Sposób na radary. Plaga fałszywych tablic rejestracyjnych

Sposób na radary. Plaga fałszywych tablic rejestracyjnych

13.01.2026 BD nczas

Odcinkowy pomiar prędkości.
Odcinkowy pomiar prędkości. / Fot. PAP

Policja twierdzi, że to już „masowe zjawisko”, z którym trudno sobie poradzić. W ten sposób tysiące pojazdów i ich kierowcy unikają mandatów. To naturalna reakcja na tysiące radarów i czasami absurdalne ograniczenia szybkości, które szybko pozbawiają kierowców nie tylko pieniędzy, ale i punktów.

Raport francuskiej policji mówi, że już „setki tysięcy pojazdów jest zarejestrowanych na nieistniejące podmioty”, a taki „proceder pozwala właścicielom tych pojazdów uniknąć mandatów drogowych”. „Straty” skarby państwa ocenia się na miliony euro.

Chodzi też o podrabianie tablic „prawowitych właścicieli” samochodów, którzy otrzymują mandaty za wykroczenia, których nie popełnili. Policja widzi problem w zmianie przepisów z 2017 roku i uproszczeniu procedur administracyjnych poprzez ich digitalizację online.

Miało to otworzyć drzwi oszustwom. Chodzi o podszywanie się pod „specjalistów motoryzacyjnych” (przedstawicieli salonów samochodowych, zawodowych sprzedawców) upoważnionych do dostępu do systemy rejestracji. Państwo przyznało zezwolenia dostępu do systemu dla około 34 000 „zaufanych podmiotów zewnętrznych”, ale bez żadnej poważnej ich weryfikacji. Teraz około 4000 z nich jest zawieszanych lub wykluczanych z systemu każdego roku za nadużycia, co stanowi ponad 10% całości.

Oszuści w taki sposób uzyskują dostęp do rejestracji pojazdów i wykorzystują sfałszowane dokumenty rejestracyjne. Później mandaty za uchwycenie samochodu na fotoradarze docierają nie do sprawcy, ale do zarejestrowanego oficjalnie właściciela lub salonu-widma. Mandaty są odrzucane, a sprawca wykroczenia pozostaje bezkarny.

Podobno jest to metoda już „preferowana przez zorganizowaną przestępczość”. Policja uważa, że w tle może być pranie pieniędzy, sprzedaż kradzionych samochodów, czy nawet handel narkotykami. Są już wykryte przypadki, jak sprawa „Las Vegas Auto”. Za 600 euro można było zarejestrować pojazd na taką nieistniejącą firmę, a pojazdy takie odnaleziono nawet na Majotcie i w garażach… Pałacu Prezydenckiego.

Pośrednicy otwarcie oferują swoje usługi w mediach społecznościowych, na Snapchacie i Facebooku. Standardowe stawki to 40 euro za anulowanie dowodu rejestracyjnego poprzedniego właściciela, 80 euro za aktualizację ubezpieczenia, 100 euro za wydanie nowego dowodu rejestracyjnego.

Według szacunków Ministerstwa Spraw Wewnętrznych z 2025 r., „średnio każdego roku identyfikowanych jest 250 000 pojazdów zarejestrowanych w sposób nieuczciwy”. Tylko w stołecznym regionie Île-de-France zidentyfikowano 138 salonów-widm, które rzekomo sprzedały i zarejestrowały ponad 1000 pojazdów.

Źródło: Le Parsisien

Zima uderzyła w ceny prądu. Polska najdroższa w Europie. [Oczywiście nie „zima”, a durnie ideolo!!]

Zima uderzyła w ceny prądu.

Polska najdroższa w Europie

Wysokie ceny gazu mogą również przyczyniać się do wzrostu cen emisji dwutlenku węgla. Wraz ze wzrostem cen gazu producenci energii elektrycznej przechodzą na węgiel, który jest bardziej emisyjny – co zwiększa emisje, a w konsekwencji popyt na uprawnienia do emisji – opisują analitycy z GMK Center.

oprac. Magda Żugier 13 stycznia 2026, money.pl/zima-uderzyla-w-ceny-pradu-polska-najdrozsza-w-europie

Podczas najmocniejszego ataku zimy od lat krajowy system energetyczny musiał oprzeć się przede wszystkim na paliwach kopalnych. Przy słabym wietrze, niskim nasłonecznieniu i braku możliwości magazynowania energii kluczową rolę przejęły bloki węglowe – opisuje bizblog.spidersweb.pl.

13 stycznia przed godz. 7 rano węgiel kamienny odpowiadał za 51 proc. krajowego miksu energetycznego, węgiel brunatny za 24,8 proc., a gaz ziemny za 16,8 proc. Łącznie paliwa kopalne odpowiadały za blisko 76 proc. produkcji energii elektrycznej w Polsce. Choć taka struktura pozwoliła utrzymać stabilność systemu, miała ona wyraźne konsekwencje kosztowe.

Najlepiej widać je na rynku dnia następnego. Polska znalazła się na czele europejskiego zestawienia z ceną 261 euro za megawatogodzinę. Za nią uplasowały się Węgry (253 euro), a następnie ex aequo Bułgaria i Rumunia (po 248 euro). Wysokie ceny notowały też Litwa i Łotwa (232 euro), Słowacja (231 euro), Serbia (229 euro), Estonia (228 euro) oraz Chorwacja (227 euro).

Wielkie błędy gigantów. Nawet tak znane firmy nie uniknęły poważnych problemów

Portal podkreśla, że na drugim biegunie znalazły się kraje skandynawskie. W Norwegii ceny wahały się od 29 euro na północy do 103 euro na południu, a w Szwecji od 61 do 103 euro. Niższe stawki notowano także we Francji (90 euro), Hiszpanii i Portugalii (po 96 euro), Holandii (98 euro) oraz Finlandii (100 euro).

Rosnąca cena CO2 zwiększa presję

Dodatkowym czynnikiem wpływającym na koszty energii jest rosnąca cena emisji dwutlenku węgla. Uprawnienia do emisji CO2 osiągnęły 2,5-roczne maksimum. Od lipca ubiegłego roku ich cena wzrosła o około 25 proc., a obecnie przekracza 88 euro za tonę.

Jak wskazuje firma maklerska Vertis w nocie cytowanej przez Montel, rynek nie ma jasności,[Sic!! md] czy w najbliższych tygodniach możliwy będzie dalszy wzrost cen, czy raczej korekta wynikająca ze spadku awersji do ryzyka. Kluczowe znaczenie mogą mieć prognozy pogody — ustąpienie mrozów ograniczyłoby zapotrzebowanie na energię.

W dłuższym horyzoncie eksperci spodziewają się jednak dalszego wzrostu cen CO2. Według prognoz mają one sięgnąć 126 euro za tonę w 2030 r., głównie w związku z wycofywaniem bezpłatnych uprawnień. Analitycy GMK Center przypominają, że w tym roku niektóre sektory otrzymają jeszcze do 30 proc. darmowych uprawnień, ale do końca dekady mechanizm ten zostanie całkowicie wygaszony.

Eksperci zwracają też uwagę, że wysokie ceny gazu sprzyjają powrotowi producentów energii do węgla, który jest bardziej emisyjny. To zwiększa emisje CO2 i popyt na uprawnienia, co dodatkowo napędza presję kosztową w systemach energetycznych opartych na paliwach kopalnych.

Źródło: bizblog.spidersweb.pl

Süddeutsche Zeitung: „Na uratowanie UE zostało niespełna dwa lata”

Süddeutsche Zeitung: „Na uratowanie UE zostało niespełna dwa lata”

12.01.2026 tysol/s-ddeutsche-zeitung-na-uratowanie-ue-zostalo-niespelna-dwa-lata

Unia Europejska może nie przetrwać w obecnym kształcie – ostrzega niemiecki dziennik Süddeutsche Zeitung. Według autora felietonu red. Josefa Kelnbergera kluczowe będą najbliższe dwa lata, a szczególnie wybory we Francji i w Polsce w 2027 roku. Jeśli wygra w nich prawica, liberalny projekt UE może się rozpaść.

„Piąty jeździec apokalipsy” i wizja upadku UE

W tekście opublikowanym 12 stycznia 2026 roku Josef Kelnberger pisze, że niemiecką debatę publiczną straszą dziś „czterej jeźdźcy apokalipsy” – wzrost poparcia dla „skrajnej prawicy”, kryzys gospodarczy, wojna światowa i katastrofa klimatyczna. Każdy z nich ma, jak ironicznie zauważa autor, twarz Donalda Trumpa.

Jednocześnie – jak podkreśla – ignorowany jest „piąty jeździec apokalipsy”: upadek Unii Europejskiej, który może się wydarzyć już za dwa lata. 

UE jako sojusz liberalnych państw demokratycznych umrze, jeśli w wyborach we Francji i Polsce w 2027 roku wygra prawica – alarmuje Kelnberger.

Kluczowa Francja i Polska

Zdaniem publicysty, zwycięstwo prawicy w tych dwóch krajach uruchomiłoby efekt domina. Twierdzi, że Władimir Putin, Trump i Xi Jinping „będą walczyć o łupy”, a Europie grozi utrata politycznej spójności.

Autor ostrzega też przed konsekwencjami dla Niemiec. Według niego w takim scenariuszu do władzy może dojść AfD, kierując państwem dysponującym „najsilniejszą armią na rozpadającym się kontynencie”.

Strach w Brukseli

Kelnberger zaznacza, że wizja rozpadu UE nie jest jedynie publicystyczną fantazją. Jak pisze, podobne obawy coraz częściej pojawiają się w rozmowach „wpływowych osób w Brukseli”. Utyskuje jednak, że „nigdzie w Europie nikt nie wydaje się poważnie martwić o UE”. 

A przecież są powody do paniki. Tylko dzięki sprawnie funkcjonującej UE można bronić liberalnego europejskiego modelu życia.

„Epigon Kaczyńskiego zamiast Tuska”

Felietonista przypomina popularne w Brukseli powiedzenie, że „Europa powstaje w czasach kryzysów”. Tak było przy tworzeniu strefy euro czy wspólnych długach w czasie pandemii. Tym razem jednak sytuacja może być inna.

Istnieją jednak poważne powody, by sądzić, że obecny kryzys jest tym wielkim kryzysem, który nie przyczyni się do rozwoju Europy, ale doprowadzi do jej rozłamu (…) Węgry pod rządami Viktora Orbana już dawno odeszły od podstawowego konsensusu UE w zakresie zasad państwa prawa, ochrony klimatu i w miarę humanitarnej polityki migracyjnej. Słowacja wydaje się podążać podobną drogą. Jeśli jako miarę potraktować wsparcie dla Ukrainy, to Czechy również już się odłączyły. Włoszka Giorgia Meloni nadal pozostaje w konserwatywnym mainstreamie, ale to się prawdopodobnie zmieni, jeśli we Francji rządzić będzie Jordan Bardella zamiast Emmanuela Macrona, a w Polsce epigon Kaczyńskiego zamiast Donalda Tuska. Wtedy UE przechyliłaby się w prawo. A Europa stałaby się w dłuższej perspektywie zbiorem państw kierowanych głównie przez prawicowe siły nacjonalistyczne, bez wspólnego projektu.

Zostały dwa lata

Według autora Unia Europejska ma „niespełna dwa lata”, by udowodnić obywatelom, że działa i daje realną ochronę. Wskazuje, że pojedyncze państwa byłyby wobec wyzwań dzisiejszych czasów bezradne. Jako pozytywny akcent wskazuje umowę UE-Mercosur podkreślając jednak, że „jest to jednak tylko pierwszy, niewielki krok”. 

Do 2027 r. gospodarka europejska powinna znacznie wzrosnąć, nowy budżet w wysokości dwóch bilionów euro powinien być gotowy, a wspólny system azylowy powinien funkcjonować. Dodaje także, iż „UE potrzebuje wspólnej polityki”, wskazując na „europejską armię, która byłaby ostatecznym spoiwem sojuszu”. 

Tak wygląda obraz Unii Europejskiej, która wydaje się przestarzała. Pilnie potrzebuje ona sygnału do zmian – podsumowuje Josef Kelnberger.

Polscy rolnicy spisani na straty

Polscy rolnicy spisani na straty

Arkadiusz Miksa myslpolska

W cotygodniowym programie telewizyjnym z udziałem dziennikarzy różnych, ale w sumie jedynie słusznych mediów, dziennikarka Onetu Małgorzata Gałczyńska z rozbrajającą szczerością przyznała, że na rolnictwie się nie zna kompletnie, ale się wypowie. Otóż według tej pani, niekorzystna dla polskiego rolnictwa umowa Unii Europejskiej z państwami Ameryki Południowej, to nieuchronny element globalizacji. Stwierdziła również, że polskim rolnictwem straszono również kraje Zachodu przed przystąpieniem Polski do UE, a przecież polskie rolnictwo nie dobiło rolnictwa zachodniego. W epilogu swojej wypowiedzi stwierdziła, że interes branży motoryzacyjnej w Polsce jest ważniejszy od polskiego rolnictwa. Tymczasem o branży motoryzacyjnej jako o strategicznej dla swojej gospodarki to mogą mówić Czesi ze swoją Skodą i Tatrą czy nawet Rumuni z Dacią, która dobrze się sprzedaje. My to mamy popłuczyny po branży motoryzacyjnej, więcej produkuje pięciomilionowa Słowacja czy rolnicze Węgry.

W Polsce istnieje w tej chwili nieformalny kombinat w skład, którego wchodzą politycy rządzących Polską ugrupowań, dziennikarze, publicyści, jacyś internetowi patocelebryci oraz zainteresowane korporacje. Oni mówią wprost, że jako nasza elita intelektualna wiedzą lepiej co dla polskiego pospólstwa jest słuszne i dobre. Obiecywano nam Unię równych szans i solidaryzm międzynarodowy, tymczasem liderzy UE z Zachodniej Europy wynegocjowali sobie porozumienie z Brazylią czy Argentyną w ramach którego, ich rolnictwo ma ponieść jak najmniejsze zyski w sektorze rolniczym i jak największe w sektorze przemysłowym.

Negatywne aspekty podpisanej umowy mają wziąć na siebie kraje Europy Wschodniej. One według polityków z Berlina i Paryża i tak już za dużo zyskały na swoim członkostwie w UE, pora na rekompensatę. Tymczasem polscy euroentuzjaści wierzą niewzruszenie wierzą w istnienie brukselskiego Świętego Mikołaja, który od lat bezinteresownie zasila Polskę grubą kasą.

Polscy rolnicy protestują, premier Tusk bagatelizuje ich protesty twierdząc, że protesty są niewielkie i spodziewał się większych. Jednocześnie uruchamia się w mediach społecznościowych spiralę ataków internetowych trolli z obozu Tuska, którzy wrzucają chore z nienawiści komentarze pod adresem polskich rolników. W Polsce zniszczono już skutecznie wizerunek polskiego górnika, teraz przyszła pora na polskiego rolnika. Polskim rolnikom zarzuca się, że najwięcej zarobili na obecności Polski w UE. Dowodem na tę tezę mają być drogie, nowoczesne ciągniki, którymi pracują w polu. Tak, te ciągniki są drogie, ale czy to polski rolnik decyduje po ile są one rolnikom sprzedawane? Te ciągniki nie są formą prestiżu dla rolników, nie kupują ich dla rozrywki, tylko do pracy. To nie jest limuzyna prezesa firmy służąca rozrywce i ego właściciela.

Może te ciągniki byłby tańsze, gdyby były produkowane w Polsce, ale już nie są produkowane, bo zadbali oto kumple Tuska pokroju Janusza Lewandowskiego. Ciągniki byłby tańsze, gdyby rolnicy nie musieli kupować je od niemieckich firm tylko na przykład z Białorusi, gdzie są znacznie tańsze, ale polscy rolnicy nie mogą ich kupować, jeśli chcą otrzymać wsparcie z UE na zakup nowego taboru. Ci spośród polskich rolników, którzy kupili białoruskie traktory mimo pierwotnej zgody na ich zakup mają dziś zwracać całość dofinansowania. Czy ktoś z hejtujących rolników sekciarzy Tuska zdaje sobie w ogóle sprawę, ile sztuk bydła lub trzody chlewnej trzeba sprzedać, żeby kupić taki ciągnik? Czy wy myślcie, że te ciągniki to jest jakaś fanaberia?

W sukurs polskim hejterom idą ukraińscy hejterzy mieszkający w Polsce, którym dedykowane są strony na portalach społecznościowych. Pod postem dotyczącym rolniczych protestów wylała się ukraińska gnojowica w komentarzach. Ukraińcy mieszkający w Polsce nazywają polskich rolników świniami, które wysypywały ukraińskie zboże. Debile, głupcy, zwierzęta i tym podobne określenia pod adresem polskich rolników ze strony nacji, która jest u nas na „gościnnych występach”, tylko dlatego, że polski rolnik nie chciał w Polsce zanieczyszczonego zboża z państwa, które nie przestrzega norm w zakresie upraw, ma niższe koszty produkcji oraz zdecydowanie lepsze warunki wegetacji roślin.

Swoją drogą czy władze polskie, które tak ochoczo biorą się za wyłapywanie w sieci internetowe Polaków przekraczających dopuszczalną krytykę Ukraińców zajmą się w końcu niedopuszczalną ukraińską krytyką pod adresem Polski i Polaków?

Z obrzydzeniem patrzę jak pod protesty rolnicze podłączaj się dziś politycy PiS oraz ich medialne sługusy z Republiki czy „Gazety Polskiej”. Przecież to właśnie PiS przymykał oko na niekontrolowany napływ ukraińskich produktów rolnych do Polski a protestujących wówczas rolników nazywał „ruskimi onucami”, dziś udają amnezję w tym temacie.


Arkadiusz Miksa

Eurobawełna. O logice systemu

Eurobawełna. O logice systemu

Republikaniec


salon24.pl/eurobawelna-o-logice-systemu

W ciągu 1918 roku podbite przez Rosję w XIX wieku narody Azji Środkowej odzyskały niepodległość. Wchodząc w lokalne sojusze ze słabym na tym terenie reprezentacjami Białych, usiłowały zbudować zręby własnych państwowości. Ponowny podbój przez Rosję Czerwoną był długotrwały i krwawy, walki z narodową, antybolszewicką partyzantką trwały jeszcze pod koniec lat 20. Sowieci utrwalając swoje porządki rozumieli, że by przyciągnąć i podporządkować miejscowych nie wystarczy sam kij. Marchewką i projektem przebudowy społecznej i gospodarczej stał się program nawodnienia suchych połaci późniejszego Kazachstanu, Uzbekistanu i Turkmenii wodami rzek Amu-darii i Syr-darii, w celu uprawiania tam na gigantyczną skalę bawełny. Podstawa ekonomii i nowej organizacji społecznej, z przesiedleniami i przemieszaniem ludności tych republik w tle. 

Wielkie budowy kanałów rozpoczęte w latach 30. efekt dały, pola bawełny, zwłaszcza w Uzbekistanie powstały. Jednak dyletancka hydrostrojka, wykorzystująca zaledwie kilka procent przekierowywanej wody (reszta wsiąka do dziś w piach, albo zasila nieistniejące wcześniej słone jezioro Sarykamyskie) dała efekt przez fachowców oczekiwany, ale dla polityków nieznaczący. Po 30 latach od rozpoczęcia programu zaczęło zanikać jedno z największych śródlądowych jezior świata, Aralskie. Z prawie 70 tys km² pozostało 10 tys. km². [Chyba już go nie ma wcale. md]

O nadciąganiu gigantycznej katastrofy ekologicznej wiadomo było od lat 60. XX wieku, ale skoro linia Władzy Radzieckiej musiała być zawsze słuszna, uznano że powstanie i istnienie jeziora Aralskiego jest „oczywistą pomyłką natury”, a bieżące potrzeby społeczeństwa sowieckiego Uzbekistanu są ważniejsze od opinii jakichś tam naukowców. I wuj tam z tymi wszystkimi rybkami, ptaszkami, oraz rybakami i całą reszta mieszkańców wybrzeża. Z jego okolic trzeba było przesiedlić 100 tys. ludzi, niemal wszystkie organizmy zamieszkujące wody Jeziora Aralskiego wymarły (zasolenie), a wśród mieszkańców regionu znacząco wzrosła częstość występowania takich chorób jak gruźlica, tyfus, niedokrwistość, a u noworodków także upośledzenia umysłowe. Jednak do rozpadu Związku Sowieckiego w 1991 polityki nie zmieniono. Jako dziedzictwo pozostała pustynia Aral-kum, 50 tys. km² powierzchni piachu krytycznie zanieczyszczonego pestycydami i pozostałością nawozów sztucznych.

========================================================

Dlaczego zaczynam Anno 2026 od tej odległej czasowo i przestrzenie sprawy? Bo znakomicie ilustruje logikę (a raczej jakiś byt będący odwrotnością logiki) działania niedemokratycznych, lekceważących opinię rządzonych, opartych na ideologii systemów. By istnieć, muszą one wymyślać dla siebie ideologiczne wielkie projekty, które angażując i dając zatrudnienie wielu, ukrywają rzeczywiste intencje Władzy i osłaniają  rozciągającą się za nimi pustkę nieuctwa i głupoty.

Osuwająca się od dawna w euro-marksizm Unia Europejska wymyśliła jako swój motyw przewodni „walkę z klimatem”, przedstawiając zmiany klimatyczne jako efekt antropogeniczny. „Zielona rewolucja” niosąc nowe technologie (a w marzeniach najbardziej chorych ideolo i nowe społeczeństwo, wymieszane migracjami, uwięzione w miastach 15-minutowych), miała w założeniach budować przewagę ekonomiczną rewolucjonistów łaskawie udostępniających za grube money światu swoje „zielone” wynalazki.

Ale świat jakoś nie kupuje „wartości”, zielona energia niestabilnością i gigantycznymi kosztami zabija europejski przemysł. Wyniesienie „nieczystej” produkcji do Chin, w idiotycznym założeniu że Chińczycy są tak głupi, że wiecznie za miskę ryżu będą robić śrubki i inne komponenty dla Białych Bwana, właśnie się skończyło. Azjaci  przejęli technologie, i to oni zarabiają na panelach fotowoltaicznych, wiatrakach, samochodach elektrycznych. I nie tylko.

Rewolucyjna Władza nie może się przyznać do porażki. Trzeba uciec do przodu, więcej zieleni, zaostrzone „cele klimatyczne do 2040”, więcej integracji. Ale za co?

Jednym z sektorów gospodarki europejskiej ,którego wspólną przebudowę można uznać za w miarę udaną, jest rolnictwo. Dziesiątki lat wspólnej polityki rolnej ukształtowały rynek dość drogiej, ale o bardzo wysokiej jakości żywności. Z produkcją poddaną licznym, kosztownym restrykcjom, zwłaszcza co do stosowanych chemicznych środków ochrony i nawożenia.

Teraz Władza Europejska wobec upadku konkurencyjności europejskiego przemysłu kolanem przepycha umowę handlową z krajami Ameryki Południowej, która w zamian za otwarcie ich rynku na artykuły przemysłowe, otwiera rynek europejski na ich artykuły rolne.

Jaki będzie przewidywalny skutek? Rolnictwo południowoamerykańskie nie poddane „eko-restrykcjom” jest tanie, ale co z jakością? Zapomniane u nas i od dawna zakazane pestycydy oraz produkty roślinne GMO popłyną do Europy szeroką strugą. Prawo Kopernika-Greshama ma zastosowanie nie tylko do pieniądza. Tani towar gorszej jakości wyprze droższy, europejski. Rolnicy europejscy będą bankrutować, a produkcji rolnej raz zlikwidowanej tak łatwo się nie odtworzy.

Ale cóż to obchodzi eurokratów? Powiedzą, że postęp wymaga ofiar. A co z bezpieczeństwem żywnościowym, wszak łańcuch dostaw przez Atlantyk nie jest krótki, ani w 100% bezpieczny, zwłaszcza w czasach zagrożeń? Ojtam ojtam, Komisja Europejska się jakoś wyżywi.

Efekty kilkudziesięciu lat pracy rolników i setki miliardów euro wydane na dostosowanie do coraz bardziej wyśrubowanych standardów produkcyjnych zostają wyrzucone arbitralną decyzją polityczną do kosza.

I jakoś nikogo w Brukseli nie wzrusza oczywista nieekologiczność południowoamerykańskiego rolinictwa, niszczenie tamtejszego środowiska naturalnego, wycinanie tlenodajnej dżungli, ani nawet Złe Mzimu ślad węglowy spodziewanego transportu tysiecy ton towarów przez Atlantyk.

Tylko czy efekt popytu dla europejskiego przemysłu jest pewny? Czy Chińczycy są w rzeczy samej tak tępi, że będą nie tylko nadal dostarczać do Europy produkowane u siebie części i komponenty, ale i powiększą ich dostawy na rzecz euro-produkcji na rynek amerykański? Kraje MERCOSUR z całą pewnością nie zamkną swoich rynków dla Chin, ich współpraca ma długą tradycję.

Czy Południowi Amerykanie będą radośnie kupować niemieckie i francuskie samochody, które mimo zniesienia barier celnych i tak będą droższe od chińskich, a jakością także ich już nie biją?

Koszty przekierowywania w ideologicznym szale europejskich rzek i hodowli europejskiej bawełny rysują się coraz wyraźniej. 

Francis Fukuyama, ten od wieszczenia końca historii trzydzieści lat temu wydał w 2024 swoje nowe dzieło, zatytułowane „Zamieszanie z liberalizmem” (przy czym ten jego liberalizm jest dziś zupełnie w znaczeniu anglosaskim, u nas to się nazywa „socjalizm„). Z rozbrajającą szczerością konkluduje, że może i ten liberalizm to się nie całkiem sprawdził, ale przecież tyle już nasza zachodnia cywilizacja zainwestowała w jego rozwój, że za późno jest, by się wycofywać. 

Jakbym znowu słyszał wczesnego Michaiła Gorbaczowa, i opowieści o różnych tam socjalizmach z ludzką twarzą oraz bez błędów tudzież wypaczeń.

Niemieckie media: Koniec UE nie jest już tematem tabu

Niemieckie media: Koniec UE nie jest już tematem tabu

12 stycznia 2026 Paweł Kubala prawy/Niemieckie-media-Koniec-UE-nie-jest-juz-tematem-tabu

Zdjęcie ilustracyjne

Nie zdziwiłabym się, gdyby za dziesięć lat Unii Europejskiej już nie było. Nie z powodu wielkiego wybuchu, ale z powodu stopniowej utraty znaczenia. Traktaty pozostałyby, budynki również. Zniknęłaby tylko idea polityczna, która za nimi stoi – ocenia Sabine Rennefanz na łamach tygodnika „Der Spiegel”.

Wedle publicystki, w UE brakuje przywództwa zdolnego realizować długoterminową strategię. W jej ocenie, politycy skupiają się głównie na cyklach wyborczych. 

Unia Europejska sprawia wrażenie zmęczonej. Nie rozpada się, nie jest niezdolna do działania, ale wewnętrznie osłabła. Nadal funkcjonuje, technicznie i umownie. Jednak nie jest już tak przekonująca. Europa istnieje, ale nie ma już takiej siły – wskazuje.

Rennefanz pisze o kapitulacji kanclerza Niemiec.

Sam kanclerz Friedrich Merz zdaje się nie do końca wierzyć w tę Europę. Niedawno zasugerował Donaldowi Trumpowi, że Stany Zjednoczone mogłyby przynajmniej wybrać Niemcy jako partnera, gdyby nie były zainteresowane Europą. Nie zostało to odebrane jako manewr taktyczny. Raczej jako rezygnacja – zauważa.

W jej artykule nie mogło oczywiście zabraknąć również tradycji lewicowo-liberalnych mediów, czyli straszenia „skrajną prawicą”. W tym kontekście wymienia obecne lub niedawne rządy na Węgrzech, w Czechach, Słowacji, we Włoszech czy w Polsce. Wskazuje też na duże szanse, żeby podobne środowiska doszły do władzy we Francji czy Niemczech. W jej opinii Unia Europejska jest głęboko podzielona w wielu obszarach.

Źródło: dw.com

„Zachód”, którego już nie ma. Raport z dzielnic, do których policja boi się wjeżdżać

Zachód, którego już nie ma.

Raport z dzielnic, do których

policja boi się wjeżdżać

10.01.2026 htnczaszachod-ktorego-juz-nie-ma-raport-z-dzielnic-do-ktorych-policja-boi-sie-wjezdzac/

Zamieszki we Francji. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: screen
NCZAS.INFO | Zamieszki we Francji. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: screen

Jeszcze dwie dekady temu Paryż, Bruksela czy Sztokholm były dla Polaków synonimem cywilizacyjnego awansu, bezpieczeństwa i porządku. Dziś ten obraz to tylko wyblakła pocztówka. W sercu Europy wyrosły enklawy, w których prawo państwowe jest martwe, a służby mundurowe wjeżdżają tylko w pełnym rynsztunku bojowym. To nie jest scenariusz filmu dystopijnego. To rzeczywistość „stref wrażliwych”, którą zachodnie elity przez lata próbowały pudrować poprawnością polityczną.

Pamiętamy lata 90. i nasze kompleksy wobec Zachodu. Patrzyliśmy na niemieckie autostrady i szwedzkie osiedla z zazdrością. Dziś, gdy polski turysta ląduje w Paryżu czy Malmo, często doznaje szoku poznawczego. Zamiast „europejskiego snu” widzi brud, chaos i dzielnice, które mentalnie i kulturowo bliższe są Bliskiemu Wschodowi niż chrześcijańskiej Europie.

Szwecja: Granaty zamiast argumentów

Najbardziej jaskrawym przykładem upadku modelu państwa opiekuńczego jest Szwecja. Kraj, który przez lata był poligonem doświadczalnym lewicowej inżynierii społecznej, dziś płaci najwyższą cenę za swoją naiwność.

Termin „no-go zones” jest przez szwedzkich polityków oficjalnie wypierany, zastępuje się go eufemizmem „obszary wykluczone”. Niezależnie od nowomowy, fakty są brutalne. Dzielnice takie jak Rinkeby w Sztokholmie czy Rosengard w Malmo to państwa w państwie. Lokalne gangi narkotykowe nie tylko kontrolują handel, ale po prostu – i nie jest to żadna przenośnia – tam rządzą.

Statystyki są bezlitosne i stanowią chłodny prysznic dla entuzjastów „otwartych granic”. Szwecja stała się europejską stolicą strzelanin i zamachów bombowych z użyciem materiałów wybuchowych i granatów ręcznych. Policja, sparaliżowana politycznymi wytycznymi, by „nie eskalować” i „nie stygmatyzować”, w wielu przypadkach po prostu abdykowała.

Francja i Belgia: Terytoria utracone

Jeśli Szwecja jest przykładem gwałtownego załamania bezpieczeństwa, to Francja jest studium powolnego gnicia. W departamencie Seine-Saint-Denis (słynne „93” pod Paryżem) czy brukselskim Molenbeek, asymilacja nie istnieje. Powstały społeczeństwa równoległe, rządzące się własnym kodeksem honorowym, często opartym na prawie klanowym lub szariacie, a nie na kodeksie cywilnym Republiki Francuskiej czy Królestwa Belgii.

Dla przedsiębiorcy czy zwykłego podatnika oznacza to jedno: płacisz na utrzymanie infrastruktury i socjalu w miejscach, do których nie masz wstępu. Strażacy czy ratownicy medyczni wzywani do tych stref często odmawiają przyjazdu bez asysty policji, bo karetki są obrzucane kamieniami. To jest moment, w którym państwo przestaje spełniać swoją podstawową funkcję – zapewnienie bezpieczeństwa obywatelom.

Kosztowna utopia

Z perspektywy wolnorynkowej i gospodarczej, istnienie takich stref to gigantyczne obciążenie. To „czarne dziury”, które pochłaniają miliardy euro w postaci zasiłków socjalnych, programów aktywizacyjnych (które nie działają) i kosztów naprawy niszczonego mienia publicznego.

Podatnik jest podwójnie poszkodowany. Po pierwsze, jego podatki finansują utrzymanie ludzi, którzy otwarcie kontestują kulturę i prawo kraju gospodarza. Po drugie, spada wartość jego nieruchomości i poczucie bezpieczeństwa, co zmusza go do ucieczki na strzeżone osiedla lub prowincję.

Polska jako oaza? Jeszcze tak.

Na tym tle Polska jawi się jako oaza spokoju. Możemy spacerować po Warszawie, Krakowie czy Gdańsku o dowolnej porze nocy bez obawy, że wejdziemy w „złą dzielnicę”. Jednak ta sytuacja nie jest dana raz na zawsze. Presja unijna w ramach paktu migracyjnego oraz naturalne procesy rynkowe (poszukiwanie taniej siły roboczej przez korporacje) pchają nas w te same koleiny, w których ugrzązł Zachód.

Wnioski z raportu o zachodnich strefach „no-go” muszą być dla nas przestrogą, a nie tylko powodem do satysfakcji. Zachód popełnił błąd, myląc gościnność z naiwnością, a tolerancję z przyzwoleniem na bezprawie. [Synek, przecież to nie błąd, lecz celowość. md]

Bezpieczeństwo to nie jest prawicowy fanatyzm. To fundament, bez którego nie ma ani wolnego rynku, ani wolności osobistej, ani narodu.

Dzielenie skóry na żywym niedźwiedziu

Stanisław Michalkiewicz magnapolonia/dzielenie-skory-na-zywym-niedzwiedziu/

   W święto Trzech Króli odbył się w Paryżu “szczyt” “koalicji chętnych” z udziałem prezydenta Ukrainy oraz reprezentantów Stanów Zjednoczonych. Celem tego spotkania miało być przedstawienie gwarancji, jakich “koalicja chętnych” zamierza udzielić Ukrainie, żeby prezydent Zełeński nie martwił się, że pokój będzie aż taki straszny. Warto zwrócić uwagę, że dotychczasowe rozmowy toczą się w gronie sojuszników Ukrainy – a mimo to sprawiają wrażenie trudnych. W przeciwny razie jakże można by rozumieć komunikaty, że nastąpiło “zbliżenie stanowisk” i temu podobne?

Gdyby ukraiński prezydent negocjował z prezydentem Federacji Rosyjskiej, to takie komunikaty byłyby bardziej zrozumiałe, jako że język dyplomatyczny służy nie tyle do wyrażania myśli, co do ich ukrywania. Na przykład jeśli komunikat głosi, że rozmowy przebiegały w atmosferze wzajemnego zrozumienia, to w przełożeniu na język ludzki oznacza, że strony w żadnej sprawie nie doszły do porozumienia – i tak dalej.  Więc wyniki narady “koalicji chętnych” z ukraińskim prezydentem też wyglądają “obiecująco” i “coraz bardziej konkretnie”.

Jeśli chodzi o te “konkrety”, to Wielka Brytania”, która ma podpisane z Ukrainą “stuletnie partnerstwo” oraz Francja, wyraziły gotowość wysłania swoich wojsk, które po zakończeniu wojny nadzorowałyby zawieszenie broni.

   Co z tego wynika? Ano to, że prezydent Żełeński najwyraźniej musiał przyjąć do wiadomości, że “zawieszenie broni”, a raczej – “zamrożenie konfliktu” – będzie się wiązało z utratą przez Ukrainę co najmniej 20, a może nawet 25 procent terytorium państwowego. Podczas spotkania z prezydentem Trumpem  na Florydzie  prezydent Zełeński wprawdzie już przyjmował do wiadomości konieczność pogodzenia się ze stratami terytorialnymi – ale podkreślał, że konieczne jest przeprowadzenie na Ukrainie w tej sprawie referendum.

Nietrudno się domyślić, jakie byłyby wyniki takiego referendum, organizowanego siłą rzeczy pod nadzorem SBU – więc niepodobna potraktować tego warunku inaczej, jak próby odwleczenia tego, co nieuchronne.

Rzecz bowiem w tym, że prezydentowi Zełeńskiemu też  pali się ziemia pod nogami, zwłaszcza po skandalu korupcyjnym, który objął jego najbliższych kolaborantów; Timura Mindycza, co to przytulił sobie co najmniej 100 mln dolarów i uciekł do Izraela oraz Andrzeja Jermaka, co do którego nie wiadomo nie tylko – ile sobie przytulił, ale również – a może przede wszystkim – czy zrobił to za wiedzą, czy jeszcze gorzej – z udziałem prezydenta Zełeńskiego, czy też “bez jego wiedzy i zgody” – żeby użyć również w tej sprawie formuły, która wykazuje swoją użyteczność nie tylko przy lustrowaniu autorytetów moralnych.

Na skomplikowaną sytuację na szczytach ukraińskiej władzy wskazuje również wyrzucanie przez prezydenta Zełeńskiego za burtę ukraińskiej rządowej pirogi na pożarcie krokodylom, kolejnych murzyńskich chłopców i zastępowanie ich innymi, widać bardziej strawnymi zarówno dla prezydenta Zełeńskiego, jak i tamtejszych oligarchów. Nie możemy bowiem tracić z oczu tego, jakim państwem jest Ukraina – że to oligarchia oligarchów.

Różni się ona od Federacji Rosyjskiej tym, że wprawdzie i w Rosji są oligarchowie, ale tam, to prezydent decyduje, kto może być oligarchą, podczas gdy na Ukrainie to oligarchowie decydują, kto może być prezydentem. Znakomitym przykładem tego mechanizmu jest sam prezydent Zełeński, będący wynalazkiem żydowskiego oligarchy Igora Kołomojskiego, który nie tylko go wylansował, ale sfinansował mu kampanię wyborczą.

   Wracając do paryskiego szczytu, to ma on wszystkie znamiona dzielenia skóry na niedźwiedziu – bo jak wspomniałem – “trudne” negocjacje toczą się w gronie sojuszników Ukrainy, bez udziału Rosji, która w sprawie sposobu zakończenia konfliktu, czy przynajmniej – warunków jego “zamrożenia” – też chyba  będzie miała coś do powiedzenia.

Na przykład – skoro jednym z warunków, od którego Rosja nie zamierza odstąpić – jest zablokowanie uczestnictwa Ukrainy w NATO, to trudno sobie wyobrazić, by Rosja zgodziła się na nadzorowanie rozejmu na Ukrainie przez wojska państw NATO, które w ten sposób siłą rzeczy przybliżyłoby się do granic Federacji Rosyjskiej tak, jakby Ukraina została do NATO przyjęta. W tej sytuacji paryskie “gwarancje” ze strony “koalicji chętnych” trzeba uznać za próbę zablokowania zakończenia wojny na Ukrainie – niezależnie od tego, jakie są prawdziwe zamiary prezydenta Donalda Trumpa w tej kwestii.

   Ostatnia akcja amerykańska w Wenezueli, wprawdzie wywołała krytyczne komentarze w Rosji i Chinach – ale niezależnie od tego przywódcy obydwu tych państw mogą w ukryciu zacierać ręce z radości.  Amerykańska operacja w Wenezueli pokazuje, że prezydent Trump potraktował doktrynę Monroe dosłownie, a to z kolei sprawia, że system polityczny stworzony po II wojnie światowej odchodzi w przeszłość.

Z kolei na naszych oczach rysuje się nowy system polityczny, przewidziany przez Jerzego Orwella w profetycznej książce “Rok 1984”, gdzie czytamy o permanentnej wojnie między trzema potęgami: Eurazją, Oceanią i Wschódazją. Na tym tle szczególnie groteskowa wydaje się obecna sytuacja Organizacji Narodów Zjednoczonych. Staje się ona scenę kabaretową – bo jakże inaczej potraktować deklarację amerykańskiego ambasadora  w ONZ, że USA nie prowadzą z Wenezuelą żadnej “wojny”, ani jej nie “okupują”, a schwytanie Mikołaja Maduro to był akt “egzekwowania prawa”?

W tej sytuacji Ameryce trudniej będzie moralizować Rosję z powodu wojny na Ukrainie, bo Rosja przecież od samego początku utrzymuje, że nie prowadzi żadnej “wojny” tylko “specjalną operację wojskową”. Najwyraźniej  nadchodzą czasy, gdy to, co było anegdotą, staje się polityczną rzeczywistością. Mam oczywiście na myśli anegdotyczną odpowiedź Radia Erewań na pytanie zaniepokojonego słuchacza, czy będzie wojna. Żadnej wojny oczywiście nie będzie – odpowiedziało Radio Erewań – za to rozgorzeje taka walka o pokój, że nie zostanie nawet kamień na kamieniu.

Toteż nawet zapowiedź prezydenta Trumpa, że teraz USA będą “rządziły” Wenezuelą i za pośrednictwem potężnych amerykańskich koncernów położą rękę na tamtejszych zasobach, która wcześniej z pewnością zostałaby nazwana “okupacją”, dzisiaj nazywa się przygotowaniem do “sprawiedliwej transformacji”. Nie wiadomo jeszcze do końca, czy twarzą tej “sprawiedliwej transformacji” będzie “twardogłowa tygrysica”, Delcy Rodriguez, czy laureatka Pokojowej Nagrody Nobla Maria Machado.

Gdyby bowiem ją amerykańscy komandosi osadzili na stolcu prezydenta Wenezueli, byłby to nieomylny znak, że demokracja tam zwyciężyła. W takiej jednak sytuacji trudno byłoby uprawiać moralizanctwo nawet wobec Aleksandra Łukaszenki, więc nic dziwnego, że prezydent Putin może mieć powody do zadowolenia. Zadowolony jest również obywatel Tusk Donald, któremu powiedziano, że Polska będzie “państwem wiodącym”, to znaczy – będzie za darmo futrowała Ukrainę, jak dotychczas. I to jest ten najważniejszy konkret.

Francuzi o wotum nieufności: Chcą zmusić Komisję Europejską do rezygnacji.

Francuzi chcą obalić von der Leyen za umowę UE-Mercosur

10.01.2026 tysol/francuzi-chca-obalic-von-der-leyen-za-umowe-ue-mercosur

Francuski polityk, przewodniczący Zjednoczenia Narodowego Jordan Bardella ogłosił, że spróbuje wymusić upadek Komisji Europejskiej, której przewodniczy Ursula von der Leyen, w drodze wotum nieufności, w odpowiedzi na postęp umowy o wolnym handlu między Unią Europejską a blokiem Mercosur.

Wotum nieufności

Lider Grupy Narodowej i przewodniczący grupy Patriots for Europe w Parlamencie Europejskim potwierdził, że złoży jednocześnie dwa wnioski o wotum nieufności: jeden we francuskim Zgromadzeniu Narodowym przeciwko rządowi paryskiemu i drugi w Parlamencie Europejskim przeciwko Komisji von der Leyen.

„Grupa Narodowa przedstawi wniosek o wotum nieufności w Zgromadzeniu Narodowym i kolejny w Parlamencie Europejskim przeciwko Komisji Ursuli von der Leyen” – ogłosił Bardella w przesłaniu opublikowanym w portalu społecznościowym X.

Oświadczenie następuje kilka godzin po tym, jak prezydent Francji Emmanuel Macron potwierdził, że Francja będzie głosować przeciwko porozumieniu. Dla Bardelli stanowisko to pojawia się zbyt późno i odpowiada jedynie strategii komunikacyjnej.

„To manewr równie hipokrytyczny, co spóźniony” – oświadczył, oskarżając rząd o wieloletnie zdradzanie francuskich rolników.

Rolnicy protestują

Ofensywa polityczna zbiega się ze zwiększoną presją na ulicach. W Paryżu związki rolnicze i partie opozycyjne oskarżają władzę wykonawczą o poświęcenie francuskiej wsi w imię interesów geopolitycznych. W czwartek dziesiątki traktorów ponownie zajęły stolicę na znak protestu.

Francja uważa, że umowa otworzyłaby rynek europejski na duże ilości mięsa, drobiu i cukru z krajów Ameryki Południowej o bardziej luźnych standardach środowiskowych i zdrowotnych, co udusiłoby rolników i tak już uduszonych rosnącą presją regulacyjną kosztów i spadającymi marżami.

Przyjęcie wniosku

Jeśli wniosek zostanie przyjęty, zmusi całą Komisję Europejską do rezygnacji en bloc, co zwiększy presję polityczną na Brukselę w kluczowym momencie dla handlu i strategicznej przyszłości Unii.

Stany Zjednoczone wypowiadają wojnę UE

Stany Zjednoczone wypowiadają wojnę Europie

Michael Hollister

Analiza nowej strategii bezpieczeństwa narodowego

[On jakby łączył pojęcia UE oraz „Europa”… md]

Punkt widzenia Michaela Hollistera.

apolut.net/die-usa-erklaren-europa-den-krieg-von-michael-hollister

1. Przełom, którego nikt nie chce zobaczyć

To przełom o historycznych rozmiarach – i nikt o nim nie mówi. Podczas gdy niemieccy politycy fantazjują o „gotowości wojennej” i „zdolności do zwycięstwa”, Stany Zjednoczone już dawno stworzyły nową rzeczywistość strategiczną: Europa nie jest już partnerem Waszyngtonu, ale zagrożeniem. W nowej strategii bezpieczeństwa narodowego USA (NSS), analizowanej przez byłego inspektora ONZ, Scotta Rittera, Europa nie tylko została zepchnięta na margines – została też uznana za ideologicznego przeciwnika, zagrożenie dla amerykańskich interesów i wartości.

Ktokolwiek nadal mówi o przyjaźni transatlantyckiej, nie przeczytał notatki Rittera– albo nie chce jej zrozumieć. Ponieważ to, co tu formułujemy, to zimny, strategiczny rozrachunek: Stany Zjednoczone się odwracają. Nie gwałtownie, nie militarnie. Ale systematycznie, z maksymalnym skutkiem. Po pierwsze, pozbawienie energii. Następnie dewaluacja gospodarcza. I wreszcie izolacja polityczna.

Pozostaje kontynent, który przecenia się, uważa się za niezastąpionego – a mimo to nie jest już nawet postrzegany jako wiarygodny sojusznik.

To pęknięcie, które nie nadejdzie.

Ono już jest.

2. Strategiczne podwójne uderzenie: Najpierw osłabić, potem pozwolić upaść

To, co Waszyngton robi Europie, to nie kaprys. To strategiczne podwójne uderzenie – i trafia w sedno.

Pierwsze uderzenie: oddzielenie energii i gospodarki.

Wraz z sabotażem Nord Stream – którego autorstwa żaden poważny analityk już nie wątpi [no, ja jestem poważny, ale wątpię.. md] – niemiecki kręgosłup przemysłowy został złamany. Utrata taniej rosyjskiej energii nie tylko spowodowała gwałtowny wzrost kosztów produkcji, ale także wyparła inwestycje, zakłady produkcyjne i całe łańcuchy bogactwa z kraju. Nie Rosja, nie Chiny – to Stany Zjednoczone rozbroiły gospodarczo Europę. Celowo.

Drugie uderzenie: polityczna dewaluacja i utylizacja.

Ledwo Europa uzależniła się energetycznie od amerykańskiego LNG, nadszedł kolejny cios – tym razem na poziomie dyplomatycznym. Nowa Strategia Bezpieczeństwa Narodowego jasno stwierdza: Europa nie jest już niezastąpionym partnerem. Stwierdza dosłownie, że

nie jest wcale oczywiste, czy niektóre kraje europejskie będą dysponować gospodarkami i siłami zbrojnymi wystarczająco silnymi, by pozostać wiarygodnymi sojusznikami”.

Z perspektywy USA Europa nie jest już atutem strategicznym, lecz zagrożeniem dla bezpieczeństwa, problemem ideologicznym, obciążeniem dla sojuszy.

Porządek jest kluczowy: najpierw odłączyć zasilanie, a potem zignorować.

To, co brzmi jak brutalna kalkulacja, jest właśnie tym. Stany Zjednoczone zabezpieczają swoją dominację w systemie globalnym, neutralizując potencjalnych przeciwników na wczesnym etapie. Niemcy, niegdyś geostrategicznie predestynowane do mediacji, niezależności i siły gospodarczej, stały się pożytecznym idiotą, spalonym atutem. A wraz z nimi reszta Europy.

3. Europa jako wróg ideologiczny

To oznacza zerwanie z dekadami retoryki: nowa Strategia Bezpieczeństwa Narodowego USA identyfikuje nie Rosję, ale Europę jako problem ideologiczny. A dokładniej: elity UE, instytucje transnarodowe, globalistyczny aparat władzy – z perspektywy Waszyngtonu wszystkie one reprezentują obecnie system wartości niezgodny z amerykańskim rozumieniem wolności.

Europa stała się źródłem ideologii niezgodnych z amerykańskim rozumieniem wolności”. (Cytat z NSS, według Scotta Rittera) (3)

Konkretnie oznacza to, że Stany Zjednoczone nie postrzegają już siebie jako części sojuszu wartości wspólnych z Brukselą, Berlinem czy Paryżem. Zamiast tego ubolewają nad cenzurą opozycji politycznej, utratą tożsamości narodowych, spadkiem wskaźnika urodzeń, wysiedleniami w wyniku migracji i klasą polityczną, która traktuje demokrację jedynie jako fasadę.

Ritter wyraźnie nazywa to wojną ideologiczną. Nie przeciwko Europie jako kontynentowi, ale przeciwko tym, którzy kierują ją w stronę autorytarnej technokracji. Przeciwko tym, którzy ograniczają wolność słowa, wprowadzają cyfrowy nadzór i piętnują ruchy patriotyczne jako zagrożenie. Dla Waszyngtonu nie jest to już element porządku liberalnego, lecz element problemu, który niszczy sam Zachód.

Europa jest „fundamentalnie niezgodna z amerykańskimi interesami i wartościami” – stwierdza NSS.

Podczas gdy niemieckie media wciąż marzą o sojuszu transatlantyckim, Stany Zjednoczone już dawno zmieniły kurs: koncentrują się na umowach dwustronnych, suwerenności narodowej i odpowiedzialności indywidualnej – i sprzeciwiają się tym, którzy chcą ustanowić w Europie ujednoliconą administrację bez demokratycznych fundamentów.

Nowa linia jest jasna:

Mniej UE – więcej Europy.

Ale takiej, która znów wie, kim jest.

4. Wojna na Ukrainie jako linia podziału

Wojna na Ukrainie – przez długi czas była to symboliczna więź, która miała spajać Zachód: „Demokracja kontra autokracja”, „Wolność kontra dyktatura”, „Europa kontra Rosja”. Ale to właśnie tutaj nowa doktryna USA wyznacza czerwoną linię – przeciwko Europie.

Podczas gdy Berlin, Bruksela i Warszawa nadal dążą do eskalacji, Waszyngton już dawno uznał wojnę za strategiczny ślepy zaułek. NSS otwarcie deklaruje, że celem jest teraz jak najszybsze zakończenie wojny, aby ustabilizować gospodarki europejskie, zminimalizować ryzyko eskalacji i znaleźć nową strategiczną równowagę z Rosją.

Krótko mówiąc: dyplomacja zamiast nieustannej wojny.

Europa postrzega to inaczej – i to właśnie jest przyczyną rozłamu.

Administracja Trumpa znajduje się w konflikcie z europejskimi urzędnikami, którzy mają nierealistyczne oczekiwania co do wojny prowadzonej przez niestabilne rządy mniejszościowe”.

(według podsumowania Rittera)

Innymi słowy, USA oskarżają Europę o niepotrzebne przedłużanie wojny, blokowanie rozwiązania politycznego i tym samym rujnowanie kontynentu zarówno gospodarczo, jak i społecznie.

Według NSS rządy są niestabilne, antydemokratyczne i niezdolne do zmiany kursu – cytuję:

„podważanie procesów demokratycznych”.

A potem pada zdanie, które Ritter rzuca do pokoju niczym geopolityczny granat ręczny:

„Rosja nie jest wrogiem. Jest nią Europa”. (4)

To stwierdzenie oznacza koniec jedności transatlantyckiej. Bo jeśli Rosja nie jest już wrogiem numer jeden – jaki sens ma NATO, sankcje, dostawy broni?

Odpowiedź: Już go nie ma.

USA to zrozumiały.

Europa nie.

5. Nowa oś USA: umowy dwustronne zamiast sojuszy zachodnich

Era wielkich sojuszy dobiegła końca – przynajmniej z perspektywy USA. Nowa Strategia Bezpieczeństwa Narodowego wyraźnie odcina się od koncepcji globalnych sojuszy opartych na starym modelu: multilateralizm, eksport norm i współzależność instytucjonalna zostają zastąpione dwustronnymi partnerstwami dla wygody. Lojalność nie ma już znaczenia, liczy się raczej efektywność i strategiczna wartość dodana.

W Strategii Bezpieczeństwa Narodowego nazywa się to „elastycznym realizmem”.

Polityka USA będzie realistyczna w odniesieniu do tego, co jest możliwe i pożądane w stosunkach z innymi państwami”. (Cytat z dokumentu, według Rittera)

Ideologiczna nadbudowa poprzednich dekad – demokracja, prawa człowieka, zachodnia wspólnota wartości – zostaje pogrzebana. USA otwarcie deklarują, że chcą również współpracować z państwami, których systemy i społeczeństwa znacząco różnią się od ich własnych. Kluczowe pytanie brzmi: Kto służy amerykańskim interesom? Kto przynosi korzyści? Kto nie przeszkadza?

Europa nie wywiązuje się z tej logiki. Jest:

odporna ideologicznie,

osłabiona gospodarczo,

zależna militarnie i coraz bardziej geopolitycznie dysfunkcyjna.

Zamiast tego otwierają się nowe możliwości strategiczne:

Brazylia. Indie. Arabia Saudyjska. Izrael. Polska. Japonia.

Tam widać wzrost, wolę militarną, ambicje geopolityczne – i brak moralizatorstwa.

Stany Zjednoczone budują obecnie nową oś pragmatycznych relacji sił, w której Europa jest co najwyżej obserwatorem. NATO? Nie zostanie rozwiązane – ale też nie jest już traktowane poważnie. UE? Nie jest już centralnym punktem kontaktowym. Niemcy? Zależne od energii, kurczące się gospodarczo, pogrążone w kryzysie politycznym.

Waszyngton jasno daje do zrozumienia:

Pomagamy tam, gdzie to się opłaca. Odejdziemy, gdy przestanie nam to być potrzebne”.

Europa może patrzeć.

Albo się obudzić.

6. Niemcy czołgają się – i nie zdają sobie z tego sprawy

Podczas gdy USA porzucają Europę, niemieccy politycy czołgają się za nią na kolanach. Kanclerz Friedrich Merz (CDU), następca Olafa Scholza po przedterminowych wyborach federalnych w lutym 2025 roku, ogłosił 9 grudnia 2025 roku podczas wizyty inauguracyjnej w Nadrenii-Palatynacie:

Potrzebujecie partnerów na świecie, a jednym z nich może być Europa. A jeśli nic nie możecie zrobić z Europą, to przynajmniej niech Niemcy będą waszym partnerem”.

To już nie jest męstwo polityczne. To uległość.

Merz nie rozumie, że Stany Zjednoczone właśnie to zrobiły: skreśliły Europę jako całość – a wraz z nią Niemcy. „Gorący kartofel” został porzucony, a Berlin stara się go złapać.

Marie-Agnes Strack-Zimmermann (FDP) skomentowała na X : (12)

Kolejne katastrofalnie nierozsądne oświadczenie kanclerza Merza w czasach, gdy zjednoczona Europa jest ważniejsza niż kiedykolwiek. Merz chciał przewodzić Europie, a teraz wycofuje się, gdy sytuacja się komplikuje. To nieodpowiedzialne. Trump śmieje się w twarz”.

Nowa doktryna USA jest jasna: umowy dwustronne zawierane są tylko z tymi, którzy oferują strategiczną wartość dodaną. Niemcy, osłabione energetycznie, kurczące się gospodarczo i bezsilne militarnie, nie spełniają tego wymogu.

Stany Zjednoczone skreśliły Niemcy jako strategiczny towar.

Merz po prostu jeszcze tego nie zrozumiał.

7. Wniosek: Europa stoi samotnie

Europa zaryzykowała i przegrała.

Najpierw ślepo podążała transatlantyckim kursem przeciwko Rosji – i pozwoliła sobie na gospodarcze oderwanie się od USA. Następnie próbowała przyjąć rolę moralnego guru świata – podczas gdy jej własna demokracja była stopniowo wydrążona. Teraz Waszyngton zdaje sobie sprawę:

Ta Europa nie jest już partnerem strategicznym.

Nowa doktryna bezpieczeństwa USA mówi o tym otwarcie:

Europa jest słaba.

Europa zboczyła ideologicznie.

Europa blokuje rozwiązania pokojowe.

Europa zagraża amerykańskim interesom.

Rozłam jest obecny. Tylko Europejczycy nie zdają sobie z tego sprawy.

W Berlinie wciąż marzą o byciu „wiodącą potęgą”, podczas gdy rzeczywistość jest taka, że ​​Europa jest militarnie rozbrojona, gospodarczo wydrążona i politycznie kontrolowana przez innych – niezdolna do samoobrony, niezdolna do samokrytyki.

Pozostał kontynent bez wsparcia:

USA się odwracają.

Rosja została ogłoszona wrogiem.

Chiny trzymają się z daleka.

A w Europie panuje niestabilność polityczna, fragmentacja społeczna i recesja gospodarcza.

Ci, którzy nie rozumieją, że era transatlantycka dobiega końca, obudzą się w geopolitycznej ziemi niczyjej.

Co robić?

Europa musi być szczera wobec siebie. Koniec z iluzjami transatlantyckimi. Koniec z wasalską lojalnością. Zamiast tego:

1. Przywrócić autonomię energetyczną – z Rosją lub bez niej, ale bez zależności od USA.

2. Budować suwerenność militarną – nie dla NATO, ale dla własnych interesów.

3. Odzyskać polityczne samostanowienie – demokracje narodowe zamiast technokracji UE.

USA odcięły Europę od zasilania. Teraz Europa musi nauczyć się prowadzić bez kółek pomocniczych.

Albo stanie się pionkiem geopolitycznym między Waszyngtonem, Moskwą i Pekinem.

Wniosek

Czas powiedzieć sobie szczerze:

Rosja nie odcięła Europy od zasilania.

Chiny nie skolonizowały Europy.

Stany Zjednoczone wykorzystały Europę jako narzędzie – a teraz ją porzuciły.

Każdy, kto nie chce tego widzieć, powinien przeczytać ten artykuł od początku.

Źródła i przypisy

Michael Hollister służył sześć lat w niemieckich siłach zbrojnych (SFOR, KFOR) i przygląda się kulisom strategii wojskowych. Po 14 latach pracy w dziedzinie bezpieczeństwa IT analizuje militaryzację Europy, politykę interwencjonizmu Zachodu i geopolityczne zmiany sił, korzystając ze źródeł pierwotnych. W swojej pracy koncentruje się na Azji, a w szczególności na Azji Południowo-Wschodniej, gdzie bada zależności strategiczne, strefy wpływów i architekturę bezpieczeństwa. Hollister łączy operacyjną wiedzę insiderów z bezkompromisową krytyką systemową – wykraczającą poza ramy dziennikarstwa opiniotwórczego. Jego prace są publikowane dwujęzycznie na stronie www.michael-hollister.com, na platformie Substack pod adresem https://michaelhollister.substack.com oraz w krytycznych mediach w krajach niemiecko- i anglojęzycznych.

Tłumaczył Paweł Jakubas, proszę o jedno Zdrowaś Maryjo za moją pracę.

Artykuł ukazał się 8 stycznia 2026 roku na stronie: https://apolut.net/die-usa-erklaren-europa-den-krieg-von-michael-hollister

„Europa nie może sobie pozwolić na silną zależność od USA w zakresie ropy i gazu”

Thomas Röper anti-spiegel.ru/europa-kann-sich-eine-starke-abhaengigkeit-von-den-usa-bei-oel-und-gas-nicht-leisten/

Teraz nawet w Der Spiegel

Europa nie może sobie pozwolić na silną zależność od USA w zakresie ropy i gazu”

Wbrew oskarżeniom Zachodu, Rosja nigdy nie wykorzystywała ropy i gazu jako narzędzia politycznego, podczas gdy USA nie wahają się tego robić. Teraz nawet Der Spiegel donosi, że UE „nie może sobie pozwolić na silną zależność od USA w zakresie ropy i gazu”.

Anti-Spiegel  6 styczeń 2026

Chociaż zachodni politycy i media konsekwentnie twierdzą, że Rosja wykorzystuje ropę i gaz jako narzędzie polityczne, a UE używa tego jako usprawiedliwienia dla odejścia od taniej rosyjskiej ropy i gazu, nikt nie potrafi przytoczyć ani jednego przypadku w ciągu około 50 lat, w którym Rosja dostarczała ropę i gaz do Europy. Dla Rosji to biznes, a nie polityka, i pomimo wszystkich kryzysów politycznych ostatnich 50 lat, nigdy nie było problemów z rosyjskimi dostawami ropy i gazu do Europy.

Jedyne problemy, które pojawiły się w przeszłości z dostawami z Rosji, wynikały z faktu, że niektóre kraje-odbiorcy zalegały z płatnościami przez ponad sześć miesięcy, a Rosja mimo to sumiennie dostarczała gaz przez sześć miesięcy, zanim wstrzymała dostawy. Szczegóły tych minionych kryzysów gazowych można znaleźć tutaj.

Ponieważ Stany Zjednoczone znane są z forsowania swojego programu politycznego za pomocą sankcji, gróźb i embarg, krytycy odejścia Europy od rosyjskiej ropy i gazu na rzecz dostaw ze Stanów Zjednoczonych konsekwentnie ostrzegają, że UE zamienia postrzegane zagrożenie zależności od rosyjskiej ropy i gazu na bardzo realne, w tym ryzyko, że Stany Zjednoczone wykorzystają ropę i gaz jako dźwignię polityczną.

„Europa nie może sobie pozwolić na silną zależność od ropy i gazu ze Stanów Zjednoczonych”.

Do tej pory uważano to za „rosyjską propagandę”, ponieważ europejscy politycy i dziennikarze, o których mowa, zawsze wychwalali bliską „przyjaźń” między USA a Europą. I oczywiście „przyjaciel” USA nigdy nie zrobiłby czegoś takiego Europejczykom!

Dlatego byłem bardzo zaskoczony, gdy znalazłem artykuł w „Der Spiegel” zatytułowany „Interwencja USA w Wenezueli – «Europa nie może sobie pozwolić na silną zależność od USA w zakresie ropy naftowej i gazu»”, w którym ekspert ds. energetyki w wywiadzie dla „Der Spiegel” ostrzega bez ogródek przed zależnością UE od USA w zakresie dostaw ropy naftowej i gazu.

W wywiadzie ekspert odpowiedział na pytanie, że Europa „nie może sobie pozwolić na silną zależność od USA w zakresie ropy naftowej i gazu”, na co „Der Spiegel” dopytywał, czy oznacza to, że USA „nie są już wiarygodnym dostawcą w perspektywie długoterminowej”. Odpowiedź eksperta była jednoznaczna:

„Nie ma obaw dotyczących dostaw amerykańskiego gazu ani ropy do 2030 roku. Stany Zjednoczone chcą sprzedawać Europejczykom jak najwięcej gazu. Jest to jednak dźwignia polityczna, którą administracja Trumpa wykorzysta do wywierania presji politycznej. Im bardziej Europa jest zależna od Stanów Zjednoczonych, tym bardziej może to być wykorzystywane do celów polityki zagranicznej. Niedawnym przykładem jest obecne prawo dotyczące łańcucha dostaw, które zostało osłabione pod presją ze strony USA”.

Przeczytanie tego w „Der Spiegel”, który do tej pory był największym przeciwnikiem rosyjskiej ropy i gazu, a orędownikiem amerykańskiej, było prawdziwym zaskoczeniem. Oczywiście nie oznacza to, że redakcja „Spiegla” zmienia zdanie, ale nigdy wcześniej nie widziałem tak jasnego oświadczenia na ten temat w „Spieglu”. 

Prawdziwe zagrożenie leży gdzie indziej.

Oczywiście, to, co opublikowano w „Der Spiegel”, to tylko połowa historii, ponieważ cała prawda jest taka, że ​​Europa jest już całkowicie zależna od USA w polityce energetycznej, i to nie tylko dlatego, że USA stały się największym dostawcą gazu do UE. Problem sięga znacznie głębiej, ponieważ USA uniemożliwiły UE jakiekolwiek zmiany w tej kwestii, dlatego Trump może sobie pozwolić na coraz bardziej agresywne traktowanie Europejczyków, bez możliwości ich interwencji.

Tak zwana „zależność od Rosji” tak naprawdę nie istniała, jak widzieliśmy od 2022 roku, ponieważ UE w ciągu niecałego roku znalazła alternatywę dla rosyjskiego gazu: amerykański skroplony gaz ziemny (LNG), który USA próbowały sprzedać Europie od ponad dekady, ale którego Europa nie chciała, ponieważ jest znacznie droższy niż rosyjski. UE była jednak w stanie zbudować infrastrukturę LNG od podstaw w ciągu roku i tym samym niemal całkowicie zastąpić tani rosyjski gaz rurociągowy.

Tak, LNG jest znacznie droższy. Tak, wyższe ceny niemal całkowicie zniszczyły konkurencyjność europejskiego przemysłu. Tak, doprowadziło to do znacznej inflacji. Ale: nikt nie musiał zamarzł i nikomu nie zgaszono światła.

Problem polega na tym, że UE nie ma możliwości po prostu powrotu do rosyjskiego gazu, gdyby Stany Zjednoczone pewnego dnia wywarły tak dużą presję w jakiejś nieakceptowalnej dla UE kwestii, że zagroziłyby odcięciem dostaw gazu. Powodem tego jest fakt, że Stany Zjednoczone de facto przejęły kontrolę nad niemal wszystkimi rurociągami, które mogłyby dostarczać rosyjski gaz do Europy – a bez rurociągów nie ma dostaw.

Stany Zjednoczone wysadziły Nord Stream – nie będę tu wnikał w legendę o ukraińskich nurkach – a inwestor blisko związany z Trumpem chce kupić pozostałą część gazociągu Nord Stream, aby – gdyby UE lub Niemcy chciały reaktywować Nord Stream – Stany Zjednoczone kontrolowały go. W ten sposób Stany Zjednoczone mogłyby decydować o uruchomieniu gazociągu, a jeśli tak, to również o kosztach przesyłu gazu.

Stany Zjednoczone faktycznie przejęły kontrolę nad Nord Stream. Stany Zjednoczone kontrolują teraz również ukraiński rurociąg, ale sprawa ta spotkała się z niewielkim zainteresowaniem mediów w Niemczech. Umowa surowcowa Trumpa z Ukrainą przewiduje, że Stany Zjednoczone przejmują kontrolę nad praktycznie całą ukraińską infrastrukturą, zwłaszcza energetyczną. Dotyczy to również rurociągu, co oznacza, że ​​to Stany Zjednoczone decydują, czy go reaktywować i zezwolić na dopływ rosyjskiego gazu do Europy, a jeśli tak, to po jakiej cenie.

Trzeci rurociąg, który istniał wcześniej, biegł z Rosji przez Białoruś i Polskę do Niemiec. Polska zamknęła go pod koniec 2021 roku, a biorąc pod uwagę jawnie antyrosyjskie (a nie do końca proniemieckie) stanowisko Polski, jest mało prawdopodobne, aby ten rurociąg kiedykolwiek został ponownie uruchomiony.. 

Zostaje tylko TurkStream, ale ten rurociąg jest już w pełni wykorzystany, a Stany Zjednoczone niejednokrotnie jasno dawały do ​​zrozumienia, że ​​również zamierzają go zamknąć.

Chociaż UE była w stanie w ciągu roku utworzyć tymczasowe terminale LNG, aby stopniowo wycofywać gaz z rosyjskich rurociągów, odwrotna sytuacja nie jest możliwa. Ponieważ istniejących rurociągów nie można ponownie uruchomić bez zgody USA, budowa nowych zajęłaby prawie dekadę.

Kilka lat temu Stany Zjednoczone postawiły sobie za cel kontrolowanie europejskiego rynku energii i już go osiągnęły.

UE stała się w ten sposób całkowicie zależna od USA i Stany Zjednoczone nie zawahają się wykorzystać tej sytuacji, jeśli tylko dostrzegą okazję. UE skutecznie wyeliminowała wszelkie teoretycznie możliwe wyjścia z sytuacji.

Wszystkie marzenia o odnawialnych źródłach energii są teraz bezużyteczne; dla UE szansa przepadła.

Jak zjeść cudze ciasteczko i nie zagrabić go…

Jak zjeść cudze ciasteczko i nie zagrabić go…

Andrzej Szczęśniak hmyslpolska/jak-zjesc-cudze-ciasteczko-i-nie-zagrabic-go/

Bruksela dokonywała karkołomnych wyczynów, by skonfiskować rosyjskie pieniądze, finansować nimi wojnę z Rosją, i stwarzać pozory, że ich nie zabrała. Próby zakończyły się klęską, Komisja przegrała z powodu oporu jednego polityka.

Kiedyś przewrotnie pytaliśmy „jak zjeść ciasteczko i mieć ciasteczko?”, by wskazać na niemożliwość pogodzenia takich sytuacji. Przy unijnej „grabieży stulecia” (myslpolska./szczesniak-najwieksza-grabiez-w-historii/) można się zapytać, „jak zjeść cudze ciasteczko i udawać, że się go nie ukradło”? Wszak nie można skonfiskować rosyjskich pieniędzy tak wprost… jakoś tak… nie comme il fault. W końcu jesteśmy państwem prawa… Przecież tak wielcy posiadacze nadwyżek eksportowych, jak Chiny czy kraje arabskie, już nie mówiąc o prywatnym kapitale, mogliby uznać Europę i jej walutę za niezbyt bezpieczną przystań dla swoich pieniędzy. I co wtedy? Przecież już teraz gwałtownie zwiększyli zakupy złota. Dlatego tak wprost…. no nie...

A że zza oceanu ciągle napierają, by zagrabić państwowe aktywa Rosji i sfinansować nimi obronę Ukrainy (oczywiście kupując amerykańskie uzbrojenie), więc Komisja Europejska pracowała nad sztuczką prawną, by jednocześnie i zabrać to ciasteczko, użyć go jako gwarancji pod kredyt, i stwarzać jednocześnie wrażenie, że się go nie ukradło… Ale 18 grudnia przegrała.

Dlaczego? Brukseli nie udało się złamać oporu polityka (Szczęśniak: Kto nas wkręcił w grabież wszech czasów?), który stanął w poprzek jej planów. To premier Bart de Wever, flamandzki nacjonalista, z partii opowiadającej się za pokojową secesją Flandrii, który twardo grał w obronie interesów Belgii. Mówił wprost, że taka manipulacja rosyjskimi aktywami jest równoznaczna z ich konfiskatą. Był za to obiektem presji, szantażu i gróźb, był naciskany przez najważniejszych polityków Unii, atakowany na wiele sposobów, także oskarżany przez media że jest „ruskim agentem”.  Odpowiadał: „odebrać Belgii pieniądze Putina i zostawić jej ryzyka? Nie ma mowy, zapomnijcie!” Wytrzymał te „tortury”, jak je określał Viktor Orbán, nazywający go publicznie „bohaterem”.

De Wever nie robił tego oczywiście z sympatii dla Rosji czy jakichś pacyfistycznych nastawień, nie kierowały nim też żadne „obawy o utratę wiarygodności” czy „globalną pewność prawną”. To zaklęcia dla ubogich duchem, a flamandzki polityk wiedział, że „polityka to nie gra dla mięczaków, tu się gra twardo, a jak na szali są duże interesy, to może być ostro”. Realnie Belgia i europejskie instytucje finansowe obawiały się bowiem reperkusji, gdyż ofiarą pomysłów Unii byłaby właśnie Belgia. To małe, przedziwne i sztucznie stworzone już prawie dwa wieki temu państwo, którego połowa obywateli mówi po francusku, druga zaś – po flamandzku. Choć to bardzo bogaty kraj, jednak ponad 180 miliardów euro rosyjskich aktywów to jedna czwarta jego gospodarki.

Zagrożenie nie pochodziłoby tylko ze strony Rosji, która do retorsji dobrze się przygotowała, ale też państw, w których zachodnie korporacje inwestują swoje pieniądze. Jeśli uznałyby one słuszność roszczeń rosyjskich (a Afryka Południowa uznała sądownie roszczenia Rosji wobec Google’a i aresztowała jego aktywa), to może to źle się skończyć dla europejskich koncernów. A te, straciwszy pieniądze w Rosji przyjdą do Belgii po rekompensatę. Belgia utonęłaby w morzu roszczeń i to, co nazywa się eufemistycznie „zaufaniem rynków finansowych” wobec Belgii i jej znoszącej złote jajka instytucji, znalazło by się w rynsztoku. Pierwsze ostrzeżenia już zabrzmiały: amerykańska agencja ratingowa Fitch uprzedziła Euroclear, że może obniżyć jego rating. Z powodu „ryzyk prawnych„, jak to się określa w ezopowym języku świata finansów. Europejski Bank Centralny też alarmował, żeby nie łamać prawa międzynarodowego, to zawsze bowiem wraca bumerangiem. Jak Kosowo wróciło w postaci Krymu.

Bart de Wever żądał wiążących, nieograniczonych gwarancji na piśmie, że jak ruskie przyjdą po swoje pieniądze (a jak już Bismarck mówił, zawsze przychodzą…), to wtedy Unia, a nie mała Belgia, będzie płacić za te szaleństwa. Oczywiście nikt nie chciał podpisać takich zobowiązań.

Więc sztuczka z ciastkiem się nie udała, ale wojnę na Ukrainie trzeba było podtrzymać. Dlatego perspektywy finansowe dla Brukseli są coraz ciemniejsze. O tym już wkrótce…

Andrzej Szczęśniak

Europa nie pójdzie na wojnę – część druga. Zamrożone aktywa, puste arsenały i ciche przyznanie się do porażki.

02.01.2025. – Europa nie pójdzie na wojnę – część druga

Zamrożone aktywa, puste arsenały i ciche przyznanie się do porażki

Giorgia Meloni

Fantazja 210 miliardów euro

Ta przemysłowa rzeczywistość wyjaśnia, dlaczego saga zamrożonych aktywów była tak ważna – i dlaczego się nie powiodła. Przywódcy Europy nie dążyli do przejęcia rosyjskich aktywów państwowych z powodu prawnej pomysłowości czy moralnych zapędów. Zrobili to, ponieważ potrzebowali czasu. Czasu, by nie przyznać, że wojna nie da się utrzymać w zachodnich warunkach przemysłowych. Czasu, by zastąpić produkcję finansowaniem.

Kiedy próba konfiskaty około 210 miliardów euro rosyjskich aktywów zakończyła 20 grudnia się niepowodzeniem – zablokowana przez ryzyko prawne, reperkusje rynkowe i opór Belgii, a także Włoch, Malty, Słowacji i Węgier przeciwko całkowitemu przejęciu – Europa zdecydowała się na rozwodnione rozwiązanie: „pożyczkę” w wysokości 90 miliardów euro dla Ukrainy na lata 2026–2027, obsługiwaną 3 miliardami euro odsetek rocznie, co dodatkowo zabezpieczyło zamiary Europy. To nie była strategia. To były pozorne ruchy, które pogłębiły podziały w i tak już osłabionej Unii.

Całkowita konfiskata podważyłaby wiarygodność Europy jako depozytariusza aktywów finansowych. Trwałe unieruchomienie pozwala uniknąć eksplozji, ale powoduje powolny krwotok. Aktywa pozostają zamrożone na czas nieokreślony, co stanowi permanentny akt wojny gospodarczej, sygnalizujący światu, że rezerwy przechowywane w Europie są warunkowe i nie warte ryzyka. Europa wybrała erozję reputacji. Ta decyzja ujawnia strach, a nie siłę.

Ukraina jako wojna bilansowa

Głębsza prawda jest taka, że Ukraina nie jest już przede wszystkim problemem pola bitwy. Jest problemem wypłacalności. Waszyngton to rozumie. Stany Zjednoczone potrafią poradzić sobie z kompromitacją. Nie mogą jednak znosić zobowiązań o nieokreślonym czasie trwania. Szuka się wyjścia – po cichu, nierówno i z retorycznym kamuflażem.

Europa nie może przyznać, że go potrzebuje. Europa przedstawiła wojnę jako egzystencjalną, cywilizacyjną i moralną. Ogłosiła kompromis ustępstwem, a negocjacje kapitulacją. Tym samym wyeliminowała własne opcje wyjścia z konfliktu.

Teraz koszty uderzają tam, gdzie żadna narracja nie jest w stanie ich odwrócić: w budżety europejskie, rachunki za energię w Europie, europejski przemysł i europejską spójność polityczną. Pożyczka w wysokości 90 miliardów euro nie jest solidarnością. Jest ucieleśnieniem upadku – stopniowego wycofywania zobowiązań, podczas gdy baza produkcyjna, która powinna je uzasadniać, nadal ulega erozji.

Giorgia Meloni o tym wie. Dlatego jej ton nie był buntowniczy, lecz pełen zmęczenia.

Przywódcy Europy na froncie

Cenzura jako zarządzanie paniką

W miarę jak granice fizyczne się zaostrzają, kontrola narracyjna się zacieśnia. Agresywne egzekwowanie unijnej ustawy o usługach cyfrowych nie dotyczy bezpieczeństwa. Chodzi o powstrzymywanie w jej najbardziej orwellowskiej formie – budowanie bariery informacyjnej wokół elitarnego konsensusu, który nie jest już w stanie wytrzymać otwartej kontroli. Kiedy obywatele zaczynają – najpierw cicho, potem już nie tak cicho – uparcie pytać: Po co to wszystko?, iluzja legitymizacji szybko pryska.

Dlatego presja regulacyjna wykracza teraz poza granice Europy, wywołując transatlantyckie tarcia o jurysdykcję i wolność słowa. Systemy pewne siebie nie boją się dialogu. Te kruche – tak. Cenzura nie jest tu ideologią. To ubezpieczenie.

De-industrializacja: Niewypowiedziana zdrada

Europa nie tylko nałożyła sankcje na Rosję. Nałożyła sankcje na swój własny model przemysłowy. Do 2025 roku europejski przemysł będzie nadal ponosił koszty energii znacznie przewyższające koszty konkurentów w Stanach Zjednoczonych czy Rosji. Niemcy, siła napędowa, doświadczają ciągłego spadku energochłonnego przemysłu. Produkcja chemikaliów, stali, nawozów i szkła została zamknięta lub przeniesiona. Małe i średnie przedsiębiorstwa we Włoszech i Europie Środkowej upadają po cichu, nie trafiając na pierwsze strony gazet.

Dlatego Europa nie może zwiększyć produkcji amunicji tak, jak powinna. Dlatego zbrojenia pozostają obietnicą, a nie rzeczywistością. Tania energia nie była luksusem. Była fundamentem. Jej usunięcie poprzez autosabotaż (m.in. Nord Stream) podważa tę strukturę.

Chiny, obserwując to wszystko, trzymają drugą połowę koszmaru Europy. Posiadają najgłębszą bazę przemysłową na Ziemi, nie przechodząc jednocześnie w tryb wojenny. Rosja nie potrzebuje Chin, a jedynie ich strategicznej głębi jako rezerwy. Europa nie ma ani jednego, ani drugiego.

Czego Meloni naprawdę się boi

Nie ciężkiej pracy. Nie napiętych grafików. Obawia się roku takiego jak 2026, w którym europejskie elity stracą kontrolę nad trzema rzeczami naraz: 1) kontrolę nad pieniędzmi – jeśli finansowanie Ukrainy stanie się kwestią bilansu UE, zastępując fantazję, że ‚Rosja zapłaci’; // 2) nad narracją – jeśli cenzura się nasili, ale nie będzie w stanie stłumić pytania rozbrzmiewającego echem po całym kontynencie: Po co to wszystko?; //3) nad dyscypliną sojuszniczą – jeśli Waszyngton będzie manewrował, a Europa poniesie koszty, ryzyko i upokorzenie.

To jest panika. Nie natychmiastowa porażka w wojnie, ale powolna erozja legitymizacji, gdy rzeczywistość przesiąka przez rachunki za energię, zamknięte fabryki, puste arsenały i zadłużone kontrakty terminowe.

Ludzkość na krawędzi

To nie tylko kryzys europejski. To kryzys cywilizacyjny. System, który nie może produkować, nie może uzupełniać zapasów, nie może mówić prawdy i nie może się wycofać bez utraty wiarygodności, osiągnął swoje granice. Kiedy przywódcy zaczynają przygotowywać swoje instytucje na chudsze lata, nie przewidują nieprzyjemności. Przyznają się do strukturalnego rozkładu.

Uwaga Meloni była ważna, ponieważ przełamała farsę. Imperia głośno obwieszczają swój triumf. Upadające systemy obniżają oczekiwania po cichu – lub – jak w przypadku Meloni – niezwykle otwarcie. Przywódcy Europy obniżają teraz oczekiwania, ponieważ wiedzą, co leży w magazynach, czego fabryki jeszcze nie są w stanie dostarczyć, jak wyglądają krzywe zadłużenia – i co opinia publiczna już zaczyna rozumieć.

Dla większości Europejczyków to rozliczenie nie nadejdzie jako abstrakcyjna debata o strategii czy łańcuchach dostaw. Nadejdzie jako znacznie prostsze uświadomienie: to nigdy nie była wojna, na którą się zgodzili. Nie toczono jej w obronie ich domów, bogactwa ani przyszłości. Była napędzana imperialną chciwością – i opłacona ich standardem życia, przemysłem i przyszłością ich dzieci.

Wmawiano im, że to kwestia egzystencjalna. Mówiono im, że nie ma alternatywy. Mówiono im, że poświęcenie jest cnotą. Ale Europejczycy nie chcą niekończącej się mobilizacji ani permanentnej polityki oszczędności. Chcą pokoju. Chcą stabilności. Chcą cichej godności dobrobytu – niedrogiej energii, funkcjonującego przemysłu i przyszłości, która nie będzie obciążona konfliktami, na które nigdy się nie zgodzili.

A kiedy ta prawda dotrze do ludzi, kiedy strach opadnie, a czar pryśnie, pytanie, które zadadzą Europejczycy, nie będzie techniczne, ideologiczne ani retoryczne. Będzie ludzkie. Dlaczego byliśmy zmuszeni poświęcić wszystko dla wojny, na którą nigdy się nie zgodziliśmy, wojny, o której mówiono nam, że nie ma pokoju, o który warto zabiegać? I to właśnie spędza Meloni sen z powiek.

https://uncutnews.ch/europas-panikoekonomie-eingefrorene-vermoegenswerte-leere-arsenale-und-das-stille-eingestaendnis-der-niederlage/embed/#?secret=dGAb7K84Lp#?secret=IryuZHHJdX

Europa pójdzie na wojnę?! – część pierwsza

Europa pójdzie na wojnę?! – część pierwsza

Faktyczne przygotowanie: zamrożone aktywa, puste arsenały i ciche przyznanie się do porażki

Napisał: Gerry Nolan

Giorgia Meloni

ZB:  Uważna lektura poniższego tekstu pozwoli nam wyciągnąć przynajmniej jeden optymistyczny wniosek: Europa nie pójdzie na wojnę. Brakuje bazy przemysłowej, a tej nie da się wytworzyć w ciągu kilku lat – pisze autor Gerry Nolan. Są jeszcze inne czynniki, które powstrzymują europejskie marionetki od wszczęcia śmiertelnej awantury. A teraz tekst – długi, więc przedstawiam go w dwóch częściach:

GN:  Kiedy premier każe swoim urzędnikom odpocząć, bo przyszły rok będzie znacznie gorszy, nie jest to czarny humor. Nie jest to przejaw wyczerpania. To moment, w którym maska opada – następują słowa, które liderzy wypowiadają tylko wtedy, gdy wewnętrzne prognozy przestają być spójne z narracją publiczną.

Giorgia Meloni nie zwracała się do wyborców. Zwracała się do samego państwa – biurokratycznego trzonu odpowiedzialnego za wdrażanie decyzji, których konsekwencji nie da się już ukryć. Jej słowa nie dotyczyły drobnego wzrostu obciążenia pracą. Dotyczyły ograniczeń. Limitów. Europy, która przeszła od zarządzania kryzysowego do kontrolowanego upadku, wiedząc, że 2026 rok to moment, w którym skumulowane koszty w końcu sięgną zenitu.

To, co Meloni nieumyślnie ujawniła, rozumieją już europejscy rządzący: zachodni projekt na Ukrainie zderzył się z materialną rzeczywistością. Nie rosyjską propagandą. Nie dezinformacją. Nie populizmem. Ale brakiem stali, amunicji, energii, pracy i czasu. A gdy tylko materialna rzeczywistość zwycięża, legitymizacja zaczyna słabnąć. Europa może pozować, prężyć muskuły, ale nie może produkować sprzętu na wojnę.

Cztery lata po rozpoczęciu intensywnych i morderczych wojennych działań na wyniszczenie Stany Zjednoczone i Europa stają w obliczu prawdy, o której zapomniały przez dekady: takiego konfliktu nie prowadzi się teatralnymi przemówieniami, sankcjami ani załamaniem dyplomacji. Prowadzi się go granatami, pociskami, wyszkolonymi załogami, cyklami napraw i tempem produkcji przewyższającym straty – miesiąc po miesiącu, bez przerwy.

Po 2025 roku ta przepaść nie będzie już teoretyczna

Europa może stroić marsowe miny. Rosja produkuje obecnie amunicję artyleryjską na skalę, która – jak przyznają sami zachodni politycy – przewyższa łączną produkcję NATO. Rosyjski przemysł przestawił się na niemal ciągłą produkcję wojenną (nawet bez pełnej mobilizacji), z scentralizowanymi zamówieniami, usprawnionymi łańcuchami dostaw i przerobem sterowanym przez państwo. Szacunki wskazują, że roczna produkcja rosyjskiej artylerii wynosi kilka milionów pocisków – produkcja, która jest już w toku, a nie tylko obiecana.

Koalicja chętnych – jastrzębie i sępy

Europa z kolei spędza rok 2025 świętując cele, których nigdy nie będzie w stanie materialnie osiągnąć. Flagowe zobowiązanie Unii Europejskiej nadal wynosi dwa miliony pocisków rocznie – cel zależny od nowych zakładów, nowych kontraktów i nowej siły roboczej, który, jeśli w ogóle, nie zostanie w pełni zrealizowany w kluczowym okresie tej wojny. Nawet gdyby ten ambitny cel został osiągnięty, nie dorównałby on rosyjskiej produkcji. Stany Zjednoczone, po nadzwyczajnej rozbudowie, prognozują produkcję około miliona pocisków rocznie – pod warunkiem, i to jest kluczowe ‚jeśli’, że pełne zwiększenie produkcji zakończy się sukcesem.

Nawet na papierze zachodnia produkcja ma trudności z nadążaniem za już dostarczaną rosyjską produkcją. Zachód to papierowy tygrys. Jest ogromna rozbieżność w tempie. Rosja produkuje teraz na dużą skalę. Europa marzy o tym, by móc produkować na dużą skalę w przyszłości. A czas to jedyna zmienna, której nie da się usankcjonować.

Stany Zjednoczone nie mogą też po prostu zrekompensować wyczerpanych mocy produkcyjnych Europy. Waszyngton boryka się z własnymi wąskimi gardłami przemysłowymi. Produkcja pocisków przechwytujących Patriot wynosi zaledwie kilkaset sztuk rocznie, podczas gdy popyt obejmuje obecnie jednocześnie Ukrainę, Izrael, Tajwan i uzupełnianie zapasów w USA – rozbieżność, którą, jak przyznają nawet wysocy rangą urzędnicy Pentagonu, nie da się łatwo, jeśli w ogóle, rozwiązać.

Amerykański przemysł stoczniowy opowiada tę samą historię: programy budowy okrętów podwodnych i nawodnych są opóźnione o lata, hamowane przez niedobory siły roboczej, starzejące się stocznie i przekroczenia kosztów, które uniemożliwiają jakąkolwiek znaczącą ekspansję w latach 30. XXI wieku. Założenie, że Ameryka może zapewnić Europie bezpieczeństwo przemysłowe, nie jest już prawdziwe. To nie tylko problem europejski, ale i zachodni.

Gotowość wojenna bez fabryk

Europejscy przywódcy mówią o ‚gotowości wojennej’,  jakby to była postawa polityczna. W rzeczywistości tę gotowość wypracowuje przemysł, więc Europa nie jest w stanie sprostać swym wyzwaniom.

Nowe linie produkcyjne artylerii potrzebują lat, aby osiągnąć stabilną wydajność. Produkcja pocisków przeciwlotniczych odbywa się w długich cyklach, mierzonych partiami, a nie szczytami. Nawet podstawowe materiały, takie jak materiały wybuchowe, wciąż są deficytowe; zakłady zamknięte dekady temu są dopiero teraz ponownie otwierane, a niektóre z nich nie osiągną pełnej wydajności przed 2030 rokiem. Sama ta data jest przyznaniem się do porażki.

Rosja z kolei działa już z prędkością godną wojny. Jej sektor obronny dostarcza rocznie tysiące pojazdów opancerzonych, setki samolotów i śmigłowców oraz ogromne ilości dronów.

Problem Europy nie jest koncepcyjny, lecz instytucjonalny. Powszechnie chwalona zmiana paradygmatu w Niemczech brutalnie to obnażyła. Przeznaczono dziesiątki miliardów, ale wąskie gardła w zamówieniach, rozdrobnione kontrakty i ograniczona baza dostawców sprawiły, że dostawy były opóźnione o lata.

Francja, często przedstawiana jako najpotężniejszy producent broni w Europie, może wytwarzać bardziej zaawansowane systemy – ale tylko w butikowych ilościach, liczonych w dziesiątkach, podczas gdy wojna na wyniszczenie wymaga tysięcy. Nawet inicjatywy UE mające na celu przyspieszenie produkcji amunicji zwiększyły moce produkcyjne na papierze, podczas gdy linie frontu zużywały pociski w ciągu kilku tygodni. To nie są porażki ideologiczne. To błędy administracyjne i przemysłowe – i pogłębiają się pod presją.

Różnica jest strukturalna. Przemysł zachodni został zoptymalizowany pod kątem efektywności akcjonariuszy i marż w czasie pokoju. Przemysł rosyjski został zreorganizowany, aby sprostać presji. NATO ogłasza pakiety. Rosja liczy dostawy.

https://uncutnews.ch/europas-panikoekonomie-eingefrorene-vermoegenswerte-leere-arsenale-und-das-stille-eingestaendnis-der-niederlage/embed/#?secret=rGGsr6QIcp#?secret=oJ5dRcy2fO

Napisał: Gerry Nolan

Opracował: Zygmunt Białas

Zamieszki i pożary w Holandii. Spłonął 150-letni zabytkowy kościół. Jak „prasa” kłamie, a PCh daje ciała

Zamieszki i pożary w Holandii. Spłonął 150-letni zabytkowy kościół.

pch24.pl/zamieszki-i-pozary-w-holandii-splonal-150-letni-zabytkowy-kosciol

(fot. Twitter.com)

Noc Sylwestrowa minęła w Holandii pod znakiem licznych zamieszek i starć z policją. W wielu miejscach kraju wybuchły pożary. Jeden z nich doszczętnie strawił zabytkowy 150-letni kościół pw. Najświętszego Serca Jezusowego (Voldenkerk) w Amsterdamie.

Tegoroczna noc sylwestrowa w Holandii okazała się wyjątkowo dramatyczna. W różnych częściach kraju doszło do śmiertelnych wypadków związanych z użyciem fajerwerków, m.in. w Nijmegen i Aalsmeer. Policja bada, czy używany materiał pirotechniczny był legalny.

Jednym z najpoważniejszych zdarzeń był ogromny pożar zabytkowego kościoła w Amsterdamie – Vondelkerk, który od lat 70 XX wieku przestał pełnić funkcję świątyni katolickiej i stał się miejscem wielu koncertów oraz spotkań. Ogień szybko objął wieżę budynku, a gęsty deszcz iskier zmusił służby do ewakuacji kilkudziesięciu pobliskich domów. Straż pożarna walczyła z żywiołem przez wiele godzin, wykorzystując wodę z pobliskiego parku. Zabytku nie udało się uratować. Na miejscu pojawiła się burmistrz Femke Halsema, która powiedziała: „To jest naprawdę straszne (…) to ogromna tragedia.”

Służby nie potwierdzają teorii o celowym podpaleniu. 

W całym kraju odnotowano liczne pożary budynków mieszkalnych, garaży i obiektów publicznych, w tym hal sportowych i domów jednorodzinnych. W kilku przypadkach eksplodowały składowane fajerwerki, co dodatkowo utrudniało akcje ratunkowe.

Szczególne zaniepokojenie wzbudziła skala przemocy wobec służb. Policjanci, strażacy i ratownicy medyczni byli obrzucani fajerwerkami, kamieniami, a w Bredzie w dzielnicy Tuinzigt użyto koktajli Mołotowa. Związek zawodowy policji określił sylwestrową noc jako jedną z najbardziej brutalnych w ostatnich latach.

Tegoroczny Sylwester był jednocześnie ostatnim, w którym fajerwerki na prywatny użytek były jeszcze legalne w skali kraju. Władze zapowiadają, że przejęta zmiana prawa ma ograniczyć liczbę ofiar, zniszczeń i przemocy, które od lat towarzyszą świętowaniu Nowego Roku w Holandii. [czemu PCh nie komentuje tej bzdury?? md]

Niektórzy łączą sylwestrowe incydenty z obecnością coraz większej populacji imigrantów spoza Europy. [Jak można puścić taki bzdet w PCh!! Wstyd!! MD]

Holandia w ostatnich latach mierzy się z poważnym kryzysem migracyjnym.

[Gówno „się mierzy” !! Dupy daje!! MD]

Tylko w 2022 r. do kraju przybyło ponad 400 tys. cudzoziemców, głównie pochodzenia azjatyckiego i afrykańskiego. Liczba przybyszów nie spada poniżej kilkuset tysięcy rocznie (w 2023 do kraju przybyło 339 tys. cudzoziemców). Do najliczniejszych grup należą Turcy, Kurdowie, Marokańczycy i obywatele Surinamu.

W niektórych miastach powstają tzw. getta, czyli dzielnice zdominowane przez migrantów, które odznaczają się wyższym współczynnikiem przestępczości. Rząd wprowadza środki mające na celu ograniczenie imigracji, zapowiedziano m.in. możliwość zawieszenia prawa do azylu. [To rządy impotentów md]

PAPpap logo / oprac. PR

Plan upadku Europy

Plan upadku Europy

29.12.2025 r. Autor artykułu Marek Wójcik plan-upadku-europy/

Ten samo-destruktywny kurs, jaki narzuca Europie niewybierana demokratycznie Komisja Europejska, nie jest wcale wynikiem głupoty zarządzających tą komisją. Jest wynikiem służalczości tych figurantów spełniających wiernie wszelkie rozkazy globalistów. Europa igra z ogniem, wiedząc, że gorąca wojna zniszczyłaby kontynent w ciągu kilku tygodni. Jak na ironię, to właśnie Donald Trump na razie powstrzymał eskalację konfliktu, wznawiając rozmowy z Rosją i Chinami.

Wiedza tajemna – rok 2021.

Na szczęście dla wszystkich mieszkańców naszej planety Donald Trump wznowił rozmowy z Rosją i Chinami i rozpoczął budowanie czegoś, co wydaje się początkiem długotrwałych relacji między krajami, które już teraz nazywane są „wielką trójką” – Chinami, Stanami Zjednoczonymi i Rosją. Oczywiście, jeśli Trump rzeczywiście zrealizuje swoją całkowicie absurdalną groźbę wypowiedzenia wojny Wenezueli w najbliższych tygodniach, zniweczy wszelkie dotychczasowe postępy, jakie osiągnął na arenie międzynarodowej. Będziemy musieli poczekać i zobaczyć, czy jest to tylko kolejny z jego wielkich blefów.

Powyższy cytat pochodzi z opublikowanego w piątek na platformie Pressenza artykułu: WYNIKI WOJNY Z TERRORYZMEM i zbliżający się UPADEK EUROPY. Źródło.

Czy wiecie, skąd się wzięła nazwa: Koalicja chętnych? Pojawiła się w filmie z roku 2005 V jak Vendetta. Film rozgrywa się w 2020 roku i pokazuje świat spustoszony przez wirus uwolniony w celu przejęcia władzy nad społeczeństwem. W tym czasie w USA trwa wojna domowa. Film powstał na podstawie komiksu Alana Moore’a.

Zobaczcie urywek tego filmu, gdzie pokazano tę flagę:

Koalicja chętnych
do władzy.
Źródło:
Telegram 27.03.2025 r. 19:06.

Nasuwa się klasyczne, filozoficzne pytanie: co było wcześniej, jajko czy kura? Jeśli kura, to z czego się wykluła, a jeśli jajko, to kto je zniósł? Jeżeli reżyser filmu wpadł 20 lat wcześniej pomysł powstania faszystowskiej koalicji chętnych do przeciągania wojny w nieskończoność, to powinien oskarżyć kilku szefów europejskich państw o kradzież koncepcji.

Na tym nie kończą się wizjonerskie talenty twórców filmu – reżysera Jameso McTeiguego, co było jego debiutem reżyserskim; scenariusz napisały Lana i Lilly Wachowscy (jako siostry Wachowskie).

Ten film sprzed 20 lat opisuje także wywołaną przez rząd i korporacje farmaceutyczne pandemię wspieraną medialnymi kłamstwami. Akcja została umiejscowiona w roku 2020.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Zamykanie europejskiej “pułapki na tuńczyki”

Zamykanie europejskiej “pułapki na tuńczyki”

Date: 25 dicembre 2025 Author: Uczta Baltazara

Kilka dni temu, Rada Unii Europejskiej, będąca organem wykonawczym, nałożyła sankcje na pułkownika Jacquesa Bauda https://fr.wikipedia.org/wiki/Jacques_Baud i 11 innych osób (fizycznych i prawnych). Sankcje obejmują zamrożenie aktywów, zakaz dla wszystkich obywateli i firm UE udostępniania im funduszy, zezwalania im na działalność finansową lub przyznawanie im zasobów gospodarczych, a także zakaz podróżowania. Zasadniczo jest to równoznaczne z ogłoszeniem śmierci cywilnej objętego sankcjami obywatela, który nie może już więcej legalnie uzyskać dostępu do żadnej formy dochodu, ani przeszłego, ani nowego, i nie może także podróżować.

Należy tutaj podkreślić dwie kwestie.

Po pierwsze, ta drakońska kara jest nakładana za coś, co jest tylko i wyłącznie „myślozbrodnią”, ponieważ nie są obecne żadne zarzuty karne ani cywilne.

Po drugie, kara nie jest nakładana przez organ sądowy, ale przez organ wykonawczy, a więc bez przechodzenia przez procedurę ustalania odpowiedzialności.

Nawiasem mówiąc – ku uciesze tych, którzy zachwycają się takimi rzeczami – ta forma interwencji stanowi bezpośrednie i oczywiste naruszenie art. 11 i 12 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, które stanowią odpowiednio:

Artykuł 11.1. „Każdego oskarżonego o popełnienie czynu zagrożonego karą uważa się za niewinnego do czasu udowodnienia mu winy – zgodnie z ustawą – w procesie publicznym, w którym zapewniono mu wszelkie środki niezbędne do obrony”.

 Artykuł 12. “Nikt nie może być narażony na arbitralną ingerencję w swe życie prywatne, rodzinne, domowe, korespondencję ani na naruszenie jego czci lub dobrego imienia. Każdy ma prawo do ochrony prawnej przed tego rodzaju ingerencją lub szkodą.”

Każdy, kto sądzi, że ten przejaw dyktatorskiej samowoli jest zwykłym przypadkiem, byłby w ogromnym błędzie.

Rząd UE od dawna jest “królestwem” całkowitej samowoli.

Przypomnijmy sprawę zajęcia zamrożonych rosyjskich aktywów. To rażące naruszenie prawa międzynarodowego nie nastąpiło (na razie) wyłącznie z powodu przypadkowego zbiegu okoliczności, a mianowicie obecności w USA prezydenta, który ma inne plany dotyczące wspomnianych funduszy, oraz obecności w Belgii – kraju najbardziej zaangażowanym finansowo – premiera o minimalnej dozie zdrowego rozsądku.

Nawiasem mówiąc, za tę ostrożną postawę, premier Bart De Wever – mimo ogromnego poparcia społecznego – został zaatakowany w belgijskiej prasie oskarżeniami o proputinizm. Konsekwencje tego rodzaju makroskopowego naruszenia prawa gospodarczego byłyby potencjalnie niszczycielskie (dla UE), tym bardziej, że ostatnim atutem UE na arenie międzynarodowej jest fakt, że jest ona supermocarstwem finansowym ze stabilną walutą.

Von der Leyen to prezydent, która została wybrana na drugą kadencję po przepaleniu dziesiątek miliardów europejskich funduszy w ramach prywatnej, tajnej umowy SMS-owej z Pfizerem. Tym samym, jej arbitralne działania zostały w całości “pobłogosławione” przez UE.

UE jest organem, który poprowadził europejski przemysł na rzeź, by podążać pro tempore za zielonymi lobbystami (którzy oczywiście nie mają nic wspólnego z ekologią), tylko po to, by następnie zdać sobie sprawę z tego, co od ręki stwierdziły dziesiątki ekspertów, a mianowicie, że założenia dokonania totalnej elektryfikacji były absurdalne i nierealistyczne (a także bezużyteczne dla celów, dla których zostały oficjalnie wysunięte, przy braku porozumień z resztą uprzemysłowionego świata).

UE jest tym wielonarodowym podmiotem, który tworzy obecnie agencję wywiadowczą pod bezpośrednim zwierzchnictwem tego, kto przewodniczy pro tempore  Komisji Europejskiej (obecnie von der Leyen), tak jakby był szefem rządu krajowego wybranym w demokratycznych wyborach.

babylonianempire/ue-utworzy-nowa-jednostke-wywiadowcza-pod-kierownictwem-ursuli-von-der-leyen

UE stworzyła Digital Services Actmechanizm cenzury, który może sankcjonować w absolutnie arbitralny sposób (tj. bez przechodzenia przez organy sądowe) każdą treść uznaną za „dezinformację”, tj. każdą platformę hostującą treści, które nie są kompatybilne z opinią europejskiej władzy wykonawczej, a mają znaczący wpływ.

UE systematycznie twierdzi, że wybory, których wyniki są niekorzystne dla jej programu, są nielegalne i powinny zostać powtórzone; że zwycięzcy wyborów mający programy antyunijne powinni zostać aresztowani; że partie eurosceptyczne powinny zostać zdelegalizowane, nawet jeśli mają większość preferencji.

Podczas gdy lekcje wychowania obywatelskiego w naszych szkołach zostają przejęte przez obwoźnych akwizytorów zachwalających “cuda” Zjednoczonej Europy; podczas gdy o karierach akademickich decyduje się poprzez wypłatę europejskich grantów przyznawanych projektom, które niczemu nie zagrażają, albo są podporządkowane agendzie eurokratycznej; podczas gdy zmierzamy wymuszonymi posunięciami w kierunku portfela cyfrowego – za sprawą czego sankcje nakładane obecnie na Jacques’a Bauda mogą stać się o wiele bardziej rozległe, szybsze i powszechniejsze – podczas gdy wszystko to dzieje się – społeczeństwo europejskie nadal w dużej mierze śpi.

Libertariańscy liberałowie chcą więcej wolności wyłącznie dla posiadaczy kapitału.

Postępacy nucą „Bell* ciao”  (aluzja do szlagieru włoskiego lewactwa, którego tytuł, autor tekstu ironicznie zmodyfikował na genderową modłę)  https://it.wikipedia.org/wiki/Bella_ciao) i ścigają wyimaginowanych faszystów.

Grupy dysydenckiezbyt skupione na zazdrościach i złośliwościach wobec siebie, by przejmować się czymkolwiek innym.

Suwerenna prawica nadal sprzedaje swój kraj po kawałku w zamian za fotele i photo opportunity.

Zdurniali starzy pro-europejczycy wciąż majaczą o „europejskim śnie”, ponieważ mogą zatankować za granicą bez okazywania dokumentów.

Przemysłowcy, coraz bardziej uzależnieni od euro-prebend, milczą przed obliczem UE, która po raz pierwszy w historii Europy kultywuje katastrofalne wręcz stosunki z resztą świata: weszła na wojenną ścieżkę z Rosją, zniszczyła stosunki z Chinami w związku z „jedwabnym szlakiem”, została wyrzucona z Afryki, jest pogardzana przez USA.

Jedynymi, którzy dobrze prosperują, są tzw. „yes-men” –  luksusowi konformiści, wysoko postawione trybiki, służalcy akademiccy, trybiki sądownictwa.

Bardzo niewielu zdaje się rozumieć ciężar tej historycznej transformacji, podczas której, w instytucjach pułapki na tuńczyki zwanej Unią Europejską, karłowaci mentalnie mężczyźni i karłowate mentalnie kobiety – podporządkowani oligarchiom finansowym, podejmują ostatnie kroki w kierunku całkowitego i nieodwołalnego zniewolenia Europejczyków: zniewolenia kulturowego, ekonomicznego, materialnego i behawioralnego.

Jest to zniewolenie inne niż w autokracjach, ponieważ jest ono dzikie, nieprzejrzyste, acefaliczne, pozbawione nawet tego niewielkiego luksusu jakim jest poznanie oblicza tego, kto cię uciska.

U steru nie znajduje się pojedynczy człowiek na balkonie (aluzja do Mussoliniego), ale samonapędzający się aparat; aparat stworzony przez system finansowych lobbiesaparat pozbawiony projektu innego niż władza dla samej władzy, czerpanie zysku jako cel sam w sobie, przez co Europa i jej obywatele są jedynie surowcem, siłą roboczą, terenem do podboju.

Andrea Zhok – autor tekstu zamieszczonego powyżej jest profesorem nadzwyczajnym filozofii moralnej na Uniwersytecie Mediolańskim.

***

Pułapka na tuńczyki, tzw. tonnara to zestaw specjalnie skonstruowanych sieci, które są używane do połowu tuńczyka błękitnopłetwego. (…) Metody połowowe tuńczyków stosowane do dziś to: tonnara di corsa, czyli zestaw sieci rozmieszczonych w komorach, umieszczonych w strefie przepływu tuńczyków, oraz tonnara volante, czyli „latająca” tonnara, polegająca na „latającym” rozmieszczeniu sieci po wykryciu ławic tuńczyków za pomocą echosondy i radaru. https://it.wikipedia.org/wiki/Tonnara

Sycylia: Połów tuńczyków przy pomocy “tonnary”, czyli zamykania łowiska (od wielu lat już nie praktykowany):

INFO: https://t.me/andreazhok/701

Samozniszczenie Europy

Samozniszczenie Europy

Date: 26 dicembre 2025 Author: Uczta Baltazara

Dzisiejsza Europa nie ma poważnego sektora internetowego, światowych liderów technologicznych ani silnika innowacji zdolnego konkurować ze Stanami Zjednoczonymi lub Azją.

Jej gospodarka znajduje się w stagnacji, baza przemysłowa ulega erozji, bezrobocie pozostaje na wysokim poziomie strukturalnym, a zależność energetyczna stała się trwałą słabością.

Nie jest to pech, lecz wynik świadomych wyborów.

Paraliżujące regulacje, represyjne podatki, ideologiczne polityki klimatyczne i wrogość wobec wolnego rynku zdusiły wzrost gospodarczy i spowodowały odpływ kapitału.

Europa poucza świat o wartościach, jednocześnie importując energię, zlecając na zewnątrz innowacje i regulując się do nieistotności.

Aby odbudować cokolwiek – infrastrukturę, przemysł, konkurencyjność – Europa musiałaby zliberalizować przepisy, obniżyć podatki, porzucić absolutyzm klimatyczny i przyjąć prawdziwą ekonomię rynkową.

Są to reformy, których Europa nie chce przeprowadzić, nawet pomimo tego, że jej upadek przyspiesza.

Tragedia nie polega na tym, że Europa nie może konkurować, ale na tym, że decyduje się tego nie robić. https://x.com/MarioNawfal/status/2004303640614654170

***

Nowe projekty przyszłych banknotów UE są już gotowe i pięknie wpisują się w wyznaczony temat „Kultura europejska”.

https://x.com/BitsagaRob/status/1945180493126803704

Nie dawajmy się oszwabiać zielonej brukselce. 

Małgorzata Todd <mtodd@mtodd.pl>

Szanowni Państwo! 

Oto pięćdziesiąty i zarazem ostatni w tym roku SOBOTNIK, wraz z DUCHEM CZASU.

Nowy Rok  50/2025(754)

Drodzy Czytelnicy, przyjmijcie życzenia wszelkiej pomyślności w nadchodzącym nowym 2026 roku.

     Pamiętajmy jednak, że najlepsze nawet życzenia nie wystarczą, póki dajemy się wodzić za nos przechwalającemu się Szwabowi tym, że nikt go w Unii nie oszwabi. Racja, nie o niego chodzi, tylko o jego pośrednictwo w oszwabianiu na potęgę nas – Polaków.

     Brukselka cwana i nieudolna zarazem, dostarcza nam niechcianych nachodźców, rujnuje naszą produkcję rolną, przemysł i praktycznie niszczy wszystko, czego się dotknie.

Czas wreszcie powiedzieć: DOŚĆ! Im prędzej opuścimy ten kołchoz, tym więcej uratujemy. Nie dawajmy się oszwabiać zielonej brukselce. 

     Niech ta idea towarzyszy nam od początku nowego 2026 roku.

Małgorzata Todd