Chcą zasypać azbestem szyby kopalni w Kłodawie. Polacy masowo wykupują sól

Chcą zasypać azbestem

szyby kopalni w Kłodawie.

Polacy masowo wykupują sól

dorzeczy./panika-ws-soli-klodawskiej-kopalnia-planowala-zasypac-szyb-azbestem

Kłodawa - kopalnia soli
Kłodawa – kopalnia soli 

Gwałtownie rośnie niepokój związany z przyszłością popularnej Soli Kłodawskiej. Władze kopalni chciały bowiem zasypać jeden z szybów… azbestem.

Szokujące zapowiedzi doprowadziły do masowego wykupywania soli kłodawskiej ze sklepów. Chodzi o plany biznesowe kierownictwa państwowej kopalni. Zarząd postanowił wykorzystać puste przestrzenie podziemne o objętości do 20 milionów metrów sześciennych.

Azbest miał trafić do szybów kopalni

Najbardziej bulwersującym elementem jest zamiar przekształcenia podziemnych komór w magazyn materiałów niebezpiecznych, co umożliwiły zmiany w prawie z 2022 roku.

W oficjalnym wniosku przedsiębiorstwo wyszczególniło listę obejmującą aż 270 toksycznych substancji, które miałyby być zwożone pod ziemię. Wśród nich na pierwszy plan wysuwa się azbest – niezwykle groźny dla ludzkiego zdrowia minerał o silnym działaniu rakotwórczym, którego pył i włókna wywołują nieodwracalne choroby układu oddechowego.

Bezpieczne składowanie tej substancji pod ziemią jest olbrzymim wyzwaniem inżynieryjnym. Oprócz niego do wyrobisk miały trafiać także szkodliwe popioły będące pozostałością po spalaniu śmieci w spalarniach.

Sól zostanie skażona? Fala protestów

Perspektywa zasypywania podziemnych korytarzy tonami azbestu w bezpośrednim sąsiedztwie czynnych złóż spożywczych wywołała ogromne poruszenie. Konsumenci obawiali się, że dojdzie do nieodwracalnego skażenia czystych pokładów kamiennej soli.

Sól kłodawska cieszy się uznaniem właśnie dlatego, że trafia do kuchni w stanie całkowicie naturalnym. Fala oburzenia i protesty zmusiły dyrekcję do chwilowego wstrzymania procedury urzędowej. Decyzja została jednak zawieszona, a nie odwołana.

Sprawę ewentualnego skażenia zbadają niezależni eksperci z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie oraz Państwowego Instytutu Geologicznego. Ich zadaniem będzie zweryfikowanie, czy ulokowanie azbestu i popiołów niesie realne ryzyko fizycznego lub chemicznego zatrucia nienaruszonych pokładów soli.

Panika na rynku. Polacy wykupują sól

Zapowiedź zwożenia niebezpiecznych śmieci wywołała panikę na rynku, a Polacy zaczęli masowo gromadzić zapasy Soli Kłodawskiej, przez co towar błyskawicznie znika z półek, a jego ceny w sieci wzrosły o około 7 procent. Sklep internetowy kopalni odnotował ogromny napływ kupujących i ostrzega przed opóźnieniami w wysyłce.

=====================================

[ Resztę tekstu łobuzy dają tylko za pieniądze. Więc .. pies z nimi tańcował. Wystarczy. MD]

Korupcja na każdym poziomie

Korupcja na każdym poziomie

21. września 2026 Marek Wojcik world-scam/korupcja-na-kazdym-poziomie

Czy nasze uczucia stały się dla nas ważniejsze niż racjonalne, intuicyjne, a nawet naukowo ustalone prawdy? Czy zdrowy rozsądek przestał być przekazywany po latach 60.? Co się stanie, gdy w końcu zdejmiemy opaskę z oczu i zobaczymy coś takim, jakie jest naprawdę? Czy potrafimy poradzić sobie z tą prawdą, skoro tak wielu innych odmawia wzięcia odpowiedzialności za kryzys, który sami pomogli stworzyć?

Te pytania postawili autorzy piątkowego artykułu na globalresearch.ca: Czy jesteśmy w stanie dokonać jakichkolwiek znaczących zmian? Źródło. Artykuł wyjaśnia w prosty sposób model biznesowy bezwzględnych oszustów, doprowadzających zdrowe firmy do upadku, przez co dziesiątki tysięcy ludzie tracą z dnia na dzień podstawy swojej egzystencji.

Jeśli chcesz znaleźć największy pojedynczy przykład instytucji, która zrzekła się odpowiedzialności za wyrządzoną szkodę, spójrz na COVID. Około 70% Amerykanów ostatecznie zaszczepiło się, wielu przyjęło również dawkę przypominającą, a większość nigdy nie została poinformowana wprost, że te produkty nie przeszły standardowego, siedmioletniego lub dziesięcioletniego procesu oceny bezpieczeństwa i skuteczności, wymaganego w przypadku każdej innej szczepionki w historii.

———————————-

Europa ma inne sposoby okradania własnych obywateli. W dobie HAARP – amerykańskiego systemu wywoływania katastrof pogodowych i geologicznych – biznes ubezpieczeń przed powodzią, trzęsieniem ziemi lub wybuchem wulkanu przestał być loterią, a stał się planowanym przekrętem.

Ciągle jeszcze mamy do czynienia z naturalnymi katastrofami, jednak sama możliwość ich wywoływania jest doskonałym przykładem dla samofinansowania wydatków na broń ekologiczną. Powstają komercjalne firmy przyjmujące zlecenia na zamówione katastrofy w odpowiednim miejscu i czasie. Nie mam na to jeszcze dowodów, nie wiem też, do jakiej korporacji trzeba się zwrócić, by zamówić powódź podczas wyborów. Jest to jednak logiczna konsekwencja postępu technologicznego powiązanego z bezwzględnością skorumpowanych polityków.

Bruksela odkryła kolejny rynek wart miliardy: ubezpieczenia od burz, powodzi i pożarów lasów. Pod hasłem „odporności klimatycznej” ryzyko ma być w coraz większym stopniu skupiane, finansowane i zabezpieczane na szczeblu europejskim – aż do poziomu zabezpieczenia kredytowego w wysokości do 65 miliardów euro. Krytycy dostrzegają w tym kolejny impuls do centralizacji ze strony brukselskich eurokratów, którzy chcą stopniowo włączać również krajowe ryzyka związane z katastrofami i ubezpieczeniami pod parasol UE.
Źródło.

Zapowiedziany sześć lat temu przez Klausa Schwaba Great Reset jest realizowany przez jego konkurentów. Można wysunąć wniosek, że globalistów wystrychnięto na dudka. Ich pomysł przejęły wielkie mocarstwa, które korzystają z olbrzymiego wkładu pracy i środków bagiennych pseudoelit, którzy mogą jedynie patrzeć, jak oddala się okręt światowego rządu bez ich zaufanego człowieka przy sterze. Nie są wcale tak bezsilni – ciągle potrafią przeciągać wojny, by opóźnić nieunikniony proces rozliczeń za poprzednie zbrodnie. Ciągle decydują o papce propagandowej mediów na świecie i wypowiedziach kukiełek powszechnie zwanych politykami.

Nowy porządek świata rzeczywiście nadchodzi. Nie będzie on jednak realizacją ONZ-owskiej Agendy 2030. Powstaną nowe strefy wpływów. Już dzisiaj widać, że USA otrzyma obie Ameryki z przyległościami w postaci Grenlandii. Na Bliskim Wschodzie kończy się dominacja amerykańsko-izraelska i najwyraźniej ten sztuczny twór brutalnego państwa żydowskiego zakończy swój byt, z powodu wybujałych i nierealnych ambicji. Rosja pewnie dogada się w końcu z Japonią w kwestii wysp Kurylskich. Chinom wpadnie w ręce Tajwan, a nowy jedwabny szlak będzie przebiegał w pobliżu bieguna północnego, a jeśli dobrze pójdzie to pewnie i Antarktyda stanie się kolejną trasą transportu chińskich produktów.

Nowy Porządek Świata.

Czy będzie to świat lepszy od tego znanego nam dotychczas? O to chyba nietrudno, bo gdy padła koncepcja władzy łotrów nad światem, gorzej to chyba nie będzie. Tego jeszcze nikt nie jest w stanie przewidzieć. Jednak jedno jest pewne. Nawet po wprowadzeniu cyfrowej waluty CDBC nie zniknie korupcja. Zawsze znajdzie się sposób, żeby okazać wdzięczność za dokonane przysługi.

Kiedyś pacjent zapytał po udanej operacji chirurga: Jak ja się panu odwdzięczę?
Od kiedy Fenicjanie wynaleźli pieniądze, nie mamy z tym żadnego problemu – odpowiedział skromnie lekarz.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Broń – Złoty cielec podżegaczy wojennych

Broń – Złoty cielec podżegaczy wojennych

Uwe Froschauer apolut/waffen-das-goldene-kalb-der-bellizisten

Punkt widzenia Uwe Froschauera .

https://tube4.apolut.net/w/qzfVeq9dCNdRGQR5Tis19f

Kiedy politycy promienieją przed myśliwcami, pieszczą rakiety, a technologia wojskowa staje się doświadczeniem

Są obrazy, które mówią głośniej niż tysiąc przemówień rządowych. 18 września 2026 roku niemiecki minister obrony Boris Pistorius stanął w Fort Worth w Teksasie przed pierwszym niemieckim F-35A – najnowocześniejszym, wszechstronnym myśliwcem zaprojektowanym do misji wojskowych, które ostatecznie kończą się zniszczeniem i śmiercią. Lockheed Martin wystosował zaproszenie, niemieckie siły zbrojne otrzymały swój nowy samolot – a Pistorius promieniał.

Siedziałem przed telewizorem i nie mogłem się powstrzymać od myśli o jednej z najsłynniejszych historii Starego Testamentu: tańcu wokół Złotego Cielca. Mojżesz schodzi z góry Synaj, niosąc dwie tablice przymierza. Na dole widzi swój lud, który stworzył złotego cielca i tańczy wokół niego. Własnoręcznie wykonany przedmiot stał się obiektem ich kultu. Jak wiadomo, Mojżesz reaguje raczej niedyplomatycznie: rzuca tablice o ziemię i rozbija je.

Oczywiście, Boris Pistorius nie jest Izraelitą na Górze Synaj, a F-35 nie jest złotym cielcem. Paralela leży na innym poziomie: w gloryfikacji obiektu stworzonego przez człowieka, któremu przypisuje się bezpieczeństwo, siłę i ostatecznie zbawienie. Złoty cielec naszych czasów nie jest ze złota. Składa się z tytanu, aluminium, materiałów kompozytowych, elektroniki, czujników i materiałów wybuchowych. I kosztuje miliardy.

Pistorius i jego latające cielę

Pierwszy niemiecki myśliwiec F-35A został oficjalnie zaprezentowany 18 września w siedzibie Lockheed Martin w Fort Worth. Pistorius wyjaśnił:

„To oznacza początek nowej ery dla Sił Powietrznych”.

Samolot jest „najnowocześniejszym myśliwcem na świecie”.

Można by zaprotestować: Co innego ma robić minister obrony? Oczywiście, musi zajmować się sprzętem wojskowym. Oczywiście, państwo musi odpowiednio wyposażyć swoich żołnierzy. I, naturalnie, biorąc pod uwagę liczne wojny na świecie, które naruszają prawo międzynarodowe, można argumentować, że odstraszanie wymaga siły militarnej. Sam Pistorius wyraźnie uzasadnia swoje podejście, mówiąc, że chce zapobiec wojnie. W Bundestagu w 2024 roku wyjaśnił:

„Musimy być gotowi na wojnę do 2029 roku” –dodał, mówiąc, że Niemcy muszą odstraszać, „aby zapobiec najgorszemu”.

Samo słowo „war-ready” (gotowy do wojny) przykuwa moją uwagę. Nie jest to bynajmniej współczesny wynalazek językowy. Termin ten jest udokumentowany od 1826 roku, doświadczył znaczącego rozkwitu w militarystycznym Cesarstwie Niemieckim i osiągnął swój historyczny szczyt w kontekście I wojny światowej. A jednak to właśnie to słowo ponownie zyskuje rangę kluczowego terminu politycznego w Niemczech XXI wieku.

Uważam tę retorykę za niezwykle niebezpieczną. Język nie tylko opisuje rzeczywistość społeczną, ale może ją również zmieniać. Każdy, kto latami wmawia społeczeństwu, że Niemcy muszą być „gotowe do wojny”, przesuwa granice tego, co uważa się za normalne. Wojna nie jawi się już jako ostateczne naruszenie cywilizacji, któremu należy zapobiegać wszelkimi rozsądnymi środkami, ale coraz częściej jako scenariusz, na który państwo i społeczeństwo powinny być przygotowane. Czołgi, pociski rakietowe, myśliwce, schrony przeciwlotnicze, ewakuacje rannych i infrastruktura wojskowa stają się w ten sposób stopniowo częścią codziennego życia politycznego.

Dlaczego minister obrony nie mówi z takim samym zapałem o tym, by Niemcy stały się zdolne do pokoju? Dlaczego nie prowadzi się co najmniej równie ożywionej dyskusji o rozszerzeniu kanałów dyplomatycznych, pogodzeniu sprzecznych interesów, zrozumieniu interesów bezpieczeństwa drugiej strony, przywróceniu kontroli zbrojeń i stworzeniu europejskiego porządku bezpieczeństwa, który zredukuje prawdopodobieństwo wojny? Zdolność do pokoju nie oznacza bezbronności. Oznacza traktowanie siły militarnej jako ostateczności i uprzednie wyczerpanie wszystkich możliwości dyplomatycznych.

Chcę przyzwyczaić się do języka pokoju – a nie języka wojny. Bo za niemal technicznie brzmiącym terminem „gotowość wojenna” nie kryje się nic abstrakcyjnego w prawdziwym kryzysie. Wojna to zmasakrowane ciała, poparzeni ludzie, martwi żołnierze i cywile, traumatyzowane dzieci, zniszczone miasta i rodziny, które muszą chować swoich bliskich. Każdy, kto na nowo wprowadza słowo „wojna” do codziennego dyskursu politycznego, powinien również jasno określić, co wojna naprawdę oznacza.

Moim zdaniem Niemcy nie potrzebują szkolenia społeczeństwa w zakresie sztuki wojennej. Niemcy potrzebują renesansu umiejętności pokojowych.

F-35 to nie smartfon, samochód elektryczny ani nowy model kolejki. Sam Lockheed Martin promuje ten typ samolotu jako szczególnie śmiercionośny myśliwiec. Niemiecki F-35 ma również zapewnić udział Niemiec w porozumieniach NATO o współużytkowaniu broni jądrowej. To broń. Jego celem nie jest transport ludzi z punktu A do punktu B. Jego celem militarnym jest rozpoznanie celów, użycie broni, a w razie kryzysu – niszczenie i zabijanie. Państwo może uznać to za konieczne ze względów bezpieczeństwa. Ale od kiedy to trzeba wyglądać jak dziecko w poranek Bożego Narodzenia, żeby to zrobić?

Nie przeszkadza mi, że minister obrony ogląda F-35. Martwi mnie natomiast estetyzacja wojska, entuzjazm i błysk w ich oczach, gdy stają w obliczu systemu uzbrojenia, którego prawdziwym celem w realnym świecie jest zniszczenie i śmierć.

Markus Söder i jego miłość do gór Taurus

Drugi obraz utkwił mi w pamięci: Markus Söder z firmy zbrojeniowej MBDA w Schrobenhausen. Przed nim: Taurus KEPD 350. Pocisk manewrujący o zasięgu ponad 500 kilometrów. Według producenta Taurus może być używany przeciwko bunkrom, mostom, lotniskom i innym celom wojskowym.

Zdjęcia z wizyty pokazują Södera stojącego tuż obok broni, oglądającego ją i dotykającego. Scena wydaje się niemal czuła. Jak na mój gust, brakuje tylko, żeby nadał Taurusowi przezwisko. Mogłoby to być zabawne, gdyby to był zabytkowy samochód. Ale to pocisk manewrujący.

Towarzyszące temu oświadczenie Södera było jednoznaczne:

„Ta broń musi zostać użyta.”

Niech to zdanie zapadnie wam w pamięć na chwilę. Nie: Ta broń musi być dostępna. Nie: Ta broń służy jako środek odstraszający. Nie: Miejmy nadzieję, że nigdy nie będzie trzeba jej użyć. „Ta broń musi zostać użyta”. Właśnie wtedy termin „broń obronna” nabiera osobliwego brzmienia.

Söder określił również Taurusa jako „najpotężniejszą broń odstraszającą Niemiec” i zażądał wówczas jego dostarczenia na Ukrainę. Bawarski rząd następnie szczegółowo udokumentował to pojawienie się. Dla mnie wizerunek polityka z pociskiem manewrującym i towarzyszące mu oświadczenie stanowią jedną całość. Broń nie jest już przedstawiana jako zło konieczne. Staje się symbolem politycznym, demonstracją determinacji, dowodem przywództwa – złotym cielcem.

Annalena Baerbock: zasiada w myśliwcu

A potem jest Annalena Baerbock. Słynne zdjęcie zostało zrobione, gdy ówczesna minister spraw zagranicznych odwiedziła Euro-NATO Joint Jet Pilot Training w bazie sił powietrznych Sheppard w Teksasie 13 września 2023 roku i zapoznała się z samolotem szkoleniowym T-6. Na zdjęciach widać ją uśmiechniętą – eufemistycznie rzecz ujmując – w kokpicie.

Ówczesny minister spraw zagranicznych chwalił szkolenie niemieckich pilotów myśliwców w Teksasie jako wkład w bezpieczeństwo Niemiec, Europy i NATO. Można to uzasadnić z perspektywy polityki bezpieczeństwa. Zastanawiam się jednak, dlaczego zachodni politycy tak chętnie eksponują teraz potęgę militarną. Dlaczego technologia wojskowa musi wyglądać cool? Dlaczego politycy muszą siedzieć w czołgach, wsiadać do myśliwców lub obsługiwać pociski? Dlaczego otwarcia fabryk amunicji stają się politycznymi sesjami zdjęciowymi?

Friedrich Merz: „Cudowna przygoda”

Friedrich Merz podaje kolejny przykład z podręcznika. 20 czerwca 2024 roku ówczesny przewodniczący CDU wsiadł do Eurofightera w bazie lotniczej Laage i leciał przez około godzinę. Pozwolono mu nawet przez jakiś czas samemu pilotować samolot.

Po wylądowaniu Merz wyszedł z myśliwca – według dpa „z uśmiechem” – i oświadczył:

„Wspaniała przygoda. Było fajnie.”

Oczywiście, polityk może cieszyć się lotem. Ja też bym się cieszył. Ale i tutaj warto się mu bliżej przyjrzeć. Eurofighter to nie przejażdżka na Oktoberfeście. To wysoce zaawansowany system uzbrojenia. A kiedy czołowi politycy wsiadają do myśliwców, a potem publicznie mówią o „przygodzie” i „zabawie”, tworzy to obraz wojska, który ma niewiele wspólnego z rzeczywistym wynikiem wojny.

Na drugim końcu rakiety nie ma przygód. Są eksplozje, okaleczone ciała, amputowane kończyny, poparzeni ludzie, martwi żołnierze, martwi cywile, traumatyzowane dzieci i rozbite rodziny. To jest wojna. Nie Top Gun.

Macron i „gospodarka wojenna”

Prezydent Francji Emmanuel Macron również przyczynił się do ukształtowania tej nowej terminologii. Już w 2022 roku mówił o francuskiej „économie de guerre”, czyli gospodarce wojennej. W kwietniu 2024 roku odwiedził nową linię produkcyjną prochu amunicyjnego w Bergerac, w południowo-zachodniej Francji. Bronił tam gospodarki wojennej z perspektywy polityki gospodarczej, powołując się na produkcję, miejsca pracy i wartość dodaną.

Tutaj rozbudowa sił zbrojnych dotyka kwestii, która niepokoi mnie jeszcze bardziej. Broń tworzy miejsca pracy. Amunicja tworzy miejsca pracy. Czołgi tworzą miejsca pracy. Pociski tworzą miejsca pracy. Myśliwce tworzą miejsca pracy. I w pewnym momencie prowadzi to do niemal perwersyjnej logiki ekonomicznej: im większe zagrożenie, tym większy popyt. Im większy popyt, tym pełniejsze portfele zamówień. Im pełniejsze portfele zamówień, tym bardziej rozwija się przemysł zbrojeniowy.

Im bardziej gospodarka staje się zależna od tej branży, tym bardziej niewygodne staje się proste pytanie: Co się stanie z tym modelem biznesowym, jeśli faktycznie zapanuje pokój?

Przemysł zbrojeniowy w Europie rośnie

To nie jest z mojej strony sprytny zabieg retoryczny. Europejski przemysł zbrojeniowy masowo zwiększa swoje moce produkcyjne. Analiza „Financial Times” dotycząca około 150 zakładów produkcyjnych w 2025 roku wykazała, że ​​od początku wielkiej ofensywy rosyjskiej na Ukrainę europejskie fabryki zbrojeniowe zwiększyły swoje powierzchnie produkcyjne mniej więcej trzykrotnie w porównaniu z poprzednim tempem. Dodano ponad siedem milionów metrów kwadratowych nowej powierzchni przemysłowej.

W sierpniu 2025 r. Ursula von der Leyen odwiedziła również dużą bułgarską fabrykę amunicji VMZ w Sopocie i powiązała rozwój europejskiej produkcji zbrojeniowej z bezpieczeństwem Europy i wsparciem dla Ukrainy.

Zwolennicy tej polityki argumentują, że Europa przez dziesięciolecia zaniedbywała swoje zdolności militarne i musi skutecznie odstraszać zagraniczne inwazje w obliczu agresywnej wojny Rosji. To jedna perspektywa. Drugie pytanie brzmi: kiedy niezbędny potencjał obronny staje się militaryzacją społeczeństwa? Ta granica zasługuje na znacznie więcej uwagi, niż się jej obecnie poświęca. Możliwe, że już ją przekroczyliśmy w Europie.

Od koniecznego zła do fetyszu

Społeczeństwo demokratyczne może potrzebować sił zbrojnych, a mimo to brzydzić się wojną. Może szanować żołnierzy, a jednocześnie postrzegać broń jako narzędzie zorganizowanej przemocy. Może być w stanie bronić się bez czynienia z wojskowej sprawności ideału społecznego. Może odstraszać, nie fetyszyzując broni.

O to mi chodzi. Problem nie zaczyna się wraz z istnieniem armii. Zaczyna się tam, gdzie broń nabiera ładunku emocjonalnego, gdzie politycy pozują przed nią, gdzie myśliwce obiecują przygody, gdzie pociski manewrujące są traktowane niemal z miłością, gdzie fabryki broni stają się latarniami nadziei gospodarczej, gdzie miliardy na systemy uzbrojenia są omawiane z rzeczowością, która byłaby niewyobrażalna w przypadku szkół, szpitali, emerytur czy opieki pielęgniarskiej – i gdzie język wojny stopniowo przenika do codziennego życia społecznego.

Złoty cielec obiecuje bezpieczeństwo

Być może dlatego metafora złotego cielca działa tak dobrze. Bożek nie musi być ze złota. Bożek pojawia się tam, gdzie przedmiotowi przypisuje się niemal magiczną moc: Więcej broni oznacza większe bezpieczeństwo. Więcej pocisków oznacza większe bezpieczeństwo. Więcej myśliwców oznacza większe bezpieczeństwo. Więcej amunicji oznacza większe bezpieczeństwo. Więcej odstraszania oznacza pokój.

Do pewnego stopnia może to być logiczna logika polityki bezpieczeństwa. Historycznie rzecz biorąc, odstraszanie rzeczywiście zapobiegało wojnom lub je ograniczało. Jego zwolennicy wskazują w szczególności, że potencjalny agresor powstrzyma się od ataku, jeśli jego koszty okażą się nieobliczalnie wysokie. Nie stanowi to jednak prawa natury.

Uzbrojenie rodzi również kontr-zagrożenia. Percepcja zagrożenia generuje kontr-zagrożenia. Planowanie militarne jednej strony nie jest automatycznie postrzegane jako defensywne przez drugą. Odstraszanie może stworzyć dylemat bezpieczeństwa: każdy twierdzi, że uzbraja się dla własnego bezpieczeństwa – a ostatecznie wszyscy czują się mniej bezpieczni. To jest temat, który należy omówić, panie Merz, panie Macron, panie Burnham i pani von der Leyen!

Gdzie są obrazy dyplomacji?

Chciałbym zobaczyć inne obrazy: niemieckiego ministra spraw zagranicznych promieniejącego z powodu osiągnięcia zawieszenia broni po miesiącach negocjacji. Kanclerza z entuzjazmem trzymającego w dłoniach traktat o kontroli zbrojeń. Prezydenta Francji z dumą ogłaszającego, że nowa europejska architektura bezpieczeństwa zmniejsza prawdopodobieństwo wojny. Polityków przygotowujących negocjacje pokojowe z taką samą energią, z jaką otwiera się fabryki broni. Dyplomatów wychwalanych za negocjacje tak samo, jak generałów za potęgę militarną.

Dlaczego takie obrazy wydają się teraz niemal naiwne? Być może to właśnie jest naprawdę niepokojące: nie to, że Europa posiada broń, ale to, że broń znów staje się obiektem fascynacji.

Co się stało ze społeczeństwem?

I to prowadzi mnie do pytania, które wciąż mnie dręczy, gdy widzę zdjęcia Pistoriusa, Södera, Baerbocka i Merza: Co się stało ze społeczeństwem, gdy obywatele coraz bardziej nieostrożnie obchodzą się z bronią?

Niemcy znają konsekwencje militarnej pychy lepiej niż niemal każdy inny kraj. „Nigdy więcej wojny” nie było kiedyś sentymentalnym hasłem. Było lekcją wyciągniętą z milionów ofiar, zniszczonych miast, okaleczonych ludzi i moralnej katastrofy.

Zdolność obronna i zdolność do pokoju nie wykluczają się wzajemnie. Państwo ma prawo do samoobrony. Należy o tym dyskutować obiektywnie. Ale obiektywizm to co innego niż entuzjazm. Pocisk manewrujący nie zasługuje na czułość. Myśliwiec to nie zabawka. Fabryka amunicji to nie park rozrywki. A wojna to nie przygoda.

Może Europa dobrze by zrobiła, gdyby od czasu do czasu zstąpiła z góry i zobaczyła, za czym tak tańczy. Złoty cielec jest już pośród nas. Nosi nazwy takie jak Taurus, F-35, Eurofighter, Storm Shadow i SCALP.

Podczas gdy politycy się uśmiechają, a aparaty fotograficzne pstrykają, łatwo przeoczyć prosty fakt: broń została zaprojektowana, by zagrażać ludziom, niszczyć mienie i zabijać na wojnie. Ci, którzy uważają jej posiadanie za niezbędne do samoobrony, mogą mieć uzasadnione argumenty.

Ale cywilizowane społeczeństwo nigdy nie powinno ich kochać.

Pierwsze wspólne zwycięstwo Morawieckiego i Tuska w sprawie sejmowej synekury

Pierwsze wspólne zwycięstwo

Morawieckiego i Tuska

w sprawie sejmowej synekury

Autor: CzarnaLimuzyna, 21 września 2026

Zakończyła się sejmowa rozgrywka wewnątrz targowicy sprytnie rozdzielonej na targowice różnych prędkości – targowicę radykalną (KO), targowicę umiarkowaną (PiS) i targowicę plus (Morawiecki).

Marcin Horała (“Gang Pinokia”) został wybrany głosami KO na wicemarszałka Sejmu.

Wymowną grafikę ai wkleił na X, specjalizujący się w atakach na prawdziwą prawicę, politruk Kaczyńskiego, Tobiasz Bocheński.

Tobiasz Bocheński_X

Grafika wpisuje się w fałszywą narrację “Morawiecki gra z Tuskiem, aby rozwalić prawicę”. Powinno być: Morawiecki gra z Tuskiem, co jest z prawdą, a gwoli dopełnienia przez wiele lat grał razem z Unią i Ukrainą oraz różnymi środowiskami żydowskimi, ale akurat tego ostatniego PiS mu nie wypomina ze względu na wciąż obowiązującą potworność politycznego etapu.

Hasła wymienione na grafice po stronie unijno-tuskowej pasują również do okresu 8 lat rządów PiS czyli także do Morawieckiego, a wszystkie hasła umieszczone po stronie PiS za wyjątkiem “Rodzina” (dodatki socjalne) są fałszywie przyporządkowane partii Kaczyńskiego.

Inne komentarze

Jak widać, Krzysztof Bosak niezbyt wysoko ceni bystrość “prawicowego wyborcy”. Podobnie Donald Tusk, który również od czasu do czasu umacnia w błędzie “prawicowego wyborcę”, nazywając PiS “prawicą”.

Polacy znów sługami reżimu ukraińskiego

Polacy znów sługami narodu ukraińskiego

magnapolonia/polacy-znow-slugami-narodu-ukrainskiego

W trakcie obchodzenia w Polsce przez Ukraińców swojego święta niepodległości. w Warszawie głos zabrał pełniący obowiązki ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Waldemar Żurek. Jego słowa z tego wydarzenia zapiszą się we współczesnej historii Polski, tak samo jak wypowiedź rzecznika MSZ Łukasza Jasina, który uważał, że Polacy są sługami narodu ukraińskiego.

Czy rządzi PiS, czy PO, Polacy mają być sługami narodu ukraińskiego. W czasie swojej wypowiedzi Waldemar Żurek jako minister sprawiedliwości zwrócił uwagę na narastanie napiętej sytuacji w relacjach polsko-ukraińskich. O ile nikt nie popiera żadnej formy znęcania się psychicznego lub fizycznego nad innym człowiekiem ze względu na jego pochodzenie czy religię, zadziwia fakt ukazania przez polskojęzycznego ministra relacji polsko-ukraińskich.

Zwracając się do zebranych Ukraińców zapewnił ich jako prokurator generalny: (…) chcę was zapewnić, że jako prokurator generalny powołałem ponad stu prokuratorów w całym kraju, którzy od lutego tego roku bardzo aktywnie, razem z policją, ścigają każdy przejaw nienawiści (…) Ale zobaczcie, co dzieje się dalej. Ci, którzy myśleli, że bezkarnie mogą obrażać, lżyć, bić, następnego dnia prowadzeni są w kajdanach do sądu i idą do aresztów. Podjęliśmy działania nie doraźne, ale systemowe. Nikt nie zniszczy naszej przyjaźni[1].

W czasie, kiedy z jednej strony ministrowie angażują się w sprawę nastolatki z Ukrainy zwyzywanej w miejskim autobusie w Bielsku-Białej [2] milczą, gdy w mediach przebijają informacje, że w tym samym mieście zostało zatrzymanych trzech Ukraińców podejrzanych o brutalne pobicie Polaka pod koniec czerwca 2026 roku[3] lub w sprawie próby zabójstwa Polki dokonanej przez 18-letniego Ukraińca we Wrocławiu[4].

O ile zrozumiałe byłyby słowa ministra sprawiedliwości, który z jednej strony zapewniałby Ukraińców w Polsce o działaniach na rzecz ich bezpieczeństwa przy jednoczesnym wskazaniu, że sami zainteresowani powinni zwrócić uwagę na swoich rodaków, którzy łamiąc prawo w Polsce obniżają zaufanie zwykłych Polaków do wszystkich Ukraińców i podkreśleniu, że wobec prawa w Polsce wszyscy są równi niezależnie od pochodzenia, wypowiedź, jaka padła z ust ministra przerzuca całą odpowiedzialność za obecną napięta sytuację na Polaków, robiąc z nich potwory.

Przy takim założeniu nie można mieć za złe Polakom, że wg najnowszych sondaży jedynie 27% deklaruje gotowość walki za obecną rzeczywistość w Polsce[5]. Polacy jako gospodarze na swojej ziemi czują się jako gorszy sort, a ich oburzenie wobec często chamskiej i aroganckiej postawy osób, które są w Polsce gośćmi, traktowane jest przez polskojęzycznych polityków jako przejaw rusofili, co sprawia, że coraz więcej Polaków nie czuje łączności z państwem traktującym ich jako dojną krowę, którą ostatecznie można wbrew niej wepchnąć do nie swojej wojny w imię interesów wielkich mocarstw.

Źródła:

[1] https://wiadomosci.gazeta.pl/polityka/7,198012,32985046,zurek-zlozyl-ukraincom-nietypowe-zyczenia-zeby-zaden-polak.html

[2] https://kresy.pl/wydarzenia/pracownik-mzk-mial-zniewazac-ukrainskie-dziewczynki-w-autobusie-policja-zatrzymala-mezczyzne/

[3] https://www.gov.pl/web/po-bielsko-biala/dochodzenie-w-sprawie-pobicia-na-ul-broniewskiego-w-bielsku-bialej

[4] https://www.radiomaryja.pl/informacje/wroclaw-18-letni-ukrainiec-probowal-zabic-polke/

[5] https://www.rp.pl/spoleczenstwo/art44925761-wojna-w-polsce-sondaz-co-czwarty-polak-bronilby-kraju-co-dziesiaty-zdecydowanie-ucieka

Ja stawiam, ty płacisz. MEM-y VI.

———————————————–

————–

———————————

———————————

——————————————

————

———————————

—————————————————–

—————————————–

———————————————

———————————

Macron ostrzega Francuzów przed niedoborami energii. Kryzys to skutek jego własnej polityki

Macron ostrzega Francuzów przed niedoborami energii. Kryzys to skutek jego własnej polityki

Źródło: AI Generated

zmianynaziemi./macron-ostrzega-francuzow-przed-niedoborami-energii-kryzys-skutek-jego-wlasnej-polityki

Emmanuel Macron właśnie wszedł w tryb pełnego zarządzania kryzysowego. Prezydent Francji ostrzega rodaków, by przygotowali się na sytuację, której „nigdy nie wyobrażali sobie jako realnej”: niedobory energii. Diesel bije rekordy powyżej 2,39 euro za litr, na 11–15 proc. stacji brakuje paliwa, a rząd zwołuje sztaby kryzysowe i szczyt G7. Macron powtarza mantrę, że to nie wina jego decyzji, lecz „geopolityki” i wojen. To klasyczna ucieczka od odpowiedzialności. Kryzys, który dziś uderza w Francuzów, jest logiczną konsekwencją wieloletniej, ideologicznej polityki Unii Europejskiej – Zielonego Ładu i ostentacyjnego odcięcia się od taniej rosyjskiej ropy oraz gazu.

Przed 2022 rokiem Europa, w tym Francja, korzystała z relatywnie taniego gazu rurociągowego z Rosji. Był to pragmatyczny wybór: blisko, dużo, tanio. Po inwazji na Ukrainę Bruksela i Paryż uznały, że suwerenność energetyczna polega na moralnym geście. REPowerEU i kolejne sankcje miały „ukarać Putina”. 

Efekt? Udział rosyjskiego gazu w imporcie UE spadł z 45 proc. do około 12 proc., ale Europa nie stała się niezależna. Zastąpiła jedną zależność drugą – droższym LNG ze Stanów Zjednoczonych, Kataru i innych dostawców, których ceny dyktuje globalny rynek i napięcia na Morzu Czerwonym oraz w Cieśninie Ormuz. Francja, mimo atomu, wciąż czerpie około 60 proc. energii finalnej z importowanych paliw kopalnych. 

Transport, ogrzewanie i przemysł nie żyją z reaktorów. Gdy wybuchł konflikt na Bliskim Wschodzie, ceny eksplodowały, a łańcuchy dostaw się zacięły. Macron nagle odkrywa, że trzeba „zabezpieczać dostawy” i uzupełniać zapasy. To nie jest nagły zwrot w historii. To skutek decyzji podjętych lata wcześniej.

Zielony Ład pogłębił problem. Unia narzuciła ambitne cele dekarbonizacji, wycofywanie węgla, ograniczenia dla gazu i ropy, presję na elektromobilność i pompy ciepła – wszystko w tempie oderwanym od rzeczywistości technicznej i gospodarczej. Francja ogłosiła fazę wyjścia z ropy do 2045 roku i gazu do 2050. Brzmi szlachetnie, dopóki nie spojrzy się na rachunki. 

Odnawialne źródła są niestabilne, sieć wymaga miliardów inwestycji, a atom – choć niskoemisyjny – nie rozwiązał problemu ciepła i transportu. Latem 2026 upały ograniczały pracę elektrowni jądrowych, bo rzeki były za ciepłe do chłodzenia. Kraj, który chełpił się eksportem prądu, musiał sięgać po gaz. 

Jednocześnie Bruksela przyspieszała odejście od rosyjskich węglowodorów, nie budując wystarczająco szybko realnych, tanich zamienników. Efekt jest podwójny: wyższe koszty energii dla gospodarstw i firm oraz większa podatność na każdy konflikt w regionach wydobycia. Macron teraz mówi Francuzom, że „trzeba powiedzieć prawdę o niestabilności geopolitycznej”. Prawda jest prostsza: polityka klimatyczna i sankcyjna sama stworzyła tę niestabilność w europejskim systemie energetycznym.

Video URL

https://zmianynaziemi.pl/media/oembed?url=https%3A//www.youtube.com/watch%3Fv%3Dn1tWRaszKsw&max_width=800&max_height=600&hash=dmJq8lRbj6bEvct2zn6-N7uvi0w-Nl5QBXIazstqaMk

Hipokryzja dopełnia obrazu. Francja przez pewien czas była jednym z największych unijnych importerów rosyjskiego LNG. TotalEnergies i inni gracze dalej handlowali, a Uran z rosyjskiej strefy wpływu zasilał francuski atom. Moralne gesty wobec Moskwy nie przeszkadzały w utrzymywaniu wybranych kanałów. 

Jednocześnie Paryż i Bruksela przedstawiały odcięcie od rosyjskich surowców jako sukces suwerenności. Sukces wygląda dziś tak: rekordowe ceny na stacjach, lokalne braki paliwa, presja na budżet już i tak zadłużonego państwa oraz prezydent, który zwołuje G7, by rozmawiać o uwolnieniu rezerw strategicznych. To nie strategia. To gaszenie pożaru, który sam podłożono.

Video URL

https://zmianynaziemi.pl/media/oembed?url=https%3A//www.youtube.com/watch%3Fv%3DEPEBQ6nJHWk&max_width=800&max_height=600&hash=DHDxlNek78u7aIOJNQnPcaqMmKmykIJ2OwnTlEMWUXA

Macron próbuje oddzielić wzrost cen od „decyzji rządu”. To nieuczciwe. To jego administracja i Komisja Europejska przez lata forsowały model, w którym tani gaz z Rosji stał się politycznie nieakceptowalny, a paliwa kopalne – moralnie podejrzane, zanim pojawiły się realne, skalowalne alternatywy. Efekt uboczny ideologii klimatycznej i geopolitycznej pychy ponoszą teraz zwykli Francuzi: rolnicy, kierowcy, przedsiębiorstwa i rodziny, które nie mogą sobie pozwolić na 2,40 euro za litr diesla. 

Ostrzeżenie o niedoborach energii nie jest aktem odwagi przywódczej. Jest przyznaniem, że wieloletni kurs okazał się kosztowną iluzją. Europa nie uniezależniła się od tyranów. Zmieniła tylko dostawców i podniosła rachunki. Zielony Ład i odcięcie od rosyjskich surowców miały uczynić kontynent czystszym i bezpieczniejszym. Na razie uczyniły go droższym i bardziej kruchym. Macron może zwoływać kolejne szczyty. Nie zmieni to faktu, że kryzys, przed którym dziś ostrzega, jest w dużej mierze dziełem polityki, którą sam wspierał.

Źródła:

https://www.prensa-latina.cu/2026/09/18/macron-la-situaci…

https://www.france24.com/en/video/20260918-macron-address…

https://www.newsbreak.com/fmm-f24-video-372401319/4893987…

https://spanish.news-pravda.com/world/2026/09/18/1133357….

Sommer rozmawia z B’nai B’rith. „Rzadko można spotkać się z taką szczerością”.

Sommer rozmawia z B’nai B’rith. „Rzadko można spotkać się z taką szczerością”

21.09.2026 Tomasz Sommer nczas/sommer-rozmawia-z-bnai-brith-rzadko-mozna-spotkac-sie-z-taka-szczeroscia

Właśnie przyszła z druku książka „Polityka żydowska”, autorstwa śp. Mariana Miszalskiego oraz mojego, gdy znów odezwał się do mnie członek żydowskiej loży B’nai B’rith, który już wcześniej starał się mnie przekonać, że zdradziłem wolnościowość na rzecz nacjonalizmu i że to bardzo niedobra jest, że tak się stało.

Postanowiłem przeprowadzić z nim szczegółową rozmowę, by dociec, skąd wziął taki dziwny zarzut. W jej trakcie doszliśmy do konkluzji, której zresztą od razu się spodziewałem. Mój rozmówca przyznał, że to on jest nacjonalistą (żydowskim oczywiście) i moja wolnościowość okazała się dla niego zbyt mało filosemicka.

Rozmowa – którą znajdą Państwo wewnątrz numeru – dokładnie potwierdza tezę zawartą w mojej i Mariana Miszalskiego książce, która głosi, że w przypadku Żydów, nawet jeśli sytuują się w obrębie oddziaływania i wyznawania rozmaitych poglądów, zawsze istnieje ideologiczna część wspólna, której główną osią jest przyświadczanie o potrzebie prowadzenia polityki żydowskiej.

Każdą ideologię czy doktrynę traktują przez jej pryzmat. Tak więc dla nich socjalizm musi być żydowski, libertarianizm też musi być żydowski, a nacjonalizm – to już wyłącznie i na sto procent. Stąd postawiony mi zarzut zdrady wolnościowości. W przekonaniu mojego rozmówcy po prostu moja wolnościowość nie jest zgodna z wymogami polityki żydowskiej. Czyli tak naprawdę to nie był zarzut dotyczący wolnościowości, tylko żydowskości tej wolnościowości.

Z tego powodu uważam, że przyjmowanie przedstawicieli takich organizacji jak B’nai B’rith przez polskie ambasady – a od mojej krytyki takiego spotkania w Londynie zaczęła się ta dyskusja – jest skandalem, bo najczęściej odbywa się to bez świadomości, z kim właściwie odbywa się to spotkanie. Po prostu polskie ambasady, jeżeli mają spotykać się z jakimiś nacjonalistami, to powinny ograniczyć się do nacjonalistów polskich, a nie przyjmować nacjonalistów żydowskich i się jeszcze tym chwalić. Polecam dokładną lekturę tej rozmowy, bo rzadko można spotkać się z taką szczerością i otwartością argumentacji.

Tymczasem udało nam się – a wiedzą Państwo, jakie ciągle mamy z tym historie – wynająć salę na XIX Konferencję Prawicy Wolnościowej. Tym razem odbędzie się ona w nowym miejscu, choć nadal w centrum Warszawy, przy ulicy Kolejowej. Zaczynamy szykować program, zapraszać gości – szczegóły przedstawię w kolejnym numerze – w każdym razie proszę szykować sobie wolny czas 28 i 29 listopada.

W tym roku planujemy mocny finisz książkowy – z Targami Książki bez Cenzury objedziemy pół Polski oraz wydamy drugi tom „Alfabetu Michalkiewicza”, książkę zawierającą wywiady z prof. Bogusławem Wolniewiczem oraz – uwaga – specjalny tom poświęcony językowi i retoryce Grzegorza Brauna. Informacje o kolejnych punktach naszego objazdu będziemy podawać na bieżąco. Serdecznie zapraszam do udziału w naszych imprezach!

Tusk czyta Tajny Raport CIA. MEM-y V.

——————————-

———————————

———————-

———————————–

——————-

—————————————-

——————————————–

—————————————

—————————————————

——-

———————

Jak polskie biesy wyprzedziły Sobór na drodze do religii światowej

Jak polskie biesy wyprzedziły Sobór na drodze do religii światowej

Włodzimierz Kowalik

W opublikowanej pod przydługim tytułem „Polskie biesy. Tom 1, XVIII wiek. Wrogie przejęcie i zbrodnie założycielskie” rozmowie z Janem Taturą europoseł Grzegorz Braun dokonuje bezprecedensowej rozprawy z własną grupą społeczną: inteligencją.

Jeżeli nie jest to radykalna próba uwiarygodnienia się w oczach elektoratu, mamy do czynienia z manifestem politycznym katolickiego tradycjonalisty, jakiego w Polsce nie było.

Może on doprowadzić do białej gorączki „Gazetę Wyborczą” tak samo jak słuchaczy Radia Maryja oraz wpędzić w popłoch episkopat Polski. To ostatnie akurat nie jest trudne, ponieważ słowo „popłoch” zdaje się charakteryzować sposób reagowania tego szacownego gremium.

Braun uderza w sploty słoneczne oraz w największe świętości polskiego inteligenta. „Polska inteligencja jest specyficznym reliktem przeszłości – ale bez perspektyw na przyszłość innych niż związane z utrzymaniem etatyzmu i klientelizmu. Inteligencja jest de facto chłopstwem pańszczyźnianym – pozbawionym własności, a przywiązanym dzisiaj do etatów i do kredytów. Do etatów, jeśli nie państwowych to korporacyjnych, co na jedno w skutkach wychodzi – mając bowiem wybujałe przeświadczenie o własnej niezależności i przywiązaniu do wolności, inteligencja jest ostoją zniewolenia jako klasa ukonstytuowana i integrująca się na bazie kanonicznych przesądów inteligenckich: demokratyzmu (antymonarchicznego), etatyzmu (socjalistycznego). Modernizmu (religijnego), pacyfizmu (hoplofobicznego), a jednocześnie judeoidealizmu (anty-antysemityzmu) i insurekcjonizmu (dziś przede wszystkim antyrosyjskiego)” (str. 103). Mocniej chyba nie można było zaznaczyć, że inteligencka wolność to jedynie pusta konotacja, pod którą kryje się brak samodzielności i niezależnych źródeł utrzymania.

Kielnie i fartuszki

Tytułowe „wrogie przejęcie” oznacza przechwycenie świadomości narodowej przez nową klasę społeczną, uzurpującą sobie prawo rządu polskich dusz. Okazji dostarczyła wymęczona przez masonów u Klemensa XIV kasata zakonu jezuitów w 1773 roku. Umożliwiła ona uwłaszczanie się Komisji Edukacji Narodowej na zakonnym majątku Towarzystwa Jezusowego i produkcję nowych elit w myśl postępowych haseł. Hasła fabrykowała „jakobińska farma trolli”, czyli kołłątajowska „Kuźnica” finansowana kwotą 60 milionów franków, przeznaczonych według Brauna ze skarbu rewolucyjnej Republiki Francuskiej na „interes Braci Warszawskich”.  A interesem tym według słów samego Hugo Kołłątaja było „obalanie tronów i ołtarzy”. Jak bowiem tłumaczy rzecz Braun: „Wielkiej Rewolucji Antyfrancuskiej potrzebna była dywersja na tyłach – przekierowania działań koalicji kontrrewolucyjnej Austrii, Prus i Rosji na inny teatr wojenny. Padło na nas – polscy patrioci, agenci lóż i pożyteczni idioci z największym zapałem zabrali się za realizację tego scenariusza […] I ta operacja udaje się doskonale – w latach 1791 – 1795 trwają nad Wisłą de facto intensywne działania osłonowe rewolucji nad Sekwaną” (str. 248).

Ponieważ rząd dusz był przejmowany od katolickiego kleru, dlatego „polskie biesy” musiały się początkowo uwiarygodniać jako duchowni lub świeccy katolicy.  „Rewolucja niszcząc istotę starego, tradycyjnego porządku, bardzo skrzętnie stara się zachować jego fasadę. I stąd dążenie do tego, żeby księża nadal nazywali się księżmi, chociaż będą w istocie sprotestantyzowanymi, zmasonizowanymi agitatorami” (str. 28). Bohaterowie na czele z przewodnim czarnym charakterem gawędy i „człowiekiem znikąd” Hugo Kołłątajem, Stanisławem Staszicem, braćmi Ignacym i Michałem Potockimi, Franciszkiem Zabłockim, Wojciechem Bogusławskim, Janem Kilińskim, Tadeuszem Kościuszką, wdrażają spóźniony w Polsce o dobre 200 lat program swoistego protestantyzowania Kościoła polskiego oraz samych Polaków.

„Energicznie bez ceregieli i bez skrupułów realizowana ‘protestantyzacja’ dokonuje się w całym szkolnictwie – wystarczy kilka lat, a już wylęgają się na świat kolejne mioty […] tych oświeconych hunwejbinów. To oni będą przeprowadzać rewolucję 3 Maja, będą rozpętywać insurekcję kościuszkowską i będą tworzyć ten raj oświeconych biurokratów, zakładać zręby tej przyszłej idylli urzędników – ze szczególnym uwzględnieniem urzędników podatkowych. Czyli Księstwo Warszawskie i Królestwo Kongresowe – to są właśnie dzieci Komisji Edukacji Narodowej. Więc hasło ‘protestantyzacja’ znajduje w projekcie spełnienie bardzo bliskie zachodniego ideału i oryginału, a niekiedy najzupełniej dosłowne” (str. 134). Takie źródło ma zatem klasa społeczna, którą Braun chce wysłać do wszystkich diabłów.

Późne wnuki

Masońskie tradycje Kuźnicy przejmuje cała XX-wieczna lewica polska, od sanacji, przez PRL, po post-PRL. Ciężko jest znaleźć środowisko zupełnie nie przyznające się do tradycji kołłątajowskich. W II RP symbolem może być Tadeusz Boy – Żeleński i ze swoją misją uświadamiania a w PRL stalinowsko – bierutowska „Kuźnica” z jej reformami nauki i oświaty. „System KEN został w PRL podniesiony do rangi dogmatycznej. Wzorzec kołłątajowskiej ‘reformy’ UJ został zaaplikowany z jeszcze większą mocą – a ukoronowaniem tego dzieła była likwidacja na przełomie lat 40. i 50. XX wieku dwóch zacnych instytucji naukowych o prywatnym i społecznikowskim rodowodzie: Towarzystwa Naukowego Warszawskiego i krakowskiej Polskiej Akademii Umiejętności, z których po upaństwowieniu stworzono jedną instytucję: Polską Akademię Nauk. Otóż PAN […] to jest właśnie ni mniej, ni więcej, kołłątajowsko-stalinowski kołchoz dla profesury.

To nie jest krzywdząca kogokolwiek inwektywa, tylko rzeczowe określenie, oddające historyczną genezę i aktualny stan rzeczy, jeśli chodzi o dominujący paradygmat” – jak bezlitośnie podsumuje reformy oświaty i nauki w  PRL-u Braun (str. 245). Nie zabraknie również wątku masońskiego. „Jego agendy jak Instytut Badań Literackich – był również niejako etatowym matecznikiem masonerii, która w PRL, mimo formalnych ograniczeń, miała się całkiem nieźle” (tamże). W znajdującym się nota bene w Pałacu Staszica IBN „miała swój matecznik loża Kopernik z […] Janem Józefem Lipskim na czele” (str. 34) a jeden z etatów „przypadał mamie panów Kaczyńskich – co otwiera wdzięczne pole do pogłębionych i poszerzonych badań nad ciągłością i nieciągłością elit państwowych w Polsce” (tamże).

Opisywane przez Brauna procesy skutkowały tym, że inteligencja polska w większej części była i jest niewierząca. „Biskupi i księża polscy byli w ogromnej części chłopskimi synami. To była jedyna naprawdę wierząca warstwa w Polsce. To był kościół ludowy”. („Między Logiką a Wiarą. Z Józefem M. Bocheńskim rozmawia Jan Parys”, 1992, str. 185). Oryginalny polski wkład do katolicyzmu: „Gorzkie żale” i „Godzinki o Niepokalanym Poczęciu NMP” dla inteligencji są najwyżej przejawem folkloru jeśli nie obskurantyzmu. Wytworzony dualizm oświeconych, niereligijnych elit oraz religijnych, nieoświeconych mas, widoczny jest bez problemu w dzisiejszych podziałach politycznych.

Nie kto inny jak Jarosław Kaczyński stwierdził w chwili szczerości, że w gruncie rzeczy utożsamia się z wykształconym elektoratem wielkich miast Platformy Obywatelskiej.  Wychowany w „mateczniku loży Kopernik” prezes Prawa i Sprawiedliwości niemalże z obrzydzeniem zagospodarowuje pozostawiony mu, ale obcy jego wrażliwości i światłym poglądom, parafialno – prowincjonalny grajdół. Istniejący obustronny dystans podkreślił swego czasu o. Tadeusz Rydzyk, ostrzegając przed prezydencką rodziną Kaczyńskich słowami: „nie należy mylić szamba z perfumerią”.  Czy zatem kogokolwiek może zaskakiwać poziom obłudy masońsko sformatowanych pijarowców PIS-u, obecny w narracji „dobrej zmiany” dla niedorosłego narodu?

Z jednej strony „katolikawe” masy, pozbawione intelektualnego kierownictwa, podatne są na wszelkie suflowane im w narodowym lub ledwo „narodawym” opakowaniu agendy. Z drugiej strony elity nie przyswajające sobie katolickiego światopoglądu, w tym metafizycznej relacji celów i środków, otwierają się na implementację dowolnych światopoglądów, czyli po prostu na wpływy obcych ośrodków politycznych. Elita, która nie potrafi zdefiniować interesu własnego państwa, jako dobra wspólnego, nie ma podstaw odróżniać go od interesów obcych. „Jeśli więc polskich patriotów słusznie niepokoi, że niektórzy sygnatariusze Targowicy zbyt często i zbyt długo bywali w Petersburgu, to dlaczego w ogóle nie przejmuje ich, że niektórzy spośród liderów Klubu Przyjaciół Konstytucji 3 Maja całkiem sporo czasu spędzali w Berlinie, Dreźnie, Londynie, Wiedniu czy Paryżu – nieprawdaż?” (str. 273). Retoryczne pytanie Brauna wskazuje na tytułowe „wrogie przejęcie” przez europejski obóz rewolucji, do którego bezwiednie zapisuje się każde kolejne pokolenie polskiej inteligencji, bo tak już ma.

Trony i ołtarze

Braun prowadzi swoją historyczną wiwisekcję z egzotycznego dla Polaka punktu widzenia tradycjonalisty katolickiego. Lepiej zrozumiemy jego perspektywę, uświadomiwszy sobie, że cywilizacja katolicka (łacińska) inteligencji jako klasy społecznej nie zna. Jest w niej bowiem tylko kler oraz świeccy. Kler nie jest autorytetem w każdej dziedzinie, lecz tylko w zakresie wiary i moralności. I to właśnie odróżnia go od świeckich. Nie chodzi przy tym o nominalną przynależność, zgodnie z którą obecny episkopat Polski należy do kleru, choć ze świecą w nim szukać heroiczności cnót przywiązanej do stanu biskupiego. Idzie o udzielanie sakramentów, nauczanie i życie zgodnie z przypisanymi przez Magisterium Kościoła regułami. Kler wpaja zatem ludziom cel (zbawienie dusz) oraz realizującą go moralność, która steruje zachowaniem i współpracą jednostek, ucząc odróżniania celów od środków.

Moralność poza kilkoma zasadami tworzącymi cywilizację łacińską, jak dozgonna monogamia, rozróżnienie na władzę świecką i duchowną oraz na prawo prywatne i publiczne – zostawia jednostkom szerokie pole do samodzielnej aplikacji wyuczonych sprawności w codziennym życiu. Świeccy są kompetentni w swoich dziedzinach i nie mają ambicji kierowania społeczeństwem lub państwem, jeżeli akurat nie są jego monarchami (tj. specjalistami w dziedzinie rządzenia państwem). Laikat nie dąży zatem w państwie katolickim do sprawowania funkcji powszechnego autorytetu, bo taki poza samym Bogiem, nie istnieje. Taką właśnie „boską” funkcję uzurpowały sobie nowe elity i dlatego musiały zwalczać kler katolicki, który samym swoim istnieniem zaprzeczał wyłączności świeckiego autorytetu. Stąd też kołłątajowski paradygmat zniszczenia „tronów i ołtarzy”, powtarzający zresztą wezwania do „zniszczenia bezeceństwa” (tj. chrześcijaństwa), jakimi Wolter zwykł był kończyć adresowane do towarzyszy z lóż oraz koronowanych głów listy.

Konsekwencją odrzucenia katolickiej organizacji społeczeństwa jest totalitaryzm wyrażony w protestanckim haśle „czyja władza tego religia”. Władysław Gomułka wyjaśniał go Stanisławowi Mikołajczykowi jesienią 1944 roku: „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”. Znane są też późniejsze słowa Cyrankiewicza, grożące odcięciem ręki podniesionej na bezalternatywną władzę ludową. „Przedmiotem ich troski nie jest bowiem ani państwo, ani naród w aktualnej, realnej postaci – tak są odległe od ich rewolucyjnych ideałów, że właściwie nie ma czego żałować, kiedy to wszystko szlag trafia, pod jakąś Białą Górą czy Maciejowicami. Notabene, jakże to charakterystyczne, że obrazy klęski maciejowickiej cyrkulują później w drukach propagandowych z hasłem: „Finis Poloniae!” – własną przegraną, sromotną klęskę frakcji rewolucyjnej przedstawia się jako koniec Polski w ogóle” (str. 214).

Konsekwencją braku podziału na władzę duchową i władzę świecką jest, że od dekretów jednej władzy nie można się odwołać do drugiej. „Rewolucje eliminują kluczową dla naszej cywilizacji zasadę rozdzielenia władz, wynikająca wprost z dyrektywy ewangelicznej: Bogu, co Boskie, cesarzowi, co cesarskie. Rewolucja protestancka czyni to pod pretekstem walki o ‘czystą Ewangelię’, a rewolucja masońska – pod hasłem walki z ‘ciemnotą i zabobonem’ o ‘oświecenie ludzkości’. Efekt jest ten sam: wyrugowanie dualizmu władzy świeckiej i duchownej skutkuje wyeliminowaniem zbawiennej dla poddanych konkurencji i równowagi wpływów – w świecie łacińskim od decyzji księcia zawsze można odwołać się do biskupa, od decyzji cesarza – do papieża i odwrotnie. Rewolucja protestancka gwarantuje monopol władzy świeckiej ze wszystkimi tego konsekwencjami” (str. 98). W konsekwencji państwo staje się totalitarne także w sensie zakresu rządzenia. Stara się bowiem objąć swoją kompetencją wszystko. Rewolucyjna zasada jedności władzy, obowiązująca także w prawosławiu, protestantyzmie, czy islamie logicznie prowadzi do faszyzmu (wszystko w państwie) oraz globalizmu (wszystko państwem).

Powszechna religia człowieka

Nic lepiej nie oddaje atrakcji tkwiącej w rewolucyjnej mentalności niż bluźniercza filozofia Georga Wilhelma Friedricha Hegla (1770-1831). Widzi ona w państwie (z typowym brakiem logiki przede wszystkim w państwie pruskim) samo-poznającego się Boga. Boska samoświadomość jest przy tym per procura udziałem państwowych elit, bo przecież nie samego, pozbawionego świadomości państwa, jako takiego. To oznacza faktyczne ubóstwienie człowieka, co jest – przyznajmy – bardziej atrakcyjne niż wypominane przez Brauna bycie płatnym propagandystą na państwowym wikcie.

Przed taką samo-deifikacją człowieka Kościół katolicki bronił się do II Soboru Watykańskiego. Kapitulację wyraził dobitnie papież Paweł VI w przemówieniu na zakończenie soboru. „Świecki humanizm, w swoim okropnym antyklerykalnym wcieleniu, w pewnym sensie rzucił wyzwanie soborowi. Religia Boga, który stał się człowiekiem spotkała się z religią (bo takową jest) człowieka, który czyni siebie Bogiem. I co się wydarzyło? Czy było starcie, bitwa, klątwa? Mogło tak być – lecz tak się nie stało. […] Uczucie bezgranicznej sympatii do człowieka bez reszty zawładnęło soborem. Uwaga naszego soboru skupiła się na odkrywaniu potrzeb człowieka (a potrzeby te rosną stosownie do rangi, jaką syn ziemi sobie nadaje). Wzywamy was nowocześni humaniści, którzy odrzuciliście nadprzyrodzoną wartość rzeczy wyższych, doceńcie sobór choć za to i uznajcie nasz nowy rodzaj humanizmu: istotnie, my także, bardziej niż ktokolwiek inny, jesteśmy czcicielami człowieka” (podkr. W.K.).

Wraz z religią humanizmu do Kościoła wlało się wyżej wspomniane totalitarne rozumienie władzy. Za jej przejaw można uznać niedawne ekskomuniki dla tradycjonalistów z Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X za wyświecenie biskupów bez zgody papieża. Ich szerokie uznanie w Kościele świadczy o tym, że katolicy nie odróżniają już władzy administracyjno – prawnej od władzy nauczania (Magisterium). Zasada, że wszystkie rozkazy papieża są nieomylne, nawet jeśli wzajemnie sobie przeczą, jest typowo rewolucyjna. Czyja władza, tego religia.

Słowa o tym, że II Sobór Watykański był „rewolucją francuską w Kościele”, wypowiedział z ogromnym entuzjazmem, celebrując triumf nowej teologii nad dotychczasowym porządkiem kardynał Léon-Joseph Suenens, arcybiskup Brukseli i jeden z głównych liderów liberalnego (progresywnego) skrzydła na soborze.

W literaturze przedmiotu ten sam fakt zidentyfikował i potwierdził kardynał Joseph Ratzinger (późniejszy papież Benedykt XVI). W swojej głośnej książce „Raport o stanie wiary” (1985) określił on soborową konstytucję „Gaudium et spes” mianem „Anty-Syllabusa”. Ratzinger napisał wprost, że dokument ten stanowił próbę urzędowego pogodzenia Kościoła z zasadami roku 1789, czyli z dziedzictwem Oświecenia i Rewolucji Francuskiej, które wcześniej Pius IX w „Syllabus Errorum” oraz kolejni papieże jednoznacznie potępiali.

Z cybernetycznego i historycznego punktu widzenia te porównania są trafne  – soborowy zwrot oznaczał wdrożenie do wewnątrzkościelnej matrycy haseł rewolucji 1789 roku (wolność, równość, braterstwo) pod pojęciami wolności religijnej, kolegializmu i ekumenizmu, nad którymi bezlitośnie znęca się Grzegorz Braun. Kolejne tomy braunowskiej gawędy: tom 2, XIX wiek „Wielka gra i zwycięstwa prowokacji” oraz tom 3, 1877-1920 „Widma komunizmu i cuda nad Wisłą” zapowiadają dalszy ciąg historycznego śledztwa w sprawie polskiej drogi do religii światowej, drogi na której kościół polski ze względu na swoją specyfikę, okazał się prekursorem II Soboru Watykańskiego.

Włodzimierz Kowalik    

Myśl Polska, nr 37-38 (13-20.09.2026)

Kierwiński przejęty. MEM-y IV.

———————————————-

—————

——————-

————————————–

—————————————

———————————-

————————————-

————————–

—————————————-

———————————–

————————————–

Kasprzyk. Lekarz Schrödingera. MEM-y III.

————-

——————————————

—————————————-

—————————-

————————————————

————

——————————————-

——————–

——————————

——————————————————-

Kontrapunkt, czyli co jest grane z tą wojną?

Kontrapunkt, czyli co jest grane z tą wojną?

drrr

20 września, wpis nr 1426

Zacytuję Państwu kilka ostatnich kawałków, które obiły się pewnie Państwu o uszy, ale obijały się w oderwaniu, osobno, tak jakby pojedyncze instrumenty narracyjnej orkiestry ćwiczyły w solo swoje kwestie. Ja spróbuję złożyć je w jeden utwór, by obnażyć pewną manipulację. Otóż tak właśnie tworzy się narracyjną manipulację: aby nie wyszło, że mamy do czynienia z całą orkiestrą, z rozpisanym na instrumenty zwartym utworem, nagrywa się w ludzkim umyśle pojedyncze ścieżki. Te mocą kognitywnych procesów scalają się w ludzkim mózgu w jeden utwór narracyjny i nagranie jest zakończone. Pacjent jest nagrany. Ale ponieważ nie dzieje się to naraz, przy całej orkiestrze, nie tylko nie widać jej samej, nie tylko nie widać, że to wielościeżkowy i rozpisany utwór, ale nie widać też… dyrygenta. Pozwólcie, że teraz rozczytam tę partyturę, najpierw po instrumencie, a potem spróbuję z Wami przysłuchać się tak zdekonstruowanej melodii.

Po pierwsze – jaki jest tytuł tej melodii: oficjalny i ten prawdziwy i ukryty, czyli co jest grane? Grana jest wojna. Co jest do uzyskania? Ano mnóstwo rzeczy: przykrycie nieudolności rządu prowadzącej do zapaści finansów publicznych, chęć skupienia ludu pod flagą atakowanego państwa, bez względu na jakość rządzących, zakłócenie niekorzystnego procesu wyborczego, pognębienie opozycji wciskaną jej niefrasobliwością, czy zrobienie ogólnopolskiego karnawału tropienia onucyzmu. Do tego dochodzą, najczęściej zlecone, cele globalistyczno-unijne, z których chyba najważniejszym jest użycie wrażenia zagrożenia, powtarzam – wrażenia, wojennego do przyspieszenia procesu centralizmu Unii i kontynentu pod osłoną cenzury na wzór czasów wojennych. Już tu wiele razy mówiłem, że po jeźdźcu Apokalipsy Zaraza przygalopował obecnie jeździec Wojna. Wszyscy zaś jadą na szkapach karmionych strachem. To jest główne paliwo tych obu procesów, z czego jeździec Zaraza zdaje się był tylko testem jak daleko można zajechać na obroku paniki. Testem zdaje się, że udanym, widząc teraz rącze cwały następnego konia – Wojny. Ten jest dźgany do galopu medialnymi ostrogami w dawkach o wiele bardziej przekraczających te promujące zabawnego wirusa z nie wiadomo skąd wziętymi przyssawkami.

Uwertura

A więc uwertura tego koncertu jest napisana na pięcioliniach strachu. Ale, jak to w uwerturze, pojawiają się tu pierwsze sygnały, wariacje przyszłych tematów. Tu, po pierwsze, trzeba – dla uproszczenia, ale i urealnienia – spersonifikować odgrywany temat. Mamy więc go – Putina. Tu jest centrum całego zła. Gdyby Putin wpadł pod walec w wieku dziecięcym – wszystko na świecie potoczyłoby się inaczej, czyli lepiej, bo gorzej już być nie może. Czasami jego, Putina, przywary rozlewają się na jego naród: ruskie, kacapy, zawsze z małej litery, pogarda do wschodnich ćwoków.

Ale bez przesady – nagrany globalnie widz musi być przygotowany na przyszłe zmiany, jeśli chodzi o stosunek do Rosji, nie może więc być nagrany na twardo i przeciwko każdemu kacapowi. No bo jak Niemcy – zaraz i to zimą? – będą chcieli wrócić z Rosją do business as usual, to nie mogą być spalone dziś wszystkie mosty, po których będą niedługo jeździć europejskie euro w jedną stronę, zaś paliwko z gazem – w drugą. Muszą też – odwrotnie – być hodowani dobrzy bojarzy i zły car, tak by któregoś z nich móc wyciągnąć w przyszłości za uszy, by z nim robić interesy.

W tej putinowskiej uwerturze pojawiać się zaczynają pewne elementy, rozwinięte później w części allegro i andante: jest to kontrapunkt. W sumie brzmi w całości jako całkiem sensowny akord, choć złożony jest z kognitywnego oksymoronu, odgrywanego w różnych tonacjach. Ten kontrapunkt polega na jednoczesnym naciskaniu wydawałoby się gryzących się dźwiękowo, a właściwie pojęciowo, klawiszy: jeden to klawisz strachu, drugi to klawisz zadowolenia z naszego przygotowania na niebezpieczeństwo. Wydawałoby się, że ten drugi niweluje brzmienie tego pierwszego, ale tak nie jest – to właśnie musi wybrzmieć razem: strach i tromtadractwo.

I tak jest z Putinem i Rosją. W tym samym dniu w narracyjnych rewelacjach raz jest ci on na ostatnich nogach i grozi nam śmiertelnie. Może nam zrobić kuku, ale my się nie boimy i tak potrząśniemy swoją kartonową szabelką, że kacapom walonki pospadają jak będą pociesznie uciekać za Ural. Z drugiej strony, w tym samym zdaniu, boimy się Putina i pogardzamy nim, nie tylko z powodów wyższości kulturowej, ale i pewności, że jak przyjdzie co do czego, to damy mu bobu. Tylko tym wciskanym mu w brzuch strachem przed nami motywujemy fenomen, że się jeszcze z nami nie zaczął. Po pierwsze – zbłaźnił się przegryw i utknął na Ukrainie, po drugie nie ma sił walczyć, bo gdyby miał, to… by nas zaatakował. Ma to przecież w genach ruskiego imperializmu.

I tak ten gryzący się akord mieszania sprzecznych rzeczy brzmi dumnie na chwałę naszej potęgi. Dlatego to się trzyma kupy – Putin jest słaby, ale i niebezpieczny. Ktoś kiedyś użył argumentu z „tamtej strony”, że choć słaby może w desperacji ugryźć, bo jest przyparty do muru. Trzeba się więc strzec przed zębami, ale nikt z tych „analityków” nie wyjaśnił jednego – skoro słaby, acz niebezpieczny, bo samobójczo zdesperowany, może dziabnąć przyparty, to po co go… przypierać?

A co, że my go nie przypieramy? No, jak – piszemy przecież, że dzięki naszemu wspólnemu wysiłkowi wojennemu właśnie go przyparliśmy i ledwo dyszy! To jest tak, albo siak. Jak by nie było w tej uwerturze, mamy dwa elementy – upostaciowienie tematu przyszłych wariacji i podstawowy akord dwóch sprzecznych motywacji naszych działań: strachu i lekceważenia jego źródła.

Allegro

Pora na allegro, a więc symfonia tu przyspiesza. Straszymy. Posłuchajmy Radka Sikorskiego:    „Wojna jest już kinetyczna, jeżeli mamy wybuch rakiety manewrującej, na posterunku straży granicznej drżą szyby, a w województwach wyją syreny, to już nie jest jakieś tam blokowanie stron internetowych”. A dwa dni wcześniej – tu mamy już pełny kontrapunkt zaznaczony w uwerturze – tromtadracka pogarda: „Gdyby Rosja nas zaatakowała i gdybyśmy zdjęli rękawice, myślę, że pokonalibyśmy Rosję dość szybko. Mamy przytłaczającą przewagę nad Rosją w powietrzu, nawet jeśli do tego potencjału nie wliczymy sił amerykańskich. Jeśli Ukraina wyłączyła połowę rosyjskich rafinerii w ciągu sześciu miesięcy, to my wyłączylibyśmy drugą połowę w sześć tygodni.”

Już na następny dzień po tej wypowiedzi dron rozwalił pociąg obok pociągu z  VIP-ami wracającymi z kijowskiej konferencji, gdzie podobne dęcie w pustą dętkę swoich urojeń było na porządku dziennym. Na następny dzień miał więc Sikorski „sprawdzam”, ze strony Putina jak słyszymy, bo przecież to na bank on był z tymi dronami na przejściu granicznym. (Choć szury rozprawiają o dętej prowokacji, widowisku dla VIP-ów, które to Ukraińcy zgotowali, by jeszcze raz podkręcić termometr wojennej temperatury. O piątej rano Ukraińcy wiedzieli gdzie uderzy dron, który walnął dokładnie tam gdzie ostrzegali, tyle, że pół godziny później. Ale pal licho, może tam mają taki wywiad, że wiedzą gdzie celują Rosjanie zanim ich dron wystartuje). Czyli Rosja, jak słyszymy od samego Radka, zaatakowała kinetycznie, i to – też Radek – nie pierwszy raz, a my co? Nie zdjęliśmy rękawic? Nie odgryźliśmy się na rafineriach w sześć tygodni? Bez Amerykanów? To jak – jesteśmy tak silni i nie reagujemy, choć obiecaliśmy? Na drugi dzień zweryfikowano te nasze groźby i okazało się, że to zwykłe tromtadractwo.

Andante

Teraz andante, czyli część wolniejsza. Skoro postraszyliśmy, to teraz kontrapunkt: nie ma się czego bać bośmy silni, zwarci, gotowi. Następny cytat: „Absolutnie jesteśmy gotowi [do wojny]. To, co robimy, to tylko wzmacniamy naszą siłę, naszym pierwszym zadaniem jest odstraszanie.” – to wiceminister obrony narodowej Magdalena Sobkowiak-Czarnecka. Pani wiceminister „od SAFE” jest kolejnym, wręcz systemowym przykładem, rządu Tuska, który dowodzi prawdziwości tezy, w której palce maczał nasz Mikołaj z Fromborka: słabszy pieniądz wypiera lepszy. Wystarczy, okazuje się, parę grantów i stypendium w Niemczech, by stać się w Polsce bezpośrednim pasem transmisyjnym kasy z Najjaśniejszej do niemieckiej Najciemniejszej. A pas – jak to pas – nie musi nawet wiedzieć co po nim lata, ma tylko kręcić w jedną stronę.

Ta więc persona zapewniła nas głosem lekko drżącym (organizm jeszcze się broni przed wypowiadaniem najcięższych głupot z przekonaniem, pani nowa jest, uczy się dopiero) o naszym całkowitym przygotowaniu się do wojny. Zobaczmy więc, zaglądając do części tematów z części allegro – Radek mówił, że jak nas zaatakują, to się odwiniemy. To nie jest mistrzostwo odstraszania. Ono zaczyna się od publicznych gwarancji, nie deklaracji, że pierwszy cios w ogóle ustaniemy. Bo dopiero wtedy można się odwinąć, a więc popatrzmy:

Dzień po „deklaracji Sikorskiej” kiedy drony walnęły w przejście graniczne odezwały się syreny (hura!) w kilku wschodnich powiatach. Syreny informują o tym, że jest zagrożenie i żeby coś ze sobą zrobić. Inaczej nie miałoby to sensu i używalibyśmy ich tylko raz do roku, na 1 sierpnia. Jednocześnie (hura! hura, bo w przypadkach poprzednich ani syren, ani smsów nie było, albo były po fakcie) odezwało się RCB i przesłało esemesami ostrzeżenie. Ostrzeżenia brzmiało mniej więcej tak: „Zagrożenie atakiem powietrznym. Znajdź bezpieczne schronienie.” No, przy braku schronów i miejsc ukrycia i nawet wiedzy gdzie takie miejsca są, jeśli w ogóle są, to taki komunikat można przyrównać do dobrej rady, typu: na chłodny spacer weź szalik, albo – wojenne – trzymaj głowę nisko.

Scherzo, czyli część żartobliwa

No, ale gdyby nas zaatakowali to byśmy im wszystko zbili i nie trzeba byłoby się cywilom chować, taką mam (ich) koncepcję. Tak? No to popatrzmy. Panie Radek – w poprzednich przypadkach nic nie strąciliśmy, oprócz jednego dachu jakiemuś nieszczęśnikowi, zaś po każdym wypadku zbierał się na miejscu rząd i robił konferencję prasową, z której wynikało, że wszystko jest w porządku – tak miało być, miało wlecieć, walnąć gdzie Bóg da, bo my wiemy (może od Ukraińców?), że to spadnie na rzepak.

A jak dronów i rakiet będzie (jak na Ukrainie) atakować ze 200-300 na raz? Będzie tyle konferencji? Rząd się powieli? Bilokuje? Wyleci 300 odrzutowców i walnie w toto cały nas zasób z naszych wszystkich szesnastu patriotów? W 300 rakiet i dronów? Tak wytrzymamy napad, by się odwinąć?

No dobra – powiedzmy, że cywile się gdzieś tam upchali i odpowiedzieliśmy im naszymi „środkami napadu powietrznego”. Ok. Nawet nie chce porównywać potencjału obu stron – Rosji i NATO, tego bez USA, jak słyszymy. Nie mam zapędów sadystycznych porównywania przetrzepanych magazynów europejskich na fazę „długiej ręki” wojny ukraińskiej i rozhulanej od lat machiny rosyjskiego przemysłu pracującego w reżymie wojennym od czasu, kiedy zawaliła się Kremlowi koncepcja szybkiej operacji specjalnej. Proszę zajrzeć do doktryny rosyjskiej – Rosja zagwarantowała sobie reakcję nuklearną na wszelkie działania mogące zachwiać jej suwerennością lub kluczową i strategiczną infrastrukturą. Może więc do tej kategorii zaliczyć i atak na rafinerie. A to, że nie robi tego w stosunku do Ukrainy, to już jej suwerenna decyzja. I trzeba raczej zaglądać w oczy Putinowi i modlić się, by tego nie robił. I paradoksalnie – Putin moim zdaniem prędzej walnie nukiem w NATO, niż w Ukrainę. W Ukrainę nie może, bo surowo mu tego zabronił chiński partner. A jak NATO walnie Radkiem w rafinerie, to Putin nie będzie się musiał Xi tłumaczyć z odwinięcia, bo ten zrozumie.

No i same rafinerie, jako cel. Wiadomo – Rosję boli, bo to jej dochody. A czy zaboli świat i Polskę? No, zaboli i to śmiertelnie. No bo może pan Radek nie wie, że nasza ropa to w wielu przypadkach chrzczona przez marże pośredników ropa rosyjska. Ormuz stoi i stać będzie i jak jeszcze stanie Rosja, to nawet amerykańskiej ropy z Wenezueli może nie starczyć, a jak starczy to po paskarskich cenach. A więc te groźby to strzał w Radka, ale i w nasze kolano, za pomocą rakiety dalekiego zasięgu.

Grande Finale

Pora więc na finał. No i rozbrzmiał akord na całego, teraz już nie w pojedynczych liniach melodycznych, ale złożonych tu w jeden utwór. Jedni grają na strach, inni na lekceważenie jego źródeł, najgorsze, że są to czasami ci sami ludzie. I to jest całe clou. Wydaje się to niespójne: z jednej strony ten sam gość straszy wojną, z drugiej kłamie na żywca, przekonuje żeśmy gotowi i im pokarzemy, które to kłamstwo widzi dziecko w przedszkolu, które ostatnio musiało zbiegać do piwnicy, bo tak. Nic nie latało, nic nie świstało, nikt nawet nie ogłosił, że to ćwiczenia.

To jest ten kontrapunkt, który jest grany w celu wywołania zamieszania. Mamy się i bać, i olewać, czyli być podatni na bujanie od ściany do ściany. Przy takim bujaniu nikt nie spyta o podstawowe rzeczy: to gdzie mam biec na esemes z RCB, gdzie jest mój schron? Czy polskiego nieba będziemy bronić nad Ukrainą, wyprztykując się z naszych i tak rachitycznych zasobów środków obrony powietrznej? O czym dowiadujemy się od ukraińskiego MON-u, bo nam to nie honor się przyznać przed swoimi. Czy nasze dywizje – ile ich jest? – w ogóle wyjdą z koszar? Kiedy przyjdą nam z pomocą ci z NATO, jak słyszymy bez USA? Ilu ich będzie i czy będą chcieli umierać za Jasionkę?

Tylko bujanie, oliwione groźbą onucyzmu i wojenną cenzurą, jest w stanie powstrzymać lud od zadawania takich pytań. Drogi polityczne są zagwożdżone, nawet opozycja milczy w tej śmiertelnej ciszy współsprawstwa w nieprzygotowaniu. System przedstawicielski sam się wybrał, naród nie ma żadnego przełożenia na swoich reprezentantów.

A może to wszystko przygotowanie do wersji „pobite gary”, czyli: nikt nie chce pokoju? Takiemu Zełenskiemu rządzi się (i kradnie) pod parasolem wojny całkiem fajnie. Można się nauczyć lub/i brać przykład. Sytuacje ekstraordynaryjne są dla władzy najlepsze – znikają ostatki kontroli politycznej, systemowej i społecznej. Nikt władzy nie weryfikuje wyborczo – ba, można złapać kogo się chce za mordę za szpiegostwo lub tylko pożyteczny onucyzm. Mnożna przeciągać, wstrzymywać, przyspieszać wybory wedle woli, bankrutować kraj. Prowadzić komisaryczny nadzór nad państwem – w naszym przypadku chyba już tylko jako likwidator polskiej masy upadłościowej.

Koncertmistrz

Do tego potrzebna jest ta cała orkiestra, którą trzeba słyszeć na raz. Ale jest jeden wyjątek – nie dyrygent Tusk, ale koncertmistrz, pierwsze skrzypce: Radek Sikorski. Mam niepowstrzymaną pewność, że jego rewelacje to odreagowanie kompleksu atencjusza. Po prostu musi zabłysnąć, a więc wyrywa się do solówek, swoich własnych interpretacji tematów, by zawrócić w głowach zaskoczonej brutalną prostolinijnością przekazu publiczności. Ma mówić mało i mądrze – do cytowania. To, co ten gościu wygaduje wyzwala w rzeczywistości efekt odwrotny – wzbudza śmiech pogardy. Albo sypnie coś tajnego, a więc go (go! – Polskę!) nie zapraszają, albo walnie jaką tromtadracką bzdurę, z której nawet nie wiadomo jak się później inni mieliby tłumaczyć. Zachód to obśmiał z zażenowaniem, Putin popukał się w głowę swej rzeczniczki, choć część polskiego komentariatu zawyła z zachwytu jak to (słownie) Radek przywalił Putinowi, który się (jak Donek?) wściekł. Tak – poszło Putinowi w pięty i teraz nie wie, co ze sobą zrobić. Polska mu pokazała – na twitterze.

Radek chce zwrócić na siebie uwagę. Tak, polska dyplomacja, ba – racja stanu jest w rękach zakompleksionego typka, zakochanego w sobie z wzajemnością, którego skuteczność liczy sobie sam za pomocą zasięgów na platformach społecznościowych. Wicepremier, tak – wicepremier polskiego rządu, może i konkurent wobec Nawrockiego na najbliższą kadencję. Daleko zajechaliśmy panowie i panie. Ale samiście (samiśmy?) sobie winni i nie wyrzekać później mi (i wnukom), że wszystko przez jakiś marginalny dziś PiS, że miało być inaczej, a wyszło jak zwykle. Atencjusz z kompleksami w polską racją stanu w ręku.

Samiście go tam postawili.

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Teoria względności Epsteina. MEM-y II.

———————-

——————————————–

———————————-

————————————

——————————-

——————————

—————————

————————————————-

——————–

Wyniki wyborów w Rosji i w Niemczech

Wyniki wyborów w Rosji i w Niemczech

Wybory do Dumy zgodnie z oczekiwaniami wygrała Jedna Rosja – według badania exit  poll  zdobyła 49% głosów, co powinno zapewnić jej samodzielną większość. Dalej były Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej (15%), nacjonaliści z LdPR (10%), Nowi Ludzie (9%) oraz socjalistyczna Sprawiedliwa Rosja (5,5 proc.). Wyniki niemal identyczne jak pięć lat temu. Frekwencja była rekordowa i wyniosła ponad 56%.

Prezydent Rosji Władimir Putin

Wybory odbyły się także na wyzwolonych przez Rosję terytoriach. Ogłoszono, że frekwencja w byłej Donieckiej Republice Ludowej wyniosła 81%, a w Ługańskiej RL 79%, a więc znacznie powyżej średniej krajowej.

Setki ukraińskich dronów i pociski balistyczne zaatakowały w czasie wyborów rosyjskie miasta. Był to największy ukraiński nalot od początku pełnoskalowej wojny. Szczególnym celem była Moskwa. Trafiono w rafinerię, nad miastem unosił się czarny dym. Ucierpiały bloki mieszkalne. Zginęły dwie osoby, 20 zostało rannych. Zamknięto lotniska, a Centralna Komisja Wyborcza informowała, że stała się celem zmasowanej cyberagresji. Można spodziewać się w najbliższym czasie srogiego odwetu ze strony Rosji.

====================================

Także w Niemczech głosowali mieszkańcy do Landtagów w dwóch landach. Wstępny oficjalny wynik wyborów krajowych w Meklemburgii-Pomorzu Przednim potwierdza sensację: CDU kanclerza Friedricha Merza po raz pierwszy w historii została wykluczona z parlamentu krajowego. Według danych opublikowanych przez Krajową Komisję Wyborczą w Schwerinie krótko po godzinie 23:30, CDU uzyskała zaledwie 4,9% głosów i tym samym nie przekroczyła progu pięciu procent.

Tino Chrupalla i Alice Weidel (AfD)

Tino Chrupalla i Alice Weidel

AfD (Alternative für Deutschland) okazała się najsilniejszą partią, zdobywając 38,2% głosów. SPD, kierowana przez urzędującą Manuelę Schwesig, zajęła drugie miejsce z wynikiem 35,5%. Lewica (die Linke) z 6,5% i Partia Zielonych (Bündnis 90/Die Grünen) z 5,7% również przekroczyły próg pięciu procent. BSW (Bündnis Sarah Wagenknecht) uzyskała 4,8% głosów i nie zasiądzie w przyszłym parlamencie krajowym w Schwerinie.

SPD i Lewica poniosły straty w porównaniu z ostatnimi wyborami krajowymi, podczas gdy AfD ponad dwukrotnie zwiększyła swój udział w Landtagu. Frekwencja wyborcza wyniosła 78%, czyli o 7,2 punktu procentowego więcej niż w 2021 roku.

W Berlinie wygrała Lewica z wynikiem 25,7%. Następne były: CDU – 18,8%, AfD – 16,2%, Zieloni – 14,3% oraz SPD – 12,1%. Poniżej progu znalazła się partia S. Wagenknecht, osiągając 4,7%.

Tak więc w obu wyborach do parlamentów krajowych AfD polepszyła dwukrotnie swe wyniki, a CDU straciła połowę swych wyborców. Tak zareagowali wyborcy na militarystyczną i antyspołeczną politykę najgorszego powojennego kanclerza Friedricha Merza.

Zygmunt Białas

Ilu Ukraińców ma polski paszport? A ilu będzie go miało już niebawem? – Krzysztof Baliński

Ilu Ukraińców ma polski paszport? A ilu będzie go miało już niebawem? – Krzysztof Baliński

wpisał: AlterCabrio, 20 września 2026

W swoim wystąpieniu podczas wieczoru promującego najnowszą książkę “Ukropolin od A do Z” Krzysztof Baliński skupił się na bardzo niebezpiecznym, masowym zdobywaniu polskiego obywatelstwa..

◊

Ilu Ukraińców ma polski paszport? A ilu będzie go miało już niebawem? – Krzysztof Baliński

Ilu Ukraińców ma polski paszport? A ilu będzie go miało już niebawem?

Krzysztof Baliński i jego wieczór autorski w księgarni Multibook.pl

W swoim wystąpieniu poruszył następujące tematy:

– Jak Ukraińcy mogą w łatwy sposób zdobyć polskie obywatelstwo?
– Ilu Ukraińców w najbliższym czasie ma szansę otrzymać polski paszport?
– Kto nadaje obcokrajowcom obywatelstwo?
– Czy w ogóle wiemy ile już przyznano paszportów obcokrajowcom?
– Czy obecne, masowe wręcz rozdawanie polskiego paszportu można powstrzymać?
– Czy prezydencki projekt ustawy o polskim obywatelstwie to krok we właściwym kierunku?
– Po co Zełensky podpisał ustawę o wielokrotnym obywatelstwie i jaki znajduje się w niej haczyk?

Do 2050 roku rdzenni Francuzi staną się mniejszością w swoim kraju

Śmierć Zachodu. Do 2050 roku rdzenni Francuzi staną się mniejszością w swoim kraju

20.09.2026 nczas/smierc-zachodu-do-2050-roku-rdzenni-francuzi-stana-sie-mniejszoscia-w-swoim-kraju

NCZAS.INFO | Imigranci we Francji. Zdjęcie ilustracyjne.
NCZAS.INFO | Imigranci we Francji.

Badanie przeprowadzone przez Obserwatorium Imigracji i Demografii mierzy możliwą ewolucję populacji francuskiej w ramach trzech polityk migracyjnych. W dwóch scenariuszach osoby bez pochodzenia migracyjnego staną się mniejszością między 2050 a 2060 rokiem.

Badanie ujawnia, że niezależnie od wariantu polityki imigracyjnej, ​​do 2050 roku nastąpią poważne zmiany demograficzne. Jak będzie więc wyglądać Francja w 2050 roku? Pytanie nie dotyczy już tylko liczebności populacji, starzenia się społeczeństwa czy finansowania emerytur. Teraz chodzi o sam skład populacji.

Badanie przeprowadzone przez Obserwatorium Imigracji i Demografii dla magazynu „Le Figaro” , zostało oparte na danych publicznych z INSEE i INED i próbuje zmierzyć transformacje, jakie zachodzą w tym kraju na przestrzeni stulecia. Redakcja zaznacza, że jest to bo badanie „politycznie i statystycznie delikatne”.

OID nie rości sobie prawa do przewidywania przyszłości. Wybiera trzy warianty trajektorii migracyjnych, aby ocenić ich konsekwencje demograficzne. Ma to pozwolić zaobserwować trend, z którym francuska debata publiczna wciąż się zmaga. Do 2024 roku ponad 30% dzieci urodzonych we Francji miało już co najmniej jednego rodzica urodzonego poza Unią Europejską. W badaniu uwzględnia się pochodzenie na przestrzeni trzech pokoleń.

Transformacja demograficzna napędzana jest zarówno ciągłymi przepływami migracyjnymi , jak i dysproporcjami w płodności między różnymi populacjami. Pierwszy scenariusz rozszerza obecne trendy migracyjne. Zakłada on 350 000 stałych wjazdów rocznie. OID uważa ten poziom za zgodny z liczbą około 500 000 wjazdów migrantów na terytorium, o których mówiło Ministerstwo Spraw Wewnętrznych w 2024 roku, zakładając, że około dwie trzecie tych przyjazdów miało charakter stały.

W tym scenariuszu dzieci pochodzenia pozaeuropejskiego w ciągu trzech pokoleń będą stanowiły większość narodzin po 2040 roku. Ich udział osiągnie około 65% około 2070 roku. Transformacja całej populacji przebiegałaby naturalnie wolniej. Osoby bez pochodzenia migracyjnego staną się mniejszością około 2050 roku. Francuzi z pozaeuropejskim pochodzeniem w ciągu trzech pokoleń przekroczyliby jednak 50% całkowitej populacji i to do połowy lat 70. XXI wieku.

Scenariusz pośredni zakłada 250 000 stałych przyjazdów rocznie, co stanowi umiarkowaną redukcję. Ten sam trend utrzymałby się, ale z opóźnieniem o jedno pokolenie. Odsetek narodzin osób pochodzenia pozaeuropejskiego stanowiłby większość zaraz po 2050 roku, a następnie ustabilizowałby się na poziomie około 55% do 2080 roku. Odsetek osób bez pochodzenia migracyjnego spadłby poniżej 50% około 2060 roku. Większość osób pochodzenia pozaeuropejskiego w populacji ogólnej wystąpiłaby dopiero w latach 90. XXI wieku.

W obu przypadkach Francja w drugiej połowie stulecia stałaby się krajem, w którym większość mieszkańców miałaby w różnym stopniu, historię rodzinną związaną z niedawną imigracją .

Trzeci scenariusz pokazuje, że trend ten może być odwracalny, ale ze znacznym wpływem migracji. OID przewiduje tu czterokrotny spadek imigracji spoza Europy w porównaniu ze scenariuszem pośrednim. Wymagałoby to radykalnych decyzji politycznych, w szczególności dotyczących azylu, łączenia rodzin oraz przepisów unijnych, a nawet zmian konstytucyjnych.

W tym scenariuszu odsetek osób pochodzenia pozaeuropejskiego także będzie rósł przez kolejne dekady, napędzany obecnymi przepływami migracyjnymi i kontynuacją demograficzną. Około 2050 roku osiągnie prawie 35% wszystkich urodzeń, po czym zacznie jednak spadać. W całej populacji ustabilizuje się na poziomie około 30% od lat 70. XXI wieku, nigdy nie osiągając poziomu większości.

Pod koniec XXI stulecia różnica między scenariuszem wysokim a restrykcyjnym wyniosłaby zatem około trzydziestu punktów procentowych. Ta różnica stanowi główny wniosek polityczny badania i zakłada, że wzrost populacji nie zależałby od całkowicie niekontrolowanego mechanizmu, ale również od decyzji podejmowanych obecnie.

Prognozy tego typu są mocno hipotetyczne. Nie da się precyzyjnie określić, jak będą się kształtować wskaźniki dzietności, ani przyszłe przepływy migracyjne. Wybrana granica trzech pokoleń też nie jest dokładna i oznacza, że od czwartego pokolenia potomek imigrantów zalicza się do kategorii osób „bez przeszłości migracyjnej”.

Kandydat lewicy na prezydenta, Jean-Luc Mélenchon przewiduje, że do 2050 roku Francja i tak będzie w 50% „rasowo mieszana”. Prawica twierdzi, że kontrola nad imigracją może te trendy odwrócić. Demografia stopniowo wychodzi poza sferę abstrakcji i staje się przedmiotem debaty wyborczej. Na razie w tym temacie nic się nie zmienia.

Inne badanie przeprowadzone przez Hexagone Institute wykazało, że NGO-sy zajmujące się wspieraniem imigracji, procesów otrzymania azylu i integracji stanowią największą pozycję (23 miliardy euro rocznie) w wydatkach państwa na wsparcie stowarzyszeń… Podział środków państwowych pozwala na lepsze zrozumienie realizowanych we Francji priorytetów.

I jak tu nie być fatalistą..?

Źródło: Le Figaro/ Valeurs

NATO, korupcja i neonazizm są istotą i wrogami Ukrainy

NATO, korupcja i neonazizm są wrogami Ukrainy

19.09.2026 wolnemedia/nato-korupcja-i-neonazizm-sa-wrogami-ukrainy

Według byłej rzeczniczki prasowej Wołodymyra Zełenskiego, to on i jego kijowski reżim są największymi przeszkodami dla pokoju.

Afera ta powinna się stać głośnym tematem medialnym w tym tygodniu, lecz tak się nie stało. Byłej rzeczniczce prasowej ukraińskiego prezydenta uniemożliwiono wystąpienie przed Parlamentem Europejskim. Dlaczego? Ponieważ Julia Mendel planowała przedstawić druzgocące informacje na temat wszechobecnej korupcji w reżimie Zełenskiego oraz procederów, dzięki którym wspierana przez NATO wojna w jej kraju stała się sposobem na czerpanie zysków.

Cóż za ironia, że takie świadectwo nie może zostać przedstawione publicznie w miejscu uchodzącym za ostoję europejskiej demokracji i wartości. Świadczy to o tym, że wolność słowa nie obowiązuje, jeśli podważa oficjalną narrację. Jedyną dopuszczalną wersją pozostaje ta, wedle której Ukraina jest wzorową demokracją dążącą do członkostwa w Unii Europejskiej i w NATO, której plany krzyżuje rosyjska agresja.

Jakże kruchy musi być ten obraz, skoro każdy, kto prezentuje odmienny punkt widzenia i fakty, jest bezceremonialnie kneblowany i szkalowany jako rosyjski propagandysta! Co znamienne, prawie żadne zachodnie media nie poinformowały o tym fiasku.

Julia Mendel pełniła funkcję osobistej doradczyni Zełenskiego do spraw mediów w latach 2019–2021, kiedy to zrezygnowała ze stanowiska, rozczarowana jego skorumpowaniem. Z bliska obserwowała zakulisowe machinacje, maniakalne zachowania prezydenta i jego otoczenia oraz jego pogardę dla demokracji. Swoje świadectwo traktuje jako moralny obowiązek – chce powiedzieć rodakom i reszcie świata, kim naprawdę jest jej były szef.

Opisuje go jako oszusta o skłonnościach psychopatycznych, któremu los Ukraińców jest całkowicie obojętny. Jedyne, co go interesuje, to utrzymanie się u władzy tak długo, jak to możliwe, i wzbogacenie się na miliardach dolarów z pieniędzy zachodnich podatników, które płyną do jego reżimu.

Zełenski i jego kijowski reżim to największe przeszkody na drodze do pokoju – twierdzi Mendel, która po tym, jak nie wpuszczono jej do Parlamentu Europejskiego, udzieliła wywiadu tygodnikowi „Weltwoche”. Jak zauważa, korupcja na Ukrainie jest nieodłącznie związana z prowadzeniem wojny. Właśnie dlatego reżim w Kijowie blokuje wszelkie wysiłki dyplomatyczne mające na celu zakończenie tego konfliktu, trwającego już niemal pięć lat.

Każdy, kto sprzeciwia się wojnie i wzywa do dyplomacji, naraża się na sankcje, więzienie lub wysłanie na linię frontu, gdzie czeka go śmierć. Zełenski stoi na czele junty wojskowej – przez Zachód nazywanej demokracją – z ramienia której siepacze wyłapują ludzi na ulicach, by wcielić ich do armii. Aby uniknąć trafienia do tej maszynki do mięsa, trzeba zapłacić łapówkę sięgającą nawet 20 tysięcy dolarów.

O Mendel zrobiło się głośno, gdy w maju tego roku udzieliła wywiadu amerykańskiemu dziennikarzowi Tuckerowi Carlsonowi. Opisała w nim Zełenskiego jako uzależnionego od narkotyków dyktatora o chwiejnej równowadze emocjonalnej – cechach, które ukrywa dzięki umiejętnościom aktorskim wyniesionym z wcześniejszej kariery w branży rozrywkowej. Zachodni politycy i media biorą ochoczo udział w tej farsie, kreując go na bohatera wojennego na miarę Churchilla.

Ten miraż to jednak nikczemny szwindel, którego ofiarami padają zachodni podatnicy oraz długo cierpiący naród ukraiński. Za ujawnienie prawdy o swoim byłym szefie Mendel trafiła na wspieraną przez ukraińskie władze czarną listę serwisu „Mirotworec” jako rosyjska propagandystka. Portal ten zyskał ponurą sławę listy śmierci, gdyż zamordowano kilka osób figurujących w jego rejestrze.

Mendel twierdzi, że zachodnie koncerny medialne, takie jak Meta (właściciel Facebooka), uniemożliwiają jej kierowanie publicznych przekazów do rodaków. Na początku tego tygodnia – zaledwie kilka dni przed planowanym wystąpieniem w Parlamencie Europejskim – reżim Zełenskiego ogłosił nałożenie sankcji na Mendel. Nie ma ona dostępu do swoich ukraińskich aktywów i nie może wrócić do kraju w obawie o własne życie. Boi się, że jej rodzina na Ukrainie może paść ofiarą prześladowań lub zostać wysłana na linię frontu w ramach odwetu za jej rzekomą zdradę.

Decyzję o zablokowaniu jej wystąpienia przed zgromadzeniem w Strasburgu podjęła prawdopodobnie przewodnicząca Parlamentu Europejskiego Roberta Metsola. Metsola – podobnie jak inni czołowi unijni politycy, tacy jak przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen czy przewodniczący Rady Europejskiej António Costa – jest zagorzałą zwolenniczką Ukrainy i orędowniczką przekazywania miliardów w ramach pomocy dla tamtejszego reżimu.

Mendel jawi się jako osoba uczciwa, kierująca się zasadami moralnymi i autentycznie niezależna. Kategorycznie odrzuca zarzut, jakoby była prorosyjska. W wywiadach udzielonych Carlsonowi i „Weltwoche” wypowiada się bardzo krytycznie o Rosji, potępiając to, co nazywa okrutną inwazją na swój kraj. Wydaje się, że jej główną troską jest zakończenie niszczącej jej ojczyznę wojny. Jest to jednak niemożliwe, ponieważ reżim Zełenskiego oraz wspierające go europejskie państwa NATO są zainteresowane jej kontynuacją.

Korupcja kijowskiego reżimu jest nierozerwalnie związana z paranoją rusofobii, która powszechnie panuje wśród europejskich elit. Pogląd ten znalazł w tym tygodniu potwierdzenie w wypowiedziach dwóch innych wiarygodnych ekspertów. Podobnie jak w przypadku Mendel, osoby te są ignorowane przez zachodnie media.
Głos ekspertów: korupcja, neonazizm i geopolityka

Profesor Iwan Kaczanowski z Uniwersytetu w Ottawie udzielił wywiadu Lenie Petrowej, w którym omówił wszechobecną korupcję oraz neonazistowski charakter kijowskiego reżimu. Przełomowe badania Kaczanowskiego ujawniły, że masakra na Majdanie – podczas której w lutym 2014 roku zamordowano w Kijowie ponad 100 demonstrantów i funkcjonariuszy policji – była operacją typu fałszywa flaga (false flag), przeprowadzoną przez środowiska neonazistowskie i ich mocodawców z NATO, co doprowadziło do przewrotu rządowego.

Zamach stanu umożliwił przejęcie władzy w państwie i kontroli nad siłami bezpieczeństwa przez ugrupowania faszystowskie, co z kolei doprowadziło do konfliktu z Rosją w 2022 roku. Zełenski, który z pochodzenia jest Żydem, paradoksalnie opiera swoje polityczne przetrwanie oraz utrzymanie wszechobecnej w reżimie korupcji na współpracy z siłami neonazistowskimi.

Pochodzący z Ukrainy prof. Kaczanowski zwraca uwagę, że wielu ministrów, doradców i wysokich rangą urzędników wymiaru sprawiedliwości z otoczenia Zełenskiego musiało ustąpić ze stanowisk lub uciec z kraju w wyniku ciągłych skandali korupcyjnych. Trudno uwierzyć, by sam Zełenski nie był głęboko uwikłany w te przestępcze procedery. Korupcja, wojna i neonazizm są ze sobą ściśle powiązane w następstwie mieszania się NATO w sprawy tego kraju od momentu uzyskania przez niego niepodległości po rozpadzie Związku Radzieckiego w 1991 roku.

Kolejnym potwierdzeniem tej tezy są spostrzeżenia wybitnego amerykańskiego badacza, profesora Johna Mearsheimera. W tym tygodniu przedstawił on szczegółową relację ze swojej niedawnej wizyty w Rosji, podczas której spotkał się z wysokimi rangą przedstawicielami władz, decydentami politycznymi i dyplomatami.

Mearsheimer stwierdził – co dla niektórych może być zaskoczeniem – że w trakcie licznych rozmów nie dostrzegł u swoich rosyjskich rozmówców, ani nawet u zwykłych Rosjan, głębokiej wrogości wobec Ukrainy czy narodu ukraińskiego. Wielu spotkanych przez niego Rosjan ma rodzinę na Ukrainie i łączy ich wspólne dziedzictwo kulturowe.

Mearsheimer upatruje przyczyn tragicznego losu Ukrainy i zerwania jej historycznych więzi z Rosją w polityce NATO, dążącego do włączenia tego nowo niepodległego państwa do sojuszu wojskowego pod wodzą USA, co zapoczątkowano deklaracją bukareszteńską w 2008 roku. Polityka ta sprawiła, że oba kraje znalazły się na kursie kolizyjnym, co ostatecznie doprowadziło do wybuchu konfliktu w Donbasie w 2022 roku. Szerszym celem Zachodu było wykorzystanie Ukrainy jako narzędzia zastępczego do prowadzenia wojny i destabilizacji Rosji, a krótko mówiąc – doprowadzenia do jej strategicznej klęski.

W dążeniu do tego imperialistycznego celu Ukraina została zainfekowana neonazizmem i korupcją, a także popadła w stan faktycznej dyktatury pod rządami nadużywającego narkotyków błazna, który bezwzględnie tłumi wszelką opozycję. Miliony ludzi zostały przesiedlone, zabite lub okaleczone, a społeczeństwo i gospodarka popadły w ruinę.

Zachodni ideolodzy i kontrolowane przez nich media nie dopuszczają jednak do głosu tej prawdy. Trwają przy swoich rusofobicznych fantazjach, ignorując zniszczenia, cierpienie oraz bardzo realne ryzyko wybuchu wojny totalnej w Europie. Zachodnie elity są gotowe przymknąć oko na wszelkie zło, byle tylko pokonać Rosję. Ukraina została zrujnowana przez dążenie Zachodu do realizacji jego imperialistycznych planów. A mimo to w tym przerażającym, zbrodniczym przedsięwzięciu rolę czarnego charakteru uporczywie przypisuje się rzekomo agresywnej Rosji.

Tłumaczenie: Pesymista
Źródło zagraniczne: Strategic-Culture.su
Źródło polskie: WolneMedia.net

Od tłumacza

Zarówno oficjalne media, jak i większość komentatorów pomijają teoretyczną podstawę zachodniej – czyli w praktyce amerykańskiej – polityki międzynarodowej, jaką jest „Wielka szachownica” Zbigniewa Brzezińskiego. Według tej koncepcji geostrategiczne sworznie mają decydujące znaczenie dla dominacji nad globem, a takimi punktami są właśnie Ukraina i Iran. Życie i realia wydają się obecnie decydującym dowodem na realizację założeń tej teorii przez Stany Zjednoczone i ich zachodnich wasalów, co tłumaczy nonsensowne z pozoru i ryzykowne przeznaczanie kolosalnych środków na tamtejsze wojny.

Assange powraca do publicznego komentowania

Assange powraca do publicznego komentowania

Nie każdy to pamięta, ale był czas, kiedy było to niemal niemożliwe do wyobrażenia.

caitlinjohnstone-au/assange-returns-to-public-commentary

Julian Assange oficjalnie powrócił na Twittera , przywracając światu ważny głos, którego zostaliśmy pozbawieni w wyniku wieloletniej kampanii amerykańskiego imperium, mającej na celu uciszenie założyciela WikiLeaks poprzez skazanie go na dożywocie za zakazane akty dziennikarskie.

Nie wszyscy będą to pamiętać, ale był czas, kiedy było to niemal niemożliwe do wyobrażenia. Wydawało się niemal pewne, że ten człowiek umrze w więzieniu Belmarsh albo spędzi resztę życia w jakimś piekle w Ameryce. 

Teraz, ilekroć mój siostrzeniec przyłapie mnie lub mojego męża na wyrażaniu pesymizmu co do tego, że coś się uda, mówi nam: „Hej. Assange jest już wolny”. To stało się naszym rodzinnym hasłem oznaczającym: „Wszystko jest możliwe. Nie traćcie nadziei”.

Naprawdę powinniśmy to docenić. Nigdy nie pozwólmy umrzeć nadziei. Lepszy świat jest możliwy. Wszystko może się wydarzyć.

W innych wiadomościach, cieszymy się, że świat odrzuca politykę pozornej neutralności Eda Sheerana w kwestii Gazy. „Nie opowiadam się po żadnej ze stron” to błędne przekonanie, gdy mamy do czynienia z ogromną nierównowagą sił i wyraźnym agresorem, zwłaszcza gdy twój kraj ponosi częściową odpowiedzialność za to, co się dzieje. Jeśli twój mąż znęca się nad twoim dzieckiem, a ty nic nie robisz, nie jesteś stroną neutralną w takiej sytuacji, a kiedy twoje dziecko dorośnie, prawdopodobnie będziesz obwiniana tak samo jak ojciec. 

Nowoczesne siły zbrojne, niszczące gigantyczny obóz koncentracyjny pełen skolonizowanych ludzi za pomocą zaawansowanej technologicznie broni masowego mordu, za pieniądze z twoich podatków, to nie jest „wojna”, wobec której możesz być „neutralny”. To ludobójstwo i albo jesteś za, albo przeciw. Nie ma wygodnej trzeciej opcji, która pozwoli ci uniknąć opowiedzenia się po którejkolwiek ze stron i jednocześnie uniknąć wystawienia się na idiotę.

Jednym z najbardziej idiotycznych argumentów, jakie można dziś usłyszeć, jest twierdzenie, że krytykowanie Izraela bez jednoczesnego krytykowania Hamasu jest złe. Co masz na myśli? Mówisz, że nie mogę krytykować uzbrojonej w broń jądrową, zaawansowanej technologicznie armii popełniającej zbrodnie wojenne przy wsparciu mojego kraju i jego sojuszników, jeśli nie krytykuję jednocześnie małej grupy oblężonych bojowników? Mówisz mi, że nie mogę nic powiedzieć o nadużyciach państwa apartheidu, którego zwolennicy bezlitośnie atakują moje prawo do wolności słowa i podważają wolności obywatelskie w całym świecie zachodnim, chyba że jednocześnie skrytykuję kilka tysięcy palestyńskich bojowników ruchu oporu, którzy nie wyrządzili mi żadnej krzywdy? O czym ty w ogóle mówisz?

Nie, zamierzam po prostu skrytykować Izrael, bardzo dziękuję. Zamierzam skrytykować państwo, którego ludobójcze okrucieństwa są wspierane przez strukturę władzy, w której żyję i płacę podatki, a której sieć wsparcia systematycznie niszczy prawa moje i moich rodaków. Jeśli ci się to nie podoba, to idź się odpieprzyć.

Mam jeszcze kilka myśli na dziś.

Po pierwsze, uwielbiam, gdy widzę, jak obrońcy Izraela narzekają na ludzi odpowiadających na ich tyrady słowami: „Nie będę tego wszystkiego czytał. Wolna Palestyna”. Hasbarzyści mają jedynie niekończące się góry wywodów, wyjaśniających, dlaczego zrzucanie ładunków wybuchowych na budynki pełne dzieci jest w porządku i normalne, więc wścieka ich, gdy ktoś odbiera im jedyną broń. 

Nie mają po swojej stronie prawdy i moralności, więc mają tylko słowa, słowa, słowa, słowa, słowa. Zabierz im to, a nie mają nic i wiedzą o tym.

I wreszcie nowa zasada: jeśli zaprzeczasz, że Izrael jest winny ludobójstwa w Strefie Gazy, to na tobie spoczywa obowiązek przedstawienia przekonującego wyjaśnienia, dlaczego każda grupa obrońców praw człowieka na świecie (w tym izraelska) uważa, że ​​jest to ludobójstwo.

Jeśli uważasz, że istnieje spisek o podłożu antysemickim między wszystkimi grupami obrońców praw człowieka, to na tobie spoczywa ciężar udowodnienia, że ​​taki spisek faktycznie ma miejsce.

Jeśli uważasz, że istnieje spisek islamistów mający na celu infiltrację wszystkich organizacji obrońców praw człowieka, to musisz przedstawić dowód tego spisku.

Jeśli uważasz, że nie ma żadnego spisku i że to tylko zbieg okoliczności, że wszystkie grupy obrońców praw człowieka uważają, że Izrael dopuszcza się naruszeń praw człowieka, to musisz przedstawić przekonujący argument, dlaczego wszystkie instytucje ekspertów w dziedzinie praw człowieka przypadkowo doszły do ​​tych samych wniosków i nadal się mylą.

Nie można po prostu powiedzieć: „Nie zgadzam się z ich ustaleniami” albo „Ta jedna grupa przedstawiła argument, który uważam za słaby” albo „To nie jest ludobójstwo, bo bla bla bla”. Trzeba odnieść się do jednomyślnego konsensusu, bo to teraz część debaty.

Nawet płaskoziemcy i negacjoniści zmian klimatycznych [ Co ta idiotka wypisuje ?? A ja muszę ją cytować, co w całości tekstu ma rację… Mirosław Dakowski], którzy twierdzą, że wszyscy eksperci się mylą, przynajmniej próbują przedstawić argumenty na rzecz istnienia tajnego spisku, którego celem jest wzmacnianie błędnych wniosków w środowisku naukowym. Natomiast negacjoniści ludobójstwa w Strefie Gazy jakoś uważają, że nie muszą odnosić się do swojego sprzeciwu z przytłaczającą większością ekspertów w danej dziedzinie.

Nie macie prawa tego robić, chłopaki. To nie ma sensu. Jeśli twierdzicie, że eksperci kłamią na temat konkretnego kraju, to musicie podać szczegółowe i wiarygodne wyjaśnienie, dlaczego tak jest.

Nie spotkałem jeszcze ani jednego negacjonisty ludobójstwa, który by to potrafił, w sieci czy gdziekolwiek indziej. Ani jednego.

PS

Twierdzenie, że nie można oskarżyć Izraela o ludobójstwo, dopóki MTS nie orzeknie, że było to ludobójstwo, jest dokładnie tym samym, co twierdzenie, że nie można powiedzieć, że Charlie Kirk został zamordowany, dopóki jego zabójca nie zostanie oficjalnie skazany za morderstwo.