9 lip 2025 Rosja po raz kolejny zintensyfikowała swoją kampanię rakietową, uwalniając potężny system Iskander-M w fali śmiercionośnych precyzyjnych uderzeń na Ukrainie. Ukraińska fabryka bezzałogowych statków powietrznych w Charkowie, stanowisko dowodzenia w Odessie i fabryka silników rakietowych w Dnieprze zostały zniszczone — wysyłając wiadomość nie słowami, ale zniszczeniem.
Wspierana przez ogromny wzrost produkcji rakiet — do 700 Iskanderów w samym 2024 roku — rosyjska fabryka w Wotkińsku szybko się rozwija, produkując zarówno konwencjonalne, jak i zdolne do przenoszenia broni jądrowej rakiety balistyczne. Mając ponad 600 rakiet już w rezerwie i rosnący łańcuch dostaw obejmujący ponad 10 wykonawców zamówień obronnych, Rosja wyraźnie przygotowuje się do przedłużającego się konfliktu.
Tymczasem Stany Zjednoczone starają się wysłać dodatkowe systemy Patriot na Ukrainę. Ale czy nie jest już za późno?
Zapomnij o atomówkach. Oto nowa rosyjska broń odstraszająca.
===============================
Oreshnik to nie tylko pocisk. To prototyp przyszłej logiki wojennej: wystarczająco szybki, aby uderzyć przed wykryciem, wystarczająco wytrzymały, aby uniknąć przechwycenia i wystarczająco potężny, aby kształtować decyzje jeszcze przed rozpoczęciem wojny.
Dlaczego Rosja nie musi uciekać się do broni nuklearnej, aby osiągnąć swój cel – i jak Oresznik jasno to pokazuje.
Tuż przed świtem 21 listopada 2024 roku na niebie nad Dnieprem pojawiła się ognista kula. Nie był to meteor. To nie był dron.
Eksplozja, która nastąpiła później – precyzyjna, głęboka i niesamowicie cicha na powierzchni – rozerwała ogromny obiekt obronny Jużmasz w południowo-wschodniej Ukrainie. Materiał filmowy z tego ataku rozprzestrzenił się w ciągu kilku godzin, zebrany zarówno przez analityków open source, jak i służby wywiadowcze. Jednak dopiero po potwierdzeniu przez prezydenta Rosji Władimira Putina, świat otrzymał nazwę dla tego, czego był świadkiem:
Oresznik – nowy rodzaj rosyjskiego pocisku balistycznego.
Oreshnik, zdolny do osiągania prędkości powyżej 10 Mach, przetrwania temperatury do 4000C i dostarczania siły kinetycznej, która rywalizuje z taktyczną bronią jądrową, jest nie tylko szybki. Jest inny.
W ciągu niecałego roku przeszedł od tajnego prototypu do produkcji seryjnej, z potwierdzonymi planami rozmieszczenia na Białorusi do końca 2025 roku. Jego pojawienie się sugeruje, że Rosja zmienia zasady strategicznego odstraszania – nie poprzez eskalację łamiącą traktaty, ale poprzez coś cichszego, subtelniejszego i potencjalnie równie decydującego.
Czym więc dokładnie jest pocisk Oresznik? Skąd się wziął, jakie są jego możliwości i jak może zmienić pole bitwy?
RT wyjaśnia, co do tej pory wiadomo o najnowszym rosyjskim przełomie w dziedzinie niejądrowej broni strategicznej.
Jak działa Oresznik
Pocisk, który uderzył w zakład Jużmasz w Dniepropietrowsku (znanym na Ukrainie jako Dniepr), nie pozostawił po sobie spalonego krajobrazu ani spłaszczonego obwodu. Zamiast tego analitycy badający zdjęcia satelitarne zauważyli wąską strefę uderzenia, zawalenie się konstrukcji poniżej poziomu gruntu i niemal chirurgiczne uszkodzenie powierzchni. To nie skala zniszczeń się wyróżniała, ale ich kształt.
Ta sygnatura wskazywała na coś nowego. Zgodnie z dostępnymi danymi i obserwacjami ekspertów, Oreshnik przenosi głowicę penetrującą typu klastrowego, prawdopodobnie składającą się z wielu podpocisków o dużej gęstości. Detonacja następuje dopiero po tym, jak ładunek wbije się w cel – konstrukcja ta ma na celu maksymalizację wewnętrznych uszkodzeń utwardzonej infrastruktury wojskowej.
Putin stwierdził, że głowice Oresznika są w stanie wytrzymać temperatury do 4000C. Aby przetrwać takie ciepło i pozostać stabilnym przy prędkości końcowej, ładunek musiałby być zamknięty w zaawansowanych materiałach kompozytowych – prawdopodobnie w oparciu o ostatnie osiągnięcia w dziedzinie żaroodpornej ceramiki i struktur węglowo-węglowych stosowanych w hipersonicznych rakietach szybujących.
Jedną z charakterystycznych cech systemu jest jego zdolność do utrzymywania prędkości hipersonicznej podczas końcowej fazy lotu.
W przeciwieństwie do tradycyjnych głowic balistycznych, które zwalniają podczas opadania, Oreshnik podobno utrzymuje prędkość przekraczającą Mach 10, a być może Mach 11, nawet w gęstych warstwach atmosfery.
Umożliwia to uderzenie z ogromną energią kinetyczną, zwiększając penetrację i niszczycielską siłę bez konieczności stosowania dużego ładunku wybuchowego.
Przy takich prędkościach nawet nienuklearna głowica bojowa staje się bronią strategiczną. Skoncentrowane uderzenie o dużej prędkości wystarcza do zniszczenia bunkrów dowodzenia, stacji radarowych lub silosów rakietowych. Skuteczność tej broni nie zależy od promienia wybuchu, ale od precyzyjnego dostarczenia wysokiej energii. To sprawia, że jest ona zarówno trudniejsza do wykrycia, jak i do przechwycenia.
Pod względem doktrynalnym Oreshnik reprezentuje nową kategorię: Niejądrowy strategiczny pocisk balistyczny. Zajmuje on przestrzeń pomiędzy konwencjonalnymi systemami uderzeniowymi dalekiego zasięgu a nuklearnymi ICBM – z wystarczającym zasięgiem, prędkością i energią uderzenia, aby zmienić obliczenia pola bitwy, ale bez przekraczania progu nuklearnego.
Od topoli do leszczyny: początki systemu Oresznik
Chociaż system rakietowy Oresznik znalazł się w centrum uwagi opinii publicznej w 2024 roku, jego korzenie technologiczne sięgają dziesięcioleci wstecz. Architektura, filozofia projektowania, a nawet jego nazwa są zgodne z linią ukształtowaną przez jedną instytucję: Moskiewski Instytut Technologii Termicznej (MITT).
Założony podczas zimnej wojny w celu opracowania zaawansowanych systemów rakietowych na paliwo stałe, MITT od dawna odpowiada za niektóre z najbardziej wyrafinowanych rosyjskich mobilnych platform strategicznych. Należą do nich Temp-2S, Pionier, a później rodzina Topol – pierwsze rosyjskie mobilne międzykontynentalne pociski balistyczne.
Konwencja nazewnictwa pozostała zaskakująco spójna przez lata. Większość pocisków MITT nosi nazwy drzew: Topol (topola), Topol-M, Osina (osika), Yars (rodzaj jesionu), Kedr (cedr). Nowy system, Oreshnik (Leszczyna), wpisuje się w tę tradycję – zarówno symbolicznie, jak i organizacyjnie.
Analitycy uważają, że Oresznik może być częściowo oparty na RS-26 Rubież, mobilnym ICBM opracowanym przez MITT i testowanym w latach 2011-2015. RS-26 był zasadniczo skróconą wersją rakiety Yars ICBM, zaprojektowaną do przeprowadzania precyzyjnych uderzeń na średnich dystansach. Prace rozwojowe zostały po cichu wstrzymane w połowie 2010 roku – prawdopodobnie w odpowiedzi na ograniczenia traktatu INF, który zabraniał stosowania pocisków rakietowych o zasięgu 500 – 5 500 km.
Traktat ten już nie obowiązuje. Po formalnym wycofaniu się USA w 2019 roku Rosja mogła wznowić rozwój w dziedzinie, która była zamrożona przez dziesięciolecia. Pojawienie się Oresznika zaledwie pięć lat później sugeruje, że jego podstawowe komponenty – systemy napędowe, moduły celownicze i mobilne podwozie – były już bardzo zaawansowane.
[dla chętnych: w oryginale jest trochę czytelniejsza md]
Produkcja i wdrożenie: Od prototypu do Białorusi
To, co zaczęło się jako jednorazowe uderzenie operacyjne, przekształciło się w pełnowymiarowy program zbrojeniowy. W czerwcu 2025 roku, podczas spotkania z absolwentami najlepszych rosyjskich akademii wojskowych, Putin ogłosił, że system rakietowy Oresznik wszedł do produkcji seryjnej.
„Ta broń okazała się niezwykle skuteczna w warunkach bojowych i to w bardzo krótkim czasie” – stwierdził.
Szybkość tego przejścia – od debiutu na polu bitwy do masowej produkcji – jest godna uwagi. Sugeruje to, że zarówno system rakietowy, jak i wspierająca go infrastruktura dojrzewały po cichu w tle, prawdopodobnie w oparciu o wcześniejsze badania prowadzone w ramach programu RS-26.
Jeszcze bardziej znaczący niż sama produkcja jest plan rozmieszczenia pocisków. 2 lipca 2025 roku, podczas obchodów Dnia Niepodległości w Mińsku, białoruski prezydent Aleksander Łukaszenka publicznie potwierdził, że do końca roku pierwsze jednostki Oresznika będą stacjonować na Białorusi.
„Uzgodniliśmy to z Putinem w Wołgogradzie” – powiedział Łukaszenko. „Pierwsze pozycje Oresznika będą na Białorusi. Widzieliście, jak działa ten system. Będzie tutaj przed końcem roku”.
Posunięcie to ma zarówno logistyczne, jak i strategiczne znaczenie. Białoruś od dawna dostarcza wytrzymałe mobilne podwozia dla rosyjskich systemów rakietowych – w tym tych używanych przez Oresznika.
Ta synergia przemysłowa sprawia, że Mińsk jest naturalnym centrum rozmieszczenia, ale to coś więcej niż tylko wygoda techniczna.
Z minimalnym zasięgiem 800 km i maksymalnym podobno prawie 5500, Oresznik stacjonujący na Białorusi miałby w zasięgu praktycznie całą Europę Środkową i Zachodnią. Dla Rosji stanowi on nienuklearny wysunięty środek odstraszania. Dla NATO, wprowadza on nową klasę zagrożeń – szybkich, precyzyjnych i trudnych do przechwycenia, a jednocześnie pozostających poniżej progu odwetu nuklearnego.
W praktyce, otwiera to również drzwi do ewentualnej wspólnej rosyjsko-białoruskiej struktury dowodzenia operacjami rakietowymi poza terytorium Rosji – co jeszcze bardziej sformalizowałoby integrację wojskową między tymi dwoma państwami.
Oresznik znajduje się na przecięciu szybkości, precyzji i strategicznej dwuznaczności. Oto jak wypada w porównaniu z najpotężniejszymi systemami rakietowymi na świecie. [tabela powyżej]
Nowa doktryna bez broni jądrowej
Przez dziesięciolecia termin „broń strategiczna” był synonimem broni nuklearnej – narzędzia ostateczności, wykorzystywanego nie do użycia, ale do odstraszania. Oreshnik zmienia to równanie.
Łącząc zasięg międzykontynentalny, prędkość hipersoniczną i zdolność precyzyjnej penetracji, system ten wprowadza nowy poziom siły: Taki, który znajduje się poniżej progu nuklearnego, ale znacznie powyżej konwencjonalnej artylerii dalekiego zasięgu lub pocisków manewrujących.
W przeciwieństwie do głowic nuklearnych, ładunki Oreshnika mogą być używane bez wywoływania globalnego potępienia lub ryzyka eskalacji poza kontrolą. Jednak ich niszczycielski potencjał – zwłaszcza w stosunku do wzmocnionych celów wojskowych lub infrastruktury krytycznej – czyni z nich wiarygodne narzędzie strategicznego odstraszania.
Jest to sedno tego, co możemy nazwać „doktryną odstraszania nienuklearnego”: Zdolność do osiągania celów na polu bitwy lub celów politycznych za pomocą zaawansowanych systemów konwencjonalnych, które naśladują strategiczny wpływ broni jądrowej – bez przekraczania granicy.
W tych wyłaniających się ramach Oreshnik to nie tylko pocisk. To prototyp przyszłej logiki wojennej: wystarczająco szybki, aby uderzyć przed wykryciem, wystarczająco wytrzymały, aby uniknąć przechwycenia i wystarczająco potężny, aby kształtować decyzje jeszcze przed rozpoczęciem wojny.
Wprawdzie nie zanosi się na to, by wybory parlamentarne odbyły się wcześniej, niż w roku 2027, przede wszystkim z powodu nieśmiałości pana prezydenta Andrzeja Dudy. Jak wiadomo, jest on bardzo bliskim przyjacielem amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa, ale mimo tej zażyłości, nie potrafi przezwyciężyć onieśmielenia, które niekiedy wręcz go paraliżuje. Tak było w listopadzie 2018 roku, kiedy to odbył w Białym Domu 20-minutową rozmowę w cztery oczy – ale kiedy podczas urządzonego tego samego wieczoru w ambasadzie polskiej w Waszyngtonie przyjęcia z okazji 100-letniej rocznicy odzyskania niepodległości, zapytano pana prezydenta, czy poruszył w tej rozmowie sprawę ustawy nr 447, pan prezydent odparł, że nie – „bo strona amerykańska tego nie zaproponowała”.
Najwyraźniej i teraz prezydentowi Trumpowi nie przyszło do głowy, by zaproponować panu prezydentowi Dudzie przeprowadzenie w Polsce przesilenia rządowego, do którego niezawodnie by doszło, gdyby ktoś z Centralnej Agencji Wywiadowczej zadzwonił do wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza i powiedział jemu tak: wiecie, rozumiecie, Kosiniak, wy chyba jesteście przyjacielem Stanów Zjednoczonych, co? Na takie dictum wicepremier z pewnością odpowiedziałby po angielsku: tak toczno, Wasze Wieliczestwo! – No widzicie, Kosiniak – usłyszałby w odpowiedzi. – My tu do was z sercem na dłoni, a wy co? Pokażcie no jakiś dowód przyjaźni – ot na przykład – po co wam ten sojusz z folksdojczami? Pluńcie na nich, odwróćcie sojusze, a my pomyślimy, czy nie zrobić was premierem waszego bantustanu.
Niestety taki pomysł nie przyszedł do głowy prezydentu Donaldu Trumpu – ale być może by przyszedł, gdyby pan prezydent Andrzej Duda zręcznie mu go podsunął, nie czekając na przyzwolenie z jego strony. Jednak – jak mawiał pan Ignacy Rzecki z „Lalki” – „co tam marzyć o tem!” No to w jaki sposób pan prezydent Andrzej Duda zamierza zostać tubylczym premierem? Myśli, że kto mu to załatwi?
Mniejsza jednak o to, bo wszyscy rozumiemy, że z powodu nieśmiałości pana prezydenta Dudy o żadnym przesileniu rządowym w Polsce nie usłyszymy przynajmniej przed 6 sierpnia. Tymczasem sondażownie opublikowały sondaż, z którego wynika, że Volksdeutsche Partei została zdystansowana przez PiS, a w koalicji tworzącej vaginet obywatela Tuska Donalda wystąpiła masakra. Wprawdzie im dalej do wyborów, tym mniej trzeba przejmować się sondażami, bo sondażownie wykonują zamówienia na obstalunek – ale najwyraźniej obywatel Tusk Donald jeszcze nie ochłonął z wrażenia po wyborach prezydenckich przerżniętych przez obywatela Trzaskowskiego Rafała i na widok tego sondażu musiał się przelęknąć do tego stopnia, że zapowiedział nie tylko zamknięcie granicy z Niemcami i Litwą, ale nawet – wypowiedzenie konwencji ottawskiej o minach przeciwpiechotnych – bo zamierza zaminować granicę z Białorusią, żeby utrudnić migrantom przenikanie przez tę granicę, a poza tym – o czym nie trzeba głośno mówić – żeby zniechęcić miejscowych „aktywistów” do pełnienia roli przewodników i opiekunów. Muszę przypomnieć, że od razu to proponowałem, zamiast budować wielkim kosztem mur, przez który migranci podobno przechodzą, kiedy tylko chcą. Inna sprawa, że na zaminowaniu granicy nikt by się nie obłowił, natomiast przy budowie muru – aaa, to co innego! Teraz jednak mur stoi, forsa została rozdzielona, więc można śmiało granicę minować.
Zwraca jednak uwagę asymetria między planami uszczelnienia granicy wschodniej i uszczelnienia granicy zachodniej. O ile plan uszczelnienia granicy wschodniej nabiera charakteru radykalnego, o tyle plan uszczelnienia granicy zachodniej takim radykalizmem się nie charakteryzuje. Z deklaracji obywatela Tuska Donalda wynika bowiem, że w kwestii uszczelnienia granicy z Niemcami zamierza on stosować strategię deklarowaną przez generała Jaruzelskiego w latach 80-tych, to znaczy – „linię porozumienia i walki”. W tej strategii chodziło o to, by generał Jaruzelski porozumiał się ze swoimi konfidentami, albo z innego powodu zaufanymi przedstawicielami „lewicy laickiej”, a potem – żeby viribus unitis rozprawili się ze znienawidzoną „ekstremą”, co to próbowała sypać piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów.
Ta strategia udała się w stu procentach; widowisko telewizyjne: „Obrady Okrągłego Stołu”, zostało obsadzone prawidłowo zarówno po stronie rządowej, jak i tak zwanej „społecznej” – dzięki czemu znaczna część obywateli myślała, że to wszystko naprawdę. Tym razem chodzi o coś innego. Obywatele zaniepokojeni bezradnością vaginetu obywatela Tuska Donalda wobec niemieckiej policji, która kiedy tylko chciała wjeżdżała sobie na polskie terytorium z transportami migrantów i ich tu zostawiała, niczym starosta kaniowski Mikołaj Bazyli Potocki, co to za jednego Żyda, któremu kazał udawać kukułkę i pod tym pretekstem zastrzelił, odesłał do zaprzyjaźnionego pana brata całą furmankę Żydów – no a Straż Graniczna musiała potem rozwozić delikwentów po „centrach integracji”, kwaterować ich, karmić, poić i tak dalej. Toteż obywatele postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i utworzyli „obywatelskie patrole”.
W tej sytuacji „linia porozumienia i walki” polega na tym, że obywatel Tusk Donald będzie się „porozumiewał” z Niemcami, a walkę prowadził z obywatelskimi patrolami. Niemcy to rozumieją i tak, jak wcześniej, to znaczy – podczas kampanii prezydenckiej – dali obywatelu Tusku Donaldu dyspensę na rozmaite myślozbrodnie w rodzaju „ siłowej linii piastowskiej”, czy „repolonizacji gospodarki” – byle tylko tubylcy wybrali obywatela Trzaskowskiego Rafała – tak i teraz pozwolili mu na przywrócenie kontroli – ale pod warunkiem, że te „obywatelskie patrole” wypali ogniem i żelazem. Do czego to bowiem podobne, że w bantustanie, właśnie przygotowywanym do przerobienia na Generalną Gubernię, jakieś Schweine tworzą samowolne patrole? Przecież już Adolf Hitler powiedział, że w zjednoczonej Europie tylko Niemcy będą mogli nosić broń, a nie jacyś tubylcy. Co prawda nie do końca się to udało i już w 1944 roku broń w Europie nosił, kto tylko chciał, aż dopiero Stalinowi udało się przywrócić prawo i porządek – ale skoro już samowolki się pojawiły, to trzeba dmuchać na zimne.
Dlatego też sięgnięto po strategiczną rezerwę w osobie pana red. Tomasza Terlikowskiego, który podzielił się projektem racjonalizatorskim, by policja „skuła” tych wszystkich „panów z Ruchu Obrony Granic”, a następnie „wywiozła ich po prostu”. Pan red. Terlikowski taktownie nie pisze, gdzie policja ma tych „skutych” wywieźć – ale i bez tego domyślamy się, że do chwilowo nieczynnych obozów koncentracyjnych, których uruchomienie staje się w tej sytuacji palącą koniecznością.
Sobór Watykański II jest być może soborem ważniejszym nawet od Nicejskiego. Nie ze względu na pożytki, które przyniósł, ale szkody, jakie wyrządził. Pisze o tym włoski historyk, profesor Roberto de Mattei.
Czy istnieje związek między Soborem Nicejskim, który odbył się w 325 roku, a Soborem Watykańskim II, ostatnim z dwudziestu jeden soborów uznanych za ekumeniczne, który zakończył się 8 grudnia 1965 roku?
W liście napisanym 29 czerwca 1975 r. do ks. Marcela Lefebvre’a, który krytykował Sobór Watykański II, papież Paweł VI stwierdził, że „Sobór Watykański II jest nie mniej autorytatywny, a nawet pod pewnymi względami ważniejszy niż Sobór Nicejski” (por. „La Documentation Catholique”, 58 (1976) s. 34). Stwierdzenie to wywołało wówczas zdumienie. Sobór Nicejski przekazał nam podstawowe prawdy wiary katolickiej, wyrażone później w tak zwanym Credo Nicejsko-Konstantynopolitańskim, które jest odmawiane w każdą niedzielę podczas Mszy Świętej. Sobór Watykański II nie zdefiniował żadnych prawd ani nie potępił żadnych błędów, przedstawiając się jako sobór duszpasterski, a nie dogmatyczny.
Jak można przypisywać kontrowersyjnemu soborowi duszpasterskiemu większe znaczenie niż Kościół przypisuje swojemu pierwszemu soborowi ekumenicznemu?
A jednak, z punktu widzenia nie teologii, ale historii, stwierdzenie Pawła VI nie jest nieprawdziwe, nawet jeśli chodzi o coś innego, niż miał na myśli papież Montini. Aby spróbować to wyjaśnić, oprę się na interesującym artykule belgijskiego filozofa Marcela de Corte (1905-1994), który ukazał się w 1977 r. we francuskim czasopiśmie „Itineraires” pod tytułem Nicée et Vaticanum II (nr 215, s. 110-141).
W IV wieku naszej ery, na początku ery konstantyńskiej, modną filozofią wśród pogańskich elit był neoplatonizm Plotyna (203-270). Pomimo faktu, że rzymski uczeń Plotyna, Porfiriusz (234-305), ukazał silnie antychrześcijański charakter tego systemu religijnego, nie brakowało zwolenników spotkania wiary chrześcijańskiej z filozofią plotyńską. W szczególności aleksandryjski kapłan Ariusz próbował połączyć trynitarny system hipostaz Plotyna z chrześcijańskim dogmatem o Trójcy Świętej.
W chrześcijańskiej Trójcy Świętej istnieją trzy boskie Osoby: Ojciec, Syn i Duch Święty. Ta centralna tajemnica chrześcijaństwa została objawiona przez Boga i chociaż nie jest sprzeczna z rozumem, nie została rozumowo wytworzona.
Plotyn opracował tymczasem system filozoficzny, zgodnie z którym istnieją trzy hipostazy: Jednia (to Hen), która jest pierwszą, abstrakcyjną i nieokreśloną zasadą; Intelekt (nous), który jest poziomem bytu i myśli; oraz Dusza świata (psyche), która łączy świat rozumny ze światem zmysłowym. Te trzy hipostazy wywodzą się z siebie nawzajem poprzez konieczną emanację, nie mając tych samych stopni bytu. Nie mamy tu do czynienia z rzeczywistością nadprzyrodzoną, ale z umysłową i rozumową konstrukcją.
Ariusz, przesiąknięty neoplatonizmem, twierdził, że Osoba Syna emanowała z Osoby Ojca i umieścił Osobę Ducha Świętego na jeszcze niższym poziomie, odmawiając przypisania Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu tej samej boskiej substancji. Syn i Duch Święty nie byli współistotni Ojcu, a jedynie do Niego podobni. Sobór Nicejski potępił tę próbę „przekształcenia” dogmatu trynitarnego zgodnie z ówczesną filozofią i ogłosił, że Syn nie jest »podobny« do Boga, ale jest prawdziwie Bogiem, „współistotnym z Ojcem”. W języku greckim różnica wynosi zaledwie jotę; „współistotny” mówi się homoousios, podczas gdy „podobny” mówi się homoiousios. Symbol Nicejski używa słynnego przymiotnika homoousion, „współistotny” z Ojcem, aby przeciwstawić się Ariuszowi, który używa terminu homoiousion („podobny do Ojca”), inspirowanego bezpośrednio przez Plotyna.
Za tę tezę Atanazy był sześciokrotnie wygnany i ekskomunikowany przez papieża Liberiusza: współistotność trzech boskich Osób jest sercem Symbolu Nicejskiego i naszej chrześcijańskiej wiary.
Sobór Watykański II, w przeciwieństwie do Soborów Nicejskiego, Trydenckiego i Watykańskiego I, przedstawiał się jako sobór duszpasterski, ale nie może być soboru duszpasterskiego, który nie jest również dogmatyczny. Sobór Watykański II zrezygnował z definiowania nowych dogmatów, ale zdogmatyzował duszpasterstwo, przyjmując współczesną filozofię, zgodnie z którą prawda myśli jest weryfikowana w działaniu. Tradycyjna teologia dogmatyczna została odłożona na bok i zastąpiona „filozofią działania”, która z konieczności niesie ze sobą subiektywizm i relatywizm.
Teologia pastoralna Soboru Watykańskiego II stanowi zerwanie z teologią dogmatyczną Soboru Nicejskiego, właśnie ze względu na jej roszczenie do dostosowania się do immanentyzmu współczesnej filozofii. Aby wejść w zgodność ze światem, Kościół musi odłożyć na bok swoją doktrynę i powierzyć historii weryfikacji jej prawdy. Ale to właśnie wyniki nowej teologii pastoralnej dowiodły jej porażki. Wystarczy zapytać, ilu ludzi chodzi do kościoła w niedziele i w co wierzą, aby to zrozumieć.
Marcel De Corte uważał modernistycznego filozofa Maurice’a Blondela (1861-1949) za tego, który wprowadził immanentyzm i prymat działania do teologii pastoralnej Soboru Watykańskiego II. Jeśli, jak twierdzi Blondel, nie jest możliwe spekulatywne wykazanie istnienia Boga ani boskiego pochodzenia katolicyzmu, to ześlizgnięcie się w subiektywizm i filozofię praxis jest nieuniknione. 4 czerwca 2025 r. arcybiskup Aix i Arles, monsignore Christian Delarbre, oficjalnie otworzył proces beatyfikacyjny Maurice’a Blondela w kościele Saint Jean de Malte w Aix-en-Provence, który był kościołem parafialnym Blondela. To wyraz uznania jego teologicznego i filozoficznego dorobku w rozwoju posoborowego chrześcijaństwa.
Powróćmy do stwierdzenia Pawła VI, że „Sobór Watykański II jest nie mniej autorytatywny, a nawet pod pewnymi względami ważniejszy niż Sobór Nicejski”.
Sobór Watykański II był z pewnością ważnym i w tym sensie autorytatywnym soborem, ale jego historyczne znaczenie nie wynika z pożytków, jakie przyniósł Kościołowi, jak miało to miejsce w przypadku Soboru Nicejskiego, ale z bardzo poważnych problemów, które spowodował. Jeśli II Sobór Watykański ma odcisnąć większe piętno na historii niż Sobór Nicejski, to dlatego, że kryzys religijny naszych czasów jest poważniejszy i głębszy niż kryzys ariański.
Szkody, które przewidział abp Lefebvre, a którym zaprzeczał Paweł VI, są dziś obiektywną rzeczywistością. Teologia pastoralna Soboru Watykańskiego II uległa w ciągu sześćdziesięciu lat od jego zakończenia swoistemu samo-obaleniu, a historyk nie może tego nie zauważyć.
Czy Izrael to tylko kraj? A może kluczowy gracz w globalnej układance sił?
Zapraszamy na mocne, analityczne i otwarte spotkanie poświęcone tematowi geopolityki Żydów – w kontekście państwa Izrael, jego roli w światowej polityce, wpływów, zagrożeń i wewnętrznych napięć. Przyjrzymy się nie tylko bieżącym konfliktom zbrojnym i sojuszom, ale również historii, ideologii i strategii, które kształtują decyzje podejmowane w Jerozolimie, Tel Awiwie, Waszyngtonie i Teheranie.
Poruszymy m.in.: – jak Izrael zarządza konfliktem i narracją wokół siebie, – jakie znaczenie mają żydowskie elity w kluczowych państwach świata, – co wiemy, a czego nie mówi się głośno o polityce wewnętrznej Izraela, – jakie są scenariusze dalszego rozwoju sytuacji na Bliskim Wschodzie, – oraz jakie miejsce w tym wszystkim zajmuje Polska i Europa.
To spotkanie nie będzie poprawne politycznie. To będzie uczciwa, ostra i rzetelna rozmowa o tematach, które zbyt długo były pomijane. Dla ludzi myślących. Dla tych, którzy nie boją się prawdy.
Nareszcie ktoś! Vox otwarcie opowiada się za deportacją 8 milionów imigrantów i ich dzieci, w tym legalnych, którzy nie integrują się z hiszpańskim obyczajami.
Rocío de Meer, rzeczniczka partii, twierdzi, że proces będzie złożony, ale konieczny dla przetrwania narodu hiszpańskiego. Propozycja obejmuje audyt obywatelstwa i deportację m. in. przestępców, osób narzucających obce religie czy żyjących na koszt państwa.
PILNE: DZIEŃ SĄDU W HOLANDII – HISTORYCZNA SPRAWA SĄDOWA ROZPOCZYNA SIĘ W ŚRODĘ W LEEUWARDEN, GDY EM0477 STAWIA PFIZER, GATES, RUTTE I VON DER LEYEN PRZED SĄDEM ZA ZBRODNIE PRZECIWKO LUDZKOŚCI
PILNE: DZIEŃ SĄDU W HOLANDII – HISTORYCZNA SPRAWA SĄDOWA ROZPOCZYNA SIĘ W ŚRODĘ W LEEUWARDEN, GDY EM0477 STAWIA PFIZER, GATES, RUTTE I VON DER LEYEN PRZED SĄDEM ZA ZBRODNIE PRZECIWKO LUDZKOŚCI
============================
To pierwszy globalny sąd rozliczający się z wielowątkową machiną zmowy, w której Pfizer, współwinne rządy i niewybrane elity zorganizowały operację masowego ataku medycznego .
================================================
ZABÓJCZA PARTIA EM0477: BROŃ FARMACEUTYCZNA WYZWANA
W starożytnym mieście Leeuwarden, gdzie kamienne mury były świadkami stuleci sprawiedliwości, rozpoczyna się współczesne rozliczenie. Sercem tego historycznego procesu jest partia [szczepionek] EM0477 , wyprodukowana przez firmę Pfizer partia szczepionki, znana już na forach medycznych i w społecznościach ocalałych jako „partia zabójcza”.
To nie jest przesada, to nie jest teoria — to udokumentowany łańcuch śmierci, szkód i oszustw . Fakty już krzyczą, a w końcu sala sądowa słucha.
Szczepionka EM0477 wiązała się z ogromnie wysoką liczbą zgonów po szczepieniach, występujących w wąskim przedziale czasowym w wielu regionach.
Wewnętrzna komunikacja w firmie Pfizer już na początku wskazała, że ta partia może stwarzać problemy, jednakże dystrybucję przyspieszono , a nie wstrzymano.
Ocaleni i rodziny zmarłych byli uciszani, wyśmiewani lub poddawani psychologicznej manipulacji, a raporty z sekcji zwłok ukrywano, a akty zgonu fałszowano, podając jako przyczynę „naturalną” lub „istniejące wcześniej schorzenia”.
To, czego jesteśmy teraz świadkami, to nie tylko proces dotyczący jednego produktu farmaceutycznego. To pierwszy globalny sąd rozliczający się z wielowątkową machiną zmowy , w której Pfizer, współwinne rządy i niewybrane elity zorganizowały operację masowego ataku medycznego .
Z Maryją Królową Polski modlić się będziemy o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu
BIŁGORAJ – w każdą drugą niedzielę miesiąca w kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny o godz. 18.00 Msza Święta za Ojczyznę i Pokutny Marsz Różańcowy!
WARSZAWA – zapraszamy na comiesięczny Pokutny Marsz Różańcowy, który już od 9 lat odbywa się w stolicy. Rozpoczynamy Mszą Świętą o godz. 8.00 w kościele św. Andrzeja Apostoła i św. Brata Alberta na pl. Teatralnym 20, po niej udajemy się ulicami Warszawy pod Sejm RP.
Zgodnie ze słowami Najświętszej Dziewicy Maryi (zawartych we wszystkich uznanych objawieniach) modlitwa na Różańcu Świętym jest ostatnim ratunkiem dla świata. To jest FAKT – władze tego świata, odrzucają Boga a na Jego miejsce intronizują zachcianki człowieka (lub w najlepszym wypadku sentymentalnie celebrują humanizm).
Trasa naszego comiesięcznego Pokutnego Marszu Różańcowego w Warszawie: Po drodze z placu Teatralnego idziemy ogarniając modlitwą Różańca Świętego ważne instytucje i ministerstwa położone przy Krakowskim Przedmieściu, modlimy się za Prezydenta RP pod jego siedzibą, skręcamy w ul. Świętokrzyską by modlić się pod Ministerstwem Finansów, później przy pl. Powstańców Warszawskich 7 dochodzimy do budynku TVP, gdzie mieszczą się główne studia informacyjne telewizji publicznej (przez dziesięciolecia komunizmu i liberalizmu siejących nienawiść oraz kłamstwa). Modlić się będziemy o konieczne zmiany w mediach i nawrócenie środowisk dziennikarskich. Kierujemy się później w stronę placu Trzech Krzyży i na ul. Wiejską aby ogarnąć modlitwą władze ustawodawcze naszego Kraju. Zakończenie Pokutnego Marszu Różańcowego będzie pod Sejmem i Senatem RP (wcześniej podejdziemy pod ambasadę Kanady, gdzie Panu Bogu i Jego Matce zawierzać będziemy Mary Wagner, która toczy samotny bój o przestrzeganie prawa Bożego w Kanadzie).
Będziemy się modlić o ustanie kłamliwych ataków na nasz Kościół i Ojczyznę, o nawrócenie nieprzyjaciół i pojednanie ludzi, narodów i państw na fundamencie prawdy, aby wobec ofiar zbrodni i ludobójstwa nastąpiło sprawiedliwe zadośćuczynienie za zło jakiego doświadczyli od prześladowców. Będziemy modlić się także o to by dla wszystkich narodów, dawniej i dziś zamieszkujących ziemie Rzeczypospolitej i Europę Środkowo Wschodnią, Jezus Chrystus był j e d y n ą Drogą, Prawdą i Życiem, o to też by na ziemiach nasączonych krwią ofiarną poprzednich pokoleń umocniona została święta wiara katolicka, poza którą nie ma zbawienia, by porzucone zostały błędne wyznania i religie wiodące na bezdroża nienawiści
Zapraszamy w piątek do różańcowego szturmu modlitewnego za Kościół, naszą Ojczyznę i nasze rodziny – Msza Święta za Ojczyznę godz.17.00 parafii p.w. św. Stanisława Biskupa i Męczennika (Głównego Patrona Polski). Po Mszy Świętej adoracja Najświętszego Sakramentu i Różaniec święty za Ojczyznę.
Tylko modląc się na Różańcu Świętym i poprzez POKUTĘ możemy wybłagać tryumf Niepokalanego Serca Maryi Panny w Kościele, w Polsce, w naszych rodzinach i na całym świecie.
Kanadyjski reżim eutanazji już zabija niepełnosprawnych.
Będzie jeszcze gorzej
Nawet ONZ określiła kanadyjski program wspomaganego samobójstwa jako „eugenikę sponsorowaną przez państwo” i wezwała rząd do ograniczenia planów rozszerzenia dostępu do eutanazji.
( LifeSiteNews ) — W Kanadzie zabijamy niepełnosprawnych. Ponad 90 procent dzieci, u których zdiagnozowano zespół Downa w łonie matki, jest abortowanych; nienarodzone dzieci, u których zdiagnozowano inne niepełnosprawności, zazwyczaj spotyka ten sam los. Ale przez dziesięciolecia nasz nazistowski, zabójczy ableizm ograniczał się do tych, którzy jeszcze się nie urodzili.
Wraz z rozszerzeniem uprawnień do eutanazji na osoby cierpiące wyłącznie na niepełnosprawność lub chorobę psychiczną, które ma wejść w życie w 2027 r., ma to ulec zmianie. Grupy osób niepełnosprawnych były niemal jednomyślne w potępieniu tego planu, który został dwukrotnie opóźniony przez rząd liberalny z powodu sprzeciwu ze strony całego kanadyjskiego społeczeństwa – ale nie został całkowicie anulowany.
Nawet Komitet Narodów Zjednoczonych ds. Praw Osób Niepełnosprawnych, badając przestrzeganie przez Kanadę Konwencji ONZ o Prawach Osób Niepełnosprawnych na początku tego roku, doszedł do wniosku, że Kanada rozpoczyna „eugenikę sponsorowaną przez państwo” i wezwał rząd Kanady do porzucenia tych planów i wycofania rozszerzającego się reżimu eutanazji. Grupa zajmująca się prawami osób niepełnosprawnych Inclusion Canada, a także kilka innych, napisało do organu, aby podnieść alarm w sprawie kanadyjskiej polityki eutanazji.
Kanadyjczycy z niepełnosprawnością fizyczną od lat próbują zwrócić uwagę rządu, a historie osób, które szukają eutanazji, ponieważ nie mogą uzyskać potrzebnego im wsparcia lub opieki, okresowo dominują w nagłówkach międzynarodowych gazet. (Tę paskudną rzeczywistość najlepiej oddaje słynny komiks przedstawiający schody prowadzące do placówki opieki zdrowotnej, z jedyną rampą dla wózków inwalidzkich prowadzącą do „eutanazji”). Rząd nie wziął jeszcze pod uwagę tych historii.
Członek mojej rodziny jest pielęgniarką w Kanadzie. Wykonali kilka procedur wspomaganego umierania w domu opieki, w którym pracowali, zanim odmówili kontynuacji. W jednym przypadku rodzina mężczyzny z niepełnosprawnością umysłową zdecydowała, że chce, aby został on poddany eutanazji. Nie chciał umierać. Ale członek mojej rodziny został prawnie zmuszony do zakończenia swojego życia. Trzymali go za rękę, gdy mówił im „Jestem głodny” i „Jestem spragniony”.
Ten biedny człowiek nie rozumiał, co się z nim dzieje, faszerowany lekami, które miały zakończyć jego życie, a członek mojej rodziny opłakiwał duszę, którą niepotrzebnie tracił. Nie był śmiertelnie chory. Nie był szczególnie stary. Nie umierał. Nie chciał umierać. Ale nie miał wyboru. Ponieważ jego życie zostało uznane za zbędne przez rodzinę, a rząd dał im prawo do odebrania mu życia, niezależnie od jego potrzeb i życzeń.
A kiedy członek mojej rodziny powiedział w miejscu pracy, że nie może kontynuować wykonywania tych procedur – że jego sumienie na to nie pozwala – powiedziano mu, że jest to jego „prawny obowiązek” jako pielęgniarki. Nadal odmawiał. Ale nie każdy będzie miał kręgosłup moralny i odwagę członka mojej rodziny.
Droga do piekła jest wybrukowana dobrymi intencjami, a właśnie przed tym otwiera drzwi ustawa o eutanazji wspomaganej. Zaczyna się od „wyboru” i „godności”. Ale samobójstwo nie jest popełniane tylko „kiedy pacjent tego chce”. A kraje, w których jest już zalegalizowane, pokazały nam ponurą rzeczywistość. W Holandii 40% zgonów w wyniku eutanazji następuje bez zgody pacjenta. W Kanadzie oferowano ją paraolimpijczykom, którzy prosili jedynie o pomoc w poruszaniu się. Skoro tam się to udaje, to i u nas się to zdarza. Ludzie będą zabijani wbrew swojej woli.
Poproszony o publiczne potwierdzenie, Smith stwierdził: „ Nie, mój członek rodziny nie ujawni tego publicznie. Tak, ufam jego zeznaniom. Nie, on nie jest okropną, okropną osobą. Tak, to się naprawdę dzieje. Prawo surowe a ponura rzeczywistość to dwie zupełnie różne rzeczy. To, że prawo miało chronić przed przymusem lub procedurami bez zgody… nie oznacza, że tak jest”.
Chciałbym jej nie wierzyć, ale wierzę. Wierzę jej, ponieważ osoby świadczące usługi eutanazji zakończyły życie osób takich jak Alan Nichols, który został zabrany do szpitala przez członków rodziny po epizodzie psychiatrycznym i poddany eutanazji kilka dni później. Wierzę jej, ponieważ ujawnione dokumenty pokazują, że osoby świadczące usługi eutanazji w Ontario odnotowały 428 przypadków potencjalnych naruszeń prawa karnego, bez ani jednego zgłoszenia do organów ścigania. Wierzę jej, ponieważ kanadyjskie środowisko medyczne już akceptuje śmiertelny ableizm [Dyskryminację osób z niepełnosprawnościami], podobnie jak nasz rząd.
Kanada już zabija osoby z niepełnosprawnością lub chorobami psychicznymi; jak dotąd osoby dokonujące eutanazji muszą szukać innych powodów (pisemnym powodem podania śmiercionośnego zastrzyku Alana Nicholsa była „utrata słuchu”). Jednak wraz z rozszerzeniem kryteriów kwalifikacyjnych w 2027 roku, wrota się otworzą.
Artykuł niniejszy stanowi piątą, ostatnią część z minicyklu o wojnie, sprowokowanej przez małe państwo Chazarów i wywołanej przez wielkie Anglosasów. Na końcu rozważymy obecne i przyszłe sojusze Polski.
Artykuł niniejszy stanowi piątą, ostatnią część z minicyklu o wojnie, sprowokowanej przez małe państwo Chazarów i wywołanej przez wielkie Anglosasów. Na końcu rozważymy obecne i przyszłe sojusze Polski.
Na koncepcję zredefiniowania sojuszu z USA większość dzisiejszych znawców zakrzyknie, że to niemożliwe, musimy się poddać polityce USA, bo jak nie, to… No właśnie, bo jak nie, to co? Odpowiedzą wnet, że zaraz napadnie nas Rosja, dlatego musimy się bardzo zbroić i być najsilniejszą rubieżą na wschodniej flance. Otóż to jest wada myślenia nad Wisłą, której powinniśmy się jak najszybciej pozbyć. Nie powinniśmy być żadną flanką żadnego bloku, tylko budować swój własny blok.
Nasza pozycja geopolityczna wynika z geografii Eurazji i naturalnych szlaków handlowych. Zostały one zaburzone przez rozwój transportu morskiego i mocarstw morskich. Dzięki temu najpierw Wielka Brytania, a potem Ameryka mogły dowolnie kształtować swoje strefy wpływów, łupiąc i eksploatując cały świat wedle własnych potrzeb, jedne rządy wynosząc, inne obalając. W systemie, urządzanym przez mocarstwo morskie ziemie Polski zawsze znajdą się w strefie zgniotu. Z jednej bowiem strony mamy Europę Zachodnią, mającą dogodne wyjścia na ocean światowy, z drugiej zaś – wielki masyw eurazjatycki, dla którego najdogodniejszy dostęp do oceanu wiedzie do portów Europy, wprost przez nasze ziemie. Dla nas położenie na takim szlaku byłoby bardzo korzystne, ale dla mocarstw morskich jest to wręcz niebezpieczne, dlatego, że umożliwia komunikację eurazjatycką po liniach wewnętrznych, bez pośrednictwa szlaków morskich i poza kontrolą morskich mocarstw. Oznacza to nie tylko utratę zysków przez mocarstwo morskie, ale utratę przez nie kontroli tego, co dzieje się w Eurazji.
Zyskałyby na tym państwa, położone na wewnętrznych szlakach handlowych, szczególnie Polska. Wówczas nie bylibyśmy na obrzeżu, ale w centrum. Polska nie powinna być niczyją flanką, ale MOSTEM I STRAŻNICĄ EURAZJI. Mostem, bo łączy Wschód z Zachodem. Strażnicą, bo kontroluje most i może go zamknąć. Nie zrobi tego jednak z byle powodu, gdyż żywotny interes Polski polega na tym, aby szły przepływy, a nie żeby trwały blokady. Główna rola Strażnicy nie polega na zamykaniu mostu, ale na pilnowaniu na nim porządku i pobieraniu myta. Oznacza to więc, że w żywotnym interesie Polski leży włączenie się w chińską inicjatywę Nowego Jedwabnego Szlaku.
Pojawia się jednak szereg pytań. Po pierwsze, co na to Ameryka. Na dziś wiadomo, że nie ma o tym mowy, nasi sojusznicy trzymają nas w garści i nie pozwolą na to. Jednak sprawy świata układają się po nowemu. Globalny hegemon już nie może i nie chce być globalny, więc stara się być lokalny z zachowaniem wpływu na resztę świata. Jest duża szansa przekonania Ameryki do tego projektu, jeśli Polska będzie w stanie utrzymywać porządek na Moście Eurazji, co będzie oznaczało stabilność w naszym regionie. A stabilność naszego regionu jest jednym z gwarantów stabilności na świecie. Polska będzie w stanie utrzymywać tą stabilność, jeśli będzie miała stabilną władzę polityczną, cieszącą się stałym poparciem minimum 1/3 społeczeństwa. Stabilność władzy oznacza brak ataków z zewnątrz i rozłamów wewnątrz. Rozłamy wewnątrz Polski zwykle były i są powodowane przez zagraniczne ośrodki władzy, m.in. przez USA, Niemcy i gnostyckich Chazarów, w mniejszym obecnie stopniu przez Rosję. Stabilność sytuacji w regionie zdjęłaby z Ameryki troskę o kontrolę tej części Europy, gdyż interes Polski byłby jasno zdefiniowany, a Ameryka byłaby zainteresowana wymianą handlową, która przez Polskę i Europę Zachodnią szłaby dalej na Atlantyk.
Pozycja Polski jako Mostu i Strażnicy Eurazji może więc mieć dla Ameryki dwojakie znaczenie, w zależności, jaką pozycję światową przyjmie sama Ameryka. Dla USA jako hegemona światowego ta koncepcja jest nie do przyjęcia, gdyż utrudnia kontrolę Azji przez mocarstwo morskie. W tym wariancie USA potrzebują żelaznej kurtyny w okolicy Polski, aby odciąć Rosji i Chinom dostęp do oceanu światowego przez Europę Zachodnią. W ten bowiem sposób dzięki swej potędze morskiej, lotniczej i bazom USA mogą zachować kontrolę nad wymianą handlową Chin i Rosji z resztą świata. Na dłuższą metę jest to jednak nie do utrzymania, bo z jednej strony Ameryka ponosi zbyt wielkie koszty i wikła się w konflikty, a z drugiej państwa Azji w końcu przerwą kordon mocarstwa morskiego. Tej polityki Ameryka już niedługo nie będzie w stanie prowadzić.
Dlatego należy zaproponować Ameryce takie rozwiązanie, które pozwoli jej utrzymać kontrolę nad strefą atlantycką, przy jednoczesnym wycofaniu się z roli światowego hegemona. Taką możliwość daje przerzucenie części strumienia towarów z portów chińskich na porty europejskie, dzięki Nowemu Jedwabnemu Szlakowi, który będzie kończył się Mostem i Strażnicą Eurazji w Polsce. Sceptycy zaraz postawią trzy kwestie: czy możliwa jest samodzielna geopolityka Polski, czy nie podbije nas Rosja, i czy nie zdominują Chiny.
Samodzielna geopolityka Polski
Zachód, zdominowany przez chazarskich gnostyków nigdy nie uzna nas za podmiot i partnera, niezależnie, jak będą przymilali się polskojęzyczni politycy szkoły pinokiańskiej. Uznają nas dopiero wtedy, gdy będziemy stanowić siłę, której nie można lekceważyć. By zaś tak się nie stało, elity Zachodu robią wszystko, abyśmy tylko nie mogli się wzmocnić. Polska, aby rozmawiać z zachodnimi politykami i uzyskiwać dobre warunki dla Polaków musi być silna pod każdym względem, ale taką nie będzie tak długo, dokąd będzie podlegać decyzjom z Zachodu. Siłę właściwą do uprawiania polityki zagranicznej Polska mogłaby zbudować na drodze wewnętrznych reform, co oznaczałoby odrzucenie znacznej części europejskiej polityki gospodarczej i amerykańskiej polityki strategicznej. Proces ten jest teoretycznie możliwy, ale w praktyce każdy rząd, który wszedłby na tą drogę zostałby obalony. Użyte do tego zostałyby potężne aktywa polityczne, ekonomiczne, finansowe, jakimi Zachód podbił nas z zewnątrz, oraz agenturalne, tkwiące wewnątrz naszego kraju.
Poza tym proces takich reform własnymi siłami trwałby długie lata, a w tym czasie wyprzedziłaby nas ta część świata, która rozwija się gospodarczo. Nie mam tu na myśli Europy, ta się zwija, ale kraje BRICS i USA. Dla własnego rozwoju i bezpieczeństwa potrzebny jest nam wielki strategiczny sojusz ze Wschodem i Południem. Rosja ma tanie surowce, głębię strategiczną, wielki terytorialnie rynek zbytu i potencjał militarny, którego boi się Zachód. Białoruś leży u naszych granic i ma potencjał gospodarczy. Chiny mają produkcję, wielki ludnościowo rynek zbytu, potrzeby inwestycyjne i rosnący potencjał militarny. Iran ma tanie surowce, znaczący rynek zbytu i potencjał militarny. Turcja ma potencjał ludnościowy, gospodarczy i militarny.
To kilka najważniejszych państw, chętnych do podjęcia współpracy z Polską, uwolnioną spod tyranii Zachodu. Wszystkie te państwa prowadzą politykę niezależną od Zachodu i wychodzą na tym dobrze. Między nimi są nie tylko sojusze, ale również rywalizacja, co mądra polska polityka mogłaby wykorzystywać do naszych celów.
Chiny
Jest oczywistym, że jeśli Chińczycy dostrzegą okazję, będą dążyli do przejęcia kontroli nad terytorium, które ich interesuje, a Polska do takich należy. Nie jest to jednak wyłączna chińska przypadłość, lecz stały element myślenia geopolitycznego wszystkich graczy światowej partii szachów. Nad Wisłą nie uprawia się takiego myślenia, bo nie uprawia się geopolityki, ani nawet nie dąży się do suwerenności od zagranicy. Jest to poniekąd współczesna cecha europejska, i po części spowodowane jest tym, że osoby, pełniące funkcję polityków są w istocie podstawionymi sługami chazarskich gnostyków, Obcymi Udającymi Swoich.
Dlatego polska polityka od czasów Sanacji w ogóle nie zakłada myślenia narodowego, suwerennego, niepodległego i geopolitycznego, ale patrzy, komu tu się sprzedać. Taka polityczna prostytucja. Nie należy więc obrażać się na Chińczyków i jakiekolwiek inne państwo z USA włącznie, że chce mieć nas pod kontrolą, ale działać tak, aby tej kontroli uniknąć. Obecna podległość władzy warszawskiej wobec Zachodu stanowi wprost zaproszenie dla pozostałych graczy, aby przejęli Polskę jako tanią zdobycz, przy bierności samych Polaków. Jeśli zaś Polacy będą prowadzić konsekwentnie własną politykę zagraniczną i gospodarczą, staną się atrakcyjnym partnerem dla Chin z uwagi na położenie, a Chińczycy uszanują silną władzę w Polsce i będą woleli raczej się z nami dogadywać, niż nas uzależniać. Próba uzależnienia innego państwa jest bowiem świetnym rozwiązaniem wtedy, gdy państwo to jest słabe i się nie opiera. Gdy jednak państwo ma silną władzę, popieraną przez ludność, bardzo jest trudne do przejęcia, co pokazał przykład Iranu, gdzie nie udało się Chazarom zmienić władzy mimo potężnego ataku.
Rosja, Polska, Zachód
Nasz stosunek do Rosji dyktowany jest dwoma czynnikami: resentymentami o podłożu historycznym i chazarsko-gnostycką propagandą, uprawianą przez polskojęzyczne media, Obcych Udających Swoich i ignorantów. Resentymenty każą nam wierzyć, że Rosja niczego innego nie planuje, jak tylko zaatakować Polskę, bo taki jest jej wieczny determinizm. Rosja po prostu musi to zrobić i na pewno to zrobi. Zwolennicy tej koncepcji nie szukają potwierdzenie swoich tez we współczesnych interesach Rosji, lecz w wydarzeniach z historii ostatnich 300 lat. Dalej zwolennicy nieuchronności inwazji rosyjskiej przypominają represje rosyjskie na Polakach, szczególnie po powstaniach, podczas rewolucji, wojny bolszewickiej i II Wojny Światowej. Miary dopełnia zamach smoleński.
Rzeczywiście, wiele faktów potwierdza rosyjską penetrację i agresję na ziemie polskie. Trzeba opowiedzieć współczesnym Polakom prawdziwy obraz historii, a nie jej sfałszowaną wersję, podawaną w szkołach i mediach. Nie jest tu miejsce na to, ale kilka słów powiedzieć trzeba. Nie ulegają wątpliwości konflikty Polski z Rosją, jednak aby je ocenić rzetelnie, trzeba też dostrzec wpływy zewnętrzne zarówno w Rosji, jak i w Polsce. Wpływy te można określić jako anglosasko–pruskie i chazarsko-gnostyckie. Ujawniły się w obydwu państwach w XVI wieku i prowadziły do zaognienia wzajemnych konfliktów. Polska już wtedy została przeznaczona do likwidacji, a Rosja do awansu, rozrostu i przejęcia, tak samo, jak USA. Z jednej więc strony mieliśmy oddziaływanie na władzę w Rosji w kierunku rozbiorów i represji, z drugiej działania na siły w Polsce, prowokujące nas do bezsensownych powstań i wystawiania się na represje autorytarnej władzy typu bizantyjskiego.
Tak więc trzeba będzie rzetelnie przeanalizować historię konfliktów Rosji z Polską, aby zobaczyć, ile tam było rzeczywistego parcia Moskwy na Zachód, a ile działania obcych sił, wrogich obydwu narodom i państwom. Co do zamachu smoleńskiego, sprawa jest wciąż niejasna i celowo zagmatwana. Żadna z komisji oficjalnie powołanych do wyjaśnienia sprawy nie spełniła oczekiwań Polaków. Raport Macierewicza sugerujący odpowiedzialność Rosji, choć sensacyjny, budzi poważne wątpliwości. Pytanie, dlaczego służby rosyjskie miałyby robić taką robotę u siebie i ściągnąć uwagę, a także, dlaczego po ogłoszeniu raportu ówczesny rząd PiS-u, mający parlament, rząd i prezydenta niczego nie uczynił z tą wiedzą, poza medialną pianą. Nie wiemy więc, kto wykonał ten zamach, i na liście podejrzanych są nie tylko służby rosyjskie, ale również niemieckie, brytyjskie, amerykańskie i chazarskie.
Co do represji, ich skala i okrucieństwo porażają, szczególnie w I połowie XX wieku, gdy Rosją rządzili komuniści. To jednak też trzeba poddać bliższej analizie. Okaże się wówczas, że rewolucję bolszewicką też wywołali chazarscy gnostycy, stanowiąc większość aparatu partyjnego oraz przymusu i terroru. Przerzut Lenina zorganizował niemiecki Sztab Generalny za pieniądze właściwych bankierów, późniejsze państwo bolszewickie także było finansowane z City of London i Wall Street, które w zamian korzystały z rosyjskich surowców. Cały rosyjski eksperyment z komunizmem był eksperymentem gnostyków, tak samo, jak całe państwo amerykańskie.
Jednak przez te zaszłości historyczne większość Polaków wyklucza samą myśl o podjęciu współpracy nawet gospodarczej, a co dopiero politycznej z Rosją. Nie zdają sobie oni sprawy z faktu, że polityka rosyjska ostatnich 300 lat była częściowo sterowana z zewnątrz, tak samo, jak polityka USA. Zwykle przeszkadzają Polakom zbrodnie, dokonane przez Rosjan, lub innych ludzi, za Rosjan uznawanych. Na jakikolwiek głos, wzywający do normalizacji stosunków wschodnich natychmiast reagują krzykiem o ruskich onucach. Jakoś jednak tym onucowcom nie przeszkadzają zbrodnie, dokonywane przez Niemców na Polakach. Niby werbalnie tak, ale faktycznie Niemcy robią w Polsce, co chcą.
Szwedzi też sobie u nas poczynali okrutnie w XVII i XVIII wieku, a nikt przecież nie myśli, by zrywać ze Szwecją stosunki handlowe. Czesi i Słowacy też nieraz pałali do nas wrogością. USA, Wielka Brytania i Francja również mają wobec Polski wiele na sumieniu. No i Ukraińscy. Teoretycznie pamiętamy powstanie Chmielnickiego, Koliszczyznę i Wołyń. Jednak onucowcom pamięć o tym nie przeszkadza, aby do Polski wpuszczać miliony Ukraińców bez kontroli, niszczyć polskie rolnictwo produktami z Ukrainy, oddawać państwu ukraińskiemu polskie uzbrojenie i majątek i pomagać mu w wojnie, narażając się na odwet Rosji. Tak więc z różnymi sąsiadami mamy poważne zadry, ale tylko z Rosją nie wolno nic razem robić. Wytłumaczyć to można bardzo prosto: taki jest interes gnostycko-chazarski, więc utrzymują Polaków w emocjonalnym wzmocnieniu, co bardzo utrudnia nam racjonalne myślenie. Pomagają w tym rzesze Obcych Udających Swoich, porozmieszczanych w różnych obszarach państwa.
Doświadczenia historyczne nie są żadną determinacją na przyszłość, a dzisiejsza Rosja nie jest Związkiem Radzieckim, tylko na powrót Rosją, głęboko wewnętrznie okaleczoną, najpierw przez bolszewicki komunizm, potem przez sowiecki socjalizm, a w końcu przez smutę chaosu oligarchów z czasów Jelcyna. Rosja dochodzi do siebie, powracając do własnej polityki imperialnej. Państwo tej wielkości jest imperium, bo musi nim być. Nie ma tam miejsca na chaos demokracji typu zachodniego. Obrażanie się na Rosję za to, że jest Rosją to jakby obrażać się na wilka, że jest drapieżnikiem. To nie znaczy jednak, że musi zagarnąć wszystko, co znajduje się w jego zasięgu. Każdy system, aby był funkcjonalny musi mieć wyznaczoną granicę wzrostu.
Każdy postęp terytorialny, polegający na podboju kolejnego państwa i narodu wiąże się z ogromnymi kosztami. Sama operacja wojskowa to wielki koszt logistyczny, związany z organizacją i przemieszczeniem armii i zapewnieniem jej zaopatrzenia. Koszty i straty, związane z walką z obrońcami to następna pozycja w buchalterii. To nie byłoby jednak najtrudniejsze, na obecną chwilę nie ma w Europie takich armii, które zdołałyby zatrzymać zwycięski pochód wojsk rosyjskich, gdyby to państwo zdecydowało się na prawdziwą pełnoskalową wojnę. Podbój Europy, a przynajmniej jej środkowej części nie byłby dla Rosji nadmiernym wysiłkiem. Prawdziwy wysiłek i koszty zaczęłyby się dopiero wtedy, gdyby Rosja zechciała okupować podbitą Polskę. To już było, i zawsze stanowiło problem dla tego państwa. W końcu Stalin zdecydował, że lepiej Polski nie okupować, lecz trzymać w wasalnej zależności. Tak przeżyliśmy PRL, a po 1989 r. zmieniło się tyle, że staliśmy się wasalem Zachodu, który dąży do naszej likwidacji.
Argumenty, że Rosja upada na skutek wojny ukraińskiej i sankcji Zachodu, używane przez zwolenników Ukrainy świadczą o ignorancji. Wyraźnie widać, że władze Rosji prowadzą wojnę na wyniszczenie, nie angażując swoich głównych zasobów. Zachód wysyła tam swoje zapasy i uzbrojenie, warte miliardy, pozbywając się rezerw i obciążając gospodarki długami. Rosja przede wszystkim pozbywa się starego sprzętu i rozwija swoją bazę produkcyjną.
Armia Federacji Rosyjskiej bez trudu mogłaby zahamować dostawy materiałów na Ukrainę, przerwać linie zaopatrzenia i porazić centra dowodzenia. Nie robi tego jednak, pozwalając na przepalenie sił Zachodu oraz zasobów materialnych i ludzkich Ukrainy. To generuje duże koszty dla Rosji, są one jednak wkalkulowane w odzyskanie przez Rosję pozycji niezależnego imperium. Ukraina jest dla Rosji perłą w imperialnej koronie, więc Moskwa nie zrezygnuje z Kijowa, tym bardziej, że Ukraina, należąca do wrogów Rosji zawsze jest strategicznym zagrożeniem dla tego państwa. Nie łudźmy się więc, wojna ukraińska nie jest wojną Ukrainy o swoją wolność, lecz walką Rosji o bezpieczeństwo strategiczne, a ostatecznym celem polityki Rosji wobec Ukrainy jest całkowite podporządkowanie Kijowa Moskwie. Polska nie ma żadnej mocy, aby powstrzymać ten proces, a nawet więcej, nie ma żadnego w tym interesu.
Problem ukraiński
Ukraina jako państwo niepodległe jest obecnie czymś niemożliwym. Albo będzie podlegać Rosji, albo Zachodowi, czyli w praktyce gnostyckim Chazarom, a oni będą używać tego państwa i jego zasobów do realizacji agresywnych celów, tak samo, jak używają małego państewka chazarskiego. Jednym ze stałych celów gnostyków jest eliminacja Polski i Polaków, do tego więc będzie używane państwo, rządzone przez reżim w Kijowie. Dla Chazarów nie jest ważne życie ich poddanych, tym bardziej więc nie będzie im żal naszego. Należy więc traktować państwo ukraińskie jakie poważne zagrożenie dla Polski, tym większe, im bardziej będzie formalnie niepodległe. Ukraińcy nie mają obecnie żadnej możliwości, aby skutecznie zarządzać swoim państwem, przede wszystkim z powodu braku silnej tożsamości narodowej i tradycji ustrojowych.
Jedyne silne uczucie, jaki jest w stanie połączyć część ludności tego państwa to banderyzm, uczucie nie tyle narodowe, ile antypolskie. Dotychczasowa historia kontaktów polsko-ukraińskich po 1991 r. wyraźnie pokazuje ich jednostronność. Z jednej strony wielka polska życzliwość i inwestycje w Ukrainę i Ukraińców, z drugiej wrogość, pogarda, arogancja i niekończące się roszczenia i groźby ze strony Ukrainy. Dla Polski Ukraina, zarządzana przez chazarskich gnostyków jest zarazem kufrem bez dna i bezdenną otchłanią. Państwo ukraińskie będzie wrogiem państwa polskiego, chyba, że Polska byłaby tak silna, że zdominowałaby Ukrainę politycznie i militarnie, co w tej chwili nie jest osiągalne.
Państwo ukraińskie po zakończonej wojnie nie zostanie pozostawione samo sobie, lecz znajdzie się pod protektoratem. Protektorat może być niemiecki, amerykański lub rosyjski. Wszystkie są dla nas ryzykowne, gdyż zawsze dają protektorom możliwość użycia Ukrainy przeciwko Polsce. Najgorszy byłby dla nas protektorat niemiecki (unijny znaczy to samo), wówczas to użycie byłoby pewne. Protektorat amerykański dałby takiego użycia prawdopodobieństwo, protektorat rosyjski również, ale jednocześnie byłby w stanie zlikwidować banderyzm. Każda więc ewentualność państwa ukraińskiego jest dla Polski albo bezpośrednim, albo potencjalnym zagrożeniem. Postępowanie roztropne polega na dobrych stosunkach ze wszystkimi sąsiadami. Dobre stosunki z Ukrainą oznaczają strzeżoną granicę, koniec darmowego wspierania tego państwa, powrót większości Ukraińców do ojczyzny, wyraźne i egzekwowane żądania Polaków opłacalności wzajemnych kontaktów, ciągły szantaż ze strony Polski zamknięcia granicy dla ludzi i towarów. Ukrainę trzeba bardzo rygorystycznie dyscyplinować, a fundamentalnym warunkiem jakichkolwiek dalszych kontaktów powinno być żądanie całkowitej debanderyzacji oraz pełna ekshumacja i pochówek pomordowanych Polaków. Dopiero po tym można z nimi rozmawiać o czymkolwiek na zasadzie partnerstwa.
Nowe sojusze
Dobre stosunki z Rosją są jak najbardziej możliwe, a ryzyko ataku ze strony tego państwa jest mniejsze, niż ryzyka ukraińskie. Rosja nie planuje inwazji na Europę Zachodnią, to propaganda gnostyków. Rosji się to nie opłaca, nie ma też pokrycia w żadnych strategicznych planach. Jednocześnie atak Rosji na Polskę jest dziś prawdopodobny, ale na skutek agresywnej polityki władzy w Warszawie, działającej na zlecenie Zachodu, będącego pod kontrolą gnostyków. Władze państwa polskiego zachowują się agresywnie i prowokacyjnie wobec mocarstwa nuklearnego i największego państwa świata, którego nie da się pokonać z zewnątrz. Zachowanie to jest skrajnie nieodpowiedzialne i naraża Polskę na rosyjski atak odwetowy. Jednocześnie propaganda chazarsko-gnostycka w Polsce twierdzi, że musimy zbroić się, aby obronić się przed agresywną Rosją. W tym celu narzuca się Polsce wielkie wydatki budżetowe, obciążenie gospodarki i żadnych realnych korzyści. Innymi słowy, prowokujemy Rosję, dozbrajamy Ukrainę, wydajemy mnóstwo pieniędzy i niczego za to nie mamy. Zakontraktowaną amerykańską i koreańską broń dostaniemy być może kiedyś, a i tak nie będziemy mogli jej użyć bez pozwolenia Amerykanów. Znajdujemy się więc obecnie w fikcyjnej rzeczywistości, żyjąc urojeniami, wmówionymi i narzuconymi nam przez naszych wrogów, postępujemy samobójczo, i nawet o tym nie wiemy. Oprócz tych, którzy czytają to opracowanie.
Stosunki dobrosąsiedzkie nie oznaczają podległości. W tym znaczeniu nasze obecne relacje z Niemcami nie są dobrosąsiedzkie, oparte są bowiem na podległości z naszej strony. Dobre stosunki z sąsiadem oznaczają również asertywność. Trzeba umieć odmówić, gdy sąsiad życzy sobie na noc naszą żonę lub córkę. Przez całą III RP państwo polskie nie mogło odmówić niczego niektórym sąsiadom, a przyczyną była antypolska polityka władz w Polsce. Zawieranie jakichkolwiek sojuszy przez państwo polskie będzie możliwe dopiero wtedy, gdy w Polsce będzie stała władza suwerenna, reprezentująca naród, a nie zewnętrznych organizatorów; władza, prowadząca politykę propolską, a nie antypolską; władza dążąca do wolnej Polski, a nie do zależnego Ukropolin. To warunek wstępny.
Gdy uda się spełnić ten warunek, wówczas, bazując na wiedzy, zawartej w niniejszym opracowaniu należy zawrzeć nowe sojusze, lub odnowić stare. Zasada ogólna jakichkolwiek sojuszy jest bardzo prosta: muszą się opłacać Polsce i Polakom. Każdy sojusz musi być realistyczny, a nie idealistyczny, dający wymierne korzyści nie tylko doraźne, ale też długofalowe. Nasz obecny sojusz z Zachodem zakłada, że musimy bronić się przed napadem Rosji, i NATO i UE nam gwarantuje bezpieczeństwo w tych warunkach. Założenie to opiera się na dwóch błędach. Po pierwsze, zagrożenie rosyjskie jest wyolbrzymione, po drugie, Zachód nas nie ochroni. Trzeba jednak dołożyć nowe założenia, które nie były znane jeszcze na początku XXI wieku. Sojusz z Zachodem jest drogi, ryzykowny i przynosi nam więcej przykrości, niż korzyści. Uczestnictwo w UE to pewność bankructwa i zniewolenia, a USA wycofują swoje gwarancje bezpieczeństwa dla Europy. Jednocześnie Chiny są zainteresowane Nowym Jedwabnym Szlakiem, co daje Polsce wymierne korzyści, a Rosja okazała się państwem odpornym na destabilizację i kryzysy. Wszystkie główne państwa Zachodu, gwarantujące Polsce bezpieczeństwo w ramach NATO nie są suwerenne, ich polityka zewnętrzna jest zdalnie sterowana, a wewnętrzna to samobójstwo. Zachód ekonomicznie się zwija, a grupa BRICS się rozwija. Zarazem nadal potrzebujemy państw Zachodu, a szczególnie Ameryki, ale nie po to, aby się powiesić na ich klamce. Potrzebujemy ich, aby mieć przeciwwagę dla sojuszu ze Wschodem, a także jako potęga, zdolna poskromić przyszłe roszczenia polityczne i militarne imperium pruskiego, którym dziś są Niemcy. Dziś wydaje się to abstrakcją, ale Niemcy mogą się na powrót uzbroić, a po rozpadzie UE mogą wrócić do militarnego parcia na Wschód, którym będzie Polska. USA są więc nadal nam potrzebne jako okupant naszego wroga oraz jako możliwość wyboru strategicznych sojuszy geopolitycznych. Dopóki będziemy uzależnieni od jednej ze stron, która jest naszym monopolistą bezpieczeństwa, nie będziemy szanowani. Monopolista nie szanuje klienta, którego uzależnił od siebie, ale tego, o którego względy musi zabiegać. Gwarancją szanowania polskich interesów zarówno przez Wschód, jak i przez Zachód będzie tylko balansowanie pomiędzy i wygrywanie wzajemnych sprzeczności. W żadnym razie Polska nie może stać się całkowicie podległa jednemu z bloków.
Polska ma komfort położenia na styku dwóch światów, i może pozwolić sobie na status specjalny: być jednocześnie elementem niezbędnym dla dwóch obszarów geopolitycznych. Może wykorzystywać walory jednego obszaru i drugiego, nie będąc jednocześnie w opozycji do żadnego. W razie zachwiań równowagi światowej nasze państwo może być czynnikiem, zapewniającym homeostazę. Na tym polega rola MOSTU I STRAŻNICY EURAZJI: zapewniać łączność, współpracę, niwelować napięcia, zarabiać na przepływie. Taka pozycja pozwoli na jednoczesny wielki sojusz ze Wschodem i serdeczne porozumienie z Zachodem. Sojusz ze Wschodem jest nam potrzebny, abyśmy mogli się wyzwolić z chazarsko-gnostyckiego więzienia Zachodu. Polska ma zadłużony skarb, rozbrojoną i zdezorganizowaną armię, nieczynne zasoby naturalne, zdemolowaną gospodarkę, zniszczone szkolnictwo, zdezorientowane społeczeństwo. Potrzebujemy stabilnych partnerów handlowych, dostaw tanich surowców i technologii, i spokoju na granicach, abyśmy mogli odbudować naszą gospodarkę, myśl techniczną, finanse i obronność. Dopóki będziemy nieodwołalnie zależeć od Zachodu, nigdy nam na to nie pozwolą, za to będą nas zadłużać jeszcze bardziej i niszczyć wszelkie przejawy polskości. My potrzebujemy Wschodu, aby się odbudować, Wschód potrzebuje nas, aby mieć pokój i wyjście na zachodnią półkulę. Ameryka potrzebuje stabilnej sytuacji w Europie i na styku ze Wschodem, a Europa Zachodnia potrzebuje wsparcia w wyzwoleniu się od skorumpowanych elit politycznych. W geograficznym środku tych wszystkich potrzeb leży zaś Polska, a to, czy Polacy zdobędą się na przejęcie swojego losu z rąk okupacyjnych pseudoelit, zależy tylko od nas. Czas pokaże, czy wojny, które teraz się toczą, są początkiem III Wojny Światowej, czy początkiem walki wyzwoleńczej narodu polskiego. Najpierw od własnych ograniczeń mentalnych, potem od zdrajców i Obcych Udających Swoich, a w końcu od opresji obcych potęg, zmuszających nas do narodowego samobójstwa.
Poradnik świadomego narodu, księga 1: Historia debilizacji
Pierwszym z rozmówców jest Dymitr (Dimitrije) Ljotić (1891-1945), chrześcijański nacjonalista, serbski działacz polityczny oraz przywódca ruchu o nazwie Jugosłowiański Ruch Narodowy „Zbor”. (Jugoslovenski narodni pokret Zbor; zbor – wspólnota, sobór), adwokat z profesji. https://www.nacjonalista.pl/2020/07/31/dimitrije-ljotic-polityczny-zolnierz-serbskiego-nacjonalizmu/ Drugim jest żydowski nacjonalista (syjonista), prezentujący ciekawe podejście do zagadnienia antysemityzmu, a który pozostaje postacią anonimową.
Dialog został opublikowany w numerze 36 tygodnika „Prosto z Mostu” z 1936 r. w przekładzie na polski dokonanym przez Dragutina (Drago) Jaksicia, innego z członków ruchu „Zbor”.
Zwracam uwagę na datę ww. publikacji, która przesądza o tym, iż dialog nie jest obciążony kontekstem dramatu Żydów czasu II wojny, jak i innych zdarzeń z lat powojennych (zaleta). Natomiast wadę tekstu o tak znacznej odległości w czasie stanowi pewna archaiczność składni, ortografii oraz określeń, co zapewne jest udziałem tłumacza, a które zdecydowałem się uwspółcześnić. Jeśli jednak ktoś preferuje lekturę bez tego rodzaju ingerencji, może bez większego trudu dotrzeć do treści wywiadu w jego wersji oryginalnej.
*******
Odpowiedź Dymitra Ljoticia na zapytanie rozmówcy, czy jest antysemitą.
– Nie jestem antysemitą. Uważam, że nie jest to właściwe określenie. Natomiast w stosunku do Żydów jestem ostrożny i myślę, że taki brak zaufania jest uzasadniony, a także potrzebny. Ponadto uważam, że Żydzi stanowią pewnego rodzaju fenomen rasowo-biologiczny i religijno-socjologiczny. Obserwując ten fenomen, nie mogę pozbyć się dla nich uczucia podziwu. Oto bowiem, z wszystkich ras i narodów, wy, Żydzi, zdołaliście zachować największą spójność. Ten fenomen staje się jeszcze bardziej wyrazisty, gdyż już od bardzo dawna zostaliście rozproszeni pomiędzy narodami, pomimo to nadal jesteście postrzegani bardziej jako jedna wielka rodzina, niż osobny naród. Wasza spójność podtrzymywana jest przez małżeństwa wyłącznie pośród swoich. Mimo zakazu mieszania krwi z innymi, nie sposób u was dostrzec śladów degeneracji rasowej, a nawet jakby przeciwnie. Inne rasy, gdyby przyszło im egzystować w podobnych warunkach, wykazywały by widoczne cechy dezintegracji. A wy nie okazujecie objawów zmęczenia, choć żyjecie w rozproszeniu po świecie. Zapomnieliście swego języka, mówicie wszystkimi językami poza własnym. Ale zachowaliście, na ile to możliwe, waszą wiarę i wasze zwyczaje. Moją opinię formułuję przez porównanie z innymi narodami, które w takiej sytuacji roztopiłyby się w obcym otoczeniu, wy jednak potrafiliście zachować nienaruszony fundament narodowej odrębności.
– Wasz praojciec Jakub walczył przez cała noc z Aniołem Pańskim, lecz nie został pokonany. Został natomiast kaleką. Przykład ten przybiera na ostrości przy retrospektywnym spojrzeniu na waszą historię. Dwudziestowiekowa tułaczka, która rozgrywała się jakby jednocześnie na niebie i na ziemi, wytworzyła wasze legendy pozwalające wam przetrwać, chociaż uczyniła was kalekami.
– Dla chrześcijan, wasza historia i wasza religia są częściami składowymi ich religii. Jeśliby uznać wasze księgi za fałszerstwo, jednocześnie utracą wiarygodność i święte księgi chrześcijan. Wasze księgi osądzają was. Wiele lat przed waszym wygnaniem napisano w nich, że przyjdzie Mesjasz i że go nie przyjmiecie. I dlatego zostaniecie odtrąceni i rozwiani jak proch po świecie, że stracicie swą ziemię i swych królów. To wszystko się ziściło. Ale wy nosicie ze sobą te księgi, które was oskarżają, uważacie je za największą świętość, przechowujecie je i zazdrośnie ich strzeżecie. Gdyby te księgi chwaliły was, a nie ganiły i osądzały, to gdybyście wówczas nosili je ze sobą i uznawali za świętość, nie byłoby w tym nic dziwnego, wszak dogadzałyby waszej próżności. Ale tak, jak jest, te księgi i wy sami zaświadczacie o Chrześcijaństwie. Pomimo tego zmuszony jestem uznać, że nieufność wobec Żydów musi pozostać do czasu, aż okaże się, że jest nieuzasadniona i dłużej niepotrzebna. I osądź sam, czy nie mam po temu ważnych powodów.
– Żydzi są narodem bardzo religijnym, co więcej uważają, iż są narodem wybranym i że ten wybór nie ma znaczenia przenośnego, ale dosłowne. Jest to głównym powodem tego, że trzymają się kurczowo swojej wiary, stosując się ściśle do jej reguł. Jednocześnie najwybitniejszymi przedstawicielami materialistycznej i ateistycznej ideologii są ludzie pochodzenia żydowskiego.
– Żydzi są narodem strzegącym swojej odrębności i zamkniętym na kontakty z innymi narodami, stąd bardzo trudno zostać członkiem ich społeczności. Ale tak się składa, że najgorętszymi głosicielami internacjonalizmu okazują się reprezentanci tej wspólnoty.
– Żydzi rygorystycznie kultywują własne zasady życia rodzinnego, a jednocześnie najostrzejsze ataki propagandowe na rodzinę są autorstwa osób pochodzenia żydowskiego.
– Żydzi przywiązują nadzwyczajną wagę do pieniędzy i wartości materialnych, największe znaczenie ma dla nich kumulowanie bogactwa. Ale jednocześnie ich intelektualiści zaciekle atakują tak kapitalizm jak i samą własność prywatną.
– Żydzi mają dla swoich potrzeb odrębny wzorzec moralny, natomiast wobec innych nacji (gojim; przypis S.O.) ich nie stosują, a co więcej, znajdują religijne uzasadnienie dla takiego postępowania.
-Zatem gdy weźmie się pod uwagę wskazane przykłady świadczące o tym, iż Żydzi z w stosunku do swojej rodziny, swojej nacji i swojej religii zachowują jeden sposób postępowania, a zupełnie przeciwny wobec obcych rodzin, nacji i religii, nasuwa się wniosek, że stanowią oni czynnik destrukcyjny w społeczeństwie, w którym się znajdują i żyją.
– Żydzi w historii swojego wygnania, gdziekolwiek przebywali, napotykali na niedowierzanie, nieufność, a także nienawiść. A ze względu na identyczność podobnych odczuć pośród rozmaitości narodów, nasuwa się wniosek, że obiektywnie powód tego musi tkwić w samych Żydach. A to generuje podejrzenie, że istnieje międzynarodowy, tajnie zorganizowany spisek żydowski, skierowany na destrukcję społeczeństw, wśród których oni żyją.
Odpowiedź syjonisty, który w żadnym momencie nie przerywał wypowiedzi D. Ljoticia
– W zasadzie pańskie wywody są trafne, a nie zdając sobie z tego sprawy jest pan syjonistą. Skoro znacie żydowska historie, nie mogła wam umknąć uwagi, że Żydzi, do chwili wygnania, byli rolnikami i rzemieślnikami. A wszyscy wiedzą, czym zajmują się dzisiaj. Oprócz tego, co Żydzi zachowali na wygnaniu ze swojej tradycji, jednocześnie coś zagubili. Zmienili bowiem swoją duszę. Zmiana egzystencji wywołana wygnaniem musiała nieuchronnie spowodować głębokie zmiany w ich duszy (bardziej precyzyjnie: duchowości; przypis S.O.). Tylko naszemu narodowi zasady religijne zabraniają kultu zmarłych. Wszystkie inne narody kult ten odgrywa wielka rolę, podczas gdy Żydom zabrania się upiększania i remontowania grobów, zabrania chodzenia na cmentarz za wyjątkiem jednego dnia w roku. A nawet od tego obowiązku można pod byle pretekstem zostać zwolnionym. Modlitwy za zmarłych możemy bowiem odmawiać w każdym miejscu. Oczywiście, inaczej było wówczas, gdy Żyd mieszkał na własnej ziemi (we własnym kraju; przypisS.O.). Było tak samo jak wszędzie dokoła. Ale co można zrobić na wygnaniu z kultem zmarłych? Ten, kto gdzieś ma swój cmentarz, przywiązany jest do tego kawałka świata. Każda inna nacja, oprócz Żydów, ma taki kawałek ziemi. Bo Żyd musi być ostrożny oraz przygotowany do szybkiej zmiany miejsca pobytu. Dlatego musi być także wolny od przywiązania do cmentarza.
– Wspomniałeś, że Żyd dąży do gromadzenia bogactwa. Ale można zauważyć, że nie koncentruje się na inwestowaniu w nieruchomości. Nieruchomość niezbyt nadaje się do spekulacyjnego szybkiego obrotu kapitałem. Ponadto istnieje podobna przyczyna jak omówiona w przypadku cmentarza. Co pocznie Żyd z nieruchomością w kraju, w którym jego pobyt jest obarczony niepewnością? Dlatego woli mienie ruchome typu złoto, papiery wartościowe, weksle dłużne lub temu podobne aktywa.
– Nie podejmę się rozstrzygania kwestii, czy Żydzi w każdym przypadku byli winni wywołaniu wrogiego stosunku do nich. Na pewno była w tym po części i ich wina. Ale nawet gdyby tak było w istocie, to naród tak ciężko doświadczany przez długie wieki, musiał w stosowny sposób zacząć siebie postrzegać w kontekście innych. U podstaw tego legły głębokie pokłady strachu, goryczy i poczucia niewoli. Ponadto z konieczności zmiana zajęcia zawodowego i form kultu religijnego. A odczuwając wrogość otoczenia i swoją słabość, czyli w poczuciu stałego zagrożenie egzystencji, niejako w ramach samoobrony doszli do wniosku, że jedynym dla nich ratunkiem będzie słabość wrogiego im otoczenia. Stali się zatem dla tego otoczenia czynnikiem dążącym do jego rozkładu i destrukcji.
– Ale ten kij ma też drugi koniec, bo w ten sposób Żydzi stawali się elementem niebezpiecznym nie tylko dla otoczenia, ale i dla samych siebie. Brnięcie w opisany mechanizm powoduje, że coraz bardziej oddalają się również od zasad własnej religii i tradycji. Z tego względu syjonizm dąży do radykalnej zmiany obecnych uwarunkowań żydowskiej egzystencji, czyli ponownego związania Żydów z ziemią ich pochodzenia. Jest to warunek odbudowy psychiki żydowskiej (duchowości; S.O.), zagubionej w trakcie wieków wygnania. Syjonizm zatem stanowi ratunek nie tylko dla Żydów, ale także innych społeczeństw, które w ten sposób może wyzwolić od obcego i niechcianego przez nich elementu, który na zasadzie akcji i reakcji musi na te społeczeństwa oddziaływać. Dlatego błędem jest potępianie syjonizmu bądź traktowanie go jako kwestii wyłącznie żydowskiej. Syjonizm bowiem oferuje jedyne całościowe, praktyczne i humanitarne rozwiązanie obecnej „kwestii żydowskiej”.
Tytuł wiadomości nie był „clickbaitem”, zanęcającym Państwa do dalszej lektury mojego listu.Otóż dokładnie ten zwrot – „zgnilizna mózgu” – zwyciężył w plebiscycie na Słowo Roku 2024, organizowanym przez największe wydawnictwo uniwersyteckie na świecie, Oxford University Press. Wyrażenie to oznacza pogorszenie stanu psychicznego lub intelektualnego danej osoby, szczególnie postrzegane jako rezultat nadmiernego pochłaniania treści (zwykle treści online) uznawanych za trywialne lub niewymagające. Poprzez brak zdrowego pobudzenia neuronów, mózg po prostu „gnije”. A takimi „pustymi” treściami – jako użytkownicy smartfonów – jesteśmy bombardowani codziennie.I proszę zwrócić uwagę, że zagrożenia te nie są wymysłem niechętnych wszelkiej technice „pięknoduchów”. Ostrzegają przed nimi najpoważniejsze ośrodki naukowe. Na Uniwersytecie Harvarda udowodniono, że powiadomienia w telefonie działają na mózg jak gry hazardowe. Ta nieustanna stymulacja poskutkowała nowym, nieznanym dotąd ludzkości zaburzeniem – fonoholizmem. Kiedyś ostrzegano przede wszystkim przed alkoholem, papierosami, narkotykami – używkami, które mogą zniszczyć nie tylko zdrowie, ale nawet życie człowieka. Dziś trzeba głośno mówić o zagrożeniach wirtualnych. My podjęliśmy się tej misji. Jutro i pojutrze podczas wakacyjnych festiwali będziemy mówić o tym do tych, którzy najbardziej są na nie narażeni – do młodzieży. I potrzebujemy w tym Państwa wsparcia!Wspieram walkę o młodych!Chyba wszyscy dostrzegamy, że fonoholizm to problem coraz częściej zniewalający młodych ludzi. Jako zaburzenie behawioralne, ma swoje fizyczne i psychiczne skutki. Człowiek uzależniony od telefonu jest oderwany od świata rzeczywistego, musi nieustannie zerkać na ekran, sprawdzać powiadomienia, a nawet boi się wyjść bez niego z domu.Kontakt młodego człowieka z technologią zazwyczaj rozpoczyna się niewinnie. Dorośli dają dziecku smartfona, bo chcą, by dzieci miały kontakt z rówieśnikami, a także dostęp do edukacji internetowej czy rozrywki. Wielu rodziców traktuje czas spędzony „w telefonie” przez dziecko jako inną formę odpoczynku.Ale „scrollowanie” to złudny odpoczynek. Bezrefleksyjne karmienie się treścią cyfrową dosłownie zabija mózg młodego człowieka, który zaczyna się rozleniwiać, a poprzez to działa coraz gorzej… Dr Don Grant – amerykański psycholog i specjalista uzależnień – wskazuje, że nadużywanie smartfonów pobudza nasz układ limbiczny, czyli taki obszar w mózgu, który odpowiada za emocje, motywacje, przyjemności. Jeśli ten obszar działa zbyt intensywnie, może poskutkować rozregulowaniem wydzielania hormonów, a tym samym prowadzić do depresji lub zwyczajnie upośledzać nasze zdolności poznawcze. Media dostarczają nam nieustannie potwierdzeń powyższych ustaleń. W ubiegłym miesiącu głośno było o nastolatku z Turynu, którego organizm doświadczył szoku po odebraniu mu telefonu przez rodziców. Odczuwał ból brzucha, rozdrażnienie i zaburzenia snu – tak, jakby był na głodzie narkotykowym. Ale przykładów nie trzeba szukać za granicą – dosłownie parę dni temu na drodze w Żorach 18-latek spowodował wypadek samochodowy, ponieważ podczas jazdy zapatrzył się w telefon. Podobne sytuacje potwierdzają konieczność spotkań z młodzieżą, podczas których możemy uzmysłowić im powagę wirtualnych zagrożeń i pokazać drogi uniknięcia bądź wyjścia z cyfrowego nałogu. Ale również – zapoznać ich z innymi poważnymi kwestiami. Dlatego właśnie ruszamy z dobrymi treściami na festiwale młodzieżowe!Popieram misję Centrum Życia i Rodziny!
Już jutro w Dębowcu koło Jasła, podczas Saletyńskiego Spotkania Młodych będę dawał wskazówki, jak kształtować charakter i silną wolę w wirtualnym świecie.Z kolei w piątek w Niepokalanowie dr Artur Górecki – dyrektor Centrum Edukacyjnego Ordo Iuris – opowie uczestnikom MaxFestiwalu, o tym jak ważne jest w życiu kierowanie się rozumem, a nie bazowanie wyłącznie na emocjach.
Na festiwalach dajemy młodym konkretne narzędzia do zapanowania nad własnym życiem i uczymy ich mechanizmów ochrony przed pstrokatym wachlarzem pokus i zagrożeń, które czyhają na nich w telefonach i powodują „gnicie mózgu”. Ale będziemy im też opowiadać o naszej misji pro-life i potrzebie ochrony praw i autonomii współczesnych rodzin. Podczas wieloletniej pracy z młodzieżą przekonałem się, że szybko chwytają wartość tego zaangażowania i – odpowiednio zachęceni – sami się chcą stawać w obronie cywilizacji życia! Żałuję, że w te wakacje spotkamy zaledwie kilkuset młodych. W tym czasie wielu ich rówieśników będzie bombardowanych przez celebrytów spod znaku czerwonego pioruna, powtarzających w kółko kłamstwa o „wolności wyboru” i „płodach”. Albo, przyklejeni do ekranu swojego smartfona, będą oglądać seriale przekonujące ich do tego „jak to fajnie uprawiać seks” i „by nie tłumić swojej seksualności”. Na to wszystko potrzeba intelektualnej odtrutki. A młodzież, z którą się spotkamy potrzebuje dobrych argumentów, którymi będzie mogła odeprzeć namowy rówieśników, a czasem nawet przekonać kolegów i koleżanki do zmiany zdania lub postawy. Potrzebuje również wiedzieć, że nie są sami, ale że są członkami większego ruchu społecznego, nowej generacji pro-life. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że możemy im to wszystko dać. Ale nie uda się to bez Państwa pomocy. Chcemy bowiem wyposażyć ich również w rozmaite materiały. Zarówno dostosowane do ich wieku opracowania tematyczne, jak również gadżety, które pomogą im dawać świadectwo wśród rówieśników: koszulki, opaski, przypinki itd. Niestety wiąże się to z realnymi kosztami produkcyjnymi.Aby uzmysłowić Państwu skalę wydatków: zgodnie z informacjami od organizatorów na obu tych festiwalach będzie zapewne ok. 600 młodych. Dlatego koszt samych tylko koszulek z hasłami por-life wyniesie nas ponad 7000 zł. Dodatkowo musieliśmy wypożyczyć busa, by obok materiałów zmieścić także stoły i namiot. W sumie udział w tych dwóch wydarzeniach oznacza dla nas wydatki na poziomie 20 000 złotych. Bardzo zatem proszę Państwa o hojne wsparcie działań na rzecz młodzieży datkiem w wysokości 100 zł, 200 zł, 500 zł lub nawet większym – wspólnie możemy ochronić ją przed uzależnieniem do telefonu i internetu i budować z nimi nową generację pro-life!Wspieram działania dla młodych! Od festiwali młodzieżowych w Dębowcu i Niepokalanowie dzielą nas już nie dni, lecz godziny. Prawdopodobnie, gdy otworzą Państwo tego maila, my będziemy już w drodze. Serdecznie pozdrawiam i liczę na Państwa pomoc!WSPIERAM DZIAŁANIA CENTRUM ŻYCIA I RODZINY! Dane do przelewu:Centrum Życia i Rodziny Skrytka pocztowa 99, 00-963 Warszawa 81 Nr konta: 32 1240 4432 1111 0011 0433 7056, Bank Pekao SA Z dopiskiem: „Darowizna na działalność statutową Centrum Życia i Rodziny”SWIFT: PKOPPLPW IBAN: PL32 1240 4432 1111 0011 0433 7056 Centrum Życia i Rodziny Skrytka Pocztowa 99, 00-963 Warszawa tel. +48 22 629 11 76
Czy można sobie wyobrazić coś bardziej bluźnierczego niż symbol homoseksualnej rewolucji postawiony naprzeciw Kościoła Najświętszego Zbawiciela – duchowego serca Warszawy? A jednak właśnie taki scenariusz chce zrealizować Prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski. Planuje on ponownie postawić na Placu Zbawiciela „tęczę” – tym razem pod ideologiczną nazwą „Łuk LGBT+”. Ale to przecież nie jest tylko estetyczna instalacja. To nachalny symbol walki z katolicką moralnością. To znak rewolucji, która od lat próbuje wypchnąć Boga, krzyż i rodzinę z przestrzeni publicznej. Czy to przypadek, że ten obiekt ma stanąć właśnie w miejscu, które nosi imię Zbawiciela? Nie. To zamierzona prowokacja. To pokaz siły ideologii LGBT, która – za milczącym przyzwoleniem władz – bezczelnie depcze wszystko, co ma znaczenie katolickie i narodowe. Plac Zbawiciela to nie miejsce dla rewolucji. To miejsce dla Zbawiciela.
Dlatego musimy działać. Teraz. Wraz z moim zespołem przygotowaliśmy petycję, która trafia bezpośrednio do Prezydenta Warszawy. Wzywamy w niej do natychmiastowego zaniechania realizacji projektu „Łuk LGBT+” oraz do uszanowania świętego katolickiego charakteru Placu Zbawiciela.To nasz pokojowy, ale stanowczy sprzeciw wobec ideologicznej przemocy, której ofiarą ma paść serce Warszawy. Proszę, podpisz petycję do Prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego. Niech usłyszy nasz sprzeciw wobec profanacji i ideologizacji przestrzeni publicznej! [podpisz petycje] Dlaczego to takie ważne? Bo milczenie oznacza zgodę. A my – obrońcy tradycji katolickiej – nie możemy milczeć, gdy chrześcijańskie zasady są deptane pod pozorem „sztuki” i „tolerancji”.Plac Zbawiciela to nie tylko rondo w centrum miasta. To miejsce, gdzie znajduje się kościół, który przetrwał wojny, komunizm i ateistyczne prześladowania. A teraz ma ustąpić miejsca „Łukowi LGBT+”? Czy naprawdę pozwolimy, by tęczowa propaganda zdominowała przestrzeń, która należy do Boga i historii naszego narodu? Już raz udało się powstrzymać tęczową instalację. Dzięki masowemu sprzeciwowi – również dzięki osobom takim jak Ty – tęcza zniknęła z Placu Zbawiciela. I dziś możemy powtórzyć ten sukces. Ale potrzebujemy setek tysięcy podpisów. Kliknij tutaj, aby podpisać petycję – zanim będzie za późno! Co mówimy prezydentowi Warszawy w petycji? Że Plac Zbawiciela to miejsce modlitwy, a nie lewicowych ideologicznych manifestów.Że nie zgadzamy się na woke’ową ofensywę w przestrzeni publicznej. Że publiczne środki nie mogą być marnowane na kontrowersyjne instalacje, które ranią uczucia religijne ogromnej części społeczeństwa. I że żądamy natychmiastowego wycofania się z projektu „Łuk LGBT+”! Twój podpis to więcej niż gest. To publiczne świadectwo wiary, sprzeciwu wobec demoralizacji i miłości do Polski wiernej Bogu. Proszę, podpisz petycję teraz. Nie czekajmy, aż będzie za późno. Warszawa nie może paść ofiarą ideologicznej kolonizacji, której symbolem jest właśnie ten „tęczowy łuk”. Niech Plac Zbawiciela pozostanie miejscem dla Zbawiciela. Z wyrazami szacunku, Jędrzej Stępkowski Koordynator kampanii Polska Katolicka, nie laicka P.S. Już raz wygraliśmy z „tęczą” na Placu Zbawiciela. Uda się znów – ale tylko, jeśli dołączysz do nas. Kliknij tutaj, by podpisać petycję i zatrzymać „Łuk LGBT+”! Nie pozwól, by rewolucja zatriumfowała w miejscu, które należy do Chrystusa.
Nie dla ideologicznej prowokacji na Placu Zbawiciela!
Plac Zbawiciela to nie plac rewolucji kulturowej! To miejsce głęboko związane z polską tożsamością, wiarą i historią. Tu znajduje się Kościół Najświętszego Zbawiciela – duchowe serce Warszawy.
Już raz mieszkańcy dali wyraz sprzeciwu wobec „tęczowej instalacji”. Teraz znowu będziemy bronić tego, co święte.
Podpisz petycję do Prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego i powiedz:
Dość nachalnej ideologii w przestrzeni publicznej!
Czy to „pożegnanie z Europą”? . . A może jest jeszcze czas?
Choć nikt nie oskarżył go o żydowskie pochodzenie, hrabia Kalergi wyłania się jako jeden z najwybitniejszych filosemitów XX wieku: bardziej żydowski niż Żydzi, jeśli można to sobie wyobrazić.
Głosząc, że Żydzi są teraz duchowymi arystokratami świata – że wyparli pozbawioną kręgosłupa i „zniszczoną” nieżydowską arystokrację feudalną po rewolucji francuskiej – hrabia Kalergi dał jasno do zrozumienia, że Żydzi mają zajmować czołowe miejsce w każdym przyszłym rządzie światowym. Przyszły świat bez Żydów na szczycie piramidy, rozdzielających mądrość i sprawiedliwość, był dla niego nie do pomyślenia. Żydzi mieli być siłą napędową, crème de la crème. To oni mieli wydawać rozkazy, a reszta świata miała zginać kolana i być im posłuszna.
Jeśli uważasz, że to wszystko brzmi trochę jak teoria spiskowa, zapewniam, że tak nie jest. Główne idee hrabiego Kalergi miały nienaganne intelektualne podstawy. Nie ma nic „spiskowego” w kosmopolityzmie lub internacjonalizmie, jednym rządzie światowym i dążeniu do „Stanów Zjednoczonych Europy” postrzeganych jako odskocznia do jednego rządu światowego. W doskonałym dwuczęściowym eseju kanadyjskiej pisarki Clare Ellis, na którym w dużej mierze polegałam, mówi ona w pierwszym akapicie o „paneuropejskim porządku gospodarczym, który zasadniczo tłumi etniczne więzi europejskie na rzecz kosmopolitycznych ideałów”, dodając w drugim akapicie: „Nieetniczna Unia Europejska została pomyślana jako pierwszy krok w kierunku ostatecznego zjednoczenia ludzkości w ramach Światowej Federacji w wiecznym pokoju”.
O to właśnie chodzi: dominującą ideą jest to, że pokój nie jest możliwy tak długo, jak długo istnieją odrębne etnocentryczne narody, brutalnie ze sobą konkurujące. Narody muszą zostać zniesione, a granice muszą zniknąć. Przyszły obywatel będzie Obywatelem Świata, kosmopolitą – i będzie mógł podróżować gdziekolwiek zechce bez paszportu, pracować gdziekolwiek zechce i mieszkać gdziekolwiek zechce. Masowe krzyżowanie będzie normą, prowadząc do ostatecznego wyginięcia poszczególnych ras. Dyskryminacja rasowa i różnice w ilorazie inteligencji staną się przeszłością, gdy wszyscy będą kundlami.
Zacznijmy od „Stanów Zjednoczonych Europy”. To jest zdecydowanie to, czego chce Angela Merkel. Tego chce każdy kosmopolityczny internacjonalista, zwłaszcza zorganizowana społeczność żydowska. Błędem byłoby twierdzenie, że Żydzi koniecznie stali za tym oryginalnym pomysłem. Bardziej prawdopodobne jest, że idea ta przemawiała do żydowskiej skłonności do internacjonalizmu i zapewniała im znaczącą rolę w przyszłej strukturze władzy – dlatego też tak szybko zaakceptowali ideę jednego rządu światowego.
Kiedy 4 lipca 1776 roku założono Stany Zjednoczone Ameryki, Stany Zjednoczone Europy od razu stały się teoretyczną możliwością – analogiem do Stanów Zjednoczonych Ameryki. Oto, co pierwszy prezydent Stanów Zjednoczonych, George Washington (1732-1799), napisał w liście do markiza de LaFayette: „Pewnego dnia, biorąc swój wzór ze Stanów Zjednoczonych, powstaną Stany Zjednoczone Europy”.
George Washington po prostu wyraził ideę, która istniała już od wczesnych lat XVIII wieku, jeśli nie wcześniej. W 1713 roku opublikowano „Projekt wieczystego pokoju” autorstwa Abbe de Saint Pierre’a. Przedstawiał on ideę federacji europejskiej w kontekście pokoju międzynarodowego. Najwyraźniej książka ta wywarła wpływ na Jeana-Jacquesa Rousseau (1712-1778), który napisał: „Nie jest możliwe, aby konfederacja została raz ustanowiona, aby jakiekolwiek nasiona wrogości mogły pozostać wśród konfederatów”. Idee te trafiły następnie do głowy Victora Hugo, wielkiego francuskiego poety, powieściopisarza i dramaturga. Hugo miał ogłosić w 1849 roku:
Nadejdzie dzień, w którym wszystkie narody na naszym kontynencie utworzą europejskie braterstwo…. Nadejdzie dzień, w którym zobaczymy… Stany Zjednoczone Ameryki i Stany Zjednoczone Europy twarzą w twarz, wyciągające do siebie ręce przez morza. (Zacytowane później przez samego hrabiego Kalergi)
Wymienianie wszystkich wielkich pisarzy, myślicieli i mężów stanu, którzy marzyli o jednym światowym rządzie opartym na kosmopolitycznym internacjonalizmie, w którym panowałby wieczny pokój dzięki zniesieniu poszczególnych walczących państw, byłoby zbyt nużące. Wśród tej „Galerii Wielkich” znajdzie się słynny niemiecki filozof Immanuel Kant, który w 1784 roku opublikował swoją Ideę Historii Powszechnej o Kosmopolitycznym Celu, a następnie w 1795 roku Toward Perpetual Peace.
Clare Ellis pisze: „Kant wyjaśnił, że konflikt interesów, czyli hobbesowski stan natury, między jednostkami i narodami był tym, co napędzało ludzki postęp i poprzez współpracę, wzajemne uznanie i samodyscyplinę doprowadzi do przyszłego kosmopolitycznego ideału, federacji państw w wiecznym pokoju”.
Ten głód pokoju był szczególnie silny po okropnościach I wojny światowej, która pochłonęła kwiat europejskiej męskości.
Oto nazwiska kilku innych sławnych ludzi, którzy marzyli o świecie pogrążonym w wiecznym pokoju i duchowym słońcu pod życzliwymi rządami jednego rządu światowego: Winston Churchill, Konrad Adenauer, Leon Blum, Charles de Gaule, Aristide Briand, Albert Einstein, Zygmunt Freud, Bertrand Russell, Thomas Mann, Paul Valery, Gerhart Hauptmann, Rainer Maria Rilke, Stefan Zweig, Franz Werfel i Arthur Schnitzler.
„Pokój” był ich hasłem przewodnim, słowem, które nieustannie mieli na ustach, i było to słowo, które rezonowało z masami: ze wszystkimi, którzy tak dzielnie walczyli i stracili swoich bliskich w krwawej łaźni w latach 1914-1918.
Podstawowe idee hrabiego Kalergiego nie były szczególnie zaskakujące ani oryginalne. Wszyscy wielcy ludzie wymienieni powyżej podzielali jego ideały: świat cieszący się wiecznym pokojem, w którym wojny wewnętrzne między poszczególnymi państwami zostały zniesione. Jednak ten niezwykły półkrwi z japońską matką (o szlachetnym samurajskim dziedzictwie) i jego arystokratycznym europejskim ojcem o wielu mieszanych etnicznościach (austriacka, węgierska, flamandzka, czeska, grecka, być może z domieszką hebrajskiego w jego żyłach) miał ciekawe powinowactwo z innymi półkrwi i Żydami. Jego uwielbienie dla Żydów było bezgraniczne i miał również słabość do kundli, sam będąc jednym z nich. Połączmy te dwa fakty razem i otrzymamy unikalny Weltanshauung Kalergiego: wizję przyszłego europejskiego superpaństwa, a następnie rządu jednego świata, w którym każdy obywatel byłby idealnie kosmopolitycznym kundlem (takim jak on sam), a władcami byłaby arystokracja złożona z superinteligentnych Żydów i duchowo oświeconych filosemitów.
Posłuchajmy tego od samego hrabiego Kalergi. W swojej wczesnej książce Pan-Europa (1923) pisze: „Jeśli światowa organizacja ma zastąpić światową anarchię, to pierwszym krokiem musi być uformowanie się państw w superpaństwa … więc zjednoczenie Europy będzie niezbędnym krokiem na drodze do zjednoczonej ludzkości”.
To jest podstawowa idea. Krok 1: zjednoczona Europa. Krok 2: zjednoczony świat.
Niech hrabia kontynuuje, pokazując teraz swoją rękę w odniesieniu do (a) przyszłego skundlenia człowieka i (b) supremacji Żydów w tym przyszłym superpaństwie:
Człowiek przyszłości będzie rasy mieszanej. Dzisiejsze rasy i klasy będą stopniowo zanikać z powodu zaniku przestrzeni, czasu i uprzedzeń. Euroazjatycko-negroidalna rasa przyszłości, podobna w swoim wyglądzie do starożytnych Egipcjan, zastąpi różnorodność narodów różnorodnością jednostek.
I tu przechodzi do złotych słów pochwały dla Żydów:
Zamiast zniszczyć europejskie żydostwo, Europa, wbrew własnej woli, udoskonaliła i wykształciła ten naród na przyszłego lidera-narodu poprzez ten sztuczny proces selekcji. Nic dziwnego, że ten naród, który uciekł z getta-więzienia, rozwinął się w duchową szlachtę Europy. Dlatego łaskawa Opatrzność zapewniła Europie nową rasę szlachty dzięki Łasce Ducha.
Kalergi całkowicie odrzucił „narodowy egocentryzm” Uważał, że etnonacjonaliści byli „główną przeszkodą dla jego idei” i „główną przyczyną ludzkiej nędzy”. Aby uzyskać integrację europejską, „istniejące patriotyzmy” musiały zostać „wysterylizowane na złe”, przy jednoczesnym zachowaniu tych elementów, które są „dobre”.
Ani Mussolini, ani Hitler nie myśleli zbyt wiele o pomysłach Kalergiego. W rzeczy samej, Hitler odnosił się do skundlonego hrabiego jako do „kosmopolitycznego bękarta”. Jako ostateczny antysemita, Hitler był prawdopodobnie świadomy nie tylko namiętnego filosemityzmu Kalergiego, ale także wsparcia finansowego, jakie Kalergi otrzymał od Żydów.
Ruch paneuropejski, który później przekształcił się w Unię Europejską, od samego początku był entuzjastycznie wspierany przez potężnych Żydów. Baron Louis Nathaniel de Rothschild był osobistym przyjacielem Kalergiego. W 1924 roku Rothschild przedstawił Kalergiego żydowskiemu bankierowi Maxowi Warburgowi, który natychmiast otworzył przed nim swoją sakiewkę i hojnie wysypał mu na kolana 60 000 złotych marek. Przez następne trzy lata Max Warburg nadal finansował Kalergiego, przedstawiając go trzem innym fantastycznie bogatym Żydom, którzy byli równie hojni: Paula Warburga, amerykańskiego finansistę Bernarda Barucha i brata Barucha, Felixa.
Aby oddać Kalergiemu to, co mu się należało, nie sądzę, by kochał Żydów dlatego, że byli dla niego hojni. Kochał ich, ponieważ naprawdę miał o nich wysokie mniemanie. Jego filosemicka szczerość brzmi prawdziwie – jest wyczuwalna we wszystkim, co napisał – a ci wybitni Żydzi prawdopodobnie pomyśleli: „To jest właśnie człowiek dla nas. Lubi nas za nas samych, a nie za nasze pieniądze”.
Warto zwrócić uwagę na ten cytat z eseju Clare Ellis, w którym opisuje ona znaczącą rolę elitarnych Żydów w przyszłym rządzie światowym:
Stworzenie nowej Europy, Paneuropy, byłoby nadzorowane, według Kalergiego, przez „społeczną arystokrację ducha”. Twierdzi on, że cechy – „siła charakteru połączona z bystrością ducha” – które są wymagane do duchowego arystokratycznego przywództwa Europy, można znaleźć tylko w narodzie żydowskim. Cechy te, charakterystyczne dla Żydów jako narodu, „predestynują” ich „do bycia przywódcami ludzkości miejskiej, protagonistami kapitalizmu i rewolucji”.
„To żydowscy przywódcy socjalistyczni”, mówi nam, „chcą odkupić nas z najwyższym samozaparciem od grzechu pierworodnego kapitalizmu, uwolnić ludzi od niesprawiedliwości, przemocy i poddaństwa oraz zmienić wyzwolony świat w ziemski raj”.
Dalej [Kalergi] napisał: „[W miarę] jak zmniejsza się wpływ szlachty krwi, rośnie wpływ szlachty ducha [występującej u Żydów]. Taki rozwój znajdzie swój koniec tylko wtedy, gdy arystokracja ducha [tj. żydowska arystokracja] przejmie władzę nad społeczeństwem: przejmując proch, złoto i farbę drukarską, aby poświęcić się dobru społeczności”. (Zobacz tutaj, dodano podkreślenie)
Zwróć uwagę na te trzy elementy: proch, złoto, farbę drukarską. Miały to być narzędzia Żydów do zdobycia kontroli: „proch” = proch strzelniczy, czyli kontrola nad przemysłem zbrojeniowym; „złoto” = kontrola nad podażą pieniądza i bankowością; „farba drukarska” = kontrola nad środkami masowego przekazu.
Hrabia Kalergi dokładnie wiedział, co jest potrzebne i nikt inny nie mógł tego lepiej ująć.
Wszyscy laureaci prestiżowej nagrody Karola Wielkiego byli zagorzałymi filosemitami odlanymi w formie Coudenhove-Kalergi, wierzącymi z pasją w Nowy Porządek Świata, w którym Żydzi zajmowaliby poczesne miejsce. Jak można się spodziewać, wszyscy zdobywcy nagrody Karola Wielkiego byli entuzjastycznymi zwolennikami wielokulturowości i masowej imigracji, a dwaj stosunkowo niedawni zwycięzcy to Tony Blair (1999) i Angela Merkel (2008). Należy zauważyć, że zarówno Blair, jak i Merkel byli gorliwymi orędownikami imigracji z krajów Trzeciego Świata na Zachód, co przyczyniło się do powstania straszliwych problemów w ich krajach.
To są People Farmers, a my jesteśmy ich żywym inwentarzem.
Z pomocą Ameryki, ich wojskowego ramienia, ci elitarni mistrzowie cienia wzniecają i produkują lukratywne wojny w krajach muzułmańskich w celu zwiększenia podaży tak zwanych „uchodźców” na Zachód. Można argumentować, że to nie uchodźcy są głównymi winowajcami kryzysu uchodźczego, ale jego twórcy. Uchodźcy mogą być postrzegani jako zwykłe pionki na szachownicy.
To mistrzowie szachów, neobolszewiccy Übermenschen, którzy siedzą w cieniu jak ponure pająki tkające swoje sieci intryg, są tymi, którzy ponoszą główną winę za inwazję migrantów na Zachód.
Być może nadszedł czas, aby powiedzieć: „Żegnaj, Europo”. Plan Kalergiego z pewnością wydaje się działać. Gdyby hrabia Kalergi żył dzisiaj, byłby zachwycony, widząc, jak wszystkie jego plany się realizują.
Kryzys migracyjny, który ostatnio wstrząsnął Europą pod złowieszczym patronatem Angeli Merkel i jej wielbicieli, wkrótce spadnie na Amerykę z zemstą, chyba że zostaną podjęte kroki w celu zduszenia tej choroby w zarodku.
Kevin MacDonald i inni napisali wyczerpująco o katastrofalnej polityce imigracyjnej Ameryki. Krótko podsumowując, problemy Ameryki i Europy są ze sobą ściśle powiązane, a te same elity, które uważają Europę za swoją nagrodę, mają na celowniku także Amerykę. To kwestia „dziś Europa, jutro Ameryka”.
Począwszy od lat osiemdziesiątych XIX wieku, kiedy to do Stanów Zjednoczonych napłynął duży kontyngent Żydów z Rosji i Europy Wschodniej, amerykańscy Żydzi nigdy nie przestali agitować za większą imigracją nie-białych, aby rozcieńczyć amerykańską pulę etniczną i zmienić demografię Ameryki we własnym interesie.
Biali Amerykanie, którzy w tamtym czasie nadal rządzili Ameryką, odmówili przyjmowania rozkazów od natarczywych Żydów z Europy Wschodniej i wymierzyli im zasłużony ukłon, uchwalając w 1924 roku ustawę imigracyjną, która skutecznie nałożyła ścisłe ograniczenia na imigrantów innych niż biali. Nie była to „dyskryminacja rasowa”, jak scharakteryzowali ją nowo przybyli głośni krytycy białej Ameryki. Było to wprowadzenie kwot rasowych mających na celu wspieranie uporządkowanej integracji i zapewnienie, że Ameryka pozostanie w przeważającej mierze biała; słowami Kevina MacDonalda, „aby utrzymać etniczne status quo”.
Ustawa z 1924 roku, jak można się było spodziewać, rozwścieczyła Żydów.
Jeden z tych wściekłych Żydów, dr Stephen Steinlight, jeszcze wiele lat później pluł piórami, wściekając się, że większość Amerykanów w tamtych złych czasach Ryczących Dwudziestek (kiedy Żydzi nie byli jeszcze pod kontrolą) była „bezmyślnym tłumem”, winnym „potwornej polityki”, „ogromnej moralnej porażki”: że ci biali Amerykanie, nasi przodkowie, byli bandą „nikczemnie dyskryminujących” rednecków, którzy byli „źli, ksenofobiczni i antysemiccy”. Diatryba dr Steinlighta nie byłaby kompletna bez odniesienia do Holokaustu. „Dziesiątki tysięcy” Żydów mogło zostać uratowanych przed Holokaustem, „gdyby Stany Zjednoczone nie zamknęły swoich drzwi”. (Zobacz tutaj).
Żydzi jednak nigdy się nie poddają. Wytrwałość jest być może ich największą siłą. Kiedy już czegoś chcą, upewniają się, że to dostaną, niszcząc wszelką opozycję poprzez nieustanny lobbing, przekupstwo, zastraszanie, groźby, zbiorowe zorganizowane oburzenie, propagandę medialną i różne inne podstępne środki zbyt przygnębiające, by o nich wspominać. Innymi słowy, w końcu Per fas et nefas – uczciwymi lub nieuczciwymi sposobami – dopną swego.
W 1965 roku Żydzi w końcu dopięli swego, przeforsowując ustawę o imigracji i obywatelstwie, znaną również jako ustawa Hart-Celler. Zmieniło to cały system kwot na korzyść imigracji nie-białych. Otwarto wrota dla imigracji z Trzeciego Świata.
Szybki rzut oka na liczby powie ci wszystko, co musisz wiedzieć. W 1920 roku Ameryka była w 90% biała. Liczba ta była taka sama dziesięć lat później, w 1930 roku. W 1940 roku liczba ta była identyczna. W 1950 roku również. Do 1960 roku liczba ta spadła może o ułamek 1 procenta. Tak więc minęło kilka dziesięcioleci, a mieszanka demograficzna Ameryki prawie się nie zmieniła. W pierwszej połowie XX wieku dziewięć na dziesięć twarzy widzianych przez Amerykanów na ulicy było białych. Do 1965 roku liczba ta spadła o jeden procent do 89 procent. Ustawa z 1965 roku zaczęła obowiązywać, a aktywiści z powodzeniem prowadzili kampanię mającą na celu zwiększenie tej liczby, znacznie wykraczając poza przepisy z 1965 roku.
Zmiany w statystykach nagle stały się dramatyczne.
Oto one:
ODSETEK BIAŁYCH W AMERYCE
1920: 90% białych
1930: 90% białych (bez zmian)
1940 : 90% białych (bez zmian)
1950 : 90% białych (bez zmian)
1965 : 89% białych (1% mniej białych)
1970 : 87% Biały (2% mniej białych)
1980 : 83% rasy białej (6% mniej rasy białej)
1990 : 76% rasy białej (7% mniej rasy białej)
2000 : 72% Biały (4% mniej białych)
2010 : 68% Biały (4% mniej białych)
2015 : 61% białych (7% mniej białych)
(Zobacz tutaj dane z 2015 roku) [W ORYG. MD]
ZMIANA OD 1950 ROKU: 32% mniej białych.
Uwaga. Dane z lat 1920-2010 podane powyżej pochodzą z US Census Bureau.
„Biali Amerykanie stoją w obliczu stopniowego ludobójstwa z założenia”, podsumowuje Christian Miller, „i właśnie dlatego tak wielu nie dostrzega pełzającego trendu. Ludobójstwo nie musi być kojarzone z maczetami, plutonami egzekucyjnymi czy egzekucjami. Rodzaj ludobójstwa, w obliczu którego stoją biali Amerykanie, jest znacznie bardziej subtelny, co czyni go jeszcze bardziej niebezpiecznym”.
Jeszcze jedno pokolenie i biali Amerykanie będą mniejszością we własnym kraju: prześladowaną mniejszością, prześladowaną przez dyskryminujące praktyki i otoczoną przez wrogich przybyszów z zewnątrz, żądnych ich krwi i nazywających ich „rasistami” i „białymi supremacjonistami” za to, że ośmielili się zapytać: „Czy my też nie mamy praw?”.
Najwyraźniej nie; biali nie mają żadnych praw w tej wielokulturowej menażerii, którą pozwoliliśmy naszym wrogom stworzyć dla nas. Nawet gdy kończyłam dziś ten artykuł, przeczytałam nagłówek krzyczący do mnie z pierwszej strony Sunday Mail:
„BBC ZWOLNIŁO MNIE ZA BYCIE BIAŁYM MĘŻCZYZNĄ”.
Zwróć uwagę na podtytuły; w międzyczasie czytelnicy otrzymują fałszywy komfort, będąc informowanymi o tym, co robiła rodzina królewska.
Sprawa zamknięta.
Jeśli wkrótce nie zostanie zrobione coś drastycznego, aby zatrzymać proces wymierania Białych i odwrócić go, jeśli to konieczne, poprzez masową deportację wszystkich imigrantów, którzy przedostali się do naszych krajów pod przykrywką bycia zdesperowanymi „uchodźcami”, nie ma wielkiej nadziei dla nas i naszych dzieci.
Wszystkich tych przybyszów należy prawdopodobnie przeklasyfikować jako „najeźdźców” i poczynić zadowalające ustalenia dotyczące ich relokacji w inne miejsce. Tak jak żaden właściciel domu nie jest moralnie zobowiązany do trzymania i karmienia nieproszonych gości pod swoim dachem – gości, którzy codziennie wywołują zamieszanie, stawiając mu niemożliwe do spełnienia wymagania, a nawet gwałcąc jego córki – tak samo nie ma absolutnie żadnego moralnego obowiązku, aby otwierać bramy naszych zdrowych etnostanów i wpuszczać toksyczne hordy z Trzeciego Świata. Patologiczny altruizm jest chorobą, a wszyscy ci, którzy chcą popełnić narodowe samobójstwo, powinni być uważani za psychicznie niezdolnych do udziału w procesie demokratycznym.
Jest to ogromny problem, który nie zostanie rozwiązany w drodze dyskusji. Teraz potrzebne są działania, a nie słowa. Potrzebny jest silny człowiek z wolą. Ratownik, który wie, co należy zrobić, i robi to – pomimo wszystkich gadających małp wokół niego.
A więc to jest teraz wielkie pytanie, pytanie, na które wszyscy czekamy z utęsknieniem: kto uratuje nas przed naszymi władcami?
Nagrodzony Nagrodą Nobla ekonomista Joseph Stiglitz zauważył niedawno, że Europa znajduje się na krawędzi „kataklizmu”. Co to może być?
Na pierwszy rzut oka wydaje się, że Stiglitz przewiduje rychłą śmierć Europy. Jest to jednak zwodnicze. Europa nigdzie się nie wybiera. Nadal będzie Europą, dopóki jej poszczególne państwa pozostaną nienaruszone. Stiglitz przewiduje śmierć idei przyszłego federalistycznego paneuropejskiego superpaństwa: wielojęzycznego lewiatana z jedną walutą, euro, i bez kontroli granicznych między poszczególnymi państwami. To kontynentalne superpaństwo, Stany Zjednoczone Europy, jest postrzegane jako odpowiednik Stanów Zjednoczonych Ameryki.
Stiglitz formułuje swoją ponurą prognozę, ponieważ jest rozczarowany Brexitem, doniosłą decyzją Brytyjczyków o uwolnieniu się z macek europejskiego superpaństwa. Stiglitz obawia się, że inne narody w bloku UE mogą wpaść na podobne niebezpieczne pomysły. Wraz z Brexitem 17 milionów ludzi powiedziało „NIE!” byciu rządzonym przez autokratycznych obcokrajowców w innym kraju, z których wielu to niewybieralni biurokraci o wątpliwej proweniencji i odrażających ideologiach.
„Dziś [1 października 2016 roku] mija dokładnie 100 dni od momentu, gdy Wielka Brytania zagłosowała za opuszczeniem Unii Europejskiej”, pisze Quentin Letts w swoim sobotnim eseju dla Daily Mail, ujawniając, jak doniosłe słowa spikera BBC „Wychodzimy” niemal doprowadziły go do szału, gdy po raz pierwszy usłyszał dobre wieści o 4.40 rano w piątek, 24 czerwca. „Usiadłem na łóżku i zalałem się łzami radości”, wspomina. „Nasz kraj zagłosował za ucieczką z obcego więzienia Brukseli i jej antydemokratycznej Komisji. Byliśmy wolni”.
Stiglitz i jemu podobni nie pochwaliliby wzrostu populistycznych nastrojów symbolizowanych przez Brexit, najwyraźniej wierząc, że referenda powinny być traktowane poważnie tylko wtedy, gdy głosy mas pokrywają się z partykularnymi interesami rządzącej elity.
Mówimy tu o zderzeniu dwóch całkowicie niekompatybilnych światopoglądów: między tymi, którzy z jednej strony wierzą, że państwa narodowe są ważne i powinny zachować swoją suwerenność i kontrolę granic, a tymi, którzy z drugiej strony gorąco wierzą, że państwa narodowe nie są ważne i powinny przestać istnieć. Ta druga grupa, która ma obecnie ogromne wpływy, uważa, że należy zniechęcać do nacjonalistycznych nastrojów i że nacjonalizm jest nieokiełznanym złem. Dla tej bardzo potężnej elity, w której Żydzi znajdują się na wyższych szczeblach, liczy się kosmopolityczny internacjonalizm.
Warto zauważyć, że sam Stiglitz należy do żydowskiej elity, więc nie jest zaskoczeniem, że nie pochwala Brexitu. W końcu Brexit był zbiorowym wołaniem o suwerenność narodową. Było to całkowite odrzucenie kosmopolitycznego internacjonalizmu i federalnych superpaństw, takich jak Stany Zjednoczone Europy.
Tylko wtedy, gdy powstanie jeden rząd światowy, argumentują z pasją antynacjonaliści, na ziemi zapanuje pokój. To nie konkurencja jest potrzebna, ale współpraca. Forsowana jest idea, że wszyscy jesteśmy jedną wielką ludzką rodziną i musimy nauczyć się żyć w pokoju i przekuwać nasze miecze na lemiesze. Wszyscy musimy podążać w tym samym kierunku. Żydzi mają nawet zgrabną frazę opisującą to, czego tak bardzo potrzebujemy i pragniemy jako ostatecznego celu ludzkości: tikkun olam w języku hebrajskim, co dosłownie oznacza „naprawę świata”.
Świat można naprawić tylko wtedy, gdy państwa narodowe zostaną zniesione, gdy ludzie będą mogli swobodnie wędrować po nowym ziemskim raju bez granic i paszportów: mieszkać tam, gdzie chcą, pracować tam, gdzie chcą i żenić się z kim chcą ponad podziałami rasowymi.
Jest rzeczą oczywistą, że Żydzi zawsze byli w awangardzie kosmopolitycznego ruchu internacjonalistycznego lub dążenia do jednego rządu światowego. „Będziemy mieć rząd światowy, czy wam się to podoba, czy nie” – powiedział żydowski bankier James Paul Warburg w Senacie USA 17 lutego 1950 roku. „Jedyną kwestią jest to, czy rząd ten zostanie osiągnięty poprzez podbój czy zgodę”.
Skundlenie człowieka nie jest czymś, nad czym należy ubolewać, ludzie ci twierdzą, że jest to coś, czego należy sobie pobożnie życzyć. Jak bowiem „rasizm” może kiedykolwiek powrócić do swojej brzydkiej głowy w świecie bez ras? Argumentuje się, że po osiągnięciu doskonałej mongrelizacji wszyscy będą naprawdę równi. Wraz ze zniknięciem ras i nacjonalistycznych grup etnicznych znikną również różnice w IQ i nie będzie już wstydu z powodu przynależności do grupy o niższym IQ. Większość ludzi będzie jednorodna intelektualnie, z wyjątkiem elitarnej klasy mistrzowskiej, która upewni się, że zasada jednorodności intelektualnej ma zastosowanie tylko do mas.
Wraz z postępem genetycznym, nie będzie już żadnych nadmiernie grubych lub chudych ludzi, ani żadnych wyjątkowo brzydkich lub pięknych ludzi, aby brzydcy czuli się zazdrośni. Wszyscy będą jednolicie szczupli i brązowi: jasny kawowy brąz na półkuli północnej i ciemny czekoladowy brąz na południe od równika, aby uwzględnić długoterminowe skutki tropikalnego słońca. W ironicznych słowach Christiana Millera: „Końcowym rezultatem będzie utopia piękności o skórze mokki”.
W rodzinie ludzkiej zapanuje pokój.
Nikt nie będzie już musiał z nikim walczyć, nikt nie będzie musiał nikogo okradać, ponieważ wszyscy będziemy jedną wielką ludzką rodziną, w której wszystko będzie należało do wszystkich w równym stopniu. Tikkun olam zapoczątkuje Utopię – niebo na ziemi.
Niestety, nie jest to takie proste. Ponownie zacytuję Christiana Millera:
Egalitaryści twierdzą, że „problem rasowy” zniknie, jeśli tradycyjnie białe narody zasymilują się i skrzyżują z populacjami nie-białymi. Niektórzy wyobrażają sobie, że doprowadzi to do utopii brązowoskórych piękności – społeczeństwa bez rasy przez homogeniczną domyślność. Inni uznają ten scenariusz za systematyczną eliminację białej rasy – ludobójstwo białych.
Istnieją oczywiście inne komplikacje.
Niektórzy ludzie będą musieli rządzić ludzką rodziną – tak jak rodzice rządzą i opiekują się swoimi dziećmi – a więc władcy będą musieli należeć do wyższej kasty. Choć teoretycznie wszyscy ludzie będą równi w Nowym Porządku Świata, w praktyce niektórzy będą musieli być równiejsi od innych. Te wyższe istoty będą odgrywać rolę życzliwych dyktatorów, rządząc resztą ludzkości in loco parentis. Będą to, by tak rzec, People Farmers, a ludzie będą ich żywym inwentarzem.
Kim są People Farmers?
Zajmiemy się teraz szczegółowo tym pytaniem i pokażemy, w jaki sposób jest ono powiązane z masową imigracją, wielokulturowością i, pośrednio, z obecną epidemią gwałtów w Niemczech, Szwecji i innych krajach europejskich.
Jednego możemy być pewni: trwający w Europie kryzys migracyjny wydaje się być starannie zaplanowaną katastrofą, a nie nieszczęśliwym wypadkiem. Był on planowany od dziesięcioleci, odkąd hrabia Richard von Coudenhove-Kalergi (1894-1972), austro-węgierski arystokrata, którego matka była Japonką, pojawił się na scenie na początku lat dwudziestych XX wieku i założył Unię Paneuropejską, prototyp Stanów Zjednoczonych Europy. [Są też polskie i rosyjskie korzenie: Pamiętamy o Pani Kalergis, muzie naszych romantyków. MD]
Według hrabiego, który sam był kundlem, miało to być wielokulturowe superpaństwo zamieszkane przez skundlonych Europejczyków. Co więcej, miało znajdować się pod żydowskimi rządami – a raczej pod mandarynatem elitarnych Żydów i oświeconych grup wsparcia nieżydowskich filosemickich żołnierzy, którzy wierzyli równie żarliwie jak Żydzi w tikkun olam i ustanowienie jednego światowego rządu.
Po I wojnie światowej Żydzi byli coraz częściej postrzegani jako urodzeni arystokraci nowej i odradzającej się Europy: zastąpienie zniewieściałej i konającej chrześcijańskiej arystokracji ancien regime’u, która doznała pierwszego poważnego ciosu podczas rewolucji francuskiej (1789-1799).
To właśnie hrabia Richard Eljiro von Coudenhove-Kalergi (odtąd nazywany krótko „hrabią Kalergi”) w 1950 roku zdobył pierwszą nagrodę Coudenhove-Kalergi, obecnie lepiej znaną jako Nagroda Karola Wielkiego. Ta prestiżowa nagroda przyznawana jest co roku (ale czasami na zmianę) światowej sławy mężom stanu za promowanie „integracji europejskiej” – eufemizmu dla wielokulturowości, masowej imigracji z Trzeciego Świata oraz powolnego i ukrytego wymierania białych Europejczyków poprzez mieszanie się, skundlenie i ogólne krzyżowanie z ciemniejszymi rasami Trzeciego Świata. To właśnie hrabia Kalergi, w swoim magnum opus Praktischer Idealismus („Praktyczny idealizm”) z 1925 roku, przewidział przyszły świat zbudowany na założeniu żydowskiej supremacji i późniejszego rozpadu wszystkich innych narodowych grup etnicznych.
Wszystkie odrębne rasy świata zostaną pewnego dnia połączone w jeden skundlony miszmasz, przewidywał z przekonaniem, z jednym wyjątkiem narodu żydowskiego, który pozostanie nienaruszony i nienaruszony.
Poniższy fragment, przesłany mi wczoraj przez jednego z moich korespondentów, sprawił, że usiadłem i pomyślałem; nie miałem pojęcia, że Żydzi są zdolni do tak skrupulatnej koordynacji, wszyscy pracują zgodnie jak armia mrówek (lub rój pszczół), aby doprowadzić do jasno określonego rezultatu, który został wspólnie i milcząco uzgodniony z góry.
Większość ludzi wciąż nie pojęła faktu, że Żydzi są głównymi sprawcami masowej inwazji nie-białych imigrantów do białych krajów i oczywiście tylko do białych krajów.
Przykładami są Job Cohen w Holandii, Barbara Spectre w Szwecji, Ervin Kohn w Norwegii, Anneta Kahane, Angela Merkel i Gregor Gysi w Niemczech, Gerald Kaufman i David Cameron w Anglii, Ronit Lentin i Alan Shatter w Irlandii oraz George Soros i Larry Summers w USA.
Większość Żydów świadomie naciska na nieograniczoną inwazję nie-białych na te narody. Sto lat temu Emma Goldman, Bela Kun, Jacob Javits, Włodzimierz Lenin i ich bolszewiccy współpracownicy realizowali podobny program, pracując na rzecz żydowskiej władzy. Należy zrozumieć, że od dawna żydowską polityką jest obalanie i ludobójstwo białych. (Zobacz tutaj, dodano podkreślenie)
Później zajmiemy się bardziej szczegółowo (w części 2 tego eseju) hrabią Kalergi i jego programem zmiany demografii Europy. Tymczasem poniżej znajduje się krótki film wideo, który pomoże wzmocnić to, co zostało już powiedziane, a także posłuży jako łatwe wprowadzenie do toksycznych pomysłów hrabiego Coudenhove-Kalergi.
Dlaczego „toksyczne”? Ponieważ są to szkodliwe i antydemokratyczne polityki wdrażane przez neobolszewickich zelotów w Unii Europejskiej i poza nią. Wdrożenie tej nikczemnej polityki nieuchronnie oznacza śmierć Europy, jaką znamy. Wydaje się, że program masowej imigracji został złośliwie zaprojektowany w celu skundlenia białych Europejczyków w ich tradycyjnych ojczyznach. Program mieszania ras w ramach Planu Kalergi był zatem naturalnie postrzegany przez wielu białych nacjonalistów – patrz tutaj, tutaj i tutaj – jako ukryta i tchórzliwa forma białego ludobójstwa. Jest to ciche ludobójstwo, które ma odbywać się potajemnie przez kilka pokoleń, a jego białe ofiary są całkowicie nieświadome, że są wyhodowane i zastąpione przez brzydsze, bardziej brutalne podgatunki o niższym IQ.
Ponownie zacytuję Christiana Millera:
Nadrzędnym celem ruchu „otwartych granic” jest zalanie wszystkich tradycyjnie białych narodów milionami nie-białych. Nie popełnij błędu – to nie jest zwykły zbieg okoliczności. Jest to zaplanowane ludobójstwo Białych, stosowane na całym świecie.
Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Belgia, Holandia i Australia: Biali ludzie założyli i zaludnili te narody. Wszystkie te narody działały na podstawie domniemanego mandatu, jeśli nie wyraźnego prawa, że istniały jako Białe narody dla potomstwa Białych założycieli. Wszystkie te narody miały w przeważającej większości białą populację. Teraz, na początku XXI wieku, wszystkie te tradycyjnie białe narody stoją w obliczu wstrząsów demograficznych spowodowanych masową imigracją nie-białych.
Białe populacje tych krajów mają stać się mniejszościami w ciągu zaledwie kilku pokoleń.
Kiedy biali staną się mniejszością w swoich tradycyjnych ojczyznach, gra będzie skończona. To już widać na ścianie. Z dnia na dzień jest coraz gorzej. Niewyobrażalne okrucieństwo będzie losem, który czeka nas i nasze dzieci w nadchodzących dniach – chyba że podejmiemy drastyczne działania w samoobronie. Nie zapominajmy o starym żydowskim przysłowiu: „Kiedy wół pada, wielu jest rzeźników”.