Tradycjonalisto: Zostało jeszcze 341 lat. Cierpliwości!

Tradycjonalisto: Zostało jeszcze 341 lat. Cierpliwości!

pch24.pl/tradycjonalisto-zostalo-jeszcze-341-lat-cierpliwosci

Kościół katolicki nie dokona krytycznej rewizji dziedzictwa Soboru Watykańskiego II – bo nie pozwala na to struktura systemu kościelnej władzy. Na rozwiązanie problemu przyjdzie poczekać jeszcze długo. Może nawet 341 lat. 

Sobór umarł, Sobór żyje

Anno Domini 2026 nie żyją już prawie żadni uczestnicy II Soboru Watykańskiego. Zmarli biskupi, zmarli soborowi eksperci. Symbolicznym „zamknięciem” epoki soborowej był 31 grudnia 2022 roku, czyli śmierć papieża Benedykta XVI. Jako młody teolog Józef Ratzinger uczestniczył w pracach Vaticanum II w roli peritusa, czyli doradcy teologicznego; jako biskup wdrażał w życie postanowienia Soboru w jednej z najważniejszych diecezji Europy, Monachium; na urzędzie prefekta Kongregacji Nauki Wiary odpowiadał za wykładnię katolickiej wiary w kontekście dokumentów Vaticanum; wreszcie jako papież mógł podjąć absolutnie kluczowe decyzje dotyczące dziedzictwa tego soboru.

Obecny papież Leon XIV urodził się w 1955 roku, a to oznacza, że miał dziesięć lat, kiedy Vaticanum II dobiegło końca. Został wykształcony w czasie, w którym reforma soborowa trwała w najlepsze: niedawno wprowadzono nową liturgię, czekano na nowy Kodeks Prawa Kanonicznego, rozpoczęły się prace nad soborowym Katechizmem… Robert Prevost przyjął święcenia, kiedy papieżem był Jan Paweł II, człowiek niezwykłego soborowego entuzjazmu. Za pontyfikatu Karola Wojtyły nie uważano, by Vaticanum II zrodziło jakikolwiek kryzys. Owszem, środowiska tradycjonalistyczne skupione wokół abp. Marcela Lefebvre’a tak mówiły, ale nikt ich przecież nie słuchał – w skali Kościoła powszechnego to był liczbowo margines. Spadek liczby praktykujących tłumaczono raczej – zresztą nie bez racji – wielkim fermentem kulturowym.

W 1965 roku zalegalizowano w USA antykoncepcję dla par małżeńskich; w 1972 roku dla osób samotnych; w 1973 roku dopuszczono aborcję. To samo działo się w innych krajach Zachodu. Kościół katolicki się zmienił – ale społeczeństwo zmieniało się jeszcze szybciej i jeszcze głębiej. Dlatego w dziesięcioleciach po II Soborze Watykańskim proste powiązanie kryzysu katolicyzmu z reformą liturgii czy w ogóle z reformami soborowymi nie było bynajmniej oczywiste. Tym więcej, że w Kościele u władzy znajdowali się ci, którzy przeżyli sobór i byli absolutnie oddani jego idei – tak, jak ją rozumieli, czasem w kluczu bardziej konserwatywnym, częściej jednak dość liberalnym. Ta atmosfera ukształtowała Leona XIV i tych wszystkich, którzy są na szczytach hierarchii.

Urzędowa narracja obowiązuje bez wyjątków

Skoro władza kościelna uważa, że Sobór Watykański II był wydarzeniem dokonanym i przeprowadzonym z woli Ducha Świętego, podobnie jak zasadniczy kurs zmian posoborowych, akceptowany i wdrażany w życie przez nieomylnych papieży – to tworzy się w ten sposób, że tak powiem, oficjalna czy też urzędowa narracja kościelna. W Kościele katolickim nie ma demokracji: władza reprodukuje się sama.

Innymi słowy – karierę kościelną może zrobić ten, kto jest uznawany przez obecną władzę za postać dobrze rokującą. Jeżeli biskup jest entuzjastą soboru, to będzie dobierać sobie na współpracowników innych entuzjastów soboru.

Oni zostaną później biskupami. Z ich grona papież wybierze kardynałów. Kardynałowie wybiorą z kolei nowego papieża. Krąg jest zamknięty – nie ma tu zbyt wiele miejsca na niespodzianki. Owszem, historia zna papieży, którzy byli niezwykle dynamiczni i wprowadzali realne zmiany do funkcjonowania systemu, ale przecież nie wbrew mentalności biskupów – co najwyżej wbrew ich bierności.

System jest tymczasem szczelny. Bywa, że w jednym czy drugim miejscu na świecie do władzy hierarchicznej dojdzie kapłan, który jest krytykiem Vaticanum II czy posoborowych zmian. Taki człowiek jednak szybko „tonie” w całości systemu. Nie ma większej szansy na to, by przetrwać w sensie zapewnienia ciągłości swojej wizji. Tak, został biskupem, ale jego poglądy są dobrze znane nuncjuszowi, który ściśle strzeże linii Kurii Rzymskiej. Jego następca będzie zatem „po linii”.

Tak działa system kościelny – i ma to swoje ogromne zalety, bo pozwala na stabilność instytucjonalną. Oczywiście, są też wady, bo niekiedy opóźnia się konieczna reforma. Wystarczy spojrzeć na XVI wiek. Marcin Luter wystąpił w 1517 roku. Sobór Trydencki jako odpowiedź na rewolucję protestancką zwołano dopiero w 1545 roku, a udało się go zakończyć w roku 1563. Z jednej strony stabilna kościelna instytucja nie została zakażona przez protestantyzm. Z drugiej odpowiedziała na wyzwanie tak późno, że nie wszystko dało się już uratować.

Liczby, czyli: system jest szczelny

Przyjrzyjmy się liczbom. W Kolegium Kardynalskim na początku 2026 roku było 245 członków. Spróbuję teraz wymienić tych, którzy mają krytyczne nastawienie wobec II Soboru Watykańskiego.

Próba zakończona, nie ma takiego kardynała.

Jest kilku (sic), którzy manifestują krytykę wobec określonego sposobu implementacji Vaticanum II – ale nie ma ani jednego kardynała, który krytykowałby Sobór Watykański II jako taki. Ci, którzy krytykują sposób implementacji, są zresztą na ogół dość ostrożni. Raymond Leo Burke i Robert Sarah skupiają się na kwestii liturgii – co więcej, nie podważają prawomocności reformy liturgicznej, ale mówią o nadużyciach. Krytykują też skrajnych progresistów oraz ich odczytanie soboru. Progresistów krytykują też Gerhard Müller, Walter Brandmüller czy Joseph Zen, ale kwestiom liturgii poświęcają już o wiele mniej uwagi. Müller i Brandmüller uważają ponadto tradycjonalizm liturgiczny za błędny, nawet jeżeli ten pierwszy odprawia niekiedy Mszę trydencką. W sumie na 245 kardynałów jest zatem kilku, którzy mają sceptyczny stosunek do dziedzictwa soborowego – ale w żadnej mierze nie krytykują Vaticanum II jako takiego.

Episkopat światowy? Biskupów jest obecnie około 5400. Niedawno na audiencji prywatnej Leon XIV przyjął bp. Athanasiusa Schneidera, który jest krytyczny zarówno wobec reformy posoborowej, jak i wobec niektórych wypowiedzi samego Vaticanum II. To dla wszystkich tradycjonalistów ważne wydarzenie.

Problem: biskup Schneider stanowi około 0,0185% całości światowego episkopatu.

Owszem, można zakładać, że jego poglądy w jakiejś mierze podziela szersza grupa; ilu jednak – tego nie wiadomo. Załóżmy, że będzie to 100 nazwisk w skali świata – choć przyznam, że aż tylu hierarchów bliskich wizji bp. Schneidera nie potrafiłbym wymienić (nie uważam za ważne, co kto „myśli” – uważam za ważne, co kto robi i mówi). Zatem setka – czyli niespełna 2% całości światowego Episkopatu. Odwróćmy: Ponad 98% światowego episkopatu nie manifestuje żadnych zastrzeżeń względem Vaticanum II i zasadniczego kierunku reform posoborowych. Gdyby przeprowadzić w kraju jakiś sondaż, w którym ponad 98% społeczeństwa wypowiedziałaby się „za” jakąś ustawą, a przeciw byłoby niespełna 2%, wszystkie media pisałyby o „miażdżącej wielkości”, a przeciwnikami danego rozwiązania dosłownie nikt by się nie przejmował. Kościół to nie demokracja, to prawda; ale nie udawajmy – liczby mają znaczenie. Papież dba o jedność i spokój, a jedność to także liczba.

100% Kolegium Kardynalskiego i 98% światowego episkopatu popiera II Sobór Watykański i jego reformę w jej zasadniczym kształcie.

Dlaczego statystyki są takie, a nie inne, wyjaśniłem wcześniej: system hierarchiczny, który jest dość szczelnie zamknięty. Nie przyjmuje krytyków systemu, a jeżeli jakiś się trafi, zostaje odizolowany.

Jeżeli w tej sytuacji ktoś ma nadzieję na jakąś bardziej gruntowną rewizję Vaticanum II w przewidywalnej przyszłości, to nie potrafi liczyć – albo liczy na cud. 

Cud papieża „spoza systemu”

Cud to w tej sytuacji przede wszystkim papież, który nieoczekiwanie zaczyna myśleć „out of the box”, czyli poza pudełkiem mentalnego systemu obecnej hierarchii kościelnej. Zaistnienie takiego papieża musiałoby być jednak efektem bezpośredniej interwencji Boga w historię – zupełnie dosłownie, efektem cudu.

Przecież papież, żeby nim zostać musi:

– skończyć seminarium;

– zrobić aprobatę biskupa i zrobić karierę w diecezji;

– zyskać aprobatę nuncjusza;

– zostać biskupem;

– odznaczyć się w krajowym episkopacie;

– zyskać aprobatę papieża i zostać kardynałem;

– odznaczyć się w skali światowej i zyskać popularność wśród kardynałów.

Na każdym z tych etapów postawa krytyczna wobec II Soboru Watykańskiego jest przeszkodą – i to przeszkodą kategorycznie wykluczającą z możliwości przejścia danego „etapu”.

Jawnie krytyczny wobec soboru kleryk po prostu nie skończy seminarium. Jeżeli „oświeci go” później, kariera się skończy: ksiądz nie otrzyma żadnego stanowiska w diecezji; urzędnik kurialny zrazi nuncjusza; biskup będzie na marginesie episkopatu; kardynał będzie nielubiany przez innych.

Żeby do zwycięstwa w konklawe uchował się krytyk II Soboru Watykańskiego, musiałby przez całe swoje kościelne życie skutecznie ukrywać swoje prawdziwe poglądy. To znaczy, że byłby zakłamany – a jako człowiek głęboko zakłamany, nie byłby przecież dobrym katolikiem.

Dlatego papież, żeby zostać papieżem, musi być zwolennikiem soboru – innej możliwości nie ma.

Jedyna droga to „oświecenie” po wyborze na papieża. To wymagałoby prywatnego objawienia danego Ojcu Świętemu przez Boga oraz papieskiego aktu woli, którym uznałby to objawienie za prawdziwe i zobowiązujące go w sumieniu. Zatem cud – i ludzka decyzja ten cud „aktualizująca”.

Z racji na nieprzewidywalność takiego wypadku pozostawiam rzecz Panu Bogu i jako publicysta się tym nie zajmuję. Dlatego rozważę raczej drugi scenariusz zmiany, który jest, by tak rzec, bardziej namacalny.

To rosnący dystans historyczny wobec wydarzenia II Soboru Watykańskiego.

Potrzeba nam jeszcze 341 lat – oraz kilku wojen albo rewolucji

W 1563 roku zakończył się Sobór Trydencki, który w znaczący sposób odnowił i ukształtował Kościół, nadając mu trwałą konstrukcję i swoisty paradygmat myślenia o wielu kluczowych kwestiach doktrynalnych, dyscyplinarnych i moralnych. Ta kościelna konstrukcja przetrwała 402 lata – do 8 grudnia 1965 roku, kiedy zakończył się II Sobór Watykański. Biskupi i dwaj papieże zdecydowali się wówczas na reformę, w kolejnych latach określając jej konkretny kształt.

Innymi słowy, po czterech stuleciach, nabierając dystansu do Soboru Trydenckiego, pod wpływem wielkich wydarzeń społecznych o globalnym wymiarze, mentalność członków hierarchii kościelnej uległa zmianie, która doprowadziła do zakwestionowania wielu istotnych elementów dotychczasowego modelu katolickości i rozpoczęcia budowy odmiennego modelu.

Sądzę, że analogicznie można potraktować przyszłość dziedzictwa II Soboru Watykańskiego. Kiedy upłynie wystarczająco dużo czasu, członkowie systemu kościelnego nabiorą dystansu pozwalającego na jego kwestionowanie. Jeżeli będą temu towarzyszyć odpowiednio głębokie i dramatyczne zmiany w świecie – możliwe stanie się krytyczne spojrzenie na Vaticanum II i w efekcie przeprowadzenie gruntownej zmiany.

Kiedy to się stanie? Czy trzeba czekać kolejne jeszcze 341 lat, żeby dopełnić 402, jakie minęły pomiędzy Soborem Trydenckim a Vaticanum II? Tego, oczywiście, nie wiem – ale przypuszczam, że potrwa to jednak krócej. Przyspieszenie zmian społecznych w ostatnich dekadach czy nawet latach jest naprawdę potężne. Co więcej, reforma soborowa nie działa zbyt dobrze, co może sprowokować dominującą część uczestników systemu hierarchii kościelnej do szybszego otwarcia na krytyczną, rzekłbyś: rewizjonistyczną myśl. Zakładam jednak, że potrzebny jest jakiś silny bodziec. Sobór Trydencki został wywołany przez rewolucję Lutra. I Sobór Watykański przez rewolucję francuską. II Sobór Watykański przez drugą wojnę światową i rewolucję komunistyczną, będąc poniekąd kontynuacją rewolucji francuskiej.

Krótki plan działania

Czekamy zatem na światowe wstrząsy, które zmienią mentalność systemu kościelnego. Wówczas dominacja II Soboru Watykańskiego zostanie zakwestionowana i pojawi się możliwość korekt. Bez tego, sądzę, tradycjonalistycznie nastawiony katolik powinien skupić się na pięciu rzeczach.

Po pierwsze, niech korzysta z tych możliwości, które daje mu obecny system, zarówno w dziedzinie liturgii jak i w obszarze refleksji historycznej i teologicznej.

Po drugie, niech nawiązuje intensywny dialog ze zwolennikami systemu soborowego, tak, by zachować żywotność krytycznej refleksji w przestrzeni dyskusji.

Po trzecie, niech przestanie obrażać tych katolików, którzy akceptują ład soborowy – to ludzie, którzy żyją w zgodzie z wolą zwierzchników Kościoła i mają do tego prawo, jako że Kościół naucza o nieomylności papieży i soboru obradującego z papieżem. Obrażanie większości przeczy obowiązkowi miłości bliźniego, narusza jedność Kościoła – i czyni nieskutecznym punkt drugi, czyli dialog mający zachować żywotność krytycznej refleksji.

Po czwarte, niech modli się o cud.

Po piąte – i to jest sprawa kluczowa – niech uzbroi się w cierpliwość. Rewizja dziedzictwa Soboru Watykańskiego II przyjdzie, być może, już jutro (patrz: cud), ale być może dopiero za 341 lat.

To drugie rozwiązanie trzeba traktować naprawdę poważnie.

Paweł Chmielewski

=======================

Nie, chłopie! To czwarte jest najpewniejsze!! md

Ukraina nie przekaże Polsce danych sabotażystów

„Rzeczpospolita”: Ukraina nie przekaże Polsce danych sabotażystów

Piotr Relich


pch24.pl/rzeczpospolita-ukraina-nie-przekaze-polsce-danych-sabotazystow

Ukraina nie chce udostępnić Polsce danych wewnętrznych dotyczących podejrzanych o terroryzm i „działanie na rzecz Federacji Rosyjskiej”. To wśród Ukraincówy „współpracujących z Rosją”.. [A skąd to wiesz, kotek?? md] jest najwięcej osób dokonujących aktów sabotażu w naszym kraju. Tylko w listopadzie ubiegłego roku, dwie osoby chciały wykoleić pociąg pod Lublinem.

W odpowiedzi na akty terroryzmu, 11 grudnia 2025 r. nową międzynarodową umowę „o współpracy w zapobieganiu, wykrywaniu i zwalczaniu przestępczości, a także ściganiu sprawców przestępstw” podpisali ministrowie spraw wewnętrznych obu państw – Marcin Kierwiński oraz Ihor Kłymenko.

Okazuje się jednak, że umowa wciąż nie weszła w życie – do tego niezbędna jest jej ratyfikacja przez Sejm, a służby dopiero ustalają szczegóły tej współpracy” . Jak dowiedziała się gazeta, strona Polska nie chce jednak udostępnić swoich baz danych ukraińskim służbom, nie wierząc w ich transparentność. W związku z tym, również Ukraina nie przekaże danych o takich osobach z wyprzedzeniem. Eksperci tłumaczą wstrzemięźliwość strony polskiej, podkreślając, że jedynie służba antykorupcyjna NABU jest w miarę odporna na rosyjską penetrację, ale tylko dlatego, że znajduje się pod ochroną Amerykanów, którzy wykorzystują ją do wewnętrznego rozgrywania ukraińskich władz.

Gdyby zacieśniono współpracę wywiadowczą na linii Warszawa-Kijów, być może nie doszłoby do aktów sabotażu wymierzoną w polską infrastrukturę kolejową w listopadzie zeszłego roku.

Jeden z podkładających ładunki w okolicach Lublina, Jewhenij Iwanow, był już notowany na Ukrainie. W maju 2025 r. został skazany przez sąd w Kijowie na 15 lat więzienia. Wcześniej był notowany za przemyt ludzi, a od 2015 r. mieszkał w Rosji. Z kolei pochodzący z Donbasu Oleksandr Kononow, pracownik tamtejszej prokuratury współpracował z rosyjskimi służbami. Mężczyźni po dokonaniu aktów sabotażu udali się bez problemów na Białoruś. Czynnikiem niezwykle utrudniającym wyłapywanie sabotażystów jest fakt, że pomiędzy Polską a Ukrainą odbywa się ruch bezwizowy.

Źródło: rp.pl PR

The Profound Impact of Profanity: How Swearing Affects the Brain, Emotions and Soul

The Profound Impact of Profanity:

How Swearing Affects

the Brain, Emotions and Soul

by Gary Isbell January 13, 2026 returntoorder/the-profound-impact-of-profanity-how-swearing-affects-the-brain-emotions-and-soul/

The Profound Impact of Profanity: How Swearing Affects the Brain, Emotions and Soul
The Profound Impact of Profanity: How Swearing Affects the Brain, Emotions and Soul

It is a peculiar irony of modern life that while most people strive to improve their lives with technology and sophistication, language is sliding comfortably into the gutter. Profanity has become the linguistic wallpaper today, increasingly commonplace among the youth and emblematic of a shift toward a lifestyle that is as casual as it is vulgar.

Tragically, swearing has taken up permanent residence in the repertoire of the masses, especially among the youth. Unlike mathematics or history, it is not a subject taught in a classroom—at least, not in the traditional sense.

Instead, it is absorbed through osmosis from peers, parents, and, most aggressively, social media and Hollywood. There is a rich contradiction here: society largely condemns the use of expletives, turning up its nose at their rude offensiveness, yet simultaneously consumes them with a voracious appetite.

Swear words are sanctioned and restricted under the vague assumption that harm will befall society if they are used, especially if they become a habit. Yet the exact nature of this harm—whether to the speaker, the listener or society at large—remains ever so vague.

Swearing is done to vent. Sharp, jagged words release pressure valves of anger, frustration, or even exuberant excitement. There is a pervasive notion that no other collection of sounds is quite as efficient or effective at conveying raw emotion. In a sense, this is true; curse words are not merely random insults.

Why Swear?

They pack an emotional wallop. Linguists, such as Timothy Jay, author of Why We Curse, suggest that profanity hijacks the brain’s limbic system—the very center of emotions. When an expletive is spoken, it triggers a dopamine surge, embedding itself in memory with a tenacity that polite language simply cannot match.

Hollywood and social media, in their infinite wisdom, seem intent on promoting this vulgarity. They prioritize profanity for drama, embedding it into iconic movie lines. Curse words are short, punchy and versatile—a scriptwriter’s dream for quick character development and an even quicker shock value sure to be remembered.

Social media and streaming platforms have become central pillars of modern life, particularly for the younger generation. While these tools were ostensibly created to entertain and connect us, they have arguably succeeded in spreading a contagion of unhealthy trends—online vulgarity being among the most pernicious. This growing tide is eroding young minds, undermining moral frameworks, and weakening emotional health in ways we are only just beginning to understand.

The Psychological Drive to be Vulgar

The relentless parade of vulgar and provocative content distorts what “popularity” actually looks like. Many young people have come to believe they must display bold behavior, air their dirty laundry, or act in shocking ways simply to garner likes and followers. Consequently, they drift away from cultivating genuine talent or personality. Rather than focusing on developing culture, education, or creativity, they begin to value the fleeting attention gained from shock value over the enduring peace of self-respect.

This online vulgarity is fundamentally altering how young people view human connection. On many platforms, the superficiality of physical appearance and attraction is elevated above virtue, emotional depth, respect, and trust, fostering wildly unrealistic expectations of love and companionship.

Satanic Christ Porn-blasphemy at Walmart — Sign Petition

Many young people begin to operate under the delusion that relationships are solely about appearances, pleasure, and excitement rather than about understanding, virtue, patience or responsibility. The inevitable result is a landscape of unstable relationships and emotional confusion, contributing to the fracturing of families and higher divorce rates.

The algorithms that govern our digital lives only exacerbate the situation. Because platforms are designed to promote posts that elicit strong reactions, vulgar content travels much faster than meaningful discourse. This creates a perverse structure of incentive in which creators post increasingly provocative material to remain relevant.

The more young people consume this content, the more they crave that specific brand of excitement, eventually losing their taste for the God-given beauty of normal life. Over time, they experience reduced concentration, diminished motivation and poor emotional control.

The Hidden Impact of Profanity: How Swearing Affects Your Brain, Emotions, and Spirit

Ancient wisdom, particularly within the Catholic tradition, has long emphasized the importance of pure, respectful speech as a reflection of one’s inner values. Religious teachings encourage us to use language that inspires, comforts, and uplifts rather than degrades.

When we speak with forethought and restraint, it reflects internal discipline and strength. Choosing respectful language is not just about manners; it is a way to nurture both the soul and the society it inhabits.

From a psychological perspective, habitual profanity can deeply affect our emotional and cognitive landscape. Swearing is inextricably linked to the expression of intense emotions such as anger or stress.

When these explosive words become the default in our vocabulary, they reinforce negative emotional patterns and atrophy our ability to manage stress with grace. Research in cognitive psychology indicates that frequent exposure to harsh language may actually lower one’s emotional self-regulation and self-esteem.

Habitual profanity creates cognitive ruts that hinder the development of adaptive coping strategies, affecting our overall mental health. Studies show that profanity activates brain regions linked to emotion and impulsivity, such as the amygdala and the limbic system.

Over time, the repeated firing of these neural pathways strengthens our tendency toward intemperate, quick and unfiltered emotional reactions, while diminishing the faculties responsible for self-control and thoughtful regulation.

Profanity’s Adverse Effect on Family and Society

Changing speech habits that have been etched into our psyche may seem like a Herculean task, but it is entirely possible with self-awareness and resolve. Our choice of words has a profound impact on mental well-being and relationships. Practicing self-reflection allows one to identify triggers and replace negative verbal reflexes with constructive language.

Pursuing the company of supportive individuals who model positive communication can further reinforce these changes. The goal is not to surgically remove strong emotions but to express them in ways that promote self-control, mental clarity and emotional resilience.

Understanding the profound effects of foul language on mental, emotional and spiritual health is essential to personal growth. Profanity, used to express deep emotion, reinforces negative thought patterns, increases stress and disrupts interpersonal harmony. In short, foul language accelerates vice.

The journey toward a healthier way of communicating begins with self-awareness and a commitment to practicing virtue. The power of thoughtful speech must be embraced through self-awareness, the exploration of alternative expressions, and the fostering of respectful interactions. In doing so, an important step can be taken toward not only improving one’s mental health but also contributing to more compassionate and understanding relationships.

To solve this issue, a coalition of the willing—the clergy, families, schools, governments, and the youth themselves—must work together. Parents need to engage in open, honest dialogue with their children. Schools must teach the curriculum of digital responsibility. Governments must enforce strict rules against harmful content. Most importantly, young people need to develop the armor of self-control, value real-life relationships over digital ones, and eliminate the harmful noise generated by social media and Hollywood.

Every word matters when it comes to cultivating a healthy mental state and a positive social environment. We must choose words wisely and take pride in meaningful, expressive dialogue bereft of swear words. If society hopes to build a healthy and emotionally robust future generation, it must recognize the serious pitfalls of vulgarity and return to the principles of a well-ordered, Christian civilization.

Orkiestra gra! Titanic tonie. Von der Leyen najeżdża Europę Hindusami.

Von der Leyen najeżdża Europę Hindusami

Date: 28 gennaio 2026 Author: Uczta Baltazara

Oni chcą końca europejskiej cywilizacji. Niczego nie chronią, wszystko jest otwarte dla wszystkich. A nasi przerażeni i nieadekwatni politycy – w gorączkowym poszukiwaniu nowych rynków – pozwalają na wszystko. Wykańczając tym samym jedyny rynek, który powinni chronić: rynek europejski. https://x.com/Lisa90135765/status/2016263367204233314

«UE podpisuje „porozumienie w sprawie mobilności” z Indiami ułatwiające „przepływ studentów, naukowców, robotników sezonowych i pracowników wysoko wykwalifikowanych” oraz uruchamia „pierwsze biuro EU Legal Gateway w Indiach, aby wspierać indyjskie talenty przenoszące się do Europy”».

Podpisaliśmy umowę o swobodnym przepływie osób z krajem liczącym 1,5 miliarda mieszkańców. Czyli trzy razy więcej niż populacja CAŁEJ UE. Kto o to wnioskował? – Kto to zatwierdził na szczeblach krajowych?

Zabawa w kotka i myszkę. O złocie i srebrze.

Zabawa w kotka i myszkę

Marek Wójcik 28. stycznia 2026 zabawa-w-kotka-i-myszke/

Większość ludzi, kiedy słyszą, co się dzieje na rynkach metali szlachetnych, zgrzyta ze złości zębami. Kiedy nie mam pieniędzy na podstawowe potrzeby, na rachunki, zdrowe jedzenie, lekarstwa, to co mi tutaj będą gadać o inwestowaniu w złoto lub srebro? Zdecydowana większość z nas tonie w długach. Nie mam tu na myśli, chorobliwego łapania wszystkich jak idzie kredytów, jako nowoczesny styl życia.

Leki czynią nas zdrowymi – w ten sam sposób, w jaki pożyczka czyni nas bogatymi.

A wystarczyłoby na przykład rok temu zrezygnować z abonamentu na Netfliksie i w zamian za to raz na kwartał kupić jedną uncję srebra. Ależ to jest przecież zubożenie kulturalne! Zakrzykną zaklinacze „prawdy” przemycanej w większości filmów.

Nie! Podobnie jak dobrym pomysłem jest ograniczone zaufanie do proponowanych przez lekarza środków toksycznych z ogólną nazwą medykamenty, tak samo redukcja trucizny z seriali i wielkich produkcji hollywoodzkich jest odtruwaniem – detoksykacją psychiki.

Podobnie sprzedaż wielkiego płaskiego tele-potwora wiszącego w prawie każdym salonie przyniesie więcej niż równowartość ceny uncji srebra. Poza odruchowym protestem, naturalnym, kiedy ktoś usiłuje zaburzyć twój codzienny rytuał przed kolorowym zwiastunem „szczerości”, w takim działaniu nie ma żadnych negatywnych stron – są jedynie zalety. Znalazłem jeszcze jedną wadę: pogrążysz nabywcę twojego nośnika propagandy problemami, których się właśnie pozbywasz. Tyle na temat wymówek typu: nie stać mnie…

W ubiegłym roku cena srebra się potroiła. Nie zachęcam do spekulacji i sprzedaży, kiedy taki produkt osiągnie odpowiednią wartość. Dlaczego? Ponieważ sprzedając, pozbywasz się jednego z niewielu dostępnych produktów, który utrzyma swoją wartość w nadchodzącym kryzysie. Otrzymasz za to papier zwany pieniędzmi podlegający znacznie większej inflacji, niż się do tego publicznie przyznaje.

Po lewej dzisiejszy wykres ceny uncji złota, po prawej srebra.
Widać wyraźnie grę dwóch grup tytanów. W tej grze w kotka i myszkę obracane są miliardy dolarów.
Jedni usiłują podnieść ceny kruszców, drudzy robią wszystko, co w ich mocy, by temu zapobiec.
Źródło.

Cena kruszcu wzrasta, kiedy pojawiają się kupcy na większą skalę. Spadek tej ceny jest skutkiem podaży – pojawienia się na rynku grupy sprzedających. Gdyby operowano jedynie kruszcem – fizycznym złotem, srebrem, platyną to ta zabawa dawno by się skończyła, ponieważ ilość metali szlachetnych jest ograniczona i nie można ich drukować jak pieniędzy. W zamian za to drukuje się certyfikaty, czyli nic innego jak gwarancje na papierze. Cóż one gwarantują? Dostawę kruszcu w konkretnie podanym terminie.

Problem leży w tym, że ten future market oferuje znacznie więcej takich „gwarancji”, niż jest na świecie w obiegu – łącznie z planowanym wydobyciem kopalń metali szlachetnych. Dlatego odpowiedź na pytanie, jak się ta zabawa skończy, jest prosta. Złoto i inne metale jak zwykle w historii ludzkości wygrają. Pytanie jest raczej, czy to oszustwo z certyfikatami, gdy zostanie zdemaskowane, spowoduje kryzys, czy też kryzys z innej przyczyny zakończy polowanie kota na myszy lub odwrotnie? Tak, mamy do czynienia z oszustwem certyfikatów. Nie pierwszym i nie ostatnim.

Nie obudzisz nikogo, kto chce spać.
Więc przestań się naginać.
Przestań tłumaczyć.
Przestań marnować energię.
Nie każdy jest gotowy na prawdę.
Nie każdy chce ją zobaczyć.
Niektórzy wolą trzymać się wygody niż wolności.
I to nie jest twoja walka.

Żyjemy w czasach, gdy maski opadają.
Kiedy kłamstwa się kruszą.
Kiedy systemy się chwieją.
Świat staje się głośny.
Niespokojny. Trzęsący się.
I wtedy ludzie zaczną zadawać pytania.
Nie dlatego, że ich przekonałeś.
Ale dlatego, że samo życie ich budzi.

Nie jesteś tu, żeby prawić kazania.
Jesteś tu, żeby stać.
Jasny. Przebudzony. Niewzruszony.
Bądź latarnią morską, a nie łodzią ratunkową.
Latarnia morska nikogo nie goni.
Ona stoi.
Ona płonie.
Pokazuje drogę.
Ci, którzy są gotowi, przychodzą z własnej woli.
A ci, którzy nie są, idą swoją drogą.

Zachowaj swoją energię.
Zachowaj swoje światło.
Zachowaj swoją prawdę.
Bo twoją największą siłą nie jest zmienianie innych.
Twoją największą siłą jest bycie sobą.

©Werner Schrägle. Źródło: Telegram 25.01.2026 r.

Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com

Trzy dekady na kolanach i po raz kolejny w ślepej uliczce.

– Część druga – Polska musi wybrać między USA a UE

============================

[Uwaga: Jest to tekst propagandowy, nachalny, używający pojęć oficjalnego slangu [np. Polacy, konserwatyści, liberałowie itp.] Sterowany od władz rosji. Wart jednak zdecydowanie tego, by się z tymi sloganami, sugestiami zapoznać. Cz. II. md]

anti-spiegel.ru/polen-muss-sich-zwischen-den-usa-und-der-eu-entscheiden

Trzy dekady na kolanach

Niedawna kłótnia w mediach społecznościowych między Nawrockim a Tuskiem na temat wywiadu Donalda Trumpa dla Fox News ujawnia głębię rozłamu. Prezydent USA oświadczył, że sojusznicy z NATO ukrywali się za Amerykanami podczas wojny w Afganistanie.

Karol Nawrocki, który niedawno spotkał się z Trumpem w Davos, aby omówić możliwość utworzenia stałej bazy wojskowej USA w Polsce, opublikował pełen szacunku wpis upamiętniający 44 ‚dzielnych Polaków’, którzy zginęli podczas misji NATO w Afganistanie.

Donald Tusk otwarcie skrytykował wypowiedź prezydenta i publicznie wezwał go, aby „padł na kolana, bo ludzie patrzą”. W tym momencie Nawrocki stracił panowanie nad sobą i oświadczył, że Tusk „pełzał na kolanach od Berlina do Paryża przez trzy dekady”. Według Nawrockiego premier „uklęknął nawet w Moskwie”. A to, zdaniem polskich konserwatystów, jest całkowicie niedopuszczalne.

Ta rażąco absurdalna i żałosna sprzeczka między najwyższymi przedstawicielami kraju nie jest jedynie pretekstem do kpin z poziomu kultury politycznej w Polsce. Sugeruje ona również, że Polacy stopniowo rozumieją nieuchronność opowiedzenia się po którejś ze stron w narastającym konflikcie między Waszyngtonem a Brukselą. Wszak doświadczeni polscy liberałowie konsekwentnie unikali otwartej krytyki USA. Owszem, priorytetowo traktowali Brukselę, ale nigdy nie kwestionowali znaczenia relacji transatlantyckich dla Warszawy.

Spotkanie Ursuli von der Leyen i Donalda Trumpa w Szkocji.

Spotkanie Ursuli von der Leyen i Donalda Trumpa w Szkocji

Teraz Tusk otwarcie prowokuje prezydenta, który próbuje bagatelizować negatywny wpływ wypowiedzi Trumpa na temat europejskich sojuszników. Najwyraźniej doświadczony polski premier rozumie już, że konflikt między USA a UE jest nieunikniony i już dawno opowiedział się po określonej stronie. Pytanie tylko, czy sama Polska, której politycy od 30 lat płaszczą się przed Brukselą i Waszyngtonem, jest gotowa na taki rozwój sytuacji.

Po raz kolejny w ślepej uliczce

Ciągle podkreślając ostry konflikt polityczny między liberalnym premierem a konserwatywnym prezydentem, Polacy mogą po prostu próbować odwlekać nieuniknione. Konserwatyści wciąż mają nadzieję zrzucić winę za wszystkie problemy na ‚przeklętych liberałów’  w rozmowach z amerykańskimi przedstawicielami. Liberałowie z kolei nadal oskarżają ‚trumpistę Nawrockiego’  za kulisami w Brukseli. Ale prędzej czy później będą musieli podjąć decyzję. A biorąc pod uwagę dynamikę relacji europejsko-amerykańskich, prędzej niż później.

Polacy po raz kolejny wmanewrowali się w strategiczny ślepy zaułek. Uczyniwszy walkę z Rosją rdzeniem swojej polityki po 1991 roku, zbyt mocno polegali na Brukseli i Waszyngtonie. Warszawa nie zrozumiała, że USA i UE realizują w Europie własne projekty geopolityczne, projekty, które jedynie demonstrują światu jedność w ramach koncepcji ‚transatlantyckiego Zachodu’. Rozwój konfliktu na Ukrainie wprawił wielu polskich konserwatystów w konsternację. Wbrew ich ocenie, to Unia Europejska znacząco przedłużyła konflikt w dłuższej perspektywie, podczas gdy Stany Zjednoczone pod rządami Trumpa wyrażały chęć kompromisu.

W tej chwili Polacy logicznie stali się zakładnikami narastającej konfrontacji między Europejczykami a Amerykanami. Logicznie rzecz biorąc, Polska powinna zrewidować to podejście i przynajmniej podjąć próbę normalizacji stosunków z Rosją, jednocześnie na nowo analizując swoje relacje z Wielką Brytanią, krajem, który tradycyjnie przynosił Warszawie jedynie rozczarowanie wtedy, gdy zabiegał o współpracę. Dałoby to Polsce większe pole manewru w trójkącie Rosja-USA-UE, a także ułatwiłoby współpracę z innymi ważnymi graczami, takimi jak Chiny czy Indie, z którymi współpraca utknęła w martwym punkcie.

Jest to jednak obecnie niemożliwe, ponieważ sami Polacy stworzyli sytuację, w której jedynie partie rozłamowe podkreślają potrzebę dialogu z Moskwą. Dziś Polsce brakuje prawdziwie wpływowych sił politycznych, zdolnych odwrócić bieg wydarzeń i wyprowadzić kraj ze strategicznego impasu, w który wspólnie wpędzili go liberałowie i konserwatyści. Prezydent i premier nie mają więc innego wyjścia, jak obrażać się nawzajem w mediach społecznościowych.

anti-spiegel.ru/polen-muss-sich-zwischen-den-usa-und-der-eu-entscheiden

Napisał: Dmitrij Buniewicz

Język niemiecki – opracował: Thomas Röper

Język polski – opracował: Zygmunt Białas

Polska musi wybrać między USA a UE

[Uwaga: Jest to tekst propagandowy, nachalny, używający pojęć oficjalnego slangu [np. Polacy, konserwatyści,liberałowie itp.] Wart jednak tego, by się z tymi sloganami zapoznać. Będzie cz. II md]

==========================================================

Polska musi wybrać między USA a UE – część pierwsza

anti-spiegel.ru/polen-muss-sich-zwischen-den-usa-und-der-eu-entscheiden

Thomas Röper: Polska różni się od innych krajów UE wewnętrznym podziałem politycznym – konserwatyści popierają USA, a liberałowie UE. Wkrótce jednak Polska będzie musiała wybrać kierunek.

Ostatnio często podkreślałem, że rozpad UE jest obecnie możliwy – przynajmniej w perspektywie średnio- i długoterminowej. Polska jest krajem, w którym podział ten jest szczególnie wyraźny. Rosyjski ekspert Dmitrij Buniewicz opublikował analizę na ten temat w rosyjskiej agencji informacyjnej TASS:

Dmitrij Buniewicz: Straciła orientację? Czy Polska przetrwa burzę między Trumpem a UE? – O zewnętrznych i wewnętrznych sprzecznościach w polskiej polityce

Małe i średnie kraje często borykają się dziś nie tylko z konfliktami wewnętrznymi, ale także z narastającymi napięciami między globalnymi graczami. Polska nie jest wyjątkiem. Na przykład niedawna inicjatywa prezydenta USA dotycząca powołania Rady Pokoju, która spotkała się z chłodnym przyjęciem w UE i Wielkiej Brytanii, wywołała kolejną falę napięć między polskim konserwatywnym prezydentem Karolem Nawrockim a liberalnym rządem Donalda Tuska.

Rada niezgody

Prezydent, który liczył na zbudowanie szczególnie zaufanych relacji z prezydentem USA, opartych na wspólnej ideologii, zaczął rozważać zaproszenie Polski do Rady Pokoju. Z gabinetu premiera wybuchł natychmiastowy, pełen oburzenia protest: prezydent nie miał prawa podejmować takich decyzji bez zgody parlamentu i rządu. Potem zapadła niezręczna cisza.

Postępując w ten sposób, Polacy jednocześnie rozgniewali swoich partnerów z UE i nie zadowolili Donalda Trumpa. Co więcej, po raz kolejny zademonstrowali światu swoje wewnętrzne konflikty polityczne. Polski minister finansów ostatecznie próbował zbagatelizować problem, powołując się na ubóstwo. Twierdził, że Polska nie ma miliarda dolarów potrzebnych na członkostwo w Radzie Pokoju.

Ta różnica interesów dobitnie ilustruje fundamentalny problem, z jakim boryka się dziś Polska: i tak już krucha równowaga polityczna w Warszawie może się załamać w każdej chwili z powodu coraz wyraźniejszego podziału transatlantyckiego.

Nieprzyjazne cielę, Bruksela i Waszyngton

Przez dekady Polska była tradycyjnie uważana za ważnego sojusznika USA w Europie i służyła Waszyngtonowi, w pewnym sensie, jako ‚koń trojański’  w UE. Krytycy często jednak nazywali Warszawę ‚amerykańskim osłem’  na Starym Kontynencie. W epoce ukrytej konkurencji między UE a USA, Polska wykorzystywała swoją strategiczną pozycję do zdobywania przewagi w polityce zagranicznej, wspierając amerykańskie interesy, a jednocześnie uczestnicząc w strukturach europejskich. Jednak wraz z eskalacją globalnych napięć sytuacja uległa zmianie.

Powrót Donalda Trumpa do Białego Domu zaostrzył konflikt między UE a USA. W 2025 roku wiceprezydent J.D. Vance zaatakował w Monachium nie tylko politykę UE, ale także jej wartości, a w 2026 roku sam Trump zaatakował je w Davos. Nie chodzi tu tylko o agresywną retorykę; Europejczycy są o wiele bardziej zaniepokojeni amerykańskimi ambicjami zdobycia kontroli nad Grenlandią.

Karol Nawrocki i Donald Tusk

Podczas gdy zachodni Europejczycy próbują przeciwstawić się ambicjom Waszyngtonu, Polacy ponownie się wahają. Nawrocki deklaruje w istocie, że kwestia Grenlandii jest sprawą bilateralną między USA a Danią, którą Kopenhaga i Waszyngton mogłyby rozwiązać samodzielnie. Były przewodniczący Rady Europejskiej Tusk oczywiście nie podziela tego stanowiska: „Dania może liczyć na solidarność całej Europy; nie ma co do tego wątpliwości”.

Ale wątpliwości są, i to jakie! I nie kto inny, jak prezydent Polski je wyraża

W Warszawie naturalnie regularnie toczą się spory o priorytety polityki zagranicznej kraju. Co powinno mieć pierwszeństwo: solidarność europejska czy ‚specjalne stosunki’  z Waszyngtonem?

Polacy próbowali nawet wykorzystać swoją niepewną sytuację na swoją korzyść w polityce zagranicznej. Proamerykańscy konserwatyści przekonali swoich sojuszników za granicą, że Polska może stać się bastionem atlantyzmu w Europie, jeśli Waszyngton poprze ambitne projekty, takie jak Inicjatywa Trójmorza, a także pomoże wzmocnić polską armię.

Tusk i liberałowie z kolei argumentowali w Brukseli, że Polsce należy przyznać jak najwięcej funduszy europejskich i zapewnić jej ustępstwa w kwestiach migracyjnych, w przeciwnym razie może stać się liderem anty-brukselskiej rewolty. Polska proeuropejska natomiast stałaby się najważniejszym filarem UE na jej wschodniej flance i rozszerzyłaby swoje wpływy na obszarze postradzieckim, na przykład poprzez Partnerstwo Wschodnie.

Ta uproszczona polityka pozwoliła nielubianemu polskiemu cielęciu zyskać przychylność zarówno Amerykanów, jak i Europejczyków. Pomimo wzajemnej niechęci, liberałom i konserwatystom w Warszawie udało się zorganizować pewien podział pracy, który zabezpieczał ich interesy na arenie międzynarodowej. Jednak wraz z pojawieniem się otwartego podziału transatlantyckiego, Polacy muszą podjąć decyzję, co oznacza nieuchronny konflikt z jednym z centrów władzy – europejskim lub amerykańskim.

Napisał: Dmitrij Buniewicz anti-spiegel.ru/polen-muss-sich-zwischen-den-usa-und-der-eu-entscheiden/

Język niemiecki – opracował: Thomas Röper

Język polski – opracował: Zygmunt Białas

PS. Część druga artykułu ukaże się w ciągu kilkunastu godzin 🙂

Polska wymiera szybciej niż najbardziej pesymistyczne prognozy przewidziały

Co za rekord! Tylko, że ponury.

Ogromny spadek urodzeń,

Polska wymiera

szybciej niż zakładano

polska-wymiera-szybciej-niz-zakladano

Główny Urząd Statystyczny poinformował, że w listopadzie 2025 roku urodziło się w Polsce 17 tysięcy dzieci. To ogromny spadek względem listopada roku 2024. Przyszłość Polski wygląda coraz czarniej.

W listopadzie 2025 roku zmarło 30,5 tysiąca osób, ale urodziło się już tylko 17 tysięcy dzieci. W tym samym miesiącu roku 2024 na świat przyszło 18,6 tys. dzieci. W 2025 roku urodziło się zatem w tym miesiącu aż o 8,6 proc. mniej dzieci.

Licząc z listopadem 2025 łącznie, w ciągu 12 miesięcy urodziło się w Polsce 238,7 tysiąca dzieci, podczas gdy zmarło 405,7 tys. osób.

Jak wskazują demografowie, spadek liczby urodzeń w Polsce jest dramatycznie szybki. Znacząco wyprzedza prognozy Głównego Urzędu Statystycznego formułowane w ostatnich latach. Zgodnie z prognozami tak niską liczbę urodzeń Polska powinna odnotować dopiero w roku 2057. Tymczasem „osiągnęła” ją już w roku 2025. Zgodnie z dawnymi prognozami GUS, w Polsce miało się urodzić w 2025 roku 294 tysiące dzieci. Różnica między prognozami a rzeczywistością jest zatem bardzo poważna.

Wskaźnik dzietności w Polsce wyniósł już w 2024 roku zaledwie 1,099 dziecka na kobietę. W roku 2025 będzie z całą pewnością jeszcze niższy.

Z kryzysem demograficznym boryka się wprawdzie cały świat, ale prawie nigdzie sytuacja nie jest tak zła, jak w Polsce.

Gorzej jest tylko w kilku krajach azjatyckich – Korei Południowej, Hongkongu, Tajwanie, Singapurze czy – uwaga – w Chinach.

W absolutnej większości państw świata sytuacja jest lepsza niż w Polsce – również w Europie. Nie wynika to tylko z migracji muzułmańskiej ani z zamożności. Więcej dzieci rodzi się w imigranckich Niemczech i Francji, znacznie mniej imigranckich Włoszech czy Hiszpanii – czy w krajach biedniejszych od Polski i zarazem bez migrantów, jak Bułgaria, Rumunia, Węgry, Słowacja czy Czechy.

Polska wymiera niemal najszybciej na świecie. Demografowie zastanawiają się, jakie są tego przyczyny. Tradycyjne wyjaśnienia mówiące o problemach z przedszkolami czy mieszkaniami są wskazywane coraz rzadziej – wymienia się je najwyżej jako kwestie dodatkowe. Wydaje się, że podstawową przyczyną jest niechęć do posiadania dzieci ze względu na chęć korzystania z życia w modelu wysoce konsumpcyjnym.

Źródła: X, PCh24.pl Pach

O rewolucji przeciw ludzkości

O rewolucji przeciw ludzkości – Bartosz Kopczyński

NISZCZY NAS LUCYFER. KOPCZYŃSKI O REWOLUCJI PRZECIWKO LUDZKOŚCI

Bartosz Kopczyński to kolejny gość programu PRZEpytanie. Rozmowę prowadzi Bartłomiej Graczak.

==========================

================================================

==========================

Rewolucja Bachantek

Druga część głośnego bestsellera „Poradnik świadomego narodu”

Kontynuacja przełomowej diagnozy polskiej debaty publicznej

„Poradnik świadomego narodu” to cykl, który od początku miał dawać odpowiedzi i otwierać przestrzeń prawdziwej dyskusji. Pierwsza część – „Historia debilizacji” – stworzyła wyłom w murze zafałszowanej debaty publicznej, łącząc myśl Krzysztofa Karonia i Romana Dmowskiego. Dzięki temu zyskała uznanie m.in. Grzegorza Brauna i stała się czymś znacznie większym niż zbiorem trafnych spostrzeżeń – była lekcją świadomości dla współczesnych Polaków.

Demaskacja systemu ogłupiania

W drugiej odsłonie cyklu Bartosz Kopczyński ponownie stawia odważną diagnozę. Autor opisuje mechanizmy funkcjonowania systemu, który – jego zdaniem – od lat osłabia tożsamość narodową Polaków i prowadzi do społecznej dekadencji. Podważa utarty obraz instytucji nazywanej „systemem edukacji”, wskazując jej destrukcyjny wpływ na kolejne pokolenia.

Rewolucja kulturowa i jej skutki

Kopczyński analizuje współczesne konflikty społeczne, medialne narracje oraz procesy, które wpływają na rozpad wspólnoty narodowej. W książce podejmuje temat zmian obyczajowych i kulturowych, które – według autora – stały się jednym z głównych narzędzi destabilizacji społecznej.

Najbardziej radykalna odpowiedź na współczesne ideologie

„Rewolucja bachantek” to – jak podkreśla autor – najmocniejsza, najbardziej bezkompromisowa krytyka współczesnych ideologii genderowych i feministycznych w polskiej literaturze publicystycznej.

To książka, która rzuca wyzwanie dominującym narracjom i proponuje strategię kontrataku dla tych, którzy chcą bronić tradycyjnego ładu.


Przedsprzedaż – wysyłka po 12 grudnia!!!!

Szukasz rzutkiego pracownika / współpracownika – napisz!

Wyróżnione

Pozwolę sobie, dzięki uprzejmości Profesora , któremu pomagam ze stroną, zamieścić mały anons.

Pracuję obecnie dla niemieckiej firmy częściowo w Polsce, jak i w centrali na terenie Niemiec. Praca sama w sobie jest ciekawa ale chciałbym coś zmienić, chciałbym nowych, ciekawszych wyzwań (nie musi być koniecznie w niemieckim korpo). Może ktoś czytelników Profesora chciałby nawiązać współpracę?

Coś o mnie:

Wiek 44 lata. Jestem absolwentem AGH wydział EAIiB (Informatyka), biegle posługuję się angielskim i niemieckim w mowie i piśmie. Przez ostatnie 10 lat pracowałem w logistyce m.in dla niemieckiej firmy przy planowaniu, przygotowaniu pozwoleń i transportu dźwigów dla Liebherr i Manitowoc czy innych producentów na terenie EU.  Przez 20 lat prowadziłem własną działalność związaną z elektro-akustyką. Jestem bardzo komunikatywny, szybko i łatwo nawiązuję kontakty z ludźmi. Mam dużą znajomość zagadnień informatycznych (języki C# i PHP, budowa stron internetowych). W zasadzie mam taki charakter, że mogę zająć się dowolną pracą – nie znam się? To się chętnie nauczę – nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Nie boje się podejmowania decyzji i jestem przyzwyczajony do działania w stresie.

Mogę pracować dla przedsiębiorców z Polski, a także z całego świata.

Jeżeli ktoś ma propozycję dla mnie to proszę o wiadomość na @ podany w zakładce Kontakt. Oddzwonię lub odpisze.

W Lubaniu Anna Płotnicka-Mieloch też chce zabijać dzieci. Tu ma być nowe abortorium dla Gizeli

===============================

Aborcja to czyste [brudne, szatańskie ! md] okrucieństwo, a lobby LGBT krzywdzi dzieci.

========================================

RatujŻycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Prezes spółki-zarządcy szpitala w Lubaniu Anna Płotnicka-Mieloch próbowała usunąć zgromadzenie prolife spod swojej placówki. Tak zaczęła się akcja w obronie życia, która pokazała, jak bardzo władze szpitala boją się prawdy o aborcji i… modlitwy za nienarodzone dzieci.

Po Oleśnicy nowym centrum aborcji ma stać się szpital w Lubaniu na Dolnym Śląsku. Łużyckie Centrum Medyczne, które zarządza tą placówką, planuje ściągnąć do siebie Gizelę Jagielską – znaną z aborcji w Oleśnicy. Sama Jagielska deklaruje, że chce pracować tam, gdzie dyrekcja pozwoli jej robić dokładnie to samo, co wcześniej, czyli także aborcje. Nic dziwnego, że wśród pacjentów i personelu wybuchł niepokój – do Fundacji dzwonią zarówno pracownicy ośrodka w Lubaniu, jak i mieszkańcy tego miasta i okolic. I proszą o pomoc.

W sobotę, 24 stycznia 2026 r., niemal sto osób z Lubania i pobliskich miejscowości  (m.in. ze Zgorzelca, Olszyny Lubańskiej i Bolesławca) zebrało się pod szpitalem na  Publicznym Różańcu i pikiecie antyaborcyjnej. Mieszkańcy jasno powiedzieli, że nie chcą, by z ich lecznicy zrobiono kolejne abortorium.

Reakcja władz szpitala i lokalnych urzędników była znamienna. Najpierw przedstawiciel gminy podszedł do koordynatora Fundacji i zaczął wyznaczać mu, w którym miejscu chodnika może stać. Następnie pytał, jaki jest cel pikiety – choć w Polsce jest wolność słowa i urzędnikom nic do tego, za czym lub przeciw czemu manifestują ludzie.

Następnie na miejsce przyszła sama prezes Płotnicka-Mieloch. Krzyczała na uczestników, że nie dała im zgody na organizację modlitwy i żądała opuszczenia chodnika. Zapytana publicznie o to, kiedy zaczyna się życie człowieka, odkrzyknęła lekceważąco: „po porodzie”. To dokładnie te same słowa, które wcześniej słyszeliśmy z ust Gizeli Jagielskiej.

W identycznym tonie wypowiadał się też Dariusz Kostrzewa – prezes szpitala na Zaspie w Gdańsku (dzieci przed narodzinami „nie są naszymi pacjentami”). Te same słowa, ta sama ideologia, ten sam schemat odczłowieczania ludzi, dopóki są jeszcze bardzo mali i bezbronni…

Zwolennicy aborcji muszą w ten sposób usprawiedliwiać swoją działalność. Skutki już znamy: dzieci zabijane w II i III trymestrze ciąży, jak mały Felek w 37. tygodniu of poczęcia, oraz wiele innych ofiar w Oleśnicy i na Zaspie. 

Czy Lubań będzie następny?

Dlatego działamy – zdecydowanie i konsekwentnie. Koordynatorzy Fundacji idą w najtrudniejsze warunki i zawsze są na pierwszej linii w obronie życia. Jeśli Gizela Jagielska rozpocznie działalność w Lubaniu, Publiczne Różańce i pikiety będą organizowane regularnie. Nie zostawimy mieszkańców samych, a prawda o tym, czym jest aborcja, będzie wybrzmiewać głośno i bez niedopowiedzeń.

Wszystkie działania podejmujemy dzięki Panu i także w Pańskim imieniu. Dziękuję, że jest Pan z nami.

Z wyrazami szacunku,

Krzysztof Kasprzak
Krzysztof Kasprzak
Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

PS – Nie dziwię się pracownikom szpitala w Lubaniu ani jego pacjentom. Bardzo się boją, że za chwilę mogą mieć za ścianą miejsce kaźni niewinnych dzieci

WSPIERAM

NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

RatujŻycie.pl

Polexit! Uciekajmy z UE i to najszybciej jak tylko się da!

Polexit! Uciekajmy z UE i to najszybciej jak tylko się da!

krzysztofjaw


krzystofjaw/polexit-uciekajmy-z-ue-i-to-najszybciej-jak-tylko-sie-da

09 stycznia 2026 roku prezydent Karol Nawrocki powołał w skład Rady Parlamentarzystów przy Prezydencie m.in. niedawnego ministra d.s. zagranicznych oraz ministra d.s. UE w rządach M. Morawieckiego Szymona Szynkowskiego vel Sęk, który onegdaj stwierdził był, że trzeba być w UE, żeby ją zmienić: „W Unii Europejskiej nie tylko warto być, ale trzeba być. Jeżeli jesteśmy odpowiedzialni za Europę – a czujemy się jako państwo z ponadtysiącletnią historią odpowiedzialni nie tylko za Unię Europejską, ale za Europę, za jej przyszłość – to Unię trzeba starać się zmieniać; ścieżkę jej rozwoju korygować w taki sposób, żeby Europa w przyszłości nie uległa tym wszystkim negatywnym zjawiskom. Bo jeśli ulegnie, to skutki tego odczuje również Polska [1]”.

Panie ministrze! Biorąc pod uwagę fakt, że Unia Europejska oraz państwa zrzeszone w bloku MERCOSUR (Brazylia, Argentyna, Urugwaj i Paragwaj) podpisały umowę, która oznacza de facto koniec europejskiego rolnictwa to mam nadzieję, że już Pan zrozumiał, że to, co Pan mówił było naiwną mrzonką. Mało tego! UE – mimo udowodnionej bezsensowności – brnie dalej w klimatyczny fanatyzm, Zielony Ład, Globalne Ocieplenie, redukcję CO2, w jakieś ETES-y (1 lub 2) czy w OZE. A do tego wtłacza też w umysły Europejczyków chore postkomunistyczne i lewackie idee… od gender po LBGTQ+.

Obecnego więc kierunku rozwoju UE nie da się zmienić od środka, nie da się UE zawrócić do stanu dobrowolnego związku niepodległych i suwerennych państw, tzw. Europy Ojczyzn. Trzeba być naprawdę w balonie jakiejś „political fiction”, aby w taką zmianę wierzyć.

Są jakieś przebłyski otrzeźwienia unijnych elit jak np. skuteczna próba odsunięcia umowy z krajami MERCOSUR o 2 lata, co było możliwe dzięki jej zaskarżeniu do TSUE. Tyle tylko, że już Niemcy gaworzą, iż i tak doprowadzą do jej obowiązywania zgodnie z pierwotnym terminem. A ponadto co to jest 2 lata jeżeli nad tą umową pracowano z determinacją niemal od ćwierćwiecza… Czy jest jakaś szansa na wyrzucenie tej umowy do kosza? Nie ma żadnej!

A i jeszcze niemiecka szefowa KE w UE Pani Ursula von der Leyen raczyła poinformować, że podpisała też podobną umowę z Indiami, którą nazwała „matką wszystkich umów”. Co tam jeszcze ma w swoim koszyczku z „niespodziankami”?

Ogólnie elity UE pod wodzą Niemiec, Francji i Niderlandów od dziesiątków lat budują Jedne Sfederalizowane i Scentralizowane Państwo Europa ze stolicą tak naprawdę w Berlinie i ewentualnie z jakimiś odgałęzieniami w Brukseli. Europejski Bank Centralny (EBC) mieści się przecież w Niemczech a to jest najważniejsza instytucja unijna strefy Euro, do której na szczęście nie weszliśmy i wierzę, że nie wejdziemy [2, 3].

Wchodząc do UE wyobrażaliśmy sobie, że ona będzie dla nas ostoją zachodniego bogactwa. Po latach bycia pod wpływem Rosji Sowieckiej myśleliśmy, że nasza bytność w UE jest dla nas historycznie oczywista, bo zawsze tą Europą byliśmy. Pragnęliśmy swobodnie podróżować po Europie i w niej też mieć możliwość zatrudnienia za o wiele większe pieniądze niż w kraju. Ostatecznie też sądziliśmy, że UE jest gwarancją naszej suwerenności i niepodległości oraz liczyliśmy na ogromne unijne finansowe wsparcie, które pozwoliłoby uczynić naszą Polskę bogatą i zasobną.

Jednak ogólnie nasze wyobrażenie o UE było takie, że jest to twór podobny do EWG, gdzie najważniejszymi elementami była wolność europejskiego przepływu: ludzi, kapitału i dóbr oraz usług. Tak sobie wyobrażaliśmy tą UE, do której wstępowaliśmy. I w sumie wtedy ona mniej więcej taka była, choć już wtedy można było zauważyć, że staje się lub może stać się poniekąd drugim ZSRR.

Dzisiaj UE jest czym innym niż była w w 2003 czy 2004 roku, kiedy do niej wstępowaliśmy. Ciekawe jakie wtedy byłyby wyniki naszego referendum akcesyjnego, gdyby Polakom zadano pytanie, które dziś jest aktualne i właściwe:

„Czy wyraża Pani/Pan zgodę na przystąpienie Polski do UE, która będzie dążyła do zbudowania Jednego Sfederalizowanego i Scentralizowanego Państwa Europa ze stolicą w Berlinie a tym samym godzi się Pani/Pan na utratę polskiej suwerenności i niepodległości?”

Ja wtedy podejrzewałem, że w takim niewłaściwym kierunku będzie zmierzać UE i dlatego w 2003 roku w referendum akcesyjnym głosowałem „przeciw”, bo zdawałem sobie już wtedy sprawę, że budowane jest drugie ZSRR, czyli Związek Socjalistycznych Republik Europejskich (ZSRE) wedle zapisów „Manifestu z Ventotene” autorstwa przede wszystkim komunisty A. Spinellego [4] oraz ideach takich komunistów jak A. Gramsci (komunistyczny „marsz przez instytucje”) [5] czy wytycznych tzw. marksistowskiej, niemieckiej Szkoły Frankfurckiej [6].

Mogę więc powiedzieć, że mam czyste sumienie, bo nie uległem powszechnej prounijnej propagandzie i w referendum akcesyjnym głosowałem „przeciw”, ale naprawdę nie cieszę się z tego mojego czystego sumienia, bowiem niestety obrany kierunek rozwoju UE jest taki, którego wtedy się ogromnie bałem. A tym kierunkiem – powtórzę już nie wiem, który raz – jest budowa lewackiego Jednego Państwa Europa ze stolicą w Berlinie, no może wspólnie z Brukselą, bo tam są bizantyjskie budynki i budowle wybudowane dla postkomunistycznych elit całej UE.

Jednak tak naprawdę ta budowa Jednego Sfederalizowanego i Scentralizowanego Państwa Europa była prowadzona „krok po kroczku” i niejako „w ukryciu”. Dopiero bowiem 1 marca 2017 roku KE „odkryła karty” i formalnie w tzw. „Białej księdze w sprawie przyszłości UE” [7] jednoznacznie wymieniła tylko jedno źródło ideowe jej dalszego rozwoju – właśnie napisany w duchu ideologii marksistowskiej Manifest z Ventotene. Jego autorzy zakładają federalizację i centralizację Europy, niezależnie od woli mieszkańców kontynentu.

Tak dygresyjnie… Jakże symptomatyczne jest to totalitarne określenie „niezależnie od woli mieszkańców kontynentu” i jakże podobne do określenia twórcy ideowego nazizmu i komunizmu Karola Marksa: „Klasy i rasy, które są zbyt słabe, żeby opanować nowe warunki życia, muszą zniknąć…” [8].

Warto też wiedzieć, że w umowie koalicyjnej obecnego rządu w Niemczech zawarto postulat dążenia do zbudowania takiego jednego scentralizowanego i federacyjnego państwa Europa.

Realizacja postulatu federalizacji i centralizacji oczywiście oznacza ni mniej ni więcej jak likwidację suwerennych i niepodległych państw europejskich, które w nowym Związku Socjalistycznych Republik Europejskich (ZSRR – bis) będą odgrywały rolę landów/województw/republik.

Naprawdę. W 2003 roku głosowaliśmy a w 2004 roku przystępowaliśmy do innej UE niż jest dzisiaj a do tego dochodzą jeszcze inne uwarunkowania geopolityczne, które wyrażają się np. poprzez hipotetyczne porozumienie między Niemcami i Rosją mające na celu podział wpływów tych krajów w Europie. Niemcy mają dominować – poprzez sfederalizowane i scentralizowane jedno państwo europejskie – w krajach, które dziś lub w przyszłości są (będą) członkami Unii Europejskiej, natomiast wpływy Rosji mają po ich zachodniej stronie obejmować m.in. Ukrainę i Białoruś. A wszystko ma zmierzać do budowy Eurazji od Władywostoku do Lizbony.

Także Panie ministrze! Jest Pan blisko naszego Prezydenta i wierzę, że już może Pan swobodnie mu doradzać wiedząc, że Polska ma tak naprawdę dwa wyjścia: albo czekać cierpliwie na samoistny upadek dzisiejszej UE, czyli Euroexit albo po prostu dokonać Polexitu! Pierwszy sposób na bycie w UE jest bezsensowny, bo zanim UE upadnie to jeszcze zdąży narobić zbyt wiele szkód. Zostaje więc Polexit!

Ja o wyjściu z UE gaworzę już od lat a tym samym nie podzielam opinii, że w UE trzeba być, żeby ją zmienić. Jej się nie da zmienić i trzeba zrobić wszystko, żeby upadła nawet przez nasz Polexit! Wtedy będzie można zbudować coś nowego i racjonalnego, np. w stylu EWG-bis czy Międzymorza. Tym bardziej, że następuje nowy podział świata inspirowany przez Prezydenta USA D. Trumpa i jego administrację.

Tak… będzie to proces trudny, bo przez lata Polacy niemal w 90% chcieli być w UE, ale na szczęście się to zmienia i to dość radykalnie – już 25% Polaków poddaje w wątpliwość sens naszego uczestnictwa w tej niemiecko-francuskiej i antypolskiej organizacji….

[1] wnp.pl/wiadomosci/minister-ds-ue-warto-i-trzeba-byc-w-unii-by-starac-sie-ja-zmieniac

[2] Co nas czeka po likwidacji gotówki i rewolucji neomarksistowskiej? – czytaj: krzysztofjaw.blogspot.com/2021/01/co-nas-czeka-po-likwidacji-gotowki

[3] Dlaczego posiadanie własnej waluty jest koniecznością? – czytaj: https://krzysztofjaw.blogspot.com/2021/01/dlaczego-posiadanie-wasnej-waluty-jest.html

[4] osrodekanaliz.pl/publikacja/altiero-spinelli-ernesto-rossi-manifest-z-ventotene

[5] .wikipedia.org/wiki/Antonio_Gramsci

[6] wikipedia.org/wiki/Szko%C5%82a_frankfurcka

[7] ec.europa.eu/biala_ksiega_w_sprawie_przyszlosci_europy – warto naprawdę przeczytać ten komunistyczny bełkot.

[8] http://krzysztofjaw.blogspot.com/2011/08/dzien-wojska-polskiego-i-syjo-sowiecko.html

Koszt wody wodociągowej i gazu

Koszt wody wodociągowej, 1 m3, w Warszawie od 2001 – 2026

Grok odpowiada:

woda ścieki suma +VAT

2012 – maj 2018~4,50–4,70~6,80–7,00~11,30–11,70~12,20–12,60Bardzo stabilna cena przez lata
czerwiec 2018 – styczeń 20234,125,009,129,85Obniżka o ~14% w 2018 r. (najtańsza w ostatnich 20 latach)
styczeń 2023 – styczeń 2024~4,29~6,59~10,88~11,75Minimalna podwyżka po wielu latach
styczeń 2024 – lipiec 20244,546,9211,46~12,38Kontynuacja starej taryfy
12 lipca 2024 – 11 lipca 20255,037,6812,7113,72Nowa 3-letnia taryfa – I rok
12 lipca 2025 – 11 lipca 20265,468,3313,7914,90II rok taryfy (aktualna w styczniu 2026)
od 12 lipca 20266,359,6816,03~17,31III rok taryfy (planowany)

==============================================

Najważniejsze wnioski (2026 perspektywa):

  • W styczniu 2026 płacisz 14,90 zł brutto za 1 m³ (woda + ścieki).
  • Od lipca 2026 planowana jest kolejna podwyżka do ok. 17,30 zł brutto.

==================================================

Zmiany cen gazu (pełny koszt za 1 m³ brutto) od ~2000 r. do 2026 r.

==============================

Historia cen jest trudna do dokładnego odtworzenia dla lat 2000–2010 (wiele starych taryf niepublikowanych online, ceny stabilne i niskie), ale oto przybliżone średnie wartości dla gospodarstw domowych z ogrzewaniem (pełny rachunek, brutto, w zł/m³):

Rok / okresPrzybliżona cena brutto za 1 m³ (pełny rachunek)Zmiana vs poprzedni okres% zmiana vs 2000 r. (przybliżona)Uwagi
~2000–20051,20–1,60 zł0% (punkt odniesienia)Bardzo niskie ceny, głównie import z Rosji
2006–20101,80–2,40 zł+50–80%+50–100%Wzrost po liberalizacji i droższej ropie
2011–20152,40–2,90 zł+20–30%+100–140%Stabilizacja, potem wzrost
2016–20192,60–3,10 zł+5–15%+110–160%Niskie ceny hurtowe
20202,50–2,90 zł–5–10%+100–140%Spadek przez pandemię
20213,00–3,80 zł+20–40%+150–220%Początek wzrostu
20226,00–8,00+ zł (szczyt nawet >10 zł bez zamrożenia)+100–200%+400–600%Kryzys energetyczny, wojna
2023 (zamrożenie)~3,00–3,50 zł (efektywnie)–50–60%+150–200%Maks. cena 200,17 zł/MWh
2024 (po zamrożeniu)4,50–5,50 zł+40–60%+250–350%Powrót do taryf rynkowych
2025 (I połowa)~4,80–5,50 zł+5–15%+280–350%Taryfa 239 zł/MWh
2025/2026 (od lipca 2025)4,30–4,70 zł (aktualne)–10–15%+220–300%Obniżka o ~14,8%, najniższa od 2022 r.

========================================

Kluczowe wnioski (2026 perspektywa):

  • Od ~2000 r. cena gazu wzrosła realnie 2,5–4 razy (220–300%), ale największe skoki były w 2021–2022 (+200–400% w szczycie).
  • Po kryzysie 2022 r. ceny spadły dzięki regulacjom i niższym cenom hurtowym (TTF), ale nadal są 2–3 razy wyższe niż w latach 2000–2015.
  • Od lipca 2026 r. możliwa kolejna zmiana taryfy (URE zatwierdzi nową) – prognozy wskazują na stabilizację lub lekki wzrost (ETS2 od 2027/2028 dodatkowo +0,5–1 zł/m³).
  • ===============================================
  • A zaciekawiłem się, bo nagle zapłaciłem 600 za wodę, gdy w lecie, przecież podlewaliśmy ogródek, płaciłem 200.
  • Za grzanie rok temu płaciłem ok. 2.5, a teraz – za ciepłą jeszcze połówkę zimy – wybuliłem 4.600..
  • md

Polska zostanie na stałe przy czasie letnim już w 2026 roku. Czy to koniec z idiotycznym przestawianiem zegarków?

Polska zostanie na stałe przy czasie letnim

już w 2026 roku.

Czy to koniec z idiotycznym

przestawianiem zegarków?

28/01/2026 polska-zostanie-przy-czasie-letnim-juz-w-2026-roku-czy-koniec-z-idiotycznym

Polityka

Źródło: AI Generated

Polska podjęła przełomową decyzję, która zakończy erę sezonowych zmian czasu. Według najnowszych informacji, nasz kraj planuje na stałe pozostać przy czasie letnim, a ostatnie przestawienie zegarków ma nastąpić 29 marca 2026 roku. To efekt wieloletnich starań i nowej inicjatywy legislacyjnej, która zyskała szerokie poparcie zarówno wśród społeczeństwa, jak i polityków.

Polskie Stronnictwo Ludowe, będące częścią koalicji rządzącej, złożyło w kwietniu 2025 roku projekt ustawy do Sejmu, proponujący wprowadzenie stałego czasu środkowo-europejskiego letniego (UTC+2) przez cały rok. Inicjatywa ta wpisuje się w szerszą debatę europejską na temat zniesienia zmian czasu, która trwa od kilku lat, ale do tej pory nie przyniosła konkretnych rezultatów.

Kluczowym momentem dla przyspieszenia prac nad zniesieniem zmian czasu stała się polska prezydencja w Radzie Unii Europejskiej, która rozpoczęła się 1 stycznia 2025 roku. Rząd wykorzystał tę okazję, aby umieścić kwestię zniesienia sezonowych zmian czasu wśród priorytetów swojej prezydencji. Działania Polski zyskały poparcie Komisji Europejskiej, która również dąży do przełamania „impasu” legislacyjnego istniejącego od 2019 roku.

Minister Rozwoju Krzysztof Paszyk uzyskał w marcu 2025 roku wsparcie od europejskiego komisarza ds. zrównoważonego transportu Apostolosa Tzitzikostasa, który zgodził się, że potrzebne są „nowe pomysły”, aby przełamać dotychczasowy brak postępów w tej sprawie. To otworzyło drogę do bardziej zdecydowanych działań na poziomie unijnym.

Polska inicjatywa wpisuje się w szerszy kontekst europejskich dyskusji. Debata na temat zniesienia zmian czasu nabrała tempa w 2018 roku, gdy Komisja Europejska przeprowadziła konsultacje społeczne. Wzięło w nich udział 4,6 miliona obywateli UE, z czego aż 84% opowiedziało się za rezygnacją z przestawiania zegarków. Parlament Europejski w 2019 roku zagłosował za zniesieniem tej praktyki od 2021 roku, jednak brak porozumienia wśród państw członkowskich w Radzie UE zablokował wdrożenie tej decyzji.

Główną przeszkodą w osiągnięciu unijnego konsensusu był brak zgody co do wyboru jednolitego czasu – niektóre kraje, jak państwa skandynawskie, preferowały czas zimowy, inne, w tym Polska, optowały za czasem letnim. Ta rozbieżność stanowisk doprowadziła do wieloletniego zastoju w procesie legislacyjnym.

Polska decyzja o jednostronnym wprowadzeniu stałego czasu letniego jest odważnym krokiem, który może zainspirować inne kraje członkowskie do podobnych działań. Jednakże eksperci podkreślają, że kluczowa będzie koordynacja z sąsiednimi państwami, aby uniknąć zakłóceń w transporcie i handlu transgranicznym.

Według dostępnych informacji, ostatnia zmiana czasu w Polsce nastąpi w nocy z 28 na 29 marca 2026 roku. Wtedy to o godzinie 2:00 zegarki zostaną przesunięte na godzinę 3:00, przechodząc na czas letni – i w nim pozostaną na stałe. Oznacza to, że jesienią 2026 roku Polacy po raz pierwszy od dekad nie cofną wskazówek zegarów.

Wprowadzenie stałego czasu letniego niesie ze sobą liczne korzyści, ale również pewne wyzwania. Do zalet należy zaliczyć dłuższe wieczory, co może przyczynić się do zwiększenia aktywności fizycznej po pracy, poprawy samopoczucia i potencjalnych oszczędności energii. Badania wskazują również na pozytywny wpływ na zdrowie psychiczne, dzięki redukcji zaburzeń rytmu dobowego wywołanych zmianami czasu.

Polska decyzja, choć podjęta na poziomie krajowym, ma na celu przełamanie europejskiego impasu i zachęcenie innych państw członkowskich do podobnych działań. Pełna stabilizacja systemu czasu w Europie może nastąpić do 2029 roku, gdy UE ujednolici swoje podejście do tej kwestii. [Jeśli UE dotrwa… md]

Wprowadzenie stałego czasu letniego to odpowiedź na wieloletnie postulaty społeczeństwa, które w zdecydowanej większości opowiada się za zniesieniem uciążliwych zmian. To także krok w kierunku nowoczesnych rozwiązań, lepiej dostosowanych do współczesnego stylu życia i potrzeb obywateli.

Ostateczna implementacja tej zmiany będzie wymagała jeszcze dopracowania szczegółów technicznych i logistycznych, ale kierunek został już jasno wytyczony. Po latach niepewności i debat, Polska zdecydowała się na „odważny krok”, który może stać się początkiem końca sezonowych zmian czasu w całej Europie.

Źródła:

https://notesfrompoland.com/2025/03/28/poland-pushes-for-…

https://www.tvpworld.com/83141126/polish-eu-presidency-to…

https://timeuse.barcelona/members-of-the-european-parliam…

https://tvpworld.com/83151475/polish-eu-presidency-to-pus…

Wymiana dyplomatycznych komplementów: Elon Musk nazwał Radosława Sikorskiego „śliniącym się imbecylem”

Elon Musk nazwał Radosława Sikorskiego „śliniącym się imbecylem”

28.01.2026 tysol/elon-musk-nazwal-radoslawa-sikorskiego-sliniacym-sie-imbecylem

„Ten śliniący się imbecyl nawet nie zdaje sobie sprawy, że Starlink jest podstawą ukraińskich łączności wojskowych” – napisał na platformie X Elon Musk określając szefa polskiej dyplomacji w odpowiedzi na wpis Radosława Sikorskiego.

Sikorski upomina Muska

Wicepremier i szef MSZ zwrócił się publicznie do Elona Muska, właściciela SpaceX, z pytaniem, dlaczego nie powstrzymuje Rosji przed wykorzystywaniem systemów satelitarnych Starlink w atakach na Ukrainę.

„Hej, wielki człowieku (ang. big man), @elonmusk, dlaczego nie powstrzymasz Rosjan przed używaniem Starlinków do celowania w ukraińskie miasta?” „Zarabianie na zbrodniach wojennych może zaszkodzić twojej marce” – Sikorski.

Ostra riposta miliardera

Elon Musk w odpowiedzi nie gryzł się w język.

„Ten śliniący się imbecyl nawet nie zdaje sobie sprawy, że Starlink jest podstawą ukraińskich łączności wojskowych” – skomentował słowa szefa polskiego MSZ miliarder.

Starlinki

Starlink to system, który dostarcza m.in. łączność internetową. Opracowała go firma należąca do SpaceX Elona Muska. Został udostępniony Ukrainie jako pomoc w walce z Rosjanami – zresztą opłaca go Polska. Ukraińscy specjaliści odkryli terminal Starlink na pokładzie zestrzelonego rosyjskiego drona BM-35. Wprawdzie Starlink nie działa w Rosji, ale działa nad Ukrainą, co wykorzystują Rosjanie.

O Izraelu w Patagonii

Warecki: Plan Andinia – reaktywacja

Od początku roku cała uwaga świata zwrócona była najpierw na wydarzenia w Wenezueli, a następnie na kawałek lodu, który spodobał się Donaldowi Trumpowi, dla zmylenia zwany Grenlandią. 

A tymczasem na południowej stronie zachodniej półkuli, gdzie trwa pełnia lata, dzieją się bardzo intrygujące wydarzenia. Otóż od 5 stycznia doszło w argentyńskiej Patagonii do serii groźnych pożarów, które strawiły ponad 20 tys. hektarów lasów, zarośli i łąk, a także wiele gospodarstw rolnych. Według Santiago Hardie, szefa Federalnej Agencji ds. Sytuacji Nadzwyczajnych, aż „95% tych zdarzeń jest spowodowanych działaniem człowieka”. Także gubernator prowincji Chubut, Ignacio „Nacho” Torres potwierdził, że pożary zostały „umyślnie wzniecone” i zapowiedział, że władze „podejmą działania, aby osoby odpowiedzialne za nie stanęły przed sądem”.

Niesforni „turyści”

Oliwy do patagońskiego ognia dolał emerytowany argentyński generał w stanie spoczynku, César Milani, który stwierdził, że za wzniecanie pożarów odpowiedzialni są Izraelczycy. Były zastępca dowódcy argentyńskiej armii napisał w mediach społecznościowych, że pożar wywołało dwóch Izraelczyków, używając w tym celu izraelskiego granatu M26. Aby chyba podgrzać atmosferę, swój post gen. Milani zilustrował zdjęciem prezydenta Argentyny, Javiera Milei, wymachującego izraelską flagą.

I chociaż zarówno Żydzi, jak i rozkochany w Żydach i Izraelu prezydent Argentyny oskarżyli generała Milani o antysemityzm, to jednak w jego słowach jest coś na rzeczy. Wprawdzie wielu komentatorów wykazało, że do podpalenia nie użyto granatu M26, to jednak bezspornym faktem jest aresztowanie 5 stycznia izraelskiego turysty za podpalenie Parku Narodowego Los Glaciares w Patagonii. Przyznały to oficjalnie władze Argentyny informując o wszczęciu w tej sprawie dochodzenia. Turystę zatrzymali strażnicy parku podczas próby wzniecenia pożaru na obszarze objętym zakazem wstępu.

W oddzielnym komunikacie urzędnicy prowincji Chubut poinformowali o znalezieniu ładunków wybuchowych w pobliżu jeziora Epuyén. Raporty wspominały o przedmiotach przypominających granaty typu M26. Wprawdzie władze Argentyny poinformowały o wszczęciu śledztwa wobec jednego Izraelczyka, jednak kilka dni później informowano na portalach społecznościowych o aresztowaniu tym razem przez chilijskich strażników leśnych za podpalenie kolejnych czterech izraelskich turystów.

Wiele mówiąca korelacja

Według popularnego w USA komentatora politycznego Jimmy Dore’a, trwające w Patagonii pożary lasów mogą być powiązane ze zmianą polityki dotyczącej prywatyzacji gruntów, która zezwala na sprzedaż strawionej przez pożar ziemi zagranicznym nabywcom. Informował o tym rzecznik prezydenta Argentyny, Manuel Adorni: „Jeśli chodzi o grunty wiejskie, ich zakup jest możliwy dla prywatnych podmiotów zagranicznych. Ponadto zakaz zmiany działalności produkcyjnej gruntów rolnych przez trzydzieści do sześćdziesięciu lat po pożarze, został zniesiony”. Wprowadzone zmiany zniosły więc ograniczenia dotyczące sprzedaży ziemi bezpośrednio po pożarach, które pierwotnie miały zapobiegać podpaleniom w celu spekulacji spustoszonymi przez pożary gruntami.

Zdaniem Dore’a, Manuel Adorni mimowolnie ujawnił izraelski plan przejęcia argentyńskiej ziemi i jej zasobów, w realizację którego zaangażowany jest także argentyński rząd. Dore nie ma wątpliwości, że Izraelczycy wzniecają ogromne pożary w argentyńskiej Patagonii, aby wykorzystać stworzoną ledwie co przez syjonistyczny rząd lukę prawną.

Przebierańcy z Izraela penetrują Patagonię

Pod wrażeniem imponującej skali pożarów w Patagonii, wielką popularność wśród argentyńskiej i chilijskiej ludności zyskały wypowiedzi byłego chilijskiego senatora Eugenio Tumy Zedána, który już kilkanaście lat temu ostrzegał, że podszywający się pod turystów żołnierze izraelskiej armii penetrują chilijską i argentyńską Patagonię, prowadząc za cichym przyzwoleniem rządów Chile i Argentyny badania topograficzne.

Kilkanaście lat temu senator Tuma Zedán, który reprezentował 300-tysięczną palestyńską społeczność w Chile, oskarżył tysiące izraelskich wędrownych turystów o prowadzenie tajnej operacji wojskowej na chilijskiej ziemi. Występując wówczas w jednym z programów telewizyjnych, oświadczył, że 8 do 9 tysięcy izraelskich turystów wjeżdżających co roku do Chile „wcale nie są turystami”, lecz „przebranymi za cywilów” żołnierzami Sił Obrony Izraela, którzy systematycznie „mapują południowy region Chile”. „Tysiące Izraelczyków wjeżdża do kraju, jakby byli jego właścicielami, i nikt im nic nie mówi” – alarmował w 2012 roku Tuma Zedán na chilijskim portalu informacyjnym BioBioChile.

Wypowiedzi senatora Tumy Zedána odzwierciedlały niepokojącą rzeczywistość. Po odbyciu obowiązkowej służby wojskowej wielu młodych Izraelczyków rzeczywiście licznie podróżowało do Patagonii. Z wielu względów owi „turyści” budzili w chilijskim i argentyńskim społeczeństwie wiele kontrowersji. Pod koniec grudnia 2011 roku izraelski turysta Rotem Singer „przypadkowo” wzniecił ogromny pożar w Parku Narodowym Torres del Paine w Chile. Spłonęło wówczas ponad 17 tys. hektarów dziewiczej przyrody. Chilijskie władze wprawdzie zatrzymały Singera, jednak po wpłaceniu ok. 10 tys. dolarów, został zwolniony i opuścił kraj. Łagodne potraktowanie Singera wywołało wielki sprzeciw chilijskiej opinii publicznej, która domagała się surowego ukarania sprawcy pożaru.

Izrael czeka wielka przeprowadzka?

W mediach społecznościowych pojawiły się liczne wiadomości, które łączą obecne pożary lasów w Patagonii ze starym żydowskim planem, który zakładał zasiedlenie regionu. Wielu internautów odwoływało się w tym kontekście do rozważanego ponad sto lat temu przez jednego z ojców założycieli Izraela, Theodora Herzla, „planu Andinia”, czyli planu utworzenia państwa żydowskiego na dziewiczych terenach Patagonii jako ewentualnej alternatywy dla Palestyny. Wówczas wybrano ten ostatni wariant.

I chociaż Argentyńska Organizacja Syjonistyczna uznała ponowne pojawienie się tego planu za „antysemickie oszczerstwa bez żadnych podstaw historycznych ani politycznych”, to jednak w kontekście wyzwań, przed jakimi stoi Izrael w konfrontacji z silnym Iranem, teorie te nie są aż tak bezpodstawne i z każdym upływającym dniem coraz trudniej uznawać je za spiskowe.

Poza tym, jak wiadomo, Argentyna wraz Brazylią, Chile i pozostałymi krajami Ameryki Południowej (poza wykluczoną Wenezuelą), tworzy najsilniejszą organizację gospodarczą w Ameryce Łacińskiej tzw. Wspólny Rynek Południa (Mercosur) i ktokolwiek będzie kontrolować te kraje, zdominuje światowy rynek żywności. Ponadto, zważywszy na nieposkromiony apetyt talmudystów na wszelkie bogactwa i władzę, chęć opanowania lasów Patagonii, ze względu na ich wielki potencjał ekonomiczny, wydaje się być czymś zupełnie oczywistym.

Wiele też daje do myślenia przytoczona przez Jimmy Dore’a na jego youtubowym kanale wypowiedź młodego Chilijczyka, który podzielił się tym, co usłyszał od spotkanego izraelskiego turysty: „Kiedy mieszkałem w Valparaíso, w pobliżu mieszkała społeczność izraelska. Pijąc piwo z jednym z nich, przyjezdnym z Izraela, usłyszałem od niego: Chile, podobnie jak Argentyna, a zwłaszcza Patagonia, należy do Izraelczyków”. No cóż, można powiedzieć – słowo przeciwko słowu. Chronieni przez antydyskryminacyjne ustawy Żydzi, którzy się wszystkiego wypierają, nazwą to teorią spiskową i przypną łatkę antysemityzmu, zaś ów młody człowiek, powiedział, co powiedział.

Od teorii (spiskowej) do praktyki

Być może do niedawna słuszne było określanie przez Żydów „planu Andinia” mianem teorii spiskowej. Jednak sytuacja na świecie w ostatnim roku diametralnie się zmieniła. Przedstawiciele Argentyńskiej Organizacji Syjonistycznej nie mają racji twierdząc, że ponowne wypłynięcie „planu Andinia” nie ma podstaw historycznych i politycznych. Otóż ma i jedne, i drugie. Podstawę historyczną daje rozdział zatytułowany Palestyna czy Argentyna? w książce Theodora Herzla Der Judenstaat. Natomiast podstawę polityczną daje sytuacja na Bliskim Wschodzie, jaka wytworzyła się po 12-dniowej wojnie Izraela z Iranem, kiedy to po raz pierwszy od swego powstania w 1949 roku Izrael dostał od ościennego państwa tęgi łomot.

Jest wielce prawdopodobne, że syjonistyczna elita od dłuższego czasu liczy się z upadkiem żydowskiego państwa w Palestynie. Jednocześnie ze względu na załamanie się planów kolonizacji przez talmudystów i Anglosasów Rosji, projekty Polin i Niebiańska Jerozolima z powodu nowych uwarunkowań geopolitycznych jako nieperspektywiczne i zbyt ryzykowne straciły na atrakcyjności. A tymczasem Argentyna, jak czytamy na 12 stronie książki Theodora Herzla, „jest jednym z najżyźniejszych krajów świata, rozciąga się na rozległym obszarze, ma rzadką populację i łagodny klimat”. W tej sytuacji nie byłoby dziwne, gdyby w syjonistycznych elitach zdecydowano, aby wyciągnąć z lamusa historii odrzucony pierwotnie „plan Andinia” i rozważyć przeprowadzkę Izraela.

Poza Nil i Eufrat

Możliwe, że rację ma Jimmy Dore, przedstawiając sytuację związaną z ostatnimi pożarami w Argentynie, jako część szerszej strategii geopolitycznej syjonistów obejmującej kontrolę światowych zasobów, globalną cenzurę i podporządkowanie interesów wszystkich państw, włącznie z USA, polityce Izraela, bez względu na to gdzie miałby się ostatecznie znajdować. Być może trwamy w błędnym przekonaniu, że celem syjonistów jest stworzenie Wielkiego Izraela od Nilu do Eufratu. Widząc, co od kilku lat Benjamin Netanjahu i lobby żydowskie wyprawia z prezydentami Stanów Zjednoczonych, możemy być raczej pewnymi, że ambicje syjonistów sięgają daleko poza Nil i Eufrat.

Kluczową rolę w ich planach, ze względu na swój potencjał militarny i technologiczny, odgrywają Stany Zjednoczone, nad którymi za sprawą wielkich pieniędzy talmudyści przejęli pełnię władzy. Stanami Zjednoczonymi nie rządzi Kongres, ani nawet prezydent Trump, lecz AIPAC – czyli wpływowa żydowska organizacja lobbingowa, finansując polityków i kampanie polityczne oraz angażując się w działania mające wpływ na amerykańską politykę zagraniczną. Syjoniści z AIPAC stoją finansowo za wszystkimi mediami. Oni są w kierownictwie mediów i wszystkich instytucji finansowych i politycznych. Na dodatek robią to wszystko bezczelnie, bez najmniejszego skrępowania, a jak tylko ktoś zacznie ich krytykować, to w najlepszym wypadku zostaje nazwany antysemitą.

Ruch syjonistyczny stanowi obecnie największe zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych, ponieważ realizuje interesy, które nie są amerykańskie. Jest to też najpotężniejszy wróg wolnego świata. Syjoniści mają wszystko pod swoją kontrolą. Są właścicielami naszych mediów, więc mogą nastawiać opinię publiczną przeciwko każdemu, kto im się sprzeciwia. Są właścicielami banków, więc mogą każdemu odciąć dostęp do konta. A co najważniejsze kontrolują rządy prawie wszystkich państw na świecie, co dobitnie pokazała pandemiczna mistyfikacja w 2020 roku.

USA – dodatek do Izraela

Prezydent Donald Trump jest nic nie znaczącą pacynką, kupioną przez Miriam Adelson za 100 milionów dolarów. On nie tylko się tym chełpi ale też nie ukrywa, że skompletował najbardziej syjonistyczny gabinet w historii USA. W istocie, w ostatnich dziesięcioleciach Stany Zjednoczone stały się dodatkiem do Izraela. Może niektórzy pamiętają haniebną scenę z odpalenia świec chanukowych w Białym Domu w grudniu ubiegłego roku, kiedy członek Rady Doradczej ds. Bezpieczeństwa Wewnętrznego w administracji Donalda Trumpa, Mark Levin (formalnie podwładny Trumpa), podszedł do prezydenta Stanów Zjednoczonych i obściskiwał go, jakby chciał powiedzieć „ty moja kukiełko”. A jakby tego było mało, wciąż obściskując Trumpa w protekcjonalnym tonie przypomniał swoją wypowiedź sprzed sześciu lat o Trumpie: „to nasz pierwszy żydowski prezydent”.

Grudniowa chanuka w Białym Domu jest jaskrawym potwierdzeniem tego, że Stany Zjednoczone nie są suwerennym państwem. Gdyby Stany Zjednoczone były suwerennym państwem, to prezydent walnąłby Levina łokciem w twarz i powaliwszy go na ziemię, powiedziałby mu: „Nie waż się tknąć prezydenta Stanów Zjednoczonych! Ja jestem Naczelnym Dowódcą sił zbrojnych najpotężniejszego państwa świata! Nie zachowuj się, jakbym był twoim chłopcem na posyłki!”. Niestety, Mark Levin zachował się tak, bo wie, że prezydent Trump jest jego chłopcem na posyłki. A skoro Donald Trump jest posłuszny Markowi Levinowi, to wyobraźmy sobie, jak musi tańczyć przed Benjaminem Netanjahu i innymi wysoko postawionymi syjonistami.

Krzysztof Warecki

Największy święty wśród uczonych. Św. Tomasz z Akwinu

Największy święty wśród uczonych. Św. Tomasz z Akwinu

pch24.pl/najwiekszy-swiety-wsrod-uczonych-sw-tomasz-z-akwinu

(GS/PCh24.pl)

Podczas pobytu w dominikańskim studium generale w Kolonii, z powodu małomówności i potężnej postury Tomasza z Akwinu (1225–1274) nazwano „niemym wołem”. „Nazywamy go niemym wołem, ale jak ryknie swoją doktryną, to się od niej cały świat zatrzęsie” – stwierdził jego mistrz Święty Albert Wielki. I tak się stało – Tomasz został najwybitniejszym teologiem wszech czasów, a co więcej, wielkim świętym. Zasłynął jednak nie tylko słynną Sumą teologiczną czy hymnem Tantum ergo, lecz ma na swoim koncie także pokaźną liczbę wyproszonych przez siebie u Boga cudów.

Był wielkim teologiem, a mimo to nie był zadufany w sobie i – jak pisał jeden z jego wczesnych biografów Wilhelm z Tocco – zawsze kiedy zabierał się do studiowania, dyskutowania, nauczania, pisania lub dyktowania, najpierw zatapiał się w wewnętrznej modlitwie i „modlił się, lejąc łzy, aby otrzymać zrozumienie Bożych tajemnic”1. Pewnego razu w czasie takich modlitewnych konsultacji w kaplicy Świętego Mikołaja kościoła Dominikanów w Neapolu spostrzegł go zakrystianin. Zobaczył, że Tomasz – piszący w tym czasie o męce i zmartwychwstaniu Pana – unosi się w powietrzu nad ziemią i usłyszał płynący z krzyża głos: „Dobrze o Mnie napisałeś, Tomaszu, czego chcesz w nagrodę?”. „Nic prócz Ciebie samego, Panie” (Domine, non nisi te) – miał odpowiedzieć Tomasz.

Podobne Boże zapewnienie dominikański mistrz otrzymać miał także znacznie wcześniej w Paryżu, kiedy polecono mu napisać o postaciach eucharystycznych.

Narodziny geniusza

Włoch Tomasz z Akwinu miał zaledwie pięć lat, kiedy oddano go na naukę i wychowanie do klasztoru benedyktynów. Według planów swojej zamożnej, szlacheckiej wielodzietnej rodziny miał zostać opatem na Monte Cassino. Jako 14-latek został wysłany na studia do Neapolu i tam wstąpił do zakonu dominikanów. Rodzina nie chciała jednak, żeby należał do zakonu żebraczego. Aby wybić mu z głowy ten zakon, jego starsi bracia schwytali go i przez pewien czas więzili w rodzinnym zamku. Prośbą, groźbą i pokusami próbowali skłonić Tomasza do rezygnacji z dokonanego wyboru. [nawet mu wpuścili do celi piękną i uwodzicielską kurtyzanę, Wygnał ją pochodnią z kominka. md]

Nie udało im się i Tomasz powrócił do Neapolu, skąd dominikanie wysłali go na studia do Paryża, gdzie jego mistrzem został słynny Święty Albert Wielki. Przez cztery lata przebywał następnie w Kolonii, skąd powrócił do Paryża, by w wieku zaledwie 32 lat zostać bakałarzem i mistrzem teologii. Kolejne lata jego życia naznaczone są wytężoną pracą teologiczną, komentowaniem Biblii i dzieł Arystotelesa, walką z teologicznymi błędami, nauczaniem, dyskutowaniem, głoszeniem kazań a także licznymi podróżami. Tomasz pisał i dyktował dzieło za dziełem, często po kilka jednocześnie (jego dorobek obejmuje ok. 90 dzieł). Pełniąc różne funkcje zakonne, przebywał m.in. w Rzymie, Orvieto, Neapolu.

Mądrość, czystość i pokora

Wielu świadków przesłuchiwanych w procesie kanonizacyjnym zeznawało zgodnie, że Tomasz nie marnował ani chwili czasu: „poza przerwami wymaganymi przez naturę, nigdy nie tracił czasu na lenistwo lub ziemskie zajęcia, ale zawsze czytał, pisał, dyktował, modlił się lub głosił”. Każdego dnia wstawał bardzo wcześnie rano, odprawiał jedną mszę świętą, a potem słuchał drugiej, a następnie zabierał się do pracy. Pracując umysłowo, „nie przejmował się – jak zaświadczał Wilhelm z Tocco – posiłkami ani nie wymagał niczego specjalnego, jeśli chodzi o jedzenie i ubranie, nie był też drobiazgowy, pisząc często na skrawkach papieru. Mało jadł i mało spał. Był miłośnikiem czystości i ubóstwa, człowiekiem pokornym, skromnym, umiarkowanym i wyrozumiałym. Nigdy nikogo nie zranił obraźliwymi słowami, miał zawsze „wesołą, łagodną i życzliwą twarz”. Pełen „nadprzyrodzonej radości”, wzbudzał taką samą radość w ludziach, którzy na niego patrzyli. Miał również dar łez. Nigdy nie utracił też dziewiczej czystości, a jego spowiednik stwierdził, że spowiedzi Tomasza – z racji bezgrzeszności – były spowiedziami… pięciolatka.

Wolał księgę niż Paryż

Urzekająca historia opowiada o tym, jak pewnego razu Tomasz z Akwinu wraz ze swoimi studentami wracał do Paryża z Saint Denis, gdzie wyprawili się, by odwiedzić słynne opactwo, katedrę i uczcić Świętego Dionizego. Kiedy na horyzoncie wędrowcy ujrzeli piękną panoramę Paryża, jeden z nich westchnął: „Spójrz, Mistrzu, jak pięknym miastem jest Paryż. „Czyż nie chciałbyś być panem tego miasta?”. „Cóż… – odparł Tomasz – wolałbym mieć księgę kazań Świętego Jana Chryzostoma na temat Ewangelii według św. Mateusza…” Tomasz nie zabiegał bowiem ani o ziemskie dobra, ani o zaszczyty i tak jak Paryż odrzucił także oferowane mu biskupstwo.

Święta Agnieszka i rąbek zakonnej kapy

Tomasz był czcicielem Świętej Agnieszki, nosił na szyi jej relikwie. Pewnego dnia, kładąc je na piersi chorego i modląc się za jej wstawiennictwem, uzdrowił z uporczywej gorączki swojego współbrata Reginalda.

Inne z uzdrowień, jakie dokonało się za jego życia, było bardzo podobne do cudu uczynionego przez samego Pana Jezusa. Wydarzyło się ono w Rzymie (gdzieś w latach 1260–1267), gdzie Święty Tomasz przez cały Wielki Tydzień wygłaszał nauki. Po jednej z takich przejmujących, wyciskających łzy nauk, wygłaszanej w dzień Wielkanocy w bazylice św. Piotra (choć inni piszą także o bazylice Matki Bożej Większej), gdy zszedł z ambony, zbliżyła się do niego pewna cierpiąca na uporczywe krwotoki kobieta, której żaden z lekarzy nie potrafił pomóc. Chora z wiarą i nadzieją dotknęła rąbka kapy, w którą odziany był doktor Anielski i natychmiast poczuła, że została uzdrowiona. Odzyskawszy zdrowie, kobieta udała się następnie do dominikańskiego kościoła św. Sabiny, by zaświadczyć o tym fakcie przed ojcem Reginaldem.

Nawróceni żydzi

Tomasz zasłynął również z nawrócenia na katolicyzm dwóch uczonych, bogatych żydów. Wydarzyło się to na zamku Molara pod Rzymem – w wiejskiej rezydencji kardynała Ricardo Annibaldiego. Dominikanin został tam zaproszony na kilka dni świąt Bożego Narodzenia. Oprócz Tomasza kardynał zaprosił tam też dwóch uczonych w Piśmie i przywiązanych do swojej religii, bogatych Żydów, aby mogli cieszyć się rozmową z wielkim mistrzem chrześcijańskiej teologii. Czas sprzyjał rozważaniom na temat przyjścia Mesjasza, więc w wigilijny wieczór Anielski Doktor wdał się z nimi w długą i zajadłą teologiczną konwersację.

Początkowo wyglądało na to, że wigilijna debata nie przyniosła spodziewanych owoców, że żydzi pozostali przy swoich poglądach i wierze. Po ich wyjściu Tomasz zatopił się jednak w żarliwej modlitwie, rozmyślał o nowo-narodzonym i o tym, żeby Bóg nie pozwolił zginąć duszom jego rozmówców. Jego modlitwa została wysłuchana. Następnego dnia – w Boże Narodzenie – żydzi, najpewniej jeszcze raz przemyślawszy i w swoim gronie przedyskutowawszy argumenty Tomasza, wrócili, by ze łzami w oczach poprosić o chrzest święty (Tocco, 23). To była pewnie jedna z owych Bożych łask, darów, jakie – jak wyznał Tomasz swoim współbraciom – w każde Boże Narodzenie otrzymywał od Boga. Zazwyczaj była to jednak jakaś wizja lub szczególny wgląd w Boże tajemnice.

Słoma i gwiazda

6 grudnia 1273 r., kilka miesięcy przed śmiercią, podczas mszy odprawianej w kaplicy św. Mikołaja kościoła w Neapolu wydarzyło się coś, co sprawiło, że Tomasz – chociaż nie zakończył jeszcze pisania Sumy – zaprzestał dalszego pisania i dyktowania. Pytany o to dlaczego, odparł, że już nie może, gdyż wszystko, co napisał wydaje mu się jedynie słomą w porównaniu z tym, co zostało mu objawione.

Niedługo później młody Jan Coppa, późniejszy notariusz z Neapolu, wraz z bratem dominikaninem Bonifiglio (Bono Filio) przebywał w celi chorego, leżącego w łóżku Tomasza. Podczas tej wizyty ujrzał coś bardzo niezwykłego: wpadającą przez okno bardzo jasną, szeroką na półtorej stopy promienistą i błyszczącą srebrzystobiałą gwiazdę, która zawisła nad głową Tomasza, a po czasie wystarczającym na odmówienie Zdrowaś Maryjo zniknęła.

Tomasz z Akwinu zmarł 7 marca 1274 roku nad ranem, wycieńczony nadmiarem pracy, w Fossanova, podczas podroży z Neapolu do Lyonu, gdzie miał wziąć udział w soborze zwołanym przez Grzegorza X.

Miraculo odoris, czyli zapach świętości

W chwili śmierci Tomasza wieść o tym w cudowny sposób dotrzeć miała do jego mistrza, mieszkającego w niemieckiej Kolonii Świętego Alberta Wielkiego. Opowiadano, że w dniu śmierci Anielskiego – Doktora Albert, siedzący w refektarzu klasztoru w Kolonii, nagle zaczął płakać. Mam dla was smutną wiadomość – brat Tomasz z Akwinu, moje dziecko w Chrystusie i światło Kościoła, nie żyje. Bóg mi to objawił – powiedział, pytany przez przeora o powód tego żalu. Przeor zwrócił wtedy uwagę na czas, kiedy to miało miejsce, który – jak się później okazało – rzeczywiście zbiegał się z czasem śmierci Tomasza.

Po pogrzebie Anielskiego Doktora kilka razy (siedem miesięcy, siedem oraz czternaście lat po pochówku) otwierano jego grób, dokonywano ekshumacji ciała lub pobierano zeń relikwie (rękę) i za każdym razem obecni przy tym świadkowie mówili o wydobywającym się z tych szczątków i roznoszącym po kościele i klasztorze cudownym, silnym i słodkim, bardzo przyjemnym aromacie. Pachniały także jego relikwie. W wizjach widziano Świętego Tomasza w chwale nieba w towarzystwie Matki Bożej oraz Świętego Augustyna lub Świętego Franciszka.

Pierwszy cud w Fossanova

Większość cudów przytoczonych w aktach procesu kanonizacyjnego oraz pierwszych biografiach Tomasza wydarzyła się przy jego pierwszym grobie – w opactwie cystersów w Fossanova.

Pierwszy i dość znamienny cud „oświecenia wydarzył się przy leżącym w łożu martwym, ale nieumytym jeszcze ciele wielkiego dominikanina. Cystersi z Fossanova podchodzili wtedy po kolei, by ucałować stopy zmarłego. Kiedy miał uczynić to także przyprowadzony przez współbraci ledwo widzący, nierozpoznający już liter ani ludzi ówczesny podprzeor klasztoru ojciec Jan z Ferentino, doradzono mu, by przytknął swoją twarz do twarzy Tomasza. Zrobił to, pomodlił się do Boga o przywrócenie jego oczom światła i natychmiast odzyskał doskonały wzrok, którym cieszył się jeszcze przez 30 lat.

Ponad100 uzdrowień

Jednym z pierwszych cudów było również uzdrowienie z podagry cierpiącego na nią od dziesięciu lat i niemogącego przez to chodzić lekarza Rajnalda z Zamku św. Wawrzyńca (Castro Sanctii Laurentii; dziś Amaseno) k. Fossanova. Uzdrowień doznawali również chorzy na artretyzm, febrę (gorączka malaryczna), apotemę, czyli cieknący wrzód i inne ropnie, gorączkę malaryczną w postaci „czwartaczki” (w której napady gorączki występują co 72 godziny) i „trzeciaczki” (w której gorączka powraca zwykle co 48 godzin), paralitycy, doświadczający boleści w najrozmaitszych członkach (w kończynach, brzuchu, szyi, szczęki, uszach, biodrach), cierpiący na uporczywy kaszel połączony z krwawymi wymiotami, na obrzęk gardła, przepuklinę, bezsenność, niewidomi, chłopiec zarażony trądem i wielu innych chorych. W swojej – jednej z najwcześniejszych – biografii Tomasza dominikanin ojciec Bernard Gui zamieścił ponad 102 krótszych lub dłuższych cudów, zastrzegając jednocześnie, że jest ich znacznie więcej.

Wstań, bo jesteś wyleczona!

Pewna dziewczyna mieszkająca we wspomnianym już Zamku św. Wawrzyńca (obecnie Amaseno), leżącym w dolinie, w pobliżu klasztoru w Fossanova, została dotknięta utratą zmysłów (łac. amentia). Z powodu tej choroby była nieruchoma jak kamień, w swoim letargiczno-apatycznym stanie nie mogła się poruszać, nie była w stanie jeść, mówić ani nawet normalnie oddychać. Lekarze nie potrafili jej wyleczyć, zalecane przez nich leki nie pomagały, więc jej ojciec, usłyszawszy o cudach, jakie działy się przy grobie Tomasza z Akwinu, uczynił stosowny ślub i poprosił Boga, by przez wzgląd na zasługi uczonego dominikanina uzdrowił dziewczynę lub zabrał ją do lepszego świata, w którym nie będzie już tak cierpiała. Jak pisali ojciec Bernard Gui i ojciec Wilhelm de Tocco, mężczyzna przywiózł półżywą córkę do klasztoru w Fossanova, a otrzymawszy pozwolenie opata, zaniósł ją do kościoła i położył na grobie Tomasza. Po pewnym czasie, kiedy chciał ją z niego zabrać, dziewczyna przemówiła. „Ojcze, nie dotykaj mnie, ponieważ stoi przede mną jeden wielki Brat Kaznodzieja, który mnie leczy i broni przed pewnym czarnym (złym) człowiekiem, który trzyma mnie tak spętaną” – poprosiła. Do dziewczyny leżącej na grobie podeszli wtedy opat i mnisi, którzy wsparli ojca w dalszych gorących modlitwach. I wtedy chora doświadczyła kolejnej wizji. Zobaczyła, jak ów wielki Brat Kaznodzieja wyciągnął obie ręce i przesunął je od jej głowy do stóp. „Dziewczyno, wstań, bo jesteś wyleczona” – powiedział. Na te słowa dziewczyna natychmiast wstała. Choroba minęła jak ręką odjął, a ona wraz z ojcem i matką pieszo powróciła do domu.

Wśród osób, które doświadczyły nadzwyczajnej łaski, był także Jan de Theodino. Młodzieniec nabierał wody z potoku przepływającego w pobliżu klasztoru w Fossanova, gdy nagle wartki prąd wody porwał go wraz z trzymanym przezeń naczyniem. Młody człowiek znalazł się niebawem w kanale młyńskim i zmierzał wprost pod młyńskie koło. „Święty Tomaszu z Akwinu, ratuj mnie!” – wykrzyknął. I wtedy nagle poczuł, że ktoś łapie go za włosy i – ocalając przed niebezpieczeństwem – wyrzuca na brzeg.

Akta bezpiecznie dotarły

Akwinata w cudowny sposób przyczynił się także do… swojej własnej kanonizacji. To dzięki niemu bowiem – jak powszechnie uznano – Bóg sprawił, że dotyczące uczonego akta procesowe bezpiecznie dotarły do papieża. Chronił je bowiem na morzu i w górach.

Ojciec Wilhelm z Tocco w towarzystwie lektora Roberta z Benewentu wiózł kiedyś wspomniane akta dotyczące Tomasza z Neapolu do Kurii Rzymskiej w Awinionie. Dominikanie płynęli statkiem. W nocy na morzu rozpętał się sztorm, a silny wiatr zagnał statek w kierunku skał półwyspu Monte Argentario. W każdej chwili groziło im, że się o nie roztrzaskają. Lamentujący marynarze – którzy byli już niemal pewni katastrofy i zaczęli się nawet rozbierać, żeby wskoczywszy do wody, płynąć wpław do brzegu – poprosili wtedy dominikanów, żeby zwrócili się o pomoc do swoich świętych.

Posłuchali – zaczęli modlić się do Boga za wstawiennictwem Najświętszej Dziewicy – Gwiazdy Morza, bł. Dominika (a ponoć także Świętego Piotra męczennika), a kiedy na ostatku wezwali pomocy Tomasza, zawiał przeciwny wiatr, kierując okręt na otwarte morze z dala od niebezpiecznych skał. „Cud! Cud!” – wołali marynarze, płacząc ze szczęścia.

Dwie inne osoby: Mateusz i Piotr, duchowni wysłani przez biskupa Viterbo, wieźli dokumenty drogą lądową. Podczas przekraczania Alp w okolicach Jeziora Lozańskiego (obecnie zwanego Genewskim) ich, obarczony ciężkimi tobołami koń poślizgnął się nagle, spadł z urwiska, stoczył się po stromym zboczu i wpadł na ostre skały. Widząc to, kapłani myśleli, że stało się najgorsze. Mistrz Mateusz w modlitwie wezwał wówczas na pomoc Tomasza i, jak się okazało, dzięki Bogu i Tomaszowi – i zwierzę, i wiezione przezeń sakwy z dokumentami wyszły z tego wypadku bez najmniejszego szwanku.

Ostrzeżenie

Jeszcze przed kanonizacją Bóg pilnował także, by nie lekceważono Tomasza i oddawano mu należną cześć. Zdarzyło się bowiem w 1312 roku, że pewien kapłan oglądający znajdujące się w kaplicy relikwie – z racji tego, że Tomasz nie był jeszcze uznany za świętego – odmówił uczczenia relikwii jego ręki. Niektórzy mówią, że nawet zaczął się z niej wyśmiewać. Duchowny ów natychmiast wpadł w dziwne drżenie, a jego głowa spuchła. Objawy te zniknęły, kiedy wyraził skruchę i uczcił rękę Anielskiego Doktora. Z ręki wydobył się wówczas piękny „zapach świętości”, który na stałe wniknął w noszone przez kapłana odzienie i długo jeszcze nie dał mu zapomnieć o Świętym Tomaszu.

*  *  *

Tomasz z Akwinu został kanonizowany w Awinionie w 1323 roku przez Jana XXII, a w 1567 roku papież Pius V ogłosił go „doktorem Kościoła” (nazwano go Doktorem Anielskim).

Tekst pochodzi z albumu „Cuda Wielkich Świętych”, Henryk Bejda. 

System nie jest zepsuty. Działa tak, jak został zaprojektowany. MEM-y III

——————-

————————————

————————-

—————————

——————————————————

————————————————————–

—————————————————————————————–

————————————————————-

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

To już niebawem p…nie ! Młynarski. MEM-y I.

——————————————-

—————————————-

——————————————————–

—————————————————-

————————————–

—————————————————-

———————————————————————-

———————————

[W hitlerowskich Niemczech]

———————————-

————————————-

————————-

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano