Chyba Ktoś chce przejąć Pocztę Polską w ruinie.

Chyba Ktoś chce przejąć Pocztę Polską w ruinie.

Poczta Polska w fatalnej kondycji finansowej. Spółka ma problem

Czy Orlen wyciągnie „pomocną dłoń”?

Krzysztof Kobylarz poczta-polska

Poczta Polska, będąca ważną częścią polskiej historii i dziedzictwa komunikacyjnego, stoi teraz w obliczu licznych wyzwań, które zagrażają jej pozycji na rynku. Rośnie liczba problemów, zarówno finansowych, jak i operacyjnych. Jakie są przyczyny tej trudnej sytuacji i czy interwencja Orlenu może przynieść pożądaną poprawę?

Kryzys w Poczcie Polskiej. Czy Orlen będzie w stanie pomóc?

Jak informuje poniedziałkowa Rzeczpospolita, Poczta Polska, jedna z najstarszych instytucji w Polsce, od dawna była symbolem solidności i pewności w świadczeniu usług komunikacyjnych. Jednak ostatnie lata przyniosły ze sobą lawinę wyzwań, które wstrząsnęły jej fundamentami.

Począwszy od cyfrowej rewolucji, która zepchnęła tradycyjną korespondencję na dalszy plan, aż po rosnące koszty operacyjne i konkurencję ze strony nowych graczy na rynku, sytuacja Poczty stała się coraz bardziej skomplikowana. Dodatkowo niefortunne decyzje zarządu, takie jak ograniczenie zatrudnienia czy brak inwestycji w nowoczesne technologie, pogłębiły tylko problemy.

Próbując zrekompensować spadek dochodów, Poczta wprowadziła podwyżki cen, co spotkało się z niezadowoleniem klientów. Te zmiany doprowadziły do dalszego spadku ilości wysyłanej korespondencji. To, co kiedyś było tak zwaną „dumą narodu„, teraz potrzebuje głębokich reform i strategicznych partnerstw, aby odzyskać swoją dawną pozycję.

Cena vs. Jakość w usługach Poczty Polskiej

W erze globalizacji i swobody dostępu do informacji, oczekiwania klientów względem usług rosną w zaskakującym tempie. Poczta Polska, podobnie jak wiele innych instytucji publicznych w Europie, próbuje sprostać tym wyzwaniom, jednocześnie starając się utrzymać opłacalność swoich działań. W ostatnich latach obserwujemy znaczący wzrost cen usług świadczonych przez Pocztę Polską. Co więcej, Polacy, porównując te ceny do standardów i jakości usług oferowanych przez firmy kurierskie czy alternatywne metody komunikacji, zaczynają się zastanawiać. Często zadają sobie pytanie: czy warto?

Otóż wysokie ceny usług pocztowych mogłyby być uzasadnione, jeśli szłyby w parze z jakością. Niestety, częste opóźnienia, zaginione przesyłki czy trudności w śledzeniu ich statusu sprawiają, że wielu klientów czuje się zawiedzionych. Konkurencja, oferując nowoczesne rozwiązania technologiczne, lepszy tracking oraz skrócone czasy dostaw, stawia Pocztę Polską w niekorzystnej pozycji.

Nie można też zapominać o globalnym kontekście. W wielu krajach europejskich usługi pocztowe, mimo wyzwań związanych z cyfryzacją i spadkiem zainteresowania korespondencją, prezentują się lepiej pod względem kosztów i efektywności. Porównując je do oferty Poczty Polskiej, wyraźnie dostrzegamy różnice. Są one nie tylko zauważalne, ale również mocno odczuwalne w kieszeniach Polaków. Tym samym, dla wielu z nas stosunek „jakość do ceny” w kontekście krajowych usług pocztowych pozostawia wiele do życzenia. W efekcie coraz więcej osób rozważa korzystanie z alternatywnych rozwiązań komunikacyjnych.

Orlen – nowy gracz w grze?

Koncern Orlen to jedna z największych i najbardziej rozpoznawalnych polskich firm, która przez lata koncentrowała się głównie na branży paliwowej. Ostatnie lata przyniosły jednak szereg zmian strategicznych w działaniach tej potęgi gospodarczej, poszerzając jej działalność o różnorodne sektory rynku. Teraz wydaje się, że Orlen może wkroczyć na rynek pocztowy i kurierski, dając Poczcie Polskiej szansę na odnowienie.

Zbliżając się do tej potencjalnie rewolucyjnej współpracy, warto zastanowić się, jakie korzyści mogłaby przynieść obu stronom. Dla Poczty Polskiej wsparcie Orlenu miałoby niewątpliwie charakter ratunkowy. Z jednej strony, środki i doświadczenie Orlenu mogłyby pomóc w modernizacji i cyfryzacji usług, a z drugiej, wprowadzić innowacje, które uczynią Pocztę Polską bardziej konkurencyjną wobec innych firm kurierskich.

Orlen, wchodząc w sektor pocztowy, dąży do dalszej dywersyfikacji swojej działalności. Taki ruch jest strategicznym krokiem, zwłaszcza w obliczu przyszłych zmian w sektorze energetycznym, zwłaszcza związanym z odejściem od paliw kopalnych. Ponadto, poszerzenie oferty o usługi kurierskie i pocztowe otwiera drzwi do dotarcia do nowych grup klientów i umacniania swojej pozycji na rynku.

Poczta Polska i Orlen łączą siły?

Plan restrukturyzacji Poczty Polskiej i jej połączenie z Orlenem jest w fazie przygotowań w Ministerstwie Aktywów Państwowych. Z informacji uzyskanych nieoficjalnie przez „Rzeczpospolitą”, wynika, że celem jest stworzenie nowej spółki, zdolnej do konkurowania w branży kurierskiej z takimi gigantami jak InPost, DPD czy DHL. Kluczowym elementem tego projektu jest wyodrębnienie działu kurierskiego i logistycznego Poczty Polskiej. „Rzeczpospolita” podkreśla, że połączenie tej części z Orlenem miałoby na celu skorzystanie z dodatkowego kapitału, zważywszy na rozwijającą się usługę kurierską „Orlen Paczka”.

Zapytany o te plany, Orlen potwierdził, że rozważa różne kierunki rozwoju sieci „Orlen Paczka”, ale wstrzymuje się z komentarzem odnośnie potencjalnej współpracy. Daniel Witkowski, rzecznik Poczty Polskiej, nie zdementował tych informacji. Podkreślił, że zarząd Poczty jest w ciągłym dialogu z głównym akcjonariuszem, aby znaleźć najlepsze rozwiązania dla dalszej działalności firmy.

Jednakże, jak w każdej takiej inicjatywie, istnieją również wyzwania. Integracja dwóch tak dużych podmiotów niewątpliwie jest obiecująca. Jednak może napotkać na liczne trudności, zwłaszcza związane z różnicami w kulturze organizacyjnej, podejściu do klienta czy też strategiami działania.

Ratowanie Poczty Polskiej jest nieopłacalne? Rozwiązaniem nie są ciągłe dotacje

Kryzys w Poczcie Polskiej jest wynikiem zmieniających się nawyków komunikacyjnych społeczeństwa. Dodatkowo konkurencja ze strony nowych technologii i firm kurierskich pogłębia ten problem. Niemniej jednak zaangażowanie tak potężnego gracza jak Orlen może przynieść nadzieję na odrodzenie tej ważnej instytucji. Za pomocą odpowiednich strategii, Poczta Polska może odzyskać zaufanie klientów i ponownie stać się kluczowym elementem polskiego krajobrazu komunikacyjnego.

Pytanie tylko — czy rzeczywiście będzie w stanie wyprzedzić konkurencję, lub co najmniej jej dorównać. W innym przypadku dotowanie Poczty Polskiej będzie jedynie podlewaniem studni bez dna. A to w końcowym aspekcie będzie jedynie stratą pieniędzy podatnika. Poczta Polska, choć jest ważnym elementem polskiego krajobrazu komunikacyjnego, zmagając się z wyzwaniami, musi znaleźć nowe metody dostosowania się do zmieniającego się rynku. W innym przypadku jej problemy finansowe będą się jedynie pogłębiały.

============================

mail: Prosta sprawa: Wysyłam paczkę kurierem zagranicznym nie płacącym podatków DPD , paczka jest na drugi dzień. Opcja Poczty Polskiej – pomimo gigantycznego zaplecza jakie ma –  cena wyższa, dostawa za 2-3 dni. Kto normalny będzie korzystał z poczty?

W Austrii poczta ma podobne ceny co  w Polsce i się opłaca, i płacą 1500E netto 14 pensji w roku. Ktoś chce przejąć majątek Poczty w nieruchomościach itp za psi pieniądz.

Kup synkowi zaświadczenie o „bardzo niskich dochodach” – dostaniesz setki tysięcy „dotacji” na termomodernizację.

Kup synkowi zaświadczenie o bardzo niskich dochodach – dostaniesz setki tysięcy „dotacji” na termomodernizację.

Udają biednych i drenują „Czyste powietrze”. Wystarczy jedno zaświadczenie

Krzysztof Bałękowski czyste-powietrze-zaswiadcz

Wystarczy zaświadczenie o niskich miesięcznych dochodach, żeby dostać wysokie dotacje na termomodernizację domu. Korzystają z tego nieuczciwi – jak się dowiedział DGP, po wsparcie przeznaczone dla najuboższych sięgają bardzo zamożni

W teorii podwyższone lub najwyższe dofinansowanie z programu jest przeznaczone dla tych, którzy bez pomocy państwa nie mieliby szans na kosztowną wymianę „kopciucha” lub kompleksową termomodernizację domu. A w praktyce? Nawet ludzie zamożni będący właścicielami kilku nieruchomości mogą dostać z publicznej kasy kilkaset tysięcy.

Łączny majątek jest bez znaczenia

Program „Czyste powietrze” zakłada, że osoby z najniższymi dochodami mogą liczyć nawet na 135 tys. zł dotacji i pokrycie do 100 proc. kosztów inwestycji. Limity wsparcia są ustanowione na jeden budynek, ale można złożyć kilka wniosków na kilka nieruchomości. W programie bowiem weryfikowane są tylko dochody. Tym samym bez znaczenia jest łączny majątek wnioskującego o dotację. I tak osoba, która uzyska w ośrodku pomocy społecznej zaświadczenie o bardzo niskich dochodach, może jednocześnie być właścicielem lub współwłaścicielem kilku domów i na wszystkie dostać dofinansowanie idące w setki tysięcy złotych.

Przykład? Jak dowiedział się DGP, w jednym z wojewódzkich funduszy ochrony środowiska 18-latek, wykazując zerowe dochody, uzyskał łącznie ok. 300 tys. zł na wyremontowanie trzech nieruchomości. Wcześniej udziały w nich przepisał na niego bliski członek rodziny. Kolejny przykład – mężczyzna przepisał jedną dziesiątą nieruchomości na matkę. Sam jedynie wyraził zgodę na udział w programie. I znów: bardzo wysoka dotacja. To nadużycia, ale możliwe, bo program tego nie weryfikuje. Jednocześnie takie działanie nie jest niezgodne z jego zasadami – mówi osoba znająca sprawę.

Będzie reakcja władz?

Wiceszef Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej Paweł Mirowski deklaruje, że zbada skalę zjawiska i rozważy, jak uszczelnić przydzielanie dotacji w II i III części programu.

Klimatolodzy twierdzą, że kazano im „zatuszować” prawdę, że temperatura na ziemi nie wzrosła od 15 lat.

Kłamstwo klimatyczne: Najlepsi klimatolodzy twierdzą, że kazano im „zatuszować” prawdę, że temperatura na ziemi nie wzrosła od 15 lat

Ethan Huff gloria.tv

(Porównaj kolory – i i temperatury w tych latach.[2017 i 2022] MD)

====================

Od sześciu lat Międzyrządowy Zespół Narodów Zjednoczonych ds. Zmian Klimatu (IPCC) pilnie opracowuje autorytatywny raport na temat; „pełnego zakresu globalnego ocieplenia spowodowanego przez człowieka”. A według przecieku najwyraźniej pokazuje, że globalne temperatury nie wzrosły od 15 lat. Setki cenionych naukowców, którzy pracowali nad raportem, potwierdziło, że rok 1998 jest nadal najgorętszym rokiem w historii. Od tego czasu temperatury albo na ogół pozostają takie same, albo spadają , robiąc poważne dziury w rządowej narracji o globalnym ociepleniu. Politycy, którzy otrzymali kopię raportu, który wyciekł, próbują teraz ukryć fakt, że na podstawie jego ustaleń zmiana klimatu spowodowana przez człowieka jest mistyfikacją. A kiedy prawda wyjdzie na jaw, wszystko, co robią rządy, aby stać się „zielonym”, również zostanie ujawnione jako nic innego jak przejęcie władzy.

Politycy wzywają do usunięcia z raportu wszelkich odniesień do „spowolnienia” ocieplenia
Associated Press (AP) uzyskała dokumenty, które wyciekły w tej sprawie, pokazujące, że establishment polityczny w całym zachodnim świecie wariuje z powodu ustaleń raportu. Niektórzy nawet wzywają do zredagowania lub usunięcia części raportu, aby prawda pozostała ukryta. Gdyby świat dowiedział się, że globalne ocieplenie i zmiany klimatu to mistyfikacja, mogłoby to doprowadzić do masowego buntu przeciwko rządowi za „wprowadzanie w błąd” co do stanu planety.Niemieccy przywódcy wzywają do usunięcia sprzecznych danych z raportu, podczas gdy przywódcy Węgier obawiają się, że opublikowanie raportu w ogóle dostarczy amunicji dla „negujących klimat”, by mogli powiedzieć, że wam to mówiliśmy .

Belgijscy przywódcy sprzeciwiają się wykorzystaniu roku 1998 jako roku początkowego dla statystyk, ponieważ był to najgorętszy rok w historii. Aby dane wyglądały bardziej zgodnie z ich oczekiwaniami, belgijscy przywódcy chcą, aby dane rozpoczynały się w 1999 lub 2000 roku, kiedy temperatury były niższe. Przywódcy w Stanach Zjednoczonych wezwali autorów raportu do wyjaśnienia tego, co pokazują dane, wykorzystując „wiodącą hipotezę” wśród naukowców zajmujących się klimatem, że glob nadal się ociepla, ale całe dodatkowe ciepło jest pochłaniane przez ocean.

Ostatni raz IPCC opublikował „raport oceniający” w 2007 roku, kiedy to organizacja fałszywie twierdziła, że Himalaje stopią się do 2035 roku. Kontrowersje wokół tego twierdzenia zostały nazwane „Climategate”, ponieważ później ujawniono, że naukowcy manipulowali danymi w tym raporcie, aby brzmiały bardziej przekonująco. Pierwszy projekt nowego raportu został przekazany rządom w czerwcu, co wywołało setki sprzeciwów. Wszystkie rządy otrzymujące pomoc wkrótce spotkają się w Sztokholmie, aby omówić wszelkie zmiany, jakie chcą wprowadzić.

Bez względu na to, jak spróbują to obrócić, raport prawdopodobnie wykaże, że tempo ocieplenia w latach 1998-2012 było tylko o połowę niższe od średniego tempa od 1952 r. Wynika to z naturalnych zmian, takich jak cykle oceaniczne „El Niño i La Niña”, a także chłodzący efekt wulkanów. Próbując wyjaśnić, co pokazują dane, niemiecki klimatolog Stefan Rahmstorf powiedział, że możliwe jest, że autorzy raportu byli pod presją, aby zająć się spowolnieniem globalnego ocieplenia i „debatą publiczną”, która otacza ten problem. „Jest to kulminacja czteroletniej pracy setek naukowców, w ramach której rządy mają szansę zapewnić decydentom jasne i zwięzłe podsumowanie w dialogu z naukowcami, którzy je napisali, i mają możliwość poruszenia wszelkich tematów, które ich zdaniem należy podkreślić” – powiedział Jonathan Lynn, rzecznik IPCC.

Fanatycy globalnego ocieplenia twierdzą, że terroryzowanie dzieci w wieku szkolnym poprawia ich zachowanie klimatyczne: „Zaangażuje je w pozytywne działania”

Za mało dzieci w wieku szkolnym daje się nabrać na propagandę lewicy dotyczącą zmian klimatu, więc niektórzy fanatycy klimatyczni, którzy nazywają siebie profesorami, wzywają teraz nauczycieli na całym świecie, aby włączyli więcej strachu i terroru do ich programów nauczania dotyczących klimatu.Według lewicowych profesorów Russella Tytlera z Deakin University i Petera Freebody’ego z University of Wollongong , obaj w Australii, kształcenie nauczycieli z „doładowaniem turbo” pomoże wywołać większy niepokój klimatyczny w umysłach i ciałach dzisiejszych dzieci, zmuszając je do posłuszeństwa rządowych mandatów klimatycznych i zmienić swoje zachowania klimatyczne. Tytler i Freebody są przekonani, że „nie trzeba już przedstawiać argumentów za działaniami w sprawie zmian klimatycznych”, to jest pierwsze zdanie w artykule, który napisali wspólnie dla The Conversation na temat „potrzeby” aby opinia publiczna reagowała na nie w „trwały” sposób. „Edukacja ma kluczowe znaczenie dla potrzebnej obecnie siły roboczej oraz dla młodych ludzi, którzy będą coraz częściej konfrontowani z realiami przyspieszających zmian klimatycznych”, twierdzą dalej, dodając, że istnieje „pilna” potrzeba szkolenia nauczycieli w zakresie propagandy klimatycznej, ponieważ wielu z nich ma „niewystarczające zrozumienie” „nauki o klimacie”.

Wiele dzieci nie mogących sobie poradzić z psychologiczną traumą propagandy klimatycznej sięga po ciężkie narkotyki
Podczas gdy niektórzy uczniowie spokojnie reagują na propagandę klimatyczną, akceptując „pozytywne działania”, których chcą ich nauczyciele z obsesją na punkcie klimatu, inni nie radzą sobie tak dobrze. Lęk klimatyczny to nowomodna choroba, która szybko staje się epidemią, także w szkołach, gdzie niektóre dzieci, nie mogąc poradzić sobie ze strachem przed ocieplającą się planetą, sięgają po twarde narkotyki, aby złagodzić ból.. „Młodzi ludzie, co zrozumiałe, chcą większej pewności co do ich przyszłych perspektyw, w tym klimatu, edukacji, miejsc pracy i przystępności cenowej mieszkań. Zmiany będą powolne i stopniowe, jak każda reforma polityki społecznej”.. Teraz studenci są bombardowani propagandą dotyczącą nie tylko klimatu, ale także perwersji LGBT i komunizmu, zmuszając niektórych do próby złagodzenia bólu substancjami, które globaliści uznali za „nielegalne”.

Warto to rozważyć w świetle tego, co dzieci i uczniowie są dziś zmuszeni znosić ze strony swoich nauczycieli, którym bardziej zależy na zaszczepieniu w nich lęku przed globalnym ociepleniem niż na szkoleniu ich, by podążali właściwą drogą w życiu.„Wiele z tych dzieci, które nie dokonują widocznych zniszczeń, może cierpieć, nawet jeśli na pozór prowadzą normalne życie i zachowują swoje cierpienie dla siebie” — donosi Watts Up With That o tym, co indoktrynacja klimatyczna robi dzieciom. „Kto wie, ile dzieci poddanych edukacji klimatycznej z„ turbodoładowaniem ”przeżyje skarłowaciałe dorosłe życie wypełnione bólem psychicznym, całe życie zmagania się z długotrwałą traumą psychiczną wynikającą z„ turbodoładowanej ”indoktrynacji klimatycznej”.

Ethan Huff CLIMATE LIES: Top climate scientists say they were ordered to “cover up” truth that earth’s temperature hasn’t risen in 15 years – NaturalNews.com

Zmiana koloru kart podnosi temperaturę!

Gerard Le Maître

Rozgrzewający żart nabiera rozpędu latem. To normalne, tutaj we Francji lato jest gorące. To narodowa tradycja, zwłaszcza na południu, gdzie akcent jest utrudniony, na pewno przez upały. Co więcej, południowcy często przesadzają, kolejny efekt upałów.[1]

40° w Andaluzji, Grecji itp. ?? ale tak jest każdego lata!!! 50° w Dolinie Śmierci w Kalifornii? Ha dobrze?!!Byłem tam ponad 30 lat temu (w lipcu 1986 i lipcu 1998) było naturalnie ponad 50°C jak każdego lata…Dolina Śmierci ( Death Valley ) to dolina na pustyni Mojave położona w Kalifornii i wchodząca w skład Parku Narodowego Doliny Śmierci . Jest to szczelinaendoreiczna o wydłużonym kształcie i zorientowana północ-południe. Jego najniższy punkt, Badwater , znajduje się na poziomie -85,5 m poniżej poziomu morza , najniższy punkt w Stanach Zjednoczonych . Byłem tam ponad 30 lat temu (w lipcu 1986 i lipcu 1998) było naturalnie ponad 50°C jak każdego lata… [2]

A gdybyśmy przestali wierzyć w te wszystkie „piski”? Oto 3 laureatów Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki, którzy wyjaśniają: Klimat zawsze się zmieniał, nie pytając nikogo o zgodę, nie mamy na to wpływu. Klimat stała się nową religią. To, co powinno nas niepokoić, to jednostronna propaganda oparta na błędnej nauce. CO2 jest niezbędny.Ξlpis on Twitter

Prawda o tym globalnym szumie medialnym? „Piłkę upuściła” Kamala Harris : jest nas zbyt wielu na ziemi, więc … Kamala Harris, wiceprezydent USA, właśnie to powiedziała„zmniejszenie populacji” jest celem ruchu klimatycznego.

Już tego nie ukrywają. TY jesteś węglem, który chcą wyeliminować! Prawdziwe zło Powinna powiedzieć, jaki jest plan zmniejszenia populacji. W kilku słowach: uczynić dzieci bezpłodnymi poprzez szczepienia i uwolnić (przez nie) wirusy, aby zabić jak najwięcej ludzi. To właśnie robią ci demokraci i socjaliści na całym świecie.

Vivre Sainement on Twitter
Wiceprezydent Stanów Zjednoczonych @KamalaHarris chce „zainwestować w redukcję populacji”.

Dziesiątki innych naukowców potępia to oszustwo, potępia oszustwo IPCC, które jest tylko zbiorem nie-naukowców, ale polityków opłacanych przez globalistów, aby oszukiwać cały świat i służyć jako alibi dla rządów…

Najważniejszą rzeczą aby pozbyć się gorącej atmosfery to wyrzucenie telewizora ….

A także mikrofalowych urządzać „smażących” – w miastach duszno i gorąco jest od 5G

[1] https://fr.sott.net/article/42381-Heating-of-gre-ou-de-force-les-medias-veulent-du-50-degres [ ]
[2] Vallée de la Mort — Wikipédia [ ]

Nouveau Monde — Réchauffement : de gré ou de force, les médias veulent du 50 degrés

Szulernia na Wiejskiej kończy sezon

Szulernia na Wiejskiej kończy sezon

Kategoria: Archiwum, Polecane, Polityka, Polska, Ważne, Własne recenzje

Autor: CzarnaLimuzyna , 16 sierpnia 2023

Wszystko wskazuje na to, że stare powiedzenie „masz miękkie serce, musisz mieć twardą inną część ciała” zachowa aktualność w następnym sezonie. Dodatkowo Sejm zadecydował, że planowane Referendum odbędzie się tego samego dnia, co wybory parlamentarne.

A teraz uwaga: Podobno wynik referendum wpłynie na decyzje polityków. W takim razie jeżeli większość wypowie się na tak, to proces wyprzedaży resztek polskiego majątku oraz proces przyjmowania „złych imigrantów” będzie kontynuowany. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby na arkuszu znalazło się pytanie: czy ziemia powinna pozostać kulista?

W zamyśle pomysłodawców pytania referendalne mają utrwalić, a w niektórych przypadkach, zmienić preferencje wyborcze. Poza tym nic się nie zmieni, bo nic nie może się zmienić. Pod tym względem demokracja w Polsce jest stabilna. Wbrew propagandzie straszącej zagrożeniem demokracji, którą należy odczytywać jako zagrożenie zmianą, sytuacja jest pod stałą kontrolą (1).

Trudno bowiem uznać, że lawirant, czyli oficjalnie niedziałająca lub działająca nieoficjalnie koalicja POPiS, która przez wiele poprzednich lat przymykała oko na paserską działalność żerującą na majątku Polaków teraz nagle dozna odnowy moralnej i… no właśnie, co mieliby zrobić? Powinny zrezygnować z ubiegania się o mandat i złożyć zeznania w Prokuraturze. Logicznie analizując – gdzie paser tam przedtem musiał pojawić się złodziej. W tym wywodzie oczywiście abstrahuję od zasadniczego pytania:  Jaka Prokuratura? Jakie Sądy?

Z powyższych powodów uważam, że polityczna Szulernia na Wiejskiej kończy sezon tylko teoretycznie. Nowy rozpocznie się, z prawie identyczną obsadą (?), na jesieni. Pesymiści mówią, że będzie to ostatni sezon przed likwidacją gotówki. Czy coś się zmieni? Na pewno pojawią się nowe warianty wirusów i nowe wersje tych samych newsów. Poza tym jedność i spójność… no, a gdzie różnice? Największe różnice pomiędzy PiS a PO wychwyciła zwykła małpa. Małpa w zielonym. Akurat o tym, jeżeli mnie pamięć nie myli, już wspominałem przy innej okazji.

Musicie stawiać wiatraki, jeść świerszcze, zrezygnować z gotówki i samochodów, brać homośluby i abortować dzieci, bo jak nie to przyjdzie Tusk i będziecie musieli stawiać wiatraki, jeść świerszcze, zrezygnować z gotówki i samochodów, brać homośluby i abortować dzieci.

Zacięciem pedagogicznym wykazał się Obi-Wan Kenobi pisząc:

Mam pytanie do kochanych prawych którzy są #MuremZaMorawieckim. On jest za NWO, Zielonym Ładem, Fit for 55. Spotykał się z głównym demiurgiem nowej komuny, Hararim. Jest za ścisłą integracją z Unią Europejską, stworzeniu wspólnej armii. Policji pewnie też. Też jesteście za tym?

A teraz przemówią Morawiecki i Kaczyński:

Ponieważ polityka klimatyczna UE jest rdzeniem polityki gospodarczej całej UE i wszyscy, którzy znają się na UE, wiedzą, że gdybyśmy sobie chcieli wyjść z polityki klimatycznej, tak po prostu zrezygnować z polityki klimatycznej UE, byłoby to jednoznaczne z wyjściem z Unii Europejskiej de facto /RMF24.pl/Morawiecki

Odrzucanie Europejskiego Zielonego Ładu oznaczałoby ustawienie się na marginesie i innego rodzaju kłopoty, to plan w którym warto uczestniczyć nawet za pewną cenę. /energetyka24.com/Kaczyński

Po co tyle gadać? Nie wystarczy wprost? Wszyscy, którzy znają się na rzeczy, wiedzą, że gdybyśmy chcieli zrezygnować z polityki klimatycznej UE, byłoby to jednoznaczne z odzyskaniem niepodległości gospodarczej, a potem, być może politycznej.

Dlaczego PiS?

Tylko PiS jest zdolne przeprowadzić proces likwidacji Polski szanując samopoczucie ofiary do samego końca. Może nie całkowicie, ale zrobi to z dużym znieczuleniem. PO et consortes, oficjalnie „Koalicja Obywatelska Zombies” zrobią to w sposób jawny i wulgarny. Bezczelnie i od frontu. PiS uczyni to za pomocą tradycyjnego wbicia noża w plecy i z „dobrym słowem” na ustach. Różnica jest aż nadto widoczna. „Jarosław Dobry” dokona tego pod biało-czerwoną flagą, mówiąc o wolności. Wstępną mowę zdążył już zacząć wygłaszać Mateusz Jakub Morawiecki.

Al Capone i Adam Niedzielski

9 sierpnia 2023

Łukasz Warzecha: Al Capone i Adam Niedzielski

https://pch24.pl/lukasz-warzecha-al-capone-i-adam-niedzielski/

#Al Capone #dymisja #morawiecki #Niedzielski #rząd #Warzecha

(Fot: Adam Chelstowski / Forum)

Mabel Walker Willebrandt, zastępca prokuratora generalnego USA w latach 1921-29, była twórcą innowacyjnego podejścia do zwalczania zorganizowanej przestępczości, rozplenionej w latach prohibicji (tzw. Volstead Act, będący w mocy w latach 1920-33, przykład skrajnej nieefektywności i kryminogenności podobnych regulacji). To dzięki niej zaczęto przyglądać się majątkowi Alphonse’a Gabriela Capone’a, znanego jako Al Capone. Na prowadzony przez niego nielegalny przemyt alkoholu polowała już grupa agentów pod kierownictwem Eliota Nessa (jego podkoloryzowaną historię pokazał Brian De Palma w znakomitych „Nietykalnych” z 1987 r. z Kevinem Costnerem, Seanem Connerym, Andym Garcią i Robertem de Niro w rolach głównych), ale to nie wystarczało, żeby Capone’a wsadzić za kratki.

W październiku 1931 r. najsłynniejszy gangster Chicago został jednak skazany na 11 lat więzienia, wysoką grzywnę oraz zapłacenie zaległych należności w związku z pięcioma zarzutami niezapłacenia podatków. W 1939 r. uzyskał zwolnienie warunkowe wobec zaawansowanego stadium syfilisu. W 1946 r. psychiatra uznał, że wskutek postępów choroby były gangster ma mentalność 12-latka. Capone zmarł po udarze w 1947 r.

Przypominam tę historię człowieka, który swego czasu trząsł Wietrznym Miastem, bo właśnie to skojarzenie najczęściej pojawiało się po dymisji Adama Niedzielskiego: dobrze, że odchodzi – wszak Capone’a też skazano za podatki, a nie za liczne zlecone zabójstwa, w tym jedno funkcjonariusza z grupy specjalnej Nessa.

Wesprzyj nas już teraz!

60 zł

80 zł

100 zł

Trzeba by przejrzeć komentarze z amerykańskiej prasy z lat procesu gangstera, żeby stwierdzić, czy dominowała wtedy ulga, że notoryczny przestępca w końcu znajdzie się za kratami (większość wyroku Capone przesiedział w słynnym federalnym więzieniu Alcatraz) czy może raczej zawód, że nie udało się go posadzić za jego naprawdę groźne i haniebne czyny – przede wszystkim kierowniczą rolę w zlecaniu zabójstw, czego nigdy nie udało się organom ścigania dowieść. Sądzę, że ja odczuwałbym jednak zawód i traktowałbym to jako dowód na słabość państwa.

Podobnie mam z rezygnacją – bo przecież nie jest to nawet formalnie odwołanie – Adama Niedzielskiego. Analogia zaś jest tutaj nawet zgrabna: tam mieliśmy gangstera w ścisłym sensie tego słowa, tutaj mamy „gangstera” politycznego, którego dorobek jest w swojej dziedzinie równie poważny. I tak jak Capone miał w kieszeni dużą część władz Chicago oraz tamtejszej policji – dlatego musiały wkroczyć organy federalne – tak i tu Niedzielski do niedawna miał za sobą rząd.

Problemem jest to, z jakiego powodu został zmuszony do opuszczenia stanowiska. Naprawdę trudno tutaj mieć poczucie satysfakcji. Formalnie rzecz biorąc poszło o to, że w trakcie awantury o faktycznie absurdalne wylanie dziecka z kąpielą – znaczące ograniczenia w wystawianiu recept przez lekarzy – pan minister z zadziwiającą bezmyślnością i wykazując się typową dla siebie arogancją ujawnił, jaką receptę samemu sobie wystawił jeden z krytykujących go lekarzy, Piotr Pisula. Tak naprawdę jednak można podejrzewać, że obóz władzy z ulgą pozbywa się przed wyborami ministra, którego obciąża jego postawa w trakcie pandemii. Nie robi tego jednak z powodu jego ówczesnych działań, bo przecież pierwszą osobą do odwołania musiałby wówczas być Mateusz Morawiecki, a jedynie po to, żeby zamydlić oczy wyborcom.

Sam Piotr Pisula był w czasie pandemii (do września 2021) przewodniczącym Porozumienia Rezydentów Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy. W tej roli był na froncie walki o szczepienia i restrykcje – choć nie na pierwszej linii. Brał też udział w lekarskich protestach. Dziś robi z siebie męczennika, ogłasza publiczne listy, zapowiada pozwy.

Adam Niedzielski natomiast – jakkolwiek bez wątpienia złamał prawo, ujawniając informacje medyczne, dotyczące jednego lekarza – ma na koncie znacznie gorsze czyny, za które kara go nie spotkała. I o tym trzeba przypominać.

Nawet w kwestii posługiwania się informacjami, które powinny być poufne, Niedzielski nie ma czystego konta. W marcu 2021 r. po decyzji o przesunięciu terminu ustnego egzaminu lekarskiego szef resortu zdrowia oznajmił: „Zadaliśmy sobie trud i numery PESEL wszystkich osób, które zgłosiły się do egzaminu, zweryfikowaliśmy pod kątem szczepienia”. Wtedy oburzenia środowiska lekarskiego jakoś sobie nie przypominam. A przecież było to także ordynarne naruszenie tajemnicy danych medycznych.

Jednak to wciąż nic przy innych winach ministra. Kipiąca obecnie oburzeniem część środowiska lekarskiego nie tylko nie miała nic przeciwko niszczeniu przez niego systemu ochrony zdrowia w czasie pandemii, ale wręcz temu przyklaskiwała. Może dlatego, że wypłacano wówczas dodatki covidowe. To Adam Niedzielski odpowiada za przestawienie ogromnej części systemu opieki medycznej wyłącznie na walkę z covid. Skutki tego są druzgocące. Znaczna liczba nadmiarowych zgonów wynika właśnie z tego cyrku – bo trudno to inaczej określić – który zorganizował wówczas minister. Ludzie, którym odwoływano zaplanowane zabiegi, którzy nie dostali diagnozy onkologicznej na czas, którzy wreszcie nie zostali należycie zbadani, bo lekarzom pozwolono na stawianie zdalnych „diagnoz” nawet tam, gdzie było to jawnym i oczywistym nonsensem – to wszystko wina Adama Niedzielskiego. Symbolem rządów Niedzielskiego w MZ pozostanie słynny film, pokazujący pacjenta walącego kijem w okno przychodni oraz gigantyczne marnotrawstwo środków w postaci „szpitala” na Stadionie Narodowym.

To również Niedzielski – aczkolwiek nie sam, bo polityczna odpowiedzialność spada także na szefa rządu – odpowiada za rekordowo długie zamknięcie szkół. W lutym ubiegłego roku Najwyższa Izba Kontroli stwierdzała: „Obniżenie jakości kształcenia, pogłębienie nierówności edukacyjnych oraz pogorszenie kondycji psychofizycznej uczniów i nauczycieli – takie skutki zdalnego nauczania w czasie epidemii Covid-19 w Polsce wykazała kontrola NIK. Zdaniem Izby, niekorzystny wpływ na proces edukacji miał brak systemowych rozwiązań, które zapewniłyby szkołom optymalne warunki do stabilnej pracy dydaktycznej, wychowawczej i opiekuńczej. W całym badanym okresie – od stycznia 2020 r. do sierpnia 2021 r. – kolejni ministrowie edukacji wydawali głównie doraźne rekomendacje i wytyczne, dostosowując przepisy do aktualnych potrzeb. W opinii Najwyższej Izby Kontroli takie działania można usprawiedliwiać wyłącznie w pierwszym okresie epidemii, czyli w drugim semestrze roku szkolnego 2019/2020”. W sumie szkoły były zamknięte przez 234 dni. Niektóre dzieci wynikającego z tego opóźnienia już nigdy nie nadrobią.

Adam Niedzielski podpisywał się pod lockdownami, które zniszczyły tysiące biznesów, a podatnika kosztowały 200 mld zł w tarczach antycovidowych. Koszt tego ponosimy do dzisiaj również w rekordowo wysokiej inflacji. W lipcu wciąż była dwucyfrowa i wynosiła prawie 11 proc., ale inflacja skumulowana od stycznia 2020 r. do początku tego roku to aż 32 proc.! O wiele więcej niż w państwach strefy euro (13,9 proc.).

To wreszcie Adam Niedzielski wspierał walkę z tymi lekarzami, którzy podczas pandemii mieli odwagę opowiedzieć się przeciwko panującej wówczas paranoi. Ci lekarze do dzisiaj są stawiani przed sądami lekarskimi, a to, co się tam dzieje, jest parodią procesu.

Co ważne, dużą część swoich działań Niedzielski podejmował już wówczas, gdy wiadomo było, że były to poczynania nieskuteczne. Badania wskazujące na nieskuteczność lockdownów (tzw. NPI – non-pharmaceutical interventions) zaczęły się pojawiać już po pierwszym roku pandemii. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy suma dowodów, zawartych w ukazujących się metaanalizach, jest wprost przytłaczająca. Już samo to powinno skutkować dymisją Adama Niedzielskiego. Tak się jednak nie stało.

Postawę większości środowisk lekarskich – z wyłączeniem lekarzy nonkonformistów, którzy zapłacili za swoją postawę nierzadko wysoką cenę, w postaci nawet utraty prawa do wykonywania zawodu – trudno określić inaczej niż jako skrajną hipokryzję. Póki płynęła kasa z dodatku covidowego, póki można było brylować w mediach, pouczając ciemny lud, że ma się bać, szczepić, maseczkować, a najlepiej pozamykać w bunkrach i nie wystawiać nosa na dwór – wszystko było w porządku, a między ministrem i lekarzami dochodziło najwyżej do przyjacielskich niesnasek. Oburzenie pojawiło się dopiero, gdy dodatki zniknęły, a minister nadepnął na odcisk dobrze ustawionemu w środowisku lekarzowi. Jeśli to nie jest przykład skrajnej hipokryzji, to doprawdy nie wiem, co nią jest.

Moja radość z odejścia pana ministra jest więc bardzo gorzka. Czy ten karierowicz, który w zadziwiający sposób mościł sobie zawsze miejsce u boku władzy, znajdzie się ostatecznie tam, gdzie powinien – trwale poza życiem publicznym? Nie mam pewności. Być może przynajmniej nie trafi na żadną listę wyborczą, ale obawiam się, że znajdzie się dla niego jakieś ciepłe, a mało widoczne miejsce. Pod tym względem Ala Capone’a spotkał jednak sprawiedliwszy finał.

Łukasz Warzecha

Abp Jędraszewski: Trwa rewolucja neomarksistowska. To zamach na prawdę.

Abp Jędraszewski: Trwa rewolucja neomarksistowska. To zamach na prawdę o człowieku

abp-jedraszewski-rewolucja-neomarksistowska-zamach-na-prawde

Abp Marek Jędraszewski. Foto: PAP
Abp Marek Jędraszewski. Foto: PAP

W świecie zachodnim trwa rewolucja neomarksistowska, która coraz bardziej pragnie objąć także umysły i serca ludzi w Polsce. Jest też zamach na prawdę o samym człowieku w postaci ideologii gender. Mamy do czynienia z zamachem na wolność religijną – mówił we wtorek w Ludźmierzu metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski.

„Od 1968 roku trwa w świecie zachodnim rewolucja neomarksistowska, która coraz bardziej pragnie objąć także umysły i serca ludzi żyjących na polskiej ziemi. Mamy do czynienia najpierw z zamachem na samą prawdę, ponieważ mówi się, że każdy ma własną prawdę. Stąd narracje, które nijak mają się do obiektywnych faktów” – mówił w homilii podczas uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w ludźmierskim sanktuarium abp Jędraszewski.

Według metropolity krakowskiego, mamy obecnie do czynienia z „zamachem na prawdę o samym człowieku w postaci ideologii gender.

„Kwestionuje się to, czy ktoś jest od chwili poczęcia kobietą lub mężczyzną. Neguje się najbardziej podstawowe i oczywiste prawa nauki, zwłaszcza biologii i genetyki, a tych, którzy ośmielają się sprzeciwić tej pozbawionej jakiejkolwiek racjonalności ideologii, prześladuje się” – powiedział.

Abp Jędraszewski stwierdził, że mamy do czynienia z zamachem na wolność religijną.

„Przecież pojawiają się takie głosy w dzisiejszej Polsce, żeby usunąć religię ze szkół. Inni domagają się +opiłowania katolików+. Byliśmy świadkami budzącej przerażenie kampanii uderzającej w samą świętość kardynała Karola Wojtyły i świętego Jana Pawła II Wielkiego. Świat nie mógł tego pojąć, jak Polska mogła na raz odwrócić się od najwspanialszego wśród rodu Polaków – i to na podstawie SB-ckich dokumentów” – powiedział.

Metropolita krakowski przypominał także słowa kard. Stefana Wyszyńskiego wypowiedziane 60 lat temu, także w Ludźmierzu: „Módlcie się o wolność Kościoła w ojczyźnie naszej, o wolności waszą, o prawo do prawdy, abyście mogli bez przeszkód uczyć swoje dzieci świętej wiary, módlcie się o sprawiedliwość i szacunek w Polsce, abyście nareszcie poczuli, że rządzą nami sercem a nie policją, abyście odczuli, że nie jesteśmy obcy w ojczyźnie naszej, że nie jesteśmy obywatelami gorszymi, drugiego rzędu dlatego tylko, że wierzymy i miłujemy Boga”.

„Po 60-ciu latach wracamy do słów kardynała Wyszyńskiego i rozumiemy ich aktualność w nowych zupełnie odsłonach. Potrzeba naprawdę wolności, sprawiedliwości i szacunku. Potrzeba miłości” – mówił abp Jędraszewski.

Metropolita krakowski mówił także , że „można by się spodziewać, że raport ONZ, który miał dotyczyć prześladowań religijnych będzie dotyczył przede wszystkim prześladowań chrześcijan, bo statystycznie codziennie kilkanaście osób traci życie tylko przez to, że wierzy w Boga”.

„Tymczasem raport ONZ o prześladowaniu religijnym na świecie dotyczy tego, że niektóre religie, zwłaszcza chrześcijaństwo, mówią, że istnieje grzech, a mówiąc, że jest grzech wprowadzają podziały między ludźmi i przez to piętnują tych, którzy są grzesznikami. Więc według ONZ, trzeba by zabronić Kościołom głoszenie prawdy o tym, że jest grzech i ograniczyć ich wolność. To kolejne trudne do wyobrażenia przejaw totalitaryzmu ideologicznego. W imię wolności walczyć z prawdą Ewangelii. W imię wolności podważać to wszystko, czym żyjemy, co przeżywamy także dzisiaj” – powiedział abp Jędraszewski.

We wtorek przypada jubileuszu 60-lecia koronacji figury Matki Bożej Ludźmierskiej. Uroczystość ta miała miejsce 15 sierpnia 1963 r., a dokonali jej Prymas Tysiąclecia Stefan Kardynał Wyszyński wraz z ówczesnym biskupem krakowskim Karolem Wojtyłą. Podczas błogosławieństwa wiernych, z rąk ukoronowanej figury Gaździny Podhala wypadło berło, które w locie pochwycił biskup Wojtyła. Ten epizod skomentował prymas: „No Karol, Matka Boża przekazuje Ci władzę”. Słowa te nabrały nowej wymowy, gdy wkrótce biskup Wojtyła został arcybiskupem metropolitą, następnie kardynałem i wreszcie papieżem.

==========================

mail:

Co z tym ma wspólnego Marks.
To są pomysły amerykańskich propagandzistów  likwidacji 90% ludzkości.

Żniwo Nagłych Nadmiarowych Śmierci wśród kanadyjskich lekarzy.

180 Canadians doctors have died SUDDENLY since roll-out of mRNA technology gene based COVID vaccines (Pfizer, Moderna) (mRNA technology by Malone, Kariko, Weissman, vaccine by Bourla, Bancel, Sahin)

Why? Why would there be a 54% excess mortality in 2022 over 2019 as computed by Dr. W Makis? How many doctors have died suddently due to mRNA vaccine in America? ZERO (’0′) autopsies performed; why?

=============================

Analiza na końcu, po Galerii. MD

DR. PAUL ALEXANDER AUG 13

ANALYSIS – 180 fully COVID-19 vaccinated Canadian doctors have died suddenly or unexpectedly since the rollout of COVID-19 mRNA vaccines – lets look at ALL DEATHS of all ages during 2019-2022:

Deaths:

  • 2019: 463 (doctor deaths all ages)
  • 2020: 542 (+17% vs 2019)
  • 2021: 618 (+33% vs 2019)
  • 2022: 714 (+54% vs 2019)
  • Conclusion: Doctor excess mortality was +54% in 2022 vs 2019 and still rising!

ALL DEATHS under 30 years old

  • 2022: 6 deaths
  • 2019-2020 average: 0.5/year
  • Conclusion: Excess mortality age < 30 was +1100% higher in 2022 vs 2019-2020 average

ALL DEATHS under 40 years old

  • 2022: 11 deaths
  • 2019-2020 average: 2.5/year
  • Conclusion: Excess mortality age < 40 was +340% higher in 2022 vs 2019-2020

CAUSES OF DEATH:

  • Proper autopsies done: 0/180
  • For the following, we are dealing with incomplete or limited information:
  • Turbo Cancer: 42/180 (23%)
  • Suicide: 11/180 (probably more)
  • Exercise: 11/180 (3 swim, 2 hike, 2 mountaineer, 2 running, 1 cycle, 1 ski)
  • Died in Sleep: 6/180
  • Accident: 5/180 (2 car accident, 2 fall)
  • Stroke: 2/180
  • Creutzfeldt-Jakob Disease (Prions): 1/180
  • Died Suddenly NOS (not otherwise specified): 102/180 (most will be cardiac arrests or heart attacks, a few will be due to blood clots in lungs/pulmonary emboli, aneurysms, neurological injuries or other unusual causes)

CONCLUSION:

Canadian doctors complied with COVID-19 vaccine mandates, and now face an excess mortality of 54% in 2022 which is heavily skewed towards younger physicians, with the youngest doctors under age 30 dying at +1100% excess mortality.

There were 11 deaths while exercising and 6 deaths while sleeping – I believe most of these were due to COVID-19 vaccine induced myocarditis and cardiac arrest, or heart attack.

Matka Boża Łaskawa a Cud nad Wisłą

Matka Boża Łaskawa, „Cud nad Wisłą” a „hordy bolszewickie” i masońskie w Polsce
  [Nie wiedziałem, te FAKTY były również przede mną UKRYTE !! Strzeżmy siebie  – i Polski – przed „hordami bolszewickimi” i masońskimi!  Mirosław Dakowski ]  Książka
„Matka Boża Łaskawa a Cud nad Wisłą”
Ks. dr Józef Maria Bartnik SJ, Ewa J. P. Storożyńska 15 sierpnia 2014 czyli prawda-nieujawniona  
Fragmenty
 
 Na znanym obrazie Jerzego Kossaka Cud nad Wisłą, ponad żołnierzami polskiego wojska broniącego przyczółków Warszawy przed bolszewicką nawałą, jaśnieje postać Matki Boskiej.
To nie żaden przypadek ani licencia poetica. Maryja faktycznie zjawiła się wówczas, by obronić ledwie powstałą po okresie rozbiorów Polskę przed kolejną niewolą, by uchronić tę ziemię przed antychrześcijańską ideologią. Fakt Jej zjawienia, który przetrwał przede wszystkim w pamięci ludu, oficjalnie był jednak przez dziesięciolecia pomijany milczeniem – niewygodny zarówno dla części polskich polityków, widzących w tym możliwość osłabienia w opinii publicznej znaczenia odniesionego zwycięstwa, jak i dla rządzących po drugiej wojnie światowej w Polsce komunistów, dla których wojna 1920 roku była niepowetowaną klęską. O. Józef Maria Bartnik SJ i Ewa Storożyńska zebrali zachowane świadectwa i odkryli jeszcze jeden, niezwykle cenny rys zjawienia Maryi na przedpolu Warszawy. Otóż Maryja miała się ukazać na niebie w takiej postaci, jak jest przedstawiona na czczonym w kościele ojców jezuitów na Starym Mieście w Warszawie obrazie Matki Bożej Łaskawej – przed wiekami ogłoszonej Patronką miasta i kraju. Stąd niezwykle barwna historia powstania obrazu i rozwoju jego kultu – Maria Łaskawa uznawana była za niezastąpioną orędowniczkę w czasie zarazy, a jej sława sięgała do wielu innych miast Rzeczypospolitej, w tym Krakowa i Wilna. Zwycięstwo roku 1920 zostało jednak uproszone przez polskie społeczeństwo w gorliwej modlitwie. To wskazówka dla nas na dzisiaj…
*                          *                            *
Wstęp (…) „Praca ks. dr. Józefa Marii Bartnika SJ przerywa tę zmowę milczenia i ujawnia zatajany przez dziewięćdziesiąt lat fakt dwukrotnego publicznego ukazania się Bogurodzicy, 14 i 15 sierpnia 1920 r., w czasie walk o Ossów i Wólkę Radzymińską. Autor przedstawia te nieznane szerszemu ogółowi zdarzenia, które zmieniają dotychczasowe rozumienie przebiegu bitwy o Warszawę. Książka jest monografią tematu. Prezentuje, poczynając od roku 1608, panoramę wydarzeń , których kulminacją będzie zjawienie się Bogurodzicy na ziemi warszawskiej w poświęconym Jej dniu, święto Wniebowzięcia, w roku 1920. Przytacza także proroctwa, które pół wieku wcześniej te zdarzenia zapowiadały. Ujawnienie faktu ukazania się Bożej Matki bolszewikom w decydującym momencie walk, kiedy ważyły się losy nie tylko Polski, lecz także Europy, weryfikuje oficjalną wersję przebiegu Bitwy Warszawskiej, w której dotychczas zdarzenia te nie były odnotowane.” (…)
Ukazanie się Matki Bożej podczas Bitwy Warszawskiej roku 1920. Kontekst historyczny i polityczny Pojawienie się Bogurodzicy ponad polskimi oddziałami broniącymi bolszewikom dostępu do Warszawy w wigilię święta Wniebowzięcia (Ossów) i w samo święto (Wólka Radzymińska) nie było ani grą świateł na niebie, ani urojeniem grupki egzaltowanych dewotów, ani też pobożną legendą. Było faktem! Podczas krwawych zmagań, kiedy rozstrzygał się los Polski – a co za tym idzie, Europy – Maryja dwukrotnie zjawiła się na przedpolach Warszawy, a data i okoliczności tego wydarzenia zostały zapowiedziane przez Najświętszą Dziewicę blisko pół wieku wcześniej (por. rozdział 11). Postać Maryi, jaśniejąca na ciemnym niebie, była dobrze widoczna. Bolszewicy bez trudu odgadli, kogo widzą! Zjawienie się Matki Bożej przeraziło ich tak, że w panice rzucili się do ucieczki (por. rozdziały 17 i 18). Po ustaniu działań wojennych ci z nich, którzy byli internowani w obozach jenieckich, wielokrotnie o tym opowiadali. Fakt publicznego zjawienia się Bogurodzicy, potwierdzony przez setki naocznych świadków, pozornie nie wzbudził zainteresowania czynników oficjalnych. Nie komentowano go ani nie dementowano, niemniej podjęto stanowcze kroki, by nie dopuścić do nagłośnienia sprawy. Obawiano się, że publiczne roztrząsanie tego zdarzenia mogłoby negatywnie wpłynąć na dobre imię polskich żołnierzy, oficerów oraz generalicji, a także Naczelnego Wodza – Marszałka Piłsudskiego, dlatego konsekwentnie je zatajano. Rzecz jasna także w czasach reżimu komunistycznego sprawę przemilczano, choć z zupełnie innych przyczyn. W marcu roku 1921, po podpisaniu traktatu pokojowego w Rydze, dla odrodzonej ojczyzny zaczęła się nowa epoka. Marszałek Piłsudski jeździł po całym kraju i dekorował zasłużonych żołnierzy, sztandary jednostek oraz trąbki bojowe Krzyżami Srebrnymi Orderu Wojskowego Virtuti Militari. Rozliczano czas wojny, historycy przystąpili do dokumentowania jej przebiegu, honorowano bohaterów, przyznawano ordery i medale. Fakt dwukrotnego publicznego zjawienia się Bogurodzicy na przedpolach Warszawy okazał się bardzo niewygodny dla Ministerstwa Spraw Wojskowych. Dla masonów – a było ich wielu wśród polityków – sprawa ta była nie do przyjęcia, gdyż „masoneria z właściwą sobie zaciekłością stara się wypierać z życia narodowego i państwowego wszelką myśl Bożą i religijną.” (…)
Pisarz Adam Grzymała-Siedlecki, korespondent wojenny w roku 1920, w swojej książce Cud Wisły nader wnikliwie wskazał na „złożoność czynników cudownego zwycięstwa w bitwie warszawskiej”, podkreślając współistnienie czynników „materialnych”, takich jak: – zjednoczenie rządu, – konsolidacja społeczeństwa, – obudzenie ducha walki u żołnierzy i ochotników, z czynnikiem „duchowym”, na który złożyły się: – publiczne zawierzenie Polski Sercu Jezusowemu 19 czerwca 1920 r. przez najwyższe władze kościelne, w którym oficjalny udział wzięli Naczelnik Państwa i przedstawiciele władzy; – powtórzenie zawierzenia przez Konferencję Episkopatu Polski na Jasnej Górze w dniach 26-27 lipca; – ponowienie aktu obrania Maryi Królową Polski, dokonane przez Episkopat Polski na Jasnej Górze 26-27 lipca; – nowenny błagalno-pokutne, połączone z procesjami i całodziennym czuwaniem przed Przenajświętszym Sakramentem w całej Polsce, a szczególnie w Warszawie (6-15 sierpnia); – nowenna błagalno-pokutna na Jasnej Górze w intencji ocalenia Ojczyzny (7-15 sierpnia); – nowenna o wstawiennictwo Matki Bożej i ratunek dla Polski, odprawiana w każdej świątyni w kraju; – apel biskupów polskich do Ojca Świętego o modlitwę za Polskę; – apel biskupów polskich do episkopatów świata o modlitwę za Polskę; – apel biskupów do narodu – jego owocem było 105 714 zgłoszeń do Armii Ochotniczej gen. Hallera. Te płynące z milionów serc gorące błagania wzruszyły serce Najczulszej z Matek i wyjednały łaskę Jej dwukrotnego publicznego ukazania się podczas walk na przedpolach stolicy, co w konsekwencji zmieniło bieg historii Polski, Europy i świata. JE Arcybiskup Józef Teodorowicz powiedział, że Maryja „w wielkie swe święta […] zwykła czynić […] swe zmiłowania.” Prawdziwość tych słów potwierdzili… sami bolszewicy! Z relacji jeńców wojennych wiemy, że 15 sierpnia 1920 r. po północy ujrzeli postać Bożej Matki unoszącą się ponad atakującymi Polakami (w okolicach wsi Mostki Wólczańskie i Wólka Radzymińska). Otwarcie przyznawali, że ukazanie się Bogurodzicy było przyczyną rejterady z pola walki: Was się nie boimy, ale z Nią walczyć nie będziemy! Komisarz Feliks Dzierżyński tak scharakteryzował wybrańców losu, którym dane było ujrzeć Bogurodzicę: Armia bolszewicka – to dzicz bezmyślna, chyba niewiele się różniąca od hord tatarskich z zamierzchłej przeszłości”. Aby sprecyzować, co wysoki komisarz miał na myśli, wyjaśnijmy, że słowo «horda» pochodzi z czasów najazdów na Polskę plemion Mongołów, nazywanych u nas Tatarami, których cechowało wyjątkowe barbarzyństwo i okrucieństwo. Mongołowie byli bezlitośni: dzieci i kobiety brali w jasyr, opornych – zabijali, a wziętych w niewolę używali jako żywe tarany do podbicia kolejnych warowni i miast. Żołnierzy spod znaku czerwonej gwiazdy – pentagramu, symbolu Lucyfera – roznosiła ta sama niszczycielska furia, co owe barbarzyńskie plemiona. Bolszewicy, podobnie jak Tatarzy, nie uznawali żadnej świętości ani nie znali uczucia litości. Mieli oni stalowe nerwy i serca z kamienia – bo jak inaczej tłumaczyć brutalne mordy i gwałty, dokonywane na bezbronnej ludności cywilnej i osobach duchownych.   (…)
ŚWIADKOWIE UKAZANIA SIĘ BOGURODZICY Bogurodzica, groźna jak zbrojne zastępy, pojawiła się na nocnym niebie w chwili, gdy porucznik Stefan Pogonowski wraz ze swoim batalionem znienacka zaatakował pozycje bolszewików (por. rozdział 18). Sołdaci, obudzeni w środku nocy niespodziewaną strzelaniną, struchleli, widząc kobiecą postać unoszącą się na niebie ponad atakującymi Polakami. Jej szeroki, granatowy płaszcz powiewał na wietrze, odcinając się smugami światła od czarnego nieba. Jego poły zasłaniały stanowiska Polaków i znajdującą się za nimi Warszawę. Chaotyczna strzelanina nie trwożyła zawieszonej na niebie Postaci. Co więcej, dostrzeżono, że Niebiańska Osoba jakby wychyla się to w jedną, to w drugą stronę i odrzuca czy też odbija lecące w Jej stronę – czyli w kierunku Polaków – pociski! Osłupieli ze zgrozy bolszewicy obserwowali, jak odrzucone przez Niewiastę kartacze eksplodują tam, gdzie znajdowały się ich odwody! Ksiądz Zdzisław Król przytoczył świadectwo gospodyni ze wsi pod Radzyminem, u której nieprzytomny z przerażenia krasnoarmiejec szukał kąta do ukrycia się. Wstrząśnięty mówił, że widział na własne oczy, jak „Matier Bożja brasala puli!” Matka Boża rzucała (odrzucała) pociski!. Bolszewicy byli ludźmi twardymi, nie ulegali łękom. Jednak widok majestatycznej postaci Bogurodzicy, jakby zawieszonej na niebie, wywołał wstrząs. Obudził zagłuszone sumienia i… wiarę. A sumienia te, które teraz, w obecności Najświętszej Dziewicy doszły do głosu, wołały, oskarżały i przypominały o popełnionych niegodziwościach, mordach, gwałtach i okrucieństwach! Każdy z nich czuł, że powinien paść na twarz, by oddać Matce Bożej cześć, by błagać o wybaczenie straszliwych win, by żebrać o zmiłowanie! Jednocześnie serca przepełniała trwoga! Uczucie to przeważało i bolszewicy, ogarnięci panicznym strachem, uciekali na łeb, na szyję, porzucając tabory, działa i amunicję. Nikt z krasnoarmiejców nie myślał o konsekwencjach ucieczki z pola walki, nikt nie lękał się sądu polowego. Wszyscy śmiertelnie bali się Maryi! Ochłonęli dopiero pod Zambrowem, gdzie wstrząśnięci opowiadali chłopom: Wy etawo nie widieli.   Tuda pod Warszawoj stojała bolszaja armija.   My tuda widieli Bożiju Matier,   katoraja zaslanijala Palijakow Wyście tego nie widzieli.   Pod Warszawą stała wielka armia.   Myśmy tam widzieli Bożą Matkę, która osłaniała Polaków. I oto, wbrew solennym zapewnieniom komisarzy, że Boga nie ma, sołdaci świadczyli o Jego istnieniu – wszak na własne oczy oglądali Bożą Matkę! J
ej postać nie była urojeniem, widmem czy duchem. Obserwowali Niebiańską Niewiastę działającą! Widzieli, jak odrzucała wystrzelone w kierunku Polaków pociski! Czy nie jest ironią losu, że prześladowcy wiary i mordercy księży katolickich stali się naocznymi świadkami zjawienia się Najświętszej Maryi? Wrogowie krzyża, programowi ateiści, chętnie i dobrowolnie składali świadectwa istnienia Bogurodzicy! Jaki pogląd mieli bolszewicy na temat istnienia Boga, dowiadujemy się z relacji ks. Wiktora Mieczkowskiego, proboszcza parafii św. Idziego w Wyszkowie. W sierpniu 1920 r. zmuszony był przyjąć na kwaterę bolszewicką wierchuszkę. Podczas posiłków gościom rozwiązywały się języki: przyszli do mnie na pogawędkę […]. Chrystus był pierwszym rewolucjonistą – rzeki drugi – za rewolucję oddal życie, a kościół wypaczył jego idee, ucząc o wolnej woli, której nie ma i być nie powinno. Komuna tak wychowa człowieka, że tylko dobrze robić będzie. […] Nie ma ani Boga, ani duszy, więc tylko na ziemi trzeba używać, a wy nie okłamujcie ludzi, obiecując im niebo. Jak już wspominaliśmy, bolszewików, którzy widzieli Matkę Bożą w Wólce Radzymińskiej, można było liczyć na setki. Paradoksalnie byli oni świadkami obiektywnymi i rzetelnymi, co gwarantował ich laicki światopogląd. Przekonano ich, że Bóg nie istnieje! Wpojono pogląd, że Pismo Święte jest jedną z baśni tysiąca i jednej nocy, zbiorem podań i legend! Początkowo nie chciano im wierzyć. Sądzono, że zmyślili historię o ukazaniu się Matki Bożej, by wytłumaczyć niechlubną ucieczkę z pola walki. Jednak zgodnych świadectw było tak dużo, że podejrzenia o mistyfikację musiały się rozwiać. Podejrzewano, że bolszewicy na skutek nadużycia alkoholu mieli zaburzenia psychiczne i zwidy. Było jednak w najwyższym stopniu nieprawdopodobne, by takie same zaburzenia dotknęły kilkuset różnych ludzi, znajdujących się we wsiach oddalonych od siebie o 50 km
Aby sprawę zatuszować, rozpuszczono pogłoskę, że bolszewikom puściły nerwy i uciekali na widok… dziwnego koloru nieba (!?). Jednak nie sposób uwierzyć, że mógłby to być wystarczający powód do dezercji z pola walki! Jeśli bolszewicy w ogóle kogoś się bali, to jedynie swoich komisarzy! Spotkanie z Najświętszą Maryją musiało być dla nich wstrząsającym przeżyciem, skoro, zapominając o lęku przed komisarzami i strachu przed sądem polowym, jednym głosem głosili wielkie dzieła Boże, rozgłaszając wszem i wobec, że… na własne oczy ujrzeli   Bożju Matier.   (…) Przerywamy zmowę milczenia Jak już wspomnieliśmy, w okresie międzywojennym ukazanie się Matki Bożej podczas Bitwy Warszawskiej było dla wielu, szczególnie dla ateistów i członków lóż masońskich, ze wszech miar niewygodne. Dla tych osób fakt ten był po prostu… nie do przyjęcia! W ich mniemaniu kompromitował polską armię i mógł negatywnie wpłynąć na wizerunek odrodzonej Polski. Bo cóż by Europa o Polakach pomyślała, gdyby do jej uszu doszło, że do pokonania bolszewików przyczyniła się sama Bogurodzica? Może utarłby się pogląd, że Polacy nie są zdolni do samodzielnej obrony własnego terytorium… Pomimo tuszowania sprawy fakt dwukrotnego zjawienia się Najświętszej Maryi stał się powszechnie znany dzięki lekarzom, sanitariuszom i innym osobom, które posługiwały w obozach jenieckich i dalej przekazywały usłyszane świadectwa. Bolszewicy zaś chętnie dzielili się swoimi przeżyciami – poranek 14 sierpnia w Ossowie i noc 15 sierpnia w Mostkach Wólczańskich i Wólce Radzymińskiej były najbardziej wstrząsającymi chwilami ich życia. Na własne oczy ujrzeli Bożiju Matier. Informacje o zjawieniu się Bogurodzicy pochodziły także od mieszkańców okolic Radzymina, Wyszkowa, Zambrowa i Marek, pośrednich świadków zdarzenia. Przekazywali oni dalej to, o czym dowiedzieli się od bolszewików. Relacjonowali także to, co sami widzieli: ich przerażenie i trwogę. Fakty te były więc powszechnie znane.
Jednak nie można było o nich pisać, temat ten stał się tabu! Po przewrocie majowym w latach 1926-1939 Polską niepodzielnie rządziła masoneria. Zdecydowana większość polskich premierów była członkami lóż, czyli wyznawcami Lucyfera, a więc wrogami Kościoła! Ci spośród pracowników Ministerstwa ds. Wyznań, którzy należeli do lóż masońskich, zadbali o to, by wyciszyć i zatuszować sprawę publicznego objawienia się mocy Boga. Chodziło o to, by za parę lat nikt już w Polsce o tym nie pamiętał, choć ” Żadnemu narodowi [Bóg] tak nie uczynił (Ps 147, 20).” Zamiaru tego nie udało się zrealizować, a to dzięki temu, że naród polski trwał przy wierze ojców! Nawet w ciągu stu dwudziestu trzech lat niewoli, kiedy to zaborcy stosowali politykę bezwzględnego wynaradawiania, nie udało się zmusić Polaków do porzucenia wiary. Pomimo usiłowań zaborców, by Polacy zmieniali wyznanie i asymilowali się jako Prusacy, Austriacy i Rosjanie, udało się Polakom wytrwać przy wierze przodków. Dla caratu „katoliczestwo” było największym wrogiem asymilacji, stąd chwytano się wszelkich sposobów, by Polacy przechodzili na prawosławie. Kuszono karierą, awansami, co za tym idzie odpowiednimi apanażami, słowem: dostatnim życiem. Jak wykazała praktyka, ten, kto zmienił wyznanie, przestawał być Polakiem, stawał się rusofilem i lojalnym poddanym cara. W sercu uciemiężonego narodu królowali Bóg i Jego Matka, a programem życia nadal było hasło: Bóg, Honor, Ojczyzna. Realizacja tego duchowego programu, wierność tym ideałom niejednokrotnie w historii odgrywały decydującą rolę i stanowiły tarczę przeciwko wynarodowieniu i znikczemnieniu, jakie niosły za sobą lata wojen i niewoli.   (…)

„WARSZAWIANKA” nad Wkrą 14 sierpnia 1920. Przy borkowskim moście.

WARSZAWIANKA nad Wkrą 14 sierpnia 1920. Przy borkowskim moście.

WARSZAWIANKA nad Wkrą 14 sierpnia 1920

przy borkowskim moście.

Leć nasz orle w górnym pędzie,

sławie, Polsce, światu służ.

Kto przeżyje wolnym będzie,

kto umiera wolnym już.

Hej, kto Polak, na bagnety…

========================================

Sławomir N. Goworzycki, „Tamtego lata. Zatajona historia Polaków” str. 393 i nn.

Gdy po kościołach w niezajętej przez wroga części kraju lecz i w tych miejscach, w których bolszewicy nie ośmielali się zakazywać nabożeństw, zbierano się tłumnie, zanosząc w niebo błagalną litanię, tu przemożnym odgłosem był szmer tysięcy stóp po niezoranym rżysku, szelest żołnierskich butów o wiechcie polnego ziela na niespasanej od wielu dni łące oraz łomot coraz bliższych wybuchów. Artyleria sowiecka też się odezwała. Nacierający w pierwszych szeregach już widzieli z łagodnie opadających ku dolinie pól, jak masy wojsk na przyczółku mostowym w Borkowie rozwijają się szybko w bojową linię. Ci zaś, którym wypadło atakować nieco ku północy, na kierunku nadrzecznej, ocienionej wysoką zielenią wsi Wola, ku zarośniętej dolince potoku Naruszewka i dalej na Zawady – Popielżyn, nie od razu ujrzeć mogli swego przeciwnika. Na całej jednak linii zanosiło się na ciężki i gwałtowny bój spotkaniowy, bowiem oba wojska jednocześnie ruszały do natarcia i żadne nie zamierzało stąd ustępować.

Żołnierze nasi nawoływali się dość podobnie jak ich przodkowie w dawnych bitwach: „Hej, Radomiaki, równo!…”, „Piotrków… Łowicz, naprzód!…, „Kujawy! Do ataku !…”, „Kaliskie, Lubelskie, Tarnów, Rzeszówl”… i na sto jeszcze sposobów Uczniowie, gdy z jednego miejsca przybyła ich większa gromada, zwłaszcza ci z Warszawy i większych miast, gdzie zakładów oświatowych jest wiele, wykrzykiwali zwyczajowe nazwy swych szkół: „Zamoyski!” „Staszic! ”, „Jagiellonka !”, „Konopczyński!” „Handlówka!”, „Górski!”..

I szły te „wesołe gimnazjony”. Chłopcy padali rażeni nieprzyjacielskimi pociskami… jeden, drugi, następny, jakże wielu… Jakże wielu z tych, którzy dorósłszy i wykształciwszy się odpowiednio, mogliby naszą Ojczyznę ubogacić i wznieść na wyżyny w tylu dziedzinach życia ludzkich zbiorowości… Tak zaś już oni nie powstaną z tego sławnego pola, by żyć nadal na padole ziemskim; już nie ucieszą swym wesołym głosem rodziców, rodzeństwa, bliskich i domowych. Ich młode, czyste dusze idą stąd na Sąd Wielki, przed oblicze dobrego Boga, który wie wszystko.

Lecz przecież padali pod ciosami i ci starsi, ci z pewnym już dorobkiem, ci z pokolenia, jakie właśnie sięgało po kierownictwo sprawami narodu ojcowie rodzin, którzy także, dawnym rycerskim obyczajem, stawili się na zew Ojczyzny, jak niegdyś owi konfederaci czy kresowi wolentarze.

Jednakże teraz, na tamtych błoniach, nie czas budowy się dopełnia, nie czas pokojowego wznoszenia gmachów, a właśnie czas walki i śmierci. O wolność, o przetrwanie biją się zaś wszyscy od księcia krwi do niepiśmiennego parobka, na obszarach od dalekich gór aż po północne pojezierza.

Był wśród nich niejeden, co swój dom opuszczał w rozterce, bo niedostatek, bo jedyny żywiciel rodziny, bo choroba najbliższych. Był taki, któremu słabnąca żona sama powiedziała z łoża choroby: „Idź”.. i poszedł. Był taki, któremu „idź” powiedziała małżonka będąca przy nadziei, otoczona nadto gromadką dziatek. Był i taki, co na odchodnem żegnał się z umierającym sędziwym rodzicem. Byli i inni… i rozmaite okoliczności rodzinne czy domowe. Lecz oni z własnej woli poszli na służbę dla Ojczyzny, a zarazem zostali na nią wysłani przez swoich… bo tak było trzeba.

Już grają sowieckie cekaemy, zaraz odpowiedzą im nasze. Jeszcze czterysta, jeszcze trzysta, dwieście kroków dla pierwszych szeregów nie marszu już, lecz morderczego biegu pośród gejzerów ziemi wzbudzanych wybuchami nieprzyjacielskich pocisków.

Padnij!”, „Szybki ogień!”, „Powstań!”, „Naprzód biegiem!”

W nasze tyraliery uderzające na prawym skrzydle rażą nieubłaganie wrogowie ukryci za mostowym nasypem. Niedługo przecież, bowiem atakujący wzdłuż szosy biorą im niebawem tyły. Nasyp nie stanowi już zasłony, nasi za chwilę nań wbiegną, by spychać nieprzyjaciół w dół, na nadrzeczne błonie.

Wtedy to, pod błękitnym, lecz rozjaśnionym już przedpołudniowym upałem sierpniowym niebem, pod wysoko skłębionymi białymi chmurami, gdzieś tam z szeregu zabrzmiał dźwięczny młodzieńczy głos:

Oto dziś dzień krwi i chwały, oby dniem wskrzeszenia był…

I już kilka dalszych, tu i tam, podchwytuje:

W gwiazdę Polski orzeł biały patrzac lot swój w niebo wzbił…

Tam, w pułkach ochotniczych, ale i winnych, pieśń tę znał chyba każdy:

A nadzieja podniecany woła do nas z górnych stron…

Fala zgodnych głosów wionęła po błoniu. Krok nacierającej piechoty wyrównuje się, przecież bez rozkazu dowódców.

Zza Wkry huczy swoje moskiewska kapela, a tu przestrzeń już cała grzmi setkami gardeł jak jeden grom:

Powstań Polsko, skrusz kajdany, dziś twój tryumf albo zgon…

Armaty, karabiny, odłamki szrapneli biją już gęsto. Padają ranni i zabici. „Jezu Chryste!…” słychać wezwania konających „Sanitariusz!” wołają z szeregu.

Hej, kto Polak, na bagnety, żyj swoboda, Polsko żyj!

Napierające szeregi nie śpiewają już, lecz krzyczą. Wreszcie wszystkie te odgłosy, cała ta wrzawa przechodzi w jedno wielkie „hurrraaa !!!

Obie fale wojsk biegną już ku sobie w bitewnym zapamiętaniu. Zwarcie! Huk, trzask, zwielokrotnione uderzenia, ciosy, rozdzierający wrzask…

Tak po prawdzie, nie wiadomo skąd pieśń ta spłynęła na owo pole chwały i cierpienia. Gdy po bitwie, w okresie owego pamiętnego pościgu za bolszewikami przez pół tej części Europy, na dłuższych już postojach, kiedy to był czas ogarnąć myślą minione co dopiero wydarzenia, poczęto rozpamiętywać koleje boju nad Wkrą, nie było pomiędzy żołnierzami zgody co do tego, kto rozpoczął śpiew. Wielu z tych, co by dopomogli rozwikłać ową zagadkę, już nie żyło.

Czy był to więc pewien, nie pierwszej bynajmniej młodości przysadzisty nieco jegomość o powierzchowności majstra cechowego, z kompanii pierwszego rzutu, jeszcze na początku bitwy zmasakrowanej ogniem bolszewickiej artylerii? Zginął, lecz pieśń ze wzmożoną siłą popłynęła ku dalszym szeregom.

Czy może w młodzieńczym porywie zaintonował Warszawiankę któryś z tych nadrabiających miną „skauciaków”, z tych, jacy przeżyli cało, niedawne w czasie rzeczywistym, lecz jakże już odległe w wyobraźni, bitwy odwrotowe pod Łomżą, Ostrołęką czy Surażem? „Skauciaki” nacierały również w kierunku mostu kolejowego w Zawadach. Gdzie oni teraz?

A byli tam przecież i ow1 „adwokaci”, w średnim wieku ochotnicy ze stołecznych wyższych sfer. Może to oni dali, jak już nieraz bywało, dobry przykład całemu wojsku? Może to oni zagrzali je pieśnią w tej rozstrzygającej bitwie?

Czy jednak śpiewać nie zaczęły owe łepki z klas maturalnych i przedmaturalnych, ledwie co przysłane na front, te, co to gwizdały zrazu i hukały na dowódcę, że ich jeszcze nie puszcza do walki, że młodszą klasę już wysłano, a starszej kazano czekać?

Jeśli nie oni, to szturmowa pieśń popłynąć mogła od po raz kolejny bijących się o tę rzeczną przeprawę syberyjskich weteranów. Choć po pojawieniu się owego przypuszczenia od razu zaczęto nieelegancko żartować, że raczej nie, bo i w oddziałach tych, jako pochodzących z bardzo daleka, żadnego Warszawiaka zapewne nie uświadczysz, to i Warszawianki też pewnie nie. Już prędzej „Sybirankę”… Żartownisiów szybko zganiono, argumentując, iż pochopnie wykluczają oni spod owych dociekań całe bataliony, pułki, ba, nawet dywizje. No bo taka Dywizja Gnieźnieńska, Batalion Wileński, czy Kompania Górnośląska i rozmaite inne „regionalne„ oddziały…

Ktokolwiek by to był, przecież bojowa pieśń niosła się szeroko poprzez nasze zwycięskie szyki, od krańca do krańca. Zatem, prawem przeciwieństwa jak ktoś zauważył pierwszymi pieśniarzami musiały być, ani chybi, właśnie te warszawskie cwaniaki, te od dawnego „Gerlacha”, od „Norblina” czy może z elektrowni, które forsowały Wkrę powyżej mostu w Borkowie.

A może pieśń przyleciała od południowej strony, od Warszawy jakby, lecz właściwie od Modlina, od przybywających na bitwę pułków Podlaskiej Dywizji?

Ktoś upierał się, że to wcale nie mężczyźni ani nie chłopcy lecz dziewczyna z czołówki sanitarnej, tej właśnie, która najwcześniej przybyła na pole bitwy, poddała właściwy ton, poruszona w swym czystym panieńskim sercu doniosłością chwili oraz widokiem rozległych błoni, po których wśród huku dział i terkotu karabinów maszynowych płynęły, jedna za drugą, ciągnące się daleko tyraliery naszej piechoty.

To pewnie ona, młoda Polka, która porzuciła była bezpieczny dom rodzinny, by nieść ulgę i ofiarna posługę walczącym i cierpiącym braciom – rodakom, na skraju śródpolnego zagajnika, czy może obok jakiejś szopy na obrzeżach spalonej wioski, podniosła się znad dopiero co opatrzonego rannego, uniosła swą jasną głowę ku błękitnemu ojczystemu niebu, potoczyła wzrokiem po polu, hen szeroko… i zaśpiewała. Iskra padła na prochy.

Tak… tak chyba było. Lecz kto widział, kto pamięta tę dziewczynę? W którym służyła ona pułku?

Ktokolwiek ze spierających się nie miałby racji, przecież zagrzmiała tam i wtedy pieśń dumna, gniewna, nie znosząca sprzeciwu, wzbudzona blisko już przed wiekiem, dla zwycięstwa. Lecz wtedy nie zwycięstwo było dane naszym prapradziadom lecz straszna klęska. To owa „stara pieśń”, jak i inne ożywiająca domowe wnętrza miarowym szmerem fortepianu, gdy zmierzch rozpływa się po tajemniczych wtedy zakamarkach salonu, a ludzie wtapiają się w wygodne siedziska, by wspominać przy kominku minione dzieje.

Grzmijcie bębny, ryczcie działa, dalej dzieci w gęsty szyk…

Ledwie pod wysokim sierpniowym niebem, na tym polu szerokim, zabrzmiały owe znane takty, a już wiała pieśń od krańca do krańca. Gdy pierwsze szeregi zwarły się z wrogiem w śmiertelnym uścisku, dalsze odpowiadały im echem:

Wiedzie hufce wolność, chwała, tryumf błyska w ostrza pik…

Artyleria obu stron biła teraz niemiłosiernie ze wszystkich luf, wypełniając rozkazy przygotowania do natarcia, wydane przez obu walczących ze sobą dowódców.

W oddali, nad prącymi naprzód masami bolszewickich wojsk można było odróżnić czerwone plamy sztandarów. Potężniała wrzawa tysięcznych ludzkich głosów, wzmagała się uparta kanonada. Lecz nawet pośród bitewnego zgiełku, uparcie jak fala o brzeg morski, bił w niebo zgodny śpiew:

Leć nasz orle w górnym pędzie,

sławie, Polsce, światu służ.

Kto przeżyje wolnym będzie,

kto umiera wolnym już.

Hej, kto Polak, na bagnety…

Pieśń ta, jakże dawno temu skomponowana, chociaż w czasie innej wojny z Rosją, lecz przecież w jakże odmiennych okolicznościach, wyrażała wszakże stan obecny, wyrażała nastroje i pragnienia idących na wroga naszych żołnierzy. Dlatego właśnie zerwała się z tych pól, przez nikogo nieordynowana ani niezapowiadana owa „stara pieśń”, bojowy śpiew pradziadów.

Ach, kogóż tam nie było? Kto tam wtedy nie maszerował spiesznie, dzierżąc w garści swój wyniesiony z poprzednich bitew długi karabin z takimże bagnetem? Wskażcie dowolny spośród jakże wielu, typ polskiego chłopca, młodzieńca, mężczyzny, od czupurnego pomocnika rzeźnickiego z warszawskiego Powiśla, po kandydata na profesora w sławnym uniwersytecie na pewno był tam reprezentowany! Wielu atakowało w przemoczonych wciąż jeszcze mundurach, ponownie zbliżając się do rzeki, zza której bolszewicy zdołali ich wcześniej wyprzeć. Wtedy sztuka ta udała się wrogom, lecz teraz, o nie, teraz ani kroku w tył…

Setki par stóp mięsiły orną ziemię, pośród nieustających wybuchów szurały po mazowieckich zagonach, po łąkach, z których już ustąpiła poranna rosa.

Podążali tam, ramię w ramię, warszawscy czy krakowscy mistrzowie sportu oraz prawdziwe lebiegi, które nie wiedzieć jak przeniknęły do wojska i uchowały się w szeregu, a nie padły po drodze, niekoniecznie od bolszewickiej kuli czy szabli, lecz z własnej fizycznej słabości, potęgowanej trudami wojennymi. Byli tam oto ludzie najróżniejsi, w owych karnych, jednostajnych szeregach tyralierskich.

Ot, na przykład taki, co przed komisją zeznał, że ma wzrok jak inni i nie musi nosić okularów. Dostał więc frontowy przydział. Gdy w marszu na pierwszą bitwę sierżant spostrzegł w swej kompanii żołnierza w grubych okularach (jak się okazało, wcale niejednego), trochę się zdziwił efektami prac komisji lekarskich, po czym machnął na to ręką. Cóż poradzić jak powstanie to powstanie, zwyczajnie pospolite ruszenie. Zaś ów chłopak swoje szkła zakładał zwłaszcza do walki ogniowej, a strzelał dość celnie, lepiej nawet niż niektórzy z tych, co okularów w ogóle nosić nie musieli.

– Co ci jest? woła znowuż inny do kolegi. Jakim sposobem ty masz zgładzić bolszewika, skoro ciebie samego trzeba podtrzymywać, abyś nie upadł? – Dziękuję. Nic nie szkodzi odpowiada tamten. Czasami miewam takie jakieś duszności; może jaka astma czy co? Ale… ruch na świeżym powietrzu, od tylu już dni… Ha, ha, ha!… Zaraz mi przejdzie. Dotąd zawsze przechodziło dość szybko. To co im mówiłeś na komisji lekarskiej? Nic. Ot, krótko, że jestem zdrowy. A oni się nazbyt nie przyglądali. Spieszyli się przecież… No, sam wiesz. Jasne.

Tyraliery co pewien czas przypadały na komendę do ziemi, by za byle zasłoną skryć się przed wrogim ogniem i zarazem ostrzelać nadciągającego przeciwnika. Jednak co poniektórzy ochotnicy w bitewnyrn uniesieniu nie pamiętali ani o smutnych doświadczeniach z poprzednich bojów, ani o tyle razy powtarzanych przestrogach dowódców i strzelali z pozycji klęczącej albo i na stojąco. Szrapnele rozrywały się nad ich głowami.

Ty durniu! wrzeszczał więc jakiś chłopak do ledwie co ranionego kolegi. Nie trzeba było tak idiotycznie, jak jaki nadęty gówniarz wystawiać się na kule… Straciliśmy dobrego żołnierza… czyli ciebie… I to nie z winy tego wrednego bolszewika co to cię postrzelił, ale wyłącznie z twojej, z twojej winy!

Tyle gadania – stęknął tamten, ale Moskalom się nie pokłoniłem ani przed nimi nie padłem, jak wy. Wy, „królewiacy”, może przyzwyczajeni… a ja nie!

Dobra dobra… Te, „galileusz”, nie bądź taki chojrak, bo cię znowu trafią!

Parli do ataku tyleż chłopcy zdrowi, co i kulejący, tacy, którym buty z okrwawionych nóg zeszły, chłopcy ukrywający rozmaite swoje niesprawności, lżejsze zranienia, możliwe do opanowania kontuzje, a wszyscy niepomni na owo bezmierne zmęczenie owoc nadludzkich trudów, niedojadania, niekończących się przemarszów… Jeszcze przed kwadransem potykali się z wyczerpania i z niedostatku snu. Lecz wobec wroga, na kilka minut, na minutę przed skrzyżowaniem oręża stawali się kimś innym; nie wymizerowanymi chudziakami chłopaczynami, ale wręcz jakimiś olbrzymami z dawnych podań, i uderzali jak olbrzymy, bez pardonu.

Tak, tak… To już nie sprawa broni, sprawności, sił, zdrowia, zaopatrzenia, wyszkolenia ani liczby. Tarn i wtedy walczyły ze sobą nie tyle dwie armie, co czysta i bezgraniczna młodzieńcza miłość przeciwko zapiekłej, zaplanowanej i zorganizowanej nienawiści, nieuznającej niczego poza sobą samą, a pragnącej zawładnąć światem całym. Nadto… ten szczególny dzień. Bo przecież tego a nie innego dnia rozegrały się owe zdarzenia. Tam i wtedy starli się z jednej strony, chociaż nie bezgrzeszni, wszakże czciciele Najświętszej Maryi Panny, z drugiej zaś… No właśnie…

I nie wiedzieć czy to tylko wybuchy szrapneli zagrały jakby staccato, czy gdzieś tam, od tych połogich wzgórz na obrzeżach doliny, rzeczywiście zawarczały werble, ścichły jakby znów zahuczały do wtóru wojskom idącym na bolszewika z pieśnią na ustach?… Jakby ów legendarny „mały dobosz” podawał takt, bijąc wytrwale pałeczkami…

A może to się tak tylko zdawało niektórym żołnierzom? Może to po prostu walą od wzniesień kulomioty zdrożonego i wykrwawionego suwalskiego pułku, zamykające najeźdźcom najkrótszą stąd drogę do mostów modlińskich?… Zaś naprzeciw już widać wyraźnie zbliżające się postacie, już widać twarze, niezliczone twarze nadbiegających wrogów. Biją werble! Równaj krok! Hurraaa! Naprzód ! Jezus Maria Józef !

Od strony bolszewickiej podniósł się w niebo ten znany, ogłuszający, przeciągły ryk, obliczony na sparaliżowanie siły i woli przeciwnika, od krańca do krańca „uuurrraaa!”. Nic z tego. Strachy na Lachy. Teraz to my jesteśmy szybsi i mocniejsi i tak już pozostanie.

Kolejne dnia tego ruchome, zmierzające ku sobie linie piechoty zwarły się wreszcie z ogromnym łoskotem. Cóż to się wtedy działo…

Nie nam, chudopachołkom, rozprawiać o wielkich czynach naszych pradziadów. Jesteśmy na to za mali. Oni wszak nie znali owego upodlenia, w jakim nam przyszło grzęznąć i z jakiego nie potrafimy się tak do końca wydostać… A może nie chcemy już…

Rozpędzona nie mniej od polskiej ława wojsk bolszewickich wytrzymuje pierwsze uderzenie, lecz po dłuższej chwili zaczyna się chwiać. Raz to grupa atakujących Polaków wedrze się w głąb nieprzyjacielskiego szyku, to znów bolszewickie sołdaty z największą furią natrą na rozpędzonych naszych. Lecz ci, jakby w jakimś nadludzkim szale, rozdają zabójcze ciosy i prą naprzód, ku widocznej spoza nadbrzeżnej zieleni rzece, ku mostowi. Wojownicy nasi, w pełni swego gniewu, owe „straszne dzieci”, jak się ktoś o nich później wyraził, wymierzają oto słuszną zapłatę najeźdźcom. Na ziemię padają porażeni wrogowie, padają i oni. Któryś z naszych, stwierdziwszy iż nie może poruszać nogą, leżąc walił ze swego karabinu w kierunku z jakiego nadchodził wróg, dopóki biegnący koledzy nie znaleźli się w jego polu rażenia; a i wtedy unosił ponad głowę zbrojną prawicę i krzyczał: „Naprzód, chłopaki, naprzód!”. Inny, otrzymawszy postrzał skulony z bólu także repetował swój karabin i, wsparty na łokciu, strzelał w majaczącą przed nim ciemną masę nieprzyjaciół.

Jeszcze inny, gdy już zwarły się nacierające na się wzajem rzesze ludzkie i gdy mocnym uderzeniem wytrącono mu karabin z dłoni, a on w jednym mgnieniu pojął, iż schylać się po swoją broń oznacza śmierć, z gołymi rękami rzucił się na nacierającego nań bolszewika.

Wiele by o nich mówić… Nawet i ten cherlawy pokurcz, z jakiego podśmiewano się w szkole na zajęciach z gimnastyki, istna oferma batalionowa która wszak z pogodą znosiła nie tak znowuż dokuczliwe docinki kolegów, niezgrabiasz prawdziwy, teraz jakby dostał skrzydeł. Naciera w pierwszym szeregu, wyrywa się z dziwnym jakimś charkotem do przodu, a jego broń jak owo wiejadło, jeno furkoce w skwarnym powietrzu sierpnia.

Już masa bolszewicka ustępuje na całej prawie linii. Na nic ryki idących z tyłu komisarzy i czekistów. Na nic strzelanie do uciekających już w popłochu co poniektórych własnych sołdatów Na nic najgrubsze przekleństwa, na nic serie karabinów maszynowych coraz to posyłane w plecy swoim wojskom, w sam środek grup cofających się przed naszymi chłopcami.

Na borkowskim moście dudnią końskie kopyta. To gońcy gnają do sztabu sowieckiego, aby powiadomić o niebezpieczeństwie. Nim tam dojadą, światowa rewolucja poniesie kolejne wielkie straty. Oto bowiem, na niezważające już na nic gromady bolszewików, prące w panice przez niegłęboką wodę, by tylko dostać się na wolny jeszcze od Polaków lewy brzeg Wkry, zwalają się masy ich własnych towarzyszy, bezpośrednio gnanych i bitych przez naszą młodą ochotniczą piechotę. Wielki tłum pośród nieopisanej wrzawy tratuje i wyrywa z grząskiej ziemi nadwodne krze. Tocząca się na setek i tysięcy metrów bitwa powraca w nurty spokojnej, leniwie płynącej rzeki. Setki ludzi, w zmoczonym odzieniu, napieraj ą na siebie, biją, topią. Powolny prąd poczyna unosić coraz to liczniejsze trupy, przeważnie bolszewików. Niektórzy z bojców daremnie próbują udawać martwych, spływając w ślad za ciałami swych poległych towarzyszy. Jednak wszystko jest dobre, aby tylko ujść cało z tego przerażającego pogromu.

Niesłabnąca w swym naporze ława srogiej naszej piechoty już wypycha przeciwnika na drugi brzeg. Czerwoni bojcy, tu i owdzie, próbują się jeszcze opierać zza nadbrzeżnych chaszczy brodzącym w ślad za nimi Polakom. Ci zaś, mocząc do cna mundury, a nawet i broń, jak mogą, tak łapią ten upragniony przyczółek, byle szybciej. Jedni, w ślad za uciekającymi, brną przez jakieś przyrzeczne błotka, gęsto się ostrzeliwując. Inni chwytają się wszelakich ocalałych po przejściu bolszewików gałęzi, gnąc je i łamiąc do reszty, a zarazem nieustannie opędzając się od niedających za wygraną krasnoarmiejców.

Którzy stanęli już na brzegu, podają ręce, łamane gałęzie czy kolby karabinów wydobywającym się dopiero z wody kolegom. Płuca dyszą ciężko, rany krwawią, ciąży mokre ubranie. Niewielu już z sołdatów ma na ramionach plecak czy zrolowany płaszcz. Jeszcze czerwone komandiry ryczą na cały głos ostatnie rozkazy. Jeszcze wycofane uprzednio na lewy brzeg Wkry grupy czekistów sieką z karabinów po swoich i po naszych. Lecz polska nawała już ku nim zmierza, tratując próbujących się opierać, pędząc przed sobą gromady przerażonych wrogów. Spomiędzy nadrzecznych wierzb i topoli wybiegają coraz to liczniejsze postacie z orłem i z dwubarwną kokardą na czapce.

Polska artyleria przestała bić, by nie razić swoich. Pilnie potrzebne są namiary na nowe cele, bo tych nie brak. Na owym etapie zmagań nie śpiewa nikt już, ani nie zagrzewa do walki. Wśród strzałów, jęków i krzyków wybija się człapanie setek par mokrych buciorów i utrudzony oddech setek trzewi. Stojące dalej polskie baterie szykują się do zajęcia pozycji bliżej rzeki, aby lepiej wspierać to niezwykłe natarcie. Na niezniszczony most w Borkowie wpada obserwator artyleryjski na rączym wierzchowcu, rozpytując się na prawo i lewo o dowódców piechoty. Spodziewa się, że ci właśnie pomogą mu w ustaleniu nowych celów, lecz te zmieniają się z każdym kwadransem, bowiem oddalają się ku wschodowi. A tu już gromady słaniających się na nogach bolszewików rzucają broń, unoszą w górę ręce. Trzeba je ogarnąć, uformować w kolumny, pognać czym prędzej za rzekę, na nasze tyły. „Naprzód!” krzyczą oficerowie idący z najpierwszymi oddziałami.

Aby tylko jak najdalej od Wkry, aby „urobić” jak najwięcej terenu, wyrwać go ze szponów wszechświatowej rewolucji ocalić od zniszczenia, od zniewolenia, aby zagrozić siłom bolszewickim opierającym się o nieodległy Nasielsk miasto i stację kolejową. Przed naszymi czołowymi oddziałami znowu zaczynają się rozrywać pociski. Lecz nie, tym razem to nie wróg strzela… To własna uważna artyleria zaczęła już oczyszczać przedpole dla wciąż nacierającej, niezłomnej piechoty.

Pokój będzie straszny

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  15 sierpnia 2023 micha

W Unii Europejskiej jesteśmy i być chcemy – ale suwerenni! Taką buńczuczną deklarację złożył był całkiem niedawno Naczelnik Państwa na pikniku PiS w Bogatyni, która została wybrana z uwagi na kopalnię „Turów”, której zamknięcia żądała Republika Czeska, a władze Unii Europejskiej w postaci tamtejszych niezawisłych sądów z przyjemnością nakazały ją zamknąć. Ta buńczuczna deklaracja pokazuje, że Naczelnik Państwa liczy na ignorancję swoich wyznawców, bo podejrzewanie go, że nie wie o traktacie z Maastricht, który wszedł w życie w 1993 roku i w sposób zasadniczy zmienił formułę funkcjonowania Wspólnot Europejskich – z konfederacji, czyli związku państw, na federację, czyli państwo związkowe – byłoby niegrzeczne. A w państwie związkowym jego części składowe – czy to w postaci niemieckich landów, czy to w postaci stanów USA – nie mają suwerenności, bo są częściami składowymi państw i dopiero one są suwerenne. Zresztą sam Naczelnik Państwa osobiście przeforsował w czerwcu 2021 roku ratyfikację przez Sejm ustawy o zasobach własnych UE, która wyposażyła Komisję Europejską w prawo zaciągania zobowiązań finansowych w imieniu całej Unii oraz w prawo nakładania „unijnych” podatków. Był to – jak nietrudno się domyślić – milowy krok na drodze „pogłębiania integracji” – czyli budowy europejskiego państwa federalnego w postaci IV Rzeszy, która w dodatku została wpisana do umowy koalicyjnej trzech partii tworzących aktualny rząd niemiecki.

Przypominam o tym wszystkim, bo właśnie teraz władze UE zamierzają wylać na głowy graniczących z Ukrainą państw Europy Środkowej zimny prysznic w postaci odmowy przedłużenia embarga na ukraińskie zboże po 15 września. Tak w każdym razie informuje „Die Welt”, który chyba coś tam na ten temat musi wiedzieć, bo dodaje, że Polska „może narzekać ile tylko chce”, ale Bruksela „obstaje przy zakończeniu ograniczeń importowych”. Przekonamy się tedy, ile warte są tromtadrackie deklaracje pana premiera Morawieckiego, że Polska „i tak” przedłuży embargo. Jak bowiem pamiętamy, pan premier składał wiele takich tromtadrackich deklaracji, ale jak przychodziło co do czego, to podpisywał: i „dekarbonizację Polski” i zgodę na „mechanizm warunkujący” – co umożliwiło Niemcom finansowy szantaż wobec Polski za pośrednictwem unijnych instytucji.

W tej sytuacji mówimy Niemcom nasze stanowcze „nie”, żądając, by zaprzestali wyśpiewywać w Gdańsku piosenki, uznane za „prowokacyjne”. Chodziło o piosenkę biesiadną, której treść jest mniej więcej taka, że do gospody przybywa jegomość, gospodarze się radują, dziewczyny piszczą z uciechy, gość siada za stołem, gospodarze się radują a dziewczyny też robią swoje i chociaż z tego gościa pijak, to jednak fajny chłop. Sęk w tym, że piosenka ma refren heidi, heida, co znaczy mniej więcej tyle, co nasze oj dana, dana. Tymczasem Anna Fotyga, w czasach dobrego fartu piastująca stanowisko ministera spraw zagranicznych naszego bantustanu, zwana również „Pulardą”, kategorycznie zaprotestowała przeciwko wykonywaniu w Gdańsku „hitlerowskich przyśpiewek”. Okazuje się, że każdy walczy o Polskę, jak tam potrafi – no a pani Fotyga nie inaczej, tylko właśnie tak, to znaczy – w sferze działań pozornych i to do kwadratu, bo ta przyśpiewka jest tak samo „hitlerowska”, jak na przykład popularna w polskich kołach wojskowych „Widziałem Marynę raz we młynie” – męsko-szowinistyczna.

Jakby tego brakowało, to doradca doskonały ukraińskiego prezydenta Zełeńskiego, pan Mychajło Podolak, komentując tromtadrackie deklaracje pana premiera Morawieckiego powiedział, że Polska jest obecnie dla Ukrainy „maksymalnie bliskim partnerem, maksymalnie bliskim przyjacielem. I w zasadzie tak będzie do końca wojny. Po jej zakończeniu oczywiście będziemy konkurować, oczywiście będziemy konkurować o dostęp do tych czy innych rynków, rynków konsumenckich. I oczywiście my będziemy zajmować stanowisko proukraińskie, bronić naszych interesów, bronić ich ostro i nie tylko w stosunkach z Polską, ale w stosunkach z każdym innym państwem.

Na takie dictum Wielce Czcigodny Jacek Saryusz-Wolski podziękował panu Podolakowi „za szczerość”. Widocznie jednak ktoś starszy i mądrzejszy musiał jemu i innym mężykom stanu natrzeć uszu, bo okazało się, że pan Mychajło Podolak powiedział coś zupełnie innego, a te szczere zapowiedzi, to tylko zwyczajne kremlowskie kłamstwa. Jaka w związku z tym jest ukraińska prawda – tego na razie nie wiemy – ale nie tracimy nadziei, że w końcu zostanie nam to objawione – o ile oczywiście wcześniej nikt nie pourzyna nam głów.

Wszystko jest przecież możliwe tym bardziej, że – zgodnie z zapowiedzią prezydenta Józia Bidena – Ukraina zostanie uzbrojona po zęby, żeby nie musiała nikogo się obawiać. Nikogo – a więc nie tylko Rosji, ale przede wszystkim Polski, która przekazała Ukrainie za darmo wszystko, co tylko miała i na razie zostały u nas same długi. Co tu ukrywać; jeszcze raz potwierdziła się trafność apelu militarystów, którzy nawołują, by „korzystać z wojny, bo pokój będzie straszny”! Niestety nasi mężykowie stanu z wojny korzystać nie umieją, zresztą z pokoju – tym bardziej – podczas gdy Ukraińcy nawet na wojnie robią znakomite interesy – o czym świadczy rekordowy poziom tamtejszych rezerw walutowych – a cóż dopiero zrobią na pokoju? Dobrze to nie wygląda, bo w takim razie, kiedy już wojna się skończy, to jak będzie wyglądał ten pokój?

Tego też nikt chyba nie wie, skoro już teraz nasza niezwyciężona armia przez dwa dni się zastanawiała, czy białoruskie śmigłowce przeleciały nad Białowieżą, czy jednak nie przeleciały, tylko tamtejsi mieszkańcy mieli halucynacje? W końcu rada w radę uradzono, że jednak przeleciały, bo ktoś musiał zauważyć – nie śmigłowce, Boże broń, o tym nie ma mowy – tylko, że taka prowokacja akurat przed wyborami, to prawdziwy dar Niebios, bo dzięki temu, w ramach groźnego kiwania palcem w bucie można powysyłać niezwykle stanowcze noty. Okazało się, że i tego za mało, bo Książę-Małżonek buńczucznie oświadczył, że te śmigłowce trzeba było „zestrzelić”. Łatwo powiedzieć – ale czym, skoro wszystko zostało przekazane Ukrainie? W tej sytuacji naszej niezwyciężonej armii nie pozostaje nic innego, jak się zastanowić, żeby i pieniądze zarobić i wianuszka nie stracić. I pomyśleć, że mogłoby być inaczej, gdyby pan prezydent Duda podszepnął amerykańskiemu prezydentowi Józiowi Bidenowi, by w ramach „wzmacniania wschodniej flanki NATO”, USA sfinansowały uzbrojenie 200 tys. polskich żołnierzy, zamiast pchać forsę na Ukrainę, która dzięki temu może się dziś pochwalić rekordowym poziomem rezerw walutowych.

ZBIEGI okoliczności, ZNAKI, prawdopodobieństwa, niesubordynacje. Strateg, pułkownik, uczestnik – o szansach „bitwy warszawskiej”.

ZBIEGI okoliczności, ZNAKI, prawdopodobieństwa, niesubordynacje.

Strateg, pułkownik, uczestnik o szansach „bitwy warszawskiej”

[Z książki płk. Franciszka Arciszewskiego „CUD NAD WISŁĄ, rozważania żołnierza”, Veritas, Londyn, 1957]

https://www.dakowski.pl/archiwum/pliki/index.19394_80.php

[Wydane przez ANTYK  w Warszawie (Komorów) w 2017. KUPUJCIE!! ]
 

[Zauważmy, że tak odważna analiza została opublikowana dopiero prawie cztery dziesięciolecia po BITWIE, gdy już tak marsz. Piłsudski, jak i gen. Sikorski byli na sądzie Bożym. MD]

 W wypadku cudownego uzdrowienia chorych, w różnych miejscach świętych, chory odzyskuje zdrowie albo natychmiast, na oczach wielu świadków, albo też  stopniowo, od dnia swej pielgrzymki począwszy, w ciągu niedługiego czasu, aż do pełnego wyzdrowienia.  W obu wypadkach lekarze stwierdzają zwykle protokolarnie, że zabiegami medycyny dotychczas nam znanej nie można było chorego uleczyć i że wyzdrowienie nastąpiło w sposób dla wiedzy lekarskiej niewytłumaczalny.

W naszym wypadku nie możemy ustalić chwili, np. godziny, w której cud. nastąpił, bo sprawa nie dotyczy jednego człowieka, ale setek tysięcy ludzi na  polu bitwy, ba, dotyczy losów całego narodu polskiego.  Natomiast możemy ustalić szereg elementów nadzwyczajnych, nie dających się każde z osobna wytłumaczyć wiedzą wojskową lub zwyczajami wojennymi, a składających się w sumie na rezultat, nazwany cudem w rozdziale pt. „Ogólny obraz bitwy“. Każdy z tych poszczególnych elementów można by nazwać przypadkiem. Lecz zbieg tak wielu przypadków w jedną całość (i prawie w jednym czasie) nie da się już określić jako zjawisko zwyczajne. 

Jeżelibyśmy przypadkiem nazwali zdarzenie, które  zdarza się bardzo rzadko, np. raz na sto wypadków (co jest cyfra raczej za niską) to zbieg okoliczności,  w którym zdarzyły się dwa przypadki, można by  porównać z tym, co w loteryjce numerowej nazywamy ambo. Prawdopodobieństwo wygrania ambo (tzn. gdy  przy np. pięciu cyfrach, na które gracz postawił,  i pięciu cyfrach wylosowanych przez organizatorów loterii, gracz trafił dwie takie same cyfry jak los)  wymaga szczęścia jak 1 : 54. Prawdopodobieństwo trafienia trzech cyfr spośród pięciu wylosowanych,  tzw. terno, wymaga szczęścia jak 1 : 1680, a zbieg  okoliczności, w którym graczowi udałoby się trafić aż  cztery cyfry, wymagałby szczęścia jak 1 : 158.000.  Ile było w bitwie pod Warszawa 1920 r. „przypadków”, którymi „los” nas obdarzył?

1) Naczelnik Piłsudski powziął decyzję użycia tylko 5 i ½ dywizji do kontruderzenia znad Wieprza  wyraźnie wbrew własnemu przekonaniu. Wszelka wiedza wojskowa nakazywała mu użyć do tego celu większych sił i bardziej je skoncentrować. Zdawał on sobie z tego dokładnie sprawę i ciężko bardzo przyszło mu wydać rozkaz ,,nonsensowego”, jak się sam wyraża, podziału wojsk. Z powojennej rozmowy mojej z marszałkiem Piłsudskim wiem np., że bardzo wiele myślał o przydzieleniu 18 dywizji piechoty i może jeszcze jednej dywizji do grupy przeciwuderzeniowej  znad Wieprza. Potem jednak jak wiadomo uległ nieznanemu sobie przymusowi. 18 dywizja piechoty została rozkazem z 6 sierpnia przydzielona do składu 1-ej armii, na przyczółek warszawski. W kilka dni później przydział ten został zmieniony i wysłano ją na lewe skrzydło 5-ej armii. Jeszcze 12 sierpnia, gdy naczelnik Piłsudski wyjeżdżał z Warszawy, był on pod wrażeniem, że podzielił swe wojska źle.

Nawet Tuchaczewski nie może się powstrzymać od uwagi: „Oceniając ugrupowanie białych sił polskich, trzeba uznać jego zupełną celowość wobec powstałych warunków i położenia. Jednakże wydaje się, że pomimo iż w wyniku swoim dało ono całkowite zwycięstwo, w kierunku rozstrzygającym (lubelskim) skupiono za mało sił. O ile by nie było błędów z naszej strony i ubezpieczenie tego kierunku zostało zmasowane, ugrupowanie to nie tylko nie mogłoby się było  zachować czynnie, ale byłoby ponadto zgniecione (T. 209).

Więc wiedza wojskowa była po stronie Piłsudskiego. Tymczasem właśnie niezastosowanie się do nakazów wiedzy wojskowej dało fundament do wspaniałego zwycięstwa. Bo gdyby w grupie kontratakującej. znad Wieprza było np. o jedną lub dwie dywizje piechoty więcej kosztem osłabienia 5-ej i 1-ej armii, zwycięstwo nie byłoby pełniejsze i szybsze niż faktycznie było. Natomiast gdyby lewoskrzydłowa 5-ta armia polska była o jedną dywizję (np. 18 dywizję piechoty) słabsza, albo gdyby pod Wólka Radzymińską było w składzie 1-ej armii, o jedną dywizję (np. 10 dywizję  piechoty) mniej, wypadki potoczyłyby się może zupełnie inaczej.

Nie byłoby marszu i kontrmarszu generała Krajowskiego i uderzenia na flankę 15-ej armii sowieckiej, nie byłoby może rajdu VIII brygady kawalerii na Ciechanów i zniszczenia radiostacji 4-ej armii bolszewickiej, nie byłoby tak pełnego zlikwidowania przełomu nieprzyjacielskiego pod Wólka Radzymińskaą.

 ,,Nonsensowy“ podział wojsk okazał się zatem celowy i skuteczny. Stąd wniosek, że wiedza wojskowa nie mogła dać nam takiego zwycięstwa jakie dało działanie wbrew wiedzy, wydaje się prosty.

2) Fakt wymknięcia się dowodzenia lewym skrzydłem 5-ej armii, w dniach 13, 14 i 15 sierpnia, z rąk generała Sikorskiego i przejęcie inicjatywy działania na skrzydle armii przez tak wytrawnego taktyka jakim był generał Krajowski, był aktem zupełnie niezwykłym, a dał rezultaty dodatnie dla całej wielkiej bitwy.  Źródłem tego faktu było upoważnienie generała Krajowskiego, na konferencji modlińskiej z 12 sierpnia do swobodnego działania zależnie od bardzo zmiennej sytuacji i niekrępowania się szczegółami otrzymanych rozkazów. Zaś rozkazy generała Sikorskiego wychodziły zbyt późno, by mogły mieć natychmiastowy wpływ na działania rozpoczęte o świcie, a kierowane z pierwszej linii bojowej przez generała upoważnionego do decyzji samodzielnych.

Lecz akcja generała Krajowskiego zmieniła się, na pół drogi między Płońskiem a Raciążem, z akcji przeciw korpusowi konnemu Gaja w akcję przeciwko 15-ej armii sowieckiej. Jego marsz na miraż wielkich wojsk nieprzyjacielskich pod Mystkowem i Rzewinem, i kontrmarsz na kanonadę nad Wkrą, robią wrażenie celowego odciągnięcia go w bok dla umożliwienia natarcia flankowego na wojska 15-ej armii sowieckiej.  Błyskawiczna decyzja kontrmarszu na Sochocin i Młock była odruchem, o którego możliwości generał  Krajowski nie myślał jeszcze rano tego dnia. Wydarzenia te miały miejsce dokładnie w tych samych godzinach co przerwanie drugiej linii obrony Warszawy pod Wólką Radzymińską, względnie załamanie się przeciwnatarcia 1 dywizji litewsko- białoruskiej pod  Radzyminem.

Ksiądz kapelan Skorupka, który poległ śmiercią żołnierska tego samego dnia około godziny 5.30 rano, to jest w chwili rozpoczęcia marszu generała Krajowskiego z Płońska na Raciąż, stał może wkrótce po śmierci przed Brama Niebios i błagał o pomoc dla oręża polskiego.

Kontrmarsz z Rzewina i Mystkowa w kierunku słyszanej kanonady nad Wkrą jest wprawdzie zgodny z jedną z podstawowych zasad nauki napoleońskiej,  ale nagłe porzucenie zamiaru związania Gaj-chana w walce i odwrócenie się do niego plecami, aby ruszyć na flankę 15-ej armii, było aktem niezwykłej samodzielności. Gdybyśmy za generałem Sikorskim przyjęli, że powodem nagłego kontrmarszu generała Krajowskiego była tylko chęć niesienia pomocy dwu pułkom 18 dywizji piechoty pozostawionym nad Wkrą (S. 130),  pozostałoby niezrozumiałe, dlaczego kazał on jednemu z pułków maszerować na Młock, odległy od linii frontu nad Wkrą o 12 kilometrów, a stamtąd na Sońsk, a brygadzie kawalerii aż na Glinojeck i Sulerzysz. Źródłem jego decyzji był nagły zamiar uderzenia na prawe skrzydło 15-ej armii, co też dnia następnego wykonał.

Tak czy inaczej, błyskawiczna decyzja zwrotu generała Krajowskíego była aktem artystycznym, aktem iskry Bożej, przez nikogo przedtem nie zaplanowanym. A efekt uderzenia na skrzydło 15-ej armii nieprzyjacielskiej był tak duży, że nie tylko generał Sikorski świadczy, iż posiadał decydujące znaczenie dla nierozegranego jeszcze boju o Nasielsk, ale nawet generał Żeligowski stwierdza, że odczuł ulgę aż pod Radzyminem, gdy nieprzyjacielska 21 dywizja strzelców została odwołana na północny brzeg Bugu-Narwi  do odwodu 3-ej armii, broniącej Nasielska. Miał on też, jak podaje generał Sikorski, wielkie znaczenie dla regeneracji moralnej żołnierza i spowodował, że „duch zwycięstwa wstąpił w żołnierzy”.

Generał Sikorski sądzi nawet, że sukces 5-ej armii odniesiony 15 sierpnia nie mógł pozostać bez wpływu moralnego na wojska przygotowujące się do uderzenia znad Wieprza.  Fakt przypadkowego wykorzystania, w czasie manewru generała Krajowskíego, zaledwie powstałej luki między 15-ta i 4-tą armią nieprzyjacielską i natrafienie na radiostację w Ciechanowie dodaje decyzjom generała Krajowskíego mistycyzmu.

3) Zajęcie miasta Ciechanów przez VIII brygadę  kawalerii w dniu 15 sierpnia od strony północnej wykonane było z natchnienia wyższych oficerów dowództwa brygady, a nie było nakazane przez władze  przełożone. Ostatni rozkaz generała Sikorskiego, który może jeszcze doszedł dowództwa brygady (chociaż i to nie jest pewne), tj. rozkaz z 13 sierpnia, przewidywał na dzień 14 sierpnia uderzenie 18 dywizji piechoty  z Płońska na Ciechanów, a VIII brygadzie kawalerii  nakazywał osłanianie lewego skrzydła piechoty. Potem miała brygada nawiązać łączność w rejonie Glinojecka z grupą Mława i ubezpieczyć tyły 18 dywizji  piechoty.

Na 15 sierpnia przewidywał generał Sikorski uderzenie „dywizji” jazdy wraz z jednym pułkiem piechoty na Ciechanów od strony Sochocina, ale  rozkaz ten, z powodu braku łączności z VIII brygada  kawalerii, nigdy dowództwa brygady nie doszedł. Generał Krajowski zaś nakazał brygadzie na 15 sierpnia osłonę lewego skrzydła i tyłów 18 dywizji piechoty  W czasie natarcia na skrzydło 15-ej armii nieprzyjacielskiej. Więc rajd całej brygady na Ciechanów od  strony północnej, i powrót do rejonu Gumowa i Rumoki, był dość dowolną interpretacja rozkazu generała Krajowskiego, co spowodowało ostre wyrazy jego  niezadowolenia.

Kto w sztabie VIII brygady kawalerii poddał myśl oderwania się od skrzydła 18 dywizji piechoty i urządzenia 15 sierpnia rajdu całej brygady na Ciechanów od strony północnej, dotąd nie ustalono. Pozostaje faktem, że było to natchnieniem podwładnych, bez rozkazu, albo wbrew rozkazom, przełożonych, a zatem  czyn W zwyczajach wojennych bardzo niezwykły i ryzykowny. Lecz rezultaty samodzielnej inicjatywy VIII brygady kawalerii w dniu 15 sierpnia były nie  tylko dodatnie, ale były tak nadzwyczajne, tak niepomiernie przekraczające normalne osiągnięcia małej  stosunkowo jednostki taktycznej, że wyższe dowódz-twa polskie długo jeszcze tych rezultatów nie doceniły.

Zaś wykonawcy rajdu nie zdawali sobie w ogóle sprawy z wielkości czynu dokonanego. Został on wykonany ich rękami bez ich świadomości. Nawet po wojnie, gdy ustalane w całym wojsku dnie świąt pułkowych, na pamiątkę najchwalebniejszych czynów wszystkich pułków, święta pułkowego 203 pułku uła-  nów (późniejszego 27 pułku ułanów) nie wyznaczono  na rocznicę sławnego zniszczenia radiostacji w Ciechanowie, lecz na inny dzień, dużo mniejszego znaczenia.

Dopiero z powojennej pracy wodza strony przeciwnej, Tuchaczewskiego, dowiedzieliśmy się, że wypadek ten odegrał, w jego zrozumieniu, „rozstrzygającą“ rolę w biegu działań i dał początek ,,katastrofalnego“ wyniku dla strony sowieckiej. (T. 210)

Zadziwiające jest też zachowanie się oficerów  dowództwa VIII brygady kawalerii po zniszczeniu  radiostacji w Ciechanowie. Podczas gdy do tej chwili okazywali oni zupełnie niezwykłą inicjatywę planowania i działania, przekraczającą normalne zwyczaje wojskowe, to po dokonaniu tego „rozstrzygającego o katastrofie” sowieckiej czynu stracili nagle koncepcję dalszego działania; stworzyli jakaś naradę, w której każdy radził co innego i z której już nic poważniejszego nie wynikło.

 4) Zniszczenie radiostacji w Ciechanowie spowodowało wyeliminowanie większości 4-ej armii bolszewickiej z bitwy od 15 do 18 sierpnia. Tuchaczewski zamierzał koncentryczne przeciwuderzenie swoich 4-ej,  15-ej i 3-ej armii na polska 5-tą armię. Zdawało mu się, że zguba 5-ej armii jest nieunikniona i sadził, że  jej unicestwienie pociągnęłoby za sobą najdonioślejsze  skutki. W dalszym biegu wszystkich działań jednakże „Polakom dopisało szczęście” i Tuchaczewski nie  zdołał tego rozkazu przekazać 4-ej armii. Przez „niezrozumiałą“ dla niego dalsza działalność 4-ej armii wytworzyło się położenie, które nazywa „wręcz potworne“ i które, jego zdaniem, pomogło Polakom nie tylko zatrzymać ofensywę 3-ej i 15-ej armii, ale jeszcze krok za krokiem wypierać je w kierunku wschodnim.

Zapewne, można to nazwać i szczęściem. Czyż ktoś uratowany od kalectwa cudem Chrystusa Pana lub Matki Boskiej nie miał szczęścia? Zapewne, że miał nawet bardzo wielkie szczęście. A że Tuchaczewski, którego ponosiła poprzednio piekielna radość, uznał swe późniejsze położenie za ,,potworne“, z powodu udzielenia nam pomocy Boskiej w formie szczęścia i wyrwania nas z nastawionych szponów komunistycznych, temu nie można się dziwić.

5) Akcja porucznika Pogonowskiego pod Wólką Radzymińską była szczęśliwym zbiegiem nieporozumień. Pierwsze nieporozumienie – między generałem  Żeligowskim a generałem Latinikiem o miejsce ustawienia batalionu I/28 – spowodowało, że batalion znalazł się o 4 kilometry bliżej Wólki Radzymińskiej i na południowej stronie przełomu nieprzyjacielskiego, zamiast na zachodniej. Gdyby batalion stał w Kątach Węgierskich albo w Pustelniku, akcja jego na Wólkę byłaby co najmniej o godzinę późniejsza, względnie nie byłaby się odbyła wcale i nie byłoby paniki wśród oddziałów bolszewickich, która miała tak wielkie konsekwencje.  Drugie nieporozumienie polegało na tym, że generał Żeligowski zamierzał stworzyć z batalionu I/28 „punkt nieruchomy“, ale nie ujawnił tej swej intencji  na piśmie, tak że dowódca brygady podpułkownik Thommee i dowódca 28 pp. wydali batalionowi rozkaz  natychmiastowego natarcia na Wólkę.  Trzecie nieporozumienie wynikło z tego, że generał Żeligowski zmienił godzinę natarcia, z wieczoru 14 sierpnia na świt 15 sierpnia, a porucznik Pogonowski nie został o tym powiadomiony.  Gdyby się stało, jak generał Żeligowski nakazał  porucznikowi Pogonowskiemu, nie byłoby natarcia  nocnego na Wólkę Radzymińska. Gdyby się stało, jak kazał generał Latinik, batalion byłby w ogóle na  innym odcinku boju. A gdyby nie było natarcia nocnego i paniki wśród wojsk bolszewickich w Wólce Radzymińskiej i w Izabelinie, atak poranny brygady  polskiej z Nieporętu i z fortu Beniaminów poszedłby jeszcze trudniej niż faktycznie poszedł (W. 481),  wynikłaby zacięta walka z oddziałami bolszewickimi, które były w lesie na wschód od Nieporętu, pułki 21 dywizji strzelców przyszłyby z pomocą, tak jak uczyniły to dnia poprzedniego pod Radzyminem, i całe  przeciwnatarcie 10 dywizji piechoty mogło ugrząźć w miejscu, a może nawet podzielić los przeciwnatarcia  1 dywizji litewsko-białoruskiej pod Radzyminem.  Kto spowodował, że pomimo tylu nieporozumień między rozkazodawcami, pomimo ordre i contr-ordre,  nie nastąpił désordre, a akcja słabego batalionu  piechoty dała tak niezwykle szczęśliwe rezultaty?  Nawet dowódca przeciwnatarcia generał Żeligowski szuka wytłumaczenia w „nadzwyczajnym instynkcie“  porucznika Pogonowskiego.

6) Tuchaczewski twierdzi, że ,,...armia 12-ta  przejęła rozkaz do 3-ej armii polskiej, z którego  wynikało jasno, że Polacy gotują się do ofensywy  przeciwko naszemu lewemu skrzydłu w rejonie rzeki  Wieprz. Nawiasem mówiąc, rozkaz ten wydał się nieprawdopodobnym sztabowi polowemu...“, a dalej pisze ,, …o ofensywie polskiej (znad Wieprza) dowództwo frontu dowiedziało się dopiero 18 sierpnia z rozmowy hughesowej z dowódcą armii 16-ej. Ten ostatni o ofen-  sywie dowiedział się dopiero 17-go. Grupa mozyrska nic nie dała znać o tym co się stało.“ (T. 213) 

Mamy więc do czynienia z dwoma zjawiskami  niezwykłymi w praktyce wojennej. Jednym jest fakt, że polski rozkaz operacyjny o podstawowym znaczeniu wpadł w ręce nieprzyjaciela i został zignorowany, a drugim, fakt dotarcia wiadomości o faktycznym rozpoczęciu natarcia polskiego znad Wieprza z dwudniowym opóźnieniem.  Jeżeli grupa mozyrska nie została co najmniej powiadomiona o przejęciu wspomnianego rozkazu polskiego i o możliwości zagrożenia jej od strony południowej, znaczyłoby to, że ujawnienie tego rozkazu wzmocniło raczej bolszewicką pewność siebie.

Dowództwo grupy mozyrskiej tak czuło się pewnie i tak niczego się nie spodziewało, że gdy otrzymało wiadomości o starciach z Polakami pod Łaskarzewem, Żelechówem i Parczewem, nie meldowało nawet natychmiast o tym do swego dowództwa armii.  Z cytat przytoczonych wynika, że połączenie telegrafczne między sztabem 16-ej armii a sztabem Tuchaczewskiego w Mińsku było dobre. Nie wynika z nich, by połaczenie z grupą mozyrską było zerwane.

Więc dowództwo grupy mozyrskiej mogło co najmniej 16 sierpnia wieczorem meldować o spotkaniach 57  dywizji strzelców z nacierającymi od południa Polakami. Fakt, że dowództwo 16-ej armii dowiedziało się o tym dopiero 17 sierpnia, jest więc zadziwiający, ale fakt, że sztab Tuchaczewskiego dowiedział się o tym  jakoby dopiero 18 sierpnia, jest jeszcze bardziej  zdumiewający. Słowami bolszewickimi można by mówić o sabotażu zorganizowanym przez kogoś nieznanego.  W rozmowie hughesowej Tuchaczewskiego, odbytej we wczesnych godzinach rannych 18 sierpnia z jego naczelnym wodzem (Kamieniewem), jest wprawdzie mowa o tym, że 57 dywizja strzelców grupy mozyrskiej odrzucona została na linię Łaskarzew  – Żelechów – Parczew, ale zaraz następny ustęp tej  rozmowy brzmi: ,,Z przejętych rozkazów przeciwnika  widać, że w lubelskim rejonie, między Wisła a Wieprzem, koncentruje się nowa armia, celem przeprowadzenia uderzenia na północ.“ (S. 165)

Więc Tuchaczewski jeszcze w czasie tej rozmowy, a zatem 18 sierpnia rano, nie zdawał sobie sprawy z tego, że wielka kontrofensywa polska znad Wieprza była już od dwu dni „w takcie wściekłego galopu“ w toku. W konsekwencji został on zaskoczony natarciem naczelnika Piłsudskiego nie z rejonu Wieprza, ale znad  szosy Warszawa – Brześć, gdy sytuacja jego wojsk  była już zupełnie beznadziejna.

7) Wyeliminowanie armii konnej Budiennego  i 12-ej armii bolszewickiej z bitwy (z powodu szeregu  nieporozumień wewnętrznych w sztabach bolszewickich) miało znaczenie kapitalne. Marszałek Piłsudski pisze, jak wspomnieliśmy poprzednio, że na Bugu przeciwko 12-ej armii sowieckiej zostawił bardzo słabe siły tj. 7 dywizję piechoty w okolicach Chełma i bardzo  słabą 6 ukraińska dywizję na południe od niej. Więc ruchom wspomnianych dwu armii bolszewickich niewiele stało na przeszkodzie. Zaś ukazanie się armii Budiennego np. 16 sierpnia w rejonie między Włodawą  a Lublinem mogło spowodować poważne zmiany naszych planów. Jakkolwiek nie jest prawdopodobne, by powstrzymało to wszystkie wojska naszej grupy przeciwuderzeniowej od rozpoczęcia planowanego przeciwnatarcia  znad Wieprza, lub, jak to chce Tuchaczewski (T. 210),  odrzuciło wojska nasze za Wisłę, to jednak jest prawdopodobne, że uderzenie Budiennego na Lublin mogło w pewnym stopniu udaremnić usiłowania polskiego  naczelnego wodza (P. 122). Być może, że jedna dywizja piechoty i brygada kawalerii, z grupy generała Rydza  Śmigłego, musiałyby pozostać na miejscu, by wzmocnić opór 3-ej armii polskiej, a może i 2 dywizja piechoty spod Dęblina musiałaby ruszyć na Lublin.  Przeciwnatarcie pozostałych polskich dywizji na wojska Tuchaczewskiego byłoby o tyle słabsze.

Zupełne zaś wyłączenie armii konnej Budiennego i 12-ej armii  bolszewickiej z pola bitwy warszawskiej dało nam swobodę działania.  A gdy się weźmie pod uwagę, co omówiliśmy w punkcie 4, że w tym czasie większość 4-ej armii  bolszewickiej, ze swym korpusem konnym Gaja, była  również wyłączona z bitwy, a w czasie nieobecności  tych dwóch potężnych sił skrzydłowych nastąpił pogrom trzech centralnych armii Tuchaczewskiego, nie  można nad takim zbiegiem okoliczności przejść do  porządku dziennego.  Wspomnieliśmy już o tym, że zarówno na wyeliminowanie większości 4-ej armii bolszewickiej, jak  i na wyeliminowanie konnej armii Budiennego, z  bitwy, złożyło się po kilka „przypadków” lokalnych.  Każda z tych dwu armii nieprzyjacielskich miała  konkretne i na czas wydane rozkazy swoich przełożonych do uderzenia na skrzydła wojsk polskich.  Obie nie zdołały zleceń tych wykonać.

***

ZAKOŃCZENIE

 Może ktoś nadal twierdzić, że jedynym źródłem  zwycięstwa był plan operacyjny naczelnika Piłsudskiego. pomimo albo z powodu ,,nonsensowego” ugrupowania wojsk. i nie bacząc na to, że marszałek Piłsudski sam szuka bezwiednie ,,nadzwyczajnych” przyczyn piorunującego przewrotu, a także i na to, że on sam wyrażał się nieraz, że w sierpniu 1920 r.  „Palec Boży ziemi dotykał”.

Może ktoś w akcji VIII  brygady kawalerii pod Ciechanowem dopatrywać się tylko działalności doskonałych kawalerzystów, pomimo tego, że oni sami nie zdawali sobie sprawy z doniosłości swego czynu, a po nim stracili koncepcję  dalszego działania. Może ktoś, za Tuchaczewskim, twierdzić, że Polacy mieli tylko szczęście, pomimo tego, że on sam widzi coś ,,potwornego“ w sparaliżowaniu  swej 4-ej armii.

Może ktoś twierdzić, że w decyzji  generała Krajowskiego pod Mystkowem i Rzewínem  nie było iskry Bożej artysty taktyka, a tylko normalne  postępowanie dobrego generała, albo, że pod Wólka  Radzymińską nie było zbiegu szczęśliwych nieporozumień, lecz tylko wykonanie rozkazu otrzymanego  przez porucznika Pogonowskiego, pomimo tego, że generał Żeligowski mówi o „nadzwyczajnym instynkcie“.

Może ktoś twierdzić, że opóźnienie wiadomości  o rozpoczęciu polskiego przeciwnatarcia znad Wieprza  do sztabu Tuchaczewskiego o dwa dni było przypadkiem albo, że wyłączenie z bitwy armii konnej Budiennego i 12-ej armii bolszewickiej, równocześnie  z wyłączeniem większości 4-ej armii z korpusem konnym Gaja, było zbiegiem okoliczności, a może też, że  wspaniała jedność narodowa w chwili widocznego już  dla wszystkich zagrożenia ojczyzny była naturalnym  odruchem narodu albo wynikiem dobrej organizacji  i propagandy.

Gdybyśmy jednak wszystkie te wydarzenia niezwykłe, które grały na naszą korzyść, nazwać chcieli przypadkami albo zaliczyć je chcieli do imponderabiliów, to obliczenie prawdopodobieństwa zbiegu aż siedmiu szczęśliwych dla nas wypadków wykazałoby nam, że jest ono jak 1 : 16 miliardów, czyli, że nie ma  już prawdopodobieństwa realnego.

Takie szczęście trudno sobie wyobrazić. Za takie szczęście trzeba Panu Bogu dziękować.  Z przeprowadzonej analizy bitwy nie wynika, że uzyskaliśmy zwycięstwo pod Warszawa 1920 r., utrwalili naszą niepodległość i uratowali Europę zachodnią od zalewu komunistycznego tylko dzięki własnym zdolnościom strategicznym, doskonałemu dowodzeniu na wszystkich szczeblach hierarchii wojskowej i dobrej organizacji. Nie wynika także, że zawdzięczamy zwycięstwo jakimś podstawowym planom doradców francuskich, jak się tego domyślali niektórzy komentatorzy zachodniej Europy. nie mogący pojąć tak nagłego zwrotu losów wojny. Natomiast nie ulega wątpliwości, że liczne wypadki niezwykłe przyczyniły się do zwycięstwa bardzo poważnie.  Przy całym szacunku i wdzięczności, jakie winniśmy naszym przywódcom wojskowym i cywilnym i poszczególnym żołnierzom za ich wielką pracę fachową, za ich trud i nie szczędzenie swego życia dla Ojczyzny, musimy uznać, że bez natchnienia Bożego  w chwilach pobierania ważnych decyzji i bez pomocy  Bożej na polu bitwy nie byliby w stanie wygrać bitwy  pod Warszawa 1920 r. w tak szybki i tak decydujący  sposób.

Wydaje się więc, że popularne w Polsce nazwanie zwycięstwa tego CUDEM NAD WISŁĄ ma swoje uzasadnienie.  A słowa modlitwy naszej, wyrażające wiarę w to, że Bóg przez tak liczne wieki osłaniał Polskę „tarczą Swej opieki od nieszczęść, które przygnębić ją miały”, mają w odniesieniu do omawianej bitwy pod Warszawą 1920 roku poważne oparcie o fakty historyczne.

KONIEC

„Okazyjny wyskok samodzielny” ułanów a losy wojny polsko – bolszewickiej.

„Okazyjny wyskok samodzielny” ułanów a losy wojny polsko – bolszewickiej.

 Z książki płk. Franciszka Arciszewskiego „CUD NAD WISŁĄ, rozważania żołnierza”, Veritas, Londyn, 1957.

[Wydane OSTATNIO przez ANTYK  w Warszawie (Komorów) w 2017. KUPUJCIE!!  Można u mnie. ]

Na osobne omówienie zasługuje działalność VIII.  brygady kawalerii w dniu 15 sierpnia. Była to brygada silna, bo składająca się z czterech pułków ułanów  (2, 108, 115 i 203) i dywizjonu artylerii konnej, pod  dowództwem wytrawnego kawalerzysty, generała Karnickiego.

[Z powodu dołączenia do VIII brygady kawalerii, składającej się z trzech pułków, tuz przed bitwa  warszawską jeszcze 203 ochotniczego pułku ułanów,  nazywano brygadę często „grupa generała Karnickiego” względnie w rozkazach generała Sikorskiego  czasem „dywizja kawalerii” lub „dywizja generała Karnickiego“. W niniejszej pracy pozostajemy przy nazwie VIII brygada kawalerii, gdyż dopiero 17 sierpnia została utworzona dywizja kawalerii płk. G.  Dreszera, w skład której weszła i VIII brygada kawalerii. Nazwa zaś ,,grupa“ nie daje obrazu jednostki objętościowo ściśle określonej. ]

W czasie gdy generał Krajewski maszerował 14  sierpnia, z częścią 18 dywizji piechoty, spod Płońska  przez Mystkowo i Rzewin W kierunku Raciąża, brygada posuwała się, jako prawa kolumna tej wyprawy, z rejonu Smardzewo – Sarbiewo – Koliszewo  przez Krościn, Cieszkowo, Drozdowo, również w kie-  runku Raciąża. W momencie gdy generał Krajewski  zarządził swój nagły zwrot wstecz, z Mystkowa i Rzewina na Sochocin i Młock, VIII brygada kawalerii,  która była już w Drozdowie, otrzymała rozkaz skręcenia na Glinojeck i posuwania się w kierunku północno-  wschodnim jako kolumna lewa, na równej wysokości z piechota 18 dywizji piechoty. (Patrz szkic nr 2 [będzie, gdy wydamy książkę MD] )

Brygada zajęła 14 sierpnia o godz. 17, po krótkiej walce Glinojeck, a późnym wieczorem, gdy lewe skrzydło 18 dywizji piechoty znalazło się w Młocku,  VIII brygada kawalerii była w miejscowości Sulerzysz  i miała kontakt z piechotą lewego skrzydła. 

W nocy z 14 na 15 sierpnia zawiały jednak w dowództwie brygady dziwne wiatry.

Kawalerzyści wszelkich armii lubią zadania samodzielne. Rajdy na dalekie tyły nieprzyjaciela, dokonanie tam większych zniszczeń, szerzenie paniki, napady na sztaby wyższych dowództw lub cofające się wojska, to jest to, o czym śnił każdy prawdziwy kawalerzysta. Więc oficerom dowództwa naszej VIII brygady kawalerii chodziły również takie myśli po głowach. Podtrzymywał ich jeszcze w tych myślach francuski pułkownik Loir,  oficer łącznikowy wojskowej misji francuskiej, wybitny  kawalerzysta, który po czteroletniej wojnie okopowej na froncie francusko-niemieckim tak zatęsknił za  działaniem z siodła, że przyłączył się na ochotnika do  oddziału frontowego i nie było siły, która by mogła  mu wytłumaczyć, że nie powinien znajdować się w pierwszej linii bojowej, w tak ryzykownej wyprawie, w czasie rajdu na Ciechanów pełnił on przy generale Karnickim funkcję bliżej nie określoną, noszącą  nazwę „doradca techniczny”.

Więc ułani nasi uznali, że rola wyznaczona im przez generała Krajowskiego, polegająca na ochronie lewego skrzydła i tyłów 18 dywizji piechoty, jest niezgodna z doktryną dobrego użycia kawalerii i postanowili działać nieco inaczej. Postanowili zrobić okazyjny wyskok samodzielny i uderzyć na Ciechanów od strony północnej. Miasto to miało dla nich już od 10 dni jakiś magiczny pociąg. Tak jakby tam właśnie czuli swoje przeznaczenie. Już 10 sierpnia, gdy brygada cofała się przez Gąsocin, próbowali zrobić najazd na Ciechanów, ale im się to nie powiodło, bo w mieście były wówczas silne oddziały liniowe nieprzyjaciela. A gdy 14 sierpnia w południe dostali od generała Krajowskiego rozkaz marszu z Drozdowa  przez Glinojeck w ogólnym kierunku na Ciechanów,  postanowili działać na własną rękę. 

Przed opisem napadu na Ciechanów i niezwykłych jego skutków trzeba stwierdzić, że generał Krajewski  nie wyznaczył brygadzie dokładnej drogi marszu na  Ciechanów, dał jej tylko ogólne zadanie operacyjne,  ochrony lewego skrzydła i tyłów 18 dywizji piechoty  w czasie bardzo ryzykownego przedsięwzięcia, jakim miało być uderzenie na flankę 15-ej armii sowieckiej..  Sposób wykonania tego zadania zależeć musiał od postępu natarcia piechoty i reakcji nieprzyjaciela, pozostać więc musiał do uznania dowódcy brygady.  Mając chronić skrzydło 18 dywizji piechoty przed siłami nieprzyjacielskimi mogącymi być w Ciechanowie, brygada powinna się była posuwać między Ciechanowem a skrzydłem 18 dywizji piechoty, po czym może zająć miasto. Więc obejście ciechanowskiej grupy nieprzyjacielskiej od strony północnej i pozostawienie jej między sobą a skrzydłem dywizji, nie szło po myśli rozkazu o ochronie flanki nacierającej piechoty.  Rozkaz zaś generała Sikorskiego, podpisany w Modlinie dnia 15 sierpnia 0 godz. 6 rano, nakazujący brygadzie wraz z jednym pułkiem piechoty uderzyć na Ciechanów, nie doszedł dowództwa brygady. Nie posiadała ona bowiem własnej radiostacji, a w chwili podpisywania rozkazu była już od trzech godzin w pełnej akcji.

Decyzja zajęcia Ciechanowa od strony północnej zrodziła się więc samodzielnie, z własnej inicjatywy oficerów dowództwa brygady. O godz. 3 w nocy 14/15 sierpnia skręciła więc VIII brygada kawalerii z Sulerzysza w kierunku północnym na Chotum, Modelka, Pawłowo, rozbijając po drodze kilka dużych, po kilkaset wozów liczących taborów bolszewickich. Na wysokości Grzybowa i Przywojewa rozwinęła się brygada o godz. 8 rano do natarcia, ustawiła swą artylerię, po czym – ubezpieczywszy  się od strony Makowa – wpadła, z 203 pułkiem ułanów, dowodzonym przez majora Z. Podhorskiego, na czele, około godz. 10 do północnej części miasta.

Zaskoczenie kwaterującego tam sztabu 4-ej armii sowieckiej było  tak przeraźliwe, że dowódca armii, nie próbując nawet obrony miasta, uciekł w panice, drogą okrężną do  Mławy, a sztab jego do Ostrołęki. Wśród entuzjazmu ludności cywilnej miasto zostało W krótkim czasie zupełnie oczyszczone od nieprzyjaciela. Liczne tabory, radiostacja, kancelarie itp. pozostały jako zdobycz wojenna w ręku naszych ułanów. Radiostacja była spalona. Zdobycz użyteczna dla ludności cywilnej  rozdzielone; część rzeczy przekazano magistratowi miasta. 

Po dokonaniu tego czynu oficerowie dowództwa VIII brygady kawalerii, nie zdając sobie zupełnie  sprawy z tego, jak dalece przyczynili się do wygrania  bitwy warszawskiej. a zatem i do wygrania wojny, zaczęli zastanawiać się, dokąd brygada dalej ruszyć.  Do dowództwa brygady przybyli prawie wszyscy dowódcy pułków. Jedni radzili uderzyć w kierunku wschodnim, na tyły nieprzyjacielskie, inni zalecali ruszyć w kierunku południowym dla nawiązania kontaktu z lewym skrzydłem 18 dywizji piechoty, inni radzili jeszcze inaczej.

Po jakimś czasie gros brygady  wyruszyło z miasta w kierunku wschodnim, a jeden  pułk (203 p. uł.) w kierunku lewego skrzydła 18 dywizji piechoty. Po kilku kilometrach marszu gros brygady chciało wrócić do Ciechanowa, ale miasto było już ponownie zajęte przez nieprzyjaciela. Ostatecznie za-  wrócono gros brygady też w kierunku południowo- zachodnim na Gumowo. Dowódca 203 pułku ułanów zdołał nawiązać kontakt z generałem Krajowskim w Ojżeniu, lecz lewe skrzydło piechoty, które brygada miała osłaniać, było w tym czasie już o 15 kilometrów na wschód od Gumowa, pod Sońskiem.

Generał Krajowski, nie znając jeszcze skutków zniszczenia radiostacji 4-ej armii sowieckiej w Ciechanowie, wyraził w bardzo ostrych słowach swoje niezadowolenie z powodu samodzielnej akcji VIII brygady kawalerii. Na noc pozostała brygada w okolicy Rumoki i Gumowa.  Potem połączyła się ona z IX brygadą kawalerii, nadeszłą właśnie do Płońska, i weszła wraz z nią w skład nowej dywizji kawalerii pułkownika G. Dreszera.

Napad VIII brygady kawalerii na Ciechanów, tak krótko i tak bezbarwnie tutaj opisany, miał jednak olbrzymie skutki strategiczne. Skutki, jakie tylko bardzo rzadko w całej historii powszechnej dało się najszczęśliwszyrn kawalerzystom osiągnąć. Najlepiej oceni to przeciwnik, który odczuł je na własnej skórze.  Według opinii Tuchaczewskiego (T. 211), którą przytoczyliśmy poprzednio, rajd odegrał rozstrzygającą rolę w biegu działań, dał początek katastrofalnemu wynikowi i zapoczątkował położenie wręcz potworne. 

Brak łączności między dowódcą 4-ej armii a sztabem dowództwa Tuchaczewskiego spowodował zupełne nieskoordynowane działania tej armii z innymi wojskami bolszewickimi od 15 do 18 sierpnia rano, tj. w ciągu czterech najważniejszych i decydujących  dni bitwy warszawskiej. Dowódca 4-ej armii, po ucieczce z Ciechanowa, wydał z Mławy, 15 sierpnia wieczorem, rozkaz rozrzucający dywizje swej armii ekscentrycznie na olbrzymiej przestrzeni. 12 dywizja strzelców miała nacierać na Brodnicę [doszły, moja mama nam o tym opowiadała MD] , Grudziądz i Toruń; korpus konny Gaja miał działać między Toruniem a Włocławkiem; 53 dywizja strzelców miała przesunąć się do rejonu między Lipnem a Włocławkiem, aby współdziałać z  korpusem konnym Gaja w forsowaniu Wisły; 18 dywizja strzelców miała nacierać na Płońsk, a 54 dywizja  strzelców w kierunku Sochocina.  W nocy z 15 na 16 sierpnia przybył dowódca 4-ej  armii do Lipna i nakazał korpusowi konnemu i 53  dywizji strzelców zdobycie Włocławka. 17 i 18 sierpnia każe im zdobywać Płock.

Dopiero 19 sierpnia rano, po nawiązaniu łączności z Tuchaczewskim, rozkazuje on przerwać walki w Płocku i ruszyć korpus konny Gaja czym prędzej przeciwko lewemu skrzydłu polskiej  5-ej armii w Płońsku. Lecz tego zadania Gaj chan nie mógł już wykonać. Bowiem, jak to będzie przedstawione w następnym rozdziale, w tym dniu trzy centralne armie Tuchaczewskiego (15-ta, 3-cia i 16-ta)  cofały się już pobite i trzeba było ratować korpus  konny ucieczka na Mławę.

Dzięki więc samodzielnej akcji VIII brygady kawalerii w dniu 15 sierpnia 4-ta armia bolszewicka była przez 4 dni jakby sparaliżowana. Robiła ruchy niezgrane z ruchami innych armii Tuchaczewskiego.  Większość jej, łącznie z tak ważnym korpusem konnym Gaja, kręciła się bezowocnie po dużym obszarze między Toruniem a Płockiem i nie wzięła udziału w wielkiej bitwie warszawskiej. Tylko dwie lewoskrzydłowe dywizje strzelców (18 i 54), skierowane na Płońsk i Sochocin, odegrały w niej niewielką rolę.

===================

[uwaga MD: Ten tekst to przykład, jak płk. Arciszewski z humorem, ale i logiką matematyka i stratega, wykazuje rolę „przypadków” – w tym czasie zawsze na korzyść Polski. Dodane we wrześniu 2017: ANTYK wydał tę książkę. Powinna znaleźć się w każdym domu polskim, patriotycznym. I u KAŻDEGO ksiądza i biskupa na biurku.  ]

Zapomniany i zapominany generał Tadeusz Jordan Rozwadowski

Zapomniany generał Tadeusz Jordan Rozwadowski
Jan Engelgard   https://www.dakowski.pl/archiwum/pliki/index.10200_80.php
23.08.2013.
Filmowy powrót Generała Rozwadowskiego  
Od wielu lat dopominamy się o pamięć o gen. Tadeuszu Rozwadowskim, ale zalała nas fala propagandy piłsudczykowskiej. Dużo by pisać o kuriozach i zwykłych fałszach popełnianych przez zawodowych historyków, którzy na fali koniunkturalizmu zdolni są do wszystkiego. Jednym z takich pól, gdzie jest najwięcej fałszu – jest przebieg Bitwy Warszawskiej 1920 roku.
Swoje apogeum ta prymitywna w sumie propaganda osiągnęła w filmie Jerzego Hoffmana pt „1920 – Bitwa Warszawska”. Rozwadowski został tam przedstawiony jako trzęsący się ze strachu staruszek, któremu rad udziela geniusz nad geniusze – Józef Piłsudski. Można zrozumieć wymogi filmu fabularnego, ale nie można tak ordynarnie fałszować prawdy, o której dzisiaj na każdym kroku krzyczą wszyscy, po czym sami tę prawdę gwałcą. Ale cóż mówić o filmowcach, kiedy zawodowi historycy, nie mogąc już przemilczeć rozkazu Rozwadowskiego nr 10000 z 9 sierpnia 1920 – wedle którego bitwa została rozegrana – piszą w jednej z książek, że rozkaz ten Generał napisał pod dyktando… Piłsudskiego. Twierdzą tak, mimo że sam Piłsudski w swoich wspomnieniach pisze jasno, że uważał koncepcję Rozwadowskiego i Weyganda za nonsens i nie chciał mieć z tym nic wspólnego. Dlatego przyjął ten rozkaz do wiadomości, ale go nie firmował. Dalsze pisanie o „osiągnięciach” naszych historyków w tej materii nie ma sensu, gdyż jest to zajęcie – jak to się mówi – traumatyczne.
Wracajmy jednak do filmu. Jesienią ubiegłego roku zadzwonił do mnie Piotr Boruszkowski z TVP Historia z informacją o tym, że ma zamiar nakręcić film dokumentalny o Gen. Tadeuszu Rozwadowskim i zapytał, czy bym mu nie wskazał jakichś lektur i dokumentów. Po pierwszym naszym spotkaniu okazało się, że jego zamiarem jest uczciwie pokazanie sylwetki Generała. Przez kilka miesięcy trwała walka o fundusze na realizację filmu – w grę wchodziła suma 100 tys. złotych. Nie jest to suma wielka, ale pozwalała na realizację dokumentu fabularyzowanego na przyzwoitym poziomie. W tym miejscu należą się słowa podziękowania dla TVP Historia i dyrektora tego kanału – dr. Tadeusza Doroszuka, który tę ideę wspierał. Gorącym orędownikiem powstania filmu był także Dariusz Król, także z TVP Historia. Zdjęcia do filmu wypadły w styczniu 2012, ale akurat wtedy nie było zimy. Większość scen kręcono na warszawskiej Cytadeli, gdzie mieści się Muzeum X Pawilonu – Oddział Muzeum Niepodległości w Warszawie. TVP Historia i Muzeum Niepodległości mają podpisaną umowę o współpracy, więc wielkich trudności nie było. Na Cytadeli kręcono sceny szpitalne. Wnętrza Cytadeli Warszawskiej i jej okolice okazały się bardzo przydatne, scenarzyści od razu docenili ich wartość.
To na Cytadeli kręcono sceny szpitalne (imitujące lecznicę św. Józefa w Warszawskie na Hożej, gdzie Generał zmarł), sceny w gabinecie szefa Sztabu Generalnego, wreszcie sceny imitujące wiezienie na Antokolu w Wilnie, gdzie Rozwadowski był więziony w latach 1926-1927. Cytadela, tak samo jak Antokol – była carskim więzieniem. W rolę Generała wcielił się zawodowy aktor, Tomasz Marzecki, którego wybór do tej roli okazał się strzałem w dziesiątkę. Nie chodzi tu tylko o podobieństwo fizyczne, ale przede wszystkim o grę. Marzecki był jedynym zawodowym aktorem grającym w filmie, bo na zatrudnienie innych nie było środków. Pozostałe role odtwarzają amatorzy, głównie z grupy rekonstrukcyjnej 1. Pułku Ułanów Krechowieckich w mundurach z epoki. Trzeba przyznać, że amatorzy przysporzyli pewnych kłopotów twórcom filmu, ale akurat nie rekonstruktorzy. Czy film spełnia oczekiwania? W moim przekonaniu tak, choć chciałoby się, by pokazać wiele innych wątków, bądź nieco inaczej skomentować pewne wydarzenia. Są to jednak drobiazgi.
Ogólny wydźwięk filmu jest jednoznaczny – pokazuje prawdę o Generale i prawdę o Bitwie Warszawskiej. Nie czyni tego nachalnie, widz nie odniesie wrażenia, że reżyser chce gloryfikować Rozwadowskiego a potępiać Piłsudskiego. Wydarzenia komentują – prof. Wojciech Roszkowski, dr Mariusz Patelski, Piotr Rozwadowski i Kazimiera Rozwadowska-Zabłocka. Zacznijmy od prof. Roszkowskiego. Jego wybór jako komentatora wydawał mi się zabiegiem nieco ryzykownym, bo uchodził on do tej pory za reprezentanta tego nurtu polskiej historiografii, która jednoznacznie stoi po stronie Józefa Piłsudskiego. Jednak widzowie zostaną mile rozczarowani – Roszkowski prezentuje się jako zwolennik „rehabilitacji” Rozwadowskiego i w kilku momentach nie szczędzi krytyki Piłsudskiemu. Może czyni to zbyt ostrożnie, ale rozumiem autorów filmu – opinie wypowiadane przez Roszkowskiego są swego rodzaju „gwarancją bezpieczeństwa”, utrudniają przedstawienie filmu jako tendencyjnego i anty-piłsudczykowskiego. Biograf Rozwadowskiego, dr Mariusz Patelski, jest bardziej jednoznaczny, ale wypowiada swojej opinie z dużą kulturą i bez zacietrzewienia. Piotr Rozwadowski, prezes Stowarzyszenia Rodziny Jordan Rozwadowskich, nie jest historykiem i nieco wzdragał się przed udziałem w filmie w tej roli, ale okazało się, że świetnie czuje się przed kamerą, a jego komentarze są fachowe i znakomicie uzupełniają głosy obu historyków. Ale prawdziwą rewelacją są wypowiedzi naocznego świadka historii – Kazimiery Rozwadowskiej-Zabłockiej. Starsza pani, pamiętająca jeszcze bohatera filmu, z czasów, kiedy wychodził z więzienia – wykazuje ponadto talent medialny i niemałą wiedzę na temat opisywanych wydarzeń. Film został zmontowanym fachowo, z użyciem najnowszej techniki. Ogląda się go z wielkim zainteresowaniem, nie ma w nim dłużyzn i niepotrzebnych wątków. Widać jednak, że materiał dokumentalny (fotografie, zdjęcia filmowe) mógłby być bardziej bogaty, ale brak czasu i środków usprawiedliwia autorów. Wydaje się też, że wątek dotyczący przebiegu Bitwy Warszawskiej jest potraktowany zbyt skrótowo. Jasno wskazuje na twórcę zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej. Uważam, że powinien to być kluczowy fragment filmu, z bardziej rozbudowaną narracją, z zacytowaniem większej ilości opinii i bardziej ostrymi akcentami. A tak, to Bitwa Warszawska może być odebrana jako jedynie epizod, ważny, ale jednak epizod. Nie znaczy to, że ta kwestia została w filmie źle przedstawiona. Wręcz przeciwnie – jest to pierwszy polski film, który tak jasno wskazuje na twórcę zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej. Bez złośliwości, bez zacietrzewienia, co jest zabiegiem słusznym, gdyż i tak dla wielu widzów, to co zobaczą i usłyszą – może być szokujące. Jeśli już mówimy o pewnym niedopowiedzeniach, to widziałbym także bardziej szczegółowe pokazanie narastającej przed 1926 rokiem konfrontacji obozu piłsudczykowskiego z generalicją, której centralną kwestią była interpretacja przebiegu Bitwy Warszawskiej. To była swego rodzaju „padgatowka” do uwięzienia Rozwadowskiego po zamachu majowym.
Rozumiem wszakże, że wówczas należałoby albo wydłużyć film, albo zrezygnować z wielu innych wątków. Co dalej? Teraz należy ten film jak najszerzej rozpropagować. [Jest na CHOMIKUJ, pewnie też gdzie indziej md]. Emisja w TVP Historia powinna być tylko wstępem do propagowania filmu wśród publiczności. Pokazy w wielu miejscowościach z udziałem twórców i historyków – to jedna z metod dotarcia do odbiorcy. Film powinien także być dostępny jako materiał edukacyjny na DVD, np. jako dodatek do książki „Generał Rozwadowski” (reprint z 1929) lub do periodyku „Niepodległość i Pamięć”, wydawanego przez Muzeum Niepodległości. Temu filmowi nie można pozwolić na szybkie „zgaśnięcie”. – – – „Zapomniany generał Tadeusz Jordan Rozwadowski”, film dokumentalny, TVP Historia 2012, scenariusz i reżyseria; Piotr Boruszkowski, zdjęcia: Tadeusz Jarosiński. W roli generała Tadeusza Rozwadowskiego: Tomasz Marzecki.

Cud nad Wisłą: Zaniechania ze strony polskiego Kościoła.

[Wzięte w 2023 roku z Archiwum: https://www.dakowski.pl/archiwum/pliki/index.23645_80.php

========================

Powinni:

Kuria Metropolitarna Warszawska rozpoczyna kanoniczne badanie publicznego zjawienia się Bogurodzicy bolszewikom 14 sierpnia roku 1920 w Ossowie i 15 sierpnia w Wólce Radzyńskiej. Uprasza się bezpośrednich i pośrednich świadków o składanie relacji na ręce notariusza Kurii Metropolitalnej”.

St. Krajski

http://prawy.pl/76907-cud-nad-wisla-zaniechania-ze-strony-polskiego-kosciola/

W materiale pt. „Cud nad Wisłą – przebieg wydarzeń nadprzyrodzonych”  opisałem rolę Matki Bożej w Bitwie Warszawskiej, Jej obecność na polu bitwy, zeznania świadków, którzy widzieli jak dwukrotnie (14 i 15 sierpnia 1920 r.) gdy pojawiła się na niebie.

No właśnie.

Były dosłownie tysiące świadectw w tej sprawie i co z nimi robiono? Co Kościół z nimi robił? Tak naprawdę nic. Informacje o objawieniach miał kard. Aleksander Kakowski. Pisał przecież o nich. Był w latach 1913-1938 arcybiskupem metropolitą warszawskim, a w latach 1925- 1938 również prymasem.

To on, jak słusznie zauważają ks. Józef Maria Bartnik i Ewa J. P. Storożyńska, autorzy książki „Matka Boża Łaskawa a cud nad Wisła”, powinien wydać komunikat:

Kuria Metropolitarna Warszawska rozpoczyna kanoniczne badanie publicznego zjawienia się Bogurodzicy bolszewikom 14 sierpnia roku 1920 w Ossowie i 15 sierpnia w Wólce Radzyńskiej. Uprasza się bezpośrednich i pośrednich świadków o składanie relacji na ręce notariusza Kurii Metropolitalnej”.

To on powinien przypilnować, by odpowiednie komisje przesłuchały pod tym kątem jeńców. To on powinien zadbać, by rzetelne informacje na ten temat docierały do katolików w Polsce i na całym świecie.

Inni biskupi również powinni się w to zaangażować. W Bitwie Warszawskie brali udział ludzie z całej Polski. Najłatwiej było do nich dotrzeć w ich parafiach.

Nikt nie kiwnął palcem? Dlaczego? Przede wszystkim dlaczego taki bierny był kard. Kakowski?

Pełna odpowiedź na to pytanie powinna być poprzedzona szczegółowymi badaniami historycznymi. Bez nich jednak też możemy postawić pewne hipotezy, jak się wydaje bliskie prawdy.

Ze strony polityków, ukrytej w tych środowiskach masonerii, mającej ponadto w tej sferze znaczne wpływy, oraz ze środowisk piłsudczykowskich płynął jeden silny, wyraźny i jednoznaczny sygnał: „Zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej było wyłącznie dziełem człowieka, dziełem armii polskiej, dziełem narodu polskiego, dziełem Piłsudskiego”.

Taki sygnał trafiał na podatny grunt. Cechą polskich ówczesnych biskupów była uległość wobec władzy państwowej. Polscy biskupi ówcześni to byli biskupi, którzy objęli swoje stanowiska podczas zaborów, a zaborcy tolerowali tylko biskupów spolegliwych. Bez zgody zaborców nikt w zasadzie nie mógł zostać biskupem.

Historia życia ks. Kakowskiego potwierdza, jak się wydaje, te prawdy. Interesująca może tu być dla nas rozprawa naukowa ks. Bronisława Czaplickiego pt. „Działalność ks. Aleksandra Kakowskiego w Petersburgu w latach 1910-1913”.

Akademia Duchowna w Petersburgu była jedyną uczelnią katolicką na terenie Rosji (nie było takiej zatem w zaborze rosyjskim).

Według zamysłu władz rosyjskich – czytamy w pracy ks. Czaplickiego – służyła raczej celom państwa rosyjskiego niż dobru Kościoła katolickiego. Miała przygotowywać posłusznych sług caratu, dlatego znajdowała się pod szczególną presją. Chociaż była ona wyższą uczelnią teologiczną, to jednak znaczną część czasu wykładowego zajmowały lekcje z historii i geografii Rosji oraz literatury i języka rosyjskiego. Władze żądały, aby wykładane było też prawodawstwo rosyjskie. Zarówno objęcie stanowisk w Akademii, jak i jej finansowanie było uzależnione od woli władz państwowych. Kościół katolicki w Rosji, jak i inne tzw. wyznania obce, podlegał ministerstwu spraw wewnętrznych, a w nim Departamentowi Spraw Duchownych Wyznań Obcych (Departament duhovnyh del inostrannyh ispovedanij –DDDII)”.

W 1910 r. arcybiskup mohylewski Wincenty Kluczyński, po odejściu rektora, zaproponował na to stanowisko jej długoletniego profesora, swojego biskupa pomocniczego Jana Cieplaka. Władze carskie nie zaakceptowały tej kandydatury.

Wtedy na to stanowisko zgłosił się ks. Kakowski. Poparł go jego ordynariusz, metropolita warszawski abp Wincenty Popiel uznawany przez władze carskie za „swojego”. W czerwcu 1905 r. odczytano z ambon w diecezji warszawskiej jego list pasterski pt. „Do rodziców polskich”, „nawołujący do zaniechania bojkotu szkoły carskiej”. W liście tym abp Popiel nazwał strajk szkolny „sprzeniewierzeniem wobec wielkich ideałów”. Przypomnijmy, że: „Głównymi postulatami strajkujących było wprowadzenie do szkół języka polskiego jako wykładowego, powszechny i bezpłatny dostęp do edukacji, zniesienie policyjnego nadzoru nad młodzieżą szkolną, wprowadzenie kontroli rodziców nad doborem kadry nauczycielskiej, zniesienie ograniczeń wyznaniowych, narodowościowych i stanowych w przyjmowaniu uczniów, wprowadzenie prawa kobiet do wyższego wykształcenia”.

Władze carskie zaakceptowały kandydaturę Kakowskiego. Dopomogły też w poparciu jego kandydatury przez Watykan (i tak np. agent carski w Rzymie wniósł odpowiednią sumę za przygotowanie dokumentów). Jego działania jako rektora były przez niektórych wykładowców oceniane bardzo negatywnie. I tak np. ks. Karol Dębiński napisał w swoich wspomnieniach, że ks. Kakowski „umiał chodzić około swoich spraw” i był „prorządowy”.

Wreszcie to władze carskie spowodowały, że ks. Kakowski został metropolitą warszawskim. Tak o tym pisze ks. Czaplicki: „Udział władz rosyjskich w wyniesieniu ks. Kakowskiego na stanowisko metropolity warszawskiego widzimy w sprawozdaniach, które minister spraw wewnętrznych składał cesarzowi Mikołajowi II. 10 marca 1913 r. informował on cara O rozpoczęciu rozmów z Watykanem w sprawie naznaczenia kanonika Kakowskiego arcybiskupem warszawskim, 7 kwietnia 1913 r. – składał sprawozdanie O wydatkach, związanych z oczekiwanym naznaczeniem kanonika Kakowskiego…, a 30 maja 1913 r. informował cara O naznaczeniu kanonika Kakowskiego arcybiskupem warszawskim. W tym właśnie dniu Mikołaj II polecił ks. A. Kakowskiemu objąć stanowisko arcybiskupa warszawskiego. Powyższe zestawienie pokazuje, że procedura obsadzenia stolicy metropolitalnej warszawskiej została przeprowadzona przez administrację rządową dość szybko. Brak zastrzeżeń ze strony rządu oznacza, że kandydat był oceniany jako człowiek oddany władzy państwowej lub przynajmniej nieszkodliwy”.

Kard. Kakowski nie nagłaśniając sprawy objawień w dniach 14 i 15 sierpnia 1920 r. nie tylko poszedł na rękę wielu środowiskom politycznym (i masonom), ale ustrzegł się od spodziewanych ataków, w ramach których wyciągano by prawdopodobnie różne fakty z jego przeszłości i zarzucano współpracę z zaborcą.

======================

[Czy tak samo należy interpretować milczenie biskupów w tej sprawie w XXI wieku?? Czy są może inne przyczyny? JAKIE??  Mirosław Dakowski]

===================================

Od redakcji:Są to fragmenty książki Stanisława Krajskiego pt. „Spisek przeciwko Matce Bożej (i Polsce). Czy Matka Boża wzywa nas do walki. (stron 168).

Bratnia „przyjaźń” polsko-ukraińska.

Bratnia „przyjaźń” polsko-ukraińska.

Marta Maciejewska bratnia-przyjazn

„Przyjaźń” polsko-ukraińska kończy się tam, gdzie Warszawa zaczyna dbać o nasze interesy. Dobitnie pokazały to ostatnie tygodnie i napięcia w stosunkach z naszym wschodnim sąsiadem.

Ledwo miesiąc minął od spektaklu pt. „pojednanie polsko-ukraińskie”, jaki odbywał się przy okazji 80. rocznicy apogeum Rzezi Wołyńskiej, a już z Ukrainy płyną donośne grzmienia, że „Polska wybiera konflikt” i winna jest pogorszeniu wzajemnych stosunków. A wszystko dlatego, że „sługa narodu ukraińskiego” porzucił, przynajmniej chwilowo, realizowanie interesów swojego pana.
Już pod koniec lipca prezydent Zełeński pogroził palcem premierowi Morawieckiemu, który oświadczył, że Polska nie otworzy swoich granic dla ukraińskich produktów rolnych po wygaśnięciu moratorium KE. Ukraiński przywódca wskazywał, że takie działanie „jest niedopuszczalne”. Wtórował mu kijowski premier Denys Szmyhal, twierdząc, że decyzja Morawieckiego jest „nieprzyjazna i populistyczna”. „Ostrzeżenia” te jednak nie nawróciły władz warszawskich na „właściwą” drogę. Ukraińcom podpadł bowiem także prezydencki minister i szef Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz, który w TVP wygłosił niepopularną opinię, że „to, co najważniejsze dziś, to obrona interesu polskiego rolnika”. Podkreślił też, że polskie zboże musi zostać „dystrybuowane po odpowiedniej, godnej cenie”.
Na domiar złego Przydacz przypomniał Ukrainie, że „naprawdę otrzymała dużo wsparcia od Polski”. Słowa te rozjuszyły naszych wschodnich „przyjaciół” do tego stopnia, że swoje święte oburzenie wyraził zastępca szefa Kancelarii Prezydenta Ukrainy Andrij Sibiga. Co więcej, ambasador Bartosz Cichocki został wezwany na dywanik do kijowskiego MSZ. Polski dyplomata usłyszał tam jasny komunikat, że podobne wypowiedzi są „niedopuszczalne”. Sibiga grzmiał natomiast, że słowa ministra Przydacza to „próby narzucenia polskiemu społeczeństwu (…) bezpodstawnych twierdzeń, że Ukraina nie docenia pomocy z Polski”. Ocenił też, że „to oczywista gra, która służy do tego, by realizować własne interesy” – a kto, jak kto, ale Ukraińcy na tym świetnie się znają. I to akurat jest dobra wiadomość, bo właśnie realizowaniem polskich interesów powinny zajmować się polskie władze. Szkoda tylko, że jest to efekt uboczny kampanii wyborczej, a nie stała linia polityczna.

Ukrainiec szybko jednak dodał, że owa gra „nie ma nic wspólnego z rzeczywistością” i zarzucił Warszawie manipulację. Zakomunikował także – do wiadomości „sług narodu ukraińskiego” – jaka jest „prawda”. Otóż „jest nią przyjazny i otwarty dialog między prezydentami Ukrainy i Polski, którzy mają wysoki poziom wzajemnego zrozumienia i zaufania”. Szkoda tylko, że przyjaźń prezydenta Dudy z prezydentem Zełeńskim nijak nie przekłada się na realizację polskich interesów. Nowe światło na tę kwestię rzucają słowa rzecznika ukraińskiego MSZ, który wyjaśnił, że „przyjaźń ukraińsko-polska jest o wiele głębsza niż celowość polityczna”. A skoro tak, to już wiadomo, że będziemy Ukraińcom pomagać za wszelką cenę. Co więcej, ostrzegł, że „żadne deklaracje nie przeszkodzą nam we wspólnym dążeniu do pokoju i budowaniu wspólnej europejskiej przyszłości”.
Wygląda jednak na to, że – przynajmniej przed zbliżającymi się wyborami – władzom warszawskim od tej „przyjaźni” polsko-ukraińska aż się ulewa. Nawet sam premier rządu warszawskiego wyraził opinię, że wezwanie polskiego ambasadora do MSZ w Kijowie było „błędem”, choć pewnie niedługo dowiemy się, że takie błędy przyjaciołom się wybacza. Zapewnił też, że „interes żadnego innego państwa nigdy nie będzie stał ponad interesem Rzeczypospolitej”, co ze strony szefa rządu warszawskiego brzmi dość paradnie.
Widać, że zmiana wajchy nastąpiła także w polskim MSZ, który zdecydował się wezwać na dywanik ambasadora Ukrainy. Pech jednak chciał, że Wasyl Zwarycz nie przebywał wówczas w naszym kraju i ostatecznie na rozmowę udał się charge d’affaires ambasady Ukrainy. Nie przeszkodziło to stronie ukraińskiej, by po raz kolejny zrugać Polaków. Dyplomata stwierdził, że „nie ma nic gorszego, niż gdy twój wybawca żąda od ciebie opłaty za ratunek, nawet gdy krwawisz”. Przykład najwyraźniej idzie z góry, bowiem ukraiński ambasador już nam pokazał, że szczyt bezczelności leży w jego zasięgu. Nie dość przypomnieć, że w rocznicę Krwawej Niedzieli „oddawał hołd wszystkim cywilnym ofiarom – obywatelom II RP, pomordowanym na okupowanych przez III Rzeszę terenach w latach II wojny światowej” (ani słowa o winnych tej zbrodni, ukraińcach). Wówczas Konfederacja domagała się, by Zwarycz został uznany w Polsce za persona non grata, lecz władze warszawskie udawały, że to tylko deszcz pada.
Mimo pojawiających się z rzadka symptomów otrzeźwienia, polska dyplomacja w relacjach z Ukrainą wciąż liczy, że wschodni „przyjaciel” łaskawym okiem spojrzy na nasze, wyrażane nieśmiało, oczekiwania. I choć po spotkaniu w polskim MSZ jego wiceszef Paweł Jabłoński przyznał, że wypowiedzi strony ukraińskiej „szkodzą dobrym relacjom”, to jednocześnie zapewnił, że Polska wciąż będzie wschodniego sąsiada wspierać. Jak się możemy domyślać, bezwarunkowo. W zamian „Polska oczekuje od Ukrainy gotowości do uwzględnienia naszego stanowiska m.in. w sprawie ochrony polskiego rolnictwa, ale też innych kwestii”. W przypływie szczerości Jabłoński ocenił, że wypowiedzi, jakie padały ze strony ukraińskiej, „miały niewłaściwy, niepotrzebny charakter”. Ujawnił także tajemnicę poliszynela, że „w niektórych sprawach trudniej nam osiągnąć porozumienie”. Wskazał tu na kwestię ukraińskiego zboża oraz nierozliczonego ludobójstwa i blokowanych ekshumacji ofiar Rzezi Wołyńskiej.
W reakcji na warszawskie próby zawalczenia o własny interes prezydent Zełeński oświadczył, że Ukraińcy „doceniają historyczne wsparcie Polski, która wraz z nimi stała się prawdziwą tarczą Europy”. Jednocześnie pospieszył z wyjaśnieniem, że na tej tarczy żadnego pęknięcia być nie może. Odnotował też „różne sygnały, że polityka czasami próbuje być ponad jednością, a emocje ponad fundamentalnymi interesami narodów” i zaordynował, co następuje. A mianowicie, że w stosunkach polsko-ukraińskich „emocje zdecydowanie powinny opaść”. O tym, że w ukraińskiej polityce liczy się pragmatyzm i zimna kalkulacja mówił też doradca Zełeńskiego Mychajło Podolak. „Ukraina będzie uważać Polskę za swego bliskiego przyjaciela do zakończenia wojny, a potem między krajami rozpocznie się konkurencja” – przyznał szczerze.
Z kolei ukraiński publicysta Jurij Panczenko walkę władz warszawskich o polski interes złożył na karb kampanii wyborczej i prorokował, że ten ponad dwumiesięczny okres będzie czasem „trudnych relacji”. Zauważył też, że „inwazja na pełną skalę zmusiła polskie władze do zapomnienia o pretensjach wobec Kijowa”. Trudno się z nim nie zgodzić, wszak od lutego 2022 roku słyszymy, że Ukraińcy walczą za „wolność waszą i naszą” i nie wolno teraz od nich niczego wymagać. Panczenko podkreślił, że Polska jest „jednym z liderów”, jeśli chodzi o wsparcie dla Ukrainy. Wskazał też na zjawisko, które dla władz warszawskich może wydawać się szokujące, że „każde wsparcie ma swoje granice”, więc „oczekiwano, że z czasem polska polityka wobec Ukrainy powinna stać się bardziej pragmatyczna”. Odnotował jednak, że do niedawna „tylko polityczne marginesy” w Polsce mogły sobie pozwolić na wygłaszanie takich tez. Ubolewał też, że Polska może w końcu zacząć zgłaszać „swoje roszczenia” i to jeszcze przed końcem wojny. Wysnuł więc wniosek, że to Warszawa „wybiera konflikt” artykułując swoje interesy. Widać zatem, że Ukraińcy w polityce nie kierują się jakąś mityczną „przyjaźnią”, ale twardą niemiecką Realpolitik.
Władze warszawskie zrobiły już wiele, by pokazać kto tu jest sługą, a kto panem. Kijów natomiast regularnie uświadamia nam, że bratnia „przyjaźń” będzie trwała dopóty, dopóki Polska będzie Ukrainie potrzebna. Przy czym relacja ta polega przede wszystkim na oddawaniu Ukraińcom wszystkiego, czego tylko zapragną, zaś wszystkie próby wybicia się w tych stosunkach na niepodległość kończą się złowrogim pogrożeniem ukraińskim palcem.

Czy „zbiorowy” Putin jest pod kontrolą globalistów. To samo dotyczy „zbiorowego Zełeńskiego”. Dziwna wojna na Ukrainie.

Czy „zbiorowy” Putin jest pod kontrolą globalistów. To samo dotyczy „zbiorowego Zełeńskiego”.

Dziwna wojna na Ukrainie
Anthony Ivanowitz 14.08.2023r. o-w-trawie-piszczy
Był taki polityk w „polskim” Sejmie, który widziany na schodach sprawiał wrażenie, że albo wchodzi na schody, albo z nich schodzi. Nikt tego nie wiedział na pewno.
Identyczne refleksje mam obserwują „wojnę” na Ukrainie. Nie wiadomo kto tą wojnę wygrywa czy przegrywa, zaś działanie armii Rosji jest co najmniej zdumiewające.
Otóż dysponując możliwościami łatwego zniszczenie szlaków przerzutowych amunicji i broni z krajów NATO na Ukrainę, Rosjanie tego nie robią. Gigantyczne dostawy uzbrojenia docierają na Ukrainę bez przeszkód, choć w kilka godzin można by ten proceder ukrócić bombardują kilka linii kolejowych i kilkanaście dróg na granicy z Polską.
Jak to wyjaśnić?
Wyjaśnienie jest [chyba md] tylko jedno:
Wojna na Ukrainie to ustawka- drugi etap depopulacji- której głównym celem jest stworzenie światowego straszaka, który usprawiedliwia niszczenie gospodarek państw „białego” człowieka. Winny tej destrukcji jest oczywiście Putin i Rosja, tak to przedstawia chazarska propaganda!
Aby ten rosyjski straszak był skuteczny, wojna musi trwać w nieskończoność, co wymaga ciągłych, niczym nie zakłóconych dostaw broni i amunicji na Ukrainę, oraz ciągłych dostaw „siły żywej”, czyli mięsa armatniego z całego świata.
Jeśli „zbiorowy” Putin na to pozwala, to znaczy, że jest sterowany i pod kontrolą globalistów. To samo dotyczy „zbiorowego Zełeńskiego”. Obaj grają do jednej bramki!
Amerykański Newsweek podał, iż w wyniku wielowątkowego dziennikarskiego śledztwa ustalono, że agencja CIA już trzy miesiące przed wojną rosyjsko-ukraińską wiedziała o nadchodzącej wojnie i ustalała z Rosją reguły gry. (źródło: szokujace-fakty-ws-wojny-na-ukrainie-rosji-i-usa
Czy trzeba aż „wielowątkowego, dziennikarskiego śledztwa” aby dostrzec prawdę „bijącą po oczach”, taką, że „wojna” na Ukrainie to ustawka? 
Żyjemy w rzeczywistości podstawionej nam przez media, na co daje się nabierać większość ludzi w tym tak zwani „analitycy” i blogerzy, w tym niestety również ci  z Neona, onanizujący się „wojną” na Ukrainie od rana do wieczora.
Oto plan globalistów na depopulację ludności świata:
Pandemia- wojna na Ukrainie- sztucznie wywołany krach gospodarczy w państwach „białego” człowieka usprawiedliwiany „wojną” Na Ukrainie. Oczekiwany przez mafię depopulacyjną efekt przedstawionego scenariusza: chaos- bieda- głód-masowa śmiertelność spowodowana szczepionkami i biedą.
I na końcu upragniona przez nich DEPOPULACJA!
Taka jest zaplanowana przez globalistów kolejność wymordowania większości ludzi na Ziemi.
Jesteśmy na drugim etapie (wojna na na Ukrainie) i początkach etapu trzeciego: krachu gospodarczego w krajach „białego” człowieka. Przed nami pozostałe następne „atrakcje”, w tym zapowiedziana przez WHO na rok 2024 następna pandemia choroby o jeszcze nie ustalonych objawach!!
Zostaną one zrealizowane nie napotykając żadnego oporu ze strony ofiar, gdyż te są tak otumanione przez chazarskie media, że nie mają pojęcia co się wokół nich dzieje!

O Ukrainie będzie decydował Biały Dom. Ewentualnie w porozumieniu z Moskwą i Berlinem.

O Ukrainie będzie decydował Biały Dom. Ewentualnie w porozumieniu z Moskwą i Berlinem.

Michalkiewicz o Ukrainie: jedna-z-najwiekszych-tajemnic

W cyklu pytań i odpowiedzi na swoim kanale na YouTube Stanisław Michalkiewicz odniósł się m.in. do kwestii ukraińskich. Publicysta zaznaczył, że Ukraina jest państwem bardzo skorumpowanym.

„Zastanawia mnie, na ile komediowy aktor, któremu przypadło obecnie odgrywać rolę prezydenta Ukrainy, jest wprowadzony, wtajemniczony w dalekosiężne plany wielkich mocarstw dotyczące wojny na Ukrainie. Swoją rolę dyktatora całej Europy, niemalże świata, odgrywa czasem trochę groteskowo, ale zapewne stara się on sam i jego sztab wykorzystać tę sytuację, ile się tylko da, dla swoich własnych korzyści majątkowych” – napisał jeden z widzów.

– Myślę, że nie tylko majątkowych, ale majątkowych też – skomentował Michalkiewicz.

„Jak pan myśli, ile z tej ekonomicznej pomocy, do której jest wiele krajów zmuszanych, trafia na prywatne konta? Ile broni dostarczanej na Ukrainę jest sprzedawane dalej?” – pytał internauta.

– Nie wiem tego, ale myślę, że Ukraina nawet wśród swoich sojuszników, nawet w Stanach Zjednoczonych, ma opinię państwa bardzo skorumpowanego.

– Jak tam była dyskusja o przyjęciu Ukrainy do NATO, to między innymi kładziono nacisk na likwidację korupcji, jako warunek sine qua non. To bardzo trudne na Ukrainie jest do osiągnięcia, obawiam się. – Myślę, że to jest jedna z największych tajemnic – skwitował Michalkiewicz.

– Natomiast myślę, że prezydent Zełenski nie jest tak do końca wtajemniczany albo w ogóle nie jest wtajemniczany. Dobrą ilustracją jest przebieg szczytu NATO w Wilnie. – Tam wszystkie nadzieje prezydenta Zełenskiego, jeśli nie legły w gruzach, to w odległą przyszłość się rozwiały. On początkowo dał wyraz swojemu rozgoryczeniu, rozczarowaniu (…), ale ktoś starszy i mądrzejszy musiał go ofuknąć i powiedzieć: wiecie, rozumiecie Zełenski, cieszcie się, że żywy, zdrowy, nie pokazujcie mi tu żadnych fochów, bo inaczej będzie z wami brzydka sprawa stwierdził Michalkiewicz.

– O tym, co się z Ukrainą stanie, to nie będzie decydował pan Zełenski, tylko będzie decydował Biały Dom. Ewentualnie w porozumieniu z Moskwą i Berlinem. Myślę, że to tak sprawa wygląda – odparł Michalkiewicz.

Początek dekolonizacji Afryki. Jak Afryka, która ma tyle bogactwa, stała się najbiedniejszym kontynentem na świecie.

Początek dekolonizacji Afryki. Jak Afryka, która ma tyle bogactwa, może stać się najbiedniejszym kontynentem na świecie.

Jochen Mitschka 10 sierpnia 2023 https://apolut.net/afrikas-entkolonialisierung-beginnt-von-jochen-mitschka/

Kryzys w regionie Sahelu, wywołany wojskowym zamachem stanu w Nigrze, wywołał szerokie zainteresowanie mediów alternatywnych. Postaram się przedstawić przegląd kilku ważnych stwierdzeń. Stwierdzenia odzwierciedlające ocenę, że kryzys ten zapoczątkował gorącą fazę dekolonizacji Afryki.

Pierwszy kryzys kolonializmu doprowadził do kilkudziesięcioletniej krwawej walki ze straszliwymi zbrodniami europejskich państw kolonialnych. Zbrodnie, które dziś są niewyobrażalne. Z obozami koncentracyjnymi, masowymi mordami, okaleczeniami. Walki zakończyły się nominalną niepodległością, która została jednak dramatycznie ograniczona nie tylko przez podatki kolonialne, które nadal płaciła Francji, ale także ogólniej przez dominację gospodarczą i militarną, korupcję i zabójstwa przywódców w krajach dążących do prawdziwej niepodległości. Jednym z nich był Thomas Sankara, którego politycznymi spadkobiercami są rewolucjoniści z czterech obecnie krajów Sahelu, Gwinei, Burkina Faso, Mali i Nigru.

Satyra czy polityka?

Martin Sonneborn, satyryk, który przepoczwarzył się w unijnego polityka, wyjaśnił jako jeden z nielicznych unijnych polityków rzeczywistość w długim tweecie , przebranym za satyrę. Nie chcę interpretować i wyjaśniać jego wypowiedzi, ale zacytuję fragmenty:

„We Francji nie ma ani jednej aktywnej kopalni złota. Niemniej jednak to (wcześniej) przestępcze państwo kolonialne ma czwarte co do wielkości rezerwy złota na świecie z 2436 tonami. (Była) francuska kolonia Mali posiada dokładnie 0,0 ton złota, choć ma w kraju kilkadziesiąt kopalń (w tym 14 oficjalnych), które wydobywają go aż 70 ton rocznie. Z zarobków z prawie 60 ton złota, które wydobywa (szacunkowo) 600 000 dzieci w (byłej) francuskiej kolonii Burkina Faso, tylko 10% trafia do kraju, a 90% do międzynarodowych poszukiwaczy złota.

Francja zamknęła ostatnią ze swoich 210 kopalni uranu w 2001 roku. Od tego czasu wszystkie problemy związane z wydobyciem uranu, który jest szkodliwy dla środowiska i zdrowia, w tym niebezpieczeństwa skażenia radioaktywnego, zostały wyeksportowane gdzie indziej jako środek ostrożności. Około jedna czwarta importu uranu do Europy i jedna trzecia importu uranu do Francji pochodzi z zachodnio-afrykańskiego Nigru. Paliwo potrzebne do funkcjonowania reaktorów pozyskuje państwowy gigant nuklearny Orano (dawniej Areva), który na mocy tajnych porozumień, m.in. z Nigrem, gdzie grupa ma trzy ogromne kopalnie uranu i większościowy pakiet udziałów w nigeryjskim państwowym przedsiębiorstwie zajmującym się przetwarzaniem uranu (Somaïr).

(Była) francuska kolonia Niger ma najwyższej jakości rudy uranu w Afryce i jest siódmym co do wielkości producentem uranu na świecie, ale według Banku Światowego 81,4% jej obywateli nie jest nawet podłączonych do sieci elektrycznej. 40% żyje poniżej granicy ubóstwa, jedna trzecia dzieci ma niedowagę, wskaźnik analfabetyzmu wynosi 63%. Tylko połowa mieszkańców ma dostęp do czystej wody pitnej, a tylko 16 procent jest podłączonych do odpowiednich urządzeń sanitarnych. Cały budżet państwa Nigru, kraju trzykrotnie większego od powierzchni Niemiec, wynosi około 4,5 miliarda euro, nie więcej niż roczny obrót francuskiej firmy atomowej. Pomimo złóż uranu i złota Niger zajął ostatnio 189. miejsce na 191 krajów pod względem wskaźnika rozwoju.

W trakcie „dekolonizacji” lat 60. XX wieku Francja przyznała swoim byłym koloniom formalną niepodległość, ale pozostawiła im systemy państwowe i prawne, które – podobnie jak w epoce kolonialnej – miały na celu kontrolę ludności przy jak najmniejszym wysiłku i z drugiej strony, aby eksportować jak najwięcej surowców. Nie dość, że Francja zapewniła sobie prawo pierwokupu wszystkich zasobów naturalnych i uprzywilejowany dostęp do kontraktów rządowych poprzez tzw. trwałe uniemożliwienie autonomicznej polityki monetarnej, gospodarczej lub społecznej państw (formalnie suwerennych).

Czternaście krajów CFA jest nie tylko powiązanych z euro (przynosząc im 50-procentową dewaluację w 1994 r.) na podstawie stałego kursu wymiany ustalonego wyłącznie przez potomków francuskich kolonialnych panów, ale także nie ma dostępu do 85% utraconych rezerw walutowych, które są zmuszeni zdeponować w Agence France Trésor. Wszystkie kraje CFA są bardzo bogate w zasoby i nie mniej zadłużone.

Pomimo swoich ogromnych zasobów naturalnych, Burkina Faso, Mali i Niger należą do najbiedniejszych krajów świata. „Moje pokolenie tego nie rozumie” – mówi 35-letni przywódca Burkina Faso, Ibrahim Traoré. „Jak Afryka, która ma tyle bogactwa, może stać się najbiedniejszym kontynentem na świecie?” Po prostu, mówi amerykański politolog Michael Parenti. Biedne kraje nie są „niedorozwinięte”, ale „nadmiernie wyeksploatowane” (…) Są (dobre) powody, dla których płonie ambasada francuska w Niamey, stolicy Nigru.(…)

Wszystko to nie zostanie rozwiązane dobrymi (lub dobrze udawanymi) słowami, nie usunięciem „bolesnego” słownictwa powieściowego dla dzieci, niezdarnymi unijnymi „wojownikami informacji”, a tym bardziej skoordynowaną burzą bombową, ale tylko dzięki faktowi, że po wiekach ostatecznie zmienią się rzeczywiste relacje między Zachodem a Globalnym Południem. A ucisk, paternalizm, grabież, kradzież surowców i oszukiwanie poprzez (podobne do mafii) nierówne umowy handlowe dobiegają spóźnionego końca”.

Zainteresowany słuchacz podcastu może przeczytać PS w załączniku (13).

Rozwój był już do przewidzenia, kiedy Niemcy wysłały żołnierzy do Mali na „pokaz siły”. Mój post na blogu(2) z listopada 2015 r. na ten temat, wyjaśniający, w jaki sposób Boko Haram rozrosło się poprzez zniszczenie libijskiej państwowości, ujawnił sprzeczności zachodniej polityki już wtedy. Niestety kraje zachodnie nie są zainteresowane faktycznym położeniem kresu terroryzmowi. Używają go raczej do uzasadnienia swoich planów władzy lub, jak w przypadku Syrii, do usprawiedliwienia nielegalnej okupacji i eksploatacji kraju.

Mogłoby to trwać przez wiele lat, gdyby Stany Zjednoczone nie rozpoczęły wojny z Rosją i Chinami, choć początkowo pod przykrywką „wojny gospodarczej”, zamiast pogodzenia się z nimi. Skuteczny opór Rosji przeciwko NATO na Ukrainie, niepokorna krnąbrność Chin, nie tylko pomogły rozkwitnąć wspólnocie BRICS i idei wielobiegunowości, ale także zachęciły państwa Afryki, by wreszcie spróbowały pozbyć się szantażu, wyzysku i ucisku.

Włochy

Ciekawe, że Włochy, kolonialny konkurent Francji np. w Libii, wypadły z chóru NATO. Włoski minister spraw zagranicznych posunął się nawet do twierdzenia: „Należy wykluczyć jakąkolwiek zachodnią inicjatywę wojskową, ponieważ byłaby to postrzegana jako nowa kolonizacja”.

Zobaczymy, ile czasu zajmie uzgodnienie stanowiska Włoch również w tej kwestii. W poniedziałek Włochy zwróciły się do ECOWAS o przedłużenie ultimatum.

Kontrola monetarna

Niestety, nie ma tu wystarczająco dużo miejsca, aby bardziej szczegółowo zbadać rolę francuskiego imperializmu monetarnego w Afryce. Stąd tłumaczenie wpisu na blogu z 2017 roku w załączniku (6), które spełnia to zadanie dla zainteresowanych słuchaczy/czytelników.

Widok z Francji

Również ze względu na krytyczny francuski punkt widzenia proszę o przeczytanie tłumaczenia artykułu z wieloma szczegółami i tłem, które doprowadziły do ​​zamachu stanu w Nigrze jako załącznik (7).

Zapalnik do zamachu stanu

Oprócz tła braku suwerenności pod francuskimi rządami byłej kolonii, pucz miał aktualne przyczyny. Jeśli obalony prezydent Bazoum wygrał wybory obietnicą ukarania terrorystów, to po wyborach był postrzegany jako sprzymierzony z nimi. Można przypuszczać, że państwa kolonialne również tutaj w Afryce próbowały zastosować sprawdzoną politykę, a mianowicie destabilizować niepożądane państwa poprzez wspieranie terrorystów. W tym przypadku celem były Mali i Burkina Faso, w których zagraniczne bazy wojskowe zostały zakazane. Mogli być teraz terroryzowani z Nigru, ich bezpiecznej przystani.

Przeczytaj między wierszami artykuł z 1 sierpnia w The Economist(10), aby zobaczyć, co było zamierzone. W artykule opisano m.in., jak terrorysta, który odciął głowy kilkunastu osobom, już sam dokładnie nie pamiętał ilu, został „zrehabilitowany” przez byłego prezydenta Bazouma.

W artykule nie jest to wyraźnie stwierdzone, ale łatwo sobie wyobrazić, że te grupy terrorystyczne miały teraz bezpieczną przystań w Nigrze, kiedy przeprowadzały naloty na sąsiednie kraje. Po tym, jak zamach stanu zakończył tę współpracę z terrorystami, The Economist cynicznie oświadczył: „Jedną z konsekwencji [przewrotu wojskowego w Nigrze], bez ogródek ujął to zachodni urzędnik wojskowy, będzie„ więcej ataków terrorystycznych ”.

Aleksander Korybko następnie wyjaśnia(11):

Bez przesady, jakkolwiek rewelacyjnie by to nie brzmiało, Bazoum dosłownie sprzymierzył się z Al-Kaidą (…). Zwykli Nigryjczycy zostali pozostawieni bezbronni po tym, jak ich były przywódca oświadczył kilka miesięcy temu, że „uzbrajanie ludności cywilnej do walki z terrorystami jest tragicznym błędem”.

Łącząc wszystkie te obciążające fakty razem, jest przekonujące, że Bazoum otrzymał rozkaz od swoich zachodnich popleczników, aby sprzymierzył się z Al-Kaidą i ISIS, aby obaj wykorzystali Niger jako bazę do destabilizacji patriotycznych junt wojskowych w Mali i Burkina Faso jako część ich antyrosyjskiej wojny zastępczej.”(11)

Dokładnie taki sam scenariusz miał miejsce również w Jemenie, gdzie władca, wyparty później przez Hutich, sprzymierzył się z Al-Kaidą do walki z rebeliantami, podczas gdy USA pozostawiły po wycofaniu broń i pojazdy, które następnie przejęli i z wdzięcznością korzystali terroryści (12).

ECOWAS

Wróćmy jednak do obecnego kryzysu w Sahelu. Raz po raz mówi się o grupie państw „ECOWAS” (Wspólnota Gospodarcza Państw Afryki Zachodniej), która rzekomo chce przywrócić „demokrację w Nigrze”. Konstatin Dvinsky wyjaśnił na Twitterze(3), o co w tym wszystkim chodzi.

Pisze, że ECOWAS to francuska neokolonialna ponadnarodowa konstrukcja, której głównym zadaniem jest kontrolowanie Afryki Zachodniej. Oprócz uranu Afryka Zachodnia nadal jest ważnym źródłem dochodów francuskiej elity, nawet po uzyskaniu formalnej niepodległości. Francuskie kręgi finansowe powiązane z amerykańskimi bankierami kontrolowały wydobycie metali szlachetnych w regionie poprzez struktury finansowe kontrolowane przez ECOWAS.

Generalnie Afryka Zachodnia jest dla Paryża ważna nie tylko z punktu widzenia interesów państwowych, ale także z punktu widzenia interesów francuskich elit, dla których region pozostaje ostatnim źródłem środków politycznych (pieniądze zamienione na moc). To wyjaśnia, dlaczego Paryż zareagował nerwowo na to, co działo się w Nigrze.

A także, podobnie jak w Syrii, Afganistanie i innych konfliktach, niemałą rolę odgrywa rurociąg. Gazociąg Transsaharyjski ma dostarczać energię z Nigerii przez Niger i Algierię do Morza Śródziemnego, a stamtąd do UE. Zgodnie z planem UE mogłaby pokryć tym gazociągiem prawie 20% swoich potrzeb. Co ważniejsze, po Nord Stream, który dostarczał gaz z Rosji do UE, był politycznie i faktycznie „nieszkodliwy”. Oczywiście Niger, który na pewno będzie chciał pobierać opłaty tranzytowe (podobnie jak Ukraina), nie będzie złośliwie narażał tych wpływów. Jeśli jednak wybuchnie wojna lub zwykłe sankcje spowodują, że państwo nie będzie już miało dostępu do swoich aktywów, ukończenie tego gazociągu nie będzie już pewne.

Macron może stracić kontrolę nad ECOWAS. Nigeria jest nadal mocno w rękach francuskiej polityki, z pomocą USA. Podobnie jak w Syrii, ważnym narzędziem jest tutaj terroryzm. Jak wyjaśniłem w powyższym wpisie na blogu z 2015 roku, patrz Załącznik (10).

Ale ludność krajów jest tym zmęczona. Gdy tylko ECOWAS zagroził wojną Nigrowi, a Senegal zgodził się na to, w kraju wybuchły zamieszki. A po ponad pięciu dniach nadal nie było wiadomo(8), jak to się skończy. Ludność kraju nie wydaje się gotowa na to, by Senegal prowadził wojnę z bratnim krajem jako marionetką Zachodu. Oczywiście ujawnia to, że Senegal jest teraz zaniepokojony demokracją w Nigrze po aresztowaniu najbardziej obiecującego lidera opozycji we własnym kraju i zdelegalizowaniu jego partii(9).

Zachodnie media i służby wywiadowcze intensywnie pracują nad wsparciem zależnych od Zachodu rządów lub ich marionetkowych polityków w Afryce, ale wciąż nie ma pewności, czy uda się to tak jak w przeszłości.

Nigeria, główne narzędzie ECOWAS

Dlaczego prezydent Nigerii Bola Tinubu jest najprawdopodobniej marionetką rządu USA, zostało ujawnione przez The Grayzone w artykule z 5 sierpnia(20), pełnym szczegółów i dokumentów. Tam czytamy:

Zanim zobowiązał się do interwencji [czyli przeciwko Nigrowi], przewodniczący ECOWAS Bola Tinubu spędził lata na praniu milionów dla chicagowskich handlarzy heroiną i od tego czasu był uwikłany w liczne skandale korupcyjne”.

Trudno będzie odwieść prezydenta znajdującego się tak w rękach zachodnich agencji wywiadowczych od prowadzenia w ich imieniu wojny napastniczej.

Aleksander Korybko prawdopodobnie widzi niebezpieczeństwo, że Rosja mogłaby przesadzić w przypadku pomocy dla państw dążących do niepodległości. Ponieważ Syria i Ukraina to już więcej, niż Rosja może sobie pozwolić ekonomicznie bez narażania rozwoju dobrobytu własnego narodu. Próbuje wytłumaczyć, że z pewnością w interesie Nigerii nie może leżeć pójście na wojnę z niesfornymi krajami w zastępstwie krajów kolonialnych. Więcej o jego argumentach w dodatku (14). Opisuje przykłady tego, jak zachodnie media próbowały wyjaśnić Nigerii jego przydatność. Patrz załącznik (5).

Komentarz z mojej strony, trzeba o tym pamiętać: Od lat Nigeria nie jest w stanie wykorzenić terroryzmu Boko Haram we własnym kraju, nawet przy rzekomej pomocy krajów NATO. A teraz kraj ma stoczyć wojnę z kilkoma sąsiednimi krajami i odnieść sukces? Jak odkrywcze jest to dla „wojny z terroryzmem” z przeszłości?

Korybko zwraca uwagę, że w początkowej reakcji sekretarz prasowy Białego Domu, Karine Jean-Pierre, stwierdziła: „Nie widzieliśmy żadnych dowodów zaangażowania Rosji ani Wagnera”. Kilka dni później potwierdził to także rzecznik Rady Bezpieczeństwa Narodowego John Kirby.

Zamiast wskazywać na pierwsze oświadczenia z USA, które wyraźnie stwierdzały, że nie ma dowodów na rosyjską ingerencję, ludzie są przekonani, że jakaś żądna władzy armia z rosyjskim poparciem obaliła jedną z demokratycznych ikon globalnego Południa na rzecz terroryzmu by rozprzestrzenić się na świecie. To sztucznie stworzone wrażenie, powiedział Korybko, doprowadziło ludzi do przekonania, że ​​ewentualna zbliżająca się inwazja na Nigerię będzie służyć społeczności międzynarodowej.

Wcześniej jeden na siedmiu mieszkańców miał dostęp do elektryczności, ale po tym, jak Nigeria wstrzymała dostawy energii elektrycznej, mniej osób odniesie z tego korzyści, ponieważ Nigeria dostarczała aż 70% energii elektrycznej Nigru. Zamknięcie granicy przez Benin pogarsza sytuację ludności. Wcześniej uzależniony od importu z atlantyckiego portu w Kotonu, Niger jest teraz skutecznie odcięty od większości świata. Ponowne otwarcie granic z zaprzyjaźnionymi krajami sąsiednimi niewiele pomoże, ponieważ te szlaki handlowe są zagrożone przez terrorystów.

Niger jest już trzecim najbiedniejszym krajem na świecie, ale trudną sytuację jego mieszkańców prawdopodobnie zaostrzą sankcje UE, które mogą wkrótce doprowadzić do poważnego kryzysu społeczno-gospodarczego z bardzo poważnymi konsekwencjami humanitarnymi dla regionu. Nigeria mogłaby wtedy wykorzystać duży napływ uchodźców jako pretekst do inwazji na Niger, mimo że całkowicie winne byłyby wyniszczające sankcje nałożone przez ECOWAS, któremu przewodzi sama Abudża.

5 sierpnia natychmiast zgłoszono pierwszy opór ze strony Nigerii. Nigeryjscy senatorowie odrzucili wezwanie prezydenta Boli Ahmeda Tinubu do inwazji na Republikę Nigru. Prezydent Tinubu został wezwany do większego skupienia się na walce z Boko Haram, bandytami i rebeliantami z rdzennej ludności Biafry. Niech prezydent podejdzie do sytuacji w Nigrze z podejściem dialogu bez kinetyki, aby osiągnąć pokojowe rozwiązanie z juntą wojskową w Nigrze(15).

6 sierpnia nigeryjski think tank wezwał Nigerię do interwencji wojskowej(17). Milion nigeryjskich uchodźców, którzy uciekli do Nigru przed terrorem Boko Haram, znalazłoby się między frontami wojny. To po prostu nie do pomyślenia, jak Nigeria może nawet myśleć o chęci prowadzenia tej wojny. Jedynymi zwycięzcami takiej wojny będą terroryści stojący za walczącymi żołnierzami. Czy to jest cel? Nigeryjskie gazety zgadzają się, że wojna z Nigrem i jego sojusznikami byłaby katastrofalna dla Nigerii(18, 19).

Kiedy ultimatum wygasło w poniedziałek wieczorem, Niger zamknął swoją przestrzeń powietrzną i ogłosił, że może dojść do wojny napastniczej(21). W stolicy utworzono i uzbrojono grupy straży obywatelskiej, czego obalony prezydent odmówił w walce z terroryzmem, pomimo niemal rozpaczliwych próśb ludności. Tymczasem emerytowany nigeryjski generał ostrzegł, że wojna z Nigrem będzie kosztować dwukrotność całego rocznego budżetu wojskowego (22).

Indyjski były dyplomata M.K. W swoim ciekawym artykule (26) Bhadrakumar zwraca uwagę między innymi na to, że pucziści w Nigrze nie wydają się być bezkompromisowo przeciwni obecności wojsk francuskich, co stwarza okazje do negocjacji. Ostrożne są też Stany Zjednoczone, choć utrzymują w kraju 3 bazy wojskowe. Wyraźnie widać, że Niamey nie zamierza ulegać presji z zewnątrz, nie tylko pod wrażeniem „matki wszystkich niespodzianek”, czyli szerokiego poparcia społecznego dla puczystów. Bhadrakumar mówi, że kryzys trwa od dłuższego czasu, między innymi dlatego, że terroryzm, który ogarnął Afrykę Zachodnią po zniszczeniu Libii, wydaje się daleki od zakończenia.

Wniosek

www.linkezeitung.de wyjaśnił w artykule, jak szerokie jest poparcie dla puczu przeciwko prezydentowi, który złamał obietnice wyborcze(23). W relacji z wizyty Nuland Korybko zwraca uwagę, że nawet oficerów, którzy przez lata byli szkoleni przez USA, nie da się już przerobić w marionetki(24). A w Nigerii, po jednoznacznej decyzji Senatu, wszyscy gubernatorzy północnych obszarów Nigerii opowiedzieli się przeciwko wojnie. Nic dziwnego, że terroryści na tych terenach grożą użyciem takiej wojny do własnych celów.

USA wysłały Viktorię Nuland do Nigru, ale nie pozwolono jej rozmawiać z szefem puczystów ani z obalonym prezydentem. Tymczasem junta mianowała na premiera światowej sławy ekonomistę. Ponadto, według krążących w internecie doniesień, pędzące do Nigru siły Wagnera zostały zaatakowane przez terrorystów z Al-Kaidy na granicy z Mali. Właściwie do tej pory unikali Wagnera.

Sytuację pogarsza fakt, że Stany Zjednoczone stacjonują w kraju Nigru ponad 1000 żołnierzy i mają tam ważną bazą dronów i nie chcą wyjeżdżać, a więc prawdopodobnie też „uważają” na ogromne rezerwy ropy (16 ), które znajdują się w kraju, a które nie zostały jeszcze zbadane, o czym do tej pory niewiele powiedziano. Nie jest pewne, co ECOWAS zdecyduje na swoim kolejnym spotkaniu w czwartek, w dniu publikacji tego podcastu, presja ze strony Zachodu jest zbyt duża.

Tłumaczył Paweł Jakubas, proszę o jedno Zdrowaś Maryjo za moją pracę.

Załączniki i źródła:

Oryginalny tekst zawiera 26 bardzo obszernych załączników i komentarzy Autora. Czytelnikowi pozostawiam decyzję czy chce do nich zajrzeć na stronie źródłowej czy nie.

Chiny: Władze zatapiają miasta w prowincji, by uchronić od powodzi Pekin. Wstrząsające.

Stracili domy. Są zaskoczeni i wściekli. „Pekin powinien zapłacić rachunek”

TVN24 | Świat

[Wstrząsające filmy. Jeden dałem na końcu, po tekście.MD]

6 sierpnia 2023,

Niemal milion osób z prowincji Hebei zostało przesiedlonych po rekordowych opadach, które zmusiły chińskie władze do przekierowania wody z wezbranych rzek do zaludnionych obszarów. Reuters opisuje, że wywołało to gniew mieszkańców, którzy zwracają uwagę na poświecenie ich domów w celu ratowania Pekinu.

Na przełomie lipca i sierpnia w Pekinie spadło blisko 745 mm deszczu w ciągu pięciu dni. Jak informowało Biuro Meteorologiczne Pekinu, były to największe opady w stolicy Chin od 140 lat. Z końcem lipca przez południowe Chiny przetoczył się tajfun Doksuri. Ucierpiało wówczas ponad 724 tysiące osób, a 124 tysięcy ewakuowano.

Opady podniosły poziom rzeki Hai He, której rozległe dorzecze obejmuje obszar prowincji Hebei, w tym miast Pekin i Tianjin, który jest porównywalny do Polski. W ciągu tygodnia, od końca lipca, region liczący 110 milionów mieszkańców doświadczył najpoważniejszej powodzi od sześciu dekad. Najbardziej dotknięta została właśnie prowincja Hebei, a zwłaszcza prefektura Baoding.

Reuters opisuje, że zgodnie z przepisami dotyczącymi ochrony przeciwpowodziowej, gdy powódź w całym dorzeczu spowoduje, że zbiorniki na pierwszej linii obrony przekroczą swoje limity, woda może być tymczasowo kierowana do tak zwanych „obszarów magazynowania powodziowego”, w tym nisko położonych terenów zaludnionych.

31 lipca prowincja Hebei otworzyła 7 z 13 takich obszarów przeciwpowodziowych, w tym dwa w mieście Zhuozhou na południe od Pekinu i na północ od Xiongan, gdzie prezydent Xi Jinping chce utworzyć strefę ekonomiczną, mającą scalić Tianjin, Pekin i prowincję Hebei.

Według lokalnych mediów państwowych, 1 sierpnia Ni Yuefeng, sekretarz Komunistycznej Partii Chin w Hebei, nazwał Xiongan „najwyższym priorytetem” w zapobieganiu powodziom w prowincji.

W trakcie swojej wizyty na obszarach, gdzie skierowano wodę, w tym w prefekturze Baoding, do której należy Zhuozhou, Ni przekazał, że nakazał „aktywację obszarów przeciwpowodziowych i obszarów przekierowania” w taki sposób, by zmniejszyć presję na system kontroli przeciwpowodziowej w Pekinie. Przyznał też, że konieczne jest utworzenie „fosy” dla chińskiej stolicy.

Decyzje te nie podobają się mieszkańcom z prowincji wokół stolic. „Pekin powinien zapłacić rachunek” – napisał jeden z internautów na popularnej chińskiej platformie Weibo.

„New York Times” podaje że wobec decyzji władz, zmuszonych do ewakuacji w prowincji Hebei i sąsiednich wioskach na obrzeżach Pekinu zostało niemal milion osób. „Na niektórych obszarach powódź zakłóciła dostawy prądu, a także połączenia internetowe i mobilne.” – podano.

„Brązowe, błotniste jezioro” wnoszące się na kilka metrów. „Nikt nas nie poinformował”

Ochrona Pekinu spowodowała potężne zalania między innymi w mieście Zhuozhou. „Ulice i dzielnice zamieniły się tam w brązowe, błotniste jezioro, którego poziom sięgał siedmiu metrów głębokości, co zniszczyło domy i firmy” – opisuje amerykański dziennik. „Chcą chronić Pekin, nikogo nie obchodzi, czy Hebei zostanie zatopione” – skarżył się – chcący zachować anonimowość w obawie przed działaniami rząd – mieszkaniec wioski na obrzeżach Zhuozhou.

Inny mieszkaniec miasta przekazał, że położył swoje najcenniejsze rzeczy na krzesłach, które następnie ustawił na łóżku, po czym uciekł z domu. Woda w tym czasie się podniosła, a jej poziom osiągnął niemal dwa metry, przez co dobytek mężczyzny został zniszczony.

„Nikt nigdy nie poinformował nas o ewentualnej powodzi, nikt nie kazał nam przygotować się do ewakuacji, gdybyśmy widzieli o tym, nie zostawilibyśmy tak wielu rzeczy’ – zaznaczył kolejny mieszkaniec.

„NYT” wymienia, że powódź w różnych częściach Zhuozhou spowodowała u jednego z wydawców książek zniszczenie zbiorów wartych 3,5 miliona dolarów w ciągu doby. Odnotowano także zalania części schronisk dla zwierząt.

We wpisach komentujących tamtejszą sytuację internauci wskazali, że mieszkańcy nie byli świadomi, że mieszkają na obszarze przeznaczonym do skierowania tam wody. „Chciałbym wiedzieć, ilu spośród wszystkich osób tam mieszkających w całym kraju wie, że mieszka na takich obszarach?” – zapytał jeden z internautów.

Szczególną uwagę internautów przykuły słowa Ni o „fosie”, na bazie którego powstał nawet hashtag. Osiągnął on w sieci ponad 60 milionów wyświetleń, zanim został ocenzurowany.

====================================

Tu 8-minutowy, wstrząsający filmik o tej powodzi, tajfunach, celowym zalaniu: https://fakto.pl/index.php/video/swiat-jest-wstrzasniety-powodzia-w-chinach-potworne-nagranie-z-pekinu-i-hebei

Żydowski antypolak z loży B’nai B’rith i zwolennik kazirodztwa, jedynką na liście “Lewicy”

Żydowski antypolak i zwolennik kazirodztwa, jedynką na liście “Lewicy”

zydowski-antypolak-i-zwolennik-kazirodztwa-jedynka-na-liscie-lewicy/

Antypolski i antyklerykalny publicysta, prof. Jan Hartman, ma wystartować z pierwszego miejsca na liście Lewicy w okręgu wyborczym Nowy Sącz.

Żydowski antypolak z loży B’nai B’rith Jan Hartman nie pozwala o sobie zapomnieć. W ciągu ostatnich lat wywołał kilka skandali. Między innymi wyzywał cały Naród Polski w związku z tym, że ktoś dokuczył jego zwierzakowi. Zdarzyło mu się też publicznie promować i bronić kazirodztwa a także pedofilii. Aktualnie ma wystartować z pierwszego miejsca dyzmokratycznej listy wyborczej Lewicy w okręgu nr 14 (Nowy Sącz).

Prawdopodobnie w tym samym okręgu, z list PiS wystartuje wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki.

–Bardzo liczę na to, że marszałek Terlecki nie będzie przede mną uciekał — skomentował  Hartman w rozmowie z Onetem. Dodaje, że w poprzednich wyborach sądeckiej “jedynce” Lewicy (był nią Jakub Bocheński, tragicznie zmarły we wrześniu ubiegłego roku) zabrakło około tysiąca głosów, by zdobyć mandat. –Teraz zdobycie mandatu przez Lewicę jest absolutnie możliwe. Musimy potraktować kampanię bardzo na poważnie, a nie na zasadzie odrobienia zadania domowego – przekonywał kontrowersyjny komentator.

Przypomnijmy kilka nagłówek gazet z udziałem tego człowieka:

Zdjęcie

Zdjęcie
Zdjęcie

NASZ KOMENTARZ: Kazirodztwo i gwałcenie dzieci są dla sejmowej Lewicy w porządku i biorą na swoje listy degeneratów popierających takie praktyki. Inaczej jest gdy chodzi o katolickich księży. Wówczas zamieniają się w obrońców uciśnionych przez niemoralny kler. No cóż, nie od dziś wiadomo, że lewica to stan umysłu.