ponadpartyjnego charakteru długoterminowego planu Stanów Zjednoczonych. W bardzo realnym sensie Trump kontynuuje – choć znacznie przyspieszył – politykę Bidena, który chronił i umożliwiał ludobójstwo w Strefie Gazy. Sukces tej polityki USA jest fenomenalny. Wystarczy pomyśleć, że zaledwie 18 miesięcy temu syjonistyczni „prezydenci” Al-Dżolani z Syrii i Aoun z Libanu nie byli u władzy. Obaj zostali wyniesieni do władzy w wyniku działań militarnych wspieranych przez USA, przez działania Izraela przeciwko Hezbollahowi oraz przez aktywność sił HTS sponsorowanych przez CIA i MI6. Wprowadzeni przez Bidena, są teraz centralnym elementem strategii Trumpa.
To samo można powiedzieć o ponadpartyjnym charakterze strategii USA wobec ukraińskiej wojny zastępczej przeciwko Rosji i agresywnych posunięć wobec Chin, przewidywanych dziesięć lat temu przez nieżyjącego już, wybitnego dziennikarza Johna Pilgera w jego poruszającym filmie dokumentalnym „Nadchodząca wojna z Chinami”.
Pewnego wieczoru mężczyzna wybrał się na spacer po swojej dzielnicy mieszkalnej w małym, bardzo liberalnym (Partia Demokratyczna) miasteczku w Nowej Anglii. Nie spotkał nikogo poza wiewiórką, kilkoma wronami i stadem czarnych sępów krążących nad głową.
Gdy wracał do domu, z bocznych drzwi dużego domu, na którym od lutego 2022 roku wisiała flaga Ukrainy, wyszedł mężczyzna. Rozpoznał w nim mężczyznę, który przekazał lokalnej bibliotece dużą kolekcję książek o CIA, Rosji, Philipie Agee (byłym dysydencie CIA) itp.
Mężczyzna zaczął rozrzucać żelki na trawniku. Spacerowicz zapytał go, co robi, a mężczyzna odpowiedział, że robi to, aby powstrzymać Irańczyków przed inwazją. Spacerowicz powiedział: „Ale Irańczycy nas nie najeżdżają”. Na co mężczyzna odparł: „Widzisz? To działa. Rosjanie boją się żelek”.
Trump przyznał, że Iran zaatakował lotniskowiec USS Ford:
„Biegliśmy, by ratować życie”
Trump przyznał, że siły irańskie przeprowadziły skoordynowany atak z wielu kierunków na lotniskowiec USS Gerald R. Ford, zmuszając amerykański lotniskowiec do odwrotu pod presją.
Prezydent USA Donald Trump poinformował, że siły irańskie przeprowadziły skoordynowany atak na USS Gerald R. Ford, zauważając, że ten największy na świecie lotniskowiec stał się celem wielotorowego ataku na Morzu Czerwonym, w ramach eskalacji odwetu Teheranu za agresję USA i Izraela, która rozpoczęła się 28 lutego.
Przemawiając w piątek na forum inwestycyjnym w Miami, Trump nazwał rozwijającą się sytuację „poważną” dla Marynarki Wojennej USA, stwierdzając, że skala i intensywność operacji szybko przekroczyły oczekiwania.
Była godzina pierwsza w nocy.„” – powiedział Trump, wspominając moment, w którym statek został zaatakowany „z 17 różnych stron”.
„Dowiedzieliśmy się, że mamy problem ” – dodał.
„Byli tu, byli tam. Uciekliśmy, by ratować życie, i wszystko się skończyło”.„Powiedział Trump, przytaczając historię dowódcy marynarki wojennej, który w tym czasie znajdował się na pokładzie.
Lotniskowiec USS Gerald R. Ford, stanowiący centralny element amerykańskiej projekcji siły morskiej, został wysłany do Azji Zachodniej w ramach agresji Waszyngtonu na Iran. Natychmiast po zgłoszeniu kolizji lotniskowiec został zmuszony do opuszczenia teatru działań wojennych w wyniku pożaru, który wybuchł na pokładzie 12 marca . W wyniku pożaru rannych zostało wielu członków załogi, około 200 marynarzy zostało rannych wskutek zatrucia dymem, a znaczne części okrętu uległy uszkodzeniu.
Po prawie dziewięciu miesiącach nieprzerwanego działania, naznaczonego narastającymi problemami technicznymi, w tym ciągłymi awariami systemów, które już wcześniej budziły obawy o niezawodność operacyjną okrętu w warunkach długotrwałego obciążenia, okręt wojenny początkowo wycofał się na grecką wyspę Kretę.
Pomimo przebiegu wydarzeń Pentagon upierał się, że szkody zostały wyrządzone przez „niezwiązanyz operacjami bojowymi”pożar w pralni , próbując przedstawić wycofanie wojsk jako normalny problem techniczny, a nie wynik działań wojskowych.
****
Irańscy urzędnicy kategorycznie odrzucili tę wersję, twierdząc, że jest to wyraźna próba ukrycia skutków irańskich działań odwetowych, które coraz bardziej obnażają słabości nawet najnowocześniejszych amerykańskich zasobów militarnych.
Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej wyśmiał amerykańską wersję wydarzeń, mówiąc: „Jaki gigant militarny, w obliczu kryzysu, jest zmuszony opuścić pole bitwy z powodu pożaru pralni?”
Teheran wielokrotnie ostrzegał, że amerykańskie lotniskowce operujące na wodach regionalnych będą traktowane jako uzasadnione cele , podkreślając, że ich obecność stanowi bezpośrednie zagrożenie dla suwerenności Iranu.
W tym kontekście irańscy urzędnicy i analitycy uważają nagłe wycofanie lotniskowca za wyraźny dowód, że ciągłe operacje rakietowe i dronów nakładają realne ograniczenia na siły amerykańskie, osłabiając zdolność Waszyngtonu do utrzymania kontroli pomimo jego miażdżącej przewagi technologicznej.
Irańskie wojsko poinformowało również o udanych atakach dronów i rakiet na inny amerykański lotniskowiec USS Abraham Lincoln, co potwierdziło deklarowaną przez Teheran rozszerzającą się i skuteczną strategię odstraszania, która może zmienić równowagę militarną w regionie.
Na nikim nie robi już wrażenia określenie sił prowadzących wojnę napastniczą na Bliskim Wschodzie mianem koalicji czy też gangu Epsteina. Jako, że w aktach tego agenta globalistycznej kliki co najmniej kilkadziesiąt razy pojawiło się nazwisko obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, mało kto kwestionuje powody, dla których Donald Trump dokonuje marszu na Iran wspólnie i w porozumieniu z Benjaminem Netanjahu. Opowiadam o tym, politycznie samobójczym moim zdaniem posunięciu w pogadance „Epickie fiasko”. Prawdopodobnie, przyszłe opracowania, kiedy Trump zniknie już ze sceny politycznej, wykażą zasadność kierowanych wobec niego podejrzeń. Niemniej jednak, chciałbym wskazać na wątek zupełnie pomijany, a godny tego, by się nad nim pochylić.
Jak pisałem w książce „TerraMar utopia elit”, wspólniczka, a w moim przekonaniu prowadząca Epsteina Ghislaine Maxwell uruchomiła w latach 90. sieć lokali o nazwie Kit Kat Club, które prasa opisywała, jako „salony gromadzące kobiety ze świata sztuki, polityki i socjety”, pomagające paniom w biznesie i handlu. Nie oznacza to, że panie widywały tam tylko inne kobiety, kluby z ogromną przyjemnością odwiedzali mężczyźni, zwłaszcza ci „dobrze urodzeni”. U Ghislaine Maxwell bywał choćby Jeffrey Archer, torysowski poseł, który zdążył też być pisarzem, ale i obiektem różnego rodzaju oskarżeń o oszustwa podatkowe, aż trafił za kraty za krzywoprzysięstwo. Był również bliskim współpracownikiem konserwatywnego członka Parlamentu Harveya Proctora, któremu pomagał, finansując jego odbudowywanie wizerunku po tym, kiedy ten ostatni skazany został za akty „rażącej nieprzyzwoitości” wobec dwóch nastoletnich chłopców.
Nie ma tu miejsca na opisywanie dość poważnej intrygi, której autorem był jeszcze ojciec Ghislaine, a która sugerować miała, że padła ona ofiarą zbyt usilnych karesów Proctora i została przez niego w efekcie zgwałcona. Była to chyba pierwsza akcja Ghislaine w branży wywiadowczej, ona sama była wówczas bardzo młoda, rzecz nagłośniły zależne od Roberta media, ale sprawa spaliła na panewce, bo ktoś chyba zorientował się, że Proctor ma zupełnie inne skłonności i próba uwikłania go w gwałt na Ghislaine nikogo nie przekona, a dodatkowo może „spalić” dobrze zapowiadającą się agentkę. (…)
Najsłynniejszymi jednak gośćmi Kit Kat Club, a dokładniej jego filii w Nowym Jorku, byli niewątpliwie Donald Trump i Melania Knauss, którzy tam się ponoć poznali. To właśnie Ghislaine i Epsteinowi przypisywano doprowadzenie do spotkania tej, najsłynniejszej pary Ameryki. Z przyszłym prezydentem, który zaprzyjaźnił się z Ghislaine dużo wcześniej, wspólnie pojawili się po raz pierwszy na przyjęciu, w klubie Trumpa – Mar-a-Lago. Melania była od 16 roku życia modelką, w byłej jeszcze Jugosławii, gdzie się urodziła. Od wczesnych lat 90. robiła zawrotną karierę, początkowo w Mediolanie, a później w Paryżu.
Jak podaje Wikipedia, obecna pierwsza dama Ameryki „w 1996 przyjechała do Nowego Jorku z wizą turystyczną niepozwalającą na legalną pracę. Niedługo po przyjeździe do Stanów Zjednoczonych wzięła udział w kolejnej rozbieranej sesji zdjęciowej; akty autorstwa Alexandre Alé de Basseville’a zostały opublikowane w 1997 w jednym z francuskich magazynów. (…) W roku 2000 wzięła udział w rozbieranej sesji zdjęciowej dla brytyjskiej edycji magazynu „GQ”, która odbyła się na pokładzie prywatnego odrzutowca należącego do Donalda Trumpa”. Nie wiemy, w jakiej mierze ta podniebna sesja pomogła jej w karierze modelki, faktem jest, że posiadała wówczas, według Wikipedii „wizę pracowniczą typu H1B, którą musiała odnawiać do 2001, kiedy to stała się posiadaczką zielonej karty, pozwalającej na stały pobyt w USA”. Niewątpliwie więc pomogła jej w zmianie statusu, bo już pięć lat później otrzymała obywatelstwo amerykańskie. Nie wiemy oczywiście, czy w karierze przed przybyciem do Stanów ktokolwiek ją wspierał, ale warto przyjrzeć się francuskiej scenie modowej tamtych lat.
Jak pisałem w tej samej książce, w słynnym czarnym notesie Epsteina znalazło się między innymi nazwisko Jean-Luc Brunel, które stało się powszechnie znane w grudniu 2020 roku, kiedy ten 74-letni wówczas mężczyzna został zatrzymany przez policję na lotnisku Charlesa de Gaulle’a przed wejściem na pokład samolotu mającego lecieć do Senegalu. Paryscy prokuratorzy powiedzieli wówczas dziennikarzom, że Brunel został przesłuchany w ramach wszczętego rok wcześniej śledztwa w sprawie domniemanego gwałtu i napaści na tle seksualnym na nieletnich, molestowania seksualnego oraz handlu ludźmi w celu wykorzystania seksualnego nieletnich dziewcząt. Początkowo prowadził w Paryżu agencję Karin Models, to dzięki niemu sławę zyskały takie modelki, jak Christy Turlington, czy Sharon Stone. Później założył agencję modelek MC2, która zdaniem prokuratorów służyła, jako przykrywka dla kręgu handlarzy seksualnych Epsteina. Nawiasem mówiąc, jako że nauki ścisłe były mu bliskie, całkiem prawdopodobne jest, iż odwołał się, tworząc tę nazwę, do słynnego równania Einsteina o równoważności energii i masy, nieprzypadkowo.
„E”, czyli energia, to przecież on sam – Epstein. MC2 może natomiast oznaczać dziewczęta, czyli masę naenergetyzowaną przez niego, zgodnie z założeniem, że masa bezwładna obiektu lub układu, jest miarą zawartej w nim energii.
Kiedy Epstein przebywał w więzieniu po raz pierwszy, w roku 2008, Brunel odwiedził go 70 razy. Służby zajęły się Brunelem, kiedy okazało się, że z księciem Andrzejem łączyła go, poza zwykłą znajomością, wspólna kochanka. Nie oznacza to, że był wymiarowi sprawiedliwości wcześniej nieznany. Jego postać przewijała się podczas pierwszej sprawy Epsteina, w kontekście gwałtów dokonywanych w latach 70, 80 i 90 ubiegłego wieku, ale we Francji okres przedawnienia za tego typu przestępstwa mija po 20 latach, a świadków tych zdarzeń nie było. Tym razem, po fali oskarżeń wobec Epsteina i księcia Andrzeja, przeciwko Brunelowi wystąpiły imiennie cztery kobiety. Pętla wokół niego zaczęła się zaciskać. Został oskarżony o gwałty na modelkach i handel nimi. Jesienią tamtego roku w jednej z gazet pojawiło się nieznane wcześniej zdjęcie Brunela, na tle dziewięciu dziewcząt, zrobione na należącej do Epsteina wyspie Little St. James. Podobno, w ciągu długoletniej współpracy z Epsteinem, dostarczył mu ponad 1000 młodych kobiet! Drobnym wydaje się w świetle tej informacji postawiony mu zarzut o przetransportowanie trzech 12-letnich sióstr, wprost z paryskiego osiedla do Stanów w formie „prezentu urodzinowego” dla Epsteina.
Zresztą, ten ostatni miał w Paryżu własne mieszkanie, które Brunel miał wykorzystywać do swych przestępstw. Wiadomo jednak, że nie ograniczał się do szaleństw w jednym miejscu, ponieważ w manifestach lotniczych wykazano co najmniej 25 jego podróży samolotami należącymi do Epsteina. Brunel taktownie odczekał ponad rok, a 19 lutego 2022 roku, wkrótce po tym, kiedy książę Andrzej zawarł ugodę z oskarżającą go kobietą, poszedł za przykładem Epsteina i w celi więzienia o podwyższonym rygorze bezpieczeństwa La Sante, po prostu się powiesił. La Sante słynie z tego, że umieszcza się w nim szczególnie niebezpiecznych przestępców, to właśnie tam odsiaduje dożywotni wyrok niejaki Carlos, pseudonim „Szakal”, czyli super terrorysta Ramirez Sanchez. Jak podały władze, chociaż telewizja przemysłowa jest powszechnie stosowana na korytarzach i w bramach francuskich zakładów karnych, zdecydowana większość cel nie jest objęta monitoringiem wizyjnym. Ma to na celu zapewnienie pewnego stopnia prywatności oraz zagwarantowanie, że nie zostaną naruszone europejskie przepisy dotyczące praw człowieka. No, to mu zagwarantowali.
MC2 rozwiązano zaraz po śmierci Epsteina, we wrześniu 2019 roku, ale czynny pozostał oddział agencji w Tel Awiwie.
Naturalnie, nie wiemy, czy ścieżki Brunela i obecnej pierwszej damy USA kiedykolwiek się przecięły. Wydaje się jednak, że byłoby to nieprawdopodobne, gdyby modelka tej klasy i zarządca głównych europejskich wybiegów nie mieli okazji się nie tylko spotkać, ale wręcz współpracować. Warto też zwrócić uwagę na to, że Brunel zmuszony był ewakuować się z Europy na początku roku 2000 przenosząc swoje interesy do Stanów Zjednoczonych. W tym samym, jakże przełomowym dla Melanii roku. Wskazuję na to, jako na zupełnie inny, możliwy aspekt uzależnienia Trumpa od dokonań Epsteina i jego wspólników w ostatniej dekadzie ubiegłego jeszcze wieku. Nie uwalnia to prezydenta od związków z samym Epsteinem i nie usprawiedliwia jego niezrozumiałych dla świata posunięć politycznych oraz militarnych, ale być może rację miał Einstein mówiąc, że czysto logiczne rozumowanie nie da nam żadnej wiedzy o realnym świecie.
Sławomir M. Kozak
jeśli uważasz, że moja praca pozwala lepiej zrozumieć świat, nie wahaj się –
Autor poniżej zamieszczonej analizy, której warto posłuchać, to Ray McGovern, amerykański pisarz i analityk polityczny, emerytowany oficer wywiadu, który pracował w CIA za kadencji 7 prezydentów USA (od JFK do George’a Busha seniora). Zajmował się frontem wywiadowczym przeciw ZSRR i Chinom. Były doradca Henry Kissingera za kadencji Nixona i Białego Domu za kadencji Reagana. Udekorowany wysokim odznaczeniem CIA Intelligence Commendation Medal, które zwrócił w 2006 r. w proteście przeciw stosowaniu tortur przez służby amerykańskie.
Jest absolwentem Russian Studies na jezuickim Fordham University, Theological Studies na Uniwersytecie Georgetown w Waszyngtonie oraz Business School’s Management Program na Uniwersytecie Harvarda. Pisze obecnie książki i rozprawy polityczne. Kiedy za rządów Busha i Obamy rozważano atak na Iran by “powstrzymać jego potencjał nuklearny”, McGovern demaskował ich kłamstwa pisząc, że „ci sami ludzie, którzy doprowadzili do wojny w Iraku, teraz koncentrują się na Iranie, który postrzegają jako ostatnią przeszkodę dla amerykańskiego panowania nad całym bogactwem ropy na Bliskim Wschodzie”.
Donald Trump oddaje hołd pamięci rabiego Izaaka Schneersohna, przywódcy duchowego sekty Chabad Lubawich.
W swej analizie, McGovern równie bezlitośnie obnaża bezmyślną niesamodzielną politykę Trumpa, jego ignorancję i psychiczne problemy, tchórzliwość i niemające równych w amerykańskiej historii służalstwo wobec Tel Aviwu.
Analizuje też kompletny paraliż wskutek tego amerykańskiego wywiadu, którego analiz na temat rzeczywistej sytuacji w Iranie Trump nie słucha, słuchając jedynie “pajaców” z Pentagonu w rodzaju Pete Hegsetha, fanatycznych syjonistów chrześcijańskich jak zwariowany senator Lindsay Graham i nakazów Mossadu.
Oznacza to całkowity upadek amerykańskiej pozycji światowej, ale też NATO, gdy jedynym celem zarządców tej wojny sterowanej z państewka będącego wszędzie, jest własne przetrwanie “za cenę amerykańskiej krwi”, jak mówi McGovern.
Pete Hegseth mówi: „Aby pokonać złych facetów, potrzebne są pieniądze!”
Myślałem, że rząd USA osiągnął nowy poziom dna w zeszłym tygodniu, kiedy Federalna Komisja Sztuk Pięknych zatwierdziła 24-karatową złotą monetę z okazji 250. rocznicy, przedstawiającą prezydenta Donalda J. Trumpa opartego o biurko z zaciśniętymi pięściami i ponurym wyrazem twarzy – ale to było zanim sekretarz obrony Pete Hegseth poprosił amerykańskich podatników o 200 miliardów dolarów na kontynuowanie wojny z Iranem, mówiąc: „Zabijanie złych ludzi kosztuje!”.
Trzeba przyznać, że zatwierdzenie monety było przesądzone, ponieważ Trump mianował wszystkich członków komisji, podobnie jak zrobił to, gdy obsadzał zarząd po podjęciu decyzji o zburzeniu i zmianie nazwy Centrum Sztuk Scenicznych im. Kennedy’ego. Jedynym problemem podczas rozmów z przedstawicielami Mennicy Stanów Zjednoczonych był rozmiar monety, a prezydent zaapelował do członków komisji o myślenie na dużą skalę i wybór monet o maksymalnej średnicy trzech cali. Oczekuje się, że sekretarz skarbu Scott Bessent, kolejny lojalny wobec Trumpa, zleci teraz wybicie monety.
Chciałbym zauważyć, że nie jest to typowa tradycja amerykańskiego rządu, aby prezydent bił monetę ze swoim portretem. W rzeczywistości większość Amerykanów mogłaby uznać to za całkowicie niesmaczne, a nawet haniebne – za akt megalomana, który, sądząc po własnych wypowiedziach i zachowaniu, z powodzeniem można uznać za szaleńca. W zeszłym tygodniu Trump spotkał się w Białym Domu z premier Japonii Sanae Takaichi, kiedy w odpowiedzi na pytanie reportera o swoją decyzję o „zaskoczeniu” Iranu atakiem, zażartował: „Kto wie więcej o niespodziankach niż Japonia? Dobrze? Dlaczego nie powiedziałeś mi o Pearl Harbor? Dobrze? Prawda?”. Takaichi był wyraźnie zszokowany.
Na początku tego tygodnia Trump również wykazał się niestosownymi oświadczeniami, deklarując gotowość użycia „wojsk lądowych” przeciwko Iranowi, co oznaczałoby śmierć wielu amerykańskich żołnierzy, bez pokrycia jakichkolwiek interesów ani potrzeb USA. Groził również rozpadem NATO, jeśli państwa członkowskie nie poprą wysiłków USA zmierzających do pokonania Iranu i otwarcia Cieśniny Ormuz. Nieuchronnie nazwał tych, którzy nie chcą walczyć, „tchórzami”.
NATO, co prawda, straciło już swoją użyteczność, słusznie uznaje, że Iran to wojna Trumpa i Izraela, a nie Europy. Hiszpania bez ogródek powiedziała Trumpowi, żeby się odczepił, i zablokowała amerykańskim samolotom wojskowym wspierającym wojnę korzystanie z baz NATO. Szwecja tymczasem śmiało oświadczyła, że Izrael MUSI zostać odizolowany i wykluczony z instytucji międzynarodowych, takich jak ONZ i UE, z powodu narastającego kryzysu w Strefie Gazy i aneksji Zachodniego Brzegu! Szwedzcy politycy potępiają przemoc w osiedlach, zakaz działalności organizacji pozarządowych i blokowanie dostaw pomocy humanitarnej, nazywając je „katastrofalnymi” i wzywają do nałożenia sankcji na „ekstremistycznych” ministrów Izraela, a także do wprowadzenia embarga handlowego.
Kilka innych krajów również oświadczyło, że jeśli Netanjahu nadal będzie żył, aresztują go na podstawie nakazu wydanego przez Międzynarodowy Trybunał Karny, jeśli kiedykolwiek pojawi się w ich krajach. Odmówiły również izraelskim samolotom z Netanjahu na pokładzie zezwolenia na przelot nad ich przestrzenią powietrzną, utrudniając premierowi podróżowanie poza Izrael. Trzygwiazdkowy francuski generał Michel Yakovleff, były dowódca Legii Cudzoziemskiej, niedawno porównał przyłączenie się Trumpa i Izraela do wojny z Iranem do „kupowania tanich biletów na Titanica” po tym, jak statek ten uderzył już w górę lodową.
I poczekajcie, to nie wszystko! Trump grozi cofnięciem licencji amerykańskim nadawcom, którzy relacjonują atak na Iran, jeśli ich relacje nie będą zgodne z narracją wojny dyktowaną przez Biały Dom, Departament Wojny i Departament Stanu. Biały Dom określa takie doniesienia mianem „fake newsów”.
Jeśli ustawa zostanie zatwierdzona, wolność mediów będzie zależeć od tego, kto jest prezydentem i jaką linię polityczną reprezentuje – co może być śmiertelnym ciosem dla Pierwszej Poprawki. Co więcej, pojawiają się doniesienia, że Departament Sprawiedliwości bierze na celownik konserwatywnych przeciwników wojny, takich jak Tucker Carlson, który rzekomo jest ścigany za „działanie w charakterze agenta obcego mocarstwa”. Kongresmen związany z AIPAC domaga się wszczęcia przeciwko niemu śledztwa w sprawie zdrady stanu – jedynego przestępstwa w Konstytucji Stanów Zjednoczonych karanego śmiercią.
Podobnie, Joe Kent, absolutnie szanowany i wielokrotnie nagradzany dyrektor amerykańskiego Narodowego Centrum Antyterrorystycznego z nieskazitelnym CV, znalazł się w centrum uwagi, rezygnując we wtorek ze stanowiska. Podał dwa powody swojego odejścia. Po pierwsze, stwierdził, że twierdzenie w wojnie z Iranem, jakoby Iran stanowił „bezpośrednie zagrożenie” dla Stanów Zjednoczonych, jest kłamstwem, a po drugie, że wojna toczy się w imieniu Izraela, a nie w interesie jakichkolwiek amerykańskich interesów narodowych lub bezpieczeństwa. Kent miał absolutną rację w każdym szczególe, zauważając, jak „wysocy rangą izraelscy urzędnicy i wpływowi przedstawiciele amerykańskich mediów” ciężko pracowali nad kampanią dezinformacyjną, aby wszcząć wojnę z Iranem – dla dobra Tel Awiwu i premiera Benjamina Netanjahu. I zarówno oni, jak i Trump i jego współpracownicy, uporczywie kłamali na temat konfliktu, posuwając się nawet do nazywania go „wycieczką” zamiast „wojną”, aby sprzedać go opinii publicznej. Trump skłamał nawet na temat amerykańskiego bombardowania przeprowadzonego pierwszego dnia wojny, w wyniku którego zginęło 170 irańskich uczennic, fałszywie twierdząc, że atak przeprowadził Iran.
Próba zdyskredytowania Kenta trwa w najlepsze. Według Trumpa: „Zawsze uważałem go za słabego w kwestiach bezpieczeństwa, bardzo słabego w kwestiach bezpieczeństwa. Niezbyt dobrego” – absurdalne stwierdzenie z ust kogoś takiego jak prezydent, biorąc pod uwagę jego własną przeszłość. FBI podobno prowadzi śledztwo w sprawie Kenta pod kątem „ujawnienia informacji niejawnych”, choć nie ujawniło, co rzekomo wyciekło. Trump pokazał również, jakim jest wzorem cnót, wykorzystując śmierć amerykańskich żołnierzy jako przynętę do pozyskiwania darowizn i innych form wsparcia dla własnych komitetów akcji politycznej. Wiadomość, wysłana w czwartek i opłacona przez zarejestrowany PAC Trumpa, „Never Surrender Inc.”, promowała nowe członkostwo w programie „National Security Briefing Membership” i zawierała kilka linków do darowizn. Apel zawierał zdjęcie Trumpa w jego śmiesznej czapce baseballowej, salutującego mijającym trumnom w bazie sił powietrznych w Dover. Uwłaczająca czapka obraziła wielu czynnych żołnierzy, a także weteranów, takich jak ja!
I na koniec kilka wiadomości, które mogą okazać się dobre! Doniesienia o wypadkach z udziałem największego okrętu wojennego świata, lotniskowca USS Gerald R. Ford, krążą od kilku tygodni. Pierwszym z nich były niesprawne toalety na pokładzie, które wymagały naprawy i konserwacji. Według jednego z raportów, przyczyną mogło być celowe zatkanie rur przez członków załogi poprzez spłukiwanie lub wpychanie do nich ubrań i innych „niestrawnych” przedmiotów. Pojawiły się również doniesienia o dużym, trwającym 30 godzin pożarze w pralni okrętu, który wymusił powrót na Kretę w celu przeprowadzenia gruntownego remontu. Ford opuścił już rejon operacyjny powiązany z Iranem.
Na portalach takich jak Facebook pojawiają się kolejne doniesienia o wewnętrznych sporach, choć informacji tych nie da się zweryfikować. Dotyczą one marynarzy odmawiających wykonywania rozkazów, a nawet oficerów kwestionujących rozmieszczenie okrętów na pozycjach bojowych przeciwko Iranowi bez odpowiednich uprawnień konstytucyjnych i wojskowych do takich działań. Według jednego z doniesień, zarówno szeregowcy, jak i marynarze przyzwyczaili się do odpowiadania swoim oficerom nie „Tak jest!”, a „Epstein!”. W niektórych kręgach twierdzi się, że znaczna część Marynarki Wojennej jest „trudna”, co między innymi wywołało tyradę Donalda J. Trumpa, głównego uchylającego się od poboru, na temat odmowy wykonywania rozkazów przez personel wojskowy.
Jeśli doniesienia okażą się prawdziwe, powinniśmy je poprzeć my wszyscy, którzy mamy już dość Izraela, Trumpa i wojny, która może przerodzić się w wojnę nuklearną szybciej, niż myślimy, zwłaszcza jeśli Izrael poniesie duże straty i znajdzie się w desperacji.
Kolejną rzeczą, którą pan Trump, samozwańczy geniusz, powinien rozważyć, jest możliwość, że Izrael będzie bardzo zdenerwowany, jeśli Stany Zjednoczone zdecydują się ograniczyć swoje straty i wycofać się z wojny z Iranem. Netanjahu mógłby przeprowadzić atak pod fałszywą flagą – jak to mogło się faktycznie stać 11 września – aby zabić dużą liczbę Amerykanów stacjonujących na Bliskim Wschodzie i zrzucić winę na Iran, by zmotywować Trumpa do kontynuowania działań. Ta możliwość opiera się wyłącznie na moich przypuszczeniach, biorąc pod uwagę rosnącą nerwowość Trumpa w związku z wojną, a przecież Izrael historycznie nie miał żadnych oporów przed zabijaniem Amerykanów, gdy było to konieczne. Ani kogokolwiek innego, jeśli już o tym mowa.
Życie wyborcy Donalda Trumpa przypomina codzienność uzależnionego od heroiny: przeżywasz regularne napady przerażenia i śmiertelnego zagrożenia, których ostatecznym rezultatem jest – w najlepszym razie – powrót do normalności – pisze Christopher Caldwell na łamach brytyjskiego konserwatywnego tygodnika „The Spectator”.
„Rok temu, cła wprowadzone w Dzień Wyzwolenia, niemal doprowadziły do paraliżu amerykańskiej gospodarki, zanim Chiny łaskawie odpuściły sobie tę sprawę. Potem pojawiła się jeszcze bardziej lekkomyślna decyzja o przyłączeniu się do Izraela w bombardowaniu irańskiej instalacji jądrowej w Fordow” – wymienia publicysta.
Caldwell przekonuje, że wraz atakiem na Iran z 28 lutego, szczęście w końcu opuściło Donalda Trumpa. Jego niefrasobliwe decyzja skończyła się dla wszystkich fatalnie: polityk wciągnął Stany Zjednoczone w kolejną długą wojnę na Bliskim Wschodzie, doprowadził do kryzysu paliwowego na całym świecie i spowodował globalny wzrost nastrojów antyamerykańskich. Do tego potężnie zachwiał zaufaniem sojuszników z NATO.
Co najbardziej istotne, decyzję o zaatakowaniu Iranu Trump zdradził oczekiwania swojego własnego żelaznego elektoratu. Influencerzy, którzy uważani byli dotychczas za rzeczników trumpizmu – Joe Rogan, Tucker Carlson, Megyn Kelly, Candace Owens – zareagowali na inwazję z niedowierzaniem. W konsekwencji „Trump może bawić się prezydenturą przez następne trzy lata (o ile nie dojdzie do impeachmentu), ale wzajemny szacunek między nim a jego ruchem został zerwany, a jego rewolucja zasadniczo dobiegła końca” – ocenia publicysta.
Caldwell sugeruje, że spadek notowań Trumpa wynika przede wszystkim z jego charakteru; przekonaniu o własnej nieomylności, czy absolutnej niewrażliwości na nawet najmniejszą krytykę. Charyzmatyczna aura prezydenta USA z jednej strony pozwoliła wygrać wybory, ale w dłuższej perspektywie – doprowadziła do szeregu katastrofalnych decyzji. Brytyjski autor sugeruje, że w ten sposób na naszych oczach objawia się słabość amerykańskiego systemu prezydenckiego, którego pierwotny charakter przywróciła „kontrrewolucja” MAGA.
Paradoksalnie – tłumaczy publicysta – trumpizm był ruchem na rzecz demokracji. Donald Trump szedł do wyborów z hasłem rozprawienia się z „głębokim państwem” (ang.deep state), rozumianym jako nieformalna władza ukryta w sieci powiązań pomiędzy władzami uniwersyteckimi, liderami opinii, tajnymi służbami, organizacjami pozarządowymi czy instytucjami finansowymi. Ponowny wybór Donalda Trumpa oznaczał powrót do pierwotnej wersji systemu pomyślanego przez Ojców Założycieli, gdzie decyzji prezydenta nie ogranicza silne „społeczeństwo obywatelskie” ze swoimi instytucjami.
„Właśnie dlatego przed 1788 rokiem nikt nie odważył się wprowadzić systemu prezydenckiego na wzór amerykański i właśnie dlatego postępowcy ograniczyli uprawnienia prezydenta poprzez stworzenie „głębokiego państwa”. Bez tego istnieją w rzeczywistości tylko dwa zabezpieczenia przed samowolną władzą wykonawczą. Po pierwsze, społeczeństwo musi wybrać osobę o nienagannym charakterze i oddanej sprawie publicznej, a po drugie, osoba ta musi przestrzegać konstytucji” – podkreśla Caldwell.
Zdaniem autora, Amerykanie nie spodziewali się, że wady charakteru Trumpa mogą stanowić dla nich zagrożenie w sferze polityki zagranicznej. Dzisiaj politykę Stanów Zjednoczonych wobec Iranu kształtuje na dobrą sprawę zięć Trumpa, Jared Kushner blisko związany z premierem Izraela, oraz jego przyjaciel z branży nieruchomości, Steve Witkoff. Żaden z nich nie został zatwierdzony przez Senat, jak to jest wymagane w przypadku czołowych dyplomatów i członków gabinetu, a Kushner nie opublikował nawet oświadczenia majątkowego.
„Nie można winić Netanjahu za to, że wykorzystał tę sytuację – prawdopodobnie jego kraj już nigdy nie będzie miał do czynienia z tak łatwowiernym prezydentem” – podkreśla Caldwell. Choć Trump niejednokrotnie wykazał się zaskakująca umiejętnością wychodzenia z sytuacji kryzysowych, to – zdaniem publicysty – „nie pozwoli to jego ruchowi przetrwać”. Prezydent USA wydaje się bowiem kompletnie ignorować sygnały płynące z wnętrza własnego elektoratu.
„Trump realizuje obecnie politykę tych samych ekspertów z think tanków i propagatorów demokracji, z którymi obiecał walczyć. Wygląda na to, że minęło już wiele miesięcy, odkąd ludzie, w imieniu których prowadził kampanię, choćby przemknęli mu przez głowę” – konkluduje Caldwell.
Pierwsza rezygnacja w administracji @POTUS , na tak wysokim szczeblu, w proteście przeciwko wojnie z Iranem. Odchodzi Joe Kent, dyrektor Narodowego Centrum Walki z Terroryzmem.
Umożliwienie Izraelowi osiągnięcia dominacji politycznej nie służy żadnym interesom Stanów Zjednoczonych.
Filip Giraldi
Philip M. Giraldi jest byłym oficerem Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA), autorem i komentatorem geopolitycznym. Obecnie pełni funkcję dyrektora wykonawczego Rady Interesu Narodowego (Council for the National Interest) i często krytykuje politykę zagraniczną USA na Bliskim Wschodzie.
Stopień, w jakim interesy Izraela dominują w polityce zagranicznej USA na Bliskim Wschodzie, można zmierzyć ich skutecznością, czego dowodem są siedem wizyt premiera Izraela Benjamina Netanjahu w USA w pierwszym roku urzędowania prezydenta Donalda Trumpa. Netanjahu spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem w Kongresie i mediach, mimo że to on był głównym sprawcą straszliwego ludobójstwa dokonanego na mieszkańcach Strefy Gazy, a także, ostatnio, niesprowokowanych ataków na cele głównie cywilne na palestyńskim Zachodnim Brzegu, w sąsiednim Libanie i Syrii.
Trzeba przyznać, że miękkie lądowanie Netanjahu w Stanach Zjednoczonych zostało ułatwione przez korupcję w Kongresie, której dopuściło się lobby izraelskie, osiągając to dzięki setkom milionów dolarów hojnie rozdzielonych między Demokratów i Republikanów. Ci sami żydowscy miliarderzy udowodnili również, że potrafią skupować firmy medialne, aby zapewnić, że wizerunek Izraelczyków jako nieustannych ofiar pozostanie centralnym punktem tego, co amerykańska opinia publiczna widzi w wiadomościach lub czyta w gazetach.
A amerykańska klasa polityczna miała wpływ na Izrael w obu partiach: prezydent Joe Biden, który określa siebie jako syjonistę, podsycał rozlew krwi w Strefie Gazy pieniędzmi i bronią, a następnie Trump, który zrobił to samo. Obaj prezydenci hojnie udzielali ochrony politycznej w instytucjach takich jak Organizacja Narodów Zjednoczonych, aby zapewnić, że Izrael nigdy nie zostanie pociągnięty do odpowiedzialności za wszystkie zbrodnie przeciwko ludzkości, których się dopuścił.
Dzięki hojności Demokratów i Republikanów Izrael w istocie otrzymał od USA pusty czek wsparcia, w tym ignorowanie izraelskich bombardowań szkół, szpitali i budynków religijnych – zarówno chrześcijańskich, jak i muzułmańskich. Ameryka była niedawno przerażona, gdy Stany Zjednoczone zbombardowały szkołę w Iranie, zabijając 165 młodych dziewcząt, a Izrael zabił setki razy więcej dzieci w Strefie Gazy bez żadnych konsekwencji, dzięki wsparciu USA, a nawet umożliwieniu tych zbrodni wojennych. Izrael zademonstrował również swoją siłę w Waszyngtonie w bardziej praktyczny sposób, aby chronić swoich sojuszników politycznych. Na przykład, gdy Demokraci sprzeciwiający się niedawno próbowali uchwalić ustawę, która miałaby zmusić Kongres do głosowania wymaganego przez Konstytucję i ustawę o uprawnieniach wojennych (War Powers Act) do wypowiedzenia wojny Iranowi, przywrócenie „rządów prawa”, które Trump całkowicie zignorował, powinno być oczywiste. Jednak Republikanie i niektórzy Demokraci połączyli siły, aby zablokować tę decyzję, nawet nie próbując przedstawić prawnego ani konstytucyjnego uzasadnienia. Podobnie, nie podjęto próby zdefiniowania interesu bezpieczeństwa narodowego, który mógłby uzasadniać sfabrykowane twierdzenia o „zagrożeniu”, które pierwotnie doprowadziły do wybuchu konfliktu.
Minister spraw zagranicznych i doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Marco Rubio mógł ujawnić pewne aspekty procesu, który doprowadził do wojny z Iranem. Izrael postrzega zniszczenie Iranu jako najwyższy priorytet narodowy, więc można założyć, że Stany Zjednoczone pod wodzą Trumpa pójdą w jego ślady. Powszechnie uważa się, że wojna mająca na celu zniszczenie Iranu, taka jak ta, która obecnie toczy się, była planowana już podczas dwunastodniowej wojny z tym krajem w czerwcu ubiegłego roku. Według Rubio, tym razem wybór czasu wynikał z nalegań Izraela, że przeprowadzi atak samodzielnie, jeśli Stany Zjednoczone nie wezmą w nim udziału. Waszyngton obawiał się, że doprowadzi to do irańskiego odwetu na amerykańskich bazach w regionie, niezależnie od tego, czy Stany Zjednoczone były agresorem, czy nie. Dlatego podjęto decyzję o przyłączeniu się do Izraela i uprzedzeniu wszelkiej irańskiej „agresji”.
Donald Trump w jakiś sposób odwrócił wyjaśnienia Rubia, twierdząc, że to on sam wymusił tę kwestię i wywarł presję na Izraelczyków, aby rozpoczęli wojnę, a nie odwrotnie. Wydaje się jednak, że jest to typowa gafa Trumpa, wynikająca z braku zrozumienia, co tak naprawdę się wydarzyło. Sekretarz obrony Pete „Call of Duty” Hegseth podobno poparł ocenę Rubia, choć osoby z wewnątrz uważają, że „Wojownik Pete” byłby gotowy zaatakować każdego w każdej chwili, tylko po to, by pokazać, że on i jego „zabójcy” są do tego zdolni. Chciał również usłyszeć od wszystkich, że „robi świetną robotę”.
Według innej relacji, kluczowa perspektywa, która skłoniła Trumpa do wypowiedzenia wojny, pochodziła od dwóch jego kluczowych osobistych negocjatorów: jego zięcia Jareda Kushnera i jego partnera biznesowego w branży nieruchomości Steve’a Witkoffa. Przypadkowo obaj są Żydami i blisko związani z premierem Izraela Benjaminem Netanjahu, co rodzi pytanie, dlaczego zostali wybrani do negocjacji z Iranem. Obaj są również znani jako żarliwi syjoniści, co oznacza, że ich lojalność należy do rządu Izraela i wszystkiego, co się z nim wiąże. „The New Republic” opisuje, jak obaj mężczyźni nie mają „technicznego zrozumienia wzbogacania uranu” po tym, jak przedstawili ocenę irańskiego reaktora badawczego, która nie miała sensu, co oznacza, że „nie mają pojęcia, co robią”. Magazyn stwierdził, że Stany Zjednoczone wypowiedziały wojnę, ponieważ Jared Kushner jest „głupcem”. Jeśli tak jest, jest on jednym z wielu w administracji Trumpa.
Witkoff i Kushner podobno spotkali się z Trumpem przed rozpoczęciem wojny i namawiali go do podjęcia działań przeciwko Iranowi, opierając się na ewidentnie fałszywych informacjach wywiadowczych dostarczonych przez Izrael, które głosiły rychłe opracowanie irańskiej broni jądrowej. W połączeniu z ostrzeżeniem Rubia, to właśnie dzieje się teraz, co w praktyce sugeruje, że Izrael „zastawił pułapkę” na Trumpa, by ten w ich imieniu wypowiedział wojnę. Argument Rubia za wojną, który przeczył ocenom amerykańskiego wywiadu, nie spotkał się z żadnym sprzeciwem, co było przewidywalną konsekwencją polityczną faktu, że przez dekady w Stanach Zjednoczonych absolutne poparcie dla Izraela, bez kwestionowania jego motywów i intencji, było ugruntowanym dwupartyjnym konsensusem. Jedyna debata na temat Izraela miała miejsce, gdy jeden z kandydatów chwalił się, że jest jeszcze bardziej pro-izraelski niż drugi.
Amerykańscy politycy skorumpowani żydowskimi pieniędzmi akceptują fakt, że muszą zawsze finansować, uzbrajać, zapewniać ochronę dyplomatyczną i – w razie potrzeby – wysyłać własnych żołnierzy do walki po stronie Izraela. Potwierdził to były prezydent Barack Obama, „liberalny, z wyjątkiem Izraela”, kiedy w 2014 roku uzbroił Izrael do bombardowania Gazy, a w 2016 roku zgodził się przekazać państwu żydowskiemu 38 miliardów dolarów bezpośrednio ze skarbu USA w ciągu dziesięciu lat. Kwota ta wygasa w tym roku i prawdopodobnie zostanie zwiększona przez Kongres, ale jest to w pewnym sensie nieistotne, ponieważ specjalne środki finansowe znacznie przekraczające tę kwotę były normą w ostatnich latach. Joe Biden i Donald Trump w rzeczywistości zarówno sfinansowali, jak i uzbroili niedawne i trwające niszczenie Gazy przez Izrael, co nie byłoby możliwe bez środków z Białego Domu. Oczekuje się podobnego zniszczenia Iranu, którego celem jest „przekształcenie kraju w Gazę”, jak stwierdził co najmniej jeden czołowy izraelski polityk. Tymczasem Amerykanie krytykujący oddanie Białego Domu Izraelowi są rutynowo poddawani atakom oszczerczym i nazywani antysemitami – to samo dzieje się obecnie z dziennikarzem Tuckerem Carlsonem i kongresmenem Tomem Massie.
W piątek rano, 13-go, Trump, w swoim własnym, ordynarnym i groźnym stylu, powtórzył najnowsze wydarzenia na froncie wojny z Iranem. Napisał na Twitterze: „Mamy bezprecedensową siłę ognia, nieograniczoną amunicję i mnóstwo czasu – spójrzcie, co się dziś dzieje z tymi szalonymi łajdakami”. Jeśli Trump rzeczywiście szuka wyjścia z konfliktu, który ewidentnie nie idzie zgodnie z planem, to wyraża się w sposób, który uniemożliwia jakiekolwiek negocjowane rozwiązanie. Netanjahu niewątpliwie go do tego zachęca.
Wszystko to doprowadziło do narastającego wśród Amerykanów ruchu na rzecz zakończenia wojny za wszelką cenę, ze szczególnym naciskiem na uznanie Izraela za siłę napędową, która w pierwszej kolejności doprowadziła do zaangażowania się USA w konflikt. Być może zatem nadszedł dobry moment, aby zerwać stosunki USA z Izraelem, które kosztują fortunę, niewątpliwie doprowadzą do śmierci niezliczonych amerykańskich żołnierzy i nie przyniosą żadnych korzyści Amerykanom. Jest jednak problem, a tym problemem jest Trump, który może być entuzjastycznie nastawiony do Izraela, ponieważ przeszedł na judaizm, albo ze względu na więzy rodzinne – albo dlatego, że Netanjahu szantażuje go materiałami o Jeffreyu Epsteinie.
Jeśli Trump naprawdę wierzy, że może rozpocząć wojnę w służbie obcego kraju, nie przestrzegając żadnych procedur konstytucyjnych ani prawnych, to musi zostać usunięty z urzędu. W artykule zatytułowanym „Szaleństwo króla Trumpa” John i Nisha Whitehead zauważają, jak „prezydentura kuli do burzenia” oznaczała „dysfunkcję, dekadencję, zepsucie i kult śmierci”: „Pojawiły się niepokojące doniesienia, że apokaliptyczna retoryka chrześcijańska jest wykorzystywana do usprawiedliwiania ataków administracji Trumpa na Iran w ramach „ostatecznej bitwy dobra ze złem„. Prezydent Trump został namaszczony przez Jezusa, aby rozpalić w Iranie ogień sygnałowy, który wywoła Armagedon i będzie oznaczał jego powrót na Ziemię” – powiedział jeden z dowódców jego jednostki bojowej.
George O’Neill, pisząc dla „The American Conservative”, opisuje, jak „Ta gangsterska polityka zagraniczna jest nie tylko nielegalna, ale rujnuje nas moralnie i finansowo. Włożyliśmy biliony dolarów w te przedsięwzięcia i zgromadziliśmy długi przekraczające PKB jakiegokolwiek kraju. Marzenie o Wielkim Izraelu, z jego ekspansjonistycznym zapałem, wciąga nas w permanentny konflikt, podczas gdy zagraniczne lobby wykorzystują nasze wojsko jak osobistą milicję”.
Ryzyko związane z „więzią łączącą” USA z państwem żydowskim jest wyjątkowe pod jednym względem. Zarówno Donald Trump, jak i jego izraelski sojusznik Bibi mają palce na nuklearnym spuście i obaj wykazali się zachowaniem, które można określić jako lekkomyślne, a w jego przejawie „potencjalnie katastrofalnie niebezpieczne”. Izraelczycy mają nawet doktrynę dotyczącą użycia swojej broni, znaną jako „opcja Samsona”. Polega ona między innymi na nieujawnionej, ale powszechnie akceptowanej polityce Izraela, polegającej na masowym odwecie, polegającej na użyciu broni jądrowej nie tylko do atakowania groźnych wrogich sąsiadów, ale także krajów na świecie, które – ich zdaniem – nie zrobiły wystarczająco dużo, aby im pomóc lub je chronić. Na przykład Rzym jest uważany za jeden z celów, co miałoby dodatkową zaletę w postaci zniszczenia katolicyzmu. Czy to myślenie w stylu „zabić ich wszystkich” może być atrakcyjne dla Donalda Trumpa? Ależ skąd!
*
Philip M. Giraldi jest byłym oficerem Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA), autorem i komentatorem geopolitycznym. Obecnie pełni funkcję dyrektora wykonawczego Rady Interesu Narodowego (Council for the National Interest) i często krytykuje politykę zagraniczną USA na Bliskim Wschodzie.
Carrie Prejean Boller zwolniona z Komisji Wolności Religijnej.
Ryszard Kulczyński
Prezydent Trump wyznaczył swoją wieloletnią katolicką przyjaciółkę Carrie Prejean Boller do Komisji Wolności Religijnej – katolickiej bohaterki, która wyzywająco głosiła: „katolicy nie przyjmują syjonizmu”.
Prezydent Trump nagle ją wczoraj zwolnił.
Carrie Prejean Boller odpaliła listem otwartym:
“Jestem zszokowana, że usunięcie jedynej katoliczki z Komisji Wolności Religijnej odbyło się za pośrednictwem krótkiego e-maila od pracownika, a nie bezpośredniej rozmowy z prezydentem, który mnie mianował.
To ten sam pracownik, który zadzwonił do mnie w sierpniu z prośbą o moją rezygnację na polecenie syjonistycznych heretyków Dana Patricka i Pauli White. Wtedy zaczęło się polowanie na czarownice przeciwko mnie.
Uważam, że dla kogoś, kto wiernie służył i bronił wolności religijnej, zasłużyłam przynajmniej na podstawowy szacunek w postaci rozmowy telefonicznej lub formalnego listu od Pana. W końcu nie wstydzi się Pan zwalniać ludzi. Myślę, że obywatele amerykańscy są traktowani z mniejszą godnością niż zagraniczny przywódca oskarżony o zbrodnie wojenne.
Stał Pan przy mnie w 2009 roku, kiedy straciłam tytuł Miss Kalifornii po tym, jak publicznie opowiedziałam się za moimi chrześcijańskimi przekonaniami. Miałam zaledwie 21 lat, kiedy wygłosiłam przemówienie z Panem stojącym obok mnie.
W swoim przemówieniu podzieliłam się czymś, co mój dziadek zawsze mi mówił: „jesteś Amerykanką, Carrie. Walczyłem o Twoje wolności. Nigdy nie pozwól, aby ktokolwiek Ci je zabrał”. To słowa, które dziś cenię.
Moje głęboko zakorzenione przekonania religijne określają, kim jestem i kim zawsze byłam, dlatego teraz nie pozwolę odebrać mi wolności religijnej.
Wiedział Pan dokładnie, kim jestem, kiedy mnie wyznaczył. Może nie mam prestiżowego tytułu ani dużej organizacji za moim nazwiskiem, ale mam przekonanie, serce, i niezachwiane zaangażowanie w chrześcijańskie zasady, za którymi się opowiadam.
Byłam w tej Komisji z jednymi z najbardziej szanowanych ludzi w Ameryce. Zdałam sobie sprawę, że wielu z nich zbyt boi się wypowiedzieć i zostać nazwanymi antysemitami po prostu za to, że nie popierają politycznego państwa Izrael.
Żaden z nich nie był skłonny zabrać głosu i bronić mojej wolności religijnej, aby nie popierać ideologii politycznej i fałszywej teologii. Ale Pan wiedział, dlaczego po raz kolejny postawił mnie na tej scenie, aby stanąć za nim, nawet jeśli oznacza to samotność.
Moja wiara w Chrystusa znaczy dla mnie więcej niż jakiekolwiek stanowisko lub tytuł. Nie zmieniłam się ani trochę od dnia, w którym stał Pan obok mnie w 2009 roku. Dlatego jest tak szokujące, że teraz zostałam usunięta z Komisji Wolności Religijnej za to, że robiłam to samo, czego kiedyś Pan bronił.
Przez prawie dwadzieścia lat stałam przy Panu. Uczestniczyłam w obu Pańskich inauguracjach. Byłam na Pańskich wiecach. Broniłam Pana publicznie, kiedy nie było to popularne. Stałam przy Panu, kiedy nazywano Pana każdym imieniem, jakie można sobie wyobrazić.
Z dumą nosiłam czerwoną czapkę Make America Great Again, gdy nie była popularna, a nawet bezpieczna, ponieważ wierzyłam w to, o co Pan walczył. Już Pana nie poznaję.
Prezydencie Trump, myślałam, że MAGA opowiada się za obroną Amerykanów, którzy wypowiadają swoje przekonania bez obawy o karę. Myślałam, że MAGA stawia Amerykę na pierwszym miejscu, a nie Izrael.
Dzisiaj staram się rozpoznać ruch, który Pan zaczął. Wygląda na to, że został porwany przez obcy rząd i religijnych fanatyków próbujących spełnić swoją heretycką fantazję o czasach ostatecznych.
MAGA, którą znałam, nigdy nie pozwoli amerykańskim żołnierzom umrzeć za obcy rząd.
Synowie i córki Ameryki są wysyłani na Bliski Wschód, aby składać ofiary na rzecz herezji i fałszywych proroctw.
Czy naprawdę jesteśmy suwerennym narodem, Panie Prezydencie? a może zagraniczne interesy i błędna stronnicza interpretacja Pisma Świętego dyktują teraz, komu wolno mieć wolność religijną tutaj w Ameryce?
Miałeś być prezydentem pokoju, a nie prezydentem wojny.
Nasi założyciele nigdy nie przyznaliby jednemu wyznaniu wyższości nad wszystkimi innymi. W rzeczywistości nasz rząd tego zabrania. To nieamerykańskie.
Zostałam niesprawiedliwie usunięta, a moja wolność religijna została naruszona, i większość katolików, którzy głosowali na Ciebie, czuje dokładnie to samo.
Dlaczego nas zdradziłeś? Zdradziłeś swoją misję, by znów uczynić Amerykę wielką.
Wasza Komisja Wolności Religijnej została porwana przez heretyków i etno-nacjonalistów z zimną krwią. Stwierdzenie, że Twoja prezydentura jest rozczarowaniem dla twoich zwolenników, jest niedopowiedzeniem.
Uwierzyliśmy w ciebie, a Ty nas zdradziłeś. Modlę się za nasz naród i za Ciebie, Panie Prezydencie.
Jak ostrzegł papież Leon XIII, “cofanie się przed wrogiem lub milczenie, gdy ze wszystkich stron taki zgiełk budzi się przeciwko prawdzie, jest oznaką tchórza…Chrystus z pewnością nie uzna takich ludzi za swoich naśladowców”.
Twoje wieczne dziedzictwo zależy od wejścia do Królestwa Niebieskiego i mam nadzieję, że pewnego dnia Cię tam zobaczę.
FOTO: Trump zszokowany odkryciem, że Hegseth jest idiotą
Larry C. Johnson
Donald Trump i jego zespół ds. bezpieczeństwa narodowego nadal forsują narrację, że Stany Zjednoczone dominują nad Iranem i że to tylko kwestia czasu, zanim Iran padnie pod naporem potęgi amerykańskiej armii. Iran najwyraźniej nie otrzymał tej wiadomości i realizuje własną strategię. Wchodzimy właśnie w czwarty dzień tej nie sprowokowanej napaści Izraela i USA, a Iran nie wykazuje żadnych oznak słabnięcia.
Iran dokonał serii bardzo skutecznych uderzeń odwetowych. Siły amerykańskie zostały wyparte z baz w Iraku, Kuwejcie, Bahrajnie, Arabii Saudyjskiej, Katarze i Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Ataki dronami i rakietami zmusiły wojska USA i NATO do ucieczki.
W związku z eskalacją wojny rozpoczętej przez Stany Zjednoczone i Izrael (po wspólnych atakach USA i Izraela na Iran, w tym zabójstwie najwyższego przywódcy ajatollaha Alego Chameneiego 28 lutego 2026 r.), irańska Islamska Gwardia Rewolucyjna (IRGC) przeprowadziła odwetowe ataki rakietami balistycznymi i dronami na amerykańskie systemy radarowe w Katarze i Bahrajnie.
W bazie lotniczej Al Udeid w Katarze Iran zniszczył radar AN/FPS-132 (znany również jako FPS-132 lub AN/FPS-132 Block 5 Upgraded Early Warning Radar/UEWR). Jest to radar wczesnego ostrzegania dalekiego zasięgu obsługiwany przez Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych, przeznaczony do wykrywania i śledzenia pocisków balistycznych. Zapewnia on nadzór nad rozległym obszarem, a jego zasięg wykrywania pocisków wynosi według doniesień do 5000 km (około 3100 mil). Został on wykorzystany podczas 12-dniowej wojny w czerwcu 2025 r. do wykrywania i śledzenia irańskich pocisków zmierzających w kierunku Izraela.
Iran zniszczył również dużą kopułę radaru powietrznego w Bahrajnie, znajdującą się w bazie Naval Support Activity Bahrain / US Navy Fifth Fleet HQ. Tego rodzaju radar służy do szeroko zakrojonego nadzoru powietrznego i powierzchniowego oraz do przekazywania obrazu sytuacji powietrznej do systemów Patriot/THAAD i operacji floty. Zniszczenie tej jednostki znacznie ogranicza zdolność rozmieszczonych systemów obrony powietrznej do wykrywania i śledzenia zbliżających się zagrożeń. Zniszczenie tych dwóch systemów radarowych poprawi zdolność Iranu do rażenia celów w Izraelu.
Wydaje się, że Iran zestrzelił również trzy samoloty bojowe F-15. Centralne Dowództwo USA twierdzi, że samoloty zostały zestrzelone przez własne siły, ale to bzdura. Oficjalny raport amerykańskiego wojska przyznaje, że irańskie samoloty zaatakowały je w momencie, gdy rzekomo od dawna utrzymywano „przewagę w powietrzu”. Samoloty te były wyposażone w system IFF (Identification Friend or Foe), czyli system radiowy oparty na zaszyfrowanych „pytaniach i odpowiedziach”, który pozwala radarom i innym samolotom rozpoznać je jako przyjazne. Przed lotem, personel naziemny lub załoga samolotu wprowadzają klucze szyfrujące (dla trybów bezpiecznych, takich jak tryb 4/5) do systemu IFF za pomocą urządzenia do wypełniania i ustawiają wymagane kody misji. Podczas lotu, gdy myśliwiec pojawia się na czyimś radarze, radar lub pokładowy interrogator wysyła zakodowane wyzwanie.
Transponder samolotu:
• Rozpoznaje tryb i kod przesłuchania.
• Wykorzystuje załadowany algorytm szyfrujący do wygenerowania prawidłowej zaszyfrowanej odpowiedzi, jeśli wyzwanie jest poprawne.
• Przesyła odpowiedź na częstotliwości odpowiedzi, która zawiera identyfikator, a w niektórych trybach również wysokość lub inne dane.
Innymi słowy, CENTCOM chce, abyśmy uwierzyli, że system IFF w trzech samolotach zawiódł lub że załogi obsługujące baterie rakiet Patriot nie rozpoznały sygnałów IFF. Gdyby chodziło tylko o jeden samolot, byłbym skłonny uwierzyć w wyjaśnienia CENTCOM-u… Ale trzy? Przykro mi, ale to bzdura.
Iran nie tracił czasu po sobotnim porannym ataku, w którym zginął ajatollah Chomeini oraz wysocy rangą przywódcy irańskich sił zbrojnych i służb bezpieczeństwa, i natychmiast zamknął ruch morski przez Cieśninę Ormuz. Podczas gdy rakiety amerykańskie i izraelskie nadal bombardują Iran, IRGC i irańska marynarka wojenna wydają się być w stanie uniemożliwić opuszczenie Zatoki Perskiej wszystkim statkom przewożącym ropę lub płynny gaz ziemny. Jeśli blokada ta będzie utrzymywana, Iran wyrządzi poważne szkody krajom zależnym od eksportu ropy z Zatoki Perskiej i zyska przewagę w negocjacjach mających na celu zakończenie konfliktu.
Czego Iran może zażądać od Zachodu w zamian za zniesienie blokady? – Myślę, że zniesienie zachodnich sankcji będzie najważniejszym punktem na liście żądań. Iran może również zażądać wycofania sił izraelskich ze Strefy Gazy oraz zapewnienia Palestyńczykom swobodnego i nieograniczonego dostępu do Egiptu w celu uzyskania pomocy medycznej oraz nieprzerwanych dostaw żywności i wody.
Dopóki Iran będzie blokował dostęp do Zatoki Perskiej, będzie kontynuował wystrzeliwanie rakiet w kierunku Izraela i pozostałych baz/instalacji amerykańskich, które nadal wspierają operacje bojowe. Uważam, że Iran dysponuje wystarczającymi zapasami rakiet balistycznych i manewrujących, a także tysiącami dronów, które pozwolą mu przez co najmniej dwa miesiące prowadzić intensywny ostrzał celów w Izraelu i pozostałych bazach amerykańskich.
Stworzy to poważny, nierozwiązywalny problem dla Izraela i Stanów Zjednoczonych – obydwa kraje prawdopodobnie wyczerpią swoje zapasy pocisków przeciwlotniczych Iron Dome, Patriot i THAAD w ciągu trzech tygodni, jeśli Iran będzie w stanie wystrzelić 100 pocisków/dronów dziennie. Uważam, że Iran jest przygotowany do wojny na wyniszczenie… Stany Zjednoczone i Izrael nie są! – Jeśli wojna ta potrwa dłużej niż cztery tygodnie, koszt utrzymania dwóch grup uderzeniowych lotniskowców, siedmiu eskadr F-35A i 108 tankowców KC-135 wyniesie prawie dwa miliardy dolarów, nie licząc kosztów pocisków manewrujących Tomahawk wystrzelonych w kierunku Iranu…
Koszt jednego pocisku wynosi 2,5 miliona dolarów. Wygląda na to, że w ciągu pierwszych trzech dni wojny wystrzeliliśmy 200 pocisków Tomahawk, co oznacza, że Stany Zjednoczone wydały około pół miliarda dolarów.
Donald Trump złamał obietnicę złożoną Amerykanom, angażując Stany Zjednoczone w kolejną kosztowną i niepotrzebną wojnę. A jeśli chodzi o kalkulację kosztów, jaką wartość przypisujemy żołnierzom, którzy zginęli (i zginą) lub zostali ciężko ranni w akcji?
– Spójrzcie na zdjęcie Donalda Trumpa krzyczącego na Pete’a Hegsetha, zamieszczone na początku tego artykułu…
Czy wygląda on na człowieka, który wierzy, że wojna przebiega zgodnie z jego planem? – Nie sądzę.
Z charakterystycznym dla siebie talmudycznym okrucieństwem, izraelska armia wysłała do Stwórcyco najmniej sto pięćdziesiąt dziewcząt uczęszczających do szkoły podstawowej w Minab, w jednej z irańskich prowincji. [Tak „świętowali” Purim.. md]
Po wydarzeniach w Gazie i sprawie Epsteina nie sposób nie dostrzec tego, gdzie i w kim tkwi mroczne i antychrześcijańskie serce Zachodu.
Z kolei zbrodniczy bizon z blond grzywką zabił Chameneiego, po tym, jak porwał inną głowę państwa, tj. Maduro, i zagroził śmiercią pół tuzinowi innych przywódców.
Sądzę, że nikt, nawet okrutny Bush junior czy zdeprawowany Bill Clinton, nie zachowywali się tak, jak postępuje Trump, nędzny gangster na miarę Ala Capone.
Zauważmy, że o ile odrażająca nikczemność gangstera-biznesmena i zboczeńca z blond grzywką (byłego wieloletniego przyjaciela Epsteina) jest prawdopodobnie bezkonkurencyjna, to amerykańska plutokracja pozostaje niezmienna, czyli ta sama, która po eksterminacji Indian rzuciła dwie bomby atomowe na Japonię i wypowiedziała wojnę połowie świata. Pod pretekstem ratowania go przed komunizmem zepsuła go bardziej niż jakikolwiek reżim totalitarny, czy to czerwony, czy czarny.
Owa plutokracja w czasie pokoju inwazyjnie opanowuje cały świat, aby go ujednolicić i zepsuć, zalewając go swoją nikczemną, orgiastyczno-handlową tandetą. Od dawna – jak uczy nas Epstein – została ona zdominowana od wewnątrz przez moce talmudyczne.
Tacy, jak Anglosasi, którzy materializm pieniądza i konsumpcji uczynili jedynym prawdziwym bogiem, nieuchronnie stają się niewolnikami owej antychrześcijańskiej mniejszości, która zawsze wykorzystywała pieniądze i perwersję, aby rządzić innymi narodami. Dobrze wiemy, o kim mowa.
„Zachód utracił Chrystusa; to jest powód, dla którego Zachód umiera; umiera wyłącznie z tego powodu” – pisał wielki Fiodor Dostojewski w odległym 1871 roku.
Ale zanim umrze, najwyraźniej musi służyć największym wrogom Chrystusa, którego się wyrzekł.
Tymczasem widzimy, że zarówno szalony Trump, jak i jego zwierzchnik Netanjahu, który trzyma go na smyczy, są dwiema postaciami „prawicowymi”. W dzisiejszych czasach pojęcia „prawica” i „lewica” nie mają już żadnego znaczenia.
Jedyna prawdziwa różnica istnieje między tymi, którzy sprzeciwiają się mocom piekielnym rozsadzającym społeczeństwa, a tymi, którzy je popierają.
Wyobraź sobie, że jesteś szantażowany. Stoisz wysoko w hierarchii władzy, jesteś prezydentem USA. W ciągu jednego roku premier maleńkiego kraju odwiedza cię siedem razy i grozi opublikowaniem kompromitujących materiałów, jeśli nie spełnisz jego wielkiego marzenia i nie zaatakujesz silnie uzbrojone państwo – wroga tego szantażysty. Masz do wyboru wywołać trzecią wojnę światową lub odebrać szantażyście jego moc i samemu opublikować te materiały. W obu przypadkach skutek musi być katastrofalny.
Tak, Trump nie dążył do pokazania dokumentów śledztwa tej ohydnej zbrodni, ale wyraził w końcu zgodę na ich publikację. W ten sposób Netanyahu został wystrychnięty na dudka i nie ma już czym grozić swojemu „przyjacielowi”[no, usunięciem z Urzędu we wstydzie – oraz śmiercią – można zawsze. MD].
Zaczernione w dokumentach nazwiska sprawców zostaną bez trudu rozpoznane nawet przez mainstreamowych pseudodziennikarzy. Jedni „odkryją” sprawstwo demokratów, inni republikanów. Tę grę medialno-polityczną znają chyba wszystkie narody naszego globu.
Jeśli moje, przedstawione na wstępie analizy są słuszne, zobaczymy wkrótce bardziej niezależną od koszernego ogona machającego psem, politykę Stanów Zjednoczonych. Zbliżające się na jesieni półmetkowe wybory (midterm 2026) w USA są poważną przeszkodą dla dyktatorskich zapędów Trumpa. Z reguły słuszne założenia, takie jak wyrzucenie z kraju nielegalnych migrantów nie musiały być przecież realizowane w takim pośpiechu, który nieuchronnie powoduje spadek poparcia dla takiej polityki. Jeszcze gorzej wypadła walka z wenezuelskimi rybakami na Morzu Karaibskim (według Trumpa Amerykańskim).
Ktoś wziął całą dokumentację i przekształcił ją w interaktywną grafikę, w której można kliknąć i zbadać wszystkie powiązania i „sieci spiskowe”. Jeśli znasz angielski, to możesz pobawić się w tropiciela śladów działalności Epsteina, klikając tutaj. Źródło: Telegram 13.02.2026 r. 20:58.
Oczywiście, że na wyspie Epsteina odbywały się często kryminalne orgie, które doprowadzały nieraz do śmierci ludzi. Nie wszyscy, którzy przebywali na tej wyspie, brali w nich udział. Jasne, że wśród multimilionerów są tacy, którzy szukają nielegalnych, czytaj zbrodniczych przeżyć. Z obawy przed wykryciem nie organizowali tego sami, a tu podawano im je na talerzu – nieraz nawet dosłownie. Ci, których takie „atrakcje” nie interesują przybyli na wyspę zboczeńców po to, by nawiązać ważne kontakty niekoniecznie cielesne. Miliarder nie musi lecieć na wyspy dziewicze, by zaznać przyjemności, może je sobie zapewnić we własnej okolicy.
Dla biedniejszych niedysponujących nawet milionem dolarów pobyt na tej wyspie wiązał się z przyspieszeniem kariery. Nikt im nie zarzuci antysemityzmu czy innej bzdury, by rzucać kłody na drodze ku szczytom władzy. Takie posłuszne marionetki ma praktycznie każde państwo w swoich ośrodkach władzy.
Chciałbym podkreślić, że samo przebywanie na wyspie Epsteina i także wspólne, zmontowane lub nie, zdjęcia nie są dowodami winy. Równie dobrze można zarzucić policjantom zachowanie kryminalne, skoro mają do czynienia z przestępcami.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Czym jest założona przez amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos Rada Pokoju, już wiadomo. Wiadomo także, kto ją podpisał w szwajcarskim kurorcie i kto został do niej jeszcze zaproszony.
Niejasne jednak pozostają nadal jej cele, co budzi poważne kontrowersje na poziomie geopolitycznym, podobnie jak jednostronny charakter jej powołania – przez amerykańskiego prezydenta. W tej jednej informacji kryją się dwie przesłanki dla oczywistej konkluzji. Powołanie Rady przez jednego prezydenta i stojące za nim jedno państwo, a także poddanie jej kontroli przez tego jednego prezydenta i to jedno państwo pozwala z pełnym przekonaniem stwierdzić, że będzie ona służyć interesom Waszyngtonu i ewentualnie jego wybranym sojusznikom. Którym – już wiadomo.
Pokusa złej sławy
W kontekście zaproszenia do jej składu, jakie otrzymał od Donalda Trumpa prezydent Nawrocki, musimy zapytać, czy wejście do Rady będzie służyć interesom Polski. Zdania polityków są w tej sprawie podzielone i choć głosowanie nad nią w sejmie nie jest nawet zapowiedziane, z góry możemy przypuszczać, że większość – formalnie bądź nieformalnie, symbolicznie – zgodzi się na udział Polski w tej Radzie. Amerykano-filia, na którą zapadły po 1989 roku nie tylko środowiska polityczne, ale również ogół Polaków, jest bowiem chorobą skomplikowaną, trudną do wyleczenia poprzez zwykłą terapię patriotyczną. Polska amerykanofilia wyrosła bowiem nie tylko na fałszywym micie Ameryki jako imperium dobra i na iluzji naszego bezpieczeństwa w wasalnym sojuszu z Waszyngtonem, ale również na rusofobii, która przybrała kształt rasistowskiej nienawiści do Rosji i Rosjan. To nie tylko program polityczny, fenomen psychologiczno-socjologiczny, ale również postawa moralna.
Ci, którzy zachłysnęli się z zachwytu nad zaproszeniem polskiego prezydenta do Rady, są odporni na argumenty logiczne i odwołania do nowego porządku globalnego – klubu mocarstw, wśród których USA nie mają już hegemonicznego znaczenia. Również ci, którym przeszkadza w Radzie jedynie obecność prezydentów: Władimira Putina i Aleksandra Łukaszenki – tkwią mentalnie w epoce zimnej wojny i nie są w stanie zauważyć, że Polska nie ma możliwości, aby izolować ich na arenie międzynarodowej. I jedni i drudzy odrywają polską politykę od nowej rzeczywistości geopolitycznej i nowego porządku globalnego. Jeszcze nie przyjęli do wiadomości, że podział na dwa antagonistyczne światy Wschód-Zachód został zastąpiony przez klub mocarstw, w którym uwielbiana przez nich Ameryka jest tylko jednym z członków, a hegemonem pozostaje tylko w zniewolonym umyśle Polaków. Z uporem maniaka podtrzymują sztucznie ten mit Ameryki i nie wyciągają żadnych wniosków z podporządkowania naszych interesów jej interesom.
Nie podsumowaliśmy jeszcze strat, wynikłych z naszego uczestnictwa w prewencyjnych wojnach USA w Afganistanie i na Bliskim Wschodzie, jeszcze nikt w Warszawie nawet nie myśli o wystawieniu Kijowowi i Waszyngtonowie polskiego rachunku za nasz udział w wojnie na Ukrainie, a już wielu widzi nas w Trumpowskiej Radzie. Wielu też – z J. Kaczyńskim na czele – nie pytając o zdanie polskich podatników, gotowych jest zainwestować osławiony miliard dolarów za uczestnictwo w jej gronie. Jednym słowem: straciliśmy przy Ameryce, tracimy i tracić będziemy. Nie tylko politycznie i finansowo, ale również moralnie i kulturowo-cywilizacyjnie.
Te ostatnie straty są szczególnie bolesne, bo zapisywane na niechlubnych kartach historii i w sumieniu ducha narodu, które podpowiada nawrócenie i zadośćuczynienie. Uczestnictwo w Radzie obciąży nas jeszcze bardziej. Aby tego uniknąć wystarczy, że uświadomimy sobie jej stosunek do Strefy Gazy oraz do Palestyńczyków, a także dotychczasową wobec nich politykę D. Trumpa.
Po pierwsze: naród palestyński
Zarówno ojciec-założyciel Rady, jak i stojący za jego plecami premier Izraela B. Netanjahu robią wszystko, aby świat zapomniał o tragedii prawowitych właścicieli Strefy Gazy – o narodzie palestyńskim. Robią wszystko, abyśmy już nie pamiętali o ludobójstwie dokonanym i dokonywanym nadal na tym narodzie przez Izrael, o wywłaszczeniach i przesiedleniach jego ludności przez izraelską armię, o wyburzeniach palestyńskich osiedli i miast, o ucieczce ich mieszkańców przed armią najeźdźców, o zmuszeniu do życia w namiotach – również w zimie – przez kolejne lata, o odcięciu od pomocy humanitarnej i skazaniu na śmierć głodową, która dotknęła tysięcy mieszkańców tej palestyńskiej enklawy. Program Rady Pokoju nic nie mówi o tych męczennikach XXI wieku – ofiarach amerykańsko-izraelskiej polityki na Bliskim Wschodzie. Wiele natomiast mówi o przekształceniu wybrzeża Strefy Gazy w nowoczesną „Riwierę Bliskiego Wschodu”, na której kształt i powstanie Palestyńczycy nie mają żadnego wpływu. Gotową jej wizję, nie konsultowaną ze stroną palestyńską, przedstawił w Davos zięć Trumpa Jared Kuschner.
Czy wizja tego drugiego Dubaju ma przesłonić światu obraz piekła, jakie zgotowała Palestyńczykom amerykańsko-izraelska polityka w ich ojczyźnie? Czy przekształcenie Strefy Gazy – współczesnego palestyńskiego getta – w kurort ma w ostateczności wywłaszczyć ich z prawa do własnej ziemi i zapewnić krociowe dochody ze zbudowanych apartamentów amerykańskim i izraelskim firmom deweloperskim?. Kto zasiedli tych 180 luksusowych wieżowców pokazywanych w Davos?
Takie pytania rodzi w odbiorcy komunikatów politycznych przymus aksjologiczny, nade wszystko moralny, który budzi w człowieku szczególną więź solidarności z narodem eksterminowanym, szykanowanym, poniżanym. To jest ten przymus moralny, który nie pozwala uśpić naszych sumień. Genialnie wyraził go Adam Mickiewicz w scenie pierwszej trzeciej części Dziadów w wystąpieniu Jana Sobolewskiego, który przedstawia swoim więziennym towarzyszom widzianą w czasie powrotu z przesłuchania wywózkę na Sybir polskich studentów. „Jeśli zapomnę o Nich, Ty Boże na Niebie, Zapomnij o mnie!”.
To ponadwiekowe i ponadkulturowe świadectwo solidarności z ofiarami polityki unicestwiania słabszych, biedniejszych, niewinnych – w imię uzurpowanej władzy nad nimi i resztą świata, egoistycznych, nieetycznych interesów oraz rodzących je mocy zła. To ponadczasowy apel i zarazem mistyczno-metafizyczna suplikacja dotycząca współcześnie eksterminowanych Palestyńczyków i naszego do nich stosunku.
Po drugie: państwo palestyńskie
25 stycznia b.r. przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie miała miejsce manifestacja pod hasłem „Nigdy więcej dla nikogo” – dedykowana nie tylko prezydentowi Nawrockiemu, ale również wszystkim Polakom; niestety, przemilczana przez media głównego nurtu. Jej organizatorzy – na czele z działającą w Polsce propalestyńską organizacją Global Movement To Gaza – domagali się respektowana prawa międzynarodowego i ukarania sprawców ludobójstwa dokonanego na mieszkańcach Strefy Gazy.
W tym celu przypomnieli tragiczną śmierć sześcioletniej Palestynki Hind Rajab – jednego z 20 tysięcy dzieci zabitych w Strefie – i pokazali replikę samochodu, w którym zginęła wraz ze swoją całą rodziną. Nawiązano zarazem do nominowanego do Oscara filmu Głos Hind Rajab przedstawiającego los tej małej męczennicy palestyńskiej jako świadectwo ludobójstwa naszych czasów, dokonywanego przy pomocy najnowszych technologii, pod osłoną kultury eksterminacji utworzonej – jak to przedstawia Paweł Mościcki w swojej książce Gaza. Rzecz o kulturze eksterminacji – przez kolektywny Zachód dla amerykańsko-izraelskich interesów.
Przypomnijmy: Hind Rajab zginęła – uwięziona z zabitymi członkami swej rodziny w ostrzelanym przez izraelskich żołnierzy aucie – błagając przez 3 godziny o pomoc. Pomoc nie nadeszła, ponieważ zabici zostali również ratownicy, którzy mogli to dziecko uratować.
Czy polscy politycy, promujący uczestnictwo polskiego prezydenta w Trumpowskiej Radzie Pokoju odrzucają Mickiewiczowski apel o solidarność z ofiarami nieludzkiej polityki? Czy wybierają solidarność z katami tych ofiar i popierają ich eksterminacyjną politykę? Jeśli tak, to nie mają prawa powoływać się na polską rację stanu. Polska racja stanu nigdy bowiem nie była niemoralna.
Tymczasem sytuacja w palestyńskiej enklawie jest wciąż tragiczna. Opublikowany 29 stycznia b.r. na stronie msn.com/pl [i] reportaż przebywającego w niej Łukasza Dynowskiego może budzić jedynie oburzenie z powodu trwającego nadal ludobójstwa, ostrzałów ludności cywilnej, bombardowań resztek zabudowań, przesuwania przez izraelską armię żółtej linii. „Plan pokojowy – pisze reporter – ogłoszony w październiku 2025 przez amerykańskiego prezydenta, nie zatamował rozlewu krwi, sprawił tylko, że konflikt gotuje się na wolnym ogniu”.
I uzupełnia to spostrzeżenie konkretnymi danymi, przemilczanymi w mediach głównego nurtu, również katolickich. Przypomina, że amerykańsko-izraelski plan pokojowy podzielił Strefę Gazy na dwie nierówne części, uwidocznione przez tzw. żółtą linię. Mniejszą (47 proc. terytorium) wyznaczono dla Palestyńczyków, większą (53 proc.) – dla wojsk Izraela. Ta druga wciąż jest poszerzana. Z reportażu dowiadujemy się, że: „Wojsko miało się stopniowo wycofywać i oddawać okupowane tereny Palestyńczykom. Póki co jednak ruch odbywa się w kierunku odwrotnym – żółta linia jest przesuwana w głąb enklawy, w niektórych miejscach nawet o kilkaset metrów”.
Jeszcze bardziej porażające dane dotyczą kolejnych ofiar trwającego ludobójstwa. „Odkąd – czytamy – 10 października weszło w życie zawieszenie broni, zginęło 500 Palestyńczyków, a ponad 1,3 tys. zostało rannych (w sumie od początku wojny śmierć poniosło co najmniej 71 tys. osób, w tym 20 tys. dzieci)”. Promowana przez USA izraelska eksterminacja narodu palestyńskiego trwa, pomimo powołanej 22 stycznia b.r. przez amerykańskiego prezydenta Rady Pokoju. Jej tragiczne żniwo powiększają ofiary zimy, spędzanej przez wielu mieszkańców enklawy w namiotach. Gdy temperatura spada do ok. 5 stopni Celsjusza, a ponadto pojawiają się ulewy i silny wiatr – ludzie umierają z wychłodzenia.
„W ubiegłym tygodniu – notuje reporter – z wychłodzenia zmarła 3-miesięczna dziewczynka – już dziesiąte dziecko, którego śmierć spowodowała hipotermia”. Ponadto mieszkańców tego nowego typu getta dotyka ciągle głód. Mówią o tym koczownicy z namiotów: „Tysiące ludzi dalej cierpią z powodu braku bezpieczeństwa żywnościowego. Pomoc nie dociera do wszystkich. Poza tym mieszkańców nie stać na zakup jedzenia. Infrastruktura została zniszczona, ludzie stracili źródło dochodu – relacjonuje Al-Sabbah. Abusalama dodaje, że ceny jedzenia są bardzo wysokie i większość ludzi nie ma wystarczających środków, aby zaspokoić swoje potrzeby. – Ceny powoli spadają, ale to Izrael ciągle kontroluje ilość, jakość i rodzaj żywności, która dociera do Gazy –stwierdził”.
Czy doradcy prezydenta Nawrockiego wiedzą coś na ten temat? Czy też słuchają i czytają jedynie polskich amerykano-filów spod znaku Trumpa – pracujących na złą sławę Polski?
Jeszcze jeden głos
Przytoczne świadectwa i relacje ze Strefy Gazy mówią jedno: od ubiegłorocznego zawieszenia broni oraz od zaistnienia Rady Pokoju sytuacja narodu palestyńskiego nie tylko się nie poprawiła, ale przeciwnie – pogorszyła. Wymienione wydarzenia nie odjęły Palestyńczykom cierpień, ale je powiększyły. Ponadto odebrały szansę nas zaistnienie własnego państwa – z mocno zarysowanymi na geopolitycznej mapie granicami, z własnymi władzami. Żadne inne państwo i żadna rada nie poprawi bowiem ich losu.
Głusi i ślepi na tę prawdę trumpiści znad Wisły chcieliby znieczulić do końca nasze sumienia i wracają do archaicznych w nowym porządku świata transatlantyckich haseł – o roli USA w zapewnieniu Polsce bezpieczeństwa wobec „rosyjskiego zagrożenia”. Warto więc postawić im pytanie: jakie bezpieczeństwo zapewniła Ameryka nie tylko Palestyńczykom, ale również innym narodom na kontrolowanym przez Waszyngton Bliskim Wschodzie – Irakijczykom, Libańczykom, Libijczykom, Syryjczykom? Jakie bezpieczeństwo zapewniła Ukraińcom, chcąc wciągnąć ich kraj do NATO i przejąć kontrolę nad ich metalami ziem rzadkich?
Polskim amerykano-filom, którzy jeszcze do niedawna usiłowali wbić Polakom do głowy absurdalną tezę o istnieniu nieistniejącej cywilizacji judeochrześcijańskiej, warto dedykować jeszcze jeden głos ze Strefy Gazy. To błaganie palestyńskich chrześcijan o ratunek przed „terroryzmem izraelskich osadników”. Problem przedstawił na początku lutego b.r. nczasinfo.pl [ii] – powołując się na materiał lifesitenews.com.
Jest to bardzo ważne wypełnienie wielkiej luki w wiedzy Polaków na temat barbarzyńskiego rugowania chrześcijaństwa nie tylko z obszaru Bliskiego Wschodu, ale również z samej Ziemi Świętej. <Palestyńscy przywódcy chrześcijańscy – czytamy – wystosowali apel do chrześcijan na całym świecie, by „wypełnili swoją moralną, duchową i etyczną odpowiedzialność” i udzielili natychmiastowej pomocy chrześcijanom w Palestynie z powodu „narastającej kampanii ataków terrorystycznych izraelskich osadników na ich starożytne społeczności”.
Wyższy Prezydencki Komitet ds. Kościołów w Palestynie prosi o „stałą presję międzynarodową w celu zapewnienia skutecznej ochrony palestyńskiej ludności cywilnej, w tym chrześcijanom”>. Przytoczony fragment publikacji nie wymaga żadnego komentarza, podobnie jak zawarte w niej dane tamtejszego Komitetu Kościelnego, według których „nielegalni terroryści-osadnicy przeprowadzili ponad 4723 ataki tylko w 2025 roku, a także 720 dodatkowych ataków z bezpośrednim udziałem (izraelskich) sił okupacyjnych’”.
To – jak podkreślają chrześcijanie z Ziemi Świętej – polityka nie tylko eksterminacji, ale również „wymazywanie dawnej obecności Palestyńczyków na ich uznanych przez społeczność międzynarodową terytoriach”.
Dlaczego Polska
Dlaczego Trump zaproponował polskiemu prezydentowi i zarazem Polsce członkostwo w Radzie Pokoju? Wiemy wszyscy jedno: na pewno nie dlatego, że jesteśmy silnym podmiotem na arenie międzynarodowej – bo nim nie jesteśmy.
Możemy natomiast zaryzykować tezę, iż dlatego, że polski prezydent jest katolikiem, a Polska katolickim krajem. Jesteśmy widziani w Radzie Pokoju jako ci, którzy mieliby legitymizować w przestrzeni katolickiego uniwersum zaprezentowany w Davos „projekt inwestycyjny” dla Strefy Gazy. Protestanckich syjonistów – o ich roli w amerykańskiej polityce wiele razy pisał redaktor Paweł Lisicki – reprezentuje sam prezydent Trump. Potrzebni są mu jeszcze do kompletu katoliccy syjoniści.
Polityka światowa charakteryzuje się niezwykle szybkimi i dynamicznymi procesami. Pod wieloma względami jest to związane z polityką Trumpa, który wprowadził do systemu stosunków międzynarodowych wysoki poziom turbulencji, nieprzewidywalności i radykalizmu – a wydarzenia wciąż narastają.
Na naszych oczach idea kolektywnego Zachodu – to znaczy zjednoczonej i względnie przewidywalnej polityki głównych mocarstw zachodnich i tych krajów, które całkowicie podążają za Zachodem – rozpada się. Taki konsensus już nie istnieje. Projekty globalistyczne chwieją się; nawet jedność euroatlantycka, los NATO i ONZ stoją pod znakiem zapytania.
Trump otwarcie oświadczył, że prawo międzynarodowe go nie dotyczy i że działał w oparciu o własne rozumienie tego, co jest moralne, a co nie. Żądanie Trumpa dotyczące aneksji Grenlandii przez Stany Zjednoczone i jego groźby aneksji Kanady, które wyraźnie odbiegają od stanowiska mocarstw europejskich, a także jego rozbieżne stanowiska wobec Ukrainy i Izraela (brak bezwarunkowego poparcia dla reżimu Zełenskiego, a wręcz przeciwnie, pełne poparcie dla Netanjahu i jego polityki bliskowschodniej) dodatkowo pogłębiają rodzący się i niemal całkowity podział.
W takiej sytuacji, gdy zbiorowy Zachód przestaje istnieć jako zjednoczona całość polityczna, ideologiczna i geopolityczna, stopniowo wyłania się nowa mapa, na której w jej miejsce pojawia się kilka odrębnych, a niekiedy konkurujących ze sobą bytów. Nie jest to jeszcze ukończony model, lecz proces – z nieznanym jeszcze wynikiem. Niemniej jednak można już teraz założyć, że w miejsce zjednoczonego Zachodu wyłoni się pięć odrębnych bytów geopolitycznych. Spróbujmy je opisać.
Stany Zjednoczone ery Trumpa 2.0 jako Zachód numer jeden
Poglądy geopolityczne Trumpa różnią się radykalnie od globalistycznej strategii realizowanej przez poprzednie administracje – nie tylko Demokratów, ale także Republikanów (takich jak George W. Bush). Trump otwarcie deklaruje bezpośrednią hegemonię amerykańską, obejmującą kilka etapów. Po pierwsze, dąży do umocnienia dominacji USA w obu Amerykach. Znajduje to odzwierciedlenie w najnowszej wersji Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, w której Trump wyraźnie odwołuje się do doktryny Monroe i uzupełnia ją własną perspektywą.
Doktryna Monroe’a została sformułowana przez prezydenta Jamesa Monroe’a w jego dorocznym orędziu do Kongresu 2 grudnia 1823 roku. Jej główną ideą było osiągnięcie całkowitej niezależności Nowego Świata od Starego (tj. od metropolii europejskich), przy czym Stany Zjednoczone były uważane za główną siłę polityczną i gospodarczą w wyzwalaniu stanów amerykańskich spod wpływów europejskich. Chociaż nie stwierdzono wprost, że jedna forma kolonializmu (europejska) zostanie zastąpiona inną (ze strony Stanów Zjednoczonych), sugerowano pewien stopień hegemonii USA w regionie.
W swojej współczesnej interpretacji, uwzględniającej dodatki Trumpa, doktryna Monroe oznacza:
Całkowita i absolutna suwerenność USA i niezależność od wszelkich instytucji transnarodowych, odrzucenie globalizmu;
Tłumienie znaczących wpływów geopolitycznych ze strony innych głównych potęg (Chiny, Rosja i państwa europejskie) we wszystkich krajach Ameryki;
Ustanowienie bezpośredniej hegemonii militarno-politycznej i gospodarczej Stanów Zjednoczonych nad całym kontynentem amerykańskim i nad przyległymi obszarami oceanicznymi.
Doktryna ta obejmuje wspieranie proamerykańskich reżimów w Ameryce Łacińskiej, usuwanie polityków nielubianych przez Waszyngton oraz ingerencję w sprawy wewnętrzne każdego państwa w regionie – niekiedy pod hasłem walki z handlem narkotykami, nielegalną migracją, a nawet komunizmem (Wenezuela, Kuba, Nikaragua). Ogólnie rzecz biorąc, niewiele różni się to od polityki prowadzonej przez Stany Zjednoczone w XX wieku.
Nowością w doktrynie Trumpa są jednak jego twierdzenia dotyczące aneksji Grenlandii i Kanady, a także pogardliwy stosunek do Europy i partnerów z NATO.
W istocie Stany Zjednoczone są tu proklamowane jako imperium, otoczone państwami peryferyjnymi, rzekomo wasalnie zależnymi od metropolii. Znajduje to odzwierciedlenie w centralnym haśle polityki Trumpa: „Uczyńmy Amerykę Wielką Ponownie” [MAGA] lub „Najpierw Ameryka”.
Podczas swojej drugiej kadencji Trump realizował tę politykę znacznie bardziej rygorystycznie niż w pierwszej, co znacząco zmieniło globalny układ sił.
Ten trumpistowski, amerykańsko-centryczny Zachód można określić mianem Zachodu numer jeden.
Unia Europejska jako drugi Zachód
Drugim Zachodem jest Unia Europejska, która znajduje się w bardzo trudnej sytuacji. Przez dekady państwa członkowskie UE w polityce, bezpieczeństwie, a nawet gospodarce, w ramach partnerstwa atlantyckiego, wielokrotnie wybierały między europejską suwerennością a podporządkowaniem Waszyngtonowi. Poprzednie rządy USA zachowywały się tak, jakby uważały Europejczyków za niemal równoprawnych partnerów i słuchały ich opinii – tworząc iluzję kolektywnego zachodniego konsensusu. Trump zniszczył ten model i brutalnie zmusił UE do uznania jej wasalnego statusu.
W styczniu 2026 roku, na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos, belgijski premier Bart De Wever otwarcie mówił o „szczęśliwym wasalu” i „nieszczęśliwym niewolniku” w kontekście zależności Europy od USA. Stwierdził, że europejskie elity były wcześniej „szczęśliwymi wasalami”. Trump spojrzał na sytuację z innej perspektywy i pouczył ich: jak „nieszczęśliwi niewolnicy”. Przedstawił wybór między szacunkiem do samego siebie a utratą godności w obliczu presji ze strony Waszyngtonu w sprawie aneksji Grenlandii – wybór, na który UE jak dotąd najwyraźniej nie była gotowa.
W tej nowej sytuacji UE niechętnie stała się czymś niezależnym. Macron i Merz mówią o konieczności europejskiego systemu bezpieczeństwa w warunkach, w których Stany Zjednoczone postrzegane są mniej jako gwarant bezpieczeństwa, a bardziej jako nowe, poważne zagrożenie. UE nie podjęła jeszcze konkretnych kroków, ale zarysy drugiej potęgi Zachodu stają się coraz wyraźniejsze. Jej stanowisko wobec Ukrainy również znacząco różni się od stanowiska Trumpa: prezydent USA chce zakończyć tę wojnę z Rosją, którą uważa za niepotrzebną (a przynajmniej tak twierdzi), podczas gdy UE chce ją kontynuować do końca i skłania się ku bezpośredniemu zaangażowaniu.
Podobnie, stanowiska w sprawie Netanjahu i ludobójstwa Palestyńczyków w Strefie Gazy są różne: Trump w pełni je popiera, podczas gdy UE skłania się ku jego potępieniu.
Wielka Brytania jako numer trzy na Zachodzie
Na tle tego atlantyckiego podziału, po Brexicie wyłania się kolejny biegun: Wielka Brytania – trzeci Zachód. Z jednej strony lewicowo-liberalny rząd Starmera jest blisko UE w kluczowych kwestiach; z drugiej strony Londyn tradycyjnie utrzymuje bliskie stosunki z USA i pełni rolę strażnika procesów europejskich w interesie Waszyngtonu. Jednocześnie Wielka Brytania nie jest członkiem UE ani nie popiera podejścia Trumpa, które przypisuje jej niepochlebną rolę „niewolniczego wasala”.
Wielka Brytania nie może już pełnić roli międzynarodowego mediatora i sama jest stroną mającą interes w wielu sytuacjach. Dotyczy to w szczególności konfliktu na Ukrainie, gdzie w pełni opowiedziała się po stronie Kijowa, a nawet zainicjowała eskalację konfliktu, prowadzącą do bezpośredniej interwencji wojskowej w celu wsparcia reżimu Zełenskiego. Wizyta brytyjskiego premiera Borisa Johnsona na Ukrainie w 2022 roku doprowadziła do upadku porozumień stambulskich.
Ale trzecie mocarstwo Zachodu również nie może powrócić do swojej dawnej polityki imperialnej. Zasoby dzisiejszej Anglii, jej kryzys gospodarczy i załamanie się polityki migracyjnej – a także jej ograniczona skala – nie pozwalają na odgrywanie prawdziwej roli lidera we Wspólnocie Narodów ani hegemona w Europie.
Globaliści jako Zachód numer cztery
Biorąc pod uwagę ideologię, sieci organizacyjne i instytucje globalistów – takich jak George Soros, Światowe Forum Ekonomiczne i inne organizacje międzynarodowe promujące ideę rządu światowego i zjednoczonego świata – dochodzimy do czwartego Zachodu. Ten Zachód zdominował poprzednią fazę i był siłą jednoczącą, która pozwoliła nam mówić o „kolektywnym Zachodzie”. Środowiska te były reprezentowane w samych Stanach Zjednoczonych przez elitę globalistów – przez tak zwane „głębokie państwo”, z którym Trump chwycił za broń. Dotyczy to przede wszystkim kierownictwa Partii Demokratycznej, a także części republikańskich neokonserwatystów, którzy stoją między Trumpowskim „America First” a klasycznym globalizmem.
Większość przywódców UE, a także Starmer, należy do tego globalistycznego projektu, którego pozycja uległa znacznemu osłabieniu za rządów Trumpa, co przyspieszyło podział Zachodu.
Typowym przykładem czwartego świata zachodniego jest Kanada. Podczas niedawnego Forum w Davos premier Mark Carney oświadczył, że obecny porządek świata ulega rozpadowi, że świat znajduje się w stanie pęknięcia, a nie transformacji. Główne mocarstwa wykorzystują gospodarkę jako broń – cła, łańcuchy dostaw i infrastrukturę jako dźwignię – prowadząc do deglobalizacji. Odrzucił twierdzenia Trumpa o zależności Kanady od Stanów Zjednoczonych i wezwał mocarstwa średniego szczebla do zjednoczenia się przeciwko hegemonii trumpizmu, dywersyfikacji relacji (w tym zbliżenia z Chinami) i przeciwstawienia się populizmowi.
Pokazuje to, jak czwarty Zachód kształtuje się coraz bardziej jako odrębna wspólnota ideologiczna i geopolityczna – zwłaszcza w bezpośredniej opozycji do trumpizmu jako pierwszego Zachodu.
Izrael jako Zachód numer pięć
Wreszcie, w ostatnich latach – a szczególnie wyraźnie od początku drugiej kadencji Trumpa – wyłonił się kolejny Zachód: Zachód numer pięć. To Izrael pod rządami Benjamina Netanjahu. Mały kraj, egzystencjalnie zależny od Stanów Zjednoczonych i Europy, z ograniczonymi zasobami demograficznymi i lokalną gospodarką, coraz częściej twierdzi, że reprezentuje niezależną cywilizację i odgrywa szczególną rolę w losach Zachodu, którego przyczółkiem jest Bliski Wschód.
Do pewnego momentu Izrael mógł być uważany za pełnomocnika USA – kolejnego, aczkolwiek uprzywilejowanego, wasala. Jednak polityka Netanjahu, radykalny prawicowy ruch syjonistyczny, na którym się opiera, oraz skala wpływu izraelskiego lobby na politykę USA doprowadziły do ponownej oceny.
Po pierwsze, skala zniszczeń ludności cywilnej w Strefie Gazy dokonanych przez Netanjahu i pojawienie się radykalnych postaci polityczno-religijnych, otwarcie opowiadających się za Wielkim Izraelem, wywołały sprzeciw również na Zachodzie – zwłaszcza w drugim, trzecim i czwartym mocarstwie zachodnim. Ani UE, ani Wielka Brytania, ani kręgi globalistyczne nie poparły Netanjahu w jego najsurowszych posunięciach, w tym tych dotyczących wojny z Iranem.
Po drugie, bezwarunkowe poparcie Trumpa dla Netanjahu podzieliło nawet jego zwolenników, którzy w mediach społecznościowych rozpoczęli masową kampanię przeciwko wpływom Izraela na politykę USA. Republikanie i urzędnicy państwowi stanęli przed pytaniem: Najpierw Ameryka czy Najpierw Izrael? Co jest ważniejsze – Ameryka czy Izrael? Każda odpowiedź niosła ze sobą ryzyko polityczne.
Ujawnienie akt Epsteina nasiliło obawy tych, którzy uważają, że wpływ Izraela na politykę USA jest nadmierny. Powstało wrażenie, że Tel Awiw i jego sieć stanowią niezależny byt zdolny do narzucania swojej woli nawet największym mocarstwom.
W ten sposób powstał piąty Zachód – z własną agendą, własną ideologią i własną geopolityką.
wniosek
Na koniec porównajmy postawy tych biegunów wobec wojny na Ukrainie.
Piąte co do wielkości mocarstwo zachodnie jest najmniej zainteresowane tym konfliktem. Dla Netanjahu Rosja Putina nie jest głównym przeciwnikiem, a reżim w Kijowie nie cieszy się bezwarunkowym poparciem prawicowych sieci syjonistycznych. O ile Rosja wspiera siły antyizraelskie na Bliskim Wschodzie – zwłaszcza Iran – piąte co do wielkości mocarstwo zachodnie obiektywnie stoi po przeciwnej stronie niż Rosja w konfliktach lokalnych. Nie przekłada się to jednak na bezpośrednie poparcie dla Zełenskiego.
Nawet czołowa postać Zachodu – Trump – nie uważa Rosji za swojego głównego wroga. Choć okazjonalnie wygłasza antyrosyjskie argumenty, wywiera presję i dostarcza broń do Kijowa, jego stanowisko nie jest najbardziej radykalne w porównaniu z innymi siłami na podzielonym Zachodzie.
Drugi, trzeci i czwarty blok zachodni to zupełnie inna historia. UE, Wielka Brytania i sieci globalistyczne zajmują radykalnie antyrosyjskie stanowisko, w pełni popierają Zełenskiego i są gotowe udzielić Ukrainie dalszego wsparcia – w tym bezpośredniej pomocy wojskowej. Dominującym poglądem globalistycznym jest tutaj to, że Rosja Putina, ze swoim tradycjonalizmem i roszczeniami do porządku wielobiegunowego, jest ideologicznie i geopolitycznie przeciwna planom rządu światowego i zjednoczonego świata.
Dla drugiego, a zwłaszcza czwartego mocarstwa zachodniego, nie tylko Putin, ale i sam Trump jest wrogiem. To dało początek politycznemu mitowi, że Trump pracuje dla Rosji. W rzeczywistości Trump podzielił zbiorowość Zachodu i odsunął globalistów od ich dominującej pozycji – nie w interesie Rosji, ale kierując się własnymi przekonaniami.
Gdyby podział między pierwszym a drugim mocarstwem zachodnim się pogłębił, można sobie wyobrazić, że europejscy przywódcy w przyszłości będą rozważać Rosję jako przeciwwagę dla Waszyngtonu. Obecnie jest to mało prawdopodobne, ale dalsza fragmentacja mogłaby sprawić, że ta opcja wydałaby się bardziej realistyczna.
Trzecie państwo Zachodu – Wielka Brytania – pozostaje jednym z głównych biegunów wrogości wobec Rosji, mimo braku realnych szans na odbudowę dawnej hegemonii.
W ten sposób zbiorowość Zachodu rozpadła się na pięć względnie niezależnych ośrodków władzy. Trudno przewidzieć, jak rozwinie się ta mozaika. Jasne jest jednak, że tę konstelację należy brać pod uwagę, analizując sytuację międzynarodową – zwłaszcza w kontekście geopolitycznym i ideologicznym, w którym rozwija się nasza specjalna operacja wojskowa na Ukrainie.
Połączenie szczegółów technicznych w celu rzucenia nowego światła na operację pod fałszywą flagą «11 Września».
Trump kilka dni temu udzielił wywiadu i chwalił się porwaniem Nicolása Maduro 3 stycznia.
Trump i generał Dan Caine (Sztab Połączonych Sił Zbrojnych) opisali „wielowarstwowy atak”, który sparaliżował obronę powietrzną Wenezueli.
Sukces misji dekapitacyjnej opierał się na paraliżu „niekinetycznym”, a nie na tradycyjnym bombardowaniu.
Trump użył określenia „discombobulator”, aby podkreślić tajną broń użytą podczas porwania.
Sprawdziłem ten termin, bo był dla mnie nowy. Wygląda na to, że pochodzi od czasownika „discombobulate”, który oznacza „dezorientować” lub „oszołomić”.
Zaskakujące jest to, że Trump zna kilka wielkich słów – brawo dla niego.
Zakładam, że nie jest to oficjalne wojskowe określenie tej broni, ale najwyraźniej miał na myśli broń energetyczną kierowaną (DEW), która powoduje, że jej cele czują się zdezorientowane i zagubione.
Lokalna prasa w Wenezueli donosi, że strażnicy i żołnierze przebywający w kompleksie Maduro w Caracas odczuwali mdłości, „rozdzierający” dźwięk, intensywne gorąco na skórze, krwawienie z nosa, wymioty, dezorientację i uczucie ciemności.
W Caracas znaleziono pojazdy z uszkodzoną elektroniką i „wybieloną” farbą — efekty typowe dla broni wykorzystującej mikrofale dużej mocy (HPM), które niszczą metal i obwody, a ignorują materiały organiczne, takie jak tapicerka czy benzyna.
Objawy te i anomalie fizyczne odpowiadają skutkom działania systemów DEW, takich jak aktywne systemy zaprzeczania (ADS), urządzenia akustyczne dalekiego zasięgu (LRAD) i urządzenia HPM, które służą do unieruchamiania ludzi bez skutku śmiertelnego.
Podobną broń energetyczną wykorzystującą impulsy często omawia się w kontekście „syndromu hawajskiego”.
Amerykańscy dyplomaci twierdzą, że padli ofiarą rosyjskich ataków DEW na Kubie i w kilku innych krajach, w wyniku których cierpieli na silne bóle głowy, zawroty głowy, utratę równowagi, uporczywe dzwonienie w uszach, „mgłę mózgową” i chroniczną bezsenność.
Zespół objawów określa się mianem „syndromu hawajskiego”.
Oczywiste jest, że broń DEW została użyta w Caracas, co dowodzi zasadności inicjatywy ONZ (UNIDIR), która dwa lata przed atakiem rozważała kwestię etyki jej użycia.
Doniesiono, że wojsko amerykańskie użyło również samolotów EA-18G Growler i dronów stealth RQ-170 Sentinel do przeprowadzenia walki elektronicznej i stworzenia bańki elektronicznej nad Caracas. To sparaliżowało znaczną część obrony powietrznej Wenezueli.
Oczywiście większość specjalistów wojskowych uważa, że oszałamiający sukces rajdu nie był wyłącznie wynikiem zastosowania nowoczesnych technologii.
Prawie na pewno doszło do zmowy między wojskiem a rządem Wenezueli, którzy wydali rozkaz „zaprzestania” stawiania oporu atakowi USA.
Zdrada wewnętrzna była prawdopodobnie decydującym czynnikiem i głównym powodem, dla którego po stronie USA nie było praktycznie żadnych ofiar ani strat w sprzęcie.
Wiele doniesień wskazuje na to, że Maduro został „przekazany”, a nie po prostu pojmany.
Dziennik „Miami Herald” i kolumbijscy urzędnicy twierdzą, że wiceprezydent Wenezueli Delcy Rodríguez i wysoko postawieni dowódcy wojskowi odbyli tajne spotkania w Dosze na kilka miesięcy przed atakiem.
Teoria głosi, że oddali Maduro w zamian za własny immunitet i brak zmiany reżimu. Trump jak dotąd zostawił ich w spokoju.
Nie ma wątpliwości, że zaawansowane technologicznie rosyjskie baterie rakiet S-300 i S-400, dzięki którym Caracas stało się „najlepiej bronioną” przestrzenią powietrzną w Ameryce Południowej, nie zostały wystrzelone, a prawdopodobnie nigdy nie zostały uruchomione, ponieważ z dowództwa wenezuelskiego wydano rozkaz „ustąpienia”.
Według doniesień CIA miała „kreta” tak blisko Maduro, że wiedziała dokładnie, gdzie się on codziennie przemieszcza, co jadł i gdzie znajdują się jego czworonożni pupile.
Osiągnięcie tego poziomu szczegółowości jest niemożliwe bez wewnętrznych zdrajców na wysokich szczeblach.
Najbardziej prawdopodobną przyczyną udanego nalotu jest połączenie potężnej broni DEW i wewnętrznej zmowy.
Tajna broń może wyłączyć radar lub spowodować dezorientację, ale nie jest w stanie powstrzymać 93-tysięcznej armii przed kontratakiem, chyba że dowództwo tej armii zostało wcześniej upośledzone.
W rzeczywistości, Stany Zjednoczone nie są osamotnione w wyścigu zbrojeń DEW. Zarówno Chiny, jak i Rosja wdrożyły własne systemy DEW, w tym chiński system laserowy Silent Hunter, którego Rosja użyła do spalenia ukraińskich dronów w obwodzie biełgorodzkim.
Chiny rozmieściły również Hurricane 3000, montowany na pojazdach system mikrofal dużej mocy (HPM) zaprojektowany do „smażenia” rojów dronów i wyłączania elektroniki całych wrogich konwojów.
Wraz ze wzrostem liczby tajnych broni wojskowych wykorzystywanych w rzeczywistych operacjach, możemy rzucić okiem na ich wcześniej utajnione możliwości i efekty działania.
Możemy również wykorzystać takie nowe informacje do zrozumienia tajemniczych wydarzeń z przeszłości, ponieważ niektóre z tych broni istnieją od dawna, tylko nie zostały ujawnione publicznie. Mogły być już używane bez naszej wiedzy.
To skłania mnie do ponownego rozważenia hipotezy dr Judy Wood na temat wydarzeń z 11 września 2001 r.
Dr Judy Wood zajmuje w Ruchu Prawdy o 11 Września pozycję niemal wyjątkową.
Jej liczące 500 stron dzieło z 2010 roku pt. Where Did the Towers Go?, które przeczytałam kilka lat temu, to przełomowe dzieło obalające oficjalną wersję wydarzeń z 11 września na głębokim poziomie technicznym, wykorzystując obserwowalne dowody fizyczne.
Przeczytałem około 34 książek na ten temat i uważam pracę dr. Wood za niepodważalny podręcznik kryminalistyczny dotyczący ataku na WTC z 11 września.
Jej analiza obala wyjaśnienia rządu USA dotyczące wydarzeń z 11 września, ponieważ wskazuje na liczne anomalie fizyczne, których nie da się wyjaśnić na podstawie oficjalnych raportów.
Anomalie obejmują:
– Wieże Bliźniacze eksplodują i spadają z prędkością swobodnego spadku
– Ludzie „skoczkowie”, którzy skakali z płonących wież zabijając się, zanim wieże zostały zniszczone
– Brak wstrząsów sejsmicznych spowodowanych zawaleniem się 1,1 miliona ton stali i betonu wież bliźniaczych na ziemię
– Wieże Bliźniacze rozpadły się w powietrzu na drobne cząsteczki (co określiła mianem „pyłowania”)
– Spalone i rdzewiejące samochody w centrum Nowego Jorku
– Dziwne pożary, które podpalają samochody, ale nie papiery ani drzewa
– Stalowe belki skręcone jak „chipsy tortilla”
– Stalowe kratownice i kolumny rdzeniowe zamieniły się w powietrzu w galaretę lub pył
Te anomalie są przekonująco udokumentowane licznymi kolorowymi zdjęciami wykonanymi 11 września i bezpośrednio potem. W jej książce zamieszczono setki z nich.
Jej analiza kryminalistyczna obalając oficjalne tuszowanie jest niepodważalna. Oficjalne rządowe śledztwa, od raportu NIST po raport Komisji ds. 11 września, po prostu nie wspominają ani nie wyjaśniają tych anomalii fizycznych.
Dr Judy Wood zaproponowała swoją alternatywną hipotezę (hipotezę Judy Wood) wyjaśniającą wydarzenia fizyczne z 11 września.
Twierdziła, że zniszczenia i anomalie wynikają z tajnej „technologii kierowanej swobodnej energii” (jak głosi napis na okładce książki).
Postawiła hipotezę, że tego typu broń wykorzystująca energię skierowaną opiera się na efekcie Tesli-Hutchisona na szeroką skalę. https://grokipedia.com/page/john-hutchison
Założyła, że efekt Hutchisona może wyjaśnić anomalie fizyczne zaobserwowane 11 września.
Zasugerowała, że sprawca przestępstwa użył nieznanego systemu DEW, aby spowodować zniszczenie wież World Trade Center.
W tym miejscu jej przeciwnicy, wśród nich wielu członków Ruchu Prawdy o 11 Września, zakwestionowali wiarygodność jej wniosków.
W rezultacie dr Wood jest powszechnie uważana za postać marginalną, być może wręcz psychotyczną. Niektórzy oskarżają ją nawet o celowe zaciemnienie dyskusji, nazywając ją „kontrolowaną opozycją” (tj. osobą wprowadzoną przzez rząd).
Osobiście uważam, że pierwsza połowa jej książki, poświęcona aspektom kryminalistycznym wydarzeń z 11 września w WTC, jest niezwykle przekonująca.
Jej argument, że za wiele anomalii fizycznych odpowiadają pewne rodzaje broni wykorzystującej energię elektromagnetyczną, jest również przekonujący.
Mimo to trudno mi uwierzyć, że broń DEW, jakkolwiek potężna, byłaby w stanie zniszczyć gigantyczne, półmilionowe tony każdej z wież WTC, które odwiedziłem jako turysta w 2000 roku.
Nie byłem w stanie uwierzyć w jej wnioski. Po skończeniu książki jej twórczość stopniowo zniknęła z moich myśli.
Jednakże niedawny nalot na Caracas i widoczne użycie broni HPM, ADS i LRAD pokazują, że hipoteza Judy Wood jest warta ponownego rozważenia.
Jej hipoteza mogłaby wyjaśnić wiele elementów anomalii fizycznych, do których doszło 11 września, a które miały miejsce również w Caracas w styczniu 2026 r.
Wdrożenie nowoczesnych DEW pozwala na odniesienie obserwacji Wood z 2010 r. do roku 2026 w kontekście tego okresu.
„Skoczkowie”, „spalone samochody” i „dziwne pożary” w jej analizie mają swoje odpowiedniki w nalocie w Caracas, gdzie broń DEW wywołała podobne skutki fizyczne.
„Skoczkowie”
Jednym z najbardziej poruszających aspektów ataku na wieże TWC z 11 września była sytuacja ocalałych uwięzionych w sekcjach wieży powyżej strefy uderzenia samolotu.
Choć nigdy nie sporządzono dokładnej ich liczby, dr Judy Wood szacuje, że były dziesiątki, a może nawet setki osób, które wyskoczyły z płonących wieżowców i zostały uchwycone na filmach.
W swojej książce pokazała wiele zdjęć ludzi spadających z budynków, których widok był nieprzyjemny dla oka.
Co dziwne, żaden ze „skoczków” nie miał w ręku zdjęć bliskich, gdy rzekomo „popełniali samobójstwo z powodu intensywnego gorąca i dymu”, jak donosiły media. Niektórzy wyglądali nawet na „wyrzuconych” z budynków.
Wielu ocalałych znajdujących się powyżej strefy uderzenia zostało również sfotografowanych, jak zdejmują ubrania, wychylając się przez okno, by wezwać pomoc.
Na całym świecie doszło do wielu pożarów wieżowców, w tym do niedawnego tragicznego pożaru Tai Po w Hongkongu. Jednak prawie nie słyszy się o ofiarach skaczących z płonących budynków na pewną śmierć.
Według Google Gemini, przyczyną większości zgonów w pożarach (50–80%) jest wdychanie dymu.
W związku z tą anomalią, dr Wood postawiła hipotezę, ludzie skakali, aby uciec przed „naelektryzowanym” polem, które sprawiało, że ich skóra czuła się jakby płonęła.
Jedna z broni DEW, Active Denial System (ADS), działająca na częstotliwości 95 GHz, robi dokładnie to samo.
Penetruje skórę na głębokość zaledwie 1/64 cala, pobudzając cząsteczki wody i wywołując nie do zniesienia uczucie gorąca, zmuszające ludzi do ucieczki.
Osoby wystawione na działanie ADS często mówią o „potrzebie wyjścia ze swojej skóry” lub ucieczki za wszelką cenę.
Jest to zgodne z obserwacją Wood, że ofiary zdejmowały ubrania i „wypadały” przez okna, reagując na bodziec sensoryczny niewidoczny dla obserwatorów.
Według Wood system ADS jest od wielu lat stosowany w USA jako środek kontroli zamieszek i rozpraszania tłumu.
Taka „obezwładniająca” broń DEW, często nazywana „promieniami cieplnymi”, wystrzeliwuje wiązkę fal milimetrowych o częstotliwości 95 GHz, która przenika ludzką skórę na tyle, by trafić w receptory bólu.
Powoduje to „nieznośne uczucie gorąca”, podobne do tego po otwarciu ogromnych drzwiczek piekarnika, zmuszające ludzi do ucieczki lub omdlenia z bólu.
ADS wywołuje wrażenie palenia się bez poparzenia skóry. Jeśli na budynek zostanie skierowana wiązka o dużej mocy, mieszkańcy poczują niekontrolowaną potrzebę odsunięcia się od źródła promieniowania – nawet jeśli oznaczałoby to skok z wysokości.
Dr Wood postawiła hipotezę, że pole energii skierowane na wieże tworzyło lokalne, intensywne środowisko, które sprawiało, że powietrze wydawało się „płonące” lub „naelektryzowane”, choć niekoniecznie było gorące w sensie termicznym.
Jej teoria głosiła, że pole energetyczne tworzyło tak trudne do zniesienia doznania sensoryczne (jak ogromny ładunek elektrostatyczny), że uczestnicy byli fizycznie zmuszeni do opuszczenia budynku.
Gdyby w wieżach występowało takie pole energetyczne, ofiary odczuwałyby odruchową, niekontrolowaną potrzebę ucieczki od tego doznania.
To by wyjaśniało, dlaczego ludzie mogą skakać lub zdejmować ubrania — czynności, które dla zewnętrznego obserwatora wydają się „szalone” lub „niezrozumiałe”, ale są logiczną reakcją na niewidzialny, bolesny bodziec.
Inne wersje tej technologii, takie jak urządzenia akustyczne dalekiego zasięgu (LRAD), mogą również powodować zawroty głowy, nudności, wymioty i dezorientację — co potwierdza doniesienia wenezuelskich strażników, którzy zostali znalezieni nieprzytomni podczas nalotu.
Naukowe wyjaśnienie tego zjawiska nazywa się efektem Freya. Został on odkryty podczas II wojny światowej i potwierdzony w 1961 roku przez amerykańskiego neurobiologa Allana Freya. https://en.wikipedia.org/wiki/Microwave_auditory_effect
Gdy mikrofale o dużej mocy padają na głowę, mogą spowodować nieznaczne rozszerzenie się tkanki mózgowej, co powoduje powstawanie „dźwięku” wewnątrz czaszki (brzęczenia, klikania lub pisku), który w rzeczywistości nie rozchodzi się w powietrzu.
Powoduje to nudności i zawroty głowy, o których donoszą strażnicy w Caracas.
Technologia ta została wykorzystana jako broń przez firmy zbrojeniowe, takie jak Sierra Nevada Corp. w swoim systemie MEDUSA (Mob Excess Deterrent Using Silent Audio).
Podobne systemy DEW opracowały również inne potęgi militarne, na przykład chińska broń laserowa Hurricane-3000 HPM czy Silent Hunter.
Hurricane 3000, zamontowane na ciężarówce „działo mikrofalowe”, wystrzeliwuje intensywne impulsy mikrofal o dużej mocy, które niszczą elektronikę rojów dronów i precyzyjnie kierowanych pocisków z prędkością światła.
Hurricane-3000 może być również stosowany jako nieśmiercionośny system aktywnej obrony (ADS) w walce w terenie zurbanizowanym.
Inny chiński DEW, nazywany Cichym Łowcą, to światłowodowy laser o mocy 30 kW, którego rosyjskie siły używają do zwalczania ukraińskich dronów od 2024 r. w obwodzie biełgorodzkim.
„Spalone samochody”
W swojej książce dr Wood udokumentowała samochody z brakującymi blokami silnika i niespalonymi wnętrzami, zamieszczając dziesiątki zdjęć, niekiedy wykonanych z dużej odległości od kompleksu WTC.
Podczas nalotu w Caracas znaleziono również pojazdy z uszkodzoną elektroniką i „wybieloną” farbą — efekty typowe dla broni wykorzystującej mikrofale dużej mocy (HPM), która atakuje metal i obwody, a ignoruje materiały organiczne, takie jak tapicerka i benzyna.
„Dziwne pożary” lub „zimne pożary”
Jednym z najbardziej niepokojących aspektów analizy wydarzeń z 11 września autorstwa dr Judy Wood – i tym, który dostrzegł najbardziej dramatyczne podobieństwa w nalocie w Caracas ze stycznia 2026 r. – jest zjawisko „zimnych” lub „dziwnych” pożarów.
Zgodnie ze standardową fizyką ogień podlega prawom termodynamiki: rozprzestrzenia się, wytwarza ciepło i zużywa paliwo.
Jednakże zarówno w WTC, jak i w trakcie operacji Absolute Resolve w Caracas, obserwatorzy udokumentowali „pożary”, które nie były zgodne z tymi zasadami.
W swojej książce Wood zwróciła uwagę na anomalie związane z pożarem, które wskazują, że w grę wchodziło pole energetyczne, a nie paliwo lotnicze.
Wood udokumentowała coś, co wyglądało jak biała, mydlana piana lub „mydliny” wydobywająca się z budynków i samochodów. Wyglądało to raczej na reakcję chemiczną lub „dysocjację molekularną”, a nie na pożar.
Zwróciła uwagę na samochody, które były „spalone” (zniszczona farba, zdeformowany metal), ale stały zaparkowane obok drzew z zielonymi liśćmi lub stosami niespalonego papieru.
W normalnym pożarze papier zapaliłby się na długo przed stopieniem się stalowego bloku silnika.
Po eksplozji wież, teren „dymił” przez wiele miesięcy.
Wood zauważyła, że strażacy często stali bezpośrednio na dymiących gruzach w gumowych butach, które się nie topiły, co sugeruje, że „dym” nie był spowodowany spalaniem w wysokiej temperaturze, lecz ciągłym rozpadem molekularnym („efektem Hutchisona”).
Raporty z bazy lotniczej La Carlota i kompleksu wojskowego Fuerte Tiuna w Caracas opisują podobne anomalie „zjawisk termicznych” podczas amerykańskiego nalotu.
Wenezuelscy żołnierze zgłaszali, że konsole komunikacyjne i deski rozdzielcze w ich pojazdach zaczęły „żarzyc się i dymić”, a następnie stanęły w płomieniach. Płomienie miały jednak ograniczony zasięg.
Radio miało roztopić się zamieniając się w kałużę, ale plastikowa mapa leżący tuż obok niego pozostała chłodna w dotyku.
Podobnie jak w przypadku „wrzenia” po zamachach z 11 września, mieszkańcy okolic baz wojskowych w Caracas zgłaszali, że z wojskowego sprzętu, w który nie trafiły rakiety, wydobywał się gęsty, biały dym o słodkim zapachu.
Najbardziej prawdopodobnym skutkiem działania HPM było wprowadzenie cząsteczek w okablowaniu w drgania tak szybkie, że odparowały one od środka.
Prawdopodobnie najdziwniejszym podobieństwem jest efekt „natychmiastowego starzenia”. Wood zauważyła, że stal z 11 września zdawała się „rdzewieć” lub degradować w niewiarygodnie szybkim tempie. Potwierdzają to liczne zdjęcia w jej książce.
W Caracas pojawiły się zdjęcia wenezuelskich pojazdów opancerzonych, na których w ciągu 48 godzin od ataku z użyciem „Discombobulator’a” widać ślady zaawansowanego utleniania (rdzy) i łuszczenia się farby – wyglądają, jakby przez dekadę stały na słonych bagnach.
Powodem tych „dziwnych pożarów” jest to, że prawdopodobnie wcale nie są to pożary. Są to raczej interakcje ukierunkowanej energii spowodowane wewnętrznym tarciem molekularnym wywołanym przez mikrofale o dużej mocy.
Te „pożary” są często „zimne” lub zlokalizowane na obiekcie docelowym.
„Dziwne pożary” to niezbity dowód na poparcie teorii Wood. Jeśli samochód jest „spalony”, ale papier w środku jest nietknięty, dowodzi to, że źródło energii było rezonansowe – szukało metalu (materiału przewodzącego), ignorując wszystko inne.
Fakt, że w 2026 r. w Caracas pojawiło się to samo „selektywne przypalanie” i „białe dymy”, sugeruje, że armia USA doprowadziła do perfekcji umiejętność „gotowania” sprzętu wroga, pozostawiając otoczenie (a nawet ubrania żołnierza) praktycznie nietkniętym.
„Skoczkowie”, „spalone samochody” i „dziwne pożary” stanowią niewątpliwą analogię między wydarzeniami w World Trade Center w 2001 r. a nalotem na Caracas w 2026 r.
Dr Judy Wood przedstawiła znakomitą analizę naukową licznych dziwnych wydarzeń z 11 września. Porównanie ich z tym, co wydarzyło się w Caracas w 2026 roku, jasno wskazuje, że 11 września 2001 roku użyto broni opartej na energii kierowanej (DEW).
Oddziaływanie biologiczne na ofiary (osoby, które skakały z budynków 11 września oraz strażnicy z Caracas) oraz dziwne „spalone samochody” i „dziwne pożary” jednoznacznie wskazują na obecność energii elektromagnetycznej powstającej w wyniku stosowania DEW.
„Discombobulator” to w zasadzie urzeczywistnienie w roku 2026, „Broni Energetycznej”, za którą Judy Wood wyśmiewano w roku 2010.
Podczas gdy wojsko używa go do „nalotów dekapitacyjnych” mających na celu pojmanie światowych przywódców, podstawowy efekt — użycie niewidzialnych fal w celu sparaliżowania materii i biologii — jest dokładnie tym, co Wood uznała jako „niezbity dowód” w sprawie 11 września.
Być może nie mamy wszystkich elementów, ale to, co jest publicznie dostępne, potwierdza argumentację „zwolenników teorii spiskowej” – 11 września było operacją wojskową pod fałszywą flagą, przeprowadzoną przez reżim USA przeciwko własnej ludności, mającą na celu usprawiedliwienie długo planowanych wojen agresywnych (przedstawianych amerykańskiej opinii publicznej jako „wojna z terroryzmem”).
Najprawdopodobniej z korzyścią dla Izraela.
Jedno zastrzeżenie – jak wspomniałem wcześniej, chociaż uważam, że jej analiza naukowa jest w dużej mierze rzetelna i trafna, nie zgadzam się w całości z hipotezą dr Wood.
Uważam, że jej próba wyjaśnienia zniszczenia wież przez ukierunkowaną energię wygenerowaną przez Efekt Hutchisona jest zbyt daleko idąca.
W rzeczywistości hipoteza ta w znacznym stopniu podważyła wiarygodność jej skądinąd rzetelnych i doskonałych analiz naukowych anomalii związanych z 11 września.
Energia cieplna potrzebna do zniszczenia (nie mówiąc już o „zamienieniu w pył”) 1,1 miliona ton betonu i stali byłaby ogromna. Być może równałaby się potężnej erupcji wulkanu.
Wątpię, aby armia USA opanowała technologię DEW na tyle, aby w roku 2001 „zamienić w pył” dwa gigantyczne wieżowce.
Gdyby tak potężna broń rzeczywiście istniała, bylibyśmy świadkami jej użycia w licznych wojnach, które Stany Zjednoczone stoczyły w ciągu ostatnich 25 lat.
Skłaniam się raczej ku bardziej konwencjonalnemu wnioskowi dr. Stevena Jonesa, że kontrolowana rozbiórka była przyczyną zniszczenia wież bliźniaczych, a także Wieży nr 7 (znanej również jako Budynek Braci Saloman).
Najbardziej prawdopodobną przyczyną zniszczeń były nanotermit i specjalistyczne materiały wybuchowe klasy wojskowej, natomiast samoloty, o ile rzeczywiście były to cywilne samoloty pasażerskie, zapewniły widowisko i rozproszenie uwagi.
Wnioski dr. Jonesa, fizyka z Uniwersytetu Brighama Younga, potwierdzają się obecnością materiałów termitowych i stopionego żelaza na terenie WTC, a także obecnością w powietrzu bardzo drobnych kulek żelaza.
Donald Trump, który w czasie zamachów 11 września był zwykłym potentatem rynku nieruchomości, ale miał wiedzę na temat budownictwa wysokościowego, udzielił wywiadu telefonicznego stacji informacyjnej New Jersey WWOR-UPN 9 po południu w dniu ataku.
Trump podkreślił, że World Trade Center to „niezwykle potężne budynki” ze względu na zewnętrzną siatkę grubych, ciężkich stalowych belek i 47 masywnych wewnętrznych kolumn.
„Dlatego, kiedy zobaczyłem uderzenie, nie mogłem uwierzyć, bo w stali była dziura… Jak samolot, nawet Boeing 767, 747, czy cokolwiek innego, mógł przebić tę stal? Wydaje mi się, że mieli nie tylko samolot, ale i bomby, które wybuchły niemal jednocześnie, bo po prostu nie mogę sobie wyobrazić, żeby cokolwiek mogło przebić tę ścianę”.
Trump musiał zostać ostrzeżony przez swojego przyjaciela Larry’ego Silversteina, gdy tego samego dnia zadzwonił, aby wyrazić współczucie. Według Trumpa był to „bardzo smutny telefon”.
Nigdy więcej nie powtórzył swojej opinii eksperckiej.
Larry Silverstein, znany również jako „Szczęściarz Larry”, jest żydowskim właścicielem budynków WTC, który kupił wieże od Port Authority of New York and New Jersey zaledwie kilka tygodni przed 11 września, którego przewodniczącym jest jego kolega Żyd – Lewis Eisenberg – w ramach umowy zaaranżowanej przez Ronalda Laudera, również jego kolegę Żyda i przewodniczącego Komisji Prywatyzacyjnej Stanu Nowy Jork.
Lucky Larry został największym zwycięzcą katastrofy 11 września, otrzymując 4,5 miliarda dolarów odszkodowania z ubezpieczenia za 15 milionów dolarów wpłaconych przez niego kilka miesięcy wcześniej za budynki.
Pozostawię czytelnikom możliwość odkrycia żydowskiego aspektu „ataku terrorystycznego” z 11 września.
25 lat później prezydent Trump nieumyślnie, a może kierując się jakąś podświadomością, której analizę możemy przedstawić do analizy Żydowi Zygmuntowi Freudowi, zwrócił naszą uwagę na wykorzystanie broni opartej na energii ukierunkowanej, która prawdopodobnie odegrała rolę w zamachach z 11 września.
Nasz kwitnący kraj dzięki „przynależności” do Unii Europejskiej i do Zachodu najeżdża (zupełnie niespodziewanie) czterech Jeźdźców Apokalipsy: pierwszym z nich jest mróz, drugim jest MERCOSUR, trzecim KSeF.
Jest jeszcze czwarty, najważniejszy, który dokończy dzieła swojej forpoczty. Jedzie już do nas od roku, lecz przyjedzie dopiero teraz: jest nim Donald Trump, który rozpoczął likwidację Unii Europejskiej oraz NATO, czyli „dwóch filarów bezpieczeństwa” naszej klasy politycznej. Nie mylmy „bezpieczeństwa Polski” z zagrożeniami, a przede wszystkim ze strachem klasy politycznej. Jej polityka – jak to się kiedyś mówiło – „wzięła w łeb” na wszystkich istotnych frontach, więc mają się czego bać. Przy okazji pozdrawiam wszystkie „Sługi Narodu Ukraińskiego”: życzę wam w roku 2026 wdzięczności swoich panów.
Pierwszy jeździec, który zdradliwie („pierwsza zdrada”?), wbrew naukowej wiedzy o definitywnej i nieodwracalnej zmianie klimatu („globalne ocieplenie”), zniszczył rządzące lobby „zielono-ładowców”, którzy już powinni pakować swoje manatki (przynajmniej swój plecaczek?). Szkodnikom tym szczęśliwie dla nas nie udało się jeszcze zniszczyć wszystkich kopalni węgla oraz większości węglowych ciepłowni i elektrowni. Ciekawe ilu ludzi mogłoby się trząść z zimna (zamarznąć?), gdybyśmy już osiągnęli cel klimatyczny, przy mroźnej, bezwietrznej i bezsłonecznej zimie? Nikt „zielono-ładowców” nie będzie wyganiać: możecie zostać, ale tylko siedząc cicho i nie przeszkadzając – tak trzymać.
Drugi jeździec ma przyjść, aby zniszczyć nasze rolnictwo: nieudolna klasa polityczna ponoć była przeciw, ale – mimo znanych powszechnie, zwłaszcza dzięki „wolnym mediom”, jej wpływom w Brukseli – nie udało się zablokować tego nieszczęścia. Naturalną konsekwencją tej porażki powinna być co najmniej dymisja odpowiedzialnych ministrów. Jeżeli nie potrafisz – daj sobie spokój. W ten sposób można by podjąć próbę ratowania POPiSu. Jeżeli to nie nastąpi, a trzymanie się stołków będzie „strategią rządzenia”, naturalną koleją rzeczy będzie faktyczne rozpoczęcie secesji z wrogiej nam organizacji, bo jest nam wroga.
Trzeci jeździec naszego chowu – KSeF (Krajowy System Faktur). On jak najbardziej przypomina raka krwi: atakuje „krwioobieg” całej gospodarki, niszcząc najważniejszy dokument rozliczający, czyli fakturę VAT. Na zablokowanie tego kataklizmu jest jeszcze czas: wystarczy uchylić lub odroczyć bezsensowne przepisy i wyrzucić za drzwi nachalnych lobbystów.
Z czwartym jeźdźcem jest pewien kłopot, bo on nam, zwykłym nieważnym ludziom może również pomóc. Oczywiście może porwać Dziadka Mroza i postawić go przed „niezawisłym sądem”, lecz ta „operacja specjalna” wymierzy tylko sprawiedliwość, ale nie usunie skutków szkodliwych działań owego „dziadersa”.
Czwarty jeździec może jednak likwidując Unię Europejską wyeliminować sektę „zielono-ładowców”, bo stamtąd przyszło to nieszczęście. Może również „nie zatwierdzić” umowy MERCOSUR, bo na zachodniej półkuli niepodzielnie chce rządzić Trump. Jest bowiem rzeczą oczywistą, że umowa ta jest sprzeczna z polityką Waszyngtonu. Może nam również pomóc w pozbyciu się KSeF, bowiem obowiązuje on również firmy amerykańskie obecne na naszym rynku: wystarczy tu tylko krótkie oświadczenie właściwego ambasadora.
Nie musi więc być aż tak źle: wystarczy pielęgnować i umacniać „relacje transatlantyckie” z USA. Takim, jakim jest ono dziś. Nie trzeba będzie występować z Unii Europejskiej a mróz już nie wróci, bo go oddamy wraz z Grenlandią pod rządy USA.
Dla zacietrzewionych obrońców ancien regime oraz pogromców „dezinformacji”: uprzejmie wyjaśniam, że niniejszy tekst zawiera treści ironiczne i nie przedstawia pragnień ani chciejstwa autora. Prognozy te na pewno się nie sprawdzą, bo przecież wiemy, jaka jest strategia i przyszłość.
prof. Witold Modzelewski Myśl Polska, nr 5-6 (1-8.02.2026)
Wszyscy się zatrzęśli z oburzenia po tym jak Trump „umniejszał rolę sojuszników w Afganistanie”. I jak czytam te wszystkie wypowiedzi od oficjalnych do tych pisanych na Internecie przez ludzi to tylko się załamuję.
Wypowiedź Trumpa była niedyplomatyczna, chamska wręcz, ale… prawdziwa. Wystarczy przeczytać historię konfliktu w Afganistanie (Amerykanie dokonują inwazji, polski kontyngent pojawia się w ramach sił „stabilizacyjnych” teoretycznie po zakończeniu głównych walk). Największa liczba żołnierzy USA obecnych w Afganistanie to 90000, największa liczba polskich żołnierzy tam obecnych to 2600, poległo odpowiednio 2463 i 44 żołnierzy. Naprawdę uważamy, że bez tego wsparcia Amerykanie nie daliby rady, że ono było kluczowe dla powodzenia tej wojny (zresztą, dodajmy, ostatecznie przez USA przegranej)?
Pan Trump w swoim prostackim stylu właśnie powiedział nam gdzie jest prawdziwe miejsce Polski w tych wszystkich sojuszach i układach. Wdzięczność? Dajcie spokój… niby za co? Za oddziały, które stanowiły drobny procent całości sił? A poza tym w stosunkach z mocarstwami nie ma czegoś takiego jak wdzięczność. Tą mogą prywatnie odczuwać i wyrażać na prywatnych spotkaniach wojskowi, którzy tam ramię w ramię walczyli. Ale dla polityki państw nie ma to żadnego znaczenia. Jak ktoś ma jakieś wątpliwości to może sobie przypomnieć jak wyglądała wdzięczność Wielkiej Brytanii za wkład polskich sił na Zachodzie w II Wojnie Światowej – a był on nieporównywalnie większy niż znaczenie polskich misji w Afganistanie i Iraku.
Najwyraźniej NIC nie zrozumieliśmy z tej lekcji, nic a nic. Tak właśnie wygląda „stronger together” i „silni w sojuszach” w praktyce. Jak się zmienią interesy to sojusznik sobie pójdzie a my zostaniemi – zwłaszcza zaś sojusznik, który jest mocarstwem morskim, odległym i mającym zupełnie inne problemy niż Polska czy Ukraina.
Niestety, nawet wśród patriotów nadal trwa zaczadzenie chorymi ideami Towiańskiego, którymi Mickiewicz – głupiec ale niestety utalentowany poeta – skutecznie zatruł całe pokolenia Polaków. Polska jako „Chrystus narodów”, „danina krwi” i inne brednie tego rodzaju niestety nadal są żywe.
„Ale wiele innych krajów NATO dołączyło do nas nie dlatego, że uważali, że to [inwazja na Afganistan] jest dobry pomysł, nie dlatego, że naprawdę popierali to, co tam robiliśmy, ale dlatego, że chcieli zachować naszą dobrą wolę, naszą przyjaźń. Siedziałem z wieloma polskimi oficerami i oni wprost mówili: wiesz, jesteśmy tu by krwawić z wami. A ja się pytałem: po co?
No, musimy krwawić z wami żeby scementować przyjaźń z Polską. A ja próbowałem im powiedzieć, że rozumiem teorię, która za tym stoi ale my jesteśmy bardzo daleko od Polski. I jeśli myślicie, że będziemy was ratować od przyszłych wrogów w regionie lub ludzi, których nie lubicie, nie ważne czy to będą Rosjanie czy Niemcy, Węgrzy czy ktokolwiek inny, to myślę, że cierpicie na urojenia. Nie sądzę żeby to nastąpiło. I do pewnego stopnia całe NATO jest w pułapce takiego myślenia.
Są w pułapce iluzji, że są jak Polska w 1939 roku i mówią „Nie lubimy Rosjan. Nie lubimy Niemców. Z nikim się nie będziemy dogadywać. Będziemy wrogiem dla obu. A będziemy tak postępować, bo Brytyjczycy obiecali nam pomóc.” Rozumiesz, to jest ta sama mentalność. Możemy zawsze pójść do Amerykanów a oni nam pomogą. My nie jesteśmy tym zainteresowani. Nigdy nie byliśmy. Nie jesteśmy teraz. I nie będziemy w przyszłości.”
Dla wyjaśnienia, emerytowany od 2004 roku pułkownik McGregor jest czołgistą, który osobiście brał udział w pierwszej wojnie w Iraku dowodząc jedną z większych czołgowych bitew. Jest typem żołnierza, którego jasność oglądu sytuacji sprawdziła się w boju ale niewyparzony język i mówienie wprost zamknęło możliwość awansu na stanowiska generalskie. Choć ewidentnie ma więcej klasy niż Trump i zdecydowanie mniejsze możliwości decyzyjne mówi co do zasady dokładnie to samo.
Zatem… nawet Amerykanin bez Polskich korzeni, patrzący niejako z boku widzi bezsens postawy i polityki jaką Polska uprawia. Ale nie Polacy. I martwią mnie tu nie tyle wypowiedzi zdrajców i marionetek pokroju naszych pożal się Boże mężyków stanu. Martwią mnie bardziej te spontaniczne, szczere wypowiedzi ludzi, które widzę w Internecie.
Ale czego się spodziewać po narodzie, który nadal czci idiotyczne Powstanie Warszawskie i który Józefowi Beckowi stawia pomniki zamiast zapisać go w pamięci powszechnej we frazie „głupi jak Beck”.
Pocieszać się można tylko, że Ukraińcy też okazali się głupcami i dali się wykorzystać w cudzym interesie ginąc setkami tysięcy – a teraz ich „sojusznik” sam im każde oddać Donbas i pewnie coś jeszcze.
Ale czy cudze nieszczęście może naprawdę pocieszać w obliczu własnej analogicznej głupoty? Przecież gdyby nasi zdrajcy dzierżący zewnętrzne znamiona władzy pogonili nas na Rosję to setki tysięcy poszłoby w to z pieśnią na ustach.