Dwie prawdy? Niebezpieczne związki Izraela w Polsce. O czym nie wolno mówić? Wojciech Sumliński

Dwie prawdy? Niebezpieczne związki Izraela w Polsce. O czym nie wolno mówić? Wojciech Sumliński

Alina@Warszawa, 07.08.2026 naszeblogi./dwie-prawdy-niebezpieczne-zwiazki-izraela-w-polsce-o-czym-nie-wolno-mowic-wojciech-sumlinski

Pojawił się na YT wywiad z Wojciechem Sumlińskim, któremu YT zablokował możliwość publikacji swoich filmów. 

Niebezpieczne związki Izraela w Polsce. O czym nie wolno mówić? Wojciech Sumliński” 

Okazuje się, że w przypadku zbrodni w Jedwabnem (i wielu innych zbrodniach na POLAKACH) prawda występuje w dwóch przeciwstawnych wersjach. Jest prawda POLSKA, oparta na dowodach materialnych, i jest „prawda” ŻYDOWSKA, która zależy od potrzeb żydowskiej propagandy.

Redaktor Sumliński cytuje oryginalne żydowskie kroniki, zapiski. O gettach, których nie dali im budować Polacy, a dopiero Niemcy się zgodzili i pozwolili, na co Żydzi sami zbierali pieniądze. O tym jak Ewa Kurek znalazła w Izraelu w archiwach zapiski, że goje to takie zwierzęta hodowlane wśród Żydów, żeby im Jahwe wybaczył, że nie wszyscy na ich terenie świętują szabat.  O tym jak sami Żydzi wyleczyli dr Ewę Kurek z filosemityzmu. 

Film bardzo ciekawy, wręcz obowiązkowy, kolejny raz pokazuje, że słowa Żyda, rabina Schudricha w Jedwabnem są WAŻNIEJSZE NIŻ POLSKIE PRAWO!!!! Że dziennikarze za duże żydowskie pieniądze dali się przewerbować na ich stronę i dziś udają „niezależnych”. 

PRAWDA jest taka jak mówi Sumliński i ludzi z nim związani. Kłamstwo o Jedwabnem poszło na cały świat i dlatego cały świat musi poznać prawdę, że jeśli Polacy mordowali Żydów, to tylko dlatego, że zostali zmuszeni pod groźbą karabinów, że Niemcy stoją za zbrodnią w Jedwabnem, jak i wieloma innymi w tamtych okolicach

Tak jak red. Sumliński, każdy z nas musi znać i propagować PRAWDĘ o Żydach w Polsce, kiedyś i dziś. Do skutku! Teraz okazuje się trzeba odzyskiwać własność pomnika w Jedwabnem i całego muzeum w Auschwitz! Te przypadki powinny doprowadzić do przepisu, że kierownikami polskich państwowych instytucji nie mogą być ludzie o obcym pochodzeniu. Tak jest o ile wiem we wszystkich niepodległych państwach. 

Kenia: Bractwo FSSPX rozwija swój apostolat

Kenia: Bractwo FSSPX rozwija swój apostolat w Nairobi

7 sierpnia 2026 fsspx.pl/kenia-bractwo-rozwija-swoj-apostolat-w-nairobi

Brak miejsc w kościele sprawia, że wielu wiernych modli się na zewnątrz świątyni

Kenia jest państwem położonym we wschodniej Afryce, nad Oceanem Indyjskim. Liczy szacunkowo około 58,6 mln mieszkańców, co czyni ją jednym z największych krajów Afryki Wschodniej. Charakteryzuje się również szybkim wzrostem demograficznym, który pociąga za sobą coraz większe potrzeby duszpasterskie. Chrześcijaństwo wyznaje ponad 80% ludności, z czego katolicy stanowią zaledwie około 20%, a pozostałą część tworzą różne wspólnoty protestanckie.

Kapłani Bractwa rozpoczęli działalność misyjną w Kenii w 1980 roku. W 2002 roku podjęto decyzję o rozszerzeniu apostolatu Bractwa w Nairobi. Trzy lata później, w 2005 roku, ukończono budowę kościoła pw. Świętego Krzyża, w którym odprawiono pierwszą Mszę Świętą. 20 marca następnego roku bp Fellay dokonał jego poświęcenia.

Parafia Świętego Krzyża rozwija się tak dynamicznie, że dziś jej mury nie są już w stanie pomieścić wszystkich wiernych. W każdą niedzielę setki osób uczestniczą w tradycyjnej Mszy – wewnątrz kościoła, pod namiotami oraz wzdłuż chodników. To, co zaczęło się od niewielkiej kaplicy, stało się dziś prężnie rozwijającą się parafią, gromadzącą rodziny z całego Nairobi i okolic.

Kościół pw. Świętego Krzyża w Nairobi

Na misji działa prężnie Międzynarodowa Szkoła Katolicka „Święty Krzyż”, realizująca program nauczania Cambridge. Szkoła opiera się na silnych wartościach katolickich i zapewnia uczniom bezpieczne środowisko edukacyjne, gwarantujące wszechstronny rozwój od wczesnych lat nauki aż po szkołę średnią.

Obecnie trwa zbiórka funduszy na budowę nowego kościoła, który będzie mógł pomieścić wszystkich wiernych pragnących oddawać cześć Bogu, pogłębiać wiarę oraz korzystać w pełni z sakramentów katolickiej Tradycji.

Pod przewodnictwem swoich kapłanów kenijscy wierni rozpoczęli projekt „Nowy kościół Świętego Krzyża” – dwuletnią inicjatywę, której celem jest zebranie do czerwca 2027 roku 2 milionów dolarów na budowę nowego kościoła oraz klasztoru w Nairobi.

Bogu niech będą dzięki za rozwój Tradycji katolickiej w Afryce!

https://youtube.com/watch?v=4TTqoAGC2gE%3Ffeature%3Doembed

Źródło

„Zabijaj” – piąte przykazanie w nowym brzmieniu, w „katolickim” przekazie prezydenta Polski

„Zabijaj” piąte przykazanie w nowym brzmieniu, w „katolickim” przekazie prezydenta Polski

Bożena Gaworska-Aleksandrowicz h

„Niech sobie mordują tych sowietów (…) bo tam, gdzie się bije Moskala, tam Polska pomaga (…) niech sobie mordują … i w ogóle nas Polaków to nie boli” jeśli wystąpienie prezydenta wzbudziło, w początkowej fazie, we mnie cień sympatii do niektórych kwieciście i patetycznie wygłoszonych wynurzeń (a wzbudziło, mimo patosu i jedwabiu na słówkach) to zlikwidował prezydent ten cień tym właśnie co sobie zostawił na koniec. I nie, nie tym: „Niech Bóg błogosławi Polsce niech żyje Polska”, bo tak;  niech Bóg błogosławi Polsce, ale niech chroni ją przede wszystkim przed szaleńcami owładniętymi skazą/ genem(?) nienawiści dla samej nienawiści (jak sztuką dla sztuki) i tak „Niech żyje Polska”, ale niech żyje wolna od serwilistów- podżegaczy wojennych na usługach wszelkiego i wszechobecnego geo-global- draństwa.

W tym ostatnim, jak prezydent mówił, punkcie omówienia swojej rocznej pracy na urzędzie, postanowił pan Nawrocki wykluczyć mnie z zaszczytu bycia Polakiem, tak wiem, jestem Polką, a on mówił o Polakach ( „i w ogóle nas Polaków to nie boli”) więc może kobiet to nie dotyczy, ale jednak postanowił wykluczyć mnie, bo mówiąc również, jak domniemać się ośmielam, w moim imieniu, wszak prezydentem nas wszystkich twierdzi, że jest, dokonał nadużycia kompetencji, wyraził w moim imieniu (nie pytając mnie o zdanie) tezę, że mnie nie boli, gdy sobie jedni drugich MORDUJĄ. Bo jeśli prezydent, jak rozumiem,  klasyfikuje przynależność do narodu skalą: – mordowanie (wskazanych do likwidacji) nie boli, to czuję się wykluczona, tak mam, czy się prezydentowi podoba, czy się nie podoba, że mnie mordowanie jednych przez drugich boli, a nakazywanie mi, iż ma mnie nie boleć (bo są warci i niewarci bólu) jest pogwałceniem moich praw to raz, a dwa, moja niezgoda z tym nakazem jest próbą  wykluczenia mnie z przynależności do narodu, z którego moje korzenie! Na to mojej zgody nie ma i nie będzie!

Bo nie takiego chcę świata, który przyzwala na mordowanie w ogóle, a już na pewno nie takiego, który przyzwala, a wręcz zachęca, czy oferuje pomocnictwo w mordowaniu kogokolwiek i to w imię geo-global- zwyczajnego draństwa, chciejstwa, maccartyzmu, czy innego -yzmu/izmu, hegemonii, czy wreszcie globalizmu.

I nie, nie będę rozwodzić się nad tym skąd korzenie wyrastają wojny na Ukrainie, każdy kto ma przynajmniej odrobinę rozeznania i trzeźwego spojrzenia na  geo-global  trendy, dążenia, procesy, doskonale wie czym jest wojna na Ukrainie i że to „proxy wojna”, i wie w czyim interesie, na czyje zamówienie. Bibliografii i poważnych nazwisk omawiających te procesy jest wystarczająco wiele, wystarczy sięgnąć. Kto natomiast nie wie, bo zwyczajnie nie chce wiedzieć, bo bezrefleksyjnie przyjmuje to co mu wiedzieć wyrobnicy, politycy, słudzy globalistów etc. itd. każą,  ten pewnie przyklaśnie prezydentowi na jego „niech sobie mordują” i nie będzie go to bolało, a dodatkowo może i poprosi Boga o błogosławieństwo w tym „dziele”, a ja wstrzymam się przed ocenami takich postaw, ja tylko pod rozwagę, przewrotnie ( wielu powie jak śmiem zrównywać – ano śmiem i nie zrównuję, a mechanizm wskazuję)  zapytam:  A co jeśli w  imię jakichś tam swoich „racji” (a ponoć mieli je uprawnione- tak przynajmniej tłumaczą)  tam na Wołyniu, w Małopolsce Wschodniej, na Polesiu i Lubelszczyźnie Ukraińcy  tak właśnie tłumaczyli bandytów z UPA  „ niech sobie mordują tych Polaków, bo tam, gdzie się bije Polaka, tam Ukrainiec pomaga  i w ogóle nas Ukraińców to nie boli” , to te „racje” były wystarczające do aktów morderstw, do pomocnictwa, do podżegania? To i może te „racje” są dziś do obrony? Dlaczego nie?!

A co jeśli  w  imię jakichś tam swoich „racji” (a ponoć mają je uprawnione- tak przynajmniej tłumaczą)  tam w Gazie, na Zachodnim Brzegu Jordanu ,w Libanie, w strefach przygranicznych z  Syrią i w Iranie, rząd Izraela tak właśnie tłumaczy: „ niech sobie mordują tych Palestyńczyków, Libańczyków, Syryjczyków, Irańczyków…, bo tam, gdzie się bije Palestyńczyka, Libańczyka, Syryjczyka, Irańczyka, tam Izrael pomaga  i w ogóle nas Żydów to nie boli” to te „racje” są wystarczające do aktów morderstw, do pomocnictwa, do podżegania? To i te „racje” są dziś do obrony? Dlaczego nie?!

I można by jeszcze wiele, wszak „racji” w świecie ile państw,  tylko po co, a raczej czemu to ma służyć?! I co gorsze, dlaczego ma nie boleć?!!!

Że niby w polskich realiach, w ramach zwyczajnej, bezrefleksyjnej rusofobii i tych wszystkich „racji”, które każą pielęgnować ją, karmić nią społeczeństwo jak tlenem, zatruwać nią ogląd na real geo-global draństwa, by tłumaczyć i przykrywać nią hipokryzję oszalałych z chęci dominacji nad światem posiadaczy fortun, że niby nam wolno więcej? I to w imię i z błogosławieństwem (na wezwanie) Boga?!

I, że mnie tę, z rodu Polaków, która hołduje zasadzie „nie ma drogi do pokoju, to pokój jest drogą” i drugiej „nie czynić nikomu tego co mi samej niemiłe”, ma nie boleć, że ktoś namawia kogoś do mordowania człowieka tylko dlatego, że jakiś -izm nas różni, jakaś ideologia i jakieś „racje”?

Otóż Panie prezydencie mnie, Polkę, z krwi i kości takie podejście boli, mord boli, mord dla mordu szczególnie boli, tak jak boli iż Prezydent mojej Ojczyzny pochwala, zezwala, podżega i obiecuje pomocnictwo w zwyczajnym zezwierzęceniu. Gdyby zamiast „mordują” padło słowo zabijają też uznałabym za szczucie, ale to mieści się w kanonie ; jest wojna, ludzie się wzajemnie zabijają (pominę, że czynią to na polecenie tych, którzy mają swoje „racje”, a ludzkie życie mają za nic ). Padło wyraźnie „niech sobie mordują” (wspomnę, że na widowni widziałam księży- bili. o zgrozo – brawo).  Domagać się śmierci, nakłaniać do mordu na kimś wskazanym do tego, by go powszechnie (delikatnie mówiąc) nie lubić, a dosadnie na wskazanym do tego, wytypowanym, by go nienawidzić, to panie  Prezydencie  zwyczajny moralny upadek … i nie, nie tych, których się do przestępstwa wzywa (nawet jeśli psychologia tłumu tłumaczy w danej chwili aplauz), to upadek moralny wzywającego – to zwyczajne zezwierzęcenie. (Coś Pan wspominał o Wołyniu … zachęcam do spojrzenia w lustro).  Był czas i momenty, że prezydent Nawrocki zyskał nić mojej sympatii, a i za niektóre decyzje nić szacunku. Pękły jak mydlana bańka, myślę, że bezpowrotnie.

Bożena Gaworska-Aleksandrowicz

Przyjdą po nas

Przyjdą po nas

Biały Dom odkrywa więcej „komunistów” i terrorystów

Filip Giraldi

W Ameryce Donalda Trumpa możesz budzić się każdego ranka, przeglądać nocne nagłówki w internecie i odkrywać coś nowego i ekscytującego. W zeszłym tygodniu mieliśmy do czynienia z mieszanką (odnowionej) wojny z Iranem i skomplikowanych zachowań w innych kwestiach, podczas gdy prezydent Trump zdaje się celować w swoich wrogów w kraju i za granicą. Sekretarz obrony USA Pete Hegseth z zadowoleniem przyjmuje eskalację globalnego chaosu. Spodziewa się wzrostu przemocy podżeganej przez USA i nakazał badanie poziomu testosteronu u żołnierzy, personelu sił powietrznych, marynarzy i żołnierzy piechoty morskiej.

„Hegseth argumentuje, że ten środek, który ma stać się częścią rutynowych badań lekarskich żołnierzy po 30. roku życia, zapewni optymalną sprawność i długoterminowy stan zdrowia żołnierzy… Posunięcie to wpisuje się w koncentrację Hegsetha na wyglądzie i męskości, którą jeden z demokratów określił w tym tygodniu mianem „homoerotycznej”.

Osoby, którym brakuje wystarczającego poziomu hormonów „męskich cech”, są uznawane za niezdolne do walki, ponieważ zabójcze instynkty pielęgnowane przez Hegsetha wymagają pewnego poziomu wściekłości. Niektórym żołnierzom może zostać zaproponowana terapia w celu podniesienia poziomu hormonów.

I być może nie jest to aż tak zaskakujące, że znaczna część codziennych wiadomości zdaje się koncentrować na „najlepszym przyjacielu i najbliższym sojuszniku” Ameryki – Izraelu. Jedną z największych ironii w rywalizacji między Izraelem a resztą świata jest to, że Stary Testament, „Tora”, jest regularnie cytowany przez Waszyngton i media krajowe, aby usprawiedliwić wszystkie działania państwa żydowskiego. Dzieje się tak, mimo że poza uporczywą mitologią przeplatającą się z fantazją o Holokauście, mającą na celu podtrzymanie mitu „wybraństwa”, biblijna Judea ma niewiele wspólnego ze współczesnym Izraelem.

W rzeczywistości Judea przestała istnieć jako państwo w 70 roku n.e. [AD md] , kiedy Rzymianie zniszczyli ją, w tym Drugą Świątynię w Jerozolimie, po której nie zachował się żaden materialny ślad, i zmusili Żydów do wygnania. Następnie terytorium dzisiejszej Palestyny ​​znajdowało się pod władzą różnych mocarstw, w tym Rzymu, Bizancjum, muzułmańskich Arabów, chrześcijańskich Europejczyków, Mameluków, Turków i Brytyjczyków, aż do utworzenia państwa żydowskiego w 1948 roku z przyczyn politycznych.

Oznacza to, że przez prawie 1900 lat nie istniał ani „Izrael”, ani naród żydowski, a obecność Żydów w regionie, z którego narodził się judaizm, była marginalna. Nie istniał żaden historyczny nakaz przesiedlenia grupy cudzoziemców, których jedyną wspólną cechą była religia, której wielu z nich nie praktykowało, na ziemię, której rodzima ludność, zamieszkująca ją przez dwa tysiąclecia pod obcymi rządami chrześcijańskimi i muzułmańskimi, zaczęła się wyludniać.

Niedawni prezydenci USA próbowali przedstawiać brutalną izraelską opresję i okupację rzekomo sąsiedniego państwa Palestyny ​​jako całkowicie akceptowalne. Wynika to w dużej mierze z nonsensów rozpowszechnianych przez grupę amerykańskich fundamentalistów, często określanych mianem chrześcijańskich syjonistów. Oderwany od rzeczywistości ambasador USA w Izraelu, Mike Huckabee, najlepiej uosabia tę grupę. Ci ludzie czczą żydowską Biblię, jak można by rzec, i interpretują ją jako „wyjaśnioną” przez XIX-wieczną Biblię Scofielda. Huckabee posuwa się nawet do absurdalnego stwierdzenia, że ​​„bez Izraela, bez żydowskich fundamentów, nie byłoby Ameryki”.

Niestety, chrześcijańscy syjoniści są silnie reprezentowani w południowych i niektórych środkowo-zachodnich stanach tzw. Pasa Biblijnego i niezawodnie wybierają członków Kongresu, a nawet prezydentów, którzy priorytetowo traktują Izrael. W ten sposób mamy potwory takie jak Teksańczyk Ted Cruz, pochodzący z Arkansas Tom Cotton i niedawno zmarły mieszkaniec Karoliny Południowej Lindsey Graham, którzy dyktują politykę zagraniczną. I mamy prezydentów takich jak Joe Biden i Donald Trump, których niezwykła lojalność wobec Izraela powinna zostać zakwestionowana podczas ich kampanii!

Najnowszą próbą Kongresu USA, mającą na celu dalsze nasilenie nietolerancji Izraela wobec chrześcijan i muzułmanów, z którymi ma on dzielić dawną Palestynę, jest niedawno uchwalona poprawka do konstytucji, domagająca się równych praw do modlitwy dla Żydów na Wzgórzu Świątynnym w Jerozolimie. Na Wzgórzu znajduje się Meczet Al-Aksa, jedno z trzech najświętszych miejsc islamu, które według tradycji jest miejscem, w którym Mahomet został wzięty przez Allaha do nieba. Podczas powstania Izraela w 1948 roku, Jerozolima została uznana przez Organizację Narodów Zjednoczonych za miasto międzynarodowe dla wszystkich wyznań. Wzgórze było uważane za miejsce szczególne dla muzułmanów, a wyznawcy innych religii mieli do niego jedynie ograniczony dostęp.

W ostatnim czasie w Izraelu wielokrotnie pojawiały się apele ekstremistycznych polityków żydowskich o otwarcie Wzgórza. Niektórzy wzywali nawet do budowy żydowskiej Trzeciej Świątyni, a bardziej radykalne żądania posunęły się tak daleko, że domagały się całkowitego zburzenia Meczetu Al-Aksa. Zbiegło się to z nasileniem prześladowań, a nawet zamknięciem kościołów i meczetów w innych częściach miasta, z wyraźnym zamiarem uczynienia z Jerozolimy bardziej ekskluzywnej dzielnicy żydowskiej. Trump i jego zwolennicy oczywiście nie sprzeciwiali się żydowskiemu aktywizmowi, mimo że chrześcijanie są aktywnie prześladowani i odmawiani im dostępu do kościołów i miejsc świętych.

Niezależnie od Izraela, poglądy Amerykanów, którzy cenią prawo do wolności słowa gwarantowane przez Pierwszą Poprawkę, powinny być szczególnie niepokojące, biorąc pod uwagę autorytarny kierunek, jaki obiera rząd federalny. Należy wziąć pod uwagę potępienia „komunistów” i „terrorystów” przez Trumpa i jego doradcę ds. bezpieczeństwa narodowego i sekretarza stanu Marco Rubio w zeszłym tygodniu, zwłaszcza tych przeważająco postępowych sił, które wydają się być na czele sprzeciwu wobec rzekomo postępowej polityki promowanej przez Biały Dom. Wydaje się, że dominuje przekonanie, że takie etykietowanie przeciwników zapewni zwycięstwo w nadchodzących wyborach uzupełniających w listopadzie, w których Demokraci są oczerniani jako antyizraelscy, między innymi. Co więcej, ma to na celu ułatwienie celowej deportacji lub uwięzienia takich osób w celu ich uciszenia, tak jak dzieje się to już w przypadku zagranicznych studentów na amerykańskich uniwersytetach.

Jeśli chodzi o obecne wydarzenia, uruchomienie przez Trumpa mało znanego sądu deportacyjnego dla „zagranicznych terrorystów” prawdopodobnie daje prezydentowi i jego zwolennikom nowe narzędzie do oczyszczania kraju z każdego, kto mógłby sprzeciwiać się zabijaniu ludzi bez procesu konstytucyjnego lub prawnego, jak miało to miejsce na Karaibach, w Iranie i Sudanie. Nie żeby Trump potrzebował nowego sądu, biorąc pod uwagę jego lekceważenie praworządności i częste arbitralne działania w napadach gniewu, karzące zarówno obywateli amerykańskich, jak i cudzoziemców.

Rozważmy na przykład niedawne aresztowanie obywatela amerykańskiego podróżującego po Hiszpanii. Jak donosi „Guardian”, hiszpańskie władze aresztowały w zeszły piątek na Ibizie 41-letniego obywatela USA Jamesa Chambersa, bogatego darczyńcę lewicowych i humanitarnych projektów na całym świecie, na prośbę Stanów Zjednoczonych. Został on przeniesiony do więzienia w Madrycie. Według rzecznika hiszpańskiego Sądu Najwyższego, Departament Sprawiedliwości USA pod rządami Trumpa ubiega się o jego ekstradycję za rzekome wsparcie finansowe Hamasu. Jest to pierwszy znany przypadek, w którym Stany Zjednoczone wystąpiły o ekstradycję obywatela pod zarzutem wspierania Hamasu. Wydarzenia te mają miejsce w tym samym czasie, gdy sekretarz stanu USA Marco Rubio zwołał w tym tygodniu konferencję z udziałem przedstawicieli 66 krajów – w tym Hiszpanii – mającą na celu zdyskredytowanie działań lewicy jako aktów terroryzmu.

W rzeczywistości Hamas jest oczywiście legalnym ruchem oporu, a o terroryzm powinni zostać oskarżeni Izraelczycy, przede wszystkim premier Benjamin Netanjahu, gdyby odważył się odwiedzić ONZ w Nowym Jorku w sierpniu. Jednak ten fakt wydaje się nie przeszkadzać Donaldowi Trumpowi i Marco Rubio. Można jedynie przypuszczać, że administracja Trumpa w ciągu najbliższych trzech miesięcy znacząco skręci w prawo i zaklasyfikuje wszystkich krytyków jako zagrożenie dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. Początkowo w centrum uwagi będą cudzoziemcy w USA, ale mechanizm ten można łatwo rozszerzyć, aby objąć nim wszystkich krytyków lub zwolenników grup oporu, tak jak stało się to z obywatelem USA Jamesem Chambersem w Hiszpanii. Łatwo jest zaangażować Kongres lub doprowadzić do uznania organizacji przez Biały Dom za „terrorystyczną”, a ci, którzy wspierają ją w oporze wobec polityki USA, zostaną ukarani.

Dokładnie to się stanie, jeśli my, ludzie, nie zjednoczymy się teraz i nie położymy temu kresu!

Źródło: Przyjdą nas zabrać

Dlaczego wojny na Ukrainie nie da się zrozumieć bez zrozumienia handlu instrumentami pochodnymi

Dlaczego wojny na Ukrainie nie da się zrozumieć bez zrozumienia handlu instrumentami pochodnymi

Dirk Ellerbrock apolut/warum-der-ukraine-krieg-ohne-den-derivatehandel-nicht-zu-verstehen-ist

Dlaczego wojny na Ukrainie nie da się zrozumieć bez zrozumienia handlu instrumentami pochodnymi | Autor: Dirk Ellerbrock

Artykuł Dirka Ellerbrocka.

W styczniu 2026 roku konsorcjum pod przewodnictwem firmy inwestycyjnej TechMet i Ronalda S. Laudera, jednego z najbliższych powierników Donalda Trumpa, otrzymało kontrakt na jedno z najcenniejszych, niewykorzystanych złóż litu w Europie.

Złoże, zwane Dobra, znajduje się w obwodzie kirowohradzkim w środkowej Ukrainie i szacuje się, że zawiera od 80 do 105 milionów ton litu. W czerwcu Rada w Kijowie uchwaliła poprawki do ustawy, które wprowadziły w życie podpisaną w kwietniu i ratyfikowaną w maju umowę surowcową między USA a Ukrainą: połowa wszystkich przyszłych dochodów z nowych koncesji wydobywczych trafi do wspólnego funduszu z Waszyngtonem. Czytelnicy doniesień usłyszą przede wszystkim żargon ekonomiczny – kwoty inwestycji, łańcuchy wartości, surowce kluczowe dla transformacji energetycznej.

Nie wspomina się jednak o historii. A ta historia jest prawdziwa.

Podobnego przedsięwzięcia dokonano już trzynaście lat wcześniej, w niemal tym samym miejscu, tylko z innymi logotypami firm. W styczniu 2013 roku w Davos prezydent Ukrainy Wiktor Janukowycz i prezes Shell Peter Voser podpisali pięćdziesięcioletni kontrakt na zagospodarowanie złoża gazu łupkowego Juciwska w obwodach charkowskim i donieckim – inwestycję o wartości dziesięciu miliardów dolarów – w obecności ówczesnego premiera Holandii Marka Ruttego. Wkrótce potem Chevron zabezpieczył podobne roszczenia na zachodzie kraju, a konsorcjum pod przewodnictwem Exxon Mobil zabezpieczyło podobne roszczenia u wybrzeży Morza Czarnego. Łączna kwota zadeklarowanych inwestycji przekroczyła trzydzieści miliardów dolarów. Prezydent Ukrainy mówił o „wielkim wydarzeniu”, jakby obie firmy były ze sobą powiązane.

To, co wydarzyło się później, jest dobrze znane, ale rzadko przytaczane w tym kontekście: bogate w gaz regiony Krymu i wschodniej Ukrainy, niczym w żadnym innym miejscu, oparły się zamachowi stanu z lutego 2014 roku. W Słowiańsku, Kramatorsku i innych punktach dostępu do złoża Juciwskiego mieszkańcy okupowali ratusze. W ciągu kilku tygodni bogaty w surowce region przekształcił się w strefę działań wojennych. Powstanie w Donbasie pozbawiło zachodnie korporacje dokładnie tego, co właśnie zapewniły sobie w Davos – możliwości przekształcania surowców w wymierne zabezpieczenia.

To sformułowanie nie ma charakteru metaforycznego. Jak można obecnie udokumentować, był to język samych osób zaangażowanych w zamach. 18 marca 2014 roku, trzy tygodnie po upadku Janukowycza, skazany przestępca seksualny i pośrednik finansowy Jeffrey Epstein napisał krótki e-mail do Ariane de Rothschild, wówczas członkini zarządu genewskiego banku Edmond de Rothschild Group, w sprawie sytuacji na Ukrainie. W istocie, te wstrząsy otworzyły „wiele możliwości”.

Wiadomość jest częścią akt Epsteina, opublikowanych przez Departament Sprawiedliwości USA na początku 2026 roku i nie była wcześniej publikowana. Nie dowodzi ona, że ​​Epstein lub Rothschild zorganizowali zamach stanu – nie ma na to dowodów, a takie twierdzenie nie byłoby konieczne. Ujawnia coś znacznie poważniejszego i właśnie dlatego bardziej pouczającego: że w ośrodkach finansowych związek między wstrząsami politycznymi a dostępem do zabezpieczeń był uważany za coś oczywistego, w czasie rzeczywistym, jako część normalnej, codziennej działalności, na długo zanim ktokolwiek zaczął mówić o gospodarce wojennej.

Pytanie, które nasuwa się po tym, ma charakter strukturalny: dlaczego rynki finansowe w ogóle potrzebują surowców w ziemi jako „zabezpieczenia”? Odpowiedź leży w samym rynku instrumentów pochodnych. Od momentu otwarcia międzynarodowego rynku usług finansowych na mocy Protokołu WTO z 1997 roku, który wszedł w życie w 1999 roku i zniósł rozdział banków oszczędnościowych od inwestycyjnych we wszystkich 156 państwach członkowskich, pozagiełdowy handel instrumentami pochodnymi stał się jednym z najbardziej skoncentrowanych i dochodowych sektorów na świecie, kontrolowanym przez garstkę dużych banków z siedzibą w londyńskim City – jednostce administracyjnej z własnym burmistrzem, policją i systemem wyborczym, który przydziela głosy firmom na podstawie liczby pracowników.

Ta machina funkcjonuje tylko tak długo, jak długo jest stale zasilana nowymi, cennymi zabezpieczeniami: ropą naftową, gazem ziem rzadkich, metalami ziem rzadkich i litem. Jeśli podaż się nie zmaterializuje, istnieje ryzyko dodatkowych żądań kapitału, wymuszonej sprzedaży i ostatecznie załamania, jak to miało miejsce w 2008 r., kiedy to sekurytyzowane nieruchomości śmieciowe zamiast zasobów mineralnych, ale według tego samego mechanizmu.

[Aktywa sekurytyzowane to prawa lub długi (np. kredyty, pożyczki), które zmieniono w papiery wartościowe. Banki lub firmy łączą te długi w grupy. Potem sprzedają je innym inwestorom, aby szybko zdobyć gotówkę i uwolnić miejsce w swoim bilansie. md]

Konflikt w Donbasie w 2014 roku nie był zatem sporem peryferyjnym, lecz naruszeniem bezpieczeństwa. To, co nastąpiło, było logiczne, jeśli podążymy za tą logiką do samego końca: pożyczka MFW w wysokości 17 miliardów dolarów dla nowego rządu w Kijowie w kwietniu 2014 roku, zmobilizowana pod wyraźną presją zachodnich kredytodawców, by odzyskać kontrolę nad wschodem i południem. Wizyta ówczesnego dyrektora CIA Johna Brennana w Kijowie kilka dni wcześniej, którą Biały Dom potwierdził po przeprowadzeniu dochodzenia, a jednocześnie zmobilizowano 60-tysięczną Gwardię Narodową pod dowództwem szefa ochrony Andrija Parubija.

Powołanie Huntera Bidena do zarządu największej prywatnej ukraińskiej firmy energetycznej, Burismy, w maju 2014 roku, kilka tygodni po wizycie jego ojca w Kijowie, podczas której ojciec zobowiązał się do wsparcia nowego rządu w „realizacji” kontraktów energetycznych podpisanych w 2013 roku. Każde z tych wydarzeń jest udokumentowane i możliwe do indywidualnego wyjaśnienia. Łącznie ujawniają one pewien schemat: próbę wymuszenia, za pomocą środków politycznych i polityki bezpieczeństwa, tego, czego nie można już było kupić swobodnie za pomocą środków ekonomicznych.

Dwanaście lat i pełnowymiarowa wojna później, właśnie to zostało osiągnięte – tyle że teraz nie poprzez umowy o podziale produkcji między poszczególnymi korporacjami a ukraińskim rządem, ale poprzez traktat międzyrządowy, który na stałe wiąże część ukraińskich dochodów z surowców ze wspólnym funduszem z Waszyngtonem. Różnica w stosunku do 2013 roku nie polega na istocie, ale na stopniu przejrzystości. Wtedy kadra kierownicza korporacji negocjowała z prezydentem w Davos; dziś dostęp jest zagwarantowany w ustawodawstwie Rady. Około jedna piąta ukraińskich zasobów mineralnych, w tym znaczne części Donbasu, znajduje się obecnie pod kontrolą Rosji – co oznacza, że ​​to sama linia frontu decyduje, które złoża mogą nadal służyć jako zabezpieczenie funduszu. Wojna przerysowała mapę możliwości eksploatacji, a to, co pozostało, jest teraz rejestrowane, a pierwszym beneficjentem jest inwestor powiązany z Trumpem.

Każdy, kto twierdzi, że to jedynie legalna dyplomacja gospodarcza, nie rozumie istoty rzeczy. Legalna dyplomacja gospodarcza nie szuka zabezpieczenia pod ostrzałem artyleryjskim. Fakt, że dzieje się tak od 2014 roku, a w jeszcze bardziej zintensyfikowanej formie od 2022 roku, jest prawdziwym skandalem – nie ze względu na moralne ułomności jednostek, ale ze względu na immanentną logikę systemu, który nie jest już w stanie utrzymać własnego długu bez ciągłego dostępu do nowych zabezpieczeń. Od czasu uchwalenia ustawy Big Bang Act z 1986 roku londyńskie City zbudowało swoją infrastrukturę właśnie w tym celu: polisy ubezpieczeniowe na wypadek wojny w Lloyd’s, które od 1898 roku mogą pobierać wygórowane składki w przypadku wojny, oraz wolumen instrumentów pochodnych, który obecnie stukrotnie przekracza realną gospodarkę. Ta machina nie zmierza w kierunku coraz to nowych konfliktów dlatego, że jej zarządcy chcą wojen. Zmierza w ich kierunku, ponieważ system się załamie, jeśli tego nie zrobi.

Zwrot „Wojny to wojny bankierów” oddaje to powiązanie zbyt lakonicznie, by być precyzyjnym – sugeruje celowy plan, w którym w rzeczywistości działa ograniczenie strukturalne, uniemożliwiające poszczególnym aktorom podejmowanie decyzji, a zmuszające ich jedynie do ich realizacji. To właśnie czyni sytuację bardziej niebezpieczną, a nie mniej: plan można by zatrzymać, odsuwając planistów. Ograniczenie strukturalne, które stale domaga się nowych gwarancji, nie znika wraz ze zmianą personelu w Urzędzie Kanclerza lub Białym Domu. Po prostu przenosi się na kolejny front – z Bagdadu, przez Donbas, do Teheranu i, jak pokazuje sprawa Dobrej, z powrotem na Ukrainę, gdzie rachunek z 2013 roku jest teraz płacony, z dwunastoletnim opóźnieniem i z wieloma ofiarami śmiertelnymi.



+++

Źródło obrazu: John Wreford / shutterstock

+++

Źródła:

Dobra Lithium / Umowa o surowcach USA-Ukraina 2025/26
Ukrainska Pravda (angielski), 12 stycznia 2026 r. – Wyrok dla Dobra Lithium Holdings JV (TechMet/Rock Holdings): https://www.pravda.com.ua/eng/news/2026/01/12/8015797/

S&P Global Commodity Insights, 12 stycznia 2026 r. – Rezerwy, kwota inwestycji (179 mln USD), struktura PSA: https://www.spglobal.com/energy/en/news-research/latest-news/metals/011226-techmet-rock-holdings-jv-wins-rights-for-dobra-lithium-deposit-in-ukraine

Mining.com, 11 marca 2025 r. – połączenie TechMet/Lauder, udziały DFC w TechMet: https://www.mining.com/us-backed-techmet-eyes-ukraine-lithium-asset/

Transakcje Shell/Chevron/Exxon 2012/2013
BBC, 24 stycznia 2013 r. – Transakcja Shell-Ukraina, zdjęcia Rutte/Voser/Yanukovytsch w Davos: https://feeds.bbci.co.uk/news/world-europe-21191164

IndustryWeek, 25 stycznia 2013 r. – Podpisanie, cytat Janukowycza: https://www.industryweek.com/operations/energy-management/article/21959351/shell-ukraine-in-10-billion-shale-gas-deal

OSW Ośrodek Studiów Wschodnich, 30 stycznia 2013 r. – Struktura własnościowa złoża Nadra-Juzivska, przegląd wszystkich trzech złóż (Juzivska/Oleska/Skifska) wraz z lokalizacją: https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2013-01-30/ukraines-agreement-shell-shale-gas-extraction

2B1st Consulting – alokacja geograficzna Oleska (Zachód) kontra Juzivska (Wschód): https://2b1stconsulting.com/shell-to-break-gazprom-gas-monopoly-in-ukraine /

Pożyczka MFW, kwiecień 2014 r.
Komunikat prasowy MFW (program kontynuacyjny 2015 r., z przeglądem): https://www.imf.org/en/news/articles/2015/09/14/01/49/pr15107

CNBC, 30 kwietnia 2014 r. – deklaracja 17 miliardów dolarów: https://www.cnbc.com/2014/04/30/imf-approves-17-billion-loan-package-for-ukraine.html

Fundacja Jamestown, maj 2014 r. – Szczegóły wypłaty: https://jamestown.org/imf-approves-17-billion-loan-for-ukraine/

E-mail Rothschild-Epstein (marzec 2014 r., opublikowany na początku lutego 2026 r.)
RT, 2 lutego 2026 r. – Treść, klasyfikacja, kontekst Komunikat Departamentu Sprawiedliwości: https://www.rt.com/news/631852-ukraine-opportunities-epstein-rothschild/

IBTimes UK, 20 lutego 2026 r. – dodatkowy kontekst (kontrakt o wartości 25 milionów dolarów z 2015 r., dokumenty Departamentu Sprawiedliwości): ibtimes.co.uk/epstein-rothschild-email-payment-documents

euvsdisinfo.eu/report/the-coup-in-ukraine-should-provide-many-opportunities-jeffrey-epstein-said/

Końcowy cel działań Izraela na Zachodnim Brzegu: Osadnicy, żołnierze i państwo działają jako jedność

Końcowy cel działań Izraela na Zachodnim Brzegu: Osadnicy, żołnierze i państwo działają jako jedność.

Wydarzenia w mieście Tell niedaleko Nablusu świadczą o wojnie lądowej, której celem było uniemożliwienie stałej obecności Palestyńczyków.

Mohammad al-Ayoubi

W palestyńskim mieście Tell, na południowy zachód od Nablusu, mieszkańcy próbowali odeprzeć zbrojny atak osadników. Ich reakcja została szybko wykorzystana do uzasadnienia kary zbiorowej. Armia zablokowała drogi dojazdowe, a osadnicy atakowali domy i mienie – obie strony realizowały tę samą kampanię wywłaszczenia. Atak na Tell uwypuklił kampanię, która już trwała na całym okupowanym Zachodnim Brzegu.

Abdullah Abu Rahma, dyrektor akcji społecznej w Komisji ds. Oporu wobec Muru i Osiedli, powiedział portalowi The Cradle , że przemoc była częścią planu wdrażanego zgodnie z ustalonym harmonogramem:

„Prawdą jest, że ataki w ostatnich dniach znacznie wzrosły pod względem liczby męczenników, zniszczeń mienia i ograniczeń swobody przemieszczania się. Stanowią one jednak część szerszego planu, który został opracowany lata temu. Wydarzenia w Tell dały rządowi Benjamina Netanjahu polityczny i medialny pretekst do przyspieszenia tego, co już zaplanowano. Wykorzystano je, aby wmówić własnemu społeczeństwu, że działania przeciwko Palestyńczykom były uzasadnione”.

Liczby ilustrują skalę tej kampanii. Komisja ds. Kolonizacji i Oporu wobec Muru odnotowała łącznie 11 074 ataki sił izraelskich i osadników w pierwszej połowie 2026 roku. Z tego 3488 zostało dokonanych przez osadników, w tym napady na wioski, podpalenia, strzelaniny, kradzieże ziemi i zakładanie nowych placówek osiedlowych. Według komisji, w tych atakach osadnicy zabili 17 Palestyńczyków.

Okupowany Zachodni Brzeg jest również coraz bardziej rozdrobniony na coraz mniejsze enklawy. Biuro Narodów Zjednoczonych ds. Koordynacji Pomocy Humanitarnej (OCHA) odnotowało łącznie 925 przeszkód w przemieszczaniu się do grudnia 2025 roku, w tym 89 stałych punktów kontrolnych, 218 punktów kontrolnych częściowo obsadzonych i 232 blokady drogowe.

Analiza danych ONZ przeprowadzona przez Oxfam ujawniła, że ​​między 2023 a końcem 2025 roku siły izraelskie lub osadnicy zabili łącznie 1244 Palestyńczyków. W tym samym okresie prawie 46 000 Palestyńczyków zostało przymusowo przesiedlonych – w porównaniu z nieco ponad 13 000 w ciągu poprzednich 14 lat.

Według dr. Mohammada Halsy, eksperta ds. Izraela, przemocy nie można postrzegać jako łańcucha odizolowanych reakcji:

„Jest to część szeroko zakrojonego programu ideologicznego rządzącej prawicy, która postrzega całą ziemię palestyńską jako wyłączną własność Żydów i uważa, że ​​obecny moment jest najodpowiedniejszy, aby przejść od „zarządzania konfliktem” do jego ostatecznego „rozwiązania”. Ma to na celu naprawienie „historycznego błędu” rzekomo popełnionego przez Ben-Guriona w 1948 roku, kiedy to kilku tysiącom Palestyńczyków pozwolono pozostać w kraju”.

Tell i anatomia przejęcia ziemi

Suleiman Bisharat, dyrektor Centrum Yabous, i Abu Rahma odrzucają pogląd, że Tell stanowi nagły punkt zwrotny. Zamiast tego postrzegają te wydarzenia jako element wzorca przemocy osadników, która nasiliła się na okupowanym Zachodnim Brzegu od 2024 roku.

Aktywista społeczny Ahmad Ayyash idzie jeszcze dalej, wyjaśniając dla The Cradle :

„To, co się dzieje, to nie „ataki osadników pod ochroną armii”, jak się często twierdzi, ale ataki przeprowadzane wspólnie z armią – nie pod jej ochroną. Między nimi istnieje niezwykle ścisła współpraca. Osadnicy i armia izraelska nie są odrębnymi podmiotami, lecz dwoma ramionami tego samego projektu”.

Zdaniem Ayyasha Tell mogło jednak stanowić punkt zwrotny – albo jako początek silniejszego oporu przeciwko osadnikom i armii, albo jako preludium do nowych form oporu przeciwko okupacji.

Odnosząc się do niedawnego incydentu, Abu Rahma stwierdził:

„To, co się stało, było samoobroną. Nagrania wideo pokazują, że ofiary zostały zabite albo przez ogień wojska, albo przez samych osadników. Zdobycie broni było jedynie chwilowym zaniedbaniem, a nie zaplanowanym działaniem”.

Agencja Reuters podała, że ​​konfrontacja rozpoczęła się po tym, jak uzbrojeni osadnicy zbliżyli się do wioski. Na nagraniu wideo widać Palestyńczyka chwytającego karabin, zanim został zastrzelony.

Eliminacja modelu oporu

Ayyash uważał, że zaciekłość izraelskiej reakcji miała na celu uniemożliwienie Tell stania się wzorem dla innych palestyńskich społeczności. Okupant nie może pozwolić, aby skuteczna samoobrona była postrzegana jako czynnik odstraszający przed przyszłymi atakami osadników.

„Jeszcze przed 7 października okupanci próbowali zniszczyć palestyński model i wizerunek bojownika ruchu oporu – tak jak wcześniej robiono to w obozach Nour Shams, Tulkarm i Dżanin, gdzie zmieniono geografię, zniszczono środowisko ruchu oporu, a nawet usunięto pomniki męczenników”.

Zbiorowa kara dla Tella posłużyła zatem również jako ostrzeżenie dla innych społeczności palestyńskich: ci, którzy bronią się przed atakami osadników, muszą liczyć się z całą siłą okupacji.

Uczynienie życia Palestyńczyka niemożliwym

Ayyash opisuje ten proces jako transformację demograficzną, która manifestuje się inaczej w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu. W Strefie Gazy codzienne życie ulega przekształceniom poprzez kontrolę nad tym, jakie towary wwożone są do Strefy Gazy, a jakie nie.

Już w styczniu 2026 r. udokumentowano niedobory wołowiny, drobiu, produktów higienicznych i innych podstawowych dóbr, co przypisywano izraelskim ograniczeniom importowym.

Według Ayyash, ta sama logika jest wdrażana na okupowanym Zachodnim Brzegu poprzez systematyczne przesiedlenia. Datuje przyspieszenie tej kampanii na rok 2024 – osiem miesięcy po rozpoczęciu wojny w Strefie Gazy – i przypomina sobie reklamy wzdłuż obwodnic z hasłem:

„W Palestynie nie ma przyszłości”.

Ich celem było przekonanie Palestyńczyków, że godne życie na ich ziemi nie jest już możliwe i że muszą szukać przyszłości gdzie indziej.

Społeczności beduińskie i pasterskie zostały szczególnie dotknięte. OCHA informuje, że ataki osadników i związane z nimi ograniczenia dostępu spowodowały przesiedlenie łącznie 6200 Palestyńczyków ze 119 społeczności w okresie od stycznia 2023 r. do czerwca 2026 r., w tym ponad 3600 osób z 46 całkowicie ewakuowanych społeczności.

Według Ayyash, presja ta prowadzi obecnie do migracji wewnętrznej z odległych wiosek i osiedli do miast w Strefie A. Ograniczenia w przemieszczaniu się, napady, kradzieże bydła, nieurodzaj oraz niszczenie dróg i infrastruktury odcinają społeczności od zasobów, których potrzebują, aby pozostać na swoich ziemiach. Gdy te warunki staną się nie do zniesienia, obszary te zostaną wyludnione i otwarte na wywłaszczenie ziemi.

Dwa ramiona tego samego projektu

Abu Rahma opisuje podział zadań między państwem a milicjami osadników. Aparat państwowy zapewnia prawo, sądy, policję i siły zbrojne. Osadnicy otrzymują fundusze, transport i broń, podczas gdy ich przestępstwa są ignorowane lub aktywnie wspierane.

Śledztwo ONZ opublikowane w czerwcu wykazało, że władze Izraela sprzyjały przemocy ze strony osadników poprzez wsparcie finansowe, militarne i prawne. Siły bezpieczeństwa często towarzyszyły lub chroniły osadników podczas ataków.

Państwo niszczy domy i drastycznie ogranicza swobodę przemieszczania się Palestyńczyków poprzez posterunki kontrolne. Osadnicy podpalają domy i wypędzają mieszkańców z ich ziem. Opór spotyka się z aresztowaniami i grzywnami. Krok po kroku przygotowywane są podwaliny pod aneksję.

Halsa dostrzega dwa cele stojące za tą ciągłą eskalacją. Pierwszym jest terroryzowanie Palestyńczyków, dopóki dobrowolnie nie opuszczą swojej ziemi. Drugim jest sprowokowanie ich do samoobrony, aby następnie uzasadnić znacznie brutalniejszą reakcję za pomocą odwróconej narracji, w której agresorzy występują jako ofiary.

3488 ataków na osadników odnotowanych przez Komisję w pierwszej połowie 2026 r. oznacza średnio ponad 19 ataków dziennie, a jej metodologia pozwala na wykrycie szerszego zakresu naruszeń niż oparty na zdarzeniach monitoring OCHA.

Do 20 lipca OCHA odnotowało 18 zgonów Palestyńczyków w wyniku ataków na osadników – liczba ta przekroczyła już całkowitą liczbę ofiar z całego roku 2025. To, co kiedyś uważano za zjawisko marginalne, stało się centralną metodą kontroli terytorialnej.

Placówka bez pretekstu

Ekspansja osad nie jest uzależniona od Tell ani od żadnej pojedynczej konfrontacji. Ayyash wyjaśnia, że ​​okupanci wykorzystują każdą okazję, by przyspieszyć ekspansję osadniczą i konfiskować ziemię, ale nie potrzebują żadnego konkretnego pretekstu. Nawet gdyby wydarzenia w Tell nie miały miejsca, placówki zostałyby rozbudowane z innego, podanego powodu – a nawet bez żadnego pretekstu.

Po konfrontacji Netanjahu obiecał przyspieszyć budowę osiedli w regionie. Halsa ostrzega: „Każdy oczyszczony centymetr tworzy przestrzeń dla syjonistyczno-talmudycznego przyczółka, a czasu nie da się cofnąć”.

Ekstremistyczny izraelski minister finansów Bezalel Smotrich ogłosił plany budowy 763 mieszkań w Eli – projekt ten ma potroić powierzchnię osiedla. W lipcu izraelski gabinet bezpieczeństwa zatwierdził również 1,3 miliarda szekli na budowę 34 nowych osiedli na Zachodnim Brzegu, w tym na nowo wybudowane osiedla i istniejące placówki, które mają zostać zalegalizowane z mocą wsteczną.

Kampania wyborcza kosztem krwi palestyńskiej

Eskalacja napięć wpływa również na izraelską kampanię wyborczą przed wyborami zaplanowanymi na 27 października 2026 r. Halsa opisuje pole polityczne jako „całkowicie otwarte”, a ministrowie rywalizują o zajęcie najbardziej stanowczego stanowiska i uczynienie z kwestii palestyńskich ziem i miejsc świętych tematów kampanii.

Ayyash przedstawia jeszcze ostrzejszy pogląd. Twierdzi, że ekstremizm jest mocno zakorzeniony w izraelskim głównym nurcie politycznym, a społeczeństwo izraelskie jest agresywne i „zafascynowane zabijaniem i destrukcją”. Powołuje się na rasistowską maksymę: „Jedyny dobry Arab to martwy Arab”.

Frakcje polityczne rywalizują o głosy kosztem życia Palestyńczyków. Każda z nich stara się być jeszcze bardziej agresywna wobec Palestyńczyków i bardziej zdecydowanie niż inne opowiadać się za rozbudową osiedli.

W tym konkursie niewiele miejsca zajmuje znane twierdzenie, że w Izraelu wciąż istnieje znaczący obóz dążący do pokoju. Biszarat ostrzega jednak, że wybory są jedynie czynnikiem przyspieszającym, a nie przyczyną.

Kampania wyborcza toczy się w kontekście ideologicznym sięgającym roku 1948, kiedy to żydowskie grupy zbrojne wykorzystały tę sytuację do wyludniania palestyńskich wiosek poprzez podpalenia i zabijanie cywilów.

Dzisiejsze milicje osadnicze pełnią podobną funkcję dla państwa. Chociaż ich przemoc jest przedstawiana jako spontaniczna lub nieuprawniona, promuje ona działania, które rząd później oficjalnie wdraża poprzez rozkazy wojskowe, decyzje planistyczne i działania aneksyjne.

Aneksja w tempie wojennym

Abu Rahma wyjaśnia, że ​​projekt istniał jeszcze przed operacją Potop Al-Aksa. Jednak wojna regionalna dała Izraelowi swobodę w jego realizacji w niespotykanym dotąd tempie. Plany, które pierwotnie miały zająć dziesięć lat, są obecnie realizowane w ciągu trzech lub czterech lat – przy wsparciu społeczności międzynarodowej, która poprzez milczenie i bezczynność znormalizowała zbrodnie przeciwko Palestyńczykom.

Tempo to zaniepokoiło również część izraelskiego aparatu bezpieczeństwa. Prawie 600 byłych wojskowych, funkcjonariuszy wywiadu, policji i dyplomatów ostrzegło prezydenta USA Donalda Trumpa, że ​​przemoc ze strony osadników może mieć konsekwencje „jeszcze bardziej katastrofalne” niż te z 7 października.

Mimo to względy wyborcze i ideologiczne wciąż biorą górę nad obawami o bezpieczeństwo osób, które poświęciły swoje życie zawodowe obronie państwa okupacyjnego.

Na całym okupowanym Zachodnim Brzegu rzekomo tymczasowe środki stają się coraz bardziej trwałe. Drogi pozostają zamknięte długo po przybyciu armii, a osady-placówki pod ochroną wojskową rozciągają się na pastwiskach wiejskich. Odcięte od swoich ziem i sąsiednich społeczności, rodziny są zmuszane do przeprowadzki do ośrodków miejskich.

Trzymaj kraj

Pomimo przytłaczającej nierównowagi sił, Palestyńczycy pozostają największą przeszkodą w realizacji tego projektu. W Strefie Gazy, a także podczas intifad w 1987 i 2000 roku, udowodnili swoją zdolność do udaremnienia planów wysiedleń – choć za cenę ogromnych ofiar ludzkich.

Biszarat pyta, czy Palestyńczycy zdołają zmienić równowagę sił politycznych na tyle długo, by skorzystać z wydarzeń międzynarodowych, które wywierają coraz większą presję na Izrael. Poparcie dla państwa okupacyjnego spadło, podczas gdy poparcie społeczne dla sprawy palestyńskiej wzrosło w obliczu wojny na wyniszczenie w Strefie Gazy. Kluczowe pytanie brzmi, czy ta zmiana może przełożyć się na presję na rządy, które nadal dozbrajają i chronią Tel Awiw.

Halsa uważa, że ​​minimalna reakcja musi obejmować zorganizowaną, pokojową akcję społeczną, w tym działania grup samozwańczych i zgromadzenia społeczne, w połączeniu z długotrwałą kampanią medialną i dyplomatyczną, ujawniającą izraelską wersję wydarzeń. Jego zdaniem, po wydarzeniach w Tell powinny natychmiast odbyć się konferencje prasowe dokumentujące przebieg konfrontacji i rolę armii.

Nawołuje również do wykorzystania sprzeciwu w Izraelu – w tym listu podpisanego przez prawie 600 byłych funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa – i przełożenia zmiany w zachodniej opinii publicznej na wpływy polityczne na arenie międzynarodowej. Halsa argumentuje, że właśnie tego obawia się Izrael.

Tell ujawnił, w jaki sposób siła militarna, przemoc osadników i polityka państwa są wykorzystywane do pozbawiania Palestyńczyków ich ziemi – bez konieczności podejmowania formalnej decyzji o aneksji.

Organizacje międzynarodowe mogą nadal dokumentować liczbę ofiar śmiertelnych, przesiedleńców, punktów kontrolnych, ataków i placówek. Jednak dokumentacja bez konsekwencji pozwala na przerysowywanie mapy, podczas gdy raporty nadal się mnożą.

Ostateczny wynik zostanie rozstrzygnięty na miejscu, gdzie odmowa Palestyńczyków opuszczenia swojej ziemi pozostaje największą przeszkodą na drodze Izraela do osiągnięcia ostatecznego celu na Zachodnim Brzegu.

Źródło: Koniec wojny na Zachodnim Brzegu Izraela: osadnicy, żołnierze i państwo działają razem

Rozbieramy z uwagą klangor

Stanisław Michalkiewicz: Rozbieramy z uwagą klangor

Że wśród naszych Umiłowanych Przywódców odsetek bałwanów przekracza i to zdecydowanie, średnią krajową – to wszyscy wiedzą, a jeśli nawet jakimś cudem jeszcze nie wiedzą, to przynajmniej – podejrzewają. Zresztą na niektórych Umiłowanych Przywódców wystarczy popatrzeć, by zaraz nabrać najgorszych podejrzeń. Żadnych nazwisk oczywiście wymieniał nie będę, bo nadal wisi nade mną kondemnatka – ale każdy może podstawić sobie jakieś ulubione nazwisko – a ja nie będę protestował.

Czym innym jednak są podejrzenia, a nawet – tak zwana wiedza potoczna, którą nienawistne sądy w swoim żargonie  nazywają „notoryjnością powszechną” – a czym innym – twarde dowody i to dostarczone przez samych delikwentów. No i właśnie dowodów na bęcwalstwo dostarczył nam osobiście obywatel Tusk Donald, a myślę, że nie jest w tym odosobniony, bo przecież otoczony jest zgrają doradców doskonałych, do których w swoim czasie zaliczał się Mateusz Morawiecki. Ale incipiam.

   Kilka dni temu pan prezydent Karol Nawrocki wręczył nominacje na asesorów sądowych ponad 200 osobom. Asesorem sądowym może zostać aplikant, który zdał sędziowski egzamin. Więc pan prezydent wręczył nominacje na asesorów sądowych ponad 200 takim osobom. Najpierw klangor z tego powodu podniósł obywatel Żurek Waldemar – że zbrodnia to niesłychana. Początkowo myślałem, że Żurku Waldemaru nie podobają się ci asesorowie, ponieważ mogli zostać rekomendowani przez „nieprawidłowo obsadzoną” Krajową Radę Sądownictwa.

Ale przecież, odkąd w Krajowej Radzie Sądownictwa zasiada swoim zadem Wielce Czcigodna Anna Maria Żydowska, to znaczy – pardon; oczywiście Anna Maria Żukowska  i Wielce Czcigodna Kamila Gasiuk-Pichowicz, co to najpierw była w Nowoczesnej, a potem została skierowana do Volksdeutsche Partei, to nieomylny to znak, że KRS została obsadzona prawidłowymi zadami. Wkrótce jednak wszystko się wyjaśniło – że pan prezydent Karol Nawrocki nie poczekał z wręczeniem nominacji asesorskich na kontrasygnatę obywatela Tuska Donalda.

W związku z tym, w atmosferze klangoru podniesionego przez stado autorytetów moralnych, obywatel Tusk Donald rzutem na taśmę uratował socjalistyczną praworządność, składając podpis na jakiejś kartce oprawionej w czerwone okładki. Powiedział przy tym, że pan prezydent Karol Nawrocki „nie dopełnił obowiązku”, czyli nie zwrócił się do niego po kontrasygnatę.

   Sęk jednak w tym, ze konstytucja z 1997 roku takiej kontrasygnaty wcale nie wymaga. Art. 144 wprawdzie formułuje zasadę, że „akty urzędowe” prezydenta wymagają dla swej ważności kontrasygnaty premiera, który w ten sposób przyjmuje odpowiedzialność przed Sejmem za to, co podpisał – ale ust. 3 tego artykułu konstytucji enumeratywnie wylicza wyjątki – kiedy taka kontrasygnata nie jest wymagana. W punkcie 17 ustępu 3 art. 144 konstytucji czytamy zatem, że kontrasygnata prezesa Rady Ministrów nie jest wymagana przy „powoływaniu sędziów”.

Wystarczyłoby zatem, gdyby obywatel Tusk Donald, albo któryś ze zgrai jego doradców doskonałych, albo w ostateczności – obywatel Żurek Waldemar – zwyczajnie zajrzał do konstytucji i sprawdził, jak się sprawy mają. Aliści nawet gdyby zajrzał, to – kto wie – mógłby nabrać wątpliwości. Chodzi o to, że wspomniany punkt mówi o „powoływaniu sędziów” natomiast o asesorach – cyt. W związku z tym ci jurysprudensi mogliby sobie wykombinować, że jeśli chodzi o  powoływanie sędziów, to może kontrasygnata rzeczywiście wymagana nie jest – ale za to przy mianowaniu asesorów – już jest obowiązkowa.

Na co mogliby się powołać? Ano – na to, że punkt 17 ustępu 3 art. 144 konstytucji ma charakter wyjątku, a wyjątków nie powinno się interpretować rozszerzająco. Jeśli zatem punkt 17 mówi o powoływaniu sędziów, a o asesorach nie wspomina, to znaczy, ze w przypadku mianowania asesorów trzeba najsampierw uzyskać kontrasygnatę. W przeciwnym razie nominacje będą nieważne, a w konsekwencji – nieważne będą też wszystkie orzeczenia wydane przez tych mianowańców.

   Na pierwszy rzut oka trzyma się to kupy – ale na drugim rzut oka widać, że mamy tu do czynienia z tak zwanym kretynizmem prawniczym. Ten kretynizm prawniczy to prawdziwa plaga, prawdziwa epidemia, która z zagadkowych przyczyn poraziła tubylczy wymiar sprawiedliwości. Pewne światło na przyczyny tej epidemii rzuca okoliczność, że w 1968 roku wydziały prawa tubylczych uniwersytetów zalała inwazja tak zwanych „marcowych docentów” – to znaczy – hebesów cieszących się poparciem bezpieki.

W latach 70-tych umocnili oni swoją pozycję, no a pełen rozkwit ich potęgi przypadł na lata 80-te, po wprowadzeniu stanu wojennego. Na zasadzie „uczył Marcin Marcina”, „marcowi docenci” wykształcili masę kretynów prawniczych, którzy potem obsadzili stanowiska w wymiarze sprawiedliwości – i tak już zostało.

Zwłaszcza gdy w roku 1990, kiedy to PZPR, jako pas transmisyjny bezpieki do sądownictwa została zastąpiona przez Stowarzyszenie Sędziów Polskich  „Iustitia”, do którego dołączyło stowarzyszenie „Themis” – nawet w swojej nazwie nawiązujące do operacji „Temida”, którą prowadziła ABW w celu werbunku agentury w środowisku sędziowskim.

   No dobrze – ale jak jest naprawdę z tym mianowaniem asesorów  – czy w tym przypadku kontrasygnata jest konieczna dla ważności decyzji prezydenta, czy przeciwnie – nie jest wymagana?  Z pomocą przychodzą nam zasady wykładni prawa, których za moich czasów studenci uczyli się już na pierwszym roku. Jedną z tych zasad jest  „argumentum a maiori ad minus” – wskazująca, że komu wolno czynić więcej, temu wolno czynić mniej.

Jeśli zatem prezydentowi wolno bez kontrasygnaty premiera mianować sędziów – nawet Sądu Najwyższego – to tym bardziej wolno mu bez kontrasygnaty mianować asesorów – bo stanowisko asesora w hierarchii stoi niżej od stanowiska sędziego.  Inną zasadą wykładni jest argumentum a minori ad maius, która stanowi, że komu nie wolno czynić mniej, temu – tym bardziej – nie wolno czynić więcej, Trzecią wreszcie (bo Rzymianie uważali, że omne trinum perfectum, to znaczy – doskonałe jest wszystko, co potrójne) – zasadą wykładni jest argumentum a contrario – to znaczy – wnioskowanie z przeciwieństw.

Na przykład art 7 konstytucji stanowi, że „organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa”. W przypadku obywateli formuła działania praworządnego jest inna: dozwolone jest wszystko, co nie jest zakazane a w przypadku organów władzy – dozwolone jest tylko to, co dozwolone.

Ale na to, co dozwolone, naprowadzają nas zasady wykładni, które wyżej przedstawiłem. Klangor podniesiony przez premiera Tuska i jego otoczenie pokazuje, że to hebesy – co utwierdza nas w przekonaniu, że naszym nieszczęśliwym krajem kieruje banda bęcwałów.

Stany Zjednoczone Izraela

Stany Zjednoczone Izraela

Autorstwa Scotta Rittera

Gdyby paragraf 219/1217 NDAA wszedł w życie, oddalibyśmy naszą republikę konstytucyjną syjonistom. To byłby dosłownie koniec naszego kraju, jaki znamy.

Kiedy w połowie i pod koniec lat 90. regularnie podróżowałem do Izraela w ramach pracy w Organizacji Narodów Zjednoczonych, wielokrotnie uderzało mnie, jak silnie wielu Izraelczyków identyfikowało się ze Stanami Zjednoczonymi. W święta narodowe wielu izraelskich kierowców eksponowało w szybach samochodów dwie małe plastikowe flagi – jedną z niebiesko-białą Gwiazdą Dawida, a drugą z gwiazdami i pasami. „Postrzegamy siebie jako małą Amerykę” – tłumaczył mi mój izraelski gospodarz, ilekroć zwracałem na to uwagę.

Rzeczywistość była zupełnie inna.

Izraelczycy spiskowali za plecami swoich amerykańskich partnerów, a amerykański wywiad i służby bezpieczeństwa uznały Izrael za zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego USA.

Wiem jedno – znalazłem się w samym środku tej dynamiki władzy i ostatecznie zostałem oskarżony przez rząd USA o szpiegostwo na rzecz Izraela. Zarzuty ostatecznie wycofano jako bezpodstawne i motywowane politycznie, ale nastroje stojące za oskarżeniami były prawdziwe – znaczna część amerykańskiego aparatu obrony, wywiadu i bezpieczeństwa postrzegała Izrael jako zagrożenie.

Ponieważ Izrael stanowił zagrożenie.

Nie oznacza to, że nie było współpracy między USA a Izraelem – podczas mojego pobytu w Izraelu hotele były pełne agentów CIA, oficerów armii amerykańskiej i dyplomatów Ministerstwa Spraw Zagranicznych przebywających na oficjalnych misjach.

Istniał jednak „chiński mur” oddzielający USA od Izraela, a wszelkie interakcje podlegały ścisłym protokołom, które przez cały czas utrzymywały ten mur.

Po opuszczeniu Organizacji Narodów Zjednoczonych przez jakiś czas pracowałem jako analityk w stacji NBC News.

Podpisałam również umowę z nowojorską agencją mówców „Greater Talent Network” (GTN).

A te dwa doświadczenia w szczególności uświadomiły mi, w jakim stopniu interesy pro-izraelskie przeniknęły każdy aspekt amerykańskich mediów i zarządzania informacją.

Wielokrotnie podchodzili do mnie producenci stacji NBC i wręczali mi swoje wizytówki – nie NBC, lecz AIPAC (Amerykańsko-Izraelskiego Komitetu Spraw Publicznych, prawdziwej organizacji fasadowej izraelskiego rządu).

Dzięki GTN udało mi się nawiązać bezpośrednie kontakty z AIPAC i organizacjami z nim stowarzyszonymi, które zyskały już mocną pozycję w amerykańskim środowisku naukowym i przemyśle think tanków.

Za pośrednictwem tych sieci poznałem tajemniczy świat za kulisami Kongresu Stanów Zjednoczonych, gdzie AIPAC miał ostatnie słowo u wpływowych senatorów i kongresmenów, a pracownicy Senatu i Izby Reprezentantów otwarcie współpracowali z pracownikami różnych agencji rządowych USA w celu kształtowania polityki.

Paul Wolfowitz, który w tamtym czasie był dziekanem Paul H. Nitze School of Advanced International Studies (SAIS) na Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa, zaoferował mi dużą sumę pieniędzy, jeśli dołączę do zespołu.

Musiałem tylko zaakceptować myśl, że Saddam Hussein posiada broń masowego rażenia.

Odrzuciłem ofertę Wolfowitza i odwróciłem się od kliki AIPAC.

Niestety, wybrani przedstawiciele Ameryki nie wykazali się ani taką jasnością moralną, ani lojalnością wobec republiki, której rzekomo służą.

Żyjemy w czasach, w których premier Izraela otwarcie chwali się, że kupił Kongres USA.

AIPAC chwali się, że wydał 100 milionów dolarów, aby osiągnąć właśnie ten cel.

Aktywiści pro-izraelscy wydali 30 milionów dolarów, aby odsunąć Thomasa Massiego od Kongresu USA, ponieważ ośmielił się zakwestionować przekazanie amerykańskiej suwerenności Izraelowi.

Sekretarz stanu USA otwarcie stwierdził, że krytyka Izraela jest powodem odmowy wydania wizy do Stanów Zjednoczonych.

Miejsce, w którym izraelscy politycy otwarcie opowiadają się za ograniczaniem wolności słowa w Ameryce.

A gdzie „Wielki Mur Chiński”, który oddzielał interesy USA i Izraela, jest burzony przez posłuszny Kongres, podczas gdy główne media, które dawno temu zrzekły się swojej niezależności i uczciwości na rzecz interesów Izraela, milczą.

Dokumentem kapitulacji, który sygnalizuje kapitulację republiki konstytucyjnej, dawniej znanej jako Stany Zjednoczone Ameryki, na rzecz nowego podmiotu, który mógłby być bardziej precyzyjnie nazwany „Stanami Zjednoczonymi Izraela”, jest Ustawa o autoryzacji wydatków na obronę narodową (NDAA) z 2027 r., a konkretnie jej sekcja 219 w wersji Izby Reprezentantów i sekcja 1217 w wersji Senatu.

Sekcja 219/1217 nakazuje Sekretarzowi Obrony powołanie Agenta Wykonawczego (EA) w celu rozszerzenia i przyspieszenia głębszej integracji Izraela z instytucjami amerykańskimi. Zgodnie z Dyrektywą 5101.01 Departamentu Obrony (DOD), uprawnienia EA miałyby pierwszeństwo przed uprawnieniami szefów innych jednostek Departamentu Obrony, co oznacza, że ​​EA mogłaby uchylać decyzje innych agencji DOD, takich jak Administracja Bezpieczeństwa Technologii Obronnych (DTSA), dotyczące dostępu Izraela do technologii amerykańskich. Nowa EA wyeliminowałaby bezpośredni nadzór Kongresu i zamiast tego podlegałaby nadzorowi Sekretarza Obrony. Kongres nie miałby zgody Kongresu ani uprawnień do odwołania Agenta Wykonawczego.

Krótko mówiąc, polega ona na delegowaniu konstytucyjnych obowiązków Kongresu do politycznie wyznaczonego przedstawiciela władzy wykonawczej.

Nie to mieli na myśli Ojcowie Założyciele, gdy tworzyli konstytucję.

Artykuł 2191217 integruje amerykańskie i izraelskie programy badawczo-rozwojowe w sposób, który uzależnia Stany Zjednoczone od dostarczania przez Izrael określonych technologii, dając tym samym Izraelowi znaczący wpływ na przyszłą amerykańską politykę i infrastrukturę, splatając łańcuchy dostaw obronnych Izraela i Stanów Zjednoczonych w sektorach rządowym, prywatnym i akademickim oraz zacierając granice integralności terytorialnej i suwerenności politycznej.

Sekcja 219/1217 dotyczy procesów zamówień i nabywania w sektorze obronnym, uniemożliwiając przyszłym administracjom oddzielanie izraelskich technologii lub umów od głównych programów zamówień obronnych. Zmusi to dyrekcje programowe i kierowników Departamentu Obrony do włączenia technologii pochodzenia izraelskiego do systemów amerykańskich. Procedury te sprawiają, że obecne przepisy „Kupuj Amerykę” stają się nieaktualne i przyznają izraelskim firmom dostęp do własności intelektualnej systemów uzbrojenia, z którymi bezpośrednio konkurują.

Artykuł 219/1217 przyznaje Komitetowi Wykonawczemu uprawnienia do realokacji zasobów i priorytetów Departamentu Obrony poprzez priorytetowe traktowanie integracji Izraela ze strukturami obrony narodowej USA. W efekcie podporządkowuje to Izraelowi najbardziej wrażliwe aspekty obronności USA jako całości, poza zakresem nadzoru Kongresu.

W chwili, gdy większość amerykańskiego społeczeństwa zdaje sobie sprawę z przerażających zbrodni, jakich Izrael dopuścił się na narodzie palestyńskim, a także z roli, jaką Izrael odgrywa w uwikłaniu Ameryki w ciągłe wojny na Bliskim Wschodzie, artykuł 219/1217 na stałe zwiąże Stany Zjednoczone z Izraelem, czyniąc tym samym Departament Obrony USA, a co za tym idzie, cały naród amerykański, współwinnymi tych zbrodni.

„Wielki Projekt Izraela”, którego celem jest terytorialna ekspansja Państwa Izrael na Bliskim Wschodzie kosztem jego sąsiadów, chwieje się.

Sam Izrael przeżywa kryzys egzystencjalny z powodu trwającego tam stanu wojny.

Pisałem już wcześniej, że stosunki między Izraelem a Stanami Zjednoczonymi przypominają stosunki pasożyta z żywicielem.

Artykuł 219/1217 prawnie ugruntowałby ten status.

I w ten sposób zniszczyć republikę konstytucyjną.

Konstytucja nakłada na Kongres określone obowiązki i odpowiedzialność.

Przeniesienie tej odpowiedzialności na państwo obce nie należy do tych obowiązków.

Jeśli paragraf 219/1217 wejdzie w życie, Izrael na stałe przyłączy się do amerykańskiego przedsięwzięcia.

Obecnie mamy kongres, który rozważa kryminalizację krytyki Izraela.

Oczywiście jest to zniewaga dla podstawowej zasady wolności słowa.

Nierozerwalne powiązanie bezpieczeństwa Izraela z bezpieczeństwem USA – co stałoby się, gdyby paragraf 219/1217 stał się prawem – przypieczętowało nieuniknioną kryminalizację krytyki Izraela.

NDAA 2027 jest ostatnim bastionem Ameryki.

Usuńmy paragraf 219/1217, a będziemy mieli szansę na przetrwanie.

Jeśli paragraf 219/1217 wejdzie w życie, stracimy Republikę.

Przysięgłem bronić Stanów Zjednoczonych Ameryki, republiki konstytucyjnej.

Nigdy nie będę służył Stanom Zjednoczonym Izraela.

I nikt, kto nazywa siebie Amerykaninem, nie powinien tego robić.

Źródło: Stany Zjednoczone Izraela

TAJNE UMOWY NADAL W CENIE

TAJNE UMOWY NADAL W CENIE

Sławomir M. Kozak oficyna-aurora.pl/aktualnosci/tajne-umowy-nadal-w-cenie

Środek sezonu ogórkowego. Polacy wypoczywają od codziennego znoju, politycy opuścili sejmowe ławy, media donoszą o rakiecie, która zaatakowała pole uprawne w powiecie biłgorajskim lub odnotowują kolejne pożary rozprzestrzeniające się po całej Europie. Z ociąganiem, wiedząc, że informacje i tak docierają do ludzi za pośrednictwem Internetu, pokazują zmasowany, dobrze skoordynowany atak migracyjny na Hiszpanię, ale nie starają się wyciągać z tego wniosków, unikają rzetelnej dyskusji na temat przyczyn i ewentualnych konsekwencji tych wydarzeń, także dla naszej przyszłości. Tymczasem, kilku dziennikarzy z prawdziwego zdarzenia zauważyło, że władze państwa polskiego po raz kolejny zawarły, z pominięciem drogi konstytucyjnej, umowę o niezwykłej wadze. Nie opadły jeszcze na dobre emocje związane z kolejną rocznicą Powstania Warszawskiego, a dowiadujemy się, że reprezentujący Polskę minister obrony narodowej podpisał ze swym niemieckim odpowiednikiem tajną umowę o współpracy w dziedzinie obronności! Chciałoby się powiedzieć, pakt bezprecedensowy, ale przecież byłaby to nieprawda, ponieważ jego poprzednik z opozycyjnego chwilowo ugrupowania uczynił to samo w roku 2016, łamiąc i wtedy polskie prawo, a Polacy dowiedzieli się o tym dopiero po kilku latach. Polecam zapoznanie się z materiałem, który odsłania zagrożenia, jakie dla nas płyną z tego powodu.

Poniżej przypominam urywki jednego z rozdziałów książki „Requiem dla Amelii Earhart”, której tytuł może sugerować, że nic nie mówi o sprawach, które poruszyłem wcześniej. A jednak mówi całkiem sporo, bo one wszystkie mają wspólny mianownik.

„W jednej z pierwszych książek starałem się opisać, jak doszło do powstania organizacji mającej na początku XXI wieku sterroryzować cały świat. Pisałem: ‘W 1928 roku, Egipcjanin Hassan Al-Banna założył nacjonalistyczną grupę o nazwie Bractwo Muzułmańskie. Banna zauroczony był poglądami człowieka, który niedługo potem odcisnął tragiczny ślad w historii świata. Tym osobnikiem był Adolf Hitler. Banna pisywał nawet do niego wiernopoddańcze listy. Już wkrótce Bractwo stało się swego rodzaju odnogą niemieckiego wywiadu. 

Nacjonalizm arabski miał z niemieckim nazizmem coraz więcej wspólnego, a niechęć obu ideologii wzbudzali zarówno żydzi, jak i elementy zachodniej kultury. Niemcy wspierając działalność Bractwa w Egipcie, wzmacniali de facto piątą kolumnę egipskiej armii. Na wieść o wybuchu wojny Bractwo złożyło zapewnienie wywołania powstania i pomocy oddziałom generała Rommla. 

Bractwo rosło w siłę. Powstała nawet sekcja palestyńska, której szefem został wielki mufti Jerozolimy. Współtworzył on międzynarodową dywizję SS składającą się z arabskich nazistów. Dywizja ta, o nazwie Muzułmańskiej Dywizji Handzar, miała w swych ambitnych planach podbicie całej Afryki. Po wojnie Bractwo znalazło się na indeksie, a wywiad brytyjski wyłapał jego najaktywniejszych członków. Jednak, jak to w wywiadowczym zwyczaju bywa, postanowiono ich wykorzystać. Trafili do Egiptu, gdzie przez trzy lata szkolono ich do wykonywania zadań specjalnych. Brytyjczycy zamierzali wykorzystać grupę do walki z nowo tworzącym się państwem Izrael. Brytyjczyków wspierał w tych działaniach wywiad francuski, który uwolnił wielkiego muftiego i wysłał go również do Egiptu. 

Kiedy okazało się, że plany spaliły na panewce, Brytyjczycy przekazali swe muzułmańskie aktywa rodzącej się służbie wywiadowczej USA. CIA postanowiła wykorzystać arabskich nazistów, na terenie Środkowego Wschodu, w formie przeciwwagi dla arabskich komunistów, pozyskanych przez Związek Sowiecki. Pomysł nie spodobał się władzom egipskim i Gamal Abdel Naser, ówczesny przywódca tego państwa wydał polecenie likwidacji członków Bractwa. I tak, w latach 50. Egipt przestał być bezpiecznym dla nich miejscem. Ratując sytuację, CIA przerzuciła ocalonych z czystki do Arabii Saudyjskiej. Duchowi przywódcy Bractwa rozpoczęli wkrótce w tamtejszych szkołach religijnych nauczanie zasad opartych na zlepku ideologii nazistowskiej z islamskim wahhabizmem. W jednej z tamtejszych medres, z ogromnym zainteresowaniem nauk tych wysłuchiwał młody Arab, o którym w przyszłości miał usłyszeć cały świat. Nazywał się Osama Bin Laden. Kiedy w roku 1979 Sowieci wkroczyli do Afganistanu, amerykańskie służby specjalne zdecydowały o wysłaniu im w sukurs swych bojowników z Arabii Saudyjskiej.

Z uwagi na złe konotacje ideologiczne Bractwa, postanowiono zmienić ich wizerunek. Nowi pomagierzy Ameryki przyjęli nazwę Maktab al-Khadamat al-Mujahidin (mudżahedini). I to oni wykrwawili sowieckich żołnierzy w niedostępnych afgańskich górach. Wkrótce po tym przestali być potrzebni. Arabia Saudyjska, z pewnością wypełniając wolę Ameryki, nie miała już ochoty dłużej ich gościć i zamknęła przed nimi drzwi. W zamian za spokój na swym terenie zobowiązała się jednak wspierać ich finansowo. Tak brzmi wersja oficjalna, jednak jestem pewien, że szykując nowe przedsięwzięcie, należało odciąć wszelkie związki Bractwa z Arabią Saudyjską, państwem bądź co bądź przyjaznym USA i umiejscowić arabskich terrorystów, przynajmniej w społecznej świadomości, w innym kraju. Animatorzy wywiadowczych gier postanowili część z nich po prostu uśpić, zachowując pełną nad nimi kontrolę, co miało się przydać w różnych jeszcze misjach. Tego, że takie zadania nadal spełniają, dowodzi fakt powstania z członków radykalnego odłamu Bractwa organizacji Hamas, a jak już podkreślałem niejednokrotnie, przeświadczony jestem, że ojcem chrzestnym tego tworu jest Izrael. Skoro przez tyle lat służby specjalne tak wielu różnych państw przekazywały ich sobie z ręki do ręki, podejrzenie to wydaje się być w pełni uzasadnione. Osama Bin Laden, który po tajemniczej śmierci swego mentora Azzama, zaczął odgrywać pierwsze skrzypce w Bractwie, powołał do życia Al Kaidę. Musiało być na nią zapotrzebowanie i pomału przygotowywano zręby nowej organizacji. Tak oto powstała Baza. Baza dla kolejnego zadania militarnego. Baza dla wydarzeń 11 września 2001 roku i wszystkich późniejszych konsekwencji tego dnia.’

Czytelników bardziej tematem zainteresowanych, a ręczę, że warto, odsyłam do artykułu, będącego recenzją książki Ian’a Johnson’a, autorstwa Leslie Evans’a, zatytułowanego „Dziwna kariera Ahmada Kamala i jak pomógł CIA wprowadzić radykalny islam do Europy”. Otóż Evans pisze, o czym wspomniałem wcześniej, że protoplastami wykorzystywania radykalnego islamu dla walki politycznej, byli Niemcy, jednak kierowali oni ten oręż przede wszystkim w stronę Sowieckiej Rosji. Wysiłki Hitlera mające na celu rozszerzenie wpływów nazistowskich na sowieckich muzułmanów były kierowane przez Gerharda von Mende, byłego profesora i bojówkarza SA, który pracował dla Ministerstwa Rzeszy. Centrum tej operacji był zatem Berlin, natomiast po II Wojnie Światowej, Amerykanie postanowili wykorzystać te struktury, przenosząc centralę swych działań do Monachium. To tam postanowiono wybudować pierwszy w Europie meczet, pozyskując muzułmanów dla swoich potrzeb. Jak pisał Johnson – Amerykanie, Niemcy Zachodnie i różni islamiści przez lata rywalizowali o to, kto ostatecznie ukończy budynek i przejmie nad nim kontrolę.

Pomysł wyszedł od niemieckiego byłego nazisty, który kierował muzułmańską operacją propagandową na rzecz Hitlera podczas II wojny światowej. CIA przejęła niemiecki plan i odegrała kluczową rolę w zaszczepieniu go islamskim radykałom, którzy z kolei postrzegali go, jako szansę religijnej ekspansji. Johnson pisze, że Monachium było przyczółkiem, z którego Bractwo Muzułmańskie rozprzestrzeniło się na zachodnie społeczeństwo. Amerykański konsulat w Monachium był drugim, co do wielkości, na świecie. Służył jako punkt nasłuchowy dla wszystkiego, co było związane z ZSRR. Gerhard von Mende przeżył wojnę. W chaosie zbombardowanych Niemiec, okupowanych przez ZSRR na wschodzie oraz przez Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię i Francję na zachodzie, udało mu się ukryć i udawać akademickiego biurokratę. Już wkrótce znalazł się na liście płac brytyjskiego MI5. Dość szybko rozpoczął działalność dla służb zachodnioniemieckich i oczywiście amerykańskich. Błyskawicznie odtwarzał kontakty z byłymi radzieckimi żołnierzami muzułmańskimi i uciekinierami najróżniejszych narodowości. Nieprzypadkowo właśnie w Monachium powołano do życia dwie najbardziej znane stacje radiowe. W roku 1949 powstało Radio Wolna Europa, nadające do wszystkich krajów Europy Wschodniej, a w 1951 Radio Liberty, które nadawało na falach krótkich audycje skierowane głównie na obszar ZSRR.

Dziś, po kolejnych doświadczeniach ostatnich lat, w świetle przytoczonych wyżej materiałów, możemy chyba z lepszej perspektywy spojrzeć na kontynuację islamskiego ekspansjonizmu w Europie. Niemiecki zalew krajów europejskich imigrantami, tym razem pod egidą polityki unijnej, nie jest niczym innym, jak konsekwentną realizacją planów i działań rozpoczętych w latach 30 minionego wieku, starannie podsycanych w czasie zimnej wojny i dziś rozniecanych na nowo. My również wpadliśmy w wir polityki zmierzającej do pełnej bałkanizacji tej części świata, wsłuchując się w zagłuszane, chyba niezbyt skutecznie, wiadomości płynące do nas z tych rozgłośni przez lata, w języku polskim”.

Myślę, że warto się nad tym wszystkim pochylić, pamiętając też, że zaledwie kilka miesięcy temu podpisana została inna, tym razem niemiecko-ukraińska umowa o partnerstwie strategicznym. A moją książkę (także w formie ebook) polecam również z tego powodu, że przedstawiam w niej, jako pierwszy i jak dotąd jedyny badacz tajemnicy zaginięcia Amelii Earhart powody, dla których rząd Stanów Zjednoczonych nie jest nadal zainteresowany jej rozwikłaniem.

Na stronie amerykańskiego Stowarzyszenia Poszukiwaczy Amelii Earhart poleca ją jego lider – Mike Campbell, były rzecznik Sił Powietrznych USA, dziennikarz i autor książek na temat tej jednej z największych zagadek lotniczych w historii świata.

Sławomir M. Kozak

jeśli uważasz, że moja praca pozwala lepiej zrozumieć świat, nie wahaj się

postaw mi kawę

Zapraszam też do zaglądania na portal Reduta.tv

Nawet jeśli Cieśnina Ormuz zostanie otwarta, szkody w infrastrukturze energetycznej Zatoki Perskiej będą ogromne

Nawet jeśli Cieśnina Ormuz zostanie otwarta, szkody w infrastrukturze energetycznej Zatoki Perskiej będą ogromne

7 sierpnia 2026przez Larry C. Johnson sonar/even-if-the-strait-of-hormuz-opens-the-damage-to-the-persian-gulf-energy-infrastructure-is-enormous

Nadal sceptycznie podchodzę do możliwości szybkiego porozumienia między USA i Iranem w sprawie Cieśniny Ormuz. USA chcą, aby była ona otwarta dla wszystkich statków i stanowczo sprzeciwiają się pobieraniu przez Iran jakichkolwiek opłat lub myta od statków wpływających do Zatoki Perskiej lub z niej wypływających.

Stanowisko Iranu pozostaje niezmienione… Będzie pobierał opłatę od każdego statku wpływającego do Zatoki Perskiej i nie zezwoli na wpłynięcie statkom izraelskim ani amerykańskim.

Załóżmy jednak, że w piątek zostanie osiągnięte porozumienie i tankowce z ropą i LNG będą mogły opuścić Zatokę Perską przez Cieśninę Ormuz. Nawet jeśli porozumienie zostanie osiągnięte, miną miesiące, a może nawet lata, zanim Arabowie z Zatoki Perskiej powrócą do normalnego życia z powodu uszkodzeń sprzętu pompującego i magazynującego ropę.

Producenci i osoby wykonujące prace gwarancyjne, a także naprawy platform wiertniczych i gazowych, rurociągów w elektrowniach i stacjach sprężania, to głównie podwykonawcy amerykańscy. Personel zajmujący się konserwacją i naprawą infrastruktury naftowej i LNG jest w 100% powiązany z armią amerykańską… To relacja symbiotyczna.

Wiele magazynów, w których przechowywany jest sprzęt i części do naprawy terminali naftowych i rurociągów, również uległo zniszczeniu. Po drugie, w magazynach, które wciąż są nienaruszone, znajduje się ograniczona ilość części zamiennych. Po trzecie, przeszkolony personel konserwacyjny, który pracował na platformach wiertniczych i gazowych oraz rurociągach elektrowni, wraz z wojskiem amerykańskim, opuścił wiele z tych obiektów. Brak części zamiennych i ewakuacja amerykańskich wykonawców spowodują dodatkowe opóźnienia w próbach przywrócenia normalnej pracy platform wiertniczych i gazowych.

Nawet gdyby wszystko zostało dziś otwarte i ruch przez Cieśninę Ormuz był możliwy, prace naprawcze i konserwacyjne niezbędne do przywrócenia działania systemów będą opóźnione o tygodnie, a być może nawet lata. Odbudowa i przywrócenie pełnej sprawności niektórych elementów infrastruktury, takich jak instalacja LNG Qatars LNG w Ras Laffen, zajmie co najmniej trzy lata.

Oto podział szkód poniesionych dotychczas w poszczególnych krajach:

Oprócz fizycznych szkód wyrządzonych infrastrukturze naftowej i gazowej, globalna gospodarka odczuwa poważne straty… Utrata 25% światowych zasobów ropy naftowej i gazu, a także 35% zasobów siarki i mocznika oraz 44% zasobów helu spowodowała poważne perturbacje gospodarcze na całym świecie. Na przykład utrata helu, niezbędnego do produkcji chipów komputerowych, spowodowała znaczny wzrost ich cen.

Karl Miller, który dostarczył informacji na potrzeby tego artykułu, podsumowuje sytuację w następujący sposób:

Cieśninę można otworzyć w ciągu jednego dnia. Ekosystem naprawczy nie. Państwa i firmy Rady Współpracy Zatoki Perskiej (GCC), które kontrolują kompatybilne części zamienne, pełną dokumentację, wykwalifikowanych pracowników, moce produkcyjne, sloty fabryczne OEM, bezpieczną logistykę i uprawnienia alokacyjne, odzyskają siły. Pozostałe pozostaną w trudnej sytuacji długo po tym, jak konflikt zniknie z nagłówków gazet.


Rozmawiałem o niedoborach broni w USA z Edem DeMarche, redaktorem Trends Journal :

„Potrafię dodawać i odejmować”: Larry Johnson ujawnia kryzys rakietowy USA w wojnie z Iranem

Wracamy do Piotra Kurzina, który słusznie uważa, że ​​atak Trumpa na Iran jest największym błędem w historii USA:

WOJNA TRUMPA Z IRANEM TO NAJWIĘKSZY BŁĄD W HISTORII USA – z CIA Larrym Johnsonem

Nima i ja mieliśmy trochę zabawy z Ghalibafem, który trolluje Donalda Trumpa:

Larry Johnson: Nadchodzi potężny atak… Czekaj, nie przejmuj się – przewodniczący irańskiego parlamentu o teatrze Trumpa

Kolejna ożywiona dyskusja z Mario… Głównym tematem naszej rozmowy była doniesienia o decyzji Iranu o pobieraniu 5% opłaty za przejazd statkami wpływającymi do Zatoki Perskiej:

IRAN GROZI SPALENIEM ZATOKI, JEŚLI AMERYKA PONOWNIE ZAATAKUJE — z byłym agentem CIA Larrym Johnsonem

Oto mój najnowszy artykuł z cyklu „Counter Currents” . Wygłaszam w nim elegancką tyradę na temat niepowodzenia Rosji w opracowaniu rozsądnej strategii wojny informacyjnej:

Jak Rosja może wygrać wojnę informacyjną — wyjaśnia były analityk CIA

Dziękuję za nieocenione wsparcie w postaci czasu poświęconego na czytanie i komentowanie.

Skoki martwego kota. Czyli powrót porozumienia irańsko-amerykańskiego

Ekskluzywne: Dead Cat Bounce, czyli powrót porozumienia irańsko-amerykańskiego

Pepe Escobar

Kluczowa zmienna w tych niezwykle wzburzonych wodach: treść porozumienia jest ściśle powiązana strategicznie z Pekinem – w całości.

Waszyngton de facto ogłosił, że irańsko-amerykańskie porozumienie o porozumieniu jest martwe. Nie w stanie śpiączki: jego twórca został powalony.

Teraz jednak może dojść do matek wszystkich Dead Cat Bounces – jako organizacyjnych ram irańskiej powojennej polityki zagranicznej.

Teheran przedstawia teraz to, co dawniej nazywano Memorandum z Islamabadu, jako podstawę przyszłych stosunków zagranicznych i wzywa Waszyngton do przestrzegania zobowiązań zawartych w Memorandum Porozumienia, podpisanym przez prezydenta USA.

Irański minister spraw zagranicznych Araghchi ma przybyć do Islamabadu w najbliższy piątek – na zaproszenie pakistańskiego ministra spraw zagranicznych Ishaqa Dara. Coraz więcej wskazuje na to, że Pakistan ponownie pełni rolę centralnego gwaranta, kanału wojskowego i strategicznego mostu między Teheranem a Waszyngtonem, a także państwami Rady Współpracy Zatoki Perskiej.

Oczywiście, istnieje wiele sprzeczności. Podczas gdy Teheran publicznie wskazuje Pakistan jako mediatora, a Islamabad wydaje się koordynować działania z zawsze ostrożną Arabią Saudyjską, nawet na najwyższym szczeblu, Trump w zeszły poniedziałek publicznie pochwalił Arabię ​​Saudyjską, Katar, a nawet Zjednoczone Emiraty Arabskie – ale nie Pakistan.

Zanurzmy się w mgłę. Martwy kot z MoU przetrwał na tratwie, niesiony łaską wzburzonego geopolitycznego morza i gniewem bogów, by odrodzić się jako obowiązująca doktryna dyplomatyczna Iranu.

Mimo że Teheran traktował go jak martwego, prezydent Massoud Peseschkian publicznie określił zobowiązanie do przestrzegania Memorandum of Understanding jako wynik zbiorowej oceny Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego.

Oświadczył również, że porozumienie powinno stać się kamieniem węgielnym przyszłych stosunków zagranicznych Iranu i wezwał administrację Trumpa do wypełnienia postanowień podpisanych w Wersalu.

W ten sposób śpiący kot najprawdopodobniej ma dziewięć żyć: przestał być tymczasowym mechanizmem zawieszenia broni, a odrodził się jako długoterminowa strategia.

Wpływy USA słabną wszędzie.

Araghchi wielokrotnie rozmawiał bezpośrednio z pakistańskim feldmarszałkiem Asimem Munirem, co potwierdziły nasze źródła znajdujące się blisko stołu negocjacyjnego – który na razie został rozwiązany.

Oznacza to, że Araghchi nie tylko prowadzi negocjacje za pośrednictwem cywilnych kanałów dyplomatycznych. Angażuje on najwyższego dowódcę wojskowego Pakistanu w najbardziej newralgicznej fazie dramatu „bez wojny nie ma pokoju”.

Pomimo oczywistych błędnych szacunków związanych z jednoczesną wyprawą do Jemenu i Sił Mobilizacji Ludowej do Iraku, Arabia Saudyjska, za pośrednictwem ministra spraw zagranicznych księcia Faisala bin Farhana, również jest częścią tej architektury komunikacyjnej.

Najważniejszy kanał negocjacji ma zatem charakter militarno-strategiczny, a nie tylko dyplomatyczny.

Każdy, kto obstawia, że ​​Pakistan stanie się pomostem między Iranem a Arabią Saudyjską, znajdzie się w bardzo trudnej sytuacji.

Faktem jest, że premier Shehbaz Sharif, marszałek polowy Munir i minister spraw zagranicznych Dar będą przebywać w Arabii Saudyjskiej od czwartku do soboty, aby odbyć rozmowy na wysokim szczeblu z następcą tronu księciem MbS.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Pakistanu określa to jako coś strategicznego. Oznaczałoby to, że Islamabad nie tylko przekazywałby informacje między Teheranem a Rijadem, ale także pomagałby w budowaniu trwałego regionalnego bezpieczeństwa i ram dyplomatycznych, łączących obie stolice.

Przyparta do muru administracja Trumpa może próbować uniemożliwić uznanie w całych Stanach Zjednoczonych, że posiadające broń jądrową państwo islamskie, ściśle powiązane z Chinami i rozwijające strategiczne stosunki z Iranem, jest absolutnie niezbędne do przeprowadzenia negocjacji.

Nigdy nie należy lekceważyć psychologii „macho-macho” Trumpa: pełne uznanie mediacji pakistańskiej pokazuje, jak bardzo utracił on jednostronną kontrolę nad całym procesem.

Pakistan gra strategiczną niejednoznacznością do granic możliwości. Islamabad kontynuuje rozmowy z Waszyngtonem, ale odmawia bycia wasalem USA i nie chce w pełni identyfikować się z jakimkolwiek stanowiskiem. Dzięki temu utrzymuje swoją wiarygodność w oczach Teheranu, Waszyngtonu, Rijadu, Pekinu i Moskwy.

Jednocześnie Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej nie sprawdziła irańskich zapasów wzbogaconego uranu od 28 lutego, ponieważ Teheran ograniczył dostęp do 20 zadeklarowanych lokalizacji.

Ostatni sprawdzony zapas obejmował około 440,9 kg uranu wzbogaconego do 60 procent.

Tłumaczenie: Ta nuklearna „niepewność” przekształciła się teraz w broń strategiczną.

Administracja Trumpa nie ma pojęcia, gdzie znajduje się wzbogacony uran Iranu ani ile go jest; czy został on rozdystrybuowany; jak szybko Iran mógłby przejść na wzbogacanie na poziomie umożliwiającym produkcję broni; ani czy operacja militarna zniszczyłaby te zapasy lub przyspieszyła produkcję broni.

Co więcej, wpływy militarne, gospodarcze i polityczne administracji Trumpa maleją na oczach całego świata: strategiczne rezerwy ropy naftowej zbliżają się do historycznej granicy; marże na rafinacjach oleju napędowego osiągnęły ekstremalny poziom; praktycznie nie ma handlu przez Cieśninę Ormuz; składki na ubezpieczenia od ryzyka wojennego gwałtownie rosną; a zapasy precyzyjnie kierowanych pocisków dalekiego zasięgu są niemal wyczerpane.

A jednak to, co Waszyngton i Teheran mówią publicznie, sprowadza się do totalnego konfliktu.

Trump upiera się, że negocjacje trwają. Amerykańskie media głównego nurtu twierdzą, że porozumienie jest bliskie. Teheran zaprzecza wznowieniu negocjacji i twierdzi, że jedyny aktywny kanał komunikacji – techniczny – dotyczy umów morskich i żeglugowych między Teheranem a Maskatem.

Kluczowe pytanie brzmi jednak, kto kontroluje architekturę dyplomatyczną.

Fakty wskazują, że minister spraw zagranicznych Iranu komunikuje się z dowódcą armii Pakistanu, podczas gdy Katar jest w najlepszym razie graczem drugoplanowym; Pakistan zaś koordynuje swoje działania bezpośrednio z Rijadem.

Czego naprawdę chcą Chiny

Tymczasem to, co dzieje się w korytarzach władzy w Teheranie, pozostaje niezwykle istotne.

Według naszych źródeł Ahmad Vahidi, głównodowodzący Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, nadal wywiera poważny wpływ na irański aparat bezpieczeństwa.

Biorąc pod uwagę nastroje panujące na ulicach, kilku czołowych przedstawicieli Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej jest zdecydowanie przeciwnych negocjacjom ze Stanami Zjednoczonymi. Co więcej, Zgromadzenie Ekspertów publicznie potępiło wszelkie porozumienia z Waszyngtonem i określiło to jako kapitulację.

Nic dziwnego, że Araghchi jest pod ogromną presją polityczną. Ale sytuacja wkrótce stanie się jeszcze poważniejsza: Vahidi osobiście zażądał rezygnacji prezydenta Peseschkiana.

Jednak bezpośrednia presja instytucjonalna wydaje się być skierowana bardziej na Araghchiego i proces negocjacyjny niż bezpośrednio na Peseschkiana. Oznacza to, że walka o władzę w Teheranie nie dotyczy wyłącznie przetrwania prezydenta, ale tego, czy porozumienie – lub ramy porozumienia z Islamabadu – staną się stałą irańską polityką.

Kluczowa zmienna w tych niezwykle wzburzonych wodach: treść porozumienia jest ściśle powiązana strategicznie z Pekinem – w całości.

Źródło: Ekskluzywne: odbicie martwego kota, czyli powrót irańsko-amerykańskiego porozumienia o porozumieniu

Ukraińcy w wieku poborowym

Ukraińcy w wieku poborowym

Marucha w dniu 2026-08-06 marucha/ukraincy-w-wieku-poborowym

Polska powinna bezwzględnie wzorem Czech wprowadzić obostrzenia dla Ukraińców w wieku poborowym, którzy mają nieuregulowany stosunek do służby wojskowej. Nie jest w polskim interesie obecność dużej ilości młodych mężczyzn z Ukrainy. 


Minister koordynator służb specjalnych Tomasz Siemoniak stwierdził wprost, że „nie będzie w Polsce obostrzeń dla Ukraińców w wieku poborowym”. Takie słowa są zachętą do osiedlania się w Polsce nie tylko pacyfistów ale różnorakich kombinatorów a czasem przestępców.

Ja rozumiem, że młodzi Ukraińcy w znacznej części nie chcą walczyć za państwo rządzone przez Wołodymyra Zełenskiego. Rozumiem, że są również tacy, którzy nie chcą walczyć z różnych powodów przeciwko Rosji. To nie powinna być nigdy nasza wojna. To nie powinny być nasze dylematy.

Oczywiście Polska nie powinna zmuszać nikogo by walczył za rząd swojego kraju, a nawet własną ojczyznę. Idzie o coś zupełnie innego.

Należałoby z miesięcznym wyprzedzeniem zapowiedzieć wprowadzenie takich przepisów. Zaś ze względów humanitarnych umożliwić tym osobom wyjazd z Polski do innych krajów Unii Europejskiej. Jestem głęboko przekonany, że przepełnione humanizmem kraje Europy przyjmą młodych mężczyzn z otwartymi ramionami.

Osoby z Ukrainy łamiące prawo w Polce powinny być bezwzględnie deportowane. Dotyczyć powinno to również Ukraińców, którzy w jakikolwiek sposób promują na terenie Polski banderyzm lub próbują negować zbrodniczość ukraińskich formacji kolaboranckich i szowinistycznych.

Uważam, poza tym za niezwykle za szkodliwą ustawę z dnia 13 marca 2026 roku o niekaraniu obywateli Rzeczypospolitej Polskiej biorących udział po stronie Ukrainy w konflikcie Rosji. Polacy nie powinni walczyć w obcych wojnach po żadnej stronie. Kuriozalną sytuacją jest to, że młodzi Ukraińcy siedzą w Polsce, zaś polscy najemnicy walczą na Ukrainie.

Przestały działać prymitywne i emocjonalne szantaże typu: „jakby nie Ukraina to Rosja stoi u naszych granic” i „Ukraińcy walczą za Polskę”, tak przestanie w niedługim czasie działać szantaż mówiący „jak Ukraińcy wyjada, to nie będzie miał kto pracować”. To wyjątkowo łajdackie kłamstwo połączone z brakiem szacunku do polskich pracowników.

Dzisiaj przekaz licznych politykierów – zwłaszcza tych określających sie jako prawica – na temat Ukrainy się zmienił. Nawet politycy, którzy sami nazywali się „sługami narodu ukraińskiego” dzisiaj zauważają oczywiste od początku problemy. To wszystko jednak musztarda po obiedzie. Powinniśmy przynajmniej tym razem wzorem Czechow być mądrymi przed szkodą.

Łukasz Jastrzębski
https://myslpolska.info

Tajny plan Pentagonu ws. użycia taktycznej broni jądrowej

Tajny plan Pentagonu ws. użycia taktycznej broni jądrowej

Opublikowano: 06.08.2026 wolnemedia.net/tajny-plan-pentagonu-ws-uzycia-taktycznej-broni-jadrowej

Historycy wojskowości przypominają, że podobne iluzje dotyczące „humanitarnej” czy „ograniczonej” wojny atomowej pojawiały się już w latach 50. i 60. XX wieku, jednak zawsze były porzucane ze względu na zbyt ogromne ryzyko globalnej anihilacji. Powrót do tych skompromitowanych idei w XXI wieku świadczy o głębokim kryzysie dyplomacji i braku wyobraźni współczesnych elit politycznych. Zamiast gasić pożary trawiące globalny ład, administracja i jej planiści wojskowi podsycają ogień, budując technologiczne podwaliny pod katastrofę, która nie wybiera ofiar i nie zna granic państwowych.

https://youtube.com/watch?v=P15wQEGixWE%3Frel%3D0

W kuluarach Pentagonu dochodzi do fundamentalnej zmiany w globalnej architekturze bezpieczeństwa, która na zawsze może odmienić losy ludzkości. Podsekretarz wojny ds. polityki Elbridge Colby nadzoruje prace nad nową, tajną strategią nuklearną, która kładzie nacisk na wykorzystanie taktycznej broni jądrowej o mniejszej sile rażenia. Ta radykalna rewizja doktryny wojskowej ma dać prezydentowi USA alternatywne, rzekomo bardziej „użyteczne” opcje militarne w obliczu potencjalnego konfliktu regionalnego z Rosją lub Chinami.

Zamiast tradycyjnego odstraszania, nowa strategia skupia się na tak zwanym „zarządzaniu eskalacją”, co w praktyce oznacza próbę oswojenia opinii publicznej z myślą o lokalnej wojnie atomowej. Zwolennicy tego podejścia twierdzą, że posiadanie mniejszych ładunków nuklearnych pozwoli na chirurgiczne uderzenia, które zademonstrują amerykańską determinację bez konieczności niszczenia całych miast za pomocą rakiet dalekiego zasięgu.

Według planistów wojskowych, takie kontrolowane uderzenie zmusiłoby przeciwnika do natychmiastowego wycofania się i deeskalacji napięcia. Przekształcanie broni ostatecznego zniszczenia w standardowy element taktyki pola bitwy budzi jednak przerażenie ekspertów, ponieważ opiera się na naiwnym założeniu, że przeciwnik zareaguje w sposób przewidywalny i powstrzyma się przed masowym odwetem.

Krytycy nowej doktryny bezlitośnie obnażają słabość tego rozumowania, przypominając pasmo spektakularnych porażek amerykańskich strategów w Iraku, Afganistanie czy Libii. Jeśli Pentagon nie potrafił kontrolować przebiegu wojen konwencjonalnych z asymetrycznym przeciwnikiem, wiara w jego zdolność do precyzyjnego zarządzania wymianą ciosów nuklearnych między supermocarstwami graniczy z szaleństwem.

W momencie, gdy eksploduje pierwszy ładunek taktyczny, wszelkie akademickie teorie teoretyków wojny natychmiast tracą rację bytu, ustępując miejsca chaosowi, skażeniu radioaktywnemu i impulsywnym decyzjom podejmowanym pod presją czasu. Sposób, w jaki wdrażane są te zmiany, również budzi ogromne kontrowersje i uzasadniony niepokój. Zamiast standardowej procedury Przeglądu Postawy Nuklearnej, która podlega debacie między-agencyjnej oraz ścisłemu nadzorowi amerykańskiego Kongresu, administracja zdecydowała się na wewnętrzny, utajniony przegląd strategii.

Pominięcie demokratycznych mechanizmów kontroli i przeniesienie prac do zamkniętego biura Colby’ego oraz Dowództwa Strategicznego USA (STRATCOM) wskazuje, że decyzje o kluczowym znaczeniu dla przetrwania biosfery zapadają w całkowitym cieniu. Wokół tej nagłej i skrytej zmiany doktryny w naturalny sposób wyrosły mroczne teorie, które znajdują coraz więcej zwolenników na całym świecie.

Najpopularniejsza z nich głosi, że taktyczna broń jądrowa nie ma służyć obronie, lecz jest narzędziem celowo zaplanowanego „Wielkiego Resetu” geopolitycznego, kontrolowanego przez zakulisowe elity finansowe. Według tej narracji, ograniczona wojna nuklearna w Europie Wschodniej lub na Morzu Południowochińskim miałaby doprowadzić do załamania globalnych rynków, co pozwoliłoby na wprowadzenie rygorystycznego cyfrowego pieniądza banku centralnego (CBDC) i totalnej kontroli nad zdziesiątkowaną populacją.

Z kolei inny nurt łączy te działania z tajnymi programami kosmicznymi oraz rzekomym zagrożeniem z zewnątrz. Według zwolenników UFO i ufologii wojskowej, nagła potrzeba posiadania „użytecznych” i mobilnych ładunków nuklearnych o mniejszej mocy nie jest wymierzona w ziemskie mocarstwa, lecz stanowi element przygotowań do odparcia niewyjaśnionych anomalii lub ochrony tajnych baz orbitalnych. Teoria ta zakłada, że rządy celowo maskują przygotowania do konfliktu kosmicznego jako standardową rywalizację z Chinami i Rosją, aby nie wywołać powszechnej paniki – jednakże to jest po prostu kolejny akt w teatrze dla mas.

Nie bez powodu wypuścili teraz film Stevena Spielberga pt. „Dzień Objawienia”.

Nie brakuje również głosów łączących te doniesienia z technologią sztucznej inteligencji, która rzekomo przejęła już kontrolę nad systemami planowania STRATCOM. Niektórzy sugerują, że autonomiczne algorytmy kwantowe, analizując scenariusze geopolityczne, doszły do wniosku, iż konwencjonalna dominacja USA dobiega końca. W efekcie sztuczna inteligencja miała zasugerować ludzkim decydentom obniżenie progu nuklearnego jako jedyną matematyczną szansę na utrzymanie globalnej hegemonii, manipulując raportami dostarczanymi do biura Elbridge’a Colby’ego.

Warto zauważyć, że modernizacja arsenału odbywa się w czasie, gdy na świecie nasilają się głosy o bliskim spełnieniu proroctw eschatologicznych. Dla wielu środowisk o charakterze religijnym i tradycjonalistycznym, działania Pentagonu są namacalnym dowodem na to, że zbliżamy się do biblijnego Armagedonu. Teksty nowotestamentowe i starotestamentowe przepowiednie o „odebraniu pokoju ziemi” oraz narodach zbrojących się na ostateczną batalię są dziś przez wielu odczytywane nie jako metafory, lecz jako precyzyjny scenariusz, który realizuje się na naszych oczach w zaciszach gabinetów Departamentu Wojny.

Historycy wojskowości przypominają, że podobne iluzje dotyczące „humanitarnej” czy „ograniczonej” wojny atomowej pojawiały się już w latach 50. i 60. XX wieku, jednak zawsze były porzucane ze względu na zbyt ogromne ryzyko globalnej anihilacji. Powrót do tych skompromitowanych idei w XXI wieku świadczy o głębokim kryzysie dyplomacji i braku wyobraźni współczesnych elit politycznych. Zamiast gasić pożary trawiące globalny ład, administracja i jej planiści wojskowi podsycają ogień, budując technologiczne podwaliny pod katastrofę, która nie wybiera ofiar i nie zna granic państwowych.

Ostatecznie, niezależnie od tego, czy nowa strategia Pentagonu to cyniczna gra geopolityczna, realizacja apokaliptycznego scenariusza, czy wynik nacisków ze strony kompleksu militarno-przemysłowego, ludzkość znalazła się w najbardziej niebezpiecznym punkcie od czasów kryzysu kubańskiego. Przekonanie, że wojną nuklearną można sterować niczym partią szachów, jest największym błędem współczesnej myśli strategicznej. Jeśli proces ten nie zostanie zatrzymany przez opór opinii publicznej lub otrzeźwienie samych decydentów, zegar zagłady może nieubłaganie wybić północ, pozostawiając po nas jedynie radioaktywny popiół.

Źródło: Estachologia.pl

UE i żelazne prawo oligarchii

UE i żelazne prawo oligarchii

Autorstwa Tylera Durdena

Napisane przez Stephena Soukupa za pośrednictwem American Greatness,

Dawno, dawno temu – a dokładnie 27 lat temu – mój szef (niezrównany Mark Melcher) i ja przewidzieliśmy, że europejska unia walutowa będzie oznaczać koniec UE. Euro, jak pisaliśmy dla naszych klientów z nieistniejącej już dużej firmy maklerskiej, miało być katastrofą i zniszczyć wszystko, co powojenni Europejczycy zbudowali w ciągu ostatnich dekad. Konkretnie, pisaliśmy:

Psst! Chcesz poznać sekret? Euro i chaos, który ze sobą niesie, doprowadzą do katastrofy społecznej, gospodarczej i politycznej. Uważamy wręcz za prawdopodobne, że wprowadzenie euro będzie dla Europy XXI wieku tym, czym dla Europy XX wieku było zabójstwo arcyksięcia Franciszka Ferdynanda – mianowicie momentem, w którym historia zarejestruje prawdziwy początek rozpadu.

Przesada? Hiperbola? Cóż, być może. Ale być może nie. Widzicie, problem nie polega, jak twierdzi większość krytyków, na tym, że „decydenci” z różnych „regionów” będą się spierać o politykę gospodarczą i monetarną, a ekonomiczni filistrzy mogą zyskać przewagę. Problem polega na tym, że ekonomiczni filistrzy prawdopodobnie będą jedynymi, którzy zasiądą do negocjacji.

Od około 2010 roku i przez całą następną dekadę powtarzałem tę prognozę każdego stycznia w mojej corocznej prognozie polityki zagranicznej. Upadek euro, pisałem, był nieunikniony. Nie miało znaczenia, czy nastąpi to w tym roku, w przyszłym, czy za dekadę. Ostatecznie wszystko się zawali, głównie dlatego, że ignoranci po prostu nie potrafili się kontrolować i nie przestali robić rzeczy bezsensownych z ekonomicznego punktu widzenia.

W ostatnich latach, z kilku powodów, przestałem powtarzać tę prognozę co roku. Po pierwsze, przestałem pisać prognozy roczne, ponieważ mój model biznesowy i cele uległy zmianie. Po drugie, i to jest kluczowa kwestia, nie było to już konieczne. UE już dawno straciła na znaczeniu gospodarczym. Pomiędzy napędzanym zazdrością oburzeniem na amerykańskie firmy technologiczne, obsesją na punkcie emisji CO₂ i świadomym wyborem zdławienia rynków kapitałowych poprzez narzucanie jawnie politycznych celów inwestycyjnych, UE zadbała o to, by stać się pierwszą nowoczesną cywilizacją w historii, która popadła w regres. Świadomie wybrała de-industrializację i budowę przyszłości gospodarczej znacznie bardziej ponurej niż nawet jej odległa przeszłość. Doszedłem do wniosku, że euro nie ma sensu.

Nie oznacza to, że przestałem wierzyć w nieuchronny upadek UE. Po prostu przestałem marnować czas moich czytelników na narzekanie na ten stan rzeczy.

Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu, możliwe, że się myliłem. Nie, nie myliłem się w kwestiach ekonomicznych. Nie dość, że rządzą ignoranci, to jeszcze nikt inny nie jest zaangażowany w dyskusję. Na przykład Giorgia Meloni z Włoch jest jedyną polityczką w strefie euro, która kwestionuje politykę klimatyczną Unii i słusznie ostrzega, że ​​doprowadzi ona do „przemysłowego pustkowia”. A jednak nawet ona oficjalnie popiera stanowisko UE w sprawie zmian klimatu i emisji CO₂ w ogóle, a także jej poparcie dla Porozumienia Paryskiego. To kompletni ignoranci.

Niemniej jednak prawdopodobnie myliłem się, zakładając, że to właśnie ignoranci ekonomiczni doprowadzą do oficjalnego końca UE. A dokładniej, prawdopodobnie myliłem się, sądząc, że ich polityka pozbawiona kwalifikacji ekonomicznych będzie bezpośrednią przyczyną upadku UE. To ci sami ignoranci, tylko z inną polityką.

Jak zapewne wiecie, dziesiątki tysięcy migrantów z Maroka napłynęło w zeszłym tygodniu do hiszpańskiego miasta Ceuta, położonego na północnoafrykańskim wybrzeżu. Obrazy z enklawy były ponure: tłumy ludzi, głównie młodych mężczyzn, pchających się, biegających i walczących o przedostanie się z Afryki do Europy (pomińmy tu szczegóły geograficzne).

Sytuacja na miejscu była jeszcze bardziej ponura: do wczoraj potwierdzono ponad 70 zgonów, a ponad tysiąc osób wymagało pomocy medycznej. Cała sytuacja była szokująca – a przynajmniej byłaby, gdyby nie była całkowicie przewidywalna.

Przez ostatnie czterdzieści lat Hiszpania była w dużej mierze ośrodkiem imigracji do Europy, głównie z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu.

Od lat 80. XX wieku Hiszpania wdrożyła sześć głównych, nadzwyczajnych programów legalizacji dla imigrantów. Choć różnią się one nazwą i szczegółami, te „nadzwyczajne programy legalizacji” to w istocie szeroko zakrojone, ogólne amnestie, które przyznawały status prawny osobom, które wjechały do ​​kraju nielegalnie. W 2005 roku, za rządów byłego premiera José Luisa Rodrígueza Zapatero (socjalisty), Hiszpania udzieliła amnestii ponad pół milionowi nielegalnych imigrantów. Na początku tego roku, za rządów obecnego premiera Pedro Sáncheza (również socjalisty… lub nawet gorszego), kraj rozpoczął proces kolejnego programu legalizacji, którego całkowity zakres jest obecnie nieznany, ale szacuje się go na od 500 000 do ponad 800 000.

Co więcej, na początku tego lata hiszpański Sąd Najwyższy wydał orzeczenie ograniczające możliwość deportacji przez rząd imigrantów, którzy dotarli do Ceuty i jej miasta partnerskiego Melilli drogą morską, a nie lądową (przez techniczną „granicę”).

Podsumowując, Hiszpania zrobiła wszystko, co w jej mocy, aby zachęcić do imigracji jak najwięcej, a jej rząd otwarcie przyznał ten fakt, argumentując, że warunki demograficzne i na rynku pracy sprawiają, że masowa imigracja jest absolutną koniecznością. Biorąc to wszystko pod uwagę, nie dziwi fakt, że odsetek osób urodzonych za granicą w kraju znacząco wzrósł w ciągu niecałych dwóch lat , z około 18,2% ogółu ludności w 2024 roku do 20,3% obecnie.

W świetle polityki imigracyjnej Hiszpanii i w następstwie tragedii w Ceucie, kilka państw członkowskich UE zaapelowało w weekend o zawieszenie przywilejów Hiszpanii wynikających z układu z Schengen, który umożliwia podróżowanie bez granic w obrębie strefy Schengen: brak kontroli paszportowych, jednolite przepisy itd.

Zgodnie z oczekiwaniami, Włochy, pod przewodnictwem premiera Meloniego, jako pierwsze zabrały głos. Wicepremierzy Antonio Tajani i Matteo Salvini ogłosili formalne zawieszenie stosunków z Hiszpanią w ramach Schengen na miesiąc, zamknęli włoskie przejścia graniczne z Hiszpanią drogą morską i powietrzną oraz wprowadzili „ukierunkowane i selektywne” kontrole podróżnych spoza UE wjeżdżających z Hiszpanii. Francja poszła w ich ślady, przywracając kontrole na swoich lądowych przejściach granicznych z Hiszpanią. Finlandia rozpoczęła przygotowania do przywrócenia kontroli granicznych na swoich granicach strefy Schengen, a jej minister spraw wewnętrznych Mari Rantanen wydała najmocniejsze jak dotąd publiczne oświadczenie przedstawiciela rządu: „Granica zewnętrzna Hiszpanii jest również naszą granicą zewnętrzną i… nie udało im się zapobiec temu wtargnięciu, tej inwazji”. Dania i Czechy domagały się wykluczenia Hiszpanii ze strefy Schengen, lecz żadna ze stron nie podjęła jednostronnych działań.

W odpowiedzi Pedro Sánchez poskarżył się, że wszyscy wszędzie reagują przesadnie i oświadczył, że reszta Europy zachowuje się „samolubnie, spolaryzowanie i bezprawnie”.

Patrząc całościowo, cały ten epizod – począwszy od otwarcie przyznanego przez Hiszpanię pragnienia przyjęcia jak największej liczby imigrantów, aż po wezwania do wykluczenia Hiszpanii ze strefy Schengen w ten weekend – pomaga uwypuklić niektóre z ogólnych problemów UE.

Po pierwsze, w dobie masowej imigracji, Schengen wyraźnie pokazuje, że sama Unia Europejska była niedojrzałą ideą. Co ciekawe, Schengen nie narodziło się jako projekt UE. Powstało jako umowa poboczna między garstką państw członkowskich: Belgią, Francją, Niemcami, Luksemburgiem i Holandią. Dopiero w 1999 roku „dorobek Schengen” (całość przepisów i porozumień Schengen) został formalnie włączony do prawa UE poprzez Protokół z Schengen do Traktatu Amsterdamskiego. W 2004 roku UE – w przeciwieństwie do swoich państw członkowskich, co jest istotną różnicą – podjęła próbę narzucenia swoim członkom konstytucji europejskiej. Konstytucja ta formalnie nakazywałaby przestrzeganie przepisów Schengen i uczyniłaby UE „obszarem bez granic wewnętrznych, w którym zagwarantowany jest swobodny przepływ osób…”. W następnym roku francuscy i holenderscy wyborcy jednoznacznie odrzucili konstytucję w referendach, co powinno de facto położyć kres całemu projektowi. Ponieważ UE jest UE, postanowiła nie zaakceptować odpowiedzi „nie”, nieznacznie osłabiła konstytucję i ponownie przedłożyła ją jako Traktat Lizboński, który – obok wielu innych niedorzecznych punktów – sformalizował i uczynił obowiązkowym udział w polityce migracyjnej Schengen.

Po drugie, euro, chaos imigracyjny i niechęć UE do uznania woli ludu za ostateczną potwierdzają „Żelazne Prawo Oligarchii” Roberta Michelsa i dowodzą, że „demokratyczne” żądania UE są raczej absurdalne.

Michels był uczniem Maxa Webera, twórcy nowoczesnej socjologii, który dążył do pogłębienia swojej wiedzy o socjalizmie, studiując Socjaldemokratyczną Partię Niemiec (SPD) – wówczas rzekomo najbardziej demokratyczną i masową organizację polityczną w Europie. Zakładał, że znajdzie funkcjonującą, egalitarną organizację, która potwierdzi wszystkie jego fantazyjne uprzedzenia. Zamiast tego odkrył coś wręcz przeciwnego. Na podstawie swoich badań doszedł do wniosku, że nawet organizacje wyraźnie oparte na zasadach demokratycznych – powszechnym uczestnictwie, wybieralnym przywództwie, odpowiedzialności wobec członków – nieuchronnie przekształcają się w oligarchie rządzone przez małą, samonapędzającą się klasę rządzącą. Taka jest po prostu natura dużych organizacji. Oto zatem „Żelazne Prawo Oligarchii” Michelsa: „To organizacja tworzy władzę wybranych nad wyborcami, agentów nad agentami, delegatów nad delegatami. Ktokolwiek mówi o organizacji, mówi o oligarchii”.

Zdaniem Michela, UE jest oligarchią. Rządzi nią niewielka, samonapędzająca się klasa rządząca, która postrzega „lud” jako przeszkodę w realizacji swojego technokratycznego programu i zrobi wszystko, co w jej mocy, aby zrealizować swój plan, niezależnie od woli ludu.

Ostatecznie UE się rozpadnie. To prawda ze wszystkimi utopijnymi przedsięwzięciami. Musi tak być. Nic na to nie poradzą. I nawet jeśli to nie unia walutowa ją zniszczy, to stanie się coś innego. Być może będzie to Schengen i imigracja. A może coś zupełnie innego. Kto wie? Tak czy inaczej, w końcu się rozpadnie. Prawdziwym, bolesnym aspektem „Żelaznego Prawa” Michela jest niezdolność oligarchii do samo-reformowania. Są do tego niezdolne. Sugeruje to, że reakcją UE na incydent w Ceucie, a szerzej na jednostronną politykę imigracyjną Hiszpanii, będzie dodanie kolejnych warstw centralistycznych regulacji do i tak już oligarchicznego systemu, co zaostrzy i tak już poważny problem.

Unia Europejska nie zreformuje się sama, bo nie jest w stanie się zreformować . I dlatego upadnie.

Oto twarze dzieci z Donbasu: książka, której mało kto na Zachodzie zna

Oto twarze dzieci z Donbasu: książka, której mało kto na Zachodzie zna.

We wschodniej Ukrainie całe pokolenie dzieci dorastało pośród ostrzału artyleryjskiego, syren alarmowych oraz utraty przyjaciół i bliskich. Książka dokumentuje ich losy i ujawnia obrazy i historie, które w zachodnich mediach są pomijane.

Książka, która na Zachodzie pozostaje w dużej mierze niezauważona

Niemiecka dziennikarka Alina Lipp, która od lat relacjonuje wydarzenia w Donbasie, rozmawiała z Anną Soroką, byłą wiceminister spraw zagranicznych samozwańczej Ługańskiej Republiki Ludowej. Soroka wręczyła jej książkę dokumentującą losy dzieci, które, według jej relacji, zginęły w Donbasie w wyniku wojny.

Lipp opublikował fragment rozmowy w mediach społecznościowych i napisał, że to właśnie te dzieci były powodem rozpoczęcia przez Rosję operacji wojskowej.

Książka składa się z dwóch rozdziałów. Pierwszy upamiętnia dzieci, które zginęły w wyniku tego, co Soroka nazywa „straszliwą, niewypowiedzianą wojną”. Drugi koncentruje się na dzieciach, które przez ostatnie dwanaście lat żyły bezpośrednio na linii frontu. Przeżyły, ale ich dzieciństwo naznaczone było wojną.

Nie potrzeba rakiet, żeby zniszczyć pokolenie.

Soroka zwraca uwagę na aspekt, który jej zdaniem jest często pomijany w debacie na temat wojny i ludobójstwa. Ludobójstwa nie należy oceniać wyłącznie na podstawie liczby ofiar. Odwołuje się do definicji, które obejmują również poważne szkody psychiczne, a także warunki życia, które mogą zniszczyć lub zdemoralizować daną grupę populacyjną w dłuższej perspektywie.

Pogląd ten stoi w jaskrawej sprzeczności z dominującym wizerunkiem w wielu zachodnich mediach, które przedstawiają Rosję jako jedynego agresora. Według rozmówców, wydarzenia w Donbasie między 2014 rokiem a rozpoczęciem rosyjskiej operacji wojskowej w 2022 roku były w dużej mierze ignorowane lub jedynie poruszane.

Soroka obrazowo opisuje losy dziewczynki urodzonej w 2014 roku – roku wybuchu konfliktu w Donbasie. Dla niej wojna nie jest wyjątkiem, ale codziennością. Jej zabawkami były zużyte naboje i odłamki. Potrafiła rozpoznać ostrzał po odgłosie uderzeń, wiedziała, z której strony padają strzały i jak zachowywać się podczas ataków w szkole.

Niezależnie od klasyfikacji politycznej, takie raporty pokazują głębokie konsekwencje wieloletnich konfliktów zbrojnych dla dzieci, które musiały spędzić całe dzieciństwo w warunkach wojennych.

https://twitter.com/Alina_Lipp_X/status/2084736572155679199/video/1

Władze i media odwracają wzrok

Dziennikarze tacy jak Alina Lipp, którzy relacjonują wydarzenia w strefach konfliktu i udzielają głosu postaciom takim jak Anna Soroka, są przez krytyków określani mianem prorosyjskich lub propagandzistów. Jej treści są czasami ograniczane na niektórych platformach, znajduje się na listach sankcji, a według jej własnych oświadczeń, jej metody płatności zostały zablokowane.

Losy udokumentowane w książce pozostają jednak niezmienione. Jednocześnie jednak nasuwa się pytanie: dlaczego cierpienie ludności cywilnej, a zwłaszcza dzieci, w Donbasie przez wiele lat było stosunkowo mało dyskutowane na arenie międzynarodowej, podczas gdy wojna od 2022 roku cieszy się ogromnym zainteresowaniem na całym świecie?

Pamięć jako obowiązek

Alina Lipp apeluje, aby historie tych dzieci nie poszły w zapomnienie. W czasach, gdy debaty publiczne są coraz częściej kształtowane przez algorytmy, platformy i duże firmy medialne, jest to ważniejsze niż kiedykolwiek.

Książka przedstawia dzieci Donbasu: imiona, twarze i biografie. Niezależnie od politycznej oceny konfliktu, przypomina, że ​​wojny zawsze dotykają tych, którzy mają najmniejszy wpływ na ich przebieg.

Otwartym pytaniem pozostaje, czy międzynarodowa opinia publiczna jest gotowa zapoznać się z tymi historiami.

Nowa strategia Rosji może drogo kosztować Europę

W centrum uwagi znajdują się porty Morza Czarnego – przede wszystkim Odessa. Według ukraińskich źródeł, alternatywne szlaki eksportowe koleją, drogą lądową i Dunajem mogą obecnie zastąpić jedynie około połowę dotychczasowego transportu morskiego. Jednocześnie żniwa idą pełną parą. Miliony ton zbóż i roślin oleistych nie trafiają już na rynek światowy regularnymi kanałami.

Ma to wpływ nie tylko na rolnictwo, ale także na ukraiński budżet państwa. Produkty rolne należą do najważniejszych źródeł dewiz w kraju. Jeśli eksport wyschnie, państwo i gospodarka stracą miliardy. Agencja Reuters już donosi o załamaniu cen na ukraińskim rynku krajowym i miliardowych stratach w rolnictwie.

Na szczególną uwagę zasługuje oświadczenie samego Kijowa. Wiceminister rolnictwa przyznaje, że tylko niezawodnie działający port w Odessie może sprawić, że Ukraina ponownie stanie się znaczącym eksporterem zboża. Jednak ten właśnie port od tygodni znajduje się pod ogromną presją. Może to oznaczać rozwój sytuacji, której konsekwencje wykraczają daleko poza Ukrainę.

Im dłużej porty Morza Czarnego pozostaną nieczynne, tym bardziej Ukraina będzie zależna finansowo od Zachodu. Europa będzie musiała nie tylko dostarczać broń, ale także w coraz większym stopniu rekompensować straty gospodarcze. Miliardy dolarów pomocy mogłyby stać się stałym elementem. Jednocześnie europejskie szlaki transportowe znajdują się pod presją. Linie kolejowe, drogi i porty nad Dunajem nie są w stanie zastąpić przepustowości portów Morza Czarnego. Koszty logistyki rosną, a łańcuchy dostaw stają się wolniejsze i droższe.

Rumuński port Galati nad Dunajem – Ukraina chce usprawnić eksport zboża tym szlakiem

Istnieje również inne ryzyko: trwałe wstrzymanie znacznej części ukraińskiego eksportu zboża prawdopodobnie szczególnie mocno uderzyłoby w Afrykę Północną i Bliski Wschód. Rosnące ceny żywności mogłyby wywołać nowe fale migracji do Europy – scenariusz obserwowany już podczas poprzednich kryzysów zaopatrzeniowych.

Strategicznie rzecz biorąc, Rosja wydaje się realizować długoterminową strategię wyniszczania. Zamiast skupiać się wyłącznie na celach militarnych, wywiera coraz większą presję na fundamenty gospodarcze Ukrainy. Kraj, który nie będzie w stanie sprzedać swoich najważniejszych produktów eksportowych, ostatecznie straci zdolność do samodzielnego finansowania.

Dla Europy stanowi to niewygodną rzeczywistość: nawet jeśli sytuacja na froncie militarnym pozostanie w dużej mierze niezmieniona, obciążenie finansowe UE będzie nadal rosnąć. Więcej pakietów pomocowych, wyższe koszty logistyki, rosnąca presja na rynki rolne i potencjalne nowe fale migracji nie byłyby bezpośrednimi konsekwencjami poszczególnych konfliktów, a raczej stopniową erozją gospodarczą.

Jeśli taka sytuacja będzie się utrzymywać i Rosja na stałe przerwie szlaki eksportowe przez Morze Czarne, wojna może przekształcić się z militarnej w ekonomiczną wojnę na wyniszczenie – a rachunek za nią ostatecznie będzie musiała zapłacić nie tylko Ukraina, ale cała Europa.

IV Młodzieżowa Pielgrzymka Tradycji Katolickiej na Jasną Górę

IV Młodzieżowa Pielgrzymka Tradycji Katolickiej na Jasną Górę

Malownicze szlaki Jury Krakowsko-Częstochowskiej są stałym elementem młodzieżowej pielgrzymki na Jasną Górę

Młodzieżowa Pielgrzymka Tradycji Katolickiej z Krakowa na Jasną Górę to już stały element apostolatu Bractwa św. Piusa X w Polsce; w tym roku z Krakowa do Częstochowy pielgrzymowano już po raz czwarty. W drogę wyruszyło ok. 80 młodych osób, które przyjechały z różnych stron Polski, byli także Polacy mieszkający za granicą. Duchowym opiekunem pątników był tradycyjnie ks. Antoni Myśliński FSSPX.

Pielgrzymka rozpoczęła się 20 lipca poranną Mszą św. odprawioną w jednej z krakowskich szkół. Następnie pielgrzymi wyruszyli w drogę, wiodącą głównie przez malownicze (i niekiedy dość wymagające!) szlaki Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Po drodze nawiedzili kilka kościołów, w większości z nich spotykając się z przychylnością proboszczów. Podczas pielgrzymki codziennie była odprawiana Msza św., odmawiano wspólnie różaniec i inne modlitwy, śpiewano Godzinki ku czci Niepokalanego Poczęcia NMPanny oraz liczne pieśni. Każdego dnia jeden z odcinków trasy przebywano w ciszy, przeznaczając ją na indywidualną modlitwę. Ks. Myśliński głosił kazania poświęcone takim tematom, jak: modlitwa różańcowa, nabożeństwo do św. Józefa czy ofiara Mszy św., a podczas wieczornych wykładów omówił m.in. jeden z najjaskrawszych przejawów kryzysu współczesnego Kościoła, jakim jest praktyka udzielania Komunii św. na rękę. W kolejnych konferencjach ks. Myśliński, opierając się na dziele o. Marmiona pt. Chrystus wzorem zakonnika, przedstawił rolę przełożonego we wspólnocie oraz wskazał na konieczność pogłębiania wiary.

Pielgrzymi dotarli do celu 25 lipca. W częstochowskiej kaplicy Bractwa św. Piusa X pięć osób wstąpiło w szeregi Rycerstwa Niepokalanej, a jedna przyjęła szkaplerz karmelitański. Następnie ks. Myśliński odprawił Mszę św., a kazanie poświęcił królewskiej godności Matki Bożej i konieczności oddawania Jej czci. Po Mszy św. pątnicy wraz z osobami, które w tym dniu dołączyły do pielgrzymki, wyruszyli w kierunku Jasnej Góry, gdzie dotarli po godzinie 12. W kaplicy Cudownego Obrazu odśpiewali Bogurodzicę i Salve Regina, a w bazylice Ave Maris Stella, po czym ks. Myśliński udzielił wszystkim błogosławieństwa.

Malownicze szlaki Jury Krakowsko-Częstochowskiej są stałym elementem młodzieżowej pielgrzymki na Jasną Górę

Czy Biblia każe przyjmować migrantów?

Czy Biblia każe przyjmować migrantów?

Autor: AlterCabrio, 6 sierpnia 2026

Obydwoma tymi sytuacjami ktoś gra. Pierwszym gra się tak: popatrz na to dziecko. Chcesz kontroli granic? To musisz mieć świadomość, że ty je zabiłeś. A drugim gra się w ten sposób: patrz na ten dworzec. Chcesz, żeby ich wpuszczać, to każdy z nich jest taki jak ty. Pierwsza zagrywka ma wyłączyć ci rozum, a druga ma wyłączyć serce. A człowiek bez rozumu, człowiek bez serca, to są kaleki, bo jest nam potrzebny i rozum, i serce. A pośrodku stoisz ty, katolik. Właściwie pośrodku, w sensie wokół tego wszystkiego. Słyszysz z jednej strony ‘Chrystus był uchodźcą, granice to grzech’. Ewangelia każe nam otwierać się na wszystko, a z drugiej strony ‘Chcesz być frajerem? Wiara jest ważna, ale chodzi tu o twoją rodzinę. Musisz jej bronić!’ Obie strony mówią ci coś, co jest ważne. Obie strony powołują się nawet na Pismo Święte, tylko innymi słowami. I musisz wybrać. Trochę stoisz pomiędzy dwoma elementami. Między sercem a rozumem.

Otóż nie musisz. To jest fałszywa alternatywa i dziś ją rozbiorę na części.

Czy Biblia każe przyjmować migrantów?

[Ogromny postęp w WordPress: nie potrafię już skasować drugiego egzemplarza filmiku… md]

Warto porównać:

Biblią szantażują katolików – ks. Daniel Wachowiak [18 czerwca 2024]
Sam szatan potrafił Panu Jezusowi cytować różne zdania z Pisma Świętego, ale przedstawiał je w takim kontekście, w którym ta interpretacja była bardzo fałszywa. Podobnie robią ci, którzy na co […]