Przypadek lewitacji u opętanej Hiszpanki. Dobrowolna zgoda na opętanie. Opętanie w Loudun.=============================
Andrzej Sarwa
Przypadek Marii Cecylii Pistorini
Dawniejsza literatura dotycząca tak opętań, jak i czarownictwa nader często zamieszcza opisy unoszenia się ludzi w powietrzu.
Na polecenie cesarzowej austriackiej Marii Teresy (1717 - 1780) opat Oswald Laschert szczegółowo przebadał przypadek opętania niejakiej Marii Cecylii Pistorini, jednej z mniszek klasztoru kierowanego przez ksienię Renatę Seanger, oskarżoną o uprawianie czarnej magii i rzucanie uroków na podległe sobie zakonnice.
Według świadectwa uczonego opata Maria Cecylia wielokrotnie, kilkadziesiąt, do stu razy na dzień, była gwałtownie unoszona w powietrze, a potem z ogromna siłą ciskana o posadzkę, co jednak nie powodowało obrażeń zagrażających jej życiu. Poddana zabiegom egzorcyzmowania, również została - wraz z krzesłem - uniesiona do góry.
W czasie masowych opętań, jakie miały miejsce w XVII wieku w Loudun i Marsylii, prócz objawów katalepsji, znieczulenia ciała na ból, ujawniania się dodatkowych osobowości, telepatii i jasnowidzenia, obserwowane były również - u niektórych z opętanych niewiast - również i zdolności lewitacyjne. (Ignacy Matuszewski, Czarnoksięstwo..., s. 86 i n.).
Przypadek lewitacji u opętanej Hiszpanki
W hiszpańskim dziele ''Historia del Emperados Carlos V'' wydanym w roku 1507, znajduje się opis badania inkwizytorskiego kobiety podejrzanej o zawarcie paktu z diabłem. Przesłuchujący ją biskup Pampeluny Prudencio de Sandoval, powodowany ciekawością, zażyczył sobie, aby owa niewiasta pokazała mu swoje nienaturalne umiejętności. I wówczas ona, wydostawszy się przez okno, poczęła schodzić po murze głową w dół, a później swobodnie uniosła się w powietrzu.
Jeśliby ktoś mniemał, że tego rodzaju opisy pochodzą jedynie z protokołów inkwizytorskich przesłuchań prowadzonych przez duchownych rzymskokatolickich, jest w błędzie. Napotyka się je bowiem zdecydowanie częściej w dokumentach protestanckich.
W jednym z nich, pochodzącym z siedemnastego wieku, występuje, pod datą 1620, informacja na temat opętanej Anny Fleischer, która zachowując się bardzo nienaturalnie, kręcąc się, rzucając, wijąc jak robak, wstrząsana konwulsjami, na koniec całkowicie oderwała się od ziemi i zawisła w powietrzu. Świadkami tego zdarzenia były osoby raczej wiarygodne, a mianowicie dwaj diakoni protestanccy Kacper Dachsel i Tobiasz Walpurger. (Tamże, s. 88.).
Demon imieniem Gabbage
Pewien mężczyzna, po dość długim okresie utraty przytomności najpierw usłyszał męski głos, który oświadczył, że należy do istoty imieniem Gabbage, po jakimś czasie zaś ujrzał swego rozmówcę, który - jako żywo - przypominał diabła z podań ludowych. Miał bowiem wygląd niespełna czterdziestoletniego osobnika, był silnie zbudowany, o gęstym czarnym zaroście, takiejż czuprynie i brwiach, pałających ciemnych oczach. Ukazywał się zawsze w stroju myśliwego. W czasie rozmów, jakie prowadził z bohaterem niniejszej opowiastki, ustawicznie namawiał go do działań destrukcyjnych (kazał mu niszczyć rozmaite wartościowe przedmioty i targnąć się na własne życie). Osobnik ów posłuchał w końcu owych podszeptów i popełnił samobójstwo rzucając się z trzeciego piętra na bruk. (Tamże, s. 158.).
Opętanie w klasztorze urszulanek
W roku 1610 miało miejsce masowe opętanie w klasztorze żeńskim św. Urszuli w Marsylii. Pierwsze oznaki posesji diabelskiej wykazała nowicjuszka Magdalena de la Palud, po niej zaś inne.
Magdalena, poddana indagacji ze strony inkwizytorów, wyznała, że wszystko to sprawił niejaki ks. Ludwik Gaufridi, proboszcz miejscowy, który gdy dzieckiem jeszcze była, wprowadził ją do kręgu osób oddających cześć szatanowi na miejscu ustronnym. Od tamtej pory wiele razy uczestniczyła w sabacie, podczas którego oddawała się wyuzdanym orgiom seksualnym, bluźniła Bogu i Kościołowi. Jednocześnie przez cały ten czas była kochanką Gaufridiego.
Ten, pojmany i stawiony na przesłuchanie, przyznał się co prawda do tego, że współżył seksualnie z młodą zakonnicą, ale kategorycznie wyparł się przypisywanych praktyk satanistycznych. Dopiero później zmienił zdanie i przyznał się do wszystkiego, co mu zarzucała kochanka. Oddany władzy świeckiej, wyrokiem sądu spłonął na stosie.
W trakcie badań okazało się, że Magdalena de la Palud wykazuje nienormalne właściwości. Między innymi ustalono, że biegle włada łaciną, czyli językiem, którego nigdy się nie uczyła. Ponieważ sama się oskarżała przed inkwizytorami, zachowano ją przy życiu, uprzednio poddano egzorcyzmom, które przyniosły pożądany skutek.
Dobrowolna zgoda na opętanie
Kolejny przykład dotyczy Szwajcarki (nb. żyjącej współcześnie) niejakiej R.B., która została opętana w wieku 15 lat przez cztery demony. Opętanie owo nie było spowodowane niemoralnym życiem dziewczyny, bo takiego nigdy nie prowadziła, żyjąc w zgodzie z prawem Bożym, lecz zostało jej zaproponowane (jeśli można użyć tego dość niefortunnego określenia), jako zadośćuczynienie za grzechy świata i w celu ostrzeżenia ludzkości przed grożącą jej straszliwą karą, jeśli się nie opamięta i nie nawróci.
Ponieważ R.B. zgodziła się przyjąć cierpienie, które dotknęło ją w ukrytej formie, w żaden sposób się nie uzewnętrzniając, opętanie stało się faktem.
Po upływie wielu lat, przeżywając nieopisany wprost koszmar i po wędrówkach od lekarza do lekarza, po gruntownych wielokrotnych badaniach psychiatrycznych, które wykazały, iż jest zupełnie normalna, trafiła wreszcie w ręce egzorcystów. Ci, niestety, mimo wielu wysiłków, nie umieli jej okazać pomocy. Udało się im jednak zmusić demony do ujawnienia i do mówienia, choć czyniły to bardzo niechętnie i pod silnym przymusem.
Ponieważ nie miejsce tutaj na szczegółowe rozpisywanie się na temat ostrzeżenia, jakie Pan Bóg i Matka Boża zsyłają za pośrednictwem duchów nieczystych (może to zabrzmieć dziwnie, ale skoro ludzie odrzucają jakże liczne objawienia Boskie oraz nadzwyczaj jasne i czytelne znaki czasów, nadeszła pora, by nawet piekło zmusić do świadczenia o prawdzie), nie będę tutaj rozwodził się nad treścią przekazów zasłyszanych od demonów.
Opętana na specjalne życzenie spisała swój życiorys, w którym zawarła opisy udręk spowodowanych faktem zniewolenia przez złe moce.
Zarówno z jej słów, jak i z zeznań świadków wynika, że za dnia nie odczuwa poważniejszych dolegliwości (spełnia obowiązku żony i matki), straszne są natomiast dla niej noce, podczas których przeżywa niewyobrażalne wprost katusze psychiczne. (Piekło wypluwa prawdę [w:] Ks. L.G. de Ségur: Piekło....., s. 136 – 137.).
Opętanie Annelise Michel
Wydaje się, że na uwagę zasługuje również przypadek opętania niemieckiej studentki pedagogiki, pochodzącej z Klengenbergu, niejakiej Annelise Michel. Ten przypadek opętania tym znów różnił się od licznych uprzednio wymienionych, że było to świadomie przyjęte cierpienie, jako wynagrodzenie za grzechy świata. Nie mogły zatem egzorcyzmy odprawiane nad ową dziewczyną przynieść oczekiwanego rezultatu. Annelise Michel wycierpiała bardzo wiele i męczyła się strasznie, ponieważ do zgonu doszło na skutek nie przyjmowania przez nią pokarmów i napojów, mimo strasznego głodu i pragnienia. Ta głośna niezbyt dawno sprawa, która miała miejsce w roku 1976, rozeszła się szerokim echem po całym świecie. ''Postępowe'' media o spowodowanie śmierci opętanej oskarżały duchownych egzorcystów, jednocześnie ośmieszając całą sprawę i domagając się sądownego ukarania kapłanów, którzy ''hołdując średniowiecznemu zabobonowi'' doprowadzili - rzekomo - do tak strasznej tragedii: śmierci dziewczyny. Jakoś jednak nikt nie wspomniał, że i ''naukowa'' terapia nie przyniosła żadnego, nawet minimalnego pozytywnego rezultatu, i że wcale w tym wypadku nie chodziło o schorzenie psychiczne, a o jakąś bliżej nie określoną (dla ''naukowców'') dolegliwość, co do której medycyna była bezsilna, nie tylko nie umiejąc jej leczyć, ale nawet i nazwać!
Opętanie w Loudun
W roku 1626 założono w Loudun klasztor Urszulanek. Zakonnice w większości odznaczały się wysokimi przymiotami i na ogół pochodziły z dobrych domów, i zgodnie ze swym powołaniem zajmowały się wychowaniem dziewcząt.
Pierwszym spowiednikiem urszulanek był przeor O. Moussant. W niedługi czas po jego śmierci poczęły się dziać w budynku klasztornym rzeczy co najmniej dziwne. Dawało się zupełnie wyraźnie słyszeć w nocy hałasy, a wiele spośród zakonnic uległo dziwnym objawom przypominającym opętanie. Samej matce przełożonej ukazywały się widma, przypominające bądź to zmarłego spowiednika, bądź też jakowąś inną osobę duchowną.
Ponieważ owe dziwne zjawiska trwały bez ustanku, zakonnice poinformowały o wszystkim nowego spowiednika, ks. Jana Mignon, kanonika z kościoła św. Krzyża w Loudun, pomijając głównego bohatera dramatu ks. Urbana Grandier. Powód pominięcie Grandiera nie jest znany, wydaje się jednak prawdopodobnym, że urszulanki nie zaproponowały mu stanowiska swego spowiednika, z powodu faktu złej opinii, jaką ów duchowny miał. Zamieszany był nawet w procesy sądowe, a w końcu ukarany przez miejscowego biskupa za złe prowadzenie się. Ale Grandier nic sobie z tego nie robił, apelował do wyższych instancji, przez które został od kary uwolniony.
Tymczasem zjawiska natury szatańskiej w klasztorze urszulanek nie ustawały. Widząc to ks. Mignon poprosił o radę i wsparcie ks. Piotra Barré, proboszcza kościoła św. Jakuba i kanonika de Saint Meme. Owi duchowni, w towarzystwie jeszcze dwu karmelitów sporządzili szczegółowy protokół, dotyczący niezwykłych zjawisk, który zaopatrzyli własnymi podpisami.
Niebawem zjawiska przybrały wyraźniejszy charakter, wiele zakonnic i sama przełożona podlegały dziwnym konwulsjom, a ich czynności i rozmowy w czasie ataków zupełnie były niezgodne z zachowaniem jakie przystoi mniszkom.
Wówczas księża Mignon i Barré, mając na to zgodę biskupa z Poitiers, odprawili nad opętanymi zakonnicami egzorcyzmy. Było to latem 1613 roku. W październiku - wobec bezskuteczności tamtych egzorcyzmów - odprawiono nowe, tym razem w obecności władz świeckich.
Opętane zakonnice badano, zadając im pytania po łacinie, czyli w języku, którego się uczyły, a demony odpowiadały, że przyczyną opętania jest ks. kanonik Urban Grandier, proboszcz u św. Piotra. Można sobie wyobrazić jakie wrażenie na świadkach wywołało takie oświadczenie. W tym miejscu - co istotne - należy zaznaczyć, że egzorcyzmy odbywały się zawsze w obecności świadków.
Pod koniec listopada ksiądz Barré uznał za stosowne, aby biskup Poitiers dodał mu dwóch nowych świadków do obrzędu egzorcyzmów. I rzeczywiście dodano mu dziekanów kapituły Champiny i Thouars. Z kolei podejrzany o spowodowanie opętanie ks. Urban Grandier ze swej strony wniósł prośbę do arcybiskupa Bordeaux, który przeznaczył na egzorcystów ks. Barré, O. Escaye, jezuitę z Poitiers, i O. Gau, oratorianina z Tours, dał im szczegółową instrukcję i rozkazał oddalić wszystkich innych świadków, oprócz mera miasta Loudun, prezesa sądów kryminalnych i przełożonego opactwa Saint Jouin.
Pech chciał, że w tym samym czasie - w zupełnie innej sprawie - w Loudun znajdował się delegat królewski, którego kuzynka była przełożoną owego klasztoru urszulanek. Była to panna Belsiel, w zakonie nosząca imię (rozsławione w negatywny sposób przez literaturę i film) Matki Joanny od Aniołów.
Delegat królewski dowiedziawszy się o wszystkim, co się u urszulanek dzieje, pojechał czym prędzej do Paryża, zdał sprawę królowi Ludwikowi XIII i kardynałowi Richelieu, po czym, dnia 30 listopada 1633 roku przybył do Loudun z komisją królewską, która miała zbadać całą sprawę.
Komisja swoją pracę zaczęła od aresztowania ks. Urbana Grandier i dokładnej rewizji w jego domu. Nie znaleziono niczego kompromitującego, poza odręcznym pismem księdza wymierzonym przeciwko celibatowi duchowieństwa. Pismo owo miało uspokoić sumienie pewnej dziewczyny, która dała się uwieść temu występnemu kapłanowi.
Niemniej był to kamyczek, który pociągnął za sobą lawinę. Przeciw Ks. kan. Urbanowi Grandier komisja królewska wytoczyła formalny proces kryminalny i powołała licznych świadków, którzy zeznawali przeciw niemu. Badanie świadków wykazało u ks. Grandier wiele wykroczeń przeciw moralności, a jedna z zeznających kobiet, niejaka Elżbieta Blanchard zeznała, iż oskarżony proponował jej, że ją uczyni czarownicą.
W tym samym czasie w klasztorze urszulanek, gdzie objawy opętania nie zanikły, zarządzono nowe egzorcyzmy. Brali w nich udział m. in. O. Laktancjusz, reformat, O. Tranquille, kapucyn i O. Józef, kapucyn.
Proces przeciwko ks. Grandier, oskarżonemu o spowodowanie opętania zakonnic, i egzorcyzmy odprawiane nad nimi, trwały siedem miesięcy, po czym akta procesu przewieziono do Paryża, gdzie po ich dokładnym zbadaniu uznano, że Grandier jest winny i 3 lipca 1634 roku ustanowiono specjalną komisję złożoną z 14 urzędników duchownych i świeckich, dla wydania ostatecznego wyroku. Dnia 18 sierpnia komisja owa uznała ks. kanonika Urbana Grandier winnym magii, czarnoksięstwa, spowodowania opętania i skazała go na śmierć.
Grandier tego samego dnia został stracony.
Mimo to, objawy opętania nie ustawały. Udzielały się nawet wielu świeckim kobietom w Loudun i jego okolicach, a także w Chinon. Również opętani zostali niektórzy spośród egzorcystów. Przytrafiło się to między innymi O. Laktancjuszowi, który zmarł 18 września 1634, O. Tranquille, który żył jeszcze kilka lat, mianowicie do roku 1638 i O. Surin, który zastępował O. Laktanciusza po jego śmierci. O. Surin pozostawił nam szczegółowy opis swego stanu i wiele spostrzeżeń o wypadkach opętania, zaszłych po śmierci księdza Grandier.
O. Surin przybył do Loudun dopiero w cztery miesiące po wyroku na księdza Grandier, uwolnił on w części matkę Joannę od Aniołów spod władzy demonów i został odwołany, a zastąpiony przez O. Recés, również jezuitę. W czasie od śmierci ks. Grandier do roku 1639 i 1640, kiedy opętania ustały i wieści o nich znacznie ucichły, mamy do zaznaczenia niektóre wizyty znakomitych osób, świadczących za rzeczywistością opętania. Oprócz kilku biskupów był tam rodzony brat królewski i dał świadectwo autentyczne, własną ręką podpisane dnia 11 maja, na rzecz prawdziwości opętania, na podstawie dokonanych prób z opętanymi, które sam sprawdzał. Nie możemy też pominąć świadectwa lorda Montagu i pana de Quériolet, którzy tak byli wstrząśnięci tym, co widzieli, iż nie tylko opętanie uznali za absolutnie prawdziwe, ale - ponadto - stało się to okazją do głośnego i niespodziewanego nawrócenia wspomnianego lorda.
Opętanie w Loudun przez licznych pisarzy o ''krytycznym i postępowym'' nastawieniu uznane zostało, bez gruntownego zbadania, za fałszerstwo z premedytacją przygotowane i przeprowadzone przez księży i zakonnice.
Tymczasem bezstronne badanie dowiodło, iż w opętaniu w Loudun dało się zauważyć wszystkie cechy prawdziwego opętania. I tak: na ręce Matki Joanny od Aniołów pokazywały się napisy o nadnaturalnym pochodzeniu, zakonnice nie znające łaciny, odpowiadały po łacinie na po łacinie zadawane im pytania, wyjawiały ukryte tajemnice i widziały na odległość. (Słownik apologetyczny wiary katolickiej, podług d-ra Jana Jauge'a oprac. i wydany przez X. Wł. Szcześniaka i grono współpracowników, Warszawa 1894, s. 505 – 514.).
=========================
UDRĘCZENI PRZEZ DEMONY
opowieści o szatańskim zniewoleniu
z różnych autorów zebrał, ale i własnym piórem opisał i do druku podał
Andrzej Sarwa
* * *
Książka niniejsza jest dostępna w wersjach papierowej:
Hasłem tegorocznego tzw. ,,Marszu Niepodległości”, było hasło Silny Naród, Wielka Polska, którą symbolizował plakat będący przeróbką propagandowego plakatu z czasów wojny z bolszewikami w roku 1920. Dziś jego nieudolna przeróbka, była rzucającą się w oczy prymitywną agitką idei Ukro – Polin, czyli jednego, wspólnego państwa z banderowską Ukrainą, stręczoną obecnie na przysłowiowego chama przez reżimową propagandę PiS i całej tzw. opozycji PO, Lewicy i PSL. Na plakacie reklamującym tegoroczny ,,Marsz Niepodległości”, który od razu też okazał się kompromitacją jego organizatorów, czyli jego prezesa Roberta Bąkiewicza i jego świty, na czapce polskiego ułana widniał orzeł, stylizowany na banderowskiego tryzuba, atakującego, bynajmniej nie bolszewickiego bojca, ale rosyjskiego żołnierza, na którego czapce widnieje symbol litery Z, będącej znakiem rozpoznawczym wojsk rosyjskich, prowadzących specjalną operację wojskową na Ukrainie.
Dlatego nawet dla laika, plakat tegorocznego ,,Marszu Niepodległości” był otwartym przekazem propagandowym opowiedzenia się organizatorów marszu po stronie banderowskiej Ukrainy, zupełnie niepomnych na stosunek tegoż państwa do Polski i Polaków, oraz kwestii rozliczenia się za zbrodnie ludobójstwa dokonane przez ukraińskich szowinistów na naszych rodakach na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej oraz zakaz ekshumacji i godnego pochówku setek tysięcy Polaków, oraz wysuwane nadal przez Ukraińców roszczenia terytorialne wobec naszego państwa. Dlatego też ratując przed całkowitym blamażem swojego prezesa Roberta Bąkiewicza, Ruch Narodowy i Młodzież Wszechpolska naprędce wymyślili nowe hasło tegorocznego marszu – Polska Państwem Narodowym, do którego wprawdzie w ciągu kilku miesięcy przesiedlono 10 milionów Ukraińców, i jest ono w tej chwili tak samo narodowe jak dawny ZSRR, ale to w niczym nie umniejszyło dobrego samopoczucia Wszechpolaków i Roberta Winnickiego.
W tym roku, w marszu przejętym przez panującą władzę uczestniczyli również licznie ukraińscy nacjonaliści, jak również wielu białoruskich pogrobowców, kolaborantów Adolfa Hitlera i III Rzeszy, choć pan Bąkiewicz usilnie zaprzeczał temu faktowi od samego początku, że informacje takie rozpowszechniają wyłącznie, a jakże putinowskie trolle. Jak było w rzeczywistości, świadczy o tym ukraiński plakat, reklamujący tegoroczny ,,Marsz Niepodległości” w Warszawie, którego hasło brzmiało, że wspólnie walczymy… ZA NASZĄ I WASZĄ NIEZALEŻNOŚĆ, jak również wiele zdjęć i filmów, które okiem bezstronnej kamery zarejestrowały, jak wyglądał tegoroczny warszawski marsz i co naprawdę było jego głównym przesłaniem.
W 1938 Sanacja obchodziła ten swój 11 listopada razem… z hitkerowskimi dygnitarzami III Rzeszy, z którymi razem pili wtedy wódkę i polowania, a niespełna rok później zostali przez swoich ówczesnych, niemieckich przyjaciół dosłownie zaorani równo z trawą. Wczoraj natomiast, 11 listopada szli w Warszawie razem z ukraińskimi nazistami i niedługo ich obecni przyjaciele spod znaku tryzuba, zrobią im powtórkę z przeszłości. Jak widać, historia zatoczyła koło, a głupi, bezrozumni Polacy, nie wyciągnęli z niej żadnej nauki, ani jakichkolwiek wniosków
Warszawa 11 listopada 1938 rok. Obchody Święta Niepodległości, których głównymi gośćmi byli dygnitarze hitlerowskich Niemiec
Marsz Niepodległości. Kukła Putina zawisła na moście
Jakimi najważniejszymi tematami, najbardziej istotnymi dla Polaków i Naszej Ojczyzny, stanowiły dla uczestników tegorocznego ,,Marszu Niepodległości” w Warszawie? Czy były to kwestie związane z obecnym stanem naszego państwa, gospodarki, mających niebagatelny wpływ na życie Polaków i ich kondycję finansową, pozwalającą bez obawy patrzeć w przyszłość własną i swoich dzieci? Bynajmniej! Jak podaje na swoich strona internetowych portal onet.pl, uczestników tegorocznego ,,Marszu Niepodległości”, najbardziej zajmowały… głosy wsparcia dla Kijowa oraz krytyka Rosji. Jak informuje Gazeta.pl, grupka uczestników pochodu wywiesiła na moście Poniatowskiego kukłę Władimira Putina.
Czarne słońce” Himmlera (SS). Na ulicach Warszawy, którą na śmierć zatłukł jego podwładny – SS Obergruppenfuhrer Erich von dem Bach-Zelewski. Rzeźnik Warszawy. Widzą to setki ludzi, nikt nie reaguje.
Jak bardzo trzeba nienawidzić swoich rodaków, aby stać ramię w ramię obok z mordercami twoich dziadków? I jeszcze to kretyńskie hasło… Kijów – Warszawa wspólna sprawa. Czy wszyscy ci durnie, którzy je wypisują na wszelkich tego rodzaju marszach, zastanowili się choć raz w swoim życiu, od kiedy to, dla władz w Kijowie i Ukraińców polskie interesy narodowe były dla nich kiedykolwiek, choćby w minimalnym stopniu wspólne, czy tożsame, z ich interesami? Przenigdy! Tak może myśleć jedynie skończony dureń lub jawny zdrajca.
Opozycjoniści białoruscy byli obecni na Marszu Niepodległości. Upamiętnili tam… kolaborantów hitlerowskich biorących udział w pacyfikacjach ludności cywilnej podczas niemieckiej okupacji 1941-44.
To tak jakby ktoś nadal nie rozumiał, dlaczego nie chodzimy na MN i postrzegamy go z każdym rokiem jako coraz bardziej szkodliwe wydarzenie dla idei narodowej i Polski.
Warszawa, Marsz Niepodległości 2022 – Maszerują białoruscy wyznawcy niemieckiego nazizmu
Transparent z ideą międzymorza. Amerykański, zatruty cukierek dla banderowca i głupiego Polaka. Jeszcze napisali głupcom… Imperium z WASZEJ KRWI!
Tylko tych ofiar nie wolno w obecnej Polsce wspominać nawet jednym słowem, bo mówienie, czy pisanie o polskich ofiarach ukraińskiego bestialstwa na Wołyniu, Małopolsce Wschodniej i pomordowanych przez banderowców na obecnych południowo – wschodnich ziemiach obecnej Polski, to mowa nienawiści, o czym przekonał się we Wrocławiu 11 listopada Pan Witold Listowski, który jest nie tylko znanym działaczem, ale inspiratorem i koordynatorem środowisk kresowych. Lokalnie, to prezes Stowarzyszenia Kresowian Kędzierzyn-Koźle, a w skali ogólnopolskiej to prezes Patriotycznego Związku Organizacji Kresowych i Kombatanckich. To oficjalne funkcje, a przecież bardziej jest znany, jako sympatyczny 77-letni Pan z którym można godzinami gawędzić. Jest patriotą i wydawcą czasopism oraz książek, organizatorem sesji naukowych, inicjatorem zmian legislacyjnych.
Pan Witold Listowski, z lewej strony, trzyma transparent STOP UKRAINIZACJI POLSKI
Pan Witold w Narodowe Święto Niepodległości wziął udział we wrocławskim Marszu Niepodległości. Niósł baner z hasłem „STOP UKRAINIZACJI POLSKI” i jak mówi „to hasło wyraża obawy, jakie niepokoją wielu Polaków”. Nie jest to hasło dyskryminujące inne nacje, ani powstrzymujące niesienie pomocy poszkodowanym. Ono wskazuje, że zagrożeni jesteśmy my, jako naród i jako państwo. Gdy głębiej zastanowimy się, to skierowane jest nie do Ukraińców, ale do rządzących i tzw. „totalnej opozycji” w Polsce. Z tego to powodu, podczas Marszu młodzi ludzie wykonali kilkadziesiąt fotografii baneru i osób niosących go. Jak się potem okazało, byli to funkcjonariusze policji w cywilnych ubraniach. Po oficjalnym zakończeniu wydarzenia Pan Witold i jego kolega zostali zatrzymani przez trójkę policjantów. Policjanci nie byli w stanie przedstawić podstawy prawnej, a jedynie mówili, że wykonują rozkazy z góry. Panowie mieli być przewiezieni na komisariat w celu złożenia wyjaśnień. Wywiązała się dłuższa dyskusja w której Panowie nie dali się zastraszyć, odmówili składania wyjaśnień i ciągle żądali podstawy prawnej. Policjanci, po dłuższych konsultacjach z przełożonymi, pozwolili odejść zatrzymanym, jednak zaznaczyli, że będą wezwani w celu złożenia wyjaśnień.
„Kochasz Polskę i Polaków, to poprzyj nas, bo gdy dojdziemy do władzy, będziesz mógł swobodnie wyrażać poglądy”. Takie zachęty słyszeliśmy nie tylko przed 1989r., ale w każdej kolejnej kampanii wyborczej. Jednak gdy w obecnej sytuacji masz odmienny pogląd od władzy, gdy uważasz, że należy pomagać ale nie ograbiać własny naród, gdy domagasz się rozliczenia zbrodni na Polakach, potępienia zbrodniarzy i pogrzebów ofiar, gdy sprzeciwiasz się powolnemu wciąganiu Polski w wojnę, gdy domagasz się, aby politycy ukraińscy wyrzekli się roszczeń terytorialnych względem Polski i gdy lękasz się, że kilkumilionowa imigracja może stanowić zagrożenie dla naszej tożsamości cywilizacyjnej, to stajesz się wrogiem. Kto czytał „Rok 1984” G. Orwell’a ten wie, że według władzy, myślozbrodnia jest najcięższym przewinieniem i to z dwóch powodów: jest najbardziej skuteczną w walce ze zdeprawowaną i totalitarną władzą, a jednocześnie najtrudniejszą do wykrycia. W Polsce ciągle demokracja demokracją, ale to władza określa które poglądy są dobre, a które zasługują na wykluczenie społeczne, szykany i interwencję służb państwowych.
Polak pobity przez polskich nazistów wspierających ukraińskich szowinistów
Nic strasznego – tylko Polaka który krzyczał „Jebać Banderę” pobili Polacy, którzy popierają banderowców
Autonomiczne bojówki tzw. szturmowcy, niestety działają już długo, a mało kto o nich mówił kiedyś. Teraz wyznawcy belgijskiego esesmana Leona Degrella są w swoim żywiole. I jakoś w żaden sposób nie są ścigani za propagowanie nazizmu.
Na pierwszym planie same chazarstwo. W końcu to oni wymyślili i ustanowili to ,,święto” dla Polaków. A jak do tego doszło, o tym mówi ten film…
Józef Ginet Piłsudski – Kłamstwo prawie doskonałe – Dokument Uświadamiający
Prowadzenie tego bloga to moja pasja ale także wielogodzinna praca. Jeśli uważasz, że to co robię ma sens to możesz wesprzeć mnie w tym co robię, za co serca już teraz dziękuję.
PKO BP SA Numer konta: 44 1020 1752 0000 0402 0095 7431
Jaką władzę realnie posiada Bill Gates? Gates jednak nie pomagał „walczyć z pandemią” wyłącznie dla połechtania swojego, cierpiącego na kompleks mesjasza, ego. Czas podsumowań.
Gdy bezradne wobec nieznanego zagrożenia elity rozkładały ręce, Gates et concortes wydawali się „jedynym stałym punktem i spokojną przystanią” w zasięgu wzroku. Nic dziwnego, że doświadczeni w praktyce „spychologii” demo-liberalni liderzy bez wahania oddali zmagania z wirusem w ręce prywatne. I to był moment, na który Amerykanin czekał od lat.
One man show
Przez dwa lata dziennikarze niezgadzający się z oficjalną pandemiczną narracją próbowali ułożyć w miarę spójny obraz z mieszaniny szumu medialnego i szczątków dostępnych informacji. Dzisiaj, gdy walka z wirusem praktycznie dobiegła końca, zmieniająca się mądrość etapu pozwala napisać rzeczy, za które jeszcze rok temu groziła społeczna infamia i wykluczenie z grona ludzi powszechnie uważanych za zdrowych psychicznie.
Z opadającego po pandemicznej bitwie kurzu wyłania się prawdziwa, nie okraszona glejtem „dezinformacji medycznej” historia „światowej odpowiedzi”. I jest to głównie opowieść o jednym człowieku.
Gates przez lata „przygotowywał” się do tego, co w podręcznikach historii opisane zostanie jak „pandemia COVID-19”. Przynajmniej od 2010 r. prowadził kampanię na rzecz opracowywania i upowszechniania nowych szczepionek, oraz finansował projekty zajmujące się modelowaniem gier pandemicznych w Imperial College czy John Hopkins University. Jeszcze w 2015 r., po epidemii eboli przypominał, że „nie jesteśmy gotowi” na podobne zagrożenie w skali globalnej. A skoro – według jego doradców – co roku dochodziło do około 200 „epizodów epidemicznych”, szansa, że któryś przerodzi się w poważny kryzys, była całkiem spora.
Resztę już znamy. Kiedy na początku 2020 roku skonsternowane władze największych mocarstw świata dopiero zasiadały do debaty, instytucje powołane przez miliardera przejęły kontrolę nad kryzysem. „Uzbrojone w fachową wiedzę, wzmocnione przez kontakty na najwyższych szczeblach państw zachodnich i umocnione dobrze rozwiniętymi relacjami z producentami leków, cztery organizacje przejęły role, które powinny odgrywać rządy” – czytamy w wynikach siedmiomiesięcznego śledztwa dziennikarzy „Die Welt” i „POLITICO”.
Wymienione podmioty to Fundacja Billa i Melindy Gatesów, GAVI (założony przez Gatesów sojusz na rzecz upowszechnienia szczepionek), Wellcome Trust – brytyjska fundacja z wielomiliardowym funduszem współpracująca z Amerykanami – oraz CEPI (Coalition for Epidemic Preparedness Innovations) – powołana przez B&MGF i Wellcome Trust w 2017 r. Organizacje pozarządowe momentalnie zidentyfikowały potencjalnych producentów szczepionek i ukierunkowały inwestycje w stronę opracowania testów, „leczenia” i sieci dystrybucyjnych. Od 2020 r. wydały na walkę z covid-19 prawie 10 mld dolarów — tyle samo, co główna amerykańska agencja zajmująca się walką koronawirusem poza granicami USA. Z kolei na działania koordynującej zmagania w skali światowej WHO przeznaczyły łącznie 1,4 mld dol.
Sam Gates regularnie pojawiał się w mediach, gdzie odgrywał rolę pandemicznej wyroczni.
Za ogromne pieniądze kupiono również wpływy polityczne. Liderzy organizacji mieli bezprecedensowy dostęp do najwyższych szczebli rządowych, biorąc udział w spotkaniach z przywódcami państw, pozostając w stałym kontakcie z ekspertami krajowymi i na bieżąco im „doradzając”. „Zasoby ludzkie” okazały się najtańszym narzędziem walki. Od 2020 r. na lobbing wśród ustawodawców i urzędników w USA i Europie wydano zaledwie 8,3 mln USD.
Ponadto spora część urzędników ds. zdrowia z USA, UE i WHO przewinęła się wcześniej przez podmioty Gatesa jako wieloletni pracownicy. Ci „podwójni agenci” mieli kluczowy wpływ w umocnieniu jego politycznych i finansowych wpływów w Waszyngtonie i Brukseli.
– Kiedy masz do czynienia z Fundacją Gatesów, to prawie tak, jakbyś miał do czynienia z dużym krajem – mówił prowadzącym śledztwo anonimowy urzędnik ds. zdrowia w USA. Bliższe prawdy jest jednak chyba określenie „mocarstwo”.
Biznes nowego wzoru
Pan Gates jednak nie pomagał „walczyć z pandemią” wyłącznie dla połechtania swojego, cierpiącego na kompleks mesjasza, ego. Nie bez przyczyny charakter jego działalności już jakiś czas temu określono mianem filantro-kapitalizmu. Modele biznesowe wypracowane przez Amerykanina przynoszą nie tylko gigantyczne dochody, ale dzięki rządowym gwarancjom zapewniają ich stały dopływ niezależnie od koniunktury. Miliarder z Seattle nauczył się, jak nie zarzynać kury znoszącej złote jaja, ale i jak wykluwać kolejne cudowne ptaki.
Podczas, gdy światowa gospodarka umierała w męczarniach lockdownu, na partnerstwie rządowo-biznesowym bajońskie sumy zarabiali producenci szczepionek, przemysł farmaceutyczny, „znajomi królika” oraz przede wszystkim sponsorzy całej zabawy. Sam Gates powiększył swój majątek o 30 miliardów USD (ok. 40 proc.).
Nad osobliwym modelem biznesowym udało się również rozłożyć swoisty moralny parasol ochronny. Nikt poważny nie powie złego słowa wobec człowieka, który dzięki szczepionkom i szybkiej reakcji „ocalił miliony ludzkich istnień”. Nawet jeżeli „skutki uboczne” wypracowanych przez niego rozwiązań: zarówno medyczne jak i gospodarcze czy społeczne, przyczyniły się do śmiertelnego bilansu pandemii bardziej niż sam wirus. – Choć popełniono błędy, pokażcie kto miał lepszy pomysł – mówią jego obrońcy.
Jeżeli już lewicowo-liberalne media wysuwają względem niego jakieś oskarżenia, to jedynie z powodu nierównomiernej dystrybucji preparatów czy prowadzenia działalności zbytnio wymykającej się kontroli państwa.
Zalążek czegoś większego
COVID-19 stworzył niebezpieczny precedens: światu sprzedano narrację, że elity polityczne poszczególnych krajów nie są w stanie sprostać globalnym wyzwaniom XXI wieku.
Dlatego dzisiaj Gates wzywa do opracowania kompleksowego, globalnego systemu reagowania pandemicznego, zorganizowanego – oficjalnie – pod auspicjami WHO i państw członkowskich, ale w praktyce pod dyktando prywatnych sponsorów. A co najważniejsze; z prawem zawieszania suwerenności poszczególnych krajów, których kompetencje przejmują siedzący w prywatnej kieszeni eksperci i niewybieralni urzędnicy organizacji międzynarodowych.
Choć szczegóły prawne (np. traktat antypandemiczny) należy jeszcze dograć, to całość została już oficjalnie przyklepana od strony finansowej. Tylko na działalność Gavi w latach 2021–2026 USA, GBR, Niemcy i KE przeznaczą łącznie 10,5 miliardów dolarów. Natomiast sam Gates na projekty swojej fundacji wyłoży z własnej kieszeni dwa razy więcej, bo aż 20 mld dolarów.
Działalność Gatesa doskonale odzwierciedla współczesne podejście korporacyjnych elit, przekonanych, że w obliczu kryzysu demokracji liberalnej, ich misją dziejową jest chwycenie ludzkości za twarz, i uratowanie jej od rządów nieporadnych i nieodpowiedzialnych polityków. A jak słyszymy, światu oprócz kolejnych pandemii grozi również (albo przede wszystkim) kryzys klimatyczny. Tutaj również poszczególni przywódcy – nawet takich mocarstw jak USA czy Wielka Brytania – pełnią zaledwie rolę pudeł rezonansowych dla planów rozpisanych na lata po zakończeniu ich kadencji. Planów, w opracowaniu, ale przede wszystkim finansowaniu których niemały udział ma amerykański miliarder.
Tym samym już nie w cieniu gabinetów, ale świetle kamer kształtuje się zalążek rządu światowego, prowadzącego poważną politykę za kulisami teatru dla mas. A założyciel Microsoftu pełni w nim rolę kogoś na kształt… ministra finansów i zdrowia jednocześnie.
Chcesz zobaczyć film o Billu Gatesie?Sprawdź jak uzyskać dostęp:
Długo wyczekiwana PREMIEROWA odsłona pierwszego w historii PCh24.tv serialu pt. “Władcy świata” jest już dostępna w bazie filmowej PCh24.TV. Już dzisiaj możesz poznać skrywane oblicze i intencje informatycznego magnata, Billa Gatesa, który tworząc jedno z największych światowych konsorcjów wpłynął na życie miliardów ludzi na Ziemi. Zobacz serial już teraz! Serial w reżyserii Piotra Relicha to idealny … Czytaj dalej
„Ukrainy nigdy nie było, nie ma i nie będzie”.To tytułowe zdanie wygłosił na spotkaniu z publicznością 7 lat temu ppłk. (wówczas kapitan) Konstanty Kopf, żołnierz Narodowych Sił Zbrojnych
Polecam uwadze Czytelników poniższą wypowiedź ppłk. (wówczas kapitana) Konstantego Kopfa, wygłoszoną 7 lat temu na spotkaniu z publicznością: https://youtu.be/PCFYBTEm1go =====================================
]Czy wiadomo Państwu, że w formalnym sensie takiego państwa jak Ukraina w ogóle nie ma?
Kilka lat temu, w kwietniu 2014 r. Sekretarz Generalny ONZ Ban Ki – Moon przyznał publicznie, że od roku 1991, czyli od ogłoszenia się przez Ukrainę suwerennym państwem, aż po dzień dzisiejszy Ukraina nie była w stanie określić swoich granic, dlatego nie złożyła akcesu o członkostwo w ONZ. Dziwna rzecz – według Wiki rzekomo Ukraina przystąpiła do ONZ już 24 września 1945 roku, (w tym samym dniu, co i Polska) kiedy bynajmniej nie była wtedy suwerennym krajem, a jedynie administracyjną prowincją ZSRR. Czyli formalnie rzecz biorąc, Ukraina jest nadal administracyjną prowincją Rosji (tak, jak wcześniej ZSRR).
Za tym przemawia również jeszcze jeden fakt: Otóż w 1991 r. prowincje- kraje ZSRR, które się odłączyły od tego państwa i ogłosiły suwerenność założyły wspólnie tzw. Commonwelth of Independent States (CIS) . Ukraina nigdy do niego nie przystąpiła pozostając tylko niecałe 4 lata w latah 2014-2018 członkiem niezrzeszonym, po czym kompletnie się odłączając w r. 2018 z powodu wojny z Rosją. Tak więc wygląda na to zdaniem ekspertów, że zawierucha wojenna na Ukrainie z prawnego punktu widzenia to wojna domowa w Rosji. A wtrącanie się państw NATO do tej zawieruchy i podtrzymywanie jej to atak sił zacjodnich na Rosję. Czy tak jest faktycznie? _________________ The Commonwealth of Independent States (CIS)[a] is a regional intergovernmental organization in Eastern Europe, Central Asia, Eastern Asia, and Western Asia.
Wspólnota Niepodległych Państw, skrót WNP: zawierał dwa synonimy, gdyż państwo z samej swej natury jest niepodległe. [to z viki]
...Chwila doskonałego zjednoczenia się materialno-duchowych przeciwieństw: kobiety i mężczyzny – przeistoczonych w androgynie w idealną istność.
======================
Przyszły król Henryk, wraz z towarzyszącym mu ogromnym orszakiem, składającym się z ponad tysiąca dwustu jezdnych, niezliczonych powozów, którymi podróżowały niewiasty, i to zarówno damy dworu, jak i najpiękniejsze paryskie nierządnice i zgrabne cherubinki o gładkich twarzyczkach, których jeszcze nie zeszpecił zarost, wreszcie z taborów z prowiantem dla ludzi i koni, wyruszył do Polski, aby zasiąść na krakowskim tronie.
Tymczasem młody pan Jakub Białecki, wciąż dręczony chorobą duszy, pośrednio niszczącą mu również i ciało, zamieszkał w pokoju na piętrze, jego zaś pachoł w sionce przed drzwiami, sypiając na wiązce słomy, przykrytej byle jaką derką, tak aby ciągle znajdować się blisko pana i być gotowym na każde jego wezwanie.
Medyk, u którego młodzieniec zamieszkał, czyli uczony Giovanni Battista Negroni, magisterartium et medicinae doctor, opiekował się cierpiącym, jak potrafił najlepiej – często upuszczał mu krwi, stosował odpowiednią dietę, faszerował pigułkami i proszkami, poił nastojami i naparami, kąpał w ziołowych wywarach i maceratach olejowych, oblewał ukropem, a potem obkładał lodem – słowem czynił wszystko to, co zalecała ówczesna wiedza medyczna. Rezultaty jednakowoż były nawet nie mizerne, ale wręcz żadne.
Doszedł tedy Negroni do wniosku, że sam nie podoła i wezwał na pomoc swojego serdecznego druha, niejakiego Girolama Fiorello, także doświadczonego konsyliarza. Lecz i ów nic nie wskórał, a jego leki i zabiegi również nie przyniosły pożądanego skutku. Tymczasem młodzieniec marniał w oczach. Chociaż co prawda ani Negroni, ani Fiorello nie przejmowali się zbytnio tym, czy ich pacjent wyzdrowieje, czy też zejdzie z tego padołu, jego bowiem leczenie było opłacone z góry, niemniej ich ciekawość została poruszona do tego stopnia, iż za wszelką cenę chcieli odnaleźć remedium na ów niematerialny, a przecież zabójczy toksykant, który zatruł duszę Jakuba i wyniszczał mu ciało.
I któregoś dnia zdało się medykom, że sprzyja im niebywałe szczęście, pojawili się bowiem jednocześnie w stolicy dwaj najwięksi francuscy lekarze owej doby – Michel Marescot i André du Laurens, nie licząc najgenialniejszego tamtoczesnego chirurga, którym uznawano pana Ambroise’a Paré1, ale jego nie brano pod uwagę, cierpienia Jakuba były bowiem natury duchowej, nie zaś cielesnej. Gdyby na przykład został poszkodowany w pojedynku, to co innego, Paré byłby jak najbardziej pożądany, jednakowoż do leczenia ran dusznych akurat się nie nadawał.
Udali się tedy oba konsyliarze do sławnych doktorów i opowiedziawszy o owym trudnym przypadku, ubłagali znamienitych kolegów po fachu, iżby zgodzili się pofatygować do chorego, obejrzeć go i drobiazgowo przebadać, tak by można było zdecydować o dalszych poczynaniach i ewentualnych sposobach leczenia.
Po oględzinach pacjenta, jego gruntownym zbadaniu i szczegółowym przepytaniu dotyczącym dolegliwości, jakie odczuwa, Marescot i du Laurens zgodnie stwierdzili, iż dotychczasowe leczenie prowadzone było prawidłowo, oni sami niczego więcej by nie mogli zaordynować, dlatego zalecili jedynie kontynuację prowadzonej uprzednio kuracji i… oddanie chorego pod Bożą opiekę.
Pożegnali się tedy i wyszli z izby. Ale kiedy byli już na schodach, jeden z nich, bodaj du Laurens, zatrzymał się jeszcze na chwilę i rzucił przez ramię:
– Słyszałem, że niedawno przybył do Paryża jakiś nadzwyczajny cudzoziemski medicus, a powiada się, że doktor i diuk zarazem, chociaż nosi się raczej jak mnich. Podobno umie działać cuda. Może jego, panowie, poszukajcie?
– A jakże się on zwie? – zapytał Fiorello.
– Atanas. Diuk Atanas? Hrabia Atanas? Doktor Atanas? Opat Atanas? Czy jakoś tak… – odpowiedział du Laurens i oddalił się ku wyjściu. Po chwili dało się słyszeć trzaśnięcie drzwi prowadzących z sieni na ulicę, a później zapadła cisza.
Lekarze spojrzeli po sobie.
– Może warto spróbować?… – Negroni nieco niepewnym głosem zagadnął przyjaciela.
* * *
W mrocznej izbie, z pojedynczym wąskim oknem, wychodzącym na wewnętrzny dziedziniec starego, opuszczonego i na wpół zrujnowanego domostwa znajdującego się na jednym z odleglejszych przedmieść Paryża, przy prostym świerkowym stole, którego blat był dość mocno poznaczony przez korniki, siedział mężczyzna z wyglądu około czterdziestoletni, szczupły i zgrabny, o twarzy inteligentnej i szlachetnych arystokratycznych rysach.
Odziany był w rodzaj pątniczej opończy czy też habitu, z szerokimi rękawami uszytego z czarnej tafty, czyli drogiej tkaniny jedwabnej, gęstej i dość sztywnej, która mieniła się i szeleściła, kiedy mężczyzna się poruszał. Habit ów ściągnięty był w pasie grubym zgrzebnym sznurem, splecionym z surowych włókien konopnych, co dziwnie kontrastowało z tą bardzo kosztowną materią, z jakiej był uszyty. Niemniej dziwne było jeszcze i to, co nawet mało bystremu obserwatorowi od razu musiało rzucić się w oczy, że mężczyzna, z pozoru wyglądający na mnicha, nie miał na sobie, a i też przy sobie, żadnych przedmiotów religijnych – ni krzyża, ni różańca – nic. Zupełnie jak nie mnich. Bo może to i nie był mnich, chociaż taki pozór najwyraźniej chciał sprawiać. Tylko czemu jakiś diuk, czy hrabia, nawet i cudzoziemski, miałby się ubierać aż tak ekscentrycznie? I w izbie także nie można było wypatrzyć żadnych obiektów kultu, nawet prostego krucyfiksu.
We wszystkich kątach pomieszczenia porozsnuwane były za to zarówno dopiero co utkane, jak i stare, obrosłe już kurzem pajęczyny, a z tynku po wielokroć pobielanego wapnem, odpadły tu i ówdzie jego wielkie pecyny, odsłaniając zmurszałą i kruszącą się cegłę. Spróchniała i przeżarta grzybem podłoga pozapadała się była miejscami, tak iż strach było po niej mocniej stąpać. W powietrzu natomiast unosił niemiły odór wilgoci i duszącej stęchlizny.
Diuk, czy też opat miał gładko wygoloną brodę i policzki, głowę nakrytą kapturem dość głęboko naciągniętym na oczy, więc nie można było dostrzec jego włosów. Twarz zaś dziwnie bladą, wręcz białą, jakby z niej odpłynęła cała krew. Wysmukłe i delikatne palce z długimi, wypiłowanymi w szpic paznokciami, mocno kontrastowały z tym na poły zakonnym, na poły pielgrzymim strojem.
Mężczyzna siedział bez ruchu, zatopiony w rozmyślaniach. Od czasu do czasu tylko zerkał w stronę drzwi, jak gdyby spodziewał się odwiedzin.
* * *
Doktorowie Fiorello i Negroni z trudem odszukali oddalony od centrum Paryża zaułek i skryte w nim zatęchłe domostwo, w którym rzekomo miał mieszkać tajemniczy przybysz. Gdy przekroczyli niegdyś piękną, a teraz pogiętą i potrzaskaną kutą bramę i zapuścili się na podwórzec cały zarosły uschłymi już chwastami, miejscami sięgającymi im po pachy, zatrzymali się niezdecydowani, bo to, co ujrzeli, nie wskazywało bynajmniej, żeby owo siedlisko mogło być przez kogokolwiek, nie mówiąc już o jakimś sławnym medyku, zamieszkane.
– Nie, Negroni, ktoś, podając ten adres, wyraźnie z nas zadrwił. Zawracajmy! – powiedział Fiorello.
W tej samej jednak chwili od strony domostwa dobiegł dźwięk przypominający dwukrotne głośne trzaśnięcie drzwiami. Medycy wzdrygnęli się najpierw, ale zaraz potem zdecydowanym krokiem ruszyli w tamtym kierunku. Ruina nie mogła być pusta.
Po paru chwilach znaleźli się w ciemnej i zatęchłej, przesyconej odorem zbutwiałego drewna i zagrzybionej cegły, sieni, w której było kilkoro drzwi i schody prowadzące na wyższe kondygnacje. Rozglądali się trochę bezradnie, nie mając pojęcia, za którą klamkę ująć, gdy oto nagle do ich uszu dobiegł nieco chrapliwy i jakby znużony męski głos:
– Fiorello… Negroni… Zapraszam… tutaj… tutaj… drzwi z prawej…
Przybyłych ogarnęło niebywałe zdumienie. Skądże ów ktoś, kogo głos przed momentem usłyszeli, wiedział nie tylko, że znajdują się w sieni, ale na dodatek znał ich nazwiska!
Negroni nacisnął klamkę. Drzwi otwarły się nieomal bezszelestnie i doktorzy stanęli twarzą w twarz z dziwnym, mającym posturę zakonnika, osobnikiem.
Mężczyzna nie wstał, by powitać gości. Siedział, nadal opierając głowę na dłoni, i tylko intensywnie wpatrywał się w twarze przybyszów. A ci czuli się tak, jakby wwiercał się im w mózgi i wysysał z nich całą jego esencję… cały jego smak… całą jego zawiesistość… i całą jego trzeźwość. Poczuli się puści, zmięci, udręczeni. Poczuli się bezlotni i bezprzytomni niczym kukły poruszane sznurkami zbiegającymi się w palcach lalkarza…
– I cóż panów do mnie sprowadza? Moja niezwykła umysłowość? Bystrość? Geniusz? Polot?… – w jego głosie nie było drwiny, był on matowy i beznamiętny. – Przyprowadźcie do mnie chorego za tydzień… równo za tydzień… zaradzimy temu, co go trapi, niszczy, zabija…
– Doktorze… książę… hrabio Atanas… domniemywam bowiem, iż takie nazwisko pan nosi… A może mam się zwracać słowem „ojcze”, a nie „panie”?… bo tak naprawdę to nie wiem z kim…
Fiorello próbował nawiązać rozmowę z ekscentrycznym nieznajomym. Ten jednak zbył go machnięciem ręki, po czym z pewnym trudem podźwignął się z zydla i skierował ku zarośniętemu brudem oknu.
– Jestem don Ferulci de Atanas de Piserente y Diofio. A z panami porozmawiam za tydzień, panowie, za tydzień…
Zapatrzył się na zapuszczoną resztkę parku, na grupę grabowego starodrzewu, którego czarniawe konary oblepione były zbrązowiałymi uschniętymi liśćmi, na ogromny czerwony buk o nagich potężnych konarach i na rachityczną brzozę, niegdyś strzaskaną przez piorun i teraz pochyloną, jakby w kornym pokłonie, przed owym dostojnym olbrzymem. Tu i ówdzie, na jej wiotkich obwisłych rózeczkach, drżały na wietrze nieliczne nieopadłe do końca złocistożółte, romboidalne, ząbkowane i spiczasto zakończone listki.
Fiorello i Negroni postali jeszcze przez czas jakiś, mając nadzieję, że Atanas zechce jednak zamienić z nimi słowo. Chwile jednak mijały, cisza była taka, że można było usłyszeć, jak kornik drąży nowy korytarz w blacie stołu. A za oknem zaczynało mrocznieć.
Medycy ostatecznie ruszyli więc w kierunku drzwi.
– Dobrej nocy życzymy, ojcze opacie… doktorze… książę?…
Atanas ani drgnął.
* * *
Fiorello i Negroni wkroczywszy w znajomy im już zaułek i dotarłszy do domostwa, w którym przemieszkiwał Atanas, stanęli jak wryci. Oto bowiem na tle zimowych drzew o nagich konarach, gdzieniegdzie tylko ubarwionych żółtawozielonymi kępami wrośniętej w nie jemioły, rysowała się bynajmniej nie opuszczona rozwalina, ale zgrabny pałacyk, którego gładkie tynki lśniły na przemian czystą bielą i różem pompejańskim. Podworzec przed budynkiem wybrukowany był płytami z polerowanego, zielonkawego granitu kładzionymi naprzemiennie z różowym, również polerowanym, sjenitem. Ani śladu brudu, ani śladu chwastów, śmieci, zmurszałych zwałów cegieł i zwalonych na nieregularne kupy obrośniętych mchem kamieni. Żelazne ogrodzenie także zostało gruntownie wyremontowane, jego pręty poczerniono, a szpice pociągnięto pozłotą.
– Per tutti i Diavoli!3 Zaiste… – zgodził się z nim drugi.
Jedynie pan Jakub Białecki stał milczący i jakby zatopiony w sobie. Oczy miał puste i niewidzące. Usta wykrzywione w gorzkim, bolesnym grymasie, blade policzki i wyostrzone rysy.
– I owszem czary – zza ich pleców dobiegł znajomy im już głos diuka Atanasa. – Mają one nawet swoją nazwę.
– Jakąż to? – zapytał Negroni, wyraźnie mocno zaciekawiony.
– Złoto, venerabiledottore, złoto.
– Ech! Mając złoto, wiele można dokonać, wiele osiągnąć, nieomal prawie wszystko, ale nie w takim czasie! Oto bowiem ledwo tydzień minął, jakżeśmy ostatni raz tu byli i naprawdę doskonale pamiętamy jak owo miejsce, jak ten dom, wyglądały.
– Wierzcie albo i nie wierzcie. Wasza wola. Ja jednak powtórzę, te czary to złoto. Baaardzo dużo złota, baaardzo dużo najlepszych robotników, znakomita organizacja pracy… a doba liczy przecież dwadzieścia cztery godziny…
– To i w nocy pracowano?
– A jakże. Parę beczek z płonącą smołą i jest widno niczym w dzień.
– Nie powiesz nam, padre… – zawahał się na moment – padre abate4, że cały dom, od piwnic po strych wygląda tak świeżo, jak jego zewnętrze?
– Nie, tego nie powiem. Jest jednak teraz kilka wygodnych komnat, w których i królów można by gościć. Ale nie stójmy tutaj, zapraszam do środka – powiedział po włosku.
Następnie zaś ujął pana Białeckiego za rękę, a on drgnął, jakby budząc się z letargu i zdumionymi oczyma spojrzał w twarz diuka. Ten ostatni zaś półgłosem odezwał się po polsku:
– Pójdź, młodzieńcze i nie lękaj się mnie… Nie taki diabeł straszny, jak go malują.
Medycy znów spojrzeli po sobie zdziwieni.
– Ile, ojcze, znasz języków?
– Ile mi tylko potrzeba – diuk się szczerze roześmiał.
* * *
– Zatem ustaliliśmy, że ten oto młody polski szlachcic, zostaje u mnie, a ja się zobowiązuję go wyleczyć? Tak? Zgadzacie się panowie, bo to przecie wam oddano go pod opiekę, a nie mnie.
– Cóż, skoro nasza wiedza okazała się za mała, a my całkiem nieskuteczni, to tak będzie dla słabującego najkorzystniej. Prawią o was, ojcze opacie, prawdziwe legendy, o waszej wiedzy medycznej, a i o cudach, jakich czasem dokonujecie… Opinię w środowisku lekarskim macie znakomitą, chociaż nie brakuje tam zawistników i zazdrośników… ale taki już los ludzi nadprzeciętnych… W lepsze niż wasze ręce nie mógłby chłopak trafić. Jedno tylko jeszcze chcielibyśmy wiedzieć – ile zażądacie, panie, za kurację… Nasze zasoby są skromne… większość kwoty, jaką nam pozostawiono, wydaliśmy na dotychczasowe, bezowocne zabiegi i na utrzymanie młodzieńca…
– Tym się nie trapcie. Nie potrzebuję waszych pieniędzy. Swoich mam aż nadto. A przypadek tego młodzieńca jest dla mnie tak ważny, że zajmę się nim za darmo. Teraz zaś żegnam panów.
Diuk wstał, a obydwaj lekarze wraz z nim. Wtedy podszedł do nich zdecydowanym krokiem i prawie napierając na obu ramieniem, pokierował ich ku drzwiom, otwarł je, gwałtownym gestem zaprosił do wyjścia, a gdy znaleźli się za progiem, przekręcił klucz w zamku.
– Per Diana!5 Co za cham i arogant! – wykrzyknął Negroni. – Prostak i gbur! – dodał wzburzony.
Fiorelii wzruszył tylko ramionami i pociągając towarzysza za ramię, rzekł:
– Idźmy już stąd. I nie wracajmy więcej, caro amico6.
* * *
Jakub oczyma zbitego psa wdrążał się w zimne źrenice księcia. Ten ostatni zaś w końcu pochylił się nad nim i cedząc słowa, zapytał:
– Czy naprawdę… całą duszą… pragniesz zespolenia… z damą… przez którą… zmącił ci się rozum?
– Tak, panie, tak!
– A jeśli ci to ułatwię, to cóż będę miał z tego?
– Oddam ci wszystko, co posiadam… – Jakub sięgnął za pazuchę i wydobył całkiem jeszcze pękaty mieszek napełniony monetami.
Atanas uśmiechnął się kpiąco.
– Masz mnie za rajfura7, a Margot za ulicznicę, którą można mieć za garść monet?
– Panie… ojcze! Ja ją kocham! Patrz, oto moja szabla, po pradziadach… rodzinna pamiątka… ze srebrną rękojeścią wysadzaną kamieniami… też jest wiele warta…
Diuk zjadliwie wykrzywił wargi, w czymś, co niby miało być uśmiechem, a potem cierpko powiedział:
– Nie o zapłatę tu chodzi, bo i co mi po tych błyskotkach?
– Więc czego chcesz?! Ja ją kocham! Jak ja ją strasznie kocham!
– Strasznie? Może to i najbardziej odpowiednie słowo… a że kochasz, to tylko ci się wydaje… Nic więcej… Ale niech i tak będzie… choć ona tego nie jest warta… Jeszcze gorzko pożałujesz, tyle że będzie już za późno. I obyś nie wyrzucał mi kiedyś, iż cię nie ostrzegałem… Skoro jednak takie to ważne dla ciebie, niechże się stanie wedle twej pożądliwości… Musisz mi jednak dać coś więcej niż tę przygarść złota i jakieś świecidełka…
– Wszystko, czego tylko zażądasz!
– Więc… daj mi… siebie…
– Jak to? Nie pojmuję…
– Swoją duszę, swój umysł, swą wierność, swe przywiązanie, swą lojalność… siebie… całego… Gotóweś na taką ofiarę? – diuk palącym spojrzeniem wwiercał się w oczy Jakuba, a ten nie mogąc znieść piekącego ogniem wzroku, opuścił na piersi głowę i powiedział cichym głosem:
– Tak… najdostojniejszy…
– Tak? Czy za te parę chwil błogostanu, za babranie się w wysiękach lepkiego śluzu, za smakowanie cuchnących miazmatów, wyziewów smrodliwego potu, za te parę chwil rzężeń, chrapań i parsknięć, jęków, mlaskań i kwileń, stękań i postękiwań?… Warto?…
– Warto…
– Zatem, panie Białecki, podpisz mi ten dokument.
Atanas wydobył z rękawa welinową kartę zwiniętą w rulon i podał szlachcicowi. Jakub wziął ją odruchowo, rozwinął i począł czytać łaciński tekst, wypisany brunatnym inkaustem.
Kiedy skończył na poły zakłopotany, na poły przerażony zapytał:
– Natnij żyłę, umocz pióro we krwi i podpisz. Innego inkaustu tu nie znajdziesz…
* * *
Jakub od bardzo dawna nie spał tak dobrze i spokojnie jak ostatniej nocy. Obudził się wypoczęty i spokojny. Na dworze szarzał już zimowy świt. Za oknem z nieba osypywały się grube płatki śniegu, bezszelestnie osiadając na okiennym parapecie, na rozległej płaszczyźnie podworca, na czarnych konarach nagich drzew.
Ktoś delikatnie zapukał do drzwi, po czym na zaproszenie Jakuba uchylił je i cichuchno wślizgnął się do środka. Był to jego pachoł, wystrojony w cudzoziemskie ubranie i na pierwszy rzut oka wyglądający niczym jakiś francuski panicz. Niósł kosz wiklinowy, mocno i gęsto pleciony i aż po wręby napełniony grubymi bukowymi szczapami. Podszedł do kominka, mosiężnym pogrzebaczem rozgarnął konający już żar, sypnął nań przygarść przesyconych żywicą sosnowych wiórów, kilkakroć dmuchnął w ledwo tlące się węgliki, a gdy buchnął płomień, delikatnie jął układać na nim najpierw najcieńsze drzazgi, potem smolne i pachnące żywicą szczapki sosnowe, a jeszcze potem całkiem już spore bierwiona. Gdy się zajęły i zewsząd ogarnął je ogień, chłopak wstał z kolan i nieśmiało zerknął w stronę łoża.
– A podejdź no tu, Michałku – odezwał się Jakub.
– Tak, jaśnie panie? – chłopak był wystraszony i speszony.
– A nie bójże się! Już mi lepiej.
– Bogu dziękować! Napaliłem, zaraz będzie tu ciepło, to panicz wstanie i się odzieje.
– A czemuż to zaraz mam wstawać?
– Ano, bo ojciec Atanas szykuje się do wyjazdu i chciał jeszcze z paniczem zamienić słowo.
– O?!
– No, taka to nowina!
– Właśnie, bo nic mi o tym wczoraj nie wspominał. Podaj mi, Michałku, przyodziewek.
Chłopak zbliżył się do posłania i podał Jakubowi, o co ten go prosił.
– Cóż mi to dajesz? To nie moje? Gdzie kontusz? Gdzie reszta?
– Nie ma. Jest tylko ten francuski strój paniczu. To mi kazali przynieść, a pańskie stare ubranie gdzieś, wczora jeszcze, zabrali.
– Kto niby?
– A taki jeden… Mędrek jakiś czy co. Ale po naszemu gada, choć jakoś tak po cudacku i dziwacznie się odziewa.
– A zwie się on jakoś?
– Nie pomnę, panie. Też jakoś tak, niczym cudak… Wiem ino, że on też doktór.
Pan Białecki z ciężkim westchnieniem podźwignął się odrobinę, wsparł na łokciu, chuchnął parę razy w powietrze, ale nie dojrzał wydychanej pary, co świadczyło, iż w komnacie jest już na tyle ciepło, że spokojnie można wyleźć spod przykrycia. Co też i uczynił. Później obejrzał dostarczone mu ubranie i stwierdziwszy, że jest nowiutkie, wprost spod krawieckiej igły, i to niezłej igły, przywdział je na siebie.
Ledwo skończył, a znów usłyszał pukanie do drzwi.
– Gość, gość poranny – z korytarza dobiegł jakiś męski głos, ale jakby trochę miękki i niepewny.
– Jużem się ubrał, więc zachodźcie, proszę.
Podwoje się otwarły i w progu stanął chudy jegomość nikczemnego wzrostu, na oko liczący jakieś niespełna pięćdziesiąt lat. Twarz miał szczupłą, cienkie sterczące jak u szczura wąsiki i capią bródkę rudawej barwy. Głowę zaś wygoloną do czysta i jakby wypolerowaną sadłem, bo się z dala nieco błyszczała. Chyba że to była iluzja, że może światło tak padało, wprowadzając obserwatora w błąd. Z tej odległości trudno to było panu Jakubowi orzec z całą pewnością.
– Kim jesteście, panie? – zagadnął Białecki.
– Proszę wybaczyć, iżem się dotychczas nie przedstawił. Jestem Cadaver Illuminatus de Sandomiria magister artium et philosophiae doctor8.
– Że jak? Jak się nazywacie? – Jakub aż usta otwarł ze zdumienia i oczy wybałuszył.
– Cadaver Illuminatus de Sandomiria.
– A wyście, doktorze, aby zdrowi na umyśle? Bo sądząc po tym, jakoście się nazwali, można powątpiewać. Wszak każdy szlachcic zna łacinę i usłyszawszy wasze nazwisko, jak nic za wariata was weźmie! Nie będzie inaczej!
– Może w Polsce, przecie nie tu, nie we Francji, gdzie szlachta nieuczona, a prawdę rzekłszy ciemna bardzo, ciemna niczym ze trzy noce w kupie. A zresztą… ileż tej szlachty? Ze dwa-trzy procent? A reszta to motłoch jeszcze od swych panów ciemniejszy! A ci, co mogą zrozumieć, pojmą też i sens, albowiem nazwisko, jakie przybrałem, ma głębokie znaczenie mistyczne i symboliczne. Inszych tajemnic do objaśnienia tu nie ma… przynajmniej na razie…
– Hm… dziwne… Kimże zatem jesteście? Generosus9? Honoratus? Famatus? Honestus10?
– Och nie, laboriosus11, niestety tylko laboriosus… chociaż z wolnych kmieciów, bo ojciec mieli ponad łan nadzwyczaj urodzajnej ziemi…
– To skąd owo de Sandomiria? To skąd ów magister artium et philosophiae doctor? Jakże waszego ojca wołali?
– Ojca? Cóż… Matejek Rypała alias Obibok… matkę zasię Kochna12 Rypalino… a całą resztę zaraz waszmości wyłuszczę, tylko po drodze. Pójdźmy już, pójdźmy czym prędzej, bo dostojny diuk Atanas czeka i pewnie się niecierpliwi.
I poszli. Najsampierw korytarzem na piętrze, potem wspięli się po schodach na kolejną kondygnację i wreszcie weszli w następny długi korytarz. Uczony Illuminatus miał zatem czas, iżby – chociaż w wielkim skrócie – opowiedzieć o sobie młodemu szlachcicowi.
– Jak pewnie, waszmość panie, wiecie, zawirowania, jakie nastały w Czechach po spaleniu na stosie księdza Jana Husa z Husinca w 1415 roku na soborze w Konstancji, doprowadziły do ostatecznego wyodrębnienia się z ruchu husytów umiarkowanych utrakwistów, kalikstynami13 też zwanych, którym Rzym, z bólem serca, zezwolił na liturgię w czeskim języku i przyjmowanie Komunii św. pod dwiema postaciami – chleba i wina. Cóż jednak z tego, że im zezwolił, kiedy nie było komu święcić dla nich księży. Ale to się zmieniło, gdy biskup santoryński, a po prawdzie episcopus vagans14, Agostino Luciani Bessarione de Mirandola, powodowany litością (być może, a być może powód był inny) począł święcić czeskich kleryków, którzy odbywali studia teologiczne w Italii. Ci zaś wracali potem do ojczyzny i zasilali szeregi husyckiego duchowieństwa. Ale gdy się o tym dowiedział papież della Rovere, co to Sykstusa IV imię przybrał, zakazał prałatowi onych praktyk, grożąc mu suspensą, a to się ściśle wiązało z wyschnięciem wąskiego, bo wąskiego, niemniej spokojnie dotąd płynącego strumyczka dochodów z prebendy, jaką miał we Włoszech. Agostino Luciani wolał zatem nie ryzykować i czmychnął do Czech, gdzie zamieszkał w Kutnej Horze. Tu dopiero nareszcie był już całkiem spokojny o środki do życia, a panowie czescy z frakcji utrakwistów pewni, iż skończyły się ich problemy z wyświęcaniem nowych księży. Ponieważ jednak nikt nie jest wieczny, biskup Bessarione de Mirandola, którego zdrowie było mocno nadszarpnięte pijaństwem i niebywałą rozpustą, roku Pańskiego 1493 wyzionął ducha. Szybciutko jednak jego miejsce zajął inny biskup, także episcopus vagans, przybyły z Italii niejaki de Villanueva. Ten ostatni potajemnie pokonsekrował na biskupa pewnego kleryka z Sandomierza, niejakiego Andreasa Juliusa, skrycie sprzyjającego husytyzmowi, ów zaś – Bóg raczy wiedzieć czemu, bo bynajmniej nie był sodomitą – wziął mnie na utrzymanie, skorom się tylko urodził. W niemowlęctwie powierzył moje wychowanie miejscowym beginkom, a kiedym osiągnął stosowny wiek, oddał na naukę do sandomierskiej szkoły kolegiackiej, a gdym w niej przeszedł trivium i quadrivium i posiadł stopień magistra artium, posłał najpierw do Pragi, a potem do Salamanki na tameczne uniwersytety. I tym sposobem jestem i laboriosus, bom z chłopskiego stanu formalnie nie wyszedł, jako że mnie ów episcopus vagans Andreas Julius nie usynowił, ale i de Sandomiria, bom w Sandomierzu od urodzenia mieszkał i tu szkoły pokończył. A philosophiae doctor? To już wiadomo – Praga i Salamanka. Ot, i wszystko, waszmość panie…
– No dobrze, pojmuję, odpowiedzcie mi jednak, doktorze, na dwa pytania: po co żeście mi tu bajdurzyli o onym biskupie-wagancie Agostino Lucianim, z którym was nic nigdy nie łączyło ani nawet łączyć nie mogło, bo zmarł on, zanim o was wróble ćwierkać zaczęły – to primo, a secundo: czemuż głowę do gołej skóry golicie i czemu się wam ona tak świeci? Podobnego zjawiska, o tym świeceniu mówię, rzecz jasna, jak żyję, jeszcze nie widziałem.
– O biskupie wam opowiedziałem, bo primo: lubuję się w takich historiach, a secundo, dla wzmocnienia dramatyzmu całej opowieści, chociaż bynajmniej nie mam pewności czy nie był to zabieg chybiony, co mogę wnosić z miny waszmości. Co się zaś tyczy mojej głowy… Och, to rzecz banalna. Otóż posiadłszy tyle wiedzy i mądrości, moja głowa całej jej nie jest w stanie zatrzymać. A że coraz to i nowej nabywam, to musi się w czerepie robić miejsce dla niej. Ponieważ kość się nie nadciągnie, dlatego jej, to jest onej mądrości, naddatek, stale, w postaci oleum, wysącza mi się szwami w czerepie, a potem przez skórę, czaszkę powlekającą, przenika. A włosy zacząłem golić, iżby ich owo oleum nie sklejało. Można by co prawda nadmiar oleum wypuszczać nosem alboli też uszami, lecz wyglądałoby to nader obrzydliwie. A tak? Od czasu do czasu przetrę głowę biretem tudzież rękawem togi i po kłopocie. Ot i cała tajemnica.
– Drwisz ze mnie? Jeśli drwisz, to wypłazuję! – Jakub odruchowo sięgnął do boku, lecz nie namacał rękojeści szabli, bo i tę mu zabrano. Zazgrzytał tedy zębami i ręką się zamierzył na Illuminatusa, ów jednak zgrabnie zrobił unik, położył palec na wargach i szepnął:
– Sza! Strzeżmy się, iżby diuk nie usłyszał.
A potem delikatnie poskrobał paznokciami w drzwi, przed którymi akurat się zatrzymali.
– Zachodźcie – posłyszeli głos Atanasa.
Ręka Jakuba zawisła w powietrzu nie sięgnąwszy celu. A potem na poły ze złością, na poły z rezygnacją machnął nią tylko i podążył za doktorem, który otwarł podwoje i przestąpił próg.
Atanas w bezruchu tkwił przy oknie, wspierając się rękami o framugę. W komnacie unosił się dziwny zapach – jakby pomieszane wonie ziół wrotyczu, bagna i asafetydy i jeszcze końskiego potu i zgniłych jaj.
Białecki najpierw z przykrością wciągnął w nozdrza powietrze przesycone niemiłym fetorem, ale po jakimś czasie zdołał jakoś do niego przywyknąć. A odór ów raz słabł, a raz się nasilał, jakby w rytm ludzkiego oddechu. Albo jakby go ktoś dolnym otworem z kiszek upuszczał. Jakub nawet pomyślał, że Atanas najzwyczajniej w świecie popierduje, mając za nic ich obecność. Ostatecznie atoli doszedł do wniosku, że jednak nie, bo zapach był zdecydowanie inny od ludzkiej bździny, chociaż bardzo mocno ją przypominał.
Atanas ubrany był jak zawsze – w habit z drogiej czarnej materii, sznur konopny i kaptur nasunięty głęboko na oczy. Tylko stóp hrabiego nie można było wypatrzyć. Chociaż w pewnej chwili Jakubowi się zdało, jakby spod fałd powłóczystej szaty na mgnienie oka wysunęło się coś, jakby but dziwaczny, na kształt końskiego kopyta uszyty.
Pomyślał jednak, że w oczach mu się mieni. Z choroby zapewne, z osłabienia. Wypatrywał później pilnie, czy nie zauważy czegoś podobnego, ale już niczego nie dostrzegł. Poza ironicznym uśmieszkiem tylko, jaki błąkał się po wąskich i zaciśniętych wrogo wargach hrabiego, czyli też diuka.
– Ja dzisiaj usunę się z tego domu, bo pora mi gdzie indziej. Zostaniecie tutaj tylko wy dwaj i służba. Czy i kiedy mnie jeszcze zobaczycie – tego nie mogę wam zdradzić. Pamiętaj młodzieńcze, wycelował woskowożółty palec ze śpiczasto opiłowanym sinym paznokciem wprost w pierś pana Białeckiego – masz we wszystkim słuchać doktora. We wszystkim. Pojąłeś? Tak, jakbyś mnie słuchał!
– A wasza obietnica, dostojny panie?
– Będzie spełniona.
– Kiedy?
Nie doczekał się odpowiedzi…
* * *
Jakub usnął, ledwo tylko przyłożył głowę do poduszki. Jak długo spał? Nie wiedział. Gdy się obudził, był jednak całkiem przytomny i wypoczęty, choć nadal było ciemno. Smolisty mrok zalegający sypialnię był tak gęsty, że nieomal dotykalny. Jedyną jaśniejszą plamę stanowił prostokąt okna, za którym światło gwiazd, bo księżyca nie było tej nocy na niebie, rozjaśniało nieco zimną śnieżną połać rozciągającą się wokół domu.
Panowała niczym niezmącona cisza, cisza tak przerażająca, że słyszał gwałtowne i nierówne, przejęte drżeniem, chaotyczne bicie własnego serca.
Naraz poczuł, że czyjaś drobna dłoń, która dotknęła go jakby przypadkiem, odchyla kołdrę i nieokreślona gibka postać wślizguje się pod nią, jednocześnie ramionami oplatając jego tors i szyję. Najpierw zdrętwiał zaskoczony i nieco przerażony, lecz rychło rozpoznał po kształtach i zapachu, po fryzurze i słodkim oddechu tę, dla której zaprzedał swoją duszę.
– Margot… Margot… moja miłości…
Lecz kobieta położyła mu palec na ustach, a potem wpiła się w nie swoimi soczystymi, lecz lodowatymi wargami.
Świat zawirował, rozjarzyły się miriady słońc, jakby eksplodujących na granatowej i posępnej opończy nieba. Drażniąca, o ostrych i chropawych akordach, którym wtórowało tępe dudnienie, muzyka sfer spłynęła skądś z wysokości, spoza materialnego wymiaru, bynajmniej nie kojąc duszy Jakuba, natomiast jego umysł wprawiając w dziwne odrętwienie. Owe dźwięki zgrały się nie tylko z rytmem serca młodzieńca, lecz i z rytmem jego myśli. Już nie był w stanie się poruszyć. Leżał niczym sparaliżowany, łapczywie chwytając powietrze w płuca, a istota, o której przez tak długi czas marzył, przywołując ją w myślach i w snach, położywszy się wzdłuż, na jego ciele, zrazu przywarła do niego, a później powoli je przenikała, wgłębiając się w nie, aż w końcu zespolili się ze sobą tak, iż nawet mięśnie, żyły, mózgowie, włókna nerwów, kości, żółć, krew, limfa i z czego tam jeszcze składa się człowiek, zespoliły się ze sobą, tworząc jeden byt. Już nie było kobiety i mężczyzny. Ich miejsce zajęła androgyniczna istność…
Jakub wiele by dał, żeby móc ucieszyć oczy widokiem twarzy umiłowanej, ale ilekroć usiłował podnieść się z łoża, opanowywał go dziwny bezwład, a potem znów wpadał w wir orgiastycznego rozpasania… Dziwnego rozpasania, które nie miało cech relacji dwu płci, ale raczej czegoś, co można by przyrównać do potwornie bolesnego gwałtu na samym sobie. Ale przecież czuł tę żeńską istotę… przecież czuł! Kogo czuł? Margot? Była realna i nierealna jednocześnie, mógł jej dotknąć i nie mógł zarazem. Mógł oddawać pocałunki i nie był w stanie poruszyć wargami. Był sobą i nią jednocześnie. I ona była sobą i nim jednocześnie. Czuł jej kurczącą się i pulsującą macicę w sobie. I nie czuł siebie w niej, lecz siebie w sobie samym…
I tak mijały minuty, godziny… a może wręcz wieki całe?…
Gdy niebo na wschodzie poczynało szarzeć, młody szlachcic był już tak wyczerpany, że wreszcie zmroczony zwiądł i odpłynął gdzieś w niezmierzone dale…
* * *
W odległym Luwrze samotna Margot gwałtownie zadrżała i omdlała w ramionach mężczyzny, którego w ciemnościach co prawda nie widziała, lecz poczuwszy go w sobie, bezbłędnie rozpoznała. A przynajmniej zdało się jej, że rozpoznała. Nie wiedziała, skąd się tu wziął. Było jej to jednak obojętne.
Chociaż od czasu, gdy w wieku piętnastu lat stała się kochanką swoich trzech braci, czegoś takiego jak teraz nie przeżyła nigdy. Krzyknęła tylko jeden jedyny raz, a jej głos zawibrował, wzbudzając rezonans w potężnych murach pałacu, który śród drżeń i falowań poniósł ją niczym potężny hipogryf z mroku nocy wprost w eksplodującą kulę Czarnego Słońca.
Wylękniona pokojowa rozbudzona okrzykiem królowej wbiegła do jej komnaty ze świecą w ręku. Spojrzała na łoże i skamieniała ze zgrozy, to bowiem co zobaczyła, przerosło wszystko, co jako najgorszy koszmar mogłaby ją nawiedzić we śnie, co by w sennym majaku mogła ujrzeć…
Na zmiętej pościeli leżała męskokobieca istota złożona z dwóch ciał, niesplecionych ze sobą, a przenikających się wzajem, a u wezgłowia prężyło się cielsko wężowego potwora o ludzkiej głowie, który przez czas jakiś z wielkim zainteresowaniem przyglądał się androgynicznej istocie, a potem, owinąwszy ją swymi skrętami, jął pożerać własny ogon… Był to Uroboros, do którego wszystko się wlewa i z którego wszystko wypływa… Karmiący się samym sobą, siebie samego pożerający, a nie umierający nigdy…
Dziewczyna zachwiała się, ugięły się pod nią nogi i zemdlona runęła na marmurową posadzkę. Padając zaś, całą siłą bezwładności uderzyła potylicą w krawędź porfirowego blatu stolika.
Za oknem budził się świt… blady i nijaki… Z uszu i nosa służebnej pociekły zrazu wąskie, a później zbierające się w kałużę, strugi krwi…
Margot się ocknęła i otworzyła oczy. Ale w tejże chwili, z trzaskiem na oścież rozwierając drzwi, wkroczył poprzedzany przez myśliwskiego psa, jej brat, Karol IX. Tu, o tej porze, z psem? Taka myśl przemknęła królowej przez głowę. Nie zastanawiała się jednak dłużej nad tym i nie zapytała brata o powód niezwyczajnej wizyty, widząc bowiem, co robi, tak się zlękła, iż prawie przestała oddychać.
Karol, spostrzegłszy rozlaną krew, w której leżała służebna, przykucnął nad nią i zapatrzył się w tężejącą już posokę rozszerzonymi od pożądania i fascynacji oczami. Pies powąchał krew i zaczął ją chłeptać. Karol natomiast umoczył w niej palec i włożył go do ust. Raz… drugi… trzeci…
Margot usiadła i patrzyła w milczeniu na scenę rozgrywająca się tuż przy jej posłaniu. Chciała krzyczeć, lecz brat w porę to zauważył, rzucił się na nią, usta zakrył dłonią, kilkakroć uderzył tyłem jej głowy o zagłówek z twardego śliwkowego drewna, aż osunęła się bezwładnie, a potem zdarł z niej wszystko i po wielokroć, raz po raz, raz po raz, raz po raz, brutalnie gwałcił…
Gdy w końcu miał już dość wyczerpany opuścił sypialnię, Margot pociągnęła za taśmę dzwonka, wzywając służbę. Kiedy zaś ta się pojawiła, bez słowa wskazała na trupa leżącego na posadzce, a potem wstała i na drżących nogach udała się do sąsiedniego pomieszczenia…
Za oknem był już dzień, ciepły wiatr rozpuszczał resztki brudnego śniegu, słońce leniwie wspinało się na wyblakły firmament…
* * *
Pan Białecki obudził się, lecz nie miał siły, by powstać z łoża. W tej samej wszakże chwili – bez pukania – wszedł do jego sypialni doktor Cadaver Illuminatus. W jednej ręce trzymał kryształowy pucharek napełniony wodą, w drugiej flakonik misternie wyrzezany z jednego ogromnego, mierzącego co najmniej 3 cale najsoczystszej barwy i czystości szmaragdu. Naczyńko zatkane było rubinowym koreczkiem w kształcie filigranowej głowy kozła z oczami z oszlifowanych kęsków złocistego berylu zwanego heliodorem i rogami z elektrum15 – naturalnego białego złota.
Doktor otworzył flakonik, przechylił nad kielichem i uważnie odmierzył 6 kropli intensywnie zielonego płynu, który po zmieszaniu się z wodą, zmienił jej barwę na purpurową.
– Proszę, panie, wypij.
Lecz szlachcic nie kwapił się do tego, podejrzliwie spoglądając na Illuminatusa.
Wtedy doktor sam skosztował płynu i znów podał kielich Jakubowi.
– Nie otruję cię waszmość. Nie musisz się tego obawiać. Wypij i staniesz na nogi. Czas nagli, a wiele, wiele przed nami…
Jakub, jako że odczuwał pragnienie, chociaż z ociąganiem i nieufnością, przyjął kielich i duszkiem wypił jego zawartość. Nie minął kwadrans, a poczuł, jak krew burzy mu się w żyłach, a jakaś przedziwna energia wręcz zmusza go do działania. W kilka minut przyodział się i czekał, co dalej postanowi doktor.
Jednocześnie jednak przez głowę przemknęła mu myśl, aby z tego miejsca czmychnąć jak najdalej i jak najprędzej. I nawet nie chodziło o to, że zwykły cham ośmiela się dyrygować nim, szlachcicem, lecz raczej jakieś niejasne przeczucie podszeptywało mu, iż wpędza się w kłopoty, z których być może nie będzie się łatwo wywikłać.
To, co sprawiło, iż ongiś zapadł na miłosną niemoc, teraz gdzieś znikło, rozpływając się wraz z topniejącym śniegiem, który wątlał pod ciepłymi podmuchami wiatru niosącego odwilż.
Wszystkie cierpienia, wszystkie zdarzenia, wraz z ostatnim, tym z minionej nocy, zdały mu się jakimś sennym majakiem, który zblakł i rozwiał się wraz z brzaskiem dnia.
Już nie marzył o królowej Margot, już jej nie pragnął, nie pożądał, i nawet sama myśl, że przez tę kobietę prawie rozum stracił, zdała mu się śmieszna, a on sam sobie wydał się żałosnym.
Jednakowoż w tejże samej chwili uzmysłowił sobie, iż teraz nie ma już odwrotu. Bo coś komuś przysiągł, coś podpisał, na coś się zgodził. Na pewno dobrowolnie i raczej też świadomie… łudził się, iż może nie do końca świadomie, jakby szukając punktu zaczepienia do wycofania się z honorem z zawartego paktu, lecz nie mógł sam siebie okłamywać…
I wtedy dreszcz nieopisanej grozy przebiegł przez całe jego ciało, wprawiając w drżenie włókienko każdego mięśnia i każdego nerwu… Co przyniesie przyszłość?…
Doktor Illuminatus stał w pobliżu drzwi, mierząc pana Białeckiego drwiącym wzrokiem. Cyniczny uśmieszek błąkał mu się po wargach, a urągliwy wyraz twarzy mówił jasno: „jesteś dla mnie nikim… nikim… szlachetko…”
Na głos powiedział jednakowoż coś innego:
– Idźmy już. Idźmy…
* * *
Illuminatus rozniecił ogień pod alembikiem, do którego wlewał jakieś płyny, sypał jakieś proszki, zioła, korzenie. Uwijał się bez przestanku, a w naczyniu wrzało, bulgotało, skraplając się potem w odbieralniku o kształcie kulistej kolby z długą szyjką.
Jednocześnie doktor pracował i przy atanorze16, w którym miarowym, spokojnym, słabym płomieniem, ledwo pełgającym nad żarem, spalał się węgiel drzewny, wydzielając stabilne i równe ciepło. Wewnątrz atanora, gdy otwarło się jego górne drzwiczki, można było dostrzec jajo filozoficzne, napełnione tynkturą, przybierająca już barwę czerwoną, ostatecznie mającą doprowadzić do transmutacji ołowiu w złoto.
Chociaż jednak proces trwał blisko cztery dni, nie przynosił spodziewanego efektu, co dowodziło, iż to, co uzyskał doktor, jednak prawdziwą tynkturą, czyli kamieniem filozoficznym, nie było, i owo wprawiało Illuminatusa w zły nastrój, żeby nie powiedzieć nawet, że we wściekłość.
Czegoś tu było brak… Jednego składnika… Jednego elementu… Tylko czego? I naraz maga olśniło! Ależ tak! W jego niedoskonałej tynkturze zbrakło współistnienia sprzeczności w wymiarze pozamaterialnym. A skąd owo można było pozyskać? Z doskonałego zjednoczenia się materialno-duchowych przeciwieństw: kobiety i mężczyzny – przeistoczonych w androgynie w idealną istność. W istność skupiającą w jedności zarówno pierwiastek męski, jak i kobiecy. I przez takową transmutację utworzyć, z dwu odrębnych i niepełnych istot, jedną, kompletną. I dopiero dodanie do tynktury po kropli wszystkich jej naturalnych wydzielin mogło sprawić, iż w jaju pojawi się prawdziwy kamień filozoficzny. A wówczas? Złota i srebra ile tylko dusza zapragnie, a na dodatek i elixir vitae… Czyli? Bogactwo i… śmierć pokonana!
Gdy tak Illuminatus miotał się od alembika do atanora, gdy mamrotał coś sam do siebie, obcierał pot, który obficie rosił mu czoło, podrzucał węgla do ognia, albo przystawał zamyślony, pan Jakub stał z boku, nie poruszając się nawet. Z początku to dzikie i dziwaczne, to tajemnicze przedstawienie intrygowało go nawet, ale ponieważ czas płynął i tak naprawdę nic się nie działo, począł się nudzić i coraz częściej spoglądać ku zaryglowanym na głucho drzwiom.
Zauważył to alchemik, czarownik, czy diabli wiedzą, kim on tam naprawdę był.
– Kończymy, rychło kończymy. Tyle że w nocy zajdziemy tu jeszcze raz, aby sfinalizować dzieło.
– I po cóż?
– Obaczysz waszmość, obaczysz! I nie pożałujesz, to ci mogę zagwarantować!
* * *
Wieczór nadszedł szybko, tak jak to bywa zimą. Kolację, którą w milczeniu spożywali szlachcic i czarownik, podała jakaś zakwefiona niewiasta, sądząc z postury i ruchów – młode dziewczę, lecz z niekontrolowanego drżenia rąk powleczonych pergaminową skórą – zgrzybiała staruszka.
Zanim zaczęli jeść, Jakub chciał się przeżegnać, jak to miał w zwyczaju, jak to widywał w domu rodzinnym, jak go matka uczyła. Nie udało mu się jednak podnieść ręki dalej niż na wysokość ust. Spróbował raz i drugi – nie wyszło. Dał tedy spokój i nałożył sobie na talerz solidny kawał wołowej pieczeni… A wino było wyśmienite… wino było… wyśmien… wyśm…
* * *
Jakub pędził gdzieś w głąb czarnego tunelu, mijając po drodze gromady skier, przypominających gwiazdy roziskrzone na czystym zimowym niebie. Nie był sam. A właściwie był sam. Był sobą i dziewczęciem, które go z wieczora nakarmiło i starcem zarazem – Adamem Kadmonem, który miał doświadczenie przeżytych wieków. Lecz wciąż odczuwał głód, straszliwy, zwierzęcy, szarpiący mu wnętrzności. Jął więc pożerać samego siebie, odradzać się i znów pożerać… Czuł, jak wchłania w swoją głębię istotę kobiecości Margot – owej Lilith, która zaistniała nim pojawiła się pramatka Ewa, jak stapia się ona z jego istotą męskości. Stał się wszechoceanem ducha i materii, zespolonych ze sobą i przemieszanych tak, iż nie było sposobu, aby je rozdzielić. I naraz ostry ból przeszył jego jaźń, która rozpadła się, zdezintegrowała, a kompletny został tylko jej cień, który wniknął w jajo filozoficzne, zaś niedonoszony płód, który się począł w androgynie, stał się zalążkiem homunkulusa, który ostatecznie zamknięty w butli, miał oczekiwać, aż ojciec/matka już na zawsze, a nie na chwilę błysku eksplodującej świadomości, staną się jednością duchową i fizyczną… in saecula saeculorum…
Jakub popadł w stupor. Margot rozpłynęła się w nicość. Alchemik zarżał z radości. Tynktura przybrała właściwą barwę…
Alchemik, niczym zaczarowany, szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w tynkturę, jednocześnie odliczając minuty i drżąc z lęku, iżby w pewnym określonym czasie nie powróciła do pierwotnego koloru. Czas minął. Właściwa barwa pozostała… Odetchnął z ulgą… Od ostatecznego efektu dzieliło go mniej niż grubość źdźbła trawy…
Kolejna noc zbliżała się ku końcowi. Gdzieś w oddali zapiał kogut. Raz… drugi… trzeci… Wiatr gwałtownie załomotał okiennicami… Przerażony szczur z piskiem skrył się w swej norze. Niebo przecięła błyskawica. Zagrzmiało i nastała cisza…
14Biskup włóczęga, w rzeczywistości nieposiadający własnej diecezji.
15Elektrum, elektron bardzo rzadki minerał stanowiący naturalny stop złota (80%) i srebra (20%) barwy jasnego bursztynu. Jeśli stosunek procentowy metali jest inny, inna też będzie jego barwa – jaśniejsza bądź ciemniejsza.
To oszustwo związane z globalnym ociepleniem ma nas zniszczyć. To szaleni zieloni, fałszywi ekolodzy, świętoszkowaci i zadufani w sobie, którzy chcą zabić nas, zmuszając do jedzenia zimnego indyka, do rezygnacji z paliw kopalnych i życia w zimnym, okrutnym świecie, gdzie najbiedniejsi będą głodować lub zamarzać na śmierć i gdzie wybrana garstka, samozwańcza elita, będzie ignorować rzeczywistość, cieszyć się elektrycznością (wytwarzaną z malejących paliw kopalnych) i tworzyć pseudonaukowy kryzys z powietrza, aby uciskać, tłumić i wygnać z naszego życia człowieczeństwo, przyzwoitość, godność i szacunek.
Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC) przewiduje, że globalne ocieplenie od 2,5 stopnia Celsjusza do 4 stopni Celsjusza zmniejszy globalny PKB o 2% do 5% do roku 2100, ale że globalna gospodarka do roku 2100 będzie od 300% do 500% większa niż obecnie. To niszczy argument, że zmiany klimatyczne będą miały zauważalny wpływ na gospodarkę światową. Międzynarodowa Agencja Energetyczna stwierdziła, że do roku 2040 nasza planeta nadal będzie uzyskiwać tylko około 5% swojego zapotrzebowania na energię ze źródeł odnawialnych . Jeśli szaleni zieloni mają swoje sposoby i powstrzymają nas od używania paliw kopalnych, jest tylko jedna pewność: miliardy umrą z zimna i głodu. Oczywiście, większość z tych wyniosłych, zadowolonych z siebie, ignoranckich wyznawców globalnego ocieplenia tak naprawdę wierzy, że świat się kończy – przez zmiany klimatyczne . Ci wyznawcy z klasy średniej są zbyt nie mądrzy, by zdać sobie sprawę, że pracują dla spiskowców zdecydowanych odebrać nam wolność i nasze człowieczeństwo oraz kontrolować nas za pomocą kredytu społecznego i cyfrowych pieniędzy. Najnowszym strasznym nonsensem jest to, że wszystko w centrum Londynu znajdzie się pod wodą, zanim zdążymy założyć kalosze, udać się na najbliższą górę i rozbić obóz, gdzie będziemy mogli wybrać między zamarznięciem na śmierć a śmiercią głodową. Szalonym fanatykom powiedziano, że planeta nie przetrwa i że miliardy zginą, gdy wody będą nieubłaganie wznosić się ku niebu. Oczywiście nie ma na to żadnych dowodów. Zaczęli od nazwania tej sprawy „globalnym ociepleniem”, ale musieli zmienić nazwę oszustwa, kiedy stało się jasne, że planeta wydaje się być częściej chłodniejsza niż cieplejsza i zdali sobie sprawę, że nazwanie tego zmianą klimatu da im większe pole do popisu, by włączyć do swojej propagandy więcej odmian klęski żywiołowej. A cały ten przekręt został stworzony dziesiątki lat temu, aby przygotować się do Wielkiego Resetu. Grupa brytyjskich psychologów poinformowała, że dzieci cierpią z powodu niepokoju spowodowanego przerażającymi prognozami osób przewidujących, że zmiany klimatyczne wpłyną na naszą przyszłość. Cały ten stres należy dodać do ogromnego niepokoju spowodowanego oszustwem covid-19. Zwolennicy globalnego ocieplenia prognozowali, że „życie na ziemi umiera, miliardy umrą, a upadek cywilizacji już się rozpoczął” (dlatego to powodują szczepieniami ). Porównali oni również globalne ocieplenie do Holokaustu, ale „na znacznie większą skalę”. Nie ma na to ani jednego dowodu. Spójrzmy na fakty: W latach 20 ubiegłego wieku pół miliona ludzi zginęło w wyniku katastrof pogodowych. W ostatniej dekadzie było to 18 000. W 1900 roku prawie 5% powierzchni lądowej na świecie uległo pożarom. Teraz liczba ta jest bliska 3%. Wielka Rafa Koralowa i niedźwiedzie polarne przeżywają rozkwit. IPPC szacuje, że poziom mórz może wzrosnąć o dwie stopy do 2100 roku. Jak sądzicie, jak wielki jest to kryzys, biorąc pod uwagę, że jedna trzecia Holandii zawsze znajdowała się poniżej poziomu morza – niektóre z nich ponad 60 stóp poniżej poziomu morza? (chyba dlatego prowokują konflikt nuklearny- aby to się spełniło dopow.) Szaleńcy wierzą w te bzdury, ponieważ wielokrotnie mówiono im, że to prawda. BBC mówi, że to prawda i nie pozwala na debatę. Policja pozwala tym fanatykom zamknąć Londyn, ponieważ powiedziano im, że mają pozwolić im robić to, co chcą, aby pomóc zniszczyć to, co pozostało z gospodarki. Nawiasem mówiąc, widzę, że w Londynie postawili ogromny różowy stół. Ciekawe, z czego jest zrobiony – i ile energii zużyto do jego produkcji. Czy używano jakichś elektronarzędzi? Po prostu jestem ciekaw.
Zwolennicy globalnego ocieplenia nie zdają sobie sprawy, że zawsze mieliśmy pogodę i zawsze byli zwolennicy ostrzegania, że koniec świata jest bliski. W 1817 roku prezes Towarzystwa Królewskiego w Londynie ostrzegał, że nastąpiła znaczna zmiana klimatu, która doprowadzi do ogromnych zmian. W 1947 roku szwedzki geofizyk ostrzegał, że klimat się ociepla. W latach 70. BBC, to odwieczne źródło dezinformacji, ostrzegało przed nadchodzącą epoką lodowcową – tak wielkim zagrożeniem dla życia jak wojna nuklearna. W 2007 roku ostrzegano nas, że mamy pięć lat na uratowanie planety. W 2011 roku Międzynarodowa Agencja Energii stwierdziła, że zostało nam pięć lat. W 2017 roku Organizacja Narodów Zjednoczonych powiedziała, że zostały nam trzy lata. W 2013 roku profesor z Cambridge powiedział, że cały lód arktyczny zniknie do 2015 roku. W 2009 roku Gordon Brown, ówczesny premier Wielkiej Brytanii, wziął czas wolny od rozwalania gospodarki, aby powiedzieć nam, że zostało nam 50 dni. W 2004 roku gazeta Observer powiedziała nam, że do 2020 roku będziemy żyć w klimacie syberyjskim. Jedenaście lat temu książę Karol powiedział, że zostało nam osiem lat na uratowanie planety.
Jeśli w ostatnich latach miały miejsce jakieś dziwne zjawiska pogodowe, to były one spowodowane przez człowieka – ale celowo, a nie przypadkowo (np; chemitrails). Nie wierzę, że jakikolwiek racjonalny naukowiec, który przyjrzał się dowodom, wierzy w mit o globalnym ociepleniu. Za każdym razem, gdy pada deszcz, ci fanatycy obwiniają globalne ocieplenie. Ale najbardziej mokry dzień w Wielkiej Brytanii tego lata był mniej niż jedną trzecią tak mokry jak najbardziej mokry dzień w 1929 roku i tylko jedną czwartą tak mokry jak Dorset w 1955 roku. Mówi się nam, że huragany są teraz częstsze. Ale to kłamstwo. Próbują podnieść liczby, licząc bryzy jako burze, ale dowody są jasne: nie ma dziś więcej huraganów niż kiedyś. Media robią tylko więcej zamieszania, bo to pomaga im w realizacji programu. Nie ma też więcej pożarów lasów. Obrońcy zmian klimatycznych twierdzą, że pożary lasów są wynikiem globalnego ocieplenia. Jednak eksperci zarówno w Australii, jak i w Ameryce stwierdzili, że zmiany klimatyczne miały niewielki lub żaden wpływ na rozwój pożarów lasów – które w każdym razie są rzadsze niż kiedyś. Średni roczny areał spalonych amerykańskich lasów wynosi obecnie – około 6,6 miliona. W 1928 roku średni roczny areał amerykańskich lasów utraconych w wyniku pożarów wynosił 41,7 miliona. Jestem całkiem pewny, że 41,7 jest liczbą większą niż 6,6.
Od 1931 r. (szczyt) do 2020 r. nastąpił 99,7% spadek śmiertelności z powodu katastrof naturalnych na całym świecie.
Fanatycy, którzy niszczą zaopatrzenie, nie zdają sobie sprawy, że bez węgla nie można wyprodukować stali, a bez stali nie można wyprodukować wiatraków czy paneli słonecznych. Wierzą, że potrzebujemy więcej drzew, aby utrzymać nas w zdrowiu, ale kiedy nie ścinają ich i nie przerabiają na pelety do produkcji energii elektrycznej, to ścinają je, ponieważ zakłócają działanie nowego sprzętu 5G, który pomoże kontrolować naszą nową cyfrową przyszłość. Duża część tak zwanej czystej energii elektrycznej sprzedawanej obecnie w Wielkiej Brytanii powstaje w wyniku spalania drewna. Drewno pochodzi z Ameryki, gdzie drzewa są ścinane, a następnie zamieniane na granulat drzewny znany jako biomasa, który jest następnie przewożony przez Atlantyk w dużych statkach napędzanych silnikami Diesla. Zamieniają żywność w biopaliwo i skazują miliony na śmierć głodową, abyśmy mogli zmniejszyć nasze zużycie paliw kopalnych. Nowa mieszanka benzyny i biopaliw nie będzie działać w starszych samochodach, więc biedni będą musieli wszędzie chodzić pieszo. Fanatycy twierdzili, że zmiany klimatyczne spowodują wyginięcie misiów koala (między innymi zwierząt). Obecnie na wolności żyje 300 tys. misiów koala, a głównym zagrożeniem dla ich istnienia jest niszczenie ich siedlisk – w wyniku tego, że rolnicy potrzebują więcej ziemi, na której można uprawiać biopaliwa.
Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa twierdzi, że do roku 2050 plony wzrosną o 30%. W najbiedniejszych krajach planety plony wzrosną o 80-90%. Ale wzrost plonów będzie zależał od użycia traktorów i ciężkich maszyn, które oczywiście będą wymagały ropy naftowej (obszary wiejskie biednych krajów nie będą mogły sobie pozwolić na elektryczność i punkty ładowania, dopóki nie będą bogatsze). Wyznawcy globalnego ocieplenia zmuszą biedne kraje do pozostania biednymi – i będą odpowiedzialni za miliony wczesnych zgonów.
A wariaci twierdzą teraz, że są w stanie wyprodukować `zieloną stal’. Jak już wcześniej zaznaczyłem, tradycyjnie niemożliwe jest produkowanie stali bez węgla. Ale według Billa Gatesa gazety The Guardian – gazeta dla pustych głów – istnieją plany, aby produkować stal bez użycia węgla. Jak więc można tego dokonać?
Najwyraźniej nowa zielona stal będzie produkowana przy użyciu wodoru jako paliwa zamiast węgla. A skąd się bierze wodór? Cóż, ponieważ czysty wodór jest trudny do zdobycia, w 95% jest wytwarzany z paliw kopalnych. Tak więc w ten sposób będą produkować zielony węgiel bez spalania paliw kopalnych.
Będą wytwarzać wodór poprzez spalanie paliw kopalnych, a następnie używać wodoru do produkcji stali. Ekspert inżynier Gordon Murray zwraca uwagę na inne problemy z wykorzystaniem wodoru. Do jego produkcji potrzeba ogromnych ilości energii, a jego przechowywanie jest niebezpieczne. Murray mówi, że wyprodukowanie litra wodoru zużywa więcej ropy niż potrzeba do wyprodukowania litra benzyny. Trzeba się śmiać, prawda?
A rząd brytyjski chce, abyśmy wszyscy zastąpili kotły gazowe kotłami wodorowymi – wiedząc cholernie dobrze, nawiasem mówiąc, że kotły wodorowe są mniej wydajne.
Obsesyjni , którzy z półreligijną gorliwością sortują wszystkie śmieci, nie rozumieją, że wszystkie dowody pokazują, że recykling kosztuje pieniądze, energię i czas, i udowodniono, że przynosi o wiele więcej szkody niż pożytku. To dlatego tak wiele starannie posortowanego recyklingu jest wywożone za granicę na wysypisko. Problemem jest teraz to, że niewiele krajów przyjmie niechciany brytyjski recykling, ponieważ nie jest to po prostu opłacalne. Oszustwo recyklingu było tylko po to, aby wyrobić posłuszeństwo, zgodność – i przygotować ciemniaków do noszenia masek i eksperymentalnych „kąsaczy”.
Fanatyka zdaje się nie obchodzić, że odejście od paliw kopalnych nie zrobi żadnej różnicy dla planety, ale spowoduje miliardy zgonów i ogromny wzrost podatków, który jeszcze bardziej zuboży i tak już zubożałych. Szaleni, zwodzeni zieloni i fałszywi ekolodzy chcą powstrzymać nas od używania paliw kopalnych i w ciągu kilku lat unicestwić związane z nimi branże. Politycy, wykorzystując szczerość szaleńców jako usprawiedliwienie dla ich szalonej polityki i ignorując zarówno fakty, jak i odczucia społeczne, wprowadzają absurdalne nowe prawa, które zniszczą wszystko, co każdy z nas ceni. W Szkocji Zieloni i SNP połączyli się, tworząc nieświęty sojusz szalonych kultystów.
Entuzjastyczni zwolennicy samochodów elektrycznych i turbin wiatrowych nie zdają sobie sprawy, że będziemy potrzebowali ogromnych nowych kopalni, aby wydobyć ogromne ilości kobaltu, litu, niklu i innych niezbędnych surowców. Spróbujcie wykopać kopalnie bez paliw kopalnych. Pojazdy elektryczne mają wyższy ślad węglowy niż samochody z silnikami spalinowymi, a na domiar złego energia elektryczna, którą zużywają, często powstaje w wyniku spalania paliw kopalnych. A te głupie dusze, które kupią samochody elektryczne, wkrótce przekonają się, że mają trudności ze znalezieniem miejsca, w którym mogłyby je prowadzić, ponieważ wszędzie drogi są dzielone, aby zapewnić tysiące mil źle zaprojektowanych ścieżek rowerowych.
Starannie, celowo i okrutnie stworzony mit globalnego ocieplenia stał się obecnie integralną częścią światowej gospodarki. Profesjonalny menedżer inwestycyjny publicznie ogłosił niedawno, że „świat przechodzi gwałtowne zmiany w związku z degradacją środowiska naturalnego i zbliżającym się załamaniem globalnego systemu klimatycznego”. Nie ma na to ani jednego dowodu. A przy braku dowodów, fanatycy na szczycie celowo tworzą zmiany w naszym klimacie za pomocą geoinżynierii – manipulują pogodą od dawna, ale w ostatnich latach to się przyspieszyło. Ponadto zamierzają wysłać tony węglanu wapnia do stratosfery, aby zablokować słońce pod pozorem walki z globalnym ociepleniem. Kiedy w rzeczywistości, to tylko skróci sezony wegetacyjne powodując masowy głód – jest niespodzianka!
Dyrektorzy firm są tak przerażeni krytyką ze strony tych fanatyków i szaleńców, którzy promują mit globalnego ocieplenia, że w zasadzie wszyscy przewrócili się i zgodzili się robić wszystko, co każe im robić hałaśliwa mniejszość. (Ci sami tchórze z cnotami nadal płacą sobie nieprzyzwoite premie, wydatki i emerytury). Niektórzy szefowie firm zdejmują swoje spółki z giełdy, oddając je w prywatne ręce, aby mogli uniknąć szalonych akcjonariuszy i regulacji. Brytyjski regulator emerytur ostrzegł zarządzających programami emerytalnymi, że będą mieli kłopoty, jeśli nie dokonają obowiązkowego ujawnienia ryzyka klimatycznego. Będą musieli zgłosić swoje inwestycje w firmy, które nie wprowadzą satysfakcjonujących zmian, aby dopasować się do wyimaginowanych obaw o globalne ocieplenie. Podejrzewam, że w rezultacie emerytury drastycznie spadną.
W Ameryce Rezerwa Federalna, regulator finansowy i Ministerstwo Skarbu rozważają włączenie polityki dotyczącej globalnego ocieplenia do regulacji finansowych. To samo dzieje się w Unii Europejskiej i w Wielkiej Brytanii. W rzeczywistości Wielka Brytania wydaje się przewodzić światu we wprowadzaniu nowych, opresyjnych i niebezpiecznych przepisów. Prawda jest oczywiście taka, że nie ma żadnych dowodów naukowych na poparcie teorii, że globalne ocieplenie (lub jakakolwiek jego odmiana) będzie w jakikolwiek sposób zagrażać naszemu sposobowi życia. Z pewnością nie ma żadnych dowodów sugerujących, nie mówiąc już o udowodnieniu, że globalne ocieplenie będzie miało jakikolwiek wpływ na instytucje finansowe lub świat korporacji.
To, co się dzieje, to oczywiście fakt, że regulacje finansowe są wykorzystywane do przeforsowania agresywnej polityki globalnego ocieplenia, która nie jest ani konieczna, ani popularna, ale która jest częścią globalnego resetu Agendy 21 i która ma nas boleśnie wprowadzić w świat Nowej Normy.
Co więcej, aktywiści wszędzie przejmują kontrolę nad wcześniej niezależnymi firmami. W maju 2021 roku holenderski sąd orzekł, że Shell, koncern naftowy, musi do 2030 roku obniżyć emisję dwutlenku węgla o 45% w porównaniu z jej poziomem z 2019 roku. Grupa aktywistów posiadająca zaledwie 0,02% udziałów w Exxonie, innej firmie naftowej, w jakiś sposób zdołała zdobyć dwa miejsca w 12-osobowym zarządzie firmy.
Nie dając się prześcignąć, rząd brytyjski zobowiązał się, że do 2035 roku Wielka Brytania zmniejszy emisję gazów cieplarnianych o 78% w porównaniu z poziomem z 1990 roku. Wydaje się, że nikt nie powiedział rządowi, że w tym okresie liczba ludności wzrosła o wiele milionów i bez wątpienia będzie nadal rosła. Wielka Brytania w roku 2035 będzie ciemnym, zimnym, nieszczęśliwym miejscem. Cel Wielkiej Brytanii jest najbardziej ambitny na świecie i będzie kosztował podatników łącznie 3 biliony funtów. Będą wyższe podatki i wyższe koszty wszystkiego. Wymiana istniejących systemów ogrzewania i gotowania na energię elektryczną (która, jak się wydaje zarówno politykom, jak i działaczom, rośnie na drzewach) będzie kosztować gospodarstwa domowe ogromne sumy.
Od roku 2025 nielegalne będzie wyposażenie domu w kocioł gazowy. A istniejące kotły i systemy będą nielegalne od połowy lat 2030. Właściciele domów będą musieli wydać dziesiątki tysięcy funtów na obowiązkowe pompy ciepła, izolację itp. Jeśli domy nie zostaną wystarczająco zmienione, właściciele domów nie będą mogli ich sprzedać po roku 2028. Nie będą też mogli ich wynajmować. W rezultacie, oczywiście, ceny domów spadną (ze względu na koszt wymaganych prawem ulepszeń), a ceny wynajmu gwałtownie wzrosną. Biedni znów będą cierpieć.
Organizacja Narodów Zjednoczonych wpadła w ekstazę z zachwytu, gdy poinformowała, że jej cele klimatyczne na rok 2020 zostały prawie osiągnięte dzięki globalnym blokadom covid-19. Będą musiały istnieć prawie ciągłe blokady, aby uszczęśliwić wariatów od globalnego ocieplenia.
Bogaci ludzie stojący na czele bogatych rządów obiecują zakończenie używania paliw kopalnych do 2050 roku. Ciekawe, czy wiedzą, jak wiele bólu będzie się z tym wiązało. Biedni będą musieli za to zapłacić poprzez taryfy węglowe. Kraje rozwijające się zostaną ukarane, zanim jeszcze zaczną korzystać z rozkoszy paliw kopalnych. Mówienie, że setki milionów umrze z głodu i zimna, jest niedocenianiem. „Uświęcone czubki” od globalnego ocieplenia są tak niedoinformowani, że nieświadomie wspierają plany globalnego ludobójstwa. Gdyby wiedzieli cokolwiek i naprawdę dbali o środowisko, prowadziliby kampanię przeciwko bezsensownym maskom na twarz – zamiast je nosić. Miliardy wyrzuconych maseczek stanowią obecnie poważne zagrożenie dla wszystkich form dzikiej przyrody.
Teraz, kiedy większość została opanowana przez oszustwo Covid-19, musimy zredefiniować nasze przekonania, nasze postrzeganie i przewartościować naszych wrogów. Na przykład, powinniście wiedzieć, że każdy kto mówi o zrównoważonym rozwoju jest złym człowiekiem. Filozofia znana jako – zrównoważony rozwój – jest bezpośrednią drogą do końca demokracji i ludzkości. Nigdy nie jest łagodna. Niekompetentni modelarze matematyczni i snajperzy w mediach społecznościowych szerzą strach i tłumią prawdę z tą samą, wyćwiczoną umiejętnością, którą wykorzystywali do rozpalania strachu przed covid i demonizowania głosicieli prawdy.
I tak, szaleni błądzący, którzy przestraszyli świat fałszywą pandemią covidu, teraz, jak przewidziałem, zgrabnie przejdą do straszenia świata fałszywą pandemią „globalnego ocieplenia”, którą wymyślili w ubiegłym stuleciu i której celem było kontrolowanie i zabijać, a nie ratować ani chronić. System kredytu społecznego w stylu chińskim, przed którym ostrzegałem, już istnieje. Globalne ocieplenie zostanie wykorzystane do zaostrzenia zasad i dalszego ucisku. Szaleni pseudo-ekolodzy nie są łagodni ani nie mają dobrych intencji. Są albo niedoinformowani, albo głupi, albo złośliwi, albo wszystko trzy. I są nam wrogi. Obawiam się, że oszustwo covid-19 to dopiero początek.
Prawda jest taka, że idea globalnego ocieplenia ma tyle samo solidnych faktów, co istnienie drogiej, starej wróżki zębuszki…, jest nawet więc więce dowodów na poparcie istnienia wróżki zębuszki niż na poparcie istnienia globalnego ocieplenia, globalnego ochłodzenia, zmiany klimatu lub jakkolwiek szaleńcy zdecydowali się to nazwać w tym tygodniu.
Dr Vernon Colemanbył profesorem holistycznych nauk medycznych na International Open University na Sri Lance. Posiada tytuł doktora honoris causa. Zeznawał przed Izbą Gmin i Izbą Lordów w Wielkiej Brytanii. Jest autoremponad 100 książek, w tym „A Bigger Problem than Climate Change: The End of Oil”, która odnosi się do powyższego artykułu. Od samego początku „pandemii” Covida dr Coleman wypowiadał się przeciwko kłamstwom dotyczącym koronawirusa. Zaczął robić regularne filmy, które zostały zakazane na wielu platformach. Pierwszyz jego filmówzostał opublikowany 18 marca 2020 roku. Jego filmy znajdziecieTUTAJ.Climate Change is a Malicious, Dangerous Myth
Badania: Obecne poziomy dwutlenku węgla w atmosferze NIE stanowią zagrożenia dla ludzi ani środowiska
Belle Carter ( Natural News ) Craig Idso, założyciel i dyrektor generalny Center for the Study of Carbon Dioxide and Global Change, obalił twierdzenia panikarzy klimatycznych, że wysoki poziom atmosferycznego dwutlenku węgla (CO2) powoduje bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia oraz sprawia, że rośliny pogrubiają liście i są mniej wydajne w sekwestracji węgla, co powoduje wzrost temperatur i sporadyczne fale upałów. Według Idso, poziom CO2 musiałby gwałtownie wzrosnąć 36 razy powyżej obecnego stężenia, zanim zacząłby nawet stanowić łagodne zagrożenie dla zdrowia. „Wartość ta (tj. 15 000 ppm) nigdy nie wystąpi, ponieważ jest ona dziesięć razy wyższa od przybliżonego limitu 1500 ppm atmosferycznego CO2, który według naukowców jest możliwy do osiągnięcia, jeśli społeczeństwo wykorzysta wszystkie obecnie znane rezerwy paliw kopalnych na planecie” – wyjaśnił. (Powiązane: Craig Idso: Wysoki poziom CO2 latem zmniejsza stres temperaturowy u roślin .)
W konsekwencji, jeśli CO2 jest mało w atmosferze, to to właśnie stanowizagrożenie dla ludzkości. „Im więcej CO2 tym lepiej, innymi słowy” – wskazał we wpisie na blogu Watts Up With That. „CO2 dosłownie jest 'pokarmem’, który podtrzymuje zasadniczo wszystkie rośliny (i zwierzęta konsumujące rośliny, w tym ludzi) na powierzchni ziemi. I kiedy ta podaż żywności jest zmniejszona, natura zaczyna się zmniejszać.”
Przytoczył badanie z 2020 roku, w którym badano wpływ niskiego poziomu CO2 na afrykańską szczawnicę (Oxalis pes-caprae). Ten gatunek roślin był kluczowym źródłem węglowodanów dla ludzi w środkowym plejstocenie, ponieważ są one zbierane dla ich jadalnych kłączy. Naukowcy uprawiali okazy żółtej rośliny kwitnącej przez trzy miesiące w mini komorach z otwartym dachem, w których stężenie CO2 wynosiło poniżej średniej 227, 285, 320 i 390 części na milion (ppm), gdzie wszystkie rośliny otrzymywały wystarczającą ilość wody i składników odżywczych. Według Idso, rośliny uprawiane w warunkach obniżonego stężenia CO2 wykazywały „znacząco obniżoną biomasę roślin i plon cebulek.” „Jeśli chodzi o ludzki wpływ takich redukcji wzrostu spowodowanych niskim CO2, autorzy zauważyli, że niższe stężenie CO2 wpływa zarówno na wartość USO jako źródła węglowodanów, jak i na wysiłek, który byłby wymagany do zebrania wystarczającej biomasy, aby osiągnąć dzienne zapotrzebowanie kaloryczne” – powiedział Idso. „I w odniesieniu do tego ostatniego, obliczają, że czas wymagany do zebrania 2000 kalorii był ponad dwukrotnie dłuższy, gdy CO2 został zmniejszony z 400 do 180 ppm”.W artykule stwierdzono, że zmniejszenie zawartości CO2 w atmosferze negatywnie wpłynie na przyrodę i zmniejszy podaż żywności.Wyższa zawartość CO2 w powietrzu prowadzi do większej efektywności wykorzystania wodyi zwiększa zdolność planety do wytrzymywania lepszych warunków środowiskowych. Badanie dodatkowo dyskredytuje twierdzenie ekspertów klimatycznych, że węgiel jest głównym czynnikiem przyczyniającym się do zmian klimatycznych.
Wysoki poziom CO2 wzmacnia właściwości lecznicze roślin Na osobnym blogu Idso przytoczył badania, które dowiodły, jak podwyższony poziom CO2 w powietrzu zwiększa wartość leczniczą roślin . W jednym z badań zbadano wartości odżywcze, fitochemikalia (tj. barwniki, fenole, flawonoidy, witaminy, profile mineralne i wydajność olejków eterycznych) oraz aktywność przeciwutleniającą kiełków kminku i dojrzałych roślin. Autorzy badania zbadali hipotezę, że rosnące poziomy CO2 w atmosferze zwykle sprzyjają fotosyntezie roślin i produkcji związków wtórnych. Zespół badawczy uprawiał kminek w komorach o kontrolowanym środowisku w warunkach otoczenia (400 ppm) lub podwyższonego (620 ppm) CO2. Zbierano je po dziewięciu lub 45 dniach (odpowiednio jako kiełki lub dojrzałe rośliny). Naukowcy odkryli, że „podwyższony poziom CO2 wywołał zmiany w fitochemicznej zawartości kminku, szczególnie na etapie kiełkowania, poprawiając w ten sposób ich właściwości odżywcze i prozdrowotne”. Kminek jest stosowany w mieszankach ziołowych jako lek na zaburzenia trawienne, wiatropędne. Idso wskazał, że istnieją inne badania, które mogą udowodnić, jak korzystne są wysokie poziomy CO2 dla środowiska i zdrowia. „W ciągu ostatniego ćwierćwiecza zarchiwizowałem wiele takich badań na mojej stronie CO2 Science w temacie Skutki zdrowotne ( dwutlenek węgla: substancje prozdrowotne, rośliny lecznicze ). Daje to zupełnie nowe spojrzenie na wiele korzyści płynących ze wzbogacania atmosfery CO2” – powiedział. www-naturalnews-com.translate.goog/…rrent-atmospheric-carbon-dioxide-not-a-threat.html
O sławnym magu niemieckim, Johannes Faust. Opętani i nękani.
Andrzej Sarwa
Sądzę, że każdy z Czytelników słyszał o sławnym magu niemieckim, żyjącym na przełomie XV i XVI stulecia, niejakim doktorze Johannesie Fauście. Chociaż niektórzy uważają, że to postać mityczna, szczegółowe badania przeprowadzone przez historyków oraz badaczy zjawisk okultystycznych udowodniły, że to na pewno postać autentyczna, działająca przed wiekami na terenie Niemiec.
Mimo iż literatura nie informuje, że Faust był opętany, analiza opowieści o życiu niemieckiego alchemika i czarnoksiężnika zdaje się bezsprzecznie wskazywać na fakt, że jego ciałem zawładnął demon.
Wszystko zaczęło się w chwili, gdy Johannes Faust zaprzestawszy studiów teologicznych, całym sobą oddał się badaniom rzeczywistości piekielnej. Z wielką energią zajął się krystalomancją (czyli wróżeniem przy pomocy wpatrywania się w kryształową kulę, zwierciadło, albo powierzchnię wody lub jakąkolwiek inną, błyszczącą powierzchnię) oraz wywoływanie demonów.
Po dość długim i uporczywym ćwiczeniu się w tej sztuce, przyszły oznaki pierwszych sukcesów - Faust jął widywać sylwetki ludzkie i latające światełka, oraz słyszeć głosy dochodzące skądś z bliżej nieokreślonej przestrzeni, z których jedne były cichsze, inne głośniejsze. Ucieszyło go to niezmiernie i teraz był już pewny, iż uda mu się przymusić piekło do posłuszeństwa.
Zachęcony pozytywnymi osiągnięciami swych praktyk, uczony doktor nie zamierzał bynajmniej poprzestać na tym. Zgodnie z posiadaną wiedzą czarnoksięską udał się teraz do lasu i tam przestrzegając rytuału i ceremoniału magicznego jął przywoływać do siebie demona.
Przez dłuższy czas nic się nie działo, aż raptem śród drzew rozległ się hałas potężny, a zaraz po nim pojawiło - przez mgnienie oka zaledwie - widmo jakiejś zwierzokształtnej postaci. Wreszcie skądś z góry spadła ognista kula, z której wydobył się płomień. Ten początkowo rozdzielił się na kilka smug, a później sformował w ludzką szkaradną postać, z grubsza przypominającą swym wyglądem mnicha. Demon w rozmowie z czarnoksiężnikiem podał swe imię Mefistofeles, a później, przymuszony [??] zaklęciami, obiecał pokazywać się odtąd w mieszkaniu Fausta i służyć mu.
Dzięki Mefistofelesowi zyskał on nie tylko zdolność przepowiadania przyszłości i jasnowidzenia, ale również moc oddziaływania na innych ludzi, a konkretnie paraliżowanie ich własnej woli i poddawanie woli swojej. Dalej - powodowanie przedziwnych wizualnych zjawisk - miraży (na przykład na oczach nader licznie zgromadzonych świadków wyczarował iluzję zamku, lub formował zastępy widmowych rycerzy), dokonywanie tzw. aportów, czyli materializowania nie znajdujących się wcześniej w danym pomieszczeniu przedmiotów (za pośrednictwem demona Mefistofelesa otrzymywał w ten sposób nie tylko wykwintne jadło i napitek, ale również kosztowności, co pozwalało na prowadzenie beztroskiego i niezależnego trybu życia).
Oprócz demona wymienianego już z imienia, a posłusznego rozkazom czarnoksiężnika, miewał on również wizje i innych duchów nieczystych, nieraz w znacznej liczbie. Ich materializacjom towarzyszyło zawsze tak dotkliwe uczucie zimna, iż doktorowi zdawało się , iż zamarznie. Johannes Faust, jak przystało na potężnego maga, posiadł był również i sztukę lewitacji.
Dzięki obcowaniu z demonami nie narzekał na brak środków do utrzymania, ba! powodziło mu się bardzo dobrze. Cieszył się tedy dobrym humorem, bo i zdrowie również mu dopisywało. Często, a nawet bardzo często upijał się i z prawdziwą lubością oddawał najmilszemu swemu zajęciu - wyrafinowanej rozpuście.
Atoli wszystko to do czasu. Nadszedł bowiem taki moment, że zły duch przestał być dla Fausta łaskawy, a jął go dręczyć na najrozmaitsze sposoby. Wpadł tedy doktor Johannes w przygnębienie i rozpacz, stając się nadzwyczaj rozdrażnionym. Często płakał, ubolewając nad swoim losem, od którego już nie widział ucieczki.
Wreszcie doszło do tego, że diabeł jął potwornie wstrząsać jego ciałem. Cierpiał na okrutne konwulsje, które w końcu stały się przyczyną śmierci. Demon rzucając nim po całym pomieszczeniu, obijając ciało o podłogę i ściany, w końcu zatłukł go na śmierć. (Ignacy Matuszewki, Czarnoksięstwo imedyumizm, Warszawa 1896 s. 167–192.).
Opętany ksiądz czeski
Jak podają dawne kroniki, za pontyfikatu papieża Piusa II (1458 - 1464), miało miejsce takie oto zdarzenie:
Pewien kapłan, Czech z pochodzenia, został opętany przez ducha nieczystego. Ponieważ ani modły, ani egzorcyzmy odprawiane nad nim w ojczystym kraju nie przyniosły pożądanego rezultatu, zrozpaczony ojciec owego księdza udał się z nim do Rzymu, z nadzieją w sercu, że jego dziecko zostanie uwolnione od demona.
Opętany ów na ogół zachowywał się zupełnie normalnie, od czasu do czasu tylko wpadał w szał. Odczuwał także niewypowiedziany wstręt do rzeczy świętych. Nie mógł odprawiać mszy, ani nawet przekroczyć progu kościoła.
Władza duchowna przekonawszy się o rzeczywistym opętaniu owego kapłana, zaleciła by prowadzać go do miejsc szczególnie uświęconych, gdzie odprawiano nad nim egzorcyzmy. Skoro się one rozpoczynały, demon obsiedlający jego ciało miotał nim, przeklinał i bluźnił.
Wreszcie przywiązano go do słupa kamiennego, przy którym - jak głosiła tradycja - ubiczowano Pana Jezusa. Wówczas szał opętanego rozgorzał w dwójnasób i kąsając zębami kamień, pokrwawionymi ustami, przerażającym głosem wył:
- Tu stał! Tu stał! - mając na myśli Jezusa.
Później jął przemawiać po włosku, chociaż – jako Czech, który nigdy się owej mowy nie uczył - zupełnie nie znał tego języka. Na koniec demon, zamieszkujący to nieszczęsne ciało, na naleganie egzorcystów stanowczo oświadczył, iż nie uwolni opętanego.
Dopiero pewien biskup grecki, który przed Turkami uciekł z Konstantynopola do Rzymu, pożałował nieszczęśnika, jął na jego intencję pościć o chlebie i wodzie, oddając się też wielogodzinnym modlitwom, jednocześnie przez wiele dni odprawiając egzorcyzmy nad opętanym, aż w końcu go wyzwolił, tak - że uszczęśliwiony i zdrowy - mógł wrócić wraz z ojcem w rodzinne strony.
O pewnej kobiecie dręczonej przez diabła
Też same piętnastowieczne kroniki wspominają o pewnej kobiecie, która doznała napaści ze strony demona, który przez pół roku przyprawiał ją o potworne, wręcz nie do zniesienia bóle.
Chociaż miała ona świadomość - bo złe moce jej to ujawniały, że one są przyczyną dolegliwości - pochodzenia owych cierpień, i mówiła o tym zarówno własnemu mężowi, jak i miejscowemu proboszczowi, spotkała się z ich strony jedynie z drwiną i twierdzeniem, że jest chora z urojenia.
Dopiero gdy na oczach świadków zwymiotowała ciernie, kawałki kości, drewna i fragmenty okrytych ostrymi kolcami gałązek dzikiej róży, uwierzono iż jej cierpienia nie pochodziły z wybujałej fantazji, a ich pochodzenie nie mogło mieć naturalnej przyczyny.
Jednym ze znaków opętania może być właśnie wydalanie z organizmu osoby podległej demonowi takich dziwnych przedmiotów, na co bywają niepodważalne dowody i wiarygodni świadkowie.
Opętanie ośmioletniej dziewczynki
W mieście Sienie, w Italii, mieszkał człowiek pewien, Michał Noualdy, mający żonę i dwie córki. Był on uczony i pobożny. Skoro osiągnął dojrzałe lata, za zgodą małżonki postanowił oddać dzieci do klasztoru św. Jana, a sam poświęcić się na wyłączną służbę Bogu, zajmując się doczesnymi potrzebami wzmiankowanego klasztoru, mieszkając nieopodal niego.
Z dopustu Bożego, którego przyczyny zakryte były przed ludźmi, stało się, że jedna z córek owego pobożnego człowieka, licząca zaledwie osiem lat, została opętana przez ducha nieczystego, który jej ciało srodze dręczył. Zakonnice wystraszone, zażądały, iżby ojciec opętaną córkę od nich zabrał, co też się i stało.
Przy badaniu przez egzorcystów demon przemawiał przez usta dziewczynki po łacinie, wdając się w uczone dysputy z teologami, zajmując się kwestiami trudnymi i bardzo głębokimi.
Ponadto publicznie odkrywał trzymane w tajemnicy grzechy i występki tych, którzy się do owego nieszczęśliwego dziecka zbliżali.
Smucili się i frasowali niepomiernie rodzice, nie widząc sposobu - bo egzorcyzm zawodził - uleczenia swego dziecka. Prowadzili ją do rozmaitych relikwii, aby przez ich moc i zasługi owo diabelstwo mogło być wypędzone. Niestety - nigdy nie bywali wysłuchani - bo, jak można domniemywać, ani grzech owego dziecka, ani grzechy jego rodziców, ale jakieś tajemne zamysły i dopust Boży sprawiły, iż doszło do tegoż opętania. Po to zapewne, aby nawrócić grzeszników, ukazując im na przykładzie, iż oprócz znanej, materialnej rzeczywistości, istnieje również inna, mogąca się niekiedy manifestować w naszym wymiarze.
Słuchając rad życzliwych ludzi, rodzice nieszczęśliwego dziecka zwrócili się o pomoc do św. Katarzyny Sieneńskiej, lecz ta kategorycznie odmówiła mieszania się do owej sprawy.
Dopiero przymuszona świętym posłuszeństwem przez swego spowiednika, zgodziła się przetrzymać opętane dziecka w swojej celi. Całą noc spędziła na modlitwie, i dopiero to dało pożądany skutek. Skoro noc się zbliżała, ku końcowi, demon opuścił młode ciałko.
Lecz to jeszcze nie koniec naszej opowieści.
Po kilku dniach duch nieczysty ponownie wszedł w ciało owej dziewczynki. Zatem znów św. Katarzyna Sieneńska przez całą noc w obecności nieszczęśliwego dziecka modliła się w swojej celi. Wszakże duch nieczysty był krnąbrny i nie chciał ustąpić, odgrażając się nawet:
- Jeśli wyjdę z tego dziecka, wejdę w twoje ciało! Zaniechaj więc tego, co robisz!
A na to święta mu odpowiedziała:
- Sam z siebie nic uczynić nie możesz. Lecz jeśli taka jest wola Boża, pokornie się jej podporządkuję.
Demon pokonany pokorą świętej i jej całkowitemu zaufaniu Jezusowi, upokorzony, na koniec poddał się i opuścił dziecko, by już nigdy go nie opętać. (Żywot przedziwny..., Kraków 1609, s. 354 – 364.).
O opętanej dwórce
Święta Katarzyna Sieneńska pewnego razu odwiedziła zaprzyjaźnionych ze sobą ludzi, którzy mieszkali w bogatym pałacu. Jedna z dwórek pani domu była opętana przez ducha nieczystego.
Ucieszyli się gospodarze - wiedząc już, że czarty przed św. Katarzyną uciekają - iż zostali nawiedzeni przez też pobożną niewiastę. Poprosili ją zatem co rychlej, aby wyzwoliła nieszczęsną opętaną z mocy ducha ciemności.
Ponieważ Katarzyna akurat nie miała czasu, musiała bowiem odwiedzić - w ważnej i nie cierpiącej zwłoki sprawie - jeszcze jeden dom w tym mieście, widząc, iż w pałacu przebywa znany z pokory i nabożeństwa mnich, nakazała przyprowadzić opętaną. A gdy ją przywiedziono, nakazała jej uklęknąć przed mnichem i ułożywszy głowę na jego kolanach trwać tak bez ruchu aż do jej powrotu z owego drugiego domu, o którym wcześniej wspomnieliśmy.
Zły duch zaklęty w imię Jezusa, związany wolą świętej panny, musiał być posłuszny rozkazowi.
Cały czas jednak poprzez usta opętanej złorzeczył, bluźnił i przeklinał, jednocześnie informując, gdzie się Katarzyna w danej chwili znajduje. Na koniec krzyknął:
- Oto wchodzi w drzwi domu tego!
I rzeczywiście, Katarzyna weszła do pałacu, a znalazłszy się w komnacie, w której przebywała opętana usłyszała jęki i zawodzenia demona:
- Ach! Czemuż mnie zatrzymujesz?! Czemu mnie dręczysz?!
Św. Katarzyna zaś na to:
- Wstań nędzniku, wyjdź z dziewczyny, opuść to stworzenie Pana Jezusowe, i więcej w nią nie wchodź.
Na owe słowa diabeł opuścił ciało opętanej, a ta została na trwałe uleczona. (Tamże, s. 364 – 368.).
Epidemie opętań
W dawnych wiekach, kiedy mniej sceptycznie podchodzono do zjawisk nadprzyrodzonych, nierzadko obserwowano i opisywano nie tylko opętanie pojedynczych osób, ale całych - mniejszych, bądź większych - społeczności.
I tak na przykład w 1487 roku miała miejsce prawdziwa ''epidemia'' opętań, która ogarnęła wiele miast niemieckich i niderlandzkich. Jednym z najbardziej odrażających jej objawów były mnożące się przypadki kanibalizmu, głównie pożerania niemowląt. Za popełnienie tej zbrodni, na śmierć skazano blisko pięćdziesiąt osób.
Ojciec Pio i opętana
W maju 1922 roku, któregoś niedzielnego popołudnia, przyprowadzono do Ojca Pio osobę podejrzaną o to, iż jest opętana przez demona. Ta - na widok zakonnika - poczęła ordynarnie przeklinać i bluźnić, wyjąc i rycząc donośnie. Egzorcysta, nie zwracając na owo najmniejszej uwagi, natychmiast przystąpił do odprawiania obrzędu. Nie trwał on nazbyt długo, gdy opętana wydawszy z siebie jeszcze donioślejszy, od uprzednio wydawanych, ryk, uniosła się około 1 metra nad ziemię, a potem opadła z powrotem na dół, już bez oznak opętania przez ducha nieczystego.
====================================
UDRĘCZENI PRZEZ DEMONY
opowieści o szatańskim zniewoleniu
z różnych autorów zebrał, ale i własnym piórem opisał i do druku podał
Andrzej Sarwa
* * *
Książka niniejsza jest dostępna w wersjach papierowej:
W USA od 1987 roku odbywa się konkurs piękności Miss Greater Derry, w którym mogą brać udział wszystkie osoby w wieku od 17 do 24 lat. Konkurs jest lokalną imprezą, ale ma status pozwalający zwycięzcom na udział w ogólnokrajowym konkursie Miss America. 8 listopada w New Hampshire odbyły się tegoroczny festiwal kobiecej piękności i zwycięzcą okazał się transpłciowy Brian Nguyen.
Jestem zachwycona, że jestem PIERWSZĄ transpłciową kobietą, która została lokalną posiadaczką tytułu Miss America i mam nadzieję, że wszyscy będą dumni i jako pierwsza wejdę na scenę Miss America. Jestem Brían Nguyen, twoja panna Greater Derry 2023.
Rozstrzygniecie konkursu spotkało się z wieloma komentarzami w mediach społecznościowych, z czego większość, łagodnie mówiąc, nie była przychylna świeżo wybranemu miss. Co ciekawe na zwycięzcy suchej nitki nie zostawiły nawet feministki:
Kobiety: musicie być szczupłe, mieć dobre piersi, ładne nogi, piękną twarz i niegroźną osobowość. Za taki komplet możemy wam nawet przyznać stypendium. Chyba że jesteś Brianem. Wtedy możesz być dowolną kobietą – napisała na Twitterze Sophie Walker.
Zwycięstwo Nguyen zbiegło się z głośnym wyrokiem sądu, dosłownie kilka dni wcześniej sąd w San Francisco orzekł, że konkursy piękności kobiet nie są prawnie zobowiązane, by dopuszczać do udziału w zawodach mężczyzn identyfikujących się jako osoby transpłciowe. Sprawa została wniesiona do sądu [—]
Deeskalacja zdrowego rozsądku. Świat, w którym stowarzyszenie byłych SS-manów potępia ustawę o IPN, a multikulti jest nawozem dżihadu. Chlew i ciemnogród, bezczelność bez granic.
We Francji budżet, jak oznajmiła pani premier, zostanie przyjęty bez głosowania w parlamencie ze względu na brak konsensusu w tej kwestii. Patrzę na postępowanie Unii Europejskiej wobec Polski i Włoch: jakie będą konsekwencje zaprzestania udawania przez zachodni establishment, że demokracja jest dla niego jakąkolwiek wartością?
A w Polsce. Salon? Chlew III RP! Język żuli, brak zasad, akceptacja prawa do przestępstwa u swoich. Rynsztokowa elita. Jakie są konsekwencje odwrócenia wektorów stratyfikacji społecznej?
W wyniku odrzucenia pojęcia grzechu i chrześcijańskiej antropologii pokolenie X – roczniki 1965–1980 – jest najbardziej poranionym przez aborcję pokoleniem w historii USA. Abortowano co trzeciego z jego potencjalnych członków, a połowa rodziców tych ludzi jest rozwiedziona lub w separacji. Sześć tygodni temu lokalna świątynia kościoła satanistycznego zaskarżyła w sądzie zakaz aborcji w stanie Indiana, ponieważ wprowadzenie prawa chroniącego życie dzieci w łonach matek „narusza wolność religijną jej członków zamieszkujących na terenie tego stanu”.
W Polsce między 1956 a 1993 r. zabito od 12 do 18 mln dzieci nienarodzonych. Ktoś myśli, że duchowe, społeczne i psychosomatyczne konsekwencje takiej zbrodni nie dotykają do dziś naszych narodów?
Świat pozbawiony rozumu, cywilizacja szaleńców. Na wiosnę 2023 r. w Berlinie otwarte zostanie pierwsze przedszkole LGBT+. Już teraz zapisanych do niego jest 60 dzieci. Nadzór nad placówką sprawuje dotowana przez niemieckie ministerstwo ds. rodziny organizacja Schwulenberatung Berlin zajmująca się poradnictwem gejowskim. Dyrektor Schwulenberatung Berlin Marcel de Groot powiedział prasie:
W przedszkolach należy zilustrować, jak to jest być gejem lub lesbijką
W zarządzie Schwulenberatung Berlin znajduje się Rüdiger Lautmann, aktywista działający na rzecz legalizacji pedofilii. Domaga się on usunięcia z niemieckiego kodeksu karnego paragrafu kryminalizującego seks z dziećmi. Jest autorem książki zatytułowanej „Przyjemność z dzieckiem”. Do takiej skrajności – wcześniej abdykując – doprowadziła Zachód ideologia liberalna.
A na kim wzorują się dzisiaj dzieci? Popularny brytyjski youtuber Oli London chce być znów mężczyzną, po tym jak przeszedł 32 operacje, by być koreańską kobietą. W Polsce fanka rapera o pseudonimie Popek, która pięć lat temu poddała się zabiegowi wstrzyknięcia tuszu do gałek ocznych, by upodobnić się do swojego idola, straciła całkowicie wzrok, pracę i środki do życia. Zapowiada, że będzie „walczyć o sprawiedliwość” w sądzie. Ale to jeszcze nic, przez reprezentatywnych przedstawicieli najmłodszego pokolenia van Gogh został uznany za winnego produkcji spalin samochodowych, więc za 13 lat samochody spalające benzynę i ropę nie będą już w Europie produkowane. Rozsądek pokonany przez ideologię i pieniądz. Ciemnogród. Rewolucyjny establishment w miejsce elit.
Termin „ciemnogród” wymyślił i upowszechnił żyjący w latach 1812–1881 Polak Teodor Tripplin, doktor medycyny, podróżnik, pisarz, jeden z prekursorów literatury fantastycznonaukowej, powstaniec listopadowy, działacz emigracyjny, uczestnik walk niepodległościowych we Włoszech i w Serbii. Ten zapomniany polski Verne Ciemnogrodem nazywał, jak opisuje na swoim profilu społecznościowym Robert Kowalczyk:
ludzi ograniczonych, bez wiedzy, bardziej ufających modnym nowinkom naukowym niż Panu Bogu (miernych duszą choćby wydawali się wyżsi nauką), liczykrupów (lichwiarzy, bankierów), warszawskich przestrzegaczy wszelkich regulaminów i ukazów, tzw. zawistników z towarzystwa i tych, co zawsze wiedzą lepiej, ale nigdy nikomu nie pomogą z dobrego serca. Tych ostatnich pozbawiał w ogóle zdolności honorowej
Teodor Tripplin opracował nowoczesne zasady higieny i wydał je po polsku, przyczyniając się do zmniejszenia śmiertelności na zakażenia, na suchoty i zatrucia. Był przez wiele lat najlepiej zarabiającym polskim pisarzem, ale mimo to, ocenzurowany przez warszawkę, został kompletnie zapomniany.
Podobnie jak Feliks Koneczny, najwybitniejszy polski historiozof. Twórca naukowych prac o cywilizacjach, których precyzji pozazdrościłby Samuel Huntington, autor słynnego „Zderzenia cywilizacji”, gdyby w ogóle Konecznego przeczytał. [Czytał, miałem z nim kontakt mail’owy. Ale, ponieważ odwrócił kota ogonem, to nie cytował. Mirosław Dakowski]
Nie znamy wielkich, bo zostali zamilczeni. Literacką Nagrodę Nobla dostaje feministka głównie za opis swojej aborcji. Kogo są w stanie wychować elity Ciemnogrodu?
Mąż idzie na randkę. Ja też chodzę na randki. Ustaliliśmy granice naszego związku
Tak ze swego ciemnogrodzkiego piedestału deprawuje naród moherowych beretów witruwiańska „Gazeta Wyborcza”.
Stadion Narodowy został zamknięty z powodu poważnej usterki. Ministerstwo Sportu i Turystyki chce szukać raczej jej przyczyn, a nie winnych. Interesujące jest to, że wszystkie firmy, które budowały Stadion Narodowy, upadły.
Firmy Alpine Bau GmbH oraz Hydrobudowa Polska i PBG już nie istnieją. Odpowiadały za budowę Stadionu Narodowego.
Obiekt w Warszawie stał się najbardziej reprezentatywnym polskim stadionem sportowym. Zbudowany został na miejscu dawnego Stadionu Dziesięciolecia, który po latach świetności został największym bazarem w tej części Europy. Stadion Narodowy stworzono z myślą o Euro 2012.
W październiku 2012 r. obiekt przegrał ze strugami deszczu i mecz Polska — Anglia nie mógł się odbyć, mimo że kibice byli już na trybunach, a piłkarze czekali w szatni na rozpoczęcie spotkania. Zawiódł system odprowadzania wody z murawy, co obśmiało paru śmiałków, którzy z trybun zbiegli rzucić się wprost wielkie kałuże znajdujące się na płycie boiska. Zdjęcia z tych wydarzeń obiegły cały świat, a stadion żartobliwie przechrzczono na „basen narodowy”.
W lutym 2013 r. głośno było o tym, że obiekt nie spełnia standardów przeciwpożarowych.
Alpine Bau GmbH było liderem konsorcjum, które budowało warszawski Stadion Narodowy. W skład wchodziły jeszcze firmy PBG i Hydrobudowa. Obiekt budowano w atmosferze nieustających sporów o pieniądze. PBG z czasem przejęło rolę lidera, a budowa obiektu opóźniła się o półtora roku. Hydrobudowa i PBG dosłownie chwilę przed Euro 2012 ogłosiły upadłość. Alpine Bau GmbH nieco później, bo w czerwcu 2013 r. Byli pracownicy ostatniej z wymienionych firm jeszcze długo domagali się pieniędzy. W 2015 r. chcieli odzyskać łącznie 8 mln zł z tytułu niezapłaconych pensji.
Obecnie wykryta usterka zagrażała życiu i doprowadziła do przeniesienia meczu Polska — Chile.
— Będziemy szukać przyczyn, nie wiem, czy winnych — mówił minister sportu, Kamil Bortniczuk. — Jeżeli okaże się, że winny jest projektant czy wykonawca odlewu, będziemy dochodzić swoich praw, by jak najmniej obciążyć budżet państwa — dodał .
11 listopada przypada święto odzyskania przez Polskę niepodległości. Ustanowione zostało akurat tego dnia, by w ten również sposób umocnić kult Józefa Piłsudskiego, na którym sanacja fundowała sobie moralną legitymację władzy, podobnie jak PZPR na granicy na Odrze i Nysie. Tak naprawdę bowiem 11 listopada w Polsce nie wydarzyło się nic ważnego, jeśli chodzi o niepodległość państwa.
Niepodległość Polski została proklamowana 7 października 1918 roku przez Radę Regencyjną, która za podstawę tej proklamacji przyjęła 13 punkt listy amerykańskich celów wojennych, mówiący o niepodległej Polsce z dostępem do morza i gospodarką regulowaną traktatami. Józef Piłsudski, przyjmując z rąk Rady Regencyjnej władzę nad wojskiem, musiał chyba uznawać jej władzę, podobnie, gdy kilka dni później przejmował z rąk tejże Rady, która następnie się rozwiązała, pełnię władzy nad państwem, jako jego Naczelnik. Skoro przekazała mu władzę nad państwem, to znaczy, że państwo, czyli różne jego agendy, albo były już zorganizowane, albo znajdowały się w trakcie organizacji. Można tedy powiedzieć, że 10 listopada Józef Piłsudski przyjechał na gotowe. Ale mniejsza o to, chociaż szkoda, że wśród tylu uroczystości żadna chyba nie była poświęcona Radzie Regencyjnej, której uczestnicy, podobnie jak ich zasługi, są niemal zapomniane.
Więc uroczystości jest bez liku, bo każdy na rok przed wyborami, chce pokazać jakim to jest szermierzem niepodległości. Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński z tej okazji odgrzał nawet miesięcznicę smoleńską, chociaż przezornie wolał przemawiać pod pomnikiem Józefa Piłsudskiego, a nie pod pomnikiem prezydenta Lecha Kaczyńskiego, chociaż jego kult, a nawet zdolności profetyczne, wprawdzie jeszcze nie dorównują rozmachowi kultu Józefa Piłsudskiego, ale przecież jesteśmy dopiero na początku drogi. W swoim przemówieniu Naczelnik Państwa dał do zrozumienia, że niepodległość Polski znajduje się dzisiaj w delikatnym momencie. To akurat prawda, ale jeśli już tak szczerze o tej niepodległości rozmawiamy, to warto przypomnieć, że do tej delikatności Jarosław Kaczyński przyłożył rękę i to nie raz. Zresztą nie on jeden, bo również Donald Tusk, również Aleksander Kwaśniewski, którego uważam za prawdziwe nieszczęście dla Polski, podobnie jak Leszek Miller, a nwet niektórzy przedstawiciele przewielebnego duchowieństwa, figurujący w kartotekach Służby Bezpieczeństwa. W referendum akcesyjnym w czerwcu 2003 roku wszyscy oni, ponad podziałami, zgodnie stręczyli Polsce Anschluss, podobnie jak wcześniej – “plan Balcerowicza”, wobec którego – podobnie jak wobec Anschlussu – “nie było alternatywy”.
Tymczasem w roku 2003 mijało 10 lat od wejścia w życie traktatu z Maastricht, który w sposób zasadniczy zmieniał formułę funkcjonowania Wspólnot Europejskich – bo Unia, jaklo odrębny podmiot prawa międzynarodowego, powstała dopiero 1 grudnia 2009 roku, po ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Traktat z Maastricht odchodził od formuły konfederacji, czyli związku państw, czyli “Europy Ojczyzn”, ku formule federacji, czyli państwa związkowego, a więc Rzeszy, której państwa członkowskie będą częściami składowymi. A czy część składowa jakiegokolwiek państwa jest niepodległa? To wykluczone, ponieważ podlega władzom tego państwa, właśnie jako jego część składowa.
Przypuszczenie, że Jarosław Kaczyński, Donald Tusk, Leszek Miller, czy Aleksander Kwaśniewski w roku 2003 mogli o tym nie wiedzieć, byłoby niegrzeczne. A skoro wiedzieli, to dlaczego stręczyli?
Dlatego, że po II wojnie światowej Europa, wskutek dwóch wielkich wojen w XX wieku, które można potraktować również jako europejskie wojny domowe, utraciła znaczenie polityczne. Ilustracją tej degradacji był porządek jałtański, którego gwarantem z jednej strony były Stany Zjednoczone, a z drugiej – Związek Sowiecki, z którym prezydent Roosevelt zamierzał dzielić władzę nad światem, po tym, jak przyłożył rękę do likwidowania Imperium Brytyjskiego, by USA zajęły jego miejsce. Francja i odtworzona w roku 1949 RFN uznały, że w tych warunkach walka o hegemonię w Europie nie ma najmniejszego sensu i że lepiej wkroczyć na drogę pokojowego “jednoczenia Europy” to znaczy – rozpocząć przekupywanie biurokratycznych gangów, okupujących poszczególne kraje europejskie i w ten sposób, po długim marszu, odzyskać pozycję równorzędną, albo przynajmniej zbliżoną do USA. Ta metoda okazała się strzałem w dziesiątkę, bo biurokratyczne gangi aż przebierały nogami, by ktoś zaczął je przekupywać i dzięki temu 1 maja 2004 roku Anschluss objął państwa Europy Środkowej, oczywiście po uprzednim zlikwidowaniu Jugosławii w ramach wysadzania w powietrze Heksagonale, które mogłoby stanowić przeszkodę z budowie europejskiego imperium.
Potem nastąpiły dalsze kroki na drodze “pogłębiania integracji”, przede wszystkim w postaci traktatu lizbońskiego, który amputował Polsce, podobnie jak innym państwom członkowskim – z wyjątkiem Republiki Federalnej Niemiec – ogromny kawał suwerenności, poddając je władzy instytucji Unii Europejskiej. Warto przypomnieć, że za ustawą z 1 kwietnia 2008 roku, upoważniającą prezydenta Kaczyńskiego do ratyfikowania tego traktatu, głosował – z pewnymi wyjątkami – zarówno obóz płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm z Jarosławem Kaczyńskim, jak i obóz zdrady i zaprzaństwa z Donaldem Tuskiem. Jarosław Kaczyński, zapytany o to na niedawnym spotkaniu w Nysie, powiedział, że gdyby tego traktatu nie ratyfikował obóz patriotyczny, to ratyfikowałby go obóz zdrady i zaprzaństwa. Słowem – jeśli Polskę pozbawiają niepodległości zdrajcy, to oczywiście fatalnie, bo oni robią to byle jak, podczas gdy obóz patriotyczny robi wprawdzie to samo – ale po Bożemu.
Tymczasem traktat lizboński, a szczególnie ustanowiona w nim zasada lojalnej współpracy, stworzyła możliwość systematycznego wypłukiwania suwerenności z państw członkowskich, bo zgodnie z nią, każde nich musi powstrzymać się przed każdym działaniem, które mogłoby zagrozić urzeczywistnieniu celów Unii Europejskiej. Wystarczy tedy, by Komisja Europejska, czy TSUE napisały, że celem Unii Europejskiej jest “praworządność”, czyli m.in. napuszczanie jednych niezawisłych sędziów na drugich, albo zapewnienie dobrostanu sodomczykom, a już na podstawie tego pozoru legalności można stosować wobec niepokornych bantustanów szantaż finansowy, który miedzy innymi Polskę ma skłonić do subordynacji. Jakby tego było mało, to całkiem niedawno Jarosław Kaczyński osobiście przyłożył rękę do dalszego “pogłębiania integracji”, przy pomocy Lewicy przeforsowując w Sejmie ratyfikację ustawy o zasobach własnych Unii Europejskiej, wyposażającej Komisję Europejską w prawo zaciągania zobowiązań finansowych w imieniu całej Unii i nakładania “unijnych” podatków.
Przypominam to wszystko, bo Jarosław Kaczyński w swoim przemówieniu namawiał Polaków, by w tej sytuacji skupili się wokół rządu, którego on jest akuszerem. No dobrze – ale co właściwie rząd “dobrej zmiany” zamierza z tym fantem zrobić? Tego już nam Naczelnik Państwa nie powiedział, bo widocznie sam nie wie, czy po zapędzeniu się w kozi róg jest jeszcze jakaś droga odwrotu.
W październiku 2021 roku filmowcy z Wielkiej Brytanii zrealizowali w Krakowie na zlecenie National Geographic i Channel 4 film dokumentalny związany ze stuleciem otwarcia grobowca faraona Tutenchamona, które przypadło w tym roku. Jego bogato wyposażony grobowiec w Dolinie Królów odkrył Howard Carter. Mumię faraona wielokrotnie przebadano dostępnymi w tamtych czasach metodami. Dziś uznalibyśmy je za niedopuszczalne i profanujące zwłoki. Badający zwłoki faraona dr Douglas Derry stwierdził, że Tutenchamon w chwili śmierci miał około 19 lat co raczej wykluczało śmierć z przyczyn naturalnych. Badanie rentgenowskie przeprowadzone dopiero w 1968 roku przez doktora Harrisona z Liverpoolu potwierdziło podejrzenia odkrywców mumii. U podstawy czaszki młodego faraona znaleziono ślad po rozległym krwiaku. Najprawdopodobniej faraon został zamordowany przez konkurentów do władzy w Egipcie. Po otwarciu grobowca nastąpiła seria tajemniczych zgonów, które uznano za klątwę faraona. Pierwszy zmarł lord Carnavron , kolejni zmarli to Douglas Reid, który prześwietlał mumię, egiptolog Arthur Weigall, lord Westbury i jego syn. W sumie zmarło z niewyjaśnionych przyczyn około 20 osób.
I tu dochodzimy do sedna sprawy. Z podobną serią niewyjaśnionych zgonów mieli do czynienia badacze po otwarciu grobów królewskich na Wawelu. Szczegółowo opisał historię tych badań i związane z nią odkrycia polski pisarz Zbigniew Święch. Co ciekawe Zbigniew Święch pierwszy zwrócił uwagę na to, że zgony mogły być spowodowane obecnością w grobowcach grzyba, kropidlaka złocistego ( Aspergirllus flavus). Historię odkryć w grobach królewskich na Wawelu Zbigniew Święch szczegółowo opisał w trylogii „Klątwy, mikroby i uczeni”, która uzyskała entuzjastyczne recenzje wielu znawców przedmiotu, a przede wszystkim historyka Aleksandra Gieysztora. Zaczęło się to właściwie przypadkiem. Otóż Zbigniew Święch realizujący wraz z Adamem Bujakiem cykl filmowy na temat obrzędów religijnych różnych kultów na terenie Polski dowiedział się, że w katedrze wawelskiej odbędzie się powtórny pogrzeb pary królewskiej Kazimierza Jagiellończyka i Elżbiety Rakuszanki. Uroczystość celebrowana przez prymasa polski kardynała Stefana Wyszyńskiego oraz metropolitę krakowskiego kardynała Karola Wojtyłę odbyła się 18 października 1973 roku. Dwa pierwsze rozdziały trylogii Zbigniewa Święcha do której zbierał materiały przez wiele lat ukazały się w piśmie „Literatura” w 1983 roku. 2 lipca tego samego roku napisał o tym brytyjski „The Times” a za nim cała światowa prasa. Pisano o „Klątwie Jagiellończyka” w Niemczech, we Włoszech, we Francji, w ZSRR a nawet w Bułgarii. W następnym roku wytwórnia „Lotos- Film” we współpracy z UNESCO nakręciła film dokumentalny pod tytułem „ Klątwa Faraona”. Jedną trzecią tego dokumentu poświęcono wątkowi wawelskiemu eksponując postacie Zbigniewa Święcha i mikrobiologa profesora Bolesława Smyka zasłużonych w wyjaśnieniu tajemnicy Tutenchamona. Film ten był emitowany w wielu krajach w tym trzykrotnie w Polsce. W uznaniu zasług Zbigniew Święch jako jeden z nielicznych Polaków został członkiem elitarnego „The Explorers Club”. Rocznica odkrycia grobowca Tutenchamona to dokładnie 4 listopada bieżącego roku. Właśnie 4 listopada 1922 roku brytyjski archeolog Howard Carter odkrył kamienne stopnie prowadzące do nienaruszonego przez trzy tysiące lat grobowca faraona Tutenchamona. Dwa wieki po śmierci Tutenchamona tuż obok jego grobu wykuto w skale grobowiec dla Ramzesa V (w którym potem kazał się pochować także Ramzes VI) a wejście do grobu Tutenchamona zostało zasypane gruzem przez co stało się niewidoczne co pozwoliło mu przetrwać gdyż groby były okradane. Kapłani usuwali mumie i kosztowności z komór grobowych, aby ukryć je przed złodziejami i niemal wszystkie grobowce w Dolinie Królów zostały puste. Tylko grób Tutenchamona czekał na swego odkrywcę. W kilka miesięcy po odkryciu grobu, 4 kwietnia 1923 roku zmarł sponsor wykopalisk lord Carnarvon. Inne nagłe i niewyjaśnione zgony wśród osób mających związek z wykopaliskami przypisywano „ klątwie faraonów”, choć bezpośredni odkrywca grobu Howard Carter dożył wieku 64 lat i zmarł dopiero w 1939 roku. W nakręconym w ubiegłym roku filmie pojawi się również słynne otwarcie grobu króla Kazimierza IV Jagiellończyka gdyż od wiosny 1974 roku wiele osób z kręgu badaczy grobu Kazimierza Jagiellończyka zmarło gwałtowną śmiercią – na zawał serca i wylew krwi. W ciągu dziesięciu lat było piętnaście ofiar „klątwy Jagiellończyka”. Sprawę opisał właśnie Zbigniew Święch we wstępie do książki „Klątwy, mikroby i uczeni” poświęconej tematyce eksploracji królewskich grobowców oraz w książkach „Budzenie wawelskiej pani Królowej Jadwigi” i „Czakram wawelski, największa tajemnica wzgórza”. Filmowcy z Anglii nagrali z nim wielogodzinne wywiady dzięki którym wydarzenia związane z otwarciem królewskich grobów oraz z ponownym pogrzebem na Wawelu Kazimierza Jagiellończyka i jego żony Elżbiety staną się znane na całym świecie. Wywiady przeprowadzano również z profesorem Akademii Rolniczej Wiesławem Barabaszem obecnym szefem Katedry Mikrobiologii UR (katedrą Mikrobiologii Rolnej do chwili przejścia na emeryturę kierował profesor Bolesław Smyk, następnie profesor Edward Różycki a profesor Wiesław Barabasz kieruje katedrą od 1996 roku), z wawelskim archeologiem Stanisławem Koziełem oraz ze znanym fotografem Adamem Bujakiem. Polska historia jest niezwykle interesująca i bogata w wydarzenia. Szkoda, że bardziej interesują się nią dziennikarze innych krajów i obce telewizje niż nasze własne. Nasze telewizje karmią widzów wulgarnymi wypowiedziami polityków, a w najlepszym przypadku konkursami na układanie klocków lego, na gotowanie na gazie, oraz na rozpoznawanie piosenek popularnych pięćdziesiąt lat temu.
Tak zwana kultura wysoka jest w nich praktycznie nieobecna. W telewizyjnych programach brak jest transmisji koncertów symfonicznych, brak programów naukowych i historycznych. A szkoda.
Szanowni Państwo! Czym różni się dawna propozycja „kup pan cegłę”, od dzisiejszego „kup pozytywne opinie w sieci”? Od tej pierwszej transakcji trudno było odstąpić będąc w ciemnym zaułku. Propozycja nie dawała sie odrzucić. Druga jest dobrowolna. W obydwu przypadkach pieniądze są realne, a towar iluzoryczny. Po co komu cegła? Kij bejsbolowy poręczniejszy przecież i pewnie skuteczniejszy. Po co nieszczere komplementy? Nie mają one sprawiać przyjemności komplementowanemu, tylko naciągać jego potencjalnych klientów. Odkąd kłamstwo ma równe prawa z prawdą, oszustwo nie hańbi, ba, stało się wyrazem „moralnej nowoczesności”. Skończyła się era autorytetów, co jest wielce niepokojące. Ot taki przykład: fakt, że osoba pokroju Ewy Kopacz została „premierką”, nie dziwi, bo jej niedowład umysłowy musiał budzić zachwyt wśród berlińskich mocodawców. Natomiast fakt, że taka osoba nie tylko skończyła pomyślnie studia medyczne, ale „leczyła” ludzi, powinien budzić przerażenie! Skutecznym lekarzem okazał się za to Putin. Napadając na Ukrainę, rozprawił się niechcący z „pandemią”, która ustała z dnia na dzień. Wróciliśmy do starych, sprawdzonych plag, które gnębią nas nieprzerwanie i coraz bardziej skutecznie. Wśród nich króluje głupota i ignorancja przyzwalające na ogólnoinformacyjne zakłamanie. Wracamy do epoki kamienia łupanego i „wykształconych” czarownic?
Talmudyczne „prawo”CHAZAKA zastosowano wobec Norwegów! Norwegowie przekazali na Muzeum POLIN 42 mln. w zamian za obietnice ze strony żydowskiej dostępu do rynku polskiego. Uzyskanie koncesji. To prawo działało/działa w kahałach. Innymi słowy, żyd mógł opłacić w kahale prawo do przejęcia na własność majętności innego obywatela, ale goja, nie żyda, zanim delikwent wpadał w jakiekolwiek kłopoty finansowe.
===================
„Chazaka (hebr.; jid. chazoke) – pojęcie oznaczające w prawie żydowskim sposób wejścia w posiadanie, dowód prawa własności lub domniemanie określonego stanu rzeczy, jak również reputację lub konkluzję Jedna z najważniejszych zasad żydowskiego prawa cywilnego, której źródłami są teorie własności i posiadania, osobisty i rytualny status zainteresowanego oraz lokalne zwyczaje (minhag). Zagadnienia związane z ch. omówione zostały głównie w Misznie w trzecim rozdziale traktatu Bawa Batra. W skrócie, zasady ch. sprowadzają się do tego, że jeśli człowiek, nie posiadając dowodów (dokumentów) własności, potrafi uzasadnić jej objęcie, a następnie ma ją w swoim posiadaniu przez 3 lata, bez protestów osób trzecich – zostaje uznany za właściciela, na zasadzie domniemania. Owo domniemanie powoduje, że ch. ma także zastosowanie w innych sprawach i pojawia się jako pojęcie w innych częściach Miszny (np. w traktacie Ketubot oznacza konkluzję, wynikającą z domniemania, że nikt nie zawrze małżeństwa, bez uprzedniego sprawdzenia fizycznej zdolności doń drugiej strony). Ch. była także rodzajem szeroko pojmowanej koncesji, tj. zgody udzielanej przez gminę na: zamieszkanie w mieście i bycie jej członkiem, posiadanie domu, wykonywanie działalności handlowej lub rzemieślniczej, objęcie i prowadzenie dzierżawy. W zamian za wydanie ch. do kasy gminnej wnoszono wysoką opłatę (również zwaną chazaką). Utrata ch. mogła nastąpić na skutek zaniechania wnoszenia opłat, wykroczenia przeciw prawu religijnemu lub popełnienia przestępstwa kryminalnego.”
Kilka dni temu w pałacu w Jabłonnie pod Warszawą zakończył się trzydniowy I Kongres Deputowanych Ludowych, nowopowołany zjazd rosyjskich polityków sprzeciwiających się dyktaturze Władimira Putina. Ilja Ponomariow, były poseł Dumy, który był organizatorem Kongresu, powiedział, że zjazd ma pomóc przejąć opozycji władzę po upadku Putina. A do tego upadku, jego zdaniem, można doprowadzić tylko siłą.
Kilka dni temu pod Warszawą spotkała się grupa rosyjskich polityków, którzy chcą obalić Władimira Putina. Jeśli trzeba — siłą
Organizatorem zjazdu był Ilja Ponomariow, zwolennik walki partyzanckiej z reżimem Putina
Na zjeździe pojawił się m.in. pomysł uczynienia z „Murów” Jacka Kaczmarskiego i Lluisa Llacha hymnu demokratycznej Rosji
„Dni Putina są policzone, a Rosja przyszłości będzie zależała od tego, jak skutecznie będziemy działać” — mówił Ponomariow
Na zjeździe, utrudnionym licznymi sporami uczestników, pojawił się natomiast pomysł zabicia Władimira Putina jako „głównego zadania dla opozycji”
Uczestnicy kongresu przyznają, że na razie ich szanse na przejęcie władzy w Rosji nie są olbrzymie, ale „gdy Lenin zaczynał rewolucję, też się z niego śmiano”
Ponomariow, który na stałe mieszka w Kijowie, opowiedział się za zbrojną walką Rosjan z Kremlem i promuje tę ideę na wszelkie możliwe sposoby. Wielu uważa go za prowokatora, on siebie — co najmniej za Lenina przygotowującego nową rosyjską rewolucję. Na kongresie jego były kolega z Dumy Giennadij Gudkow, były doradca Putina Andriej Iłłarionow i dwa tuziny mniej znanych delegatów uchwalili Akt Oporu, uznający walkę zbrojną za legalną metodę przejęcia władzy.
[Nie mogę znaleźć własnego artykułu o dziewięciu zwycięstwach różańcowych na świecie. Podobno w internecie nic nie ginie – może ktoś to znajdzie?Telegimelka, pomóż ! Tymczasem przypominam, bo to obecnie bardzo ważne. Mirosław Dakowski]
Było to w roku 1571. Olbrzymia flota turecka wyruszyła na podbój Europy. Żadne państwo chrześcijańskie nie miało tyle okrętów, żeby stawić czoło nieprzyjaciołom. Siły tureckie były zaś tak wielkie, że zdawało się, że to nie okręty, ale całe olbrzymie miasta wypłynęły na otwarte morze w pobliżu Lepanto, w zatoce korynckiej. Sułtan był pewien zwycięstwa. Mówił że z bazyliki Świętego Piotra zrobi stajnie dla swoich koni.
Co było robić w obliczu tak strasznego niebezpieczeństwa, zagrożenia całej chrześcijańskiej Europy? Papież Pius V postanowił zarządzić wielką błagalną modlitwę różańcową. Żołnierze przystępowali do sakramentów i przygotowywali się do bitwy przez trzy dniowy post i modlitwę różańcową. Hasłem do walki były słowa: „Królowa Różańca Świętego”. Na sztandarze zawieszono ogromny różaniec. W całej Europie zorganizowano procesje różańcowe.
Szczególnie uroczyście odbywała się ona w Rzymie. Śpiewając różaniec niesiono po ulicach obraz Matki Bożej Śnieżnej.
I wtedy wbrew przewidywaniom wojskowych, 7 października , niewielka flota hiszpańska i wenecka [byli też genueńczycy i okręty, żołnierze Papieża md] odniosły druzgocące zwycięstwo nad wrogiem. Dla wszystkich stało się jasne, że to była interwencja Królowej Nieba. Papież Pius V zadecydował wtedy, ze ten fakt nie powinien być zapomniany i dlatego ustanowił 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej, które nazwano potem świętem Matki Bożej Różańcowej , od tego czasu październik jest miesiącem różańca świętego.
Wiadomo że dobry dowódca potrafi mniejszą armia pokonać silniejszego wroga. Maryja Królowa Świata chce także dzisiaj dokonywać wielkich zwycięstw wybierając szczególnie na swych rycerzy; dzieci, ludzi skromnych, ukrytych, chorych…
Bitwa pod Chocimiem.
W XVII wieku Turcja była najpotężniejszym militarne państwem stanowiącym ogromne zagrożenie dla chrześcijańskiej Europy . W 1621 roku młody sułtan Osman II ruszył w kierunku wschodnich granic Polski. Marzył, że „połknie całą Polskę” a potem podbije inne chrześcijańskie kraje. Nigdy dotąd tak wielka siła zbrojna nie stawała u progów Polski: czterysta tysięcy żołnierzy, sto pięćdziesiąt większych dział, dwieście sześćdziesiąt dział polowych, dziesięć tysięcy wielbłądów, i dwa razy tyle bawołów . Naprzeciw tej rzeszy wyruszył hetman Karol Chodkiewicz, który zdołał zebrać zaledwie trzydzieści pięć tysięcy żołnierzy. Na pomoc przyszło jeszcze trzydzieści tysięcy Kozaków zaporoskich.
Drugiego września 1621 roku rozbito obóz pod Chocimiem. Osman pienił się że taka szczupła garstka urąga jego olbrzymim wojskom i zaklinał się że nie weźmie pokarmu do ust , dopóki tych zuchwalców w pień nie wytnie. Tymczasem Polacy ufni w pomoc Bogarodzicy z pierwszej walki wyszli zwycięsko. Jednak 21 września dotknął ich straszny cios; umarł z powodu ran hetman Chodkiewicz. Po nim dowództwo objął Stanisław Lubomirski. Powstało zamieszanie. Do decydującej bitwy nie doszło. Polacy bronili tylko zaciekle okopów. Jak się to jednak stało że między 6 a 9 października zawarto pokój na bardzo korzystnych dla nas warunkach? Co skłoniło sułtana, wiodącego tak ogromną armie, że dążył do rozejmu w momencie, kiedy w obozie polskim nie było ani amunicji ani żywności , a zaraza dziesiątkowała żołnierzy? Odpowiedź na to pytanie możemy dać dopiero wtedy, gdy dowiemy się, co działo się w tym czasie w Krakowie.
Kiedy tragiczna wiadomość o śmierci hetmana dotarła do królewskiego grodu, trwoga ogarnęła mieszkańców miasta. Gdzie szukać ratunku? Tylko u Tej, która jest Matką Boską Zwycięską, naszym Wodzem i Tarczą dla naszej Ojczyzny. Biskup Marcin Szyszkowski zarządził procesje różańcową. Wyniesiono na ulice z kościoła Dominikanów obraz Matki Bożej Różańcowej. Była to kopia tego wizerunku Maryi, który był niesiony procesjonalnie w czasie zwycięstwa pod Lepanto. Odezwał się huk armat z baszt i bram miasta. Rozbrzmiały dzwony wszystkich kościołów, zwołując na tę uroczystość okoliczną ludność. Nie sposób było pytać, kto na niej był. Należało raczej pytać, kogo tam nie było?
Trzysta świec płonęło dokoła obrazu, stu śpiewaków królewskich intonowało różaniec. Kto tylko mógł, modlił się o ratunek dla wiary i ojczyzny! Było to 3 października. W kilka dni później podpisano pomyślne dla Polski traktaty. Nikt nie wątpił o tym, że to Matka Boża odniosła zwycięstwo. Stwierdził to sam hetman Lubomirski. (…)
„Już przez sześć dni pertraktowaliśmy o pokój z Turkami, ale przystać na ich warunki nie można było, bo mniejsza już o stratę, jaką poniosłaby Rzeczpospolita, ale pokój ten byłby hańbiący. Wtem w nocy z 3 na 4 października, gdym nie spał, bo nieszczęścia Ojczyzny sen odegnały ode mnie, a nawet śpiąc czuwałem, pojawiła mi się Matka Boża, bo kto by Jej nie rozpoznał po otaczającym Ją świetle z wszystkich barw, od których noc zajaśniała mi jasnością nawet w życiu moim nie widzianą wśród dnia i usłyszałem od Niej to jedno słowo: „WYTRWAŁOŚĆ”.
Znikła, a ja w zachwyceniu ukląkłem, lecz potem dopiero odzyskałem wiedzę, co mi czynić należy: podniósłszy oczy, ręce i serce w niebo, złożyłem dzięki Bogu, że mnie niegodnemu tem napomnieniem dał poradę. I dzięki złożyłem Najświętszej Maryi …
O! To pojawienie taką ufnością i pewnością natchnęło mnie, że na drugi dzień dałem sułtanowi odpowiedź, że jedynie zapewnienie z jego strony o dotrzymaniu dawnych umów z Polską wstrzyma mnie od dalszej wojny, do której prowadzenia mieliśmy, jak mi Bóg miły, tylko jedną już beczkę prochu w obozie. I tą odpowiedzią tak mu zaimponowałem, iż teraz wielki wezyr Dylawer słał nam łagodniejsze warunki, ale ich nie przyjąłem obstając przy pierwszych, które podałem; a tak po trzydniowych rokowaniach, mając na pamięci święte słowo: „WYTRWAŁOŚĆ” przywiodłem pogan do tego, że zrobiłem pokój, jaki sam chciałem”.
– Pod Chocimiem Matka Boża posłużyła się małą garstką rycerzy, aby uratować Polskę i Europę przed zalewem pogaństwa – (…) – Dzisiaj także nasza Królowa pragnie okazać potęgę. Przygotowuje więc swoją armię i rozdziela broń. Każdy, także dzieci, może być rycerzem w tym zwycięskim wojsku, jeśli tylko wybiera Maryję na Wodza i chce być posłuszny Jej rozkazom. […]
Wspomnienie o bitwach króla Jana III Sobieskiego.
(…) Wspomnienie o bitwach króla Jana III Sobieskiego, wielkiego pogromcy Turków. Był to genialny wódz, jednak nigdy nie przypisywał sukcesów sobie, ale Bogu i Najświętszej Panience. Świadczą o tym nie tylko jego wypowiedzi, ale także liczne wota, jakie składał w sanktuariach maryjnych, i fundowane przez niego kościoły jako znak wdzięczności za zwycięstwa.
Rodzice Jana już od wczesnych lat zaszczepiali w synach głęboką wiarę i przekonanie, że o własnych siłach nie można niczego wielkiego dokonać, lecz należy ufać bezgranicznie wszechmocy Bożej. Swoim życiem i czynami uczyli dzieci kochać Maryję – Królową Nieba i Ziemi, u Niej szukać pomocy we wszystkich trudnych sprawach. Także pradziad króla Jana, hetman Żółkiewski, bohater spod Cecory, pozostawił po sobie wielkie świadectwo miłości do Matki Bożej.
Nosił on pierścień z napisem „Mancipium Mariae” – to znaczy – „Niewolnik Maryi”, aby w ten sposób wyrazić swoje całkowite zawierzenia i oddanie. Nic też dziwnego, że Jana Sobieski był nadzwyczaj religijnym człowiekiem. Należał do bractwa różańcowego, pościł w soboty o chlebie i wodzie, nie zaczynał żadnej ważniejszej pracy bez modlitwy. Gdy wyruszał na wyprawę wojenną, to poprzedzał ją zawsze procesją. Pobożność nauczyła go bezinteresowności i cenienia bardziej Boga i dobra Ojczyzny niż swojego własnego. Jako hetman wielokrotnie wspierał i finansował wyprawy wojenne przeciw Turkom i Tatarom.
W 1675 roku Sobieski został wybrany królem. Trwał właśnie sejm koronacyjny, Gdy nad Lwowem zawisło poważne niebezpieczeństwo. Około trzystu tysięczna armia turecko-tatarska pod dowództwem Nuradyna zbliżała się do miasta. Król natychmiast przerwał uroczystości, by wyruszyć na odsiecz. Za nim podążyła jego żona Marysieńka, aby modlitwami wspierać męża. Wykazała wielką odwagę, bo wówczas, kiedy mieszkańcy Lwowa uciekali w popłochu z miasta, ona zorganizowała wielką modlitwę różańcową w kościołach.
Sobieski zdołał zebrać tylko sześć tysięcy żołnierzy. Sytuacja wydawała się beznadziejna, ale ufano, że Matka Boża przyjdzie na ratunek. 25 sierpnia podjazdy polskie dały znać o zbliżaniu się nieprzyjaciela. Na odgłos dzwonów wypełniły się kościoły. Tłumy modliły się na klęczkach przed wizerunkiem Matki Bożej Zwycięskiej w kościele jezuickim. Wkrótce zawrzała walka. Lewe skrzydło polskie cofnęło się pod naporem wroga. Wtedy to gromadzące się od samego rana obłoki zebrały się nad miastem i wojskiem Sobieskiego w jedną, ogromną, ciemną, ciężką chmurę. Zagrzmiały polskie działa. Zawtórował im huk pierwszych piorunów. Równocześnie król rzucił resztę sił do ataku.
Z okrzykiem: „Żyje Jezus, żyje Maryja!” ruszyła husaria i chorągwie pancerne, a wraz z rzeszą ludzi i koni gnała pędzona huraganem straszna burza. Na armię najeźdźcy lunęła ulewa, sypał grad. Niemilknące pioruny ogłuszały hukiem, oślepiały błyskawicami, a siła wichury obalała jeźdźców. Starcie było krótkie. Armia turecka w popłochu rzuciła się do ucieczki. Tego wieczoru nad Lwowem długo biły dzwony i rozbrzmiewały triumfalne okrzyki: „Żyje Jezus, żyje Maryja!” Wkrótce potem odebrano Turkom niemal całą Ukrainę Kijowską.
(…..) Król Władysław IV jeszcze za panowania swojego ojca Zygmunta III przybył na Jasną Górę z darami dziękczynnymi za zwycięstwo pod Chocimiem w 1621 roku. Przed cudownym wizerunkiem kazał poświęcić sztandar husarii polskiej. Ustanowił także „Order Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny” z wezwaniem skierowanym do Maryi: „Zwyciężyłaś – zwyciężaj”. Był to pierwszy polski order. Miał być wręczany szczególnie zasłużonym. Odznaczeni mieli tworzyć rodzaj zakonu rycerskiego, walczącego o królowanie Matki Bożej w naszym narodzie.
Potem w 1656 roku inny król, brat Władysława IV, Jan Kazimierz uroczyście, w obecności nuncjusza papieskiego i przedstawicieli wszystkich stanów, dokonał ofiarowania korony polskie Pani Nieba i Ziemi. Podobnie jego następca Michał Korybut Wiśniowiecki, prawie zaraz po swoim wyborze, udał się na Jasną Górę i tam złożył szczerozłote serce. Wewnątrz umieścił, napisany na pergaminie, akt całkowitego oddania siebie, a także swej królewskiej władzy w świętą niewolę Matce Bożej.
Również hetmani wyrażali często swoje poświęcenie Maryi. Wspomniałem wam już o Stanisławie Żółkiewskim, który nosił pierścień z napisem: „Niewolnik Maryi”. Może zaciekawi was fakt, że kiedy wielki kanclerz królewski Jerzy Ossoliński w 1650 roku ufundował ołtarz na Jasnej Górze w kaplicy cudownego obrazu (do dzisiaj istniejącego), kazał u góry umieścić łańcuch jako symbol oddania się Maryi i napisać po łacinie: „Wielkiej Matce Dziewicy Jej najnędzniejszy niewolnik, Jerzy, pan na Ossolinie”. Hetman Karol Chodkiewicz, który bronił Polski przed Turkami i Tatarami oraz hetman Stefan Czarniecki, który wsławił się w walkach ze Szwedami, zapragnęli jeszcze bardziej oddać się Matce Bożej. Złożyli ślub czystości, nie zakładali własnych rodzin, ale pozostając na służbie Niepokalanej, poświęcili całe życie w obronie Ojczyzny i chrześcijaństwa. (…)
Ważny rozkaz królowej. Sobieski pod Wiedniem.
(…) W 1683 roku nawała turecka znowu groziła całej Europie. Wojska mahometańskie posunęły się aż pod Wiedeń. Wydawało się, że nie ma już ratunku ani dla oblężonego miasta, ani dla całego chrześcijaństwa. W tym ciężkim położeniu wyprawił papież Innocenty XI posła do Jana III Sobieskiego z prośbą, aby król pośpieszył na odsiecz. Także od cesarza austriackiego przybył poseł, aby błagać o pomoc. Jednak sejm polski, mając na uwadze pusty skarb i wyczerpany wojnami kraj, wahał się …
Wtedy to szalę przechylił świątobliwy ojciec Stanisław Papczyński, spowiednik króla. Na modlitwie błagał on Maryję o radę. Matka Boża ukazała się swemu czcicielowi i zapewniła zwycięstwo. Kazała iść pod Wiedeń i walczyć. Ojciec Papczyński wystąpił wobec króla, senatu, legata papieskiego i przemówił tymi słowami: „Zapewniam cię, królu, Imieniem Dziewicy Maryi, że zwyciężysz i okryjesz siebie, rycerstwo polskie i ojczyznę nieśmiertelną chwałą”. Sobieski słysząc, że sama Królowa wyraziła swą wolę, wyruszył na odsiecz Wiednia, zabierając ze sobą około dwudziestu siedmiu tysięcy wojska. Przedtem jednak zatrzymał się na Jasnej Górze.
Przez cały dzień gorąco modlił się i służył do Mszy świętej. Wstępował też po drodze do innych sanktuariów maryjnych, aby błagać Najświętszą Pannę o pomoc. W Krakowie król odbył pielgrzymkę do siedmiu kościołów i 15 sierpnia, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Panny Maryi, opuścił miasto, aby dołączyć do wojska, które wyszło wcześniej pod dowództwem hetmanów Sieniawskiego i Jabłonowskiego. Królowa Marysieńka odprowadziła męża do Będzina, a potem powróciła do królewskiego grodu. Tutaj, jak zaświadczają opisy z tego okresu, mieszkańcy miasta trwali na nieustannej modlitwie, towarzysząc w ten sposób wojsku. Nawet w nocy dzwony budziły ich, aby według zaleceń biskupa uklękli i odśpiewali pieśni Ojcze nasz i Święty Boże.
Budującym dla wszystkich przykładem była sama królowa Marysieńka. Każdego ranka udawała się ona do innego sanktuarium krakowskiego na specjalne nabożeństwo. O północy zaś wraz z całym dworem udawała się do kaplicy kazimierzowskiego pałacu w Łobzowie, aby błagać o zwycięstwo. 10 września (właśnie w czasie nocnej modlitwy) dotarł do królowej kurier z wiadomością, że wojska polskie przekroczyły granicę austriacką. Nowina ta lotem błyskawicy obiegła Kraków. Opuszczano domy, pogaszone ognie, wypełniły się kościoły. Ludność poszcząc o chlebie i wodzie modliła się przez cały dzień.
W tym czasie Sobieski stanął na szczycie kalemberskiej góry, naprzeciw Wiednia. Na widok ponad stutysięcznej armii nieprzyjacielskiej znużeni i wygłodniali rycerze polscy zadrżeli. Król jednak wprawnym okiem dostrzegł błędne rozporządzenia wodza nieprzyjaciół i uznał to za pierwszy znak pomocy Bożej.
Nazajutrz 12 września Sobieski uczestniczył w trzech Mszach świętych. Przystąpił do Komunii świętej i leżąc krzyżem, wraz z całym wojskiem ufnie polecał się Matce Najświętszej. Chcąc, aby wszystko działo się pod Jej znakiem, dał rycerstwu hasło: W Imię Panny Maryi – Panie Boże, dopomóż!
O godzinie drugiej po południu ruszono do ataku, śpiewając Bogurodzicę. Sobieski stał na wzgórzu, błogosławił walczących drzewem Krzyża świętego i relikwiami świętych, a w rozstrzygającym momencie sam dowodził husarią.
I co się stało? Rozsypała się w proch potęga muzułmańska. Tego dnia zginęło dwadzieścia pięć tysięcy Turków, a Polaków tylko jeden tysiąc.
Tak jak wcześniej przepowiedział Pan Jezus św. Małgorzacie, nasz pokorny władca nie przypisał sobie tego zwycięstwa, lecz Bogu i Jego Matce, wypowiadając pamiętne słowa: „Przybyłem, zobaczyłem, a Bóg zwyciężył”. Wysłał też list do papieża z prośbą, aby ustanowił dzień 12 września świętem Imienia Maryi. Miał to być znak wdzięczności i świadectwo dla wszystkich pokoleń, że mocą tego Imienia osiągnięto tak wielkie zwycięstwo. To święto do dzisiejszego dnia obchodzone jest w całym Kościele.
Warto poznać jeszcze jeden ciekawy fakt. W tym czasie, kiedy nasi rycerze walczyli pod Wiedniem, w Krakowie wyruszył z katedry na Wawelu w kierunku kościoła Mariackiego procesjonalny pochód „wojska duchowego”. Ze śpiewem różańca niesiono Najświętszy Sakrament i cudowny obraz Matki Bożej Różańcowej Zwycięskiej z kościoła Ojców Dominikanów (ten sam, z którym odbyła się procesja w czasie zwycięskiej bitwy pod Chocimiem). Po drodze przy ustawionych specjalnie ołtarzach, wygłaszano kazania. Nieprzeliczone rzesze ludzi brały udział w tej uroczystości. Za Najświętszym Sakramentem szła królowa w czarnej pokutnej sukni, a za nią dwór składający się z przeszło tysiąca osób. Następnie około sześciuset zakonników niosło relikwie różnych świętych, a pięćdziesięciu patrycjuszów z płonącymi świecami otaczało obraz Matki Bożej. Tego dnia wszyscy mieszkańcy Krakowa zmobilizowali się do gorącej modlitwy różańcowej. Ustał handel, nie myślano o pracy zarobkowej ani nawet o przygotowaniu posiłków. Ważne było tylko jedno: wymodlić zwycięstwo! Nie dziwimy się więc, że ówczesne opisy mówią: „ nie ma o tym dubium ( tzn. wątpliwości), że Kraków wymodlił to zwycięstwo …!
Dużo jeszcze można powiedzieć o wiktorii wiedeńskiej, o wotach dziękczynnych, jakie składał król w sanktuariach maryjnych, o kościołach przez niego ufundowanych. Są one świadectwem, że to Bóg zwyciężył i Jego Matka. (….)
Cud nad Wisłą.
Było to w 1920 roku. Niepodległość Polski, odzyskana po wielu latach niewoli, znowu została zagrożona. Od frontu wschodniego napływały straszne wieści. Armia polska cofała się pod naporem wojsk bolszewickich. Opuszczano kolejne linie obrony. Stracono Wilno i Grodno. W Białymstoku zatrzymali się Marchlewski z Dzierżyńskim, którzy mieli z woli Lenina sprawować rządy w okrojonej Polsce (bez Wielkopolski, Śląska i Pomorza). Lęk i zwątpienie ogarnęły naród polski. Czy obronimy się? Armia nasza, złożona przeważnie z rekrutów, cofając się na przestrzeni kilkuset kilometrów, była w stanie „zupełnego rozkładu” (jak pisał Adam Grzymała-Siedlecki we Wspomnieniach korespondenta wojennego). Powstał popłoch. Z kraju dochodziły wieści nie najlepsze. W rządzie i sejmie niezgoda. Wśród bezrobotnych i rolników agitowano na rzecz bolszewików. A sytuacja międzynarodowa? Dla nikogo nie było tajemnicą, że Niemcy oczekują niecierpliwie zdobycia Warszawy. Miało to stać się hasłem do oderwania Gdańska i Górnego Śląska. Mówiło się o końcu państwowości polskiej. Zrewolucjonizowana armia niemiecka oczekiwała zwycięstwa czerwonych. Kto myślał głębiej, wiedział, że to rozprawa o wielką stawkę.
Gdzie szukać ratunku? W tym czasie młody dwudziestosześcioletni katecheta ksiądz Ignacy Skorupka, jak drugi ojciec Kordecki, budził wiarę w pomoc Maryi. 31 lipca wołał:
Nie martwcie się, Bóg i Matka Boska Częstochowska, Królowa Korony Polskiej, nie opuści nas… Nastąpi zwycięstwo. Bliskim jest ten dzień! Nie minie dzień 15 sierpnia, dzień Matki Boskiej Zielnej, a wróg będzie pobity.
Słowa te zapisał jego biograf Stanisław Helsztyński. Podobną przepowiednię księdza Skorupki zanotował kapral Seweryn Dzik z 236. pułku piechoty armii ochotniczej:
Najświętsza Panna Patronka i Królowa ludu polskiego nie dopuści, by naród zginął, lecz modlitwą swą i prośbą uzyska u Boga łaskę cudu! W dniu 15 sierpnia, w święto Wniebowzięcia, Polacy przestaną się cofać i rozpoczną się dni triumfu polskiego.
W lipcu, celem zasilenia wyczerpanych oddziałów liniowych, zaczęto organizować Armię Ochotniczą pod komendą generała Józefa Hallera. Do jej szeregów przyjęto sto pięć tysięcy chętnych. Przeważała młodzież, a właściwie dzieci do osiemnastego roku życia. Ksiądz Ignacy jako jeden z pierwszych zgłosił się do armii. Otrzymał zgodę, aby zostać lotnym kapelanem garnizonu stołecznego. We dnie i w nocy udzielał posługi idącym na front i rannym w szpitalach. Zachęcał młodzież, gimnazjalistów i uczniów szkół rzemieślniczych, aby wstępowała do batalionów ochotniczych, z których w przyszłości miała powstać dywizja ochotnicza. Widziano go, jak na dworcach kolejowych i placach przekonywał wahających się, że wysiłek jest konieczny, a pomoc Królowej Polski zapewniona. Sam przygotowywał się głęboko do decydującej bitwy. 12 sierpnia odbył spowiedź generalną z całego życia u ojców kapucynów na ulicy Miodowej. Ofiarował też swoje życie przez ręce Maryi w intencji Ojczyzny.
Ta sama wiara ożywiła wielkiego apostoła różańcowego z Neapolu bł. Bartolo Longo, budowniczego sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Pompei.
Wystosował on list otwarty do katolików całego świata, by się modlili za Polskę. W pierwszych dniach sierpnia 1920 roku powiedział do księdza Stanisława Mystkowskiego:
Przekonany jestem święcie, że Matka Boska Różańcowa, która jest Królową Korony Polskiej, nie pozwoli, by Jej ukochany naród jęczał ponownie w niewoli rosyjskiej …. Polska ma świetlaną przyszłość przed sobą…
Tymczasem nieprzyjaciel zbliżał się do Warszawy. Mieszkańcy stolicy przejęci trwogą, wypełnili świątynię. Na Placu Zamkowym postawiono ołtarz polowy, na którym umieszczono relikwie świętych. Około trzydzieści tysięcy ludzi modliło się w tym miejscu gorąco na różańcu, leżało krzyżem. Generał Weygand napisał, że nigdy nie widział ludzi tak modlących się jak w Warszawie.
W tym samym czasie Episkopat Polski zgromadzony na Jasnej Górze ofiarowywał ojczyznę Maryi Królowej.
Wreszcie bitwa warszawska zaczynała się. Na szyki polskie nadciągała XVI armia Tuchaczewskiego, naczelnego wodza sowieckiego, zwanego „demonem wojny”. 14 sierpnia miała zająć Pragę. Walka zaczęła się w nocy z 13 na 14 sierpnia. Ksiądz Ignacy Skorupka wziął w niej udział na odcinku Ossów, w I Batalionie wchodzącym w skład 236. Ochotniczego Pułku Piechoty. Ciemna noc, liczne łuny, odgłosy walki, to wszystko robiło wstrząsające wrażenie na młodych chłopcach. Ksiądz Ignacy krążył między plutonami i dodawał otuchy. Zapewniał o bliskim zwycięstwie za przyczyną Maryi. Odwiedził szpital polowy, spowiadał rannych.
14 sierpnia o godzinie 3.30 Ossów znalazł się w zasięgu ostrzału sowieckiej artylerii. Wisiała gęsta mgła. Dowódcy szykowali batalion do ataku. Ksiądz Ignacy wyszedł naprzód, przed żołnierzy i na cały głos wypowiedział następujące słowa:
Pamiętajcie chłopcy, nasze jest zwycięstwo, bo z nami jest Matka Boża, zaufajcie Jej!
Następnie pobłogosławił żołnierzy krzyżem. Dowódca prosił go, aby został wśród rannych, lecz on poszedł przed batalionem z krzyżem wzniesionym wysoko. Budząc wiarę, dawał przykład odwagi i męstwa. Poległ, trafiony w głowę odłamkiem pocisku. Dowódca batalionu porucznik Słowikowski stwierdził:
Własne życie oddał za cenę zwycięstwa Polski. Ofiarował je Maryi jeszcze w Warszawie.
W napisanym na krótko przed śmiercią wierszu ksiądz Skorupka wyraził prośbę:
Prowadź me kroki Chryste na bój,
niech polegnę,
lecz niech ze zwycięstwem Polski
w niebo Twe wbiegnę!
Zwycięstwo zdobywane na stukilometrowej linii frontu dokonało się w dniu 15 sierpnia, dwadzieścia cztery godziny po śmierci księdza. Jednak 14 sierpnia był dla społeczeństwa szczytem największego napięcia. W tym momencie ofiara bohaterskiego kapelana stała się impulsem nadprzyrodzonym, który miał wielki wpływ na ducha narodu i wojska. W święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny załamała się potęga wroga i rozpoczął się szybki odwrót.
Spełniły się słowa Matki Bożej, powiedziane 15 sierpnia 1873 roku do Sługi Bożej Wandy Malczewskiej.
Dzień dzisiejszy będzie uroczystym świętem moim, gdy Polska znów wolną będzie… W tym dniu mój naród odniesie świetne zwycięstwo nad wrogiem. Skoro Polska otrzyma niepodległość, to niedługo powstaną przeciw niej dawni gnębiciele, aby ją zdusić, ale moja młoda armia, w Imię moje walcząca, pokona ich, odpędzi daleko i zmusi do zawarcia pokoju. Ja jej dopomogę.
(….)
Powstał w Polsce ruch, aby skłonić rząd Polski do oficjalnego wystąpienia z prośbą do papieża, o ustanowieniu dogmatu Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Kobiety polskie złożyły przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej jako wotum złote berło i jabłko. Od 1936 roku 15 sierpnia zaczęto obchodzić także jako święto armii (po wieloletniej przerwie w 1992 roku znowu powrócono do tej tradycji). Papież Pius XI, który w 1920 roku przebywał w Warszawie jako nuncjusz i był świadkiem tego cudu, kazał wykonać dwa malowidła przedstawiające to wydarzenie. Polecił, aby w sanktuarium w Loreto umieszczono wizerunek Matki Bożej Częstochowskiej, po lewej jego stronie postać księdza Skorupki, a po prawej kardynałów: Kakowskiego, Dalbora i siebie jako nuncjusza. Podobnie urządzono kaplicę w Castel Gandolfo, w rezydencji papieskiej. Malarz polski Jan Rosen wykonał, na zamówienie Piusa XI, wielkie malowidło ścienne wyobrażające bitwę pod Ossowem z księdzem Skorupką jako figurą centralną. Malarze polscy: Jerzy Kossak, Roman Bratkowski i inni upodobali sobie tę scenę jako symboliczną dla całej bitwy warszawskiej. Przedstawiono w niej Maryję, ukazującą się nad wojskiem polskim i zsyłającą promienie łask.
Historia nauczycielką życia? – jeszcze jeden dowód, że nigdy, nawet w najtrudniejszych sytuacjach, nie należy się załamywać, ale ufać i chwytać za broń najpotężniejszą.
Niewidzialna linia obrony (Austria).
Austria w 1945 roku została podzielona na cztery strefy okupacyjne. W roku 1947 franciszkanin ojciec Piotr Pawlicek założył w Wiedniu Krucjatę Ekspiacji Różańcowej (ekspiacja to znaczy wynagrodzenie). Krucjata miała na celu spełnienie próśb Matki Bożej z Fatimy. Około dwóch milionów ludzi ze stu siedmiu państw zgłosiło gotowość modlitwy za cały świat. Raz w miesiącu gromadzono się na czuwanie modlitewne. W Wiedniu 12 września odbywała się zawsze procesja błagalna. Na jej czele szedł ojciec Piotr i najwyższe władze państwowe. Ojciec Pawlicek pewnego dnia wezwał także Austriaków, aby odmówili wraz z nim różaniec wynagradzający za swoją ojczyznę. Wtedy stała się rzecz niezwykła. 15 sierpnia 1955 roku, został niespodziewanie podpisany traktat pokojowy, w następstwie którego wycofały się z kraju wszystkie wojska okupacyjne, w tym także radzieckie. Austria odzyskała suwerenność i niepodległość. Ówczesny kanclerz republiki Julius Raab, komentując to wydarzenie, powiedział:
Matka Boska pomogła nam w uzyskaniu traktatu pokojowego … Jesteśmy wolni, dziękujemy Ci, Maryjo.
Jeszcze wiele lat później dziwili się komunistyczni przywódcy w Moskwie, jak mogło dojść do tak szkodliwego dla nich politycznie i strategicznie kroku, do tak „niemarksistowskiej” decyzji.
Ojciec Pawlicek wzywał przez radio Austriaków, aby połączyli się we wspólnej modlitwie.
Aktywista LGBTQ i amerykański jezuita o. James Martin spotkał się w piątek z papieżem Franciszkiem. Rozmowa dotyczyła „radości i nadziei, smutków i trosk” katolików LGBTQ” – poinformował o. Martin na Twitterze po spotkaniu. Jak zaznaczył, 45-minutowa audiencja w Watykanie była „serdeczna, inspirująca i zachęcająca”.
O. Martin od lat prowadzi kampanię na rzecz bezwzględnej akceptacji grzechu sodomskiego i postulatów społeczno-politycznych środowisk LGBTQ w Kościele katolickim. Nad jego działalnością błogosławieństwo roztacza sam Franciszek, który przyjął dysydenckiego kapłana podczas prywatnej audiencji już drugi raz.
„Jestem głęboko wdzięczny za spotkanie z Ojcem Świętym, które odbyło się dziś rano w Pałacu Apostolskim. Dzieliłem się z papieżem Franciszkiem radościami i nadziejami, smutkami i niepokojami katolików LGBTQ. To było ciepłe, inspirujące i zachęcające spotkanie, przerywane śmiechem, którego nigdy nie zapomnę…”- napisał o. Martin na Twitterze.
Papież napisał niedawno list z okazji konferencji zorganizowanej przez internetowy portal o. Martina „Outreach”, który zajmował się np. „teologią dla katolików LGBTQ” czy „pracą z osobami transpłciowymi”. Franciszek udzielił w nim także krótkiego wywiadu. W sierpniu jezuicie przedłużono na kolejne pięć lat funkcję doradcy Dykasterii ds. Komunikacji Stolicy Apostolskiej
Papież Franciszek ostatni raz przyjął amerykańskiego jezuitę osobiście latem 2021 roku. Zachęcił go do kontynuowania zaangażowania duszpasterskiego.
W połowie października profesor Dolores Cahill udzieliła wywiadu agencji Zee Media. Mówiła o tym, jak program wywołania depopulacji i bezpłodności przy użyciu „szczepionek” Covid wpisuje się w Agendę 21. Mówiła również o walutach cyfrowych i o tym jak operacja psychologiczna Agendy 21 znana jako „agenda demoralizacji” jest wykorzystywana do podważania rządów prawa.
Profesor Dolores Cahill jest współzałożycielką i prezesem World Freedom Alliance oraz prezesem World Doctors Alliance. Posiada wykształcenie z zakresu genetyki molekularnej i immunologii.
W połowie lat dziewięćdziesiątych prof. Cahill wraz z innymi w niemieckich Instytutach Maxa Plancka opracowała wysokoprzepustowe matryce białkowe. Jej prace były przełomem dla rozwoju technologii tych matryc i ich zastosowań w badaniach biologicznych, diagnostycznych i medycznych. [Mikromatryca białkowa czyli czip bialkowy ( a protein microarray or protein chip) – jest to urządzenie o dużej przepustowości do badania białek i ich oddziaływań. Zaletą jest to, że pozwala śledzić jednocześnie zachowanie dużej liczby białek.]
„Możemy pokazać, że wiele przeciwciał używanych w testach diagnostycznych, do diagnozowania takich chorób jak rak czy choroby autoimmunologiczne było błędnych. I wtedy zacząłam dostawać różne naciski, ponieważ oznaczało to, że producenci testów diagnostycznych – którym wykazano, że ich testy są niedokładne – nie mogli już sprzedawać swoich produktów” – powiedziała prof. Cahill do Marii Zee podczas wywiadu.
Prof. Cahill i jej współpracownicy wykazali, że wiele osób, u których zdiagnozowano raka i choroby autoimmunologiczne, w rzeczywistości nie miało tych chorób.
Kolejnym odkryciem prof. Cahill było to, że choć dzieci umierały 2 i 4 miesiące po wstrzyknięciu im „szczepionek”, nikt tego procederu nie powstrzymywał.
Prof. Cahill starała się radzić rządowi Irlandii i Unii Europejskiej, próbowała ostrzec urzędników akademickich, diagnostycznych, farmaceutycznych i rządowych przed niepożądanymi odczynami poszczepiennymi, a także powiadamiać o sposobach leczenia poważnych chorób. „Cała moja kariera polegała na próbie przekazania informacji, że można leczyć te tak zwane poważne choroby poprzez proste zmiany stylu życia: redukcję stresu, dobre witaminowe odżywianie”. Agenda 21
W powyższym wywiadzie prof. Cahill powiedziała, że Covid-19 był ósmą zaplanowaną „pandemią”. „Było ich wiele wcześniej, w tym te, które zostały powstrzymane przez profesora Wodarga” – powiedziała.
Dr Wolfgang Wodarg zdemaskował i walnie przyczynił się do zakończenia skandalu ze świńską grypą w 2009 roku. Jego działania spowodowały dochodzenie Parlamentu Europejskiego „w celu przyjrzenia się kwestii 'sfałszowanej pandemii’, która została ogłoszona przez WHO w czerwcu 2009 roku za radą grupy ekspertów akademickich, SAGE. Udokumentowano, że wielu członków tej grupy ma intensywne powiązania finansowe z tymi samymi gigantami farmaceutycznymi, takimi jak GlaxoSmithKline, Roche, Novartis, które czerpią korzyści z produkcji leków i niesprawdzonych szczepionek H1N1.”
W 2002 roku, kiedy wystąpiła pierwsza tzw. pandemia koronawirusów – której nigdy nie było – prof. Cahill „przyglądała się jej w czasie rzeczywistym.” Była wtedy świadoma, że skutki uboczne szczepionek wystąpiły tam, gdzie rządy i Unia Europejska finansowały szczepienia.
„Jeśli wstrzykujesz ludziom, szczególnie dzieciom, trucizny – takie jak rtęć i aluminium, to pojawiają się skutki toksyczne: alergie, choroba autoimmunologiczna, dysfunkcja jelit znana jako choroba Leśniowskiego – Crohna, bezpłodność… Rtęć i aluminium są również neurotoksynami, więc masz neuro-poznawcze upośledzenie, które ujawnia się w chrobie Alzheimera lub autyzmie…”
„Kiedy zacząłam studiować kwestie zdrowotne – a wiedziałem, że wiele z tego, co działo się w nauce w latach 90-tych było niedokładne – a potem, kiedy pojawił się koronawirus, ten początkowy w 2002/3 roku, wtedy zaczęłam zastanawiać się nad tym, co się działo wokoło [poza kwestiami zdrowotnymi], bo wiedziałem, że była profilaktyka i leczenie – nawet wtedy, 20 lat temu – a także przepisywano witaminy”.
„Wtedy zaczęłam przyglądać się Światowej Organizacji Zdrowia i temu jak wdrażali [Agendę 21] oraz kontroli mediów. Znałam również dokumenty CIA i dokumenty ONZ , i zdawałam sobie sprawę z tego, jak zamierzali zastraszyć ludzi, którzy się wypowiadali, szczególnie ekspertów i naukowców.”
Prof. Cahill wyjaśniła, że w książce z 1971 r. zatytułowanej „None Dare Call It Conspiracy” przedstawiono Agendę 21. A książka z 1992 roku zatytułowana „The Committee of 300” opisuje dokładnie agendę zatruwania, o której się dowiedziała. Wymienia również osoby zaangażowane w spisek w tamtym czasie.
Agenda 21 to agenda Organizacji Narodów Zjednoczonych na XXI wiek. Została ogłoszona w 1992 roku i obejmuje okres do 2099 roku. „Tak więc jest to agenda na cały ten wiek (…) Macie Agendę 2020, Agendę 2030, 2040, 2050. A to co kryje się za Agendą 21 to szczegółowy plan na każdy rok od 1992 roku przez całe stulecie” – powiedziała prof. Cahill. „Oni w zasadzie planują, i realizują, zniszczenie od wewnątrz każdej dziedziny naszego społeczeństwa „.
Plan jest bardzo szczegółowy. Obejmuje on. na przykład, policję włączającą syreny swoich pojazdów w losowych momentach lub zmniejszenie oświetlenia ulic w nocy celem zwiększenia poziomu niepokoju lub poczucia braku bezpieczeństwa wśród mieszkańców.
W dniach 17/18 września 2019 r. nastąpiło załamanie giełdy. „Wiedziałem, że to wydarzenie spustowe dla następnej pandemii”, powiedziała prof. Cahill, „a było to miesiąc przed wydarzeniem 201 … Obserwowałam wydarzenie 201 w czasie rzeczywistym”.
Pod koniec 2019 r. prof. Cahill jako wolontariuszka reprezentowała Irlandię pełniąc rolę wiceprzewodniczącego inicjatywy Unii Europejskiej w zakresie medycyny innowacyjnej. „Wpychali pieniądze w szczepienia mRNA w ramach mechanizmu finansowania UE w styczniu / lutym 2020 roku. I z wewnątrz [UE], otrzymałam informacje co do witamin i , że nie jest konieczne to, co nie było zarządzone.”
Prof. Cahill następnie zapytała Centralny Urząd Statystyczny Irlandii, ile osób zmarło na Covid-19 do marca 2020 roku. Kiedy urząd statystyczny powiedział, że było zero zgonów z powodu Covid w Irlandii i po sprawdzeniu dalszych informacji przez jej „sieć”, prof. Cahill udzieliła wywiadu w maju 2020 r. z gospodarzem Computing Forever Dave’em Cullenem, wyjaśniając, co odkryła, jak również wyjaśniając, że istniało zapobieganie i leczenie. Wywiad ten stał się wirusowy (w tym znaczeniu, że jego treść bardzo szybko rozprzestrzeniła się w sieci).
Depopulacja i bezpłodność
Agenda na XXI wiek będzie „mówiła o redukcji populacji, ale także o wzroście bezpłodności wywołanym przez te zastrzyki”, wyjaśniła prof. Cahill. „Dwadzieścia/dziesiąt lat temu mówili, że zabójcze lata to okres między 2020 a 2026 rokiem”.
Celem dla tej dekady jest zaszczepienie ludzi w odpowiedzi na „pandemię” , do tego skoordynowanie oszustw medialnych i zastraszanie. „[Celem jest] sprawienie, by stan zdrowia ludzi się pogorszył, by zmniejszyć ich oczekiwaną długość życia i by ludzi zabijać. I właśnie dlatego się odezwałam, że wydaje się, że ten zastrzyk mRNA został tak zaprojektowany, aby zakłócać płodność zarówno u mężczyzn, jak i u kobiet. Tak więc, ich plan … jest wstrzyknięcie młodemu pokoleniu … Co nie wiemy … czy można przekazać czynnik niepłodności poprzez stosunek seksualny,” powiedziała prof. Cahill. Ich planem jest ogromny wzrost bezpłodności w tym wieku, powiedziała jeszcze, „ich celem jest spadek liczby ludzi” do końca wieku.
Przez dziesięciolecia były środki bezpłodności w zastrzykach przeciwtężcowych, powiedziała prof. Cahill „i to zostało unaocznione w Afryce, ponieważ mieli wojsko, przychodzili do miast i wsi w całej Afryce i wstrzykiwali przymusowo … i wstrzykiwali szczepionki przeciwtężcowe tylko kobietom w wieku od 14 do 45 lat.”
Białko kolca (spike protein) w zastrzyku Covid działa w podobny sposób jak zastrzyk przeciwtężcowy: wydaje się, ze atakuje nabłonek i osłonkę macicy. „To dlatego było dużo zakrzepów i ciężkich krwawień u ludzi niezależnie od tego, czy byli otrzymali zastrzyk, czy nie” – wyjaśnił prof. Cahill.
W połączeniu ze szczepionką HPV efekt jest taki, że organizm atakuje jajniki, więc w ciągu 10-15 lat następuje ich kurczenie się. „Dziewczynki, które dostały szczepionkę HPV w wieku 12 lat, wchodzą we wczesną menopauzę [co również] ma wpływ na ich płodność” – powiedziała.
Długość życia zaszczepionych
W maju 2020 roku, podczas wywiadu z Dave’em Cullenem na Computing Forever i ponownie kilka dni później w wywiadzie z Del Bigtree gospodarzem The Highwire, prof. Cahill powiedziała, że do 2020 roku żadne zastrzyki z mRNA nigdzie na świecie nie były licencjonowane. Powodem tego, powiedziała prof. Cahill było to, że:
„W niektórych badaniach na zwierzętach, wszystkie zwierzęta padły. Ale w dłuższym okresie po wstrzyknięciu … ponieważ wymaga czasu uczenie się układu odpornościowego i potrzeba miesięcy lub lat, aby układ odpornościowy aktywował się – całkowicie w zły sposób – aby następnie zabić ludzi … i podtrzymuję to, co powiedziałam w maju 2020 r. To co powiedziałam odnosi się do zastrzyków mRNA – nie wszystkie zastrzyki są mRNA.”
Profesor wyjaśniła, że niektóre partie zastrzyków są placebo, a inne z powodu złego mieszania składników w procesie produkcyjnym, mogą mieć bardzo mało mRNA. „Ale u tych, którzy dostali mRNA, jak powiedziałam w maju 2020 roku, występuje zmuszenie ich ciała do ataku na samego siebie. To jest układ odpornościowy, który jest już nauczony i może mieć homologię z jakimkolwiek mRNA albo peptydą albo białkiem występującym w organach. Wtedy układ odpornościowy atakuje ten organ”.
„Świat medyczny zobaczy niezwykłe objawy, takie jak powiększenie serca, nagła śmierć dorosłych, duszność lub sepsa.
„To, co powiedziałem w maju 2020 roku, że ci co otrzymali mRNA umrą w ciągu 3 lat do 5 lat po wstrzyknięciu należy powiązać z ich wiekiem i stanem zdrowia.”
„Więc to, niestety, jest prawdą. Niestety.”
Wcześniej w wywiadzie Profesor wspomniała o próbach na zwierzętach, o tym, że padły wszystkie zwierzęta, którym wstrzyknięto mRNA. Ale w niektórych eksperymentach na zwierzętach, tylko połowa zwierząt padła po wstrzyknięciu mRNA.
Prof. Cahill wyjaśniła, że w próbach na zwierzętach, w których tylko 50% zwierząt padło w ciągu sześciu miesięcy, wynik 50% zgonów był spowodowany tym, że eksperyment przerwano i resztę zwierząt zabito. Gdyby zachowali te zwierzęta przy życiu, (te które przeżyły sześć miesięcy) i kontynuowali eksperyment przez rok, to wyniki byłyby takie, że wszystkie zwierzęta padłyby w ramach czasowych, które byłyby u ludzi odpowiednikiem czasu 3-5 lat.
„W przypadku zastrzyków wielokrotnych, w szczepionkach ujawniają się czynniki toksyczne o innym mechanizmie zabijania. Tak więc te, które widzimy w Open VAERS, z ludzi, którzy umierają w ciągu pierwszego miesiąca … jeden na czterech umiera w ciągu 48 godzin. I prawdopodobnie jest tak, że umierają oni z innego powodu, że są nadwrażliwi na składniki, które są w zastrzyku, takie jak polisorbat 80 … lub glikol polietylenowy („PEG”) lub SM-102.”
Prawdziwe pieniądze kontra waluta cyfrowa
Agenda rozpoczęła się na poważnie w 1913 roku. Ich plan był realizowany przez około dwa pokolenia. „W pewnym sensie, oni naprawdę wdrożyli może 50% Agendy. Jest to więc Agenda systematyczna, wzrostowa i sterowana” – powiedziała prof. Cahill.
Agenda 21 ogłoszona w 1992 roku, jest kontynuacją tej samej Agendy, a jej częścią jest podkopywanie społeczeństwa od wewnątrz. Jest to przeszło stuletni plan, który rozwijał się stopniowo tak, aby z pokolenia na pokolenie ludzie nie byli świadomi, że to się dzieje. Jedną z głównych dźwigni jest tzw. szczepionka, a drugą system bankowy.
Plan obejmuje podważanie wszystkich aspektów społeczeństwa – czy to prawo, zgodne z prawem działania policji, system edukacji, system opieki zdrowotnej, system regulacyjny, media bieżące, rząd lub system bankowy, wyjaśniła prof. Cahill.
„Gotówka to wolność … Jeśli masz pieniądze, pieniądze w gotówce, możesz po prostu kupować i sprzedawać, a także możesz zarabiać na życie prywatnie. Prywatność jest bardzo ważna w prawie. I właściwe pieniądze, które rzeczywiście mają wartość, i gotówka, to sposób, w jaki mężczyźni i kobiety działają zgodnie z prawem, w prywatności … Mamy niezbywalne prawo do prywatności. Jeśli masz prawdziwe pieniądze i gotówkę, to zapewnia ci prywatność.”
Jeśli chcesz podważyć prawo i podważyć społeczeństwo, to jak to zrobić? Można to zrobić za pośrednictwem systemu bankowego, ingerując w pieniądz oparty na złocie, a następnie próbując śledzić i wyśledzić transakcje cyfrowe wszystkich osób, powiedział prof. Cahill.
„A następnie przejść z systemu, w którym możesz mieć 'własne aktywa zgodnie z prawem’ i nikt nie może wtargnąć na nie lub ingerować w nie, do systemu, w którym próbują [przenieść] wszystkie twoje aktywa do swojego systemu i mogą go następnie odciąć w dowolny sposób”.
W ich cyfrowym systemie wszystkie nasze aktywa nie będą już należały do nas, będą należały do systemu bankowego. Tak więc, oni będą właścicielami naszych aktywów.
„To co mamy w ramach tej Agendy 21 to bezprawna warstwa, w systemie bankowym, na wierzchu tego co uważamy za system zgodny z prawem … Wszystko, co robią ma na celu zwiększenie strachu i zubożenie ludzi.
„To jest program wielopokoleniowy … jeśli mogą to zrobić w jednym pokoleniu, to pokolenie, które jest teraz pięciolatkami, za 20/30 lat będzie myślało, że to normalne, że prawdziwe pieniądze i gotówka nie są akceptowane”.
Jeśli chodzi o część Agendy dotyczącą przejścia z prawdziwych pieniędzy na waluty cyfrowe, „są [prawdopodobnie] w połowie drogi [wdrażania jej],” powiedziała prof. Cahill.
Program demoralizacji
„Ale myślę, że to, co jest bardzo obiecujące”, powiedziała prof. Cahill, to to,że „cała sprawa jest bardzo prosta do rozwiązania … Nikt nie jest ponad prawem … Kiedy ludzie zdadzą sobie z tego sprawę, możemy faktycznie zatrzymać to bardzo prosto”.
Innymi słowy, rozwiązaniem jest pociągnięcie każdego – z lekarzy, policjantów, biegłych sądowych i opiekunów domowych – do odpowiedzialności w zakresie ich obowiązków za to, co zrobili lub czego nie zrobili.
Na przykład w Irlandii istnieje organizacja o nazwie Irlandzkie Bractwo Republikańskie („IRB”), najstarszy ruch polityczny w Irlandii. „Odtworzyliśmy [IRB] … i to, co teraz robimy – mamy setki ludzi, tysiące ludzi, którzy są zdeterminowani, aby rozwiązać to wszystko – musimy tylko zapytać ludzi, którzy są opłacani jako sędziowie, nadzorcy lub policja: 'czy to, co robisz, jest zgodne z prawem i jaka jest twoja rola?'”, powiedziała prof. Cahill.
Podała przykład 10 domów opieki w Irlandii w styczniu 2021 roku, w których ludzie zmarli krótko po wstrzyknięciu im „szczepionki” Covid. Lokalny konstabl policji został opłacony i złożył przysięgę, że zbada te zgony.
„My w społeczeństwie mamy społeczną więź i to jest to, że ludzie nie mogą przejść obojętnie, gdy są zabijani ludzie [bez względu na to, kim jesteś i jakie stanowisko zajmujesz]. To bardzo proste. A komu płacimy za zapewnienie, że ludziom dosłownie nie ujdzie na sucho morderstwo? … Kiedy dochodzi do masowych zgonów, jak w przypadku 8 osób [w jednym domu opieki] w ciągu 48 godzin, musimy wtedy przeprowadzić śledztwo i powiedzieć 'cóż, czy lokalny policjant zgłosił to jako podejrzaną śmierć, czy zgłosili to przedsiębiorcy pogrzebowi, czy właściciele domu opieki [zgłosili to], czy ludzie, którym płacimy, koronerzy, przeprowadzili śledztwo?’.
„Dla koronera lub lekarza podanie niewłaściwej przyczyny śmierci na świadectwie zgonu, oznacza pięć lat więzienia za każdy przypadek. Takie jest prawo … Jeśli rodzina składa skargę, a policja nie bada, czy koroner wykonuje swoją pracę, lub ludzie, którzy są przez nas opłacani jako sędziowie [nie badają] – jest to drugie najwyższe przestępstwo w urzędzie publicznym i kryminalne działanie na szkodę popełnione przez sędziego, który ignoruje tego typu przestępstwa.”
Dlaczego do tej pory ludziom nie udało się skłonić np. policji do przeprowadzenia śledztwa?
Przez ostatnie pokolenie Agenda 21 podkopała rządy prawa. Uczyniła to przez sądy, policję, koronerów i patologów działających niezgodnie z prawem. „W ramach Agendy 21 mają szczegółowy program analizy psychologii stojącej za zachowaniami przestępczymi … [to] co nazywa się 'agendą demoralizacji'”, powiedziała prof. Cahill.
Chcą, aby ludzie byli bezskuteczni w powstrzymywaniu zachowań przestępczych, aby zdemoralizować populację tak, aby czuła się „beznadziejnie”. Nieudane działania prawne „bojowników o wolność” są częścią agendy demoralizacji, aby wyglądało na to, że pewne systemy nie będą działać.
Uwaga Redakcji: Publikujemy poniżej wymianę listów pomiędzy zakonnicą, a Arcybiskupem Carlo Maria Viganò. Pierwsza część artykułu to list zakonnicy do Jego Ekscelencji, druga część, to odpowiedź Jego Ekscelencji.
============================
Najprzewielebniejszy Ekscelencjo,
Piszę do Was z okazji zbliżającej się Uroczystości Chrystusa Króla i pozwalam sobie podzielić się z Wami pewnym fundamentalnym pytaniem:
Czy jest jeszcze jakiś sens obchodzenia i przywoływania łaski, o którą zabiegano, gdy to święto liturgiczne zostało ustanowione?
Gdyby Król królów i Pan panujących (por. 1 Tm 6,15; Ap 19,16) powrócił dzisiaj w swojej chwale, czy poznałby Swoją Oblubienicę, Kościół?
Zadając te pytania, mogę sprawiać wrażenie braku szacunku i zaufania w obietnicę: „a bramy piekielne niezwyciężą go” (Mt 16,19), która pobrzmiewa jako nadzieja, której mogą się trzymać ci nieliczni, którzy ocaleli od zawieruchy śmiertelnej apostazji, który wtargnęła do Kościoła. Cóż, prowokacyjny ton tych pytań streszcza poczucie zagubienia tych nielicznych wiernych, którzy jeszcze poszukują jakiegoś nawiązania do Magisterium, ważnego Sakramentu i spójności życia pasterzy. Zwracam się do Was, jak do „Głosu na pustyni”, który tyle razy oświetlał tyle zagubionych i zniechęconych dusz.
Chcę się z Wami podzielić tą małą historią, która mi się przydarzyła:
Kilka dni temu pewna pani, która przyniosła do klasztoru jakieś datki, powiedziała do mnie: „Wie Siostra, nie śledzę zbytnio tych spraw, ale wydaje mi się, że kierunek, w którym ostatnio podąża Kościół, nie jest zbyt dobry…!”. Ze sposobu, w jaki mówiła, z tonu jej głosu, odniosłam wrażenie, że była zawstydzona tym, że wyraziła się w ten sposób wobec kogoś, kto jej zdaniem reprezentował ten „Kościół”, który właśnie skrytykowała. Mogłam wygłosić do niej wspaniałe przemówienie; jednak moja odpowiedź była prostym apelem o potrzebie wzmocnienia naszej osobistej modlitwy, pozostawiając tę panią w jej niewiedzy, a sama, „utożsamiłam się” z tym „Kościołem”, którego tak naprawdę nie czuję się przedstawicielką…
Odczuwałam wielką niemoc, niemożność udzielenia wyczerpujących i prawdziwych odpowiedzi. Kilka minut wcześniej czytałam słowa papieża Piusa XI, który sto lat temu w encyklice Ubi Arcano Dei napominał katolików o obowiązku przyspieszenia powrotu Społecznego Królowania Chrystusa, jako „moralnego obowiązku”, osobistego i zbiorowego zobowiązania.
Czy to zobowiązanie jest nadal aktualne? Jak powinniśmy je realizować w praktyce, skoro „Kościół” nie jest już „Kościołem”?
Encyklika Ubi Arcano Dei dała początek instytucji Święta Chrystusa Króla, które miało pierwszy raz miejsce w 1925 roku, właśnie po to, aby uniknąć bałaganu, którego doświadczamy w ostatnich latach. W tej encyklice, Królewski Majestat Chrystusa był rozumiany jako remedium na sekularyzm i na wszystkie te błędy, które – z perspektywy stu lat – zostały wspaniałomyślnie przyjęte przez wielu hierarchów, biskupów, kardynałów, a nawet tego, który deklaruje się jako Wikariusz Chrystusa i który, posługując się tym tytułem, promował przyspieszoną ruinę owczarni, „zwodniczo” mu powierzonej.
Franciszek jest uważany za papieża – apostatę, ale czy jest papieżem? Czy kiedykolwiek był papieżem? Kiedy Piłat zapytał Jezusa, czym jest prawda, mimo że miał przed sobą samą Prawdę, spojrzenie Chrystusa, Sędziego świata, przeniknęło przeciętność tego słabego człowieka, który przed nim stał. Piłat zadrżał na chwilę, ale blask jego osobistej pychy zwyciężył. Chrystus Król powraca dziś w tej samej postaci i patrzy w oczy biskupom i kardynałom, tym, którzy nie uznają Korony Cierniowej, którą On założył za nich, płacąc cenę za ich zdradę, pychę i niegodziwe zaślepienie.
Przypominam sobie lekturę Dzienniczka Św. Faustyny Kowalskiej – Świętej Miłosierdzia . Pewnego dnia ukazał się jej Pan Jezus, ubiczowany, zakrwawiony i ukoronowany cierniem: spojrzał jej w oczy i powiedział: „Oblubienica musi upodobnić się do swego Oblubieńca”. Święta zrozumiała, co oznacza to wezwanie do „zaślubin”, do dzielenia się wszystkim. Prawdopodobnie jest to ta forma uznania Królewskiego Majestatu Chrystusa, której od każdego prawdziwego katolika, domagają się obecne czasy.
Tak, wydaje mi się, że to jest powołanie „prawdziwego Kościoła” w naszych czasach: tej małej trzódki, która spotykając się ze spojrzeniem Chrystusa Króla, zmaltretowanego i oszpeconego przez bluźnierstwo i przewrotność, ma jeszcze odwagę dać świadectwo miłości, wierności i spójności sumienia, która nie jest w stanie się Go wyprzeć, ponieważ w przeciwnym razie wyparłaby się Chrystusa Króla, tak jak Piłat, Herod i wszyscy przywódcy narodów.
Nie ukrywam przed Wami, że tymi słowami chciałam poprosić o kolejny z Waszych esejów, które są pełne chrześcijańskiej nadziei dla tej małej resztki, która jest pogubiona, ponieważ jest bez Pasterza, bez Wikariusza Chrystusa, który powinien strzec i bronić powierzonego mu Kościoła.
Zadałam kilka pytań, które wielu zadaje ze smutkiem w sercu i jestem pewna, że Duch Święty udzieli Wam odpowiedzi, które rozpalą na nowo oczekiwanie na powrót triumfu Królestwa Chrystusowego w społeczeństwie, w każdym sercu i nad całym obliczem ziemi! “Pacificus vocabitur, et thronus eius erit firmissimus in perpetuum!”
==========================
Odpowiedź Arcybiskupa Viganò
Wielebna i Najdroższa Siostro,
Z żywym zainteresowaniem i poruszeniem przeczytałem list, który mi przesłałaś. Pozwól, że odpowiem najlepiej jak potrafię.
Twoje pierwsze pytanie jest tak bezpośrednie, że aż rozbrajające: „Gdyby Król królów i Pan panujących miał powrócić dzisiaj w Swojej chwale, czy nadal rozpoznałby Swoją Oblubienicę, Kościół?”. Oczywiście, że rozpoznałby Ją! Ale nie w sekcie, która zasłania Stolicę Piotrową, raczej w wielu dobrych duszach, zwłaszcza w kapłanach, zakonnikach i zakonnicach, a także w wielu prostych wiernych duszach, które, nawet jeśli nie mają rogów światła na czole, jak Mojżesz (Wj 34,29), są nadal rozpoznawalne jako żyjący członkowie Kościoła Chrystusowego.
Nie rozpoznałby Jej u Św. Piotra, gdzie oddaje się cześć nieczystemu bożkowi; ani w Domu Św. Marty, gdzie sztuczne ubóstwo i nadęta pokora Lokatora, są pomnikiem jego ogromnego ego; ani na Synodzie o Synodalności, gdzie fikcja demokracji służy do dokończenia demontażu Boskiego gmachu Kościoła katolickiego i narzuceniu gorszących sposobów życia; ani w diecezjach i parafiach, w których ideologia soborowa zastąpiła wiarę katolicką i usuniętą Tradycję. Pan, jako Głowa Kościoła, rozpoznaje pulsujących życiem członków Jego Mistycznego Ciała oraz tych, którzy są już martwi i gniją, wyrwani od Chrystusa przez herezję, pożądliwość i pychę, i którzy są poddani szatanowi. Więc tak: Król Królów rozpoznałby pusillus grex(małe stadko), nawet gdyby musiał szukać ich zgromadzonych wokół ołtarza gdzieś na strychu, w piwnicy lub w środku lasu.
Wspominasz, że obietnica Non prævalebunt może rozbrzmiewać jak „nadzieja, której mogą się trzymać nieliczni” oraz że, ” prowokacyjny ton tych pytań streszcza poczucie zagubienia tych nielicznych wiernych, którzy jeszcze poszukują jakiegoś nawiązania do Magisterium, ważnego Sakramentu i spójności życia pasterzy.”
Obietnica naszego Pana dla Św. Piotra jest w pewnym sensie prowokacyjna, ponieważ wychodzi z dwóch założeń: pierwsze to, że bramy piekielne nie zwyciężą, co nie mówi nam nic o poziomie prześladowań, jakie będzie musiał znosić Kościół.
Drugie, logiczne następstwo pierwszego, jest takie, że Kościół będzie prześladowany, ale nie pokonany. W obu przypadkach jesteśmy proszeni o dokonanie aktu wiary w Słowo Zbawiciela i w Jego wszechmoc, wraz z aktem pokornego realizmu, uznającego naszą słabość i fakt, że zasługujemy na najgorsze kary, zarówno jako „moderniści”, jak i „tradycjonaliści”.
Pytasz mnie, jak wprowadzić w życie apel Piusa XI o przywrócenie Społecznego Królowania Chrystusa, „jeśli 'Kościół’ nie jest już 'Kościołem’.” Z pewnością Kościół widzialny, któremu świat nadaje nazwę „Kościoła katolickiego” i którego papieżem jest Bergoglio, nie jest już Kościołem, przynajmniej w odniesieniu do tych kardynałów, biskupów i księży, którzy z przekonaniem wyznają inną doktrynę i deklarują się jako wyznawcy „Kościoła soborowego” w antytezie do „Kościoła przedsoborowego”.
Ale czy Ty i ja, a także liczni księża, zakonnicy i wierni, jesteśmy częścią tego kościoła czy też Kościoła Chrystusowego? Do jakiego stopnia możemy nałożyć na siebie Kościół bergogliański i Kościół katolicki, akceptując, że w jakimś aspekcie są one do siebie podobne? Problem polega na tym, że rewolucja soborowa rozerwała więź tożsamości między Kościołem Chrystusowym a hierarchią katolicką.
Przed SW II było nie do pomyślenia, że papież mógłby otwarcie zaprzeczyć swoim poprzednikom w kwestiach doktrynalnych lub moralnych, ponieważ hierarchia bardzo jasno znała swoją rolę i swoją moralną odpowiedzialność w administrowaniu władzą Świętych Kluczy i autorytetem Wikariusza Chrystusa i pasterzy. Sobór, zaczynając właśnie od anomalnej definicji, którą sam podał, i od zerwania z przeszłością w postaci eliminacji kanonów i anatem, pokazał, że możliwe jest, aby ktoś, kto nie ma zmysłu moralnego, sprawował świętą rolę w Kościele, nawet jeśli jest niegodny z powodu tych trzech aspektów, które słusznie wyliczyłaś:
„Magisterium, ważny Sakrament i spójność życia pasterzy”. Ci pasterze, dewianci w doktrynie, moralności i liturgii, nie czują się związani z faktem, że są wikariuszami Chrystusa, a zatem mogą rządzić Kościołem tylko wtedy, gdy ich władza jest wykonywana zgodnie z celami, które ją legitymizują. Dlatego nadużywają własnej władzy, uzurpują sobie autorytet, którego Boskiego pochodzenia się wypierają, i poniżają świętą instytucję, która gwarantuje ich autorytet.
Ten zerwanie, to gwałtowne rozdarcie, dokonało się na płaszczyźnie duchowej w momencie sekularyzacji władzy hierarchów, podobnie jak to się stało w sferze cywilnej. Gdziekolwiek władza przestaje być święta, usankcjonowana z góry, sprawowana w miejsce Tego, który łączy w sobie duchową władzę Najwyższego Pasterza oraz doczesną władzę Króla i Pana, tam ulega zdeprawowaniu i popada w tyranię, zaprzedaje się korupcji i popełnia samobójstwo poprzez anarchię.
Piszesz: „Chrystus Król powraca dziś w tej samej postaci i patrzy w oczy biskupom i kardynałom, tym, którzy nie uznają Korony Cierniowej, którą On założył na ich miejsce, przyjmując cenę ich zdrady, ich pychy i ich niegodnej ślepoty”. Pod taką właśnie postacią , Droga Siostro, możemy dziś rozpoznać Kościół Święty.
Tak jak byliśmy zgorszeni widząc Jego Głowę poniżoną i wyszydzoną, ubiczowaną i krwawiącą, ubraną w szatę, trzymającą trzcinę i ukoronowaną cierniem, tak teraz jesteśmy zgorszeni widząc cały Kościół Walczący leżący na ziemi, zraniony, pokryty plwociną, znieważony i wyszydzony. Ale jeżeli Głowa chciała przyjąć ofiarę przez upokorzenie samego siebie aż do śmierci, śmierci krzyżowej, to z jakiego powodu my mielibyśmy przypuszczać, że zasługujemy na lepszy koniec, skoro jesteśmy Jego członkami, jeżeli naprawdę chcemy z Nim królować? Na jakim tronie zasiada Baranek, jeśli nie na królewskim tronie Krzyża? Regnavit a ligno Deus. Taki był triumf Chrystusa; taki będzie triumf Kościoła, Jego Mistycznego Ciała. Słusznie komentujesz: „Oblubienica musi upodobnić się do swego Oblubieńca”. I kontynuujesz: „Tak, wydaje mi się, że to jest powołanie „prawdziwego Kościoła” w naszych czasach: tej małej trzódki, która spotykając się ze spojrzeniem Chrystusa Króla, zmaltretowanego i oszpeconego przez bluźnierstwo i przewrotność, ma jeszcze odwagę dać świadectwo miłości, wierności i spójności sumienia, która nie jest w stanie się Go wyprzeć, ponieważ w przeciwnym razie wyparłaby się Chrystusa Króla, tak jak Piłat, Herod i wszyscy przywódcy narodów.”
Twój list, Najdroższa Siostro, jest dla nas wszystkich okazją do refleksji nad tajemnicą passio Ecclesiæ, która jest tak bliska temu, co dzieje się w tych strasznych czasach. Kończę, przypominając „prowokację” Non prævalebunt: tak jak Zbawiciel znał cień grobu, tak my musimy wiedzieć, że stanie się to z Kościołem, a może już się dzieje. Ale On „Umocni kroki moje na ścieżkach twoich, aby się nie chwiały stopy moje. „(Ps 16), i sprawi, że Oblubienica powstanie tak, jak On sam powstał z martwych. W tym sensie słowa „Oblubienica musi upodobnić się do Oblubieńca” nabierają pełnego znaczenia, ukazując nam, że tylko idąc za Boskim Oblubieńcem po stromym zboczu na Golgotę, będziemy mogli zasłużyć na to, by pójść za Nim w chwale po prawicy Ojca.
Zachęcam was do czerpania duchowej korzyści z tych myśli, i udzielam Tobie i Twoim drogim współsiostrom mojego ojcowskiego Błogosławieństwa.