Galowo i zgrzebnie

Stanisław Michalkiewicz  tygodnik „Goniec” (Toronto)    12 stycznia 2025 michalkiewicz

Powoli dobiega końca stan nirwany, w jakim zazwyczaj pogrąża się w okresie Bożego Narodzenia nasz nieszczęśliwy kraj. Tym razem, z uwagi na rosnącą zawziętość obywatela Tuska Donalda, która udziela się nie tylko członkom jego vaginetu, ale nawet osobom pozornie niezaangażowanym, jak na przykład mój faworyt, prof. Wojciech Sadurski, co to nawet na poczekaniu wymyślił rewolucyjną teorię, dlaczego minister Domański nie powinien wypłacić PiS-owi subwencji – nirwana była jednak przerywana.

Po pierwsze dlatego, że od Nowego Roku Polska stanęła na czele Europy, a konkretnie – objęła po Węgrzech rotacyjne przewodnictwo w Radzie Unii Europejskiej, co oznacza, że obywatel Tusk Donald, albo osoba przezeń wyznaczona, będzie otwierał i zamykał posiedzenia tego gremium, a przy okazji załatwiał na boku rozmaite siuchty. Szczególną dumę odczuwa z tego powodu Książę-Małżonek, który dzięki temu będzie mógł przed całą Europą zademonstrować swój kunszt wiązania krawatów – a po drugie – że tego samego dnia, kiedy obywatel Tusk Donald urządził z tej okazji „galę” w Teatrze Wielkim, rolnicy z całej Polski zjechali traktorami do Warszawy, żeby zaprotestować przeciwko umowie z Mercosur, jaką niedawno podpisała Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen, no i przeciwko innym jej wynalazkom w rodzaju „Zielonego Wału”, który to całe europejskie rolnictwo zrówna z ziemią.

Nawiasem mówiąc, ten program nawiązuje do znanej z czasów pierwszej komuny koncepcji wyrównawczej. Wtedy chodziło o to, by inteligencję zrównać z robotnikami, robotników – z chłopami – a chłopów – z ziemią. Teraz Reichsfuhrerin tak otwarcie tej równości nie głosi, ale chłopi swoje wiedzą i protestują. Ponieważ jednak protest ten był zapowiedziany wcześniej, Reichsfuhrerin dyplomatycznie zapadła na „ciężkie zapalenie płuc” i w Warszawie się nie pojawiła. Podobnie uczyniło wielu innych Umiłowanych Przywódców i w rezultacie na mieście pojawiły się fałszywe pogłoski, jakoby obywatel Tusk Donald zmobilizował na wspomnianą „galę” nie tylko członków Volksdeutsche Partei, ale nawet batalion przebranych po cywilnemu żołnierzy WTK. Oczywiście w tych fałszywych pogłoskach nie ma ani słowa prawdy, bo każdy mógł na widowni Teatru Wielkiego zobaczyć nie tylko sezonowego marszałka Sejmu Szymona Hołownię, ale też posągową Małgorzatę Kidawę-Błońską, której koalicja przydzieliła fuchę marszałka Senatu. Nie było natomiast pana prezydenta Andrzeja Dudy, który akurat tego dnia pojechał na narty.

Wprawdzie wicefeministra do spraw europejskich w vaginecie obywatela Tuska Donalda, Magdalena Sobkowiak-Czarnecka poinformowała opinię publiczną, że vaginet wysłał panu prezydentowi list z zaproszeniem, więc „gdyby chciał, to mógł przyjść” – ale nie przyszedł, tylko wysłał jakiegoś swego doradcę doskonałego. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że pani Sobkowiak-Czarnecka naprawdę może myśleć, że w taki właśnie sposób powinno się zapraszać prezydenta państwa na „galę”.

Myślę w związku z tym, że pani Nowacka Barbara lepiej by zrobiła, wprowadzając zamiast tak zwanej „edukacji zdrowotnej”, w ramach której dzieci i młodzież będą nie tylko demoralizowane, ale i duraczone epidemicznie i klimatycznie – jakieś kursy kindersztuby dla elit politycznych – ale co tam marzyć o tem – jak mawiał Ignacy Rzecki z „Lalki”.

Nieobecny był też ambasador Węgier, którego obywatel Tusk Donald ostentacyjnie na „galę” nie zaprosił, mszcząc się w ten sposób na Wiktorze Orbanie za udzielenie azylu politycznego panu Marcinowi Romanowskiemu. Jestem pewien, że węgierskiemu premierowi na pewno nie pęknie od tego serce, ale ta mściwość do tego stopnia obywatelem Tuskiem owładnęła, że w swoim przemówieniu dał wyraz przekonaniu, iż „Europa” powinna czuć się szczęśliwa z powodu polskiej prezydencji. Nawet na widowni Teatru Wielkiego powiało grozą, bo jakże tu mówić o szczęśliwości w państwie mającym rekordowy deficyt budżetowy, rekordowy dług publiczny, rozbrojonym przez przyjaciół Ukrainy i przygotowywanym do przerobienia na Generalną Gubernię?

Nic dziwnego, że prezydent-elekt Donald Trump, w odróżnieniu od Wiktora Orbana, nie zaprosił obywatela Tuska Donalda na inaugurację swojej prezydentury, podobnie zresztą, jak ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego, co to brnie od sukcesu do sukcesu, ku swemu przeznaczeniu.

Podczas kiedy we dworze sztab wesoły łyka”, to znaczy – gdy w Teatrze Wielkim partia i rząd się „galowały” – na zewnątrz kotłowali się protestujący rolnicy, do których wyszedł europoseł Grzegorz Braun i pretendujący do stanowiska prezydenta z ramienia PiS, pan Karol Nawrocki. Pan Nawrocki skomplementował protestujących, zauważając, że „tutaj jest dzisiaj Polska”, chociaż w kwestiach będących przedmiotem protestu już nie był taki zdecydowany. Przedmiotem protestu było bowiem 5 razy stop”, to znaczy – stop umowie z Mercosur, stop Zielonemu Wałowi, stop importowi rolnemu z Ukrainy, stop niszczeniu polskich lasów i łowiectwa oraz stop wygaszaniu polskiej gospodarki.

Każdy z tych pięciu punktów jest rezultatem uczestniczenia Polski w UE – również „wygaszanie” polskiej gospodarki. To ostatnie też jest rezultatem Anschlussu Polski do UE 1 maja 2004 roku – bo w ten sposób Niemcy stworzyły warunki polityczne dla realizacji projektu „Mitteleuropa” z roku 1915. Przewidywał on urządzenie Europy Środkowo-Wschodniej w ten sposób, by zainstalować tam państwa pozornie niepodległe, ale de facto – niemieckie protektoraty – o gospodarkach trwale niezdolnych do konkurowania z gospodarką niemiecką, tylko uzupełniających i peryferyjnych. Więc wprawdzie pan Karol Nawrocki buńczucznie deklarował, że „nigdy” na to „nie pozwoli”, ale już Winston Churchill wyjaśnił premierowi rządu RP w Londynie, Stanisławowi Mikołajczykowi, że „nigdy”, to jest takie słowo, którego nikomu nie można zabronić wymawiać. Inna rzecz, że Rafał Trzaskowski, który niedawno na Lubelszczyźnie trzaskał dziobem, że „murem” stoi za rolnikami, ani pomyślał, by wyjść do protestujących – ale jakby pomyślał i wyszedł, to co by im powiedział? Ano – to samo – to znaczy, że on „nigdy” – i tak dalej.

Tymczasem pan minister Domański łamie sobie głowę, co tu zrobić w sytuacji, gdy niedawno, niczym jakiś wioskowy głupek, zadeklarował, iż „uznaje” tylko Państwową Komisję Wyborczą”, ale Sądu Najwyższego „nie uznaje” – a PKW właśnie przyjęła sprawozdanie finansowe PiS.

Obywatel Tusk Donald zadeklarował, że „na jego oko” pieniędzy nie ma i nie będzie – ale w razie czego to nie on będzie miał kłopoty, tylko pan Domański i to zarówno, gdy przeleje pieniądze, jak i – gdy ich nie przeleje. Podobno swoją decyzję ogłosi po Trzech Królach, kiedy nirwana oficjalnie się kończy i zaczynają się igraszki – ot na przykład – śledztwo w sprawie „zdrady dyplomatycznej złowrogiego Antoniego Macierewicza, na którego doniósł pan generał Jarosław Stróżyk z komisji do badania ruskich wpływów w naszym bantustanie.

————————–

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Ks. prof. Piotr Roszak o PRAWDZIWYCH celach seks-rewolucji Nowackiej

Ks. prof. Piotr Roszak o PRAWDZIWYCH celach seks-rewolucji Nowackiej

https://pch24.pl/ks-prof-piotr-roszak-o-prawdziwych-celach-seks-rewolucji-nowackiej

(PCh24TV)

Skierowanie uwagi na dzieci zdradza dalekosiężne plany rozpisane na całe pokolenia. To już nie chodzi o poprawę „bytu” jakiejś grupy społecznej, stawanie w obronie najsłabszych czy wykorzystywanych – teraz chodzi o wdrożenie utopii, własnej wizji świata. To wydaje mi się decydować o tym, że nowa rewolucja nie skupia się na poprawie prawa pracy, sprawiedliwego rozdziału dóbr, pilnowania interesu narodowego, opieki socjalnej…

Nie! Tu chodzi teraz o zmianę całościową w zakresie wartościowania. To po prostu wcielanie w życie postulatu Fryderyka Nietzschego o przewartościowaniu wszystkich wartości, ale z dodatkiem, że odtąd wszyscy mają „myśleć” wedle jednego, narzuconego szablonu rewolucji nowej aksjologii. Innymi słowy, chodzi o podmianę kodu DNA, stworzenie nowego człowieka, który będzie tak zajęty pewnymi sprawami swojej natury, nie będzie wiedział kim jest danego dnia, a przez to po prostu nie będzie stawiał istotnych pytań mówi w rozmowie z PCh24.pl ks. prof. Piotr Roszak.

———————————-

Księże profesorze, kiedyś kluczowa dla rewolucji była burżuazja; potem robotnicy; następnie kolejne grupy zawodowe, społeczne etc. Obecnie najważniejszą grupą dla rewolucji są… dzieci, które pod płaszczykiem „dbania o zdrowie” próbuje się zbałamucić i zdeprawować. Dlaczego właśnie dzieci? Rewolucja szuka kolejnego „neo-proletriatu”?

Skierowanie uwagi na dzieci zdradza dalekosiężne plany rozpisane na całe pokolenia. To już nie chodzi o poprawę „bytu” jakiejś grupy społecznej, stawanie w obronie najsłabszych czy wykorzystywanych – teraz chodzi o wdrożenie utopii, własnej wizji świata. To wydaje mi się decydować o tym, że nowa rewolucja nie skupia się na poprawie prawa pracy, sprawiedliwego rozdziału dóbr, pilnowania interesu narodowego, opieki socjalnej… Nie! Tu chodzi teraz o zmianę całościową w zakresie wartościowania. To po prostu wcielanie w życie postulatu Fryderyka Nietzschego o przewartościowaniu wszystkich wartości, ale z dodatkiem, że odtąd wszyscy mają „myśleć” wedle jednego, narzuconego szablonu rewolucji nowej aksjologii. Innymi słowy, chodzi o podmianę kodu DNA, stworzenie nowego człowieka, który będzie tak zajęty pewnymi sprawami swojej natury, nie będzie wiedział kim jest danego dnia, a przez to po prostu nie będzie stawiał istotnych pytań. Nowi rewolucjoniści stwierdzili, że zmiana kształtu, gdy już coś zastygło, jest trudniejsza, dlatego trzeba kształtować u samego początku, zanim nabierze kształtu tożsamość, system moralny… czy postulaty zakazu spowiedzi nie wpisują się w tę logikę. Warto te wszystkie sprawy czytać w jednym kontekście.

Skąd u polskich władz tak wielka determinacja, żeby jak najszybciej wprowadzić do szkół edukację seksualną, nazywaną dla niepoznaki edukacją zdrowotną, w ramach której już od IV klasy dzieci będą nauczane, że masturbacja to norma medyczna, małżeństwo niczym znaczącym nie różni się od relacji homoseksualnych, a aborcja jest jednym ze zdrowotnych zabiegów?

Wynika z dobrze znanej zasady, że nikt nie kupi ewidentnego zła, ono musi być schowane, otoczone czymś wzbudzającym szacunek i niepowątpiewalną pozycją, trochę jak z gorzkim lekarstwem, które aby połknąć daje się czasami na łyżeczce z cukrem. Dlatego miesza się pewne tematy społecznie akceptowalne (nauka, zdrowie) z innymi, nie do przyjęcia. Dlatego taki nacisk na przejęcie najpierw instytucji światowych, medycznych, które pozwolą „znormalizować” pewne zachowania, zbudować tzw. wytyczne, dodać do ich opisów „medyczne”, rekomendowane – a zatem to proces uwiarygadniania rewolucji. Zawsze w historii o to dbano, trzeba wszystko dobrze opakować i przedstawić we właściwym świetle.

Cały wysiłek tej tzw. edukacji zdrowotnej jest na to skierowany, aby kojarzył się ze zdrowiem (kto będzie przecież pro-zdrowotny zrachowaniom?) oraz wyjętym z ram oceny moralnej, a jak już ma być dokonywana taka waloryzacja etyczna to z pozycji subiektywnych, które zawsze można zakwestionować.  Zajmowanie stanowiska moralnego przy ocenie zachowań – jako obiektywnie dobre lub złe, z samej materii czynu – traktowane bywa jako o zgrozo forma przemocy. Czy dziwi, że wtedy nawet Chrystus jest przedstawiany jako „przemocowiec” (a takie wydawano w Polsce książki całkiem niedawno!), bo mówi prawdę o człowieku, Bogu, świecie?

Ktoś nam niszczy świat, ale nie buldożerem, który wbija się w nasz dom, lecz wyjmuje cegłę za cegłą, aby runął cały budynek. To zaś oznacza likwidację punktów odniesienia – próba wymuszenia zgody moralnej na coś, co ma oswoić z niemoralnym zachowaniem. Wydaje mi się, że długo kultura i cywilizacja nie może żyć w takich chaosie aksjologicznym, gdzie podmienia się i modyfikuje prawo naturalne.

Oprócz wyżej wymienionych przykładów dzieci będą uczone również o naturalnym i równoprawnym charakterze wszelkich „orientacji seksualnych”, a także wielości równie naturalnych płci i o tym, że tylko od nich zależy, którą sobie wybiorą. Podobne przykłady podstawy programowej tzw. edukacji zdrowotnej można mnożyć i mnożyć. Zapytam brutalnie: czy nie mamy tu przypadkiem do czynienia z – jak to swego czasu powiedział ks. prof. Dariusz Oko – „opętaniem seksem”?

Kluczowa zawsze pozostaje kwestia proporcji i kontekstu, w jakim coś się przedstawia. Wyjęcie seksu i płciowości człowieka z naturalnego odniesienia do miłości i budowania relacji, w małżeństwie czy rodzinie, odcina go od bycia wyrazem czegoś głębszego i czyni przejawem autonomicznym, kapryśnym, który można realizować, gdy przyjdzie ochota. Co więc ma decydować? A jak w ogóle można wybierać, skoro tak mówią zwolennicy tej opcji, jeśli dziecko nie ma jeszcze pełnej wiedzy i ukształtowanego sumienia moralnego: jeśli ktoś nie zna prawa o ruchu drogowym, to czy może wybierać jak chce się poruszać? Naprawdę zostawimy jemu czy jej wybór, bo taką ma ochotę, czy też zaczniemy wprowadzać zasady, aby wiedziano czy droga jednokierunkowa, czy nie, czy jest zakaz wjazdu… Mit absolutnej, niczym nieograniczonej wolności jest naprawdę utopijny i po prostu szkodliwy, dokonuje zwasalowania wszystkich innych wolności, a w świetle zagrożeń wojennych, taki brak pewności co do własnej tożsamości, może być na rękę przeciwnikom, którzy mogą przeprowadzać akcje manipulacji kognitywnej prowadzących do zmian innych tożsamości, np. narodowej. Będzie to łatwiej w stosunku do kogoś, kto ją ciągle zmienia, bo myśli, że przecież to kwestia jedynie „wyboru”.

Mam wrażenie jeszcze innego zagrożenia, dość banalnego, a szkodliwego, którego wynika z próbą zajęcia czymś „umysłów”, aby nie myślały o sprawach, które nie pasują ideologom.

Znamienne jest przy tym operowanie terminem „orientacja seksualna”, bo przecież termin orientacja to zdolność odróżnienia, np. gdzie jest północ i południe, mówi się o orientacji w ekonomii, prawie… więc to umiejętność rozróżnienia co jest patologią a co normą. Jak można się przekonać w tzw. edukacji zdrowotnej nie istnieją normy, zachowania naturalne, przez co wszystko jest normą. Normą jest brak normy, ale to jest założenie aksjologiczne, o ogromnych (negatywnych) konsekwencjach.  Skąd więc opór przed jakimkolwiek „kanonem”? A co z ofiarami tej swobody „róbta co chceta” ze swoim ciałem? Tak niszczyły się cywilizacje, bo człowiek stawał się więźniem swoich pragnień. Wychowawcy dobrze wiedzą, że nie stawiać wymagań to krzywdzić, a jeśli będziemy uczyć od początku, że nie ma reguł, to jak mają dobrze funkcjonować relacje społeczne? Czy można grać w grę bez reguł?

Jakie elementy zawarte w przedmiocie „edukacja zdrowotna”, który chce wprowadzić do polskich szkół minister Barbara Nowacka, najbardziej niepokoją Kościół katolicki w Polsce?

Można powiedzieć co niepokoi katolickich rodziców, a to kwestia zasadnicza, bo dotyczy tego czy rzeczywiście tego rodzaju informacje na temat patologii seksualnych jest potrzebna do zdrowego funkcjonowania w społeczeństwie? W gruncie rzeczy nie chodzi o niewinną  wiedze, lecz o narzucenie kryterium patrzenia ludzi na siebie nawzajem.

Nowy przedmiot, a więc i propagowane w nim treści, będą obowiązkowe nie tylko w szkołach publicznych, ale również prywatnych i społecznych, w tym katolickich, a także w edukacji domowej. Czy wyobraża sobie Ksiądz profesor głoszenie tego typu treści w katolickich szkołach, bądź w katolickich domach, w których to rodzice edukują swoje dzieci?

To próba ideologizacji, gdyż w ten sposób państwo chce interweniować w sfery, które są poza jego jurysdykcja.

Nie, nie wyobrażam sobie, żeby szkoły katolickie podporządkowały się realizacji tych treści, byłoby to wbrew ich misji. Siłą tych szkół jest pewność rodziców, że dzieci tam posyłane nie zostaną znieprawione, wystawione na eksperymenty edukacyjno-ideologiczne, a z szacunkiem dla ich sumienia wprowadzone w świat wartości chrześcijańskich, które są jak skała ewangeliczna, na której wznosi się dom życia. Nie na piasku, lecz na skale. To przed takim wyborem stajemy przy tej okazji. I nie chodzi tu o panikę, z którą rzekomo reagują  środowiska katolickie na te ideologiczne propozycje – czasem publicyści próbują to przedstawić właśnie jako alergiczne działania katolików, którzy wzdrygają się na słowo „seks” –  nie, tu chodzi o ukryte niebezpieczeństwa, które nie wszyscy od razu dostrzegają, a one są realne.

Minister Nowacka i jej klakierzy twierdzą, że w edukacji zdrowotnej chodzi m. in. o poszerzenie „świadomości seksualnej” uczniów, zachęcenie ich do „odkrywania siebie” etc. Ludzie ci – co jest zrozumiałe – nie mówią o deprawacji. Zastanawiam się jednak, czy nie mamy tutaj do czynienia z drugim dnem – projektem stworzenia nowego człowieka, dla którego jedynym odniesieniem i życiowym wyznacznikiem będzie seks, zaspokojenie seksualnych żądzy i wmówienie mu, że jedynym prawdziwym wyborem jest „wybór płci”, wybór „orientacji seksualnej” i wybór tzw. tożsamości płciowej?

Poszerzanie świadomości seksualnej? To sformułowanie, które jedynie potwierdza, ze chodzi o seksualizowanie, wprowadzanie tego wymiaru życia intymnego na kolejne aspekty życia… Tak, to narzucanie nowej, redukcyjnej antropologii, w której człowiek to nic więcej niż seks, a w życiu ma się zajmować śledzeniem „własnych” odczuć, a nie daj Boże angażować się w rozwiązania głównych spraw kultury, a gdyby miał się tym zajmować to z perspektywy płciowości. Dlatego są próby re-lektury arcydzieł światowych z perspektywy genderowej, przecież to się dzieje. Ekranizacje powieści w nowym, poprawnym duchu, które zadziwiają ludzi znających oryginalną książkę.

Jeśli zajmiesz ludzi banałami, drobiazgami, zapętlisz w rozważaniach nad jednym tematem, to nie będą mieli czasu na inne. Stara strategia – zajmijmy ich czymś błahym. Dawniej próbowano zajmować czas robotników inicjatywami społecznymi, alkoholem-używkami, aby nie zajmowali się naprawieniem komunizmu i jego krytyką, a teraz lansuje się model człowieka, któremu wmawia się wolność w obszarze seksualnym, choć w innych już nie, bo tam trzeba się nowym „dogmatom” bezwzględnie podporządkować. Kościół jest krytykowany za dogmaty, dogmatyczne myślenie o moralności, rodzinie, płciowości, a tymczasem podprogowo wprowadza się w obieg dogmaty, które zrywają nici powiązań.  To jak prujący się sweter, z którego ciągnie się „nitki”… Teraz przyszedł czas na nitkę „seksualność”, „rodzina”. Ale to nie ostatnie niestety…

Póki co w protesty przeciwko seks-reformie minister Nowackiej angażują się przede wszystkim rodzice. Niestety nie widać większych protestów w tej sprawie ze strony środowisk nauczycielskich. Jak Ksiądz profesor myśli, dlaczego?

Nie wszyscy widzą zagrożenia, ale to jak tsunami, które na początku ma źródło daleko w oceanie czy morzu, ale za jakiś czas zaatakuje wybrzeże, zniszczy – zmiecie z powierzchni ziemi domy, drzewa… a miejsc „schronienia” nie ma za wiele.

Rodzice są na pierwszej linii ich dotyczy sprawa wprost i od razu, dlatego wspieranie ich jest kluczowe.

Jeśli chodzi o środowisko nauczycielskie (także akademickie) to jak zauważam spotyka się już z konsekwencjami tych nowych polityk ideologicznych, np. dotyczących form zwracania się do studentów, uwzględniania podawanych przez nich subiektywnych tożsamości – oczywiście nie dotyczy to religijnej tożsamości, bo tego nie wolno, zwrócenie się do siostry zakonnej per ‘pani’ a nie jak wskazuje jej tożsamość, to tylko przykład nierównego traktowania w tym względzie tych samych zasad. Jak obserwuję, ta sprawa powoli, ale jednak dojrzewa i słyszę głosy wśród nauczycieli, że to szaleństwo, jakkolwiek będzie próbowało się to opakować w „postępowość”, „szacunek”. To tylko opakowanie: trucizna ładnie zapakowana nadal jednak jest trucizną.

Ciągle nam brakuje wykształcenia mechanizmów obronnych przed ideologiami, gdyż to nie są zwykłe nurty ideowe, nowe prądy filozoficzne, ale to próba narzucenia siłowego (np. siłą medialną, socjotechniką etc.) rozwiązań formatujących życie społeczne, ale to nadal „siłowe rozwiązania”. Nie chodzi o odczytanie prawdy jaka jest rzeczywistość, co jest naturalne, ani nawet jaka jest wola większości: ignoruje się konsultacje, w myśl zasady, że ideolodzy wiedzą lepiej i nie muszą się tłumaczyć. Tłumaczyć ma się Kościół, dlaczego uparcie trzyma się prawa naturalnego, a więc przekonania, że trzeba zrozumieć najpierw prawdę o naturze, kim jesteśmy, jaka jest antropologia, aby w konsekwencji sugerować odpowiadające człowiekowi działania.

Linia konfrontacji z ideologia to dziś antropologia. Żyjemy w czasie ideologii. A z nimi nie można dialogować jak w klubie dyskusyjnym. Widzieliśmy, jak wyglądał dialog czy konsultacje społeczne w przypadku ‘edukacji zdrowotnej’…

A co z polskim Episkopatem? Czy nie jest tak, że powinien mocniej zaangażować się w tę sprawę i razem z rodzicami stanąć do walki przeciwko tzw. edukacji seksualnej?

Przypomnę pewną sytuację, którą miałem okazję zaobserwować z bliska: przed kilkoma laty w Hiszpanii toczyły się gorące spory – podobnie jak dzisiaj u nas nad edukacją zdrowotną – wokół przedmiotu „edukacja cywilizacyjna i prawa człowieka”, którą promował i wprowadził  rząd premiera Zapatero w 2006  roku, a która na szczęście zniknęła ze szkół w 2016 roku. A więc przez 10 lat była to próba zindoktrynowania młodych Hiszpanów ideologią socjalistyczną, chodziło o przejęcie roli rodziców w wychowaniu dzieci i zdeprawowanie sumień młodego pokolenia. Episkopat hiszpański – ale co ważne: nie sam, ale z dużą liczbą stowarzyszeń rodziców, towarzystw naukowych pedagogicznych, think-tanków, forum rodziny etc. – ostrzegał i krytykował, że to działanie wymierzone w rodziny, że to sączenie w umysły ideologii obcych rodzicom. Trwało 10 lat, ale się udało zatrzymać.

Wspominam o tym, bo to była ważna lekcja dla Kościoła w Hiszpanii. Nauczyciele religii postanowili zgłosić się do prowadzenia tych zajęć, wtedy im na to pozwolono, bo nie wolno było nikogo dyskryminować, kto jest przygotowany do prowadzenia zajęć… a u nas… to jest kwestionowane, ministerstwo chce zabronić, aby ten przedmiot prowadzili nauczyciele do tej pory prowadzący wychowanie do życia w rodzinie. Dlaczego? Nie będą gorliwie wprowadzać jedynie słusznej interpretacji? Tu z pewnością będzie potrzebny głos Kościoła, ponieważ to jawna dyskryminacja ze względu na religię lub wyznanie, proces stygmatyzowania katolików  i traktowania ich jako gorszych. Są zawody i przedmioty, których katolikom wykładać nie wolno? Na taką niesprawiedliwość  nie można się zgodzić.

Czy wierni mają prawo oczekiwać od Kościoła większego zaangażowania w tę sprawę?

Ten głos już był wyrażony, choć nie w formie oficjalnej. Nie możemy ciągle żyć w oczekiwaniu, ze Episkopat będzie wydawał co chwile osądy dotyczące każdego z aspektów życia w Polsce, bo to część odpowiedzialności nas wszystkich. Raczej bym pytal dlaczego nie powstaje coraz więcej stowarzyszeń rodziców, którzy czują odpowiedzialność za czuwanie, angażowanie się w szkole, zadawanie pytań dyrekcji, kuratorom… trzeba obudzić ten obowiązek. Myślenie, ze Episkopat zrobi sam wszystko i „za nas” prowadzi donikąd.

Św. Jan Paweł II wołał kiedyś o ludzi sumienia, że Polska potrzebuje ludzi sumienia… ważne słowa… tu się rozstrzyga wszystko i tego dotyczy tak naprawdę kwestia ofensywy ideologicznej. Czy ta sytuacja z tzw. edukacją zdrowotną tego nie potwierdza? Przecież chodzi o wykoślawienie sumień, ich deformację i zagłuszenie, aby nie były zdolne publicznie do artykułowania ocen moralnych  

Na koniec pozwolę sobie przypomnieć, że problemy, o których rozmawiamy nie pojawiły się wczoraj, czy też tydzień temu, tylko dyskutujemy o nich od lat. Niestety rząd Zjednoczonej Prawicy nie zablokował tego szaleństwa. Episkopat również zbyt wiele w tej kwestii nie zrobił. Odnoszę wrażenie, że ideologia LGBT, gender i cała seks-rewolucja wygrywa starcie o serca i umysły młodych ludzi… Przez lata nie stać było nas na skuteczną kontrrewolucję i pociągającą dla młodych ludzi ofertę chrześcijańską. Moim zdaniem nic nie wskazuje na to, żeby to się miało zmienić w najbliższej przyszłości, ponieważ będzie tylko gorzej. A jakie jest zdanie Księdza profesora?

Strategia odwlekania decyzji jest nieskuteczna, ale i pośpiech niewskazany, jeśli nie jest przemyślany. Zdecydowanie nie udało się do tej pory stworzyć kontr-odpowiedzi „pozytywnej”, bo skupiano się moim zdaniem zbyt mocno na walce wprost z samą ideologią, a to nie jest jedyna rzecz, którą trzeba robić. Z pewnością trzeba stawiać opór, demaskować zło, odsłaniać szkodliwość tej ideologii. W tym celu np. bardzo potrzebne są porządne badania, aby pokazać na liczbach, że to szaleństwo, bo z liczbami i badaniami nie jest tak łatwo dyskutować. Ale nade wszystko potrzeba wielu inicjatyw, wydarzeń, form organizacji, które odsłonią atrakcyjność propozycji chrześcijańskiej. Trzeba się skupić na pytaniu dlaczego jestem chrześcijaninem i jak to właśnie wiara buduje szczęśliwe, sensowne życie, prawdziwe wolne, bo oparte na prawdzie. To kwestia przekazu, komunikacji, ale nade wszystko uwierzenia, że jest misja do wykonania. Świadomość „misji” jest w moim przekonaniu kluczowa, ale musi jej towarzyszyć metoda małych kroków, odważnego zmieniania naszego otoczenia, bo wszystko w chrześcijaństwie zmienia się „od wewnątrz na zewnątrz”, nie odwrotnie. Nie wystarczy zmienić kultury, a zmieni się człowiek. My mamy inną logikę łaski, nie obmycie zewnętrznych kubków (por Mt  15,10-20), ale troskę o to co jest w sercu człowieka, aby stamtąd wypływało to, co szlachetne i dobre.

Bóg zapłać za rozmowę.

Tomasz D. Kolanek

Normalizacja a normalność.

Normalizacja wszystkiego i śmierć Autor: AlterCabrio , 11 stycznia 2025

Płacenie za niemal wszystko kartą kredytową, a nie gotówką, jest normalne, konieczność okazania dowodu tożsamości z jakiegokolwiek powodu jest znormalizowana. Wystawianie naszych dzieci na pokazy drag queens w szkole lub czytanie im książek o seksie zanim dorosną na tyle, by zrozumieć takie rzeczy, jest normalizowane. Płacenie ponad 25 dolarów za posiłek dla dwóch osób w McDonald’s jest teraz normalne. Spożywanie śmieciowego jedzenia i wypełnianie naszych ciał farmaceutycznymi śmieciami jest teraz normalne. Bycie stale nadzorowanym jest teraz normalne.

−∗−

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

−∗−

Normalizacja i wynikająca z niej śmierć „wszystkiego, co jest”

To, co pozwala ludziom przetrwać w ciągle zmieniającym się świecie, ostatecznie będzie tym samym, co ich zniszczy.

Normalizacja.

Normalizacja i towarzysząca jej zdolność do radzenia sobie z ciosami — bycie odpornym, elastycznym, tolerancyjnym i akceptującym wbrew wszelkim przeciwnościom — jest naprawdę naszym największym wrogiem w tych burzliwych czasach. Jej pierwotny zamiar — przetrwanie wszystkich wyzwań — był genialną cechą, którą nasz Stwórca w nas wbudował. Jest to pozytywna cecha, jeśli przestrzegamy pewnych zasad i unikamy wiary w niewypowiedzianą życzliwość i akceptację we wszystkim, co rzuca nam się w oczy, a co wydaje się nieszkodliwe. (Rzeczy, które są naprawdę ewidentnie złe, są trudniejsze do znormalizowania).

Innymi słowy, odmawianie wiary, że zło czai się za niemal każdym rogiem z wężowym zamiarem oszukania nas, a tym samym zniszczenia. Inna zasada, której musimy się nauczyć na nowo, to myślenie krytyczne i gotowość oraz chęć rozpoznania diabła stojącego za pewnymi manifestacjami, zamiast zjadania z apetytem i bezwarunkowo każdego oferowanego nam jabłka.

Czy wierzę w Szatana? Oczywiście, czemu nie? Kiedyś nie wierzyłem, ale teraz samo istnienie Belzebuba wydaje się sprawiać, że wszystko, co się dzieje, ma więcej sensu. Nawet jeśli Szatan jest tylko symbolem „ludzi, którzy zbłądzili”, to z pewnością jest to coś, czego musimy być świadomi i co musimy rozpoznawać.

Jak już powiedziałem, normalizowanie dziwactw życia było w tamtych czasach czymś naturalnym. Po prostu przyzwyczajaliśmy się do pewnych rzeczy — czasami nawet złych rzeczy. Przyzwyczailiśmy się do głodu, biedy, nieposiadania tego samego, co król. Przyzwyczailiśmy się do pcheł, robactwa w kuchni, odry, ospy i innych dziwactw zdrowotnych. Przyzwyczailiśmy się do wojen toczących się wokół nas i tego typu rzeczy.

Z biegiem czasu my, żyjący w bardziej zamożnych krajach, przyzwyczailiśmy się do tego, że nie głodujemy i przyzwyczailiśmy się do czystej wody i ciepłych domów bez konieczności spędzania połowy dnia na rąbaniu drewna. Wszystkie te udogodnienia stały się dla nas normą. I to była dobra rzecz, w większości.

Normalizacja była naturalną częścią naszego doświadczenia. Normalne było mieć wystarczająco dużo jedzenia na stole, normalne było, że lekarz nastawił złamaną nogę, więc nie byliśmy kalekami do końca życia. Wiele z tych rzeczy mogło uczynić życie przyjemniejszym, dzięki czemu mogliśmy skupić się na ważniejszych rzeczach, ale dzisiaj normalizacja zdobywania lub osiągania rzeczy, nad którymi kiedyś musieliśmy bardzo ciężko pracować, aby je osiągnąć lub zdobyć, uczyniła nas słabymi.

Często zdarzało się, że następowało jakieś wydarzenie na świecie i tworzyło pewien reset. Jak wojny światowe i takie tam. Wtedy cukier, kawa, benzyna i cała masa innych rzeczy były reglamentowane, żeby nam nie zabrakło. Przyzwyczailiśmy się do tego. Normalizacja braku i straty. Wszystko miało pewien sens, żeby się z tego otrząsnąć.

Nie wątpię, że agenda była zaangażowana w wiele rzeczy również wtedy, ale nie sądzę, aby była tak oczywista, jak jest teraz. I niezależnie od tego, czy agenda była zaangażowana, czy nie, myślę, że wiele z tych rzeczy, które stały się znormalizowane w naszym codziennym życiu, powstało w wyniku naturalnej, organicznej ewolucji. Defekacja w pomieszczeniu, sadowiąc się na ciepłym, białym, porcelanowym siedzeniu zamiast konieczności wychodzenia na zimno i siedzenia na lodowatej desce z dziurą, została znormalizowana w sposób naturalny. Nie sądzę, aby agenda miała z tym wiele wspólnego.

Ale teraz jest zupełnie inaczej. Większość złych rzeczy, przynajmniej tych naprawdę złych, została znormalizowana przez agendę. W rzeczywistości normalizacja złych rzeczy jest jednym z najważniejszych zadań agendy. Od czasu pojawienia się covidu i cudownej szczepionki, „normalne” jest, że ludzie umierają na zawały serca, gdy mają mniej niż 60 lat — do cholery, mniej niż 50! „Normalne” jest również to, że dzieci mają choroby serca i umierają na zawały.

Nigdy nie zapomnę, jak po raz pierwszy zobaczyłem na autobusie baner z napisem „Dzieci też mają zawały!”. Ta kampania reklamowa była częścią wysiłków podejmowanych przez agendę, mającą na celu normalizację rzeczy wykraczających poza „naturalną” normalizację.

Niestety, w miarę jak coraz więcej dzieci umiera z powodu zawałów i staje się to „normalną” rzeczą, o której ludzie słyszą, to naturalnie stanie się to znormalizowane, a agenda nie będzie musiała naciskać na to tak mocno. Przejdą do innych rzeczy, które należy znormalizować, takich jak masowe martwe porody lub coś równie niezwykłego.

Zdarzenia (zawały), które są normalizowane, tak naprawdę nie są „normalne”, ale po prostu wydają się takie, ponieważ jest ich tak wiele — i nikt nie wydaje się tym specjalnie zaniepokojony. Banery na autobusach po prostu pomagają w tym procesie — i powstrzymują ludzi przed wskazywaniem palcami domniemanych winowajców.

Nie potrafię powiedzieć, ile razy mówiłem „lemingom”, jak przerażające jest widzieć tylu martwych sportowców padających na boisku, a oni machali ręką, mówiąc: „Sportowcy zawsze umierali na boisku”. Normalizacja. Nic ciekawego, wszystko po staremu.

Te przykłady są okazami normalizacji wydarzeń takich jak zawały serca, udary i umierający sportowcy. Normalizacja w kulturze ma miejsce również w innych obszarach. Telefony komórkowe i ich hipnotyzujące, destrukcyjne efekty zostały „znormalizowane”. Z internetem też jest „wszystko po staremu”. Powoli traci się dostęp do własności niemal wszystkiego (oprogramowania, mediów, filmów i muzyki, z tych najbardziej oczywistych).

Płacenie za niemal wszystko kartą kredytową, a nie gotówką, jest normalne, konieczność okazania dowodu tożsamości z jakiegokolwiek powodu jest znormalizowana. Wystawianie naszych dzieci na pokazy drag queens w szkole lub czytanie im książek o seksie zanim dorosną na tyle, by zrozumieć takie rzeczy, jest normalizowane. Płacenie ponad 25 dolarów za posiłek dla dwóch osób w McDonald’s jest teraz normalne. Spożywanie śmieciowego jedzenia i wypełnianie naszych ciał farmaceutycznymi śmieciami jest teraz normalne. Bycie stale nadzorowanym jest teraz normalne.

Mógłbym tak ciągnąć w nieskończoność. Myślę, że rozumiesz o co chodzi. W rzeczywistości niemal wszystko, co robimy i czego doświadczamy w dzisiejszych czasach, zostało znormalizowane, niezależnie od tego, czy faktycznie jest to normalne, czy nie. A większość z tych rzeczy będzie nam szkodzić ze względu na ich wszechobecność w naszym życiu. A agenda jest z tego powodu bardzo zadowolona.

Celem agendy jest co najmniej uzależnienie naszego szczęścia i przetrwania od systemu, a w najgorszym przypadku – nasza śmierć.

Już niedługo uznamy za całkowicie naturalne, że się zabijamy, jeśli jesteśmy przygnębieni lub zmartwieni. Normalne będzie siedzenie całymi dniami w domu, ponieważ tam pracujemy, a rozrywka to gry wideo i pornografia, a poza tym nie będzie dokąd pójść z powodu ograniczeń w podróżowaniu i 15-minutowych miast, w których zamieszkamy.

Już niedługo normalnym stanie się jedzenie zielonej papki [Soylent Green, 1973] na kolację, płacenie za wszystko smartfonem i kontrola przez bioskanery podczas przechodzenia przez ulicę, sikania lub kupowania jajek. I będzie to w porządku dla wszystkich — bo będzie to normalne.

__________________

Normalization and the Resulting Death of “All that Is”, Todd Hayen, Jan 11, 2025

Na Mazowszu powstanie sześć ośrodków dla imigrantów: w Ciechanowie, Ostrołęce, Płocku, Radomiu, Siedlcach i Warszawie.

Poseł Płaczek alarmuje: powstanie sześć ośrodków dla imigrantów na Mazowszu, w Ciechanowie, Ostrołęce, Płocku, Radomiu, Siedlcach i Warszawie

12.01.2025 https://nczas.info/2025/01/12/posel-placzek-alarmuje-powstanie-szesc-osrodkow-dla-imigrantow-na-mazowszu-w-ciechanowie-ostrolece-plocku-radomiu-siedlcach-i-warszawie/

imigranci białoruś inwazja
Imigranci na polsko-białoruskiej granicy / fot. ilustracyjne / foto: YT: NBC News

Poseł Konfederacji Grzegorz Płaczek przekazał odpowiedź od Marszałka Województwa Mazowieckiego ws. sześciu Centrów Integracji Cudzoziemców (CIC), które powstaną na Mazowszu. Ich budżet wyniesie ponad 100 mln zł, zaś partnerami będą zwolennicy ściągania nielegalnych imigrantów do Polski.

„Ręce opadają! Gdzie my żyjemy? Właśnie otrzymałem odpowiedź na moją kolejną interwencję poselską od Marszałka Województwa Mazowieckiego. Marszałek poinformował mnie, iż w województwie mazowieckim już wkrótce powstanie 6 Centrów Integracji Cudzoziemców (CIC) – w Ciechanowie, Ostrołęce, Płocku, Radomiu, Siedlcach i Warszawie” – napisał na X poseł Konfederacji Grzegorz Płaczek.

„Ich budżet na lata 2025-2029 wyniesie blisko 105 mln zł (!), a sam roczny koszt utrzymania tylko jednego CIC w Warszawie wyniesie 600 tys. zł!!! Nad projektem, o czym można przeczytać w piśmie, 'czuwa’ samo @MSWiA_GOV_PL” – podkreślił Płaczek.

Poseł zaznaczył, że „to nie koniec tej historii”.

Partnerem warszawskiego Urzędu Marszałkowskiego w projekcie będą 4 organizacje pozarządowe, a wystarczy tylko: przejrzeć Statuty niektórych z tych organizacji, zapoznać się ze składami osobowymi ich Rad/Zarządów oraz sprawdzić kilka faktów i ich dotychczasowe źródła finansowania, aby zauważyć, że pojawiają się: zbyt często mało brzmiące nazwiska w Radach/Zarządach tych organizacji, powiązania tych organizacji ze skompromitowaną 'Grupą Granica’, prokuratorskie zarzuty ułatwiania obcokrajowcom (przez członków tych organizacji) NIEZGODNEGO z prawem pobytu na terenie Polski, liczne oskarżenia o dezinformację oraz pojawiające się w ostatnich latach obrzydliwe oskarżenia członków tych organizacji pozarządowych wobec polskich żołnierzy oraz funkcjonariuszy Straży Granicznej o 'nieludzkie traktowanie migrantów’ na polskiej granicy” – zauważył poseł Płaczek.

„W całej tej historii pojawia się również wątek powiązań niektórych z tych 4 organizacji z lewicową Fundacją Batorego, która od lat – zdaniem wielu – prowadzi programy pozbawiające narody tożsamości, tradycji i religii. TO WSZYSTKO JEST TAK PATOLOGICZNE I ANTYPOLSKIE, ŻE AŻ BOLI!” – ocenił Grzegorz Płaczek.

Jak państwu w Warszawie i w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji nie jest wstyd wydawać w ten sposób niemal 105 mln zł??? Czas skończyć z patologiczną polityką migracyjną w naszej ojczyźnie!” – napisał Płaczek.

„Panie premierze @donaldtusk, to jest ten plan walki o polską rację stanu i bezpieczeństwo polskich obywateli?” – podsumował poseł Konfederacji Grzegorz Płaczek.

======================================

Grzegorz Płaczek @placzekgrzegorz

Ręce opadają! Gdzie my żyjemy? Właśnie otrzymałem odpowiedź na moją kolejną interwencję poselską [MCPS-OR/NG/071-50/2024] od Marszałka Województwa Mazowieckiego. Marszałek poinformował mnie, iż w województwie mazowieckim już wkrótce powstanie 6 Centrów Integracji Cudzoziemców (CIC) – w Ciechanowie, Ostrołęce, Płocku, Radomiu, Siedlcach i Warszawie. Ich budżet na lata 2025-2029 wyniesie blisko 105 mln zł (!), a sam roczny koszt utrzymania tylko jednego CIC w Warszawie wyniesie 600 tys. zł !!! Nad projektem, o czym można przeczytać w piśmie, „czuwa” samo

@MSWiA_GOV_PL

. Ale to nie koniec tej historii. Partnerem warszawskiego Urzędu Marszałkowskiego w projekcie będą 4 organizacje pozarządowe, a wystarczy tylko: przejrzeć Statuty niektórych z tych organizacji, zapoznać się ze składami osobowymi ich Rad/Zarządów oraz sprawdzić kilka faktów i ich dotychczasowe źródła finansowania, aby zauważyć, że pojawiają się: – zbyt często mało brzmiące nazwiska w Radach/Zarządach tych organizacji, – powiązania tych organizacji ze skompromitowaną „Grupą Granica”, – prokuratorskie zarzuty ułatwiania obcokrajowcom (przez członków tych organizacji) NIEZGODNEGO z prawem pobytu na terenie Polski, – liczne oskarżenia o dezinformację, – oraz pojawiające się w ostatnich latach obrzydliwe oskarżenia członków tych organizacji pozarządowych wobec polskich żołnierzy oraz funkcjonariuszy Straży Granicznej o „nieludzkie traktowanie migrantów” na polskiej granicy. W całej tej historii pojawia się również wątek powiązań niektórych z tych 4 organizacji z lewicową Fundacją Batorego, która od lat – zdaniem wielu – prowadzi programy pozbawiające narody tożsamości, tradycji i religii. TO WSZYSTKO JEST TAK PATOLOGICZNE I ANTYPOLSKIE, ŻE AŻ BOLI! Jak Państwu w Warszawie i w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji nie jest wstyd wydawać w ten sposób niemal 105 mln zł??? Czas skończyć z patologiczną polityką migracyjną w naszej ojczyźnie! Panie premierze

@donaldtusk

, to jest ten plan walki o polską rację stanu i bezpieczeństwo polskich obywateli?

Zdjęcie

·

44 tys. wyświetlenia

Armagedon! Płonie południowa Kalifornia! Rybka smelt zadowolona.

Armagedon! Płonie południowa Kalifornia!

Wartość szkód na dziś szacuje się na $150 mld


https://naszeblogi.pl/72264-armagedon-plonie-poludniowa-kalifornia

Od 40 lat mieszkam w Kalifornii, więc nie sposób nie zwrócić uwagi na wszystko co tu się dzieje w tym jakże socjalistycznym stanie zarządzanym przez elity mieszkające wzdłuż wybrzeży  Pacyfiku, czyli San Francisco, niżej Silicon Valley i dalej na południe Hollywood. W 40 milionowej Kalifornii (piąta gospodarka świata) mamy dość zaawansowaną “demokrację walczącą”, w Sacramento rządzi jedna partia, choć jej poparcie ograniczone jest do najbardziej zaludnionych i zamożnych obszarów nadbrzeżnych Pacyfiku. Reszta tego stanu pozostaje normalna i w ostatnich wyborach Partia Republikańska zwiększyła swoje poparcie wśród wyborców. Ostatnie dni przyniosły wielkie nieszczęścia dla miast i miasteczek aglomeracji Los Angeles, potężny, wyniszczający z diabelską szybkością dochodzącą do 100 mil/godz. (czyli 160 km) pożar pochłania wielomilionowe wille aktorów i innych najbardziej zamożnych mieszkańców Ameryki. Co gorsze, od kilku miesięcy kompanie ubezpieczeniowe wycofują się z tamtego rynku widząc, że regulacje i przeciwpożarowe zaniechania władz mogą doprowadzić do katastrofy także ich biznesu. Wielomilionowe domy zostały bez ubezpieczenia, jeśli masz pożyczkę na dom musisz mieć ubezpieczenie inaczej stracisz dom, nawet bez pożaru. Czy bogaci lewacy finansujący Partię Demokratyczną, którzy teraz z powodu również nieudolności mer Los Angeles i gubernatora Newsom stracili swoje domy będą dalej popierać oczekując innych rezultatów?

Merem Los Angeles jest Karen Bass, która właśnie powróciła z inauguracji prezydenta Ghany John Dramani Mahama. Karen jest zasłużoną komunistką jeszcze z ery czerwonego gołąbka pokoju Fidela Castro. W latach 70-tych należała do komunistycznej Brygady Venceremos i była szkolona na Kubie w zakresie budowania bomb, sabotażu i innych terrorystycznych specjalności. Kubę odwiedzała 15 razy. Przypomnijmy, że grupa M19 w 1983 r. skutecznie podłożyła bombę na Kapitolu. W swojej karierze Karen była spikerem stanowego parlamentu w Sacramento (2008-2010), kongresmenką  (2010-2021), nawet była brana pod uwagę jako kandydatka na wiceprezydenta u boku Bidena. Od 2022 r. sprawuje urząd mera Los Angeles. Ostatnio obcięła $18 mln z budżetu straży pożarnej, twardo lansowała rekrutację LGBT do straży pożarnej, przeznaczyła $1,3 mld na finansowanie bezdomnych, finansowała postępowe NGO’s. Prawdą jest, że mer Bass wyrzuciła z pracy setki strażaków, którzy nie przyjęli kowidowej szczepionki…

Pożar w LA jest największym w ostatnim czasie i zniszczył już całe dzielnice, które wyglądają jak Nagasaki po wybuchu bomby atomowej. Nie jest jeszcze opanowany, strażacy nie mają wody z powodu zaniedbań biurokracji miasta (zbiorniki). Tysiące porzuconych na jezdniach drogich samochodów są usuwane spychaczami, aby otworzyć drogę straży pożarnej. Wartość szkód na dziś szacuje się na $150 mld, przypomnijmy, że słynny pożar w Paradise w północnej Kalifornii w 2018 r. wyrządził szkody na $15 mld.

Więc to będzie poważną katastrofą w wielu wymiarach, krytycy sugerują winę gub. Newsoma, porównując go do rzymskiego cesarza Nerona (fotka wyżej) z płonącego Rzymu. Prawdą jest, że przyczyną takiej katastrofy były szalone wiatry dochodzące do 160 km/godz., ale prawdopodobne podpalenia, również brak systemów ostrzegania, brak wody w hydrantach, etc. 

Ok. 54% pożarów w powiecie LA jest wzniecona przez bezdomnych, zatrzymano przynajmniej jednego podpalacza, oficjalnie 11 osób poniosło śmierć, ale liczba ta wzrośnie. Pojawiają się liczne grupy rabusiów na skuterach, czy podjeżdżający autami aby rabować domy. Oficjalnie aresztowano ponad 20 rabusiów, wprowadzono godzinę policyjną. Wczoraj mieszkańcy LA zauważyli młodego mężczyznę na rowerze  z miotaczem ognia, dokonali obywatelskiego aresztowania, aresztowała go wezwana policja,  następnego dnia na wolność wypuścił go liberalny sędzia z braku… dowodów.

Jeszcze w 2019 r. ówczesny prezydent Trump ostrzegał gubernatora Kalifornii Gavin Newsom aby zmienił politykę leśną i zaczął przeciwdziałać pożarom. Wcześniej  w 2014 r. przegłosowano fundusze na budowę zbiorników zatrzymujących wodę spływającą z gór, jednak według rządzących Kalifornią  lewaków to byłaby ingerencja w przyrodę, więc mamy deficyt wody, która spływa sobie do oceanu.

Kalifornia do niedawna żywiła Amerykę i słynęła z produkcji żywności, dopóki lewacy nie zaczęli ograniczać wodę dla produkującej żywność Central Valley. Oficjalnym powodem skierowania wody delty rzek Sacramento i San Joaquin wprost do oceanu była mała szybko rozmnażająca się rybka smelt, której los był widocznie ważniejszy od producentów żywności, którzy teraz stoją w kolejkach po chińskie zupki.  

Już czwarty dzień strażacy walczą z sześcioma oddalonymi od siebie pożarami w powiecie Los Angeles. Dwa największe to Palisades (20,000 akrów, pożar opanowany tylko w 6%) i Eaton (14,000 akrów, opanowany w 3%), ucichły silne wiatry Świętej Anny, ale mają powrócić w weekend. Do tej pory szalejący pożar strawił ponad 10,000 domów i biznesów. Ewakuowano 180,000 ludzi, ale to pewnie nie koniec. Okazało się, że strażacki rezerwuar wodny w Pacific Palisades był pusty, kiedy strażacy uruchomili hydranty nie płynęła woda, tylko rozczarowanie i przerażenie. Administracja mer Bass obcięła strażakom budżet z $837 mln na $819 mln, jednocześnie  odbierając im część sprzętu i wysyłając … Ukrainie. Dotąd spłonął obszar trzy razy większy od Manhattanu, przeciętna cena domu w dzielnicy Pacific Palisades wynosi $3 mln…

Kiedy spojrzymy na rozkład pożarów widać, że są one od siebie oddalone, czyli wygląda to podpalenia, na terroryzm. W LA pojawił się odchodzący prezydent Biden i spotkał się z gub. Newsom na tle pożarów obiecując pomoc. Jego przylot spowodował zamknięcie obszaru powietrznego nad LA, wobec czego nie mogły startować samoloty straży pożarnej zrzucające na ogień ogromne ilości wody. Ludzie słuchali jego wywodów ze zdziwieniem, z uśmiechem zakomunikował, że właśnie przyleciał do LA, aby zobaczyć prawnuczkę, bo właśnie został pradziadkiem…  

Stanowy komisarz d/s ubezpieczenia Ricardo Lara 9 stycznia ogłosił  moratorium obejmujące ochroną na ubezpieczenia domów w powiecie LA zamrażając stawki opłat i chroniąc na okres 1 roku przed kasacją ubezpieczenia, bez różnicy czy dom spłonął, czy nie. Jakby ktoś miał nadzieję, że tragedia może coś zmienić dodajmy, że gub. Gavin Newsom właśnie zwołał do Sacramento specjalną sesję parlamentu, aby lepiej się przygotować do zablokowania reform zapowiadanych przez Trumpa, co tam pożar w LA! Na ten plan zablokowania Trumpa, Newsom przeznaczył $25 mln!

https://assets.zerohedge.com/s…(link is external)

Naszą nadzieją są nauki płynące z historii. Wiemy, że trudne czasy zwykle wyłaniają twardych odważnych Heraklesów liderów zdolnych oczyścić kolejne stajnie Augiasza. Może nie mamy wpływu na zmiany klimatyczne, ale gorąco wierzę , że mamy obowiązek i możliwość zmiany politycznego klimatu w naszych społeczeństwach i powrotu do zdrowego rozsądku, czego sobie i Wam życzę…

Jacek K. Matysiak Kalifornia, 2025/01/11

Makabra. Lobby LGBT gra i gorszy z Owsiakiem

RatujŻycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

To już oficjalne: lobby LGBT gra dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Organizacja Jerzego Owsiaka ma już na koncie współpracę ze środowiskami proaborcyjnych strajków. Teraz także ze środowiskiem queer.

W ten weekend w Krakowie odbył się show przygotowany przez 16 krakowskich drag queens. Drag queen to określenie na szczególny rodzaj transwestyty. To mężczyzna, który przebiera się w wyuzdany sposób za kobietę i manifestuje w ten sposób, że płeć to tylko konstrukt społeczny, zjawisko płynne i niedookreślone.

Drag queens na całym świecie mają szczególne upodobanie w występach przed dziećmi. Epatują wtedy swoim zboczeniem i robią striptiz przed młodziutką publicznością. Jak wyglądają takie występy, może Pan zobaczyć np. tutaj:

Subkultura drag to jeden z najbardziej radykalnych odłamów środowiska LGBT. Są obsceniczni, za nic mają normy, celowo gorszą najmłodszych. W Polsce spotykali się w bibliotekach z publicznością złożoną z kilkuletnich dzieci i zachęcali, by spróbować, jak to jest „być drag”.

Jak wielkie szkody czyni w psychice dzieci tak zdeformowany obraz ludzkiej płciowości – nie muszę chyba tłumaczyć…

Szanowny Panie,

Krok po kroku zamiast wielkiej apolitycznej akcji charytatywnej mamy w Polsce co roku festiwal wspierania lewicowych ideologii. Do wrogów życia płynie strumień pieniędzy, także publicznych, bo rząd i samorządy przekazują ogromne środki na WOŚP.

I właśnie w tym czasie chcę prosić Pana o wsparcie dla Fundacji Życie i Rodzina, bo jesteśmy w trudnym położeniu. Koniec ubiegłego roku był czasem wielkich trudności, które spiętrzyli przed nami wrogowie życia.

Przeżyliśmy próby cenzury, zastraszanie naszej koordynatorki, nękanie naszych wolontariuszy przez organy ścigania. Jesteśmy w trakcie kilkudziesięciu procesów sądowych, a każdy z nich to stres dla naszych działaczy i dla mnie samej – bardzo martwię się o każdą osobę prześladowaną za obronę życia.

Nie będę owijać w bawełnę.

W tym miesiącu muszę kupić co najmniej:

– 2 megafony z mikrofonami i wejściem na Bluetooth dla nowych grup, które zaangażowały się w Publiczny Różaniec o zatrzymanie aborcji, jeden zestaw kosztuje 800 złotych, w sumie 1600 złotych,

– 5 nowych banerów czołowych (każdy 350 złotych) i 6 banerów antyaborcyjnych (każdy 350 złotych), w sumie 3850 złotych,

– 6 banerów #stopLGBT (każdy 350 złotych, w sumie 2100 złotych), szczególnie do akcji związanych z edukacją pseudozdrowotną wprowadzaną przez Minister Edukacji Barbarę Nowacką.

Dojdą do tego koszty przesyłek kurierskich i inne koszty codziennej logistyki naszych oddziałów terenowych.

W sumie potrzebuję zebrać 7550 złotych plus koszty organizacyjno-logistyczne.

Czy może Pan pomóc?

Czy zamiast wpłacać na orkiestrę złożoną z miłośników zboczeń może Pan przekazać darowiznę na Fundację Życie i Rodzina, abym mogła wyposażyć oddziały terenowe Fundacji w niezbędne materiały? 

Numer konta Fundacji Życie i Rodzina: 

47 1160 2202 0000 0004 7838 2230

Kod SWIFT: BIGBPLPW

Wszelkie dane do wpłat Blikiem i kartami znajdzie Pan w stopce niniejszego maila.

Gdy wiele lat temu zakładałam ŻiR, postanowiłam, że nie będziemy ograniczać się do samej Warszawy. Od początku miałam wielkie pragnienie, aby działalność prolife objęła siecią całą Polskę. To marzenie realizuje się, ale potrzeba zaopiekować się ludźmi i ich wyposażyć. Oni w swoim miejscu zamieszkania zmieniają świadomość o tym, czym jest aborcja. Budzą sumienia, edukują i przekonują nieprzekonanych. Często odwodzą od aborcji konkretne skołowane kobiety.

Czy wesprze Pan tę ich trudną, codzienną pracę?

Serdecznie Pana pozdrawiam,

Kaja GodekKaja Godek
Kaja GodekFundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

PS – Już teraz dziękuję za każdą kwotę, jaką zdecyduje się Pan przelać. Numer konta, dane do Blika i wpłat kartami znajdują się pod linkiem www.RatujZycie.pl/wesprzyj.

WSPIERAM

NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

RatujŻycie.pl

Żurawie


Żurawie; Małgorzata Todd mtodd 11 stycznia  2025 r. | Nr 2/2025 (706)

       Szanowni Państwo!
  Czym są permanentne kłamstwa, którymi szafują dwaj panowie T.? Nieudolnością zarządzania państwem, jak w przypadku „premiera”, czy Warszawą pod wodzą „szambolana”? Może to taka zabawa w chowanego? Wolne media mają uciechę w wytykaniu kłamstw, ale niewiele z tego wynika, a te prorządowe „zapominają”, co wódz mówił wczoraj, skrzętnie te kłamstwa chowając.
       Obawiam się, że chodzi tu o coś więcej. Kłamstwa są jedynie przykrywką prawdziwej destrukcji przygotowanej przez wrogów Polski. Wywołanie chaosu w państwie, to etap przejściowy do totalnego zamordyzmu. Ale żeby wprowadzić terror, konieczne jest odpowiednie zaplecze, które trzeba zdobyć. Zobaczmy jak to się robi.
       Jeśli mieszkacie w dużym mieście, to wyjrzyjcie przez okno. Co widzicie? Żurawie? Na ptaki za wcześnie, ale na deweloperkę najwyższy czas. Żurawie pracują pełną parą. Dla kogo te mieszkania? Dla „biednych uchodźców” stale przybywających z Afryki na zaproszenie Merkel. Polaka nie będzie stać na takie nowe mieszkanie z tej prostej przyczyny, że co zarobi, to będzie musiał zwrócić państwu w postaci podatków. Te podatki zasilą kieszenie deweloperów wynajmujących mieszkania za darmo „biednym uchodźcom”.
       Wyjście na spacer stanie się ryzykowne dla Polaka. Policja, wzorem Francji, Szwecji i pozostałych krajów multi-kulti, też nie będzie zapuszczała się w niebezpieczne tereny.

Obudźmy się póki czas i zacznijmy działać.
Z pozdrowieniami
Małgorzata Todd

Warszawa: „Śmierć będzie dla was straszna. Krew będzie płynęła rynsztokami”

Warszawa: „Śmierć będzie dla was straszna. Krew będzie płynęła rynsztokami”

[przypominam, bo to było już tu, w 2014 roku: Warszawa: „Śmierć będzie dla was straszna. Krew będzie płynęła rynsztokami” md]

Głusi na ostrzeżenia, przekonani o własnej wielkości ludzie z trudem akceptują prawdę o Bogu „Sędzim sprawiedliwym, który za dobro wynagradza a za złe karze”. Dlatego wielu z nas sugestia, że straszliwa hekatomba stolicy Polski, której 70. rocznicę właśnie obchodzimy, mogła być karą za grzechy przedwojennych mieszkańców Stolicy, może wydać się wręcz bluźnierstwem. Warto jednak pamiętać, że przedwojenna Warszawa była prawdziwą stolicą prostytucji i aborcji. I że kara za te grzechy była zapowiadana.

Rzadko pamięta się też, iż przedwojenna Warszawa była prawdziwym zagłębiem haniebnych praktyk aborcyjnych. Przepisy chroniące życie od poczęcia obowiązywały w odrodzonym państwie polskim do 1932 r, choć i wówczas istniało duże „podziemie aborcyjne”. W latach 20. ruszyła jednak szeroko zakrojona akcja na rzecz wprowadzenia zmian ułatwiających zabijanie dzieci nienarodzonych. Po stronie domagającej się legalizacji aborcji „z przyczyn społecznych” szczególną aktywnością wykazywali się m. in. mason Tadeusz Boy-Żeleński i jego partnerka, działaczka feministyczna Irena Krzywicka z domu Goldberg. [Jakiś czas żyli sobie razem, w Warszawie w trójkącie, jawnie. MD]

Antynatalistyczne lobby odniosło wreszcie sukces i w 1932 r. rządząca Polską Sanacja zalegalizowała aborcję w Polsce artykułem 233 Kodeksu Karnego (wprowadzonego rozporządzeniem Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 11 lipca 1932 r.).

Milion zamordowanych nienarodzonych

Nowe przepisy tworzyły możliwość dokonania aborcji w dwóch przypadkach: z powodu ścisłych wskazań medycznych, oraz gdy ciąża zaistniała w wyniku gwałtu, kazirodztwa bądź współżycia z nieletnią poniżej lat 15. Kodeks wprowadzał wymóg, aby „zabieg” był dokonany przez lekarza. Co najbardziej przerażające, nie określono trybu stwierdzania przesłanek umożliwiających „legalną” aborcję. Nie określono także stadium zaawansowania ciąży, do jakiego wolno dokonać aborcji.

Trzeba zauważyć, że wprowadzone przez władze II RP aborcyjne regulacje mogły śmiało stawać w śmiertelne szranki z przepisami obowiązującymi w latach 1920-1936 w ZSRR.

Tylko komunistyczne Sowiety mogły poszczycić się bardziej złowrogimi dla życia nienarodzonych przepisami.

Według różnych danych, w okresie międzywojennym przeciętna liczba zabójstw dokonywanych na dzieciach poczętych – zarówno w lekarskich gabinetach, jak i nielegalnie wynosiła od 100 do 130 tysięcy rocznie! Tylko w latach 1932-1939 mogło więc zostać zabitych nawet milion nienarodzonych Polaków! Zjawisko to nasiliło się jeszcze po 1939 roku: okupacyjne władze hitlerowskie śmiało wkroczyły w uchylone przez władze II RP bramy aborcyjnego koszmaru, wprowadzając w 1943 roku „aborcję na życzenie”. Znakomita część zbrodniczych „zabiegów” wykonywana była w Warszawie, możliwe więc, że do 1944 zabito w łonach warszawianek więcej dzieci, niż wyniosły straty w ludności cywilnej podczas samego Powstania Warszawskiego.

Ogromna część sanacyjnej elity II RP nie przykładała szczególnej wagi do nauczania Kościoła w zakresie nierozerwalności małżeństwa i etyki seksualnej. Przykłady można mnożyć: Józef Piłsudski, Rydz-Śmigły, Walery Sławek, Józef Beck. Obraz kondycji moralnej elit – choć z pewnością przerysowany – jaki odnajdujemy w „Karierze Nikodema Dyzmy” nie odbiegał zbytnio od rzeczywistości. Promowanie stylu życia pozbawionego moralności, nagłaśnianie skandali obyczajowych, lekceważący stosunek do dramatu, jakim jest rozwód, stały się chlebem powszednim obyczajowości międzywojennej Polski, a zwłaszcza stołecznej Warszawy.

Do największych problemów z jakim zmagali się stróże porządku przedwojennej Warszawy należała prostytucja. Pod tym względem Stolica była prawdziwym miastem grzechu. Korzystanie z „usług” panien lekkich obyczajów było zjawiskiem mocno egalitarnym. Gdzie znaleźć najbliższy lupanar wiedzieli zarówno biedni i bogaci, gimnazjaliści oraz panowie posunięci w latach.

To, co kiedyś szokowało, powoli stawało się „normalnością”; to, co wzbudzało odrazę okazywało się „dobrodziejstwem współczesności”. W taki sposób rewolucja wprowadzała w narodowy krwioobieg swój antyporzadek oparty na nihilizmie i skoncentrowany na człowieku.

Zapowiedź kary

Oddajmy głos ks. kard. Augustowi Hlondowi: „Fala wszelkiego rodzaju nowinkarstwa zabagnia dziedzinę obyczajów. Podkopuje nie tylko moralność chrześcijańską, ale godzi wprost w etykę naturalną, szerzy nieobyczajność wśród młodzieży i dorosłych. Celem tej propagandy jest zachwianie idei katolickiej, aby zastąpić naukę chrześcijańską masońskim naturalizmem”. Jakże zatem, w kontekście szerokiej fali demoralizacji płynącej zarówno w elitach społecznych jak i wśród warstw mniej wpływowych w przedwojennej Polsce, dramatycznie brzmią słowa skierowane przez Pana Jezusa do Sługi Bożej Rozalii Celakównej:

„Trzeba ofiary za Polskę, za grzeszny świat (…), straszne są grzechy Narodu Polskiego. Bóg chce go ukarać. Ratunek dla Polski jest tylko w moim Boskim Sercu”.

Ponieważ mimo wielu starań do intronizacji w Polsce nie dochodziło, na parę miesięcy przed wybuchem drugiej wojny światowej Rozalia otrzymuje następną wizję ukazującą ogrom nieszczęść, jakie spadną na Polskę, a zarazem zapewnienie, że jeśli Polska – z rządem na czele – dokona intronizacji, do zapowiadanej wojny nie dojdzie.

„Pod koniec lutego 1939 roku – pisze Rozalia – Pan Jezus przedstawił mej duszy następujący obraz w czasie, gdy Mu polecałam naszą Ojczyznę i wszystkie narody świata. Zobaczyłam w sposób duchowy granicę polsko-niemiecką, począwszy od Śląska, aż po Pomorze, całą w ogniu. Widok był to naprawdę przerażający, zdawało mi się, że ten ogień zniszczy całkowicie cały świat. Po pewnym czasie ogień ogarnął całe Niemcy niszcząc je tak, że ani śladu nie pozostało z dzisiejszej Trzeciej Rzeszy. Wtedy usłyszałam w głębi duszy głos i równocześnie odczułam pewność niezwykłą, że tak się stanie: Moje dziecko, będzie wojna straszna, która spowoduje takie zniszczenie (…). Wielkie i straszne grzechy i zbrodnie są Polski. Sprawiedliwość Boża chce ukarać ten Naród za grzechy, zwłaszcza za grzechy nieczyste, morderstwa i nienawiść. Jest jednak ratunek dla Polski, jeśli Mnie uzna za swego Króla i Pana w zupełności poprzez intronizację, nie tylko w poszczególnych częściach kraju, ale w całym państwie z rządem na czele. To uznanie ma być potwierdzone porzuceniem grzechów, a całkowitym zwrotem do Boga (…). Tylko we Mnie jest ratunek dla Polski”. (op. cit. rozalia.krakow.pl).

Zapowiedź wielkiego nieszczęścia i grożącej Polakom kary padła także w trakcie objawień w Siekierkach w 1943 r. Choć nie zostały one oficjalnie uznane przez Kościół, warto jednak przyglądnąć się ich treści, zwłaszcza w kontekście następujących po nich wydarzeń z sierpnia 1944 r. Matka Boża miała zwrócić się do 12-letniej Władzi Fronczak tymi słowami: „Módlcie się, bo idzie na was wielka kara, ciężki krzyż. Nie mogę powstrzymać gniewu Syna mojego, bo się lud nie nawraca”. Wśród słów skierowanych do dziewczynki szczególnie dramatycznie brzmią z 27 października 1943r: „Śmierć będzie dla was straszna. Krew będzie płynęła rynsztokami”.

Szczególnie tragicznie w kontekście dramatu Powstania Warszawskiego brzmią słowa zapowiadające „straszliwą śmierć”. Choć Kościół do dziś nie ustosunkował się oficjalnie do siekierkowskich objawień, nie trudno dostrzec w nich pewnego podobieństwa do treści objawień z Fatimy. Stałym motywem objawień maryjnych pozostaje konieczność nawrócenia i pokuty oraz ostrzeżenie przed indywidualnymi i społecznymi konsekwencjami popełnianych grzechów. Nie oszukujmy się, te wezwania są ciągle aktualne. Słowa, jakie skierował Bóg do Kaina o „krwi brata wołającej z ziemi”, znakomicie pasują do współczesnego świata. Głos mordowanych nienarodzonych dzieci, szaleństwo homorewolucji, planowa destrukcja rodziny – to dramaty wołające współcześnie z ziemi do naszego Stwórcy. A jest On Sędzią sprawiedliwym…

Łukasz Karpiel https://pch24.pl/krew-bedzie-plynela-rynsztokami/

Objawienie na Siekierkach odnoszące się do Powstania Warszawskiego!

NIESAMOWITE objawienie na Siekierkach odnoszące się do Powstania Warszawskiego!

Objawienie-w-Siekierkach-odnoszace-sie-do-Powstania-Warszawskiego

Nie chciano pamiętać, że to, co dzieli zwycięstwo od klęski, to nie moc oręża, przeważające siły czy strategia nawet najgenialniejszych dowódców, lecz wola Boga Najwyższego, który zawsze i wszędzie Sam o wszystkim decyduje! Nie chciano pamiętać, że to jedynie od Niego zależy, czy ludzkie plany zaowocują sukcesem, czy zakończą się porażką.
Miał tą świadomość lud Warszawy w sierpniu 1920 roku, kiedy leżał krzyżem przed Patronką Stolicy i Strażniczką Polski, błagając o ocalenie stolicy, ocalenie Polski – fragment książki ks. dra Józef Marii Bartnika SJ i Ewy J. Storożyńskiej „Matka Boża Łaskawa a Cud nad Wisłą, czyli prawdziwa historia Bitwy Warszawskiej”.

Fragment książki ks. dra Józef Marii Bartnika SJ i Ewy J. Storożyńskiej „Matka Boża Łaskawa a Cud nad Wisłą, czyli prawdziwa historia Bitwy Warszawskiej”.

Matka Boża Łaskawa, obrana w 1652 roku Patronką Warszawy i Strażniczką Polski [pełen tytuł warszawskiej Madonny, przyp. red.] w 1943 roku ukazała się w Warszawie, na osadzie Siekierki, by uprzedzić swój lud o grożącym nieszczęściu. Maryja przybywa, aby miasto, któremu od 291 lat patronuje, nie podzieliło losu dopalającego się w tym czasie żydowskiego get­ta.

Mistyczka Bronisława Kuczewska (1907-1989) tak wspomina swoje pierwsze spotkania z Matką Bożą na Siekierkach: 28 kwietnia 1943 roku Matka Boża objawiła mi się w domu rodzinnym w Nowym Dobrem i powiedziała: Dziecino, nie będziesz już do Mnie przychodzić do Przygód i do Budzieszyna. Wybieram sobie inne miejsce, w Warszawie, na Siekierkach. Będziesz miała tylko 3 kilometry od tramwaju, z ulicy Czerniakowskiej, i tam masz przychodzić. Ujrzałam wiśnię i dziewczynkę. Jak się później okazało, była nią 13-letnia Władysława Fronczakówna [obecnie Papis przyp.aut.], której Matka Najświętsza objawi się 3 maja 1943 roku.

Bogurodzica, niebiańsko piękna, ukazała się wśród zieleni, na drzewie wiśni obsypanym kwiatami. Jej słowa były poważne i brzmiały złowieszczo: Módlcie się, bo idzie na was WIELKA KARA, CIĘŻKI KRZYŻ. Nie mogę powstrzymać gniewu Syna mojego, bo lud się nie nawraca. Bóg nie chce ludzi karać, Bóg chce ludzi rato­wać przed zagładą. Bóg żąda nawrócenia!

Bronisława relacjonuje dalej: 4 maja 1943 roku przyjechał do mnie mąż i powie­dział, że w Warszawie na Siekierkach było objawienie [Bogurodzicy] 3 maja. Ja mu na to odpowiedziałam, że wiem o tym, bo Matka Boża powiedziała mi o tym 5 dni wcześniej. 5 maja 1943 roku urodziłam syna Janusza. 28 maja 1943 roku pojechałam z mężem i małym dzieckiem [23-dniowym niemowlęciem] na Siekierki, gdzie 3 maja objawiła się Matka Boża, i miałam z Nią tam po raz pierwszy objawienie. Odtąd chodziłam na Siekierki i tam otrzymywałam od Matki Bożej polecenia do wyko­nania przez 38 lat, aż do 1981 roku. Kilka razy w mie­siącu nawiedzałam to miejsce, a szczególnie każdego 3 i 28 dnia miesiąca oraz w uroczystości Matki Bożej.

3 czerwca 1943 roku poszłam z synkiem na ręku na Siekierki. Ujrzałam Matkę Najświętszą, która powiedziała mi, że pragnie, aby na tym miejscu wybudować klasztor. Powiedziała też, że to będzie jakby druga Częstochowa dla War­szawy, że ludność nie będzie musiała tak daleko jeździć, względnie chodzić. Będą mogli przychodzić na Siekierki.

W lipcu 1943 roku w Orzywole, gdzie pojechałam na rozkaz Matki Najświętszej, po modlitwie, miałam widzenie Pana Jezusa, który trzymał rózgę nad War­szawą. Wiedziałam, że Warszawę czeka wielka kara.

W okresie międzywojnia sytuacja moralna społe­czeństwa polskiego była, oględnie mówiąc, nienajlepsza. Dlatego Jezus Chrystus prosił wizjonerów św. siostrę Faustynę, Sługi Boże: Rozalię Celakównę, Leonię Nastał, Kunegundę (Kundusię) Siwiec o modlitwy wynagradzające za grzechy rozwiązłości: Strasznie ranią moje Serce Najświętsze grzechy nieczyste. Żądam ekspiacji!
Nasz Pan szczególnie prosił o modlitwy za warszawian: stolica odrodzonej Polski, nie chciała pamiętać o Dekalogu. Wystarczy zajrzeć do pamiętników i wspomnień z tego okresu. Luminarze życia społecznego i kulturalnego prowadzili ostentacyjnie, nader rozwiązłe życie, zarażając tym stylem życia otoczenie, a szczególnie podatną na wpływy młodzież.

Masoni zdawali sobie sprawę z tego, że aby osiągnąć powszechne rozluźnienie obyczajów potrzebna jest demoralizacja. Starali się, aby romanse i rozwody sławnych ludzi były nagłaśniane w bulwarowej prasie tak, by te niemoralne zachowania przestały bulwersować, by spowszedniały i powoli stały się obowiązującą normą. Postarali się także, by swobodę obyczajów lansowali pisarze i dziennikarze, sami żyjący według tego wzorca, tak długo, aż stanie się ona normą i nastąpi wyparcie z powszechnej świadomości zarówno pojęcia grzechu, jak i jego skutków [w książce autorzy zamieścili m. in. cytaty z autobiografii Ireny Krzywickiej, o znamiennym tytule: Wyznania Gorszycielki, gdzie bez żenady opowiada o sobie (pisarce, matce dwóch synów), mężu (znanym warszawskim adwokacie Jerzym Krzywickim) i… wieloletnim kochanku, żonatym pisarzu i krytyku teatralnym Tadeuszu Boyu-Żeleńskim].

Świadectwa rozwiązłości znajdziemy nie tylko we wspomnieniach Krzywickiej. Z długiej listy książek lansujących „nowy moralny ład” wybija się książka Tadeusza Wittlina Pieśniarka Warszawy. Biografia. Hanna Ordonówna i jej świat (Wydawnictwo POLONIA, Warszawa 1990). Jej autor na 300 stronach (małym drukiem!) relacjonuje życie gwiazdy, tzn. omawia trwające do ostatnich miesięcy życia romanse zamężnej artystki, podając bardzo szczegółowo źródła każdej informacji (por. także: Magdalena Samozwaniec, Maria i Magdalena. Z pamiętnika niemłodej już mężatki).

Dzięki aktywnym propagatorkom wolności seksualnej masoni stopniowo osiągnęli cel, jakim było doprowadzenie do tego, że większa część społeczeństwa polskiego odrzuci chrześcijańskie zasady moralne, tj. prawa Dekalogu. Masoni przyjęli roztropną taktykę: „wyciszenia religii katolickiej nie rozumowaniem, ale psuciem obyczajów”.

W roku 1936, po osiemnastu latach niepodległości, masoni mogli się wykazać znacznymi osiągnięciami w demoralizacji społeczeństwa. [Tu opuszczam fragmenty książki Sławomira Kopera Życie prywatne elit Drugiej Rzeczy­pospolitej (Bellona Rytm, Warszawa, 2009, md]

Katolicki pisarz Gilbert Keith Chesterton w roku 1923 napisał: Rozwód to coś, co dzisiejsze gazety nie tylko reklamują, ale wręcz zalecają, zupełnie jakby to była przyjemność sama w sobie.

Ks. kard. August Hlond konkluduje: Fala wszelkiego rodzaju nowinkarstwa zabagnia dziedzinę obyczajów. Podkopuje nie tylko moralność chrześcijańską, ale godzi wprost w etykę naturalną, szerzy nieobyczajność wśród młodzieży i dorosłych. Celem tej propagandy jest zachwianie idei katolickiej, aby zastąpić naukę chrześcijańską „masońskim naturalizmem”. Koła liberalne i masońskie przypuściły atak na małżeństwa chrześcijańskie, sprowadzając je tylko do rangi kontraktu cywilnego, pozbawiając je wszelkiej nadprzyrodzoności.

Zapoczątkowany przed II wojną światową proces upadku moralności doprowadził do tego, że w pierw­szej dekadzie XXI wieku, już nikt nie ośmieli się przypomnieć „nowożeńcom z odzysku”, zawierającym kontrakt małżeński (w urzędzie Stanu Cywilnego), że w świetle prawa kanonicznego popełniają cudzołóstwo (gdy któreś z nich jest nadal związane sakramentem małżeństwa). Czyli zaczynają, świadomie i dobrowolnie, tzw. nowe życie w grzechu ciężkim, co prowadzi prostą drogą do piekła!

Wygodny eufemizm, używany w kościele – „związek niesakramentalny” – zgrabnie ukrywa złowieszczą perspektywę. Autor wielokrotnie rozmawiał w konfesjonale z kobietami, które dla swoich dzieci, związanych sakramentem małżeństwa, a rozwiedzionych w świetle prawa cywilnego, modlą się o… założenie nowej, szczęśliwej rodziny! Sądzą one, że jest to intencja słuszna! Te „pobożne” matki realizują plan masonów, którzy chcą zniszczyć chrześcijaństwo… rękami samych katolików!
Trwająca od dziesięcioleci promocja wszelkiej wolności seksualnej i zanik społecznego ostracyzmu w stosunku do tzw. „związków partnerskich” doprowadził, zdaniem księdza profesora Jerzego Bajdy, do: Zniszczenia moralnych, religijnych, społecznych i ekonomicznych podstaw rodziny i fałszowania jej struktury personalistycznej. Profesor przestrzega: Jeżeli proces niszczenia rodziny będzie się dalej toczył tak, jak tego chcą promotorzy rewolucji obyczajowej – a właściwie promotorzy rozwiązłości, […] wkrótce może zupełnie zniknąć ta formuła antropologiczna, której na imię naród, a społeczeństwo nie będzie się niczym różniło od stada zwierząt, chyba tylko strojem. Choć i pod tym względem różnica systematycznie maleje.

Czyny, których nikt nie ośmieliłby się publicznie nazwać grzechem, a więc nierząd, cudzołóstwo, lesbijstwo i homoseksualizm – nadal wywołują, określone w Piśmie świętym, konsekwencje. […]

Bóg Ojciec, chcąc ocalić Warszawę przed zasłużoną karą pozwala, by Matka Łaskawa ostrzegła swój lud, by żądała nawrócenia, całkowitego odwrócenia się od grzesznego życia i wynagrodzenia za dotychczas popełnione grzechy: rozwiązłości, cudzołóstwa i te najstraszniejsze – grzechy dzieciobójstwa. Trzeba bo­wiem wiedzieć, że w okresie międzywojennym prze­ciętna liczba umyślnych poronień wynosiła rocznie, według oficjalnych statystyk: przeciętnie od 100 do 130 tysięcy.

Kiedy Maryja przybędzie na Siekierki, orędzia będzie otrzymywać nie tylko trzynastoletnia Władysława Fronczakówna, ale przede wszystkim Jej ulubienica, trzydziestosześcioletnia Bronisława Kuczewska: Od 9 kwietnia przestałam chodzić do Budzieszyna, natomiast od 28 maja 1943 roku zaczęłam chodzić na Siekierki, gdzie otrzymywałam polecenia od Matki Bożej do wykonania, przez okres 38 lat, do 21 sierpnia 1981 roku [tj. od święta Maryi Królowej Polski do wigilii święta Matki Bożej Królowej].


Maryja, Matka Łaskawa Patronka Warszawy, za pośrednictwem Broni Kuczewskiej i Fronczakówny będzie apelować do ludu stolicy, aby przez przemianę życia, respektowanie praw Dekalogu i pokutę odwrócił wiszące nad miastem nieszczęście.
Prosi warszawian o modlitwę powszechną, czyli taką jak w 1920 roku, kiedy to lud stolicy żarliwie błagał Boga i Patronkę Warszawy o ocalenie przed bolszewikami [rozdziały 15 i 16 cytowanej książki przyp. red.] i wymodlił cud Jej publicznego ukazania się, które w konsekwencji zmieniło zdawałoby się już przesądzony wynik wojny i ocaliło Polskę!

Po 23 latach, w roku 1943 – czwartym roku okupacji niemieckiej, sytuacja jest diametralnie różna: to nie lud błaga Maryję, Patronkę Warszawy i Strażniczkę Polski o ustanie okropieństw wojny, lecz Ona Sama schodzi z nieba i osobiście wzywa do modlitwy o pokój, błagając Swój lud o nawrócenie i pokutę!!! Najłaskawsza z Matek chce odwrócić od miasta zapowiedzianą karę! Podejmuje się tej niewdzięcznej misji, by nie doszło do tragedii: Jeśli się nie nawrócicie, to wszyscy zginiecie!

Pomimo ośmieszania i deprecjonowania objawień wiadomości o nich rozchodzą się po mieście. Dzieje się tak dzięki niestrudzonej Broni Kuczewskiej, która dociera z nimi do warszawskich księży, oraz życzliwym mieszkankom Siekierek, które rozwożąc mleko i warzywa „na gospody”, opowiadają w mieście o objawieniach.

Mimo wielu wysiłków przestrogi Maryi nie dotrą do ogółu warszawian. Główną przyczyną jest brak zainteresowania objawieniami ze strony kleru.

Wydawało się oczywiste, że księża Zmartwychwstańcy z parafii św. Bonifacego na Czerniakowie, pełniący posługę w osadzie, dopomogą w upowszechnieniu orędzi i że słowa Bogurodzicy, uprzedzające o mającej nadejść na miasto karze, będą głoszone ze wszystkich ambon stolicy. Niestety, Zmartwychwstańcy nie tylko nie traktowali objawień poważnie, ale negowali wszystko, co miało z nimi związek, m.in. odmówili poświęcenia malutkiej kapliczki, umiejscowionej przy drzewie, na którym ukazała się Matka Boża.

Bronisława Kuczewska napisze: Po postawieniu kapliczki Pan Jezus dał mi polecenie, abym poszła do księdza do parafii św. Kazimierza na ul. Chełmską. Kiedy przyszłam i powiedziałam, że Pan Jezus życzy sobie, aby poświęcić kapliczkę, ksiądz wysłał mnie do parafii św. Jakuba [na Ochocie, przyp. aut.]. Było tam 5 księży. Wypyty­wali mnie o objawienia na Siekierkach. Opowiadałam im o nich przez około 4 godziny. Potem wysłali mnie z powrotem do parafii św. Kazimierza [Dolny Mokotów, przyp. aut.]. Ksiądz jednak nadal nie chciał wyrazić zgody na poświęcenie kapliczki. Powiedział, że nie ma pozwolenia, bo trzeba iść z procesją i on nie może tego wykonać. Wróciłam więc do domu [przy ul. Jasnej, przyp. aut.], a że byłam zmęczona, położyłam się. I wtem słyszę głos Pana Jezusa: Idź Dziecino do księdza po raz trzeci, i powiedz, żeby poszedł z kościelnym, bez ludzi i bez procesji, i poświęcił kapliczkę. Powiesz, że taka jest Wola Moja i Matki Mojej, ażeby kapliczka była poświęcona, bo jest bardzo znieważana.
Kiedy poszłam po raz trzeci do księdza, chciał mi drzwi zamknąć przed nosem, ale ja przytrzymałam je nogą i powtórzyłam to, co mi Pan Jezus powiedział. Ksiądz jednak nie wykonał tego polecenia. Dopiero jedna z wiernych przyprowadziła, po kryjomu, księdza jezuitę, ojca Antoniego Kozłow­skiego, który był wielkim czcicielem Matki Bożej i wiedział o moich objawieniach, i on poświęcił kapliczkę.

Misja ostrzeżenia Warszawy przed mającym wy­buchnąć za 16 miesięcy powstaniem wymagała od Kuczewskiej heroizmu i zaparcia:

W sierpniu 1943 roku [rok przed wybuchem powstania] na modlitwie u pani Teofili Ciecierskiej, przy ul. Płockiej 25, miałam objawienie Matki Najświętszej. Maryja ukazała mi okropny widok Warszawy w czasie Powstania. Widziałam masowe aresztowania, rozstrzeliwania, palące się domy. Zobaczyłam też dom, w którym modliliśmy się. Matka Boża powiedziała mi, że ten dom będzie podlany benzyną i podpalony od dołu przez Niemców. W widzeniu widziałam, jak matki wyskakiwały z dziećmi z płonącego domu. Zaraz powiedziałam o tym widzeniu obecnym, ale nie chcieli mi uwierzyć. Huknęli na mnie, że opowiadam głupstwa, bo Niemcy będą liczyć się z nami. [W innym miejscu Bronisława mówi o tym wydarzeniu w ten sposób: Powiedzieli, żebym nie plotła głupstw i zajęła się robotą, a nie plotkami, że Niemcy będą się z nami liczyć].

Trzy dni przed Powstaniem Matka Boża dała mi polecenie, abym zabrała dzieci i wyjechała z Warszawy w rodzinne strony, do Dobrego. Kiedy po Powstaniu wróciłam do Warszawy, dom, który miałam ukazany przez Matkę Bożą przy ul. Płockiej 25 – był spalony. W domu tym i w sąsiednich zabito 300 ludzi. Ludzie mówili, że matki wyrzucały swoje dzieci przez okna, a za nimi same wyskakiwały. Dzisiaj widnieje w tym miejscu tablica pamiątkowa mówiąca, że zginęło tu ok. 300 osób.

Proroctwa nie lekceważcie – pisze św. Paweł w Liście do Tesaloniczan (1 Tes 5,20). Proroctwo o całkowitym zniszczeniu Warszawy zostało lekceważone. Przestroga, jaką w imieniu Boga Najwyższego, Bogurodzica przeka­zała warszawianom: Bóg nie chce ludzi karać, Bóg chce ludzi ratować przed zagładą. Żąda nawrócenia! – do nich nie dotrze…

Powstanie Warszawskie wybuchnie po szesnastu miesiącach od pierwszych objawień i ostrzeżeń Maryi. W sierpniu 1944 roku młodych warszawian rozpiera chęć walki ze znienawidzonym wrogiem, ruszą więc naprzeciw potędze militarnej Niemców z gorącymi sercami, z butelkami napełnionymi benzyną, ale… bez błogosławieństwa Bogurodzicy.

Dowództwo nie czuło potrzeby oficjalnego zawierzenia akcji zbrojnej Patronce miasta. Owszem, indywidualnie zawierzano się Maryi Łaskawej, modlono się na różańcu, przyjmowano sakramenty, uczestniczono w polowych Mszach świętych (co w swojej książce wspomina s. Maria Okońska), lecz oficjalnego – jak za Marszałka Piłsudskiego –  zawierzenia akcji zbrojnej Bogu Najwyższemu nie było! Po 47 latach w dniu święta Najświętszego Imienia Maryi, 12.09.1991r., w Sastin, Narodowym Sanktuarium Słowacji, w orędziu skierowanym do ks. Stefano Gobbi’ego Maryja dobitnie wyjaśni kwestię oficjalnego zawierzenia na przykładzie odsieczy wiedeńskiej [—-]

Aborcja pierwszą przyczyną śmierci w 2024 roku. 45-75 milionów. Rak – 8,2 miliona.

„Absolutnie porażające”. Aborcja pierwszą przyczyną śmierci w 2024 roku

WHO w połowie roku szacowała, że każdego roku ginie około 73 milionów dzieci nienarodzonych, jednak liczby te również mogą być niedoszacowane.

11.01.2025 https://www.tysol.pl/a133678-absolutnie-porazajace-aborcja-pierwsza-przyczyna-smierci-w-2024-roku

Po raz kolejny aborcja zajęła pierwsze miejsce na liście głównych przyczyn zgonów na świecie. Według danych za 2024 rok, w wyniku tego procederu życie straciło ponad 45 milionów dzieci, co oznacza wzrost o 400 tysięcy w porównaniu do roku poprzedniego. Dla porównania, na nowotwory zmarło w tym czasie 8,2 miliona osób.

„Dane są absolutnie porażające”

Jak podkreślają eksperci, rzeczywista liczba ofiar aborcji jest znacznie większa. Oficjalne statystyki nie uwzględniają bowiem działań takich jak stosowanie pigułek poronnych, turystyka aborcyjna czy nielegalne zabiegi przeprowadzane poza oficjalnym systemem.

Te dane niewątpliwie nie są pełne, nie są adekwatne. Wiemy, że istnieje tzw. podziemie aborcyjne, wiemy, że istnieje tzw. turystyka aborcyjna, która nie jest ściśle rejestrowana. Niemniej jednak nawet te dane, które są oficjalnie ujawniane, są absolutnie porażające. To jest prawdziwy holokaust niewinnych osób, niewinnych ludzi, dzieci. Holokaust, który jest dokonywany w imię utylitaryzmu, w imię walki z przeludnieniem, w imię ludzkiego egoizmu”

– ocenił ks. prof. Paweł Bortkiewicz TChr, bioetyk i wykładowca AKSiM.

WHO w połowie roku szacowała, że każdego roku ginie około 73 milionów dzieci nienarodzonych, jednak liczby te również mogą być niedoszacowane.

Tragiczne konsekwencje aborcji

Aborcja często prowadzi do trwałych blizn emocjonalnych. Wiele kobiet, które doświadczyły tego dramatu, zmaga się później z depresją, poczuciem winy czy zespołem stresu pourazowego. Według badań psychologicznych aborcja nie tylko niszczy życie nienarodzonego dziecka, ale także pozostawia pustkę w sercu matki, która może odczuwać żal nawet po latach od podjętej decyzji.

„Holokaust niewinnych osób” – jak określił to ks. prof. Paweł Bortkiewicz – nie kończy się na samym akcie, ale rodzi cierpienie, które często przenosi się na kolejne pokolenia. Duchowni i psychologowie podkreślają, że aborcja prowadzi także do osłabienia więzi społecznych i dalszego rozwoju postaw egoistycznych, gdzie dobro własne stawiane jest ponad życie drugiego człowieka.

Edukacja zdrowotna NIE będzie obowiązkowa? My naciskamy, MEN „zaczyna rozważać”! TAK dla edukacji, NIE dla deprawacji.

Centrum Życia i Rodziny
Szanowni Państwo,
Czyżby Ministerstwo Edukacji przestraszyło się głośnego sprzeciwu społecznego wobec skandalicznych planów wprowadzenia obowiązkowej wulgarnej edukacji seksualnej od podstawówki aż po liceum?Jeśli wierzyć słowom minister Barbary Nowackiej, to politycy poważnie analizują, czy edukacja zdrowotna ma być przedmiotem obowiązkowym czy fakultatywnym.
Edukacja zdrowotna powinna być obowiązkowa, ale rozważamy różne rozwiązania – odpowiedziała spytana o obligatoryjność tego przedmiotu.Nie wiemy w tym momencie, czy te deklaracje są prawdziwe czy może są tylko kolejną próbą osłabienia naszej czujności i demobilizacji. Pragnę zapewnić, że nie damy się zaskoczyć.
Nie pozwolimy na to!Walczymy o polską szkołę!Wspieram takie działania!
Te sygnały tylko potwierdzają, że politycy boją się tego sprzeciwu, który już wywołał potężną falę oporu wobec deprawacyjnego kursu ministerstwa edukacji i zmusił polityków do reakcji, a być może także do zmiany planów.Nie tak dawno pisałem Państwu o tym, ale powtórzę: rządzący, ci „uśmiechnięci” politycy, doskonale pamiętają naszą determinację z 2019 roku, kiedy wspólnie zablokowaliśmy haniebną „Deklarację LGBT+” Rafała Trzaskowskiego. Tym bardziej w obliczu zbliżającej się kampanii prezydenckiej zależy im na wyciszeniu nastrojów.Stąd drżą na samą myśl o protestach pod budynkami administracji publicznej i szkołami! Boją się, że w przestrzeni wirtualnej ich miałka narracja o „reformach” edukacji nie przebije się przez miażdżące ekspertyzy członków Koalicji na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły! Wreszcie: że tysiące Polaków wyjdzie na ulice w Marszach dla Życia i Rodziny, aby zdecydowanie powiedzieć władzy, że nie zgadzają się na seksualizację swoich dzieci!
Resort bardzo nie chce, aby w Polsce powtórzyły się sceny, które nie tak dawno wydarzyły się pod szkołami za oceanem.
Leave our kids alone – pod tym hasłem rodzice razem z nauczycielami w USA i Kanadzie protestowali przeciwko deprawacji dzieci i młodzieży, nie wpuszczając do swoich szkół seksedukatorów. A taki scenariusz jest jak najbardziej możliwy już od września tego roku w polskich szkołach, jeśli ministerstwo nie ustąpi i nie zmieni swoich planów.
Wbrew kłamstwom lewicowego kierownictwa MEN, które próbuje pokazać, że za protestami stoi „jedna czy druga organizacja” – nasz głos jest SILNY!
Ogromne zaangażowanie zatroskanych rodziców, nauczycieli oraz ekspertów, którzy połączyli swoje wysiłki w obronie fundamentalnych swoich praw, zalewając zastrzeżeniami i protestami ministerstwo, ukazało ogromną jedność społeczeństwa w tej sprawie.Tę jedność i naszą determinację pokazaliśmy dobitnie na wielkiej manifestacji, która odbyła się 1 grudnia ub.r. na Placu Zamkowym w Warszawie, gdzie wspólnie protestowaliśmy pod hasłem „TAK dla edukacji, NIE dla deprawacji”.
Tym wydarzeniem wykrzyczeliśmy głośno, że nie pozwolimy zamknąć sobie ust i przeciwstawimy się z całą mocą rządowym propozycjom, które mogą na zawsze zniszczyć przeszłość naszych dzieci!
Nie mogę pominąć heroicznej pracy, którą wykonuje Koalicja na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły!
Ten potężny sojusz, skupiający rodziców, nauczycieli, pedagogów i dziesiątki ekspertów z ponad 80 organizacji społecznych, w tym Centrum Życia i Rodziny, powstał wiele miesięcy temu w odpowiedzi na nadciągający atak na nasze dzieci. Podkreślam to, gdyż minister Barbara Nowacka i jej zwolennicy zarzucali nam wielokrotnie, że nasza argumentacja opiera się na… zabobonach!
To KŁAMSTWO: naszą odpowiedzią jest merytoryczny głos profesjonalistów: naukowców, pedagogów, nauczycieli i psychologów.
Bazując tak na badaniach, jak i własnym doświadczeniu, nieustannie udowadniają szkodliwość tych zmian, wprowadzanych siłą i z pogwałceniem konstytucyjnych praw rodziców. Wskazują jasno, że prowadzą one do obniżenia poziomu nauczania i bezpieczeństwa w polskich szkołach oraz do naruszania autorytetu nauczycieli!
Pragnę zapewnić, że naszą pracę będziemy kontynuować i to na jeszcze większą skalę, aby dotrzeć z prawdą o niszczeniu edukacji do jak największej ilości gmin i powiatów w całym kraju.W dalszym ciągu będziemy alarmowali opinię publiczną o szkodliwych skutkach planów MEN. Przygotujemy kolejne opracowania i materiały, aby przeciwstawić się tej ideologicznej skrajnie lewicowej ofensywie i wypromujemy je w mediach, zwłaszcza społecznościowych.
Ponadto dołożymy wszelkich starań by rozwijać sieć Szkół Przyjaznych Rodzinie, wspierając pro-rodzinne placówki. Do programu dołączają kolejne przedszkola i szkoły: każdego miesiąca wysyłamy im materiały dla nauczycieli i informujemy o zagrożeniach wiążących się z zapowiadanym przedmiotem.I, jak wspomniałem wcześniej, wyjdziemy z tym tematem „na ulice”: tak stając w pikietach pod urzędami, jak również idąc w Marszach dla Życia i Rodziny!Wreszcie, objeżdżamy cały kraj, aby spotykać się z rodzicami i nauczycielami: w ciągu najbliższego miesiąca odwiedzimy Pomorze, Sądecczyznę i Górny Śląsk.
Będziemy wygłaszać prelekcje i prezentować poruszający film „To nic takiego”, który ujawnia prawdziwe korzenie edukacji seksualnej. Dokument ten dostarcza fachowej wiedzy każdemu, kto na poważnie przejmuje się przyszłością młodego pokolenia i pomaga odpowiedzieć na pytanie, czy wprowadzenie tak radykalnych zmian w edukacji jest rzeczywiście konieczne.Niezmiernie cieszy nas fakt, że otrzymujemy kolejne zaproszenia by mówić głośno, jak wiele szkód może wyrządzić dzieciom i młodzieży edukacja zdrowotna. Zrobimy, co w naszej mocy, by dotrzeć wszędzie tam, skąd płyną do nas zaproszenia. Serdecznie za nie wszystkie dziękuję!
Abyśmy mogli dotrzeć w każde z tych miejsc i kontynuować pozostałe nasze działania, potrzebujemy bardzo Państwa wsparcia i pomocy. Mam głębokie przekonanie, że wszystkie te wydarzenia, począwszy od knowań ministerstwa, konfrontacji w mediach, po publiczne spotkania, wiece i marsze, sprawiają, że polscy rodzice budzą się, by odpowiedzialnie wziąć w swoje ręce sprawę wychowania i ochrony dzieci.Jak dobrze Państwo wiedzą, podróże po całym kraju, noclegi w hotelach i przygotowywanie wszelkich materiałów, w tym ich druk, są bardzo kosztowne. Pragnę zaznaczyć, że nie pobieramy żadnych opłat za prowadzenie wykładów i spotkań. Robimy to wszystko z poczucia misji i wiary w to, że razem możemy zatrzymać te szaleńcze plany polityków!
Dlatego bardzo Państwa proszę o wsparcie naszych działań dotyczących zablokowania edukacji seksualnej kwotą 50 zł, 100 zł, 200 zł lub 500 złotych, a nawet większą. Nie dajmy skrzywdzić naszych dzieci! Wspieram ochronę polskich dzieci!
Ostatnie doniesienia medialne pokazują, że nasz głos jest słyszany, a presja, którą wywieramy na ministerstwo, może przynieść bardzo dobre owoce.
Dlatego nasze zaangażowanie będzie miało wpływ na to, co nas czeka w najbliższych tygodniach i miesiącach, a przede wszystkim: jak będzie wyglądała polska szkoła od września 2025 r.
Nastał CZAS RODZICÓW: każdy z nas ma swoją, bardzo ważną rolę do odegrania!Niech każda decyzja, którą podejmujemy, kształtuje przyszłość, którą pragniemy przekazać naszym dzieciom.
Serdecznie pozdrawiamMarcin Perłowski - Dyrektor Centrum Życia i Rodziny, Wiceprezes Zarządu    WSPIERAM DZIAŁANIA CENTRUM ŻYCIA I RODZINY! 
Dane do przelewu:Centrum Życia i Rodziny
Skrytka pocztowa 99, 00-963 Warszawa 81
Nr konta: 32 1240 4432 1111 0011 0433 7056, Bank Pekao SA
Z dopiskiem: „Darowizna na działalność statutową Centrum Życia i Rodziny”

Adolf Hitler zaciera ręce

Adolf Hitler zaciera ręce

 Stanisław Michalkiewicz  11 stycznia 2025 michalkiewicz

Ja drugoj takoj strany nie znaju, gdie tak wolno dyszyt czeławiek” – głosiła jedna ze strof hymnu sowieckiego, który został wprowadzony 1 stycznia 1944 roku, bo przedtem rolę hymnu pełniła „Międzynarodówka”. Trzeba przyznać, że autor słów, Sergiusz Michałkow, miał poczucie humoru, bo napisać otwartym tekstem, że nie zna innego kraju, w którym człowiek tak swobodnie by „dyszał”, to niewątpliwie mocna rzecz.

[wg wiki: To nie był hymn. Muzyka została skomponowana przez Izaaka Dunajewskiego, a słowa do pieśni napisał Wasilij Lebiediew-Kumacz. md]

Podobna do deklaracji kandydata do Rady Najwyższej ZSRR z Pierwszego Stalinowskiego Okręgu Wyborczego Miasta Moskwy Józefa Stalina, że „nigdy i nigdzie nie było takiej demokracji, jak nasza”. Rzeczywiście, trudno temu zaprzeczyć tym bardziej, że w tych wyborach na kandydata Józefa Stalina oddano 120 procent głosów, czym obywatel Tusk Donald jeszcze pochwalić się nie może.

Inna sprawa, że nie da się ukryć, iż ta deklaracja brzmi bardzo dwuznacznie. Pewne wyjaśnienie co do jej właściwego znaczenia dał Osip Mandelsztam, pisząc w słynnym wierszu, za który powędrował na Kołymę, gdzie zresztą nie dotarł, bo umarł w łagrze „tranzytowym” pod Władywostokiem. A pisał tak: „Żyjemy tu nie czując pod stopami ziemi. Nie słychać i na dziesięć kroków, co szepczemy”, no a potem jeszcze gorzej, bo o samym Józefie Wissaarionowiczu: „Śmieją się karalusze wąsiska i cholewa, jak słońce rozbłyska”. Nic dziwnego, że w rezultacie „dyszał” już tak „wolno”, że w końcu przestał.

Ale w Związku Sowieckim to „dyszenie”, to była tylko taka metafora, przerzutka poetycka, bo jeszcze marksistowscy mełamedowie nie wpadli na to, żeby walczyć o czyste powietrze. Przeciwnie. Gdyby ktoś dzisiaj przeczytał wiersze poetów proletariackich („Ciepło energii atomowej stopi lodowce biegunowe”), to mógłby to uznać, za objaw skrajnego wstecznictwa, niemal – za „mowę nienawiści”. Tu trzeba oddać sprawiedliwość innemu wybitnemu przywódcy socjalistycznemu, Adolfowi Hitlerowi, który konieczność przebudowy społeczeństwa traktował jeszcze głębiej, niż Stalin swoją „pieriekowkę”. O ile Stalina interesowała tylko „pajka”, czyli porcja żywności, uzależniona od wydajności pracy więźnia (Naftali Aronowicz Frenkiel, jak nazwisko wskazuje – z pierwszorzędnymi korzeniami – opracował system tzw. „kotłów” – od „stachanowskiego” do karcerowego. Ale zdaniem wszystkich łagierników, najszybciej pozbawiała ludzi życia właśnie „pajka stachanowska”, teoretycznie najobfitsza – bo podstęp tkwił w tym, że wydatkowanie energii na wykonanie normy związanej z tą „pajką” nie bilansowało się z energią przez nią dostarczaną.), to Adolf Hitler pragnął całkowitej przebudowy społeczeństwa, by stało się ono organizmem pod każdym względem zdrowym. W tym celu – o czym chętnie rozprawiał podczas „rozmów przy stole” zamierzał nie tylko zakazać palenia papierosów, cygar i fajek, ale również – jedzenia mięsa – ale oczywiście dopiero po zwycięskiej wojnie.

Jak wiemy, osiągnięcie tych celów okazało się niemożliwe, z uwagi na rozgromienie III Rzeszy przez aliantów – ale słuszna myśl raz rzucona w powietrze, prędzej, czy później znajdzie swego amatora. Jeśli istnieje życie pozagrobowe, to Adolf Hitler z pewnością zaciera ręce z radości na widok twórczej kontynuacji jego idei przez współczesnych demokratów i postępaków. W dodatku Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen, która te wielkie idee swego poprzednika wprowadza w życie, wydaje się bardziej zadbana nie tylko od Hitlera, ale również przystojniejsza od poprzedniego Reichsfuhrera, „wiernego Henrysia”, czyli Heinricha Himmlera. Dzięki temu idee zrodzone w głowie Adolfa Hitlera też wydają się łatwiejsze do zaakceptowania, a w rezultacie IV Rzesza, pracowicie budowana miedzy innymi również naszymi rękami, nie będzie w jakiś istotny sposób różniła się od Rzeszy III. Nie tylko w kwestii czystego powietrza, ale również dyscypliny. Jak wiadomo, uniwersalne narzędzia wymuszania dyscypliny właśnie są tworzone. Na przykład karalność „mowy nienawiści” może okazać się takim narzędziem uniwersalnym, dzięki któremu trzeba będzie uruchomić chwilowo nieczynne obozy koncentracyjne, bo obawiam się, że izolator w Gostyninie nie wystarczy.

Żeby nie być gołosłownym, również w naszym bantustanie, który w porównaniu z innymi sprawia wrażenie trochę zacofanego, jednak wprowadzono zakaz palenia papierosów na przystankach autobusowych, chociaż są one usytuowane na świeżym powietrzu. Ale widać, że pan Rafał Trzaskowski, stara się naśladować Adolfa Hitlera na tyle, na ile może i jeśli nawet walka ze smogiem nie zawsze mu się udaje, to przynajmniej na przystankach autobusowych i tramwajowych czeławiekdyszyt” już tak „wolno”, jak w Związku Sowieckim. Jak się możemy domyślić, to wszystko dzieje się dla naszego dobra – żebyśmy mianowicie umierali jako ludzie całkowicie zdrowi, a nie tak – byle jak. Jak ktoś umiera całkowicie zdrowy, to od razu weselej mu na duszy, nawet jeśli na skutek forsowanej przez vaginet obywatela Tuska Donalda sekularyzacji, utraci nadzieję na bliskie spotkanie III stopnia z Trójcą Świętą.

Ożywione pragnieniem melioracji świata, bantustany bardziej postępowe od naszego, wprowadziły właśnie zakaz używania papierosów – również tych elektronicznych, które okazały się podobno jeszcze bardziej szkodliwe. Vaginet obywatela Tuska Donalda aż tak daleko jeszcze nie idzie, między innymi z powodu rekordowego deficytu budżetowego, który świadczy o zrównoważonym rozwoju naszego bantustanu. Jak bowiem wiadomo, zrównoważony rozwój polega na tym, że wszystko rośnie jak na drożdżach i to jednocześnie; podatki, deficyt budżetowy, dług publiczny, no i oczywiście – biurokracja, bo przecież taki zrównoważony rozwój sam się ani nie zrównoważy, ani nie rozwinie. Czuwać musi… – ale nie żołnierz, bo okazuje się, że żołnierze najpierw piją wódkę, a potem strzelają strzałami do głupich cywilów – tylko urzędnicy. Nikt tak nie przypilnuje, żeby rozwój był zrównoważony, jak referenci i starsi referenci, którzy stanowią sól ziemi czarnej. Więc nasz bantustan, z uwagi na wymagania zrównoważonego rozwoju, z zakresie papierosów jeszcze utrzymuje margines tolerancji, bo wiadomo, że nie ma pewniejszego fundamentu dochodów państwowych, jak spirytus i machorka – ale jestem pewien, że w vaginetach poszczególnych feminister już opracowywane są plany diety bezmięsnej. Takie zwiastuny pojawiały się jeszcze za pierwszej komuny, za czasów Edwarda Gierka, kiedy to mogliśmy rozkoszować się smakołykami z kryla, czy węgorzem z drobiu w opakowaniu zastępczym. Ale to był tylko etap prób i błędów, bo w dalszej perspektywie czeka nas dużo ruchu na świeżym powietrzu – no i „pajka stachanowska”.

Stanisław Michalkiewicz

Nawet w Generalnym Gubernatorstwie nie było tak, żeby każde bydlątko w zagrodzie musiało mieć niemiecki „Ausweis”.

Grzegorz Braun: Nawet w Generalnym Gubernatorstwie nie było tak, żeby każde bydlątko w zagrodzie musiało mieć niemiecki „Ausweis”. A dzisiaj tak jest

braun-nawet-w-generalnym-gubernatorstwie-nie-bylo-tak

(fot. youtube/ Monika Jaruzelska zaprasza)

Precz z zielonym ładem, precz z niebieskim ładem, precz z paktem migracyjnym, precz z tęczowym ładem, precz z podżeganiem do wojny. A tym wszystkim jest euro kołchozmówił podczas konferencji prasowej w Sejmie RP europoseł Grzegorz Braun (Konfederacja).

Polityk w mocnych słowach odniósł się do sprawy „drenowania” polskich rolników przez Brukselę.

Lepiej, po stokroć lepiej, żeby Polak był gospodarzem u siebie na swoim. Po stokroć lepiej wie polski gospodarz, jak uprawiać ziemię, jak prowadzić działalność, którą prowadzili jego ojcowie i pradziadowie – podkreślił Braun, po czym przypomniał, że nawet za okupacji niemieckiej nie było takich sytuacji, jakie są w Unii Europejskiej. Chodzi m. in. o narzucanie przez Brukselę polskiemu rolnikowi, w jakim standardzie ma on hodować swoje zwierzęta. – Nawet w Generalnym Gubernatorstwie nie było tak, żeby każde bydlątko w zagrodzie musiało mieć niemiecki „Ausweis”. A dzisiaj tak jest – zaznaczył.

Zapytany o konkurencję między polskimi a ukraińskimi rolnikami europoseł odpowiedział: „Jaka konkurencja? Tu nie ma żadnego konkurowania. Tu jest nieuczciwa konkurencja, ponieważ polski rolnik jest dociskany wyśrubowanymi normami, których producent – notabene najczęściej nie Ukrainiec, tylko jakaś globalna korporacja, która wykupiła tam ziemię i realizuje swój duży projekt – spełniać nie musi i nie zamierza. To nie jest wolna konkurencja”.

To jest konkurencja tak nieuczciwa, że polski rolnik ma zniknąć i widzimy to na wybranych przykładach. W Łódzkiem sąd wydał w ostatnim czasie wyrok nakładający na polskiego rolnika karę, powyżej 100 tysięcy złotych za to, że trzyma świnie i to w większej ilości. I sąd wprawdzie stwierdza, że to nie jest nielegalne, ale ponieważ wieś straciła charakter rolniczy, to ten rolnik musi zapłacić wszystkim sąsiadom, którym walory swojskie, zapachowe i odgłosy chrumkania trzody chlewnej nie odpowiadają. Czy to jest świat, w którym chcemy żyć? Ja nie chcę żyć w takim świecie – podsumował Grzegorz Braun.

Z miną świni i konfidenta

Z miną świni i konfidenta

Autor: CzarnaLimuzyna, 11 stycznia 2025

W strukturach totalitarnych, na różnych szczeblach, istnieje dla zabawy i pozorów pewien zwyczaj – zasada wypychania na czoło głupka lub dowolnie wybranego figuranta. Przewodniczący, bo w takie piórka jest strojony, dwoi się i troi, aby sprostać zadaniu i wychodzi z tego rzecz zabawna na pozór, a w swej istocie tragikomiczna…

Rzecz można opisać tak:

Wychodzi narrator w stroju błazna. Z miną świni i konfidenta zaczyna ględzić, sapie i stęka. Dowcip rozlazły, gubi się puenta.

Oczywiście rzecz jest zupełnie inaczej pokazywana w mediach, a inaczej widziana przez bardziej bystrych obserwatorów.

“Polska prezydencja”

Po pierwsze nie polska, a po drugie nie prezydencja, lecz zjawisko opisane powyżej czyli „przewodnictwo w Eurokołchozie”. Wszyscy, którzy pamiętają czasy komuny lub znają je z rzetelnych opowieści dorosłych (Kształciła mnie matka na historii świadka) widzą rzucające się w oczy podobieństwa.

Niestety, wydaje się, że wciąż może być gorzej.

Rzecz pierwsza. Świat się dowiedział i nic nie powiedział. Tak było za pierwszym razem, ale teraz –  za drugim podejściem, stało się inaczej. Chodzi o tysiące zbrodni jakie zostały popełnione w Wielkiej Brytanii. Niezliczoną liczbę gwałtów, tortur i morderstw, których dokonali sprowadzeni lub „wpuszczeni” migranci. Ich ofiarami były młode dziewczyny i dziewczynki czyli chodzi również o liczne zbrodnie pedofilii.

Jak zareagowała na to lewicowa koalicja w Polsce?

Zaatakowała „posłańców przynoszących niewygodne wieści”. Posłańców zabić się nie udało, ale zaczął się medialny lincz, który trwa do dziś. Po raz kolejny pojawiła się teza, że prawda jest mową nienawiści, zagrażającą moralnej qrwokracji nazywanej demokracją.

Pojawił się postulat zamknięcia Twittera czyli platformy X na której pojawiają się liczne relacje świadków i  materiały dowodzące winy brytyjskich polityków tuszujących od wielu lat zbrodnie muzułmańskich gangów. W TVP padło zadane wprost pytanie – czy można, na czas wyborów w Polsce, zamknąć Twittera?

Czego nas uczy, typowy dla zachodniego Mordoru, przypadek brytyjski ?

Prawda o wydarzeniach w Wielkiej Brytanii świadczy dobitnie, że szykowana ustawa „o mowie nienawiści” ma dać kolejną brzytwę małpie. Narzędzie „walczącej demokracji” służące:

  • do okazywania nienawiści ludziom mówiącym prawdę i stosowania wobec nich represji,
  • do stosowania cenzury (ukrywania przestępstw).

Ustawa, która zasługuje na miano „ustawy z nienawiści” ma pomóc lewicy w wyrażaniu nienawiści do prawdy i ułatwić jej tłumienie narzędziami prawnymi i pozaprawnymi tak jak w Wielkiej Brytanii.

Taka jest linia ideologiczna tańczącej na unijnej arenie ochlokracji, wypchniętego na czoło korowodu antypolskiego przewodnika.

O autorze: CzarnaLimuzyna, Wpisy poważne i satyryczne

komentarz

  1. kolejarz 11 stycznia 2025
  2. Zaiste, po komunie z lat 1944-1989 wydawało się, że nie może być gorzej. Będzie – jednak – coraz gorzej i straszniej pod przewodnictwem proniemieckiej ferajny z Tuskiem na czele. Po faszystowsku wykorzystywana jest demokracja. W PRL-u była socjalistyczna, teraz jest walcząca, przymiotnikowa demokracja zawsze cuchnie totalitaryzmem, z wszelkimi innymi przystawkami rzeczownikowo-przymiotnikowymi.
    Kiedy obudzi się pokolenie o 40-50 lat młodsze?

Wildfires and the Hoary Hoax of a Burning Planet

Wildfires and the Hoary Hoax of a Burning Planet

Wildfires and the Hoary Hoax of a Burning Planet

By David Stockman January 11, 2025

Here they go again, blaming the wildfire catastrophe in Los Angeles on Climate Change when the actual culprits are the very politicians who never stop howling about what is a monumental hoax.

In the first place, of course, the current raging California fires, like those which have periodically gone before, are largely a function of misguided government policies. Officials have essentially curtailed the supply of water available to LA firefighters, even as they have drastically increased the supply of combustible kindling and vegetation which feeds these wildfires. The latter, in turn, are being amplified by the seasonal Santa Ana winds, which have visited the California coast since time immemorial.

The kindling at issue stems from forest management policies that prevent the removal of excess fuel via controlled burns, which are fires intentionally set by forest managers to reduce the buildup of hazardous fuels. As we amplify below, red tape and bureaucratic obstacles have frequently delayed or prevented these controlled burns, allowing brush, dead trees, and other flammable materials to accumulate excessively.

In this case, state and Federal politicians have simultaneously curtailed the supply of water available to Los Angeles firefighters in order to protect so-called endangered species. Specifically, southern California is being held hostage by sharp curtailment of the water pumping rates from the Sacramento-San Joaquin River Delta in order to protect the Delta Smelt and Chinook Salmon.

These former are shiny but tiny little buggers, as suggested by the handful of Smelt in the first picture below. But apparently, if they are protected, fished, and then fried up, they make for a certain kind of delicacy.

Needless to say, California is entitled to stew in the foolishness of its own policies—if that’s what its voters really want. But its self-imposed misery should not be an occasion for more howling in favor of Washington policies to fight climate change.

At least with respect to the latter, the Donald has his head screwed on right. And he does not hesitate to opine on the matter, which is all to the good of balancing what has otherwise been a wholly one-sided and utterly misleading Climate Crisis narrative. Naturally, the latter has been promulgated and peddled by statists because it provides yet one more big, scary, and urgent reason for an “all of government” campaign of more spending, borrowing, regulating, and the curtailing of free market enterprise and personal liberty.

So let us once again review the bogus case for AGW or what is known as Anthropogenic Global Warming. And perforce it must start with the geological and paleontological evidence, which overwhelmingly says that today’s average global temperature of about 15 degrees C and CO2 concentrations of 420 ppm are nothing to fret about. And even if they rise to about 17-18 degrees C and 500-600 ppms, respectively, by the end of the century owing mainly to a natural warming cycle that has been underway since the end of the Little Ice Age (LIA) in 1850, it may well on balance improve the lot of mankind.

After all, bursts of civilization during the last 10,000 years uniformly occurred during the warmer red portion of the graph below. The great civilizations of the Yellow, Indus, Nile, and Tigris/Euphrates river valleys, the Minoan era, the Greco-Roman civilization, the Medieval flowering, and the industrial and technological revolutions of the present era all were enabled by periods of elevated temperatures. At the same time, the several lapses into “dark ages” happened when the climate turned colder (blue).

And that’s only logical. When it’s warmer and wetter, growing seasons are longer and crop yields are better—regardless of the agricultural technology and practices of the moment. And it’s better for human and community health, too—most of the deadly plagues of history have occurred under colder climes, such as the Black Death of 1344-1350.

Yet the Climate Crisis narrative deep-sixes this massive body of “the science” by means of two deceptive devices. Without them, the entire AGW story doesn’t have much of a leg to stand on.

First, it ignores the entirety of the planet’s pre-Holocene (last 10,000 years) history, even though the science shows that more than 90% of the time in the last 600 million years global temperatures (blue line) and CO2 levels (black line) have been higher than at present; and that 50% of the time they were much higher—with temperatures in the range of 22 degrees C or 50% higher than current levels. 

That’s far beyond anything projected by the most unhinged climate models today. But, crucially, the planetary climate systems did not go into a doomsday loop of ever increasing temperatures ending in a scorching meltdown. To the contrary, warming epochs were always checked and reversed by powerful countervailing forces.

Even the history the alarmists do acknowledge has been grotesquely falsified. As we have demonstrated elsewhere, the so-called “hockey stick” of the most recent 1,000 years in which temperatures were allegedly flat until 1850 and are now rising to supposedly dangerous levels is a complete crock. It was fraudulently manufactured by the IPCC (Intergovernmental Panel on Climate Change) to “cancel” the fact that temperatures in the pre-industrial world of the Medieval Warm Period (1000-1200 AD) were actually significantly higher than at present.

Secondly, it is falsely claimed that global warming is a one-way street in which rising concentrations of greenhouse gases (GHGs) and especially CO2 is causing the earth’s heat balance to continuously increase. The truth, however, is that higher CO2 concentrations are a consequence and byproduct, not a driver and cause, of the current naturally rising (and falling) global temperature cycles.

Again, the now “canceled” history of Planet Earth knocks the CO2-forcing proposition into a cocked hat. During the Cretaceous Period between 145 and 66 million years (third orange panel) ago a natural experiment provided complete absolution for the vilified CO2 molecule. During that period, global temperatures rose dramatically from 17 degrees C to 25 degrees C—a level far above anything today’s Climate Howlers have ever projected.

Alas, CO2 wasn’t the culprit. According to the science, ambient CO2 concentrations actually tumbled during the 80 million years expanse of the Cretaceous, dropping from 2,000 ppm to 900 ppm on the eve of the Extinction Event 66 million years ago. So temperature and CO2 concentrations actually moved in the opposite directions. Big time.

You would think that this powerful countervailing fact would give the CO2 witch-hunters pause, but that would be to ignore what the whole climate change brouhaha is actually about. That is, it’s not about science, human health, and well-being, or the survival of Planet Earth; it’s about politics and the ceaseless search of politicians and statists for control of modern economic and social life. The resulting aggrandizement of state power, in turn, is mightily assisted by the Beltway political class and the apparatchiks and racketeers who gain power and pelf from the anti-fossil fuels campaign.

Indeed, the Climate Crisis narrative is the kind of ritualized policy mantra that has been concocted over and again by the political class and the permanent nomenklatura of the modern state—professors, think-tankers, lobbyists, career apparatchiks, officialdom—in order to gather and exercise state power.

To paraphrase the great Randolph Bourne, inventing purported failings of capitalism—such as a propensity to burn too much hydrocarbon—is the health of the state. Indeed, fabrication of false problems and threats that purportedly can only be solved by heavy-handed state intervention has become the modus operandi of a political class that has usurped near complete control of modern democracy.

So doing, however, the career political class and associated ruling elites have gotten used to such unimpeded success that they have become sloppy, superficial, careless, and dishonest. For instance, the minute we get a summer heat wave or an event like the current LA fires these natural weather events are jammed into the global warming narrative with nary a second thought by the lip-syncing journalists of the MSM.

Yet there is absolutely no scientific basis for all this tom-tom beating. For instance, on the related issue of heat waves and dry period wildfires, NOAA publishes a heat wave index. The latter is based on extended temperature spikes which last more than 4 days and which would be expected to occur only once every ten years based on the historical data.

As is evident from the chart below, the only true heat wave spikes we have had in the last 125 years were during the Dust Bowl heat waves of the 1930s. The frequency of mini-heat wave spikes since 1960 is actually no greater than it was during the 1895-1935 period.

Likewise, all it takes is a good Cat 3 hurricane and they are off to the races, gumming loudly about AGW. Of course, this ignores entirely NOAA’s own data as summarized in what is known as the ACE (accumulated cyclone energy) index.

This index was first developed by the renowned hurricane expert and Colorado State University professor, William Gray. It uses a calculation of a tropical cyclone’s maximum sustained winds every six hours. The latter is then multiplied by itself to get the index value and accumulated for all storms for all regions to get an index value for the entire year. That’s shown below for the past 170 years (the blue line is the seven-year rolling average).

Your editor has an especially high regard for Professor Gray—not the least because he was roundly vilified by the very inexpert, Al Gore. But back in our private equity days, we invested in a Property-Cat company, which was in the super-hazardous business of insuring against the extreme layers of damage caused by very bad hurricanes and earthquakes. So setting the premiums correctly was no trifling business and it was the analytics, long-term databases, and current-year forecasts of Professor Gray upon which our underwriters crucially depended.

That is to say, hundreds of billions of insurance cover was then and still is being written with the ACE index as a crucial input. Yet if you examine the 7-year rolling average (blue line) in the chart, it is evident that ACE was as high (or higher) in the 1950s and 1960s as it is today, and that the same was true of the late 1930s and the 1880-1900 periods.

To be sure, the blue line is not flat as a board because there are natural short-term cycles, as amplified below, which drive the fluctuations shown in the chart. But there is no “science” extractable from the chart that supports the alleged linkage between the current natural warming cycle and worsening hurricanes.

The above is an aggregate index of all storms and is therefore as comprehensive a measure as exists. But for want of doubt, the next three panels look at hurricane data at the individual storm count level. The pink portion of the bars represent the number of big, dangerous Cat 3-5 storms, while the red portion reflects the number of lesser Cat 1-2 storms and the blue area the number of tropical storms that did not reach Cat 1 intensity.

The bars accumulate the number of storms in 5-year intervals and reflect recorded activity back to 1851. The reason we present three panels—for the Eastern Caribbean, Western Caribbean, and Bahamas/Turks and Caicos, respectively, is that the trends in these three sub-regions clearly diverge. And that’s actually the smoking gun.

If global warming was generating more hurricanes as the MSM constantly maintains, the increase would be uniform across all of these sub-regions, but it’s clearly not. Since the year 2000, for example,

  • The Eastern Caribbean has had a modest increase in both tropical storms and higher rated Cats relative to most of the past 170 years;
  • The Western Caribbean has not been unusual at all, and, in fact, has been well below the higher counts during the 1880-1920 period;
  • The Bahamas/Turks and Caicos region since 2000 has actually been well weaker than during 1930-1960 and 1880-1900.

The actual truth of the matter is that Atlantic hurricane activity is generated by atmospheric and ocean temperature conditions in the eastern Atlantic and North Africa. Those forces, in turn, are heavily influenced by the presence of an El Nino or La Nina in the Pacific Ocean. El Niño events increase the wind shear over the Atlantic, producing a less favorable environment for hurricane formation and decreasing tropical storm activity in the Atlantic basin. Conversely, La Niña causes an increase in hurricane activity due to a decrease in wind shear.

These Pacific Ocean events, of course, have never been correlated with the low level of natural global warming now underway.

The number and strength of Atlantic hurricanes may also undergo a 50–70-year cycle known as the Atlantic Multidecadal Oscillation. Again, these cycles are unrelated to global warming trends since 1850.

Still, scientists have reconstructed Atlantic major hurricane activity back to the early 18th century (@1700) and found five periods with elevated hurricane activity averaging 3–5 major hurricanes per year and lasting 40–60 years each; and six other more quiescent periods averaging 1.5–2.5 major hurricanes per year and lasting 10–20 years each. These periods are associated with a decadal oscillation related to solar irradiance, which is responsible for enhancing/dampening the number of major hurricanes by 1–2 per year, and clearly not a product of AGW.

Moreover, like in so many other cases the very long-term records of storm activity also rule out AGW because there was none for most of the time during the last 3,000 years, for instance. Yet according to a proxy record for that period from coastal lake sediments on Cape Cod, hurricane activity has increased significantly during the last 500-1,000 years versus earlier periods–but even that increase happened long before temperatures and carbon concentrations reached 20th-century levels.

In short, there is no reason to believe that these well understood precursor conditions and longer-term hurricane trends have been impacted by the modest increase in average global temperatures since the LIA ended in 1850.

As it happens, the same story is true with respect to wildfires like the current LA inferno. This has been the third category of natural disaster that the Climate Howlers have glommed onto. But in this case it’s the aforementioned bad forestry management, not man-made global warming, which has turned much of California into a dry wood fuel dump.

And don’t take our word for it. This quotation below comes from the George Soros-funded Pro Publica, which is not exactly a right-wing tin foil hat outfit. It points out that environmentalists have so shackled Federal and state forest management agencies that today’s tiny “controlled burns” are but an infinitesimal fraction of what Mother Nature herself accomplished before the helping hand of today’s purportedly enlightened political authorities arrived on the scene:

Academics believe that between 4.4 million and 11.8 million acres burned each year in prehistoric California. Between 1982 and 1998, California’s agency land managers burned, on average, about 30,000 acres a year. Between 1999 and 2017, that number dropped to an annual 13,000 acres. The state passed a few new laws in 2018 designed to facilitate more intentional burning. But few are optimistic this, alone, will lead to significant change. 

We live with a deathly backlog. In February 2020, Nature Sustainability published this terrifying conclusion: California would need to burn 20 million acres — an area about the size of Maine — to restabilize in terms of fire.

In short, if you don’t clear and burn out the deadwood, you build up nature-defying tinderboxes that then require only a lightning strike, a spark from an unrepaired power line, or human carelessness to ignite into a raging inferno. As one 40-year conservationist and expert summarized,

 …There’s only one solution, the one we know yet still avoid. “We need to get good fire on the ground and whittle down some of that fuel load.”

The failure to do just such controlled burns is exactly what is behind the LA wildfire today. That is, a dramatically larger human footprint in the fire-prone shrublands and chaparral (dwarf trees) areas along the coasts has increased the risk residents will start fires, accidentally or otherwise. California’s population doubled from 1970 to 2020, from about 20 million people to nearly 40 million people, and nearly all of the gain was in the coastal areas.

Under those conditions, California’s strong, naturally-occurring winds, which crest periodically, as is occurring at the moment, are the main culprit which fuels and spreads the human-set blazes in the shrublands. The Diablo winds in the north of the state and the Santa Ana winds in the south can actually reach hurricane force, as has also been the case this week. As the winds move West over California mountains and down toward the coast, they compress, warm, and intensify.

These winds, in turn, blow flames and carry embers, spreading the fires quickly before they can be contained. And on top of that, the Santa Ana winds also function as Mother Nature’s blow dryer. As they come down the mountains toward the sea, the hot winds dry the surface vegetation and deadwood rapidly and powerfully, paving the way for the blowing embers to fuel the spread of wildfires down the slopes.

Among other proofs that industrialization and fossil fuels aren’t the culprit is the fact that researchers have shown that when California was occupied by indigenous communities, wildfires would burn up some 4.5 million acres a year. That’s nearly 6X the level experienced during the 2010-2019 period, when wildfires burned an average of just 775,000 acres annually in California.

Beyond the untoward clash of all of these natural forces of climate and ecology with misguided government forest and shrubland husbandry policies, there is actually an even more dispositive smoking gun, as it were.

To wit, the Climate Howlers have at least not yet embraced the patent absurdity that the planet’s purportedly rising temperatures have targeted the Blue State of California for special punishment. Yet when we look at the data for forest fires we find, alas, that unlike California and Oregon, the US as a whole experienced the weakest fire years in 2020 since 2010.

That’s right. As of August 24 each year, the 10-year average burn had been 5.114 million acres across the US, but in 2020 it was 28% lower at 3.714 million acres.

National fire data year to date:

Indeed, what the above chart shows is that on a national basis there has been no worsening trend at all during the decade ending in 2020, just huge oscillations year-to-year driven not by some grand planetary heat vector but by changing local weather and ecological conditions.

You just can’t go from 2.7 million burned acres in 2010 to 7.2 million acres in 2012, back to 2.7 million acres in 2014, then to 6.7 million acres in 2017, followed by just 3.7 million acres in 2020—and still argue along with the Climate Howlers that the planet is angry.

To the contrary, the only real trend evident is that on a decadal basis during recent times there is just one place where the average forest fireacreage has been slowly rising—California!

But that’s owing to the above described dismal failure of government forest management policies. Even then, California’s mildly rising average fire acreage trend since 1950 is a rounding error compared to the annual averages from prehistoric times, which were nearly 6X greater than during the most recent decade.

Furthermore, the gently rising trend since 1950, as shown below, should not be confused with the Climate Howlers’ bogus claim that California’s fires have “grown more apocalyptic every year,” as the New York Times reported.

In fact, the NYT was comparing the above average burn during 2020 versus that of 2019, which saw an unusually small amount of acreage burned. That is, just 280,000 acres in 2019 compared to 1.3 million and 1.6 million in 2017 and 2018, respectively, and 775,000 on average over the last decade.

Nor is this lack of correlation with global warming just a California and US phenomena. As shown in the chart below, the global extent of fire-causing drought, measured by five levels of severity with dark brown being the most extreme, has shown no worsening trend at all during the past 40 years.

Global Extent of Five Levels Of Drought, 1982-2012

This brings us to the gravamen of the case. To wit, there is no angry weather signal of impending climate crisis whatsoever. But the AGW hoax has so thoroughly contaminated the mainstream narrative and the policy apparatus in Washington and capitals all around the world that contemporary society was fixing to commit economic Hara Kari—well, until Donald Trump came along vowing to pull the entire Team America off the playing field of global green nonsense.

And for damn good reason. In contradistinction to the phony case that the rise of fossil fuel use after 1850 has caused the planetary climate system to become unglued, there has been a sharp acceleration of global economic growth and human well-being. And one essential element behind that salutary development has been the massive increase in the use of cheap fossil fuels to power economic life.

The chart below could not be more dispositive. During the pre-industrial era between 1500 and 1870, global real GDP crawled along at just 0.41% per annum. By contrast, during the past 150 years of the fossil fuel age global GDP growth accelerated to 2.82% per annum–or nearly 7 times faster.

This higher growth, of course, in part resulted from a larger and far healthier global population made possible by rising living standards. Yet it wasn’t human muscle alone that caused the GDP level to go parabolic as per the chart below.

It was also due to the fantastic mobilization of intellectual capital and technology. And one of the most important vectors of the latter was the ingenuity of the fossil fuel industry in unlocking the massive trove of stored work that Mother Nature extracted, condensed, and salted away from the incoming solar energy over the long warmer and wetter eons of the past 600 million years.

Needless to say, the curve of world energy consumption tightly matches the rise of global GDP shown above. Thus, in 1860 global energy consumption amounted to 30 exajoules per year and virtually 100% of that was represented by the blue layer labeled “bio-fuels,” which is just a polite name for firewood and the decimation of the forests which it entailed.

Since then, annual energy consumption has increased 18-fold to 550 exajoules (@100 billion barrels of oil equivalent), but 90% of that gain was due to natural gas, coal, and petroleum. The modern world and today’s prosperous global economy would simply not exist absent the massive increase in the use of these efficient fuels, meaning that per capita income and living standards would otherwise be only a small fraction of current levels.

Yes, that dramatic increase in prosperity-generating fossil fuel consumption has given rise to a commensurate increase in CO2 emissions. But as we have indicated, and contrary to the Climate Crisis narrative, CO2 is not a pollutant!

As we have seen, the correlated increase in CO2 concentrations—from about 290 ppm to 415 ppm since 1850—amounts to a rounding error in both the long trend of history and in terms of atmospheric loadings from natural sources.

As to the former, CO2 concentrations of less than 1000 ppm are only recent developments of the last ice age, while during prior geologic ages concentrations reached as high as 2400 ppm.

Likewise, the oceans contain an estimated 37,400 billion tons of suspended carbon, land biomass has 2,000-3,000 billion tons, and the atmosphere contains 720 billion tons of CO2 or 20X more than current fossil emissions shown below. Of course, the opposite side of the equation is that oceans, land, and atmosphere exchange CO2 continuously so the incremental loadings from human sources is very small.

More importantly, even a small shift in the balance between oceans and the atmosphere would cause a much more severe rise/fall in CO2 concentrations than anything attributable to human activity. But since the Climate Howlers falsely postulate that the pre-industrial level of 290 parts per million was extant since the Big Bang and that the modest rise since 1850 is a one-way ticket to boiling the planet alive, they obsess over the “sources versus sinks” balance in the carbon cycle for no valid reason whatsoever.

Actually, the continuously shifting carbon balance of the planet over any reasonable period of time is a big, so what!

Reposted from Stockman’s personal service



Published under a Creative Commons Attribution 4.0 International License
For reprints, please set the canonical link back to the original Brownstone Institute Article and Author.

Author

  • David_Stockman
  • David Stockman David Stockman, Senior Scholar at Brownstone Institute, is the author of many books on politics, finance, and economics. He is a former congressman from Michigan, and the former Director of the Congressional Office of Management and Budget. He runs the subscription-based analytics site ContraCorner.

Studium tyranii – koniecznie tej przyszłej…

Studium tyranii

10.01.25 Izabela BRODACKA

Ludzie zwykle zastanawiają się po fakcie jak doszło do różnych tragicznych wydarzeń historycznych czy życiowych. Rzadko kiedy potrafią zauważyć znaki, które je zwiastują. Któż by na przykład pomyślał, że brzydki pokurcz nie spełniający żadnych kryteriów postulowanego przez niego samego wzorca rasy nordyckiej, który przemawiając na wiecach łapał się w kroku jak gracz w rugby albo uliczny piosenkarz, wymorduje miliony ludzi tylko dlatego, że nie przyjęto go kiedyś do Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu, o co miał nie wiedzieć czemu pretensje do Żydów. Obrazki które malował Hitler dawałyby mu co najwyżej kwalifikację do handlowania nimi na jakimś targu, czy odpuście, nikt obecnie też nie przyjąłby go zapewne na studia plastyczne. Współcześni Hitlerowi zbyt długo go lekceważyli nie doceniając jego mściwości a właściwie psychopatii.

Kiedy przekroczy się pewien punkt zwrotny, kiedy dopuści się psychopatę do władzy nie ma odwrotu, psychopata stopniowo przejmuje władzę, czyni ją władzą absolutną, wymusza „kult jednostki. W społeczeństwie rządzonym przemocą uruchamia się zwykły lęk o życie, o pracę, o rodzinę. Ludzie mają poza tym jak wiadomo skłonność do stowarzyszania się z wygranymi, z silniejszymi. Tylko tym można wytłumaczyć niezwykłe kariery małych ludzi i jednocześnie wielkich zbrodniarzy – takich jak Stalin, Lenin czy Hitler.

Wiele się pisało o tym, że ci wielcy zbrodniarze byli postaciami charyzmatycznymi i przyciągali ludzi swoimi poglądami i przemówieniami. To nieporozumienie. Stalin był zwykłym okrutnym cwaniakiem, który napawał się wykańczaniem swoich najbliższych współpracowników, a Hitler żałosnym pokurczem i zboczeńcem seksualnym, na którego gdyby nie urok władzy, nie spojrzałaby żadna kobieta. Każdy z nich – Stalin, Lenin czy Hitler byli niewątpliwie psychopatami, lecz prawdziwy problem polega na tym, że społeczeństwa nie wykształciły skutecznych mechanizmów pozwalających nie dopuścić psychopatów do władzy. Na temat tych zbrodniarzy powstało wiele książek, wyczerpujących biografii oraz analiz historycznych. Choćby klasyczne pozycje takie jak Alana Bullocka „Hitler i Stalin żywoty równoległe” czy „Hitler studium tyranii”.

Wszystkie te książki, choć bardzo wnikliwe i wyczerpujące, pisane są z pozycji post factum ( po fakcie). Niezbędne byłyby jednak opracowania powstałe z pozycji in statu nascendi ( w tracie rodzenia się). Nie chodzi mi tutaj o chronologię powstawania opracowania, o to kto i kiedy swoją analizę pisał. Chodzi o sposób podejścia do tematu, o takie podejście analityczne, które umożliwiłoby rozpoznanie rodzącego się totalitaryzmu w jego najwcześniejszym stadium możliwym jeszcze do powstrzymania, do wyleczenia tej straszliwej społecznej choroby. Czy istotne jest że Stalin był kurduplem a właściwie karłem? Miał około 1,6 metra wzrostu, nosił buty na obcasach i zawsze starał się w czasie wystąpień stawać na jakimś podwyższeniu. Poza tym miał twarz zeszpeconą bliznami po ospie. Tym bardziej, lecząc kompleksy marzył o władzy dla samej władzy. Kiedy w 1924 roku umiera Lenin Stalin jest sekretarzem partii komunistycznej. Wraz z innymi pretorianami Lenina niesie podczas pogrzebu jego trumnę. Było oczywiste, że po śmierci Lenina zacznie się walka o władzę ale towarzysze najbliżsi Leninowi, dźwigający jego trumnę, nie obawiali się Stalina, lekceważyli go. Miał wówczas 46 lat, miał wielkie plany lecz był wcieleniem przeciętności. Wkrótce, gdy dorwał się do władzy wymordował wszystkich, co do jednego towarzyszy od trumny. Oczywiście nie osobiście lecz posługując się stworzonym przez siebie systemem bezprawia, które stało się w kraju jedynym prawem. O losie ludzi, o ich życiu, o wyrokach sądów, o wielkich i małych inwestycjach decydowało zdanie generalissimusa.

W przypadku Hitlera było podobnie – o wszystkim decydowało zdanie Führera. Ein Volk, ein Reich, ein Führer” ( „Jeden Naród, jedna Rzesza, jeden Wódz”) takie było wyznanie wiary nazistów.

Gdy coś szło nie po jego myśli Stalin wściekał się, a krążący wokół niego akolici drżąc spijali obelgi z jego ust. Biografowie Stalina i Hitlera nie mają wątpliwości, że obaj byli psychopatami. Stalin z niebywałym okrucieństwem traktował nie tylko wroga klasowego, nie tylko przeciwników politycznych lecz również swoją własną rodzinę. Jego żona Nadia popełniła samobójstwo a Stalin nie był nawet na jej pogrzebie. Gdy nieskutecznie próbował popełnić samobójstwo jego syn Jakow Stalin powiedział: „ dureń, nawet zabić się nie potrafi” . Rozkoszował się wysyłaniem na śmierć oddanych towarzyszy., ich przerażeniem, cierpieniem ich rodzin. Nie wszyscy zapewne wiedzą , że gdy w imieniu Stalina czystki przeprowadzał Jeżow, Stalin wyznaczył mu kwotę codziennych egzekucji. O ile pamiętam było to tysiąc rozstrzelanych dziennie. Niewielkim pocieszeniem dla ofiar Jeżowa byłby fakt, że on sam też padł ofiarą kolejnej czystki. Na rozkaz Stalina nie tylko został zlikwidowany lecz nawet wykasowany ze wszystkich wspólnych ze Stalinem fotografii.

Podsumowując.

Nie należy skupiać się po fakcie na ewidentnej psychopatii Stalina, Hitlera, Pol Pota i innych podobnych zbrodniarzy przeciw ludzkości. Nie należy również zastanawiać się w jaki sposób Stalin, odrażający ospowaty karzeł mógł zafascynować swoją osobą miliony ludzi na świecie, a kurduplowaty zboczeniec Hitler uczynił z narodu niemieckiego naród morderców. Trzeba skupić się na stosowanych przez nich metodach zawładnięcia społeczeństwem. Hitler jak i Stalin rozmontowywali przede wszystkim wszelkie istniejące instytucje społeczne. Wypowiedzieli wojnę zarówno rodzinie jak i kościołowi. Traktowali instrumentalnie prawo stosując je tak jak je chcieli rozumieć. A przede wszystkim traktowali swoją formację jako nadzwyczajną kastę. Stalin powiedział: „my bolszewicy jesteśmy wyjątkową rasą”.

Wiadomo, że pycha kroczy przed upadkiem. Szkoda, że ten upadek kosztował życie milionów ludzi. Lepiej żeby społeczeństwo świadome z kim ma do czynienia spowodowało zawczasu upadek dyktatora i ukróciło jego pychę.

Polin, czyli strefa wesołych gojów

Polin, czyli strefa wesołych gojów

11.01.2025 Bartosz Kopczynski https://nczas.info/2025/01/11/polin-czyli-strefa-wesolych-gojow/

Naczelny Rabin Polski Michael Schudrich podczas ponownego zapalenia świecy chanukowej w gmachu Sejmu w Warszawie w 2023 roku.
Naczelny Rabin Polski Michael Schudrich podczas ponownego zapalenia świecy chanukowej w gmachu Sejmu w Warszawie w 2023 roku. / foto: PAP

Wielka radość zapanowała w Polin. Po raz osiemnasty w gmachu Sejmu radośnie zapłonęła Chanukija – specyficzna odmiana menory – żydowskiego świecznika, będącego odniesieniem do liturgicznego paramentum Świątyni Jerozolimskiej.

Współczesna Chanuka jednak do swojego hebrajskiego pierwowzoru odnosi się dość luźno, skupiając się na dorobku intelektualno-doktrynalnym chasydzkiego ugrupowania Chabad Lubawicz. Jest to jedno z wielu różnorodnych ugrupowań wyrosłych z judaizmu, czyli religii powstałej już po zburzeniu świątyni. Przez wielu komentatorów grupa ta jest określana jako judaistyczna sekta talmudyczno-kabalistyczna. Z jakiegoś powodu Chabadowi udało się tak wpłynąć na rządy wielu państw i władze wielu miast, że dziś biorą ochoczo udział w chanukowych ceremoniach, a charakterystyczne chanukowe świeczniki stają w wielu ważnych miejscach wielu niegdyś chrześcijańskich miast. Nie inaczej może być w Warszawie.

Wesołe świętowanie

Stolica naszego państwa od wielu lat obchodziła żydowskie Święto Świateł na kilka sposobów – zapalano świeczniki pod Pałacem Kultury, w Pałacu Prezydenckim, a przede wszystkim – w gmachu Sejmu. W ten sposób ludzie o polskich dowodach tożsamości zapewniali swoich talmudycznych przyjaciół o szczerej przyjaźni ludu Polin i jego pełnym oddaniu wobec pojednania i przenikania się kultur. Jednak to oddanie, a raczej poddanie, miało jedną wadę. Ludność Polski, którą jej włodarze traktują jako lud Polin, w dalszym ciągu tradycyjnie uważa sama siebie za Polaków. Zaszła tu klasyczna blokada informacyjna – włodarze państwa polskiego i jego dużych miast sami siebie uznali za gojów, weselących się z okazji Święta Świateł, i awansem uznali, że cały pozostały lud polski pójdzie ich śladem, a dowodem na to przez długie lata były niezakłócone ceremonie chanukowe oraz niezauważone wpływy Chabadu. W codziennej gonitwie lud polski nie miał świadomości, że został awansowany na gojów mieszkających w Polin.

Tę fałszywą świadomość musiał dopiero odmienić gest Grzegorza Brauna, ówczesnego posła na Sejm RP. Z użyciem symbolicznej już gaśnicy pan poseł najpierw uświadomił Polakom, że jest coś takiego jak oficjalne obchody Chanuki w Sejmie i innych miejscach, a następnie merytorycznie wyjaśnił, jaka jest rzeczywista, talmudyczno-kabalistyczna treść tej ceremonii. I wtedy zaczęły dziać się rzeczy dziwne. Okazało się, że w Polsce mamy jakby dwa państwa. Jedno oficjalnie zwące się III RP, mające równoległą tożsamość Polin, i drugie będące codzienną rzeczywistością Polaków, czyli Polska. Okazało się też, że obydwa mają byt równoległy, niezależny od siebie, i swoich mieszkańców. Polin zaludniają Poliniacy, Polskę – Polacy. Poliniacy bardzo lubią występować jako ci lepsi, szlachetniejsi, inteligentniejsi, wykształceni, oczytani, światowi, postępowi. Na użytek medialno-polityczny jawią się jako uśmiechnięci, choć bliższa analiza fizjognomii wielu poliniaków nie pozwala na stwierdzenie uśmiechów, a raczej grymasów.

Wszyscy jednak równo weselą się Chanuką i byciem częścią Polin. Śmiało więc można ich nazwać Wesołymi Gojami. No i Polacy, jak zwykle niezadowoleni, szemrzący, tym bardziej krnąbrni, im więcej mają Polin zamiast Polski. Weseli Goje nie posiadają się z oburzenia – jak tak można, przecież to takie dobro być gojem w Polin, to takie szczęście pozbyć się tej uwierającej polsko-katolickiej tożsamości. Przez tę zacofaną tożsamość nie można do końca stać się golemem, ochoczo odpracowującym swoje winy wobec talmudycznej społeczności. A winy te są wielkie – samo istnienie, samo bycie Polakiem. Wszak według talmudycznej świadomości Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki. Tak wielka wina wymaga wielkiego odkupienia, dlatego każdy Polak powinien dobrowolnie stać się Wesołym Gojem i z radością powitać Polin.

Skromnie, ale uroczyście

Chanuka roku 2024 (5784 według kalendarza żydowskiego) była wyraźnie inna niż w poprzednich latach. Zrezygnowano z zapalenia świecznika w centrum Warszawy, być może w związku z nadchodzącymi wyborami prezydenckimi, aby nie drażnić Polaków. Nie było też tradycyjnej Chanuki w Pałacu Prezydenckim. Odbyła się w Sejmie, ale ze zmniejszoną obsadą Wesołych Gojów. Pojawiła się natomiast przed Muzeum Niepodległości, i to od razu taka wysoka, że trzeba było wysięgnika, aby ją zapalić. W tym samym czasie pod Sejmem odbywała się demonstracja Polaków sprzeciwiających się odprawianiu tych rytuałów w polskich oficjalnych instytucjach. Wydaje się, że w roku 2024 główną Chanuką w Polsce nie była ta w Sejmie, ale właśnie ta przed Muzeum Niepodległości. Jest to logiczne – Zarówno Chabad, jak i Weseli Goje muszą wielce radować się z powodu trwającej przemiany – niepodległości Polski w niepodległość Polin. Dla nich bardzo dobrze będzie, gdy wreszcie Polin stanie się bytem niepodległym, nie związanym z tradycją i pamięcią polską i katolicką. Wtedy wreszcie uda się odmienić umysły krnąbrnych, niezadowolonych Polaków, aby zechcieli przyłączyć się do Wesołych Gojów.

Wystąpienie posła Brauna A.D. 2023 miało tę dobrą stronę, że to, co nieśmiało skrywane, stało się wreszcie jawne i powszechnie wiadome. Można więc oficjalnie już występować z chanukową propagandą. Na tę okoliczność przedstawiam innowacyjne pomysły promujące zarazem Polin, Chanukę i uczestników tych inicjatyw.

Powinno się zacząć przyznawać nagrodę Wesołego Goja Roku. W zależności od deklarowanej płci wyróżnianej osoby, Goja można zastąpić Gojką lub Goiszczem. Ponieważ przynależność do wybranego grona Wesołych Gojów realizuje się poprzez uruchomienie szczególnych uczuć, statuetką tej nagrody powinna być prawa półkula mózgowa, odpowiedzialna za intuicję, uczucia i emocje. Mielibyśmy więc Złotą, Srebrną i Brązową Półkulę. Nagroda przyznawana byłaby osobom spośród Wesołych Gojów, szczególnie zasłużonych wobec społeczności talmudycznej. Wyboru dokonywałaby Kapituła, złożona z laureatów kolejnych edycji nagrody Wesołego Goja Roku. Część głosów pochodziłaby z publicznego plebiscytu. Pierwszą Kapitułę można sformować spośród osób szczególnie zasłużonych talmudycznie. Znalezienie takich osób w Polin nie nastręczy żadnych trudności.

Drugą nagrodą, przyznawaną równolegle, mógłby być Przyjaciel Chabadu, przyznawany przez zarząd organizacji Chabad Lubawicz w Polsce. Jako statuetki można użyć Złotej, Srebrnej i Brązowej Chanuki. Ponadto każdy laureat zarówno przyznawanej przez Chabad Chanuki, jak i przez Wesołych Gojów Półmózga otrzymałby egzemplarz Talmudu w własnoręczną dedykacją rabina Szaloma Stemblera. Organizacja takich konkurencji przyniosłaby Polin wiele korzyści: konsolidacja społeczności Polin z Chabadem wokół wspólnych celów, tworzenie zasobu kadrowego dla wysokich stanowisk poliniackich, rozpoczęcie zaszczytnej tradycji, przekazywanej pokoleniowo. Złoty Półmózg na domowym ołtarzyku, Talmud z dedykacją rabina Stamblera, tytuł Przyjaciela Chabadu – to byłyby zaszczyty, tworzące nowe elity poliniackie, niepodległe wobec tradycyjnych, polskich przesądów.

Poliniactwo ponad podziałami

Jawność całej sytuacji jest również korzystna dla Polaków. Dotąd patrzyli na wyczyny polityków i innych osób z polskimi dowodami tożsamości i nie mogli opanować nieprzyjemnych uczuć. Traktowali ich jednak jako obywateli polskich i jako Polacy przyjmowali moralną współodpowiedzialność za ich wyczyny.

Trzeba wyraźnie zaznaczyć, że poliniactwo i wesołogojstwo nie jest przypisane do jakiejś jednej partii. Jest raczej cechą uniwersalną i inkluzywną, nie patrzy na przynależność partyjną i deklarowane poglądy, lecz na charakter. Dotąd skrywana przynależność poliniacka utrudniała ustanowienie linii demarkacyjnej, na szczęście Weseli Goje przestali już się kryć.

Teraz więc można już pewnie i oficjalnie rozróżnić Polaków i poliniaków, obywateli państwa polskiego i Wesołych Gojów III RP. To duża ulga i ułatwienie w podejmowaniu decyzji, szczególnie przydatne, gdy Polakom znudzi się ich dotychczasowe życie golemów i postanowią odzyskać państwo. Proces odzyskiwania może być długotrwały i żmudny, albo też dynamiczny i łatwiejszy, niż się dziś wydaje. Co prawda Weseli Goje nie zakładają takiego obrotu sprawy ani nawet nie potrafią sobie tego wyobrazić, jednak ich zagraniczne cumy mogą w każdej chwili puścić wraz z rozpadem talmudycznej konstrukcji współczesnego Zachodu. Wtedy Weseli Goje znajdą się sami wobec świadomych Polaków, a wówczas duża część aparatu władzy i administracji będzie musiała zostać wymieniona. Ktoś będzie musiał ich zastąpić, więc najwyższy czas zacząć uczyć się zarządzania państwem.

Nasz kat uciekł sprawiedliwości. Szlomo Morel – bohater Izraela.

Nasz kat uciekł sprawiedliwości

Marek Rudnicki marek.rudnicki@gs24.pl 27 marca 2007 https://gp24.pl/nasz-kat-uciekl-sprawiedliwosci/ar/4290423

Komendant Szlomo-Morel

W Tel-Awiwie zmarł niedawno Salomon Morel [w 2007. md] . Wiele lat był szefem obozu w Jaworznie, gdzie strażnicy pastwili się nad młodymi więźniami.

Jego ofiary, wśród których są mieszkańcy Pomorza, nie doczekały się ukarania zbrodniarza.

Ten funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa w 1992 r. uciekł z Polski do Szwecji, a później do Izraela. Jedenaście lat temu katowicka prokuratura oskarżyła go o doprowadzenie do śmierci co najmniej 1538 więźniów obozu w Jaworznie. Izrael od wielu lat odmawiał zgody na jego ekstradycję. Twierdzono, że prawo izraelskie nie przewiduje ekstradycji swoich obywateli. Morel umarł w wieku 88 lat kilka tygodni temu.

Nazwisko jak wyrok

Wielu młodych więźniów Jaworzna było przed wojną harcerzami. Ich główną winą było przywiązanie do Polski, udział w niepodległościowych organizacjach, a nierzadko pochodzenie z rodzin, których socjalizm nie tolerował.

Taką rodzinę miał Bogdan Ehrenkreutz Steliński, który na początku lat 90. ubiegłego wieku tworzył Związek Młodocianych Więźniów Politycznych lat 1944-1956 „Jaworzniacy”, a później był szefem okręgu zachodniopomorskiego organizacji.
UB aresztowało Bogdana we Wrocławiu. Miał 16 lat i był członkiem Podziemnej Organizacji Młodzieżowej. Oskarżono go o „zbrodniczą działalność przeciwko ludowej ojczyźnie”. W Jaworznie komendantowi Morelowi nie spodobał się pierwszy człon nazwiska. „Faszystowski bękart” – usłyszał Bogdan tuż po przekroczeniu bram więzienia.

Przeszłość rodzinna, dawniej powód do dumy, teraz stała się przekleństwem.

Patriotyzm miał we krwi

Nazwisko Ehrenkreutz nie pochodziło z Niemiec, jak myślał Morel, lecz od barona kurlandzkiego Ehrenkreutza, który w XVIII w. wyzwał na pojedynek cara i, zagrożony śmiercią, salwował się ucieczką do Polski.

Inny przodek, Nikodem Ehrenkreutz, był współtwórcą Organizacji Narodowej w 1905 r., a po pierwszej wojnie światowej organizował zręby państwa polskiego we Lwowie. Od 1923 r. pełnił funkcję skarbnika Związku Zawodowego Pracowników Miejskich RP oraz wiceprezydenta Warszawy. Stryj, Stefan Ehrenkreutz, był senatorem RP i ostatnim rektorem uniwersytetu w Wilnie. Po wybuchu wojny działał w założonym tam Komitecie Polskim. Zamordowali go Rosjanie.

Ojciec Bogdana, Kazimierz, był dowódcą okręgu zachodniego AK w Warszawie. Po aresztowaniu w 1942 r. zginął w Oświęcimiu. Jego brat, Włodzimierz, lekarz wojskowy, został zamordowany w jednym z obozów katyńskich. Drugi brat, Jarosław, jeden z dowódców powstania warszawskiego, zginął w Schoembergu.

Mieli Polskę od ściany do ściany

– Jaworzno odwiedził kiedyś międzynarodowy czerwony krzyż – Bogdan wspominał z niechęcią pobyt w więzieniu, o którym mówił, że mimo upływu tylu lat ciągle śni mu się po nocach. – Na co dzień dostawaliśmy czarną kawę i kawałek chleba. Tym razem dali nam niedogotowane kawałki mięsa w roztopionym smalcu. Wszyscy dostali biegunki, co wywołało salwy śmiechu u Morela. Zapowiedział nam, by nikt nie śmiał się poskarżyć. Oni z tej komisji pojadą, a ja tu pozostanę – mówił. Wiedzieliśmy, że ten, kto piśnie choć słowo, w dzień po wyjeździe komisji będzie martwy.

Kiedyś, podczas więziennych obchodów 22 lipca, Morel zauważył, że Bogdan trzyma czapkę w lewej ręce, a nie w prawej, jak chciał regulamin. Chłopak dowiedział się, że jest faszystowskim bękartem, który zdradził ludową ojczyznę. Dostał 48 godzin karceru wodnego.

Znane było powiedzonko Morela, powtarzane później przez strażników więziennych: – Chcieliście Polski od morza do morza, macie ją więc od ściany do ściany.

Morel to był sadysta

Władysław Gardas miał 17 lat, gdy aresztowało go UB. W najgorszych chwilach czerpał siłę z rodzinnej historii. Do dziś lubi wracać do „Potopu” Sienkiewicza i tego fragmentu, w którym górale ratują przed Szwedami polskiego króla Jana Kazimierza. To nie był wymysł pisarza. Górale rzeczywiście ratowali polskiego króla. Jednym z ich dowódców był Franciszek Gardas, który za zasługi otrzymał ziemię i pół wsi.
UB oskarżyło Władysława o przynależność do WIN, w tym wykonanie dla zachodniej organizacji w Poznaniu matrycy ówczesnych banknotów. To było prawdą. Zarzucono mu też posiadanie broni, co już prawdą nie było. Prokurator zażądał kary śmierci. Sąd skazał go na 15 lat więzienia.

– Morel to było zwierzę, sadysta, wyjątkowy s…syn – nawet po tylu latach Władysław nie może się powstrzymać. – Mój przyjaciel, von Western Argon, tylko ze względu na swoje nazwisko był przez niego non stop katowany.

Zginęli w zapomnieniu

Terror psychiczny, fizyczny i ciągły głód, to najbardziej pamięta Władysław z tamtego okresu. I ludzi, którzy mimo warunków i okoliczności, zachowali godność. Wspomina inżyniera Symulańskiego, pilota Bieruta, który trafił do więzienia na podstawie pomówień, że chciał uciec za granicę. Siedział w Jaworznie pięć lat bez wyroku. Był więźniem, ale o lepszym statusie. Powierzono mu funkcję nadzorcy młodych podopiecznych.

– Kiedyś przy wyrobie betonowych pustaków, belek stropowych i sześciokątnych trelinek, o mało co, a bym zmarł z głodu i wycieńczenia – wspomina Gardas. – Dostawaliśmy raz na dzień jeden kilogram chleba na czterech. Gdy nogi załamały się pode mną, Symulański dał mi kawałek chleba. A później postarał się, bym dostał funkcję brygadzisty organizującego pracę. Bez jego opieki bym nie wytrzymał.
Mimo upływu tylu lat, oczy zachodzą mu łzami, gdy wspomina nazwiska kolegów, którzy nigdy nie wyszli na powierzchnię z kopalni Wieczorek, gdzie również pracowali „młodociani przestępcy”.

– Tyle lat minęło, a nikt nie interesuje się, ilu młodych ludzi, w tym moich najbliższych kolegów, tam zginęło – ubolewa. – Władek Wilk zmarł w lipcu, po nim Kaziu Pewiński, który tuż przed aresztowaniem brał ślub i z żoną spodziewali się dziecka.

Jaworzno śni mi się po nocach

– Gdy wracaliśmy z kopalni Feliks, przemęczeni, głodni i mokrzy, Morel trzymał nas kilka godzin w mrozie na apelu, a gdy część zemdlała, tylko się śmiał – wspomina Stanisław Ratajczak, który w okresie pobytu w Jaworznie przeżył zasypanie w kopalni. Wydobyto go dopiero po tygodniu.

Pochodził ze znanej rodziny kominiarskiej z dużymi tradycjami w zawodzie. Jego ojciec, Józef Ratajczyk, był mistrzem kominiarskim w Dopiewie i pełnił funkcję naczelnika straży pożarnej.

Stanisława aresztowało UB z Tomyśla za udział w nielegalnej organizacji działającej w Opalenicy. Wówczas był w 36. brygadzie Służby Polsce i kładł tory na trasie od Krzyża do Rokietnicy pod Poznaniem. Na procesie z niego i jego kolegów zrobiono bandytów. Przyczyną miało być zastrzelenie UB-owca, co nie było prawdą. Stanisław dostał 10 lat więzienia i nie był to najwyższy wyrok. Jego kolegę, Antoniego Maliszewskiego, skazano na podwójną karę śmierci, zamienioną po amnestii na 25, a później 15 lat. Stanisław w Jaworznie siedział 4 lata bez dwóch dni.

– Jaworzno śni mi się nadal po nocach. Tych przeżyć nie można wyrzucić ot, tak, z pamięci – mówi. – A najbardziej boli to, że nasi oprawcy nadal są bezkarni i żyją sobie jak pączki w maśle. Nawet Morel wymknął się sprawiedliwości.

Macie milczeć!

Gdy po okrągłym stole dziennikarze zaczęli interesować się Jaworznem, Morel był oburzony.

To były zupełnie inne czasy – przekonywał i żądał: – Dzisiaj w ogóle nie powinno się do tamtych spraw wracać. To powinno być zakazane. Żądam, żeby o tym w ogóle nie pisać.

Kolega Bogdana, Wincenty Bogusław Pyka, napisał w 1990 r. otwarty list do Morela, który publicznie zaprzeczał wszystkim oskarżeniom: – Przecież to w myśl pańskich wytycznych strażnik z wieżyczki strzelał do Zbyszka Toporowskiego, gdy ten podawał chleb, część skromnej racji, kolegom skazanym na głodówkę przez pana właśnie. To wyszkolony przez pana funkcjonariusz postrzelił śpiącego więźnia. Pan osobiście zapowiedział Mirkowi Kryszczyńskiemu w maju 1951 r., gdy przyjmował pan transport z Poznania, że stąd już nie wyjdzie.

Z grupy ponad 70 byłych więźniów obozu, która utworzyła w Szczecinie oddział zachodniopomorski Związku Młodocianych Więźniów Politycznych „Jaworzniacy”, dziś żyje tylko 9 osób.

Komendant Szlomo-Morel

Salomon Morel posługiwał się kilkoma życiorysami. Raz twierdził, że był w Oświęcimiu, innym razem, że w partyzantce, a jeszcze innym, że w ZSRR, gdzie jeździł czołgiem.

W rzeczywistości – jak mówił dwa lata temu Jerzy Stokowski podczas otwarcia ekspozycji na Uniwersytecie Warszawskim – Morel był w kilkuosobowej bandzie rabunkowej działającej na terenie Lubelszczyzny, złożonej z Żydów, Rosjan i Polaków. Podczas jednego z wypadów rabunkowych jego brat, Izaak, został zastrzelony przez partyzantów z Armii Ludowej. Mimo tych faktów Morel już po wojnie, mordując więźniów niemieckich twierdził, że mści się za Oświęcim, a mordując Polaków, że to odwet za brata.

Jak pomyleniec

– Byłem w Oświęcimiu – oświadczył Szlomo (Salomon Morel – MR), okłamując więźniów. – Byłem w Oświęcimiu przez długie 6 lat i przysięgłem sobie, że jeśli stąd wyjdę, zapłacę wam. – Odrzucił gumową pałkę, którą wcześniej bił więźniów, złapał za nogę drewnianego taboretu i ściskając go w pięści, jął walić Niemca po głowie.
Przez wiele wieczorów się to powtarzało. Zabitych „brygada wniebowstąpienia” wynosiła do trupiarni i posypywała chlorkiem wapna. Uwięzionych ciągle przybywało. Morel zdał sobie sprawę, że z pomocą swoich podwładnych nie będzie w stanie zniszczyć wszystkich. Wpadł na nowy pomysł. Zaprosił 20 pracowników Urzędu Bezpieczeństwa i kilka uległych dziewcząt, w tym swoją kochankę Lolę (komendanta więzienia w Gliwicach) na wielką zabawę i, choć było to w piątek wieczorem, czyli na początku Szabasu, podał kiełbaski i cały gąsior wódki, którą wypili, poczym zaczęła się zabawa w obozie.

– Ty, duży – krzyknął Szlomo do wysokiego blondyna. – Kładź się tutaj! Długi – do innego wysokiego Niemca. – Kładź się obok niego.

Tak ułożył trzech, a następnie na nich trzech w poprzek itd., aż powstała wysoka na wyciągnięcie ręki kostka z ludzi. – W porządku – oświadczył Szlomo i jego goście zaczęli wywijać pałkami, waląc nimi w ten sześcian. Gdy się zmęczyli, odeszli, a Morel patrzył na to zmasakrowane kłębowisko z uśmiechem, jak muszugene (pomyleniec).

(John Sack: „Oko za oko”. Książka o wyczynach Salomona Morela w obozie w Świętochłowicach)

Więzienie Jaworzno

Progresywne Więzienie dla Młodocianych utworzono w Jaworznie w 1951 r. w obiektach po byłej przejściówce do Auschwitz-Birkenau i obozie dla internowanych w ramach akcji Wisła. Przeznaczone było dla najmłodszych wrogów ludowej ojczyzny. W latach 1951-1955 umieszczono tu ponad 10 tys. chłopców do 21 lat, w przeważającej większości skazanych za „próbę obalenia przemocą ustroju państwa polskiego”.