Mam przekonanie graniczące z pewnością, że na tym blogowisku jestem jedynym, który w ciągu swojego, długiego życia zawodowego, pracował dla wszystkich koncernów, określanych jako BigPharma. Po prostu, los reklamiarza pisze i takie scenariusze.
A to wszystko, dzięki wyodrębnieniu spośród wszystkich leków, grupy określanej jako OTC (over-the-counter), czyli sprzedawanych bez recepty. Rynek OTC to baaaardzo duży rynek, szczególnie w tak ludnym kraju, jak Polska.
Jeśli doliczyć do tego różne artykuły higieniczne (pieluchy, podpaski, pasty do zębów itd. itp.) produkowane przez te same koncerny, to jest to rynek jeszcze większy.
A pamiętajmy, że te same koncerny produkują leki sprzedawane wyłącznie na recepty i to jest dopiero rynek! Ale tych nie można reklamować. Niestety.
*** Wszystkie tzw. sieciowe (nie wstydźmy się określenia globalne) agencje reklamowe, mają w swych portfoliach klientów, określanych jako Blue Chips (co ciekawe, nazwa pochodzi od niebieskich, mających w kasynach największą wartość, żetonów). Oczywiście grupa Big Pharma do tych Blue Chips się zalicza.
Żeby było ciekawiej, jedna (sieciowa) agencja reklamowa może pracować dla różnych Blue Chips na raz – byle by to były różne kategorie marek np. proszki od bólu głowy i krople do oczu. Wszystko zależy od ustaleń, poczynionych na przykład gdzieś na polu golfowym w Miami.
To tytułem, istotnego moim zdaniem, wstępu.
***
Jestem na roboczym spotkaniu u klienta (Big Pharma), u swojego odpowiednika po tamtej stronie. Relacje są bardzo dobre, do tego stopnia, że utrzymywane też na tzw. stopie towarzyskiej.
Po spotkaniu, już na korytarzu, chwilę jeszcze ze sobą rozmawiamy. W pewnej chwili, mój odpowiednik, wskazuje na widoczną w głębi korytarza sylwetkę i półgłosem rzuca:
o, to jest najważniejsza osoba w naszej firmie.
Ja, zaskoczony, pytam: to X już nie pracuje? Jeszcze dwa tygodnie temu witałem się z nim na tym samym korytarzu?
Oczywiście, że pracuje – X jest prezesem, ale ta osoba jest od… ścisza głos – rejestracji leków.
I wydawało mi się, że potarł palce.
Nigdy więcej nie wracaliśmy do tej rozmowy
***
Inna sytuacja, tym razem dotycząca aptek.
Na różnych spotkaniach, czasem bywali też ze strony klientów nie tylko pracownicy działu marketingu, ale i działu sprzedaży. Ciekawi ludzie, wyjeżdżający po Polsce dobrymi samochodami, jakieś obłąkane zupełnie tysiące kilometrów, o najrozmaitszym wykształceniu czy doświadczeniach zawodowych, ale dla reklamiarzy będący źródłem bezcennej wiedzy o tym, czy i dlaczego tam, na końcu łańcuszka, coś się sprzedaje lepiej, a coś gorzej. Byli często źródłem anegdot (na przykład o policjantach z drogówki), jedną z nich, ale dotyczącą aptekarzy, dziś przytoczę:
Przyjeżdżam do apteki, witam się z właścicielką, piję kolejną już tego dnia kawę i wracam do samochodu po drobny upominek. Właścicielka robi zaskoczoną minę:
Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!” • 11 sierpnia 2026 michalkiewicz
Już czwarty rok toczy się wojna, rozpoczęta przez prezydenta USA Baracka Obamę, który wyasygnował 5 mld dolarów na uruchomiony w 2014 roku „majdan”, którego celem było wyłuskanie Ukrainy z „rosyjskiej” strefy Europy. Kilka lat wcześniej bowiem, 20 listopada 2010 roku, na szczycie NATO w Lizbonie, proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO-Rosja, będące ukoronowaniem 25-letnich praca nad ustanowieniem nowego porządku politycznego w Europie, który miał zastąpić nieaktualny już porządek jałtański.
Najważniejszym postanowieniem tego nowego porządku było strategiczne partnerstwo NATO-Rosja. Jego najtwardszym jądrem było strategiczne partnerstwo rosyjsko-niemieckie, które pojawiło się zaraz po podpisanym 12 września w Moskwie traktacie „o ostatecznym uregulowaniu odnośnie Niemiec”, potocznie zwanym „traktatem 2 plus 4”. Niemcy bowiem nawróciły się wtedy na linię polityczną kanclerza Bismarcka, według której Niemcy zarządzają Europą w porozumieniu z Rosją, a zewnętrznym wyrazem tego nawrócenia było wspomniane strategiczne partnerstwo – no a kamieniem węgielnym owego partnerstwa był podział Europy na część niemiecką i część rosyjską – prawie dokładnie wzdłuż linii Ribbentrop-Mołotow. I kiedy wydawało się, że klamka zapadła na 50, a może nawet na 100 lat, prezydent Obama wysadził to wszystko w powietrze, wykładając wspomniane 5 mld dolarów na „majdan”. Dlaczego to zrobił – to sprawa osobna, której roztrząsanie rozsadziłoby ramy tego artykułu, więc tylko wskażemy trop, którym gwoli wyświetlenia tej sprawy trzeba by podążać, a który zaczyna się od „szczytu” w Deauville w październiku 2010 roku z udziałem francuskiego prezydenta Mikołaja Sarkozy’ego, Naszej Złotej Pani z Berlina i ówczesnego rosyjskiego prezydenta Dymitra Miedwiediewa.
Od Bismarcka do Wilhelma
Od rzemyczka – do koniczka – powiada przysłowie – i tak właśnie było w tym przypadku. Inicjatywa Baracka Obamy doprowadziła wprawdzie do wysadzenia „porządku lizbońskiego” w powietrze – ale jeszcze nie do wojny. Do wojny doszło dopiero za prezydentury Józia Bidena, który naobiecywał, wystruganemu z banana przez żydowskiego „oligarchę” Igora Kołomoyskiego, ukraińskiemu prezydentowi rozmaite cuda na kiju, wskutek czego odrzucił on tzw. „porozumienia mińskie”, a to sprowokowało Rosję do rozpoczęcia w 2022 roku „specjalnej operacji wojskowej”. Rosyjski wywiad zawiódł tu na całej linii, bo najwyraźniej liczył na powtórzenie sytuacji z roku 2014, kiedy to Krym został przez Rosję przejęty bez jednego wystrzału. Tym razem trafiła kosa na kamień, bo Amerykanie i Anglicy uzbroili ukraińskie wojsko po zęby i odpowiednio przeszkolili. W rezultacie „Blitzkrieg” spalił na panewce, a Rosjanie natychmiast zrezygnowali z zajmowania Kijowa, ograniczając cele wojenne do wyrąbania lądowego korytarza do Krymu – i ten cel w zasadzie już został osiągnięty, a to, co się teraz dzieje, to tylko walka o to jaką będzie miał szerokość.
W wojnę z Rosją, za sprawą Amerykanów, zaangażowany został cały Pakt Atlantycki, co po kilku latach doprowadziło do zmiany niemieckiej polityki we Wschodniej Europie. Po wysadzeniu bałtyckich gazociągów Niemcom łatwiej było odstąpić od strategicznego partnerstwa z Rosją – ale doszło do tego dopiero w marcu 2023 roku, kiedy to amerykański prezydent Józio Biden, w nagrodę za odstąpienie Niemiec od strategicznego partnerstwa z Rosją, pozwolił niemieckiemu kanclerzowi Olafowi Scholzowi na to, by Niemcy urządzały sobie Europę po swojemu.
W Europie nie ma zbyt wiele miejsca na coraz to nowe – jak powiedziałby Kukuniek – „koncepcje” – więc w tej sytuacji Niemcy powróciły do polityki, jaką prowadziło Cesarstwo Niemieckie w roku 1917. Jak pamiętamy, za jego przyzwoleniem powstała wtedy Ukraińska Republika Ludowa, w celu szachowania Rosji i utrzymywania w ryzach Polaków. Zewnętrznym wyrazem powrotu Niemiec do tej polityki było proklamowanie w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego. I zaraz prezydent Zełeński nabrał animuszu, nadając jednostce niezwyciężonej armii ukraińskiej imię „Bohaterów UPA”, co w naszym nieszczęśliwym kraju wywołało rodzaj burzy w szklance wody.
Polska opinia w rozkroku
Nasz nieszczęśliwy kraj prowadzenie prawdziwej polityki ma od Naszych Sojuszników surowo zakazane, toteż Polska polityce europejskiej najwyżej kibicuje. Pokrzykuje, przytupuje, wymachuje rękami – i to nie w ramach żadnej samowolki, ale zgodnie ze wskazówkami któregoś z Sojuszników – jak nie tego, to tamtego. Nic się nie zmieniło pod tym względem od początku lat 90-tych, kiedy to scharakteryzowałem postawę naszego nieszczęśliwego kraju w felietonie pod tytułem „Polska ormowcem Europy”.
Różnica między początkiem lat 90-tych, a sytuacją obecną sprowadza się do tego, że kibicowaniu europejskiej polityce towarzyszy nieustanny lęk, by nie paść ofiarą „wojny hybrydowej”. Lęk ten jest odczuwalny zwłaszcza wśród warstw lepiej czy gorzej wykształconych, które mają ambicję kibicowania ośrodkom sprawującym w naszym nieszczęśliwym kraju tzw. rząd dusz. Właściwie jest to jeden ośrodek w postaci Judenratu, na którego czele stoi Główny Cadyk III Rzeczypospolitej w osobie pana red. Adama Michnika. Za pośrednictwem Judenratu sufluje on mikrocefalom, stanowiącym krąg jego wyznawców, co i jak mają myśleć. No a oni – wiedząc, że tylko w ten sposób będą mogli, również we własnych oczach, za mądrych, roztropnych i przyzwoitych, posłusznie myślą w sposób nakazany, w lot dostrajając się do mądrości etapu.
Na przykład, kiedy po proklamowaniu strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego pan red. Michnik rzucił hasło” „wszyscy jesteśmy Ukraińcami”, mądrzy, roztropni i przyzwoici natychmiast zaczęli piętnować nosicieli „nienawiści”, co to tworzą u nas „atmosferę przedpogromową”. Doszło do tego, że nawet przewielebna siostra Małgorzata Chmielewska, oderwała się na chwilę od warzenia gorącej strawy dla nieszczęśliwych i pobiegła do Judenratu wypłakać się ze wstydu za mniej wartościowy naród i nieszczęśliwy kraj. I słuszna jej racja, bo jeszcze kilka takich demonstracji i przewielebna siostra Małgorzata zostanie kandydatką na ołtarze – a czegóż mogłaby chcieć więcej?
Ale głoszenie aktualnych mądrości etapu to jedna sprawa, a sprawą drugą jest wystrzeganie się uleganiu kremlowskiej” dezinformacji” i „propagandzie”. Ta ostrożność posunięta jest do tego stopnia, że gdy Kreml, a zwłaszcza – gdy Putin – na krzesło powie, że to krzesło, mądrzy, roztropni i przyzwoici gotowi są natychmiast się z nim spierać – o ile oczywiście pan red. Michnik podpowie im, co mają mówić. Niebezpieczeństwo polega również na tym, że oprócz pana red. Michnika, głos zabierają również inne osoby, które w dodatku wyrażają opinie nie zatwierdzone rewolucyjną przez żaden urząd, ani nawet licencjonowaną organizację pozarządową w rodzaju Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
Na domiar złego wiele z tych samowolnie głoszonych opinii ma znamiona „mowy nienawiści” – a wiadomo, że jest rozkaz, iż nienawiść ma być powszechnie i bez zastrzeżeń znienawidzona. Na straży tego rozkazu staje właśnie pani Sylwia Gregorek-Abram, której Wielce Czcigodni parlamentarzyści z koalicji 13 grudnia właśnie przyznali fuchę Rzecznika Praw Obywatelskich. Gwoli wyjaśnienia – „mową nienawiści” nazywamy każdą opinię, która nam się nie podoba, a ponadto nie została zatwierdzona przez żaden Sanhedryn.
Prof. Dudek wzywa obywatela Tuska
Jednym z takich patentowanych nienawistników jest Grzegorz Braun. Nie dość, że ani nie uzgadnia swoich opinii a Judenratem, ani nie akomoduje się do mądrości etapu, to „jątrzy” i „dzieli” opinię publiczną również w sytuacjach, gdy wielkim nakładem sił i środków udało się doprowadzić do ujednolicenia stanowisk ponad podziałami. Polega to na tym, że takie samo zdanie wyrażają zarówno ci, którzy wyznają jeden światopogląd, jak i ci, którzy wyznają drugi światopogląd, bo – podobnie jak było za pierwszej komuny – również i teraz są dwa światopoglądy, bo są dwie kasy. Jedną z takich uzgodnionych ponad podziałami i zatwierdzonych przez Judenrat opinii jest apologetyczna ocena Komisji Edukacji Narodowej. Jak wiadomo, powstała ona dzięki kasacie zakonu jezuitów. Majątki poklasztorne zostały przekazane właśnie na jej rzecz – przy czym nie obyło się bez rozmaitych brzydkich rzeczy. Stanisław Cat-Mackiewicz wspomina o tym mówiąc, że pierwsze koryto wylewa się dla świń.
W przypadku Komisji Edukacji Narodowej tych wylanych koryt było co najmniej kilka, a może nawet – kilkanaście – podobnie jak w przypadku uwłaszczenia nomenklatury podczas przygotowań do transformacji ustrojowej – a i potem, podczas tworzenia narodowych funduszy inwestycyjnych i ich prywatyzacji. I oto złowrogi Grzegorz Braun nie tylko bez upoważnienia, ale i bez przyzwolenia zabrał na ten temat głos, piętnując Komisję Edukacji Narodowej, a zwłaszcza – tzw. Kuźnicę Kołłątajowską – że była to grupa opłacana kwotą kilkudziesięciu milionów franków przez władze rewolucyjnej Republiki Francuskiej, żeby w naszym nieszczęśliwym kraju doprowadzić do rewolucji. Ta rewolucja zaangażowałaby z pewnością mocarstwa ościenne w jej tłumienie, dzięki czemu rewolucja we Francji mogłaby chwilę odetchnąć. Nie dość, że gada takie rzeczy, to jeszcze, wraz z Janem Taturą, wydał książkę pod tytułem „Polskie biesy”, w której dopuszcza się mnóstwa innych myślozbrodni. Tymczasem jest rozkaz, że jeśli ktokolwiek dopuszcza się prowokacji, to tylko zimny ruski czekista Putin, podczas gdy ani w słodkiej Francji, ani wilgotnej Anglii każdy ma serce na dłoni i od jakichkolwiek prowokacji trzyma się z dala.
Toteż nić dziwnego, że w obliczu takiej samowoli ze strony złowrogiego Grzegorza Brauna nie mógł już dłużej wytrzymać pan prof. Antoni Dudek. Wprawdzie nauka, jak wiadomo, polega na poszukiwaniu prawdy, ale z drugiej strony, na nieustannym weryfikowaniu tego, co dotąd udało się ustalić – ale mimo to – porządek musi być. Kto to widział, żeby jakiś Braun, w dodatku powołując się na wyszperane w korcu maku publikacje, podważał solenne ustalenia profesorów zwyczajnych i nadzwyczajnych, orderowych panów, co to swoimi wiekopomnymi dziełami pozapychali biblioteki?
Solenni profesorowie najlepiej wiedzą, jak było, a jeśli nawet nie wiedzą, to zawsze ktoś starszy i mądrzejszy im podpowie, dzięki czemu zarówno oni, jak i lud prosty, wie, czego się trzymać i w co wierzyć, a w co nie. Toteż pan prof. Dudek wystąpił publicznie do obywatela Tuska Donalda, żeby tej myślo-zbrodniczej działalności Grzegorza Brauna położył kres. Inaczej diabli wezmą cała „naukę przodującą” – jak mówił Józef Stalin – i nie będziemy już wiedzieli, w co wierzyć, a w co nie.
Pan prof. Dudek nie podsuwa żadnego konkretnego rozwiązania, ale wszystko wskazuje na to, że niezawisłe sądy mogą okazać się niewystarczające. Czas więc uderzyć w czynów stal i odwołując się do profetycznego dzieła Jerzego Orwella „Rok 1984”, niezwłocznie powołać Ministerstwo Prawdy, a pana prof. Antoniego Dudka mianować jego szefem. Bez tego daleko nie zajedziemy, zwłaszcza w sytuacji, gdy Nasz Najważniejszy Sojusznik raz sztorcuje prezydenta Zełeńskiego, a zaraz potem robi mu na rękę i traktuje, jak swoją najukochańszą Duszeńkę.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
W niedawnym wywiadzie dla kanału YouTube „Transition Protocol” z 11 sierpnia, prowadzący, pan Z. i znany analityk geopolityczny Pepe Escobar, analizują głębokie zmiany w Iranie w oparciu o uprzywilejowane źródła. Program dostarcza ekskluzywnych spostrzeżeń, których nie znajdziemy w mediach korporacyjnych ani w większości niezależnych serwisów informacyjnych, i przedstawia obraz strategicznej reorganizacji Teheranu.
Wybuchowa sytuacja: Iran pod wulkanem
Pepe Escobar obrazowo opisuje sytuację: „Dosłownie znajduje się pod wulkanem”, otoczony płomieniami i wciągnięty w samo serce wybuchowej inteligencji. 11 sierpnia, gdy płyty tektoniczne pod regionem nadal się przesuwały, a gorące powietrze unosiło się do atmosfery, zespół Protokołu Przejściowego intensywnie pracował nad zebraniem informacji z ośrodków decyzyjnych. Źródła są głęboko zakorzenione i zweryfikowane, o ile to możliwe. Escobar podkreśla, że niektóre informacje nie zostały bezpośrednio potwierdzone na najwyższych szczeblach irańskiego rządu, ale może to się wyjaśnić w ciągu najbliższych 24 do 48 godzin lub w ciągu tygodnia. Możliwy jest „brak odpowiedzi” – typowy dla wrażliwych kwestii bezpieczeństwa narodowego – podobnie jak powściągliwość, która nie oznacza zaprzeczenia.
Sednem sprawy jest rzekome, bezpośrednie, sześciogodzinne spotkanie twarzą w twarz prezydenta Massuda Pezeshkiana z Najwyższym Przywódcą Mojtabą Chameneim. Pezeshkian podobno przedstawił przywódcy jasne stanowisko w sprawie utrzymania stanowiska „ani pokoju, ani wojny” wobec Stanów Zjednoczonych. Jednocześnie należy wziąć pod uwagę kontekst historyczny: Mojtaba Chamenei, nawet jako syn ajatollaha, nigdy nie wierzył w negocjacje z Amerykanami. Jego wcześniejszy sceptycyzm okazał się uzasadniony, gdy Stany Zjednoczone skutecznie zniszczyły Porozumienie o Porozumieniu (MoU).
Reorganizacja kadr i instytucji na najwyższym szczeblu
Iran wkracza w nową fazę, którą Escobar określa jako potencjalną drogę do „końca negocjacji”. Warunkiem wstępnym jest zdecydowane stanowisko negocjacyjne całego rządu. W jego skład wchodzą minister spraw zagranicznych Abbas Araghchi, przewodniczący parlamentu Mohammad Bagher Qalibaf oraz członkowie Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Jej nowym sekretarzem został Mohsen Rezaei – „wybitna postać”. Rezaei, weteran wojny iracko-irańskiej i były dowódca Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC), pełni funkcję głównego doradcy wojskowego Modżtaby Chameneiego i głównego organizatora obrad Rady Bezpieczeństwa, w których uczestniczy również prezydent Pezeshkian.
Te zmiany personalne są ze sobą powiązane i trudne do zrozumienia dla osób z zewnątrz, zwłaszcza obcokrajowców. Rezaei ma dziesięciolecia doświadczenia i głęboką relację zaufania z Modżtabą Chameneim. Modżtaba wcześniej działał jako pomost między swoim ojcem a IRGC, a Rezaei był jednym z jego najważniejszych rozmówców. Teraz Rezaei zajmuje nie tylko stanowisko Sekretarza Rady Bezpieczeństwa, ale także drugi mandat jako osobisty przedstawiciel Przywódcy. To, co Rezaei mówi — na przykład na X (dawniej Twitter) — jest głosem samego Modżtaby Chameneiego. Kierownictwo bezpieczeństwa zostało już zreorganizowane poprzez mianowanie co najmniej sześciu kluczowych postaci. IRGC otrzymało nową władzę instytucjonalną, bezpośrednio autoryzowaną przez Przywódcę za pośrednictwem Rezaeia.
Bardziej elastyczne strategie negocjacyjne i pośrednicy międzynarodowi
Istnieją przesłanki wskazujące na to, że irańska strategia negocjacyjna stała się bardziej elastyczna. Na najwyższym szczeblu panuje konsensus co do dalszych działań: jasnych celów, ich przedstawienia oraz środków do osiągnięcia konkretnych rezultatów. Mechanizm reparacji jest na stole – zadanie syzyfowe, ponieważ administracja Trumpa prawdopodobnie nigdy go nie zaakceptuje. Niemniej jednak Irańczycy interpretują to jako część Porozumienia o Porozumieniu.
Pakistan i Katar doradziły Irańczykom, aby wykazali się większą elastycznością „w stylu perskim”. Pezeshkian zasugerował przywódcy, aby dać negocjacjom kolejną szansę na warunkach irańskich: Teheran ustaliłby program, ton i warunki. Mojtaba nie mógł się sprzeciwić, choć sam nie wierzył w możliwość negocjacji. Jednak retoryka Waszyngtonu i autentyczne wpisy Trumpa w mediach społecznościowych sprawiały, że mało prawdopodobne było, aby Stany Zjednoczone wypełniły swoje zobowiązania wynikające z porozumienia. „Nadzieja umiera ostatnia” – powiedział Escobar, ale Irańczycy będą trzymać się swojej strategii i być może w przyszłości będą bardziej selektywnie akcentować punkty porozumienia, mniej reagować na oświadczenia Trumpa lub tworzyć nowe fakty na miejscu – w regionie, w powietrzu i w Zatoce Perskiej, sięgając aż po Irak i Jordanię.
Rola Pakistanu, Omanu i Kataru oraz „Pakt Mekka”
Relacje z Pakistanem opierały się na zaufaniu. Islamabad z wyprzedzeniem poinformował Teheran o pakcie „podobnym do NATO” między Pakistanem, Arabią Saudyjską i Turcją, podpisanym w Mekce. Irańska delegacja pod przewodnictwem Kalibafa miała odwiedzić Islamabad – pierwotnie planowano ją na 14 sierpnia (Dzień Niepodległości Pakistanu), ale teraz przełożono ją na późniejszą datę. 16 sierpnia kończy się 60-dniowy okres negocjacji w sprawie Porozumienia o Porozumieniu, które Stany Zjednoczone rzekomo sabotowały.
Oman zajmuje się kwestiami morskimi i potencjalnym porozumieniem technicznym dotyczącym żeglugi w Cieśninie Ormuz: irańskim kanałem na północy i omańskim kanałem na południu. Iran sprawuje pełną kontrolę nad kanałem północnym i potencjalnie 50% kanału południowego, biegnącego przez Oman. Porozumienie to jest bliskie sfinalizowania. Katar zapewnia zakulisowe wsparcie dyplomatyczne i jest zaangażowany w potencjalne przepływy finansowe. Pakistan znajduje się w trudnej sytuacji, ponieważ musi negocjować ze wszystkimi zaangażowanymi stronami – Amerykanami, Irańczykami, Katarem, Omanem, Arabią Saudyjską, Turcją i Chinami.
Sam Pakt Mekka pozostaje niejasny: to połączenie muzułmańskiego mocarstwa nuklearnego (Pakistanu), drugiej co do wielkości armii NATO (Turcji) i saudyjskich zasobów finansowych. Oficjalne wyjaśnienia są skąpe. Możliwe interpretacje wahają się od zabezpieczenia przed Izraelem, przez operację amerykańską przeciwko „osi oporu”, po dyscyplinowanie Arabii Saudyjskiej. Najwyraźniej nie jest on skierowany przeciwko Iranowi – w przeciwnym razie Teheran natychmiast zerwałby stosunki z Pakistanem. Ta niejednoznaczność jest niebezpieczna, zwłaszcza że jest to pakt powiązany z bronią jądrową.
Bardziej solidna pozycja Iranu i strategiczna niejednoznaczność
Ogólnie rzecz biorąc, stanowisko Iranu jest bardziej stanowcze niż 24 czy 48 godzin temu. Teheran się nie spieszy. Irańczycy doskonale zdają sobie sprawę z wewnętrznych nacisków na Trumpa – strategicznych rezerw ropy naftowej USA, wpływów osi syjonistycznej i darczyńców – i obserwują, jak radzi sobie on z tymi naciskami. Iran nie zaoferuje powrotu do porozumienia w ramach przysługi; Trump będzie musiał o to poprosić, i będzie musiał to zrobić za pośrednictwem Islamabadu.
Pan Z przedstawia swoją perspektywę, opartą również na bezpośrednich kontaktach z zaangażowanymi: Mojtaba Chamenei przejął władzę, Rezaei rośnie w siłę, a stanowiska Pezeshkiana (zgodne z Araghchi) zyskują na popularności. Trump się wycofuje, jego maksymalistyczna polityka nacisku słabnie, a Iran rośnie w siłę. Pakistan świadomie wybrał strategiczną niejednoznaczność i po raz pierwszy rozszerzył swój parasol nuklearny na Turcję i Arabię Saudyjską – to historyczna decyzja. Inne kraje, w tym Iran, zostały zaproszone do rozmów. Jeśli to się powiedzie, wrogość między Rijadem a Teheranem stopniowo zaniknie, a Pakistan będzie pełnił rolę mediatora, a Chiny będą w tle. To może fundamentalnie zmienić kolejne 50 lat w Eurazji.
Pan Z. przewiduje, że porozumienie może zostać osiągnięte w przyszłym tygodniu – strategiczna porażka i upokorzenie dla USA. Oczekuje się przybycia 21-osobowej delegacji z Teheranu, prawdopodobnie pod przewodnictwem Qalibafa i z mandatami Modżtaby i Rezaeia. Wszystko wskazuje na to, że coś zostało już uzgodnione, a do ustalenia pozostały jedynie ostateczne szczegóły.
Wniosek: Zmieniony zestaw zasad
Escobar i pan Z. przedstawiają obraz bardziej solidnego, spójnego irańskiego przywództwa, które dostosowuje się do reguł gry. Mediatorzy – Pakistan, Oman i Katar – kontynuowali swoje wysiłki, licząc na niewielką szansę. Sytuacja geopolityczna w Azji Zachodniej i poza nią wkracza w fazę większej strategicznej niejednoznaczności. Nadchodzące dni i tygodnie powinny pokazać, jak głęboka jest rzeczywista reorganizacja szachownicy.
Obaj analitycy podkreślają wstępny charakter niektórych aspektów i zachęcają globalną publiczność do kontynuowania debaty. Transition Protocol będzie nadal monitorować rozwój sytuacji.
W zeszłą sobotę korespondent FAZ Michael Martens zapytał, jak Europa mogłaby pomóc Ukrainie w zabiciu większej liczby rosyjskich żołnierzy, po czym otwarcie bronił tego sformułowania. Problem nie polega już więc na przejęzyczeniu. Chodzi o postawę, w której ludzie stają się zbędni w wojnie na wyniszczenie.
Artykuł publicystyczny autorstwa Sabiene Jahn.
Wojny nie niszczą tylko domów, ciał i krajobrazów. Niszczą przede wszystkim język. Pojęcia się zmieniają, zahamowania maleją, a ludzie znikają za kategoriami takimi jak „cele”, „potencjał”, „straty” i „stopy odnowy”. Być może dlatego wojna tak naprawdę pożera najpierw część swojego intelektualnego potomstwa – tych, których zadaniem jest zachowanie dystansu i uważna obserwacja.
Michael Martens, wieloletni korespondent „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, zadał pytanie na wspólnej konferencji prasowej prezydenta Serbii Aleksandara Vučicia i prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego w Belgradzie 8 sierpnia 2026 roku, które przekroczyło tę granicę. (1) Chciał dowiedzieć się od Zełenskiego, co „my, Europejczycy”, moglibyśmy konkretnie zrobić, aby pomóc Ukrainie „zabić więcej Rosjan”. Natychmiast dodał: „oczywiście więcej rosyjskich żołnierzy”. (2)
Można by to zignorować jako pomyłkę. Zdanie, które wymknęło się z jego ust szybciej, niż umysł był w stanie je opanować. Późniejsze wyjaśnienie można by zinterpretować jako spóźniony szok z powodu jego własnego doboru słów. Ale sam Martens wyeliminował właśnie to wyjaśnienie. Po konferencji prasowej ponownie opisał swoje pytanie na swoim koncie X. Zapytał Zełenskiego, co Europa może zrobić, „aby pomóc Ukrainie zabić więcej rosyjskich żołnierzy”. (3) Bez żalu, bez dystansu. Skonfrontowany z jego sformułowaniem, dodał: „Jak kończą się wojny? Zabijając żołnierzy i niszcząc infrastrukturę wroga”. I wreszcie: „Tylko jeśli wolny świat zabije więcej rosyjskich żołnierzy, niż Putin jest w stanie uzupełnić, będzie zmuszony zakończyć wojnę. Witamy w realnym świecie”. (4) Innymi słowy, tylko jeśli „wolny świat” zabije więcej rosyjskich żołnierzy, niż Putin jest w stanie zastąpić, będzie zmuszony zakończyć wojnę. Witamy w realnym świecie. Martens mówił poważnie. Dobór słów jest niedopuszczalny.
Oczywiście, żołnierze giną na wojnie. Oczywiście, strategia wojskowa obejmuje również obezwładnianie sił wroga. Nikt nie musi tego ukrywać. Korespondent wojenny ma prawo pytać o broń, zasięg, straty, zaopatrzenie i skuteczność militarną. Musi być w stanie to zrobić. Istnieje jednak zasadnicza różnica między opisywaniem zabijania a traktowaniem go jako celu samego w sobie.
Martens nie pytał, czego Ukraina potrzebuje, aby utrzymać swoje pozycje, jak Europa może zwiększyć swoje zdolności obronne ani jakie środki mogłyby zmusić Rosję do wycofania się. Pytał, co możemy zrobić, aby zapewnić śmierć większej liczby rosyjskich żołnierzy. A później „my, Europejczycy”, stajemy się nawet „wolnym światem”. Tak zwany wolny świat jako aktywny sprawca zabójstw. Dziennikarz FAZ jako jego rzecznik. Tutaj obserwacja się kończy. Tutaj opowiadają się po którejś ze stron, nawet do momentu ustalenia pożądanej liczby ofiar.
Serbski prezydent był wyraźnie zbulwersowany – uniósł brwi – po czym spokojnie odpowiedział zaskakująco zwięzłym zdaniem. Vučić najpierw stwierdził, że współpraca wojskowa z Ukrainą nie była tego dnia omawiana. Następnie dodał: „Jeśli chodzi o zabijanie, mam nadzieję, że się skończy”. (5) W istocie, w tym momencie konferencja prasowa mogłaby być lekcją dziennikarstwa. Vučić bowiem wyraził oczywistą prawdę, którą Martens stracił z oczu. Z ludzkiego punktu widzenia celem wojny nie może być coraz skuteczniejsze zabijanie ludzi. Celem musi być położenie kresu zabijaniu.
Są też ludzie po stronie rosyjskiej. To brzmi banalnie. Najwyraźniej trzeba to powtórzyć. Rosyjscy żołnierze mają rodziców. Wielu ma żony i dzieci. Niektórzy są niewiele starsi od dzieci. To samo dotyczy ukraińskich żołnierzy. Za każdą liczbą ofiar stoi rodzina, która pewnego dnia dowie się, że syn, ojciec, brat czy mąż nie wróci. Wojna zamienia je w liczby. Dziennikarstwo nie powinno robić tego samego. Każdy, kto myśli tylko o tym, czy jedna strona może zabijać ludzi szybciej niż druga może sprowadzić na front nowych ludzi, przyjmuje logikę wojny na wyniszczenie. W tej logice człowiek jawi się jako zwykła amunicja – dostępna, zużywana i możliwa do zastąpienia.
Powołanie się Martensa na II wojnę światową nie czyni jego argumentów bardziej przekonującymi. (3) Analogie historyczne nie są skrótem od analizy politycznej. Rosja w 2026 roku nie jest Rzeszą Niemiecką z 1941 roku, a wojna na Ukrainie nie jest powtórką wojny na wyniszczenie ze Związkiem Radzieckim. Każdy, kto odrzuca wszelkie pytania dotyczące negocjacji, odwołując się do Hitlera, tworzy świat, w którym dyplomacja jest zasadniczo postrzegana jako ustępstwa, a eskalacja militarna jako moralny obowiązek. To sprawia, że wojna potencjalnie nie ma końca. I to nie wszystko.
Narracja, że wojna ta rozpoczęła się 24 lutego 2022 roku z historycznej nicości, jest fałszywa. Wojna w Donbasie toczyła się już od 2014 roku. (6) Po zamachu stanu w Kijowie, żądaniach większej autonomii regionalnej lub specjalnego statusu dla wschodu, a wreszcie po proklamowaniu Donieckiej i Ługańskiej Republik Ludowych, ukraińskie władze wysłały siły zbrojne, Gwardię Narodową i artylerię na tereny opanowane przez rebelię. Rosja zapewniła wsparcie logistyczne i materialne początkowo samoorganizującym się bojówkom w Donbasie. (7) Każdy, kto ignoruje tę historię, nie rozumie ani zahartowania ludności, ani dynamiki eskalacji, która ostatecznie doprowadziła do otwartej wojny między Rosją a Ukrainą.
W swoim najnowszym artykule niemiecki dziennikarz Patrik Baab zwraca również uwagę na wymiar, który niemal całkowicie znika w moralnie nacechowanym dyskursie wokół tej wojny – interesy materialne. Jeszcze przed 2014 rokiem międzynarodowe koncerny energetyczne miały znaczne udziały w ukraińskich rezerwach gazu i surowców. (8) Baab odnosi się między innymi do projektów gazu łupkowego Shella w regionie między Charkowem a Donieckiem, a także do planowanych inwestycji Chevronu i innych koncernów energetycznych. (9) Donbas to również region z dużymi złożami węgla, rud i minerałów. Baab jednoznacznie umieszcza ten wymiar ekonomiczny w centrum konfliktu. (10) (11) Dlaczego ludzie zamieszkujący tę ziemię mieliby być ostatecznie postrzegani wyłącznie jako żołnierze, których liczebność należy jak najszybciej zmniejszyć?
Baab jest szczególnie krytyczny wobec związku między interesami surowcowymi, kapitałem finansowym i kontrolą polityczną nad Ukrainą. Wskazuje na inwestycję Huntera Bidena w Burismę 12 maja 2014 r. oraz na ówczesne interesy Zachodu w ukraińskiej polityce energetycznej, wojnę napędzaną przede wszystkim interesami finansowymi i surowcowymi. (11) Trudno zaprzeczyć, że energia, surowce, rynki, infrastruktura, a teraz gigantyczna produkcja zbrojeniowa generują interesy ekonomiczne. Właśnie dlatego oświadczenie Martensa jest tak niepokojąco szokujące.
Ci, którzy umierają, nie są właścicielami surowców. Nie zasiadają w zarządach firm energetycznych. Nie handlują kontraktami zbrojeniowymi, nie negocjują programów pożyczkowych ani nie podpisują wielomiliardowych umów o odbudowie. Leżą w okopach. A potem pojawia się niemiecki dziennikarz i pyta, jak „my, Europejczycy”, możemy sprawić, że umrze jeszcze więcej z nich. To upadek moralny i wypaczenie tej wojny.
Rosyjscy żołnierze nie decydują o kontraktach na surowce, strategiach NATO ani geopolitycznych strefach wpływów bardziej niż ukraińscy żołnierze w okopach. Obaj podejmują decyzje, które zapadają gdzie indziej: w gabinetach prezydenckich, zarządach banków, ministerstwach, sztabach wojskowych, siedzibach korporacji i departamentach strategii. Dlatego ci, którzy przedłużają wojnę pomimo istniejących politycznych możliwości jej zakończenia, ponoszą inną odpowiedzialność niż ci, którzy zostali powołani do wojska, przymusowo zmobilizowani lub wysłani na front pod presją społeczną.
To właśnie na tym powinna koncentrować się dziennikarska agresja. Nie na pytaniu, jak można zabić jeszcze więcej Rosjan. Na pytaniach takich jak: Kto zapobiega dalszym mordom? Które oferty negocjacyjne zostały odrzucone? Które maksymalistyczne żądania uniemożliwiają kompromisy? Kto korzysta na kontynuacji wojny? Które rządy deklarują zwycięstwa militarne jako warunek wstępny do rozmów? Które firmy już kalkulują, jeśli chodzi o linie produkcyjne, zamówienia i odbudowę? Którzy aktorzy polityczni, siedzący daleko od pola bitwy, deklarują konieczność kolejnych lat wojny? Właśnie tu potrzebna jest stanowczość.
Osoby odpowiedzialne politycznie powinny zostać wyciągnięte z ciepłych biur i klimatyzowanych miejsc pracy i skonfrontowane z konsekwencjami swoich decyzji. Z cmentarzami. Z rannymi. Z rodzicami. Z wdowami. Z dziećmi, które znają ojca tylko ze zdjęcia.
Nie chodzi o to, że narody muszą się nienawidzić. Trzeba je zmusić, by się nienawidziły. Każda przedłużająca się wojna wymaga obrazów wroga. W pewnym momencie śmierć żołnierzy przestaje być tragedią, staje się strategicznym sukcesem. Wtedy osiąga się próg, w którym sam język staje się zdolny do prowadzenia wojny. Martens jest zatem nie tyle przyczyną, co objawem. Objawem atmosfery, w której nienawiść uchodzi za realizm, a pragnienie mniejszej liczby ofiar za naiwność. „Witamy w prawdziwym świecie” – pisze.
Być może prawda jest taka, że dwanaście lat wojny w Donbasie wystarczy. Że żaden dodatkowy martwy Rosjanin nie przywróci życia żadnemu Ukraińcowi. Że żaden dodatkowy martwy Ukrainiec nie przywróci życia żadnemu Rosjaninowi. Czy najbrutalniejsza prawda o wojnie nie jest może znacznie prostsza niż wyliczenia Martensa dotyczące wskaźników zastępowalności? Wojna nie kończy się, gdy zginie wystarczająca liczba ludzi. Kończy się, gdy ci, którzy ją prowadzą i finansują, zdecydują, że nikt więcej nie powinien zginąć.
Nie wymaga to większego wysiłku w zabijaniu. Wymaga woli politycznej. I przynajmniej minimum tego, czego dziennikarstwo nigdy nie może stracić: człowieczeństwa.
Ukraińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych o rozpoczęciu konfliktu zbrojnego w kwietniu 2014 r. Decyzja o rozpoczęciu „pełnej operacji antyterrorystycznej”: https://mfa.gov.ua/en/news/21521-zajava-mzs-ukrajini
Shell i złoże gazu łupkowego Jużowska w obwodach donieckim i charkowskim. Ośrodek Studiów Wschodnich dokumentuje 50-letnią umowę o podziale produkcji podpisaną 24 stycznia 2013 roku między Ukrainą a Shell. Złoże Jużowska rozciągało się na części obwodów charkowskiego i donieckiego: osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2013-01-30/ukraine-agreement-shell-shale-gas-extraction
Zasoby węgla i energii w Donbasie. Międzynarodowa Agencja Energetyczna opisuje znaczne zasoby węgla na Ukrainie i zauważa, że większość ukraińskiego węgla znajduje się w regionie Donbasu, a konkretnie w Zagłębiu Donieckim: https://www.iea.org/reports/ukraine-energy-profile/energy-security
Patrik Baab: W swoim artykule omawia londyńskie sceny przestępcze: jak City of London, jako strefa poza prawem i najpotężniejsze lobby finansowe świata, finansuje wojny i czerpie zyski z chaosu. Wojny bankierów: dlaczego zasoby takie jak ropa naftowa, gaz i pierwiastki ziem rzadkich stanowią podstawę handlu instrumentami pochodnymi z dźwignią finansową i dlaczego system finansowy upadłby bez nowych grabieży. Rola oligarchów: jak ukraińskie aktywa znikają w zachodnich rajach podatkowych, podczas gdy kraj pochodzenia zubaża się i deindustrializuje. Decyzje geopolityczne: interesy wielkich koncernów energetycznych (Shell, Exxon, Chevron) i zaangażowanie postaci takich jak Hunter Biden w ukraiński holding Burisma, a także krwawe żniwo: dlaczego konflikt na Ukrainie i jego przyszłe eskalacje należy uznać za gigantyczne „opóźnienie bankructwa” systemu kapitalistycznego: www.youtube.com/watch?v=bLA0a0xiy_g
Były dowódca Delta Force wysuwa poważne oskarżenia: „Prawda o Ukrainie jest ukrywana”
uncut-news.ch
To, co Pete Blaber, były dowódca elitarnej jednostki amerykańskiej Delta Force, wyjaśnił w programie „Shawn Ryan Show”, należy do stwierdzeń, które cieszą się niewielkim zainteresowaniem zachodnich mediów głównego nurtu. Jego relacja rodzi fundamentalne pytania dotyczące relacjonowania wojny na Ukrainie – zwłaszcza że, według niego, opiera się ona na informacjach z najwyższych szczebli władzy.
Kim jest Pete Blaber?
Pete Blaber dorastał w Oak Park w stanie Illinois, jako jedno z dziewięciorga dzieci w irlandzkiej rodzinie katolickiej. Po ukończeniu Southern Illinois University awansował na dowódcę legendarnej jednostki Delta Force – jednej z najbardziej tajnych i potężnych jednostek specjalnych w armii amerykańskiej.
Jego misje obejmowały między innymi Panamę, Kolumbię, Somalię, Bośnię, Afganistan i Irak. Po odejściu z wojska w 2006 roku poświęcił się tematom przywództwa, zarządzania kryzysowego i bezpieczeństwa narodowego.
Blaber nie jest zatem uważany za outsidera ani zwolennika teorii spiskowych, lecz za byłego oficera wysokiego szczebla z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem w najbardziej wrażliwych obszarach amerykańskiego aparatu wojskowego i wywiadowczego.
Blaber opisuje spotkanie w Los Angeles z czterema osobami ze swojej sieci kontaktów, z którymi utrzymywał długotrwałe kontakty: kontaktem w Departamencie Stanu USA, dwoma pracownikami agencji wywiadowczych i długoletnim kontrahentem rządowym.
Według niego, otrzymał informację, która „całkowicie go zszokowała”. Jego kontakty zapytały go, czy jest skłonny upublicznić tę informację. Blaber wyjaśnił, że się zgodził – i uważał to za swój obowiązek.
Najpoważniejsze roszczenia dotyczą strat po stronie Ukrainy.
Według jego źródeł, zginęło około 1,25 miliona ukraińskich żołnierzy . W 2025 roku średnio dziennie ginęło około 1000 żołnierzy.
Blaber nie przedstawił żadnych publicznie weryfikowalnych dowodów na poparcie tych danych. Różnią się one znacząco od szacunków rządów zachodnich i organizacji niezależnych. Gdyby jednak były choć w przybliżeniu dokładne, wskazywałoby to na katastrofę humanitarną o historycznych rozmiarach.
Dlaczego, pyta Blaber, zachodnie media o tym nie informują?
Blaber zadaje pytanie, które jego zdaniem powinien zadać sobie każdy krytyczny obserwator: Dlaczego jest tak mało rzetelnych doniesień na temat wojny na Ukrainie?
Jego odpowiedź jest jednoznaczna: jego zdaniem, całościowy opis sytuacji podważyłby oficjalną narrację Zachodu. Rządy i główne media stworzyły obraz wojny, który nie odpowiada rzeczywistości na miejscu.
Według Blabera relacja ta uwzględnia również reakcję ludności na terenach kontrolowanych przez Rosję.
Powołując się na swoje kontakty, twierdzi, że w zdobytych miastach wojska rosyjskie są często witane jak wyzwoliciele. Jednocześnie jego źródła opisują poważne nadużycia w czasie obecności ukraińskiego wojska. Ta relacja przeczy również doniesieniom wielu zachodnich mediów.
Dziennikarka Eva Karene Bartlett widzi podobieństwa
Niezależna dziennikarka Eva Karene Bartlett, która od lat relacjonuje wydarzenia w różnych strefach konfliktów i regularnie krytykuje główne zachodnie doniesienia medialne, stwierdziła, że zdaje sobie sprawę z wielu rzeczy, które sama udokumentowała w oświadczeniach Blabera.
Według jej oświadczenia, przeprowadziła liczne wywiady z cywilami, szczególnie w 2022 roku, ale także w latach następnych – m.in. w Bachmucie (Artemiwsk). Cywile ci relacjonowali, że zostali sterroryzowani przez wojska ukraińskie, a następnie wyzwoleni przez żołnierzy rosyjskich.
Bartlett krytykuje fakt, że jej doniesienia są często ignorowane na Zachodzie lub wręcz odrzucane jako rosyjska propaganda. Podkreśla jednak, że jej praca polega na dokumentowaniu relacji ludzi w terenie – niezależnie od tego, czy wpisują się one w dominującą narrację polityczną.
Nowe władze Iranu przygotowują swoje siły zbrojne do ewentualnej kolejnej poważnej konfrontacji. Najwyższy Przywódca, ajatollah Modżtaba Chamenei, wyznaczył szereg priorytetów dla nowo utworzonego dowództwa wojskowego, od kompleksowej gotowości obronnej i maksymalnego odstraszania, po, wprost, gotowość do działań ofensywnych.
Na szczególną uwagę zasługuje język, w jakim podsumowano dyrektywy w grafice rozpowszechnianej przez biuro prasowe Najwyższego Przywódcy: „Misje brzemiennej w skutki konfrontacji z arogancją ”, gdzie termin ten wyjaśniono jako „globalni ciemiężyciele”.
Retoryka wojenna pojawia się w czasie gruntownej przebudowy irańskich struktur władzy i bezpieczeństwa. Chamenei jest Najwyższym Przywódcą Republiki Islamskiej od marca 2026 roku i niedawno dokonał przetasowań na szeregu wysokich stanowisk. Agencja Reuters poinformowała 9 sierpnia o spotkaniu Chameneiego z prezydentem Masudem Pezeshkianem, podczas którego poruszono m.in. kwestie wojskowe.
Przed kierownictwem Sztabu Generalnego określono pięć kluczowych zadań: zwiększenie potencjału militarnego, skuteczne reagowanie na zagrożenia, kompleksowa i aktualna gotowość obronna i bezpieczeństwa oraz ściślejsza integracja Sztabu Generalnego z kwaterą główną Chatam al-Anbija. Ponadto istnieje wymóg szybkiej i skutecznej reakcji na każdy poziom zagrożenia.
Na szczególną uwagę zasługuje bliższa integracja struktur dowodzenia wojskowego. Centralne Dowództwo Chatam al-Anbija odgrywa kluczową rolę w koordynacji irańskich sił zbrojnych. Jego dowódca, Ali Abdollahi, wyraźnie ostrzegł USA i Izrael przed nowymi atakami na początku lipca i zapowiedział ostrą reakcję na wszelkie kolejne ataki. ( Reuters )
Już w maju agencja Reuters, powołując się na irańską agencję prasową Fars, poinformowała, że Modżtaba Chamenei poinformował dowództwo wojskowe o nowych wytycznych.
Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej powinien być również gotowy do operacji ofensywnych
Dyrektywy dla Gwardii Rewolucyjnej są jeszcze bardziej jednoznaczne. Przede wszystkim chodzi o „maksymalne odstraszanie ”. Jednocześnie dowództwo wyraźnie domaga się „gotowości do działań ofensywnych ” .
Ponadto stale rozwijane są kompetencje oraz wytyczne ideologiczne i organizacyjne. Pobożność, wnikliwość i duch rewolucyjny w Korpusie Strażników Rewolucji mają zostać wzmocnione, a szczeble kierownicze mają zostać rozszerzone o osoby, które oprócz podstaw ideologicznych posiadają również wiedzę naukową i nowoczesne umiejętności.
Oznacza to, że nie jest to orientacja czysto defensywna. Dyrektywy wyraźnie łączą gotowość obronną i odstraszanie z gotowością ofensywną.
Restrukturyzacja irańskiej struktury władzy
Te dyrektywy nie są odosobnione. Agencja Reuters doniosła w marcu, że Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej zyskał znaczące wpływy po zmianie przywódcy. Według kilku irańskich źródeł, Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej odegrał kluczową rolę w ustanowieniu Modżtaby Chameneiego następcą jego ojca.
Kierownictwo sił bezpieczeństwa przechodzi obecnie dalszą restrukturyzację. 10 sierpnia były dowódca Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, Mohsen Rezaei, został mianowany sekretarzem Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Chamenei jednocześnie mianował go swoim przedstawicielem w tym centralnym organie bezpieczeństwa. Agencja Reuters opisuje Rezaei jako długoletniego zwolennika twardej linii i bliskiego sojusznika Najwyższego Przywódcy.
Wydarzenia te rozgrywają się w kontekście trwającego od miesięcy konfliktu między USA a Izraelem oraz towarzyszących mu działań dyplomatycznych. Ostatnio poczyniono postępy w rozmowach dotyczących rozwiązania konfliktu w Cieśninie Ormuz i ewentualnej deeskalacji.
Przygotowuje się na kolejny poziom eskalacji?
Same wytyczne nie oznaczają, że Teheran planuje kolejny atak . Opublikowane wytyczne nie dostarczają na to żadnych dowodów.
Przesłanie polityczne i wojskowe jest jednak jasne: po ciężkich walkach ostatnich miesięcy irańskie władze chcą skonsolidować swoje struktury dowodzenia, rozszerzyć swoje możliwości i przygotować się na kolejne zagrożenia. Fakt, że oprócz „maksymalnego odstraszania” wyraźnie domagają się gotowości do działań ofensywnych i przedstawiają to wszystko jako przygotowania do „fatalnej konfrontacji”, wykracza daleko poza język zwykłej wojskowej rutyny.
Teheran nie tylko przygotowuje swoje siły zbrojne do obrony. Przygotowuje je na ewentualną kolejną poważną konfrontację – i wyraźnie pozostawia otwarte opcje ofensywne.
Niedawno z opublikowanego w jednym z proukraińskich dzienników (innych nie ma) dowiedzieliśmy się, że (jakoby) w czasach Polski Ludowej (czyli 1945-1989 roku) nie mówiono ani nie pisano o ukraińskich zbrodniach popełnianych na obywatelach II RP.
Powiedział to człek dość młody, choć tytuły i stopnie poprzedzające jego nazwisko uzasadniały większą dociekliwość w badaniu w końcu dość nieodległej przeszłości. Było akurat zupełnie odwrotnie: powstała na ten temat obszerna literatura faktu, publikowano wspomnienia tych nielicznych, którzy przeżyli, powstały filmy fabularne oglądane przez milionową widownię („Ogniomistrz Kaleń”, „Zerwany Most” – można je znaleźć w internecie). Nie było wówczas obecnej cenzury nakazującej „ważyć słowa” na ten temat a przede wszystkim nie zauważać antypolskiej tradycji odradzającego się banderyzmu: każda epoka ma swój indeks myśli i słów zakazanych. Ten grzech zaniechania (ogłupiania?) ostatniego trzydziestolecia skutkuje tym, że za wschodnią granicą przy naszym udziale odrodził się i umocnił antypolski ruch polityczny, który w dodatku jest przez nasze państwo (z naszej kieszeni) na co dzień finansowany.
Kijów nie chce z polskimi politykami nawet na ten temat rozmawiać, bo wie, że jesteśmy w ślepej uliczce, z istoty błędnej polityki. Teraz zwala się winę za tę porażkę na Giedrojciowe teorie nakazujące wspierać ukraińskie i litewskie nacjonalizmy, bo były jego zdaniem antysowieckie. Nasi drodzy politycy wychowani na tych wypocinach politycznych nie zauważyli, że od ponad trzydziestu lat NIE MA ZWIĄZKU SOWIECKIEGO, który stworzył obecną wersję Wielkiej Ukrainy, której obecna Rosja może nie chcieć bronić. Połączenie w jeden organizm postawy banderowskiej Galicji, lewobrzeżnej Ukrainy a nawet Krymu miało sens dopóki państwo to nie było antysemickie i antyrosyjskie. Jakoś nikomu nie przyszło do głowy, że nacjonalizm wschodnio-galicyjski był nie tylko antysowiecki ale również antypolski a przede wszystkim ludobójczy.
Dziś znaleźliśmy się w możliwie najbardziej absurdalnej sytuacji: popieramy bezwarunkowo i bezzwrotnie sowiecki twór państwowy, którego wrogiem jest Rosja, która już oficjalnie przewiduje przywrócić status quo ante bellum, czyli… powrotu do Polski, Węgier, Rumunii tych części obecnej Ukrainy przyłączonych do ZSRR w latach 1939-1945.
Jeżeli dotąd Rosja faktycznie przegrywa wojnę z sowiecką wersją wielkiej Ukrainy więc nie chce podbijać jej zachodnich prowincji, a przede wszystkim matecznika banderyzmu. Chce nam podrzucić ten balast odwołując się do pewnego procederu z czasów II wojny światowej, gdy Trzecia Rzesza powiększyła terytorium tzw. Generalnego Gubernatorstwa (czyli ówczesnej wersji niemieckich porządków na wschodzie Europy).
Reasumując: nasz wróg (Rosja) chce reaktywowania naszej obecności prawno-politycznej w Galicji Wschodniej, my wspieramy banderowską Wielką Ukrainę w granicach sowieckich, która nawet oficjalnie lekceważy nasze uniżone prośby o przyzwoity pochówek pomordowanych Polaków, bo (słusznie) twierdzi, że obecnie gra w dużo wyższej lidze niż my. Jak się to skończy? Nie wiadomo. Wszystkie warianty są dla nas złe, ale najgorszym byłoby połączenie nas z banderowską wersją całości lub części Ukrainy. A takie pomysły kłębiły się jeszcze niedawno postsolidarnościowym politykom. Czy przyszło im do głowy, że przywrócenia wschodnich granic II RP będzie chciała Rosja?
„Interesem Polski jest to, żeby Ukraina i żołnierze ukraińscy radzili sobie jak najlepiej z postsowiecką Federacją Rosyjską i jak najdalej trzymali ich od Polski. To oczywiste, taka jest strategia państwa polskiego. Niech sobie mordują tych sowietów tam, gdzie ich napadli i w ogóle nas Polaków to nie boli. W tym zakresie zawsze mogą na nas liczyć, bo tam, gdzie się bije Moskala, tam Polska pomaga, nawet jak nie bierze udziału bezpośrednio w tej wojnie. Taki jest strategiczny interes Polski” – powiedział podczas przemówienia z okazji pierwszej rocznicy swojego zaprzysiężenia prezydent Karol Nawrocki. Te wyjątkowo nieroztropne słowa, wypowiedziane prostackim, wręcz knajackim językiem są najlepszym podsumowaniem tej prezydentury.
Rzecz jasna Nawrocki nas nie zaskoczył. Dobrze wiemy, że obecny lokator Pałacu Prezydenckiego wywodzi się z wyjątkowo szkodliwej tradycji politycznej. Jego obóz ideowy trafnie charakteryzował Dmowski jako tych, którzy nad umiłowanie Polski przedkładają nienawiść do Rosji. Dla nich wyznacznikiem racji stanu nie jest realizacja interesu państwa i narodu polskiego, ale działanie na niekorzyść naszego potężnego wschodniego sąsiada. Reszta to już prosta wypadkowa tych założeń. Groteskowy kundlizm wobec amerykańskiego protektora czy karmienie nienawidzącej nas i zwalczającej nas na każdej płaszczyźnie Ukrainy to dwa bodaj najbardziej widowiskowe rezultaty tej postawy.
Wobec powyższego oskarżenia padające z obozu rządowego o rzekomą prorosyjskość Nawrockiego brzmią szczególnie kuriozalnie. Paradoksalnie utwierdzają one jednak prezydenta w jego radykalnie rusofobicznym kursie. To zła wiadomość dla Polski. Każda wojna kiedyś się kończy. Gdy końca dobiegnie wojna o Ukrainę, niezależnie od jej rezultatów, przyjdzie czas na normalizację stosunków także z Rosją. Obawiam się, że obecna głowa naszego państwa, nie jest zdolna do udźwignięcia takiej odpowiedzialności.
Czy pierwszy rok prezydentury Karola Nawrockiego miał w ogóle jakieś jasne punkty? Paradoksalnie tak, nawet kilka. Na plus należy odnotować prezydentowi odebranie przywódcy Ukrainy, Wołodymirowi Zełeńskiemu, Orderu Orła Białego. Pomimo słabego stylu, przepełnionego kunktatorstwem i hamletyzowaniem, była to zasadniczo słuszna decyzja, która zapewne mimowolnie stała się pierwszą kostką domina prowadzącą do racjonalizacji stosunków z Ukrainą.
Słuszne było także zawetowanie niektórych spośród uchwalonych przez parlament ustaw. Karol Nawrocki podpisał 255 a zawetował 41 spośród 296 ustaw. Co prawda to swoisty rekord, zauważmy jednak, że prezydent 86,1% ustaw podpisał. Liczby nie rozstrzygają, czy konkretne weto było słuszne, jednak, nie wdając się w szczegóły, w większości przypadków pozostaje zgodzić się z prezydentem. Zresztą trudno nie odnieść wrażenia, że część rządowych projektów ustaw konstruowana jest jakby pod weto prezydenta. W końcu nic nie napędza tak popularności dwóch głównych politycznych plemion jak medialna awantura o sprawy drugorzędne.
Pewną, choć nieprzesadnie wielką, korzyścią z prezydentury Nawrockiego jest także blokowanie niektórych nominacji personalnych obecnego rządu, na przykład sędziowskich, ambasadorskich czy generalskich. Choć w logice ustrojowej Rzeczypospolitej Polskiej zakres kompetencji prezydenta niweluje potrzebę pozytywnej kohabitacji, to nawet te ograniczone działania należy ocenić w większości jako korzystne dla państwa i obywateli.
Na koniec warto odnotować, że Nawrocki jest znacząco lepszym prezydentem niż jego poprzednik. Choć tutaj poprzeczka była zawieszona ekstremalnie wręcz nisko. Wiceprezydent Ukrainy Andrej Dudenko, jak złośliwie nazywali poprzedniego strażnika żyrandola kontr-systemowi publicyści, był postacią jednocześnie nijaką i operetkową. Jego jedynym zapamiętanym dokonaniem pozostanie firmowanie bezrefleksyjnie ukrainofilskiej polityki Polski.
Jeśli miałbym ocenić pierwszy rok prezydentury Karola Nawrockiego w skali szkolnej, wystawiłbym mu słabe trzy na szynach. Nie da się tej oceny określić mianem pozytywnej, czy tym bardziej zadowalającej, jednak nie jest to też ocena niedostateczna. Przywołując jednak klasyka, pamiętajmy, że mężczyznę ocenia się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym jak kończy.
Przemysław Piasta
Myśl Polska, nr 33-34 (16-23.08.2026)
=============================
A ja daję cztery. Czy wiesz, wyobrażasz sobie, jak trudno tam balansować?? md
W Polsce pod rządami kliki Donalda Tuska nawet powódź może mieć swoich uprzywilejowanych beneficjentów. Zwykły człowiek po katastrofie może miesiącami walczyć o odszkodowanie, przedstawiać dokumenty, zdjęcia, rachunki i dowody poniesionych strat, natomiast kiedy do gry siadają partyjni bonzowie obozu rządzącego, nagle procedury potrafią nabrać zaskakującej elastyczności. Szczególnie interesująco robi się wtedy, gdy wśród beneficjentów znajduje się firma należąca do męża działaczki Koalicji Obywatelskiej.
Tuskowcy rozkradli pomoc dla powodzian. Bulwersujący proceder ujawniła Wirtualna Polska, analizując pożyczki powodziowe rozdysponowane przez Karkonoską Agencję Rozwoju Regionalnego, instytucję niemal w całości należącą do samorządu województwa dolnośląskiego. Od lutego 2025 roku jej wiceprezeską jest Anna Konieczyńska, związana z Koalicją Obywatelską. Firma jej męża, prowadzącego pensjonat w Dziwiszowie, otrzymała 200 tys. zł, czyli maksymalną kwotę przewidzianą w jednym z programów pomocowych.
I tutaj zaczyna się część szczególnie interesująca. Zaświadczenie dotyczące szkód powodziowych zostało uzyskane dopiero dziewięć miesięcy po powodzi. Sama gmina przyznała później, że nie posiadała niezależnego dowodu, który pozwalałby jednoznacznie potwierdzić, że wskazane uszkodzenia rzeczywiście powstały w wyniku powodzi. Trudno nie zadać pytania, czy w systemie, który miał pomagać ludziom dotkniętym kataklizmem, naprawdę wystarczyło tak niewiele, aby wypłacić maksymalną kwotę.
Okazuje się, że 200 tysięcy złotych to dopiero początek. Oto bowiem należąca do sąsiadów spółka Kadalore otrzymała łącznie aż 3,2 mln zł. Pieniądze miały być związane ze szkodami w sali zabaw dla dzieci. Problem polega na tym, że według ustaleń WP nie znaleziono śladów wskazujących na to, aby sala ta kiedykolwiek została otwarta. Mało tego, pierwsza pożyczka w wysokości 200 tys. zł została przez KARR umorzona aż w 75 procentach.
Mamy tu zatem sytuację, w której publiczne pieniądze przeznaczone na pomoc po katastrofie płyną szerokim strumieniem, a jednocześnie pojawiają się pytania, czy miejsce, którego rzekome zalanie miało uzasadniać pomoc, w ogóle funkcjonowało tak, jak przedstawiano to we wnioskach. W normalnym państwie powinno to uruchomić alarm na wszystkich szczeblach kontroli. W państwie, w którym partyjne układy i polityczne znajomości od lat budzą ogromne emocje, natychmiast rodzi się natomiast pytanie, kto komu i dlaczego tak chętnie rozdaje cudze pieniądze.
Trzeci beneficjent, firma Dami, otrzymał ponad 1,12 mln zł. Tym razem również pojawiają się poważne wątpliwości. Państwowa Straż Pożarna nie odnotowała pod wskazanym adresem zgłoszenia dotyczącego powodzi, a analiza dostępnych danych satelitarnych nie wykazała tam obecności wody powodziowej. Weryfikowano między innymi dane PSP, Wód Polskich, systemu Copernicus oraz dane firmy ICEYE.
Co najważniejsze, według opisanych przez WP ustaleń żaden z analizowanych budynków nie został wykazany na dostępnych zobrazowaniach jako zalany wodą powodziową.
Jeżeli państwo dysponuje systemami satelitarnymi, danymi straży pożarnej, informacjami Wód Polskich i innymi narzędziami pozwalającymi weryfikować skalę katastrofy, to dlaczego przy rozdysponowywaniu milionów złotych nie zastosowano ich wcześniej i skuteczniej? Dlaczego później okazuje się, że w przypadku niektórych beneficjentów istnieją poważne rozbieżności pomiędzy deklarowanymi szkodami a dostępnymi danymi?
Politycy bardzo chętnie mówią o pomocy dla zwykłych ludzi. Pięknie brzmią konferencje, zdjęcia w terenie i zapewnienia, że państwo nie zostawi nikogo bez pomocy. Gorzej, kiedy trzeba odpowiedzieć na pytanie, czy publiczne pieniądze rzeczywiście trafiają tam, gdzie powinny. Bo jeśli okazuje się, że miliony złotych otrzymują trzy firmy z jednej miejscowości, a w przypadku części z nich pojawiają się istotne wątpliwości dotyczące potwierdzenia szkód, to nie wystarczy wzruszyć ramionami i powiedzieć: „procedury zostały zachowane”.
Tak właśnie wyglądałaby groteskowa wersja państwa zbudowanego przez partyjnych oligarchów: dla obywatela formularz, kolejka i kontrola każdego grosza, dla swoich – szybka ścieżka, korzystne decyzje i miliony z publicznej kasy. Oczywiście jest to na razie obraz podejrzeń i wątpliwości, a nie prawomocnie udowodnionej afery. Ale jeżeli nawet połowa opisanych okoliczności się potwierdzi, będzie to kompromitujący przykład tego, jak łatwo system pomocy może zostać wypaczony.
Sprawą zainteresowało się już Ministerstwo Rozwoju i Technologii, które zażądało od samorządów informacji dotyczących beneficjentów oraz sposobu potwierdzania szkód. Program pożyczek KARR kontroluje także Centralne Biuro Antykorupcyjne. To dobrze, bo publiczne pieniądze nie są własnością Tuska, jego ministrów, marszałków województw ani lokalnych, partyjnych bonzów. To pieniądze podatników, również tych ludzi, którzy po powodzi sami musieli odbudowywać swoje domy i firmy.
Odpowiedzialność za te przywłaszczenia powinna być bezwzględna – niezależnie od tego, czy beneficjent jest związany z KO, PiS-em, PSL-em czy jakąkolwiek inną partią. Niestety, państwo POPiS wciąż działa według zasady: „dla swoich zawsze coś się znajdzie”. Publiczna kasa wciąż traktowana jest jak partyjny bankomat, a dyzmokratyczne wybory służą tylko temu, aby zaspokoić kolejną bandę złodziei, która dorwie się do koryta.
Administracja Trumpa, po licznych doniesieniach medialnych o pladze niedoborów broni, próbuje podjąć desperackie działania w celu jej uzupełnienia. Po tym, jak dwie wojny – na Ukrainie i konflikt z Iranem w 2026 roku – wyczerpały zapasy pocisków przechwytujących w tempie, na jakie nie udało się zbudować żadnej bazy przemysłowej w czasie pokoju, Pentagon działa z niezwykłą szybkością i niezwykłymi środkami, starając się szybko odbudować swój najważniejszy arsenał obrony powietrznej. Pod koniec lipca armia amerykańska przyznała firmie Lockheed Martin wieloletni kontrakt na produkcję pocisków PAC-3 o wartości około 53,9 miliarda dolarów, będący częścią ram mających na celu zwiększenie rocznej produkcji pocisków przechwytujących PAC-3 Missile Segment Enhancement (MSE) z około 600 do 2000 do 2030 roku. Jest to jedno z największych zobowiązań w zakresie produkcji pocisków w historii Stanów Zjednoczonych.
Jest tylko jeden drobny problem, którego kontrakt nie może rozwiązać samymi pieniędzmi – system naprowadzania PAC-3 – element, który sprawia, że pocisk przechwytujący typu hit-to-kill faktycznie trafia – opiera się na dwóch metalach ziem rzadkich, których dostawy są niemal w całości kontrolowane przez Chiny. Waszyngton naciska na swoich producentów broni, aby wyprodukowali ponad trzykrotnie więcej broni, której najbardziej niezastąpione komponenty znajdują się na samym końcu łańcucha dostaw przebiegającego przez Pekin. Ambicje i podatność na ataki rosną jednocześnie i zmierzają w kierunku kolizyjnym.
Sygnał popytu jest realny i ogromny
Zacznijmy od tego, skąd ta presja. Wojna z Iranem to wojna obrony powietrznej, a jej koszty w zakresie pocisków przechwytujących są rujnujące. Analiza Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych oszacowała, że Stany Zjednoczone zużyły podczas konfliktu około dwie trzecie swojego przedwojennego arsenału pocisków przechwytujących Patriot. Lockheed dostarczył zaledwie około 620 pocisków przechwytujących PAC-3 MSE w całym 2025 roku – około 1,7 pocisku dziennie dla całej globalnej sieci baterii sojuszniczych. W porównaniu ze współczesnymi wskaźnikami zużycia bojowego, to nie jest linia produkcyjna, to strużka. Wyobraź sobie starszego mężczyznę z powiększoną prostatą, który próbuje się wysikać. Kropla, kropla, kropla.
Rząd rzucił więc na ten problem całą siłę reformy zamówień. W styczniu Pentagon i Lockheed podpisały siedmioletnie „transformacyjne partnerstwo”, aby zwiększyć zdolność produkcyjną pocisków PAC-3 MSE do około 2000 rocznie. Zapotrzebowanie zagraniczne jest wyższe niż zapotrzebowanie USA – jedno zatwierdzenie Departamentu Stanu w styczniu 2026 roku umożliwiło potencjalną sprzedaż Arabii Saudyjskiej 730 pocisków przechwytujących o wartości 9 miliardów dolarów. Pentagon jednocześnie podjął działania w celu czterokrotnego zwiększenia produkcji pocisków przechwytujących THAAD i zawarł równoległe umowy z firmami L3Harris i Northrop Grumman na dostawę napędów. Sygnał popytu, jak ujął to jeden z analityków CSIS, jest „ogromny”. [A szmal za nim… uśśś. więc dadzą sobie na pewno radę. md]
Właśnie dlatego podatność materiału na uszkodzenia jest tak niebezpieczna. Nie da się potroić mocy produkcyjnej broni, jeśli nie można zabezpieczyć garści gramów specjalnego materiału magnetycznego, którego potrzebuje każda jednostka – a to właśnie tego materiału Stany Zjednoczone nie kontrolują.
Dwa elementy, jeden poszukiwacz i niemal całkowity monopol Chin
Rozkładając przechwytywacz PAC-3 na komponenty, które nim sterują, zależność od pierwiastków ziem rzadkich staje się konkretna, a nie abstrakcyjna.
Głowica naprowadzająca przechwytywacza – głowica naprowadzająca, która śledzi zbliżanie do nadlatującej głowicy – opiera się na magnesach samarowo-kobaltowych (SmCo) do naprowadzania i celowania. SmCo nie jest tu preferencją, lecz wymogiem. Magnesy te zachowują swoją siłę magnetyczną w ekstremalnych temperaturach generowanych w fazie końcowej lotu, w których bardziej powszechny magnes neodymowy zacząłby się rozmagnesowywać. Ten sam materiał samarowo-kobaltowy skupia wiązkę mikrofal w rurach fali bieżącej naziemnego radaru Patriota. Przesuwniki fazowe radaru, które elektronicznie sterują wiązką po niebie, są dostrojone za pomocą itru – a konkretnie itrowo-żelazowo-granatowego.
Samar i itr to dwa pierwiastki ziem rzadkich, które są sednem tej historii. Chiny mają w nich niemal całkowitą władzę.
Sytuacja z itrem jest poważna: w latach 2020–2023 Chiny dostarczały 93% amerykańskiego importu itru. Samar jest gorszy w subtelniejszy sposób – problemem nie jest surowa ruda, ale separacja i rafinacja ciężkich pierwiastków ziem rzadkich na użyteczny materiał, a w tym obszarze dominacja Chin zbliża się do monopolu. Do 2023 roku Chiny odpowiadały za około 99% światowego przetwarzania ciężkich pierwiastków ziem rzadkich; jedyny znaczący konkurent, rafineria w Wietnamie, został unieruchomiony z powodu sporu podatkowego, co w efekcie pozostawiło Chiny jako jedyne źródło. Stany Zjednoczone obecnie praktycznie nie posiadają żadnych krajowych zdolności separacji ciężkich pierwiastków ziem rzadkich i są oceniane przez rząd USA oraz źródła akademickie jako w 100% zależne od importu netto gotowych magnesów ziem rzadkich.
Zarówno samar, jak i itr znajdują się na chińskiej liście kontroli eksportu – dodanej w kwietniowej transzy siedmiu średnich i ciężkich pierwiastków ziem rzadkich, a wzmocnionej w styczniu 2026 roku, kiedy Pekin zaostrzył kontrole dotyczące związków samaru. To paradoks w jednym zdaniu: rząd nakazuje trzykrotne zwiększenie produkcji broni, której naprowadzanie i radar zależą od dwóch elementów, które strategiczny konkurent może dowolnie ograniczać.
Chiny już pokazały, że pociągają za dźwignię
To nie jest teoretyczne ryzyko, które mogłoby mieć znaczenie w przypadku jakiegoś przyszłego kryzysu. Pekin już zademonstrował zarówno gotowość, jak i mechanizm.
Wprowadzenie przez Chiny kontroli w kwietniu 2025 roku nie przyniosło czystego embarga, lecz coś bardziej sprytnego: nieautomatyczny system licencjonowania z nominalnymi terminami przeglądu, które rutynowo rozciągają się w nieskończoność. Spośród setek licencji eksportowych złożonych po kwietniu 2025 roku, tylko około jedna czwarta została zatwierdzona w kolejnych miesiącach. Opóźnienie jest bronią – niepewność w łańcuchu dostaw narzucona bez formalnej deklaracji wojny handlowej, która mogłaby wywołać odwet. Według prezesa jedynego amerykańskiego producenta magnesów samarowo-kobaltowych, do lata 2025 roku Chińczycy po prostu trzymali swoje zapasy i ich nie uwalniali.
Podczas samego konfliktu irańskiego dało to Pekinowi cichą dźwignię nad zdolnością Ameryki do utrzymania wystrzeliwanych przez nią pocisków przechwytujących. Chiny kontrolują około 85–90% światowego wydobycia metali ziem rzadkich i produkują blisko 90% światowej produkcji magnesów o wysokiej wydajności. W efekcie mogą wpływać na tempo uzupełniania zapasów obrony przeciwlotniczej USA i sojuszników jedynie poprzez tempo przetwarzania dokumentów licencyjnych.
Czas, z którym ściga się Pentagon
Waszyngton zdaje sobie sprawę z pułapki, a dotychczasowe reakcje pokazują, jak trudno się z niej wydostać. Nowe przepisy dotyczące Federalnego Dodatku do Regulacji Zamówień Obronnych (DFARS) mają skutecznie uniemożliwić stosowanie materiałów ziem rzadkich pochodzenia chińskiego w amerykańskich systemach uzbrojenia począwszy od 2027 roku. Na papierze to jest rozwiązanie. W praktyce prowadzi to do kolejnej kolizji: produkcja PAC-3 ma przyspieszyć dokładnie w momencie, w którym łańcuch dostaw ma zostać oczyszczony z chińskich materiałów, od których obecnie jest zależny. To kolejny przykład biurokratycznej prawej ręki, która nie wie, co robi lewa ręka.
Budowa alternatywy zajmuje lata, a nie kwartały. Istnieją krajowe wysiłki – powołano się na ustawę o produkcji obronnej (Defense Production Act), zarządzenia wykonawcze usprawniły proces wydawania pozwoleń na wydobycie minerałów, a Departament Obrony (DoD)/DoW sfinansował krajową fabrykę magnesów – ale uruchomienie fabryki nie oznacza od razu kwalifikowanej, wojskowej jakości produkcji samaru, kobaltu i itru. Wcześniejsze próby podkreślają tę trudność: poprzednia administracja próbowała uruchomić krajową produkcję samaru w 2022 roku, ale MP Materials, największy amerykański wydobywca metali ziem rzadkich, doszedł do wniosku, że rynek jest po prostu zbyt mały, aby uzasadnić taką inwestycję. Ciężka separacja metali ziem rzadkich, metalurgia magnesów i cykle kwalifikacyjne dla komponentów obronnych to możliwości, których nie da się wyczarować w czasie wojny. Jak dosadnie ujęto w jednej z analiz problemu: te możliwości wymagają długoterminowych inwestycji i nie da się ich stworzyć z dnia na dzień.
To jest strategiczna nić. Harmonogram produkcji pocisków przechwytujących mierzy się w dwóch do czterech lat potrzebnych na uruchomienie nowych linii produkcyjnych. Harmonogram niezależności łańcucha dostaw mierzy się w pięciu do dziesięciu lat, które realistycznie zajmują zbudowanie rafinerii metali ziem rzadkich i produkcji kwalifikowanych magnesów od niemal całkowitego uruchomienia. Harmonogram zagrożenia – tempo, w jakim Patrioty są zużywane w kolejnym konflikcie – mierzy się w dniach. Te trzy elementy nie pokrywają się.
Podsumowanie
Kontrakt o wartości 53,9 miliarda dolarów zapewnia moce produkcyjne, narzędzia, pracowników i pewność planowania. Nie może jednak, przynajmniej na razie, zapewnić suwerenności nad dwoma pierwiastkami ziem rzadkich – samarem i itrem – bez których głowica i radar PAC-3 nie mogą działać.
Dopóki Stany Zjednoczone nie będą w stanie samodzielnie oddzielać ciężkich pierwiastków ziem rzadkich i wytwarzać na masową skalę własnych magnesów samarowo-kobaltowych o jakości wojskowej, każdy wzrost produkcji Patriota po cichu zwiększa amerykański popyt na materiały, które ostatecznie trafiają do chińskich rafinerii i na chińskie licencje eksportowe.
Potrojenie mocy broni, której nie można w pełni pozyskać, nie jest tym samym, co potrojenie broni, którą faktycznie można wystawić. Pentagon ma rację, przeładowując broń. Ale dopóki problem z magnesami nie zostanie rozwiązany, Waszyngton buduje większy silnik, podczas gdy strategiczny konkurent odmawia sprzedaży paliwa do jego zasilania.
Dziś nagrałem pięć podcastów, ale Nima jest jedynym, który umieścił swój na YouTube (jeden z najciężej pracujących ludzi w świecie podcastów):
Islam jest przede wszystkim ideologią polityczną, która chce regulować życie wszystkich – zarówno muzułmanów, jak i niemuzułmanów – dążąc do narzucenia światu szariatu, czyli prawa islamskiego – podkreśla włosko-argentyńska autorka o pseudonimie Paola Kafira. Kobieta podkreśla, że głoszenie Chrystusa to jeden z najpiękniejszych uczynków miłosierdzia, jaki chrześcijanin może ofiarować wyznawcom Proroka.
„Uwolnienie muzułmanina od jego religii to najlepsza przysługa, jaką można mu wyświadczyć” – pisał pod koniec XIX wieku francuski filozof i historyk religii Ernest Renan. Do jego słów nawiązuje Paola Kafira, autorka książki „Islam: jasny i prosty przewodnik”, poświęconej analizie islamu na podstawie jego tekstów źródłowych.
Kafira to pseudonim przyjęty przez włosko-argentyńską badaczkę. Słowo kāfir w języku arabskim oznacza „niewiernego” i jest określeniem odnoszonym w tradycji islamskiej do osoby, która nie wyznaje islamu. Autorka wydała książkę niezależnie. Jak wyjaśniła w rozmowie z włoskim portalem Tempi.it, nie zwracała się do wydawnictw, ponieważ – jej zdaniem – proces podejmowania decyzji przez redakcje trwa zbyt długo w stosunku do pilności poruszanej przez nią problematyki.
W publikacji Kafira ma charakter akademicki i odwołuje się bezpośrednio do Koranu, hadisów oraz tradycji dotyczącej życia Mahometa. Przedstawia m.in. podstawowe zasady islamu, koncepcję szariatu i różne znaczenia pojęcia dżihadu, a także stosunek islamu do osób niebędących muzułmanami. Książka Kafiry, opublikowana jako niezależna publikacja, spotkała się z zainteresowaniem czytelników i osób zajmujących się problematyką islamu. Autorka przedstawia ją jako próbę przybliżenia islamu przede wszystkim poprzez analizę jego własnych tekstów religijnych, bez przyjmowania założeń, które miałyby łagodzić lub pomijać kontrowersyjne aspekty tej religii.
– Musimy wyjść od jednego założenia: islam jest przede wszystkim ideologią polityczną, która chce regulować życie wszystkich – zarówno muzułmanów, jak i niemuzułmanów – dążąc do narzucenia światu szariatu, czyli prawa islamskiego. Krytyka różnych przejawów szariatu oznacza ochronę życia muzułmańskich kobiet. Jest więc dokładnym przeciwieństwem ich dyskryminowania. Zresztą tematem mojej książki jest ideologia, a nie ludzie – tłumaczy autorka w rozmowie z Tempi.it.
Kafira z uznaniem wypowiedziała się na temat listu pasterskiego bp Antonio Suetty, ordynariusza diecezji Ventimiglia-San Remo, który podkreślał, że głoszenie Chrystusa muzułmanom to „największy czyn miłości bliźniego”. – List pasterski biskupa Suetty jest ważny i piękny (…) Podkreśla on, że Ewangelia jest przeznaczona dla wszystkich, również dla imigrantów wyznających islam – podkreśla. Jak dodała, zarówno historia jak i tradycja Kościoła ukazują ewangelizację wyznawców Proroka jako wysiłek „obowiązkowy i konieczny”.
Każdy rozdział książki wyjaśnia jeden z aspektów szariatu. Szczególnie wstrząsający jest fragment dotyczący małżeństw między kuzynami, które – według śledztwa BBC – sprawiają, że „brytyjscy Pakistańczycy, stanowiący około 3 procent wszystkich osób urodzonych w Wielkiej Brytanii, są rodzicami prawie jednej trzeciej wszystkich brytyjskich dzieci z chorobami genetycznymi”.
Kafira bezkompromisowo pokazuje, że wiele dzisiejszych niedopuszczalnych praktyk ma swoje źródło w samej postaci Mahometa, który według wyznawców islamu był człowiekiem „idealnym”. Tymczasem według tradycyjnych źródeł, Mahomet poślubił swoją kuzynkę pierwszego stopnia, Zajnab. Podobna sytuacja dotyczyła jego najmłodszej żony, Aiszy. Związek małżeński zawarto, gdy dziewczynka miała sześć lat, a małżeństwo zostało skonsumowane, gdy miała lat dziewięć.
Z kwestią pedofilii wiąże się wyrażony w tradycyjnej wykładni Koranu, zakaz adoptowania sierot. W muzułmańskim świecie miliony dzieci przebywając w przepełnionych sierocińcach są narażone na wykorzystywanie seksualne. W domach dziecka swoich ofiar poszukiwali najczęściej członkowie tzw. grooming gangs z Pakistanu, działający przez lata bezkarnie na terenie Wielkiej Brytanii.
Choć w wielu krajach muzułmańskich istnieją świeckie przepisy zakazujące podobnych praktyk, wśród gorliwych muzułmanów nie mają one żadnego znaczenia. - Są to przepisy stworzone przez ludzi, a w niektórych środowiskach uważa się je za gorsze lub całkowicie nieistotne w porównaniu z prawem Allaha – przekonuje autorka.
Dlatego, jak podkreśla, do obowiązku chrześcijan należy głoszenie muzułmanom Chrystusa Wyzwoliciela. Co z uwagi na brutalną, nie cierpiącą sprzeciwu naturę islamu, nie jest łatwe. Badaczka wyjaśnia, że muzułmański „apostata” bardzo często idąc za Chrystusem, musi faktycznie opuścić swoją rodzinę, która się go wyrzeka.
- Traci majątek, przyjaźnie, pracę, dom – właściwie wszystko. Właśnie wtedy jednak zyskuje coś innego: wiarę w Jezusa Chrystusa – podkreśla Kafira.
- Dla tych odważnych mężczyzn i kobiet staje się ona siłą, która towarzyszy im na drodze zmartwychwstania. Znam wiele ich osobistych historii i są one niezwykle poruszające. Wielu z nich mówi, że kiedy patrzą w lustro, widzą siebie inaczej. Niespotykany wcześniej spokój i szczęście sprawiają, że ich rysy stają się bardziej rozluźnione, a twarz jaśniejsza – przekonuje.
Zapytana o groźby stosowane wobec niej przez wyznawców Proroka, autorka jest przekonana, że „prędzej czy później” dojdzie do ataku z nią. – Wierzę jednak, że Bóg nie postawiłby mnie na tej drodze, gdyby miała ona być aż tak niebezpieczna – przekonuje.
Prezydent Władimir Putin na spotkaniu w Sankt Petersburgu z marynarzami, w Dniu Marynarki Wojennej 26 lipca, zapowiedział, że regiony zachodnie, które Ukraina odziedziczyła po II wojnie światowej, powrócą do Polski, Węgier i Rumunii.
„Poza wszystkim innym, znajduje się tam zachodnia część Ukrainy – prezent, jaki Josif Wissarionowicz Stalin podarował Ukrainie po wojnie.
To właśnie Stalin podarował Ukrainie te ziemie. Ale podarował je w ramach jednego państwa. Najwyraźniej nie przyszło mu do głowy, że może dojść do takiej sytuacji, jaka ma miejsce dzisiaj. Nawiasem mówiąc, jestem przekonany, że prędzej czy później Ukraina utraci te zachodnie tereny. A to, co należało do Polski, do Węgier, do Rumunii, prędzej czy później – nie jutro, może nie pojutrze, za rok, dwa, 10, 15 lat – wszystko historycznie ułoży się na swoim miejscu.
Był tylko jeden gwarant integralności terytorialnej Ukrainy – Rosja. Uznali za konieczne, możliwe i korzystne dla siebie ogłoszenie Rosji swoim wrogiem, a Rosjan na Ukrainie – mniejszością narodową, co jest kompletną bzdurą i psim bełkotem, ale tak właśnie zrobili. To oni podjęli oficjalną decyzję, że Rosjanie na Ukrainie są mniejszością narodową. No to mamy. A co to w takim razie jest? Cóż, niech Bóg ma ich w opiece” – powiedział prezydent Putin
Umowność granic
Werbalne odrzucenie przez polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych wypowiedzi przywódcy Rosji Władimira Putina dotyczącej przyszłego podziału Ukrainy i udziału w nim Polski, wypowiedziane przez rzecznika resortu Macieja Wewióra, głosiło, że nasz kraj nie miał, nie ma i nie będzie mieć roszczeń terytorialnych wobec Ukrainy. W istocie rzeczy jest ono bezzasadne, godzące w powagę MSZ.
Oświadczenie to jest przykładem ignorowania oczywistych faktów historycznych. Przypominam, iż od zarania dziejów świata z historii wojen wynika, że granice państw ulegały i ulegają zmianom. Granice poszczególnych państw są kwestią umowną. Chciejstwo „polskich”, pochodzących z anglosaskiego eksportu do Polski politykierów nie jest w stanie zapobiec naturalnej ewolucji naszych, polskich granic. Zmiany granic państw przeważnie były następstwem wojen, ich wyniku. Kto wygrał, ten dzielił.
Życie Polaków mniej warte?
Projekt globalistów utworzenia z Polski – Ukropolinu, forsowany w Polsce przez kręgi syjonistyczne, upadł z uwagi na ich stosunek do wrażliwości Polaków, ignorowanej przez przedstawicieli mniejszości wyznaniowej od wieków zamieszkałej w Polsce.
Spójrzmy na przykład wypowiedź w programie TVN24 prof. Barbary Engelking o innej specyfice śmierci Żyda i Polaka (kwiecień 2023 rok): „dla Polaków, to było po prostu kwestia biologiczna, naturalna, śmierć jak śmierć, a dla Żydów, to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka. To było spotkanie z Najwyższym”.
Najnowszym osiągnięciem w tej dziedzinie jest projekt nadania tak zwanego Obywatelskiego Orderu Przyszłości, sygnowany w znaczącej części przez przedstawicieli syjonistycznego środowiska.
Nie mamy roszczeń
Polacy, pomimo potwornych krzywd wyrządzonych w XX wieku przez nacjonalistów ukraińskich w przeważającej części naszego społeczeństwa nie roszczą pretensji do terenów odebranych Polsce przez Stalina i przekazanych Ukrainie (o czym wspomniał prezydent Putin). Potwierdził to wybitny polski polityk i współczesny autorytet moralny, politolog Mateusz Piskorski w udzielonym wywiadzie przeznaczonym dla rosyjskojęzycznego widza.
W związku z wypowiedzią prezydenta Putina Piskorski kategorycznie zaprzeczył, jakoby Polska rościła pretensje terytorialne wobec Ukrainy! W przeciwieństwie do globalistów będących u władzy w Polsce, straszących Ukraińców polskim rewanżyzmem. Pomimo naszych wad narodowych, z których w pełni zdajemy sobie sprawę, jesteśmy przyzwoitymi ludźmi. Jesteśmy przyzwoitym narodem i nie życzymy niczego złego Ukraińcom i Ukrainie.
Natomiast bezsprzecznym jest, że Ukraina znajduje się w krytycznym stanie, jest na skraju upadku! Rozpadu państwa. Ktoś będzie musiał to, co pozostanie po Ukrainie, pozamiatać, posprzątać….
„Dla CDU w Niemczech jest to jasne: w Strefie Gazy nie doszło do ludobójstwa. Wspieramy Izrael i Ukrainę w walce z terroryzmem i agresją”.
Oświadczenie to złożyła polityczka CDU, Franziska Hoppermann – posłanka z okręgu Hamburg-Wandsbek, wybrana od końca lipca 2026 roku na stanowisko sekretarza generalnego CDU z rekomendacji kanclerza federalnego i przewodniczącego CDU Friedricha Merza. Wcześniej pełniła funkcję skarbnika federalnego partii i od wielu lat zasiada w jej kierownictwie.
Fakt, że polityk na tak prominentnym stanowisku wypowiada zdanie w rodzaju: „Dla CDU Niemiec jest zupełnie jasne: w Strefie Gazy nie doszło do ludobójstwa”, czyni to stwierdzenie szczególnie znaczącym. Sekretarze generalni nie mówią tylko we własnym imieniu. Kształtują oni wizerunek partii w oczach opinii publicznej. Jeśli to stwierdzenie rzeczywiście odzwierciedla moralny kompas nowego sekretarza generalnego CDU, to moim zdaniem nie daje ono nadziei na politykę, która stawia ludzkie cierpienie w centrum – zwłaszcza tam, gdzie wojna, przesiedlenia i przemoc niszczą życie niezliczonych rodzin, czy to w Strefie Gazy, na Ukrainie, czy w innych regionach dotkniętych kryzysem na całym świecie.
Człowieczeństwo nie polega na porównywaniu cierpienia jednej osoby z cierpieniem drugiej. Człowieczeństwo zaczyna się tam, gdzie każde niewinne ludzkie życie ma równą wartość.
Kiedy przeczytałem to zdanie, musiałem je przeczytać dwa razy. Nie dlatego, że źle je zrozumiałem, ale dlatego, że nie mogłem uwierzyć, że ktoś mógł dojść do tak jednoznacznego wniosku w świetle zdjęć z Gazy.
Pani Hoppermann, skąd Pani czerpie tę pewność?
Skąd bierze się pewność, z jaką odpowiada Pan na pytanie, nad którym od miesięcy debatują prawnicy międzynarodowi, organizacje zajmujące się prawami człowieka i sądy międzynarodowe?
Skąd bierze się ta pewność, skoro zginęły dziesiątki tysięcy ludzi, w tym – według doniesień organizacji międzynarodowych i mediów – wiele kobiet i dzieci?
Nie tylko samo oświadczenie pozbawia mnie mowy. Chodzi o rzeczowy sposób jego przedstawienia. Jakby nie było już nic do zbadania. Jakby werdykt już zapadł.
Uważam, że ich pewność siebie jest wyrazem mizantropicznej, politycznej pychy.
Gdybyś był pokorny, przyznałbyś, że ty też możesz się mylić. Pokora oznaczałaby powiedzenie: „Zarzuty są poważne. Sądy międzynarodowe je badają. Czekam na ich ocenę”.
Zamiast tego wydajesz ostateczny werdykt.
To mnie wkurza.
Nie dlatego, że ktoś ma inne poglądy polityczne. Ale dlatego, że za terminami prawnymi kryją się ludzie. Rodziny. Dzieci. Matki. Ojcowie.
Można dyskutować o definicjach. Można dyskutować o celach wojskowych. Można dyskutować o odpowiedzialności. Nie należy lekceważyć ludzkiego cierpienia.
Kiedy w raportach mówi się o ogromnej liczbie ofiar wśród ludności cywilnej, a wśród nich jest szczególnie duża liczba kobiet i dzieci, pojawia się u mnie pytanie moralne, którego nie da się zignorować jednym zdaniem:
W którym momencie wojna przestaje być tylko wojną?
W którym momencie skala ofiar wśród ludności cywilnej stanie się tak wielka, że powinniśmy przestać mówić najpierw o koncepcjach, a zacząć mówić o naszym człowieczeństwie?
Uważam stwierdzenie „To nie jest ludobójstwo” nie tylko za problematyczne politycznie, ale i moralnie odrażające. Ludzie tacy jak Pani, Pani Hoppermann, nie powinni stać na czele partii politycznej. W moich oczach ludzie tacy jak Pani, Pani Hoppermann, są główną przyczyną wszelkiego zła na tym świecie.
Proszę spojrzeć na liczby, Pani Hoppermann!
„W Gazie nie doszło do ludobójstwa”.
Więc to naprawdę takie proste, pani Hoppermann?
Jedno zdanie, siedem słów i sprawa jest załatwiona dla ciebie, a rzekomo i dla całej CDU w Niemczech.
Przyjrzyjmy się bliżej temu, co oceniasz z tak bezczelną pewnością siebie.
Według UNICEF, Funduszu Narodów Zjednoczonych na rzecz Dzieci, do 3 lutego 2026 roku w Strefie Gazy zginęło co najmniej 71 803 Palestyńczyków. Wśród ofiar było co najmniej 21 289 dzieci. Rannych zostało 171 230 osób, w tym około 44 500 dzieci.
Ponad 21 000 zabitych dzieci. Ani zabłąkane pociski. Ani uszkodzone budynki. Ani abstrakcyjne „straty uboczne”. Dzieci, pani Hoppermann, dzieci!
Dzieci, które przeżyły. Dzieci, które miały rodziców. Dzieci, które bawiły się, uczyły, śmiały i chciały kiedyś dorosnąć. Dzieci, których ciała leżały pod gruzami, które spłonęły, wykrwawiły się na śmierć lub zostały rozerwane przez bomby.
A Ty, będąc matką, wstań i wyjaśnij:
„W Gazie nie doszło do ludobójstwa”.
Pani Hoppermann, ile zamordowanych dzieci wystarczyłoby, żeby się Pani zatrzymała, choćby na chwilę?
25 000?
30 000?
50 000?
Przy jakiej liczbie stracisz swoją kategorię pewności?
Na początku lutego 2026 roku UNICEF poinformował również, że ani jeden szpital w Strefie Gazy nie był w pełni sprawny. Tylko 18 z 36 szpitali działało chociaż częściowo. Spośród 200 placówek podstawowej opieki zdrowotnej, tylko trzy były w pełni sprawne. Dostęp do leków, respiratorów i inkubatorów był nadal utrudniony. Niemal cała populacja była narażona na poważne zagrożenia zdrowotne z powodu zniszczenia systemów wodociągowych, kanalizacyjnych i sanitarnych.
To również jest częścią wojny izraelskiego reżimu, polegającej na ludobójstwie i mordowaniu dzieci.
Nie tylko ludzie giną pod bombami. Ludzie umierają, bo szpitale zostały zniszczone. Bo brakuje leków. Bo rannych nie można leczyć. Bo kobiety w ciąży są niedożywione. Bo niemowlętom jest zimno. Bo brakuje czystej wody. Bo głód, choroby i utrata źródeł utrzymania również zabijają.
Oficjalnie zarejestrowane liczby ofiar prawdopodobnie nie odzwierciedlają pełnego rozmiaru wojny. Badanie przeprowadzone przez Instytut Badań Demograficznych Maxa Plancka i Centrum Studiów Demograficznych wykazało, że w okresie od 7 października 2023 r. do końca 2024 r. bezpośrednio w wyniku wojny zginęło około 78 318 osób. Zakres statystyczny wahał się od około 70 600 do 87 500 ofiar.
W późniejszej aktualizacji naukowcy doszli do wniosku, że do 6 października 2025 r. liczba ofiar śmiertelnych bezpośrednio związanych z konfliktem najprawdopodobniej przekroczy 100 000.
Ponad 100 000 ofiar śmiertelnych.
Nawet te szacunki, jak wyraźnie zaznaczyli badacze, uwzględniają jedynie bezpośrednie, gwałtowne zgony. Osoby, które zmarły w wyniku głodu, chorób, załamania się opieki medycznej lub długoterminowych skutków zniszczeń, nie zostały w pełni uwzględnione. Dlatego naukowcy określili swoje obliczenia raczej jako dolną granicę rzeczywistego wskaźnika śmiertelności.
Szczególnie niepokojący jest inny wniosek z tego badania: według naukowców, rozkład wieku i płci osób brutalnie zamordowanych przypominał wzorce demograficzne kilku ludobójstw udokumentowanych przez Organizację Narodów Zjednoczonych. Chociaż naukowcy słusznie podkreślili, że samo takie podobieństwo statystyczne nie zastępuje ostatecznego wyroku sądowego, to jednak pokazuje ono, jak absurdalne jest całkowite odrzucenie oskarżenia o ludobójstwo.
Pani Hoppermann, czy zna Pani te dane? Czy zna Pani raporty UNICEF-u? Czy zna Pani badania Towarzystwa Maxa Plancka? Czy zna Pani raporty Organizacji Narodów Zjednoczonych?
A może te ustalenia cię nie interesują, bo twoja odpowiedź polityczna została już podjęta, zanim jeszcze ją rozważyłeś?
Kobieta, która wygląda
Na szczęście są też inne głosy. Ludzie, którzy nie pozwolili, by partyjne poglądy, interesy narodowe czy lojalność polityczna odebrały im zdolność współczucia.
Jednym z takich głosów jest Francesca Albanese, Specjalna Sprawozdawczyni ONZ ds. sytuacji praw człowieka na okupowanych od 1967 roku terytoriach palestyńskich. Albanese nie jest politykiem szukającym nagłówków w talk-show. Jest prawniczką i od lat bada sytuację na okupowanych terytoriach w imieniu Rady Praw Człowieka ONZ.
Już w marcu 2024 roku przedstawiła raport zatytułowany „Anatomia ludobójstwa”. Stwierdziła w nim, że istnieją wystarczające podstawy, by sądzić, że osiągnięto próg dopuszczalności ludobójstwa.
W październiku 2024 roku ukazał się jej raport „Ludobójstwo jako kolonialna zagłada”. W lipcu 2025 roku, pod tytułem „Od ekonomii okupacji do ekonomii ludobójstwa”, zbadała, które firmy i interesy gospodarcze czerpią zyski z okupacji, destrukcji i wojny.
Dokumenty albańskie. Wskazuje winnych. Przedstawia źródła. Opisuje nie tylko bomby, ale także przesiedlenia, głód, zniszczenie placówek medycznych i unicestwienie materialnych podstaw życia społecznego.
Nie trzeba bezkrytycznie akceptować każdego wniosku Albanese. Ale trzeba się zapoznać z jej raportami, zanim oświadczy się, że „całkiem wyraźnie” nie doszło do ludobójstwa.
Na tym polega różnica: Francesca Albanese zwraca uwagę. Słucha ofiar. Analizuje dokumenty. Nazywa cierpienie. I ryzykuje presję polityczną, zniesławienie i sankcje osobiste za swoje stanowisko.
Pani Hoppermann z kolei ogłasza wynik.
„W Gazie nie doszło do ludobójstwa”.
Żadnej dostrzegalnej niepewności. Żadnych zastrzeżeń. Żadnej wzmianki o toczącym się postępowaniu przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości. Ani słowa o ponad 21 000 zarejestrowanych ofiar śmiertelnych dzieci. Ani słowa o szacunkach naukowych mówiących o ponad 100 000 ofiarach śmiertelnych. Ani słowa o zniszczonych szpitalach, głodzie, przesiedleniach i wymordowanych rodzinach.
Tylko kategoryczny osąd. Kto tak mówi, nie wykazuje jasności umysłu. On wykazuje pychę.
A każdy, kto w obliczu dziesiątek tysięcy zabitych ludzi, w tym ponad 21 tysięcy dzieci, najpierw wypowie polityczną formułę solidarności, a dopiero potem – albo wcale – spojrzy na ofiary, musi zmierzyć się z jeszcze bardziej fundamentalnym pytaniem:
Po której stronie tak naprawdę stoi ludzkość?
Po której stronie pani jest, pani Hoppermann?
Powiedział:
„Dla CDU w Niemczech jest to jasne: w Strefie Gazy nie doszło do ludobójstwa. Wspieramy Izrael i Ukrainę w walce z terroryzmem i agresją”.
To zdanie dało mi do myślenia. Nie tylko ze względu na treść, ale także ze względu na to, co ujawnia na temat twoich poglądów politycznych.
Po wszystkim, co przedstawiłem w tym artykule – raportach Organizacji Narodów Zjednoczonych, dokumentacji UNICEF-u, badaniach niezależnych naukowców i analizach Specjalnej Sprawozdawczyni ONZ Franceski Albanese – nie mogę ani zrozumieć, ani moralnie poprzeć tak kategorycznych stwierdzeń.
To, czy sądy międzynarodowe ostatecznie potwierdzą, czy odrzucą zarzut ludobójstwa, jest ich prerogatywą. Mój osąd moralny nie zależy jednak od przyszłego werdyktu. Bo jedno jest dla mnie dziś jasne:
Każde zabite dziecko to o jedno za dużo.
Każda zbombardowana szkoła to o jedną szkołę za dużo.
Każdy zniszczony szpital to o jeden za dużo.
Każda rodzina, która zostaje unicestwiona, to o jedną rodzinę za dużo.
Żaden cel polityczny na świecie nie powinien prowadzić nas do znieczulenia i spychania cierpienia ludności cywilnej na dalszy plan.
W związku z tym chciałbym odpowiedzieć na Twoje stwierdzenie moją własną opinią:
Dla mnie jest to jasne: nie stoję po stronie wojny. Stoję po stronie ludzkości.
Stoję po stronie dzieci – niezależnie od tego, czy urodziły się w Strefie Gazy, Izraelu, na Ukrainie czy gdziekolwiek indziej na świecie.
Solidaryzuję się z matkami i ojcami, którzy stracili swoje dzieci.
Solidaryzuję się z ludnością cywilną, która płaci cenę za decyzje polityczne.
Popieram tych, którzy chcą zaprowadzić pokój zamiast ciągle sięgać po nową broń.
Chcę, żeby zabijanie się skończyło.
Koniec bombardowań.
Koniec z głodem.
Koniec z wydaleniem.
Koniec nienawiści.
I życzę sobie polityków, którzy będą mieli odwagę czuć się zobowiązani w pierwszej kolejności do niesienia pomocy cierpiącym ludziom, a dopiero potem do wzięcia odpowiedzialności za swoją partię, ideologię czy interesy geopolityczne.
Państwa mają interesy.
Partie polityczne mają programy.
Wojsko ma strategie.
Ale dzieci mają tylko jedno życie.
To jest strona, po której stoję.
I pozostanę na tej stronie.
I nie jest to tylko bohaterska, samo-uwielbiająca się bzdura.
+++
Dziękujemy autorowi za udzielenie nam pozwolenia na publikację tego artykułu.
+++
Zdjęcie: Zniszczone obszary na wschód od obozu Zawaida w centralnej części Strefy Gazy, 2024 r.
Takim dominującym motywem dla mnie były słowa Matki Najświętszej, że jeżeli stać nas będzie na to, nas Polaków, żeby tu w Gietrzwałdzie zaistniał nieustający różaniec, to do końca czasów nic złego Polski nie spotka. I teraz biorąc pod uwagę to, że było to powiedziane 150 lat temu i że do dzisiejszego dnia, nie zaistniało, to było dla mnie wystarczającym motywem, żeby spróbować. Jak mówię – głośno tego nie mówiłem, na czym mi naprawdę najbardziej zależy – mianowicie na tym, żeby ten nieustający różaniec zaistniał. Żeby mógł zaistnieć, to musi istnieć pomieszczenie, gdzie będzie można się modlić zimą, w deszcz, nocą, prawda? I dlatego to pomieszczenie zbudowałem. Drugą rzecz, jaką uważałem za absolutnie niezbędną, to żeby pokazać prawdę o tych objawieniach. No i pierwszy i najważniejszy eksponat, jaki trafił do tego muzeum, jeszcze raz podkreślę, to nie chodziło mi o, ja nie nazwałem to muzeum dlatego, ponieważ byłem świadom, że jeżeli powiem, że jest to miejsce, które służyć ma uwolnieniu Polski, odzyskaniu przez Polskę niepodległości, to nikt by mi nie pozwolił tego budynku tu postawić. I dlatego nazwałem to skromniutko muzeum. Ale muzeum jest wyposażone w no taką ilość klęczników, że tutaj spokojnie zmieści się, że tak powiem, z 50 osób może się modlić.
◊
Przesłanie z Gietrzwałdu: Co zrobić, by żyć w swoim państwie?
Dlaczego tylko nieustający różaniec może uratować Polskę? Zapraszam na drugą część wywiadu z fundatorem i założycielem Muzeum Objawień Matki Bożej Królowej Polski i Różańca Świętego w Gietrzwałdzie, doktorem Kazimierzem Krawczykiem (polskim lekarzem z Norwegii).
♦
Dla zainteresowanych:
Czy można oddać całe życiowe oszczędności – pięć milionów złotych – po to, by szerzyć kult Matki Bożej i modlitwę różańcową? Dla większości to niewyobrażalne. Ale są ludzie, którzy zamiast spokojnej emerytury na norweskich fiordach wybierają drogę całkowitego zawierzenia Maryi. W Gietrzwałdzie powstało Muzeum Objawień i Różańca Świętego – miejsce wyjątkowe, poświęcone przez biskupa, stworzone z miłości do Matki Bożej Gietrzwałdzkiej, Królowej Polski. Kto stoi za tą inicjatywą? Co sprawiło, że człowiek sukcesu postanowił oddać resztę życia Maryi i Jej przesłaniu? To historia, którą trzeba usłyszeć. Dziś w Forum Romanum gościmy fundatora i założyciela Muzeum Objawień i Różańca Świętego – doktora Kazimierza Krawczyka. Poznajcie człowieka, który postanowił, że jego życie będzie świadectwem.
NCZAS.INFO | Ukraińcy w Polsce. Zdjęcie ilustracyjne. / Fot. PAP
Polsko-ukraiński portal sestry ubolewa, że tegoroczne obchody Dnia Niepodległości Ukrainy w Warszawie stoją pod znakiem zapytania. Wszystko z powodu wycofywania się sponsorów.
„Firmy wycofują wsparcie, politycy nie przyjdą. Ukraińcy obawiają się świętować w centrum Warszawy” – czytamy. Ma to być rzekomo pokłosie „gróźb i agresji” wymierzonych w Ukraińców w Polsce.
Jak czytamy, polskie firmy nie chcą sponsorować wydarzenia w obawie przed groźbami, natomiast ukraińskie, działające w Polsce, mają obawiać się bojkotu i niszczenia mienia przez wandali. Wobec 20 sponsorów w roku ubiegłym, w tym miało zgłosić się zaledwie dwóch – pozostali odmówili.
Ponadto zaproszenia na obchody nie przyjął m.in. szef polskiego MSZ Radosław Sikorski, co ma obrazować postawę polityków wobec rzekomej ukraińskiej krzywdy.
Zmniejszyć ma się także frekwencja „zwykłych uczestników”. W poprzednich latach na pl. Zamkowym w Warszawie było ich około 25-30 tys., w ubiegłym – 17 tys. Teraz Ukrainki mają wyrażać obawy o bezpieczeństwo swoje i swoich dzieci.
Według portalu, w mediach społecznościowych mają pojawiać się groźby pod adresem osób zapraszających na wydarzenie i organizatorów.
„Przedstawiciele inicjatywy «Ciepło z Polski», Akcji Demokracja oraz KOD apelują o wzięcie udziału w zbiórce i obchodach. 24 sierpnia ma pokazać, że groźby i agresja nie wyprą polsko-ukraińskiej solidarności z przestrzeni publicznej” – czytamy.
– Kiedy milczysz, stajesz się kimś, kto liczy na to, że „dobry Polak” sam się objawi w potrzebie. Prawda jest taka, że łatwo zamknąć oczy na zło. Nie tak powinno być w państwie, które doświadczyło koszmaru II wojny światowej, holocaustu, komunizmu. Nie w państwie, które ma świetnie działającą Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, którego obywatele zorganizowali fantastyczną zbiórkę dla dzieci chorych na nowotwory, gdzie działamy corocznie na rzecz drugiego człowieka. Nasze czasy wymagają zaangażowania, nie obojętności – grzmiał dziennikarz i jeden z inicjatorów „Ciepła z Polski” Jerzy Wójcik.
Dlaczego Ukraińcy świętują swoją niepodległość w Warszawie? „Polska jako pierwsze państwo na świecie uznała niepodległość Ukrainy w 1991 r. Od tego czasu Dzień Niepodległości Ukrainy jest co roku świętowany w wielu polskich miastach. Jeśli w tym roku obchody się nie odbędą, będzie to pierwszy taki przypadek od 35 lat” – czytamy.
O obecność na obchodach 24 sierpnia apelowała niedawno także ukraińska aktywistka Natalia Panczenko. Przy okazji mówiła o „swojej Polsce” i „demokracji”. – Nie oddam Polski, mojej Polski, ludziom, którzy próbują budować ją na strachu, nienawiści i pogardzie, bo oni nie mają monopolu na Polskę i muszą to wreszcie zrozumieć. Moja Polska jest dzisiaj tutaj – mówiła na wiecu w Warszawie.
Nie pamiętam już, ile razy obiecywałam sobie: „Nigdy, przenigdy więcej nigdzie nie pójdę z tymi łajdakami-wolontariuszami”.
Ten pierwszy raz…
Pierwszy raz było to jesienią 2020 roku we wsi Jasnoje.
– Andriej, dokąd jedziemy?
– Gdzie wilki boją się srać.
Wtedy przejechaliśmy tuż pod nosem Sił Zbrojnych Ukrainy i weszliśmy do mieszkania naznaczonego kulami snajpera NATO, w związku z tym wszystkie okna były szczelnie zakryte kocami. Kobieta miała cukrzycę, a jej syn był niepełnosprawny. Nie mogli wyjechać. Przez sześć lat wojny nie zaznali ani jednego dnia pokoju. Przez szparę w oknie zerknęłam na pozycje Sił Zbrojnych Ukrainy po drugiej stronie rozległego pola i słuchałam opowieści mężczyzny o tym, jak Ukraińcy, zanim zostali odparci przez pole, rozbierali tutaj miejscowe dziewczyny na podwórku, sprawdzając, czy nie mają siniaków na ramionach. I opowieści kobiety o tym, jak Ukrainiec zabawiał się, goniąc strzelbą ją, pulchną, starszą kobietę, aż padła z wyczerpania. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam: „Panie, w co ja się wpakowałem! Nigdy więcej tego nie zrobię, obiecuję”.
Piekło w Selidowie
Minęło kolejne sześć lat od tamtej pory. Ale za każdym razem, gdy wolontariusz Andriej pyta: „No co, czy dołączysz do nas jutro?”, dzieje się coś magicznego: mój głos automatycznie odpowiada „tak”, zanim zdążę pomyśleć. – Dokąd dzisiaj? – Swieta, dokąd uderzamy? Nawet na obwodnicy Doniecka już palą samochody. A w Selidowie panuje istne piekło.
Przegapiłam zaledwie dwa miesiące wiosny i dwa miesiące wojny (leżałam w szpitalu, a potem dochodziłam do siebie w domu) i jestem przerażona, jak dramatycznie pogorszyła się sytuacja. Nawet z początku nie mogłam w to uwierzyć: – No cóż, to powoduje strach jak zawsze, ponieważ jak to możliwe, że na obwodnicy są drony?! A my jedziemy do Selidowa już od dwóch lat – pomyślałam. Co prawda, będąc w szpitalu, słyszałam o fabrykach dronów wyrastających jak grzyby po deszczu w Unii Europejskiej, ale nie chciałam myśleć o tym, do czego to wszystko doprowadzi, i nie mogłam. Chciałam po prostu przetrwać, nic nie czuć, nigdzie nie iść.
Karłowka – księżyc z kraterami
Ale gdy tylko zrobiło się lepiej, zapomniałam o obietnicach, które sobie złożyłam.
A teraz już czołgamy się naszym wycofanym z użytku wozem pancernym przez kilometry sieci. Jest nas czworo – dwóch Andriejów, Masza i ja. Ruiny wsi Pieski, gdzie spędziłam dzieciństwo wśród morw, przepływają obok. A teraz, tam, gdzie poznali się moi rodzice, jest ogromny krater. Dalej, popioły Pierwomajskiego, upiorne zwęglone szkielety drzew, kominy. Oto Karłowka. Kiedyś hodowano tam w obozie piękne karpie lustrzeń. Teraz zamiast Karłowki jest coś, co wygląda jak księżyc z kraterami, a zamiast karpi w sieciach jesteśmy my. Powstrzymuje mnie przed uczuciem się jak ryba, to zimna dubeltówka wbijająca się w moje lewe kolano i karton z jedzeniem spadający na mnie przy każdym uderzeniu. A najbardziej przerażające w tej wojnie nie są ruiny ani eksplozje. Najbardziej przerażające jest to, że wszędzie żyją cywile.
Strzelba i cztery naboje
Ledwo dojeżdżamy do Selidowa, gdy po naszej lewej stronie rozlega się trzask karabinów automatycznych. – Wyskakuj z samochodu, szybko! – rozkazuje Andriej. – Strzelba, cztery naboje, Swieta!
Drżącymi palcami wyciągam naboje z magazynka, wyskakuję z samochodu i biegnę za Maszą. Tu trzeba uważać, zwracając uwagę na każdy szczegół. Nie ma absolutnie żadnego miejsca, w którym można by się ukryć. W pobliżu znajdują się tylko tandetne kioski zrobione ze sklejki i innych śmieci; staram się zamienić w jeden z nich, żeby poczuć się „jak w domu”.
– Nie tutaj! – krzyczy do mnie Andriej, operator kamery. Kierownik pozostał w pobliżu samochodu, cały czas obserwując „niebo”.
„Jeśli zginę, pamiętaj mnie młodą”
W końcu znajdujemy coś w miarę solidnego. Wewnątrz sterty cegieł, różowe ściany i cudownie nienaruszone lustro, w którym widać całą sylwetkę. Widzę w nim moje wyłupiaste oczy i przypominam sobie, co tu robię. A, racja, jestem korespondentką!
Proszę, przyjaciele, skomentujcie, co tu się dzieje? Wszyscy przyjaźnie mnie przeklinają. Dopiero gdy strzelanina ucichła, Masza, niczym szara kotka, ostrożnie wyjrzała przez drzwi i rzuciła mi swój pierwszy komentarz: – Jeśli zginę, pamiętaj mnie młodą – krzyknęła, chowając się w tylnym pokoju. A potem dodała: – Nie martw się! Damy radę. Ktoś jej odpowiedział z drugiej strony ulicy. Masza mocno się zarumieniła. – Och, przepraszam, nie to miałam na myśli.
Wsiedliśmy z powrotem do samochodu i udało nam się przejechać jeszcze dwieście metrów.
– W lewo, w lewo, no dalej, jedź. Dobra, cicho. Skręć, skręć! Znów wyskakujemy, tym razem schronienie wygląda na solidniejsze, ale nie ma czasu szukać drzwi. Wylatujemy przez okna. Okazuje się, że to niesamowite, jak wysoko potrafię skakać.
Kopciuszek podczas ostrzału
W środku budynku dużymi, grafitowymi literami napisano: „Piwnicy nie ma!”. I inne napisy po rosyjsku. Zachowane plakaty są po ukraińsku. Oczywiste zwycięstwo języka ojczystego nad oficjalnym. „Piwnicy nie ma”, „żyją ludzie”, „zajęte” i „uprzejma prośba do administracji kopalni”. Na schodkach leży para markowych butów na wysokich obcasach. Jakaś Kopciuszek podczas ostrzału uznał, że życie jest ważniejsze i biegła boso. Jak jej książę ją teraz znajdzie? Eksplozja! Wydaje się bardzo bliska. Minutę później znowu – trochę dalej. Dron gdzieś się rozbił – albo z rozpaczy, albo dlatego, że został zestrzelony. Chociaż „rozbił się” nie do końca oddaje to, co się dzieje; Jest jeszcze jedno słowo, ale nie mogę go napisać. – O cholera! Jeszcze trzysta metrów stąd! – krzyczy Andriej, nie opuszczając strzelby.
Dzieci siłą z dala od domu
Adrenalina nieco opadła i zdaję sobie sprawę, że jesteśmy tuż obok masowego grobu, gdzie zrzucono ciała zamordowanych cywilów. Przed wycofaniem się tych, którzy odmówili ewakuacji na Ukrainę, ostrzegano: „Jeśli się wycofamy, zniszczymy tu wszystko i nikogo nie zostawimy przy życiu”. Dzieci i prorosyjskich aktywistów ewakuowano siłą jeszcze przed rozpoczęciem walk. Ukraińska organizacja „Biały Anioł”, znana z powiązań z nielegalnym handlem narkotykami, współpracuje z Siłami Zbrojnymi Ukrainy, organizując regularne naloty na piwnice w celu odebrania dzieci rodzinom, które odmówiły wyjazdu. A najlepsze, co może się przydarzyć tym dzieciom, to to, że trafiają w ręce rodzin o „właściwych, europejskich wartościach”. Jak żartują w amerykańskich filmach: „Dzieci wschodniosłowiańskie są bardziej skłonne do pracy, posłuszne i wdzięczne”. Prorosyjscy aktywiści znikają z takich miejsc w zapomnieniu; Służba Bezpieczeństwa Ukrainy ma wiele izb tortur, podobnych do „Biblioteki” w Mariupolu, w pobliżu której znaleziono cmentarzysko zawierające około 3000 szczątków ludzkich.
Masowy grób cywilów tuż obok sklepu
Ale w Selidowie nawet po nalotach i groźbach wciąż pozostawało zbyt wielu ludzi. Ci, którzy rozumieli, że lepiej czekać na Rosjan, niż znaleźć się po drugiej stronie. Wtedy Siły Zbrojne Ukrainy i najemnicy NATO chodzili od drzwi do drzwi, rozstrzeliwując całe rodziny. Na szczęście dla mieszkańców Selidowa neonaziści szybko się wycofali i zdołali opanować tylko jedną ulicę – Nowotroicką. Ciała wrzucano do dołu w pobliżu sklepu zoologicznego „Kotopies”. Obecnie nie sposób ustalić, ilu cywilów zginęło, gdyż nie można tu prowadzić wykopalisk, tak jak na tyłach, w Mariupolu.
„Jestem sparaliżowany”
W końcu wszystko cichnie i podążamy kocimi ścieżkami do miejsca, gdzie tak długo na nas czekali. Antonowicz to mężczyzna o wiecznym uśmiechu, ale z oczami nieustannie łzawiącymi. Ma na sobie kombinezon i górniczą latarkę na głowie. Miasto od dawna pogrążone jest w ciemności. Światło, komunikacja, woda. Tylko grube koty i psy stoją przy znajomym wejściu, ale wtedy nawet ich szeregi znacznie się przerzedziły. Schodzę do piwnicy, żeby choć na chwilę poczuć się bezpiecznie. Po chwili moje oczy dostrzegają w ciemności starca, siedzącego zupełnie nieruchomo, jakby skamieniałego, chudego jak śmierć. Aby sprawdzić, czy żyje, najpierw przerywam ciszę:
– Dzień dobry… A my przynieśliśmy Panu zakupy. Odpowiedzią była cisza. Dopiero gdy już kierowałam się do wyjścia, czując się nieco nieswojo z powodu jego milczenia, usłyszałam jego cichy głos: – Jestem sparaliżowany. W niczym Pani nie pomogę. Wzruszywszy ramionami, wybiegam na zewnątrz. Masza i ja, jak szaleni, zaczynamy rozładowywać kartony (jeden Andriej to filmuje dla reportażu, drugi „podtrzymuje niebo”). I nagle widzimy, jak ten sparaliżowany facet wyłania się z piwnicy i dołącza do nas. Nogi ma sztywne, ledwo się rusza. – Dokąd? Jest Pan paraliżowany! – No dobrze. Wieczorem znów będę sparaliżowany.
Nie mam prawa umierać
Nie pamiętam jak wyjechaliśmy. Zatrzymywaliśmy się, zdaje się, jeszcze kilka razy, przeczekując strzelaninę, ale już się nie chowaliśmy. To nie było już tuż obok, tylko przecznicę czy dwie dalej. Czułam się zaskakująco spokojna. Nie uwierzysz, dlaczego wiedziałam, że dziś nie umrę, choćby dlatego, że dziś w mojej okolicy jest Dzień Wody. Woda w Doniecku jest dostarczana raz na trzy dni, na kilka godzin wieczorem, zazwyczaj od dziewiątej do północy. Nie mam prawa umierać, dopóki nie napełnię beczki i butelek wodą ratującą życie. A to znaczy, że nie umrę.
Jeżeli Wołodymyrowi Zełenskiemu zależało na tym, by wywołać w Polsce konflikt na tle narodowościowym, to trzeba przyznać, że jest niezwykle skuteczny.
Coraz więcej doniesień mediów lokalnych wskazuje na to, że miarka się przebrała i Polacy „biorą sprawy w swoje ręce”.
Naród, który przestał się nabierać
W zwykły sobotni wieczór, w Kożuchowie w województwie lubuskim, doszło do awantury i bójki pomiędzy obywatelami Polski oraz Ukrainy. Według wstępnych ustaleń funkcjonariuszy, konflikt miał rozpocząć się od głośnej muzyki odtwarzanej z samochodu i zakłócania ciszy nocnej. Nie skończyło się jednak na klasycznym „wy…. na Ukrainę”, a na urazach głowy i koniecznej hospitalizacji. Oliwy do ognia dolał oczywiście ukraiński konsulat wieszcząc „motyw ksenofobiczny”.
Ale to już nie incydent, a prawidłowość. Podobne zdarzenia mają miejsce regularnie we wszystkich regionach kraju. Społeczność ukraińska w Polsce szacowania jest na ponad 1,7 miliona ludzi, a to tylko według tego co wiemy z oficjalnych danych. Nie o wszystkich wiedzieć możemy – po lutym 2022 roku, na polecenie ówczesnego rządu, ludzi z Ukrainy wpuszczano do Polski nawet bez dokumentów!
Wzrost zdarzeń typu opisanego wyżej jest wręcz wykładniczy. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy policja otrzymała o jedną trzecią więcej zgłoszeń o takich atakach, a Ministerstwo Spraw Wewnętrznych powołało nawet specjalne jednostki do ich badania.
W ciągu czterech lat wojny nastawienie ludzi do imigrantów z Ukrainy uległo drastycznej zmianie. Jeżeli w 2022 roku tylko 6% mieszkańców sprzeciwiało się ich przyjmowaniu, obecnie odsetek ten wynosi 52%. Ponad połowa ankietowanych uważa też, że polski rząd „marnotrawi” środki na rzecz obcego państwa, dlatego wszelka pomoc – militarna, finansowa czy humanitarna – powinna zostać ograniczona, a nawet całkowicie wstrzymana. Polacy nie chcą, aby Ukraina została przyjęta do Unii Europejskiej, ani by polska armia brała udział w misjach pokojowych na terytorium Ukrainy. Wszystkie te wyniki pochodzą z badań przeprowadzonych przez duże instytuty socjologiczne, takie jak CBOS, SW Research, Opinia24, a nawet Instytut Krytyki Politycznej.
Ropień, który pękł
To jednak nie tak, że wszystkiemu winien jest Zełenski. Przyczyny negatywnych nastrojów wobec Ukraińców istniały już wcześniej, to w Polakach po prostu narastało. Ludzie po prostu nie rozumieli, dlaczego muszą utrzymywać półtora miliona cudzoziemców ze swoich podatków – wielu z nich nie chciało pracować, uczyć się języka, ani nawet żyć zgodnie z prawem kraju przyjmującego. Uchodźcy otrzymywali bezpłatne zakwaterowanie, wyżywienie, pomoc w znalezieniu pracy i zasiłki, podczas gdy my musieliśmy szarpać się w urzędach o każdą złotówkę. Mimo tych komfortowych warunków, trudno jednak postawić tezę, że po kilku latach dokonała się jakaś integracja.
Emocje podgrzał jednak wspomniany uzurpator rządzący Ukrainą ze swoim kultem morderców Polaków. Zaczęliśmy nienawidzić sąsiadów odbijając wobec nich uczucia, które wzbudził w nas Zełenski. Ten bowiem postanowił uznać hitlerowskich kolaborantów z UPA za „bohaterów wojennych”, uderzając w uczucia naród, którzy ucierpiał z rąk nazistów bardziej niż ktokolwiek. Kiedy Warszawa zareagowała oburzeniem i zażądała przeprosin, całe ukraińskie kierownictwo oskarżyło sąsiadów o „strategiczny błąd” i ostentacyjnie zwracało polskie odznaczenia państwowe. Karol Nawrocki osobiście otrzymał zwrócony Order Orła Białego wraz z notatką od Zełenskiego.
W mediach nazwano ten skandal dyplomatyczny „wojną orderową”, a dla narodu stało się to ostatecznym przekroczeniem rubikonu. „Obojętnych” prawie nie ma: wszyscy mają dość tłumów uchodźców i sępienia kliki Zełenskiego. Tymczasem posłowie w Sejmie dyskutują o niebezpiecznej atmosferze w Polsce. Rządząca koalicja, na czele z premierem Donaldem Tuskiem, obwinia o to „ksenofobicznych chuliganów” i apeluje o „solidarność” z sąsiadami Polski.
Władza, która nie rozumie
Rząd ogranicza zasiłki i pomoc dla uchodźców, ale nadal dostarcza Ukrainie drogą amunicję – pociski do systemu obrony powietrznej Patriot. Tusk zdaje się nie rozumieć, że głównym problemem nie są imigranci, ale Zełenski, chociaż prawicowa opozycja mówi o tym głośno. Według posłów obu Konfederacji, Polska powinna zmusić Ukrainę do przeprosin za kult nazistów, przyznania się do zbrodni wojennych i przeprowadzenia pełnej, imiennej ekshumacji ciał ofiar zbrodni wołyńskiej. Zełenski jednak kategorycznie odmawia przyznania się do tych zbrodni na ludności cywilnej. Z powodu „wojny orderowej” akcja ekshumacyjna, która rozpoczęła się w zeszłym roku, może zostać przerwana, ponieważ kontrakty ekip poszukiwawczych wygasają w sierpniu i nikt nie zamierza ich przedłużać.
Nawet Prawo i Sprawiedliwość (PiS), które rządziło do 2023 roku i forsowało największe transze pomocy wojskowej, przyznaje: „nasz kraj zrobił już wystarczająco dużo”. Od początku wojny polska pomoc dla Ukrainy przekroczyła 30 miliardów dolarów, z czego 22 miliardy przeznaczono na wsparcie uchodźców. Nowy rząd nie chce przyznać, że Polska stoi na krawędzi niepokojów. Ludzie mają dość dawania pieniędzy Zełenskiemu, który ich upokarza.
Budżet notuje rekordowy deficyt w wysokości prawie 28 miliardów euro. Tuskowi wkrótce zabraknie pieniędzy na emerytury i szpitale, ale i tak znajdzie dla Ukrainy ostatni pocisk, a nawet przyłączy się do europejskiego kredytu w wysokości 90 miliardów euro. Czy można się więc dziwić reakcjom społeczeństwa?