













Izabela BRODACKA
Pani „ministra” Nowacka nie ma dobrej prasy. Swoje urzędowanie rozpoczęła od wykastrowania kanonu lektur szkolnych z książek wartościowych i zastąpienia ich twórczością Olgi Tokarczuk i innych pisarzy nie najwyższych lotów, a raczej zdecydowanych nielotów. Przekonywała, że Julian Tuwim był rasistą i dlatego napisał niepoprawny politycznie wiersz pod tytułem „Murzynek Bambo”.
Później było tylko gorzej i znacznie gorzej. Oskarżyła Polaków o budowę niemieckich, nazistowskich obozów koncentracyjnych. Tłumaczyła się, że się przejęzyczyła. Był to zapewne pierwszy przypadek w historii, kiedy ktoś się przejęzyczył … czytając z kartki.
Następnie zakazała zadawania uczniom prac domowych. Ten, nomen omen, rewolucyjny pomysł nie dawał szans na skuteczne zapoznanie się uczniów z lekturami. Dalej gwałtownie, brutalnie i bez konsultacji i pilotażu wprowadziła nowy, obowiązkowy przedmiot pod nazwą „wychowanie zdrowotne”. Pod presją rodziców, światłych pedagogów i psychologów, a także prawników umiejących czytać ze zrozumieniem Konstytucję RP i inne akty prawne dające rodzicom prawo do wychowania i nauczania swoich dzieci, z tego przymusu się wycofała.
Teraz, od września bieżącego roku szkolnego, jest to przedmiot nieobowiązkowy. Rodzice decydują o udziale w tych lekcjach swoich dzieci. Mieli czas do 25 września na decyzję co do udziału w tych zajęciach swoich pociech. I masowo składali deklaracje o rezygnacji z tej ministerialnej propozycji. W gminie Czarny Dunajec wszyscy rodzice mający dzieci w szkołach zrezygnowali z udziału dzieci w lekcjach wychowania zdrowotnego. Podobnie stało się na całym Podhalu słynącym z tradycji konserwatywnych, narodowych i patriotycznych. W całej Polsce większość rodziców nie chce posyłać swoich dzieci na te zajęcia.
Czego się boją? Czego nie chcą? Lękają się indoktrynacji, seksualizacji i demoralizacji swoich dzieci. Rzeczywiście, przedmiot ten w swojej różnorodności, zawiera dziesięć bardzo różnych zakresów tematycznych, od wiedzy o rozwoju seksualnym, bardzo przedmiotowo traktującej płciowość człowieka, po ekologię rozumianą ideologicznie, z której robi się system wierzeń i przesądów, wiedzę o organizacji społecznej, systemy polityczne, meteorologię.
O małżeństwie, jako związku kobiety i mężczyzny nie znajdziemy w tym programie praktycznie żadnej wiedzy, a informacje o tradycyjnej rodzinie zastępowane są reklamą rodzin alternatywach. Między innymi jest to tak zwana rodzina patchworkowa, w której jedno dziecko ma kilku tatusiów i kilka mamuś. Inaczej niż w tradycyjnej rodzinie w której bywa, że jeden tata i jedna mama mają kilkoro dzieci. A jak uczy historia i nasze indywidualne doświadczenie, rodzina jest wspólnotą niezbędną dla wartościowego wychowania, socjalizacji i przekazywania dzieciom tradycji i wzorów kultury. W każdej niemal cywilizacji rodzina była i jest niezastępowalną instytucją kultury. Mamy na to dowody historyczne i naukowe. Niemiecki socjolog Ferdinand Tönnies jest twórcą teorii podziału społecznych instytucji. Wyodrębnił on instytucje Gemeinschaft i Gesellschaft. Te pierwsze, to wspólnoty naturalne, rodzina i naród. Te drugie, to sztuczne organizacje społeczne takie jak stowarzyszenia, partie, czy państwo. I tym pierwszym nadał znaczenie pierwszorzędne. Nade wszystko twierdził, że rodzina jest instytucją i wspólnotą dla człowieka najważniejszą.
Doktor Szymon Grzelak, pedagog, psycholog i autor wielu programów profilaktycznych, który jest jednym z przywódców sprzeciwu wobec wprowadzenia przez MEN wychowania zdrowotnego, twierdzi, że ten program jest szkodliwy, demoralizujący i godzący w dobrostan wychowawczy polskich dzieci. Zwraca uwagę na fakt, iż w chwili obecnej Polska jest w stanie katastrofy demograficznej. W Polsce nie rodzą się dzieci w liczbie zapewniającej utrzymanie ciągłości trwania pokoleń.
Zatem przedmioty, które w swej konsekwencji pogłębią i wyostrzą ten problem są przejawem głupoty, ignorancji, a może dywersji narodowej. Grzelak postuluje powrót do dawnego, a obecnie wycofanego z programu szkolnego przedmiotu wychowania do życia w rodzinie. Bowiem tylko zdrowa i wydolna wychowawczo i moralnie rodzina daje szanse na trwanie i rozwój społeczeństwa i narodu. Ponadto zwraca uwagę na to, że nie ma szans na zatrudnienie do nauczania tego przedmiotu kompetentnych nauczycieli. Tak różnorodna i obszerna tematyka wymagałaby od uczących tego, aby byli absolwentami kilku różnych kierunków studiów.
Ale pani „ministra” ma nowe, kolejne problemy. Dyrektorka jej biura poselskiego, jedna z najbliższych jej współpracownic, radna Gdańska z Koalicji Obywatelskiej, Sylwia Cisoń, stała się w ostatnich dniach negatywną bohaterką skandalu. Zwyzywała ukraińskiego kierowcę taksówki zamawianej w aplikacji internetowej. Mając pretensję o to, że odebrał ją spóźniony i dowiózł o kilkaset metrów od miejsca, do którego chciała dojechać kazała mu się wynosić z Polski. Używała przy tym kilkakrotnie słowa na literę k, którego bynajmniej nie używają damy.
O zgrozo, pani Sylwia Cisoń, na co dzień, ma do czynienia z dziećmi. Jest nauczycielką i terapeutką. Na koniec, opluła taksówkarza, a on zrewanżował się używając w stosunku do agresorki gazu pieprzowego. Była w tej taksówce w towarzystwie swoich dzieci, dwóch synków, z którymi jechała na mecz Lechii Gdańsk z GKS Katowice. No to mamusia dała „nadobny” przykład zachowania swoim latoroślom. Pani radna jest członkiem komisji oświaty i kultury miasta Gdańska. Ponadto słynie z tolerancji dla emigrantów, wszelkich mniejszości i przybyszów. No to zasłynęła, dając popis ksenofobii, nietolerancji, chamstwa, obłudy i hipokryzji. O takich ludziach mój znajomy mówi, że zioną tolerancją. Ukraiński taksówkarz się o tym dobitnie przekonał.
Cisną się na usta pytania, mam nadzieję nie li tylko retoryczne: Jak długo jeszcze pani „ministra” Nowacka będzie niszczyć polski system edukacji? Ile jeszcze podejmie decyzji szkodzących polskim dzieciom? Jak bardzo będzie pogłębiać kompromitację tego rządu?
10.10.2025 https://nczas.info/2025/10/10/tylko-u-nas-braun-to-juz-bylo-w-1939-r-warszawa-gotowa-jest-na-wszystko-video/

W rozmowie z Markiem Skalskim polski poseł do Parlamentu Europejskiego wskazał na czyhające na Polskę jego zdaniem zagrożenia. Chodzi m.in. o wojnę na Ukrainie.
– Potwierdziły się moje niewesołe przewidywania sprzed lat i mianowicie Angela Merkel nominowała Polaków na winowajców wojny ukraińskiej. To się właśnie wydarzyło, a ja przestrzegałem i naprawdę tutaj nie chwalę się jakąś specjalną przenikliwością, bo do tego nie potrzeba było żadnego daru prorokowania, żeby to przewidzieć, że najpierw zostaniemy płatnikami, żyrantami, że nas będą próbowali wpychać pod ciężarówkę z gruzem, a na koniec jeszcze nominują nas na winowajców – tak jak pojawiła się ta narracja w wypowiedziach, których był już cały szereg, Włodzimierza Putina i innych polityków i publicystów rosyjskich – Polska jako winowajca II wojny światowej z kolei – wskazał Braun.
– I jedno i drugie – i to, co Putin i to, co Merkel – jest oczywiście osnute na pewnych faktach. Jest faktem, że Warszawa niereprezentująca polskiego interesu, polskiej racji stanu, a reprezentująca – i wtedy, w historii XX w. i dzisiaj – interes co najwyżej jakiejś sitwy, jakiejś grupy trzymającej władzę, jakiejś czy to zjednoczonej łże-prawicy, czy grupy rekonstrukcji historycznej sanacji, czy teraz uśmiechniętej demokracji walczącej z Polakami, ta Warszawa po prostu gotowa jest na wszystko, gotowa jest wszystko sprzedać, gotowa jest wszystko zaryzykować po to, żeby nirwana władzy, wpływów, żeby trwała wiecznie – ocenił.
– I do pary z tym faktem, fakcikiem Angela Merkel nominuje Polaków na winowajców wojny ukraińskiej – dodał.
– Jeszcze zwróćmy uwagę – i zwracają i będą zwracać na to uwagę panowie posłowie Skalik, Fritz, Zawiślak, koło Konfederacji Korony Polskiej w Sejmie – publikacja Klausa Bachmanna z ostatnich dni i taki, moim zdaniem, balonik próbny, czy polskie złoto nie będzie bardziej bezpieczne poza granicami Polski. Może Berlin, może Londyn (…) – to też już było w 1939 r.: epopeja polskiego złota, płk. minister Ignacy Matuszewski, bohaterskie działania, złoto uratowane. Dla kogo? No dla Francuzów i Anglików uratowane – przypomniał.
– Gdyby polskie złoto wylądowało gdzieś, choćby w tym Frankfurcie nad Menem (siedziba Europejskiego Banku Centralnego – przyp. red.), no to zmieni się może układ władzy, zmienią się treści politycznie poprawnych przekazów propagandowych Unii Europejskiej, Polska znowu zostanie nominowana na zakałę demokracji europejskiej, bo przecież to był tutaj w swoim czasie stały cykl debat, właściwie na każdym posiedzeniu była mowa o tym, jak tam demokracja w Polsce niedomaga. No i wówczas mogłoby się okazać, że dla dobra Polaków i dla dobra demokracji europejskiej trzeba położyć rękę na tym polskim złocie – dodał.
– A skoro Warszawa, notabene również od prawej do lewej, cała ta koalicja podżegaczy wojennych, koalicja covidowo-chanukowa głosowała i nawet podżegała do tego, żeby kłaść ręce, przez Unię Europejską, na finansach, na rezerwach, na pieniądzach tych, których UE nominuje na wrogów, przede wszystkim Rosji i skoro to zostało przegłosowane – to zamrażanie, a potem nawet przekierowywanie na potrzeby Ukraińców jakichś tam odsetek, a niektórzy by chcieli, żeby nawet i kapitałów rosyjskich, gdzieś tam na Zachodzie ulokowanych, to byłby to precedens, który mógłby być przeciwko nam łatwo wykorzystany – ocenił.
– Rzucam hasło: ręce precz od polskiego złota. Nie idźmy na tę wojnę – skwitował Braun.




[warto powtórzyć…]
—————————————

—————————-




Stanisław Michalkiewicz 11 października 2025 michalkiewicz
1 października na wodach międzynarodowych, izraelska marynarka wojenna otoczyła konwój płynący z pomocą humanitarną do Strefy Gazy, niektóre jednostki przejęła, a pozostałe, wraz z pasażerami – skierowała do miejscowości Aszdod na terenie Izraela– wśród nich Wielce Czcigodnego posła z ramienia Koalicji Obywatelskiej, Franciszka Sterczewskiego. Wielce Czcigodny w momencie, gdy izraelscy marynarze weszli na pokład łodzi którą płynął i go aresztowali, zdążył nadać komunikat, że został „porwany” i poprosił polskie władze o opiekę konsularną, która umożliwi mu bezpieczny powrót do Polski. 2 października władze izraelskie podały, że cały konwój został przechwycony przez izraelską marynarkę i do Strefy Gazy nie dotrze – co zresztą wcześniej strona izraelska zapowiadała.
Eksperci spoza Izraela twierdzą, że zatrzymanie konwoju, który nie był uzbrojony, było ze strony Izraela „aktem piractwa” i w ogóle złamaniem prawa międzynarodowego oraz praw człowieka, a co bardziej porywczy domagają się nawet „sankcji” wobec Izraela – takich samych, a może chociaż tylko podobnych, jakie zostały zastosowane wobec Rosji.
Wygląda jednak na to, że – po pierwsze – Izrael żadnych sankcji się nie obawia, bo od samego początku użył wobec konwoju z pomocą humanitarną dla Strefy Gazy bardzo poważnego zaklęcia w postaci oskarżenia jego uczestników o „terroryzm”. Takie oskarżenie jest chyba jeszcze gorsze od oskarżenia o „antysemityzm” – bo to ostatnie tak często bywało nadużywane, że uległo inflacji i obecnie coraz mniej ludzi się go obawia, chociaż sporo jest takich, co uważają, iż gorsze ono jest od śmierci.
Dotyczy to zwłaszcza politycznych ambicjonerów, którzy jak ognia starają się unikać wszystkiego, co mogłoby wskazywać, że w ogóle mają jakieś poglądy, a już zwłaszcza – że mają poglądy niezatwierdzone do wyznawania – zaś „antysemityzm” do takich poglądów należy. O ile jednak osoby oskarżane o „antysemityzm” jakoś ten eksperyment przeżywają, to oskarżenie o „terroryzm” jest poważniejsze w skutkach, bo może doprowadzić do przykrych konsekwencji w postaci umieszczenia w areszcie wydobywczym, a potem – nawet w więzieniu. A w tym politycznym sezonie zaklęcie w postaci „terroryzmu” jest nie tylko dobre na wszystko, ale również – jeśli takie określenie by tu w ogóle pasowało – najmodniejsze.
Na przykład prezydent USA Donald Trump uznał urzędowo „Antifę” za „organizację terrorystyczną”. Jest to chyba nawet uzasadnione, o czym mogłem przekonać się podczas pobytu w Anglii, gdzie uczestniczyłem w konferencji zorganizowanej przez tamtejszych polskich działaczy. Wynajęli oni lokal u pewnej religijnej wspólnoty – ale kiedy już konferencja się rozpoczęła, zakłopotani właściciele ośrodka oświadczyli, że wypowiadają umowę, bo zadzwonił do nich jegomość podający się za członka „Antify”, komunikując, że jeśli tego nie zrobią, to „Antifa” spali im ten cały ośrodek. Nie było rady, jak wynająć salę w hotelu – ale i tutaj sytuacja się powtórzyła z tą różnicą, że jegomość podający się za członka „Antify” już nie groził, że hotel spali, tylko – że go zdemoluje. W tej sytuacji organizatorzy zwrócili się do proboszcza miejscowej polskiej parafii w Southampton który żadnych pogróżek się nie przestraszył, dzięki czemu konferencja odbyła się już bez przeszkód.
Wygląda jednak na to, że jakieś wpływowe środowiska w Zjednoczonym Królestwie muszą tę całą „Antifę” ochraniać, bo – jak nas poinformowali właściciele ośrodka i właściciel hotelu – tamtejsza policja całkowicie zbagatelizowała informacje o kierowaniu gróźb karalnych, chociaż w dobie totalnej inwigilacji zidentyfikowanie telefonującego osobnika chyba nie przekraczało możliwości umysłu ludzkiego, a policyjnego, w szczególności. Nie ma zatem innego wyjaśnienia, jak to, że w Zjednoczonym Królestwie ktoś „Antifę” ochrania. Pewne światło na tę sprawę rzuca niedawna rozmowa, jaką na łamach portalu „Onet” przeprowadził pan red. Węglarczyk z panem Lejbem Fogelmanem, „prawnikiem i filozofem”. Pan Fogelman wyznał, że on odmówiłby rozmowy z Grzegorzem Braunem, bo on jest „faszystą” – wiec prawowierny człowiek rozmawiać z nim nie może bez ryzyka strefienia tak samo, jak z Hitlerem.
Pewnie dlatego organizatorzy Targów Książki, jakie mają odbyć się pod koniec października w Krakowie, odprosili stamtąd Wydawnictwo Capital, ponieważ wydało ono książki Grzegorza Brauna. Okazuje się zatem, że terroryzm – swoją drogą – ale gorszą myślozbrodnią od terroryzmu jest „faszyzm” i że chociaż „Antifa” jest organizacją terrorystyczną, to może cieszyć się pewnymi względami, jako młot na „faszystów”. A kto jest „faszystą”? To proste, jak budowa cepa. „Faszystą” jest ten, kto zostanie za takiego uznany przez Judenrat „Gazety Wyborczej” w Polsce, albo przez Judenraty w innych, miłujących wolność i pokój krajach. Dlatego też bez zdziwienia przyjąłem wiadomość, że policja w Warszawie spacyfikowała demonstrantów, którzy przed gmachem MSZ demonstrowali swoją solidarność z Palestyńczykami. Gdyby demonstrowali swoją solidarność z Izraelem, który właśnie liczy na to, że w ramach pokojowego planu prezydenta Trumpa, będzie mógł już bez problemów dokończyć operację ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej w Strefie Gazy, to żaden z policjantów – o ile w ogóle by się pod gmachem MSZ pojawili – nawet by nie drgnął. Ale nie na darmo przysłowie powiada, że co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie – a wiadomo, że Izrael jest przecież ważniejszy, niż wojewoda. Ach – co ja mówię takie rzeczy! Izrael jest ważniejszy, niż sam prezydent Donald Trump, który swoją służebną rolę względem Izraela sprytnie kamufluje 20-punktowym „planem pokojowym” – być może zasuflowanym mu właśnie przez stronę izraelską.
W tej sytuacji – po drugie – nie do pomyślenia jest, by jakieś kraje, zwłaszcza amerykańscy wasale, odważyli się na jakieś „sankcje” przeciwko Izraelowi. Dotychczas słyszeliśmy tylko nieśmiałe popiskiwania, czy by tak nie wykluczyć Izraela z Eurowizji, czy europejskich rozgrywek sportowych – ale ktoś starszy i mądrzejszy nawet na te popiskiwania musiał nałożyć surdynę – bo już żadnych popiskiwań nie słychać. Toteż i „aktywiści” zatrzymani przez izraelską marynarkę na międzynarodowych wodach, potulnie podkulili pod siebie ogony, posłusznie podreptali do Aszdodu, zadowoleni w głębi duszy, że ten cały uroczy śródziemnomorski piknik zakończył się wesołym oberkiem, to znaczy – nikt nie trafi do turmy pod pretekstem „terroryzmu”, tylko wygodnie wróci do domu. Nawet Książę-Małżonek, który Putinowi potrafi pokazać groźną minę, zakomunikował, że nie ma nikogo na wymianę na Wielce Czcigodnego Franciszka Sterczewskiego – ale chyba nie trzeba będzie dawać za niego żadnego zakładnika, bo – powiedzmy sobie szczerze – Wielce Czcigodny Franciszek Sterczewski potrzebny jest Izraelowi jak psu piąta noga.
Stanisław Michalkiewicz











Ważniejsze, że oni nienawidzą Jezusa Chrystusa i Jego Objawienia
=============================

—————————————–

Autor: CzarnaLimuzyna, 9 października 2025

To jest wasza wojna, degeneraci, wasza wojna z Polską, wasza grabież i inne przestępstwa łącznie z najgorszymi – zdradą i kolaboracją. To jest wasz czerwony i wasz zielony ład. Wasz pakt migracyjny, wasi „goście” – potencjalni gwałciciele i mordercy szmuglowani do Polski z którejkolwiek strony by nie byli.
Teza o “naszej wojnie” na Ukrainie jest antypolską brednią, która ma stwarzać pozór usprawiedliwienia gigantycznego procederu okradania Polski i narażenie jej na tragiczne skutki dalszej eskalacji.
Hitler gdy zaatakował Stalina w 1941 roku nie stał się naszym sojusznikiem i na odwrót: Stalin wbrew propagandzie ani przez chwilę nie był naszym sojusznikiem, co udowodnił w latach 1943,44,45.
Banderowska Ukraina na pewno nie jest mniejszym wrogiem Polski niż Rosja. Jedyną różnicą są większe możliwości militarne Rosji. Ukraina ma natomiast V kolumnę w Polsce, której Rosja nie ma. Na pewno nie w takiej skali.
Wnioski powinny być jednoznaczne: nasi wrogowie biją się między sobą bez naszego udziału i bez naszej pomocy dla którejkolwiek ze stron.
Wojna z Polską została już dawno rozpoczęta, a zdrajcy, nie pierwszy raz, stają po stronie naszych wrogów – na zmianę – raz po stronie Rosji, innym razem po stronie Niemiec, Ukrainy i państwa położonego w Palestynie.
Niestety, większość polskiego społeczeństwa zdezerterowała z frontu tej wojny – wojny przeciw Polsce. Olbrzymia część, co jest ogromnym dramatem, w ogóle jej nie zauważa, a niektórzy zajęli pozycję po stronie atakującej Polskę.
A co mają na temat do powiedzenia “ukraińskie onuce” i “prorosyjska” Marta Czech?


———————————-








zmianynaziemi/unia-sie-rozpada-eurosceptyczna-fala-przelewa-sie-przez-europe-wschodnia
W ostatnich dniach liderzy Europy Środkowo-Wschodniej otwarcie wyrażają to, co wielu obywateli myśli już od dawna – Unia Europejska znajduje się w fazie rozkładu. Bardzo podobnie wypowiada się też nowy premier Czech, Andrej Babiš i premier Słowacji, Robert Fico. Tylko Polska na tym tle brzmi zaskakująco inaczej.
Węgierski premier Viktor Orbán wywołał polityczne trzęsienie ziemi, odrzucając przyjęcie euro przez Węgry z wyjątkowo szczerym uzasadnieniem.
“W mojej opinii Unia Europejska jest na etapie rozpadu. Właśnie teraz się rozpada. Dlatego Węgry nie powinny wiązać swojego losu z Unią Europejską ściślej niż robią to obecnie. A wprowadzenie euro byłoby najsilniejszym powiązaniem” – stwierdził Orbán w wywiadzie dla portalu Economx.
Premier dodał, że jeśli w ciągu roku lub dwóch nie dojdzie do “radykalnej transformacji”, Unia Europejska stanie się “przejściowym epizodem w naszym życiu”.
Ta jasna deklaracja nie jest odosobniona. Eurosceptyczne nastroje przetaczają się przez Europę Środkowo-Wschodnią, a czeski miliarder Andrej Babiš, który właśnie wygrał wybory parlamentarne z wynikiem 34,7%, również nie kryje krytycznego stosunku do Brukseli. Babiš podczas kampanii wyborczej ostro krytykował unijną politykę migracyjną, Zielony Ład oraz wsparcie dla Ukrainy kosztem własnych obywateli. Po zwycięstwie zapowiedział, że jego rząd na pierwszym posiedzeniu oficjalnie odrzuci europejski pakt migracyjny oraz system handlu emisjami dwutlenku węgla.
“Potrzebujemy Unii Europejskiej, która wróci do swoich korzeni — wspólnoty narodów, a nie ponadnarodowego tworu” – powtarza nowo wybrany czeski premier, który w Parlamencie Europejskim już wcześniej dołączył do stworzonej wspólnie z Orbánem grupy “Patrioci dla Europy”, skupiającej partie o poglądach eurosceptycznych i konserwatywnych.
Problemów Unii Europejskiej nie da się już dłużej ignorować. Masowa migracja stała się źródłem poważnych napięć społecznych w zachodniej części kontynentu. Niemcy, Francja, Holandia i Belgia doświadczają rosnących problemów związanych z integracją milionów imigrantów. Tymczasem przywódcy państw Europy Środkowo-Wschodniej dostrzegają, że projekt europejski, który miał zapewnić dobrobyt i bezpieczeństwo, prowadzi ich kraje ku destabilizacji i utracie suwerenności.
“Europa, która zapomina o swoich narodach, to Europa bez przyszłości!” – to przekonanie staje się coraz powszechniejsze wśród liderów i obywateli naszego regionu.
W tym kontekście szczególnie zaskakująca wydaje się postawa polskiego rządu kierowanego przez Donalda Tuska. Podczas gdy sąsiednie kraje domagają się reformy UE i kwestionują szkodliwe dla ich gospodarek polityki, Polska zdaje się bezkrytycznie akceptować wszystkie decyzje płynące z Brukseli. Rząd Tuska nie tylko nie protestuje przeciwko Zielonemu Ładowi, który uderza w polską energetykę i przemysł, ale także bezrefleksyjnie popiera unijną politykę migracyjną, mimo że większość Polaków wyraża wobec niej poważne zastrzeżenia.
Eurosceptycyzm, który jeszcze niedawno był postrzegany jako ekstremistyczny pogląd, staje się coraz bardziej mainstreamowy. Wyborcy w kolejnych krajach powierzają władzę partiom, które obiecują obronę narodowych interesów i sprzeciwiają się federalizacji Europy. Ta tendencja prawdopodobnie będzie się nasilać, jeśli Unia Europejska nie powróci do swoich korzeni jako wspólnota suwerennych państw współpracujących w kluczowych obszarach, zamiast narzucać coraz bardziej inwazyjne regulacje podważające demokratyczne decyzje poszczególnych narodów.
Pytanie brzmi: czy Polska pod rządami Tuska będzie nadal trwała w iluzji, że federalistyczny model UE jest jedyną słuszną drogą, czy też dołączy do rosnącego grona państw domagających się fundamentalnej reformy Unii Europejskiej? Jeśli wybierze tę pierwszą opcję, ryzykuje, że pozostanie osamotniona w ślepym zaułku europejskiej integracji, podczas gdy inne kraje będą budować nowy model współpracy, szanujący narodową tożsamość i demokratyczną wolę obywateli.
Źródła:
https://moderndiplomacy.eu/2025/10/06/orban-eu-disintegrating-so-hungar…
https://news-pravda.com/world/2025/10/06/1750897.html
https://www.rferl.org/a/czech-election-babis-victory-eu-nato-ukraine-im…
https://www.euronews.com/2025/10/04/andrej-babis-ano-movement-set-to-wi…
https://blogs.lse.ac.uk/europpblog/2025/10/06/2025-czech-election-andre…






[ta konsekwencja… ]
=========================







2025-10-01, polskieradio/shutdown-w-usa-oto-co-sie-bedzie-dzialo
1 października doszło do shutdownu w Stanach Zjednoczonych. Wszystko przez brak porozumienia w Kongresie ws. ustawy o budżecie, która nie została uchwalona w wymaganym terminie.
Skutki shutdownu są odczuwalne w wielu sferach działalności administracji państwowej. Pomoc dla weteranów przechodzących do cywila została wstrzymana, przestały działać federalne służby statystyczne, a większość postępowań cywilnych prowadzonych przez Departament Sprawiedliwości została zawieszona. Nie są też przyznawane nowe stypendia edukacyjne ani pożyczki dla małych przedsiębiorstw. Ograniczono również działalność służb parków narodowych.
Usługi o znaczeniu krytycznym, takie jak dostarczanie przesyłek pocztowych czy wypłaty świadczeń Social Security i Medicare, są kontynuowane. Działają też federalne służby lotnicze i agencje bezpieczeństwa. Wielu pracowników – w tym członkowie służb mundurowych i funkcjonariusze organów ścigania – nie otrzymują jednak wynagrodzenia. Część urzędników wysłano na przymusowe urlopy. Nie wiadomo, jak długo będzie trwać impas w Kongresie. Na razie partie zrzucają na siebie nawzajem winę za doprowadzenie do shutdownu.
Trump: to prezydent poniesie winę za ewentualny shutdown
Tymczasem użytkownicy mediów społecznościowych przypomnieli wypowiedź Trumpa sprzed 14 lat. – Uważam, że to prezydent poniesie winę za ewentualny shutdown. Myślę, że będzie to ogromna skaza na wizerunku prezydenta Stanów Zjednoczonych. To on musi zjednoczyć ludzi – mówił w 2011 roku.
Od 22 grudnia 2018 roku do 25 stycznia 2019 roku trwał shutdown za pierwszej prezydentury Donalda Trumpa. Dokładnie 35 dni. Nie doszło wówczas do porozumienia między prezydencką administracją a Kongresem w sprawie finansowania muru na granicy USA z Meksykiem. Zamknięcie rządu kosztowało wówczas amerykańską gospodarkę 3 miliardy dolarów – wyliczyli dziennikarze „USA Today”.
| ROBERT W MALONE MD, MS OCT 10 |














Malone News is a reader-supported publication. To receive new posts and support my work here and elsewhere, consider becoming a paid subscriber.



Thanks for reading Malone News! This post is public so feel free to forward this email, or share the link on X, notes or other social media.














Stanisław Lewicki https://konserwatyzm.pl/lewicki-czy-mamy-pieniadze/
Dla rządu, ale jeszcze bardziej dla obywateli, kwestia posiadania pieniędzy na pokrycie wydatków jest sprawą pierwszorzędnej wagi. Znana jest, przytaczana w formie anegdoty, sytuacja na dworze króla polskiego z dynastii saskiej Augusta III, który, co pewien czas, miał zwracać się do swojego ministra Brühla: Brühl, czy mamy pieniądze? Na co nieodmiennie otrzymywał odpowiedź: Tak, Panie! Taka odpowiedź, połączona z dużą zręcznością w dziedzinie pozyskiwania pieniędzy, była dla tego ministra gwarancją trwania na stanowisku.
W roku 2015, były minister finansów w rządzie PO, Jacek Rostowski, ogłosił, że na obietnice wyborcze opozycji, „piniendzy nie ma i nie będzie”, co jednak potem nie okazało się prawdą, gdyż nowemu rządowi udało się zrealizować te obietnice i to nawet redukując jednocześnie deficyt budżetowy. Wydawało się wtedy, że pieniądze po prostu są i wystarczą na wszystkie nowe pomysły ich rozdawania.
Wyborcy się do tego przyzwyczaili zaś nowa koalicja doszła do władzy w roku 2023 składając jeszcze bardziej rozdęte obietnice finansowych transferów i redukowania zobowiązań.
Tym razem jednak okazały się te obietnice nie do spełnienia, zaś deficyt finansów publicznych zaczął rosnąć do rozmiarów rozsadzających budżet i zagrażających możliwości finansowania tak wielkiego deficytu. To już drugi raz, za rządów Tuska, dochodzi do tego rodzaju kryzysu budżetowego. Poprzednio miało to miejsce w roku 2010, kiedy zanotowano absolutnie rekordowy deficyt równy 7,4 proc. PKB. Wtedy rząd Tuska zastosował drakońskie posunięcia by deficyt zmniejszyć: podwyższenie stawek VAT do 8/23 proc, podwyższenie wieku emerytalnego, przejęcie przez budżet środków z OFE, a nawet obniżenie zasiłku pogrzebowego. Skutkowało to obniżaniem się deficytu w kolejnych latach, ale też, chociaż nie doszło do masowych protestów przeciwko tego rodzaju bolesnym oszczędnościom, to jednak poparcie dla rządzących wyparowało i zaczęli oni przegrywać wszystkie kolejne wybory. Nowy rząd utworzony przez PiS cofnął podwyższenie wieku emerytalnego i wprowadził 500+, wypełniając obietnice wyborcze.
Obecna sytuacja zaczyna przypominać tę z roku 2010, kiedy wystąpił rekordowy deficyt. Na rok 2025 planowany deficyt wynosi 6,6 proc, ale zapowiada się, co prognozuje raport PKO BP, jego przekroczenie i rzeczywisty deficyt może osiągnąć 6,9 proc. Nawet ten planowany deficyt w kwocie 289 mld zł jest olbrzymi i nazywany, co jest prawdą, największym w naszej historii.
Dość policzyć, że według bieżącego kursu, równa się on kwocie ponad 79 mld dolarów. Jeśli porównamy to z zadłużeniem z czasów Gierka, które we wrześniu 1980 roku, gdy stracił on władzę, wynosiło 17,6 mld dolarów, co obecnie stanowi równowartość 67,8 mld dolarów, to okaże się, że jednoroczny deficyt rządu Tuska jest większy niż cały zagraniczny dług Gierka. A przecież Gierek, za pomocą tego długu, przez całe dziesięciolecie zbudował mnóstwo zakładów produkcyjnych, natomiast obecny deficyt rozchodzi się głównie na bieżące potrzeby w ciągu jednego roku.
Na dodatek, jeśli chodzi o poziom deficytu, to dwukrotnie przekraczamy wielkość dopuszczalną przez UE i z tego powody zostaliśmy objęci procedurą nadmiernego deficytu. Wymagania odnośnie wypełnienia zaleceń tej procedury nakazują Polsce redukcję deficytu do poziomu 4,1 proc. PKB w 2026 r. Tymczasem, zgodnie z projektem budżetu, ma on wynieść 6,5 proc. PKB.
Ponadto, pod względem ogólnego zadłużenia, zbliżamy się do poziomu ustalonego jako najwyższy dopuszczalny w konstytucji. Te nasze problemy zostały już zauważone przez międzynarodowe agencje ratingowe, które niedawno zmieniły perspektywę kredytowego ratingu Polski na negatywną. Takie posunięcie wykonała agencja Fitch i Moody’s. Może to oznaczać, że następna ocena zdolności kredytowych Polski zakończy się obniżeniem ratingu, a to, z kolei, spowoduje spadek kursu złotówki i wzrost oprocentowania polskich obligacji na rynkach finansowych i kolejne problemy budżetu z obsługą zadłużenia. Eksperci dają jasne wskazówki jak uniknąć dużych problemów: „Podwyżki podatków albo ciecie wydatków. Trzeciej drogi nie ma”. Lecz rządzący dobrze wiedzą, że zaciskanie pasa, na wzór tego co przeprowadzano od roku 2010, doprowadzi finalnie do szybkiej utraty władzy przez obecny rząd, który i tak jest coraz mniej popularny i poparcie dla niego spadło już poniżej 30 proc.
Tymczasem sytuacja geopolityczna wymaga zwiększenia wydatków na zbrojenia, a UE zmusza nas do przeprowadzania transformacji energetycznej i realizacji celu klimatycznego oraz wprowadzenia paktu migracyjnego. W każdych warunkach, obciążenie realizacją nawet jednego z tych czterech wielkich zadań, wymagałoby wielkich wydatków budżetowych, a obecnie ma to być jeszcze realizowane w sytuacji gigantycznego deficytu budżetowego, którego redukcję chce jednocześnie Unia wymusić. Perspektywy są zatem ciemne i nie wygląda nawet na to by rząd miał pomysł jak sobie poradzić.
Na dodatek, po raz pierwszy od 12 lat, nie licząc krótkotrwałego okresu związanego z covidem, zaczęło wzrastać bezrobocie. Sytuacja wydaje się tak zła, że nawet opozycja zdaje się nie spieszyć z działaniami mającymi na celu przejęcie władzy, a tylko czekać, aż nastąpi zupełnie załamanie finansów i poparcia dla rządzących, co powinno dać opozycji sukces wyborczy na miarę uzyskania większości konstytucyjnej. W tych warunkach, nie należy nawet pytać czy mamy pieniądze, bo wszyscy i tak wiedzą, że pieniędzy nie ma, szczególnie gdy się okazało, że środki z KPO są, w wielkiej części, tylko pożyczką, która dodatkowo zwiększa nasz, i tak olbrzymi, deficyt.
Stanisław Lewicki
10.10.2025 https://www.tysol.pl/a147609-nfz-w-listopadzie-i-grudniu-zabraknie-pieniedzy-na-leczenie
W listopadzie i grudniu w woj. śląskim i mazowieckim może zabraknąć pieniędzy na leczenie – dowiedziała się PAP. Realny jest scenariusz, że Śląsk i Mazowsze będą zmuszone do redukcji części kontraktów na dwa ostatnie miesiące roku – poinformował rozmówca PAP z centrali Narodowego Funduszu Zdrowia.
Polska Agencja Prasowa potwierdziła w Narodowym Funduszu Zdrowia, że w tym roku w jego kasie zabraknie ok. 14 mld zł. Nie ma środków na rozliczenie nadwykonań, zagrożone są też kontrakty w części kraju.
W najtrudniejszej sytuacji mogą być świadczeniodawcy w woj. śląskim i mazowieckim – tam może być problem z zabezpieczeniem finansowania świadczeń zakontraktowanych na listopad i grudzień.
Scenariusz, w którym Śląsk i Mazowsze będą zmuszone do redukcji części kontraktów na dwa ostatnie miesiące tego roku, leży na stole – poinformował rozmówca PAP z Centrali Narodowego Funduszu Zdrowia. Ma to nie dotyczyć m.in. onkologii, świadczeń dla dzieci i ryczałtu szpitalnego.
– Mamy jednak nadzieję, że po ostatnich deklaracjach ministra finansów o wzmocnieniu finansowym NFZ jeszcze w tym roku nie dojdzie to jego realizacji – podkreślił rozmówca.
Na początku października minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda poinformowała, że – według prognoz – w Narodowym Funduszu Zdrowia w 2025 roku zabraknie 14 mld zł, a w 2026 r. – 23 mld zł. Zaznaczyła, że jeżeli będzie realizowana tzw. ustawa podwyżkowa i będą realizowane świadczenia na dotychczasowym poziomie, to wiadomo, że pieniędzy zabraknie.


Czemu górnicy? A „administracja”, urzędasy??
===========================================



[komentarz AI]
——————————–




Synku, sprawa „kasy” jest w tym na trzecim miejscu. md
————————————



Autor: AlterCabrio, 9 października 2025
Kluczową strategią jest podział. Podziel społeczeństwo na przeciwstawne frakcje, przekonaj każdą z nich, że to ta druga stanowi prawdziwe zagrożenie, i pozwól im krzyczeć do ochrypnięcia, aż ogłuchną na wszystko inne. W tym chaosie konsensus staje się niemożliwy, a ludzie pozostaną nieświadomi pełzających macek państwa policyjnego, aż będzie za późno.
−∗−
Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org
−∗−
Społeczeństwo, które przestało myśleć niezależnie, jest społeczeństwem, które można łatwo zdominować, ukształtować i kontrolować.
Ameryka zmaga się z epidemią o historycznych rozmiarach. To celowo wywołany kryzys, mający na celu sianie niezgody i utrzymanie kontroli nad społeczeństwem.
Zakażenie nie jest biologicznym patogenem. To mieszanka medialnego szaleństwa, politycznej manipulacji i rozkładu społecznego. Społeczności zamieniają się w pola bitwy, ponieważ właśnie tego chcą ci u władzy – podzielonej Ameryki, w której jesteśmy zbyt zajęci walką między sobą, by dostrzec prawdziwych winowajców.
A co z tymi zazwyczaj łagodnymi ludźmi? Stają się wojowniczymi fanatykami, podczas gdy miłośnicy pokoju gromadzą broń, przygotowując się nie na zagrożenia zewnętrzne, ale na wewnętrzne konflikty. To celowa degeneracja [devolution].
Mówi się nam, że ta plaga paranoi i nietolerancji wywodzi się z Ameryki po 11 września, ale powiedzmy sobie jasno: to strategia. Władze nauczyły się, że strach jest opłacalny. Nie chodzi tylko o to, by trzymać nas w napięciu, ale o to, byśmy byli tak pochłonięci strachem, że nie dostrzeżemy, za jakie sznurki pociągają ci na górze.
Lewica i prawica nie tylko szerzą nieufność. To one są sprawcami podziałów. Wykorzystują naszą nieufność wobec siebie nawzajem, sprawiając, że jesteśmy zbyt rozproszeni przez różnice, by zjednoczyć się przeciwko prawdziwym wrogom: systemowej korupcji i nierównościom ekonomicznym.
Ta strategia kontroli poprzez strach i podziały jest podstępnie doskonała. Utrzymuje nas w ogłupieniu, owszem, ale co ważniejsze, utrzymuje nas w uległości. Podczas gdy my jesteśmy zajęci strachem przed sąsiadami, prawdziwi architekci naszego upadku starają obłowić się jak tylko można, dbając o to, by ich władza pozostała niekwestionowana.
Zmylić ich, rozproszyć niekończącym się szumem całodobowych wiadomości i reality show, zmienić każdą małą różnicę zdań w pełnowymiarową wojnę i wplątać ich w debaty na tematy, które ostatecznie nie mają znaczenia.
Kluczową strategią jest podział. Podziel społeczeństwo na przeciwstawne frakcje, przekonaj każdą z nich, że to ta druga stanowi prawdziwe zagrożenie, i pozwól im krzyczeć do ochrypnięcia, aż ogłuchną na wszystko inne. W tym chaosie konsensus staje się niemożliwy, a ludzie pozostaną nieświadomi pełzających macek państwa policyjnego, aż będzie za późno.
To jest schemat, w jakim wolne społeczeństwa dobrowolnie wpadają w kajdany, umożliwiając tyranom dojście do władzy. To nie przypadek. Jest to precyzyjnie zaplanowane, a jednak niewielu w Ameryce dostrzega tę manipulację. Ludzie są oszukiwani, by postrzegać się nawzajem jako przeciwnicy, inwestując energię i zasoby w wybory, uzbrajając policję, technologie inwigilacyjne i wojny – a wszystko to pod pozorem bezpieczeństwa, które, jak na ironię, nigdy się nie materializuje.
Tymczasem prawdziwi maklerzy władzy, ci w kieszeniach lobbystów i korporacji, realizują swoje cele, przysparzając ogromnych kosztów społeczeństwu. „My, frajerzy”, płacimy rachunki, znosimy inwazyjne środki bezpieczeństwa i żyjemy pod stałym nadzorem państwa policyjnego.
Alternatywne media codziennie bombardują nas doniesieniami o korupcji rządowej, nadużyciach korporacyjnych, militaryzacji policji i nadużyciach jednostek SWAT. Jednak nie są to jedynie przypadkowe doniesienia. To oznaki systematycznej erozji wolności.
Ameryka rzeczywiście weszła w fazę, w której nawet uczniowie są aresztowani, weterani są karani za rzekome bunty, a życie przeciętnego obywatela jest poddawane kontroli na każdym kroku. To nie są zwykłe zagrożenia. To niezaprzeczalne konsekwencje społeczeństwa, które straciło czujność, pozwalając, by strach i podziały utorowały drogę jego własnemu zniewoleniu.
Jednak jeszcze bardziej podstępny niż te rażące naruszenia naszych praw jest język strachu, w który są one owinięte. To dialekt opanowany przez polityków z całego spektrum, wzmacniany przez media ze swoich nowoczesnych trybun, wykorzystywany przez korporacje dla zysku i wpisany w samą istotę naszego systemu prawnego pod płaszczykiem bezpieczeństwa.
Ten wszechobecny język strachu zrodził politykę zastraszania, której jedynym celem jest rozproszenie naszej uwagi i rozbicie nas. Zniechęca do krytycznego myślenia, czyniąc z nas biernych obserwatorów własnych rządów, przekonując nas, że naszą rolą jest jedynie obwinianie innych lub głosowanie na kolejnego mesjasza, który obiecuje zmianę, ale w rzeczywistości przynosi jeszcze więcej tego samego.
Strach jest jednak sprawdzoną bronią w arsenale polityków służącą do rozszerzania kontroli rządu.
Rozległe, niekończące się wojny rządu – z terroryzmem, narkotykami, przestępczością, pandemiami, imigrantami, a teraz także z „krajowymi ekstremistami” – służą jako pretekst do siania strachu, zmuszając nas do oddania wolności w zamian za iluzję ochrony. Obietnice bezpieczeństwa są niczym marchewki przed osłem, zawsze poza zasięgiem.
Obsesja na punkcie kontroli, ta rządowa paranoja, przedstawia każdego obywatela jako potencjalnego wroga. Po co innego mieliby podsłuchiwać nasze rozmowy, śledzić każdy nasz ruch, kryminalizować nasze zachowanie, traktować nas jak podejrzanych i rozbrajać, jednocześnie uzbrajając swoje siły po zęby?
Te oparte na strachu strategie rzeczywiście działają, zmieniając naszą zbiorową tożsamość i sprawiając, że postrzegamy siebie nie jako obywateli z prawami, lecz jako podmioty, które należy monitorować i kontrolować.
Strach i paranoja zakorzeniły się w amerykańskiej psychice, zmieniając nasze postrzeganie świata, sąsiadów i, co najważniejsze, sposób, w jaki postrzega nas rząd. Staliśmy się tym, co Henry Louis Mencken mógłby nazwać „beczącymi owcami”, błagającymi o odebranie nam wolności w imię iluzji bezpieczeństwa.
Historia uczy nas, że to rządy, a nie samotne wilki, są prawdziwymi mistrzami masowych mordów i ucisku. Prawdziwymi przemysłowymi terrorystami są ci w garniturach lub mundurach, ale bez biernej uległości ogarniętego strachem społeczeństwa byliby bezsilni.
Przestańcie ulegać przesadnej taktyce strachu stosowanej przez państwo i jego media, te masowe i te „alternatywne”. Nie pozwólcie, by histerią z powodu drobnych zagrożeń wpędzili was w ramiona tyranii, która jest prawdziwym zagrożeniem.
Jak dobitnie pokazuje historia, strach i paranoja rządowa są prekursorami faszystowskich, totalitarnych państw.
Oto jak to działa: kryzysy, ataki terrorystyczne i przypadkowe strzelaniny utrzymują nas w ciągłym stanie niepokoju. Ten strach uniemożliwia nam myślenie. Pod względem emocjonalnym, panika wywołana strachem dosłownie wyłącza część naszego mózgu odpowiedzialną za logikę i rozum. Zasadniczo, gdy strach przejmuje kontrolę, nasze krytyczne myślenie zostaje zahamowane.
Społeczeństwo, które przestało myśleć niezależnie, jest społeczeństwem, które można łatwo zdominować, ukształtować i kontrolować.
Poniżej mamy podstawowe elementy niezbędne do ustanowienia państwa faszystowskiego, zgodnie z opisem zawartym w dziele Johna T. Flynna z 1944r. pt. „As We Go Marching”:
Podobieństwo do współczesnej Ameryki jest nie tylko uderzające. Jest też niewątpliwie alarmujące.
Każdy sektor przemysłu jest pod kontrolą rządu. Każdy zawód jest skrupulatnie skatalogowany i usystematyzowany. Każdy produkt lub usługa jest opodatkowana. Cykl niekończącego się zadłużenia jest nie tylko podtrzymywany, ale wręcz utrwalany. Słowo „ogromny” ledwo wystarcza, by opisać biurokratycznego molocha. Bębnienie o gotowości bojowej nie ustaje, a widmo konfliktu z jakimś nikczemnym, zewnętrznym przeciwnikiem nieustannie wisi w powietrzu.
Jest błędem, gdy określa się faszyzm jako wyłącznie prawicowy lub lewicowy. Wykracza on poza te etykietki, ucieleśniając elementy obu, nie należąc jednocześnie do żadnej z nich. Faszyzm nie dąży do rozbicia fundamentalnych struktur handlu, rodziny, religii czy tradycji. Dąży raczej do ich zdominowania. Utrzymuje to, co ceni społeczeństwo, ale pod pretekstem wzmacniania naszej tkanki gospodarczej, społecznej i kulturowej, wikła je w sieć kontroli państwa.
Aby faszyzm naprawdę umocnił swoją władzę, społeczeństwo musi wyrazić na to zgodę, wierząc, że takie środki są nie tylko wygodne, ale wręcz niezbędne. W czasach „kryzysu” doraźność staje się przewodnią siłą napędową – dając rządowi możliwość militaryzacji organów ścigania, podważania ochrony konstytucyjnej i kryminalizacji sprzeciwu.
Stoimy w przełomowym momencie amerykańskiej historii, gdzie wybór jest jasny: albo obudzić się w obliczu nadciągającego cienia faszyzmu, albo dalej bezmyślnie wpadać w jego objęcia. Czas by stawić opór nadszedł teraz, zanim uderzy ostatni młot, a resztki wolności zostaną wbite w łańcuchy totalnej kontroli.
________________
Fear Makes People Stupid, A Lily Bit, Dec 06, 2024
−∗−
Więcej: strach



koszt samego lustra to 86 tysięcy złotych.
=======================================






















Data: 9 ottobre 2025 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/woda-mowi-do-nas-czyli-jak-spoganizowac-kosciol-katolicki-zamieniajac-wiare-w-emocje
Poniższą relację czyta się bardziej jak prolog do rekolekcji New Age niż zapiski misjonarza katolickiego.
“Wszystkich nas ogarnęło uczucie, niczym delikatny obłok mgły, że doświadczamy czegoś historycznego. Krążąca energia została naładowana wypowiedziami, gestami, symbolami i osobowościami, czego kulminacją było donośne świadectwo współdzielenia życia.
Człowiek składa się w 70% z wody. Podczas wspomnianego spotkania, woda w nas, woda, która jest obecna w każdym z nas, zebrała się, by przemówić, by potępić, by szeptać do nas samych, by krzyczeć do świata. Bo chociaż woda jest tak bardzo zaatakowana, „że już nie śpiewa”, jak mówi Serrat, to jednak mówi. I co powiedziała…”
Po przeczytaniu tego tekstu prawdopodobnie zamrugasz dwa razy, a może nawet przetrzesz oczy. Czy radykalna wierność wkroczyła nagle na drogę nasączonych kadzidłem mat do jogi i kręgów bębnów? Czy staliśmy się ewangelistami dla Gangesu lub groupies dla Burning Man? Nie bój się. Nie oszaleliśmy. Nie „ewoluowaliśmy” w jakiś krypto-New Age’owy blog sprzedający wschodnie mantry.
Nie, szaleństwo tutaj zamieszczone nie należy do nas. Należy ono do katolickiego księdza – tak, do katolickiego księdza – który napisał te bzdury jako „raport” z Amazon Water Summit dla katolickiego portalu Religion Digital. Nie do czarownika voodoo. Ani nie do plemiennego szamana. Nie był to anglikanin czy episkopalianin, ale katolicki ksiądz – wyświęcony, obłóczony i rzekomo poświęcony Chrystusowi – opowiadający o swoim duchowym doświadczeniu podczas czegoś, co sprowadza się do wodnego pogańskiego jamboree w Iquitos w Peru (1-3 października 2025 r.).
Ów „szczyt” zgromadził biskupów, duchowieństwo, lokalnych aktywistów i zielonych ideologów, aby opiewali »świętość« wody i głosili „integralną ekologię” tak, jakby była ona Ewangelią. W mowie Kościoła jest to sprzedawane jako „synodalność”, „słuchanie stworzenia” i „rozeznanie duszpasterskie”. Mówiąc prostym językiem, Kościół ubiera eko-panteizm w ornaty i ma nadzieję, że wierni tego nie zauważą.
Dla każdego katolika posiadającego sensus fidei nie jest to „teologia”, ale pogański spektakl, zniewaga żywego Boga i obraza męczenników, którzy oddawali życie w obronie wiary. Ale czy naprawdę możemy już być zszokowani? Czy naprawdę możemy udawać zaskoczenie, gdy księża tryskają „mową wody” po obejrzeniu, jak ich papież przewodniczy rytuałom błogosławienia lodu niczym szaman globalnego ocieplenia? Kiedy obecny papież jest spadkobiercą serii ludzi, którzy całowali Koran, intronizowali Buddę w najświętszym z katolickich sanktuariów i wciągnęli bożka Pachamamę do serca Bazyliki Świętego Piotra?
Nie, ksiądz César L. Caro nie jest wyjątkiem. Jest trybikiem w maszynie. To nie jest przypadek. To owoc trwającego od dziesięcioleci projektu. Systematyczna infiltracja i uzurpacja w Kościele Katolickim przez fałszywą religię podszywającą się pod katolicyzm. Jest to proces realizowany z bezwzględną precyzją od ponad siedemdziesięciu lat – a teraz jesteśmy świadkami jego kulminacji.
Raport czyta się bardziej jak prolog do rekolekcji New Age niż relację katolickiego misjonarza. Mówi się nam o wibracjach, energii, wspólnym życiu i chmurze mglistego języka nasyconego duchem modernistycznego immanentyzmu, poglądu, że boskość nie jest transcendentna, ale rozproszona poprzez stworzenie i ludzką świadomość. https://www.religiondigital.org/diario_de_un_cura_de_pueblo/Agua-hablado_7_2822187761.html https://www.humandevelopment.va/en/news/2025/cumbre-amazonica-del-agua-en-iquitos-peru.html
Sto lat temu, papież Pius X ostrzegał, że tego rodzaju słownictwo spowoduje, że wiara zamieni się w poezję. Papież Pius X nauczał, że mówienie o wierze wymaga jasnego, precyzyjnego i niezachwianego głoszenia ustanowionej doktryny, a nie osobistych doświadczeń czy płynnych interpretacji. Proroctwo wypełniło się. Nadprzyrodzona misja Kościoła, polegająca na uświęcaniu i nauczaniu, została zastąpiona emocjonalną zadumą nad wodą i „wspólnym życiem”.
Caro pisze, że na szczycie „woda w nas, woda, która jest obecna w nas wszystkich, zebrała się, by przemówić”. Następnie wkłada w usta wody manifest:
“Jestem podmiotem, tobą, rozmówcą. Nie jestem zasobem… Jestem świętością, boskim płynem, formułą życia, tajemnicą przyszłości”.
Tutaj modernizm ujawnia swój podstawowy błąd – upadek rozróżnienia między Stwórcą a stworzeniem. W nauczaniu katolickim natura jest dobra, ponieważ została stworzona przez Boga; ale nie jest boska. Głos, który przemawia w Księdze Rodzaju – „Niech się stanie…” – nie jest echem rzeki; jest to polecenie transcendentnego Boga.
Nazywanie wody „świętą” samą w sobie i przypisywanie jej „praw” jest reaktywacją najstarszej pogańskiej pokusy: oddawania czci żywiołom. Pogaństwo nazywało Nil bogiem; modernizm nazywa go „podmiotem z prawami”. Nazwa się zmienia, bałwochwalstwo pozostaje. To nie jest ekologia; to ochrzczony panteizm.
Mówi się nam, że „wiosłowanie w obronie wody i praw człowieka pomaga nam tworzyć synodalność i kroczyć ścieżką marzeń Franciszka”. Po raz kolejny słownictwo objawienia zostaje zastąpione słownictwem ideologii. Czasowniki zbawienia – wierzyć, pokutować, chrzcić – ustępują miejsca wiosłowaniu, dialogowi, wykuwaniu, marzeniom.
Misją Kościoła nigdy nie było zabezpieczanie praw do wody czy organizowanie szczytów, ale zbawienie dusz. Męczennicy Amazonii – ci, którzy przelali krew za Krzyż, a nie za „dialog” – z trudem przyjęliby tę wodną ewangelię. Utożsamianie Królestwa Bożego ze sprawą humanitarną to zapominanie, że tronem naszego Pana nie było podium konferencyjne, ale drzewo Kalwarii.
Kardynał Barreto podczas mszy kończącej konferencję „połączył inspiracje szczytu z historyczną drogą Kościoła w Amazonii” i ogłosił nowe motto: „Jesteśmy Kościołem, jesteśmy wodą, jesteśmy życiem, jesteśmy nadzieją w działaniu”.
Co za stek bzdur!
Nie jesteśmy wodą; jesteśmy odkupionymi grzesznikami obmytymi we Krwi Chrystusa. Jedność Kościoła nie wypływa z H₂O, ale z łaski. Utożsamianie symboliki chrzcielnej z aktywizmem hydrologicznym jest pozbawianiem sakramentów ich nadprzyrodzonej treści. To właśnie przed takim pomyleniem symbolu z tym, co ma oznaczać, ostrzegał św. Tomasz z Akwinu. Kiedy czczony jest symbol, ginie misterium.
Zwróćmy uwagę na metodę. Najpierw doznanie emocjonalne zastępuje doktrynę („poczuliśmy coś historycznego”). Następnie, personifikacja poetycka zastępuje teologię („woda przemówiła”). Wreszcie, moralizm zastępuje objawienie („powinniśmy dbać o planetę”). I na koniec, Kościół zostaje przekształcony w organizację pozarządową promującą pozytywne nastawienia.
Ten trend – doznanie, symbolizm, aktywizm, rozpad – jest schematem potępionym przez Piusa X. Papież stwierdził, że modernizm „”z uczucia religijnego czyni zasadę wiary„”. Artykuł, który mamy przed sobą, to ewolucjonizm w szatach pobożności. Nieustannie przeobrażający się „kościół wody”, który płynie tam, gdzie niosą go emocje.
Katolik może rzeczywiście szanować stworzenie, ale tylko poprzez Stwórcę. Psalmista śpiewa: „Niebiosa głoszą chwałę Boga”, a nie „Niebiosa są Bogiem”. Franciszek chwalił Brata Słońce i Siostrę Wodę, ponieważ odzwierciedlali boską dobroć, a nie dlatego, że posiadali własne prawa lub głosy.
Obrona rzek i lasów jest uzasadniona w sferze roztropności i słuszności; ale sakralizacja ekologii to tworzenie fałszywej religii. Nowe credo „ekologii integralnej” stara się zastąpić nadprzyrodzony porządek łaski równowagą ziemską – harmonią wód i energii, a nie dusz i Boga.
Znajdujemy się w krytycznym momencie. Nie potrzebujemy kolejnego szczytu; potrzeba jedynie, by katolicy raz jeszcze powrócili do wiary katolickiej, by uklękli przed Tabernakulum, by wyznali, że Pan całego stworzenia uniżył się pod postacią chleba – nie po to, by ubóstwić pszenicę i wodę, ale by podnieść upadłego człowieka do boskiego życia. Modernista, wpatrując się w rzekę, widzi jedynie własne odbicie i nazywa je boskim.
Jeśli Kościół zapomina o hierarchii bytu – Bóg na górze, człowiek na dole, natura na dole – staje się, jak powiedział Pius X, „czymś bezkształtnym i niestabilnym”. Amazon Water Summit i jego liryczna teologia mgły i emocji są przykładem takiej niestabilności. Jest to płynność doktryny rozpuszczonej w emocjach.
Doprawdy istnieje woda, która przemawia – ale jest to woda wypływająca z boku Chrystusa, zmieszana z Krwią, świadcząca o odkupieniu. Nie domaga się praw; ofiaruje łaskę. Nie szemrze sloganów; szepcze rozgrzeszenie. Amazonia może hałasować, ale cichy głos prawdy jest słyszany tylko tam, gdzie wiara jest mocna, a rozum oświecony objawieniem.
INFO: https://radicalfidelity.substack.com/p/more-fruit-from-a-church-in-full


