Trzeci jeździec Apokalipsy. GŁÓD.

Napisał Jerzy Karwelis trzeci-jezdziec-apokalipsy

Moim zdaniem idzie na zwarcie. Z tą Unią. Ja się od dawna zastanawiałem czemu oni tak tę żabę szybko gotują i to na kilka grzałek? Może wiedzą coś, czego my nie wiemy, czy przypadkiem nie okazało się – moim zdaniem – za kowida, że z nami można więcej niż nam się wydaje? Może wielu z nas myśli, że jak przyjdzie co do czego, to się lud postawi, a jednak taka decyzja to jest decyzja indywidualna. Ja wiem, większość się łudzi, że jak by co, to się przyłączy – przeżyłem to na zadymach w stanie wojennym. Ale ktoś musi zacząć pierwszy.

Kiedy armia przestaje uciekać?

Z reakcjami tłumnymi to jest pewna dziwna sprawa, która zawiera się w rozwiązaniu dylematu pt. „dlaczego wojsko rejteruje?”, albo w naszym wypadku „jak to się dzieje, że wojsko przestaje uciekać?” Zostańmy przy tym drugim przykładzie. Powiedzmy, że wojsko, tak jak teraz ogłupiałe społeczeństwo, zaczyna uciekać w panice. Pierwszy, który się zatrzyma, stanie i będzie do tego nawoływał – zostanie zmieciony. Jakoś tak się dzieje, że czy to wiele prób, czy większa liczba ludzi, czy jakiś ważniak z autorytetem wytwarzają masę krytyczną i spanikowany tłumek się zatrzymuje, większość widzi „trynd” i się przyłącza, bo widzi, że w masie, że można, że chociażby w tłumie to nikt nie pociągnie serią indywidualnej odpowiedzialności. I nagle wszyscy stają, ba – ruszają z powrotem, atakując tych, przed którymi jeszcze chwilę temu tchórzyli.

Widzę wiele analogii do czasów dzisiejszych, ale głównie w opowieści o tej sytuacji. Bo społecznie prawda jest taka, że większość wcale nie uważa, że ucieka, że ją ktoś goni, że trzeba by się zatrzymać, bo zaraz nas zagonią, okrążą i wybiją. Ta świadomość jest dziś – jeszcze – uważana za przewrażliwienie i histerię. Ma być cechą świrów, co to wszędzie widzą zagrożenie, pełni manii prześladowczej psują piękne horyzonty nowej normalności, marudzą, jak Kasandra, zatruwają miły nastrój. Tak, bo żabie gotowanej jest miło, a okazuje się, że tak jej wygarbowano skórę medialnie, iż jej tolerancja dochodzi do poziomu zadowolenia z prawie-wrzątku, w którym się już gotuje. A więc nie ma co liczyć, że ktoś zatrzyma tę tyralierę paniki, gdyż popędzany tłum uważa to za przebieżkę i to wcale nie jego gonią, tylko on lata za przeniewiercami we własnych szeregach. Ale dość tej analogii – wróćmy do rzeczy, czyli do Unii.

Czterech jeźdźców Unii

To już jest brnięcie w jakieś szaleństwo. Coraz więcej wskazuje na apokaliptyczny tercet. Przypomnę o Czterech Jeźdźcach Apokalipsy. Wielu mówi, że przećwiczyliśmy pierwszego jeźdźca, czyli zarazę, na co można się zgodzić zaglądając pamięcią w czasy pandemiczne. Ćwiczymy obecnie rozpędzającego się jeźdźca pt. „Wojna”. Pozostały jeszcze dwa, czyli Głód i Śmierć. Tak, jakby nam je ktoś ustawił w narastającej kolejności, z wiadomym jeźdźcem na końcu. A więc czeka nas głód? W czasach nadwyżki w produkcji żywności? Co za wymysł?! Tak? No to pospekulujmy.

Zacznijmy od przemysłu, bo ten, jako część technologiczna, jest w pewnej części odpowiedzialny za rozwój rolnictwa, co to nas wyżywi, a może i nie. Globalistyczne trendy doprowadziły do deindustrializacji naszego kontynentu. Zanurkowały tu też i Stany, bo na chorobę globalizmu zachorował cały Zachód i ma podobne objawy. Sprawa nabrzmiewała podskórnie od wielu lat, ale goście, co to chcieli zatrzymać tę ucieczkę produkcji do Chin, byli zmiatani, jak rzeczone przypadki wojenne, wdeptywało ich w ziemię stado może nie spanikowanych, ale pożytecznych idiotów, co to wierzyli, że układ marżowy Zachód i zawijający w sreberka produkcję Wschód będzie trwał wiecznie. Jakby się ktoś interesował to było właśnie na odwrót – ta dominacja Zachodu nad Wschodem to tylko krótka przerwa w historycznie przeważającej dominacji Wschodu. Ale zakochaliśmy się w tej bajce i nadchodzi pora przykrego przebudzenia.

W wyniku działań zachodnich globalistów, rozwoju technologii i transportu okazało się, że można gros produkcji przenieść do zasuwających za miskę ryżu Chin, by Zachód mógł odebrać rentę dominacji swego układu, kontraktu zawartego ze swymi społeczeństwami. Wy tu chłopaki konsumujcie, jak praca to w zasadzie w mało męczących usługach, marża światowa będzie realizowana u nas, będziecie na ryneczkach popijać kawkę i na lato latać w tropiki. Emerytury forever, żadnych stresów – panowie świata. Przewagą miał być nasz kapitał, choć jego znaczenie – po powolnej detronizacji dolara – zaczęło się znacznie zmniejszać. Technologie osmotycznie wypłynęły na Wschód, który raz to kradł, a raz zainwestował w edukację swych przyszłych inżynierów.

Co wziął w zamian Zachód? Ano, jeśli chodzi o uczelnie to zaserwował uniwersytety gotowania na  tęczowym gazie. Podczas, gdy Chińczycy i Hindusi zasuwali na politechnikach, wkuwając matmę i fizykę, u nas – pewnie z nudów, ale i z powodu lewackiego marszu przez instytucje – królowały nauki coraz bardziej miękkie. Pal tam licho nauki humanistyczne, ale przejście na nauki genderowe, poprawnościowe, feministyczne, czy ogólnie tęczowe pokazały kompletną nierówność w priorytetach Zachodu i Wschodu.

Wschód i Zachód

I Wschód zobaczył, że można. Że można, robiąc dla Zachodu, jednocześnie się poduczyć jak to robić samemu, a – bogacąc się powoli jako montownia świata – wyrobić na tyle zasobne zalążki swojej klasy średniej, by zawrócić konsumpcję na rynek wewnętrzny. W dodatku trzymając Zachód cały czas w szachu. Kowid bowiem pokazał, ale głównie Wschodowi, bo Zachód tu się wydaje ślepy, że bez Chin czy Indii to Zachód leży na obu łopatkach. Bez produkcji ze Wschodu nie jest w stanie u siebie zapewnić podstaw bezpieczeństwa, nawet w pandemii wisiał na włosku chińskich dostaw substancji do produkcji leków. I dalej wisi, bo o przeniesieniu strategicznej produkcji do Europy tylko się mówi, choć i nawet to – coraz mniej. Lekcja z kowida nie została odrobiona, a jak nawet ktoś coś bąknął, to i tak wielkie koncerny, pozbawione własnej bazy produkcyjnej, i tak wolą wrócić do Chin, niż samemu odbudowywać własna bazę produkcyjną.

Z Europy zniknęła bowiem nie tylko klasa średnia, ale i klasa, że tak powiem – robotnicza. Brakuje umiejętności, bo niby skąd miałyby się wziąć? Z tęczowych uniwersytetów? Szkolnictwo zawodowe praktycznie nie istnieje, zaś szkoły średnie produkują masowych aspirantów do wyższych uczelni gotowania na gazie. Praca na Zachodzie staje się sposobem na nienachalną redystrybucję dochodu w celach socjalnych. Europejczyk się rozleniwił, gdyż doprowadził go do tego stanu socjal i wysoko opłacane zawody o ujemnym znaczeniu praktycznym. Odwrotnie na Wschodzie – tam się nie bawią w żadne zieloności i tęczowości – owszem, moim zdaniem (głównie poprzez Rosję) są oni tam zainteresowani podsycaniem tych samobójczych trendów na Zachodzie. Żaba ma sama sobie podkręcać termostat w akwarium upadku. Ostatnio pojmany i zwrócony Rosjanom ich szpieg, a właściwie agent wpływu wskazywał swymi działaniami jak jest zadaniowany wywiad i jakie tematy są ważne dla Wschodu, które Zachód ma kupić: aborcja, zieloność, tęczowość, pacyfizm, oraz – szczególnie w Polsce – eskalacja wojny polsko-polskiej. Tak nas rozwalą, a właściwie – tak sami siebie rozwalimy.

Dwie funkcje ekologii

Tyle produkcja. Osobna rzecz, o której chcę to trochę dłużej, to kwestia ekologii. To połączenie dwóch dezintegracji: jedna nakierowana na wspomnianą produkcję. Ta jest duszona na Zachodzie nie tylko z powodów marżowych, ale ta historia jest opowiadana „na miękko”. Kwestii realizacji marży kapitalistów lud by nie zrozumiał, ale że to robimy dla planety, dla przyszłych pokoleń, to już jest przekaz, może nie zrozumiały, ale do wciśnięcia dla maluczkich. To, że się to kupy nie trzyma to nie ma żadnego znaczenia. Wracając do naszej analogii – w tej sprawie wojsko ucieka, główni panikarze krzyczą na trwogę, że trzeba się wycofać z okopów industrializacji. Zaś panika jest tak wielka, że każdy kto się spróbuje zatrzymać, a zwłaszcza przekonać resztę do zaprzestania tej szaleńczej gonitwy w przepaść, będzie zmieciony. Jak nie przez tłum, to przez oficerów wyposażonych w nagan „mowy nienawiści”, do którego – obok kłamstwa oświęcimskiego, zobaczycie – doszlusuje niedługo kłamstwo klimatyczne. To dla niego nakładamy na europejską produkcję własne i bezsensowne obostrzenia, które czynią z naszego kontynentu pustynię przemysłową, co się od razu przekłada na pustynię technologiczną. Skansenujemy się.

Ekologia ma też i drugie oblicze – wspomnianego jeźdźca trzeciego Apokalipsy – Głodu. Unia wykańcza rolnictwo i naiwny jest każdy, kto myśli, że to z powodów klimatycznych. To tylko, moim zdaniem, pretekst do likwidacji rolnictwa jako klasy społecznej. Ma ono dla globalizmu same wady: zazwyczaj rataje są konserwatywni, dość niezależni, choć polityka uzależnienia ich od dopłat procentuje na rzecz unijnego globalizmu. Mają też wadę największą: chłopi są depozytariuszami wartość zabójczej dla globalizmu – rozproszonej własności prywatnej i to mocno osadzonej, bo w ziemi. Nie są to żadne akcje, obligacje, depozyty, bo te można wykończyć w parę dni i za pomocą klawisza „enter”, a z ziemią to jest kłopot.

A więc zglobalizowana Unia widzi w rolnictwie wroga numer jeden, zaś cała kwestia ekologiczna to tylko taktyczna pała, w dodatku służąca do napuszczania miastowych na chłopów, czego byliśmy świadkami w narracji dekonstruującej ostatnie społeczne efekty strajku rolników. Miastowi wytykali rolnikom traktory za miliony, pożyczki na dobrych warunkach, dopłaty za niesianie i że „rolnik śpi, a żyto mu rośnie”, co pokazywało nie tylko brak zrozumienia dla nowoczesnej produkcji żywności, ale też mentalną ocenę rolnictwa jako siedliska ciemnogrodu rodem z „Konopielki”. Ale czego się tu spodziewać po ludziach z miasta, którzy uważają, że jedzenie bierze się z Biedronki, tak jak dzieci uważają, że prąd się bierze ze ściany?

Unia nie taka cwana

Myślałem, że Unia jest cwana. Że za pomocą unijnego „pasażera na gapę”, czyli lekko stowarzyszonej z Unią Ukrainy wykończy do cna europejskie rolnictwo i zrobi to w hipokryzji pomagania walczącemu krajowi, choć benefity finansowe zbiorą oligarchowie i międzynarodowe korporacje, zaś korzyści polityczne – tylko Bruksela. Że Ukraina, nieobarczona ograniczeniami, takimi jak ich zachodni koledzy zmiażdży cenami swych konkurentów, z Polską na czele. I że do tego dojdzie jeszcze Mercosur.

Trzeba tu trochę wyjaśnić o co chodzi. Unia pomyślała sobie, by jednak znaleźć wąską ścieżkę pomiędzy ideologiczno-biznesowym wycięciem rolnictwa a groźbą spotkania Jeźdźca Trzeciego, czyli Głodu. Nawet – słuchajcie, słuchajcie! – lewica rozumie, że idolo to ideolo, ale jak w rezultacie zazieleniania (i teraz zaniebieszczania, bo będziemy niedługo liczyć ślad wodny, obok węglowego) zaburczy w europejskich brzuszkach, to mogą urzędnicy zielonego ładu zawisnąć „zamiast liści”.

I tu pojawił się pomysł Mercosur (Mercado Comun del Sur, czyli Wspólny Rynek Południa). Chodzi o to, by Unia znalazła sobie globalną farmę do produkcji żywności. W Ameryce Południowej. Wiadomo, tam jest po taniości, prawa pracownicze niżej iż w Chinach, a więc będzie korzystnie. Niech oni tam sobie smrodzą, jak w przemyśle dla nas Chińczycy; co daleko od oczu to daleko od, zielonego, serca. Niby mamy jedną planetę, ale jak to nie u nas, to można się okryć z w płaszcz zielonej hipokryzji. Ameryka Południowa się ucieszy, bo dostanie wielkie pole do eksportu, ceny będą zaś na tyle niskie, że dorżnie się ostatniego europejskiego rataja. Lud zaś, głównie miastowy, z głodu nie zdechnie, pola się zugoruje, by otrzymać malownicze widoki i rozlewiska, gdzie zakróluje natura.

Trzeba tylko zrobić tam u nich „jeden rynek”, ale nie konsumpcji, tylko produkcji, widzieć kontynent jako jednego producenta, który będzie spełniał jednolite normy. Tak jak Chiny stały się halą produkcyjną świata, tak jego PGR-em ma się stać Ameryka Południowa. W dodatku – ku zadowoleniu tej ostatniej. Pomysł wydawałby się znakomity, oczywiście z punktu widzenia Brukseli, ale mamy dwa kłopoty.

Pierwszy to taki, że jeżeli wzorem przemysłowych Chin, produkcja żywności przeniesie się do Ameryki Południowej, to uzależnimy się od tego w równym stopniu, co od przemysłu Wschodu. Po prostu utracimy zdolności produkcji żywności w stopniu strategicznie samodzielnym. A z żywnością to nie jest tak, że można na nią poczekać, jak na chińskie chipy czy API z parę tygodni. Przecież jak zabraknie nam zboża, to go sobie nie wyhodujemy w tydzień. Trzeba będzie gdzieś kupić. I wkrótce, przy przenoszeniu produkcji żywności do Mercosuru i równoległą utratą własnych zdolności tym razem, po chińskich, znajdziemy się w rękach południowoamerykańskich. A więc sami się pchamy w lejek.

Ślad drzewny

Drugi kłopot polega na nadgorliwości, co to – jak mówią – gorsza jest od faszyzmu. Oto już Unia witała się z południowoamerykańską gąską, aż tu nagle spod płaszczyka wspólnych interesów wychynęło kopytko diabełka ideologicznego. Unia bowiem psuje cały układ: forsowane jest prawo w zakresie zalesiania. Wyjaśnię poprzez analogię. Mamy już wprowadzony tzw. CBAM, czyli de facto podatek od importowanego śladu węglowego. Chodzi o to, by w ramach zielonego szaleństwa nie tylko produkty europejskie miały przestrzegać zasad walki ze śladem węglowym. Chodzi również o import. Tłumaczenie jest dwojakie: po pierwsze ekologiczne, pt. mamy przecież jedną planetę i jest wszystko jedno GDZIE ten ślad jest wydalany, bo nie ma planety B. A więc nie ma mowy o przenoszeniu w świat „brudnych” technologii i sprowadzaniu do Europy produktów naznaczonych węglową śmiercią.

Z drugiej strony mamy do czynienia z argumentacją ekonomiczną. Musimy wprowadzić cło wyrównawcze, bo nasi europejscy producenci są obciążeni kosztami zieloności, zaś tańsze, choć brudne, produkty wytworzone w krajach nie obciążonych takimi kosztami mogą cenowo wykosić na europejskim rynku firmy zielone. Stąd ten podatek. Ale clou zasadza się na jednym – Europa pozbawiła się bazy produkcyjnej, a więc jedyne dostępne produkty, czyli te z brudnego Wschodu, będą dalej jedyne, tylko, że droższe. O podatek, z którego przychody pójdą na… szczerzenie idei zieloności.

Tak samo ma być ze „śladem drzewnym”. Wiadomo od dawna, choć to w wielu przypadkach mit, ale zostawmy to, że w Ameryce Południowej areały pod rolnictwo pozyskuje się z wycinania drzewostanu. A to przecież, zwłaszcza puszcza amazońska, płuca całego świata, choć to kompletna bzdura. Ale nieważne. Teraz wszyscy eksporterzy do Unii będą musieli wykazać ile drzew padło przez ich produkcję, bawiąc się w beznadziejną grę w wyliczanie „śladu drzewnego” na każdy kilogram wołowiny i naliczaniu od tego karnych opłat. Na środowisko, rzecz jasna.

A więc cały pogrzeb na nic. Ten ruch bowiem podniesie sztucznie koszty, w związku z tym i ceny na produkty, które miały konkurować cenowo i wszystko wróci na swoje, poprane, miejsce. Żywność, która miała być tańsza, przez klimatyczne mrzonki podrożeje i sprytny plan bierze w łeb. Południowi Amerykanie się załamali, rząd berliński podobno protestuje, ale nie będzie to pierwszy przykład kiedy niemieccy urzędnicy z Berlina skapitulują przed niemieckimi urzędnikami z Brukseli. Tak było chociażby w przypadku niemieckiego przemysłu samochodowego, gdy jedni namówili drugich, by tradycyjny przemysł samochodowy dał się namówić na elektryczny eksperyment, w którym wygrali…. Chińczycy.

Kto zatrzyma uciekająca armię?

I mamy taką walką bytu z materią. Już chłopaki się tam domówili na interes z jednej strony i ideolo z drugiej, aż tu pośpiech zepsuł wszystko. I tak jest zawsze z postępakami. Niby robią tam interesy, ale jak przyjdzie do szaleństwa ideologii to następuje niepowstrzymywalna zaćma. Lewa ręka sięga drapieżnie po termostat i podkręca potencjometr grzania na całego. Żaba puszcza bańki pary już nosem i zaraz dojdzie do przesilenia. Ale, kończąc naszą analogię, kto zatrzyma się pierwszy w tej panicznej ucieczce armii? W sumie to bez znaczenia, to tylko kronikarska ciekawość. Bo ktoś się zatrzyma na pewno, prędzej czy później. Trudno, żeby wszyscy rzucili się w przepaść. Szkoda będzie tylko tych nawoływaczy daremnych, stratowanych, bo zatrzymali się za wcześnie. Ale to mniejsza szkoda, niż cała armia w ucieczce, przed samą sobą, zaganiana naganami politruków.

A jak znam historię, to ci z naganami szli pierwsi przed pluton egzekucyjny nowego rozdania. Zaś ich mocodawcy zazwyczaj unikali kary, co nadaje optymizmowi przyszłości pewną gorzką nutę wynikającą nie z determinizmu, ale doświadczenia. Doświadczenia, które mówi, że im większe przewiny, tym bliżej do bezkarności.   

Napisał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

List otwarty do biskupów. Czas na nową katechizację!

List otwarty do biskupów. Czas na nową katechizację!

list-otwarty-do-biskupow-czas-na-nowa-katechizacje

Czcigodni Księża Biskupi!

Jako świeccy katolicy zatroskani o stan wiary wśród młodych Polaków, apelujemy o wykorzystanie obecnej dyskusji na temat nauczania religii w szkołach do podjęcia wspólnej refleksji dotyczącej sposobu i poziomu nauczania religii.

Nie przyłączamy się rzecz jasna do antykatolickiej nagonki obecnego rządu i nie popieramy ograniczania lekcji religii przez Ministra Edukacji Narodowej. Sądzimy jednak, że tak jak przykład każdego męczeństwa może skutkować nawróceniem grzeszników, tak z każdego antychrześcijańskiego wydarzenia może wypłynąć jakieś dobro – w tym przypadku owym dobrem mogłaby stać się wspólna refleksja katolików na temat tego, jak w rzeczywistości przygotowywane są do dojrzałości chrześcijańskiej nasze dzieci. Potrzebna jest bowiem niezwłoczna i gruntowna reforma katechezy dzieci i młodzieży.

Katechizacja młodego pokolenia Polaków to niezwykle ważne zadanie. Jako rodzice staraliśmy się i staramy się nadal przekazać dzieciom najważniejsze zasady wiary, ale oczywistym pozostaje dla nas, że nie da się wychować nowych pokoleń katolików bez udziału przedstawicieli Kościoła hierarchicznego. Cele katechezy dzieci, a więc poznanie Boga i nauki Kościoła Chrystusowego, formacja moralna, przygotowanie do sakramentów, wprowadzenie do życia liturgicznego, ale także kształtowanie wspólnoty i rozwijanie życia modlitewnego, nie zostaną zrealizowane należycie bez bożych kapłanów i profesjonalnych, pobożnych katechetów. 

Dlatego gorąco apelujemy do Księży Biskupów o podjęcie, wraz z nami – świeckimi – wspólnej, pogłębionej i ustrukturalizowanej refleksji nad systemem katechizowania dzieci i młodzieży. O dokonanie wspólnego przeglądu sposobów nauczania, rewizji programów nauczania, przemyślenia rzeczywistych celów katechezy i kierunków koniecznej reformy. Świat bowiem zmienia się w niespotykanym w dziejach tempie, a Chrystus i Jego Nauka pozostają takie same – należy jednak przedstawiać Go uczniom w sposób przystępny, atrakcyjny, kompetentny ani joty nie tracąc z tego, czego od pokoleń uczyli się katolicy. Służymy swoją radą jako doświadczeni rodzice, ale także jako obserwatorzy życia kościelnego, społecznego, kulturalnego i politycznego.

Czcigodni Księża Biskupi!

We wrześniu skierowaliście do nas list pasterski w związku z kolejnym Tygodniem Wychowania. Słusznie podkreślaliście w nim prawo rodziców chrześcijańskich do wychowania dzieci w oparciu o wartości ewangeliczne. Jak mamy to jednak robić, jeżeli nierzadko lekcje religii przypominają raczej religioznawstwo i sugerują dzieciom, że mają swobodny wybór „swojej drogi do Boga”? A Chrystus przedstawiany jest bardziej jako hippis niż Pan Wszechrzeczy?

W tym samym liście zwróciliście się do nas z przypomnieniem, że „lekcje religii, choć nigdy nie zastąpią roli, jaką rodzicie mają do odegrania w życiu dziecka, są jednak dla rodziców wielkim wsparciem i ułatwieniem w wychowaniu do wiary. Katecheta – ksiądz, siostra zakonna czy osoba świecka – zasieje w sercu dziecka ziarno, które być może nie od razu wyda plon. Może się zdarzyć, że dojrzały już człowiek, po różnych doświadczeniach życiowych przypomni sobie słowa usłyszane na lekcjach religii w szkole i powie: Mam jeszcze szansę. Tak jak w przypowieści o synu marnotrawnym, nawet jeśli zdarzy się komuś pobłądzić, będzie miał gdzie wrócić”. To rzeczywiście piękne słowa i jedna z wielkich wartości katechezy dzieci i młodzieży! Aby jednak mieć do Kogo powrócić, każdy z młodych ludzi musi poznać prawdziwego Chrystusa, a nie jego przesłodzonego, nieprawdziwego sobowtóra, którego w wielu przypadkach zdaje się chcieć im przedstawić katecheta, nawet jeśli wynika to z dobrej woli.

Czcigodni Księża Biskupi!

Podkreślacie, że „towarzysząc wychowankom, a także formując samego siebie, trzeba uwzględnić wszystkie sfery wychowawcze. Pominięcie jakiejkolwiek z nich prowadzi do zaburzenia harmonijnego rozwoju człowieka. Należy pamiętać, że oprócz sfery psychicznej, intelektualnej i fizycznej proces wychowania powinien objąć także sferę duchową”. To budujące, że pamiętamy o tej niezwykle ważnej sferze, która – wraz z pozostałymi wymienionymi – składa się na całokształt istoty, jaką jest człowiek. To przypomnienie wydaje się tym bardziej istotne, że wszystkie owe sfery składają się również na to, jakich wyborów moralnych młody człowiek będzie dokonywał w swoim życiu, zarówno na etapie nauki i katechezy, jak i w dorosłości.

Dzisiejszy świat pozostaje wrogi Kościołowi i chrześcijańskiej moralności w niezliczonej liczbie kwestii. Młodzi ludzie lubią jasny i klarowny język, rozumieją, gdy tłumaczy im się dlaczego coś jest dobre a dlaczego coś innego jest złe. Warto, by katecheci wyposażeni byli w pogłębioną wiedzę na temat przerażających współczesnych zagrożeń i aby potrafili przestrzegać przed nimi posiadając kompetencje komunikacyjne umożliwiające dotarcie do młodych serc i dusz. Niestety, z doświadczenia wiemy, że jest to niezwykle rzadka umiejętność. Wiemy też, że młody człowiek, ze swej natury skłonny do buntu i uległy wobec pokus oferowanych przez świat, potrafi brutalnie wykorzystać słabość katechety w tej dziedzinie. Skutkuje to pozbawieniem nauczyciela autorytetu oraz, nierzadko, uniemożliwia skuteczną katechezę pozostałych uczestników.

Dlatego też gorąco apelujemy do Księży Biskupów o pilną refleksję na temat sposobu nauczania religii oraz o wzięcie pod uwagę głosu licznych środowisk świeckich, zarówno tych skupiających rodziców jak i bliskich Kościołowi profesjonalnych analityków życia społecznego i zachodzących w nim zmian.

Wierzymy, że w ramach promowanej przez papieża Franciszka kultury spotkania, oraz w duchu synodalności i towarzyszenia, zechcecie wysłuchać naszego głosu i zwołać szerokie, poważne spotkanie, być może w formie kongresu lub konferencji, umożliwiające refleksję nad dotychczasowymi standardami oraz rozpoczynające prace nad reformą zasad katechizowania dzieci i młodzieży. Pragniemy pomóc w organizacji takiego wydarzenia.

Każdego dnia dzieci wypisują się z lekcji religii. Nastolatki dokonują oficjalnych aktów apostazji. Młodzież lawinowo odchodzi od nauczania moralnego Kościoła, zwyczajnie go nie rozumiejąc. Statystki są w tej kwestii porażające i wiemy, że Księża Biskupi zdają sobie z tego sprawę.

Nie ma więc czasu do stracenia. Wykorzystajmy ogólnokrajową dyskusję na temat liczby lekcji religii w szkołach do rozpoczęcia znacznie poważniejszej debaty wśród katolików. W cytowanym już liście na Tydzień Wychowania zaprosiliście „wszystkich Rodziców, Nauczycieli i Wychowawców, Katechetów i Duszpasterzy do współpracy w wychowaniu dzieci i młodzieży” i wyraziliście nadzieję, że ów Tydzień Wychowania „przeżywany w tym roku pod hasłem Wychowujmy razem będzie stanowił inspirację do połączenia wysiłków w tym dziele”.

Czcigodni Księża Biskupi!

Wychowujmy więc razem! Połączmy wysiłki! Przejdźmy od słów do czynów.

Szkoda każdej duszy, którą utracimy jeśli będziemy zwlekać.

=============================================

Sławomir Olejniczak, Prezes Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi
Sławomir Skiba, Prezes Stowarzyszenia Polonia Christiana
Arkadiusz Stelmach, Dyrektor Instytutu Studiów Doktrynalnych
Piotr Doerre, członek zarządu Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi
Przemysław Kołtun, członek zarządu Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi

Bogusław Bajor, redaktor naczelny „Przymierza z Maryją”
Adam Kowalik, redaktor naczelny „Przymierza z Maryją dla przyjaciół”
Łukasz Karpiel, zastępca redaktora naczelnego PCh24.pl
Krystian Kratiuk, redaktor naczelny PCh24.pl
Paweł Chmielewski, publicysta
Paweł Lisicki, redaktor naczelny „Do Rzeczy”
Grzegorz Górny, publicysta
Jan Pospieszalski, publicysta
Paweł Milcarek, redaktor naczelny „Christianitas”
Tomasz Rowiński, publicysta
Piotr Semka, publicysta
Cezary Krysztopa, publicysta
Łukasz Warzecha, publicysta
Witold Gadowski, publicysta
Bartosz Kopczyński, Prezes Towarzystwa Wiedzy Społecznej
Hanna Dobrowolska, Koordynator Ruchu Ochrony Szkoły
Jerzy Kwaśniewski, Prezes Instytutu Ordo Iuris
Agata Rabsztyn, Wiceprezes Podkarpackiego Stowarzyszenia Wolni Jasło
Józef Orzeł, Prezes Fundacji Klubu Ronina
Marcin Perłowski, Dyrektor Centrum Życia i Rodziny
Dr Dorota Jarczewska – Prezes, Grażyna Bakunowicz – Członek Zarządu Instytutu Myśli Pro Life
Beata Popławska Walusiak, Kobiecy Różaniec
Katarzyna Marek, Grupa Wolni Orzesze 
Natalia Tarczyńska, Prezes Fundacji Cegiełka dla Wolności Słowa
Dr Maria Szonert-Binienda, Lidia Sokołowska-Cybart – Światowe Stowarzyszenie „Republika Polonia”
Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Ks. Piotra Skargi
Stowarzyszenie „Polonia Christiana”
Instytut Studiów Doktrynalnych
Społeczny Komitet Polska Szkoła
Fundacja „Życiu Tak” im. Niepokalanego Poczęcia NMP, Rzeszów
Fundacja Pomocy Młodzieży im. Jana Pawła II „Wzrastanie”, Przeworsk
Stowarzyszenie Rodzin Katolickich Diecezji Rzeszowskiej
Stowarzyszenie Dolina Strugu
Stowarzyszenie Miłość i Odpowiedzialność, Rzeszów
Stowarzyszenie Rodzin Wielodzietnych, Rzeszów
Stowarzyszenie Przyjaciół Kultury Klasycznej im. Jacka Woronieckiego, Sonina
Rzeszowskie Porozumienie na rzecz Trzeźwości, Rzeszów
Stowarzyszenie Contra in Vitro, Rzeszów.

Wiedza niepożądana. Kto i dlaczego przerwał operację Służby Kontrwywiadu Wojskowego

Wiedza niepożądana. Kto i dlaczego przerwał operację Służby Kontrwywiadu Wojskowego

11.10.2024 Leszek Szymowski

Służba Kontrwywiadu Wojskowego.
Służba Kontrwywiadu Wojskowego. / foto: gov.pl

Kto i dlaczego przerwał koronkową operację Służby Kontrwywiadu Wojskowego rozpracowującą wpływy obcych służb specjalnych przy dostarczaniu paliw i surowców na polski rynek? Akcja została przerwana, gdy tropy zaczęły prowadzić do wpływowych polityków, a oficer odpowiedzialny za sprawę trafił na wiele miesięcy do aresztu.

10 lat więzienia – taka kara grozi Adamowi Bogumiłowi (wyraził zgodę na podawanie nazwiska) – człowiekowi, który „pod przykryciem” rozpracowywał dla Służby Kontrwywiadu Wojskowego patologie na rynku paliw. Prokuratura postawiła mu łącznie 15 zarzutów dotyczących działania w zorganizowanej grupie przestępczej, prania pieniędzy i powoływania się na wpływy w instytucjach państwowych w celu osiągnięcia korzyści majątkowej. Oskarżenie oparto na stenogramach rozmów nagrywanych z ukrycia.

Według katowickiej prokuratury są one koronnym dowodem przestępstw. Według obrony dowodzą perfekcyjnie prowadzonej gry operacyjnej, która dawała kontrwywiadowi, a więc polskiemu państwu, dokładną wiedzę o gigantycznych nieprawidłowościach związanych z zakupami paliw, a wiedzy tej nie można było zdobyć w inny sposób. Sąd stoi przed trudnym wyborem: czy uwierzyć dokumentom prokuratury, czy aktom służb specjalnych.

Za kratkami

Adam Bogumił został zatrzymany w środę 7 października 2020 w swoim domu w Warszawie. W akcji jego zatrzymania brało udział kilkudziesięciu funkcjonariuszy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Centralnego Biura Antykorupcyjnego. To ogromne środki, zupełnie nieproporcjonalne do sytuacji (tak ogromnej ilości funkcjonariuszy nie angażowano nawet do zatrzymania szefów mafii pruszkowskiej), tym bardziej że zatrzymywany sam był oficerem służb realizującym bardzo ważną dla państwa misję. Osadzony w areszcie na długie miesiące (Bogumił wyszedł dopiero w ostatni czwartek sierpnia 2024) pozbawiony był kontaktu z najbliższymi. Prokuratura składała zaś wnioski o przedłużanie aresztu, choć przesłanki formalne były wątpliwe. W tym czasie ktoś podał mu trującą tabletkę, co omal nie zakończyło się zgonem (uratowała go interwencja współwięźnia). Z kolei śledczy szukali nagrań rozmów, które wykonywał, dokumentując patologie na rynku paliw. „Wszystko to wyglądało jak próba zamknięcia ust mojemu klientowi” – mówi Paweł Halabowski – adwokat Adama Bogumiła.

Pod przykryciem

W 2016 roku Adam Bogumił jako oficer „pod przykryciem” został oddelegowany do operacji rozpracowania biznesu paliwowego. Konkretnie chodziło o prześwietlenie osób dostarczających do polskich koncernów ropę i produkty ropopochodne. Wszystko dlatego, że w tym sektorze gospodarki (wartym dziesiątki miliardów) występowały osoby różnych narodowości, które polskie kontrwywiady podejrzewały o współpracę ze służbami specjalnymi obcych państw. Chodziło o rosyjską SWR i izraelski Mossad. A w 2016 roku – dwa lata po operacji w Donbasie i rok po aneksji Krymu – państwa zachodu chciały ograniczyć wpływy rosyjskich służb specjalnych. Bogumił miał zająć się sprawą, bo był jednym z najbardziej doświadczonych przykrywkowców w Polsce. Stworzono mu tzw. „dokumenty legalizacyjne”, czyli nową tożsamość na nowe nazwisko. Swoje raporty podpisywał pseudonimem operacyjnym „Dzieciak”. Okazało się, że operacja specjalna, planowana na kilka miesięcy, trwała kilka lat, a jej efekty zaskoczyły nawet doświadczonych oficerów służb specjalnych.

Paliwa, pieniądze i politycy

Bogumił – już pod nowym nazwiskiem – błyskawicznie przeniknął w świat przedsiębiorców reprezentujących firmy handlujące ropą. Udawał biznesmena zatrudnionego w poważnej, zagranicznej spółce, zainteresowanego dostarczaniem paliwa do PKN Orlen. Okazało się jednak, że wokół głównych polskich spółek energetycznych utworzyło się klika biznesmenów korzystających z protekcji najważniejszych polityków. Liczyli oni na to, że polityczne koneksje pomogą uzyskać intratne kontrakty.

„K. (tu nazwisko warszawskiego biznesmena – przyp. L. Sz.) rozpoczął rozmowy w Orlen dzięki protekcji S. (tu nazwisko wpływowego polityka PiS). S. zadzwonił do Adama Buraka (b. wiceprezes PKN Orlen – przyp. L. Sz.) i poinformował, iż K. jest człowiekiem godnym zaufania z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa, sprawdzonym przez służby i rząd”. Taka rekomendacja, jak się okazało, wystarczyła, aby rozpocząć rozmowy z PKN Orlen. Okazało się jednak, że biznesmen K. nie jest w stanie dostarczyć towaru w ilościach oczekiwanych przez PKN Orlen. Zaczął więc szukać współpracowników i tak nawiązał kontakt z Bogumiłem udającym przedstawiciela poważnej firmy. W trakcie rozmowy padła szokująca informacja: „K. twierdzi, że rekomendujący go polityk uczciwie powiedział, że ceną za zawarcie kontraktu będzie konieczność odprowadzenia prowizji dla rządzącej partii. Ma się to odbyć poprzez dwie spółki, z których pierwsza wystawiłaby fakturę za usługi doradcze i przelała pieniądze do drugiej, zarejestrowanej już na Cyprze”.

Działający „pod przykryciem” Bogumił odbył dziesiątki podobnych rozmów z innymi przedsiębiorcami. Wszyscy wskazywali na ten sam mechanizm: warunkiem dopuszczenia do kontraktu z polskim gigantem naftowym jest odprowadzenie części pieniędzy na partię, poprzez łańcuch spółek. Lojalność przedsiębiorcy miała gwarantować ciągłość dostaw. Gdyby nie odprowadził prowizji od pierwszej faktury, kontrakt natychmiast zostałby wypowiedziany.

Biznesmen K. nie wiedział, że nie jest jedyną osobą, która usiłuje zdobyć lukratywny kontrakt dzięki nieformalnym porozumieniom z politykami. Do koncernu zgłosił się również H. Jak się okazało, drzwi otworzyła mu znajomość z jednym z ówczesnych ministrów. Z kolei ofertę na dostarczanie ropy złożył B. – właściciel firmy oferującej surowce z Azerbejdżanu. Powoływał się na znajomość z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim i właścicielem Radia Maryja – ojcem Tadeuszem Rydzykiem, redemptorystą (jego rozgłośnia wspierała rządzącą partię).

O wszystkich tych przypadkach Adam Bogumił informował szczegółowo w swoich raportach. Problem w tym, że raporty trafiały do Służby Kontrwywiadu Wojskowego, która podlegała szefowi MON Antoniemu Macierewiczowi. Ten zaś był członkiem rządu Beaty Szydło, wskazanej na premiera przez Jarosława Kaczyńskiego. – „Trudny charakter mojej pracy polegał na tym, że informowałem o niebezpiecznych działaniach osób korzystających z protekcji polityków, którzy nadzorowali służbę specjalną, dla której działałem” – wspomina Bogumił. Jak sam twierdzi, najważniejsze fragmenty jego raportów dotyczyły prowizji płaconych przez kontrahentów koncernu na konta spółek wskazywanych przez polityków. Te fragmenty raportów przekazano Najwyższej Izbie Kontroli. Trafiły na biurko jej szefa – Mariana Banasia – wówczas już skonfliktowanego z rządem PiS. Banaś zarządził kontrolę w PKN Orlen. Jednak pracownicy koncernu nie wpuścili kontrolerów NIK (wybuchła o to awantura polityczna). Ci zawiadomili prokuraturę.

Ściśle jawne

Dokumenty związane z próbami zawarcia kontraktów z głównymi państwowymi spółkami, w tym korespondencje biznesmenów z politykami, odnaleźliśmy w Sądzie Okręgowym w Warszawie, w aktach sprawy, w której oskarżonym jest Adam Bogumił (sygnatura XVIII K 192/22). Wynika z nich, że biznesmeni doskonale zdawali sobie sprawę, że kluczem do zawarcia kontraktu z polskim gigantem naftowym jest nieformalne poparcie w obozie władzy i w tajnych służbach. To dlatego każda ze spółek zatrudniała byłych oficerów służb. Jednym z ciekawszych dokumentów jest raport na temat pracowników PKN Orlen związanych ze służbami specjalnymi (zabezpieczony przez prokuraturę w trakcie przeszukania). Raport został zamówiony przez jednego z biznesmenów walczących o kontrakty. Pokazuje nazwiska pracowników koncernu, którzy pracują „pod przykryciem”, choć w rzeczywistości są funkcjonariuszami służb specjalnych. Informacje z tego raportu potwierdziliśmy w kilku niezależnych źródłach, w tym u byłych członków sejmowej Komisji do Spraw Służb Specjalnych. Na ile wiarygodna może być tajna służba, jeśli biznesmen może zamówić sobie raport identyfikujący jej „przykrywkowców” pracujących w strategicznej spółce?

Wojna służb

Możliwość zawarcia kontraktu na dostawy do PKN Orlen to perspektywa gigantycznych pieniędzy. A tam, gdzie walka toczy się o wielkie zyski, tam nie ma sentymentów. Przedsiębiorcy walczący o lukratywne kontrakty zaczęli wykorzystywać swoje wpływy i znajomości w świecie służb i polityki do eliminowania konkurencji. Formą tego było nasyłanie na biznesowego rywala kontroli skarbowych. Uciążliwa kontrola może sparaliżować ubieganie się o kontrakt ze spółką Skarbu Państwa. Bogumił, występujący ciągle pod fikcyjnym nazwiskiem, miał już wtedy opinię człowieka, który wiele może załatwić. Dlatego przedsiębiorcy, gnębieni przez fiskusa, zaczęli zgłaszać się do niego z prośbą o nieformalna pomoc i „załatwienie” sprawy.

„Wyszła na jaw kolejna patologia: wykorzystywanie administracji państwowej do prześladowania firm związanych z politycznymi rywalami” – mówi przykrywkowiec. – „Aby to rozpracować, potrzebowałem poznać szczegóły”. Aby uzyskać dokładne informacje, Bogumił twierdził, że za pieniądze ma możliwość załatwienia pozytywnej decyzji skarbowej. Dzięki temu poznał detale procederu kontroli skarbowych „na życzenie”.

I tu właśnie zaczyna się rozbieżność między prokuraturą a obroną. Prokuratura twierdzi, że działania Bogumiła były „płatną protekcją”, a agent chciał zarobić na wpływach. Obrona twierdzi, że był to element gry operacyjnej, której celem było poznanie wszystkich szczegółów patologicznego procederu. Prokuratura ma nagrania rozmów Bogumiła, obrona – jego raporty dla kontrwywiadu z ważnymi wiadomościami. Pogodzić strony będzie musiał warszawski sąd.

[Uwierzysz „sądowi”?? md]

Do czego może nam się przydać ślepy i głuchy generał Kukuła?

Do czego może nam się przydać ślepy i głuchy generał Kukuła?

Autor: CzarnaLimuzyna , 10 października 2024

Pixabay

Korzystając z domniemania niewinności stawiam tezę, że generał Kukuła jest upośledzony –  porażony ślepotą i głuchotą. Przypadłość dość powszechna, często spotykana wśród politruków i żołdaków III RP. Gdyby było inaczej pan generał już dawno wypowiedziałby wojnę wrogom Polski i użyłby podległych sobie oddziałów. Chodzi o wrogów zewnętrznych i wewnętrznych, którzy ogołocili nas już prawie do szczętu z całej suwerenności, rozpoczynając kolejny etap gospodarczej i demograficznej anihilacji Polski.

Czy ktoś słyszał coś na ten temat? Czy generał Kukuła ma zamiar bronić resztek polskiej niepodległości? Ja, nic podobnego nie słyszałem. Słyszałem jedynie zapowiedź przystąpienia do wojny z Rosją.

Tymczasem Unia Anty-Europejska –  totalitarny eurokołchoz nie przewiduje po kolejnym traktacie istnienia państwa polskiego. Co na to generał Kukuła i reszta polskich oficerów, podoficerów, szeregowych? Wypadałoby ruszyć mózgownicą, przynajmniej raz na jakiś czas.

(…) jesteśmy tym pokoleniem, które stanie z bronią w ręku w obronie naszego państwa

Naprawdę? „Z bronią w ręku”?

W Polsce wciąż obowiązuje zakaz posiadania broni wydany na terenach Polski przez Hitlera i Stalina, zakaz lekko zmodyfikowany, który w praktyce pozbawia Polaków możliwości samoobrony. To pierwszy podstawowy poziom samoobrony, drugim bardziej wyrafinowanym poziomem jest modernizacja polskiej armii o której tylko się mówi. Nie mamy samolotów, czołgów, ochrony przeciwlotniczej, amunicji… nie ma jednostek amerykańskich na szpicy, a zamiast tego, ze strony USA…

…mamy zapowiedź prelekcji badającej związek inkluzywności dewiacji z siłą gównokracji. Mają być też, jak czytamy, spotkania z przedstawicielami organizacji społeczeństwa zepsutego działającego na rzecz nienormalności.

Wracając do tematu ślepoty i głuchoty… rzecz, jak się zdaje, dotyczy również przełożonego generała Kukuły, Kosiniaka-Kamysza, który po ostrzelaniu polskich żołnierzy w Libanie przez jednostkę izraelską nie był w stanie wydusić z siebie kto, jak i dlaczego dopuścił się tego aktu agresji. W sukurs przyszli internauci.

Tymczasowe Siły ONZ w Libanie (UNIFIL) poinformowały za pośrednictwem swojego konta w serwisie X, że dzisiaj rano dwóch żołnierzy sił pokojowych zostało rannych,. Było to skutkiem ostrzału wieży obserwacyjnej w siedzibie UNIFIL w Naqoura, dokonanego przez izraelski czołg Merkawa./ Defence24/

O autorze: CzarnaLimuzyna

Kalendarz na 1000 lat suwerenności Polski


Kalendarz na 1000 lat suwerenności Polski
Ordo Iuris
 
W 2025 roku przypada tysięczna rocznica koronacji pierwszego króla Polski – Bolesława Chrobrego.
Uzyskanie zgody papieża na koronację, które potwierdzało uznanie suwerenności Polski w chrześcijańskiej Europie, było zwieńczeniem wieloletnich starań polskiego władcy.
Milenium Korony Polskiej zbiegło się w czasie z niespotykanym od dziesięcioleci zagrożeniem dla suwerenności naszej Ojczyzny – formowaną przez eurokratów reformą UE, która prowadzi do powstania Państwa Europa na gruzach państw narodowych. Instytut Ordo Iuris od roku przewodzi w budowie europejskiego frontu sprzeciwu wobec proponowanych zmian w traktatach UE.
Wydaliśmy raport „Po co nam suwerenność?”, w którym udowadniamy, że planowana reforma UE doprowadzi do oddania Brukseli kompetencji w 10 kluczowych dla suwerenności obszarach. Raport został już przetłumaczony na język angielski i chorwacki, a obecnie tłumaczymy go także na węgierski i francuski. Przygotowaliśmy serię infografik i materiałów informacyjnych. Dotarliśmy do najważniejszych ośrodków analitycznych Europy i USA, do polityków partii suwerennościowych oraz liderów opinii i dziennikarzy, a nawet do ludzi ze sztabu Donalda Trumpa. W ten sposób, z wiedzą o zagrożeniu dla suwerenności państw UE dotarliśmy do milionów Polaków i Europejczyków.Skuteczna obrona tak kluczowych wartości jak życie, rodzina, wiara, i wolność, które leżą w centrum misji Ordo Iuris będzie możliwa tylko wtedy, gdy Polska pozostanie państwem suwerennym. Dlatego motywem przewodnim kalendarza Ordo Iuris na rok 2025, który co roku trafia do naszych Przyjaciół i Darczyńców, uczyniliśmy właśnie suwerenność. Pokazujemy w nim, czym ona jest i jak przejawiała się na przestrzeni dziejów Polski.Projekt kalendarza nie został zlecony żadnemu zewnętrznemu podmiotowi. Od początku do końca pracował nad nim Zespół Ordo Iuris. Osobiście nadzorowałam ten proces, uczestnicząc w kolejnych „burzach mózgów”, które wyłoniły ostateczny motyw oraz kształt kalendarza.
W ten sposób wyłoniliśmy 12 obrazów, ukazujących 12 historycznych momentów chwały polskiej suwerenności.Selekcjonując obrazy do kalendarza, staraliśmy się oddać cztery perspektywy suwerenności: ideową, w której suwerenność to wolność do realizacji dobra wspólnego; duchową, przypominającą, że realizacji dobra wspólnego konieczna jest wspólna, narodowa i chrześcijańska tożsamość; perspektywę celowości prawa, w której Rzeczpospolita ma zapewnić realizację zasady sprawiedliwości oraz perspektywę niezbędnych dla suwerenności symboli i znaków.
W kalendarzu umieściliśmy między innymi obraz, ukazujący bitwę pod Kłuszynem, w której hetman Stanisław Żółkiewski rozgromił kilkukrotnie liczniejsze wojska rosyjskie, wspierane przez kilka tysięcy szwedzkich najemników. Polskie zwycięstwo doprowadziło do złożenia przez cara Iwana Szujskiego hołdu królowi Polski Zygmuntowi III Wazie, co ukazuje obraz Jana Matejki.
Tegoroczny kalendarz Ordo Iuris przypomina także o związku polskiej suwerenności z chrześcijańską tożsamością naszego Narodu poprzez obraz Ludwika Patka „Scena historyczna z Mieszkiem i Dobrawą”, na którym dziewiętnastowieczny artysta przedstawił symboliczny moment dołączenia Polski do cywilizacji chrześcijańskiej. Duchowy wymiar polskiej suwerenności podkreśla z kolei obraz „Jagiełło i Jadwiga jako założyciele Uniwersytetu Jagiellońskiego” pędzla anonimowego artysty oraz dzieło Jana Matejki przedstawiające odwiedziny kanclerza i hetmana Jana Zamoyskiego u najwybitniejszego literata doby przedrozbiorowej – Jana Kochanowskiego.
W kalendarzu na 2025 rok nie mogło zabraknąć dzieła, ukazującego koronację Bolesława Chrobrego. Obok niego znajdują się tam także obrazy, przedstawiające majestatyczny wjazd polskiego dyplomaty Jerzego Ossolińskiego do Rzymu w roku 1633, Unię Lubelską z 1569 roku, wydanie jednego z pierwszych na ziemiach polskich pisemnych regulacji prawnych przez Kazimierza Wielkiego czy obłożenie klątwą króla Bolesława Śmiałego przez biskupa Stanisława ze Szczepanowa.
Serdecznie zachęcam Pana do zamówienia wyjątkowego kalendarza Ordo Iuris na 2025 rok. Można to zrobić, klikając w poniższy link i wypełniając specjalny formularz. Zamówienia zbieramy do 25 października. 

 ZAMÓW KALENDARZ

Żywię głęboką nadzieję, że nasz kalendarz będzie się Panu podobał i ozdobi ścianę Pana domu lub miejsca pracy.Opracowanie pojedynczego kalendarza to koszt 25 zł. Składają się na niego przygotowanie szaty graficznej, złożenie publikacji, jej druk oraz koszt wysyłki. Będziemy Panu ogromnie wdzięczni za wsparcie udzielone Instytutowi Ordo Iuris przy tej okazji. Każda pozyskana w ten sposób złotówka zostanie wykorzystana do realizacji tak drogiej naszym Darczyńcom, Przyjaciołom i całemu naszemu Zespołowi misji Ordo Iuris.Z wyrazami szacunkuMonika Leszczyńska - Wiceprezes ds. Członkowskich Instytutu na Rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris
Działalność Instytutu Ordo Iuris możliwa jest szczególnie dzięki hojności Darczyńców, którzy rozumieją, że nasze zaangażowanie wymaga regularnego wsparcia.Ustaw stałe zlecenie i dołącz do naszej misji.
Dołączam do Kręgu Przyjaciół Ordo Iuris

Dziś – Bielsko Biała – Różańcowy szturm do Nieba za Ojczyznę

Bielsko Biała – Różańcowy szturm do Nieba za Ojczyznę

10/10/2024 przez antyk2013

Nasze Różańce święte uratują Polskę!

Zapraszamy w piątek do różańcowego szturmu modlitewnego za Kościół, naszą Ojczyznę i nasze rodziny – Msza Święta za Ojczyznę godz.17-tej parafii p.w. św. Stanisława Biskupa i Męczennika (Głównego Patrona Polski).

Tylko modląc się na Różańcu Świętym i poprzez POKUTĘ możemy wybłagać tryumf Niepokalanego Serca Maryi Panny w Kościele, w Polsce, w naszych rodzinach i na całym świecie.

Share

Kategorie Bielsko-Biała, Msze św. za Ojczyznę, Pokuta, Różańcowy Szturm do Nieba Tagi Bielsko Biała, Jasnogórskie Śluby Narodu, Krucjata Różańcowa za Ojczyznę, modlitwa za Ojczyznę, Msza Święta za Ojczyznę, Pokuta, różaniec za Ojczyznę

13.10.2024 Biłgoraj, Warszawa – comiesięczne Msze Święte za Ojczyznę i Pokutne Marsze Różańcowe

Rząd rozpoczął prace nad przepisami. Która kochanka członka ma być lepiej opłacana.

Rząd rozpoczął prace nad nowymi przepisami. Wilk: „Ustawa »kochanka+« coraz bliżej”

10.10.2024 wilk-ustawa-kochanka-coraz-blizej

Jacek Wilk. Konfederacja.
Jacek Wilk. / foto: screen YouTube: namzalezy.pl

„Ustawa »kochanka+« coraz bliżej” – napisał mec. Jacek Wilk w swoich mediach społecznościowych. Prawicowy prawnik wyjaśnił, skąd taka nazwa dla nadchodzących zmian prawnych.

Jacek Wilk ma na myśli prawo, które miałoby wprowadzać parytety płciowe na stanowiskach pracy. „W zarządzie lub radzie nadzorczej nie będzie mogło być ani za mało kobiet, ani mężczyzn. Rząd rozpoczął właśnie prace nad przepisami wprowadzającymi parytet płci w największych spółkach giełdowych. Jest to implementacja unijnej dyrektywy w tej sprawie” – informuje portal Prawo.pl.

„Ucieszą się z niej oczywiście faceci-menedżerowie, bo jeśli to kretyńskie prawo zmusi ich do wywalania z pracy innych facetów i zatrudniania w ich miejsce kobiet – to sięgną rzecz jasna przede wszystkim po te (to wszak logiczne), które są pod ręką i się słuchają – czyli żony, matki i kochanki właśnie (po kochanki – z wiadomych względów – najchętniej), a że taka kochanka będzie teraz utrzymywana na koszt firmy, a nie tego faceta (pensja za członkostwo w organach), to tylko się cieszyć” – komentuje mecenas.

Wilk przewiduje także konflikty po wprowadzeniu nowego prawa:

„Oczywiście mogą się na tym tle pojawić spory między facetami-menedżerami o to, czyja kochanka ma być teraz na pensji czlonka rady nadzorczej, albo zarządu, ale zawsze się można tu jakoś dogadać – np. wprowadzając instytucję kochanki (płatnej) rotacyjnej” – pisze.

Mecenas zadaje też pytanie, „czy kochanki będą z tej ustawy zadowolone”. „Niektóre pewnie tak – bo będą się mogły chwalić koleżankom, że zostały członkami organów firm. Ale – nie oszukujmy się – większość by wolała raczej chodzić dalej do kosmetyczki, a nie przesiadywać godzinami na nudnych posiedzeniach rad nadzorczych czy innych zarządów; mogą się więc z tego powodu pojawić po ich stronie dąsy, kaprysy i pretensje kierowane (słusznie!) do sponsorów, ale ci i z tym problemem zapewne nauczą się rychło skutecznie walczyć – okresowe bonusy lub służbowy samochód z kierowcą dla znudzonej członkini na pewno skutecznie zaleczą nudę i frustrację wywołaną koniecznoścìą siedzenia przez taką damę na posiedzeniach” – stwierdza.

„Generalnie poziom zarządzania firm oczywiście spadnie przez to dramatycznie – a przez to konkurencyjność firm europejskich będzie dołować jeszcze bardziej względem świata – ale kto by się tym przejmował, skoro można będzie mieć – całkowicie legalnie – kochanicę na koszt firmy” – dodaje.

„Pamiętajmy też, że – w razie naprawdę palącej konieczności – zawsze można będzie sięgnąć po ostateczne działanie ratunkowe dla tonącej firmy: któryś z menedżerów-chłopów (ustalony np. w drodze losowania) zacznie się nagle utożsamiać jako baba i sprawa załatwiona. Oczywiście uciecha z płatnej kochanki wtedy odpadnie (choć wszak i tutaj nie można wykluczyć sytuacji specjalnych – np. relacji homo między takimiż chłopami udającymi baby), ale w końcu czego się nie robi, gdy trzeba ratować tonącą firmę” – pisze na koniec prawnik.

Ambasador USA będzie walczył o Sodomę w Polsce. Braun:„Kompletny upadek i degrengolada Imperium”

Ambasador USA będzie walczył o to w Polsce. Braun nie wytrzymał. „Kompletny upadek i degrengolada”

10.10.2024 ambasador-usa-bedzie-walczyl-o-to-w-polsce-braun-kompletny-upadek-i-degrengolada

Grzegorz Braun oraz Mark Brzeziński.
Grzegorz Braun oraz Mark Brzeziński. / foto: screen YouTube (kolaż)

Europoseł Konfederacji Grzegorz Braun skomentował wpis ambasadora USA Marka Brzezińskiego, który z kolei odnosił się do wizyty specjalnej wysłanniczki zboków w Polsce. „Kompletny upadek i degrengolada imperium” – napisał Braun.

Amerykańska ambasada w Polsce poinformowała o wizycie w naszym kraju Jessici Stern, czyli „Specjalnej Wysłanniczki USA ds. promowania praw człowieka osób LGBTQI+”. Jak przekazano doszło do spotkania Stern z „przedstawicielami społeczeństwa obywatelskiego LGBTQI+”.

„Wśród omawianych tematów znalazła się perspektywa USA i zobowiązanie do zapewnienia, że każdy człowiek traktowany jest z równym szacunkiem i godnością, kluczowe wyzwania stojące przed społecznością LGBTQI+ w Polsce oraz rola społeczeństwa obywatelskiego w tym obszarze” – poinformowano.

W jakim celu wysłanniczka USA rozmawiała o „wyzwaniach” dla ruchu LGBTUSA w Polsce? Zapewne nie przyleciała po to, aby uciąć sobie miłą pogawędkę. Można więc domniemywać, że Stany Zjednoczone będą starały się przeforsować w naszym kraju tęczową agendę. Podobny wniosek można wysnuć z wpisu, jaki zamieścił amerykański ambasador Brzeziński.

„Prawa osób LGBTQI+ to prawa człowieka. Nasz rząd ma obowiązek ich bronić, zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i na całym świecie, i będziemy nadal walczyć o równe prawa dla wszystkich, we współpracy z lokalnymi aktywistami i społecznościami” – napisał Brzeziński.

Jak dodał, „prawa człowieka są niepodzielne”. „Kiedy jedna grupa ludzi jest celem ataków, wszystkie grupy narażone na zagrożenia stają się mniej bezpieczne. Z kolei kiedy prawa jednej grupy są chronione, społeczeństwa jako całość stają się prawdziwie wolne, lepiej prosperujące i bardziej bezpieczne” – podkreślił Brzeziński.

Jakich to praw LGBTUSA nie mają w Polsce, które mają inni obywatele Brzeziński jednak nie wskazał. Trudno też odgadnąć w jaki sposób owa społeczność miałaby być „celem ataków”. Do bajań amerykańskiego ambasadora odniósł się w mocnych słowach europoseł Braun.

„Zaiste: nie ma transatlantyzmu bez transgenderyzmu; najwyraźniej nie ma wasalizacji bez sodomizacji” – napisał polityk. „Propaganda dewiacji jako „demokratycznego standardu” jest odrażająca i żałosna; kompletny upadek i degrengolada imperium” – dodał. Zdaniem Brauna amerykański ambasador Brzeziński powinien zostać w Polsce persona non grata.

Ambasador USA Mark Brzezinski bezczelnie promuje zboczeńców

Ambasador USA Mark Brzezinski promuje zboczeńców

Przez Agnieszka Piwar 2024-10-10 piwar/ambasador-usa-mark-brzezinski-promuje-zboczencow

Żeby łatwiej trzymać pod butem skolonizowane tereny – a tym właśnie jest Polska dla Stanów Zjednoczonych – najlepiej zdeprawować podbite społeczeństwo, aby dodatkowo je osłabić. Słabe społeczeństwo nie będzie potrafiło stawiać oporu okupantowi. Proste, prawda?

Taką zasadę wyznaje najwyraźniej Mark Brzezinski ambasador USA w Polsce. Pewnie właśnie dlatego wspiera wszelkiej maści zboczenia i dewiacje, których zadaniem jest doszczętne zdemoralizowanie Polaków.

Art. 51. Kodeksu karnego, w paragrafie pierwszym wskazuje m.in., że kto zakłóca spokój, porządek publiczny, albo wywołuje zgorszenie w miejscu publicznym, podlega karze aresztu, ograniczenia wolności albo grzywny.

Tymczasem osoby wywołujące zgorszenie w miejscu publicznym w Polsce – bo tym właśnie zajmują się organizatorzy parad zboczeńców po ulicach polskich miast – są pod specjalną ochroną kolejnego już amerykańskiego ambasadora.

ZAKŁAMANY DYPLOMATA

W celu dobicia wśród Polaków normalności, z wizytą do Polski przybyła właśnie Jessica Stern, Specjalna Wysłanniczka USA ds. promowania praw człowieka osób LGBTQI+. Amerykanka spotkała się w Warszawie z przedstawicielami LGBTQI+ w Polsce, z którymi omówiła dalsze strategie działania.

Mark Brzezinski ugościł delegację dewiantów w swojej rezydencji, a na platformie X skomentował wydarzenie następującymi słowami:

«Prawa osób LGBTQI+ to prawa człowieka. Nasz rząd ma obowiązek ich bronić, zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i na całym świecie, i będziemy nadal walczyć o równe prawa dla wszystkich, we współpracy z lokalnymi aktywistami i społecznościami. Prawa człowieka są niepodzielne. Kiedy jedna grupa ludzi jest celem ataków, wszystkie grupy narażone na zagrożenia stają się mniej bezpieczne. Z kolei kiedy prawa jednej grupy są chronione, społeczeństwa jako całość stają się prawdziwie wolne, lepiej prosperujące i bardziej bezpieczne.»

Sęk w tym, że ambasador Brzezinski bezczelnie kłamie, bo de facto broni tylko wybrańców, a nie autentycznie zagrożone grupy. Czy Brzezinski lub jakikolwiek inny ambasador USA, stanął kiedykolwiek w obronie grupy ludzi nieustannie będących celem ataków w Strefie Gazy? Nie przypominam sobie.

Należę do grupy osób rasy białej, heteroseksualnych, wyznających tradycyjne wartości i jestem chrześcijanką. Moja grupa również jest obecnie celem ataków, bo w miejscach publicznych depcze się nasze wartości i naraża na molestowanie seksualne.

Fakty są takie, że z powodu promocji w przestrzeni publicznej zboczeń spod znaku LGBTQI+ (parady na ulicach polskich miast, obrzydliwe reklamy, etc.), wiele osób – w tym ja – czuje się molestowanych seksualnie. Nikt z nas nie chce oglądać paradujących roznegliżowanych dewiantów, ani obrzydliwych treści wyskakujących na każdym kroku z reklam promujących zboczoną ideologię.

Tymczasem nam się to narzuca. Na takie deprawujące widoki narażone są także polskie dzieci. W związku z powyższym tradycyjne środowiska nie czują się bezpiecznie. Nasze społeczeństwo nie jest chronione, a ambasador USA dodatkowo sprowadza na nas niebezpieczeństwo w postaci delegacji LGBTQI+ zza Oceanu.

CHOROBY LECZY SIĘ

Mało tego, ideologia gender dla jej wyznawców jest śmiertelnie niebezpieczna. Świadczą o tym liczne samobójstwa i depresje wśród tych osób. Czy w imię tolerowania czyichś upodobań, ludzie świadomi potwornego zagrożenia mają pozostać biernymi? Absolutnie nie!

Na widok chorego człowieka należy posyłać go do lekarza, a nie utwierdzać w przekonaniu, że ma prawo do swojej choroby. Reagowanie jest naszym moralnym obowiązkiem. Przecież chodzi tutaj o ratowanie ludzkiego życia, a więc stan wyższej konieczności.

Proszę sobie wyobrazić nastoletnią dziewczynę, która pod wpływem mody narzucanej przez rówieśników i kolorowe czasopisma postanowiła zacząć się odchudzać. Dostała na tym punkcie takiej obsesji, że wpędziła się w groźną chorobę – anoreksję. Charakterystyczne dla osób z anoreksją jest to, że wydaje im się, iż wciąż są grube i jeszcze muszą schudnąć.

Każdy świadomy człowiek wie, że nieleczona anoreksja prowadzi do śmierci. Każdy ukształtowany moralnie człowiek zareaguje, gdy zobaczy, że komuś grozi śmierć. A oto co proponuje ideologia gender. – Czujesz się źle w swojej skórze? To jest twój wybór! Jak nie chcesz jeść, to nie jedz. Najwyżej umrzesz, ale przynajmniej pozostaniesz sobą, bo masz prawo czuć się sobą.

Brzmi nieprawdopodobnie, prawda? Tymczasem właśnie na tym polega ta zbrodnicza ideologia, która przedarła się do społeczeństwa pod płaszczykiem pseudotolerancji.

Wyobraźmy sobie chłopca, który na naszych oczach chce skoczyć z dachu wieżowca. Nie, nie chce się zabić. Po prostu jest zaburzony, pogubiony i być może olany przez rodziców. Durni koledzy z podwórka czy Internetu wkręcili go, że jest superbohaterem i ma nadprzyrodzoną moc, dzięki której może latać jak ptak. No i chłopak chce skoczyć z tego dachu, bo uwierzył, że jest tym, kim nie jest!

Uwierzył, że ma skrzydła i może unosić się w powietrzu. Czy mamy prawo pozwolić skoczyć temu chłopakowi tylko dlatego, że czuje się on superbohaterem i uważa, że może latać? Nie! Powinniśmy spróbować go uratować i przekonać, że nie ma on skrzydeł, więc jak skoczy z dachu, to straci swoje życie.

Zaskoczeni porównaniami? Przecież ideologia LGBT+ to nie jest „tylko” tolerowanie faceta, który poczuł się kobietą i każe do siebie mówić „per pani” (czy na odwrót). Ideologia ta niszczy tożsamość człowieka w każdym jego wymiarze, a kwestia podważania płciowości, to dopiero początek pokrętnej drogi prowadzącej w przepaść.

Agnieszka Piwar

Fot. zrzut ekranu YouTube / Pride News

Nigdy nie pozwól, aby rząd mówił ci, kim są twoi wrogowie

Nigdy nie pozwól, aby rząd mówił ci, kim są twoi wrogowie

caitlinjohnstone.com.au/2024/10/06/never-let-your-government-tell-you-who-your-enemies-are

Dr Ignacy Nowopolski Oct 09, 2024 Caitlin Johnstone

https://www.youtube-nocookie.com/embed/WMN6BLuc4ro?rel=0&autoplay=0&showinfo=0&enablejsapi=0

Nasi prawdziwi wrogowie są w Waszyngtonie, Londynie i Tel Awiwie. W Berlinie, Paryżu i Canberze. W tajnych biurach rządowych w stanie Wirginia oraz w imperialnych obiektach propagandowych w Nowym Jorku i Hollywood.

Caitlin Johnstone

To nie wina mieszkańców Bliskiego Wschodu, że żyją na złożach ropy w pobliżu głównych szlaków handlowych w regionie łączącym trzy kontynenty. I tylko o to chodzi. Nie o walkę z „terroryzmem”. Nie o szerzenie wolności i demokracji. Nawet nie o ochronę Izraela. Ostatecznie chodzi o kontrolowanie tego, co dzieje się w regionie ważnym geostrategicznie i bogatym w zasoby.

Ludzie mieszkający w tej części świata nigdy nic ci nie zrobili. Nie stanowią dla ciebie zagrożenia. Mówią ci tylko, żebyś ich nienawidził, ponieważ najpotężniejsi ludzie na świecie muszą rządzić Azją Zachodnią, aby rządzić planetą, a żeby to zrobić, muszą użyć ogromnych ilości przemocy. To wszystko.

Nasi władcy wykorzystują wszelkiego rodzaju narracje z całego świata i całego spektrum politycznego, aby usprawiedliwić swoje działania. Wykorzystują syjonizm, fundamentalizm chrześcijański, fundamentalizm islamski, fundamentalizm hinduski, liberalizm, konserwatyzm, nacjonalizm lub zabawną politykę tożsamości, aby uzyskać poparcie dla swoich programów tam, gdzie jest to konieczne. Karmią cię wszystkimi zwrotami, które musisz usłyszeć, aby cię przekonać, że nieposłuszne narody Bliskiego Wschodu zasłuzyły na rzucane na nie bomby i rakiety.

Nasi władcy wykorzystują swoich propagandystów w głównych mediach informacyjnych i gawędziarzy w Dolinie Krzemowej, aby manipulować publicznym postrzeganiem tych morderczych programów poprzez półprawdy, kłamstwa poprzez pominięcia, zniekształcenia, wprowadzające w błąd nagłówki, odwrócenie roli ofiary i sprawcy. Rozpoczęcie chronologii wydarzeń od wygodnego czasu, dogodnego punkty i bezkrytyczne powtarzanie niepotwierdzonych twierdzeń z niewiarygodnych źródeł. Ci manipulatorzy są tak samo ważni dla funkcjonowania imperialnej machiny wojennej, jak ludzie, którzy zrzucają bomby.

Jaki przymilny, niewolniczy pochlebca by się z tym zgodził? Jaki kochający władzę prostak pozwoliłby na masowe morderstwa i znęcanie się nad ludźmi, którzy nie stanowią dla niego zagrożenia tylko dlatego, że przełożeni kazali mu tak się czuć? Cóż za żałosny, głęboko pozbawiony godności sposób istnienia.

Ciężko pracują, aby uzyskać naszą zgodę na te okrucieństwa, ponieważ tak bardzo jej potrzebują. Więc nie dawaj im tego. Przecież nasi władcy zawsze zdają sobie sprawę z tego, że jest nas znacznie więcej niż ich i łatwo moglibyśmy się odwrócić i usunąć ich wszystkich, gdybyśmy poszli po rozum do głowy. . Trzymajcie się swojej oceny, nie dajcie się nabrać na ich manipulacje i pomóżcie obudzić wszystkich ludzi do świadomości, że morderczy psychopaci, którzy chcą zdominować świat, nieustannie popychają nas do uległości, rezygnacji i bezsilności.

Naszych prawdziwych wrogów nie ma w Iranie.

Naszych prawdziwych wrogów nie ma w Libanie.

Naszych prawdziwych wrogów nie ma w Gazie ani na Zachodnim Brzegu.

Nasi prawdziwi wrogowie nie są w Jemenie, Syrii czy Iraku.

Nasi prawdziwi wrogowie są w Waszyngtonie, Londynie i Tel Awiwie. W Berlinie, Paryżu i Canberze. W tajnych biurach rządowych w Wirginii i w imperialnych instytucjach propagandowych w Nowym Jorku i Hollywood.

Naszymi prawdziwymi wrogami nie są Arabowie i Irańczycy, ale menedżerowie imperium, którzy rujnują nasz świat, niszczą naszą biosferę, uzurpują sobie nasze bogactwa i zasoby, grożą nam bronią nuklearną i sprawiają, że jesteśmy biedni, chorzy i zajęci, a także poddajemy się praniu mózgów by nie zrozumieć, co się dzieje i nie walczyć z tym.

Nie daj się zwieść, wierząc, że jest inaczej. Walczmy z ich manipulacjami i przeciwstawiajmy się ich nadużyciom. My, rozsądni ludzie, możemy wygrać tę bitwę, ale nawet jeśli tego nie zrobimy, możemy przynajmniej zapobiec temu, aby pozbawili nas godności i sprawić, że nie będziemy oklaskiwać ich deprawacji.

Boży Liban. Umęczony kraj świętych (3)

Boży Liban. Umęczony kraj świętych (3)

Autor: pokutujący łotr , 9 października 2024

Twa krwawa napaść Izraela na Liban – kraj będący przedłużeniem Ziemi Świętej, a ewangelizowany jeszcze przez samych apostołów i samego Jezusa. Rujnowane dziś bombami izraelskimi starożytne miasta Tyr czy Sydon są wymieniane w Ewangeliach na równi z miastami Judei, Samarii, Dekapolu. Dziś połowa ludności 5-milionowego Libanu to chrześcijanie: maronici, którzy już w X w. poddali się zwierzchnictwu Watykanu i są naszymi braćmi w Wierze.  Żyją ze swymi islamskimi sąsiadami w zgodzie, a w Bejrucie główny meczet islamski stoi obok głównej świątyni katolickiej, katedry św. Jerzego.

Izraelskie rakiety niszczą Bejrut, październik 2024

Na skrzyżowaniach libańskich dróg widnieją nie niszczone przez ludność kapliczki Matki Bożej czy Pasje Chrystusa. Dopóki nie wyciągnęły się nad Libanem łapczywe pazury USraela, żyli spokojnie w swoim pięknym i zasobnym kraju. Dziś walą się w gruzy wielopiętrowe kamienice, ostrzeliwane są drogi, którymi przerażona ludność próbuje uciekać do Syrii. Przypomina to polski wrzesień 1939 r., o którym opowiadali mi rodzice: drogi zasłane trupami dzieci, starców, kobiet pod koszącymi nalotami Luftwaffe… Pięknych nauczycieli ma dzisiejszy Izrael.

Dlatego jako hołd i memento zamieszczamy na Legionie trzecią i ostatnią część tekstu o Libanie, jaki w październiku 2014 r. opublikował w prasie katolickiej pisarz Grzegorz Musiał. Towarzyszył on jako tłumacz polskiemu księdzu w wyprawie do Libanu, po relikwie św. Charbela dla powstającego w Polsce ośrodka kultu tego wielkiego świętego Kościoła.

        Pokutujący Łotr


Grzegorz Musiał

          LIBAN: PODRÓŻ DO ZIEMI ŚWIĘTYCH SZARBELA I RAFKI (3 ost.)

Bejrut i groty Jeita

Aby znaleźć się bliżej Annaja – głównego celu naszej wyprawy – opuszczamy Jounieh i przenosimy się dalej na północ,  do hoteliku w miejscowości Byblos, skąd do pustelni i sanktuarium św. Charbela mamy już tylko pół godziny jazdy taksówką. Jednak, dopóki znajdujemy się wciąż w pobliżu stolicy, trzeba spłacić „turystyczny haracz” i obejrzeć Bejrut. W odrodzonym centrum libańskiej stolicy nie ma już śladów zagłady, jaką w latach wojny 1982-85 przyniosły pięknemu miastu izraelskie rakiety.  Także nie widać śladów po bombach z czasu niedawnego konfliktu izraelsko-libańskiego w 2006 r. Wtedy bombardowano jedynie południowe przedmieścia Bejrutu, gdzie rzekomo miało znajdować się centrum libańskiego Hezbollahu.

W centrum Bejrutu maronicka katedra św. Jerzego zgodnie sąsiaduje z największym meczetem Libanu Al Amin.

Plac Męczenników to  serce stolicy, nieco mniejszy odpowiednik Placu Defilad, który odbudowano tu ze szkła, granitu i aluminium na miejscu pustyni z cegieł, pozostawionej przez izraelskie rakiety. Tamto przepiękne śródmieście, zabudowane okazałymi kamienicami i nazywane „Paryżem Bliskiego Wschodu” nie jest już teraz Paryżem, ale zyskuje jakąś nową, jeszcze nie do końca wykrystalizowaną tożsamość. Największe wrażenie robi kolejny dowód przyjaznej koegzystencji islamu i chrześcijaństwa na tej ziemi: odbudowany ze zniszczeń największy tutejszy meczet Al Almin z dwiema niebieskimi kopułami i strzelającymi w niebo minaretami, zgodnie sąsiadujący, dosłownie „przez płot” z maronicką katedrą Św. Jerzego: głównym katolickim kościołem Libanu.

Miasto kipi  życiem, pełne są od rana ulice i kawiarnie, wszędzie widać istną gorączkę budowlaną. Nieomal na każdym wolnym akrze ziemi dźwiga się nowa budowla, najczęściej wieżowce, które oglądane z wysokości licznych bejruckich autostrad nadają miastu wygląd zbliżony do Manhattanu. Wszędzie uwijają się gromady robotników budowlanych i dopiero nasza madame, Eva H. – z którą, oraz z jej mężem weterynarzem, spotykamy się na małym lunchu – wyjaśnia nam, że ci robotnicy to w większości uchodźcy z Syrii. Dzięki budowlanemu prosperity w Libanie, mają szansę odbudować sobie życie na emigracji.

– Czy w ten sposób nie odbierają pracy Libańczykom?

Eva wybucha śmiechem.

Tu nikt nikomu nie wchodzi w drogę… Syryjczycy pracują, a w tym czasie Libańczycy piją kawę…– żartobliwym gestem ogarnia zatłoczony lokal. Jej żart budzi dezaprobatę męża.  Jest maronitą, choć o postepowych poglądach: przy lusterku w samochodzie, obok obowiązkowego różańca znalazł sie też portrecik Che Guevary.  Może to echo jego młodości w Pradze, gdzie poznał na studiach swoją przyszłą żonę. Eva jest energiczną blondynką, Czeszką z domieszką krwi polskiej, którą ma w żyłach „po katolickiej babce od strony matki”. Z jej opowieści wynika, że polska gałąź jej rodziny wywodzi się ze szlachty zamieszkującej czesko-polskie pogranicze w okolicy Ołomuńca. Jest bystra, tryska humorem i dowcipem. Wyczuwam w niej ducha polskiej fantazji, a także mimo żartów, katolickie współczucia dla nędzy ludzkiej. Radzi,  aby koniecznie obejrzeć Bejrut wieczorem, to jest „coś, czego się nie zapomina”. Ale my wolimy wykorzystać naszego Charbela, dopóki go mamy, by odwiedzić słynne w świecie Muzeum Narodowe z pamiątkami dawnej Fenicji. Potem ruszamy do grot Jeita (wymawia się Dżęjta), należących do 14-tu Największych Cudów Przyrody na świecie.  Dlaczego czternastu? – tego się nie dowiemy, przewodnik o tym milczy.

Ale wizyta w olbrzymich galeriach tego sięgającego wielu pięter w głąb ziemi królestwa Persefony, wśród strumieni i jezior, stalaktytów i stalagmitów zwisających  festonami ze sklepień jak sople gigantów lub porastających gęstwinami zastygłego lasu skalne półki, jakby dla jakichś gigantycznych lokomotyw, więcej  są warte niż ta połowa dnia, którą dla nich poświęciliśmy.

Może realizatorzy „Władcy Pierścienia” nie dostali zgody, by kręcić tu niektóre sekwencje swej sagi – w tej scenerii snu-grozy o lodowym Hadesie, opadającym jakimiś bezdennymi sztolniami w głąb Ziemi i przemieszanym z baśnią filmową o olbrzymich różowych tortach (taki jest kolor większości skał) i o królestwie krasnoludków, którymi staliśmy się w tych olbrzymich przestrzeniach podziemnych hal.

Groty Jeita w Libanie

                                                   Do św. Charbela…

  W mieście Byblos, gdzie spędzimy kolejne trzy noce, gości nas schludny hotelik na brzegu kamienistej plaży. Widać stąd resztki starożytnego portu fenickiego, który zakryły późniejsze budowle templariuszy. Okres świetności przeżywał w czasach, gdy zasoby cedru libańskiego  wydawały się nieprzebrane. Był najwyżej cenionym w starożytności budulcem  drewnianym, którego głównym odbiorcą był Egipt faraonów. Byblos stał się jednym z najważniejszych portów Morza Śródziemnego i jego nazwa od greckiego słowa „papirus” jest pamiątką po tych związkach ówczesnego Libanu (Fenicji)z Egiptem. Na papirusie spisano w ok. 2000 r. przed Chrystusem pierwszy fenicki alfabet. Ale cedr się skończył i skończyło się państwo faraonów. Na ponowną prosperity Byblos  musiało czekać aż do wojen krzyżowych, gdy wzniesiono tu do dziś strzegącą portu cytadelę templariuszy z czterema przysadzistymi wieżami. W tamtym czasie powstała też trzynawowa bazylika romańska Św. Jana, która ze względu na bliskość od naszego hotelu, na trzy dni  stała się naszym kościołem parafialnym.I dzięki hotelowemu taxi, znów mamy swojego kierowcę: tym razem mrukliwego starszego pana. Taksówki są tu tanie i można wynająć jedną na cały dzień za 50 dolarów, lepszego środka transportu w Libanie nie ma.

Ledwie rozpakowawszy się w hotelu, ruszamy do klasztoru Annaja. Żaden z nas nie ukrywa wzruszenia, gdy zbliżamy się do punktu kulminacyjnego naszej podróży. Na podjeździe, przed głównym budynkiem klasztornym, wita nas naturalnej wielkości Charbel.

Klasztor w Annaja

Uniesioną kamienną prawicą pozdrawia gości, których rocznie przybywają tu 4 miliony.  Sława tego miejsca już dawno przekroczyła granice Libanu i  klasztor w Annaja  dołączył do najsłynniejszych katolickich sanktuariów, do którego ściągają pielgrzymi również innych wyznań. Oni też uzyskują tu łaski duchowe, uzdrowienia z cielesnych chorób i pomoc wobec doczesnych utrapień. Centralny punkt sanktuarium stanowi odgrodzona żelazną kratą i szybą krypta, która od 1952 r. mieści grobowiec świętego. Trumna, w której złożono jego ciało, przeszła specjalne testy odpornościowe, by nie uszkodził jej płyn, który wciąż wydobywa się z ciała zakonnika.

Kiedy zmarł on w dniu Wigilii Bożego Narodzenia 1898 r., nad jego grobem pojawiać się zaczęła łuna świetlna.  Rozeszła się też wieść o dokonujących się za jego wstawiennictwem cudach. Dokonana rok później ekshumacja wykazała brak cech rozkładu zwłok, które za to pokryte były wilgotną substancją przypominającą krew.  Owinięto szczątki świętego w nowe szaty i złożono je w drewnianej trumnie, którą przeniesiono do klasztornej kaplicy. Ale sytuacja powtórzyła się przy kolejnych otwarciach trumny w latach 1927 i 1950: w obecności komisji kościelnej i lekarskiej stwierdzono brak cech rozkładu ciała i dalsze wydobywanie się cieczy. j. Co więcej, ciecz uszkodziła cynowe elementy trumny i zaczęła sączyć się na zewnątrz.  Kolejne niewytłumaczalne zdarzenie zaszło w 1950 r., gdy  do Annaja przybyła grupa maronickich zakonników, którzy wykonali sobie pamiątkowe zdjęcie przed pustelnią Charbela. Po wywolaniu, ,na zdjęciu ukazała się wyraźna, stojąca za nimi postać, w której starsi mnisi rozpoznali ojca Charbela. W ten sposób uzyskano jedyny wizerunek zakonnika, który nigdy wcześniej nie był portretowany i przydał sie on we wznowionym procesie beatyfikacyjnym w Rzymie. Ogłoszony świętym Kościoła Katolickiego w 1977 r., św. Charbel nadal wyprasza łaski tym, którzy do jego pomocy się uciekają.  Do monasteru z całego świata napływają świadectwa ogromnej ilość uzdrowień i łask otrzymywanych przez osobistą pielgrzymkę do jego grobu lub także „na odległość”, dzięki przywożonemu z sanktuarium olejkowi oraz kawałkom płótna, które miały styczność z ciałem świętego.

Grób św. Charbela w Annaja.

Najgłośniejsze uzdrowienie ostatnich lat miało miejsce w 1993 r. i dotyczyło pięćdziesięcioletniej Nouhad El Shami, matki dwanaściorga dzieci, cierpiącej na guza tarczycy i częściowy paraliż. Lekarze uznali przypadek za nieoperacyjny, jednak najstarszy syn udał się do Annaja, prosić świętego o ratunek.  W nocy Nouhad miała sen, w którym ujrzała dwóch mnichów. Jednym z nich był Charbel, który położył jej dłoń na szyi i powiedział: „Przyszedłem cię zoperować”.  Poczuła ból w szyi pod palcami obu zakonników, a po przebudzeniu ujrzała w lustrze dwie rany długości 12 cm.  po obu stronach szyi, z każdej sterczały nici szwów.  Poczuła się całkowicie uleczoną.

Wpierw pojechała z rodziną do Annaja, podziękować Charbelowi za uzdrowienie, a potem do szpitala na konsultację. Lekarze uznali, że z medycznego punktu widzenia operacja wykonana jest doskonale i tak dobrze założonych szwów dawno nie widzieli. Nie potrafili tego wyjaśnić naukowo.

Odtąd, w klasztorze w Annaja każdego 22 dnia miesiąca odbywa się – zgodnie z prośbą świętego –  uroczysta msza św. i procesja z pustelni do głównego kościoła.  W tym dniu, a także w każdy pierwszy piątek miesiąca,  rany Nouhad znowu krwawią.  Św. Charbel powiedział jej: – Uzdrowiłem cię, aby ludzie się nawracali. Wielu ludzi oddaliło się od Boga, przestają się modlić, przystępować do sakramentów i żyją tak, jakby Bóg nie istniał…

Większość czasu w Annaja spędzamy przed trumną Charbela, modląc się za nasz świat, coraz głębiej zapadający się w otchłań nędzy duchowej i występku, za siebie i za innych, zwłaszcza tych, którzy nas o to prosili.

                                        Klasztor i pustelnia w Annaya   

Klasztor przypomina warowny zamek wzniesiony z grubo ociosanych bloków wapienia, z wąskimi szczelinami okien i kwadratowym dziedzińcem. Wprost prosi się on o średniowieczny turniej rycerski.  Wprost z dziedzińca wchodzi się do krypty grobowej, a naprzeciw niej kamienne schody z małym tarasikiem prowadzą do głównej kaplicy monastyru. Przez plątaninę korytarzy, którymi nieprzerwanie sunie ludzka ciżba,  dojść stąd można do muzeum z wystawionymi w gablotach pamiątkami po Charbelu, do sali recepcyjnej przeora i administracji klasztoru. Uzyskawszy zgodę na odprawienie Mszy św., uczestniczymy w Najświętszym Sakramencie odprawionym przez ks. D. w zakrystii kaplicy klasztornej. Niestety, przeora jeszcze nie ma, bo przebywa w Rzymie na audiencji u Ojca św. Seniora,  Benedykta XVI,  ale lada chwila  ma wrócić  do Annaja, by uczestniczyć w procesji 22 września.  Zapisano nas na audiencję w jego sali recepcyjnej. Jesteśmy trochę rozczarowani, bo nie dotarły do nich listy i e-maile wysłane od nas z Polski, albo może dotarły, ale ich przeorowi nie przekazano, bo język angielski (czego doświadczamy na każdym kroku) nie jest najmocniejszą stroną Libańczyków.

Tymczasem do sanktuarium przybywają autokary z pielgrzymkami. Wszyscy chcą jutro rano przejść razem z przeorem i w towarzystwie Nouhad z jej krwawiącymi ranami, trasą procesji od małej wysoko położonej pustelni do leżącego niżej masywu klasztoru z nowym kościołem. Coraz częściej słychać język polski. Mnie jednak bardziej zajmuje obserwowanie pobożności Libańczyków, bo naprawdę, jest czego od nich się uczyć.  Przyjeżdżają, i to głównie młodzi, wielopokoleniowymi rozmodlonymi rodzinami, z obowiązkowym różańcem trzymanym w ręku lub zawieszonym na szyi. Widzę młodego osiłka z ramionami pokrytymi tatuażami, pośród których widnieje okazały różaniec, wytatuowany od lewego ramienia wzdłuż całej ręki. W Polsce byłaby to zapewne uznane za prowokację lub szyderstwo, ale ten maronicki młodzian trzyma również w dłoni prawdziwy różaniec, który, idąc wraz z kolegą, głośno odmawia. Widok w Polsce nie do pomyślenia.  Uderza też ogromna ilość dzieci. Dziś, młoda polska rodzina to 2 plus 1, a tu Bóg, jakby wynagradzając im krwawą historię, obdarza ich obfitą dzietnością i młode libańskie stadło liczy co najmniej dwójkę lub trójkę przychówku biegnącego przed rodzicami i jeszcze po jednym na barana u ojca i w ramionach mamy.  Niestety, modlitewny spokój przerywa głośna kłótnia po polsku, gdy wymianę zdań wszczyna z kierowcą autokaru wystrojona paniusia z telefonem komórkowym przy uchu.  Usiłuję sobie przypomnieć, której z wizjonerek: św. Faustynie czy słudze Bożej Celakównie, mówił  Chrystus o drugim, poza pijaństwem, najcięższym grzechu Polaków: kłótliwości i niezgodzie.

Ogromna procesja w Annaja każdego 22-go dnia miesiąca

Następnego dnia od rana straszliwy upał. Mimo zakupionego już w pierwszym dniu słomkowego kapelusza, czuję przebytą przed paroma laty operację serca.  Muszę  niestety siąść w cieniu na murku, nie wezmę udziału w procesji, która rozpoczyna się pod pustelnią św. Piotra i Pawła, znajdującą się ok. 20 minut pieszo pod górę, i teraz zaczyna zstępować w dół pod baldachimami, feretronami, ze wspaniałym chóralnym śpiewem w języku aramejskim do nowego kościoła, którego halowa bryła z czerwonym dachem i wysmukłą wieżą widnieje obok mnie,  na placu za klasztorem.  Do pustelni wybierzemy się po południu, gdy zmierzch ochłodzi góry i spokojny spacer pozwoli nam na głęboką, przyjacielską pogawędkę. Inspiracją do niej stały się słowa angielskiego motta, które wyryte w desce ujrzeliśmy po drodze: wizytówka miejsca, do którego zmierzamy. If You Do Not Understand My Silence, You Will Not Understand My Words – głosi angielski napis.  (Jeśli nie rozumiesz mojego milczenia, to nie zrozumiesz też moich słów).

Pustelnia Charbela jest skupiskiem małych pokoików ukrytych za mieszcząca się z przodu kaplicą, której spokojną prostokątną fasadę z ciosanego kamienia wieńczy niewielki kamienny krzyż. Tu św. Charbel, po uzyskaniu zgody swego opata, wiódł życie w całkowitym odosobnieniu i bezwzględnie oddany Bogu. Kolejne pomieszczenia, mijane w powolnej procesji pielgrzymów, ilustrują wszystko, co o nim wiemy:  że czas spędzał na modlitwie, na adoracji Najświętszego Sakramentu i na pracy w ogrodzie. O ile „ogrodem” jest ta wąska grządka, przytulona do kamienistego zbocza u stóp jego chatki. Czytał żywoty świętych, jadał raz dziennie i równie niewiele spał.  Unikał kontaktów z ludźmi, w tym również ze swymi współbraćmi. Oto jego zgrzebne szaty, twarde łoże, ewangeliarz, najprostsze sprzęty… Jak niewiele potrzeba człowiekowi na tej ziemi… Przedmioty tym bardziej są mu zbędne, im szybsza ma być podróż po śmierci, prosto w ramiona Boga. Politowanie ogarnia mnie na myśl,  iloma otaczamy się wciąż sprzętami, ozdobami, strojami, pojazdami, bibelotami, głupimi pismami, szkodliwymi książkami, ekranami kin i telewizorów wiodącymi naszą wyobraźnię w zgiełk, na manowce kłamstw i złudzeń. To przez ten balast coraz trudniej jest nam prowadzić swoje życie w prostocie, a brniemy przez gęstwę życia w rozbudzanym przez media i bliźnich, którymi się otaczamy,  coraz dokuczliwszym pragnieniu, aby mieć więcej i więcej. Taką zrobiliśmy sobie miarę „sukcesu”: drogie przedmioty, nieustanne wycieczki, władza nad innymi. Rządzi nami szał posiadania, wspinanie się po jakiejś drabinie obłędu wyżej i wyżej – choć wcale nie coraz bliżej, a coraz dalej od Boga. Coraz więcej, więcej gratów i spraw, którymi zaśmiecamy sobie życie tak szczelnie, że w końcu dusimy siebie i swą duszę. Potem patrzy człowiek załzawionym wzrokiem wokół siebie i pyta: dlaczego życie mi się nie udało?

Annaja: pustelnia Charbela. Tu spał.[zdj. w oryg. – u mnie „nie przechodzi”. md]

Tu w ogródku jest cisza. U mych stóp i przed oczami przestwór nieba i ogromny krajobraz czystych, libańskich gór. Charbel sadził tu sobie najzwyklejsze rośliny. Oto  wyłożone kamykami ścieżynki, o które uderzały jego trepy. Rankiem, gdy wstawał śpiew ptaków to był jedyny hałas. Takie jest memento, którym upomina nas św. Charbel: człowiek najlepiej radzi sobie wśród najprostszych spraw. Tak jest przez Boga skrojony, że niewiele potrzebuje pokarmu i podniet jego biologiczna natura Zaś temu, kto ma serce wciąż targane niepokojem i pożądaniem, ktoś wciąż na ucho szepce: więcej, więcej!… A czyj to głos? Wiadomo.

Wielki finał czyli relikwia pierwszego stopnia

Audiencja u przeora. Nadeszła coda małej symfonii, która wieńczy naszą peregrynację.  Ujrzawszy nas w sali recepcyjnej, siedzących na bocznej ławce przy drzwiach w gromadce oczekujących, energicznie podszedł – pewnie uprzedzony o przybyszach z Polski – i wymieniwszy krótkie uprzejmości z resztą, siadł przy nas dopytując o cel podróży. Młody, krępy, z okrągłą twarzą okoloną bródką, w trakcie  rozmowy prowadzonej dobrą angielszczyzną bada twarz rozmówcy ciemnymi, inteligentnymi oczami.  – Pewnie chodzi wam o relikwie? – pyta z uśmiechem. Tak. Ale też zależy nam na stałej współpracy klasztoru z polskim ośrodkiem kultu św. Charbela, który powstał w Gostyniu, na Świętej Górze. Ksiądz D. pokazuje album wydany przez ojców Filipinów i zdjęcia na swoim tablecie, na nich tłumy polskich czcicieli św. Charbela i ich spotkania z ojcami maronitami, którzy we wcześniejszych latach przybywali do Gostynia. Także konferencje, które się  tam odbywają… Zrobiło to na nim wrażenie. Podnosi się z ławy i gestem zachęca,  aby iść za nim.  Potem opowie nam o uczuciu, jakie ogarnęło go w tej chwili: że właśnie TYM pielgrzymom POWINIEN udzielić wszelkiej pomocy.

–  Tu, na tych miejscach zasiadali biskupi, kardynałowie… – mówi, gdy zasiadamy w fotelikach w jego gabinecie. – Ale nie wszyscy otrzymują to, o co prosili… – Kończy tajemniczo. Nie odrywając od nas oczu zaszeptał coś do mnicha, który wszedł za nim i po chwili pośrodku gabinetu wyrosły trzy pudła kartonowe, każdy po brzegi wypełniony plastikowymi torebeczkami, w każdej buteleczka z olejem św. Charbela i poświęcone kadzidło.  Wręcza księdzu D. jeszcze jeden pakiecik – jest to, jak się okazuje, fragment kości św. Charbela wraz z  listem  potwierdzającym prawdziwość relikwii.

– Chwała niech będzie Panu! – ksiądz D. wzdycha przejęty, bo oto rodzi się w Polsce prawdziwy i „pełnoprawny”, bo zaopatrzony w relikwie pierwszego stopnia, ośrodek kultu św. Charbela.

– Czy święty Charbel to ojcu podpowiedział? – pyta.

– On tu cały czas jest z nami – mówi przeor, jak o czymś oczywistym i kreśląc znak błogosławieństwa, obiecuje jak najszybsze nawiązanie stałych kontaktów z Polską.

*

Świetlisty krzyż nad górami Libanu

Dziś nocujemy w hostelu Oasis w Annaja. Wcześnie rano przyjedzie po nas taxi i powrót do Bejrutu.   Otwieram dwuskrzydłowe okno, przede mną sięgający po horyzont widok zielonych i ciemnoniebieskich grzbietów górskich. Kładzie się na nich cień zmierzchu, przeszyty złotymi strzałami zachodzącego słońca. Chłodne powietrze napełnia płuca rześkim aromatem. Ksiądz postanowił udać się raz jeszcze do krypty, ja zostaję w pokoju, aby odmówić różaniec. W tej chwili, gdy zmierzch szubko zgęstniał, w oddali nad jednym z pobliskich szczytów zapala się biały krzyż. Oto ustawiony przez wiernych maronitów znak, że Bóg jest i czuwa nad Libanem. Podobny do tego, który stoi na Giewoncie, choć ten się jarzy. Zgasiłem światło i ukląkłem wpatrzony w zapalający się i gasnący krzyż na ciemnym niebie. Towarzyszył mi przez całą część radosną różańca: moje dziękczynienie za wszystko, co otrzymałem podczas tej niezwykłej podróży. I do dziś mam go pod powiekami. Jasny krzyż Libanu.

Annaja, Polska, wrzesień-listopad  2014 r.

Grzegorz Musiał

cz. 2 https://ekspedyt.org/2024/10/04/bozy-liban-umecz…-kraj-swietych-2/

cz. 1 https://ekspedyt.org/2024/10/02/bozy-liban-umecz…-kraj-swietych-1/

Nowa Zelandia traci pierwszy wielki okręt wojenny od II WS. Kapitanka/admirałka uratowana, uhonorowana !!

Sterowała admirałka albo kapitanka albo coś , starzy marynarze mówili że baba na pokładzie (w załodze) to pech

To grozi wyciekiem ropy u wybrzeży Samoa .

Czy można coś o babsku znaleźć?

Oczywiście:

=============

fast facts :

  • Yvonne Gray has been the captain of the Manawanui since 2022.
  • Gray’s decision to abandon ship is being praised with saving the lives of the 75 people on board.
  • She moved to New Zealand from the UK in 2012 after a 19 year career in the Royal Navy.

O, jaka zadowolona ze swych decyzji:

mail: Julka, to ty pożycz gdzieś kajak, popłyń tam do NZel i pomóż! Jedna wilczyca morska już tam działa, ale to za mało. Jeszcze mają parę krążowników czy pancerników, biedaki! Posteruj!

=============================

Commander Yvonne Gray has been praised for preventing loss of life when the ship she captains went down on Saturday.

Gray, who was born in Harrogate in the UK, has been the captain of the HMNZS Manawanui since 2022, and its her decision to abandon ship that Chief of Navy, Rear Admiral Garin Golding said would have saved lives. Gray made that decision about an hour after the ship became lodged on a reef off the southern coast of the main island of Samoa, Upolu.

The ship later caught fire and then eventually sunk.

=================================

New Zealand loses first naval ship since WWII; vessel threatening oil spill off Samoan coast

By Isaac Yee, CNN October 7, 2024 new-zealand-navy-ship-sinks

Crew members of the HMNZS Manawanui were rescued from the sinking vessel.

Crew members of the HMNZS Manawanui were rescued from the sinking vessel.Samoa Fire and Emergency Services Authority CNN  — 

New Zealand’s navy lost its first ship since World War II after the HMNZS Manawanui sank on a reef off the coast of Samoa on Sunday creating a potential environmental disaster in waters used for fishing and tourism.

The specialist dive and hydrographic vessel lost power and ran aground on Saturday evening while conducting a reef survey one nautical mile off the southern coast of the Samoan island of Upolu, according to New Zealand authorities.

By Sunday morning, the vessel was “listing heavily,” the navy said. Smoke was spotted around 6:40 a.m., and by 9 a.m. the ship had slipped below the surface.

It’s the first unintentional sinking of a New Zealand naval vessel since World War II, authorities said, as they opened a court of inquiry into what happened.

Local businesses and conservationists now fear the potential environmental impact of the accident, which occurred in waters off Samoa’s most populated island.

“We have a large population of sea turtles that swim around our lagoon, and people enjoy that I’m hoping that nothing happens to them,” the manager at Coconuts Beach Club at Maninoa, Brian Rose, told CNN affiliate RNZ.

New Zealand Defense Minister Judith Collins told Newstalk ZB that authorities’ first priority was assessing the depth of the vessel and the risk of a spill.

“It’s got a lot of oil on board. …. It’s got lubricating oil, hydro oil, diesel, urea. It’s got a lot of stuff in it. And I don’t think we can just sort of leave it like that,” she said.

Divers were sent to the scene on Sunday night, she said. “They’ll be having a look to see what they can, but it’s going to be quite a big job,” she added.

Acting Samoan Prime Minister Tuala Tevaga Iosefo Ponifasio said in a press statement Sunday that an oil spill was highly probable.

“The HMNZS Manawanui is not recoverable and has sunk into the ocean,” he said.

The research vessel lost power and ran aground on a reef before sinking. All 75 passengers and crew were rescued.

The research vessel lost power and ran aground on a reef before sinking. All 75 passengers and crew were rescued.Samoa Fire and Emergency Services Authority

A reef emergency

Samoan police received a distress call just before 7 p.m. on Saturday night, according to local authorities. Small boats were dispatched with the warning that the ship was taking on water and its crew would likely need evacuating.

Numerous vessels and aircraft were sent to help, including a Royal New Zealand Air Force P-8A Poseidon and C-130J aircraft, the New Zealand navy said.

By 5 a.m. Sunday, all 75 passengers and crew had been rescued, but witnesses said they soon saw smoke rising from the sinking wreck.

Dave Poole told CNN that he saw smoke billowing from the ship’s bridge on Sunday morning from the village of Tafitaola.

“It took 15 minutes for the boat to be fully ablaze and then sink,” he said, adding that local villagers left a Sunday church service to watch the ship.

“They were visibly upset and concerned for their beach, reef, marine reserve and income as fishermen,” Poole said.

Rescue teams responded to a call for help from New Zealand navy research ship HMNZS Manawanui.

Rescue teams responded to a call for help from New Zealand navy research ship HMNZS Manawanui.Samoa Fire and Emergency Services Authority

New Zealand Prime Minister Chris Luxon said that “environmental spill kits” had been sent from New Zealand to help mitigate and minimize the effects.

The HMNZS Manawanui was a relatively new addition to the New Zealand navy, having been purchased in 2018 for around $100 million NZD ($61 million), though it was built in the early 2000s.

According to the navy, the ship was designed to “survey harbours and approaches prior to larger support ships landing support equipment and personnel whether for combat or disaster relief.”

Ekoaktywiści na pasku obcych służb i porażający audyt w Polskim Związku Łowieckim

Ekoaktywiści na pasku obcych służb i porażający audyt w Polskim Związku Łowieckim – ujawnia Marcin Możdżonek w Rymanowski Live

ekoaktywisci-na-pasku-obcych-sluzb

– Wynik audytu jest przerażający. Wiele osób zrobiło sobie dojną krowę z naszego zrzeszenia i wyciągało pieniądze na lewo i prawo – mówi prezes Naczelnej Rady Łowieckiej w Rymanowski Live. Marcin Możdżonek przyznaje, że trwa to już od bardzo dawna.

– Poszły pierwsze doniesienia do prokuratury i będą kolejne. Dla niektórych będzie niewesoło. Nie mogą spać spokojnie – zapowiada gość Bogdana Rymanowskiego. Dopytywany o te osoby, Możdżonek odpowiada, że niektóre są znane. Kto to taki? – Ludzie związani z ludźmi, którzy są teraz w rządzie są z tym powiązani – ujawnia prezes Naczelnej Rady Łowieckiej dodając, że „w pewnym sensie jest powiązany jeden z wiceministrów, z którym ostatnio była afera”. Czego dotyczyły nieprawidłowości i co to było za „dojenie” związku? – Zarządzanie spółkami, np. wydawniczymi, ośrodkami hodowli zwierzyny, organizacje eventów.

Przykład: Jest gadżet, który można zamówić za 3 złote, to on jest zamawiany w innej firmie, z pośrednikiem, za 12 złotych – opisuje Marcin Możdżonek.

Prezes NRŁ: Jest dochodzenie ws. ekoaktywistów, którzy są finansowani ze wschodu, ale i z zachodu

Pytany o ekoaktywistów, gość Rymanowski Live odpowiada: – Skoro ja zabijam zwierzęta i jestem „zabójcą”, to oni są mordercami na zlecenie. Dlaczego? – Płacą komuś za to, żeby ktoś to zrobił i umywają ręce – tłumaczy Możdżonek. Jego zdaniem „nie może być tak, że jedna grupa społeczna, bardzo głośno jest nadreprezentowana w resorcie klimatu i środowiska”.

Prezes Naczelnej Rady Łowieckiej zaznacza również, że „niektóre z fundacji aktywistów są finansowane z pieniędzy z zachodu, ale też pieniędzmi ze wschodu”. – Jest prowadzone poważne dochodzenie. Jeszcze parę kwiatków wyjdzie i ktoś będzie musiał je zjeść – mówi Marcin Możdżonek. Służby rosyjskie, niemieckie? – Różne kierunki – komentuje gość Bogdana Rymanowskiego. Zdaniem Marcina Możdżonka, niektórzy aktywiści mają „zmącony umysł”, ponieważ „ktoś steruje nimi i ich stymuluje”. – Takie rzeczy mają miejsce. Takie sprawy są prowadzone. Wiem, że w przypadku co najmniej kilku organizacji – mówi Możdżonek zaznaczając, że nie są to informacje wyssane z palca.

Możdżonek o obowiązkowych badaniach dla myśliwych i współpracy z wiceministrem środowiska: Ręce nie mają już gdzie opaść. Koszt to 116 mln

– Wszyscy myśliwi mają badania psychiatryczne, psychologiczne, okulistyczne. Ja już 3 razy przechodziłem procedurę. Rozszerzenie pozwolenia na broń. Niektórym politykom może też by się przydało.

Psycholog i psychiatra by nie zaszkodził – odpowiada prezes Naczelnej Rady Łowieckiej, pytany z kolei o pomysł resortu klimatu i środowiska, czyli obowiązkowe badania dla myśliwych. Jego zdaniem wiceminister Dorożała „nie raczył nawet sprawdzić”, jak to wygląda. – Jesteśmy otwarci na rozmowę, czy nie zrobić procedury weryfikacyjnej w jakimś wieku. Nie widzę w tym nic złego, tylko trzeba usiąść i porozmawiać w szerszym gremium – zaznacza Marcin Możdżonek i zapewnia, że jak będzie wola MSWiA – a to jest w zakresie tego resortu – to myśliwi usiądą do rozmów i ustalą szczegóły. Gość Rymanowski Live podnosi również inną kwestię – koszty badań. – 133 tys. ludzi. Mamy się badać raz na 5 lat.

Dlaczego tylko my, a nie inni posiadacze broni? Koszt takich badań dla nas to jakieś 116 mln złotych. Kto ten koszt poniesie? My mamy ponosić? Wykonujemy zadania ustawowe. Za każdy kilogram upolowanej zwierzyny muszę zapłacić – tłumaczy Marcin Możdżonek. Z drugiej strony dodaje: – Nie blokujmy niewydolnego systemu. Gość Bogdana Rymanowskiego podkreśla, że to wiceminister Dorożała nie chce rozmawiać z myśliwymi. – W ciągłym monologu słyszę o dialogu, którego nie ma. Wyszedł po godzinie spotkania, które trwało 8 godzin i powiedział, że formuła dialogu się wyczerpała. No, ręce nie mają gdzie opaść – komentuje Marcin Możdżonek. Myśliwy zapowiada: – Jeśli dalej się będzie nami pomiatało, to dla spokoju odwiesimy strzelbę na kołek i gwarantuję, że 2-3 tygodnie i rolnicy cegła po cegle wywiozą z Ministerstwa Klimatu i Środowiska. – Ile można dać sobie skakać po głowie? – pyta Możdżonek.

„Strzał czysty, dzik padł, zastrzyk energii i adrenaliny. Był smaczny”

Były siatkarz opisuje również swoje pierwsze polowanie. – Po zdaniu egzaminów, całej papierologii, poszedłem ze swoim opiekunem stażu przypilnować pola pszenicy. Zaczęło się ściemniać, zaczęły wychodzić dziki. Strzał czysty, dzik padł, zastrzyk energii i adrenaliny. Był smaczny – opowiada Marcin Możdżonek i zaznacza, że jego rodzina w zasadzie żywi się wyłącznie mięsem upolowanym przez niego. Nie korzystają z mięsa kupionego w sklepie. – Połowę życie spędzałem u dziadków na wsi. Jestem z wykształceniem rolnikiem, żeby móc prowadzić gospodarstwo. Pokazali mi, na czym to wszystko polega. Znam wszystkie związki przyczynowo-skutkowe. Produkty ze wsi mają zupełnie inny smak, zapach, jakość, niż to, co można kupić w sklepie. Unikam jak ognia – mówi gość Bogdana Rymanowskiego. – Tak, zabijam zwierzęta. Skoro powiedzieliśmy, że zajmiemy planetę, będziemy nią rządzić, rozpychać się łokciami, więc musimy wziąć odpowiedzialność i to regulować – uważa myśliwy. Jego zdaniem „nie możemy zostawić natury w samopas”, bo natura może by sobie poradziła, ale człowiek niekoniecznie.

Udział dzieci w polowaniach? Możdżonek: Przepis niekonstytucyjny, bo nie pozwala nam wychowywać dzieci wedle naszego przekonania

– Nie wziąłem synów na polowanie, bo nie mogę. Ale efekty strzałów widzą, bo przywożę do domu. Chciałbym zmienić przepisy – mówi prezes Naczelnej Rady Łowieckiej. Jego zdaniem nie jest to barbarzyńskie. – Przepis niekonstytucyjny, bo nie pozwala nam wychowywać dzieci wedle naszego przekonania. Jestem tu jak najbardziej za wolnością – zaznacza Marcin Możdżonek i dodaje, że to jest jeden z postulatów z PZŁ – żeby zmienić przepisy i w tej sprawie i żeby „rodzice mogli wychowywać dzieci, jak chcą”. Zdaniem gościa Rymanowski Live, politycy, którzy wprowadzili ten zakaz, teraz żałują. – Rozmawiałem z politykami, ministrami. Powiedzieli, że to był krok w złą stronę – mówi Możdżonek.

Cała rozmowa na kanale Rymanowski Live: 

„Rozbestwiły się grupy przestępcze złożone z obcokrajowców”. Policja … strajkuje.

To dzieje się już w Polsce. „Rozbestwiły się grupy przestępcze złożone z obcokrajowców”. Policja jest bezradna

10.10.2024 w-polsce-rozbestwily-sie-grupy-przestepcze-zlozone-z-obcokrajowcow-policja-jest-bezradna

Policja
Policja. Zdjęcie ilustracyjne. / foto: PAP

Policjanci wskazują, że gangi cudzoziemców rosną w siłę, a mundurowi nie mają adekwatnych sił do ochrony Polaków. Związkowcy z policyjnej „Solidarności” poinformowali, że w związku z brakiem odpowiedzi na ich postulaty, rozpoczęli w poniedziałek strajk włoski.

Przewodniczący Krajowej Sekcji policji NSZZ „Solidarność” sierż. sztab. Jacek Łukasik na środowej konferencji przed Sejmem przekazał, że w piątek ogłoszona została akcja protestacyjna. Natomiast w niedzielę pisma informujące o rozpoczęciu akcji protestacyjnej wysłano do szefa KGP i szefa MSWiA.

Rosnące w siłę gangi cudzoziemców i jeden patrol policji zamiast potrzebnych czterech, czy pięciu – na te czynniki wskazywał sierż. szt. Łukasik w rozmowie z Wirtualną Polską. – To upadek, służba leży na łopatkach i przeciwko temu protestujemy – wskazał.

– Przestępczość naprawdę rośnie. Zwłaszcza rozbestwiły się grupy przestępcze złożone z obcokrajowców, co widać już w dużych miastach. Jeśli teraz nie zaczniemy inwestować w policję, to za rok obudzimy się w trakcie wojny gangów o wpływy w Polsce – dodał.

– Policja leży na łopatkach, zwykły obywatel, dopóki nie będzie potrzebował pomocy, może nie zdawać sobie z tego sprawy. Teraz już tylko zarządza się statystykami, aby rubryki o liczbie wystawionych mandatów i liczbie podjętych interwencji świeciły się na zielono jako zgodne z normami. Już nikt nie pyta, czy my jeszcze zapobiegamy przestępczości, czy my komuś pomagamy – wskazał.

– Dochodzą do mnie sygnały, że dla polepszenia obrazu dopisuje się jako patrole np. kierownika i osobno jego zastępcę, a w rzeczywistości pełnią oni służbę w komendzie. Takich sytuacji nie było od wielu lat – mówił szef policyjnej „Solidarności”.

Ogłoszenie akcji protestacyjnej to odpowiedź związkowców na brak reakcji na petycję i postulaty związkowców z policyjnej „Solidarności” do premiera Donalda Tuska. Policjanci i pracownicy policji czują się pokrzywdzeni i zlekceważeni postawą rządu. Związkowców nie zadowala zaproponowana przez rząd 5 proc. podwyżka uposażeń.

Policjanci domagają się stworzenia warunków, które umożliwią zapełnienie wakatów. Obecnie brakuje ok. 14 tys. funkcjonariuszy. Tylko w Warszawie brakuje 2,5 tys. policjantów.

Łukasik podkreślił, że od poniedziałku, kiedy oficjalnie ogłoszono pismami akcję protestacyjną prowadzone są trzy etapy akcji. Po pierwsze, protestujący policjanci zamiast karania mandatami wobec sprawców wykroczeń stosują pouczenia. Prowadzony jest również tzw. strajk włoski, polegający na przestrzeganiu zasad, postanowień i wytycznych m.in. przy sporządzaniu dokumentacji.

Chodzi o to, aby policjanci skrupulatnie przeprowadzali legitymowania, interwencje, przesłuchania i wszystkie czynności przy wykroczeniach, aby nie narazić się na zarzut niedopełnienia obowiązków – zaznaczył Łukasik i przyznał, że akcja może być uciążliwa dla obywateli.

Kolejne działania w ramach akcji to nieużywanie telefonów prywatnych do celów służbowych. Jak mówią związkowcy, wielu policjantów do celów służbowych używa prywatnych telefonów, aby łączyć się z przełożonymi i odwrotnie.

– Jeżeli nasza firma nie potrafi nas wyposażyć w telefony komórkowe służbowe lub dać ryczałtu na abonament, to dlaczego my, policjanci mamy dokładać do tego nasze prywatne pieniądze – mówił związkowiec. Dodał, że NSZZ „Solidarność” zwróciła się do szefa KGP o to, aby zezwolił policjantom i pracownikom na swobodne uczestniczenie w akcji protestacyjnej.

Na przyszły tydzień policjanci zapowiadają wzięcie udziału w policyjnym tygodniu krwiodawstwa. – Liczymy na to, że policjanci grupowo udadzą się do punktów regionalnych krwiodawstwa i krwiolecznictwa w celu oddania krwi lub osocza – mówił Łukasik.

Policjanci zwrócili uwagę, że protest prawdopodobnie będzie trwał do momentu uchwalenia ustawy budżetowej. – Nie jesteśmy w stanie dziś powiedzieć, jakie to będzie miało rozmiary. „Solidarność” ma na dzień dzisiejszy 10 tys. członków – powiedział związkowiec.

Pytany o to, czy NSZZ „Solidarność” połączy siły z NSZZ Policjantów zaznaczył, że 5 września związkowcy z „Solidarności” wystąpili do wszystkich związków zawodowych działających w policji z apelem o pilne spotkanie z uwagi na nastroje panujące wśród pracowników i funkcjonariuszy. – Niestety to pismo pozostało bez odzewu ze strony wszystkich związków zawodowych – powiedział Łukasik.

Policjanci z NSZZ „Solidarność” 25 września poinformowali o złożeniu petycji do premiera Donalda Tuska i do wiadomości prezydenta Andrzeja Dudy. Pismo przekazano również do wiadomości szefa MSWiA i do sejmowej Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych.

Związkowcy chcą powiązania budżetu policji z PKB; 15 proc. podwyżki dla funkcjonariuszy i pracowników policji; zmiany ustawy o zaopatrzeniu emerytalnym tak, aby policjanci przyjęci do służby po 1 stycznia 2013 r. mogli uzyskać prawo do zaopatrzenia emerytalnego po 18 latach służby; zmiany naliczenia emerytury dla policjantów przyjętych po 1 stycznia 2013 r. – z ostatniej pensji, a nie z 10 lat, wpisania pracowników policji do ustawy o policji; podwyżki w wysokości 1500 zł dla pracowników policji niezależnie od formy zatrudnienia; podniesienia świadczeń socjalnych do poziomu analogicznego jak w Wojsku Polskim; wprowadzenia dodatku metropolitalnego.

Prace nad projektem ustawy budżetowej na 2025 r. będą głównym punktem trwającego posiedzenia Sejmu. Zgodnie z projektem dochody budżetu mają wynieść prawie 633 mld zł, wydatki prawie 922 mld zł, a deficyt ma wynieść maksymalnie 288,77 mld zł.

[to jest skandal!! Rabują jawnie przyszłe pokolenia. MD]

Projekt przyszłorocznego budżetu uwzględnia też podwyżkę wynagrodzeń, w tym kwot bazowych o 5 proc. dla pracowników państwowej sfery budżetowej, w tym funkcjonariuszy i żołnierzy.

Arcybiskup Tuluzy poświęci swoją diecezję Najświętszemu Sercu. „Nie igramy z szatanem bezkarnie”

Arcybiskup Tuluzy poświęci swoją diecezję Najświętszemu Sercu. „Nie igramy z szatanem bezkarnie” pch24.pl/arcybiskup-tuluzy-poswieci-swoja-diecezje-najswietszemu-sercu-nie-igramy-z-szatanem-bezkarnie

W środę 16 października pasterz francuskiej Tuluzy arcybiskup Guy de Kerimel poświęci swoją diecezję Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Inspiracją do tego aktu były między innymi jawne manifestacje wrogości wobec Kościoła, w tym bluźnierczy spektakl, na plakacie którego umieszczono ilustrację z płonącymi świątyniami. Miejmy zawsze pokorną śmiałość dawania świadectwa o Chrystusie, ponieważ On zwycięża teraz i zawsze – wezwał wiernych.

W rozmowie z portalem France Catholique hierarcha uzasadnił swoją doniosłą i godną naśladowania decyzję. – Najświętsze Serce objawiło nam miłość Boga w Chrystusie i przez Chrystusa. Jest także w pewnym sensie ostatnim słowem Zbawiciela na krzyżu, gdy włócznia przebiła Jego bok. To również pierwsze słowo Chrystusa w czasie Zmartwychwstania skierowane do Apostołów, gdy Pan zaprosił niedowierzającego Tomasza, aby dotknął Jego odsłoniętego boku – powiedział ksiądz arcybiskup.

To Serce, otwarte tutaj na Ziemi w ofiarowanym Ciele Zbawiciela, otwarte w Jego zmartwychwstałym Ciele po Wielkiejnocy, jest teraz otwarte w wieczności od czasu Jego Wniebowstąpienia. Jest to znak zwycięstwa miłości w wieczności, zwycięstwa miłości Boga nad śmiercią i grzechem – podkreślił.

Dla naszych rozpaczliwych czasów, udręczonych (…) kryzysem gospodarczym, stanem społeczeństwa i wojną, jest to prawdziwy znak nadziei. Wydaje mi się, że Najświętsze Serce Pana Jezusa, który mówi nam wszystkim: „Jam zwyciężył! [świat] (J 16, 33)”, to najlepsza odpowiedź na czasy, które przeżywamy. Teraz naszym zadaniem jest przyjąć to z radością i żyć zgodnie z taką nadzieją. Przyniesiemy owoce w takim stopniu, w jakim będziemy umieli ją przyjąć i okażemy pewność, że nie ma innego zwycięstwa niż zwycięstwo Miłości – wskazał pasterz Tuluzy.

Arcybiskup de Kerimel odniósł się do pytania, czy wpływ na jego decyzję miała skandaliczna zapowiedź spektaklu, który odbyć się ma w październiku. Plakat „Wrót ciemności” powiela grafikę przedstawiającą płonące kościoły.

– Kiedy piekło zamieniane jest w zabawne przedstawienie, pasterz nie może się na to godzić. Po pierwsze, od razu stwierdziłem, że afisz spektaklu, prezentujący palące się kościoły, jest w bardzo złym guście. Zwłaszcza w obecnym kontekście, zwłaszcza po pożarze w Saint-Omer… padła odpowiedź. – Bardzo dobrze, że miasto organizuje popularne widowiska, to dobry sposób na bratanie się, ale zadaję sobie pytanie: po co takie? Dlaczego demon Lilith? Wydaje mi się, że można by znaleźć inne, znacznie bardziej odpowiednie i znaczące motywy. Nie toczę z nikim wojny, ale chrześcijanie muszą sprawić, by ich głos został usłyszany. Musimy głośno ostrzegać, że nie igramy z Szatanem bezkarnie – wskazał hierarcha.

Kolejne pytanie miało związek z coraz powszechniejszym trendem banalizowania zła.

Tak, zdecydowanie [on istnieje]. Moim zdaniem istnieje głębsze zjawisko, które ujawniło się podczas ceremonii otwarcia igrzysk olimpijskich. Oprócz kontrowersji wokół przedstawienia Ostatniej Wieczerzy (…), całkowicie nieobecna była chrześcijańska przeszłość Francji! Widzieliśmy tylko rusztowania Notre-Dame. Ani przez chwilę nie zostało wyjaśnione jej duchowe i cywilizacyjne znaczenie. Podobnie jak w przypadku przedstawienia w Tuluzie, przywołano postaci pogańskie, takie jak Minotaur, próbując wymazać 2 000 lat katolicyzmu – mówił arcybiskup.

Pomimo kryzysów, jakie Kościół może obecnie przeżywać, musimy mieć odwagę głoszenia prawdy. Oczywiście z pokorą, ale pozostając wiernymi Chrystusowi, bez ukrywania się i zamykania w sobie. Pokora przypomina nam, że zacząć trzeba od własnego osobistego nawrócenia. Jak zachęca nas temat Jubileuszu 2025 – bądźmy „pielgrzymami nadziei”. Miejmy zawsze pokorną śmiałość dawania świadectwa o Chrystusie, ponieważ On zwycięża teraz i zawsze – wezwał pasterz Tuluzy.

Źródło: France-Catholique.fr RoM

To, że Franciszek nakłania do błogosławienia par homoseksualnych, mieści się w logice – ale w logice diabelskiej.

Lisicki i Górny ostro oceniają nominacje kardynalskie. „Jak mafia”, „lekceważy Afrykę”

kardynalskie-jak-mafia-lekcewazy-afryke

Papież Franciszek działa zgodnie z logiką, która jest właściwa świeckim organizacjom. Mianuje swoich, a jeżeli się z nim nie zgadzają, zwalcza ich. Pomimo wielu słów o ubogim Kościele z peryferii Franciszek pokazuje też, że głęboko lekceważy Afrykę. Mówili o tym goście programu „Ja, Katolik. Ekstra” Krystiana Kratiuka, Paweł Lisicki i Grzegorz Górny.

W programie rozmawiano o nowych nominacjach kardynalskich. Wśród 21 wskazanych przez Franciszka hierarchów znalazło się wielu otwarcie progresywnych duchownych. 

Paweł Lisicki został zapytany przez Krystiana Kratiuka o nominację dla 79-letniego dominikanina, Timothy’ego Radcliffe’a, znanego z wielkiego zaangażowania na rzecz środowisk LGBT.

Jednym z najważniejszych elementów pontyfikatu Franciszka jest nowość wobec poprzednich pontyfikatów, czyli próba normalizacji homoseksualizmu. Ja pod tym kątem patrzę na różne wypowiedzi Franciszka. Można mówić o nowym poziomie zerwania z Tradycją Kościoła, z jego nauką, ze zdrowym rozsądkiem i prawem naturalnym. Właśnie w tym kluczy można interpretować tę nominację kardynalską – powiedział Paweł Lisicki.

Grzegorz Górny mówił z kolei o bardzo czytelnych kryteriach, jakimi kieruje się Franciszek. Obecnie to także stosunek do Fiducia supplicans. – Franciszek często mówi, że opowiada się za Kościołem ubogim, z peryferii. Jednak wśród 21 nominowanych kardynałów znalazł się tylko jeden Afrykanin, kardynał z Wybrzeża Kości Słoniowej. To jedyny z całego grona 21 nominatów, który miał odwagę przeciwstawić się Fiducia supplicans – podkreślił Górny. Jak dodał, Franciszek nominował jeszcze jednego hierarchę z Afryki – ale jest nim biały, Francuz posługujący w Algierze, który inaczej niż większość duchownych afrykańskich poparł Fiducia supplicans. Ten sam klucz można zastosować wobec grekokatolików. Papież po raz kolejny pominął abp. Światosława Szewczuka, który sprzeciwiał się Fiducia supplicans. Nominował za to 44-letniego biskupa grekokatolickiego z Australii, który ma niezwykle małe doświadczenie, bo jest biskupem od zaledwie czterech lat.

Jak stwierdził Paweł Lisicki, taki sposób postępowania mieści się w logice, którą można byłoby przypisać wielu organizmom świeckim, na przykład mafii albo radykalnej partii komunistycznej. – Lider komunistyczny też wybiera sobie sługusów, którzy będą realizować jego idee, a jeżeli tego nie robią – to się ich pozbywa – powiedział.

Sytuacja, w której papież Franciszek dopuszcza albo wręcz nakłania do błogosławienia par homoseksualnych, owszem, mieści się w logice – ale w logice diabelskiej. Ci, którzy mu w tym pomagają, przestają być de facto reprezentantami Magisterium; występują jako słudzy złych mocy. Istnieją moce zła i diabeł; a ten, kto błogosławi pary homoseksualnej, występuje właśnie jako ich rzecznik – dodał.

Rozmowa dotyczyła następnie wizyty papieża Franciszka w Belgii i ostrej krytyki, jaka ze strony Belgów spadła na Ojca Świętego ze względu na jego wypowiedzi o roli kobiet w społeczeństwie oraz o aborcji.

Grzegorz Górny zwrócił uwagę, że te reakcje na zupełnie zwyczajne z perspektywy kościelnej komentarze Franciszka pokazują, jak bardzo społeczeństwo Belgii odeszło od tradycji chrześcijańskiej; co więcej, dotyczy to nawet formalnie katolickich struktur, bo przecież przeciwko Franciszkowi wypowiedziały się władze katolickiego uniwersytetu, domagające się prawa kobiet do dzieciobójstwa prenatalnego.

Paweł Lisicki stwierdził z kolei, że papieskie wypowiedzi w Belgii nie były wcale tak katolickie, jak mogłoby się to wydawać: Franciszek nie odwoływał się wcale do Boga ani Jezusa Chrystusa. Jak dodał, papież mówi wprawdzie różnie do różnych środowisk, ale zasadniczo zawsze działa w kluczu rewolucyjnym. Według Lisickiego żeby dobrze zrozumieć obecny pontyfikat trzeba sięgnąć do kilku ostatnich dziesięcioleci historii Kościoła katolickiego. Ludzie nie zauważali długo, że dochodzi do rewolucji dogmatyczno-teoretycznej, co zaczęło się już w latach 50. i 60. Dopiero Franciszek przeniósł rewolucję z tych spraw na kwestie moralne i stąd zaczęło to być powszechnie zauważane.

W programie rozmawiano także o kondycji „Tygodnika Powszechnego”, zwłaszcza w kontekście tekstów Józefa Majewskiego, teologa, który głosi ewolucjonizm dogmatyczny, herezję potępianą przez papieży.

Więcej w nagraniu.

Źródło: PCh24 TV

Pach

Koszyk zakupów drożeje siódmy miesiąc z rzędu

Koszyk zakupów drożeje siódmy miesiąc z rzędu

Grzegorz Szafraniec wgospodarce/koszyk-zakupow-drozeje-siodmy-miesiac-z-rzedu

Dziennikarz gospodarczy i publicysta z ponad 20-letnim doświadczeniem. Redaktor naczelny kilku uznanych miesięczników, głównie z sektora handlu i FMCG. Twórca największego portalu internetowego w sektorze retail – wiadomoscihandlowe.pl. Wydawca programów gospodarczych w TVP S.A. oraz Forum Ekonomicznego w Karpaczu w 2023 r.

9 października 2024,

Drożyzna w sklepach nie odpuszcza. Co więcej w każdym kolejnym miesiącu br. wzrost cen detalicznych w relacji rocznej jest większy od poprzedniego. Według najnowszego branżowego raportu, we wrześniu codzienne zakupy podrożały średnio już o 4,9 proc. r/r. Podrożało aż 15 z 17 monitorowanych kategorii produktów.

Z najnowszej edycji publikowanego cyklicznie od 7 lat raportu „Indeks cen w sklepach detalicznych”, autorstwa UCE Research i Uniwersytetu WSB Merito, wynika, że wartość podstawowego koszyka zakupów przeciętnego gospodarstwa domowego od kilku miesięcy rośnie. Co więcej – te wzrosty przyspieszają. „Najprawdopodobniej do końca roku obserwowana tendencja nie ustąpi” – przewiduje dr Rafał Koczkodaj z Uniwersytetu WSB Merito

Nowi liderzy rankingu drożyzny

Tym razem na pierwszej pozycji rankingu drożyzny znalazły się warzywa ze średnim wzrostem o 10,8 proc. r/r. W sierpniu były one na czwartym miejscu, a w lipcu – nawet poza pierwszą dziesiątką. „Wzrost cen po zakończeniu sezonu letniego jest czymś naturalnym. W lipcu i sierpniu w sklepach możemy kupić warzywa krajowe, które są zdecydowanie tańsze niż importowane. Teraz znów będzie drożej” – mówi dr Anna Semmerling z Uniwersytetu WSB Merito.

Powódź podbiła ceny warzyw

Z kolei dr Koczkodaj zauważa, że na tegoroczny wzrost cen warzyw we wrześniu wpłynęła powódź. Wielka woda zniszczyła aż 25 tys. ha terenów z produkcją roślinną. Zakłócona została podaż na rynku warzyw. W kolejnych miesiącach sytuacja powinna się stabilizować. Jednak nie oznacza to, że ceny zaczną spadać.

Na drugim miejscu zestawienia znalazły się owoce, z podwyżką r/r o 10,1 proc. Również w ich przypadku swoje piętno na cenach detalicznych odcisnęła powódź. Kolejną, już nieco mniej oczywistą przyczyną „rajdu cenowego”, jaki stał się udziałem jabłek, jest… podniesienie wynagrodzeń. Osoby najmniej zarabiające są w stanie teraz wzbogacić swój koszyk produktów właśnie o owoce – tłumaczy ekspert z Uniwersytetu WSB Merito.

Wysokie temperatury korzystne dla napojów

Długo utrzymujące się upały zwiększyły popyt na napoje bezalkoholowe, co dało silny impuls do wzrostu ich cen detalicznych. Wyniósł on we wrześniu aż 9,6 proc. r/r. Za słodycze i desery we wrześniu trzeba było zapłacić o 8,6 proc. więcej niż przed rokiem, jednak ceny tego typu produktów powinny się stabilizować w ślad za taniejącym na światowych rynkach cukrem.

Czołową piątkę zamyka pieczywo

Wyroby piekarnicze podrożały we wrześniu przeciętnie o 5,7 proc. r/r. Od początku kryzysu inflacyjnego ceny pieczywa systematycznie rosły. Obecnie są o ponad 100 proc. wyższe niż rok temu i dalej pną się w górę. Wzrost opłat za energię i podwyżka płacy minimalnej wpływają na zwiększenie koszów produkcji. Jednocześnie wśród Polaków panuje przekonanie o braku substytutów pieczywa, co nakazuje jego kupowanie – wyjaśnia Anna Semmerling, zapytana o przyczyny podnoszenia się cen wyrobów piekarniczych. O przesunięciach cenowych w pozostałych badanych kategoriach produktów można się dowiedzieć z załączonej tabeli.

Grzegorz Szafraniec

na podst. raportu „Indeks cen w sklepach detalicznych”

CZY NIE SPRZEDA NAS ŻYDOM i RUSKIM?

CZY NIE SPRZEDA NAS ŻYDOM i RUSKIM?

Krzysztof Baliński

„Czy nie poświęci Polskę na rzecz przemysłu holokaustu, czy nie sprzeda nas Ruskim? Trump to najbardziej pro-izraelski prezydent od czasów Trumana. To cynik prowadzony na sznurku przez lobby żydowskie, a podpisem pod ustawą 447 przekreślił wszystko, co powiedział pod pomnikiem Powstania Warszawskiego” – dywagują. Przy czym podszepty takie dyskretnie powiela nie tylko żydowska gazeta dla Polaków, ale i organ prasowy stronnictwa amerykańsko-żydowskiego, które za gwaranta utrzymania się przy władzy uznawało nowojorskie lobby żydowskie.

Kiedy latem 2020 r. bojówkarze palili i plądrowali Minneapolis i Seattle, na prawicowych portalach w Polsce sekundowały im chorobliwie antyamerykańskie typy, widzące w komunistycznej rebelii początek końca „Imperium Zła”, rzucające hasło „Śmierć Ameryce!”. Ale i kilka dni temu portal ze słowem „myśl” w tytule rzucił myśl: „Życzę Ameryce szybkiego i bolesnego upadku”. Do tego dochodzą podpowiedzi z Łubianki, że przed Amerykanami musimy uciekać pod opiekę Rosji, bo okupacja żydowska będzie jeszcze gorsza niż sowiecka.

O takich, jak autor tych słów, napisała: „Polski patriota, który nabrał się na Trumpa. Judeo-masońscy spece od pijaru doskonale wstrzelili się w jego gusta. Wypatruje rycerza na białym koniu, który ma uratować świat. Wszystko jest cyniczną grą. Bez względu na ‘wynik’ wyborów i tak rządzi ta sama, bezwzględna klika. Dla uśpienia czujności, należy dać ludziom ułudę. Trzeba podsunąć im ‘bohaterów’ wykreowanych na przeciwników złego systemu. Trump sam jest na usługach bandytów, którzy trzymają ludzkość w niewoli”. Jeszcze inny wtóruje: „Czasami łapię się na tym, że odczuwam jakąś sympatię dla Trumpa, jednak życzę zwycięstwa amerykańskiej komunistce. Dlaczego? Bo nie życzę dobrze Ameryce. A dlaczego Ameryka ma upaść? Bo opanowało ją plemię żmijowe, które ma jedyny cel – niszczenie i destrukcja, tak jak pasożyt zżera swego gospodarza”.

Jeszcze inny, który „nie dał się nabrać na Trumpa”, głosi „memento dla szabesgojów”: Trumpowi nie pomógł prożydowski serwilizm. Ale ten medal ma także drugą, ciemniejszą stronę. Jest nią jego oczywiste rozgoryczenie jako osoby, która zrobiła dla żydostwa więcej niż którykolwiek z poprzednich przywódców światowego mocarstwa. […] rysuje się nam obraz nadgorliwego szabesgoja, zaangażowanego w realizację żydowskich planów jak mało kto. Wydawało się, że szabesgoj z talmudycznym zapleczem w osobach zięcia i córki ma wystarczające „papiery” na lojalnego i zaufanego pachołka żydokomuny. Okazało się jednak, że poszedł w swoim serwilizmie jeszcze dalej. […] postanowił stać się żydem pełną gębą. Cztery lata temu, w głębokiej tajemnicy przed opinią publiczną, przeszedł na judaizm. Niestety, nawet tak karkołomna przewrotka nie pomogła. Tępiony jest przez swoich współbraci bardziej niż niejeden „antysemita”. Dzisiaj Trump to trup. Na razie trup tylko polityczny, lecz mimo to nadal włóczony przez amerykańską żydokomunę z iście szatańską perfidią.

Mitem jest, że był najbardziej prożydowskim prezydentem w historii USA. Mitem jest, że został prezydentem dzięki Żydom. Został nim wbrew Żydom. Że tak było, świadczy poparcie lobby żydowskiego dla Hillary Clinton w wyborach ‘2016 i dla Joe Bidena w wyborach ‘2020 oraz że wśród najbardziej jadowitych krytyków Trumpa są wyłącznie żydowskie nazwiska. Mitem natomiast nie jest, że był ofiarą „żydowskiego spisku”, że za jego obaleniem kryła się żydokomunistyczna rewolta i że chodziło w niej o to, aby stetryczały Biden przekazał władzę Kamali Harris, która zrealizuje agendę swego żydowskiego męża. Przypomnijmy też sekwencję wydarzeń: Poparcie republikańskiego establishmentu uzyskał dopiero wtedy, gdy zagroził, że wystartuje jako kandydat niezależny; Był „odszczepieńcem”, bo odrzucił „głębokie państwo”, które – według niego – opętało Partię Republikańską.

Że nie był najbardziej prożydowskim prezydentem w historii USA, świadczy to, że (nieliczni) Żydzi, którzy kręcili się w Białym Domu, zdradzili go (w tym zięć) i zdradził go Benjamin Netanyahu. „Pierwszą osobą, która pogratulowała Bidenowi to Bibi Netanyahu, człowiek, dla którego zrobiłem więcej niż dla kogokolwiek. Popełnił ogromny błąd. Nie rozmawiałem z nim od tamtego czasu. Jebać go” – to słowa byłego prezydenta na temat izraelskiego premiera, który z przyjaźnią z Trumpem obnosił się demonstracyjnie.

To prawda, że mając poważne kłopoty, próbował zneutralizować żydowskie lobby. To prawda, że ostentacyjnie obnosił się z filosemityzmem i ustępował Żydom w niektórych sprawach. Ale czy nie wychodził ze słusznego założenia, że nie można walczyć ze wszystkimi? Znienawidzony przez cały amerykański establishment, musiał przestrzegać kanonu, że prożydowskość jest ciągle podstawowym wymogiem politycznej poprawności, i nie sposób, w opozycji do tego lobby, wygrać.

Nie tylko nie uznawali go za filosemitę, ale oskarżali go o „antysemityzm”. No bo skąd wziął się w „Haaretz” tytuł „Ataki Trumpa na Antifę są atakami na Żydów”, i zawarta w tekście instrukcja: „Amerykańscy Żydzi nie powinni popierać Trumpa w wojnie z Antifą, ponieważ wybór antyfaszystów jako kozła ofiarnego jest z natury antysemityzmem”? Antysemityzmem było oskarżanie Sorosa o finansowanie sprawców zamieszek: […] skrajnie lewicowe ruchy antyfaszystowskie były obroną dla Żydów. Dlatego każdy Żyd w Ameryce powinien sprzeciwić się atakom Trumpa na antyfaszyzm. Spiskowa teoria o aktywistach Antify opłaconych przez Sorosa opiera się na rasistowskim wyobrażeniu, że czarni nigdy nie mogliby się zorganizować sami bez marionetkowego mistrza, a za sznurki pociąga międzynarodowe żydostwo”.

O antysemityzmie byłego prezydenta mają świadczyć słowa: „Żydzi myślą tylko o swoich interesach […] trzymają się zawsze w kupie”. Na swój sposób Trumpa „zdemaskował” Louis Farrakhan, radykalny murzyński lider Nation of Islam – gdy szef Ligi Antydefamacyjnej zarzucił Trumpowi, że nie wyrzekł się poparcia Farrakhana, ten ogłosił: „Trump jest jedynym liderem, który stanął przed społecznością żydowską i powiedział – nie chcę waszych pieniędzy”. Przypadkiem nie jest też, że wyspecjalizowana w tropieniu antysemitów ADL przodowała w krytyce Trumpa. A po jego odejściu triumfowała, bo firmowana przez Bidena administracja okazała się żydokomunistyczną rekonkwistą. W nowej bolszewickiej republice pojawiła się sprawa Polski – w osobie Trumpa utraciliśmy sojusznika, a władzę przejęli ci, w których oparcie znajdują roszczenia do pożydowskiego mienia. W Warszawie pojawił się też nowy ambasador USA (i zatęskniliśmy za Mosbacher).

„Nawet Żydzi przecierali oczy ze zdumienia – prawie wszyscy członkowie administracji to Żydzi […] Gdy Joe Biden ogłosił skład gabinetu, po żydowskim twitterze zaczął krążyć dowcip – w Białym Domu będzie minjan” (kworum modlitewne w judaizmie wynoszące 10 mężczyzn) – pisał żydowski „Forward”. Szefem personelu został Ronald Klain. Żydami są: sekretarz stanu Antony Blinken (i Victoria Nuland), sekretarz departamentu bezpieczeństwa wewnętrznego Alejandro Mayorkas, prokurator generalny Merrick Garland, szefowa Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Anne Neuberger, koordynator służb wywiadowczych Avril Haines, zastępca dyrektora CIA David Cohen, sekretarz zdrowia Rachel Levine, dyrektor tamtejszego Sanepidu Rochelle Walensky i sekretarz skarbu Janet Yellen. Wszystkie urzędy, poza dwoma obsadzonymi przez Indiankę i Murzyna, objęli przedstawiciele tej mniejszości. Z tym że czarnoskóry sekretarz obrony urzędowanie rozpoczął od oświadczenia, że będzie pilnował praw mniejszości seksualnych. Prezydenckim doradcą ds. bezpieczeństwa został goj J.J. Sullivan, ale wkrótce okazało się, że to mąż Margaret Goodlander, dyrektorki biura planowania politycznego w Departamencie Stanu, głównej macherki od kolorowych rewolucji.

A jak było z gabinetem Trumpa? To był ewenement – w jego skład wszedł tylko jeden żyd. Według cytowanej wcześniej gazety, na 24 członków administracji Trumpa tylko trzech było nie-białych. Żydowska gazeta dla Amerykanów zastosowała jednak „specyficzne” kryterium rasowe – nie podała, że u Trumpa sekretarzem ds. zdrowia został Alex Azari, a sekretarzem obrony Mark Esper, obaj potomkowie maronickich (czyli katolickich) imigrantów z Libanu. Dowodem na to, że Trump to nie Ku Klux Klan, byli Murzyn i Chinka w jego gabinecie oraz to, że głosowało za nim wyjątkowo dużo Czarnych.

Joe Biden to „katolik”, ale nieźle zblatowany z Żydami. Jego synowie Beau i Hunter oraz córka Ashley weszli w związki małżeńskie z członkami, jak określają się sami Żydzi, „Plemienia”. Żona Beau urodziła Bidenowi dwóch wnuków. Hunter poślubił południowoafrykańską Żydówką i tuż przed ceremonią ślubną wytatuował sobie na bicepsie hebrajski napis identyczny z tatuażem narzeczonej – „Shalom”. Gdy córka Bidena przypieczętowała swój związek katolicko-żydowską ceremonią, prezydent USA odtańczył żydowski taniec hora. „Jestem jedynym irlandzkim katolikiem, którego marzenie się spełniło, ponieważ moja córka wyszła za mąż za żydowskiego lekarza” – wyraźnie zadowolony dowcipkował. A co do Trumpa – gdy go zapytano o córkę, wyraźnie zasmucony powiedział: „Tak, jedna z moich córek jest żydówką. To nie było planowane, po prostu tak się stało”.

Katolik Biden otoczył się Żydami, a protestant Trump otoczył się katolikami (a kandydat na wiceprezydenta przeszedł na katolicyzm). Trump i Biden zabiegali o głosy katolickich wyborców, ale na różne sposoby. Pierwszy odwołuje się do katolickiego wychowania, chodzi do kościoła z różańcem w ręku i przejawia troskę wobec imigrantów. Drugi broni życia nienarodzonych i skupia się na krytyce Bidena za jego podejście do aborcji. Wielu wyższych urzędników jego administracji to konserwatywni katolicy. No i żona Trumpa jest katoliczką.

„Czy nie poświęci Polski na rzecz przemysłu holokaustu? To przyjaciel Izraela i Żydów! Wystarczy wspomnieć, że za czasów jego prezydentury, doszło do uchwalenia ustawy 447, a Trump ją podpisał” – biadolą. A jak było naprawdę? Trump, podpisując ustawę, nie mógł wiedzieć, że chodzi o nas, bo w jej tekście nie pada słowo „Polska” – jest tylko mowa o krajach Europy Środkowej. Polska ambasada nie zrobił nic, żeby zapobiec jej procedowaniu w Senacie, nie miała żadnych wyprzedzających informacji o intrydze lobby żydowskiego, nie utrzymywała żadnych kontaktów z administracją Trumpa, nie współpracowała z Polonią. Miała za to ambasadora Schnepfa vel Sznepfa. Mało tego – gdy przedstawiciele Polonii podjęli próbę zapobieżenia uchwaleniu ustawy, Kaczyński wydelegował do Waszyngtonu ministra Marka Magierowskiego, tylko po to, by Polonię spacyfikować i jej starania storpedować.

Sprawę dodatkowo gmatwało to, że Trump, skupiony na wewnętrznych przepychankach z „głębokim państwem”, zaniedbywał resztę świat, z Polską włącznie. A także to, że z amerykańską żydokomuną walczył, a Kaczyński z tą hołotą układał się, Morawiecki chciał z nią tworzyć „biało-czerwoną drużynę”, i obaj byli gorącymi orędownikami przeflancowania stosunków Polski z Ameryką na stosunki polsko-żydowskie a w kontaktach z USA korzystali z usług żydokomunistycznych pośredników. Innymi słowy – mieli relacje z nowojorskimi Żydami a nie z Donaldem Trumpem.

Zapytany, dlaczego nie poruszył tego tematu podczas spotkania z Trumpem, Andrzej Duda odpowiedział: „bo strona amerykańska tego nie zaproponowała”. I tu kilka uwag: To nie prezydent USA, ale prezydent RP ma obowiązek zabiegać o interes Polski; Trump, gdy wróci do Białego Domu, nie będzie prezydentem Polski, lecz prezydentem USA i nie na nim będzie spoczywał obowiązek troszczenia się o polskie interesy; Trump nic nie zrobi dla Polski, jeśli nie będzie to w interesie USA; W obronie Polski nie kiwnie palcem, jeśli nie będzie to obrona Ameryki. Najlepszą tego ilustracją jest jego wpis na platformie X: „Amerykanie będą walczyli tylko tam, gdzie to służy interesom ich kraju, i tylko po to, by wygrać”. Także i z naszej strony w stosunkach z przyszłym prezydentem unikać trzeba będzie „murzyńskości” i „robienia laski”, a twardo negocjować – wypominając, że czasami mówi jednym głosem z naszymi oponentami. Z Trumpem można będzie zrobić interes, pod warunkiem, że po naszej stronie do rozmów z nim zasiądą obrońcy interesu narodowego Polski, a nie Ukrainy czy Izraela.

Kto zostanie nowym prezydentem USA, to ważne dlatego, że wybory w USA są inne niż wszystkie poprzednie, że konfrontacja polityczna staje się wojną cywilizacyjną, a nie tylko konkurencją programów politycznych dwóch partii, wojną totalną różnych światów, gdzie gra idzie o wszystko i nie będzie brania jeńców. Toczące się starcie to nie tylko wojna z Trumpem, ale także z nami, bo, kto popiera, a kto zwalcza Trumpa to nasza narodowa sprawa, bo linie podziałów politycznych w obu krajach są podobne, bo tu i tam, jak w soczewce widać, kto patriota, a kto zaprzaniec.

Jeśli Trump wygra, to rządząca Polską koalicja znajdzie się w położeniu nie do pozazdroszczenia, i będzie chciało się oglądać miny tych wszystkich, którzy trzymali kciuki za wiktorię Kamali. I czy nie jest to argument przemawiający za tym, aby kibicować Trumpowi? Jeśli cię to nie przekonuje, to może przekona to, że na Trumpa zagięli parol nie tylko amerykańscy Żydzi, ale i warszawski Judenrat z Michnikiem na czele. I tu prosta rada: Jeśli nie wiesz, co o danej sprawie sądzić, wystarczy zorientować się, co pisze „Gazeta Wyborcza”. Jeśli bardzo dobrze, to na pewno nie jest to w interesie Polski. Jeżeli bardzo źle to na 100 procent sprawa jest słuszna.

Trumpa powinniśmy lubić także dlatego, że za Kamalą jest von der Leyen oraz że dla kanclerza Niemiec, Trump to największe zagrożenie dla światowego ładu. Za takie uznał Trumpa niemiecka sondażownia YouGov – Trump „wygrał” z ajatollahem Iranu, prezydentem Chin i Putinem. No i jeszcze dlatego, że przeciw Trumpowi jest papież Franciszek, a za Kamalą jest Anne Applebaum, która kandydata połowy Ameryki nazwała „debilem i obłąkańcem”. A może do Trumpa przekona cię to, że dziadek męża Kamali (podobnie jak dziadkowie żony Radka Sikorskiego) urodził się w żydowskim sztetlu pod Gorlicami?

Wyobraźmy sobie sytuację: Chcemy wydalić z Polski tych, którzy wdarli się przez granicę z Ukrainą (tak, jak wdarli się do USA przez granicę z Meksykiem), a przy władzy jest Kamala. Jaki klangor wzniósłby się za Oceanem? A jak zareagowałby Donald, który zapowiada deportację milionów nachodźców i którego platforma wyborcza mówi o „odwróceniu destruktywnej polityki otwartych granic prowadzącej do tego, że nielegalni imigranci z całego świata krążą po USA”? No, bo, kto w Polsce stoi za imigrantami? Czy nie ci sami, którzy Trumpa znienawidzili za oskarżanie obozu Biden-Harris o sprowadzanie imigrantów „dla wymazania chrześcijańskiego oblicze Ameryki”, zarzucający Trumpowi, że „w szeregach swych zwolenników ma białych nacjonalistów, obawiających się, aby ich wnukowie nie stali się we własnym kraju znienawidzoną mniejszością”?

Czy za Trumpem nie przemawia to, że bezwzględnie ściga go żydokomuna za to, że nie mają nad nim kontroli i że powiedział: „Dla prezydenta najważniejszy powinien być interes własnego narodu”? Czy nie przemawia za nim zerwanie porozumień klimatycznych, rewolta przeciwko marksizmowi kulturowemu i tyranii politycznej poprawności, a także to, że stanął w obronie dzieci nienarodzonych, i „piekło zawyło” albo – jak pisał poeta – „zatrząsły się portki pętakom”? Czy Trump nie zyskuje w naszych oczach za to, że jak czerwona płachta na byka działa na sodomitów i na całe to antypolskie tałatajstwo, które z wytęsknieniem wyczekuje chwili, kiedy Kamala przejmie Biały Dom i będą mogli dalej ratować, zamiast Polski, klimat i uchodźców? Czy Trumpa nie powinniśmy lubić za to, że oskarżają go o szerzenie teorii spiskowych o Sorosie o o nazywanie oponentów „globalistami”? Czy za Trumpem nie przemawia to, że Republikanie to partia nacjonalistyczna, a Demokraci to partia internacjonałów i lewackich wariatów, popierających imigrację i mieszanie ras?

Polubmy Trumpa za słowa sprzed Pomnika Powstańców Warszawskich, które globalistyczny think tank opisał: „Swoim przemówieniem odrzucił ‘neokonserwatywny internacjonalizm Busha’, jak i ‘liberalny internacjonalizm Obamy’, a zainicjował ‘nacjonalistyczny internacjonalizm’ oraz przyrzekł, iż współpracować będzie ze swymi sojusznikami w obronie zachodniej cywilizacji”. Dla „The Atlantic”: „Wstrząsające było przywołanie pojęć takich jak ‘Zachód’ i ‘wartości Zachodu’, a przemówienie pełne było rasowej i religijnej paranoi”. To, co Trump powiedział było dla Polski przełomowe. Pierwszy raz od dekad zabrzmiał z Ameryki głos inny niż pedagogiki wstydu. Jego wizyta dała więcej niż wszystkie wizyty prezydentów Izraela i zrobiła dla Polski więcej niż wszyscy prezydenci III RP razem wzięci. W jego 7-minutowym przemówieniu było wszystko, czego Polska potrzebowała. Wystarczyło, by pokazać światu, że powstanie warszawskie to nie „powstanie” w getcie. Ujawniły to żydowskie media: „Podczas swej wizyty dał przyzwolenie na polski nacjonalizm […] Trump poparł prawicową narrację, według której Polacy byli ofiarami nazistów i nie odgrywali czynnej roli w mordowaniu Żydów […] jako pierwszy prezydent USA od kilkudziesięciu lat nie pojawił się przy pomniku Bohaterów Getta”.

Jest jeszcze inny powód, żeby Trumpa lubić – „trump” to po angielsku „zuch, chwat”, a „tusk” to po kaszubsku „kundel”. Co znaczy „tusk” w amerykańskim slangu więziennym też wiemy – to synonim agresywnego pederasty. I jeszcze jedno – Amerykanom można pozazdrościć Trumpa za stosowanie taktyki: Jeśli zostaniesz zaatakowany, to jedną trzecią sił przeznacz na obronę, a dwie trzecie rzuć do kontrataku. Nigdy nie przechodź do defensywy, zawsze szukaj słabych punktów przeciwnika i wygrywaj. A poza tym podobać nam się powinna rodzina Trumpa – małżonka o pięknej słowiańskiej urodzie.

Czy wygra wyścig z czasem? Czy zatrzyma pochód lewackiej zarazy? Czy stłumi żydokomunistyczną rabację? Czy tak, jak cztery lata temu wygra, bo zdoła przemówić do mieszkańców „głębokiej” Ameryki, którzy czują, że kraj jest w wielkim niebezpieczeństwie? A może dewiza „Make America Great Again” zainspiruje Polaków do hasła: „Aby Polska była polska”? I może spełnią się słowa Trumpa rzucone pod pomnikiem Powstańców Warszawy: Polska zwyciężyła. Polska zawsze zwycięży!

Krzysztof Baliński

Profil Absolwenta, czyli fabryka poddanych

Profil Absolwenta, czyli fabryka poddanych – Bartosz Kopczyński

Autor: AlterCabrio , 9 października 2024

Dziś skupiamy się na temacie pilnym – na Profilu Absolwenta i Absolwentki, który właśnie poddawany jest konsultacjom społecznym, zanim wejdzie na dobre do szkół. Zastanawiamy się przy tym, czy przypadkiem nie otrzymamy przy okazji Profilu Sexworkerki i Sexworkera.

−∗−

Profil Absolwenta, czyli fabryka poddanych

Dziś skupiamy się na temacie pilnym – na Profilu Absolwenta i Absolwentki, który właśnie poddawany jest konsultacjom społecznym, zanim wejdzie na dobre do szkół. Zastanawiamy się przy tym, czy przypadkiem nie otrzymamy przy okazji Profilu Sexworkerki i Sexworkera.

Niniejszy artykuł jest zapowiedzią – fragmentem większej całości, która niebawem ukaże się na naszym portalu: Poradnik świadomego narodu. Szkoła – dom – przyszłość”. Tekst, który pierwotnie miał być poradnikiem nauczycieli szkolnych, rozrósł się do rozmiarów poradnika nauczycieli narodu. Wcześniejsze fragmenty można przeczytać tutaj:

Kto nami rządzi ?

Dobrostan, samorealizacja, poczucie wartości

(…)

Nowe działanie, podjęte przez resort w 2024 r. polega na utworzeniu Profilu Absolwenta i Absolwentki (oczywiście musi być równościowo). Dotąd system edukacji pracował tak, że określał swoją podstawę programową, czyli skrót wiedzy ludzkości, dostosowany do możliwości wiekowych uczniów, wyrastający z historii, tradycji i potrzeb danego narodu. Każdy dostawał równy dostęp do tej wiedzy, a jej szczegóły zależały od typu szkoły. W całym kraju wszyscy młodzi ludzie mieli ten sam dostęp, a to, ile z niego skorzystali, zależało od ich własnej pracy. Otrzymywali z tego jasną informację – oceny na świadectwie, stopniowane wg skali, i tylko jedna była negatywna. Człowiek miał wybór – mógł się uczyć dużo, i dostawał ocenę wysoką. Mógł się uczyć mało, i dostawał ocenę niską. Mógł nie uczyć się wcale, i nie dostawał promocji. Obowiązek szkolny nie zmusza nikogo, aby ukończył jakąkolwiek szkołę. Każdy uczeń przychodził do szkoły, gdzie była wiedza, równo dostępna dla wszystkich, i decydował, co będzie robił w szkole, i jak tą wiedzę wykorzysta po szkole. Tradycyjna szkoła nie daje pewności, tylko możliwości, a absolwent dzięki nim może po szkole sięgać po laury wysokich osiągnięć. Człowiek kończył szkołę, jak chciał, i tak samo po szkole decydował, kim zostanie.

Teraz ma być inaczej, Profil Absolwenta i Absolwentki, postęp. System nie określi, jakiej wiedzy nauczy, tylko jaki format absolwenta chce wypuścić. Będzie jakiś ogólny profil europejski, a poniżej podprofile, przypisane do poszczególnych typów szkół, lub obszarów, lub grup szkół. Profil ma powstać w drodze tzw. konsultacji. Wszyscy nauczyciele mogą włączyć się do nich online i przelać swoje oczekiwania. Z tych wszystkich opinii ma powstać wzorzec najlepszych praktyk. Poza tym zostaną wzięte pod uwagę badania naukowe oraz „osiągnięcia” innych krajów. Tak się mówi oficjalnie, nieoficjalnie wiadomo, że będzie inaczej. Jak traktowani są nauczyciele, o tym mówią dokumenty Europejskiej Agencji d/s Specjalnych Potrzeb i Edukacji Włączającej. Dostarcza ona rozwiązań dla Komisji Europejskiej, przez którą trafiają do państw członkowskich. Nauczyciele są „włączeni” do tworzenia wspólnej praktyki. Wiodącą rolę odgrywają nieformalni liderzy, aktywiści edukacyjni, skupieni w organizacjach pozarządowych, związanych z UE i ONZ. Trafia to wszystko do systemu, który wypluwa z siebie Jednolitą Autorską Praktykę Nauczycielską. Tak się nazywa, w istocie tworzona jest wcześniej, w laboratoriach, i wrzucana jako dzieło oddolne. Wówczas wszyscy nauczyciele mają obowiązek przyjąć Jednolitą Praktykę jako wzorzec normatywny i podporządkować się. Obejmuje to rezygnację z całej pozostałej praktyki. Są później ściśle pilnowani przez system, aby ją stosowali. Oficjalnie mówi się, że oni sami są twórcami, w rzeczywistości jest to siłą narzucony przymus, pochodzący z unijnego systemu. Wiodącą rolę odgrywają specjaliści systemu oraz interesariusze, czyli jakieś podmioty, głównie cudzoziemskie, które mają jakiś swój interes, jakiś geszeft, aby go realizować za pomocą akurat systemu edukacji.

Konsultacje społeczne Profilu Absolwenta mają więc sprawić pozór powszechnego współuczestnictwa i ogólnonarodowej zgody. Po ich zakończeniu resort tak właśnie to przedstawi – pokaże statystyki, że mnóstwo nauczycieli i innych podmiotów, zaangażowanych w edukację wzięło udział w konsultacjach. W istocie będzie to listek figowy, parawan, przesłaniający rzeczywiste źródło i cel Profilu. Należy zestawić to działanie z innymi: Edukacja Włączająca, Projektowanie Uniwersalne, Ocena Funkcjonalna, Ocenianie Kształtujące, Europejski Obszar Edukacyjny, Edukacja Zmieniająca Pojęcie Płci, Zrównoważony Rozwój.

Edukacja Włączająca zakłada różnorodność, czyli włączenie do szkół powszechnych osób niepełnosprawnych, w tym intelektualnie, zaburzonych psychicznie i społecznie, migrantów wielokulturowych. Różnorodność obejmuje też sprawy genderowe. Profil Absolwenta jest jednolitym formatem dla wszystkich, czyli musi wszystkich sprowadzić do wspólnego mianownika.

Projektowanie Uniwersalne zakłada, że wszystkie nauczanie treści, wymogi i metody oceniania będą równo dostępne dla wszystkich. W warunkach w/w różnorodności oznacza to sprowadzenie nauczania do poziomu niepełnosprawnych intelektualnie. Inaczej nie da się stworzyć Profilu Absolwenta.

Ocena Funkcjonalna oznacza, że system sam diagnozuje każdego ucznia, ustala jego możliwości i ograniczenia, następnie określa jego potrzeby rozwojowe i tworzy Program Wsparcia. Obejmuje on wyznaczenie roli zawodowej dla dziecka w wieku około 12 lat. Po tej kwalifikacji uczeń nauczany jest zasadniczo tylko już umiejętności praktycznych, potrzebnych na stanowisku pracy, które mu wyznaczono. Wiedza ogólna i teoretyczna są pomijane. Następnie system wprowadza absolwenta na stanowisko pracy na zasadzie porozumienia z pracodawcą. Podobnie wyglądały nakazy pracy za Stalina. Przez cały czas trwania Oceny Funkcjonalnej uczeń znajduje się pod ścisłą kontrolą systemu. Jest to więc podstawowe narzędzie Profilu Absolwenta.

Ocenianie Kształtujące to podstawowa metodyka pracy w Edukacji Włączającej, uniwersalna dla wszystkich różnorodnych uczniów. Polega na wdrażaniu do struktur Przemysłu 4.0. Pod pozorem wiedzy szkolnej uczniowie tresowani są do procedur i uzależniani od systemu, który je stosuje. Tak prowadzony człowiek nie będzie dysponentem procedur, ale ich częścią. Skuteczna narzędzie formatowania, którego kierunek wyznaczy Profil Absolwenta.

Europejski Obszar Edukacyjny oznacza nowy system zarządzania ludnością Unii Europejskiej. Zniknąć mają narody, wszyscy mieszkańcy mają scalić się w jedną masę o tej samej tożsamości. Włączona zostanie masowa imigracja z Afryki i Bliskiego Wschodu. Cała Europa będzie mobilna edukacyjnie i pracowniczo. Oznacza to dowolne przenoszenie ludzi przez system – pomiędzy szkołami, uczelniami, miejscami zatrudnienia, miastami, krajami. System będzie też głęboko cyfrowy. Każdy zostanie zarejestrowany, otrzyma indywidualne konto edukacyjne, na którym będą dokumentowane jego działania edukacyjne i uprawnienia, nadawane przez system. Coś jak czarna skrzynka edukacji i zatrudnienia. Dzięki temu system będzie mógł na bieżąco śledzić i kontrolować los ucznia, absolwenta i pracownika. Całość znajdzie się pod wyłącznym zarządem Komisji Europejskiej, łącznie ze szkołami i nauczycielami we wszystkich krajach UE. Komisja narzuci również programy nauczania. Profil Absolwenta nadaje się właśnie jako matryca „siły roboczej” (to pojęcie z dokumentów unijnych) Unii Europejskiej.

Edukacja Zmieniająca Pojęcie PłciGender Transformative Education – nowa, globalna inicjatywa ONZ, UNICEF i UNESCO, przyjęta w 2022 r. Oznacza zmianę naturalnych i tradycyjnych ról płciowych i społecznych. Obejmuje politykę gender, tzw. zdrowie seksualne i reprodukcyjne, polityki równościowe, czyli sztuczne parytety. Będzie prowadzona już od przedszkola w formie tzw. wychowania równościowego, a w szkołach jako edukacja neutralna płciowo. Unia Europejska została wyznaczona jako obszar testowy. Profil Absolwenta pomoże zmienić ludziom naturalne pojmowanie ich własnej płci, i jednocześnie dostarczy unijnej władzy narzędzie do zmiany całych narodów.

Zrównoważony Rozwój – strategia globalnej polityki, zwana też Agendą 2030, obejmująca 17 obszarów tematycznych. Wszystkie zasoby planety, możliwości produkcyjne narodów, systemy sterowania społecznego, w tym wychowanie i edukacja, produkcja i dystrybucja dóbr i usług – ma znaleźć się pod jednym, globalnym zarządem, sprawowanym przez instytucje ponadnarodowe. Rządy krajowe będą mogły realizować tylko politykę globalną. Oficjalnie wszystko dla ratowania klimatu, planety, mniejszości, wykluczonych i zapewnienia powszechnego dobrobytu. W rzeczywistości powstać ma globalne imperium kolonialne, a każdy kraj ma się stać obszarem wyzysku, Polska również. Idea Zrównoważonego Rozwoju najlepiej wyraża się w zdaniu: „nie będziecie mieli niczego i będziecie szczęśliwi”. Profil Absolwenta pomoże ludziom nie mieć niczego poza poczuciem dobrostanu, dostarczanym w ramach wsparcia zdrowia psychicznego.

Powiązanie Profilu Absolwenta i Absolwentki ze wszystkimi politykami globalnymi i unijnymi oznacza także włączenie tego narzędzia w ogólny kierunek globalnej strategii depopulacyjnej, uderzającej bezpośrednio w rodziny, narody i suwerenne państwa narodowe. Sam fakt, że polskie dzieci będą profilowane według wzorców cudzoziemskich, co resort ogłasza wprost, stanowi wyraźną przesłankę.

Profil Absolwenta i Absolwentki nie służy więc ludziom – polskim uczniom, aby mieli lepiej w życiu. Służy globalnym i unijnym potęgom gospodarczym i politycznym. Celem jest kontrola narodów, obniżenie ich średnich kwalifikacji, wyłowienie i zagospodarowanie jednostek wybitnych, użycie całej reszty jako najtańszej siły roboczej. Ludzie mają być golemami – zdalnie sterowanymi robotami przemysłowymi Unii Europejskiej. Wytyczne do tworzenia Profili będą dawały globalne i unijne instytucje. Polacy nie będą już decydować o szkolnym nauczaniu i wychowaniu własnych dzieci. Cały ten system będzie produkcją poddanych państwa unijnego, a właściwie hodowlą niewolników. Wyobraźmy sobie taki wzorzec absolwenta: specjalista w zakresie uprawy i zbioru szparagów, podyktowany przez zrzeszenie unijnych bauerów.

Można na Profil Absolwenta i Absolwentki spojrzeć jeszcze z innego punktu widzenia. W ramach nowego przedmiotu – edukacji o zdrowiu planuje się wdrażać polskie uczennice i uczniów do tematyki zdrowia psychicznego, seksualnego i reprodukcyjnego. Obejmuje to również sferę relacyjną i emocjonalną. Wzorzec nowoczesnej edukacji seksualnej wyznaczają standardy WHO.

Jednocześnie w środowiskach lewicowych państw zachodnich dominuje narracja o sexworkingu jako sposobie zaspokajania naturalnych potrzeb indywidualnych i społecznych. Sexworking został już propagandowo określony jako zwyczajny składnik życia, nie na marginesie społecznym, ale jako pełnoprawna ludzka działalność. W mediach coraz rzadziej używa się określenia „prostytucja” na to zjawisko, za to twierdzi się, że sexworking jest po prostu pracą jak każda inna. W tym duchu wypowiadają się wiodące rynkowo media, a na uczelniach prowadzone są badania, uzasadniające taką zmianę postrzegania zjawiska. Część wpływowych środowisk feministycznych uważa sexworking za prawa kobiet do samostanowienia i decydowania o własnym życiu, ciele i seksualności. Akcentuje się też prawo kobiet pracujących seksualnie do ochrony ich zdrowia seksualnego oraz ogólnego bezpieczeństwa podczas wykonywania pracy. Te właśnie kwestie – emancypacja kobiet, samostanowienie, wyrównywanie szans, wzmacnianie własnej tożsamości, ochrona zdrowia – mają właśnie niedługo stać się treścią nauczania w polskich szkołach w ramach edukacji zdrowotnej i obywatelskiej. Osoby zatrudnione w tej branży do niedawna zwane były prostytutkami i sutenerami, to jednak naraża je na wykluczenie, marginalizację, stygmatyzację i dyskryminację, dlatego są obecnie określane jako „osoby pracujące seksualnie”. Środowiska zaangażowane w sexworking, w ramach walki o prawa pracownicze i prawa człowieka domagają się również dekryminalizacji pracy seksualnej, czyli zmiany art. 204 Kodeksu Karnego, który przewiduje karalność stręczycielstwa, sutenerstwa i kuplerstwa.

W tym całym szerokim kontekście, uwzględniając lewicową wrażliwość na problemy społeczne i los osób wykluczanych, należy zadać poważne pytanie – czy tworzony dla polskich uczennic i uczniów Profil Absolwenta i Absolwentki uwzględni również sferę pracy seksualnej? Czy resort przewiduje utworzenie Profilu Osób Pracujących Seksualnie? Czy polskie dzieci będą miały dostęp do Profilu Sexworkerki i Sexworkera? Należy zadawać to pytanie w ramach konsultacji społecznych. Polscy rodzice mają prawo wiedzieć, co czeka ich dzieci.

(…)

Ciąg dalszy nastąpi.

Czytaj też poradnik dla rodziców:

Poradnik świadomych rodziców – całość do pobrania.

______________

Profil Absolwenta, czyli fabryka poddanych, Bartosz Kopczyński, 9 października 2024

−∗−