„Zerkało Niedieli” sprawdziło, ile ukraińskie siły bezpieczeństwa zarabiają na call center.
Jak podaje znany ukraiński tygodnik „Зеркало недели”, kwota ta wynosi ponad 24 miliony dolarów miesięcznie w zamian za m.in. ochronę przed przeszukaniami.
Na Ukrainie działa około 2000 fałszywych call center, a siły bezpieczeństwa zarabiają ponad 24 miliony dolarów miesięcznie, chroniąc połowę z nich, według ukraińskiej publikacji „Zerkało Niedieli”.
Według jego źródeł, ponad 1000 call center płaci miesięczną „opłatę abonamentową”, która gwarantuje im ochronę i pozwala uniknąć przeszukań. Środki są rozdzielane między agencje, w tym przedstawicieli Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, Głównego Zarządu Wywiadowczego, Policji Narodowej, Prokuratury, Służby Monitoringu Finansowego i Państwowej Straży Granicznej.
W publikacji zauważono, że miesięczna opłata za każde call center [centrum kontaktów z klientami] wynosiła wcześniej ponad 20 000 dolarów. 3000 dolarów z każdej płatności było przeznaczone dla prokuratorów. Jednak po objęciu stanowiska prokuratora generalnego przez Ruslana Krawczenkę miesięczna opłata za call center wzrosła do 24 000 dolarów, a udział prokuratorów do ponad 7000 dolarów. W ten sposób, za kadencji Krawczenki, miesięczne płatności na rzecz organów ścigania wzrosły z 20 milionów dolarów do ponad 24 milionów dolarów.
4 września Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy ogłosiło nową operację o nazwie „Kartagina”, mającą na celu wykrycie organizacji przestępczej kierowanej przez zastępcę naczelnika wydziału Prokuratury Generalnej. Według śledczych, organizacja zajmowała się ochroną fałszywych call center i praniem pieniędzy.
Przeszukania przeprowadzono w biurach Prokuratora Generalnego, jego pierwszego zastępcy i innych pracowników.
Jedni przez zagapienie, inni przez oszołomienie nie zauważyli, że mamy ordynarną recydywę. To, co było jeszcze niedawno na poziomie anegdoty, dziś przybrało formę realnej opresji sądowej na razie w formie „śmiesznie niskich” wyroków – grzywna pieniężna, prace społeczne, trzy miesiące więzienia… „śmieszne wyroki”… czy jakikolwiek wyrok sądowy za mówienie prawdy może być powodem do tak niefrasobliwych określeń?
“Za komuny strzelano , a w neokomunistycznej trzeciej eRP nikt do nikogo nie strzela”
„Nikt do nikogo” czyli władza nie strzela do Polaków. Nie musi. Wystarczy seryjny samobójca, a ten przecież nie robi w hurcie, lecz w detalu, nie będąc mocno zapracowanym, bo też nie musi. Ale przecież każdy kto chce może puścić wodze fantazji, co by było, gdyby… gdyby na polskie ulice wyszli przeniesieni w czasie demonstranci z lat pierwszej komuny.
Dziś władza dmucha na zimne czyli prześladuje osoby, które wygłaszają publicznie swoje opinie. W czasach stalinowskich mówienie prawdy o Rosjanach i Żydach było surowo karane. Nie można było też źle mówić o ustroju i sojuszach. W 1968 roku polskie chamy odsunęły od koryta żydokumunę, a stan ten trwał do jej ponownego, oficjalnego powrotu do polityki czyli do 1989 roku.
Dziś Rosjan zastąpili Ukraińcy ochraniani przywilejem nietykalności i tolerancji represywnej prawie w takim samym stopniu jak Żydzi i w podobny sposób jak „migranci”. To element wojny kulturowej mającej na celu stłamsić w Polakach poczucie godności i tożsamości, poczucie sprawczości i świadomości bycia gospodarzem we własnym kraju. Władza, która upokarza i terroryzuje prawowitych, rdzennych mieszkańców danego kraju, okradając ich na rzecz obcych, traci mandat.
Zasięgi ideowe prawicy – co to jest?
Wśród znaczących bytów politycznych o niepodległości bez limitów i wolności ograniczonej jedynie dekalogiem mówi tylko KKP. Inne środowiska wyrzekły się tej idei lub poczyniły kompromitujące kompromisy. Stąd wzięło się określenie, którego ostatnio użyłem „targowice różnych prędkości”. Bez odzyskania niepodległości równoznacznej z restytucją polskiej państwowości, wszystko inne stanie się jedynie pozorem.
Europoseł Konfederacji Wolność i Niepodległość Ewa Zajączkowska-Hernik alarmuje, że Ursula von der Leyen chce zlikwidować prawo weta dla państw członkowskich w sprawach międzynarodowych. W ocenie polityk to „ogromne zagrożenie dla Polski”.
Zajączkowska-Henrik we wpisie w mediach społecznościowych wskazała, że pomysł von der Leyen zyskał poparcie już wśród 11 państw – na czele z Niemcami. Wyjaśniła też, co oznacza zniesienie prawa weta w sprawach międzynarodowych.
„Jeśli dopną swego to już żadne państwo w pojedynkę nie będzie mogło się sprzeciwić np. wielomiliardowym pożyczkom dla Ukrainy na koszt nas wszystkich. Dziś chodzi o Ukrainę, w przyszłości mogą być to inne kierunki i inne powody, ale strumienie forsy będą mogły płynąć bez oporów. Zniesienie jednomyślności w głosowaniach ws. polityki zagranicznej, a najlepiej we wszystkich obszarach, to mokry sen Komisji Europejskiej i Niemców, który odebrałby nam resztki suwerenności” – stwierdziła europoseł Konfederacji.
„Po wyborach na Węgrzech von der Leyen wypaliła, że «powinniśmy wykorzystać ten impet, żeby ruszyć naprzód w tym temacie». Teraz okazuje się, że Niemcy mają dziesięć kolejnych państw (Francja, Austria, Belgia, Dania, Finlandia, Francja, Hiszpania, Luksemburg, Holandia, Rumunia i Szwecja) i już oficjalnie apelują o likwidację prawa weta 🤯” – dodała polityk.
W kontekście unijnych pomysłów Zajączkowska-Hernik wskazała na wypowiedź szefa polskiego MSZ Radosława Sikorskiego. – Myślę, że polskie społeczeństwo poprze rezygnację z jednomyślności w niektórych obszarach – powiedział cytowany przez nią minister.
„A ja myślę, że nie poprze. I powiedzcie mi kim trzeba być, by z pełną premedytacją popierać odebranie Polsce prawa weta w wielu sprawach, abyśmy jeszcze mocniej byli pod niemiecko-brukselskim butem?” – napisała.
„Mało tego. Przypominam, że antypolscy europosłowie z KO, Lewicy i PSL już pod koniec kwietnia zdążyli głosować w Parlamencie Europejskim za przepisami dążącymi do odebrania http://m.in. Polsce prawa weta w niektórych obszarach, co znalazło się w poprawce do projektu budżetu UE!
„Ci ludzie są w stanie sprzedać Polskę w moment! Dlatego przyszłoroczne wybory w naszej Ojczyźnie będą fundamentalne. Bądźmy tym państwem, które stanie w obronie suwerenności i zdrowego rozsądku! 🇵🇱” – podsumowała europoseł.
Donald Trump twierdzi, że problemem wojny na Ukrainie jest nienawiść między Zełenskim a Putinem.
[Spalenie żywcem kilkudziesięciu Rosjan, bombardowanie ludności w Donbasie, zabijanie cywilów – to pestka, to się nie liczy. Najważniejsza jest „nienawiść”. Zapewne z powodu źle dobranego krawata – admin]
Wysłał więc Steve’a Witkoffa i Jareda Kushnera najpierw do Moskwy, a potem do Kijowa z pomysłem na pokój. Wysłannicy wylądowali w Rosji w sobotę. Jutro mają odwiedzić Zełenskiego. Na czas wizyty ogłoszono tymczasowe wstrzymanie ataków.
Z perspektywy Waszyngtonu wygląda to jak kolejna próba zakończenia konfliktu. Z Moskwy widać to inaczej. Trump chce zdjąć Ukrainę z biurka, ponieważ ma drugi, wciąż niezamknięty front: Iran. I właśnie dlatego Putin może stawiać warunki, zamiast je przyjmować.
Wojna z Iranem, rozpoczęta uderzeniami USA i Izraela pod koniec lutego, na miesiące zepchnęła Ukrainę na drugi plan. Te same osoby, które dziś jeżdżą do Putina i Zełenskiego — Witkoff i Kushner — prowadziły rozmowy wokół cieśniny Ormuz i zawieszenia broni z Teheranem. Amunicja, systemy Patriot i uwaga Białego Domu trafiły wtedy głównie na Bliski Wschód. Ukraińskie rozmowy zamarzły.
Amerykańskie służby raportowały później, że Putin odczytał to jako osłabienie Trumpa. Skoro Waszyngton jest związany Iranem, Moskwa może czekać i podbijać stawkę w Ukrainie. Szef CIA John Ratcliffe jeździł do Moskwy między innymi po to, by ostrzec Kreml, aby nie liczył zbyt mocno na rozproszenie uwagi Amerykanów. Sam fakt, że taki komunikat trzeba było dostarczyć osobiście, pokazuje, jak Kreml interpretuje sytuację.
Trump od początku traktuje wojnę w Ukrainie jako spadek po Joe Bidenie. Obiecywał szybkie zamknięcie tematu, czego nie zrobił. Teraz wraca do niego w momencie, gdy Iran nadal uszczupla jego kapitał polityczny, a Stany chcą od Rosji przynajmniej częściowego odcięcia Teheranu od wsparcia i handlu.
Dla Putina to nie jest prośba o pokój. To sygnał, że Waszyngton potrzebuje porządku w Europie, aby opanować sytuację na Bliskim Wschodzie.
Dlatego rosyjskie warunki nie łagodnieją. Kreml wciąż mówi o Donbasie, neutralności Ukrainy, ograniczeniu jej armii, sankcjach oraz pisemnej deklaracji Zachodu, że NATO nie przesunie się dalej na wschód. Źródła zbliżone do Moskwy przed tym weekendem mówiły wprost: oczekiwania są niskie, a Putin zgodzi się tylko na własnych warunkach, gdyż uważa, że ma przewagę.
Opowieść o osobistej nienawiści dwóch prezydentów jest wygodna. Pozwala Trumpowi przedstawić impas jako problem charakterów, a nie rozkładu sił. Nienawiść naprawdę istnieje i utrudnia bezpośrednie rozmowy. Jednak wojna nie stoi w miejscu od lat dlatego, że dwaj przywódcy się nie lubią. Trwa, bo Moskwa chce ziemi i określonego statusu Ukrainy, a Kijów tego nie oddaje. Wysłannicy mogą przywieźć propozycję, ale nie zmienią faktu, że to Trump bardziej zależy na wygaszeniu tematu.
Produkcja mniej zaawansowanych Patriotów w Ukrainie wpisuje się w ten obraz. Waszyngton nie chce oddawać najnowszej technologii, ale chce pokazać Kijowowi gest. Dla Moskwy nie jest to argument do ustępstw. To potwierdzenie, że Amerykanie szukają tańszego sposobu na wycofanie się z linii frontu.
Jeśli w ten weekend nie pojawi się nic poza kolejnym konstruktywnym komunikatem, logika Kremla tylko się wzmocni. Trump potrzebuje zamknięcia ukraińskiego frontu bardziej niż Putin potrzebuje amerykańskiej zgody. W takiej konfiguracji warunki dyktuje ten, kto może poczekać. A poczekać może Moskwa.
Komentarze 2 to “Misja Trumpa w Moskwie i Kijowie. Dlaczego to Putin dyktuje warunki?”
Быдлошевский Л.З. said 2026-09-05 (Sobota) @ 22:05:06 https://www.youtube.com/embed/1NnQMZ1Dghk?version=3&rel=1&showsearch=0&showinfo=1&iv_load_policy=1&fs=1&hl=pl&autohide=2&wmode=transparent 13 minut. Константин Сивков – pułkownik i bardzo mądry człowiek dzisiaj powiedział że Banderowiec Буданов ocenił miesięczne straty jego armii na 30 000 Banderowca w miesiąc a Putin rzekł że 12 000 Banderowca na miesiąc i wszystko się zgadza Putin ocenił tylko zabitych a Буданов zabitych i rannych niezdolnych do walki…Dobry rok temu wyczytałem w „Nowinach Rzeszowskich” że jest ponad 100 000 Banderowców bez ręki, nogi, a nawet bez dwóch rąk i bez dwóch nog. Glupi prezydent miasta z dumą opowiadał że Polska tym ludziom oczywiście że za darmo daje protezy i ich leczy…Jak to glupia Polska… 🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇷🇺🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦🇺🇦
Быдлошевский Л.З. said 2026-09-05 (Sobota) @ 22:23:15 https://www.youtube.com/embed/eZ6S0NPaRmc?version=3&rel=1&showsearch=0&showinfo=1&iv_load_policy=1&fs=1&hl=pl&autohide=2&wmode=transparent 14 minut.
W Moskwie się odbywają rozmowy z Putinem i dwoma Amerykancami a już są dobre filmy z tego spotkania i komentarz dziennikarza…
„Nie chcemy z wami wojny” – ambasador Rosji Nieczajew o Lipsku, NATO i stosunkach niemiecko-rosyjskich
W obszernym wywiadzie dla podcastu Bena Berndta „ungeskriptet” rosyjski ambasador w Niemczech, Siergiej Nieczajew, odrzucił oskarżenia po incydencie z dronem na lotnisku Lipsk/Halle, określił niedawne działania dyplomatyczne jako bezprecedensową eskalację i wielokrotnie podkreślał, że Rosja nie chce wojny z NATO ani z Niemcami. Jednocześnie mówił o walce z NATO na Ukrainie, ostrzegał przed ograniczoną cierpliwością i przedstawił rosyjską interpretację przyczyn konfliktu. Wywiad odbył się wkrótce po jego wezwaniu do Ministerstwa Spraw Zagranicznych i ogłoszeniu zamknięcia konsulatu generalnego w Bonn oraz Domu Rosyjskiego w Berlinie.
Nieczajew określił wezwanie jako normalną praktykę dyplomatyczną: państwo przyjmujące mogło wyrazić niezadowolenie, a argumenty miały zostać wymienione. Określił jednak konkretny czynnik wyzwalający, incydent w Lipsku, jako „czystą prowokację przeciwko Rosji” i „celową prowokację”, na którą nie było dowodów ani solidnego uzasadnienia. Gdyby Rosja rzeczywiście zamierzała wywołać zamieszki w Lipsku, „mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej”. Podjęte później środki – zamknięcie wszystkich pięciu konsulatów generalnych, a zwłaszcza dużego w Nadrenii Północnej-Westfalii (dawnej ambasady radzieckiej) oraz eksmisja Domu Rosyjskiego przy Friedrichstrasse w Berlinie w ciągu tygodnia – były „drastyczne i niezwykle surowe”. Takie terminy i interwencje były bezprecedensowe w stosunkach dwustronnych od czasów II wojny światowej. Władze polityczne w Moskwie uznały to za poważny błąd polityczny. Sytuacja nie pozostała bez odpowiedzi. Relacje niemiecko-rosyjskie były w najgorszym momencie, a zaufanie zostało poważnie nadszarpnięte.
Wsparcie konsularne dla licznej rosyjskojęzycznej społeczności w Niemczech – dobrze zintegrowanych podatników z rodzinami niemieckimi i rosyjskimi – jest szczególnie problematyczne. Przez dziesięciolecia Rosja „nie zrobiła nic złego” Niemcom i dążyła do znalezienia wspólnego języka z politykami wszelkiej maści dla obopólnych korzyści. Obejmuje to historyczne pojednanie po 27 milionach ofiar sowieckich w II wojnie światowej, zjednoczenie Niemiec w 1990 roku oraz unikalną formę współpracy.
Od partnera numer jeden do rozstania
Przez całą swoją długą karierę w Niemczech i Austrii Netschajew określał relacje jako niegdyś wzorowe. Niemcy były partnerem numer jeden w biznesie i handlu: w 2013 roku wymieniono towary o wartości 83 miliardów euro, a na rynku rosyjskim działało ponad 6000 niemieckich firm, z których wiele to przedsiębiorstwa średniej wielkości i przedsiębiorstwa rodzinne, działające w branży czekoladowej. Ponad 400 partnerstw uniwersyteckich i badawczych, formaty dialogu, takie jak Dialog Petersburski z licznymi okrągłymi stołami, Forum Niemiecko-Rosyjskie oraz kwitnąca scena kulturalna (występy gościnne, Dom Rosyjski) ukształtowały te relacje. Partnerstwa miejskie – takie jak Kolonia-Wołgograd czy Düsseldorf-Moskwa – oraz wymiany studentów i uczniów były powszechne.
Rosja nie zniszczyła z własnej woli ani jednego mostu, porozumienia ani partnerstwa. Niektórzy zachodni i niemieccy politycy obrali ścieżkę eskalacji i podważania zaufania. Odrzucił doniesienia, że Rosja może być zmuszona do rozpoczęcia wojny z Niemcami w 2029 lub 2030 roku: „Nie chcemy wojny z NATO, nie chcemy wojny z Niemcami”. Relacje z Saksonią sięgają wieków; konsulat w Lipsku jest jednym z najstarszych.
Media, zmieniające się nastroje i opinia publiczna
Nieczajew tłumaczył tę 180-stopniową zmianę w niemieckim postrzeganiu przede wszystkim stronniczym relacjonowaniem. Władimir Putin zna Niemcy lepiej niż większość zagranicznych polityków, ponieważ pracował tutaj i władał tym językiem. Dzisiejsi niemieccy politycy najwyraźniej nie potrzebują już dialogu. Społeczeństwu wmawia się na wszystkich szczeblach i we wszystkich mediach, że Rosjanie są źli i agresorzy. Alternatywne źródła, takie jak RT, są blokowane, a dziennikarze wydalani. Ci, którzy stale słyszą tylko jedną stronę, wierzą w to. Rosyjskie media i domeny zostały zablokowane, podczas gdy zachodnie media konsekwentnie przedstawiają konflikt jako „rosyjską wojnę agresji” – w przeciwieństwie do innych wojen.
Nieczajew nie walczy z mediami, które działają zgodnie z dyrektywami swoich redaktorów naczelnych i wydawców. Niektóre wydawnictwa mają siedzibę za granicą. Historycznie rzecz biorąc, nie wszyscy w Europie byli zadowoleni z pojednania między Niemcami a Rosją; niektórzy chcieli je zakłócić.
Korzenie konfliktu na Ukrainie: rozszerzenie NATO, Majdan i Mińsk
Ambasador datował konflikt na lata 90. XX wieku, po upadku Związku Radzieckiego. Państwa zachodnie chciały jak najbardziej odizolować Ukrainę od Rosji i przekształcić ją w bastion antyrosyjski. Pojawiły się tendencje nacjonalistyczne i kult jednostki wokół kolaborantów nazistowskich – nawet Polska zwróciła na to uwagę. Nazizm w jakiejkolwiek formie jest dla Rosji nie do przyjęcia.
Drugim problemem była ekspansja NATO na wschód. Porozumienie Dwa Plus Cztery obiecywało, że NATO „nie ruszy się ani o cal na wschód”. Atrament był jeszcze suchy, gdy rozpoczęła się pierwsza z sześciu fal ekspansji. Infrastruktura wojskowa w pobliżu granic Rosji budziła niepokój. Oferty Rosji dotyczące przystąpienia do NATO zostały odrzucone. Ukraina była celem ekspansji, w tym bazy na południu.
Nieczajew określił protesty na Majdanie w 2014 roku mianem zamachu stanu. Argumentował, że prezydent Janukowycz działał zgodnie z prawem; porozumienie w sprawie przedterminowych wyborów, zatwierdzone przez trzech europejskich ministrów spraw zagranicznych (Niemiec, Polski i Francji), zostało zerwane następnego dnia w wyniku zbrojnego zamachu stanu. Rosja, jak twierdził, nie interweniowała na prośbę Zachodu. Następnie z ukraińskiej konstytucji usunięto neutralność, wielojęzyczność i zakaz sojuszy wojskowych.
Referenda na Krymie i Donbasie były zgodne z prawem do samostanowienia. Poniosły tam tysiące ofiar „operacji antyterrorystycznej”. Regiony te są w przeważającej mierze rosyjskojęzyczne i historycznie związane z Rosją. Przez osiem lat podejmowano próby wdrożenia porozumień mińskich; Ukraina nie wywiązała się ze swoich zobowiązań (w tym autonomii i praw językowych). Później okazało się, że celem było zyskanie na czasie i dozbrojenie Ukrainy. Propozycje złożone Stanom Zjednoczonym i NATO w grudniu 2021 roku zostały odrzucone.
Groby wojenne jako ostatni most
Pomimo eskalacji, podejmowane są wysiłki, aby ocalić to, co da się uratować. Dotyczy to w szczególności kultury pamięci: ponad 4000 rosyjskich i radzieckich grobów wojennych w Niemczech, zawierających szczątki około 700 000 poległych (żołnierzy, jeńców wojennych, robotników przymusowych), jest utrzymywanych wspólnie z Niemiecką Komisją Grobów Wojennych. Porozumienie z 1993 roku funkcjonuje. W przeciwieństwie do niektórych innych krajów, pomniki nie są burzone. Nieczajew zapowiedział wizyty na grobach w Nadrenii Północnej-Westfalii, w tym na terenach stalagów, gdzie spoczywają dziesiątki tysięcy zmarłych.
2022 do chwili obecnej: wojna zastępcza, broń jądrowa i warunki pokoju
„Operacja specjalna” pierwotnie nie miała być wielką wojną i miała się szybko zakończyć. Parafowane propozycje ukraińskie leżały już na stole w marcu 2022 roku. Wojska rosyjskie zostały wycofane przez Kijów w dobrej wierze. Następnie zorganizowano Buczę, a brytyjski premier Johnson zabronił Ukraińcom podpisania umowy. Celem niektórych zachodnich polityków było strategiczne pokonanie Rosji i osłabienie obu krajów.
Dziś Rosja walczy „przeciwko NATO w obecnej sytuacji”. Broń, amunicja, doradcy, szkolenia, finansowanie, a nawet wsparcie kosmiczne pochodzą z państw NATO. Twierdzenie, że nie jest stroną konfliktu, nie przekonuje Moskwy. Niemieckie czołgi Leopard w obwodzie kurskim są postrzegane w ten sposób. Ukraina nie jest w stanie samodzielnie kontrolować niektórych systemów uzbrojenia.
Zapytany, kiedy pozycje NATO poza Ukrainą zostaną zaatakowane, Nieczajew odpowiedział, że nie jest wojskowym. Dodał, że jak dotąd najwyższe szczeble zapewniały, że nie ma zamiaru wojny z NATO ani z Niemcami. Zapowiedź państw zachodnich, że dostarczą Ukrainie rakiety dalekiego zasięgu do ataków na głębokie morze, wywołała oburzenie: gdyby tak się stało, takie cele byłyby również uzasadnione dla Rosji. Wyraził nadzieję, że do tego nie dojdzie i że rozsądek zwycięży.
Rosja „nie jest jeszcze gotowa” do użycia swojej najpotężniejszej broni; ma doktryny nuklearne. „Ale nasza cierpliwość też nie jest nieograniczona”. Szczególnie oburzające są ukierunkowane ukraińskie ataki na cele cywilne, takie jak szkoły. Rosja nie walczy z cywilami, ale z instalacjami wojskowymi, energią, logistyką i infrastrukturą – a Ukraina ukrywa instalacje wojskowe pod obiektami cywilnymi.
Pokój wymaga dobrej woli ukraińskich władz (których konstytucyjną legitymację kwestionował), rozsądnego stanowiska państw europejskich zamiast ultimatum oraz trwałego pokoju z gwarancjami bezpieczeństwa zamiast tymczasowego zawieszenia broni. Te przesłanki są dobrze znane i były wielokrotnie wspominane przez Putina i ministra spraw zagranicznych. Nowa administracja USA pod przewodnictwem Trumpa wykazuje autentyczne zainteresowanie; opór pojawia się z Europy.
Nieczajew zakończył przestrogą: Przyjaźń i zaufanie z Rosją zawsze przynosiły pozytywne rezultaty narodowi niemieckiemu. Jednak złe stosunki przyniosły obu narodom katastrofy i tragedie. „Dość tego”.
Rozmowa zakończyła się, ponieważ ambasador miał kolejne spotkania po sankcjach. Moderator podkreślił, że rozmawia ze wszystkimi stronami, aby wyrobić sobie własną opinię.
Jeszcze o przypadku «Lute» i jego aspektach mających bezpośredni związek z Prevostem
Tak zwana sprawa «Lute» (przydomek księdza Eleuterio Vásqueza Gonzáleza, proboszcza diecezji Chiclayo w Peru) nadal budzi kontrowersje i to nie tylko w Kościele. Vásquez został oskarżony o molestowanie seksualne trzech nieletnich sióstr, które miał zabrać ze sobą na noc do rezydencji parafialnej w górach. Zarzuty zostały zgłoszone bezpośrednio ówczesnemu biskupowi Chiclayo, Robertowi Francisowi Prevostowi – obecnemu papieżowi Leonowi XIV. W listopadzie 2025 r., Watykan udzielił księdzu Lute zwolnienia ze stanu duchownego (co było przysługą, a nie karą). Natomiast adwokat reprezentujący ofiary, ksiądz i kanonista Ricardo Coronado Arrascue, został pozbawiony uprawnień do prowadzenia ich sprawy.
Kiedy ofiary, którym pomagał Coronado, w lipcu 2024 r. złożyły formalny wniosek o wgląd do akt sprawy «Lute», Peruwiańska Konferencja Biskupów odpowiedziała komunikatem, w którym ogłosiła, że Coronado „nie może otrzymać zgody na pełnienie funkcji adwokata kościelnego”i zakazała mu prowadzenia spraw kanonicznych.
Aby uzasadnić ten środek, komunikat, wydany po posiedzeniu plenarnym biskupów peruwiańskich, powoływał się na kanon 1483 Kodeksu Prawa Kanonicznego. Tyle że konferencje biskupów nie mają uprawnień do pozbawiania adwokatów uprawnień. Znajdujemy się zatem w sytuacji, w której organ pozbawiony kompetencji sądowych wydał publiczne oświadczenie skierowane przeciwko adwokatowi ofiar nadużyć.
Peruwiańscy biskupi pozbawili Coronado uprawnień na podstawie zarzutów wobec niego, opartych zasadniczo na zeznaniach osoby dorosłej, oznaczonej inicjałami M.V.T., która opowiedziała o spotkaniu o charakterze intymnym z Coronado w Limie oraz o ich obscenicznych rozmowach w mediach społecznościowych. Coronado wyjaśnia jednak, że: “Spotkanie z M.V.T. nie miało w żadnym sensie charakteru intymnego”. „Było to spotkanie w charakterze prywatnym. W relacji przedstawionej przez tę osobę pod kierunkiem Prevosta sugeruje się, że żyłem w konkubinacie”.W Limie toczy się obecnie proces o zniesławienie przeciwko M.V.T.
W grudniu 2024 roku Coronado otrzymał zawiadomienie o zwolnieniu go ze stanu duchownego na mocy dekretu papieskiego, ale dokument ten zawierał nieprawidłowość: nie był opatrzony własnoręcznym podpisem Franciszka.
W tamtym okresie, gdy papież był osłabiony fizycznie i psychicznie, wiele mówiono o decyzjach przypisywanych papieżowi, podejmowanych jednak w sposób co najmniej niejasny. Sprawa Coronado wpisuje się w ten właśnie klimat: sankcja nałożona na niego została „sfabrykowana”, by ukarać go za to, że poprosił o wgląd w akta «Lute». W międzyczasie, nikt w Kościele nie zadbał o to, by zapewnić ofiarom innego prawnika specjalizującego się w prawie kanonicznym.
Łączenie tych dwóch środków w jedną kategorię byłoby jednak mylące, tak jakby chodziło jedynie o dysproporcję w surowości: sposób potraktowania Lute’a i Coronado nie jest porównywalny, ponieważ wynika z dwóch różnych logik. Zwolnienie udzielone pierwszemu miało na celu zamknięcie sprawy; zaciekłość wobec drugiego miała na celu zapobieżenie jej wszczęciu. Niezwykle surowe środki podjęte wobec kanonisty, pozbawienie uprawnień orzeczone przez organ, który nie miał do tego uprawnień, a cztery miesiące później – wydalenie go ze stanu duchownego na mocy dekretu pozbawionego własnoręcznego podpisu papieża – służyły ostatecznie awansowi Prevosta na tron piotrowy: trzeba było w porę usunąć jedyną osobę, która za pomocą środków prawnych była w stanie ujawnić sprawę dotyczącą Chiclayo.
W tym miejscu należy odrzucić pocieszającą interpretację, która krąży również w kręgach krytycznych: tę, zgodnie z którą inne osoby miałyby wykorzystać wątpliwą kondycję Bergoglio, by bez jego wiedzy manipulować mechanizmami wymiaru sprawiedliwości kościelnej. Nie jest to prawdą. Bergoglio miał przygotować swojego następcę i usunąć wszelkie przeszkody stojące na drodze tego planu i uczynił to z trzeźwością umysłu, która charakteryzowała go do samego końca. Przypisywanie chorobie tego, co było w rzeczywistości celowym aktem sprawowania władzy, oznacza uznanie stanu niezdolności za okoliczność łagodzącą właśnie tam, gdzie ujawnia się premedytacja.
Niedawno dowiedzieliśmy się również, że obecny sekretarz osobisty Leona XIV, ksiądz Edgard Rimaycuna, był uczniem ojca Eleuterio Vásqueza. Informacja ta znajduje się w książce „El pastor y los lobos” autorstwa Santiago Roncagliolo, będącą hołdem dla Leona XIV. To odkrycie umieszcza zatem najbliższego współpracownika papieża w kręgu Lute.
W tamtym okresie Rimaycuna przebywał we Włoszech już od prawie roku: opuścił Chiclayo w październiku 2023 r., aby dołączyć do świty ówczesnego kardynała Roberta Prevosta, prefekta Dykasterii ds. Biskupów. A po wyborze Prevosta na papieża Leona XIV, 8 maja 2025 r. został mianowany jego osobistym sekretarzem, a w listopadzie 2025 r. kapelanem Jego Świątobliwości.
Rimaycuna odprawił swoją pierwszą mszę w 2014 r. w parafii San José Obrero de La Victoria, gdzie Lute był proboszczem i gdzie ofiary umiejscawiają część zgłoszonych zdarzeń.
W grudniu 2023 r. diecezja Chiclayo odrzuciła wszystkie zarzuty, stwierdzając, że Prevost osobiście spotkał się z ofiarami, wszczął dochodzenie kanoniczne i regularnie przesyłał jego wyniki do Dykasterii ds. Doktryny Wiary.
Pozostaje jeszcze jeden element, który mówi więcej niż wiele analiz. Teza, zgodnie z którą zwolnienie ze stanu duchownego powoduje wygaśnięcie postępowania karnego kanonicznego – czyli teza, która pozwoliła zamknąć sprawę Lute bez ustalenia faktów i bez zadośćuczynienia – nie jest improwizacją tego czy innego delegata. Ma ona swojego autora i swoją doktrynę: chodzi o prałata Jordiego Bertomeu Farnósa, urzędnika Dykasterii ds. Doktryny Wiary i papieskiego komisarza ds. sprawy wspólnoty Sodalitium Christianae Vitae, który sformułował tę tezę na piśmie w 2021 roku w czasopiśmie„Ius Canonicum” Uniwersytetu w Navarrze, wyraźnie stwierdzając, że tego rodzaju decyzja przerywa toczące się dochodzenie lub proces bez wyciągnięcia jakichkolwiek wniosków wobec oskarżonego, oraz uzasadniając ją w imię bonum commune. revistas.unav.edu/index.php/ius-canonicum/article
No cóż: to właśnie ten sam prałat Bertomeu był urzędnikiem Dykasterii ds. Doktryny Wiary, którego 13 sierpnia tego roku sfilmowano w Cusco, kiedy podczas spotkania kościelnego określanego jako etap przygotowawczy do podróży Leona do Peru, z wykalkulowaną powagą składał w ramach „ofiary dla ziemi”, czyli rytualnej ofiary dla pachamamy, swoje liście kokihttps://www.hoyenlaiglesia.org/p/jordi-bertomeu-y-la-pachamama. Oficjalna relacja serwisu Vatican News, która co prawda umieściła to wydarzenie w kontekście przygotowań do papieskiej podróży, pominęła zarówno samą ceremonię, jak i obecność Bertomeu.
Nie jest to jednak błahostką ani epizodem drugoplanowym. To dokładny obraz kryzysu Kościoła, przez który przechodzimy: ten sam duchowny, który opracowuje doktrynę, na mocy której oskarżony o molestowanie trzech nieletnich sióstr wychodzi z postępowania bez wyroku, publicznie oddaje cześć piekielnemu bożkowi.
Te dwa fakty nie są od siebie niezależne i naiwnością byłoby traktować je jako takie. Wiara i sprawiedliwość istnieją razem lub upadają razem: ten, kto oddaje cześć ziemi, nie będzie miał skrupułów, by odmówić ofiarom chleba prawdy, ponieważ już odmówił Bogu tego, co należy się wyłącznie Bogu. Kiedy kult Żywego i Prawdziwego Boga ulega zepsuciu i zastępuje go akt bałwochwalstwa i przesądu, prawo staje się narzędziem w rękach rządzących, a Świątynia, pozbawiona swojego Boskiego Gościa, sprowadza się do urzędu, w którym archiwizuje się sprawy. Nie stanowi to jednak problemu dla tego, kto zaledwie kilka dni temu wezwał do nawrócenia się(sic !!!) na ideologię ekologiczną(1 września 2026, Prevost odprawił mszę św. w intencji Opieki nad Stworzeniem w Ogrodzie Matki Boskiej z Borgo „Laudato si’”, znajdującym się w Ogrodach Papieskich w Castel Gandolfo.vaticannews.va/papa-leone-messa-custodia-creato-borgo-laudato-si l)
Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka – głosi popularne przysłowie. Jak wszystkie popularne przysłowia, również i to ma to do siebie, że albo się sprawdzi, albo nie.
W przypadku wilka pewnie się prędzej czy później sprawdzi, bo kto tak naprawdę będzie ujmował się za wilkami, zwłaszcza że sławna w swoim czasie francuska aktorka Brigitte Bardot już prawie od roku nie żyje? Bardzo starzy ludzie mogą przywołać jeszcze św. Franciszka z Asyżu, który skutecznie ujął się za wilkiem z Gubbio, co to pustoszył okolice.
Jak czytamy w „Kwiatkach św. Franciszka”, święty wyszedł wilkowi na spotkanie, a ten nie tylko nie rzucił się na niego i go nie rozszarpał, ale spokojnie go wysłuchał, w następstwie czego Franciszek doprowadził do porozumienia między mieszkańcami Gubbio i okolic. Mieszkańcy zobowiązali się wilka żywić, za co on ze swej strony obiecał, że nie będzie czynił żadnych szkód ani tamtejszym ludziom, ani nawet domowym zwierzętom.
Zresztą nie tylko z wilkiem św. Franciszkowi się udało. Znacznie trudniejszym zadaniem była z pewnością próba nawrócenia „sułtana Babilonu”. Z tym sułtanem wszyscy bali się rozmawiać, prawie tak jak teraz z Putinem, ale św. Franciszek się nie przestraszył ani sułtana, ani nawet tego, co o nim powie pani red. Agnieszka Gozdyra. Dotarł tedy na miejsce, odbył z sułtanem rozmowę, w której zachęcał go do porzucenia sprośnych błędów Niebu obrzydłych i nawrócenia się na chrześcijaństwo.
Sułtan nie tylko nie kazał obedrzeć go ze skóry, ale na jego zachęty udzielił mu odpowiedzi wymijającej, że najpierw musi załatwić wiele nie cierpiących zwłoki spraw, po czym dał mu eskortę do granicy, żeby nie spotkała go żadna zła przygoda.
Stanisław Cat-Mackiewicz przypuszcza w związku z tym, że św. Franciszek miał nadzwyczajne zdolności perswazyjne i nawet porównywał go pod tym względem do… Adolfa Hitlera. Teraz na skutek uporczywej polityki historycznej Adolfowi Hitlerowi nie przypisuje się żadnych nadzwyczajnych zdolności, wskutek czego trudno zrozumieć, w jaki właściwie sposób udało mu się oczarować Niemców do tego stopnia, że dochowali mu wierności aż do samego końca. Terrorem wszystkiego tłumaczyć chyba nie można, bo Stalin też stosował terror i to znacznie surowszy niż Hitler – a jednak zwłaszcza na początku wojny Niemcom poddawały się całe dywizje, a – jak mnie zapewniła znajoma, nieżyjąca już Rosjanka – również rosyjscy cywile na powitanie Niemców wznosili bramy triumfalne.
Dzisiaj takie opowieści musiałyby zostać pryncypialnie potępione przez wszystkich mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu – ale czy przypadkiem nie dlatego coraz więcej ludzi nie wierzy w żadne oficjalne wyjaśnienia i chętnie skłania się ku rozmaitym teoriom spiskowym? Skrajny przypadek takiego sceptycyzmu przypomina Antoni Słonimski – jak to pewien uczeń szkoły podstawowej przyniósł do domu wiadomość, że nauczycielka podczas lekcji twierdziła, iż Fenicjanie robili szkło z piasku. „To nie jej wina – wyjaśniał. – Ona tak musi, bo inaczej wywaliliby ją z roboty”.
————————————–
Ale dość już tych dygresji, bo zaczynając od wilka, który nosił razy kilka, myślałem o bezcennym Izraelu, który w końcu chyba się doigrał. Na pierwszy rzut oka państwo to nie tylko leży tam, gdzie chce, ale i robi, co chce, najwyraźniej dufne w swój arsenał nuklearny, którego oficjalnie „nie ma”, podobnie jak Wojskowych Służb Informacyjnych – chociaż wiadomo, że i w jednym, i w drugim przypadku ta oficjalna nieobecność jest tylko wyższą formą obecności. Nie mówię już nawet o przekonaniu, że Żydowie są faworytami Stwórcy Wszechświata, co musi przecież mieć jakieś konsekwencje, na przykład – polityczne.
Wspomniany Adolf Hitler myślał, że faworytami Stwórcy Wszechświata są Niemcy – ale nie muszę chyba nikogo przekonywać, jak bardzo się pomylił. Toteż z uwagi na te wszystkie okoliczności Żydowie doszli do wniosku, że nie tylko mogą, ale kto wie, czy nie powinni traktować wszystkie inne narody instrumentalnie jako tzw. „głupich gojów”, którzy tylko zewnętrznie są podobni do prawdziwego rodzaju ludzkiego. Najbardziej instrumentalnie byli przez Żydów traktowani nawet nie Palestyńczycy, tylko – amerykańscy twardziele, którzy wskutek długotrwałej tresury nie tylko nauczyli się skakać przed Żydami z gałęzi na gałąź, ale chyba uznali to za stan naturalny.
W tej sytuacji nikogo nie dziwi, że Izrael nie tylko olewał wszystkie rezolucje Rady Bezpieczeństwa ONZ, ale coraz częściej olewał – a nawet wręcz ośmieszał – Swego Największego Sojusznika. Świat co prawda już się przyzwyczaił, że ogon wywija psem – ale ostatnio ogon tak zhardział, że zaczął się nawet z psa na oczach całego świata naigrawać. Żeby nie być gołosłownym, to podam przykład, jak to Rada Pokoju zaprezentowała 15-punktowy plan dla Strefy Gazy autorstwa prezydenta Donalda Trumpa – a Izrael co? A Izrael w całości go odrzucił, wystawiając w ten sposób amerykańskiego prezydenta na pośmiewisko.
W odróżnieniu od naszego bantustanu, który nawet nie ośmiela się myśleć w sposób niedozwolony, inne bantustany nie tylko myślą, ale nawet – wyciągają z tego wnioski. Kiedy zatem okazało się, że wiarygodność sojusznicza Ameryki w rejonie Bliskiego Wschodu zmalała, tamtejsze bantustany najwyraźniej postanowiły przestać orientować się na egzotyczne sojusze, tylko wzięły sprawy w swoje ręce. Następstwem tej decyzji było zawarcie traktatu obronnego między Turcją, Arabią Saudyjską i Pakistanem. Turcja ma najsilniejszą w regionie armię, Arabia Saudyjska już sama nie wie, co robić z pieniędzmi, a z kolei Pakistan dorobił się arsenału jądrowego. Kiedy zaczynał, tamtejszy prezydent zapowiedział, że „będziemy jedli trawę”, ale pozyskamy broń jądrową. Teraz, gdy w grę wchodzą saudyjskie pieniądze, każdy rozumie, że pakistański arsenał będzie mógł rozwijać się w tempie stachanowskim.
I kiedy wydawało się, że to tylko taka jaskółka, która nie musi zwiastować wiosny, to wkrótce Zjednoczone Emiraty Arabskie, Egipt, Jordania, Arabia Saudyjska, Turcja, Indonezja i Pakistan, potępiły odrzucenie przez Izrael pokojowego planu Donalda Trumpa dla Strefy Gazy. Być może Donald Trump w jakiś sposób zachęcił te państwa do zajęcia takiego stanowiska – ale może nie musiał ich specjalnie zachęcać – bo niby dlaczego one same nie miałyby wiedzieć, co przystoi im w tej sytuacji czynić? Inna rzecz, że wysłannicy prezydenta Trumpa, wśród nich – również zięć – namawiali się w Kairze z bisurmanami, co pokazuje, że również prezydent Trump – chociaż twardziel – najwyraźniej poczuł się tym zlekceważeniem dotknięty.
Najnowsze dane GUS wskazują, że współczynnik dzietności kobiet (TFR – total fertility rate) w Polsce w 2025 r. wyniósł 1,068.
Oznacza to spadek z 1,099 w 2024 r. (wcześniej: ok. 1,16 w 2023 r., 1,26 w 2022 r.).
Współczynnik dzietności to przeciętna liczba dzieci, które urodziłaby kobieta w ciągu całego okresu rozrodczego (15–49 lat), przy założeniu, że w poszczególnych fazach tego okresu rodziłaby z intensywnością obserwowaną w danym roku (suma cząstkowych współczynników płodności). Wartość zapewniająca prostą zastępowalność pokoleń to ok. 2,1.
Dane pochodzą m.in. z publikacji GUS „Polska w liczbach 2026” (maj 2026) oraz Banku Danych Lokalnych (dane za lata 2002–2025, aktualizacja czerwiec 2026). bdl.stat.gov.pl
W 2025 r. odnotowano ok. 238 tys. urodzeń żywych (spadek o ok. 14 tys. względem 2024 r.).
Średni wiek kobiety przy urodzeniu pierwszego dziecka w 2025 r. wyniósł 29,5 roku.
Liczba ludności Polski na koniec 2025 r. spadła do ok. 37,33 mln.
To rekordowo niski poziom w historii powojennej Polski. Dane regionalne i bardziej szczegółowe są dostępne w Banku Danych Lokalnych GUS (bdl.stat.gov.pl).
Pojęcie „nawrócenia ekologicznego” nie jest wynalazkiem ostatnich lat. Jako pierwszy użył go Jan Paweł II w 2001 roku. Papież Polak wiązał je jednak z czymś zupełnie innym niż dzisiejsza watykańska retoryka. Chodziło mu o odnowienie relacji człowieka ze stworzeniem jako darem Stwórcy, a nie o podporządkowanie wiary globalnym agendom klimatycznym. Człowiek pozostawał w centrum: istota obdarzona godnością, wezwana do panowania nad ziemią w sposób odpowiedzialny, nie drapieżny, ale też nie jako jej niewolnik.
Dziś to samo sformułowanie funkcjonuje w zupełnie innym kontekście. Encyklika Laudato si’ z 2015 roku i adhortacja Laudate Deum z 2023 roku papieża Franciszka uczyniły z troski o „wspólny dom” jeden z głównych tematów pontyfikatu. Kryzys ekologiczny został przedstawiony niemal jako kryzys eschatologiczny. Wezwanie do zmiany stylu życia, ograniczenia konsumpcji i odejścia od paliw kopalnych zyskało rangę moralnego obowiązku. W dokumentach pojawia się ostra krytyka „paradygmatu technokratycznego” i gospodarki opartej na zysku, przy jednoczesnym mocnym akcentowaniu odpowiedzialności krajów bogatszych wobec Południa.
Linia ta nie zakończyła się wraz ze śmiercią Franciszka. 2 września 2026 roku Międzynarodowa Komisja Teologiczna opublikowała dokument „Troszczyć się o nasz wspólny dom – odpowiedzialna i braterska odpowiedź Bogu Trójjedynemu”, zatwierdzony przez papieża Leona XIV. Tekst idzie dalej. Proponuje mówić o „grzechu przeciwko światu stworzonemu i przeciwko Stwórcy”. Eucharystię nazywa „szkołą ekologiczną”. Nawrócenie ekologiczne zostaje wpisane w naśladowanie Jezusa i w samą liturgię. Komisja przywołuje alarmujące dane o utracie bioróżnorodności, zanieczyszczeniu i skutkach dla najuboższych, wzywając nie tylko do rozwiązań technicznych, ale przede wszystkim do zmiany wartości kulturowych i stylu życia.
Watykan nie ogranicza się do słów. Realizuje własne projekty: farmy agro-woltaiczne pod Rzymem, panele na dachach, plan neutralności klimatycznej Państwa Watykańskiego, stacje ładowania pojazdów elektrycznych. Bazylika św. Piotra ma stać się obiektem neutralnym klimatycznie. To konkretne działania, które mają być wzorem. Jednocześnie Stolica Apostolska uczestniczy w szczytach klimatycznych, wzywa do przyspieszenia transformacji energetycznej i popiera międzynarodowe mechanizmy ograniczania emisji.
Tu pojawia się napięcie, które wielu wiernych odczuwa jako coraz trudniejsze do zaakceptowania. Jan Paweł II mówił o „ekologii ludzkiej”. Niszczenie środowiska łączył z niszczeniem środowiska człowieka: rodziny, pracy, miasta, kultury. Ostrzegał zarówno przed bezmyślną eksploatacją, jak i przed ideologiami, które odzierają człowieka z wyjątkowości. Benedykt XVI, nazywany czasem „zielonym papieżem”, instalował panele słoneczne, ale jednocześnie zdecydowanie odrzucał neopogańskie akcenty w niektórych nurtach ekologicznych.
Obecne nauczanie przesuwa środek ciężkości. Duchowe nawrócenie – odwrócenie od grzechu, zwrócenie się ku Bogu, życie sakramentalne, walka o świętość – ustępuje miejsca nawróceniu ekologicznemu rozumianemu jako zmiana nawyków konsumpcyjnych, poparcie dla określonych polityk energetycznych i akceptacja narracji o niemal nieodwracalnym kryzysie klimatycznym spowodowanym głównie przez człowieka.
Krytycy wskazują, że Kościół w ten sposób wpisuje się w szerszy nurt, w którym kwestie klimatyczne stają się nową ortodoksją, a sprzeciw wobec konkretnych rozwiązań (podatki węglowe, ograniczenia wydobycia, cele zeroemisyjne) bywa traktowany jako brak wrażliwości moralnej.
Nie chodzi o to, by bagatelizować zanieczyszczenie, utratę gatunków czy odpowiedzialność za przyszłe pokolenia. Chrześcijaństwo od początku uczyło szacunku dla dzieła stworzenia. Święty Franciszek z Asyżu, ogłoszony patronem ekologów właśnie przez Jana Pawła II, kochał stworzenie, ponieważ kochał Stwórcę. Problem zaczyna się wtedy, gdy troska o planetę zaczyna dominować nad troską o duszę, a Kościół staje się jednym z wielu aktorów promujących określoną agendę polityczno-gospodarczą.
W praktyce oznacza to, że wierni słyszą coraz częściej o konieczności ograniczeń, haraczach klimatycznych i zmianie cywilizacyjnej, a coraz rzadziej o piekle, łasce, nawróceniu osobistym i nadziei eschatologicznej, która nie zależy od poziomu dwutlenku węgla. Dokumenty watykańskie łączą „krzyk ziemi” z „krzykiem ubogich”, co jest szlachetnym odruchem, ale w wykonaniu politycznym często oznacza poparcie dla rozwiązań, które ubogich w krajach rozwijających się mogą pozbawić taniej energii i drogi do dobrobytu.
Jan Paweł II nigdy nie uczynił z ekologii głównego tematu pontyfikatu. Jego wielkim tematem była godność osoby ludzkiej – od poczęcia do naturalnej śmierci, w rodzinie, w pracy, w narodzie, wobec Boga. Obecny Watykan, kontynuując linię Franciszka, wydaje się traktować religię jako zaplecze moralne dla projektów, które mają charakter bardziej polityczny niż teologiczny. Nawrócenie ekologiczne nie zastępuje nawrócenia duchowego. Jeśli jednak staje się jego substytutem, Kościół ryzykuje, że przestanie być znakiem sprzeciwu wobec ducha czasu, a zacznie być jego kapelanem.
W ostatnich godzinach napięcia między Waszyngtonem a Teheranem ponownie wzrosły. Departament Skarbu USA, w ramach operacji „Economic Outcast”, nałożył sankcje na turecki Golden Global Bank i jego spółki zależne, odcinając go od dostępu do amerykańskiego systemu finansowego. Jednocześnie Iran ostrzeliwuje rakietami balistycznymi statki płynące po omańskiej stronie Cieśniny Ormuz – co stanowi eskalację wcześniejszych ataków dronów i pocisków manewrujących. W wywiadzie dla Mario Nawfala, profesor Seyed Mohammad Marandi ocenia te wydarzenia jako część kompleksowej wojny gospodarczej, na którą Teheran odpowie militarnie.
Sankcje wobec Golden Global Yatirim Bankasi Anonim Sirketi (Golden Global Bank) i dwóch spółek zależnych zostały ogłoszone 4 września 2026 r. Biuro Kontroli Aktywów Zagranicznych (OFAC) oskarża bank o ułatwianie transakcji o wartości dziesiątek milionów dolarów na rzecz Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC-QF) oraz zapewnianie reżimowi irańskiemu dostępu do płatności międzynarodowych za pośrednictwem banków korespondentów. Bank rzekomo transferował dochody z irańskiej ropy naftowej z Chin do Turcji, gdzie były one wymieniane na gotówkę i złoto. Sekretarz Skarbu Scott Bessent nazwał ten krok częścią kampanii mającej na celu systematyczne blokowanie irańskich kanałów finansowych. Licencja na likwidację daje partnerom biznesowym czas do 19 września na rozliczenie istniejących transakcji. Bessent zapowiedział nałożenie kolejnych sankcji na kolejny bank w przyszłym tygodniu.
Dla Marandiego nie jest to odosobniony akt finansowy, lecz wojna. Stany Zjednoczone próbują zagłodzić i zdemontować irańskie społeczeństwo. Takie oblężenie to akt wojny. Iran nie może nałożyć na USA sankcji, ponieważ nie ma porównywalnej siły nacisku finansowego. Dlatego pozostaje tylko opcja militarna. Czołowi irańscy politycy otwarcie o tym mówili w ostatnich tygodniach: przewodniczący Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego, przewodniczący parlamentu i pierwszy wiceprezydent. Ten ostatni w dosadnym oświadczeniu ogłosił „mroczne czasy” dla amerykańskiej gospodarki. Marandi postrzega to również jako próbę położenia kresu spekulacjom na temat wewnętrznych podziałów w Iranie, które od miesięcy rozpowszechniają zachodnie i niektóre arabskie media.
Niedawne ataki rakietowe wpisują się w ten schemat. Według wywiadu Iran kilkukrotnie wystrzelił balistyczne pociski przeciwokrętowe w statki po omańskiej stronie Cieśniny Ormuz. Trafienia pociskami balistycznymi powodują znacznie większe szkody niż drony czy pociski manewrujące. Marandi postrzega to jako kolejny krok na drodze eskalacji. Celem nie jest koniecznie całkowite zamknięcie Cieśniny Ormuz – znaczna część handlu odbywa się już za zgodą Iranu – ale raczej jej ograniczenie lub, w dłuższej perspektywie, blokada, jeśli Stany Zjednoczone będą kontynuować swoje działania.
Iran jasno dał do zrozumienia: jeśli Teheran nie będzie mógł eksportować ropy i przeznaczać dochodów na budżet, leki i żywność, to nikt nie będzie eksportował ropy. Dotyczy to również Morza Czerwonego.
Eskalacja zależy od Waszyngtonu, a zwłaszcza od Bessenta i Trumpa. Bessent zajął ostatnio zdecydowanie twarde stanowisko i posługuje się agresywnym językiem. Iran jest gotowy do ostrej odwetowej reakcji. Irańczycy przygotowują się do niej od dziesięcioleci i postrzegają konflikt jako walkę o przetrwanie. USA, Izrael i lobby syjonistyczne chcą udusić Iran. Dlatego Teheran będzie „walczył do końca”. Marandi nie wierzy, że wojna potrwa lata. Konsekwencje ekonomiczne dla gospodarki światowej i amerykańskiej są większe i bardziej bezpośrednie, niż wielu przypuszcza. Powszechne zakłócenia w handlu ropą naftową przez Cieśninę Ormuz i Morze Czerwone spowodowałyby gwałtowny wzrost cen ropy naftowej, oleju napędowego i innych surowców, destabilizację rynków obligacji i walut oraz wywarłyby presję na sojuszników USA w regionie Zatoki Perskiej. Ich państwa nie byłyby w stanie przetrwać w takich warunkach.
Centralnym punktem spornym jest Porozumienie o Porozumieniu (MOU), zawarte po wcześniejszych fazach konfliktu. Marandi oskarża USA o podważanie samego porozumienia: odmowę zwrotu irańskich aktywów, ciągłe groźby, sankcje wobec irańskiej ropy naftowej, próby otwarcia własnego korytarza w Cieśninie Ormuz oraz współpracę niektórych państw Zatoki Perskiej. Iran wydał dwutygodniowe ostrzeżenie przed atakiem na statki. Z perspektywy Iranu jedynym wyjściem jest wdrożenie Porozumienia i jego żądań. Opłaty za przeprawę nie są prawdziwą kwestią sedna. Iran chce utrzymać Zatokę Perską jako centrum handlu.
Prawdziwym problemem jest Izrael i projekt „Wielkiego Izraela”: kontynuacja działań w Strefie Gazy i południowym Libanie. Bez zakończenia wydarzeń w Strefie Gazy i bez wycofania się Izraela z Libanu do granic ustalonych przed 7 października, nie będzie normalizacji.
Komentarze Marandiego na temat sytuacji w Libanie były ostrożne, ale jednoznaczne. Wzgórze Ali al-Taher (znane również jako Ali Alaher lub Ali Taher) w południowym Libanie, które siły izraelskie ogłosiły pod swoją kontrolą operacyjną po miesiącach działań, było mniej istotne, niż często przedstawiano. Kompleks został ewakuowany jakiś czas temu. Prawdziwe fortyfikacje Hezbollahu znajdowały się gdzie indziej. Hezbollah był lepiej przygotowany niż kiedykolwiek wcześniej. Iran wyznaczył Bejrut jako czerwoną linię i monitorował wydarzenia na południu. W pewnym momencie kalkulacje miały się zmienić. Marandi odrzucił doniesienia Reutera o irańskiej czerwonej linii specjalnie dla tego wzgórza i obecności tam Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej jako niewiarygodne. Opierając się na swoim doświadczeniu z negocjacji nuklearnych, Reuters często powoływał się na anonimowe „irańskie źródła”, które były nieprecyzyjne. Twierdził, że raport został podłożony przez Izrael. Prawdziwy konflikt, jak twierdził Marandi, toczył się w regionie Zatoki Perskiej. Los Libanu i Gazy zależy od wyniku konfliktu między Iranem i USA.
Marandi umieszcza politykę sankcji w szerszym kontekście historycznym. Badanie opublikowane w czasopiśmie „The Lancet Global Health” szacuje, że jednostronne sankcje Zachodu w latach 1971–2021 wiązały się z około 38 milionami dodatkowych zgonów – więcej niż liczba ofiar śmiertelnych bezpośrednio na wojnie od wielu lat. Sankcje zabijają po cichu: brak leków, tlenu i specjalistycznej żywności dla dzieci. W Strefie Gazy i innych miejscach ludzie umierają z powodu uleczalnych chorób, podczas gdy bombardowania przykuwają uwagę opinii publicznej. Ta sama logika ma zastosowanie w Iranie, na Kubie, w Wenezueli, Syrii, Iraku i Afganistanie. Słynne stwierdzenie Madeleine Albright o 500 000 zabitych irackich dzieciach („cena jest tego warta”) jest tego symbolem.
Pod koniec rozmowy wspomniano o doniesieniach o irańskich wystrzeleniach rakiet w kierunku Jordanii i kolejnych atakach na okręty marynarki wojennej USA. Marandi obarcza Jordanię i innych aktorów regionalnych częściową odpowiedzialnością, ponieważ są częścią zjednoczonego frontu przeciwko Iranowi. „Grzech” Iranu, jak powiedział, leży w jego niepodległości i nazywaniu ludobójstwa w Strefie Gazy po imieniu. Oś oporu jest po prawej stronie, ponieważ dokonuje poświęceń, aby położyć kres temu, co się dzieje. Ci, którzy milczą lub współpracują, są po drugiej stronie.
Marandi wielokrotnie podkreśla, że Iran nie chciał wojny. Teheran zgodził się na zawieszenie broni i podpisał Memorandum o Porozumieniu (MOU) po 40 dniach walk, aby uniknąć zniszczenia światowej gospodarki. Stany Zjednoczone i Izrael zmusiły Iran do znalezienia się w sytuacji, w której nie ma on innego wyjścia.
Jeśli Iran teraz zaatakuje militarnie – przeciwko okrętom, w regionie Zatoki Perskiej lub gdzie indziej – to dlatego, że Waszyngton próbuje udusić 90 milionów Irańczyków, a Trump publicznie chełpi się upadkiem irańskiej waluty i niedoborami żywności. Iran będzie walczył do końca.
Nadchodzące dni i tygodnie pokażą, jak daleko obie strony zdołają się posunąć. Ryzyko gospodarcze i militarne jest znaczne. Dalsze zaostrzanie sankcji lub ataki na żeglugę mogłyby jeszcze bardziej obciążyć Cieśninę Ormuz, a tym samym kluczowy element globalnego handlu ropą naftową – z konsekwencjami wykraczającymi daleko poza region.
Sprawa RPA wniesiona do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości, złożona w grudniu 2023 r., doprowadziła od tego czasu do trzech rund wiążących środków tymczasowych — 26 stycznia, 28 marca, 24 maja 2024 r. — których, jak twierdzi Pretoria, Izrael wielokrotnie nie zastosował; w najnowszym dossier, złożonym 25 sierpnia 2026 r., podano, że liczba ofiar śmiertelnych przekroczyła 73 000, a od października 2025 r. średnio każdego dnia ginie palestyńskie dziecko. Amnesty International doszła do tego samego wniosku w grudniu 2024 r.
Następnie, w lipcu 2025 r., dwie izraelskie organizacje — B’Tselem i Lekarze na rzecz Praw Człowieka–Izrael — niezależnie doszły do takiego stanowiska, po raz pierwszy w historii obu grup. Miesiąc później zrobiło to samo Międzynarodowe Stowarzyszenie Badaczy Ludobójstwa. Izrael uważa, że cały ten zapis jest stronniczy. Nikt nie potrzebuje zgody Izraela, żeby mówić prawdę.
Zdjęcie wykonano pewnie po wojnie. Zbyt dobrze wyglądają te dzieci jak na obozowe warunki.
Nie jestem historykiem. Mimo tego był okres, kiedy interesowały mnie losy Żydów deportowanych do Oświęcimia z Holandii. Pamiętam opisaną przez świadków krótką, bo jednodniową historię, o podróży pociągiem młodych rodziców z dwiema kilkuletnimi córkami z Amsterdamu do obozu zagłady. Cała rodzina nie przeżyła tamtego dnia…
Deportowanych selekcjonuje się przy wyjściu z wagonów, przechodzą kontrolę medyczną i w zależności od kondycji fizycznej są przeznaczani do pracy lub do krematorium. Panuje ciągły ruch: we wrześniu [1942 r.] wywieziono do Auschwitz 26 tysięcy osób z Belgii, Holandii i Francji, 3884 spośród nich zarejestrowano, a pozostałych zabito. Źródło.
Oczywiście, że ofiarą tego ludobójstwa byli nie tylko Żydzi. Jednak – jak to dobrze opisał Stanisław Grzesiuk w książce 5 lat kacetu, status Żydów i Cyganów był w hierarchii obozowej najgorszy – mieli ze wszystkich więźniów najmniejsze szanse na przeżycie. Tym bardziej oczekiwałbym od żydowskiej społeczności poszanowania życia ludzkiego bez oglądania się na narodowość, rasę czy religię.
==============================================
Zacytuję jeszcze jeden fragment z artykułu na globalresearch.ca:
Gaza to nie Auschwitz. To zdanie powinno być punktem wyjścia do uczciwej refleksji nad tą sprawą, a nie punktem, w którym wolno jej się zakończyć. To, co przetrwało w każdym przypadku masowych okrucieństw, to węższe i starsze pytanie: w którym momencie społeczeństwo – i sojusznicy gotowi je uzbroić – uznają, że inna grupa zasługuje na mniej terytorium, mniej żywności, mniej ochrony i wreszcie na mniej roszczeń do życia. Satelity zarejestrowały zawalenie się budynków. Agencje policzyły ofiary. Ministrowie wielokrotnie ogłaszali swoje zamiary przed kamerami, nie przejmując się zbytnio tym, jak to będzie później odbierane. Ministerstwa spraw zagranicznych i tak podpisały licencje eksportowe. Żaden z rządów, które to sfinansowały, uzbroiły lub zawetowały zakończenie, nie będzie mógł wiarygodnie powiedzieć, że nie wiedział.
Ofiary mają swoją narodowość, pochodzenie rasę i religię. Ułatwia to historykom szufladkowanie – dzielenie na kategorie. Każda z ofiar holokaustu ma swoją indywidualną tragedię i cierpienia. Zarówno ich własne, jak i ich najbliższych. Tego nie usprawiedliwi żadne polityczne hasło walki z …
Puste jest hasło „nigdy więcej”! Pomimo dobrych ponoć intencji, nigdy nie doczekamy się tego „nigdy”. Tylko ofiary się nie mylą – śpiewał Jacek Kaczmarski w piosence Jałta.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Dla człowieka Zachodu sprzeciwianie się Imperium jest jedyną drogą do godności
Nie mamy wpływu na fakt, że obecnie żyjemy w społeczeństwie napędzanym systemem imperialistycznej ekstrakcji wspieranym lufą karabinu, ale możemy kontrolować naszą reakcję na tę rzeczywistość.
Jedynym sposobem, aby zachować prawdziwą godność i uczciwość jako człowiek Zachodu, jest skoncentrowanie swojej energii na sprzeciwianiu się imperium, pod którego rządami żyjesz.
W indywidualizmie naszego kapitalistycznego społeczeństwa wpaja się nam przekonanie, że najważniejsze i najciekawsze rzeczy w nas to cechy osobiste, które odróżniają nas od innych ludzi: nasze upodobania i antypatie, nasz styl życia, nasze relacje interpersonalne, nasze poczucie mody, nasze sukcesy zawodowe, akademickie i romantyczne itd.
Ale kiedy żyjesz w najbardziej morderczej i tyrańskiej strukturze władzy na świecie, twoje indywidualne, drobne dziwactwa i cechy charakteru mają znacznie mniejsze znaczenie niż to, w jakim stopniu sprzeciwiasz się nadużyciom, jakich dopuszczają się twoi władcy wobec ludzi na całym świecie. Gdybyś spotkał Niemca w 1940 roku, prawdopodobnie byłbyś o wiele mniej ciekaw jego gustu muzycznego i zamiłowania do eleganckich garniturów niż jego poziomu poparcia dla Adolfa Hitlera.
To ty teraz. Jesteś Niemcem w 1940 roku. Najciekawsze i najistotniejsze w tobie jest to, jak bardzo sprzeciwiasz się globalnemu imperium, pod którym żyjesz. W tym momencie historii wszystko inne, co cię dotyczy, jest bardzo odległym drugim miejscem.
Jestem pewien, że jesteś miłą osobą. Jestem pewien, że starasz się być przyzwoity wobec każdego, kogo spotykasz, i jestem pewien, że w ciągu swojego życia wyrobiłeś sobie naprawdę fajną osobowość. Prawdopodobnie posiadasz kilka fajnych rzeczy i masz zabawne historie o tym, czego doświadczyłeś przez lata. Ale jako człowiek Zachodu, nic z tego nie ma tak dużego znaczenia, jak to, w jakim stopniu sprzeciwiasz się psychopatycznym dominatorom, którzy rządzą dziś twoim społeczeństwem.
Gdybyśmy mieszkali w Afryce, Azji czy Ameryce Łacińskiej, wyjątkowe cechy naszych osobowości miałyby większe znaczenie, ponieważ nie czerpalibyśmy materialnych korzyści z imperium, które morduje, wykorzystuje i okrada mieszkańców globalnego Południa. Ale jesteśmy ludźmi Zachodu, a rzeka krwi, która zasila nasz styl życia, zawsze jest najgłośniejsza w pomieszczeniu.
Dla nas sprzeciw wobec tej rzeki krwi to jedyna droga do godnego życia. Nie mamy wpływu na to, że obecnie żyjemy w społeczeństwie napędzanym systemem imperialistycznej ekstrakcji podtrzymywanym lufą karabinu, ale możemy kontrolować naszą reakcję na tę rzeczywistość. Możemy każdego dnia robić coś, by dosypać piasku do trybów machiny imperialnej. Możemy pomóc osłabić zaufanie społeczeństwa do jej propagandy. Możemy pomóc otworzyć oczy naszym współobywatelom Zachodu na rzeczywistość działań naszych rządów w naszym imieniu. Możemy działać na rzecz rozpalenia rewolucyjnego ducha czasu. Możemy pomóc w zbudowaniu silnego i powszechnego ruchu antywojennego.
Twój wybór, czy to zrobić, czy nie, jest najciekawszą i najistotniejszą rzeczą w Tobie jako osobie. Nie chcę przez to powiedzieć braku szacunku dla Twoich innych wspaniałych cech; to po prostu rzeczywistość tego, co znaczy urodzić się w tym konkretnym wycinku czasoprzestrzeni.
Hej Amerykanie! Ucieknijcie od długów, idąc na wojnę z Iranem!
Dziś, w dystopii, eksperci wojenni zaczęli sugerować, że Stany Zjednoczone mogłyby zrekrutować wystarczającą liczbę żołnierzy do przeprowadzenia lądowej inwazji na Iran, oferując młodym Amerykanom umorzenie długów w zamian za zaciągnięcie się do wojska.
Dziś, w dystopii, eksperci wojenni zaczęli sugerować, że Stany Zjednoczone mogłyby zrekrutować wystarczającą liczbę żołnierzy do przeprowadzenia lądowej inwazji na Iran, oferując młodym Amerykanom umorzenie długów w zamian za zaciągnięcie się do wojska.
„Liczba rekrutów jest niższa niż ta, której wymagałaby lądowa inwazja na Iran. Szacunki na udaną kampanię lądową przeciwko 31 irańskim dowództwom prowincjonalnym i jego doktrynie obrony mozaikowej wahają się od 750 tysięcy do 1,5 miliona amerykańskich żołnierzy. Obecnie aktywna armia amerykańska liczy około 452 tysiące. Oczywiście, obliczenia się nie sprawdzają.
„Biorąc jednak pod uwagę historię Ameryki, istnieje droga naprzód. Nie pobór do wojska ani nie pobór do wojska w sensie z czasów II wojny światowej, ale zaciągnięcie się do wojska w ramach „programu umorzenia długów”.
Przeciętny Amerykanin w wieku od 18 do 34 lat ma ponad 40 tys. dolarów długu innego niż kredyt hipoteczny, obejmującego pożyczki studenckie, salda kart kredytowych, kredyty samochodowe i kredyty osobiste, a według niektórych szacunków kwota ta sięga nawet 100 tys. dolarów.
„To jest kohorta, której potrzebuje Pentagon. Federalny program umorzenia długów, który w pełni umorzyłby saldo kredytów studenckich, kart kredytowych i pożyczek po 24 lub 36 miesiącach służby, a także przedłużyłby ustawę o GI Bill, umożliwiłby dobrowolny zaciąg na dużą skalę”.
„To nie jest teoria.
„To państwo amerykańskie robi to, co zawsze robiło, gdy potrzebowało personelu, którego inaczej nie byłoby w stanie wygenerować. II wojna światowa przyniosła ustawę o prawach weteranów (GI Bill). Wietnam przyniósł odroczenie studiów. Wojny po 11 września przyniosły premie za podpisanie umowy i ścieżki uzyskania obywatelstwa. Wojna z Iranem będzie musiała przynieść ulgę w spłacie długów. Ekonomia zadłużonych Amerykanów w wieku 20-30 lat sprawia, że jest to najskuteczniejszy mechanizm konwersji dostępny dla Pentagonu i administracji Trumpa.
„Moralna interpretacja tego jest niepokojąca. Ale państwa generują potrzebnych im żołnierzy dzięki zachętom, które wpływają na populację, którą dysponują”.
W eseju na Twitterze na ten sam temat, opublikowanym na początku tego miesiąca, AJ Jaff użył bardziej dosadnego języka:
„Kiedy wybór to dekady przykute do długu ponad 45 000 dolarów albo kilka lat służby, które go wymazują i dają nowy start, ogromna część zdesperowanych młodych ludzi skorzysta z oferty. Nie dlatego, że „popierają wojnę”. Ponieważ dług został wrobiony w klatkę, a służba wojskowa to JEDYNA droga wyjścia”.
WedługJerusalem Post Jaff jest Kanadyjczykiem, który obecnie pełni funkcję szefa ochrony w nieokreślonej „organizacji międzynarodowej”, opisując go w swojej biografii jako „emerytowanego oficera Kanadyjskich Sił Zbrojnych i uznanego eksperta w dziedzinie bezpieczeństwa międzynarodowego, zarządzania kryzysowego i ryzyka geopolitycznego”.
Poza tym niewiele jest publicznie dostępnych informacji o Jaffie, a mimo to jest on nagłaśniany przez jedną z największych anglojęzycznych gazet w Izraelu. Możemy się więc spodziewać, że ten pomysł pojawi się ponownie w innych miejscach.
To po prostu cała brzydota amerykańskiego imperium, zwinięta w jeden zgrabny pakunek, prawda? Zmagający się z problemami obywatele amerykańscy, obciążeni górami rachunków, bo żyją w dystopii, która wpędza ich w długi za przywilej życia na planecie, na której się urodzili, desperacko zaciągając się do imperialistycznej wojny za granicą, by zabijać ludzi w nadziei, że pewnego dnia uda im się finansowo stanąć na nogi.
Być może jest to najbardziej amerykański pomysł, jaki kiedykolwiek ktokolwiek miał.
Rząd niemiecki, notujący rekordowy poziom niepopularności – postanowił zastosować metodę Tuska, tzn. uderzyć w histeryczne tony wojenne i antyrosyjskie.
Zanim jeszcze na dobre ruszyło śledztwo w sprawie aktów sabotażu, a raczej niebyt udolnych aktów sabotażu, na terenie tego kraju (lotnisko w Lipsku, sieci energetyczne w Dormagen w Nadrenii Północnej-Westfalii, elektrownia Jaenschwalde w Brandenburgii) – rząd kanclerza Friedricha Merza oficjalnie oskarżył Rosję o próbę destabilizacji kraju poprzez ataki „terrorystyczne”.
Od samego początku każdy rozsądny obserwator poddawał w wątpliwość tę wersję, ale niemieckie media i politycy wiedzieli swoje. Mechanizm jest ten sam co w Polsce – dochodzi do uszkodzenia toru kolejowego pod Puławami, najpierw rząd zapowiada śledztwo, ale na drugi dzień wychodzi Donald Tusk i oficjalnie obwieszcza, że za tym wszystkim stoją „rosyjskie służby specjalne”. Radosław Sikorski wzywa „na dywanik” ambasadora Rosji i wyraża stanowczy sprzeciw a przy okazji nakazuje zamknąć kolejny rosyjski konsulat. Notujemy kolejny rekord świata – „śledztwo” trwa góra 48 godzin.
Merz posłużył się tą samą metodą rządzenia – wskazano winnego nie w wyniku śledztwa, ale decyzją polityczną. Niemieckie służby potrzebowały dwóch lat, żeby ustalić sprawców wysadzenia Nord Stream, a Merz potrzebował kilku dni, by rozwikłać zagadkę w sumie niezbyt groźnych incydentów w kilku miejscach kraju. Akurat tak się „przypadkowo złożyło”, że te ustalenia rządu zbiegły się z końcem kampanii wyborczej w wyborach do Landtagu Saksonia-Anhalt, gdzie opozycyjna Alternatywa dla Niemiec (AfD) prowadzi z sondażach, co wywoływało panikę establishmentu. AfD w propagandzie oficjalnej jest „V kolumną Putina”. Jeśli tak, to jaki cel miałby Putin, żeby tymi atakami osłabić pozycję swojego ewentualnego politycznego sojusznika? Na to logiczne pytanie nikt oczywiście nie ma zamiaru odpowiadać.
Politolodzy z prawdziwego zdarzenia od kilku lat zastawiają się nad przyczynami irracjonalnego zachowania tzw. elit europejskich, zarówno tych brukselskich, jak i większości państw, w tym Polski. Chyba rację ma Emmanuel Todd, który w swojej głośnej książce pt. „Klęska Zachodu” napisał:
„Pomimo jednak tych absurdów i niedorzeczności Europa nie uwikłała się w tę wojnę przez przypadek, z głupoty czy przez pomyłkę. Coś ją do tego pchnęło – i nie wszystko można zrzucić na Stany Zjednoczone. Tym czymś jest jej własna implozja. Projekt europejski umarł. Poczucie społecznej i historycznej pustki ogarnęło nasze elity i klasy średnie. W tym kontekście rosyjski atak na Ukrainę jawił się jako dar losu. Komentatorzy medialni zresztą się z tym nie kryli: Putin, swoją „specjalną operacją wojskową” przywracał sens idei integracji europejskiej; Unia potrzebowała zewnętrznego wroga, by się na nowo zjednoczyć i ruszyć naprzód. Ten optymistyczny ton skrywał jednak mroczniejszą prawdę. Unia jest biurokratycznym molochem, niemożliwym do zarządzania i – dosłownie – nienaprawialnym. Jej instytucje funkcjonują, ale jak maszyna na jałowym biegu – pracują, lecz niczego nie napędzają. Wspólna waluta doprowadziła do nieodwracalnych nierównowag wewnętrznych. Reakcja na „zagrożenie ze strony Putina” niekoniecznie świadczy o próbie odzyskania równowagi, lecz może być – przeciwnie – wyrazem impulsu samobójczego, niewypowiedzianej nadziei, że ta niekończąca się wojna ostatecznie wszystko wysadzi w powietrze”.
Jan Engelgard
PS. W tych godzinach pojawiały się informacje, które poddają w wątpliwość wersję rządu Merza. Do niemieckich mediów zaczęły trafiać listy osoby podającej się za autora ataków. Co niezwykłe, pisma zostały podpisane nazwiskiem. Według dziennika „Taz” policja poszukuje obecnie mężczyzny z Gevelsbergu w Nadrenii Północnej-Westfalii. Gazeta podaje, że chodzi o Daniela V., mężczyznę po 40., z wykształceniem medycznym. Policja potwierdza poszukiwania osoby z Gevelsbergu, ale wciąż sprawdza autentyczność listów. Być może to fałszywy trop, ale należało się raczej nie spieszyć z ferowaniem przedwczesnych wyroków. Jednak rząd niemiecki uznał, że musi go wydać przed datą wyborów w Saksonii-Anhalt.
Z samej Warszawy w tym roku Polski Związek Łowiecki otrzymał kilkanaście tysięcy zgłoszeń o obecności dzików na terenie miasta. Zarejestrował też informacje aż o 160 przypadkach ich ataków na ludzi. Jedno z takich zdarzeń zakończyło się tragedią, w innym było tylko o włos od kolejnej śmierci. Głosy rozsądku wzywające do koniecznych odstrzałów tych potencjalnie bardzo niebezpiecznych zwierząt giną jednak pośród propagandy rzekomych obrońców przyrody.
Problemowi narastającej ekspansji mieszkańców lasów na największe polskie miasto przyjrzał się „Super Express”. Gazeta otrzymała od PZŁ zestaw danych obrazujących skalę problemu oraz tempo, w jakim narasta on w ostatnich latach. Watahy dzikich zwierząt spotkać można na ulicach, placach zabaw, parkach, osiedlach czy w pobliżu śmietników. To zresztą widoki, jakich świadkami są mieszkańcy niejednego polskiego miasta.
„(…) tylko w 2020 roku było nieco ponad 400 zgłoszeń dotyczących dzików. Trzy lata później do służb wpłynęło ich już ponad 4 700. A w tym roku? Tylko do końca lipca, takich zgłoszeń było blisko 14,5 tysiąca! Do tego doszło blisko 160 ataków na ludzi. W Warszawie w ciągu 1,5 roku zabito prawie tysiąc dzików” – czytamy w tekście SE. Powyższe dane dotyczą wyłącznie stolicy.
Zimą na Białołęce dzik zaatakował i poturbował matkę w stanie błogosławionym. Kobieta zdołała uciec, lecz przeżyty stres przypłaciła utratą dziecka.
W wielkanocny poniedziałek na terenie Fortu Bema w ataku groźnego zwierzęcia poważnie ucierpiał mężczyzna. Wyszedł z tej sytuacji „tylko” z poszarpanym udem, gdyż dzik nie uszkodził jego tętnicy.
Lipcowej nocy w Wawrze ugryziony został w pobliżu śmietnika mężczyzna, który wyszedł przed dom żeby wynieść odpady. Chciał przepędzić intruza, lecz reakcja głodnego stworzenia spowodowała, że ucierpiał i trafił do szpitala.
Duża część mieszkańców nie zdaje sobie jednak sprawy z natury tych zwierząt, traktując je jak pluszową zabawkę. Niektórzy ludzie zbliżają się do nich, robią zdjęcia. Wydają się bagatelizować fakt, że mogą paść ofiarami nagłej napaści, szczególnie ze strony lochy, która czuje zagrożenie dla swojego niewyrośniętego jeszcze potomstwa.
W miastach wykształciły się swego rodzaju lobbies protestujące przeciwko radykalnym sposobom usunięcia dzików z przestrzeni miejskich. Próbują zapobiegać odstrzałom, traktując „leśnych gości” tak jak swoje udomowione psy czy koty. Piszą petycje, organizują pikiety, „upamiętniają” uśmiercone zwierzęta.
Rozwiązania problemu coraz bardziej ekspansywnych intruzów nie ułatwiają też obowiązujące przepisy. Ze względu na afrykański pomór świń, czyli ASF, dzików nie można odławiać i wywozić do lasów. Nawiasem mówiąc, w niejednym polskim mieście wyrosły już pokolenia niezdolne do życia poza miastem. Mają tam komfortowe warunki: bliskość jedzenia i wyższą temperaturę niż w pierwotnym środowisku.
W Warszawie co roku uśmierca się około 500 sztuk. Biorąc od uwagę populację liczącą tam w tej chwili już 5 – 7 tysięcy, a także szybkość rozrodu (dwa lub trzy mioty po kilka młodych rocznie), jeśli władze samorządowe i państwowe nie wezmą się za ten temat na poważnie, problem wkrótce urośnie do niebezpiecznych rozmiarów.
− Nie mówię tego z satysfakcją, bo odstrzał czy odłów z uśmierceniem nie są rozwiązaniami, do których należy dążyć jako do pierwszego wyboru. Ale jeżeli mamy do czynienia z realnym zagrożeniem dla mieszkańców, musimy mieć odwagę korzystać z narzędzi, na które pozwala prawo – mówi Łowczy Krajowy PZŁ Eugeniusz Grzeszczak.
− Jeżeli liczba zgłoszeń rośnie, a dziki coraz częściej pojawiają się w bezpośrednim sąsiedztwie szkół, przedszkoli, osiedli i ruchliwych ulic, to oznacza, że potrzebujemy skuteczniejszego i bardziej kompleksowego systemu działania − dodaje.
Leśnicy podkreślają, że tych zwierząt nie należy dokarmiać, zbliżać się do nich i płoszyć. Trzeba za to zabezpieczać śmietniki aby nie stały się paśnikami. Należy uważać też na psy, które mogą sprowokować dzika do ataku, a następnie… schować się za plecami właściciela.
Widok liczących kilka czy nawet kilkanaście sztuk gromad dzików buszujących po ulicach i osiedlach w poszukiwaniu pożywienia, w niejednym polskim mieście przestaje być osobliwy, a staje się codziennością. Czy to normalna sytuacja? Dokąd prowadzi bierność władz miejskich, które – nieraz pod naciskiem pseudoekologów i wyznawców tzw. bambinizmu – lekceważą obowiązki ochrony mieszkańców przed zagrożen…Czytaj dalej
Radykalne utrudnienie polowań, miejscowe uniemożliwienie wyznaczenia obwodów łowieckich, ingerencja w wychowanie dzieci, uderzenie w polską kynologię oraz zamienienie walki z afrykańskim pomorem świń w fikcję – to zdaniem myśliwych konsekwencje zaproponowanej przez polityków PiS i innych formacji nowelizacji prawa o łowiectwie. W środę politycy PiS, a także innych part…Czytaj dalej
Zwolennicy ideologii ekologizmu starają się blokować wszelkie działania mające na celu kontrolę populacji dzikich zwierząt. Tymczasem szkody spowodowane w Polsce w roku 2019 przez te zwierzęta są rekordowe. Tylko w województwie warmińsko-mazurskim poszkodowanym przez wolno żyjące zwierzęta chronione trzeba będzie wypłacić z państwowej kasy prawie 8 mln zł. Szacowanie szkód trwa w cał…Czytaj dalej
W podwarszawskim Brwinowie dziki w kwietniu rozszarpały małego psa na oczach jego właścicieli. Na Białołęce – peryferyjnej dzielnicy stolicy – locha oprosiła się pod balkonem jednego z bloków. W Wawrze, także w Warszawie, dziki zaanektowały osiedlową piaskownicę. To tylko kilka incydentów z ogromnej, ale w całości nieznanej liczby. Nie istnieje bowiem ogólnopolska statystyka, pozwalająca ocenić mi…Czytaj dalej