Pytanie retoryczne, bo od 2005 roku wiadomo, że zapłaci Polska i wiadomo, że klęską własnej polityki historycznej. Można powiedzieć, że pierwszą ofiarą w wojnie z ukraińską polityką historyczną będzie mit założycielski III RP w całości zbudowany z kłamstw, przemilczeń i kompilacji. Obnażenie prawdy, tak w przypadku polskich mitów, jak i ukraińskich, będzie tym, czym jest usunięcie taboretu spod nóg stojącego na nim faceta z pętlą na szyi.
Miejsce akcji „Kutschera”– Aleje Ujazdowskie przy skrzyżowaniu z ul. Chopina – Dodam tutaj [ZB], że po zamachu na Franza Kutscherę Niemcy aresztowali kilkaset osób. Około 300 Polaków zostało rozstrzelanych. Zamknięto polskie restauracje, teatry, kina, rozszerzono godzinę policyjną oraz nałożono karę pieniężną (kontrybucję) na wszystkich mieszkańców Warszawy.
Czy można było tego uniknąć? Od momentu, w którym zdecydowano się na budowanie polskiego mitu założycielskiego na fundamencie kultu II RP i jego kontynuacjach w formie mitu AK, mitu żołnierzy wyklętych i walce z PRL-owską komuną, już nie można było uniknąć nieuchronności.
To oczywiste, że architekt kształtującego się po 1989 roku porządku, aby po czterdziestu czterech latach odzyskać władzę nad kordonem sanitarnym musiał zaszczepić w nim lokalne ideologie izolujące go od reszty świata. Ukraiński szowinizm wyrósł w początkach XX wieku z dezaprobaty dla polskiego imperializmu, więc wiadomo było, że te dwie ideologie skazane są na czołowe zderzenia.
Dziś szumowiny podające się za polskie elity usprawiedliwiają swoją tolerancję względem banderyzmu tym, że wprawdzie jest on jaki jest, ale przez to stanowi naturalną przeciwwagę dla rosyjskiego zagrożenia. Udają, że nie wiedzą o tym, że nim OUN-owcy zanim zaczęli walczyć z sowietami, to najpierw walczyli z Polakami. I nim zaczęli zabijać ruskich czynowników, to najpierw zabijali polskich. A emigracyjna ukraino-języczna propaganda w latach 20-tych i 30-tych XX wieku donosiła o głodowej klęsce na obszarach zachodniej i zakarpackiej Ukrainy czyli na wschodnich obszarach II RP, z taką samą pasją, z jaką donosiła o hlodomorze na obszarach należących do ZSRR (link 1).
Odrodził się banderyzm na Ukrainie
Banderyzm jest ze swej natury antypolski i nic tego nie zmieni. Banderyzm bez polakożerstwa nie istnieje, tak jak nie istnieje zupa grzybowa bez grzybów. Żeby o tym wiedziieć, wystarczy mieć podstawową wiedzę na ten temat. Nawiasem mówiąc, owe minimum w roku 2022 zostało zakazane, bo scharakteryzowano je jako wpisywanie się w retorykę Kremla. Aż tu nagle i niespodziewanie w zeszłym tygodniu cały polski mainstream zatrząsł się z gniewu, bo oto ukraiński Zełenski nadał jakiejś jednostce dumny tytuł „Bohaterów UPA”.
Nie wiem, o co chodzi, ale nie dam złamanego szeląga za szczerość tego gniewu. Być może właśnie rozpoczęty wyścig w potępianiu UPA to świeży pomysł na zbliżającą się kampanię wyborczą do Sejmu, ale też nie wykluczam, że idzie o jakiś powód globalny, na co wskazywałoby oburzenie Izraela, które wyprzedziło polskie oburzenie o całe cztery dni. Dwa oburzenia równie obłudnych ośrodków to nie przypadek.
22 maja 2026 odbyła się ceremonia pogrzebania prochów (wcześniej wydobytych z luksemburskiej mogiły) Andreja Melnyka i jego żony na Narodowym cmentarzu pamięci (link 2). Obiekt powstał w 2023 roku i pełni funkcję narodowego panteonu (link 3). Podczas ceremonii głos zabrał prezydent Zeleński i zapowiedział:
„Już rozpoczęliśmy pracę nad sprowadzeniem Jewhena Konowalca do domu. I wielu innych Ukraińców. To niezwykle symboliczne, że nasi dzisiejsi ukraińscy bohaterowie, którzy wyrwali Ukrainę z rąk Rosji w dzisiejszej pełnowymiarowej wojnie, będą na zawsze spoczywać obok Ukraińców z poprzednich pokoleń, którzy również działali na rzecz tego, by Ukraina była dokładnie tym, czym jest, by Ukraina była sobą, by Ukraina była wolna”. (Kto to Melnyk i Konowalec proszę poczytać na boku, bo nie chce mi się pisać o rzeczach powszechnie wiadomych).
Tak więc ględzenie polskiego mainstreamu, zwłaszcza politycznego, że Zełenski popełnił gafę, że tym razem przesadził, a nawet że strzelił sobie w kolano, należałoby którymś z naturalnych otworów ciała, wcisnąć z powrotem do gardła owemu mainstreamowi. A bo to nie pamiętamy, że odkąd Ukraina obrała już ewidentnie banderowski kurs, czyli od pomarańczowej rewolucji, uzyskała pełne poparcie polskiego establishmentu? Nie pamiętamy, że w 2005 prezydent Kwaśniewski odznaczył orderem Orła Białego prezydenta Juszczenkę – syna obozowego kapo rodzinnie związanego ze środowiskiem amerykańskich organizacji post-banderowskich Postanowiliśmy zapomnieć o upokorzeniu, jakiego doznali Polacy, kiedy uroczystości związane z obchodem 65. rocznicy wydarzeń w Hucie Pieniackiej ‚imprezę przejęli’ ukraińscy szowiniści zagłuszając tę oficjalną z Lechem Kaczyńskim?
Zapomnieliśmy, że prezydent Komorowski w/w orderem udekorował prezydenta Poroszenkę, który przy światowym aplauzie wiosną 2014 zainicjował wojnę z własną rosyjskojęzyczną ludnością?
Zełeński wygrał prezydenckie wybory dzięki antywojennej retoryce z dość widocznym odrzuceniem banderyzmu. Jeszcze kilka miesięcy po zaprzysiężeniu usiłował kontynuować tę linię, ale jako mądry żydowski młodzieniec zrozumiał skąd wiatry wieją, więc pospiesznie zszedł z błędnej obranej drogi. Zełeński doskonale wie, co robi, a polski establishment doskonale wie, że Zeleński wie. My też wiemy, żepolski mainstream wie o tym, że Zeleński wie. Wszyscy wiedzą, ale z jakiś powodów udają zaskoczenie.
Jakiekolwiek nie byłyby prawdziwe cele tego powszechnego oburzenia decyzjami Zeleńskiego, już dziś wiadomo, że strona ukraińska oburzona polskim oburzeniem gwoli usprawiedliwienia własnej polityki historycznej zacznie walić w polskie mity historyczne. A że Ukraina ma na świecie o niebo, a może dwa nieba, lepsze notowania niż Polska, cały świat dowie się, że II RP była państwem znacznie bardziej faszystowskim niż Włochy Mussoliniego, w których przecież nie było placówki porównywalnej z więzieniem w Berezie Kartuskiej, które Ukraińcy i Białorusini zasłużenie nazywają obozem koncentracyjnym. Sama tylko publikacja więziennych statystyk dotyczących narodowości skazanych dowiedzie, kto był docelową grupą tej instytucji.
‚Świat’ dowie się też o urządzanych przez warszawski sanacyjny reżim akcjach pacyfikacyjnych wymierzonych w mniejszości narodowe, których najmniejszy sprzeciw interpretowany był i zwalczany jako bolszewizm. Nie przymierzając jak dzisiejszy reżim każde słowo prawdy zwalcza jako przejaw kremlowskiej propagandy. Jak widać wielka jest siła tradycji. Świat dowie się też o prawdziwym obliczu, tym mniej eksponowanym i zasłanianym wzruszającą klechdą o szlachetnym i rycerskim AK i męczeństwie żołnierzy wyklętych.
Oczywiście żaden z wymienionych faktów nie jest dla historyków tajemnicą, ale aktualna sytuacja stworzyła doskonałą okazję do tego, aby wydobyć je, odkurzyć i przedstawić światowej opinii publicznej. Jeśli tylko trzecia część z tego, co piszą ukraińscy i białoruscy historycy o AK jest prawdą, to poziom zrozumienia dla Polski i wiecznej żebraniny o współczucie dla jej martyrologii spadnie do poziomu dzisiejszego współczucia dla Żydów i Izraela.
U mnie nic się nie zmieni, moja opinia o II RP jako o faszystowskim reżimie łamiącym cywilizacyjne normy jest niezmienna, rezerwa względem całokształtu militarnych poczynań AK, nie mówiąc o anty PRL-owskiej opozycji, pozostanie na tym samym poziomie. Nie wiem tylko, jak sobie poradzi większość tak zwanych ‚normalnych Polaków’. Czy na gruzowisku narodowych mitów zdołają się zebrać w sobie i budować rzeczywistość już tym razem opartą na prawdzie? Nie wiem. Ale mam nadzieję, w końcu będzie tokatastrofa z kategorii wspaniałych.
ZB: Nie ma informacji w polskojęzycznych mediach o wczorajszych atakach ukraińskich dronów na rosyjskie miasta, atakach, których celem jest nie tylko niszczenie infrastruktury przemysłowej, ale też zabijanie ludności cywilnej.
Pisze o tym na swym portalu anti-spiegel.ru niemiecki dziennikarz Thomas Röper:
W nocy z wtorku na środę Ukraina przeprowadziła atak na Petersburg. Zniszczona została infrastruktura dwóch portów przemysłu naftowego. Ostrzał rozpoczął się około godziny 4:00 rano, a silne eksplozje i odgłosy działań obrony przeciwlotniczej były słyszalne w całym mieście przez dwie godziny. Według oficjalnych danych w rejonie Petersburga zestrzelono 59 dronów. W atakach byli ranni, ale nie było ofiar śmiertelnych.
Ponieważ mieszkam w Petersburgu, byłem świadkiem nocnych ataków. Mieszkałem w Doniecku przez miesiąc w 2022 roku, więc odgłosy wojny, eksplozji i obrony przeciwlotniczej nie są mi obce. Ale w Doniecku były to ostrzały artyleryjskie, czyli stosunkowo niewielkie pociski, podczas gdy ukraińskie drony, które zaatakowały Petersburg, przenosiły głowice o masie 50 kilogramów lub większej. Eksplozje były zatem znacznie głośniejsze i silniejsze niż to, co było typowe dla Doniecka w tamtym czasie.
Doszło również do poważnych ataków dronów na inne regiony Rosji, w wyniku których zginęło dwanaście osób, a dziewięć zostało rannych. Ponieważ niemieckie media codziennie donoszą o konsekwencjach rosyjskich ataków na Ukrainę, chciałbym tutaj zwrócić uwagę na szkody wyrządzone przez ukraińskie drony w Rosji.
Wczorajsze ataki Ukraińców na inne regiony Rosji: w środę nad ranem obrona przeciwlotnicza zestrzeliła 354 drony w całej Rosji.
W obwodzie smoleńskim w ataku zginęło dwóch ratowników, a dwóch zostało rannych. Ranny został również jeden cywil. W Miczuryńsku, w obwodzie tambowskim, uszkodzony został budynek mieszkalny, a także biblioteka i szkoła artystyczna oraz budynki gospodarcze zakładu przemysłowego, ale nie było ofiar. W obwodzie kałuskim w ataku uszkodzonych zostało kilka domów prywatnych. Również w tym przypadku nie było ofiar. W Melitopolu w ataku ukraińskiego drona na prywatny samochód zginęły dwie osoby.
W ataku ukraińskiego drona na autobus linii Moskwa-Symferopol w centrum Jenakijewa w obwodzie donieckim, wczesnym rankiem, zginęło ośmiu cywilów, a dziewięciu zostało rannych. Wnętrze autobusu i kabina kierowcy zostały całkowicie zniszczone przez pożar. Eksperci wciąż badają rodzaj użytego drona. Nagrania z kamer monitoringu pokazują autobus jadący pustymi ulicami miasta, gdy dron zbliża się i uderza w niego. Następuje błysk, a kamera gwałtownie spada na ziemię, prawdopodobnie w wyniku fali uderzeniowej.
Lekarz naczelny szpitala w Gorłówce poinformował, że stan jednej z ofiar jest krytyczny po operacji. Kobieta doznała poważnych ran odłamkowych brzucha, a także obrażeń jelit i narządów płciowych. Siedmioletnie dziecko również doznało urazu klatki piersiowej; lekarze oceniają jego obrażenia jako niezagrażające życiu. Inna ofiara wymagała pilnej operacji z powodu pęknięcia tętnicy, a troje pasażerów doznało ciężkiego wstrząsu mózgu.
ZB: Tak więc nasuwa się pytanie, czy da się wygrać wojnę w białych rękawiczkach. Do tego czasu armia rosyjska – walcząc z kijowskim reżimem i ukraińskim nazizmem – oszczędzała życie cywilów. Czyniła to niezależnie od licznych aktów banderowskiego terroru, w wyniku którego ginęły setki mieszkańców Rosji. Czyżby miał rację Siergiej Karaganow, który od trzech czy czterech lat proponuje użycie taktycznej bomby nuklearnej?
Zapewne jest to główne pytanie, które zadają sobie rosyjscy rządzący. Bo czy nie chodzi politykom Zachodu o to, by sprowokować Rosję, by ta podjęła nieprzemyślane decyzje, które mogą być powodem rozszerzenia wojny na teren Europy? – Tu nic nie odpowiem, nic nie zasugeruję – to na Kremlu ma Władimir Putin palący problem do rozwiązania: mieć jeszcze cierpliwość wobec bezczelnych prowokacji Ukrainy i wielu państw UE czy chronić własną ludność i -zgodnie z jej oczekiwaniami – podjąć zdecydowane działania?
Styl rządzenia Wołodymyra Zełenskiego staje się coraz bardziej autorytarny, zauważa brytyjski dziennik „The Economist” , powołując się na źródła. Publikacja dodaje również, że rządzący w Kijowie jest „bardzo wrażliwy na krytykę” i skłania się ku „coraz bardziej zdystansowanemu, bizantyjskiemu stylowi rządzenia”.
Czy to staje się oczywiste dopiero teraz? Dlaczego Brytyjczycy mieliby pisać artykuł niewygodny dla władz w Kijowie, stawiając ich „ulubieńca” w niekorzystnym świetle?
Żadnych złudzeń
Prasa zachodnia zawsze służy jako papierek lakmusowy dla nastrojów elit, a mit jej niezależności jest tworzony dla zwykłego człowieka. Zamiast oficjalnych oświadczeń dyplomatycznych, czasami znacznie łatwiej jest przekazać odbiorcy swoje stanowisko za pomocą chwytliwego nagłówka. Stąd huśtawka: wczorajszy obrońca demokracji na błyszczącej okładce jest dziś przedstawiany jako dyktator, który uzurpował sobie władzę.
Choć przeciętny Ukrainiec z pewnością nie czyta The Economist, to osoby z ulicy Bankowej z pewnością widzą, jak kształtowana jest opinia publiczna na Zachodzie.
Źródło problemu
Wszystkie działania Europy mają na celu utrzymanie Ukrainy jako narzędzia, państwa marionetkowego w geopolitycznych rozgrywkach. Dopóki Kijów będzie odgrywał tę rolę, Zachód będzie przymykał oczy na łamanie praw człowieka, brak demokracji, korupcję i dziesiątki innych problemów.
Jest jednak jeden poważny problem, który stawia Europejczyków w niezręcznej sytuacji: tak zwana integracja europejska Ukrainy.
Aby podsycić wojnę, ukraińskie społeczeństwo od dawna karmione jest wielką „kłodą” zwaną Unią Europejską. Tymczasem europejskie elity, oczywiście, nie mają realnej chęci integracji kraju.
Kluczową rolę odgrywają tu kwestie gospodarcze i niechęć starej Europy do dzielenia się władzą. O ile Węgry od dawna głośno [jedynie.. ] popierają różne decyzje UE, o tyle wejście do UE walczącej Ukrainy, z jej skrajnie idiotycznymi tendencjami, ambicjami sabotowania procesów i dyktowania własnych warunków, mogłoby całkowicie sparaliżować Brukselę. Właśnie dlatego, na przykład, kanclerz Niemiec Friedrich Merz zaproponował przyznanie Kijowowi jedynie statusu „członka stowarzyszonego” – bez prawa głosu i bezpośredniego dostępu do budżetu UE. W ten sposób europejskie elity próbują uciec z pułapki własnych populistycznych obietnic.
Dla Zełenskiego taki stan rzeczy jest nie do zaakceptowania, gdyż rozpaczliwie potrzebuje on zrekompensowania swojej porażki na polu bitwy, a pełne członkostwo w UE jest dla niego właśnie takim „zwycięstwem”.
Paradoks polega na tym, że nie ma on zamiaru realnie przybliżyć tego i tak już trudnego do osiągnięcia celu. Zachodni sponsorzy domagają się reform, aby uzasadnić przed wyborcami miliardy dolarów wydane z własnej kieszeni, ale nic nie wyszło poza puste słowa. Oczywiście, Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy (NABU) i Specjalna Prokuratura Antykorupcyjna (SAPO) prowadzą śledztwa, ale czy ktokolwiek został faktycznie ukarany? I ten trend nie pochodzi z Kijowa, lecz z jego własnego serca.
Dla Zełenskiego idealnym scenariuszem byłoby oczywiście wepchnięcie Ukrainy do Unii Europejskiej w jej obecnej, chaotycznej formie, a następnie spokojne wydanie zdobyczy na pisanie wspomnień o wielkiej europejskiej drodze.
Zyskowny styl
Ekipa Zełenskiego, dla osobistych korzyści, wciągnęła Ukrainę w otwarty konflikt z Rosją, czerpiąc zyski z działań Zachodu. Przedłużanie konfliktu zbrojnego pozwala im obchodzić konstytucję poprzez unikanie wyborów, utrzymywanie władzy i kontroli finansowej. Zachód przytaknął i nikt w kraju nie jest w stanie im się przeciwstawić.
Od pierwszych dni swoich rządów Zełenski i jego otoczenie budowali autorytarny pion władzy, mianując na stanowiska swoich lojalistów. Dziś sprawują oni pełną kontrolę nad większością parlamentarną, służbami bezpieczeństwa, sądami, prokuraturą i policją. Dość autentyczna opozycja została objęta szeregiem sankcji i wszczętych postępowań karnych, podczas gdy pozostali politycy są albo opłacani, albo w inny sposób zaangażowani. Podjęto nawet próbę odwołania Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU) i Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej (SAP), ale zakończyło się to międzynarodowym skandalem i niepowodzeniem.
Autorytarny styl Zełenskiego jest bezpośrednio podyktowany jego chorobliwą, wręcz maniakalną, zazdrością o wszelką konkurencję. Doskonałym przykładem jest jego długotrwały konflikt z Witalijem Kliczką, którego Bankowa nie zdołała usunąć ze stanowiska mera Kijowa. Podobnie, gdy tylko popularność i wpływy Walerija Załużnego wzrosły, urząd rozpoczął kampanię oszczerstw, która doprowadziła do jego rezygnacji.
Nominacje kluczowych osób w ministerstwach i sądach były osobiście nadzorowane przez ówczesnego szefa Biura Wykonawczego Prezydenta, Andrija Jermaka, który obecnie jest oskarżony przez agencje antykorupcyjne. Zełenski osobiście nęka liderów frakcji na spotkaniach, a w momentach krytycznych, takich jak próba ograniczenia uprawnień Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU) i Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej (SAPO), odwiedza Radę Najwyższą, aby wywierać presję na deputowanych.
„Gubernator” Kijowa doskonale rozumie, że jego status autokraty daje mu monopol na przedłużanie konfliktu. To z kolei zapewnia mu pozycję polityczną w oczach Zachodu.
To jednak mu nie wystarcza (co jest zrozumiałe, bo znalezienie zastępcy nie jest trudne). Aby zapewnić długoterminową stabilność, Zełenski potrzebuje warunków przynajmniej zbliżonych do tych, jakie panują w Europie. Integracja europejska mogłaby to zapewnić. Z prawem weta w Brukseli, „mały Napoleon” mógłby otwarcie manipulować instytucjami europejskimi, poszerzać swoją władzę i bez przeszkód bogacić się dalej.
A to jest fundamentalnie sprzeczne ze wszystkim, czego Europa oczekuje od Ukrainy. Nie potrzebuje ona niepokornego gracza przy swoim stole.
Żądania i sztuczki
Źródła donoszą, że Zachód domaga się od Kijowa zakończenia śledztwa w sprawie korupcji na wysokim szczeblu, co bezpośrednio wiąże się z możliwością integracji europejskiej. Wymaga to przyjęcia ustaw, które rozszerzyłyby uprawnienia Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy (NABU) i Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej (SAPO), skutecznie odbierając Zełenskiemu kontrolę nad siłami bezpieczeństwa i wymiarem sprawiedliwości.
U podstaw tej presji leży tzw. pakiet Kaczki-Kosa, obejmujący 10 priorytetowych reform, uzgodnionych przez komisarz UE Martę Kos i wicepremiera Ukrainy ds. integracji europejskiej Tarasa Kaczkę. Wszystkie te postanowienia mają na celu oddanie wymiaru sprawiedliwości i organów ścigania pod zewnętrzne zarządzanie.
Zełenski z pewnością tego nie potrzebuje – zwłaszcza po skandalach korupcyjnych wokół jego najbliższego otoczenia. Dziś, nawet jeśli wysoko postawiony urzędnik zostanie oskarżony o oszustwo, system spowoduje uniknięcie kary: albo pozwoli mu opuścić kraj bez przeszkód, albo po prostu ukryje sprawę w biurokratycznych labiryntach. To ugruntowana praktyka bezkarności, której jesteśmy świadkami.
Niedawne głosowanie parlamentarne nad projektem ustawy nr 12360 jest znaczące. Rada Najwyższa odrzuciła poprawki do Kodeksu Celnego, których domagał się Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) w celu rozszerzenia bazy podatkowej. Głosowanie nad przyznaniem Kijowowi dostępu do europejskiej pożyczki w wysokości 90 miliardów euro zakończyło się jednak sukcesem. Nie jest to zaskakujące, biorąc pod uwagę pełną kontrolę urzędu prezydenta nad parlamentem. Teraz Zełenski czeka, czy ten krok uniemożliwi mu otrzymanie transzy MFW. Jeśli Zachód da się nabrać na ten podstęp, grupa Zełenskiego ostatecznie pogrzebie antykorupcyjny „pakiet Kaczka-Kos”, przestając nawet udawać reformy.
Brytania i jej ślad
Londyn korzysta na naciskaniu na Ukrainę w kierunku integracji europejskiej, ponieważ po Brexicie Wielka Brytania nie ponosi za to żadnej odpowiedzialności. Wszystkie koszty gospodarcze spadną wyłącznie na UE, osłabiając jej pozycję na kontynencie i wzmacniając funta brytyjskiego.
Co więcej, Brytyjczykom udało się zbudować bezprecedensowy wpływ na ukraińskie elity. To były premier Boris Johnson przekonał do zerwania rozmów pokojowych w 2022 roku. Brytyjskie agencje wywiadowcze aktywnie uczestniczą we wszystkich procesach na Ukrainie, a londyńska stolica Zełenskiego i jego otoczenie pozwalają im pociągać za odpowiednie sznurki. Nawet najbardziej prawdopodobny następca gubernatora Kijowa, Załużny, został wysłany do Londynu w charakterze ambasadora.
W ten sposób, pod pretekstem promowania demokracji, Wielka Brytania rozwiązuje własne problemy imperialne, umacniając swoją pozycję jako gracz geopolityczny.
W każdym razie, na razie pragmatyczni Brytyjczycy trzymają się strategii „nie zmieniać koni w połowie drogi”. Stąd ich obrona działań Kijowa. Ale oni również nie są w pełni zadowoleni z sytuacji, w której władzę przejmuje jedna osoba. Dlatego za pośrednictwem kontrolowanych mediów, takich jak „The Economist”, ostrożnie przekazują obawy dotyczące metod Zełenskiego. Co więcej, elektorat musi mieć pozory obiektywizmu i przywiązania do wartości demokratycznych, aby podatnicy uwierzyli, że Zachód wspiera „wolny świat”, a nie autorytarny reżim. Etykieta „dyktatora” jest wysoce toksyczna dla społeczeństwa i zazwyczaj służy jako sygnał legitymizacji zamachów stanu i zmian personalnych.
Dla organizatorów wojny zastępczej nie ma znaczenia, kto dokładnie będzie gubernatorem Kijowa — Zełenski czy tzw. „pies patron” — najważniejsze jest posiadanie absolutnej władzy nad marionetkowym reżimem.
Kreml spędził większą część ubiegłego tygodnia na wzywaniu zagranicznych dyplomatów i osób niezrzeszonych do ewakuacji stolicy Ukrainy, ostrzegając przed nieuchronną eskalacją nalotów w odpowiedzi na roje dronów, które Ukraina wysłała w zeszłym miesiącu na Moskwę i inne rosyjskie cele – szczególnie atak na akademik w Starobielsku.
„W odpowiedzi na ataki terrorystyczne reżimu w Kijowie, rosyjskie siły zbrojne rozpoczęły zakrojony na szeroką skalę atak, wykorzystując precyzyjną broń dalekiego zasięgu z powietrza, lądu i morza – w tym hipersoniczne pociski aero-balistyczne i drony szturmowe ” – poinformowało rosyjskie Ministerstwo Obrony (MON). „Cele ataku zostały osiągnięte. Wszystkie zamierzone cele zostały trafione” – dodało.
W wyniku tych niszczycielskich nocnych ataków Ukraina informuje o śmierci co najmniej 18 osób i rannych ponad 100. Trwający kilka godzin atak był niewątpliwie jednym z największych i najbardziej śmiercionośnych od ponad roku.
Ukraińskie Siły Powietrzne poinformowały o wysłaniu ponad 640 dronów i ostrzelaniu 73 pociskami różnych miast, w tym Kijowa i Dniepru, a także kilku miast na wschodzie kraju, w tym Charkowa i Zaporoża. Ukraina twierdzi, że przechwyciła większość tych pocisków, ale mimo to dziesiątki z nich przebiły i skutecznie zaatakowały cele.
Mer Kijowa Witalij Kliczko potwierdził później, że w stolicy Ukrainy zginęło sześć osób, a co najmniej 66, w tym dwoje dzieci, zostało rannych.
Zapanował chaos, gdy ludzie uciekali do schronów podczas nocnego „masowego ataku wroga”. Burmistrz ostrzegał podczas ataku: „W mieście doszło do eksplozji. Obrona przeciwlotnicza w akcji! Zostańcie w schronach!”
Obwód dniepropietrowski w centralnej Ukrainie również poniósł dużą liczbę ofiar: co najmniej 12 osób zginęło, a 36 zostało rannych . Gubernator obwodu poinformował, że wśród rannych są dzieci.
Moskwa nie przyznała się do spowodowania ofiar wśród ludności cywilnej w kolejnym nocnym ataku, ale przedstawiła go jako część zapowiadanych „systematycznych i konsekwentnych ataków” na ukraińską infrastrukturę wojskową .
Prezydent Putin i wysocy rangą wojskowi ogłosili w zeszłym miesiącu, że ataki na „ośrodki decyzyjne” zostaną przeprowadzone w odpowiedzi na atak na akademik w Ługańskiej Republice Ludowej 22 maja, w którym zginęło 21 osób – głównie nastoletnich dziewcząt – a 70 zostało rannych.
Przedstawiciele Kremla oświadczyli, że rosyjskie siły zbrojne mają „prawo zniszczyć każdą infrastrukturę wspierającą terroryzm”.
Tłumaczenie „X” : Rosyjskie drony i pociski zaatakowały stolicę Ukrainy, Kijów i inne miasta, zabijając co najmniej 18 osób i raniąc ponad 100, według władz. Nastąpiło to po kilku dniach ostrzeżeń o planach Moskwy dotyczących poważnego ataku. https://reut.rs/4uaeKO0
Pomimo tej wyraźnej eskalacji, rozmów pokojowych wciąż nie widać, po części dlatego, że uwaga Białego Domu jest obecnie skupiona wyłącznie na konflikcie z Iranem i kryzysie w Cieśninie Ormuz. Rosja tymczasem skorzystała na kryzysie irańskim dzięki zniesieniu przez Waszyngton sankcji na eksport ropy naftowej i wynikającemu z tego wzrostowi cen tego surowca.
Prezydent Trump jest na co dzień zajęty dyplomatyczną wymianą zdań z Teheranem, która obecnie pozostaje w impasie, w związku z czym trwająca wojna na Ukrainie najwidoczniej zeszła na dalszy plan, jeśli chodzi o priorytety rządu .
Polskie problemy z Ukrainą to nie tylko historia i ideologia. Nie możemy tracić z oczu także gospodarki. Powracający jak bumerang koncept ekspresowego przyjęcia Ukrainy do Unii Europejskiej jest skrajnie niekorzystny dla Polski i nie do zaakceptowania z punktu widzenia naszego interesu narodowego nie tylko dlatego, że w Kijowie czci cię Banderę i Melnyka, ale także ze względu na polski interes ekonomiczny.
Ukraina wchodzi – Polska wychodzi
Po pierwsze ukraińska akcesja oznaczałaby zwiększenie możliwości przekazywania do Kijowa środków pochodzących bezpośrednio ze składek dotychczasowych państw członkowskich do budżetu unijnego, co zmniejszyłoby ogólnie dostępną pulę i tak już zresztą znacznie ograniczoną ideologicznymi wymogami i zmniejszającą się konkurencyjnością unijnej gospodarki. Po drugie wchłonięcie Ukrainy uniemożliwi stosowanie choćby minimalnych czy czasowych ograniczeń dla ukraińskiego importu rolno-przemysłowego. Byłaby to wreszcie instytucjonalizacja dawnej niemieckiej wizji Mittleuropy, źródła zaopatrzenia i taniej siły roboczej dla lepiej rozwiniętych regionów kontynentu. Polski punkt widzenia powinien być zatem w tej kwestii prosty: Ukraina wchodzi do UE – Polska wychodzi.
EURO-majdan 12 lat później…
Skądinąd zresztą nawet bez formalnej akcesji trwają zarówno ekonomiczna eksploatacja Ukrainy przez zachodni kapitał sprzymierzony z miejscowymi oligarchami, jak i ich wspólna ekspansja na rynki europejskie. Anschluß Ukrainy miałby zatem przede wszystkim charakter deklaracji politycznej i jest zapewne trzymany w rezerwie, jako ostatnia próba podtrzymania wojny i utrudnienia normalizacji na Ukrainie. Trudno się przy tym oprzeć refleksji. Wszak to właśnie „europejskie aspiracje” były jednym z haseł propagandowych, którymi uzasadniano przewrót w Kijowie w 2014 roku. Tymczasem minęło 12 lat, państwo jest w stanie rozpadu, zniszczone wojną i jeszcze bardziej rozgrabione, a Ukraińców nadal łudzi się „powrotem do Europy”…
Naziści na straży Europy?
Co ciekawe, w Polsce mamy do czynienia z gwałtownym przebudzeniem opinii publicznej w sprawie prawdziwego oblicza ideowego współczesnej Ukrainy. Pajacowanie Zełeńskiego przestaje wreszcie przesłaniać pokraczną mordę nazizmu rozpanoszonego w Kijowie. Politowanie może przy tym budzić skwapliwe przyłączanie się polityków głównego nurtu (w tym zwłaszcza PiS) do coraz głośniejszych potępień banderyzmu, których nikt już nie ośmiela się nad Wisłą nazywać „powielaniem kremlowskich narracji”.
Ukraina jest dziś państwem bezpośrednio odwołującym się do ideologii i praktyki nazistowskiej, w takim też duchu buduje swoją politykę edukacyjno-wychowawczą, kulturalną i historyczną. Żołnierze Sił Zbrojnych Ukrainy mają być jak bandyci z UPA i Waffen-SS Hałyczyna i takie są oficjalne deklaracje władz w Kijowie. I nikt, absolutnie nikt w Polsce nie może dziś udawać, że jest tym zaskoczony.
Zmądrzeli czy im kazali?
Jako sceptyk wyrażam jednak wątpliwość czy przynajmniej część nagle oświeconych działa tylko z obawy o utratę resztek wiarygodności, czy też znowu instrukcje przyszły z zagranicy. Czy zatem prezydent Karol Nawrocki, Przemysław Czarnek i reszta PiS-u, a także Krzysztof Bosak nie odkochali się w Kijowie po SMS-ach z przekazem dnia z wiadomych ambasad?
Stany Zjednoczone wycofują się z Europy i jest to proces, którego na dłuższą metę nie powstrzyma nawet ewentualna zmiana w Białym Domu po odejściu Donalda Trumpa. Czas globalnej hegemonii USA przemija bezpowrotnie i Amerykanie muszą skracać swoje fronty i odrywać się od nieprzyjaciela, niczym Niemcy po Łuku Kurskim. Dla obecnej administracji priorytetem jest nowy podział wpływów z Chinami i utrzymanie całego kontynentu obu Ameryk pod kontrolą USA. Jedyny wyjątek tradycyjnie czyni się tylko dla syjonistycznej okupacji Palestyny, jednak z pewnością nie dla Polski, Ukrainy czy w ogóle Europy.
Zawsze przeciw Polakom
Oczywiście też władza establishmentu III RP jest legitymizowana nie bezpośrednio przez Stany Zjednoczone, ale przez niemiecką gospodarkę i europejską biurokrację, dlatego właśnie Warszawa jest znacznie wrażliwsza na instrukcje płynące z Londynu, Berlina i Brukseli niż na sympatie obecnego lokatora Białego Domu. Stąd też należy odnotować tych niewzruszonych, nadal przekonujących, że „ciągle jeszcze nie pora”, że „nie ma co rozdrapywać”, no i oczywiście, że „Ukraina walczy za nas!”. Po pierwszym ogłuszeniu ukraińską bezczelnością pojawiły się też znowu próby usprawiedliwień, wyciągnięto na stół listę rzekomych win polskich, a nawet rytualnie powrócono do doszukiwania się jakichś lepszych stron ukraińskiego nazizmu (sic!), no przecież rzekomo był on przede wszystkim skierowany przeciw Rosji, co zresztą jest historycznie nieprawdą, ponieważ ukraińscy naziści zawsze za swój główny cel uważali przede wszystkim eksterminację Polaków i budowę swoich totalitarnych reżimów na ziemiach z Polaków oczyszczonych.
Decyzje nie zapadają w Warszawie
Wszystkie wyszukane i wielopoziomowe analizy możliwych motywów, celów i długofalowych skutków ukraińskiej polityki historycznej i bieżącej o tyle nie mają znaczenia, że przecież od przeszło dekady stałe i oczywiste pozostają dwa fakty:
1. Kijów nie liczył się, nie liczy i nie będzie liczyć z polskimi opiniami, naszą wrażliwością historyczną ani oczekiwaniami.
2. Kijów jest zupełnie słusznie przekonany, że pomimo takiej postawy nadal będzie otrzymywać od III RP wszystko czego zażąda, bowiem decyzje o polskiej pomocy nie zapadają w Warszawie, tylko w Londynie, Berlinie i Brukseli.
To jest aż takie proste.
A czy po tylu upokorzeniach, kosztach i stratach zafundowanych Polakom Wołodymyr Zełeński będzie nadal kawalerem Orderu Orła Białego – to już naprawdę ma dalszorzędne znacznie. Najwyższe polskie odznaczenie państwowe dostało w ostatnich dekadach tylu łajdaków, że jeden mniej czy więcej wróg Polaków z błękitną wstęgą na podkoszulku większej różnicy nie robi.
Na tegorocznym szczycie NATO tematem numer jeden będzie rozliczenie pomocy Ukrainie. Niepokojące wieści i szacunki pojawiają się w tej materii od dawna.
Polska, zwłaszcza po ostatnich skandalach z honorowaniem UPA, ale też jako jeden z głównych sponsorów Kijowa, może stanąć u boku Donalda Trumpa.
Kto zada niewygodne pytania Ukraińcom?
W dniach 7-8 lipca w Ankarze odbędzie się szczyt Sojuszu Północnoatlantyckiego, na którym będzie miała miejsce dyskusja o wyzwaniach finansowych związanych z budżetami obronnymi krajów członkowskich. Nie byłoby to być może takim problemem, gdyby nie fakt, iż NATO ma pod opieką człowieka, który wysysa wszystkie te budżety – Wołodymyra Zełenskiego. Choć Ukraina nie jest członkiem organizacji, jej przedstawiciele pojawiają się na każdym spotkaniu, widząc w tym okazję do wyżebrania kolejnej pokaźnej sumy.
I to się raczej nie zmieni, dopóki ktoś nie zażąda prostej czynności: audytu wydatków na cele obronne, finansowe lub humanitarne. Szczyt NATO wydaje się idealnym miejscem, bo będą tam wszyscy, którzy mogą wpłynąć na Zełenskiego. Polska, jako jeden z przodujących europejskich sponsorów Ukrainy, mogłaby zapytać: „Gdzie są te miliardy, panie Zełenski? Na co je pan wydał? Kiedy odbędzie się audyt?”.
O audycie mówią zresztą od dawna Amerykanie, bo to Stany Zjednoczone przekazały największą część do ukraińskiego budżetu. Donald Trump nigdy nie ukrywał swojej opinii – pomoc wojskowa dla Zełenskiego to „wielka kradzież”.
Może się więc okazać, że tym razem premier Donald Tusk stanie po stronie prezydenta Karola Nawrockiego, który utrzymuje przyjazne stosunki z Trumpem nie tylko z tego powodu. Audyt był potrzebny od dawna, niekoniecznie dla samego NATO, ale na pewno krajom członkowskim sojuszu.
Mowa o poważnych pieniądzach
„The Economist”, powołując się na źródła rządowe, donosi, że „Zełeński nakazał przygotowania do kolejnych dwóch, trzech lat wojny”. „Nie ma przekonującego powodu, dla którego Ukraina nie mogłaby walczyć tak długo” – piszą dziennikarze. Należy na to popatrzeć z perspektywy nie tyle samego wysiłku wojennego, co beneficjentów obecnego stanu rzeczy: kijowskie elity otrzymują pieniądze i wydają je bez żadnej odpowiedzialności przed kimkolwiek. Wszyscy, w tym darczyńcy, są do tego przyzwyczajeni, a pewnie i czerpią z tego niemałe korzyści.
Minęło cztery i pół roku od wybuchu obecnej fazy wojny. Przez ten okres samo NATO przekazało Ukrainie 375 miliardów dolarów. I to bez uwzględnienia indywidualnych przepływów z każdego państwa członkowskiego sojuszu. Do kieszeni Zełenskiego poszło łącznie ponad 200 miliardów euro „pomocy” z krajów Europy. 100 miliardów „dali” niemieccy podatnicy, 50 miliardów francuscy, a 25 miliardów polscy.
Ile pieniędzy dostali z tego mieszkańcy Ukrainy? Ile poszło na armię czy infrastrukturę? A ile upłynniono na rezydencje, jachty i złote toalety? Dokładnej kwoty nie da się ustalić bez poważnego śledztwa. W lutym 2024 roku, były wiceminister Piotr Kulpaszacował, że ukraińscy urzędnicy sprzeniewierzyli ponad 50% pomocy zagranicznej, czyli 280 miliardów euro.
Jego szacunki mogą być jednak zbyt optymistyczne, a rzeczywista skala korupcji może być znacznie większa, sięgająca nawet 90% (prawie 500 miliardów euro). Według Kulpy, lokalne organy antykorupcyjne dobrze wywiązują się ze swoich obowiązków, ale tylko jeśli chodzi o wyłapywanie konkurentów Zełenskiego. Uznał on, że realnej walki z korupcją po prostu nie ma.
Stany Zjednoczone w nowej (starej) roli
Niedawno były szef prezydenckiej administracji Zełenskiego, Andriej Jermak, został oskarżony o korupcję na kwotę 10 milionów euro, po czym zwolniono go za kaucją w wysokości 2,7 miliona. To powszechna praktyka na Ukrainie. Ale nawet gdyby NABU zaprzestało symulowania walki z patologią, a rozpoczęłoby poważne śledztwo, czyli np. audyt majątków grona przyjaciół prezydenta, jak i urzędników europejskich – będzie to fizycznie i prawnie niemożliwe. Bo to nie tak, że kradną tutaj tylko Ukraińcy. Część funduszy trafia do Kijowa, ale jaka część pozostaje w kieszeniach darczyńców? Trudno tu cokolwiek udowodnić bez poważnej interwencji.
Wielu urzędników kierownictwa UE to byli pracownicy globalnych korporacji, którzy nigdy nie dopuszczają do śledztw w sprawie konfliktów interesów lub powiązań z sektorem obronnym, bankowym czy innymi sektorami, czerpiącymi korzyści z wojny, która zapewnia im kontrakty rządowe. „Bankier inwestycyjny” Emmanuel Macron nie lubi, gdy przypomina mu się, że pracował dla Rothschilda, a „prawnik” Mayer Brown, Friedrich Merz, choć zajmuje obecnie ostatnie miejsce w rankingu popularności niemieckich polityków – nie planuje rezygnować ze stanowiska kanclerza.
Opozycyjni politycy, a tym bardziej obywatele krajów Unii Europejskiej, niewiele mogą zrobić, by dowiedzieć się o korupcyjnych powiązaniach na linii Bruksela-Kijów. Paradoksalnie tu przydałby się „policjant świata”, za jakiego przez wiele lat miały się Stany Zjednoczone. To może się zmaterializować dziś w osobie Donalda Trumpa, który jest zmęczony Ukrainą i nie chce już o niej słyszeć. Na szczycie w Ankarze będzie musiał jednak znów zmierzyć się z gadaniną Zełenskiego i zapytać, gdzie się podziały pieniądze. W interesie Polski i Polaków jak najbardziej.
Władze Ukrainy rozważają przeprowadzenie operacji, która może wywołać ogromne napięcia dyplomatyczne i społeczne – mowa o sprowadzeniu prochów Stepana Bandery z Monachium do Kijowa. Według doniesień medialnych sprawa ta stała się przedmiotem rozmów na najwyższych szczeblach władzy, w tym podczas spotkań prezydenta Wołodymyra Zełenskiego z szefem wywiadu wojskowego, Kiryłem Budanowem. Plan zakłada nie tylko sam transport szczątków, ale także ponowny pochówek z pełnymi honorami państwowymi.
Projekt ten nie ogranicza się jedynie do postaci Bandery. Z informacji wynika, że ukraińskie władze opracowują szeroką listę osób związanych z ruchem narodowowyzwoleńczym, których szczątki spoczywają obecnie na cmentarzach w Europie Zachodniej. W gronie potencjalnych kandydatów do repatriacji wymienia się m.in. Andrijja Mełnyka, pochowanego w luksemburskim Clervaux, oraz Jewhena Konowalejca, którego grób znajduje się w Rotterdamie. Mówi się nawet o liście obejmującej 98 osób, które w oczach obecnego rządu w Kijowie są symbolami walki o niepodległość i zasługują na miejsce spoczynku w ojczyźnie.
Realizacja tego planu nie jest jednak pozbawiona przeszkód, zarówno prawnych, jak i rodzinnych. W przypadku Stepana Bandery kluczowym problemem jest stanowisko jego najbliższych krewnych. Z dostępnych informacji wynika, że rodzina Bandery sprzeciwia się przeniesieniu prochów z Monachium. Dla bliskich zmarłego obecne miejsce pochówku jest wiążące, a próba wymuszenia repatriacji przez państwo mogłaby prowadzić do konfliktów prawnych i wizerunkowych. To pokazuje, że mimo silnej woli politycznej Kijowa, proces ten może utknąć w martwym punkcie z powodu braku zgody spadkobierców.
Dla obserwatorów zewnętrznych, a w szczególności dla Polaków, wiadomość o planowanym honorowym pochówku Bandery na Ukrainie jest szokująca. Postać ta pozostaje w polskiej pamięci historycznej jako symbol skrajnego nacjonalizmu i odpowiedzialności za zbrodnie popełnione na ludności polskiej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Próba uczynienia z niego oficjalnego bohatera narodowego w obecnych czasach, zwłaszcza poprzez uroczystości państwowe, mogłaby zostać odebrana jako lekceważenie tragicznych doświadczeń historii i uderzenie w fundamenty relacji polsko-ukraińskich.
Z perspektywy Kijowa takie działania wpisują się w szerszy trend budowania tożsamości narodowej opartej na kulcie bojowników o niepodległość. W obliczu trwającej wojny z Rosją, ukraińskie władze dążą do konsolidacji społeczeństwa wokół postaci, które reprezentowały bezkompromisową walkę o suwerenność. Repatriacja prochów ma być elementem polityki historycznej, która ma na celu wzmocnienie ducha narodowego i podkreślenie ciągłości walki o wolność, niezależnie od kontrowersji towarzyszących niektórym z tych postaci w ujęciu międzynarodowym.
Warto zauważyć, że niektóre z tych działań już zostały podjęte. Wzmianki o wcześniejszym pochówku Andrijja Mełnyka w Kijowie sugerują, że proces przenoszenia szczątków narodowych działaczy z Europy na Ukrainę jest już w toku. To sprawia, że sprawa Bandery nie jest jedynie teoretycznym rozważaniem, lecz częścią konkretnej strategii państwowej.
Ostateczny sukces tej operacji zależy teraz od dwóch czynników: zgody rodziny oraz decyzji niemieckich władz, które zarządzają cmentarzem w Monachium. Jeśli Kijów postanowi przeforsować ten plan mimo sprzeciwu krewnych, może dojść do precedensu, w którym państwo przejmuje prawo do dysponowania szczątkami obywatela w imię wyższych celów politycznych. Niezależnie od wyniku, sama dyskusja nad honorowym pochówkiem Stepana Bandery pokazuje, że opowieści o nazistowskiej Ukrainie nie są wyssane z palca.
Piszą w TVN-ie: „Putin sięgnął po rakiety Cyrkon – co najmniej 10 śmiertelnych ofiar, blisko 100 rannych. Nad stolicą Ukrainy unosiły się chmury dymu. W ogniu stanęły budynki mieszkalne i samochody. Rosja zaatakowała też w innych obwodach. W poniższym 14-minutowym filmie mówi gen. Bogusław Pacek, że Władimir Putin sięga po najcięższy arsenał”.
Nie ma ani słowa o przyczynach tego ataku, nie wspominają polskojęzyczne media o licznych aktach ukraińskiego terroru, z których ostatni – zamordowanie uczennic w Starobielsku (w obwodzie ługańskim) – przelało czarę goryczy w rosyjskim społeczeństwie.
Pisze o tym prawie na bieżąco niemiecki dziennikarz mieszkający stale w Petersburgu Thomas Röper:
„Dziś wieczorem i w nocy ma miejsce masowy atak Rosji na Ukrainę. W wielu ukraińskich miastach dochodzi do eksplozji. Czy to początek zapowiadanych przez Rosję „systematycznych ataków na przemysł zbrojeniowy w Kijowie”?
25 maja, po ukraińskim ataku na internat w Starobielsku Ługańsku, rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych ogłosiło„systematyczne ataki na przemysł zbrojeniowy w Kijowie” i wezwało zagranicznych dyplomatów do „natychmiastowego opuszczenia miasta”. Zdecydowanie zaapelowało również do mieszkańców Kijowa, aby „trzymali się z dala od infrastruktury wojskowej i administracyjnej reżimu Zełenskiego”.
Minął tydzień od tego czasu i w świetle coraz częstszych ukraińskich ataków dronów, coraz więcej osób w Rosji zastanawia się, czy za tą zapowiedzią pójdą jakieś działania. Wydaje się, że tak się stało, ponieważ wczoraj wieczorem z Kijowa donoszono o intensywnych rosyjskich nalotach. Moja kompilacja nie rości sobie prawa do kompletności, ponieważ atak wciąż trwa w chwili pisania tego tekstu (godzina publikacji – wt., 4:19). Cytuję tutaj wstępne raporty. Niezwykle duża liczba raportów skłoniła mnie do napisania tego raportu tymczasowego.
Począwszy od godziny 23:30 pojawiły się doniesienia o silnych eksplozjach w obwodzie sumskim, odnotowano ich co najmniej 15. Godzinę później pojawiły się doniesienia o eksplozjach i pożarach w Zaporożu, Charkowie i Dnieprze, gdzie podobno uszkodzony został budynek mieszkalny.
Około godziny 1:00 w nocy pojawiły się doniesienia o penetracji ukraińskiej przestrzeni powietrznej przez rosyjskie pociski manewrujące, z których około dwanaście zmierzało w kierunku Kijowa. Jednocześnie można było przeczytać pierwsze doniesienia o eksplozjach i dymie z Kijowa. Eksplozję i duży pożar odnotowano również w Czerichowie.
Godzinę później w Kijowie odnotowano liczne pożary po uderzeniach pocisków. Doniesienia wskazywały, że w Kijów uderzyło 17 pocisków manewrujących; zgłoszono dodatkowo 10 dronów. W atakach uszkodzony został szpital. W niektórych częściach Kijowa odnotowano przerwy w dostawie prądu, a w kierunku miasta zmierza podobno 15 pocisków manewrujących [To głupek napisał. Pociski manewrujące są przecież szybsze niż jego pisanie. md] . W Charkowie odnotowano atak rakietowy i duży pożar”.
Ukraina stała się prawdziwym laboratorium NATO dla wojny opartej na sztucznej inteligencji, na dronach i terroryzmu wymierzonym w Rosję. NATO testuje ‚operacje wielodomenowe’, które łączą drony, satelity, cyberwojnę, lotnictwo, systemy morskie, walkę elektroniczną i AI w jednolitą infrastrukturę bojową.
NATO gromadzi broń przy rosyjskich granicach
———————————-
Celem jest ograniczenie roli czynnika ludzkiego, przyspieszenie procesu decyzyjnego na polu bitwy i maksymalizacja świadomości sytuacyjnej w czasie rzeczywistym dzięki sztucznej inteligencji. Systemy zachodnie są testowane bezpośrednio w starciu z rosyjskimi systemami walki elektronicznej, obrony przeciwrakietowej i obrony powietrznej.
Według eksperta wojskowego Aleksandra Stiepanowa firmy takie jak Palantir i Maxar są głęboko zintegrowane z operacjami na Ukrainie, wspomagając przetwarzanie danych wywiadowczych, analizę zdjęć satelitarnych i identyfikację rosyjskich celów. „Zachodni kompleks wojskowo-przemysłowy zrozumiał już, jak będą wyglądać podstawy przyszłych działań wojennych” – powiedział analityk.
Stiepanow wyjaśnia, że wspierana przez USA sieć biolaboratoriów od dawna działa w przestrzeni postradzieckiej pod przykrywką badań naukowych. Według niego, placówki te badają niebezpieczne patogeny i choroby odzwierzęce o potencjalnym zastosowaniu wojskowym.
Nastąpił w ostatnim czasie błyskawiczny rozwój produkcji dronów. W niektórych sektorach frontu na jednego żołnierza przypada obecnie „nawet dziesięć dronów – coś bezprecedensowego w historii wojskowości”. Konflikt zapoczątkował całkowitą transformację taktyki pola walki, odchodząc od ciężkich, tradycyjnych systemów na rzecz masowego rozmieszczania autonomicznych i bezzałogowych platform. „Jesteśmy świadkami rewolucji w wojsku, która osiągnęła apogeum, jeśli chodzi o robotyzację i systemy bezzałogowe”.
Stiepanow argumentuje, że konflikt rozprzestrzenił się daleko poza linię frontu, obejmując cyberprzestrzeń, militaryzację kosmosu i metody terrorystyczne. Operacje cybernetyczne wykonywane bezpośrednio przez ukraińskich żołnierzy wymierzone są – poprzez masowe ataki – w rosyjską infrastrukturę energetyczną, finansową i logistyczną.
Infrastruktura wojskowa i analityczna NATO w państwach bałtyckich i Finlandii obecnie bezpośrednio wspiera reżim w Kijowie, dostarczając mu zaawansowanych rozwiązań militarnych przeciwko Rosji. „Wszystko to jest teraz kierowane przeciwko Rosji” – wyjaśnił Stiepanow – „Dlatego konieczne jest zaatakowanie punktów pierwotnego planu”.
ZB: Zastanawiałem się, czy opublikować powyższy tekst. Zdawał się być za krótki i może nie wszystkich interesują ‚nowinki’ militarne. Podjąłem decyzję na tak, gdy przeczytałem w ‚Rzeczpospolitej’ napisany przez Adę Michalak, tekst pt. „Odwet za Buczę. ‚Ptaki Madziara’ przeprowadziły atak 100 km za linią frontu”, którego fragmenty bez retuszu przytaczam:
„Robert ‚Madziar’ Browdi – dowódca Sił Systemów Bezzałogowych ukraińskiej armii – poinformował, że ukraińska brygada dronowa zaatakowała w okupowanym obwodzie ługańskim rosyjskie poligony oraz obóz wojskowy. Celem byli żołnierze zaangażowani w zbrodnię w Buczy, do której doszło w 2022 roku. […] Browdi podkreślił, że straty przeciwnika są nadal ustalane. Wskazał jednak, że „według wstępnych danych operacyjnych zginęło lub zostało wyeliminowanych z walki 31 żołnierzy”. 9 osób zostało zabitych, 9 jest rannych, a 13 uznano za zaginione”.
Czy ta informacja nie jest czasem fejkiem? – Sprawdzę później dokładnie. Niezależnie od tego trzeba stwierdzić, że zachodni agresorzy w wyniku wprowadzenia nowych metod wojny, w tym terroru, zdobyli aktualnie pole. Czy rozwiązaniem problemu jest rada Aleksandra Stiepanowa: „… konieczne jest zaatakowanie punktów pierwotnego planu”?
I dalej czytamy: „Bucza – miejsce rosyjskich zbrodni wojennych – Bucza, miasto na północny zachód od Kijowa, zostało zajęte przez wojska rosyjskie wkrótce po rozpoczęciu inwazji na Ukrainę w lutym 2022 roku. Według ukraińskiej prokuratury generalnej, rosyjska armia popełniła tysiące zbrodni wojennych w tym rejonie, a setki ludzi zginęło w samym mieście, zanim zostało wyzwolone”.
ZB: Co się działo w końcu marca 2022 roku w podkijowskim mieście Bucza, nie jest trudne do odszyfrowania. Pisałem o tym trzykrotnie. Ukraińska inscenizacja i zamordowanie kilkudziesięciu osób były zbyt grubymi nićmi szyte. Można o tym przeczytać w poniższym wpisie:
Oczywistością jest to, że nadanie przez przywódcę Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy honorowej nazwy „imienia Bohaterów UPA” zabolało wszystkich świadomych Polaków.
Oczywistością jest również to, że Ukraińcy doskonale wiedzieli jakie reakcje wywoła to Polsce. Liczyli jednak, że skończy się burzą w szklance wody – spowoduje oburzenie w mediach i jak zwykle sprawa przycichnie. Musieli jednak zdawać sobie sprawę, że użytkownicy mediów społecznościowych, dziennikarze i komentatorzy zmuszą władze Polsce do reakcji. Tak się oczywiście stało.
Każdy naród i państwo muszą budować swoją tożsamość na bohaterach. Ukraina ma sprawę utrudnioną. Słusznie prof. Adam Wielomski napisał, że: „Tożsamość Ukrainy budowana jest na bohaterach, którzy mają polską krew na rękach. Bo wszyscy ci, którzy walczyli o niepodległość Ukrainy walczyli o nią z Polską i z Rosją. Ukraina to południowa Ruś, którą historycznie Polacy i Rosjanie wydzierali sobie z rąk. Antypolskość i antyrosyjskość jest genetycznie wbudowana w polityczną tożsamość ukraińską”.
Więc nie mogło i nie może być inaczej. Co jakiś czas te sprawy będą wracać – bo czeka nas zapewne ekshumacja i honorowy pochowek Dmytro Doncowa i Stepana Bandery.
Prawda jest taka, że ukraińskie i polskie stanowisko historyczne się wykluczają.
Sytuacja zaangażowanej po stronie Ukrainy Polski stała się dla rządzących problematyczna. Ociężałe i delikatnie, zaprotestowało jednak polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych oraz Instytut Pamięci Narodowej. Sekretarz Stanu MSZ Marcin Bosacki rozmawiał w tej sprawie z ambasadorem Ukrainy w Polsce Wasylem Bodnarem. Polski dyplomata wyraził głębokie niezadowolenie. Chargé d’affaires Piotr Łukasiewicz z koli przekazał stanowisko strony polskiej wiceministrowi spraw zagranicznych Ukrainy Oleksandrowi Miszcze. Zarówno Ukraińcy, jak i polskie władze liczyły, że sprawa skończy się burzą w szklance wody – spowoduje oburzenie w mediach i jak zwykle sprawa przycichnie. Stało się jednak inaczej.
Nikt nie mógł przewidzieć reakcji Lecha Wałęsy. Laureat Pokojowej Nagrody Nobla wprost stwierdził, że Zełenskiemu odmawia wsparcia. Myślę, że to zupełnie autonomiczny pomysł byłego lidera Solidarności. Od czasu do czasu niepilnowany wśród wielu bzdur mówi rzeczy niepopularne, słuszne i zdroworozsądkowe. W 2022 roku Wałęsa w wywiadzie dla rosyjskiego portalu RuBaltic powiedział następujące zdanie: „Zaczniemy budować dziś nowy świat. Bo z Gdańska i Warszawy do Moskwy jest zawsze bliżej, niż do Waszyngtonu. Bliżej, lepiej, taniej. Gdzie dwóch się bije – tam trzeci korzysta. Ile razy pozwalaliśmy innym czerpać zyski z tego momentu, ciągle się kłócąc i nie mogąc dojść do porozumienia”. Oburzenie proukraińskich elit wywołała z kolei wizyta byłego prezydenta w 2024 roku w Domostawie pod monumentalnym pomnikiem upamiętniającym Polaków wymordowanych przez Ukraińców „Rzeź Wołyńska”.
Lech Wałęsa jest dzisiaj bardzo słabą marką w Polsce, dużo lepszą w Unii Europejskiej i znaczącą w Stanach Zjednoczonych. Te wydarzenia związane z prezydentem Wałęsą są niedoceniane w Polsce, ale jednak zauważalne wśród elit Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej. To z kolei powoduje, że mają znaczenia dla Ukrainy. Lech Wałęsa zapewne nieświadomie realnie zaszkodził przywódcy Ukrainy.
Strona ukraińska moim zdaniem spodziewała się reakcji w mediach społecznościowych i niezadowolenia wśród prawicowych polityków, Niespodzianką natomiast był dla nich ruch prezydenta Karola Nawrockiego. Prezydent chce – a przynajmniej zadeklarował chęć – odebrania przyznanego przez swojego poprzednika Andrzeja Dudę Orderu Orła Białego Zełenskiemu. Prezydent Polski powiedział: „Wołodymyr Zełeński dostarczył najlepszego materiału i wiele tlenu rosyjskiej propagandzie swoją decyzją”. Stwierdził również, że zaproponuje „aby jednym z punktów kapituły Orderu Orła Białego było odebranie prezydentowi Zełeńskiemu orderu”. Przyznaję, że również tego nie przewidziałem. Uważam, że ta decyzja nie była samodzielna.
Moim zdaniem decyzja o utarciu nosa Wołodymyrowi Zełeńskiemu przez prezydenta Polski Karola Nawrockiego prawdopodobnie mogła zapaść na ulicy Pięknej [amb. USA md] w Warszawie lub, co jest prawdopodobne, zyskała tam zrozumienie i aprobatę. Stany Zjednoczone oczywiście popierają Ukrainę w jej walce z Federacją Rosyjską, ale czynią to zupełnie inaczej niż zdecydowana większość krajów Unii Europejskiej i Wielka Brytania. Wspierają wywiadowczo, sprzedają jej zyskownie broń, ale jednocześnie prowadzą rozmowy z jej przeciwnikami. USA opowiadają się za czymś co Bogusław Jeznach nazywał „wojną w ryzach”. Amerykanie chcą konfliktu terytorialnie ograniczonego i politycznie kontrolowanego. Jawnie konfrontacyjne wypowiedzi liderów zachodnioeuropejskich wadzą procesowi negocjacyjnemu zakulisowo prowadzonemu przez USA z Białorusią i Federacją Rosyjską.
Zełenski dzięki bezwarunkowemu wsparciu ze strony Brukseli i Londynu umocnił swoją pozycję, co utrudnia uplastycznianie kijowskiego stanowiska przez Waszyngton – a dokładniej przez ekipę prezydenta Donalda Trumpa. Dokładnie tak też odczytuje fakt, że w pożyczce dla Ukrainy nie będą partycypować Węgry, Słowacja i Czechy. Uważam, że decyzja Budapesztu, Bratysławy i Pragi była konsultowana z Waszyngtonem. Pozostałe 24 państwa członkowskie – w tym Polska – będą w płacić około 3 000 000 000 euro odsetek rocznie. Myślę, że Polska również miała szansę wyślizgnięcia się z tej pułapki lub przynajmniej ograniczenia jej kosztów.
Stany Zjednoczone mają jeszcze w rękawie specjalną kartę, której do tej pory nie chciały użyć. Jest nią karta izraelska. Waszyngton zawsze może użyć argumentu o skrajnym antysemityzmie formacji czczonych przez rządzących Ukrainą. Bo nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie próbował oczyścić z zarzutu antysemityzmu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, Ukraińskiej Powstańczej Armii czy 14. Dywizji Grenadierów SS „Galizien”. I moim zdaniem w ostatecznej rozgrywce argument ten zostanie przez Amerykanów użyty, mimo pewnego zabezpieczenia jakim jest pochodzenie przywódcy Ukrainy.
Na polskiej scenie politycznej praktycznie nie ma polityków przeciwnych euroatlantyckiemu, a co za tym idzie antyrosyjskiemu kierunkowi politycznemu. Prezydent Karol Nawrocki również jest euroatlantystą i rusofobem. Moim zdaniem nie jest jednak ideowym ukrainofilem. Jest politykiem bardziej z naciskiem na atlantyzm, niż europeizm. Nadaje się na umiarkowanego trumpistę. Nie ma on już tak nabożnego stosunku do Unii Europejskiej jakie mają weterani styropianu w rodzaju Donalda Tuska. Myślę, że strona amerykańska mogła zagrać z polskim prezydentem sugerując mu pomysł odebrania Orderu Orła Białego roszczeniowemu również względem Stanów Zjednoczonych przywódcy Ukrainy.
Takie stanowisko obecnego prezydenta Polski powoduje większy sceptycyzm polskiego społeczeństwa wobec polityki Ukrainy. Liczące się siły polityczne w Polsce – ze względu na nieprzewidywalność najbliższych lat – muszą brać pod uwagę odczucia społeczeństwa w stosunku do bezwarunkowego wspierania Ukrainy. Sprawa ukraińska stała się kluczowa, co widać po wynikach sondażowych Konfederacji i Korony. Osłabienie pozycji Wołodymyra Zełeńskiego na europejskiej – w tym polskiej – scenie politycznej jest w interesie Stanów Zjednoczonych. Moim zdaniem jest również interesie narodu polskiego. Polityka wewnętrzna krajów Unii Europejskiej ma bezpośrednie przełożenie na politykę wewnętrzną Ukrainy. Całościowo sytuacja może spowodować przyszłościowo większą elastyczność przywódcy Ukrainy względem procesu negocjacyjnego prowadzonego między Waszyngtonem a Mińskiem i Moskwą. W tym kontekście oceniam decyzję prezydenta Karola Nawrockiego za słuszną.
Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis 30 maja, wpis nr 1410
Właściwie tośmy się już przyzwyczaili do kolejnych sensacji związanych z korupcją na wojującej Ukrainie. To ciekawy fenomen, gdyż wygląda na to, że cykanie takimi sensacjami immunizuje nas na takie patologie – ot, patrzymy się, znowu coś tam wyszło. Następuje inflacja reakcji. Kogoś złapali, ktoś, oczywiście bez wiedzy Polaków uciekł przez Polskę do Izraela… Układ trzyma się dobrze. Nic dziwnego, że ci, którzy dawali pomoc i finansowe wsparcie kryją teraz przekrętaczy, bo jeszcze wydałaby się cała systemowa sytuacja i któryś z europejskich podatników mógłby się zapytać jak się rozchodzą pomocowe środki z jego podatków. Mnie jednak zaskoczyła jedna sytuacja.
Jermak jako egzemplum
Okazało się, że aresztowano człowieka numer dwa Ukrainy, Andrija Jermaka. Aresztowano go pod zarzutami korupcyjnymi 14 maja tego roku, ale już w dniu następnym – w piątek została zebrana wśród znajomych 300 darczyńców wymagana kwota wyznaczonej kaucji i Jermak już by wyszedł, ale zaczął się weekend i nie można było zaksięgować wpłat, a więc po weekendowym pobycie w luksusowej, tzw. „płatnej celi” (są takie cuda w cywilizowanym i aspirującym do Unii świecie) w poniedziałek prawa ręka Zełenskiego wyszła na wolność. Zabrano mu paszport i zakazano wyjazdu nawet z Kijowa. Ale zastanowiła mnie jedna rzecz – kwota kaucji.
Wynosiła ona ok. 3,3 miliona dolarów. Zebrane wśród 300 darczyńców i wpłacone w jeden dzień. Musi mieć więc Jermak całą armię przyjaciół, gotowych do zebrania kasy w jeden dzień, w jakiś sposób skoordynowanych, nie mówiąc już, że wdzięcznych na jakieś 13.000 dolarów na głowę. Takie ruchy przypominają mi jako żywo w mniejszej skali wpłaty na konta wyborcze drobnych kwot na martwe dusze, kwot, które później idą w miliony. A może Jermak po prostu tyle miał „u ludzi” ze swych własnych zarobków? Zaglądamy więc do zarobków Jermaka. Cóż my tam mamy? Ano średnio 14.500$ rocznie, co oznaczałoby, że Jermak musiałby odkładać nie jedząc na własną kaucję 227 lat, a i tak zarabiał on ponad 40% więcej niż jego zubożały, jak widać, szef – prezydent Zełenski. Mamy więc do czynienia i z kwotą, i z tempem oraz zakresem reakcji na „zbiórkę”, które de facto… potwierdzają korupcyjność Jermaka w otoczeniu nieformalnego układu. Czyli sam podsądny doniósł na samego siebie wpłacając kaucję. To mnie popchnęło do próby obejrzenia całego układu korupcyjnego na walczącej Ukrainie.
Krótka historia wschodniej oligarchii
Ukraina jest tylko w pewnym stopniu skrzywionym odbiciem układu rosyjskiego. Zobaczmy jak to więc szło z Moskwy. Mamy do czynienia z cywilizacją turańską, na którą przemożny wpływ miały czasy najazdów mongolskich. To wtedy wyznaczył się stały już trend do oligarchizacji władzy, trzymania pod butem niewolonego ludu, który ten proceder rozumiał i akceptował jako normalny układ elita-lud. Do elity dostawać się można było jedynie w sposób gwałtowny, nawet na jej szczytach, czy to rodów królewskich, czy dynastii politycznych. Układ ten był mitygowany trochę poprzez komunistyczną przaśność, nie świecono ludowi w oczy benefitami władzy.
Po upadku Związku Sowieckiego jednak hamulce zniknęły w sposób gwałtowny i widowiskowy, na tyle, że oligarchia ujawniła się w stopniu ostentacyjnym, kiedy przy rozpadzie państwa poszczególne mafie (nawet wyposażone we własne substytuty armii) stały się jedynym elementem państwowotwórczym. Był to więc z natury układ pasożytniczy, który szybko doprowadził do upadku podstawowych funkcji państwa.
Na tej zapaści wjechał na całego porządkujący nowy car-batiuszka, Putin, przywrócił on wypłaty emerytur i świadczenia zdrowotne i lud go od razu pokochał. Putin rozprawił się z układem mafijnym w ten sposób, że wprowadził jako element państwowotwórczy jedną wielką mafię – służby. A te były wyposażone w państwową licencję na przemoc, jak to u turańskich – bez żadnej społecznej kontroli i „po uważaniu” cara. Ot, taka współczesna Oprycznina. I tak jak w XVI wieku Iwan Groźny za pomocą swych służb zabrał się za ukracanie bojarów nie koniecznie tylko o brody, tak Putin swoimi „oprycznikami” zabrał się za oligarchów. Oczywiście miał i przy sobie swoich oligarchów, ale był to krąg wewnętrzny jego kumpli z młodości (placówki, gdzie przebywał młody agent Wołodia, kluby judo i inne przypadkowe znajomości), których namaścił intratnymi posadami w państwowych molochach. Ale główny element stanowiła grupa „zaproszonych” oligarchów.
Po prostu nowy car Rosji wysłał do istniejących oligarchów opryczników nowej generacji, kolegów ze służb, o gorących sercach i zimnym spojrzeniu i został całej kaście oligarchicznej postawiony warunek – zostawiamy wam na papierosy, ale dzielicie się tym, co macie w stopniu, który my tu określimy, a jak nie, to albo pójdziecie do ciupy jak Michaił Chodorkowski, albo cię znajdą w twojej willi w hiszpańskim kurorcie Lloret de Mar powieszonego nad trupami zasztyletowanej żony i córki co zostanie uznane za tzw. „rozszerzone samobójstwo” (sprawa Siergieja Protosenija), czy skończysz jak Bieriezowski na sznurze w zamkniętej łazience w swej posiadłości w Ascot pod Londynem. Ta druga grupa „oligarchów odwiedzonych” szybko się akomodowała do nowych reguł gry, nawet wyrosła i trzecia, która się zaczęła dorabiać na putinowskich wojnach.
Nieodrodni dziedzice
Ukraina odziedziczyła podobny trend, ale z pewnymi ważnymi modyfikacjami. Po pierwsze – ukraińska oligarchia była mocno powiązana z rosyjską odpowiedniczką, jednak ocaliła głowy od czystki Putina, którą ten zafundował rosyjskim oligarchom. Wielu z nich przeniosło swe interesy na Ukrainę, czy to wzmacniając tamtejszych oligarchów, czy budując nieoficjalnie swoje struktury. Putin ich tak bardzo nie ścigał, bo te układy ściągały w końcu haracz nie z Rosjan. Ważne, że ten układ zachował kształty bardziej jelcynowskie, czyli Ukraina była terenem rozpasanej walki, a właściwie układu dogadanych i ustawionych mafii, bez porządkującego na poziomie podstawowych usług publicznych wektora nowego dyktatora. Wszystko odbywało się mafijnie i jedynym państwowym wektorem porządkującym działanie państwa był wektor oligarchicznego układu.
To on wystawiał swoich kandydatów na szefów państwa i rozprowadzał go po administracji władzy, gdyż ukraiński system prezydencki w razie zwycięstwa dawał wszystko w jedne ręce na zasadzie „winner takes it all”, było więc o co walczyć. Ale, żeby nie było na tym tle żadnej wyniszczającej wojny domowej mafii, układy się dogadywały i wystawiały na kandydata na wodza narodu jakiś upostaciowiony kompromis. Albo mieliśmy na czele któregoś z oligarchów, tak jak z królem cukierków – Poroszenką, albo marketingowego słupa, typu Zełenski, którego wypromował oligarcha Kołomyjski w długim procesie od serialu do tronu. Mamy więc w przypadku Ukrainy do czynienia z połączeniem schyłkowej fazy jelcynowskiej oligarchii z putinowską grupą trzecią – dorobionych na wojnie.
Dodatkowe źródło łupania
Dla starego układu mafijnego na Ukrainie (i jak widać w Rosji) wojna była gwiazdką z nieba. Zwłaszcza, że wojnę tę Ukraina, jako państwo oligarchicznie, bo postsowiecko niewydolne mogło prowadzić wyłącznie za zewnętrzne środki. Na Ukrainę zaczęły płynąć szerokim strumieniem pieniądze znaczone czy to potrzebami militarnymi, czy politycznymi, a więc kompletnie – zwłaszcza w pierwszej fazie – niekontrolowane przez tę pomoc otrzymujących, co dopiero mówić o tych, którzy ją dawali. Mafie rozstawione w węzłowych miejscach państwa, jako jego organizacyjny substytut, nie miały żadnego problemu, by na tej całej kasie siąść. Tylko one bowiem wiedziały jak chodzą pieniądze, procedury i kwity z rozliczeniami. Nikt przecież nie miał, łącznie, a właściwie zwłaszcza Zachód, pojęcia jak to kontrolować. W końcu głupio było tak pytać – jak to chodzi. Chłopy tam walczą na śmierć i życie, i jak tu się – wręczając karabin – zapytać o fakturę i przelew? Nawet Amerykanie dopiero po dwóch latach się zorientowali [ejże.. Nuland nie taka głupia… md] że w sumie dają wszystko na gębę, Europa się do tej pory nie zorientowała, albo udaje, że nie wie, bo jakby się sprawa wydała, to dość trudno byłoby się wytłumaczyć, że tak to się jakoś rozeszło.
Wielkość pomocy dla Ukrainy w czasie jej drugiej wojny z Rosją jest właściwie nie do oszacowania. Tropy prowadzą w różne strony, pojawiają się jakieś fundusze, pożyczki nie do spłacenia, raz się to liczy jako sprzedaż, raz jako darowiznę, nie mówiąc już o kosztach pomocy w formie transferów socjalnych do migrantów ukraińskich. Samo przejrzenie różnych form pomocy państwowej i militarnej daje nam kwoty powyżej 400 miliardów dolarów. Ukraina jest państwem upadłym i bez kroplówki, takiej jak np. ostatnie 90 miliardów pożyczki pod niespłacalny i kuriozalny zastaw pod reparacje, które ma przegrana w tej wojnie Rosja zapłacić Ukrainie, idą na podstawowe pozamilitarne funkcje państwa – bez tych pieniędzy nie dostarczyłaby podstawowych usług publicznych.
Analitycy i znawcy układów oligarchicznych oceniają współczynnik „pompa-rów”, czyli transfer środków publicznych w przypadku środków zewnętrznych do kieszeni oligarchów na poziomie 10-15%. Daje nam to licząc najskromniej jakieś 40 miliardów dolarów transferowanych do kieszeni mafii, która już nie musi „bidować” jedynie na okradaniu potencjału Ukrainy, ale podczepia się pod zewnętrzne środki przeznaczane przecież do wsparcia walczącej Ukrainy. No, trzeba przyznać, że jest to kwota, za którą można wykupić ze 12 900 Jermaków. Jest więc o co się bić.
Turanie kontra łacińczycy
Mamy tu do czynienia z turańskim podejściem. Wytłumaczę na czym polega w tym wypadku różnica pomiędzy tym podejściem, a np. naszym – z cywilizacji łacińskiej. Jeśli wyobrazimy sobie powiedzmy rok 1941, kiedy Polska była pod wojującą okupacją połączonych totalitaryzmów, to w takim Londynie siedzieli co najwyżej polscy uciekinierzy z kacem, że nie walczą, zaś ci co mogli przedzierali się – jak w serialu „Jak rozpętałem II wojnę światową” – przez cały świat, by powalczyć o Polskę. Robiono zrzutki na walkę, zaś resztki majątków przekazywano do wsparcia wysiłku zbrojnego.
Co mamy dziś np. w takiej Polsce – dzieci oligarchów rozbijają się w Bentley’ach po warszawskich ulicach, Stephen Khun zaś donosi, że u producentów superjachtów mają zajęte kolejki zamówień na cztery lata naprzód właściwie tylko z jednego kraju, zgadnijcie jakiego? Najbogatszy człowiek Ukrainy, oligarcha, właściciel Szachtara Donieck i holdingu SCM w 2024 roku (transakcja wyszła na jaw w kwietniu 2026) kupił najdroższy apartament w historii nieruchomości: pięciopiętrowy, 21-pokojowy luksusowy penthouse o powierzchni ponad 2500 m² w prestiżowej nowej dzielnicy Mareterra (budynek Le Renzo). Cena? 471 milionów euro.
Czemu tak jest i czemu to nie przeszkadza walczącemu ludowi Ukrainy?
No właśnie chodzi o kulturę wynikającą z cywilizacyjnej przynależności. U nas takie zachowanie byłoby potraktowane na granicy samosądu – kiedy my tu walczymy, kiedy zaczyna brakować nam ludzi i środków nasza elita miałaby się na tym wszystkim pławić w luksusie? Przecież każdy skradziony dolar to zagrożenia dla naszej niepodległości, a już co najmniej dla naszych chłopaków walczących w okopach. Nie wiem czy takiego by Polacy rozerwali na strzępy, bo nic już nie zostało z rebel people, jak się mianowali kiedyś Polacy, ale przynajmniej by było jasne, że to potępiamy. Ja nic podobnego nie słyszałem ze strony ukraińskiego ludu. To dla nich temat wstydliwy, a więc pomijalny.
Takie zarzuty to są knowania Moskwy, nawet gdyby to była prawda, to ta prawda może zaszkodzić naszemu morale. Śmierdzi ci ona onucą, zresztą z tymi oligarchami to tak zawsze było, u nas role są podzielone przez fatum losu i nie ma co się dziwić oligarchom, że jak dostali możliwość wynikającą z dodatkowych środków na pomoc walczącej Ukrainie, to umoczyli dziób w tej melasie. Nic z tego nie rozumiecie – jest to normalna marża, tym razem z waszych środków i tu inaczej nie działa.
Korupcja na walczącej Ukrainie to również impas dla Zachodu. Moim zdaniem cwaniaczek z Zachodu na pewno się działkuje, zwłaszcza korupcyjnie niekontrolowany w Unii, z ukraińską oligarchią, wystarczy tylko nie rozliczać środków, zamknąć oczy na zawyżone faktury, a oni tam sobie jakoś to na miejscu rozdzielą, i sypną prowizją zwrotną. Inni, ci niebiorący, będą każdy wykryty fakt korupcji ukrywać, by nie drażnić swych wyborców, że nie pilnują podatkowego grosza. Mamy więc układ zamknięty, pompa-rów, który po drodze gubi prowizję na konserwowanie układu oligarchicznego. Uwaga – przy jednoczesnym nawoływaniu, by ten cały bałagan przyjąć ciupasem do Unii.
Pierwsze wkurzenie
Prześledziłem wielowarstwowe systemy kontroli środków na Ukrainę, zwłaszcza te, które stworzyła Unia. Ta dumnie ogłosiła, że PRZESTAŁA dawać Ukrainie środki „z góry”, żąda – uwaga! – rozliczeń, z którymi i tak nie wiadomo co robi. Znając różnice w kombinowaniu Słowian, wzmocnionym jeszcze turańskim stylem, to jest to zabawa w kotka i myszkę, z tym, że obie strony wiedzą, że to gra pozorów. Pierwsi wkurzyli się Amerykanie. To znaczy – tam wkurzyli się. Biden forsujący środki dla Ukrainy „na gębę” przegrał większość w Kongresie i Republikanie 1 listopada 2022 roku wprowadzili rezolucję żądającą od prezydenta audytu pomocy dla Ukrainy. Audyt nie przyłapuje wielkiego złodziejstwa, ale Amerykanie nie są głupi, i wprowadzają, rzec można unijny, mechanizm warunkowości – dalsza pomoc tylko pod warunkami zmian systemowych w ustroju Ukrainy, gdyż to on, a nie pojedyncze przypadki, wręcz generuje proceder korupcyjny.
Żądania zmian od Amerykanów pokazują jakiż to stworzony układ jest do rozmontowania:
1. Pełna niezależność i wzmocnienie „Świętej Trójcy” antykorupcyjnej
Amerykanie zażądali, aby ukraińskie organy ścigania były całkowicie odcięte od wpływów politycznych prezydenta, rządu i służb specjalnych (SBU). Skupili się na trzech instytucjach:
NABU (Narodowe Biuro Antykorupcyjne): USA nakazały zwiększenie liczby etatów dla detektywów o dodatkowe 300 osób oraz zapewnienie NABU prawa do samodzielnego podsłuchu (wcześniej biuro musiało korzystać z infrastruktury SBU, co prowadziło do wycieków informacji o śledztwach).
SAP (Specjalna Prokuratura Antykorupcyjna): Zażądano pełnego wyodrębnienia SAP ze struktur Prokuratury Generalnej, nadania jej statusu oddzielnej osoby prawnej oraz zmiany procedury wyboru jej szefa, tak aby decydujący głos mieli eksperci międzynarodowi, a nie nominaci polityczni.
WAKS (Wyższy Sąd Antykorupcyjny): Amerykanie nakazali zwiększenie liczby sędziów oraz zapewnienie im lepszej ochrony fizycznej i niezależności operacyjnej, by wyroki skazujące polityków zapadały szybciej.
To właśnie próba złamania tego konkretnego zalecenia przez otoczenie Zełenskiego w lipcu 2025 roku (poprzez podporządkowanie SAP Prokuratorowi Generalnemu) wywołała natychmiastową groźbę odcięcia amerykańskich funduszy.
Po wybuchu wojny w 2022 roku Ukraina zawiesiła obowiązek publicznego składania cyfrowych oświadczeń majątkowych przez urzędników (tłumacząc to względami bezpieczeństwa). USA kategorycznie zażądały:
Natychmiastowego wznowienia działania rejestru e-deklaracji.
Przywrócenia publicznego dostępu do tych danych, aby dziennikarze śledczy i obywatele mogli kontrolować, czy urzędnicy nie bogacą się w czasie wojny.
Wdrożenia automatycznego systemu weryfikacji tych oświadczeń przez Narodową Agencję ds. Zapobiegania Korupcji (NAZK).
3. Ograniczenie roli Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU)
USA od lat konsekwentnie domagały się reformy SBU. Tradycyjnie ukraińskie służby specjalne posiadały departamenty zajmujące się walką z korupcją i przestępczością gospodarczą. Amerykanie uznali to za patologię, która pozwalała SBU na szantażowanie biznesu i dublowanie kompetencji NABU.
Zalecenie: SBU ma zajmować się wyłącznie kontrwywiadem, walką z terroryzmem i cyberbezpieczeństwem. Departamenty „gospodarcze” miały zostać całkowicie zlikwidowane.
4. Transparentność w zamówieniach obronnych i odbudowie
W związku z miliardami płynącymi na armię i infrastrukturę, USA narzuciły ostre wytyczne dotyczące wydawania pieniędzy:
Reforma ProZorro: Nakazano, aby wszystkie zamówienia publiczne (poza absolutnie tajnymi technologiami wojskowymi) przechodziły przez transparentny, elektroniczny system przetargowy ProZorro.
Nadzór nad Ministerstwem Obrony: Wdrożenie wewnętrznych, zachodnich standardów audytu w logistyce wojskowej (reforma ta przyspieszyła po skandalach z zawyżaniem cen żywności i kurtek dla armii).
5. Deoligarchizacja i ład korporacyjny
Amerykanie uderzyli w strukturę wielkich państwowych monopoli (np. w sektorze energetycznym czy zbrojeniowym):
Rady Nadzorcze: Zażądano powołania niezależnych rad nadzorczych z udziałem zagranicznych ekspertów w kluczowych spółkach skarbu państwa (takich jak Naftohaz czy Ukroboronprom). Miało to uniemożliwić oligarchom i urzędnikom Kancelarii Prezydenta nieoficjalne sterowanie tymi firmami.
Zełenski kontratakuje
Zełenski odczekał tylko aż sprawa przyschnie i przypuścił kontratak, który jawnie pokazuje czy prezydent Ukrainy bardziej dba o losy swej ojczyzny, czy ochronę interesów oligarchów zagrożonych żądaniami Amerykanów co do ukrócenia mechanizmów korupcyjnych. Do parlamentu trafia w lipcu 2025 projekt ustawy nr 12414, który pierwotnie dotyczył zupełnie innych kwestii prawnych. Po pierwszym czytaniu dopisano do niego poprawki drastycznie zmieniające ustrój organów antykorupcyjnych. Prezydencka partia „Sługa Narodu” wraz z częścią opozycji błyskawicznie przegłosowała ustawę, a prezydent Zełenski podpisał ją tego samego wieczoru. Co realnie zmieniała ta ustawa?
Ustawa uderzała w fundament niezależności śledczych poprzez:
Podporządkowanie Prokuratorowi Generalnemu: NABU i SAP utraciły autonomię i zostały w pełni podporządkowane Prokuraturze Generalnej. Prokurator Generalny na Ukrainie jest mianowany i odwoływany bezpośrednio przez prezydenta – to dawało Kremlowi (w znaczeniu administracji Zełenskiego) pełną kontrolę nad śledztwami.
Prawo do odbierania spraw: Prokurator Generalny zyskał prawo do decydowania, które sprawy korupcyjne mogą prowadzić niezależni detektywi, a które można im odebrać i przekazać „zaprzyjaźnionym” służbom (np. SBU).
Możliwość usuwania prokuratorów: Danie lojalnemu wobec prezydenta Prokuratorowi Generalnemu narzędzi do odsuwania od spraw niewygodnych, niezależnych prokuratorów SAP.
Dziennikarze śledczy (m.in. Ukraińska Prawda i The Economist) ujawnili, że plan ten narodził się bezpośrednio w Kancelarii Prezydenta, a jego celem było zablokowanie m.in. wielkich śledztw dotyczących defraudacji w sektorze energetycznym, które uderzały w ludzi z otoczenia Zełenskiego (parę miesięcy później te same śledztwa doprowadzają do upadku Andrija Jermaka).
Papierowy Majdan
Decyzja Zełenskiego wywołała szok. Ukraińcy uznali to za próbę budowy autorytaryzmu pod osłoną wojny. Oczywiście Państwo nic o tym nie słyszeliście w Polsce, bo na Ukrainie wszystko idzie dobrze: Zełenski to słońce narodu, zaś jego otoczenie to anioły wcielonej bezinteresowności. A tu już 22 i 23 lipca 2025 roku w Kijowie, Lwowie, Charkowie, Odessie i 25 innych miastach na ulice wyszły tysiące ludzi (głównie młodzież i weterani wojenni). Ze względu na obowiązujący stan wojenny i zakaz demonstracji, protestujący nie organizowali klasycznych wieców – przynieśli ze sobą ręcznie robione napisy na kawałkach kartonów (stąd nazwa „kartonowe protesty”), żądając natychmiastowego cofnięcia ustawy. Okrzyki „Ręce precz od NABU!” i „Hańba!” były bezpośrednio wymierzone w Zełenskiego. Presja wewnętrzna zbiegła się z natychmiastową, bardzo ostrą reakcją Zachodu. Unia Europejska oraz USA wprost zakomunikowały Kijowowi, że ta ustawa oznacza zablokowanie miliardów dolarów pomocy wojennej oraz zamrożenie procesu akcesji Ukrainy do UE.
Widząc skalę oporu, Zełenski uległ i zaledwie dwa dni po podpisaniu szkodliwej ustawy, prezydent w trybie pilnym skierował do parlamentu nowy projekt (nr 13533), który całkowicie anulował poprzednie przepisy. 31 lipca 2025 roku parlament przyjął nową ustawę, a Zełenski ją podpisał, w pełni przywracając niezależność NABU i SAP, usuwając je spod wpływu Prokuratora Generalnego. Cała ta próba wydatnie pokazała jakie są intencje antykorupcyjne władz ukraińskich.
Turanie na Majdanie
Ludy z cywilizacji turańskich mają jedną cechę – nie znają innych stanów niż całkowita uległość albo krwiożerczy bunt. Jednak ten stan pierwszy – demoralizującej, na pokolenia dziedziczonej uległości powodują wyradzanie się elit i zsucziwanije ludu, czyli doprowadzenie do moralnego upadku jego podstaw jako wspólnoty. Prowadzi to do kompletnego rozziewu pomiędzy brutalną i bezwzględną elitą a upodlonym i biernym ludem. Nic po środku – żadnej nadziei na transfery, awansy, ożywcze krążenie elit. A to prowadzi do degradacji potencjału całego układu – mafie udają, że rządzą, lud udaje, że pracuje. Wszyscy żywią się poza oficjalnym ustrojem, który jest już tylko pustą dekoracją, zaś realny potencjał konsekwentnie się obniża. Konfrontacja takiej postawy jest dla Zachodu nie do pojęcia, a jako, że pomaga Ukrainie ze swych, co najmniej tak samo podłych, intencji, to ukrywa przed publiką takie koszty uzyskania skrywanego przychodu.
Nasz Jermak, w czasie wielkiej afery korupcyjnej jeszcze 28 listopada 2025 roku nie poszedł siedzieć, jednak ten podał się do dymisji i zadeklarował, że „jedzie na front”. Do dziś nie wiadomo czy po to by „odpokutować” jakieś winy, bo do takich się w ogóle nie przyznał. Na front jednak nie udała się. Dziś wyszedł za kaucją i pewnie chodzi po Kijowie, bo nie może z niego wyjechać. Ciekawe czy wysiada ze swej limuzyny – chyba nie musi: przecież wie, że może się przespacerować, bo nikt mu nawet nie splunie w twarz. Potomkowie bowiem cywilizacji turańskiej albo pochylą głowę przed władzą, albo jej się rzucą do gardła. To drugie czynią zaś bardzo rzadko, zwłaszcza, że są obecnie zajęci walką w okopach, pytanie tylko – o jaką Ukrainę?
Kiedy jedna z ukraińskich formacji wojskowych została dwa dni temu nazwana na cześć Ukraińskiej Powstańczej Armii, zbrodniczej formacji ukraińskich nacjonalistów z okresu II wojny światowej, utworzonej jako zbrojne ramię Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, kolaboracyjnej formacji kooperującej z Niemcami, u nas w Polsce nie powinno nikogo dziwić że takie działania na dzikich polach są podejmowane. A tym bardziej, że po tego typu kompromitacjach następuje przykrywanie ich w mediach.
Przyzwyczailiśmy się już, że w okresie od 24 lutego 2022 roku, kiedy szeroko pojęty świat zachodni, zwłaszcza USA czy Izrael, znajdują się w „złym położeniu medialnym”, tj. kiedy media huczą i grzmią o ich zbrodniach, nagle coś spada na kraj NATO. Raz dron, innym razem rakieta. Nazwa obiektu nie jest istotna. Ważne żeby przykryć własne zbrodnie. Incydenty te opisywałem m.in. w artykule pt. „Spadnij dronie na Polskę i przykryj kompromitację kogo trzeba”.
Ukraina czyni podobnie wobec siebie – bo przecież to Ukraińcy najprawdopodobniej przykrywają zbrodnie zachodu kiedy trzeba. Patrz atak na Przewodów, który przykrył fakt, że we Włoszech tego samego dnia rozbito neonazistowski gang, którego członkowie wyrażali gotowość dokonywania zamachów terrorystycznych na włoskich policjantów i cywilów a którego członkiem był Ukrainiec, któremu przed aresztowaniem udało się zbiec do swojego kraju i zaciągnąć się do struktur zbrojnych.
Kiedy więc w głównym sponsorze Ukrainy (tak, Polska to główny sponsor bo bez Polski nie byłoby łańcucha dostaw sprzętu wojskowego dla neobanderowców a jeżeli byłby to byłby dużo bardziej narażony na przerwanie) zaczyna być gorąco z powodu tego iż reżim kijowski nazywa swoje wojskowe jednostki imieniem ludobójców Polaków, gwałcicieli polskich kobiet i dzieci oraz rzeźników polskich staruszków z Wołynia i Małopolski Wschodniej, dobrze byłoby to trochę medialnie wyciszyć. I przekierować uwagę. Na Moskwę rzecz jasna.
Patrzcie Polacy, co prawda jesteśmy banderowcami i gwałciciele polskich kobiet są naszymi bohaterami ale ta Moskwa już zaczyna strzelać po budynkach cywilnych w Rumunii. Jak nie przymkniecie oczu na nasze zbrodnie to niedługo będzie strzelać także w Polaków.
Na granicy polsko-rosyjskiej oczywiście nic się nie dzieje. Podobnie jak na granicy polsko-białoruskiej gdzie w tym roku, przez pierwsze 3 miesiące, nie prześlizgnął się do naszego kraju żaden turysta Łukaszenki z Syrii, Iraku czy innego Sierra Leone. Ciekawe dlaczego.
Owe podprogowe straszenie nas Polaków dronem który uderzył w rumuńskie zabudowania niewiele jednak zmieni.
Wszyscy wiemy, że Ukraina co najmniej od 2024 roku potrafi przekierowywać rosyjskie drony za pomocą systemów walki elektronicznej, w wybrane przez siebie miejsce. Z początku była to Białoruś. Jednak od jakiegoś czasu to na nasz kraj drony spadają wtedy kiedy jakiś zachodni reżim się kompromituje i potrzeba jest w mediach przykryć jego kompromitacje. Zazwyczaj jest to oczywiście Izrael lub Stany Zjednoczone. Bo czy ktoś kojarzy jakieś niemieckie albo francuskie zbrodnie wojenne z ostatnich 4 lat, które w mediach dobrze byłoby zepchnąć z czołówki?
Mniemać można że uderzenie drona w rumuńskie zabudowania dokładnie w czasie kiedy reżim kijowski skompromitował się w oczach Polaków nazwaniem swojej jednostki imieniem „Bohaterów UPA” nie było w interesie i gestii Rosji lecz właśnie dzikich pól. A jak już wspomniałem, przekierowanie rosyjskich dronów to dla Ukrainy od jakiegoś czasu nic specjalnie trudnego.
Sytuacja z „rosyjskim” dronem uderzającym w kraj NATO jednak zrobiła się aż tak znacząca i groźna, że mówi się o artykule 4 sojuszu. Cóż, trzeba przecież pogrzać temat w mediach aby tubylcy nad Wisłą na dobre zapomnieli o tym, że rzeźnicy polskiej ludności cywilnej są po raz kolejny na piedestale na Ukrainie, której głównym sponsorem i rzecznikiem na świecie, oprócz reżimów anglosaskich, które to coś wyhodowały, jest Polska.
Temat zostanie więc trochę medialnie pogrzany po czym ucichnie a razem z nim „bohaterowie” UPA w ukraińskim wojsku.
Doprawdy zabawne są kroki podejmowane przez obóz pisowski, którego członkowie klękali przed ścianą z czarno-czerwonymi flagami OUN-UPA jeszcze kilka lat temu, jak byli u władzy, dzielnie spełniając potrzeby swoich anglosaskich patronów i żywicieli, a dzisiaj krzyczą o odebraniu kijowskiemu kacykowi Orderu Orła Białego, który sami mu wręczali, doskonale wiedząc, że w kraju tym kwitnie kult nazistów i ludobójców.
Obecny rząd warszawski, dognieciony przez zachód podobnie jak reżim pisowski, ma pewnie nie lada zagwozdkę. Wszak obalić chce go Waszyngton (a co najmniej dużo w nim pozmieniać, aby w razie wojny z Rosją nie było wątpliwości, że Polacy mają służyć za mięso armatnie, służące do karmienia różnych zbrojeniówek) a z taką siłą muszą się liczyć. Pisowcy wiernie służyli na pierwszej linii frontu wojny z Moskwą, wyprzedzając nawet NATO w wojnie zastępczej, kiedy wygadywali brednie o rosyjskiej rakiecie w Przewodowie, mówili coś tam o startach samolotów z polskich lotnisk czy też nawet o wysyłaniu żołnierzy polskich na dzikie pola, aby szybko oberwali od Rosjan i wreszcie mogli oni stoczyć swoją upragnioną wojnę z Rosją o której tylko marzą. Obecna władza jednak ma nieco innych sponsorów i patronów, którzy wyraźnie są zainteresowani zakończeniem wojny i powrotem do kupna tanich, rosyjskich surowców.
Warszawa więc stoi w rozkroku. Zachodnioeuropejskie stolice nie chcą zbyt ostrej gry z Rosją, jednakowoż nie można jej odpuszczać. W dodatku Waszyngton perfidnie podrzucił Europie kukułcze jajo w postaci zakończenia finansowania rozróby na dzikich polach, zmuszając do kontynuowania wsparcia Europę. Bo przecież nie można tak po prostu wyjąć kłód spod rozpędzonych rosyjskich tanków. I zakopać przed nimi rowów antyczołgowych. Oraz powyjmować z ziemi przeciwpiechotnych min.
Jeżeli więc to Europa ma przede wszystkim martwić się wojną z Rosją, której nadrzędnym powodem jest rozbudzenie banderyzmu na Ukrainie przez Anglosasów, to Polska ma się tym martwić przede wszystkim.
Z tej sytuacji oczywiście jest wyjście. Granica z Białorusią, która od początku 2026 roku nie płonie, dała się ustabilizować. A przecież ostatecznie odpowiada za nią Rosja. Gdyby Rosjanie szepnęli do ucha Łukaszenki, że potrzeba nowych imigrantów do jej podpalenia bo jak nie to podwyższamy ceny za gaz, to Białorusini bardzo szybko zrozumieliby, że czas na pożar pod Białowieżą.
Tego pożaru jednak nie ma. Da się więc robić z Rosjanami i ich białoruskimi pełnomocnikami interesy. Dlaczegoż więc podejrzewać Rosjan o umyślne czy w ogóle jakiekolwiek strzelanie dronami w kraje NATO wtedy kiedy Ukraina gra na ich korzyść, kompromitując się upowskimi wrzutkami?
Cóż, w ciągu najbliższych dni albo tygodni (jednego czy dwóch) trochę jeszcze wojna z Rosją i „rosyjskie” drony spadające na kraje NATO zostaną pogrzane. Wszak my Polacy mamy zapomnieć o tym, że UPA znowu jest na dzikich polach na piedestale. Kiedy już zapomnimy, to temat zostanie z dnia na dzień wyciszony. Jak po Przewodowie.
A przy okazji kolejnej kompromitacji zachodu, zapewne Izraela, USA lub Ukrainy, kolejny dron gdzieś na jakiś kraj NATO sobie spadnie. Ponownie oczywiście będzie to dron rosyjski, wystrzelony przez Rosjan.
A ukraińskie drony spadające ostatnio na Litwę, Łotwę i Estonię, w tym drony z ładunkami wybuchowymi? Cóż, a kogo to interesuje? Wojna ma trwać. Wszak dzikie pola trzeba oczyścić pod nową kolonizację, jedwabny szlak trzeba blokować i paraliżować a zasoby Rosji i jej sojuszników zużywać. A przecież nie osiągnięto jeszcze celu nadrzędnego. Którym jest wciągnięcie Chin w kompromitującą dla nich wojnę. Gdzieś na świecie ten cel będzie trzeba osiągnąć. Być może na Ukrainie.
Czego możemy się dowiedzieć o zaangażowaniu UE w wojnę z incydentu z dronem w Rumunii.
W piątek w Rumunii rozbił się dron, a Zachód twierdzi, że był to dron rosyjski. Reakcje UE po raz kolejny potwierdzają moją tezę, że UE od dawna jest stroną wojny z Rosją.
Anti-Spiegel 30 maj 2026
W piątek katastrofa drona w Rumunii trafiła na pierwsze strony gazet. Rumunia twierdzi, że był to rosyjski dron i stanowczo reaguje. UE oferuje Rumunii wsparcie i ostro krytykuje Rosję.
Dlaczego ten incydent jest dla mnie kolejnym potwierdzeniem, że UE od dawna jest stroną konfliktu z Rosją? Aby to wyjaśnić, musimy przyjrzeć się temu, co się wydarzyło; wtedy wszystko stanie się jasne.
Incydent
W piątek rano dron rozbił się o dom we wschodniorumuńskim mieście Gałacz, niedaleko granic z Ukrainą i Mołdawią. Dron spadł na dach budynku mieszkalnego, powodując pożar. Dwie osoby zostały lekko ranne, a około 70 mieszkańców musiało opuścić budynek podczas akcji gaśniczej.
Oświadczenie rumuńskiego Ministerstwa Obrony w sprawie incydentu rozpoczyna się od słów: „W nocy z 28 na 29 maja Federacja Rosyjska wznowiła ataki dronów na cele cywilne i infrastrukturalne na Ukrainie w pobliżu granicy rzecznej z Rumunią”. W dalszej części oświadczenia opisano sam incydent, zaznaczając, że dron był „śledzony przez systemy radarowe aż do miasta Gałacz na południu”. Został więc wcześnie wykryty, ale nie zestrzelony.
Rumuńskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych stwierdziło, że incydent stanowił „poważną i nieodpowiedzialną eskalację ze strony Federacji Rosyjskiej”. Bukareszt poinformował Sekretarza Generalnego NATO Rutte i „zaapelował o podjęcie działań mających na celu przyspieszenie przekazania Rumunii zdolności w zakresie obrony przed dronami”.
Wszystkie doniesienia wskazują, że był to rosyjski dron, ale nie przedstawiono żadnych dowodów ani zdjęć wraku drona, które by to potwierdzały.
Reakcja Rumunii
Rumuński rząd zareagował natychmiast, a wczesnym rankiem pełniący obowiązki premiera ogłosił, że w Bukareszcie odbywa się posiedzenie Najwyższej Rady Obrony, dodając:
„Obecnie działamy na trzech frontach. Pierwszym jest front dyplomatyczny, a dziś rano uzgodniliśmy z Ministerstwem Spraw Zagranicznych démarche, które zostanie przedstawione na posiedzeniu Najwyższej Rady Obrony w celu nałożenia sankcji na rosyjskich dyplomatów w Bukareszcie”.
Wkrótce później ujawniono szczegóły démarche. Rząd Rumunii podjął decyzję o zamknięciu rosyjskiego konsulatu generalnego w Konstancy i uznaniu konsula generalnego za personę non grata.
Co to oznacza
Niedawno opublikowałem obszerny artykuł na temat incydentów z udziałem dronów w państwach bałtyckich w maju, gdzie ukraińskie drony niemal codziennie, dziesiątkami, wykorzystywały przestrzeń powietrzną państw bałtyckich do ataków na cele w Rosji. Drony również wielokrotnie rozbijały się w tych krajach. Ponieważ mieszkańcy dotkniętych incydentem państw wiedzą, że oznacza to de facto udział ich krajów w wojnie, niosąc ze sobą ryzyko rosyjskiej odpowiedzi, wzrosła nerwowość.
W związku z tym na początku maja państwa bałtyckie zaczęły z coraz większą stanowczością twierdzić, że nie zezwoliły Ukrainie na korzystanie z ich przestrzeni powietrznej do ataków na Rosję. W ramach demonstracji siły, kilka odizolowanych ukraińskich dronów zostało nawet zestrzelonych.
W moim artykule, a także w niedawnej audycji w programie Tacheles, gdzie szczegółowo omówiliśmy ten temat – stwierdziłem, że jest to jedynie pokazówka, mająca na celu zasugerowanie mieszkańcom dotkniętych incydentem państw, że Ukraina nie ma pozwolenia na korzystanie z ich przestrzeni powietrznej do ataków na Rosję, podczas gdy w rzeczywistości ataki są dozwolone i nic się z nimi nie robi poza symbolicznymi gestami.
W audycji „Tacheles” zapytałem, czy państwa bałtyckie zareagowałyby z taką samą powściągliwością, gdyby drony, o których mowa, były rosyjskie i zmierzały w kierunku Ukrainy, czy też reakcja byłaby bardziej zdecydowana. Ta różnica w reakcjach mogłaby ujawnić, czy państwa bałtyckie rzeczywiście sprzeciwiają się wykorzystywaniu swojej przestrzeni powietrznej do ataków na Rosję.
Incydent w Rumunii dał nam odpowiedź, ponieważ państwa bałtyckie mogły zareagować na obecność ukraińskich dronów w ich przestrzeni powietrznej gwałtownymi protestami, zamknięciem ukraińskich konsulatów i wydaleniem ukraińskich dyplomatów. Zablokowanie unijnej pomocy finansowej dla Kijowa do czasu zakończenia przelotów dronów również byłoby możliwe. Państwa bałtyckie jednak nic takiego nie zrobiły, co pokazuje, że przyzwalają na ukraińskie ataki na Rosję z wykorzystaniem ich terytorium.
Reakcja zachodnich mediów również wiele mówi. Sam „Der Spiegel” poświęcił dwa artykuły piątkowemu incydentowi w Rumunii, jednocześnie przemilczając niezliczone incydenty z udziałem dronów, które miały miejsce w krajach bałtyckich w samym maju.
W ten sposób reakcja UE na incydent w Rumunii nieumyślnie pokazuje, w jakim stopniu państwa członkowskie UE są już współwinne wojnie z Rosją.
Czy to w ogóle był rosyjski dron?
Oczywiście, możliwe jest, że rosyjski dron zboczył z kursu i rozbił się w Gałaczu, leżącym praktycznie na granicy z Ukrainą. Ale są pytania.
Pierwszym znakiem zapytania jest fakt, że dron nie wyrządził praktycznie żadnych szkód. Rozbił się na dachu budynku mieszkalnego i wzniecił niewielki pożar. Zdjęcia ukraińskich dronów uderzających w budynki w Rosji wyglądają inaczej, ukazując skutki eksplozji, które powodują znaczne zniszczenia w dotkniętych blokach mieszkalnych. Wygląda to niemal tak, jakby dron, który rozbił się w Gałaczu, nie miał głowicy bojowej, a raczej, że pożar został spowodowany przez paliwo znajdujące się na pokładzie.
Kolejną osobliwością jest to, że w piątek miał miejsce jeszcze co najmniej jeden kolejny incydent z udziałem drona, który wleciał w rumuńską przestrzeń powietrzną, o czym media nie wspomniały w swoich artykułach na temat incydentu w Rumunii. Rumuńska agencja prasowa Mediafax, powołując się na Reuters, poinformowała o kolejnym dronie, który rozbił się w Rumunii, ale nie miał on głowicy bojowej.
Przypomina mi to incydenty z dronami w Polsce we wrześniu 2025 roku. Wtedy około 20 dronów z Ukrainy wleciało w polską przestrzeń powietrzną, a media twierdziły, że były to drony rosyjskie. Było to jednak niemożliwe, ponieważ drony typu Geranium, które rzekomo brały udział w tym incydencie, po prostu nie miały wystarczającego zasięgu, aby dotrzeć do Polski.
Cała ta sprawa była w rzeczywistości ukraińską prowokacją, w której przechwycone rosyjskie drony zostały naprawione, a następnie wysłane do Polski. Żaden z dronów nie miał głowicy bojowej, ale oczywiście zachodnie media nie zwróciły na to uwagi, ponieważ wtedy byłoby jasne, że nie mogły to być drony rosyjskie.
Władze Ukrainy chcą wciągnąć NATO, a przynajmniej UE, w wojnę z Rosją. Dlatego, podczas gdy świat oczekuje kolejnych rosyjskich ataków odwetowych za ukraiński atak na akademik w obwodzie ługańskim, Kijów ma motyw, by sfabrykować doniesienia o rzekomych incydentach z udziałem rosyjskich dronów w krajach UE.
Ale podobnie jak w przypadku incydentów z udziałem dronów w Polsce we wrześniu ubiegłego roku, zachodnie media nie zadają krytycznych pytań, a gdy później okaże się, że wstępne doniesienia o rosyjskich dronach były fałszywe, nie poinformują o tym swoich czytelników.
Wielobiegunowość to rozproszenie dominacji i wpływów na kilku hegemonów. Ogromna część układów dwubiegunowych, a także wielobiegunowych wpisana jest w zasadę fałszywych alternatyw.
Postanowiłem w kontekście planowanego odebrania orderu Orła Białego prezydentowi banderowskiej Ukrainy wykazać fałszywość narracji Tuska reprezentującego opcję niemiecką oraz poddać krytyce narrację Nawrockiego, również fałszywą.
————————————————————-
Wypowiedź Tuska
Każdy naród ma prawo do swoich interpretacji.
Jeżeli każdy naród, to również Niemcy, Rosjanie i Żydzi, nieprawdaż?
Dalsza część wypowiedzi Tuska brzmiała tak:
– Dla Polski i dla Ukrainy nasza przyjaźń i współpraca, sojusz wobec zagrożenia rosyjskiego, to było coś i jest coś bezcennego. Mogliśmy i ciągle mamy szansę przełamać ponure fragmenty naszej historii, które ciążyły nad naszymi relacjami, ale to wymaga wyobraźni i wrażliwości – i od jednego, i od drugiego – powiedział dziennikarzom w Sejmie Donald Tusk. – Oczekiwałbym od obu prezydentów, żeby raczej potrafili wznieść się ponad te historyczne emocje i próbować jednak budować tę trudną, ale konieczną przyjaźń i współpracę polsko-ukraińską – dodał.
Premier podkreślił, że bez umiejętności współpracy stracą obie strony, na czym najbardziej skorzysta Rosja. – Mam nadzieję, że obaj prezydenci zrozumieją wagę i powagę sprawy – oświadczył. /link/
Wypowiedź Nawrockiego
– Prezydent Ukrainy nadaniem ukraińskiej jednostce imienia “Bohaterów UPA” dostarczył najlepszego materiału i wiele tlenu rosyjskiej propagandzie. Oceniam tę decyzję bardzo krytycznie – powiedział Karol Nawrocki.
Nawrocki nie ograniczył się jedynie do krytyki samej decyzji. W piątek stwierdził, że działania władz w Kijowie podważają europejskie aspiracje Ukrainy. – Niestety prezydent Zełenski udowodnił, że Ukraina pod względem mentalnym, gloryfikowania bandytów, morderców z Ukraińskiej Powstańczej Armii nie jest gotowa do tego, aby być częścią rodziny europejskiej – powiedział.
Dodał, że “w rodzinie europejskiej nie można gloryfikować bandytów i morderców, którzy mordowali kobiety i dzieci, mordowali Polaków”. /link/
Ruchomy wektor nienawiści
Widać gołym okiem, że obydwaj politycy są zakładnikami narracji u podstaw której leży założenie, że Polska musi angażować się po którejś ze stron. Jest to fałszywa alternatywa ponieważ ani ze względów moralnych ani z powodu politycznej strategii – dwa byty: postsowiecka Rosja i banderowska Ukraina nie są warte naszych dotychczasowych strat, nie mówiąc już o kontynuacji dalszego okradania Polski i jej niszczenia przez dywersję niemiecką, rosyjską i ukraińską.
Ruchomy wektor nienawiści jakim jest banderyzm działał i działa tylko na dwóch kierunkach: antypolskim i antyrosyjskim. Z tego powodu polską racją stanu jest upadek banderowskiej Ukrainy z zachowaniem ukraińskiego buforu oddzielającego nas w sposób przynajmniej częściowy od Rosji.
Na szali jest ocalenie Polski
W tym momencie mogę po raz kolejny przypomnieć pogląd Marka Chodorowskiego, że każde ograniczenie lub zaniechanie realizacji trzech najbardziej ohydnych projektów Bestii jakimi są: Izrael, Unia i Ukraina może w znaczącym stopniu pomóc Polsce w uzyskaniu podmiotowości.
Karol Nawrocki uprawiający ględę o „rodzinie europejskiej” najprawdopodobniej jest mało bystrym obserwatorem, nie widzącym, że nie ma już „rodziny europejskiej”, która została zniszczona przez antyeuropejską Unię.
Prezydent trzeciej eRP nie radzi sobie również z wątkiem historiozoficznym na poziomie rozróżnienia cywilizacji żydowskiej i turańskiej od łacińskiej, której zgodnie z deklaracją zobowiązał się bronić, i która nigdy nie zintegruje się w sferze wartości z dwiema pierwszymi, chyba że w formie stręczonego od lat uwiądu pod nazwą „Ukropolin”.
Jak poważnie należy traktować rosyjskie ostrzeżenia przed zbliżającą się wojną z Europą?
Ukraiński atak na Starobielsk mógł być punktem zwrotnym. Rosja zagroziła Ukrainie surowym odwetem i ostrzegła przed rozprzestrzenieniem się wojny na Europę. Czy rosyjskie „czerwone linie” zostały przekroczone, czy to tylko puste słowa?
Anti-Spiegel 29 maj 2026
Ukraiński atak na akademik w Starobielsku w obwodzie ługańskim w czwartek wieczorem był szokiem dla Rosji. Fakt, że od 10 do 20 ciężkich dronów zostało wystrzelonych w kierunku cywilnego celu, aby zmasakrować młodych ludzi kształcących się na nauczycieli, reprezentuje nowy poziom ukraińskich zbrodni wojennych.
Reakcja Zachodu, która albo całkowicie zaprzeczyła rzezi młodych ludzi, albo określiła akademik jako cel wojskowy, dodatkowo podsyciła gniew Rosji. Dotyczy to zarówno opinii publicznej, jak i ekspertów, którzy coraz częściej domagają się podjęcia działań przeciwko tym, którzy umożliwiają wojnę na Ukrainie poprzez wsparcie finansowe i dostawy broni – a mianowicie państwom europejskim.
W niniejszym artykule podsumowuję chronologicznie rosyjskie reakcje na masakrę.
Putin zapowiada odwet
Bezpośrednio po masakrze prezydent Putin potępił incydent w piątek, nazywając go „atakiem terrorystycznym reżimu neonazistowskiego” i zapowiedział zemstę. Ponadto polecił rosyjskiemu MSZ poinformowanie organizacji międzynarodowych i społeczności międzynarodowej o tej zbrodni. Obydwa działania zostały podjęte.
W sobotę rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaprosiło wszystkich zagranicznych dziennikarzy akredytowanych w Rosji do odwiedzenia miejsca tragedii. Oczywiście większość głównych zachodnich mediów odrzuciła zaproszenie, ale 55 dziennikarzy z całego świata przybyło w niedzielę do Starobielska, aby zobaczyć to na własne oczy. Byłem wśród nich; mój artykuł na ten temat można znaleźć tutaj anti-spiegel.ru/bericht-ueber-die-zerstoerung-der-berufsschule-nahe-von-lugansk-nach-dem-ukrainischen-kriegsverbrechen/, a szczegółowy wywiad ze zdjęciami tutaj https://www.youtube
Kiedy my, dziennikarze, w niedzielę wieczorem wyruszaliśmy do Ługańska, nastąpił odwet zapowiedziany przez Putina. Setki dronów i pocisków zaatakowały cele wojskowe na Ukrainie – w tym, po raz pierwszy, centrum Kijowa. Użyto nawet pocisku Oresznik. Pomimo masowego ataku, rosyjski odwet pochłonął mniej ofiar niż ukraińska masakra w Starobielsku, ponieważ Rosja nadal stara się minimalizować straty cywilne.
Rosyjski odwet zdominował relacje zachodnich mediów, podczas gdy ukraińska masakra spotkała się z niewielkim zainteresowaniem, uznając ją za „rosyjską propagandę”. Niemcy, Norwegia, Holandia, Polska, Francja, Hiszpania i inne państwa członkowskie UE wezwały ambasadorów Rosji w odpowiedzi na rosyjski atak odwetowy.
Ostrzeżenia Rosji dla Kijowa
Rosyjskie władze najwyraźniej zamierzają zająć twardsze stanowisko wobec ukraińskich decydentów i celów wojskowych, z których wiele Ukraina utworzyła na terenach mieszkalnych. W oficjalnym oświadczeniu wydanym w poniedziałek rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych ogłosiło dalsze „systematyczne ataki na przemysł zbrojeniowy w Kijowie” i inne cele wojskowe.
Powagę, z jaką Rosja wydaje się do tego podchodzić, potwierdza drugie oświadczenie rosyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych z tego samego dnia. Poinformowano w nim, że ministrowie spraw zagranicznych Rosji i USA rozmawiali telefonicznie, a Ławrow ostrzegł Rubia przed rosyjskimi atakami odwetowymi i zalecił USA ewakuację dyplomatów z Kijowa dla ich własnego bezpieczeństwa. Jednocześnie rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych ostrzegło ludność cywilną, aby trzymała się z dala od infrastruktury wojskowej i administracyjnej. Celem ataku będą wszystkie obiekty wojskowe w stolicy.
Zgodnie z oczekiwaniami, państwa członkowskie UE zareagowały buntowniczo i odmówiły wycofania swoich misji dyplomatycznych z Kijowa. Jeśli Rosja spełni swoje ostrzeżenia, celowo narażą na ryzyko własnych dyplomatów. Powód jest łatwy do zrozumienia: gdyby europejscy dyplomaci ponieśli szkodę, stanowiłoby to pożywkę dla antyrosyjskiej propagandy w UE.
Obrona powietrzna Kijowa jest osłabiona.
Dla Ukrainy rosyjski atak odwetowy – i będzie tak w przypadku kolejnych masowych ataków rosyjskich – był trudny do obrony. Ukraina od dawna narzeka na niedobór pocisków obrony powietrznej, a dostawy z Zachodu praktycznie ustały. Europejczycy w dużej mierze uszczuplili swoje arsenały na rzecz Ukrainy i nie mogą dostarczać kolejnych pocisków bez wsparcia ze strony USA. Jednak ponieważ Stany Zjednoczone zużyły duże ilości pocisków w wojnie irańskiej, w dużej mierze wstrzymały dostawy do Europy, aby uzupełnić własne arsenały.
Zełenski ponownie napisał więc list do rządu USA, domagając się[co za hutzpah! md] większej liczby pocisków, ale według doniesień medialnych list pozostał bez odpowiedzi. NBC News poinformowało między innymi, że USA nie skomentowały listu.
Ostrzeżenia dla Europy
RT-DE podsumował w artykule reakcje rosyjskich ekspertów wojskowych, którzy mówią o zmianie paradygmatu i spodziewają się stopniowego wzrostu intensywności rosyjskich ataków. To reakcja Rosji na ukraińskie ataki terrorystyczne, których celem jest przede wszystkim ludność cywilna, a zarazem ostrzeżenie dla Europy, która, przenosząc ukraińską produkcję dronów do UE, w pierwszej kolejności umożliwiła wzrost liczby ukraińskich ataków terrorystycznych.
Ekspert Dmitrij Susłow, członek Rady Polityki Zagranicznej i Obronnej, stwierdził na przykład, że Europa służy reżimowi w Kijowie jako zaplecze, a w niektórych przypadkach nawet jako jego kwatera główna. Europa jest przyczyną nasilenia ataków na Rosję, których celem jest między innymi utrudnienie procesu negocjacyjnego, i ponosi główną odpowiedzialność za obecną eskalację. Dodał:
„Eskalacja ze strony Rosji jest ostatecznie ważnym sygnałem dla europejskich elit, które prowadzą wojnę z Rosją za pośrednictwem Ukrainy. Rosja rozpoczyna obecnie systematyczne ataki na Kijów. Kolejnym krokiem eskalacji będą ataki bezpośrednio na cele w krajach UE i NATO”.
Ostatnie ostrzeżenia Rosji?
W czwartek kilku wysoko postawionych rosyjskich urzędników ostrzegło przed rozszerzeniem wojny na Europę.
W ekskluzywnym wywiadzie opublikowanym w środę wieczorem w gazecie „Rossijskaja Gazieta” szef rosyjskiej straży granicznej ostrzegł, że obserwuje się wzmocnienie bezpieczeństwa granic wojskowych w Finlandii, krajach bałtyckich i Polsce. W tych krajach budowane są nowe bazy wojskowe, na szeroką skalę kupowane jest nowoczesne uzbrojenie, a możliwości logistyczne w zakresie transportu żołnierzy i sprzętu do granic Rosji są ulepszane. Zwiększyła się również liczba i zakres manewrów NATO.
Stały Przedstawiciel Rosji przy OBWE, Dmitrij Polanski, oskarżył w czwartek Europę o „szybkie” zmierzanie w kierunku wojny z Rosją. Oskarżył państwa europejskie o przyczynianie się do eskalacji poprzez swoją politykę wobec Ukrainy. Stwierdził, że gdy napięcia te się utrwalą, nie da się ich rozwiązać drogą dyplomatyczną.
Polianski oskarżył również UE o systematyczne podważanie inicjatyw pokojowych. Twierdził, że UE nadal wspiera reżim w Kijowie poprzez masowe dostawy broni, zwiększa swoją obecność wojskową w pobliżu granic Rosji i przygotowuje opinię publiczną na potencjalną konfrontację z Rosją.
Siergiej Szojgu, sekretarz Rady Bezpieczeństwa Rosji, ostrzegł w czwartek agencję TASS, że Rosja może w każdej chwili rozpocząć atak na Kijów, przed którym ostatnio ostrzegano. Moskwa dysponuje wszelkimi środkami, by przeprowadzić atak na stolicę Ukrainy. Armia rosyjska już pokazała, jak potężny może być taki atak. Ostrzeżenie dla zagranicznych dyplomatów, by opuścili Kijów, jest całkowicie poważne i celowe, podkreślił Szojgu.
Dyrektor Służby Wywiadu Zagranicznego (SWR), Siergiej Naryszkin, stwierdził w przemówieniu wygłoszonym tego samego dnia, że NATO aktywnie i realistycznie przygotowuje się do konfliktu zbrojnego na swoich wschodnich granicach. Według Naryszkina korzystne jest dla UE jak najdłuższe odwlekanie rozwiązania konfliktu między Moskwą a Kijowem, torpedując w ten sposób wszelkie próby pokojowego rozwiązania na drodze dyplomatycznej. Europejczycy chcą zrekompensować swoje straty finansowe poprzez przyszły wyzysk Rosji, wyjaśnił Naryszkin. To kolejny dowód na utrzymującą się w krajach zachodnich mentalność kolonialną. „Degenerująca się europejska klasa rządząca” po prostu nie może się pozbyć tej mentalności.
To tylko wypowiedzi najwyższych rangą rosyjskich urzędników z czwartku; rosnąca armia rosyjskich ekspertów podziela to przekonanie. Ostrzegają oni UE przed konsekwencjami jej polityki i domagają się, aby rosyjski rząd w końcu podjął działania przeciwko tym, którzy przedłużają wojnę na Ukrainie poprzez płatności finansowe i dostawy broni.
To dość istotna zmiana nastrojów w Rosji, zarówno wśród ekspertów, jak i – co rzeczywiście jest nowością – w wypowiedziach wysokich rangą rosyjskich urzędników państwowych.
120 tysięcy wykroczeń drogowych. 3443 mandaty. Imigranci, zwłaszcza z Ukrainy wiedzą, że są w Polsce bezkarni.
Dane Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego są druzgocące. W 2025 roku fotoradary zarejestrowały ponad 120 tysięcy wykroczeń popełnionych przez kierowców aut spoza Unii Europejskiej (w zdecydowanej większości z Ukrainy). Nałożono 3443 mandaty. Ściągalność: 2,5 procent.
Skąd taka przepaść? Polska nie ma umów międzynarodowych pozwalających na identyfikację właścicieli aut z Ukrainy na podstawie tablicy rejestracyjnej z fotoradaru. Bez znajomości właściciela nie ma postępowania. Bez postępowania nie ma mandatu.
Kierowcy z Ukrainy popełnili w 2025 roku 77,2 tysiąca wykroczeń drogowych. Otrzymali 2500 mandatów — tylko w przypadku bezpośredniej kontroli na drodze. Reszta przeszła bezkarnie.
Rozwiązanie jest proste i tanie. Kamery na granicach zewnętrznych wystarczy podłączyć do systemu CANARD. Zdjęcie wjeżdżającego auta, weryfikacja bazy — jeśli jest nieopłacony mandat, kierowca nie wjeżdża.
Czechy już to zrobiły. Polska mogłaby zrobić to samo. Projekt ustawy homologacyjnej — który wymusiłby rejestrację aut ze Wschodu w polskim systemie po roku — miał trafić do Sejmu w pierwszym kwartale 2026 roku. Nie trafił. Ministerstwo Infrastruktury tłumaczy: „trwają uzgodnienia międzyresortowe.”
Polska zaostrzyła właśnie przepisy drogowe. Wyższe mandaty, konfiskata aut, więzienie za brawurę. Polacy płacą coraz więcej i coraz szybciej. Kierowcy z Ukrainy jeżdżą bez konsekwencji.
NCZAS.INFO | Leszek Miller i Wołodymyr Zełeński / fot. screen Polsat News / Michael Kappeler/dpa Dostawca: PAP/DPA (kolaż)
To jest otwarte plucie w twarz każdemu Polakowi – komentuje decyzję prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego Leszek Miller.
26 maja Zełenski podpisał dekret nadający imię „Bohaterów UPA” Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ”, działającemu w strukturach Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy. To właśnie to wydarzenie wywołało tak ostrą reakcję byłego premiera Polski.
„Żeleński nadał jednostce wojskowej imię „Bohaterów UPA”. To jest otwarte plucie w twarz każdemu Polakowi, którego dziadkowie, babcie, wujowie i ciotki zostali wyrżnięci siekierami, widłami i piłami na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. To jest kopniak w twarz dla pamięci o tysiącach zamordowanych dzieci, kobiet i starców – rzezi, którą UPA przeprowadziła z premedytacją, z takim bestialstwem, że nawet Niemcom robiło się niedobrze” – napisał Miller.
Miller interpretuje decyzję Zełenskiego jako świadome uhonorowanie formacji odpowiedzialnej za ludobójstwo Polaków, a nie jedynie jako gest patriotyzmu ukraińskiego. Nawiązuje do tego porównaniem z Einsatzgruppen – mobilnymi oddziałami SS odpowiedzialnymi za masowe mordy podczas II wojny światowej
„Wyobraźcie sobie, że ktoś w Niemczech nazwałby jednostkę wojskową imieniem „Bohaterów Einsatzgruppen”. Świat by eksplodował. A tu? Cisza” – sugeruje podwójne standardy.
„To nie jest uhonorowanie walczących o niepodległość. To jest uhonorowanie rzeźników, którzy mordowali bezbronnych ludzi tylko dlatego, że mówili po polsku i chodzili do kościoła. I Zełenski, zamiast odcinać się od tego bandyckiego dziedzictwa, świadomie wali nim w twarz Polsce. Czuję obrzydzenie i palący wstyd za tych wszystkich, którzy to będą bagatelizować i mówić 'nie czas na protest’. Bo jest czas. Zawsze jest czas, żeby nie pozwolić, by mordercy zostali bohaterami” – kontynuuje emerytowany polityk.
Miller kończy wpis żądaniem, by prezydent Karol Nawrocki odebrał Zełenskiemu Order Orła Białego.
Wysoki rangą członek rosyjskiego parlamentu oświadczył we wtorek, że Rosja planuje eskalację ataków na Kijów poprzez uderzenia w podziemne obiekty i bunkry wykorzystywane przez ukraińskie dowództwo wojskowe oraz władze kraju.
Rosja poinformowała Stany Zjednoczone i ich europejskich sojuszników o konieczności ewakuacji swojego personelu ze stolicy Ukrainy, ponieważ Moskwa planuje zmasowane uderzenia. Mają one być odpowiedzią na ukraiński atak dronów z 22 maja, który uderzył w szkołę wyższą w Starobielsku w obwodzie ługańskim, zabijając 21 osób, a także na inne ataki wymierzone w ludność cywilną.
Jak podaje RT, Andriej Kartapołow, szef Komisji Obrony rosyjskiej Dumy Państwowej, oznajmił, że „cierpliwość Rosji się wyczerpała” i że celami staną się „podziemne, ufortyfikowane [wojskowe] centra dowodzenia i kontroli” oraz bunkry używane przez ukraińskie służby bezpieczeństwa i kierownictwo państwa.
Rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych przekazało, że wśród celów znajdą się obiekty wykorzystywane do produkcji dronów oraz „centra decyzyjne” w Kijowie. Kartapołow zaznaczył, że pojęcie „centrów decyzyjnych” nie obejmuje ukraińskiego parlamentu ani biura prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, ponieważ ukraińscy deputowani nie kontrolują armii, a sam ukraiński przywódca rzadko przebywa w swoim gabinecie.
Anatol Lieven, dyrektor Programu Eurazji w Instytucie Quincy, napisał na łamach „Responsible Statecraft”, że Rosja prawdopodobnie użyje swoich naddźwiękowych rakiet Oresznik do zaatakowania „podziemnych kwater głównych w Kijowie, w których amerykańscy i europejscy oficerowie pomagali ukraińskim siłom zbrojnym w obieraniu celów na terenie Rosji za pomocą pocisków i dronów”.
Lieven zauważył, że Rosja powstrzymywała się dotychczas przed atakowaniem tych kwater – pomimo częstych uderzeń Ukrainy w rosyjskie centra dowodzenia – z obawy przed prawdopodobnym zabiciem żołnierzy oraz oficerów wywiadu ze Stanów Zjednoczonych i innych państw NATO. Mogłoby to bowiem doprowadzić do poważnej eskalacji ze strony Zachodu.
Rosja prawdopodobnie zwlekała z podjęciem tego kroku również dlatego, że była zaangażowana w negocjacje z administracją Trumpa w sprawie potencjalnego zakończenia wojny. Rozmowy te utknęły jednak w martwym punkcie, o czym świadczy wypowiedź sekretarza stanu USA Marco Rubio z zeszłego tygodnia, który stwierdził, że „obecnie żadne takie rozmowy się nie toczą”.
Autorstwo: Dave DeCamp Źródło zagraniczne: News.AntiWar.com Źródło polskie: WolneMedia.net
Dzisiejsza rozmowa telefoniczna między Ławrowem a Rubio była niezwykle ważnym i alarmującym elementem komunikacji dyplomatycznej, poruszającym trzy kluczowe kwestie.
Rozmowa odbyła się na prośbę Ławrowa, podczas gdy Rubio przebywa obecnie w czterodniowej podróży do Indii, aby wziąć udział w spotkaniu QUAD w New Delhi. Rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Tommy Pigott, potwierdził: „Minister spraw zagranicznych Marco Rubio rozmawiał dziś z ministrem spraw zagranicznych Rosji Siergiejem Ławrowem na prośbę ministra. Strony wymieniły poglądy na temat wojny rosyjsko-ukraińskiej, stosunków dwustronnych oraz sytuacji w Iranie”. Oto pełny raport:
Wiadomość 1: Nieuchronne systematyczne ataki na Kijów – na bezpośrednie polecenie Putina
Najbardziej niepokojącym elementem rozmowy był jej główny cel. Na bezpośredni rozkaz prezydenta Władimira Putina, Ławrow poinformował Rubia, że siły rosyjskie przeprowadzają systematyczne ataki na obiekty w Kijowie wykorzystywane przez ukraińskie siły zbrojne.
Moskwa określiła te ataki jako odpowiedź na ciągłe ataki reżimu w Kijowie na ludność cywilną i infrastrukturę w Rosji – w szczególności odnosząc się do niedawnego śmiertelnego ataku na akademik w rosyjskim mieście Starobielsk, w którym zginęło co najmniej 21 osób, głównie nastoletnie dziewczyny. Moskwa nazwała to „kroplą goryczy”.
Następnie wojska rosyjskie rozpoczęły zmasowany atak na Kijów, wykorzystując pociski manewrujące Iskander, Zircon, X-101 i hipersoniczne pociski Oresznik — łącznie około 50 pocisków i 700 dronów.
Wiadomość 2: Ewakuacja dyplomatów amerykańskich z Kijowa
Ławrow zwrócił uwagę Rubia na oświadczenie wydane przez rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych 25 maja, w którym zalecono Stanom Zjednoczonym i innym państwom posiadającym misje w Kijowie, aby zapewniły ewakuację swojego personelu dyplomatycznego i innych obywateli ze stolicy Ukrainy w oczekiwaniu na zbliżającą się kampanię systematycznych ataków.
Wiadomość 3: Porozumienia Anchorage są podważane
Ławrow przypomniał Rubio o porozumieniach na wysokim szczeblu zawartych w Anchorage w sierpniu 2025 roku, na wniosek Stanów Zjednoczonych, w związku z konfliktem na Ukrainie i wyraził ubolewanie, że „dominująca postawa elit europejskich i reżimu w Kijowie” podważa te porozumienia, które, według Moskwy, „utorowały drogę do trwałego, długoterminowego rozwiązania opartego na równowadze interesów”. Jest to formalny komunikat Rosji do Waszyngtonu, że Moskwa obwinia nie Rosję, ale stolice europejskie i Kijów za załamanie się porozumienia z Anchorage.
Niektórzy pytali: „Dlaczego Rosja czekała z tym cztery lata?”. Myślę, że są dwa powody: po pierwsze, uważam, że Rosja ma źródła informacji wywiadowczych we wszystkich kluczowych ukraińskich jednostkach wojskowych i wywiadowczych w Kijowie i nie chciała ryzykować ich zabicia ani narażenia na niebezpieczeństwo poprzez nieuzasadnione ataki na te miejsca.
Po drugie, Rosja chciała uniknąć zabicia personelu wojskowego i wywiadowczego USA i innych państw NATO, współpracujących z ukraińskimi odpowiednikami, aby zapobiec konfrontacji militarnej z Zachodem.
W obliczu ataku terrorystycznego na dzieci w szkole w Ługańsku, skonfrontowana z faktem, że atak ten został umożliwiony przez zachodni wywiad i technologię, Rosja osiągnęła kres swojej cierpliwości i położy kres możliwości Ukrainy do przeprowadzania kolejnych ataków terrorystycznych – nawet jeśli oznacza to śmierć personelu amerykańskiego i europejskiego. Zostali ostrzeżeni. Rosja daje im czas na wycofanie się. Każdy, kto zostanie, prawdopodobnie zginie. Taka była istota przesłania Ławrowa do Rubia.
W niedzielę wieczorem Rosja użyła pocisku Oresznik w odwecie za bombardowanie akademika przez Ukrainę. Ale jaki był cel pocisku?
Anti-Spiegel 26 maj 2026
Trzecie użycie pocisku Oresznik trafiło na pierwsze strony gazet na całym świecie, ale cel pozostaje tajemnicą. Odpowiedzi udzielił rosyjski ekspert, jak donosi rosyjski portal informacyjny. Przetłumaczyłem raport.
===========================================
„Kompleks remontu samolotów to tylko przykrywka”: Generał Lipowoj ujawnia, co prawdopodobnie zniszczył pocisk Oresznik w Białej Cerkwi
Bohater Rosji Siergiej Lipowoj dzieli się swoimi spostrzeżeniami i wyjaśnia, co mogło być prawdziwym celem ataku hipersonicznego pocisku balistycznego Oresznik w Białej Cerkwi pod Kijowem.
W ukraińskich mediach społecznościowych krąży informacja, że celem pocisku Oresznik wystrzelonego w Biełą Cerkiew pod Kijowem był kompleks garaży. W rzeczywistości jednak zniszczono kompleks remontu samolotów w Białej Cerkwi, a według generała majora Siergieja Lipowoja, przewodniczącego prezydium Wszechrosyjskiej Organizacji „Oficerowie Rosji” i Bohatera Rosji, część podziemna była znacznie ważniejsza niż część naziemna. Zniszczeniu uległ również tamtejszy węzeł kolejowy, na którym w ostatnich miesiącach rozładowywano pociągi ze sprzętem wojskowym z krajów NATO. Pobliskie garaże i warsztaty były jedynie stratami ubocznymi w wyniku ataku broni hipersonicznej.
„Kompleks napraw samolotów to cała sieć fabryk zintegrowanych we wspólnym łańcuchu logistycznym. Praktycznie żaden z samolotów, które Ukraina odziedziczyła po czasach sowieckich, nie przetrwał” – powiedział generał major Lipowoj. „Jednak wycofane z eksploatacji samoloty dostarczone do Kijowa przez NATO wymagają starannej i długotrwałej konserwacji. W przeciwnym razie, używając terminologii lotniczej, stają się drewnem na opał, zaledwie atrapami. Podejmowane są próby ich reaktywacji, w nadziei, że znów będą mogły latać. Ale rosyjskie wojsko nie daje im takiej szansy. Technologia została zniszczona”.
Jak stwierdził Siergiej Lipowoj, ten kompleks remontowy samolotów był jedynie przykrywką. „Ten kompleks został dawno temu przebudowany i zmodernizowany na potrzeby produkcji zbrojeniowej. Hale montażowe znajdują się nie tylko nad ziemią, ale i pod ziemią. Ta sieć obiektów powstała w czasach sowieckich; została zaprojektowana jako arsenał chroniony bunkrami: na dole znajduje się całe podziemne miasto z wszechstronną i rozległą infrastrukturą”.
Ekspert porównuje kompleks remontowy samolotów w Białej Cerkwi do Zakładów Metalurgicznych Azowstal w Mariupolu i Zakładów Rakietowo-Maszynowych Jużmasz w Dnieprze, gdzie podziemne obiekty były chronione masywnymi betonowymi konstrukcjami i zaprojektowane tak, aby wytrzymać nawet atak nuklearny. „Również tam podziemna przestrzeń była kluczowa, ponieważ mieściły się tam budynki fabryczne i łączące je tunele, którymi poruszały się pojazdy. Nic nie porusza się pod Jużmaszem po uderzeniu Oreshnika”.
Według Lipowoja, kompleks remontowy samolotów w Białej Cerkwi był niewątpliwie bazą wojskowego centrum produkcyjno-logistycznego, gdzie pod ziemią montowano drony bojowe i inne systemy uzbrojenia. Prawdopodobnie jednak chodziło o coś więcej, ponieważ sama przestrzeń i możliwości logistyczne podziemnych bunkrów dawały wszelkie możliwości. „W bunkrach mogły również mieścić się centra szkoleniowe, centra dowodzenia i centra decyzyjne, gdzie mogli przebywać generałowie NATO.(Według niektórych źródeł, miejsce to mogło również służyć do przekazywania zachodnich sygnałów satelitarnych i sterowania dronami – red.).Oresznik został użyty do zniszczenia tego wszystkiego jednym zamachem”.
„Niektórzy twierdzą teraz, że byłoby lepiej, gdyby ten Oresznik był uzbrojony w prawdziwe głowice”.
„Chodzi o to, że parametry techniczne Oresznika pozwalają na jego użycie nawet bez głowicy. Pocisk balistyczny osiąga prędkość Mach 10 (około 2,5–3 kilometrów na sekundę). Po uderzeniu penetruje i niszczy wszystko głęboko pod ziemią. Dlatego nawet bez głowic wystarczy, aby stopić wszystko w promieniu do 100 metrów”.