Uczelnie neutralne klimatycznie

Uczelnie neutralne klimatycznie

22 listopada, 2025 by jw;

Uczelnie neutralne klimatycznie

Psychoza globalnego ocieplenia odbija się na kon­dycji uczelni. Tworzą programy walki ze Słońcem, bo ono jest odpowiedzialne w głównej mierze za zmiany klimatu na Ziemi, i to od setek mi­lionów lat. Można rzec, że biedne uczelnie po­rywają się z motyką na Słońce, bo żadnymi poczynaniami nie zdołają wpłynąć na źródło naszego życia, a tracą środki otrzymywane na naukę. Na uczelniach powstają komisje klimatyczne, podobnie jak i na najwyższym szczeblu akade­mickim (Komitet ds. Kryzysu Klimatycznego PAN). Kogo tam nie ma?

Są biolodzy, wirusolodzy, socjolodzy, przyrod­nicy, poloniści, kulturoznawcy, ale nie ma geologów, bo ci raczej nie ryzykują ośmieszenia zawodowego. Uczyli się już na studiach o zmianach klimatu, o cyklach Milankovicia, o lądolodach na Saharze, które stopiły się przed niemal 500 mln, o lądolodzie na Antarktydzie, który jest dopiero od około 35 mln lat. Inwazje lądolodów na ziemie polskie w ostatnim milionie miały miejsce wielokrotnie, pokrywając nasze ziemie m.in. granitami szwedzkimi, zanim Szwedzi przyszli na „swoją” polodowcową zie­mię, chociaż takiego wybiegu politycznego chyba nie stosowali, aby uzasadnić swoją inwazję.

Dziś UJ dąży do osiągnięcia neutralności klimatycznej poprzez zmniejszanie emisji gazów cieplarnia­nych, co się przekłada na kultywowanie na uczelni chowu wsobnego dla osiągnięcia zeromobilności bezemisyjnej.

UJ jako beneficjent cieplejszego klimatu jest znanym producentem wina, bo przecież „in vino veritas”, i tym wypełnia braki w metodologii poszukiwania prawdy. Już wcześniej w średniowieczu też produkowano w Krakowie wino, ale nie rezygnowano z poszukiwania prawdy, co doprowadziło zresztą do powstania jagiellońskiej wszechnicy. Dziś neutralność klimatyczna jakoś idzie w parze z neutralnością intelektualną, stąd widoczny zanik oddziaływania wszechnicy na życie intelektualne Polski. Przez lata neutralizowano nieuporządkowanych na uczelniach powo­dujących wzrost entropii, podobnie jak topnienie lodowców. Doświadczenia więc są, ale lepiej, aby gorące głowy akade­mickie skierowano pod zimny prysznic dla zachowania normalności naszego życia.

Taniec trzech murew, czyli prostytucja III RP

Taniec trzech murew, czyli prostytucja III RP

Autor: AlterCabrio, 24 listopada 2025

Bloki zwalczają się i kłócą, korzystając ze swoich mediów, dysponując stałymi wyznawcami i walcząc jedynie o grupkę niezdecydowanych, którzy interesują się tym, co nazywane jest polityką. Pozostała część mieszkańców Polski, czyli około 40% uprawnionych do głosowania stanowi milczącą część, którą główne bloki polityczne zwykle wolą pozostawać w uśpieniu. Dzięki temu każde wybory to walka o tych kilka procent niezdecydowanych, co ułatwia utrzymanie i stabilność układu.

Taniec trzech murew, czyli prostytucja III RP

Żyjąc w moim ukochanym kraju, pośród ziomków, ludzi tego samego języka, tej samej kultury i tej samej tradycji próbuję się rozeznać pośród różnych prądów współczesności i sprzecznych opinii. Jeden z głównych obszarów cienia stanowi świat polityki, lub raczej tego, co polityką jest nazywane.

Mamy faktycznie i teoretycznie dwie główne grupy społeczne: jedną popierającą Tuska, jego ludzi i sojuszników, zwana w skrócie „platformą”, drugą popierającą Kaczyńskiego, jego ludzi i sojuszników, zwana w skrócie „pisem”. „Platforma” ma media prywatne, założone przez ludzi związanymi z bezpieką PRL, a później przejęte przez zagranicę, lub od razu założone przez zagranicę. Właściciele i dziennikarze tych mediów zwą je „mediami wolnymi i niezależnymi”, Polacy, którzy chcą być świadomi nazywają je „media polskojęzyczne”. Jeśli „platforma” przejmuje władzę, dołączają do nich media państwowe, stając się „platformerskimi” „Pis” też ma swoje media, założone przez ludzi ze swojego środowiska, słabsze od mediów platformerskich, ale za to bardziej dynamiczne. Gdy „pis” był przy władzy, miał na swe usługi media państwowe, i wówczas były one „pisowskie”, choć wcześniej należały do „platformy”. Takie mamy dwie największe siły polityczne, które wyłoniły się po początkowym chaosie lat 90-tych. Doszło tu do pewnej zmiany, gdyż rolę „platformy” przed Aferą Rywina pełniło środowisko dawnego betonu postsowieckiego, które w skrócie można określić jako „komuchy”. Długo prowadzili oni Polskę, aż się zużyli, a wtedy ich miejsce płynnie przejęła „platforma”. Doszło więc do zmiany nazwy, ale nie zasad i kierunku. „Platforma” przejęła nawet większość zasobu kadrowego „komuchów”, zlewając się w jedną koalicję.

Komplet dwóch dialektycznych, wiecznie zwalczających się bloków politycznych uzupełnia trzecia siła, za słaba, aby móc kiedykolwiek stać się jedną z dwóch głównych, robiąca za tzw. „języczek u wagi”. Tradycyjnie w III RP, kontynuując tradycje PRL rolę tą przyjęli „ludowcy”, oficjalnie reprezentujący lud wiejski. Jest ona neutralna światopoglądowo w tym sensie, że przyjmuje ten światopogląd, który reprezentuje ta większa siła, z którą „ludowcy” wejdą akurat w koalicję. Równie dobrze siła ta mogłaby zwać się „tofu”, które też nie ma własnego smaku, przyjmując smak tego, do czego zostało dodane.

Czytaj też:

Polska czerwonym suknem

Dlaczego nie należy obalać III RP

Tak wygląda scena polityczna w Polsce, wykazująca się zadziwiającą trwałością i stałością polityki. Trwałość polega na tym, że zawsze może rządzić albo „platforma”, albo „pis”, a aktualną większość zapewnia „tofu”. Bardzo łatwo też kontrolować taki układ za pomocą polskojęzycznych mediów. Każdy blok ma swój żelazny elektorat, wierny dozgonnie i niezmienny, nie szukający prawdy, ale podążający za emocjami, co jest rodzajem religii. Swoich wyznawców ma więc „platforma” i swoich wyznawców ma „pis”. Dla wyznawców „platformy” największym wrogiem we wszechświecie jest „pis” i jego wyznawcy, dla wyznawców „pisu” per analogiam. „Tofu” nie ma wyznawców, tylko ludzi, podchodzących do życia i wyborów bardzo pragmatycznie, co sprawia, że są w swoich sympatiach wierni tak samo, jak wyznawcy. „Platforma” przez swoich liderów, sympatyków i swoje media jest ukazywana jako środowisko ludzi wykształconych, kulturalnych, nowoczesnych, światowych i nade wszystko zadowolonych z siebie i ze swojego życia, które postrzegają jako pasmo sukcesów. „Platforma” przedstawia „pis” jako przegrywów, ciemniaków, prymitywów, niewykształconych, agresywnych i tępych. Bardzo charakterystyczne w „platformie” jest to, co redaktor Rafał Ziemkiewicz zwykł nazywać urojeniem wyższościowym, połączonym z pogardą wobec swoich przeciwników, oraz ojkofobia, czyli nienawiść do własnych korzeni, objawiająca się tym, że ludzie „platformy” chcą być Europejczykami polskiego pochodzenia lub obywatelami świata. Jeśli deklarują patriotyzm, to tylko po to, aby zdobyć więcej głosów w wyborach. „Platforma” skupia więc wokół siebie ludzi, którzy chcą być kimś innym, niż byli ich przodkowie, i kim są oni sami. „Platforma” nie chce, aby dalej istniała Polska, chcą jej przejęcia przez struktury Zachodu.

„Pis” uważa się za prawdziwych patriotów i katolików, sprzeciwiających się moralnemu zepsuciu i rozpasaniu „platformy” oraz świata zachodniego, który reprezentuje. Ludzie „pisu” deklarują swój patriotyzm i przywiązanie do tradycyjnych wartości, w tym katolicyzmu, i większość jest w tym szczera, poza tymi, co udają dla korzyści. Różnią się tym od „platformy”, że w „platformie” wszyscy są szczerymi antypatykami Polski, zaś w „pisie” większość jest jej szczerymi sympatykami, poza grupą przywódczą, o czym będzie dalej. „Pis” chce zachowania niepodległej Polski, ale z strukturach Zachodu, czyli UE i NATO. Świadomość geopolityczna ogranicza się do wiecznego bezwarunkowego sojuszu z USA, to znaczy Polska nie może stawiać żadnych warunków, tylko godzić się na warunki narzucone. W „Platformie” jest tak samo, tyle że rolę USA pełni UE. „Tofu” godzi wszystkich, bo podziela ich aktualne zdanie.

Bloki zwalczają się i kłócą, korzystając ze swoich mediów, dysponując stałymi wyznawcami i walcząc jedynie o grupkę niezdecydowanych, którzy interesują się tym, co nazywane jest polityką. Pozostała część mieszkańców Polski, czyli około 40% uprawnionych do głosowania stanowi milczącą część, którą główne bloki polityczne zwykle wolą pozostawać w uśpieniu. Dzięki temu każde wybory to walka o tych kilka procent niezdecydowanych, co ułatwia utrzymanie i stabilność układu. Dwie główne partie rywalizują więc o emocje, starając się wywrzeć jak najlepsze wrażenie i jak najbardziej zohydzić przeciwnika. Sprzyja to rozdawnictwu, gdyż najłatwiej można pozyskać elektorat przez obietnice, a skoro obiecuje się tak wiele, od czasu do czasu coś trzeba dać ludowi, co zwykle zwiększa zadłużenie. Różnice pomiędzy wynikami obydwu oponentów są więc wymienne, to znaczy jeśli u jednych ubywa, u drugich mniej więcej tyle samo przybywa.

„Tofu” zawsze może liczyć na stały wynik, i tak się to kula bez zmian, pomimo pozorów zaciekłej rywalizacji. Wszystkie trzy bloki polityczne łączą bowiem pewne spoiwa ponad podziałami i partyjnymi kłótniami. Zawsze akceptują to, co przychodzi z głównych centrów sterowania Zachodem: Berlina, Brukseli, Londynu, Nowego Jorku, Waszyngtonu, Tel Awiwu. Tak właśnie wszystkie trzy bloki zaakceptowały Zielony Ład, wszystkie polityki unijne, wszystkie strategie ONZ, plandemię, zadłużenie Polski, rozbrojenie Wojska Polskiego, darmowe wsparcie dla Ukrainy, wrogość i prowokowanie Rosji, otwarcie polskich granic. Różnica dotyczyła tylko imigrantów islamskich z Zachodu, których chciała „platforma”, a nie chciał „pis”, co zostało pogodzone poprzez sprowadzenie rzesz migrantów z Azji i przesiedleńców z Ukrainy. Najważniejszy jednak łącznik, najtrwalsze spoiwo, łączące ponad podziałami, ponad korytami (jak trafnie to ujął Grzegorz Braun), ponad denominacjami, ponad kadencjami, to służalcza, chroniczna, chorobliwa wręcz żydofilia, poddańczość i akceptacja dla wszystkiego, czego chcą Żydzi.

Jest to widoczne przy okazji rytuałów chanukowych, gdy zapala się świeczniki w Sejmie, w Pałacu Prezydenckim i w jakimś miejscu publicznym w stolicy. Przychodzą tam reprezentanci wszystkich głównych sił politycznych, aby świętować talmudyczny triumf samowybranej kasty. Zawsze zacząć musi jakiś wybrany goj, zapalający środkową świeczkę, jako „szamasz”, co znaczy sługę zapalającego świece w bóżnicy. Tak więc rządcy wszystkich trzech głównych sił politycznych z własnego wyboru przyjęli funkcje „szamaszów”, potulnych i posłusznych sług żydowskiej racji stanu, opisanej w Talmudzie i zmierzającej do ustanowienia Wielkiego Izraela, obejmującego cały świat. Cały szereg zdumiewających antypolskich i antyludzkich polityk i decyzji, w które ochoczo zaangażowały się władze Polski, wynikają z tej pierwszej, fundamentalnej zasady: dla Żydów wszystko. Takie sprawy, jak: Zielony Ład, klimatyzm, masowa imigracja, masowa sterylizacja i aborcja, masowy genderyzm, plandemia, lockdown wszystkiego, wojna ukraińska, rozbrojenie i zadłużenie Polski, rozpanoszenie banderyzmu, służalczość Polski wobec Ukrainy, narażanie Polski na odwet Rosji, likwidacja polskiej gospodarki i rolnictwa, likwidacja polskiej edukacji, likwidacja polskiej nauki, powszechna debilizacja, likwidacja bezpieczeństwa, przygotowania do ewakuacji ludności, inne niewyliczone, to zostało dużo wcześniej opisane w Talmudzie, a teraz za pośrednictwem podstawionych agentów i organizacji ponadnarodowych zostaje implementowane do Polski i innych państw europejskich.

Jak jednak doszło do tego, że główne bloki polityczne wyznają taką właśnie wiarę? Pochodzenie tego schematu nie jest już dla nikogo tajemnicą: nieoficjalne układy Kiszczaka z reprezentantami kontrolowanej przez służby opozycji, odbyte w Magdalence i potwierdzone przy Okrągłym Stole. Nazwa nie jest przypadkowa, tak nazywała się tajna struktura, zarządzająca Imperium Brytyjskim od końca XIX wieku do II Wojny Światowej: „The Round Table”, co nawiązywało do legend o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu. To, co zorganizowano w Polsce jest oczywiście karykaturą pierwowzoru, kpiną z ustroju i tradycji politycznych Polski. Magdalenka nie była jednak źródłem tego układu, lecz pewna mało znana rozmowa, odbyta we wrześniu 1985 r. w Nowym Jorku między Dawidem Rockefellerem a generałem Wojciechem Jaruzelskim, na mocy której przeprowadzono późniejsze operacje na Polsce, a której konsekwencje ponosimy do dziś. Tam wyznaczono kierunki rozwoju Polski, według starych dobrych przepisów „divide et impera”. Musi więc zawsze być ktoś, kto rządzi. Polakom wmówiono, że wszystkie ich bolączki załatwi niewidzialna ręka rynku, która w magiczny sposób zawsze robi to, co należy. Polacy jednak nie zdawali sobie sprawy, że niewidzialna ręka ma niewidzialne ciało i niewidzialną głowę, która ma niewidzialne myśli.

Powszechna opinia publiczna ma jakieś niejasne przeczucie, jak naprawdę wygląda rzeczywistość. Myślą Polacy jednak tak: „nic się nie da zrobić, wszystko zaorane, Polski już nie ma, oni nam na nic nie pozwolą”. Widzą wciąż te same twarze i te same partie, zmieniające się tylko miejscami, i pogrążają się w rezygnacji i marazmie, potulniejąc i przyjmując wszystko, co im przedłożą żydofile i samozwańczy zarządcy Europy i świata. Nie widzą biedni Polacy jednak dwóch procesów, jednego o znaczeniu globalnym, a drugiego o znaczeniu lokalnym. Proces o znaczeniu globalnym to zmiany geopolityczne, polegające na wykolejeniu się projektu budowy państwa światowego, realizowanego od czasu rewolucji Lutra. Nie uda się zbudować jednego państwa i powołać jednego rządu, trwają natomiast gorączkowe improwizacje, aby podtrzymać stan posiadania. To znaczy siły, które od 500 lat przebudowują Europę i świat, gdy im się nie udało tego, co zaplanowali, teraz próbują utrzymać kontrolę nad strefą euroatlantycką, a jednocześnie powstrzymać Chińczyków przed odbudową Jedwabnego Szlaku. W tym właśnie celu została wszczęta i jest podtrzymywana wojna ukraińska. Proces rozpadu potęg Zachodu nie da się jednak powstrzymać, co spowoduje, że potężne struktury, trzymające Polskę w uścisku będą za moment miały potężne problemy z utrzymaniem samych siebie.

Proces o znaczeniu lokalnym pokazuje nam prawdziwy charakter struktur, zarządzających Polską. Są to struktury okupacyjne, sterowane przez siły spoza Polski, a polityka III RP ma ca celu wyzysk i likwidację państwa i narodu polskiego, i równocześnie podmianę ludności na przybyszów z Ukrainy, Afryki, Azji i Ameryki Południowej. Okupacja Polski nie jest jednak wsparta przez jakieś zewnętrzne siły wojskowe. Nie ma obcych wojsk na terytorium Polski w takiej ilości, aby były w stanie stłumić odzyskanie niepodległości Polaków. Cała ta okupacja, wszystkie te działania likwidacji wszystkiego, co polskie, całość tej bezczelnej pogardy dla Polski i Polaków obsługiwana jest przez ludzi z Polski, mających polskie dowody tożsamości. Jak to jednak możliwe, że niemal wszyscy, zarządzający polityką III RP znaleźli się w antypolskim spisku? Częściowo odpowiada za to sprawna konstrukcja systemu zarządzania korupcją i zdradą, wbudowana w III RP, przyjęta w Magdalence po konferencji z Rockefellerem. To jednak wyjaśnia mechanizm, ale aby on działał, potrzebni są jeszcze ludzie. Odpowiedni ludzie z odpowiednią psychiką i moralnością.

Potrzebni są ludzie, którzy wygasili swój rozum i podporządkowali wolę sile zewnętrznej, antypolskiej i antyludzkiej. Potrzebni są ludzie, którzy za swoje życiowe credo przyjęli prostytucję, dzięki czemu sami się usprawiedliwiają i chlubią swoim własnym nierządem, nie czując wyrzutów sumienia. Aby oszukać samego siebie, trzeba oszukać wszystkich, dlatego politycznym prostytutkom, udającym polskich polityków na rękę jest ugruntowanie wiary w swoich ofiarach, że niczego nie da się zmienić, tak już musi być, i wszystko toczy się samo. W rzeczywistości nie toczy się to samo, lecz jest sterowane, nie musi tak być, wszystko da się zmienić, trzeba jednak przede wszystkim chcieć. Nie chcą jednak tego zmieniać ani na jotę ludzie, którzy zarabiają na własnej prostytucji, i którzy do tego samego nierządu chcą włączyć jak najwięcej innych, aby każdy był tak zanurzony w świństwie, by nie chciał i nie mógł się już z tego wydobyć, ale by zmuszony był przez całe otoczenie i własne przyzwyczajenie do sprzedawania się temu, kto akurat płaci.

Oto są główne siły polityczne w Polsce, a ustrój, panujący w III RP możemy określić jako trójprostytucję, obsługiwaną przez trzy partie prostytucyjne. Nie jest to żadna polityka, ta bowiem oznacza sztukę rządzenia państwem. Tu zaś jest sztuka uprawiania politycznej prostytucji, polegająca na tańcu trzech murew (aby nie drażnić algorytmów, użyłem staropolskiego określenia). Trójprostytucja, czyli taniec trzech murew: dwóch dużych i małej. Prowadzi ona zawsze do łamania praw ludzkich i boskich, zawsze więc polityczne prostytutki stają się zdrajcami i przestępcami, wspólnikami wrogów Polski lub wrogami Polski we własnej osobie. Establishment III RP można podzielić bowiem na trzy kategorie ludzi: Obcych Udających Swoich, przybyszów z zewnątrz, oddelegowanych do skrytego podboju, czasem kilka pokoleń wstecz, którzy przyjęli polskie nazwiska i sztuczną polską tożsamość, aby wtopić się w polskie społeczeństwo, dzięki sekretnemu wsparciu awansować w strukturach społecznych, dostać się do systemów sterowania i przejąć władzę polityczną. Są tu więc ludzie o tożsamości masońskiej, żydowskiej, niemieckiej i ukraińskiej. Ci dobierają sobie kompadrów spośród Polaków, szczególnie podatnych na zdradę i korupcję.

Takie warunki spełniają ludzie narcystyczni, chorobliwie ambitni, pełni pychy, zepsuci moralnie, uzależnieni od własnych grzechów, którzy jednocześnie chcą ukrywać to przed otoczeniem. Takich się korumpuje, wciąga do sitwy, podstawia pokusy, szczególnie seksualne, gromadzi dowody i szantażuje. Trzecią podgrupę stanowią ludzie tak głupi, że nawet nie zdają sobie sprawy, komu i jak służą. Tacy właśnie stanowią zasób ludzki, gotowy na wszystko w imię władzy. Ludzie ci nie tylko są zdegenerowanymi prostytutkami, odrażającymi zdrajcami, oślizłymi tchórzami, obżydliwymi służalcami (błąd nieprzypadkowy). Są również podejrzanymi o popełnienie wielu poważnych przestępstw, tak więc wszyscy, współtworzący establishment polityczny III RP kwalifikują się do zatrzymania przez odpowiednie służby, postawienia przed sądem, osądzenia, wykonania kar. Główne negocjacje z działaczami partii prostytucyjnych powinny skupić się na warunkach ich ustąpienia i przekazania władzy, za co być może zostaną im wymierzone niższe wyroki.

Czytaj też:

droga dobrych Polaków

czas nowego antysystemu

Teraz, gdy już to wiadomo, należy zastanowić się, jak ten nierząd zakończyć, jak zakończyć taniec trzech murew, i zacząć budowę ustroju Polski. Przede wszystkim więc należy wyrzec się prostytucji na rzecz miłości. Co to jest prostytucja w sensie politycznym, już wyjaśniłem. Prostytucja w sensie społecznym oznacza sprzedawanie tego, co powinno być dawane w darze osobie lub ludziom starannie wybranym, z powodu miłości, i równolegle odmowa dawania czegokolwiek bezinteresownie, lecz wystawienie całej swojej osoby i swoich talentów na sprzedaż. Miłość to pragnienie dobra dla samego dobra, a nie korzyści materialnej.

Najwyższym dobrem każdego człowieka jest wieczne zbawienie duszy. Otrzymuje się je od Boga w Trójcy Jedynego, w akcie łaski, przyznanej w nagrodę za wiarę w boskie obietnice i godne postępowanie na ziemi, czyli życie według sakramentów. To zakłada miłosierdzie i sprawiedliwość. Uczynki miłosierdzia są nie tylko wobec ciała, ale też wobec duszy, i te są ważniejsze. Sprawiedliwość oznacza dawać każdemu człowiekowi, co mu się należy, a Bogu najwyższą cześć i chwałę, jest bowiem Stwórcą, a jako Chrystus jest naszym królem – Pantokratorem, władcą wszystkiego. Są to zasady katolickie, zgodne z etyką cnót. Aby wyrwać Polskę spod władzy prostytucji, nie należy rozwodzić się, jak potężni są alfonsi naszych okupantów, bo wcale nie są tak potężni, jak się przedstawiają. Już niedługo będą mogli dużo mniej, niż mogą teraz, gdyż ilość i waga problemów, jakie same spowodowali ich przerośnie.

O tym, co będzie działo się w Polsce, zdecydują Polacy, jeśli zechcą. Jeśli nie zechcą lub nie będą psychicznie w stanie, kontrolę nad nami przejmie znów jakaś siła zewnętrzna. Tak jednak być wcale nie musi, możemy wybić się na niepodległość, o czym piszę w wielu publikacjach. Pierwsze zaś, co trzeba zrobić, to samemu wyrzec się prostytucji, przestać biadolić i zacząć organizować struktury odnowionego państwa polskiego. Te zaś potrzebują przywództwa, ono zaś potrzebuje programu sterowania. To, co Czytelniku czytasz, jest wprowadzeniem do programu sterowania narodu i państwa polskiego, ujawnianego w Poradniku świadomego narodu.

Poradnik świadomego narodu można kupić tutaj:

Księga I: Historia debilizacji: LINK

Księga II: Rewolucja bachantek: LINK

_______________

Taniec trzech murew, czyli prostytucja III RP, Bartosz Kopczyński, 24 listopada 2025

Więcej: Bartosz Kopczyński

=========================================

Taniec trzech murew trwał dotąd. Tj. do czasu obowiązywania zasady „my nie ruszamy waszych, wy nie ruszcie naszych”. Teraz wzięli się serio za łby. A trzecia q., „sojusznik obrotowy”, już chyba zwiądł zupełnie. Mamy więc szansę, by wywalczyć pewna zmianę.

W tym gnoju, który ONI nazywają „demokracją”, jest lepsze wyjście: Zmiana ordynacji z dhontów, sent’lige itp. – na Jednomandatowe Okręgi Wyborcze. Przed ćwierć wiekiem Ruch ten wykazał, że ludzie rozumieją taką potrzebę zmiany. Ale – „trzy q…” się wtedy bardzo przeraziły, a miały wszystkie media – i zatłukły. Teraz mamy [na razie??] internet, czas, by JOW znów nagłośnić, potem wprowadzić.

Czemu p. Bartosz Kopczyński tego tak unika, nie wiem. Czas, by się przełamał.

=================================

Warto przeczytać Jeffrey Archer, Pierwszy między równymi. Wyd. Prószyński.
Autor, sam parlamentarzysta, jasno i zabawnie opisuje wysiłki, ale i oszustwa polityków związanych Ordynacją jednak.

Lustro bezczelności i głupoty władz Kielc – w remoncie… Stwarzało zagrożenie

Adam Czarnecki @czardam

Pamiętacie lustro za 80 tysięcy złotych, które postawiła @Obywatelska_KO w Kielcach? Sytuacja się rozwija – lustro zostało otoczone taśmą

Zdjęcie

Adam Czarnecki @czardam

Nie no, bez przesady, Pani Wojda z @Platforma_org załatwiła mieszkańcom Kielc to oto lustro za całe 80 tysięcy zł. Dzięki niemu mogą podziwiać niebo nad swym miastem i nie muszą zadzierać głowy. Platforma – partia dla ludzi x.com/PrezesObywatel…

Zdjęcie

38,9 tys. wyświetleń

=======================================

Piotr Ignacy @ignasiakpiotr

Jakie koszt taśmy? Pewnie z 8k.

Prośba o prosty program „mowa → tekst”

Prośba o prosty program „mowa → tekst”.

MD

Miałem do wpisywania artykułów rozszerzenie na chromium. „speechnotes”. Stabilny, łatwy w obsłudze.

Ze dwa miesiące temu jakiś idiota go „poprawił” – więc jest niedostępny.

Szukaliśmy więc innego – stąd to podkulawienie Strony w połowie listopada – nie było czasu i sił na poszukiwanie dobrych tekstów.

Poradzono nam SpeechNote , ale ta cholera mimo że jest zainstalowana oraz pobrane pakiety językowe PL nie działa. Sam mikrofon w laptopie przetestowaliśmy i działa . A widzę, jakie to q… jest długie i skomplikowane. Na wszystkie języki świata..

Mam Linux 13

=========================

Krzyś:

zle napisales – speechnote dziala w sensie, że jest poprawnie zainstalowany z bibliotekami PL

Śmieciowy absurd roku – kto mieszka w UE ten się w cyrku nie śmieje

Śmieciowy absurd roku – kto mieszka w UE ten się w cyrku nie śmieje

https://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/smieciowy-absurd-roku-kto-mieszka-w-ue-ten-sie-w-cyrku-nie-smieje


Władza lokalna dokłada mieszkańcom następny szalony obowiązek śmieciowy, tym razem na poziomie „zużytej chusteczki”. W gminie Nowe Miasto nad Wartą zdecydowano o wydzieleniu dwóch dodatkowych frakcji śmieci bio: „zielonej” i „kuchennej”, a do tej drugiej mają trafiać m.in. ręczniki papierowe i chusteczki higieniczne. 

Od 2026 r. nie wolno ich wrzucać do zmieszanych, a właściciele nieruchomości mają do końca 2025 r. kupić na własny koszt nowy pojemnik spełniający lokalne wymagania. Brzmi jak detal techniczny, ale w praktyce to kolejny krok w systemie, który dawno przestał być zdroworozsądkową gospodarką odpadami, a stał się społecznym treningiem uległości.

Zauważmy mechanizm. Najpierw był podział na pięć podstawowych koszy, wprowadzany pod hasłami „unijnych norm” i „wyższych poziomów recyklingu”. Teraz, gdy wskaźniki mają rosnąć dalej (55% w 2025 r., 56% w 2026 r., a docelowo 65% do 2035 r.), gminy szukają sposobów na dociągnięcie słupków – dokładając kolejne frakcje i kolejne pojemniki.   

Problem w tym, że każda nowa frakcja kosztuje obywatela pieniądze, miejsce i czas, a administracji daje jeszcze większą kontrolę nad codziennymi zachowaniami ludzi. Nie chodzi już o to, czy system jest logiczny, tylko o to, czy mieszkańcy zrobią to, co im się każe, nawet gdy nie widzą w tym sensu.

Warto przypomnieć, jak to wyglądało przed tzw. „rewolucją śmieciową” z 2013 r. Wtedy każdy podpisywał umowę z wybraną firmą. Była konkurencja, ceny można było porównywać, a odbiór bywał częstszy i bardziej elastyczny.   Rząd i samorządy tłumaczyły monopolizację rynku troską o porządek i argumentem o śmieciach w lasach. 

Efekt? Dziś płacimy więcej w systemie, w którym odbiorca jest jeden – wyłoniony w przetargu – i to mieszkańcy mają się dostosować do jego harmonogramu, nie odwrotnie. Odbiór zmieszanych często jest rzadki, za to śmieciarki jeżdżą wielokrotnie, bo każda frakcja ma osobny kurs. Więcej jeżdżenia to więcej spalin i hałasu, ale w narracji urzędowej liczy się tylko papierek w tabelce.

Absurd polega też na tym, że logika segregacji przestaje być oczywista nawet dla osób, które chcą działać uczciwie. Jeszcze niedawno w wielu miastach brudne ręczniki papierowe i chusteczki traktowano jako „resztkowe” i kazano wrzucać do czarnego pojemnika.   Teraz w jednej gminie będą bio-kuchenne, w innej zostaną zmieszane, gdzie indziej pewnie pojawi się osobny worek „higieniczny”. Z punktu widzenia państwa to wygodne: obywatel ma być wiecznie „niedouczony”, więc zawsze można go postraszyć sankcją albo podwyższoną opłatą.

Nie jest to przypadek odosobniony. Od 1 stycznia 2025 r. weszła w życie obowiązkowa selektywna zbiórka tekstyliów – formalnie bez nowych koszy w domach, ale z nową powinnością i groźbą kar.   Schemat powtarza się jak w zegarku: najpierw prawo, potem chaos organizacyjny, potem przerzucenie kosztów na ludzi, a na końcu moralizowanie, że „tak trzeba, bo Europa”. A kiedy obywatel pyta o sens i proporcje, słyszy, że „normy rosną” i „inaczej będą kary dla gmin”.   Czyli rząd nie rozwiązuje problemu systemowo, tylko przekłada presję w dół – na samorządy, a te na mieszkańców.

W ten sposób z pozornie niewinnej segregacji robi się narzędzie sprawdzania, jak daleko można przesuwać granice. Jeden kosz więcej tu, nowy obowiązek tam, wymóg zakupu pojemnika „na własny koszt” gdzie indziej. I z czasem ludzie przestają pytać „po co?”, a zaczynają tylko kombinować „jak to ogarnąć, żeby nie podnieśli opłaty”. To nie jest dojrzała polityka publiczna. To jest tresura.

Źródła:

https://www.olsztyn.com.pl/artykul,chusteczki-higieniczne-i-reczniki-pa…

https://www.infor.pl/prawo/nowosci-prawne/7460177,zuzyte-chusteczki-hig…

https://www.gov.pl/web/klimat/tekstylia

https://www.prawo.pl/biznes/od-2025-roku-tekstylia-osobno-czyli-iluzja-…

https://czystemiasto.gdansk.pl/aktualizacja-zasad-segregacji-odpadow-br…

Wojna i pokój

Wojna i pokój

Jerzy Karwelis

wojo

23 listopada, wpis nr 1382 https://dziennikzarazy.pl/23-11-wojna-i-pokoj/

Kroi się koniec wojny. Wiadomo – kroiło się wcześniej parę razy i nic nie wiadomo i teraz. Sam fakt, że porozumienie pokojowe jest podpisywane przez USA i Rosję wskazuje prawdziwe strony tej wojny. A to oznacza, że rzeczywiście była to proxy war, wojna zastępcza, jako kolejny akt strategii USA mającej polegać na wyłuskaniu Ukrainy spod wpływów Moskwy, lub – w wersji minimalistycznej – na zrobieniu na Ukrainie tym razem rosyjskiego Wietnamu. Wiecznie krwawiącej rany na południu strefy wpływów imperialnych zapędów Moskali.

Fatalne kalkulacje Waszygtonu

Waszyngton napinał tę cięciwę aż do momentu, w którym Putin powiedział – sprawdzam. Ta strategia amerykańska nie była tylko cyniczna, ale była głupia. Cynizm miał tu polegać na tym, że za cenę krwi Ukraińców realizowało się swoje cele, patrząc się z bezpiecznej odległości jak kosztem nieodgadnionych ofiar osłabia się geopolitycznego rywala. Głupota polegała na fałszywej kalkulacji, że takim działaniem osłabi się potencjalnego partnera Chin, lub – co już było kompletnym kuriozum – rachowano, że osłabiona Rosja może się… odwrócić od Chin i skoligacić z USA. Wyszło kompletnie odwrotnie.

Trump zobaczył, że nie tylko nie ma co liczyć na militarne osłabienie Rosji i jakąś formę jej przegranej lub chociażby na kontynuację ciągle żarzącego się konfliktu wikłającego Moskwę. Sytuacja się odwróciła na tyle, że wojna, która miała osłabić potencjalnego partnera Chin de facto pchnęła Rosję w ramiona Pekinu. Ten, patrząc się z daleka na ten konflikt, wzywał do pokoju, widział, że Rosja i tak wpadnie w jego wpływy, ale także, że z powodu tak spektakularnego osłabienia Waszyngtonu, nie Rosji, dojdzie do przebiegunowania świata na Południe, zaś sam Zachód skończy ze swą hegemonią światową. Wojna sprowincjonalizowała Europę, która już kompletnie się nie liczy, na tyle, że Putin z Trumpem w jednym ze swoich punktów porozumienia zdecydowali, że Ukraina będzie przyjęta do Unii Europejskiej, nawet nie pytając jej – Unii – o zgodę. Ukraina przyjęła te 28 punktów, z tym, że Moskwa stwierdziła, że propozycja Trumpa jest ciekawa, ale oficjalnie jej jeszcze Rosji nie przedstawiono. Czyżby Putin dowiedział się o niej z mediów?

Rachunki Zełenskiego

Porozumienie zakłada przeprowadzenie wyborów na prezydenta Ukrainy w przeciągu 100 dni od jego podpisania. A będzie to czas podsumowania rezultatów wojny, co zdaje się przesądzać losy Zełenskiego. Przesądzać, bo rachunek polityczny tej wojny wygląda dla niego fatalnie. Będzie musiał sobie on poradzić z bardzo trudną kwestią: w kwietniu 2022 roku leżała przed nim o wiele lepsza propozycja pokoju, której nie przyjął.

Po ponad 3,5 roku, niewiadomych setek tysięcy ofiar przyjdzie przyjąć o wiele gorsze warunki pokoju, a właściwie – przegranej wojny. I ktoś się może – może? musi! – zapytać po co to było. A odpowiedzi na pytanie „po co?” są w każdym wypadku dla Zełenskiego fatalne. Że namówili go ci zachodni koledzy, którzy – bez Amerykanów – okazało się, że tylko podpuszczali Kijów, nie przynosząc realnej militarnej pomocy? Fatalnie. No bo przecież nie powie się ludowi, że walczono po to by się tam jacyś szalbierze w rządzie zdążyli nachapać z międzynarodowej pomocy. A przecież Zachód wiedział o tym co się tam dzieje, aż się Donald wkurzył i zdarł zasłony. Tymczasem nasz Radek obiecał kolejne setki milionów na pomoc militarną dla Kijowa. Ten możliwy pokój jest szansą na odłączenie tej kosztownej dla nas kroplówki pomocy, jednak jak się zamkną transfery na armię (propozycja pokojowa Putin-Trump zakłada znaczną redukcję ukraińskiej armii), to mogą być one przerzucone na odbudowę Ukrainy, kolejny worek bez dna, gdzie wkładać kasę będziemy, zaś na odbudowie nie zarobimy. Traktat też zakłada, że 50% zysków z odbudowy Ukrainy pójdzie do USA. Trump więc kasuje za swą pomoc jak za zboże – kilkukrotnie. No bo popatrzmy – broń sprzedaje, w ukraińskich metalach ziem rzadkich też chce mieć zyski, teraz chce mieć i zyski z odbudowy. A my? Ano my po staremu – wszystko na coraz bardziej krzywy ryj będziemy rozdawać. Na coraz bardziej krzywy ryj, bo Ukraińcy do nas coraz bardziej szczerzą zęby i – założę się – zaraz wylądujemy jako winni całej ukraińskiej katastrofie, jako jedyna przyczyna ich klęski, o co dbają już od dawna Niemcy, ze swym ambasadorem w Kijowie na czele.

Polska powojenna 

Najgorszy jest – jeśli, powtarzam, jest to pokój możliwy – nasz bilans tej wojny. Pokłóciliśmy się ze wszystkimi dookoła, wypruliśmy się z broni i kasy, pozycja międzynarodowa spadła już do poziomów, gdy jest z niej zadowolonych chyba już tylko jej autor. Dla rządu Tuska wieść o pokoju to moment… fatalny. Polski rząd nie tylko zagrzewał do boju jak cała Europa, w czym przyłączał się do globalistycznej agendy, ale też miał w kontynuacji tej awantury poważny motyw na polityczny rynek wewnętrzny. Było czym straszyć, gromadzić spłoszone ptactwo pod skrzydłami uśmiechniętej kwoki. Po zawarciu pokoju trudno będzie wskazywać na ciągłe i rosnące zagrożenie ze strony Rosji, boć to przecież porozumienie pokojowe podpisze z Putinem nasz strategiczny partner, co zamknie raczej kalkulacje, że zaraz to napadną na nas, ci tam z Kremla. Zamkną się warunki do z jednej strony straszenia wojną, zaś z drugiej nawoływania do niej.

Wojna, która zamieniła temat kowidowy na zakładkę potwierdziła zasadę, że jeśli władze dostają większą władzę ze względu na ekstraordynaryjne zdarzenia, to tacy włodarze sami będą prokurować w sposób ciągły nadzwyczajne sytuacje, gdyż ciężko będzie zrezygnować z powiększonej i niekontrolowanej władzy. Ćwiczyliśmy to w kowidzie. Teraz Tusk miałby to stracić? On, jak i inni jego europejscy koledzy skrzętnie korzystają z tej wygodnej, acz niebezpiecznej sytuacji. Cała Europa w swej liberalnej, a właściwie coraz bardziej globalistycznej postaci, korzysta z tej sytuacji. Elity straszą wojną, co ma zamazać ich własną i zawinioną nieudolność, sytuację osłabienia gospodarki, migracyjnego kryzysu i rozejścia się szwów kontraktu społecznego, który miał za zgodę na ograniczanie zapominanych już wolności dać materialny dobrobyt – z tego została już tylko przetrenowana kowidowa wymiana wolności za (złudną jak się okazuje) obietnicę bezpieczeństwa.

Nasz bilans jest jeszcze obniżony na tyle, że dostaniemy za sąsiada kadłubowe i niestabilne państwo, kolejne Dzikie Pola, wyludnioną ziemię, migrację w ramach „łączenia rodzin” do Polski, drugi, alternatywny naród na naszej ziemi, wodzony na pokuszenie przez plemiona wojny polsko-polskiej, który nie pała jakąś szczególną estymą do kraju goszczącego, roszczeniowy i kulturowo dość odległy. Na pozostałościach po rozebranej Ukrainie hasać będą do woli, mam nadzieję, że bez większego przesiąkania do Polski, elementy kultu narodowego nieszczęśliwie osadzonego w swych idolach projektu ukraińskiego postawionego na faszyzmie i czystości rasowej.

Lekcja Orwella

Wojna to fatalna rzecz, ale trzeba ciągle przypominać Orwell’a, który powiedział, że prawdziwym wrogiem i zbrodniarzem nie jest żołnierz walczącej armii, bo ten działa w bezwzględnej maszynce, ale ci, który sprawili, że wojna stała się nieuchronna. Znowu „skrwawione ziemie” stały się krwawą areną ścierania się interesów mocarstw. Tym razem (na razie?) bez naszego zwyczajowego udziału. I to jest chyba jedyna pozytywna rzecz wynikająca dla nas z tej wojny. Rzecz, którą wcale nie zawdzięczamy dalekowzroczności naszej klasy politycznej. Ot, po prostu tak szczęśliwi się złożyło. Kiedyś nasi politycy potrafili wykorzystać dla nas wąskie okienka możliwości, dziś musimy dziękować Bogu, że nie korzystają z nowych opcji, bo ich nie ma, a to głównie dlatego, że nasza polityka jest dziś daleka od państwowych priorytetów. Jest albo spełnianiem obcej woli, albo wyrazem zakompleksionych ambicji jakichś niedorozwojów emocjonalnych.    

Kończy się ta wojna, szkoda tylko tych chłopaków z okopów. Po raz pierwszy (ale może nie ostatni?) nie są to nasze chłopaki.

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Rząd Nigerii przygląda się rzezi swoich obywateli

Rząd Nigerii przygląda się rzezi swoich obywateli – biskup Anagbe

https://gloria.tv/post/gfJfN2x2Mwiu3VmmPimmqCCaL

20 listopada biskup Wilfred Chikpa Anagbe, 60 lat, z Makurdi w Nigerii, powiedział Domradio.de, że prześladowania chrześcijan w Nigerii trwają od ponad 15 lat i z każdym dniem się pogarszają.

Wspomina dyskusję na temat masakr chrześcijan w Nigerii z „Pomocą Kościołowi w Potrzebie” w 2018 roku: „Już samo to stworzyło pewną świadomość i skorygowało narrację naszego rządu w tamtym czasie, a mianowicie, że kryzys był spowodowany zmianami klimatycznymi lub wpływami zewnętrznymi. W rzeczywistości nie była to prawda”.

Ludzie umierają obecnie każdego dnia: „Żaden rozsądny rząd nie powinien milczeć i patrzeć, jak jego obywatele są zabijani”, powiedział monsignor Anagbe.

„Żądamy, aby rząd w końcu zrobił to, co konieczne, aby powstrzymać to zabijanie”.

Biskup mówi, że zabijani są zarówno chrześcijanie, jak i muzułmanie. „Ale to nie chrześcijanie zabijają muzułmanów. To ci sami sprawcy zabijają liberalnych muzułmanów, ponieważ nie akceptują ich ideologii. Radykalni fundamentalistyczni muzułmanie zabijają innych muzułmanów”.

W stanie Benue ponad 99 procent z 6,1 miliona mieszkańców to chrześcijanie. Sam Kościół katolicki stanowi około trzech czwartych ludności Nigerii.

„Napastnicy przychodzą z zewnątrz, zabijają ludzi i zajmują wioski. Ludność żyje teraz w obozach dla uchodźców we własnym kraju”.

Jak mówi biskup Anagbe, wielu jego księży przeżyło poważną traumę. W kwietniu 2018 r. dwóch jego księży i 17 wiernych zostało zastrzelonych podczas porannej mszy. W latach 2018-2025 biskup stracił około 21 parafii w swojej diecezji.

Gdybym powiedział panu, że się nie boję, nie mówiłbym prawdy”.

Analiza mail’i Epsteina z Ehud Barack’iem i wywiadem Izraela

głos po polsku…

Nov 20, 2025

In a Katie Halper Show exclusive, journalist Matthew Petti discusses for the first time, his reporting on Jeffrey Epstein, Israel, Qatar, Tom Barrack, Trump’s Middle East envoy, and Sultan bin Sulayem, a very powerful Dubai businessman tied to the royal family and more. For the full discussion, please join us on Patreon at –   / patreon-full-143899463  00:00 Former Prime Minister of Israel Ehud Barak’s leaked emails had 2,000 Epstein emails 01:42 Jeffery Epstein’s birthday book 03:22 Petti discovered just how deep the relationship between Epstein and Barak is 04:37 Russia, the Putin and Syria connection 06:19 Epstein was cutting political deals, acting as a fixer for Barak, and building surveillance tech 08:22 How did Epstein get connected to Barak in the first place? Matthew Petti is an assistant editor at Reason and a proud New Jersey native. He has previously reported for the BBC (in Persian and English), The Intercept, The Daily Beast, New Lines magazine, Responsible Statecraft, Middle East Eye, and The National Interest, among other publications. Matthew covers U.S. national security policy and its interactions with American society and domestic politics. In 2022, Matthew was awarded a Fulbright fellowship to research the ways in which Arab journalists interact with foreign media. Through the Fulbright program, he worked at a variety of newsrooms in Amman, including Jordan News and Radio al-Balad, where he hosted a program on Latin music. Previously, he was a Center for Arabic Study Abroad and Foreign Language Area Studies fellow in Amman. Matthew graduated from Columbia University with a bachelor’s degree in Middle Eastern, South Asian, and African Studies. He got his start in journalism as a features writer at the Columbia Daily Spectator.

Miejsce Polski….

Jastrzębski: Miejsce Polski.

myslpolska/jastrzebski-miejsce-polski

Amerykanie postawili twardy 28 punktowy plan pokojowy dla Ukrainy. Konsultowali się z Rosjanami, nie Ukraińcami. Jest to plan w całej rozciągłości popierany przez Węgry Viktora Orbana. Jego wartość jako polityka w Stanach Zjednoczonych zwyżkuje. Niewielki europejski kraj staje się cenny dla zamorskiego hegemona, nie jako płatnik ale sojusznik.

Do tej pory oczadzona prowojenną chucią szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen stwierdziła: „Z zadowoleniem przyjmujemy dalsze wysiłki USA na rzecz pokoju w Ukrainie. Wstępny projekt 28-punktowego planu zawiera ważne elementy, które będą niezbędne dla sprawiedliwego i trwałego pokoju. Uważamy, że projekt ten stanowi podstawę, która będzie wymagała dalszych prac”.

Brytyjczycy, Anglicy i Francuzi przygotowują kontrplan dla Ukrainy. Konsultują się z ukraińskimi władzami. Oni w odróżnieniu od Amerykanów chcieliby, by wojna trwała jak najdłużej. Mają w tym realne interesy. Przyszłe rozmowy zaplanowane są również na szczycie Unii Europejskiej i Unii Afrykańskiej, który odbędzie się 24-25 listopada w Angoli.

Gdzie w tym wszystkim jest Polska? Państwo, które z bezrozumnym stachanowskim zaangażowaniem rzuciła się na pomoc Ukrainie, nie pytając o sens, logikę i korzyści? Odpowiadam – praktycznie nigdzie!

Nasze położenie najlepiej obrazuje majowy wyjazd do Kijowa. Udali się tam wtedy przywódcy Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii i Polski. Premier Polski Donald Tusk nie podróżował w jednym wagonie z przywódcami ośrodków decyzyjnych czyli Francji, Niemiec i Anglii. Został odesłany do innego wagonu pociągu. Było to publiczne upokorzenie Polski i pokazanie gdzie jej jej miejsce w europejskiej hierarchii. Trudno mieć o to pretensje.

Gdy Andrzej Duda przestał być już prezydentem w chwili szczerego uniesienia zarzucił Ukraińcom i ich zachodnim sojusznikom złe traktowanie Polski. Powiedział, że „po prostu uważają, że lotnisko w Rzeszowie i nasze autostrady należą im się, przepraszam, jakby to było ich„. Trudno mieć do nich o to pretensje. Dziwić należy się raczej zdziwieniu Andrzeja Dudy, który w ich teatrzyku kukiełkowym z radością występował.

Polska jest chwalona w cyniczny sposób za swój wolontariat w USA i Zachodniej Europie. Polska jest chwalona przez mających w tym intratny interes Ukraińców. Z zażenowaniem patrzą na nas małe, ale dumne władze Węgier. Z niedowierzaniem kręcą głowami Słowacy, Czesi czy Serbowie. Z nieskrywaną niechęcią patrzą na nasze władze Białorusini. Po wielu latach starań państwo polskie jest uważane za wroga przez największy obszarowo kraj świata czyli Rosję. To wielka sztuka tak upodlić znaczącej wielkości kraj Europy.

Nikt nie będzie się liczył z naszym krajem, gdy kompradorskie władze spłacają dług różnorakim sponsorom ich karier, realizując darmowo ich politykę. Nie będzie nikt szanował państwa, które spełnia rolę bankomatu dla kraju, który czci ich katów. Nikt w końcu nie będzie szanował państwa, którego społeczeństwo jest w znacznej mierze opętane archaicznymi bzdurami o rzekomych powinnościach wobec obcych, konieczności poświęcania życia za czyjąś wolność. Społeczeństwa ziejącego obłąkańczą nienawiścią do swoich sąsiadów.

Polska stała się europejską republiką bananową. Państwem z kartonu i dykty. Bankomatem pożyczającym, by dawać. Rynkiem zbytu do towarów kosztownych i zbędnych. Skansenem idei zupełnie niedzisiejszych. Państwem politycznych zombie na darmowych usługach obcych. III RP nie szanowała siebie, więc nikt jej nie będzie szanował. Miejsce w którym jesteśmy, jest miejscem na które dzięki rządzącym zasługujemy.

Smutny jest los Polski dzisiaj.

Łukasz Jastrzębski

W co przekuć sukces „Sąsiadów” Jacka Międlara?

W co przekuć sukces „Sąsiadów” Jacka Międlara?

Agnieszka Piwar 2025-11-22 https://piwar.info/w-co-przekuc-sukces-sasiadow-jacka-miedlara/

„Dialog jest możliwy, a nawet pożądany, z każdym człowiekiem” – powiedział mi Jacek Międlar, gdy zapytałam go, czy dialog z Ukraińcami jest możliwy. Jego dokument o zbrodniach popełnionych przez OUN-UPA przyciąga tłumy widzów i zdobywa nagrody na festiwalach.

W swoich filmach i książkach porusza tematykę, za którą automatycznie staje się wrogiem systemu. W Polsce – gdzie władzę sprawują osoby obce duchowi narodowemu – nie wolno przecież demaskować tych, którzy Polakom zaszkodzili. Wystarczy wspomnieć takie tytuły Międlara, jak „Polska w cieniu żydostwa” czy „Sąsiedzi. Ostatni Świadkowie ukraińskiego ludobójstwa na Polakach”.

Na oddolnie organizowanych, objazdowych targach książki to właśnie Jacek Międlar przykuwa największą uwagę. Obserwowałam to z bliska, stojąc przy stoisku obok. Jest młody, charyzmatyczny, odważny i nieskłonny do kompromisów ze zdrajcami przy korycie. Być może jeszcze tego nie dostrzega, ale wkrótce spocznie na jego barkach ogromna odpowiedzialność.

Znienawidzony przez mainstream, a jednocześnie ceniony przez środowiska antysystemowe. Gdy słynny Marsz Niepodległości w Warszawie przejął PiS, Międlar zorganizował 11 listopada alternatywne wydarzenie we Wrocławiu. Marsz Polaków z roku na rok przyciąga coraz więcej patriotów, którzy nie chcą mieć nic wspólnego z politycznymi karierowiczami ze stolicy.

NA STRAŻY HISTORII

Serial dokumentalny „Sąsiedzi” finalnie ma mieć cztery odcinki: Preludium, Genocidum atrox, Exodus i Żywioł. Jestem po seansie pierwszych dwóch części. Dokument, od strony technicznej, jest zrealizowany bardzo dobrze, co może zaskakiwać – wszak Jacek Międlar nie posiada wykształcenia filmowego. Oceniam, że autor włożył w swoje dzieło serce, pasję oraz ogrom pracy i zaangażowania.

W filmie wypowiadają się znani historycy, tacy jak Lucyna Kulińska czy Władysław Osadczy. Szczególną wartość wnoszą relacje naocznych Świadków tamtych brutalnych zbrodni. Obraz uzupełniają archiwalne zdjęcia i nagrania (w tym bardzo wstrząsające) oraz animacje. Całość dopełnia budująca napięcie muzyka.

Środki na powstanie serii pochodzą z dobrowolnych datków Polaków oraz ze sprzedaży książek i produktów wydanych przez wydawnictwo Międlara, którego oferta dostępna jest na stronie sklep-wPrawo.pl.

Prace nad projektem rozpoczęły się w 2019 roku. Początkowo zakładały realizację wywiadów ze Świadkami ukraińskiego ludobójstwa na Polakach oraz archiwizację tysięcy wcześniej niepublikowanych wspomnień i zeznań. Z czasem zrodził się pomysł na realizację profesjonalnej produkcji filmowej.

Jeden odcinek obejrzałam w internecie, drugi – razem z publicznością podczas zjazdu Kamratów na Grunwaldzie. Odniosłam wrażenie, że zdecydowana większość obecnych na sali miała już jasno ukształtowany światopogląd dotyczący ludobójstwa na Wołyniu; byli to ludzie świadomi tej strasznej historii.

Ciekawiło mnie jednak, czy na pokazach filmów Międlara pojawiają się także osoby, które wcześniej nie znały tej krwawej historii i dopiero konfrontują się z nią po raz pierwszy. Jak reagują? Zapytałam o to samego autora.

Międlar przyznaje, że takich widzów jest naprawdę wielu, w tym również obcokrajowcy. Co więcej – jak podkreśla – często na seansach dominują osoby spoza tzw. „prawicowej bańki”, które poznają tę historię właściwie od zera. Reakcje bywają wyjątkowo mocne: wielu widzów wychodzi głęboko poruszonych, a niekiedy wręcz wstrząśniętych.

Jedną z najbardziej wymownych scen był udział czarnoskórego mężczyzny, który przyszedł na pokaz. „Cały film niemal przepłakał, przeżywając to, co zobaczył, z ogromną emocjonalnością” – opowiada Międlar.

Ten obraz, jak zauważa autor, mówi więcej niż statystyki: pokazuje, że opowieść o wołyńskiej tragedii potrafi poruszyć ludzi niezależnie od pochodzenia, poglądów czy życiowych doświadczeń.

NA CELOWNIKU BEZPIEKI

Realizacja projektu „Sąsiedzi” przez Jacka Międlara nie obyła się bez dramatycznych wydarzeń. Jak wspomina, od samego początku mierzył się z presją służb oraz próbami zastraszenia. Do jego domu wkroczyło kilkunastu uzbrojonych funkcjonariuszy ABW, którzy przejęli cały sprzęt elektroniczny i dyski zewnętrzne.

Później pojawiły się kolejne utrudnienia: absurdalne akty oskarżenia oraz internetowe wyzwiska, w których określano go mianem „agenta Putina” czy „ruskiej onucy”. Międlar podkreśla, że te ostatnie nie robią na nim większego wrażenia – choć stanowią element szerszej kampanii wymierzonej w to, by zniechęcić go do dalszej pracy.

Najtrudniejszy okres zbiegł się w czasie, gdy przeprowadzał rozmowy ze świadkami ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów oraz z historykami zajmującymi się tą tematyką. Łącznie Międlar zarejestrował aż 84 wywiady, często w warunkach, w których opresyjność aparatu państwa wobec jego osoby osiągała apogeum.

Oprócz nalotu ABW na jego dom – oraz na dom jego rodziców, położony setki kilometrów dalej – był objęty dozorem policyjnym, zatrzymany przez milicję w drodze na Marsz Polaków we Wrocławiu 11 listopada 2022 roku, a także bombardowany szeregiem wątpliwych zarzutów. Wszystko to składało się na próbę jego zastraszenia i finansowego zrujnowania.

Paradoksalnie właśnie wtedy spotkania ze świadkami stały się dla Międlara źródłem siły. Ich życiorysy – naznaczone niewyobrażalnym cierpieniem – pozwoliły mu zrozumieć, że jego własne problemy bledną przy doświadczeniach rozmówców. Jak mówi, te opowieści były dla niego lekcją pokory, wytrwałości i ludzkiej godności. „Byli moimi aniołami stróżami, którzy przeprowadzili mnie przez własne Piekło Dantego” – podsumowuje.

MIĘDZY HISTORIĄ A PRZYSZŁOŚCIĄ

Przyglądając się Jackowi Międlarowi, odnoszę nieodparte wrażenie, że czeka go misja wyjątkowo trudna. Na naszych oczach diametralnie zmienia się struktura etniczna państwa polskiego. Do milionów przybyszy z Ukrainy coraz liczniej dołączają syjoniści z Izraela, którzy wiją sobie w Polsce wygodne gniazdko.

Nie trudno przewidzieć, że ci ostatni zechcą podburzyć przeciwko sobie Ukraińców i Polaków, by – w myśl zasady „dziel i rządź” – przejąć całkowite panowanie nad krajem nad Wisłą i jego mieszkańcami. Wystarczy podstępnie rozniecić tlące się animozje, a Wołyń 2.0 zapuka do naszych drzwi. Za nic w świecie nie możemy do tego dopuścić. To ogromne wyzwanie, zwłaszcza w świetle skomplikowanej polsko-ukraińskiej historii.

Zdaniem Międlara źródłem niechęci Ukraińców do Polaków jest wieloletnie wychowanie w narracjach hajdamacko-banderowskich, w ostatnich latach dodatkowo wzmacnianych przez edukację, media i politykę. „W takiej tradycji Ukraińcy są wychowywani od dekad. Proces folkloryzacji i idealizacji dawnych postaw objął niemal wszystkie sfery życia publicznego na Ukrainie” – wyjaśnia.

Dane ukraińskiej Grupy Socjologicznej „Rating” potwierdzają ten trend. „W ostatnich latach obserwuje się wyraźny wzrost pozytywnych ocen postaci historycznych, wokół których przez dekady toczyły się gorące spory. W szczególności dotyczy to Stepana Bandery – jego pozytywna ocena wzrosła z 22% w 2012 roku do 74% w 2022 roku” – podkreśla Międlar.

Zabrakło mi jeszcze głębszego drążenia – takiego, które pozwoliłoby dotrzeć do kwestii, co na przestrzeni nie dekad, lecz wieków mogło spowodować, że Ukraińców tak łatwo udało się później podburzyć przeciwko Polakom. To, co skrywa się jeszcze głębiej, może dodatkowo skomplikować sprawę, zwłaszcza dla szczerego polskiego patrioty. Warto jednak podjąć to wyzwanie, tym bardziej że, jak mówi Międlar, „dialog jest pożądany z każdym człowiekiem”.

Jacek Międlar w rozmowie ze mną jasno formułuje swoją wizję działań wobec obecności milionów Ukraińców w Polsce. „Mając na uwadze fakt, że władze III RP konsekwentnie powielają błędy sanacyjnego ruchu prometejskiego, należy natychmiast przeprowadzić 'autooperację Wisła’” – mówi. Chodzi o pakiet zmian, które sprawią, że większość Ukraińców sama zdecyduje się opuścić Polskę, a ci, którzy zostaną, zostaną objęci „głęboką polonizacją”.

Międlar szczegółowo opisuje swoje propozycje: wycofanie „karty Polaka”, zaostrzenie zasad przyznawania obywatelstwa z obowiązkiem podpisania „antybanderowskiej lojalki”, ograniczenia w zakupie nieruchomości, kontrolę przepływu pieniędzy, penalizację ideologii wrogich Polsce, odebranie przywilejów socjalnych oraz naukę prawdziwej historii – w tym przypomnienie o zbrodniach Stepana Bandery, Romana Szuchewycza, Mykoli Lebeda i innych.

„Proponowana przeze mnie autooperacja od akcji sprzed niemal ośmiu dekad różniłaby się nie tylko metodą działania, lecz także zasięgiem, gdyż destynacja wyjeżdżających Ukraińców obejmie zagranicę, nie zaś zachodnie tereny Rzeczpospolitej. I co jest piękne – Ukraińcy sami wynieśliby się z Polski, ponieważ mieszkanie wśród Lachów byłoby dla nich nieopłacalne. Stąd mowa nie o 'operacji’, ale o 'auto-operacji’” – tłumaczy Międlar.



WIELKIE WYZWANIE



Pierwszy odcinek „Sąsiadów” został wyróżniony nagrodą publiczności podczas 39. Międzynarodowego Festiwalu Filmów „Maksymiliany” oraz zdobył drugie miejsce w kategorii najlepszego filmu dokumentalnego klasycznego na 39. Międzynarodowym Katolickim Festiwalu Filmów i Multimediów „Niepokalana”.

Produkcja znalazła się również w gronie finalistów i nominowanych do nagrody głównej na prestiżowych festiwalach, takich jak Replay International Film Festival (Wiedeń-Graz, gala finałowa w grudniu 2025), Kraken International Film Festival w Mediolanie (gala finałowa w maju 2026) czy Sweden Film Awards. Dodatkowo została ćwierćfinalistą Auguri Film Festival w Turynie w kategoriach: najlepszy film dokumentalny oraz najlepszy montaż.

Drugi odcinek, zgłoszony do festiwali dopiero w październiku 2025 roku, już zdobył status finalisty i nominację do nagrody głównej na Ponza Film Festival we Włoszech, co zapowiada kolejne sukcesy serii.

Zważywszy na tematykę poruszaną w serialu, fakt, że Międlar przebił się z dokumentem o ukraińskich zbrodniach, jest swoistym fenomenem. Łącznie odbyło się już ponad 120 seansów pierwszego i drugiego odcinka. Aktualizowane kalendarium projekcji dostępne jest na stronie FilmSasiedzi.pl.

Festiwale to element szerszej strategii Jacka Międlara, który chce dotrzeć do środowisk spoza własnej bańki informacyjnej. Autor oferuje również stacjom telewizyjnym bezpłatną licencję na emisję filmu, ponieważ – jak sam podkreśla – zależy mu przede wszystkim na jak najszerszym przekazie, a nie na zysku.

„Regularnie jeżdżę po Polsce na organizowane seanse, gdzie spotykam się z widzami, odpowiadam na pytania i rozmawiam z osobami, które wcześniej nie miały styczności z tą tematyką. Równolegle stopniowo udostępniam film na YouTube, aby każdy – niezależnie od miejsca zamieszkania czy zasobności portfela – mógł go obejrzeć. To wszystko sprawia, że historia trafia również do osób mniej świadomych oraz do tych, którzy nie należą do naszej bańki informacyjnej” – podsumowuje twórca „Sąsiadów”.

Czego dziś Jackowi Międlarowi życzyć? By spokojnie i konsekwentnie dokończył montaż wszystkich odcinków i kontynuował swoją misję. Odwagę i posłuch już ma. Kiedy nadejdzie moment krytyczny, to prawdopodobnie właśnie jego głosu wysłuchają polscy patrioci niekłaniający się systemowi. Najważniejsze zadanie – w obliczu tego, co szykują Polsce jej wrogowie – to powstrzymanie rozlewu krwi i ochrona narodowej wspólnoty. Dlatego przede wszystkim niech towarzyszy mu pokora ducha.

Agnieszka Piwar

tutaj można postawić mi kawę

Świat w objęciach Szatana: Szczyt Klimatyczny COP30 w Brazylii ewakuowany z powodu ogromnego pożaru.

Szczyt Klimatyczny COP30 w Brazylii ewakuowany z powodu ogromnego pożaru.
infowars.com USA
2025-11-21
Polityka

W czwartek, w trakcie Szczytu Klimatycznego Organizacji Narodów Zjednoczonych w Belem w Brazylii, doszło do masowego pożaru, który spowodował ewakuację obiektu goszczącego globalistyczne wydarzenie.

Konferencja klimatyczna, nazwana COP30, odbyła się w mieście znanym jako „brama do lasu deszczowego Amazonii”.

W marcu Infowars powołał się na artykuł w New York Post, dotyczący przesiedlania lokalnych mieszkańców w celu budowy drogi przed spotkaniem ONZ.

„Dziesiątki tysięcy akrów chronionego lasu deszczowego Amazonii są wycinane i asfaltowane w celu budowy nowej, czteropasmowej autostrady, na potrzeby, o dziwo, nadchodzącego szczytu klimatycznego COP30 ONZ w Brazylii” napisał NY Post.

Kilka protestów zakłóciło konferencję w ostatnich dniach, przy czym niektórzy lewicowcy wzywali do podjęcia jeszcze większych działań w celu „ratowania klimatu”, a inni sprzeciwiali się agendzie grupy polegającej na wykorzystaniu „oszustwa klimatycznego” do promowania międzynarodowych podatków od emisji dwutlenku węgla i innych środków.

Alex Newman, dziennikarz Liberty Sentinel, który przebywa w Brazylii, relacjonując szczyt, opublikował zdjęcie rzeźby znajdującej się przed budynkiem, w którym odbywa się wydarzenie.

Rzeźba, którą opisał jako „oficjalnego ducha opiekuńczego szczytu klimatycznego COP30 ONZ”, była prezentem od Komunistycznej Partii Chin.

Chiny podarowały Brazylii rzeźbę rogatej bestii o ludzkim ciele, ściskającej glob, nazywając to stworzenie „duchem smoka-jaguara”.

Z przerażającym, okultystycznym symbolem na zewnątrz szczytu i płonącym piekłem w środku, zgromadzenie ONZ miało dostatecznie demoniczną aurę, ponieważ otwarcie kładzie się tam podwaliny pod szatański system Nowego Porządku Świata, mający na celu zniewolenie ludzkości.

https://www.brighteon.com/embed/a361caf0-eb27-4cd6-968f-9cde3aa1945b

Link do oryginalnego artykułu: LINK

=============

mail:

Szczyt klimatyczny i ten wymowny pomnik umiejscowiono w Belém. 

Nazwa „Belem” (lub „Belém”) oznacza po portugalsku Betlejem, co z kolei pochodzi z hebrajskiego i znaczy „dom chleba”.

Niebo zesłało dywersję

Niebo zesłało dywersję

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    23 listopada 2025 michalkiewicz

Któż nie pamięta buńczucznej deklaracji obywatela Tuska Donalda o wojnie na Ukrainie – że to „nasza wojna”? Wygląda na to, że to marzenie – zarówno jego, jak i Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego właśnie może się materializować. „Nieszczęsny! Będziesz miał to, czegoś chciał!” – przestrzegał grecki filozof Platon.

I rzeczywiście – ledwo tylko Timur Mindicz, jeden z najbliższych współpracowników prezydenta Zełeńskiego, co to sprywatyzowali sobie co najmniej 100 mln dolarów – uciekł przez Polskę do bezpiecznego Izraela, zaraz okazało się, że na kolei – a konkretnie – między Sobolewem a Dęblinem miała miejsce „dywersja”. Polegała ona na tym, że w rejonie przystanku Mika wybuch uszkodził część toru kolejowego. Na szczęście maszynista w porę zauważył, że toru brakuje, w związku z czym nikomu nic się nie stało – ale oczywiście z zimowego snu na równe nogi zostały poderwane tak zwane „służby”, a nawet „wojsko”, które podobno sprawdza tory aż do Hrubieszowa.

Kto dokonał dywersji – tego jeszcze nikt nie wie, więc rysuje się kilka możliwości. Po pierwsze – Putin. No tak – ale przecież Putin własnoręcznie tych torów nie wysadził. W związku z tym rysują się kolejne możliwości. Albo Putin posłużył się jakimiś „obywatelami Ukrainy”, co to wyprawiają u nas rozmaite psoty, albo – zgodnie z sugestią zawartą w powieści „Paragraf 22” – wynajął Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego, żeby tę dywersję przeprowadziła. Czegóż to się nie robi dla Polski?

Na tę ostatnią możliwość wskazują stosunkowo niewielkie szkody spowodowane wybuchem – co można przypisać albo partactwu, albo pobudkom patriotycznym – by nawet w sytuacji podwójnego uwikłania specjalnie krajowi nie zaszkodzić. Oczywiście na Putinie świat się nie kończy tym bardziej, że vaginet obywatela Tuska Donalda właśnie się rozdokazywał na odcinku „rozliczeń”. Już nie wystarcza mu prześladowanie obywatela Romanowskiego, czy Ziobry, ale piorun strzelił nawet w Mariana Banasia – do niedawna jeszcze na stanowisku prezesa NIK kolaborującego z vaginetem, a teraz podejrzewanego o jakieś podżeganie – czy obywatela Hołownię Szymona, któremu grafologowie mają udowodnić, że studiował na Kolegium Tumanum. W ogóle pan Szymon ma niemałe zgryzoty, bo podobno aby zostać Wysokim Komisarzem ONZ do spraw Uchodźców, trzeba mieć wyższe wykształcenie.

Tymczasem do ukończenia Koleium Tumanum pan Szymon przyznać się przecież nie może, podobnie jak wolałby się nie tłumaczyć z opowieści, jak to był „namawiany” do „zamachu stanu” – bo zaraz pojawią się żądania typu: „nazwiska, adresy, kontakty, bliskie spotkania III stopnia” – a w tej delikatnej sytuacji nie bardzo wiadomo, kogo wkopywać, a kogo omijać. Toteż obywatel Kosiniak-Kamysz, który właśnie został wybrany na prezesa PSL, podczas gdy pan Zgorzelski – na przewodniczącego Rady Naczelnej Stronnictwa – woli trzymać się paska obywatela Tuska, bo akurat rolnicy buntują się przeciwko eksportowi rolnemu z Ukrainy i umowie z Mercosur .

W tej sytuacji PSL już położyło lachę na obronę interesów „wsi i rolnictwa”, tylko zapowiada budowę metra w co najmniej 10 miastach. I słusznie – bo na budowie metra też można się obłowić, a poza tym, po zakończeniu inwestycji, wszystko zostanie przykryte ziemią i sam diabeł nie odgadnie, kto ile wziął i gdzie schował.

Wracając tedy do kolejowej dywersji, to w vaginecie muszą toczyć się gorączkowe narady, komu przyklepać sprawstwo incydentu. Kandydatów jest co najmniej trzech. Pierwszy – to pan prezydent Karol Nawrocki, który nie tylko zalazł za skórę bezpieczniakom odmową promowania 136 oficerów, ale w dodatku stanął dęba obywatelowi Żurkowi Waldemarowi, któremu nie awansował 46 sędziów do sądów apelacyjnych i okręgowych. Obywatel Zoll Andrzej kompromituje się opiniami, jakoby prezydent musiał podpisywać wszystko, co mu kwasiżurkowie podsuną do podpisu, ale to nie pierwszy raz, a poza tym mikrocefale muszą mieć jakiś pozór uzasadnienia. Panu prezydentowi Nawrockiemu vaginet mógłby przypisać sprawstwo kierownicze, a wykonawców wytypować spośród kibiców. Drugim kandydatem jest Grzegorz Braun, któremu Parlament Europejski właśnie uchylił immunitet z powodu zgaszenia chanuki i naruszenia cielesnego pani doktor Gizele Mengele w Oleśnicy.

Skoro targnął się na chanukę, to cóż mogłoby go powstrzymać przed wysadzeniem torów kolejowych? Każdy niezawisły sąd z przyjemnością wykonałby zadanie wtrącenia go na kilka lat do aresztu wydobywczego – bo leży to zarówno w interesie vaginetu obywatela Tuska Donalda, jak i ekipy Naczelnika Państwa, który właśnie znajduje się „w trasie”, czy może „w transie” – bo po staremu próbuje uwodzić swoich wyznawców „na patriotyzm”. Trzecim wreszcie kandydatem jest pan Robert Bąkiewicz, któremu niezależna prokuratura już przyklepała tyle zarzutów, że jeden więcej – to znaczy – o dywersję kolejową – już chyba nie zrobi specjalnej różnicy – bo jak oskarżać – to oskarżać! Oczywiście każdy wybór kandydata na sprawcę kierowniczego będzie miał swoje konsekwencje, pociągając za sobą „odpryskowe” śledztwa i procesy przed niezawisłymi sądami – więc nic dziwnego, że i vaginet nie ma łatwego zadania i na razie nie może się zdecydować.

A w ogóle, to vaginet ma coś w rodzaju – jak to nazywają wymowni Francuzi – „l’embarras de richesse”. Z jednej strony dywersja, którą jeszcze nie wiadomo, jak zagospodarować, a jakby tego było mało z drugiej – zapaść w sektorze ochrony zdrowia. Złoty plasterek wartości 3,5 mld złotych, którym vaginet próbował zatkać dziurę, w ogóle nie został nawet zauważony, a tu tymczasem pan prezydent Nawrocki próbuje iść za ciosem i zapowiada zwołanie w tej sprawie Rady Gabinetowej. Tymczasem obywatel Tusk Donald już sam nie wie, jakie bajki powinien tam opowiedzieć, więc chociaż najgorsze są nieproszone rady, z czynie społecznym doradzam, by zapytał teściowej. Jak informują niezależne media głównego nurtu, teściowa obywatela Tuska Donalda podobno potrafiła sztorcować dygnitarzy Volksdeutsche Partei, aż miło. Najwyraźniej musiała uprzednio przećwiczyć to na samym obywatelu Tusku Donaldzie – ale może by mu coś na tę Radę Gabinetową doradziła? Nie bez kozery ludowe przysłowie powiada, że gdzie diabeł nie może tam teściową pośle – więc nic by obywatelu Tusku Donaldu nie zaszkodziło, gdyby się jej poradził. Gorzej nie będzie, ale za to może być trochę inaczej, niż zwykle.

Za to Książę-Małżonek tak się rozdokazywał, że nawet zaczął grozić jakimiś retorsjami Wiktorowi Orbanowi, jeśli udzieli on azylu znienawidzonemu Zbigniewowi Ziobrze, który – tylko patrzeć – jak zostanie pozbawiony paszportu. Jestem ogromnie ciekaw, jaką to retorsję może zastosować wobec Węgier Książę-Małżonek – oczywiście poza groźnymi minami, z których śmieje się już cała Europa.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Panowanie Chrystusa – konkrety dla Polski

Panowanie Chrystusa – konkrety dla Polski

https://pch24.pl/panowanie-chrystusa-konkrety-dla-polski

(Oprac. PCh24.pl Źródło: Hans Memling, CC0, via Wikimedia Commons)

Społeczne panowanie Chrystusa – to nie jest jakaś opcja; to konieczność. Tego domaga się Bóg, to wynika z religii katolickiej. W Polsce powinniśmy wprowadzić szereg rozwiązań, które zwiększą ochronę prawa do życia, prawa własności, podmiotowość rodziny i przywrócą zdolność do obrony własnej ojczyzny. Tego domaga się sprawiedliwość.

Przed rewolucją francuską nikt w świecie zachodnim – dawniej zwanym Christianitas, światem cywilizacji chrześcijańskiej – nie miał wątpliwości co do tego, że prawo stanowione w państwach musi odzwierciedlać Boży porządek i odpowiadać woli Jezusa Chrystusa. Do rewolucji luterańskiej w większości istotnych kwestii szczegółowych panowała powszechna zgoda, bo nauczanie Kościoła katolickiego było akceptowane jako wiążąca interpretacja tych porządku i woli. Po zerwaniu z Rzymem przez wiele regionów Christianitas doszło do poważnego zróżnicowania.

Podczas gdy kraje uznające władzę duchową Stolicy Apostolskiej nadal kształtowały swoje prawodawstwo podług papieskiej interpretacji porządku Bożego i woli Chrystusa, w krajach tę władzę odrzucających głównym interpretatorem stał się władca, z braku jakiegokolwiek innego dającego się racjonalnie wprowadzić podmiotu. Jednak nawet wówczas panowała zgodność co do tej pierwszej i zupełnie elementarnej zasady: Bóg istnieje, objawił się w Chrystusie i ludzie muszą to szanować, zwłaszcza poprzez poszanowanie prawa naturalnego.

Rewolucja francuska zerwała z tym przekonaniem; nad Sekwaną powstał byt państwowy budowany w otwartej opozycji do Boga. W tym sensie Francja stała się na drodze przewrotu tak samo lub nawet bardziej bezbożna i barbarzyńska, niż kiedykolwiek były Imperium Rzymskie czy greckie poleis. Francuską ideę bezbożnictwa w bardziej niż w samej Francji jawny sposób wdrożono w życie w bolszewickiej Rosji, ze wszystkimi tego praktycznymi konsekwencjami.

W 1925 roku papież Pius XI ogłosił encyklikę „Quas primas”, w której opisał społeczne panowanie Jezusa Chrystusa i ustanowił święto Chrystusa Króla. Wyłożył tam zasady, które w Kościele obowiązują od zawsze – z samej natury rzeczy. W jego czasach „Quas primas” nie zostało wysłuchane w szerszej skali. Choć przyjęły je niektóre państwa katolickie, wiodące mocarstwa – nie. Włochy stały się faszystowskie, Niemcy nazistowskie, Rosja utwierdziła się w komunizmie a Stany Zjednoczone pozostały relatywistyczne. W efekcie kolejne lata w polityce światowej cechowały się głęboką bezbożnością, co kulminowało w latach 1939 – 1945.

Niestety, również po wojnie nauczanie Kościoła wyrażone przez Piusa XI nie zyskało posłuchu. Odejście od zorientowania polityki państwowej na Boga cały czas postępowało. Nie wiemy, czy w jakiej fazie zmian jesteśmy dziś, ale pod pewnymi względami można mówić o kulminacji bezbożnictwa. W wielu krajach dawnej Christianitas wprowadzono legalne dzieciobójstwo prenatalne, w wielu wprowadzono pseudo-małżeństwa homoseksualne. To rzeczy, które przed rewolucjami byłyby całkowicie nie do pomyślenia – znajdowały się całkowicie poza horyzontem mentalnym. Dziś są zapisywane w konstytucjach państwowych.

Katolicy muszą uznawać ten stan rzeczy za głęboko niezadowalający. Najrozmaitsze bezbożne rozwiązania, niezgodne z zasadami „Quas primas” i nauczania Kościoła w ogóle, obowiązują również w naszym kraju. Stąd w 100. rocznicę ogłoszenia przez Piusa XI jego dokumentu należy choćby pokrótce wskazać, jakie obszary i ewentualnie konkretne kwestie wymagają naprawy, żeby Polska mogła nazywać się krajem rządzonym zgodnie z Bożym porządkiem.

Po pierwsze, ochrona życia. W Polsce nie ma wprawdzie aborcji na życzenie, każdego roku w legalny sposób pozbawia się jednak życia kilkuset dzieci. Są to zazwyczaj dzieci chore – albo tylko podejrzewane o chorobę. Z licznych informacji medialnych wiadomo, że część lekarzy popełnia błędy diagnostyczne i zaleca rodzicom uśmiercenie dzieci w pełni zdrowych, które zostały fałszywie uznane za obciążone tą czy inną wadą. Od kilkunastu miesięcy szerzy się też praktyka zabijania dzieci na zaświadczenie od psychiatry, który negatywnie ocenia stan mentalny matki i zaleca uśmiercenie dziecka celem poprawy tego stanu.

Dzieciobójstwo prenatalne – bez względu na przyczynę – jest zbrodnią i nie może być dopuszczalne. Dla osiągnięcia zgodności z prawem Bożym Polska powinna zakazać aborcji w każdym przypadku. Uwaga: czym innym jest śmierć dziecka na skutek czynności medycznych podjętych dla ratowania kobiety. Uwaga druga: zakaz aborcji musi łączyć się z sankcjami karnymi. Pozostaje kwestią roztropnej oceny sytuacji społecznej ustalenie wysokości tych sankcji. Prawodawca musi rozróżniać pomiędzy lekarzem, który dla zysku morduje dziecko kobiety, a matką. Poza tym, musi rozróżnić pomiędzy matką, która poddaje się aborcji ze względów czysto hedonistycznych, a taką, która jest do aborcji zachęcana przez trudną sytuację lub naciski. Niemniej jednak aborcja musi być nielegalna i w sprawiedliwy sposób karana.

Wbrew pozorom, jeszcze gorzej wygląda sprawa in vitro. W ramach in vitro dokonuje się wielokrotnej aborcji – zwykle odsuniętej w czasie. Tworzy się laboratoryjnie nadliczbowe zarodki, które nie zostają wszczepione. Są zamrażane, ale znaczna część z nich nie zostanie nigdy rozmrożona, bo nie będzie po temu żadnego celu ani możliwości ich implementacji. Co więcej, statystycznie część zarodków nie przeżywa rozmrożenia. In vitro jest zatem mordercze. W Polsce in vitro jest jednak od wielu lat legalne, a w grudniu 2023 roku polski parlament przyjął ustawę o finansowaniu in vitro z budżetu – głosami części PiS; ustawę podpisał później Andrzej Duda. Procedura in vitro, jako mordercza, jest całkowicie bezbożna i zbrodnicza. Musi zostać bezwzględnie zakazana, a jej stosowanie surowo penalizowane, co do zasady bez okoliczności łagodzących, które nie zachodzą tu z racji na charakter skomplikowania i konieczność wcześniejszego zaplanowania całego procederu.

Po drugie, prawo własności, które jest w Polsce notorycznie łamane. Własność nie jest wprawdzie wartością absolutną i może być słusznie ograniczana przez uprawnioną władzę, ale w naszym kraju odbywa się od lat zinstytucjonalizowane, systemowe nadużycie prywatnej własności.

Główną przyczyną są niegodziwie wysokie podatki – nie tylko bezpośrednie, jak podatek dochodowy, ale również rozmaite daniny pośrednie. Ich wymiar jest w Polsce tak wielki, że eksperckie instytucje ogłaszają dopiero około połowy rok tzw. dzień wolności podatkowej – moment, w którym przeciętny Polak zaczyna wreszcie pracować dla siebie, a nie dla państwa. Jest prawdą, że współczesne państwo potrzebuje dysponować dużymi pieniędzmi, choćby dla celów budowy solidnej infrastruktury drogowej czy zabezpieczenia militarnego, które staje się z racji technologicznych coraz bardziej skomplikowane. Można jednak wymienić nieledwie nieskończony szereg przykładów zarówno na rażącą niegospodarność, jak i jawne złodziejstwo. W tym pierwszym wypadku wystarczy wskazać na ideologiczne zaangażowanie obecnej władzy, która zabiera pieniądze w podatkach wszystkim, by rozdawać je swoim lewicowym znajomkom; w drugim na działalność spółek skarbu państwa za poprzedniej władzy. System podatkowy w Polsce jako system – jest niegodziwy i nie może być miły Bogu, który miłuje sprawiedliwość.

Po trzecie, prawa rodziny, znowu deptane. Wprawdzie sytuacja w Polsce jest lepsza od wielu innych krajów dawnej Christianitas, ale nadal zła i jako taka – domagająca się pilnej naprawy. Fatalnie zorganizowane jest szkolnictwo oparte na przymusie i urawniłowce, które w obecnej postaci gwałci prawo rodziców do wychowania dzieci. Powszechnym skandalem są działania służb rodzinnych, pozwalających sobie na odbieranie rodzinom dzieci – co niekiedy prowadzi do tragedii, jak w przypadku zmarłego niedawno chłopca odebranego rodzinie i przekazanego rodzinie zastępczej. Rząd posuwa się też do granicy, za którą jest otwarta deprawacja moralna dzieci – próbowała to zrobić minister Barbara Nowacka, na szczęście nieskutecznie; niewiele jednak brakowało. Wreszcie, wielką krzywdą jest możliwość zawierania łatwo dostępnych rozwodów. Cierpi na tym sakrament małżeństwa, który choć religijnie nierozerwalny, praktycznie jest ciągle lekceważony; cierpią na tym dzieci, pozbawiane opieki obojga rodziców i zmuszane do dorastania w domach, gdzie jedno z rodziców żyje cudzołożnie. Bez przywrócenia rodzinom właściwego poziomu kontroli nad wychowaniem własnych dzieci oraz likwidacji instytucji rozwodu lub przynajmniej poważnego ograniczenia, nie będzie można mówić o posłuszeństwie Polaków wobec prawa Bożego.

Po czwarte – obrona Ojczyzny. Wszyscy obywatele są zobowiązani do obrony kraju, tymczasem w Polsce praktyczne wykonywanie tego zobowiązania zniesiono w roku 2010 wraz z zawieszeniem poboru powszechnego. Państwo zdało się w zakresie zabezpieczenia własnego istnienia na system kolektywny NATO, czyli w praktyce na gwarancje bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. Niezależnie od wartości tych gwarancji, które mogą być nawet wysokie, zawieszenie zdolności do utrzymania niepodległości własnego państwa na obcych gwarancjach jest całkowicie nieodpowiedzialne i stąd bezbożne. Polska jest zobowiązana do włożenia maksymalnego wysiłku w to, by samodzielnie zapewnić sobie bezpieczne bytowanie. Komunikowanie obywatelom, że nie są odpowiedzialni za obronę kraju, jest wysoce niemoralne. Dlatego przywrócenie poboru powszechnego jest kwestią niecierpiącą zwłoki – nie tylko w czasach konkretnego zagrożenia wojennego, jakie nastały po lutym 2022 roku, ale w ogóle. Nawet w okresie zupełnego bezpieczeństwa Polacy powinni być przygotowywani do obrony kraju – ze względu zarówno na zasady, jak i zawsze istniejącą możliwość nagłej zmiany sytuacji międzynarodowej.

Można byłoby wskazywać na wiele innych przejawów bezbożnictwa. To choćby strukturalna antropomorfizacja zwierząt (zakaz hodowli na futra, ustawy łańcuchowe etc.); dopuszczalność pornografii, choć można byłoby podjąć próby jej zakazania lub choćby ograniczenia dostępności; zła konstrukcja ustawy zasadniczej, która nie oddaje Bogu tego, co należne; fatalne przykłady relatywizmu religijnego w polityce państwowej, jak choćby gorszące spektakle z niekatolickim kultem w Sejmie – i tak dalej; wszystko to wymaga naprawy. Najważniejsze jednak to pamiętać, że społeczne panowanie Chrystusa nie jest jakąś opcją – to bezwzględna konieczność, która wynika z samej natury rzeczywistości. Chrystus jest królem Królów i jako taki sprawuje faktyczne rządy – królowie, prezydenci czy parlamenty są jedynie narzędziami w Jego ręku, zobowiązanymi do zaprowadzania porządku i dobra.

Rządy Chrystusa to nie jakaś teoretyczna nauka, ale konkret – który można i da się wprowadzać w życie. Do tego potrzebna jest przede wszystkim polityczna wola – bo przecież wcale nie jakaś rewolucja. Większa ochrona życia dzieci poczętych, koniec z finansowaniem in vitro, uproszczenie systemu podatkowego, poprawa podmiotowości rodzin, przywrócenie poboru powszechnego – to rzeczy, które mieszczą się w horyzoncie intelektualnym i duchowym naszej epoki. Władza musi tylko jedno – potraktować Boga na poważnie, i zacząć działać.

Paweł Chmielewski

Utracili Donbas ale zyskali Wrocław – Krzysztofa Balińskiego kompendium zagrożeń ukraińskich w Polsce

Utracili Donbas ale zyskali Wrocław – Krzysztofa Balińskiego kompendium zagrożeń ukraińskich w Polsce

Autor: pokutujący łotr , 23 listopada 2025

Bardzo dobre, zwięzłe  i kompetentne podsumowanie tego, co nam zagraża ze strony państwa U oraz agresywnej, coraz lepiej zorganizowanej mniejszości (na razie jeszcze) chachłackiej w naszym kraju.  “Pamiętaj Lasze, co do Wisły nasze” – tym złowrogim mottem chachłackim kończy swe przerażające wywody były ambasador Polski, Krzysztof Baliński.  Należy tego wysłuchać, bo wielu faktów nie znamy.

Miller: „Uległość wobec Kijowa stała się większa niż szacunek dla własnych obywateli”

Miller nie szczędzi gorzkich słów. „Uległość wobec Kijowa stała się większa niż szacunek dla własnych obywateli”

23.11.2025 nczas/miller-nie-szczedzi-gorzkich-slow

Były premier Leszek Miller przypomniał w mediach społecznościowych, że od tragedii w Przewodowie minęły już trzy lata. Mimo śmierci dwóch obywateli Polski, sprawa wciąż nie została wyjaśniona. Wskazał na szereg absurdów – jednym z nich jest pomnik na miejscu zdarzenia.

Miller przypomniał, że 15 listopada minęły trzy lata od tragedii w Przewodowie, gdzie „ukraińska rakieta przeciwlotnicza spadła na terytorium Polski, zabijając dwóch polskich obywateli”.

Były polityk SLD wspomniał także o wywiadzie, jakiego Andrzej Duda udzielił Bogdanowi Rymanowskiemu. Jak podkreślał, to właśnie tam „ujawnił, że tuż po zdarzeniu Wołodymyr Zełenski próbował skłonić go do obciążenia Rosji odpowiedzialnością, jeszcze przed zakończeniem jakichkolwiek czynności wyjaśniających”.

https://nczas.info/2025/09/03/byly-prezydent-przyznaje-ze-zelenski-naciskal-w-sprawie-rakiety-proba-wciagniecia-nas-do-wojny-video/embed/#?secret=7CC0z4qkUF#?secret=qhV1sAQCyr

„W pierwszych godzinach po wybuchu polskie MSZ wezwało rosyjskiego ambasadora, składając na jego ręce formalny protest dyplomatyczny — choć jak wiemy dzisiaj, był to krok oparty na niepełnych informacjach i silnej presji politycznej.

Polskie śledztwo w sprawie Przewodowa zostało następnie zawieszone z powodu braku współpracy ze strony Ukrainy. Polska wystąpiła o pomoc prawną, ale nie otrzymała odpowiedzi na żadne z wniosków. Strona ukraińska nie przekazała wymaganych danych technicznych, logów pracy systemów obrony powietrznej ani innych materiałów dowodowych koniecznych do ustalenia odpowiedzialności.

W efekcie, z powodu ukraińskiej obstrukcji, do dziś nie ustalono, kto konkretnie wystrzelił feralny pocisk” – wskazał były premier.

Jak dodał, mimo że w zdarzeniu zginęło dwóch Polaków, do dziś nie powstał żaden akt oskarżenia, a sprawa pozostaje w stanie prawnego zawieszenia.

„W Przewodowie powstał pomnik, który jest przykładem «dyplomacji pamięci» nowego typu, w którym prawda historyczna ustępuje miejsca konsultacjom z ambasadą. Trudno o lepszy symbol czasu, w którym uległość wobec Kijowa stała się większa niż szacunek dla własnych obywateli” – skwitował.

Czarzasty i J.-Mengele górą. MEM-y III.

—————————————

————————————–

—————————————————-

——————————————-

———————————

=======================================

——————————————

————————————–

—————————————–

——————————–

Sztuczne Mem-y II.

——————————————–

——————————————–

[dla nieczytających, niekumających: Tolkien]

=========================================

———————————

————————————-

————————-

—————————————————-

———————————————-

————————————-

—————————————-

——————————————

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

Oh, Karol ! ! Jakie sztuki ! MEM-y I.

———————————-

——————————————————–

———————————————-

——————————————————

————————————-

—————————————————–

———————————————————

———————————————————-

———————————————-

———————————————

Jacek Bartyzel: Od „Syllabusa” do „Quas primas”

Jacek Bartyzel: Od „Syllabusa” do „Quas primas”

https://pch24.pl/jacek-bartyzel-od-syllabusa-do-quas-primas

Chrystus jest Królem – ale co w sytuacji, w której przeżarte przez rewolucję państwa nie chcą uznać tego Królowania? O wysiłkach papieży na rzecz odbudowy autentycznego państwa katolickiego pisze profesor Jacek Bartyzel.

Prezentujemy wykład prof. Jacka Bartyzela pt. „Od Syllabusa do Quas primas. Próby odbudowania państwa katolickiego w nauczaniu pontyfikalnym w myśli kontrrewolucyjnej”, wygłoszony podczas XXII Kongresu Konserwatywnego w Krakowie, 25 października 2025 roku.

Przez cały wiek XIX postępował, zapoczątkowany rewolucją we Francji 1789-1799, proces sekularyzacji tak społeczeństw, jak i zachodniochrześcijańskiej kultury, bynajmniej nie samorzutny, lecz świadomie prowadzony przez promotorów tego, co czujny świadek epoki Cyprian Norwid nazwał „cywilizacją przeciw-chrześcijańską”; uderzający w pierwszym rzędzie w Kościół Rzymskokatolicki pod przewodnictwem papiestwa oraz w „mury Miasta”, czyli w Państwo Katolickie. Państwo to istniało nieprzerwanie od czasów narodzin Zachodu, czyli łacińsko-katolickiej Christianitas/Res Publica Christiana – które to narodziny można umownie datować pomiędzy chrztem i namaszczeniem władcy Franków Chlodwiga (496) a cesarską koronacją w Rzymie Karola I Wielkiego (800) – zasadniczo w formie już to uniwersalnej (Święte Cesarstwo Rzymskie), już to partykularnych królestw „narodowych”, monarchii katolickiej. Aliści już we wczesnej nowożytności część tych monarchii została zawładnięta przez rewolucję religijną protestantyzmu, co dotyczyło zasadniczo państw germańskiej Północy, wskutek czego furia Rewolucji skierowała się głównie przeciwko władzy papieskiej oraz uznającym jej autorytet katolickim monarchiom romańskiego Południa.

„Czas osiowy” w historii Kościoła katolickiego

Druga połowa pontyfikatu bł. Piusa IX (Giovanni Maria hr. Mastai-Ferretti, 1792-1878) była tym, co Karl Jaspers i Armin Mohler nazywają „czasem osiowym” w historii (a Reinhart Koselleck – „czasem siodła”), czyli gwałtowną, totalną i nieodwracalną zmianą, po której nic już nie jest i nie może być takie samo, jak wcześniej.

Pomiędzy 1860 a 1870 rokiem dokonała się zagłada – istniejącego od 754 roku – Państwa Kościelnego (urzędowo: Patrimonium Sancti Petri), będącego podstawą świeckiej władzy (i niezależności od jakiegokolwiek innego państwa) papieża. Dokonała tego w dwóch etapach, sprzymierzona z Rewolucją i masonerią (personifikowaną we Włoszech przez Giuseppe Garibaldiego), dynastia sabaudzka (di Savoia), panująca dotąd jedynie w Królestwie Sardynii i de facto w Piemoncie, oraz podbijająca, przy wsparciu Napoleona III, pozostałe królestwa i księstwa włoskie, w wyniku czego król Sardynii Wiktor Emanuel II proklamował się (17 marca 1861) „królem Włoch” (Re d’Italia). W pierwszym etapie, w latach 1860-1861, Dom Sabaudzki zagarnął niemal całe terytorium Państwa Kościelnego (Bolonia, Ankona, Rawenna, Ferrara z okolicami), natomiast na zabór pozostałej części, czyli Rzymu z okolicami w Lacjum, musiał czekać aż do 20 września 1870 roku, kiedy to z Wiecznego Miasta został wycofany, z powodu wojny francusko-pruskiej, korpus francuski, gwarantujący od 1849 roku bezpieczeństwo papieża. Po wdarciu się do Rzymu przez Porta Pia i krótkiej walce z nimi żuawów, przerwanej na rozkaz papieża, Rzym został zagarnięty przez Włochy, a Państwo Kościelne uległo likwidacji. Papież odmówił uznania zaboru i „Królestwa Włoch”, odrzucił też jednostronną „ustawę gwarancyjną” ze strony najeźdźcy i ogłosił się „więźniem Watykanu”. Taki stan rzeczy trwał aż do podpisania 11 lutego 1929 roku przez szefa rządu Włoch, Benita Mussoliniego i papieskiego sekretarza stanu, abpa Pietra kard. Gasparriego, Traktatów Laterańskich, których rezultatem było m.in. powstanie Państwa Miasta Watykan (Stato della Città del Vaticano), z drugiej zaś strony – uznanie Włoch przez papieża i zawarcie konkordatu, uznającego m.in. religię katolicką za panującą we Włoszech.

1. Bł. Pius IX: Syllabus errorum (1864) i dogmat o nieomylności papieskiej (1870)

Na innej, tj. umysłowej, płaszczyźnie konfrontacji z religią i Kościołem należy wspomnieć jako fakt doniosły ukazanie się w 1863 roku książki apostaty Ernesta Renana Życie Jezusa (La vie de Jésus) i piorunujące wrażenie, jakie ona wywarła, kiedy została przetłumaczona na niemal wszystkie języki europejskie. Renan nie był wprawdzie ustosunkowany wrogo do samej osoby Jezusa, którego przedstawiał jako niezwykle szlachetnego człowieka, głoszącego wzniosłą naukę moralną, niemniej właśnie jako wyłącznie człowieka, który, zdaniem autora, sam też nie uważał się za Boga, lecz został deifikowany przez swoich uczniów. Renan przedstawiał także religię starotestamentową jako zbiór mitów i legend, kwestionując nawet istnienie historycznej postaci imieniem Mojżesz.

Chociaż sam papież skomentował książkę Renana, nazywając ją bluźnierczą, byłoby oczywiście przesadą twierdzić, że stała się ona powodem opublikowania rok później wykazu 80 błędów popełnianych w odniesieniu do Kościoła, religii i ładu doczesnego. Przeczy temu przecież już sam status formalny Syllabusa errorum, będącego załącznikiem do encykliki Quanta cura z 8 grudnia 1864 roku, który jako taki nie zawiera żadnych nowych stwierdzeń, lecz jest wyciągiem z już wydanych aktów papieskich różnej postaci, jak alokucje konsystorialne, encykliki i listy apostolskie. Nadto, jak zauważył komentator encykliki – niezłomny ultramontanin i pogromca liberalizmu, bp Louis-Édouard kard. Pie (1815-1880) – „nauczanie Syllabusa oraz Soboru Watykańskiego [I] jest równie stare, jak nauczanie apostołów zawarte w Piśmie Świętym”[1].

Koncentrując się na problematyce ładu doczesnego należy zauważyć, że w świetle Syllabusa fundamentem, na którym wznosić się musi ten porządek jest łączność pomiędzy pielgrzymującym po ziemi Civitas Dei, czyli Kościołem, a civitas terrena, czyli wspólnotą polityczną. Tylko taka społeczność polityczna, która podporządkuje swoje działanie celom nadprzyrodzonym człowieka, która kult prawdziwego Boga i szerzenie prawdziwej wiary uzna za swoją powinność, a Kościół otoczy wszechstronną opieką, znajduje usprawiedliwienie w oczach Boga. Dlatego najzgubniejszym błędem jest – postulowane przez liberałów – rozdzielenie Kościoła od państwa (propozycja 60). Inną kwestią jest jednak rodzaj koniecznej łączności pomiędzy obu społecznościami: nadprzyrodzoną i doczesną. Historia Christianitas dostarcza przecież przykładów złego jej pojmowania – przede wszystkim jako dominacji państwa i cesarza nad Kościołem (co zyskało nazwę cezaropapizmu), niekiedy jednak także utożsamiania papieskiego autorytetu, dającego papieżowi władzę pośrednią (potestas indirecta) nad suwerenami świeckimi, z władzą bezpośrednią (potestas directa), czyniącą ich „lennikami” biskupa rzymskiego (co nazywa się papocezaryzmem albo hierokracją papieską). Suponuje się niekiedy Piusowi IX dążność do wskrzeszenia modelu hierokratycznego wzorem średniowiecznych teoretyków skrajnego papalizmu. Pius IX jednak nie domagał zniewolenia władzy cywilnej przez duchowną, ale zgodnego współdziałania obu władz dla dobra dusz oraz uczciwego respektowania wolności Kościoła. Chodziło w szczególności o to, iżby władza cywilna nie stosowała praktyk o charakterze cezaropapistycznym, a więc wkraczającym w wewnętrzną jurysdykcję Kościoła, tym bardziej, że w przeciwieństwie do bizantyjskich czy średniowiecznych cesarzy, będących przynajmniej chrześcijanami, współcześnie na czele zlaicyzowanych państw stoją często przywódcy niewierzący (infideli imperante), a mimo to roszczący sobie prawo do pośredniej władzy negatywnej w zakresie spraw duchowych, takich jak prawo zatwierdzania (exequatur) aktów kościelnych czy apelacji (ab abusu) od wyroków kościelnych.

Warto szczególnie uwypuklić te potępione w Syllabusie propozycje, które odnoszą się wprost do nowoczesnego społeczeństwa cywilnego, których odrzucenie unaocznia dalekowzroczność Piusa IX. Jest to zwłaszcza propozycja 39, iż „państwo demokratyczne (Reipublicae status), jako że jest ono początkiem i źródłem wszelkich praw, dysponuje prawem nie zakreślonym żadnymi granicami”. Jeszcze dobitniej potępienie tej tezy brzmi w źródłowej dla niej alokucji Maxima quidem z 9 czerwca 1862 roku, gdzie burzyciele autentycznego autorytetu oraz niszczyciele prawowitej własności zostali określeni jako ci, którzy „hodują sobie i wyobrażają jakieś prawo żadnymi niezakreślone granicami”, a „prawo takie, jak mniemają, służy państwu demokratycznemu, które w bezmyślności swojej uznają za początek i źródło wszelkich praw”[2]. Trudne o lepsze wypowiedzenie sprzeciwu jednocześnie wobec doktryny pozytywizmu prawnego, która, negując prawo boskie i naturalne, zatruła nowoczesne ustawodawstwo, jak i bliźniaczej z nią „tyranii demokratycznej”.

Kluczowe z punktu widzenia podejmowanego przez nas tematu jest potępienie propozycji 80., której literalne brzmienie w Syllabusie jest następujące: „Papież rzymski może i powinien pojednać się z postępem, liberalizmem i cywilizacją współczesną oraz dostosować się do nich”. Wzbudziło ono też najwięcej poruszenia w środowiskach antykościelnych, piętnujących owo potępienie jako „obskuranckie”, a nawet było głównym powodem zakazywania przez władzę cywilną rozpowszechniania dokumentu w niektórych krajach, nawet deklaratywnie (jak Cesarstwo Brazylii) katolickich. Warto zauważyć, że w podanej jako źródło cytatu alokucji Iamdudum cernimus z 18 marca 1861 roku zdanie to zawiera pewien niuans, brzmi ono albowiem tak: „I pierwsi [tj. ci, którzy „strzegą pewnych upodobań związanych z nowoczesną, jak ją nazywają, cywilizacją” – przyp. J.B] domagają się, by papież rzymski pojednał się i ułożył z postępem, z liberalizmem, jak to nazywają i z cywilizacją ostatniego czasu”[3]. To dwukrotne „wzięcie w nawias” przytaczanych określeń („jak to nazywają”) wskazuje, że papież daleki jest od potępiania cywilizacji jako takiej, a krytyczna ocena dotyczy jedynie cywilizacji dookreślonej jako „nowoczesna”, co nie jest prostym określeniem temporalnym, lecz zidentyfikowaniem ducha owej „nowoczesności” z systemem, który został „specjalnie przygotowany dla osłabienia, a może i zniszczenia Kościoła Chrystusowego”[4]. Reguła hermeneutyczna odczytywania wypowiedzi w kontekście wypowiedzenia powinna z kolei być podporządkowana regule heurystycznej, nakazującej poszukiwanie prawdy przez – jak to formułuje sam papież – przywracanie rzeczom prawdziwych nazw. Jeśli ten nakaz jest spełniony, to każdy prawy i bezstronny umysł będzie musiał przyznać, że w rzeczywistości Stolica Apostolska zawsze była „niezmienną opiekunką i karmicielką prawdziwej cywilizacji” oraz „w każdej z epok (…) wnosiła we wszystkie, najodleglejsze i najbardziej barbarzyńskie kraje świata prawdziwą i właściwą cywilizację obyczajów, dyscyplinę i mądrość”[5].

Zdefiniowany i ogłoszony podczas Soboru Watykańskiego I (niedokończonego wskutek najazdu Włoch na Rzym), w konstytucji dogmatycznej o Kościele Chrystusowym Pastor aeternus z 18 lipca 1870 roku, dogmat o nieomylności papieskiej precyzował, że „Biskup Rzymski, gdy mówi ex cathedra – tzn. gdy sprawując urząd pasterza i nauczyciela wszystkich wiernych, swą najwyższą apostolską władzą określa zobowiązującą cały Kościół naukę w sprawach wiary i moralności – dzięki opiece Bożej przyrzeczonej mu w osobie św. Piotra Apostoła posiada tę nieomylność, jaką Boski Zbawiciel chciał wyposażyć swój Kościół w definiowaniu nauki wiary i moralności”[6]. Jednocześnie święty Sobór odrzucił stanowisko skrajnych ultramontanów, takich jak francuski publicysta, autor L’Illusion libérale, Louis Veuillot (1813-1883), którzy chcieliby zakres obowiązywania nieomylności rozszerzyć również na sferę polityczną, co w przyszłości, kiedy nauczanie najwyższych pasterzy o porządku społecznym zostało zaciemnione, okazało się rozwiązaniem zbawiennym.

Zobacz wystąpienie prof. Jacka Bartyzela na XXII Kongresie Konserwatywnym na PCh24TV

Ciąg dalszy tekstu pod materiałem wideo

https://youtube.com/watch?v=bzd3W28CwLs%3Ffeature%3Doembed

2. Program odnowy i polityka Leona XIII (1878-1903)

Leon XIII (Vincenzo Gioacchino Pecci, 1810-1903) przeszedł do historii jako ten papież, który ogłosił największą liczbę encyklik, których tematyka obejmuje niemal wszystkie kluczowe aspekty życia duchowego, eklezjalnego i społecznego. Jedną z pierwszych była encyklika Aeterni Patris z 4 sierpnia 1879 roku, zawierająca program odnowy intelektualnej teologii i filozofii chrześcijańskiej przez oparcie jej na studiowaniu św. Tomasza z Akwinu; zapoczątkowało to narodziny tzw. neotomizmu, uprawianego w ramach różnych szkół (rzymskiej, lowańskiej, barcelońskiej, współcześnie także lubelskiej i innych).

2.1. O „chrześcijańską konstytucję państw”

Poczesne miejsce w nauczaniu Leona XIII zajmuje obszerny blok encyklik społecznych, składających się w sumie na opisanie „chrześcijańskiej konstytucji państw”, we wszystkich aspektach, czego w tak kompletny i pozytywny sposób nie dokonał wcześniej żaden inny papież. Ów wykład pozytywny katolickiej „teologii politycznej”[7] zawarty został głównie w trzech encyklikach: o władzy politycznej (Diuturnum illud, VI czerwca 1881), o państwie chrześcijańskim (Immortale Dei, 1 listopada 1885) i o wolności człowieka (Libertas, 20 czerwca 1888), które uzupełniają dwie encykliki w węższym sensie „społeczne”, tj. (najpowszechniej znana) encyklika o kwestii robotniczej (Rerum novarum, 15 maja 1891) i o demokracji chrześcijańskiej (Graves de communi, 18 stycznia 1901) oraz o obowiązku katolików walki o miejsce religii w życiu publicznym (Sapientiae christianae, 10 stycznia 1890), a także encykliki zawierające potępienie głównych błędów epoki: socjalizmu, komunizmu i nihilizmu (Quod apostolici muneris, 28 grudnia 1878) oraz masonerii (Humanum genus, 20 kwietnia 1884 i Dall’alto, 15 października 1890).

Kardynalne punkty Leonowego wykładu ująć można następująco:

1º władza polityczna (civilis principatus) w społeczeństwie i sprawująca nad nim zwierzchność jest faktem naturalnym i koniecznym, tak dla zachowania samego bytu społecznego, jak i dla osiągnięcia przezeń właściwego mu celu, tj. realizacji dobra wspólnego (bonum commune);

2º od zjawiska władzy nieodłączne jest istnienie hierarchii członków wspólnoty, czyli nieodzowność i niezbędność utrzymywania podziału na tych, którzy rozkazują i tych, którzy słuchają;

3º prawo panowania tych pierwszych (ius imperandi) wywodzi się od Boga, jako przyrodzonego i koniecznego źródła władzy; jest przeto szkodliwą fikcją i błędem – a w konsekwencji herezją „ateizmu politycznego” – demokratyczna teoria pochodzenia władzy od „ludu”, czyli, inaczej mówiąc, czynienie z człowieka suwerena, wyposażonego w autorytet z „własnego nadania”;

4º nadrzędną zasadę pochodzenia władzy od Boga należy rozumieć jako wyposażenie człowieka przez Stwórcę w popęd społeczny, który nakazuje mu żyć w społeczeństwie, co znów odsłania niedorzeczność mniemania, iżby zrzeszenie się ludzi we wspólnotę mogło być kontraktualnym aktem swobodnej woli jednostek;

5º chociaż państwo i Kościół, władza polityczna i duchowna, powołane zostały do innych (lecz niesprzecznych ze sobą) zadań oraz mają różne zakresy kompetencji, to jednak pierwiastek panowania i władzy (imperii et auctoritatis) źródłowo jest ten sam; każdej władzy, która godność swoją nabywa jako emanacja władzy boskiej, należy się zatem cześć i poszanowanie jej autorytetu, w który wyposażył ją Bóg: zatem „kto opiera się władzy państwowej, opiera się woli Bożej, a odmawiać szacunku panującemu, jest to odmawiać go Bogu”[8]; posłuszeństwa odmówić można jedynie władzy żądającej od poddanych czegoś przeciwnego prawu Bożemu;

6º wyznawcy błędu demokratycznego, którzy „podniecają namiętności ludów” mrzonkami o wypływaniu władzy z woli tłumu (multitudinis) i doktryną o „zwierzchniej władzy ludu”, winni są nie tylko narażania państwa tą „fałszywą filozofią” na rozstrój i upadek, ale również ścielenia drogi dla „najgorszej zarazy”, tj. „komunizmu, socjalizmu, nihilizmu, tych potworów zagrażających śmiercią ludzkiej społeczności”[9];

7º podstawą prawodawczej, a więc zasadniczej funkcji państwa nie mogą być „zachcianki i namiętności ludu, nie kaprys i błędne mniemania tłumu, ale prawda i słuszność”; prawo państwowe winno zatem nosić cechę prawa publicznego chrześcijańskiego, tymczasem rządy „samowładnego ludu”, który państwo, ongiś chrześcijańskie, czyni „tylko tłumem, co sam sobie jest mistrzem i panem”, oznaczają nieustanną sekularyzację, tak iż „państwo nie poczuwa się do żadnych względem Boga obowiązków i żadnej religii publicznie nie wyznaje”[10];

8º szczególnym przypadkiem – i nieuchronną konsekwencją – rugowania prawa Bożego z państwowości, szerzenia niweczącej autorytet władzy opinii, jakoby władcy byli „tylko narzędziami do spełniania woli ludu wybranymi”, i nawet wprowadzania do ustaw konstytucyjnych „prawa” do rebelii przeciwko władzy prawowitej, jak również „zgubnej i niemoralnej”[11] zupełnej wolności myślenia i wolności prasy – jest państwowy indyferentyzm religijny, przybierający postać albo zupełnego ateizmu państwowego, albo odłączenia państwa od Kościoła, albo stawiania wszystkich wyznań na jednej płaszczyźnie „równouprawnienia”, albo wreszcie próby jego podporządkowania państwu;

9º oczywistym wnioskiem i „normą fundamentalną” katolickiej teologii politycznej jest nałożenie na państwo bezwzględnego nakazu oddawania czci Bogu, i to w sposób nie dowolny, poprzez wyznawanie jakiejkolwiek religii, lecz zgodny z Objawieniem i nauką  Kościoła, albowiem:

Tak urządzona społeczność, z tylu i tak ważnych powodów zobowiązana Bogu, powinna mu się oczywiście wypłacać kultem publicznym. Zakon przyrodzony, który każdego zniewala do oddawania Bogu czci religijnej (…), tenże sam obowiązek i państwu nakłada. (…) Państwa nie mogą bez wielkiej winy postępować, jak gdyby Boga wcale nie było; troskę o religię, jakby do nich nienależącą albo nieprzydatną, odrzucać, z różnorodnych religii wedle swego widzimisię wybierać; ale winny koniecznie ten sposób czczenia Boga przyjąć, którym Bóg okazał, że chce być czczony. Przeto święte dla rządzących powinno być Imię Pańskie, a naczelnym ich obowiązkiem jest otaczać religię swą przychylnością, wspierać powagą, tarczą prawodawstwa osłaniać, a nic nie stanowić ani zarządzać z ujmą jej praw nietykalnych[12].

W powyższym streszczeniu rozmyślnie pominięto jedną kwestię, którą warto wyakcentować osobno: zagadnienie stosunku Kościoła do formy ustroju państwa. Częstokroć spotkać można bowiem błędne, a z różnych stron formułowane twierdzenie, jakoby encykliki Leona XIII, pomimo zawartego w nich potępienia „zgubnej i opłakanej żądzy nowości”, same stanowiły istotne i „przełomowe” novum w tym sensie, iżby oznaczały „przestawienie zwrotnic” z dotychczasowego promonarchistycznego stanowiska Kościoła w dziedzinie ustroju politycznego państwa na prorepublikańskie. Formułowanie tego rodzaju opinii może jednak dokonywać się jedynie na gruncie ignorancji co do nauki Kościoła w tej materii. Ani bowiem nie jest prawdą jakoby przed Leonem XIII Kościół wiązał swoją aprobatę dla państwa z jego formą monarchiczną bezwarunkowo i – co równie ważne – w sposób wykluczający prawowitość i aprobatę dla innych, niemonarchicznych form ustroju, ani też nie widać, aby zasadnicza sympatia, jaką bez wątpienia pasterze Kościoła, teolodzy i filozofowie żywili zazwyczaj dla ustroju monarchicznego, jak również traktowanie monarchii jako naturalnego „archetypu” władzy politycznej tout court, w jakiś widoczny sposób osłabła w encyklikach Leona XIII.

Tak więc cała katolicka myśl przed-Leonowa, jak również jego encykliki, uznają prawowitość każdej formy (tak monarchicznej, jak republikańskiej) oraz odmiany (jedynowładczej, arystokratycznej i demokratycznej w sensie klasycznym, a wolnym od nowożytnej ideologii „demokratyzmu”, głoszącego pochodzenie władzy od ludu i jego „suwerenność”) ustroju, natomiast każdej formie politycznej potestas stawiają jeden i ten sam warunek przesądzający o uznaniu prawowitości jej imperium – uznanie zwierzchnictwa Bożego: „Wszelako zwierzchność jako taka, nie ma koniecznego związku z żadną w szczególności formą rządu, i czy tę czy ową postać przybrać może, byle publicznemu dobru przydatną. W jakiejkolwiek jednak formie rządu piastunowie władzy winni mieć przed oczyma najwyższego rządcę świata [-] Boga, i jego przykładem i prawem w rządzie państw się kierować”[13].

2.2. Niefortunne ralliement

O ile na płaszczyźnie doktrynalnej nauczanie Leona XIII nie zawierało żadnych ustępstw wobec ducha Rewolucji, o tyle w praktyce politycznej tego papieża dostrzegalna jest tendencja do zbyt pochopnego układania się z rządami de facto, bez oglądania się na ich prawowitość, i to z niekatolickimi lub wręcz antykatolickimi. Na przykład w relacjach z protestanckim Cesarstwem Niemieckim czy ze schizmatycką Rosją papież dążył nade wszystko do jak najszybszego wygaszenia konfliktów (Bismarckowski Kulturkampf czy prześladowanie unitów przez Moskwę), poświęcając na ołtarzu porozumienia prawa katolików polskich i mianując nawet (w 1886 roku) arcybiskupem gnieźnieńskim, czyli jednocześnie tytularnym Prymasem Polski, duchownego Niemca, Juliusa Dindera.

Najbardziej jaskrawym potknięciem polityki Leona XIII było wezwanie katolików francuskich – w alokucji Au milieu des sollicitudes [„Pośród trosk”] z 16 lutego 1892 roku – do „przyłączenia się” (ralliement) do Republiki, w złudnej nadziei zaniechania przez nią polityki antykościelnej. Dokonując rozróżnienia pomiędzy polityką rządu a władzą ustawodawczą, papież proponował zjednoczenie się katolików, aby ich reprezentanci mogli uzyskać taki wpływ na prawodawstwo, żeby móc uchylić ustawy antykatolickie. Domyślnie oznaczało to jednak konieczność porzucenia przez katolików wierności sprawie monarchicznej i dynastii panującej we Francji przez 900 lat. Papież próbował to usprawiedliwić tą okolicznością, że jeśli wskutek gwałtownych zmian politycznych „istniejące rządy w rzeczywistości ulegają zagładzie” i pojawia się anarchia, to „społeczna konieczność usprawiedliwia powstanie i istnienie rządów nowych w jakiejkolwiek formie, jako że, przyjmując naszą hipotezę, rządy takie konieczne są dla zachowania porządku publicznego, a żaden publiczny porządek nie jest możliwy bez rządu”[14]. Nie dostrzegł jednak, że takie „nowe rządy” mogą być same zorganizowaną i permanentną anarchią i nie powiązał ich z „troskami”, które były powodem jego interwencji.

Z liderów rojalizmu „przyłączonym” (rallié) okazał się dotychczasowy „fuzjonista” (czyli legitymista przyłączony po bezpotomnej śmierci hr. de Chambord, czyli Henryka V de iure, do dynastii orleańskiej) – Albert hr. de Mun (1841-1914). Większość rojalistów zignorowała jednak to wezwanie, ale nie tylko z powodu ich oporu, ale również braku zainteresowania masońskiego establishmentu III Republiki porozumieniem z katolikami, program ralliement zakończył się całkowitym fiaskiem. Wykorzystując nadszarpnięcie autorytetu armii przy okazji „sprawy Dreyfusa”, reżim republikański doprowadził do pełnej laicyzacji państwa i jego formalnej separacji od Kościoła (9 grudnia 1905), zerwania konkordatu i wznowienia rozmaitych szykan wobec Kościoła i katolików, trwających aż do wybuchu I wojny światowej.

Problem ralliement w znaczeniu, odnoszącym się nie tylko do Francji, lecz także do generalnej strategii Kościoła wobec wrogiego Mu świata nowoczesnego, doskonale ujął współczesny historyk i publicysta katolicki, Roberto bar. de Mattei (ur. 1948), nazywając to sprzecznym z doktryną eksperymentem duszpasterskim, który nie mógł się powieść, bo był oparty na błędnym rozpoznaniu rzeczywistości. Papież myślał, że Republika jest antyklerykalna dlatego, że Kościół i katolicy są promonarchistyczni, a w rzeczywistości republikanie byli tym, kim byli, właśnie dlatego, że byli antykatoliccy. Jest to także kwestia rozziewu pomiędzy głoszeniem ortodoksyjnej nauki a praktyką polityczną:

„Leon XIII nigdy nie głosił liberalnych błędów, wręcz przeciwnie. jednoznacznie je potępiał. Historyk nie może jednak ignorować sprzeczności pomiędzy magisterium papieża Pecciego a jego postawą polityczną i duszpasterską. (…) Leon XIII, choć nie było to bynajmniej jego intencją, popierał w sferze praktyki te same idee i tendencje, które potępiał na poziomie doktrynalnym. Jeśli moglibyśmy nadać słowu «liberał» znaczenie duchowe, mając przez to na myśli skłonność do koncesji i kompromisu, bylibyśmy zmuszeni do stwierdzenia, że Leon XIII posiadał ducha liberalnego. Duch ten przejawiał się zasadniczo w usiłowaniu rozwiązywania problemów stworzonych przez świat współczesny na drodze negocjacji dyplomatycznych oraz ustępstw zamiast bezkompromisowej obrony zasad oraz prowadzenia bezpardonowej walki na płaszczyźnie politycznej i kulturowej”[15].

2.3. Polityczny akcydentalizm integrystów

Jeszcze przed podjęciem przez Leona XIII polityki ralliement, a już w kontekście klęski prób restauracji monarchii katolickiej, pojawiła się w części środowisk katolickich, tak duchownych, jak i świeckich, (o obliczu zadecydowanie ultramontańskim, nazywanym teraz coraz częściej „integryzmem”), tzw. teoria akcydentalistyczna w kwestiach politycznych, głosząca, że zarówno formalny legitymizm dynastyczny, jak i w ogóle forma ustroju, stanowią jedynie zjawisko przypadłościowe, a więc akcydentalne, względem treści ustroju państwowego, podczas gdy substancjalna w nim jest jedynie wyznaniowość państwa, respektowanie prawa Bożego i ustosunkowanie się jego władz względem Kościoła. W takim ujęciu forma ustrojowa – monarchiczna czy republikańska – jest kwestią drugorzędną i „obojętną”, wobec czego Kościół może okazywać przychylność republice katolickiej, a nawet w określonych warunkach ją preferować.

Teoretycznie i brane w abstrakcji od rzeczywistości stanowisko takie nie może być kwestionowane z punktu widzenia katolickiej nauki o państwie i pozostawało w zgodzie z omawianym wcześniej wykładem „chrześcijańskiej konstytucji państw” Leona XIII. Praktycznie natomiast teoria akcydentalistyczna potykała się o dwa problemy. Pierwszym była problematyczność racji moralnej zaakceptowania władzy republikańskiej tam – jak we Francji – gdzie przez ponad tysiąc lat istniała monarchia, bez wątpienia też chrześcijańska, a choć została ona w drodze rewolucji obalona, to jednak wciąż istnieje, aczkolwiek wygnana, dynastia posiadająca niewątpliwe prawo do tronu oraz do wierności jej poddanych.

Drugi to brak republik spełniających wymogi tej teorii. U schyłku XIX wieku w Europie były zaledwie dwie republiki[16] – Francja i Szwajcaria – z których pierwsza była zaciekle antykatolicka, druga zaś miała ludność przeważnie protestancką. Republika północnoamerykańska, czyli Stany Zjednoczone Ameryki, była pierwszym na świecie porządkiem świeckim i choć nie stawiała przeszkód działalności duszpasterskiej Kościoła katolickiego, w duchu swoich instytucji i działań była przesiąknięte mentalnością protestancką. Liczne republiki, powstałe wskutek buntu kreolskiej burżuazji przeciwko hiszpańskiej bądź portugalskiej metropolii, istniały wprawdzie w Ameryce Romańskiej, ale mimo posiadania katolickiej ludności niemal wszystkie były zdominowane przez masonerię, pozytywistów i liberałów (lub nawet – jak w Paragwaju czy Meksyku – jakobinów). W tej sytuacji „koronnym dowodem” akcydentalistów na możliwość istnienia katolickiej republiki był ewenement w postaci najmniejszej republiki południowoamerykańskiej, czyli Ekwadoru pod rządami dwukrotnego (1861-1865, 1869-1875) prezydenta tego kraju, Gabriela Garcíi Moreno (1821-1875).

Ten arcypobożny polityk, uczestniczący codziennie we Mszy św., który podczas Drogi Krzyżowej w każdy Wielki Piątek szedł pośród rzeszy wiernych boso, niosąc na plecach wielki drewniany krzyż, zdołał doprowadzić do uchwalenia – nadanej „w imię Boga w Trójcy Jedynego, Prawodawcy i Stwórcy Wszechświata, który podtrzymuje go w istnieniu…” – konstytucji ustanawiającej „religię katolicką, apostolską i rzymską jako religię państwową, z wyłączeniem każdej innej”, poddał nauczanie na wszystkich szczeblach nadzorowi władzy kościelnej oraz dokonał aktu poświęcenia Ekwadoru opiece Przenajświętszego Serca Pana Jezusa. Lecz ostatecznie prezydent García Moreno stał się męczennikiem, zamordowanym na stopniach katedry w niezwykle okrutny sposób (maczetami) przez masońskich spiskowców. Przede wszystkim jednak jego dorobek okazał się nietrwały, gdyż po upływie 20 lat i wskutek przegrania przez konserwatystów wojny domowej, w Ekwadorze zerwano konkordat (1895), ponownie wygnano jezuitów (1899), ustawowo uzależniono Kościół od państwa (1899), proklamowano rozdział Kościoła od państwa (1904), wprowadzono rozwody i śluby cywilne (1906) oraz zlaicyzowano szkolnictwo (1908).

Intelektualnym ojcem akcydentalizmu był już Louis Veuillot, który wprawdzie w latach 1871-1873 wspierał hr. de Chambord w jego staraniach o restaurację, ale wcześniej, przez kilkadziesiąt lat, jako redaktor ultramontańskiego „L’Univers”, zachowywał obojętność wobec tego, czy panuje uzurpatorska Monarchia Lipcowa, czy II Republika, czy bonapartystowskie II Cesarstwo, a ważne była dla niego jedynie prawa religii i Kościoła. Na polecenie papieża Leona XIII do promowania teorii akcydentalistycznej i wcielania strategii ralliement (w Hiszpanii do monarchii liberalnej) zachęcał jezuitów francuskich i hiszpańskich generał zakonu jezuitów od 1892 roku, o. Luis Martín SJ (1846-1906).

3. Św. Pius X (1903-1914): „odnowić wszystko w Chrystusie”

Bez wątpienia najbardziej kontrrewolucyjnym papieżem XX wieku był św. Pius X (Giuseppe Melchiorre Sarto, 1835-1914). Już w swojej inauguracyjnej encyklice E supremi apostolatus (4 października 1903) zarysował program „odnowienia wszystkiego w Chrystusie” (instaurare omnia in Christo), podając zarazem stricte tradycjonalistyczną definicję „partii porządku”, dezawuującą te „konserwatyzmy”, które są zsekularyzowane lub choćby religijnie „letnie”, schodząc na płaszczyznę li tylko obrony materialnych interesów klas uprzywilejowanych. „Wiadomo Nam – oznajmiał papież – (…), że niemało jest ludzi, którzy powodowani miłością pokoju – czyli, jak się mówi – spokoju czy porządku, łączą się i zrzeszają w stowarzyszenia i stronnictwa, które nazywają stronnictwami porządku. Czcze nadzieje i stracone wysiłki! Istnieje tylko jedno stronnictwo porządku, które jest zdolne przywrócić spokojność pośród panującego zamętu: jest to stronnictwo tych, którzy trzymają z Bogiem”[17].

Pius X odważnie konfrontował się z laicyzmem, potępiając separację Kościoła od państwa w III Republice Francuskiej (Vehementer vos, 11 II 1906; Une fois encore, 6 I 1907) oraz w świeżo ustanowionej Republice Portugalskiej (Iamdudum, 24 V1911), a także uprawiającą idolatrię demokracji grupę Sillon („Bruzda”) pod przywództwem Marca Sangniera (1873-1950) w encyklice Notre charge apostolique  [„Nasz urząd apostolski”] z 25 sierpnia 1910 roku.

3.1. Potępienie modernizmu: Pascendi Dominici gregis

Najdonioślejszą i najsławniejszą zarazem encykliką Piusa X była – poprzedzona dekretem Św. Oficjum Lamentabili sane exitu z lipca 1907 roku, potępiającym błędy w egzegezie Pisma Świętego – a ogłoszona 8 września 1907 roku Pascendi Dominici gregis „o zasadach modernistów”. W dokumencie tym papież potępił usystematyzowane tematycznie – bez imiennego wymieniania jakichkolwiek autorów[18] – błędy tzw. modernizmu katolickiego, uznanego za „syntezę wszystkich herezji”, tym groźniejszą, że mającą swoich zwolenników nie pośród otwartych wrogów Kościoła, ale ukrytych w Jego wnętrzu, nawet pośród kapłanów.

Chodziło tu o takie błędy jak: zakładanie, że dogmaty katolickie mają charakter historyczny i mogą podlegać ewolucji aż do zmiany ich treści; czysto tekstualna i racjonalistyczna (inspirowana protestancką szkołą krytyczno-historyczną) egzegeza Biblii, bez uwzględniania komentarzy Ojców Kościoła i poddająca w wątpliwość dokonywane cuda; emotywistyczne pojmowanie wiary jako uczucia religijnego wiernych wraz z podważaniem możliwości rozumowego poznania niektórych prawd wiary; podważanie sensu Urzędu Nauczycielskiego Kościoła.

Konsekwencją potępienia modernizmu było zobowiązanie w dniu 1 października 1910 roku wszystkich kandydatów do stanu kapłańskiego oraz biskupów i wykładowców w seminariach duchownych do składania tzw. przysięgi antymodernistycznej (Sacrorum antistitum)[19], poddającej się „wyrokom potępienia, orzeczeniom i wszystkim przepisom zawartym w encyklice Pascendi i dekrecie Lamentabili, zwłaszcza co się tyczy tzw. historii dogmatów”; jak również utworzenie w 1909 roku nieformalnej i niejawnej oraz elitarnej (liczba członków nie przekroczyła nigdy 50 osób), międzynarodowej sieci informacyjnej wypróbowanych w antymodernizmie księży, tworzących Sodalitium Pianum (Sodalicja św. Piusa V), określane na ogół jedynie inicjałami S. P. albo zaszyfrowaną nazwą La Sapinière („las jodłowy”).

Organizatorem Sodalicji był prałat Umberto Benigni (1862-1934), do jej wybitniejszych uczestników należeli także francuscy księża Emmanuel Barbier (1851-1925) i Charles Maignen (1858-1937), a jej stanowisko wyrażały periodyki: „Correspondance de Roma” i „La Vigie” („Wachta”). Zadaniem La Sapinière było zbieranie informacji o duchownych podejrzanych o skłonności modernistyczne i dostarczanie ich Rzymowi, celem podjęcia przeciwdziałania. Po szczytowym okresie jej działalności w latach 1912-1913, osłabła ona wskutek wybuchu wojny, a w 1921 roku Sodalicja została rozwiązana przez papieża Benedykta XV.

4. Pius XI (1922-1939): o Społeczne Królestwo Chrystusa

Krótki (1914-1922) pontyfikat Benedykta XV (Giacomo della Chiesa, 1854-1922) przypadł po części na okres I wojny światowej, dlatego główną troską papieża było przywrócenie pokoju, do czego bezskutecznie wzywał strony walczące. Oprócz tych apeli jedynym znaczącym politycznie posunięciem tego papieża było pełne i definitywne uchylenie w 1919 roku (obowiązującego katolików włoskich od wydania 10 września 1874 roku encykliki bł. Piusa IX Non expedit) zakazu biernego i czynnego udziału w wyborach parlamentarnych w Królestwie Włoch, a także udzielenie aprobaty dla założenie i działalności partii chadeckiej pod nazwą Włoskiej Partii Ludowej (Partito Popolare Italiano; PPI), kierowanej przez ks. Luigiego Sturzo (1871-1959).

4.1. Encyklika o Chrystusie Królu

Trwający przez niemal cały okres międzywojenny pontyfikat papieża Piusa XI (Achille Ratti, 1857-1939) naznaczony był również złowrogimi triumfami kolejnych awatarów Rewolucji: bolszewickiej w Rosji (1917) i próbami jej przeniesienia do Węgier (1919) i Bawarii (1919), a wreszcie rozniecenia pożaru komunistycznego na całą Europę przez Armię Czerwoną, zatrzymaną jednak przez Wojsko Polskie pod Warszawą[20] (1920); jakobińskiej w Meksyku (1917); faszystowskiej we Włoszech (1922) i narodowosocjalistycznej w Niemczech (1933). Kontekst ten wyjaśnia zamiar Piusa XI zaprezentowania programu ocalenia cywilizacji chrześcijańskiej w korpusie encyklik porównywalnych co do wagi z encyklikami Leona XIII.

Już w swojej inauguracyjnej encyklice Ubi arcano Dei (23 grudnia 1922) papież jako najgłębszą przyczynę nawiedzającej świat „nawałnicy zła” wskazał usunięcie Jezusa Chrystusa i Jego prawa również z życia publicznego, a tym samym zburzenie fundamentów władzy przez zastąpienie zasady jej pochodzenia od Boga demokratyczną anty-zasadą jej pochodzenia od ludzi.

Rozwinięciem tej wskazówki była ogłoszona 11 grudnia 1925 roku encyklika Quas primas „O królewskiej godności Chrystusa Pana”, ustanawiająca również święto Chrystusa Króla. Kluczowa jest w niej teza, że królestwo Chrystusa nie odnosi się wyłącznie do rzeczy duchowych i posiada sens nie tylko eschatologiczny. Prymat sensu duchowego tego królestwa – wyjaśnia papież – należy rozumieć w tym znaczeniu, że nie było nigdy zamiarem Chrystusa zastępować władców ziemskich i stać się jednym z nich, albowiem królestwo Jego nie jest z tego świata. Nadprzyrodzonemu znaczeniu królestwa Chrystusa przeciwstawia się jedynie błędny sposób pojmowania mesjańskiej misji Syna Bożego, właściwy mesjanizmowi żydowskiemu, przepojonemu pragnieniem czysto doczesnej potęgi i chwały Izraela.

Chociaż zatem królestwo Chrystusa nie jest z tego świata, On sam jest władcą całego stworzenia, gdyż otrzymał od Ojca władzę nad wszystkimi sprawami doczesnymi. To, że tego prawa Chrystus Król nie wykonywał bezpośrednio ani podczas swojej ziemskiej misji, ani nadal nie wykonuje go od czasu Wniebowstąpienia, jest Jego – można rzec – suwerenną decyzją. Mógłby, gdyby chciał, uczynić wszystkich władców ziemskich Swoim „podnóżkiem”, ponieważ ma do tego prawo, które nie może być przez nikogo kwestionowane; lecz Jego wolą było z niego nie korzystać.

Możemy się jedynie domyślać, że taki sposób postępowania wynika z opatrznościowego planu Stwórcy wobec człowieka, który w pełni wolności swojej woli winien w tym planie uczestniczyć i świadomie poddać się panowaniu Chrystusa. To jednak, że jedni ludzie (i wśród nich także niektórzy rządzący) panowaniu temu poddają się chętnie, inni opieszale, a jeszcze inni w ogóle tego uczynić nie chcą lub wręcz pragną temu panowaniu zaprzeczyć, nie zmienia niczego w czyjejkolwiek pozycji względem nieograniczoności władzy Króla Królów. Człowiek jak inne byty rozumne – anioły, może być poddany władzy boskiej dobrowolnie lub nie, ale niczyja wola nie jest władna stanąć w poprzek woli Bożej. Dotyczy to zarówno jednostek, jak i rodzin, ale również wspólnot wyższego rzędu, na czele ze wspólnotą polityczną (civitas, res publica).

Uznanie podległości wspólnot politycznych władzy Chrystusa nie jest więc tutaj wskazaniem jakiegoś „prawa natury” tak nieodpartego, jak na przykład prawo grawitacji, albowiem źle zreflektowana, lecz zawsze wolna, wola ludzka może temu panowaniu się przeciwstawić lub je ignorować. Dlatego Społeczne Królestwo Chrystusa jest w encyklice prezentowane nie jako coś danego, lecz zadanego, jako powinność nałożona na piastunów władzy doczesnej. Są oni wprost wezwani do publicznego okazywania swojego poddaństwa Królowi Królów, i to pod rygorem utraty niezbędnego do sprawowania władzy autorytetu: „Niechże więc rządcy państw nie wzbraniają się sami i wraz ze swoim narodem oddać królestwu Chrystusowemu publicznych oznak czci i posłuszeństwa, jeżeli pragną zachować nienaruszoną swą powagę i przyczynić się do pomnożenia pomyślności swej ojczyzny”[21].

Ważne konsekwencje polityczne niesie za sobą także ustanowienie święta Chrystusa Króla. Papież postrzega bowiem w tym dziele środek zaradczy na laicyzm, kładąc nacisk na wielostopniową sekularyzację sfery publicznej: od zaprzeczenia panowania Chrystusa nad wszystkimi narodami, poprzez „niegodziwe” zrównywanie religii katolickiej z innymi religiami, dalej poprzez poddawanie jej władzy świeckiej, aż po próbę zastąpienia jej deistyczną „religią naturalną” lub w ogóle ateizmem państwowym. Pius XI wyraża nadzieję, że obchodzone odtąd corocznie, uroczyście i publicznie święto Chrystusa Króla „rychło sprowadzi z powrotem społeczeństwo do Najukochańszego Zbawcy”[22]. Będzie ono wreszcie napomnieniem tak dla jednostek, jak dla „władz i rządzących”, o obowiązku publicznego oddawania czci i słuchania Chrystusa; „przywiedzie im bowiem na myśl ów sąd ostateczny, na którym Chrystus, nie tylko usunięty z życia publicznego, lecz także przez wzgardę zlekceważony i zapoznany, bardzo surowo pomści tak wielkie zniewagi, ponieważ godność Jego królewska tego się domaga, aby wszystkie państwa tak w wydawaniu praw i w wymierzaniu sprawiedliwości, jak też w wychowaniu młodzieży w zdrowej nauce i czystości obyczajów zastosowały się do przykazań Bożych i zasad chrześcijańskich”[23].

Święto to ma zatem, jak widać, pełnić również rolę społeczno-politycznej parenetyki, niejako „zegara monarchów”. Z tego powodu szczególnie znaczące – także z uwagi na późniejsze losy tego święta – jest podane przez papieża uzasadnienie wyznaczenia terminu uroczystości na ostatnią niedzielę października, tj. poprzedzającą uroczystość Wszystkich Świętych: „A do obchodzenia tego święta wydała się najodpowiedniejsza spośród innych ostatnia niedziela października, która prawie zamyka okres roku kościelnego: w ten sposób rozpamiętywanie w ciągu roku tajemnic życia Jezusa Chrystusa zakończy się niejako i pomnoży świętem Chrystusa Króla i zanim obchodzić będziemy chwałę Wszystkich Świętych, wysławiać i głosić będziemy chwałę Tego, który tryumfuje we wszystkich Świętych i wybranych”[24]. Nie należy odsuwać obchodzenia tego święta całkowicie w sferę eschatologiczną, w którą rok liturgiczny przenosi po uroczystości Wszystkich Świętych, lecz zakorzenić ją także mocno na ziemi, w sferze społecznej właśnie. Chodzi przecież o to, aby Jezusa Króla „wyprowadzić z zacisza świętych przybytków, jak gdyby z ukrycia i wiodąc Go w tryumfalnym pochodzie po ulicach miast (…) przywrócić [Mu] wszystkie prawa królewskie”[25].

Encyklika o społecznym królowaniu Chrystusa mogła odegrać przełomową rolę w odbudowaniu cywilizacji chrześcijańskiej, gdyby nie to, że została zignorowana nie tylko przez większość rządzących, ale również przez znaczną część duchowieństwa i elit katolickich, myślących raczej o ułożeniu jakiegoś modus vivendi ze zlaicyzowanym państwem nowoczesnym, aniżeli o stawianiu wspólnocie politycznej jakichkolwiek wymogów co do kultu publicznego. Szkocki konwertyta Hamish Frazer (1913-1986) nazwał nawet z tego powodu Quas primas „największym nie-zdarzeniem w historii Kościoła”[26].

4.2. O chrześcijański ustrój społeczny: encyklika Quadragesimo anno

Dopełnieniem i zarazem ukonkretnieniem programu Quas primas w dziedzinie społeczno-gospodarczej była encyklika o chrześcijańskim ustroju społecznym Quadragesimo anno z 15 maja 1931 roku. Wydana dokładnie w 40 rocznicę Rerum novarum, stanowiła rozwinięcie zalążkowo zarysowanej w encyklice Leona XIII koncepcji takiej przebudowy całego ustroju gospodarczego i organizacji społeczeństwa, która byłaby panaceum na zło (wyzysk robotników i atomizację społeczną) spowodowane przez inspirowany liberalną „szkołą manchesterską” kapitalizm, a jednocześnie zapobiegałaby jeszcze większemu złu, jakim stałyby się z pewnością walka klas i zwycięstwo socjalizmu. Tym rozwiązaniem miał być ustrój stanowo-zawodowy, ufundowany na „stanach zawodowych”, do których ludzie należeliby nie na mocy swojego stanowiska na rynku pracy, ale zależnie od funkcji społecznej, z którą są związani przez pracę; inaczej mówiąc, zorganizowani w korporacje branżowe zrzeszające pracobiorców i pracodawców w systemie „pionowym” i współpracujących ze sobą dla osiągania dobra wspólnego.

Pius XI potwierdził – wbrew socjalistom i komunistom – wartość własności prywatnej i prawo do jej posiadania, ale jednocześnie – wbrew liberałom – zaakcentował społeczne przeznaczenie dóbr i obowiązki moralnej ciążące na własności. Relacje pomiędzy kapitałem a pracą, a także jednostek i naturalnych ciał społecznych, nakazał oprzeć na sprawiedliwości i miłości społecznej, a in concreto na dwóch dopełniających się zasadach: międzyklasowej solidarności oraz pomocniczości (subsydiarności), czyli założeniu, że wspólnota wyższego rzędu podejmuje się rozwiązania jedynie tych problemów, których nie jest w stanie rozwiązać wspólnota mniejsza, czy nawet sama jednostka. Wykluczył też możliwość bycia jednocześnie dobrym katolikiem i prawdziwym socjalistą.

4.3. Potępienie komunizmu i narodowego socjalizmu

Dopełnieniem pozytywnego programu restauracji cywilizacji chrześcijańskiej w Quas primas i Quadragesimo anno były encykliki potępiające dwie najgroźniejsze dla owej cywilizacji (i człowieczeństwa w ogóle) ideologie i systemy totalitarne: komunizm i hitlerowski narodowy socjalizm.

19 marca 1937 roku Pius XI ogłosił encyklikę „o bezbożnym komunizmie” Divini Redemptoris. Bolszewicki komunizm został przez papieża rozpoznany jako zły w samej istocie swojej, toteż w żadnej dziedzinie nie może z nim współpracować ten, kto pragnie chrześcijańską ocalić cywilizację”[27]. Ideologia Marksa i jego wyznawców jest zła dlatego, że opiera się na z gruntu fałszywej (materialistycznej) doktrynie, postrzegającej człowieka i społeczność ludzką jako jedną tylko z postaci materii, które to poglądy „unicestwiają oczywiście ideę odwiecznego Boga; nie dopuszczają różnicy między duchem a materią, między duszą a ciałem; nie przyjmują istnienia duszy po śmierci i jakiejkolwiek nadziei na życie pozagrobowe[28]. Pozbawia ona człowieka wolności, jak i odrzuca wszelki autorytet. Jako najradykalniejsza ze wszystkich dotąd występujących do tej pory postać materializmu i ateizmu, czemu odpowiada nie mający sobie w dziejach równych „szał niszczenia i najokrutniejszego barbarzyństwa”, uwidoczniony zwłaszcza w Rosji, Meksyku i Hiszpanii. Komunizm jest więc swoistym apogeum antyreligijnego i antycywilizacyjnego, a zarazem wykalkulowanego nihilizmu: „Po raz pierwszy w dziejach ludzkości jesteśmy świadkami starannie i planowo przygotowanego buntu przeciw »wszystkiemu co zowią Bogiem« (2 Tes, 2, 4)”[29].

Dwa dni później, w Niedzielę Palmową 21 marca 1937 roku, w niemieckich kościołach odczytano datowaną na dzień 14 marca i skierowaną do biskupów niemieckich encyklikę Mit brennender Sorge [„Z palącą troską”], napisaną z inicjatywy Eugenia kard. Pacellego (późniejszego papieża Piusa XII). Chociaż w tekście encykliki nie pada wprost określenie „narodowy socjalizm”, to faktycznie napiętnowane zostały wszystkie jego istotne cechy, takie jak: rasizm, etniczny nacjonalizm, neopoganizm, a ogólnie rzecz biorąc – idolatria wprowadzająca kult „rzekomego Boga narodowego i rasowego, dążąca do zamknięcia Boga prawdziwego w granicach jednego tylko narodu, w ciasnocie krwi jednej rasy”[30], a „kto wynosi ponad skalę wartości ziemskich rasę albo naród, albo państwo, albo ustrój państwa, przedstawicieli władzy państwowej albo inne podstawowe wartości ludzkiej społeczności, które w porządku doczesnym zajmują istotne i czcigodne miejsce, i czyni z nich najwyższą normę wszelkich wartości, także religijnych, i oddaje im cześć bałwochwalczą, ten przewraca i fałszuje porządek rzeczy stworzony i ustanowiony przez Boga-Człowieka, i daleki jest od prawdziwej wiary w Boga i od światopoglądu odpowiadającego takiej wierze”[31].

Jeszcze wcześniej skrytykowany został przez papieża włoski faszyzm w encyklice Non abbiamo bisogno [„Nie mamy potrzeby”] z 29 czerwca 1931 roku, z powodu jego przejawów statolatrii (pogańskiego kultu państwa) oraz dążenia do monopolizacji wychowania młodzieży i wyrwania jej spod wpływu religii i Kościoła.

Z pontyfikatem Piusa XI zachodzi atoli ten sam problem, co z Leonem XIII, a mianowicie, że z bezkompromisowością wykładu czystej doktryny katolickiej w encyklikach nie szła niestety w parze analogiczna nieugiętość w relacjach z niekatolickimi reżimami, lecz nazbyt przesadny szacunek dla władz de facto oraz tendencja klerykalna, objawiająca się niechęcią do samodzielnej akcji politycznej konserwatywnych katolików i pragnieniem podporządkowania ich wyłącznie sterowanej przez duchownych Akcji Katolickiej. Prowadził to do wielu poważnych politycznych błędów. Wśród najważniejszych wymienić należy ekskomunikowanie w 1926 roku – bez postawienia jakichkolwiek konkretnych zarzutów – Charlesa Maurrasa oraz obostrzony surowymi sankcjami duchowymi zakaz przynależności katolików do Action Française, po to, aby wyjść naprzeciw establishmentowi III Republiki Francuskiej, gdyż ruch narodowo-monarchistyczny stanowił dla niego zagrożenie[32].

Wspomnieć należy również o wezwaniu do złożenia broni w 1929 roku (i to pod groźbą ekskomuniki, mimo wcześniejszej aprobaty dla powstania przeciwko jakobińsko-masońskiej tyranii) meksykańskich cristeros do złożenia broni. Stało się to już po złożeniu przez rząd mglistych obietnic złagodzenia antykatolickich zarządzeń, po którym zostało zamordowanych około 5000 bezbronnych już powstańców, którym wcześniej udzielono „ustnych obietnic” amnestii.

Szczególnie bolesnym paradoksem było to, że powstańcy, zainspirowani encykliką Quas primas, zapowiedzieli w ogłoszonej 1 stycznia 1928 roku konstytucji dla planowanego państwa cristeros, że najwyższą władzę w Meksyku sprawować będzie Chrystus Król.

Jacek Bartyzel

Zobacz także relację filmową z XXII Kongresu Konserwatywnego

https://youtube.com/watch?v=uOMOetG8rzM%3Ffeature%3Doembed

[1]      Cardinal L-É. Pie, Homélie prononcé en la solennité de Saint Hilaire, sur l’étendue universelle de la royauté de Jésus-Christ, [w:] tenże, Œuvres, t. VIII, H. Oudin, Poitiers 1886, s. 62.

[2]      Bł. Pius IX, Alokucja Maxima quidem [w:] J.M. Villefranche, Pius IX, dzieje, życie, epoka, przeł. x. M. Nowodworski, Warszawa 2001, s. 343.

[3]      Tenże, Alokucja Iamdudum cernimus, [w:] tamże, s. 333.

[4]      Tamże, s. 335.

[5]      Tamże.

[6]      Sobór Watykański I, Pastor aeternus [w:] Breviarium fidei. Wybór doktrynalnych wypowiedzi Kościoła. Poznań 1998, s. 86.

[7]      Stawiamy tu cudzysłów, jako że pojęcie to nie występuje ani w nauczaniu Leona XIII, ani w ogóle w nauce społecznej Kościoła, niemniej dobrze opisuje ono treściowo to nauczanie.

[8]      Encyklika papieża Leona XIII Diuturnum illud O władzy politycznej, Warszawa 2001, s. 11.

[9]      Tamże, ss. 17-18

[10]    Encyklika papieża Leona XIII Immortale Dei O państwie chrześcijańskim, Warszawa 2001, ss. 17-18.

[11]    Tamże, s. 20.

[12]    Tamże, s. 7.

[13]    Tamże.

[14]    Papież Leon XIII, Au milieu des sollicitudes, https://silesia.edu.pl/index.php/Papie%C5%BC_Leon_XIII_-_Au_milieu_des_sollicitudes_z_16_II_1892.

[15]    R. de Mattei, Miłość do papiestwa a synowski opór wobec papieża w historii Kościoła, przeł. (z ang.) T. Maszczyk, Warszawa 2020, s. 101.

[16]    W 1910 roku dołączyła do nich, po krwawym przewrocie, Republika Portugalska, ale ta, aż do zamachu wojskowego w 1926 roku, zdominowana przez masonerię, uprawiała prawdziwy terror antykatolicki.

[17]    Encyklika Ojca św. Piusa X E supremi apostolatus O odnowieniu wszystkiego w Chrystusie, Warszawa 2003, s. 10.

[18]    Jednakowoż w następnym roku ekskomunikowani zostali czołowi moderniści: ks. Alfred Loisy, o. George Tyrrell SJ i ks. Salvatore Minocchi.

[19]    Zniesionej przez Pawła VI w 1967 roku.

[20]    Achille Ratti był wówczas nuncjuszem papieskim w Polsce i jedynym dyplomatą, który nie opuścił zagrożonej Warszawy.

[21]    Encyklika Ojca św. Piusa XI Quas primas O królewskiej godności Chrystusa, Warszawa 2001, s. 15.

[22]    Tamże, s. 21.

[23]    Tamże, s. 26.

[24]    Tamże, s. 25.

[25]    Tamże, s. 23.

[26]    Cyt. za: M. Davies, Panowanie Chrystusa Króla, przeł.  KS, „Nova et Vetera” 1997, nr 2(5), s. 46.

[27]    Papież Pius XI, Encyklika o bezbożnym komunizmie (Divini Redemptoris), Warszawa 1937, s. 58.

[28]    Tamże, s. 9.

[29]    Tamże, ss. 1-11.

[30]    Papież Pius XI, Encyklika o położeniu Kościoła katolickiego w Rzeszy Niemieckiej (Mit brennender Sorge) [w:] „Znak” 1982, nr 332-334 (7-9), ss. 738-739.

[31]    Tamże, s. 738.

[32]    Ekskomunika ta i sankcje zostały anulowane przez papieża Piusa XII w lipcu 1939 roku.